Łabuź 59/2006


 
[...] Naród, tożsamość, patriotyzm - pojęcia nadużywane jak żadne. Można jednak łatwo sparzyć sobie nimi usta. Szczególnie, gdy posługuje się nimi niczym solą; do każdej potrawy szczypta, w zależności od smaku i oczekiwań. W demokratycznym kraju tożsamości zawsze są efektem społecznego dyskursu. Tożsamość nie jest dana z góry, a świadomość narodowa nie może być wynikiem decyzji politycznej, gdyż jest procesem zmiennym, rozciągniętym w czasie i przestrzeni. Tych elementarnych prawd zdaje się nie zauważać rządząca w Polsce ekipa i jej zaplecze intelektualne.

 

Apokaliptyczna wizja Polski zagubionej, wykorzenionego narodu bez busoli wartości, odartego z uczuć patriotycznych, jaką serwują nam przedstawiciele obecnych władz, jest kolejnym narzędziem walki o rząd dusz. Wiele wskazuje na to, że jej głównym celem jest zniesławienie przeciwnika politycznego. Z licznych wypowiedzi i apeli o nowy patriotyzm nie wyłania się bowiem ani program naprawy wizerunku Rzeczypospolitej, ani wzmocnienie więzi społecznych. Retoryka patriotyczna ma służyć kompromitacji III i wyznaczyć fundamenty IV RP.

 

Kto jest odpowiedzialny za tę mizerię narodową? Deklaracje polityczne i publikacje nie pozostawiają wątpliwości - to postkomuniści i część postsolidarnościowych elit. Wszystkie rządy po 1989 r. pozbawiały naród dumy, odarły go z poczucia przynależności i wyszydzały polskie dokonania historyczne. Sugeruje się, iż opinia publiczna okazała się bezbronna wobec krytycznego patriotyzmu, który przyczynił się do zmiany "wspólnoty pewników" we wspólnotę wątpliwości oraz zmiany "wspólnoty dumy" we wspólnotę wstydu.

Jarosław Kaczyński wspominał niedawno, że w latach 90. widział, co się działo z narodem polskim, i był przerażony "kryzysem polonizmu". "Z jednej strony, z wewnętrznego punktu widzenia - mówił podczas konferencji w grudniu 2004 r. prezes PiS-u - widzieliśmy, co działo się w Polsce z Polakami, z narodem polskim, którego tożsamość uległa znacznemu osłabieniu - mam na myśli nie tylko odwrót od pamięci, od własnej historii, ile wręcz wprost fali jawnej niechęci wobec sięgania w przeszłość. To się odbywało pod hasłem, że polska tradycja, polska historia są przeszkodą w szybkiej modernizacji kraju. Sporo było tonu lekceważenia, ironii, traktowania tego wszystkiego już to jako zbędnego lamusa, już to jako źródła zagrożenia nacjonalizmem, ksenofobią itp.".

 

Starania na rzecz integracji europejskiej okazują się post fatum działaniami na rzecz redukowania tożsamości narodowej, a troska o pluralizm kulturowy i reformy gospodarcze pierwszych rządów RP to ogłoszenie końca narodu. Zdzisław Krasnodębski ideologię polskiego liberalizmu i "utopię otwartego społeczeństwa" czyni odpowiedzialnymi za świadome zastępowanie wspólnoty rynkiem. Tezie tej towarzyszy niczym nieudokumentowana diagnoza "zdegenerowania nauk humanistycznych oraz katastrofalnego stanu nauki historii", pozbawionych treści patriotycznych. "III RP niknie w oczach" - wyrokuje autor. "Odchodzi powoli i niechętnie jak PRL". Aby wyeksponować własną "prawdę", trzeba włożyć odpowiednią frazę w usta anonimowego przeciwnika: "Chcecie do Europy, powiadano, to musicie wyrzec się historii narodowej, zamiast mówić o bohaterach, przyznajcie się do swych łajdactw i zbrodni".

 

"Pod hasłem wolności nauczania i twórczego charakteru zawodu nauczyciela doprowadziliśmy, choć należałoby raczej powiedzieć - doprowadzono - przez minionych piętnaście lat do kompletnego rozbicia edukacji w dziedzinach humanistycznych - także edukacji historycznej" - ocenił podczas warszawskiej konferencji Jarosław Kaczyński. Już sama możliwość wielorakich lojalności i więzi grupowych budzi grozę.

 

III RP tak jak wcześniej PRL propagowała nihilizm - taki motyw przewijał się podczas konferencji IPN "Historia i lustracja" w marcu br. Apelowano o przywrócenie prawdziwych bohaterów, "których miejsce było przez siedemdziesiąt lat na śmietniku historii i gdzie usiłowano ich przytrzymać w ostatnim piętnastoleciu". To elity III RP miały ogłosić, że nie mamy być z czego dumni, a krytyczny patriotyzm miał zaszkodzić naszemu wizerunkowi na zewnątrz. Pojawiły się pewne pomysły na ożywienie uczuć patriotycznych, np. prof. Andrzej Nowak radził "przywrócenie godnego miejsca tradycji romantycznej". Reakcją na rzekomy hiperkrytycyzm wobec własnej tradycji ma być afirmacyjny patriotyzm i poczucie misji na zewnątrz.

 

Repertuar idei, które miałyby ożywić dumę narodową Polaków i umocnić poczucie więzi wspólnotowej, jest bardziej niż skromny: ogranicza się do wybranych elementów historii i życia religijnego. Jeszcze przed wyborami Jan Rokita proponował, w pełnej zgodności z Jarosławem Kaczyńskim, partnerem jednej z publicznych debat, "wykorzystanie osoby Jego Świętobliwości Jana Pawła II dla dobrze pojętej propagandy polskości". Promować Polskę w świecie miałoby też wedle Rokity upowszechnienie kultu św. Faustyny odpowiadającego mistycznym potrzebom współczesnego człowieka.

 

Wiele wypowiedzi dotyczących patriotyzmu okraszonych jest cytatami z homilii papieskich. Jan Żaryn, dyrektor Biura Edukacji Publicznej IPN, stwierdził, iż "bez nauczania Jana Pawła II, bez jego autorytetu, nie może być polskiej polityki historycznej lub będzie ona jałowa". W lekcji patriotyzmu, jakiej udzielają nam politycy i urzędnicy rządzącej ekipy, omija się jednak skrzętnie te słowa Jana Pawła II, w których przypominał, że "miłość ojczyzny przyznaje wszystkim innym narodom takie same prawa jak własnemu, a zatem jest drogą do uporządkowania miłości społecznej, oraz że polskość to w gruncie rzeczy wielość i pluralizm, a nie ciasnota i zamknięcie. [...]

Anna Wolff-Powęska
profesor historii, b. dyr. Instytutu Zachodniego w Poznaniu

Gazeta Wyborcza, 23-24 września 2006
Dziękujemy Pkl. "Łabuź"


 

Agnieszka Wesołowska

OPOWIADANIE LITERACKIE

(CZYLI PRAWDOPODOBNIE FIKCYJNE) W PIERWSZEJ OSOBIE LICZBY POJEDYNCZEJ

 

Nigdy nie zostanę Tomaszem Mannem, ponieważ w Polsce aktualnie trudno określić porę roku w ogóle, a co dopiero jej moment (a proszę mi uwierzyć, Szanowny Panie L.S czy J.P, już nie pamiętam, ale ponieważ ostatnio tak dużo mówi się o plagiacie, odsyłam do Polityki z zeszłego lub obecnego stulecia, więc proszę mi uwierzyć, że to jest możliwe, tylko trzeba się posłużyć intuicją bardziej pisarską niż meteorologiczną; tak, czas leczy rany...). Zresztą forma żeńska brzmiałaby okropnie. Tomma. To sugerowałoby w najlepszym razie autorkę romansów. Starsi ludzie mawiają, że wszystko ma jakieś swoje uzasadnienie, że czuwa nad nami Boża Opatrzność. Niniejszym wyjaśniam Państwu, dlaczego w sierpniu, w roku 2006, w Polsce, jest zimno i pada deszcz.

Powieści się nie tworzy, tylko się je przepisuje z kart księgi wieczystej. Zawsze pragnęłam o tym powiedzieć ludziom, którzy myślą, że to zajęcie jakieś niezwykłe. Wszystko polega na tym, żeby zauważyć moment, kiedy zaczyna się historia. Trudno to przegapić, bo tak jak przed porodem zawsze następuje odejście wód płodowych, tak i w takiej chwili atmosfera wilgotnieje, czyli człowiek się na przykład wzrusza. Nie można zacząć w połowie ani tuż przy końcu. Proszę sobie wyobrazić, ile nienapisanych książek fruwa w powietrzu. Ale ze względu na to, że w tej części Europy ludzie przez swoje osamotnienie muszą często rozmawiać o pogodzie (ale nie tak jak w Anglii, gdzie jest to podobno fajne), sytuacja literatów w Polsce jest naprawdę dramatyczna. Powieść, która nie potrafi się zacząć, jest jak świat bez pierwszego dnia stworzenia. Jak to możliwe, że w ogóle istnieje?

Na razie pewnie Państwo myślą, że jestem jakaś naiwna i w ogóle dziwna, a co najgorsze, pozbawiona talentu. Ale ja się rozkręcę, obiecuję. Niedawno zmieniłam miejsce zamieszkania i wciąż muszę załatwiać wiele spraw. Będę Wam jeszcze opowiadać naprawdę zabawne historie, tylko trochę później. Tym, którzy mają wątpliwości, czy czytać, a nie sięgnęli jeszcze po recenzje prasowe, a także nie oglądali reklamówki przed Panoramą (tą o 18.30), w związku nagrodą Nike (zauważyli Państwo, że producent o tej samej nazwie serwuje nam na rynek adidasy?), gdzie Andrzej Seweryn mówi parę stąd zadań a jakiś pan próbuje wypowiadać się powściągliwe, choć widać, że jest zadowolony, chciałabym wyjaśnić, że jest to opowiadanie bardzo osobiste. To dlatego piszę prostym językiem, nawet bez specjalnej stylizacji i nie posługuję się zbyt wieloma środkami stylistycznymi, a także unikam filozoficznych myśli, choć wstawiłam parę własnych przemyśleń. Po prostu opowiadam o różnych zdarzeniach z mojego o życia. Więc jest o tym, że zawsze chciałam pojechać na Dziki Zachód, a teraz pracuję w gazecie ogłoszeniowej, co jest strasznie nudne. O tym, że zawsze chciałam napisać ważną powieść, oczywiście najchętniej realistyczną (choć jestem czuła i otwarta też na impresje), a w sumie to najczęściej piszę wiersze i jestem rozczarowana literaturą bardziej nawet niż życiem, bo to wcale nie jest tak, jak mówią. O tym, że przełamałam tysiące strachów, a nie pozbyłam się jednego - chwilę przed zaśnięciem, i że to przeżycie bardziej traumatyczne niż wojna, bo wiem, że nie skończy się nigdy. Jeśli to opowiadanie czytają licealiści, to chciałam im podpowiedzieć że zdarzają się bohaterce (1 os. l. poj.) takie przebłyski świadomości, co sugeruje, że kiedyś naprawdę mogła być pisarką wielkiej klasy, ale widocznie życie potoczyło się jej tak, nie inaczej, koniecznie zwróćcie na to uwagę i użyjcie słówka fatalizm, które wcale nie jest takie głupie, podobnie jak inne). Co jeszcze... Tekst jest raczej fikcyjny. Tak, tak, zaczynam się plątać, niech Państwo zrzucą to na karb trudnej biografii i przedwczesnej dojrzałości, co może powodować równie szybkie chemiczne zmiany w mózgu. Jeśli się komuś wydaje, że to kicz, to chcę zauważyć, że mam już dużo nagród literackich i swego czasu krytyka mnie uwielbiała. Tylko z tymi wierszami to jest prawda. Piszę od urodzenia, a niczego nowego się o świecie ani o sobie nie dowiedziałam. Moje spojrzenie na życie nie stało się głębsze. W sprawach zasadniczych nie umiem być subtelna, co z kolei nie wpływa znacząco na treść. Wiecie Państwo. Wiersze tylko pierwsze, powieść gdy czas odejść... Teraz mogę rozmawiać, a więc pisać monologi właśnie, oraz dialogi. Być może spróbuję sił w dramacie, to znaczy w dramatopisarstwie.

Często jak otwieram oczy, okna, drzwi, to mi się wydaje, że czytam parodię świata, naszego wymarzonego świata. Niektórzy nazywają to zboczeniem zawodowym (choć to jedyne co umiem i mogę jeszcze robić amatorsko). Co dziwniejsze, kiedy sama otwieram się przed ludźmi, to oni mają z kolei wrażenie, że to ja jestem kpiną. Przypuszczam, że mają na myśli jakiś gatunek literacki, tylko nie umieją tego nazwać. Nie jest to takie proste, jak się może na pierwszy rzut oka wydaje. Bo na przykład czerwone liście na drzewach (w sierpniu). Czy to jest, wg Państwa, karykatura lata czy jesieni. To jest dosyć ważne, bo jak na przykład chodziłoby o jabłoń i jabłka, to nie jest bez znaczenia, czy owoce spadają i gniją w okresie odczuwanym przez nas jako późnojesienny, czy bardziej jako zimowy. Tak samo akta notarialne, własnościowe, księgi hipoteczne itd., mogą okazać się próbą "podwędzenia" kawałka rzeczywistości, który nie ma nic wspólnego z obiektem materialnym. A zatem geneza powiedzenia, że ściany mają uszy nie pochodzi od sąsiedzkiego wścibstwa. Wzięła się stąd, że świat wiecznie stoi na scenie (nie my, świat) i coś mruczy pod nosem. I właśnie zadanie pisarki (bo nie wiem, jakimi zmysłami posługuje się w tej sztuce rodzaj męski) polega na słuchaniu. Na podsłuchiwaniu świata, co oczywiście ma długą tradycję. Pewnie w starożytności, ale tak na całego to z ulicy zżynali w dwudziestoleciu. A więc: parodie, pory roku, jabłka i ujarzmianie doczesności (czyli potocznie załatwianie różnych spraw), to wszystko w gruncie rzeczy jest do siebie dość podobne i zbliżone.

 

Miasto nasiąkało nocą, jak koszula potem po całodziennym trudzie. Jak bandaż porannych rozczarowań, związujący wszystkie nasze dni w ciąg zwany życiem, nasiąka krwią. Przechodziło ostrym chłodem jak mięso w kipiącym garnku bazylią. Bo chłód pachnie właśnie jak przyprawa do letniości. To jest moment, kiedy należy opowiedzieć o prawdziwych zamiarach. Delikatnie wygładziłam sukienkę na udzie. W taki sposób poprawia się poduszeczkę w kołysce, powtarzając odwieczny gest, który zaczyna powoływać do życia dziecko. Nigdy nie wiadomo, co stanie się potem. Nie za bardzo też wiedziałam jak rozstrzygnie się ten wieczór. To wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że diabeł jest zły, bo nie umie, czy nie chce, opętać nas wtedy, kiedy naprawdę tego potrzebujemy. Rozebrałam się i poszłam pod prysznic. Zwykle kojarzy mi się on z wodospadem, czyli bardzo prosto. Ale dzisiaj było mi tam źle. Woda dudniła jakimś szumnym szlagierem. Była jak zła ręka. Jak kurz. Jej strumienie spadały na mnie jak węże dusiciele. W ogóle nie mogłam zrozumieć, dlaczego muszę się temu poddawać.

Teraz bardziej niż zwykle wiem, że kabina zatrzasnęła się na zawsze. Na tej maleńkiej przestrzeni mam kanalizacje i żmije, rytuał, płynność i oczyszczenie. Niosę w ręku pochodnię powietrza, pod stopami mam grudkę wody. To mnie trzyma przy życiu i nic więcej mieć nie mogę.

Kiedy wracałam z pracy, zastanawiałam się, co począć ze swoim losem na kilku następnych stronach mojego opowiadania. Pomyślałam wtedy, że Pan Bóg musi mieć straszną frajdę, robiąc każdemu życie tak, jak się robi ciasteczka. Czyli, każda gospodyni to wie, w sposób  a p o d y k t y c z n y.  Akurat określenie apodyktyczny nie jest najlepsze w stosunku do Pana Boga, bo takie istoty są przecież szczególnie odrażające. Ale podobno jeśli ktoś jest wszechwiedzący, doskonały i nieskończenie dobry, to wcale nie musi być sympatyczny. To nawet jakby nie może, bo widomo, że nigdy się wszystkim nie dogodzi. Myślę, że właśnie dlatego Pan Bóg stworzył aniołki, które niekoniecznie i nie zawsze są mądre, wystarczy że są rozbrajające. I Najświętszą Panienkę, która wystarczy że jest piękna. Szkoda, że nie możemy się wymienić poglądami na ten temat. Ale też bądźmy szczerzy - ja jestem pisarką i poświęciłam temu całe życie, Państwu wcale nie musiałoby sformułowanie tego wszystkiego przyjść równie lekko (to nawet byłoby straszne, gdyby jednak przyszło). Poza tym, jeśli mogę coś radzić. W to co ja piszę, nikt się już nie będzie wczytywał, tak czy siak wszyscy padną na kolana. Ale jeśli Państwo planują jakiejś sukcesy na niwie literackiej, to proponowałabym zacząć od wierszy heksametrem. Potem powinno pójść gładko.

Wracając do opowiadania. Przyznam się Państwu, że jakoś tak w połowie drogi przestałam zazdrościć Panu Bogu (to znaczy wieczności to mu nie zazdroszczę od dawna, ale nie rozpraszajmy się). Pomyślałam, że jednak musi mieć w tym jakiś cel (to dziwne słowo, prawda? my tu na ziemi raczej mówimy interes), żeby tak każdemu z osobna. Mówiąc szczerze, to nawet byłam zła, że muszę pisać to opowiadanie. Ale ponieważ obiecałam, że do końca tygodnia będzie skończone i w ogóle nie lubię, jak mi się takie rzeczy za bardzo ciągną (zdaje się, ze mój przyjaciel też tego nie lubi), postanowiłam się zmobilizować.

A teraz chciałbym się Państwu zwierzyć. Najtrudniejsze w pisarstwie jest dla mnie to, że nieustannie trzeba coś udowadniać. Inaczej mogłabym skupić się na rozmowie z Państwem i pewnie wyniknęłoby z tego nieporównanie więcej ciekawych rzeczy. To co literackie i ładnie napisane, burzy mi coś zasadniczego. Ale przez tyle lat nie uwierzyłam jeszcze żadnemu krytykowi i właśnie dlatego muszę czasem przerywać i pisać w taki sposób, żeby było widać, że naprawdę potrafię. To dowód takiej słabości mnie jako pisarki, ale też krytyków jako odbiorców. Nie wiem, może to jest też tak, że ja nie wierzę, że oni zawsze potrafią zauważyć wielkie karty. Niby wiem, że moich już nie przeoczą, no ale boję się, żeby to nie było tak z grzeczności. Poza tym, gdyby się teraz nagle okazało, że nie mam jednak genialnego pióra, to znowu stałabym się nikim, a na to nie mogę już sobie pozwolić. Po prostu jest za późno. Nawet nie chodzi o to, że nie zdołałabym umrzeć w poczuciu klęski. Martwię się, że oni by sobie z tym nie poradzili. No dobrze, trochę się też boję tego bycia nikim.

Myślą Państwo, że nie wiem, na czym polega opowiadanie. Ale ja wiem, tylko zawsze chciałam stworzyć gatunek, który pozwoliłby mi na istnienie bezpośrednie. Coś jak "forma bardziej pojemna", ale nie do końca (Miłosza przywołuję tylko po to, żeby panom, którzy tu sprzątają, łatwiej było oddzielić to, co mimowolnie jest dialogiem, od tego co jest tylko i włącznie moje i będzie takie na zawsze, na zawsze). To musi gdzieś być. Zapewne na którejś z nieskończonej ilości granic (choć czasem rozumiem, że granica jest tylko jedna). W jakiejś międzyprzestrzeni, w jakimś pyle, na pograniczu milczenia i porozumiewania się (bo zwykle właśnie tam jest to, co ważne). Na krawędzi papieru, w miejscu, gdzie styka się kartka z kałamarzem, gdzie w jakimś sensie spełnia się świat. Nie da się tego cofnąć, poprawić ani zniszczyć. Jedno bluźniercze słowo staje się równie silne i prawdziwe jak dziesiątki tysięcy zakazanych książek, a niezapisana myśl o miłosierdziu jest jak błogosławieństwo. Bułhakow też to jakoś wyniuchał.... że "rękopisy nie płoną". I wszystko mi zepsuł. Bo po pierwsze - zgrabniej to ujął, a po drugie początkującym pisarzom radzę takie rzeczy zawsze zaznaczać, bo jeśli ktoś Wam tego nie wytknie, to za klika lat staniecie się wyznawcami buddyzmu, a Wasze doświadczenie nirwany będzie polegało na schizofrenicznym poczuciu jedności z umysłami innych twórców i wielości w Waszym własnym. To będzie szczęście i męka. I jeśli pod koniec życia nie staniecie się machającymi ogonkami, wiernymi pieskami postmoderny, możecie przynosić mi na grób swoje wydrukowane dzieła. Dodałabym do Bułhakowa, że rękopisy czytać umieją tylko dusze i autorzy, więc są mało przydatne choć owszem, szalenie pociągające. Ale ja po śmierci nadal będę ciałem, tylko inaczej, zapewniam Państwa.

Boję się tego, co przeczytam w recenzjach, zdaje się, że już o tym wspominałam. Na pewno będą to świetne teksty i poczuję się radosna i zdruzgotana, że ja tak pisać nie potrafię. Bo wiem, że moje gadanie jest podobne do rozterek Sylwii Plath czy Haliny Poświatowskiej. A ja przecież mam obowiązek... Jedyny prawdziwy tyran jaki istnieje na świecie, to geniusz. Żadna wojna takiego nie wydała, żadne więzienie. I żadna wolność go nie ujarzmi. Bo nic nie umie być tak wolne i tak szeroko rozwieszone nad kosmosem, jak on.

Kiedyś zainspirował mnie film "Królowie życia". Zainspirował w tym sensie, że zaczęłam się tam przedzierać. Zawołałeś do mnie stań się i stałam przy tobie dzień i noc, jak zaklęcie czarnoksiężnika, jak twoja przepowiednia. Ja, Agnos, grecka wyspa, na ruinach zatopionej świątyni Pomony, z brzuchem obcym na razie nawet dla mnie... Na gruzach dziwnego miejsca Elijana, a Elijana znaczy zdrada i opuszczenie. Może nie umiałam cię kochać ani zachwycać się dźwiękiem cytry, ale umiałam iść rano z wiadrami do wodopoju i trzymać pisklę w ręku, umiałam grzać wino, dusić mięso i spędzać z tobą noce, bez czego byłbyś tyko głosem pożądania a twoje poematy jak wilki wyjące w ciemny lesie. Twoje natchnienie to tylko łój o smaku winogron i piołunu, wydzielany przez gruczoł przerażenia. Musisz mi wybaczyć, że nigdy nie dotknęłam pióra. Dotykałam przecież twoich stóp, na których przyszedłeś aż tutaj. Ja, głupia muza, niezdolna do kochania ani do tworzenia, ale umiejąca cieszyć się o poranku. Chcę, żeby tak zostało.

 

Byłam dziś rano w Towarzystwie Wsparcia dla Artystów Niedziałających pod Pseudonimem - "Pomocna Dłoń", ubezpieczyć się na wypadek klęski twórczej. Teoretycznie nie mam już szans na rozkręcenie biznesu w taki sposób (rewelacja dla grafomanów!). Musiałabym jako na przykład Agni Wu lub Agnolia Wesoła (łatwo się domyślić, a nikt mi nie udowodni, że to ja) opublikować jakieś Nowe Przygody na przykład Flinstonów. Tylko że wtedy, jako pisarka, musiałabym płacić, bo coś słyszałam o tym nowym podatku. Co się im nie natłumaczyłam, że gdzie mi do Dody czy Mietka Szcześniaka, że pisarstwo to nawet nie jest wolny zawód. Ale gdzie tam. Teraz to dla nich jak najbardziej sztuka i wszystkie dzieła są równe wobec prawa.

 

Uff, wyszły mi prawie 4 strony, czyli jak na mnie to nie najgorzej. Na więcej nie mam siły, bo przez całą noc męczyły mnie koszmary. Myślę, że to przez to, co napisałam o diable i o Panu Bogu (choć chciałabym zaznaczyć, że nie wierzę ani w jednego, ani w drugiego). Taką mam przypadłość i trochę się tego wstydzę, ale z jakiegoś powodu wolę horrory niż ludowe ballady o duchach, upiorach i zabijaniu. Nie wiem, jak ten Mickiewicz mógł coś takiego pisać. Ja bym się bała.

 

Agnieszka Wesołowska

 

Elizabeth Bishop

* * *

Cała jestem muzyką

Cała jestem muzyką, która unosi mnie

ponad płaczliwe koniuszki palców,

ponad zbrukane dniem drżące wargi

z czystą, jasną i głęboką melodią.

Kołyszę swoje ciało w rytm

pieśni śpiewanej, by odpocząć od śmierci,

pieśni spadającej jak krople deszczu

na schnące członki ciała

marzące o tym by zakwitnąć.

 

Jest tu magia melodii.

Odpoczynek, cichy oddech i spokojne

serce, które blaknie i spada

do podwodnego bezruchu morza.

I unosi się z wolna nad księżycowym stawem

Tonąc z wolna w ramionach rytmu i snu.

 

Tłumaczył Wiesław Pisarski
Elizabeth Bishop

 

Tomasz Rybak

NA ZIMNYM UCZYNKU

Do tej pory swoje marzenia przywiązywał grubym łańcuchem do budy i wokół stawiał wysoki płot z ostrzeżeniem na tabliczce. Jednak nie dawały mu spokoju, tylko ujadały przeraźliwie. W końcu je wypuścił i wydarzenia potoczyły się błyskawicznie, jakby ktoś puścił film w przyspieszonym tempie.

 

Koła obracają się z zawrotną prędkością. Silnik warczy wściekle. Czerwone Ferrari pruje autostradą niczym brzytwa arterię. Gwałci kolejne przepisy ruchu drogowego. Ograniczenie prędkości, światła na skrzyżowaniu, zakaz wyprzedzania - wszystko ma za nic. Pozostali uczestnicy ruchu drogowego ledwo uchodzą z życiem. W końcu zdesperowany kierowca wyjeżdża z miasta. Mija radiowóz, nawet nie zauważając policjantów.

Syrena alarmowa uwodzi swoim jednostajnym wyciem. Uciekinier dopiero po chwili uświadamia sobie, że ma ogon. Stara się go zgubić. Wyścig jak z dobrego filmu akcji, ale niestety rzeczywistość przygotowała niespodzianki. Jezdnię pokrywają czarne dziury, których dentyści i astronomowie nie widzieli. W jedną z nich wpada koło, kierowca traci panowanie nad pojazdem. Zjeżdża z drogi. Wbija z całych sił nogę w hamulec. Samochód uderza prawym bokiem w drzewo. Metal zgrzyta.

Policjant wielki jak statua podchodzi do rozbitego wozu. Zagląda przez szybę. Widzi człowieka zdejmującego kominiarkę. Mrocznowłosy mężczyzna ściera pot z twarzy. Trzęsie się jak maturzystka przed egzaminem ustnym. Przedstawiciel prawa stuka spokojnie pistoletem w szybę.

- Proszę otworzyć - mówi surowo. Wygląda poważnie jak człowiek składający kondolencje.

- Coś nie tak, panie władzo? - pyta, choć ma skołowaciały język.

- Owszem.

- Tak, wiem. Mam za ciężką stopę.

- Kwadrans temu dokonano zuchwałego napadu na bank.

- A co ja mam z tym wspólnego? - pyta trzęsącym się głosem.

- Przestępca porusza się czerwonym Ferrari.

- No i?

Gliniarz patrzy znudzony bez słowa.

- Dokąd panu tak spieszno? W kostnicy miejsc brakuje.

- Do żony! Właśnie rodzi! Może będę miał syna! Albo córkę!

- Szpital minął pan kilka minut temu.

- A kto powiedział, że jest w szpitalu? Przecież to nie ją postrzeliłem! - po sekundzie uświadamia sobie pomyłkę językową, śmieje się nerwowo.

- Prawo jazdy - żąda kategorycznie policjant.

- Tak, jasne... - otwiera schowek, z którego wysypuje się sterta banknotów różnych marek. Mężczyzna niezdarnie próbuje wcisnąć je z powrotem.

- Pewnie wygrał je pan w kasynie? - pyta mundurowy mrużąc oczy.

- Pewnie tak... - mówi kierowca uśmiechając się głupio, po czym szuka dokumentów po kieszeniach, wypadają diamenty, na podłogę spada także jakiś ciężki metalowy przedmiot.

- Co to było?! - pyta z ożywieniem, po czym poprawia sobie czapkę, która przed chwilą się przekrzywiła.

- Broń... - szybko urywa. - Broń mnie Panie Boże, zapomniałem prawa jazdy!

Funkcjonariusz patrzy z powątpiewaniem na podejrzanego.

- Wyglądało mi to na Colta.

- A skąd mam wiedzieć?! Trzeba by zapytać strażnika - wymyka mu się z ust.

Konsternacja. Zrezygnowany przestępca zwiesza głowę na kierownicę.

- Złapał mnie pan... To ja...

Policjant wybucha nagle gardłowym śmiechem.

- Bzdury - mówi i posyła mu tak zimne spojrzenie, że można dostać odmrożeń na twarzy. - Zgrywa się pan.

Mężczyzna rozdziawia buzię demonstrując w ten sposób zdziwienie i mimochodem strzępki pietruszki zabłąkane między zębami.

- To ja obrabowałem ten bank!

- No pewnie! A jak się nazywał? - pyta kpiąco.

- Nie pamiętam... Zrobiłem to pod wpływem impulsu. Żadnego planowania...

- Wezwałem karetkę i pomoc drogową. Trzeba panu głowę opatrzyć.

- Nie wierzy mi pan?! A to co?! - otwiera schowek, z którego znowu wysypuje się lawina pieniędzy. - Wcale ich nie wygrałem!

- Mógł pan pożyczyć. Potrafię rozpoznać przestępcę na kilometr. Ok, przyznaję, całkiem możliwe, że rzeczywiście był pan w banku. I dostał kredyt gotówkowy. Do obrabowania banku trzeba zimnego drania, geniusza zbrodni!

- Doprawdy?! - podnosi pistolet. - A to jak pan wytłumaczy?!

- Na wodę. Moje dzieci mają podobne. Proszę mnie posłuchać, widziałem wiele wypadków, ludzie zadziwiająco reagują na sytuacje stresowe.

- Samochód też jest kradziony! Można łatwo to sprawdzić!

- A odwal się pan! - odwraca się i odchodzi. - Mitoman, psia jego kostka!

- Już ja panu pokażę!!!

- Tylko daj mi mikroskop.

Kierowca wychyla się przez szybę i strzela. Policjant dostaje w plecy... strugą wody.

 

Tomasz Rybak
rybaktomasz@wp.pl

 


Oskar Oski Szwabowski

NIEZBĘDNOŚĆ POLITYKÓW

Nikt nie wątpi, że politycy są nam niezbędni do życia, takie wątpliwości są wielce nieprawomyślne.

 

Wiadomo, że bez polityków nudzilibyśmy się bardzo, repertuar telewizyjny zostałby uszczuplony: kilka kabaretów, kilka horrorów mniej, mniej gwiazd medialnych i grup, którym można przy piwie kibicować podczas mordobicia, zapasów, mniej pornografii by było. Chociaż akurat za tego typu stosunkami to nie przepadam, ale są gusta i guściki... Politycy są niezastąpieni, obok hierarchów kościoła, do zapełniania przerw między reklamami. Ale nie na tym kończy się ich misja. Utrzymywanie przemysłu rozrywkowego jest akcydentalnym przejawem działalności polityków, czymś wręcz przypadkowym.

 

Istotność i konieczność istnienia polityków lokuje się na płaszczyźnie obyczajowo-przewodniej. Gdyby nie było polityków, zaprawdę powiadam wam, nie wiem kim bym był i co bym robił. Może bym cieszył się zachodami słońc, spacerował z towarzyszami i towarzyszkami brzegiem morza, pisał poematy, radował obcowaniem z innymi i smakował swobodnie dni, pracując dla wspólnoty, nucąc wesołe melodie, nie dbałbym o zawartość twardego dysku w komputerze ani w głowie, nie czułbym strachu pisząc i maszerując chodnikiem... Na szczęście dzięki politykom unikam wszystkich nieprzyjemności, nie mam żadnych problemów z wolnym czasem, z przyjmowaniem strategii życiowych.

 

Dzięki politykom wiem, co jest dobre a co złe, wiem kiedy należy mówić a kiedy milczeć - i wiem przede wszystkim, o czym należy mówić, a o czym milczeć. Gdy się wsłuchuję w głos naszych pasterzy, w głos ustaw i paragrafów, nie popełniam błędów. Politycy zwalniają nas z myślenia i poszukiwań, nawet ich zakazują jako szkodliwych i destrukcyjnych - i chwała im za to!

Poważnie, mówię wam, drodzy czytelnicy i czytelniczki, gdyby nie politycy, byłbym pięknoduchem, oni przygotowują mnie do wstąpienia do królestwa niebieskiego. Karmią goryczą, dają zakosztować przekleństw egzystencji w tym padole płaczu. Uczą zgrzytać zębami. Nienawiści, wstrętu, pogardy... Pomagają poznać te wszelkie mroczne i szorstkie przejawy życia, bez których nie doceni się raju, bez styczności z którymi raj dla człowieka jest zamknięty. Politycy bez wątpienia wiodą nas ku zbawieniu cierniową droga - i chwała im za to!

A ty powiedz, czy w ogóle znałbyś swą tożsamość, gdyby nie głos polityków, który cię zaszufladkował, który oznajmił ci, żeś grzeszny typ, kryminalista, bo zamiast np. pić monopol, palisz nielegal? Co by robiły rodziny, gdyby nie kolejne ustawy, wypracowywane w pocie czoła przez pasterzy, ustaw które konkretyzują się w policjancie, przychodzącym z wydrukowanym paragrafem i w blasku lampki nocnej uczącego interpretacji, konkretyzującej się w kolejkach do kolejnych urzędów, okienek, papierków czytelnie wypełnianych, komornikach, deszczowych nocach gdzieś koło dworca? Pustka, wielka pustak i dezorientacja. Politycy są drogowskazem, będąc jednocześnie batem, zachęcającym do maszerowania. Chronią nas przed bezruchem - i chwała im za to!

 

Co byśmy robili z pieniędzmi, gdyby polityków nie było, na co przeznaczalibyśmy miliony złotych? Nawet nie chcę myśleć, ile problemów stworzyłby nagle taki nadmiar gotówki. Pomyślcie, że tak dwa razy więcej każdy z nas by miał, że znacznie więcej by szło na szkoły czy służbę zdrowia. Masakra! Sprawnie funkcjonująca publiczna służba zdrowia, to nuda straszliwa. I jaka stabilizacja. Gdy tak siedzę, to naprawdę nie mogę sobie wyobrazić, co bym zrobił z nadmiarem pieniędzy. Na szczęście i tu pojawiają się politycy, problem od ręki rozwiązując: wycieczki, fundusz reprezentacyjny, bankiety, kwiaty i prezenty... nawet nie chcę wnikać, na co oni przeznaczają tak potężne sumy, mój mózg broni się przed taką wiedzą.

 

Politycy są niezbędni. Negować konieczność ich istnienia mogą jedynie prawdziwi wrogowie ludzkości. Nie dość że dostarczają rozrywki, to jeszcze zdejmują z naszych barków wielką odpowiedzialność, zaoszczędzają problemów, jakie niesie wolność i myślenie. Każdemu nam znajdą miejsce, czy to w baraku, czy za kratami, to na pewno nikt nie może się poczuć zbędnym, niepotrzebnym - o ile płaci podatki lub jest zdolny do robot.

Powiedzie sami, bracia i siostry, na kogo byśmy się wkurwiali, gdyby polityków nie było. Komu byśmy zawdzięczali wrzody na żołądku, bezsenność. Nędzę naszą, nasze zniszczone egzystencje, głód, upokorzenie, bezsens. No chyba, że równie niezbędnym kapitalistom.

 

Co bym robił ja w wolnych chwilach, jeśli nie wyszukiwał kolejnych przejawów zniewolenia i głupoty, które niosą i tworzą 'nasi' przedstawiciele... Pojechałbym może wreszcie na grzyby.

 

Oskar Oski Szwabowski
zapatysta@vp.pl

 

Marek Czuku

CRAIG RAINE WYSYŁA KARTKĘ DO DOMU

Polacy mają skomplikowane mechanizmy,

oddane obcym, na swoich nieczułe.

 

Czasami udają, że wiedzą mniej

niż potrafią zrozumieć,

choć wiedza ich jest książkowa.

 

Zadają ból nieświadomi ostrości noży.

Języki ich są giętkie, mowa wyraźna

i krzyki słychać pod oknami.

To ich skłonność do sentymentalizmu.

 

Moja żona ceni Polaków

za ich szczerość i zainteresowania.

 

Jak na naród europejski są zbyt toporni,

ciosani chyba z kamienia.

 

Gdybym zobaczył ich na Wyspie Wielkanocnej,

nie zdziwiłbym się, tylko zamknął oczy

 

1988
Marek Czuku

 

Renata Korek

ZZA FIRANKI


Krótka opowieść na zakończenie roku

 

Za oknem zimno. Siedzę schowana za ścianą swojego gabinetu. Widzę duże okno, za nim rysunek drzewa, doskonałego w swej grafice. Dalej chłopiec z psem - dwie czarne, poruszające się plamy zniknęły. Potem znowu drzewa, z zielonym mchem i glonami wtulonymi w stuletnią korę. Za ogrodzeniem ulica i chodnik. Przechodnie z parasolami mocują się z wiatrem. Nareszcie pustka.

Patrzę w okna starych kamienic. W każdym z nich wiszą gęste firanki szczelnie odgradzające domowników od rytmu ulicy. Na dole małe sklepiki; sklep z używaną odzieżą, tapicernia. Kiedyś robili tu trumny, wygodne, solidne.

Na ulicy nadal pusto. Od dłuższej chwili nikt nie przechodzi, wzmaga się wiatr, bije w okiennice, prosi żeby go wpuścić, ale one zamykają się z hukiem, nie chcą go.

Nostalgię zimowego popołudnia przerywa zapalone światło na poddaszu. Zaczyna padać i zmierzch powoli otula obserwowaną przeze mnie przestrzeń. Inne okna również rozświetliły się. Blask nie jest równomierny, załamuje się, migocze. To chyba świece i lampa naftowa. Wytężając wzrok dostrzegłam duży stół nakryty lnianym obrusem.

U szczytu siedzi starszy mężczyzna z wypielęgnowanym wąsem zawiniętym do góry i lekko opadającym w dół. Czarny garnitur i nienagannie biała koszula zapięta na srebrne spinki wskazujące na uroczysty charakter spotkania.

Po jego lewej stronie widzę kobietę o siwych włosach, gładko upiętych w koczek. Na skromnej, ciemnozielonej sukni z koronkowym wykończeniem załamuje się blask świec ze złocistego kandelabru.

Obok na krześle przysiadła cicho jej córka. Biała bluzka podkreśla czarne włosy zwinięte w misterny supeł. Bystre, granatowe oczy zatrzymały się na postaciach dwojga niedużych dzieci niecierpliwie oczekujących rozpoczęcia ceremonii.

Ich ojciec o drobnej posturze i zarumienionej, rubasznej twarzy przynosi Pismo Święte, otwiera je i czyta dokładając wszelkich starań, aby wypadł w tej roli jak wzorowy gospodarz domu.

W rogu na choince ze starannością zapalono świeczki. Cicha noc puka do okien. Na stole pojawiła się skromna kolacja: sałatka ziemniaczana, kaczka, kasza manna z sokiem, ciasto drożdżowe. Na kryształowej karafce z nalewką wiśniową jak w kalejdoskopie odbijają się i tańczą razem z płomykami świec ludzkie twarze.

Z boku przy drzwiach wisi portret pradziadka, duży w bogatej ramie. Blask świecy wydłuża postacie domowników, których cienie na ścianie tworzą żywy teatr. Dziadek patrząc z wysoka, uśmiechnął się. Lubi swoją rodzinę, rozpieszcza wnuki wodzące za nim swoim spojrzeniem. Helga ma jego wąskie, lekko zaciśnięte usta, a Johan bujną czuprynę. Biesiadnicy czekają w milczeniu. Zegar wybija godzinę długo i długo. Nareszcie.

Twarz dziadka przerwał grymas bólu. Musi wydostać się z tej paskudnej gipsowej ramy udającej arystokratyczne pochodzenie. Najpierw wyszedł nos i podbródek, potem wyciągnęło się ucho i czoło, oko lewe, policzek, drugie oko, przesunęły się wąsy. Kiedy głowa znalazła się poza znienawidzoną ramą, tułów i reszta wyimaginowanego ciała pociągnęły za nią, łącząc się w całość.

Brzdęknęły talerze. Puste nakrycie zaczęło poruszać się, spadać. Zadźwięczały sztućce. Dzieci struchlały. Chciały zapytać zgromadzonych - co się dzieje?

Jednak tam nie było nikogo. Dźwięczały sztućce, brzdękały talerze. Mlaskały języki, trwały rozmowy. Na ścianie tańczyły dwa żywe cienie, chłopca i dziewczynki.

 

Renata Korek

 

Dorota Ryst

LUCY

mów jej

Lucy

po prostu Lucy

 

 

47 kości

należących

do

jednego szkieletu

osobnika płci żeńskiej

w pełni dojrzałego

o czym świadczy wyrżnięty

tak zwany ząb mądrości

 

australopithecus afarensis

 

garść kości

zatrzymanych w czasie

przez czysty przypadek

 

przetrwać

kilka milionów lat

by

w muzeum

wycieczki szkolne

mogły poklepać po ramieniu

popatrz

to Lucy

ale pokraka

 

Dorota Ryst

 

Jarosław Bondar

***

Ostatnie liście nerwowo trzymają się życia. Ich delikatne drżenie na mroźnym wietrze, lżejsze o istnienie. Suchym szelestem znów rok przemija. Kikuty gałęzi na tle błękitu, złoto na brudnych ulicach. Ciągle tu jestem, na odwiecznym pogrzebie u progu martwej zimy, na pograniczu życia. Coraz dłużej sypiam. Jakby od niechcenia, jakby wbrew sobie, z każą chwilą jestem coraz mniej. Ubywam. Przepoczwarzam się w nicość. Lecz póki co, mój cień na ścianie. Przeszkadzające światłu istnienie, otchłań wypełniająca kontur bytu. Moja twarz, czerń pochłaniająca grymas. Bez usprawiedliwienia. Jestem bezimiennym grobem pośród martwych liści, na cmentarzu życia. Imię, nazwisko data, by utrwalić coś, czego nikt i tak nie będzie pamiętał. Historia, której nie było, po prostu cisza. Szelest liści, jak co roku przed zimą.

 

Wspominam. Pośród tej nocy, spoglądam na drugi brzeg mroku. Okruchy dnia, mglista poświata na horyzoncie. Pamiętam jeszcze tańczący blady płomień. Niematerialna istota wypalonej świecy. Ledwo unoszący się, już prawie nieobecny. I bez nadziei wstrzymywany oddech. Dopalał się. Pośród bezruchu nagły blask. Koniec.

 

Jak co roku pójdziemy odwiedzić groby.

 

30.10.2005 r.
Jarosław Bondar

 

Piotr Kaczorowski

J.P. I M.Ś. NA ŁOWACH, CHOĆ AKTUALNIE W RÓŻNYCH MIASTACH STOJĄ

- I tak nie pójdę z tobą do łóżka!

- Ale dlaczego? Dlaczego nie pójdziesz ze mną do łóżka? Droga Aniu. Mogę Ci tak mówić? Czyż nie jesteśmy artystami, ty jesteś zajebistą artystką, ja dopiero będę zajebistym artystą, a więc droga Aniu, czyż granice naszego poznania nie są wyznaczone o wiele dalej niż granice percepcji przeciętnego zjadacza chleba. Czy nie mogłabyś naszej eskapady erotycznej umieścić gdzieś między wątkiem miłosno-erotycznym a przygodo-awanturniczym. Czy jestem dla ciebie zbyt intelektualny. Wiem, że ten osobnik obok, który nie posiada nic oprócz zwodniczej wiary w siebie i pustej pewności siebie wypełnionej hormonami, jest twoim chłopakiem, towarzyszem życia, ale czy przynależność do pewnego światka nie nakłada na nas pewnych obowiązków, co więcej pozwala nam na pewne nazwijmy to ekshibicjonistyczne ekscesy i dla mnie niewątpliwą przyjemność obcowania z twoim artystycznym ciałem. Więc dlaczego nie chcesz się ze mną pójść do łóżka?

- Ale ja nie jestem prostytutką!

- Widzisz, droga Aniu, popełniasz jeden kardynalny błąd uznając typowe męskie szowinistyczne myślenie typu: Kobiety dzielą się na dziewice, potencjalne żony, i kurwy, potencjalne kochanki. Moim skromnym zdaniem, droga Aniu, choć kobieta potrafi być bardziej wyrachowana od mężczyzny, jak to pisze Janda, istnieją kobiety, które są mężczyznami i mężczyźni, którzy są kobietami, choć nie lubię feministek, lubię z drugiej strony wyzwolone kobiety, jesteście zwykłymi ludźmi, choć uwielbiam o was zabiegać, które posiadają potrzeby i pragnienia. A my jako artyści powinniśmy być przykładem dla przeciętnego, klanowego człowieka na wyzwolenie i wyrażanie swoich pragnień, szczególnie ty jako zajebista artystka.

- Ale ty mi się nie podobasz!

- Aniu, moja droga Aniu, zacytuję przeciętnego mężczyznę, potwór nie potwór liczy się otwór, a w tym przypadku maszkara nie maszkara liczy się pała, choć wiem, że te zdania ranią twoje smak estetyczny, to my jako pisarze, opisujący rzeczywistość, musimy z nich zdawać sobie sprawę, co więcej, nie tylko je znać lecz rozumieć ich drugie, trzecie a nawet dziesiąte dno, które sam mówiący sobie nie uświadamia. Czyż nie mogłabyś braku we mnie chłopskiej męskości zrzucić na karb intelektualizmu, a czas spędzony we dwoje zespolony w jedność potraktować jako futurystyczne przeżycie zjednoczenia dwóch umysłów, których ciała domagają się tych wystudiowanych gestów i póz, tak zaborczo wpływając na nasze ośrodki zwierzęcej energii.

 

Piotr Kaczorowski
Mraczewski@op.pl

 

Ariana Nagórska

cykl pt: miniatury sponsorskie

MATEMATYKA WYŻSZA

Gdy autor jedną trzecią ceny książki łoży,

po czym jeszcze dwa razy ową kwotę wpłaci,

to jaki procent kosztów pokryją sponsorzy?

 

Pokryją taki procent, że wyjdzie bez gaci!

 

Ariana Nagórska

 

Maciej Mikos

SPOKÓJ STALI

Niebo jest lodowe nad tobą, maleńka

Niebo jest stężone i ciekłe jak azot

Opada na ramiona i skrapla się, opływa

Pęcznieje w białej masie na skórze rękawiczek

 

Niebo jest otwarte nad tobą, maleńka

Niebo o fakturze lamperii korytarzy

Fakturze czarnych ikon, ma dźwięk

Pierwszego krzyku i ostatniego tchnienia

Ma swój początek tutaj

 

Niebo jest otwarte pod tobą, maleńka

Wypełza z tkanki ziemi przy wypalaniu trawy

Ma smak i zapach rzeczy, których nie pamiętamy

Musiały być tu dawno, musiały być przed czasem

 

Niebo się nachyla nad nami, maleńka

Wyciąga do nas ręce i pokazuje drogę

 

Niebo jest spokojne a spokój ma kształt stali

Niebo nas wypełni i okryje to gnicie,

Które jest z nami od zawsze, prawdziwe

Nad nami bladość marca, nad nami spokój rzeczy

 

Niebo nas rozświetla,

Ogarnia nas, prowadzi.

 

2006
Maciej Mikos

 

Gosia Dębska

TYTUŁ

Patrzyłem przez okno. Myślałem, że pójdzie. Boże, jak ja chciałem, żeby szła, przeszła, podeszła, minęła mnie nieświadomie, zahaczyła o mnie kątem oka, przystanęła na moment, na moment, chociaż wiem, że nie dla mnie. Więc patrzyłem. Jedna, druga, trzecia godzina. Czas sam pchał się do przodu. Widok za oknem wciąż był ten sam.

 

Czasem ktoś mignął. Owiany wiatrem, ze smyczą, z psem. Ktoś się przewrócił. Nikt się nie ruszył, nikt nie pomógł. Co za ironia. Sam przecież mogłem wyjść na dwór. Ktoś podjechał dobrą furą. Zaparkował tuż pod oknem. Pod moim oknem stoi kilkaset tysięcy, a ja siedzę i patrzę, ale nie na te tysiące. Na punkt, przez który teoretycznie ona mogłaby przejść. Punkt, w którym mogłaby się zjawić. Wciąż nic. A wokół mnie ponad sto osób, sto osób wpatrzonych w tą jedyną. Stoi na podeście i mówi coś o problemach makro- czy też mikrośrodowisk. Jest przy mikro i omija mnie. Dlaczego do diabła nie wspomni o mnie. Przecież ja jestem mikro, przecież jestem jednostką, cholerną jednostką mającą problem z inną jednostką. No tak, ale to zakrawa o psychologa czy jak tam się ich nazywa. Psycholog, psychoterapeuta, psycholekarz, psychodupa. Po dupę masz po takim spotkaniu. Bo co on wie. Tylko tyle, co każdy z nas wyczyta w podręcznikach, wielce akademickich, czy też naukowych broszurkach, dla początkujących, gdyby ktoś nie wiedział.

No więc czekam na nią dalej. A nóż, widelec...stół...się pojawi. Nic tak nie zabiera nadziei, jak upływający czas. Nie zmienisz go, nie cofniesz, nie zatrzymasz. Jego bieg jest tak naturalny, jak to, że oddychasz.

Oddycham. Miarowo, bardzo rytmicznie. Puk, puk, puk...pod dotykiem dłoni czuję lekkie drgania piersi. Unosi się i opada. Nikt nie zwraca na to uwagi. Zupełnie nikt. Tak, jakby mnie tam nie było. Zatem wyglądam dalej. Wypatruję. Przypomniało mi się dzieciństwo. Wigilia, kiedy to stałem przy oknie i czekałem na pierwszą gwiazdkę. Była znakiem, początkiem wszystkiego. Łamanym opłatkiem, smakiem smażonego karpia, ością kłującą cię w gardło, choinką i brodą u Św. Mikołaja, czy jak go tam dzisiaj zwą. Ona jest właśnie taką gwiazdką. Pojawia się na chwilę, lecz zaraz znika, a ja nawet nie wiem gdzie.

Liście przegrywają walkę z wiatrem i bezwładnie opadają na chodniki. Ręką wymacałem płaszcz spod siedzenia, zarzuciłem i udałem się do liści. Wszystkie chodniki są brązowo-złote. Toteż idę sobie, niczym pan i władca świata. I samego siebie. Sam. No właśnie, sam. Sam idę. Prosto, między jednym a drugim chodnikiem. Sam pustą ulicą. Obok mnie tylko gołąb. Też sam. Myli piasek z ziarnami pszenicy czy też zbóż. Bóg jeden wie, o czym myśli w tej chwili ten gołąb. No i gołąb w rzeczy samej. Bóg i gołąb mają swoje tajemnice. Ja i Bóg. Bóg i gołąb. Może jednak nie jestem sam.

Nie, to nie tak. Jestem. Nie czuję ciepła dłoni w swojej. Płomiennego oddechu na policzku, woni włosów. Właściwie to nawet nie wiem, jak ona pachnie. Nie wiem o niej nic. Poza tym, że ludzie nie są jej obcy. Bo chyba nimi właśnie się zajmuje, czy jakoś inaczej. Bóg jeden wie. I znowu ten Bóg. Wszechwiedzący, wszechobecny, jak mówią niektórzy. To może on mi lekko w plecy wieje. Pcha docelowo sam tylko wiedząc gdzie. Mrok okrył miasto.

Chłód odział me ramiona. Zahaczyłem szal o gałąź. Nic poza wielką dziurą nie zostało. Resztkami obwiązałem drzewo. Czy jest mu cieplej?, dziwna ta myśl, co przebiegła mi przez moment. Kilka metrów dalej, z perspektywy wynurzał się przystanek. Ostra zieleń wygrywała z mrokiem. Czas był coraz bliższy nocy, północy, nowemu dniu. Ciepła pościel, a w zasadzie myśl o niej pchnęła mnie w kierunku jaskrawości. Spod budki wystawały dwie małe stopy. W sumie nie takie małe. Mniejsze od moich, większe od stóp dziecka. Tylko jakie stopy mają dzieci? Brązowe buty, dżinsy, krótka kurtka powodująca drżenie. Rzuciłem okiem na rozkład, na nią, na rozkład, na nią. Boże! Siedziała tam. Uśmiechnęła się lekko i zniknęła za drzwiami autobusu. Powalony usiadłem na ławce. Zasnąłem. Rano obudziło mnie gruchanie. Gołąb. Wyskubywał z krawężnika piasek. Znów go pomylił. Bóg wie z czym.

 

Gosia Dębska

 

Wojciech Stańczak

OFIARA

obłożyli cię lasem

bo okłady z mchu

wyciągną z czaszki

zwój ojczyzny

 

w mózg

wpełza korzeń ołowiany

w korze

wycięto krzyżyk że to tu

 

niebożę

kto cię odnajdzie

zając krzyż scałował

z hostią brzozową w pyszczku

 

już odkicał

w ciszę

 

29 czerwca 2003 r.
Wojciech Stańczak

 


Anna Frątczak

WIELKI TEATR ZUPEŁNIE MAŁEGO ŻYCIA


(Markowi Piotrowskiemu i wszystkim aktorom mojego teatru)

 

Bóg jej - nie nadała mu konkretnego kształtu, żadnej konkretnej barwy. Jest więc przezroczysty? Nie, na pewno nie... przecież widzi go całkiem wyraźnie. Nie tylko gdy zamyka oczy i z całych sił pragnie przywołać jego mętne wspomnienie. Wlepia w niego rozmarzony wzrok gdy jedzie autobusem, buszuje wśród półek z jesienną odzieżą, przymierza szydełkowe czapki, wełniane szaliki, zatrzaskuje zdezelowane drzwi miejskiej toalety. A On oddycha szybko, niespokojnie, niczym sportowy amator po porannej przebieżce. Strużki powietrza z łatwością znajdują właściwą drogę - osnuwają jej oszronioną szyję, łaskoczą tuż za uchem - jakby znały ją od lat. Spoufalają się z każdym milimetrem jej ciała. Potrąca przypadkowego przechodnia... Przepraszam, to Bóg, nie ja... Nerwowe szarpnięcie, pośpieszne kliknięcie, gorączkowe spojrzenie. Sekundy-lata. Proszę czekać... Bezwiedny ukłon, mimowolne uderzenie skroni o drewnianą powierzchnię... Napisał? Przygryza wargi, zaciska zęby, wydziera, co tam wydziera; rwie włosy! - lepiej, żeby nikt nie widział jej w tym stanie. Jej szał jest modlitwą - krótką, impulsywną rozmową z... sam wiesz z kim. Bo Bóg, jej Bóg, to takie niepospolite stworzenie, jak na Boga rzecz jasna. Gdy kołysze się w rytm własnej muzyki, a widok to nadzwyczaj rzadki, gdyż nie przepada za niezgrabnymi podrygami własnego ciała, foremne okularki wesoło podskakują na haczykowatym nosku, bieluteńkie ząbki prężą się niewymownie, a usta - śmieją do rozpuku. Czy jej Bóg jest dzieckiem? Nie, jej Bóg jest muzykiem - panem oświetlonej sceny i zaciemnionego poddasza, artystą ze słonecznego wybrzeża Portugalii, z wąskiej olsztyńskiej uliczki. Nadludzki muzyk dla tysięcy i pospolity grajek dla samego siebie. Wysmukłe palce uderzają o zimne, marmurowe klawisze - na jedno skinienie wygłodniałej wyobraźni. Ni stąd ni zowąd wyczarowywane dźwięki... Czym właściwie są? Chwilową zachcianką, igraszką, psotą, zabawą? Czy jej Bóg jest poważny? Odziany w nienagannie wyprasowaną koszulę, pozbawione kantów, lecz w gruncie rzeczy eleganckie spodnie i... brudno-beżowe szmaciaki, swobodnie kroczy po czerwonym dywanie. Mimochodem niewinnie odwraca twarz w stronę jej coraz skromniejszej osoby, jakby bezdusznie dozując szczęście naiwnej, głupiutkiej dziewczynce. I nagle, porywa... tak, porywa! Niczym wyśniony książę, przybyły ze świata baśni tysięcznej pierwszej, a może dziewięćset dziewięćdziesiątej dziewiątej nocy. Zdecydowanym ruchem strzepuje kurz zalegający na ramionach, zerka na zegarek, odnotowuje piętnastominutowe spóźnienie, jedną dłoń wsuwa głęboko w otchłań kieszeni a drugą - silną, miękką, wymownie pachnącą świeżym, grudniowym śniegiem ręką zręcznie chwyta ją wpół-zmarzniętą, dygocącą, oniemiałą. Czy jej Bóg zabierze ją do nieba? Spadali gwałtownie, na łeb na szyję, by w końcu uderzyć z łoskotem o twardy chodnik tuż przy drzwiach teatru. Chwilę później w uszach już dźwięczał wesoły odgłos filiżanki stawianej na porcelanowym podstawku. Jak piękny jest zapach gorącej czekolady... Czerwonawy odcień jej zmarzłego nosa rozbawił Boga do rozpuku. Spłoszona parsknęła niczym zirytowany wierzchowiec. Tfu... Boże, proszę z niej nie żartować do cholery. Czego chcesz, cynicznie milczący mężczyzno? Zaledwie dzień wcześniej żyła jeszcze spokojnie - od własnej strony; umieszczona pośrodku czegoś, o czym zwykło się mawiać - egzystencja. Zabezpieczało ją wszystko i wszyscy - każdy napotkany człowiek, każda, nawet najbardziej absurdalna myśl rodząca się w młodej głowie. I nagle, bez konkretnej przyczyny, jej misternie wykreowany świat zapadł się bezpowrotnie, a ona wraz z nim. Kiedyś sądzono ją za to i owo, za wygląd, pozornie nieskazitelny sposób bycia ... A teraz? Nikt nie zechce spojrzeć na pospolitą histeryczkę.

Trzeba przyznać, że zrobił na niej osobliwe wrażenie. W najdrob-niejszych szczegółach pamięta gest, zachęcający ją do przycupnięcia na krześle i w jaki sposób siadał on sam, ustawiając stopy równolegle do stolika. Zabawnie marszczył brwi, uwalniając pochmurną siłę zza zaparowanych szkiełek okularów. Pamięta też jak nieporadnie próbował wypowiedzieć skrywane myśli, urywając w jakimś znaczącym miejscu, jakby podstępem nakłaniając ją do ciągłego zadawania najróżniejszych pytań. Mrużył przy tym oczy tak, że rozmówca od razu czuł się onieśmielony - istny szczyt dyskomfortu. Potem, jak w piosence - kino, kawiarnia, spacer... Może jedynie z wyjątkiem faktu, że kino ustąpiło miejsca przytulnej knajpce, melodyjnej meksykańskiej muzyce i kilku kieliszkom cierpkiego wina koloru niezdefiniowanej, głębokiej purpury.

Nie odczuła skutków ubocznych - ani śladu bólu pod żebrami, żadnego swędzenia, pieczenia, arytmii czy innych podobnych im historii - wszelkie czynności życiowe wykonywane prawidłowo. Tylko wargi stały się jakby bardziej miękkie i obfite, oczy nabrały wymownego koloru indygo, a dłonie wydały się zupełnie mleczne. Oto nowa Ona. Nie chce już przejednać ani ugłaskać Boga. W surowych murach teatru, za kulisami, w ciemnym dotychczas pomieszczeniu świeci się teraz jedynie mała żarówka, rzucająca podstępny cień tak, by nikt nie miał szansy dostrzec plam na gładkiej powierzchni jej życia. Zamknięta w owej ciasnej kanciapie, przytula zabawnie poważną i upartą twarz do oblodzonej szyby. Po raz pierwszy od dawna nie wykonuje niepotrzebnych gestów, niczego nie udaje. Gdy tak trwa pogrążona w rozmyślaniach, nagle dzwoni telefon... Przyjeżdża do jej miasta, umówili się na obiad... Jakie to szczęście, że czas zeświecczył Boga.

 

Anna Frątczak

 

Zenon Miksztajn

DOPÓKI TAŃCZYSZ

Regularnie, raz w miesiącu w noc pełni księżyca - w Zameczku Na Skałce odbywa się to makabryczne widowisko, które bywalcy nazywają po prostu Tańcem. Udział biorą najpiękniejsze kobiety, dziewczęta, a nawet zupełnie małe dziewczynki. Najmłodsze uczestniczki mają około siedmiu, najstarsze nie przekraczają trzydziestu lat. Zawsze zdarza się, że pośród tańczących znajdują się matki z córkami, jeszcze więcej jest sióstr. Dawniej, jak mówiono - dla uatrakcyjnienia widowiska skuwało się je w pary, obecnie robi się to wyłącznie w przypadkach, gdy matka jest w widocznej ciąży a córeczka ma najwyżej siedem - osiem łat. Taniec rozpoczyna się dokładnie w chwili, gdy zachodzi, a kończy, gdy wschodzi słońce.

Widzowie, a zawsze są to najznakomitsi, posiadający imienne zaproszenia goście, zajmują miejsca na okalających arenę krużgankach a gdy już wszyscy rozsiądą się wygodnie, na specjalnie przygotowany plac wygania się popędzając rzęsistymi razami rózeg zupełnie nagie tancerki, co odbywa się przy ogłuszającym akompaniamencie bębnów i piszczałek.

- Glikemia: 546 mg%...

- Bardzo dobrze, dajmy mu teraz insuliny.

- Oczywiście, pani doktor... wyjdzie z tego?

- Jest teraz w stanie głębokiej śpiączki... proszę podłączyć go pod insulinę.

Dziewczęta natychmiast podejmują taniec i wdzięcznym, transowym krokiem zaczynają krążyć dróżką wokół czworga kamiennych demonów nocy: bożków rozkoszy, jakich zaznać można wyłącznie o tej szczególnej porze. Mroczne postaci rozstawione są tak, by tancerki okrążając arenę dookoła, w kierunku przeciwnym do wskazówek zegara, musiały nieustannie zmierzać od jednego do drugiego - od drugiego do trzeciego postumentu i tak bez końca. Wszystkie przy tym od najmłodszych po najstarsze starają się wdzięcznie zaprezentować widzom, co jednak na razie wzbudza więcej okrutnej wesołości niż pożądania.

Przy każdym posągu na tańczące oczekuje zamaskowany, odziany na czarno, atletycznie zbudowany młodzieniec, który niemiłosiernie smaga rózgami przesuwające się w korowodzie dziewczęta, kobiety i dziewczynki; bez różnicy. Mężczyźni ci są zwinni i bezlitośni, dziarsko okładają każdą tancerkę z przodu i z tyłu, a jeśli któraś próbuje przemknąć się zbyt prędko obok któregoś, ten wprawnie podcina jej nogi i chłoszcze do upadłego, co właściwie już nie pozwala jej na powrót do korowodu.

Ale liczba tańczących zmniejsza się w oczach nie tylko z tego powodu. Większość, w miarę upływu czasu wytraca się za sprawą poruszającego się po środku areny, odzianego w purpurowy płaszcz i czarny kapelusz, również zamaskowanego i uzbrojonego w cyrkowy bat wodzireja. To właśnie on stara się wyławiać z korowodu najstarsze, a więc najmniej powabne kobiety i najmłodsze, nie umiejące tańczyć, ale za to potrafiące sprytnie, nieomal bezkarnie przemykać się obok demonów dziewczynki. Przy czym, ów maestro stara się jak najdłużej nie zwracać uwagi na połączone krótkim łańcuchem za nogi; brzemienną matkę i jej może ośmioletnią córkę, które bez przerwy potykają się a nawet wywracają, co wzbudza radosne śmiechy na widowni. Wodzirej potrafi wyczuć, kiedy widzowie c h c ą by takie okazy pomęczyć jeszcze trochę, a kiedy zaczynają się nudzić i co gorsza niecierpliwić...

- Glikemia: 510 mg%, pani doktor.

- Proszę nadal podawać insulinę, jak spadnie poniżej pięciuset...

... gdzieś z głębi szpitalnego korytarza rozległo się wycie. Prawie nikt nie zareagował. To obudził się ten anorektyk z Opieki Paliatywnej. Obudził się tylko w tym jednym celu: chciał się wysikać...

Wodzirej artystycznie strzela z bata tak, że jego końcówka okręca się wokół nogi, czy szyi nieszczęsnej wybranki i szarpiąc wyciąga ją z korowodu na środek placu, gdzie pomagając sobie kopniakami, zapędza ją do dołu w głębi, którego czekają na nią setki - tysiące diablo wygłodzonych szczurów.

Kiedy w korowodzie pozostają już tylko najpiękniejsze dziewczęta, pomiędzy dwunastym a osiemnastym rokiem życia, jeden z uzbrojonych w rózgi Strażników Posągów powala ciężarną matkę i zaciekłe siecze rózgami jej córeczkę. Gdy, zrozpaczona kobieta usiłuje wstać, mężczyzna daje jej kilka kopniaków i dalej smaga dziecko, aż ta mała całkiem opada z sił.

Wtedy wodzirej pociąga obie w kierunku Szczurzej Jamy i stara się zachęcić dziewczynkę, by sama wskoczyła do dołu, pociągając za sobą matkę, co odbywa się przy najdzikszych wrzaskach rozentuzjazmowanej publiczności.

- Glikemia: 437 mg%. Podać glukozę?

- Tak, spróbujmy.

Pacjent poruszył się w nienaturalny sposób, gdzieś w innej rzeczywistości wciąż rozlegały się odgłosy bębnów i piszczałek: - "Albo my pożeramy świat, albo świat pożera nas..."1 - dopóki tańczysz, dopóki, dopóki, dopóki tańczysz, dopóki bębny i piszczałki... - dopóki świat...

W korowodzie pozostaje już tylko kilka najładniejszych dziewcząt. Maestro już nie jest tak skory do wyciągania ich na środek areny; wręcz przeciwnie, pozwala im mizdrzyć się i wygibasić przed widzami, a robią to jak natchnione strzygi w Noc Walpurgii. Powiedziano im, że ta, która wytrwa do wschodu słońca, ujdzie nie tylko z życiem, ale ponadto zostanie sowicie wynagrodzona. Jednak wszystko, co najtrudniejsze, dopiero przed nimi. Tańczą już od kilku godzin, a tu trzeba jeszcze być tą jedyną, - najpiękniejszą, trzeba dać z siebie o wiele więcej niż ta, która zostanie zapędzona do szczurzej jamy jako ostatnia.

Rozpaleni widzowie, przed którymi rozgrywa się ów fascynujący teatr tańca i śmierci, wybierają z rozmieszczonych na krużgankach metalowych koszy kawałki potłuczonego szkła, ostre metalowe wióry, pęta kolczastego drutu i rzucają je na ścieżkę, którą porusza się korowód.

Jednak, dziewczęta nie dają po sobie poznać cierpienia, jakiego doznają stąpając bosymi stopami po tym, wyśnionym chyba przez samego diabła kobiercu, wręcz przeciwnie: starają się jak mogą, dobrze wiedząc, że im mniej do upilnowania tancerek ma wodzirej, tym trudniej go oszukać. O, właśnie jedna z nich, przeurocza siedemnastolatka krzyknęła boleśnie, gdy kawałek ostrego żelastwa trafił ją (powiedzmy, że przypadkowo) w kolano, a teraz już nawet nie słychać jej wrzasków z miejsca, do którego zapędził ją mistrz ceremonii.

Maestro stara się spowalniać tempo kroków dziewcząt, nakłania je, by więcej czasu poświęcały wdzięcznym wygibasom przed publicznością, a zwłaszcza stara się powstrzymać je na dłużej przy posągach Opiekunów Nocy, kiedy są smagane. Pozwala tancerce wymknąć się spod razów rózeg dopiero wtedy, gdy jest absolutnie pewny, że publiczność już pragnie cierpień kolejnej dziewczyny.

Tak, więc oto na kilkanaście minut przed wschodem słońca na arenie pozostaje tylko jedna tancerka, najśliczniejsza, jaką tylko można by sobie do takiej zabawy wymarzyć; czarnowłosa, piętnastoletnia Julietta. Nikt z widzów nie zamierza się kłócić; to właśnie jej i tylko jej należy się korona królowej tego balu. Każdemu z widzów, w tej chwili przemykają przez głowę najbardziej szalone fantazje na temat tego, jak można by zabawić się z takim dzieciakiem we własnej piwnicy...

Wodzirej ogłasza, że do wschodu słońca pozostał równy kwadrans. Julietta musi wykonać jeszcze jedno okrążenie...

- Pani doktor, pani doktor, on chyba się budzi...

- Glikemia: 250 mg%, rewelacyjnie.

Pacjent odwrócił się nagle i wykrzyknął;

- Dopóki tańczysz, dopóki tańczysz nie pozwól...!

- Jak się obudzi, proszę znowu podać mu glukozę - zdecydowała pani doktor. Pomimo, że właśnie kończyła się, niedziela, była  t a k a  zmęczona i... jeszcze bardziej szczęśliwa,.

Julietta, wdzięcznym krokiem mija dwa posągi, przy których dostaje po kilka lekkich rózeg, lecz gdy dociera do trzeciego z demonów z przerażeniem stwierdza, że jego strażnik oczekuje na nią, uzbrojony nie w cienkie, brzozowe witki, lecz w straszliwe bacisko z dwunastu rzemieni, z których każdy zakończony jest metalowym ostrym kolcem. Mężczyzna chłoszcze ją zaciekle, razy docierają wszędzie raniąc i dotkliwie kalecząc, zewsząd leje się krew. Okrutnik rozdziera jej piersi, twarz, brzuch; wybija zęby i oczy, obrywa uszy...

Królowa Nocy nie jest w stanie dojść o własnych siłach do ostatniego z posągów, więc wodzirej zagania ją tam kopniakami. Zza postumentu wyłania się odziany na... biało, niewiele od niej starszy chłopiec o jasnych włosach i twarzy anioła. Wysoko, nad głowę, unosi najeżoną grubymi, stalowymi igłami maczugę. Rozlega się gong: to zostaje obwieszczony koniec nocy. Młodzieniec opuszcza maczugę.

- Pani doktor, pacjent właśnie się obudził. Musiało mu się
chyba śnić coś niemiłego...

Nagle, niespodziewanie pani doktor uśmiechnęła się drapieżnie, jak wilczyca, której udało się wydrzeć coś bezwzględnej Naturze, której udało się... Na moment w jej oczach zapłonęły ogniska najdzikszej ekstazy:

- Dopóki tańczysz, dopóki tańczysz nie pozwól uznawać
się za martwego! - oznajmiła.

Szpitalny zegar obwieścił północ.

 

2003
Zenon Miksztajn



1 Stephen King

 

Lech M. Jakób

JURY

Sporo nieporozumień i mitów narosło wokół sądów konkursowych. Niektórym autorom, zwłaszcza dopiero debiutującym, wydaje się nieraz, że to jakieś sądy kapturowe. Tajne i działające surowo. A często niesprawiedliwie, wedle trudnego do pojęcia widzimisię.

 

Od lat co jakiś czas uczestniczę w rozmaitych gremiach jurorskich, oceniających teksty prozą i wiersze. Najczęściej, jak i w tym roku (już XXXVII edycja!), przy okazji Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jana Śpiewaka i Anny Kamieńskiej w Świdwinie. Zatem mam orientację i wiem jak wszystko wygląda od środka. Przyjrzyjmy się temu.

 

Jak to się odbywa? W zasadzie bardzo prosto, gdy o schemat organizacyjny idzie. Organizator konkursu (czy też turnieju) ogłasza założenia regulaminowe, publikując je z odpowiednim wyprzedzeniem w mediach. Bywają konkursy tematyczne, ale równie często o formule otwartej. Regulamin podaje też między innymi szczegóły dotyczące przewidywanych nagród i sposobu ich rozdziału. A także informację o tym w ilu egzemplarzach zestawy powinny dotrzeć.

 

Odpowiednia ilość egzemplarzy zestawów tekstowych jest dla organizatorów - obok utajnienia za pomocą godeł - bardzo ważna. Gdyż zapieczętowane w kopertach dane personalne uczestników konkursu dają gwarancję anonimowości w trakcie oceny tekstów. Koperty (oznakowane tymi samymi godłami, co dołączone utwory) otwarte będą dopiero po rozdzieleniu nagród oraz spisaniu protokołu. I to tylko koperty osób wyróżnionych i nagrodzonych. Reszta zostanie później komisyjnie niszczona - najczęściej przez spalenie.

 

Natomiast zebrane komplety zestawów wędrują do jurorów. Sam organizator dba już o to, by sąd konkursowy składał się z krytyków i twórców uznanych, z dużym dorobkiem. Daje to gwarancję jakości wykonanej pracy i podnosi prestiż konkursu.

 

Zwykle jurorów jest od trzech do pięciu. Często mieszkających w różnych rejonach kraju. Każdy otrzymuje osobny, stosownie oznakowany komplet i ma sporo czasu na zapoznanie się z tekstami, a też ocenę własną.

 

To pierwszy etap pracy jury - w samotności, bez kontaktu z innymi członkami sądu konkursowego.

 

Drugim etapem jest spotkanie wspólne. To niewątpliwie - z punktu widowiskowości i temperatury - faza najciekawsza. I na niej za chwilę się skupię.

 

Wreszcie etap trzeci: impreza finałowa. Z oficjalnym ogłoszeniem wyników oraz rozdziałem nagród i wyróżnień. W przytomności zainteresowanej publiki. Z mową-trawą organizatorów i jurorów, czasem z fanfarami (jak na zamku w Świdwinie). To święto laureatów, ale już w zasadzie odpoczynek sądu konkursowego - skoro główną pracę, czyli ocenę nadesłanych prac, mają dawno za sobą. Jest czas na rozmowy z laureatami, wreszcie na wspólną fetę, jeśli organizator zmieści się w chudym na ogół limicie funduszy.

 

Lecz wróćmy do etapu drugiego: gorącej "nasiadówki".

Podczas spotkania jurorów rzeczywiście wiele się dzieje. Bywa, że do głosu dołączają emocje. Dochodzi nieraz do gorących sporów, "walki" na argumenty.

 

Owe gorętsze potyczki tyczą zwłaszcza utworów najbardziej kontrowersyjnych. Bo często jest tak, że przynajmniej kilka zestawów nie budzi niczyjego sprzeciwu. I te właśnie z miejsca trafiają do puli nagradzanych. Inne, o mocno rozstrzelonych opiniach członków sądu konkursowego, bywają przedmiotem negocjacji oraz późniejszego kompromisu.

 

Czym się kierują jurorzy "wywyższając" jedne zestawy nad drugie? Naturalnie własnym doświadczeniem, własnym poczuciem estetyki i własną wizją efektów twórczych. A ostateczny sąd to w sumie wypadkowa indywidualnych opinii.

 

I jeszcze jedno przy okazji pewne, bez względu na subiektywizm oceniających: starannie rugowane są przejawy grafomanii, epigonii, wtórności.

 

W tym znaczeniu istotnie sądy konkursowe działają surowo.

Ale czy "sprawiedliwie"? Tak, tak, wciąż będą wracały pytania o kryteria, które w literaturze (czy w ogóle w sztuce) są nieostre. Lecz jest coś, co choćby intuicyjnie (jeśli nie doświadczeniowo) podszeptuje nam określony wybór.

 

Posłużę się ilustracją.

 

Wyobraźmy sobie ogromny stragan. Wystawiono tam rozmaite warzywa i owoce: porę, marchewkę, ogórki, brokuły, kalafiory, rzepę, bakłażany, ziemniaki, kapustę pekińską, gruszki, jabłka, wiśnie, pigwy, granaty, mandarynki, dynie i co tam jeszcze. A każdy klient szuka czego innego, kieruje się odmiennym smakiem, odmiennymi potrzebami i oczekiwaniami. Jednak wszyscy, bez względu na preferencje gatunków i odmian, będą wybierać owoce i warzywa zdrowe, świeże. Bo na cóż komu zwiędłe, zleżałe lub wręcz nadpsute?

 

I teraz pod te frukty, pod bogactwo odmian warzyw podłóżmy rozmaitość form literackich utworów - zamieniając straganową klientelę w publiczność czytającą, w tym rzeczonych jurorów...

 

Lech M. Jakób

 

Jacob Böhme

AURORA

Rozdział dziesiąty

O szóstym duchu źródlanym w boskiej mocy

 

Szóstym duchem źródlanym w boskiej mocy jest dźwięk albo brzmienie, gdyż wszystko w nim brzmi albo dźwięczy. Z niego wyłania się mowa i zróżnicowanie wszystkich rzeczy, do tego brzmienie i śpiew świętych aniołów. W nim znajduje się uplastycznianie wszystkich kolorów i piękna, jak i państwo niebiańskich radości.

2. Jeśli zapytasz więc: Czym jest dźwięk i brzmienie albo jak ten duch przyjmuje swoje źródło i matecznik? Zauważ: Wszystkie siedem duchów Bożych rodzi siebie wzajemnie, jeden powija zawsze drugiego. Nikt z nich nie jest pierwszy i nikt z nich nie jest ostatni: ostatni bowiem rodzi zarówno pierwszego, jak pierwszy drugiego, trzeciego, czwartego, aż do ostatniego.

3. A że jeden jest określany jako pierwszy i drugi i tak dalej, w ten sposób rozróżnia się, który z nich jest pierwszym w modelowaniu stworzenia i nadawaniu mu konkretnej postaci. Wszystkie bowiem są równowieczne, żaden z nich nie ma początku ani końca. Dlatego że tych siedem duchów zawsze rodzi kolejno jednego po drugim i żadnego nie ma poza pozostałymi; z tego wynika, że jest to jedyny, wieczny, wszechmogący Bóg.

4. Bowiem skoro coś rodzi się z boskiej istoty i w boskiej istocie, tedy to samo nie jest formułowane tylko przez jednego ducha, lecz przez wszystkich siedmiu. Skoro taka kreatura, która pojawia się z całej istoty Boga, psuje się w jednym duchu źródlanym, podnosi się i zapala, wtenczas zapala się nie tylko jeden duch, lecz wszystkie siedem.

5. Dlatego ta sama kreatura jest obrzydliwością wobec całego Boga i wszystkich jego stworzeń i musi znajdować się w wieczystej wrogości i hańbie przed Bogiem i wszystkimi kreaturami.

6. Zauważ przeto: Dźwięk albo marcuriusz przyjmuje swój matecznik w pierwszej, to jest: w cierpkiej i twardej jakości.

7. Zwróć uwagę na tę głębię: Twardość jest studzienką źródlaną dźwięku. Jednak sama nie może go urodzić, lecz stanowi ojca ku temu, a cała prasiła jest matką, inaczej bowiem, gdyby twardość była zarówno ojcem jak i matką dźwięku, wówczas musiałby brzmieć także twardy kamień. A skoro dźwięczy i wydaje jedynie puknięcie, stanowi więc niejako nasienie albo zaranie dźwięku. I to bardzo pewne.

8. Dźwięk albo głos rozlega się w środkowym centrum w błyskawicy, gdzie światło rodzi się z gorąca, skąd wzbija się błyskawica życia.

9. Zapamiętaj, w jaki sposób odbywa się to wszystko: Kiedy cierpka jakość ociera się o gorzką, że robi się gorąco w słodkiej wodzie źródlanej, wtedy gorąco zapala słodką wodę źródlaną niczym błyskawica, i ta sama błyskawica jest światłem. W gorącu wiedzie do gorzkiej jakości, gdzie błyskawica ta nabiera pełnej mocy.

10. W gorzkiej bowiem rozstrzygają się wszystkie siły, gorzka przyjmuje błyskawicę ognia, na skutek czego popada w okrutne przerażenie i swym drżeniem i przerażeniem ciągnie do jakości cierpkiej i twardej. Wtedy chwyta się czegoś cielesnego. A gorzka jakość jest teraz brzemienna światłem, drży w cierpkiej i twardej jakości, porusza się w nich, jest więziona w cierpkiej jakości niczym w jakiejś strukturze cielesnej.

11. A więc kiedy poruszają się duchy i starają się przemówić, wtedy musi otworzyć się jakość twarda, gdyż gorzki duch rozsadza ją swoją błyskawicą, a wówczas wydobywa się dźwięk i jest brzemienny wszystkimi siedmioma duchami. Rozróżniają słowo, jakie było ustanowione w centrum, to jest w kręgu środkowym, gdy znalazło się w radzie siedmiu duchów.

12. Dlatego siedem duchów Bożych stworzyło kreaturom gębę, że kiedy pragną mówić albo brzmieć, nie muszą się najpierw rozdzierać. Dlatego wszystkie żyły i siły albo duchy źródlane udają się na język, skąd dźwięk albo brzmienie wydobywają się delikatnie i jedwabiście.

13. Tutaj rozważ właściwie sens i tajemnicę: Kiedy błyskawica wzbija się w gorącu, wtedy łapie ją najpierw słodka woda, w niej bowiem staje się świecąca. Więc kiedy woda łapie błyskawicę, co stanowi narodziny światła, wtedy boi się. A ponieważ jest tak subtelna i miękka, tedy uchyla się drżąc cała, gdyż w świetle wznieca się gorąco.

14. Kiedy więc cierpka jakość, która jest nader zimna, łapie gorąco i błyskawicę, to przeraża ją to tak, jakby rozpętała się burza, bowiem kiedy gorąco wraz ze światłem zmierza ku twardemu zimnu, to doprowadza błyskawicę do wściekłości, choć nabiera koloru ognia i światła. Ta sama błyskawica zawraca i jest przechwytywana przez słodką wodę, co wiedzie do tej samej wściekłości. W tym najeżdżaniu i przerażaniu zmienia się w kolor zielony albo niebiesko-błękitny i drży z powodu wściekłej błyskawicy. A błyskawica w sobie samej zachowuje swoją wściekłość. Powstaje z tego jakość gorzka i gorzki duch. Kieruje się w cierpkiej jakości i zapala twardość wraz ze swym wściekłym źródłem. I światło albo błyskawica wysusza się w twardości, świeci jasno, o wiele jaśniej niż blask słońca.

15. Ale jest więzione w twardej jakości, że wyłania się w sposób cielesny, a zatem musi świecić wiecznie. A błyskawica drży w tej cielesnej strukturze niczym wściekłe wstępowanie; pobudzają się tym wiecznie i na zawsze wszystkie jakości. Błyskawica ognia drży w świetle i triumfuje nieustannie w ten sposób. Zawsze w ten sam sposób łagodzi je słodka woda. Twardość jest zawsze ciałem, które zachowuje je i osusza. A to ożywianie w twardości jest brzmieniem, które dźwięczy. I światło albo błyskawica wytwarza dźwięk. A słodka woda łagodzi brzmienie, że można go używać do rozróżniania mówienia.

16. Tutaj przy narodzinach gorzkiej jakości zwróć jeszcze uwagę na to: Gorzka jakość jest źródłem wtedy, kiedy błyskawica życia wzbija się w gorącu ku cierpkiej jakości. Kiedy następnie błyskawica ognia w pomieszaniu wody dochodzi przeto do cierpkiej jakości, wtedy duch błyskawicy ognistej chwyta ducha cierpkiego i twardego. Tych dwoje razem stanowi ogniste, surowe, wściekłe źródło, które szaleje i okrutnie rwie podobne ognistej, niesamowitej wściekłości. Nie mogę tego porównać z niczym innym jak tylko z uderzeniem pioruna, kiedy wściekły ogień pada najpierw na dół tak, że niejednemu blednie twarz. Ten sam wściekły ogień jest swego rodzaju połączeniem tych dwojga.

17. Zauważ przeto: Kiedy więc ten duch ognia i cierpki duch dławią się wzajemnie, wtedy cierpki stanowi napiętą, twardą, chłodną cierpkość, a ognisty straszliwe, wściekłe gorąco. Zatem podnoszenie się gorąca i cierpkości wydaje drżącego, wściekłego i przeraźliwego ducha, który sroży się i szaleje tak, jakby chciał rozpruć Boskość.

18. Musisz to jednak zrozumieć właściwie: W ten sposób istnieje to w mateczniku jakości w sobie samym. Lecz pośrodku w podnoszeniu się tego wściekłego ducha jest tenże duch przechwytywany w słodkiej wodzie; uspokaja się. Wtedy jego wściekłe źródło zmienia się w kolor drżący, gorzki i zielonkawy na podobieństwo zielonkawej ciemności; w sobie samym zachowuje charakter i właściwość tych trzech jakości, a mianowicie ognistej, cierpkiej i słodkiej; z tych trzech powstaje jakość czwarta - gorzka.

19. Z powodu ognistej jakości bowiem duch staje się drżący i gorący. A ze względu na cierpką staje się surowy, cierpki, twardy i cielesny, dlatego jest duchem powstającym nieustannie. A z powodu słodkiej staje się łagodny, a wściekłość przekształca się w delikatną gorycz. Znajduje się przeto w studzienkach zdrojowych siedmiu duchów Bożych i zawsze pomaga rodzić się pozostałym sześciu duchom.

20. Zrozum to dobrze: Rodzi on zarówno swego ojca i swoją matkę, jak i jego rodzi jego ojciec i matka. Bowiem skoro tylko rodzi się cieleśnie, tedy wciąż od nowa ogień rodzi się wraz z tą cierpką jakością. A ogień powija światło, a światło jest błyskawicą. Wciąż od nowa rodzi życie we wszystkich duchach źródlanych, z niego duchy mają życie, nieustannie jeden powija drugiego.

21. Tutaj jednak powinieneś wiedzieć, że duch sam jeden nie jest w stanie urodzić pozostałych, nie może tego również uczynić ich dwoje, lecz narodziny ducha znajdują się w polu oddziaływania wszystkich siedmiu duchów; szóstka powija zawsze siódmego, nie byłoby tedy ani jednego, gdyby nie istniały pozostałe.

22. A że wymieniam tutaj czasami tylko dwójkę albo trójkę potrzebnych do narodzin ducha, to czynię z powodu samej mej słabości; bowiem naraz nie jestem w stanie w mym zepsutym umyśle znieść ich w ich doskonałej postaci. Wprawdzie postrzegam ich wszystkich siedmiu, a kiedy spekuluję w nie, wtedy podnosi się duch w środkowej studzience zdrojowej, gdzie rodzi się duch życia. Ten zatem podnosi się ponad siebie albo opada pod siebie i wszystkich siedmiu duchów Bożych nie można uchwycić jedną myślą albo naraz, lecz tylko po kawałku.

23. Każdy duch ma swoje własne źródło, acz rodzi się z pozostałych. Taka jest też namacalność człowieka. Wprawdzie ma w sobie studzienkę źródlaną wszystkich siedmiu duchów, a w jakim źródle podnosi się duch i jego duchy źródlane, tam ten sam duch kształtuje się najmocniej i najostrzej pojmuje się w tym samym wstępowaniu. Bowiem także w boskiej sile duch nie przedziera się za jednym zamachem w swoim podnoszeniu się przez wszystkie siedem duchów. Kiedy podnosi się, wtedy wprawdzie ożywia za jednym zamachem całą siódemkę. Ale jest przechwytywany w swoim powstawaniu, że musi zapomnieć o swym przepychu, aby nie zatriumfować nad całą siódemką.

24. Tak jest też w człowieku: Kiedy duch źródlany podnosi się, wówczas pobudza wszystkie inne i widzi wszystkie inne, podnosi się bowiem w środkowej studzience zdrojowej serca, gdy w gorącu zapala się błyskawica światła, gdzie duch w swoim podnoszeniu się w tej samej błyskawicy spoziera przez wszystkie duchy. Lecz w naszym zepsutym ciele trwa to tylko tak krótko jak uderzenie gromu, bowiem gdy błyskawicę, którą nader dobrze widzę i rozpoznaję, jaka jest, mógłbym uchwycić w moim ciele, wtedy byłbym w stanie oczyścić nią moje ciało, a wówczas nie byłoby już podobne zwierzęcemu ciału, lecz aniołom Bożych.

25. Posłuchaj jednak, Jasiu, zaczekaj jeszcze chwilę, aż dasz to zwierzęce ciało robakom na pokarm: A jeśli cały Bóg zapali siedem duchów Bożych w zepsutej ziemi, wówczas ta sama prasiła, jaką zasiewasz do ziemi, nie będzie zdolna do ognia, wtedy twoje duchy źródlane w twoim oddzielaniu się od tego miejsca w tej samej prasile, którą zasiewasz, znowu wzejdą i w niej zatriumfują, znowu staną się jednym ciałem. A kto będzie zdolny do zapalonego ognia siedmiu duchów Bożych, ten w nich pozostanie i jego duchy źródlane podniosą się w piekielnej męce. Chciałbym ci to wykazać wyraźnie na swoim miejscu.

26. Nie potrafię opisać ci całej Boskości za jednym zamachem, gdyż jest bezgraniczna, ale duchowi, który stanowi miłość Boga, nie jest nienamacalna. Pojmuje wybornie, lecz tylko po kawałku. Dlatego ujmuję jednego po drugim, kiedyś więc zobaczysz całość. W tym zepsuciu nie możemy sięgnąć wyżej niż takim objawieniem. Nie wyżej zamyka się ten świat, zarówno początek jak i koniec. Miałbym też ochotę na widzenie czegoś dostojniejszego w tych moich przeraźliwych narodzinach, żeby mój chory Adam stał się biesiadnikiem, a gdy rozglądam się po całym świecie, wówczas niczego zgłębić nie jestem w stanie. Wszystko jest chore, sparaliżowane i poranione, do tego ślepe, głuche i nieme.

27. Czytałem pisma wielce dostojnych mistrzów w nadziei znalezienia w nich przyczyny i właściwej głębi; ale niczego nie znalazłem prócz półmartwego ducha, jaki lęka się zdrowia, a z powodu swej ogromnej słabości w żadnym razie nie może osiągnąć siły doskonałej.

28. Czuję się przeto jeszcze tak jak bojaźliwa kobieta podczas porodu, szukam doskonałej sali biesiadnej, i w tym podnoszeniu się znajduję jedynie zapach; duch docieka, jaka siła znajduje się w prawdziwej sali biesiadnej i ucztuje tam czasami w zapachu doskonałym w swej chorobie czekając, aż przyjdzie prawdziwy samarytanin i podwiąże mu rany, uleczy go i doprowadzi do wiecznego schroniska. Potem też będzie rozkoszował się smakiem doskonałym.

29. Tego zioła, jakie mam tutaj na myśli, którego zapachem syci się mój duch, nie zna każdy chłop, jak też nie każdy doktor. W równym stopniu nie jest znane jednemu jak i drugiemu. Rośnie wprawdzie w każdym ogrodzie, lecz w nie jednym jest zepsute zupełnie i złe; winę za to ponosi jakość gruntu. Dlatego nie zna się go; wprawdzie dzieci mają w niewielkim stopniu dostęp do tej tajemnicy, dlatego poznanie tego świata byłoby tutaj nader cennym skarbem.

30. Chociaż w nie jednym wzbiło się jakieś źródło, tedy rychło potem wdarła się weń pycha i popsuła wszystko. Dlatego tak szybko nie był w stanie pisać w swym rodzonym języku. Przypuszczał, że jest zbyt dziecinny, że musi się dać poznać w mowie uczonej, żeby świat zobaczył, że jest mężem dojrzałym i dla swej korzyści pozostawił to niejako pod korcem i tuszował to głęboko obcym imieniem, żeby sprawa się nie wydała. Taką bestią jest szatańska żądza pychy.

31. Posłuchaj tedy, prostomyślna matko, która wszystkie swoje dzieci wydajesz na świat, które potem w swym podnoszeniu się wstydzą się ciebie i pogardzają tobą, a są to przecież twoje własne dzieci, jakie urodziłaś: Tak mówi duch, który wzbija się w siedmiu duchach Bożych, który jest także twoim ojcem: Nie trać otuchy, popatrz, jestem twoją mocą i siłą; chciałbym podarować ci napój łagodności odpowiedni na twój wiek.

32. Ponieważ pogardzają tobą wszystkie twoje dzieci, jakie urodziłaś i wykarmiłaś w młodości, nie chcą ci udzielić opieki w twym wieku podeszłym, dlatego chcę cię pocieszyć i w twym wieku dostojnym dać ci młodego syna, który ma pozostać w twym domu tak długo, dopóki żyjesz, opiekować się tobą i pocieszać cię na przekór całej wściekłości i srożeniu się twych butnych dzieci.

 

Pamiętaj tutaj wciąż o marcuriuszu, dźwięku albo brzmieniu

 

33. Wszystkie jakości biorą swój pierwotny matecznik pośrodku: Zapamiętaj, tam gdzie rodzi się ogień, gdyż w tym samym wzbija się błyskawica życia wszystkich jakości i w wodzie następuje jej uwięzienie, że pozostaje jaśniejąca i osusza się w cierpkości, że pozostaje cielesna i staje się świecąca w jasności.

34. Zapamiętaj tutaj: Gdy zapalisz drewno, wtedy ujrzysz tę tajemnicę. Ogień wznieca się w twardości drewna. To jest przeto cierpkie, twarde źródło, źródło Saturna. Sprawia, że drewno staje się twarde i cierpkie. A wtedy nie ma światła, które w twardości stanowi błyskawicę, w przeciwnym razie płonęłyby także i kamienie, gdyż światło istnieje w soku drewna, to jest w wodzie. Ponieważ w drewnie jest sok, tedy ogień świeci niczym jaśniejące światło. A kiedy sok zostaje pożarty w drewnie, wtedy gaśnie jaśniejące światło i drewno jest żarzącym się węglem.

35. Spójrz przeto: Oto wściekłość, która wzbiera w świetle, nie istnieje w wodzie drewna, lecz kiedy gorąco podnosi się w twardości, wówczas powija błyskawicę. Chwyta ją najpierw sok w drewnie. Woda z tego powodu staje się świecąca. Wściekłość albo gorzkość wszakże rodzi się pośrodku twardości, gorąco w błyskawicy - w tym jawi się jego bycie. Tak daleko jak sięga błyskawica, to jest płomień ognia, tak daleko sięga także wściekłość gorzkości; jest synem twardości i gorąca.

36. Ale powinieneś poznać tę tajemnicę, że gorzkość już wprzódy jest obecna w drewnie, w przeciwnym razie wściekła gorzkość nie rodziłaby się jako błyskawica w ogniu naturalnym.

37. Bowiem podobnie jak rodzi się struktura cielesna ognia, kiedy zapala się drewno, w taki sam sposób powija się także drewno w ziemi i ponad ziemią.

38. A gdyby wściekłość zrodziła się w jaśniejącym świetle, wtedy oczywiście sięgałaby też bardzo daleko w ten sposób aniżeli blask światła; tak się jednak nie dzieje. Lecz jest tak: Błyskawica jest matką światła, gdyż błyskawica z samej siebie rodzi światło i jest ojcem wściekłości, wściekłość bowiem pozostaje w błyskawicy niczym nasienie w ojcu; ta sama błyskawica rodzi także dźwięk albo brzmienie.

39. Kiedy emanuje z twardości i gorąca, wtedy twardość puka w błyskawicy, gorąco brzmi, a światło w świetle w błyskawicy nadaje brzmieniu jasność, woda czyni je łagodnym, a w cierpkości albo twardości jest chwytane i wysuszane, dzięki czemu jest duchem cielesnym we wszystkich jakościach. Każdy duch bowiem w siedmiu duchach Bożych jest brzemienny wszystkimi siedmioma duchami, i wszystkie istnieją w sobie jako jeden duch. Żaden nie istnieje poza drugim, takie jedynie ma w nich narodziny, i tak jeden rodzi drugiego i przez samego siebie. Takie narodziny trwają przeto z wieczności na wieczność.

40. Ale tutaj chcę przestrzec Czytelnika, żeby boskie narodziny rozważał w sposób właściwy: Nie wolno ci myśleć, że jeden duch stoi obok drugiego, jak widzisz gwiazdy na niebie rozmieszczone jedna obok drugiej, lecz wszystkie siedem istnieje jako jeden duch, jak to możesz zobaczyć w człowieku, który ma różnorodne myśli z powodu oddziaływania siedmiu duchów Bożych obejmujących ludzkie ciało. Musisz jednak powiedzieć, jeśli nie jesteś głupcem, że każdy członek w całej tej strukturze cielesnej dysponuje mocą wszystkich pozostałych.

41. W owej jakości, w której budzisz i uaktywniasz ducha, wedle tej samej jakości powstają także myśli i rządzą umysłem. Jeśli budzisz ducha w ogniu, wówczas wyłania się w tobie gorzki i twardy gniew, gdyż zaraz zapala się ogień; jeśli ma to miejsce w twardości i wściekłości, wtedy gorzka wściekłość wybucha w błyskawicy.

42. Jeśli bowiem w swoim ciele podnosisz się przeciwko czemuś, obojętnie czy to będzie miłość lub gniew, podnosisz się przeto przeciwko czemuś, czego jakość zapalasz, i to płonie w twoim skonfigurowanym duchu. W błyskawicy budzi się jednak ten sam duch źródlany. Bowiem jeśli się czemuś przyglądasz, co ci się nie podoba, co jest przeciwko tobie, wtenczas podnosisz studzienkę serca tak, jak gdybyś brał kamień i uderzał w żelazo ogniste; kiedy iskra wznieca się w sercu, wtedy rozpala się ogień. Najpierw żarzy się, a kiedy mocniej podnosisz studzienkę serca, to jest tak, jak gdybyś dmuchał w ogień, że roznieca się płomień, potem jest czas na ugaszenie go albo ogień zrobi się zbyt duży, wtedy płonie, niszczy i powoduje szkody w sąsiedztwie.

43. Powiadasz więc: Jak można zgasić zapalony ogień? - Posłuchaj, masz w sobie słodką wodę źródlaną, kiedy wleje się ją do ognia, wtedy gaśnie; jeśli pozwolisz mu płonąć, wtedy pożera ci sok we wszystkich siedmiu duchach źródlanych, stajesz się wysuszony. Kiedy to się dzieje, wtedy jesteś pogorzeliskiem piekielnym, drewnianą szczapą ognia piekielnego - na zawsze nie ma dla ciebie ratunku.

44. A jeśli przyglądasz się czemuś, co ci się podoba, i budzisz ducha w sercu, wówczas w sercu rozpalasz ogień. Najpierw płonie w słodkiej wodzie niczym żarzący się węgiel. Więc dopóki się żarzy, tak długo jest w tobie tylko łagodnym pragnieniem i nie pożera cię. A jeśli za bardzo podnosisz serce i rozpalasz słodkie źródło, że staje się kurem gorejącym, wówczas zapalasz wszystkie duchy źródlane. Następnie płonie całe ciało, chwyta za gębę i dłonie.

45. Ten ogień jest czymś najszkodliwszym i najczęściej w tym świecie doprowadzał do zepsucia; udaje się go ugasić z dużym trudem. Bowiem kiedy się zapala, wówczas płonie w słodkiej wodzie, w błyskawicy życia, musi być ugaszony przez gorycz. Ona jednak stanowi wodę nader mizerną, bardziej przypomina ogień. Dlatego wynika z tego także dość posępne usposobienie, gdyż powinien odpuścić sobie to, co w ogniu jego miłości pali się w słodkiej wodzie źródlanej.

46. Powinieneś jednakże wiedzieć, że w regimencie swego umysłu jesteś swym własnym panem. Jeśli ogień nie wzbudza się w kręgu twego ciała i umysłu, wtenczas budzisz go w sobie sam. To prawda, że wszystkie twe duchy tryskają w tobie i podnoszą się w tobie, i naturalnie jeden duch zawsze ma większą władzę i siłę w tobie niż jakiś inny. Bowiem gdyby w jednym człowieku był taki regiment duchów jak w innym, wtedy wszyscy mielibyśmy jedną wolę i postać, lecz cała siódemka znajduje się we władzy ducha skonfigurowanego; takiego ducha nazywa się duszą.

47. Skoro więc ogień podnosi się w duchu źródlanym, wówczas nie jest zakryty dla duszy. Jest wówczas w stanie budzić inne duchy źródlane, które znajdują się w sprzeczności z zapalonym ogniem, i może go zgasić. A kiedy ogień staje się za duży, wtedy ma swoje więzienie. Tedy jest w stanie wyodrębnić zapalonego ducha, a mianowicie w twardą i cierpką jakość. A inne duchy muszą być jej dozorcami, aż przeminie jej gniew i zgaśnie ogień.

48. Zapamiętaj, co to jest: Kiedy duch źródlany pędzi cię zbyt twardo do jakiejś rzeczy, która istnieje wbrew prawu natury, wówczas musisz od tego odwrócić oczy. Jeśli to nie będzie w stanie pomóc, wtedy weź tego samego ducha i wrzuć go do więzienia. To jest, odwróć swoje serce od doczesnej żądzy, od żarcia i picia, od bogactw świata; pomyśl, że dzisiaj jest dzień końca twego ciała. Odwróć się od rozpusty świata, wołaj głosem poważnym do Boga. Poświęć się mu.

49. Kiedy postępujesz w ten sposób, wówczas świat wyszydza cię. Musisz uchodzić za głupca. Ten krzyż znoś cierpliwie i nie pozwól uwięzionemu duchowi znowu wymknąć się z więzienia. Zaufaj Bogu. Uwieńczy cię koroną boskich radości.

50. A jeśli duch wymknie ci się znowu z więzienia, wówczas osadź go tam ponownie. Trzymaj w nim tego przeciwnika, dopóki żyjesz. Jeśli tylko tak długo go utrzymasz, że w ogóle nie zapali źródła studziennego serca, na skutek czego twoja dusza stałaby się suchym drewnem ognia, bo każde źródło ma jeszcze swój sok, kiedy się od niego oddzielisz, wtedy zapalony ogień nie wyrządzi ci żadnej szkody w Sądny Dzień. Po tym bojaźliwym utrapieniu podczas zmartwychwstania stanie się triumfującym aniołem Boga.

51. Chciałbyś pewnie rzec: Czy także w Bogu przejawia się niechęć między duchami Bożymi? Nie, chociaż tutaj ich poważne narodziny, jak duchy Boże powijają się tak poważnie i dokładnie, przy czym każdy nader dobrze pragnąłby zrozumieć wielką powagę Boga, nie następuje to dlatego, gdyż między nimi panuje zgoda.

52. Bowiem najintymniejsze, najgłębsze narodziny w rdzeniu następują tylko w ten sposób, że nie jest w stanie uchwycić ich kreatura, lecz w błyskawicy, gdzie rodzi się duch zakryty, tam się to pojmuje. Ten sam bowiem rodzi się w taki sposób i w takiej mocy.

53. Ale otwierane są mi wrota mego umysłu, stąd jestem w stanie widzieć i rozpoznawać, inaczej pozostawałoby to we mnie zakryte być może aż do dnia powstania z martwych. Pozostawało to także zakryte wszystkim ludziom tego świata, ale sam pozwalam kłębić się Bogu we mnie.

54. W Bogu triumfują wszystkie duchy jako jeden duch. A jeden duch uspokaja i kocha zawsze drugiego, nie jest niczym innym jak czystą radością i rozkoszą. Lecz ich surowe narodziny, jakie odbywają się w ukryciu, muszą zachodzić w ten sposób. Bowiem tak właśnie rodzą się życie, rozum i wszechwiedza; są to wieczne narodziny, które w żadnym wypadku nie odbywają się inaczej.

55. Nie wolno ci myśleć, że w niebie istnieje coś takiego jak ciało, które rodzi się tylko w ten sposób, które za wszystko inne nazywa się Bogiem. Nie, lecz cała boska siła, samo niebo i wszelkie niebo jest tym niebem, gdzie rodzi się w ten sposób. Nazywa się je Bogiem Ojcem, z niego są zrodzeni wszystkie święte anioły, jak też żyją w tej samej sile, jak i duch wszystkich aniołów zawsze i nieustannie rodzi się w ten sposób w tej strukturze cielesnej, ponadto duch wszystkich ludzi.

56. Ten świat należy przecież do struktury cielesnej Boga Ojca jako niebo. A duchy w przestworzach tego świata zostały zapalone przez króla Lucyfera jego wywyższeniem się, że wszystko w tym świecie jest do połowy zhańbione i martwe. Dlatego nas, biednych ludzi, oślepiono zupełnie - żyjemy w wielkim niebezpieczeństwie.

57. Ale dlatego nie wolno ci myśleć, że niebiańskie światło w tym świecie jest wygaszone w duchach źródlanych Boga. Nie, to tylko ciemność, której nie możemy ogarnąć naszymi zepsutymi oczami. A gdy Bóg odsunie ciemność unoszącą się nad światłem i otworzą ci się oczy, wtedy tutaj także na tym miejscu zobaczysz, gdzie znajdujesz się w swej komnatce, stawiasz albo kładziesz piękne oblicze Boga i całe niebiańskie wrota. Nie musisz zwracać swych oczu najpierw do nieba, napisano bowiem: Słowo jest ci bliskie, mianowicie na twoich wargach i w twoim sercu, Pwt 30, 14; Rz 10, 8.

58. Jeśli tedy bliski jest ci Bóg, wówczas narodziny Świętej Troistości odbywają się także w Twoim sercu. W twoim sercu rodzą się wszystkie trzy osoby: Bóg Ojciec, Syn, Duch Święty.

59. Kiedy piszę więc tutaj o centrum albo środku, że studzienka źródlana boskich narodzin jest w środku, tedy nie wyraża się tym mniemania, że w niebie istnieje jakieś szczególne miejsce albo jakieś określone ciało, gdzie roznieca się ogień boskiego życia, z którego wzbija się siedem duchów Bożych ku całej głębi Ojca, lecz mówię w sposób cielesny albo anielski albo ludzki z powodu braku zrozumienia u Czytelnika tak, jak ukształtowano kreatury anielskie i jak wszędzie przejawia się obecność Boga.

60. Nie potrafisz bowiem rozpoznać miejsca ani w niebie ani w tym świecie, gdzie boskie narodziny nie istnieją w ten sposób, obojętnie czy się to tyczy anioła i świętego człowieka albo kogoś poza nimi samymi. Gdzie duch źródlany porusza się w boskiej sile, wtedy wybiera sobie takie miejsce, jakie chce, tylko nie w szatanach i we wszystkich bezbożnych i potępionych. Już wtedy przejawia się obecność studzienki źródlanej boskich narodzin. Tam już są wszystkie siedem duchów źródlanych Boga tak, jak gdybyś zakreślał przestrzenny, stworzony krąg i całej Boskości doznawałbyś tak, jak rodzi się w kreaturze, czyli także w całej głębi Ojca we wszystkich krańcach i we wszystkich rzeczach.

61. W taki sposób Bóg jest wszechpotężnym, wszechwiedzącym, wszechwidzącym, wszechsłyszącym, wszechwąchającym, wszechsmakującym Bogiem, który istnieje ponad kreaturami i bada serca i nerki tych kreatur. W taki sposób do niego należy niebo i ziemia, w taki sposób wszyscy szatani muszą razem z wszystkimi bezbożnikami stanowić jego wiecznych więźniów, i w prasile, którą zepsuli i zapalili w swym siedzisku, znosić wieczne męki, do tego wieczny wstyd i hańbę.

62. Bowiem całe piękne oblicze Boga wraz z wszystkimi świętymi aniołami nad nimi, pod nimi i po wszystkich bokach obok nich będzie jaśniało pięknie, wspaniale i czysto. Wszyscy święci aniołowie wraz z wszystkimi świętymi ludźmi będą wiecznie triumfowali nad nimi, pod nimi i obok nich, będą śpiewali o wielkiej radości, rozkoszy i miłości, o świętości Boga, o swym królewskim regimencie, o dostojnym owocu niebiańskiego drzewa: Będzie się to odbywać wielogłosowo zgodnie z jakością siedmiu duchów Bożych.

63. Natomiast szatani z wszystkimi bezbożnikami będą wrzuceni do jaskini. Tamże będzie tryskał i podnosił się piekielny smrodek. A piekielny ogień, piekielne zimno i gorycz wedle charakteru i pędu zapalonych duchów Boga będą płonąć wiecznie w ich ciałach, jak i w ich rewirze. Tak, gdyby jeszcze mogli ukryć się w jakiejś norze, że nie dotykałoby ich zagniewane oblicze Boga, wtenczas mogliby czuć się jeszcze zadowoleni, gdyż nie musieliby znosić wiecznego wstydu i hańby.

64. Ale nie przyjdzie pomoc. Ich udręka będzie tylko rosła. Im bardziej będą żałowali, tym intensywniej będzie płonąć wściekłość piekielna. Będą musieli leżeć w piekle niczym martwe nogi, jak opuszczone owieczki w ogniu. Ich smrodek i ohyda gryzą ich, nie wolno im oczu podnieść ze wstydu, gdyż niczego nie widzą w swym rewirze jak tylko surowego sędziego. A nad sobą i po wszystkich stronach oglądają wieczną radość.

65. Tedy jest narzekanie i bieda, gwałty i krzyki, żadnego ocalenia. Czują się tak, jak gdyby ciągle grzmiało i padały błyskawice, gdyż w taki sposób powijały się zapalone duchy Boga: 1. Twardość rodziła twardą, surową, zimną i cierpką jakość; 2. słodycz zmizerniała jak gdyby żarzący się węgiel, gdyż w drewnie nie ma już soku, którego łaknie, czas biesiad minął; 3. gorycz rozdziera jak gorąca dżuma i jest gorzka niczym żółć; 4. ogień płonie niczym wściekła siarka; 5. miłość jest wrogością; 6. brzmienie jest niczym twarde pukanie podobne do wydrążonego brzmienia ognia, jak gdyby uczyniło to uderzenie pioruna; rewir struktury cielesnej jest domem żałoby. Ich pokarm jest okrucieństwem, wyrasta z wściekłości wszystkich jakości. Teraz i na zawsze bez końca, gdyż czas nie istnieje! Na ich tronie siedzi inny król sprawujący wieczny sąd, stanowią wyłącznie taboret pod jego nogi.

66. Ach, śliczności i żądzo tego świata, o bogactwo i dumny przepychu, siło i władzo! Twój nieprawy sąd i wielka pycha z całą twoją rozkoszą leżą wszystkie na jednej kupie i będą wrzucone w ogień piekielny. Obżeraj się zatem i upijaj, upiększaj się przeto, panuj więc w tym; piękna bogini, stałaś się dziwką; twój wstyd i hańba potrwają wiecznie.

 

Jacob Böhme
Przełożył Andrzej Pańta

 

Piotr Müldner-Nieckowski

ODDECH NA PLECACH

Wczoraj wyrzucili z pracy mojego szkolnego kolegę, Wicia Pobrata, który jest lekarzem i spał na dyżurze przedwczoraj. A kiedy spał, pielęgniarki o siódmej wieczorem, tak jak kazała Wolna Europa, wystawiły w oknie dyżurki świeczki na pamiątkę masakry robotniczej w Gdańsku w 1970 roku, bo było akurat siedemnastego grudnia. Samochody nie mogły dojechać do szpitala, bo zaspy sięgały do kolan, a to było w samym środku Warszawy, i następnego dnia rano dyrektor szpitala dostał raport od milicji z wyszczególnionymi anonimowymi donosami na Wicia w liczbie dwunastu. Dwanaście doniesień na lekarza, który ratuje życie ludziom. Jednemu na pewno uratował. Po to, żeby skurwysyn pisał anonimy.

Był piątek przed wolną sobotą, dlatego ludzie uganiali się po pustych sklepach i przed pustymi sklepami stali w kolejkach wydmuchując ze zdrętwiałych płuc parę, która się zamieniała w szron. Wszystkie drzewa obsiadła szadź. Gołębie miały wilczy apetyt. Ponieważ w biurze kazali nam pracować do czwartej, a nie było roboty, zszedłem na dół i naprawiałem gaźnik. Jeszcze miałem kropelkę benzyny, żeby na Nowy Rok zawieźć dzieci do katedry, ale auto skakało w czasie jazdy jak kangur, bo w komorze pływakowej zebrał się lepki osad. Powoli wykręcałem dyszę po dyszy i przedmuchiwałem pompką do kół.

Za plecami stanął mi komisarz wojskowy naszej firmy i patrzył na moje szybkie, wyważone, ułożone w logicznej kolejności ruchy rąk. Ręce same wiedziały, kiedy założyć rękawiczki, kiedy zdjąć, który z kluczy przyłożyć do nakrętki, ale ja myślałem o tym cieniu, który mnie palił w plecy. Lampa sodowa oświetlała mur, na którym jeszcze niedawno był plakat z napisem " Solidarność, gotowość strajkowa". Dziś były tam już tylko resztki okaleczonego papieru.

- Pan musi nieźle oszczędzać na gaźniku - powiedział wreszcie.

- Na hamulcach też - powiedziałem. Czułem, że się nachyla coraz bliżej mojej szyi, jakby mnie chciał pocałować. Rzuciłem się nagle w stronę przodu samochodu i zacząłem gmerać w bagażniku, ale on znowu chuchał mi w tył głowy. " Strzelaj wreszcie!", chciałem krzyknąć. Pomyślałem jednak, że nie ma przy sobie broni. Zaraz zapyta, skąd mam benzynę. Oczywiście że oszczędzam. Naprawa gaźnika kosztuje teraz tysiąc co najmniej, a mnie na to nie stać i dlatego robię to sam.

- I hamulce też? - zapytał.

- I hamulce też.

- Ja nie umiem. Zawsze mi to robi mechanik w jednostce.

- Ale nie za darmo? - zapytałem. Ma za to urlop?

- Nie, nie, ja mu płacę. Ale gdyby się w drodze popsuło, to bym nie naprawił. Pan ma fach w ręku.

Przeskoczyłem na tył wozu i wkręciłem dyszę mieszalnika. Od rana wrzepiła się w moją skórę pchła, teraz gryzła mnie pod pachą. Stałem pochylony, sprawdzając działanie pompki przyśpieszającej, a on dyszał mi prosto do ucha. Jakby był zmęczony. Chrypiał. Przydałby mu się kielich na rozgrzewkę, toby wykaszlał flegmę z papierochów.

- Ej, co to za życie - powiedział i oparł się brzuchem o błotnik. - Myślę sobie, że marnujemy życie, bo nie czujemy, jak lata przelatują przez palce. Ach, jak mi lata płyną.

- Wczoraj wyrzucili z pracy mojego przyjaciela za to, że jakieś pielęgniary wystawiły świeczki w oknach. Ktoś doniósł, a że on odpowiadał za dyżur, wyleciał na zbity pysk.

- Takie czasy. Ciężkie są - powiedział. - Bardzo ciężkie są czasy.

- Nie ma pan jakiegoś dojścia, żeby go reklamować? - zapytałem.

- Mam mnóstwo dojść, ale nie wiem, czy do wyreklamowania. Tyle jest hołoty, tylu chce się teraz odegrać i korzysta z okazji. Mówię panu, tyle jest hołoty. Jak człowiek nie żyje na układach scalonych i nie pozałatwia sobie, to leży.

- Tuzin donosów był na te dwie świeczki - powiedziałem.

- A cierpi jeden człowiek. Ja to rozumiem. Czy pan wie, że na mnie też może ktoś napisać anonim i że od razu będę się tłumaczył w sądzie wojskowym?

- E, buja pan. Wojskowych nie ruszają.

- Może. Ale niebezpieczeństwo jest.

- Małe. Na pewno nie za cały samochód.

- Ale za wyregulowanie sprzęgła? - powiedział z pytaniem w głosie.

Założyłem filtr powietrza. W samą porę, bo właśnie zgasło światło. Było całkiem ciemno, a ja, zanim oczy przyzwyczają się do poświaty, zawsze wolę odczekać. Serce mi waliło jak młot, pociłem się mimo mrozu, tylko że warto było. Korde, nie umiem tak gadać, ale warto było się poświęcić. Położył mi rękę na ramieniu i potrząsnął z całej siły. Musiał mieć dosyć tego mechanika w jednostce.

- Wyłączyli prąd - powiedział. Też nie bardzo wiedział, jak się ze mną dogadywać.

- Wiem, nie jestem idiotą - odpowiadam. Trzymał mnie nadal, ściskał z całej siły. Krew przestawała już mi dopływać do dłoni, czułem tysiące igieł przeszywających palce.

- Ja jestem żołnierzem - mruknął.

- A ja jestem po dwóch operacjach żołądka i mam wolne od wojska - odpowiadam. - Niektórzy marzą o takich operacjach, ale to się durniom nie zdarza. Ja jestem zwolniony z woja nawet na wypadek wojny, w związku z czym nie jestem też komisarzem. Lepiej być chorym niż zdrowym.

Odsunął się ode mnie. Już zaczynałem się oswajać z mrokiem i widzieć jego twarz zaopatrzoną w okulary. Pociągnął mocno nosem, krzywiąc się przy tym i wciągając powietrze ze świstem fletu. Gwizdał niemiłosiernie.

- Czy to jest do załatwienia? - zapytał.

Doskoczyłem do niego i ścisnąłem z całej siły jego ramiona. Czułem, że mu drętwieją palce i szpilki przeszywają całe ciało. Wiadomo, mój kciuk i wskaziciel to obcęgi. Gwizdał coraz szybciej. Kłęby pary buchały naokoło i zasłaniały jego gębę coraz bardziej.

Ściskałem jego ramiona z całej siły, opierając się o błotnik, czekając, aż przestanie stać jak posąg i przełamie lęk przede mną.

- Układ kierowniczy też? - zapytał wreszcie.

- Układ kierowniczy też.

- Jak się nazywa?

- Witold Pobrat, lat trzydzieści cztery, syn Jana i Marii, Płocka osiemnaście mieszkania pięć.

- I poprawki lakiernicze.

- Wszystko. Bez części.

- Dobra, jasne, bez części, ale ja niczego nie gwarantuję.

- Ja też. To jest układ - powiedziałem i dodałem - niech tylko wróci do pracy.

Puściłem uścisk. Przez chwilę rozcierał zgniecione ramię.

- A jak będzie trzeba - rzekłem z ulgą - to Wicio zawsze da te dwa, trzy dni zwolnienia. Ja go znam, to porządny chłopak - powiedziałem i podaliśmy sobie dłonie.

Lubię jasne, czyste sprawy. Żadnego krętactwa. Teraz może mi chuchać w plecy, ile tylko zechce, myślałem.

On jednak nie był tego zdania. Widziałem po oczach, że nadal czuje się niepewnie, jakby coś przeskrobał i bał się do tego przyznać.


WOLNA SOBOTA

Była wolna sobota, dlatego wstaliśmy pojedynczo, bez najmniejszego pośpiechu. Bolały nas głowy od zbyt długiego snu, bo byliśmy już przyzwyczajeni do krótkich nocy, późnego kładzenia się spać i wczesnego wstawania, mycia i golenia w pośpiechu, krojenia kilku kromek chleba i smarowania masłem, to jest robienia posiłku na cały dzień, a potem beznadziejnego czekania, aż skończy się przewidziany w przepisach czas pracy. A w pracy robiliśmy odwalankę, byle nikt się nie przyczepił, że to bierny opór czy sabotaż.

Tylko dzieci od siódmej rano tarmosiły się i przewalały przez pokój, często włażąc na nas śpiących, jakbyśmy byli z kamienia. Po krótkich nocach w ciągu tygodnia ta wydawała się jeszcze krótsza, chciało się leżeć w łóżku do południa. Człowiekowi było obojętne to, że w zbieranej przez lata domowej bibliotece jest jeszcze sporo do przeczytania. Z jadłospisu umysłowego znikły gazety i czasopisma, telewizja i radio stały się nie do zniesienia. Czekaliśmy więc aż zejdzie popołudnie i nastąpi wieczór, potem minie wieczór i będzie można się położyć spać. Przestaliśmy zwracać uwagę na czystość w kuchni, zwały nie wypranych ubrań, które leżały na oparciach krzeseł, na tapczanie, wisiały na klamkach. Czasem machnęło się szczotką, żeby nie łazić po ścinkach papieru, z którego dzieci wycinały szkolne zabawki. Babka, kurząc papierosami, czytała im ulubione kawałki z dziecinnych książek, córka ćwiczyła gamy na pianinie. My piliśmy herbatę. Tak to było przez całą wolną sobotę.

Dzisiaj przyszedł do mnie Jacek Barek. Zrobiliśmy i jemu ową herbatę. Opowiedział kilka dowcipów, z których wszystkie już znałem z fabryki, ale śmialiśmy się na wszelki wypadek. Polski naród nie traci poczucia humoru w trudnych sytuacjach. Po dwóch godzinach siedzenia przy stole i podpierania głów na łokciach Jacek Barek zmienił temat i powiedział nagle, że wczoraj zapowiedziano na poniedziałek rozmowy z pracownikami jego czasopisma. Rozmowy będą polegały na przekonaniu redaktorów, że powinni wystąpić z " Solidarności" i podporządkować się zaleceniom władz i restrykcjom cenzury.

- Stary - powiedział - co ja mam robić?

- Jak uważasz. Nie podpiszesz deklaracji, to zostaniesz bez pracy. Podpiszesz, to będziesz przez całe życie miał wyrzuty sumienia, że się sprzedałeś. Za Stalina wysłali cię karnie do kopalni.

- Ale byłem młody.

- Jak uważasz. Boisz się, to widać.

- Nieprawda, ja się niczego nie boję - powiedział.

- To co innego. Więc nie podpisuj.

- A z czego będę żył? Znajdziesz mi pracę?

- Nie wiem. W takim razie podpisz.

To było bardzo męczące, bo nikt z nas nie wiedział, czy podpisywać, czy nie. Otworzyłem okno, dusiłem się. Moja żona pali papierosy, więc może tego nie odczuwała, ale i ona zakaszlała kilka razy.

- Więc raczej chyba podpiszę - powiedział Jacek Barek.

- No, i słusznie. Lepiej podpisz, a swoje będziesz i tak robił.

- Jak będę robił, jeżeli podpiszę?

- Podpiszesz, a co innego pomyślisz. Podpiszesz, że będziesz lojalny, a naprawdę będziesz jeszcze bardziej nielojalny, niż oni sobie to wyobrażają.

- W jakim punkcie będę nielojalny? Co mam robić nielojalnego?

- Ja nie jestem dziennikarzem, kochany - powiedziałem. - Jakieś sposoby na przemycanie odpowiednich treści chyba masz.

- No, mam. Raz na dwa tygodnie jakieś zdanie zakamuflowane udałoby się przepuścić tak, żeby nikt nie zauważył.

- Czyli czytelnicy też by nie zauważyli.

- Chyba nie.

- No, to nie podpisuj i cześć.

- Dobra. Nie podpiszę. Ale wtedy już nie będę miał żadnych szans na przemycenie czegokolwiek.

- No, to podpisuj i cześć.

Jacuś poszedł do kuchni i nalał sobie jeszcze trochę herbaty. Postawił na stole w pokoju i wyszedł do łazienki, gdzie siedział z piętnaście minut. Z nudnym spokojem czekaliśmy aż wróci, czas i bez tego się dłużył. Od tygodni w ten sposób rozmawiamy z ludźmi. To nie było nic nowego. Ale w pewnej chwili już przesadził. Żona poszła i zapukała do drzwi ubikacji. Poruszył się w środku. Wyszedł.

- No, to podpiszę. Podpiszę, tak jak mówisz. - powiedział.

Wtedy ja powiedziałem:

- Ja nic nie mówię. Pogadaj z kumplami i załóż czasopismo dublujące to czasopismo, w którym będziesz pisał jako redaktor lojalny, i w ten sposób w tym będziesz lojalny, a w tym drugim nielojalny.

- Ale będę musiał udawać. I nikt nie będzie wiedział, że to nielojalne i że podziemne czasopismo prowadzę ja. To w ogóle mija się z celem. Dziennikarz musi pisać pod swoim nazwiskiem.

- Używaj pseudonimu, a po twojej śmierci ja rozgłoszę, że ten pseudonim należał do ciebie. Coś trzeba robić.

Po tych dwóch godzinach rozmów Jacek Barek poszedł. Spędzaliśmy ten dzień już dalej sami. Ponieważ tydzień temu władze włączyły telefony, umówiliśmy się, że Jacek zadzwoni do mnie w poniedziałek i powie " podpisałem", albo " nie podpisałem", albo " podpisałem i zmieniam nazwisko". W tym ostatnim przypadku będzie wiadomo, że Jacek założy swoją gazetkę podziemną. Musieliśmy umówić hasło, bo władze włączyły te telefony, ale zapowiedziały, że jednocześnie wszystkie rozmowy będą podsłuchiwane. Z góry wiedziałem, że Jacek nie zadzwoni. Z góry wiedziałem, że Jacek będzie pracował w swoim macierzystym czasopiśmie kontrolowanym przez cenzurę i będzie działać tak, żeby czasem coś przemycić, żeby oszukać wszystkich.

Ale jeszcze trzeba było spędzić jutrzejszą niedzielę. Może coś ciekawego powie nasz ksiądz proboszcz, a trzeba przyznać, że umie mówić znakomicie. W zeszłym tygodniu grzmiał tak, że nawet mężczyźni mieli łzy w oczach, zwłaszcza gdy tubalnym głosem odczytywał własną modlitwę o szybkie uwolnienie internowanych działaczy wolnych związków zawodowych.

I niedzielę też jakoś spędzimy.


U CUKIERNIKA

A ja wam mówię, nie dzieje się nic. Czekają, jak Boga kocham, czekają, co będzie, a nie dzieje się nic - powiedział Lucjan Poniatowski i nakrył twarz czapką. Leżał na podłodze i zdawał się drzemać, od czasu do czasu głośno wypowiadając sny. Kazano siedzieć w wytwórni ciastek całą noc, więc siedzieli i tylko wspominali dobre czasy, kiedy się piło wódkę i chodziło na kobiety. Zaraz po przysiędze zerwali się ze sznura i z przepustką w kieszeni buszowali po Raciborzu, aż natrafili w knajpie pod cycem na dwie takie jedne, bez twarzy i pieniędzy, ale wypachnione i czekające na wielki boski cud. Oni we dwóch podeszli i namówili, żeby ich zabrały do mieszkania. Jedna była zupełnie wyzuta z czci i od razu zamknęła się z Luckiem w pokoju z pierzyną, ale druga tknięta przez ludzką moralność siedziała sztywna w kuchni i udawała, że jest śpiąca. A miały po pięćdziesiątce i obie szczękały sztucznymi szczękami.

Lucek był wściekły, denerwował się bezmyślnością takiej służby, bo nie wiadomo czego tu pilnowali. Cukru? Mąki? Dowódca był u pewnej baby w pobliskim domu i kazał się zbudzić o piątej rano, więc już widzieli oczami wyobraźni, jak będą go od niej wyciągali na siłę, prosto z łóżka, nie patrząc na tę obrzydliwą heterę, która nawet nie zapamiętała nazwiska kapitana, byleby następnego popołudnia dostała wieprzowiny z wojskowej kantyny, którą ona wymieni sobie na rękawiczki spod lady, a sklepowa ze sklepu skórzanego wymieni na żyletki dla męża i szczotkę do zębów. Handel jak za Hitlera, aż w końcu mięso będzie gotowe do zjedzenia. Kierownik straży przemysłowej poszedł do dyżurki, stara sprzątaczka dziergała na drutach w kanciapie majstra. Żadnej pociechy.

Myśli głośno wypowiadać nie było wolno, zatem wypowiadali kontrmyśli i się świetnie rozumieli, choć już całkowicie nie mieli zrozumienia dla swojej roli. I nie wiadomo było, czy w kompanii nie ma kapusia i czy ten kapuś nie siedzi właśnie z nimi. Po prostu nie wiadomo było, który to jest.

- Więc który to, Lucek?

- Więc jak nie wiadomo który, to trzeba tak myśleć, że każdy i spokój.

- No, to opowiedz mi coś ciekawego o dupach, bo zasnę.

- Już lepiej ty opowiadaj, bo ja wyczerpałem wszystkie moje przygody, a jak zacznę od początku, to też zasnę.

- Czeka nas to, co wszystkich. Zaśniemy i koniec.

- Jak ci powiem jedno nazwisko, to cię od razu poderwie.

- Ciekawe.

- Kapitan Dajdziński.

Szeregowy poderwał się na równe nogi i podskoczył do Lucka z pięściami.

- Ty mnie nie brukaj tym nazwiskiem!

Lucek odepchnął go delikatnie.

- Koniec. Nie brukam. Ale cię poderwałem, co? Przesłuchiwał cię? Mnie też.

Szeregowy machnął ręką. Na tym się znał, do tego już się przyzwyczaił. Nienawidził milicji i był szczęśliwy, że trafił do wojska, a nie jak koledzy przymusowo, choć dobrowolnie, do niebieskoszarych.

Przymknęli oczy i drzemali w różnych pozycjach, w każdym razie tak, aby wchodzący kapitan przypadkiem zobaczył, że czuwają na posterunku w czasie zadania bojowego na terenie miasta Warszawy. Dosłownie byli gotowi do akcji. Przez wielki korytarz przeszła sprzątaczka z motkiem wełny.

- Do sraczyka poszła? - zapytał jeden z żołnierzy i rozpiął kołnierzyk.

- Czyli wiemy, co będzie robić.

- Albo jedno, albo drugie.

- A ten strażnik to stary, młody?

- Stary jak gówno pod płotem.

- Może byśmy z nią porozmawiali wobec tegoż.

- Idź i gadaj. One mają to na co dzień. Akurat przymierzy się do ciebie! Taka to woli cukiernika albo piekarza.

- Nie ona do mnie, ale ja do niej. Miałaby spokojniejsze sny. Mam japońską prezerwatywkę.

- Jaką?

- Po numerze każesz babie skakać przez pięć minut. Nie zajdzie, żeby nie wiem co. Absolutnie bezwzględna antykoncepcja totalna. Ale słyszałam, że można też wytrząsać kobitą.

- Mnie po numerze chce się spać, nie tam wytrząsać kobity. W ogóle ja mogę piętnaście numerów pod rząd, tylko że po każdym muszę mieć pięć minut spania. Jak Boga kocham.

- Może i dobra metoda.

- Nie może, nie może, ty półgłówku. Ja znałem jednego gościa, co przez trzy dni mógł nie wyjmować i mu nie flaczał. Słowo.

- Idzie.

Dziewczyna w fartuchu, z rozwianymi włosami przeszła przez korytarz. Weszła do gabinetu kierownika. Po chwili światło widoczne przez szparę między drzwiami i podłogą zgasło. Znów zaczęli rozmawiać.

- Dziwną ma gębę.

- Niebieską bluzkę miała.

- Czy niebieskoszarą?

- Być może. Nie wiadomo skąd ją ma.

- Znam baby, co się lubieją ubierać w koszule męża.

- Szła jak na defiladzie.

- Pewnie ją sparło.

- Nie sparło. Ma to wyuczone.

- Od męża się nauczyła.

- Mężatka, szkoda zachodu.

- Głupi jesteś, kretynie. Właśnie mężatka najlepsza, możesz kończyć bez wyjmowania i tych ceregieli, a tak to uważaj, a pamiętaj, a żebym nie miała dziecka, to tamto, wiesz. A mężatka ma spokój. Każde dziecko urodzone w czasie trwania jej małżeństwa jest dzieckiem jej męża, nie wiesz?

- Faktycznie. Wyuczyłeś się. No to dawaj. Jeszcze chyba nie zasnęła.

- Kto pierwszy?

- Możesz ty.

- Ja nie. Najpierw się przekonaj, co to za mąż.

- No dobra.

Lucek na placach przedostał się pod tamte drzwi, ostrożnie otworzył i zniknął w ciemności. Kolega przystawił ucho do futryny. Słyszał tylko długie, świszczące oddechy śpiącej kobiety, która pali zbyt dużo papierosów. Po minucie drzwi się uchyliły i wyskoczył Lucek. Położył palec na ustach i przeszedł na drugi koniec korytarza. Kiwnął na kolegę. Nachylił mu się do ucha i powiedział:

- Nic z tego, nie będziemy się brukać. Jej stary jest, proszę ciebie, ale słuchaj uważnie, starszym sierżantem MO. Chyba że ty z nią chcesz. Ale ja to już w żadnym wypadku.

Oparli się o ścianę i drzemali do samego rana. Wyciągnęli kapitana z łoża pewnej sklepowej, poszli od posterunku do posterunku, zbierając kompanię do kupy, i ruszyli na ulicę Żwirki i Wigury, gdzie stacjonowała ich jednostka. Bardzo dużo zjedli na śniadanie, a potem pojechali w celu wykonania nowego zadania bojowego w Garwolinie. Wspólnie z milicją patrolowali przedmieście.

Piotr Müldner-Nieckowski

 



Władysław Edward Gałka

Co do "Placówki", otóż odizolowane od czegokolwiek wsie i przysiółki, tu stąd, kiedyś, były bez jakiegokolwiek wpływu cywilizacji. O tym nie muszę przypominać. W takich warunkach powstaje potrzeba wytworzenia szczególnej wspólnoty szczególnie wśród dzieci. Opisał to już niejaki Malinowski, ale to było dawno i daleko, a ja to miałem u siebie w mojej młodości.

Moich "Argonautów..." z Pacyfiku. Tu. Nikt nie musi mi wierzyć, ale zastanowić się nad tym warto.

Minęło od tego czasu 40 lat i teraz bajoro jest większe, zinternetowiałe i zdziczałe, a ja znam stawek mały, żabulęta...

Dziś suprema mena obdziera ze skóry menela w Wolinie

 

Panie, wróć mi moją wyspę. Mam trochę piasku, parę garści, sypię może i palma wyrośnie na sośnie na wyspie. "Wyspa Sztuki" już jest w sieci, ja tam nie podskoczę, nie mam na wpisowe. A moja wyspa malutka i rośnie.

 

Mam ogródek, grządki, myślę o wieku sprzed wieku, bo mi trza i wolno mi. Prawo własności. Co o tym prawie B. Malinowski, nie pamiętam a 3 Briandy? Dziś? Kto bywal i coś wie? Czekam, radośnie.

Pozdrawiam. Wyspiały.

 

Konsekwencja skutkiem zderzenia wypadków-wypadkowych słów, co nie zmienia faktu, że słowa się zaskakują czasem i to mnie pociąga, przypuszczam, że zbyt to obtłuczone jednak, jak tu wyczytałem, ma to swoją "wartość". Inspirujące. A już zacząłem wątpić. Pozdrawiam, moje wdzięki takoż, swędzą.

 

Władysław Edward Gałka

 

KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między zaprzyjaźnionymi pisarzami. Na naszych łamach od października 1998 roku korespondują: zamieszkały w Podkowie Leśnej Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób z Kołobrzegu.

Dziękujemy - pkl "łabuź"



 

 

Kołobrzeg, dnia 30.10.2006 r.

 

Zapracowany Przyjacielu -

 

jeśli dobrze zrozumiałem ostatniego e-maila, właśnie zakończyłeś nowy słownikowy bój. Martwię się o Ciebie i trochę nadmierną samoeksploatację. Pewnie przypominasz teraz wyrzuconą na brzeg rybę, która gwałtownie łapie skrzelami powietrze...

Ku odprężeniu wysłałem Ci "Świnkę Morską, czyli od - do i w poprzek", która wreszcie (z rocznym poślizgiem!) się ukazała. Robi wrażenie Twoja typografia - przez niebanalne rozwiązania. Dobrze, że Tobie została zlecona. Raz jeszcze dzięki za efekty.

I właśnie przedwczoraj doszło do publicznej prezentacji "Świnki". Ha zadbała o wszystko (plakaty, scenariusz, organizacja). A z racji tego, że to książka humorystyczno-satyryczna, promocję potraktowaliśmy z przymrużeniem oka. Właśnie czytam na portalu www.kol24h.pl (o portalu za chwilę, bo to świeża sprawa) materiał "Świnka Morska rozrabiała w Bałtyku" i oglądam dołączone zdjęcia. Rzecz jasna nie w morzu rozrabiała, ale w sanatorium "Bałtyk" (fakt, nad samym morzem) - w sali konferencyjnej, gdzie zwołano III (nieoficjalną) część obrad LV sesji Rady Miejskiej w Kołobrzegu. "Sesję" poprowadził wydawca Kazimierz Ratajczyk. Jak hucpiarska była to impreza niechaj, świadczy fakt, że podejmowano uchwałę (nr LV/726/06 z 28.10.2006 r.) w sprawie skonfiskowania nakładu jako dzieła godzącego w dobre imię radnych... O dziwo pośród kilkudziesięciu słuchaczy znalazło się kilku autentycznych radnych, a też pewien były poseł na Sejm, co nieźle świadczy o ich poczuciu humoru. Osobnym zaskoczeniem była dekonspiracja admirała Sztokfisha. Zdecydowana większość (reszta tylko snuła domysły) dotąd nie wiedziała, kto pod tym pseudonimem się ukrywał. W sumie nie było źle. Później nawet podszczypywani przez Świnkę, początkowo demonstracyjnie marszczący brwi, przyłączali się do salw śmiechu... Śmiech zawsze miał i ma moc oczyszczającą.

Ale wystarczy o Śwince. Teraz o wspomnianym portalu, czy też żeby trafniej powiedzieć - o serwisie informacyjnym. To nowy "wynalazek" Zwierzątka. Właśnie dziś rano nastąpił start. I z miejsca silne oblężenie internautów: do wieczora odnotowano blisko 3 tysiące odwiedzin! Serwis ma być aktualizowany non stop - prócz tekstów zamieszczane są zdjęcia, komentarze, a nawet krótkie filmy. Jest też forum. Stronę zbudowano w taki sposób, by jak najłatwiej się po niej poruszać. Całość prowadzą dziennikarze "Rzeczy Kołobrzeskiej". To znakomite dopełnienie tygodnika, który ze zrozumiałych powodów nigdy nie dogoni bieżących wydarzeń. A kol24h tak. Naturalnie RzK ma też swoją zwykłą stronę internetową.

Bez wątpienia duże lokalne wydarzenie, nie tylko medialne.

Pytałeś co z czwartym numerem "Latarni Morskiej". Gdy rozmawialiśmy telefonicznie jeszcze dopinałem ostatnie szczegóły. Teraz jest już po naświetleniu i w druku u... Anczyca w Krakowie. Chyba wspominałem ostatnio o kłopotach z kołobrzeską drukarnią. Po prostu musiałem coś z tym fantem zrobić. I krakowska drukarnia będzie nas kosztować odrobinę taniej niźli tutejsza - mówię o cenie jednostkowej egzemplarza. A spodziewany poziom edytorski nieporównywalnie wyższy.

Dodatkowe wieści są takie, że zwiększamy nakład o 40% (jest rosnące parcie czytelnicze na kwartalnik i ostatnio zabrakło nam egzemplarzy). W październikowym numerze zamieszczamy też blankiet prenumeraty i zapowiedź sprzedaży od stycznia w dwudziestu największych empikach w kraju. Właśnie kończymy pertraktacje z centralą empików w Warszawie.

Z ostatnich dni również jeszcze jedna dobra, a nawet bardzo dobra wiadomość: otrzymaliśmy dotację na dwa kolejne numery z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. I drobniejszymi kwotami wsparły nas: Centrum Promocji i Informacji Turystycznej oraz Miejskie Wodociągi. Mam zatem jaki taki spokój o finanse na druk najbliższych numerów. Niestety, tylko na druk. Autorom nadal nie ma czym płacić... Może w przyszłości, raczej dalszej, to się zmieni.

Sam jestem zaskoczony takim powodzeniem LM. Gdy zaczynałem, wydawało się, że latami będę pracował na większe czytelnicze zainteresowanie. A tu, proszę, ledwie po 2-3 numerach urywają się telefony, listy z najczęściej powtarzającym się pytaniem: gdzie LM można kupić. Padają też pytania o numery archiwalne, których nie mamy.

A skoro czwarty numer (znów wypasiony, prawie 140 stron) na wylocie, już twardo siedzę przy piątym, styczniowym.

"Filip Szalony" także wychodzi. W listopadzie. Telefonowała w tej sprawie redaktor naczelna TELBITU Zofia Wereszczyńska-Ołdakowska. Ale mam pewien kłopot. Wyobraź sobie, iż pani Z. W.-O. tak się rozkochała w Filipie, że naciska na pisanie drugiego tomu. Chce brać w ciemno, byle tylko Filip dalej powieściowo żył. Podziwiam jej skłonność do ryzyka, bo kto zagwarantuje, że hipotetyczny tom drugi będzie nie gorszy od pierwszego? Nikt, nawet autor.

Z drugiej strony - kończąc "Filipa Szalonego", zostawiłem sobie furtkę: pewien niedokończony wątek. Na wszelki wypadek, gdybym chciał w przyszłości pociągnąć dalej przygody Filipa. I z grubsza wiem, jak tom drugi wyglądać powinien. Jednak lata minęły i dziś pochłonięty jestem innymi tekstami. Teraz, wracając do Filipa, musiałbym rok poświęcić na pisanie tego - przy jednoczesnym niegubieniu bieżących obowiązków i projektów. Zrobiłoby się cholernie ciasno z czasem. A przecież życie moje składa się nie tylko z literatury (choć, prawda, głównie z literatury).

Koniec końców, by uciąć rozterki, zaproponowałem wydawnictwu przygotowanie stosownej umowy na piśmie i wypłacenie zaliczki. Jeśli na proponowane warunki się zgodzą, zmajstruję tom drugi.

Swoją drogą trochę to niezwyczajna dla mnie sytuacja, Przyjacielu. Sam wiesz jakie problemy miewamy z wydawnictwami. Ile razy nasze oferty zwyczajnie odrzucano albo ignorowano. Gdy tu wydawca nie tylko się nie opędza jak przed natrętną muchą, lecz jeszcze gorąco zachęca do przedstawienia kolejnego dzieła. Gwarantując natychmiastową publikację. Czyż nie brzmi to niczym historia z gatunku fantasy?

Ściskam Cię mocno. I proszę Cię, przekaż ukłony Twojej Mamie oraz Mirze -

 

Lech Kołobrzeski

PS. Ależ dogodził mi (ostatnio będący na promocji Świnki z Leonem Z.) Ludwik Cwynar. Dogodził prezentem niezwykłym. Dziełem Owidiusza "Halieutica" ("Sztuka rybołówstwa")*. Ów mało znany współcześnie poemat ichtiologiczny stworzył Owidiusz pod koniec żywota, przebywając na wygnaniu w Tomi. Utwór przetrwał do dziś w formie fragmentu liczącego 134 wersy. Kwestionuje się autorstwo tekstu. Ale chyba wystarczającym dowodem autentyczności jest XXXII księga "Historii naturalnej" Pliniusza Starszego, gdzie tenże na tekst poety z Sulmony się powołuje.

To rzecz pełna smaków poetyckich, zwłaszcza dla wędkarzy i miłośników stworów wodnych głębin. Już same nazwy ryb (naturalnie łacińskie odpowiedniki dźwięczą inaczej) mogą przyprawić o zawrót głowy językoluba, np.: drum kanaryjski, dubiel, koleń, merlosz, oblada, pagrus czy sporysoma kreteńska. Występuje tu także - obok osła morskiego (morszczuka zwyczajnego) - uwaga! strzępiel pisarz.

A i samo wydanie cudnie edytorsko potraktowane. Wyimaginuj sobie: część bibliofilską nakładu nasączono ambrą!



*Publiusz Owidiusz Naso "Sztuka rybołówstwa", przekład z łaciny, przedmowa i komentarz Aleksander Wojciech Mikołajczak, TUM Gnieźnieńska Firma Wydawnicza Waldemara Kiełbowskiego, Gniezno 1997, str. 120.

  



  

Podkowa Leśna, dnia 11.11.2006 r.

 

Admirale Wielebny!

 

Tak, prace nad słownikiem skrótów zakończyłem. Tysiąc pięćset stron, siedemdziesiąt cztery tysiące haseł, sto trzydzieści tysięcy artykułów hasłowych, no i nowa forma słownikowa, jakiej jeszcze nie było. Więc próbuję odpoczywać, bo to była gigantyczna praca. Jak przyjedziesz do Podkowy na posiedzenie jury konkursu im. J. Śpiewaka i A. Kamieńskiej, pokażę, o co chodzi. Słownik ma być na rynku w okolicach 1 grudnia. Ma bardzo dobre recenzje naukowe prof. Podrackiego i prof. Miodka, więc śpię coraz spokojniej.

Cieszę się z Twoich sukcesów, jakby były moje, bo jak sam dobrze wiesz, mam w nich powierzchniowy udział, choćby ów skład drukarski "Świnki", nie mówiąc o moich tekstach w pierwszych trzech numerach "Latarni". No i powodzenie "Filipa Szalonego"! Brawo. Czekam na moment, w którym trafi do moich rąk (z dedykacją!).

Czeka Cię też konfrontacja z czytelnikami z mojej rodziny, zwłaszcza wnuka Wojtka (lat 15), który jest w ocenach dość okrutny - zawsze beznamiętnie prawdę powie, czy książka mu podchodzi, czy nie. To jest jeden z tych nielicznych, który się wychowuje bez telewizji.

Kiedy matka go przywozi do dziadka (czyli Justyna do mnie), Wojtek odrabia wszystkie medialne zaległości, po prostu przegląda czterysta kanałów Cyfry plus. Ponieważ telewizor w jego domu od lat spoczywa w piwnicy, ma więcej czasu na myślenie i - co najważniejsze - czytanie. Skutki mogłem stwierdzić w zeszłym roku w okolicach świąt Bożego Narodzenia. Napisał wraz z kolegami szopkę na takim poziomie literackim, artystycznym i - by tak rzec - kabaretowym, że pozazdrościć. Wystawili ją w szkole i cieszyła się uznaniem, a przy tym śmiechu było co niemiara, bo rzeczywiście dowcipna.

Całkiem niedawno dostałem ze Stawiska tekst szopki z lat 40. minionego stulecia, którą napisały córki Jarosława Iwaszkiewicza. Mam to, prawdopodobnie wydam, jeśli tylko znajdą się pieniądze na druk. Muszę też dodać, że to wcale nie są ewenementy. Prasa i w ogóle media zamazują rzeczywisty obraz kulturalny Polski. Wszędzie, na każdym poziomie coś ważnego się w kulturze dzieje, tylko media tego nie widzą.

U nas w Podkowie Leśnej, mimo że czasy nadświetności ośrodka kultury minęły wraz z brutalnym usunięciem Piotra Mitznera ze stanowiska dyrektora (teraz jest profesorem na UKSW), z kulturą w naszym miasteczku nie jest źle. Obecny dyrektor Jerzy Lach i jego żona Beata Bierońska robią bardzo ciekawe rzeczy teatralne i poetyckie. Jak co roku odbył się na przykład konkurs poetycki dla dzieci.

Jak co roku zasiadałem w jury wraz z Magdą Teresą Wójcik i Henrykiem Boukołowskim. Dlaczego z nimi, aktorami? Bo jest to konkurs jednocześnie recytatorski. Najpierw dokonujemy selekcji wierszy (a niektóre są naprawdę świetne, wybór bywa trudny), po czym dzieci mówią je ze sceny. Doskonały pomysł, pobudzający nie tylko dzieci i ich rodziców, ale także nauczycieli, którym bardzo zależy na prestiżu. To ma chwilami pewne odpryskowe skutki negatywne, bo niektórzy nauczyciele, wyłażąc ze skóry (chcą zaistnieć kosztem uczniów-poetów), próbują pomóc autorom i ingerują w teksty. Niektóre poprawiają na gorsze! Wyłowiliśmy kilka takich przypadków, co nie było trudne. Od razu było widać, że pewne składniki utworów nie były integralne, a niektóre wręcz, o paradoksie, infantylne. Pewnym dorosłym się wydaje, że dziecko, piszące wiersz, musi być dziecinne i głupie!

Pamiętam moje słuchowisko ("Ręce do góry", lata 80.), w którym bohater, dziesięcioletni chłopiec, wpada na pomysł, jak uratować małżeństwo rodziców. Ach, czego to redaktorzy w radiu nie wygadywali na ten temat! Że "taki mały" nie może mówić "takim" językiem (a jakim ma mówić?), że taki mały nie może dokonywać takich wielkich "wynalazków" (a jakich?), że... Skończyło się jednak realizacją i rzecz była pięć razy na antenie, za każdym razem mając ponad milion słuchaczy. Mimo że były to czasy bezinternetowe, dostałem sporo listów komentujących. Trzymam je jako dowód, że z oceną sprawności umysłowej dzieci trafiłem w dziesiątkę.

A teraz mam kolejnych dwóch wnuków, jednego trzymiesięcznego (ten na razie tylko się uśmiecha, ale ma Piotruś na imię, będzie wielki), drugiego trzyletniego (Andrzejek zresztą), który już całkiem swobodnie mówi po polsku, lepiej niż niejeden dorosły. Po raz kolejny się przekonuję, że dzieci nie tylko nie są głupie i nie tylko nie mówią infantylnym językiem. Ich rzekomo dziwaczne spostrzeżenia, wypowiedzi i poglądy są wzorem trzeźwości umysłowej i logiki. Dzieci nie mają doświadczenia życiowego i rzadko używają metafor, dlatego są bardzo konkretne. Kiedy się mówi: "Dziadek przyszedł", Andrzej protestuje: "Nie przyszedł, tylko przyjechał". Bo nie akceptuje przenośni w owym "przyszedł". Ale jego myślenie sięga głębiej, niż się nam wydaje. Potrafi nawet kwestionować nasze (rzekome) aksjomaty, na przykład powiedzieć, że zegar nie mierzy czasu, bo gdyby mierzył, to nie trzeba by było go co pewien czas regulować. Patrz, jaki cwany! Powiedział rzecz oczywistą, z którą my (mimo oczywistości) się nie zgadzamy. Nie zauważyliśmy, że przyjęliśmy konwencję zegarową, zamydlając istotę sprawy. Uznaliśmy, że zegar coś mierzy. A nieprawda. Czasu nie da się mierzyć, bo czasu de facto nie ma. Jest to tylko pewien współczynnik porządkujący zdarzenia.

Zacząłem szperać w książkach matematycznych i znalazłem to właśnie. Na przykład w teorii grafów pozycja czasu jako jedynie parametru (a nie bytu) wychodzi na wierzch jak owa oliwa, co wypływa. W koncepcjach wielowymiarowości świata czas pozwala umiejscowić niektóre parametry bytu materialnego, jest czymś w rodzaju linii w układzie współrzędnych na wykresie funkcji. Oczom nie wierzyłem, więc zapytałem Rysia Kopieckiego, mojego przyjaciela od wieków, świetnego matematyka (ta jego niezrozumiała rozprawa doktorska! cóż to była za gmatwanina pojęć nie do pojęcia!). "Tak" - powiedział - "czas jest pojęciem pomocniczym i nie ma odpowiednika w realności".

Łukasz, mój syn, którego nie miałeś chyba okazji poznać, bo mieszka w Krakowie, kiedy miał cztery lata, zaproponował zwiększenie zapasów paliwa w samochodzie przez skonstruowanie podwójnych szyb. Benzyna jest przejrzysta, więc nie będzie przeszkadzać, twierdził. Jako dorosły śmieje się z tego pomysłu. Mówi się, że z takich rzeczy wyrósł. Czyżby wyrósł? Stracił swój dziecięcy rozum (mam nadzieję, że nie cały), stał się dorosły i jak ja, ty i cała dorosła reszta powoli grzęźnie w konwencjach zamazujących prawdę o świecie. Czasem w chwilach spokoju i szczerości w rozmowach ze mną wraca do dzieciństwa, a ja z nim. Mówimy sobie dziecinne rzeczy, pracujemy mózgami jak za dawnych szczenięcych lat, a dzięki temu odkrywamy pewne bardzo ważne rejony. O czym Ci opowiem przy następnej okazji.

Z nim i z Wojtkiem mam kontakt między innymi dlatego, że nie mamy hamulców umysłowych, kiedy jesteśmy razem. Tak jak nie miałem dorosłych hamulców, kiedy jako student zatrudniłem się wraz z dwoma kolegami do pracy u Władysława Kopalińskiego. Mieliśmy mu posortować fiszki słownika. Ponieważ pan Władysław był dla nas bardzo surowy, postanowiliśmy mu zrobić złośliwy dowcip. Skorzystaliśmy z jego nieobecności i podrabiając pismo, napisaliśmy na pustej karteczce hasło "bzik". Dodaliśmy zgrabną definicję i tak dalej, a następnie wstawiliśmy do kartoteki litery "B", na sam jej koniec. Jak powiedziałem, pan Kopaliński (właściwie Stefczyk) był ostry, ale także niezwykle przenikliwy. Pierwsza rzecz, jaką zrobił, zauważył tę fiszkę. Zdrętwieliśmy. Przeczytał, uśmiechnął się i powiedział: "To jest kompletnie bez sensu, zupełnie nie pasuje do tego leksykonu". Ale po chwili dodał: "No, dobrze. Niech zostanie". Lechu! Zajrzyj do "Słownika mitów i tradycji kultury". To hasło tam naprawdę jest, i to w naszym opracowaniu!

Po latach tworzyłem swój "Wielki słownik frazeologiczny języka polskiego". Mój, więc mogłem z nim robić, co chciałem. Trafił mi się idiotyczny poznański ale rzadki frazeologizm "bździny w papilotach" (kobieta wątła, delikatna). Olśnił mnie wariacki pomysł. Przecież trzeba uczcić zdarzenie z końca lat sześćdziesiatych! Tak też zrobiłem. Umieściłem to hasło na końcu litery "B". I tak zostało. Sprawdź, zajrzyj, jest hasło "bździny w papilotach". W drugim wydaniu słownika chyba tego nie będzie, bo nijak nie pasuje, ale rzecz została dokonana i uwieczniona.

Tak się to wszystko kołem toczy, bośmy dziecinni, infantylni. Mamy tylko tę przewagę nad dziećmi, że - poeci - lepiej dajemy sobie radę z metaforą.

Więc trzymaj się, Admirale Sztokfisz, w przenośni i dosłownie, obyśmy nie sczeźli w prozie życia.

 

Twój Piotrek Müldner-Nieckowski

 

Jakub Sosnowski

***

był lipiec kiedy weszliśmy do łóżka

natychmiast rozkwitłaś czerwienią między udami

a ja wypuściłem korzenie

pachnęłaś wanilią

 

przyszedł wrzesień a z nim wszystko co żywe

wydało w zachwycie owoc

 

gdy wyszłaś z płaczem za drzwi

widziałem spadające liście

 

Jakub Sosnowski

 

Rainer Maria Rilke

WIECZÓR

Już wieczór szaty odmienia powoli,

które mu szereg starych drzew nakłada:

patrzysz: cofają się przed tobą lądy,

jeden się wznosi, a drugi opada;

 

i zostawiają ciebie, niebacznego,

nie tak ciemnego, jak dom, który milczy,

i nie tak pewnie wieczność czującego,

jak gwiazda, która nocą w górze błyszczy -

 

i zostawiają ci (jak nazwać po imieniu)

twój żywot trwożny, ogromny, dojrzały,

tak że w niemocy i nagłym olśnieniu

na zmianę głazy są w tobie i gwiazdy.

 

Rainer Maria Rilke
Przełożył
Andrzej Lam

 

Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (31)

I nadciągnęły jesienne sztormy. Zwłaszcza ostatni, z początku listopada, dał się we znaki. Prawie dwie doby lało i dęło na Pomorzu wręcz okrutnie. Szalejący wicher w porywach dochodził do dziewięciu w skali Beuforta. Rozkołysane morze wysokimi falami wściekle szarpało brzeg, podtapiając nabrzeża i pomosty rybackie. Ucierpiał też drzewostan w pasie nadmorskim. Drzewa pękały i łamały się niczym kruche wykałaczki.

Na pęknięte lub złamane - pod względem artystycznym - wyglądają także niektóre dziełka literackie obecnego przeglądu. Ale po kolei.

 

1-2.

Dwa tomiki jednocześnie przysłał A. Ziobrowski (Andrzej Ziobrowski "Za kotarą wiatru", Stowarzyszenie Twórcze Artystyczno-Literackie, Kraków 2004, str. 68; "Cierpienie Vincenta", Stowarzyszenie Twórcze Artystyczno-Literackie, Kraków 2006, str. 76).

A. Ziobrowski (rocznik 1946) urodził się w Markowej na Rzeszowszczyźnie. Mieszka w Nowej Hucie. Z zawodu technik mechanik, pracował jako kierownik budowy przy wielu inwestycjach w kraju i poza granicami. Współzałożyciel grupy literackiej "Ecce Homo". Wiele publikował w pismach literackich, antologiach i wydawnictwach zbiorowych. W 1981 r. debiutował zbiorem wierszy "Tak wiele wioseł".

Dwa pełnowymiarowe tomiki, w każdym po czterdzieści utworów, sporo czytania. Nim jednak wejdziemy głębiej między strony, przyjdzie się nam zderzyć ze wstępem pióra Józefa Janczewskiego "Rozpacz czy nadzieja?". Przytoczmy tylko początek.

Gdy Kajfasz zajęty jest własnym losem a neonową epileptyczną przyszłość wymyślają twardogłowi epilepolitycy, autora "Za kotarą wiatr" otaczają wodospady cieni, pragnienia toną pod nabrzmiałym horyzontem, rodzą się myśli bębniące jak deszcz pacierze i wertują zamknięte w duszy kręgi czasu. Autor wybiera własną drogę z traktu historii i jak spiżowa harfa trącana niegdyś podmuchami z Egejskiego Morza, szepcze zaklęcia, śpiewa serenady każdym nerwem, oddaje cześć bogom światła i żywiołu zwyczajem pierwotnych Słowian. Z benedyktyńską cierpliwością notuje, co mówią wieki, stoi na wachcie własnych myśli i niesie w sobie rytm żywego morza, wypatruje błąkające się widma żaglowców, a skargi jego pieśni niweczy wiatr na włóczni mijającego czasu.

Ktoś nie zrozumiał o co biega z tą epileptyczną przyszłością, spiżowymi harfami, pierwotnymi Słowianami oraz staniem na wachcie własnych myśli? Jeśli nie zrozumiał, to czytać raz jeszcze. Potem kolejny raz. Aż nastąpi oświecenie.

Tymczasem idę dalej - w gąszcz utworów. I czytam, cierpliwie czytam. I zbierać będziemy kwiaty/ z własnych mogił oczami wrogów/ (...)/ i kobiety gwałcić będziemy/ ślinami swoich wrogów. Następny tekst: Piszę spazmatyczny wiersz/ Sylabizowany błazeński karzeł/ Skacze mi do gardła kroi moje żyły/ zżera trzustkę ujeżdża moje erotyczne sny/ (...)/ Na twarzy wiersza mimika śmierci/ eksploduje rykiem krzyży. Otwieram tomik drugi. Czytam dalej: gdy umiera skatowane słowo/ jest milczeniem niegodnego świata/ wchodzi do katakumb/ naszych mrocznych dusz/ w zgiełku tego świata.

Nie zamierzam dłużej znęcać się nad autorem (choć po prawdzie to cytaty nad nim się znęcają, nie ja) i powiem tak. Za często nadużywana jest solenność, za dużo marnych wygibasów językowych. O dziwo, wymyślone sztuczności znikają, gdy piszący wędruje w liryczną stronę, gdy czerpie z refleksji opartej na obserwowaniu przyrody. Dowodem tego są na przykład udane wiersze z tomu pierwszego "Chwilowe pokoje", z tomu drugiego "Miecz Oriona" i "Jesienna impresja". W sumie tom drugi lepszy wyraźnie od pierwszego i przy większej dyscyplinie słowa może jeszcze w przyszłości coś z tego być.

 

3.

O pokolenie lub dwa młodszy jest od A. Ziobrowskiego P. Kaczorowski (Piotr Kaczorowski, "Poeci i dorożkarze", nakład własny, Lublin 2006, str. 62).

P. Kaczorowski (rocznik 1980) urodził się w Świdniku. Mieszka w Lublinie. Debiutował w piśmie "Światłocienie" w 2004 r., publikując później w "Esencji", "Akancie" oraz w internecie (PKPZin, Vers Libre). Współpracuje z twórcą muzyki lounge n_i_t_r_o; dwa jego utwory znalazły się na płycie wydanej przez wytwórnię "Requiem". Organizator imprez poetyckich na terenie Lublina. Omawiany tomik jest jego pierwszą książką.

Zbiorek trochę ponad trzydziestu utworów poprzedza biblijne motto: "Szukajcie prawdy, a prawda was wyzwoli." Taka sentencja ma ukazać kierunek, czy też "patronat" określonej idei twórcy. Pytanie brzmi - nie jest to trop mylący? Przyjrzyjmy się tekstom bliżej.

Wiersz otwarcia (***"Okropnie delikatny jestem...") cechuje jawna autoironia. Jakby poeta chciał się zdystansować od własnych emocji. Albo mówił czytelnikowi: uważaj, wcale nie musi być tak, jak tobie się wydaje.

I już wchodzimy w świat utworów językowo rozhuśtanych, mocno czerpiących z kolokwializmów - jednak w sposób kontrolowany. Szeroka fraza, rodzaj uczestnictwa w rozmowie i obserwacji wiedzie w rejony pozorowanego autentyzmu zachowań i postaw. Podskórnie, mimo zasłon zdarzającego się cynizmu, wyczuwamy w tych strofach niepokój. Ostre słowa ledwie maskują egzystencjalne lęki. Tłem lirycznych wydarzeń jest tu miasto, rzeczywistość miejska, która - jak się wydaje - źle służy oczekiwaniom podmiotu.

Jednocześnie poeta ma świadomość, że dalej musi szukać - również własnego języka.

Największe wrażenie uczyniły na mnie wiersze skondensowane, o posmaku piołunowym, lecz nieprzerysowane. Jak utwór bez tytułu (*** "Podaruję Ci moją śmierć...").

 

Podaruję Ci moją śmierć.

Jak dzieli się opłatkiem.

Przełamiemy się bólem i goryczą.

A później zjemy karpia.

 

Nie będzie prezentów pod drzewkiem.

Będą konary drzew i chryzantemy

na stole, obok śledzia.

 

Umrzemy cicho, oglądając telewizję.

A rano wstaniemy zjeść śniadanie.

 

Mali kanibale.

 

Z chęcią przeczytam za czas jakiś drugi tom P. Kaczorowskiego. I być może dowiem się jakaż to odkryta samodzielnie prawda go wyzwoli. Bo chwilowo ten trochę nierówny zbiorek tylko budzi głód, nie syci.

 

4.

Trzeci autor tego przeglądu, Z. Miksztajn (Zenon Miksztajn "Krajobraz", KROKI, Wadowice 2005/2006, str. 40 razem z okładkami jednocześnie pełniącymi rolę stron redakcyjnych) nadesłał zbiorek opublikowany broszurowo, poza oficjalnym obiegiem.

Z. Miksztajn (rocznik 1959) urodził się w Żaganiu. Debiutował (1979) w "Ścieżkach", publikując później utwory m. in. w "Tygodniku Kulturalnym", "Twórczości Robotników", "Na przełaj" i "Protokole Kulturalnym". Współuczestnik działań grup "Retroewolucja" i "Retrospektywa" w Bielsku-Białej. Drukował też w wielu pismach undergroundowych. Na scenie alternatywnej - jak informuje nota o autorze - ogłosił m. in. zbiorki wierszy "Srebrempisane moje Beskidy" (2000), "Listy do Boga" (2003), "Drzewo - magiczne miejsce" (2005).

Nowy zbiorek, opatrzony grafikami Mariusza Rymarczyka, zawiera 17 utworów różnych. Tak pod względem formalnym, jak i pod względem jakościowym artystycznie. Mamy tu poezję, ale też kawałki z pogranicza prozy poetyckiej i zwykłej. A ze skrupulatnie stawianych dat wynika, że wszystkie pomieszczone w publikacji teksty powstały w latach 2002-2005.

Wyjąwszy utwór pierwszy, tytułowy, jawnie odwołujący się do poetyki leśmianowskiej czy też postleśmianowskiej, mamy tu do czynienia z miksem współczesnych form. Ich nieostrość (a też mieszanina) wyprowadza czytelnika na pogranicza oniryzmu i kulturowej umowności przesłań. A motywem głównym całego zbiorku jest ruch, dążenie, wędrówka (pan rozpędzony rozpędził się i pędzi; w innym wierszu: idę przez mokradła - prowadzi mnie noc), której cel trudny jest do określenia.

Znamienny dla całości jest wiersz przedostatni, bez tytułu:

 

Patrzę na miasto ponad którym łopoczą Małgorzaty

Studiuje białe plamki rozrzuconoych na dnie dolin mgieł

Patrzę i nie wierzę - nie wierzę i odchodzę - i

Nie chcę już wracać do tego co zostało tam w wądołach czasu

 

Chcę w śpiewie lasu tropić swoje dawne ślady

Ja- niechciany nomada chcę tutaj zbratać się z nicością

 

Fakt, funkcjonowanie w roli outsidera niesie ze sobą konieczność innego postrzegania siebie i otaczającego świata. Także inną perspektywę widzenia. Tylko pytanie rodzi się takie: na ile jest to postawa sztuczna, wykreowana, a na ile autentyczna, wynikająca z wewnętrznych przekonań. Ślady odbić tych rozterek widzimy w całym zbiorze.

 

5.

Intrygujący jest zbiorek Jolanty Sz. (Jolanta Szwarc "Myśli spod beszamelu", Wydawnictwo Kontekst, Poznań 2006, str. 64).

O samej autorce nie dowiemy się z tomiku niczego. Na okładce tylko fotografia autorki (pani w średnim wieku coś pilnie notująca na tle wiązki kwiatów) i rozważania o beszamelu (czyli sosie) i jego przeznaczeniu. Naturalnie tytułowy beszamel ma wartość metaforyczną.

Pomysł książeczki oparty jest na dwudzielności. Połowę utworów stanowią migawkowe obrazki prozą, druga połowa to poezja. Z tym że utwory się przeplatają: na każdej stronie parzystej mamy prozatorskie miniatury, na nieparzystych liryczne komentarze do tychże próz.

Bohaterką obrazków prozą jest niejaka Maria, osoba już w podeszłym raczej wieku, doświadczająca zwykłych wydarzeń i refleksji. Ma silną świadomość przemijania. Obserwuje i komentuje. Tłucze się filiżanka, innym razem wysiada prąd, wygasza się telewizyjny ekran, na szybach mróz maluje swoje wzory. W jeszcze innych miejscach mowa jest o Święcie Zmarłych, o żalu do świata, o  śmierci wreszcie. Wszystko to składa się na kosmos życia; z tych ułamków, mgnień buduje się szczególny ciąg.

I - jako się rzekło - każdy z tych opisów, napisanym językiem prostym, powściągliwym, niemal suchym, opatrzony jest komentarzem lirycznym. To autonomiczne utwory, ale silnie współgrające ze sobą.

Pozostając przy gastronomiczno-kucharskich skojarzeniach najbardziej przypomina mi to przekładaniec lub wielowarstwowy tort. Choć rzadko słodki, raczej słodko-gorzki.

To bardzo ciekawa próba i oparta na przednim (choć nienowym przecież!) pomyśle konstrukcyjnym.

Jest też pointa. To wiersz domykający zbiór, pod tytułem "Głupie życie". Przytaczam go w całości:

 

nie uśmiecha się do mnie

na zawołanie.

Oporne na zabiegi wychowawcze,

pokazuje język jak niesforny dzieciak.

Wymyka się spod kontroli.

Goni nie wiadomo za czym.

Szachruje, bruździ, obiecuje...

 

I nie wiadomo do końca,

kto kogo się trzyma.

 

6.

Dla urozmaicenia weźmy prozę. Aż z Wejherowa dotarł zbiór opowiadań różnych autorów ("«Jan z Zapyziału» i inne opowiadania"; wybór, układ i wstęp Tadeusz Linkner; Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej w Wejherowie, Wejherowo 2005, str. 240).

Jak informuje podtytuł - to antologia prozy współczesnej. Wszelako nie ogólnopolskiej, a kaszubskiej lub też wokół szeroko pojętej kaszubszczyzny się obracającej, gdy o tematykę idzie. Stanowi pokłosie Ogólnopolskiego Konkursu Prozatorskiego im. J. Drzeżdżona z lat 2000-2004.

Co ciekawe, interesującą, lokalnie opublikowaną książkę wydano przy pomocy finansowej Ministerstwa Kultury, Starostwa Powiatowego w Pucku i Wejherowie, miast Jastarni, Redy, Rumii, Władysławowa, Wejherowa i gminy Puck. W ramach realizacji programu "Upowszechnienie i promocja pomorskiej twórczości artystycznej w odrestaurowanych wnętrzach Pałacu Przebendowskich". A całość wydrukowało Wydawnictwo Diecezji Pelplińskiej "Bernardinum". Zaprawdę, piękny to przykład współpracy rozmaitych regionalnych instytucji. Piękny i dosyć rzadki.

Na antologię złożyły się opowiadania 9 autorów. Są to w kolejności: Henryk C. Konkol, Andrzej Maksimowicz, Ryszard Hop, Tomasz Żuroch Piechowski, Joanna Zbierska, Mariusz Bielak, Urszula Kamińska, Danuta Krystyna Sikorska i Jerzy Hoppe. Większość autorów prezentuje po jednym tekście. Inaczej jest z Danutą K. Sikorską, przedstawiającą się dwoma opowiadaniami. A Henryk C. Konkol ma w zbiorze aż cztery teksty prozą.

Może nie jest to proza artystycznie bardzo wysokiego lotu, ale przykuwa uwagę innymi walorami. Przede wszystkim mocno akcentowanym regionalizmem - ową dość egzotyczną odrębnością społeczności kaszubskiej. Rzecz jasna egzotyczną dla mieszkańców z głębi kraju.

O czym owe opowiadania traktują? Pod zwornikiem kaszubszczyzny bogactwo tematów. Mamy tu teksty o motywach morskich, wojennych, obyczajowych. Kaszubscy rybacy potykają się z żywiołem Bałtyku (ale też jezior), ktoś emigruje do Niemiec, odzywa się mało znana legenda o Juracie, na obrzeżach majaczą wspomnienia drugiej wojny światowej.

Jednak mnie, jako starego wędarza, najbardziej zaintrygowało opowiadanie Andrzeja Maksimowicza pt. "Łosoś". Dawno już nie czytałem tak sugestywnego opisu króla ryb. I to w dodatku w tak dobrze dramaturgicznie napisanym tekście. Nie ukrywam, miałem sporą frajdę.

Polecam cały zbiór - mimo braku głośnych medialnie nazwisk. A może właśnie dlatego. Warto czasem pogrzebać w niepozornej literacko inności.

 

Zatem rok dopełnił się - przeglądowo. I nie tylko. Mnożycielom literackich dzieł życzę w 2007 r. więcej samokrytycyzmu, samozaparcia i weny. A czytelnikom jak najwięcej satysfakcji z trawionych książek!


(listopad 2006)
Paweł Szeroki