WSTĘP - OBECNOŚĆ - PRZESZŁOŚĆ - TERAŹNIEJSZOŚĆ 1 - TERAŹNIEJSZOŚĆ 2 TERAŹNIEJSZOŚĆ 3
teraźniejszość 2 - archiwum pamięci

SPIS TREŚCI


Marian Zdanowicz

OD POCZĄTKU

"Cześć Mańcia!" Jest to sygnał, że w pobliżu człapie Lalek. Jeżeli torba, którą targa na ramieniu powoduje, że Lalek się nieco ugina to jest to nieuchronny znak, że zacznie się wciskanie "kitu" tj. nowego numeru ŁABUZIA. Jeżeli Lalek stoi i wesoło pokrzykuje oznacza to, że przyszła pora uregulować należność za wcześniej wciśnięty ki..., no ŁABUZIA.

Lalka nie sposób uniknąć, gdyż kursuje nie tylko w śródmieściu. Ostatnio zahaczyłem go pierwszy. Mam należność. Po ocenie, że wręczyłem ile trzeba Lalek rzecze - Mańcia napisz co nieco o swoich pierwszych latach w Łobzie. Po pierwsze nie w Łobzie a w Łobezie. Kiedyś wszystko działo się w Łobezie, Po drugie - o czym pisać, kiedy się miało niespełna 9 lat. A po trzecie pisanie idzie mi jak po zamarzniętej grudzie. Potraktowałem więc propozycję Lalka jako żart. Okazało się jednak, że Lalek nie żartuje. Kilka dni po pierwszej rozmowie z drugiej strony ulicy obrońców imperium sowieckiego, słyszę - Cześć Mańcia - pamiętasz o naszej rozmowie? Pamiętam, pamiętam. Tylko od czego tu zacząć. Ano, zacznij Mańcia od początku.

Jest marzec 1946 r. W dalekim Omsku formuje się transport wagonów towarowych, którym zostaną przewiezione; do Polski ocalałe rodziny narodowości polskiej i żydowskiej wywiezione na zsyłkę z Kresów Rzeczpospolitej w roku 1940. Mówię "ocalałe", gdyż pozostali na zawsze tam w zmarzlinie syberyjskiej z mojej rodziny: babcia, młodsze rodzeństwo - siostra i brat. I tak po trzech miesiącach obijania się po kątach wagonu transport już okrojony zatrzymał się na stacji ŁOBEZ. Jedna z rodzin ze wspólnie zajmowanego wagonu decyduje się na pozostanie w ŁOBEZIE. Decyduje się na to również moja mama. Ta rodzina jest kompletna tj. mąż, żona, dzieci. On zatrudnia się w Straży Pożarnej i wprowadzają się do mieszkania przy ulicy Szkolnej 4 (parter). My zajmujemy piętro. Wszędzie niesamowity bałagan. Dom splądrowany od góry do dołu. Powyrywano nawet gniazdka wtykowe i wyłączniki. Aby włączyć światło trzeba połączyć dwa gołe druty, W dzień próby wyglądają nieźle. Gorzej wieczorem. Kopie. Centrum miasta w gruzach. Na odcinku od Poczty do ulicy Spokojnej i od Murarskiej do Bema same gruzy. Pozostało kilka pojedynczych budynków przy ulicy Mickiewicza. Jest również całkowicie zniszczony kwadrat ograniczony ulicami Bieruta - Kom. Paryskiej - T. Kościuszki - Krótka, Próbuję nawiązać kontakt z rówieśnikami. Idzie opornie. Okazuje się, że rozmawiamy różnymi językami. Podobnymi, ale różnymi. Rozumiemy się natomiast b. dobrze z czerwonoarmiejcami. którzy smarują na murach bukwy "Naszo dieło prawoje". Po kilku dniach na sąsiedniej ulicy Głowackiego pojawili się chłopcy - Sybiracy. Osiedliły się tam pod numerem - nie ważne... Chłopcy w podobnym wieku jak ja, lecz bardziej "oblatani". Penetrują opuszczone budynki. Ja tez. Palą papierosy i zbierają pety na ulicy. Uczą mnie też. Tadek i chyba Józek z zasypanej gruzem piwnicy wydobywają zastawy stołowe, sztućce i inne rzeczy. Rodziny od tej pory jedzą z porcelany. W opuszczonych budynkach niewiele można znaleźć. Na podłogach porozrzucane morze papierów z których wystają fotosy Hitlerów, Goebelsów, Himmlerów itd. W jednym z budynków przy ulicy Murarskiej na podłodze leżą tysiące znaczków pocztowych z podobizną Hitlera. Depczemy ze złością - nie wiem dlaczego. Sprawcą naszych nieszczęść był przecież Stalin. Któryś z chłopców opowiada o skarbach "ruskiej dzielnicy". Tak nawiasem - drogi Leonie to w skład "ruskiej dzielnicy" poza ulicami wymienionymi w "Łabuziu" nr 10 wchodziła jeszcze ul. Wojska Polskiego a obecna ul. Marii Konopnickiej po opuszczeniu wojsk sowieckich nazywała się Roosevelta. Dostać się jednak do "ruskiej dzielnicy" (omawianej) jest trudno. Wjazdu i wchodzenia strzegą stałe posterunki. Okazuje się, że nie wszędzie. Od góry ul. Zielonej cicho. Nie widać posterunków. Obserwujemy jakiś czas. Nie widać żołnierzy. Decydujemy się na "atak" oczywiście w zamiarach poszukiwawczych czyli złodziejskich. Drzwi pierwszego budynku zamknięte. Drugie też. W następnym budynku otwarte. Ostrożnie dokonujemy przeglądu parteru i piętra. Pomieszczenia są tak wyczyszczone, że nie widać nawet walających się papierów. W jednym z pokojów na piętrze odkrywamy sporo szabli. Jest też kilka karabinów z bagnetami no i amunicja. Ja biorę dwie szable i do kieszeni upycham amunicję. Koledzy podobnie. Wychodząc z budynku wpadamy w oko sołdata, który niespodziewanie pojawił się u zbiegu ulicy Chopina z Zieloną. My w nogi pod górę, on za nami i w krzyk. W połowie drogi obejrzałem się i widzę, że goni nas trzech a może czterech sołdatów. Strach obleciał taki, że przycisnąłem jeszcze bardziej "na pedał", porzucając łup. Nie strzelali. Nie dogonili. Zysk z wyprawy po "skarby": kilka sztuk naboi do karabinu. Zaczynam kręcić się przy chłopcu o pseudonimie Lemoniada. Lemoniada, starszy ode mnie o kilka dobrych lat, wreszcie akceptuje moją pomoc właśnie przy sprzedaży lemoniady. Lemoniada pobiera towar w restauracji "LWOWIANKA" a sprzedajemy z peronu pasażerom wystawiającym ręce z okien wagonów. Ja pracuję za butelkę lemoniady. Zyski Lemoniada ma niewielkie, bo pasażerowie czasami "nie zdążą" zapłacić i zwrócić pustej butelki. Lemoniada braki butelek uzupełnia jeżdżąc rowerem za Stadniki czyli Świętoborzec. Raz jedziemy razem na jednym rowerze. Okazuje się, że skład butelek znajduje się w pomieszczeniu tartaku na niewielkiej rzeczce. Zabieramy jeden transporter i do domu. Lemoniada musiał się mocno napedałować targając mnie na ramie i ten transporter butelek.

30 lat temu a może i więcej zaczepia mnie na ulicy kapitan wojsk lotniczych. Cześć! Ty co, nie poznajesz, to ja Lemoniada. A niech mnie kule ....

Chłopcy z ulicy Głowackiego skutecznie przyzwyczajają mnie do palenia tytoniu. Ktoś zdobywa cygara. Rozsiadamy się wygodnie na wystającym z gruzów murku (miejsce dzisiejszej Centrali Telefonicznej) i zaczynamy palenie. Ja z czymś takim tj. cygarem spotykam się po raz pierwszy. Zaciągam się raz i drugi. Czuję zawrót głowy. Spadam z murku jak chrabąszcz, któremu się przerwie nagle lot. Od tego czasu nie palę cygar. W sierpniu 1946 r. przeprowadzamy się na ul. Kraszewskiego. Tu poznaję nowych kolegów. Zaprzyjaźniam się najbardziej z chłopcami S. i Ż. - Sybiracy. Nie mają ojca, tak jak i ja. Zginął pod Monte Casino. Dziś po latach zdaję sobie sprawę, jak trudno było pani S. wychować - wyżywić 4 budrysów. Chłopcy byli jednak zaradni i pomagali w zaopatrzeniu mamie, która była pogodna i zawsze kręciła się przy kuchni. A my od wiosny do jesieni tylko na ryby, grzyby i jagody. Bakcyl łowienia ryb zaszczepili mi właśnie Bolek, Gienek i Franek. Karasie w stawach i małych jeziorkach łapiemy kipą tj. koszem metalowym. Płocie w jeziorach w okresie tarła rękoma. W Redze pod kamieniami na widelec miętusy i głowacze. A tak normalnie to na wędkę składającą się z kija leszczynowego i żyłki z końskiego ogona. Zestaw wędkarski był zawsze własnej produkcji chłopców. Kupowano jedynie haczyki. Wody w tamtym czasie kryształowo czyste. Na ryby jeździmy i chodzimy również na Rajówkę (Brzeźniak) 12 km. Jeździmy to może za duże słowo. Z reguły na jeden rower przypadało dwóch a nieraz i trzech chłopców. Dobrze jak jest rower męski. Jedzie wówczas jednocześnie dwie osoby pedałując na zmianę. W przypadku damki jeden jedzie a drugi za nim biegnie. Po ujechaniu kilku kilometrów zostawia biegnącemu z tyłu rower i sam rozpoczyna bieg. Ten biegnący dociera do leżącego roweru. Teraz on jedzie itd. Na Rajówce to dopiero było wędkowanie. Franio, najmłodszy z braci, jest prawie zawsze rekordzistą, tak na sztuki jak i wagę. Nocne wędkowanie było bardziej efektywne jak w dzień. Polegało na tym, iż zarzuconą wędkę w ciemno chodziło się od czasu do czasu sprawdzić. Prawie zawsze była ryba. Franio do jednej wędki wiąże kilka haczyków, wyciąga więc dwie, trzy ryby. Uwiązałby więcej, ale Franio wie, że nie wytrzyma tego ciężaru koński ogon. Zimą pierwszy śnieg oznaczał czas wyruszyć w pola i zagajniki. Rozpoczynały się bowiem łowy zajęcy i kuropatw. Koledzy starsi ode mnie od roku do 5 lat umiejętności traperskie posiedli w stepach i tajdze syberyjskiej. Z "polowania" wracali prawie zawsze z jednym lub kilkoma zajęcami. Byli po prostu bezbłędni. Nie mogę powiedzieć tego o sobie.

Jest rok 1947. Na stację kolejową ŁOBEZ zaczynają zwozić jako złom czołgi i armaty. Przyglądamy się uważnie od drugiej strony torów. Trwa to kilka dobrych dni. Bliżej podejść nie można, bo przeganiają żołnierze. A nas pcha przemożna ciekawość i jakaś nieodparta siła. Wreszcie cicho. Nie widać kręcących się żołnierzy. Podchodzimy bliżej i bliżej. Nikt nie odgania. Oglądamy i dotykamy żelastwo. Jest kilkanaście czołgów i kilka armat. Słyszę krzyk radości. To Gienek siedzi na czołgu i wymachuje spalonym pistoletem. Jest to również sygnał, że należy jak najszybciej zająć swój czołg. Włażę do najbliższego. Jest wypalony. W następnym nie widać spalenizny. Stoją równiutko naboje do działa. W zakamarkach swojego czołgu i ja znajduję upragniony pistolet Jest duży, przerdzewiały i bez iglicy, ale jest. Każden z nas ma w garści jakieś żelastwo. My, młodsi chłopcy bawimy się w wojsko i wojny. Najlepszy teren do tego celu stanowi lasek usiany pagórkami a położony tuż przy torach w pobliżu wodospadu i ul. Mostowej (Segala). Taka "bitwa" rozpoczynała się późnym wieczorem a kończyła, gdy było już ciemno. Po zabawie szliśmy do domu chłopców, gdzie graliśmy w karcianego tysiąca lub duraka czyli durnia. Zawsze wszystkie spotkania odbywały się w domu S.

Pewnego razu jak zwykle po powrocie z lasku zasiadamy do kart. Od początku wszyscy czują smród puszczonego pawia. Ale para wcześniej czy później ulatuje, ten jednak wisi w powietrzu przez cały czas. Staje wreszcie w drzwiach od kuchni pani S., aby pogonić jak zwykle chłopców do spania i coś ją zamurowało. Po chwili krzyczy "A chaj was cholera, który to tak okrutnie się zebździł. Otwierać okno i drzwi!" - rozkazała. Pośpiesznie wstajemy od stołu. "A ty co?" - spodnie moje są przyklejone do krzesła. Ze wstydu się czerwienię. Musiałem "poderwać" to gówno w czasie "walki" czając się za drzewem lub pagórkiem. Nie, na pewno za drzewem, pagórki były za niskie. Przystępujemy również do demontażu amunicji armatniej tj. do oddzielenia pocisku od gilzy (łuski). Wewnątrz naboju są laski prochu z dziurkami pośrodku. Końcówkę zapalonej laski przyciskało się do ściany albo nadeptywało butem i następował odrzutowy start i lot tego prochu. Zabawa ta była przyczyną wielu przykrości w szkole. Amunicja armatnia znajdująca się w czołgach z uwagi na "latający" proch szybko zniknęła. Jakiś nieznajomy starszy chłopiec z drugiego końca miasta odkrywa nienaruszony pocisk w zamku wolno stojącej armaty. Wykręca spłonkę i drutem rozpoczyna wydobywanie prochu przez niewielki otwór. Idzie to długo i opornie. Ja z Gienkiem kibicujemy mu. Wyciągnął niewiele. Chyba się znudził. Dał kilka lasek mnie i stojącemu obok koledze. Resztę schował za pazuchę pozostawiając jeden pręcik, który podpalił. Wsadził podpaloną laskę do otworu, z którego wydobywał proch. Rozkazał uciekać! Robimy to w wielkim pośpiechu. Ja z kolegą uciekamy w kierunku przejazdu kolejowego ul. Węgorzyńskiej. "Podpalacz" zaś w kierunku przejazdu ul. Gdańskiej dziś H. Sawickiej. Gdzieś na wysokości przejazdu słyszymy potężny wybuch. Biegniemy dalej do końca ulicy Węgorzyńskiej i dalej do lasu przy torach kolejowych. Gienek narzeka na kolkę w boku. Odpoczywamy. Może po godzinie a może i więcej schodzimy do torów. Jesteśmy w pobliżu przejazdu kolejowego ul. Kwiatowej dziś Waryńskiego. Wąskotorówką idziemy do domu. Tu informują nas, że został zniszczony słup telefoniczny kolejowy strzałem z armaty. A to pech, że musiał tam stać ten słup. Milicja i UB szukają sabotażysty(ów).

Na ulicach ruch niewielki. Jeżdżą po mieście dwa samochody ciężarowe. Jeden należy do krochmalni, drugi do PGR Radzim. ten z PGR stale widzę przy budynku UB tj. Bieruta 28. Osobowych też jest dwa. Stare dekawki do dyspozycji starosty i vice starosty. Jest jeszcze w mieście motor, którym się rozjeżdża Tadek S. Ten motor jest tak głośny, że jak go zapala przy ulicy Kościelnej to słychać odgłosy przy ulicy Mariackiej (J.Krasickiego). W mieście jest sporo budynków niezamieszkałych. Te puste budynki to zaplecze opałowe dla już zajętych. Powojenni łobzianie mimo biedy radują się. Przez otwarte okna dochodzi wesoły gwar, muzyka i śpiew w rodzaju "Co użyjem to dla nas, bo za sto lat nie będzie nas..." Ja z otwartych okien czuję woń cameli.

Jest nadal rok 1947...

 

Marian Zdanowicz

Dopisek - "Od początku"

"Mańcia" - pseudonim, ksywa szkolno-klasowa autora tekstu. Z tego co ja -leon, w tekście "Lalek" pamiętam, to Adam Ilewicz - "Tuńka" był tym pierwszym, który tak zaczął nazywać Mariana. Wspólnie chodzimy do szkoły nr 1, oczywiście, jako że szkoła nr 2 była na "ruskiej dzielnicy" - ul. J.Słowackiego i tam chodzili ci, którzy byli "relegowani" - usunięci z naszej szkoły. Dyrektorem - kierownikiem "jedynki" w owym czasie był p. Woropajew. KTO PAMIĘTA I NAPISZE O "WOROPIE"...?...

Teraz, Mańcia: skoro uprawiamy grunt pamięci, na której ziarna wartości:
- masz rację, u!. Wojska Poiskiego też była "ichnia",
- ul. Roosevelta, tak się nazywała;
- ul. Komuny Paryskiej od 1952 r., przedtem - Lipowa i jeszcze oboczne wzbogacenie: - Pl. 3-go Marca, przedtem - Rynek.

Ale najważniejsze, za co ci serdecznie dziękuję! - wywołałeś hasło, motyw, temat do pisania. Restauracja "LWOWIANKA": - gdzie?, kiedy? - miejsce na planie miasteczka, daty, zdarzenia, wypadki - ? Kto z "łobeziaków" sporządzi nam o tym donos, zapis? I jeszcze wyjaśnienie co do brzmienia - "takosamego" naszych nazwisk - Familiarność (?) żadna. Wprawdzie i ja - leon i On - autor materiału "Od początku" - tytuł od nas, PKL "Łabuź", nosimy ,to samo nazwisko. Zbieg okoliczności. Więzy pokrewieństwa?... Sprawdziliśmy obydwaj. Nie znaleźliśmy

PS Co do "Łobezu", Mańcia, to także masz rację. Wszystko działo się w Łobezie, do roku 1964. kiedy to na fali szczytowej manipulacyjnej propagandy "Partia i Rząd", wysiłkiem klasy robotniczej, w trosce o gramatyczną poprawność językową - jaka ojcowska troska (!), nadużywając autorytetu naukowego, językoznawcy prof. W. Doroszewskiego, w trybie administracyjnym przymusu - nakazu - (rygor czasowego rozporządzenia w Dzienniku Ustaw) stłamsiła ducha językowego, i mamy poprawnie gramatycznego potworka językowego - "w Łobzie" - ciąg skojarzeniowy - z Łobzowa spod Krakowa - gipsowa sztukateria udanie odlanych pozorów, na lokalnie kołtuńskim gruncie - zastępczo: - od góry do pasa Łobzasa i Łobzasa, bo niżej: - nogi, ziemia, korzenie, to są jednak w Łobezie ...

 

leon
[Spis treści]

Marian Zdanowicz

OD POCZĄTKU (c.d.)

Na ulicy pojawiło się w moim wieku dwóch nowych chłopców. Pusty budynek pod nr 13 ma nowych lokatorów. Wejście od strony ul. Kolejowej zamieszkuje rodzina S. tj. trzech braci (najstarszy żonaty) i siostra, a wejście od ul. Kraszewskiego dwóch braci G. W jednym i drugim wypadku głowami rodziny są najstarsi bracia. Podwórko i mieszkanie S. odwiedzają różnego rodzaju gołębiarze i "szulerzy", bowiem przy każdej okazji toczy się tu gra w oko. Ja z Józkiem Ż. kibicujemy graczom. Zdarza się czasami potrzymać grającemu karty, gdyż ten akurat przypala papierosa, bądź szuka w pustych kieszeniach pieniędzy. Czujemy się wówczas ważni i dowartościowani. Wejść do gry nie możemy z braku pieniędzy. Jak je zdobyć? Jest jeden sposób. Makulatura i złom. Pożyczamy wózek czterokołowy z drabinkami po bokach i jedziemy pod nr 20. przy ulicy obrońców ojca Stalina. Tu na poddaszu w regałach stoi mnóstwo książek. Są grube i ciężkie. Wydaje się jakby były zmęczone tą swoją starością. Niektóre mają skórzane okładki. Wyglądają tak dostojnie. Chłopcy ponaglają do znoszenia. Jest pełen wózek. Za dyszel ciągnie dwóch a jeden z chłopców popycha. Makulaturę i złom skupują za torami w pobliżu mleczarni. W tym dniu dostarczamy do punktu skupu dwa wózki. Po pieniądze z kwitami w ręku biegniemy do Kasy, która mieści się przy ulicy Bieruta 60. Wypłata niewielka. Chyba nas oszukano? Po podziale pieniędzy starczyło na pół godziny skromnego grania w oko. Zbieramy złom. To samo. Wypłacają niewielkie sumy. W rowach wzdłuż torów kolejowych leży drut miedziany z pozrywanych linii telefonicznych. Gromadzimy na podwórku chłopców S. ze 20 kg drutu. Odważamy 5 kg i niesiemy do skupu. Tu pan wagowy mówi, że jest 2,5 kg i na tyle wystawia kwit. A to drań, oszukuje dzieci, bo starszym - widzimy - pisze wagę właściwą. Zygmuś proponuje, aby po drodze do kasy w kwitach dopisać zero. W tych co mamy nie pasuje. Ale pomysł jest dobry, aby łobuzowi dołożyć. Zbieramy kalki ołówkowe o różnych odcieniach. Odważamy 10 kg drutu miedzianego i targamy na skup. Wagowemu oświadczamy, że mamy 5 kg miedzi. Wypisuje kwit bez ważenia na nazwisko Kopytko. Mamy w garści kwit w trzech egzemplarzach na 5 kg miedzi. Musimy z tego zrobić 50 kg. Do wyrównania krzywdy zabiera się ... . No, nie! Wygląda to na oryginalne gryzmoły tego wagowego. Do kasy idzie jednak jeden - Zygmuś. Ja, Franio i Józek zza rogu ulicy Lipowej wystawiamy tylko od czasu do czasu łysiny z grzywkami.

Wychodzi wreszcie Zygmuś i pogwizduje. Mamy na cukierki, latarki i się rozumie - oko.

Były Jeszcze dwa kwity na nazwisko Lipka i Karaś. Jeden na 10 kg, drugi na 20 kg miedzi, po czym uznaliśmy, że krzywdy zostały wyrównane.

Gra w oko wyraźnie nie idzie. Przegrywamy. Po wnikliwej obserwacji wiemy już dlaczego. Koniecznie trzeba kupić karty. Mamy z Józkiem nowe karty. Mamy i pieniądze. Tymi pieniędzmi prowokujemy Zenka W. zwanego Fuksiem, który właśnie jest po wypłacie. Zenek nie raz "oskubał" małolatów. Widząc pieniądze pan Zenek proponuje nam oko wyciągając z kieszeni swoje karty. Zgadzamy się na grę, ale kartami nowymi naszymi. Fuksio ogląda nowe karty i akceptuje. Rozpoczynamy na schronie tuż przy zajezdni wąskotorówki. Po dwóch godzinach gry panu Zenkowi w kieszeniach pozostał tylko paragon po wypłacie. Prosi o zwrot pieniędzy. Mówi, że nie będzie miał z czego żyć. Naradzamy się. Józek jest zdecydowany puścić go "z torbami". Przecież nie raz ograł nas do złotówki. Mówię: - Józio, patrz, on płacze. Zwracamy pół wypłaty i kończymy raz na zawsze grę w oko.

Pewnego razu u Zygmusia zastaje Rysia P. i mnie późny sobotni wieczór. A w soboty i przed świętami okazuje się, że Krysia szoruje podłogi. Siadamy na stole, aby nie przeszkadzać. Nogi zwisają. Wymachując nogami widzę, że Rysia sięgają prawie podłogi. Odwracam się, bo chcę mu powiedzieć, aby te giry uniósł do góry i co widzę - że Rysia oczy z orbit o mało nie wyskoczą. Patrzę tam gdzie on i widzę Krysię na kolanach szorującą podłogę. Spódnica musiała jej przesz-kadzać, a może nie chciała jej zamoczyć, w każdym bądź razie podwinęła ją tak, że wystaje goły tyłek i jeszcze coś. Krysia traktuje nas jak powietrze. A my siedzimy cicho z otwartymi gębami i wybałuszonymi oczami. Ja taki seans oglądałem raz. Rysio częściej. Po tym zdarzeniu zaczynam inaczej nieco patrzeć na koleżanki szkolne.

Drugi z chłopców spod trzynastki Zbyszek G. ma całkiem inne doświadczenia. Przebywa prawie zawsze sam. Starszy brat kolejarz w domu jest gościem. Zbyszek to urodzony wódz. Organizuje "szczep indiański". Jego wojownicy są uzbrojeni w kije, proce tradycyjne i zamachowe oraz nieudolnie wykonane łuki i dzidy. Raz biorę udział w walce z innym "szczepem". Zbyszek prowadzi nas na skraj żwirowni w pobliżu cegielni. Tu jeden drugiego pucuje w różne kolorki wcześniej przygotowanymi farbami przez Zbyszka. W dole żwirowni wyłania się przeciwnik pod wodzą Henia D. Z góry procami zamachowymi wyrzucamy kamienie. Jeszcze się walka na dobre nie zaczęła, a już wódz Henio obrywa w głowę kamieniem. Koniec walki. Hurrra. W zależności ilu jednocześnie chłopców się spotyka gramy w klipę, palanta lub piłkę nożną. Najlepszy plac zabaw to dzisiejszy teren dworca PKS. Plac po bokach ograniczała z jednej strony stacja kolejki wąskotorowej, z drugiej zaś ogrodzenie z żywopłotu poprzeplatane drutem kolczastym gospodarza - rolnika p. Targosza.

Piłka do gry w nogę w pojęciu dzisiejszym była nieosiągalna. Kopane były różnego rodzaju piłki gumowe i tak zwane szmacianki, tj. piłki które wyglądem przypominały duże jaja, gdyż były kilkakrotnie zszywane, cerowane bądź łatane. Trzeba było mieć nie lada wprawę i spryt, aby taką piłkę kopnąć do adresata lub przewidzieć kierunek, w którym się odbije od ziemi. Gra w nogę odbywała się zawsze na boso. Dla oszczędności. Kogo w tamtych czasach, a i dziś, stać aby dzieciakowi zmieniać buty co kilka dni. A tyle wytrzymywały. Wiem to z doświadczenia. Spody stóp były więc twarde, zahartowane. Niewrażliwe na byle co, nawet na drobne szkło. Walcząc o piłkę przy żywopłocie nadepnąłem piętą na kłębek drutu kolczastego. Ciągnął się za mną jeszcze kilka kroków. Ten drut uziemił mnie na parę tygodni. Obserwowałem więc z okien ulicę, na której chłopcy grają w nogę. Nikt im nie przeszkadzał. No, może czasem z terkotem po brukowanej jezdni przetoczył się na większym lub mniejszym "gazie" wóz drabiniasty miejscowych rolników. Nudzę się a jednocześnie cierpię. Stopa wygląda jak balon. Nudy skraca Mirek K. przynosząc książki ze swej biblioteki. Czytam "Przygody Tomka Sawyera", "Chatę wuja Toma". Jestem całkowicie pochłonięty lekturą. Wcielam się z wypiekami na twarzy w bohaterów czytanych książek. Zapominam o bólu. Nie ciągnie do kolegów. Czytam i przeżywam "Szarą Wilczycę", "Bari, syn Szarej Wilczycy" i wszystko co wpadnie do ręki autorstwa Jacka Londona. Mirek opowiada o "Przygodach Guliwera". Robi to z wielką pasą. Bo Mirek kocha książki. Ta miłość do książek jest tak wielka, że jest jej wierny do dziś, gdyż dzisiaj Mirek jest warszawskim bibliotekarzem. Znajome dzieci nie mają takich zabawek jak Mirek. Mirek może wystawić batalion ołowianych żołnierzyków. Tak, tak, to nie pomyłka. Żołnierzyki przyjmują różne postawy, reprezentują różne formacje i pochodzą z różnych okresów. Tu u Mirka w balii motorówka na denaturat rozwija zawrotną prędkość. Mirka pilnuje matka tak, jak dzisiejsi rodzice pilnują swoich pociech. Ciągłe ględzenie: gdzie, z kim, po co, kiedy, na co? itp. A mimo tego udaje się Mirkowi wędrować z nami na zająca i jak trzeba to organizuje kasę z własnej apteki.

Woda w Redze płynie kryształowo czysta. Przy słonecznej pogodzie widać piaszczyste dno nawet na głębokości do 2 metrów. Dzieci, i nie tylko, kąpią się na całej długości rzeki płynącej przez miasto. Najlepsze miejsce do kąpieli to plaża w pobliżu krochmalni i obok spalonej elektrowni wodnej. Kąpielisko przy krochmalni miało przebieralnie, które w miarę napływu nowych mieszkańców zniknęły. Ja szoruję brzuchem po piasku i dokoła przekonuję dzieci, że pływam. Do czasu. Wlazłem kiedyś na murek przy elektrowni skąd chłopcy nurkowali. Tuż przy murku jest silny prąd wodny. Ktoś mnie popycha. Wpadam do wody. Otwory mojej głowy są pełne wody. Nie mogę krzyczeć. Rozpaczliwie wymachuję rękoma i o dziwo - ląduję na mieliźnie. Z wody wychodzi się, kiedy ciało przybiera kolor błękitu, a ząb na ząb nie może trafić. Tak czyni większość chłopców. Nie chorujemy. I dzięki Bogu. Bo w tym czasie liczyć na pomoc medyczną było wielce ryzykowne. Co nieco wiem na ten temat, ale nie będę nudził.

Szkoła. Temat sam w sobie. Może więc wspomnę tylko jeden epizod - zdarzenie. Jestem w piątej lub szóstej klasie. Od nowego roku w szkole mamy nową nauczycielkę p. Garstkównę. Jest tak piękna, że na jej widok zatyka, a serce zaczyna bić - no nie w rytmie cza-cza, ale jakoś inaczej. Wszystkie pętaki chyba się w niej kochają, a po głowach w czasie lekcji błądzą nierealne myśli. Żeby zechciała choć jakoś inaczej spojrzeć.

Za wykroczenia na lekcji nasza pani wymierza łapy. Chłopcy powiadają, że jak się dłoń, poślini to nie boli. Mam pełną garść śliny. Strącam na podłogę koledze zeszyt. Z linijką w ręku zmierza ku mnie Marzenie. Łapa. Ciach - i spod linijki ślina zalepia sąsiadowi oko, a dziewczynka z sąsiedniego rzędu ławek obciera twarz. Widzę dodatkowy rumieniec i mocniejszy uścisk pulchnej dłoni. O to chodziło. Nasza pani jest jeszcze bardziej piękna.

 

Marian Zdanowicz

PS Kończę dziecinne wspomnienia z pierwszych powojennych lat. Myślę, że to moje pisanie pobudzi innych do refleksji, zadumy a może i powrotu myślami do tych pierwszych, nie zawsze łatwych, dni pobytu w naszym mieście.

Dziękuję Lalek za prezent. Zrobię tak, jak radziłeś czyli zdjęcie z cygarem. Po 45 latach z paleniem tytoniu skończyłem "definito" w dniu 18 listopada 1993 roku. Decyzja była natychmiastowa po obejrzeniu (właśnie w tym dniu) wstrząsającego reportażu w TV. Bo musisz, drogi Leonie, wiedzieć, że czym mniej życia pozostało, tym bardziej chce się żyć. Choć tak naprawdę to co to za życie, gdy ze wszystkich przyjemności pozostał w sercu tylko MAJ.

 

M.Z.

 

"Łabuź" 15/1995
[Spis treści]

Roman Sternicki

ŁOBESKIE BUŁECZKI

Wyrwany z drzemki, przewiercającym uszy zgrzytem hamulców i następującym po nim nagłym gwizdem uchodzącego powietrza, spojrzałem w okno - dostrzegłem fragment budynku dworca zbudowanego, jak wiele mu podobnych z czerwonej, licowanej cegły, a na nim tablicę z napisem "Świdwin". Nim zdecydowałem się wstać i wyjrzeć przez okno, usłyszałem sakramentalne, - proszę wsiadać i drzwi zamykać, - gotowe. - odjazd. Lekkie szarpnięcie i stopniowo narastający turkot kół oznajmiły, że pociąg wznowił bieg - potwierdzały to przesuwające się ze stale wzrastającą prędkością obrazy za oknem.

Rozsunęły się z lekkim zgrzytem drzwi i do przedziału wszedł konduktor. Korzystając z nadarzającej się okazji, zapytałem, - czy daleko jeszcze do Łobezu, - odpowiedział mechanicznie, trzeci przystanek, jeszcze tylko Klępnica i Worowo, - jakieś 20 minut.

Pomyślałem, że pora się zbierać. Wstałem, zdjąłem z półki podręczną walizkę i postawiłem ją na siedzeniu, ubrałem kurtkę i szalik, założyłem beret. Ubierając się, zauważyłem kątem oka, że oprócz mnie jeszcze jedna osoba zbiera się do wyjścia. Przygotowany do opuszczenia pociągu stałem przy oknie, obserwując przesuwający się za nim krajobraz, okazywał się być takim, jaki lubię - urozmaicony pod względem konfigu-racji, o sporym stopniu zalesienia, wzbogacony ciekami i zbiornikami wodnymi. - Tak, to było to! Nie trudno było sobie wyobrazić jakiego uroku doda temu pełny rozkwit wiosny. Minęliśmy Klępnicę i Worowo, wyszedłem więc z walizką w ręku z przedziału na korytarz, który jak to bywa w wagonach podmiejskich usytuowany jest pośrodku lub na końcu wagonu. Ten na który wyszedłem okazał się być nie tylko na końcu wagonu, ale i na końcu pociąg: stał tam już konduktor i widać było jak spod wagonu wysuwa się wstęga toru. Obserwując uciekające toro-wisko, można było z łatwością zauważyć, że jest ono dwutorowe, ale tor tylko jeden? Odruchowo więc przyszło mi na myśl, - pewnie "Przyjaciele" pozwolili sobie zabrać szyny do niklowania. Złapałem się na tym, że mimo woli uwagę swą wypowiedziałem głośno. Spojrzałem na stojącego obok konduktora - uśmiechnął się pod wąsem, lecz bez komentarza. Wróciłem więc do rzeczywistości, przecież czasy kiedy za opowiadanie dykteryjek "w stylu 6/9" można było zostać postawionym przed oblicze "Sprawiedliwości Ludowej" mamy już za sobą.

W międzyczasie za oknem pojawiły się zabudowania fabryczne, przesłaniające dalszą perspektywę miasta, pociąg zaczął hamować, rzuciło jeszcze kilka razy wagonem na zwrotnicach i wtoczyliśmy się w rejon peronu, gdzie pociąg się zatrzymał. Konduktor wysiadł i dobrze wytrenowanym głosem zawołał, - "ŁOBEZ!" Wysiadając za nim po raz pierwszy postawiłem swoją stopę na ZIEMI ŁOBESKIEJ. Była godzina 9.15, 2-go marca 1964 r. - poniedziałek. Stojąc na peronie zastanawiałem się przez moment, jaki też ten Łobez dla mnie będzie? - przyjechałem tu do pracy, co będę mógł powiedzieć o podjętej decyzji po paru latach? Stojąc w zamyśleniu nie zauważyłem nawet, że pociąg odjechał i na peronie zrobiło się pusto. Przede mną widniał biały budynek nowego dworca kolejowego. Był ładny, widniał na nim wystylizowany napis miejscowości, zastępujący stereotypową i obskurną tablicę. Posiadał duże, przeszklone powierzchnie i ogólnie zgrabną sylwetkę, co go niewątpliwie wyróżniało spośród powszechnie spotykanych dworców PKP. Wnętrze budynku okazało się robić równie przyjemne wrażenie. Hall, w którym umieszczono kasy biletowe, jest przejściowy. Ściana, na której znajdują się kasy biletowe i bagażowa, wyłożona jest czarnymi, błyszczącymi płytami, mocowanymi ozdobnymi gwoździami; posadzka ułożona jest z przemiennie występujących czarnych i jasnych dużych kwadratów. Przeciwległa ściana, za którą znajdują się poczekalnia i bufet, przeszklona jest na całej długości. W poczekalni ustawiono dwa rzędy nowych ławek. W głębi poczekalni, pokonując trzy stopnie wzwyż przechodziło się w rejon bufetu, który był skromnie, ale estetycznie wyposażony. Za ladą bufetu stała w śnieżnobiałym kitlu nieco korpulent-na, o miłej aparycji, kobieta, która, gdy się zbliżyłem do lady, zapytała z nieco kresowym akcentem, czego sobie życzę. Poprosiłem o herbatę i trzy kanapki z serem. Zamówienie zostało od ręki przyjęte i zrealizowane. Napój podano mi w lśniącej szklance na spodku; na talerzyku deserowym trzy zamówione kanapki z serem. Herbata była wyjątkowo smaczna i aromatyczna, a kanapki sporządzone zostały z bułeczek, które nie były jak zwykle okrągłe, a wrzecionowate i przypominały miniaturowe bochenki chleba - posmarowano je masłem i przełożono serem. Zjadłem ten posiłek z dużym smakiem. Wychodząc odniosłem do bufetu opróżnione naczynia, za co otrzymałem bardzo uprzejme "dziękuję". Może dziwić, że położyłem taki akcent na to co zaoferowano mi na łobeskim dworcu PKP. Ale tak się złożyło, że przed moim przyjazdem do Łobezu, sporo podróżowałem po Polsce służbowo, miałem więc skalę porównawczą i jestem przekonany, że każdy mający podobne doświadczenia, przyzna mi rację, że w porównaniu z takimi przybytkami dworcowymi kolei państwowych jak Kutno, Koluszki, Kalisz (ten wojewódzki), Kraków Gł., Tarnów czy Warszawa Wsch. łobeski dworzec kolejowy mógł być przedstawiany jako niedościgniony wzorzec!

Syty i w dobrym nastroju postanowiłem ruszyć w miasto celem znalezienia jakiegoś zakwaterowania. Wychodząc przed dworzec zauważyłem, że prowadzą od niego trzy ulice - każda w innym kierunku. A to oznaczało konieczność dokonania wyboru. Jedna prowadziła wzdłuż linii kolejowej; toczyła się nią właśnie pogwizdując lokomotywka kolei wąskotorowej, by tuż przed dworcem przeciąć ukośnie podjazd i znaleźć się po jego przeciwnej stronie, gdzie pod wiekowymi kasztanami widniał niewielki baraczek z widoczną z daleka tablicą, niewiele mniejszą od niego, której napis głosił: "Łobez wąsk."

Druga ulica prowadziła w stronę przeciwną, której kierunek w perspektywie odchylał się nieco w prawo; i była trzecia odchodząca w prawoskos sprzed samego dworca. Stojąc tak przed budynkiem rozglądałem się za kimś, kto mógłby pomóc mi w podjęciu właściwej decyzji. Gdy jednak nikt nie pojawiał się w pobliżu nie zwlekając ruszyłem w nieznane wybierając ulicę, która prowadziła sprzed dworca w wyczuwalnie najbardziej pożądanym kierunku, co niebawem miało znaleźć swoje potwierdzenie. Niedaleko od dworca, gdzie ulica zdecydowanie skręca w lewo, po jej przeciwnej stronie spostrzegłem ogrodzoną płotem willę o sporym podcieniu i umieszczonymi tablicami informacyjnymi: "Państwowy Zakład Leczenia Zwierząt" i "Prezydium Gromadzkiej Rady Narodowej w Łobezie". Idąc dalej w dół ku skrzyżowaniu, odkryłem po prawej stronie Urząd Pocztowy, a tuż za nim trzy nowo wzniesione, wielorodzinne budynki mieszkalne. Po stronie przeciwnej, począwszy od skrzyżowania, ciągnęły się niedawno założone zieleńce. Tuż przy moście spinającym dwa brzegi rzeki, ustawiona tabliczka informowała "rzeka Rega". Tam też spotkałem idącego w moim kierunku milicjanta, którego zagadnąłem, prosząc by mi wskazał miejsce, gdzie mógłbym wynająć pokój na kilkudniowy pobyt. Poinformował mnie, że na terenie miasta jest hotel, w którym z wynajęciem pokoju nie powinno być trudności. Jednocześnie wskazał zaczynającą się tuż za mostem alejkę przecinającą ukośnie skwer i widniejący u jej ujścia spory budynek, przy którym należało skręcić w lewo, aby po przejściu około 300 m, mijając park z pomnikiem wdzięczności, skrzyżowanie ulic i budynek sądu znaleźć się u celu.

Podziękowałem i ruszyłem we wskazanym kierunku. Idąc alejką zauważyłem niedawno założone zieleńce: okolica stanowiła kiedyś teren zabudowany. Świadczyły o tym rozrzucone w nieładzie resztki uratownych z pożogi wojennej siedzib ludzkich. Po prawej stronie minąłem jakiś plac z charakterystycznym czteroramiennym kandelabrem, wzdłuż którego jakaś koparka pracowicie drążyła znacznych rozmiarów wykop. Okazało się, że wskazany mi przez milicjanta budynek u ujścia alejki to siedziba "Prezydium Powiatowej Rady Narodowej" w Łobezie. Krocząc dalej w/g wskazanej marszruty dotarłem do hotelu, gdzie po dokonaniu formalności meldunkowych mogłem zamieszkać. Pokoik był nieduży, ale bardzo schludnie utrzymany i wyposażony w niezbędne sprzęty. Po rozpakowaniu się i gorącej kąpieli przyszło odprężenie; dały o sobie znać trudy ponad dobowej podróży. Postanowiłem więc zregenerować nieco nadszarpnięte siły i zatapiając się w śnieżnobiałej i pachnącej czystością pościeli, poczułem łagodne oddalanie się rzeczywistości.

Po ponad trzech godzinach snu obudziłem się rześki i wypoczęty z uczuciem ssania w żołądku. Oznaczało to, że pora pomyśleć o niezbywalnych potrzebach ciała. Wyskoczyłem z pościeli i po doprowadzeniu się do w miarę przyzwoitego wyglądu, opuściłem hotel z myślą odszukania, odwiedzenia zauważonej wcześniej restauracji noszącej nieco elitarną nazwę "KLUBOWA". Wygląd wnętrza sali konsumpcyjnej co prawda nie całkiem odpowiadał nazwie lokalu. Przypominał raczej przyzwoitą stołówkę zakładową, ale przecież nie o to chodziło, Istotne było. co dobrego można tu zjeść i za ile? A z tym, jak się okazało, było zupełnie nieźle. Za obiad składający się z trzech dań tj. zupy pomidorowej z ryżem, b. smacznej pieczeni cielęcej z ziemniakami i przystawkami (nie przestrzegano tu zbytnio bezmięsnych poniedziałków), oraz deseru, zapłaciłem - 12,60 zł. Było to w czasie gdy oficjalnie obowiązująca dieta wynosiła 18 zł. Gdy opuszczałem restaurację było parę minut po piętnastej - pora kiedy ruch uliczny osiąga szczytowe nasilenie. Ulica Bieruta, bo nią to kroczyłem właśnie, roiła się od spieszących w przez nich tylko wiadomym kierunku i celu. Wśród przechodniów przeważali ludzie w wieku średnim i młodzi, nie widać było ludzi starych. Jako kierunek swojej marszruty obrałem widniejącą w oddali wieżę kościelną. Widać było, że miasto miało dość nieregularną zabudowę. Świadczył o tym co kawałek poszerzający się lub zwężający chodnik oraz różna wysokość i wiek budynków przylegających do ulicy. Poczynając od wrośniętych w ziemię drewnianych chatek (w jednej z nich mieścił się zakład zegarmistrzowski) aż po dwupiętrowe kamienice czynszowe. Zauważyłem, że miasto przygotowuje się do obchodów jakiejś oficjalnej uroczystości, świadczyły o tym wywieszone flagi państwowe. Ani rusz nie mogłem uświadomić sobie o jaką okazję chodzi i dopiero rozciągnięty w poprzek ulicy transparent, głoszący uczczenie kolejnej rocznicy powrotu do macierzy, wyjaśnił sprawę. Zbliżając się do kościoła coraz bardziej stawało się jasne, że na śródmieściu wojna najbardziej odcisnęła piętno. Kościół wraz z wrośniętą w ziemię, stojącą tuż obok niego, pod lipami, chatynką. stanowił wyspę otoczoną rozległym gruzowiskiem, które ludzie usiłowali zamienić na coś w rodzaju zieleńców. Od placu z czteroramiennym kandelabrem i wybrukowaną kostką kamienną nawierzchnią, który można by uznać za rynek lub plac targowy, oddzielał kościół szereg skleconych tymczasowo pawilonów handlowych. Naprzeciw kościoła, po przeciwnej stronie ulicy, wychylające się z ziemi fundamenty przewidziane pod jakiś trwały obiekt, a nieco dalej, trzy nowo wzniesione czteropiętrowe budynki mieszkalne (chyba pierwsze tak wysokie w historii miasta).

Kończył się powoli zapadający zmrokiem ponury marcowy dzień. Rozbłysły pierwsze latarnie uliczne, a i w domach zapalało się coraz więcej świateł. Pora by wrócić do hotelu, ale po drodze należało jeszcze wstąpić do sklepu, by zaopatrzyć się w niezbędne wiktuały na dzisiejszą kolację i jutrzejsze śniadanie. Wybrałem sklep, który wcześniej mijałem w okolicach prezydium Powiatowej Rady Narodowej. Kupiłem ser, herbatę, jakąś konserwę i rozglądając się za pieczywem, spostrzegłem na jednej z półek podłużne bułeczki, takie same jak te, które jadłem rano na dworcu, i które mi tak smakowały. Dołożyłem więc do poczynionych zakupów jeszcze sześć bułeczek i tak zaopatrzony ruszyłem w drogę powrotną do hotelu. Na dworze mrok gęstniał coraz bardziej, a ołowiane niebo nie wróżyło poprawy pogody na dzień następny. Po powrocie do pokoju hotelowego zaparzyłem herbatę i delektując się złocistym i aromatycznym naparem, zabrałem się za lekturę kupionych po drodze gazet. Tkwiąc z nosem w gazecie sięgnąłem odruchowo po jedną z leżących na stole bułeczek.

Pochłonięty czytaniem, nie odkładając gazety, jadłem popijając herbatę po to, by po skończonej lekturze stwierdzić, że spośród kupionych sześciu bułeczek została mi tylko jedna. Smakowały mi jak nigdy dotąd, a zjadłem je bez żadnych dodatków. Przyszło mi na myśl, że tak smaczne bułeczki pieką tylko w Łobezie! W najbliższej przyszłości miałem się spotkać z wielokrotnym tego potwierdzeniem, wyrażanym przez wielu łudzi z bliższej i dalszej okolicy. Po ułożeniu się do snu, a gdy ten jednak nie nadchodził, miast liczyć przysłowiowe barany, starałem się zrekapitulować wrażenia minionego dnia. Po tym co mogłem naocznie stwierdzić, oczywiście oceniając całą rzecz subiektywnie, Łobez jako miasto w wyniku wojny stracił około 50 % swojej substancji, która prawdopodobnie nigdy bogata nie była. Wskazywał na to brak chociażby takich urządzeń komunalnych, jak wodociągi, gazownictwo miejskie czy kanalizacja. A nie sądzę by to mogło być skutkiem niedbalstwa dawnych mieszkańców, świadczyło raczej o ich niewielkiej zamożności. Gubiąc się w prawdopodobieństwach i domysłach, usypiając zakończyłem swój pierwszy łobeski dzień. W następnym byłem umówiony wraz ze swym przyszłym przełożonym na spotkanie z przedstawicielami władz powiatowych.

Wracając dzisiaj pamięcią do tamtych dni, do ówczesnego ŁOBEZU. tego sprzed 31 lat, do ówczesnych władz gospodarczych i, by tak rzec, do w tamtym czasie aktualnej gry gospodarczej, do czasów, gdy kraj dźwigał się z niewyobrażalnych dla dzisiejszego pokolenia zniszczeń wojennych, które dopiero co zaczęły się zabliźniać...

Pomijając wszelkie uwarunkowania polityczne, ludność w kraju, a więc i ta mikrospołeczność łobeska była przekonana, że musi zadbać o swój byt codzienny i przyszłość dla siebie i swych potomnych. Kończył się czas niepewności i niewiadomego jutra; z trudem, bo z trudem, ale nadchodził i umacniał się okres stabilizacji. Pierwsi urodzeni po wojnie łobezianie wchodzili w okres pełnoletności. Dla nich Polska była ojczyzną, a Łobez miastem rodzinnym. Ziemie Odzyskane - to zanikające powoli pojęcie historyczne. Analizując okres minionych 31 lat i porównując stan ówczesny z obecnym w zakresie sytuacji miejskiej, tak pod względem ogólnym, jak i komunalnym, należy uznać, że okres zawarty między latami 1964 - 1989 był szczególnie owocnym rozdziałem w historii miasta i to tak w odniesieniu do czasów powojennych, jak i jego 700-letnim trwaniu, którego rocznicę w bieżącym roku obchodzimy. Te 25 lat, pomijając wszelkie aspekty natury politycznej, stanowi swoiste apogeum rozkwitu, położonego nad Regą miasta noszącego nazwę ŁOBEZ. Przecież znakomita większość powstałej po wojnie substancji mieszkaniowej, i to tak prywatnej, jak spółdzielczej i komunalnej, powstała właśnie w tym okresie. A wyposażenie techniczno-komunalne takie jak: wodociągi, wybudowanie centralnej ciepłowni wraz z wymiennikiem ciepła, wybudowanie nowej centrali telefonicznej wraz z nową siecią kablowa. podłączenie miasta do państwowej sieci gazowniczej, w głównych sektorach miasta wprowadzenie sieci energetycznej pod ziemię, budowa kanalizacji i oczyszczalni ścieków miejskich. Poprawa estetyki przez rozwój małej architektury, przykład - promenada nad Regą, lecz nie tylko. W sferze kultury: wybudowanie szkoły podstawowej nr 2, przebudowa i rozbudowa szkół podstawowych nr 1 i 3, wybudowanie domu kultury, biblioteki miejskiej, hotelu O H P; przebudowa wieży kościelnej oraz wybudowanie domu parafialnego (należy zaznaczyć w tym miejscu, iż było to możliwe dzięki aktywności zbiorowej), budowa stadionu sportowego oraz żłobka i przedszkola, nie mówiąc już o budowie i rozbudowie zakładów pracy, czy przebudowie ulic oraz poprawie ich nawierzchni. Jest to na pewno niepełna lista dokonań tego okresu, ale daje pogląd na wielkość i rozmach dokonań minionego czasu. A działo się to za sprawą pracy rąk i umysłów mieszkańców miasta, oraz staraniom tych którzy sprawowali władzę. Bądźmy spokojni i nie dajmy się zwariować: to nie ze światopoglądu powstały te dokonania. Nie wiem, jak się nazywał mistrz, który kiedyś wypiekał w Łobezie tak smaczne bułeczki, to nie jego światopogląd go chwali, a jego niezapomniane dzieło!

Możemy oceniać to co było, widzimy co jest, a to co będzie to już należy do tego figlarza - ducha dziejów. No cóż, powiecie Państwo - banały, i macie rację! Tylko, że życie nie składa się z rewelacji. Ale z jednego można wszakże uczynić zarzut tym, którzy we wspominanym ćwierćwieczu sprawowali w wiekowym grodzie naszym władzę, a mianowicie, że nie wznieśli wzorem swych sąsiadów (z Nowogardu, Drawska, Gryfic czy Świdwina) pomnikowych siedzib mających w tymże mniemaniu świadczyć o uprzywilejowanej godności władzy. Nie wiem, co kazało im wyłamać się z szeregów zadęcia i bufonady, by normalnie stąpać po ziemi, bacząc bardziej na rozliczne potrzeby mieszkańców, niż na tworzenie blasku wokół symboli władzy. Dylemat ten proszę, drodzy Łobezianie. rozważcie i oceńcie sami. Postępowanie to godne było - nagany czy chwały?!

Ja mogę z całym przekonaniem powiedzieć tylko jedno, że tak smacznych bułeczek jak niegdyś w dzisiejszym Łobezie nikt już nie wypieka! A szkoda.

 

Roman Sternicki

 

"Łabuź" 15/1995
[Spis treści]

H. R. z domu Ilewicz

TADEUSZA KOŚCIUSZKI

W 1946 r. wiele rodzin - WILNIAKÓW wysiadło z towarowego pociągu udekorowanego kilimami, zielonymi gałązkami i świętymi obrazami, wiozącego stamtąd aż tutaj - na ZIEMIE ODZYSKANE całe rodziny z zabranym i zapakowanym w wielkie skrzynie i kufry dobytkiem, z krowami, koniami, świniami.

Niepewność, strach, ciekawość oraz pokrewne uczucia targały zarówno dorosłymi jak i dziećmi. Mężczyźni, jako głowy rodzin, poszli załatwiać formalności, wybierać mieszkania. Co odważniejsi wybierali okazałe domy (było ich wiele - pustych, umeblowanych). Tatuś wybrał najbrzydszy - mały, bez okien, bez drzwi, pełen śmieci - ale w środku miasta, przy ulicy T.Kościuszki - dlaczego?:

  • bo bał się, czy aby nie wrócą byli właściciele okazałych domów i czy nie wygonią;
  • ponieważ przy domu był ogródek i pomieszczenia dla świń i krów;
  • dlatego wreszcie, że był krawcem i uważał, iż mieszkając w śródmieściu będzie miał ruch w interesie.

PARK PRZY ULICY T. KOŚCIUSZKI

Zaludniały się domy, zapoznawali sąsiedzi, obowiązkowo wbijali w ziemię tuż przed drzwiami - od strony ulicy - ławeczki. Po zakończeniu obrządków domowych przy zwierzętach rozpoczynało się życie towarzyskie na tychże ławeczkach. Do późnej nocy sąsiedzi rozmawiali - wspominając, żartując a często coś śpiewając.

Dzieciarnia z tej ulicy, pod czujnym okiem dorosłych, grała w klasy, popychała na drucie różne koła (najczęściej fajerki kuchenne wykradane z domu lub znalezione w gruzach albo na śmietniku), skakała na skakankach, grała w szkiełka, w berka, w chowanego. Było się gdzie chować!

Cały park (miedzy ul. T. Kościuszki a ul. B. Bieruta - obecnie Niepodległości) był porośnięty krzakami. Rosły one na pagórkach starych niemieckich grobów; rosły pomiędzy nimi. Gdzieniegdzie sterczały ocalałe kamienne nagrobki. Dzieci zziajane, umorusane z poparzonymi, brudnymi nogami najbardziej lubiły bawić się w parku - tu było ich królestwo. Wydeptane w krzewach długie labirynty uliczek i korytarzy, pokoi, chowały je przed wzrokiem dorosłych, kryły ich tajemnice i skarby: znalezione w gruzach poobtłukiwane naczynia, łyżki, kubki, kolorowe szkiełka, zepsute zabawki a nawet lalkę bez jednej ręki i nogi. Ta lalka była marzeniem każdej dziewczynki, dlatego jej właścicielka ciągle zmieniała skrytkę dla swego skarbu.

Ulica, domy, krowy, ławeczki, ludzie i park - to była jedna wielka wspólnota. Z czasem nierówności grobów zniwelowano, część krzaków wycięto i park porosła bujna trawa. W środku postawiono wielką podłogę z desek - tzw. patelnię; powstało nowe centrum rozrywki i spotkań towarzyskich. Najczęściej w soboty, z całego miasteczka, ściągały rodziny, rozkładały koce na trawie; dorośli częstowali się przyniesionymi przekąskami, młodzież nawiązywała nowe znajomości, dzieci hasały jak młode psiaki. Gdy zagrała muzyka (orkiestra) wszyscy szli w tany. Tańczyli młodzi, starsi i najstarsi. Nikt nic miał żadnych zahamowań, obiekcji - to było spontaniczne. Dla dzieci prawdziwa frajda - pełno nas było w całym parku. Święta Wielkanocne były bardzo ciepłe. Zielona trawa w parku, dziewczynki tylko w sukienkach a co niektóre na bosaka katulały kolorowe jajka po trawie podczas gdy rodzice, sąsiedzi gościli się siedząc na kocach (tak odpoczywało się w wolnej chwili lub w dni świąteczne) po kościele: na ławeczkach przed domem lub na kocach w parku.

Wszyscy z tej ulicy byli jedną wielką, nową rodziną utworzoną z osób przybyłych tu z różnych stron; osób, które za wszelką cenę chciały trzymać się razem, jakby z obawy przed czymś, czy kimś, kto ewentualnie, na tych nowych ziemiach mógłby im w jakiś sposób zagrozić.

Co fascynowało jeszcze dzieci w parku (prócz tajemniczych krzewów)? Otóż na skraju parku, przy żywopłocie, który rośnie jeszcze dzisiaj od strony ul. Mostowej (obecna Segala) stał zburzony, długi budynek, w którym było wiele tajemnych zakątków. Dorośli wyciągali z niego dobre lub zniszczone maszyny do szycia. Tatuś twierdził, że był tam chyba jakiś magazyn. Dla nas, dzieci, to było coś niesamowitego, a już najbardziej rozciekawiało nas jedno miejsce: wysoka, ocalała ściana, którą instynktownie omijano, ale również czajono się w przypływie odwagi, aby jej się przypatrywać. Do dziś, na myśl o niej, przejmuje mnie poczucie strachu. Na ścianie majaczył odbity cień człowieka w płaszczu, w kapeluszu z rozrzuconymi rozpaczliwie rękoma. Ciemny cień postaci pochylony był pod dość dużym kątem, padał! Miało się wrażenie, że coś mu się stało i że nagle padnie na ziemię (był wielkości dorosłego człowieka). Kiedyś, któryś z odważniejszych chłopców spróbował zetrzeć mokrą szmatą część ręki (myślał, że to farba) - nic zmyło się; próbował, zeskrobać zewnętrzną warstwę tynku - w głębi było to samo. Bardzo baliśmy się tej postaci. Gdy uprzątnięto gruzy - dzieci odetchnęły, ale i tak omijały tę część parku.

W najwyższym miejscu parku znajdowały się jeszcze przez dłuższy okres czasu ogrodzone zbiorowe groby oraz usytuowane w rzędzie za nimi pojedyncze mogiły z nagrobkami i tablicami, na których widniały imiona i nazwiska. Były to groby rosyjskie (tak mówiono). Między grobami stał POMNIK-ARMATA, poświęcony poległym żołnierzom. W pewnym roku - sensacja - dla mieszkańców -postanowiono ekshumować poległych żołnierzy i przewieźć ich na jeden zbiorowy cmentarz (ponoć koło Drawska). Teren ogrodzono, wydano zakaz wstępu. My, dzieci z tej dzielnicy, zarzuciliśmy wszelkie zabawy. Godzinami gapiliśmy się na pracujących robotników (goniono nas stamtąd, ale - kto przegoni dzieci?). Przed naszymi oczami roztaczały się makabryczne obrazy:

  • sterty głów na jednej kupie (głowy były jednakowo uczesane, jakby ulizała je krowa - wszystkie miały przedziałki z boku);
  • sterty kości (to z grobów zbiorowych);
  • pojedyncze ciała z grobów wydzielonych (pochowani byli oficerowie).

Najbardziej wstrząsający był moment, gdy wyciągnięto ciało kobiety. Górna cześć nagiego ciała oderwała się. Położono je na ziemi do góry plecami. Miała długie rude włosy a w zgniłe ciało pleców wbite były korale (sznur korali) -mówiono, że bursztyny. Wszystko składano w skrzynie, ładowano na samochody...

KROWY

Prawie wszyscy pierwsi przesiedleńcy przywieźli ze sobą bydło, szczególnie krowy. Wszyscy mieli świeże mleko. Charakterystyczny obrazek miasta z samego rana i wieczorem to kroczące ulicami krowy a za nimi dorośli - rankiem; dzieci - wieczorem. Sześcio-, siedmio-, ośmiolatki i starsze goniły krowy na pastwisko lub z pastwiska. Często widziało się kobiety dźwigające pełne wiadra mleka, wracające z pastwiska z udoju południowego. Krowy z ul. Kościuszki i z "RUSKIEJ DZIELNICY" (ul. Słowackiego, Konopnickiej, Kopernika i inne z tej okolicy) pasły się na łąkach, gdzie obecnie są ogródki działkowe nad Regą (za obecnym cmentarzem). Krowy z innych części miasta miały swoje pastwiska. Przyganiane z różnych ulic tłoczyły się na skraju pastwiska i powoli, pod opieką pastucha oddalały się coraz dalej i dalej, aż znikały za linią widnokręgu. Dla nas było to daleko, tak daleko, że aż nie mieściło się w głowach. To było coś tajemniczego: zginęły krowy?! - nie widać ich?! - co może być tam, gdzie one się schowały?!... Nikomu jednak nie przyszło do głowy, aby tam się zapuścić - daleko, za krowami. Nikt by nie śmiał. To przecież tak daleko i chyba... tylko krowy tam mogą być. Czasami rodzice mówili nam, że tym razem krowy pognał pastuch aż za mostek. (Dzisiaj często się chodzi przez ten mostek idąc w kierunku jeż. Miejskiego). My, dzieci, często nawet po nocach rozmyślałyśmy o tym mostku. Nigdy nikt tam nic był i wydawało nam się, że to jakieś wyjątkowe miejsce znajdujące się chyba na końcu świata. Jakże można gonić tak daleko nasze krowy, i czy ten pastuch się nie boi? Wieczorem, stojąc pod dębami (koło domu p. Wysockiej) - ul. Wojska Polskiego, na skraju pastwiska z niepokojem oczekiwałyśmy na krowy. Z jakąż ulgą witałyśmy wyłaniające się nagle zza pagórków stado. Pojawiały się najpierw łby... a potem już całe nasze krowy. Szły gromadą, my za nimi - środkiem ulicy. Przy rozwidleniu, krzyżowaniu się dróg, same skręcały w swoją ulicę. Przez ul. Bieruta przechodziła już mała grupka krów z ul. Kościuszki. Byliśmy dumni, że nasze krowy znają tak dobrze drogę do domu. Każda powoli, ociężale niosąc z sobą zapach mleka skręcała na swoje podwórze. Czasami tylko było nam wstyd, że robią kupę na głównej ulicy...

RYNEK

Atrakcją dla dorosłych i dzieci były "rynki". W piątki i we wtorki wszyscy bardzo chętnie szli na "rynek". Najpierw odbywały się na obecnym Placu 3-go Marca. Były tam tłumy ludzi, wozy, wózki, worki, duże kosze z jajkami, z serami; były gęsi, świnie, kury, konie, owce itp. Było ciasno, wobec tego wszystko przeniesiono na plac targowy koło naszego parku. Tu było lepiej, mogło zmieścić się więcej wozów. Brzegi placu targowego porastała trawa; na niej siedziały przekupki z rozłożonymi towarami. Czegóż to one nie miały! Po zakończeniu dnia targowego, gdy plac opustoszał, dzieciarnia z Kościuszki biegała szukać pogubionych skarbów. Znajdowano jakieś kolorowe papierki, czasami jakiś mały pieniążek, pogniecione: wiśnie, czereśnie, truskawki leżące w trawie, często podeptane przez ludzi - ale co tam, i te smakowały!

POMNIK

Za dzisiejszym cmentarzem a dawnym "nowym" niemieckim, za polanką, był duży, pięknie utrzymany park (obecny las). Wędrowałam często z tatusiem daleko w głąb parku widocznymi, dobrze utrzymanymi alejkami.

Odpoczywaliśmy często na ławkach rozstawionych po całym parku (aż do końca obecnego lasu). Jeszcze dzisiaj można natknąć się na fragmenty dawnych ławek. Na początku parku były ruiny dawnej niemieckiej kawiarni z betonowym placem do tańca. Od tego miejsca prowadziły pod górę schody - aż do najpiękniejszej części w mieście - do pomnika. Pomnik rycerza niemieckiego sprzed wieków, będącego wzorem wszelkich cnót, stał na wysokim postumencie. Górował nad Łobezem - widać go było z każdego punktu miasta. Na wzgórze widokowe - "na pomnik" - można było wejść z różnych stron. Najpiękniejsze wejście było od strony cmentarza. Dróżki, schody znajdowały się na zboczach pociętych tarasami. Brzegi tarasów były obsadzone ozdobnymi, pięknie przyciętymi krzewami. Najwięcej było jałowców. Zbocza wzgórza, między tarasami, pokrywał piękny trawnik ozdobiony kwitnącymi fiołkami i poziomkami. Na samej górze, wokół pomnika, stały wysokie kanciaste kolumny oplecione czerwonym bluszczem, na których były umieszczone tablice z napisami - z nazwiskami osób poległych chyba w Pierwszej Wojnie Światowej. Znajdowały się tam nazwiska o polskim brzmieniu, zakończone na "ski". Między kolumnami stały ławeczki. Przyjemnie można było posiedzieć i ogrzać się promieniami słońca. Stojąc na szczycie wzgórza, koło pomnika, widziało się cały Łobez jak na zgiętej, wklęsłej dłoni. Był to "raj" dla oczu(...) - stać i patrzeć, szukać swoich domów i rozmyślać mając u stóp wzgórza poważny w swym dostojeństwie cmentarz, a dalej resztę miasta. Było się wówczas kimś takim wielkim.

Z czasem zbeszczeszczono cmentarz (rozkradziono marmury, płotki, poprzewracano krzyże, splądrowano grobowce); zniszczono ławki w tym wielkim parku za polaną; pozwolono powykopywać krzewy i wyłamać jałowce potrzebne do wędzenia mięsa;(...)

Pomnik (wzgórze) teraz odstrasza, przejmuje grozą. Jest tu ponuro, ciemno, strasznie. Urosły wielkie drzewa; ze wzgórza nie widać już panoramy miasta. Nikt już także chyba nie mówi, że ponoć od kościoła do "pomnika" biegną pod ziemią lochy...

 

H. R. z domu Ilewicz

 

"Łabuź" 14/1995
[Spis treści]

BEZET

RADIO ŁAWICZKA


... wita o poranku Radio Ławiczka, dzień mamy zwyczajny, wtorek, chyba wtorek, przecież to nie jest najważniejsze, do niedzieli jeszcze sporo dni...

... trochę muzyki na znaną nutę: bębny, basy i klawisze... koguty już pieją, wstawajcie gospodarze do krówek, wstawajcie kobiety - pora gotować mleko, wstawajcie pracownicy - czeka was robota, odpluszczcie oczęta dziatki - dla was też zaczyna się dzień... słońce wstało już i będzie świeciło tylko osiem godzin, a więc wstawaj, szkoda dnia... i na to wstawanie stara, dobra muzyka...

... to rockendrolowiec Długi Rysiek, który mógł być naszym ojcem. bo zaczynał swoją muzykę, kiedy jeździliśmy w wózkach, a nawet uwzględniając opóźnienie z powodu wolniutkiego przenikania przez żelazną kurtynę między dwoma kwiatami, nasze odkrycie go było wtórne, było echem fascynacji naszych starszych braci, sentymentem, modą na wspominki, snobizmem przywiezionym przez Rudego od Ciaka z wielkiego S., w każdym razie te kilka nagrań Little Richarda potrafiły ruszyć najsmutniejszą nawet zabawę, dyskotekę, które w miejscowym klubie organizowali Osa z bratem, czy też brat z Osą; jakiś trzeszczący wzmacniacz, magnetofon szpulowy, już polski - Grunding na licencji, może też adapter, i reflektory dwa, trzy, z których robiło się pulsujące efekty przez włączenie w obwód startera od jarzeniówki, i dzięki czemu żarówka potrafiła przepalić się w najlepszym momencie wariackiego tańca, bo ta muzyka ruszała nas do ekscesów ruchowych. improwizacji z wyginaniem i nieskoordynowanymi wymachiwaniami, żadne tam dwa-na-dwa, jeden w przód - jeden w tył, ani standardowo towarzyskie kroki jive czy innych tańców, których nie znaliśmy, bo w naszym miasteczku nie było kursów towarzyskich, więc tylko podpatrywanie tych, którzy rozpoczęli naukę w wielkim mieście, było jedyną szkołą, zresztą kichaliśmy na te regularne tańce bo wtedy, gdy śpiewał Little Ryszard chcieliśmy tańczyć bez dziewczyn, sami dla siebie, rozgrzani tanim winem jabłczanym, choć nie zawsze było na nie stać, tańczyliśmy z zamkniętymi oczami, ze zdejmowanymi swetrami, bluzami, koszulami, fruwa twoja "marynara" - takie były te klimaty naszych siedemnastoletnich szaleństw przy muzyce staruszka z ikrą bardziej ostrą niż nasza...
... ta stara muzyczka wywołała ze mnie wspomnienia, może was też poruszyła? może ktoś pamięta? hej! wiaro grażdańska, miejska czy mieszczańska, ruszcie się, jeżeli ktoś chciałby cos dodać, to czekam...

... i w taki jeden z najkrótszych dni w roku spróbujmy wsłuchać się w starą taśmę, bo mimo stu lat..., no chyba lekka przesada, ale czterdzieści to już za dokładnie, mimo iluś tam lat drzemie coś rozsadzającego w tej muzyce; nie starzeje się, wyzwala młodość niezależnie od posiadanych na karku lat, bo taki jest rockendroll...

... dziś Radio Ławiczka z uśmiechem na cały dzień gra muzykę sprzed lat....

... w mojej pamięci rockendroll zaczął się dużo wcześniej, nawet jeśli pominąć legendowe opowieści siostry, która bawiła mnie w kołysce-wózku stawiając przy włączonym radiu, żeby mieć spokój, ale wtedy w tym radiu - klasyczny model swych czasów, niezniszczalny Pionier w szaroburej bakelitowej obudowie - wtedy pewnie grano inne piosenki, albo o Nowej Hucie, albo kapele akordeonowe, albo taneczne kawałki Dana, ale to wiem teraz, wtedy zamieniony w słuch trwałem przy radio godzinami, wiem. że radio fascynowało mnie naprawdę, pamiętam radio sąsiadki - Ciotki, stare, poniemieckie, w drewnianej skrzynkowej obudowie , zwieńczone na górze jakimiś rzeźbionymi floresami, i z wielkim zielonym, migocącym okiem lampy, radio włączane od święta, wieczorem na dziennik radiowy, po którym było trochę muzyki, jakiś koncert życzeń albo coś, a w sobotę, gdzieś około siódmej wieczorem Muzyczne wędrówki po kraju, których słuchałem już sam z naszego Pionierka, wyczekiwałem na tę audycję, bo czytano w niej listy ludzi z różnych dalekich miast i miasteczek, i choć były to często meldunki produkcyjne albo o czynach społecznych, to najważniejsze były te nazwy, inne, dalekich miejsc, strasznie niewyobrażalnych dla dziecka, które znało tylko ulicę, ulicę ze szpalerem wielkich lip, jedną z małych ulic miasteczka, i dla którego wyprawa z ojcem, na ramie roweru, do jego pracy na drugim końcu miasta, to było wielkie przeżycie, nawet nie dlatego, że po drodze pan milicjant chciał dać mandat za jazdę na ramie, a nie w specjalnym krzesełku do przewożenia dzieci, które należało mieć przy kierownicy...

... ale rockendroll zaczął się trochę później, gdy brat przyprowadził do naszego domu takiego faceta - muzyka z filharmonii, z dużym futerałem, w którym był kontrabas (a może to był tylko mały futerał z fletem?), i ten facet mieszkał u nas parę dni, może nawet trochę dłużej, to znaczy spał, budził się, trochę szarpał struny dźwięczące grubo (albo dmuchał w ustnik fletu grając cienko?), wtedy też pojawił się magnetofon, polska wysłużona Tonetka, z taśmami, na których był jazz, blues, wiem, że ta maszyna bardzo mnie interesowała, nawet chyba doprowadziłem do tego, że mnie nauczono włączać i wyłączać, tak że mogłem puszczać muzykę, i myślę, że to mógł być właśnie rockendroll, choć może tylko rythm-and-blues....

... wtedy już pewnie chodziłem do szkoły, czyli podlegałem cywilizacyjnej obróbce systemu, i pewnie nie rysowałem swoich abstrakcyjnych obrazków złożonych z kolorowych figur i kresek, których tytuły wymyślaliśmy z bratem zachwyconym wtedy geniuszem abstrakcyjnej sztuki dziecka, bo była moda na picassy, a dla mnie takie robione od ręki bazgrołki były frajdą, bo naprawdę nie umiałem rysować ludzi, zwierząt, nigdy nie miałem takiego talentu, więc ta swobodna ekspresja umożliwiała uzewnętrznianie emocji, była więc śpiewem duszy i jakimś buntem przeciw zbyt trudnej strukturze widzianego świata, była malowanym bluesem i pewnie dlatego tak podobała się bratu, buntownikowi bez powodu, ale z krwi i kości, który śpiewać nie umiał i nie umie...

... ale wtedy właśnie wymalował ściany swego pokoju w kolorowe płaszczyzny, trójkąty i prostokąty, dzieląc każdą ze ścian po przekątnej i dalej na mniejsze kawałki, a zwieńczeniem wystroju były zasłony na okna - wyblakłoszare, ale w picassy - kolorowe esyfloresy, i o to były wojny, dyskusje z mamą, zresztą konflikty były ciągle, bo brat był rockendrollowym aktywistą, zakładał klub młodzieżowy Pigmej pod patronatem młodzieży socjalistycznej, ale trudno było wtedy o inny patronat, organizował imprezy artystyczne w domu kultury, do których pisał scenariusze, skecze, i które zapowiadał, na jednej z takich imprez byłem z ojcem - akademia z jakiejś okazji, tak zwana część oficjalna, w prezydium na scenie, za stolikami zasłoniętymi zielonym suknem siedzieli ważni faceci, a z mównicy przez mikrofon coś wygłaszali, chyba wręczali odznaczenia-medale, a potem była część artystyczna, ale żeby ją zacząć, trzeba było wynieść ze sceny te wszystkie prezydia, ściągnąć dekoracje z haseł i sztandarów, więc przerwa, w której można było napić się oranżady z butelki zamykanej na porcelitowy korek z gumką i którą kupowało się w bufecie klubu, więc przerwa była za krótka i trzeba było więcej czasu, i wtedy przed kurtynę wyszedł brat, zaczął mówić, a właściwie chrząkać mówiąc, że jak odbiornik radiowy musi być dostrojony, tak on musi głos przygotować, na to ojciec powiedział, co ten błazen wyprawia, że niby to ośmieszenie całej rodziny takie występy, a potem były jakieś recytacje wierszyki i piosenki, i wtedy, albo na innej takiej imprezie, wystąpił chłopak w białej koszuli rozpiętej pod szyją, z gitarą, i śpiewał piosenki, rockendrollowe chyba oczywiście, dziś nie wiem czy to był miejscowy śpiewak, czy też artysta przyjezdny z S., który startował do kariery, a zaczynał właśnie od takich występów, i potem stał się solistą znanego zespołu bigbitowego Czerwono-Czarni, którzy też występowali u nas, ale to było o wiele później, w czasach, gdy ojciec już nie żył i gdy wędrowałem z kolegami z ulicy po różnych terytoriach naszego miasteczka, kiedy pojawiły się w naszych domach skrzyneczkowe adaptery Bambino z najpopularniejszą płytą w formie kartki pocztówkowej, bo te prawdziwe, czarne, winylowe były za drogie..., i kiedy najstarszy brat przyjeżdżając z wizytą na święta, od rana wyśpiewywał na pobudkę i na zimną toaletę, czyli mycie się pod strumieniem z pompy na podwórku, gdy śpiewał: oj rudy, rudy, rudy rydz .. ale to już przecież nie był rockendroll...
... zasłuchałem się, nie wiem czy w muzykę bardziej, czy we wspomnienia, myślę, że rano nikt nie lubi, gdy ktoś tak smuci, więc nie zawracajmy już sobie głowy wspominkami, a skoro mówię, to słuchajcie: lubię wasi ... dzisiaj i z tamtych rockendrollowych czasów!... czy wy też lubicie siebie?... uśmiech na dzień dobry to nic takiego, a wytykać, wypominać, tak, tak, każdemu, że późno wstaje, nie gimnastykuje z rana, że brudno ma gospodyni w domu, że faceci chodzą w nieświeżych koszulach, a kazanie - księże - było nudne i nie po polsku, miejscowym politykom, że od wczoraj już zmienili poglądy i nadużywają..., urzędnikom, że rozsiedli się za biurkami, zamiast siedzieć przy biurkach, nauczycielom, że mają klapki na oczach, że nie wiedzą tego, że każdy ma własne prawo do rozwoju..., no więc wytykać, wypominać to potrafi każdy głupi...

...i można by obdzielić wszystkich w miasteczku, których znałem i których nie znam, co jest bez znaczenia, gdyż grzechy, typowe przewinienia standardowo wchodzą tu w styl życia, widzę to z perspektywy wspomnień i fizycznego oddalenia, ale przecież nie chodzi o brudne buty czy też niegramatyczne słowa, nawet o niewłaściwe poglądy, nieważne są przecież mądre miny, błyskotliwe podsumowania, ani siła pięści czy też czar spojrzenia, cały ten arsenał widocznych narzędzi codziennej wojny - życia...

... bo powracam na falach muzyki, na nutach rockendrolla - śpiewu serca i duszy, serdecznej sztuki młodzieńczych buntów, powracam na niewidzialnych falach nieistniejącego radia z wyobraźni, odzywam się świtem z uśmiechem do wspomnień i do przebudzenia, do starych dat, w rytmie przypomnianej muzyki, bo radio to, jak rzeczka ze źródeł w południowo-wschodniej rubieży miasteczka, jak Ławiczka pluszcze, czy chcecie, czy też nie, codziennie dla was gra. to radio z waszego życia...

 

Grudzień 1994 r. BEZET

Nie dostrzegamy przyczyn, powodów dla których, istniałaby bezwzględna konieczność ujawniania nazwiska autora powyższego tekstu. Sadzimy, iż jest ono samo przez się - do rozumnego wyczytania. Sam autor, aby uniknąć, naiwnie łatwego i wygodnego posądzania Go o megalomanię, woli pozostać w cieniu. Zarysowanym słowem przypomniane i skojarzone fakty, tutaj nad Regą, której dopływem jest Ławiczka i pewnie dlatego w roku 1945 powiat nazywał się Ławiczka z siedziba w Łobezie. Więc te fakty są i były rzeczywistością, tutejszym ukorzenieniem, miały miejsce. Co wyjaśniając "nieskromnie", dokumentujemy dla historii.

 

PKL "Łabuź"

 

"Łabuź" 13/1995
[Spis treści]

Ludwik Cwynar

ZAKORZENIENIE

Piłem kiedyś wódkę w Wiedniu z kilkoma współtowarzyszami pracy na czarno z Krakowa. Tak naprawdę wszyscy pochodzili z trzech miejscowości: Lanckorony, Kalwarii Zebrzydowskiej i Sułkowic i byli z sobą spowinowaceni lub spokrewnieni. Picie z jednego kieliszka ("Ja przypijam do ciebie...") jest dowodem akceptacji. Po opróżnieniu szkła i strzepnięciu ostatnieh kropli na ziemię należało napełnić i adresować do kogoś ze współbiesiadników, niekoniecznie najbliższego.

Następnego dnia koledzy byli na mszy w polskim kościele. I jak zawsze nie wiadomo było, co wspanialsze: rococo budowli, czy zgodny śpiew męskich głosów. A ja byłem na mszy w małym kościółku, po austriacku milczącym, w Murzzuschlag po drugiej stronie alpejskiej przełęczy Semmering (tam się skończyły nadzieje gen. Własowa wydanego przez aliantów Rosjanom). Kumple pili piwo jak w każdą niedzielę, a ja zafundowałem sobie kolejną wycieczkę, o której by można mówić jak o Neapolu: zobaczyć i umrzeć.

Wytrzeszczałem gały na tych kilkadziesiąt tuneli i wiaduktów i na zameczek, który był najpierw w górze, a potem nisko w dole, i myślałem o poprzednim wieczorze. Przez uprzejmość tylko spytali, jak się żyje w rym Łobezie czy Łobzie i czy to daleko od morza. Oni w Wiedniu byli nieprzemakalni. Przezywali Austriaków kasztanami (do dziś nie wiem dlaczego, może żeby można było przy Austriakach mówić pogardliwie o nieh), nie uczyli się niemieckiego, klęli na Wałęsę, że potaniały (1990 rok) szylingi, a z zabytków Wiednia znali jeszcze tylko polski kościół na Kahlenbergu, pamiętający wyprawę Sobieskiego. Dorabiali się i byli pewni, że wrócą w swoje góry.

A nie przestali do mnie przypijać może dlatego, że i ja urodziłem się u podnóża Gór Izerskich w tych jakichś obcych Sudetach. Bo chyba nie dlatego, że przyznałem się do dziadków, z których ten po kądzieli pochodził z wielkopolskiego Zbąszyna i się ożenił z babką we włościach Zamoyskicgo w Różance nad Bugiem w Ziemi Chełmskiej. A zaraz potem uciekając przed frontem I wojny (słusznie, bo Różanka Zamoyskich została spalona) dotarli aż do cudownej uzbeckiej Kotliny Fergańskiej. Cóż z tego, że tam, miedzy muzułmańskimi Sartami się dorobili, kiedy wracając do Polski wszystko oddali Sowietom na granicy. Rodzice dziadka stracili ziemię na rzecz Prusaków, a najstarszy brat babki, gdy był jeszcze dzieckiem, dostał... takie lanie od carskich kozaków, że cudem przeżył w 1864 roku. Ojciec babki zrobił karierę u Zamoyskich powożąc poszóstym powozem. Potem Zamoyski przesiadł się na bezkonne auto, ale hrabianka pozytywistka nauczyła moją babkę i inne dzieci ze wsi czytać, pisać i rachować. W pierwszej klasie umiała mi babka gderliwie (Ja tam do szkoły nie chodziłam!) pomóc w lekcjach. I do trumny kazała się położyć, pierwsza w mojej chłopskiej rodzinie, ze swoim modlitewnikiem i drucianymi okularami. Pewnie tam w niebie czyta litanie drukowane dużymi literami i kręci w palcach wytarte paciorki różańca. Zostały po niej w szufladzie suchary i kostki szarego mydła. Ta zapobiegliwość pozwoliła jej i rodzinie przeżyć Sybir, na który wywieźli ją za męża gajowego, krwiopijcę i burżuja, który dwadzieścia lat oszczędzał na dom, żeby budowę zacząć w 1940 roku. Niedawno kupiłem mapę sztabową Włodawy, która objęła skrawek Białorusi po drugiej stronie Bugu. Małym kwadracikiem oznaczono tam gajówkę, w której może za belką na strychu leżą jeszcze te odłożone pieniądze.

Ironizował kiedyś Jaruzelski, że żaden POLSKI wyraz nie zaczyna się na "V", w którą to literę układali palce demonstranci, ale nie wykreślił z PRL-owskiego dowodu mojej matki "miejsce urodzenia: Dąbek" nazwy ZSRR, choć w żadnym ze stu języków ZSRR nie ma litery "ą"!

No i co z tego, że moja matka jako 17-letnia ochotniczka zgłosiła się do Ludowego Wojska Polskiego. Wyszła do cywila z Brązowym Krzyżem Zasługi RP (tak właśnie!), który ceni sobie wyżej niż Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, który dostała później. Tak jak dostała choroby serca po harówce w Sajanie Wschodnim przy ścince drzew w tajdze między Bajkałem w mongolską granicą. Miała szczęście, że nie brała udziału w bitwie pod Lenino, gdzie zginęły liczne platerówki i gdzie jeden z dwu braci został ciężko ranny. Fakt, że nie słuchali się swojej matki, ale usprawiedliwia ich nieobecność ojca, który umarł w sowieckim wiezieniu. Po śmierci starszego brata, który zginął w czasie forsowania Wisły pod Dęblinem, w zburzonej Pradze, naprzeciw płonącej po powstaniu Warszawy, spotkała drugiego z braci, jeszcze żywego. Niedawno znalazłem grób na cmentarzu wojennym Wału Pomorskiego w Wałczu.

Nie tak malowniczy życiorys mieli przodkowie po mieczu. Dziadek z licznej, dorabiającej sobie tkactwem rodziny spod Krosna na przeludnionej Rzeszowszczyźnie przeniósł się na Podole. Tam w Nastasowie pod Tarnopolem ożenił się z reprezentantką mniejszości narodowej, którą w tej wiosce byli Polacy. Już wkrótce Nastasów po wojnie o naszą niepodległość znalazł się na tablicy wmurowanej w filar Grobu Nieznanego Żołnierza w stolicy. A dziadek z synami każdego lata stawiał Polakom i Ukraińcom domy. Bo każdej jesieni mogli powiększyć swoje gospodarstwo o pół morgi ziemi. Dziś byliby może obszarnikami, ale przyszła wojna i czterej synowie poszli na front. Piąty, poszukiwany przez. Niemców, ukrywał się u dalekich krewnych w Krakowie. A ci czterej, wzięci do niemieckiej niewoli, zostali rozwiezieni po Europie. Trzej wylądowali ostatecznie we Francji, a mój ojciec najpierw w Gross Born (Borne Sulinowo) pojechał kopać przemarznięte kartofle i buraki na Pomorzu i nie mógł wstrzymać łez w Wigilię 1939 roku na zimnym strychu w Gogółczynie między Drawskiem a Połczynem. Kilka tygodni wcześniej gorliwy wachman zastrzelił kolegę, który chował w nogawkach kilka ziemniaków, żeby je wieczorem ugotować. Zimę przegłodował w Lamsdorfie (starym lagrze z I wojny, który znów się przydał). Wiosną harował u gorliwego kolonisty Niemca w czeskich Sudetach. Jeszcze trochę popracował w górach pod Kamienną Górą, zbudował baraki dla jeńców rosyjskich w Borach Dolnośląskich, odgruzowywał Hamburg podczas dywanowych nalotów. Na nich bomby nie spadły. I już mógł płynąć do śnieżnej Norwegii. Tam trafił aż pod Narwik. (Zaraz po wojnie stworzył komitet opiekujący się grobami poległych Polaków i za to w 50-lecie bitwy odbył rejs okrętami RP raz jeszcze tam, za koło polarne). Tam przyszło wyzwolenie. Potem jeszcze posłużył w jednostkach wartowniczych w Niemczech i wrócił statkiem do Szczecina.

Kiedy wysiadał z pociągu w Łambinowicach, rozpoznał stację Lamsdorf. Historia zatoczyła koło. A wysiadł tam, żeby po latach spotkać rodziców i rodzeństwo. Nie zmogła ich okupacja niemiecka ani radziecka, uratowali życie mimo ukraińskiego nacjonalizmu. Przywieźli kościelne chorągwie. A osiedlili się znów na pograniczu. W Starej Jamce na Opolszczyźnie zamieszkali między zagorzałymi Polakami. W pobliskim Korfantowie przetrwała parafia z księżmi Polakami mimo Hitlera i Trzeciej Rzeszy i oni właśnie umieli zintegrować tych ludzi. Niestety władza ludowa przez antyklerykalizm, przymusową kolektywizację rolnictwa i dyskryminację Ślązaków spowodowała ich masową emigrację do Niemiec.
Jako nauczycielowi, który w każdej "lekcji" musi sformułować pouczający wniosek, i wtedy (podczas tej wiedeńskiej biesiady) udało mi się uzyskać zgodę, że nie będąc góralem czy Kaszubem można być Polakiem. Moi rodzice, przymusowo wyruszając na tułaczkę po połowie globu w czasie II wojny powtórzyli eksodus swoich rodziców zrywających pępowinę ze swoją małą ojczyzną za czasów cara czy cesarza. Polski los - igraszka historii.

Kuzynka ojca, jak moja matka też platerówka, zaprosiła kuzyna w ten zakątek nowej Polski między granicą czeską i niemiecką, gdzie niedawne żołnierki-osadniczki orały krowami żyzną ale kamienistą rolę mojej ojcowizny. Mądre to było, bo nikt tak zażarcie nie broni swej ziemi jak chłopi.

I nic dziwnego, że tych dwoje ludzi wzięło ślub w nowej, teraz już nie ewangelickiej, ale katolickiej parafii. I że ja się urodziłem.

Tu się zaczyna moje zakorzenienie. Najpierw dom od piwnicy po strych i zakamarki podwórka, potem już kilka podwórek, szkoła podstawowa imienia Emilii Plater, koledzy i koleżanki, przyjaźnie, pierwsza platoniczna miłość, najbliższa okolica i miasto. I krajobraz.

Na Pogórzu Izerskim leży pasmo wulkanicznych Wzgórz Zalipiańskich, tworząc dział wód między Kwisą a Nysą Łużycką. Jedna taka bezleśna skała Czubatka (niem. Spitzberg) dominuje nad okolicą. Chyba niewiele jest takich miejsc w Polsce, skąd można mieć panoramiczny widok na wszystkie strony. Na południowym wschodzie góruje Smrek, polsko-czeski szczyt graniczny w masywie izerskim. W tamtą stronę ciągnie się grzbiet Gór Izerskich i Karkonosze aż po Śnieżkę odległą przeszło 50 km. Widać też Rudawy Janowskie i Góry Kaczawskie oraz wzgórze zamku Grodziec pod Złotoryją. Na południu widać czeską Jizerę i jej sąsiadki, a za nimi cały grzbiet Gór Łużyckich na granicy Czech i Niemiec aż po Luz i Przedgórze Łużyckie.

Tam piętrzą się zwałowiska i dymią kominy Turoszowa, tam dymią jeszcze elektrownie Niemiec. Na zachodzie dominuje tuż za Nysą nad Zgorzelcem-Goerlitz góra Landeskrone (Bieśnica), płynie do stóp Wysoczyzna Siekierczyńska a poza nią miasta Lubań, Pieńsk, Węgliniec, Nowogrodziec, Bolesławiec i bliżej Sulików oraz Zawidów. Dopiero niedawno otwarły się granice i w polską stronę można spojrzeć z gór Czech i Niemiec.

Kiedy na moich oczach przekształcał się krajobraz: zniknęły szyby głębinowych kopalń węgla brunatnego, wygrzebano stumetrową dziurę Turoszowa, a na zwałowisko wpełzły gigantyczne maszyny i pola pocięły liczne linie wysokiego napięcia, zacząłem pytać o odleglejszą historię. Tam biegła linia frontu (w Henrykowie Lubańskim stoi krzyż przydrożny z przestrzelonym krucyfiksem, a Lubań kilka razy przechodził z rąk do rąk), na Czubatce był punkt obserwacyjny, stała armata, u podnóża wykopano okop. Podsudecie jednak front ominął.

A wcześniej? Był to teren leśnego pasa granicznego między plemionami łużyckimi, śląskimi i czeskimi: Ziemia Zagost. Ku śląskim Bobrzanom zbliżali się od zachodu łużyccy Bieżuńczanie (Bieśniczanie). Ich świętą górą była Landeskrone. Napierani przez Marchię Miśnieńską i chrześcijaństwo ukryli bożka Lwińca pod Świeradowem w górnym biegu Kwisy. Wkrótce biskupstwo miśnieńskie określiło granicę czesko-łużycką. I biegnie tak do dziś. A Kwisa (nie Nysa) przez kilkaset lat była granicą ze Śląskiem. Nad Wysoką Drogą stanął Lubań i Lwówek, a świerkowy Wysoki Las Lubański został reliktem dawnego boru. Poczucie więzi tego skrawka ziemi z Łużycami a potem Saksonią trwało, mimo przyłączenia jej po wojnach napoleońskich do Prus, jeszcze 100 lat temu.

Historia tej ziemi łużyckiej niewiele ma wspólnego z historią Śląska czy Polski. Wojny husyckie, panowanie czeskie (wtedy wybudowano zamki Gryf, Świecie i imponujący zamek Czocha, w którym spotkał się Pawlak z Havlem), brandenburskie, szwedzkie (krok za granicą w czeskim Frydlancie stoi wielki zamek Wallensteina), wreszcie wojny pruskie i napoleońskie. Nie sposób wymienić królów, cesarzy, carów i wodzów, którzy przeszli przez tę ziemię. Tu można się nauczyć, jak szło osadnictwo dolinami strumieni ku coraz bardziej skromnym górom, jak powstały wsie-ulicówki. Tu widać specyficzne budownictwo łużyckie podpierające słupami piętro obciążone lnem lub wełną w domach podsudeckich tkaczy, tu widać góry podkopane przez walońskich poszukiwaczy i górników kruszców i rud.

Ale to wiem dzisiaj. Wtedy poszedłem do zgorzeleckiego Liceum Pedagogicznego, a potem na studia w Szczecinie.

Kiedy w 1970 roku w lecie, jeszcze za Gomułki, byłem na wędrownym studenckim obozie socjologicznym także i w Łobzie, pan Jasiu Łojko wskazał nam miejsce do obozowania na starym boisku, a pani Elżbieta Steckowa pozwoliła się wykąpać w hotelu miejskim, nie wiedziałem, że po latach będzie moją teściową. Ale przypomniałem sobie wtedy, że mój ojciec pisywał kiedyś listy do starego sąsiada, samotnego tułacza, który opowiadał mnie-dziecku, jak to go mieli zawieźć do Ameryki, a wylądował w dżungli brazylijskiej czy gujańskiej i ledwo stamtąd wrócił.

Pisał wciąż ten sam list do syna, na adres, z którego zapamiętałem: poczta Łobez. (Syn ten niedawno umarł). Po pierwszych studenckich wakacjach przyszedł grudzień 70. Akurat mieliśmy zajęcia z ekonomii socjalizmu, która polegała na udowodnieniu, ze kapitaliści wyzyskują, gdy wszedł ktoś z wiadomością, że pali się Komitet Wojewódzki i strzelają na ulicach.

Nazajutrz cały Szczecin płakał: ofiary i oprawcy. Miasto posypano proszkiem łzawiącym. Wprawdzie w 1968 roku przyjechał do naszego liceum student Politechniki Wrocławskiej i mówił o strajkach studenckich, ale była to sprawa odległa i jakaś straszna.

W tym mroźnym grudniu osmalone ściany KW odmieniły na dobre moje poglądy polityczne. Daleko od domu zrozumiałem sceptycyzm moich rodziców i już wiedziałem, czemu ojciec nie chciał taniego "kołchoźnika" i kupił poniemieckie radio z własną anteną.

Wróciwszy z ferii zimowych byłem już pewien, że kocham łobeziankę Teresę, przyszłą moją żonę. I chociaż po Szczecinie studiowałem jeszcze w Opolu, to mnie zakotwiczyło w Łobzie. Tu poszukałem pracy w szkole. Przyjaźnie przyjął mnie dyrektor Hołowicki, a potem dyrektor Bajerowicz. Tu spotkałem przyjaznych nauczycieli, nowych kolegów: zawsze macierzyńską Czesię Rainczuk, tryskającego humorem Sokratesa - Wicka Nowika i zasadniczą Dankę Borkowską, logicznego zwolennika nowoczesnej techniki Bolka Makawczyka i ożywiającego pomysłami Jędrka Słabego oraz kobiecą w każdym calu Reginę Koprynę i uczciwego do granic uczciwości Wojtka Skomorkiewicza. I oczywiście zawsze wolnego Leona Zdanowicza.

Wtedy zaczęło się zakorzenianie w pomorskim krajobrazie; po pierwsze radość z tej obfitości jezior. Dotąd kąpałem się w wyrobiskach kamieniołomów i płytkich stawach. Po drugie - bujna buczyna naturalnych lasów i sosny. W moich rodzinnych stronach dominował świerk. Potem, kiedy kupiliśmy malucha, dalsze wycieczki, np. do uroczego Połczyna czy Czaplinka, do źródeł Regi, do murów obronnych i obwałowań Stargardu czy Morynia, do zamków Świdwina i Pęzina. Ale i tu pod nosem były wspaniałe, pobudzające wyobraźnię grodziska słowiańskie w takiej obfitości, jak chyba nigdzie w Polsce. Czy byłeś już, przyjacielu, na grodzisku Mielnica? Tym nad Starą Regą na wspaniałej wyniosłości po koszalińskiej stronie naszej granicy międzywojewódzkiej. Wskaż mi drugie takie miejsce, gdzie różnica wzniesień (poza klifem nadmorskim) wynosi aż 70 metrów. Jakby na potwierdzenie nazwy znalazłem tam tysiącletnie żarno. Wczytywać się zacząłem w dzieje ziemi Borków, rodu starszego od Piastów czy Jagiellonów. I tu znalazłem analogie z "moją" łużycką historią: opór przeciw agresywnym zagonom niemczyzny i Prus. Tutaj to zagrożenie brandenburskie i krzyżackie. Dlatego padło miasto Strzmiele i zamki w Szadzku i Pęzinie należące do Borków. Nie dawali się łatwo: symbolem dumy rodowej był Maćko Borko czy Sydonia Borkówna. Raz dawali głowę, innym razem rozszerzali swe włości na wschód od Nętna przez Zarańsko aż po Złocieniec. Kładli swe prochy w Gawrońcu i Ostrowicach u źródeł Regi. I konkurowali z Brandenburgią. Nie przypadkiem w okolicach mamy nazwę wsi Granica i Prusinowo.

Znów trafiłem na ziemie historycznego pogranicza o analogicznych losach. Obie krainy doświadczyły obecności wojsk Szwedów i Wallensteina w wojnie trzydziestoletniej, obie gościły wojska napoleońskie. Na obydwu zapisała się historia ostatniej wojny.

Nie ma bowiem ciekawszej historii od tej, która pisze się na pograniczu. I to by było moje głębsze, bardziej świadome zakorzenienie. Bacznie siebie obserwowałem: po 10 latach pobytu na Pomorzu w rozmowie z ojcem po raz pierwszy powiedziałem "u nas", myśląc o Łobzie. Widać niełatwo człowiek się zakorzenia.

Kiedy w 1980 roku wstępowałem do "Solidarności", była to decyzja w skali: być Polakiem, to włączyć się do tego ruchu. Potem trzeba było przetrwać triumfalizm partii i urbanowskiej propagandy. W tym okresie wiele zawdzięczam przyjaźni z Heńkiem Musiałem, który dzielił się ze mną podziemną literaturą. Jego mocna sylwetka, która od razu budzi zaufanie, jest jakby widomym znakiem niezłomnego charakteru i postawy. Teraz widzę jeszcze, że szacunek dla ludzi starszych, którego uczyli mnie moi wiejscy przodkowie, też zaowocował. Warto było wsłuchiwać się w opowieści dziadka mojej żony, śp. Antoniego Sidoreni. Przeżył wichry historii od czasów carskich przez rewolucję w Rosji i naiwny, krótkotrwały entuzjazm, który szybko zamienił się w odrazę do systemu krwi i nienawiści. Potem był krótki pokój polskiej obecności na Wileńszczyźnie, żeby znów doznać rozpaczy tułaczki i rozłąki więźnia sowieckiego, który tylko dzięki doświadczeniu 1917 roku uniknął Katynia, a potem odnalazł i ratował na Syberii rodzinę. Kiedy umierał, wydało mi się, że dominantą Jego życia była gorliwa religijność i proste ludzkie powinności: uczciwie pracować i żyć dla rodziny.

Drugim człowiekiem, który dożył upadku systemu komunistycznego, był śp. Józef Blin. Takiego losu Polaka z kresów, żołnierza Września i spod Monte Casino należałoby uczyć w szkole. On także czerpał siłę z tego co kochał: Boga, Ojczyzny i rodziny i im się poświęcił.

Te dwa życiorysy uświadomiły mi, że trzeba mieć jakieś proste, czytelne i niezłomne zasady, które dają oparcie w chwiejnym i zmiennym świecie.

Wrastałem w Łobez po 1989 roku angażując się z entuzjazmem w tworzenie oddolnego, ogólnopolskiego, łobeskiego, nauczycielskiego ruchu obywatelskiego. Kiedy patrzę na tamten czas z perspektywy kilku już lat nowej demokracji, wiem, że to wreszcie Moja Polska, Mój Łobez, Moja szkoła. I niczym się nie da usprawiedliwić stania z boku i mówienia: to nie ja. A to, że nie jestem dziś radnym, oznacza pewnie, że większości łobeziaków nowi radni wydali się nową nadzieją. Widzę ich wady, lecz wcale nie chcę, żeby się im nie udało. Bo nie uda się nam wszystkim.

Zakorzenienie więc, to rodzinny krajobraz, bliscy ludzie, dom i poczucie więzi historycznych z tym miejscem i tym rodem, ale przecież są to więzi tylko do pewnego stopnia; nawet poczucie przynależności do narodu jest poddawane rewizji, gdy Polak ożeni się z Hiszpanką czy Indonezyjką, gdy wychowują razem dzieci, gdy wyjedzie na Wyspy Nowozelandzkie nie z przymusu, ale z własnego wyboru, albo znajdzie się wśród pierwszych kolonistów Księżyca...

 

Ludwik Cwynar

 

"Łabuź" 13/1995
[Spis treści]