Łabuź specjalny

CZĘŚĆ DRUGA





SPACER PO ŁOBEZIE W ROKU 1880

podjęty przez Dietera Fröbel

Jest rzeczą ogólnie znaną, iż w przeszłości zajmowałem się szczególnie historią ostatnich 100 lat miasta Łobez.

Informacje źródłowe czerpałem z Archiwów w Greifswaldzie i w Szczecinie oraz z drugiej Księgi Księstwa Szczecińskiego wydanej w roku 1874.

Przyczynkiem do opracowania niniejszego tematu był fakt znalezienia Księgi Podatkowej Nieruchomości Łobezu z roku 1880, w której zanotowane były wszystkie budynki wraz z nazwiskami ich właścicieli.

Chciałbym przypomnieć, iż w roku 1880 Łobez zamieszkiwało około 4.800 mieszkańców, z których większość była wyznania ewangelickiego. Natomiast wiarę rzymsko-katolicką wyznawało tylko 100 osób, a wyznania mojżeszowego było około 160 mieszkańców.

Zapraszam teraz państwa na spacer po Łobezie, który 118 lat temu mógł mieć następujący przebieg:

- Stojąc na Rynkowym Placu - Marktplatz, obecnie Pl. 3-go Marca. Rzuca się nam w oczy prawie nowy ratusz - zbudowany na początku wieku. Swoją skromną sylwetką upiększa Plac, zapadając w pamięć i trwa w niej pomimo, iż już go od pięćdziesięciu lat nie ma.

Wiele domów wokół Placu jest jednocześnie mieszkaniem i warsztatem rzemieślniczym. Budynki są nowe i liczą sobie najwyżej 100 lat. Normalne okna, które otwiera się na zewnątrz, służą również jako okna wystawowe.

Przed jednym ze sklepów stoi cukiernik Albert Kohls, który zaprasza nas do swojej Cukierni na świeże i pachnące ciasto drożdżowe. Obok nowoczesne i modne domy stanowią własność kupców; Hermana Leitzowa i Israela Meyera. Nie opodal na budynku aptecznym jest już widoczny "ząb czasu". Dalej kupiec Johannes Ebert w ramach reklamy i zainteresowania klientów wystawił przed sklep sprzęt ogrodniczo- rolniczy. Handlowiec Bruno Buhse oferuje odzież damską, męską i dziecięcą. August Zühlisdorff i Wilhelm Perlitz są także właścicielami nieruchomości przy Rynku. W jego centralnej części stoi kandelabr, którego oliwna lampa jest każdego wieczoru zapalana przez stróża nocnego Heinricha Padrocka. Rada Miejska jest szczególnie dumna, iż większość ulic Łobezu już jest oświetlona. Pozostało tylko parę, na których jeszcze nie ma światła.

Przed ratuszem spotykamy Burmistrza Schütza, który swoje urzędowanie rozpoczął już w roku 1852. Stoi on i rozmawia z Radnym Miejskim, właścicielem garbarni Hermanem Mathiasem i przewodniczącym sądu Wilhelmem Andrichsen. Przewodniczący informuje Burmistrza, iż jutro oczekuje przedstawicieli Królewskiego Sądu Okręgowego ze Szczecina, którzy mają oznajmić ostateczną decyzję w sprawie rozbudowy aresztu śledczego przy nowym budynku sądu mieszczącym się przy ul. Chausseestraße.

Burmistrz wraz z pozostałymi zastanawiają się także w jaki sposób zaopatrzyć mieszkańców w opał. Przez stulecia było tak, że do ogrzania domów wystarczało drewna z "Hainholzes" - bukowy las, który należał do miasta. Teraz kiedy zaczęło powstawać coraz więcej kotłowni, a Radni aby pokryć zadłużenia wojenne wyrąbali las i sprzedali, sprawa opału wysunęła się na plan pierwszy. Należało mądrze i oszczędnie gospodarować drzewem. Już od kilkudziesięciu lat korzystano z torfowiska "Kienmöse i Bültwiese" później także "Stadtsee". Złoża jednak wyczerpały się. Dlatego też w roku 1856 rozpoczęto wydobywać - kopać torf z "Gropen Wiese" leżącym nieopodal Regi. Co rocznie wydobywano 120 000 kamieni - polan torfowych i wykorzystywano je do ogrzewania budynków użyteczności publicznej. Indywidualni zaś właściciele i użytkownicy, mieli prawo do wydobycia 6. 000 kamieni- polan torfowych rocznie. Było to jednak za mało, potrzeby były większe. Dlatego też ten temat nie jest żadnym udziwnieniem i został podyktowany sytuacyjną koniecznością. Wymusiły go warunki.

Teraz udamy się na ulicę Lange Marktstraße, która rozpoczyna się przy ulicy Baustraße i prowadzi aż do dworca. Widać stąd domy kupców: Abrahama, Wilhelma Zühlisdorff, Hermana Reicha i Emila Marxa chociaż stoją one przy ulicy Preisterstraße w stronę Mühlengasse. Tuż przy samej Redze stoi dom mistrza farbiarskiego Pollnowa, a nieopodal dom kupca Helmuta Keipera. Przechodzimy po starym moście nad Regą, słyszymy jak skrzypią i trzeszczą zużyte przęsła. Po lewej stronie ulicy mieszczą się domy: kupca Prochnowa i handlarza końmi Lewina. Właściciel hotelu Ludwig Perlitz stoi przed hotelem i wyczekuje zapowiedzianych gości ze Szczecina. Słyszeliśmy już o tym na rynku. Nie opodal znajduje się fabryczka przerobu kości, z których wyrabia się mączkę klejową i żelatynę. Jej właścicielem jest August Könnemann. Po prawej zaś stronie ulicy, za mostem, tuż nad samą Regą stoi dom i farbiarnia Heinricha Falka obok mieści się gospoda Alberta Rahmlowa.

Na przeciwko hotelu znajduje się kuźnia miedzi Heinricha Puchestein. Obok mają swoją siedzibę biura starosty Loepera. Przy moście ulokował się rzeźnik Wilhelm Lasch. Na rogu ma swoja siedzibę i warsztat szewc Albert Boeck. Na drugim rogu znajduje się nieruchomość kupca Juliusa Jackoba.

Idąc w stronę dworca spotkamy już tylko parę starych stodół i ogrodów. Przy dworcu słyszymy jeszcze dźwięki odjeżdżającego pociągu, z którego wysiadło dwóch męszczyzn w ciemnych garniturach i czarnych kapeluszach. Bryczka starosty podjechała pod dworzec i czeka aby zawieść gości ze Szczecina do hotelu, gdzie czeka na nich zamówiony pokój.

Z dworca widzimy dwa wysokie kominy. Jeden z nich to komin przy młynie Lotnitz tu, też mieści się tartak parowy, stolarnia i biuro architektury Friedricha Bachmanna. Drugi komin stoi na przeciw dworca. Kupiec Borchardt, Erbauer von Heinrichsfelde, założył w byłej fabryce cukru przedsiębiorstwo, w którym mają być produkowane krzesła. Bliskość dworca stwarza korzystną sytuację dla obu producentów, którzy dzięki kolei łatwiej mogą rozprowadzać swoje produkty po wszystkich niemieckich landach.

Kiedy już z dworca skręciliśmy w ulicę Regavorstadt spotykamy mistrza stolarskiego Carla Reidela, który załadowawszy na wózek duży stół kuchenny z krzesłami odwozi go do klienta. Pan Reidel jest bardzo zadowolony, iż może zamawiać przycięte na żądany wymiar deski w tartaku parowym. Mówi , iż mają tam oni odpowiednie do tego maszyny, a u niego to wszystko należałoby wykonywać ręcznie. Ma jednak obawy, gdyż codziennie widzi potrzebę walki z konkurencją. Carl Reidel mówi nam również, iż kiedyś jego ulica była typowo rzemieślnicza, dziś jednak osiedla się tutaj i buduje coraz więcej bogaczy. Nabyli tutaj grunta i pobudowali kamienice: Witwe Wolff właściciel młyna oraz mistrz ciesielski Fridrich Bachmann. Zrobił to również handlarze trzody Franz Jordan i Julius Manke.

Opuszczamy ulicę Regavorstadt, wędrując przez ogrody i działki przekraczamy Regę przy Cholerasteg, przechodząc koło starego cmentarza trafiamy na ulicę Beutlerstraße.

Miejscem granicznym starego miasta są małe domki naprzeciw starego cmentarza przy ulicy Parkstraße. Spotykamy tutaj szewca Wilhelma Wilke, który właśnie wypisuje zaproszenia dla 38 mistrzów szewstwa miasta Łobez na wewnętrzne zebranie, które odbędzie się w gospodzie Rahmlowa. Tematem spotkania ma być interesująca wszystkich sprawa; - jak można się obronić przed konkurencją fabryki obuwia? Pan Wilke informuje nas, iż wielu szewców posiada mieszkania i warsztaty przy ulicach Linden, Tempel i Beutlerstraße.

Bracia Zühlisdorff chcieli odsprzedać swoje posiadłości Urzędowi Powiatowemu, który na razie mieści się w ich sąsiedztwie. Od czasu, kiedy wykupili Łobez D niektóre ze swych budynków wynajęli administracji. W jednym z wynajętych przez braci Zühlisdorff budynków mieści się Urząd Pocztowy zatrudniający Juliusa Otto i jako listonosza pana Fiebranza. Urząd Powiatowy planuje rozebrać stare budynki i postawić nowy, duży administracyjny budynek, w który przewiduje się również miejsce - siedzibę dla Kasy Powiatowej.

Idąc dalej ulicą Beutlerstraße przechodzimy obok nieruchomości Wilhelma Streya i widzimy , iż mają tutaj swoje siedziby: Zakład Tkacki, Piekarnia, Zakład Hydrauliczny, Zakład Malarski i jeszcze inne.

Na skrzyżowaniu ulic Beutlerstraße i Tempelstraße widzimy grupę ludzi jak stoją i rozmawiają. Po pilniejszym wpatrzeniu się rozpoznajemy, iż jest to Zarząd Mniejszości Źydowskiej. Należą do niego kupcy: Viktor Kronheim, Sigmunt Meyer, Eduard Müllerheim i Wolff Gumpert. Stoi tak również nauczyciel wspólnoty żydowskiej, który naucza dzieci hebrajskiego i  religii. Źydzi prócz synagogi w Łobezie posiadają również wspólną łaźnię, w której są odprawiane niektóre religijne rytuały.

Idąc dalej przechodzimy obok domu szklarza pana Reinholda Wickela. Zaglądamy również na podwórko właściciela młyna pana Augusta Schwarza później Krügera. Na podwórku stoją urządzenia do sortowania i przygotowywania pasz. Pan Schwarz przy górze wisielców - ulica Beutlerstraße posiada wiatrak.

Na rynku spotykamy sierżanta policji, który udaje się do swojego służbowego mieszkania w "Domu dla ubogich" przy ulicy Preisterstraße, nieopodal Browaru. Opowiada on o biedocie miejskiej i ich problemach i kłopotach jakie ma z tego Magistrat, który na cele socjalne dysponuje bardzo ograniczonymi środkami.

 

Dieter Fröbel



Za zgodą Redakcji: Labeser Heimatbrieffe, z poczynieniem skrótów, z języka niemieckiego przekładu dokonała: Gabriela Rutkowska. Autor zapowiedział dalszy ciąg.

Dziękujemy pkl. "Łabuź".

 
"Łabuź" nr 29, czerwiec 1999 r.




Ludwik Cwynar

SPACER PO ŁOBEZIE W ROKU 1999

W 29 numerze "Łabuzia" Dieter Fröbel odbył "Spacer po Łobezie w roku 1880", a Gabriela Rutkowska jego reportaż historyczny spolszczyła. Tę sentymentalną wędrówkę zamieścił "Labeser Heimatbrieffe" - pismo byłych łobeziaków.

Spróbujmy przejść tymi samymi ulicami po naszym Łobezie.

W 1880 roku Łobez (niemiecki autor korzystał z archiwaliów) liczył 4800 osób. Dzisiaj jest nas dwa razy więcej. Oficjalnie liczba mieszkańców jest większa lecz wiemy jak wielu łobeziaków - mimo przepisów meldunkowych - dawno już opuściło nasze miasto. Wielu młodych uczy się poza Łobezem i już tu nie wróci.

(Nieoficjalnie liczba mieszkańców jest większa. Wiemy, że spora grupa łobeziaków mieszka poza Łobezem ale czuje się i bez zażenowania przyznaje do Łobezu, jako miejsca swego ukorzenienia, kolebki, matecznika, grajdoła, jamki, wygrzebki, koleiny, wykrotu. Wielu młodych ludzi wyuczywszy się już chyba tutaj nie powróci? Tak, że nieoficjalnie - uczuciowo, sentymentalnie, korzennie, kłączaście jest nas więcej niż podają to uśrednione statystyki ale to tylko w warstwie teoretycznej - duchowej, bo praktycznie, rzeczowo i przedmiotowo jest nas - łobeziaków około 12 tys. Czyli, że przez 100 lat przybyło nas w trójnasób. Dobre i to - mając na uwadze moralną degradację stulecia, które nas - ludzi skarlająco upodliło, a które właśnie szczęśliwie mija, wprowadzając nas na kalendarzowym pasku do trzeciego tysiąclecia.) - dopisek leona.

Fröbel zaczyna wędrówkę od ratusza na południowej ścianie Rynku, który utracił swą dumną nazwę, gdy 3 marca 1945 roku plac i sąsiednie kwartały ulic legły w ruinie. Ratusz zbudowany został na początku XIX wieku. Czy jeszcze przed okupacją napoleońską? Znane są problemy władz miejskich ze spłaceniem ciężarów wojennych. Wycięto wtedy z Lasu Miejskiego 1000 dębów i spławiono je Regą do Mrzeżyna, bo kasa była pusta. Może to wtedy Góra Zielona została ogołocona z drzew?

Panowie Kąkolewic i Bonina ze swymi ludźmi zmówili się i którejś nocy napadli na grupę Francuzów. Działo się to na pagórku szosy węgorzyńskiej. Odtąd ten zakręt nazywano Górą Francuzów. Był to jeden z pierwszych przejawów oporu w Prusach. A na początku tak się Francuzi podobali łobeziankom.

Jednak opisany w "Łabuziu" spacer miał miejsce pół wieku później po wojnie francusko - pruskiej zakończonej pruskim sukcesem.

Ratusz znamy tylko ze starych fotografii. Władze Łobezu wykorzystywały potem inne obiekty: podwójną kamienicę przy ul. Niepodległości naprzeciwko starego boiska (Miejska Rada Narodowa) i pałacyk przed Zakładem Gazownictwa (Gromadzka Rada Narodowa). Budynek dzisiejszej gminy był siedzibą władz powiatu reskiego ze stolicą w Łobezie. Po wojnie krótko nazywał się powiat Ławiczka. A potem przyszły perturbacje z odmianą Łobez - Łobza.

 

("...od lat trwa cichy spór na temat poprawnej wymowy...":- Łobez w Łobezie? - "gmina pomorska" nr 23(85)10.06.99r.: - "Profesor, megatrendy, Klub Nauczyciela i staw" - autorstwa Red. Naczelnego K. Rynkiewicza

 

Myślę, że istotą tego "cichego sporu" nie jest prawidłowość, poprawność, bo ta jest uwarunkowana gramatycznie. Przyjmując, że rdzeniem nazwy Łobez jest wyraz: łabędź to zasadność gramatyczna odmienia go przez przypadki tak samo jak: - pies i bez. I wtedy wszystko jest w porządku. Dlatego uważam, iż istotą tego "cichego sporu" nie jest gramatyka a raczej etymologia - onomastyka, rdzeń wyrazowy pochodzenia nazwy: Łobez, w Łobezie.

 

Do roku 1964 wszyscy mieszkaliśmy w Łobezie. Stało się trzydziestego czerwca tamtego roku, że raptem zachorowaliśmy: - rozdwoiliśmy się propogandowo schizofrenicznym rozczepianiem. Partia i Rząd w ogłupiająco pozorującego zakłamywania dbałości o językową poprawność ludu pracującego miast i wsi, wykorzystując autorytet naukowców: - prof. W. Doroszewskiego i prof. S. Rosponda - członków Komisji Nazewniczej PAN, pod administracyjnie zastraszającą karą Kolegialnej grzywny narzuciła ograniczająco, jedynie słuszne i właściwe źródło rdzenia nazewniczego: łabędź - patrz: - Wielki językoznawca J. W. Stalin. No i pod wpływem od lat gramatyczną poprawnością uprawianego zastraszania, przyzwyczailiśmy się. A przyzwyczajenie ponoć jest drugą naturą człowieka. Czyżbyśmy więc byli tylko tą drugą naturą pospolicie małostkowego skarlenia, pozbawieni tej pierwszej; kłączaście niegrzecznej? A może w ten oto właśnie nieśmiało nieudolny sposób wyraża się ta nasza druga natura - istotna sensowność "cichego sporu". Bo innym rdzeniem źródła wyrazowego nazwy Łobez jest; łabuź - kwiat tataraku, jego szyszka, owocnik, nasiennik. Natomiast etymologia, czyli źródło pochodzenia rdzenia nazwy miasteczka Łobez, jak do tej pory jest nie ustalone. I stąd na podstawie ruchomej zmienności samogłosek: a, e w języku polskim, przyjmując jedynie słuszny rdzeń pochodzenia nazwy miasteczka od wyrazu: łabędź, nie można orzekać prawidłowośc. Wisimy więc, proszę wycieczki w tej językowo nieprecyzyjnej próżni.) - dopisek leona.

Na Rynku stała wielka lampa - niegdyś oliwna, później elektryczna. Starsi łobeziacy ją jeszcze pamiętają. Przy Rynku była cukiernia, sklep odzieżowy i ogrodniczy. Dzisiaj na Placu 3 Marca jest ich więcej i branże się zmieniły. Miejsce niektórych kamienic zajęły niskie pawilony handlowe. O przetrwanie walczy duma miasta - księgarnia.

Ówczesny burmistrz rozmawiał z miejscowym garbarzem, jednym z najbogatszych łobeziaków i przewodniczącym sądu. Dziś nawet śladu niema po garbarni. Stała nad Regą i chyba nieźle truła rzekę.

Pani burmistrz i dziś z troską rozmawia z prezesem Sądu Rejonowego o powołaniu trzeciego wydziału Sądu. Budynek byłego aresztu przy sądzie ma być miejscem przechowywania ksiąg wieczystych.

Zaopatrzenie mieszkańców w opał przestało być troską miasta. Mamy Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej z siecią ogrzewczą. Instalacje grzewcze zakłada też Zakład Gazownictwa. Nie brakuje węgla i koksu. Nikt nie kłóci się o prawo do kopania i przydziału cegieł torfowych - niegdysiejszego opału. Niedawną troskę o smog nad miastem musiałyby zwiększyć dymy torfowe z domowych pieców.

W latach sześćdziesiątych mieszkałem w zgorzeleckim internacie Liceum Pedagogicznego. Pokoje ogrzewały piękne piece kaflowe. O wyznaczonej porze gromada dyżurnych palaczy ustawiała się w kolejce przed wielką piwnicą po kilka szczapek drewna, pół węglarki węgla i dużą cegłę suszonego torfu. Dopiero kiedy ruszył Turoszów, zaczęliśmy palić brykietami z węgla brunatnego. Wychowawcy szukali pretekstu, by za karę wysyłać chłopaków do piwnicy wyrzucać niepalny miał torfowy. Już po chwili było się Murzynem.

Bardzo się zmieniła ulica Marktstrasse (Rynkowa) - ciąg ulic Mickiewicza - Obrońców Stalingradu - Dworcowa. Stanęły tam nowe bloki i domy jednorodzinne oraz pawilony handlowe. Przy ul. Mickiewicza powstały pierwsze niskie bloki, później łobeskie "wieżowce", tzw. blok zetemesowski, wreszcie całe osiedle na miejscu starej kaszarni, potem skupu butelek. Przedłużenie ciągu komunikacyjnego w ulicę Obrońców Stalingradu zabudowano blokami. Nie ma śladu po farbiarni (była też na wodzie), ani po dawnej Bramie Reskiej (nazwa od Regi).W XX już wieku zbudowano 5 nowych mostów na Redze i Łoźnicy. W opowieści Fröbla skrzypią jeszcze drewniane przęsła. Nie handluje się w mieście końmi, nie robi się mączki kostnej, kleju i żelatyny. Zniknęła zwarta kamieniczna zabudowa ciągu za Regą. Nie ma tam reprezentacyjnego hotelu. Zniknęły "dołki" - restauracje najniższej kategorii doby realnego socjalizmu. Zniknęły ogrody i stodoły.

Na stacji (a właściwie dwóch stacjach) nie pykają już parowozy linii szeroko- i wąskotorowej. Za to dołączyły autobusy, a zamiast dorożek - taksówki. Kominy XIX-wiecznej zabudowy fabrycznej pozostały, ale nie działa mleczarnia, stolarnia czy cukrownia. Rozwinęła się fabryka mąki ziemniaczannej, inne stolarnie, gorzelnia, znów odżyły "siatki", ale nad okolicą góruje przede wszystkim elewator dawnego molocha PZZ, obecnej Central Soya.

Fröbel wspomina jeszcze reprezentacyjną ulicę Kraszewskiego (Regavorstadt), dzisiaj nieco zaniedbaną, z której wydzieliliśmy ulicę Segala. Tu gdzieś było zgęszczenie łobeskich Źydów. We wszystkich wspomnieniach Niemców przemilcza się zlikwidowany w czasach Hitlera kirkut (cmentarz żydowski) na zakręcie ul. Segala. Nie mówi się o zajętym ich mieniu, opuszczonych kamiennicach, firmach, synagodze, żydowskiej szkole.

Jeszcze tylko najstarsi pamiętają naszą peerelowską powojenną prywatyzację i jej szybki kres w kołchozowych czasach. Totalitaryzmy działają skutecznie i nie ma winnych!

Gdyby nie najstarsi rzemieślnicy - ostatni szewcy, upadłaby zupełnie dawna duma Łobezu - prawie czterdzieści zakładów szewskich. Nie ma śladów po ich warsztatach i domach przy Lindenstrasse (Komuny Paryskiej - obie nazwy jednakowo lipne), Tempelstrasse (uliczce przecinającej zwartą zabudowę miejską dzisiejszego zieleńca z fontanną), Bautlerstrasse (Kościuszki).

W dawnej Powiatowej Kasie Oszczędności był nasz Narodowy Bank Polski - dziś Urząd Pracy. Zato wyrosły dwa reprezentacyjne nowe banki, a na ruinach upadłego Banku Spółdzielczego w Łobezie - filia takiegoż Banku z Węgorzyna, nie ostał się też Inwest - Bank.

Przepełniony cmentarz miejski w XIX w. zamieniono na park (przy ul.Niepodległości i Segala), a uwolniona z murów miejskich zabudowa rozsnuła się na przedmieścia, przede wszystkim w stronę Węgorzyna coraz dalej, dzięki grobli, za nowy most i tory.

Zostały zaś kłopoty z ubogimi mieszkańcami "jakie ma Magistrat, który na cele socjalne dysponuje bardzo ograniczonymi środkami".

Mimo to jednak spacer po mieście i dzisiaj może sprawić przyjemność nie tylko mieszkańcom naszej małej ojczyzny.

My - Oni. Zupełnie nowy byt? Ślady nie do zatarcia? Sprawiedliwość dziejowa czy figiel historii? Społeczność bez korzeni czy genius locis?


Ludwik Cwynar


"Łabuź" nr 31, grudzień 1999

 

Podjęty przez Dietera Fröbla w 29 nr "Łabuzia"

SPACER PO ŁOBEZIE W ROKU 1880
- druga część



Po spokojnej nocy odświeżyliśmy się chłodną wodą. W gospodzie było już przygotowane dla nas śniadanie. Świeże, chrupiące i jeszcze ciepłe bułki pochodziły od piekarza Puchstein. Poczęstowana nas również wiejskim masłem, świeżym salcesonem i pasztetową. Świeżo przygotowana zbożówka z mlekiem smakowała znakomicie. Właściciel gospody pan Heinze, życzył nam miłego dnia. Oprócz sutego śniadania miał w zanadrzu jeszcze jedną niespodziankę dla nas. Opowiedział nam, iż był wieczorem u niego kominiarz - pan von Schlütter, który poinformował go, iż Stadnina Ogierów jest zainteresowana utrzymaniem poprawnych układów z miastem Łobez, jak i gośćmi przebywającymi w Łobezie. Uzgodniona, że dla gości gospody zorganizowana zostanie przejażdżka powozem szkolnym od 8oo aż do południa. Jako atrakcję przewidziano zwiedzanie Stadniny oraz kuźni miedziowej. Bardzo się ucieszyliśmy i chętnie przystanęliśmy na propozycję. Po śniadaniu udaliśmy się w drogę do szkoły. Przed kościołem stało już parę wozów chłopskich. Gospodarze robią zakupy u Dammerows. Będąc stałymi klientami są też częstowani filiżanką kawy, zaś kieliszek wódki na rozgrzewkę jest jedną z części składowych tego poczęstunku.

Widzimy także jak do kowala Wilhelma Bera przyprowadzono konia do podkucia, gdyż kuźnia leżała nieopodal kościoła. W pobliżu stał restaurator Herman Weishe, rozładowywano właśnie beczki z piwem. Na rogu ulicy Kleine Schulstraße przed drzwiami piekarni stoi mistrz piekarski pan Louis Gamer, który wyszedł zaczerpnąć świeżego powietrza. Świeże bułki i chleb są już na półkach w sklepie - ma więc trochę czasu na relaks. Po drugiej stronie ulicy mieszka kupiec Marius Karnheine. Skupuje zboże, nie dziwi więc nikogo, że przed jego budynkiem stoi kilka wozów z końmi. Duży ruch od rana jest u blacharza Hermana Hübnera, który szykuje się do pracy. Kiedy dotarliśmy do ulicy Langen Suchletrabez daleka usłyszeliśmy specyficzny odgłos metalowych obręczy kół szkolnego pojazdu dochodzący z kierunku Stadniny. Pod rozciągniętą plandeką nad wozem siedziała roześmiana i rozkrzyczana grupka dzieciaków. Woźnica strzelił z bata i ku naszej radości cała grupa pojechała dalej. Na placu pojazd zatrzymał się i cała "banda" radośnie żegnając się opuszcza pojazd. Witając nas serdecznie w imieniu masztalerza woźnica prosi abyśmy zajęli miejsca. Wsiadając widzimy rzędy ławek obłożone poduszkami. Aby zapewnić nam lepszy widok, woźnica roluje jedną stronę plandeki. Ruszyliśmy w stronę Baustraße, kiedyś mieszkali tu tylko chłopi. Również dziś mieszkają tu rodziny rolnicze takie jak: Wilhelm Klockow i Wite Dallmer i Gross. W większości to jednak rzemieślnicy, jak również przedstawiciele innych zawodów np. kupiec W. Beniamin, szewc Klockow i inni. Kiedy dojechaliśmy do ulicy Kehrbach okazało się, że konie ze Stadniny mają więcej temperamentu. Woźnica opowiedział nam krótką historię hodowli koni, która miała w Łobezie już swoje korzenie we wcześniejszych stuleciach. Jadąc ulicami Lindenstraße, Gautenstraße docieramy do Chausseenstraße. Przejeżdżamy obok starego cmentarza. Po prawej stronie mieszka Carl Stecking, mijamy budynek Królewskiego wymiaru Sprawiedliwości, za nim znajduje się Okręgowy dom pracy, który stanowi własność - (nieruchomość) garbarza Eduarda Zentza. Kiedy dojechaliśmy do ulicy Chaussee, widoczny staje się komin cegielni Wilhelma Berndt'a. Nasz woźnica informuje nas, iż uczestniczył w budowie Stadniny. W Łobezie mieszka od roku 1874 i niejedną furę cegieł wiózł z cegielni do Stadniny. Z tych cegieł budowana wiele nowych budynków. Chwali również gospodarski zmysł właściciela cegielni. Za cegielną ma on bowiem dużą nieruchomość, na terenie której założył ogrodnictwo. Uprawia szparagi, które wiosną wysyła i sprzedaje w Berlinie i Gdańsku.

Nasz wóz przejeżdża przez most na Redze obok domu dróżnika, stąd już bardzo szybko dojeżdżamy do stadniny.

Krajobraz całej okolicy jest baśniowo kolorowy. Jest wrzesień, zbocza wzniesień pokryte są wrzosami, zieleń "Heinholza" jest jeszcze głębsza. Nad brzegami Regi wre praca - wydobywanie torfu. Zatrzymaliśmy się przed rezydencją masztalerza, szybko zeskoczyliśmy z wozu. W podcieniach budynku czekał jego gospodarz, który nas powitał.

Opowiedział nam historię powstania jedynej na terenie Pomorza Stadniny. Pan von Schlütter pochodził ze Stade i był przez wiele lat oficerem dragonów Celle. W roku 1874 wystąpił z wojska i brał czynny udział w budowie Łobeskiej Stadniny. Część zaufanych i podwładnych dragonów zainteresowała się służbą w stadninie za jego namową. Cesarsko-królewskie ministerstwo w Berlinie wiosną 1872 roku zaproponowało lokalizację stadniny na Pomorzu w okolicy Łobezu, Świdwina lub Goleniowa. Ostatecznie przyjęto decyzję, iż stadnina otrzyma prawo lokalizacyjne w Łobezie. W 1874 roku prace przygotowawcze były na tyle zaawansowane, iż można było rozpocząć budowę obiektów tj. stajni, budynków administracyjnych oraz budynków służbowych. Prace szybko się posuwały i w roku 1976 przewodniczący pan von Münchenhausen mógł oficjalnie przekazać stadninę dotychczasowemu komisarycznemu koniuszemu na rozkaz jego cesarsko-królewskiej mości. 10.04.1876 mianowano na dyrektora i masztalerza nowo otwartej stadniny pana von Schlütter'a. Dyrektor wytłumaczył nam jakie ma znaczenie stadnina dla poprawy rasy koni dla gospodarki wiejskiej, dla cesarskiej armii i rozwijającego się sportu.

W trakcie zwiedzania stadniny byliśmy również w stajniach, które były wykafelkowane, stadnina miała na stanie ponad sto zadbanych i rasowo zdrowych koni.

Po zakończonym spacerze po Stadninie zostaliśmy zaproszenia za pośrednictwem pana von Schlütter'a do jego sąsiada Louisa Puchstein'a (właściciela kuźni miedzi oraz młyna zbożowego, który powstał 1871 r). Czekające na nas konie były już narowiste. Kiedy ruszyliśmy w drogę, tuman kurzu został za nami. Gdy dotarliśmy do nieruchomości Puchsteinów obaj bracia serdecznie nas powitali, czekając na nas przed "pałacem" - Louis pokazywał nam już niedziałającą kuźnię, gdyż nie przynosiła zysków, a Herman przygotowywał w międzyczasie poczęstunek dla nas. W zabudowaniach po kuźni zainstalowano urządzenia młynarskie. Strumień Hammerbach, który miał swoje źródła w bonińskim lesie, przekształcono w jeziorko. Niestety, poziom wody bywał w ostatnich latach niski, dlatego też wstrzymano pracę młyna. Bracia Puchstein byli kawalerami dosyć posażnymi, gdyż byli właścicielami 600 morgów ziemi średniej klasy po części zalesionej, pięciu czworaków, zagajnika brzozowego i niezliczonej ilości drzew wiśniowych, które uzupełniają wiejską idyllę.

Pałacyk był pięknie położony, otoczony starymi lipami i bzem. Mimo, iż mamy koniec września to dzień był piękny i ciepły, to też nic dziwnego, że Herman Puchstein zorganizował przed domem mini bufet z przekąskami tj. szynką, kiełbasą, chlebem i zbożówką. Chętnie skorzystaliśmy z tego zaproszenia, gdyż przebywając na świeżym powietrzu, zgłodnieliśmy co nieco.

Jedynie woźnica nas ponaglał, ponieważ o 1200 winien być przy szkole. Pożegnaliśmy się z braćmi Puchstein i w szybkim tempie pojechaliśmy z powrotem do miasta.

W czasie podróży spytaliśmy się woźnicy, czy nie było by dla stadniny bardziej opłacalne, gdyby wybudowali małą szkołę na terenie stadniny. Odpowiedział trochę zbulwersowany, iż ich dzieci powinny korzystać z nowoczesnych udogodnień miejskiej szkoły, aby w przyszłości mieć lepsze szanse rozwoju.

Po drodze mijaliśmy nieruchomości i posesje majora Louisa Dewitz'a, Teodora Weib, Ferdinanda Zillmann oraz wielu innych. Bardzo szybko dotarliśmy na rynek. Dla nas podróż się zakończyła, podziękowaliśmy naszemu woźnicy, który jednocześnie był naszym przewodnikiem.

Stojąc jeszcze na placu całą grupą wymieniamy uwagi oraz planujemy powrót. Dzisiaj tj. 24.09 po 1500 mamy pociąg pośpieszny, który jedzie przez Szczecin do Berlina.

Na placu spotykamy Alberta Nietnera - mego dziadka, któremu twarz tylko lekko się zmieniła, on też był ciekaw, co to za grupa dobrze ubranych ludzi stoi na placu i dyskutuje. Dowiedzieliśmy się od niego, iż wczoraj zmarł jego ojciec w wieku 63 lat. Albert Nietner był w trakcie załatwiania wszystkich formalności urzędowych i zamierzał teraz zamówić trumnę u stolarza Boecka. Mimo tragedii jaka mu się przytrafiła ma on jako "wikliniarz" wiele rozmaitych pomysłów i planów. Chciałby kupić większy dom, gdyż mieszka z 6-osobową rodziną i rodzicami w małym lokalu. Poczynił już szereg starań, aby zawrzeć nową umowę i połączyć dom mieszkalny z warsztatem, szkoda, że ojciec tego nie dożył. Poza tym jest to człowiek aktywny społecznie, jest bowiem kuratorem dwóch osieroconych chłopców. Reprezentuje ich interesy w różnych urzędach. Mając już niewiele czasu kończymy rozmowę i żegnamy się.

Wszyscy jesteśmy jednego zdania: dni spędzone w Łobezie były czymś niezwykłym. Z pewnością wkrótce ponownie odwiedzimy piękny krajobraz, prostych i miłych ludzi.

A więc do widzenia w Łobezie!

 


Powyższy reportaż został opracowany w języku niemieckim przez Dietera Fröbla w oparciu o historyczne materiały - archiwalia i był wydrukowany w "Labeser Heimatbrieffe" - pismo wydawane przez "Związek Łobezian"

Przekładu na język polski dokonała Gabriela Rutkowska.

 
Dziękujemy! pkl "Łabuź"

 
"Łabuź" nr 31, grudzień 1999 r.



 
Pięć - dziesięć zdań:

MIEJSCOWI...

nam - Łabuziom

Wielu, śmiem przypuszczać, czuje zażenowanie wobec rozbebeszonej prowincji. Przekorny negliż i krnąbrna jawność małomiasteczkowości bywają wszak niewygodne dla
wyniosłych oczu. Jej skąpe odzienie niby pociąga, ale i zawstydza i czyni wyrzuty słabości. Najłatwiej więc upchać prowincję w formy wielce ucywilizowane. Któż spostrzeże, że wypełza ona dźwiękiem akordeonu podwórkowego grajka, że ulatuje czasem zapachem maślanki, kartofli i kiszonego ogórka, że osiada wreszcie na murze zaściankowym hasłem! Myślę, że to jest właśnie tęsknota, która - często niezręcznie - domaga się posągu, utrwalenia i coraz mocniej przypomina o należnych jej prawach. To jest właśnie bezwstydne barbarzyństwo szlachetności, które osiąga czasem dojrzałą postać działania. To jest właśnie odwaga.

Zaściankowość jest bodaj najbardziej bezpośrednią, bo arogancko jawną, formą naszej cywilizacji zachowującą tę swoją osadną charyzmę, która Bóg wie czego w istocie dotyczy. W konkretnej, definitywnej istocie. Tak też zaznacza się związek z naturą, przez którą najlepiej w tym kontekście rozumieć pierwotność, symbol plemiennych i głębszych korzeni. Ale przecież nie tylko o warstwę symboliczną tu chodzi. Gdyby ból i zachwyt były tylko przenośnią, urobionym toposem artystycznej historii, wirtuozyjnym eksponowaniem boskiego szału, to trzeba by uczynić egzystencję alegorią Nieznanego, przenośnią, która poza odczytywaniem samej siebie niewiele wnosi. Takoż i istnienie prowincji nie jest symboliczne. Zadanie polega na przypisaniu owej realnej istności jakiegoś znaczenia. Przypisaniu - wszak nie ma tu mowy o treściach absolutnych ani immanentnych wartościach. Zresztą - gdy znaczenie się obnaża i zaskakuje samo siebie, nie posiada wtedy odcisków woli. Czynienie rzeczy piękną wysiłkiem nie wyobraźni, lecz przekonania i pracy - jest godne wzruszenia i pamięci.

Tymczasem partykularyzm staje się wycieraczką, o którą można zaledwie nogi obetrzeć przed progiem spektakularnej kultury. Atoli zaściankowość jest bardzo przytomna w swym upokorzeniu, przypomina bowiem, że istnieje przeciwny biegun wartości. Biegun nad którym nie ciąży miecz Damoklesa a ściślej - siekiera opinii. I trzeba tu pamiętać o strofach biesiadnych, gastronomii regionalnej, czy też warsztatach stolarskich, w których pracuje się nad kościelną ławką. Boć nie o wartościowanie analityczne tu chodzi. Fakt, utrwalanie, autentyzm - oto tropy wydreptane przez doświadczanie ducha prowincji, którego fenomen polega na spontaniczności i samodzielnej, czasem nieporadnej - ale własnej - percepcji rzeczywistości.

Przestrzeń świata uświadamia istnienie prowincji globalnej. Na tle miriadów myśli, słów i czynów dziejących się gdzieś Tam, Tu i Teraz staje się wyzwaniem autonomicznym i koniecznym, żeby przetrwać. Prowincja jest zatem przyjęciem tego wyzwania i zachowaniem tożsamości w międzyprzestrzeni i w międzyczasie. Łobez. Wprzódy był on dla mnie mlekiem domu, piaskownicy, huśtawki; mlekiem, które w tym klimacie musiało stać się żywicą. Pozostał wszak we mnie obraz miasteczka będącego przecież kiedyś całym światem. Miasteczko i jego ulice zawsze tak naprawdę były niedostępne, zawsze strzegły Nieznanego swoimi przydrożnymi ogrodami i, a jakże!, oplutym brukiem. Właśnie w miasteczku trudniej dotrzeć do Miejsca, niż w którejkolwiek innej formie cywilizowanego świata.

Jednakowoż jest to możliwe. Łabuź. Działanie zmaterializowane po raz 35. Domyślam się, wiem, że to nie tylko fizyczna forma pojawiająca się od 1992 r. To też jakiś trop światopoglądowy - trop, wszak tu każdy mruczy po swojemu, uogólnienie programowe jest zatem niemożliwe. Zbiorowy, redakcyjny finał jest efektem prywatnego zaangażowania. Przybywają tu prowincje, śmiało rzec można, ogólnopolskie, gruntuje - łobeska, a nade wszystko uobecnia się prowincja ducha. Dużą sztuką jest pamiętać o korzeniach w listnych przestworzach. To jest właśnie odwaga - objawienie barbarzyństwa. Twarde świadectwo szlachetności. Tu rozpoczyna się początek krajobrazu prowincji, który jest we mnie. Miasteczko, społeczność, wreszcie - jednostka stojąca na straży własnej tożsamości. I nie umiem ominąć przy tym temacie Leona Zdanowicza - po prostu zderzam się z nazwiskiem, które w kontekście słów o Łabuziu trzeba choćby zaznaczyć (gdyby była stopka redakcyjna - skierowałabym właśnie do niej).

Nikt nie jest w stanie zagwarantować następnego numeru Łabuzia. To chyba bardziej mobilizujące, niż smutne. Bo jest też obowiązek zrobienia tego, na co pozwalają siły. Tu nie chodzi o to, żeby usprawiedliwiać istnienie Łabuzia. Szkic ten miał obronić wilkołaczność, która wyje do księżyca, która straszy zabłąkanych a czasem budzi zdziwienie, i która tworzy wartość prowincji.



(wersja pierwsza, październik 2000)

Agnieszka Wesołowska

 
"Łabuź" nr 35, grudzień 2000 r.

 


 
Pięć - dziesięć zdań:

 

Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to spadzisty sufit pokoju w domu przy ulicy Kraszewskiego. Strome schody, którymi wchodziło się do mieszkania na piętrze. Wygódka, obok niej klatki z królami. Dziki sad, koło przedszkola na Segala, gdzie kłoda drewna była mi koniem, żaglowcem i co tam jeszcze zdołałem sobie wyobrazić. Tak jak wielu mam wspomnienia i dzielę się, dokładam, wplątuję w wielobarwny, polichroniczny kilim.

Wyciągam na światło dzienne dawno przeżyte zapachy, kształty, kolory i smaki. Pamięć, która tworzy i jest w nas pozwala współistnieć w tym miejscu. Odnajdywać wspólne punkty, przenosić nad próżnią cząstki własnego obrazu świata. To jedna z odmian naszej Prowincjonalności. Sposób na ogarnięcie świata, przyswojenie go i odnalezienie tu własnego, zbudowanie więzi łączących mnie, ciebie z nim i z nią.

Z poufałością z jaką zostawia się otwarte mieszkanie wychodząc do sklepu. Z nieśmiertelnych wizyt po cukier czy sól. Z lubienia i nielubienia, sąsiedzkich sporów i radości. Z codziennych spotkań na ulicach, korytarzach tego miasteczka. Nawet nie chcąc, jesteśmy ulepieni z tych samych śladów i widoków.

 

anonim



Mimo, iż z zasady anonimów nie zamieszczamy tym razem czynimy chlubny wyjątek dla tej, aż tak skrycie ujawnionej myśli, o konspiracyjnie anonimowym miasteczku.

Dziękujemy pkl. "Łabuź"

 
"Łabuź" nr 36, marzec 2001 r.

 


 
Pięć - dziesięć zdań:

 

Jeśli zaś myślę o kulturze i aktywnym w niej uczestnictwie amatorów, to jawi mi się przed oczami obraz ze wczesnego dzieciństwa: mały pokój w mieszkaniu na trzecim piętrze, smutny blok w robotniczym Zagłębiu, a przez pokój - na ukos fortepian. Skrzydło unosiło się czasem pod sufit i fortepian grał. Potem dziewczyna wychodziła na balkon, albo na spacer z psem i nikt nie zaprzątał sobie głowy pytaniem, jak on się dostał tam po schodach. Skąd się wziął i po co go wnoszono, w częściach, tak wysoko. Tyle było przecież innych spraw, i potrzeb w Polsce sześćdziesiątych lat ubiegłego wieku.

Ten fortepian wypełnia dzisiaj połowę mojego mieszkania we Frankfurcie, drugą połowę zajmuje Thomas. Ma cztery lata i jest moim pierwszym synem. Prawdę mówiąc to ma trzy lata i osiem miesięcy, a fortepian widział tylko kilka razy w życiu na koncertach.

Tyle tytułem wprowadzenia.

 

Stefan Kosiewski

 
"Łabuź" nr 37, czerwiec 2001 r.

 


 
Pięć - dziesięć zdań:

 

"Co oznacza słowo bioregion? Znaczy ono, że człowiek istnieje w nim jako element przyrody, jej część. Nie stawia siebie ani obok, ani ponad, bo "obok" i "ponad" przynosi człowiekowi zawsze szkodę. Owszem, zostawia ślady swej kultury, ale dopóki ślady te nie pomniejszają potencjału przyrody ani jej różnorodności, dopóty relacje człowieka z przyrodą można uznać za harmonijne.

Bioregion to (mówiąc inaczej) zbór cech biologicznych i kulturowych jakiegoś miejsca. ów zbór powinien być charak-terystyczny, niepowtarzalny. Kultura wyrasta tylko i wyłącznie na podłożu przyrodniczym, podobnie jak każdy przejaw życia na ziemi. Każdy fragment przyrody jest niepowtarzalny i kultura wyrosła w każdym specyficznym miejscu musi być również niepowtarzalna. Źycie miejsca, jego rytm, akcenty, odcienie... wszystko to tworzy jedyną w swoim rodzaju kulturę, na którą składają się formy, dźwięki, obrzędy i zaklęcia. By trwały i następowały, musi trwać przyroda. Należy ją szanować i utrzymywać w kondycji. Kiedy umiera przyroda, umiera również kultura. Dziś nikt nie traktuje poważnie tej fundamentalnej prawidłowości. Tymczasem przyroda dla kultury jest jak gleba dla rośliny. (...)"

 

Marta Lelek


Przedruk: "Dzikie Źycie" - marzec 2001r.

dziękujemy pkl. "Łabuź"

 
"Łabuź" nr 37, czerwiec 2001 r.

 

DEBIUT

Agnieszka Wesołowska

XXX

Na pytanie, tak obojętnie wypowiedziane

ktoś rzucił obojętne spojrzenie.

Ta obojętność przerażała

ich niedorosłe do codzienności myśli.

Ale... to tylko dzieci.

 

Na pytanie

tak niepewnie postawione

ktoś ułożył niepewną odpowiedź.

To nie oni przerażeni smakiem niepewności -

trwodze uległo ich niezdecydowanie.

Ale... to tylko młodzi ludzie.

 

Na pytanie,

tak stanowczo wymówione

padła prosta, zwięzła odpowiedź,

która starannie ukrywała obojętność i niepewność.

Nikt nie umiał okazać nawet radości -

wszyscy byli już zmęczeni,

ale... to tylko zwykli, dorośli ludzie.

 

Agnieszka Wesołowska



Agnieszka: - uczennica VI kl;. Szkoły Podstawowej nr 3 w Łobezie, polonistka pani Teresa Bieńkowska - dziękujemy !
Uczestniczka i laureatka:
Kielce 1995 r. - Konkurs Poetycki dla Młodzieży Szkół Podstawowych o tematyce przyrodniczej - II miejsce, wydruk tekstu w Almanachu pokonkursowym laureatów z roku 1994-95.
Szczecin 1996 r. V Konkurs Literacki dla uczniów Szkół Podstawowych i Średnich organizowany przez Szczeciński Pałac Młodzieży _ Główna nagroda _ Grand Prix.

 
"Łabuź" nr 19, grudzień 1996 r.

 

DEBIUT

Marzena Kamińska

PŁASZCZOWCE

Na ulicach maski, kaptury i płaszcze.

Bez twarzy, uśmiechu i błyszczących oczu.

Tylko kolorami udają szczęśliwość _

Nie wiedzą, że barwy płowieją na słońcu.

 

Kryją twarze przed pieszczotą kropli deszczu -

Boją się, że burza kolory zmyć może.

Płaszcze krótkie, długie z guzikami i bez,

Szarpane przez wiatr, co zerwać je chce z płaszczowców.

 

Biegną przed siebie, kłamstwo kapie im z ust.

Tych małych spotkanych bez płaszcza i maski

Prowadzą do krawca, co pozór się zwie

I coraz więcej na scenie pojawia ich się.

 

Co jakiś czas wichura zrywa z nich płaszcze

A wtedy giną, bo nie potrafią żyć bez.

Potem nastaje cisza, co rodzi nowe

I znów po scenie krążą płaszczowce pyłosłowe.

 

Marzena Kamińska



Mażena: - mieszka w Łobezie. Mgr filologii polskiej, uczy w Gimnazjum.

 
"Łabuź" nr 38, wrzesień 2001

 

 

DEBIUT

Anna Wieciech

JA, MRóWKA

i ty będziesz chciał mnie dogonić

później palcem przygnieciesz

 

bo czymże jest pięć wierszy

jeśli każde słowo to jedna mrówka

wśród innych pracowitych

 

lecz mówią

pięciolistny bez niesie ze sobą

szczęście

ja wierzę że tak

 

i ty będziesz chciał mnie zrozumieć

i przeczytasz jeszcze raz

moje zmagania z sobą samą

moje malutkie literki

 

ja tym żyję więc tu umrę

tym oddycham i to jem

to wyznaję

 

czy tak trudno jest zrozumieć

mnie mrówkę?

 

Anna Wieciech



Ania - urodzona 10.04.1984 r. w Kołobrzegu. Uczennica II klasy Liceum Ogólnokształcącego im. M. Kopernika w Kołobrzegu. Zdobywczyni "Bursztynowego Pióra" IV edycji turnieju literackiego Kołobrzeg' 2000.

 
"Łabuź" nr 34, wrzesień 2000 r.

 

DEBIUT

Julia Możdżyńska

GĄSIENICA

Znajdę kiedyś kogoś, kto mnie pokocha,

mnie, włochatą, zieloną, brzydką gąsienicę.

Znajdę kiedyś kogoś, kto mnie pokocha

i uczyni błękitnym motylem.

 

Znajdę kiedyś kogoś, kto się do mnie uśmiechnie,

do mnie, włochatej, zielonej, brzydkiej gąsienicy.

Znajdę kiedyś kogoś, kto się do mnie uśmiechnie

dzieci będą patrzeć na mnie z zachwytem.

 

Julia Możdżyńska



Świdwinianka. Wyróżnienie I stopnia - XXX Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jana Śpiewaka Świdwin - Zamek 1999 r.

 
"Łabuź" nr 32, marzec 2000 r.

 

DEBIUT

Bogusława Krzymianowska

XXX

Starałam się zapamiętać

coś czego nie ma

dotyk tak delikatny

czysty i niewinny

dotyk czegoś bez istnienia

Starałam się zapamiętać

tydzień

dwa

lecz powiedzieli mi

że nieszczęście to ja.

 

Bogusława Krzymianowska



Drukowany powyżej tekst jest debiutem, tak prasowym, jak i publicznym. Jego autorką jest uczennica mgr Ludwika Cwynara - gratulujemy obydwojgu i dziękujemy za stworzenie nam możliwości.

 
"Łabuź" nr 20 marzec 1997 r.

 

DEBIUT

Maciej Dec

***


Dzisiaj 22. 06. 1999 roku wracałem przez las

tak było też 22. 06. 1987 roku

wtedy jednak trudno było uciec mszczącej fali obcych mroków tamtejszych ciemnic wynurzonych z zieleni

trzeba jeszcze wielu było uświadomień

długie noce cierpły pod gwieździstym pękiem

a my uczyliśmy się czyhać i nasłuchiwać pustych miejsc między porami roku

takowe schronienie wśród koronnych drzew to najdłuższa wieczność była

pierwsze wino utłuszczone we krwi skłaniało ku modlitwie karmiąc każdego nadejściem jesieni

tylko trzask opadłych liści oznaczał koniec - ten wielki sen w którym żyliśmy śmierć nam poddała

szkielet ma przeszyty literą hałaśliwie jak tamburyn uderzany dłońmi kurtyzany

szuka swego miejsca i lęka się jak człowiek

czuje też gdy kłębią nad nią panny deszcz

potem stłamszona w mokrych ciuchach nie nienawidzi już życia

ujmującym głosem wabi je pod swe łono

staje się dla niego ucztą ociekającą egzotycznym nektarem

szaleńczo długie włosy odrzuca w tył

tratując skulone dusze dionizyjskim orszakiem

 

Maciej Dec



Maciek: - absolwent LO Łobez - 1998 r., student filozofii Uniwersytetu Szczecińskiego. Mieszka w Smorawinie.

 
"Łabuź" nr 30, wrzesień 1999 r.

 

DEBIUT

Leszek Kluczka

MIASTECZKO II

Świat wygląda inaczej

z górnych okien najwyższego bloku

karzełki na dole

życzą ci

powolnego lotu

Tu teraz nic się nie dzieje

bądź, atrakcją sezonu -

wzlatujesz popchnięty

dyskretną

aprobatą tłumu

 

Tu przecież nic się nie dzieje

no bądź atrakcją sezonu

wzlatujesz popchnięty

dyskretną aprobatą tłumu...


Leszek Kluczka



Leszek jest absolwentem LO w Łobzie (rocznik 1991). Próbował studiować w Politechnice Szczecińskiej - ponawia próbę. Na co dzień uprawia rock and roll. Taki jakiś rozwarstwiony.

 
"Łabuź" nr 2, grudzień 1992 r.

 

DEBIUT

Dorota Gołach

SZCZĄTKI

Nie prosiłeś mnie o to

lecz to zrobiłam.

Położyłam się na twoim ołtarzu.

Złożyłam z radością ofiarę.

 

Czemu zgodziłeś się na to

z taką uciechą.

Ty Kanibalu! Nie wystarczył

ci zapach mego ciała.

 

Wyszarpywałeś w euforii

i z zaciętością cząstki mnie.

Zostawiałeś sobie zawsze coś na później.

Na czas dotkliwego głodu.

 

Wygryzałeś ze mnie wszystko,

wszystko, to co było możliwe.

Każdy zmysł i odebrałeś duszę.

Kończąc na wyrzuceniu lśniących kości.

 

Teraz odpycham innych.

Mniej mięsożernych osobników.

Próbuję zregenerować to,

co straciłam w sobie.

 

Pokryć kości choć cienką warstewką,

powłoką substancji organicznej.

Niestety, bez powodzenia.

One są wciąż obumarłe.

 

Głuchy stukot kości

nie dający spać w nocy,

zanieczulica na bliskość innego

odpędza wszystkich kanibali

 

Dorota Gołach



Dorota:- mieszka i uczy się w Gryficach - klasa maturalna I LO

 
"Łabuź" nr 28, marzec 1999 r.

 

DEBIUT

Aleksandra Perzyńska

SŁÓW PARĘ

Jeśli zrozumiesz wiatr

I odgadniesz myśli księżyca

Wtedy usiądź i ciesz się tym, co masz

 

Nie pytaj, lepiej jest zawsze nie wiedzieć

Prawda jest zbyt względna

 

Usiądź w kącie i naucz się ścian

Na pamięć

One też mogą być twoimi przyjaciółmi

 

A dla świata nie miej za dużo dobroci

Nie racz go także złem

Najlepiej jeśli nie będziecie sobie wchodzić w drogę

 

Pokochaj samotność i tłum, radość i łzy

Odkryj grzech - na nowo

Tak by stał się największą cnotą

 

Słuchaj.... innych, ale przede wszystkim siebie

Jeżeli się ze sobą nie dogadasz

Skąd będziesz wiedział o co ci chodzi

 

Miej ciągłe zrozumienie i wybacz

Ziarenkom piasku w oku

One i tak nie przeproszą

 

A przede wszystkim zauważ

Dobro i tych, którzy je mają właśnie dla ciebie

Bądź... Idź...

 

jeżeli tylko masz na to ochotę

 

Aleksandra Perzyńska



Ola - 19-latka z Koszalina, tegoroczna absolwentka LO im. St. Dubois. Pisze do szuflady, gra w amatorskim teatrze, jest tegoroczną laureatką Olimpiady Literatury i Języka Polskiego. Wybiera się na polonistykę.

 
"Łabuź" nr 38, wrzesień 2001 r.

 

DEBIUT

Agnieszka Brzozowska

***

Boże nie pozwól mi dorosnąć

Do reguł panujących wśród dorosłych ludzi

Do nienawiści i brudu które nimi rządzą

Do chciwości która zalewa ślepe oczy

Zostaw mnie głupią niedoświadczoną nie zepsutą

Wśród marzeń o lepszych jutrach

Wśród koszmarnych snów o wojnach i smokach

Wśród innych głupich i niedoświadczonych

Zostaw mnie dzieckiem w tej grze

Gdzie znaczone karty

Rozdają dorośli

 

Agnieszka Brzozowska



Agnieszka: uczennica, bieżąco-roczna maturzystka LO Połczyn-Zdrój. Laureatka - wyróżnienie - 26 Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Jana Śpiewaka Świdwin - Zamek 95. Debiut.

 
"Łabuź" nr 17, marzec1996 r.

 

DEBIUT

Klara Sielicka

W OGRODZIE

najbliżej widać

weselne biele juki -

wysoka jest korona panny młodej

 

tutaj subtelnie wzdycha

róża w sztywnych płatkach

swej rozłożystej amarantowej sukni

z falbankami -

jeszcze pełna rozkosznych tajemnic

choć już zaraz

zaczną opadać jedwabie i aksamity

tuż obok jej córka - stulony nieśmiały

podlotek o gładko zaczesanych włosach

sznuruje ciemne usteczka i jednocześnie

zerka zza kreacji matki

czy przypadkiem nie przechodzi gdzieś

okazja do małego flirtu z motylem

 

mocno pną się w górę silne

dziewczyny - malwy o zdrowych rumieńcach

dalej paprocie - wyblakłe staruszki

grzejące szerokie suche ramiona i plecy

w popołudniowej trawie

 

tam jabłonie o małych zielono-wesołych policzkach

i wiśnie szklanki o przesłodkich nasyconych uśmiechach

i krzewy malin porzeczek agrestu i grusze

i splątana winorośl i pigwa na klombie

i osierocone drzewo czereśniowe ze swą

przegraną historią spaczonego oblężenia

 

przy studni rośnie orzech _

łagodnie kołysze na wietrze własną brzemienność

 

trochę dalej -

rozpustna czerwień pomidorów

wielkość fryzur marchewek

i karbowane kołnierze pietruszki

 

a w ogrodzie stoi dom pośród swej przeszłości

i śle w ogród zamyślenie

 

a w ogrodzie drży huśtawka

niedawnym wspomnieniem jakichś dłoni

i ostatnie pocałunki zsyła słońce

głaszcząc jasną sierść sennego nieba

 


Klara Sielicka



Klara - laureatka Turnieju Jednego Wiersza - nagroda publiczności - finałowa impreza XXV edycji Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jana Śpiewaka w Świdwinie - 1994 r. Uczennica LO; mieszka w Warszawie.

 
"Łabuź" nr 13, luty1995 r.

 

Lech M. Jakób

DLACZEGO DON KICHOT*?

I

Czterysta lat bez ośmiu mija od czasu ogłoszenia pierwszej części powieści Cervantesa "El ingenioso hidalgo Don Quijotede la Mancha" ("Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manczy"), której polskie tłumaczenie ukazało się dopiero w 1786 roku. Drugą część opublikowano w dziesięć lat po pierwszej. Co ciekawe, w międzyczasie - jak głosi historia literatury - natychmiast ukazała się podróbka dalszych losów Don Kichota, pióra anonima ukrywającego się pod nazwiskiem Alonso Fernandez de Avellaneda. Która to rzecz ponoć niejako dopiero wymusiła na Cervantesie napisanie części drugiej.

Sprawa piractwa literackiego sama w sobie może dzisiaj nie czyni na nas wrażenia, jednakże stanowi wskazówkę, że już wówczas przygody szlachcica z Manczy stały się popularne wśród czytelników, zyskując szybko rosnące grono wielbicieli. Co trwa, promieniując na świat kultury europejskiej do dziś.

 

II

Nie od razu stał się tym, za jakiego uważają Don Kichota nasi współcześni. Wykształcony z upływem stuleci mit literacki ewoluował.

Bo przypomnijmy sobie krótko kim był bohater parodii romansów rycerskich. Jakim pierwotnie stworzył go Cervantes.

Rozpoczynając czytanie powieści poznajemy szlachetnego hidalga, który jawi się nam jako człowiek nieco naiwny, prostoduszny, wręcz ckliwy, choć nie pozbawiony godności. Ot, jeden z wielu zauroczonych opowieściami o błędnych rycerzach. Samozwańczy mściciel dochodzący praw uciśnionych tego świata. Wędruje zakurzonymi gościńcami ze swoim prostackim giermkiem u boku, doświadczając tyle absurdalnych, co wręcz groteskowych przygód. Często śmieszących lub nawet żałosnych.

Powiedzielibyśmy naszym językiem: świr.

Dopiero z czasem postać Don Kichota uniwersalizuje się i niejako uwzniośla. Autor wyposaża swojego rycerza w nowe, wyraziste cechy. Między innymi zaczynamy dostrzegać miłość cnoty oraz poczucie sprawiedliwości, I raptem zaczyna dziać się tak, że z rozchwianej i świrowatej postaci wyrasta na naszych oczach - niby motyl z poczwarki - ktoś niebywale szlachetny oraz piękny w swej niezłomności. Oto widzimy, że pojawił się ktoś świadom znaczenia ducha, który otaczający świat ma za nic. Ktoś konsekwentnie przeciwstawiający się zepsuciu i demoralizacji społecznej, nie bacząc na zbierane cięgi, l wówczas pusty śmiech na naszych ustach gaśnie lub zmienia się w śmiech gorzki.

 

III

Niczym grzyby po deszczu mnożyć się zaczynają przeróbki, nawiązania i adaptacje przygód rycerza smętnego oblicza, jak zwał swego pana Sancho Pansa. Szeroką falą z upływem lat zalewają Europę dzieła z Don Kichotem w tytule. Dzieła literackie, muzyczne, plastyczne. Pisze o nim między innymi Miguel de Unamuno, powstaje utwór na orkiestrę opus 87 Antona Rubinsteina; tworzy pieśni M. Ravel, pierwszą nowoczesną operetkę F. Herve, poemat symfonicznyopus 35 R. Strauss. Znane są też obrazy Rodrigueza de Miranda, ilustracje C. Dore czy rysunki H. Daumiera. Powstają także filmy.

Również u nas w kraju znajdziemy rozproszone ślady hidalga z Manczy. Źe wspomnę tylko o Norwidzie, Fredrze (krotochwila wierszem "Nowy Don Kichot, czyli Sto szaleństw") czy A. Słonimski (poemat "Sąd nad Don Kichotem"). Mroczny i posępny obraz pt. "Don Kichot" namalował F. Kowarski.

 

IV

Co jest takiego w Don Kichocie, że zauroczył cały nieomal świat? O jakim zjawisku tu mowa? Może warto przyjrzeć się temu bliżej.

Nie chcę powtarzać tego, co znaleźć można w tysiącach specjalistycznych opracowań. Zwrócę jedynie uwagę na kilka tropów i elementy mnie osobiście poruszające.

Pierwsze, co uderza, to opozycja: samotnik kontra świat. Samotny strażnik wartości wyższych, któremu obca jest rozterka doczesnych wyborów.

Drugie uderzenie: bezkompromisowość postawy. Don Kichot nie boi się ośmieszenia. Szyderstwo szczekaczy uznaje za plewy. Nie wzruszony w swej postawie kroczy raz obraną drogą mimo mnożących się przeszkód.

Trzecim elementem godnym uwagi jest wiara. Wiara w to, że ducha złamać się nie da. Bez względu na okoliczności. Wiara w pomiatane dobro. Wiara i wierność idei dobra.

I kolejny punkt: miłość. Czytamy w postawie Don Kichota: jeśli prawdziwie miłujesz, nic nie jest ciężkie. Idź. Po prostu rób swoje i nie oglądaj się za siebie.

Wiele jeszcze jest cech, które w owym rycerzu urzekają. Godność, odwaga, szlachetność. A wszystko to razem - powie ktoś z boku -składa się na obraz wręcz idylliczny. Mało przystający do realiów naszego czasu. Każdego czasu.

Odpowiem wówczas: owszem, sceptycyzm jest potrzebny. A w niektórych przypadkach nawet konieczny. Jednak nie powinniśmy wywijać nim jak siekierą, grożąc destrukcyjnym łupaniem zasad.

Bowiem proponowana nam przez Don Kichota idea pogłębia nasze człowieczeństwo i nadaje prawdziwy sens życiu.

 

V

Dobrych naśladowców Rycerza i jego mutacji spotykamy wiele. Pewne odpryski donkiszoterii odnaleźć możemy w kulturze masowej. Co druga kreskówka w telewizji żywi się schedą po Don Kichocie, Zorro przejął wiele jego cech, nawet w ostatnio głośnym obrazie filmowym "Forrest Gump" (według powieści Winstona Grooma) aż się roi od nawiązań do postaci stworzonej przez Cervantesa.

Jednak to wszystko było po Don Kichocie. A warto zastanowić się co było przed. Bo przecież przedmiot naszej uwagi nie spadł z nieba. I upostaciowiony tak, nie inaczej, musiał mieć swoje pierwowzory. Lub pierwowzór.

Zmierzając tym tropem dojść można do interesujących wniosków. Weźmy tylko pod uwagę fakt, w jakiej rzeczywistości będąc pisał Cervantes swoją powieść. Mam na myśli silne ukorzenienie Hiszpanii w kulturze chrześcijańskiej. I przypomnijmy sobie raz jeszcze podstawowe cechy Don Kichota oraz zasady, jakimi się kierował w życiu. Kontekst i związki wskazują jeden kierunek: Biblię. A konkretnie: Nowy Testament. Zaś jeszcze konkretniej: naczelną postać Nowego Testamentu: Jezusa z Nazaretu.

Tak, z całą stanowczością twierdzę, iż prawzorem Don Kichota jest właśnie Jezus Chrystus, Zbawiciel. Naturalnie prawzorem literacko przerastrowanym.

 

VI

Nie bez kozery swojemu zbiorowi aforyzmów, wydanemu w roku ubiegłym, nadałem tytuł "Źyje jeszcze Don Kichot". Postać ta zawsze mnie fascynowała. Począwszy od chłopięcych lat wypełniał moją wyobraźnię ów niezwykły hidalgo na Rosynancie. Także Sancho Pansa, Dulcynea z Toboso, oberżysta pasujący rycerza Alonso Quijano, cały kosmos barwnych postaci i przygód powieści Cervantesa. Pławiłem się w tym z lubością, nie świadom na on czas zawartych w dziele wartości wyższych. Dziś może fabuła mnie już nie rusza. Pozostał za to szacunek dla głównego bohatera.

Motto wspomnianego zbioru aforyzmów brzmi: "Źyje jeszcze Don Kichot. Powiedzcie mu o tym". Ale komu powiedzcie? Bo przecież nie "papierowemu" Don Kichotowi. Wykładnia zwrotu jest jednak prosta. Apeluję do Don Kichota ukrytego w każdym z nas. Innymi słowy sugeruję, że Rycerz ów drzemie w naszych wnętrzach, nie uśmiercony i gotowy do podjęcia swej misji. Niechaj tylko zechce uwierzyć we własną moc sprawczą. I na nowo się ocknie.

 

VII

Lękasz się stawiać opór światu? Spójrz na Don Kichota. Prześladują cię materialistycznie i merkantylnie do życia nastawieni? Wspomnij na Don Kichota. Pragniesz robić swoje, ale blokuje działania lub samą wolę działania opinia odmieńca? Wezwij w duchu na pomoc Don Kichota.

Wiem. Obaw i wątpliwości jest cała góra. Lecz nikt nie gwarantował, że będzie ci lekko. Liść spływający bezwolnie z nurtem nie dopłynie do źródła.

Zatem ponówmy wstępne pytanie: dlaczego Don Kichot? Bo jest nieśmiertelny. Nieśmiertelny w sposób piękny. I kusi nas tym razem nie diabeł, a idea nawiedzonego świra, której uwierzyć, to tyle, co pokonać swoją gnuśność oraz słabość.

 

Lech M. Jakób (pisane w marcu '97)



* także Don Kichote (hiszp. Don Quijote) lub spolszcz. Don Kiszot

 
"Łabuź" nr 21, czerwiec 1997 r.

 

O PRYWATNOŚCI - LIST - "ŁABUZIA"

Zjawisko prywatności zaistniało u nas stosunkowo niedawno, stąd trudności ze zdefiniowaniem jego istoty. Powstało spontanicznie za sprawą nielicznych osób. Dzięki uprzejmości. Przykładem koncerty rokowe w Mini-Barze p. Michalewicza - rok 1990. Wtedy nie marzyłem, że uprawianie prywatności stanie się regułą dotyczącą nie tylko miasteczka, ale będzie to zjawisko ogólnopolskie. Na dzień dzisiejszy w Łobzie uprawiających prywatność nie sposób odnaleźć. Rozpływają się w małomiasteczkowej magmie lub stają na uboczu i niewiele mają wspólnego z tym, co jeszcze parę lat temu określano jako kulturę Uprawiają prywatność w ścisłym, zamkniętym gronie, bez szans na wyjście na zewnątrz, bo i niby po co, skoro... Sytuacja jednak zmieniła się - postęp i dostęp do nowoczesnej i taniej techniki poligraficznej, tanie instrumenty muzyczne, wiele lokali i miejsc, a przede wszystkim życzliwość i pieniądze ludzi otwartego serca i głowy, uczyniły całą inicjatywę prywatności niezależną od monopolu i wpływu różnych domów kultury i organizacji kościelnych, a także miejscowej koterii. Moment pojawienia się zjawiska prywatności nie został doceniony, dostrzeżony i zauważony (nie mówiąc - wykorzystany) przez animatorów życia społecznego. Gdy parę lat temu Leon wspominał mi o Klubie, wydawało się wtedy, że będzie to zjawisko chwilowe, przemijające, więcej zawdzięczające przypadkowi, sprzyjającym okolicznościom, aniżeli autentyczną próbą zaistnienia - ekspresją. A jednak trwa...

Co to takiego jest ta cała prywatność? Nie jest wszakże "podkulturą", raczej zjawiskiem, które dopiero naszym poczuciem ładu, godności i sensu życia wyraża człowieczeństwo. W Jej obrębie spotykają się ludzie prezentujący różne poglądy, różnorodną twórczość, odmienne zainteresowania, zawody i wykształcenie. Spędza ona sen z powiek różnym tanim ideologom, pozornym administratorom, samowładczo nawiedzonym "macherom", zarozumiałym pępkowo biurokratom, bo jest czymś niezrozumiałym, innym, nieuchwytnym w liczby statystycznych wykazów i pokazów, zagrożeniem dotychczasowego wygodnictwa na niwie. Prywatność bowiem ze swej natury jest pojedynczą indywidualnością i żąda takiego jej traktowania, ponieważ jest osobiście prywatną własnością każdego z nas.

 

Istnieje kilka niepisanych praw prywatności. Osoba uprawiająca swoją prywatność - sądzę - musi chronić jej nieależność za wszelką cenę, ale jednocześnie nie może naruszać prywatności innych.

Inaczej mówiąc, aby nie uważała własnej brody za ważniejszą niż czyjeś wąsy. Prowadzi to do absurdów, jak choćby ostatnio w podwarszawskich Laskach. Czy nie było to, pierwsze na taką skalę, naruszenie prywatności? Czyli, panie i panowie. Jeżeli macie inne poglądy, to je głoście, ale nigdy nie próbujcie innym wpierać. Na marginesie: nie ma większego nieszczęścia dla prywatności niż brak zainteresowania - lekceważące olewanie poglądów, kończące się w kuble pustego paplania w nieskończoność...

Podstawowy wróg prywatności - biorokracja. Przykład. Jeden z członków lokalnej grupy muzycznej "Still Blues", gdy zespół w ramach prywatności pozbył się opiekuńczych skrzydeł Domu Kultury i zaczął występować gdzie indziej, został nazwany przez kier. w/w instytucji gówniarzem, za to, ze...

Oto jak wielka jest zazdrość biurokraty, i jakim kosztem pragnie odzyskać utraconą pozycję monopolisty. Rzeczywistość swoje, a Ona swoje. A tak naprawdę - sądzę, iż nie o kulturę tutaj chodzi, a raczej o płaską manipulację, która jest zabójstwem tak dla kultury, jak i dla prywatności.

A co może dalej być z "Łabuziem"? Na pewno, jak wszystko inne i On podlega prawom przyrody, więc jego redaktorzy i organizatorzy wcześniej czy później mogą wpaść w samozachwyt nad swoim dziełem i będzie im się wydawać, że czytanie periodyku to lektura obowiązkowa. Rzeczywistość swoje, a oni swoje - materia stawia opór przecież... Zacznie się poszukiwanie wyimaginowanych przeciwników. Treść zostanie zaprawiona żółcią, jak w obecnym Sejmie. Z braku rzeczywistych przeciwników otoczy się sformalizowaną gramatycznie paplaniną, a prywatność rządzi się swoimi prawami i poprzez swoistą selekcję odrzuca wszelkie falsyfikaty. Więc zacznie się mówić o zatrudnieniu co najmniej dwóch sekretarek, założeniu telefonu i telefaksu, darmowym pomieszczeniu, a gdy to już będzie - o jego remoncie i umeblowaniu. Biurokracja zatryumfuje. A może będzie zupełnie inaczej...

 


Z rożnych - sobie w pełni jasnych i zrozumiałych względów, autor - absolwent LO w Łobezie (rocznik 1978) - nie podpisał materiału Tym manifestacyjnym gestem demonstruje osobiste pojmowanie prywatności.

 
"Łabuź" nr 2, grudzień 1992 r.

 

O WSTYDZIE - LIST - "ŁABUZIA"

Wierzycie w duchy?... Oto zmaterializowany duch "Łabuzia":
 

"DROGA REDAKCJO!

Jestem czytelniczką "Łabuzia". Mieszkam w Łobzie i cieszy mnie, że w końcu ktoś zainteresował się kulturalnym rozwojem miasta i jego okolic. Wysyłam do redakcji kilka moich wierszy z prośbą o przeczytanie i ocenienie. Nie podaję nazwiska ze względu na mój (młody) wiek i dlatego, że nikt nigdy nie czytał moich wierszy i po prostu wstydzę się ich."

Droga Czytelniczko, zupełnie niepotrzebnie bowiem w załączonym wierszu ("Ucieczka") napisane jest:

"Tu gdzie mieszkam ludzie ubierają się

w cudze słowa (...)" -

czyli, że są to zakłamani pozerzy - poszczególne paciorki na sznurze małomiasteczkowego kołtuństwa (A przecież Ty - czego dajesz dowody - pragniesz zachować tożsamość, mówić własnym językiem.). Oczywiście, że łatwiej jest "uciec" od nich pisząc wiersz; ale przeważnie jest tak, że trzeba wśród tych chodzących, jedzących, trawiących, strzępiących po próżnicy ozory "cudzysło-wów" żyć. I tylko od nas samych zależy, czy damy się zawiesić na sznureczku, czy też powiemy im: wara!

Cytowany wyżej list młodego człowieka uświadamia nam - w jakim miejscu i czasie żyjemy! Najpierw o czasie: autorka listu (podobnie, jak my wszyscy) żyje w niewątpliwie ciekawych czasach, w czasach gdy wszystko podobno ma iść ku lepszemu - także kultura. Podobno nie znaczy na pewno. I list naszej korespondentki potwierdza to drugie: kultura (jeżeli już gdzieś idzie) zmierza donikąd. A może inaczej: ludzie odpowiedzialni za tę sferę naszego życia, ci którzy kulturą zawiadują są marnymi "zawiadowcami" - wpuścili ją na ślepy tor, a ona (w ramach odgórnie zalecanych przyspieszeń) w ekspresowym tempie umyka z naszego krajobrazu, zostawia miasta, miasteczka i aglomeracje, bo gdy o gościa się nie dba, ten zmienia raczej miejsce pobytu - udaje się tam, gdzie będzie hołubiony, a przynajmniej traktowany z należnym szacunkiem.

Teraz o miejscu: ujawnienie własnych przeżyć, marzeń, myśli - czyli tego wszystkiego co nazywamy: małym, intymnym ogródkiem prywatności - podzielenie się tym skarbem z otoczeniem wymaga dużej odwagi. Zawsze istnieje ryzyko, że nasze odbieranie świata, nasze nań spojrzenie oraz interpretowanie, spotka się z krzywdzącą, nie zawsze słusznie, opinią tych co to bardzo dużo wiedzą. Ryzyko jest podwójne, jeżeli osoba pisząca ma lat -naście i jest jednostką szczególnie wrażliwą.

Wyobraźmy sobie następujące zdarzenie: drukujemy w "Łabuziu" popełniony przez kogoś wiersz: utwór podpisany jest imieniem i nazwiskiem. (W naszych rozważaniach nie ważne jest to, czy wiersz jest dobry, taki sobie, czy też zły). Zaraz temu komuś "życzliwi" przypinają odpowiednią etykietkę. Taka "łatka" może w jakiś sposób nobilitować, ale istnieje poważne niebezpieczeństwo, że mocno akcentowane - z większą lub mniejszą dozą ironii - słowo: "poeta", spowoduje u młodego, wrażliwego człowieka reakcję ... - jaką?... No właśnie! - nie będzie to w żadnym wypadku nobilitacja, będzie ... "kompromitacja"...

Bardzo trudno pozbyć się raz nabytego kompleksu. W wielu przypadkach jest to po prostu niemożliwe: raz zaszczuty, podeptany człowiek, do końca życia ma później kłopoty z samookreśleniem, z tożsamością, ze stawianiem czoła chamstwu, brutalności, banalnym nawet przeciwnościom. Korespondentka nasza żyje w ściśle określonych przez różne hierarchie warunkach, gdzie dobro ma swoją definicję: dobry jest ten, kto chodzi do kościoła, uprawia ogródek, nie pije, nie bije żony i dzieci. (Oczywiście, że jest to uproszczenie - prawdziwy "kołtun" chodzi do kościoła w najlepszym ubranku, pije "po cichu", takoż bije i zawsze wszystko wie pierwszy i najlepiej.) A kto jest zły? Po pierwsze jest to bezbożnik i pijak; po drugie jest to ktoś "inny" - nonkonformista, nawet wtedy, gdy jest to tylko nonkonformizm małomiasteczkowy.

W jednym z wierszy autorka listu oznajmia:

"Do drzwi puka życie (...)"

by zaraz zapytać:

"A kiedy zapuka śmierć? (...)"

Przyjęliśmy, że korespondentka nasza ma lat -naście. Przypomnijmy siebie samych w takim wieku - pytaliśmy o to samo, prawda? Fascynacja (obawa przed ...) śmiercią jest czymś tak starym, jak życie. I trudno być tutaj oryginalnym - miliony połamały sobie na tym pióra. Dlaczego wspominam o tym? Ano dlatego, że i pozostałe wiersze z listu są bardzo smutne:

"Samotna tak bardzo.
Mówię do nikogo.
Patrzę na nic (...)"

W tym miejscu należy się zastanowić: czy słowa o samotności należy traktować jako wyznanie "chwilowo" obrażonej na niedostępny, niezrozumiały świat ludzi dorosłych, czy też jest to wyznanie osoby przez ten świat trwale odrzuconej? Czy jest to świadoma banicja sfrustrowanej nastolatki, czy raczej impulsywna (właściwa trudnemu okresowi "przestrajania") negacja wszystkiego tego, co wydaje się tak bardzo skomplikowane - instynktowne odreagowanie? Niestety, nie otrzymamy odpowiedzi na powyższe pytania; nie znamy uwarunkowań .życiowych autorki listu. Pewnik jest tylko jeden - mamy do czynienia z osobą wrażliwą, z osobą, która obdarzyła nas swoim zaufaniem i dlatego nie możemy tego zaufania zawieść. Stąd to pisanie i próba pewnych wyjaśnień.

Droga Czytelniczko! Kiedyś była komuna - teraz (podobno) komuny nie ma; i bardzo dobrze! Kiedyś były komunistyczne gazety - teraz (podobno) komunistycznych gazet nie ma; i bardzo dobrze! Kiedyś - w komunistycznym "Źyciu Literackim" była "Poczta Literacka". Teraz nie ma komunistycznego życia literackiego; i bardzo dobrze! I nie ma "Poczty Literackiej" - i... bardzo źle!... W ostatniej korespondencji z "PL" otrzymałem przed laty (miałem podobne rozterki co Ty. Chociaż nie - wiedziałem przynajmniej w jakim czasie i miejscu żyję!) takie oto - wcale niekomunistyczne stwierdzenie "autoryteta": "Nikt Panu nie grzebie w myślach i papierach. Powodzenia." I choć w myślach grzebało mi i nadal to czyni kilku Nieśmiertelnych (Dostojewski, Kafka, Hesse...) pozostaje mi życzyć Tobie, Droga Korespondentko, tego samego: jeżeli już pozwolisz, żeby ktoś "grzebał" Ci w myślach, to niech nie będzie to ani ksiądz proboszcz, ani pan burmistrz, ani nauczyciel - NIE POZWóL NA TO! Bo choć każdy z wymienionych może (nawet gdybyś bardzo chciała - jest to nieuniknione i należy się z tym pogodzić) wywierać jakiś wpływ na Twoje życie, to żaden z nich nie ma najmniejszego nawet prawa na ingerowanie w coś, co jest tylko Twoje: intymność, prywatność, we własne widzenie oraz interpretowanie tego, co życiem się zowie.

Post scriptum: Na temat przesłanych tekstów: cytowane stwierdzenie o tym, że "nikt mi nie grzebie w myślach" było wynikiem wieloletniej korespondencji z "autorytetem". Więc na razie:

"Między nami cisza

Ona wszystko słyszy ..." - także to, że czekamy na Ciebie, zapewniając, że poszanowanie prywatności jest naszym priory-tetowym założeniem.


Wiesław Małyszek

 
"Łabuź" nr 3, marzec 1993 r.

 

PRYWATA "ŁABUZIA"

O "Łabuziu" zaczyna się mówić. W jaki sposób? Spróbuję czytelnikom wyjaśnić. Nie wspomnę o recenzjach w prasie (nie tylko lokalnej), bo nie warto i nie w tym rzecz, lecz przytoczę to, o czym powszechnie o "Łabuziu" "mówi się".

Mówią! Mają już piąty numer. "Przyzwoity człowiek" zapytuje, dlaczego im się udało i ciągle udaje, a mnie nie. I "przyzwoity człowiek" szuka odpowiedzi, co prawda niedaleko, bo pójdzie poradzić się sąsiada. Sąsiad, pokrewna dusza, wie tyle samo. Jego dręczą podobne myśli - Dlaczego innym udaje się, a jemu nie? Obaj wątpliwościami podzielą się... Teraz, ramię w ramię, wspólnie pójdą po najmniejszej linii oporu.

Proszę jeszcze o chwilę uwagi. Redakcja "Łabuzia" informuje czytelników na bieżąco, o posiadanym majątku trwałym. Mimo to ciągle poddawana jest w wątpliwość legalność jego nabycia. Posądza się o ukrywanie i przechowywanie innych, jeszcze wartościowszych rzeczy. Wykorzystywanie ich niezgodnie z przeznaczeniem. Na porządku dziennym są aluzje dotyczące bajońskich sum uzyskiwanych z tytułu kolportażu czy reklam. Nie milkną słowa "podziwu" za bezczelność, zręczność i tupet z jakim redakcja pisma obdziela za aż jedyne 20 tys. złotych naiwnych czytelników, rzekomo czyniąc to wbrew ich woli (?)...

O tych i podobnych sprawach "mówią" "przyzwoici ludzie". Nieważne, że czasami świadkiem ich rozmowy może być leżący właśnie na stole numer "Łabuzia". Tam żaden z nich nie będzie szukał odpowiedzi. Tam znalazłby tylko wątpliwości. A tych ma już dosyć. Nie przeczyta. On przecież od samego początku wie, kto za kim stoi, za czym się to kryje? Udowodnić nieuczciwość w sprawach materialnych to rzecz żmudna i długotrwała. "Przyzwoity człowiek" więc zanim zacznie szukać dziury w całym... (uważnie się zastanowi). Znajdzie (co potwierdza nasza scena polityczna). Łatwo jest udowodnić przeciwnikowi niemoralność. Ułatwieniem jest tu fakt, że z reguły nie ma ludzi prowadzących się moralnie, a cnota raczej jest kuriozum i przyprawia o mdłości, jak mawiał stary mistrz. "Przyzwoity człowiek" ma tu wolne pole do popisu, a że nie zawsze, mu się chce, ułatwię mu zadanie i sam sporządzę zarzuty. Będzie to PRYWATA.

Kiedy "przyzwoity człowiek" widzi prywatę? Jest taki moment, że już wszyscy nie mogą mieć po równo. Ktoś się wybije. Ktoś zostanie w tyle. Samodzielnie, przyczyn takiego stanu rzeczy "przyzwoity człowiek" nie odkryje z powodów już wymienionych w części pierwszej. On ma inną metodę. Jego naturalną reakcją jest wyszukiwanie kozłów ofiarnych, jest myśliwym, jest na nie wyczulony, jeśli nawet gdzie indziej jej mu brakuje to tutaj wykazuje najwięcej pomysłowości i energii.

KTO JEST KOZŁEM OFIARNYM ?

Kozioł ofiarny musi posiadać kilka cech wyróżniających go. Przede wszystkim musi być dla "przyzwoitego człowieka" obcym, nie ważne czy rzeczywistym, czy wyimaginowanym. Kozłem ofiarnym może być mniejszość etniczna, mniejszość religijna, mniejszość rasowa, mniejszość parlamentarna jakakolwiek inna mniejszość, ludzie z okolicy lub z innych dzielnic, ludzie kibicujący innej drużynie piłkarskiej, ludzie innych zawodów, innego wykształcenia, wreszcie długowłosi, brodacze, cykliści, kolejarze, pośledniejszego pochodzenia, sieroty, chorzy; itp. (ułomny, zakręcony, wyczerpany).

Jeszcze jedna ważna cecha dotyczy kozła ofiarnego. Powinien on dla ogółu sprawiać wrażenie bezbronnego, a przynajmniej być na tyle słabym, aby "przyzwoity człowiek" mógł go bezkarnie i swobodnie opluwać ("przyzwoity człowiek", ponieważ domeną jego działania jest stado i tłum, jest tchórzem). Najlepszym zaś kozłem ofiarnym jest taki, który samodzielnie doszedł, że na kozła ofiarnego się nadaje.

Śledząc to, co mówiono o kolejnych numerach "Łabuzia", w mniejszym lub większym stopniu czyż nie jesteśmy polem doświadczalnym dla poszukiwaczy kozłów ofiarnych? Jest to dla nas - redakcji - awans. Po długim komunistycznym marazmie wrócił kozioł ofiarny do naszych miast, jest tuż tuż - na zakręcie, na wyciągnięcie ręki. Historia wróciła do swoich normalnych kolein.

 

Zdzisław Kryżyn

 
"Łabuź" nr 5, wrzesień 1993 r.