Łabuź 60/2007


 

(...) Wśród ludzi wierzących rozpowszechnia się postawa "skromnie wierzącego". To miły i wykształcony człowiek, szanujący religię, ale bez skłonności do traktowania jej twierdzeń dosłownie. "Skromnie wierzący" stoi gdzieś pośrodku między entuzjastą religijnym i ateistą. Sam widzi te dwie skrajne postawy jako rodzaj handlowego nadużycia. Entuzjasta przypomina mu właściciela firmy, który na prawo i lewo wystawia weksle bez pokrycia, stawia wszystko na jedną kartę, obiecuje coś, czego nie potrafi dostarczyć, i wynosi się nad innych. Natomiast ateista to bankrut. Skorzystał ze wspólnego systemu dobrze działających powiązań między ludźmi, a teraz nie chce ponieść kosztów jego utrzymania.

Dla "skromnie wierzącego" obaj są radykałami, gruboskórnymi dogmatykami, zwolennikami dosłownego traktowania ulotnych i podniosłych słów kapłana. Dla entuzjasty te słowa to magiczne zaklęcia, dla ateisty - klerykalne szalbierstwo. Człowiek "skromnie wierzący" musi obu oponentów uznać za postacie odpychające i groźne. Są zresztą swym lustrzanym odbiciem. Entuzjasta bierze teatr wiary za widowisko ujawniające wyższe prawdy, ateista ma religię za maskaradę naiwności. "Skromnie wierzący" wygląda na ich tle jak zwolennik umiaru i dojrzałego namysłu, który kocha metafory religijne i tylko czasami nadaje im dosłowny sens.

W każdym razie mamy do wyboru trzy postawy: entuzjasty, "skromnie wierzącego" i ateisty. Entuzjasty nikt nie broni, bo świetnie broni się sam, najczęściej stosuje metodę ataku wyprzedzającego. Jest hałaśliwy, tapeciarski i natrętny. Szczęśliwie w naszych czasach wyznaje raczej islam niż chrześcijaństwo, choć taka charakterystyka jest tylko pewnym przybliżeniem. (...) Ateizm da się obronić, "skromna wiara" raczej nie. Wyjaśnię dlaczego.

Myślę, że większość ateistów zgodzi się ze mną, że religia bywa piękna, wzniosła i inspirująca. Otwiera umysł na sprawy odległe, tajemne i czyste. Buduje charaktery delikatne, poważne i wytrwałe. Może nie zawsze, ale wystarczy popytać między ludźmi, którzy mają starsze osoby w domu opieki. Wewnętrzna siła sióstr zakonnych jest potwierdzana powszechnie. W zakładzie religijnym panuje spokój, cicha uprzejmość i wiara, że nie wszystko musi się skończyć źle. W zakładach świeckich jest pośpiech, strofowanie chorych za przesadne żądania, obcość i uniformizacja.

Podobnie w szkołach. Może kościelne szkoły tłumią żywiołowość i wyobraźnię wychowanków, ale jednocześnie cierpliwie pohamowują rozhukanie i trzymają uliczną brutalność za drzwiami. Wiara przenosi góry, a przynajmniej wprowadza do życia społecznego bardzo potrzebne wyższe wartości. Pozwala znaleźć sens w codziennej męczącej pracy, dodaje sił do kolejnego mało skutecznego wysiłku, budzi przekonanie, że liczy się to, o co się uczciwie staramy, a nie to, co uda się nam z mozołem osiągnąć. Religia, a w każdym razie lepsza forma chrześcijaństwa, uczy ciepłego stosunku do przypadkowych ludzi, wycisza gonitwę myśli, powściąga pogoń za pieniędzmi i studzi troskę o codzienne przetrwanie.

Koszt tego uszlachetnienia jest jednak dość wysoki. Musi przyjąć mit za prawdę. (...) Nauka ma swoje prawa, religia ma swoją tradycję. To są nieprzystające punkty widzenia i próby ich pogodzenia od stuleci spełzają na niczym. Nauka chce brać wszystko dosłownie. Religia woli brać wszystko metaforycznie. Mieszanie tych dwóch stylów prowadzi do myślowego zamętu i jego ofiarą stają się "skromnie wierzący".

To on chce przyjąć, że rację ma i Darwin, i Jan Paweł II. Zaleca, by dzieci chodziły do szkoły, w której dowiaduje się, że świat powstał w Wielkim Wybuchu, ale tylko na lekcjach fizyki. Na lekcjach religii mają słyszeć, że Bóg oddzielił światło od ciemności, wodę od lądu, i to był prawdziwy początek. "Skromnie wierzący" chce dalej, by w szkole nie było za dużo o genetyce, ale tyle, ile trzeba. O Mendlu można mówić, bo dyskusja kończy się na rozważaniach o kolorowych groszkach. O komórkach macierzystych lepiej nie wspominać, bo powstanie sprawa, dlaczego nie wolno traktować zarodków jako źródła ludzkiej tkanki. O inkwizycji wolno wspominać, ale tylko na lekcji, podczas której przypomni się także, że Hitler, Stalin i Pol Pot to najgorsi zabójcy.

"Skromnie wierzący" nie będzie walczyć o prawdy niezgodne z wiarą. Jeśli entuzjaści chcą, by teoria ewolucji wypadła z programu, to na wszelki wypadek już teraz można wprowadzić kreacjonizm jako wersję biologii do wyboru. Entuzjaści nie chcą Gombrowicza? Niech będzie. Wstawi się na jego miejsce poezję mistyczną i dzieci nawet się nie zorientują. "Skromnie wierzący" pali Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek. Ustępuje raz jednej, raz drugiej stronie, w zależności od tego, która jest aktualnie silniejsza, i wszystkim z zasady przyznaje rację. Nie wątpię, że ma dobre intencje, ale nie wierzę w przydatność jego pomysłu na kompromis.(...)

 

Jacek Hołówka "Ślepy zaułek wiary"
"Gazeta Wyborcza" 2-3 grudnia 2006 r.



(Filozof J. Hołówka jest profesorem na Uniwersytecie Warszawskim).

Dziękujemy Pkl. "Łabuź"





Ludwik Cwynar

MAGICZNE MIEJSCA

Kiedy stopił się lodowiec z Wysoczyzny Łobeskiej, na dziki krajobraz po wielkiej powodzi wkraczała roślinność tundrowa, jakieś krzewinki, dopiero później las. Na Nizinie Śląskiej i Mazowieckiej, w Kotlinie Sandomierskiej jakieś gromady ludzkie polowały na mamuty, ale nie na Pomorzu pod martwym śniegiem.

Bałtyk był jeziorem, to znów łączył się ze słonymi wodami oceanu, ale linia brzegowa niewiele się zmieniła. Ostatecznie zatoki pomorskie zamknęły mierzeje. A Rega uformowała swój nurt po błotnistych pradolinach tamtej powodziowej rzeki.

Jacyś zdyszani myśliwi, zagnawszy stadko jeleni w jar pod Górą Zieloną i atakujący je z wysoka, skończywszy swą krwawą robotę, już syci na myśl o czekającej ich uczcie, spojrzeli w dolinę między rzadkimi bukami. A słońce złotej jesieni tak dobarwiło świat, że jeden z nich - ten, którego poleceń słuchali przed chwilą w gorączce polowania - rzucił myśl:

- Zostańmy tu na tę jesień i zimę.

I oni też podnieśli głowy znad łupu, spojrzeli w tamtą stronę, uspokajali oddechy zapatrzeni bezmyślnie w to ładne, jesienne, słoneczne. Pod łukiem tęczy. I zostali.

Powoli w hordach zbieracko-myśliwskich - w tych niestrudzonych wędrowcach - uspokajał się wieczny pęd do szukania nowych terenów łowieckich i roślinnych.

Ktoś zaczął zruszać ziemię i - wyśmiewany przez innych - wtykał część zebranych nasion w glebę, pomagał roślinkom wzrosnąć. Plon był mały, więc dzielił się nim z sąsiadami, a tamci z pobłażliwym uśmiechem - znajdując tysiące wad tego pomysłu, aż po wstąpienie do Unii Europejskiej - chrupali dorodne bulwy rzepy. I zmieniali się w rolników.

Kilka lat później (a może było to kilkaset lat), kiedy już umieli przyrządzać piwo, klepali przyjaźnie pioniera uprawy. Śmiali się i jedli do syta rzepę, pogryzając orzechy, bukiew, suszone słodkawe jabłuszka, to znów suche dzwonka łososia, które wiosnę płynęły stadami Regą pod prąd na tarło, same pchając się pod pałki sezonowych rybaków.

Było im dobrze i ciepło.

Mieszkało ich już kilkudziesięciu blisko siebie z powodu pokrewieństwa i powinowactwa, ale i dla bezpieczeństwa. Mieli swój strumień, kople dla krów-żywicielek, kóz i owiec. Uprawiali ziemię. Trochę tylko ze zbiorów przeznaczali na wymianę z tymi, co umieli tłuc krzemień. Szli więc do nich w dół Regi. Tam na Dębogórze siedziało ich kilku na straży świętego dębu w świętym lesie. Przyjmowali z godnością dary i w przypływie wdzięczności jednym sprawnym ruchem odłupywali długie, kamienne ostrza z przyniesionego krzemienia, nie tak częstego na ich polach i ścieżkach.

Kiedyś las był swojski, domowy. Po tysiącach lat - stał się groźny z niedźwiedziami i wilkami. Woleli otwartą przestrzeń, pola. Liczyli, że modły tych brodatych kapłanów powstrzymają ataki niedźwiedzi i wrogów zza Regi i jezior.

Najważniejsze, że uprosili jednego ze strażników Dębogóry, żeby wzgórze nad Łobzem, które już dawno nazywali Świętym Borem z wielkim dębem na szczycie, oszczędzanym wraz z pobliskimi wiekowymi bukami, uczynił świętym eremem.

Zamieszkał tam i starzał się wraz z osadą, a pielgrzymi z okolic zazdrościli łobzianom opieki starca, bezpieczeństwa. Młodzi zaś zazdrościli miejscowym, że bez ruszania się z domu mogli wypatrywać sobie narzeczone i narzeczonych z pielgrzymiego (czy odpustowego) szlaku.

I tak mijały epoki kamienia łupanego i gładzonego, rewolucje brązu i żelaza, wędrówki ludów, które wypchnęły tym razem germańskie ludy z terenu dzisiejszej Polski. Przywędrowali tu Prasłowianie tak różni językiem i prężni demograficznie, że Germanów nazwali "niemcami", bo dogadać się z nimi nie można było, choć mówiło się słowami (Słowianie), a oni - jak niemi - coś bełkotali niezrozumiale. Obrażona zachodnia Europa miała też dla nas przezwisko: sclaveni (sclavus - niewolnik), przekręcając "słowo".

Sami pewnie nie wiedzieli - bo mijały stulecia - czy ci z Biskupina i oni to jeden lud. Jacyś dziwni przypochlebcy przynosili im jakieś połyskliwe poźrzadła i koraliki, bardziej kolorowe od jantaru. Chciało się je mieć nawet za spory zbiór skórek lisich i wiewiórczych, garniec miodu, płat wosku. A i "swoi" handlarze soli - tej niezastąpionej przyprawy i konserwantu - chętnie wymieniali, co się dało. Czasem ktoś sprzedał sługę, inny brańca z bitwy lub łupieżczej wyprawy. Prosta filozofia dresiarza: silniejszy górą, żadnych sentymentów wobec obcych z innego rodu, plemienia, opola...

 

Przyszło nad Regę coś nowego. Jak to przyjąć? Warto było usypać wały na przedmieściu (choć miasta Łobza jeszcze nie było) i kryć się za nimi bezpiecznie, gromadnie. Tu musiał Kargul łączyć się z Pawlakiem, wciąż podejrzliwy, podliczający liczbę rąk przy łopacie lub toporze; "nie chcem, ale muszem". A proste rachunki mieszali ci dziwni idealiści Chrystusa w jasnych szatach, co poradzili zrąbać wielkie święte dębisko, ale z niego wyciosać dwie belki na krzyż i postawić w świętym borze. Niby tym samym, a innym.

Kupałowe ognie i kąpiele zaczęły się nazywać świętojańskim chrztem, wiosenne kraszenie ptasich jaj - zmartwychwstaniem. Chwile wzruszenia lub współczucia - chrześcijańskim miłosierdziem. Jakieś puste miejsce przy wigilijnym stole, jakieś dobrowolne posty w sytym domu, jakieś sąsiedzkie "podejdź do płota, jako i ja podchodzę", oddawanie szczęśliwie znalezionych przedmiotów pierwszemu ich właścicielowi. Odróżnianie dobra od zła: niełatwe nawet w epoce pirackich programów komputerowych, a cóż dopiero tysiąc lat temu...

Ci łagodni norbertanie z Trzebiatowa nie ucywilizowali ziem nad środkową Regą. Przybyli Borckowie jak na swoje. Mieczem i zakuwaniem w dyby wprowadzili porządek.

I tak między przychylnością dla ładu, pokoju i żmudnego, pracowitego obrastania w przedmioty, a gwałtowną anarchią, z wypisanym na sztandarze "Zrodził nas gniew", bo już się znieść krzywd nie dało, z apetytem na dochody hanzeatyckich miast Trzebiatowa i Gryfic, z niechęcią do ludzi lgnących jak muchy na lepie do obłudnych Krzyżaków, faszystów, sowietów, komuchów, Brandenburów pisała się historia tej krainy. Jedynego takiego miejsca na Ziemi.

 

Był więc magicznym miejscem Rynek. Tyle dóbr, ludzi, koni. Miasto bezpieczne za murami i bramami. Z czarownym, zdobnym kościołem; najpierw drewnianym, później kamienno-ceglanym, ze śpiewem, światłem, kadzidłem, święconą wodą, komunią, później z organami, witrażami, dostawioną dzwonnicą, ze słowem niecodziennym, racją nadprzyrodzoną, wprawdzie z lożą kolatorską, ale zapowiedzią wieczności nawet dla schorowanego biedaka, z fundacją szpitalną i pogrzebową, obdzielający wiedzą szkolną.

Była magicznym miejscem strzelnica bractwa kurkowego. Mieszczanin upoważniony do noszenia broni, niemal jak rycerz-szlachcic. Król kurkowy!

Jakieś procesje, orszaki, pochody, sztandary, znaki cechowe... Tyleż sztywnego ceremoniału, co szyderczych spojrzeń. Zawsze post brał się za bary z karnawałem. Luter kusił wolnością od kościoła zhierarchizowanego. Ale buntowników przeciw hierarchii stanowej uciszano siłą.

 

Bywało, że jakieś zdarzenie, uznane powszechnie za niezwykłe stawało się na długie lata pożywką miejscowej legendy: Borcko na turnieju rycerskim wysadził z siodła księcia, Sydonia Borckówna rozkochała w sobie księcia Filipa na dworze wołogoskim, piłkarze "Światowida" zremisowali z Orłami Górskiego, Romejko z Góreckim zatrzymali pociąg historii - przeważyli skalę argumentów na rzecz powiatu łobeskiego. Ojców (i matek) powiatu oczywiście było wielu.

 

Miejsca magiczne. Poniemiecki pomnik na parkowym wzgórzu stracił zupełnie swą ideologiczną wartość, gdy młodzież przez lata gromadziła się tam ze swoimi tajemnymi sprawami z dala od niechętnych temu miejscu dorosłych. "Patelnia" w parku służyła najtańszej tanecznej rozrywce z gramofonu "Bambino", z płyt pocztówkowych, ale przebojów światowych.

Wreszcie klub "Pigmej" z mistrzem ceremoniału Leonem. Tu było miejsce dla poezji i muzyki, tańca i flirtu. "Samoswoja" nisza generacji zbuntowanych przeciwko kulturze "starych", poszukujących sztuki z własnych trzewi, zapałów, zachwyceń.

Smaku temu buntowi pokoleniowemu dodawała instytucjonalna niechęć ideologiczna, byt zawieszony na włosku, groźba zamknięcia. Na potępienie zasługiwała jakaś dłuższa grzywka, kolorowa koszula, bluzka, skarpetki, radio Luxembourg, lusterko z fotosem gwiazdy zachodniej, więc obrona czegoś małego z tego katalogu pobudzała adrenalinę, zwłaszcza na koncertach idoli młodzieżowej popkultury, swoistych hepeningach sceny i widowni.

Zwykły western w kinie, film z gwiazdą w ciemności sali kinowej, budził marzenia, kusił erotyką, czarował "egzotyką" widoków zza żelaznej kurtyny. Wokół zaś żmudnie zmagał się naród z szarą codziennością; na Ziemiach Zachodnich jeszcze nieukorzeniony, bez wiekowej tradycji, ciągle w blokach startowych.

Czarowny świat Felliniego, "Fanfan Tulipana", "Barbarelli", "Love story", dzikich filmów Kurosawy, melodii "Nad dachami Paryża", "Zorby", subtelności psychologii Bergmana, paru polskich filmów z żywą raną wojny, potem moralnych niepokojów i dla odmiany komedii do rozpuku, wystawnych, wielkich fresków historycznych. Aż prywatność zbiorowej, podniosłej ciemności sal kinowych rozmyła się w kinie domowym.

 

Biblioteka w Łobzie była w różnych miejscach. Zaczynała się w 1945 roku od szuflady w biurku kierownika szkoły. Wkrótce wyszła "na miasto", miała wiejskie filie i punkty biblioteczne, ministerialne położenie kamienia węgielnego, zawsze jednak otwierała światy niezwykłe, tajemne, magiczne, baśniowe, ale też bibliografię w głowie racjonalisty, pana Józka - symbolu biblioteki miejskiej.

Pokolenie łobeskich pionierów ma też sentyment do pierwszych mszy pod krzyżem, gdy nie było kościoła, potem podniosłych prowizorium w kościele-sali gimnastycznej, wreszcie we własnoręcznie odbudowanym kościele farnym. Tam, gdzie kiedyś wystawiano jasełka ewangelickie, stanęli Polacy...

Rozrywka sportowa też łączyła ludzi: niezapomniane mecze z wyżyłowanym zwycięstwem i klęski niezasłużone. Nasze kochane chłopaki! Duma z naszego miasta.

Zabawy, dancingi, dyskoteki, prywatki układają się w katalogi historii prywatnych, koleżeńskich, niepowtarzalnych już chwil w "Klubowej", "Jubilatce", "Sydonii", "Kosmosie", "Dominie", "Stodole", "10"... To odkrywanie erotyzmu, miłości, zazdrości w skali jednostkowej i pokoleniowej, z sercem eksplodującym w piersi, z oddechem pękających płuc...

Jeszcze ma każdy swoje Zakopane, Augustów, Moryń, Międzyzdroje, Łazienki, Wawel, Kazimierz Dolny, Kalwarię Zebrzydowską czy Jasną Górę.

A potem szukamy miejsc cudownych w Paryżu, Pradze, Wiedniu, Dreźnie, Wilnie, Lwowie, Pekinie, Barcelonie, Rzymie, pod piramidami, w Baalbeku, Lourdes; wciąż blaknących w przemijającym zachwycie. Nie ma końca.

Wreszcie znajdujemy urok cichych nekropolii, cmentarzy nobliwych i wioskowych. I to już koniec pisania, bo nie pora na niemęskie łzy. Sursum corda!

 

Ludwik Cwynar





Piotr Macierzyński

ANTROPOLOGIA DUSZY

na początku być może w ogóle jej nie było

pojawiła się wraz ze źródłami

najpierw miała do obsłużenia wielu bogów

później jak wszystko uległa specjalizacji

 

jako pojęcie uzyskała nieśmiertelność

równą głupocie i Bogu

 

dusza jest wątrobą

dla idei mitów oraz zabobonów

odkłada się w niej wszystko

co irracjonalne

 

zwierzęta żyją zupełnie bez wątroby

dzięki temu nie znają wojen i wypraw krzyżowych

poza lokalnymi konfliktami

zazwyczaj na tle rasowym

 

dzięki ułomności nie doznają epifanii

oraz skutków inkwizycji

 

trudno byłoby im wytłumaczyć

że z powodu czegoś co być może

jest jedynie fikcją

można jednocześnie kochać i mordować

i jeszcze twierdzić że to powód

naszej przewagi i dumy

 

Piotr Macierzyński



Laureat XXXVII Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jana Śpiewaka i Anny Kamieńskiej w Świdwinie - 2006

 

Janusz Korbel

ARTYŚCI PROWINCJONALNI

Strażnik Lasu zbliżał się powoli na czarnym rowerze marki "Ukraina". Na nosie miał okulary z grubymi szkłami. Wyglądał jak mieszkaniec Dworca Centralnego, ale wyzwolony z opresji miejsca i porzucony z dala od miasta. Miasto zniewala, a on - chociaż pokręcony swoimi uwarunkowaniami - był wolny na tej obrzeżnej ulicy miasteczka.

Słabo widział i dlatego spostrzegł mnie dopiero w ostatniej chwili. Od razu nacisnął mocno na pedały, żebym mu nie uciekł, i zajechał drogę. Zszedł z roweru, poprawił siekierkę, którą miał przywiązaną do bagażnika i zaczął - lekko sepleniąc - mówić: - Proszę pana, ja jestem strażnikiem lasu. Ja pana znam. Może pan na mnie liczyć. Ja patrzę, co oni robią i ja pilnuję. Wie pan co, dam panu obraz. Bo ja maluję. Ja chcę panu podziękować.

- Ale ja nie mam czasu teraz iść z panem po obraz, jestem umówiony na spotkanie z dwoma osobami i już się na nie spóźniam.

- Nic nie szkodzi, ja go panu przyniosę.

 

Siedzimy w miasteczku na najwyższym piętrze bloku z czasów PRL, z Ukrainką i historykiem sztuki z miasta wojewódzkiego, popijając herbatę. Prowincja to wartość, ale prowincja bywa wykorzystywana przez centrum - mówi historyk. - Bo na prowincji łatwo być kimś, łatwo imponować i korzystać z prawdziwych skarbów w sposób instrumentalny. Poderwiesz dziewczynę, oferując jej cząstkę światowego życia i ona ci odda najintymniejsze skarby swojego dziedzictwa, żeby tylko poczuć się kimś wolnym od lokalnych barier, co to budują klatki wokół zapyziałej tutejszości.

 

- No, nie, chyba nie jest tak ... Każda tutejszość jest magiczna, ale zarazem podszyta czekaniem na księcia. Oddanie swojej tożsamości dzieje się zawsze razem ze zdobyciem zaufania...

 

Mylisz się. Mentalność kupca i prostytutki nie jest wcale taka rzadka. Nie jest też czymś złym. To po prostu reakcja na procesy, które obejmują nasz świat. To się nazywa: być postępowym, wporzo i wolnym. Czy chciałbyś, żeby Strażnik Lasu nie myślał o sobie, kiedy obiecuje ci pomoc?

- Strażnik Lasu to - niestety - chory psychicznie człowiek. Ludzie zdrowi bywają hedonistami, ale nie strażnikami lasu. On nie myśli o sobie.

 

Dzwonek do drzwi. To Strażnik Lasu. W rękach trzyma prostokątną płytę pilśniową, obciągniętą płótnem i pokrytą kolorowymi plamkami rozmazanych farb olejnych.

- To dla pana. Proszę. - Ukłonił się i odszedł. Zostałem z obrazem w rękach. Co z nim zrobić? To bohomaz. Historyk sztuki się uśmiecha. Ukrainka mówi: to dar serca.

 

Na końcu Europy, w małej wiosce zagubionej w leśnej głuszy spotykają się raz w roku artyści. Chociaż naprawdę to tylko figura retoryczna, bo zagubionych w lesie miejsc już nie ma. Wszędzie można dotrzeć, wszędzie można zrobić imprezę. I w tej wiosce też organizuje się imprezy. Byle tylko przebiły się do unijnych grantów i zwróciły na siebie uwagę kogoś z Europy.

 

Spotykają się artyści miejscowi - z miasteczka i z okolicznych wiosek i przyjezdni z wielkiego Świata. Strażnik Lasu tam nie będzie wystawiał, bo nie trafił do prowincjonalnego saloniku sztuki; artystą jest tylko we własnym odczuciu. Pejzażysta trafił do sztuki jeszcze będąc wojskowym. Malował transparenty na obchody 1 maja i na święto pułku. Wtedy odkrył, że ma duszę artysty. Kolorysta zajął się malarstwem dzięki opowiadaniu Igora Storcewa o moskiewskiej bohemie z okresu konstruktywizmu. Spotykali się na poddaszach i w salach zebrań komsomołu. Pili wódkę, dyskutowali o sztuce i kochały ich wyzwolone kobiety. To się spodobało koloryście. Zatęsknił za życiem artystycznym i odkrył, że może malować! W miasteczku powstała właśnie galeria przy bibliotece publicznej więc namalował wystawę! On i wielu jego kolegów traktują swoje malowanie jak misję. A może tęsknią za wyrażeniem miłości do świata bardzo swojego, wyrażonego znajomymi z dzieciństwa pejzażami, do pamiętanych zwyczajów, form i zapachów? Może tak, ale rynek oczekuje czegoś innego. Zresztą ich świat dzieciństwa jest niepokojąco poprzetykany sentymentem za romansami podczas czynów społecznych i piknikami organizowanymi przez powiatowe komitety partii, dbające, by nikt się za bardzo nie wyróżniał. Literat snuje swoją opowieść rozmarzając się na wspomnienie sklepu MHD, w którym wszystko było tanie i proste. Jak pomnik wzniesiony w wiosce bohaterskim wyzwolicielom z Armii Czerwonej, pomalowany srebrolem do konserwacji kaloryferów.

 

Do małej wioski, która tak naprawdę wioską być przestała już wiele lat temu, bo stała się miejscem spotkań ludzi, którzy chcą się zabawić lub popolować - przyjeżdżają malarze ze świata! U siebie są tacy sami, jak nasz Pejzażysta, Literat i Kolorysta. Jeden to buchalter w miasteczku południowego kantonu. Inny na co dzień nauczyciel i ojciec mieszczańskiej rodziny. Kolejny artysta z Europy zaczął uprawiać sztukę, kiedy kółko przyjaciół Wogezów zorganizowało warsztaty plastyczne dla miejscowych.

 

Sztuka to okazja do zaistnienia! Szczególnie tu, na terenach dzikich i niecywilizowanych. To wolność i ekspresja. Dotknąć czegoś więcej. Duchowość i absolut. O tak, ABSOLUT - ta wódka jest szczególnie popularna wśród artystów.

 

Do małej wioski otoczonej lasami przyjeżdżają artyści ze świata. Napisze o tym gazeta w miasteczku. Lokalny dziennikarz zrobi wywiad z zagranicznym artystą. Przez kilka dni wszyscy kręcący się wokół wydarzenia artystycznego będą z dala od swojego konwencjonalnego i monotonnego życia. Duchowość i mistycyzm. Misja i odkrywanie wartości zapomnianego świata. Trendy i wartości. Łatwiejsze kobiety i tani alkohol. Będzie o sztuce w gazecie, a może i lokalna telewizja coś wspomni? My, tutejsi - możemy się przez chwilę ogrzać w świetle europejskich wzorów. Oni - stamtąd - mogą na chwilę zapomnieć o żonie i dzieciach, terminach płatności, zgiełku miasta i prozie życia europejskiej prowincji. Poczuć się trochę jak artysta rockowy w otoczeniu gruppies.

- Zachowajcie waszą duchowość i tradycję. To wasz skarb. Mówią ludzie ze świata. A my będziemy do was przyjeżdżali i dawali wam poczucie przynależności do kultury Europy. Wszak jesteśmy artystami. Artyście wolno złamać reguły, żeby dotrzeć do sedna prawdy.

 

Tak. Do sedna Prawdy. Przewodniczka z sąsiedniego miasteczka, z którą chodzimy w ulewie po zapomnianym cmentarzu mówi: "Wiesz, rzygać mi się chce, jak oni zaczynają ględzić o tej duchowości, jaką tutaj odkrywają. Wszyscy wycierają sobie tym słowem usta". Spirit, a eto znaczit duch, nu jeszczo adin stakan, uch! Strażnik Lasu maluje tragiczne obrazy. Jedzie swoim rowerem "Ukraina" do lasu i znowu się spotykamy. - Podoba się panu mój obraz? - Nie za bardzo. Ale może. właściwie, on nie jest zły... obraz mi się nie podoba, ale to, co jest poza nim podoba mi się coraz bardziej. Ten skrzypiący rower, to przejęcie się wszystkim, wolne od retoryki,

- Pan wie, wycięli drzewa za Starym Uboczem. Straszne! Ja tam jadę...

 

Dobrze, że nie jesteś artystą!... Dziewczyny czekają na swoich artystów. Oni nieźle maluja i piją dobry alkohol. Za rok znowu przyjadą. Nasze związki otwierają okna do lepszego świata. Gdzie jest ten lepszy swiat? Jak bardzo trudno zrobić nasz świat - tutaj - odrobinę lepszym. A może nie tyle zrobić, co ochronić to, co dla nas bliskie? Jak coś przychodzi łatwo, to i łatwo to utracić. A może sztuka zdarza się bardzo rzadko? Przynajmniej od czasów współczesnych, kiedy to stając się pomostem dla hedonizmu, zatraciła swą istotę sakralną? Dookoła wioski jest dziki las - w czystej emanacji ewolucji lub - jeśli ktoś chce: Boga. Szkoda, że tak mało artystów chce pójść posłuchać Przyrody. może dlatego, że trzeba najpierw zapomnieć o sobie. Nikt nas tam nie zobaczy...

 

A tymczasem na kolejnych wernisażach poszukiwań tęsknoty za rzeczywistością spotykają się osoby łaknące wolności od stereotypu i tęskniące za wyzwoleniem z prowincji. Jak trudno zrozumieć, że prowincji nie ma. Przecież artyści prowincjonalni niczym istotnym nie różnią się od artystów z pierwszych stron gazet.

 

Janusz Korbel

 


Anna Dwojnych

ON, JA I RESZTA KOSMOSU

Tamto kochanie było wyjątkowo altruistyczne

choć jako jedynaczka jestem podobno przykładną

egoistką

a jednak

czarnych psów kotów chatki na kurzej nóżce z pełnym wyposażeniem

czy praktycznie rzecz biorąc wymiaru sprawiedliwości

w dresowym kapturze i z bejsbolowym orężem

nie angażowano

 

ludzie chętniej wierzą politykom niż w emocje

prawdzie jak filmy z manifestu Dogme

te kilka znudzonych księżyców urwanych z choinki

nieprzespane dłonie czy rzęsy w kałuży

 

ktotoskądtozjakiegopowodu

gorzejniemogłaśwybrać

powoduje raka i choroby serca

im mniej znany świat przedstawiony tym ryzyko większe

 

słyszałam jak artysta oburzał się

że wszyscy szukają Sensu

czy to sztuka czy coś znaczy a bo co

autor miał na myśli

 

w powyższej historii to zadanie może wydać się

niektórym równie trudne zapewniam

podmiot liryczny ma się dobrze i nie żałuje

usypiania zegarowych kukułek a przede wszystkim

że istnieje ktoś dla kogo

miało się ochotę ładnie składać serwetki

 

Anna Dwojnych



Laureatka XXXVII Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jana Śpiewaka i Anny Kamieńskiej w Świdwinie - 2006

 

Janusz Termer

WIELKA SUMA POETYCKIEGO DOROBKU

W maju 2006 roku minęło 20 lat od śmierci Tomasza Gluzińskiego (ur. 1924 we Lwowie), poety, po wojnie wżenionego w starą góralską rodzinę Wawrytków i mieszkańca Zakopanego (z przerwą na studia prawa i historii sztuki na Uniwersytecie Wrocławskim), znakomitego trenera narciarskiego (przez pewien czas także kadry zjazdowców), który stał się wielce charakterystyczną (nie tylko dlatego, że miał wygląd prawdziwego górala) zakopiańską artystyczną postacią (obok m.in. malarza Tadeusza Brzozowskiego czy rzeźbiarza Antoniego Rząsy).

 

Był Gluziński przede wszystkim poetą. Wybitnym poetą, co uświadamia nie tyle sama rocznica, niesiony przez nią obiektywizujący dystans czasowy, ile jeszcze bardziej wydanie opublikowany z tej okazji obszerny wybór jego wierszy - Wielkie pastwisko*. Debiutował dość późno, bo jako 40-latek tomikiem skromnie zatytułowanym Wiersze (Iskry, 1964), ale następne tomy i wybory (razem było ich kilkanaście) odznaczały się nie tylko nieporównanie lepiej - i znacząco - przylegającymi do ich zawartości tytułami (jak Motowidło, Czytelnik 1969, Przebieg wydarzeń, WL 1968, Szczątki emocji, WL 1982 czy W żarnach świata, WL 1986) oraz ujawniały coraz to wyraźniej kształtującą się oryginalną poetyką, samodzielnie wypracowywaną, swoistą i "osobną", czyli niezależną w znacznym stopniu od tendencji i nurtów ówczesnej poezji polskiej. Poetyką bliską niewątpliwie awangardowym ideałom (choćby owemu Przybosiowemu zawołaniu "minimum słów maksimum znaczeń" czy językowo-semantycznym eksperymentom Tymoteusza Karpowicza), mimo iż obecna w jego poezji wizja świata i ludzkiego losu, roli i miejsca poezji jako swoistej filozofii, zawartej w tym oglądzie dookolnej rzeczywistości oraz rozlicznych próbach oddania i wymierzenia jej sprawiedliwości, zbliżają go do rówieśnego i bliskiego mu Herberta, jak i niespodziewanie do poetów znacznie młodszych generacji, zwłaszcza tych próbujących w poezji tonów publicystycznych (jak na przykład polska tzw. "nowa fala" w poezji lat 70.).

 

Wyróżnia jednak Gluzińskiego i coś jeszcze, moim zdaniem niesłychanie cennego i ważnego, bo rzadkiego w naszej poezji, a co jest jednym z głównych znamion literackiej wielkości i doniosłości, a mianowicie naturalna umiejętność łączenia ognia z wodą: spraw poważnych - pytań egzystencjalnych czy społecznych z jednoczesnym wobec nich dystansem, głębszym niż powierzchowne lub nihilistyczne błazeństwo lirycznym poczuciem humoru - wynikającym głównie z wyczucia taktu i miary wobec rzeczy wielkich i ogólnych, jak i małych i pospolitych - przenikających się w jego wierszach niczym w odwiecznym kołowrocie "młynów bożych", mielących "równo i sprawiedliwie" w życiu codziennym jednostek, społeczeństw, narodów... Przeczytajmy choćby wiersz Uległem złudzeniu z roku 1979: postanowiłem sporządzić spis zjawisk które intrygują mnie /najbardziej /a więc śmierć /miłość /egzystencja rzeczy /i ruch pojęć /przeglądając ten szczupły indeks /uległem przez chwilę złudzeniu /że zrozumiałem /nareszcie /na czym polega /trwający od tysiącleci /antagonizm /między wytwórcami /przedmiotów /a producentami /idej. Albo jeden z ostatnich wierszy, w którym pisał przenikliwie o pewnych ponadczasowych - jak się okazuje - mechanizmach życia zbiorowego: obezwładniająca jest naiwność /obiegowej opinii /że cechą poezji /ambitnej /było jest i będzie /zadawanie pytań /niby komu /zresztą pytania /i tak /dawno się wyczerpały /ustępując miejsca /zawiłej retoryce /od pytań /zwłaszcza kłopotliwych /jest zupełnie kto inny /a poeta /jeśli nie potrafi znaleźć /sensownej odpowiedzi /powinien złamać pióro /i milczeć /a w każdym razie /odmówić składania zeznań... (Złamać pióro, 1986).

 

Wybór Wielkie pastwisko to istotnie suma poetyckiego dorobku Tomasza Gluzińskiego, poety pozostającego swego czasu i funkcjonującego w znacznym stopniu "osobno", niejako, jak się rzekło, na marginesie tego, co nazywało się wtedy "głównymi nurtami poezji polskiej". Wybór ten ukazuje bowiem między innymi i to, co słusznie podkreśla w swej przedmowie Krzysztof Karasek, jaką rolę odegrał Gluziński w kształtowaniu się współczesnego języka poetyckiego w Polsce. Że trafna i ważna to uwaga, widać to szczególnie i wyraźnie dziś, z tym jednakże zastrzeżeniem, iż (z oczywistą szkodą dla poezji) więcej w tym było kiedyś, niż może być dziś, czystej potencjalności niż faktyczności. Nie zmienia to w niczym faktu, że poezja Tomasza Gluzińskiego, która rosła w siłę wraz z upływającymi latami, mimo (a może właśnie dlatego) iż rozwijała się "na uboczu" (Leśmian też funkcjonował na uboczu głównych ówczesnych nurtów), niezaprzeczalnie miała i ma nadal rzeczywiście charakter inspirujący i otwarty, gdyż "jej wpływ na język poetycki współczesności jest wciąż żywy, więc dyskretny i wyczuwalny zarazem; ma on swoje przedłużenia i konsekwencje... Można rozpoznać w nich ten sam zgoniony rytm współczesności, ten sam model wiersza - nieciągłego, o zakłóconej strukturze logicznej. Jest też Gluziński ojcem modnego obecnie w poezji polskiej ashberyzmu (Andrzej Sosnowski). Tylko, że pisał swoje wiersze co najmniej dziesięć lat wcześniej niż Ashbery... Łatwiej zauważyć coś, co ledwie migoce w Hameryce niż coś, co błyszczy pod własnym płotem". Nic dodać, nic ująć!

 

Janusz Termer



* Tomasz Gluziński Wielkie pastwisko, wybór i przedmowa Krzysztof Karasek, ilustracje Andrzeja Wróblewskiego ze szkicownika Tatry, Biblioteka "WIĘZI" Warszawa 2005, s. 313.




Ela Galoch

WESELE

Kapela przygrywa

panna młoda zawisła na piersi Darka

wiezie ją do czarodziejskiej krainy

chociaż nie mieści się w żadnym lustrze Alicji

tylko Olga - kuzynka spod lasu

przez cały ten parszywy wieczór nie marzy

jest pijana trudem życia

więc tańczy - sama - w pożyczonej sukni

goście rozsunęli się. śmieją się przewrócone krzesła

choć rytm wystukuje bólem - dopiero potem zdartym obcasem

barwy Mendelssohna rozkłada na stołach

jak cekiny: srebrne - szare - w końcu

niczym zaschnięta krew z welonu Moniki

Rysy ma wilgotne - mroczne: ale wciąż dumne

choć wszyscy wiedzą że stała się

zranioną żoną geodety z nieistniejącego już pegeeru

mimo że nie on ją zdeptał

już nie ma twarzy - ściśnięte usta - wypływające oczy

jakby chciała powiedzieć

że nie trzeba było brać sobie kochanka poety

pisarza - portiera - zbieracza złomu

pensjonariusza zakładu dla nerwowych

teraz do innej po tysiąc razy szepcze: "Mgiełko"

żeby do niej choć jeden raz

słowa musiała z niego wyciągać jak żądła

Olga jest upokorzona

wiruje na zewnątrz i wewnątrz jakby żegnała się z samą sobą

zmarszczyła się - postarzała

chociaż dźwięki to ruch - to zmiana i łyk maślanki

lecz nowe akordy na powrót otwierają zarośnięte rowy

znów staje się częścią tej ludowej pieśni

o zagubionej wśród lebiody obrączki

gdy jej ślubny Janusz przewiesił powróz przez starą sosnę

ludzie ze wsi pokazali jej plecy

mimo że dotykała ich woalką na zimnym spojrzeniu

jeszcze teraz zlana potem - z przędzą we włosach

przeklina czas nad rozlanym spirytusem

bo wszystko tak łatwo się kończy - popieli

tej nocy zostaje jedynie

obłęd i flamenco

 

Ela Galoch



Laureatka XXXVII Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jana Śpiewaka i Anny Kamieńskiej w Świdwinie - 2006





Karol Graczyk

BEZPOWROTNIE UTRACONA LEWORĘCZNOŚĆ,

czyli krótka historia tartaczna lub zabawa w ukrywanie aluzji.

 

W przyszłym tygodniu masz urodziny

za rok pewnie

już cię nie będzie.

M. Roberts, Lacrymae rerum

 

1. Poeci stąd próbują wydać jakiś marny tomik poezji, podczas gdy Ewa znowu jedzie do Belgradu na spotkanie z hinduskim pisarzem lub promocję kolejnej książki przetłumaczonej na język serbski. Zostać tu to tak, jakby ktoś szukający Boga spotykał się rok z dewotką, zamiast pojechać na plac Św. Piotra lub przeczytać Koran.

Poeci stąd robią bardzo kameralne wieczorki w asyście telewizji, której nikt nie ogląda i jednego anioła, który zupełnie nie pasuje do petów rozrzuconych po ulicach i pięknie wyrzeźbionych facetów, którzy nie potrafią podnieść najmniejszego ciężaru, podczas gdy Ewa ma zniżki w kilku lokalach na krakowskiej starówce tylko dlatego, że jest poetką. Zostać tu to tak, jakby kilkadziesiąt lat temu jakiś Żyd uparł się, że zje obiad w normalnej restauracji, chociaż gdzie indziej mógłby zjeść jeszcze lepiej... lub umrzeć z głodu.

Poeci stamtąd nie krępują się żyć poezją, bo sztuka jest częścią ich miasta, a ja zastanawiam się, dlaczego w moim mieście są tylko dwa miejsca mające cokolwiek wspólnego z poezją. To zupełnie tak, jakby miasto wstydziło się artystów, albo uważało, że najlepsi i tak sobie poradzą. I słusznie (bo przecież "pomiędzy ostrza potężnych szermierzy chodzą poeci"), ale nie chciałbym, żeby środowisko, jak niektórzy ludzie; spuszczało głowę przy ostatnim pożegnaniu, wyciągając dłoń z przyzwyczajenia.

Prezydent mojego miasta rządził kilka miesięcy z aresztu, bo postawiono mu zarzuty. Może prawdziwe, może nie, nie dowiem się, ale co mnie to obchodzi, skoro właśnie ten człowiek sprawił, że wstydzę się tego miasta już mniej, niż kiedyś. To tak, jakby Judasz za trzydzieści srebrników wykupił cały transport niewolników i dał im wolność, a każdy z nich uważałby się za boga, jak dzisiaj, kiedy naśladujemy przekute dłonie i stopy gwoździami w uszach, nosach, językach i pępkach, a krzyże zawieszamy sobie na szyi nie mając pojęcia o chrześcijaństwie (są ludzie, którzy za taki krzyżyk poniżyliby kogoś sobie bliskiego).

Poeci stamtąd myślą, że Gorzów Wlkp. leży pod Poznaniem, później spotykają się pod pomnikiem Mickiewicza i idą do Bunkra Sztuki i piszą pracę dyplomową o Hildegardzie z Bingen (Ewa nie jest pewna, czy więcej się dowie u Dominikanów, czy Karmelitów, ale zapewne u tych pierwszych). To tak, jakby jakiś przeciętny, bogaty chłopak chciał zostać dominikaninem tylko dlatego, że studiuje na KUL-u, uważa się za pępek świata, ma kobiecy głos i chce zaimponować pewnej dewotce z uczelni.

Ewa pyta mnie, w jakim wydawnictwie chciałbym wydać swoją poezję, a ja wrócę do siebie i będzie mi wszystko jedno, bo jeśli literat, którego szanuję, zamieścił moje teksty w swoim kwartalniku zmieniając ich treść bez konsultacji, (bo przecież wie lepiej), może być tylko wszystko jedno. Bo przecież nie będę w rodzinie najbardziej szanował tego, który najlepiej udaje, że cokolwiek go odchodzi, bo ciągle robi to niedostatecznie dobrze.

 

2. Anioł z mojego miasta nie może się wybić, bo śpiewa za dobrze, a programom muzycznym trzeba zapłacić, by zechcieli pokazać teledysk. To tak, jakbym zaprosił piękną studentkę arabistyki z Krakowa na kolację przy Chateau Latour 1992 Paulliac i kazał jej słuchać o pękniętym jeżu, albo zaprosił do tańca w rytm dźwięcznej recytacji XCII sury Koranu.

Studentka arabistyki jest wrażliwa, ale nie lubi pochopnego ciepła, nie próbuje udowadniać wszystkim swojej wyższości (choć zazwyczaj mogłaby) i nie ma potrzeby zniżać dekoltu do stopnia, w którym cała garderoba staje się zbyteczna, bo biust to nie wszystko i zakrzywienie pleców, a przecież są kobiety, które nie pójdą z tobą do łóżka, nim nie dasz im po twarzy lub nie nazwiesz kurwą. I takie też bywają piękne i wrażliwe. Ale co z tego?

Jakaś przypadkowa dziewczyna proponuje mi seks, nie mając pojęcia, kim jestem. Gdyby zrobiła to dwa lata temu, mogłaby zostać moją kochanką, może nawet matką mojego dziecka (i pomyśleć, że kiedyś byłem zbyt nieśmiały, a ona pewnie wciąż myśli, że bawiłem się jej uczuciami), tymczasem studentka arabistyki rozmawia ze mną od ponad dwóch lat, ale nie proponuje mi seksu przy pierwszej okazji i może dlatego jest fascynująca.

Więc tak: w Opolu i Wrocławiu pada deszcz, w Krakowie spadł pierwszy z tym roku śnieg, a wiatr wieje i kwitną jabłonie (jabłonie lubią zieloną herbatę).

 

3. "Nikczemność ma różne maski, najstraszniejsza z nich jest cnota", jak najważniejszą z cnót jest miłość, bo oddać się cnocie nieprawdziwie i przysięgać jej to tak, jakby Bóg przysiągł grzech pierworodny, a później skazał nas na życie wieczne... a Ewa mówi, że śmierć jest nagrodą i względem poetów na pewno ma rację, bo kim byłby dziś Wojaczek, gdyby żył? Albo kim byłbym ja, gdybym kiedyś spróchniały fascynował się jakąkolwiek studentką arabistyki? Byłbym po stokroć bardziej frustratem, niż poetą. Marek twierdzi, że dziś nic nie jest poezją, albo jest nią wszystko. To tak, jakby poeta mógł tylko żyć lub umrzeć i wtedy nikt nie byłby poetą, lub nikt by nie żył, a kiedyś ścinano głowy, jak ścina się kwiaty i zanosi bukiet studentce arabistyki, choć kwiaty nie wyrażą nic, poza symbolem, bo wyrazić nie mogą nic kwiaty dobra lub zła, lub muszą wszystko, bo są wplatane we włosy dziewczynkom i wrzucane do padołów (Poison Ivy).

 

4. W moim mieście niebezpiecznie być gejem, na Brackiej (deszcz) mógłbym dać herbacianą różę J.C. i być może nie dostałbym po pysku od łysego człowieka z mlekiem pod nosem, być może tam z mieszaniny krwi i mleka nie zrodziłyby się barwy bojówek wszechpolskich, a później znowu zjadłbym flaczki i pierogi z Ewą na starówce (Ewę fascynują poeci, którzy są gejami, a poezję gejowską łatwo rozpoznać).

Wieczór spędziłbym ze studentką arabistyki i byłoby prawie tak miło, jak w Paryżu, Poznaniu, czy Puławach, ale bez rozrzucania wątpliwości w sprawach sercowo-umysłowo-wszechcielesnych, a na weekend pojechałbym do Zabrza do J.C. i byłoby mi lepiej, niż kiedykolwiek wcześniej (gdybym uchylił to, czego bym czasem chciał, nie poznalibyśmy swoich twarzy), później niestety musiałbym wrócić do siebie (choć moje miejsce jest gdzie indziej), zresztą i tak czuję zapach i smak studentki arabistyki, a Romek na ostatnim wieczorku czytał coś o wąskich pośladkach (chyba kobiecych, nie pamiętam). Teraz patrz: W Rudzie Śląskiej jest już zupełnie ciemno, do przedziału wszedł facet około trzydziestki, zadzwonił trzy razy, czterokrotnie mówiąc, że ma kogoś w dupie (dwa razy mówiąc tak podczas rozmowy z kobietą) i wyszedł. Z pewnością nie był gejem.

 

5. W kościele najbliżej domu (najważniejszy zabytek w okolicy) w najwyższym oknie od lat zamiast witraża wciśnięty jest karton, a w Krakowie (7 przystanków od starówki) jest bardzo kameralny kościółek przy klasztorze Zmartwychwstańców, gdzie ostatnią mszę dla 42 osób (tak, policzyłem) celebrowało (to dobre określenie) 12 księży (również policzyłem), po podzieleniu tacy zostanie 2 zł na głowę (przypuszczam). W Poznaniu pociąg nadal stoi, choć powinien ruszyć pięć minut temu, słychać coraz głośniejsze dudnienie, jakby ktoś pod wodą uderzał butelką w szybę, ale to przytłumienie wodą może być efektem tego, że podobnie, jak sąsiad z przedziału, próbuję zasnąć. Dudnienie nasila się, nagle facet idący szybkim krokiem przez korytarz wali butelką w drzwi przedziału drąc pysk "piwo, piwo", czym skutecznie nas wybudza. Sąsiad z przedziału podnosi się błyskawicznie i krzyczy: "spierdalaj", byłem pod wrażeniem jego szczerości.

W pociągu nigdy nie kupowałem piwa, zresztą od kilku dni bardziej smakuje mi wino. Jest bardziej wykwintne, zresztą wina nie pije się z byle kim, piwo i brendy można z każdym. Marcin noc przed śmiercią był z kumplami na piwie, o piątej rano wyszedł z domu i w piwnicy "własną dłonią otworzył księgę, a ktoś z litością zawarł mu powieki", teraz śpi śmiercią naturalną, jak ona: "Następnego dnia miejscowa prasa prześcigała się, kto więcej napisze o śmierci siedemnastolatki, której ciało znaleziono ubiegłego wieczoru obok niefunkcjonujących już pociągów dworca głównego Poznania."

 

6. Ludzie w pewnym wieku przestają patrzeć w lustro i popełniają pierwsze samobójstwa (wtedy właśnie jadalne piersi zmieniają się w darmowe minuty), a reinkarnacja deski zaczyna drażnić pióro pisarza drzazgami i tak od deski, do grobowej. W Wiadomościach podają, że skrzypek przepiłował skrzypce, a polski żołnierz zginął w Iraku. To dobry dzień dla Iraku. Patrzę (sam nie wiem, czy okno to, czy lustro), młodzież trenuje lotnictwo międzyblokowe i wie, że czasem dobrze się przespać lub zmienić historię świata, tymczasem "upadłe anioły zostawione na pastwę boga" wzruszają wskazówkami, ja ramionami, a w Hotelu Overlook:

- Panie Grady. Porąbał pan żonę i córki na kawałki, a potem strzelił pan sobie w łeb.

- Dziwne. Nic takiego sobie nie przypominam.

 

7. Jutro w kryminalnym znowu przepracuję 8 godzin, znowu myśląc o studentce arabistyki, która wydaje się być dojrzałą kobietą (niektóre dziewczynki myślą, że jeśli prześpią się z facetem, stają się kobietami, później się zastanawiają, jak wytłumaczyć Matce Boskiej złamanie przysięgi, w końcu tłumaczą ją tylko sobie i wciąż nie widzą w sobie dewotek).

Jutro, podobnie jak ja, pójdzie do pracy ojciec znajomego i będzie opowiadał dorastającym dzieciakom, że alkohol jest zły, a później wróci do domu i przybity pracą otworzy pierwsze piwo, później sześć kolejnych, nie pobije żony, nie sprzeda samochodu za butelkę wina, jest przecież wysoko postawionym człowiekiem. I inteligentnym.

Zobacz: siedzę w Krzyżu, śmierć ma godzinę opóźnienia, a psy wyją zazwyczaj w zachmurzone niebo.

 

8. Lubię niskonakładowe sześcioliterowe słowa równie, jak trzyliterowe, choć z tymi pierwszymi poezja wygląda gorzej, a "mądrość jest kobietą i pokochać zdoła tylko wojownika". Guernika też jest kobietą. Picasso mógłby jej nie malować, świat byłby piękniejszy (może nie dla poetów stąd, czy stamtąd, ale kto by się nimi przejmował). Teraz "jestem spokojny, żadnych zajęć prócz śmierci nie widząc przed sobą". Teraz czekam na stację końcową i zjeżdżam na bocznicę. Jest grudzień. Siedemnasty. W Gorzowie Wlkp. deszcz podlewa kwitnące jabłonie, poza tym ciągle nic się nie zmienia, ale jabłonie miały już poważne następstwa w historii.

Koniec trasy, koniec pociągu, ostatni papieros i początek studiowania studentki, dwu i pół letnia dziekanka lub powrót do przeszłości. Lete skleja powieki i śpi, składam na ustach jej pieczęcie (je t'embrasse) i zamykam w dłoniach.

 

"Pociąg jedzie przez stygnącą Letę"

Jacek Dehnel.

 

Pociąg Kraków - Gorzów Wlkp. 12.12.2006.
Gorzów Wlkp. 17.12.2006.
Karol Graczyk





Izabela Grelowska

LIPOWE KAPLICZKI

od podziemi i piekieł do samego nieba

ciągną soki lipowe - chmury karmi gleba

 

sycąc śpiewem zielonym liści mamrotaniem

wraca co z dawna prochem było i skonaniem

 

płyną pniową doliną raz wyklęte cienie

modlą się jak umieją o swoje zbawienie

 

przed każdą napotkaną drzewianą kaplicą

zaglądając w Chrystusa frasobliwe lico

 

zaklinając na jego wiekuistą mękę

prosząc o łaskę każdą lipową Panienkę

 

której jeszcze rzeźbiarza nie dobyło dłuto

z pnia nieskalanego żelazną pokutą

 

a wszystkie te Chrystusy wszystkie te Maryje

błogosławią poszumem wszystkiemu co żyje

 

i temu co umarło co się nie zrodziło

i temu co jak one - nie istniejąc - było

 

Izabela Grelowska



Laureatka XXXVII Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jana Śpiewaka i Anny Kamieńskiej w Świdwinie - 2006

 

Piotr Müldner-Nieckowski

NOWY DZIEŃ

Właśnie wczoraj radio ogłosiło, że w kraju nastąpił stan wojenny, i dlatego nie mam co robić. Puszczam sobie z taśmy magnetofonowej piosenki Jana Kaczmarka, Jana Pietrzaka, Wojciecha Młynarskiego i siedzę. Słucham też stacji zagranicznych, bo w Polsce nie ma żadnych wiadomości o tym, co się naprawdę dzieje. Na pewno są trupy.

Ale co ja na to poradzę? Siedzę i słucham, odśnieżam też chodnik przed wejściem do naszego bloku, chociaż nie bardzo inżynierowi tak wypada. Korona mi z głowy jednak nie spadnie. Myślę, że konspiracja, która powstanie, nie powinna być prowadzona przez nieudolnych młodzików. Nieudolnych, bo nieostrożnych, pozbawionych strachu. A poza tym to bardzo jednak zdolnych. Jeszcze nie wiem, co robić, skoro uczelnię zamknięto w obawie przed rozruchami studenckimi.

Z samego rana wybuchł piecyk gazowy w łazience. Spaliły się włosy na głowie, ale oparzone mam tylko czoło. Ponieważ nie ma telefonów, wyłączono cały kraj, szedłem na piechotę przez śniegi. Zatrzymywały mnie patrole, ale na widok fatalnie osmalonej głowy z cieknącą posoką puszczały mnie bez mrugnięcia. Teraz mam łeb w bandażach. Boli. Łazienka jest zdemolowana.

Uporządkowałem ją tylko z pogiętych blach i szkła. To chyba wystarczy. Jutro będzie nowy dzień, zajmę się tym dokładniej. Poza tym nic się nie dzieje, ogarnia mnie senność. Niektórzy, jak słyszałem, płaczą. A przecież nie mieli żadnego wypadku.

Może wpadnie do mnie jakiś student, żeby zdać zaległe kolokwium? Zrobiłbym mu kawę, chociaż ciężko z cukrem.

A może konspiracja się do mnie zwróci, skoro ze spaloną głową przepuści mnie każdy patrol nawet w środku nocy i mimo godziny milicyjnej? Czy to taka fatyga, nosić ulotki? Przyjdzie nowy dzień, to się okaże co dalej.

FASOLKI

Zapamiętałem ten drobny szczegół pewnie dlatego, że nic dla mnie nie znaczył, a może dla nikogo nic nie znaczył, może nie tylko dla mnie.

Szczegół był dosłownie tak drobny, że go nie było widać, trzeba było się dobrze natężać, poprawiać okulary, nieustannie je przecierać. W barze, w którym to zobaczyłem, ludziom, co przyszli z mrozu, zaparowywały szkła grubą warstwą lepkiej wody złożonej z oddechów i potu.

I oto przy jednym z brudnych stolików siedział kapitan w zielonym mundurze, a więc na pewno wojskowy, nie żadna milicyjna gnida, i pożerał, tak - dosłownie pożerał leniwe pierogi. A był chudy jak tresowany chart.

Oczami wodził po otoczeniu, a ręką pakował widelec do ust miarowym, równym ruchem żołnierza.

I właśnie wtedy, kiedy przy okienku, gdzie nalana sadłem kucharka wydawała posiłki, wybuchła karczemna awantura między głodnymi klientami, jemu, oficerkowi z rękawa wysunęła się maleńka kulka na łańcuszku. Widziałem dokładnie, za tą pierwszą kulką wytoczyła się druga, niby koralik, kozi bobek, groszek z kapusty, przymocowana łańcuszkiem do pierwszej.

Kapitan zostawił talerz ze sztućcami na stole i pośpiesznie zabrał się do wychodzenia. Zatrzymał się za drzwiami, nabrał zimnego powietrza do płuc, jakby chciał tym powietrzem upchnąć potężną porcję pożywienia w brzuchu, i zrobił błyskawiczny, żołnierski ruch w kierunku kosza na śmieci. A potem pociągnął nosem i odszedł.

Wybiegłem na ulicę i przerzuciłem śmieci w koszu. Nikt nie miał prawa się zdziwić, jeśli tylko zobaczył, że to ja. Mogłem spokojnie grzebać i robiłem to, śmieć po śmieciu przez godzinę. Obejrzałem też najbliższe otoczenie.

Ale niczego nie znalazłem. Być może się myliłem, chociaż patrzeć to ja potrafię. Tak, na pewno się myliłem.

Jedno jest ciekawe, że zapamiętałem ten incydent na tak długie lata i że nie zapomnę do śmierci. Zawsze, kiedy się zbliżam do pojemnika asenizacyjnego, staje mi przed oczami chudeusz w mundurze, z drobniutkimi fasolkami wiszącymi z rękawa.

WIELKA UCIECHA

Mój ojciec ma potworne blizny na twarzy, które mu zrobił jeden porucznik w 1951 roku, kiedy go przesłuchiwał jako byłego żołnierza Armii Krajowej. Ojciec był w Armii Krajowej specjalistą od podrabiania hitlerowskich dokumentów, a w Polsce Ludowej zarzucono mu, że podrabiał radzieckie pieniądze. Blizny ojca miały to do siebie, że zmieniały kolor zależnie od nastroju. Raz były blade, w czasie snu, kiedy indziej czerwone, w czasie wysiłku, zielonkawe w gniewie, pomarańczowe w chwilach szampańskiego humoru i niebieskie po wódce. Pewnego razu, kiedy ojciec akurat opowiadał, że w tamtych latach obiecywał sobie, że zabije tamtego porucznika, który go przypalał palnikiem Bunsena, przeczytaliśmy w "Życiu Warszawy" nekrolog, donoszący o śmierci tego faceta. Kostucha dosięgła go jako pułkownika. Znałem jego nazwisko świetnie i setnie się ucieszyłem, zrobiłem taniec zwycięstwa po pokoju i huknąłem z wielką siłą pięścią w stół. Ale ojciec był smutny, jego blizny spurpurowiały ze złości.

- Jeżeli jesteś prawdziwym człowiekiem, powinieneś się przed księdzem wyspowiadać z tego, że cieszyłeś się z cudzej śmierci.

Zbeształ mnie i zmieszał z błotem.

Mimo to poszedłem z kolegami na wódkę i piłem do rana, śpiewając lwowskie piosenki, odgrzebując z pamięci knajackie kawały i obiecując przyjaciołom, że grupa, do której należę, będzie naszą przyszłością. Podszczypywaliśmy kelnerki, cieszyliśmy się jak dzieciaki. Głośno też opowiadaliśmy sobie o draństwach reżymu. Kiedy nad ranem wróciłem do domu, ojciec czekał na mnie w fotelu. Nie spał.

- Co się stało, tato? - zapytałem i śmiałem się bez ustanku.

- Uważaj na siebie, synku. Mam tylko ciebie jednego - powiedział i zaraz spokojnie zasnął.

SZYMANIAK

Szymaniak szedł, jak to było dokładnie widać, rozweselony. Śmiał się do siebie, coś mówił pod nosem, kołysał się w marszu na boki, rękami robił zgiętymi w łokciach. Dobrze mu było. Rozglądał się po dachach niskich bloków, budowanych w latach pięćdziesiątych, raz tylko się zatrzymał przy furtce do jakiegoś ogrodu i zerwał pęk liści dzikiego wina, z których jeden zaczął ssać, jak dziki królik. Popatrzył na latarenkę przyczepioną do ściany i poruszając ustami odczytał numer domu. Pokręcił głową, że to nie ten, i ruszył dalej. Potknął się lewą nogą o swój własny prawy but, ale utrzymał równowagę. Wtedy zza tej furtki wyszedł inny, gruby gość o długich włosach, szeroki w ramionach i truchtem pogonił za Szymaniakiem. Zastąpił mu drogę.

- No, nareszcie się doczekałem na ciebie.

- Na mnie?

- Poznaję.

- Mnie pan poznaje? Ja pana nie znam. Przepraszam - Szymaniak odepchnął go na bok i chciał iść dalej, ale tamten zaparł się nogami.

- Gdzie idziesz? - zapytał.

- Na spacer - powiedział Szymaniak.

- Sobie on idzie. Poznaję.

- Co tak poznajesz?

- Czekałem bardzo długo.

- Jestem tu pierwszy raz w życiu.

- Zgadza się. Poznaję krawat - powiedział gruby. - Okulary też poznaję. Ten sam szew na tyłku u ciebie. To możesz być tylko ty. Oj, na pewno ty. Nie szarp się.

- Pan to chyba jest Żyd - powiedział Szymaniak.

- Nie.

- No to pedał.

- Nie.

- Tak gadasz jak Żyd albo pedał.

- Nie, to ty tak słuchasz. Ja jestem warszawiak.

- I dlatego chcesz mnie bić?

- Nie, frajerze - powiedział tamten.

- No to czego?

- Popatrzeć chcę. Czekałem tyle, to teraz chcę się napatrzeć. Te same wargi jak u niedźwiedzia.

- U mnie wargi?

- Nie u mnie. Jesteś cwaniaczek, udajesz, że nie studiujesz gęby w lustrze. Nauczyli cię, że w lustrze można się przygotować na każdą ewentualność. Nie na mnie te sztuczki, padalczyku. - Gruby kopnął Szymaniaka w kolano, aż ten się zgiął i zaczął masować. - Ja cię bił nie będę, tylko nie odchodź. Muszę się koniecznie dokładnie przypatrzeć. Studiowałeś na studiach?

- No tak, studiowałem - Szymaniak krzywił się z bólu.

- To co się tak krzywisz? Ja to od razu widzę, że jesteś ze wsi.

- Ja ze wsi? Nieprawda.

- Prawda, prawda. Co studiowałeś?

- Ja? Politechnikę.

- Powiedzmy że politechnikę. Inżynier?

- Powiedzmy architekt.

- To widać, cwaniaczku. Architekt. Ale ojca i matki się wstydzisz.

- A ty kto jesteś? Zejdź z drogi.

- Ja to jestem ja.

- Za mną stoją całe biblioteki, a za tobą pewnie tylko jedna książeczka, wojskowa - odgryzał się Szymaniak, nie zauważywszy, że mimo woli dał się wciągnąć w rozmowę.

- Nie widzę, nic za tobą nie stoi. Jakbyś teraz w mordę dostał, to pies z kulawą nogą i świecącymi kulkami by się za tobą nie ujął. Sam byś się z tego lizał.

- O co ci chodzi? Po co ta agresja? - zapytał Szymaniak.

- Czekałem na ciebie. Na ciebie jednego. Chcesz kopa?

- Nie chcę.

- No, widzisz, jaka tam agresja. Ja się tylko pytam. I tak patrzę, ta sama morda, ta sama.

- Ty też ta sama.

- Słuchaj synku. Już się napatrzyłem. Teraz sobie idź. Ja też jestem architekt. - gruby zszedł z chodnika i oparł się o mur kamienicy. Szymaniak mógł iść. Gruby splunął na ziemię, odwrócił się ku furtce i po kilku krokach zniknął.

Szymaniak stał w miejscu. Ręce luźno mu zwisały wzdłuż tułowia. Okulary spadły na czubek nosa.

Krawat był wykrzywiony.

Stał tam nadal. Słońce z godziny na godzinę schodziło coraz niżej. Robiło się chłodno, jak zwykle na przełomie września i października. Ludzie wracali z zakupów albo właśnie szli do kina. Szymaniak stał tam z twarzą zwróconą w stronę muru, gdzie przed wieloma godzinami na chwilę oparł się grubas. O piątej rano przed pobliski sklep zajechał samochód, dwóch ludzi wyładowało skrzynki z mlekiem i zabrało na platformę puste butelki. Stojącego bez ruchu Szymaniaka widzieli także gazeciarze, którzy furgonetką przywieźli do kiosku paczki z czasopismami. Tytuły donosiły, że prezydentem Stanów Zjednoczonych został Ronald Reagan. Przetoczyło się kilku pijanych. Cuchnęli piwem. Późnym wieczorem także widziano Szymaniaka, stał jak kukła.

Był styczeń. Szymaniak stał przodem do muru.

DOBRZE, ŻE PAN JEST

Oczywiście nikt nie miał zamiaru sprawić jej przykrości, nawet ją zapewniali ze wszystkich sił, obie sąsiadki z piętra, dozorca, bykowaty dureń, który się znał na sadzeniu i przycinaniu róż, pielęgniarka z przychodni, wszyscy po kolei lekarze, którzy wzajemnie się wycinali podstępem i podrzucali jej kartę choroby, żeby nie iść na kłopotliwą wizytę, a także syn z Radomia, ale ten miał najmniej do powiedzenia, bo nie dostawał zgody milicji na wyjazd do matki do Warszawy.

A jednak czuła się tak, jakby cały świat ludzki o niczym innym nie rozmyślał, niczego innego nie nadawał przez radio i telewizję, pisał w gazetach i tak dalej, jak tylko to, aby ją stłamsić i wypchnąć do grobu bez cienia przyjemności w ostatnich latach życia. Stała w oknie podparta na rękach dla polepszenia oddychania i patrzyła, jak na ścianie domu naprzeciwko wyłazi z tynku ciągle ten sam od piętnastu lat napis "Wolność słowa", wydrapany przez gospodarza, zamalowany przez ciotkę rewolucji Alicję Babińską, ongiś nawet zalepiany przez trójkę Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej, i miała tego widoku dosyć, zarówno wolności, jak i jej przeciwników.

Prawdę powiedziawszy, chciało się jej wymiotować, więc brała tabletki na nudności i szumiało jej w głowie. Dreptała od końca do końca pokoju i miała wstręt do kuchni. Zadzwoniła do kierownika przychodni lekarskiej i wytłumaczyła mu, że nie może korzystać z pomocy zwykłych lekarzy rejonowych i prosi go na kolanach, żeby przyszedł on, bo tyle o nim słyszała. Więc przyszedł. Był młody i energiczny, lubiła takich ludzi. Zbadał ją sumiennie, wytłumaczył, jak się bronić przed dolegliwościami i na czym to wszystko polega, a na pytanie o ustawiczną płaczliwość odpowiedział, że nie radzi czytać gazet i oglądać dziennika telewizyjnego.

Wtedy przyjrzała mu się lepiej. Kiedy się nad nią nachylał, chwyciła go za głowę i przytuliła do siebie. Nie wyrywał się, czekał, aż jej to przejdzie.

- Pan wie najlepiej, co ludziom dokucza - powiedziała.

- Wiem.

- Brak wolności, pustka, straszliwe skrępowanie - powiedziała. - Ta sytuacja polityczna wytrąciła najtwardszych z równowagi. Nie wiadomo już kto tu rządzi. Czy ci, czy ci.

- To prawda - powiedział.

- Więc nie podobają się panu nowe czasy?

- A pani?

- Ja nie jestem ani za, ani przeciw. A pan?

- No, ja też.

- Dziękuję, już mi lepiej - powiedziała. Leżała na łóżku. On wypisywał recepty i zlecenia dla służby pielęgniarskiej, zanotował w kalendarzu następną wizytę i plan zorganizowania dla niej pomocy ze strony ośrodka pomocy, wpisał na listę osób, które powinny dostać zapomogę. Opowiedział jej o tym, pogłaskał po głowie.

Zobaczył, że minęły jej nudności i zawroty głowy, czuła się wyraźnie dobrze, uśmiechała. Mógł wyjść i tak też zrobił. Ponieważ zamknęła oczy, starał się nie trzaskać drzwiami.

Kiedy usłyszała turkot windy i była pewna, że wyszedł, podniosła słuchawkę, nakręciła numer i poprosiła do telefonu porucznika Bigla.

- Porucznik Bigiel już tu nie pracuje.

- A gdzie?

- Od pięciu lat ma firmę ochroniarską. Pracuje prywatnie. Podać telefon?

- A pan jest na jego miejscu?

- Można tak powiedzieć. Słucham panią, w czym mogę pomóc?

- Panie poruczniku - powiedziała. - Mam dla pana coś ciekawego. Kierownik przychodni rejonowej. Z całą pewnością wielki przeciwnik władzy. Gdybym była na pana miejscu, zrobiłabym wszystko, żeby wydusić z niego kontakty, ludzi, wszystko co wie. On jest bardzo niebezpieczny, ma duży wpływ na wszystkich, z którymi się styka. Dziękuję.

Po czym odłożyła słuchawkę.

 

Zatarła ręce z radości.Włączyła radio i zaczęła szukać audycji Wolnej Europy. W duchu dziękowała lekarzom za to, że istnieją. Świat bez lekarzy... trudno to sobie wyobrazić.

Szukała Wolnej Europy długo, bardzo długo. W końcu zasnęła zmożona ciężkimi przeżyciami dnia.

 

Piotr Müldner-Nieckowski





Krystyna Mazur

WIRTUALNA RZECZYWISTOŚĆ

słowa codziennie wyrzucane

przez szybę komputera

łapię jak kot kłębek wełny

toczący się po podłodze

 

pęcznieją niczym groch w wodzie

nabierając znaczenia

scalają jak cement mury domu

rozbełtują ciszę zszywają rozdarcia

 

czasem plączą się po drodze

rodzą pułapki

jednak trafiają

na właściwy monitor

 

posłuszne hasłu usuń

robią miejsce następnym

tkanym pomiędzy

zalogowaniem i wylogowaniem

 

Krystyna Mazur



Laureatka XXXVII Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jana Śpiewaka i Anny Kamieńskiej w Świdwinie - 2006


Piotr Kaczorowski

II

Miałam dziewięć lat, gdy bezlitosne życie uśmierciło we mnie człowieka jednocześnie wydając na świat nową istotę. Zimną, wyrachowaną i zaślepioną rządzą zemsty. Byłam w tym pięknym wieku, którego wspomnienia są balsamem do rany bolesnych trudów dorosłego życia, lecz samurajski miecz przeciął mój los na dobre tak jak przecinają nici życia boginie, gdy nadchodzi Czas każdego z nas. Mój czas nadszedł bardzo szybko. Za szybko. Starzy ludzie mówią, że los zapisany jest w gwiazdach, które niczym anioły strzegą naszego życia, lecz zawsze, gdy wpatrywałam się w gwiazdy nie doznawałam uczucia piękna, lecz nieuchronną udrękę życia, które miało nadejść prędzej czy później. Już wtedy, w blasku rodzinnego szczęścia, nauczona przez ojca żołnierza odwagi i wiary we własne siły, pragnęłam żeby kataklizm przyszedł jak najprędzej i oszczędził mi nerwowych chwil domysłów. Nie wiedziałam jednak jak straszliwą cenę przyjdzie mi zapłacić za popędliwą niecierpliwość.

 

- Schowaj się pod łóżko!- krzyknął ojciec rozglądając się na zewnątrz przez uchylone okno.

- Ale tatusiu, ja nie chcę. - marudziłam przecierając rękami świeży sen z oczu.

- Proszę cię, schowaj się. - powtórzył cofając się od okna w kierunku szafki z mieczami.

- Ale tatusiu... - kwękałam nie rozumiejąc tej krzątaniny

- Raz! Pod łóżko! - krzyknął patrząc na mnie błagalnym wzrokiem.

- Dobrze tatusiu, już się chowam. - szeptałam zmieszana krzykiem wczołgując się pod łóżko.

 

Leżałam w ciemnym kącie czekając na nieznane, modląc się do anioła o bezpieczeństwo swoje i rodziców. Chciałam żeby to, co miało nastąpić, wydarzyło się szybko jak cięcie miecza wybawiającego moje drążące ciało ze strachu oczekiwania niewiadomego. Ojciec zawsze uczył mnie, że atak jest najlepszą obroną, lecz teraz leżałam sam na sam ze niepewnością bezbronnie czekając na przyjęcie uderzenia. Spod łóżka obserwowałam stopy rodziców, które poruszały ich ciała w rytm nadchodzącej melodii śmierci. Pokrzykiwania z zewnątrz domu boleśnie szarpały struny napięcia, które pod naporem celowych okrzyków wprawiało ciało w wibracje nadchodzącego końca. Gdy ze schodów zaczął dobiegać stukot kroków, ojciec naprężył swe giętkie ciało w pozycji do walki. Jego miecz czyhał na wtargnięcie najeźdźcy, aby zamoczyć w ich plugawym ciele ostrze tak, aby ból cierpienia przypominał im tu i w zaświatach, dokąd ojciec zamierzał ich wysłać, czyj dom zbezcześcili swym ciałem przesiąkniętym jadem hańby. Wbiegło ich trzech. Wtargnęli w ciszę domowego ogniska przynosząc ze sobą gorzki smak śmierci, której ojciec postanowił stawić czoło mężnie i z poczuciem wyższości, którą czuje się nad przeciwnikiem, który jak zagubione dziecko nuci mantrę zguby nie znając piękna i radości. Umysł mojego ojca pracował w euforycznym uniesieniu wolności wyboru śmierci i jedyne, co zmuszało go do walki to żona i dziecko, za których radosne buzie i pocieszający uśmiech byłby w stanie umierać dziesięć razy w torturach, których ból oczyszczał jego dumę z kłującego uczucia przegranej. Wbiegło ich trzech. Niczym hieny czekające na padlinę otoczyli ojca przygotowując swe brudne miecze do uderzenia. Żaden nie odważył się zaatakować pierwszy czekając na chwile zwodniczej odwagi w swych braciach, których czarne dobrze skrojone garnitury przypominały habity mnichów, którzy walczą z szatanem ludzkości odmawiając modlitwy o pokój, lecz ich modlitwą była modlitwa bólu i nienawiści.

 

- Hahahahahaha - donośny śmiech uderzył o ściany domu burząc w nim całe szczęście z takim mozołem budowane latami.

 

Do pokoju wszedł mężczyzna o wielkiej posturze ciała pokryty tatuażami od stóp do głów, ogolony na łyso z palącym się cygarem w ustach.

 

- Nie bój się śmierci, Ishiko. Ona przychodzi szybko. Przykryje twe ciało płaszczem i bezboleśnie zabierze cię do krainy ciemności. Proszę cię nie bój się śmierci, Ishiko. - powiedział mężczyzna z cygarem siadając na fotelu - Jedyne, czego musisz się bać to mnie. Nie umrzesz bezboleśnie a dusze twojej rodziny będą się błąkać po świecie szukając zemsty i ja im stanę naprzeciw. Stanę i tak jak dziś unicestwię w nich to piękno i harmonię życia, które toczyliście, zamieniając ją na ból nie do opisania, a przeraźliwy krzyk umierającego ojca będzie im towarzyszył w zaświatach. I tak umarli zabierając ze sobą cząstkę mnie. Jestem pewna, że stanęli przed obliczem czystej miłości, lecz moje serce nie odczuwało boskiego dobra i ciepła, lecz sączyło jadem nienawiści, który zalewał mój umysł i ciało pragnieniem krwi tych, którzy na zawsze zmienili mój los w nierozerwalny krąg śmierci. Nie czułam smutku, żalu ani pustki po ich stracie, lecz wraz z ich śmiercią umarło moje serce a jego miejsce wypełniła żądza zemsty tak nieodwracalna jak wyciągnięty miecz samurajski. Tak jak świeża krew zalewała pokój z ich jeszcze ciepłych ciał, które jeszcze przed mgnieniem oka były moim rodzicami z ich miłością i troską tak moja dusza wirowała w tańcu pomsty oddając się w orgii ciepłej krwi Bogu zemsty, czując już teraz na zwilżonych wargach smak krwi plugawych ciał oprawców i zapach ich dusz unoszącej się z prośbą do Boga o powstrzymanie mojej nieugiętej woli zabijania.

 

Piotr Kaczorowski
Mraczewski@op.pl

 

Piotr Pawlak

***

szklane panny spadają z anielskich główek

spalone słońcem niepotrzebne cienie

pyłu rozgwiazdy w czarnych końcach rzęs

bryły lodu spadają jak ojcowie

 

kominy tego domu wsysały chmury

wciągały drogi i wilgotność traw

sierść jej uśmiechów jak pęknięcia astrów,

które za żadną cenę nie mogły być twoje

 

teraz noc się zamknęła w rybich szkieletach

nikt nie wie w jakiej rzece czarne piersi chłodzi

 

poduszeczki jej spojrzeń zdrapane ze szkła

zasypane wilgocią, przykryte popiołem

gdzieś mają jamy, do których chcą wejść

gdzieś czekają na nie z lampionami

gdzieś stawiają czajnik na gazie

grzeją kolację - lecz gdzie?

 

deszcze uszlachetniane

śnią sen o kochaniu

o dzikich zwierząt aksamitnym ryku

szklana twarz samotności pod mostem wisi

owinęłam ten kokon w przeraźliwe szale

 

był taki ktoś, kto wzrokiem w ciało się wbijał

z suchych liści drapieżnik - żywił się padliną

okłamany nietoperz wśród słoików dżemu

łapki miał zaplątane w miłosierną sieć

 

Piotr Pawlak



"Złoty klucz" Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jana Śpiewaka i Anny Kamieńskiej w Świdwinie - 2006


NIE JESTEM NAJLEPSZYM KSIĘDZEM

Rozmowa z poetą ks. Janem Sochoniem

 

Piotr Kitrasiewicz: - Jest ksiądz teologiem i filozofem, ale także znanym poetą, jedną z najciekawszych osobowości artystycznych wśród uprawiających twórczość poetycką osób duchownych, i nie tylko duchownych. Jak długo czeka ksiądz na wiersz? Czy długo nosi go ksiądz w sobie, czy też tworzy szybko i spontanicznie?

 

- Jeśli chodzi o mnie i moją twórczość to wiersze pojawiają się właściwie niespodzianie. Na tekst poetycki muszę niekiedy długo czekać. I bywa tak, że czekam miesiąc albo dwa. A powodem powstania wiersza jest zawsze jakieś doświadczenie: człowieka, wydarzenia lub innego tekstu poetyckiego. Wiersz nigdy nie może być wymyślony, nie może być tylko i wyłącznie spięciem znaczeń językowych, dlatego nie przepadam za poetami awangardowymi, jak Tadeusz Peiper czy Julian Przyboś. Źródło poezji jest dość tajemnicze, zapewne jest to jakiś dar. Natomiast sam proces powstawania utworu, choćby krótkiego, jest dwustopniowy. Pierwszy, to właśnie osobliwy stan umysłu, rodzaj inspiracji intelektualno-duchowej całkowicie ode mnie niezależnej, a drugi to praca w słowie, czyli zapisanie w dzienniku - bo te nieukształtowane jeszcze wiersze zapisuję w swoim dzienniku wśród refleksji i wydarzeń danego dnia. I ten nieobrobiony tekst, materiał na wiersz, czeka tam jakiś czas, miesiąc albo kilka tygodni. Wracam do niego i nad nim pracuję. Rzadko mi się zdarza, chociaż się zdarza, automatyczne, natychmiastowe napisanie tekstu poetyckiego, takie że niczego w nim już nie zmieniam. Piszę zawsze ołówkiem, nie mogę napisać wiersza na maszynie lub komputerze, jak to potrafią inni pisarze. Muszę odczuwać fizyczny kontakt ręki i umysłu z kartką papieru. Reasumując: źródło tekstu poetyckiego zawsze jest irracjonalne, ale potem jest praca czysto intelektualna. Jak powiedział Adam Zagajewski, w wierszu trzeba jeszcze wzmocnić jego kręgosłup. I to wzmacnianie kręgosłupa polega właśnie na pracy w języku, ponieważ w utworze poetyckim wszystko ma znaczenie: kropka, przecinek, światło między wyrazami. Wszystko ma znaczenie, bo wszystko musi być formalnie doskonałe, rytmiczne, wiersz musi mieć swoją strukturę, swoją muzykę, nawet jeśli jest wierszem wolnym.

 

P.K.: - Przez twórczość księdza przewija się stały motyw. Jest nim miłość. Miłość wyrażona w sposób bardzo niekiedy namacalny, cielesny, bliski erotyce. Psycholodzy nazywają za Freudem tego rodzaju wyrażanie emocji "sublimacją". A jak to wygląda w poezji Jana Sochonia?

 

- Nie chodzi mi o sublimację i nie traktuję swoich wierszy w ten sposób. Są one po prostu zgodnym z innymi ludźmi sposobem wyrażania tego, co jest najbardziej tajemnicze, najbardziej trudne do uzewnętrznienia. A miłość jest fundamentem życia. To słowo powinno w naszym życiu rozbrzmiewać coraz głośniej, zwłaszcza w Kościele. A równocześnie jest ono bardzo skonwencjonalizowane, wręcz zbanalizowane. Ciągle szukam poetyckiego sposobu odsłonięcia pierwotności miłości. Literatura czyni to od początku świata, Biblia jest przeniknięta tego rodzaju próbami. I ja pod tym względem nie jestem wcale oryginalny, staram się tylko znaleźć swój własny sposób mówienia o tym. A jeśli chodzi o odniesienia psychologiczne, odniesienia do sublimacji, to mam świadomość, że gdy piszę wiersze to - powtarzam - wcale nie o to mi chodzi. Piszę nie po to, żeby siebie samego wewnętrznie uspokajać, ale po to, żeby tekst poetycki stał się faktem społecznym, żeby zaczął zewnętrznie żyć, bo w istocie wiersz leżący w szufladzie po prostu nie istnieje. Kiedy moje wewnętrzne "ja", zetknie się z innym wewnętrznym "ja", to dopiero wówczas nawiązuje się rozmowa. I dopiero ta rozmowa jest potwierdzeniem ważności tekstu. Jeżeli jej nie ma, no to i tekstu nie ma. Stąd też chodzi mi o to, żeby język, którym się posługuję był językiem na tyle otwartym, żeby mógł ogarnąć różnych ludzi. Nie tylko tych, których rozumienie świata jest zbliżone do mojego, ale i tych, którzy myślą odmiennie, ale mogą zostać zaczepieni przez słowo wiersza. Dodam jeszcze, że wspomniany motyw cielesności jest motywem w ogóle ludzkiego doświadczenia świata. Zwłaszcza mężczyzny. I miłości nie da się oddzielić od doświadczenia erotycznego. Posługując się tym językiem, językiem naszej ziemskiej miłości, możemy wyrazić właśnie miłość do Boga.

 

P.K.: - Czy uważa się ksiądz bardziej za kapłana-poetę czy poetę-kapłana? Bo w pojęciach tych mogą kryć się pewne sprzeczności. Przecież duszpasterz korzysta z ambony do wygłaszania Słowa Bożego. Czy wobec tego twórczość literacka nie stanowi pewnego rodzaju balastu, bo poeta, artysta, ma inny typ osobowości, w którym niekoniecznie musi być miejsce na pokorę, jaką kapłan winien praktykować na sobie i zaszczepiać ją wiernym. Artyści bywają narcystyczni i egocentryczni. Czy nie ma w tym pewnego niebezpieczeństwa?

 

- Wiele osób zwraca się często do mnie z zapytaniem: czy ksiądz rzeczywiście musi pisać wiersze, jakieś eseje czy recenzje? Czy nie wystarczą dary porządku sakramentalnego Kościoła i przede wszystkim Msza Święta? Samo kapłaństwo przecież zdaje się być ekspresją najczystszej poezji. Po cóż więc ksiądz narzuca się literacko wiernym? Nie wypada, aby duchowny tak znacznie eksponował swe prywatne, bardzo egotycznie budowane wizje życia i świata. A nadto, artysta nie zważa na żadne ograniczenia swojej twórczej aktywności. Daje się i musi się dawać ponosić najgłębszym i najbardziej szczerym emocjom. A czy ksiądz może tak czynić? Czyż nie krępują go więzy kościelnych poetyk, liturgicznej stylistyki i tzw. dobrego kulturowego smaku? Kiedyś ks. Jan Twardowski powiedział mi szeptem: napisałbym wiersz o kobiecie, ale jakoś nie wypada. NO, właśnie! Wypada czy nie wypada?

 

P.K.: - I w jaki sposób ksiądz-poeta rozwiązuje ten dylemat?

 

- Moja sytuacja jako pisarza wydaje się nader skomplikowana pod względem artystycznym i duchowym. Ale równocześnie oświadczam wyraźnie i stanowczo: gdy tylko pojawia się "wena" poetycka, kiedy zaczynają powstawać wiersze, wówczas znikają wszystkie wątpliwości i niepokoje. Gdybym zauważył, że moje wiersze wywołują duchowy nieład u odbiorców, to zapewne natychmiast przestałbym pisać. Natomiast uważam, że utwory mogą być także narzędziem duszpasterskim i mówić o sprawach natury religijnej. Przecież religia i poezja są ze sobą powiązane. Wiele pieśni kościelnych i modlitw ma właśnie poetycki charakter, poezja może prowadzić do Boga. Moje przeżycia duchowe zawarte w wierszach być może są bliskie również wielu ludziom. To "być może" wydaje mi się na tyle wartościowe, że warto taki trud poetycki podejmować. A poza tym, cóż na to poradzę, że mój stan umysłu bywa poetycki? Szkoda byłoby z tego rezygnować tylko dlatego, że jest się księdzem. Celem religii, wiary, jest ostateczna unia z osobowo pojętym Bogiem, natomiast celem poezji jest tylko rozjaśnienie, przybliżenie, kontemplacja tego co piękne w rzeczywistości. Poezja może w sposób integralny wspomagać religię, może być jej artystycznym zobrazowaniem.

 

P.K.: - Jednym z ulubionych poetów księdza jest Bolesław Leśmian. Na pierwszy rzut oka może to zaskakiwać, gdyż fascynująca skądinąd twórczość tego autora jest mało chrześcijańska w sensie bezpośrednim, można powiedzieć, że wyraża ducha panteistycznego. Co najbardziej urzeka księdza w poezji Leśmiana?

 

- Poświęciłem Leśmianowi pracę magisterską na studiach polonistycznych, fascynował mnie więc już wcześniej. W jego twórczości urzeka mnie to, że potrafił korzystać z bogactwa języka w sposób absolutnie świadomy. A dla mnie wówczas, i teraz zresztą również, poezja to umiejętność wydobywania z języka zjawisk utajonych, a więc sugerowania znaczeń, przeżyć. Leśmian wydał mi się fascynujący w podejmowaniu prób mówienia o Bogu w sposób nie pomijający świata. Nawet nie trzeba nazywać tego panteizmem, to jest raczej augustyńska droga pokazująca, że aby znaleźć Boga trzeba wyruszyć w podróż. I poezja Leśmiana w tym znaczeniu jest artystyczną drogą ku Tajemnicy. Interesował mnie ponadto jego związek z myśleniem filozoficznym, a zarówno literaturą, jak i filozofią zawsze się interesowałem. Skończyłem zresztą zarówno studia filologiczne i filozoficzne. A Leśmian był takim poetą, który starał się szukać źródeł swojej wizji poetyckiej, starał się utrwalić to co zmienne, przekraczające sen i noc, jasność i ciemność, widzenie i niewidzenie. Był poetą pogranicza, poetą światów i zaświatów. I ta wizja literatury jest mi bliska i też do niej dążę, chociaż (mam nadzieję) już na swój własny sposób.

 

P.K.: - W naszym kraju wielu kapłanów zajmuje się twórczością poetycką. Mówi się nawet o swoistym, polskim fenomenie nie mającym odpowiednika w innych krajach. Ksiądz jest zresztą specjalistą także w tym zakresie, gdyż w 1992 roku ukazała się antologia zatytułowana "Szaropolskie srebro. Wiersze księży", opracowana właśnie przez Jana Sochonia, a w niej aż 26 autorów w sutannach. Jak ocenia ksiądz twórczość swoich kolegów-kapłanów?

 

- Zjawisko poezji księży jest w Polsce rzeczywiście czymś wyjątkowym. Chyba nie ma takiego kraju, który mógłby poszczycić się taką plejadą księży aktywnie uczestniczących w życiu kulturalnym. Było tak w Polsce niemal od zawsze, począwszy od Adama Opatowczyka, a skończywszy na najmłodszych czyli klerykach studiujących teologię w seminariach duchownych. Niemniej jednak dopiero od czasu II Rzeczypospolitej księża rzeczywiście świadomie zaczęli używać literatury jako tzw. Miejsca teologicznego. Trudno dziś wyobrazić sobie świadomość kulturową bez wrażliwości na przykład księży-poetów: Jana Twardowskiego, Janusza Stanisława Pasierba, Jerzego Szymika, Alfreda Marka Wierzbickiego. Odkrywam zresztą wiele specyficznych cech tej poezji, ale nie mamy czasu, żeby o tym mówić. W każdym razie najważniejsze, że polscy księża nie obawiają się poetycko reagować na rzeczywistość i służyć Ewangelii także w tego rodzaju sposób. Spójrzmy na Jezusa. Czyż nie był Poetą? Piszę więc dlatego, bo wiem, że nie jestem najlepszym księdzem. Ufam, że słowo poezji wzmacnia potrzebę dobra i umniejsza słabości, których trudno się pozbyć. Przynosi poczucie, że nie marnuję Bożych darów. Uczy duszpasterskiej powściągliwości i skromności. Jesteś tylko głosem, niczym więcej. Nie stawaj na podwyższeniu, nie domagaj się pierwszych miejsc. Musisz być przezroczystym znakiem zapraszającym do miłości. Wtedy, być może, doznasz odrobinę satysfakcji i radości. Piszę, bo przyjmuję za papieżem Pawłem VI, że istnieje pokrewieństwo między kapłanem a artystą, jakaś cudowna zdolność wzajemnego rozumienia. Chcę udostępniać niewidzialną rzeczywistość ducha, sprawiać, żeby świat stawał się zrozumiały, a nawet pociągający, w taki jednakże sposób, aby nie utracał blasku Tajemnicy. Gdyby zabrakło Kościołowi (chyba całemu światu) pomocy artystów, posługiwanie kapłańskie odczułoby jakiś brak.

 

P.K.: - Dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiał: Piotr Kitrasiewicz

 


Mariusz Cezary Kosmala

GLUCK, LULLY, PURCELL


Agnieszce Hurich

 

Płakałem. Płakałem nad smutnym losem

Orfeusza i Eurydyki. Płakałem. Płakałem

nad smutnym losem Acisa i Galatei.

Płakałem. Płakałem nad tragedią Dydony,

 

gdy opuszczał ją Eneasz. A kiedy Orfeusz

błaga Furie, Widma i Demony i niebiańsko

żali się jego lira - płaczę. A kiedy jednooki

Polifem kamienuje pięknego pasterza

 

Acisa - płaczę. A kiedy Dydona,

królowa Kartaginy, umiera w ramionach

swojej siostry - płaczę.

 

Płaczę, bo to ja jestem Orfeuszem.

Płaczę, bo to ja jestem Acisem.

Płaczę, bo to ja jestem winien śmierci

 

Dydony.

 

10 XI 2005
Mariusz Cezary Kosmala

 

Jacob Böhme

AURORA

Rozdział jedenasty

 

O siódmym duchu źródlanym w boskiej mocy

 

Siódmy duch Boży w boskiej mocy jest strukturą cielesną rodzącą się z pozostałych sześciu duchów; istnieją w nim wszystkie niebiańskie figury, w nim wszystko tworzy się i kształtuje, w nim wyłania się wszelkie piękno i radość. To jest prawdziwy duch natury, nawet sama natura, w nim znajduje się zrozumienie i w nim formułowane są wszystkie kreatury w niebie i na ziemi. Tak, jest w nim realizowane samo niebo, wszelka naturalność w całym Bogu mieści się w tym duchu. Gdyby nie było tego ducha, wówczas nie byłoby także ani anioła ani człowieka: Bóg stanowiłby tylko niezbadaną istotę, która przejawiałaby się jedynie w niezbadalnej mocy.

2. Jeśli więc stawia się pytanie: Jaka jest ta postać? Jeśli więc jesteś rozumnym duchem marcuriusza, który naciera przez wszystkie siedem duchów Bożych, aprobuje i widzi je, jakie są, wtedy przy wyjaśnianiu tego siódmego ducha zrozumiesz działanie i istotę całej Boskości: uchwycisz ją zmysłowo.

3. A jeśli niczego nie rozumiesz odnośnie tego ducha, tedy zostaw tę księgę w spokoju i nie wypowiadaj się ani o zimnie ani o cieple mieszczących się w nim, gdyż za bardzo jesteś przytrzymywany w Saturnie i w tym świecie nie jesteś filozofem. Pozwól tylko trwać twemu osądowi albo odbierzesz złą nagrodę; przed czym ufnie chciałbym cię przestrzec. Zaczekaj do owego życia, gdy otworzą ci się wrota niebios; wtedy zrozumiesz także i to.

4. Zwróć zatem uwagę na tę głębię: Tutaj muszę objaśnić całe boskie ciało, w jaki sposób staje się naturą. Wtedy zobaczysz najdostojniejszą przyczynę, jak wszystkie siedem duchów Bożych wciąż rodzi jeden drugiego, czemu Boskość nie ma początku ani końca. Dlatego niech żądza twego ducha patrzy i niech ujrzy wieczne, boskie państwo radości, niebiańską rozkosz i radości ciała; w wieczności wszystko to nie zazna kresu.

5. Zapamiętaj więc: Kiedy błyskawica wzbija się w centrum, wówczas boskie narodziny znajdują się w pełnym działaniu. W Bogu jest zawsze i wiecznie tak samo, ale nie w nas, biednych dzieciach ciała. W tym życiu triumfujące boskie narodziny trwają w nas, ludziach, tylko tak długo, jakby to było coś mniej niż błyskawica. Dlatego nasze poznanie jest fragmentaryczne, lecz w Bogu błyskawica istnieje w ten sposób, że jest wieczna i nieodmienna.

6. Spójrz: Wszystkie siedem duchów Bożych rodzi się równocześnie. Nikt z nich nie jest pierwszy i nikt nie jest ostatni. A trzeba spojrzeć na rdzeń, jak podnoszą się boskie narodziny, inaczej nie zrozumie się tego, gdyż wszystkich siedmiu równocześnie nie mogą pojąć w sobie kreatury, choć widzą je. A jeśli ożywia się jeden duch, wtedy ożywia wszystkie inne, wtedy narodziny następują w pełnej mocy. Dlatego w człowieku mają początek, nie w Bogu. Stąd też mogę pisać tylko w sposób wymyślny, inaczej niczego byś nie zrozumiał.

7. Popatrz: Wszystkie siedem duchów źródlanych poza błyskawicą byłoby mroczną doliną. A kiedy roznieca się błyskawica między jakością cierpką a gorzką w gorącu, wtedy w słodkiej wodzie staje się jaśniejąca, a w płomieniach gorąca gorzka, triumfująca i ożywiona, a w cierpkiej cielesna, sucha i jasna.

8. Więc wszystkie te cztery duchy poruszają się w błyskawicy, bowiem wszystkie cztery stają się w niej ożywione. Ta czwarta siła podnosi się przeto w błyskawicy tak, jak gdyby wzniecało się życie. Siła wzbudzona w błyskawicy jest miłością - to piąty duch. Ta sama siła kłębi się tak miłośnie w błyskawicy, jak gdyby ożywiał się martwy duch i niespodziewanie ujawniał się w niesamowitej czystości.

9. W tym kłębieniu więc jedna siła ożywia drugą. Najpierw puka cierpka, a gorąco w tym pukaniu wydaje jasny dźwięk; gorzka siła rozdziela brzmienie, woda łagodzi je. Jest to duch szósty.

10. Dźwięk przeto we wszystkich pięciu duchach w podobny sposób wywołuje miłą muzykę, a pozostaje w istnieniu, gdyż wysusza go jakość cierpka. Więc w tym samym wyłonionym brzmieniu, jakie istnieje teraz wysuszone, jest siła wszystkich sześciu duchów źródlanych, i wygląda niczym nasienie pozostałych sześciu duchów, które tam się skonfigurowały i sprawiły się z tego jednego ducha. Dysponuje jakością wszystkich duchów; jest to siódmy duch w boskiej mocy.

11. Ten duch przeto istnieje w swoim kolorze podobny do błękitnego nieba, gdyż jest zrodzony z wszystkich sześciu duchów. Jeśli zatem błyskawica, która istnieje pośrodku w gorącu, świeci w inne duchy, że podnoszą się w błyskawicy, wtedy powijają siódmego ducha. Wówczas też błyskawica w narodzinach sześciu duchów wstępuje w siódmego.

12. A ponieważ siódmy nie ma w sobie żadnej szczególnej właściwości, tedy błyskawica w siódmym nie może świecić jaśniej, lecz chwyta z siódmego cielesną istotę wszystkich siedmiu duchów. Ta błyskawica znajduje się pośrodku między siedmioma duchami i rodzi się z wszystkich siedmiu duchów.

13. Siedem duchów stanowi ojca światła, a światło jest ich synem, którego rodzą przeto nieustannie z wieczności na wieczność. Światło jaśnieje, zawsze i wiecznie ożywia siedem duchów i czyni je rozkosznymi. Wszystkie bowiem widzą swe podnoszenie się i życie w sile światła. Wszystkie natomiast rodzą światło i wszystkie zarazem są ojcem światła. A światło nie rodzi ducha, lecz ożywia wszystkie i czyni je rozkosznymi, że zawsze znajdują się w stanie narodzin.

14. Spójrz: Chciałbym ci zademonstrować to jeszcze raz, być może chciałbyś to zrozumieć, żeby ta dostojna praca nie poszła na marne nie przynosząc pożytku.

15. Cierpka jakość jest pierwszym duchem, który ściąga się i wszystko wysusza. Słodka jakość jest drugim duchem łagodzącym to wysuszanie. Trzecim duchem jest przeto duch goryczy powstający z czwartego i pierwszego. Jeśli więc trzeci duch swoją wściekłością naciera w cierpkim, wtedy rozpala ogień, wówczas wściekłość w ogniu pojawia się w cierpkiej. W tej samej wściekłości gorzki duch staje się samodzielny, w słodkiej łagodny, a w twardej cielesny. Istnieje teraz on, do tego i czwarty.

16. Wzbija się zatem błyskawica w sile tych czterech w gorącu i podnosi się w słodkiej wodzie źródlanej, a gorzka czyni ją triumfującą, a cierpka czyni ją świecącą, suchą i cielesną, a słodka czyni ją delikatną i swój pierwszy blask przyjmuje w słodkiej. Tak oto istnieje błyskawica albo światło w środku jako serce. Kiedy więc to samo światło, które znajduje się w środku, świeci w te cztery duchy, wówczas wzbijają się w świetle moce czterech duchów; stają się ożywione i kochają światło, to jest: ujmują je w sobie i są nim brzemienne. Ten sam obejmowany duch jest miłością życia. Jest to duch piąty.

17. Kiedy więc ujęły miłość w sobie, wówczas jakościują ją z wielkiej radości. Gdyż jeden widzi drugiego w świetle, i jeden ożywia drugiego. Następnie pojawia się dźwięk: Twardy duch puka, słodki zaś łagodzi pukanie, gorzki rozdziela je wedle charakteru każdej jakości, czwarty wydaje brzmienie, piąty zaś tworzy państwo radości. To skonfigurowane brzmienie jest dźwiękiem albo duchem szóstym.

18. W tym dźwięczeniu przejawia się moc wszystkich sześciu duchów. A ciało uchwycone zgodnie z charakterem anielskim staje się wymowne; istnieje w świetle i w mocy pozostałych sześciu duchów. To jest cielesna struktura natury; w niej są kształtowane wszystkie niebiańskie kreatury, figury i porosty.

19. Święte wrota: Światło wszakże, jakie istnieje pośrodku we wszystkich duchach, a w nim mieści się życie wszystkich siedmiu duchów i poprzez nie triumfuje wszystkie siedem, że stają się rozkoszne, wznosi w sobie niebiańskie państwo radości; powija wszystkie siedem duchów i jest synem tych wszystkich siedmiu, a siódemka duchów jest jego ojcem, gdyż rodzą to światło. A światło powija im życie i światło jest sercem siedmiu duchów. To światło jest prawowitym synem Boga, którego my, chrześcijanie, ubóstwiamy i czcimy jako drugą osobę w świętej Troistości.

20. Wszystkie siedem duchów Bożych stanowi razem Boga Ojca, bowiem nie ma jednego ducha bez drugiego, lecz wszystkie siedem rodzi jeden drugiego. Gdyby jednego zabrakło, wtedy nie byłoby i pozostałych. A światło jest drugą osobą, bowiem rodzi się nieustannie z siedmiu duchów, i siedem duchów podnosi się zawsze ze światła, a siły tych siedmiu duchów zawsze wychodzą w blasku światła z siódmego ducha natury, formułują i tworzą wszystko w siódmym duchu. To wychodzenie w świetle stanowi Ducha Świętego.

21. Błyskawica albo trzon albo serce, jaka powija się w tych siłach, zatrzymuje się pośrodku, to jest Syn. A blask w całej mocy wychodzi z Ojca i Syna we wszystkie siły Ojca, i w siódmym duchu natury formułuje i kształtuje wszystko wedle mocy i sposobu funkcjonowania siedmiu duchów i wedle ich zróżnicowania i pędu. To jest prawdziwy Duch Święty, którego my, chrześcijanie, czcimy i uważamy za trzecią osobę w Boskości.

22. Żydzie ślepy, Turku i poganinie, kiedy widzisz, że w Boskości są trzy osoby, wtenczas nie możesz zanegować tego, że żyjesz i jesteś w tych trzech osobach; od nich i w nich masz swoje życie. A po Sądzie Ostatecznym i powstaniu z martwych w sile tych trzech osób będziesz żyć wiecznie.

23. Zostaniesz więc uświęcony w prawie natury, jeśli dobrze żyłeś w tym świecie, staniesz się świętą błyskawicą, jaka jest tym synem, który poucza cię o prawie natury wtedy, kiedy nie wygasło w twoich siedmiu duchach źródlanych na skutek wściekłego wywyższania się, ono bowiem sprzeciwia się wiedzy natury. Skoro więc nie wygasło, wtedy będziesz żyć z wszystkimi chrześcijanami w wiecznej radości.

24. Nic nie zależy bowiem od twojej niewiary. Twoja niewiara nie znosi prawdy Bożej. A wiara wypełnia ducha nadziei i poręcza, że jesteśmy dziećmi Boga. Wiara rodzi się w błyskawicy, zmaga się z Bogiem, aż uzyskuje przewagę i zwycięża go.

25. Jeśli zwodzisz nas, zwodzisz samego siebie, nadymając ducha zapalczywości gniewem, wówczas gaśnie twoje światło. Wyrosłeś bowiem na słodkim drzewie, znosisz złe wpływy i żyjesz świętobliwie i dobrze w prawie natury, które ci potem nader dobrze pokaże, czym jest prawo.

26. Nie wyrosłeś przecież z wściekłej gałęzi i nie jesteś ślepy na tego, który pragnie oddzielić cię od miłości Boga, w której się urodziłeś i w której żyjesz, tedy czy wytrwasz w tym do końca? Któż pragnie oddzielić cię od Boga, w którym żyłeś na ziemi?

27. Co posiałeś na roli, to wyrośnie, obojętnie czy będzie to pszenica, ziarno, jęczmień, groszek, strączki albo ciernie. Co nie będzie podatne na wieczny ogień, to także się nie spali. Bóg jednak nie będzie psuł swego dobrego nasienia, lecz będzie budował to, co przynosi owoce do życia wiecznego.

28. Jeśli więc wszystko żyje w Bogu i stanowi Boga, dlaczego więc chwastu nie przedkłada się nad pszenicę? Myślisz, że Bóg jest obłudnikiem i zważa na czyjąś osobę lub nazwisko? Kim był ojciec nas wszystkich? Czyż nie był to Adam? Skoro jego syn Kain sprawował się źle wobec Boga, dlaczego nie pomógł mu jego ojciec, Adam? W tym kontekście mówi się bowiem: Kto grzeszy, powinien być ukarany, Ez 18, 20. Gdyby Kain nie wygasił swego światła, któż byłby w stanie oddzielić go od miłości Boga?

29. Tak tedy i ty, który mienisz się chrześcijaninem, a to światło pozostaje ci nie znane. Czemu ku niemu nie zmierzasz? Myślisz, że uświęci cię samo imię? Zaczekaj, Jasiu, aż do tej chwili, w której tego doświadczysz. Spójrz, nie jeden Żyd, Turek i poganin wstąpi przed tobą do państwa niebieskiego, gdyż wspaniale ozdobili swoje lampiony.

30. Jaką przewagę mają więc chrześcijanie? Ogromną, gdyż znają drogę życia i wiedzą, że powinni powstać z upadku. A jeśli ktoś chce polegiwać dalej, tedy rzuca się go do jamy, gdzie musi do reszty zmarnieć z bezbożnymi poganami. Dlatego patrz, co czynisz i kim jesteś: Prowadzisz innych, a sam jesteś ślepy. Duch powiada wszakże, że nie masz powodu ku temu, żeby kierować tym, który jest lepszy od ciebie. Nie wszyscy mamy jedno ciało, a życie nasze znajduje się w Bogu, obojętnie czy w miłości czy w gniewie. Co bowiem zasiejesz, to zbierzesz.

31. Bóg nie jest przyczyną tego, że się zatracasz, gdyż prawo, żeby czynić dobrze, jest wpisane w naturę, i tę samą księgę masz w sercu. Dobrze wiesz, że powinieneś postępować łaskawie i przyjaźnie wobec swych bliźnich. Stąd wiesz równie dobrze, że nie powinieneś hańbić i plamić swego własnego życia, to jest - twego ciała i duszy.

32. Naprawdę w tym mieści się sedno miłości Bożej: Bóg nie patrzy na czyjeś nazwisko czy pochodzenie. Kto jednak kłębi się w miłości Bożej, ten kłębi się w świetle. A światło jest sercem Boga. Kto więc u Boga mieści się w sercu, to któż zdoła go stamtąd usunąć? Nikt, rodzi się bowiem w Bogu.

33. O, ty świecie ślepy i w połowie martwy, porzuć swoje negatywne nastawienia! O ty, ślepy Żydzie, Turku i poganinie, odstąp od swych przywar i poddaj się posłuszeństwu Bożemu i przemień się w świetle, wówczas zaś zobaczysz, w jaki sposób masz podnieść się po upadku i jak się masz bronić w tym świecie przeciwko piekielnej wściekłości, jak masz ją przezwyciężyć i wiecznie żyć z Bogiem.

34. Zaiste, jest tylko jeden Bóg. A jeśli zdejmie się zasłonę z twych oczu, wtedy zobaczysz go i rozpoznasz, wtenczas zobaczysz i rozpoznasz także wszystkich swoich braci, obojętnie czy są chrześcijanami, Żydami, Turkami czy poganami. Alboż myślisz, że Bóg jest tylko Bogiem chrześcijan? Poganie także przecież żyją w Bogu! Kto czyni dobrze, ten jest mi miły i przyjemny, Ap 10, 35. Albo czy wiedziałbyś ty, który jesteś chrześcijaninem, w jaki sposób Bóg zamierza uwolnić cię od zła? Jaką miałeś z nim przyjaźń albo jakie miałeś z nim przymierze, gdy Bóg swego Syna uczynił człowiekiem dla zbawienia rodu ludzkiego? Czy jest tylko twoim królem? Czyż nie napisano: Jest pociechą wszystkich pogan? Ag 2, 8.

35. Posłuchaj, przez jednego człowieka grzech przyszedł na świat i przez jednego przedarł się na wszystkich, Rz 5, 18. I przez jednego zbawienie przyszło na świat i przez jednego wniknęło we wszystkich. Na czym więc polega czyjaś wiedza? Czyś przecież nie wiedział tedy, jak Bóg zechce postąpić z tobą, kiedy martwy ugrzęźniesz w grzechach?

36. Więc, podobnie jak grzech bez różnicy panuje przez jednego nad wszystkimi, tak również miłosierdzie i zbawienie przez jednego panuje nad wszystkimi. Poganom, Żydom, Turkom przytrafiła się wszakże ślepota. Mimo to znajdują się jednak w bojaźliwych narodzinach i szukają spokoju, pożądają łaski, a nie szukają we właściwym kierunku. Bóg jest wszędzie i patrzy na ugruntowanie serca. A skoro w ich bojaźliwych narodzinach rodzi się w nich światło, kim jesteś, który ich osądzasz?

37. Spójrz, ślepy Człowieku, chcę ci to pokazać: Pójdź na łąkę, a zobaczysz tam różnorakie zioła i kwiaty. Widzisz gorzkie, widzisz cierpkie, słodkie, kwaśne, białe, żółte, czerwone, niebieskie, zielone i wszelakie. Czyż nie wyrastają wszystkie z ziemi? Nie stoją obok siebie? Czy też zazdrości jedno drugiemu pięknej postaci? A czy choć jedno wśród nich podnosi się za wysoko w swoim wzroście i usycha, gdyż nie ma dość soku, jakiego może mu dostarczyć ziemia? Daje przecież swój sok zarówno jemu jak i drugiemu. A kiedy wyrastają wśród nich ciernie i żniwiarz przychodzi żniwować, wtedy ścina i odrzuca je; potem pójdą w ogień. Niektóre kwiaty jednak zabiera do swych stodół.

38. Tak jest też z ludźmi: Są różnorakie dary i umiejętności. Jeden jest o wiele jaśniejszy w Bogu niż inny. Lecz dopóki nie wyschną w duchu, tak długo nie są niegodni. Kiedy jednak duch wysycha, wtenczas nie są warci więcej niż drewno pod ogień.

39. A czy Turcy są cierpkiej jakości, a poganie gorzkiej, co cię to obchodzi? Skoro światło jaśnieje w jakości cierpkiej i gorzkiej, wtedy jaśnieją i oni. Ty jednak urodziłeś się w tym sercu, gdzie wzbija się światło w słodkiej wodzie źródlanej. Doglądaj zatem, żeby nie paliło cię gorąco, bo nie będziesz go mógł ugasić.

40. Powiadasz tedy: Czy jest więc słusznie, że poganie, Żydzi i Turcy obstają przy swej ślepocie? Jak może widzieć ten, kto nie ma oczu? Co biedny laik wie o tym, jakie zamieszanie czynią klechy swym pijaństwem? Wchodzi tam w prostocie i rodzi się w przerażeniu.

41. Tedy mówisz tak: Czy Bóg zatem zaślepił Turków, Żydów i pogan? Nie, lecz gdy im Bóg zapalił światło, wtedy żyli w żądzy swego serca i nie chcieli dawać sobie prorokować duchowi, na skutek czego zgasło światło zewnętrzne. Właściwie zaś wcale nie zostało wygaszone w ten sposób, że nie mogłoby zrodzić się w jakimś człowieku ponownie, gdyż człowiek jest z Boga i żyje w Bogu, obojętnie czy w miłości czy w gniewie.

42. Gdy człowiek tęskni, czy nie powinien być brzemienny w tęsknocie? A skoro jest brzemienny, stąd może też urodzić. A ponieważ nie przyświeca mu światło zewnętrzne, nie zna swego syna, jakiego urodził. Jednak gdy światło pojawi się w Sądny Dzień, wówczas zobaczy go.

43. Spójrz, wyznam ci tajemnicę: Jest już czas, żeby narzeczony uwieńczył oblubienicę. Zgadnij, Jasiu, gdzie leży korona? Blisko północy, gdy światło robi się jasne pośrodku w cierpkiej jakości. Skąd jednak przychodzi narzeczony? Z takiego środka, gdzie gorąco rodzi światło i blisko północy kieruje się ku cierpkiej jakości, wtedy światło jaśnieje. Co czynią więc blisko południa? Posnęli w gorącu. Obudzi ich jednak wietrzna pogoda. Pośród niej wielu przerazi się na śmierć.

44. Co czynią zatem z wieczora? Ich gorzka jakość chce się zetrzeć z innymi. Kiedy jednak smakują słodką wodę, wtedy ich duch staje się łagodny. Co czynią potem o poranku? Jesteś dumną oblubienicą od zarania. Od początku była ci proponowana korona, ale zawsze uważałaś się za zbyt piękną, dlatego żyjesz pośród obcych.

 

O boskiej i niebiańskiej naturze, działaniu i właściwości

 

45. Skoro pragniesz wiedzieć, jaka natura jest w niebie i jaką naturę mają w sobie święci aniołowie, i jaką naturę przed upadkiem miał w sobie Adam, i czym właściwie jest święta, niebiańska i boska natura, tedy zwróć właściwie uwagę na okoliczności związane z tym siódmym duchem źródlanym Boga:

46. Siódmy duch źródlany Boga jest duchem źródlanym natury, bowiem cała szóstka rodzi siódmego. A siódmy, kiedy się urodził, wówczas jest niczym matka całej szóstki; obejmuje całą szóstkę i rodzi ją ponownie, gdyż w siódmym znajduje się istota cielesna i naturalna.

47. Zwróć tutaj uwagę na ten sens: Sześciu podnosi się w sile i charakterze wedle pełnych narodzin każdego z nich, a kiedy są uniesione, wtedy ich siła jest pomieszana w sobie, co osusza twardość i zachowuje się podobnie jak cała istota. To cielesne osuszanie nazywam w tej księdze boską prasiłą. W niej bowiem jest nasienie całej Boskości i zachowuje się jak matka, która przyjmuje nasienie i wciąż od nowa rodzi owoc wedle zupełnej jakości nasienia.

48. W tym wznoszeniu się sześciu duchów przeto podnosi się także prasiła, dźwięk albo brzmienie wszystkich sześciu duchów i istnieje w siódmym niczym w matce. Siódmy rodzi następnie wszelaki owoc i kolory wedle przejawiania się całej szóstki.

49. Musisz tutaj jednak wiedzieć, że Boskość nie popada w bezruch, lecz podnosi się niczym miłosne zmaganie, poruszanie albo walka, podobnie jak dwie kreatury, które bawią się z sobą w wielkiej miłości i obejmują się wzajemnie albo się zadławiają. Raz jedno jest górą, raz drugie. Gdy jedno zwyciężyło, tedy ustępuje i pozwala drugiemu stanąć na nogach.

50. Możesz to zrozumieć w takim porównaniu, gdy siedem osób zaczyna przyjazną zabawę towarzyską, gdy jedna zwycięża drugą, a trzecia przychodzi na odsiecz zwyciężonemu, i między nimi pojawiłaby się miła i przyjazna krotochwila, gdyby mianowicie wszystkie miały między sobą taką samą ochotę na miłość, a przecież jedno walczy przeciwko drugiemu w tej krotochwili albo w miłowaniu.

51. Takie jest też działanie sześciu duchów Bożych w siódmym. Raz jeden ma mocniejsze wznoszenie się, raz drugi; tak zmagają się z sobą w miłości. A kiedy w tym bojowaniu pojawia się światło, wówczas Duch Święty kłębi się w sile światła we wszystkich sześciu duchach. Następnie w siódmym wyłania się wszelaki owoc życia, do tego różnorodne kolory i gadziny.

52. Jaka więc jakość jest najmocniejsza, taka tworzy się także struktura cielesna owocu jak i kolorów. W tym bojowaniu albo zmaganiu się Boskość przybiera formę w nieskończonym i niewyczerpywalnie wielorakim rodzaju, sposobie i tworze.

53. Siedem duchów stanowi bowiem siedem źródeł głównych. Kiedy podnosi się w nich marcuriusz, wtenczas ożywia wszystko i porusza gorzką jakość i różnicuje ją, cierpką wysusza.

54. Zauważ przeto tutaj, jak odbywa się tworzenie w naturze w siódmym duchu. Słodka woda w naturze jest początkiem, gdy ściąga ją jakość cierpka, aż staje się naturalna i namacalna, mówiąc po anielsku.

55. Więc, jeśli jest ściągnięta, wtedy wyglądem przypomina błękit nieba. A kiedy pojawia się w niej światło albo błyskawica, wtedy jej wygląd przypomina jaspis, albo jak mogę powiedzieć w moim języku, szklane morze, w którym świeci słońce i jest zupełnie czyste i jasne.

56. A jeśli podnosi się w tym jakość gorzka, wtedy dzieli się i kształtuje, podobnie jak gdyby to żyło albo jak gdyby wzbijało się tu życie; formułuje się w zielonkawą postać podobną do zielonej błyskawicy, mówiąc po ludzku, od czego każdemu blednie twarz i nie jest w stanie patrzeć na to zjawisko.

57. A jeśli podnosi się w tym gorąco, wtedy kształtuje się zielonkawa postać w połowie czerwonawa, podobnie jak gdyby wielki rubin jaśniał z zielonej błyskawicy.

58. A jeśli światło, które jest Synem Bożym, świeci w to morze natury, wtedy otrzymuje swoje żółtawe i białawe zabarwienia, czego nie jestem w stanie porównać z niczym innym. Z tym oglądem musisz zaczekać aż do owego życia. Jest to bowiem zaiste prawdziwe niebo natury, jakie wyłania się z Boga, gdzie mieszkają święte anioły; z tego stworzono je u zarania.

59. Spójrz: Kiedy marcuriusz albo dźwięk wzbija się przeto w tym niebie natury, wtedy wyłania się boskie i anielskie państwo radości. Tam bowiem tworzą się formy, wizerunki, kolory i owoc anielski, który zakwita tam pięknie, rośnie, istnieje w swojej doskonałości; oglądamy wszelakie drzewa owocowe, dorodne krzewiny i porosty o miłym zapachu i smaku.

60. Mówię tutaj jednak językiem anielskim. Nie wolno ci tego rozumieć po ziemsku na podobieństwo tego świata.

61. W marcuriuszu ma to taką postać: Myślenie nie powinno ci narzucać, że twarde pukanie, brzmienie albo dźwięczenie albo gwizdanie odbywa się w Boskości tak, jak gdyby ktoś wziął olbrzymią trąbę i dął w nią. O nie, Człowieku, półmartwy aniele, to nie jest to, lecz to wszystko odbywa się w mocy, gdyż istota boska istnieje w sile, lecz święte anioły śpiewają, brzmią, trąbią i pobrzękują głośno, bowiem do końca Bóg wykonał je z siebie w celu pomnażania radości niebios.

62. Takim obrazem był też Adam, gdy stworzył go Bóg, zanim uczynił z niego Ewę. Ale zepsuta prasiła w Adamie zmagała się w Adamie z drzewem życia, aż zwyciężyła; Adam osłabł, od czego zasnął. Wtedy stało się to. Gdyby mu miłosierdzie Boże nie przyszło z pomocą i nie zbudowało kobiety, wtenczas jeszcze mógłby być dobrze pogrążony we śnie. O czym więcej w swoim miejscu.

63. To zatem, jak powiedziano wyżej, jest pięknym i świętym niebem, które w ten sposób istnieje w całej Boskości. Nie ma początku ani końca, swoimi zmysłami nie dosięga tam żadna kreatura.

64. Jednak powinieneś wiedzieć i to, że jeśli w jakiejś chwili w jednym miejscu raz jedna jakość okaże się potężniejsza niż druga, to rychło zwycięża druga, potem trzecia, następnie czwarta, z kolei piąta, potem szósta, wreszcie siódma. A przeto jest wieczne zmaganie, działanie i przyjazne wstępowanie miłości, gdy potem w tym wstępowaniu Boskość okazuje się coraz cudowniejsza i zrozumiała i głębiej nie do zbadania, że święte anioły nie mogą dosyć nacieszyć się nią i nie ma końca spacerowania w miłości ani kresu śpiewanie pięknego Te Deum Laudamus, zgodnie z każdą jakością wielkiego Boga, zgodnie z jego cudownym objawieniem się i mądrością i pięknem i kolorami i owocem i postacią. Bowiem tak zawsze i wiecznie manifestują się te jakości i nie ma w nich ani początku, ani środka, ani końca.

65. Chociaż pisałem tutaj, jakie wszystko będzie, jak się wszystko formułuje, jak podnosi się Boskość, tedy nie wolno ci myśleć o tym tak, że coś znajduje się w spokoju albo w stanie wygaszenia, a potem znowu pojawia się jako coś aktywnego.

66. O nie, lecz muszę pisać kawałek po kawałku, z powodu niezrozumienia Czytelnika, żeby mógł pojąć cokolwiek i osiągnąć zrozumienie.

67. Nie wolno ci myśleć, że wstępowałem do nieba i coś takiego oglądałem cielesnymi oczami. O nie. Posłuchaj, półmartwy aniele, istnieję jak ty i nie mam większego światła w moim zewnętrznym rozumie od ciebie. Do tego jestem równie grzesznym i śmiertelnym człowiekiem jak ty, i każdego dnia i każdej godziny muszę drapać się i bić z szatanem trapiącym mnie w mej zepsutej naturze we wściekłej jakości, która w moim ciele jest taka, jak we wszystkich ludziach. Raz zwyciężam go, innym razem on mnie. Nie pokonał mnie jednak, choć często zwycięża nade mną, gdyż nasze życie jest nieustanną wojną z szatanem. Kiedy bije mnie, wtedy muszę ustąpić. Lecz gdy wspomaga mnie boska siła, wówczas otrzymuje też taki cios i często przegrywa bitwę.

68. A kiedy ponosi klęskę, wówczas w mym duchu podnoszą się wrota niebios. Potem duch widzi boską i niebiańską istotę nie poza ciałem, lecz w studzience źródlanej serca wzbija się błyskawica ku zmysłowości umysłu, w którym spekuluje duch.

69. Człowiek bowiem jest wykonany z wszystkich sił Boga, z wszystkich siedmiu duchów Bożych, podobnie jak anioły. A ponieważ jest zepsuty, tedy nie zawsze wytryskują w nim boże narodziny, jak i nie we wszystkich. Chociaż następuje w nim ich erupcja, jednak dostojne światło z tego powodu nie jaśnieje we wszystkich. Aczkolwiek świeci, tedy jest jednak niezrozumiałe dla jego zepsutej natury. Duch Święty bowiem nie daje się ująć i trzymać w grzesznym ciele, lecz wzbija się jak błyskawica, podobnie jak ogień z kamienia, kiedy się go uderzy.

70. A jeśli błyskawica zostanie schwytana w studzience źródlanej serca, wówczas w siedmiu duchach źródlanych podnosi się do umysłu niczym Jutrzenka. W tym mieści się cel i poznanie. W tym samym świetle bowiem widzi jeden drugiego i czuje drugiego i wącha drugiego i smakuje drugiego i słyszy drugiego; jest tak, jak gdyby pojawiała się w tym cała Boskość.

71. W tym widzi więc duch aż do głębi Boskości, w Bogu bowiem bliskość i dal stanowią jedną rzecz. Ten sam Bóg, o którym piszę w tej księdze, jest również w swej Troistości w strukturze cielesnej świętych dusz, czyli w niebie. Z niego biorę moje poznanie, a nie z żadnej innej rzeczy. Nie pragnę znać nic innego jak tego samego Boga, który umacnia mego ducha; stąd też nieustannie wierzę i ufam mu.

72. Choć powiedział mi to anioł z nieba, tedy jednak nie byłbym w stanie w to uwierzyć, o wiele mniej pojąć, bowiem zawsze powątpiewałem, czy tak się to ma w rzeczywistości. A tak wstaje mi w moim duchu samo słońce. Dlatego jestem tego pewny i sam widzę przyjście i narodziny świętych aniołów i wszystkich rzeczy w niebie i w tym świecie. Święta dusza bowiem jest jednym duchem z Bogiem. Aczkolwiek jest kreaturą, tedy mimo to jest podobna aniołom. Dusza człowieka widzi też głębiej niż anielska. Anioły widzą jedynie do niebiańskiej wspaniałości, a dusza człowieka widzi niebiańskie i piekielne, gdyż żyje między obiema tymi sferami.

73. Dlatego musi się dać dobrze ugniatać i przez wszystkie dni i godziny zmagać się z szatanem, to jest z piekielną jakością; żyje w kolosalnym niebezpieczeństwie w tym świecie. Dlatego to życie znaczy właściwie dolinę narzekania, pełnię strachu, stałe dławienie, wojowanie, walkę, spory.

74. A zimne i półmartwe ciało nie zawsze rozumie tę walkę duszy. Nie wie, jak to się dzieje, gdyż jest posępne i bojaźliwe, idzie z jednej komnatki, nawet z jednego miejsca na drugie, szuka wstrzemięźliwości albo spokoju. A kiedy tam wchodzi, niczego nie znajduje. Wtenczas szamocze się w zwątpieniu i niewierze. Jest mu często tak, jak gdyby było odepchnięte od Boga. Nie pojmuje jednak walki Boga, gdy ten sam raz znajduje się na dole, raz u góry. Jaka pojawia się gwałtowana wojna i walka z piekielną i niebiańską jakością, jaki ogień rozniecają szatani i gaszą święte anioły, to daję pod rozwagę każdej świętej duszy.

75. Powinieneś wiedzieć, że tutaj nie piszę jakiejś historii, którą mi opowiedziano, lecz nieustannie muszę stać w tym samym boju i znajduję się w stanie wielkiej wojny, gdyż często mi wtedy podstawia się nogę jak wszystkim ludziom.

76. Ale z powodu gwałtownego sporu i walki i z powodu zapału, jaki mamy w sobie, dano mi to objawienie i gwałtowny pęd do zapisywania tego wszystkiego na papierze.

77. A co w ogóle może z tego wynikać, tego nie wiem wcale, jedynie że mi w tej głębi pokazano kilka tajemnic odnoszących się do przyszłości.

78. Bowiem kiedy błyskawica wzbija się w centrum, wtedy widzi duch na wskroś. Lecz nie może dobrze tego ująć, gdyż dla niego odbywa się to tak, jak przy uderzeniu pioruna, gdy zapala się błyskawica ognia - na chwilę oświetla wszystko i za moment zastyga wszystko w ciemności.

79. Coś takiego zachodzi w duszy. Kiedy naciera w swym wojowaniu, wtedy ogląda Boskość niczym błyskawicę, lecz źródło grzechu wnet przykrywa ją znowu, bowiem stary Adam tym ciałem należy do ziemi, nie do Boskości.

80. Nie piszę sobie tego na chwałę, lecz dlatego, żeby Czytelnik wiedział, w czym tkwi moja wiedza, żeby we mnie nie szukał kogoś innego, kim nie jestem, gdyż jestem tym, kim są wszyscy ludzie, którzy w Jezusie Chrystusie zmagają się o koronę wiecznej radości i żyją w nadziei na doskonałość. W dniu zmartwychwstania nastąpi początek tego, co teraz pojawia się na krótko, co można nader dobrze zobaczyć w kręgu wzbijania się błyskawicy w tym, w czym ukazuje się natura tak, jak gdyby chciał nastać dzień.

81. Dlatego rozglądaj się, żebyś nie został znaleziony śpiący w swoich grzechach. Naprawdę zauważą to mędrcy, lecz bezbożnicy pozostaną w grzechu. Powiedzą: Co z tego przyjdzie głupiemu, kiedy zerwał się ze snu? Powoduje to, że posnęli w cielesnych przywarach. Dalej, popatrz, co to będzie za sen!

82. Także pragnąłbym spoczywać raczej w mej delikatności, gdybym tego nie musiał czynić, lecz Bóg, który stworzył ten świat, jest dla mnie o wiele za mocny. Jestem dziełem jego rąk. Może mnie postawić tam, gdzie zechce.

83. Chociaż mogę stać się pośmiewiskiem świata i szatana, tedy jednak jest to moją nadzieją w Bogu na życie przyszłe. W nim pragnę nabierać odwagi, by nie sprzeciwiać się duchowi. Amen.

 

Jacob Böhme
Przełożył Andrzej Pańta

 


Wojciech Stańczak

NIM DOBIJE SERCE

ciągle do czegoś się przygotowuję

do tablicy do mapy do wyjazdu z Bogiem

kiedy w końcu zarobię na lenistwo błogie

na rajskich łąkach wtedy się odkuję

 

za przetyrany żywot w poniewierce

próżno śnić by za życia zażyć już oddechu

i o chleb zasłużonych do którego cechu

mam się dobijać nim dobije serce

 

do brzegu krwawej rzeki

promem za obola

przez martwe nurty?

Wam podziemne cieki

Zostawię scholar

Skłonię się zza burty

 

29 czerwca 2003 r.
Wojciech Stańczak

 

KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między zaprzyjaźnionymi pisarzami. Na naszych łamach od października 1998 roku korespondują: zamieszkały w Podkowie Leśnej Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób z Kołobrzegu.

Dziękujemy - pkl "łabuź"



 

 

Salve Kefasie!

 

Trochę milczeliśmy ostatnio obaj - jedna lub dwie pośpieszne rozmowy telefoniczne, góra trzy e-maile. Lecz fakt: przełom dwa tysiące sześć dwa tysiące siedem dał się nam we znaki mnogością zajęć (a propos słonia: okrężną drogą dotarły wieści, że Mikołaj rózgi Ci przyniósł - to prawda?). Chyba pora wrócić do zdrowszego rytmu. Post dużymi krokami się zbliża. Choć karnawału jakoś, hmm, nie uświadczyłem...

Drogi! Już nie musisz z autorskiej puli przysyłać "Wielkiego słownika skrótów i skrótowców"* - gdy tylko pojawił się w księgarni, nie wytrzymałem i sam sobie kupiłem. Jakież imponujące dzieło (1.500 stron!), a także pionierskie w swej kategorii. Powala sumiennością, bez dwóch zdań... Twoja dusza leksykografa musi doznawać uniesień. I to kilka lat po (jeszcze znamienitszym dla mnie) dziele: "Wielkim frazeologicznym słowniku języka polskiego". Zastanawiałem się ostatnio, czy nie cierpi na tym Twoja twórczość. Ale nie cierpi, skoro poszło na antenie radiowej nowe słuchowisko, są nowe wiersze. Sam siebie okradasz ze snu? Posiadłeś tajemniczą umiejętność rozciągania (lub doładowywania) czasu? Jeśli tak, podziel się nią - choćby na ucho, nikomu nie zdradzę!

 

Książki, książki, książki. Cóż bez nich dla nas? Nic lub niewiele. Chciałoby się rzec: słodko-gorzka niewola.

Donosiłem Ci ostatnio o przygodach "Filipa Szalonego", powieść przeczytałeś. I wyobraź sobie, że wydawca stworzył osobną stronę internetową poświęconą wyłącznie "Filipowi" (www.filipszalony.pl). Tam między innymi fragmenty powieści, reprodukcje rękopisu i listy od młodych czytelników.

Także sprawa umowy na drugi tom już ma finał. Zobligowałem się do końca roku dostarczyć gotowy tekst. Zaliczka wypłacona i... nóż na gardle!

Jednak przy okazji "Filipa Sz." wyskoczyło jeszcze coś. Ten sam wydawca (Telbit) przeczytał moją "starą" powieść dla dziesięciolatków "Znikacz i jego broń", podejmując decyzję wznowienia. Czyli kroi się trzecie wydanie. I to lada czas.

Pierwsze wydanie "Znikacza" ukazało się w 1989 roku (GLOB, Szczecin), drugie dwa lata później. Nie lubię czytać moich dawnych tekstów. Ale musiałem. Po kilkunastu latach. I ogarnęło mnie coś na kształt rozpaczy. Oszczędzę Ci szczegółów. Dość, że powiem tylko tyle: powieść wymagała ponad tysiąca poprawek! Zgrzytałem zębami i ciąłem, naprawiałem i dalej ciąłem...

Rzecz się ukaże w nowym opracowaniu graficznym, przypuszczalnie w twardej oprawie. Właśnie nadeszły obrazki - osiem czarno-białych rysunków do wnętrza książki i cztery kolorowe propozycje na okładkę. Z tych czterech muszę wybrać jedną. Niby mam faworyta, ale ostatecznej decyzji jeszcze nie podjąłem. Ciekaw byłbym Twojej opinii. Gdy tylko przestanie fikać mój komputer (znów stroi fochy, skubaniec jeden!), prześlę elektronicznie. I zaraz daj znać mailem który obrazek, bo czasu mało. Naturalnie dojdzie jeszcze liternictwo.

Mało, bo książkę kierują do druku w marcu, w ogóle szykując jej promocję na maj, podczas Targów Książki. Oznacza to, że najprawdopodobniej znów przyjadę do Warszawy. Czyli się spotkamy! Jakoś wykroję jeden nocleg u Ciebie. Wszak czeka nas zaległa butelka czerwonego wina (a nawet dwie chyba, jeśli dobrze pamiętam - nie wspominając o trzeciej, litrowej, solidnie zalakowanej i zakopanej dla dojrzewania pod sosną w Twoim ogrodzie - tej przy mostku nad usychającym strumykiem...).

 

Poza tym cóż, wiadomo: krótka smycz "Latarni Morskiej". Wyjątkowo krótka kwartalna smycz. Na wylocie, z lekkim poślizgiem, piąty numer. Właśnie wczoraj z drukarni Anczyca w Krakowie kurier przywiózł ozalid. Wszystko w porządku. Podpisaliśmy stosowny papier. Czyli mniej więcej za tydzień powinniśmy mieć numer w sprzedaży... Trochę się niepokoję, bo dopiero na rynek ogólnokrajowy wchodzimy. Należało wklejać kod paskowy, załatwiać jakieś eany, słowem dodatkowe zabiegi techniczne. I logistyczne, związane z dystrybucją. Patrząc po zamówieniu centrali empików w Warszawie ledwo nam starczy końcówki nakładu na egzemplarze honoraryjne dla autorów. "Latarnia" w detalu zawoła od nabywcy 9,90 zł. W prenumeracie naturalnie odrobinę taniej. Ufff!

A będzie co czytać i co oglądać w bieżącym numerze. Zapewne przede wszystkim zwrócisz uwagę na wiersze młodziutkiej poetki Małgorzaty Lebdy (siedem utworów plus jej zakładka poetycka). Okładkę, kolorowych osiem stron plus wiele czarno-białych poświęcam rzeźbom Romualda Wiśniewskiego. Tęgi zeń artysta, sam zresztą zobaczysz. Ciekawa proza Waldemara Gałęzowskiego, miniatura Tomka Tryzny. Poza tym mocny blok esejów i felietonów. W tym numerze miedzy innymi piszą: Jacek Klimżyński, Wojciech Czaplewski, Leszek Żuliński (dekalog dobrego wiersza 2!), Anatol Ulman.

I chyba Opatrzność czuwa nad moim kwartalnikiem. Już martwiłem się wyczerpaniem dotacji Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego (z Programu Operacyjnego Promocja Czytelnictwa), gdy tu dobra wiadomość: kołobrzeski Urząd Miejski zareagował na nasz wniosek - sypnęli groszem! Co prawda starczy tylko na druk niespełna dwóch kolejnych numerów, ale pięknie. Będę spokojniejszy przy szóstce i siódemce (kwiecień, lipiec). I szukamy kolejnych sponsorów.

Nie znasz przypadkiem jakiego hojnego darczyńcy? Ha! Pewnie powiesz: szukaj wiatru w polu... Ale mocno wierzę w przyszłe finansowe bezpieczeństwo. Muszę wierzyć. Bo bez tej wiary zablokowałbym się psychicznie.

 

Na deser listu cymes. Jeśli dotąd nie znasz, będziesz zachwycony. Zwłaszcza jako wydawca.

Z końcem ubiegłego roku znalazłem informację w "Rzepie", że wyszły "Zapiski książkoroba"* A. Tomaszewskiego. Oczywiście zaraz chciałem to mieć. Moje Zwierzątko ściągnęło rzecz przez księgarnię internetową. Sam doskonale pojmujesz co znaczy robota typografa. Obaj wiemy ileż typograficznych (czy w ogóle edytorskich) knotów (położony skład, ciasne marginesy, idiotyczny dobór rodzajów i wielkości pism, a też wołające o pomstę do nieba projekty okładek czy oprawy) zapełnia księgarskie półki. A Tomaszewski potrafi zadbać o elegancką formę książki. Więcej, potrafi o tym ujmująco napisać. Przyznam, że trochę ulżyło po lekturze. Czyli są jeszcze ludzie traktujący ten fach jak należy i jest ktoś, kto patrzy wydawniczym troglodytom na ręce!

Bądź zdrów, Przyjacielu (nie zapominając o ciepłych gaciach i uszance na spóźnione mrozy!). Z niecierpliwością czekam na świeże wieści od Ciebie. Kłaniaj się też w moim imieniu Twoim Niezrównanym Paniom: Mamie oraz Mirze -

 

Kołobrzeg, dnia 9.02.2007 r.
Twój Zakręcony Latarnik Nadbałtycki

 

PS. Jako załącznik do listu w noworocznym prezencie plik pocztówkowych reprodukcji (w koszulce) malarstwa D. Kalety. Tak, tak, tego, którego obrazy publikowała "Latarnia Morska" nr 4.

 



*Piotr Müldner-Nieckowski "Wielki słownik skrótów i skrótowców", Wydawnictwo EUROPA, Wrocław 2007.
**Andrzej Tomaszewski "Zapiski książkoroba", Wydawnictwo Do, Warszawa 2006.

  

  



   Lechu Kochany,

 

Dzięki za list i obrazki. Rysunek (akwarela?) na okładkę "Znikacza" wydaje mi się sympatyczny i trzyma się w konwencji. Nie znam książki (to haniebne!), ale domyślam się, że Tobie też podchodzi, więc możesz w ciemno się zgodzić. Nie wiem, skąd masz wiadomość o tych rózgach, które niby miałem dostać, ale to jakieś przekłamanie, bo w tym roku to ja byłem świętym Mikołajem, a jak wiadomo, trudno sobie samemu dawać narzędzia tortur. Masochistą nie jestem. Może trochę sadystą. A to dlatego, że ostatnio dręczę Mirę szukaniem. Właściwie to ona sama się w to pakuje, słyszy, że szukam i biegnie, ale tak się składa, że przy nawale zajęć rosną mi kupy papierów, i to nie tylko na biurku. Nie mam czasu ich sprzątać. Wczoraj je dopiero jakoś pogrupowałem, ale to nie wystarczy. Na przykład położyłem okulary do dali w takim miejscu, że jakby diabeł nakrył ogonem. Leżały tradycyjnie przede mną (Tuwim się zza grobu kłania), jednak na takim tle, że były niewykrywalne. Co prawda z dalą daję sobie jeszcze całkiem dobrze radę, mogę na przykład bez okularów prowadzić samochód, ale kiedy jest choćby drobna korekta, wzrok się mniej męczy. Więc Mira szuka i szuka moich rzeczy, które włożyłem pod spód albo dałem z boku, a w końcu i tak ja znajduję. Biedna, ale wiesz, dlaczego szuka? Bo jest dla mnie oparciem z zasady. Wspaniała. Ciągle zapominam jej się odwzajemniać, za dużo mam tego zaległego pisania. Urosły góry książek na schodach i wystających fragmentach mebli, więc Mira zaczęła organizować nowe półki. W samą porę, bo już nie mogłem niektórych ważnych pozycji znaleźć.

Pisanie jest zaległe z powodu słownika skrótów i skrótowców, jak się słusznie domyślasz. W grudniu czułem się jak nad grobem - takie zmęczenie. A jeszcze przygotowałem tom słuchowisk do druku, tom opowiadań do druku i siedziałem nad wierszami, jeszcze nie do druku. Zresztą wokół mnie było naprawdę dość grobowo. Ledwie umarł Kazio Bosek, a już do szpitala na operację wybierał się Rysiek Kapuściński. Ostatecznie poszedł w styczniu. O wszystkim byłem informowany przez niego, ale też i fachowo przez jego żonę, Alę, która jest znakomitym lekarzem. Bałem się, że stanie się coś złego, choć Ryszard nie z takich opresji medycznych już wychodził bez szwanku, na przykład z operacji kręgosłupa. Tu jednak chodziło o guz trzustki, który już się rozrósł do tego stopnia, że zaczął uciskać drogi żółciowe. W szpitalu założyli mu dren do pęcherzyka żółciowego, co pozwoliło zmniejszyć ciśnienie żółci i żółtaczka ustąpiła, ale operacja była nieuchronna. Jakoż udała się i miało być dobrze. Operował najlepszy fachowiec w Warszawie. Guz okazał się łagodny, więc odetchnęliśmy. Ryszard odzyskał przytomność, wydawało się, że jest w porządku, ale po dwóch dniach dopadła go inna choroba, tym razem śmiertelna, potężny zawał serca. Wylądował na kardiologii. Tego ataku już nie przetrzymał. Pogrzeb miał uroczysty, rozległy jak mało kto, z Prymasem, kompanią honorową, salwami, tłumami, ale co z tego, skoro go nie ma. Był mi potrzebny na żywo, nieraz w kłopotach jedno jego słowo wystarczało za kilogramy pustych rad. Najbardziej pomógł w 1986, kiedy wyrzucono mnie na bruk i zakazano publikowania. Bardzo będzie mi go brakować, a największy żal, że już nie napisze paru rzeczy, o których coraz częściej mówił. Zwłaszcza książki o Pińsku, w którym się urodził. To miała być rzecz nie tyle osobista, retrospektywna, ile o dzisiejszej Białorusi, o przestrogach, które niesie sytuacja w tym kraju, a którą Ryszard na pewno by uogólnił. Jestem pewien, że straciliśmy kolejne książki nadzwyczajne, a on wciąż się w niebie martwi, że to wszystko tak niespodziewanie upadło. Miał jeszcze sporo sił twórczych, nie gubił się w tym, co robił, rozwijał się.

Jeszcze się nie otrząsnąłem. Nazbierałem o Kapuścińskim tonę materiałów, w tym filmy, teksty (jego, ale zwłaszcza o nim), zdjęcia (sporo robionych też przeze mnie), które dam Ali. Powinny być w archiwum, bo takie rzeczy giną, jeśli nie są zebrane od razu. Jest w nich prócz typowej pośmiertnej hagiografii sporo materiałów zupełnie unikatowych, między innymi teksty nigdzie nie drukowane.

Ale my żyjemy. Oczywiście "Zapiski książkoroba" Andrzeja Tomaszewskiego czytałem, ciekawy zbiorek uwag, których nigdzie indziej nie uświadczysz. Czytam go stale, bo jego felietony ukazują się w czasopismach edytorskich i poligraficznych, korzystam z innych jego publikacji fachowych, zwłaszcza tych poświęconych pismu drukarskiemu i kompozycji poligraficznej. A w ogóle to znam go osobiście, jest niezastąpionym wykładowcą w Akademickim Kursie Typografii przy moim zakładzie na UKSW, które założyłem równolegle ze studium dla redaktorów SEW. Więc specjalnie mnie nie zaskoczyłeś. Właścicielem Wydawnictwa Do, które wydało tomik Tomaszewskiego, jest Marek Ryćko, jeden z guru polskiej typografii, zwłaszcza w zakresie systemu składu tekstów naukowych TEX, świetny fachowiec, który też u nas wykłada. Nie wiem czemu, ale odnoszę wrażenie, że ten z kolei mnie nie lubi. Po prostu inny typ dowcipu życiowego. Tomaszewski natomiast, zawsze wesoły i życzliwy, choć trochę nieśmiały.

A skoro o sprawach edytorskich mowa, to o kodzie paskowym warto poczytać na stronach Wikipedii i GS1 Polska (adresy znajdziesz wyszukiwarką internetową). Numer ISSN jest kodowany w standardzie EAN-13, są do tego specjalne programy, w tym darmowe. W wypadku książek (kodowanie paskowe numeru ISBN) stale korzystam z programiku Barcode Wizard dołączonego do Corel Ventura 10 i CorelDraw! 10, ale z czasopismami dotychczas nie miałem doświadczenia. Przeprowadziłem eksperyment i okazuje się, że jednak działa - bez zarzutu. Jeśli chcesz z tego skorzystać, to postaw pół basa (nie licząc tych naszych zadołowanych flaszek wina). Zresztą i tak zaraz prześlę Ci e-mailem plik o rozdzielczości 300 dpi, który będziesz mógł dowolnie wklejać na tyłach okładki "Latarni". Możesz grafikowi kazać skrócić pionowe kreski o połowę (ale plik podstawowy zachowaj na wszelki wypadek). Trzeba wyciąć tym kreskom środkową część pionu, ale tak żeby nie zgubić napisów. Tła raczej nie należy zmieniać, lepiej żeby było białe, choć dopuszczalne jest i w innym kolorze, byleby było dobrze widać czarne kreski, no i żeby czytniki sklepowe dawały sobie z tym radę. Wyjątek - kolor czerwony i jego odcienie, w tym brązowy. Jak wiesz, czytniki świecą właśnie na czerwono. Nie trzeba rejestrować numeru czasopisma w GS1 Polska, bo wystarczy już dokonana rejestracja w dziale ISSN Biblioteki Narodowej, tak stanowi międzynarodowa umowa między EAN i GS1.

Odłożyłem drugi tom "Zbrodni i kary". A miałem nadzieję, bardzo chciałem... Nigdy go nie doczytałem do końca i teraz też się nie udało. Jest najzwyczajniej nudny, redundancyjny, powtórkowy, nie to co pierwszy. Niechęć wywołuje nadmierne gadulstwo Dostojewskiego. Na szczęście te fragmenty dały mi do myślenia. Zastanawiam się nad problemem zamiany hydrokortyzonu na skolinę w słynnych już ampułkach Corhydron firmy Jelfa. Jeden z moich znajomych mało się przez to nie przejechał na tamten świat. Miał swoje pięć minut w mediach, ale rzecz jasna nie w ramach rekompensaty, po prostu zgodził się o tym powiedzieć. Jak wiesz, chodziło o to, że w fabryce zamieniono ampułki z lekiem, co mogło być przyczyną nawet śmierci pacjentów. Na razie żadnego przypadku zgonu nie stwierdzono, oby tak dalej. Mechanizm zamiany także do dziś nie jest znany.

Otóż dochodzę do wniosku, że to zdarzenie można uogólnić. Jeśli zamiana została zrobiona świadomie, to prawie na pewno zostanie wykryta, nie dziś, to za dziesięć lat. Każde przestępstwo umyślne zostawia ślady, być może nie materialne, natomiast zawsze myślowe. Ślady te istnieją w mózgu przestępcy i to jest jakaś szansa. Natomiast w wypadku działania bezmyślnego śladów może nie być. Sam ten dureń pewnie nie wie, że zrobił takie głupstwo. I to niestety oficerów śledczych szansy pozbawia. Głupota w ogóle jest jakoś coraz mniej uchwytna, nie sądzisz? Zalew głupoty w mediach to lawina, spod której mądrzy wygrzebują się coraz trudniej. To jest to, o czym gadaliśmy, kiedy siedzieliśmy w Świdwinie przy pierogach. Były kiepskie, ale za to jaka dyskusja!

Ściskam i czekam, ciekaw jestem Twojego wrażenia, kiedy zobaczysz kod kreskowy na własne oczy -

 

Podkowa Leśna, 20 lutego 2007
Twój Piotrek

 

Marek Czuku

ILUSTRACJA DO "ILUSTRACJI" JOHNA ASHBERY'EGO

Obserwator przeobrażenia

nowicjuszki w spiżową

Madonnę nie przewidział

że wskrzeszając ruch w przenośni

sam poruszał się w przenośni

Otoczył się jajem ptaka z baśni

Oblekł się w liście nie należące

do zimy Sam ćmą w płomieniu

zagarnął obojętność (przyczynę

powstawania dzieł sztuki znaną

od prawieków) szkicując

zmagania aniołów z nieuniknionym

aktem rozpaczy wyalienowanej kobiety

A to wcale nie koniec

 

Marek Czuku

 

Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (32)

Lato, jesień, zima - już ich ni ma. Przyleciały żurawie - wystartowała wiosna!

A wiosna powszechnie (i słusznie) kojarzy się z pobudką natury, otwarciem i wzrostem. Po zimowym letargu i niskim słońcu widzimy w wiośnie dobro. Już sam przednówek ożywia serca.

Wiosna, wiosna, wiosna! Bywa radosną obietnicą nowych spełnień, ale bywa i... złudą. Zupełnie jak w literaturze.

Zobaczmy co tym razem niosą z coraz wyższym słońcem dni. Czy po bieżących lekturach nie przejdzie nam ochota do śpiewu. I aby ducha nie tracić, zaczniemy wybiórczy przegląd od interesującego debiutu.

 

1.

O samej autorce (Kalina Kowalska "Układanka", nakład własny, Kraków 2006, str. 72) informacje skąpe. Z pomieszczonych na okładce wynika, iż Kalina Kowalska (pseudonim) mieszka w Świdniku. Studiowała na KUL-u w Lublinie, a obecnie pracuje jako nauczycielka. Pisze od kilku lat, dotąd publikując wiersze w internecie. Zodiakalny Lew. "Układanka" jest jej debiutem.

I dołączono zdjęcie poetki. Siedzi samotnie na plaży, w kurtce i ciemnych okularach; na drugim planie pas morza z ledwo widocznym statkiem na horyzoncie. Dołączane do książek fotografie nigdy nie są przypadkowe. W nich także odnajdujemy ukryte (lub jawne) znaczenia kolejnego elementu układanki książki. Samotna młoda kobieta na plaży i samotny statek w dali ze zdjęcia znajdują odzwierciedlenie wewnątrz zbioru wierszy. To jeden z motywów przewijających się między utworami.

Tomik zawiera trochę ponad pięćdziesiąt krótkich i zwartych utworów, pilotowanych znamiennym mottem: "Wiersz jak wygrana w totka/ bierze się z trafnych skreśleń". Uwaga taka świadczy o rozwiniętej samoświadomości twórczej poetki, co częste u debiutantów nie jest. Przeciwnie - bardzo rzadkie.

W posłowiu Jacek Sojan, przybliżając czytelnikowi teksty K. Kowalskiej, wpisuje poetkę w nurt poetyki lingwistycznej. Istotnie jest tu coś na rzeczy, gdyż autorka badawczo przygląda się słowom, ich sensom, nie stroniąc także od całkiem udanych neologizmów (jak np. "Ukiczuję się przed nim").

A w innym miejscu powiada wprost (utwór "Tłumaczowi"):

muszą nam wystarczyć słowa

cieniotwórcze parasole

pod którymi siądziemy na chwilę

(...)

rozumiemy wszystko

już wiemy i nie wiemy nic

bo mety nie widać przed nami

jeszcze kilometry gdybań.

Kolejne części odnoszą się do nieprostych relacji międzyludzkich, przesyconych emocjami - ale przedstawionymi dosyć powściągliwie. Jakby przez ściśnięte usta. A ostatni z pięciu działów zbioru, ledwie trzywierszowy, odwołuje się do poezji R. M. Rilkego.

Ciekawy to i wieloznaczny debiut. Nie wiadomo w którą stronę podąży poetka i czy w ogóle wytrwa w drodze. Wiadomo natomiast w którą stronę się obraca, apelując w utworze "Wiersz na bilecie. Sens": "zostań tam/ gdzie cię spotkało pytanie/ w tłumie kontekstów/ jakoś cię znajdę".

 

2.

I gwałtowna zmiana poetyckiego klimatu. Książka też z Krakowa, i też debiut (Jacek Piotrowski "Jesienne sny", A.W. EVENTUS i Wydawnictwo Towarzystwa Słowaków w Polsce, Kraków 2005, str. 136).

J. Piotrowski (w sile wieku, jak wynika z utworów) jest z wykształcenia chemikiem, pracuje w Instytucie Szkła i Ceramiki. Jeden z członków założycieli grupy "Każdy", członek Kolegium Doradczego Stowarzyszenia Artystyczno-Twórczego SAT. Debiutował w "Magdalence Literackiej" w 1997 r., drukując później w wielu publikacjach zbiorowych. Laureat konkursów radia "Alfa" i kolorowego "Magazynu Gazety Wyborczej".

Po lekturze "Jesiennych snów" aż chce się zawołać: cóż za bogactwo form!

Książka ta przypomina przepastną, mocno wypchaną walizkę. Wypchaną ponad setką utworów, jakże różnych pod względem treści i konstrukcji.

Lecz nie ma w tej walizce bałaganu. Autor zadbał o segregację zawartości, grupując utwory w kilku działach. Wszystko zaczyna się od wierszy refleksyjnych, operujących tradycyjną strofiką. Dalej mamy "Moc w bezsile", gdzie dominuje pastisz, stylizacja, cytat, czasem parodia. Trzeci rozdział to "Zabawy literackie". Tu spotykamy grę konwencji odwołującą się do poetyckich mistrzów - m.in. Leśmiana, Tuwima, Gałczyńskiego i Norwida. Jeszcze dalej mamy "Drobiazgi" - limeryki i haiku. A cały zbiór zamyka "Ciekawość", czyli swoista mieszanka "piotrowska".

Ta rzadko spotykana biegłość w operowaniu rozmaitymi poetykami może zachwycić. Zwłaszcza, że autor często utwory okrasza ironią, humorem, kpiną, a nawet groteską. Po zdjęciu jednej maski, natychmiast przywdziewa następną. Niby kameleon wciąż zmienia barwy. Raz przemawia satyr, raz mąż nibyrozważny, jeszcze innym razem czystej wody liryk...

Jednak w pewnej chwili następuje przesyt i rodzi się pewien niepokój. Niepokój związany z pytaniem o artykulację własną, o własny język. Tu go nie widać. To wszystko - powie przeciwnik - tylko hucpa, przedrzeźnianie i języki nabyte.

Ale i na to autor ma z góry odpowiedź (jakby uprzedzając spodziewany zarzut?), notując w pięciowersowym utworze "Krytyka krytyka", dociągając paski solidnej walizy:

Kura osłu oceniała raz wiersze,

krytykując, że w nich wcale nie gdacze.

Osioł na to: Kochanie,

choć doceniam gdakanie,

wypowiadać się wolę inaczej.

 

3.

Kolejne wydawnictwo przyfrunęło ze Szczecinka ("«Malowanie Słowem». XI Ogólnopolski Konkurs Poetycki", Szczecinecki Ośrodek Kultury, Szczecinek 2006, str. 42). I domysł słuszny - to publikacja zbiorowa.

Jak to przy niektórych ambitniejszych konkursach poetyckich bywa, publikuje się tak zwany plon pokonkursowy. Utwory nagrodzone i wyróżnione.

Obecnie zebrane teksty przyniósł XI Ogólnopolski Konkurs Poetycki w Szczecinku (sierpień 2006). I tak w publikacji kolejno przedstawiają się: Przemysław Owczarek (Łódź), Tomasz Pułka (Rudnik), Mariusz Partyka (Zabrze), Piotr Prokopiak (Szczecinek), Tomasz Klarecki (Rosmalen, Holandia), Bartosz Konstrat (Lublin), Marzena Jakubowska (Warszawa), Jacek Karolak (Warszawa), Janusz Koryl (Rzeszów), Marcin Orliński (Warszawa), Filip Skowron (Kraków), Łukasz Jarosz (Olkusz), Agata Chmiel (Zagórzyce Dworskie), Ewelina Kuśka (Jastrzębie Zdrój), Beata Matuszewska (Sopot), Alicja Mazan-Mazurkiewicz (Łódź), Justyna Paluch (Wrocław), Zdzisław Drzewiecki (Biały Bór), Krzysztof Konopa (Zamość), Edyta Wysocka (Miastko), Mariusz Tenerowicz (Leżajsk), Rafał Jaworski (Tychy), Marcin Jurzysta (Elbląg) i Michał Nowak (Zielonka).

Większość z nich to debiutanci. Tylko nieliczni (np. P. Prokopiak, M. Jakubowska, M. Orliński) mają za sobą publikacje w poważnych literackich pismach ("Studium", "Fa-art", "Autograf", "Twórczość"). A kilku (jak. np. J. Koryl czy J. Karolak) wydało już indywidualne zbiory wierszy.

Laureatom nagrody I i II (P. Owczarek i T. Pułka) opublikowano po trzy wiersze. Każdego z pozostałych almanachowiczów reprezentuje tylko jeden tekst. Trudno na tej podstawie powiedzieć coś sensownego o utworach - ponad to, że są nierówne, gdy o siłę artystycznego "rażenia" idzie. Lecz w tego typu wydawnictwach jest to sytuacja - by tak rzec - permanentna. Dziwić także może nieobecność not biobibliograficznych przy nazwiskach większości autorów. Jeśli organizator podjął się publikacji zbiorowej, podobne informacje są konieczne.

Natomiast zauważalną zaletą publikacji jest staranność wydania. Mamy przytoczony cały protokół z obrad jury pod przewodnictwem Agnieszki Wolny-Hamkało, a także skan odręcznie pisanych uwag przed chwilą wspomnianej oraz Wojciecha Browarnego. Rzecz opublikowano na kredowym papierze, ciekawy jest projekt okładki Doroty Mazur (ptasie pióra "udające" drzewa na polu), przykuwają uwagę wplecione zdjęcia natury - autorstwa Jolanty Korsak-Kopterskiej.

 

4.

Uważny czytelnik zapewne dostrzegł pośród wymienionych wyżej poetów J. Karolaka (Jacek Karolak "Czytasz ten sen", Dom Kultury w Łomiankach i Wydawnictwo Książkowe IBIS, Warszawa 2007, str. 48), jednego z laureatów szczecineckiego konkursu poetyckiego.

J. Karolak (rocznik 1970) urodził się w Warszawie. Z wykształcenia prawnik. Swoje wiersze publikował w wielu almanachach i antologiach. Dotąd, obok niżej omawianego, wydał trzy tomiki poetyckie: "Sny fiołków" (1995), "anioł od pragnienia czarny" (1999) i "Źródło" (2002).

W nowym tomie mamy do czynienia z poezją obróconą w stronę form klasycznych, tematycznie mocno czerpiącą z historii kultury i sztuki. Między strofami, często bazującymi na opisie, spotka czytelnika Mozart, Norwid i Wyspiański, są wielcy malarze: Auguste Renoir, Edouard Manet, Paul Gauguin, Pietro Perugino, Amadeo Modigliani i wielu innych.

Przyznaję, że jest to typ poezjowania, z którym zawsze miewam kłopoty. Bo z jednej strony mnie pociąga, a z drugiej odstręcza. Pociąga barwnością przedstawianych obrazów, bogactwem kulturowych odniesień i cytatów - jeśli poetycko dobrze to ujęte i przetworzone. A odstręcza pewnym nadużywaniem określonych kodów. To - u rozmaitych współczesnych poetów - są "samograje" tematyczne. I trzeba doprawdy świetnego pióra, by z pułapek powtórzeń i wariacji wokół powtarzalnych motywów zwycięsko wybrnąć.

W przypadku Jacka Karolaka mam mieszane uczucia. Fakt - zręczność warsztatowa jest tu niezaprzeczalna. Jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, iż mam do czynienia z twórczymi imitacjami.

Trochę inaczej ma się sprawa, gdy poeta rezygnuje z okołokulturowej dekoracji, gdy porzuca wysokie "c" na rzecz intymnego "ja". Wówczas refleksyjność tych strof staje się bardziej wiarygodna i duchowo przyjazna. Jak w utworze "Epitafium", gdy notuje:

 

To miejsce już znasz, tylko nie widziałeś

tutaj tyle śniegu. Wtedy była wczesna jesień

a wiatr ze skupieniem nakładał odcienie

żółci, czerwieni i czerni na płótno poranka.

 

Nie pamiętasz muzyki, którą grano, a może

w ogóle jej nie było, tylko biły dzwony?

Słyszałeś: szept, westchnienia, płacz.

Ktoś wycierał oczy jakby się wstydził.

 

Teraz przejmuje cię kobiecy śpiew

dobiegający gdzieś z głębi jak strumień

zimnego, krystalicznego powietrza,

które mrozi wszelką nadzieję.

 

Światło dnia uleciało w słowach

błądzących po wyschniętych ustach

a ostatni blask położył się

fioletowym krzyżem w wąskiej alejce.

 

5.

I coś z innej beczki. Z beczki przechowywanej w Wągrowcu ("Ciąg dalszy. 25 lat Teatru Prób", AD REM, Poznań 2006, str. 112).

To okolicznościowa publikacja komentująca ćwierćwiecze działalności małego teatru dużego duchem. O wybór tekstów i redakcję zadbał Jan Kasper, odnotowujący na wstępie: "Niewiele mamy na swoją obronę. Tyle, ile zdołamy pokochać, przenieść w wymiar sztuki. Teatr - ta najbardziej chwilowa, bezbronna ze sztuk - w szczególny sposób wydaje się fascynujący. Jeśli ciągle trwa, jeśli ciągle broni własnej autonomii, to chyba z jednego istotnego powodu - z potrzeby bliskości, z głęboko humanistycznej potrzeby zetknięcia się z drugim człowiekiem. Mętnym, niedojrzałym, nieukończonym i niejasnym - jak go określa Gombrowicz."

Wydawnictwo aż pęka w szwach od bogactwa pomieszczonych materiałów. Mamy tu artykuły, rozmowy, chronologiczny wykaz spektakli i prac warsztatowych, spis krajów i miejscowości, gdzie Teatr Prób występował, wspomnienia jego członków, filmografię, bibliografię oraz liczne fotografie - migawkowy, dynamiczny zapis przedstawień. W pamiątkowo-dokumentacyjnej księdze piszą między innymi Ewa Obrębowska-Piasecka, Mariusz Cieślik, Wiesława Szczygieł, Jan Zamojski i Tadeusz Żukowski.

Materiały napisane są bardzo żywo, często emocjonalnie - widać w tym zażyłe międzyludzkie związki i wiarę w sens działalności. Pośród wielu smaczków znalazłem też minidział "Z poczty internetowej i esemesowej", gdzie w korespondencji (Jacek Durski - Jan Kasper) i "Łabuź" (niby duch z zaświatów) jest wywoływany.

Dla porządku odnotujmy: Teatr Prób, powstały przy I Liceum Ogólnokształcącym w Wagrowcu, istnieje od 1981 roku. Prowadzi go nauczyciel, poeta i reżyser teatralny Jan Kasper. Przez zespół w latach 1981 - 2006 przewinęło się dziewięćdziesiąt osób. Teatr ze swoimi spektaklami występował we Francji i w Niemczech. A w kraju w około trzydziestu miastach: między innymi w Bydgoszczy, Gdyni, Gnieźnie, Łodzi, Pile, Toruniu, Warszawie i Zielonej Górze.

Niewątpliwie to jedna z ciekawszych inicjatyw teatralnych "oddolnych" na kulturalnej mapie kraju. Świadcząca o tym, że twórczych zapaleńców i oryginalnej myśli - mimo dołującego marudzenia niedowiarków - nie brakuje.

Imponująca historia. Ćwierćwiecze to nie w kij dmuchał. Nic, tylko kciuki trzymać!

 

6.

A teraz książka z innych powodów fascynująca. I trochę spoza kręgu literatury tak zwanej pięknej (Małgorzata Okupnik "Autobiografie polskich sportowców samotników", Gnieźnieńska Oficyna Wydawnicza TUM, Gniezno 2005, str. 260), choć nie do końca. Rzecz opasła, ale przeczytałem ją z wypiekami na twarzy. I przyznaję, że ponad pół roku odleżała, nim wreszcie czas jej przybliżenia nadszedł...

To praca naukowa, a konkretnie rozszerzona wersja rozprawy doktorskiej, pisanej w Instytucie Kulturoznawstwa Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu, obronionej w 2003 roku. Za cel postawiła sobie autorka próbę rozstrzygnięcia kwestii, czy szeroko pojęte pisarstwo (obejmujące dzienniki, pamiętniki, opisy podróży, opowiadania i reportaże) sportowców samotników uznać można za spójną całość.

W obszernej pracy poddane zostały analizie autobiografie polskich sportowców samotników wydane w ciągu ostatnich 35 lat. Zmieściły się pośród nich teksty samotnych żeglarzy - Krzysztofa Baranowskiego, Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz, Teresy Remiszewskiej, Leonida Teligi, Andrzeja Urbańczyka, alpinistów i himalaistów - Anny Czerwińskiej, Jerzego Kukuczki, Wojciecha Kurtyki, Tadeusza Piotrowskiego, Wandy Rutkiewicz oraz polarnika Marka Kamińskiego.

Chciałoby się zakrzyknąć: kto, choć trochę interesujący się podróżami i egzotyczną przygodą, nie czytał "Samotnego rejsu «Opty»" L. Teligi, "Drogi na Horn" K. Baranowskiego, "Słuchając głosu oceanu" A. Urbańczyka, "Z goryczy soli moja radość" T. Remiszewskiej; kto nie zna "Mojego pionowego świata" J. Kukuczki albo "W lodowym świecie trolli" T. Piotrowskiego? To pozycje w tej kategorii wręcz kultowe!

Jak podkreśla autorka, poszczególne publikacje samotników (wymienione później w bibliografii podmiotowej) wyznaczają niepowtarzalną przestrzeń autobiograficzną, w której najistotniejsze są trzy zagadnienia: opisywane przeżycia, formy narracyjne i styl wypowiedzi. Można wskazać również podobieństwa analizowanych tekstów, gdyż autorzy zawsze określają w nich swój stosunek do przestrzeni i siebie samych - problemu samotności.

Niewątpliwie daje się wykazać uniwersalność i powtarzalność pewnych wątków. A zróżnicowanie stylistyczne i gatunkowe badanych narracji wciąż będzie budziła także naukową ciekawość - w tym literaturoznawców.

Czyli można na tę pracę patrzeć jak na metodologicznie przetworzony traktat o człowieku-samotniku; jak rozszerzanie horyzontów poznawczych. Przecież czerpać z niej będą także teoretycy wielu nauk społecznych. Lecz dla mnie ma jeszcze inne znaczenie - kto wie, czy nie najważniejsze: na zwykły, ludzki sposób pozwala lepiej zrozumieć siebie samego, rozpoznać uśpione tęsknoty za ekstremalną przygodą ciała i ducha.

Wyrasta z tej lektury krzepiąca wizja człowieka niegnuśnego, który za nic ma wszelki trud i cierpienie, gdy postawi sobie niewyobrażalnie wysoki (odstraszający przeciętniaków) cel.

 

I uwaga pomocnicza na koniec. Pytają czasem czytelnicy, gdzie prezentowane w "Prowincjonaliach" pozycje można zdobyć, bo nie widzą ich w księgarniach, a po jednym lub drugim omówieniu nabierają apetytu na poznanie konkretnej książki. Cóż, istotnie, większości przybliżanych tu rzeczy nie uświadczymy na księgarskim rynku. A to dlatego, że zajmujemy się głównie wydawnictwami "niszowymi", spoza oficjalnego obiegu.

Recepta na pozyskanie konkretnego tytułu jest prosta: zwracamy się bezpośrednio do danego wydawcy (np. przez internet). Lub wprost do... samego autora. Gdyż bywa, że autorzy publikują sumptem własnym i przejmują cały (zwykle nikły) nakład, nie zawsze dbając o dystrybucję.

A na drugie pytanie, częściej padające: dlaczego nie recenzujemy książek autorów o głośniejszych medialnie nazwiskach - odpowiedź jak wyżej.

 

Paweł Szeroki
(marzec 2007)

 

Jakub Sosnowski

JEŻELI MYŚLISZ ŻE MNIE NABIERZESZ

myśli jak szczyty gotyckich kościołów

tańczą pomiędzy dwoma kuflami

nigdy już więcej nie będzie wojny

 

splecione ręce coraz mocniej drżące

w rytm potrzeby chwili powrotu

przestają być wsparciem połamanego blatu

 

zapite oczy mrugają na znak

w języku cięższym od aniołów

tak że ci się prawie udaje

 

Jakub Sosnowski

 

Lech M. Jakób

ŚMIERĆ

Śmierć to jedyny egzamin, którego nie można oblać.

Paul Claudel

 

 

W surowym i pięknym obrazie filmowym Ingmara Bergmana "Siódma pieczęć" rycerz Antonius Block gra ze Śmiercią w szachy. Stawką dla Blocka jest odwleczenie śmierci własnej - tej ziemskiej, doczesnej. Na szalach ważą się: tajemnica wszechrzeczy i życie.

Śmierć. Biologiczny kres żywota. Obok miłości tylko ona tak napędza ludzką namiętność, głównie ona z ogromną siłą tłoczy twórczą krew w dzieła sztuki. Przesycona jest też nią literatura. Bo dopiero w obliczu śmierci, dopiero w jej kontekście głębszych znaczeń nabiera to, kim byliśmy, w co wierzyliśmy, o czym marzyliśmy, jak kochaliśmy i co zrobiliśmy; a też kim jesteśmy, w co wierzymy, o czym marzymy, jak kochamy i co czynimy - jeszcze w trakcie marszu od narodzin do przystani Drugiego Brzegu.

 

Dzieła dziełami (tam "tylko" ekspiacja twórczych wizji), lecz ciekawy jest też osobisty stosunek do śmierci samych twórców. Jak się z nią potykali i czym w ostatecznym rozrachunku dla nich się okazywała.

Tu rozmaitość wszelka, gdy o "sposobach" odchodzenia mowa.

Z grubsza dają się wyłonić dwie kategorie.

Za pierwszą uznajmy tych, co odeszli nie z własnej woli - pokonani przez choroby, losowe wypadki lub zwyczajną starość. W ten sposób z życiem rozstała się większość twórców. Na przykład Ezop (strącenie ze skały), Anakreont (zadławienie się pestką winogrona), Eurypides (pożarcie przez bezdomne psy), Miguel de Cervantes (śpiączka cukrzycowa), Emil Zola (zatrucie tlenkiem węgla), Arthur Rimbaud (mięsak kości), John Keats (gruźlica), Oscar Wilde (owrzodzenie mózgu), Boris Vian (obrzęk płuc), Aleksander Puszkin (śmiertelna rana odniesiona w pojedynku), Heinrich Heine (zapalenie rdzenia), Cyrano de Bergerac (uderzenie belką w głowę), Jean Jacques Rousseau (apopleksja), George Byron (malaria), Guillaume Apollinaire (grypa hiszpanka), Ernst Hoffmann (syfilis), Andre Breton (atak duszności), Tadeusz Boy Żeleński (rozstrzelanie), Krzysztof Kamil Baczyński (postrzelenie w walce), Albert Camus (wypadek samochodowy) czy Bernard Fontenelle (ustanie czynności życiowych w wieku 99 lat) lub Louis Aragon (podeszły wiek).

 

Druga grupa, nie tak obszerna, lecz bardziej spektakularna, obejmuje pisarzy, którzy własną śmierć przyśpieszyli sami. Świadomie i z różnych powodów - nie zawsze światopoglądowych.

Strzałem z rewolweru w usta życie zakończył, miewający zresztą myśli samobójcze od dzieciństwa, Romain Gary (a właściwie Romain Kacev), przedtem pozostawiając pożegnalny list. Natomiast ani słowa wyjaśnienia nie zostawił Ernest Hemingway, podobnie jak R. Gary używający broni palnej.

To znamienna historia. Motywy drastycznego aktu fizycznej samozagłady powtarzają się u wielu pisarzy. Ogólnie rzecz ujmując decydującym elementem jest tu świadomość niemocy twórczej, twórczego wyczerpania. W przypadku E. Hemingwaya dochodziły jeszcze przypadłości zdrowotne: nadciśnienie, marskość wątroby, cukrzyca, osłabienie wzroku, impotencja. Co w życiu liczy się dla człowieka? - zastanawiał się głośno kilka tygodni przed końcem. - Być zdrowym, dobrze wykonywać swoją pracę, jeść i pić w towarzystwie przyjaciół, zabawić się w łóżku. Mnie już nic z tego nie pozostało.

Samobójczą śmiercią skończyli też Arystoteles, Petroniusz, Seneka, Chamfort, Thomas Creech, Drieu La Rochelle, Heinrich von Kleist, Stanisław Ignacy Witkiewicz, Jan Lechoń, Jerzy Zawieyski, Rafał Wojaczek, Yukio Mishima, Henry de Montherlant, Edward Stachura, Jerzy Kosiński i wielu wielu innych.

Tak naprawdę większości motywów samobójstw nie poznamy nigdy. To sfera często intymna, powiązana z emocjami; rzadziej rozumowo wykalkulowana i chłodna. Lecz - cokolwiek o tym nie sądzić - zadając sobie śmierć, zabijamy człowieka, jak powiedział święty Augustyn.

 

Tylko jedno w tym wszystkim pewne: śmierci nie da się rozpatrywać w kategoriach moralnych. Jest nieuchronnością, faktem. I jedynie głęboko wierzący widzą w niej bramę ku wiecznemu życiu. Reszcie cóż pozostaje? Nicość. Ale - pytał trochę przekornie Schopenhauer - Czy nicość po śmierci nie jest stanem, do którego byliśmy przyzwyczajeni przed życiem? Ha!

Śmierć - po hebrajsku mareth, po grecku thanatos, po łacinie mors. Doprawdy, nawet największych mocarzy pióra potrafiła i potrafi sprowadzić do duchowego parteru...

 

Lech M. Jakób





Czesław Markiewicz

DLACZEGO

jak się czuje mężczyzna w średnim wieku

sięgający pamięcią wstecz

dość odległą przestrzeń między krawężnikiem

głównej ulicy w mieście średniej wielkości

a placem przed liceum w tym samym mieście

tak samo zasypia po obiedzie

wieczorem myśli o miłości

tylko kobiety zdarzają się odświętniej

jakby więcej wzdychały

jeśli plotą to nie wieńce z kaczeńców

więdnących na łące

tylko coraz częściej pojawia się pytanie

nie opodal czego

rzeczy myśli czy martwej muchy

usychającej na ciągle tym samym parapecie

tylko obiad dłuższy na stole wyzutym z dojrzałości ceraty

a mona liza uśmiecha się tak samo

jak w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym ósmym

 

Czesław Markiewicz



Laureat XXXVII Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jana Śpiewaka i Anny Kamieńskiej w Świdwinie - 2006

 

Gosia Dębska

BEZ ŻEBRA

Po pierwsze nie usiadłam na tym fotelu ot tak. Zapewniała mnie pani, że wszystko jakoś się ułoży. Że wystarczy kilka spotkań, herbatka, pogawędka. Lekko drżąca firanka w oknie i podmuch jesieni. Mówiła pani "wszystko płynie", "czas leczy rany". Znajdywała chwile pocieszenia i słowa słodkie niczym miód w zielonej herbacie.

 

I tuliła tymi słowami. Tak, tuliła mnie pani tak tymi słowami, jakby świat próbowała ogarnąć ramionami. I puszczała. Do domu mnie puszczała. Tzn., tak trochę do domu. Bo ten dom był tylko trochę domem. Trochę domem, trochę miejscem, w którym sypiam, trochę łazienką, trochę kuchnią, pracą. Więc śpię tam. Próbuję spać. W nocy czasem nie mogę. To nie przez pełnie. Pełnia mnie uspokaja. Paradoksalnie niepokojąca wpływa na mnie kojąco. Sypiam zatem w dzień. Od czasu do czasu. Nie za często, bo przecież muszę pracować. Pisać te paskudne felietony, dla tego dziwacznego czasopisma, dla kilku uczelnianych ważniaków. Muszę pisać, więc nie śpię. No i do pani muszę czasem przychodzić. Nie ma w tym wielkiego musu. Czy też przymusu. Mus kojarzy mi się z czymś do jedzenia. Do smarowania, do oblizywania. Do wyjadania z wielkiego słoja. Słoiczka, słoika. Jak już mówiłam, nie ma w tym przymusu.

 

Chodzę odrobinę dla siebie. Odrobinę dla pani. Bo przecież pani tak bardzo chce mi pomóc. W zasadzie to czasem mam wrażenie, że w ten sposób pomaga pani sobie. Ja pani, pani mnie. Nie potrzebuję przecież w gruncie rzeczy nic. Tak naprawdę to odkąd chodzę do pani to odnajduję w sobie coraz więcej. Więcej problemów. Więcej bolączek tego świata. To mnie w ogóle nie gładzi od środka. Drąży mnie. Jakoś dziwnie sprężynuje. Tak. Zupełnie, jakbym miała wielką sprężynę w środku. Spręża i rozpręża. Waham się ogólnonastrojowo. Przypadkowo. Sporadycznie. Hipnotycznie. U pani jest zawsze tak hipnotycznie. A mówiła pani "nie będzie hipnoz", a są. Ja wędruję w swoje dawne ja, w swoją cieplejszą i bezpieczną przystań. Do domu. Takiego prawdziwego. Nie takiego po troszku. Po troszce. Takiego pełną parą. Pełnego pary. Piżam, maślanych bułek i przypalonej jajecznicy. Czuję zapach spalenizny i zaraz potem wracam. Nie obracam się. Nie chcę. Albo chcę. Pani mi na to nie pozwala. Niby bez hipnozy, a jednak wyrywa mnie pani z hipnotycznego snu. Drżącą ręką podaje pudełko z chusteczkami wskazując na nos i policzki. A ja myśląc, że cała się rozmazałam podchodzę do lustra. Pani lustro zawsze pogrubia. Oj, jak ono pogrubia. Zniekształca. Kulfon, ogromniasty, zamiast nosa. Jedno oko niepodobne do drugiego. Po czymś takim częstuje mnie pani swoją herbatą. Chińska. Liściasta. Smakuje zupełnie tak, jakby była z domowego ogródka, z zacisznego parapetu na którym siądzie od czasu do czasu jakaś uparta mucha. Nie tam z Chin. Chińczycy wiedzą, jak parzyć herbatę. Pani nie wie. Zresztą wielu rzeczy Pani nie wie. A mimo to wciąż powtarza, że mi pomoże. I Kiedy zdaje się, że jestem już blisko, wszystko nagle się sypie. Bo znów przypomina mi się zapach przysmażanej jajecznicy i ręką ojca na mym gorącym policzku. Siniaki, które mama próbowała przykryć tanim pudrem. Na droższy nigdy nie było nas stać. Opowiadałam przecież pani. Tyle razy. Ojciec pił, bił. Tracił wszystkie pieniądze. Trwonił. Bywały tygodnie, że nie jadłam nic poza suchym chlebem. Dobrze było, jak udało się mamie załatwić kawałek kiełbasy. Słuchała mnie pani? Czy słuchała mnie pani wtedy, kiedy opowiadałam pani o tym? Tak długo mówiłam. Tyle energii straciłam. Czy pani słuchała? Czy umiała pani? Wytrąciłam z pani ręki złoty zegarek. Ten na wisiorku. Hipnotyzer, tak nazywałam go w myślach. Zbiło się szkiełko. Zerwał się łańcuszek. "Nic nie szkodzi", usłyszałam. Ale miała pani łzy w oczach. Nie wiedziałam, że to pamiątka po ojcu. Poza tym nawet jeśli, to co? Ja po moim mam jedno żebro mniej. To moją pamiątka. Skończona terapia. I pani, pani wciąż nic nie rozumie. Nie patrząc na mnie już tak jak dawniej, zamyka drzwi. Odchodzi. "Gdzie pani idzie", wołam. Odpowiada mi głucha cisza i falujący koniec spódnicy.

 

Spojrzałam w lustro. Co za sen, myślę. Zaspana, spuchnięta twarz. Boląca przepona. Lekkim dotykiem wyczuwam. Brak jednego żebra.

 

Gosia Dębska

 

Janusz Sauer z Poznania, dawniej z Jeleniej Góry

***

Kowary dawniej Krzyżatka

z Jeleniej Góry jeździłem rowerem

do miasta uranu i Ruskich

potem Cyganów

drogi na pół godziny

jak dobrze deptać

do Perły Zachodu bliżej

tam drzewa sadziłem ze szkołą

jak było święto lasu

w Kowarach na Jedlicy

św. Jan Nepomucen

kieruje ruchem

do Wałbrzycha

do Karpacza i w góry

 

Poznań 2004
Janusz Sauer





Władysław Edward Gałka

LIST

Różne rzeczy zdarzają się tym, którzy oszaleli. Mnie też, oszalałem.

 

Około 1994 roku wyrzeźbiłem z gliny popiersie Ewy, mojej żony, aby mieć motyw do nauki rysunku. W swej naiwności myślałem że tak trzeba. Wtedy nic nie wiedziałem o sztuce za wyjątkiem fotografii a i ta moja wiedza była szczątkowa. O nauczaniu rysunku nie wiedziałem nic. Moją lekturą wówczas był "Zarys Historii Sztuki" K. Estreichera. Od tego czasu czytam o sztuce, słucham, patrzę i ćwiczę. Mam przy tym nadzieję że się uczę i rozwijam, ba, może nawet myślę. Sztuka jest dla mnie ważna, prawie najważniejsza. Ale pracoholikiem nie jestem., nie lubię pracy fizycznej. Malarstwo i rzeźba są dla mnie całkowicie autonomiczne, nie znam i nie widzę możliwości ich udanej syntezy. Jednak nie faworyzuję żadnej z tych sztuk, pomimo że są okresy, gdy tylko rzeźbię lub maluję. Wiem, że podstawą sztuki jest rysunek, on daje ogląd rzeczy. "Co mogę narysować, mogę Zrozumieć"; to myśl Leonarda. Ale sztuka bez formy jest możliwa i potrzebna. Mamy szczęście żyć w czasie, gdy każdy rodzaj twórczości jest akceptowany. To już i aż ponowoczesność.

 

Uważam że obowiązkiem artysty jest spłacić dług, jaki zaciąga, gdy inni pracują na jego chleb. Artysta ma jeden przywilej, czuje więcej, to jest jego tworzywo. Czasem bolesne. Dzieło. Dzieło ma siłę, moc, moc sprawczą. Potrafi odmienić serce człowieka. To Boski przywilej dany przez Niego wybranym.

Magia. To takie różne słowo od metafizyki, pomiędzy nimi istnieje cała sztuka. Od tej kokietującej wiedzą, erudycją, doskonałością do prac dziecka i twórczości ludzi przez swój umysł i zmysły odciętych od świata "normalnych".

Ich sztuka to krańce poznania, dalej tu za ludzkiego życia nie da się pójść, to oni są niedościgłymi dla nas mistrzami. Takie są prawa opatrzności, ci najmniejsi i najsłabsi są samym uczuciem. Picasso wyraził to mówiąc, że "Całe życie uczył się rysować jak dziecko". Uznał, że warto uczyć się być dzieckiem. Mnie w sztuce poraża ta lapidarność, uogólnienie, skrót zawarty w znaku, plamie, kresce... myśli, bo to myśl jest za każdym takim działaniem. Dojście do tej świadomości zajęło mi ponad dekadę prób, błędów, poszukiwań, by być jak dziecko, nieustannie zadziwione, chłonne na nowe doznania, zagubione w niezmierzonej głębi pustki, w jakiej krąży nasza planeta. Istniejącym w czymś tak niebywałym jak czas, mający kierunek - ciągle naprzód. Cofanie się jest niemożliwe, podobno jednak istnieją cząstki o innym znaku w czasie, anihilują w zderzenie ze znaną nam materią. Być może dzieło artysty pełni w kulturze rolę takiej cząstki? Mówi stop bezlitosnym prawom tego świata, obojętnego wobec wyzwań czasu i bezmiernej nędzy połowy ludzko

 

Władysław Edward Gałka