WSTĘP - OBECNOŚĆ - PRZESZŁOŚĆ - TERAŹNIEJSZOŚĆ 1 - TERAŹNIEJSZOŚĆ 2 TERAŹNIEJSZOŚĆ 3
teraźniejszość 3 - archiwum pamięci

SPIS TREŚCI


POMPA W Ł.


Autor poniższego tekstu ukrywa się pod pseudonimem "Kszyk", jest to zarazem nazwa ptaka łownego (Capella Callinago). należącego do rodziny bekasów, z bardzo długim dziobem. W Polsce -przelotny.

Pompa na drugim peronie
stacji w Ł.
sprawia wrażenie bardzo znudzonej.
Siwa, żelazna czapa
zsunęła się na jej oczy.
Jej mosiężny nos jest
stale zakatarzony.
Wydaje się być nadęta tym,
ze nikt z niej nie korzysta.
Chyba, że jakiś podróżny
zechce zmoczyć chusteczkę,
wynagradza mu wtedy chojnie
nią zainteresowanie.

 

Kszyk 1984 r.


Tytułowo zawartościowy motyw pompy w tekście, to fakt autentyczny. Wiele osób może to potwierdzić. Oczywiście, z drobnymi podrysowaniami: - kran i misa ściekowa w formie stylizowanego kielicha kwiatowego, wyrastającego z peronu, Secesyjnie żeliwny odlew.
Pamięć podpowiada zielony kolor?
Przede wszystkim więc, jest to dokument utrwalony w zapisie. W ten sposób uzasadniamy redakcyjny nadtytuł.

 

PKL "Łabuź"

 

"Łabuź" 13/1995
[Spis treści]

WSPOMNIENIE WSPOMNIENIEM POGANIA

i tęsknotę rodzi, czyli moje reminiscencje

Łobez to nie miasteczko dupków żołędnych ani też figur woskowych o maluczkich serduszkach! To miasto mojego życia i umierania! Umierania tak powolnego, że w tym czasie mogłem jeszcze kilkakroć dożyć nowych narodzin w mej duszy i duchu. Tu i tylko tu wylewałem wiadra skrywanych łez kradnąc bułki od piekarzy, gdy żołądek wył z głodu pieśń emigranta. Piekarze łapiąc mnie czasem na gorącym uczynku dawali mi za to "kokosy" (bili po głowie zgiętymi palcami); wówczas bolał mnie nie tylko żołądek.

Tu właśnie chodziłem w drących się butach grając na harmonijce ustnej kolędy po domach, gdzie ktoś o czułym sercu dał mi czasem "rybaka" (stare 5 zł).

Łobez to miejsce, gdzie udawałem głuchoniemego na targowisku widząc stojące drewniane wozy pełne wiejskich łakoci z pół i świeżych jaj. Wygnano mnie razu pewnego z takiej akcji, gdy zapomniawszy swej roli zawołałem: za dużo pani mi nakładła, ja chciałem trochę pieniędzy...

Tu nie słyszano mojego krzyku, jaki mogłem jedynie wydać nakładając szumną powłokę hipisowsko-łachmaniarskiej odzieży, jak mawiała moja matka, bojąc się opinii zastraszonych drobnomieszczanek o rozdwojonych językach.

To właśnie tu włożyłem swój czarny kapelusz, który wywoływał u jednych lęk, u drugich podziw, kiedy scaliłem go z szerokimi na 72 cm spodniami u nogawek. Jasiu "piórko" widząc tak szerokie sztany, zawył głośno: Józek, teraz stara Kępista nie będzie musiała zamiatać chodników o czwartej rano, wystarczy, że raz oblecisz miasto!... Mama zaś wołała: takich spodni świat jeszcze nie widział! No i co z tego, ale Łobez zobaczył i pewnie nie zapomni; nie zapomni też chodzenia na bosaka w wieku 18 lat, co dla jednych byłoby wstydem a dla mnie stanowiło wyzbycie się sztywnych konwencji i swobodne luzowanie w iście hipisowskim image.

Tu ładnie mnie niektórzy nazywali wariatem, ale byli i tacy, którzy chcieliby prześcignąć mnie w mojej niepowtarzalności. Niejaki Franek Reimer przystawił sobie do tyłka na spodniach starą rejestrację samochodową i przybiegł pokazać mi swoje luzactwo, które nie trwało dłużej niż dzień.

Pomimo biedy z nędzą, która gościła w moich dziecięcych latach pod mym dachem w szkole Budowlanej mogłem sobie pozwolić na wiele, ba, na więcej niż wiele. Gierek bowiem ze słusznością stwierdził o ważności wysokiego stypendium dla budowlańców. Ale tak naprawdę to chciałem zostać cukiernikiem, lecz chamowaty kierownik szybko wyzbył się mnie ze swej ciastkarni - to jego stosunek do mnie jako ucznia sprawił, że przez piętnaście lat nie wziąłem ciastka do ust! Straciłem upragniony zawód, ale oszczędziłem zęby - czy to nie wspaniała sprawa?

W Budowlance poznałem ludzi o wielkim sercu i cierpliwości, jaką mnie obdarowali. Zawsze w mej pamięci pozostanie znosząca me "dziwactwa" pani Czesława Rainczuk oraz pan Ludwik Cwynar potrafiący odróżnić inność od wariacji, pobożność od dewocji. To On skierował mą duszę w kierunku filozofii i szukania sensu życia w bezsensie. Tak miło pamiętam, jak potrafił mówić i słuchać, to takie proste i nic nie kosztuje. Dziękuję i pamiętam, panie Ludwiku!

Szkoda, że Budowlanka nie udzieliła mi promocji rock didżeja. Widocznie nie pasowało nikomu, że lepiej znam się na listach przebojów niż na murarce. Nerwowo rozstrojona widokiem nonszalancji (którą mi przypięła) dyrektorka "Sydonii" (obecnie MDK) nie chciała mnie wpuścić na kolejną imprezę. Siedziałem wyjąc do księżyca, wołając w głębi duszy o śmierć. Zabrała mi przecież część mojego życia, nie pozwoliła mi wejść i "wariacko zatańczyć rockandroula". Dziwny i nieświąteczny zwyczaj kłujący prosto w serce mnie, który chciał zawsze być na fali.

A Falą był wtedy nieskażony, głośny rock, on unosił i pozwalał opadać aż na podłogę, aż do bólu.

Moje miasteczko powodowało we mnie raz chęć, by zerwać się jak koń z postronka i uciec jak najdalej, innym razem z silnym magnetyzmem powodowało, że lgnąłem doń jak opiłek żelaza. Letnie włóczęgi i wyjazdy wycięczały fizycznie, pościel u drogiej mamy pozwalała na regenerację, mogłem czasem trochę odżyć.

Nad płynącą Regą posmakowałem brzmienia gitary akustycznej, gdy "bambus" i "balbina" przycinali z wykopem kawałek Hendrixowski - Hej Joe! Mój śpiew o mało nie spowodował, że z podniecenia nie wpadli do nurtów rzeki, widocznie mocno ich przypiekłem vocalem i nigdy tego w trójkę nie zapomnimy.

Zgolone sześć razy na łyso włosy były kontrastem tego, co kiedyś nosiła moja głowa. Nikt nie umiał sobie (bo i po co) wytłumaczyć, dlaczego Józek kochający długie petły może ogolić je na pałę, a mogłem, a chciałem!

Piękno tolerancji i codzienny uśmiech ex dyrektora LO pana Bajerowicza sprawiały, że chciało się żyć! Zrozumieć człowieka! I oto chodzi - dziękuję, panie Bajerowicz, innych zachęcam do żywego naśladownictwa.

Wypite bełta (J-23), wyćpany w krzakach eter czy TRI z husteczki sprawiały, że tzw. świeci tego miasta uciekali na drugą stronę, a przecież mój feeling i hay był taki spokojny i łagodny. Bywali też i tacy, którzy witali mnie swą pogardą i głupim uśmiechem, nie mając poza swym prymitywizmem drobnomieszczańskim niczego innego do zaoferowania. Za tę ofertę nikomu nie podziękuję!

W łobeskiej komendzie milicji potraktowano mnie inaczej niż w Szczecinie, gdzie "niebieskie ptaki" doprowadzały do furii "gliniarzy". Jakże dobrą robotę wykonał właśnie nie kto inny a pan Święty na przesłuchaniu, pytając mnie o "kokę". Nie widziałem w Nim furiata i pałkarza, ale do dziś widzę człowieka, który na mój widok zapomniał (bo chciał) co to jest "gumowa Lola". Więcej takich świętych policjantów, choćby nie z nazwiska!!!

Na mojej ziemi nauczyłem się kochać Boga i ludzi, wprawdzie na swój sposób, ale prawdziwy, bo kiedy na "Dołku" ktoś walnął mnie w twarz na odlew, nadstawiałem mu drugi policzek powodując, że wokoło kilku stołków ucichło na długo. Andrzej Zieliński wyprowadził mnie, by Leszek "krawędek" nie szukał więcej okazji "pokazania swego chrześcijaństwa", ja zaś napiłem się dobrego wina u Andrzeja i dostałem dwie czyste koszule. Był to pierwszy człowiek, który nie używał wulgaryzmów i nie uznawał gwałtu, jego pióra sięgały do pasa, a serce aż do niebios - dzięki Andrzeju.

Co teraz?

Andrzej dał mi Biblię i wzbudził pragnienie duchowych poszukiwań i podróży, co nie bardzo podobało się innym. W Łobzie nawet spacery po wyznaniach traktuje się jako heretyckie wystąpienie, może dziś jest inne moje miasto?

Nie! To dalej moje miasto (inni wolą uznać je za miasteczko), ale to ich broszka! Łobez to nadal miasto życia i śmierci, smutku i radości. Boga, ludzi i aniołów a nawet i samego diabła, ale to Moje Miasto, do którego tak zawsze tęsknię i przyjadę z radością serca, jak zwykle niepowtarzalnie i niekonwencjonalnie. Dalej spotykam tu blaski i cienie, a też i takich, którzy mają mnie za dziwaka, świętego czy nawet hipisa. Jeśli przyjadę to nie inaczej, jak tylko jako ogniwo łączące lata 70 z latami 90, bez pozoranctwa i fałszywej pobożności.

Aha, to miasto "Łabuzia" i nieustraszonego Leona, który namówił mnie do pisania i nigdy nie bał się, że ktoś wybrudzi jego dywan buciorami - tak trzymaj Leonie, a Moje miasto niech nie tworzy Legendy z legendy, bo legenda zawsze żyje, nosząc nowe imię nadane przez (?) jako "Cichy wiatr".

Żegnam dziś moje miasto, by przywitać Je jutro, a może jeszcze dziś.

 

"Hey"

 

"Łabuź" 16/1995
[Spis treści]

PIGMEJ CLUB

Zaczęło się szóstego maja 1960 r., gdzie dziś Stacja Diagnostyczna - Naprawy Szybkie; tam właśnie - inicjatorzy. pomysłodawcy i wykonawcy: Ognisko Krzewienia Kultury Fizycznej "Błyskawica", Zarząd Powiatowy ZMS. Ruszyło z kopyta: tańce - radio z adapterem, kilka płyt, reszta - większość oczywiście - zakazany ideologicznie towar z przemytu, z prywatnych kolekcji, także Heńka Sawickiego, pseudo artystyczne "Fabian", który w tym roku ze Szczecina na parę miesięcy do Łobezu z zespołem "Cienie" i tutaj, w "Pigmeju". szykował się do podboju estrad. "Pigmej Club" tak napisał Bolek Szałkiewicz, nad oknami od strony boiska. Kazik Małecki - pomysłodawca zaakceptował i tak zostało. Poleciało: stół do ping-ponga, tańce, brydż, gry świetlicowe, tak wtedy nazywał się cymbergaj, no i turystyka w okolicy i dalej. Bywało skandalicznie bo nieobyczajnie, to co teraz norma, wtedy wygłupem. Więc różnego rodzaju naciski i ograniczenia: bo to wicie-rozumicie, ten-tego, te-rzeczy, więc dobrze by było - trzeba, musisz, koniecznie należy, żeby ten tego te rzeczy - rozumicie...

Był Młodzieżowy Klub Kultury "P i g m e j  C l u b", w sprawozdaniach. Jak najbardziej wizytówka na województwo i Polskę, gdzie także kluby. Może nie takie ciasno-własne, ale Kluby. Adam Ilewicz przewodniczący Rady Klubu zezna resztę. Na razie o niesfornej ideologicznie świelicy tyle. Nie kształtowała ona, nie wychowywała w kierunku pożądanego ogłupiania. Jeśli już to buntowała. Nieuporządkowane rozwichrzenie leżało u podstaw organizacyjnych: Samozaradność, Samowystarczalność i Samopotrzebność. W roku 1963 Klub przygarnia Powiatowy Dom Kultury, gdzie dziś kino "Rega" był on, a przedtem Sala Miejska. W niej: zabawy, masówki, akademie, występy, wystawy, targi, pokazy, zawody sportowe, wiece, zebrania, pokazowe rozprawy sądowe...

Wieczory, nie tylko taneczne, także poetyckie, literackie. Pytajcie Sabiny Bil, bo ona to przede wszystkim. Plenery i wystawy fotograficzne, turnieje recytatorskie, Teatry Poezji, Klub Krótkiego Filmu, spotkania z aktorami i pisarzami, występy teatru "Krypta", koncerty muzyki przy świecach i kawie, bale: gałganiarzy i przebierańców, karnawałowe. Sylwestrowe, Andrzejkowe, Rybki, Śledziki, turnieje - rozgrywki szachowe i brydżowe.

To był punkt, miejsce, skrzynka, gdzie: listwy, deski, gwoździe, cos tam zawsze można było zrobić, bo byli ochotni i zdolni. Należało tylko zagrzać, wskazać cel, kierunek, istotność, sens. To byli przecież normalni, zwyczajni ludzie, tacy sami jak teraz, zawsze i wszędzie. Potrzebna jest tylko siła sprawcza, która ich uruchomi - chwytliwy i poruszający wyobraźnię pomysł...

Tak jak i teraz. Bez mała po dwudziestu latach utajonego letargu, na tamtych korzeniach (Pigmej), nowe pędy. Zbyszek, on jest tym pędem, który robi interes. Pozornie. To tylko chyba powierzchnia. Pod spodem tego interesu jest coś więcej i bogaciej. Bo niby skąd i dlaczego STILL BLUES tak chętnie tam grywa? Wali się tam wiara na piwo, posiedzieć na stołkach przy barze. Niewymuszona atmosfera, przytulność - jak u siebie: znajomi, koledzy, uśmiechy, życzliwość, szacunek, sympatia. Jakim - kim by się nie było, zawsze przecież jest się człowiekiem. Tego potrzebujemy my - każdy i taka jest składowa naszych codziennych potrzeb. Życie nigdy nie było idealnie wyrównaną płaszczyzną; zawsze wielość: doły, wąwozy, jary, niziny, zapadanie, pagórki, wzniesienia. Nasza wielopłaszczyznowość, która zmiennie-przemienna pulsujących odmian rytmem: tak i inaczej, raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Od szczęśliwego przypadku do zbiegu trafionych szczęśliwie okoliczności. Rozumie i nie rozumie: czarne, białe, zimne, gorące, mokre, suche, barwy, kolory, temperatury, konsystencje, treści, zawartości, teksty, podteksty, znaczenia, nadania, chcenia. pragnienia, życzenia, dążenia. Wielopoziomowa wartość przejawów i objawów. To my, to wy, to one. Wszyscy razem i każdy z osobna. Jak pył kropli, okruch czegoś co jest. A potem..

 

leon

 

"Łabuź" 13/1995
[Spis treści]

PUNKT

Od zawsze, rok 1945, początku. Dawniej - wcześniej, też, chyba, może - na pewno (?). Nie wiem. Nikogo to nie obchodzi. więc tylko może... W tym miejscu: ul. Niepodległości, wcześniej B. Bieruta, a jeszcze - Kajzer Wilhelm Strasse. Punkt miasteczka, może jego pępek, węzeł, zawiązanie, guz, supeł? Cyrulik, golarz, balwierz, fryzjer, zakład. Teraz Salon Fryzjerski. Tak, właśnie - Salon, z szykanami: usługi męsko-damskie, strzyżenie, golenie, układanie i czesanie, kosmetyka włosów, środki do używania i utrzymywania ładu na głowie. Atmosfera, elegancja, smak, klasa, sympatia, życzliwość, uśmiech, zrozumienie, serdeczność. To wszystko czego brakuje gdzie indziej. Tam było, jest i będzie, od zawsze. Przemiany obyczaju? Tak: plastyczny wystrój, wyposażenie, osoby, tematy, teksty, podteksty, odesłania, przytoczenia, szyk zdań, wyrazy, słowa, pauzy, ruchy, mimika, gestykulacja, ekspresja, narracja, fabuła, wątek, prędkość, gęstość, rzadkość, krótkość, długość. To tak. Odmienność zamienna. Ale sam fakt? Punkt, Salon, Zakład? Kulturowa wartość miejsca, do którego się chodzi, bez przymusu, z ochotą, jak tam, gdzie jest się mile widzianym i oczekiwanym gościem. Atmosfera od zawsze - rok 1945 początku - pamięciowe odtwórstwo. Pan Adam Jegier, a może ktoś inny. Jeśli tak, przepraszam, ułomnym. Film zapamiętanych twarzy: stara gwardia, dosłownie i w przenośni, jako że KS "Gwardia", było coś takiego, wcześniej "Traktor", później "Budowlani", "Olimpia", "LZS", "Metalowiec", HKS "Zryw", "Ogólniak" - sportowe drużyny - piłka kopana i jej kibice w salonie u p. Jegiera. Postacie, nazwiska, słowa, historyjki. opowieści, obrazki, zdarzenia, fakty, ciasna pojemność ograniczonych zapamiętań. To tylko czołówka, furtka, drzwi, brama, przez którą próbuję wejść na zakazany teren. Tam chwasty, zarośla, burzany, nieużytki, odłogi, ugory, dzikie pola pomiędzy którymi skojarzony czar barwi i mami. Przyciąga, przywołuje, przyzywa, znak daje. Jest czymś. Co to? Można powiedzieć: k u l t u r a ! Niczego nie wyjaśnia taka odpowiedź, dlatego tylko taka jest wartość naszej obecności Teraz i Tutaj, co pamiętamy. A co? Chyba nic, bo nam nie wolno. Ma być głucho-ciemna pustka. I jest. Materialny skład, rzeczywisty ład i pozorowany blat. Magazyn, w którym: myszy, szczury, psy, koty i inne różne - poprzeczne i podłużne, prywatną nędzą żałośliwego ubóstwa, ropuszo-nadęci skrzeczą: Kultura to ja! I glansując do pokazowego połysku - pucu, pucu, jak w oczy błyszczy - ślepcy...

 

leon

 

"Łabuź" 13/1995
[Spis treści]

SIEDEMDZIESIĄTE

Heńkowi na imieniny 1993 r.

Docierały odgłosy, bez żadnego porównowywania jakie, po prostu różne. Tyle tylko, że tutaj w miasteczku były one rodzajem wyolbrzymionego echa tego, co tam na wybrzeżach (Szczecin, Gdynia, Gdańsk) było groźnym żywiołem porzucającym oto wygodnej otępiałości legowiska. Zaczerniałym wypaleniem zgaszonych słów głownie, opowiadaniowe iskry płomieni, wstążka krwi, niewidzialnych kuł milknąca palba. Był dramatyczno-tragiczny czas przekazu bez unaoczniania, rozumowego uzmysławiania: faktów, zdarzeń, kolei, następstw, skutków. Oto coś tam sobie, a my żytem, żytem i w kartofle. Był grudzień, więc szydząca śmieszność autodrwiny skąd na podjęzyczu, chyba stamtąd!. Bo skąd o tej porze roku plony? Kipiącej ironii rozbrajające lekarstwo. Coś tam jednak musiało być, skoro alarmowe dzwonki pamięci śmiechu. Jeszcze teraz. Miasteczko. Jakie ono - kieszonkowe; włożysz rękę i już od razu wiesz co, jak, gdzie. Wygoda - oczywiście, nic trudnego do sprawdzenia. Przez tuziemców zabieg ten jest nałogowo, wykonywany codziennie, na okrągło. Przewija, rozwija, dowija, sypie, szczypie, rozdziera, smaruje, zaognia, łagodzi, boli. koi. Obyczajową wzajemnością - wszyscy każdy z rzędu jak trzeba, musisz, należy, koniecznie. Teraz z perspektywy lat i rozumienia, to się widzi: fakty, odniesienia, podteksty, odsyłacze, nawiązania. kierunki, wyrazy, tamtejsze potrzeby. Ale wtedy? No, coś tam było. Jakaś: ciekawość, radość, zainteresowanie, niepokój, przestraszenie. trwoga - dalej: potrzeba, pragnienie, ochota, zapał, entuzjazm. Docelowo jednak: unormalizowana małego miasteczka powierzchowna skóra ściaśnień i tyle. Drabiniasty kurnik ograniczonych potrzebności. Warstwy, poziomy, powiązania, zależności, supły, węzły, guzy, splatania, zamotania, skłębienia. Niezmienność stałych trwałości. Wyrazistą kreskę podziału: My - Oni - jednoznacznym umundurowaniem. Korytem Regi dwa pośladki domów. Wstydliwy odbyt - rzeka - romantyczną dumą przepływu zdobiąca. Wara więc z bezczeszczącym porównowywaniem. Rega - trzecia co do wielkości rzeka Polska samodzielnie wpadająca do morza. Dowartościowujące uwzniaślanie się. Tutaj na gruncie, od zarania PRL-u, 12 czerwca 1946r. Eszelonem transportu kiełek. Teraz świadomość. Pępowiną na złe i dobre, razem - wspólnie, ogłupiając ubożeliśmy. Dziwność nierozumiana. Wtedy - lata czterdzieste: siłacz, mocarz na kształt miasta mięśni. Teraz - lata dziewięćdziesiąte: kieszonkowych półdupków miasteczko. Kto dorósł. kto dojrzał, kto odpowiedzialny? Co Jest trwałą materią działania, skoro przemienna płynność ubożeniem. Retoryczna figura zabudowy - oczywiście, zmieniła się i to bardzo, na niekorzyść. Ale jeszcze jest znakiem, funkcjonuje. Podstawowe wymogi: urzędy, mieszkania, zakłady, sklepy, biura, ulice, warsztaty, domy, chodniki, ogrody, zieleńce, drzewa, krzewy, żywopłoty, zarośla, budki, stragany, ławki, place, latarnie, -mosty. Nawet jest fontanna, w której ponoć... Inauguracyjne tam nóg mycie, późny wieczór - g. 24.00, 22 lipca 1970 r., z Edkiem Jakiszem wracając z tłoki na polanie. Fakt wzbogacający kartotekę milicyjną, bowiem nazajutrz oferował funkcjonariusz MO za duże sandały. Chodziło o to, aby znaleźć winnego nocnych wygłupów, które widoczne były: kosze na śmieci, ławki w fontannie. Oczywiście, arogancką krnąbrnością zepsułem dochodzenie. Przyznałem się tylko połowicznie, zgodnie z tym co było. Zmaterializował się więc w opinii tylko swądek przypuszczenia: (bo wicie, rozumicie. Jednakowoż sandałów to on nie chciał - czymu)! Oto szkopuł. Niby tak, a jednak do kompletu brakuje czegoś. Ugruntowany tylko smrodek podejrzenia. Tak więc skoro wtedy chlubna fanfaronada. to teraz kombatant... A co skoro anarchia, entropia i zupełny bezwład - praworządnością. Tak to więc już wtedy, do twarzy było z wyrazem przygłupa na ustach, więc teraz kompletny komplet. A co. Tłuściejąc w sobie zapuszcza się korzenie - wzrasta: dom, żona, dzieci, stanowisko, funkcja, opinia, sąsiedzi, koledzy, znajomi, związki, zapętlenia. ustawowo - ty mnie ja tobie. Albo inaczej, po szalbiersku, ale sprytem wycwaniakować - moje na górze. i bacikiem kpiącej drwiny po pęcinach, niech respekt czuje. Na drugi raz nie fiknie, nie podskoczy. A co. Skoro zasranym obowiązkiem doczesnych wartości, demagogicznie ułatwiana interpretacja. Przecież to wszystko i tak jest pozorne - niby na niby.

W latach siedemdziesiątych: ja, już, jeszcze, nie, dopiero, ale Bogdan - młodszy braciak, nauki pobierał w LO miejscowym, gazetę tamuj wydawał, "Gilotyna" jej było. W on czas grudniowy, sposobami: przez kolegów, znajomych, pociotków, współredaktorów, załatwił dojście do powielacza w "urzędówie", wtedy Jeszcze PPRN, gdzie szefem - pierwszej wielkości gwiazda firmamentu, był niejaki Franek. Nominalnie przewodniczący "prezydjumu". Teraz z odległości namysłowo-kombinującej myślę, że także pokierunkowy-wał Mietkiem - pierwszym w KP. wszakże sam potem sekretarzował lat kilkanaście - robił za gipsowy odlew glinianego Boga - teraz hołdy, wiwaty, klaka - a co...

W grudniu, kiedy na wybrzeżach, niekiedy: znajomi, koledzy, pracujący w MSW - milicja obywatelska też tam podlegała, wysłani z ekspedycją do tłumienia rozruchów i powróceni, opowiadali. Bardzo po ludzku, zwyczajnie po naszemu. Jak wszyscy każdy: krew - strugi, pożar - płomienie, woda, sikawki, tłum, gwizd kul, strzelanie, zabici, ranni, motłoch, gawiedź, strach, trwoga, panika, lęk. przestraszenie, bicie, gonitwy, ucieczki, sztorm, kołysanie, "choleragowico" - wychodzili na bohaterów. Byli tam, widzieli własnoocznie, uczestniczyli, teraz są już cząstką faktów. A my co? Ubogo biedni prowincjusze. Oni coś, a my nie. Więc co? Zazdrość. Nieważna przecież strona, kiedy galop wydarzeń tętentem odłamków... Stop. Zakaz. Palba. Franek przyuważył - wypatrzył Bogdana, kiedy korytarzem zaaferowany urzędniczył. Taka była potrzeba chwili - grudzień 1970r. Rygorystycznie wymierzając pytający palec - co robi? kto pozwolił? dlaczego? Strzelił -nie wolno, trafiając stremowaną tarczę w skutecznie rozmiękczony przez Grono liryzm. A on. działał przecież samoobronnie, przyszłość pokaże, że owocnie. Był gipsem. Jest emerytem. dożywając zasłużonego spokoju, godnie i statecznie. Jak przystało...

 

leon

 

"Łabuź" 13/1995
[Spis treści]

KLIENT

Był rok tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty pierwszy, szesnaście lat po wojnie. Miasteczko jak zawsze; gnuśnie stłamszonych ospałości zniechęcaniem. My jednak byliśmy... Była okazja i możliwość. Fermentująca młodość nie pozwalała "skapcanieć". Grzechem więc byłoby... Chociaż, w owych czasach nie wolno było o grzechu mówić głośno - trwożliwy bat donosem strachu świstał w uszy, to jednak grzechy się popełniało, cichcem i rozlicznie, nie mniej i nie gorzej niż teraz. Z taką może różnicą, że było one "grzeszne" z większym i prawdziwszym poczuciem smaku. Społeczny gust był inny, mniej prostacko bezczelny, chyba, może. Było się. Grzechem zaniechania więc byłoby - z dwoma lewymi rękoma urodzony w niedzielę, nie wykorzystać możliwości i okazji, która sama pchała się w ręce: - Dorocznie - Okresowe Zebrania Sprawozdawczo Wyborcze Powszechnej Spółdzielni Spożywców. W onym czasie, lokalnie handlowo-sklepowy "impotentat". Możliwości stwarzał Klub tejże Spółdzielni, nad restauracją "Klubowa". Przedwojenny budynek w miejscu obecnego Domu Kultury i słynny październikowo-pijany pożar, który go strawił w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym szóstym roku. Na społeczne zapotrzebowanie powstał więc niejako kabaret "Klient", wywodząc się wszakoż z hardego uporu młodzieńczej przekory: żeby nie gnuśnieć stadnie dojrzałym rdzewieniem, tylko coś robić skoro jest popyt. To był program. A plan? Być usługowo użytecznym, robić coś skoro jest otwarte okno możliwości - ludzko człowiecze potrzeby, które w nas zawsze i wszędzie są i ujawniają się. Tak było, jest i będzie. Potrzebne jest nam: bycie, potwierdzanie, społeczne uwiarygodnianie pożytków swojej obecności i przytomności. Wzajemnie, uzupełniając się stadnie zorganizowanym działaniem, czynimy to. Nie umiemy, nie potrafimy, nie chcemy, przyzwyczailiśmy się, uzależniliśmy się, żeby razem, wspólnie. Dopiero masa ostrzy nam smak; wartości, korzyści, ceny, apetytu, chęci. Przelotnie okresowe zjawisko "Klienta", parę miesięcy; od stycznia do maja, kwietnia. Dopokąd planowo nie został sformalizowany - propagandowo ozdobny wypełniacz: "Po linii, na bazie!" - składowa część ogólnego ogłupiania. Pakuły, ich zwitek udatnie polerujący gładką sprawozdawczo powierzchnię udawania. Jego - "Klienta" przekwit to dwa programy, około dwudziestu występów: Łobez, Resko. Kto to robił? Myśmy to robili. Dziewczęta i chłopcy: - Wala, Janka, Janeczka, Mirka, Marysia, Krysia, Elżbieta, Małgosia, Czesia, Stefa, Andrzej, Kazik-"Słoneczko", Leszek, Krzysiek, Janek, Janusz, Tadek, Zbyszek. Odchylone "świry", bo wtedy mieli nierówno pod sufitem - odwagę bycia na tyle "bezczelnymi" i szczerze uczciwymi, żeby wprost od korzeni, bez upozorowanych zakłamań, być dumnym krzakiem a nie wyniosłym drzewem. I żywiołowego odczuwania rozchełstanymi gałęziami radości, przetrawić, wchłaniać i wydalać. Stetryczeją dopiero później, zgnuśnieją, nabiorą sadła, dumy, powagi, chełpliwości, pychy, obskurantyzmu, udawania, pozorowania, kombinowania, cwaniakowania, afiszowania, manifestowania, kłamania, pokazywania, udawania, chowania, zdzierania, wiązania, ściskania, cerowania, ograniczania, przymykania. Taktycznie i strategicznie wydorośleją. Potrzeby i konieczności bieżących wymogów okażą się najistotniejsze. One zawłaszczą, ubezwłasnowolnią, podporządkują i rozgrzeszą. Ale wtedy, w czasie dziania się "Klienta" byli jeszcze na nogach i bronili się przed: żylakami, odciskami, obręczami, taśmami, biurkami, szufladami, fotelami. Szczerych uczciwości radością odbierane było, wyzwanie pod górkę buntu, szło się więc. Wyczuwało się, fermentującej młodości konieczność i potrzebę. Należało - miało się ambicję, wyklarować ten zaczyn, i to było chyba to. Był bowiem dalszy ciąg szczegółów, jeszcze...

 

leon

 

"Łabuź" 13/1995
[Spis treści]

KIESZONKOWO

Dawniej, kiedy chlubnie prawdziwą dumą zaszczytów, nosiło się uszyte na miarę prawie że przez "domowego krawca" ubranie. Tradycja bowiem zakładów krawieckich samoczynnie przechodziła z pokolenia na pokolenie, znajomość więc i zaufanie do mistrzów igły także. Toteż ubranie, garnitur uszyty na miarę, przez takiego "domowego krawca", leżało jak ulał; przykrywając, maskując, gubiąc to co wstydliwego w sylwetce a pokazując, uwypuklając, obnażając to, co godne. Niepisany obyczaj wzajemnego zaufania: wspólne dowcipy, wspominki, sytuacje, nostalgia, melancholia, sentyment, przyzwyczajenie. Coś tam było pomiędzy krawcem i klientem. Jakichś serdecznych uczuć niciany związek. Ale jaki to konkretnie, nie wiem. Może to wspólnie niedopowiadana tajność doznawanych radości? Nie wiem. Ale nikogo, chyba nie powinno dziwić stwierdzenie: - to miarowe ubranko skrywało w sobie i było tymi wszystkimi różnymi dziwadełkami i innostkami, których my współcześni jesteśmy pozbawieni - ociosani cywilizacyjnie - wygładzeni. Skrojone na pojedynczą miarę i uszyte do osobistego noszenia ubranie, nie za ciasne i nie za obszerne, w sam raz jeden, drugi i trzeci, w kolejności za sobą: Dziad, ojciec, syn, wnuk, prawnuk. Wszyscy jak się patrzy i jak się należy - zwyczajowego nawyku obyczajem. Zaliczka, zamówienie, miara, krojenie, fastrygowanie. Bo taki fasonowy majster miarowy, "domowy krawiec", mistrz igły, czeladnik, "rzemiocha", zawsze wszystko sam robił. Niekiedy tylko, rzadko, posługiwał się uczniem, który dopiero powoli się wciągał w zawód, więc jeszcze nie miał potrzebnego starania o solidność. Tak więc majster wszystko sam pilnował i powoli, zawodowo wyćwiczoną starannością, uładzał i poprawiał: zawód szycia i te inne pochodne: żonę, kobitę, babę, majstrową, działkę, pole, sad, ogród, pasiekę, politykę, życie towarzyskie, dom, las, bo i polował lub też kłusował czasami. Był mężem, ojcem, głową rodziny, członkiem honorowym i zwyczajnym obywatelem, posiadaczem, właścicielem, zatrudniającym, pracującym, kierującym, sam jeden osobistą prywatnością pojedynczości, skazany na samodzielną i samowystarczalną dzielność i zaradność. Taką samą jak w kieszonkowym miasteczku, zwyczajowe normalności grabie, które wiadomo: muszą grabić do siebie, innych jeszcze nikt nie wymyślił. A z grabiącymi do siebie sąsiadami, z rodziną, to i owszem dobrze na fotografii, starając się żeby siedzieć w środku, bo jak się jest z brzegu, to mogą uciąć. Wszyscy znają tę mądrość i praktykują pospólnie. Sam więc, swoją osobistą prywatnością grabił nam ubranko, taki ten porządny "domowy krawiec" i ponosił za nie odpowiedzialność, gwarantował. Nosiło się więc je i chodziło w nim jak w skórze: wypisz, wymaluj ze starszego brata ściągniętej, tak młodszy był podobny, że donaszał ubranko. Dumny był majster z tego i słusznie. Fama się za tym niosła. A on tłuściał radośnie. Klientela sypała się jak z rogu obfitości, miał markę i zakład w ręku i na oku, gwarantując jakość. Przyjmował więc zamówienia i realizował je w terminie raczej, z sytuacyjnymi wahaniami. Jak to różnie zawsze wypada - bęc! Jednak bez gardłowej nawalanki. Był na miejscu tradycyjnie "domowego krawca". Każdego "ćmoka" przyjmował grzecznie, ale obsługiwał po swojemu, na zawodowych umiejętności wyczucie. Wiedział, co komu się należy. Fach miał w ręku, w palcach, w oczach, w języku, w głowie, w uszach, opanowany na bieżąco. Był przecież z dziada pradziada krawcem, a taki musi...

Manekin w takich razach bezwzględną koniecznością, miękki i przydatny do przypinania jest potrzebny: miarka, przymiarka, pasowanie, podkładanie, zaszywanie, naciąganie, wykańczanie, gładzenie, poklepywanie istotną czynnością wszakoż. Tylko w tak dbale sporządzonym ubranku było się pełną miarą dopiero szykiem, elegancją, pokazem bez udawania, bo to było indywidualnej prywatności osobiste ubranko, a nie wypożyczony z taśmowej wytwórni łach. Miało więc ono, tak jak każde miasteczko swoje marki, zakamarki, place, skwery, aleje, tajemnice, klapy, fałdy, zmarszczki, kieszenie, kieszonki, patki i inne ukrycia. Jak to zwyczajną normalnością: - było czymś żywym, na żywym! To samo, chyba, może, raczej na pewno, mają do siebie małe miasteczka, te kapuścianych upierdliwości, kurduple kieszonkowe. Indywidualnie prywatne osobistości, pełne tajemnic, wstydliwości, intymności, różności bezimiennych. Wszyscy niby widzą to samo, ale nikt nie nazywa tego głośno, jest więc obrazowo nijakie. Toteż są one bez porównań, bez przymiarów, przypuszczeń, założeń - podobieństwo napomknięto jedynie.

II.

No i zagrała kieszonkowość miasteczka. Doroczna "szwancparada" na dwadzieścia cztery fajerki. Wyścig kolarski z udziałem sław, przemianowany później, kiedy już zabrakło jego inicjatora, w Memoriał jego imieniem, a jeszcze później, kiedy już zaczynało brakować wszystkiego, w naturalnego denata zwłoki pamięci i westchnień: -"kiedysiów i gdybań". Na razie feta. Pachnąca słońcem niedziela, bo lato, czerwiec lub lipiec. Godziny wczesne popołudniowe. Zbiorową trzykrotnością w miejscowym kościele odbyty żal za grzechy. Stateczny obiad z "postnym kurczakiem" na zakąszenie. Nimb dostojeństwa. Zradiofonizowana pętla, okalająca pępek miasteczka, trasa okrężnego wyścigu. Na głównej ulicy umajona trybuna z akcentami propagan-dowymi, bo "czerwone pająki" dbały o "igrzyska" dla ludu. Wapnem wyrysowana na bazaltowej kostce bruku kreska: Start, Meta, wyżej takiż sam transparent na zwyczajowo przystosowanych do tego celu słupach. Stumetrowymi odcinkami wyskalowane ostatnie pół kilometra przed metą, ten i jeszcze inne dopingi zagrzewały zawodników. Pół miasteczka wyległo na ulicę, nie, tylko na chodnik - "łapsy" nie pozwalały dalej. Należało więc "kulturnie", grzecznie, w kratkę, całościowo, pokazowe, gromadnie, rodzinnie, zbiorowo, stadnie bądź połowicznie, przez okno, jeśli się mieszkało przy trasie albo miało znajomego. Grzało się walką, zachęcając do boju. To się już umiało, na pamięć i na wyrywki. Swojsko było, ciepło, przytulnie, sielsko, jak w kieszonkowym miasteczku - moja danka przytulanka! Wyścig odbywał się już od paru lat, rokrocznie. Przećwiczone więc były organizacyjne sprawności, funkcjonowały bez grubszych zgrzytów. Drobne jednakże bywały, bo gdzież ich nie ma? I nie chodzi o drobiazgi typu: - kij się znajdzie, bo to zawsze i wszędzie. Ale o takie inne, jakby na ten przykład wziąwszy: niespodziewanie znalezienie w kieszeniach czegoś, co najsamprzód nie wiadomo czym jest. I dopiero trochę później, na którejś tam stronie rozumienia, wie się, co jest grane, który rozdział, kartka, książka, biblioteka, kiedy się wypożyczyło i czy czas już zwracać. Podobnie było i w tym wypadku. Wyścig już trwał. Ściganty były na rowerach i na trasie, okrężnej. Bo na okrężność - pętlę - oni się ścigali. Trybuna przy głównej ulicy, gdzie start i meta także lotnych finiszy, komisja sędziowska na niej, oficjalnie, ci lepsi, sprytniejsi i bezczelniejsi także. Pozostała reszta stłoczonych na skraju chodników: - skrzyżowania ulic, zakręty, przed trybuną i poza nią. Tłok i przepychanka ale w zwyczajowej normie takich razów. "Łapsy" pilnując zasługiwały się okazją, bo to było jak talala. Można było bohatersko i ofiarnie się wykazać. Zawsze przecież w takich sytuacjach, łaskawe oko dobrego pana, może zauważyć i zapamiętać. Ma się plusy wtedy jak w banku. Spiker imprezy, czyli robiący podkład dźwiękowy pod film nazywany Wyścigiem, jedzie konno na mikrofonie przez przeszkody, skacząc wyćwiczoną płynnością słowolejstwa. Raz wyżej, raz niżej, zależy, o co właśnie chodzi, chociaż i tak nikt nie zwraca dokładnie uwagi o co. On jednak robi swoje. Więc głos płynący z głośników, na całej trasie okrężnej pętli, odbity od murów i załamań, kolejnymi odbiciami, wpada do uszu bełkotliwym pogłosem pomieszania nakładających się na siebie warstw. Ale z grubsza rzecz biorąc to i tak wszyscy wiedzą, że chodzi o ściganie; który pierwszy, a który dalej. Widać przecież wyraźnie, to się wie. A czasami to nawet uda się coś niecoś usłyszeć. I tak w tym zlepionym pomieszaniu prywatnych widzeń, słyszeń i rozumień Wyścig trwa. Pętla, lotny finisz, dzwonek, oklaski, chybienia, dudnienia, wycia, zgrzyty, trzaski, głosy, kłosy, brawa, krzyki, ryki, wyki. Wyścig trwa. Ścigają się, pewnie nie o czapkę śliwek, organizatorzy zadbali, żeby było o co. Toteż teraz ci tam ścigani kręcą i wiedzą, po co to robią. I naraz ktoś inny, z jakiejś innej książki, znajduje w swojej kieszeni jakąś inną potrzebę. Coś, co całościowo rozumie on, no i może jeszcze pani. Coś pilnego, ważnego, koniecznego. Po kolejnym więc okrążeniu wykonanym przez grupę ścigantów, w spokojniejszej już chwili poluzowania, wyważonym głosem leci komunikat: - Proszę państwa. Komunikat specjalny: zawodnik drużyny piłkarskiej MZKS Światowid - tutaj pada nazwisko - proszony jest o jak najszybsze przybycie na stadion.

Po latach okazało się, że komunikat o takiej treści zaadresowany imiennie i osobiście dotarł do właściwych uszu, w efekcie czego Rysiek strzelił dwie zwycięskie bramki, jako że w tamtych czasach miejscowa drużyna tylko wygrywała, a fakt ten do dziś dnia nosi w kieszonce prywatnej pamięci uszytej przez "domowego krawca".

 

leon

 

"Łabuź" 18/1996
[Spis treści]

SCHODY DO NIEBA

W zapamiętania mgielnych skłębieniach było coś takiego, a nawet jeszcze jest. Czesiek, młodszy kolega w przypadkowej pogawędce rozmowy na przeszłe tematy, jak to zwyczajowo. Naciskając pewnie tylko wygłoszeniem, gotowego spustu klawisz wyliterowanym hasłem: schody do nieba, wywołał skojarzeniowy ciąg, który samoczynnie zarysował obraz, zdjęcie, może film, klatkę, kadr, sekwencję. Teraz próbuje się to zapisać, bo może taki jest właśnie gatunkowo-rodzajowy utrwalacz?

Wczesne lata pięćdziesiąte - pierwszy, drugi. Nie uprzątnięte jeszcze zwałowiska gruzów, porosłe chwastami i wiatrosiejnymi krzakami. Przy ciągu ul. Kościelnej, róg Mickiewicza. Z rozrzuconego nieładu cięgieł, wyrasta sterczący w górę ułomek ściany. Widać przysypany do połowy wysokości parter i przeczuciowe zarysowane resztki pierwszego piętra. Zwarta bryła trzymających się pozostałości byłego budynku. Domyślane fragmenty, dowidziane szczegóły, spod kruszącego się płatami tynku pokazujące się cegły muru. Oczyma wyobraźni wypatrzone i zapamiętane jakieś bliżej nie nazwane detale architektoniczne. Poza tą narożną wyrazistością, w głębi, dwa segmenty schodów ułożone w skośnobieżnej przeciwstawności prowadzą oczy... Górny element niepełny kończy się, frędzlasto urwanym postrzępieniem zlewając się z niebem. Wyrastające z gruzowiska schody. Dostępne, używane, obecne. Pewnie się nimi wchodziło (?). W strachu, bo bez barier one, poręczy, wiszące w powietrzu. A pytająca niepewność zapisu to chyba dlatego, bo wchodziły tam kozy. Nie można było być przecież gorszym od nich. Chłopacka ambicja nie pozwalała.

Hasłowo wywołał Czesiek pamięciowy obrazek schodów do nieba, teraz w zapisywaniu go rozczytywaną treścią odtwarzany. Spoza późniejszych, różnego rodzaju tematycznych i poza warstw i zmaz, odsłaniają się i wycierają, pokazują, ujawniają i oświetlają, coraz to jakieś dodatkowe dopełniające obrazową całość, szczegóły. Tak może, właśnie wygląda sprzątanie komórki pamięci - ? Nie wiem. Na to pytanie mógłby chyba odpowiedzieć Kazik, który jako swojak , wprawdzie tylko przeszczepiony, ale wrażliwymi więzami młodzieńczo przezywanych emocji, jak cała nacja wywodząca się z Kresów, uczuciowo na trwale sklejonych z miasteczkiem. Teraz - lata dziewięćdziesiąte jako profesor psychologii, a wtedy - lata czterdzieste i pięćdziesiąte, jako unaoczniający i obecny rejestrator, mógłby dokonać wartościującej oceny tego przypomnianego faktu. Gdyby tylko zechciał...

Literowanie, artykułowanie, przypominanie, zapisywanie. Gramatycznie obrazowym ułagodzeniem rysunkowe utrwalenie. Nie musi być ono chyba aż tak akuratne, jak układanie cegieł w murze: rząd, szereg, pion, poziom, kolejność, liczba, suma, cyfra, kwota, norma, miara, ściana, rekord, budynek, dom, szopa, rudera, ruina -? Podobieństwo jednakże jakieś jest. Może tylko w wyobraźni - ? W takim razie idźmy dalej tym metaforycznie przywołanym tropem porównywania. Należałoby chyba napisać, że to chropowata surowość użytego materiału - cegła, zaprawa, ręce murarza, w tym wszystkim najważniejsze. One przecież stanowią istotę muru, ściany, a ta jeszcze stoi. Nie, nie tamta, z pamięci, tylko ta, która się dopiero wtedy stawała.

Zbudowana z pamiętania tego co było, w czym się uczestniczyło, co się przeniosło, zachowało i teraz się utrwala. A może wydalające przetrawiając użytki, podnoźnie wygębną poręcznością, stawia się tylko działowe ścianki bieżących potrzeb (?) i nadaje się temu wszystkiemu, mądracko rzucające na kolana wybrzmienie: "nośnikuje się pamięć, która siłą samej swojej rzeczy jest spajającym i łączącym sosem". I znowu w nieodpartej kolejności, gotowcami słów nasuwa się wniosek: - węźlasta korzenność to pamięć - ? Dlatego kozy wchodzące po schodach, straszone przez nas chłopaków rzucanymi kamieniami i odłamkami cegieł... Więc te kozy, kiedy już były na postrzępionym krańcu schodów sterczących w niebo, a przed nimi, w dole gruzy, one wtedy: rozpaczliwie, trwożliwie, lękliwie albo radośnie (?) pobekując, skakały na kupę gruzów, nie łamiąc nóg oczywiście, uciekały czym prędzej. Teraz myślę, że to one wtedy były najważniejszą wartością. Jako że obrazowym rdzeniem wspomnianej korzenności były żywicielki pani Żeromskiej, która miała jakieś powiązania ze Stefanem, o czym głośno nie wypadało mówić. A dlaczego to nie wiem.

 

leon

 

"Łabuź" 18/1996
[Spis treści]

STEFAN

Czasy prawie, że zamierzchłe. Prehistoria. Rok 1956. Polski Październik. Odwilż. Odnowa. Legendarnych słów zabudowana tkanka otoczką przyswo-jonych w temacie dźwięków. Fakty, które niby, osobiście: doznane, odczute poprzez współuczestniczenie miały wtedy jednak inny wymiar, kształt, formę, odniesienie, odnotowanie. Oczywistym jest, że były odesłane - podbudowane, tym co w Warszawie i innych miastach. Tutaj wtedy był to już gotowy materiał, z którego kroiło się, szyło siermiężnie parcianą koszulę miasteczka. Kto, co i jak to robił? Konkretnie to nie pamiętam. Może samo, poruszone jakimś odgórnym rozpędem, zrobiło się? Była przecież wtedy i teraz taka możliwość i potrzeba, szczególnie tutaj - w miejskim stawku zarosłym rzęsą. Obowiązkiem chwili była: Odnowa, Odwilż. Należało więc, tę skorupiejącą rzęsę ułudy poma-lować jakąś nadzieją. Różnorakie odrapania uciążliwie już dość doskwierały. Tynk i farba w wielu miejscach garściami i płatami. Coraz wyraźniej uświadamianymi frędzlami zakłamanego fałszu, obrazowało się to wszystko w październikowym podświetleniu. Tak się zapamiętało potrzebę pokazu tamtej chwili. Światło nakierowane z góry i wytyczające korzystną stronę medalu. Chyba dotarły jakieś wytyczne: Mądrze, Odważnie, Samokrytycznie. Po robociarsku - dotychczasowe nieprawidłowości potępić i odciąć się. Tych tow., którzy - napiętnować. Jaskrawo rażące po oczach błędy i wypaczenia imiennie, tak żeby. Sytuacyjnym braniem w uszy, nową ochotnością opakowany kit. Mądractwo? Tyle tylko, że ono tak wyraźnie wymierne jest dopiero teraz. Wtedy jadło się przecież tę żabę z optymistycznego ciamkania smakiem. Było coś takiego w tym, że się bez wstrętu i odruchów wymiotnych brało to w usta. Co to było? Nie wiem. Jakaś iskra, otucha, prąd, nurt, tok. Cholera go wie. Było, brało, poruszało, wciągało. Może naiwna potrzeba jakiejś wiary, nadziei? Bezkrytycznie, takim jak należało być. Płynnym rygorem łagodnych wymogów codzienności, spływało się do sadzawki posłuszeństwa. Prywatne kierunki i ambicje indywidualnych dążeń nie były ważne, brane pod uwagę, zauważane, szanowane, dostrzegane. Miało być - jednolicie szara masa. I było mądrackie "Umienie" - kierowanie nią. Liczył się i rachował: posłuch, zgodność, wykonanie wytyczonych na papierze bo w sprawozdaniach, ale one wykazywały. Były sumy, cyfry, kwoty, liczby, wskaźniki, normy, przekroczenia. Ciało faktów, które spełniało bieżących potrzeb obowiązki. Zabezpieczały, świadczyły, dawały, były rękojmią, gwarantem, dowodem spraw-ności i przydatności. A wtedy, w październiku, należało tylko pokierować. Toteż zrobiło się kanał - więc i z górki na pazurki. A tutaj, w nieskanalizowanym miasteczku, ramki, zakres, obowiązek, powinności, zawsze od dziesięciu lat tak było, że ręcznie wykopany rów robił za kanał. I tak właśnie wygląda zamotanego kłębka przyziemiona wspólnota wartości. Wtedy, w 56., należało zmienić po podelektryzowana masa. To wszystko chyba było podbite przestraszoną trwogą - może być gorzej: - i skryte udawanie gładkiej powierzchni. Bezkonfliktowo utrudniona bezproblemowość. W pamięciowym kącie utajenia, na podjęzyczu czaiło się słówko: "ostrożność". Wychowawczo zwyczajowy wymóg nakazywał być takim. Dorośli wyważali rozmowy. My chłopaki to raczej nie. Waliło się otwartym tekstem: - chuja, skurwysyny, pierdolone i inne piętrowe wiązanki. To nas urządzało, dawało sprawiedliwy remis. Ale dorośli już byli przyuczeni, żeby się pilnować i uważać, co się mówi, jak, kiedy i do kogo. Wiedzieli, że Wolna Europa to UB albo i co innego także nieprawomyślnego, też znali ze słyszenia. Docierały do miasteczka legendy o tych co tam, opowiadały cuda niewidy, co z takimi niepokornymi. A w 56. jeszcze przed wiecem, nawet pomiędzy nami chłopakami, byli już też tacy, co to osobiście "garowali", jak to czupurnie się mówiło z lubością, chcąc błysnąć innością. Wtedy więc, kiedy się już wiedziało, to ten z boków, z góry, obcy strach, stawał się bardziej prawdziwy. I niczego nie zmieniał fakt, że ci po "odsiadce" mówili: - kiblowałem za milicyjną czapkę strąconą z głowy uderzeniem w ryło. Niby że na niej orzełek i przez to. Stąd mądrość pouczająca na przyszłość. Zdjąć czapkę i dopiero... Co to był za orzełek? "Ichnia kura" i tyle. Widziało się przecież prawdziwe orzełki, bało się ich nawet, kiedy tata w 47. przywiózł od Andersa, odpiłowywało się im korony, żeby dopasować. Taki był strach musu wtedy. Oni mogli przecież wszystko. Więc teraz szło się na ten wiec raczej grzecznie, żeby popatrzeć i posłuchać. Wiedziało już się przecież, że należy słuchać i udawać, że się rozumie. Swoją drogą, z innej strony, to i nic się nie miało do powiedzenia, a nawet gdyby to po cholerę. Do nas należało: słuchać i wykonywać. Taki był ról podział. Oni zawsze, wszędzie, w każdym temacie wiedzieli wszystko, byli najmądrzejsi. Zawsze mieli słuszność i rację. Teraz to się wie, że to była sieczka, plewy, ale wtedy jadło się to, łykało, trawiło, wydalało. A z biegiem bezwiednie, nie wiedząc kiedy i czemu, zaczęto się także sieczkować sytuacyjną konieczność racji. Może to był wyraz jakichś nadziei, potrzeba optymizmu, wiary, jakiś nośnik czegoś? Nie wiem - może...

Wtedy w 56., na ogólnopolskiej odwilżowej fali odnowy, towarzysze w miasteczku - "czerwone pająki", jak ich nazywała stugębna plotka, mając na myśli tych z Komitetu "aparatczyków", funkcjonariuszy MO i UB, "gumowe uszy" -donosicieli. Dostali wytyczne - postanowili zrobić Odwilż. Zwołano więc do Sali Miejskiej, która centralnym punktem, zwyczajowy wiec ludności. Przyszli ci co się zmieścili, było czubato. Były pewnie jakieś afisze, plakaty, zawiadomienia. Nie pamiętam. Dość, że się wiedziało o tym. Trudno przecież, w takim śmierdzącym miasteczku, gdzie jak ktoś pierdnie to wszyscy czują, nie wiedzieć o czymś takim, Niecodzienna atrakcyjność wszakoż. A jeszcze aktualnie łopocząca ogólnopolskiej fali poruszeniem. O tym się słyszało z radia i "kołchoźników", czytało w gazetach - Poznań, czerwiec, Warszawa, październik. Wypadki Węgierskie. Niebywałej frajdy elektryzująca inność. Bezpośrednim na ząb uwagi podaniem zwyczajowa sieczka. W zamierzeniach organizatorów miało chyba być tak, jak było, bo to już było sprawdzone i było dobre. Rzeka miała wrócić do starego koryta. Zgrzyty, które się słyszało; to nie mechanizm szwankował, tylko jakieś trybiki w nim. I to właśnie je trzeba było wymienić, żeby płynnej potoczności plenarna mądrość, napowrót mogła się stwarzać jednoznaczną oczywistością wygodnego sobie podporządkowywania...

Wyuzdanej zachłanności cielesna nieskromność pożądań! Chyba raczej więcej niż pewnym jest, iż były jakieś Wytyczne z KW ze Szczecina. Bo tutaj na miejscu, w miasteczku, w powiecie, wszystko zawsze było w porządku, więc żadna Odnowa nic była potrzebna. Tyle tylko, że były wytyczne. Należało więc. Działania przygotowawcze na miejscu? Zapewne były jakieś, nie pamiętam. Musiało coś tam być: - z ludźmi, dla ludzi. Tak jak zawsze: ten tego, owego. Trzeba, musisz, koniecznie, należy - pokazanym widokiem pomagać w zrozumieniu. Użyteczną działalność owocować korzystnie. A tu koszulka dziecka za krótka i osrana, pod górkę nie lekko, biednemu watr stale w oczy - ile mądrego na ten temat w słowach? Drobnomieszczańska subtelność czasowej odległości, toporną siekiery finezji.

Wtedy więc, w 56., na fali Odwilży i Odnowy, też było tak samo, tylko trochę inaczej - względem odgórnych życzeń, oczywiście. Zrobiło się jak należało, żeby nie pomyśleli sobie, że "ćwoki". Były wytyczne, do tego przez "Wcz" przekazane, a to przecież ważne jak cholera. Tamtędy zawsze: tony, metry, kilometry, sprawy znaczące i ciężarne. I taka była konieczność gniotu. Na wysokości zadania więc wykonało, zorganizowało, pokazało. Ilustrowane spra-wozdanie mieli jak chcieli. A co zawsze się jest i gra odpowiedzialnie napisana rola na skrzypce albo na waltornię. Zależało w jakiej orkiestrze występuje się solo. I to jest ważne, żeby wiedzieć: co, gdzie, jak, kiedy, za ile. Wiedzieć, wyczuć, umieć, zaskoczyć, dać popalić, w pędzie, w rzędzie. Zawsze jest tak, że robi się aby było widoczne. Istotą sensu jest pokaz. Dlatego trzeba umieć pomagać, ułatwiać. Nie można wszystkiego zostawić ślepemu losowi - przypadkowi. Są postawione zadania, wytyczne, cele, kierunki. Potrzeby więc sytuacyjne należy ręcznie kształtować. Rzeczywistość nieforemna, na skróty, na przełaj, ścieżki, żeby prędzej. A my - Partia od tego, żeby w pożądanym kierunku świadomie, dla dobra, w imieniu, więc słusznie i właściwie. Dalekowzroczną miarą pokoleń w przestrzeni i w czasie, określone wykonania. Teraz kółko, trybik w bezwolnym mechanizmie, nasi następcy dopiero może...

Siedzę sobie, patrzę, a tu jak w teatrze. To co widoczne - pokazowe wyszlifowaną sztukaterią. Jaśniście udawana powierzchnia jarząc się błyska, oślepiając mami. Nóż wtedy w ręku, kartofle w piwnicy, krew oczy...

Idziesz na masówkę, uczestniczysz, doznajesz, przeżywasz, kształtujesz, formujesz, odbierasz, nadajesz. Jesteś wyciągnięty jak wszyscy - każdy, stajesz się szarą masą, zastygasz, brylujesz. Dopiero przysłuchawszy się na okoliczność, potem, powoli zaczynasz kapować własne niewolnictwa. Niczego nie widzisz, pogrążona w żalośliwie śmiesznej miałkości, mielizna tylko buntuje w sobie hardzie młodymi pagórkami wulgarnych "chujów!" Wtedy buntujesz się albo uszy po sobie, siusiu, paciorek, dupa w kostkę i spać. A oni z ludźmi i dla ludzi - Odnowa. No i niech sobie. Mają taką potrzebę, to niech. Po schodach im koniecznych obowiązków, wytyczne. No skoro dla łudzi - myślą, mówią sobie, to tak należy, żeby złapali, zrozumieli, zobaczyli. ocenili. Inaczej niż się dotych-czas robiło, o sto osiemdziesiąt stopni - jasno jak strzelił, wyraźnie jak zobaczył. Wicie, rozumicie, My - Partia, były błędy i wypaczenia, oderwała się od mas, kult jednostki - te rzeczy. Zerwane więzi należy zacieśnić, z tego co było złe i niedobre - szeregi. Raz jeszcze wspólnie tow. Wysiłek. Z uporem i od nowa. Przed nami świetlana przyszłość. Tym razem i chłop i robotnik i klasa pracująca miast i wsi. Masy ludowe - wicie - demokracja, taki sam jeden. Zawiązać, zacieśnić, zasupłać, budować, stwarzać. Odnowa, rozumicie. Chyba było inaczej, może nie tak absurdalnie. Ale z perspektywy mojej żabiej pamięci - teraz (lata dziewięćdziesiąte) tak to rozumiem i zapisuję, bo mnie to niesie. Fakty, o których dalej, są raczej bezsporne. Rok 1956, Polski Październik, Odwilż, Odnowa, wielotysięczny wiec na pl. Konstytucji w Warszawie, masowe poparcie dla programu Partii zaprezentowanego przez tow. Wiesława. W całym kraju taka sama podniosłość nastrojów - radio, gazety, ploty masówki, wiece, zgromadze-nia. U nas także. Czyżbyśmy byli gorsi? Wiec, masówka, ludowe zgromadzenie w Miejskiej Sali, gdzie w rzędach grzecznie i dostojnie bije się brawa, komu się one należały z urzędu. Organizuje go aktyw działający - aparat. Zawiadomienia, informacje, program, przebieg, wystrój sali, jej ustawienie - scenografia - to ważny element, taka jest potrzeba chwili. Hasło jednaczące: nić zerwanego porozumienia napowrót w supeł posłuszeństwa. Słowa, pomysły, rozwiązania, ustalenia, decyzje. Do roboty. Bo to wicie, rozumicie, popełniło się błędy i wypaczenia, my nie, tam na górze Oni, ale też, także musimy, bo i u nas też coś zgrzyta. Teraz to my już wiemy co powinno być właściwe i prawidłowe i my - Partia, instancja powiatowa, to naprawimy. Tych tow., którzy się nie sprawdzili i robili zło publicznie napiętnujemy i odetniemy się, zerwiemy z nimi. Bo Partia w swoim rdzeniu jest silna i zdrowa, jesteśmy zdecydowani dalej i niezłomnie przewodzić masom, wskazywać cel, zagrzewać do walki, podnosić ducha. A teraz widzicie wyciągamy do was rękę na wspólnej płaszczyźnie, jaką jest podłoga tej sali. Przed nami i za wami scena, gardzimy jej wyniosłością. Teraz jesteśmy zrównani z wami. Braterstwo, wspólna walka, oto nasz i wasz cel. Wykujemy go ogniem działania.

Zagrzewającego strugami takiego słowotoku, mógł być Stefan agitowany, przez jakiegoś "czerwonego pająka", do zabrania głosu słusznego na wiecu. "Mógł" bo to domysł tylko, przypuszczenie. Teoretycznego założenia kompozycji spinająca klamra. Prawdopodobieństwo jest spore, jednak bez zeznającego potwierdzenia. Popularna w tamtych i tych czasach metoda, sposób przygotowujący pożądany grunt, zabieg manipulacyjny uświęcający się korzystnymi owocami. Drobny popis zadufania w językowej sprawności. Dźwiękowo pokazowy obrazek: duma, pycha, buta, sobiepaństwo. Rozumy wszystkie zjedzone na miękko. Najmądrzejszy w całej wsi. Pana Boga za nogi stanowiska złapał i trzyma. A co? Pasożytniczo bezczelnej taktyki owocnym pogłosem. Puszczając z przodu zająca rozrusza się stawkę biegaczy jak nic. A jeszcze wtedy - lata 56. i tutaj w miasteczku, to był mus konieczny. Należało przecież: odważyć, odmierzyć, zaprogramować, odciąć, zawiązać, zasupłać, żeby człon odpalił. Jak byk kozłem ofiarnym była taka potrzeba. Oczywiście, że nie w sensie winy, ale w sensie ofiary, którą należało złożyć. Ktoś to musiał zrobić, a nie wypadało aby "aparatczyk" dawał głos. Miał to być głos ludu, krzyk, artykulacja, wskazanie, napiętnowanie, nazwanie imienne. Pamiętam, że bardzo ostrą żyletką, w tej odwróconej - zrównanej (prezydium, mównica, widownia, na poziomie podłogi), zabrzmiał głos Stefana. Dostał nawet oklaski, bo słusznie bełkotał. Jako że dla kurażu przed występem strzelił sobie parę set z piwem. Dał jednak głos jak trzeba było: wytknął, napiętnował, nazywał co było złe i niedobre. Jednego tow. po nazwisku nawet. Okazało się, że to całe zło to było nie w partii tylko w aparacie, który balansującym ciężarem zacofania przeszkadzał urzeczywistniać światłe cele.

Odwilż, Odnowa miała być i była oczyszczeniem się. Tak chyba był skonstruowany mechanizm tego zjawiska. Należało usunąć skompromitowanych, oczyścić się, obmyć się, odświeżyć i dalej świetlana transmisja po linii i na bazie. I pewnie to wszystko się stało z woli i powoli, bo Rega dalej płynęła w tę samą stronę morza, tylko już inni ją próbowali kijem zawracać. Stefan nie awansował, był przecież tylko napędowym zającem. Nikt więcej z sali po nim nie zabierał głosu, bo i niby po co, skoro wszystko już zostało powiedziane - w siermiężnie skromnych zaciszach gabinetów. Stefan przez kilka lat jeszcze pełnił różne i rozliczne funkcje i urzędy. A potem odpadł na dobre. Zrobił się za prywaciarza. I walił w rurę jak równy. A co? nie wolno może - ? Skoro i tak to wszystko co jest, widać, słuchać, czuć, to i tak jest tylko na niby - pić na fotomontaż. Po co więc włazić w ramki i udawać sztywniaka, kiedy można na luzie. W krzesłach na podłodze razem z towarzyszami, o kant..., na trawce nad rzeką, na kamieniu, na pniu, na cegle, pokłony, "dupolizostwo", dawanie ciała, rozmie-nianie się na drobne. "Czniaj" to wszystko bakiem dużego piwa z kufla. "Olewaj" rysowany płynnym słowem obrazek: z ludem, dla ludu i pędź w długą zaskoku na przełaj. Na złość otoczeniu, pijaną przekorą wyrażać się nie tylko pożądaną poprawnością obyczajowości, ale tak jakim się jest w ogóle i w szczególe - dzwońcem...

 

leon

 

"Łabuź" 8/1994
[Spis treści]

RUSKA DZIELNICA - ?

Co to takiego, skąd taka nazwa? W latach czterdziestych, tuż po wyzwoleniu od jednego "zniewolenia" (?), gościliśmy w miasteczku "zaprzyjaźnione" oddziały Armii Czerwonej. Stąd jeszcze do dziś ulica Armii Okupacyjnej, na drugim końcu się nazywa. Usytuowanie ulic: M. Konopnickiej, kiedyś - J. Stalina, J. Słowackiego, F. Chopina, M. Kopemika, Zielonej ułatwiało ich odgraniczenie od pozostałych - wyodrębnienie. Szlabany zaporowe, budki wartownicze, domy, ogrody. To wszystko było oddzielone od reszty miasteczka, użytkowane przez "sołdatów". Dopiero na przełomie 47-48 wprowadzili się tam ludzie. Ale nazwa przylgnęła, była i pozostała - jest! Rzadko bo rzadko, ale bywa... Mieszkali tam i mieszkają chłopcy, a na ich terytorium, atrakcyjne tereny wypraw. "Góra Zielona", także ulica, tor saneczkowy zimą. "Pomnik" - park, las, zadrzewienie rozpościerające się na stokach moreny czołowej w pradolinie rzeki Regi. To było namagnesowującym przyciąganiem gumy. Chodziło się tam, walczyło i wygrywało prawo do przebywania na tych terenach. Bo banda z "ruskiej dzielnicy" organizacyjnie była raczej luźna. Nie taka zaciśnięta pięść, kułak, jak banda Mikiego, powiedzmy, który sam sobą ją związywał, scalał, jednoczył, gromadził. Skrzykiwali się chłopcy w razie wyraźnej potrzeby, a ta jak wiadomo niespodziewanie: bitwa na kamienie, pałki, proce, krzyki, straszenie, grożenie i takie tam różne inne, wyprawa bądź albo coś innego. Zawsze, różnie bywało, spotkanie w domu u Mikiego. Narada, plany, przygotowania. Bo to była banda jak się należy, trzeba więc było być najlepszym - mir okoliczny przymuszał. Broniło się także własnych terenów. Ci inni z różnych dzielnic nas też podchodzili. Należało więc być. Toteż się było obecnym przy-tomnie, jak kiedy potrzeba w zasięgu, pomiędzy okolicznymi chwaleniami i chełpieniami próżnymi. Jakiś nienormalny, bo szczeniacki zgryz ambitu. To wtedy, ale co teraz - ? Też zgryz przecież chyba jakiś wtedy zasmakowany: raczej na pewno, on może. Nie pozwala przemknąć się poniżającym swądem, upoko-rzyć, upodlić, stulć uszy po sobie, włożyć się cichcem z zakłamaną bruzdę, grzecznie, zaradnie, bezkłopotliwie dać się zaorać, pogodzić z zasypaniem. Wygodną pogodą ułatwionych gnuśności pleśnieć, kwiatki wąchać i błękit oglądać. Charakter to jakiś niedojrzale naiwny czy odchył rzeczywiście, jak powiadają "rozgarnięci" w ciągłym zapale musztrującego poprawiania - ? Hasłem wywołującym tok skojarzenia "ruska dzielnica". Tak, wiem, przeszłość, gruzy pamięci. Łapię jednak, trzymam, biorę, czyszczę, obrabiam, zlepiam, ustawiam. Słupki, sztable, stosy, hałdy, setki, tysiące. Zapisując liczbę, słownych cegieł opowiadanie, może ktoś czytając kupi - ?

Wracając do bandy Mikiego, z którą te takie różne. Cegły z gruzów też także. I tutaj, w podtekście domyślnym wisi pytanie. Dlaczego i czemu, to wszystko robiliśmy i nam wychodziło - ? Teraz oglądając się namysłem przez ramię, próbuję odpowiedzieć. Sami dla siebie, nie czekając na mannę z nieba. I może właśnie za to, dlatego. Tak samo wtedy jak i teraz Ci drudzy, inni, co to niby od tego, jak dupa od srania - ten tego, owego, tamtego, te rzeczy, wiadomo, Ograniczającej ręki zasięgiem podjęzycznie wygodna uprawa. "Czniają", "olewają", bo dla sprawozdania. Pozór, pokaz, chełpliwie spasiona prywata. Bezczelnym prostactwem "sobiewygody" pastwią się, bezkarnie poniżają i upokarzają, pasożytują. Propagandowo nazwane: "ukulturalnienie na chama", żeby "ichnie" polerowanie było na wierzchu widocznym. Prawidłowość to może jakaś tam niby, zakłamana, do obocznie osobistego rozsupłania - ? Wszakoż być należy, a więc jest się: szczerej uczciwości i wrażliwości, bezkorzennie puszczonym bąkiem. Rytm tylko bezustanny, zachłannych ust haustami oddechów. Wchłania, trawi, wydala. A może to właśnie korzenne splątanie, złączenie, związanie, scalenie, naturalnym wyrazem tego rytmu - ? Nie pokazowo-sprawozdawczy czubek góry lodowej. Ale także to co, się nie mieści w słowach, wyrazach, zdaniach, obrazach, rysunkach, "w pale". O nas i dla nas to przecież wszystko, dla siebie, dla nich, dla tych, dla chich. Wychodzi na to, że śmieć jakiś ograniczony, ochłap naiwny, skorupa, łupina, obierka, plewa, wyniosłej pogardy sztukateryjnym szykiem, są ważniejsze. Bo okiełznane czytelną formą bezwzględnie stadnych wymuszeń. Przytomne, przydatne, wyręczne, wyjęzyczne, użyteczne, korzystne, dające, służące, ułatwiające, bogacące bo służbowe, oficjalne i formalne. Na rozkaz i pozwoleństwo, całą dyspozycyjnością mocy. Jako, że należy: chapnąć, przetrawić, wydalić, mocz, gnój, gówno istoty sednem. A może, z tego materiał - może krawiectwo - ? Krojenie, fastrygowanie, przymierzanie, pasowanie, poprawianie, pukanie, pytanie, zwątpienie? Życzliwa naiwnie wzajemność - mówią - dowodnie zdzierając płat skóry. Marzenie niedojrzałe. Większościowe to mają rację. Dużo więcej jest tych takich sztywnych nad wyraz splątów, zaczepami potrzeb pogiętych w korzystne układy. Unormalniony pion niby jakiś. Oni wykształconą górą, inaczej normowane odchyły na pogardliwe pobocze, margines, śmiecie, łachy, wraki, szmaty, ścierki. Wolno upokarzać, poniżać, upodlać, bo to obnażone bezwstydnie wysypisko, odarte dziadostwo, "ruska dzielnica" w małym miasteczku. Trzepotliwa żałość litościwej łaski. A może taki właśnie obraz ma duma skazańca - ? Nosimy. Niektórzy pozorują zgubienie. Zaradnym udokumentowaniem ułatwionej wygody użytecznie, na pokaz, roztrwaniają się. Żałośliwie nieodpowiedzialna naiwność dojrzałości. Fabularnymi ułomkami cegieł, teraz, na pogardzanym wysypisku poniżenia, niedouczonym warsztatem kojarząc ułomne motywy, pozorowanych słów, łady klecone w biegu. Obrazy zwartych prostokątów, figury, bryły, rzędy, mnożna, mnożnik, rachunek, całość, suma, kwota, cyfra, liczba, korzyść, cena, wartość...

Pyrkoczącym motorem zapisywania niechybnie, sentyment, nostalgia. Ale nie tylko. Pamięciowa warstwa poruszanego wspomnienia - nośnik: ocenianie, wartościowanie, uświadamianie, pokazywanie, wyjaśnianie, tłumaczenie, rozumie-nie, przechowywanie, odzwierciadlanie, poprawianie, wyciąganie, wnioskowanie, uczenie, błądzenie, powracanie, uczestniczenie, współtworzenie, przytomnienie. Tam, w warstwach tych całych pieluszek, dopiero może. W małościach, drobiaz-gach, banalnościach, w zapomnieniu i przypominaniu, na wyniosłym poziomie ułomności zwarci pionowo. Proszę bardzo, wynoście się ponad małomiasteczkową "ruską dzielnicę". Drwijcie sobie, kpijcie, szydźcie, ironizujcie: melancholia, sentyment, nostalgia. Językowych ogni mądrego pokazu żarem. Dorośle odpowiedzialni nie rozmawiają przecież o sznurku w domu powieszo-nego, żeby się nie kojarzyło. Skoro on wisi faktem, to jest nim i niczym więcej. Gusła to może, magia, zaklinanie, czarowanie, odczynianie, zamawianie, żeby, już, zaraz, teraz, w tej chwili przydatności pożądanego użytku. Wyraz stadnych zespołecznień, któremu nic nie dodają anteny satelitarne, plemienny ryt stadnie ograniczonych zakłamań, cywilizacyjny kwiatek do naturalnego kożucha. Totemi-czna ozdoba. Wizytówka gniazda, barłogu, jamy, nory. Trwałych ułomności chwilowe pokazywanie, to tylko. A może, to takie imienne nazywanie, kawałkowanie, jest oswajaniem miasteczka, jego poznanie, łączenie, wiązanie, przyswajanie, zasiedlanie, uczenie się na pamięć, na dotyk, na zasięg wyobraźni? Kształtowanie może, tak żeby rysunkami słów, później, wywlec z opowieści gotowy obraz. Żadne sentymenty, nostalgia, melancholia, rozrzewnienie. Nor-malnie zwyczajna potrzeba odpowiedzialności, wyrażająca się opisywaniem ubrania, w którym, powiedzmy: marynarka, koszula, spodnie, płaszcz, kurtka, żakiet. Zszyty i skrojony, przedtem, chodzimy teraz, nosimy, naprawiamy, cerujemy, nicujemy, przerabiamy, obnażamy, na zewnątrz, na pokaz, do wglądu. Zmaterializowana treść wpisanych podtekstów. Więc niech sobie, bezimiennie głucha ciemność naiwnych nieświadomości, wyraża zgodę i pozwolenie, na społeczne ograniczenie przypasowania, do wyniosłych pożądanych ramek dojrzałości, a my żytem, pszenicą i w konkretów kartofle. Jako że musisz, trzeba, należy, koniecz-nie - bieżące potrzeby, usypiać i rozgrzeszać jednoznacznych korzyści obrazowo dostojnymi wartościami. Kleszczem przyległości psiego ogona rzep języka merda, ślinotokową radość, dopokąd wybrzmiała wilgotność. Kanalizacja, rowy melio-racyjnych tłumaczeń, żeby gleby suchej prawidłowość, zdań mownych właściwość pokazowa. Wypadałoby podeprzeć się stwierdzeniem: - rygor stadny zasranym obowiązkiem rytuału wymus nałogowo taki. Na to jest zgoda. Coś jednak nie gra. Skoro się jest takim, jak jest, a nie wypada być gorszym. To dlaczego dookolnym popłochem "zwariatowanej" pogoni: nakaz, wymóg, przykaż, warunek, zasadność, kolejność, schody, deska, drabina, kołek, sztacheta, drzewo? Poziomo i poziomo. A wszyscy - każdy, pionem do światła? To jak to wreszcie jest? Co jest pionem a co poziomem? Co to za bezwiednie wymuszane pretensjonalizmy - ? Czyżby chodziło o to, żeby poddać się zbiorowemu - stadnemu ogłupianiu? Do czego ma służyć bezradne samozapętlanie się, zniechęcająco ubezwłasnowalniające? Supeł "gotowca", żeby mądrością skarbnicy językowej: - jak wlazłeś pomiędzy wrony... Co to jest, z czym to się je? Brak wrażliwości - wstyd, strach, gorycz, trwoga - ? Samoobronność: nie widzieć, nie rozumieć, nie dostrzegać. Przywary delikatności, subtelności, won za burtę i po ptakach. Proste, jak budowa cepa. Ułatwionej wygody powierzchownie poruszonym rozbłyskiem, szast, prast i po bólach. Skoro niekonkretności obrazowe z samego środka, to tego nie ma! Rzeczy, zjawiska, trafy, redakcje, zdarzenia, zapomnienia, doznania, przeżycia, przetrwania. Tego wszystkiego przecież nie ma, przeleciało, minęło, zgasło. Na odludnych wysypiskach jedynie, poboczach, hałdach, zwaliskach, stertach, ku-pach, gruzach. Utajnione wstydliwie wątpliwości, których należy się lękać? Teraz - tych niedomówionych wieloznaczności usiłowanie. Powiedzieć - co, komu, po co? Niepoprawny optymizm naiwnych nadziei. Chodzę jeszcze, widzę, obser-wuję, rozumiem, rozplatam, próbuję. Przetrawionym pojmowaniem czytelne obra-zy odbieralne, albo i nie, głupie, puste, naiwne. Co to jest? Splecionych wątpliwości bujny warkocz? Odrosłych włosów zapisy? Lad pustej figury? Tutaj na tle, to się rzuca w oczy. Więc huzia na Józia, pochyłej kozy drewno szamańska tęskna beztroska odczyniania, zaklinania, czarowania, guślenia, życzenia, prag-nienia: - skuś baba na dziada, pierwszy lepszy, drugi "krzepwszy". Nieodpowie-dzialnym poluzowywaniem, bezkłopotliwy powrót w czasy dzieciństwa. Ostrym trybem codziennie bezwzględnych przymusów, ujednolicające porównowywujące rygory: to, tamto, owamto, pierdamto, dupamto. Samozapętlający się nałóg rozumianych supłów pospolitego rozwiązywania. Jak wszyscy każdy z ogółu. Banalne małostki ukorzenione w warstwach. Szarpię je, wynajduję, odszukuję, tropię, wyciągam, obrabiam, przysposabiam. Jednowymiarowa oczywistość zdarzeń. Upraszczaniem wydobycia z zagłębionej słownie trwogi, nazwać, zobra-zować, zapisać, ukorzenić, zaopatrzyć w kierunkowe drogowskazy - znaczenia. Wywoływanie wilka z lasu... A może, należałoby się obudzić z tą ręką w nocniku...?... i z bezczelnie udawaną rozkoszą mazać się po twarzy - ?

Wracamy na grunt faktów: "ruska dzielnica", obrazek który wyżej zarysowany, teraz składowe. Ciekawość - dlaczego piszę - ? Otrzymałem zamówienie, życzenie, prośbę, czy jakkolwiek inaczej to nazwiemy, od takich tam: Zając, Bocian, Śliwka, Lelo - napisz o dzielnicy, po swojemu dowartościowali. Na co ich było stać: - "dali to co miali". Zawsze przyziemną naziemnością uwarunkowań, może nawet ograni-czeni, w słowno wyrazowym zakresie wyrażania potrzeb i możliwości. Skoro sprowadzeni do parteru, no to parterowi, na ciągle ludzkim - człowieczym odchyle, nogami, pazurami, gębą, odchyleniowi. I tutaj pytanie za pięć pkt. Odchyleni od poziomu czy od pionu - ? Oni - równo powyginani, łapami przy ziemi aż poziomica im sterczy. I jak tu nie pisać o takich prawdziwkach, skoro oni rozdrapują jak kapują korzenną pamięć, słów sokiem ją krasząc, skrótowymi obrazami przypominając, Są, byli, tworzyli, widzieli, robili, chodzili, nosili i jeszcze... Tacy jak są. Może rozumiem ich, potrzeby, braki, niedobory, wypełnienia. Wszak to wszystko należy im się. Nie ma, więc podpuszczając, żeby załapać się. Stwierdzam obecność, niech mają, odnotowuję, bo oni są, a ja piszę. Jest możliwość, na którą załapali się, złożyli zamówionko. A czy wynika to z próżności - ? Możliwe. Prócz tego, że są, niczego więcej nie mają. Zawsze wszystkiego im brakowało. Są obecnie potrzebni więc potrzebują być potwierdzeni. A jak się to robi, nie ich działka. Potrzebują, upadają, wstają, chodzą, kończą, zaczynają, środkują. I tak od stara do nowa - mowa - jałowa - rozmowa - krowa.

Betoniarka propagandy wyprała nas, wymieszała, odarła. Każdy stał się wszyscy. "Pozabrakowywało" miejsca w ubogo ciasnej skórze, na indywidualne, prywatne i osobiste: chrząstki, naroślą, zgrubienia. Plakatowo "spapierowani": metka, etykietka, obrazek, gipsowy odlew. Bez szczerze uczciwych serdeczności. Wpatrzeni w marchewkę, bacikiem po pęcinach, wzajemnym musztrowaniem ustawiamy się w kolejkę, gładkich pozorów powierzchownie obnażony pokaz udawania. Bez wad i przypadłości. Idealnie odwzorcowani. Skazy, niedoskonałości gatunku, na pobocza, margines, wysypiska, poza zwyczajową oficjalnością i normalnością. Wyśmiewanie, pogardzanie, upadlanie, poniżanie, na dziennym porządku. Ideo-logiczne "papugaje" - urodzony w niedzielę z dwoma zaborczo chwytliwymi "lewoma rękoma".

Oni, te grzyby prawdziwkowe - borowiki. Na pamięć i na wyrywki znają te wszystkie, cwaniackie sposoby sycącego zaspakajania potrzeb, a reszta im wisi. Ważne, żeby nie dać się nabrać na lep muchą, bez względu na wzgląd, do przodu wzwodu i chodu. Ciała żeby nie dawać. I za to może ich "lubieją" - otwartych grzybów prawdziwie borowikowe kapelusze, "Patrzałami" ostro jak widać, po imieniu, bez cudów, gramy na pieniądze. Kiedy już wiedzą na pewno - ten, tego, te rzeczy. Sianem nie wykręcisz, chwast od razu, czarnoziem, bluzg, wiązka. Bokiem krokiem i na cztery łapy. Biologicznie: siedzą, srają, szczają normalnie, bezwstydnym widokiem prawdziwie. Robią takie różne poprzeczne i podłużne: cerują, łatają, ścibią, przyszywają, zamotują, wiążą, sztukują, bo takie ich prawo. Dostali - nabyli je na "ruskiej dzielnicy" i mają do dzisiaj. Może nawet dumni są z tego. Bo mają coś, czego im nikt ani zabrać, ani zakazać, ani ukraść nie może. To są oni, ich pamięć tego co było nimi i jest z nimi. I tym wyposażeniem siebie są bogaci. Nieraz często: wieczorem, z samego rana, ckliwie tak jakoś robi się. Czegoś brakuje. Mało jest, ciasno, żałośliwie, nędznie, ubogo, smutno. Dorabia się wtedy: mordę, uszy, kopyta, ryj, ogon, rogi. Na zamówienie wg potrzeb. Zna się przecież te cwaniackie metody, magicznego zaklinania uszu. Wszystko można w nie wsypać. Każdą żabę się połknie. Strawna jest dopokąd w butelce. Dopiero później, przy schodzeniu z górki, trafia się upadek, prze-wracanie, w ostrych słów sponiewierania błoto. Więc oni w bogactwo pamięci, w której skrytki, składziki, schowania ze sobą. Tutaj i teraz odsądzani od czci i wiary, obdzierani żywcem słów języcznych ze skóry, poniżani, upokarzani, upadlani. Są, stoją na nogach. Oni Tym - a Tym to Nich...

 

leon

 

"Łabuź" 10/1994
[Spis treści]

GRAŻDANSKIJ ANSAMBL

dla Leszka na imieniny 1993

Koleżeńskiego węzła związek, którego supły jeszcze teraz (lata dziewięćdziesiąte): spotkania na imieninach, sylwestrowy obyczaj - o godz. 13.00 w restauracji "KOSMOS", jak to ostatnio w ferworze przekonującego gadania, bezwiednie zagalopował się Henio-Kruszyna: - nawet na gruzach tam, byle-no i przygodnie. okazjonalne skrzykiwanie się doraźne. Różnicę w czasie wyraża cywilizacyjny postęp. Dawniej (lata siedemdziesiąte), to tylko nieliczni mieli telefony. Teraz (j.w.), parę wyjątków bez telefonów. Ta kłopotliwość jest przyczyną nieobecności, o czym dowiadują się przy innych szczęśliwszych spotkaniach. Ogólnie - tu, teraz, wtedy - różnica w "posiadach". Tak samo jak bywało: - skład niepełny, niedostatki, nagle potrzeby i konieczności. Teraz, prawie że zrytualizowany nawyk: zakup bez problemów pieniężnych, nie wybredny, bez wyszukiwania: do dzioba, na ząb, papierosy, zapitka. Ewentualnie Adam słoik ogórków. Julek wprawdzie samochodem, ale wtedy już nieużyteczny - zostawia Barbarze, kiedy Gryfino adresem Marka kierunek. Leszek także garażuje, żeby niepotrzebnie Anią nie szargać. Jest to chyba normalna prawidłowość, w której, z koleżeńskiego spętlania się mamy wspólną okazję: pokpić, podrwić, poszydzić, poironizować, bo umiemy ją pojąć i zrozumieć. Tylko w pomysłowo absurdalnej, fantazyjnie rozpustnej wyobraźni Cześka, rodzą się - czasami - makabryczne pomysły - słowna teoretyczność, żart, popis, dźwiękowe zobrazowanie lśniącej ryby łuska. Wesoło, luźno, swobodnie, niby beztrosko. Jak dawniej, kiedy przy ogniu i butelce odchodziły śpiewy, smażenie naleśników, z rowerem na przykład. Taki był i jest "Grażdanskij ansambl". Grono chłopaków, którzy od lat razem: szkoła (LO), podstawówka, a niektórzy przedszkole, ulica, sąsiedztwo, dom w dom, podwórko w podwórko. Ci, którzy wymieniani są z imienia, stanowili trzon - rdzeń. Bywało i bywa, że inni - przygodni: koledzy, znajomi, w atmosferę absurdu: kpina, drwina, szydzenie, ironia, rękoma i nogami, językiem, oczyma, gardłem, wzajemnie ośmieszają się i drwią z pompatycznej powagi opowiadanych sytuacji. I nie ma sztucznych barier, pychy i buty, pajęczo-taniej sieci drobnomieszczańskich zależności. Jest koleżeńska równość, przyległość, aktywność, współuczestniczenie. Fastrygujemy się, okazjonalnie, przypadkowo, szczęśliwym trafem okoliczności. Skrojenie tego materiału, dawniej jeszcze - lata siedemdziesiąte. Bardzo młodzi, szukaliśmy miejsca, żeby móc być... Obozy, wyjazdy, to tam wtedy, przy ogniskach to się kroiło. Mieszewo, Cieszyno, okoliczne pod Łobzem lasy no i majdan na grodzisku. Najczęściej. To było stałe - myślę - miejsce, a to był punkt, gdzie kiedyś... Nie był to szacunek, pietyzm, po prostu nasze "przeszczepy" musiały być do czegoś. A majdan to było już coś słowiańskiego - pień, jak głosiła propagandowo spreparowana historia. Soki, korzenie. Chcieliśmy być odrostem. Jak to kiedyś wystrzelił Dziadek - Albert - Andrzej: niekoniecznie trzeba naukowo, można także na bosaka. Włączył się Frankonesco - to jeszcze jeden element wspólnej pamięci. Nieposkromiona fantazja językowa, szokująca wyobraźnia sko-jarzeń słownych, pomysłowość fonetyczna, po prostu słowotok. Ogień, gitara, noc, gdzieś w lesie. Pamięci trwały nośnik: fakty, zdarzenia, sytuacje. To jest. Było. Niema. Obrazy, słowa dźwięki. Żeby być, żeby czuć, żeby uczestniczyć. Budowaliśmy się tym, stawaliśmy się, kim jesteśmy - pełniąc wiele ról na co dzień. Dostojni ojcowie, głowa rodziny, pracownik zakładu, funkcja, stanowisko, społeczny wykładnik jakichś wartości. Potrzeby, powinności, obowiązki, konieczności. Rozjechali się, odmienili się, pozornie niby porwały się związki, zapętlenia i zszycia. Pozornie! Bo jednak, kiedy trafi się spotkanie - obecność na powrót przylega, mniej, bardziej, ale przylega. Tamten związek, zasupłanie, przeżycie, doznanie, pamięć, akcje, poczynania, działania, wy-konania, ogień - fojer, majdan, gitara, śpiewy, butelka, wygłupy, całościowo zwarte fabuły, bądź fragmentaryczne tylko przytoczenia, odesłania, podpierania się, klamrowanie wywodu myślowego teraz. Wspólna wartość, na której się buduje... Jeszcze Bogdan, Mirek, Janusz, żeby nie pominąć - Kargul, który niejednokrotnie bywał centralnym motywem rozmowy. Jego perypetie z wojskiem i cwaniackie sposoby wymigiwania się z sideł, do czego doprowadził wreszcie! A pisząc otwartym szyfrem - nazywając rzecz po imieniu. To jego - Kargula - nasz organizm, bronił się przed zaprzedmiotowaniem. Chcieliśmy być podmiotem, który może i musi - świadomością zmysłów i dlatego, uciekając, robiąc to co robiliśmy, stwarzaliśmy samym sobie warunki. Teraz z perspektywy czasu, na zasadzie autodrwiny, można temu nadać otoczkę kombatanctwa. Była to walka z uziemianiem warunkującym ugruntowanie. Powierzchownie miało być: wszyscy - każdy wyrównani jednakowo -"urawniłowka" modelem obowiązków. Bezwartościowością biernego posłuszeństwa, automatyczna praca na rozkaz z góry. Buntowaniem się przy ogniu - fojer, do którego w środku nocy - przełom wiosny z latem, Adam z czajnikiem domowego wina ciągnąc ze sobą Tomka. Radocha nietypowej niezwyczajności. W kociołku "grzańca", a tu czajnik tylko na ogień. Śmieszny zaskok zapamiętanej inności, teraz robi za wspomnienie jakichś wartości(?). Zaczep, gwóźdź, wieszak, haczyk, na którym wywód myślowy. Możliwe i wielce prawdopodobne: po upowszechnieniu, ogłoszeniu, wydrukowaniu, przeczytaniu, rozleją się rzeką pretensji głosy. Pominąłeś: to, tamto, owamto. l znów odkształcając moją pamięć, podrzuci mi się zbuki osobistych zapamiętań - jak to, czemu, tak było. Zapis ma oparcie w mojej pamięci i sposobie rozumienia. Nie jest zapisem kronikarskim, a jedynie, być może, przyczynkiem do czegoś tam. Łudzę się także naiwną nadzieją, że jest on w miarę wyraźnie zrozumiały, tutaj w plemienno-stadnym środowisku, gdzie nasze działania były zgrzytem. Wieszało się na nich psy, odsądzało od czci i wiary, bo co oni tak nieobyczajnie - ? Jedynym usprawiedliwieniem - są młodzi. Nie nauczyli się jeszcze udawać, chociaż, nieuświadomiona potrzeba udawania była w tym co robiliśmy. W większości wypadków był to wygłup robiony na pokaz. Szyderstwo, drwina, kpina, ironia z obyczaju, który był za ciasny, no to się darło - pokazowo, prowokacyjnie. Zaszokować, wzbudzić reakcję, odruch, obnażyć. Wtedy dopiero - gwóźdź, zaczep, podteksty tłumaczące, wyjaśniające, usprawiedliwiające, opisujące, świadczące, dające, upoważniające... Istnieje także możliwość pomyślenia, że w ten sposób wyrażała się nasza potrzeba wrażliwości, która w nas także. Poszukując znaleźliśmy? Węzeł koleżeństwa na małomiasteczkowym sznurku, który jeszcze zaciska się odruchami wzajemnej sympatii i jakiejś zażyłości...

 

leon

 

"Łabuź" 5/1993
[Spis treści]

ŁAWKA DO WYNAJĘCIA

Zwyczajność Placu, jego pospolite oswojenie - ? - Warunki. Jakie one? Pospolicie codzienne, jak dwanaście tysięcy sąsiadów spotykających się na okrągło, na Placu miasteczka, w garnku. Centralny punkt, środek, jego pępek, supłający i dzierżący, średniowieczne jeszcze tropy, wstążki - stare i te młode, które na wzór i podobieństwo odzwierciedlają i wiążą siatkę ulic miasteczka usensownioną czytelnością rysunkowego schematu. Jest więc Plac tą garścią ściskającą: pręty, gałęzie, odrosty, drzazgi. Nie reprezentacyjnie pokazowy: z ratuszem, zachęcającymi oko fasadami zabytkowych kamieniczek, studnią, pompą, pręgierzem, pomnikiem, baśnią, legendą, przypomnieniem faktu historycznego. Nic z tych utrwalonych gotowców. Wojna wymyła, wytarła, wyprała, wyburzyła, spaliła, zniszczyła, zgruzowała Plac i miasteczko. Zrujnowanego pola ceglano-gruzowy korzeń. Cywilizacyjni neofici ze Wschodu napływając wojennego rozkołysania ewakuacyjnymi transportami, zasiedlali go i przyswajali, samodzielnie i samorządnie, w miarę ustrojowych możliwości. A te ostatnie wredne były - ograniczone listew ramkami siermiężnie pojmowanego socjalizmu, deszczułkami, sklejkami, płatami, kijami, palikami, gałęziami, kawałkami rdzewiejącej blachy i drutu, tymczasowymi łańcuchami i pętami. Przetrawiająco-wydalające łaty, bieżące kęsy i ochłapy rozdzielane sprawiedliwie według samozaradnym sprytem tworzonych sytuacyjnie możliwości i potrzeb. Każdemu według jego możliwości było. Toteż każdy sobie umożliwiał, jak mógł, a jak nie mógł to też, szedł pod parą odkorzeniając się na potęgę. Sporo tego takiego "badziewia" bywało. Chociaż nie wszyscy i nie całkowicie odkorzenili się. Pozostało jeszcze trochę pieńków, karczy, oziomków, wykrotów. I to jest niewątpliwie sukces. Czyj? Teraz, już po fakcie, wielu się do tego przyznaje. Umiejętną korzyścią samozaradnego przetrwania: piszą, wydalają, mówią - zaświadczenia i dokumentujące dowody. Ale wtedy, w tym budowanym na gębę gnojowniku, który nam mimowolnie wyszedł bokiem, jedliśmy tę propagandową żabę i odważnych się nie widywało, raczej "świrów". A ta "żaba", to nawet nie była taka obrzydliwa. Czasami tylko odbijała się jakimś głupio-idiotycznym absurdem, zgagą, czkawką, zatwardzeniem, biegunką i innymi trawiennymi kłopotami. Należało jednak być "kulturalnym" - służalczo grzecznym użytkiem stadnie. To bywało się i bywa - wbrew korzennie sensownym odruchom, dla chleba. Ujednolicających odkorzenień las wyuczeń przecież wkoło gatunkowymi drzewami pokrętnych racji na krótkich nóżkach, tłamsi krzacz-miłosną amatorskość. Na pobocznego milczenia lekceważącym zaśmieceniu ona, rozkładającym się butwieniem śmierdzi i kiśnie w niepamięć bezsiły i niemocy.

Plac. Teraz pretensjonalny parking. Samochody, kwietne klomby wyznaczają miejsce do parkowania, obok chodnik, można powiedzieć - deptak bo się przedeptuje go kilka razy dziennie, samozaradnego mozołu trudem wędrujących potrzeb. Zwrotny punkt miasteczka. Stoją ławki, na których się siedzi, różni i różnie w różnych porach dnia. Trochę sklepów wierzejami witryn okala. Drzwi na klatki schodowe, bo blok mieszkalny powyżej. Swojsko, sielsko, zacisznie w takiej klatce. Pod dachem to i wypić można, spokojnie bez strachu i bez przeszkadzania, zaczepiania, że to niby nie "kulturalnie'" U siebie, kolega, znajomy zaprosił więc i pod dachem. - A ty czego? nie zawracaj głowy. Nie widzisz, że brak zasadnych podstaw do przyczepiania się. Co innego jakby publicznie na ławce, w żywe oczy. Jest kilku takich. Może co dziesiąty, dwudziesty. Uśredniając, co piętnasty i będzie jak znalazł. Rzadko się takiego coś widuje. Musi więc. No bo i kto takie coś, z takimś czymś mógłby zrobić? "pasyjka" na wózku to tak. Tylko, że to wtedy już isza inszość, "Kulturalnie" nie wypada publicznie krzywdzić takiego na wózku. Jest więc wyraz uładzonego porządku na miejscu i gra. Siada się na swoich nawykowo ławkach. - Moja: - bilet, abonament miesięczny, karnet - co lepsi dodają. Jak to nałogowo obyczajność osobistym poziomem wyszkolenia podpowiada. Ławkowa normalność. Wygoda zwyczajowych posiedzeń. Ruch tutaj w strony, toteż do: zapolowania, poczekania, złapania, znalezienia, trafienia, przypomnienia, odebrania, rozmawiania, wytrwania, spędzenia, zaczepienia, obśmiania, zażartowania, stosownym miejscem jest. Czyni się coś takiego, tutaj, to miejsce sprawia, jest się kimś - czymś - wyraźną widocznością rozpoznawalnym. Usłyszanym i wygłaszanym, nazywaniem, przyzywaniem i wyzywaniem, swojskością domowego zasiedzenia. Ławki, miejsca postacie powoli zrastają się z ulotnym wydźwiękiem imienia i nazwiska, wyzwiska, ksywy, zawołania. Jest się i bywa tymi drugimi, innymi dopokąd... Wtedy słyszy się: - wolne miejsce, ławka do wynajęcia, właściciel...

W utajonym milcząco podtekście wisielczo-prywatnych rozmów, żeby wygłośnym przywołaniem nie zapeszyć, odczynia się stosowanie guślarską magię zaklinań - milcząc. Rzeczową konkretnością uprzedmiotowań miejsca i czasu, przyznać należy; trwa dopokąd pamięci...

 

leon

 

"Łabuź" 17/1996
[Spis treści]