WSTĘP - OBECNOŚĆ - PRZESZŁOŚĆ - TERAŹNIEJSZOŚĆ 1 - TERAŹNIEJSZOŚĆ 2 TERAŹNIEJSZOŚĆ 3
WSTĘP - archiwum pamięci

SPIS TREŚCI

"...Obawiam się, że zbyt szybko zapominamy o historii swego świata lub fałszujemy ją, a czynimy to tym usilniej, im mocniej odczuwamy bezradność wobec "tu i teraz". Pozbawionych własnych korzeni zmyje łatwo pierwsza wiosenna burza..."
( Z "Autobiografii naukowej" prof. Kazimierza Obuchowskiego
- łobezianina - absolwenta LO z 1951r.)

"MAŁA OJCZYZNA":

... wszystko to, co sami u siebie teraz czynimy, także to co niepotrzebne i pozbawione sensu. Ale przede wszystkim to, co dobre, mądre i potrzebne, co daje nam tyle powodów do dumy i radości i czym możemy szczycić się wobec innych...
Mała ojczyzna to przeszłość, tradycja i teraźniejszość
- wszystko to, co złożyło się na jej obecny kształt, jaki zastaliśmy i w jakim obecnie żyjemy. Nie ma miejsca w naszym otoczeniu, które by nie było świadkiem przeszłości. Przeszłość jest obecna w przyrodzie i we wszystkim, co stworzyli nasi poprzednicy. Istnieje ona w pamięci ludzi, w zachowanych lokalnych odrębnościach i obyczajach. Żyje też w czymś nieuchwytnym a bliskim: w specyficznych pejzażach, zmieniających się z porami roku, w swoistych zachodach słońca, dźwiękach i zapachach wieczorów...

...najbliższy nam świat, w którym żyjemy, to najbliższy krajobraz, wszystko to, co jest wokół obecne: przyroda, ludzie i stworzona przez nich kultura. Można by powiedzieć nasz "ojczyznoobraz", nasze małe państwo, nasza "mała patria". Jest ona częścią większej całości, graniczy z innymi małymi ojczyznami, wspólni tworząc krainy i regiony, a potem jeszcze - dużą ojczyznę. Duża ojczyzna to już jest państwo, którego nie daje się poznać i objąć w całości i które może być obce i niejasne: "... ludzie tęsknią dzisiaj do ojczyzny a zamiast niej przyznaje im się tylko państwo. Ojczyzna jest ograniczona, wrośnięta w przeszłość, zawsze nieduża, grzejąca serce, bliska jak własne ciało. Państwo jest mechaniczne..." (Czesław Miłosz). Pastwa powstają i upadają, przesuwają się ich granice. Małe ojczyzny trwają, są zawsze na swoich niezmiennych, miejscach - jakże dotkliwie odczuwamy ich brak, gdy je opuścimy - ciągle są we wspomnieniach i marzeniach o powrocie.

Mała ojczyzna to przeszłość - zarówno najbliższa, jak i ta bardziej odległa. Jaka ona powinna być, jak zrealizować te pomysły? Może poczekać jeszcze, może niech zrobią to inni, niech się martwi o to duża ojczyzna - państwo? A może zajęcie się swoją małą ojczyzną to jedna z tych niewielu rzeczy, które teraz właśnie mają sens? I ci, którzy pierwsi to sobie uświadomią i zaczną już teraz zmieniać swój najbliższy świat, rzeczywiście będą mieli wpływ na niego i uczynią go lepszym i bardziej własnym!

Brak własnej, lokalnej i dynamicznej kultury, którą współtworzą i z którą utożsamiają się społeczności lokalne, czyni je bezwolnymi i bezbronnymi wobec łatwej, ekspansywnej i jakże bezwzględnej w uzależnianiu od siebie, kultury masowej współczesnej nam cywilizacji "pośpiechu i sukcesu"...

(z folderu Akademii Małych Ojczyzn Fundacji Kultury)
"Łabuź" nr 12/1994
[Spis treści]


Jurij Łotman

PAMIĘĆ W ŚWIETLE KULTUROLOGII

  1. Z punktu widzenia semiotyki kultura stanowi zbiorowy intelekt i zbiorową pamięć, czyli ponadindywidualny mechanizm przechowywania i przekazywania komunikatów (tekstów) oraz tworzenia nowych. W tym sensie przestrzeń kultury może być zdefiniowana jako przestrzeń pewnej wspólnej pamięci, czyli jako przestrzeń, w ramach której pewne wspólne teksty mogą być przechowywane i aktualizowane. Przy tym. ich aktualizacja dokonuje się w ramach określonego znaczeniowego inwariantu, który pozwala utrzymywać, iż tekst w kontekście nowej epoki przy całej mnogości różnych interpretacji zachowuje swoją tożsamość. W ten sposób wspólną dla danej kultury pamięć gwarantuje obecność pewnych stałych tekstów oraz wspólnota kodów, ich stabilność, ciągłość i konsekwentny charakter ich transformacji.
  2. Pamięć kultury odznacza się nie tylko jednością, ale również wewnętrzną różnorodnością. Oznacza to, iż jej jedność istnieje jedynie na pewnym poziomie i zakłada obecność cząstkowych "dialektów pamięci", odpowiadających wewnętrznej organizacji zbiorowości, składającej się na świat danej kultury. Tendencja do indywidualizacji pamięci tworzy drugi biegun jej dynamicznej struktury. Występowanie kulturowych substruktur, charakteryzujących się różnym składem i pojemnością pamięci, powoduje różny stopień eliptyczności tekstów, krążących w kulturowych zbiorowościach oraz prowadzi do powstawania "lokalnych semantyk". W trakcie przekraczania granic danej zbiorowości teksty eliptyczne - aby były zrozumiałe - są uzupełniane. Taką samą rolę odgrywają komentarze (...)
  3. Teksty nasycające pamięć kultury są gatunkowo niejednorodne. To co zostało wyżej powiedziane na temat oddziaływania innokulturowych tekstów, mutatis mutandis może być powiedziane o wdzieraniu się tekstów malarskich do poetyckiego procesu tworzenia tekstów, teatru, do zachowania codziennego lub poezji do muzyki, czyli o wszelkich konfliktach pomiędzy gatunkową naturą tekstów, dominujących w pamięci a kodami, określającymi teraźniejszy stan kultury. (...)
Jurij ŁOTMAN - "Pamięć w świetle kulturologii" (fragment tekstu pomieszczonego w "Odrze" nr 2/1.996 r.)
"Łabuź" nr 17/1996
[Spis treści]

Kazimierz Obuchowski

ŚRODOWISKO I SPOŁECZEŃSTWO

Istnieją podstawy do tego, aby sądzić, że ludzie przegrają wyścig miedzy wzrostem ich sprawności w uniezależnieniu się od wad środowiska a wzrostem liczby jego wad.

Historia naszego świata tak się złożyła, że niski jest potencjał działań wspartych przemyślanym i perspektywicznym wyborem priorytetów. Dotyczy to zwłaszcza problemów nie mających bezpośredniego wpływu na losy polityków, gdyż to oni decydują o tym, co ważne dla świata. Istotne decyzje dotyczące środowiska zalezą więc od ludzi z natury rzeczy uprzedmiotowionych przez wykonywane funkcje. Zbyt uboga jest ich wyobraźnia, a ich inteligencja jest w całości skoncentrowana na doraźnych, wycinkowych problemach. Są oni na tyle zinstytucjonalizowani, że w sprawach ważnych nie działają "z siebie", ale "ze swojej roli" i są z tego dumni -poświęcają siebie "dla sprawy", "dla swojego narodu", "dla swojej wiary". Pomijam tu oczywistą patologię czystek etnicznych i religijnych, wycinania lasów lub narzucania wciąż nowych pragnień konsumpcyjnych. Najgorsze jest to, że ludzie rozsądni i mądrzy prywatnie, gdy działają w ramach zaprojektowanych dla nich ról społecznych, rezygnują z własnych poglądów. Ich sumienie jest czyste, gdyż odpowiedzialnością obarczają wszystkich: działając "w Imię", nie czują się sami przed sobą odpowiedzialni za skutki swoich decyzji. Ponadto ich decyzje wykonują inni "ludzie-przedmioty", całkiem wolni od poczucia winy, gdyż wykonują "to, co należy" niezależnie od swoich poglądów. Zabijają, nawet gdy nie chcą zabijać, gdyż są żołnierzami, oszukują mimo umiłowania prawdy, gdyż są politykami. Na tej samej zasadzie zatruwają Ziemię, zasłaniają słonce i niszczą życie. Ich uczucia, a nawet "prywatne" poglądy na skutki swoich działań są dla nich bez znaczenia. Działają, wykonując przepisy swojej społecznej roli, tak Jak maszyna wykonująca to, do czego została zaprojektowana. Mając poczucie, że "są w grze", ludzie-przedmioty

koncentrują się na możliwie dokładnym spełnianiu przepisów roli "tu i teraz", a nie na krytycznej analizie celów i skutków działań.

Wskutek koncentracji na doraźnych zadaniach ludzie ci rezygnują więc z wiedzy o tym, że o ich istnieniu decyduje pożywne jedzenie i zdrowa woda, czyste powietrze. Tak jakby nie wiedzieli o tym, iż te tak zwane elementarne warunki życia są w istocie ważniejsze niż ich osobiste lub klasowe przywileje, posłuszeństwo, posiadanie dużego bogactwa, władzy, narzucanie innym "jedynie słusznej" ideologii lub skonstruowanie bardziej destruktywnej bomby. Szybka zmiana warunków cywilizacyjnych sprawia, że potencjały umysłowe ludzkości są wciąż kierowane na dawne cele, te, które zapewniły ongiś rozwój naszej cywilizacji. Wydaje się, że nie ma znaczenia wiedza o tym, iż osiąganie tych samych celów obecnie ja niszczy, a na bezludnej planecie nie będą one miały sensu w ogóle.

Rewolucja podmiotów, która dokonuje się w ostatnich dekadach, wiele zmienia. Wyłania się "nowy indywidualizm", całkiem inny niż indywidualizm z ubiegłej epoki, który był formą protestu lub infantylnego negatywizmu.

Nowy indywidualizm wynika z poczucia prywatnej odpowiedzialności za losy świata, bez względu na to, jaki jego zakres jest dostępny oddziaływaniu "neoindywidualisty".
Nowy indywidualizm nie wyklucza więc współdziałania grupowego i działania na rzecz grupy. Wyklucza natomiast kolektywizm podważający osobistą odpowiedzialność.

Poeta wyraził zawartą tu ideę następująco:

A kamień celnie wypuścić w pierwszego demokratę, co szukałby podobnego do siebie, by mówić: my.*

Jako komentarz można zacytować tu zdanie Janusza Grzelaka, który w swojej analizie koncepcji homo oceconomicus napisał wręcz: "Wzbudzenie kategorii my uruchamia proces depersonalizacji" (..) Również Maria Jarymowicz i jej zespół poświęcili wiele prac tego rodzaju negatywnym konsekwencjom utożsamiania się z "my" (...)

Niestety, standardy nowego indywidualizmu, jak na razie, naruszają w małym stopniu kolektywistyczne zasady doboru ludzi do wyłonienia celów działań ludzkości.

Prof. Kazimierz Obuchowski
"Przez galaktykę potrzeb"

* Jacek Podsiadło, Drugi wiersz przeciwko państwu
"Łabuź" nr 18/1996


ARCHIWUM PAMIĘCI

Powyższe: hasło, motyw, rubryka, temat - to nasze - PKL "ŁABUŹ" zamierzenie na przyszły - 1995 rok - 700-lecia nadania praw miejskich wzoru Lubeckiego dla Łobezu. Zamierzamy, chcielibyśmy, pragniemy: - ocalić przed zaprzepaszczeniem, lekceważącego pomijania "zasypywaniem": - faktów, zdarzeń, konkretów, dokumentów, relacji, wyznań, rozmów, zapisów, wywiadów, ważkich odpowiedzi na istotne pytania. To wszystko zachować, utrwalić, sporządzić.

Hasło to nie jest obce ani nam, ani naszym czytelnikom. W poprzednich 11-tu numerach "Łabuzia" były już drukowane pod tym tytułem materiały. Teraz, w naiwnie ufnej wierze - hardo i przekornie, czekamy na odzew - pełni nadziei oraz optymizmu (są już "pierwsze głosy" na nasz apel - otrzymaliśmy pierwsze materiały!).

Myślimy, że wśród 12-tu tysięcy sąsiadów znajdzie się kilka, kilkanaście, kil-kadziesiąt osób, które niniejszym ośmielamy i zachęcamy. Wierzymy, że stać je na emocjonalnie szczery i uczciwy dystans, z perspektywy którego dostrzegają i są w stanie zapisać swoje związki, supły, guzy, pętle, zamotania z miasteczkiem. Dla Was, KOCHANI, udostępniamy Literacki Okazjonalnik Klubowej Prywatności "Łabuź", jego łamy. PISZCIE!

Zróbmy coś wspólnie! - ocalmy przed zaprzepaszczeniem, nie pozwólmy bezczelnie rozwydrzonemu prostactwu codziennej wygody: "zasypywać", tłamsić, odsądzać od czci i wiary, poniżać i upokarzać, upodlać nas. Ludźmi jesteśmy! - dajmy tego dowody. Uwiarygodnijmy swoje ślady, tropy, nitki, ściegi. Opublikowane będą świadczyć o nas i naszym czasie, który...

PKL "Łabuź"
"Łabuź" nr 12/1994
[Spis treści]

W.Odorowski

PROWINCJA Z PRZYSZŁOŚCIĄ*...

(...) Czym więc jest naprawdę prowincja? Wbrew pozorom nie jest to pytanie proste. Już łatwiej powiedzieć, czym ona w moim przekonaniu nie jest. A nie jest prowincją czy też prowincjonalnością owo potocznie kojarzone z tym stanem siedzenia na ławeczce przed domem i patrzenie na przechodzących ludzi w bezmyślnym zdumieniu nad przemijającym obok życiem. Nie jest to niespieszne wąchanie kwiatków w przydomowym ogródku, którą to czynność każdy mieszczuch uważa za kwintesencję prowincjonalności. Nie jest to też myślenie, jak się z tej prowincji wyrwać, jak się uwolnić od kompleksu prowincjusza. Takie pojmowanie prowincji jest fałszywe i niedojrzałe. Prowincja bowiem nie jest ani kategorią geograficzną, ani historyczną, nie stanowi też - a tak często się ją pojmuje - niższego piętra kultury i niższego poziomu w niej uczestniczenia. Jest to jedynie punkt odniesienia do rzeczywistości, sposób jej oglądu oraz - nie boję się tego powiedzieć - oceny tego co ta rzeczywistość, w szczególności zaś kultura, ma do zaproponowania. Prowincjonalność więc, wbrew potocznym mniemaniom, ma niewiele wspólnego z samym miejscem zamieszkania. Można mieszkać w Paryżu, który jest przecież nadal kwintesencją światowej cywilizacji i kultury, i można żyjąc tam czuć się jak na prowincji. Sam tego ku memu zaskoczeniu doświadczyłem. (...)

Tak naprawdę to co najważniejsze w człowieku i w kulturze rodzi się i trwa na prowincji. Wielkie centra żyjące w zarozumialstwie i samouwielbieniu jedynie żywią się tym, co zdołają z prowincji zaczerpnąć, są swego rodzaju pompą ssącą, maszynerią pracującą tylko w jedną stronę. W zamian mają niewiele lub nic do zaofiarowania. A ich działalność jest często destrukcyjna wobec tego co tworzy i oferuje prowincja. Centra w obecnym świetle to bardziej ośrodki cywilizacyjne, wysoce stechnicyzowane, nastawione na produkcję. Kulturę tworzy prowincja, ona też jest strażnikiem historii i tradycji. Żyjące w pośpiechu, naznaczone "wyścigiem szczurów" centra, karmiąc się jedynie tym co wytwarza prowincja przemieniają ten wartościowy pokarm na papkę, mielą go tak, aby był jak najłatwiej strawny. I z tego rodzi się ów fałszywy, infantylny obraz prowincji. On powstaje w centrach, jest na miarę i na potrzeby centrów. Centra też go upowszechniają. W końcu najpotężniejsze i najbardziej banalizujące świat medium jakim jest telewizja ma wybitnie centralistyczną opcję. (...)

Powtórzę jeszcze raz: dla mnie prowincja to miejsce, gdzie tworzą się podstawy kultury, gdzie często w formie jedynie zaczątkowej powstają ruchy, zjawiska, inicjatywy decydujące o kierunkach rozwoju cywilizacji globalnej. Tu także można mieć poczucie indywidualnego uczestniczenia w tworzeniu kultury. Poczucie i możliwość, której pozbawieni są ludzie mieszkający w centrach. Tam bowiem w zdecydowanej większości są oni jedynie konsumentami, odbiorcami dóbr kulturowych wytwarzanych na użytek przez niewielką liczbę twórców mających monopol na tego rodzaju działalność. Na prowincji więc są prawdziwe drożdże kultury i autentyczna możliwość uczestniczenia w niej. Osobiście zaś cenię najwyżej z życia prowincjonalnego możliwość spokojnego dystansu do świata, którą tu znajduję. Jedynie tu mogę spoglądać na życie i świat bez owych uwikłań i uwarunkowań, które niemal automatycznie narzucane są tym, którzy mieszkają i funkcjonują w wielkich ośrodkach. To jest wielka zaleta prowincji. Druga sprawa, szczególnie dla mnie ważna, to autentyzm tutejszego życia. Przebywając w wielkich ośrodkach zawsze miałam wrażenie nieautentyczności. Wszystko tam było zapośredniczone, nadane z zewnątrz, wmówione przez obowiązujący styl życia i snobizm. W tamtym świecie dziennikarska informacja zastępuje autentyczne przeżycie, a telewizyjny news jest ważniejszy niż rzeczywiste zdarzenia, do którego się odnosi. Na prowincji, która żyje w świecie rzeczywistym i konkretnym, takie rzeczy są niemożliwe, tu liczy się jedynie to, co realne, co się potwierdza, co jest płodne i prawdziwe. Stąd i napięcia emocjonalne są tu silniejsze. (...)"

W. Odorowski, doktor historii sztuki;
obecnie "prowincjusz" z Kazimierza Dolnego nad Wisłą.

"Prowincjonalną" kulturę - jak zauważa doktor W, Odorowski - konsumuje się w Centrum: "W zagajeniu Adam Struzik prawił twórcom kultury komplementy:

"Kultura jest jak powietrze, którym oddychając stajemy się lepsi. Kultura musi być przed kapitałem i przed polityką, a inteligencja to złoty fundusz narodu." (...) Goście podziwiali wystawę wycinanek ludowych, współfinansowaną przez resort kultury (...) - podajemy za styczniowym numerem "GWT", w którym dziennikarz relacjonujący przebieg rautu informuje, iż "z płodów rolnych, obecne były kraby oraz kawior. Pito szampana..."

Centrum sankcjonuje także współcześnie "troglodyckie" zarządzenia: "Zgodnie z nadal obowiązującą ust. z dnia 9.08.1968 (Dz.U. nr 12, poz. 63) oraz zarz. Min. Kult. i Szt. z dnia 2.08.1968 (Mon. Poi., poz. 234 1968) w sprawie dostarczania obowiązkowych egzemplarzy druków Dyrekcja Biblioteki prosi o nadesłanie: -

- "Łabuź" wszystkie dotychczasowe numery. Powyższego tytułu nie otrzymujemy z drukarni." - takiej treści pismo otrzymaliśmy w październiku 1996 r. z jednej z Bibliotek Uniwersyteckich.

Niby nic. My jednak podsłuchaliśmy taki oto monolog: "... Messer, jakem Asasello, mówię ci: idziemy w diabły! Tutaj obowiązki określają ministrowie! Dajemy nogę, Messer, bo jeszcze jakiemuś idiocie przyjdzie do głowy zaplombować piekło! Błagam, Messer, zostawmy ich teatr narodowy! Ich dziady, ich sprawa!..." Większość pism posiada ISSN, sankcjonujący tak pisma, jak i ludzi nobilitując niejako wydawców. Posiadanie ISSN-u być może ułatwia życie. Pytanie tylko - komu? kosztem czego - ?

PKL "Łabuź"

* - fragmenty z wywiadu przeprowadzonego przez Zdzisława Skroka z WALDEMAREM ODOROWSKIM, pomieszczonego w "LITERATURZE" nr 1,1997 r.
"Łabuź" nr 20/1997


Vaclav Havel

KAWAŁEK ŚWIATA

Najprościej jest, rzecz jasna, nie myśleć za dużo o pojęciu ojczyzny i trzymać się jego tradycyjnego rozumienia. Ewentualnie jeszcze bardziej wzmacniać i pogłębiać koncepcję ojczyzny jako zamkniętej struktury. Jest to sposób postępowania nie tylko nieskomplikowany, ale i dla pewnych polityków - pociągający. Nie stawia bowiem przed nikim szczególnych wymagań intelektualnych czy etycznych, przeciwnie: zaprasza każdego do wygodnego ulokowania się na poduszce znanych realiów i w objęciach znanej wspólnoty. Przynależność do tej wspólnoty - jako wartość najwyższa - uwalnia od odpowiedzialności indywidualnej i staje się łatwo rozpoznawalną pewnością w tym pełnym niepewności świecie.

Jestem Czechem, Niemcem czy Francuzem; Czesi, Niemcy czy Francuzi mają zawsze rację, będę robić to, co robią wszyscy Czesi, Niemcy czy Francuzi, rozpłynę się w zbiorowej woli plemienia i jako bierna jego cząstka będę płynąć przez życie - i dobrze na tym wyjdę. Oto sposób myślenia, do którego może prowadzić koncepcja ojczyzny jako zamkniętej struktury. Doprowadzona do skrajności koncepcja ta może okazać się szowinizmem, prowincjonalizmem, grupowym egoizmem, ksenofobią i rasizmem. Do czego prowadzą te zbiorowe stany ducha, kiedy obrotnie wykorzystują je nacjonalistyczni przywódcy, wszyscy doskonale wiemy - do przemocy, czystek etnicznych, wojen i obozów koncentracyjnych.

Koncepcja ojczyzny jako struktury zamkniętej kryje w sobie niebezpieczeństwo widzenia w niej raczej nie wietrzonej dziury niż powierzchni, od której człowiek może się odbić, raczej chroniącej go przed światem nory niż obszaru, na którym można się z nim kontaktować, raczej narzędzia izolacji niż miejsca, w którym zaczyna się droga do innych.

Czuję w tym pojęciu, zwłaszcza w jego zdegenerowanych formach, wielką powierzchowność: ojczyzna coraz wyraźniej przestaje mieć jakąkolwiek treść duchową czy jakikolwiek duchowy wymiar, przestaje być zbiorem w ten czy inny sposób doświadczanych czy wyznawanych wartości albo w ten czy inny sposób rozumianym własnym duchowym dziedzictwem i staje się jedynie martwym pękiem swoich zewnętrznych, wypranych z treści atrybutów, jakimi są stroje, sztandary, hasła czy w nieskończoność powtarzane melodie.

Myślę, że świat współczesny powoli przezwycięża tradycyjne pojęciepaństwa narodowego jako jakiejś kulminacji narodowej egzystencji, a więc de facto końca historii. Z punktu widzenia tego pojęcia ważniejsze było to, że naród ma swoje państwo, niż to, jakie to państwo jest i na jakich wartościach się opiera. Stopniowe przezwyciężanie państwa narodowego w jego tradycyjnym sensie powinno moim zdaniem prowadzić również do nowego rozumienia pojęcia „ojczyzna". Powinniśmy uczyć się odczuwać ojczyznę tak, jak zapewne odczuwano ją kiedyś - jako nasz kawałek "świata w ogóle", a wiec coś, co nas lokuje w świecie, a nie coś, co nas z niego wyrywa.

Vaclav Havel

 
- fragment przemówienia, jakie Prezydent Republiki Czeskiej wygłosił w Bundestagu 24 kwietnia 1997 r. (przedrukowujemy za "Gazetą Wyborczą")

"Łabuź" nr 22/1997
[Spis treści]

TO JA DECYDUJĘ

(rozmowa z profesorem Kazimierzem Obuchowskim, psychologiem osobowości)

 

- Wszedł pan do współczesnej psychologii szturmem, książką "Psychologia dążeń ludzkich"...
- To było dla mnie coś niezwykłego. Miałem wtedy 27 lat, dopiero skończyłemstudia. I pod koniec lat pięćdziesiątych wysłałem do Państwowego Wydawnictwa Naukowego maszynopis tej książki. Ale ona leżała w wydawnictwie ponad pięć lat... W końcu książkę wydano. Potem miała tych wydań cztery w Polsce i kilka zagranicznych. A ja obiecałem sobie, że tę książkę będę pisać całe życie.
- Dlaczego jedną książkę - całe życie?
- Nie jedną książkę, lecz o jednym problemie. Gdy jednak na początku lat dziewięćdziesiątych przygotowywałem piąte jej wydanie, które miało być rozszerzone, doszedłem do wniosku, że muszę ją napisać na nowo.
- W Polsce zmienił się ustrój...
- Tak, ale nie to, że się zmienił w Polsce ustrój miało wpływ na fakt, że muszę napisać inną książkę. W tamtej "Psychologii dążeń ludzkich" nic nie było takiego, co bym musiał zmieniać w związku z tym, że zmienił się ustrój. Ale - to cywilizacja się zmieniła.
- W jakim sensie?
- Gdy pisałem książkę "Człowiek intencjonalny", zastanawiałem się nad tym, dzięki czemu właściwie człowiek może coś zrobić od samego siebie. Stale nas uczą, wychowują, socjalizują, ciągle coś musimy zrobić, stale są różne okoliczności, różne sytuacje, zadania. I raptem coś jest, co wynika po prostu z nas. Jak to się dzieje psychologicznie? I doszedłem do wniosku, że jest to tak trudny problem, iż w zasadzie muszę stworzyć osobną koncepcję teoretyczną osobowości. Potem okazało się, że muszę coś jeszcze więcej zrozumieć z tego, co się zmieniło w świecie w pojmowaniu człowieka.
- W sensie jego samowyzwalania się?
- Określiłem to jednym terminem - ludzie zaczęli walczyć o swoją godność.
- ... o godność zawsze ludzkość walczyła.
- Tak. Ludzie chcieli być przede wszystkim dobrymi, godnymi narzędziami.
- Zaraz, zaraz... Ci, którzy siedzieli po więzieniach za swoje idee, nie chcieli być przecież tylko narzędziami.
- Właśnie - siedzieli za czyjeś idee.
- Ja powiedziałem - za swoje idee.
- Za swoje? Wtedy, kiedy czyjeś przyjęli jako swoje.
- Ależ to nie było tak. Iluż szlachetnych ludzi było takich, co...
- To się zmieniło. Bo ilu było w końcu twórców idei, mój Boże... Policzymy ich sobie na palcach, prawda? A tu chodzi o fakt, że po prostu przyszedł okres, kiedy ludzie przestali wierzyć w to, że ktoś może im powiedzieć, jak należy żyć, jaki jest świat. Co jest w życiu najważniejsze. Ludzie doszli masowo do wniosku, że sami sobie muszą odpowiedzieć na te pytania, gdyż sami za swoje życie odpowiadają. Do tego czasu, przez całą naszą cywilizację, od początku, od kiedy znamy historię, było zawsze tak, że mogliśmy odpowiedzialność zwalić na kogoś, kto nam kazał, kto powiedział, kto nauczył. I jako tłumaczenie podawano, że do szkoły "było pod górkę", był trudny ustrój, nie było tego, nie było tamtego.
- Pan jest przekonany, że na przykład Grecy starożytni też tak uważali?
- Tam było jeszcze gorzej. Tam człowiek nie tylko nie decydował o swoim losie, ale ten los był gdzieś przez kogoś wypisany jako rodzaj gry między bogami, w której człowiek uczestniczył nie jako człowiek, lecz jako marionetka. Nim grano.
- A dzisiaj? Jak wygląda odpowiedzialność za siebie?
- Skończyło się. Skończyła się możliwość wytłumaczenia, że ktoś nami gra, że mnie tak nauczono. Ja sam muszę za siebie odpowiadać. Zauważyłem to już w "Psychologii dążeń ludzkich", kiedy zdałem sobie sprawę, że zmieniły się nerwice ludzi. Kiedyś, ja się tak uczyłem na studiach, tak jest jeszcze w wielu książkach, głównym problemem człowieka było to, że człowiek nie mógł zrobić tego, czego od niego wymagano. Bał się, że nie potrafi spełnić roli, do której został przypisany. A tu okazało się, że przychodzą do mnie jako pacjenci ci, którzy odwrotnie, doskonale wszystko zrobili, czego od nich wymagano. Wszystko im w życiu wychodziło, I rodzina, i zawód. Tyle tylko, że w pewnym momencie dochodzili do wniosku, że to wszystko nie ma sensu. Nie wiedzą, co z sobą zrobić. Bo dzieci wychodzą z domu, stanowisko jest uzyskane, dom umeblowany, drzewo wyrosło, daje owoce. A ja mam w tej chwili 45 lat i przede mną stoi jeszcze prawdopodobnie drugie 45 lat... Czy jestem już niepotrzebny?
- Czyli według pana sukcesem rzeczywistym, prawdziwym człowieka jest co?
- Znalezienie sposobu na siebie.
- Odbywać się teraz będzie ogólnopolskie sympozjum psychologiczne, poświęcone między innymi czterdziestoleciu pana pracy naukowej. Wygłosi pan odczyt: "Nauka jako sposób na siebie"...
- Bo dla mnie właśnie nauka była sposobem na siebie. To dawało mi sens życia, gdyż wierzę, że ludzkość staje przed problemami, których jeszcze nie potrafi sobie dokładnie uświadomić, dokładnie wyjaśnić.
- A nauka pomaga je wyjaśnić?
- Może pomóc.
rozmowę, którą z profesorem K.Obuchowskim przeprowadził Włodzimierz Braniecki, zamieścił "Głos Wielkopolski", 15 maja 1997 r.
"Łabuź" nr 23/1997
[Spis treści]