Łabuź specjalny

CZĘŚĆ PIERWSZA

Gmina i miasto Łobez w woj. zachodniopomorskim. (...) w roku 1272 zapisane jako: "...Borko dominus de lobis..." - (Borko pan na Łobezie). Nazwę swą - jedna z hipotez etymologicznych - zawdzięcza tatarakowi nazywanemu ajerem - a w dawnej słowiańszczyźnie - łabuziem.

Kilkakrotne wzmianki w dokumentach, potwierdzające prawa miejskie wzoru lubeckiego wskazywałyby na wczesne ich nadanie - dokument lokacyjny nie zachował się. Faktem stwierdzalnym jest, iż ród Borków, obok którego historii zapisana jest i ta ziemia, mieni się Panem miasta i okolic aż do XVIII w.

Ze wstępu do poematu "Łabuź"


Trzymacie państwo - czytacie, prywatnie samodzielną i samowolną, odwagę pokazywania kulturotwórstwa. Wbrew obiegowej opinii - pustynia... Mamy czelność - dzięki życzliwej wyobraźni sponsorów - ujawnić jak do tej pory, wstydliwie konspirowaną rzeczywistość indywidualnego myślenia.

Ufamy - niepoprawni optymiści, mamy nadzieję: - znaleźliśmy wrażliwych fundatorów, znajdziemy... - powiązani wzajemnie supłem - dla ludzi, a nie ludzie dla nas...



"Łabuź" nr 1, 1992 r.





 

Stanisław Chyczyński

DON CHICHOT


Od barw jutrzenki po wieczoru granat
stale wybuchał jego śmiechu granat
Gdy zerknął na twarz albo spojrzał na strój
od razu wpadał w sarkastyczny nastrój

I chociaż wybył gdzie ostatnia przystań
żyjesz jak trefniś to do niego przystań
Rzucam pokusą: zanim los cię zemnie
masz taki kaprys - drwij i chichocz ze mnie!
 
 
Stanisław Chyczyński

 
"Łabuź" nr 31, grudzień 1999 r.

 



TRANSUMPT

Poniższy tekst: rodzaj aktu lokacyjnego dla miasta Łobezu - List Rodziny Borków z 1400-ego roku, wytłuszczający wcześniej nadane prawa miejskie, a potwierdzony przez księcia Gryfitę Bogusława XIV w XVII wieku (dokument ten - jego kopia, odpis (?) był przechowywany w Archiwum Miejskim aż do roku 1945); teraz odtworzony - przetłumaczony na język polski i k'woli uszanowania tradycji, w dalszym ciągu nazywany: "transumptem".

Część dokumentu:

- A i C - zapisy sporządzone w kancelarii książęcej - wiek XVII;

- B - List Rodziny Borków z XIV-XV wieku.

pkl "Łabuź"



*Odpisy przywilejów miasta Łobezu, które w Archiwum miejskim się znajdowały:

A

Z Bożej łaski Bogusław, książę Szczeciński, Pomorski, Kaszubów i Słowian, książę Rugii, wybrany biskup Kamieński, hrabia Gutzkowa (Choćkowa) i Pan Ziemi Bytowskiej i Lęborski itd, podajemy wszystkim do wiadomości, ze zwrócili się do nas nasi kochani wierni poddani - burmistrz, sędzia i rada miejska i wnieśli uniżenie prośbę, ze oni z naszym, i kochanymi poddanymi, z wszystkimi Borkami w Łobezie i Pritzenow odnośnie "lasu bukowego" (Buchwald) i prawa wypasu, się poróżnili i skłócili, dlatego do naszego sądu nadwornego się zwrócili, żeby to udowodnić i je utrzymać, gdyż ich prawa i uzyskane przywileje przez Borków zostały naruszone Na skutek tego sprawy zostały zakończone 8 września, ale odczytanie i przekazanie akt się odwlekło, gdyż w mieście powstały spory, gdy za wymienione przywileje musieli dostarczyć 300 guldenów, i gdy oni z wszystkimi przeszkodami i machinacjami się uporali, rzeczony Oryginał został im pokazany i wobec tego transumpt w naszej kancelarii z pieczęciami został sporządzony i tenże (oryginał) do akt został odłożony

Przywileje więc brzmią słowo w słowo jak następuje:

B

W imię świętej i nierozdzielnej Trójcy. Ażeby rzeczy, które kiedyś zostaną zdziałane, swej siły i mocy nie straciły, trzeba się zatroszczyć, aby one pieczęciami i świadkami były uwierzytelnione, tak, żeby one prawdziwe i wiarygodne pozostały na wieczne czasy - nie tylko dla obecnych (ludzi), ale i dla przyszłych. I tak my Borkowie wszyscy potwierdzamy obecne tu pismo i poświadczamy wraz z dziedzicami siłą i mocą tego dokumentu, a więc:

Erazm Borke, Henning Borke, Berend, Jochen i Hans bracia Borkowie; starszego Borka synowie, Klaus bracia Borkowie, Klaus Borke syn, młody Hans Borke - synowie z Węgorzyna.

My Borkowie wszyscy niżej podpisani z naszymi następcami (dziedzicami), którzy się już narodzili i którzy jeszcze się w przyszłości narodzą zaświadczamy i poświadczamy powszechnie tym dokumentem, że daliśmy i teraz dajemy naszemu miastu Łobez taki przywilej i wolność, jak to niżej jest opisane:

Najpierw dajemy mu pola i łany, leżące w jego granicach, które zostaną niżej opisane.

Najpierw od miasta Łobez wzdłuż rzeki, która zwie się Łożnica aż do stawu Tyrmalen, dalej od stawu Tyrmalen wzdłuż Łożnicy aż do "Szerokiej Osady", która leży w granicach bonińskich (wsi Bonin). Dalej wzdłuż "Osady" aż do "bonińskiego bagna". Dalej wzdłuż "bagna bonińskiego" aż do "Trzęsącego się Stawu". Dalej wzdłuż "Trzęsącego się Stawu" aż do "Nowego Stawu", od "Nowego Stawu" niżej bagna aż do "pańskich łąk" wprost do grobli zamkowej przy "długim Polu" przy Redze. Dalej za "łąkami zamkowymi" i wzdłuż Regi aż do "czworaków" Przyborza i aż do Daniowa (Börnen). Dalej od Börnen na prawo aż do "krótkiego nieużytku", od "krótkiego nieużytku" wprost do "długiego nieużytku" aż do granic Przyborza; potem od granic Przyborza aż do terenów naszych kochanych pań (zakonnic), które leżą za "lasem bukowym", który zawiera te tereny (zakonnic), dalej od terenów (zakonnic) aż do Regi i wzdłuż Regi aż do miasta Łobez. Ponadto dajemy miastu Łobez wszystkie łąki w jego opisanych wyżej granicach. Dalej dajemy miastu Łobez wszystkie sprawy sądowe poniżej trzech funtów, jeśli będzie coś powyżej, to zatrzymamy to dla siebie i dla naszych dziedziców a ponadto co trzeci grosz także, a pozostałe dajemy naszemu miastu na ich potrzeby. Dalej dajemy wraz z naszymi dziedzicami oraz wraz z sędziami i strażnikami naszym mieszkańcom miasta zapewnienie, że bierzemy ich w opiekę i że postępować będziemy według prawa i sprawiedliwości i nie będziemy działać na ich szkodę. Dalej dajemy miastu Łobez las bukowy i drzewo. Ponadto dajemy wolno dwa stawy przed bramą przy Redze z wszystkimi korzyściami, jakie można z nich uzyskać. Dajemy też wolno dwie rzeki - Regę i Łożnicę powyżej i poniżej miasta i pełną wolność do ich wykorzystania i w celu łowienia ryb. Dalej zobowiązujemy się, że żadną miarą miasta Łobez i jego mieszkańcom nie będziemy żadnej krzywdy czynić, lecz chcemy, żeby posiadane prawa były nienaruszone. Dalej dajemy miastu Łobez wolne drzewo budowlane z naszych lasów (drzewostanów) na potrzeby miasta. Dalej dajemy miastu Łobez w czasie wojny na wypadek wielkiej potrzeby wolne (za darmo) drzewo, które mogą sprzedać na długość jednej mili wszerz i wzdłuż - bez żadnego sprzeciwu jak to również nasi przodkowie to przyrzekli i jak to w starych przywilejach jest powiedziane, w których jest ujęty Łobez, Strzmiele i Węgorzyno. Ponadto dajemy miastu Łobez wszystkie polowania - wewnątrz ich opisanych granic - z psami, ptakami (sokołami) i sieciami. Ponadto przyrzekamy i ustanawiamy z naszymi dziedzicami mieszkańcom Łobezu, że nie będziemy nic czynić na ich szkodę i straty, a jeśli wezwiemy ich w przyszłości przed sąd, to szkody i wydatki im wynagrodzimy.

Dalej oświadczamy my Berent, Joachim, Hans, młodzi Borkowie Klaus Borke bracia i kuzyni, z naszymi dziedzicami, że my zgadzamy się - według umowy naszych poprzedników (przodków), starszego Borka i Klausa Borka braci, świętej pamięci naszych krewnych - z mieszkańcami Łobezu, że wyżej wymienione miasto może mieć wolne pastwiska i prawo koszenia trawy kosami i sierpami na polu od Łożnicy aż do "grobli zamkowej", która leży przy Redze, dalej od "grobli zamkowej" aż do miejsca wsi Reilbe, dalej od miejsca tego wzdłuż "drogi kościelnej", która idzie do Zulzewitz (Suliszewic łobeskich). Ażeby wszystkie te spisane części i artykuły, każdy z osobna, były ściśle zachowane bez jakiegokolwiek wyjątku i sprzeciwu, złożyliśmy podpisy, jak też że im dane i nadane wolności - pozostaną w mocy i ważności aż po wieczne czasy.

W tym celu, w naszym i naszych następców imieniu, ten dokument podpisaliśmy i nasze pieczęcie zostały przywieszone. Dano i zdziałano w Łobezie w roku Jezusa Chrystusa naszego pana 1400 w dniu znalezienia Krzyża**

C

Gdy więc ich prośba nie była przeciwna prawu, lecz jest słuszna, dlatego ten transumpt z opieczętowanym oryginałem naszemu protonotariuszowi Antoniemu Peterstoerpenowi skolacjonować (sprawdzić) kazaliśmy, a gdy się okazało, że wszystko się zgadza, kazaliśmy proszącym oryginał pokazać i na świadectwo prawdy (wiarygodność, zgodność z oryginałem) - jak zawsze - pieczęć sądu pod tym transumptem przywiesić (kazaliśmy) a jeden egzemplarz do akt odłożyć kazaliśmy.

Zdziałano i dano w naszej rezydencji w mieście Szczecinie dnia 12 miesiąca grudnia roku 1623.

z j. niemieckiego tłumaczył dr Jerzy Podralski



* - podtytuł od tłumacza.
** -14 września (przyp. red.) św. kościelne - Podwyższenie Krzyża,



KSIĘGA KRAJÓW (LANDÓW) KSIĘSTWA POMORSKIEGO ORAZ KSIĘSTWA RUGII, ZAWIERAJĄCĄ OPIS STANU TYCH KRAJÓW W DRUGIEJ POŁOWIE 19-GO WIEKU. POD CESARSKO-KRÓLEWSKO WYSOKOŚCIĄ NASTĘPCY TRONU RZESZY NIEMIECKIEJ I PRUS.

OPRACOWANA PRZEZ DR HEINRICH'A BERGHAUS'A - CZŁONKA PRUSKIEGO TOWARZYSTWA HISTORYCZNEGO I WIEDZY O PRZYSZŁOŚCI, AKADEMII W AMSTERDAMIE I MEJLAND, JAK RÓWNIEŻ TOWARZYSTWA GEOGRAFICZNEGO W BOMBAJU, LONDYNIE, PARYŻU, SANKT PETERSBURGU I WIEDNIU, ORAZ CZŁONKA GERMAŃSKIEGO MUZEUM W NORYMBERDZE JAK I WSPÓŁZAŁOŻYCIELA TOWARZYSTWA WIEDZY O ZIEMI W BERLINIE ZAŁ. W 1828 R.

CZĘŚĆ DRUGA, TOM VII. BERLIN I WRIEZEN N. ODRĄ. NAKŁADEM F. REIMSCHNEIDERA - AUGERMUNDE. DRUK B. FEISTEL 1874.

Granica miasta, jak i jego posiadłości nie zmieniły się od 400 lat - z małymi wyjątkami:
- zniknęło kilka nazw miejscowości;
- w północnej części miasta zasypano groble.
 

W II połowie XIX wieku Łobez posiadał:
- ziemi ornej                         7623,52 mórg;
- ogrody                                 77,24 mórg;
- łąki obejmowały                    762,34 mórg;
- pastwiska, gaje, zarośla         338,09 mórg;
wody (jeziora, bagna)                56,49 mórg;


razem                                  9179,81 mórg;
 

Z punktu widzenia własności i posiadania, to:
- do skarbu miasta należało                                  1410,37 mórg;
- mieszczanie posiadali                                        5431,46 mórg;
- do Kościoła należało                                           278,07 mórg:
- do proboszczów i diakonów                                 119,52 mórg;
- majątek - folwark Trzeszczyna (Heinnichfeld)         849,98 mórg;
- majątek - folwark Dalno (Lindenfeld)                     623,62 mórg;
- kuźnica (kuźnia) miedzi                                       466,99 mórg;


razem                                                               9179,81 mórg
 

Podatki płacono z obszaru 8782,22 mórg. Zwolnione od podatku (m.in. ziemie duchowne) 397,59 mórg.



(Tłumaczone przez Pana Romana Sternickiego dokumenty pochodzą z opracowania BERGHAUS'A - XIX w.)

 

"Łabuź" nr 16, listopad 1995

 



1

Z punktu widzenia semiotyki kultura stanowi zbiorowy intelekt i zbiorową pamięć, czyli ponadindywidualny mechanizm przechowywania i przekazywania komunikatów (tekstów) oraz tworzenia nowych W tym sensie przestrzeń kultury może być zdefiniowana jako przestrzeń pewnej wspólnej pamięci, czyli jako przestrzeń, w ramach której pewne wspólne teksty mogą być przechowywane i aktualizowane Przy tym ich aktualizacja dokonuje się w ramach określonego znaczeniowego inwariantu, który pozwala utrzymywać, iż tekst w kontekście nowej epoki przy całej mnogości rożnych interpretacji zachowuje swoją tożsamość. W ten sposób wspólną dla danej kultury pamięć gwarantuje obecność pewnych stałych tekstów oraz wspólnota kodów, ich stabilność, ciągłość i konsekwentny charakter ich transformacji

2

Pamięć kultury odznacza się nie tylko jednością, ale również wewnętrzną różnorodnością Oznacza to, iż jej jedność istnieje jedynie na pewnym poziomie i zakłada obecność cząstkowych "dialektów pamięci", odpowiadających wewnętrznej organizacji zbiorowości, składającej się na świat danej kultury. Tendencja do indywidualizacji pamięci tworzy drugi biegun jej dynamicznej struktury Występowanie kulturowych substruktur, charakteryzujących się różnym okładem i pojemnością pamięci, powoduje różny stopień eliptyczności tekstów, krążących w kulturowych zbiorowościach oraz prowadzi do powstawania lokalnych semantyk W trakcie przekraczania granic danej zbiorowości teksty eliptyczne - aby były zrozumiałe są uzupełniane Taka samą rolę odgrywają komentarze (...)

6

Teksty nasycające pamięć kultury są gatunkowo niejednorodne. To co zostało
wyżej pwiedziane na temat oddziaływania innokulturowych tekstów, mutatis mutandis może być powiedziane o wdzieraniu się tekstów malarskich do poetyckiego procesu tworzenia tekstów, teatru, do zachowania codziennego lub poezji do muzyki, czyli o wszelkich konfliktach pomiędzy gatunkową naturą tekstów dominujących w pamięci a kodami, określającymi teraźniejszy stan kultury. (...)
 

Jurij ŁOTMAN - "Pamięć w świetle kulturologii" (fragment tekstu pomieszczonego w "Odrze" nr 2/1996 r)

"Łabuź" nr 17, marzec 1996

 




Kazimierz Obuchowski

ŁOBEZ

W szkole

Po dosyć skomplikowanej podróży, której opis byłby bardziej odpowiedni do zamieszczenia w awanturniczej powieści, trafiłem do miasteczka Łobez w woj. szczecińskim. Poszedłem prosto do starosty, któremu opowiedziałem o moich losach i o celu życiowym. Od tej pory mieszkałem w internacie, a zacząłem od 5-tej klasy. W 1948 byłem już w klasie IX Liceum Ogólnokształcącego, w 1951 zdałem celująco maturę.

Dostawałem stypendium 125 zł., a 105 zł płaciłem za internat. Zostawało mi 20 zł na wszystko pozostałe, w tym zawsze na tygodnik literacki i na "Problemy". Na pozostałe wydatki pracowałem latem. Internat i tak zamykano.

Było mi trudno dopasować się do obyczajów szkoły, skarżenia, infantylnych wymagań. Niedługo po przyjeździe miałem pierwszy konflikt.

Byłem gorąco religijny i pieśni kościelne znałem na pamięć. Ksiądz Katecheta kazał mi je przepisywać. Uważałem, że to bez sensu. Wówczas chwycił mnie za włosy przy uchu i zaczął je kolejno, powoli wyrywać, co jest bolesne i upokarzające. Rozłożyłem go jednym uderzeniem. Miałem być natychmiast wyrzucony, ale jakoś nauczyciele zlitowali się nad dzikusem. Dzikus, nie dzikus, byłem już wówczas w Drużynie Syberyjskiej powstałej wraz z mocnym ruchem harcerskim stworzonym przez Kazimierza Kafarskiego, który jako hufcowy szykował nas do walk leśnych. Byłem poza tym użyteczny. Można było za miskę zupy posługiwać się mną w pracach domowych, naprawach. Ze szkoły podstawowej pozytywnie zapamiętałem tylko "panią od polskiego", panią Mielczarek. Zwróciła uwagę na mój styl pisania i pochwaliła mnie. Było to dla mnie niezwykle ważne i nigdy jej słów nie zapomniałem.

Z nauczycielami bywało różnie. Sam sobie ustaliłem program, a w ostatnich latach nauki w Liceum im. Tadeusza Kościuszki, uczyłem w młodszych klasach literatury, historii i fizyki. Jeszcze niedawno spotkałem mojego ucznia, który pamiętał lekcje historii oparte na Dziejach głupoty w Polsce. Twierdzi, że to jedyne co zapamiętał ze szkoły.

Tej samodzielności i pracowitości sprzyjało dziwactwo pierwszego dyrektora Gimnazjum. Tęgi, o senatorskim profilu, bardzo "przedwojenny", przychodził do internatu o 12-tej w nocy lub 4-tej rano i krzyczał już na korytarzu: "Uczyć się! Lenie! Wstawać! Nie jesteście tu, aby wysypiać się!" Gdy zastawał kogoś w łóżku, trząsł nim: "Śpi sobie taki kawalir z poliwanym nosem, właśnie, ziewa, morda drze się, a na nową pieniędzy ni ma!"

Było to niesprawiedliwe. Pracowaliśmy dużo i ciężko. Nogi w miednicy, zakuwanie z biciem pięścią po stole, aby nie zasnąć - to były popularne metody. Ale nasz Dyr stwarzał poczucie, że wcale nie pracujemy dużo, że należy czynić więcej i było to dobre. Niestety, w stosunku do mnie wytworzył sobie koncepcję, że szkoła nie jest dla mnie. Byłem dla niego naznaczony. Jako sierota, mam zostać uczciwym stolarzem lub szewcem, świetnie przygotowywałem się na każdą lekcję, nawet z naddatkiem. Stawiał mi zawsze "trójkę" i swoim tubalnym głosem oświadczał: "Pięć dostać nie możesz. Niedoczekanie twoje." Moje lektury niepokoiły go. Bał się, że będę miał "poprzewracane" w głowie i później nie dam sobie rady w życiu, jakie miałem przypisane. Mieliśmy poza tym dwóch autentycznych nauczycieli, Matematyka, u którego przy tablicy trzeba było rozwiązywać konkursowe zadania na politechnikę, i biolożkę, zwaną "larwą". Cała oddana uczniom i swojej wiedzy, zagłębiała się z entuzjazmem w problemy "Skorowaciałych komórek miękiszowych pozbawionych ciałek zieleni." Nas to nie interesowało, ale lubiliśmy ją za ten entuzjazm i za to, że wiedziała o czym mówi. Niestety, w momencie szczerości wyznała na lekcji, że wolałaby wyjechać do Południowej Ameryki, gdyż boi się wojny. Ktoś powtórzył to i zniknęła w piwnicy łobeskiego UB. Pojawiali się różni nauczyciele, na ogół słabo przygotowani. Nawet jednak i wśród nich, negatywnym wyjątkiem był mały, gruby i niechlujny tramwajarz z Poznania, skierowany po linii partyjnej do nauczania w naszym Liceum. Uczył łaciny i angielskiego. Nie rozumiał nic. Stawialiśmy mu "ćwiartkę" na katedrze i wychodziliśmy oknem pograć w piłkę. Pojawił się też były emigrant francuski, były pilot RAF. Zamiast iść siedzieć, został z miejsca dyrektorem i Liceum i internatu, co mi wówczas nie dało nic do myślenia. Elegancki, obyty, inteligentny. Dużo z nami rozmawiał, bardzo go lubiliśmy. Uczył polskiego, a nie znając literatury polskiej, opowiadał nam po kolei wszystkie dzieła Szekspira. Robił to wspaniale, bardzo nam imponował i miał nasze pełne zaufanie. Dopiero oglądając moje papiery pod koniec studiów zrozumiałem, że miał utajnioną twarz.

 

Przygotowania do studiów

Moje własne lektury były bardzo zróżnicowane i to nie tylko dlatego, że w Łobezie biblioteka dopiero się rozwijała. Po prostu nie bardzo wiedziałem, co właściwie miałbym robić dla osiągnięcia swojego celu, poza zgłoszeniem moim władzom, że chcę iść na uniwersytet. Oni się uśmieli, a i ja sam miałem bardzo niejasne wyobrażenie o tym, czym są studia i co to znaczy wyższe wykształcenie. Skoncentrowałem się z jednej strony na encyklopediach i słownikach. Słownik Wyrazów Obcych znałem chyba na pamięć. Z drugiej - na wielkiej literaturze. I to w taki sposób, że czytałem po kolei wszystkie dostępne mi dzieła jakiegoś pisarza - Balzaka, Conrada, Sienkiewicza. W efekcie całkiem mi się pomieszało, co było w jednej książce i nie zdałbym chyba żadnego egzaminu z literatury. Wiedziałem za to dużo o pisarzu, tak jak przejawiał się w swoich dziełach. Szukałem tego, co zrozumiałem w ich biografiach. Przyznam, że raczej bezskutecznie.

Być może była to pewna inspiracja do psychologii. Kupowałam skrypty uniwersyteckie z fizyki. Dzięki nadprogramowemu przygotowaniu z matematyki coś niecoś z tych książek rozumiałem. Matematykę lubiłem jednak tylko jako dyscyplinę teoretyczną, jako sposób pojmowania świata. Rozwiązywanie zadań podręcznikowych nie interesowało mnie wcale, chociaż maturę zdałem bez trudności. Mój prawdziwy entuzjazm wzbudziło gdzieś zdobyte, stare wydanie Euckena "Historia Filozofii". Pierwszy raz miałem w ręku taką książkę. Chłonąłem ją z gorącymi uszami. Jeszcze teraz mam notatki z tej lektury i mogę cytować z pamięci: "Jądrem mądrości Greków było czynnie zachowywać się wobec rzeczy." To było zdanie wyjęte mi spod serca. Nareszcie. Sięgnąłem do Platona: "Wszystkie ciosy losu ześlizgują się z duszy mądrej i odważnej, która poznała dobro wieczne. W wypadkach nieszczęśliwych najlepiej zachować się spokojnie i nie wzruszać się, ponieważ w takich rzeczach ani dobro ani zło nie jest jasne." Tych słów potrzebowałem. To było to, co mogłem zgłębiać. Również przez tomisko psychologii, nudnego i rozwlekłego Höffinga przegryzłem się z entuzjazmem. To były pierwsze kontakty z myślą serio, z czymś głębokim, w co można i trzeba było wnikać, a nie tylko nalewać do dzbana pamięci.

Zrozumiałem, że fizyka jest wielka i głęboka, dając szansę wyobraźni, a filozofia jest w dodatku mądra. Filozofia zajmująca się człowiekiem jest mądra i ważna. Złożyłem papiery na psychologię

Jakim byłem uczniem? Dobrym początkowo i na końcu. Po dwóch latach tak ostrych wymagań, jakie sobie stawiałem i oporu, jaki mi stawiano - byłem już znużony. Poza tym bardzo dokuczał mi reumatyzm, kaszel i bóle zębów, a nie było dentysty. Nie wiedziałem wówczas, że mam gruźlicę. Na nodze rozrastały się wielkie, ropiejące rany, zarośnięte zzieleniałym, dzikim mięsem. Kaszel i bóle traktowałem jako normę. Rany w końcu zoperowałem sobie sam, wycinając brzytwą zgniliznę do czystego mięsa. Bóle zębów załatwiały garście aspiryny.

Nie byłem w stanie rozwiązać swojej sytuacji prawnej. Władze oświatowe wciąż usiłowały się mnie pozbyć. Wytyczono nawet sprawę sądową o brak opieki nade mną. Ja odpowiadałem na to, że nie mam opiekuna! Milicjant doprowadził mnie na rozprawę, woźny trzasnął przez łeb za to, że nie trzymam rąk "pa szwam". Stało się to jednak dokładnie po ukończeniu przeze mnie 18 lat. Sędzia więc zwolnił mnie po obejrzeniu metryki. Nie mam pojęcia, co zamierzał i co mógł ze mną zrobić.

Zaczynałem mieć tego dosyć. Próbowałem różnych innych działań, wojska, pracy administracyjnej, nawet prowadzenia gospodarstwa rolnego, ale za każdym razem było jasne, że zamkną mi one drogę na uniwersytet. W końcu załamałem się całkowicie. Miałem na półrocze 5 dwój i czwórkę z zachowania. Pisałem wówczas: "Cierpienia doskonalą duszę ludzką, ale zbyt dużo cierpień ją wypacza, nie chcę być nienormalny." Na szczęście, właśnie zakochałem się pierwszą, młodzieńczą zwariowaną miłością z wystawaniem pod oknem i burzliwą korespondencją. Ubóstwiana dziewczyna, Krysia Wajsówna z miejscowego high lifu, nie kochała mnie, ale lubiła i była na tyle mądra, że uczyniła, iż znowu uwierzyłem w siebie. Stanąłem na nogi, przestałem się mazgaić i znowu ruszyłem do ataku. Najpierw dla niej, a potem już poszło. Maturę zdałem bardzo dobrze. Jednakże specjalny dyplom gwarantujący studia, uzyskał mój rywal, jako mocniejszy politycznie. Rywal, gdyż taka była metoda ZMP-owska, że ścigaliśmy się. Na ścianie klasy wisiał grafik z sumą ocen każdego z nas. Wysokość słupków była każdego dnia aktualizowana. Dodam, że klasa była doborowa, gdyż rok przed maturą znaczną część uczniów skłoniono do przeniesienia się do Liceum Pedagogicznego w Szczecinie.

 

Charakterystyka środowiska

Trochę miejsca poświęcę środowisku w którym dojrzewałem. W małym, 3­tysięcznym Łobezie były w pierwszych latach po wojnie dwie drużyny piłki nożnej, jedna w klasie A (obecnie I liga). Była rewia z restauracją w domu PSS i amatorski teatr, który jeździł po całej Ziemi Szczecińskiej. Byłem jego szefem i reżyserem. Cały kłopot polegał na tym, że nigdy nie widziałem innego teatru niż swój. Wobec tego pojechałem na gapę do Krakowa i wślizgnąłem się do Teatru Starego. Zobaczyłem tam Solskiego w roli wiarusa, płakałem podczas długiej burzy braw na stojąco, a nawet teraz, gdy to piszę, mgli mi się wzrok.

Do klubu sportowego "Rega", w którym boksowałem, należało około tysiąca osób, a wiec co trzeci mieszkaniec. Gdzieś tam istniało PPR i wojsko, dzielnice willowe zajmowali sowieci, była silna i aktywna PPS i PSL. Spora grupka OMTUR-owców, serio traktujących swoją naukę. Nieco ZWM-owców, bez wpływów. Prężne "Wici". Dominowało jednak harcerstwo, które z proporcami, w szyku rozstawnym, zajmowało każdej niedzieli główną ulicę, maszerując z przytupem do kościoła. Harcerstwo bogate, bo z własnym folwarkiem obsługiwanym przez Niemców i z piękną willą.

 

Weltanschaung

Byłem też zaangażowany w to, co można ogólnie nazwać sprawami społecznymi. Jako harcerz chodziłem robić kocią muzykę konferencjom PPR-u i gdyby trzeba było, ruszyłbym bez wahania "do lasu". To sprawa atmosfery. Wydaje mi się, że w moim środowisku, głównie wiejskich chłopców - Sybiraków zamieszkałych w internacie, odbiór polityki bardzo różnił się od tego, czym polityka była dla wielu dorosłych, szczególnie mieszkańców większych środowisk. Nasza "masa apercepcyjna" była zupełnie inna. Odczuwaliśmy radość i entuzjazm, że nie jesteśmy już TAM, że przeżyliśmy wbrew wszystkiemu, że żyjemy w Polsce, w niepodległym kraju, żyjemy też dla niego.

Niełatwo było ten entuzjazm zmącić. Być może z powodu rodzaju naszych doświadczeń, różne ograniczenia, istnienie UB, aresztowania, donosy, polityczną propagandę, traktowaliśmy jak naturalne zjawiska przyrodnicze. Zresztą to co się działo, o czym mówiono, to wszystko było bardzo łagodne w porównaniu z tym, co znaliśmy. Dla nas odniesieniem były skrajnie inne warunki Związku Radzieckiego, tamte obyczaje i rygory.

Może wydać się dziwnym, ale ZSRR nie kojarzył się nam z żadną ideologią. To był nieopisany horror, który mieliśmy za sobą i o którym nie chciało się nawet myśleć. Chyba wypieraliśmy go. Z zasady nikt z nas nie opowiadał o swoich przeżyciach ze zsyłki. Obraz ZSRR podawany w propagandzie traktowaliśmy jako świat sam w sobie, który nie ma nic wspólnego ze światem realnym. Realna władza polityczna naszego kraju nie istniała dla nas jako siła szczególna, dająca o sobie znać na co dzień. Istniała Polska, gdzieś tam jakaś nieokreślona "centrala", ale przede wszystkim istniał Łobez i nasze szanse na normalne życie.

Aż do lat 50-tych czuliśmy się odpowiedzialni za nasze miasteczko, za naszą szkołę. Nie mieliśmy poczucia, że jesteśmy politycznie kontrolowani, a mieliśmy poczucie, że to my kontrolujemy nasze środowisko. Jest to orientacja całkiem nieznana dzisiaj i chyba nie była znana w wielu szkołach naszego kraju, gdyż nasze Liceum było ważną instytucją w miasteczku. Świat poza nami nie był taki ważny. Odbudowywaliśmy kort tenisowy, park, ścieżki na górze, zwanej "pomnikiem", urządzaliśmy piękne świętojańskie noce, odgruzowywaliśmy kościół, organizowaliśmy masę imprez społecznych. Bardzo chcieliśmy normalnie żyć i żyliśmy. Dam przykład. W dniu przybycia mojego transportu do Łobezu, miasto było całkowicie puste. Sprawa wyjaśniła się dopiero wieczorem. Były to Zielone Świątki i WSZYSCY nieomal mieszkańcy byli na majówce w pobliskim, pięknym, bukowym lesie nad Regą.

Zmiany polityczne dokonywały się niezauważalnie. Gdzieś tam w "centrali" zapadały nie interesujące nas decyzje. Pojawił się na miejsce szyldu PPR, szyld - PZPR, a zniknęły inne organizacje. Tego też nie odbieraliśmy osobiście, jako ważnych dla nas wydarzeń. Po rozwiązaniu "dawnego" ZHP, wstąpiłem do "Wici", a stąd już automatycznie do ZMP. W internacie należał tam chyba każdy. Bycie "obok" w ogóle nie wchodziło w rachubę. Wynikało to z mojej sytuacji, ale też z kontynuacji powojennego entuzjazmu odbudowy Ziem Odzyskanych. To była nowa platforma działania. Zorganizowaliśmy Brygadę Lekkiej Kawalerii, która przyjęła kontrolę nad magazynem żywności i kuchnią internatu. Natychmiast poprawiło się wyżywienie. Nic o nas bez nas. Zasada ta mi odpowiadała. Ceremoniał polityczny, akademie, szturmówki znałem od lat i nie traktowałem go poważnie. Był to konieczny rytuał.

Nie znaczyło to, że nowe założenia ideologiczne były mi całkiem obce. Odpowiadał mi racjonalizm w wyjaśnianiu zjawisk społecznych, tym bardziej, że dostępna mi opcja przeciwna była mało zborna, emocjonalna, nie proponowała nic konstruktywnego i przyszłościowego, stawiając głównie na odtworzenie świata, który już odszedł. Nie miałem sympatii do nowego ustroju, ale też nie sądziłem, aby można było budować przyszłość wracając do świata sprzed wojny. Za dużo się wydarzyło. Natomiast tu prostota zasad była tak znaczna, że wydawało się, iż nie da się poza nią ukryć żadnego oszustwa. Podstawy marksizmu Georga Polltzera, które wywarły na mnie wpływ, to znakomicie i bardzo przekonująco napisana książka. Wydaje mi się, że nie ma po dzień dzisiejszy, żadnej przeciwnej jej i równie dobrej. Była napisana w latach trzydziestych we Francji, dla młodzieży robotniczej, ale doskonale pasowała do naszych umysłów. Podobała mi się też zasada centralnego planowania, gwarantującego oszczędność środków i obejmowanie ważnych spraw. Wyobrażałem sobie, że teraz będzie można na przykład stworzyć generalny plan miasteczka, najbardziej racjonalny i zrealizować go jako całość i że ja będę miał w tym udział od początku do końca. Nie było to dalekie od wizji "szklanych domów".

Podobała mi się też nowość, jaką była samorządność uczniowska w szkole, bo tak to na początku wyglądało. Uczniowie uzyskali głos na radzie Pedagogicznej, mogli wysuwać pomysły, a także bronić interesów uczniów. Gdy jednak zawitał do nas ówczesny "oszołom" z jakiegoś szczebla (pierwszy raz widziałem tę typową obecnie mutację homo sapiens) wywaliliśmy go z budynku szkoły z trzaskiem tak wielkim, że aż zaniepokoiło się UB. Machnęli w końcu ręką, gdy okazało się, że nikt niczego nie widział, a widać nie mieli wówczas ochoty na naszej prowincji na ryzykowanie jakiejś sprawy politycznej. Wydawało się zresztą, że łobeski szef UB, rudy i wyglądający nieporadnie Źyd, jest przede wszystkim zainteresowany swoją hodowlą gęsi i niechętnie uczyni cokolwiek, do czego nie będzie zmuszony. Kradliśmy mu w sadzie jabłka. Byliśmy tak oderwani od rzeczywistości, że jadąc z wycieczką w góry, przemaszerowaliśmy przez park w Stargardzie Szczecińskim z dużym transparentem, że to my, Liceum im. Tadeusza Kościuszki, a było to akurat 3 Maja. Też nas jednak w końcu nie aresztowali, pukali się w głowy, a my i nasi nauczyciele nie mogliśmy zrozumieć ani jak duże było ryzyko, ani o co ten gwałt.

Bardziej złożone były moje stosunki z Kościołem. Wspomniałem już, że byłem gorąco religijny. Podkreślam tu temperaturę, gdyż nie było to niczym pogłębione. Moje osobiste kontakty z księżmi jednak się nie udawały. Nie byłem ministrantem, gdyż za bardzo byłem nikim, a jeśli nawet czymś - to raczej zadrą sumienia, jedyną w mieście sierotą poza rezerwatem sierocińca i bez formalnych opiekunów. Wspomniałem już o wstępnym incydencie. Były i inne, na przykład, gdy moi koledzy dostali odzież, a nawet kożuszki lotnicze z pomocy zagranicznej, ja - tak dla żartu chyba - dostałem od księdza białe getry. Na tym moje doświadczenia się nie kończyły. (...) Postanowiłem zamówić mszę św. za duszę moich rodziców. Ksiądz, owszem, pieniądze przyjął i wyznaczył datę. W niezwykle uroczystym nastroju poszedłem rano do kościoła. To była moja pierwsza msza, jaką mogłem wykupić za Rodziców. Byłem przekonany, ze dając taką górę pieniędzy, zamówiłem mszę za nich. W pewnym momencie usłyszałem odczytaną w pośpiechu długą listę kilkudziesięciu imion, dla skrótu tylko z Julią, a bez Bogumiła. Uroczysty nastrój padł.

Gdy nasz kolejny Katecheta zasugerował, że powinniśmy iść pod kaplicę Badaczy Pisma Świętego, gdzie odbywał się ich zjazd, aby czynnie wyrazić im swój wstręt, po raz pierwszy się zbuntowałem. Byłem więc tam tylko jako świadek. Mimo to, tak jak i moi koledzy, nie uniknąłem moralnego kaca. Wybito im szyby, a "Jehowy" szli z uśmiechem, szpalerem przeklinającej i plującej młodzieży i głośno modlili się za nas.

Nie były to powody do tego, abym przestał wierzyć w Boga i przestał się modlić, ale religia stała się odtąd moją bardzo prywatną sprawą. Poznałem później kilku mądrych i dobrych księży, zrozumiałem, że czym innym jest "aparat", a czym innym wierzący, że w ramach instytucji Kościoła Katolickiego istnieje wiele różnych odrębnych ideowo instytucji. Jedne z nich zdecydowanie aprobuję, inne są mi obce, a innych nie mogę zaakceptować. Przy okazji muszę wspomnieć, że Badacze Pisma świętego jeszcze kilkakrotnie zaimponowali mi swoim serio traktowaniem zasad wiary. Widziałem w latach 50-tych, jak poszczuci kryminaliści bili ich w więzieniu za to, że - jak im powiedziano - nie kochają Matki Boskiej i jak oni modlili się za tych, co ich bili i jak ci, co ich bili, już po kilku dniach śpiewali psalmy. Fanatyzm ich sprawił jednak, że byli mi obcy. Z czasem poznałem i nauczyłem się szanować rzetelność religijną i uspołecznienie protestantów, a jeszcze w Majkainie dał mi do myślenia kolega muzułmanin, który widząc, że modlę się do obrazka, zarzucił mi prymitywizm i pogaństwo. Jeśli wierzysz w jednego Boga, to powinieneś też wierzyć, że jest on wszędzie i wszystkim. Sam jednak modlił się z twarzą skierowaną do Mekki. Po kilku nawrotach religijności odłączyłem się od Kościoła.

Czym był dla mnie pobyt w Łobezie? To były tylko cztery lata. Za każdym razem stwierdzam to ze zdumieniem, gdyż w moim poczuciu był to niezmiernie długi okres życia. Właściwie całe jedno życie. Tam dopiero przeszedłem opóźniony okres dojrzewania, tam znalazłem przyjaciół, pokochałem to piękne miejsce i zawsze odwiedzam je z poczuciem, jakbym powracał do domu. Mam chyba nadmiar moich małych ojczyzn - Wołożyn i Łobez i Poznańskie. Jestem do nich przywiązany, chociaż do każdej inaczej.

 

(fragmenty "Autobiografii Naukowej")


Kazimierz Obuchowski - prof. psychologii UAM w Poznaniu - "Łobezianin" absolwent LO - 1951 r.



"Łabuź" nr 14, czerwiec 1995 r.

 



Marian Zdanowicz

OD POCZĄTKU

"Cześć Mańcia!" Jest to sygnał, że w pobliżu człapie Lalek. Jeżeli torba, którą targa na ramieniu powoduje, że Lalek się nieco ugina to jest to nieuchronny znak, że zacznie się wciskanie "kitu" tj. nowego numeru ŁABUZIA. Jeżeli Lalek stoi i wesoło pokrzykuje oznacza to, że przyszła pora uregulować należność za wcześniej wciśnięty ki..., no ŁABUZIA.

Lalka nie sposób uniknąć, gdyż kursuje nie tylko w śródmieściu. Ostatnio zahaczyłem go pierwszy. Mam należność. Po ocenie, że wręczyłem ile trzeba Lalek rzecze - Mańcia napisz co nieco o swoich pierwszych latach w Łobzie. Po pierwsze nie w Łobzie a w Łobezie. Kiedyś wszystko działo się w Łobezie, Po drugie - o czym pisać, kiedy się miało niespełna 9 lat. A po trzecie pisanie idzie mi jak po zamarzniętej grudzie. Potraktowałem więc propozycję Lalka jako żart. Okazało się jednak, że Lalek nie żartuje. Kilka dni po pierwszej rozmowie z drugiej strony ulicy obrońców imperium sowieckiego, słyszę - Cześć Mańcia - pamiętasz o naszej rozmowie? Pamiętam, pamiętam. Tylko od czego tu zacząć. Ano, zacznij Mańcia od początku.

Jest marzec 1946 r. W dalekim Omsku formuje się transport wagonów towarowych, którym zostaną przewiezione; do Polski ocalałe rodziny narodowości polskiej i żydowskiej wywiezione na zsyłkę z Kresów Rzeczpospolitej w roku 1940. Mówię "ocalałe", gdyż pozostali na zawsze tam w zmarzlinie syberyjskiej z mojej rodziny: babcia, młodsze rodzeństwo - siostra i brat. I tak po trzech miesiącach obijania się po kątach wagonu transport już okrojony zatrzymał się na stacji ŁOBEZ. Jedna z rodzin ze wspólnie zajmowanego wagonu decyduje się na pozostanie w ŁOBEZIE. Decyduje się na to również moja mama. Ta rodzina jest kompletna tj. mąż, żona, dzieci. On zatrudnia się w Straży Pożarnej i wprowadzają się do mieszkania przy ulicy Szkolnej 4 (parter). My zajmujemy piętro. Wszędzie niesamowity bałagan. Dom splądrowany od góry do dołu. Powyrywano nawet gniazdka wtykowe i wyłączniki. Aby włączyć światło trzeba połączyć dwa gołe druty, W dzień próby wyglądają nieźle. Gorzej wieczorem. Kopie. Centrum miasta w gruzach. Na odcinku od Poczty do ulicy Spokojnej i od Murarskiej do Bema same gruzy. Pozostało kilka pojedynczych budynków przy ulicy Mickiewicza. Jest również całkowicie zniszczony kwadrat ograniczony ulicami Bieruta - Kom. Paryskiej - T. Kościuszki - Krótka, Próbuję nawiązać kontakt z rówieśnikami. Idzie opornie. Okazuje się, że rozmawiamy różnymi językami. Podobnymi, ale różnymi. Rozumiemy się natomiast b. dobrze z czerwonoarmiejcami. którzy smarują na murach bukwy "Naszo dieło prawoje". Po kilku dniach na sąsiedniej ulicy Głowackiego pojawili się chłopcy - Sybiracy. Osiedliły się tam pod numerem - nie ważne... Chłopcy w podobnym wieku jak ja, lecz bardziej "oblatani". Penetrują opuszczone budynki. Ja tez. Palą papierosy i zbierają pety na ulicy. Uczą mnie też. Tadek i chyba Józek z zasypanej gruzem piwnicy wydobywają zastawy stołowe, sztućce i inne rzeczy. Rodziny od tej pory jedzą z porcelany. W opuszczonych budynkach niewiele można znaleźć. Na podłogach porozrzucane morze papierów z których wystają fotosy Hitlerów, Goebelsów, Himmlerów itd. W jednym z budynków przy ulicy Murarskiej na podłodze leżą tysiące znaczków pocztowych z podobizną Hitlera. Depczemy ze złością - nie wiem dlaczego. Sprawcą naszych nieszczęść był przecież Stalin. Któryś z chłopców opowiada o skarbach "ruskiej dzielnicy". Tak nawiasem - drogi Leonie to w skład "ruskiej dzielnicy" poza ulicami wymienionymi w "Łabuziu" nr 10 wchodziła jeszcze ul. Wojska Polskiego a obecna ul. Marii Konopnickiej po opuszczeniu wojsk sowieckich nazywała się Roosevelta. Dostać się jednak do "ruskiej dzielnicy" (omawianej) jest trudno. Wjazdu i wchodzenia strzegą stałe posterunki. Okazuje się, że nie wszędzie. Od góry ul. Zielonej cicho. Nie widać posterunków. Obserwujemy jakiś czas. Nie widać żołnierzy. Decydujemy się na "atak" oczywiście w zamiarach poszukiwawczych czyli złodziejskich. Drzwi pierwszego budynku zamknięte. Drugie też. W następnym budynku otwarte. Ostrożnie dokonujemy przeglądu parteru i piętra. Pomieszczenia są tak wyczyszczone, że nie widać nawet walających się papierów. W jednym z pokojów na piętrze odkrywamy sporo szabli. Jest też kilka karabinów z bagnetami no i amunicja. Ja biorę dwie szable i do kieszeni upycham amunicję. Koledzy podobnie. Wychodząc z budynku wpadamy w oko sołdata, który niespodziewanie pojawił się u zbiegu ulicy Chopina z Zieloną. My w nogi pod górę, on za nami i w krzyk. W połowie drogi obejrzałem się i widzę, że goni nas trzech a może czterech sołdatów. Strach obleciał taki, że przycisnąłem jeszcze bardziej "na pedał", porzucając łup. Nie strzelali. Nie dogonili. Zysk z wyprawy po "skarby": kilka sztuk naboi do karabinu. Zaczynam kręcić się przy chłopcu o pseudonimie Lemoniada. Lemoniada, starszy ode mnie o kilka dobrych lat, wreszcie akceptuje moją pomoc właśnie przy sprzedaży lemoniady. Lemoniada pobiera towar w restauracji "LWOWIANKA" a sprzedajemy z peronu pasażerom wystawiającym ręce z okien wagonów. Ja pracuję za butelkę lemoniady. Zyski Lemoniada ma niewielkie, bo pasażerowie czasami "nie zdążą" zapłacić i zwrócić pustej butelki. Lemoniada braki butelek uzupełnia jeżdżąc rowerem za Stadniki czyli Świętoborzec. Raz jedziemy razem na jednym rowerze. Okazuje się, że skład butelek znajduje się w pomieszczeniu tartaku na niewielkiej rzeczce. Zabieramy jeden transporter i do domu. Lemoniada musiał się mocno napedałować targając mnie na ramie i ten transporter butelek.

30 lat temu a może i więcej zaczepia mnie na ulicy kapitan wojsk lotniczych. Cześć! Ty co, nie poznajesz, to ja Lemoniada. A niech mnie kule ....

Chłopcy z ulicy Głowackiego skutecznie przyzwyczajają mnie do palenia tytoniu. Ktoś zdobywa cygara. Rozsiadamy się wygodnie na wystającym z gruzów murku (miejsce dzisiejszej Centrali Telefonicznej) i zaczynamy palenie. Ja z czymś takim tj. cygarem spotykam się po raz pierwszy. Zaciągam się raz i drugi. Czuję zawrót głowy. Spadam z murku jak chrabąszcz, któremu się przerwie nagle lot. Od tego czasu nie palę cygar. W sierpniu 1946 r. przeprowadzamy się na ul. Kraszewskiego. Tu poznaję nowych kolegów. Zaprzyjaźniam się najbardziej z chłopcami S. i Ź. - Sybiracy. Nie mają ojca, tak jak i ja. Zginął pod Monte Casino. Dziś po latach zdaję sobie sprawę, jak trudno było pani S. wychować - wyżywić 4 budrysów. Chłopcy byli jednak zaradni i pomagali w zaopatrzeniu mamie, która była pogodna i zawsze kręciła się przy kuchni. A my od wiosny do jesieni tylko na ryby, grzyby i jagody. Bakcyl łowienia ryb zaszczepili mi właśnie Bolek, Gienek i Franek. Karasie w stawach i małych jeziorkach łapiemy kipą tj. koszem metalowym. Płocie w jeziorach w okresie tarła rękoma. W Redze pod kamieniami na widelec miętusy i głowacze. A tak normalnie to na wędkę składającą się z kija leszczynowego i żyłki z końskiego ogona. Zestaw wędkarski był zawsze własnej produkcji chłopców. Kupowano jedynie haczyki. Wody w tamtym czasie kryształowo czyste. Na ryby jeździmy i chodzimy również na Rajówkę (Brzeźniak) 12 km. Jeździmy to może za duże słowo. Z reguły na jeden rower przypadało dwóch a nieraz i trzech chłopców. Dobrze jak jest rower męski. Jedzie wówczas jednocześnie dwie osoby pedałując na zmianę. W przypadku damki jeden jedzie a drugi za nim biegnie. Po ujechaniu kilku kilometrów zostawia biegnącemu z tyłu rower i sam rozpoczyna bieg. Ten biegnący dociera do leżącego roweru. Teraz on jedzie itd. Na Rajówce to dopiero było wędkowanie. Franio, najmłodszy z braci, jest prawie zawsze rekordzistą, tak na sztuki jak i wagę. Nocne wędkowanie było bardziej efektywne jak w dzień. Polegało na tym, iż zarzuconą wędkę w ciemno chodziło się od czasu do czasu sprawdzić. Prawie zawsze była ryba. Franio do jednej wędki wiąże kilka haczyków, wyciąga więc dwie, trzy ryby. Uwiązałby więcej, ale Franio wie, że nie wytrzyma tego ciężaru koński ogon. Zimą pierwszy śnieg oznaczał czas wyruszyć w pola i zagajniki. Rozpoczynały się bowiem łowy zajęcy i kuropatw. Koledzy starsi ode mnie od roku do 5 lat umiejętności traperskie posiedli w stepach i tajdze syberyjskiej. Z "polowania" wracali prawie zawsze z jednym lub kilkoma zajęcami. Byli po prostu bezbłędni. Nie mogę powiedzieć tego o sobie.

Jest rok 1947. Na stację kolejową ŁOBEZ zaczynają zwozić jako złom czołgi i armaty. Przyglądamy się uważnie od drugiej strony torów. Trwa to kilka dobrych dni. Bliżej podejść nie można, bo przeganiają żołnierze. A nas pcha przemożna ciekawość i jakaś nieodparta siła. Wreszcie cicho. Nie widać kręcących się żołnierzy. Podchodzimy bliżej i bliżej. Nikt nie odgania. Oglądamy i dotykamy żelastwo. Jest kilkanaście czołgów i kilka armat. Słyszę krzyk radości. To Gienek siedzi na czołgu i wymachuje spalonym pistoletem. Jest to również sygnał, że należy jak najszybciej zająć swój czołg. Włażę do najbliższego. Jest wypalony. W następnym nie widać spalenizny. Stoją równiutko naboje do działa. W zakamarkach swojego czołgu i ja znajduję upragniony pistolet Jest duży, przerdzewiały i bez iglicy, ale jest. Każden z nas ma w garści jakieś żelastwo. My, młodsi chłopcy bawimy się w wojsko i wojny. Najlepszy teren do tego celu stanowi lasek usiany pagórkami a położony tuż przy torach w pobliżu wodospadu i ul. Mostowej (Segala). Taka "bitwa" rozpoczynała się późnym wieczorem a kończyła, gdy było już ciemno. Po zabawie szliśmy do domu chłopców, gdzie graliśmy w karcianego tysiąca lub duraka czyli durnia. Zawsze wszystkie spotkania odbywały się w domu S.

Pewnego razu jak zwykle po powrocie z lasku zasiadamy do kart. Od początku wszyscy czują smród puszczonego pawia. Ale para wcześniej czy później ulatuje, ten jednak wisi w powietrzu przez cały czas. Staje wreszcie w drzwiach od kuchni pani S., aby pogonić jak zwykle chłopców do spania i coś ją zamurowało. Po chwili krzyczy "A chaj was cholera, który to tak okrutnie się zebździł. Otwierać okno i drzwi!" - rozkazała. Pośpiesznie wstajemy od stołu. "A ty co?" - spodnie moje są przyklejone do krzesła. Ze wstydu się czerwienię. Musiałem "poderwać" to gówno w czasie "walki" czając się za drzewem lub pagórkiem. Nie, na pewno za drzewem, pagórki były za niskie. Przystępujemy również do demontażu amunicji armatniej tj. do oddzielenia pocisku od gilzy (łuski). Wewnątrz naboju są laski prochu z dziurkami pośrodku. Końcówkę zapalonej laski przyciskało się do ściany albo nadeptywało butem i następował odrzutowy start i lot tego prochu. Zabawa ta była przyczyną wielu przykrości w szkole. Amunicja armatnia znajdująca się w czołgach z uwagi na "latający" proch szybko zniknęła. Jakiś nieznajomy starszy chłopiec z drugiego końca miasta odkrywa nienaruszony pocisk w zamku wolno stojącej armaty. Wykręca spłonkę i drutem rozpoczyna wydobywanie prochu przez niewielki otwór. Idzie to długo i opornie. Ja z Gienkiem kibicujemy mu. Wyciągnął niewiele. Chyba się znudził. Dał kilka lasek mnie i stojącemu obok koledze. Resztę schował za pazuchę pozostawiając jeden pręcik, który podpalił. Wsadził podpaloną laskę do otworu, z którego wydobywał proch. Rozkazał uciekać! Robimy to w wielkim pośpiechu. Ja z kolegą uciekamy w kierunku przejazdu kolejowego ul. Węgorzyńskiej. "Podpalacz" zaś w kierunku przejazdu ul. Gdańskiej dziś H. Sawickiej. Gdzieś na wysokości przejazdu słyszymy potężny wybuch. Biegniemy dalej do końca ulicy Węgorzyńskiej i dalej do lasu przy torach kolejowych. Gienek narzeka na kolkę w boku. Odpoczywamy. Może po godzinie a może i więcej schodzimy do torów. Jesteśmy w pobliżu przejazdu kolejowego ul. Kwiatowej dziś Waryńskiego. Wąskotorówką idziemy do domu. Tu informują nas, że został zniszczony słup telefoniczny kolejowy strzałem z armaty. A to pech, że musiał tam stać ten słup. Milicja i UB szukają sabotażysty(ów).

Na ulicach ruch niewielki. Jeżdżą po mieście dwa samochody ciężarowe. Jeden należy do krochmalni, drugi do PGR Radzim. ten z PGR stale widzę przy budynku UB tj. Bieruta 28. Osobowych też jest dwa. Stare dekawki do dyspozycji starosty i vice starosty. Jest jeszcze w mieście motor, którym się rozjeżdża Tadek S. Ten motor jest tak głośny, że jak go zapala przy ulicy Kościelnej to słychać odgłosy przy ulicy Mariackiej (J.Krasickiego). W mieście jest sporo budynków niezamieszkałych. Te puste budynki to zaplecze opałowe dla już zajętych. Powojenni łobzianie mimo biedy radują się. Przez otwarte okna dochodzi wesoły gwar, muzyka i śpiew w rodzaju "Co użyjem to dla nas, bo za sto lat nie będzie nas..." Ja z otwartych okien czuję woń cameli.

Jest nadal rok 1947...

 

Marian Zdanowicz

 
"Łabuź" nr 12, grudzień 1997 r.

 



H. R. z domu Ilewicz

TADEUSZA KOŚCIUSZKI

W 1946 r. wiele rodzin - WILNIAKóW wysiadło z towarowego pociągu udekorowanego kilimami, zielonymi gałązkami i świętymi obrazami, wiozącego stamtąd aż tutaj - na ZIEMIE ODZYSKANE całe rodziny z zabranym i zapakowanym w wielkie skrzynie i kufry dobytkiem, z krowami, koniami, świniami.

Niepewność, strach, ciekawość oraz pokrewne uczucia targały zarówno dorosłymi jak i dziećmi. Mężczyźni, jako głowy rodzin, poszli załatwiać formalności, wybierać mieszkania. Co odważniejsi wybierali okazałe domy (było ich wiele - pustych, umeblowanych). Tatuś wybrał najbrzydszy - mały, bez okien, bez drzwi, pełen śmieci - ale w środku miasta, przy ulicy T.Kościuszki - dlaczego?:

  • bo bał się, czy aby nie wrócą byli właściciele okazałych domów i czy nie wygonią;
  • ponieważ przy domu był ogródek i pomieszczenia dla świń i krów;
  • dlatego wreszcie, że był krawcem i uważał, iż mieszkając w śródmieściu będzie miał ruch w interesie.

 

PARK PRZY ULICY T. KOŚCIUSZKI

Zaludniały się domy, zapoznawali sąsiedzi, obowiązkowo wbijali w ziemię tuż przed drzwiami - od strony ulicy - ławeczki. Po zakończeniu obrządków domowych przy zwierzętach rozpoczynało się życie towarzyskie na tychże ławeczkach. Do późnej nocy sąsiedzi rozmawiali - wspominając, żartując a często coś śpiewając.

Dzieciarnia z tej ulicy, pod czujnym okiem dorosłych, grała w klasy, popychała na drucie różne koła (najczęściej fajerki kuchenne wykradane z domu lub znalezione w gruzach albo na śmietniku), skakała na skakankach, grała w szkiełka, w berka, w chowanego. Było się gdzie chować!

Cały park (miedzy ul. T. Kościuszki a ul. B. Bieruta - obecnie Niepodległości) był porośnięty krzakami. Rosły one na pagórkach starych niemieckich grobów; rosły pomiędzy nimi. Gdzieniegdzie sterczały ocalałe kamienne nagrobki. Dzieci zziajane, umorusane z poparzonymi, brudnymi nogami najbardziej lubiły bawić się w parku - tu było ich królestwo. Wydeptane w krzewach długie labirynty uliczek i korytarzy, pokoi, chowały je przed wzrokiem dorosłych, kryły ich tajemnice i skarby: znalezione w gruzach poobtłukiwane naczynia, łyżki, kubki, kolorowe szkiełka, zepsute zabawki a nawet lalkę bez jednej ręki i nogi. Ta lalka była marzeniem każdej dziewczynki, dlatego jej właścicielka ciągle zmieniała skrytkę dla swego skarbu.

Ulica, domy, krowy, ławeczki, ludzie i park - to była jedna wielka wspólnota. Z czasem nierówności grobów zniwelowano, część krzaków wycięto i park porosła bujna trawa. W środku postawiono wielką podłogę z desek - tzw. patelnię; powstało nowe centrum rozrywki i spotkań towarzyskich. Najczęściej w soboty, z całego miasteczka, ściągały rodziny, rozkładały koce na trawie; dorośli częstowali się przyniesionymi przekąskami, młodzież nawiązywała nowe znajomości, dzieci hasały jak młode psiaki. Gdy zagrała muzyka (orkiestra) wszyscy szli w tany. Tańczyli młodzi, starsi i najstarsi. Nikt nic miał żadnych zahamowań, obiekcji - to było spontaniczne. Dla dzieci prawdziwa frajda - pełno nas było w całym parku. Święta Wielkanocne były bardzo ciepłe. Zielona trawa w parku, dziewczynki tylko w sukienkach a co niektóre na bosaka katulały kolorowe jajka po trawie podczas gdy rodzice, sąsiedzi gościli się siedząc na kocach (tak odpoczywało się w wolnej chwili lub w dni świąteczne) po kościele: na ławeczkach przed domem lub na kocach w parku.

Wszyscy z tej ulicy byli jedną wielką, nową rodziną utworzoną z osób przybyłych tu z różnych stron; osób, które za wszelką cenę chciały trzymać się razem, jakby z obawy przed czymś, czy kimś, kto ewentualnie, na tych nowych ziemiach mógłby im w jakiś sposób zagrozić.

Co fascynowało jeszcze dzieci w parku (prócz tajemniczych krzewów)? Otóż na skraju parku, przy żywopłocie, który rośnie jeszcze dzisiaj od strony ul. Mostowej (obecna Segala) stał zburzony, długi budynek, w którym było wiele tajemnych zakątków. Dorośli wyciągali z niego dobre lub zniszczone maszyny do szycia. Tatuś twierdził, że był tam chyba jakiś magazyn. Dla nas, dzieci, to było coś niesamowitego, a już najbardziej rozciekawiało nas jedno miejsce: wysoka, ocalała ściana, którą instynktownie omijano, ale również czajono się w przypływie odwagi, aby jej się przypatrywać. Do dziś, na myśl o niej, przejmuje mnie poczucie strachu. Na ścianie majaczył odbity cień człowieka w płaszczu, w kapeluszu z rozrzuconymi rozpaczliwie rękoma. Ciemny cień postaci pochylony był pod dość dużym kątem, padał! Miało się wrażenie, że coś mu się stało i że nagle padnie na ziemię (był wielkości dorosłego człowieka). Kiedyś, któryś z odważniejszych chłopców spróbował zetrzeć mokrą szmatą część ręki (myślał, że to farba) - nic zmyło się; próbował, zeskrobać zewnętrzną warstwę tynku - w głębi było to samo. Bardzo baliśmy się tej postaci. Gdy uprzątnięto gruzy - dzieci odetchnęły, ale i tak omijały tę część parku.

W najwyższym miejscu parku znajdowały się jeszcze przez dłuższy okres czasu ogrodzone zbiorowe groby oraz usytuowane w rzędzie za nimi pojedyncze mogiły z nagrobkami i tablicami, na których widniały imiona i nazwiska. Były to groby rosyjskie (tak mówiono). Między grobami stał POMNIK-ARMATA, poświęcony poległym żołnierzom. W pewnym roku - sensacja - dla mieszkańców - postanowiono ekshumować poległych żołnierzy i przewieźć ich na jeden zbiorowy cmentarz (ponoć koło Drawska). Teren ogrodzono, wydano zakaz wstępu. My, dzieci z tej dzielnicy, zarzuciliśmy wszelkie zabawy. Godzinami gapiliśmy się na pracujących robotników (goniono nas stamtąd, ale - kto przegoni dzieci?). Przed naszymi oczami roztaczały się makabryczne obrazy:

  • sterty głów na jednej kupie (głowy były jednakowo uczesane, jakby ulizała je krowa - wszystkie miały przedziałki z boku);
  • sterty kości (to z grobów zbiorowych);
  • pojedyncze ciała z grobów wydzielonych (pochowani byli oficerowie).

Najbardziej wstrząsający był moment, gdy wyciągnięto ciało kobiety. Górna cześć nagiego ciała oderwała się. Położono je na ziemi do góry plecami. Miała długie rude włosy a w zgniłe ciało pleców wbite były korale (sznur korali) - mówiono, że bursztyny. Wszystko składano w skrzynie, ładowano na samochody...

 

KROWY

Prawie wszyscy pierwsi przesiedleńcy przywieźli ze sobą bydło, szczególnie krowy. Wszyscy mieli świeże mleko. Charakterystyczny obrazek miasta z samego rana i wieczorem to kroczące ulicami krowy a za nimi dorośli - rankiem; dzieci - wieczorem. Sześcio-, siedmio-, ośmiolatki i starsze goniły krowy na pastwisko lub z pastwiska. Często widziało się kobiety dźwigające pełne wiadra mleka, wracające z pastwiska z udoju południowego. Krowy z ul. Kościuszki i z "RUSKIEJ DZIELNICY" (ul. Słowackiego, Konopnickiej, Kopernika i inne z tej okolicy) pasły się na łąkach, gdzie obecnie są ogródki działkowe nad Regą (za obecnym cmentarzem). Krowy z innych części miasta miały swoje pastwiska. Przyganiane z różnych ulic tłoczyły się na skraju pastwiska i powoli, pod opieką pastucha oddalały się coraz dalej i dalej, aż znikały za linią widnokręgu. Dla nas było to daleko, tak daleko, że aż nie mieściło się w głowach. To było coś tajemniczego: zginęły krowy?! - nie widać ich?! - co może być tam, gdzie one się schowały?!... Nikomu jednak nie przyszło do głowy, aby tam się zapuścić - daleko, za krowami. Nikt by nie śmiał. To przecież tak daleko i chyba... tylko krowy tam mogą być. Czasami rodzice mówili nam, że tym razem krowy pognał pastuch aż za mostek. (Dzisiaj często się chodzi przez ten mostek idąc w kierunku jeziora miejskiego). My, dzieci, często nawet po nocach rozmyślałyśmy o tym mostku. Nigdy nikt tam nic był i wydawało nam się, że to jakieś wyjątkowe miejsce znajdujące się chyba na końcu świata. Jakże można gonić tak daleko nasze krowy, i czy ten pastuch się nie boi? Wieczorem, stojąc pod dębami (koło domu p. Wysockiej) - ul. Wojska Polskiego, na skraju pastwiska z niepokojem oczekiwałyśmy na krowy. Z jakąż ulgą witałyśmy wyłaniające się nagle zza pagórków stado. Pojawiały się najpierw łby... a potem już całe nasze krowy. Szły gromadą, my za nimi - środkiem ulicy. Przy rozwidleniu, krzyżowaniu się dróg, same skręcały w swoją ulicę. Przez ul. Bieruta przechodziła już mała grupka krów z ul. Kościuszki. Byliśmy dumni, że nasze krowy znają tak dobrze drogę do domu. Każda powoli, ociężale niosąc z sobą zapach mleka skręcała na swoje podwórze. Czasami tylko było nam wstyd, że robią kupę na głównej ulicy...

 

RYNEK

Atrakcją dla dorosłych i dzieci były "rynki". W piątki i we wtorki wszyscy bardzo chętnie szli na "rynek". Najpierw odbywały się na obecnym Placu 3-go Marca. Były tam tłumy ludzi, wozy, wózki, worki, duże kosze z jajkami, z serami; były gęsi, świnie, kury, konie, owce itp. Było ciasno, wobec tego wszystko przeniesiono na plac targowy koło naszego parku. Tu było lepiej, mogło zmieścić się więcej wozów. Brzegi placu targowego porastała trawa; na niej siedziały przekupki z rozłożonymi towarami. Czegóż to one nie miały! Po zakończeniu dnia targowego, gdy plac opustoszał, dzieciarnia z Kościuszki biegała szukać pogubionych skarbów. Znajdowano jakieś kolorowe papierki, czasami jakiś mały pieniążek, pogniecione: wiśnie, czereśnie, truskawki leżące w trawie, często podeptane przez ludzi - ale co tam, i te smakowały!

 

POMNIK

Za dzisiejszym cmentarzem a dawnym "nowym" niemieckim, za polanką, był duży, pięknie utrzymany park (obecny las). Wędrowałam często z tatusiem daleko w głąb parku widocznymi, dobrze utrzymanymi alejkami.

Odpoczywaliśmy często na ławkach rozstawionych po całym parku (aż do końca obecnego lasu). Jeszcze dzisiaj można natknąć się na fragmenty dawnych ławek. Na początku parku były ruiny dawnej niemieckiej kawiarni z betonowym placem do tańca. Od tego miejsca prowadziły pod górę schody - aż do najpiękniejszej części w mieście - do pomnika. Pomnik rycerza niemieckiego sprzed wieków, będącego wzorem wszelkich cnót, stał na wysokim postumencie. Górował nad Łobezem - widać go było z każdego punktu miasta. Na wzgórze widokowe - "na pomnik" - można było wejść z różnych stron. Najpiękniejsze wejście było od strony cmentarza. Dróżki, schody znajdowały się na zboczach pociętych tarasami. Brzegi tarasów były obsadzone ozdobnymi, pięknie przyciętymi krzewami. Najwięcej było jałowców. Zbocza wzgórza, między tarasami, pokrywał piękny trawnik ozdobiony kwitnącymi fiołkami i poziomkami. Na samej górze, wokół pomnika, stały wysokie kanciaste kolumny oplecione czerwonym bluszczem, na których były umieszczone tablice z napisami - z nazwiskami osób poległych chyba w Pierwszej Wojnie Światowej. Znajdowały się tam nazwiska o polskim brzmieniu, zakończone na "ski". Między kolumnami stały ławeczki. Przyjemnie można było posiedzieć i ogrzać się promieniami słońca. Stojąc na szczycie wzgórza, koło pomnika, widziało się cały Łobez jak na zgiętej, wklęsłej dłoni. Był to "raj" dla oczu(...) - stać i patrzeć, szukać swoich domów i rozmyślać mając u stóp wzgórza poważny w swym dostojeństwie cmentarz, a dalej resztę miasta. Było się wówczas kimś takim wielkim.

Z czasem zbeszczeszczono cmentarz (rozkradziono marmury, płotki, poprzewracano krzyże, splądrowano grobowce); zniszczono ławki w tym wielkim parku za polaną; pozwolono powykopywać krzewy i wyłamać jałowce potrzebne do wędzenia mięsa;(...)

Pomnik (wzgórze) teraz odstrasza, przejmuje grozą. Jest tu ponuro, ciemno, strasznie. Urosły wielkie drzewa; ze wzgórza nie widać już panoramy miasta. Nikt już także chyba nie mówi, że ponoć od kościoła do "pomnika" biegną pod ziemią lochy...


H. R. z domu Ilewicz

 
"Łabuź" nr 14, czerwiec 1995 r.

 



Marian Zdanowicz

OD POCZĄTKU (c.d.)

Na ulicy pojawiło się w moim wieku dwóch nowych chłopców. Pusty budynek pod nr 13 ma nowych lokatorów. Wejście od strony ul. Kolejowej zamieszkuje rodzina S. tj. trzech braci (najstarszy żonaty) i siostra, a wejście od ul. Kraszewskiego dwóch braci G. W jednym i drugim wypadku głowami rodziny są najstarsi bracia. Podwórko i mieszkanie S. odwiedzają różnego rodzaju gołębiarze i "szulerzy", bowiem przy każdej okazji toczy się tu gra w oko. Ja z Józkiem Ź. kibicujemy graczom. Zdarza się czasami potrzymać grającemu karty, gdyż ten akurat przypala papierosa, bądź szuka w pustych kieszeniach pieniędzy. Czujemy się wówczas ważni i dowartościowani. Wejść do gry nie możemy z braku pieniędzy. Jak je zdobyć? Jest jeden sposób. Makulatura i złom. Pożyczamy wózek czterokołowy z drabinkami po bokach i jedziemy pod nr 20. przy ulicy obrońców ojca Stalina. Tu na poddaszu w regałach stoi mnóstwo książek. Są grube i ciężkie. Wydaje się jakby były zmęczone tą swoją starością. Niektóre mają skórzane okładki. Wyglądają tak dostojnie. Chłopcy ponaglają do znoszenia. Jest pełen wózek. Za dyszel ciągnie dwóch a jeden z chłopców popycha. Makulaturę i złom skupują za torami w pobliżu mleczarni. W tym dniu dostarczamy do punktu skupu dwa wózki. Po pieniądze z kwitami w ręku biegniemy do Kasy, która mieści się przy ulicy Bieruta 60. Wypłata niewielka. Chyba nas oszukano? Po podziale pieniędzy starczyło na pół godziny skromnego grania w oko. Zbieramy złom. To samo. Wypłacają niewielkie sumy. W rowach wzdłuż torów kolejowych leży drut miedziany z pozrywanych linii telefonicznych. Gromadzimy na podwórku chłopców S. ze 20 kg drutu. Odważamy 5 kg i niesiemy do skupu. Tu pan wagowy mówi, że jest 2,5 kg i na tyle wystawia kwit. A to drań, oszukuje dzieci, bo starszym - widzimy - pisze wagę właściwą. Zygmuś proponuje, aby po drodze do kasy w kwitach dopisać zero. W tych co mamy nie pasuje. Ale pomysł jest dobry, aby łobuzowi dołożyć. Zbieramy kalki ołówkowe o różnych odcieniach. Odważamy 10 kg drutu miedzianego i targamy na skup. Wagowemu oświadczamy, że mamy 5 kg miedzi. Wypisuje kwit bez ważenia na nazwisko Kopytko. Mamy w garści kwit w trzech egzemplarzach na 5 kg miedzi. Musimy z tego zrobić 50 kg. Do wyrównania krzywdy zabiera się ... . No, nie! Wygląda to na oryginalne gryzmoły tego wagowego. Do kasy idzie jednak jeden - Zygmuś. Ja, Franio i Józek zza rogu ulicy Lipowej wystawiamy tylko od czasu do czasu łysiny z grzywkami.

Wychodzi wreszcie Zygmuś i pogwizduje. Mamy na cukierki, latarki i się rozumie - oko.

Były Jeszcze dwa kwity na nazwisko Lipka i Karaś. Jeden na 10 kg, drugi na 20 kg miedzi, po czym uznaliśmy, że krzywdy zostały wyrównane.

Gra w oko wyraźnie nie idzie. Przegrywamy. Po wnikliwej obserwacji wiemy już dlaczego. Koniecznie trzeba kupić karty. Mamy z Józkiem nowe karty. Mamy i pieniądze. Tymi pieniędzmi prowokujemy Zenka W. zwanego Fuksiem, który właśnie jest po wypłacie. Zenek nie raz "oskubał" małolatów. Widząc pieniądze pan Zenek proponuje nam oko wyciągając z kieszeni swoje karty. Zgadzamy się na grę, ale kartami nowymi naszymi. Fuksio ogląda nowe karty i akceptuje. Rozpoczynamy na schronie tuż przy zajezdni wąskotorówki. Po dwóch godzinach gry panu Zenkowi w kieszeniach pozostał tylko paragon po wypłacie. Prosi o zwrot pieniędzy. Mówi, że nie będzie miał z czego żyć. Naradzamy się. Józek jest zdecydowany puścić go "z torbami". Przecież nie raz ograł nas do złotówki. Mówię: - Józio, patrz, on płacze. Zwracamy pół wypłaty i kończymy raz na zawsze grę w oko.

Pewnego razu u Zygmusia zastaje Rysia P. i mnie późny sobotni wieczór. A w soboty i przed świętami okazuje się, że Krysia szoruje podłogi. Siadamy na stole, aby nie przeszkadzać. Nogi zwisają. Wymachując nogami widzę, że Rysia sięgają prawie podłogi. Odwracam się, bo chcę mu powiedzieć, aby te giry uniósł do góry i co widzę - że Rysia oczy z orbit o mało nie wyskoczą. Patrzę tam gdzie on i widzę Krysię na kolanach szorującą podłogę. Spódnica musiała jej przeszkadzać, a może nie chciała jej zamoczyć, w każdym bądź razie podwinęła ją tak, że wystaje goły tyłek i jeszcze coś. Krysia traktuje nas jak powietrze. A my siedzimy cicho z otwartymi gębami i wybałuszonymi oczami. Ja taki seans oglądałem raz. Rysio częściej. Po tym zdarzeniu zaczynam inaczej nieco patrzeć na koleżanki szkolne.

Drugi z chłopców spod trzynastki Zbyszek G. ma całkiem inne doświadczenia. Przebywa prawie zawsze sam. Starszy brat kolejarz w domu jest gościem. Zbyszek to urodzony wódz. Organizuje "szczep indiański". Jego wojownicy są uzbrojeni w kije, proce tradycyjne i zamachowe oraz nieudolnie wykonane łuki i dzidy. Raz biorę udział w walce z innym "szczepem". Zbyszek prowadzi nas na skraj żwirowni w pobliżu cegielni. Tu jeden drugiego pucuje w różne kolorki wcześniej przygotowanymi farbami przez Zbyszka. W dole żwirowni wyłania się przeciwnik pod wodzą Henia D. Z góry procami zamachowymi wyrzucamy kamienie. Jeszcze się walka na dobre nie zaczęła, a już wódz Henio obrywa w głowę kamieniem. Koniec walki. Hurrra. W zależności ilu jednocześnie chłopców się spotyka gramy w klipę, palanta lub piłkę nożną. Najlepszy plac zabaw to dzisiejszy teren dworca PKS. Plac po bokach ograniczała z jednej strony stacja kolejki wąskotorowej, z drugiej zaś ogrodzenie z żywopłotu poprzeplatane drutem kolczastym gospodarza - rolnika p. Targosza.

Piłka do gry w nogę w pojęciu dzisiejszym była nieosiągalna. Kopane były różnego rodzaju piłki gumowe i tak zwane szmacianki, tj. piłki które wyglądem przypominały duże jaja, gdyż były kilkakrotnie zszywane, cerowane bądź łatane. Trzeba było mieć nie lada wprawę i spryt, aby taką piłkę kopnąć do adresata lub przewidzieć kierunek, w którym się odbije od ziemi. Gra w nogę odbywała się zawsze na boso. Dla oszczędności. Kogo w tamtych czasach, a i dziś, stać aby dzieciakowi zmieniać buty co kilka dni. A tyle wytrzymywały. Wiem to z doświadczenia. Spody stóp były więc twarde, zahartowane. Niewrażliwe na byle co, nawet na drobne szkło. Walcząc o piłkę przy żywopłocie nadepnąłem piętą na kłębek drutu kolczastego. Ciągnął się za mną jeszcze kilka kroków. Ten drut uziemił mnie na parę tygodni. Obserwowałem więc z okien ulicę, na której chłopcy grają w nogę. Nikt im nie przeszkadzał. No, może czasem z terkotem po brukowanej jezdni przetoczył się na większym lub mniejszym "gazie" wóz drabiniasty miejscowych rolników. Nudzę się a jednocześnie cierpię. Stopa wygląda jak balon. Nudy skraca Mirek K. przynosząc książki ze swej biblioteki. Czytam "Przygody Tomka Sawyera", "Chatę wuja Toma". Jestem całkowicie pochłonięty lekturą. Wcielam się z wypiekami na twarzy w bohaterów czytanych książek. Zapominam o bólu. Nie ciągnie do kolegów. Czytam i przeżywam "Szarą Wilczycę", "Bari, syn Szarej Wilczycy" i wszystko co wpadnie do ręki autorstwa Jacka Londona. Mirek opowiada o "Przygodach Guliwera". Robi to z wielką pasą. Bo Mirek kocha książki. Ta miłość do książek jest tak wielka, że jest jej wierny do dziś, gdyż dzisiaj Mirek jest warszawskim bibliotekarzem. Znajome dzieci nie mają takich zabawek jak Mirek. Mirek może wystawić batalion ołowianych żołnierzyków. Tak, tak, to nie pomyłka. Źołnierzyki przyjmują różne postawy, reprezentują różne formacje i pochodzą z różnych okresów. Tu u Mirka w balii motorówka na denaturat rozwija zawrotną prędkość. Mirka pilnuje matka tak, jak dzisiejsi rodzice pilnują swoich pociech. Ciągłe ględzenie: gdzie, z kim, po co, kiedy, na co? itp. A mimo tego udaje się Mirkowi wędrować z nami na zająca i jak trzeba to organizuje kasę z własnej apteki.

Woda w Redze płynie kryształowo czysta. Przy słonecznej pogodzie widać piaszczyste dno nawet na głębokości do 2 metrów. Dzieci, i nie tylko, kąpią się na całej długości rzeki płynącej przez miasto. Najlepsze miejsce do kąpieli to plaża w pobliżu krochmalni i obok spalonej elektrowni wodnej. Kąpielisko przy krochmalni miało przebieralnie, które w miarę napływu nowych mieszkańców zniknęły. Ja szoruję brzuchem po piasku i dokoła przekonuję dzieci, że pływam. Do czasu. Wlazłem kiedyś na murek przy elektrowni skąd chłopcy nurkowali. Tuż przy murku jest silny prąd wodny. Ktoś mnie popycha. Wpadam do wody. Otwory mojej głowy są pełne wody. Nie mogę krzyczeć. Rozpaczliwie wymachuję rękoma i o dziwo - ląduję na mieliźnie. Z wody wychodzi się, kiedy ciało przybiera kolor błękitu, a ząb na ząb nie może trafić. Tak czyni większość chłopców. Nie chorujemy. I dzięki Bogu. Bo w tym czasie liczyć na pomoc medyczną było wielce ryzykowne. Co nieco wiem na ten temat, ale nie będę nudził.

Szkoła. Temat sam w sobie. Może więc wspomnę tylko jeden epizod - zdarzenie. Jestem w piątej lub szóstej klasie. Od nowego roku w szkole mamy nową nauczycielkę p. Garstkównę. Jest tak piękna, że na jej widok zatyka, a serce zaczyna bić - no nie w rytmie cza-cza, ale jakoś inaczej. Wszystkie pętaki chyba się w niej kochają, a po głowach w czasie lekcji błądzą nierealne myśli. Źeby zechciała choć jakoś inaczej spojrzeć.

Za wykroczenia na lekcji nasza pani wymierza łapy. Chłopcy powiadają, że jak się dłoń, poślini to nie boli. Mam pełną garść śliny. Strącam na podłogę koledze zeszyt. Z linijką w ręku zmierza ku mnie Marzenie. Łapa. Ciach - i spod linijki ślina zalepia sąsiadowi oko, a dziewczynka z sąsiedniego rzędu ławek obciera twarz. Widzę dodatkowy rumieniec i mocniejszy uścisk pulchnej dłoni. O to chodziło. Nasza pani jest jeszcze bardziej piękna.

 

Marian Zdanowicz

 

P.S. Kończę dziecinne wspomnienia z pierwszych powojennych lat. Myślę, że to moje pisanie pobudzi innych do refleksji, zadumy a może i powrotu myślami do tych pierwszych, nie zawsze łatwych, dni pobytu w naszym mieście.

Dziękuję Lalek za prezent. Zrobię tak, jak radziłeś czyli zdjęcie z cygarem. Po 45 latach z paleniem tytoniu skończyłem "definito" w dniu 18 listopada 1993 roku. Decyzja była natychmiastowa po obejrzeniu (właśnie w tym dniu) wstrząsającego reportażu w TV. Bo musisz, drogi Leonie, wiedzieć, że czym mniej życia pozostało, tym bardziej chce się żyć. Choć tak naprawdę to co to za życie, gdy ze wszystkich przyjemności pozostał w sercu tylko MAJ.

 

M.Z.

 

"Łabuź" 15, wrzesień 1995 r.

 



Wulf - Dietrich v. Borcke

POCHODZENIE RODU von BORCK

Historia miast Pomorza Zachodniego Łobezu, Reska oraz Węgorzyna jest ściśle związana z rodziną Borków. Założycielami wymienionych miast jest ród, który przez długi okres miał duży wpływ na mieszkańców, uzależniając ich
od siebie. (Dopiero w XIX w., przy okazji reformy administracyjnej miasta
te straciły statut prywatnej własności Rodu Borków. - przyp. z.l.)

O założeniach i rozwoju miast pisano wielokrotnie. W mniejszym natomiast stopniu zajmowano się pochodzeniem i rodowodem założycieli, o których wypowiadano się w sposób bardzo kontrowersyjny i wieloznaczny.

"To jest tak stare jak rodzina Borków i Duwal'i - (diabłów)" - takim porzekadłem posługiwano się na Pomorzu Zachodnim, mówiąc o korzeniach rodziny Borków, pomijając fakty historyczne odnotowane w dokumentach.

Niezależnie od porzekadła, nie brakuje w przeszłości prób szukania korzeni Rodu w legendarnym okresie wczesnego średniowiecza. Tylko tak można tłumaczyć usiłowania, wyprowadzenia gałęzi Rodowej od Króla Dragovita, który żył za czasów Karola Wielkiego i władał ziemiami nazywanymi "Havelgegend". Starano się także Ród Borków posadowić na gałęzi właścicieli ziemi Gutzkow,
z której jakoby zostali wypędzeni przez Książąt z Rugii, a w ramach odszkodowań, w zamian otrzymali ziemię łobeską. Takie i podobne opowieści, które nie potwierdzają się w odnotowanych przez historię faktach można mnożyć.

W rzeczywistości pierwsza wzmianka o rodzinie Borków datowana jest na rok 1186/87. Wspomina się tam o " Pribislaus filius Borkonis - (syn Borkos'a).
W dokumencie o nadaniu praw własności ziem na wyspie Wolin probostwu
w Kamieniu, powołuje się na świadka wyżej wspomnianego Przybysława. O jego ojcu Borku I, którego dziś uważa się za protoplastę Rodu nic nie wiadomo. Zakłada się iż Borko I z pochodzenia był szlachcicem pomorskim.

Rozwój drzewa genealogicznego Rodu liczy się dopiero od Borka II. 
To właśnie jego wymienia się w dokumencie Księcia Warcisława III z dnia 03.03 1251r. jako świadka wraz z rycerzem Sandą - (Borko et Sanda milites nostri).

Jego synowie Johanes i Jakobus pojawiają się w roku 1282 a Nicolaus
w 1295r. Właśnie On po raz pierwszy używa imienia swojego ojca jako nazwiska. Sygnując wystawiony 1 stycznia 1297r. dokument zastawiający za 83 marki wieś dla Klasztoru w Koszalinie jako Nicolaus Borko.

Borko II pojawia się w dokumentach - aktach historycznych od roku 1251 jako rycerz, a od roku 1253 jako Kasztelan Kołobrzeski, lub jako Burgrabia.
Od roku 1251 bierze udział w licznych wydarzeniach. Należał do pomorskich wielmożów, którzy zajmowali znaczące pozycje polityczne na dworze książęcym w czasie wielkiej migracji zachodnio-niemieckiego rycerstwa na ziemie pomorskie. Podniosło to rangę nie tylko Rodowi Borków.Wszyscy oni byli zrównani w prawach z rycerstwem zachodnio-niemieckim i występowali na tych samych płaszczyznach. W roku 1251 Borko wraz z rycerstwem niemieckim występuje w orszaku Księcia Barnima I i Warcisława III w Wismarze, gdzie podpisywano Umowę Lubecką. Pozycję swoją i jej znaczenie zawdzięcza prawdopodobnie temu, że w drugiej połowie XIII w. spowolniała migracja niemieckiego rycerstwa na tereny na wschód od Odry, dzięki czemu było więcej możliwości na korzystniejsze usadowienie się we wcześniej zajętych pozycjach.

Mimo iż nazwisko Rodu Borków pojawia się kilkakrotnie w dokumentach związanych z terenem ziem nadodrzańskich, to nie należy upatrywać w tym fakcie, związków rodzinnych z tą ziemią. Wielkim prawdopodobieństwem natomiast, popartym licznymi dokumentami - korzenne miejsce Rodu to okolice Kołobrzegu. W kołobrzeskich i białogardzkich dobrach posiadał Borko liczne, choć bardzo rozdrobnione połacie ziemi, co zostało udokumentowane w wielu zapisach urzędowych. Czy nieruchomości te odziedziczył, czy też sam nabył, możemy tylko dociekać i przypuszczać.W Kołobrzegu i okolicy był tylko urzędnikiem książęcym - Kasztelanem, co nie upoważnia do twierdzenia, że jakoby wywodził się z tych okolic.

Istnieje szereg wątpliwości co do przynależności ziemskiej (terenowej) Rodu von Borków. Jedna z nośniejszych tez mówiła o "starym Rodowym kręgu". Podtrzymuje ją między innymi i samo określenie "stary krąg", które jest wyróżnione przez Borka. Na jego pieczęci - dokument z 11.01.1282 r. widnieje napis: "de Vressow" i miejscowość Fritzow koło Kołobrzegu, chociaż już od 16.08.1271r. w dokumentach określa siebie jako - "Borco dominus de Lobis", a od 14.11.1280 r. jako " nobilis de Lobis". Po tym jak Kołobrzeg otrzymał niemieckie prawa miejskie, a tym samym zniesione zostało zarządzenie o kasztelanii, przeniósł się więc on do Fritzow. I jest prawdopodobne, że właśnie wtedy poszukiwał nowych terenów. Co go skłoniło do opuszczenia ziemi kołobrzeskiej i osiedlenia się w górnym dorzeczu Regi, dziś jest nam nieznane. Przyczyny przeniesienia się na inne tereny można upatrywać w tym, iż w owym czasie Biskup Kamieński zamieniając w roku 1248 z Księciem Barnimem I, swoje ziemie położone wokół Stargardu, na ziemie położone na wschód od Parsęty, zwiększył zasięg wpływów.

Może przez taki rozwój wypadków poczuł się Borko ograniczony i w związku z tym szukał większej niezależności i samodzielności na nowych terenach. Konieczność przeprowadzki mogła być podyktowana także zmiennością i potrzebą polityczną Księstwa Pomorskiego. Słabo zaludnione ziemie na południu Księstwa należało chronić przed ciągłymi najazdami margrabiów Brandenburskich. W owych czasach najczęściej chroniono tereny zaludniając je, budując zamki i grody. Borko więc zadeklarował swoją ochotę, w tym względzie Księciu, a że był znany jako sprawny i zaradny administrator, jego oferta została przyjęta. Zasiedlał więc dziewicze obszary górnego biegu Regi, budując zamki, zakładając grody i miasta. Rozumiał pewnie, iż ta działalność tak dla niego jak
i dla jego następców, przyniesie wiele tak politycznych jak i gospodarczych korzyści, choć zapewne zdawał sobie sprawę z trudnego położenia. Bo z jednej strony musiał przecież zająć konkretne stanowisko co do polityki Księstwa,
a z drugiej strony rozumieć i znać interesy margrabiów Brandenburskich. Robiąc to co zostało odnotowane przez historię, wykazał się dużą zręcznością dyplomatyczną i polityczną.

Opuszczając ziemię Kołobrzeską i przenosząc się na tereny nad Regą, dotychczasowe dobra rozdysponowuje: sponsorując fundacje zakonne i klasztorne, sprzedając lub też darując jak np. dla klasztoru w Kołobrzegu darowuje ziemie nazywane "Haken".

Od roku 1271 Borko określa się "dominus de Lobis" - pan na Łobezie.
Od roku 1275 on i jego synowie systematycznie i sukcesywnie zasiedlają ziemię łobeską, reską i węgorzyńską. A wraz z nimi ich dzierżawcy z dawnych terenów. Świadczą o tym nazwy wsi i osad, które wraz z ludźmi przywędrowały tutaj: Bussow - Bełczna koło Kołobrzegu, Grabow koło Kamienia, Bonin koło Koszalina, Rogów koło Białogardu. Zasięg terenów zagospodarowanych wtedy, dzisiaj jest już trudno wskazać. Najprawdopodobniej była to duża część puszczy, łąk i bagien. Powstało wtedy dużo osad wiejskich, grodów i miast. Jako sprawny organizator i człowiek, którego wymienia się w wielu historycznych dokumentach tamtej epoki, dał dowód, że rozumie swój czas, umiejętnie wykorzystując sytuację, czym stworzył trwałe podwaliny dla swoich następców, którzy mogli i sprzeciwiali się, tak Książętom Pomorskim jak i margarabiom Brandenburskim. Jak na familię zrównaną rodowodowo z diabłem przystoi.

 

Opracował i opublikował: Dr Wulf - Dietrich von Borcke
Stowarzyszenie rodzinne (Rodowe) von Borcke
Tłumaczyła: mgr Gabriela Rutkowska

"Łabuź" nr 23, grudzień 1997 r.

 



Bogdan Frankiewicz

ŻYCIORYS SZLACHCIANKI

Data jej urodzin nie jest dokładnie znana. W aktach procesowych podawany był rok 1540, ale oskarżyciel odmładzał ją co najmniej o sześć lat.

Ojciec Otto Borek z żoną Anną mieli oprócz niej jeszcze dwoje dzieci - Ulricha i Dorotę. Sydonia była najmłodszym dzieckiem Może dlatego rozpieszczano ją najbardziej, poczynając od wyboru dla niej rzadkiego imienia, a kończąc na poddawaniu się kaprysom pięknej pannicy, której marzył się najurodziwszy z synów księcia Filipa I. Ernesta Ludwika (1545 - 1592) poznała w wołogoskim zamku, malowniczo położonym na sztucznie utworzonej wyspie na Pianie. Łukasz Cranach Młodszy, malując około 1565 r. jego portret. utrwalił twarz mężczyzny przysvojnego, o jasnych oczach, ustach namiętnych, z zadbanym zarostem. Piękna Sydonia, uśmiechająca się mądrze i tkliwie, przebiegająca komnaty zamku z lekkością wiosennego powiewu, mała czarodziejka zaklinająca wszystkie żywioły, nie miała godnej siebie konkurentki wśród dworek. Książę zapałał do niej uczuciem gorącym. Sydonia wyznania miłosne przyjmowała z naiwną wiarą jako zapewnienia trwałości związku Pozostała nawet głucha na echa kroków ścigającego ją Cranacha, który nie tylko chciał portretować, ale i miłować gwałtowną namiętnością artysty. Książę obiecywał małżeństwo. Jednak do mezaliansu nie doszło. Ernest Ludwik ożenił się w 1577 z Zofią Jadwigą, córką Juliusza, księcia brunświckiego. Wcześniej urażona w swej dumie Sydonia opuściła zamek i już nań nie powróciła. W maju 1568 umarł jej ojciec, pan Strzmiela zwanego Wilczym Gniazdem, w którym Borkowie od XIII wieku władali. Na Pomorze Zachodnie przyszli z Kołobrzegu. W 1255 kasztelan kołobrzeski złożył urząd i osiadł w Łobzie, jego syn Jan zbudował zamek w Strzmielu. Stąd wychodziły drużyny napadające na oddziały krzyżackie, z tego rodu wywodził się Maciek Borek, poseł króla Eryka Pomorskiego, władcy Danii, Szwecji, Norwegii, który szukał z Jagiełłą porozumienia przeciwko Krzyżakom. Brat Sydonii, Ulrych, odziedziczył po przodkach wiele cech charakteru jak upór, czy skłonność do awanturnictwa, ale właściwości te służyły znacznie mniejszym sprawom niż jego antenatom o wielkiej świadomości słowiańskiej. Sydonią i Dorotą zajął się niechętnie. W zamian za utrzymanie i roczne renty wymógł na nich zrzeczenie się praw majątkowych po rodzicach Niestety, już 25 IX 1569 żeni się, a siostry nie mogą pogodzić się z bratową i opuszczają Wilczy Gród. Od tego momentu do końca życia Sydonia niestrudzenie przez czterdzieści lat będzie dochodzić swych praw majątkowych. Piękna kobieta, powoli starzejąca się w samotności i zgryzocie, w coraz większym poczuciu doznawanej zewsząd krzywdy, tuła się po całym Pomorzu. Stosunkowo łatwo można odnaleźć miejsca jej pobytu. Jej życie utrwalili sekretarze sądowi, najpierw w rozprawach o spadek, potem w procesach o czary. I tak w 1589 zamieszkuje w Szczecinie u rodziny Brockhausena. Zostaje tu wciągnięta w bardzo poważny proces finansowy przeciwko tej rodzinie, a także musi się tłumaczyć z szerzenia plotek o księciu rzekomo korzystającym z ius prime noctis ze swoimi damami dwora. Sydonia i Dorota nie tylko nie mają własnego domu, ale i środków do życiaa. Mieszkają w Stargardzie, w Krępcewie, Chociwlu, Resku, w Marianowie. Dwukrotnie podczas pożaru tracą dobytek. W 1584 płonie dom w Stargardzie, a Sydonia twierdzi, że straciła podczas pożaru dobytek wartości 200 florenów. W 1591 sąd zobowiązuje Ulricha do znalezienia siostrom mieszkania w Resku. Wynajął dla nich dom ze wspólnym pokojem z właścicielem. Dom ten, podobnie jak poprzedni w Stargardzie, w 1593 spłonął, a Sydonia traci tym razem dobytek wartości 400 florenów. Siostry postanawiają się rozstać. Dorota przenosi się do majątku Wedlów, a Sydonia do wdowy po Gotfrydzie von Wedel do Chociwla. Tu jest powodem kolejnego procesu przeciwko Jakubowi von Stettin ze wsi Ciemnik, którego oskarżyła o pobicie. Staje się coraz bardziej agresywna, coraz częściej uczestniczy w procesach. To, co było nieszczęściem Sydonii, z czym usilnie walczyła, znalazło się później w akcie oskarżenia jako dowód obciążający ją: "Od młodości nie miała stałego zamieszkania" - zapisano w protokole oskarżenia. Kiedy Sydonia z siostrą opuściły niegościnny dom brata, wniosły odwołanie do sądu. Książę Jan Filip wyznaczył im jako opiekunów grafa Ludwika von Ebersteina i Kerstena Manteufla. W 1580 książę nakazuje zajęcie należności Ulricha na rzecz sióstr, ale bezskutecznie. 22 II 1583 siostry uznają, iż otrzymały spadek po ojcu i matce wraz z naszyjnikiem, lecz żądają wyposażenia w postaci pościeli, skrzyń i gospodarczych naczyń, a także posagu w wysokości 1000 florenów i opłatę ślubną w wysokości 300 florenów dla każdej. Dalej żądają spłaty alimentów, z którymi Ulrich zalega wraz z procentami. 25 VI 1583 zapada wyrok przeciwko Ulrichowi zgodnie z żądaniami sióstr. Nie można więc powiedzieć, że wszystko było przeciwko tym kobietom. Przeciwnie, prawo i książę dowodem najlepszym, że znalazły obrońców. Swe kłopoty finansowe Sydonia stara się rozwiązać poprzez małżeństwo. Była już sześćdziesięcioletnią lub siedemdziesięcioletnią kobietą, która odprawiła co najmniej piętnastu narzeczonych, gdy postanowiła wyjść za mąż Bezskutecznie procesując się o spłatę posagu, o przyznanie połowy spadku po zmarłej siostrze, chciała wydać się za mąż, by w ten sposób wymusić wypłatę posagu. Do ślubu owego nie doszło, a sądy coraz mniej życzliwie patrzą na Sydonię. (...)

 

- fragmenty "SYDONII" autorstwa Bogdana Frankiewicza wydanej przez wydawnictwo GLOB (Szczecin) w 1986 r.

"Łabuź" nr 12, grudzień 1994 r.

 



dr Paweł Gut

I. Kalendarium sporu Sydonii v. Borcke z Ulrykiem


ok. 1548 - w Strzemielu lub Muhlenstrom przychodzi na świat Sydonia;
1551 - umiera Otto v. Borcke, ojciec Sydonii;
1568 - wiosną umiera matka Sydonii, Anna; 9 czerwca rodzeństwo zawiera umowę spadkową;
1569 - jesienią, po ślubie brata Ulryka z Otylią v.Dewitz, Sydonia i Dorota wyprowadzają się z Strzemiela. Na dwór książęcy napływają pierwsze skargi sióstr na brata;
1570 - Jan Fryderyk, książę zachodniopomorski, 19 lutego ustanawia Martina i Hasse v.Wedel prawnymi opiekunami dla Sydonii i Doroty;
1572 - Jan Fryderyk ustanawia 12.03. komisję pojednawczą, która 30.09. w Krępcewie zapośrednicza ugodę między rodzeństwem v.Borcke;
1577 - od 25.11. Dorota oraz Sydonia mieszkają w klasztorze w Marianowie;
1578 - po kolejnych suplikach oskarżających Ulryka o niepłacenie alimentów, 15.12., siostry zawierają z nim kolejną ugodę;
1581 - 19.04. książę nakazał egzekucję alimentów z dóbr Ulryka. Wobec jego oporu, 27.06. przed sądem Nadwornym rozpoczyna się proces przeciwko niemu;
1582 - 01.05. Sydonia i Dorota przed sądem składają specyfikację swoich żądań wobec Ulryka;
1583 - 25.06. Sąd Nadworny ogłasza wyrok korzystny dla sióstr v. Borcke. Od tego orzeczenia Ulryk składa apelację do Sądu kameralnego Rzeszy;
1584 - 09.06. w pożarze Stargardu płonie mieszkanie wraz z dobytkiem Sydonii i Doroty;
1585 - siostry przyłączyły swoje skargi na brata do pozwów jego wierzycieli;
1589 - w Szczecinie Sydonia zostaje wciągnięta w proces o zniesławienie księcia Jana Fryderyka i malwersacje finansowe;
1591 - 27.01. Sąd Nadworny podwyższa wysokość alimentów i nakazuje Urlykowi przygotowanie domu dla sióstr w Resku. 14.05. Jan Fryderyk nakazuje bezwzględnie zamieszkać siostrom w Resku. 11.1591. siostry przybywają do Reska;
1593 - pożar w Resku, w którym siostry tracą dobytek; Dorota przenosi się do Krzywnicy, Sydonia pozostaje w Resku;
1595 - książę ustanawia komisję do ostatecznego rozstrzygnięcia sporu;
1596 - 14.02. Sąd Nadworny wyrokuje w sprawie Sydonii i Doroty: Ulryk ma im zapewnić nowe mieszkanie i utrzymanie;
1597 - siostry skarżą się, że Ulryk nie wykonuje wyroku z roku poprzedniego;
1599 - rozpoczyna się 6 letni proces z Jakubem Stettinem o pobicie;
1600 - umiera Dorota; Sydonia domaga się spadku po siostrze;
1602 - Sąd Nadworny pozbawia Sydonię praw do spadku po siostrze;
1603 - 11.11. umiera Ulryk;
1604 - 1.01. Sydonia zostaje przyjęta do przytułku w Marianowie;
1605 - Sydonia zostaje zdjęta z funkcji przeoryszy;
1607 - zastawione dobra w Rogowie i Siedlicach przechodzą w ręce Josta v. Borcke;
1612 - Sydonia została po raz pierwszy oskarżona o czary;
1619 - 4.10. aresztowanie Sydonii; 21.10. zostaje przewieziona do Oderburgu w Szczecinie;
1620 - 1.09. ogłoszenie wyroku śmierci.

 


 

II. Obraz Sydonii w Muzeum Narodowym w Szczecinie

Postać Sydonii opisana wielokrotnie literacko i naukowo, stała się również obiektem zainteresowania malarzy. W przeszłości znane były trzy portrety, przedstawiające ją w jednakowej formie. Jeden z nich znajdował się w muzeum w Szczecinie (obecnie w Muzeum Narodowym w Szczecinie), drugi w zamku w Starogardzie Łobeskim, trzeci w Gotha.

Portret Sydonii to obraz olejny o wymiarach 87 x 74 cm. W jego centralnym punkcie stoi kobieta z rękami założonymi jedna na drugą, w sukni spiętej gorsetem i kołnierzem. Głowę zwraca w prawo. Ma ciemnoniebieskie oczy i czerwone włosy opięte siatką, Na jej szyi wiszą perły i kamienie. W prawej ręce, na której palcach widać kilka pierścieni, trzyma kielich, na lewej naciągnięta jest jasnej barwy rękawiczka, a na ramieniu Sydonii leży duży czarny kot.

Na drugim planie, na prawo od głównej postaci, znajduje się postać starej kobiety z pękiem kluczy u pasa. O osobach przedstawionych na obrazie informuje umieszczona w prawym rogu inskrypcja: "Sydonia Borcken w jej młodości jak jej starości". Napis ten widnieje tylko na obrazie w muzeum w Szczecinie. Na portrecie w Starogardzie tło uzupełnione jest jeszcze widokiem zamku z wysokimi wieżami, otoczonego wodą i górującymi skałami. Poza tym w tle znajduje się jeszcze kilka figur w czerwonych ubraniach, zajętych różnymi pracami.

Portret sławnej Borkówny jest obrazem alegorycznym, powstałym już po jej śmierci. Przedstawienie staruszki i młodej dziewczyny stanowi wyraźny kontrast, który "uderza jak śmierć". Obraz staruszki nigdy nie jest sympatyczny, a w tym momencie jej odrażające, przenikliwe spojrzenie w porównaniu do łagodnych oczu młodej Sydonii, budzi uczucie lęku i przerażenia, ale również skłania do zadumy nad losem człowieka.

Obrazy nie posiadały żadnych znaków, inicjałów czy nazwiska autora. H. Lemcke, dziewiętnastowieczny historyk pomorski, uważał, że twórcą obrazu jest malarz określany mianem "Meisters der Halbfiguren". Same portrety nie mają wielkiej wartości artystycznej.

Na starogardzkim portrecie były naklejone dwie kartki. Na pierwszej kartce znajdował się siedemnastowieczny rękopis: "Sydonia najbogatsza szlachecka dziewica na całym Pomorzu, a jej rodzice tak wiele dóbr odziedziczyli, że otrzymali tytuł hrabiowski. Oni byli bardzo wyniośli i uważali się za równych książętom. Ona (t). Sydonia) najczęściej przebywała na dworze władców pomorskich, gdzie chciała zdobyć miłość jednego z synów książęcych. Tu je} dwudziestoletni Ernest Ludwik obiecał małżeństwo. Jednakże obraz młodej Jadwigi Brunszwickiej najpiękniejszej księżniczki niemieckiej spowodował, że Sydonia nie wyszła za księcia i zamknęła się w klasztorze w Marianowie. W starości w tym klasztorze została opatką. Ale krzywda jej leżała na sercu i z czasem rosła. Ona związała się z diabłem... obok innych czynów czarodziejskich, zabiła cały książęcy ród...1618 Franciszek I objął tron, wróg czarownic, wszędzie ich poszukiwał i publicznie karał. One (tj. czarownice) wskazywały na torturach opatkę z Marianowa. Uwięziono Sydonię i do Szczecina sprowadzono na rozkaz księcia. Ona przyznała się do zbrodni. Franciszek chciał jej okazać łaskę, jeżeli zdejmie czary z dynastii. Ona odpowiedziała: nie...ścięto i spalono ją w Szczecinie...potem książę rozkazał namalować jej portret i w młodości i starości..."

Pismo na drugiej kartce informowało, że obraz namalowany został w manierze Lucasa Cranacha przez jego znakomitego ucznia. Następnie opisana była wędrówka obrazu w rodzinie v. Borcke na Starogardzie.

Kilka lat temu powstał nowy portret Sydonii. Jego autorem jest współczesny szczeciński artysta Henryk Boelke, Obraz ten znajduje się obecnie w pałacu w Strzemielu, obok kilku portretów książąt z dynastii Gryfitów.

III. Czy Sydonia była tylko czarownicą?

Postać Sydonii - czarownicy w minionych wiekach była wielokrotnie opisywana i każdorazowo budziła wielkie emocje. Stała się ona bohaterką romansów i prac naukowych. Swoją popularność zawdzięcza tragicznym wydarzeniom, jakie miały miejsce w jej życiu, przyczyniły się oskarżenia jej o czary i skazania na śmierć przez ścięcie. Pisarze przedstawiający życie Sydonii widzieli niespełnioną, zranioną miłość, która mściła się na rodzinie jej ukochanego Ernesta Ludwika, tj. na rodzie Gryfitów. Pikanterii dodawała jeszcze sugestia, że Sydonia była ślepym narzędziem w intrydze brandenburskich Hohenzollernów, którzy wszelkimi metodami dążyli do opanowania władztwa Gryfitów - Pomorza Zachodniego. Tak zobrazowana postać Sydonii godna była "szekspirowskiego dramatu". Rzeczywistość była jednak mniej dramatyczna. Oskarżenie o czary, o spowodowanie śmierci męskich przedstawicieli rodziny książęcej było tylko pretekstem do brutalnego pozbycia się Sydonii przez jej kuzyna, Josta v. Borcke.

Sydonia była córką Anny i Ottona v. Borcke. Jej rodzina należała do elity szlachty pomorskiej, swoimi korzeniami sięgała połowy XIII wieku, władała ziemiami w okolicach Łobza i Reska. Gniazdem rodowym był zamek w Strzmielu, który w połowie XVI wieku był własnością Otto v. Borcke.

Dokładna data urodzin Sydonii nie jest znana. Stało się to jednak prawdopodobnie ok. 1548 roku. Co prawda w 1620 r., podczas jej procesu, podawano, że ma lat 80 (urodziłaby się 1540 r.), ale jest to jednak mało prawdopodobne, bowiem była najmłodszym z trójki dzieci Anny i Ottona. Ich najstarszy syn Ulryk urodził się w 1545 lub 1546 roku, następnie na świat przyszła Dorota, a dopiero po niej Sydonia. Wynika z tego, że ta ostatnia nie mogła się urodzić wcześniej niż w 1548 roku i nie później niż w 1551 roku, gdyż na początku tego roku zmarł jej ojciec. Miejscem jej urodzenia był prawdopodobnie zamek w Strzmielu lub leżące na południowy - zachód od zamku miejsce zwane Muhlenstrom (obecnie nieznane).

O dzieciństwie i wczesnej młodości Sydonii źródła milczą. Wiadomo, że po śmierci ojca była razem z siostrą i bratem wychowywana przez matkę w Strzmielu. Tu prawdopodobnie nauczyła się pisać i czytać. Posiadana przez nią biblioteczka świadczy, że jej wykształcenie było wyższe niż przeciętnej szlachcianki z tego okresu.

Wiosną 1568 roku zmarła matka Sydonii - Anna v. Borcke, Po jej śmierci, 9 czerwca Ulryk, przy pośrednictwie Krzysztofa v. Schwicheld i Messiga v. Borcke, zawarł układ spadkowy ze swoimi siostrami. Umowa przewidywała, że Ulryk otrzyma po rodzicach całość majątku nieruchomego, tj. ziemię, a obie siostry zostaną przez niego spłacone. Miały one otrzymać po 500 talarów reńskich gotówką, a przy zamążpójściu po 1000 florenów (fl.) wiana. Ponadto układ gwarantował im uposażenie w dobra ruchome, tj. ubrania, kufry, sprzęty domowe, pościel, kosztowności, wśród których były złoty łańcuch za 70 guldenów oraz złote puchary, jeden dla Doroty, drugi z herbem matki dla Sydonii. Siostry mogły pozostać w Strzmielu na utrzymaniu brata. Jeżeli jednak chciałyby opuścić rodzinny dom, to Ulryk miał je uposażyć zgodnie z ich pozycją społeczną (renta w gotówce i naturaliach). Układ ten miał gwarantować dostatnie życie dla Sydonii i jej siostry Doroty.

Układ nie wytrzymał jednak próby czasu. Już po roku małżeństwa Ulryka z Otylią v. Dewitz, Sydonia i Dorota musiały opuścić Strzmiele. Można przypuszczać, że powodem tego kroku była osoba ich szwagierki, której obie siostry nie chciały zaakceptować. Wyjazd ten rozpoczął ich długoletnią tułaczkę. Nie mając stałego miejsca pobytu, często przenosiły się korzystając z życzliwości krewnych i dworu książęcego.

W tym okresie pojawiają się pierwsze skargi sióstr do księcia Jana Fryderyka, a dotyczące złamania warunków umowy przez Ulryka. Ponieważ kobieta, według obowiązującego na Pomorzu prawa pospolitego, nie mogła samodzielnie występować w sporach prawnych, dlatego w lutym 1570 roku książę powołał dla Sydonii i Doroty opiekunów prawnych. Zostali nimi spokrewnieni z Borckami Martin i Hasse v. Wedel z Krzywnicy. Kolejnym posunięciem Jana Fryderyka było powołanie komisji, która miała doprowadzić do ugody między rodzeństwem. Działania tej komisji zakończyły się we wrześniu 1572 roku ugodą w Krępcewie, na mocy której Ulryk zobowiązał się do przestrzegania umowy spadkowej.

Przez następne pięć lat źródła nie donoszą o żadnych sporach. Dopiero w 1577 roku miała miejsce nowa suplika, w której siostry v. Borcke ponownie oskarżyły brata o zaniechanie wypłacania należnych im alimentów. W odpowiedzi Jan Fryderyk po raz wtóry nakazał postępowanie mediacyjne. Jednakże nowa ugoda zawarta w grudniu 1578 roku nie przyniosła trwałego unormowania stosunków między rodzeństwem. Już w następnym roku napłynęły nowe skargi wobec Ulryka, które spowodowały wysłanie książęcego egzekutora, mającego ściągnąć alimenty z dóbr Borcka.

Opór wobec książęcego nakazu był bezpośrednią przyczyną wszczęcia przeciw Ulrykowi procesu przed Sądem Nadwornym w Szczecinie w lutym 1581 roku. Na pierwszą rozprawę przybył osobiście Jan Fryderyk w otoczeniu dworu. Przesłuchiwany Ulryk bronił się twierdząc, że znajduje się w trudnej sytuacji materialnej spowodowanej buntami poddanych. Jednakże jego siostry oraz świadkowie zeznawali, że nie płaci alimentów, gdyż jest złym gospodarzem rodzinnego majątku. W zeznaniach Sydonia i Dorota przedłożyły listę swoich obecnych żądań wobec brata.

Proces zakończył się po dwóch latach (25.07.1583) wyrokiem korzystnym dla skrzywdzonych kobiet. Ulryk musiał, w wypadku zamążpójścia którejś z sióstr, wypłacić 1000 fl. wiana i 300 fl. na wesele. W wypadku zaś ich staropanieństwa każda miała otrzymać po 30 fl. rocznie oraz naturalia. Dodatkowo miał im wypłacić po 40 fl. na spłacenie zaciągniętych przez nie długów. Korzystny wyrok nie poprawił sytuacji materialnej sióstr, ponieważ Ulryk wniósł apelację od wyroku Sądu Nadwornego do Sądu Kameralnego Rzeszy. Z tej przyczyny nie można było dokonać egzekucji orzeczenia sądu książęcego. Położenie materialne obu sióstr pogorszyło się jeszcze bardziej, gdy w pożarze Stargardu w 1584 roku spłonęło ich mieszkanie wraz z dobytkiem. Sama Sydonia oceniała wtedy swoje straty na ponad 200 fl.

Straty poniesione w pożarze oraz brak alimentów od Ulryka zmusiły siostry do zaciągania nowych pożyczek. W tej sytuacji Sydonia i Dorota starały się zaradzić swojemu nieszczęściu, składając nowe supliki do księcia. Sydonia często przybywała do Szczecina, aby osobiście na dworze książęcym dopilnować doręczenia kolejnych skarg na brata. Tu mieszkała u Brockhausenów, przez których w 1589 roku została wplątana w machinacje finansowe i w proces o zniesławienie Jana Fryderyka. Pomimo tak poważnego oskarżenia Sydonia wyszła cało z opresji o czym świadczy wyrok drugiego już procesu założonego przeciwko Ulrykowi. Nowy wyrok Sądu Nadwornego z 1591 roku nakazywał mu wypłacać siostrom corocznie po 33 fl., dostarczać naturalia oraz zapewnić mieszkanie w Resku.

Wyrok nie w pełni zadowalał Sydonię i Dorotę. Chciały one bowiem, aby książę nakazał Ulrykowi owo mieszkanie w Resku zakupić, a nie tylko wynająć, ponieważ obawiały się, że wynajęte mieszkanie zostanie im wymówione. Zniecierpliwiony Jan Fryderyk rozkazał im jednak bezwzględnie udać się do Reska i zamieszkać w mieszkaniu przygotowanym dla nich przez brata.

Obawy sióstr okazały się uzasadnione - Ulryk wynajął wprawdzie dla nich mieszkanie, lecz za nie nie zapłacił. Ponadto okazało się, że miały one zamieszkać razem z właścicielem w jednej izbie. Dopiero zabiegi osób życzliwych, które prosiły księcia meklemburskiego o wstawiennictwo u Jana Fryderyka, spowodowały, że żona Ulryka, Otylia, wynajęła dla swych szwagierek dom w Resku od Joachima Luchte. Na nowym miejscu Sydonia i Dorota nie zaznały długo spokoju. W roku 1593 w wyniku pożaru w Resku ponownie zostały bez dachu nad głową.

Po tych wydarzeniach siostry rozdzieliły się; Dorota zamieszkała u przyjaciół w Krzywnicy, a Sydonia pozostała w Resku, wynajmując jedną izbę z komorą. W tym czasie ich opiekunowie kolejny raz interweniowali u księcia, który wydał polecenie, aby Ulryk przygotował nowy dom w Resku i zwrócił wydatki, jakie poniosły jego siostry po pożarze, na co tenże wyraził zgodę.

Starzejące się siostry v. Borcke nie były z tego jednak zadowolone. Marzył im się teraz dom z ogrodem w Strzmielu, w rodzinnym majątku. Nowe żądanie spowodowało, że książę, znużony ciągłym sporem między rodzeństwem, trwającym już ponad 25 lat, ustanowił komisję do ostatecznego rozstrzygnięcia konfliktu. Prace nowej komisji sądowej trwały ponad rok. Ostatecznie Ulryk zgodził się na zamieszkanie Sydonii i Doroty w Strzmielu, gdzie obiecał wybudować dla nich dom. Sąd Nadworny w swoim wyroku z 1596 roku orzekł, że Ulryk ma zapewnić siostrom nowe mieszkanie na stałe i wypłacać im alimenty z dóbr w Rogowie i Siedlicach. Dóbr tych nie wolno mu było sprzedać ani zastawić.

Rok po ogłoszeniu wyroku Ulryk przekazał jednak dobra w Rogowie i Siedlicach swojemu synowi Ottonowi, chcąc w ten sposób przerzucić na niego utrzymywanie starych ciotek. Stało się to przyczyną konfliktu między ojcem a synem, który nie chciał partycypować w kosztach alimentacyjnych.

Siostry nie doczekały się nowego domu, bowiem w roku 1600 Dorota zmarła, śmierć ta przysporzyła Sydonii kolejnych zmartwień. Powstał bowiem następny spór z Ulrykiem, tym razem o majątek po Dorocie. Za przyczyną Sydonii sprawa ta trafiła ponownie przed oblicze księcia, którym był już Banim XII. Ulryk w trakcie wyjaśnień utrzymywał, że całą spuściznę po Dorocie musiał przeznaczyć na spłatę jej długów oraz na pogrzeb, wobec czego majątek po niej już właściwie nie istnieje. Sydonia natomiast twierdziła, że brat zgarnął spadek po siostrze, a ciało jej pozostawił bez pogrzebu. Ostatnią posługę siostrze dopiero ona oddała. Zeznania jej nie przekonały jednak sądu, który w 1602 roku orzekł, że cały spadek po Dorocie v. Borcke ma należeć do jej brata.

Wyrok z 1602 roku pogłębił złą sytuację materialną Sydonii. Trudności finansowe powiększył także nowy proces, który wytoczyła Jakubowi Stettinowi. Został on oskarżony o pobicie Sydonii na rozkaz jej brata. Proces ten ciągnął się przez 6 lat, do roku 1605. Mimo iż oskarżony został uznany winnym, to koszta sądowe w wysokości 1000 talarów miała pokryć Sydonia.

Spory w łonie rodu v. Borcke trwały już ponad 30 lat, gdy w roku 1603 zmarł Ulryk. Śmierć ta nie zakończyła jednak konfliktu. Zobowiązania alimentacyjne przejął bowiem syn Ulryka, Otto, a dobra, z których uposażenie przeznaczone dla Sydonii oddano w zastaw jej kuzynowi Jostowi v. Borcke. Pomimo kilku prolongat Otto nie wykupił zastawu, wobec czego w roku 1607 stał się on własnością Josta.

Sydonia przebywała w tym czasie w klasztorze w Marianowie, gdzie została za wstawiennictwem krewnych przyjęta po śmierci Ulryka. Sądzono, że dożyje tu w spokoju aż do kresu swych dni. Stało się jednak inaczej. W dalszym ciągu prowadziła proces o alimenty i uposażenie nie tylko z Ottonem, ale i z Jostem, Nie znalazła także wspólnego języka ze współmieszkankami fundacji mariańskiej. le czuła się w klasztorze, choć posiadała oddzielny, dobrze wyposażony domek. Wszelkie próby wyznaczenia jej jakichś funkcji czy wciągania w pracę wspólnoty nie były udane. Stało się to główną przyczyną konfliktów ze współsiostrami, które krzywo patrzały na wyniosłą starą kobietę ciągle podróżującą na różne procesy.

Zawiść sióstr, liczne niespłacone długi oraz ciągły spór o dobra z Jostem, którego dodatkowo oskarżyła jeszcze o wykorzystywanie urzędów dla celów prywatnych, stały się główną przyczyną jej tragicznego końca.

Od początku pobytu Sydonii w klasztorze kierowano wobec niej oskarżenia o tajemne praktyki, pakt z diabłem i używanie czarów. Najpoważniejszy zarzut pojawił się w 1618 roku i dotyczył spowodowania za pomocą czarów śmierci księcia Filipa II i innych męskich potomków z dynastii Gryfitów. Tak postawiony zarzut doprowadził do tego, że musiała teraz walczyć o własne życie, a nie o majątek po rodzicach. Jednakże przed oskarżeniem o czary wówczas nie było obrony.

 

***

Dorosłe życie Sydonii upływało pod znakiem ustawicznych procesów z bratem. Spory rodzinne były częstym zjawiskiem w społeczeństwach ówczesnej Europy. Również wiele toczyło się ich na Pomorzu. Dla Sydonii jednak proces z upływem lat stał się motorem postępowania i wszelkiej działalności dotyczącej konfliktu z bratem i jego spadkobiercami. Uwidoczniło się to zwłaszcza po osadzeniu jej w Marianowie, gdzie mogła żyć spokojnie. Ona jednak wcale tego nie chciała, dalej prowadziła walkę o majątek, który teraz nie był już przecież jej potrzebny. Brak wymiernych efektów procesów spowodował, że Sydonia była coraz bardziej rozgoryczona, zgryźliwa i wroga wobec ludzi. Zraziła do siebie wtedy współmieszkanki klasztoru, życzliwych dotąd ludzi, urzędników i dwór książęcy. Postawa ta stała się przyczyną, że oskarżona o czary nie mogła liczyć na żadną pomoc i została skazana na śmierć.

 

Dr Paweł Gut - historyk - archiwista, pracuje w Archiwum Szczecińskim, mieszka w Stargardzie Szczecińskim. Druk w "Łabuziu" z rękopisu.

 

"Łabuź" nr 18, czerwiec 1996 r.