Łabuź 62/2007


 

Pamięć narodowa ma duże znaczenie dla indywidualnego i zbiorowego poczucia własnej wartości. Zarówno indywidualna, żywa pamięć codzienna, jak też kształtowana dzięki oficjalnym uroczystościom tzw. pamięć kulturowa zawsze przemycają informacje istotne dla poczucia własnej wartości. Pamięć jest także - zarówno dla jednostek, jak i zbiorowości - podstawowym tworzywem tego, co nazywamy tożsamością. Im słabsza jest nasza pamięć, im więcej pojawia się w niej luk - szczególnie takich, które pozwalają uniknąć konfrontacji z tym, co nieprzyjemne - tym słabsza i bardziej zawodna jest nasza tożsamość. I odwrotnie: im bardziej koherentna jest nasza pamięć, tym pewniejszymi stajemy się partnerami, tym skutecznie możemy się komunikować i przyczyniać do wzajemnego porozumienia.

 

Ten mechanizm społeczno-psychologiczny jest ważny, gdy próbujemy wyjaśnić, czym mogłaby być pamięć europejska. Trudno jest ją zdefiniować - podobnie jak wciąż trudno jest pisać wspólną europejską historię. Opowiadanie europejskiej przeszłości nie może bowiem być sumą historii narodowych, lecz musi koncentrować się na relacjach transnarodowych oraz stosunkach panujących wewnątrz państw i społeczeństw.

 

W tej kwestii nie ma jedynie słusznego punktu widzenia. Jedna z możliwych perspektyw - to definiować europejską historię i europejską pamięć wyłącznie jako to, co wspólne. Np. poprzez relacje wobec innych (USA, Afryki kolonialnej) lub poprzez wewnątrzeuropejskie zależności i oddziaływania w sferze literatury, muzyki i sztuki.

Dla przyszłej wspólnej Europy, która integruje się w formie Unii Europejskiej i powinna stać się odpowiedzialnym aktorem polityki światowej, szczególnie istotne byłoby stworzenie wspólnej pamięci wrogości i konfliktów, aby uzyskać w ten sposób wspólną europejską tożsamość. Oznaczałoby to najpierw konieczność przedstawienia różnych narodowych pamięci kulturowych, a następnie - wytworzenie między nimi sytuacji "rozmowy", tak by powstała płaszczyzna, na której mogłyby się spotkać różnice.

 

Także wewnątrz pamięci narodowej zachodziły i zachodzą procesy porównywania perspektyw - np. perspektyw ofiar i sprawców. Za przykład może służyć prezydent Jacques Chirac, który w 1995 r. w imieniu Francji prosił o wybaczenie za aresztowania Żydów prowadzone przez rząd Vichy, czy prezydent Richard von Weizsäcker, który w sławnej mowie wygłoszonej z okazji 40 rocznicy zakończenia wojny określił dzień 8 maja 1945 r. dniem zarówno klęski, jak i wyzwolenia dla narodu niemieckiego, łącząc tym samym dwa rozbieżne doświadczenia i różne interpretacje.

 

 

Jeśli chcemy stworzyć europejską pamięć, która dzięki odzwierciedleniu różnorodnych perspektyw, konkurujących ze sobą przynależności i lojalności oraz dzięki odniesieniu do fundamentu wspólnych wartości miałaby wzmocnić europejską tożsamość, nie możemy uciekać od newralgicznych doświadczeń historycznych Europy. Stworzenie europejskiej pamięci oznacza zatem nierzadko bolesne konfrontacje z europejskimi konfliktami. Dzięki wspólnej, uczciwej pracy można by w ten sposób osiągnąć przesiąknięty historią i oparty na prawach człowieka normatywny konsensus. Niezbędne są przy tym odwaga i przeświadczenie, że zadania te nie mogą się udać bez Unii Europejskiej.

 



Gesine Schwan - politolog, rektor Uniwersytetu Viadrina (Frankfurt nad Odrą), autorka nietłumaczonej na polski książki Polityka i wina. Niszczycielska siła milczenia - 1997. Gazeta Wyborcza 11-12 sierpnia 2007 r.

Dziękujemy pkl. "Łabuź"

 

Utz Rachowski

PSEUDONIM I GILOTYNA

(Wokół głowy i kołnierza: dla Ericha Ohsera)

I

W dużym pokoju ogrzewanym z kuchni piecem kaflowym regularnie w okresie zimowym, ze wzrastającą częstotliwością zaś w czasie adwentu, w niedzielne popołudnia, gdy robiło się przyjemnie ciepło, ojciec wykonywał następujące czynności:

Nagłym postanowieniem, które raptownie wyrzucało go z czerwonego fotela, ujmując uchwyt nerkowatego stolika opierającego się na trzech nogach przesuwał go z jego miejsca przed leżanką i ustawiał na środku pokoju; lekkim obrotem stolika dawał fory szerszej części nerki skierowanej ku ścianie.

Następnie bez wyraźnego zamiaru podchodził do wiszącego na ścianie kilimu o barwie ciemnej zieleni, wyciągał sprawnie prawe ramię i drobnymi palcami ściągał dywan zawieszony na lince z nierdzewnego stalowego haka służącego do mocowania obrazów, o którym podczas wbijania przed kilkoma Bożymi Narodzeniami obwieścił donośnie, że stal żyje wiecznie.

Regularnie i powtarzając się nieustannie ta dziergana ręcznie ciemnozielona tkanina była przedmiotem moich snów, tych złych, stanowiła łąkę mego sennego rozmarzenia: niczym na scenie, na zielonym materiale wyłaniały się nocami zielono-brązowe drzewa, z których występowały jeszcze ciemniejsze, czarniawe sarny, po bokach zaś i z obu stron i od podłoża ciemnobrązowy krzak; pojawiało się to przez wiele nocy, w tkaninie moich marzeń sennych, a wraz z nimi postępował strach. Ojciec jednak za każdym razem w okresie zimowym zdejmował ze ściany w dużym pokoju ten kilim, z rosnącą częstotliwością w porze adwentu, zawsze zaś w niedzielne popołudnia.

Memu starszemu bratu i mnie rychło wbiło się w pamięć, że teraz ojciec, zanim jeszcze zaciągnie firanki teraz przy wcześnie zaczynającym się zmierzchaniu, przyholuje zaraz z kuchni wielką i ciężką aparaturę, czarny projektor, maszynę filmową do ręcznego przesuwania przezroczy, ostrożnie postawi ją na nerkowatym stoliku w pokoju, następnie w panującym mroku długo będzie szukał wtyczki, w końcu ponownie zapali światło, wsunie wtyczkę do kontaktu, założy film, ponownie zgasi światło, światło z soczewki skieruje na ścianę, ureguluje ostrość obrazu, w końcu zaś powie: Miejmy nadzieję, że dzisiaj znowu nie przepali się nam ta żarówka!

Bowiem już wiele razy w niedziele przepalała się ta niebywała żarówka: miała niezwykły kształt, o takim rozmiarze, jakiego przedtem jeszcze nie widziałem; jak powiedział ojciec, czego jeszcze ani mój brat wraz ze mną nie pojmował, ani też moja matka, miała moc stu pięćdziesięciu wat, jak i następną cechę, mianowicie rzadko pojawiała się w handlu, więc z trudem udawało się ją zakupić. Ojciec wołał: Gdy zrobi się gorąca, musimy od razu ją wyłączyć, to po pierwsze! - i podłożył jeszcze cieniutką książeczkę pod owe oparcia aparatury, aby ten obraz padał jeszcze wyżej na białej ścianie, jaki wisiał tam teraz zamiast ciemnozielonego kilimu, w miejscu drzew, krzaków i groźnych saren, które z nich występowały, nazywał się zaś Ojciec i Syn.

Dawniej przed wielu laty, pierwszy obraz tych filmów, które ojciec rozpinał między dwoma szpulami projektora, potem zaś kręcił dalej, nazywał się Jaś i Małgosia, Kot w butach, Król MaciuśŚnieżka; jeszcze wcześniej zaś, wieczności prawie zapomniane, jednak nie całkiem, gdyż pamięć znów wywołuje zaciemniony duży pokój w zimową niedzielę, przypomina się atmosfera tego obrazu, jak też jeszcze raz w naszym wspomnieniu obrazy wyświetlane na ścianie, wynurza się na krótko i stamtąd wyświetla się w nas z owego czasu, gdy mój brat i ja musielibyśmy być jeszcze bardzo młodzi: Historia pluszowego misia (13.9.05).

W ostatnich latach jednak, gdy zimy na wskroś były wypełnione ojcem i synem, innym ojcem i innym synem, którzy coraz częściej pojawiali się na oświetlonej ścianie pokoju, znajdowali nasze zainteresowanie i zachwyt naszego ojca, zwalniając Pluszowego misia na sankach, Pluszowy miś ma urodzinyBoże Narodzenie z pluszowym misiem być może na całe lata niewinności. Rozpoznawaliśmy się bowiem w tych historiach o Ojcu i Synu, nie rozpoznawaliśmy, mimo powściągliwego naszego udziału w tych historiach, które pozwalały nam odbierać cechy obu tych innych, obcych postaci, naszego ojca w nas, siebie zaś w nim, jego i nas. Wręcz przeciwnie, tym bardziej odróżnialiśmy ojca z obrazów przed oczami wyświetlanych na ścianie od własnego, gdyż ten nosił zdumienie wobec własnego syna i przez niego jakby od nowa uczył się ze staranną cierpliwością rozpoznawać rysy swej własnej istoty, nasz był surowy i skory do gniewu. Ostatecznie nie potrafiliśmy nawet wyjaśnić, co właściwie chciał nasz ojciec powiedzieć nam tymi historiami o Ojcu i Synu. Być może coś o swojej tęsknocie.

Jak to mogłoby być z nami. I z nim. Jak musiałoby to być. Z pewnością bowiem nie był tym, co wyrażała jego powierzchowność narzucająca mu taką maskę, współdziałał z synem, ze zdumieniem i podziwem znosił jego psoty, te przynależne synowi! Ojciec zdobywał się na własne, tylko że znów dla samego siebie; pewnego dnia zwinął dywan, ten piękny grubo tkany czerwono-czarny dywan leżący pod stolikiem na telewizor, pozwolił nam zawiesić na ścianie ciemno-niebezpieczny i wyprowadził się do innego miasta z młodszą, dwudziestosiedmioletnią żoną. Nie zdumiewaliśmy się jednak. I unikaliśmy wizyt.

Potem jeszcze raz po paru latach, tymczasem cyniczny i w kręgu przyjaciół przy knajpianym stoliku w soboty, niektórzy z nich starsi ode mnie, postanawialiśmy za każdym razem z czystej nudy odwiedzić ojca i jego nową, młodą małżonkę w nocy. Ale coś innego miało się pod tym na myśli, śmialiśmy się innym śmiechem. Z mego ojca.

 

II

W 1994 roku byłem współzałożycielem i zostałem jednym z dwóch redaktorów wydawanego w Dreźnie Czasopisma poświęconego literaturze i sztuce pn. "Ostragehege".

Niebawem omówiłem w tym piśmie (przede wszystkim wiedziony własnymi zainteresowaniami) książkę pisarza zamieszkałego w Meerane, Wolfganga Eckerta, pt. Ojczyzno, twoje gwiazdy... Życie i agonia Ericha Knaufa. Biografia1. Knauf, który od 1922 roku pracował w Plauen jako krytyk w socjaldemokratycznej "Gazecie Ludowej dla Vogtlandu", zaprzyjaźnił się tam również z karykaturzystą Erichem Ohserem, późniejszym twórcą rysunków Ojca i Syna, które publikował pod pseudonimem "e. o. plauen".

W omówieniu tej książki pisałem:

"W 1934 r. Ericha Knaufa z powodu satyrycznego wiersza osadzono na kilka miesięcy w Kacecie Oranienburg. Tekst tej decyzji o aresztowaniu brzmi tak: `Ponieważ w swym artykule o Operze Państwowej wyszedł Pan daleko ponad miarę krytyki, skutkiem czego wywołał Pan rozległe oburzenie ludności, dla Pańskiego dobra roztoczy się nad Panem ochronę w areszcie zamkniętym aż do odwołania'. Recenzent zna to brzmienie, zdania z osobliwymi podwojeniami, jego podanie na germanistykę w 1979 r. odrzucono zdaniem: `Nie ujawnia się pozytywne nastawienie do naszej Partii'. Tak to się zawsze zaczyna, recenzent pozwolił więc sobie także książkę Wolfganga Eckerta czytać dalej w tym kontekście, w pryzmacie dyktatury, natrafił przeto na pytanie, czy pisarz albo ktoś w równym stopniu utalentowany bezwzględnie i pośród wszystkich politycznych okoliczności musi tkwić w swej epoce, zawsze też troszkę blisko władzy. I wskazuje na zawstydzająco obszerne i puste szuflady literatury możliwej i materialnie krytycznej u kresu obu niemieckich dyktatur, pytając o istnienie albo sens tak zwanej `Emigracji Wewnętrznej', której efektami były już to połowiczna kolaboracja i wzmiankowane szuflady. Erichowi Kästnerowi `wolno było' pod pseudonimem napisać scenariusz do filmu Münchhausen, Erich Ohser `musi' przyjąć taki pseudonim: `e. o. plauen' nie jest wybrany dobrowolnie.

Erich Knauf, wypuszczony wreszcie z kacetu, zostaje kierownikiem służby prasowej przedsiębiorstwa filmowego Terra Filmkunst i pisze teksty piosenek do takich filmów, jak Quax, der Bruchpilot, Młode sercaTeatr frontowy. W ostatniej piosence Ojczyzno, twoje gwiazdy, która odniosła powodzenie także jako samodzielny utwór i znalazła się na pierwszym miejscu w rozgłośni Radio Wielkoniemieckie. Cytat: `Front, hasło /Rozkaz wymarszu z miejsca na miejsce: /Kolego, tu chodzi o ojczysty dom'. - Kilka miesięcy później Erich Knauf i Erich Ohser zostali zadenuncjowani na Gestapo przez kapitana rezerwy przy Naczelnym Dowództwie Wehrmachtu Bruna Schultza, fotografa i artystę.

Erich Knauf poniósł śmierć 2 maja 1944 r. na gilotynie, Erich Ohser zaś powiesił się w celi oczekując w więzieniu na swój proces"2.

 

III

Zacząłem szukać. Najpierw w mojej głowie szukałem wspomnień, o ojcu, i o Ojcu i Synu. Zastygli wraz z kresem dzieciństwa, nie znajdując jednak rozwiązania, nie oderwali się od niego, czasami stanowili zagadkę, potem jednak rozpocząłem szperanie w dokumentach tej epoki. Owego czasu. W czasach ojca oraz Ojca i Syna.

 

 Gdzie podziała się niemiecka karykatura? Dra Hansa H. Schwalbe (Berlin) "Deutsche Presse", 7 sierpnia 1937

 

... Od lat pojawiają się prace naukowe i rozważania, które dobitnie podkreślają swą niezbędność i użyteczność. Od wielu lat także "Deutsche Presse" na stronach grafika prasowego przynosi w sposób dobitny takie celne karykatury, aby ożywiać przykładem - redaktorzy naczelni niemieckich gazet przejawiają głuchotę na to ucho!

Czy hołdują choćby jeszcze mniemaniu, że karykatury ubliżają powadze i godności wydawanych przez nich publikacji? Czy popada się znowu w letarg epoki przedwojennej, gdy uchodziło za "niepoprawne" i "nieprzyzwoite" wypowiedzenie słowa wyraźnego i czystego? Jak do każdej działalności propagandowej, tak też do karykatury należą więc jednostronne ujmowanie rzeczy i środki najmocniejsze, jakimi można dysponować. Kto tego także i dzisiaj nie jest w stanie zobaczyć, temu właśnie nie można pomóc, ten nie dostrzeże również dalej znaczenia karykatury jako jednej z broni w walce o kształcenie opinii i woli narodu.

Twierdzi się, że karykatura skłania się niebacznie zwłaszcza ku "niskim" instynktom. Do pewnego stopnia nie jest to wcale fałszywe. Oczywiście o tyle tylko, o ile te "niskie" instynkty nie podporządkowuje się określonej warstwie narodu, lecz człowiekowi w ogóle we wszystkich warstwach. Jest to więc jedynie truizm, że radość po szkodzie jest często najczystszym przejawem radości. A słabostki drogich bliźnich od dawna były najlepszymi tarczami do wyładowania złości i szyderstwa wobec przyjaźnie nastawionych sąsiadów. Coś osobistego coraz bardziej interesuje publiczność niż rzeczy istotne.

Jednak wejście karykatury na takie tak zwane niskie instynkty w gruncie rzeczy jest przecież tylko pozorne. Jeśli całkowicie swymi środkami nastawia się na mentalność widzów, to tylko po to, aby tym skuteczniej uchwycić ich zawartością. Człowiek chce mieć pewność, nie że mu się coś zaszczepia, lecz wręcz przeciwnie, że mówi się tylko to, czego sam doznaje. Im ostrzej karykatura oddaje ogólny "nastrój", im wyraźniej pokazuje, nie co, lecz jak myśli się w narodzie, tym potężniejszy będzie jej oddźwięk... "Caricare", starowłoskie słowo, znaczy ostatecznie nie tylko "przesadzać", to znaczy - tyle słownik - dokładnie tak "agresywnie atakować"... Karykatury wrogiej propagandy podczas wojny światowej i ostre karykatury narodowosocjalistycznego powstania od 1933 r. demonstrowały dość wyraźnie, że publiczność była gotowa zaakceptować nie tylko najskrajniejszą agresywność, lecz że tym żywiej w niej partycypowała, im ostrzejsza toczyła się walka3.

Opublikowano to w 1937 r. w "Deutsche Presse", czasopiśmie Reichsverband der Deutschen Presse - niemiecka prasa wnet będzie kroczyć za tym wymogiem, nie zaś: postępować. Rysownik Ojca i Syna, jak wiadomo, jeszcze do 1936 r. objęty zakazem wykonywania zawodu, gdyż dawniej widziano w nim socjaldemokratyczne zaplecze, jak też jego przyjaciel Erich Knauf, jak wiadomo, będą ulegali temu wymogowi, pójdą też za nim, skoro znowu im będzie wolno; uroi sobie też, że jeśli zniesiono zakaz wykonywania zawodu rysownika, tedy znowu będzie nim, jak wiadomo. Dr Goebbels użyje najpóźniej dwa lata potem wraz z uknuciem tej wojny, nie: Wybuchem, także tych, także Ericha Ohsera, który na parę lat przedtem właśnie z powodu artystycznego ataku na Goebbelsa utracił pracę, nie wolno już było istnieć mu jako artyście w tym państwie. Goebbels studiował w Heidelbergu, był roztropnym autorem, aż w 1926 r. sprowadził go Hitler do Berlina, impertynenckiego i elokwentnego Nadreńczyka, do światowej metropolii, aby tym wymownym pyskiem odebrać czerwonym pod względem propagandowym ulicę na rzecz nazistów. Z taką mową, która narodowi została zdjęta z warg, Goebbels, sam z niewielkimi stosunkami, patrzał mu na pysk, sam był jednym z nich, co rzecz jasna znaczyło wówczas w Niemczech, że pod względem językowych dość daleko odstaje się od współczesności: stąd też dlatego ów patos Nibelungów. Nie czysta struktura niemieckiego Żyda z Pragi, powiedzmy Franza Kafki, albo oziębły erotycznie - zdyscyplinowany trakt Hemingwaya w A Farewell to Arms. Goebbelsowi pozostaje tylko germański patos, nic innego nie ma do dyspozycji. Skąpe, społeczne stosunki uderzająco dyktują w Niemczech ubóstwo języka. Uchodzi to także za polityczny odmienny sposób myślenia, również dla tych o masowych nakładach i stopni znajomości, na przykład Remarque'a. Ale gdzie się studiowało, tam chętnie jedzie się jeszcze raz, zwłaszcza jeśli jest to Neckar. I to ma coś wspólnego z Erichem Ohserem: - Pracownicy umysłowi w walce o przeznaczenie Rzeszy (Przemówienie Goebbelsa na Uniwersytecie w Heidelbergu):

Jestem ostatni, który nie podnosi słowa krytyki, gdy krytyka wydaje się zabroniona. Krytyka ma swe usprawiedliwienie dzięki wyższemu poczuciu odpowiedzialności, ale tutaj też powinna stawiać sobie za cel zastępowanie mniejszego dobra i doświadczenia takim dobrem i wypróbowaną nowością, a dobro zaś przez coś najlepszego. Jeśli z pogardą mówimy o degeneratach pustego intelektualizmu, tedy przez to mamy na myśli rodzaj półwykształcenia, jakie dość rzadko pojawiało się na niemieckich uniwersytetach. A poza tym dzieje naszych szkół wyższych wskazują przecież dokładnie na przykłady, że mężowie ducha, działający do tej pory w ciszy studenckich izb albo laboratorium, w czasach wielkiej potrzeby Ojczyzny zabierali głos i swym studentom dawali jasny przykład bojowego i politycznego spełniania obowiązków, stojąc na czele całego narodu. Gdzie byłoby dane więcej okazji do tego niż w tej wojnie, która stawia naród niemiecki przed ostateczną próbą przeznaczenia! Dzięki rewolucji roztopić się we wspólnocie - trzeba więc bronić tez, doktryn i osiągnięć swego nowego życia w gigantycznej walce. Bez porównania rzuca się na nas hardo przeznaczenie; a któż nie wiedziałby, że, gdybyśmy zawiedli wobec niej i utracili odwagę pod jej razami, tym samym też wszystko byłoby utracone!

Jest to sprawa dotycząca każdego. Rewolucja w kolosalnym procesie niwelacji usunęła różnice między klasami i stopniami wykształcenia naszego narodu. Im dłużej będzie trwała ta wojna, tym bardziej zrówna nas wszystkich. Pewnego dnia staniemy wobec niej oko w oko, wówczas zaś będziemy musieli udowodnić, że rozstrzygaliśmy do końca, aby osiągnąć cel najwyższy... Ta wojna jest wojną narodów i ras. Wymaga decyzji całościowych. Nie należy domniemywać, że uda się przed nią umknąć przez zgniły kompromis. Stawia nas przed wszystkie możliwe wątpliwości i zmienne przypadki szczęścia, a bogini zwycięstwa skłoni się dopiero wówczas do nas nisko, kiedy my wszyscy zdamy pomyślnie obmyślone przez nią egzaminy. Życie narodów jak życie poszczególnych ludzi jest wiecznym procesem wyboru, kto przed nim ustępuje, ten rozpada się na kurz i popiół. Największe cierpienia narodu stanowią także jego największe szanse. Może się również zdarzyć tak, jak powiedział Führer w proklamacji z 30 stycznia, że u jej kresu zobaczy się już tylko ocalonych i unicestwionych. Tym pierwszym zakwitnie wówczas przyszłość i wieczna chwała, ostatnich dotyczą tylko słowa: Biada zwyciężonym!4

 

IV

Nibelungi wkraczają w Wiek Dwudziesty. I od razu oddziałują staroświecko. Rzecz jasna na masy. Lecz nie na lud. Naturalnie na współczesność. Współczesność w Niemczech. Patosem Krimhildy skutecznie odebrał Goebbels komunistom ulicę, czyż jednak narodziny współczesności odbywają się na ulicy? Co czytali mali ludzie w Niemczech? Wczesne powieści jakiegoś Josepha Rotha, Leonarda Franka Człowiek jest dobry, klasyka Berta von Suttnera Do nogi broń, takie bestsellery jak Na Zachodzie bez zmian. To także, tak. Porównując jednak liczbę wydań w latach dwudziestych ostatecznie sprzedanych książek w Niemczech, bez wątpienia napotyka się na "literaturę" tak zwanego żołnierskiego nacjonalizmu, powiedzmy Ericha Rommla, Kraffta von Dellmensingena i Friedricha Webera, i konstatuje się, że te nie pokupne nazwiska w narzucającym się dzisiaj znaczeniu odnośnie lat dwudziestych, w liczbach absolutnych znajdowały podobne zainteresowanie jak ci autorzy, którzy tkwią w naszej pamięci. Ciągnęliśmy na Friaul5 Helmuta Schittenhelmsa, Siedmiu przed Verdun6, a przede wszystkim Przygody lotnika z Tsingtau7 Gunthera Plüschowa (to także z zachwytem czytał syn Ohsera, Christian, jak donosi ojcu w 1942 r. z Hindelang) osiągały albo nawet przewyższały nakłady Na Zachodzie bez zmian8.

A później, nowoczesne środki, techniczne osiągnięcia, film. Heinz Rühmann w Die Feuerzangenbowle, Siedmiu latach pechu, Siedmiu latach szczęścia, we wspomnianym już Quax, der Bruchpilot. Interior. Miasteczka, placyki, izdebki, kobietki, studenci: Średniowiecze czyste jak łza! Miasta, doniczki - studenckie budy i nieskazitelne panienki, intelektualista i maniery, gruszka Rühmanna z okularami, jowialny dowcip, u kresu Feueranzangenbowle autoprezentacja: Dr Takczysiak, autor licznych książek, laureat nagrody literackiej. Z Berlina. Jednak mężczyzna, te filmy zaś nie pozostawiają żadnych wątpliwości, minionej teraźniejszości lat trzykrotnego zwycięscy, którego połknęła zalatująca średniowieczem okolica słynąca z winnic, niemiecki Jasio Szczęściarz. Już tylko wymioty. Nawet nie można się tak obficie nażreć.

- Jeśli się jest autorem, z pewnością nie ulega się oportunistycznym gestom, także w sposób naukowy opracowywanym eseju (co po starogrecku nie znaczy przecież nic innego jak próba), gdy raz zarazem mówi się ja: Ja, powiadam przeto, znam je. Intelektualne żarówki Rühmanna przydarzyły mi się już wszystkie. Dziesięciolecia potem. W 1990 r. po upadku Muru miały lata wyczekiwania albo lata uczestnictwa, albo najczęściej formy mieszane obu tych rzeczy, na rozpadających się przedmieściach, powiedzmy od razu: Berlina, Lipska czy Drezna, wspólnie z ich zwolennikami zasiadającymi zawsze przy piecu, czasami źle ogrzewanym, co dodaję, aby partycypować obecnie wraz ze zgromadzonymi przez nich i zainicjowanymi przez nich w różnorodności zainicjowanych doświadczeń w budowie nowego świata, w tym nowym życiu. W żadnym razie nie mówię teraz o wiernych poprzedniemu państwu akolitach i docentach dyktatury, mówię zaś o tych, którzy w pewnej chwili, przed dziesięcioleciami, w latach naszej wspólnej młodości - jak ja - dlatego nie powinienem tego tak nazywać, którzyśmy mieli wspólne tło historyczne: jedni zorientowani raczej etycznie i religijnie, namiętni czytelnicy Reinera Kunze, inni anarchistyczni i bojowi w stylu młodego Marxa zaciskający pięści, którzy stali na stanowisku Wolfa Biermanna z jego: Nie czekaj na lepsze czasy!, każdego października wybierali się do Warszawy na festiwal dżezowy, aby tam przede wszystkim palić francuskie gauloisy; ci z dzikim zarostem - jak sam je paliłem, jaki sam byłem, mówię więc o tych, którzy byli moimi rówieśnikami. Myślałem o nich w 1990 r., gdy powracałem z mojej emigracji w Berlinie Zachodnim; naturalnie, musiałem tak pomyśleć, że wciąż jeszcze są, choć stali się artystami i (albo obrońcami praw człowieka. Nie wzięli w rachubę, że życia nie da się rozciągnąć, siebie, jeśli świadomie wymyka się mu przez te lata, lekceważy się je z rozmysłem, wówczas życie mści się. Także wprost naprzeciwko tych, którzy zdecydowali się na mieszane formy egzystencji - odważno-tchórzliwy, pewny element w socjalistycznym społeczeństwie przynajmniej pod względem zawodowym, powiedzmy inżynierowie, bezczelnie wygadani przy wieczornym piecu kaflowym, dokumentacja służb bezpieczeństwa po 1992 r. ma to zachowane, zanotowane wszystko, co tam mówili, ci stawiający opór. - Coś jednak przegapili, chce się to wyrazić potocznymi słowami, nie przegapili zaś nic błahszego, moi rówieśnicy, jak współczesność, rzecz jasna współczesność naszego pokolenia; tacy jawili się na przekór swej często i wiele razy, przeważnie szczerej postawy, wypowiadając także temat strachu, swego i mego, mimo wszystko stali się ofiarami, ongiś najlepsi ludzie mego pokolenia. Ofiarami tej dyktatury, w którą widzieliśmy się wciśnięci: nasza epoka. Czas naszego życia, jaki musieliśmy przeżywać. - Dyktatura bowiem niweluje - burzy - wypala - pożera - całość życia!

 

Co to ma wspólnego z Erichem Ohserem?

 

Moi rówieśnicy, owo pokolenie, pozostało zgodne, godząc się na takie stanowisko: było to coś więcej niż jakaś pokiereszowana dziecięca laleczka po 60 latach dyktatury - takie doświadczenie było jednak tego warte - wszystkie fasady społeczeństwa socjalistycznego są lepszymi wariantami życia - następnym razem wszystko pójdzie inaczej: taki napis znajdował się w 1990 r. na brązowym pomniku Marxa i Engelsa w Berlinie - jesteśmy ludźmi, którzy historię pisali na ulicy wraz z pokojową rewolucją - nie chcemy jednak czegoś innego, współcześnie nowego - czym jest taki autor jak Aleksander Sołżenicyn wobec Christy Wolf-Biermann, żegnajcie wielbłądy!

Zachował się w nich jad ideologii. Na całe życie. Pozostali w uścisku dyktatury. Zachowali mieszkania na zapadłych przedmieściach. Pozostali wierni. Pozostali w domu - w fałszywym, gdzie nie było prawdziwego życia (jak powiada Adorno).

 

V

W fałszywym domu, gdzie istnieje tylko zalecane, indoktrynowane życie - i myślenie zniewolone (Czesław Miłosz). Właśnie dla artysty. Następuje integracja obłożonego zakazem wykonywania zawodu znawcy i artysty Ericha Ohsera. W człowieku istnieje taka potrzeba, wyśmienici karykaturzyści są towarem deficytowym, następuje przywołanie znanego kiedyś rysownika Ojca i Syna. Dobra karykatura wydaje się być tak rzadko spotykana, że trzeba się zdumiewać, iż był to okres jeszcze odległy epoce wizualnej, choć oko było nieustannie uwrażliwiane, i tym samym stawało się jednym z najważniejszych funkcjonalnie organów zmysłowych; stąd bez wątpienia począwszy od 1937 r. pojawia się cała seria artykułów poświęconych wywoływaniu i badawczemu rozważaniu tego tematu:

(Rysunek jako środek walki publicystycznej)

Celem ostatecznych wszakże jest działanie polityczne: uczyć i przekonywać czytelnika... Można rzec, że jest to rozległe pole, które czeka tutaj jeszcze na swe przeznaczenie: Znawcy i artyści przyjmą z pewnością z ochotą pewne impulsy od swych kolegów po fachu ze strony kierownictwa politycznego redakcji i w zamian dadzą im postać rysunkową i graficzne działanie. Dlatego hasło na rok 1940 brzmi: Rysownicy prasowi i karykaturzyści na front!9

 

Tym frontem dla Ericha Ohsera będzie czasopismo Das Reich. Pokazowa gazeta nazistowskich "intelektualistów" i narzędzie integracyjne dla duchowego mieszczaństwa. Publicystyczny okręt flagowy i ulubione dziecko oraz pieszczoszek Goebbelsa, gdzie pełni on także funkcję sternika; do każdego numeru sam pisze artykuł wprowadzający i zgarnia przy tym dodatkowo sowite honorarium do ministerialnego uposażenia - jeden z tematów, którym będą zajmować się Ohser i Knauf w schronie przeciwlotniczym, jaki zapisze w głowie fotografujący donosiciel, kapitan rezerwy Schultz, a ostatecznie też, czarno na białym, także ta rozmowa o Goebbelsie obu będzie kosztowała głowy.

 

Wyłoniło się to samo z siebie, że wszystkie te czasopisma, które od dawna w ramach swych zadań publicystycznych wydawały się pielęgnować i wspierać karykaturę, wraz z początkiem wojny całą swą efektywność nastawiły na nowe, obowiązujące teraz cały naród zadania. Celnymi - w najprawdziwszym sensie tego słowa trafiającymi przeciwnika - rysunkami politycznymi, które często wypełniały całe strony, występują i rozwijają karykaturę do najbardziej niebezpiecznych i najstraszliwych broni obecnej doby. Wynik jest nadzwyczajny. Nie wolno bowiem zapominać: głębiej niż okolicznościowo użyty reportaż fotograficzny osadza się w pamięci karykatura nakreślona kilkoma trafnymi pociągnięciami ołówka; pozwala uwyraźnić właściwości rzeczy przedstawianych, jak też jednym rzutem oka takie ich charakterystyczne właściwości, jak podłość, podstępność, zakłamanie, żądzę władzy... Oddziałuje szczególnie mocno na widzów, dla których karykatura nie stała się oczywistością z powodu długotrwałego z nią obcowania. Stąd narodowosocjalistyczne Niemcy stale trzymały się z daleka od tego, co w jakiś sposób poprzez rysunki polityczne ośmieszało albo inaczej lekceważyło czołowych polityków innych nacji. Tym samym nasza prasa znalazła się dość odosobniona wobec prasy światowej. Nie ma powodów do trzymania się swych zasad, skoro tym samym politykom strzeliło nagle do głowy, mówiąc szczerze, że cel swego życia upatrzyli w unicestwieniu Niemiec; stąd też takie ich działanie. Karykatura trafia dzisiaj przeciwnika całą ostrością środków znajdujących się do jej dyspozycji. (Zeitschriftenverleger, 15. 5. 1940)10.

Zastosowanie karykatury w życiu politycznym państwa narodowosocjalistycznego pokazuje, że w tej samej mierze zmniejszyła się jej rola, w jakiej ludzie niemieccy wyodrębnili się w wielką wspólnotę narodową. W tej wspólnocie narodowej narodowosocjalistyczny rysunek wojenny przyjął więc funkcję apelowania do pozytywnych sił politycznych. Karykatura zaś przejęła zadanie złośliwego komentowania i moralnego unicestwiania wrogów narodowego socjalizmu. Zadanie to zakończy się w dniu, w którym przestaną istnieć wrogowie w polityce wewnętrznej. Zamiast tego będzie doskonałym narzędziem pomocniczym w walce przeciwko plutokratyczno-żydowskiemu systemowi wyniszczania zachodnich demokracji. Tutaj można by użyć tej broni przeciwko tym, którzy sami rozwinęli ją aż do najsubtelniejszej "wirtuozerii". Wojna dała karykaturze politycznej nowy impuls do życia. (Kieler Blätter, 1. 12. 1940)11

 

I Erich Ohser na Froncie, i to nie w okopach, lecz przy biurku i stole kreślarskim dla Das Reich Goebbelsa od 1940 r. W tym miejscu trzeba by właściwie zawołać: Niech Bóg pomoże jego biednej duszy i jego znakomitemu talentowi! Byłoby przecież lepiej, gdyby w Berlinie został dorożkarzem! - jak zrozpaczony pisał o samym sobie.

Tak się jednak nie stało.

Wiadomo. Erich Ohser jako znawca i artysta odpowiadał wszystkim tym przedtem wyszczególnionym i pars pro toto cytowanym wymogom propagandy nazistowskiej (miesiącami, nawet przez lata wykuwane wymogi wedle napisanego przez samego siebie narodowosocjalistycznego rękopisu dotyczącego karykatury, które dały się zwerbalizować przez wymownego rysownika i grafika). "Bułgarska karykatura"12, "Anglia w karykaturze francuskiej"13, "Dowcip i karykatura w prasie włoskiej"14, "Karykatura polityczna dotycząca Anglii"15: Prasa nazistowska stawiała jasne wymagania i dostarczała nawet przykładów i projektów. Tej zalecanej estetyki używał także Erich Ohser aż do najdrobniejszego szczegółu. Roosevelt, Churchill i Stalin danym mu wielkim talentem mądrze byli karykaturowani odpowiednio do tych właśnie wymagań. Służąc obsługiwała zgodnie z zalecanymi wymaganiami czasopism nazistowskich. Można to też wyrazić łagodniej. Musi jednak być ślepy ten, kto nie chce zobaczyć rzeczy podstawowych rozwoju osobistego artysty. Błądzi ten, kto być może słusznie oburzony upadkiem moralnym tego wciąż jeszcze bardzo cenionego rysownika z powodu Ojca i Syna, w jego karykaturach politycznych od początku jego pracy w piśmie Das Reich zamierza przeoczyć dobrowolność takiego postępowania, że Ohser także pod względem estetycznym nie dostarcza nic więcej prócz plagiatu i ilustruje ustalone wzorce. Od 1940 r. regularnie co czternaście dni dostarczał Ohser swoje prace dla Das Reich, ilościowo jego główne dzieło liczy ponad 800 prezentacji, w których czasami rozbłyskują jeszcze elementy jego talentu, rozwijają się, także te w stylu Goyi (wyprowadzone od Francisco Goyi), czego mu się czasami jeszcze i dziś nie odmawia, akceptuje się je; stanowią to jednak wyjątki. Zwłaszcza że Ohser wobec deformacji jego projektów w Das Reich z powodu wadliwego druku en miniatur pozostaje rzecz jasna zupełnie sparaliżowany, nie przeciwstawia się, nie kwestionuje właśnie estetycznego zniekształcania jego dzieła, także jeszcze i z tej pozycji. Żadnego indywidualnego sprzeciwu. Ostatecznie pozostają pojawiające się makabryczne i ideologiczne pozostałości. Bowiem najwyżej już tylko podtytułami przypomina to jeszcze kiedyś wielce prywatne utwory e. o. plauena, autora Ojca i Syna ...kto Führerowi da 29 marca swój głos, pomaga mu budować dalej!16 Wstępować do lokalu wyborczego ręka w rękę, to upragniona, wykonana przez samego siebie i dobrowolnie zainscenizowana osobowość - instrumentalizacja Ericha Ohsera dla nazistów osiągnięta i niewyobrażalnie znajoma. Stąd niezapomniany i głęboko bolesny, widoczny wyrachowany cynizm Ohsera dla tego, kto dzisiaj z tej epoki po raz pierwszy ogląda jego rysunki i właśnie nosi z sobą w głowie tylko Ojca/Syna jako wspomnienie dzieciństwa, np. w owej serii dla ówczesnego Berliner Illustrierte Zeitung: "Prawda o Athenii"17, angielskim statku pasażerskim zatopionym od razu po wybuchu wojny przez niemiecką marynarkę - Ohser rysuje rzekomo dowcipnie możliwe przyczyny jego zagłady - trzy nagie syreny odwracają uwagę kapitana, który zderza się z rafą, albo broda niemieckiego kapitana zaplątuje się w śruby statku, albo wieloryb wystrzeliwuje torpedę... dokładnie tak też zaczyna się upadek człowieka i artysty Ericha Ohsera.

 

Może jeszcze jako antyteza rozszerzająca powyższą wypowiedź (że Erich Ohser należał do wąskiego kręgu współpracowników pisma Das Reich przede wszystkim i wyłącznie z powodu swych artystycznych kwalifikacji): Zaraz na początku wojny zasłużył sobie tym cynicznym odpuszczeniem grzechów, swą "Prawdą o Athenii", na swoistą kartę wstępu umożliwiającą wyłączną pracę dla tego pisma. Od tej chwili było jasne: Ohser będzie funkcjonował i będzie z pożytkiem pracował dla prasy nazistowskiej.

Ostatecznie na tym swoim nowym stanowisku Ohser wznosi się z pozycji znanego, swojsko-rodzinnego rysownika domowej i mieszczańsko-uczuciowej atmosfery - dlaczego mam tego tak nie określić - do aktywnego uczestnika tej wojny. Po stronie nazistów. Ohser łudzi się i pragnie wierzyć: po stronie Niemiec. Zarabia tak dużo pieniędzy, jak (na przykład) prezes trybunału sądowego Roland Freisler, jako reprezentant Niemiec (na przykład) regularnie podróżuje więc do Wenecji, gdzie na przedwiośniu 1942 r. wystawia na Biennale dwanaście karykatur; koordynatorem naczelnym niemieckiej reprezentacji nie jest nikt inny, jak profesor Adolf Ziegler, ten sam, który w 1937 r. wygłosił przemówienie otwierające i motywujące osławioną wystawę "Sztuka zwyrodniała". Ten uznał przeto Ericha Ohsera za przydatnego, wybrał go i jego rysunki: Ohser jako reprezentant swego kraju, jego sztuka zaś jako reprezentatywna dla Niemieckiej Rzeszy (tak określa się to w katalogu wydanym z okazji tej wystawy, nie: Niemiec). W wojnie profesora Zieglera i tej ideologii nazistowskiej przeciwko "sztuce zwyrodniałej", co nie znaczy niczego innego, jak: przeciwko współczesności. Największa sława Ohsera zbiega się też rzecz jasna z największym geograficzno-strategicznym rozprzestrzenianiem się niemieckiej armii, podczas gdy Ohser w październiku 1942 r. dowcipkuje na całej stronie w Berliner Illustrierte Zeitung18 o swym pobycie w Wenecji - był tam już na przedwiośniu na Biennale, jesienią zaś znowu pojawia się na festiwalu filmowym razem z Hansem Albersem, na pokazie ulubionego projektu filmowego Goebbelsa "Münchhausen" - niemieckie oddziały, formacje szturmowe, przypomina się, ciągną na Stalingrad i Al Alamein - zwycięski październik Niemiec pogrążających się w otchłani.

 

Stąd prawie śmieszne i bynajmniej nie zamierzenie komicznie wobec tego tła oddziałuje pojawiająca się już wiele razy i być może dobrze pomyślana próba odnośnie Ohsera (dobrze pomyślane jest zresztą przeciwieństwo sztuki, jak to już określił Karl Krauß) w towarzyszącej krytyce artystycznej owych lat, co da się jeszcze odczytać w jego trywialnych i podbarwianych ulotkach ideologicznych. Zamiast powiedzieć: biedny Ohser! - Jednak! - Oboje zapłacili za to czymś najcenniejszym: Rysownik e. o. plauen wyraźnym regresem swej sztuki do poziomu nazistowskich prac zleconych, zaś człowiek Erich Ohser wszystkim i najwyższym - życiem.

 

VI

A co czynili inni w tym czasie, liczni z Nielicznych i wielu (tak nazywa się powieść jednego z tych, którzy odeszli, Hansa Sahla, o tej samej epoce). Wielu wśród artystów. Którzy pozostali. Którzy pozostali w Niemczech. I to z wielu powodów. Zacni i intelektualnie rozczarowani a priori, samooszukani i zaindokrynowani.

Kurt Kusenberg pisze o swym przyjacielu Erichu Ohserze: "Ten człowiek, który z taką rozkoszą... podróżował po swej ojczyźnie, a obce kraje za piękne uznawał właściwie tylko tam, gdzie przypominały niemieckie krajobrazy, stawiał swoją ojczyznę ponad wszystko - bezwarunkowo. Gdy ujrzał ten kraj uwikłany w walce... uczepił się pojęcia wspólnoty przeznaczenia"19.

Był to czas, powiedzmy, w porównaniu do grupy intelektualistów, lepiej udokumentowany niż ten należący do karykaturzystów, rozpatrywany ze względu na wspólnotę przeznaczenia. Powiedzmy, pisarze. Wzór: Poszukiwany ideał. O moim ojcu. Christopha Meckela:

 

Spotykano się w knajpach przy placu Aleksandra z kobietami i przyjaciółmi, prywatne życie wydawało się być dość beztroskie, był młody i nieświadomy, żywiąc wiele nadziei. Podróżowano do Weimaru i odwiedzano dom Goethego, wizytowano Martina Raschke w Dreźnie, robiono wspólne wycieczki samochodowe po Saksonii i Zinnwaldzie. Piękna była podróż z Günterem Eichem przez frankońską jesień. Dobrze znał Länggässer, z daleka widział Bechera, Brechta i Benna, zarabiał słuchowiskami w Berliner Funk, recenzjami książkowymi i scenicznymi opracowaniami rozmaitych klasyków. Odwiedzano Huchela w Michendorf na wsi, obchodzono święta i prezentowano pierworodne dzieci. Wiele razy spędził kilka letnich tygodni w domku wakacyjnym Güntera Eicha nad Bałtykiem. Huchel, Eich i mój ojciec na wydmach Prerow. Źdźbła owsa wchodziły w wiersze, deszcz, gwiazdy i to, co uważali za bezczasowe. Pracowali wspólnie, grali w tenisa stołowego, wieczorami zaś czytali sobie nowe wiersze... Często wypytywałem mego ojca, czym były dla niego lata trzydzieste, jak żył, przede wszystkim zaś: co myślał, co myśleli jego przyjaciele, i nie otrzymałem ani jednej dość wyczerpującej odpowiedzi. Podczas gdy Brecht, Döblin i Heinrich Mann emigrowali, podczas gdy Dix i Schlemmer pozaszywali się w południowoniemieckich wioskach, znikali uczeni i reżyserzy, koledzy byli zniesławiani, prześladowani, zakazywani, książki były palone, obrazy zaś konfiskowane, on pisał spokojne wiersze w tradycyjnej manierze i budował dom. W którym pragnął się zestarzeć. Uchodźstwo Żydów, komunistów i intelektualistów, nagły albo stopniowy zanik wszelkiej awangardy wydawał się z trudem przyjmować do wiadomości... Taką postawą nie był odosobniony. Wszelakiego asortymentu literaci jego pokolenia żyli zdumiewająco spokojnie dalej obcy tej epoce. Odizolowano się w wierszach o naturze, chowano się w pory roku, w wieczne, zawsze obowiązujące, ponadczasowe, w piękno natury i piękno sztuki, w przedstawienie pociechy, w wiarę w kruchość biedy warunkowanej doczesnością. Był ambitny, wysportowany, zdrowy i bez doświadczenia, miał do wygrania nazwisko. Günter Eich studiował sinologię w Paryżu, a Huchel przez pół roku podróżował po Europie, żył jednak tylko w Niemczech, nie doznawał niczego poza niemieckim życiem umysłowym. Ani jedną myślą i żadnym słowem nie opuścił otoczenia skostniałego, duchowo-religijnego, wykształconego mieszczaństwa niemieckiego. Nie myślało się o ucieczce albo zmianie kraju. Nie da się ustalić, czy między nim a przyjaciółmi była mowa o emigracji. Taka potrzeba nie wydawała się konieczna. Mogli żyć, mieli rodzinę i dom, w pracy rzadko byli niepokojeni o swe pochodzenie czy prześladowani za wyznawane poglądy... Mój ojciec żył nie nagabywany w Trzeciej rzeszy, żył na ślepo w zawężającej się przyszłości, podkreślał niechęć, pogardę, dumę, ufał bezsilnie we władzę ducha. Wszelkie pozostałe sprawy pozostawiał PRZEZNACZENIU - to pojęcie za darmo stało do dyspozycji i mamrotano mu je do kołyski. Natrętnie, tępo i nie do przeobrażenia w latach trzydziestych roztaczał się wokół świat pojęciowy niemieckiego idealizmu, był polerowany przez państwową propagandę, maskował zupełnie odmienne obrazy świata i - wedle osobistych potrzeb - pozwalał przerabiać się na zdumiewająco grube klapki na oczy... Rzadko mówiło się o polityce, co nie było jakąś osobliwością w latach trzydziestych. Takie rozmowy nie były traktowane oportunistycznie. Polityka była sprawą innych ludzi, wszystko we wszystkim brudnym czarowaniem, przestrzenie duchowe uważano za wolne. Hitler był skandalem dla ojczyzny, poczwarą, hałaśliwym duchem nieprawdy, czymś niegodnym Niemców. Cała ta partia była odrażająca, wulgarna i nie kwestionowana - jednak nie ze względów polityczno-krytycznych, lecz z powodu jej stylu politycznego. Nie podobał mu się styl nowego władcy. Jego pojawienie się było jazgotliwe, bezecne, burzyło najszlachetniejsze wartości niemieckiej kultury. Tego nie dawało się powiązać z Goethem i krajem ojczystym. Kto z przyjaciół wstępował do Partii, wystawiony na pośmiewisko, występował z niej. Kto mimo to pozostawał członkiem Partii, ten zasiadał z nim jeszcze przy stole. Był otoczony nazistowskimi literatami i wydawał się nie przykładać żadnej wartości do zachowania należytego dystansu. Należał do apolitycznego pokolenia, zaliczał się do elity umysłowej, a był przecież tylko typowym epigonem, wyniesionym ponad teraźniejszość przez zbankrutowane idee, niezbyt dobrze uskrzydlonym do wysokich lotów, jakie pędziły go dalej ku przepaści. Nie wydawał się przeczuwać nic z własnych ograniczeń. Nie był jedynym ślepcem pośród przyjaciół, nie był jedynym, którego zniosło. Był otoczony znoszącymi, jeszcze bardziej zniesionymi, był nimi otoczony całym mrowiem...20

 

VII

Tak postępowali przeto wszyscy. Liczni. Nie znam takiego miejsca, jak też ani jednego zapisanego sprawozdania z okresu mego pokolenia, które tak trafnie opisywałoby życie pod dyktaturą. Dokładnie tak to przeżywałem, tak to przeżywaliśmy, moi rówieśnicy i ja, dopóki nie wyłamałem się z tego kręgu (naturalnie inni też i w nie tak dużej liczbie, pozostali jednak przecież liczni), byłem prześladowany i odizolowany, ale już bez alternatywy: wykupienie się albo jeszcze raz 14 miesięcy odsiadki. Znowu powróciłem po więcej niż dziesięciu latach "emigracji", zacząłem się rozglądać za moimi rówieśnikami z tamtych dni. Wszyscy żyli dalej w ten sam sposób, wszyscy się za to okupili. Nie znajdowałem już moich rówieśników, ponownie, byli skamieniali, zmumifikowani dalszym życiem pod dyktaturą. Nawet wielbione przeze mnie wielkości literackie, jak np. Ulrich Plenzdorf, bajdurzyły w straszliwej ułomności swej umysłowej swobody po upadku tego systemu, który w szyderczy sposób stał się oczywiście także ich systemem, formułując zdania napawające mnie trwogą. Plenzdorf był zdania, że NRD jest przecież teraz martwym psem, że nie strzela się do zabitych psów. Byłaby to sprawa czci. Nie zrozumiał niczego. Nie pojmował, w czym żył. W każdej sekundzie bowiem trzeba strzelać do martwego psa dyktatury, a do takiego pisarza - także w sposób niewidzialny - każdym zdaniem. Własnym dziełem i swoją osobistą postawą. Żeby znowu nie powstała ta zabita wiara. Powstaje bezgłośnie przy drzemiącym rozumie.

  Czy seria rysunków e. o. plauena, Ojciec i Syn, należy do współczesności? Sądzę, że nie. Wilhelmiańskie - tak. Nawet przytulne i mieszczańskie. Rozkoszne i wzruszające. Biedermeier. Spragnione ładu - znakomicie. Nie linia tradycyjnego Oświecenia, lecz ta przynależna romantyzmowi i niemieckiemu idealizmowi. Wilcze doły dla współczesności w XX wieku. Daumier: politycznie naprawdę zuchwałe. H. Rousseau niepojmowanie prywatny. Żaden z tej dwójki w jakiś sposób moralnie swoisty. U Rousseau prywatność jeszcze też artystycznie radykalnie nowa. Nie ten ulizany uśmiech bez wątpienia wedle komicznych figlów Ojca i Syna, lecz co jest w stanie dać z siebie sztuka: zaskakujące zdumienie. U innych.

 

Zrezygnowany, ktoś, kto w swym eseju mówił o sobie ja, jeszcze raz rozczarowany, bo zmylony: Jeszcze w "Pozgonnym" dla Ericha Ohsera, jakie napisał Hans Fallada, wymienia wielkie pomyłki...

 

Jest to ów człowiek, którego zna świat, jest to rysownik E. O. Plauen, nazwisko metrykalne Ohser, pochodzący wszakże z saksońskiego miasta Plauen, gdzie znajduje się sporo warsztatów tkackich. Mężczyzna jak dziecko, słoń, który mógłby tańczyć na linie, być może stał się najsławniejszy z powodu swych zgryźliwych karykatur w tygodniku "Das Reich", niezapomniany jednak dla wszystkich dziecięcych i rodzicielskich serc dzięki historiom obrazkowym Ojca i Syna... (Wspaniały chłop, zazwyczaj jak dziecko, jeszcze w posiadaniu wszystkich rajów dziecka)... Pytałem go, jak on, jak ja opętany identyczną nienawiścią do nazizmu, z równie mocnym przekonaniem, że ta wojna nie może być przez nich wygrana, gdyż właśnie rzecz zła nie może przecież zwyciężyć, pytam go, jak może przechodzić z tym do porządku dziennego, zamieszczając co tydzień polityczne karykatury w piśmie dra Goebbelsa. Uśmiechając się rzekł: "Ależ oni nie są teraz wcale naszymi przeciwnikami; takimi są Churchill, Roosevelt, Stalin - nie jest rzeczą nieprzyzwoitą walka z naszymi wrogami. Nie robię nic innego prócz tego, co oni robią przeciwko nam. Jednego wszakże nie uczynię: nigdy nie narysuję karykatury antysemickiej, nie dopuszczę się do takiego świństwa"...

To wszystko dzisiaj od dawna leży w gruzach i pyle, dom przy ul. Budapeszteńskiej jest już tylko kupą zgliszcz... Jego polityczne karykatury sprawiały mu nieco dolegliwości. Wykonywał je wszystkie porządnie niczym szkolne wypracowania. Przedtem nie przychodziły mu do głowy jakiekolwiek pomysły. Jednego dnia przerzucał gazety poszukując jakichś inspiracji, następnego dnia wykonywał je, od razu najczęściej pięć albo siedem. Trzeba kiedyś przyjrzeć się tym karykaturom, rysowanym starannie piórem, gruntowanym często także farbami - druk gazetowy daje tylko mizerne odbicie tego, czym były... (Hans Fallada: Z rękopisu pijaczyny, jesień 1944)21.

 

Erich Ohser i samoułuda. Mnie samemu są znane z dwóch publikacji jednoznacznie antysemickie rysunki Ohsera. W książce To był Londyn. Blask i nędza największych miast na Ziemi22 Heinza Medefinda, ukazała się w 1942 r., i w numerze specjalnym ukazującego się w Buenos Aires czasopisma Der Weg23, wydawanego rzecz jasna przez starych nazistów, znalazłem więcej przykładów na te świństwa, których rzekomo nie popełniał. A że sam wierzył w to, iż nie uczestniczył w czymś takim, temu wszystkiemu trzeba uwierzyć bezwzględnie, gdyż wynika to też ze sprawozdań przyjaciół o coraz to większej jawnie nieostrożnej i agresywnie autodestruktywnej niechęci Ericha Ohsera wobec panujących i ich ideologii. Jest to tylko typowo wewnętrzny dyktatorski wzór zachowania dla złego sumienia u ludzi przyzwoitych, którzy współpopadli w karygodny współudział. Znam to wszakże bardzo dobrze, mianowicie z własnych introspekcji. Choć od 16 roku życia byłem w zupełności wart prześladowań, przez całe lata wbrew memu wewnętrznemu przekonaniu starałem się jednak jakoś płynąć kolektywnie w nurcie drugiej niemieckiej dyktatury. Im bardziej jednak zbliżałem się do kariery, na jaką pozwalali mi decydenci, np. na mocy decyzji Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwa wolno mi było potem studiować jednak medycynę, prywatnie zachowywałem się tym bezczelniej, bardziej gotów do ryzyka, do aktywnego stawiania oporu. Całymi tygodniami wykonywałem sekcje zwłok w lipskim prosektorium, podczas weekendów razem z przyjaciółmi drukowałem zakazaną literaturę, własną i tę zabronioną: Biermanna, Kunzego, Fuchsa. Na politycznych szkoleniach, jakie także bez przerwy wbijano w głowy przyszłym medykom, trzymałem się spokojnie ze "względów taktycznych", nawet gdy masowe mordy Pol Potta były opisywane przez nauczycielkę jako "doświadczalna próba pra-
-komunizmu", nikt z mojej grupy seminaryjnej nie zaprotestował ani jednym słowem, choć wszyscy byli nad wyraz sympatycznymi młodymi ludźmi, dzisiaj zaś są lekarzami. Taka narzucona sobie schizofrenia, na jaką na całkiem różnych wyższych płaszczyznach (prosektorium nie należy zestawiać z Das Reich) w sposób zagadkowy i szyderczy zapadało jednocześnie miliony ludzi. Ona, ta choroba, w którą uciekali, była im pociechą i środkiem, dzięki któremu mogli żyć w takiej dyktaturze. Doskonałe zwodzenie samego siebie. Gdy w końcu zostałem jednak aresztowany, konsekwentnie, na podstawie mego zachowania jako osoby prywatnej, zobacz Ohser, w ciaśniejszym sensie tego słowa byłem zadowolony i przyjmowałem to z ulgą, siedziałem w zaciemnionej izolatce Stasi wypełniony szczęściem. Tutaj bowiem znowu mogłem być zupełnie normalny i zdrowy (w sensie życia pod dyktaturą): przynależałem do tego miejsca, do więzienia!

 

Miałem szczęście. Nie było wojny. Była inna epoka, inna dyktatura. Zachowałem moją czaszkę na karku.

 

A teraz można zastanawiać się nad tym, co bliski kiedyś przyjaciel Ericha Ohsera, nie byle kto jak właśnie Erich Kästner, napisał o Ohserze w nie nazwanym tak "pozgonnym" dla Ohsera.

 

List do Pony Bouché, 30. 10. 46 r.:

 

Moje drogie Pony,

no, wspaniale, że wreszcie możesz troszeczkę odetchnąć! Uczciwie przecież na to zasłużyłaś! Dotarło do mnie kilka linijek z Paryża, po upadku Adolfa, odpowiadanie wszakże było wówczas jeszcze bardzo utrudnione. Teraz jest to przecież wręcz dziecięca igraszka! Twój list datowany na 1 sierpnia dotarł równo tydzień temu. Czyli "szedł" dwa i pół miesiąca. A przed trzema dniami dotarła od Ciebie wielka paka z żarłem. Za obie te rzeczy najserdeczniejsze podziękowania, moja Dobra! Pani Schubart także przeszła przez Monachium i opowiadała o Tobie, właściwie bardziej o sobie. Czyli w przeciwieństwie do mnie doświadczyłaś więc walk na barykadach. Sam przez dwanaście lat robiłem ironiczne miny i "zachowałem" stały stolik u Leona. To były pokojowe zajęcia. No tak. Parę tuzinów ludzi zachowywało się jednak przyzwoicie. Niestety, nie dotyczy to Ohsera. Był tak bojaźliwy, jak był wielki. A potem kosztowało go to przecież głowę. Ponieważ w fałszywym momencie otworzył usta...24

 

...A mój ocalony czerep myśli: To znam zbyt dobrze, pojawiało się to w Dreźnie po "Zwrocie", zawsze w ten sposób, starzy przyjaciele, te ceremonialne początki zdań: Czyli w przeciwieństwie do mnie masz zatem walki na barykadach... i myśli, ten czerep, o moich rówieśnikach - kogo właściwie znowu spotkałeś po 1989 r., Ericha Kästnera, który sam o sobie mówił jako o przekonanym drobnomieszczaninie, wówczas, potem gdy to minęło, tak mówili ci... którzy własną odmowę udziału potraktowali w sposób ironiczny...

Jednakże tak zwana Emigracja Wewnętrzna Niemiec rozmawiała po wojnie z prawdziwymi emigrantami. Tego nie przeżywałem od 1989 r., raczej marginalnie, bardziej łagodne odrzucenia, stanowcza, uporczywa, trwała, utrzymująca się i rosnąca nieufność... Hans Sahl, po pięciu latach republiki Federalnej, udał się znowu do USA, na początku lat pięćdziesiątych...

Ci z ocaloną głową należący do mego pokolenia, którzy byli jak ja, a którzy pozostali u siebie, inni natomiast, z uratowanym językiem, od dawna wisieli przed ratuszami po tej naszej Rewolucji - jako plakaty wyborcze...

 

Wtedy jeszcze oczy zamykałem w ciemnościach...

 

Erich Kästner, cztery miesiące wcześniej (Monachium, 29.6.46 r.), w odniesieniu do Ohsera, pisał w liście do Walthera Victora ostro i wyraźniej:

 

Drogi Waltherze Victorze,

serdeczne dzięki za Pańskie linijki, które dotarły do mnie w Monachium bez większych trudności. (Atrium) 2003, s. 92.Tak, że chwyciło to Knaufa, to boli mnie o wiele bardziej niż fakt, że także Ohser musiał w to uwierzyć. Ohser bowiem od 1933 r. w rosnącej mierze popadał w rozległe pole koniunktury i nadużywał swego talentu na zlecenie ministerstwa propagandy. Z tego powodu ucierpiała także ostatecznie nasza przyjaźń, jaka mnie z nim wiązała, co - zrozumiałe samo przez się - doskwiera mi. Co się tyczy też jego żony i synka.

Oto okazało się, że poczta wydaje się funkcjonować przez daleki ocean, więc byłoby właściwie miło, gdyby mi Pan wnet znowu coś napisał od siebie...25

 

(skończone 28 listopada 2005)

 

Podziękowanie:

Dziękuję panu Güntherowi Reichelowi, kierownikowi Vogtlandbibliothek Plauen, zwłaszcza za rozmowy towarzyszące podczas opracowywania pomysłu, jak i za wystaranie się o materiały źródłowe, i panu Frankowi Weißowi, kierownikowi Vogtlandmuseum Plauen, za jego cierpliwe porady i użyczenie zastosowanych materiałów źródłowych.

 

Utz Rachowski
Przełożył Andrzej Pańta



1 Wolfgang Eckert: Ojczyzno, twoje gwiazdy... Życie i agonia Ericha Knaufa - Biografia. Chemnitz 1998.

2 Ostragehege: Czasopismo poświęcone literaturze i sztuce. Rocznik 5, z. 13. Dresden 1998, s. 69.

3 Deutsche Presse. Zeitschrift des Reichsverbandes der Deutschen Presse / Zeitschrift für die gesamten Interessen des Zeitungswesens. Rocznik 27. Nr 23 z 7 sierpnia 1937, s. 351-53. Berlin 1937.

4 Dr Joseph Goebbels: Pracownicy umysłowi w walce o przeznaczenie Rzeszy. Przemówienie wygłoszone na Uniwersytecie w piątek, 9 lipca 1943 r. München (Wydawnictwo Centralne NSDAP. Franz Eher Nachf.), 1943, s. 20-22.

5 Helmut Schittenhelm: Ciągnęliśmy na Friaul. Stuttgart (Thienemann) 1942, z tym nakładem 36-39 tysięcy.

6 Josef Magnus Wehner: Siedmiu przed Verdun. München (Langen / Müller), 1944, z tym nakładem 161-170 tysięcy.

7 Gunther Plüschow: Przygody lotnika z Tsingtau. Berlin (Ullstein) 1916, osiągnęły 600 tysięcy nakładu.

8 Erich Maria Remarque: Na Zachodzie bez zmian. Berlin (Propyläen) 1929, osiągnęły 625 tys. nakładu.

9 Karykatury polityczne. Rysunek jako środek walki politycznej. Deutsche Presse, 1940. Autor: Dr Hans Hennigsen, s. 8.

10 Karykatury polityczne także w pismach fachowych? Zeitschriftenverleger, 1940. Autor: "St.", s. 155.

11 Karykatura w służbie wrogiej propagandy wojennej, dra Fritza Ihlenburga, Kieler Blätter z 1. 12. 40. Neumünster (Holstein) 1940, s. 315/16.

12 Karykatura bułgarska, Bulgarienwart, Nr VIII, 1940, s. 15.

13 Anglia w karykaturze francuskiej. Księga dla uczczenia Enrico Gianeri, Deutsche Presse, 1940. Autor: Dr A. Dresler (zob. także przyp. nast.), s. 200-203.

14 Dowcip i karykatura jako broń prasy włoskiej, Deutsche Presse, Rocznik 30, Nr 16, 3 sierpnia 1940. Autor: (Reichshauptamtleiter) dr Adolf Dresler, s. 153-55.

15 Karykatura polityczna dotycząca Anglii, Deutsche Presse, 1939. Autor: Dr Richard Biedrzynski, s. 385-87.

16 Hasło wyborcze personelu Niemieckiego Wydawnictwa Politycznego i Naukowego, 1936, cytowane wedle Ericha Ohsera - e. o. plauena (1903-1944). Rysownik polityczny, Katalog do wystawy z 27. 11. 2004-20.2.2005, wydany przez Kulturbetrieb Plauen, Vogtlandmuseum, Plauen 2004, s. 25 i 26/27.

17 Prawda o Athenii. Sprawozdanie E. O. Plauena, Berliner Illustrierte Zeitung, Nr 39 z 28. 09. 1939, s. 1604.

18 Berliner Illustrierte Zeitung, Nr 39 z 1.10.1942, s. 540.

19 Kurt Kusenberg cytowany wedle Katalogu wydanego z okazji wystawy, s. 31 (zob. też przyp. 1 na s. 9).

20 Christoph Meckel: Poszukiwany ideał. O moim ojcu. Frankfurt / Main 1983 (Fischer TB), s. 20-23, 32-33.

21 Hans Fallada cytowany wedle katalogu wydanego z okazji wystawy, s. 54 (zob. też przyp. 1 na s. 9).

22 Heinz Medefind: To był Londyn. Blask i nędza największych miast na Ziemi (Z 24 reprodukcjami i 15 rysunkami E. O. Plauena), Oldenburg / Berlin (Gerhard Stalling Verlagsbuchhandlung) 1942, s. 156.

23 Numer specjalny czasopisma Der Weg, dwujęzyczny (niemiecki / hiszpański), Buenos Aires (Editorial Dürer S.R.L.) 1952, s. 10.

24 Erich Kästner: List do Pony Bouché z 30. 10. 1946 r., cytowany za: Erich Kästner: To no tak! Kiedy się tego nie miało! Wybrane listy z lat 1909 - 1972. Zürich

25 Erich Kästner: List do Walthera Victora z 29. 6. 1946, s. 91 (zob. także przyp. powyżej).



Mariusz Cezary Kosmala

BAŚŃ

Każdy porządny poeta pali i pije

i po pijaku gwiazdy z nieba strąca kijem.

 

Kij jest dość długi i ma więcej niż dwa końce -

można go bez problemu roztrzaskać na Polsce.

 

Każdy poeta kocha też jakąś kobietę,

dla której po pijaku potrząsnąłby niebem

 

i mało Boga nie wytrząśnie z nieba dziury,

byleby tylko dać mu dużo dobrej wódki

 

i dobry jak papieros, długi kij do ręki,

i trawy do palenia, a już tak zakręci

 

tym wszystkim, co widzi i co mu się wydaje,

że piwem to popije i poemat walnie

 

taki, aż wszystkie gwiazdy z nieba pospadają

i księżyce, i w okolicy każdy anioł.

 

Bo każdy anioł to jest poeta pijany,

któremu od nadmiaru wódki skrzydła zmarły

 

w locie - lecz każdy porządny poeta pije,

a po pijaku Boga z nieba strąca kijem.

 

15/16 V 2007
Mariusz Cezary Kosmala

 

Lech M. Jakób

LĘKI

Od opublikowania w roku 2003 wyboru "Zielony promień" nie napisałem ani jednego wiersza. To już ładnych parę lat. W przeszłości, owszem, zdarzały się przerwy i kilkumiesięczne, ale nigdy tak długie. Mówię sobie i innym, gdy na ten temat schodzi rozmowa, że wspomniany wybór był cezurą. Że wszystko ze zbiorników się wylało, co wylać się miało. Lub że wyczerpałem używaną dotąd formę - znużyłem się nią. I iść dalej utartą ścieżką byłoby wewnętrzną nieuczciwością, zaprzeczeniem samego siebie.

To wszystko prawda, a właściwie tylko półprawdy, ćwierćprawdy, albo odpryski prawdy. Problem leży głębiej. Bo przecież od czasu do czasu wiersze usiłują do mnie przyjść. Przychodzą, nieśmiało pukając do zawartych drzwi. Lecz ja udaję, że mnie w środku nie ma. Coś zabrania mi drzwi uchylić. Wówczas owe wiersze-niedowiersze odchodzą. I pozostaje samotność, podszyta rosnącym niepokojem.

Ba, gdybyż szło jedynie o "heroizm" świadomego niepisania!

Myślę. Wciąż myślę. Chwilami do białej gorączki tym myśleniem rozpalony. Co się dzieje? Skąd nagle (nagle?) tak dojmujące rozterki? Gdzie podziała się niegdysiejsza twórcza "beztroska"? Zanikła we mnie spontaniczność? Za wysoko postawiłem sobie poprzeczkę? Nazbyt przytłoczyło uczucie niespełnienia?

W międzyczasie niepokój nabrzmiał i przepoczwarzył się w lęk. W zespół lęków.

Pierwszego potwora lęku hoduje każdy poeta od twórczych inicjacji. Rośnie w siłę z każdym zapisaną strofą, z każdym nowym wierszem, z każdą wydaną książką. Pytanie jednostkowo fundamentalne: czy to, co mamy do powiedzenia światu, jest znaczące; a jeśli już jest - jakimi niebagatelnymi słowami się posłużyć, jakim językiem, jakiej formy się imać? Intelektualne i erudycyjne uposażenie mało tu waży. Słuchamy podszeptów intuicji. Niby resztę robi za nas talent, tak zwane natchnienie. Jednak lęk ten nigdy nie ginie - przeciwnie, rośnie razem z nami. Bo z czasem przecież dochodzi jeszcze potężniejąca świadomość odpowiedzialności za wyrwane z niebytu byty nowe.

To trochę jak z rakiem. Ponoć nosimy go w sobie wszyscy bez wyjątku. Tyle że nie zawsze podstępny rak zdąży się ujawnić i rozwinąć - wówczas nie on jest przyczyną śmierci nosiciela. Pozostałych niszczy za życia na raty. Cholerna loteria! - chciałoby się przekląć. Los, fatum, przeznaczenie?

 

Jest też lęk inny, że określę nieco pompatycznie: dotyczący kontekstu społecznego. Poezja coraz bardziej spychana bywa na kulturowy margines. Niegdyś tak mocna odbiorcami, tak wypatrywana, a nawet pożądana, dziś zadowolić się musi nielicznymi przyczółkami. Być może przestał sprzyjać refleksji i odbiorowi poezji cywilizacyjnie przyśpieszony rytm życia. Być może wyjałowił pokłady społecznej wrażliwości konsumpcyjny styl życia. Być może ograniczyły czułe pola wyższej komunikacji demony komercji. I dobiły jeszcze techniczne gadżety w rodzaju telewizji, komputera, internetu.

Ale czy to wszystko nie jest li tylko rozpaczliwym tłumaczeniem? Czy aby przyczyna rozluźnienia więzi poezji z odbiorcą nie leży w nas samych?

Bo przecież, gdy się zastanowić, gdy pamięcią sięgnąć wstecz, znajdziemy podobne wyrzekania i u Cypriana Kamila Norwida, i u Adama Mickiewicza, a nawet i u Jana Kochanowskiego, który zanotował w rozterce "Sobie śpiewam a Muzom (...) Bo kto jest na ziemi,/ Co by serce ucieszyć chciał pieśniami memi?"

A za lękami głównymi, za lękami wokół pytań o sens tworzenia, o miejsce poezji we współczesnym świecie podążają towarzyszące lęki mniejsze...

 

 

Oczywiście nie jest tak, bym nie pisał w ogóle. Piszę, choćby teraz. Piszę opowiadania, powieści, czas aforyzm pod szlifierkę pióra wskoczy. Tak, piszę. Ale to pisanie peryferyjne wobec poezji. Za którą tęsknię, o której marzę. Zrezygnowałbym bez zmrużenia oka z niejednej strony prozy dla jednego dobrego wiersza. Natomiast dla kilku dałbym sobie palec, a nawet rękę uciąć.

Cóż z tego. Osaczyły mnie lęki. Niczym sfora wilków zacieśniających okrążenie. Może wymknę się z tej pułapki. Może.

Tymczasem zaciskam zęby i pięści.

A tym poetom, którzy ten felieton uznają za dzielenie włosa na czworo, nie mam nic do powiedzenia.

 

Lech M. Jakób

 

Marek Czuku

JESZCZE JEDEN KROK

Jeszcze jeden krok

(wyświechtany jak kapelusz

lorda-kloszarda)

w odmęty [metafora dopełniaczowa],

razem spięci,

razem [rym gramatyczny],

topielą grzmiącą echem

tonącej [nazwa].

 

Jeszcze jeden krok,

a umilknie artyleria

strzelająca do prawie nagiej

pospolitej formy.

Jeszcze jeden cel padnie

pod prądem litych rąk.

 

Męcz się poezjo!

 

Jeszcze jeden krok

zaprzeczy całości

zbudowanej z nazw.

Chociaż lepiej by było

zrobić jeszcze

jeden

krok.

 

1987
Marek Czuku

 

KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między zaprzyjaźnionymi pisarzami. Na naszych łamach od października 1998 roku korespondują: zamieszkały w Podkowie Leśnej Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób z Kołobrzegu.

Dziękujemy - pkl "łabuź"



 

Kołobrzeg, dnia 13.08.2007 r.

 

Przyjacielu, Jakich Niewielu!

 

Pierwsza wiadomość: "Piórko" dofrunęło, popychane południowymi wiatrami. Dzięki, bo frajda! Akurat przed wyjazdem na żagle dofrunęło i wziąłem dramaty na jacht. Wyobraź sobie scenerię: bryzgi wody, ja bawię się szotami przy halsowaniu, a Zwierzątko na głos z kabiny mi czyta... Wieczorami, przy lampie naftowej zwieszonej z achtersztagu, doczytywałem sam. To z kolei inna magia lektury. Pośród wirujących wokół lekko rozkołysanej lampy owadów, pluskających przy kotwicowisku ryb i z gwiazdami trochę bezczelnie zaglądającymi z ciemnego nieba przez ramię. Telefonowałem z pokładu, nie chciałeś uwierzyć. Gdy wróciliśmy do Kołobrzegu, książką żywo zainteresowała się Wanda Skalska. Ano, zobaczymy co naskrobie. Sam ciekaw jestem czy podzieli moją opinię.

W międzyczasie wiadomość druga: znalazłeś wydawcę dla swoich opowiadań dotykających stanu wojennego - z których część publikowałem w zeszłym roku w "Latarni Morskiej". Pięknie, nareszcie! Wiesz, co o nich sądzę. Być może to druk w LM przynosi szczęście? Kto wie. Bo popatrz. Opublikowaliśmy jeden z Twoich dramatów i po kilkunastu miesiącach jest książka. Pojawił się debiut poetycki w LM 2 Borysława Bednarskiego - krótko potem debiutancki tomik w "Miniaturze". Fragmenty "Rejsów po arcydzieło" Piotra Bednarskiego w inauguracyjnym numerze LM - rok później w Gdańsku wydanie książkowe... A dobrych przykładów tego typu więcej. Również wkrótce, o czym się przekonasz.

To wieści dobre i bardzo dobre. Jednak te przeplatają gorsze, a nawet złe. Mam na myśli dziwaczną historię z innym moim przyjacielem. Siedzi to we mnie, niczym długi cierń w boku. Ktoś, kogo znasz, ni z gruszki, ni z pancerfausta, przysłał napastliwy list. Dowiedziałem się, żem pychą przepełniony i megaloman. To łagodniejsze określenia. Brutalniejszych Ci oszczędzę - z jeszcze innych, wcześniejszych listów. Krótko potem nadszedł SMS z przeprosinami. Wydawało się, że wszystko wróci do normy. I skłonny już byłem wszystko puścić w niepamięć. Nawet niczym jaskółkę zgody pchnąłem do niego pocztą nowe numery "Łabuzia" i "Rzeczy Kołobrzeskiej". Jaka e-mailowa reakcja? Że makulatura nie zbiera. Do tego dołączył pouczenie na temat poetyckiego sumienia. Płetwy mi opadły całkowicie. Nie potrafię powiedzieć, co się z nim dzieje. Prawdziwie martwię się sytuacją. Wszak na szali leży, było nie było, blisko trzydziestoletnia przyjaźń!

Lecz, jak słyszę, i Ty także od naszego wspólnego znajomka otrzymałeś (co prawda inne) pouczenie?

 

Zostawmy towarzyskie zawirowania. Bo przyjaźnie przecież rodzą się i umierają - zupełnie jak ludzie. Oto połówka sierpnia - schyłkowa część lata jakże efektowna w przejawach natury! Właśnie przysiadła na trawie rusałka admirał, składając aksamitnoczarne skrzydła, upstrzone cynobrem i bielą. Widzę w dali już owocujący dziki bez, zaczynają dojrzewać jeżyny. Na łąkach podmiejskich i torfowiskach kwitnie ostrożeń błotny, pasternak, krwiściąg lekarski. W prześwietlonych rejonach suchych lasów wspaniale pysznią się wrzosy, a spomiędzy drzew wypełza ostrzejszy zapach grzybni. Z pól zniknęły jeszcze niedawno kołyszące się zboża. Teraz na ścierniskach rej wodzą gryzonie, ściągające na siebie łasice i tchórze. Pojawiło się nowe pokolenie żabek wodnych. A ten ruch wśród ptaków! W duże stada zaczynają się łączyć łyski, zaraz odlecą na południe jaskółki brzegówki i rybitwy. Wszystko to znaki z wolna nadciągającej jesieni.

Obserwuję przyrodę ćwierćokiem, dla krótkich odprężeń. Bo zajęcia pisarskie i parapisarskie jedno po drugim wskakują na plecy. Ostatnio, trochę niespodziewanie (a może spodziewanie?), przydreptała robótka nowa: dłubanina w zbiorze opowiadań dla dzieci "Zwykłe przygody". Opublikowało to w 1988 roku Wydawnictwo Morskie. A mój obecny wydawca ("Filipa Szalonego"), po zmajstrowaniu III wydania "Znikacza i jego broni", po lekturze zapałał miłością do "Zwykłych przygód" właśnie. Od korespondencji do korespondencji i stanęło na tym, że wznawiamy: wersję poprawioną i rozszerzoną, w mniejszym formacie i ze świeżym opracowaniem graficznym. Stosowna umowa za plecami, moja dłubanina też. Lecz nie tylko dłubanina. Dopisałem dwa opowiadania nowe: "Jak to było z wypukiwaniem dzięcioła" oraz "Jak to było z muchami w nosie". Powiadam Ci, Przyjacielu, namęczyłem się. Bo przecież szło o utrzymanie konwencji tej prozy; o "wtopienie" w wykształcony wówczas rytm. Nie chciałem by odstawało niczym kaczka w kluczu lecących gęsi. Rozumiesz. To znaczy: odstawanie jako takie w prozie bywa piękne. Nieraz wręcz wskazane. Tu jednak tego sobie zabroniłem.

To rzecz dla czytelników bardzo młodych. "Telbit" planuje z tym zdążyć przed Bożym Narodzeniem, na początek grudnia.

Na tapecie coś jeszcze, nie będę zapeszał.

 

Ale najbardziej chyba cieszę się na Twój przyjazd we wrześniu. Na Wasz - bo z Mirą. Naturalnie czerwone wytrawne wino nas nie ominie, mniejsza z paluszkami! Guziki w konferencyjnym surducie prawie dopięte. Będziesz mówił o poprawności (lub jej braku) języka młodzieży. Może ma to się nijak do Twoich odkryć językoznawczych, o których wspominałeś, lecz pole do popisu wyjątkowo wdzięczne. Następnego dnia wystąpi między innymi Danuta Świerczyńska-Jelonek (akurat pisała ostatnio o "Filipie Sz." w "Nowych Książkach"), mówiąca o językowym obrazie młodego pokolenia we współczesnej prozie młodzieżowej. Zresztą, na cóż Ci te informacje? Bez wątpienia dawno otrzymałeś szczegółowy program. Dodam tylko, że patronat honorowy, obok prezydenta miasta, wzięło Stowarzyszenie Przyjaciół Książki dla Młodych - Polska Sekcja "Ibby". A patronat medialny "Rzecz Kołobrzeska" i "Kurier Szczeciński".

Naturalnie o tradycyjnej lekturze najświeższej nie zapomniałem. Tym razem mam dla Ciebie coś wybornego z dziedziny eseju. Eseju jak ulał leżącego tematycznie w tym, co wyżej i jeszcze wyżej - no, może nie wprost. To rzecz Daniela Pennaca*, demonstrującego w swej uroczej książeczce miłość czytania. Między innymi opowiada o tym, jak - omijając ostrowy przymusu i presji - zarazić dzieciaki rozkoszą lektur. Bardzo mądre to rady, do tego ze swadą napisane. Cedzę sobie kartka po kartce i już na zapas się martwię, że tylko połowa mi została...

 

Bywaj, bywaj i przybywaj! -
Twój Porąbany Książkolub Le

 

PS. Widziałeś mój felieton literacki o alkoholu wśród pisarzy w ostatnim "Łabuziu"? Już co niektórzy fukają, że pisarskie gniazdo kalam... Głosy podobne, jak przy niektórych innych felietonach.

 

PS. PS. Oczywiście, oczywiście ubiegłonocny rój Perseid przysłoniły chmury. Niech to dunder świśnie! A na nowe "przeloty" bardzo długie czekanie.

 



*Daniel Pennac "Jak powieść", przełożyła Katarzyna Bieńkowska, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2007, str. 176

 

 

 


 

Podkowa Leśna, 14 sierpnia 2007

 

Lechu Kochany,

 

dzięki za wieści. Cieszę się, że masz to "Piórko" wreszcie. Szło a szło tygodniami, bo jak wiesz, mam daleko na pocztę. Musiałem się oderwać od pracy nad podręcznikiem, przyszedł mi pewien wiersz do głowy, a za tym poszło i to, żeby napisać ten list, bo mi Ciebie brak. Spotkamy się w Kołobrzegu 20-21 września na sesji językoznawczej, ale do tego czasu jest jeszcze ponad miesiąc.

Tymczasem dostałem list od poety kołobrzeżanina, wiesz, o kim mówię, o tym samym, o którym Ty piszesz. Człowiek ów nie oszczędza jak widać nikogo, a powinien wiedzieć, że ani nie mamy na to czasu, ani nerwów. Zwłaszcza nerwów. Naturę mam dość delikatną i przyjmuję najbardziej nawet brutalne uwagi, ale sprawiedliwe, słuszne i prawdziwe. Niesprawiedliwe, niesłuszne i nieprawdziwe wytrącają mnie z równowagi na wiele dni. Przytaczam w całości.

"Drogi Piotrze, masz tyle pracy, że nie chcę ci zajmować czasu. Czytałem Twoje opowiadania w «Łabuziu» - nie wiem, czy to są z Twojego «Łaziebnego». Bardzo Cię szanuję, więc proszę wybacz mi, jeśli będziesz uważał to za nietakt. Dziwi mnie, że Twoi tak wielcy przyjaciele nie powiedzieli ci o tym. A więc drogi Piotrze, co spostrzegłem: akcja jest fantastyczna, przeżywałem te czasy i wiem, chodzi tylko, że w przekazie prozatorskim przekazujesz wszystko w bardzo długich i zawiłych zdaniach. Po przeczytaniu dwóch stron zaczyna organizm wpadać w monotonię, a wiesz do czego to prowadzi. Poskracaj trochę zdania, niech po długim następuje krótkie itd., wiesz o co mi chodzi. Rób też częściej akapity. To działa, jestem specem od pisania i skracania - uwierz mi. I jeszcze raz przepraszam, jeśli cię w czymkolwiek uraziłem. Z życzliwością XY" (poprawiłem literówki i interpunkcję).

Ciekaw jestem, co o tym, Lechu, sądzisz, bo jesteś jednym z wielkich wymienionych przyjaciół (to jestem gotów potwierdzić postawieniem dwóch litrów czystej!). Z linijką w ręku przejrzałem wszystkie moje opowiadania drukowane w "Łabuziu" i na miły Bóg nie znalazłem długich zdań. Co za cholera. To, że "Łabuź" nie zawsze stosuje wcięcia akapitowe, sytuacji nie zmienia. Przejąłem się tym dziwacznym listem, bo mnie zmartwiło myślenie owego poety kołobrzeżanina.

Odpisałem dość ostro. Przytaczam w całości:

"Dziękuję za życzliwość, przykro mi, że Cię zawiodłem. Z Twojego listu jednoznacznie wynika, że nie czytałeś żadnych moich książek prozatorskich. To zaskakujące. Niestety nie zmienię ani literki. Wybacz, to jest w moich zasobach klasyka. Większość tych opowiadań pisałem 27 lat temu, i tylko dwa - 20 lat temu. Każde przeszło długą kwarantannę. Nigdy nie śpieszę się z publikowaniem, bo to źle wpływa na samoocenę. Ja wiem: byłoby na pewno świetnie, gdybyś napisał te utwory za mnie od nowa, zyskałaby na tym kultura, literatura, społeczeństwo by oszalało. Nie są to jednak, jak mniemasz, fragmenty powieści «Łaziebny». Piszesz, że jesteś wytrawnym znawcą, specem, ale obawiam się, że ni w ząb nie zrozumiałeś, jaki to gatunek prozy i w ogóle twórczości. Masz problemy z czytaniem długich okresów zdaniowych. Nie zachęcam Cię więc do czytania autorów, którzy używają zdań nieporównanie dłuższych, czasem wielostronicowych, Faulknera, W.L. Terleckiego, Conrada, Parnickiego, Celine'a, Prousta, Andrzejewskiego czy Tomasza Manna, że wymienię pierwszych z brzegu (ale nie np. Henryka Manna, który stosował Twój sposobik i był pisarzem miernym). Zanudziliby Cię niezawodnie. Nie zasypiaj jednak przy drugiej stronie książki. Może być akurat pouczająca! Może się tam znajdować klucz do rozpoznawania w pisarstwie sztuki i przestroga, by nie przeciwstawiać sztuce rzemiosła pospolitego. Jak mawiał Gombrowicz: «Tylko... na jakim piętrze odbywa się ta robota?»". Tu mój podpis.

Co Ty na to? Może w sensie obyczajowym za ostro. Ale rzecz ciekawa, pomyślałem, że w sensie kulturalnym za słabo.

W odpowiedzi poeta kołobrzeżanin lakonicznie przeprosił, jednak wyłoniona kwestia pozostaje bardzo aktualna. Co się dzieje z ludźmi, którzy powinni umieć liczyć wyrazy w zdaniach? To szkoła podstawowa. A co z tymi, którzy powinni umieć czytać? To z kolei sprawa bazy umysłowej na poziomie przedmaturalnym. Jak przemożny wpływ - nawet na poetów - musi mieć zalew tandety literackiej, że nawet tacy mu się poddają, zaczynają wierzyć w schemaciki rodem z Harlequina i zapomnieli, że są pisarze, którzy nie piszą dla debilów. Widzę to na jeszcze szerszym planie, na planie myślenia pospolitego, powierzchownego, wypranego z prawdy i logiki.

Ciekawe było głosowanie w sondzie w portalu Onet.pl. Pytanie zadano następujące: "Czy Unia Europejska powinna wprowadzić wizy dla obywateli USA?" W głosujących odezwała się chęć odreagowania tego, że Stany Zjednoczone nie wycofują się z wystawiania wiz dla Polaków. A przecież w tej sprawie chodzi o sprawy poważniejsze, o zniesienie granic, ale w granicach rozsądnych, które nie obejmują niezdrowego obszaru poprawności politycznej. Poprawność polityczna jest de facto przejawem skrajnego, głupawego lewactwa, nowoczesnej odmiany komunizmu, która szaleje na amerykańskich uniwersytetach. A więc chodzi o granice z pozostawieniem prawa do ksenofobii, uczuć religijnych, narodowych i patriotyzmu. Natomiast granice państwowe to rzecz całkiem inna. To się ludziom myli, bo wprowadzono zniekształcone pojęcia rasizmu, nacjonalizmu, antysemityzmu itp. i zaczęto ich nadużywać, zmuszając do tego głównie media. Każdy patriota jest teraz nacjonalistą, każdy kto skrytykuje bandytę Niemca - ksenofobem, nie mówiąc o innych, bardziej drastycznych wykrzywieniach logiki. Więc chodzi mi o problem ułatwienia podróżowania, a nie likwidowania granic między narodami. Te jednak są obecne w świadomości ludzi, którzy mówią jednym językiem, maja wspólne obyczaje i wspólną pamięć.

To zawsze wyjdzie na wierzch. Żadne lewactwo tego nie zlikwiduje, bo takie są prawa ludzkie, prawa psychologii, mamy to w genach. Patrz, jaka to siła zemsty tkwi w człowieku! Głosowanie wypadło niemal całkowicie za wprowadzeniem wiz przez Europę dla Amerykanów. Tak ludzie odpowiedzieli na ankietę. Rewanżystowsko. Czysta chęć pokazania figi, odmrożenia sobie uszu na złość mamie. Żadnego myślenia choćby o swoim interesie. Wolą się odegrać, niż mieć wolny wjazd do Ameryki! Gdyby Unia zgodnie z ich głosowaniem wprowadziła wizy dla Jankesów, stanowisko USA usztywniłoby się wobec Europy i już nigdy Polacy nie mogliby swobodnie podróżować do USA. Niebezpieczne, ale bardzo ludzkie i co tu dużo mówić - prawdziwe, a więc i zrozumiałe. Tego bym nie potępiał.

To jest po trosze postawa biedaków, którzy sądzą, że do Ameryki i tak nigdy nie pojadą, bo ich rzekomo na to nie stać. Oczywiście się mylą. Dzisiaj stać na to naprawdę wielu. Po prostu im się nie chce i zakładają, że nigdy nie będzie się chciało.

Dla mnie osobiście ten problem nie ma żadnego znaczenia praktycznego. Mam wizę amerykańską ważną do 2012 roku, dostałem ją bez najmniejszego kłopotu (nawet tych 300 zł opłaty rozumiem jako niezbędne koszty obsługi migracji), więc z mojego punktu widzenia sprawy nie ma. Wiem jednak, jakie męty próbują się przedostać na drugą stronę Oceanu.

Widziałem te twarze w ambasadzie amerykańskiej. Słyszałem ich brutalny język, z obrzydzeniem odbierałem kątem oka obraz - nie tyle jedzenia, ile - pożerania przez nich pokarmu w kolejce. Chciało się jechać do Rygi. Właściwie żałowałem, że konsul bez mrugnięcia odmawiał im wjazdu do swojego kraju. Niechby jechali na drugi koniec świata. Gdybym miał decydować o wjeździe takiego typa do Polski, odmówiłbym. Nawiasem mówiąc, ci konsule są tak doświadczeni, że od razu wiedzą, z kim mają do czynienia. Jeden starający się o wizę wyglądał bardzo przyzwoicie, w twarzy nie miał nic niepokojącego, ubrany dobrze, mówił ładnie, czystym głosem, a jednak gdy doszedł do okienka, konsul pobrał odciski palców i obraz tęczówki i nie przeglądając dokumentów z tymi wynikami natychmiast wyszedł, a wróciwszy oświadczył, że facet wizy nie dostanie, bo jest w rejestrze skazanych. Skąd wiedział? Z wiedzy ogólnej, statystycznej, intuicyjnej. Ma ten zmysł, jest wyćwiczony.

Nie działał jednak na oślep, jak nasz poeta kołobrzeżanin, i nie po to, żeby się odegrać za swoje kompleksy. Można by to wszystko poecie kołobrzeżaninowi darować, gdyby nie powtarzalność jego zachowań. Ciebie też się czepił, czepi się innych.

Wiesz, to jest wskazówka. On się zachowuje trochę jak student niedouczony. Znam to, więc przypominam o tym moim studentom douczonym, których zadaniem jest między innymi rozpoznawanie wartości nowych tekstów. Uogólnianie obserwacji jest podstawowym narzędziem pisarskim, z niego potem się korzysta, kiedy się urealnia postaci w prozie, nadaje im rysy zawarte w podtekście, w opisie zachowania, obrazie pozornie nieistotnych szczegółów, które tak mocno budują charakterologię, także w dialogu.

Jak nieudolni autorzy charakteryzują postaci? "Oczy miała piwne, włosy ciemne, upięte w kok, żółtą sukienkę przewiązała jasnozieloną taśmą ze sprzączką wysadzaną sztucznymi diamentami". I to ma być ekspozycja bohaterki. Tak samo źle można opisać stół: "Zasiedli przy kwadratowym stole". Nic z tego nie wynika, kwadratowość stołu nie przybliża realności, nie buduje. Czytelnik jest wprowadzany w błąd, myśli, że kwadratowość ma znaczenie na przykład dla świata przedstawianego, dla tego, co ludzie będą przy tym stole robili, czuli. Z dalszego tekstu wynika, że będą pili. Od siebie dodałbym, że "będą pili do kwadratu", czyli bardzo, ale u tej "autorki" nic z tego. Pojawia się kretyński opis naklejki na butelce, który ma być odpowiednikiem datownika i lokalizatora geograficznego ("wino czerwone, portugalskie, rocznik 1999" - pisze tak zwana autorka). Rzecz bez najmniejszego wpływu na sens sytuacji, która zresztą dzieje się w Radomiu. Budowanie ze szczegółów sprawia grafomanom największe problemy, bo uważają to za rodzaj literackiego gwintownika. Ale z tej roboty śruby nie ma.

Teoretycznie autor tego typu ma rację, ale musiałby to swoje pisanie trafnie zrealizować. Szczegóły powinny być bardzo starannie dobrane i jeszcze staranniej zestawione. W tej układance każdy elemencik ma znaczenie. Wystarczy jeden błąd i nic się nie zgodzi, poczujesz sztuczność, nieprawdę i - pustkę w głowie piszącego, który z braku talentu wspiera się nieudolnymi opowiadankami z tygodnika "Życie na gorąco".

I co jest najbardziej znaczące - nikt utalentowany nie pracuje w ten sposób, nie układa według schematu, nie robi wykazu szczegółów, nie "składa" zdań. To, co czuje, czuje przez skórę, wie, że ma być tak a nie inaczej i że przekroczył barierę prawdziwości albo znajduje się jeszcze przed nią. Jednym pociągnięciem pióra poprawia usterkę i leci dalej.

Grafoman nie. Po pierwsze nie czyta siebie (chyba że z uwielbieniem), po drugie nie zauważa usterki, ślizga się po wierzchu, pracując na obserwacjach uogólnionych, upowszechnionych, zbanalizowanych, które nie indywidualizują ani bohatera, ani sceny, ani - co najważniejsze - problemu.

Teorie, które między innymi wyłuszczaliśmy w naszych podkowiańskich rozmowach, nie mają żadnego znaczenia praktycznego w pisaniu, nie da się ich wcielić w życie pisarskie, bo pisanie dzieje się poza świadomością (tego nauczyć się nie można), ale mogą być wielce pomocne przy rozpoznawaniu grafomanii.

Tak oceniam książkę prozatorską owego poety kołobrzeżanina. Jest słaba, populistyczna, w sam raz dla wydawcy nastawionego na pospolitość (a takim wydawnictwem jest Prószyński i Ska). W tych ocenach nie jestem osamotniony, jak wiesz.

Kiedy ktoś mi przysyła do oceny swoje arcydzieło, a takich tekstów jako wydawca dostaję kilka tygodniowo, po przerzuceniu trzech stron wiem, z kim mam do czynienia. To się rzuca w oczy - owo składanie zdarzeń i cech rzeczywistości z ogólników, owa trudność uchwycenia parametrów ludzkości. Jeśli przez te strony przebrnę, przez ten opis kwadratowych stołów, badam budowę utworu, sens ogólny, wartość rozrywkową (też jest ważna) i poznawczą (ważniejsza). Rozumiem poetę kołobrzeżanina - może jednak przejrzał tę swoją powieść i dostrzegł jej niedostatki. To go deprymuje. Będzie z nim chyba coraz gorzej. A powinien zatrzymać się na poezji, bo w tym jest dobry, i nie udawać znawcy.

Ale może kiedyś mu coś spod pióra wyjdzie naprawdę w prozie dobrego, tego nie wykluczam. To jednak jest człowiek zdolny, niech tylko pisze sobą, żywiołowo, a nie Harlequinem.

Pamiętam taki tekst, który podczas czytania pierwszej strony budził mieszane uczucia. Autor pisał niemal wyłącznie dwuwyrazowymi równoważnikami zdań. To sprawiało wrażenie, że nie potrafi budować porządnych zdań, czyli z łacińska - sentencji, i że nie pociągnie tego dalej, wpadnie w pułapkę pewnego sposobiku. Ale już na drugiej stronie zrozumiałem, że ten styl płynie z jego głębi, to było żywiołowe właśnie. Jego metoda, naturalna i nośna. Dalej się okazało, że ta narracja, formalnie taka sama, jest jednak coraz bardziej potoczysta. Wdrażałem się, dojrzewałem do odbioru tej prozy, uczyłem się jej czytania. Bardzo dobre to było pisanie - w warstwie językowej. Niestety nie dawał sobie rady z dialogami i budową powieści, nie potrafił stworzyć żadnego świata (realnego czy filozoficznego), cały czas skupiał się na sile opisu (znakomitego!), gubiąc kolejne inne nici spójności utworu. Książka nie nadawała się do publikacji, ale radziłem mu, żeby nie rezygnował, bo ma oczywisty talent. Zmiana postępowania to tutaj tylko kwestia czasu, to już nie wymaga talentu, ale po prostu zastanowienia się, ogarnięcia całości dzieła, całości świata, w którym się znajduje, kiedy pisze.

Liczyłem na niego. Tak też się stało, po paru latach jedna z jego książek okazała się obiektem nagród, choć to jeszcze nie było to, na co go stać. Nie wiem, czy pamięta moje rady, niektórzy starają się to wypierać z pamięci. Tak kiedyś było z Leopoldem Buczkowskim, któremu Kazimierz Truchanowski gruntownie poprawił "Wertepy", ale z ogromnym wyczuciem stylu autora. Znienawidził Truchanowskiego za tajemnicę powodzenia tej książki i też następnej, "Czarnego potoku". Teraz Ciebie nienawidzi ów poeta kołobrzeżanin. To zaczęło skapywać na mnie. No cóż, w ogóle za dużo o tym myślimy.

Zobaczymy, może poeta kołobrzeżanin oprzytomnieje i zajmie się sprawami sensownymi. Tymczasem róbmy swoje. A co do alkoholu: świetnie odkaża rany. Pamiętajmy jednak, że spirytus nie odkaża. Nie może mieć więcej niż siedemdziesiąt procent. Czytam teraz "Liternet.pl" pod redakcją Piotra Mareckiego*. Ciekawy zbiór drobiazgów krytycznoliterackich.

 

I ucałowania dla Ha!
Twój Piotrek Müldner-Nieckowski



* Liternet.pl. Hiperksięga w epoce hipertekstu, red. Piotr Marecki. RABID, Kraków 2003.

 

Alicja Korek

"KOTY ZA PLOTY!"

Ewelina była dziś rano bardzo rozczarowana światem.

Ugryzła ją pszczoła.

 

zizi zizi zi zi - tak robi kot Eweliny kiedy ta go drapie za uchem,

a kii kii kii, kiedy dostaje zbyt kwaśne mleko.

 

Ewelina nie lubi dziś koloru swoich okiennic. Dzwoni do K., żeby kupił farbę o odcieniu zgniłego grejpfruta. Ewelina uwielbia cytrusy, gardząc przy tym krajową odmianą jabłek Lobo i śliwkami węgierkami.

Sss sss sss, tak robi Ewelina, kiedy K. nie odbiera telefonu,

a mmm mmm mm, kiedy słyszy namiętny głos automatycznej sekretarki.

Ewelina sama kiedyś była sekretarką. Automatyczną.

 

Ewelina nie ma zwyczaju obgryzać paznokci. Tego poranka zrobiła to po raz pierwszy, aż do krwi, plamiąc białe prześcieradło w żółte motylki.

Cytrynek krwawi, pomyślała, po czym wydała z siebie ciche oh.

 

Mieszkanie Eweliny nie ma piorunochronu.

Aj ajaj aj, robi Ewelina za każdym razem kiedy zbliża się burza, i uu uuu uu,

kiedy trzaskają pioruny.

 

Kot Eweliny też boi się burzy i zawsze chowa ogon do słoika z miodem. Kot Eweliny lubi miodem. Ale i pszczoły lubią miód.

Tak więc kiedy Ewelinę ugryzła dziś rano pszczoła, była to ewidentna wina kota.

 

Ewelina ma wielu kochanków. Dziś wieczorem miała spotkać się z jednym z nich. Herbaciarnia "Poziomkowe westchnienie", na rogu Cukrowej i Bajkowej, a potem jego gigantyczny apartament w stylu design i ooo uuu auaaa...

Tssssp tssp tssp, robi Ewelina kiedy zmuszona jest odwołać spotkanie z powodu bezczelnej pszczoły.

 

A wszystko z winy kota.

 

Jednak kot jest za głupi żeby zrozumieć, że pozbawił Ewelinę poziomkowej herbaty, maślanych ciasteczek i wszystkich ooo uuu auaaa na czerwonym dywanie w gigantycznym apartamentowcu design.

 

Mogłam wziąć perskiego, pomyślała Ewelina, a nie jakiegoś tam dachowca, który jedyne co potrafi, to zamoczyć ogon w słoiku z miodem.

 

Po czym robi beztroskie miaauu, wciąga z gracją atłasowe kimono, i podlewa rozpieszczone porannym słońcem pelargonie.

 

Alicja Korek

 

Piotr Kaczorowski

BIURO

Pracowałem tam pięć lat. I nadal pracuję. Klepałem dokumenty do komputera. Sporządzałem deklaracje podatkowe. Robiłem analizę rozrachunków. Piłem herbatę i kawę. Jadłem drożdżówki, bądź gniazdka na śniadanie. Czasem wychodziłem na papierosa. Na podwórko. Tam gdzie menele piją wino. Tanie za trzy pięćdziesiąt. Czasem rzygali pod śmietnikiem. Czasem pod oknem mojej pracy. Wtedy kląłem. Nie w duszy. Wyzywałem ich od skurwysynów i kazałem spierdalać. Później wracałem do pracy. Do biurka. Jak mi się chciało pierdziałem w stołek. Cicho. Bezgłośnie. Nic specjalnego. Normalna praca biurowa. Choć pracuję u matki. Nienawidzę tego. W przypływie opiekuńczości i troski o mój los, gnębi mnie na każdym kroku wytykając każdy błąd. Nie lubię swojej pracy. Nie lubię pić tam kawy ani herbaty. Nie lubię wychodzić na papierosa. I patrzeć się jak rzygają menele. Nie lubię pierdzieć w stołek. Nie lubię słuchać uwag. Mojej matki. W ogóle nie lubię swojej pracy.

Było ich pięć. Moich koleżanek. Pięć małych perfidnych księgowych. Pięć małych nazi girls. Typowe przedstawicielki swojego zawodu. Może i najstarszego, obok prostytutek. Ktoś przecież musiał liczyć im pieniądze. Każda miała swoje biurko. Każda była profesjonalistką w swoim zawodzie. Tak jak ja wklepywały dokumenty do komputera. Piły herbatę i kawę. Pierdziały w stołek kiedy im się chciało. Choć na papierosa nie chodziły. Tylko mi było wolno. Typowe księgowe. Małe perfidne nazi girls.

Chodziłem tam na ósmą albo na dziewiątą. Czy pojawiałem się na czas, przed czasem bądź po czasie i tak czekał mnie opierdol. Więc nie robiło mi to różnicy. A godzina snu dłużej i możliwość obcowania w pięknym, kolorowym i magicznym świecie to było coś. Coś co pozwalało mi uwolnić się od rzeczywistości, która była zbyt szorstka i chropowata. Zaparzałem kawę, wcześniej wypalając papierosa na podwórku, siadałem zaczynałem odliczać. Ósma. Dziewiąta. Dziesiąta. Jezus jeszcze pięć godziny. W tym pół godziny na śniadanie. Pracowałem tam pięć lat, więc wszelkie czynności stały się machinalne. Palce same, bez patrzenia na klawiaturę wklepywały odpowiednie cyfry. Wzrok padał zawsze na odpowiednią część dokumentów. A znajomość programu komputerowego pozwalała mi na szybkie wykonywanie czynności. Więc odliczałem. Ósma. Dziewiąta. Dziesiąta. Jesus, jeszcze pięć godzin.

Pieniądze z tego żadne. Osiemset pięćdziesiąt złotych po pięciu latach pracy? Płakać się chce. Więc kombinowałem jak się da. Nie wierzyłem ludziom, gdy mówi, że w tym kraju żeby przeżyć trzeba kraść - dziś im wierzę. Gdy robiłem zakupy na rachunek biura, uśmiechałem się, zagadywałem o pogodę, dzieci, bądź inne duperszmity i w momencie, gdy sprzedawczyni bądź sprzedawca zaczynali mi ufać zadawałem cios - "A może wystawiłby pan fakturę na trochę więcej". Zawsze mogłem zarobić na tym drobnym procederze trzy, pięć a czasami nawet dziesięć złotych. Różnie było. Czasami wystarczyło na papierosy. Czasami na kawę w knajpie a czasami na wywołanie zdjęć.

Moim hobby było poznawanie charakterów moich koleżanek. Małych nazi girls. Małych perfidnych księgowych. A oto one (z przyczyn prawnych nie wymienię ich imion i nazwisk - na to jest chyba jakiś paragraf): Mała nazi girl ślązaczka. Wysoka. Trzydziestolatka. Chuda. Choć obrzydliwa. Stringi wystawały jej spod spodni (mało gustowne, stringi też) opinając początek owłosionych odkrytych pleców. Próbowała być chyba oryginalna w swoim ubiorze, lecz jakoś jej to nie wychodziło. Może z braku pieniędzy, a może z braku gustu. Należała do sekty feminizmu. Opowiadała mi za nim się z nią nie pokłóciłem o obozach dla feministek. Dla mnie może jeździć na zlot poławiaczy kosmitów, no, ale żeby wozić na takie obozy swojego dziesięcioletniego syna... Uchodziła za światową. Mówiła o jeżdżeniu po knajpach, o podrywaniu facetów (muszę przyznać znała się na facetach), ale coś w tym było nie tak. Miała jakiś ukryty cel. Jaki nie wiem. Może chciała być światowa. A może przesiąkła duchem feminizmu i lubiła poniżać mężczyzn. Nie wiem. A może po prostu zrozumiała, że wychodząc za mąż w tak wczesnym wieku zmarnowała sobie życie chcąc teraz czuć się ważną. Mała toksyczna nazi matka, której jakiś facet zrobił dziecko, a teraz ona chce być dla swojej pociechy całym światem. Wiedząc najlepiej, co jest dla niego najważniejsze. Nie wiem mało mnie to interesuje. Zostawmy gdybanie na boku. Skupmy się na faktach. Ona była od bycia cool. I nie powiem, gdy pojawiała się dwa razy w tygodniu jakiś luz, spokój wkradał się do biura. Być może nie bała się matki. Znała swoją wartość. A może wartość swojego fachu. Może. Pamiętam, że za każdym razem, gdy stała przy drukarce, czekała aż zwrócę na nią uwagę. Wkurwiało mnie to. Jednak wiem, że potrzebowała wzroku mężczyzny. Potrzebowała faceta, choć nami gardziła.

 

Gwiazdeczka z taniego wodewilu.

Blondyna. Niezła dupa. Nogi też.

Miała faceta dziesięć lat starszego od siebie

i chyba robiła u niego za kurwę.

Też światowa jak taka mała,

choć wysoka feministka.

Jedyne, o czym potrafiła rozmawiać

to to, co leciało w telewizji.

Do tego też trzeba mieć talent.

Żeby zapamiętać ile nóżek ma żuk afrykański?

Chyba nie oglądała telenowel.

 

 

Cicha, niepozorna, skromna dziewczyna.

Dorobiła się domku i studiowała.

To się nazywa pięcie się po szczeblach kariery -

pochodziła ze wsi.

Cicha, niepozorna, skromna,

choć i feministka i ta od żuczków i trzecia,

którą też opiszę sikały po nogach,·

gdy tylko wchodziła do biura.

Do dziś się zastanawiam, co ma takiego w sobie.

Żelazną konsekwencję? Wyrachowanie?

 

 

Ta siedzi naprzeciwko.

Muszę spojrzeć w jej twarz za każdym

razem, gdy podnoszę głowę z nad papierów.

Cicha, niepozorna, choć z największym

potencjałem. Ta ze wsi to jej idolka.

Razem jedzą śniadanie, razem chodzą

po zakupy, razem narzekają na pensję.

Chyba ją lubię. Może, dlatego, że jest

świeża. Jeszcze nieskażona tym światem.

Choć jej idolka ze wsi wszystkiego ją nauczy.

 

Sekretarka. Prawa ręka szefa.

Wykształcona, piękna, mądra

smukła, szczupła i bogata.

Chce być tak jak one.

Nie lubię już kobiet,

choć nie jestem pedałem.

Po pięciu latach spędzonych z nimi

chyba już żadnej nie będę

w stanie zaufać.

 

Lublin, 25 października 2005

 

Piotr Kaczorowski
Mraczewski@op.pl

 

Piotr Bednarski

ZMARTWYCHWSTANIEC

W WAGONIE

Obudziłem się w wagonie, przepełnionym, naprzeciwko siedzi kobieta o niepospolitej urodzie, obwieszona wschodnią biżuterią.

- To ty zabiłeś mojego męża?

- Nic nie wiem? Dopiero się obudziłem. Zwariowałaś, czy co?

- Andromacha, ta z Troi - przedstawia się i nawija dalej. - Urżnąłeś się z radości, co?

- Kto pije z radości, kobieto? Pije się z głodu, chłodu, braku nadziei. Wódka to najlepsze lekarstwo. Po niej śpiewać się chce, kiedy nie do śpiewania tak tobie, jak i światu. Dobry trunek, przez Boga darowany.

- To nie jestem twoją branką?

- Przetrzyj oczy, jesteś pod dobra datą.

- Odrobinę wypiłam, fakt - odrzekła. - Smutek od świtu męczył, więc wypiłam butelkę węgrzyna i odrobinę lżej się zrobiło. Od stu lat czytam tylko Homera. Ale już trzeźwieję i zaraz zacznę ryczeć, może masz coś na płukanie gardła?

- Mam! - Odrzekłem i wygrzebałem ze słomy butelkę. - "Skąd ta słoma?"

Wzięła, dobry łyk przyjęła i oddała butelkę, szlachetnie się uśmiechając.

- I ja także spragniony jestem - usłyszałem i zobaczyłem jegomościa sadowiącego się obok -Tylko jeden łyk.

Dotrzymał słowa, tylko jeden łyk, ale jaki łyk, oddał prawie że pustą butelkę, chuchnął głośno w pięść i spojrzał przymglonymi oczami w okno.

- Wiecie, kim jestem?

- Nie wiemy i wiedzieć nie chcemy - odpowiedziała Andromacha. - Zaraz zaczniesz się chwalić, ze jesteś z Olimpu, słynnym wodzem albo generałem. Nikt teraz nie powie, że jest zerem. Sami bohaterowie. Byłeś pod Troją?

- Nie, nie byłem, ale byłem dyktatorem Powstania.

- Każdy dyktator to drań. Nie masz, czym się chwalić, szczególnie przed kobietami mojego stanu.

- Nie każda drań jest mendą - odpowiedział.

- Nie mydl oczu. To tak jak byś powiedział, ze koń to nie koń.

- Jestem dobrym dyktatorem, nazywam się Romuald Traugutt

- A wygrałeś to swoje wielkie powstanie?

- Niestety, nie. I nikt przede mną takich powstań nie wygrywał.

- I na pewno cię rozstrzelali?

- Tak, zlikwidowali mnie w Cytadeli.

- Wodę lejesz, to stara śpiewka. Powiesili, a on nadal pije jak najęty. Puknij się w czoło, Romualdzie i nie zrzynaj Romea.

- Daj mu spokój, na mózg mu padło. Mnie mówił, że jest Hektorem, tym, o którym wspominałaś, twoim mężem. Zresztą i ty na oczy nie widziałaś Hektora,.

- Nie pyskuj - spokojnie opowiedziała Andromacha. - A ty go widziałaś?

- Nie - odpowiedziała. - To ktoś obcy, u nas takich imion nie noszą, u nas są Grześki, Leszki, Januszki.

- Achilles był nie do pokonania, jak parowóz szedł do przodu.

- Jeśli silny i żołnierz, to głupi jak but. Prawdę mówię? Prawdę!

- Obrażasz mnie, kobieto - powiedział ze smutkiem Traugutt.

- Nie do ciebie mówię. Ty milcz. Nie stać cię nawet na to, by zostać Fidelem Castro. Jesteś zwykły parch, któremu wleciał wróbel do głowy. Chachacha! Udało mi się z tym wróbelkiem.

- Harda jesteś - odrzekł jej Traugutt. - Zawsze mną gardziłaś, nie chciałaś ze mną wypić nawet wtedy, kiedy padałaś, dopóki nie sprawdziłaś, czy mam napletek.

- Tylko bez kłótni. O romansach mówmy, o poezji miłosnej, o nogach sięgających szyi. Powiedziałem. - Ty zaczynaj, Andromacho, z ciebie najmocniej krzywda wycieka.

- A dlaczego nie ja? - Mruknęła Pani z siniakiem pod okiem. - Mam prawo do tego, mąż podbił mi oko.

- Nie ma się, czym chwalić. - Mruknęła.

- Przychodzę do domu z pogaduszek, a mąż mnie od razu, bez słowa, trach pod oko. Upadlam i natychmiast się zerwałam, choć mi w głowie wirowało. Nie powiem, chciałam mu przyprawić rogi, dążyłam do tego, a on się widocznie domyślił.

- Tak wygląda nasza Polska - powiedział Traugutt. - I wygrywaj powstanie z takim ludźmi? Należałoby kobiety zwerbować do armii powstańczej.

- A kto ci broni, Traugutt, zostać prezydentem. Zostań i pokaz światu, że Polak też może być królem we własnym kraju.

- Tylko bez ordynarnych słów - poprosiła Andromacha.

- Skazuję cię na rozstrzelanie! - Krzyknął Romuald Traugutt.

- Dlatego przegrałeś powstanie - odgryzła się natychmiast ta z podbitym okiem.

- Trzeba przebaczać - powiedziałem.- A nie tak po chamsku. Na szubienicę. Z takim charakterem nie mogłeś wygrać powstania.

- Ładnie powiedziałeś - uśmiechnęła się Pani z podbitym okiem. - Masz u mnie fory. A mężowi, po tym ciosie w oko, nie przepuściłam. Poszłam spokojnie do kuchni, wzięłam rondel i zaczaiłam się. Kiedy zaczął oglądać mecz w TV zaszłam cicho od tyłu i tak go zdzieliłam w głowę, że zadzwoniło jak na Anioł Pański? Sąsiedzi zadzwonili po pogotowie. Stwierdzili tylko wstrząs mózgu, ale na drugi dzień i tak wyniósł się z domu. Do mamuśki uciekł, szczyl jeden.

- Weź mnie za brankę - szepnęła mi do ucha Andromacha. - Ja ciebie chcę, ty mnie chciej i będzie nam dobrze jak w raju. Nie będzie w domu ani jednej patelni.

- Chce mi się mleka - szepnąłem. Zaskoczyło mnie taka zachcianka. - Ciepłego matczynego mleka. - Dodałem.

- Wymyśl inną zachciankę- poprosiła Andromacha.

- Chwileczkę, może się znajdzie, widziałam, chodźcie za mną - powiedziała Pani z podbitym okiem, dzielna kobieta, amazonka, może Joanna d'Arc i wskazała palcem na przeciwległą ścianę wagonu. - Tam widziałam kobietę z dzieckiem.

Andromacha podniosła mnie, ale byłem tak słaby w kolanach, że wysunąłem się z jej rąk i poraczkował za nimi.

I znaleźli kobietę karmiącą, dziecko jej spało obok w koszyczku. I ona spała wtuliwszy głowę w kąt miedzy oknem, a oparciem ławki. Spojrzeli po sobie i przyłożyli palce do ust. Ani słówka na głos. Andromacha rozpięła jej bluzkę i natychmiast ukazała się nabrzmiała mlekiem pierś. Pani z podbitym okiem podniosła mnie z kolan i ostrożnie przytuliła moje usta do sutki. Chwyciłem instynktownie i łapczywie zacząłem ssać. Wystarczyło parę pociągnięć, aby pierś opróżniła się z mleka. Kobieta była ani stara, ani młoda, niezbyt piękna, ale nie brzydka. I nie miał trądziku ani innych wyprysków i miała wypisane na twarzy, że wielokrotnie rodziła, więc obudziła się natychmiast, ponieważ nigdy nie miała pustej piersi. Otworzyła oczy, wściekłość błysnęła w jej oczach. Z gniewem odepchnęła od siebie moją głowę.

- Co to za złodziejstwo? - Spytała? Nie krzyknęła, ponieważ zobaczyła swoją śpiącą dziewczynkę. - Zabierajcie się stąd, bo stanie się nieszczęście.

- Umiera z przepicia - szepnęła Andromacha. Należy ratować człowieka.

- Więc sama go karm, kobietą jesteś, masz piersi, więc go nakarm. Co z ciebie za kobieta?

- Nawet wody nie mamy - odpowiedziała Pani z podbitym okiem. - A jak się niczego nie ma, to się kradnie. Tak dyktuje ten system rzeczy. I nie pyskuj, bo ci dziecko ukradnę.

- Przepraszam - odrzekła ta ani piękna, ani brzydka i wielokrotnie zdradzana, bo życzliwa, a teraz na dodatek przestraszona groźbą. - Dam wam, to ode mnie, pamiętajcie, ode mnie - wiedźmy i dobrodziejki - i podała litrowa butelkę. To Ambrozja. Pijcie na zdrowie, tylko mnie już nie nachodźcie. Mam inne sprawy na głowie. I za głośno nie dokazujcie.

- Kłaniamy się i dziękujemy - powiedziała Andromacha. Kiwnęły głowami jeszcze raz, jeszcze raz dziękując i powędrowały do swojego boksu. Romuald Traugutt nadal opłakiwał swoje przegrane powstanie. Dyktator szlochał bez odrobiny łzy, jak każdy tyran był ich pozbawiony, jak każdy Mefisto.

- Pierwszy wypije Edi - autorytatywnie powiedziała Pani z podbitym okiem. Taka radość rozkwitła na jej twarzy, że nie widać już było siniaka. - Gdyby nie on, nie byłoby ambrozji - i wyciągnęła szkło z przepastnej kieszeni swojej workowatej westernowej sukni. Szkło było podobne do kieliszka, ale kieliszkiem, w pełni znaczeniu tego słowa, nie było. Ale czy to ważne z czego się nie pije, jeśli pić się chce.

- Dla Ediego dwa - powiedziała twardo Andromacha.

- Tak, dla niego dwa - kiwnęła głową Pani z podbitym okiem, napełniła szkło i podała, wypiłem i nadstawiłem po raz drugi, i znowu opróżniłem, oddałem szkło i...... dopiero po chwili z ulgą odetchnąłem błogo, żołądek przyjął.

Wypiła też Andromacha. Kobiety spojrzały na siebie z uznaniem i przyjaźnią.

- A ja? - Mruknął Traugutt. - Nie poczęstujecie szlachcica.

- Ty pij swoje łzy. Pij piwo, które nawarzyłeś historii. Ty, niedojdo.

Ale Ambrozja zaczęła już działać, więc ulitowała się nad nim.

- Dobrze, Romciu - szepnęła. - Dam ci pół kieliszka, poznaj chamskie serce. Wypij i wyciągaj karty.

Wypił z emfazą na twarzy i sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, która kiedyś należała do Churchilla, tak przynajmniej wieść niosła.

- Teraz będziemy bawić się w Dekamerona.

- Brzmi to strasznie i podniecająco - szepnęła Andromacha. - Nie czytałam tej książki.

- Tego nam właśnie trzeba!- Klepnął się w kolano Traugutt, dyktator.

- Wokół panuje ptasia grypa - powiedziała Pani z podbitym okiem - wiec bawmy się na całego, zagrajmy w rozbieranego. Od butów zaczynając, a kończąc na majtkach, choć, osobiście, wolałabym, aby to obywało się odwrotnie.

- A potem, co?- Spytał Traugutt i ślina zaczęła mu wyciekać z kącików ust cienką strużką. - Co potem? Potem, co?

- A co może być potem, durniu radziecki? No, co? Tylko miłość może być, tylko zbliżenie dusz, łączenie duszy z ciałem. Wszystko staje się jednym, a potem jest walc lub tango z obijanym i wszyscy muszą zatańczyć ze wszystkimi, aż się to wszystko tak splącze, ze nikt nie będzie wiedział, kim jest. Grypa ptasia zjada ludzi, a tu zabawa po pachy, ona grabi ludzi, a my kąpiemy się w rozkoszy. Podniecające, prawda?

- A czy można w tym czasie marzyć, o czym się chce, tulić do siebie nieobecnych.

- Wszystko wolno. Dlatego to takie podniecające. Ja ostatnio natknęłam się na Generała Franco. Chciał, abym była koniem polomino. Chcesz, proszę bardzo, mogę być cowboyem, dlaczego nie. Ale on, jak zawsze głupi, chciał abym była szwoleżerem. Więc byłam i prałam go nahajką, aż kwiczał z bólu. A potem to Drakula odgryzł mi palec. O ten - i pokazała dłoń. I rzeczywiście nie miała wskazującego palca. Wyrzuciłam chama za drzwi i powiedziałam jak się jeszcze raz pojawi, to go skrócę o głowę, wiec nie obawiajcie się wilkołaków. Ale najzabawniejszy był Romeo, nie ty tyranie - i spojrzała drwiąco na Traugutta - tu chodzi o Romea, syna Szekspira. Kończyłam filologię polską i nie byle czym jestem. I ten drugi, z Gogola, który chodził w ukradzionym szynelu, czy też szynel mu ukradli, nieważne, ważny ubaw. Obydwaj kompletni analfabeci, ani be, ani me, czekali tylko na moje rozkazy, a ja dokazywałam, och jak ja się wyżyłam, w kobylim mleku się kąpałam. Och, jaki żal, wielki żal, że coś takiego nie trwa wiecznie, wiecznie, wiecznie.

- Rozdawać karty? - Spytał Traugutt przestając tasować.

- Czekasz na zbawienie, do roboty.

- Rozbieram się tylko dla Ediego- powiedziała Andromacha.

- To nie ma znaczenia. Abyś się tylko rozebrała. Najstraszniejszy jest pierwszy raz. Potem idzie jak po maśle i jak z płatka. Prawda, Edi?

- Prawda - odrzekłem. - Ptasia grypa i dżuma, jak u Giovaniego Boccaccia. Zaraza, to straszne. Może zabawimy się w doktora?

- A po co nam doktora, chcemy się bawić, a nie chorować.

- Racja, po co nam chinina! - Krzyknął Traugutt.

- Już pragnę rozkoszy - szepnęło zalotnie podbite oko.

- Nie próżnuj - powiedział do mnie Traugutt i skleił mnie z trojanką.

Coraz mocniej zacząłem tulić się do Andromachy, ciepło wnikało coraz głębiej i głębiej, aż straciłem poczucie czasu i wleciałem do innego wymiaru, jak żuraw, kiedy nadejdzie jego czas. Wleciałem w ciemność, uderzyłem głową w coś twardego i runąłem w przepaść Andromachy.

 

 

PRZEBUDZENIE

Spadłem i obudziłem się. Drgnąłem z przyjęcia, przypominając sobie sen. "Co on oznacza? Gdzie byłem?" Wyostrzyłem słuch. Cisza. Czułem tylko ból głowy. "To normalne". Powoli, ze strachem na ramieniu, otworzyłem oczy. Leżałem w okopie przykryty chrustem. Sprawdziłem kończyny - były sprawne. Powoli odgarnąłem gałązki z twarzy i głowy, oparłem dłonie o ziemię i starałem się podnieść, udało się za trzecim razem. Stanąłem na równe nogi i rozejrzałem się. Opodal płynęła rzeka, zobaczyłem też most stalowej konstrukcji. Otrzepałem się dokładniej i ruszyłem przed siebie, aby spotkać człowieka.

Nagle olśniło. Ciężkie boje o Kołobrzeg. Oberwałem szrapnelowym odłamkiem. A więc jestem w twierdzy. Muszę odnaleźć swoich.

Po przejściu mostu skręciłem w lewo, na wyasfaltowany bulwar, oddzielony od rzeki metalową balustradą pomalowaną na szary kolor. "Dlaczego nie ma ludzi?" - I natychmiast zadrwiłem z własnej naiwności. - "Przecież to dopiero przedświt, tylko niebo na wschodzie jest różowe."

Odkrycie ucieszyło. Uśmiechając się, spojrzałem na mieniącą się czerwienią wodę i zauważyłem na ramieniu pasek od plecaka, a wraz z tym ciężar, który dźwigałem na ramionach. "Co w nim jest? Może trotyl, może inna śmierć?". Usiadłem na asfalt i ostrożnie zrzuciłem z zaczepu haczyk ramiączka, wyciągnąłem drugą rękę, ostrożnie zajrzałem do wnętrza. Odetchnąłem z ulgą. W plecaku był chleb, kiełbasa zawinięta w papier i cztery butelki wódki z niemiecką etykietą. Cała uczta. Mimo bólu, strachu i niepewności poczułem się raźniej. "Mam co jeść i pić, i słońce za chwili pokaże swój górny skraj." Już cały w skowronkach ruszyłem w dalszą drogę. Po lewej miałem rzekę, po prawej rozłożyste lipy, już pełne świergotu letniego ptactwa, a niżej, biegając po trawie, śpiewały kosy. W rzece ryby też wyskakiwały z wody po muchy, ważki czy inne owady.

Wreszcie dostrzegłem człowieka. Omal go nie przeoczyłem. Siedział za placem zabaw dla dzieci, oparty plecami o ścianę garażu. Podszedłem do niego. Nie spał, oczy miał otwarte, błękit tęczówki zamglony, białka zaczerwienione. Patrzył przed siebie. Po prostu patrzył. Nie ma przecież obowiązku patrzeć na to, czy owo, można patrzeć na nic i nic nie widzieć. I chyba tak było.

Człowiek nie był sam. Półtora metra od niego siedziało jeszcze trzech. Osłaniały ich krzewy ligustru i głogu, dlatego z bulwaru ich nie zauważyłem. Trawa, na której siedzieli, była soczysta, ozłocona kwitnącym mleczem.

- Czy mogę się dosiąść? Jestem Edi, kapral.

Spojrzeli podejrzliwie, następnie każdy spojrzał na każdego i na powrót ich spojrzenia spoczęły na mojej twarzy. Ryżemu podniosły się brwi, a Badyl przechylił głowę jak ptak, który patrzy w niebo. Twarze wyrażały zdziwienie, zaskoczenie, strach. I jak na rozkaz spojrzeli przed siebie, jak człowiek siedzący obok.

Rzeka srebrzyła się już kolorem rosyjskiego złota. Za nią stały domy starej daty, przysposobione do nowych czasów, więc wyglądały jak stare panny z pretensjami. A obok nich trzy wieżowce, szare jak miłosierdzie i miłość tego świata - rozpacz i melancholia.

- Ciekawostka - mruknął Ryży, a jego twarz wyraziła przestrach.

Wyciągnąłem lusterko z górnej kieszeni munduru i spojrzałem na swoją fizjonomię. Nic nadzwyczajnego. Wszystko na swoim miejscu. Głupstwa się przestraszyli.

Wiedziałem już, że mam szczelinę w górnej, prawej części czoła. Odłamek granatu, czy moździerza odłupał kawałek czaszki, mózg został tylko draśnięty, ale nie została naruszona jego skomplikowana struktura. Wszystko się samoistnie wygoiło, tylko szara masa mózgowa nabrała jaśniejszego, wręcz srebrnego odcienia, więc odnosiło się wrażenie, ze dziura jest na przestrzał.

- Dlaczego do nas?

- Właśnie! - Mlasnął Badyl.

- Was pierwszych spotkałem po drodze. Czy to nie wystarczy?

- A wkupne masz? - Spytał Ryży.

- Mam, oczywiście. - Zrzuciłem ramion plecak i wyciągnąłem butelkę z niemiecką nalepką i postawiłem ją obok tej, która już była już do połowy opróżniona.

- Niemiecka, widzę - mlasnął Badyl.

- Zdobyczna - odpowiedziałem.

- Ze szpitala wyszedłeś? - I Ryży spojrzał mi podejrzliwie w oczy jak sędzia śledczy. - Na stukniętego wyglądasz.

- Nie, nie byłem w szpitalu. Jestem kapralem, służę w zwiadzie. No i, jak pamiętam, skradaliśmy się do kolegiaty, aby ją zdobyć. I po drodze znalazłem swoją kulę. Oberwałem. I to chyba zdrowo. Zaświeciło tylko w głowie, na sekundę i nagle wszystko zgasło. I dopiero dzisiaj, przed świtem, przyśnił mi się sen. Potem obudziłem się i wylazłem z okopu. - O tam - i wskazałem okolicę szpitala.

- Masz, wypij, będziesz lepiej śpiewał - mlasnął Badyl i podał mi napełniony wódką plastikowy kubek.

Wypiłem do dna, po wojskowemu, zatrzęsła się głowa, w oczach zalśniły łzy, wypchałem głośno powietrze z płuc.

- Bardzo mocna. Samogon? - Spytałem wciągając wreszcie powietrze.

- Mikstura ekstra - uśmiechnął się Rudy. - Mieszanka szamańska. Nie bój się, od niej się nie ślepnie. A ta dziura w głowie nie boli?

Zaprzeczyłem ruchem głowy.

- Strach na nią patrzeć. Niedobrze się robi, mdli. Dziura na przestrzał - to nienormalne. Musisz zakleić plastrem, każdy komar może cię zabić.

- Dobrze, że nie oderwało nóg - z uśmiechem odrzekłem. - Bez nóg nie wygramoliłbym się z okopu i nie byłoby mnie wśród was.

- Ano, nie - zgodził się Ryży. - Bez nóg daleko nie zajdziesz

- Bez nóg dziwacznie się wygląda - zamlaskał Badyl. - Niby ptak, a nie lata. Ani pies, ani wydra.

- Badyl, nie zaczynaj - mruknął Ryży. - Ty jak zaczniesz nawijać, to nawet diabeł tego nie pojmie.

- Diabła widziałem - odgryzł się Badyl.

- To żaden wyczyn, ja też mogę zobaczyć, ale nie chcę - spokojnie odrzekł Ryży, przeciągając końcówki słów. - Po naszej miksturze nie tylko diabła, ale i Michała Anioła można zobaczyć.

- A ja widziałem Rokitę czy Borutę, nie rozróżniam ich - odezwał się wreszcie człowiek patrzący w nic. - Namawiał, abym wskoczył do rzeki, to wyzdrowieję. "Brud czyni cię starym", szeptał. Nie dałem się nabrać. Przecież w łyżce wody można się utopić. Zły jest zawsze tam, gdzie pije się wódkę.

- I w każdym banku - zamlaskał Badyl.

- W każdym z nas siedzi - mruknąłem. -Na pierwszej linii frontu musisz strzelać i zabijać, inaczej ciebie zakatrupią. I im więcej trupów przed tobą, tym więcej gromkich braw słyszysz w sobie: "Brawo, cudownie, jak strzelec z Pierwszej Brygady.

Nagle spostrzegłem, że człowiek patrzący na nic, wpatruje się teraz we mnie, uporczywie i nieustannie mruga. Domyśliłem się, ze przywołuje. Przysunął się do niego i przystawiłem ucho jak najbliżej jego ust.

- Napój i nakarm - usłyszał.

Skinąłem głową, napełniłem kubek wódką, a następnie przystawiłem do spękanych, spierzchniętych sinawych ust. Drugą dłonią przetrzymywałem tył jego głowy i przechylałem powoli kubek. Zaczął powoli pić, poznałem to po grdyce poruszającej się jak tłok w silniku. Wypił wszystko, do dna. W jego żołądku zabulgotało, zaczęła się trawienna walka, ponieważ twarz bladła i czerwieniała, naprzemian. Przetrzymał najgorsze. Organizm przyjął napój. Podziękował skinieniem głowy. Urwałem kawałek chleba z pajdy i powolutku wetknąłem mu ją do ust. Nie protestował, zaczął powoli żuć i połykać. Zjadł dwie kromki chleba i dwa plasterki kiełbasy. Więcej nie chciał.

- Jestem Sted - szepnął już głośniej. - Napoiłeś mnie i nakarmiłeś. Myślałem, że się przekręcę. Będziemy kolesiami.

- Będziemy!

Nalałem Stedowi i sobie i podałem. Trzęsącą się dłonią wziął i szybko przycisnął kubek do piersi.

- Trzęsawica, zaraz minie.

- Mnie też nalej - usłyszałem, podniosłem głowę i spostrzegłem kobietę wyłaniającą się zza rogu garażu. Biegła. Zatrzymując się przy mnie omal nie upadła. Złapała równowagę i uklękła.

- To z podniecenia - szepnęła i podsunęła kieliszek z grubego szkła, służący do płukania oczu. - Grube szkło nie stłucze się, gdy upadnie, albo jak się wywrócę - wytłumaczyła.

Kobieta miała wiśniowe włosy - lekkie, kręcone i bujne, i nie spięte, więc falowały, niczym morze, przy najmniejszym ruchu, oczy szafirowe i twarz bez piegów, i zarysy zmarszczek, które niebawem pogłębią się i przyjmą w siebie wszystkie alkoholowe zawiłości i nadadzą twarzy wyraz starości. Była jeszcze młoda, około trzydziestki.

- Czysta jak Absolut - szepnęła i natychmiast wypiła. - Nalej jeszcze jednego. Nie żałuj, jestem dobrą dziewczyną. Gołębicą mnie nazywają.

Nalałem z chęcią, tak sobie jak i Gołębicy.

- Odejdź stąd, babo - mlasnął Badyl, nie patrząc na nas, sztywny jakby kij połknął. - Nigdy nie przychodź tam, gdzie ja jestem, bo stanie się nieszczęście. Nie zdzierżę i zabiję. Już ci to mówiłem. Nie kuś losu.

- Mam prawo do towarzystwa, jak każdy. - Odpowiedziała Gołębica. - Pokaż mi papier, że ten przywilej mi odebrano? - Spojrzała na mnie i wskazała oczami Badyla.- To były milicjant. Wyrzucono go za łapówki, teraz tu dorabia jako agent czy szpicel.

Gołąbeczka mówiła nadal, przyglądając mi się uważnie, mrużąc oczy, jakby sobie coś przypominała lub oglądała awangardowy obraz.

- Widziałaś mnie już kiedyś? - Spytałem.

Miał nadzieję, że w niej znajdę swój stały punkt oparcia i niczym Archimedes podniosę kulę ziemską swojego losu i wszystko się wyjaśni.

Uśmiechnęła się tylko; cała wiosna była w jej uśmiechu. Zobaczyłem jak Bóg przekształca ową, nieznaną nam, część wyjętą z Adama i subtelnie, z niebiańską delikatnością, modeluje jej postać. I jak każdy artysta ogląda ją wnikliwie z każdej strony, wreszcie przykłada usta do jej ust i daje jej tchnienie życia. Oto stoi ona przed mną, ale oparcia dla siebie nie znalazła. Poczułem żal.

- Dlaczego wyganiasz człowieka? - Spytałem Badyla. - I to w dodatku Gołąbeczkę?

- Zasłużyła sobie na to.

- Jeśli zasłużyła, to daj jej medal - odpowiedziałem.

- Medal? Mogę jej założyć tylko powróz na szyję. Jest aktorką - zamlaskał Badyl.- Pracowała i występowała w Teatrze Wielkim - to też fakt. Nie chciała tylko podzielić się swoimi wdziękami z dyrektorem, reżyserem i z kimś tam jeszcze ważniejszym, więc zaczęli ja ignorować, nie dawać ról, w końcu skończyła na bruku. I przez nią dyshonor został przyczepiony do całej naszej rodziny. Nikt teraz nie dostanie dobrej pracy, mając białego wróbla w rodzinie.

- Słusznie postąpiła - powiedział Ryży. Wstał i oddalił się bez dalszych słów.

- I co z tej słuszności ma - rzucił Badyl za oddalającym się Rudym. - To samo, co ja i ty.

- Należałoby cię wsadzić do worka i wrzucić do przerębli, Badyl - powiedział Sted. - Załóż kłódkę na usta, minęło, zaczął się nowy dzień. Przespaliśmy spokojnie noc, teraz idziemy zwiedzać świat. Ja ruszam z Edim.

- Chciałabym pójść wami - zagruchała Gołąbeczka do Steda.

- Co ty na to, Edi?

Skinąłem głową.

 

Piotr Bednarski



Jest to część pierwsza jeszcze nie drukowanej powieści. Dalszy ciąg w następnych numerach "Łabuzia".

Dziękujemy pkl. "Łabuź"

 

Jerzy Grupiński

CYTAT

Ściana trzcin

uderzona nagłym wiatrem

Dalekiej burzy

błysk grzmot i pomruk

W trawie iskra jarzębiny

Tętent Jahowy cwałującego

na grzbiecie cherubina

 

Jerzy Grupiński

 

Tomasz Rybak

PRALNIA

Wersja 1

- Dzień dobry. Chciałbym coś wyprać.

- Czarne czy kolorowe?

- Zielone.

- Poproszę o rzeczy.

Mężczyzna wysypuje z reklamówki stertę banknotów.

- Co pan?

- Muszę wyprać dwadzieścia tysięcy dolarów.

- Nie ma mowy.

- To może euro? Euro też mam.

- Garnitury, suknie, bieliznę, spodnie, koszulki - to się u nas pierze.

- Funty, franki szwajcarskie?

- To nie jest pralnia pieniędzy!

- Jasne, że jest.

- Dzwonię po gliny,

- Czekaj, czekaj! A złoto? Mam kilka sztabek w bagażniku.

- Posłuchaj pan...

- Pięć sztabek czystego złota!

- Sześć. Jedna dla mnie.

- Umowa stoi.

 

Wersja 2

- Dzień dobry. Chciałbym coś wyprać.

- Dzień dobry. Służę uprzejmie.

Mężczyzna kładzie garnitur. Pracownik pralni przeszukuje kieszenie, niczego nie znajduje.

- Gdzie one są? - szepcze konspiracyjnie.

- Co?

- Brudy - mruga znacząco okiem.

- Tuż przed pańskim nosem.

- Jasne, jasne - znowu przeszukuje kieszenie. - Nie mogę znaleźć.

- Czego?

- Pieniędzy.

- Myślałem, że zapłacę przy odbiorze.

Pracownik pralni zdaje się nie słuchać.

- Sprytne - pociera nos, jakby to było jakieś hasło. - Są wszyte, tak? - mówi, po czym maca garnitur.

- Nie rozumiem, o co panu chodzi!

- Dolary czy euro?

- Na litość boską, chcę wyprać garnitur!

- To nie jest pan z mafii Dzikiego Romana?

- Oczywiście, że nie! Ma plamy od spaghetti.

- Do widzenia panu - odsuwa rzeczy leżące na stole.

- Niech pan przynajmniej zajmie się moją kamizelką.

Pracownik pralni kładzie tabliczkę z napisem "Zamknięte." Niedoszły klient czerwienieje ze złości.

- Jak pan chce!

Wyjmuje portfel i wkłada go do garnituru. Pracownik rozpromienia się, chowa tabliczkę i zabiera garnitur.

- Proszę wrócić za godzinę.

 

Tomasz Rybak
rybak-tomasz@o2.pl

 

Oskar Szwabowski

TAKA SYTUACJA W SPEKTAKLU

Taka sytuacja: wino jeszcze nie do końca dopite, ale już mniej niż więcej, a przed pustka, albo może przestrzeń niezapisana. Jak w branżowym dowcipie, opowiadanym późną porą w zadymionym pubie, pod koniec imprezy: "Co możesz robić po tych studiach? To samo, co przed.". Tylko czy w wieku, powiedzmy 25 lat, możesz rzeczywiście robić to samo co w wieku 18 lat? Radykalizując tezę i ujawniając mielizny takiego myślenia, sformułujemy pytanie w następujący sposób: "Czy 40-
-latek ma takie same możliwości jak 18-latek?". Tylko osoba oderwana od rzeczywistości społecznej mogłaby dać pozytywną odpowiedź. W pewnym wieku nie można już zaczynać wszystkiego, rozpoczynać pewnych działań. Niektóre inwestycje, stosując terminologie panującego kapitalizmu, już są nieopłacalne, albo wykluczone ze względu na koszty czasowe. W wieku 25 lat to może jeszcze nie jest tak widoczne, ale już zmienia się perspektywa...

 

Czy to znaczy, pyta się znajoma, że zmarnowaliśmy tyle lat? Na taki pesymizm nie wyrażam zgody, odpowiada machinalnie. Nie, odzywa się ponownie po chwili zamyślenia, nie można tak patrzeć, nie można sobie dać narzucić świadomości pieniądza. Na czas trzeba patrzeć inaczej niż na monetę. Spędziliśmy cudowne chwile. Ciężko mu mówić. Czuje jakby fałsz w swoich słowach, a może gorycz... To znaczy, szepcze znajoma, życie było, i już nie ma. Udaje, że nie dosłyszał.

 

W tej sytuacji, z butelką niedopitego wina, pytanie powraca z niespodziewaną mocą, aż zaczyna go mdlić. W pustce pojawiają się dostępne możliwości, wszystkie obce. Te bliskie zdają się zaś snami, rozmywają się w świetle przetrwania. Poświęcamy życie na rzecz przetrwania, przypomina sobie krytykę sytuacjonistów, nudnego, mechanicznego przetrwania, bez emocji i duszy, z ciągłym frazesem, że jeszcze kiedyś zacznie się żyć. Z równym przekonaniem będzie się zaklinać na wszystkie świętości, że jeszcze się będzie kwitnąć, jeszcze się zacznie, gdy będą pakować do grobu, a starsze kobiecinki nucić będą znaną pieśń. Iluzja pozwalająca jakoś przetrwać dzień za dniem, wytrzymać idiotyczność własnego położenia.

Aż los się odmieni. Aż Godot wreszcie przyjdzie. Heh.

 

Przypomina sobie rozmowę ze znajomym. Dyskutowali o heroizmie, o wytrwaniu na stanowisku. Heroizm pojawia się, gdy już nie wierzy się w wartości, którym się człowiek poświęca. Wtedy tylko heroizm broni przed rzuceniem w błoto karabinu, w ślad za ideami skompromitowanymi, zgniłymi, rozkładającymi się przy każdym pocałunku. Wiesz, w tym świetle heroizm zdaje się być odmianą defektu mózgu. Pomyśl, jeśli wierzysz w ideę, jeśli ją kochasz, to czy jakiekolwiek poświęcenie wydaje ci się wielkie, idea staje się twoim życiem i nie ma mowy o czymś takim jak poświęcenie. Ty po porostu robisz coś dla siebie, żyjesz ideą i dzięki niej żyjesz. Nie jesteś już ja, ja to też idea, marna idea, jesteś ideą. Poświęcenie to zrzeczenie się tego, co tobie drogie, w co wierzysz, na rzecz czegoś, czego wymagają od ciebie w imię innych idei, interesów.

 

No właśnie nie wierzył, nie dostrzegał żadnej idei w prezentowanych możliwościach. Normalne przetrwanie wymaga wielkiego heroizmu, czyli zidiocenia i poświęcenia. Musisz zaakceptować spróchniałe, wiele razy wyśmiewane, opluwane, kopane, zakopywane idee, musisz te trupy chwycić w ramiona i związać się z nimi namiętnymi więziami, wejść w perwersyjny związek, porzucając idee, w które wierzysz. Nie ma już patrzenia na czas inaczej jak na monetę, nie ma już patrzenia na siebie inaczej niż jako na ja. Ja jako kapitalistyczne przedsięwzięcie.

 

Odpowiedź na pytane znajomej, czy życie się skończyło powinna brzmieć partyzancko: "Nie, jedynie przegraliśmy".

 

Siedzieliśmy i celebrowaliśmy idee w naszej prywatności grupowej, w naszej tymczasowości, zamiast spróbować narzucić je światu. Teraz świat narzuca nam swoje. Niepodporządkowanie oznacza śmierć.

 

Dowcip powinien brzmieć: "Co możesz robić po tych studiach? To co wszyscy". Pomnażać kapitał. Reszta zakazana. Taki wolnorynkowy totalitaryzm, którego nie pokona się rozmyślając z butelką wina w dłoni. Nawet gdyby była pełna.

 

Oskar Szwabowski
zapatysta@vp.pl

 

Magda Galas

DRUKARKA

Jest takie miejsce

które chętnie Ci pokażę

to wnętrze drukarki

są tam w środku kubełki

z kolorowymi słowami

takimi które każdy chce usłyszeć

wydrukować je sobie na dłoniach

i przykrywać wszystkie

brzydkie napisy na murach

Są też białe kartki którymi możemy się

przykrywać

i kochać na nich a potem je miąć

żeby zatuszować

ślady tuszu

Będziemy mogli sobie codziennie

drukować inne ubranka

i lansować się i muskać

to co znajdziemy w internecie będzie

naszym umeblowaniem

wydrukujemy meble

wydrukujemy dom

a na sam koniec

wydrukujemy

umowę rozwodową

tak na wszelki wypadek

 

Magda Galas

 

Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (34)

Oto mamy niespodziewany koniec lata, jak głosi nieco melancholijna piosenka Przybory (słowa) i Wasowskiego (muzyka). Liście na drzewach rudzieją i żółkną, nocami od ziemi ciągnie chłodem, a w oparach mgieł snują się ostatni powracający z wypoczynku urlopowicze. A w plecakach i torbach co mają? Przeczytane książki.

Piękna wizja, prawda? Czytający książki urlopowicze. Niestety, to coraz większa rzadkość. Może nie rzadkość absolutna, może przesadzam, jednak ilość czytających z dekady na dekadę spada. Niewykluczone zatem, iż wkrótce my, czytający, znajdziemy się w klubie mocno elitarnym.

I chyba tylko dla członków tego klubu także nasze kwartalne przeglądy wydawnictw. Tym bardziej, że omawiane tu publikacje ukazują się w nakładach małych, czasem wręcz śladowych. I na ogół darmo ich szukać w księgarniach.

 

1.

Na pierwszy ogień weźmy szczeciniankę tworzącą w dwóch językach: polskim i francuskim - I. Barbier, autorkę dzieła pokaźnego objętościowo (Irena Barbier "Słowobranie/1 Vendange de mots", ORGIA SŁOWA, Kraków 2007, str. 188; Irena Barbier "Słowobranie/2 Vendange de mots", ORGIA SŁOWA, Kraków 2007, str. 136).

Ze zdjęć na okładkach uśmiecha się do nas autorka: na jednym trzymając pluszowego misia, z drugiego wymachując bagietką. Irena Barbier (z domu Gaudaniec) mieszka we Francji od przeszło 30 lat. Pisze od lat pięciu - tłumacząc własne utwory na francuski, i odwrotnie. Wspólnie z Izabelle Macor-Filarską przygotowuje francuskie wydanie wierszy Ewy Lipskiej. Związana jest z portalami internetowymi, gdzie ogłasza poezję pod pseudonimami Arena Solweig i Gall Anonim.

Dwutomowy zbiór zawiera łącznie około 120 utworów. Ambitnie pomyślane przedsięwzięcie. Bo mamy obok polskojęzycznych zapisów wierszy także autorskie tłumaczenia na francuski. A teksty uporządkowano w siedem działów: "Gorzkie zioła", "Pałeczki werbla", "Zielono mi", "Zdumione barwy lata", "Inne strony", "Nieczysty wymiar", "Między nami inne słowa".

Jakie to wiersze są? Najogólniej rzecz ujmując nie porywają oryginalnością, darmo w nich szukać świeżych rozwiązań językowych czy obrazowania wybiegającego poza powszechnie znane. Nie jest to zarzut, a stwierdzenie faktu. Po prostu autorka porusza się w obszarach zastanych.

Lecz jest wyróżnik, ujmujący wyróżnik tego poezjowania. Mam na myśli niezwykłe ciepło promieniujące ze strof I. Barbier. Wiersze spowija empatyczny całun. A współodczuwanie, świadomość współbycia z innymi - wyrażana czasem radośnie, czasem na granicy sentymentalizmu - budzi w czytelniku dobre emocje. To poezja jasna, niedołująca, często zmysłowa, przychylna światu i ludziom.

I jeszcze coś. Daje się zauważyć silne uwrażliwienie na naturę oraz związek natury z człowiekiem. Poetka nie skąpi nam obrazowania opartego na motywach przyrodniczych. Jak na przykład w utworze "Liryk pachnący":

 

chodzę rumianymi ścieżkami

dorzucam dzień do palonych tygodni

czwartki grudniowe do marców

 

śnieg wysypuje płomień na piwonie

w wąskiej alei oddzielam zapachy

lipy od lawendy i wrzosu

 

(...)

nachylam się do nowej nocy

zostawiając innym bezwonne świty

 

2.

Oto nieźle "zakręcona" książeczka, świadcząca między innymi o tym, że poeci potrafią się bawić - i sobą, i słowami ("Wiersze dla ludzi. Almanach pop(2)_owy", ORGIA SŁOWA, Kraków 2007, str. 88).

Zmajstrował ją redakcyjnie, złożył i wydrukował znany z ciekawych inicjatyw wydawniczych bezet@o2.pl A też opatrzył krótkim wstępem. Ponieważ skrótowo przedstawia ideę tej publikacji, przytaczam w całości.

Almanach "Wiersze dla ludzi" towarzyszy spotkaniu poetek i poetów w Srebrnej Górze na przełomie lipca i sierpnia 2007 r. Poetycki Obóz Przetrwania wymyślił i zaproponował Stefan Rewiński (Kapelusznik), który w pobliskim do Srebrnej Góry - Żdanowie włodarzy i pomieszkuje w swojej słynnej "Piramidzie". Pra-spotkanie miało miejsce latem 2005, w sierpniu 2006 odbył się pierwszy zbiorowy najazd poetyckich indywiduów w ilości ponad dwudziestu.

POP-2 to już prawie profesjonalny festiwal z warsztatami, konkursami i prezentacjami poetów. A także swoim wydawnictwem. Pewnie nie wszyscy, którzy zechcą przyjechać do Lasu Księżnej i do Srebrnej Góry, znajdą swoje wiersze w tej książeczce (względy organizacyjne i ludzkie są często przeszkodami nie do przezwyciężenia). Tak bywa.

Cóż, cieszmy się z lektury, z tego śladu po czymś ulotnym - wierszu, spotkaniu.

W żywej, przepełnionej różnymi formami poetyckimi publikacji swoje wiersze (po kilka) zaprezentowali: Cecylia Serocka, Danuta Myszkiewicz, Michał Krzywak, Izabela Fietkiewicz-Paszek vel Alter Net, Kalina Kowalska, Mirosław Serocki, Irena Barbier (Arena Solweig), Miłka Maj, Michał Skłodkowski (Spiro), Bogdan Zdanowicz (bezet), Stefan Rewiński, Joanna Bonarska - jaxii, Agnieszka Fajer (Agnes), Kamil Szaflarski (Wesoły Grabarz), Michel Lenglet, Witold Adam Rosołowski (Messalin Nagietka), Lidia Kowalczyk (amandalea), Leszek Wlazło (leszek - niepoeta), Jerzy Rybak, Michał Kowalówka, Jacek Suchowicz, Jacek Sojan oraz goście specjalni: Mirka Szychowiak i Karol Maliszewski.

Ta trochę przypadkowa plejada to poeci o różnym stopniu zaawansowania twórczego. Znajdziemy tu i piszących o sporym dorobku, są i debiutanci. A do najbardziej znanych z przedstawionej grupy należy niewątpliwie krytyk literacki, poeta i prozaik K. Maliszewski.

Pewnego rodzaju kwintesencją przedstawianej publikacji może być fragment utworu "Nie będzie wiersza" Izabeli Fietkiewicz-Paszek:

 

(...)

podobno kres to początek - a wtedy

znów łatwo pisać wiersze

zderzać słowa albo lepiej

równo je ustawiać - a niech tam

chociaż pięknie sobie wyglądają

sensu

brak mniej boli

 

Bowiem zbiornik ten bardziej satysfakcjonuje z zabawowego punku widzenia, niźli krytyczno-literackiego. Innymi słowy: sporo tu twórczej zabawy, żartu, prób odniesień i aluzji do poezji zastanej (zdobyczy cudzych) - nie zawsze przekutych w głos własny. W sumie jednak, jako się rzekło, rzecz "zakręcona", warta lektury.

Wydawca zrobił jeszcze coś sympatycznego. Na ośmiu końcowych stronach pomieścił zwięzłe noty biobibliograficzne, dopełniając je niebanalnymi fotami autorów. Te foty dobrze siedzą w klimacie całej książki.

 

3.

Nie mniej ciekawym pomysłem edytorskim, choć na inny sposób, okazuje się publikacja A. Chadzinikolau (Ares Chadzinikolau "21 kobiet", Poetic Series "POETICON", Drukarnia Oświatowa w Poznaniu, Poznań 2007, str. 112), którą patronatem medialnym objęło przeszło dwadzieścia podmiotów. Takiej zapobiegliwości nie widziałem jak żyję!

Ares Chadzinikolau (rocznik 1973), korzeniami rodzinnymi sięgający ziemi greckiej, jest - jak z obszernej noty biobibliograficznej wynika - człowiekiem orkiestrą. Poeta, kompozytor, tłumacz i malarz. Koncertował w USA i Europie, wydał 9 płyt CD, swoje prace plastyczne prezentował na wystawach w kilku krajach. No i okazuje się płodnym autorem (ponad 20 książek), który wydał m.in. "Z twarzą słońca" (1997), "Wyprzedzić ptaki" (1999), "Polsko-greckie związki społeczne, kulturalne i literackie w ciągu wieków" (2001), "Między brzegami" (2003).

Czym autor raczył nas poczęstować? Garścią wierszy monotematycznych w językach: polskim, niemieckim, angielskim i greckim.

Już z okładki wygląda urocze dziewczę. Niezła poetycka uczta mnie czeka - pomyślałem. I, niestety, się rozczarowałem.

Dlaczego? Powodów wiele - i językowych, i treściowych.

Oto autor publicznie demonstruje związki z kobietami poznanymi w rozmaitych okolicznościach. Podmiotem lirycznym jest ego poety. Opisane przygody sprowadzają się do uciech cielesnych. W dodatku podanych językiem trywialnym, by nie rzec - prostackim: "Ręką zaczęła pieścić moją męskość", "Nie wiem kto bardziej stękał,/ czy my, czy łóżko", "ręce w kroczu składały ofiarę", "charczała przy obracaniu jej gibkiego ciała".

Do tego banalne, zużyte obrazowanie: "ponętne biodra", "pośladki posągowo-kształtne", "brzoskwiniowa cera" i temu podobne.

A cały cykl topornych erotyków zamyka utwór pt. "Bez wstydu":

 

Pozbądźmy się wreszcie wstydu,

jesteśmy tylko ludźmi, a nie bogami... (...)

Tylko dlaczego często niczym nie różnimy się

od zwierząt...

Może dlatego, że i tak skończymy jako żer dla robaków

bo życie krótkie,

jak odwrócenie twarzy słonecznika!

 

I dlatego nie żałujcie wina,

a piękne Muzy niech zostaną w naszych objęciach,

aż różanopalca Eos nami zawładnie...

albo Hades...

 

Rozczarowujący zbiór - bliski dolnych stanów poezji, chwilami wręcz ocierający się o grafomaństwo.

A edytorsko imponujący kształt? Wobec wymienionych mankamentów - przerost formy nad treścią.

 

4.

Poezja poezją, ale autorzy pisują także prozę. Czasem tak zakręconą, że nie sposób ją czytelniczo odkręcić. Co najwyżej dopadnie nas stupor...

Właśnie tego rodzaju rzecz przesłano do redakcji "Łabuzia" (Adam Frenik "PKO BP - BANK POEZJA ...na swoim koncie mam SCHZOfrenię..." Tom I (niezależny) Trylogii "SCHIZO...", nakład prywatny, druk PROFFIT, Białogard 2007, str. 40).

O samym autorze nie wiadomo nic, oprócz tego że jest białogardzianinem. A zastrzeżenie praw autorskich dla Jerzego Bonarskiego sugeruje, iż nazwisko Adam Frenik to pseudonim. Stop. Jest mowa na stronie czwartej o debiucie autora: miał miejsce w roku 1983 na łamach koszalińskiego miesięcznika "Pobrzeże".

Już nota z tyłu publikacji powiada nam z jakim rodzajem lektury będziemy mieli do czynienia: "Ten Autentyk wiernie, aż do bólu, ale i śmiechu przez łzy, przedstawia rodzenie się i rozkwit światów - psychoz kilku schizofreników. Autor bardzo wiernie i precyzyjnie zarejestrował fakty - przeżycia w stanach psychoz schizofrenicznych. Profan - Wielce Szanowna Osoba Czytająca może być wtajemniczona w schizowszechświaty, gdyż twórca "PKP BP - BANK POEZJA" sam jest po kilku schizoodlotach".

Wiele mówiący jest też przypis poprzedzający tekst główny: "Twórca tego sztandarowego, pierwszego utworu w duchu kierunku schizorealizmu, tej perełki prozy psychiatrycznej, nie składa dedykacji. Autor natomiast gotów jest wpisywać autografy w książczki pt. PKO BP - BANK POEZJA. Jeden podpis, w jednym egzemplarzu wydania I dziełka PKO BP - BANK POEZJA, wycenia się na 5 euro."

A trochę niedźwiedzią przysługę zrobił autorowi Ryszard Ulicki, pisząc coś w rodzaju wstępu ("Frenik w krainie czarów").

Jeszcze losowo wybrana próbka tekstu - dla zobrazowania tego, z czym będziemy mieli do czynienia w trakcie lektury:

Żywiołowy pęd do natychmiastowego realizowania schizosamogwałtu schwycił bardzo długą szablę, która wisiała nad tapczanem i markując... krzyknął:

- Spierdalaj! k... bo cię posiekam... (...)

Absolut. Tak, tak, ta szczęśliwa wolność jest za przepaścią - za asymptotą. A taka analogia szczęśliwego stanu ma miejsce po przeskoku pewnej przepaści - pewnej asymptoty - pewnej granicy stanu życia biologicznego człowieka, a stanu wyłącznie duchowego w METAfizyce.

 

Gdyby krytyk chciał uszczypnąć autora, mógłby zacząć recenzję tak: "Stanowczo nie jest to twór choćby z okolic powieści «Obłęd» Krzysztonia - pisarza trapionego podobnymi przypadłościami psychiki - i w ogóle daleko tu do literatury, do literackiego dzieła..."

Bowiem przybliżaną tu rzecz nie da się klasyfikować w kategoriach artystycznych. To raczej coś paradokumentalnego i pełniącego rolę autoterapeutyczną.

A schizorealizm? Cóż, sam w sobie pomysł ciekawy. Skoro w literaturze mieliśmy socrealizm, chyba naprawdę wiele wspólnego mający ze schizorealizmem właśnie...

 

5.

Zmieńmy klimat, by zakończyć przegląd jednak krzepiąco. Cztery lata temu "Prowincjonalia" wspominały o publikacji I. Obuchowskiej "Kochać i rozumieć". Niedawno ukazała się rzecz nowa tej autorki (Irena Obuchowska "Dzieci małe i duże. Jak je kochać i rozumieć", MEDIA RODZINA, Poznań 2007, str. 312).

Kim jest I. Obuchowska? Profesorem psychologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, autorką wielu książek. Opublikowała między innymi "Dynamikę nerwic" (1983) oraz "Jak sobie radzić z niechcianymi uczuciami" (2000). Pracuje społecznie na rzecz dzieci mniejszych szans. Kilka lat temu jej działalność i publicystykę wychowawczą doceniła Niezależna Fundacja Popierania Kultury Polskiej POLCUL. Nieco wcześniej, bo w 1997 r. otrzymała wyróżnienie honorowe im. Profesora Hugona Steinhausa.

I. Obuchowska należy do tej wąskiej grupy naukowców, która posiadła dar kontaktu z czytelnikiem. Nie gubiąc istoty spraw używa języka prostego, wyraża się klarownie i - co bardzo ważne - nie przynudza. Trochę pomaga jej w tym forma tekstów, gdyż felieton niejako sam z siebie wymusza na piszącym określoną dyscyplinę i sposoby artykulacji. Ale przecież i felieton można "położyć", jeśli komu pióro nie służy wiernie.

Czyli już wiemy. Książka "Dzieci małe i duże" to zbiornik felietonów. Powstały niby na marginesie działalności naukowej. Od szeregu lat publikował te miniatury sobotnio-niedzielny dodatek "Głosu Wielkopolskiego" - "Świat Rodzinny". To kontynuacja wcześniej wspomnianego zbioru "Kochać i rozumieć".

By ułatwić odbiorcy poruszanie się w gąszczu tekstów, autorka starannie uporządkowała je w pięciu działach: "O tym, co wzrusza", "O tym, co zadziwia", "O tym, co niełatwe", "O tym, co niepokoi" i "O tym, co warto wiedzieć".

Że dziecko nie jest bezmyślnym klockiem wie każdy. Że trudno je wychować - też. Lecz po lekturze tej książki, choćby wyrywkowej, zyskamy bogatszą orientację. Zrozumiemy jak skomplikowany bywa, a jednocześnie kruchy i podatny na wpływy zewnętrzne świat malucha. Ile znaczą uczucia, jak ważna jest umiejętność słuchania i jak istotne jest prawidłowe rozbudzanie ciekawości świata. Pojmiemy też znaczenie wielości dróg ku dobru i - co niezbywalne - ku zdarzającemu się cierpieniu. Dojdziemy też do wniosku, który dla naukowców jest oczywisty, że w gruncie rzeczy wszystko, co fundamentalne dla rozwoju dziecka, decyduje się w pierwszych kilka latach życia. Te pierwsze lata właśnie (a nawet miesiące przed narodzeniem, jeszcze w fazie płodowej, tak, tak!) kodują zachowania przyszłego dorosłego człowieka. Praktycznie raz na zawsze.

O tym wszystkim, nienatrętnie, posiłkując się autentycznymi historiami, opowiada nam autorka. Opowiada z empatią, nie stroniąc chwilami od humoru i już na wstępie przezornie podkreślając, że nasze maluchy są znacznie mądrzejsze, niż nam się wydaje...

Niebanalnie zmajstrowany poradnik dla często zagubionych, przeważnie młodych rodziców. Posmakujcie, a sami przyznacie.

 

(wrzesień 2007)
Paweł Szeroki

 


Janusz Sauer

BUTY

Najlepsze jeżeli stare

i przeszły wiele dróg

wody nie piją

ważne by podeszwy

nie szczerzyły zębów

 

Janusz Sauer

 

Piotr Müldner-Nieckowski

ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA CZYSTOŚĆ

Jako odpowiedzialny za czystość zostałem wezwany na zebranie Komitetu Osiedlowego i czekałem na to cały dzień, bo tego dnia osiedle moje było całkowicie czyste, a nie dawało się oczyszczać jeszcze bardziej, bo był mróz i wystarczyło to, co było. Poleciałem do dozorców, żeby jeszcze mi odpowiedzieli, czy jest całkowicie czysto, więc miałem zupełny spokój. Poszedłem na to zebranie, w korytarzu pawilonu stały trzy harcerki bez krzyży i wyprężały się, jeśli ktoś wchodził. Widziałem milicjanta w polowym mundurze ze znakami porucznika na pagonach, był też w mundurze służbowym wojskowy podpułkownik, a przewodniczący Komitetu, stary dureń Srokowski, przebrał się w kombatancki mundur pułkownika i przewodniczył zebraniu. Siadłem koło sąsiadki odpowiedzialnej za kontakty ze służbą zdrowia i gadaliśmy o kiełbasie, że ktoś kupował ją na metry, kiedy zaczęło się zebranie. Weszło dwóch gości, jeden przystojny, drugi bykowaty i postawili ostre światła i wyjechał trzeci z telewizyjną kamerą na plecach.

Oho, telewizję sprowadzili. Milicjant pilnuje, bo się odbywa zebranie, ale telewizja to chyba jest umówiona specjalnie. Coś będzie, myślę. Więc rzeczywiście. Srokowski zaczyna mowę o słowach generała Jaruzelskiego i zaprasza do prezydium, dwóch trzech gości, mnie zaprasza, a mnie w brzuchu pęcznieje.

- Chory jestem, powiedz - mówię do sąsiadki - że nie mogę wstać.

- Idź i cicho siedź - mówi ona.

Wstaję i mówię, że dziękuję za zaszczyt, ale się czuję źle i nie mogę odejść z krzesła i padam na stół. A po chwili siadam. Ulizany przystojniak krzyczy do kamerzysty, żeby przestał i żebyśmy zaczynali od nowa, a ja korzystam z okazji i mówię:

- Panie Srokowski, ja się wstydzę tej telewizji, dajcie spokój.

- Siadaj pan.

I Srokowski znowu zaczyna dukać z kartki o generale, a ja się kręcę, bo już wiem, że temu matołowi nie wytłumaczyłem, że nie chcę siadać w prezydium. Ale dziennikarz ulizany przychyla się do mojego ucha i mówi:

- Niech pan się nie martwi, powiedziałem kamerzyście, żeby łapał tylko pana, nie musi pan iść do prezydium.

Srokowski przeczytał skład prezydium, wszyscy wezwani usiedli obok niego, tylko ja umierałem na swoim miejscu dotychczasowym. Już czułem, że się coś ze mnie do spodni wymyka, w brzuchu dosłownie rewolucja socjalistyczna, pęcherz mam pełny, a kamerzysta prosto swoje oko wali na mnie.

- A teraz - mówi Srokowski - kolega Matusiak przedstawi sprawozdanie, jako że nasz Obywatelski Komitet Ocalenia Narodowego, co powstał przed chwilą, zaraz przeczytam członków jego, na ile odpowiedzialność za stan osiedla jest odpowiedzią na apel generała premiera Jaruzelskiego, co kolega Matusiak przedstawi państwu.

Oko kamery na mnie, a ja się krzywię, i dokładnie myślę, jak te moje miny źle powinny wypaść na taśmie kamerzysty i muszę się jąkać, żeby tego nie puścili na antenę. Ale ja nie umiem się jąkać. Jąkam się, jąkam, widzę, że oni to nagrywają, więc chrząkam co słowo i mówię:

- I tak wygląda nasza czystość. Czystość dla Polski Ludowej.

Przerywa mi stara kobieta, ale uczesana na inteligencję, i powiada, że na czterech budynkach są hasła antypaństwowe. Na jednym jest hasło "Solidarność", na drugim "My się nie damy" i tak dalej, i co ja z tym robię. Ja na to publicznie oświadczam, że hasła zostały sumiennie wydrapane, czterech drapało przez pół dnia, bo oni używają do haseł wsiąkliwych farb rozcieńczonych olejnych. A kobieta inteligencka powiada, że właśnie drapanie jest fatalne, bo wszystko widać.

- To czemu władza nie zezwala na sprzedaż farb do zamalowywania w sklepach?

Srokowski powiedział, że dziękuje i usiadłem. Teraz wstaje wojskowy podpułkownik i mówi, żeby sobie nie wyobrażali, że wojsko wszystko natychmiast załatwi, bo wojsko tylko reguluje administrację i cudów nie stwarza, a ja się uśmiecham. Ledwie żyłem od tego, tak trzeba było panować nad sobą.

Na dziennik telewizyjny o siódmej trzydzieści dziennikarz nie zdążył zmontować materiału, ale na ostatni, o dziesiątej materiał już był. "Samorzutnie na terenie całego kraju, powiedział spiker, powstają Obywatelskie Komitety Ocalenia Narodowego. Oto zebranie Komitetu, który powstał kilka dni temu w Osiedlu Młynów. I..." i tak dalej. Patrzę. Będę, czy nie będę. Herbata, której łyk nabrałem do ust, zagotowała się w gardle. Rozbolały mnie boki. Patrzę. Idzie film godzinami, a mnie nie ma. Moja sąsiadka rusza ustami, kiwa głową podkreślając wagę ruszania, a obok niej jest puste miejsce. Puste miejsce, jak Boga kocham! Jak oni to zrobili?!

 

 

BUDOWA OD PODSTAW

Rozpoczęliśmy budowę sklepu. Oczywiście to łatwe. Prosty pawilon miał być podzielony na trzy części: magazyn z kątem socjalnym (na picie herbaty), ubikacja i część typu kupno-sprzedaż dla klientów. Następnie zakończyliśmy budowę sklepu, bo po pierwsze nie było towaru, po drugie nie było personelu, po trzecie nie było materiałów budowlanych, po czwarte zgoda na lokalizację i budowę została podpisana przez dyrektora Obidzińskiego, który obecnie jako były prominent siedział w więzieniu i czekał na rozprawę, a dzisiaj obowiązują zarówno nowe przepisy, jak i podpisy. Więc wypiliśmy pół litra wódki we trzech i poszliśmy na Marszałkowską na kobity. Ej, życie, życie.

A na moim podwórku, gdzie rzygnąłem po wódce, jechał duży samochód ciężarowy wypełniony darami żywnościowo-odzieżowymi z zagranicy dla ludu polskiej Warszawy i złamał drzewko, które zasadziłem pięć lat temu i pod którym chciałem pochować mojego starzejącego się psa. Mój pies musi sobie sam zmienić cmentarz. Ja mu tego załatwiał nie będę.

 

 

ROZMOWA Z OJCEM

Powiedział:

- Tato, bardzo cię proszę, ty mi nie stawiaj przeszkód w tym, co zamierzam teraz robić, choćby się działo ze mną bardzo źle, a nawet choćby z tobą się działo nie najlepiej, bo moja działalność może mieć pośrednio zgubne skutki dla najbliższej rodziny, a przecież wiesz, że nic tak nie rujnuje sumienia, jak nieumyślne zaszkodzenie ojcu, matce, żonie i dzieciom, to jest spowodowanie, że władze będą się mściły na was za to, że zrobię to, co tej całej władzy absolutnie nie odpowiada, a zacząłem jeszcze w latach sześćdziesiątych, konkretnie w sześćdziesiątym ósmym i zostałem usunięty z uczelni, a potem z łaski przyjęty, co teraz przed tobą ujawniam, co taiłem, bo wydawało mi się, że po takiej wiadomości umrzesz na zawał serca, że wywalili mnie z Uniwerku, na który tak trudno się dostać i który dawał mi szansę pozostania w naszej odwiecznie inteligenckiej rodzinie, a jak twierdziła matka, hrabiowskiej (czy to kawał, tato? jeśli nie, to mnie śmieszy, zresztą to nie ta sprawa), tyle że ja nawet język przejąłem z ludu, jak zobaczyłem jaki rozziew jest między warstwą oświeconą a chamstwem w czasie tych żydowskich zamieszek, panie Boże zapłać, i jako członek ludu myślę sposobami proletariatu, nie oszukujmy się, tego mi nikt nie odbierze, to jest zdobycz w naszej rodzince, a potem w latach siedemdziesiątych nosiłem podziemne czasopisma i sprzedawałem je, kupowałem papier po jednej ryzie w każdym sklepie papierniczym, żeby mnie nie zgarnęli jako członka zespołu wydawniczego Mirka Chojeckiego (wiesz, "Nowa"), a kiedy zacząłem drukować pod pseudonimem ważne artykuły (jeden taki na przykład: "Moskwa zawsze miała głębokie korzenie w Polsce"), nadal ukrywałem to przed tobą, żebyś nie dostał wylewu do mózgu, i teraz, błagam cię, teraz muszę ci powiedzieć, że zapowiadający się na wiele lat terror psychologiczny, kulturalny i wszelki inny nie wróży niczego dobrego dla Polski, dlatego więc postanowiłem dalej robić to, co do mnie należy i wstąpiłem do konspiry (nie wiesz? konspiracja), nie miej mi tego za złe, to robi pełno naszej młodzieży, a ja jeszcze, mimo trzydziestu dwóch lat życia, nadal czuję się chłopakiem i mogę walczyć z komunistami i ich reżimem, z prosowiecką bandą łobuzów, którzy wykorzystują każdą okazję, żeby się wzbogacić kosztem milionów ludzi, więc odpowiedz mi, przecież tym razem wszystko ci powiedziałem jak na świętej spowiedzi, bez ukrywania i oszukiwania, bo tego także mam dosyć nawet w sprawach wymagających pełnej tajemnicy, odpowiedz, czy ty masz coś przeciwko temu, pytam się ciebie, gdyż mam prawo moralne pytać ojca.

A jego ojciec podniósł oczy znad papierów, które czytał tak, jakby go przez cały czas nie słuchał, podniósł szklankę z fusami herbaty i wysączył kilka kropli do ust, przetarł spocone czoło, zaś mokre ręce przeciągnął po spodniach i jeszcze bardziej się zgarbił. Gdy był już straszliwie zgarbiony, powiedział:

- Rób, synu, co chcesz, rób to, co do ciebie należy, zgadzam się, bo wszystko wiem od dawna. Bo cię kocham, bo jesteś naprawdę moim synem. Kto spojrzy na nas, pomyśli, że albo ja, albo ty jesteś lustrem. O jedno jednak muszę cię prosić, synku. Tak, ja też muszę ciebie prosić, proszę cię, żebyś zapamiętał słowa starego ojca, że wszelka działalność na rzecz tajnych instytucji państwowych, obojętnie jakiego państwa, nawet pseudopolskiego, jest obrzydliwa, a każdy wywiadowca czy tajny agent pozostaje wyłącznie narzędziem w rękach ludzi zza biurek, którzy rozgrywają chorobliwe bitwy za pomocą głupich pionków, że już od dawna jesteś samotny i ta twoja samotność pogłębia się z dnia na dzień i wkrótce będziesz znienawidzony przez wszystkich, nawet przez mocodawców. Dlatego stajesz się coraz gorszy, coraz szczuplejsze twoje sumienie. Może tylko ja będę pamiętać, że wyrosłeś z mojego nasienia, ale też licz się z tym, że powiem pewnego dnia nie "z nasienia", ale "ze spermy" i że nic cię nie uratuje przed zbrodnią, której będziesz się imał coraz częściej, aż staniesz się nieznośny jak chłopiec w przedszkolu i władza wyda na ciebie wyrok śmierci, niezależnie od tego, czy działałeś jako tajny agent, który ma za zadanie rozwalać konspirację, jako zwykły donosiciel i wykonawca wyroków, czy też byłeś agentem konspiracji. Staniesz się zerem złożonym z dwóch zer, co przypomina jedynie kloakę, a twój grób sam będzie wołał o wyzwolenie od niewygodnego trupa. Nikt się nie połasi na twoje pieniądze. Ale zgadzam się, synku.

A on przytulił się do ojca pachnącego tytoniem. I szepnął do ojcowskiego ucha:

- Tato, tato, ty nic nie rozumiesz, nic kompletnie - syczał chrapliwie - jeżeli chcesz, mogę ci dać tyle forsy, że nie udźwigniesz, mogę ci załatwić każdy wyjazd za granicę, każdy paszport, specjalny sklep z wędlinami, czego taty dusza zapragnie. To nieprawda, że jestem samotny, ja mam za sobą całą wielką władzę komunistyczną, oni swoich nigdy nie zdradzają, nawet gdy ich zabiją, bo wtedy nadają nazwy ulic od ich imion. Cały Związek Radziecki stoi za nami, a to trzysta milionów luda. Czy to mało, tato?

- O, tak, Związek Radziecki jest potężny, synku, jest. Nawet kiedyś się mówiło, że to kolos na glinianych nogach i okazało się, że niesłusznie. Zgoda.

Odsunął się od ojca. Splunął ze złością na podłogę.

- Ty nic, nic zupełnie nie rozumiesz. Ty jesteś przegrany - powiedział - jesteś skończonym starcem, któremu łeb się trzęsie od sklerozy. Już teraz wiem, kto chodził po kościołach i ostrzegał ich przede mną. To ty wykorzystałeś sytuację i ty jak parszywa owca donosiłeś draniom o planowanych akcjach. Ja wiem, nikt inny. Całymi latami stwierdzałem ślady grzebania w moim neseserze. Przez takich jak ty musimy likwidować bunty i tajne szkoły rzekomo prawdziwej historii. Twierdzisz, że jesteś moim ojcem. To ty mnie namawiałeś, abym nigdy nie wstępował do żadnych organizacji politycznych. To ty trułeś jadem nienawiści do Gomułki akurat wtedy, gdy była szansa wydźwignięcia kraju. A to, że jestem podobny do ciebie, jest czystym przypadkiem. Stalin miał dwudziestu sobowtórów, a żaden nie miał z nim więzi krwi. Sam wiesz, że moja matka puszczała się na prawo i lewo. Na pogrzeb przyszło pełno nieznanych mężczyzn, czyż nie tak? Więc ja ci radzę, weź to za dobrą monetę, że zgadzam się być twoim synem, jedyną osobą, jaką masz jeszcze na świecie. Oprócz tej bandy zwariowanych ciotek.

- Powiedziałem. Zgadzam się, żebyś robił to, co robisz. Zacznij ode mnie. Komunizm nie różni się od faszyzmu. Przekonuj.

Syn podrapał się w głowę zasumowany.

- Od ciebie zacząć nie mogę. Teraz mam co innego do roboty. Studiuję metody Cromwella.

- Którego?

- Czy to ważne? Imienia nie pamiętam. Są za to niezastąpione od trzydziestu lat. Wierz mi, tato. A co do mamy, to kłamałem.

- Wiem.

- Wiesz? To dobrze. Czyli dogadaliśmy się - powiedział syn i wyszedł z pokoju, a ojciec zagłębił się w swoich papierach.

 

 

PRZEDWIOŚNIE

Kiedy się zapowiadało, że na wiosnę nie będzie ani jednego produktu w wolnej sprzedaży i wszystko będzie na kartki, zaczęło brakować w sklepach masła. Po prostu znikło masło i znikł proszek do prania. Nie było czym prać. Patrzyłem po mieszkaniu, czego bark sprawi mi największą przykrość, i nie mogłem niczego rozsądnego wymyślić. Nic nie rzucało się w oczy. Jeśli tylko autobusy będą jeździć z pracy i do pracy, na mojej trasie, to powinno wystarczyć. Żeby tylko córka miała zeszyty na nowy rok szkolny, a syn trampki, bo mu szybko rosną nogi. Ale jeżeli to będzie na kartki, to, z całą pewnością, tego nie zabraknie i dzieci będą chodzić. Rozmawiałem o tym z żoną i też raczej nie miała wątpliwości, ale marudziła, bo, jak powiedziała, mało będziemy wyrzucali śmieci, a jeżeli człowiek nie zostawia po sobie dużo śmieci, to znaczy, że niewiele mu jeszcze zostało życia. Jedynym zabezpieczeniem domu było stawanie w kolejkach po masło i proszek. Żona już wtedy wstydziła się przyjmować gości, choćby sąsiadkę, bo nie bardzo miała czym ją poczęstować, skoro cukru nie było do herbaty. Osobiście co dzień siedzę na budowie, trzymam w ręku łopatę i czekam, aż przywiozą cement. Przeczytałem wszystkie gazety z całego tygodnia i się nudzę. Nikt nie chce ze mną gadać, a zauważyłem, że koledzy skarżą się dosłownie na to samo. Trzeba po prostu coś kopać, gdy się ma łopatę. Jest tu pusty plac pod budynek mieszkalny, otoczony płotkiem z desek, stoi koparka bez pompy wtryskowej paliwa. A pomp do silników nie ma nawet na kartki.

Więc teraz kopię. Już jestem bardzo głęboko, mniej więcej dwa metry w dół, ziemia jest miękka. Po drodze znalazłem kości ludzkie, w tym brązową czaszkę. Może sprzedam jakiemuś studentowi? Nawet najstarszy trup może się ludzkości przydać. Wyrzuciłem te szczątki na górę, może przyjdzie jakiś antropolog i powie, co się stało tej kobiecie, albo temu mężczyźnie. A może znalazłem jakiegoś pitekantropa i kości pójdą do muzeum? Byłoby to bardzo ciekawe, szedłbym z dziećmi do Muzeum Narodowego (mieści się przy Alejach Jerozolimskich) i mówiłbym tym sztubakom: to ja. A w gablocie byłaby czaszka, oczywiście wygotowana, bo przed wystawieniem na widok publiczny, żeby nie śmierdziała, gotuje się ją przez parę godzin w ługu czy czymś podobnym.

Myślę, że gdybym się dokopał do glinianego garnka ze złotymi monetami, to nie byłbym tak zadowolony. W gruncie rzeczy wolę moją czaszkę, zwłaszcza że uświadamiam sobie co chwila, że w tej czaszce był kiedyś prawdziwy, różowy, myślący, ludzki mózg. Nie wiem, może dokopię się do czegoś naprawdę jeszcze wspanialszego.

 

 

WYBIERZMY SIĘ NA ŁOWISKO

Maszyna straszliwie wyła, żeby zabić nasze myśli, ale my siedzieliśmy przy niej celowo tak blisko, aby nikt nie słyszał, o czym mówimy. Baliśmy się, że nas przyskrzynią, wywalą z roboty albo coś w tym rodzaju, więc nawet przy tej potwornie wyjącej strugarce mówiliśmy do siebie na ucho. Od pewnego czasu wielu naszych kolegów mówiło sobie na ucho, bo już rok temu zaczęło się ruszać w naszej braci. Jak wybuchnie jakiś strajk, to nie będziemy się dziwili.

Więc najpierw Jurek zaproponował mi, żebyśmy opłacili lekarza zakładowego, a jak się nie uda, to chociaż pielęgniarkę, i jak dostaniemy po parę dni zwolnienia, skoczymy nad kanał na Żeraniu i potrenujemy przed mistrzostwami wędkarskimi. A jak nie, to trzeba będzie kombinować inaczej. Ja i tak nie mam surowca na osiem dni, więc moja maszyna stoi, a jego może stanąć, jak się zepsuje wyłącznik. Ale jak się zepsuje, to go przesuną do innej roboty i koniec swobody. Więc nie tędy droga.

- Wszystko niepewne - powiedział Jurek.

- No, to - odparłem - może byśmy się przez radę zakładową przenieśli do przygotowania boiska na imprezę pierwszomajową, a boiska i tak nie trzeba przygotowywać. Rozumiesz. Ty jako rada zakładowa byś mógł nas dwóch oddelegować, to znaczy siebie i mnie.

- Co zrobić? - szepnął.

- Oddelegować! - krzyknąłem mu do ucha. Zrozumiał, ale zastanowił się.

- Nie ma rady. Cała rada zaraz by chciała się zwalniać, a nas zepchną na koniec. Lepiej pomyśl, jaką fuchę by podłapać, żeby o nas zapomnieli.

Tak rozmawialiśmy przez dwie godziny i niczego nie mogliśmy wymyślić. A chodziło tylko o to, że powinniśmy wypocząć. Zabija nas ten cholerny hałas, w kółko to samo - tylko podsuwanie okalu na stół równiarki, podsuwanie, podsuwanie, robota dla idioty, kompletny automatyzm ruchów. Nie wiadomo dla kogo to i na co. Czasem trafi się prywatne zamówienie dla kumpla z podwórka, regał w częściach wynoszony za bramę fabryki i to wszystko. Nic uczciwie nie da się zarobić, więc po co ta zabawa? Zasiłek chorobowy by wystarczył, ale znów trafił się nowy lekarz, jakiś twardogłowy bydlak, który zamiast działać, bada każdego, kto się zgłosi do ambulatorium. Chyba chory. Nie wie, gdzie żyje chyba, gadzina.

Jurek patrzył na mnie, ja na niego i ciągle było nam pusto w głowie. Ale ranek jest dobrym doradcą, więc postanowiliśmy się dzisiaj już tylko kręcić po zakładzie i pogadać jutro skoro świt. Ledwie odszedłem z oddziału i usiadłem na zapleczu magazynu, bo tam miałem święty spokój i mogłem oddawać się myślom na tematy filozoficzne, podszedł do mnie mój szef.

- Surowca nie masz, Kwiatkowski, co? - powiedział.

- Nie mam - odpowiedziałem odruchowo, nie przerywając toku myśli.

- A byś chciał mieć? - zapytał.

- Nie moja sprawa. Nie ma, to nie ma.

- A jakbym skombinował?

- To by był - odpowiedziałem.

- No to będzie.

- No to będzie.

I odszedł. Wiedziałem, że zaraz zawróci, znałem go. Stary cwaniak, wąsik ma hiszpański, jak don. I zawrócił.

- Ty, Kwiatkowski, chamski twój monogram - powiedział - chyba chcesz w mordę dostać. Ja ci daję materiał do roboty, a ty mnie traktujesz jak intruza?

- Ile.

- Się zastanów.

- Ja tu nie jestem od zastanawiania, ja jestem od robienia. Narad robił nie będę, bo nie jestem kierownik.

- No dobra. Życzysz bez surowca, będzie bez surowca. Przez dziesięć dni będzie ci maszyna stała. Robisz opory w państwowym zakładzie pracy. Dobra.

- Trudno. Taki los.

- Dwa tygodnie bez surowca.

- Długo, ale było gorzej. Na trzy tygodnie pan kierownik nie pójdzie i będzie musiał wydać z magazynu.

- Musi to na Rusi, w Polsce jak kto chce. Nie wydam trzy tygodnie.

- Dobra - powiedziałem.

- "Dobra" to ja mówię, a ty się podrap w dupę, żeby coś wymyślić.

- Ja już wymyśliłem - powiedziałem. - Z nikim nie będę się dzielił premiami i koniec. Lepiej w ogóle premii nie mieć.

- Nie to nie. Proponowałem korzystny układ zawodowy, nie wykorzystano ułatwień w pracy, będą się męczyć ludzie na gołej pensji.

- No i będą, panie kochany kierowniku.

- Czy to jest strajk?

- Tak jakby coś w tym stylu według czegoś podobnego - powiedziałem. - A jak będzie surowiec od jutra, to nie będzie słowa o tych premiach. Jak wykonam normę, to będę musiał dostać.

Wspiął się ze złości na palcach, bo był mały jak kutas u Eskimosa i dopiero teraz mi sięgnął do ramion, mimo że ja siedziałem. A szyję wyciągał, żeby być większym umysłowo i fizycznie, jak nigdy. Cała purpura zeszła mu z twarzy na jęzor, który wywalił oblizując nerwowo wargi i którym nie mógł zmontować już ani jednego słowa. Przewalił się obok nas wózek widłowy z pakami, a on dla niepoznaki usiadł przy mnie.

Nad zakładem latał śmigłowiec z ogonem wykonanym z płótna, na którym napisano "Budujemy drugą Polskę", i ćwiczył ewolucje pierwszomajowe. Kiedy odpłynął w słońce, szef nachylił się do mnie i powiedział:

- Ty mnie, gnojku, szantażujesz?

- No chyba - powiedziałem.

- Zobaczymy, co powiedzą ludzie z brygady. Zobaczymy. Oni mają rozum większy, niż ci się zdaje. Po prostu cię załatwią, a ja cię nawet palcem nie dotknę.

- Czyli pan mnie załatwi cudzymi rękami. Okej.

- Dobra, posłuchaj, Kwiatkowski. Ja ci dam parę dni wolnych, potem ci dam materiał, a ty nie będziesz się sprzeciwiał. Dobra?

Powiedział, że parę dni wolnych. To mi zaczynało odpowiadać. Zauważył pewnie błysk w moich oczach, bo był dobrym psychologiem, a ja chciałem, żeby zauważył i zmiękł, bo byłem jeszcze lepszy, więc zacząłem się w widoczny sposób namyślać, a on czekał na warunki, jakie postawię.

- W porządku - powiedziałem, ale że poderwał się na równe nogi i od razu chciał zmykać, krzyknąłem - ale nie za darmo.

- No?

- I parę dni wolnych dla Jurka Kaczorowskiego.

Tak bardzo chciał zmykać, że zgodził się natychmiast i poszedł do swojej pakamery. Miałem to, czego chciałem, z piękną wiadomością pobiegłem do Jureczka, już widząc oczami szeroko otwartymi, jak nadziewamy na haczyki białe robaczki i tak dalej, i tak dalej. Ale następnego dnia rano, kiedy to miały przyjść dobre rady, bo poranek jest świetnym doradcą, na czele załogi wpadliśmy na pomysł, żeby wzorem Gdańska zorganizować strajk. I już pół roku mija, a my ciągle nie ryby mamy w głowie.

Trzeba będzie się kiedyś wreszcie wybrać na łowisko, w przerwach między jednym a drugim rokowaniem "Solidarności" z rządem. Bo surowca jak nie było, tak nie ma i długo nie będzie.

 

 

WIELKI POMYSŁ

Kombatant Biedziński został zastrzelony nagłym telefonem z Komitetu Dzielnicowego, więc położył się na dywanie z książkami pod głową i myślał, jak to wszystko zrobić. Był starym pułkownikiem, który oficerskie ostrogi otrzymał po szkole w Moskwie, a wydętą i twardą wątrobę miał po wieloletniej służbie w jednostkach liniowych Ludowego Wojska Polskiego, w którym kto nie pije, ten kapuje. Nigdy nie kapował ludzi, nigdy nie zdradził przyjaciela i teraz, tym razem, obecnie chciał być uczciwy, jak to oficer, do końca.

- Ach, jak mnie denerwuje nadmiar strajków w ojczyźnie - mówił w czasie piętnastomiesięcznej odwilży po sierpniu 1980. - Oni nas zastrajkują na śmierć.

- Ach, jak mnie denerwuje pozbawienie nas praw obywatelskich - mówił po trzynastym grudnia 1981, kiedy zapadła długa noc ucisku. - Oni chcą zmarnować wszystko, cośmy zyskali po sierpniu.

Był bowiem uczciwy chorobliwie. Kiedy go pytał lekarz, czy pije wódkę, odpowiadał, że nie ma już na to siły, ale kiedyś chlał jak skurwysyn. Dosłownie: chlał minimum pół litra dziennie, ćwierć do obiadu, ćwierć do kolacji, a czasem jeszcze ćwierć do pokera. Ani kłamstwo, ani zabijanie, ani dręczenie podwładnych. Taki był pułkownik Biedziński. Osiemdziesiąt cztery lata na karku i trzy żony w grobie. Nie był też świnią, żadnej nie zrobił dzieciaka, bo nie chciał, żeby maleństwo miało ojca pijaka. Więc i o młodzież dbał. Kiedy władze włączyły w kraju telefony i każda rozmowa była na podsłuchu, o czym można było się przekonać na własne uszy, bo zanim po drugiej stronie kto podniósł słuchawkę, słyszało się skandowane "rozmowa kontrolowana, rozmowa kontrolowana", powiedział przy pierwszej okazji w kolejce po chleb:

- A ja wam mówię, że te kontrolowane rozmowy nas więcej kosztują niż dawne zwykłe.

Leżał więc na dywanie i przypominał sobie każde słowo polecenia, które otrzymał z Komitetu.

- Towarzyszu Biedziński, na was można polegać. Idźcie wy do Dyrektora Zakładu Transportu Numer Dwa i wytłumaczcie mu, żeby wszyscy towarzysze, co oddali legitymacje w ferworze idiotycznego owczego pędu, odebrali je z powrotem i podpisali deklaracje lojalności. A my potem ich zweryfikujemy, co to za towarzysze i zrobimy to za nich. A jak nie, to im powiedzcie, temu dyrektorowi, że dostanie w łeb. To przecież wasz bratanek.

Był stary, dlatego natychmiast zapomniał, jak się nazywa towarzysz z Komitetu i czy chodziło o komitet stołeczny, czy jakiś inny. Ale wielkich słów się nie zapomina. Partia musi być odrodzona i trzeba się pozbyć bydlaków w jej szeregach, a jak nie, to się zmieni konstytucję i założy nową partię, identyczną z poprzednią, ale lepiej wiodącą naród do socjalizmu. Tego był pewien. Całe życie mu spłynęło na duchowej polityce, duszę miał ognistą.

- Ale ja wpadnę na pomysł, na jeden wielki pomysł mojego życia, ażeby przeżyć to życie uczciwie do końca - powiedział głośno do lampy pod sufitem. - Ty jedna wiesz, jak mi na tym zależy.

Bardzo musiało mu zależeć, bo wstał i mimo zaleceń lekarzy wyjął przydziałową wódkę, kupioną na kartki zamiast kawy, napił się sążniście, splunął i palnął pięścią w stół.

- Ja to załatwię zgodnie z socjalizmem! Już ja to załatwię!

Po czym położył się na ulubionym dywanie, na którym robił różne rzeczy z żonami, zacisnął suche rączki i delikatnie uderzał nimi w podbródek.

- Będę miał pomysł, jak to z nim załatwić. Bratanek nie bratanek, ale trzyma legitymacje w szufladzie na wszelki wypadek. Jak się sytuacja odwróci tędy, to on z tymi legitymacjami zrobi to, jak tamtędy, to tamto. A tu tymczasem sytuacja odwróciła się w trzecią stronę i bratanek nie bratanek zgłupiał, nie wie, co począć. Ja mu ułatwię i powiem, jak wygląda polska rewolucja, jak on takich podstawowych rzeczy nie wie.

- A może on bezpartyjny? - powiedział do lampy i ugryzł się w język. Dobrze, że tego nikt nie słyszał. Nie może bezpartyjny trzymać partyjnych legitymacji w biurku. - A może nasz stan wojenny to przednówek do wojny Związku Radzieckiego z wrogiem Chinami? Wojna z Chinami to koniec. Zaleją nas na żółto, jak mnie już trzy razy zalała moja własna wątroba, siedem tygodni w szpitalu.

Zasłużony kombatant gryzł wargi z przerażenia, ale umiał się opanować i podskoczył do szafy po następny łyk pokarmu. Wtedy właśnie przyszedł mu do głowy wielki pomysł. Odstawił butelkę, nachylił się głęboko i wygrzebał spod łachów na dnie szafy pas z kaburą i pistoletem w tej kaburze. Wyjął pieścidełko, które czyścił zawsze w niedzielę o jedenastej, kiedy w kościele świętego Jakuba szła msza, odbezpieczył i przyłożył do skroni.

- Mam osiemdziesiąt cztery lata i ani roku więcej - powiedział patrząc na kryształową lampę, znalezioną przed trzydziestu sześciu laty w zdobytej Świdnicy. Odciągnął kurek. Stopy ściągnął, palce nóg rozwarł, lewą rękę ułożył na szwie spodni, żeby stać na baczność. Nacisnął spust, a iglica trzasnęła sucho, jak zwykle wpadając do pustej komory nabojowej.

Odrzucił od siebie żelastwo ze wstrętem. Zawsze był uczciwy. Postanowił więc pójść do dyrektora i powiedzieć mu jak jest, dokładnie według instrukcji Komitetu. Najwyższy czas.

 

Piotr Müldner-Nieckowski





Władysław Edward Gałka

W zasadzie klnę na co dzień, jednak od pisarza poety chcę, by to klnięcie było do bólu konieczne, był taki jeden w stanach w Kalifornii, znana postać, zrobił sobie dom na wysokim drzewie, żył za kilka dolarów dziennie i zapamiętałem, co mówił o mięsie, nie cytuję, bo dokładnie już nie pamiętam lecz sens był taki: jedz mięso tylko wtedy, gdy będziesz tak głodny, że zębami zagryziesz zwierzę, jest tu coś na rzeczy w nieszufladzie, że nasze mięsiwo zdobywamy prawie bez głodówki, na co dzień i pod dostatkiem, stąd dużo się marnuje, pamiętam jak na wsi kobiety w furii kłótni potrafiły na siebie gołe du... pupy wypiąć i pi... pokazać, musi być istotny powód, tanie epatowanie chujem nie wystarczy, walenie go mam z młodości we krwi, ale w literaturze nie szukam lizawki tylko świeżego mięcha, jestem ciągle głodny sensu,

 

pozdrawiam
Władysław Edward Gałka