WSTĘP - OBECNOŚĆ - PRZESZŁOŚĆ - TERAŹNIEJSZOŚĆ 1 - TERAŹNIEJSZOŚĆ 2 TERAŹNIEJSZOŚĆ 3
teraźniejszość 1 - archiwum pamięci

SPIS TREŚCI


Kazimierz Obuchowski

ŁOBEZ

W szkole

Po dosyć skomplikowanej podróży, której opis byłby bardziej odpowiedni do zamieszczenia w awanturniczej powieści, trafiłem do miasteczka Łobez w woj. szczecińskim. Poszedłem prosto do starosty, któremu opowiedziałem o moich losach i o celu życiowym. Od tej pory mieszkałem w internacie, a zacząłem od 5-tej klasy. W 1948 byłem już w klasie IX Liceum Ogólnokształcącego, w 1951 zdałem celująco maturę.

Dostawałem stypendium 125 zł., a 105 zł płaciłem za internat. Zostawało mi 20 zł na wszystko pozostałe, w tym zawsze na tygodnik literacki i na "Problemy". Na pozostałe wydatki pracowałem latem. Internat i tak zamykano.

Było mi trudno dopasować się do obyczajów szkoły, skarżenia, infantylnych wymagań. Niedługo po przyjeździe miałem pierwszy konflikt.

Byłem gorąco religijny i pieśni kościelne znałem na pamięć. Ksiądz Katecheta kazał mi je przepisywać. Uważałem, że to bez sensu. Wówczas chwycił mnie za włosy przy uchu i zaczął je kolejno, powoli wyrywać, co jest bolesne i upokarzające. Rozłożyłem go jednym uderzeniem. Miałem być natychmiast wyrzucony, ale jakoś nauczyciele zlitowali się nad dzikusem. Dzikus, nie dzikus, byłem już wówczas w Drużynie Syberyjskiej powstałej wraz z mocnym ruchem harcerskim stworzonym przez Kazimierza Kafarskiego, który jako hufcowy szykował nas do walk leśnych. Byłem poza tym użyteczny. Można było za miskę zupy posługiwać się mną w pracach domowych, naprawach. Ze szkoły podstawowej pozytywnie zapamiętałem tylko "panią od polskiego", panią Mielczarek. Zwróciła uwagę na mój styl pisania i pochwaliła mnie. Było to dla mnie niezwykle ważne i nigdy jej słów nie zapomniałem.

Z nauczycielami bywało różnie. Sam sobie ustaliłem program, a w ostatnich latach nauki w Liceum im. Tadeusza Kościuszki, uczyłem w młodszych klasach literatury, historii i fizyki. Jeszcze niedawno spotkałem mojego ucznia, który pamiętał lekcje historii oparte na Dziejach głupoty w Polsce. Twierdzi, że to jedyne co zapamiętał ze szkoły.

Tej samodzielności i pracowitości sprzyjało dziwactwo pierwszego dyrektora Gimnazjum. Tęgi, o senatorskim profilu, bardzo "przedwojenny", przychodził do internatu o 12-tej w nocy lub 4-tej rano i krzyczał już na korytarzu: "Uczyć się! Lenie! Wstawać! Nie jesteście tu, aby wysypiać się!" Gdy zastawał kogoś w łóżku, trząsł nim: "Śpi sobie taki kawalir z poliwanym nosem, właśnie, ziewa, morda drze się, a na nową pieniędzy ni ma!"

Było to niesprawiedliwe. Pracowaliśmy dużo i ciężko. Nogi w miednicy, zakuwanie z biciem pięścią po stole, aby nie zasnąć - to były popularne metody. Ale nasz Dyr stwarzał poczucie, że wcale nie pracujemy dużo, że należy czynić więcej i było to dobre. Niestety, w stosunku do mnie wytworzył sobie koncepcję, że szkoła nie jest dla mnie. Byłem dla niego naznaczony.
Jako sierota, mam zostać uczciwym stolarzem lub szewcem, świetnie przygotowywałem się na każdą lekcję, nawet z naddatkiem. Stawiał mi zawsze "trójkę" i swoim tubalnym głosem oświadczał: "Pięć dostać nie możesz. Niedoczekanie twoje." Moje lektury niepokoiły go. Bał się, że będę miał "poprzewracane" w głowie i później nie dam sobie rady w życiu,  jakie miałem przypisane. Mieliśmy poza tym dwóch autentycznych nauczycieli, Matematyka, u którego przy tablicy trzeba było rozwiązywać konkursowe zadania na politechnikę, i biolożkę, zwaną "larwą". Cała oddana uczniom i swojej wiedzy, zagłębiała się z entuzjazmem w problemy "Skorowaciałych komórek miękiszowych pozbawionych ciałek zieleni." Nas to nie interesowało, ale lubiliśmy ją za ten entuzjazm i za to, że wiedziała o czym mówi. Niestety, w momencie szczerości wyznała na lekcji, że wolałaby wyjechać do Południowej Ameryki, gdyż boi się wojny. Ktoś powtórzył to i zniknęła w piwnicy łobeskiego UB. Pojawiali się różni nauczyciele, na ogół słabo przygotowani. Nawet jednak i wśród nich, negatywnym wyjątkiem był mały, gruby i niechlujny tramwajarz z Poznania, skierowany po linii partyjnej do nauczania w naszym Liceum. Uczył łaciny i angielskiego. Nie rozumiał nic. Stawialiśmy mu "ćwiartkę" na katedrze i wychodziliśmy oknem pograć w piłkę. Pojawił się też były emigrant francuski, były pilot RAF. Zamiast iść siedzieć, został z miejsca dyrektorem i Liceum i internatu, co mi wówczas nie dało nic do myślenia. Elegancki, obyty, inteligentny. Dużo z nami rozmawiał, bardzo go lubiliśmy. Uczył polskiego, a nie znając literatury polskiej, opowiadał nam po kolei wszystkie dzieła Szekspira. Robił to wspaniale, bardzo nam imponował i miał nasze pełne zaufanie. Dopiero oglądając moje papiery pod koniec studiów zrozumiałem, że miał utajnioną twarz.

Przygotowania do studiów

Moje własne lektury były bardzo zróżnicowane i to nie tylko dlatego, że w Łobezie biblioteka dopiero się rozwijała. Po prostu nie bardzo wiedziałem, co właściwie miałbym robić dla osiągnięcia swojego celu, poza zgłoszeniem moim władzom, że chcę iść na uniwersytet. Oni się uśmieli, a i ja sam miałem bardzo niejasne wyobrażenie o tym, czym są studia i co to znaczy wyższe wykształcenie. Skoncentrowałem się z jednej strony na encyklopediach i słownikach. Słownik Wyrazów Obcych znałem chyba na pamięć. Z drugiej - na wielkiej literaturze. I to w taki sposób, że czytałem po kolei wszystkie dostępne mi dzieła jakiegoś pisarza - Balzaka, Conrada, Sienkiewicza. W efekcie całkiem mi się pomieszało, co było w jednej książce i nie zdałbym chyba żadnego egzaminu z literatury. Wiedziałem za to dużo o pisarzu, tak jak przejawiał się w swoich dziełach. Szukałem tego co zrozumiałem w ich biografiach. Przyznam, że raczej bezskutecznie.

Być może była to pewna inspiracja do psychologii. Kupowałam skrypty uniwersyteckie z fizyki. Dzięki nadprogramowemu przygotowaniu z matematyki coś niecoś z tych książek rozumiałem. Matematykę lubiłem jednak tylko jako dyscyplinę teoretyczną, jako sposób pojmowania świata. Rozwiązywanie zadań podręcznikowych nie interesowało mnie wcale, chociaż maturę zdałem bez trudności. Mój prawdziwy entuzjazm wzbudziło gdzieś zdobyte, stare wydanie Euckena Historia Filozofii. Pierwszy raz miałem w ręku taką książkę. Chłonąłem ją z gorącymi uszami. Jeszcze teraz mam notatki z tej lektury i mogę cytować z pamięci: "Jądrem mądrości Greków było czynnie zachowywać się wobec rzeczy." To było zdanie wyjęte mi spod serca. Nareszcie. Sięgnąłem do Platona: "Wszystkie ciosy losu ześlizgują się z duszy mądrej i odważnej, która poznała dobro wieczne. W wypadkach nieszczęśliwych najlepiej zachować się spokojnie i nie wzruszać się, ponieważ w takich rzeczach ani dobro ani zło nie jest jasne." Tych słów potrzebowałem. To było to, co mogłem zgłębiać. Również przez tomisko psychologii, nudnego i rozwlekłego Höffinga przegryzłem się z entuzjazmem. To były pierwsze kontakty z myślą serio, z czymś głębokim, w co można i trzeba było wnikać, a nie tylko nalewać do dzbana pamięci.

Zrozumiałem, że fizyka jest wielka i głęboka, dając szansę wyobraźni, a filozofia jest w dodatku mądra. Filozofia zajmująca się człowiekiem jest mądra i ważna. Złożyłem papiery na psychologię

Jakim byłem uczniem? Dobrym początkowo i na końcu. Po dwóch latach tak ostrych wymagań, jakie sobie stawiałem i oporu, jaki mi stawiano - byłem już znużony. Poza tym bardzo dokuczał mi reumatyzm, kaszel i bóle zębów, a nie było dentysty. Nie wiedziałem wówczas, że mam gruźlicę. Na nodze rozrastały się wielkie, ropiejące rany, zarośnięte zzieleniałym, dzikim mięsem. Kaszel i bóle traktowałem jako normę. Rany w końcu zoperowałem sobie sam, wycinając brzytwą zgniliznę do czystego mięsa. Bóle zębów załatwiały garście aspiryny.

Nie byłem w stanie rozwiązać swojej sytuacji prawnej. Władze oświatowe wciąż usiłowały się mnie pozbyć. Wytyczono nawet sprawę sądową o brak opieki nade mną. Ja odpowiadałem na to, że nie mam opiekuna! Milicjant doprowadził mnie na rozprawę, woźny trzasnął przez łeb za to, że nie trzymam rąk "pa szwam". Stało się to jednak dokładnie po ukończeniu przeze mnie 18 lat. Sędzia więc zwolnił mnie po obejrzeniu metryki. Nie mam pojęcia co zamierzał i co mógł ze mną zrobić.

Zaczynałem mieć tego dosyć. Próbowałem różnych innych działań, wojska, pracy administracyjnej, nawet prowadzenia gospodarstwa rolnego, ale za każdym razem było jasne, że zamkną mi one drogę na uniwersytet. W końcu załamałem się całkowicie. Miałem na półrocze 5 dwój i czwórkę z zachowania. Pisałem wówczas: "Cierpienia doskonalą duszę ludzką, ale zbyt dużo cierpień ją wypacza, nie chcę być nienormalny." Na szczęście, właśnie zakochałem się pierwszą, młodzieńczą zwariowaną miłością z wystawaniem pod oknem i burzliwą korespondencją. Ubóstwiana dziewczyna, Krysia Wajsówna z miejscowego high lifu, nie kochała mnie, ale lubiła i była na tyle mądra, że uczyniła, iż znowu uwierzyłem w siebie. Stanąłem na nogi, przestałem się mazgaić i znowu ruszyłem do ataku. Najpierw dla niej, a potem już poszło. Maturę zdałem bardzo dobrze. Jednakże specjalny dyplom gwarantujący studia, uzyskał mój rywal, jako mocniejszy politycznie. Rywal, gdyż taka była metoda ZMP-owska, że ścigaliśmy się. Na ścianie klasy wisiał grafik z sumą ocen każdego z nas. Wysokość słupków była każdego dnia aktualizowana. Dodam, że klasa była doborowa, gdyż rok przed maturą znaczną część uczniów skłoniono do przeniesienia się do Liceum Pedagogicznego w Szczecinie.

Charakterystyka środowiska

Trochę miejsca poświęcę środowisku w którym dojrzewałem. W małym, 3-tysięcznym Łobezie były w pierwszych latach po wojnie dwie drużyny piłki nożnej, jedna w klasie A (obecnie I liga). Była rewia z restauracją w domu PSS i amatorski teatr, który jeździł po całej Ziemi Szczecińskiej. Byłem jego szefem i reżyserem. Cały kłopot polegał na tym, że nigdy nie widziałem innego teatru niż swój. Wobec tego pojechałem na gapę do Krakowa i wślizgnąłem się do Teatru Starego. Zobaczyłem tam Solskiego w roli wiarusa, płakałem podczas długiej burzy braw na stojąco, a nawet teraz, gdy to piszę, mgli mi się wzrok.

Do klubu sportowego "Rega", w którym boksowałem, należało około tysiąca osób, a wiec co trzeci mieszkaniec. Gdzieś tam istniało PPR i wojsko, dzielnice willowe zajmowali sowieci, była silna i aktywna PPS i PSL. Spora grupka OMTUR-owców, serio traktujących swoją naukę. Nieco ZWM-owców, bez wpływów. Prężne "Wici". Dominowało jednak harcerstwo, które z proporcami, w szyku rozstawnym, zajmowało każdej niedzieli główną ulicę, maszerując z przytupem do kościoła. Harcerstwo bogate, bo z własnym folwarkiem obsługiwanym przez Niemców i z piękną willą.

Weltanschaung

Byłem też zaangażowany w to, co można ogólnie nazwać sprawami społecznymi. Jako harcerz chodziłem robić kocią muzykę konferencjom PPR-u i gdyby trzeba było, ruszyłbym bez wahania "do lasu". To sprawa atmosfery. Wydaje mi się, że w moim środowisku, głównie wiejskich chłopców - Sybiraków zamieszkałych w internacie, odbiór polityki bardzo różnił się od tego, czym polityka była dla wielu dorosłych, szczególnie mieszkańców większych środowisk. Nasza "masa apercepcyjna" była zupełnie inna. Odczuwaliśmy radość i entuzjazm, że nie jesteśmy już TAM, że przeżyliśmy wbrew wszystkiemu, że żyjemy w Polsce, w niepodległym kraju, żyjemy też dla niego.

Niełatwo było ten entuzjazm zmącić. Być może z powodu rodzaju naszych doświadczeń, różne ograniczenia, istnienie UB, aresztowania, donosy, polityczną propagandę, traktowaliśmy jak naturalne zjawiska przyrodnicze. Zresztą to co się działo, o czym mówiono, to wszystko było bardzo łagodne w porównaniu z tym, co znaliśmy. Dla nas odniesieniem były skrajnie inne warunki Związku Radzieckiego, tamte obyczaje i rygory.

Może wydać się dziwnym, ale ZSRR nie kojarzył się nam z żadną ideologią. To był nieopisany horror, który mieliśmy za sobą i o którym nie chciało się nawet myśleć. Chyba wypieraliśmy go. Z zasady nikt z nas nie opowiadał o swoich przeżyciach ze zsyłki. Obraz ZSRR podawany w propagandzie traktowaliśmy jako świat sam w sobie, który nie ma nic wspólnego ze światem realnym. Realna władza polityczna naszego kraju nie istniała dla nas jako siła szczególna, dająca o sobie znać na codzień. Istniała Polska, gdzieś tam jakaś nieokreślona "centrala", ale przede wszystkim istniał Łobez i nasze szansę na normalne życie.

Aż do lat 50-tych czuliśmy się odpowiedzialni za nasze miasteczko, za naszą szkołę. Nie mieliśmy poczucia, że jesteśmy politycznie kontrolowani, a mieliśmy poczucie, że to my kontrolujemy nasze środowisko. Jest to orientacja całkiem nieznana dzisiaj i chyba nie była znana w wielu szkołach naszego kraju, gdyż nasze Liceum było ważną instytucją w miasteczku. Świat poza nami nie był taki ważny. Odbudowywaliśmy kort tenisowy, park, ścieżki na górze, zwanej "pomnikiem", urządzaliśmy piękne świętojańskie noce, odgruzowywaliśmy kościół, organizowaliśmy masę imprez społecznych. Bardzo chcieliśmy normalnie żyć i żyliśmy. Dam przykład. W dniu przybycia mojego transportu do Łobezu, miasto było całkowicie puste. Sprawa wyjaśniła się dopiero wieczorem. Były to Zielone Świątki i WSZYSCY nieomal mieszkańcy byli na majówce w pobliskim, pięknym, bukowym lesie nad Regą.

Zmiany polityczne dokonywały się niezauważalnie. Gdzieś tam w "centrali" zapadały nie interesujące nas decyzje. Pojawił się na miejsce szyldu PPR, szyld - PZPR, a zniknęły inne organizacje. Tego też nie odbieraliśmy osobiście, jako ważnych dla nas wydarzeń. Po rozwiązaniu "dawnego" ZHP, wstąpiłem do "Wici", a stąd już automatycznie do ZMP. W internacie należał tam chyba każdy. Bycie "obok", w ogóle nie wchodziło w rachubę. Wynikało to z mojej sytuacji, ale też z kontynuacji powojennego entuzjazmu odbudowy Ziem Odzyskanych. To była nowa platforma działania. Zorganizowaliśmy Brygadę Lekkiej Kawalerii, która przyjęła kontrolę nad magazynem żywności i kuchnią internatu. Natychmiast poprawiło się wyżywienie. Nic o nas bez nas. Zasada ta mi odpowiadała. Ceremoniał polityczny, akademie, szturmówki znałem od lat i nie traktowałem go poważnie. Był to konieczny rytuał.

Nie znaczyło to, że nowe założenia ideologiczne były mi całkiem obce. Odpowiadał mi racjonalizm w wyjaśnianiu zjawisk społecznych, tym bardziej, że dostępna mi opcja przeciwna była mało zborna, emocjonalna, nie proponowała nic konstruktywnego i przyszłościowego, stawiając głównie na odtworzenie świata, który już odszedł. Nie miałem sympatii do nowego ustroju, ale też nie sądziłem, aby można było budować przyszłość wracając do świata sprzed wojny. Za dużo się wydarzyło. Natomiast tu prostota zasad była tak znaczna, że wydawało się, iż nie da się poza nią ukryć żadnego oszustwa. Podstawy marksizmu Georga Polltzera, które wywarły na mnie wpływ, to znakomicie i bardzo przekonująco napisana książka. Wydaje mi się, że nie ma po dzień dzisiejszy, żadnej przeciwnej jej i równie dobrej. Była napisana w latach trzydziestych we Francji, dla młodzieży robotniczej, ale doskonale pasowała do naszych umysłów. Podobała mi się też zasada centralnego planowania, gwarantującego oszczędność środków i obejmowanie ważnych spraw. Wyobrażałem sobie, że teraz będzie można na przykład stworzyć generalny plan miasteczka, najbardziej racjonalny i zrealizować go jako całość i że ja będę miał w tym udział od początku do końca. Nie było to dalekie od wizji "szklanych domów".

Podobała mi się też nowość, jaką była samorządność uczniowska w szkole, bo tak to na początku wyglądało. Uczniowie uzyskali głos na radzie Pedagogicznej, mogli wysuwać pomysły, a także bronić interesów uczniów. Gdy jednak zawitał do nas ówczesny "oszołom" z jakiegoś szczebla (pierwszy raz widziałem tę typową obecnie mutację homo sapiens) wywaliliśmy go z budynku szkoły z trzaskiem tak wielkim, że aż zaniepokoiło się UB. Machnęli w końcu ręką, gdy okazało się, że nikt niczego nie widział, a widać nie mieli wówczas ochoty na naszej prowincji na ryzykowanie jakiejś sprawy politycznej. Wydawało się zresztą, że łobeski szef UB, rudy i wyglądający nieporadnie Żyd, jest przede wszystkim zainteresowany swoją hodowlą gęsi i niechętnie uczyni cokolwiek, do czego nie będzie zmuszony. Kradliśmy mu w sadzie jabłka. Byliśmy tak oderwani od rzeczywistości, że jadąc z wycieczką w góry, przemaszerowaliśmy przez park w Stargardzie Szczecińskim z dużym transparentem, że to my, Liceum im. Tadeusza Kościuszki, a było to akurat 3 Maja. Też nas jednak w końcu nie aresztowali, pukali się w głowy, a my i nasi nauczyciele nie mogliśmy zrozumieć ani jak duże było ryzyko, ani o co ten gwałt.

Bardziej złożone były moje stosunki z Kościołem. Wspomniałem już, że byłem gorąco religijny. Podkreślam tu temperaturę, gdyż nie było to niczym pogłębione. Moje osobiste kontakty z księżmi jednak się nie udawały. Nie byłem ministrantem, gdyż za bardzo byłem nikim, a jeśli nawet czymś - to raczej zadrą sumienia, jedyną w mieście sierotą poza rezerwatem sierocińca i bez formalnych opiekunów. Wspomniałem już o wstępnym incydencie. Były i inne, na przykład, gdy moi koledzy dostali odzież, a nawet kożuszki lotnicze z pomocy zagranicznej, ja - tak dla żartu chyba - dostałem od księdza białe getry.
Na tym moje doświadczenia się nie kończyły. (...) Postanowiłem zamówić mszę św. za duszę moich rodziców. Ksiądz, owszem, pieniądze przyjął i wyznaczył datę. W niezwykle uroczystym nastroju poszedłem rano do kościoła. To była moja pierwsza msza, jaką mogłem wykupić za Rodziców. Byłem przekonany, ze dając taką górę pieniędzy, zamówiłem mszę za nich. W pewnym momencie usłyszałem odczytaną w pośpiechu długą listę kilkudziesięciu imion, dla skrótu tylko z Julią, a bez Bogumiła. Uroczysty nastrój padł.

Gdy nasz kolejny Katecheta zasugerował, że powinniśmy iść pod kaplicę Badaczy Pisma Świętego, gdzie odbywał się ich zjazd, aby czynnie wyrazić im swój wstręt, po raz pierwszy się zbuntowałem. Byłem więc tam tylko jako świadek. Mimo to, tak jak i moi koledzy, nie uniknąłem moralnego kaca. Wybito im szyby, a "Jehowy" szli z uśmiechem, szpalerem przeklinającej i plującej młodzieży i głośno modlili się za nas.

Nie były to powody do tego, abym przestał wierzyć w Boga i przestał się modlić, ale religia stała się odtąd moją bardzo prywatną sprawą. Poznałem później kilku mądrych i dobrych księży, zrozumiałem, że czym innym jest "aparat", a czym innym wierzący, że w ramach instytucji Kościoła Katolickiego istnieje wiele różnych odrębnych ideowo instytucji. Jedne z nich zdecydowanie aprobuję, inne są mi obce, a innych nie mogę zaakceptować. Przy okazji muszę wspomnieć, że Badacze Pisma świętego jeszcze kilkakrotnie zaimponowali mi swoim serio traktowaniem zasad wiary. Widziałem w latach 50-tych, jak poszczuci kryminaliści bili ich w więzieniu za to, że - jak im powiedziano - nie kochają Matki Boskiej i jak oni modlili się za tych, co ich bili i jak ci, co ich bili, już po kilku dniach śpiewali psalmy. Fanatyzm ich sprawił jednak, że byli mi obcy. Z czasem poznałem i nauczyłem się szanować rzetelność religijną i uspołecznienie protestantów, a jeszcze w Majkainie dał mi do myślenia kolega muzułmanin, który widząc, że modlę się do obrazka, zarzucił mi prymitywizm i pogaństwo. Jeśli wierzysz w jednego Boga, to powinieneś też wierzyć, że jest on wszędzie i wszystkim. Sam jednak modlił się z twarzą skierowaną do Mekki. Po kilku nawrotach religijności odłączyłem się od Kościoła.

Czym był dla mnie pobyt w Łobezie? To były tylko cztery lata. Za każdym razem stwierdzam to ze zdumieniem, gdyż w moim poczuciu był to niezmiernie długi okres życia. Właściwie całe jedno życie. Tam dopiero przeszedłem opóźniony okres dojrzewania, tam znalazłem przyjaciół, pokochałem to piękne miejsce i zawsze odwiedzam je z poczuciem, jakbym powracał do domu. Mam chyba nadmiar moich małych ojczyzn - Wołożyn i Łobez i Poznańskie. Jestem do nich przywiązany, chociaż do każdej inaczej.

 

(fragmenty "Autobiografii Naukowej")

 

Kazimierz Obuchowski - prof. psychologii UAM w Poznaniu - "Łobezianin" absolwent LO - 1951 r.

 

"Łabuź" 14/1995
[Spis treści]

Piotr Sienkiewicz

WRÓCIĆ DO ŁOBZA?


"Czym jest czas? Tajemnicą - bo jest nierealny, a wszechpotężny. Jest warunkiem zjawiskowego świata, jest ruchem-zespolonym i przemieszanym z istnieniem realnych ciał w przestrzeni i z ich ruchem. A czy nie byłoby czasu, gdyby nie było ruchu? I ruchu, gdyby nie było czasu? Pytania i pytania !"
Tomasz Mann, "Czarodziejska góra".



Cybernetyka jest chyba jedną z mych miłości, ale czy szczęśliwych? Każda miłość spełniona jest szczęśliwa, choć diabli pewnie wiedzą, czym jest to szczęście? Jak to z miłościami bywa, pojawiła się dość nagle, odurzyła, trochę zwodziła, wreszcie... uległa, czasami rozczarowywała, irytowała, przyprawiała o ból głowy. Ale tak serio na temat cybernetyki napisałem w "Golemie". Gdybym miał krótko powiedzieć, na czym polega owa fascynacja, to zacząłbym od tego, że pociągają mnie syntezy. Analizy męczą, niekiedy nudzą.

Cybernetyka jako nauka o sterowaniu i komunikowaniu była wielką próbą wielkiej syntezy wiedzy ścisłej, przyrodniczej, technicznej i społecznej. Na ile udaną? To temat na zupełnie inne opowiadanie.

Czy wiesz, kto ludziom wyrządził największą "krzywdę"? Pierwszym był Kopernik, bo wykazał, że nie jesteśmy żadnym pępkiem Wszechświata, drugim był Freud, bo pokazał, jak niedoskonałą jesteśmy istotą z naszymi popędami, marzeniami itp. I cybernetycy, gdyż udowodnili, że można stworzyć maszyny, które są już nie tylko "wzmacniaczami intelektu", ale można poważnie mówić o "sztucznej inteligencji", o inteligentnych maszynach. Nie brakuje i takich, którzy dostrzegają w tym kolejne zagrożenie dla "szczęścia ludzkości". Wierz mi, ja najbardziej boję się nie sztucznej, lecz naturalnej, aroganckiej i oszalałej inteligencji nie maszyn, lecz ludzi. I nie świat ludzie powinni tak usilnie zmieniać, lecz prze-de wszystkim samych siebie. A najgroźniejsi są należący do dwóch, wyróżnionych przez S. Lema (nb. zapewne najwybitniejszego z żyjących pisarzy i myślicieli polskich) kategorii: "Kretynów umysłowych" i "skończonych idiotów". Oczywiście, wszelkie podobieństwo do osób żyjących jest całkowicie przypadkowe...

Nauka miała dawać mi poczucie pewności w świecie, wiedzę i mądrość, czyli umiejętność posługiwania się nią w sytuacjach życiowych. Dziś wiem, że wiedza naukowa musi być niejako dopełniona przez wiedzę pozanaukową, tzn. zdroworozsądkowa, przez wiedzę empiryczną płynącą z bezpośredniego, osobistego doświadczenia. A jest jeszcze przecież miejsce na religię, na sztukę. Działalność naukowa jest racjonalna, ale i tu mamy przecież do czynienia z intuicją, przeczuciem, smakiem estetycznym. Obecnie do dobrego tonu należy wyrażenie się o nauce z pewnym lekceważeniem, z poczuciem zawodu, jakichś pretensji itp. Wiek XX miał być wiekiem Nauki i Techniki, a przecież większości ludzkich problemów nie rozwiązano... Wystarczy szerzej otworzyć oczy, by się przekonać, jak wielki jest bezmiar ludzkich nieszczęść i cierpień. Rozejrzyj się wokół, ilu oszołomów, ilu monopolistów na Prawdę (-oczywiście przez duże P) i "jedynie słuszne" rozwiązania, ochoczo przylepiających etykietki, zaglądających nie tylko w teczki, obnoszących się z nietolerancją i zawiścią. Jak na mój gust, to za wiele tego...

Może są to koszty "refolucji" (reformy + ewolucja)? A może zbyt wielu marzyło o "prawdziwej" rewolucji, ze wszystkimi znanymi skądinąd "atrakcjami". Mierzi mnie panoszące się "faryzeuszostwo", tak jak gorszy nieuctwo i brak kompetencji w podobnym stopniu jak i nerwowi politycy, którzy z jakimś dziwnym błyskiem w oku mówią o miłości bliźniego. A ludzie? Cóż, ponoć zachowują się racjonalnie wtedy, kiedy nie mają innego wyjścia. Myślę, że już niedługo nie będą mieć innego wyjścia, albo... Nawet w Łobzie widziałem takie stare graffiti (z lat 60!): "Zatrzymajcie świat, chcę wysiąść". I skoro nie możemy zmienić świata, to zmieńmy ... temat (Joyce?).

W radiowej audycji muzycznej prezentując ulubieńców wyróżniłem pewne szoki: "szok rock and rollowy" (B. Haley, E. Presley), "szok rythm and bluesowy"(R. Charles), "szok jazzowy" (E. Fit-zgerald, M. Davis, D. Brubeck), "szok rockowy" (Beatles, Rolling Stones, Cream) . Gdzieś tu mieszczą się Led Zeppelin oraz The Doors i Jim Morrison ze swoją niepokojąca poezją (to prawie nasz rówieśnik !).

Na podobnej zasadzie układały się etapy literackich wtajemniczeń. Była fascynacja Hemingway'em (dość krótkotrwała), przeżyciem opowiadania Marka Hłaski "Pierwszy krok w chmurach". Nie wiem czy prawdziwe, ale przejmujące. Prawdziwe szoki przeżyłem za sprawą dwóch różnych dzieł. Pierwszy to lektura "Obcego" Ca-musa, a drugi - "Gra w klasy" Cortazara. Pomiędzy nimi był Dostojewski, zwłaszcza "Biesy". Moja reakcja po tych lekturach była o tyle dziwna, ze wyobrażałem sobie - może mógłbym coś takiego napisać? To nie to, że się "przymierzałem", ale raczej smutek, że już ktoś to napisał. Gdy przeczytałem "Doktora Faustusa" T. Manna i "Grę szklanych paciorków" H. Hesse, zrozumiałem, że nie da się, długo w każdym razie, czegoś większego stworzyć. I wtedy "rzuciłem się" na dzieła filozofów, literaturę naukową i popularnonaukową. A w roku 1983 ukazała się książka pt. "Inżynieria systemów", za którą dostałem nawet jakąś nagrodę. Potem następne, tak że przed 40-tką napisałem 5 czy 6 książek, w tym "Poszukiwanie Golema czyli o cybernetyce i cybernetykach", którą bardzo lubię. Znasz ją zresztą. Oczywiście czytałem nadal różne rzeczy. Jestem wierny T. Konwickiemu, zarówno jego powieściom jak i filmom. Lubię poezję Iwaszkiewicza, zaś niektóre jego opowiadania ("Brzezina" i "Panny z Wilka") wzruszają mnie tak, jak nakręcone na ich podstawie filmy A. Wajdy. Wiele zachwyca u Czesława Miłosza, ostatnio "Mój wiek" - rozmowa z A. Watem, a także "Dzienniki" M. Dąbrowskiej. Ale także np. - "czarne" kryminały Chandlera. Jeśli dodam do tego wspaniałą poezję W. Szymborskiej i, późno przeze mnie odkrytej, H. Poświatowskiej, to masz niemal wszystko, co naprawdę w literaturze lubię. Przyznaję, że nie jestem oryginalny...

Faktem jest, że nie jesteśmy rodowitymi Łobeziakami. "Przeszczepy", można by powiedzieć. Ale za to, jak najbardziej - rodowitymi Łobeziakami są: nasza droga przyjaciółka Ala i moja kochana siostrzyczka Ela. Ja w Łobzie znalazłem się pod koniec lat 40, mając chyba dwa lata. Najwcześniejsze łobeskie wspomnienia: droga przez gruzy do szkoły obok kościoła, kopanie piłki na łąkach, zabawy w wojnę w lasku itp. Lata 50: jakieś zmory UB, częste ruchy kolumn wojskowych w okresie wojny koreańskiej, ale także pochody 1-majowe ze śpiewem "chłopcy, dziewczęta do roboty" i sztucznym, dziś śmieszącym patosem, no i pewnie jakaś nadzieja, że będzie lepiej, normalniej. Byłem zbyt młody, żeby temu ulec, to był chyba "przywilej" starszego pokolenia ZMP-owskiego. Dla mnie znacznie bliższe są czasy po Październiku 56, czyli wolne od koszmarów, lecz nie wolne od absurdu. Szczególnie ważny jest dla mnie przełom lat 50 i 60 - szkoła, pierwsze fascynacje snobizmy, bunty, przeróżne wygłupy, naiwne wyobrażenia o świecie i o sobie, dziewczyny, koledzy, sport i muzyka i bardzo wiele lektur.

Lata siedemdziesiąte: dom, żona Alicja i synkowie, doktorat, habilitacja. A oprócz tego lektury, muzyka, kino. Pewien chaos, rozwichrzenie lat 60 ustąpiło stabilizacji. Pojawiły się kłopoty egzystencjalne, wymagające innej postawy. Poza tym: "smuga cienia wciąż szersza, mija młodość nie pierwsza".

Z kolei lata 80-te, to już "krótsza połowa" życia. Sporo sukcesów zawodowych, profesura, prezesowanie PTC itp. Wstrząsy: nadzieje i entuzjazm Sierpniowy, wstyd i przygnębienie Grudniowe. Świadomość końca świata fikcji i marnowanego czasu, wreszcie świadomość tego, że całe dotychczasowe życie upłynęło w świecie, który musiał zniknąć: "I tak właśnie kończy świat - nie hukiem, ale skomleniem" - T. S. Elliot - "Wydrążeni ludzie"...

Syndrom małego miasteczka - ograniczone myślenie, krępujący gorset nałogów, galeria typów, etykiety itp. I sporo hipokryzji. Zawsze pamiętałem, że Chrystus wybaczył jawnogrzesznicy, ale nie wybaczył faryzeuszom. A więc obawa, aby nie dać się w to wtopić. Myślę, że obaj nosiliśmy w sobie jakiś lęk przed małomiasteczkową uniformizacją, poddaniem się klasyfikacji. Stąd te kontestacje i nie godzenie się na "naszą małą stabilizację". Przyznaję się, że nie mam natury kontestatora, buntownika bez powodu - był film pod takim tytułem z Jamesem Deanem, "buntownikiem zza oceanu" (czy wiesz, że czasami przypominał mi go ś.p. Maciek Pięta?). Mimo wszystko buntowałem się kolegując z "odmieńcami", co swego buntu nie skrywali (czy można buntować się, nie manifestując buntu?), z jednej strony nie chciałem sprawiać przykrości rodzicom, wiążącym ze mną pewnie jakieś swoje nadzieje, z drugiej chciałem konecznie być inny. Musiałem być inny, bo inna była "moja" muzyka, kino, literatura. Utożsamiałem się, w warstwie kulturowej, z pokoleniem kontestatorów z drugiej połowy lat 60, nawet hippiesów, co brzmi absurdalnie, gdyż byłem w tym czasie studentem WAT i nosiłem mundur.

Czy pamiętasz, jakie wrażenie zrobił na nas film Konwickiego "Salto"? Z tymi małomiasteczkowymi "archetypami": wieczny kombatant, wiecznie pijany artysta, niezrozumiany poeta, wyczekująca stara panna, gospodarz - "dobry człowiek" marzący o tym, aby podłożyć świnię "totalną". No i ten Kowalski-Malinowski, kabotyn znikąd, mitoman w świecie mitomanów. Ale wcześniej była fascynacja jazzem (czy to nie była forma kontestacji?). Pamiętam ciebie wywijającego marynarką w Domu Kultury na koncercie, bodajże "New Orleans Stompers". Potem był blues i rock, dużo dobrego rocka lat 60-tych, któremu jestem wierny (np. nadal uwielbiam Rolling Stones'ów).

Kiedyś był taki czas, że myślałem, wrócę i będę pisać "memuary". Ostatnio, jakby mi przeszło, może nie czułbym się tu lepiej niż w Warszawie, gdzie mieszkają i żona i synowie i gdzie spędziłem jednak więcej czasu niż w Łobzie. Zapewne najlepiej czułbym się w Paryżu, o którym marzyłem 40 lat, a gdy zobaczyłem go, to śni mi się od czasu do czasu, że tam mieszkam... Może wtedy zacząłbym śnić o tym, że znów - jak w młodości - mieszkam w Łobzie...

Ciągle tu wracam. Od matury nie wiem, czy był dłuższy niż kwartał okres mojej tu nieobecności. Przyjeżdżam, aby spotkać się z rodzicami, z Tobą, Karolem, Alą. Chodząc po mieście przypominam sobie miejsca i zdarzenia, ciesząc się tym, że miasteczko się zmienia, jest coraz ładniejsze i sprawia wrażenie coraz bogatszego (pamiętasz, jakie było biedne w latach 50, a jakie niezbyt ładne w latach 60?). Cieszę się, że widzę zdrowych rodziców, kolegów, znajomych. Ale czy chciałbym wrócić ...?...

 

Warszawa, dnia 26 sierpnia 1992


P I O T R - ojciec Maćka i Jacka, syn Wilhelma, długoletniego (1947-1983) kier. gorzelni w Łobzie, absolwent LO w Łobzie (1963) i Wydziału Cybernetyki Wojskowej Akademii Technicznej (1969). Profesor Akademii Obrony Narodowej w Warszawie, szef Centrum Informatyki i prezes Polskiego Towarzystwa Cybernetycznego. Cybernetyk, informatyk, specjalista od analizy systemowej, organizacji i zarządzania. Autor siedmiu książek i ok. 300 artykułów i referatów. Meloman (bogata płytoteka) i kinoman (prezesował DKF). Debiutował recenzjami filmowymi, pisał wiersze, ale jakoś nie chce ich udostępnić. A na dodatek pułkownik Wojska Polskiego.



Dopisek do "Wrócić do Łobza"

Ilekroć spotykamy się z Piotrem - dosyć często - przyjaźnimy się wszakże Już ponad trzydzieści lat (wczesne lata 60), tematem rozmów toczonych, czy tutaj, czy też gdzie indziej. Jest liryzm - miękkość, delikatność, wrażliwość, subtelność. Bo Piotr właśnie taki Jest. Wyraża się uczuciową serdecznością. I to właśnie on, ten składnik osobowości Piotra jest głównym motywem tego tekstu. Powstał on - tekst - przy aktywnym udziale dwóch stron w korespondencyjnym toku obróbki. To Piotr zaproponował i napisał rozmowę - wyznanie: byłem, jestem i będę słuchaczem - adresatem, który chciałby zrozumieć, pojąć sensowność zobrazowania, przyswoić sobie, celne i wartościowe stwierdzenie, aby dalej przez chaszcze, wertepy z bagażem który jest rachunkiem za...

Przyzwyczajeni do kostycznego wizerunku uczonych, a oni z krwi i kości - Jak Piotr. Zdecydowana sensowność wysławianych przekonań i zadziwiająco niepokojące: drażniące, jątrzenie, ogólnoludzkich słabości człowieczych. Uzależniony od dziedzictwa, splątany, powiązany, zasupłany, przeniknięty, przekrojony rozpłazczyznowany rozdarty przemiennymi warstwami odmian. Pełen wszystkiego co nie jest mu obce, jak wszyscy, każdy... Nie zapiera się tego, czego najlepszym, bo naocznie przekonywującym dowodem jest zapis. Pisanie to miejscami przebrzmiewa wzruszeniowym sentymentem, można powiedzieć: melancholijną nostalgią. Co to jest - ? Nie wiem. Może to być uczciwa szczerość, która wyraża się w zobiektywizowanej próbie wysławiania, ciągle zachodzących niestałości... Naiwność zbiorowych wyobrażeń: całości, usprawiedliwiającym podpowiadaniem rozgrzesza. Posiadanie prawa jazdy jest cywilizacyjnym biletem, tytuł profesorski - rękojmią mądrości. Owszem, ale także: umiejętną chęcią koniecznie potrzebnego pragnienia, aby wytłumaczyć złożoność tego, co w naszej nieświadomej obecności łączy się i rozłącza, staje i zdarza, wpływa i rozpływa, zwiera i rozwiera - Jest formowanym kształtem sensownego bezsensu. Co nas napędza - działamy: mnożąc, dodając, odejmując, dziejąc, ważąc, przelewając, wzorcując, dawkując, naśladując, odtwarzając, niszcząc, budując - żeby być potwierdzonym...

Myślę - dotykam prywatnej warstwy. Jesteśmy wszak, mimo różnego rodzaju "zespołecznień" wynikających z bieżących potrzeb i skłonności - pojedynczo osobiści. Dopiero tam, na gruncie prywatności, rozstrzygamy i wybieramy - dokonujemy się - jesteśmy - kim czym - właśnie (?) - językowej sztuczki iskierka - tam w sobie możemy nie odpowiadać, ale publicznie - tak - koniecznie: tym, tamtym, owamtym, jako że, balon na uwięzi trzepotliwym sercem - musimy być kimś...

 

leon

P.S. I jeszcze, jako klamra spinająca całość, cytat z listu:
"... ta rozmowa była potrzebna, bo cos tam trochę porządkowała, takie trochę "wszystko na sprzedaż". . . Teraz można spokojnie zabrać się do roboty. I pisać "memuary". A to oznacza przekonanie, że się naprawdę ma coś do powiedzenia: A czemu nie..."

 

"Łabuź" 2/1992
[Spis treści]

Piotr Sienkiewicz

POWROTY BEZ POWROTU



"Człowiek rozwija się przez całe życie ale jednak to, co nabył w dzieciństwie, pozostaje zasadniczą wytyczną na dalszy ciąg jego nieraz zmiennej i burzliwej historii"
Antoni Kępiński

Pierwsze moje sentymentalne pisanie do "Łabuzia" nosiło tytuł "Wrócić do Łobza", Było to coś w rodzju rozmowy z przyjacielem, trochę takie "wszystko na sprzedaż", jakieś remanenty z przeszłości, nawet nie rozrachunek. A potem to kontynuowałem, bowiem jeśli pisałem o Leonie i Karolu, Fellinim i Rolling Stonesach, nie mówiąc już o maturzystach z 1963 roku, to przecież i tak zawsze pisałem o sobie i zawsze niejako z łobeskiej perspektywy. Nie będę osądzał, ile w tym wszystkim było megalomanii, a ile grafomanii czy zwykłych wynurzeń starzejącego się egocentryka. Przez wszystkie te wynurzenia i zwierzenia przebijały łobeskie sentymenty, zapewne żal za utraconym dzieciństwem.

Łobez opuściłem ponad 30 lat temu i choć wracam tu stale - średnio raz w miesiącu - to są to powroty pośpieszne, rutynowe bardziej niż wynikające ze szczególnej potrzeby. Wysiadam z pociągu, szybko przebywam drogę dzielącą stacyjkę od domu rodziców, chwila oczekiwania aż Ojciec otworzy furtkę, serdeczne powitania i pierwsze rozmowy ("co słychać?" itp.), potem spacer do Leona, późne kładzenie się spać i potem wczesne wstawanie i dalej w drogę. Czasami latem bywałem dłużej, niekiedy z synami, rzadziej z żoną, chcąc trochę odpocząć w domu rodziców, lecz nie w domu rodzinnym (ten już jest w Rembertowie). Obecnie są to raczej krótkie wizyty, (cóż to więc za powroty?). I tak to trwa od czasu, gdy po maturze udałem się w świat, by go rzecz jasna podbić.



"Tylko młodzi miewają takie chwile. Nie mówię o bardzo młodych. Ci w ogole nie dostrzegają poszczególnych chwil. Przywilejem wczesnej młodości jest sięganie poza teraźniejszość - cudowna ciągłość nadziel, nie znającej przerw ani zagłębiania się w siebie"
Joseph Conrad

Gdy ukaże się ten "Labuź" będę obchodzić Geburtstag szczególny bo okrągłą 50 rocznicę urodzin. Półwiecze, z którego tylko kilkanaście lat spędziłem w Ł. Pozostałe, to powroty. Ale były to lata szczególne, gdyż jak pisał A.Kępiński, w ciągu 6-7 pierwszych lat swego życia człowiek przechodzi drogę "od pełnej wszechmocy do całkowitej klęski wobec rzeczywistości". Trudno o bardziej trafne wyrażenie istoty tych lat, kiedy się wszystko wydaje proste i kiedy nie ma się jeszcze w głowie myśli o podbijaniu świata. Gdyby nie ten bliski już jubileusz, to chyba "wykręciłbym się z dotrzymania obietnicy danej przyjacielowi i napisania dalszego ciągu "Wrócić do Łobza". A były ku temu co najmniej dwa powody: po pierwsze - wszystko co miałem do powiedzenia napisałem już we wspomnianych tekstach, a po drugie - moje łobeskie wspomnienia nie mają większego znaczenia choćby w zestawieniu z tekstami, które w tym roku ukazały się w "Łabuziu". Kilka z nich obfitowało w dramatyczne niekiedy relacje dotyczące przede wszystkim pierwszych lat po wyzwoleniu. A cóż ja mógłbym napisać takiego szczególnego? Nic dramatycznego nie przeżyłem, moje niepokoje były łagodne, by nie rzec banalne, a bunty naiwne i cokolwiek może śmieszne. We wszystkim co robiłem więcej było konformizmu niż kontestacji. Miałem oczywiście jakieś marzenia, ale dotyczyły one albo świata bez wojen albo nieśmiertelności, no i oczywiście przygód, które byłyby replikami przygód mych literackich bądź kinowych bohaterów. Ogólnie biorąc, to dzieciństwo minęło mi na kopaniu piłki i zabawach w wojnę; wczesna młodość - na lekturach i w kinie, i to już prawie wszystko.


 

"Ledwo zawrzesz za sobą furtkę dzielącą cię od wieku chłopięcego, a już wkraczasz w zaczarowany ogród. Nawet cienie jarzą się tu od obietnic. Każdy zakręt drogi pociąga inną ponętną. Nie dla tego, aby to w twoim mniemaniu był ląd nie odkryty, przeciwnie. wiesz dobrze, że cała ludzkość kroczyła tą drogą. To co ogarnia cię niewysłowionym urokiem, to właśnie zetknięcie się z powszechnym doświadczeniem, od którego oczekujesz jakichś szczególnych lub zupełnie osobistych wrażeń - odrobiny czegoś własnego".

 

Joseph Conrad

Nie odnajduję w pamięci ani grozy indoktrynacji politycznej, ani grzesznych doznań erotycznych. Chociaż, jakby dobrze pogrzebać w jej zakamarkach, to może to i owo mógłbym odnaleźć. Wszak dzieciństwo mijało w okresie "zaostrzającej się walki klasowej", a potem "umacniania zdobyczy socjalizmu", zaś erotyzmu, mimo usilnych starań socjalistycznych i katolickich strażników moralności, nie udało się wyplenić choćby z marzeń dorastającego chłopca. Ale tak naprawdę, to wszystko niemal było nieprzyzwoicie przyzwoite i układne. W szkole uczyłem się dobrze i zachowywałem na ogół tak, jak na młodzieńca z dobrego, mieszczańskiego domu przystało. Co prawda dość wcześnie poznałem smak owocowego wina, za to dość późno zacząłem palić, natomiast romanse, zwłaszcza te bardzo wczesne, nie wyróżniały się niczym szczególnym. O czym więc pisać?

Do Ł. przyjechałem mając dwa lata "na karku" i dobrze pamiętam swe pierwsze kroki na peronie łobeskiej stacyjki, gdyż wysiadając z pociągu z poniemieckim krasnalem na ręku wypuściłem go i rozbiłem, co mocno przeżyłem. Nieco później pamiętam, jak wnoszony na sankach do domu ciotki wypadłem z nich i głośno złorzeczyłem. Pamiętam pogrzeb dziadka, mego imiennika, którego grób znajduje się na łobeskim cmentarzu. Pamiętam, jak ciągnięty byłem na sankach przez Matkę (pamiętam unoszące się w świetle latarki płatki śniegu w drodze do biblioteki miejskiej, aby wypożyczyć bajki - moje pierwsze lektury. Pamiętam książki czytane mi "w odcinkach" przez Ojca (np. "W pustyni i w puszczy"), kiedy to każdy następny odcinek rozpoczynaliśmy powtórzeniem poprzedniego. Pamiętam drogę przez gruzy do "Jedynki" i szperanie w gruzach w poszukiwaniu "skarbów". Pamiętam zapach bzu w ogrodzie i fiołków nad rzeczką (naprawdę!).

Pamiętam pierwsze kąpiele w rzeczce za gorzelnią i zabawy w pobliskim lasku "cegielnianym". Pamiętam, pamiętam, ale nie znajduję nic szczególnego. Mógłbym jeszcze wspomnieć o pochodach l Majowych, meczach piłkarskich, o namiętnym słuchaniu radia i starych płyt z patefonu, czy wreszcie doprawdy cudownych wieczerzach wigilijnych z "prawdziwym" św. Mikołajem, o pierwszej futbolówce i pierwszym rowerze. Ale przecież każdy ma bardzo podobne wspomnienia, a na pewno większość ludzi żyjących "tu i teraz". Mógłbym jeszcze dodać, jak to podczas jakichś dziecięcych zabaw pewna dziewczyna wdrapała się na drzewo, zaś ja stojąc pod nim zobaczyłem po raz pierwszy...cipeczkę. I tak wreszcie mamy erotyzm. A już w liceum podczas randki zapragnąłem dotrzeć do dziewczęcych cycuszków, za co dostałem w papę, ale nie żałuję tego, gdyż po wielu latach od tego "pożałowania godnego" incydentu zostałem przez ową dziewczynę sowicie nagrodzony. Odtąd wiem, że nie należy się zrażać pierwszymi niepowodzeniami, lecz oddalić się na "z góry upatrzone pozycje". Pozostając przy erotyzmie powinienem jeszcze dodać, że bardzo wcześnie, z wypiekami na twarzy oglądałem pocztówki będące reprodukcjami aktów namalowanych przez słynnych malarzy (może dlatego lubię malarstwo). Jakby na to wszystko dziś nie patrzeć i, bez względu na to, co tu zatajam, to właśnie w Ł. poznałem kobiety, których do dziś tak naprawdę poznać nie zdołałem. Liczą się jednak pierwsze, pełne dobrych chęci próby.


 

"Jeśli dwóch się kłóci,. a jeden ma rzetelnych 55% racji, to bardzo dobrze, i nie ma co się szarpać. A kto ma 60% racji? To ślicznie, to wielkie szczęście, i niech Panu Bogu dziękuje. A co by powiedzieć o 75% racji? Mądrzy ludzie powiadają, że jest to bardzo podejrzane. No, a co o 100% ? Taki, co mówi, że ma sto procent racji, to paskudny gwałtownik. straszny rabuśnik, największy łajdak"

 

Stanisław Vincenz

Dość często jestem pytany przez studentów, a zwłaszcza doktorantów, o to, co skłoniło mnie do wyboru pracy naukowej jako życiowej drogi samorealizacji. W takich chwilach pojawia się chęć sięgnięcia do jakiejś własnej interpretacji "kompleksu Fausta", pokusa mówienia o "powołaniu", chęci zgłębienia "tajemnicy" towarzyszącej badaniom naukowym lub chęci "służenia" społeczeństwu itp. Aby uniknąć podejrzeń o pretensjonalność czy megalomanię, wykręcam się po prostu anegdotą, jak to często bywa. Sięgam wtedy do zamierzchłej łobeskiej przeszłości. Byłem wtedy uczniem pierwszej klasy i uczestniczyłem w szkolnej "choince" z obowiązkowym wówczas dziadkiem Mrozem. Po raz pierwszy brałem udział w loterii fantowej i po raz pierwszy (i, niestety, ostatni)... wygrałem. Nagrodą zaś było opasłe dzieło "naukowe", jednego z "jedynie słusznych" wówczas uczonych - niejakiego Trofima Łysenko. I od tego się zaczęło. Najpierw przyniosło mi to przezwisko ("Łysenko") skwapliwie stosowane przez rówieśników. A potem, znacznie później, zostałem "uczonym" czyli - jak to się obecnie mawia - pracownikiem naukowym. Jakiś czas po tym "choinkowym" wydarzeniu dowiedziałem się, że Łysenko był zwykłym, a raczej niezwykłym bo szkodliwym, hochsztaplerem, czyli "nastojaszczim durakom", zaś "łysenkizm" stał się synonimem nieuctwa i szkodliwej, zidologilozowanej działalności paranaukowej. Ale wtedy, bodajże w 1952 r., o tym nie mogłem wiedzieć.

Niedawno, bezskutecznie próbowałem odnaleźć w domowej rupieciami wspomniane "dzieło", by wzbogacić swoje zbiory, swoiste "panopticum". Opowiadam tę historyjkę wywołując rozbawienie słuchaczy, chociaż jednak może w tym "fancie" było coś, czego nie powinienem tak całkiem lekceważyć. Bo chociaż Trofim Ł. był niewątpliwym idiotą, to może jego książka, z której nie przeczytałem nawet zdania, wywarła jakiś wpływ na moje dalsze losy. A zatem, może "moja kariera" zaczęła się, na swój sposób, w tych dawnych łobeskich latach. A może to tylko kolejne złudzenie? W każdym razie anegdota jest chyba niezła...


 

"Wspominając moje życie dostrzegam obok czynów, z których jestem dumny, inne, kłamliwe, tchórzowskie i zawstydzające, wynikłe z głupoty czy niezrozumienia sytuacji, lub nie wiem, z jakich nieświadomych odruchów, których lepiej nie starać się zrozumieć. Po tym ogólnym wyznaniu nie będę więcej wracał do tego tematu, nie dlatego że chciałbym zrobić na czytelniku wrażenie ideału, lecz dlatego że według mnie nikt nie nauczył się mądrości na przykładzie cudzych błędów"

 

Andriej Sacharow

Po ukazaniu się kolejnych moich książek, stwierdzam że tak naprawdę, to chciałbym pisać memuary. Ktoś, po przeczytaniu kilku tekstów z "Łobeziaka" zauważył, że przecież ja je już piszę. Nie sądzę, abym miał wiele do powiedzenia, co mogłoby zainteresować innych, a przede wszystkim wnieść coś wartościowego do świadomości zbiorowej "tamtych czasów". Napisałem prawie tuzin książek naukowych i popularnonaukowych o cybernetyce i informatyce, analizie i inżynierii systemów, organizacji i zarządzaniu, wreszcie o społeczeństwie informacyjnym. Piszę następne. Prawdziwą przyjemność sprawia mi jednak pisanie do "Łabuzia" i "Łobeziaka". Jest to zapewne zabieg sentymentalno-mitologizujący miejsce, które kojarzy się ze szczęściem i harmonią, których doznało się w dzieciństwie i w czasach wczesnej młodości. Chodzi być może o to, co dla Niemca stanowi Heimat.

A poza tym wszystkim jestem najzwyczajniej w świecie sentymentalnym i - co dodaje często żona - naiwnym (u Le Carre chodziło o "sentymentalnego i naiwnego kochanka"). A skoro wspomniałem o żonie, to mogę powtórzyć za K.Brandysem ("Zapamiętanie"), że nasze małżeństwo polega na zbyt wielkiej różnicy charakterów i na niej się trzyma. Na przeszłość nie mogę spoglądać bez owego sentymentalizmu, natomiast poważnie staram się myśleć o przyszłości, chociaż wiem o niej tylko tyle, że na pewno będzie inna niż to, co sobie teraz o niej wyobrażam. Na pewno to umrzemy i będziemy płacić podatki, jak mawia P.Drucker (słynny profesor od zarządzania).

Chciałbym kiedyś napisać takiego "Łobeziaka w Łabuziu", czy raczej stworzyć coś w rodzaju collage'u, utworzonego z napisanych już tekstów, zilustrowanego rysunkami, wycinankami z gazet i łobeskimi zdjęciami. Może zabiorę się do tego szybciej niż to planowałem. Trochę żałuję, że spełniłem prośbę mego przyjaciela. Słowa, słowa, słowa. Sentymenty i remanenty. I przede wszystkim banały. Ale przecież tak naprawdę, to tylko "rodzimy się, żyjemy i umieramy". Reszta to literatura starająca się "oddać samo życie". Czasami jaszcze bywamy szczęśliwi. Albo tylko nam się tak wydaje.
"Nie jest szczęśliwym, kto nie ma się za szczęśliwego" - pisał Seneka i miał pewnie rację. Trudno mieć się za szczęśliwego, gdy brakowało szczęśliwego dzieciństwa. Napisałem więc o takim dzieciństwie. I to już naprawdę wszystko...

 

28.XII.1994 r.
Piotr Sienkiewicz
[Spis treści]

Piotr Sienkiewicz

ROK 1963

 

"Pijmy wino za kolegów do dna
bo Oni to my,
a my. to już mgła..."

 

Agnieszka Osiecka

Dziś, po trzydziestu latach, można powiedzieć, że, cóż "rok jak rok", ani gorszy, ani lepszy od lat poprzednich, czy kilku następnych. Rok jak rok... Ale dla dziesięciu dziewcząt i tyluż chłopców z łobeskiego liceum był to na pewno rok ważny. Czyż rok matury może nie być ważny? Bywa nawet przełomowym i to bez względu na to, co się potem sądzi o faktycznej dojrzałości tych, którym wtedy zostały wręczone "świadectwa dojrzałości". Zdarza się, że dojrzałości "pełnej" (!?) nie zyskuje się nawet w tzw. "sile wieku", tak jak bywa, że "prawdziwą młodość zdobywa się dopiero w wieku dojrzałym". Różne są zapewne odcienie dojrzałości, o którą bardzo się zabiegało wówczas, gdy należało się cieszyć młodością. Potem bywa już za późno. Rację miał Horacy pisząc: "CARPE DIEM QUAM MINIMUM CREDULA POSTERO", co tłumaczy się następująco: "Używaj życia jak najmniej ufając przyszłości". Bardzo często ograniczenia, zakazy i nakazy wymyślają ludzie, którzy nie tylko nie potrafią "używać życia", ale, gorzej, nie potrafią się nim cieszyć.

Dziś nie mam wątpliwości, że młodość jest jedną z największych wartości w naszym krótkim, stanowczo za krótkim, życiu. Oczywiście pocieszam się jak tylko mogę, że "prawdziwą młodość zdobywa się" itp., to już było... Trochę boję się, że niekiedy powtarzam to bez większego przekonania. Nie może się mylić moja ulubiona poetka, pisząc w jednym z ulubionych wierszy:
"Nic dwa razy się nie zdarza". Chciałbym go zadedykować koleżankom i kolegom z klasy maturalnej -"rocznik 1963."

"Nic dwa razy się nie zdarza
i nie zdarzy. Z tej przyczyny
zrodziliśmy się bez wprawy i
pomrzemy bez rutyny.

Choćbyśmy uczniami byli
najtępszymi w szkole świata
nie będziemy repetować
żadnej zimy ani lata."

 

Moje kolejne "łobeskie sentymenty" chcę poświęcić "naszej" klasie maturalnej. Okazja bowiem jest szczególna. 15 czerwca 1963r. "nasz", powszechnie lubiany, "dyro" pan Bronisław Połetek wręczał "nam" świadectwa maturalne. Pamiętam, jak w imieniu absolwentów wypowiadałem ostatnie słowa podzięki i pożegnania ze szkołą. Mówiłem, że zapomnimy "dat i wzorów", ale na pewno nie zapomnimy lat spędzonych w Tej szkole i Tych, z którymi mieliśmy szczęście obcować. Były to słowa proste, na pewno szczere i chyba trochę banalne. Tylko, co tu więcej mówić... Pewnie należało chociaż wspomnieć o lęku, z którym wkraczamy w dojrzale ''życie'', ukrywając wstydliwie, jak bardzo obawiamy się z nim zetknięcia, czyli jak bardzo w istocie jesteśmy niedojrzali. Lęk bierze się najczęściej z niepewności i świadomości (lub nie) ryzyka zeń płynącego. Tylko, że tak naprawdę, to pewne jest tylko to, że umrzemy i... będziemy płacić podatki, jak mawiają pragmatycznie nastawieni do życia Amerykanie. Któż z nas jednak przyznawał się do lęków i niepewności trzydzieści lat temu, ciesząc się maturalnym świadectwem? Pierwsze poważne lęki pojawiły się niebawem, ot, chociażby podczas egzaminów wstępnych na studia. To też miało miejsce w 1963 roku.

Trzydzieści lat! Matko Boska! Ileż to wydarzyło się w naszym życiu! Każdy z naszej Dwudziestki ma inne doświadczenia, inne radości były jego udziałem, inne smutki, dramaty, nadzieje i oczekiwania. Nie wszyscy przetrwali te lata 60, 70, 80, te "zakręty", te Marce, Grudnie, Sierpnie, te autentyczne tragedie i autentyczne paranoje. Maciek Pięta i Boguś Telesz nie dożyli 30-tki. Obu pochłonęła Nicość w sposób tragiczny, jakby z zaskoczenia, niepotrzebnie. Drogę Maćka kończyło drzewo na zakręcie przed Węgorzynem, do którego pędził motocyklem, Bogusia - wody jakiegoś jeziora na drawskim poligonie. Zapewne przyczynił się do tego alkohol, ale to dziś nie ma już większego znaczenia. Pozostała pamięć i żal, tak jakby Los zabierał nam cząstkę nas, naszej młodości. Każdy z nas był inny wtedy, ale i Maciek i Boguś wyróżniali się w jakiś szczególny sposób. Obaj odznaczali się poczuciem humoru. Maciek latał szybowcem, był ratownikiem, judoką, jeździł na motocyklu. Kiedyś napisałem, że przypominał mi, z pewnej pozy, Jamesa Deana, zbuntowanego idola młodzieży amerykańskiej w latach 50 (zginął w wypadku samochodowym, "przed 30-tką"). Boguś uwielbiał Szwejka i ... "żywoty pań swawolnych" (czytywał je niekiedy na głos podczas przerw), nie krył lewicowych sympatii (było to autentyczne, a nie koniunkturalne), pasjonował się historią. Został oficerem WP, był chyba dobrym żołnierzem, choć z wieloma zjawiskami nie mógł się pogodzić (ostatni raz odwiedziłem go w Trzebiatowie w sierpniu 1969 roku). Obaj odeszli "w biegu", jakby nie pogodzeni z życiem.

Wielu z naszej klasy nie widziałem od matury i nawet trudno mi powiedzieć, jakie były ich dalsze losy (Romek Danyłyszyn, Kazik Jarema, Stefek Kierski, Wacek Starczewski, Boguś Winnik). Niektórych widuję rzadziej (Stenia Balsewicz, Bronka Dubina, Iza Kamforowska, Krysia Kutynia, Maryla Majewicz, Ula Balicka, Irka Borowska, Ela Muszyńska, Wandzia Sawicka), pozostałych częściej. Z Jaśkiem Bajem i Olkiem Daszkiewiczem, a także z Ulą i Elą, spędziliśmy 11 lat w łobeskich szkołach. Z Jaśkiem w ostatnich latach widziałem się kilkakrotnie, gdyż często bywam w Szczecinie. Z Olkiem widuję się chyba najczęściej, ale jak można nie widzieć się. Jeśli bywa się w Łobzie, gdzie On jest znaną i cieszącą się sympatią osobą. Na koniec pozostawiłem Alę Łagodę, moją miłość z przed 30 lat, z którą po maturze, spotykałem się średnio co 10 lat i były to spotkania szczególne. Było coś wzruszającego w tym, gdy trzy lata temu spotkaliśmy się (po trzynastoletnim nie widzeniu się): Ona - nie tak szczupła jak niegdyś, ja - z siwizną na skroniach, Ona - po szczęśliwym rozwodzie, ja - zmęczony życiem i trochę rozczarowany tzw. "karierą". Cóż jeszcze mogę powiedzieć o "naszej" klasie? Nie wiem, jak licznego dochowaliśmy się potomstwa, ale wiem, że Ala i Olek doczekali się wnucząt. Na dwóch zjazdach absolwentów liceum było nas, niestety, niewielu.

Na pewno nie potrafię złożyć należnego hołdu naszym Nauczycielom. Dziś mogę tylko powtórzyć za prof. A. Nowickim, autorem najpiękniejszego i najmądrzejszego hołdu złożonego nauczycielom, że "Nie wiem, czy potrafię sporządzić dobre portrety moich nauczycieli, ale sądzę, że wiem jakie cechy powinien mieć dobry portret". Zwłaszcza, że sam jestem od wielu lat nauczycielem. I jestem z tego dumny. I nie mogę nie doceniać wpływu tych, którzy uczyli mnie przed laty w Łobzie. O panu B. Połetku wspomniałem, dodam, że szczycę się Jego przyjaźnią do dziś. Spotykamy się zresztą bardzo często (u Niego w Bydgoszczy, u mnie w Warszawie, niekiedy zaś "u nas" w Ł.). Nasza wychowawczyni pani K. Mazurek nie żyje od dawna. Najczęściej spotykam naszą "piękną polonistkę" panią S. Bil, rzadziej widywałem się z panią D. Kiszkurno i panem J. Bryczkowskim, S. Zienkiewiczem, natomiast od matury nie spotkałem panów W. Ciumy, T. Kaszuby, A. Wiśniewskiego. Chciałoby się pamiętać o wszystkich. S. B. Drzewieski (jeden z nauczycieli A. Nowickiego) tak pisał: "Mistrz z doby Odrodzenia widział w swoim uczniu kontynuatora swoich trudów, w nim przeżywał siebie. Radował się widokiem postępów ucznia, bo one dawały niejako rękojmię, że w żywocie i pracach ucznia przetrwa mistrz sam i jego dzieła".

A jaki to był rok 1963, tak w ogóle? Zacznijmy od polityki. Był dokładnie pośrodku okresu wyznaczonego z jednej strony Październikiem 56, z drugiej zaś - Grudniem 70. Dziś widać, że zanikały już nadzieje "popaździernikowe" i pojawiały się cechy zjawiska, które doprowadziło do Grudnia, a wcześniej do Marca 68. Rok 1963 poprzedzał "kryzys kubański", zakończenie wojny w Algierii i przekazanie po raz pierwszy obrazów TV przez satelitę Telstar. W roku następnym usunięto Chruszczowa i rozpoczęła się ''epoka Breżniewa'', a w Wietnamie - interwencja amerykańska. W grudniu 63 ginie J. F. Kennedy. W kulturze: Oskar dla "8 i pół" Fellinego i Złota Palma dla "Lamparta" Viscontiego, poza tym sukcesy angielskich "gniewnych" ("Billy kłamca", "Sportowe życie", "Służący", "Tom Jones"), szokujące "Milczenie" Bergmana. W kinie polskim wydarzeniem jest premiera "Pasażerki", zmarłego tragicznie, A. Munka, wiele mówi się o "Jak być kochaną" Hasa, zaś Gomułka oficjalnie piętnuje "Nóż w wodzie" Polańskiego. Nagrody ministra kultury i sztuki otrzymują m.in. Iwaszkiewicz, Szymborska, Łomnicki, Rudzki, Strumiło, Serocki. Ukazuje się pierwszy numer warszawskiej "Kultury", która drukuje opowiadanie Ścibora-Rylskiego pt. "Człowiek z marmuru", na podstawie którego powstanie po latach wspaniały film A. Wajdy. Wydarzeniem jest także dyskusja nad książką Załuskiego "7 polskich grzechów głównych". Na pewno wydarzeniem jest ukazanie się, jednej z najlepszych powieści powojennych, "Sennika współczesnego" Konwickiego i "Idzie skacząc po górach" Andrzejewskiego. Na Zachodzie ukazuje się z kolei jedna z najważniejszych dla mnie książek, "Gra w klasy" Cortazara. Wydarzeniem mniejszej rangi jest I (pierwszy!) Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu, a na nim po raz pierwszy zachwyca Ewa Demarczyk ("Czarne anioły", "Karuzela z madonnami"), pojawił się też B. Łazuka ("Dzisiaj, jutro, zawsze"), mnie zaś utkwiła w pamięci skromna piosenka H, Koniecznej ("Jeśli chcesz proszę wstąp drogę znasz, ten sam dom, stare schody i drzwi, nikt ich nie zna, jak ty, może jeszcze gdzieś klucz do nich masz? Była gra, śmieszna gra, przegrał ktoś, może ja, może ty? Nie żal dziś dawnych spraw, jeśli chcesz proszę wstąp, zdejmij płaszcz"). Jeśli już o muzyce mowa, to warto zwrócić uwagę na to, że właśnie w 1963 roku pojawili się The Beatles ("From me to you") i The Rolling Stones i zaczęła się nowa epoka w muzyce, która na zawsze odmieniła jej obraz. Od tego się zaczęło. Lata 60 zwieńczył nie tylko wielki triumf technologii - lądowanie człowieka na Księżycu (1969), lecz także wstrząs społeczny, jakim były kontestacje młodzieżowe (1968), których głównymi bohaterami byli nasi rówieśnicy, a więc ci, których wczesna młodość kończyła się wraz z maturą na początku lat 60.

Po roku 1963 rozpoczął się w naszym życiu nowy, inny okres: studia, rodzina, praca. To temat na inne opowiadanie, może po następnych 30 latach. Nie lubię jakichś kombatanckich wspomnień, gdyż bardziej zawsze interesowała mnie przyszłość. Wolę sentymentalne wspominki czasów wczesnej młodości, zwłaszcza że nie byliśmy wystawieni na jakieś szczególnie dramatyczne próby. Tych nam Los zaoszczędził, zapewniając raczej spokojną naukę i spokojny, choć nie pozbawiony codziennych trosk, byt. Gdzieś oczywiście istniało poczucie jakichś zagrożeń, ograniczeń jakie niósł ustrój, który miał być ''ustrojem sprawiedliwości społecznej'', a był nieudaną realizacją utopii, ekonomicznie niesprawną i ograniczającą swobody obywatelskie. Chyba jeszcze w 1963 r. nie mieliśmy świadomości życia w systemie totalitarnym, może dlatego, że kontakt ze światem demokratycznym odbywał się za pośrednictwem oficjalnej propagandy.

Obraz szkoły wyłaniający się z tych wspomnień nie ma nic wspólnego ze szkołą opisaną przez Gombrowicza w "Ferdydurke", czy pokazaną przez Marczewskiego w ''Dreszczach''. Nie znajduję jakichś przykrych wspomnień. Nawet upolitycznione siłą rzeczy akademie "na cześć" jawią się bardziej jako dziwactwa dorosłych, odbijające "ducha czasów" niż jakieś indoktrynacyjne ekscesy. Nie wydaje mi się, abyśmy odczuwali indoktrynację i myślę, że jest w tym zasługa naszych nauczycieli. Także, my, uczniowie byliśmy tacy bardziej "normalni", nie ulegający jakimś "nawiedzeniom". Oczywiście, był ZMS, ale większy był wpływ rodziny, przyjaciół, dobrych lektur czy dobrego kina. Poza tym chcieliśmy się po prostu uczyć. I takie możliwości zostały nam chyba stworzone. A na ile zostały przez nas wykorzystane, o tym może warto dziś, po 30 latach od matury, spokojnie się zastanowić. Albo poczekać do następnej "okrągłej" rocznicy.

 

Piotr Sienkiewicz

 

"Łabuź" 5/1993
[Spis treści]

Piotr Sienkiewicz

KINO PAPY

 

"Jesteśmy śmiertelni nie dlatego, że umrzemy, ale dlatego, że rozpoczęliśmy żyć".

 

K.W. Aleksandrowicz

O początkach swych filmowych fascynacji pisałem niegdyś w tekście pt. "Kino Rega", sięgając pamięcią do najwcześniejszych łobeskich kinowych przygód. Na moje widzenie kina jako sztuki miała wpływ eseistyka Kałużyńskiego, Jackiewicza, KTT i Bazina. Ale być może największy wpływ na moją kinomanię miała osoba najbliższa mi ze wszystkich - mój zmarły niedawno Ojciec. Pierwszą bowiem wiedzę filmową otrzymałem właśnie od Niego. Ojciec bardzo lubił kino i wraz z Mamą często odwiedzał także kino "Rega" - właśnie do czasu, aż nastąpiła epoka TV, czyli do schyłku lat 60. Wtedy u Ojca wzięła górę natura domatora i potem oglądał filmy już tylko w TV.

Najwcześniejsze opowieści Taty dotyczyły, rzecz jasna, filmów przedwojennych. Pamiętam wspomnienia o pierwszych filmach przygodowych z udziałem Errolla Flynna, D, Fairbanksa czy R. Colmana. Gdy oglądam najwcześniejsze zdjęcia Ojca, to dopiero teraz dostrzegam, że był do nich nawet fizycznie podobny. Aczkolwiek nigdy o tym nie wspominał, to mam obecnie pewność, że w młodości pozostawał pod jakimś wpływem tych dawnych gwiazd filmowych. Wspominał także najsłynniejszego odtwórcę roli Tarzana - J. Weismillera, słynnego pływaka (Tata świetnie pływał). Od Ojca usłyszałem po raz pierwszy takie nazwiska, jak: Valentino i Novarro (nie cenił ich), Greta Garbo i Marlena Dietrich (je cenił).

W kinie Ojciec cenił chyba przede wszystkim rozrywkę, ale nie dumoty, jak zwykł mawiać o filmach głupich i trywialnych. Za najwybitniejsze filmy uważał: "Tam, gdzie rosną poziomki" Bergmana, "Towarzyszy broni" Renoira, "Obywatela Kane" Wellesa i "Bulwar Zachodzącego Słońca" Wildera. I słusznie, Cenił wielkie westerny, jak "W samo południe" i "Rio Bravo", ale najbardziej lubił "Jeźdźca znikąd" z A. Laddem i "Dwa oblicza zemsty" z M. Brando. Bardzo Lubił czarne kryminały według powieści Chandlera oraz francuskie typu "Widmo", "Rififi" czy "Cena strachu". Niegdyś bawiły Go komedie z Femandelem ("Wróg publiczny nr l" i "Czerwona oberża"), także "Fanfan Tulipan", "Natalia" i "Agnieszka wśród gangsterów", czy "Upiór na sprzedaż"; niektóre włoskie ("Rozwód po włosku", "Fanfaron", "Zbrodnia") i z udziałem M. Monroe ("Pół żartem, pół serio" uważał, tak jak i ja, za najlepszą komedię). Zdecydowanie nie lubił horrorów i filmów fantastycznych, które zaliczał właśnie do... dumot. Myślę jednak, że tak naprawdę, to najbardziej odpowiadały Mu inteligentne, liryczne i pogodne filmy takie, jak "Rzymskie wakacje" i "Miłość po południu" - oba ze śliczną A, Hepburn. Bo Tata był, w gruncie rzeczy, po prostu, wrażliwy i liryczny, do czego się nigdy nie przyznawał wprost. Z tego to powodu wśród filmów z kręgu francuskiej "nowej fali" najbardziej lubił - poza znakomitym kryminałem Malle'a "Windą na szafot" - liryczne "Niedziele w Avray", "Taka długa nieobecność" i "Czarnego Orfeusza". Ostatnim filmem obejrzanym w kinie, którym się Ojciec zachwycał był, "Ojciec chrzestny" Coppolli.

Niemal podczas każdego z licznych odwiedzin w domu opowiadałem Rodzicom filmy obejrzane w DKF-ach i na różnych przeglądach. Uważał mnie za znawcę, choć nie podzielał niekiedy mego entuzjazmu, a ja traktowałem Ojca jako wrażliwego i najwdzięczniejszego słuchacza mych opowieści. Nie lubił kina zarówno brutalnego, jak i przeintelektualizowanego. Dziś myślę, że miał rację, bo choć gust miał nieco tradycyjny, to był wyczulony na kabotyństwo, wygłupy, niechlujstwo, czy zwyczajne nudziarstwo. Do filmów cenionych przez Tatę dorzuciłbym jeszcze "La Stradę" i "Słodkie życie" Felliniego, francuskie filmy z lat 40 - "Komedianci", "Wieczorni goście" i "Symfonia pastoralna" (z powodu poetyckiego realizmu), a także Chaplina: liryczne "Światła wielkiego miasta" i "Dyktatora" - zjadliwą kpinę z Hitlera.

Niektóre Jego opinie, choć nie od razu podzielane przeze mnie, były trafne, jak ta, że K. Douglas to aktor raczej przeciętny, a nasz największy twórca, to trochę kabotyn. Lubił "Przeminęło z wiatrem", do którego długo nie mogłem się przekonać, za to byliśmy zgodni w entuzjastycznym na ogół odbiorze filmów Hitchcocka. Lubiliśmy także filmy czeskie, zaś Ojcu najbardziej podobało się "Kapryśne lato", "Gdy przychodzi kot" i "Pociągi pod specjalnym nadzorem". Nie znosiliśmy natomiast rodzimego przedwojennego kina. Wiele filmów zapamiętałem tylko dlatego, że Tacie coś się w nich podobało. I o czym wielokrotnie rozmawialiśmy przez całe właściwie życie.

Mógłbym jeszcze długo wymieniać to, co nas w kinie łączyło i to, co nas dzieliło. O ile Tata nie był przekonany do niektórych moich "faworytów", to ja raczej akceptowałem to wszystko, co Mu się w kinie naprawdę podobało. Na krótko przed śmiercią dość nieoczekiwanie wymienił tytuł starego filmu mówiąc, że "choć widziałeś niemal wszystko, to tego na pewno nie znasz". Teraz próbuję tego dociec, jak dotąd bez skutku. A być może w tym zapomnianym filmie z przed wielu lat, kryje się jakaś tajemnica w rodzaju "Różyczki" obywatela Kane?*

Komu teraz będę opowiadał filmy? I kto, tak pięk.nie będzie słuchał mych filmowych opowieści, jak Tata? Tego, naprawdę nie wiem...

 

Piotr Sienkiewicz


* W filmie O. Wellsa "Obywatel Kane" reporter usiłuje odkryć znaczenie "Różyczki", ostatniego słowa wypowiedzianego przez umierającego prasowego magnata Kane'a. Stopniowo, wyłania się jego prywatny i publiczny obraz. A "Różyczka", jak się okaże, to słowo, które było wypisane za saneczkach Kane'a w okresie jego dzieciństwa. Ta "Różyczka" jest tylko pretekstem do ukazania całego życia bohatera, choć takie usiłowania są bezcelowe. Stała się ona poetyckim symbolem wiecznego niepokoju człowieka, utraconej niewinności dzieciństwa, przepadłych niegdysiejszych śniegów.

 

"Łabuź" 19/1996
[Spis treści]