Łabuź 61/2007


 
(...) wszystkie te myśli są czymś oczywistym - wolne społeczeństwo musi być rządzone "nomokratycznie", a więc nie może tolerować władzy arbitralnej - ani w formie czyjegoś jedynowładztwa, ani w formie arbitralnej woli większości parlamentarnej. Czym jednak tłumaczy się to, że spora część Polaków myśli na ten temat inaczej? Zastanowienie się nad tym jest sprawą ważną. Chodzi bowiem o polską świadomość prawną, która - choćby w związku z obecnością Polski w UE - powinna się "zeuropeizować", a więc przystosować do norm liberalnych.

 

Wspomniałem (...) o republikańskich tradycjach polskiej szlachty. Jestem dla nich pełen szacunku, ale są one jednym ze źródeł bezrefleksyjnego aprobowania przekonania, że wola Sejmu w każdych okolicznościach jest najwyższym prawem. Zrozumiałe jest, że republikańska szlachta utożsamiająca się z Sejmem nie chciała pewnych ograniczeń swej woli. Trzeba jednak dodać (na jej korzyść), że chciała uniknąć decyzji arbitralnych, krzywdzących jakąś część "narodu szlacheckiego" i dlatego właśnie trzymała się zasady konsensusu (która wyrodziła się później w liberum veto). Dziś jednak, w warunkach politycznego pluralizmu i ogromnej złożoności spraw państwowych, trudno myśleć o konsensusie parlamentarnym. Jedyną ochroną przed arbitralnością władzy jest więc rozwiązanie liberalne - uznanie nadrzędności ogólnych zasad prawa nad wszelkimi odmianami "woli politycznej", również woli aktualnej większości w Sejmie.

 

W czasach rozbiorów kształtowanie się nowoczesnej świadomości prawnej było w Polsce niezmiernie utrudnione. Utrata niepodległości i podział kraju odbierały prawu autorytet, uniemożliwiały traktowania prawa jako "własnego", a więc naprawdę obowiązującego w sferze publicznej. W tej sytuacji najważniejszą spójnią narodu stały się czynniki moralne, co sprzyjało zastępowaniu racjonalnej debaty przez dyktat moralny, rodziło konformizm moralny i zorganizowaną presję na niezależnie myślące jednostki, a także tropienie wszędzie zdrajców sprawy narodowej. Polacy pod zaborami przyzwyczaili się do "ścisłej wzajemnej kontroli", którą Rousseau uważał za część ideału republikańskiego - do wymogu nieustannego poświadczania swego patriotyzmu. Ów mechanizm moralnego nacisku był bardzo efektywny - potrafił np. zmuszać do udziału w powstaniach przeciwników tych powstań pod groźbą narodowego potępienia. Nie mógł jednak sprzyjać ochronie sfery prywatnej, wolności sumienia i niezależności myśli.

 

I wreszcie trzeba wymienić destrukcyjny wpływ kilkudziesięciu lat "realnie istniejącego socjalizmu". Przyzwyczaił on nasze społeczeństwo do postrzegania prawa jako instrumentu władzy, do podnoszenia do rangi "prawa" każdego (choćby sprzecznego z prawem) zarządzenia administracji, do szukania sposobów omijania prawa zamiast walki o jego zmianę. Skoro zaś nie kwestionowaliśmy samowoli prawnej państwa niesuwerennego, a nawet (z czym można było walczyć) samowoli różnych jego urzędów, to dlaczego niby mielibyśmy kwestionować legislacyjną samowolę państwa niepodległego, demokratycznego i niezaprzeczalnie "własnego"?

 

Odpowiedź brzmi: właśnie dlatego, że jest to państwo suwerenne i powinno być naszym własnym w pełnym znaczeniu tego słowa - nie tylko w sensie formalnego mandatu wyborczego.

 

Andrzej Walicki "Aktualność Friedricha Hayeka"

Gazeta Wyborcza, 21-22 kwietnia 2007


 



Andrzej Walicki - ur. 1930 - historyk idei i politolog, członek PAN, emerytowany prof. Uniwersytetu Notre Dame w USA.

Dziękujemy Pkl "Łabuż"





Wulf-Dietrich v. Borcke

KOŚCIÓŁ W WYSIEDLU
pod wezwaniem Przenajświętszej Trójcy

Historia kościoła, jego fundatorzy i wystrój

Wstęp

W nadodrzańskiej, obecnie polskiej części Pomorza Zachodniego leży nieopodal Łobza, około 3,5 km na południowy-wschód, mała wioska Wysiedle (po niemiecku Woitzel). Wieś ta posiada jeden "z najpiękniejszych wiejskich kościołów na Pomorzu" (H. Lemcke).

Dom boży z końca XVI w. z wyposażeniem z pierwszej połowy XVII w. w stylu późnego renesansu (manieryzmu) zawdzięczmy wielu szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Przetrwał on bez większych strat i zmian w całej swojej substancji. Mimo upływu czasu i dziejów kościół zachował swój pierwotny charakter. Wszystko to po dziś dzień tworzy jednorodny, stylowy zespół, późnorenesansowe dzieło sztuki, które na Pomorzu, na wsi szuka sobie równych.

 

Inwestorami kościoła byli członkowie rodu v. Borcke, którzy od 1565 roku byli właścicielami, panami i sędziami na Wysiedlu. Objęli oni również patronat nad kościołem i szkołą. Jako bogobojni zwolennicy reformacji chcieli poprzez budowę nowego kościoła stworzyć miejsce, które w myśl wskazania Martina Lutra miało być twierdzą wiary, zachowania i wzmocnienia moralności chrześcijańskiej. Miało ono być dostępne dla wszystkich mieszkańców wsi.

Tezy Martina Lutra (1517) zmieniły świat. Myśli wittenberskie dotarły szybko na Pomorze i znalazły tu wielu zwolenników. W grudniu 1534 roku przywołano z Wittenberga Jana Bugenhagena, jednego z najbliższych zaufanych Martina Lutra, na obrady sejmiku w Trzebiatowie (Treptow nad Regą). Przedstawił on reformy kościoła i nową ordynację kościelną, w której znalazły się między innymi wskazania dla pastorów oraz przedstawiono nowy porządek mszy. Pod koniec stulecia nauka Martina Lutra była wszechobecna na całym Pomorzu.

 

Po przełamaniu oporu arystokracji i biskupa kamieńskiego, sejmik ziemski w Trzebiatowie zatwierdził, że "Święta Ewangelia będzie w całym kraju wygłaszana, a wszelkie papieżowanie i antyboskie ceremonie zostają zniesione. We wszystkich kościołach winno się postępować zgodnie z ordynacją kościelną opracowaną przez doktora Bugenhagena i innych kaznodziejów." Kiedy w końcu opór przed wprowadzeniem nauki Martina Lutra został przełamany sejmik w Trzebiatowie zatwierdził i uchwalił w dniu 7 grudnia 1539 roku Trzebiatowskie "zwolnienie", od tego momentu zaczęło życie kościelne na Pomorzu przebiegać w uregulowanych normach. Pod koniec stulecia nauka Martina Lutra, sformułowana tak jak w "augsburskim wyznaniu", przenikła ostatecznie na Pomorze.

 

Ewangelickie kręgi widziały w bogatym wystroju kościołów, na przykład w obrazy, powrót do katolickiego średniowiecza. Oczywiście nie wszędzie tak myślano, a już na pewno nie na wsiach. Z takiego założenia wyszli także patroni Wysiedla podczas budowy kościoła. Jeśli pismo i słowo nie ma być martwe w swej postaci to powinny towarzyszyć im w kościołach obrazy. Potwierdzenie tej teorii odnajdzie zwiedzający Wysiedle, gdzie - jak na kościół ewangelicki - jest bardzo strojny i wielobarwny. Już sam układ ołtarza, chrzcielnica, ambona i ozdobne empory, na których widnieją postacie i wydarzenia z Biblii, ale bez kultu maryjnego i świętych, potwierdzają ewangelicki charakter tego miejsca. Aby zrozumieć przesłanie wielu znajdujących się tu obrazów wymagana jest znajomość Pisma Świętego, która w XVII wieku była większa niż obecnie. Z tego też powodu załączono w poniższym przewodniku kościelnym wyjaśnienia symboliki obrazów i drzeworytów. Biblijne teksty są cytowane z tłumaczenia Martina Lutra (tu w polskim przykładzie Biblii Tysiąclecia - przyp. tłum.).

 

W wystroju kościoła występują liczne herby, dzięki którym kościół ma nie tylko sakralne, ale i świeckie akcenty. Było to typowe dla czasów, w których powstawała budowla. Wystawianie herbów spełniało rolę autorytatywną dla tych, którzy za życia pracowali nad swoim "image", a po śmierci zapewniało pamięć potomnych. Zapewne tak samo rozumowali fundatorzy domu bożego w Wysiedlu.

 

Reasumując: przewodnik ten ma być pomocny dla zwiedzającego kościół w zrozumieniu XVII-wiecznego toku myślenia i przybliżeniu sztuki sakralnej oraz świeckiego postrzegania świata, jakie miało miejsce wśród ewangelików przed czterystu laty.

 

Kościół i jego fundatorzy

Początki wsi Wysiedle sięgają średniowiecza. Wieś była lennem rodzinnym von Borcke, które otrzymali w bliżej nieznanym czasie od książąt pomorskich. Prawdopodobnie po ślubie z Barbarą von Neuenkirchen z Mielęcina (zm. 1612 r.) w roku 1557 założył Joachim von Borcke (1527-1580) z Węgorzyna siedzibę dla nowej gałęzi swego rodu w Wysiedlu. Wcześniej służył przez 13 lat wołogoskiemu księciu Filipowi I (pan. 1532-1560),  tak na jego dworze jak i w potyczkach wojennych.

 

Kiedy określano ich mianem "Borckowy stan butny koronie" lub "Borcków nieugięta korona", należy skojarzyć to z pięćdziesięcioletnim zatargiem lennym z księciem szczecińskim (nowy podział Pomorza - przyp. tłum.) Janem Fryderykiem z 1570 roku, a później kontynuowanym przez jego syna. Duma z przynależności do starego rodu, dawne wyobrażenia o wolności i niezależności oraz uczucie przyzwalające na ryzyko wystąpienia przeciwko władzy były przyczyną tego zatargu. Powołując się na prastare wolności i przyznawane rodowi przywileje Joachim świadomie sprzeciwił się swemu władcy i odmówił składania mu hołdu dziedzicznego i hołdu lennego, uzasadniając to tym, że Borckowie winni są posłuszeństwa jedynie staremu lennu, a nie "nowemu lennu". A że on nie posiada nowych, a ma tylko "stare lenna", to nie widzi powodu do wznawiania hołdu lennego. Zażądał dla swojego rodu "wolności" jak za starego władcy. Stare lenna uważał za własne bez żadnej wyłączności i ograniczeń. Roszczenia swoje uzasadniał tym, że w posiadanie rodowych nieruchomości weszli jeszcze za czasów przed wprowadzeniem niemieckich praw lennych, a więc nabyli je w okresie wcześniejszym. W tym czasie szereg samodzielnych możnowładców, w tym również Borckowie, siedzieli na wielkich i rozległych majątkach ziemskich, długo i uporczywie bronili swojej samodzielności i samorządności, ale w końcu musieli się podporządkować zwierzchności ciągle rozwijającej się, rosnącej w siłę władzy książęcej rodu Gryfitów. Związany z tym zatarg z książętami o wolności "staroojcowskiego lenna rodowego" wykluczają porządek prawny; do takiego stwierdzenia przyłącza się cały ród Borcków. W 1622 roku zakończono zatarg ze skutkiem zobowiązującym cały ród do odstąpienia od żądania roszczeniowego.

Joachim von Borcke bardzo wcześnie należał do zwolenników Marcina Lutra, sam określił siebie jako "jednego z pierwszych wyznawców boskiej prawdy, kiedy papiestwo na Pomorzu zostało zniesione".

Po tym, jak wybrał Wysiedle na siedzibę swojej rodziny, zapewne pomyślał o budowie domu dla swojej żony i potomstwa oraz, jako patron kościoła, o nowym kościele. Najwyraźniej miał wystarczająco dużo pieniędzy w swojej szkatule, aby móc sobie na to wszystko pozwolić.

 

Jak było wówczas w zwyczaju, z pewnością również w Wysiedlu był kościół parafialny albo przynajmniej kaplica. Czy ówczesny kościół był ruiną albo kaplicą? Czy plany przebudowy kościoła zrodziły myśl o nowym domu bożym? Może Joachim, a później jego syn Henning chcieli za pomocą wysublimowanej budowli kościoła podkreślić swoją pozycję socjalną i udokumentować ich ekonomiczną pozycję. Niestety nie dowiemy się, jakie pobudki nimi kierowały.

 

Nie było również możliwym ustalić, czy rozpoczęcie i zakończenie budowy kościoła miało miejsce jeszcze za życia Joachima czy za czasów jego syna Henninga (1563-1609). Brak jest w tej sprawie informacji historycznych. Powtarzając za Georgiem Delnio oraz za Hugo Lemckem, został on w 1600 roku wybudowany.

Większa część cmentarza po południowej stronie kościoła pochodzi z XVIII wieku. Był on założony na zlecenie rodziny von Podewils, która przyjęła Wysiedle na własność w roku 1689. Członkowie rodziny zostali tu pochowani we wspólnej krypcie grobowej. Ich trumny przetrwały bez uszczerbku.

 

O ile dokładna data budowy kościoła jest nieznana, o tyle mamy pewniejsze dane dotyczące samego wyposażenia kościoła. Poza dwuskrzydłowym ołtarzem będącym tryptykiem z połowy XVI stulecia, pozostałe elementy pochodzą z pierwszej połowy XVII wieku. Tryptyk był pierwszym i najważniejszym elementem wyposażenia, które kościół otrzymał.

Istnieje możliwość, iż został on nawet zakupiony przez Joachima. Możliwe jest, że również za jego życia wkomponowana została empora organowa.

 

Następcą Joachima był jego syn Henning. Tak jak jego ojciec był on "żarliwym wyznawcą nauki chrześcijańskiej", kształtował swoje życie zgodnie z zasadami religii Martina Lutra. W Rostoku, Greifswaldzie, Jenie i Heidelbergu studiował teologię, prawo i matematykę. W 1594 roku poślubił Catharinę von Winterfeld (1577-1641), córkę starosty i komtura świdwińskiego Detlefa von Winterfelda i Marii z domu von Oppen. Po zawarciu małżeństwa zamieszkał w Wysiedlu i jak można przeczytać w jego biografii "bogobojność swoją okazywał w ten sposób, iż jako pierwszy zawżdy przybywał do kościoła, azali żadna ceremonija nie rozpoczęła się, nim on sam swoją osobą jej nie zaszczycił, gdyż z innymi słowa bożego wysłuchiwać raczył, a dziękował swoim śpiewem, modlitwą i wysłuchaniem kazania. Zazwyczaj nakazywał noszenie dla niego łacińskiej Biblii i kiedy przywoływano cytaty, on odszukiwał tychże samych i w domu powtórnie je odczytywał".

 

Jako patron kościelny zwracał szczególną uwagę na to, aby jego poddani regularnie uczęszczali do kościoła oraz troszczył się o to, aby dzieci gruntownie wprowadzane były w arkana protestanckiego wyznania. Dla kościoła ufundował dwie szaty z czarnego i zielonego drukowanego aksamitu o wartości 100 talarów za każdą. Jak widać, nie przeszkadzało to nikomu w tamtych czasach, iż ewangeliccy duchowni nosili w dalszym ciągu stare szaty i stare komże z czasów katolickich, a nawet wykonywano nowe na ich wzór.

Hennig ufundował jeszcze tablicę ołtarzową z podwójnymi skrzydłami w cenie 150 talarów. Nakazał również przetopić dwa dzwony na nowe.

"Znakomity to pomorski szlachcic, żarliwy wyznawca ewangelickiej nauki, wielkiej mądrości człowiek, znawca sztuki, powiernik, a nadto posiadający jeszcze wiele innych cnót"- takie pochwały głoszono dla jego osoby.

Dla księcia Hennig był nie tylko ważnym doradcą, ale również zręcznym dyplomatą w ważnych misjach. Wiedział, jak należy się zachować na dworach, aby odpowiednio reprezentować ród Gryfitów. "Będąc u Księcia Filipa II w szczególnych łaskach, a przez Księcia Barmina XI wybranym na starostę został i niezależnie, przez kogo mianowanym, w każdej sytuacji znaleźć się umiał tak, że przez wszystkich zawżdy chwalon był."

 

Zapanowała wielka żałoba, kiedy to 13.09.1609 roku zmarł w wieku 46 lat. "Ogromnym smutkiem i okryci żałością" - można przeczytać w nekrologu - "że też tak młody Pan, którego Bóg wyposażył w liczne cnoty i umiejętności: sztuk, doradztwa, wiedzy, cechujący się humanizmem, teraz w kwiecie wieku i majętności, tak wielki geniusz ojczyźnie miłej i rodzinie niestety za szybko odebranym został."

 

Po jego śmierci dalsze prace związane z wyposażeniem kościoła prowadziła i finansowała jego matka, jednakże w 3 lata po jego śmierci i ona zeszła z tego świata - 25.03.1612. Dalej dzieło kontynuowała wdowa Catherina pod nieobecność syna i dziedzica Joachima Detlofa (1597-1652). Ufundowała ona ostatnią i największą część wyposażenia: chrzcielnicę (1623) i kazalnicę (ambonę) (1624) jak również empory: północną i południową (1627). Kiedy Joachim Detlof w 1627 powrócił z Węgier, z wojny tureckiej i przejął patronat nad kościołem, budowa kościoła była prawie zakończona.

 

Kościół widziany z zewnątrz

Kościół jest skromnym, na wschodzie trójstronnie zamkniętym, otynkowanym obiektem, zbudowanym z cegieł i pojedynczych otoczaków (kamieni polnych). Środkowa część ołtarzowa posiada szczyt, którego front ozdobiony jest dwoma rzędami arkad nachodzącymi na siebie. Na zachodzie wznosi się dostojna wieża. W dolnej części jest stożkowa, natomiast górna część jest ustawiona pionowo i uwieńczona ośmiokątnym dachem gontowym. W XVII wieku rodzina von Podewils zarządziła, aby w zachodniej części urządzić kryptę grobową. Górną część tej krypty wzniesiono techniką ryglową.

Wystrój kościoła

W przeciwieństwie do skromnej szaty zewnętrznej, wnętrze kościoła oszałamia przepychem form dekoracyjnych, malowanych, rzeźbionych i wycinanych w stylu późnego renesansu. Kto dziś przekroczy próg kościoła, odnosi wrażenie, że czas cofnął się o cztery stulecia. Był to ten okres, w którym sztuka renesansu dotarła również na Pomorze, ze swym bogactwem kolorów i form. Włoscy, saksońscy i niderlandzcy artyści i mistrzowie rzemiosła, sprowadzeni przez pomorskich władców, wprowadzili nowe inspiracje. Wśród władców pomorskich szczególnie wrażliwym na sztukę był Filip II (1573-1618), który przeszedł do historii jako mecenas sztuki. Interesował się sztuką i nauką. Namiętnie zbierał i tworzył dzieła sztuki, co było typowym zjawiskiem u renesansowych władców.

 

Prześladowania holenderskich kalwinistów przez panującego króla hiszpańskiego Filipa II i rosnąca pozycja Niderlandów w handlu z miastami i państwami bałtyckimi pod koniec XVI wieku była powodem, że emigrowały rzesze artystów i rzemieślników na tereny nadbałtyckie, przez co zwiększył się ich wpływ na sztukę w północnych regionach Niemiec. Ze swoimi pracami i wzorami, drukowanymi najczęściej w Antwerpii, propagowali oni również na Pomorzu swoje macierzyste niderlandzkie renesansowe formy.

 

Graficzna księga wzornictwa Verdemana de Vries Corneliusa Florysa, formy ornamentowe "Floris styl" miały bardzo duży wpływ, jak żadnego innego artysty, na architekturę i sztukę. Wiele z tego, co mieściło się w "repertuarze" niderlandzkich artystów, zostało wykorzystane przez rzeźbiarzy, stolarzy i malarzy, którym zlecono wykonanie wnętrza kościoła w Wysiedlu. Pojawiają się tu głowy lwów, aniołów, owoce, girlandy owocowe oraz pokutne postacie kobiece, których nagość nie jest zmysłowa, a ma charakter jedynie symboliczny.

Henning von Borcke zarówno na dworze pomorskim jak i w czasie wykonywania zadań zleconych przez książęta stykał się z nowymi wpływami renesansu. Sztukę cenił sobie tak samo jak sam książę Filip II. Szukając inspiracji na urządzenie swojego kościoła w odpowiednim na owe czasy stylu zapewne zaciągnął szereg informacji w czasie swoich podróży "służbowych". Dowiadywał się o nowych wzorach i dobrych mistrzach rzemiosła, którym mógł zlecić zaplanowanie robót oraz ich wykonanie. Z pewnością przeprowadził on wiele ciekawych rozmów z Kurtem von Devitzem - właścicielem Dobrej (Daber), który w 1596 roku w swoim kościele umieścił pięknie wyrzeźbioną drewnianą kazalnicę z wyraźnymi wpływami sztuki niderlandzkiej.

Bogato rzeźbiony jest też renesansowy ołtarz z 1614 roku, ustawiony w absydzie kościoła w Dobrej, którego niestety nie miał już okazji zobaczyć. Z dokumentów nie wynika, czy za życia Henninga istniał już jakiś artystyczny plan urządzenia kościoła. Ten pobożny i znający wyśmienicie Pismo Święte człowiek, wspierany przez teologów, prawdopodobnie opracował i ustanowił program "słowno-obrazowy" dla kościoła w postaci graficznych cytatów z Biblii. Z nieprawdopodobnie dużą ilością figurek drewnianych, obrazów ze scenami Starego i Nowego Testamentu na ołtarzu, chrzcielnicy, kazalnicy i na emporze organowej. Program ten pełnił funkcję uzupełniającą do kazań tak, aby najprostszy człowiek zrozumiał drogę świętej historii, tajemnicę objawienia, sens sakramentów oraz konieczność wysłuchania słowa bożego.

 

W kościele za życia Henninga umieszczono późnośredniowieczny tryptyk, później przekształcony w pentaptyk oraz emporę organową. Może w tym czasie zamontowano również parę tablic o zdwojonych skrzydłach na istniejącym już wcześniej tryptyku, dekorowanym rzeźbą i płaskorzeźbą. Potwierdzałby to tekst inskrypcji zamieszczony na ołtarzu "Tablice te ufundował Henning Borck, syn Joachima, patron tego kościoła ku czci Bożej". Ostateczny wizerunek z obramowaniem w stylu renesansowym otrzymał ołtarz dopiero po jego śmierci z inicjatywy jego matki Barbary i jego żony Catheriny.

 

Wystrój kościoła w Wysiedlu w swojej formie i treści przedstawia jednolitą koncepcję, która prawdopodobnie była zrealizowana od początku do końca bez szczególnych zmian. Niestety niewiele wiemy o artystach i rzemieślnikach, którzy uczestniczyli w planowaniu i wykonywaniu robót w tym kościele. Charakter ich prac nacechowany jest wpływami wzornictwa niderlandzkiego - sztuki dekoracyjnej i sztychownictwa. Jako przykład tutaj mogą posłużyć dwa sztychy "Uwięzienie Chrystusa" Jeroma Wierixa i Petera de Jode, które mogły posłużyć malarzowi jako wzorzec, przedstawiając "Uwięzienie" na emporze organowej. Tak obrazy jak i prace snycerskie oraz stolarskie mają charakter ludowy.

 

Ołtarz

Późnośredniowieczny dwuskrzydłowy ołtarz jest skonstruowany zgodnie ze sztuką średniowiecznych ołtarzy drewniano-skrzynkowych, z podzielonymi skrzydłami. Ołtarz ma kształt szafiasty, zaś skrzydła boczne ołtarza są jednakowej wysokości w kształcie prostokątnym. Zarówno w relikwiarzu jak i w skrzydłach pod złotymi liśćmi umieszczone są barwne grupy figur drewnianych. W relikwiarzu rzeźba ukrzyżowanego Chrystusa z żałobnikami: Maryją i Janem, natomiast na skrzydłach przedstawione są sceny z dzieciństwa Chrystusa w formie płaskorzeźby. Poprzez oddzielenie dolnej części ołtarza ornamentami florystycznymi stworzono odpowiednią przestrzeń dla figur w relikwiarzu. Na zewnętrznej części skrzydeł znajdują się po dwa obrazy, na których przedstawiono cztery wydarzenia opisane w Starym Testamencie. Rozbudowując tryptyk w pentaptyk uzyskano rozszerzony program treściowy. Przy zamkniętych skrzydłach ołtarza widoczne są wszystkie cztery obrazy.

 

Czteroskrzydłowy rozbudowany ołtarz osadzony jest na cokole w formie otwartej, retabulum prezentuje sceny z dzieciństwa Chrystusa, uzupełnione trzema przedstawieniami typowymi dla ewangelickich programów ołtarzowych, umieszczonymi w osi środkowej predelli. Wyposażony jest w cztery kolumny, które wspierają potężny gzyms, pod którym znajduje się obraz z Nowego Testamentu przedstawiający sceny z ostatniej wieczerzy. W predelli umieszczono po dwie pary herbów fundatorów Henninga Borcke i jego żony Catheriny von Winterfeld oraz Joachima Borcke i jego żony Barbay von Neuenkirchen.

 

Predella zazwyczaj łączy relikwiarz z mensą. Tutaj jednak od tego schematu odstąpiono poprzez umieszczenie między mensą a predellą szerokiej, zdobionej renesansowymi ornamentami płyty. Na płycie tej przedstawiona zostaje scena "egipskiej wieczerzy", która z obu stron uwieńczona jest aniołami grającymi na trąbach.

 

Treści symboliczne zamieszczone zostały przez dodanie zwieńczenia, w którym umieszczono popiersie mężczyzny ujętego z profilu, pod nim zaś inskrypcja informująca o osobie fundatora. Miał to być symboliczny wizerunek zmarłego ("Henninhg, Borck który miał ufundować tę płytę"). Figurą wieńczącą całość jest zmartchwychwstały Jezus - "Christus triumphanus".

 

Cały ołtarz obramowany jest wzorami odpowiadającymi barwnej renesansowej sztuce dekoracyjnej.

Symbolizm programu obrazowego ołtarza

Czczenie świętych jako orędowników ludzkości przed niebiańskim tronem odpowiadało światopoglądowi religijnemu średniowiecznego człowieka.

Poprzez modły, pielgrzymki, darowizny, fundacje, kult relikwii ufano uzyskać zbawienie, również za wstawiennictwem świętych męczenników, papieży, biskupów, zakonnic i zakonników widziano możliwość odkupienia grzechów. Szczególne znaczenie miały wówczas średniowieczne ołtarze, na których przedstawiano indywidualny kult świętych.

 

W przeciwieństwie do kościoła katolickiego, kościół ewangelicki nie zna i nie wyznaje kultu świętych. Martin Luter odrzucił ten kult jak również prawa, jakie ma kościół katolicki do jedynego utożsamiania człowieka z podobieństwem i na wzór Boga, również w odpustach widział bezpośrednią przesłankę reformacji. W myśl jego nauki, jeżeli jednostka dojdzie do przekonania o indywidualnej odpowiedzialności, to uzyska bezpośredni kontakt z Bogiem. Jedynie Pismo Święte zawiera niezbędne wskazówki i wyjaśnienia dla uzyskania uzdrowienia.

Dlatego też po reformacji w nowo wybudowanych kościołach ewangelickich odnajdujemy wizerunki, rzeźby świętych i wydarzeń występujących tylko w Piśmie Świętym. Tym samym regułom podporządkowany został również kościół w Wysiedlu.

Ołtarz kościoła ze swoją symboliką oddaje sceny ze Starego i Nowego Testamentu, zgodnie z luterańską nauką.

Najważniejsze święte wydarzenia to Ostatnia Wieczerza umieszczona w predelli, w relikwiarzu na osi środkowej - ukrzyżowanie, i na końcu - jako ukoronowanie całości na szczycie ołtarza - Chrystus z chorągwią zwycięstwa, jako symbol zmartwychwstania. Ostatnia wieczerza i ukrzyżowanie tworzą bezpośredni protestancki klimat ołtarza.

 

Ostatnia wieczerza (Mt. 26,20; Mk. 14,17; Łk. 22,14; List do Kor. 11,23)

Historia cierpienia Chrystusa, która poprzez jego ukrzyżowanie osiąga kulminacyjny punkt, rozpoczyna się od ostatniej wieczerzy. Zdarzenie to zilustrowane jest w predelli. Umiejscowiona jest między dwiema parami kolumn. Chrystus wraz ze swoimi 12 uczniami zasiadł do zastawionego stołu, aby wspólnie uczcić święto paschy. Przed wieczerzą pobłogosławił wino i chleb ze wskazaniem "to jest moje ciało i moja krew", którą chciał oddać za ludzkość, prosząc o przebaczenie i odpuszczenie im grzechów. "To czyńcie na moją pamiątkę" (Łk. 22,19). W taki sposób wzywa swoich uczniów. Judasz Iskariota, który już wydał swego Pana za 30 srebrników wysokim kapłanom, siedzi po prawej stronie obrazu, ze wzrokiem skierowanym ku oglądającemu. Rudymi włosami zostaje naznaczony jako zdrajca.

 

Chrystus na krzyżu (Mt. 27,35; Mk.15,24; Łk. 23,33; J. 19,18)

Przed wzorzystym złotym tłem w centrum uwagi znajduje się wyrzeźbiona barwna grupa figur z Chrystusem na krzyżu. Ukrzyżowany opłakiwany jest przez Maryję i Jana, tego ucznia, "którego Jezus miłował" (J. 13,23). Według Ewangelii, Jezus spoglądając na nich z krzyża rozmawiał z nimi i ich pocieszał mówiąc " Niewiasto, oto syn Twój" "Oto Matka twoja" (J. 19,26).

Śmierć Chrystusa na krzyżu jest głównym tematem wiary chrześcijańskiej, dlatego w ołtarzu otrzymuje najbardziej godne miejsce. Chrystus okryty jest skąpą złotą przepaską lędźwiową. Na głowie ma koronę cierniową. W górnej części krzyża, umieszczona jest tablica, na której widnieje napis INRI (Jezus z Nazaretu, król Żydów - Jezus Nazaret Rex Judaeorum) Na końcach krzyża znajdują się błękitne płaty obramowane złotem. Wskazują cztery uskrzydlone stworzenia z wizji Ezechiela (Ez. 1,5-12), ewentualnie z objawienia św. Jana (Ap. 4,6-8). Symbolami ewangelistów były: człowiek, lew, byk, orzeł dla Mateusza, Marka, Łukasza i Jana. Niebieski kolor jest kolorem Chrystusa. Jest to również kolor pokory, który występuje w odzieniu Maryi i Jana. Symbolicznymi kolorami są jeszcze złoty i czerwony, kolor miłości i zbawienia Chrystusa. Na obrazie Maryja ustawiona jest na najwyższym poziomie, po lewej stronie, do której jej zmarły syn skierował swoją głowę.

 

Skrzydła boczne ołtarza

Cztery płaskorzeźby umieszczone w bocznych skrzydłach ołtarzowych, odnoszą się do scen z dzieciństwa Jezusa. Przedstawione są tu: Zwiastowanie (Łk. 1,26), Pokłon pasterzy - tu tylko ukazany przez jednego pasterza (Łk. 2,8). Na lewym skrzydle Obrzezanie (Łk. 2,21) i Pokłon trzech króli (Mt. 2,9).

 

W roku 2004, złodzieje włamali się do kościoła i ukradli rzeźby z relikwiarza i skrzydeł bocznych. Pozostawili Chrystusa na krzyżu i płaskorzeźbę - Zwiastowanie. Ponieważ szanse na odzyskanie zrabowanych przedmiotów były znikome, zrekonstruowano skradzione rzeźby, które zmniejszyły poniesione straty.

 

Zanim wprowadzono krajobrazy jako tło do religijnych scen, wykorzystywano w późnym średniowieczu złoto do prac dekoracyjnych; podobnie i tu przy relikwiarzu i w skrzydłach bocznych odnajdujemy bogato zdobione tło i grupy figur. Miało to oczywiście swoje uzasadnienie w głębokiej wierze i pokorze ludzi. Za pomocą takiej symboliki oddawano cześć i godność Bogu. Podkreślono tym również treści, jakie ołtarz miał przekazać wiernym. Symbolika ta była w ówczesnych czasach tak zrozumiała dla wszystkich jak obecnie sygnalizatory świateł na ulicach. Złoty kolor był symbolem dla niebiańskiego, boskiego światła, dla majestatu boskiego i glorii zmartwychwstania.

 

Jezus żyje (Mt. 28,6; Mk. 16,6; Łk. 24,6; J. 20,4)

Ołtarz wieńczy zmartwychwstały Chrystus. Swoją prawą rękę unosi ku górze, gotową do błogosławienia, lewą natomiast obejmuje chorągiew krzyżową. Bóg trzeciego dnia po jego śmierci Go wskrzesił. Jego zmartwychwstanie jest dowodem boskości i podstawą wyznania chrześcijańskiej wiary w zmartwychwstanie zmarłych. Tak mówi Paweł: "A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara " (1 Kor. 15,14).

 

Obrazy ze Starego Testamentu

Kiedy przedstawiane są sceny ze Starego Testamentu, to znajdujemy się na terenie tzw. prachrześcijańskiej wiary, gdzie przedstawiane są osoby, prawa i wydarzenia Starego Przymierza jako wzorce lub "typy" (typos= model, typ, forma, obraz) do naśladowania. Mówiąc prościej, wykorzystano szereg zdarzeń, osób i praw Starego Testamentu jako przesłanki realizujące świętą historię w Nowym Testamencie. "Musi się wypełnić wszystko, co napisane jest o Mnie w Prawie Mojżesza, u Proroków i w Psalmach." (Łk. 24,44) W taki sposób wypowiedział się kiedyś Chrystus, a ojcowie kościoła podążali za nim. Często korzystali z typologicznej wykładni pisma świętego. " Czymże jest Stary Testament, jeśli nie osłoną Nowego, a Nowy Testament spełnieniem Starego?" - tak wypowiedział się św. Augustyn, który jest jednym z ojców kościoła chrześcijańskiego.

Powołując się na źródło wykładni typologicznej Biblii, cytuje się tu przede wszystkim z końca XIII wieku "Biblię ubogich" (łac. biblia pauperum) i powstałego około 1325 r. "Zwierciadła świętości" (łac. spemlum humanae salvationis). W myśl tej prachrześcijańskiej interpretacji wieczerza egipska jest wzorcem dla chrześcijańskiej wieczerzy. W taki sposób mają być również rozumiane pozostałe obrazy przedstawiające sceny ze Starego Testamentu.

 

Egipska wieczerza (2. Moj. 12,1)

Po czterystu latach niewoli (1700-1300 p.n.e.) Izraelici chcieli opuścić Egipt i udać się do Palestyny. Planowany exodus przeistoczył się w walkę o władzę między nimi a faraonem, który na początku nie wyraził zgody na opuszczenie Egiptu. Z powodu sprzeciwu faraona Bóg ukarał Egipcjan plagami, które zapowiadane były przez Mojżesza i jego brata Aarona. Po każdej kolejnej pladze faraon na początku ulegał, ale po krótkim czasie za każdym razem cofał swoje słowo. Dopiero dziesiąta plaga, która spowodowała śmierć wszystkich pierworodnych Egipcjan, doprowadziła do złamania jego oporu.

 

Obraz pokazuje siedzących przy stole gotowych do drogi Izraelitów, wspartych o laski wędrownicze. Spożywają posiłek, który nakazał im przygotować Mojżesz w postaci uprzednio ubitej owcy lub kozy przyprawionej gorzkimi ziołami, chleb zaś miał być niezakwaszany. Aby anioły śmierci omijały ich domostwa, nakazał krwią zabitych zwierząt pomalować drzwi i ościeżnice ich domów.

 

Cztery obrazy na lewych skrzydłach bocznych ołtarza

Ofiarowanie Izaaka (1. Moj. 22)

Abraham jest jednym z patriarchów (Abraham, Izaak, Jakub) ludu Izraela. Bóg chciał sprawdzić jego oddanie, pobożność i posłuszeństwo oraz niezłomną wiarę. Zażądał dlatego od niego, aby w ofierze złożył swojego jedynego syna na górze, gdzie później powstała świątynia miasta Jeruzalem. Przed wejściem na górę syn wziął ze sobą podpałkę dla ofiary z ognia, ojciec zaś wziął ogień i nóż, Kiedy przybyli na szczyt góry, Abraham przygotował miejsce ołtarza ofiarnego z ognia i zniewolił swojego syna. Na obrazie Abraham przystawia nóż swojemu synowi tak, jak przystawiano nóż zwierzęciu ofiarnemu.

Na szczęście zostaje mu zaoszczędzone wykonanie tego okrutnego czynu, gdyż anioł go oświeca i nakazuje mu złożyć w ofierze barana.

 

Sceny ukrzyżowania jak i ofiarowanie Izaaka są ze sobą treściowo powiązane. Jak Bóg tak i Abraham jest gotowy poświęcić swojego syna. Izaak i Chrystus są niewinnymi ofiarami, które znalazły się w podobnej sytuacji.

 

Sen Jakuba (1. Moj. 28.11)

Jakub, syn Izaaka, musiał uchodzić przed zemstą swego brata bliźniaka Ezawa, od którego odkupił prawa pierworodnego za talerz zupy z soczewicy. Za pomocą przywdzianych skór zwierzęcych, chciał uzyskać efekt mocnego owłosienia, którym charakteryzował się jego brat, aby od niewidomego ojca uzyskać błogosławieństwo. Za radą Rebeki - jego matki, miał się udać do wuja - brata matki Labana - do Mezopotamii. Kiedy w czasie ucieczki zdecydował się na nocleg i wygodnie się ułożył do snu z głową na kamieniu, przyśniła mu się drabina łączącą ziemię z niebem, po której wspinali się i schodzili aniołowie. Na górnym końcu drabiny poznał Jakub Boga, który mu obiecał, że ziemię, na której leży, oddaje jemu i jego potomnym i że podczas podróży będzie go chronił i bezpiecznie doprowadzi do końca drogi. Następnego dnia Jakub kazał poświęcić olejem kamień, na którym spoczywała głowa jego i ogłosił to miejsce mianem " Betel", co oznacza Dom Boga.

 

Niebiańska drabina symbolizuje w średniowiecznej typologii wniebowstąpienie Chrystusa i raj.

 

Wydobycie wody ze skały na pustyni (2. Moj. 17,3)

Izraelici zbuntowali się, kiedy wystąpił niedobór wody. Dlatego też Mojżesz zwrócił się do Boga o pomoc. Bóg po wysłuchaniu Mojżesza nakazał mu uderzyć laską w skałę góry Horeb. Uczynił jak mu nakazano, woda popłynęła ze skały i lud mógł ugasić swoje pragnienie.

Na obrazie Mojżesz przedstawiony jest z laską, którą uderza w skałę. U jego stóp płynie woda, którą pije spragniony lud i napełnia dzbany.

Cudowne zesłanie przepiórek i manny jak również wydobycie wody ze skały wskazuje typologicznie na eucharystię. Tak jak przy ostatniej wieczerzy podawane wino symbolizowało krew Chrystusa, tak wydobyta ze skały woda wskazuje grzesznemu człowiekowi możliwość ratunku.

Kiedy Chrystus przy ostatniej wieczerzy uczniom swoim podaje kielich z winem, mówi: "Pijcie z niego wszyscy, bo to jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów" (Mt. 26. 27,27).

Podczas rozmowy z kobietą z Samarii wskazał: "Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskującej ku życiu wiecznemu." (J. 4,14).

Cud z wydobyciem wody uznawany jest również jako wzorzec chrztu Chrystusa.

 

Cudowne zesłanie przepiórek i manny (2. Moj. 16,11)

Wyjście z Egiptu pod przywództwem Mojżesza i Aarona było dla Izraelitów drogą ku wolności, wyzwoleniem z niewolnictwa i ucisku. Stali się ludźmi wolnymi. Ale konsekwencją była dla tego ludu wieloletnia, mozolna i pełna wyrzeczeń wędrówka przez pustynię, którą czasami przeklinali.

Kiedy podczas wędrówki Izraelitom wyczerpały się zapasy żywności, głodowali.

Z żalem wspominali gary mięsiwa i chleba, do jakich byli przyzwyczajeni w Egipcie. Wtedy Pan przemówił do nich przez Mojżesza i powiedział, że wieczorem ześle im mięso, a rano dostaną chleb i aby w darze tym poznali swego Boga. Wieczorem cała chmara przepiórek przeleciała pustynię, osiadła przy ogniu Izraelitów. Ludzie mogli bez problemów złapać zmęczone ptactwo i najeść się do syta. Rano zaś ziemia zasłana była manną w formie małych ziarenek, które smakowały jak miodowy chleb. W ten sposób ludzie mogli zaspokoić swój głód.

 

Na obrazie Mojżesz wskazuje laską na niebo, na nadlatujące przepiórki, a obok niego stoi jego brat Aaron. Zmęczone lotem ptaki łatwo było złapać, ubić i zjeść.

 

Uratowanie Izraelitów cudownym przelotem przepiórek i manną odpowiada typologicznym symbolom Ostatniej Wieczerzy, kiedy to Chrystus łamiąc chleb i podając go swoim uczniom mówił: "Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało Moje" (Mt. 26,26).

 

Kiedy Chrystus odniósł się do cudu z manną rzekł: "Zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam: kto (we Mnie) wierzy, ma życie wieczne. Ojcowie wasi jedli mannę na pustyni i pomarli. To jest chleb, który z nieba zstępuje: kto go spożywa, nie umrze. Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życia świata." (J. 6.47-51).

 

Cztery obrazy na prawych skrzydłach ołtarza

Przejście przez Morze Czerwone (2. Moj. 14)

Kiedy tylko Izraelici opuścili Egipt, faraon zaczął żałować, że był tak uległy wobec nich i zorganizował pogoń, aby zmusić ich do powrotu. Izraelici spostrzegli pogoń po dotarciu do brzegów Morza Czerwonego, wpadli w panikę.

Wówczas Bóg nakazał Mojżeszowi, aby on uniósł swoją laskę ponad wodę morską, wiatrom zaś nakazał wzmóc swoją siłę tak, aby podzieliły wodę na dwie części. Lud Izraela w ten oto sposób mógł przejść suchą stopą na drugi brzeg. Na polecenie Boga Mojżesz cofnął laskę. Woda spiętrzyła się tak, że prześladowcy musieli zginąć w jej otchłani.

Na obrazie na pierwszym planie Mojżesz stoi z uniesioną laską, obok niego stoi jego brat Aaron, przed nimi zaś zstępuje się morze z tonącymi Egipcjanami.

Przejście przez Morze Czerwone jest odpowiednikiem chrztu Chrystusa, ponieważ ratunek w obu sytuacjach przyniosła woda.

 

Wywyższanie węża miedzianego (4. Moj. 21,4)

Strudzeni, zmęczeni i znużeni Izraelici wędrowali przez pustynię, Skarżyli się na Boga i na Mojżesza, po co wywiedli ich z Egiptu, czy po to, aby zginąć na pustyni? Za karę Bóg zesłał do obozu jadowite węże. Wiele ludzi zginęło od ukąszeń. Wówczas synowie Izraela wyznali przed Mojżeszem swoje grzechy. Kiedy ten wstawił się za nimi, Bóg ulitował się i nakazał im wykonać wizerunek węża i umocować go na wysokim palu. Teraz ten, kto został ukąszony, musiał spojrzeć na podobiznę węża, aby nie umrzeć.

Na obrazie Mojżesz wskazuje na węża, którego oblicze zapowiada ratunek przed śmiercią. Wąż ma tu dwojakie znaczenie: jako żywy gad pustynny staje się katem sądu boskiego, zaś jako wąż miedziany jest symbolem życia. Przypowieść ta mówi, że pokornym grzesznikom Bóg daruje i uratuje ich. Miedziany wąż jest prefigurą ukrzyżowania. Tak jak wąż na palu, tak i ukrzyżowany Chrystus wskazuje na życie wieczne. "A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne". Tak wypowiedział się Chrystus w rozmowie z faryzeuszem Nikodemem." (J. 3. 14).

 

Samson walczy z lwem (Sdz. 13)

W Starym Testamencie Samson jest przedstawiony jako bohater z nadludzką siłą. Kiedy Samson wyrósł na silnego młodzieńca zakochał się i chciał poślubić swoją wybrankę. Zjednał sobie sprzeciwiających się ożenkowi rodziców. Razem udali się w drogę na werbunek. Podczas wędrówki został zaatakowany przez lwa, którego rozerwał gołymi rękami, będąc wzmocnionym przez ducha świętego.

Na obrazie Samson jest przedstawiony jako silny pogromca lwa, za nim - wyidealizowane miasto rodzinne. W średniowiecznej typologii zalicza się go do ulubionych wzorów - symboli, przedstawiających walczącego Chrystusa z szatanem i jako tego, który pokonał śmierć.

 

Jonasz i jego trzydniowy pobyt we wnętrzu wieloryba (Jon. 2,1)

Kiedy Jonasz odmówił wykonania boskiego zadania w postaci wygłoszenia kazania pokutnego dla niewiernego ludu asyryjskiego miasta Ninwy, zbiegł na statek. Będąc na otwartym morzu, statek znalazł się w centrum sztormu. Kiedy załoga znalazła się w niebezpieczeństwie, Jonasz został wrzucony do wody w imię pokuty, a tam połknął go wieloryb. Będąc okropnie przerażonym Jonasz zaczął gorliwie modlić się do Boga i błagał go o łaskę. Jego modlitwa została wysłuchana. Po trzech dniach ryba wypluła go żywego. Bóg go wysłuchał i dał mu jeszcze jedną szansę.

 

Na obrazie przedstawiona jest scena wyplucia Jonasza przez stwora morskiego. Na drugim planie przedstawiony jest żaglowiec, z którego Jonasz został wyrzucony przez załogę do wody. Na pierwszym planie widzimy natomiast brodatego atletycznego proroka, który uchodzi z paszczy potwora morskiego.

Przypowieść ta symbolizuje złożenie Chrystusa w grobie i zmartwychwstanie. Chrystus powołuje się na proroka: "Albowiem jak Jonasz był trzy dni i trzy noce we wnętrznościach welkiej ryby, tak syn człowieczy będzie trzy dni i trzy noce w łonie ziemi" (Mt. 12,40).

Chrzcielnica

,"Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony" (Mk. 16,16).

Chrzest oznacza przyjęcie ochrzczonego do wspólnoty chrześcijańskiej i nierozerwalną więź z Chrystusem. Według Lutra jest to sakrament ratunku. Woda odgrywa tu istotną rolę oczyszczenia. Około 1600 roku chrzczonego moczono całkowicie wodą, aby wyzwolić go ze szpon zła i grzechu. W ten sposób narodził się ponownie z wody i ducha i jako dziecię boże był oficjalnie przyjęty do wspólnoty. "...jeśli się kto nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć królestwa Bożego" (J. 3,3).

 

W 1623 r. zbudowana została chrzcielnica, bogato zdobiona m.in. rzeźbami i malunkami. Chrzcielnica ma kształt sześcioboczny, jej korpus oparty jest na sześciu lwich głowach, które przechodzą w obnażone żeńskie sylwetki, te zaś przechodzą w dolnej części w ślimacznice. Sześć rogów płyciny wspiera się na figurach damskich - kariatydach, przedstawiających alegorie cnót. Można tu rozpoznać następujące cnoty: odwagi - Fortitudor; wstrzemięźliwości - Temperamentia i wiary - Fides. Pozostałe trzy figury są zniszczone i trudno je rozpoznać, zapewne miały przedstawiać pozostałe cnoty tj. miłość - Caritas; nadzieję - Spes; mądrość - Prudentia lub sprawiedliwość - Justitia.

 

Mądrość, wstrzemięźliwość i sprawiedliwość mają swoje korzenie w kulturze antycznej. Papież Grzegorz Wielki w VI stuleciu dopisał do nich jeszcze kolejne cnoty chrześcijańskie: wiarę, nadzieję i miłość. Zinterpretował je jako dary Ducha Świętego. (1. List do Kor. 13,13).

Po reformacji w kościołach ewangelickich wymienione cnoty zajęły miejsce świętych. Cnoty chrześcijańskie miały, bowiem pierwszeństwo.

Wiara, nadzieja, miłość są wg Pawła (1. Kor. 13,13) cnotami chrześcijańskimi. Współczucie "Caritas" jest mocno związane z miłością. Odwaga i wstrzemięźliwość zostały przejęte do etyki chrześcijańskiej z filozofii greckiej. W płycinach korpusu malowane są sceny występujące w Starym i Nowym Testamencie oraz herby fundatorów - rodów v. Borcke i Winterfeld.

Wśród bogatej ornamentyki odnaleźć można typowe niderlandzkie formy w postaci symetrycznie uporządkowanych listew oraz geometryczne płaskorzeźby, które występują głównie na szkatułach i skrzyniach posagowych. Tekst nad archiwoltami odnosi się do wydarzeń biblijnych.

Pokrywa chrzcielnicy zginęła jeszcze przed ostatnią wojną*. Miała ona kształt latarni. Zwieńczona była majestatycznym pelikanem, jednym z najwcześniejszych symboli Chrystusa. W średniowieczu popularna była legenda o pelikanie, który rozrywał własną pierś, aby nakarmić swoje młode. Ptak stał się symbolem zbawienia ludzkości, tak jak Chrystus poprzez swoją śmierć.

Wieko spoczywało bezpośrednio na chrzcielnicy. Prawdopodobnie podnoszono je tylko przy okazji chrztu. Niestety brak tak ważnego elementu chrzcielnicy zmniejsza jej wartość wizualną i zmienia proporcje.

Prawdopodobnie z rozmysłem przyjęto sześciokątny kształt korpusu chrzcielnicy, bowiem liczba 6 wskazywała na śmierć. Z tego też powodu wykorzystywano sześciokątne formy przy budowie studni i chrzcielnic. Treści tekstów, które umieszczone są na chrzcielnicy, podkreśla przede wszystkim znaczenie sakralne chrztu, tak ważne dla zbawienia.

 

Uzdrawiająca kąpiel trędowatego Naamana (2. Ks. Królewska. 5,1)

Eliasz, prorok ze Starego Testamentu, głosił chwałę w drugiej połowie IX w.p.n.e. dla proroka Elizeusza. Kiedy Naaman, wódz wojsk syryjskich wrogo nastawiony do Izraelitów zachorował na trąd, udał się do Elizeusza z prośbą o uzdrowienie jego ciała. Ten nakazał mu kąpiel w Jordanie. Miał się on siedmiokrotnie całkowicie zanurzyć w wodzie. Żołnierz na początku nie chciał tego uczynić, przekonał go jednak jego sługa. Po kąpieli ciało Naamana było uzdrowione, a on sam nawrócił się na wiarę synów Izraela.

Elizeusz jest prefigurą Jana Chrzciciela, który nad rzeką Jordan wygłaszał kazania i tych, co go słuchali, nakłonił do chrztu w rzece. Jest to symbol sakramentu chrztu i jego oczyszczającego działania jak i chrztu Chrystusa.

Tekst umieszczony nad obrazem brzmi: "Idź i umyj się siedem razy w Jordanie".

Wszystkie pozostałe sceny pochodzą z Nowego Testamentu.

 

Chrystus i Nikodem (J. 3,1)

Faryzeusz Nikodem, znany i szanowany człowiek Wysokiej Rady Żydowskiej, przybył którejś nocy do Chrystusa, ponieważ jeden z uczynionych cudów przekonał go, iż jest nauczycielem wysłanym przez Boga. Na pytania: "Jakżesz może się człowiek narodzić, będąc starcem?", Chrystus odpowiada: "Zaprawdę, zaprawdę powiadam Ci, jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego." (J. 3,5). Podobny napis widnieje nad obrazem.

Chrystus wśród dzieci (Mt. 19,13; Mk. 10,13; Łk. 18,15)

"Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im." (Mk. 10,14). Podobny napis widnieje nad obrazem.

Pewnego dnia przyprowadzono dzieci do Chrystusa, aby ten je dotknął i za nie się modlił. Uczniowie Chrystusa chcieli odesłać ludzi, Chrystus na to jednak nie zezwolił. Wyjaśnił swoim uczniom, że to właśnie dzieciom bożym świat stoi otworem. Później uniósł ręce nad dziećmi i pobłogosławił je. Wydarzenie to symbolizuje wybawienie tych, którzy poprzez chrzest trafili do Chrystusa.

Martin Luter przypisał temu wydarzeniu dużą wagę. Podczas chrztu dzieci wykorzystywał tylko tę przypowieść.

 

Rozesłanie apostołów (Mt. 28,16; Mk. 16,15)

Jedenastu uczniów udało się do Galilei na górę, na umówione spotkanie z Jezusem. Jezus wystąpił przed nich i rzekł: "Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszystkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony" (Mk. 16,15,16).

Cytat ten wskazuje, że obok chrztu również wiara, która przekazywana jest słowem bożym, jest warunkiem zbawienia.

Na obrazie Piotr stoi przed uczniami i choć Jan był ulubieńcem, to Piotr był opoką, na której Chrystus chciał zbudować swój kościół. To on dzierży w ręce klucze niebiańskie -wg Ewangelii Mateusza (Mt. 16,19) " I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie".

 

Nawrócenie Korneliusza (Dzieje Apostolskie 10)

Rzymski setnik Korneliusz, który służył w Cezarei, bardzo był przychylny żydowskiej wierze. Po ukazaniu mu się anioła Pańskiego wysłał do Jaffy swojego żołnierza i dwóch domowników do grabarza Szymona, u którego przebywał Piotr. Posłańcy mieli poprosić Piotra, aby ten przybył do setnika. Kiedy posłańcy opowiedzieli Piotrowi o pobożnym żywocie ich pana, ten udał się razem z nimi do Cezarei. W domu Korneliusza, Piotr przepowiedział zgromadzonym zmartwychwstanie Jezusa. W czasie, kiedy Piotr przemawiał, zszedł Duch Święty na wszystkich zgromadzonych. Dar Ducha Świętego został również wylany na obecnych tam pogan. Wówczas Piotr nakazał ochrzcić wszystkich obecnych w imię Chrystusa. Scena podpisana jest następującym tekstem: "Któż może odmówić chrztu tym, którzy otrzymali Ducha Świętego tak samo jak my?" (Dzieje Apostolskie 10,47).

 

Kazalnica - ambona

Ambona nie jest wymysłem reformacji, należy ona do obrazu nowej pobożności. Wysłuchanie kazania stało się nabożeństwem. Nabożeństwo stało teraz na równi ze świętem Ostatniej Wieczerzy.

Ambonę wykonano w 1624 r. Korpus ambony usytuowany jest na filarze, który wsparty jest na wolutach w kształcie litery S. Dojście do kazalnicy ułatwiają schody. Cała ambona ozdobiona jest rzeźbami i płaskorzeźbami, a w partii schodów również malowidłami, niestety nie zachowała pełnego swego programu treściowego z powodu utraty właściwej podpory, bramki, zaplecza i baldachimu.

Na balustradzie widnieje werset po niemiecku "Szczęśliwi ci, co słyszą słowo Boże i je zachowują". Co daje nam wyraźną wskazówkę na znaczenie kazania.

Obecność figur snycerskich w rogach kazalnicy "Salvatore mundi" (Chrystus wybawicielem świata) i towarzyszący im ewangeliści, którzy dali świadectwo życia, działania i śmierci Jezusa, miały i mają dla świata chrześcijańskiego ogromne znaczenie. W programach protestanckich ambony odgrywały i odgrywają istotną rolę. Obecność herbów w płycinach ścianek korpusu ambony - Henniga v. Borcke i v. Winterfeld, v. Neuenkirchen i v. Oppen wskazują na przynależność tych, którzy ambonę wznieśli do grona "słuchających i strzegących słowa Bożego" i jednocześnie w ten sposób wspominają rodziny fundatorów, także ze stron matek.

Na parapecie schodów widoczne są dwie figury ze Starego Testamentu. Postać z tablicami jest przypisana Mojżeszowi, natomiast drugą rzeźbę trudno jednoznacznie przypisać; jest to postać z księgą w ręku.

Przypuszcza się, że jest to Aaron, brat Mojżesza - wysoki kapłan żydów lub patriarcha Jakub.

Mojżesz przedstawiony został w Starym Testamencie jako ustawodawca i przywódca ludu żydowskiego. Zgodnie z chrześcijańską interpretacją symbolizuje on starotestamentowe prawo, które Chrystus wyjaśnia za pomocą Ewangelii. Typologia starochrześcijańska łączy otrzymanie dziesięciu przykazań przez Mojżesza z zesłaniem Ducha Świętego. (Dzieje Apostolskie 2,1).

Jakub i jego dwie żony Lea i Rachela mieli dwunastu synów, którzy utożsamiają dwanaście izraelskich plemion. (1. Moj. 49,1-27). W starej typologii symbolizuje on prefigurę Chrystusa, a jego dwunastu synów - dwunastu uczniów (apostołów.

Jeżeli chodziłoby tu o Aarona, nie ma on tu przywdzianej szaty wysokiego kapłana, tak jak zazwyczaj jest przedstawiany. Wspólnie z Mojżeszem wyprowadził on lud Izraela z Egiptu. Bóg powołał go na pierwszego kapłana i tak stał się on mediatorem między ludem żydowskim, a Bogiem. (2 Moj. 28). Stał się on prefigurą Chrystusa. W Nowym Testamencie Chrystus staje się po wsze czasy kapłanem mediatorem. (List do Hebr. 4,14) "Mając, więc arcykapłana wielkiego, który przyszedł przez niebiosa, Jezusa, Syna Bożego, trwajmy mocno w wyznaniu wiary".

Typologicznie ze scenami korpusu powiązane są zestawienia dwóch scen z parapetu schodów - gdzie umieszczono Eliasza na rydwanie (2. List do Kor. 2,11) i Wniebowstąpienie, które niosą główną myśl o zwycięstwie nad śmiercią. (Mk. 16,19; Łk. 24,51; Dzieje Apost. 1,9).

 

Na obrazie przedstawiona jest przypowieść o Eliaszu, który na oczach swojego ucznia wsiada do ognistego rydwanu i znika w niebiosach. Jest to porównanie z wniebowstąpieniem Chrystusa, które miało miejsce również na oczach jego uczniów. Na drugim malowidle umieszczono dwa biało odziane anioły, które przemawiają do apostołów spoglądając na wstępującego Chrystusa. "Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba" (Dzieje Apost. 1,11).

 

Empory

Empora organowa na zachodniej stronie została zbudowana być może jeszcze za życia Henniga. Przedpiersia podzielone na pola zawierają dziesięć scen z historii pasyjnej. Ukrzyżowanie podpisane jest tekstem jednego z ewangelistów, po łacinie. Sceny te przedstawione są w następującej kolejności: 1. Jezus w Gestemani; 2. Jego uwięzienie; 3. Jezus przed najwyższą kapitułą żydowską; 4. Jezus przed Piłatem; 5. Jego ośmieszenie; 6. Wystawienie Go na publikę; 7. Niesienie krzyża; 8. Ukrzyżowanie; 9. Złożenie do grobu; 10. Zmartwychwstanie.

Wiernym dekoracja ta miała unaocznić i przypominać Mękę Pańską.

Kiedy ustawione zostały organy, tego niestety nikt dokładnie nie wie. Stare fotografie dokumentują jednakże ich istnienie. Prawdopodobnie na początku pieśni kościelne śpiewane były bez akompaniamentu muzycznego. Pieśni miały charakter pieśni ludowych, niosły ze sobą treści ewangeliczne i słowo Boże. Tak długo były śpiewane, aż wierni znali i umieli je poprawnie zaśpiewać. Pieśni odśpiewywano na mszach od pierwszej do ostatniej zwrotki. Po zreformowaniu porządku mszalnego śpiew był równie ważną częścią nabożeństwa jak kazanie czy modlitwa.

 

Empory po obu stronach długości kościoła - południowa cała, a północna - o połowie długości, są przeznaczone dla uczestników nabożeństwa. Wspomniane przedpiersia empor, podzielone na pola, zawierają w płycinach tarcze herbowe ustawione parami - po lewej stronie małżonek, po prawej - jego żona. Południowa strona poświęcona jest rodzinie v. Borcke. Znajdują się tam między innymi: macierzysty herb Henniga i Cathariny, ich sześciorga żyjących dzieci (czterech synów i dwóch córek). Trzy mniejsze herby w dolnej, części pola herbowego przypominają oglądającemu zmarłe dzieci: Adama, Chrystiana, Dorotheę Sophie. Joachim Detlof i Christian Carol w czasie sporządzania macierzystego herbu byli jeszcze stanu wolnego, dlatego też puste były miejsca przeznaczone dla współmałżonków w herbie. Detlof ożenił się później z Marią Cathariną v. Winterfeldt, a Christian Carol z Barbarą v. Wedel.

Poczynając od strony lewej rozwija się na niej rodowód genealogiczny przodków Henniga. Oprócz wymienionej inskrypcji przedstawiono herby innych ascendentów, obrazujące powiązania Borcków z innymi szlacheckimi znamienitymi rodami, które odegrały ważną rolę w historii Pomorza.

Empora północna zawiera historię ascendentów rodu Cathariny Winterfeldt. Jak Winterfeldtowie tak i pozostali krewni Cathariny pochodzą z Marchii Brandenburskiej. Herby samej fundatorki i jej męża wyeksponowano na dwupolowym przedpiersiu od strony zachodniej, naprzeciw ambony.

Niektóre inskrypcje są dziś nieczytelne, gdyż nadszarpnął je ząb czasu. Miały one prawdopodobnie bardziej świecki charakter, podając zasługi, głosząc chwałę rodziny, czy też konkretnej osoby.

W okresie renesansu i w późniejszych wiekach chętnie wystawiano zmarłym bogate epitafia z inskrypcjami i rzeźbami, w Wysiedlu jednak zrezygnowano z takiego wystroju na rzecz fundatorów i ich rodzin, o których należało pamiętać, których herby i nazwiska były wszechobecne w kościele.

 

Zakończenie

W sumie kościół prezentuje ciekawy, niesfałszowany obraz historii sztuki renesansu, którego bogato zachowany wystrój typowy jest dla XVII-
-wiecznych wiejskich pomorskich kościołów. W przeszłości kościół był wielokrotnie restaurowany. W protokole z 1798 r odnotowano szkody w zadaszeniu i w więźbie dachowej oraz w konstrukcji wieży.

Po wieloletnich zabiegach dopiero w 1804 r uzyskano od patrona 100 talarów na remont i prace konserwatorskie. Prawdopodobnie odnowiono wówczas również wyposażenie. Bowiem wszystkie późniejsze wizytacje odnotowują dobry stan inwentarza kościoła.

Kolejne prace renowacyjne przeprowadził w 1911-1912 patron kościoła Otto v Borcke-Grabow. Prace konserwatorskie, jak można na froncie ołtarza przeczytać, przeprowadził malarz Hoffmann z Duisburga.

Następna konserwacja zabytku miała miejsce już pod polskim patronatem w roku 1976-1979 r. Ksiądz proboszcz Krzysztof Maj koordynował dalsze prace tak na zewnątrz jak i w środku kościoła. Proboszcz z Zajezierza opiekował się pieczołowicie tym obiektem ponad dziesięć lat z dużym sukcesem.

W 2002 roku złodzieje włamali się do kościoła i ukradli figury drewniane z ołtarza. Niestety sprawców kradzieży figur sakralnych nie wykryto, ani figur nie odnaleziono. Dzięki finansowemu wsparciu rodziny von Borcke wykonano kopie tych figur, które jednakże strat nie odrobią.

Zgodnie z opinią konserwatora Landu Hugona Lemckego kościół w Wysiedlu uzyskał miano "najpiękniejszego pomorskiego kościoła wiejskiego". Polscy historycy sztuki dzielą ten pogląd. Kościół obecnie podlega ochronie i jest ważnym i delikatnym obiektem pozostającym w ciągłym zainteresowaniu.

 

Opracowanie: Wulf-Dietrich v. Borcke, 2006
Tłumaczenie: Gabriela Rutkowska

 

* Według byłego proboszcza Zajezierza, ks. Krzysztofa Maja, któremu podlegała świątynia filialna w Wysiedlu, jakieś fragmenty pokrywy chrzcielnicy zachowały się - przyp. tłum


Mariusz Cezary Kosmala

SONETINO

Jest ulica.

Tramwaj jedzie.

Ciocia Jadzia

nie ma lica.

 

Kamienica.

Wredne jezdnie

słodzi miedzią

blask Księżyca.

 

Nie ma lica

Jadzia ciocia,

bo ją w lico

 

pięścią liznął

drab bandyta

i zabita.

 

? - 28 IX 2005
Mariusz Cezary Kosmala





Lech M. Jakób

ALKOHOL

Piją wszyscy a piszą. Dopieroż podczaszy

Zapomni kałamarza prędzej niźli flaszy.

Ale bodaj się rzeczy nie trafiły gorsze!

Albo przy dobrych wierszach kieliszki nie sporsze?

Wacław Potocki (1621-1696) "Podczaszym poeta"

 

O niebanalnych (i banalnych jednocześnie) właściwościach napój "ce dwa ha pięć o ha" buzuje także w organizmach pisarzy. Buzuje w najlepsze, nierzadko przenikając do produkowanej przez nich literatury. Niektóre dzieła wręcz ociekają wszelkimi odmianami alkoholi. I to od początków słowa pisanego. Na kartach tych dzieł sławi się zalety stanu upojenia - czasem na sposób sowizdrzalski, czasem poważnie. A pośród bohaterów ksiąg królują dystyngowani koneserzy nalewek i koniaków, miłośnicy wysokogatunkowych win, bibosze pociągający cichcem na boku byle co i byle jak, ale przede wszystkim piwożłopy, wódopoje i wszelkiej maści ochlapusy niegardzące "wynalazkami". To postaci z reguły malownicze, często tragiczne, budzące śmiech lub tylko uśmiech - politowania.

Zaprawdę, literatura "pijacka" jest przebogata! Wystarczy sięgnąć choćby po książkę Wieniedikta Jerofiejewa "Moskwa-Pietuszki", moją ukochaną z tego przedziału powieść Johna Steinbecka "Tortilla Flat" czy jedno z ostatnich dzieł naszego rodzimego pisarza, Jerzego Pilcha - "Pod Mocnym Aniołem".

Jednak tu i teraz zainteresujemy się wyłącznie relacją pisarz: alkohol. A konkretniej - trzema mitami (lub przesądami) z tym związanymi.

Mit pierwszy. Niektórzy trwają w przeświadczeniu, że alkohol wspomaga wysiłek twórczy. Że dzięki alkoholowi otwierają się nowe przestrzenie, ożywia się wyobraźnia, pióro dostaje "kopa", pozwalając pisarstwu wznieść się na wyżyny.

Tymczasem prawda jest brutalna. Owszem, alkoholowe uderzenie może przejściowo "uwolnić" wyobraźnię, ale mowy nie ma o pisaniu z sensem. Umysł się dekoncentruje, notowane zdania idą w rozsypkę, a złudzenie twórczej iluminacji przybiera kształt literackiej "kaszanki".

Natomiast inaczej ma się sprawa z dawkami minimalnymi. Na przykład z jednym kieliszkiem wina. Trochę to rozluźnia i dobrze niektórych nastraja. W ten sposób rozpoczynał pisanie między innymi Andre Malraux - od odrobiny koniaku. Lecz na tej odrobinie poprzestawał!

 

Drugi mit: alkohol pozwala łamać lęk przed niemocą twórczą.

Dla świadomych swego uzależnienia pisarzy to doskonały pretekst picia. Rzecz jasna lęk przed twórczą niemocą może być faktem (a wcześniej lub później dopada prawie wszystkich). Jednak picie w tej sytuacji to oręż równie kiepski jak tekturowy miecz - nadający się tylko do wymachiwania. Działanie alkoholu mija i wpadasz w dół jeszcze większy. Albo w bagno grząskie i głębokie.

 

Trzeci z kolei mit jest chyba najmocniej zakorzeniony w powszechnej świadomości. Mówię o micie pijącego twardziela. Lub postaci tragicznej, kryjącej w sobie jakąś straszną tajemnicę, ból, cierpienie.

Celują w podobnym pajacowaniu poeci, a zwłaszcza aspiranci do tytułu poety. Piją na umór, bo rzekomo muszą; piją, bo rzekomo są egzystencjalnymi eksperymentatorami lub przechodzą duchowe męki. Zaś ich pijacki ekscentryzm ma swoje źródło, a jakże - w niezrozumieniu oraz niegodziwościach doczesnego świata. Dotyczy to także piszących pań, choć w zakresie mniejszym. W tym przypadku dochodzi jeszcze motyw zawiedzionych kosmicznych miłości.

 

Wszystkie te mity, wyjąwszy wypadki autentycznych chorób (gdyż za chorobę uznaje alkoholizm medycyna), mają pośredni lub bezpośredni związek z tendencjami konfabulacyjnymi pisarzy. Cóż, sprzyja temu po trosze ich profesja...

Każdy z piszących na rozmaite sposoby ćwiczył lub wciąż ćwiczy alkoholowe przygody. Lecz nie ma żadnej pewności, że suma doświadczeń z tym związanych da się przekuć później w udany utwór. Nie istnieje tu "mechaniczne" przełożenie. Gorzej: może zadziałać efekt równi pochyłej! To uwaga głównie do tych, którym marzy się napisanie własnej powieści "pijackiej" lub "pijackiego" poematu. Czyli i ten "parawan" trunkowania jest wątpliwy.

 

 

Zatem, drogi kolego po piórze, nie "rżnij głupa" i przynajmniej sam sobie przed lustrem powiedz, jak się rzeczy mają. Bo nieustanne dorabianie ideologii do opilstwa na dłuższą metę staje się najzwyczajniej żałosne. I skończysz niczym Edgar A. Poe - z diagnozą: delirium tremens.

Co i tak nie ma znaczenia, bo... to lubisz, prawda?

 

Lech M. Jakób

 

Magda Galas

Z POLSKI DO IRANU I Z POWROTEM

Odległość nie zmienia wiele,

nie ucieknie sie od swoich wytartych podłóg kraju.

to kwestia wyuczonego chodu, rodzaju stylu,

że zawsze wydeptuje się drogę w ten sam sposób

w jednym miejscu bardziej latami, w innym kilka minut wystarczy.

 

Nowe buty? od lat ten sam rozmiar

ilość rozmiarów jest ograniczona

ale i tak rodzaje szycia sprawiają

że kombinacja deptań dla ludzkości jest nieograniczona.

 

Podeszwy przenoszące miejsca na miejsce

tak, ze połowa Persepolis wtarta została

w europejskie szlaki turystyczne.

 

W porach skóry przenosi sie kurz miejsc

i po każdej wyprawie człowiek czuje się taki

ciężki

i pomagają tylko detergenty

połowa budynków, ulic, zabytków

ląduje w ściekach

razem z pianą kąpielową.

 

A my tacy czyści

układamy się w czystej pościeli

robiąc miejsce snom

upychając w głowie pamięć

Zaciskając stopy na kołdrze

jak małpy, które właśnie znalazły

oparcie.

 

Magda Galas

 

KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między zaprzyjaźnionymi pisarzami. Na naszych łamach od października 1998 roku korespondują: zamieszkały w Podkowie Leśnej Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób z Kołobrzegu.

Dziękujemy - pkl "łabuź"



Kołobrzeg, dnia 15.05.2007 r.

Za Daleko Mieszkający Przyjacielu!

Tu na karku wyjazd na 52. warszawskie targi książki (gdzie przy stanowisku A52 wydawnictwa TELBIT mam podpisywać dwie powieści dla czytelników młodszych) i nadzieja spotkania, choćby przelotnego, a w poczcie elektronicznej e-mail od Ciebie, że mijanka będzie. Gdzie indziej wiatr życia Cię niesie i znów się widzieć nie będziemy. Mocno się rozczarowałem.

Lecz i tak z czasem byłoby krucho. Muszę skracać wyjazd, bo w niedzielę 20 maja jest pierwsza komunia mego wnuka Marcina (a obiecałem chłopcu obecność). Czyli praktycznie dwie noce pod rząd w pociągu mnie czekają: z piątku na sobotę i z soboty na niedzielę. A w międzyczasie ledwie kilkanaście godzin w Warszawie. Godzin wypełnionych także innymi spotkaniami. Odbierze nas (to znaczy Ha i mnie, bo razem jedziemy) rano z dworca Inga Szwedler, wydawca "Drapieżców". Potem mam się widzieć z Markiem Chaczykiem, którego rysunki będą prezentowane w numerze 3 (7) 2007 "Latarni Morskiej". Także w wersji kolorowej.

Skoro o M. Chaczyku mowa. Nadesłał ofertę publikacji w LM swoich prac. A zawsze je ceniłem. Pamiętając między innymi z miesięcznika "Literatura". Pewnie znasz jego rysunki, teraz obecne w Muzeum Karykatury i w Bibliotece Narodowej. Charakterystyczne: oszczędne w kresce (której siłą dla mnie jest umowność zastanej konwencji) w dalekich planach, gdy idzie o temperament, kojarzące się z rysunkami na przykład M. Chagalla i "szkoły" bohemy paryskiej lat dwudziestych ubiegłego wieku. Lecz z zachowaniem autonomicznej techniki, zdecydowanie samowłasnej.

Jednak byśmy się dobrze rozumieli. To tylko moje skojarzenia. Na przykład, gdy o tę sferę literacką idzie, jego rysunki świetnie współgrałyby z prozą F. Kafki - podobna bywa tonacja i wydźwięk. Także kojarzy mi się w dalekich planach z późniejszymi, po okresie "różowym", pracami Picassa.

Jak zapewne wiesz, zawsze byłem czuły na grafikę i jej formy. Grafika bardziej mnie rusza od malarstwa. Bo w malarstwie, cokolwiek nie powiedzieć na użytek naszej rozmowy, techniki twórcze są zbyt "rozgadane", za często nadużywające koloru dla samego koloru. Często gubi się kreskę dla anegdoty barwy.

Ma to pewnie bezpośredni (lub tylko pośredni?) związek z moim częściowym daltonizmem, wykrytym onegdaj na "lampie wilka". To były czasy, gdy starałem się o pracę na kutrach, jako kandydat na rybaka (opowiem Ci kiedyś). Czasy, gdy zmieniałem miejsca pracy, jak rękawiczki, penetrując rozmaite środowiska i szukając tak zwanej "twórczej inspiracji".

Ale wracam do początku listu. Nie spotkamy się w maju. Za to jest perspektywa spotkania we wrześniu, podczas kołobrzeskiej konferencji! Będziesz gadał o języku młodzieży w literaturze współczesnej. Chyba się nie gniewasz, że nadałem Twoje nazwisko Halinie Filip, nowej (po wiele lat świetnie prowadzącej placówkę Ewie Lepczyńskiej), dyrektor Miejskiej Biblioteki im. Galla Anonima? Pytała mnie o odpowiednich znawców, wskazałem wtedy między innymi B. Chacińskiego i Ciebie.

Z tą konferencją osobna sprawa i będziemy o tym jeszcze rozmawiali.

 

Drogi, pytałeś o przyczynę lekkiego opóźnienia numeru 2 (6) 2007 "Latarni Morskiej". Już na wylocie jest do drukarni. A zwłoka w publikacji stąd, że uparłem się dołączyć... płytę CD. Pomysł ostatniej chwili. I szczęściem znalazł się sponsor (firma "Troton" z Ząbrowa) finansujący dodatek. Kopiuje "Megaus" w Warszawie (zatrudniony cztery lata temu do tłoczenia płyty z wierszami przy "Zielonym promieniu" - pamiętasz?). Płyta będzie zawierała "Kołobrzeski koncert" skomponowany przez Michała Szostałę - wykonany przez Toruński Kwartet Smyczkowy. Dwa lata temu miasto zamówiło u kompozytora ten utwór - z okazji 750-lecia nadania praw miejskich Kołobrzegowi.

A Michał Szostało jest synem Wiktora Szostały, artysty (urodzonego na Litwie, wiele lat mieszkającego w Kołobrzegu; od czasu internowania w stanie wojennym w St. Louis), którego rzeźby i rysunki pokazuję w bieżącym numerze. Teraz korespondujemy elektronicznie przez ocean - bo rzadko nawiedza Kołobrzeg, gdzie do dziś mieszka jego mama.

Czyli rodzinny dublet. Lecz nie jedyny w obecnej "Latarni". Trzeci! Mamy tu też "starego" Bednarskiego (Piotra - recenzja jego mikropowieści "Rejsy po arcydzieło") i młodego (Borysława - z debiutancką prozą), a także "starego" Liskowackiego (Artura - piszącego o Dżamanie) i młodego (Konrada - piszącego o Ińskim Lecie Filmowym). Nie ukrywam, że było to dłuższy czas powodem moich redakcyjnych rozterek. W końcu jednak doszedłem do wniosku, że zbieżność ta jest naturalnym następstwem twórczych pokoleń: nadal aktywni są "starzy", a już po piętach depczą im młodzi. To jakby signum temporis.

 

I znów zaskoczyła nas wiosna, początkowo zimna i niemrawa, teraz w szaleńczych eksplozjach. Jednocześnie kwitną kasztanowce, bzy, konwalie, wiatr huśta żółtymi kiściami złotokapów. Zaszliśmy z Ha do nadmorskiego parku, odwiedzić znajomego dzięcioła (tylko my wiemy gdzie jego dziupla). Skubaniec nie chciał się pokazać i musieliśmy go "wypukać". Wystarczyło kilka rytmicznych uderzeń knykciem w podstawę pnia. To sposób wykorzystywania terytorialnych odruchów. Drzewo świetnie niesie dźwięk, wywabiając z mieszkanka wkurzonego ptaka, który rozgląda się za "intruzem".

A na redzie kołobrzeskiego portu stanął "Dar Młodzieży" (pod kapitanem Markiem Marcem)! Potężna, cudna, dwudziestopięcioletnia trójmasztowa fregata. Ma prawie siedem metrów zanurzenia i sto osiem metrów długości (licząc z bukszprytem). Wyobraź sobie: trzy tysiące metrów kwadratowych żagli - co przy sprzyjającym wietrze pozwala rozwijać prędkość do siedemnastu węzłów! Oczywiście wejść do naszego małego portu taki kolos nie mógł: rzucił kotwicę dwie mile od brzegu.

Twój słownik skrótów i skrótowców na koniec wylądował w redakcji "Rzeczy Kołobrzeskiej" - u Ha. Tam większy zeń pożytek. Już parokrotnie był w ruchu. Przy okazji dowiedziałem się, że Zwierzątko ma dla Ciebie trochę nowych haseł do tego słownika - związanych bodaj z ratownictwem morskim. Pewnie z radością wpiszesz je do bazy danych: przydadzą się do drugiego wydania. A to skróty specyficzne, "szczurom lądowym" mało znane - choć powszechnie używają ich ludzie morza.

I nowe książki, nowe przygody czytelnicze, bez których życie byłoby ubogie, jak żyto na piasku. "Wszedłem w posiadanie drogą kupna" (autentyczny cytat, który mnie ostatnia rozśmieszył) "Rasy drapieżców"* Stanisława Lema. Nie mogłem się oprzeć. Zwłaszcza, że to ostatnia, "pożegnalna" książka autora. Konkretnie - zbiór felietonów (z lat 2004-2006), od których zaczynałem lekturę "Tygodnika Powszechnego" (jeśli sporadycznie trafił w ręce). Bardzo mi Lema brakuje. Jego zadziorności, oryginalnej myśli i wizji, zawsze językowo pięknie opakowanej.

Jest jeszcze jedna rzecz, która mocno mnie ostatnio ruszyła. Tym razem poetycka. Mam na myśli skromnie wydany zbiorek wierszy "A-dur"** Kazimierza Hoffmana, poety prawie osiemdziesięcioletniego, z Bydgoszczy. Jego utworom jakby brak miejsca na tym świecie... Dlaczego tak mówię? Bo twórczość K. Hoffmana, żyjącego z dala od medialnych młynów, mało kto zna. Dziesiątki dziś głośnych nazwisk (sztucznie pompowanych przez małpie media) przy nim to jak tylko brzęczenie natrętnych much...

 

Bywaj zdrów, Przyjacielu Drogi, nie trwóż się na widok przelotnych chmur burzowych i z dala omijaj paści wrogów -

 

Latarnik alias admirał Sztokfish

 

 

PS. Właśnie. Zarzekała się świnka, że nie będzie tarzać się w błocie. Zarzekał się admirał Sztokfish, że po likwidacji "Świnki Morskiej" w tygodniku już nigdy się nie odezwie. A jednak - co prawda w wersji okrojonej i tylko na portalu internetowym www.kol24h.pl - "Świnka Morska" wróciła! Co kilka dni od lutego sadzę tam nowe kawałki. Oto moc czytelniczego szturmu fanów. Uległem... Zajrzyj dla odprężenia.

*Stanisław Lem "Rasa drapieżców. Teksty ostatnie"; wybór i posłowie Stanisław Fijałkowski; Wydawnictwo Literackie, Kraków 2006, str. 284

**Kazimierz Hoffman "A-dur", Towarzystwo Przyjaciół Sopotu, Sopot 2007, str. 56



 

Witaj, witaj, ach witaj!

 

Tak się rozwitałem, bo rzeczywiście ostatnimi czasy znikam, kiedy tylko jest szansa, ponieważ kończę jedną książkę, a zacząłem drugą, o czym niżej. Jest mi przykro, żeśmy się nie spotkali, kiedy byłeś na targach. Akurat siedziałem wtedy za biurkiem na drugim końcu Polski i rozwijałem jedno z moich odkryć językoznawczych. Bardzo szczegółowe to i specjalistyczne, więc nie będę Ci tym głowy zawracał w liście, to opowieść na parę godzin, ale kiedy rozmawiałem o tym z Markiem Nowakowskim, był zafascynowany, o czym to ludzie myślą i czym się zajmują. A sądziłem, że to zlekceważy, nie doceniłem go. Tym razem to on był jednym z wykładowców w moim studium edytorstwa. Co roku ściągam jakąś gwiazdę, bo takie gwiazdy potrafią wykrzesać z siebie cuda. Pokazaliśmy młodzieży świetną sztukę telewizyjną opartą na jego "Księciu Nocy", po czym odbyła się wspaniała dyskusja o różnicy między narracją filmową (bo ta sztuka, w reżyserii Krzysia Zaleskiego, jest mocno filmowa) a prozatorską i sceniczną. Ten sam Krzysztof niedawno wraz z Markiem napisał sztukę (również opartą na opowiadaniach Nowakowskiego) i wystawił w Teatrze Współczesnym pt. "Wagon". Znakomite przedstawienie. Panorama PRL-u w pigułce. Ależ atmosfera, jakbym się cofnął o dwadzieścia pięć lat! Byliśmy wtedy dowcipni, naród był dowcipny w całej tej beznadziejnej szarzyźnie.

Studenci byli mocno podniesieni na duchu, dowiedzieli się rzeczy, o których nigdy na uniwersytetach się nie mówi. Marek w przerwach słuchał o moich pracach naukowych, ale mu nie wspomniałem, że już pracuję nad podręcznikiem edytorstwa. Po prostu by mnie skrzyczał. Mam to oddać, o zgrozo, w końcu sierpnia, a ledwie żyję. Przecież do dziś nie odpocząłem po tej kobyle, słowniku skrótów. (Przy okazji - od Ha wezmę hasła do nowego wydania - w każdej ilości!).

Chyba wyjedziemy z Mirą gdzieś na błota, na jakiś tydzień, żeby oczyścić rozum z języka. Wtedy z notatek ułożę tekst na konferencję, o której wspominasz. Tak, tak, czułem w tym Twoją łapę, domyślałem się, że to Ty mnie zarekomendowałeś! Dzięki serdeczne. To będzie pod koniec września w czwartek i piątek, więc zostaniemy z Mirą w Kołobrzegu na jeszcze jeden dzień. Zamówiłem już hotel. Szykuj wino, ja zbieram paluszki i wezmę je z sobą, ze dwadzieścia będzie na pewno, mam już cztery. Chacińskiego często słucham w radiu, ale nie znam się na tej dziwnej muzyce, którą przedstawia. Chętnie go poznam. Zagram mu na harmonijce śliczną piosenkę o Clementine.

Tymczasem ukazała się wreszcie moja książka z dramatami radiowymi, tytuł "Piórko". Już mam egzemplarze, wysyłam lada chwila, żebyście sobie z Ha zajrzeli. Wybrałem dwanaście utworów do czytania, sam byłem nimi zaciekawiony, bo niektóre pisałem ponad trzydzieści lat temu. Ależ człowiek miał kiedyś wyobraźnię i ostrość widzenia! - myślałem sobie, kiedy je przepisywałem na komputer. Ale kiedy poprawiałem najnowsze, pomyślałem też, że teraz mam jeszcze większą. Zajrzyj do "Czarnej skrzynki". Bo prawdę powiedziawszy, tak na co dzień to nie za bardzo to się czuje. Ciągle mi się wydaje, że pióro bardziej kapie niż pisze. To chyba polega na tym, że z pomysłami chodzi się miesiącami, i po pewnym czasie są tak zwykłe, najzwyczajniejsze jak mucha w zupie. Z trudem to się przenosi na papier, nawet w męczarniach (bo samo wymyślanie jest najlepszą rozrywką), więc tym bardziej po napisaniu i wysłaniu już się tego znać nie chce. Tymczasem... No, nie, sam musisz zobaczyć. Może Ci podejdzie. Nie ma w tym tomie dramatu, który drukowałeś w "Latarni Morskiej", bo już było za późno z dostarczeniem do wydawcy, ale może dobrze się stało. Będzie zaczątek następnego wyboru (a jest z czego wybierać - jeszcze ponad sześćdziesiąt utworów), a poza tym jako niedrukowane w książce weźmie udział w Festiwalu Słuchowisk w Sopocie (1-4 czerwca). Nawiasem mówiąc - dobry pomysł z tą płytą do "Latarni", jestem jej ciekaw.

Wierszy Hoffmana niestety nie znam, może będzie okazja. Jeśli twierdzisz, że jest dobry, ciekawy, to z przyjemnością do jego tomiku zajrzę. Trzymaj gdzieś na wierzchu. Sam się noszę ze swoim nowym ("Syn wraca"), który trochę mi się podoba, a trochę budzi wątpliwości. Wszystko zależy od pory dnia. Wieczorem jest lepszy. Może za bardzo chcę, żeby ta książka była jednorodna, a przecież wiem, że to nie zawsze książkom wychodzi na dobre. Stara prawda - tekst spójny niekoniecznie musi być dobry i odwrotnie, są takie, których rozwichrzenie dopiero nadaje sens całości. Najpewniej widać to w Witkacym, w "Wertepach" Leopolda Buczkowskiego i w całym Gombrowiczu, choć to nie są przykłady do powielania (wszyscy trzej byli skłóceni).

Podejrzewam, że ani Witkacy, ani Buczkowski, ani Gombro w ogóle się nad tym nie zastanawiali, a jeśli już, to na pewno o tym nie pisali ani nie mówili, rzecz jest trochę wstydliwa. Z jednej strony czujesz (a czułem, kiedy pisałem "Himalaje"), że tylko w ten sposób (rozwichrzony) dochodzisz do kondensacji pewnego świata, z drugiej czujesz (a czułem, kiedy pisałem "Śpiącego w mieście"), że będziesz podejrzewany o niezdolność do linearnego układania zdarzeń i zachowań. Ostatecznie można sobie myśleć "to ja jestem bogiem w tej dziedzinie, nikt mi nie będzie dyktował", ale tędy droga prowadzi do degrengolady. Więc rozdarcie jest potężne. Chcesz pisać po swojemu, a nie wiesz, czy to po czyjemuś. Tak też zresztą ze mną było w praktyce - jedni krytycy (był kiedyś taki naród) gnębili szyderstwem, inni wręcz przeciwnie, pochwałami byli gotowi zagłaskać, co mogło się skończyć źle - uwierzeniem, że rzeczywiście jestem "w tej dziedzinie bogiem". Nie skończyło się wcale, nawiasem mówiąc, bo jak wiesz, cały czas chodzę, siedzę, jem i śpię tylko po to, żeby układać w głowie nowe plany powieściowe. A i "Łaziebny" czeka na decyzję. Jest w zasadzie gotowy. Wichru w nim sporo. Raczej szaleństwa. Gdzie tam - ciszy i spokoju! Nie wiem, czy się doczekam wydania. To nie proza na te czasy, chociaż w tych czasach i o tych czasach.

Byłem przez cztery dni u Jurka Niemczuka i jego Ewy. Złapałem jednego szczupaka, ale był o centymetr za krótki. Ewa była gotowa go nieco rozciągnąć, tylko że okazał się za śliski i wrócił do wody. Złapałem też jednego okonia. Był nawet rozmowny. Rozmawiałem z nim długo. Płynął w siatce za łódką, a ja mu wykładałem moją teorię kibica. Otóż kiedy kibic kibicuje Kubicy, gdy ten jedzie wąską drogą w Monte Carlo, kibic się nudzi. Na szczęście jest to kibic polski, więc siedzi przed telewizorem i nie może rzucać cegłami, nudzi się jak cholera. Ma za złe, że nikt nikogo na trasie nie wyprzedza ani nie wpada na bandę, nie demoluje publiczności, nie ginie, nie zabija, nie płonie. Potem kibic wchodzi do internetowego serwisu, powiedzmy "Gazety Wyborczej", i dalej snuje swoje nudne lęki na forach dyskusyjnych. Właśnie liga polska się skończył, "Zagłębie ma mistrza Polski", nie ma gdzie palić szmat i pryskać petardami w policję. Fora są oblężone, zajrzyj. Jeśli się nie brzydzisz strumieniami jadu, który wylewa się z tych ludzi. To ciekawe studium przemyślności w nienawiści.

Okoń, za to, że pozwolił mi wygłosić tę tyradę, ledwie wymiarowy, został wypuszczony na wolność, cały i zdrów jak koń. Złapię następnego. Mam sąsiada, który od czasu do czasu robi rewelacyjne woblery. Dostałem kilka na próbę. Nie widziałem lepszej przynęty. Opanował sztukę dokładania specjalnych skrzydełek tak, że powodują, że wobler kręci się jak panienka, wije się i od czasu do czasu rzuca w górę albo w dół, niczym przypiekany żywiec. A kolory - jak z tymi wierszami. Ryba rano wszystko widzi na zielono-niebiesko, wieczorem tylko żółto-czerwono (plus dżdżownicopodobna gumka na kotwiczce). To działa, postaram się zdobyć dla Ciebie parę sztuk, sprawdzisz, czy się nie mylę. Wiem, że nie wypływasz na wodę z patelnią, tylko z wolą zwycięstwa.

Za to z Jurkiem rozmowy za dużo nie było, raz tylko przy flaszce. Teraz jest na fali, więc zajęty i niedostępny. Zgodził się wygłosić trzygodzinny wykład na mojej polonistyce, o scenariuszu, to wszystko. Jego serial "Ranczo" święci triumfy (oglądalność rzędu Małysza), więc jest uwięziony przy komputerze, musi pisać. Spece z telewizji mu nie odpuszczą. Szkoda, że nie mogę mu w tym towarzyszyć. Przy dwóch serialach pracowało się nam znakomicie. Lubię tę zabawę w wymyślanie fabuł i dowcipów dialogowych. To zresztą bardzo dobre ćwiczenie logiki i właśnie spójności. Cała sztuka polega na tym, żeby nie potraktować takiego pisarstwa zbyt serio (chyba że honoraria). Inaczej serial staje się seryjny - do niczego, ponury, sztywny jak skarpeta w sobotę. Tymczasem - cała Polska mówi kapitalnymi dialogami Jurka i jego partnera w scenariopisarstwie (pseudonim Brutter). Oby "nami" też tak mówili (po to jesteśmy), czego Tobie i sobie życzę,

 

Twój Piotrek Müldner-Nieckowski

 

Piotr Macierzyński

TYLE CO NA PAZNOKCIACH

był park wrzesień i dłonie

obcinałeś paznokcie do łóżka i Norwida

ja widziałam księżyc

mamy dwoje dzieci

 

najważniejszy jest kotlet

ja wiem u was był smalec zamiast Szekspira i dziurawe buty

mogę wybaczyć Norwida nie spodnie

nadal mam oczy piersi i skrzypce

 

i gdzie ta miłość

raz na tydzień mnie zerżniesz

jeszcze mówisz schyl głowę bo nie widzę Kaczora Donalda

ja wciąż dla ciebie maluję paznokcie

 

Piotr Macierzyński

 

Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (33)

Dziewiąty rok prowadzę ten dział w "Łabuziu", czyli powinienem ulec już pewnej rutynie, zobojętnieć na zalew literackiej "produkcji"? A jednak tak nie jest. Mimo jakże często napotykanych wydawniczych nieporozumień i artystycznych knotów wciąż pędzi mnie ciekawość tego, co przede mną. Ciekawość zjawisk i książek nowych. A też nadzieja lektury ożywiającej, która zmusi umysł do pracy na wyższych obrotach, a serce do śpiewu.

Gdy to piszę, za oknem radośnie rozrabiaj maj, dobrze nastrajając do pracy. Na biurku zgrabny stosik przeczytanych wydawnictw. Coś z tego trzeba wybrać do cokwartalnej prezentacji. Do dzieła zatem.

 

1.

Na pierwszy ogień weźmy postać barwną, twórcę o wielu twarzach. Dobrze znaną na Pomorzu, ale nie tylko. Mam na myśli J. Fryckowskiego z Dębnicy Kaszubskiej (Jerzy Fryckowski "Kiedyś nas uśpią", Agencja Reklamowo-Wydawnicza LenART, Słupsk 2007, str. 72).

J. Fryckowski utrzymuje się z pracy jako nauczyciel języka polskiego w szkole podstawowej. Redaguje miesięcznik "Nad Skotawą", zajmując się jednocześnie teatrem, krytyką i twórczością satyryczną - na jednym z turniejów w Bogatyni w latach dziewięćdziesiątych ogłoszony został Królem Łgarzy. Lecz przede wszystkim, jak się wydaje, bywa poetą.

Debiutował tomikiem "Cierpliwość ubogich" w 1989 r., publikując później kilkanaście zbiorów wierszy - w tym jeden w wersji internetowej. Były to m.in. książki "Aleja dusz" (1992), "Gdzie już cicho o mnie" (1995), "Zaufać ślepcom" (1997), "Zanim zapomnisz" (2001) oraz "Kroki na suficie" (2004). Nadto jest autorem dwóch antologii poezji wigilijnej i laureatem wielu nagród. Jego wiersze tłumaczono na język angielski, niemiecki, francuski, litewski i... hindi.

Najnowszy zbiór autora "Trenów", starannie edytorsko i w twardej oprawie wydany, zawiera prawie pięćdziesiąt utworów.

Tematyka i klimat, a też sposób artykulacji w obrębie tomu nieustannie się zmienia. Jakby poeta chciał ogarnąć możliwie dużo z tego, co otacza. I przemawiał wieloma głosami. Spotkamy tu teksty o charakterze politycznym, społecznym i obywatelskim (np. "Adolf Eichmann bawi się kolejką elektryczną", "Matka Polka", "Telewizyjna transmisja ze śmierci Jasera Arafata"), a też czystej postaci liryki (np. "Wielkanoc z psem"). Używa wiersza białego przemiennie z opartymi w budowie na strofice klasycyzującej.

Poeta wydaje się uważnym i współczującym obserwatorem świata, którego komentarze bywają nieraz, mimo powściągliwości słowa, wstrząsające. Jak na przykład w poincie wiersza "Moje Sarajewo":

Odliczam zdrowaśki do kolejnej wojny

na której były poeta Karadżić

nakarmi zziębnięte doły z wapnem.

I bodaj największe artystyczne wrażenie wywiera dziesięcioczęściowy cykl "Ojcze Nasz" - oparty na modlitwie, którego tytułami są poszczególne wersy tejże modlitwy. Brzmi on niczym pożegnalno-rozliczeniowa pieśń, taka współczesna elegia.

Chyba jeszcze coś trzeba odnotować. Fryckowski wplótł między utwory odbitki stron tytułowych książek innych autorów - z ich odręcznymi dedykacjami: między innymi Romana Śliwonika, Stanisława Goli, Andrzeja Żoka, Mirosława Kościeńskiego i Ariany Nagórskiej. Intencje tego zabiegu można odebrać różnie. Jednak trochę niepotrzebnie wnoszą bałagan typograficzny, a też wprowadzają zamęt treściowy.

Ale czytać ten zbiór warto.

 

2.

Oto niewielkiego formatu tomik poetki o rzadko spotykanym imieniu Daromiła (Daromiła Wąsowska-Tomawska "Smuga i promień", Salon Artystyczny im. Jackowskich, Pobiedziska 2007, str. 62).

Autorka, wedle informacji umieszczonej na okładce, urodziła się w Szamotułach. Z wykształcenia lekarz stomatolog. Prezes i współzałożycielka Salonu Artystycznego im. Jackowskich. Mieszka w Pobiedziskach (koło Poznania).

Debiutowała w kwartalniku literackim "Protokół Kulturalny" w 1997 r., publikując m.in. także w "Kulisach Gnieźnieńskich", "Akancie" i "Gazecie Lekarskiej". Jej pierwszy zbiór - pt. "Zza cieni i obłoków" - wyszedł w 2004 r.

"Smuga i promień" - intrygujący tytuł. Przyjrzyjmy się szczupłemu zbiorkowi bliżej.

Półsetkę wierszy podzieliła autorka na dwie części: "Znaki" i "Spod rzęsy". Podział ma swoje uzasadnienie, gdyż obie części różnią się od siebie.

Część pierwsza, uogólniając, dotyka spraw i zdarzeń "wysokich", "zewnętrznych". Kilka wierszy poświęcono tu Janowi Pawłowi II (i jego śmierci), następne mówią między innymi o Oświęcimiu, o 11 września 2001 (zburzenie wież WTC), o Bogu i wyznacznikach chrześcijańskiej drogi. To przedział poetycko słabszy - z powodu nadto koturnowych nut i zbytniego oparcia na powszechnych skojarzeniach.

Znacznie ciekawiej prezentuje się część druga - "Spod rzęsy". Gdy autorka bardziej pochyla się w stronę liryki, emocji i nostalgii. Malując słowem wyraziste i na szczęście niesentymentalne obrazki. Udanie na przykład wprowadza nas w klimat dzieciństwa, pisząc w wierszu "Nad Samą":

Biegnę znów przez most/ nad Samą w tenisówkach/ w kokardzie z nutami/ na lekcje do pani Górskiej/ a potem pod mostek/ przy torach/ Tam jeszcze pachnie młoda trawa) i stokrotki wciąż w bieli/ Jasiu-ciuchcia gwiżdże/ dwa wagony na węgiel/ jak pudełka szyte klejone z pocztówek (...).

Może nie ma tu zbytniej oryginalności, ale siłą tych strof jest prostota i wyważone używanie pojęć. I tylko czasem zirytują "perły sopranu" (banał) lub "amorne poduszki" (chybiony neologizm).

W posłowiu ("Co mi pod rzęsą świta?") pisze Jerzy Grupiński o Daromirze Wąsowskiej-Tomawskiej, że "podtrzymuje i rozwija język, poetykę, którymi pisała swój debiut. Buduje teksty zwięzłe, oszczędne w wyrazie, pełne skrótów, paradoksów. Charakterystyczny jest dla autorki unikalny nastrój, liryczny klimat."

To najlepsza pointa telegraficznego omówienia zbiorku. Nic ująć. A dodać poetka może tylko następnym tomikiem.

 

3.

Rozbawił mnie obraz olbrzymiego węgorza z nastroszoną płetwą w tomiku otwartym na przypadkowej stronie. Rozbawił i zaraz wciągnął do lektury, tym razem systematycznej, debiutanckiego zbioru M. Poncyliusz (Mirosława Poncyliusz "tylko skrzydła czyszczę", nakład własny, Poznań 2007, str. 52).

O samej autorce nie dowiemy się niczego. Z tyłu książki jest tylko fota uśmiechniętej poetki w kurtce z postawionym kołnierzem oraz krótka nota o charakterze rekomendacyjnym - autorstwa Heleny Gordziej.

Powiedziano w nocie o utworach M. Poncylisz m.in.: "Mozaikowy obraz świata, wyrywkowe fragmenty losów autorki i innych ludzi, dystans wobec emocji - to niewątpliwie zalety tych wierszy, pełnych niespodzianek i życzliwego otwarcia się wobec drugiego człowieka."

Wspomniana życzliwość wobec bliźnich ma u poetki wymiar pogłębiony. Szczególny tego wyraz daje na przykład w krótkim utworze bez tytułu, a zaczynającym się od słów "lubię zmarszczki" - uciekając się do konkluzji wprost: "lubię w człowieku niedoskonałości".

Jednak nie deklaratywność stanowi siłę tego zbioru. Te wiersze, zgrupowane w oddzielnych ciągach "nadgryzanie świata" oraz "siwe osty", ujmują brakiem roszczeniowej postawy wobec świata i wewnętrznym ciepłem. Motywem wiodącym zbiory wydają się nieproste relacje między kobietą a mężczyzną. Poetka dzieli się wątpliwościami i rozterkami, niczego nie przesądza.

Dobrze też służy debiutantce język: wyprany z udziwnień, niezawiły i - chciałoby się rzec - przejrzysty. Dzięki temu przesłania poetki trafiają w odbiorcę jeszcze mocniej.

Osobnym walorem wielu pomieszczonych w zbiorze utworów jest ich charakter kontemplacyjny, oparty w obrazowaniu na pejzażu natury, jej harmonii. Oto cytat z "zielonego wiersza":

zanurzam wiosło i dotykam zielonego dna Hańczy

myśli tańczą jak granatowe motyle i pachną tatarakiem

wieczór leniwie wychodzi na brzeg

wodne madonny kuszą jaskrami we włosach

połyskują spinkami modliszek

 

i znów dzień przezroczysty jak skrzydło ważki

tylko poddać się wirowaniu rzeki

unosić jedynie

wypatrywać cyranki i perkoza

- mgła już wtapia się w sitowie.

 

4.

Mają szczęście poeci regionu częstochowskiego, bo mieszka w Czestochowie krytyk udanie i wnikliwie analizujący ich twórczość. Mówię o A. Frani (Arkadiusz Frania "Poświatowska, Marjańska, Cichla-Czarniawska. Trzy szkice typu ziemia-ziemia-ziemia", Wydawnictwo "e-media", Częstochowa 2007, str. 88), o którego książce "Strażnicy i najeźdźcy. Zjawiska we współczesnej poezji regionu częstochowskiego" wspominaliśmy w "Prowincjonaliach" bodaj niecałe dwa lata temu.

A. Frania (rocznik 73) w r. 2003 na Uniwersytecie Śląskim uzyskał tytuł doktora nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa na podstawie rozprawy "Powojenne dyskusje nad pozytywizmem. 1944/45 - 1948/49". Swoje szkice, recenzje, a też wiersze publikował m.in. w "Odrze", "Pograniczach", "Poezji dzisiaj", "Nowym Wieku", "Tyglu Kultury" i "Ruchu Literackim". Wydał cztery tomiki poetyckie: "na przykład mnie nie ma" (1994), "powiedz mi siebie" (1995), "na zimnym uczynku" (1999), "ale się nie budzę" (2004) oraz trzy książki krytycznoliterackie - z których ostatnią właśnie tu przedstawiamy.

Szczupła objętościowo, acz ważka merytorycznie książka zawiera trzy odrębne teksty krytycznoliterackie: "Halina Poświatowska. Eksperyment melancholijny", "Motyle Ludmiły Marjańskiej" oraz "Nieskończoność skończoności. Uwagi o poezji Elżbiety Cichli-Czarniawskiej".

Lecz o ile twórczość poetycka H. Poświatowskiej (1935 - 1967) i L.  Marjańskiej (1923 - 2005) zaistniała w ogólnokrajowej świadomości czytelniczej, o tyle wiersze E. Cichli-Czarniawskiej, mimo wydania siedemnastu zbiorów, mniej są znane. Wedle opinii A. Frani niesłusznie. I co dowodzi w swoim trzecim szkicu - poezja E. Cichli-Czarniawskiej winna znaleźć poczesne miejsce obok takich wybitnych współczesnych kobiecych autorytetów lirycznych jak Wisława Szymborska, Julia Hartwig, Ewa Lipska, Urszula Kozioł czy Anna Kajtochowa.

 

Trochę dziwacznie mógłby wyglądać komentarz komentarza, też mało sensowne jest recenzowanie recenzji albo krytykowanie krytyki. W tej sytuacji powiem tylko tyle, że analizy wybranych wątków twórczości trzech poetek są zajmujące i przeprowadzone dobrymi narzędziami krytycznymi. A czytając owe szczególne teksty eseistyczne nie oprzemy się wrażeniu, iż A. Frania pisał je tyle rozumem, co sercem.

Tak, tak, lektura nie dla każdego. Lecz niewątpliwie sięgnąć po nią winni, oprócz admiratorów twórczości omawianej lirycznej trójcy, również przygodni recenzenci (z większymi pretensjami do omawiania zjawisk literackich) - choćby dla oglądu warsztatowego zaplecza rzetelnego krytyka.

 

5.

Podobna proza to kuriozum i w pierwszej chwili zamierzałem pominąć ją milczeniem. Jednak rzecz wyszła, dostępna jest w niektórych księgarniach. Niechaj zatem posłuży jako negatywny przykład. Mowa tu o debiucie książkowym W. P. Gołębiowskiego (Waldemar Piotr Gołębiowski "Wojna i miłość. Losy Polaków na Wileńszczyźnie", Wydawnictwo NORTOM, Wrocław 2006, str. 196).

Według skąpych informacji zaczerpniętych z innych źródeł (bo stosownych not na okładce brak) Waldemar P. Gołębiowski (rocznik 37) pochodzi z Kowla na Wołyniu. Potem zakotwiczył w okolicy Wrocławia, by kilka lat temu osiąść na stałe w Grzybowie pod Kołobrzegiem.

Czytamy z tyłu książki: "Autor przedstawił pełną wyrzeczeń walkę o wolność Polski partyzantów AK na Wileńszczyźnie w czasie okupacji niemieckiej. Polska została zdradzona przez zachodnich aliantów. Po wyzwoleniu Wilna przez Armię Czerwoną i Armię Krajową, partyzanci AK zostali podstępnie aresztowani i zesłani na Sybir. Wątek miłosny głównego bohatera jest ukazany na tle tragicznych wydarzeń wojennych." Daje się też odbiorcy do zrozumienia, że opowiedziana historia ma swoje oparcie w autentycznych wydarzeniach. I że autor objawia ową historię w formie powieści.

Bohaterem głównym jest niejaki Aleksander Wierciński (pseudonim "Sokół") - dowódca polskiego oddziału partyzanckiego. Z cech charakteru i odporności na przeciwności losu jakby nadczłowiek, trochę nibykowboj, trochę patriota, trochę erotoman. Trup ściele się tu gęsto, dzielni mołojcy wpadają w pułapki wrednych wrogów albo je omijają, a ptaszki jak gdyby nigdy nic nadal w lesie śpiewają... No dobrze, nie będę nad "dziełem" się znęcał. Podsumuję krótko.

 

To marna literacko rzecz, z kilku powodów. Pierwszym są uproszczenia psychologiczne w budowie postaci. Ludzie występujący na kartach tej powieści przypominają raczej gazetowe wycinanki.

Drugi powód to częste mijania się z udokumentowaną prawdą historyczną. Nie słyszałem na przykład o wbijaniu na pal podczas drugiej wojny światowej - co z upodobaniem opisuje autor.

Trzeci zarzut: drewniany języka tej prozy. Trzeba sporo samozaparcia, by dobrnąć do finału książki (na marginesie: jakże farsowo-sentymentalnego!).

A zarzut czwarty dotyka głównie wydawcy. W książce aż się roi od błędów składu, niewyodrębnienia partii dialogowych oraz mnogości błędów ortograficznych.

I jeszcze coś, osobno irytującego: epatowanie erotyzmem (usilnie tu nazywanym miłością), nijak mającym się do snutej opowieści.

A to tylko grzechy główne tej książki. Mniejszych jest plejada.

Jednym słowem edytorsko-pisarska klęska!

 

6.

By nie zostawiać nikogo z uczuciem niedosytu (lub niesmaku), na koniec przeciwstawieństwo, czyli powieść literacko dobra. Autorstwa J. Sosnowskiego (Jerzy Sosnowski "Tak to ten", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2006, str. 424). To pisarz znany, a nawet bardzo i nie istniałoby uzasadnienie omawiania jego nowej książki w "Prowincjonaliach", gdyby nie pewien haczyk: otóż akcja tej powieści toczy się w Kołobrzegu.

J. Sosnowski (rocznik 62) urodził się i mieszka w Warszawie. Oprócz pisarstwa para się krytyką, dziennikarstwem radiowym, wykłada w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej. W 2001 r. otrzymał Nagrodę im. Kościelskich. Wydał m.in. "Śmierć czarownicy! Szkice o literaturze i zwątpieniu" (1993), "Chwilowe zawieszenie broni" (1996), też książki prozatorskie: "Apokryf Agłai" (2001), "Prąd zatokowy" (2003) i "Ach" (2005).

Centralnym punktem powieści jest lokalna rozgłośnia radiowa i prowadzący w niej nocną audycję didżej Grzegorz Jodłowski. Audycja "Nocne pogaduchy" gromadzi przy radioodbiornikach rosnącą liczbę słuchaczy. Z czasem pojawia się coraz więcej opowieści i tajemnic: ujawnianych i komentowanych na żywo. Obok wątku współczesnego występuje drugi główny wątek - związany z historią miasta. Dowiadujemy się między innymi o istnieniu w Kołobrzegu Domu Higieny Rasowej "Jutrzenka Rzeszy", którego celem było udoskonalenie, mającej w przyszłości panować nad światem, rasy aryjskiej. Próbuje się tu też rozwikłać zagadkę niewyobrażalnie wielkich zniszczeń miasta po II wojnie światowej.

Nie ma potrzeba streszczania złożonej, wielowątkowej fabuły powieści. Zaznaczyć jednak warto, iż struktura tekstu (np. dygresyjnie rozmieszczane dokumenty czy streszczenia historii miasta), a także sposób prowadzenia prozy wskazują na jej postmodernistyczny charakter. Również na mniej lub bardziej ukrytą tęsknotę za uniwersalizmem.

Pisarz usiłuje wciągnąć (i wciąga!) czytelnika w grę: a to przez niedopowiedzenia, a to przez mieszanie wątków, mieszanie czasów, a to przeskoki tempa akcji. Atrakcyjnym dodatkiem są opisy autentycznych miejsc: z rzeczywistymi nazwami topograficznymi. Wyskakujące z artystycznej szatkownicy kawałki powoli dopełniają się wzajemnie.

Jednak przy całej tej, wybornej skądinąd, sztukaterii literackiej powieść jest żywa, pulsująca emocjami, chciałoby się rzec - pełnokrwista. No i długa. Można w niej się rozpędzić bez obawy o to, że już zaraz... meta nowej czytelniczej przygody.

Trudno przewidzieć reakcje odbiorców. Dla mnie jest to zdecydowanie najlepsza książka prozatorska Jerzego Sosnowskiego.

 

(maj 2007)
Paweł Szeroki

 

Jakub Sosnowski

***

zapalając papierosa przyciągnąłem do siebie śmierć

bladą jak śnieg wydeptywany w jej imię

mroźnie chwytającą za gardło

gdyby nie żar

na pewno bym zamarzł

 

Jakub Sosnowski

 

Piotr Kaczorowski

HUMPREY BOGART - PIOTR - RICK

Idę ulicą. Idę uliczką. Idę alejką w parku. Tuż przy budynku Centrum Kultury. Palę papierosa. Trzymam go w kąciku ust. Jak Humprey Bogart w Casablance. Zaciągam się płytko. Nie lubię, jak boli mnie żołądek. Spluwam co jakiś czas. Oczyszczam gardło. Z nadmiaru nikotyny bądź substancji smolistych. Nie wiem, może wypluwam płuco.

 

Nie krępuję się. Cham? Brutal? Pospolita hołota? Mam to w dupie. To mnie nawet dowartościowuje. Falliczno-narcystyczny? A może wrażliwo-kobiecy? Nie wiem. Mam głęboko gdzieś kompleks męskości. A przede wszystkim mam gdzieś co o mnie myśli: ta laska w wytartych dżinsach, typowa kurwa licealna, ten mężczyzna w garniturze, ma kupę kasy, ale ile musi pracować, trzydziestolatek o oczach pięćdziesięciotrzylatka, i ta dziewczyna, niezła, osiem i pół na dziesięć, nietypowa uroda, oryginalne ciuchy, być może z lumpeksu, jakiś błysk w oku i blond włosy.

 

Idę. Ulicą, uliczką, alejką. Mijam fundację niepełnosprawnych. Kilku mężczyzn na wózkach pali fajki. Dziwne, nigdy nie widziałem tam kobiety na wózku. Kilku z nich, zakompleksionych swą niepełnosprawnością, chowa wzrok. Kilku odgryzłoby mi głowę i resztą krwi wychłeptało na kolację. Idę. Mijam ich. Palę papierosa. Jak Humprey Bogart. Spluwam. Też jak Humprey Bogart. Spuszczam wzrok, bo nie chce mi się patrzeć na twarze lublinian. Znam je już na wskroś.

 

Podnoszę jednak wzrok. Coś przeczuwam. Przede mną jakaś znajoma twarz, choć jej wizerunek w mej pamięci zatarty. Niemożliwe. To On? On. Niemożliwe. A jednak. Wracam pamięcią piętnaście, dwanaście, dziesięć lat wstecz. Otrzepuję z kurzu wspomnienia. Czy to możliwe? To On? To On - ojciec, tato. Nigdy stary. Dziś już stary skurwiel.

 

Przyglądam się uważniej zza moich przyciemnianych szkieł okularów. Lustruję wzrokiem jego oczy, włosy, usta, zarost. To musi być On. Ojciec. Tato. Nigdy stary. Idę alejką. Idę. Nogi mi drżą, papieros jakby opadł na brodę. Neurotyczna muzyka z pobliskiego pubu burzy mój spokój. Idę. Nie waham się. Palę jakby nigdy nic. Zauważy? Mnie? On? Ojciec. Tato.

Nasze oczy spotkały się. Nie mogę nic wyczytać z jego spojrzenia, grymasu ust, gestów. Stary skurwiel - tato. Idę. Nie waham się. Spluwam dodając sobie odwagi. Po sztubacku. Czas stanął, choć nadal robię kroki w przód. Zaciągam się. Jak Humprey Bogart. Jak plastikowa gwiazdka Hollywood. Jak w Casablance, choć życie to nie film. Krok po kroku, zbliżam się. Zobaczył mnie. Ojciec. Tato. On.

- Cześć - zaczynam pierwszy.

- Cześć - podkoloryzowana literatura nigdy nie odda intonacji, barwy i tonu wypowiedzi. Zawsze będzie jak rzeczywistość odbita w pękniętym lustrze. Tak jak ja jestem odbiciem ojca w pękniętym zwierciadle.

- Co słychać? - zagaduję. Na zimno. Bez emocji. Tato! Ojciec! Już nie jestem jak Humprey Bogart. - Co słychać? - Kurwa, krew mnie zalewa. Rzucam papierosa. Odbił się od asfaltu trzy razy. Przydeptuję go do ziemi. Obrzucam ojca spojrzeniem. - Co słychać? Pytam co, kurwa, słychać? - żal, ból, gniew w mojej głowie, sercu, trzewiach przelewają się przez oczy. Dobrze, że mam okulary. Ciemne. Tajemnicze. Moje oczy są ukryte. - Więc co-kur-wa-słychać? - piszczy mi w uszach, piszczy jak matka piętnaście lat temu. Piszczy jak siostra dwadzieścia lat wcześniej, choć tego nie pamiętam. Nie mogę pamiętać.

- Wszystko w porządku. Wszystko w konstansie. Pełna harmonia. Ciała i ducha. - Aha. A gdzie, kurwa, synku, synu, Piotrze, facet? Ponosi mnie. Zapalam papierosa. Uciekam od odpowiedzialności tej rozmowy. Choć ona na mnie nie spoczywa. Zadymiam wspomnienia. Pokrywam smołą ciebie, mnie, matkę, siostrę - całą rodzinę. Wszystko jest w smole. Wszystko skwierczy w tej mazi - nie lubię frytek. Zwłaszcza z McDonalda. Zaciągam się. Jak Humprey Bogart. Choć tu nie chodzi o kobietę. O jakąś dupę. Obcą mi osobę. To On. Ojciec. Tato. On. - Wszystko w pełnej harmonii. Ducha i ciała.

- Cześć - uczczę to spotkanie frytkami z McDonalda. Następnym razem zobaczymy się pewnie na pogrzebie. Moim czy Twoim? Bóg rozsądzi. Życie da odpowiedź. Ciekawe czy Humprey Bogart jadał BigMacki. Ciekawe czy On palił jak Rick w Casablance.

 

Lublin, 17 października 2005.
Piotr Kaczorowski
Mraczewski@op.pl

 

Marek Czuku

JESZCZE JEDEN KROK

Jeszcze jeden krok

(wyświechtany jak kapelusz

lorda-kloszarda)

w odmęty [metafora dopełniaczowa],

razem spięci,

razem [rym gramatyczny],

topielą grzmiącą echem

tonącej [nazwa].

 

Jeszcze jeden krok,

a umilknie artyleria

strzelająca do prawie nagiej

pospolitej formy.

Jeszcze jeden cel padnie

pod prądem litych rąk.

 

Męcz się poezjo!

 

Jeszcze jeden krok

zaprzeczy całości

zbudowanej z nazw.

Chociaż lepiej by było

zrobić jeszcze

             jeden

                       krok.

 

1987
Marek Czuku

 

Piotr Müldner-Nieckowski

NA PLACU WIĘZIENNYM

Z trzynastego na czternastego grudnia, kiedy nas skłębili na placu więziennym, bo cele i korytarze były już pełne, mróz cisnął tak silny, że woda, którą nam celnicy zwani klawiszami przynosili w metalowych kubkach, pokrywała się natychmiast grubym kożuchem pomarszczonego lodu. Jeden drugiemu radziliśmy, żeby chuchać na powierzchnię, bo inaczej nie dało się tego wypić. Tupot szedł między murami przez całą noc, bez przerwy, tarliśmy się o siebie plecami, ale nie można było się zanadto wiercić, żeby w tłoku nie stanąć komu na nogę, bo to groziło natychmiastowym odmrożeniem. Już kilku nie czuło nóg. Ręce grzaliśmy sobie na piersiach i od czasu do czasu ktoś zaczynał nucić piosenkę, więc wszyscy oddawaliśmy się mruczeniu. Za murem słyszeliśmy warkot wielkiego silnika.

- To czołg - powiedział mój sąsiad. Był starszy o trzydzieści lat, gasł dosłownie w oczach, bo ciągle łapał się za serce i był siny na twarzy. Brał maleńkie tabletki i wkładał pod język. Niepotrzebnie oblizywał wargi.

- Nie oblizuj się tak - powiedziałem - bo ci gęba odpadnie.

- I tak mi nic nie zostało z twarzy - odpowiedział ze złością, ale na chwilę przestał. Siność zeszła mu z policzków.

- Może mają jakiegoś lekarza - powiedziałem.

- Mają, byłem u niego, powiedział, że zaraz mnie zabiorą do ciepłego pomieszczenia.

- Stoisz już osiem godzin.

- Dla nich zaraz, to pół roku.

- Wyglądasz mi na profesora - powiedziałem.

- Bo jestem, ale nogi mnie bolą.

- Ja mam tylko doktorat - powiedziałem.

- Zamknijcie się! - krzyknął ktoś obok. - Mnie się też chce gadać, ale dostaniemy raka gardła na tym mrozie. Więc się zamknijcie i nie bądźcie idiotami.

- Sam jesteś idiota, tyle ciepłego powietrza wypuściłeś ze słowami.

Jakiś debil ryknął "Jeszcze Polska nie zginęła", ale nie chcieliśmy być gorsi i dołączyliśmy się straszliwą chrypką. Z więziennego okna odezwała się czujka. Kryminalista zawył do nas:

- Niech żyją panowie!

- Niech żyją, niech żyją - zawtórowaliśmy z największą mocą.

Uspokoiło się i znów musieliśmy się natężać, żeby wytrzymać choć kwadrans bez mówienia i nucenia. Rozcierałem ręce staremu, a inny z tyłu zrobił sobie ze mnie worek treningowy i walił mnie pięściami po plecach. Było mi trochę cieplej. Przestałem czuć ssanie w żołądku. Nagle ten z tyłu przestał mnie łupać i szepnął do ucha moje nazwisko.

- Odpowiedz, że jestem.

- Nie o to chodzi. Sprawdzają, kogo aresztowali, mają posłać listę na zewnątrz.

- Czym zapłacą? Żaden klawisz za darmo grypsu na wolność nie przeciągnie.

- Nie martw się, są jeszcze ludzie.

- Gdzie, tutaj?

Nie wiem dlaczego, ale czas bardzo szybko leciał. Zrobiło się jasno. Domyślałem się, że już ósma rano.

- Ma kto zegarek?

- Ja mam - powiedział stary - ale musiałbyś mi zedrzeć rękaw. Jest sztywny, bo mnie popchnęli i wpadłem w kałużę, i teraz jest zamarznięty. Zerwiesz?

- Jeśli nie ze skórką, to zerwę.

- Spróbuj.

Była ósma. Dobrego miałem nosa.

- Dobry masz zegarek, jeszcze chodzi.

- Ruski. Jeszcze się nigdy nie spóźniłem.

- A jak się nazywasz? - zapytałem.

- Zamknij się. I naucz się czegoś.

- Dobra, dobra.

- Jak odpowiesz na pytanie o nazwisko, to jest powód, żebyś odpowiadał na następne pytania. A tobie to po co?

- Dobra już, dobra. Nie chciałem.

- Będziesz miał dużo czasu, żeby ze mną rozmawiać, ale najpierw zobaczymy, ile wytrzymasz - powiedział.

Może i miał rację. Poprosiłem kolegę z lewej, żeby zrobił lukę, bo musiałem oddać mocz. Wszyscy odwrócili głowy. Ciekawe po co, przecież sami faceci. Fiuta nie widzieli? Po chwili moja dymiąca kałuża zamarzła. Koledzy uważali, żeby się nie pośliznąć. Od krzepnącej wody z kubka było mi w ustach gorzko, ale ciągle miałem siły, żeby odpowiadać na pieśniarskie zaczepki. Właśnie śpiewali kurdesza.

- Na pewno nas niedługo wypuszczą - usłyszałem z tyłu. Profesor obsunął się w dół, zasnął. Znów wyjąłem ręce z kieszeni i natarłem mu twarz, podciągnąłem do góry, oparł się o mnie. Staliśmy tak wczepieni w siebie. Teraz ja przysnąłem. Obudziłem się w tej samej pozycji, kiedy było zupełnie jasno. Spadł obfity śnieg. Stary miał na czapce okrągłą, grubą pokrywkę lodu, błyszczącą w słońcu. Ziąb cisnął jeszcze bardziej. Profesor spał. Próbowałem go obudzić, bo wpadło mi do głowy pytanie, co należy mówić, kiedy biorą na przesłuchanie i jak trzeba się bronić przed podpisywaniem deklaracji lojalności. Ale spał. Śnieg miał także na twarzy i na gołej ręce, którą oparł na mnie. Chciałem się poruszyć, żeby rozruszać kości, ale on był tak sztywny, że nie mogłem. Bokser, co mnie trykał w plecy, krzyknął na całe gardło, że w naszej okolicy jest jeden zmarły. Tłum zaczął ryczeć na jednym, bawolim tonie. Usłyszałem szczęk otwieranej bramy, a zza muru rozległo się wycie wielkiego silnika. Ale tłum ryczał jeszcze głośniej. Potem się uspokoiło.

Znalazłem innego gościa, w którego wtuliłem się tak, jak on we mnie. Obiecałem, że go nie opuszczę aż do śmierci.

 

Piotr Müldner-Nieckowski

 

Piotr Müldner-Nieckowski

CHORE DZIECKO

Nasz szef siedzi na górze i realizuje decyzje resortu zdrowia obliczone na umęczenie ludzi i wycieńczenie naszej służby, aby w czasie epidemii grypy nikt już nie mógł pracować. A spodziewaliśmy się najgorszego. Szef rozdzielał wzmocnione dyżury i wiedzieliśmy, że nie ma co się kłócić. Był pod tym względem uparty i nie znosił sprzeciwu, trzeba było wpisywać do kalendarza zmarnowane noce, niedziele i święta. Stan wojenny i koniec. Przyszła do szefa Stenia Andrzejewska z podaniem o wolny dzień na opiekę nad dzieckiem.

- Bardzo proszę pana kierownika o wolny dzień, bo kończy się rok, a ja jeszcze nie wykorzystałam wszystkich wolnych dni.

- A co dziecku? - zapytał szef.

- Chore.

- Na co jest chore pani dziecko - powtórzył pytanie dokładniej, co zabrzmiało niemal urzędowo.

- Na biegunkę - powiedziała i zacisnęła wargi, żeby nie myśleć o tym, o czym nie potrzeba.

- Cholera. Biegunka to objaw choroby, nie choroba. Na co choruje to dziecko, czy pani potrafi powiedzieć, pani doktor? - zapytał natarczywie i rozsunął górę papierów na biurku.

- Zatrucie pokarmowe.

- Trzy razy.

- To nie jest ani biegunka, ani tym bardziej zatrucie pokarmowe, pani doktor. Dlaczego pani kłamie?

- Ja nie wiem. Ja chcę mieć wolny dzień na opiekę nad dzieckiem. To mi przysługuje. Stała przed nim na baczność, ale przygarbiona i śmiertelnie blada.

- Wy mi się wszyscy wygłupiacie, oszukujecie mnie i oczekujecie przychylności dla nieuctwa. Proszę wyjść i nie zgłaszać się z podobnymi numerami.

Usiadła. Spuściła głowę, mamrotała przez chwilę, obciągając fartuch na kolanach, ale nie miała najmniejszego zamiaru wychodzić. Chorobliwy podbródek rozlał się na kołnierzyku, sapnęła przez zatkany nos.

- Już idę - powiedziała, udała, że się podnosi, opierając się łokciem o brzeg biurka, i bezsilnie opadła. Zagłębiła się w fotelu jeszcze bardziej.

Na chwilę weszła pielęgniarka i podsunęła szefowi recepty do podpisu. Andrzejewska zsunęła buty ze stóp i kopnęła je na środek gabinetu. Westchnęła z rozpaczliwą ulgą, mogłaby tu tak siedzieć do końca świata. Siostra poszła, kręcąc pośladkami, i głośno trzasnęła drzwiami, a ona znów zaczęła się podnosić.

Szef przerzucał jakąś książkę, robił notatki na marginesach.

- To jest podręcznik socjalizmu naukowego - powiedział. - Zapisuję wszystkie teksty, które są przeciwne naturze ludzkiej. To jest obowiązek każdego myślącego człowieka. Pani rozumie, co chcę powiedzieć. Na przykład brak konkurencji. Prosta sprawa. Jeżeli nie ma naturalnego współzawodnictwa, to nikomu się nie chce. Jeżeli coś jest własnością publiczną, to w rozumieniu pojedynczego obywatela jest własnością niczyją. Prawda?

Wzruszyła ramionami, co ją to mogło obchodzić. Przyszła po zgodę na wolny dzień, a to wiązało się ze zmianą grafiku wizyt i dyżurów.

- Za to mogą pana aresztować - powiedziała, nie podnosząc głowy. - Tego nie wolno robić.

- Aresztować, mówi pani? Za co?

- Za podważanie ustroju politycznego.

- Dla mnie liczy się ustrój człowieka. Organizm, nie mylić z orgazmem - zachichotał, urwał i znów się śmiał, milkł i parskał, a w przerwach między napadami mówił: - wie pani, czy się różni organizm onanisty od onanizmu organisty? Tym czym gwałt w samochodzie od samogwałtu w chodzie. I ja mam siedzieć?

Zachowała kamienną twarz.

- Pięć lat aresztu w oczekiwaniu na proces. A potem reszta kary. Ja to wiem.

- Co tam pani wie.

Szef wstał i zaczął chodzić po pokoju, przeskakując nad butami Andrzejewskiej. Przystanął przy oknie. Zima, brzydka zadeptana, miejska zima, nie było na czym oka zaczepić.

- A słyszała pani, żeby dotąd kogoś za coś takiego aresztowali? Może dopiero będą?

- Podaję te fakty za telewizją. Ja nie chcę kłamać, panie kierowniku, naprawdę.

- Wiem, oczywiście. Nie wiedziałem, że robię coś nagannego. Widzi pani? Tak trzeba postępować. Po co pani ten wolny dzień?

- Chciałam stanąć w kolejce po buty. To wszystko - mruknęła i schowała się całkiem w wielki podbródek. - Ale to już nieważne, jest stan wojenny i musimy pracować, to znaczy być na miejscu, a pacjenci i tak się nie zgłaszają. Przestali chorować z przestrachu.

- Wiem, oczywiście. Zrobi pani tak. Przyjedzie pani rano, jak zwykle, podpisze listę, a ja panią wyślę w bardzo ważnej sprawie na miasto i stanie pani po buty. Czy dziecko musi być zaraz chore?

Andrzejewska od razu się rozbudziła, wstała i zaczęła dziękować, macając nogami, gdzie leżą jej buciki.

- Pani ma tyle tych dzieł Lenina, niech mi pani przyniesie ze dwa tomy, to przepracuję je w dwa dni i oddam. Muszę wiedzieć, co się za tym wszystkim kryje. Dobra?

- No...

- Ma pani, czy nie?

- Ależ proszę bardzo, bardzo proszę.

- To niech pani przyniesie.

Następnego dnia rano przygotowała paczkę dla męża i zaniosła do kościoła, w którym organizowano wysyłkę dla internowanych. Zgodnie z doręczonym jej przez milicję wezwaniem poszła na komendę i poddała się przesłuchaniom, a kiedy ją zapytano o szefa, pokazała dwa tomy dzieł Lenina, które miała pod pachą.

Oficer stanął przy oknie i przez dłuższą chwilę badał widok ulicy. Nie było na czym oka zaczepić. Zwykła, zadeptana przez piesze tłumy zima.

- Pani mi wciska kit, czy mówi poważnie? - zapytał oficer. - Pani lekarz, ale chyba - zawiesił głos - psychiatra?

- Nie.

- Słyszałem, że żeby zostać psychiatrą, to trzeba mieć - podniósł głos - naprawdę nie po kolei. To prawda?

- Nie wiem. Po prostu mam te książki.

Zaśmiał się. Rozluźnił granatowy krawat. Zsunął okulary na czubek nosa i spojrzał maleńkimi, świdrującymi oczkami tak, że zobaczyła czerwone białkówki.

- A ja nie mam. I żyję.

Usiadł.

- Niech pani siada - powiedział i mimo że Andrzejewska nawet nie drgnęła, ciągnął dalej - niech pani mi powie, tak już poza naszą rozmową, prywatnie. Gdzie pani to nabyła?

- To mąż. Kupił w księgarni. Mój mąż...

- Mąż? Pani żartuje.

- Nie. Mąż studiował te dzieła bardzo uważnie.

- Ba! - mruknął bez sensu, bo w gruncie rzeczy tylko się zdziwił. - Mnie to w ogóle niepotrzebne.

- A dla kogo to było pisane?

Zrozumiał, że musi skręcić rozmowę na inne tory. Jeszcze krok i urodzi się dyskusja na temat kompetencji urzędników świętej inkwizycji.

- Pani wie, że jutro się zamelduje u mnie o ósmej?

- Ja pracuję.

- Nie szkodzi. Powie pani w pracy coś wymijającego...

- Nie mogę. Nie uwierzą. Proszę ich zawiadomić oficjalnie albo dać mi papier.

- Jeszcze czego! Powie pani, że dziecko chore.

- Jestem przesądna.

- Jakoś się pani wykpi.

- Pana interes na mój koszt. Nie mogę. Tu chodzi o pacjentów.

- Chyba pani zależy?

- Na czym?

- To już wie tylko pani - nacisnął guzik i w drzwiach momentalnie stanął żołnierz w polowym mundurze. - Wyprowadzić - powiedział oficer - i dać zgodę na odwiedziny u męża. A pani będzie jutro o ósmej. Porozmawiamy o tych dziełach.

Było jeszcze wcześnie, ledwie południe. Mróz tak silny, że chwila stania na przystanku zdawała się katorgą dla marznących stóp w letnich butach. Andrzejewska nie miała w domu nic do roboty, więc pojechała do przychodni i poszła prosto do szefa. Usiadła przed nim w fotelu tak jak wczoraj. Czekała aż się odezwie pierwszy. Jej przeciągłe milczenie wystarczyło za długą opowieść.

I stało się tak, jak oczekiwała. Nie wytrzymał napięcia. Podniósł wzrok znad papierów.

- Wiem - powiedział tak, jakby odpowiadał na wiszące w powietrzu, oczywiste pytanie - ale to była dobra rada.

- Jest pan dobrze poinformowany.

- Nie. Miałem odwiedziny. Wiem niewiele.

- To nie była dobra rada. Powinnam była być bezbarwna, głupia i nieciekawa. Jedyne co zachowałam z tych rzeczy, to zaniedbany wygląd.

- Co się stało?

- Powiem krótko. Będę namawiana do współpracy.

- Hm. No, wie pani, to pani wybór.

- Niczego nie wybrałam! Co pan sugeruje?

Doktor sięgnął po telefon tak, jakby go ta rozmowa mało obchodziła, ale przecież oboje wiedzieli, że linie telefoniczne od dwóch tygodni są wyłączone. Zasłonił mikrofon dłonią i tak trzymając słuchawkę, mruknął niby na pożegnanie:

- Proszę pani. Wszyscy jesteśmy podejrzani.

Kiedy wyszła na korytarz i znalazła się wśród skłębionych pacjentów czekających na wezwanie do kierownika, zatrzymała się i, zmrużywszy oczy, długo stała, potrącana przez niecierpliwych ludzi.

- Pani przejdzie na bok - wrzasnął wreszcie jeden z tłumu i popchnął Andrzejewską w kierunku schodów, aż się niebezpiecznie zachwiała - ruch pani tamuje, kurde! Kolejka jest!

Wtedy nie wytrzymał jeden z nas. Można się przyglądać, można udawać miesiącami, że się nic nie widzi, ale Andrzejewska, mimo że nigdy nie była specjalnie dobrą koleżanką i w życiu nie zrobiła nikomu kawy ot, tak sobie, z dobrego serca, nie jest pomiotłem, które można spychać na schody. Jeden z nas, a mianowicie chirurg Waligórski, wypadł na korytarz ze skalpelem w lewej ręce, bo właśnie rozcinał pudła z darami, które do nas przyszły z Finlandii, i z białym fartuchem w drugiej, i tylko spojrzał. A mało kto wie, co znaczy wzrok tego faceta. Naprawdę zrobiło się cicho.

Podbiegł do Stenki, zarzucił jej fartuch na ramiona i oznajmił basem:

- Teraz nikt cię nie pomyli z byle kim.

Naprawdę, zrobiło się jeszcze ciszej.

 

Piotr Müldner-Nieckowski

 

Wojciech Stańczak

Z P A M I Ę T N I K A S E T N I K A

jakie miał serce Jezus Nazarejczyk?

bo żeby tak upadał pod belkami stolarz...

na szczęście Cyrenajczyk Szymon wracał z pola

i dał się zaprząc w jarzmo Króla się zamęczy

lecz po co rzymski regulamin łamać

prawo tych podatników do igrzyska z krzyżem?

nim połamiemy łotrom nogi krzywe

na górze się rozegra zapisany dramat

 

setnik com nie był godzien się zasępiam setnie: ,,winy mistrza dwunastu nie ma na tablicach naszych dwunastu W legion bym zapraszał

 

taki intendent! wino z wody letnie

ale wyborne Jeszcze tajemnica

mnożenia jadła On za Barabasza?!?"

 

19 listopada 2005 r.
Wojciech Stańczak

 


Tomasz Rybak

THE GLOBE

Ktoś zapukał do drzwi mojej garderoby.

- Wejść - powiedziałem.

- I jak moja wersja "Hamleta" się podobała?

- Niecodzienna.

- To świetnie.

- Kiedy powierzyłem ci reżyserię, nie spodziewałem się aż takich efektów.

- Jak ja lubię komplementy.

- Chyba nie rozumiesz. William ma pewne uwagi.

- Uwagi?? - nie mogłem ukryć bezgranicznego zdziwienia. - Czyżby coś mu się nie podobało??

- Wszystko. Po przedstawieniu wymiotował dwie godziny.

- Może przesadził z alkoholem?

- Bynajmniej. Wiesz jaki on jest wrażliwy na swoje teksty.

- Przecież widownia darła się w niebogłosy.

- Żądali twojej głowy.

- No tak, żebym był bliżej nich.

- Wszyscy zażądali zwrotu za bilety. Zrujnowałeś nas.

- Ale co było nie tak?!

- Nie trzymałeś się oryginału. Co to za pomysł, żeby Hamlet zgwałcił Ofelię a potem Poloniusza?

- Też jestem artystą i mam prawo nieco zmienić treść, aby była bardziej efektowna i przystawała do naszych realiów.

- Nieco?! "Być albo łodyga? To wielkie pytanie. Znosić jajka zawistnego losu, czy też postawiwszy piwo marynarzowi rzucić się pod karocę?" Co ci do łba strzeliło?!

- Chciałem wnieść świeży powiew. Odczytać "Hamleta" na nowo.

- Albo dlaczego Hamlet na końcu żeni się z czaszką Yorricka, a ślubu udziela im trzymetrowy kanister z benzyną?

- Żeby było śmieszniej! W końcu "Hamlet" to świetna komedia. Po moich poprawkach oczywiście.

- Ale to miała być tragedia!

- Że niby co?!

- Tragedia! A nie śmichy-chichy! William ma poważne aspiracje. Wie, że to, co jest śmieszne, wkrótce takie być przestanie. Sztuki Sofoklesa zawsze będą smutne, a komedie Arystofanesa dawno przestały śmieszyć.

- W mojej reżyserii byłyby zabawne.

- Nie, byłyby żałosne! Niczego więcej nie wyreżyserujesz!

- Ale ja mam pomysł! Niemy teatr!

- Co?!

- To będzie przebój. Głównym bohaterem będzie żebrak ze śmiesznym nakryciem głowy i laską w ręku. Będzie śmiesznie chodził, rzucał tortem w inne postaci, przewracał się na skórce od banana...

- Nic z tego!

- Dajcie mi szansę!

- Posłuchaj mnie. William był naprawdę niezadowolony.

- Naprawdę?

- W zasadzie zażądał, by ścięto ci głowę tępym mieczem. Inaczej sam odejdzie. A wówczas nasz teatr nie za dobrze by prosperował.

- Zażądał mojej głowy?!

- Oczywiście byłem przeciw.

- Dzięki Bogu!

- Moim zdaniem należy cię utopić w studni.

- Że co?! A nie możecie mnie po prostu zwolnić?

- To byłoby za mało widowiskowe.

- Może jednak dojdziemy do kompromisu? Obetniecie mi paznokcie i utopicie nogi w misce z gorącą wodą?

- Nic z tego.

- Ach tak?! W takim razie - wyjąłem grzebień i przystawiłem do swojej głowy. - Ani kroku dalej, albo go użyję! Nie dam wam satysfakcji!

- Co ty robisz?! Zwariowałeś?!

- Grzebień jest nabity i tylko czeka bym pociągnął za cyngiel! - dla podkreślenia wagi swoich słów, przyczesałem grzywkę.

- Spokojnie, spokojnie, dogadajmy się...

Negocjacje trwały krótko. Doszliśmy do porozumienia. Dopiąłem swego. Co prawda obcięli mi rękę i utopili w beczce... ale posady formalnie nie straciłem!

 

Tomasz Rybak
rybak-tomasz@o2.pl

 

Alicja Korek

ETIUDA O NARZECZONEJ

Byłam narzeczoną. I to w sumie tyle. Pamiętam tylko, że oświadczył mi się w szklance wody. Miałam usta pełne glonów i z ledwością udało mi się powiedzieć "tak".

Potem kazał mi kupić mięso na mielone. Zjadł, spakował się i wyjechał na kilka dni do Holandii odpocząć od roli narzeczonego. Przywiózł mi w prezencie stary dewniany wiatrak. Czasami się w nim zamykałam i cicho płakałam, żeby nikt nie usłyszał. Potem odkryłam, że wiatrak potrafi latać i zapragnęłam odfrunąć jak najdalej od niego, najlepiej tam, gdzie rośnie cynamon. Nie wiedziałam jednak, że wiatrak był zdalnie sterowany. Za próbę ucieczki musiałam usmażyć trzysta mielonych. I przekopać ogródek.

 

Mieliśmy sad z drzewami orzechowca. Często wchodziłam do łupinek orzechów i siedziałam tam aż do zmierzchu. Nigdy nie znalazł mojej kryjówki.

Raz próbowałam go pokochać. Napisałam wiersz o smukłości jego stóp. Zawył jak wściekły i odciął mi lewą rękę.

 

Nosił dożywotnio protezy.

 

Na rogu ulicy był taki mały sklepik, w którym można było kupić Sny. Jak udało mi się sprzedac worek orzechów, zaraz tam biegłam i ustawiałam się w kolejce. Czasami trzeba było czekać cały dzień. Tylko że pod koniec dnia zostawały już tylko te gorsze sny. Sniło mi się raz, że zalewa mnie czarna lawa...

 

Do tej pory mam resztki lawy na rzęsach.

 

Najgorsza jest powracająca myśl o macierzyństwie. Marzyłam, aby mój brzuch zamienił się w balonik. Ale on się bał się, że urodzę mu kota. Czarownicą przecież nie jestem, a skądże. Bo gdybym nią była, zmieniłaby go w pajacyka. Takiego małego Pierrot...

Mam psa. Przybłęda. Jest z piernika. Kiedyś nie mogłam się powstrzymać i odgryzłam mu ogon. Chyba ma mi to za złe, bo dziwnie się na mnie patrzy i nie chce już ze mną spać.

 

Na urodziny dostałam nową rękę. Na szczęście, bo tydzień później odciął mi drugą za niedosmażone kotlety.

 

Kiedy wstałam rano i ujrzałam rozciągającą się tęczę nad sadem - nie mogłam się powstrzymać. Zabrałam psa z piernika i pobiegłam w jej kierunku, a ona...tak po prostu...wchłonęła nas.

 

Dobrze jest być jednym z kolorów tęczy. Pojawiać się w zroszonych deszczem płatkach słoneczników na prowansalskich polach, w męskich kapeluszach, w oczach wszechświata. W snach Moich, w snach Twoich, w łupinkach orzecha, w łódkach zrobionych z papieru, w kaloszach, w sklepieniach kościołów.

 

Czasami tylko ta odcięta ręka krwawi. Wtedy całe niebo robi się czerwone, a ludzie, myśląc że mróz idzie, zamykają okiennice i dokładają drewna do kominka, aby w nocy nie zamarzły im serca.

 

Alicja Korek





Magdalena Mucha

WTAPIANIE W PRZESTRZEŃ

Od dziecka zazdrościłam Ślązakom, Mazowszanom, Kaszubom i góralom, że mają własną tradycję, śliczne stroje, własną gwarę. Pamiętam, że zawsze zamęczałam rodziców, aby starali się odtworzyć z pamięci jakieś resztki opowieści ich rodziców a moich dziadków, jakieś baśnie, legendy, tradycje rodzinne. Oczywiście nie mam na myśli pustego miejsca przy stole podczas Wigilii. W ten sposób odtworzyliśmy z bratem przedstawienie jasełkowe, uszyliśmy dla siebie i przyjaciół (przy wielkiej pomocy rodziców) stroje i jako kolędnicy dawaliśmy owo przedstawienie przez trzy dni każdego roku. Do dziś przychodzą do moich rodziców kolejne pokolenia dzieci pytając o kwestie i prosząc o pomoc. Z resztek wspomnień rodziców stworzyliśmy własną tradycję. Miałam to szczęście, bądź nieszczęście, że mieszkałam wśród ludzi przybyłych z dalekiego Kazachstanu, Ukrainy, Anglii, Holandii, Niemiec, północnej Polski, Polski południowej - jednym słowem - mieszanina kultur, tradycji i języków.

 

Najpierw z rodzicami, później z bratem poznawaliśmy okolice bliższe i dalsze naszego domu i byliśmy dumni, że nie każdy może spełnić marzenia i tam zamieszkać. Wzrastałam w wielkim poczuciu dumy i pewności, że oto mieszkam w najpiękniejszym skrawku ziemi. Brakowało mi jednak korzeni. Rozpaczliwie zaczęłam odtwarzać historię. I znowu okazało się, że jestem szczęściarą. Dom moich rodziców położony tuż przy szlaku turystycznym był zawsze otwarty dla zbłąkanych wędrowców. Wśród nich znaleźli się pasjonaci, którzy podobnie jak ja, starali się wgryźć w historię, odtworzyć legendy. W ten sposób, z urywków tego, co każdy zebrał, udało mi się spiąć w całość historię i legendy mojej małej ojczyzny, aż w końcu odnalazłam szerokie opracowanie wciąż będące maszynopisem i czekające na swoje wydanie.

Po prostu lubię wiedzieć, gdzie mieszkam, dlatego za każdym razem w każdym nowym miejscu "mieszkanie" rozpoczynam od wizyty w bibliotece i spacerach po okolicy, rozmowach z ludźmi. Smutne jest to, że w każdym miejscu, w którym mieszkałam są i tacy ludzie, którzy przez całe swoje życie nie interesowali się ani tym, co jest za ich płotem, ani tym bardziej historią. W tym momencie nie sposób nie wspomnieć mojej sąsiadki, która po dziesięciu latach mieszkania w okolicach Polanicy-
-Zdroju i po wysłuchaniu moich opowieści (miałam lat dziewięć) postanowiła zobaczyć, co kryje las za jej domem. Po dziesięciu minutach las płonął w najlepsze, a ona nie wiedziała, którędy do domu. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, ale ja do dzisiaj mam wyrzuty sumienia, że rozbudziłam w niej za gorącą ciekawość świata.

 

Gdzie ta Świtezianka?

Jadąc do Łobza nie miałam żadnego wyobrażenia o tym, jak tutaj jest. Strona internetowa niewiele mi mówiła. Wyobrażałam sobie okolice płaskie jak stół, sosnowe lasy i piach. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam wzgórza pokryte i sosnowymi, i dębowymi lasami. Do dziś moim ulubionym miejscem spacerów jest las za ul. Węgorzyńską, w którym to po raz pierwszy spośród krzewów wyłoniło się niespodzianie dla mnie oczko wodne. Był poranek, znad stawu unosiła się mgiełka, a na tafli wesoło tańczyły pierwsze promienie słońca, niczym harcowniki wprost z jakieś baśni. Tuż przede mną obok ścieżki głowę podniosła sarenka. Przez chwilę patrzyła na mnie z lekkim zdziwieniem, a potem niespiesznie odskoczyła w pobliskie zarośla. Wiedziałam, że nie odeszła daleko. Świadczył o tym chrzęst runa. Podeszłam bliżej oczka i wówczas kolejne zaskoczenie. Pod stopami ziemia uginała się lekko a zaskrońce spokojnie odchodziły w sobie tylko znane kryjówki. Do pełni obrazu brakowało mi tylko jakieś lokalnej nimfy wodnej. Stałam tak w irracjonalnym oczekiwaniu na pojawienie się baśniowej postaci, nim zdałam sobie sprawę, że one umarły wraz z romantyzmem. A może nie? Może kryją się jeszcze gdzieś pod taflą wody, czekając na swego myśliwego?

Dla mnie "górala niskopiennego", pochodzącego z pustyni wszelkich oczek i stawów leśnych, takie zjawisko wydało mi się wręcz nieziemskie. Magiczność tego miejsca na zawsze pozostanie we mnie.

Specyficzność

Specyficzne dla zachodniej Polski jest to, że wszyscy swoje okolice nazywają specyficzne, bo to "zbiór repatriantów z różnych stron". Tak samo było i z Łobzem.

O specyficzności miejsca ze względu na mieszankę kulturową dziś trudno mówić. Brak wspólnoty danego terenu z tego względu można było tłumaczyć 50 lat temu, gdy rzeczywiście ludzie skupili się na małej płaszczyźnie wnosząc ze sobą własne naleciałości kulturowe. Nie dzisiaj jednak, gdy na tej ziemi wzrasta kolejne pokolenie. Przecież nie inna sytuacja była na całym zachodnim pasie Polski, a jednak nie można powiedzieć, że nie działają tam prężnie ośrodki kultury, nie zawiązują się stowarzyszenia na rzecz miłości do swojej małej ojczyzny. Tym bardziej teraz, gdy powstaje strategiczny dokument rządowy, mający wskazać zasadnicze kierunki polityki regionalnej Rządu wobec Polski Zachodniej. To przecież najlepszy czas na wykorzystanie szans rozwoju, jakie przed zachodnimi województwami otwiera nowy okres programowania 2007-2013 i fundusze unijne.

 

Najwyższy więc już czas skończyć z zasłanianiem się specyficznością miejsca jako przyczyną braku działań, a wykorzystać je do działań prężnych. I nieprawdą jest, że Łobez i okolice nie mają się czym chwalić. Jest takie miejsce w Polsce, gdzie nie działają telefony komórkowe, nie dociera polska telewizja, a ludzie potrafili te zdawałoby się mankamenty, wykorzystać na swoją korzyść i zapraszać na "koniec świata", jak sami określają swoją miejscowość. Zapewniam, że turystów im nie brakuje, podobnie jak sympozjów naukowych, a o miejsca noclegowe trudno, choć na każdym kroku znajdują się schroniska (przerobione ze starych chałup), agroturystyka czy zwykłe pokoje gościnne. W zamian tubylcy (domów może dziesięć) mają do zaoferowania góry, sklepik w którym można kupić piwo i czasami lizaki. Nic więcej, przepraszam, jeszcze wiecznie lodowaty górski strumień oraz bardzo specyficzny folklor, który ujawnia się tylko osobom ignorującym znaki drogowe. Otóż na jednym z drzew znajduje się przyczepiony stary znak drogowy STOP. Na nim znajduje się napis "Uwaga! Przejścia łonkom nie ma" (pisownia oryginalna) a pod spodem nieudolnie wymalowany hak. "Łonka" owa, to nic innego jak zwykły ugór porośnięty już częściowo krzewami, na którym od czasu i do czasu pasą się owce właściciela, luzem chodzące kozy z któregoś gospodarstwa agroturystycznego, bądź sarny i jelenie. Spacerując tamtędy udaliśmy się drogą okrążającą ów skrawek zieleni, szanując wolę właściciela łąki. Ludzie idący za nami jednak zignorowali prośbę. Po chwili z jednej z chałup wybiegł gospodarz i zaczął strzelać z dubeltówki. Do dziś nie wiem, czy to wpisana w promocję część programu z cyklu "przeżycia ekstremalne", czy po prostu zwyczajowe traktowanie intruzów. Jakkolwiek by nie było, mocne wrażenia pozostają w pamięci na dłużej, z czasem tworząc silną chęć powrotu. Nie zalecam oczywiście korzystania z tego pomysłu.

 

Śladem historii

Nie zliczę ile godzin przesiedziałam w miejskiej bibliotece w Łobzie, by wyczytać z kart historię miasta i okolic. Dla ludzi, którzy urodzili się tutaj może to wydać się dziwne, ale dla mnie poznawanie historii jest zakorzenianiem się w danym miejscu. Przeraziła mnie pustka informacji. Dotychczas bowiem spotykałam się z pełnymi opracowaniami książkowymi współfinansowanymi przez gminy, wydanymi współcześnie na temat różnych miejscowości czy to przez naukowców, czy też stowarzyszenia przyjaciół miast. Bardzo często też informacje historyczne, turystyczne oraz portrety ludzi nietuzinkowych ukazywane są na łamach lokalnych czasopism. Tutaj informacje dość ogólnikowe a wydania stare, w czasopismach jedynie informacje bieżące (oczywiście bardzo potrzebne), nastawione jednak często dość krytycznie i tylko krytycznie. Zwrócono mi uwagę, że jest takie pismo jak "Łabuź" i w nim znajdę informacje, których potrzebuję. Zanim jednak sięgnęłam po wydanie papierowe okazjonalnika, wrzucałam w wyszukiwarkę internetową słowa kluczowe na tematy mnie interesujące. Niemal zawsze jednak wyniki przeszukiwania stron internetowych były takie same: informacje których potrzebowałam były zawarte właśnie w tym piśmie. Tak oto przez czas mojego mieszkania tutaj przerobiłam niemal wszystkie wydania "Łabuzia" w wersji internetowej. Interesowała mnie przede wszystkim historia i legendy. One bowiem jako pierwsze pozwalają poczuć ziemię i wczuć się w klimat. Lubię spacerując po okolicy mieć odniesienia do zdarzeń. Historię przekazaną czy to w formie opracowań, czy też w formie wspomnień byłych mieszkańców oraz mieszkańców obecnych (wszak wszystko, co minęło, jest już historią) znalazłam w "Łabuziu", legendy - w zbiorze legend województwa zachodniopomorskiego autorstwa W. Łysiaka (legend z samego Łobza nie ma). Oczywiście nie były to jedyne źródła informacji o tym terenie, ale dla mnie najistotniejsze. Dookreślały i dookreślają informacje zawarte w opracowaniach historycznych. W ten sposób udało mi się znaleźć odpowiedzi na wiele intrygujących mnie wątpliwości. Wiele pytań nadal pozostaje bez odpowiedzi, ale i na nie przyjdzie czas.

 

Czego szukam? Prócz chęci zakorzenienia się chyba jeszcze odpowiedzi na pytanie, czymże jest specyficzność tego miejsca, podkreślana mi na każdym kroku. Jednak z całym szacunkiem dla rodowitych łobeziaków - wciąż odnoszę wrażenie, że specyficzność ta jest jedynie zasłoną dymną i nikłym wytłumaczeniem tego, co się tutaj dzieje, a raczej nie dzieje. Bo na tej podstawie cały zachodni pas Polski mógłby równie dobrze nic nie robić. Z tym że pod pojęciem `nic' kryje się brak działań zmierzających do scalenia w jeden organizm społeczności lokalnej. Pod tym względem jest tutaj próżnia, a próżnia wysysa wszelką chęć działania i tworzenia.

 

Wspólnota

Brakuje tego swoistego klimatu, który mają inne miejscowości, wspólnych działań mieszkańców na rzecz własnej miejscowości. Tak wyśmiewana praca społeczna ma nowe zastosowanie w innych regionach. Czy byłoby tu do pomyślenia, aby burmistrz przekazał materiały budowlane dla mieszkańców, a ci we własnym zakresie, własnym sumptem odnowili kościół, wybudowali chodniki, wyczyścili koryto rzeki, czy strumienia? Nie. Tutaj leżą materiały budowlane a ludzie płaczą, że nic się z nimi nie robi, a oni czekają. Tutaj sąsiedzi starają się mi wmówić, że rolą "miasta" jest dbanie o ich ogródek przydomowy i to "miasto" powinno zakupić im kwiaty i krzewy, skoro budynek jest "gminny". Przyznam się, że trafia mnie w takich sytuacjach (wychowanie jednak zakazuje mi dopowiedzenia, co mnie trafia). A proszę mi wierzyć, mieszkańcy Starego Wielisławia, wioski położonej pomiędzy Kłodzkiem a Polanicą-Zdrojem, mając tylko materiały budowlane odrestaurowali kościół, krużganki, położyli chodniki, wybudowali parking, wyczyścili rzekę - zapewne zrobili jeszcze wiele innych rzeczy, o których nie mam pojęcia. Mieszkańcy innej wioski wyczyścili stary park z chaszczy, postawili w nim muszlę koncertową, wybetonowali kawałek miejsca, by było gdzie potańczyć, postawili ławeczki i sami dbają o czystość. Gdybym miała przytaczać wszystkie miejscowości, w których mieszkańcy zadbali o swoje podwórko (bo tak trzeba to nazywać), zabrakłoby mi miejsca. Czy do pomyślenia by było, aby tutaj mieszkańcy wspólnie się zebrali i wyczyścili park, rzekę, zrobili cokolwiek dla siebie? Bo przecież nie dla Świdwina, Szczecina, Koszalina czy Drawska.

 

Ale jest tam jeszcze coś, o czym nie wspomniałam. Lokalne gazety nie są nastawione na krytykę. Nie piszę o wazeliniarstwie i pochlebstwach. Jeśli coś jest źle zorganizowane, nie zostawia się suchej nitki na nikim, ale jeśli jest inicjatywa godna podkreślenia, to takie działania są na pierwszych stronach gazet. W każdym wydaniu każdej gazety (w samej Kotlinie Kłodzkiej jest ich bodajże dziewięć) jest mowa o wybijających się ludziach, hobbystach, o osobach działających na rzecz swojej wioski, czy miasta. Nikt też nie czeka, aż ośrodek kultury im coś zorganizuje.

 

To ludzie, widząc w jaki sposób działają ościenne ośrodki kultury, wymuszają na swoich działania albo choćby dofinansowania na zorganizowanie ogniska dla dzieci, zabaw, kuligów, choć nie - kuligi organizuje się milusińskim we własnym zakresie. Chodzi mi o to, że osoby, które chcą coś zrobić dla siebie i najbliższych (bo przecie nie dla burmistrza, prezydenta, czy kraju), mają wsparcie zarówno w mediach, ośrodkach kultury, jak i władzach lokalnych.

To wymuszanie ma i inną stronę. Zaistniała konkurencja pomiędzy ośrodkami kultury, rywalizującymi pomiędzy sobą o miano najprężniej działającego (aż do niecnych praktyk "podkradania" czy "podkupywania" pomysłodawców imprez medialnych, albo interesujących działań - przez inne ośrodki).

 

Trąby i próżnia

Ogromnym zaskoczeniem więc było dla mnie funkcjonowanie Łobeskiego Domu Kultury. Wszelkie działania skierowane są przede wszystkim na dzieci i młodzież, a gdzie miejsce dla dorosłych? Gdzie imprezy plenerowe, gdzie zabawy? Zrozumieć też nie mogłam, dlaczego ośrodkami wiejskimi nie kieruje ośrodek miejski - brak zsynchronizowanych działań, działań które przecież integrują środowisko, pozwalają ludziom na czas jakiś zapomnieć o smutnej rzeczywistości. Dotychczas spotykałam się z bardzo żywym funkcjonowaniem ośrodków, w których dzieci i młodzież mogły się realizować zarówno w zajęciach muzycznych, plastycznych, klubach poetyckich, fotograficznych, dziennikarskich, kołach teatralnych i jakich kto tylko sobie nie wymarzy. Dorośli tworzą kluby dyskusyjne, teatry, pantomimy, wieczorki poetyckie, a także wszelkiego rodzaju konkursy: jedne poważne, inne zdecydowanie odbiegające od powagi typu: kto zje najwięcej jajecznicy, postnego chleba itp.... Tutaj trąby... Trąby nie zintegrują, nie zawiążą wspólnoty, która później będzie chciała coś zrobić we własnym zakresie...

 

Długi weekend to czas majówek. Przy porównaniu propozycji łobeskiego ośrodka kultury z innymi, ten pierwszy wypada tragicznie. Do kogo skierowana jest propozycja? Nie wiem. Festyn na starym boisku w jednym dniu, w drugim - występ chóru i orkiestry dętej. Żadnych gier, zabaw, przedstawień z udziałem publiczności, konkursów, kwizów - nic. Widać, że pracownicy ośrodka kultury nie mają żadnych koncepcji i żadnych pomysłów, a jeśli mają, to działają po najmniejszej linii oporu. Dlatego łobeziacy z pewnością poszukają na własną rękę jakiegoś sposobu spędzenia wolnego czasu. Najprawdopodobniej we własnych ogrodach, bądź nad którymś z jezior.

Jakich zmian zresztą można oczekiwać po dyrektorze, który na propozycję widowiskowej imprezy, w której jedynym kosztem, jaki by poniósł, to udostępnienie jedynie sprzętu nagłaśniającego i ewentualnie użyczenie własnego głosu do prowadzenia konkursu (i to niekoniecznie), odpowiada: "a kto po tym posprząta, chyba nie dzieci? Nie możemy eksploatować dzieci". Dyrektor widocznie nic do tej pory nie słyszał o służbach porządkowych. Niczego też nowego nie można oczekiwać po pracownikach, bo jak sam dyrektor oświadczył, są to ludzie, którzy wcześniej byli wychowankami tegoż domu, by po ukończeniu studiów wrócić do niego na staż. Jakich działań można oczekiwać po świetlicach wiejskich, w których zatrudnieni są wprawdzie społecznicy, ale nie mający narzędzi do pracy, bo ośrodek kultury w Łobzie nie ma dla nich pieniędzy nawet na gry planszowe? Tę sytuacje patową po trosze stara się rozwiązać niedawno powstałe Łobeskie Centrum Turystyki, ale przecież, nie po to istnieje, by organizować plenery malarskie i wystawy. Nie po to działa w Łobzie ośrodek kultury, by organizować w nim zamiast imprez promujących powiat - kiermasze. Łobeziacy nie wierzą, że w tym mieście zmieni się cokolwiek, póki Domem Kultury zarządzać będzie dotychczasowa kadra. Kadra, która nie potrafi, bądź nie chce wykorzystać legend i historii miasta do promocji. Przychodzi mi teraz na myśl miasto zwane do II wojny światowej Frankensteinem. Nazwa ta kojarzy się z postacią potwora stworzoną przez Marię Shelley w 1818 r. w powieści "Frankenstein, czyli nowoczesny Prometeusz" oraz filmami grozy, które powstały na kanwie tej książki. Dziś miejscowość położona na Dolnym Śląsku nazywa się Ząbkowice Śląskie. Fantastycznie wykorzystało przedwojenną nazwę, potwora, połączyło siły z Drakulą, wiążąc się partnersko z Rumunią. Ale nie tylko. Podczas majówki publiczność będzie uczestniczyć w przedstawieniu "Legenda o płochej Kunegundzie i czterech mężnych rycerzach". Czyż Łobez nie ma swojej Sydonii? Miał, póki za organizacje nie wzięli się niekompetentni ludzie, odsuwając pomysłodawcę w cień. Łobez ma też swojego rycerza - Maćka Borko. Przebogata postać, którą można doskonale wykorzystać do promocji. Ale czy dyrektor choć o nim słyszał? Kolejną imprezą, którą raczy ząbkowiczan ich ośrodek kultury jest "Śladami przeszłości - Husyci pod Frankensteinem" - czyli zbiór różnych scenek rodzajowych, oczywiście z udziałem publiczności. A czy Łobez, to miasto zawsze omijane z daleka przez różne wojska? Czyż nie było tu bitew, zatargów? Były i to o większej wadze i znaczeniu niż husyci pod Ząbkowicami. Czyż Maćko nie porwał księcia geldryjskiego? Już Sienkiewicz o tym słyszał i wykorzystał, a działacze kultury w Łobzie - nie. Przytoczone przeze mnie miasto oferuje ponadto jeszcze mnóstwo innych imprez, ale gdyby Łobeski Dom Kultury zorganizował choć 10% z tego, już można by było mówić o sukcesie.

W tym kontekście "Łabuź" jest dla mnie wielce miłym zaskoczeniem, bo jest równocześnie dowodem na to, że działania podejmowane pod jego szyldem są konieczne i jest zapotrzebowanie na nie.

 

Najpiękniejsze miejsce na ziemi

Zaskakuje mnie, że ludzie bardzo często się dziwią, dlaczego zachwycam się urokami tej ziemi. Bo jakże tak? Pochodzę z jednego z najpiękniejszych zakątków Polski a zachwycam się ziemią łobeską? Chyba ze mną coś nie tak. Zapewniam, że w wszystko w porządku. Zapewniam również, że wiele osób mieszkających w górach, dziwi się zachwytom turystów nad pięknem okolic, bo przecież "nic nie widać, bo góry widok zasłaniają", a do tego tylko kamienie, lasy i twarda nieurodzajna glina.

 

Wystarczy tylko pokochać swoją małą ojczyznę i ujrzeć w niej piękno, którego pozazdrościć mogą mieszkańcy innych terenów. Na szczęście świat ułożony jest tak, że wszyscy wszystkiego nie mogą mieć. W górach buduje się sztuczne zbiorniki wodne, by przyciągnąć turystów - tutaj już są, wystarczy je wykorzystać. Nie brakuje też wzgórz, strumieni, rzeki, lasów i dzikich zakątków. Brakuje jedynie wyobraźni i miłości.

Spyta ktoś, czy nadal uważam miejsce swojego urodzenia za najpiękniejsze? Tak, to moja ojczyzna-pępowizna dookreślona wspomnieniami i wiedzą (już sobie przyswoiłam to "łabuziowe" określenie). Poza tym, choć bywałam w różnych częściach Polski i Europy twierdzę, że nie ma najpiękniejszych miejsc. Są miejsca inne, bo każde ma do zaoferowania coś nietypowego, i ta inność jest największym pięknem, a co najważniejsze - klimat to nie aura, klimat to ludzie.

 

Magdalena Mucha

 

Igor von Navalony

***

Polonia Delenda Est

(O duże Bo)

 

Wodzimy się za łby,

plujemy ogniem miłości,

życzliwości zupełnej. - Jakie

z nas smoki, gdy

gramatyka spoziera na nas

ze złością, westchnienia

wsączają się w glebę

 

 

Tupiąc o miedzę?

 

Calancorum, 13 września 2006
Igor von Navalony

 

Gosia Dębska

* * *

Zimą wyjechała. Kilkaset kilometrów stąd. Cóż mogłam liczyć? Minuty, godziny, dni. Czas upływający, zabierający, oddalający ją ode mnie. Pieprzona karierowiczka. Mówiła, że się spełnia, że goni za marzeniami. Nieczęsto zwracała na mnie uwagę. Prawie wcale. Czasem tylko, zdawało mi się, że wówczas krzyczy, mówiła coś o zdradzie, co bzdurą okazało się totalną, ale na wyjaśnienie czego było już za późno.

Pisała czasem. Sms-y. Zazwyczaj pełne wyrzutów. Sporadyczne telefony wołające "odwal się", skuteczne na tyle, że po kilkudniowym milczeniu oko dziwiło się na widok "jakoś tak dziwnie, gdy milczysz". Więc byłam, dzielnie znosząc jej widzimisię. Swoją drogą ciekawe, kiedy mi się odwidzi.

 

Tydzień później. Nie odwidziało mi się. Dzielnie trwam. Ona przyjeżdża. Zapewniając mnie, że będzie zajęta. Mówi coś o castingach, TV i innych mechanicznych rzeczach, które obchodziły mnie NIC. Nie będzie miała czasu dla mnie. Miałam kilka dni, by oswoić gniew i wyrzucić ją z głowy. Na skutek czego natrafiłam, przypadkiem rzecz jasna, na nią w sklepie. Speszona, zmieszana, z lekkim rumieńcem na policzkach zaprasza mnie na obiad, gdzie ja w całkiem świadomy, choć niekontrolowany sposób mówię `kocham' zapijając słowa kolejnym łykiem piwa. Zaraz później zdają się być nieco gorzkawe. Cisza mieszająca się z tym smakiem zaczęła nas przerastać, więc zwinnie zaczęłyśmy zmieniać lokale, niczym rękawiczki. Nie pomogło. Jedynym wyjściem, w miarę normalnym, uwalniającym nas od tej `męki' okazał się być przystanek tramwajowy. Po drodze próbowała mnie pogłaskać. Zapewne była to reakcja na moje szczeniackie łzy. Litość, strach.

W tramwaju przysłoniłam oczy okularami przeciwsłonecznymi. Z mojej strony zostały łzy. Od strony pasażera. Ciemne szkiełka. Ktoś pewnie nawet pomyślał, że do twarzy mi. Głupiec!

Jednak kolejne, tym razem planowane już, spotkanie przyniosło trochę nadziei i szybsze serca bicie. Oczywiście tylko chwilowe, bo gdy wyjechała do siebie, szybko przekalkulowała, że to chyba jednak nie tak ma być. Ja zapewne dopuszczę się kolejnej `zmyślonej przez nią' zdrady, ona będzie cierpieć. No i najważniejsze. Praca. Praca zabijała jej uczucia do mnie. Jej obojętność budowała mur, którego nie miałam ochoty już przeskakiwać. Mimo to wciąż naiwnie podsuwałam sobie krzesełko. Kruche, pewnie "nóżka" niedługo się złamie.

Umówiłyśmy się po raz kolejny. Tym razem przyjechała tylko dla mnie, do mnie. Mimo, że po drodze nawinęła się jej telewizyjna koleżanka, która nie dość, że słaba z matmy to jeszcze rozumy wszystkie pozjadła, jakby ją karmili tym na śniadanie.

Mądrość sprowadziła ją na manowce i dała nam święty spokój. Noc bez poranka, obiad, wspólną drzemkę, lody, scrabble, które ona uwielbiała, a ja? No cóż, ja zgodziłam się na jej `uwielbiam'. A później kino, z którego uciekłyśmy, bo czeskie okazało się być niedostatecznie dobre, by dobre być mogło. A z tego, co niedobre już tylko same złe rzeczy. Chciała się zaszyć, sama, w czterech ścian. Kolejny raz niewiele obeszło ją moje samopoczucie i to, że znów przyjdzie mi założyć ciemne okulary. Po prostu zostawiła mnie na środku ulicy, by później móc to sms-owo skwitować jednym słowem `przepraszam'. I ta emotikona. Smutna. A ja kilka dni wcześniej obiecałam jej, że poradzę sobie, jeśli po raz kolejny postanowi potraktować mnie jak miłą chwilę, która kiedyś musi się skończyć.

Więc daję radę. "Nóżka" się złamała.

 

Gosia Dębska





Leon

Czytam, idzie mi jak po grudzie. Od dawna już nie potrafię czytać "Łabuzia" jednym tchem. Rzucam się na trochę lżejsze wiersze i teksty i zastanawiam się nad przesłaniem literatury.

Czy ona coś zmieni? Prawda, zmieniła planetę. Ale czy duszę? Czyją?

A tak w ogóle to zdycham z bezczynności.

Wyrwać się stąd! Duchem i ciałem. Tego jeszcze oczekuję od życia.

Strona w sieci mój "Pergamon".www.wegorzyno.pl/rzez/page_01.htm

Jest mi to dane, marzenia jednak się spełniają. Czasem zbyt późno.

Wypiąć się na wszystko?

Nie mogę. Mam jeszcze czas, może i lata.

Pergamon, Troja to już ikony.

Dociekliwość. Tak to mnie nakręca: zwidy, majaki...a podkręciłem się fest, 4 miesiące bez leków. Lubię to. Te leki kastrują jaźń. Bez nich błyszczę i jestem na nieustannym haju, ocieram się o absolut.

A teraz biorąc je mam być zimnym wyrachowanym draniem? Muzyka sfer, głos kosmosu, nieprzerwana symfonia, cicho-unisono. Warta jest tego ryzyka.

Morbus Bleuleri, lekarzowi to wystarczy: zastrzyk w niewymowną część zadu i dużo spokoju, to ich recepta. Prawda, metoda skuteczna, żyję z pięcioma procentami ozdrowieńców a reszta kwili cicho gdzieś w kaftanie.

Zmarł Zygmunt Kałużyński. Mam się ustosunkować? Nie mogę. To jeden z moich drogowskazów. Libertyn. Ale JAKI!

Puka teraz do nieba bram. Kino.

Ja z kina-baśni wyrosłem, On do końca w nim był Piotrusiem Panem

 

Węgorzyno 1.10.2004 r.
W. E. Gałka

 

Ariana Nagórska

BILANS ZEROWY NAZBYT PŁODNEJ GŁOWY

 

Cykl pt. "Miniatury sponsorskie"

 

 

Miał literat sponsora na swoje dramaty,

a za własne pieniądze wydał poematy.

Zaleta tego g...łówna, że cena była równa.

Ile zyskał, tyle poszło na straty.

 

Ariana Nagórska