Łabuź 58/2006


 
(...) po 1956 r. komuniści ostrożniej ważyli słowa. Tadeusz Manteuffel, w czasie okupacji oficer Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK, w PRL zyskał sobie wśród warszawskich historyków pozycję czołowego autorytetu. Władze komunistyczne, chcąc nie chcąc, liczyły się z nim. Pewnego razu, gdy usiłowały przeforsować jakąś decyzję, godzącą w korporację akademicką, Manteuffel zagroził, że na znak protestu nie tylko sam ustąpi ze stanowiska dyrektora Instytutu Historii PAN, ale skłoni do gremialnej dymisji całą Radę Naukową Instytutu. W obliczu takiej groźby władza ludowa podwinęła ogon pod siebie i zrejterowała.

 

Odwagą, której zabrakło komunistom, wykazał się ostatnio w podobnej sytuacji minister Zbigniew Ziobro. Postanowił on rozstrzygnąć rozbieżność poglądów pomiędzy sobą a Komisją Kodyfikacyjną Prawa Karnego, odwołując przewodniczącego tej komisji prof. Stanisława Waltosia. Gdy cała Komisja złożona z najwybitniejszych znawców prawa karnego na znak protestu podała się do dymisji, Ziobro pouczył panów profesorów, że nie wypada głosić opinii sprzecznych z poglądem ministra sprawiedliwości.

 

Niejeden minister w PRL myślał tak samo, ale żaden, o ile pamiętam, nie odważył się tego publicznie powiedzieć. Dzisiejsza władza okazuje pewność siebie, której władza komunistyczna nie miała, ponieważ nie czuła się prawomocna. Ekipa rządząca PiS jest świadoma nie tylko swego mandatu wyborczego, ale i zakorzenienia w sporym odłamie polskiego społeczeństwa, który po 17 latach III RP jest głęboko rozczarowany demokracją. Najbardziej opiniotwórcze gazety nie zostawiły na panu Ziobro suchej nitki. Nie oszczędziły go także prywatne telewizje, a jakaś wzmianka o jego bulwersującej wypowiedzi przedostała się nawet do bardzo grzecznej wobec rządu TVP. Ale żadna krytyka nie zaszkodziła krewkiemu ministrowi. Sondaże dowodzą, że Ziobro pozostaje jednym z najbardziej popularnych polityków w Polsce.

 

Wyników tych sondaży nie wolno lekceważyć, jeśli chcemy poważnie dyskutować o stanie polskiego społeczeństwa. Podział na stronników i przeciwników PiS ujawnia coś znacznie istotniejszego od zwykłych różnic politycznych - ujawnia pęknięcie kulturowe. Z jednej strony mamy ludzi lepiej wykształconych, lepiej sytuowanych, lepiej oceniających bilans transformacji ustrojowej i własne perspektywy życiowe. Jest to Polska oświecona, dla której medialna krytyka PiS jest przekonująca, głos profesorów prawa ma wielką wagę, a słowa i decyzje ministra Ziobro są kompromitujące same przez się, niezależnie od komentarzy prasowych. Po drugiej stronie mamy jednak wielką rzeszę ludzi gorzej wykształconych i sytuowanych, których liberalna modernizacja kraju zostawiła za burtą, a bilans III RP przedstawia się w ich oczach fatalnie. Ta rzesza to Polska ludowa (nie mylić z PRL). Tu nie docierają argumenty obrońców liberalnej demokracji i żadna burza medialna nie zmieni pozytywnego obrazu PiS ani nie uszczupli popularności ministra Ziobro. Polskę ludową dzieli od Polski oświeconej szczelna bariera komunikacyjna, przez którą w jedną ani w drugą stronę nie przenikają oceny, argumenty, informacje. Mamy do czynienia z rozbiciem społeczeństwa na dwie części, obce sobie nawzajem.

 

Dlaczego doszło do tak groźnego naruszenia więzi społecznych? Przecież zaledwie ćwierć wieku temu "Solidarność", łącząca w jednym ruchu wokół wspólnych celów inteligencję z robotnikami i z organizatorami związków chłopskich, zdawała się ucieleśniać marzenie romantycznego poety: "Z szlachtą polską polski lud, jak dwa chóry - jedno pienie". Czemu dziś pienia są tak bardzo różne, jakby chóry nie miały już ze sobą nic wspólnego? To pytanie wydaje mi się istotniejsze od psychologicznych dociekań nad motywami postępowania braci Kaczyńskich. (...)

 

Prof. Karol Modzelewski "Chóry i pienia"
Gazeta Wyborcza - Świąteczna z 29-30 lipca 2006 r.


Dziękujemy Pkl. "Łabuź"

 



Paweł Gut

PIECZĘCIE CECHU KOŁODZIEJÓW Z ŁOBZA

Łobez miał charakter miasteczka rolniczego, w którym wielu mieszczan posiadało własne gospodarstwa rolne. Jednak większość jego mieszkańców zajmowała się różnymi zawodami pozarolniczymi, głownie rzemiosłem lub handlem, a rolnictwo traktowane było przez nich jako dodatkowe zajęcie i źródło utrzymania. Rzemieślnicy, ale i kupcy zrzeszeni byli w cechach i gildiach. Każda z takich organizacji samorządu gospodarczego posiadała swój własny statut nadany przez władze miasta lub też właściciela miasta albo monarchę. W Łobzie obok gildii kupieckiej działało kilkanaście cechów różnych branż, z których najważniejsi byli piekarze, rzeźnicy, szewcy i tkacze.

Jednym z cechów działających w Łobzie byli również kołodzieje. Ich samorząd powstał w 1790 roku na podstawie przywileju króla pruskiego z 3 czerwca 1789 roku (General Privilegium und Gulde Brief des Stell und Rademacher Gewerks in Hertzogthums Vor - und Hinterpommern, insonderheit dessen der Stadt Labes. Berlin, vom 3. Juni 1789). Początkowo Cech Kołodziejów w Łozbie (Stell und Rademacher Gewerk zu Labes) skupiał 7 mistrzów z miasta i jego okolic oraz kilkunastu uczniów i czeladników.

W 1859 roku cech kołodziejów połączył się z bednarzami. W 1891 roku ponownie jednak utworzono samodzielny Cech Kołodziejów w Łobzie (Stellmacher Innung zu Labes)

Wraz rozpoczęciem działalności cechu przygotowane zostały dla niego atrybuty władzy, w tym pieczęć. W swojej działalności Cech Kołodziejów w Łobzie w latach 1790-1933 posługiwał się dwoma pieczęciami. Pierwsza z nich została wykonana już w 1790 roku przy założeniu cechu. Tłok tej pieczęci wykonany został w mosiądzu, ryt jego był wklęsły i służył on do pieczęci lakowych. Jednak władzom Cechu Kołodziejów w Łobzie nie przeszkadzało stosować go również do robienia odcisków tuszowych, m.in. na listach uczniowskich, np. z 1799 roku.

Drugi z typariuszy cechu kołodziejów powstał w 1891 roku przy ponownym usamodzielnieni się samorządu tej branży. Wykonany został on w gumie jako stempel do pieczęci tuszowych (ryt wypukły). Legenda (napis) i rysunek nowej pieczęci były kopią z tłoku z 1790 roku.

Rysunek napieczętny obu typariuszy przedstawiał powóz zabudowany na kołach szprychowych z dyszlem uniesionym do góry i opartym o siedzisko stangreta. Wizerunek ten z obu typariuszy łobeskich kołodziejów wyróżniał się pośród innych pieczęci cechów tej branży rzemieślniczej na Pomorzu. Najczęściej wykorzystywanym rysunkiem było koło szprychowe oraz dyszel. Takie wizerunki widniały na pieczęciach kołodziejów z Gardźca, Stargardu czy Suchania.

Napis w otoku pieczęci kołodziejów z Łobza zawarty był między dwiema obwódkami i brzmiał *GEW: SIEGEL DER STELL UND RADEM: zu LABES* (Pieczęć Cechowa Kołodziejów i Wytwórców Kół w Łobzie).

Obie pieczęcie przechowywane były zawsze u starszego cechu kołodziejów w Łobzie aż do połowy lat trzydziestych XX wieku. W 1936 roku w związku z likwidacją organizacji cechowej przez nazistów akta oraz oba typariusze Cechu Kołodziejów w Łobzie zostały przekazana do archiwum w Szczecinie.

 

Paweł Gut

 

Rainer Maria Rilke

POETA

Oddalasz się, godzino, ciągle.

Trzepotem skrzydeł ranisz mnie.

Samotny: co z ustami pocznę?

i z moją nocą? z moim dniem?

 

Kochanki nie mam, przyjaciela,

ni domu, w którym mieszkać chcę.

Lecz rzeczy, którym się powierzam,

Bogactwem swym wydają mnie.

 

Rainer Maria Rilke
Przełożył Andrzej Lam

 



Władysław Edward Gałka.

Czytam, idzie mi jak po grudzie. Od dawna już nie potrafię czytać "Łabuzia" jednym tchem. Rzucam się na trochę lżejsze wiersze i teksty i zastanawiam się nad przesłaniem literatury. Czy ona coś zmieni? Prawda, zmieniła planetę. Ale czy duszę? Czyją? A tak w ogóle to zdycham z bezczynności. Wyrwać się stąd! Duchem i ciałem. Tego jeszcze oczekuję od życia.

Strona w sieci mój "Pergamon".www.wegorzyno.pl/rzez/page_01.htm

Jest mi to dane, marzenia jednak się spełniają. Czasem zbyt późno. Wypiąć się na wszystko? Nie mogę. Mam jeszcze czas, może i lata. Pergamon, Troja to już ikony. Dociekliwość. Tak to mnie nakręca: zwidy, majaki...a podkręciłem się fest,4 miesiące bez leków. Lubię to.Te leki kastrują jaźń. Bez nich błyszczę i jestem na nieustannym haju, ocieram się o absolut. A teraz biorąc je mam być zimnym wyrachowanym draniem? Muzyka sfer, głos kosmosu, nieprzerwana symfonia, cicho-unisono.Warta jest tego ryzyka.

Morbus Bleuleri, lekarzowi to wystarczy: zastrzyk w niewymowną część zadu i dużo spokoju, to ich recepta. Prawda, metoda skuteczna, żyję z pięcioma procentami ozdrowieńców, a reszta kwili cicho gdzieś w kaftanie.

Zmarł Zygmunt Kałużyński. Mam się ustosunkować? Nie mogę. To jeden z moich drogowskazów. Libertyn. Ale JAKI! Puka teraz do nieba bram. Kino.

Ja z kina-baśni wyrosłem, On do końca w nim był Piotrusiem Panem

 

Władysław Edward Gałka

 



Renata Teresa Korek

MŁYN NA WODĘ, CZY WODA NA MŁYN...?

Wyglądając przez pałacowe okna od strony rzeki Młynówki w Trzebiatowie możemy zaobserwować życie wodnej elektrowni. Kiedyś stał tutaj młyn uwieczniony na obrazie słynnego niemieckiego architekta i malarza Karla Schinkla. Trudno przecenić znaczenie młynów wodnych (i nie tylko) dla gospodarki Pomorza przed wojną; po wojnie również, dopóki nie przeżarła ich rdza, wiodły swój los zgodnie z przeznaczeniem.

Zaglądając do potężnej monograficznej książki " Chronik des Kreises Greifenberg in Hinterpommern"(Von Dr. Albert Ulrich aus Woedtke, 1990 r.) możemy poczytać o historii młynarstwa w powiecie gryfickim...

Pierwszy młyn w Trzebiatowie powstał w 1289 na Bollenburgu (obszar przy ul. Kołobrzeskiej położony między mostami, po lewej stronie schodząc w dół). Rozbudowany w 1307 r. był ściśle związany z klasztorem w Białobokach. Burmistrz Trzebiatowa Hinricus Wilde nakazał mieszkańcom korzystanie tylko z tego młyna wodnego. Pomysł nie do końca spodobał się obywatelom miasta. W niedługim czasie wybudowali przed Bramą Gryficką wiatrak, a w samym centrum kierat konny.

W 1337 r. przełożony klasztoru rozwiązał umowę z miastem i odstąpił mu młyny za około połowę zysku. W 1732 r. młyn wodny ze względu na wady konstrukcyjne został poddany gruntownej modernizacji. Trzy koła młyńskie napędzały sześć mlewników kamiennych. W 1766 oddano go w dzierżawę wieczystą.

Młyn do mielenia kory dębowej służył przede wszystkim osiadłym w Trzebiatowie garbarzom, białoskórnikom, szewcom i wyrobnikom wełny. W 1850 r. właściciel Bolle sprzedał jedną turbinę. Pod koniec 19-go wieku młyn wodny kupili bracia Rackow i od 1920 r. podlegał on centrali w Białogardzie. 1 maja 1925 roku wielki pożar zniszczył stary młyn wodny, który niestety nie został odbudowany. Pomorska Elektrownia Okręgowa utworzyła w tym miejscu elektrownię, którą możemy podziwiać również i dzisiaj.

Młyny, które działały w Trzebiatowie do 1945 r. to: młyn Bischoffa na obecnej ulicy Kołobrzeskiej, młyn Gansewendta na ulicy Długiej, młyn Runge na ulicy Słowackiego oraz młyn Volkmana na ul. II-go Pułku Ułanów (wszystkie budynki przetrwały).

Czas małych romantycznych młynów, o których napisano tysiące bajek i legend - bezpowrotnie minął. Są jednak chlubne przykłady, kiedy można o nie zadbać, a także na nich zarobić. Proponuję Państwu wycieczkę do pobliskiego Mołstowa w gminie Brojce. Nad niewielką rzeką Mołstówką bogatą od zawsze w węgorze i łososie, w niezwykle malowniczej dolinie wznosi się młyn wodny. Ponieważ jest to kraina mojego dzieciństwa, darzę go podwójnym sentymentem. Mieszkała tu moja szkolna koleżanka Bogusia Bodnar. Pamiętam, iż jedynym wtedy źródłem prądu w tej okazałej budowli była turkocąca turbina napędzana siłą spiętrzonej i opadającej wody. W gospodarstwie młynarza obok drobiu, pasły się konie i owce, które obecny właściciel zamienił na hodowlane ryby. Druga - mieszkalna część rozległego domu - należy do poprzednich użytkowników. Młyn w Mołstowie objęty jest ochroną konserwatora zabytków. Trzeba przyznać, że jest w kwitnącej kondycji. Miłe obejście działa relaksacyjnie. Można tez kupić pysznego świeżego pstrąga z unijnym certyfikatem odłowionego w jednym z dwunastu(!) stawów. Znajduje się tu również wytwórnia prądu. Młyn, chociaż nie miele mąki, został uratowany przed dewastacją i żyje ku chwale właścicieli i pomysłodawców własnym, pogodnym życiem. Nad malowniczą Mołstówką można odnaleźć inne, również interesujące pod względem architektonicznym tego typ obiekty: w Brojcach, Bielikowie i w Grądach. Ten w Grądach, należący do gospodarstwa agroturystycznego państwa Bobkiewiczów zachował jedyne w swoim rodzaju wyposażenie i jest jeszcze "na chodzie". Dzięki uprzejmości gospodarzy można własnoręcznie zemleć garść śnieżnobiałej mąki uatrakcyjniając sobie pobyt na tradycyjnej wsi. Młyn dodatkowo produkuje prąd, sprzedawany przez właściciela państwu.

Piękny młyn wznosi się nad Regą w Gryficach, aczkolwiek obecny właściciel, jak to w naszej Polsce bywa, ma jakieś kłopoty administracyjne - jednak powyższe przykłady wskazują - iż jeżeli się chce, wszystko jest do przeskoczenia. Jedyny młyn z pełnym wyposażeniem w Trzebiatowie położony w centrum miasta również nie ma szczęścia. Bądźmy jednak dobrej myśli, że dla nich również przyjdą lepsze czasy.

Stojąc na moście i patrząc na spienioną, pędzącą wodę, zastanawiam się, co lepsze: młyn na wodę, czy woda na młyn...?

 

Renata Teresa Korek

 

Mariusz Cezary Kosmala

OJCZYZNA 2

Nie ojczyzna, a miska z kałużą lub błotem.

Nie ojczyzna, a kebab z tłustej starej baby.

Nie ojczyzna, a morda ozdobna ze szlugiem.

I nie ojczyzna, ale trutka na Polaków.

 

Bo nie ojczyzna, ale ciągle droga wódka.

I nie ojczyzna, bowiem panienka do tirów.

Bo nie ojczyzna, i nie matka nawet, ale

ciocia Jadzia, co wpadła pod tramwaj przypadkiem.

 

Bo nie ojczyzna, ani nawet nie polszczyzna,

lecz martwe makagigi krzyczane na migi.

I nie Chrystus narodów, ale menel zwykły...

 

I złodziej. Bowiem każdy menel to jest złodziej.

I nawet nie ksiądz proboszcz, ani inny ojciec,

tylko najzwyczajniej w świecie usrany koniec.

 

(20) - 23 III 2006
Mariusz Cezary Kosmala

 

Lech M. Jakób

KSIĘGARNIE

Droga dzieła literackiego od twórcy do czytelnika nie jest krótka. To proces złożony - jeśli na myśli mamy efekt ostateczny w postaci publikacji zwartej, czyli książki. Drogę znaczą kolejne etapy. A każdy jest na swój sposób dla twórcy ważny.

Oczywistym jawi się punkt wyjścia, czyli konkretny utwór (np. powieść, tomik, zbiornik opowiadań). Bez napisanego dzieła nic się dalej nie dzieje. Gdy autor uzna dzieło za gotowe, przekazuje wydawcy. To etap drugi. Tu opracowuje się rzecz edytorsko i rozmnaża w planowanej ilości egzemplarzy. Trzecim etapem są hurtownie. I dopiero czwartym sieć księgarń.

 

Dla pisarza właśnie księgarnia jest miejscem szczególnym, jeśli nie magicznym. Wszak tutaj, opuszczając kolebkę wydawniczą, trafiają jego dzieła. Tu właśnie czytelnik ma szansę po raz pierwszy zderzyć się z nowymi (lub wznowionymi) książkami.

Świeżo opublikowana rzecz trafia na regał, stelaż, ladę, witrynę. Czasem towarzyszy temu ulotka reklamowa lub plakat. Jednak nowoprzybyłe tomy nie zawsze "rozpychają się łokciami", atakują wizualnie. Niektórym wystarczy dyskretne wśliźnięcie się za księgarską rubież. Są świadome swej wartości. Bez niepokoju czekają na mającą sięgnąć po nie czytelniczą dłoń.

A ileż emocji kryje się w autorach nawiedzających księgarnie! Obserwują jak ich książki są traktowane. Czy aby księgarze należycie je eksponują; czy do wypieszczonych dzieł jest przykładana odpowiednia waga.

I tu - jak powiadał Wieniawa-Długoszowski - kończą się żarty, a zaczynają schody. Wysokie schody. Okazuje się bowiem, że w przytłaczającej większości księgarń handlujących tymi szczególnymi wytworami kultury niewiele obchodzi, co sprzedają. Dostarczane nowości traktowane są jak zwykły towar - porównywalny do bułek, wody gazowanej słodkiej, straganowych biustonoszy lub wykałaczek. Zaś jedynym kryterium wartości tego "towaru" jest - jak usłyszałem na własne uszy w pewnej pomorskiej książnicy - "sprzedajność". Byle obrót szedł, byle płynęła gotówka.

 

Traktowanie wytworów ludzkiego ducha niczym mięsa w jatce szczególnie boli ich autorów. Ale nie tylko autorów - w końcu jest ich tylko garstka w stosunku do reszty nabywców. Bulwersuje każdego, komu dobro książki choć trochę leży na sercu.

Z jednoczesnym kurczeniem się ilości placówek księgarskich w kraju nastąpiła niesłychana wręcz erozja prestiżu - szlachetnej niegdyś - profesji księgarza. Jeszcze niedawno zdarzało się spotkać za ladą sprzedającego z kierunkowym (tj. księgarskim) wykształceniem, kogoś przynajmniej książki przeglądającego, a nawet czasem księgi kochającego. Taki księgarz znał nazwiska autora, tytuły, potrafił błąkającemu się klientowi doradzić, podsunąć odpowiednią lekturę. Ba, bywało (sam tego doświadczałem), że w zaprzyjaźnionej księgarni poczęstowano herbatą lub kawą i znajdował się czas na rozmowę o nowościach.

By oddać sprawiedliwość powiedzmy, że nadal spotkać można przyjazne księgarnie z kompetentnym personelem; szybko reagujące na zapotrzebowanie i traktujące książkę z należnym jej szacunkiem. Zwłaszcza w niektórych większych miastach. Lecz to wyjątki siermiężnej księgarskiej rzeczywistości.

 

Często nawiedzam księgarnie - nie tylko jako pisarz, ale także jako zawołany czytacz - i wiem, co mówię. Rozmowy w większości księgarń bywają żenujące, a personel absolutnie przypadkowy. Choćby w czterech księgarniach najbliżej mego miejsca zamieszkania. Jedna panienka z zagadkowym uśmiechem przeszła tu "od guzików" (poprzednio sprzedawała w pasmanterii), druga prosto z "pośredniaka", młódkom zalecono wykazać się stażem pracy gdziekolwiek i wybrały księgarnie "bo tu przynajmniej ładnie pachnie i ludzie nie krzyczą". Panienki paradują między regałami i pięknie kręcą kuperkami.

Lecz nie daj Bóg, by sklepowy komputer się zaciął, bo wówczas panika: żadna nie wie, co na półkach ma, gubi się w nazwiskach, latach wznowień, wydawniczych seriach. Więcej. Niemal żadna z tych ubogich umysłowo istot książek nie czyta!

"Bo po co? - jasno i z uderzającą szczerością wytłumaczyła mi pewna handlarka w średnim wieku, szczerząc porcelanowe ząbki. - Czy jak sprzedaję kaszankę i cynaderki, to muszę kosztować k a ż d ą  kaszankę i  k a ż d e  cynaderki?"

I tak pointa felietonu o księgarskiej rzeczywistości napisała się sama...

 

Lech M. Jakób

 

Agnieszka Wesołowska

PSALM

Za to co mnie nie wybawiło

od Bacha ani od kornika

wstaję rano i trącam

snem o wielki zegar z kukułką,

biodrem o powietrze,

kryształem o kryształ.

 

I za życie usłane wierszami

i za szczęście pierwsze lepsze -

 

kudłate niebo skacze do oczu

                    błyskawicą.

Jakie to uderzające

że ciągle żyjemy.

 

Tu się ziemia obraca po cichu

na palcach.

I chwyta się kurczowo

wiernej łapy wszechświata.

 

Już mnie ta łapa nie raz trzymała

w eterze międzysłowia -

 

zawsze kiedy wielki odźwierny zamyka

bramy dnia i podwórka

w milczeniu przeżywamy

wigilię poranka

                    dzieląc się tym co było.

 

Lubię dzwony twoich stóp wracających

i srebrne palce grudnia.

 

W przyszłą niedzielę

już na pewno uwierzę

w pożegnania

 

Bo do grudnia znów cały rok.

 

Agnieszka Wesołowska

 


KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między zaprzyjaźnionymi pisarzami. Na naszych łamach od października 1998 roku korespondują: zamieszkały w Podkowie Leśnej Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób z Kołobrzegu.

 

Dziękujemy - pkl "łabuź"

 

 

Kołobrzeg, dnia 31.07.2006 r.

 

Drogi Poeto Podkowiański -

 

bogaty w wydarzenia ten lipiec. Bogaty i piekielnie upalny. Ledwie wczoraj wróciliśmy z Ha do Kołobrzegu z... wypadu żeglarskiego. Miesiąc temu przez internet wyczarterowałem jacht na Jeziorze Drawskim. Niespełna siedmiometrowy, mieczowobalastowy, oczywiście z krytą kabiną - o prostej nazwie "Aquarius" (klasy "El-bimbo"). Początkowo miałem wątpliwości jak Ha, nigdy pod żaglami nie pływająca, naszą wyprawę zniesie. Zwłaszcza, że wszystko na pokładzie musiałem robić praktycznie sam. Lecz, ku sympatycznemu zaskoczeniu, z miejsca zakochała się w jachtingu. Mimo ciężkich nieraz przygód - nie wyłączając wielogodzinnej burzy z piorunami, która zaskoczyła nas na środku jeziora. Tylko czekałem, gdy które wyładowanie uderzy w maszt i przewędruje w dół... Szczęściem, waliło w taflę woda, w przybrzeżne lasy, nas ominęło. Ech, obyś widział jak "Aquariusem" wtedy rzucało! Jacht okazał się nadzwyczaj dzielny. A pod koniec włóczęgi, gdy odbiliśmy od Bielawy (największa wyspa na jeziorze), Ha nieźle już sobie radziła z szotami i zwrotem przez sztag. Naturalnie tylko przy słabszym wietrze.

Zresztą - co zdradził nam Jan Grabowiec z Czaplinka, czarterujący pięć świetnie utrzymanych żaglowych łodzi - jacht ten ma bogatą przeszłość. Między innymi służył pewnej ucieczce przez Bałtyk do Szwecji w stanie wojennym.

Niebawem prześlę Ci elektronicznie kilka fotek. Na własne oczy ujrzysz "Aquariusa" - jachcik niewielki, ale cudny. I dwie znajome twarze między grotem a wantami.

Dotąd czuję wszystkie mięśnie, przez siedzący tryb życia trochę zgnuśniałe. Jednak ten zapach wody, te kołowania rybołowów, pluskanie łysek pod trzciną, zawadiacko pełgająca o zmierzchu nad rumplem lampa naftowa, rześkie powietrze rankami, wreszcie kąpiele - z nawiązką rekompensowały cały trud. Dość powiedzieć, że wynająłem "Aquariusa" także na drugą połowę sierpnia.

 

A trzynastego lipca odmiennego rodzaju przygoda. Powiedz, Przyjacielu Drogi, zdarzyło się Tobie spotkać kogoś po trzydziestu latach niewidzenia? Bo, wyobraź sobie, podobnego spotkania doświadczyłem. Obaj byliśmy jeszcze wtedy przed publikacją pierwszych książek, dwudziestoparoletni (on pięć lat starszy), przepełnieni twórczymi pomysłami. Mieszkałem wówczas w Szczawnie Zdroju, pod Wałbrzychem. Fragment mojej inicjacyjnej powieści (z trudem skrobanej pięć lat) zdobył nagrodę w jednym ze śląskich konkursów literackich. On zgarnął swoją za wiersze (których pisywania później zaprzestał). I od pierwszego kontaktu było tak, jakbyśmy się znali od niepamiętnych czasów. Szybko urwaliśmy się nudnemu konkursowemu towarzystwu. Nagrody zasiliły kiesy kilku okolicznych knajpek. W ostatniej chwili wskoczyliśmy nocą do pociągu. Dalej wydarzenia potoczyły się trochę groteskowo.

Mocno dymiło nam z czubów. Nagle uświadomiłem sobie, że jadę w niewłaściwym kierunku. Szarpnąłem ręcznym hamulcem, skład wyhamował pod jakąś mieściną, a ja - nie bacząc na nic - kłusem przez torowiska, do następnego pociągu. Rankiem budzi mnie konduktor: wysiadka, granica, pociąg dalej nie jedzie...

Mój ówczesny świeży przyjaciel, teraz na spotkaniu autorskim w Kołobrzegu (zaproszony w ramach "Festiwalu między słowami" przez Grażynę Chrzanowską z MOK-u), zapamiętał tylko tyle, że w pewnej chwili przepadłem jak kamień w wodę. Przespał ostre hamowanie. "Słuchaj - powiada, gdyśmy się tylko wyściskali - cały czas się o Ciebie martwiłem. W pociągu została po tobie tylko fajka. Wiele lat ją potem paliłem. Chyba nie masz o to żalu? Aż wreszcie raz i drugi znalazłem informację w gazetach, że wydałeś książki. I ta ulga, że żyjesz, że nic złego się nie stało."

I tak to los pozwolił nam się odnaleźć po pełnym trzydziestoleciu. Z lekka w międzyczasie posiwieliśmy obaj. Przewaliły się życiowe eony. Opowieściom nie było końca. Raz jeszcze wchłonąłem jego film (widziany niegdyś w telewizji) ze Stanisławem Tymem w roli głównej "Czy mogę się przysiąść?", obejrzałem przygotowywaną do wydania u J. Santorskiego fotopowieść i zajęliśmy się uczciwym osuszaniem kieliszków wina.

Znasz go, przynajmniej z czytania (lub ekranizacji Andrzeja Wajdy) "Panny Nikt". Tomek Tryzna.

 

Przez te moje wojaże ostatnio nasze kontakty trochę się rozluźniły, ale e-mailowałem Ci od czasu do czasu co i jak. Mogę tylko dodać, że wydawnictwo "Telbit" już projektuje okładkę "Filipa Szalonego", a sama powieść wyjdzie jesienią tego roku. Jednak trochę błędnie wtrącasz mnie w okolicę skrzydeł autora "Sposobu na Alcybiadesa". Przekonasz się o tym po przeczytaniu książki. Pomysł (między innymi) wziął się stąd, że zmęczyło nachodzenie przez "zielonych" pisarzy z prośbą o porady warsztatowe. A ponieważ poradniki są nudne, zdecydowałem się napisać powieść o pisaniu powieści. Porady są ukryte w fabule. Dosyć lekko, niby mimochodem. Mam nadzieję, że to niejedyny walor "Filipa".

Czyli dla młodzieży dlatego, że tam największa nieświadomość możliwości pióra i głód pisania. Wszak stare repy podobnych rad nie potrzebują.

Listowi towarzyszy pakiet z egzemplarzami autorskimi "Latarni Morskiej" nr 3. I pewnie od przejrzenia "Latarni" zacząłeś. Zatem już wiesz, że Twoje słuchowisko "Przepustka do nieba", którego premiera w szczecińskim radiu nastąpiła w maju, u mnie wypełniło siedemnaście stron. Musiałem wpuścić więcej światła między kwestie person dramatu, bo zapis sztuki "lał się" typograficznie.

I popatrz - niechcący wyszła triada: po druku Twoich wierszy w pierwszym numerze "Latarni", prozy w drugim, w trzecim mamy dramat. Ujutnie - jak powiadają Rosjanie. Lecz na tym koniec prezentacji Twoich utworów. Przynajmniej na dłuższy czas. Trzeba dać szansę innym autorom.

Niestety, nie obyło się bez wpadek drukarskich, co widzę po odebraniu nakładu. Znów za wąskie marginesy, brak nasycenia czernią niektórych grafik, złe cięcia, by na tym poprzestać. I już jestem na krawędzi decyzji. Chyba zmienię drukarnię, skoro dotychczasowa trzykrotnie - mimo ustaleń wcześniejszych - popełniała te same błędy. Być może znajdziemy jaką porządniejszą w głębi kraju.

Prawdę mówiąc już siedzę nad czwartym numerem. W bieżącym numerze mamy uroczą, choć trochę melancholijną (?) grafikę Renaty Cebuli-Fenn. W następnym znajdziesz rysunek i malarstwo (kolorowy wpust między strony na kredowym papierze!) Dariusza Kalety. Oczywiście będzie nowa zakładka poetycka i sporo innych tekstowych niespodzianek. Ale ich nie zdradzę - wszystko w swoim czasie.

Na koniec wracam do urwanej rozmowy. Pamiętasz, gdy byliśmy z Ha u Ciebie wiosną, tuż przed wyjazdem zacząłeś opowiadać zabawną historię o "sfałszowanym" haśle w "Słowniku mitów i tradycji" Władysława Kopalińskiego. Bardzo mnie to wtedy zaintrygowało. Może wreszcie wyjaśnisz jak sprawa się miała? W jakich okolicznościach hasło podrobiłeś i jak sam autor słownika na hucpę zareagował? Bo musiał w którymś momencie obcy wtręt dostrzec.

 

Z żeglarskim uściskiem i zawołaniem ahooooooj! -
Latarnik alias admirał Sztokfish

 

PS. Bodaj pół roku temu polecałem Ci "Wilczy notes" M. Wilka. Akurat po lekturze jestem kontynuacji tamtej książki - "Wołoki"*. Wołoka - wsłuchaj się w brzmienie słowa. Rozciągnij sylaby. Cudo! I z ruska wilka (wołk) w sobie zawiera. Nie ma polskiego odpowiednika tego słowa, ja przynajmniej nie znam. To pas ziemi między zbiornikami wodnymi, kędy przeciąga się łodzie. Ale to w książce, obok dosłownego, ma też metaforyczne znaczenie. Niebanalny dziennik podróży przez Wyspy Sołowieckie. Szła rzecz odcinkowo w latach 1998-2002 najpierw w paryskiej "Kulturze", później w dodatku "Rzepy", na łamach "Plusa-Minusa". Przy takim tekście, wysyconym smakami językowymi, prawdziwie można odpocząć od - w większości przaśnej lub zwyczajnie nijakiej - rodzimej prozy współczesnej, zwłaszcza najmłodszej.

 



*Mariusz Wilk "Wołoka", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2005, str. 256


 

Lechu Kochany,

 

Dziękuję serdecznie i za list, i za fotkę z "Aquariusem". Niestety nie mam wakacji i mogę Ci tylko zazdrościć. Już jestem bardzo zmęczony, a tyle pracy przede mną. Moja wina, nie powinienem się godzić na zbyt krótkie terminy. Siedzę nad nowym słownikiem i czasu mi brak na wszystko. Co prawda materiał (skróty i skrótowce) mam zebrany, notowałem to wszystko przez lata przy okazji pracy nad frazeologią, ale każdy wpis jest redakcyjnie inny. A to groza. Muszę to porządkować - hasło po haśle. Trochę dałem córce Justynie, która jak wiesz zna wiele języków i jest biegła w takiej robocie, ale przecież ona też ma swoje życie i wszystkiego za mnie nie zrobi. Łukasz pojechał na Morze Śródziemne, też tam pływa na jakiejś jednostce, jak Ty, i ojcu na pewno nie pomoże. Tymczasem napadły mnie chwile, których nie mogłem sobie odpuścić, i napisałem parę nowych opowiadań czy wierszy - w zależności od tego, o co chodziło (i od nastroju). Wiesz, nienapisane równa się stracone na zawsze, musiałem.

Ty spotkałeś kolegę po 30 latach (znanego mi z dobrej lektury), a ja straciłem swojego - Kazia Boska, znakomitego dziennikarza. Przeżyliśmy to z Ryśkiem Kapuścińskim bardzo ciężko, bo to był jego najbliższy przyjaciel, nasz wspólny.

Kazimierz był typem, który nigdy niczego tak naprawdę nie dokończył, ciągle "dopracowywał", no i się stało - ostatecznie nie skończył książki o Janie Kochanowskim, którego życie znał chyba najlepiej wśród "kochanologów". W 1983 zorganizował trzeci (i pewnie ostatni) pogrzeb poety w Zwoleniu. Byłem tam, jako jeden z kilkunastu niosłem metalową trumnę z kosteczkami Kochanowskiego (słyszałem, jak się turlają, jak tam w środku stukają) na oczach dziesiątków tysięcy pielgrzymów z całej Polski. Czasy były takie, że o tym katolickim pogrzebie (z ks. kardynałem Macharskim jako mistrzem ceremonii) wspomniał jedynie "Przekrój", podówczas krakowski, piórem Zbigniewa Święcha. Ale Kazimierz miał całą szafę kochanowskiej dokumentacji i miał napisać dzieło życia na ten temat. Pisał do dnia, w którym odwieziono go do szpitala. Perfekcjoniści często nie potrafią nigdy niczego zapiąć, zawsze czegoś im jeszcze brakuje, jakiegoś wyjaśnienia, uściślenia, rozwinięcia.

Na pogrzeb przyszło całkiem sporo ludzi (a był początek sierpnia, czas ku temu fatalny). W gazetach napisali Ryszard Kapuściński, Stefan Bratkowski. Ten ostatni przekręcił nazwisko ("Bossek"), co trudno wybaczyć. Jak by to wyglądało, gdybym Bratkowskiemu napisał po śmierci "Bradkowski"? Najciekawszy był poczet sztandarowy "Związku Represjonowanych Żołnierzy Górników", starzy żołnierze w mundurach. Kazek był synem przedwojennego komendanta policji, a więc człowieka przez stalinizm wyklętego. Dlatego zabrano Kazka ze studiów (lata 50.) prosto do kopalni węgla, z której miesiącami nie wychodził, a w której pod ziemią przebywał nieraz po kilka dni (metoda "na wyniszczenie"). Takich żołnierzy komuna pogardliwie nazywała "czarnymi baronami". Kazimierz przez całe późniejsze życie unikał windy, budził się w nocy z krzykiem, rozglądał się, czy nie jest śledzony, mówił nadzwyczaj ostrożnie, dyplomatycznie...

Jedyną pociechą jest to, że i "Latarnia Morska", i radio o mnie nie zapomniały. Szkoda, że to już u Ciebie koniec, bo mam parę drobiazgów, moim zdaniem godnych "Latarni". Może uda mi się Ci je wcisnąć, nie od razu, za jakiś czas. Mogę na to liczyć? Czasopismo jest na tyle dobre, że wróżę mu byt dłuższy niż licznym efemerydom, które co chwila czymś zakwitają i więdną w okamgnieniu.

Słuchowisko sprawdziło się w reżyserii Waldemara Modestowicza i z kreacjami aktorów, których nie znam, a których podziwiam, gdyż dialog nie jest najłatwiejszy. Pan Waldek to opoka, można na nim polegać, pokierował tym dobrze. Jak wiesz, zmieniłem w tekście pewne drobiazgi, bo mnie o to prosił, i właśnie w takiej postaci posłałem Ci to do druku. Tak więc tekst w "Latarni" jest identyczny z tekstem zagranym. Bardzo dobrze, jest trwała dokumentacja.

Słuchałem tego ze trzy razy, bo chciałem zrozumieć pewne niuanse z drugiej warstwy. Czułem je, kiedy pisałem, ale nie uświadamiałem ich sobie tak, jak powinienem. Chodzi mi o dyskurs o przemijaniu w zderzeniu ze stałością ludzkiej natury. Trochę o to, co zaobserwowałem w Ameryce: mimo ogromnych różnic kulturowych, etnicznych i czego tam jeszcze, ludzie zawsze są ci sami. Tę tajemnicę znają wszyscy, ale jak się do niej dobrać? Jak ją przedstawić? W końcu dałem spokój przesłuchaniom, bo coś mnie zmusiło do rzeczywistego zmierzenia się z problemem i napisania paru opowiadań, które w dnie to mają właśnie. Na ogół odcinam się od rzeczy już zrobionych i upowszechnionych, ale tym razem jakoś się nie dało.

Niepotrzebnie narzekasz na typografię "Latarni", nie jest najgorsza. Ale jeśli chcesz to poprawić, to oczywiście odradzać nie będę. Żeby tylko się nie skończyło tak jak z tym stryjkiem i kijkiem.

"Wołoki" jeszcze nie czytałem, jeszcze przyjdzie na to czas. Na razie mam za sobą Filipa Bajona "Cień po dniu"*, ciekawie pomyślaną powieść autobiograficzną. Ciekawie, bo Filip użył faktów ze swojego życia nie do pisania zbeletryzowanego biogramu, ale do opisania epoki. To sukces pisarski. Facet, który w gruncie rzeczy jest gwiazdą i który może być zaliczany do elity towarzyskiej, pokazał się z innej strony, mimo że co chwila w powieści wykwitają fakty i fakciki "gwiazdorskie", np. z filmowego planu "Magnata" albo z wyjazdu na festiwal filmowy w USA, albo na takiż we Florencji. To są tylko punkty zaczepienia do pokazania sporego kawału prawdy o tym, czym jest nasz czas i czym był PRL. Bardzo dobra rzecz, polecam, bo to nie jest biografia. Czyta się!

Druga książka, którą Ci polecam, to też autobiografia, tym razem prawdziwa, Andrzeja Zaorskiego*, napisana przez niego przy pomocy Katarzyny Ciesielskiej. Ta pomoc nie była przypadkowa, bo Andrzej pisać umie, ale jak pewnie wiesz, bo Ci mówiłem, nie ręką. Ciężko zachorował na wylew do mózgu. Już czuje się lepiej, nawet gra w radiu i wkrótce zagra w teatrze, jednak wciąż nie jest w dawnej formie. Tryska tylko jak zwykle dowcipem językowym i sytuacyjnym, od którego zresztą w książce się roi.

Książka jest podzielona na dwie części, tę "sprzed" i tę "po" (udarze), i to dosłownie. Jedną czyta się od przodu tomu, drugą od tyłu. W tej od tyłu znajduje się fascynujący opis powrotu do świata słowa, do pojęć najprostszych i coraz trudniejszych, które gdzieś w zakamarkach mózgu (w "drugim, zapasowym banku danych") pozostały. Jest to opis tyleż dowcipny, co sarkastyczny i poznawczo niesłychanie wartościowy, bo nawet doświadczonemu medykowi pozwala zrozumieć, na czym polegają tajemnicze procesy adaptacji i uczenia się. Myślę, że takiego opisu jeszcze w literaturze artystycznej i naukowej nie było i że medycyna (psychologia?) powinna z niego natychmiast skorzystać. Tego powinni się uczyć lekarze, nie tylko młodzi. Pielęgniarki, które bez racji oskarżamy o bezduszność, a które po prostu nie wiedzą, o co chodzi. Z tekstu Andrzeja wynika bardzo wiele. A że to się wręcz pochłania, rzecz powinna z łatwością dotrzeć do umysłów najprostszych.

 

Trzymaj się, Kochany, i całuj swoją Ha!
Twój Piotrek Müldner-Nieckowski
Podkowa Leśna, 24.08.2006 r



* Filip Bajon, Cień po dniu, Wydawnictwo Jeden Świat, Warszawa 2006, str. 330
** Katarzyna Ciesielska, Andrzej Zaorski, Ręka, noga, mózg na ścianie, Wydawnictwo Autorskie, Warszawa 2006, str. 256

 

Dorota Ryst

MIMIKRA

jestem

 

tylko

pająkiem

zatrzymanym

w pół podłogi

nagłym

zapaleniem światła

staram się

tak bardzo nie być

jeszcze

miliony sekund świetlnych

 

staram się

 

ukrzyżowane światłem

moje ciało przybierze

kolor podłogi

regularny wzór

drewnianych klepek

może nawet

uda się zapach pasty buwi

 

Dorota Ryst

 

Piotr Kaczorowski

GOYA

Słońce ospale wzeszło nad zmęczonym miastem oddychającym spalinami aut. Betonowe mrowisko, pulsujące arterie, labirynty uliczek prażą się w swoim gorzkim sosie. Więzienne oczy, pozbawione emocji, mrugają okiem nadchodzącego końca żywota. Tego miasta. Getta. Getta! Podziurawione głowy chronią myśli przed światem karminowanych uśmiechów z billboardów podpasek. Obce, napastliwie przyjemne wdziera się w niebezpiecznie w mrowie doznań pulsujące sprzecznymi doznaniami w labirynt ludzkich leniwych emocji.

"Kiedy zrozumiał Pan, że świat jest niesprawiedliwy?" - Pyta reporterka. "Za wcześnie. Zbyt wcześnie, Jolu. Widziałem zło, które mnie opętywało z każdym krokiem, lecz pozostawiona dusza w raju, być może z własnej winy, kazała mi wierzyć w nieskalany świat. Każda wyczuta emocja jest wężowym jabłkiem. Widziałem je. Zło, Jolu. Być może zbyt długo się od niego izolowałem, być może za często przesiadywałem w świecie własnych fantazji. Widziałem je, wdziałem zło, jak widzi się czarne na białym, lecz nie wiedziałem, jak dać sobie z nim radę. Oblepiała mnie, wpełzało, wibrowało, pulsowało, mknęło chodnikami słodko-gorzkiej krwi. Ach, te szarości Jolu. Nie wiedziałem, byłem zbyt głupi, za mało wiedziałem, za dużo podsłuchiwałem starszych, za często przebywałem z babcią, nie wiedziałem, jak dać sobie z nim radę. Zaakceptować czy odrzucić? Oswoić czy zabić? Wychować czy jeszcze żywe wsadzić do piekarnika i upiec, słodki kaloryczny tort przekładamy dżemem z porzeczek, żeby nie był zbyt słodki. Nie wiedziałem, że można żyć obok. Nie wiedziałem, Jolu, tak po prostu. Bo wiesz, serce nie sługa... Człowiek to nie hot-dog, życie to nie hamburger w McDonaldzie. Jestem zbyt poważny, Jolu, mam zbyt wiele zasad, czuję dwa razy mocniej, może, dlatego klnę dwa razy częściej niż inni. No, przecież się nie rozpłaczę. Wierzę w life. W życie. Podobno mam dobre Feng-Shui. Chrystus miał najlepsze z nas wszystkich, ludzi. Wierzę, tak, wierzę, Jolu. Wierzę w life. A ta etykietka - bezpiecznego szaleńca, naiwnego wariata, niegroźnego idealisty - to mi, Jolu, pasuje. Pasuje, dopóki szanuję siebie."

Kurczaczek cały się trzęsąc piszczy. Rozwiera dziobek i krzyczy - "Nie odejdę spod skrzydełek - za dobrze mi tutaj. Oswoiłam już kwokę, zakochałam się w kogucie". Kogut już nie jedną kurę miał, a kwoka jak to kwoka, mruży oczy i dziobie ziarno i przymyka oko na kurczaczka. Ale kurczaczek już nie jest pisklęciem, już powinien być kwoką. Starą, opasła, z dwójką kurek przy "cycku". Kurczaczek chce być żoną swego ojca koguta. Po co? O tym tylko kurczaczki wiedzą. Kurczaczek poucza stado, lecz jeszcze sam nie umie dziobać ziarna. Nie potrafi łasić się chłopu, żeby sypnął ziarna. Nie potrafi znosić jajek kogutowi. Krzyczy, stroszy się, traci energię.

Labiryntem synaps wpełzłaś do mojej głowy. Jak ćma przylgnęłaś do ciepła mego serca. Zatańczyłaś przy kastanietach mej wrażliwości. Uważasz, że wszystko Ci się należy?

Arteriami miasta ciągnie sznur samochodów docierając przez naczynia włoskowate do dzielnic miast. Drobne uliczki nabierają znaczenia w huku silników, klaksonów i drobnych interesów. Miasto oddycha. Miasto tętni jak serce dziecka. Melodia miasta lepi się w symfonię doznań. Zapach spalin, kawiarenek, letniego potu i nowalijkowych perfum kłębi się wokół głowy tysiącem bodźców. Bóg słońca, solaris, opanował ulice hedonizmem wzrokowych impulsów. Nagich pępków, głębokich dekoltów, długich, zgrabnych nóg. Gustowne okulary, delikatna biżuteria i malarski makijaż.

Oddychasz kartką, bo jesteś sam. Muzy to już przeżytek. Choć trzeba chcieć, naprawdę chcieć, żyć w takim skwarze doznań.

 

Lublin, 19.06.2005r.
Piotr Kaczorowski
Mraczewski@op.pl

 

Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (30)

Nie zdarza się, by nie stało publikacji do omówień. Zwykle kłopot jest z "nadprodukcją" twórczą. Książki, książeczki, broszury i arkusze mnożą się niczym króliki. Na co składają się dwie główne przyczyny: coraz bardziej rozpowszechniony brak samokrytycyzmu autorów (cóż! cóż!) oraz niebywała łatwość druku.

Trochę frustruje to recenzentów i krytyków. Naturalnie tych tylko, którzy - chcąc choćby z grubsza wiedzieć co w wydawniczej trawie piszczy - pragną ogarnięcia możliwie największego obszaru twórczej "produkcji". Lecz dziś nie ma takiej możliwości. Te czasy minęły. Minęły i już nigdy nie wrócą. Zaś śledzący efekty działań wydawniczych skazani są na obserwacje szczątkowe, wybiórcze.

A oto plon minionego kwartału - publikacje wyłowione spośród nadesłanych: pięć tomików poetyckich i jeden almanach. Znani, mniej znani lub w ogóle nieznani ich autorzy pochodzą z Ustronia Morskiego, Koszalina, Dębicy, Łodzi, Wrocławia i Gdańska.

 

1.

Zacznijmy może od debiutu M. Bętkowskiej (Małgorzata Bętkowska "A ból zostaje", Wydawnictwo Działosz - Adam Cirin, Kołobrzeg 2006, str. 28) od roku 2000 zamieszkałej w Ustroniu Morskim.

Małgorzata Bętkowska (rocznik 1983) urodziła się w Wałbrzychu. Pewien czas należała do grupy teatralnej "Proscenium" działającej przy Klubie Garnizonowym w Kołobrzegu. Występowała w wielu przedstawieniach - m. in. w "Pasożytach" Mayenburga. Dotąd publikowała pojedyncze utwory w prasie lokalnej i almanachach. Zbiorek "A ból zostaje" jest pierwszą poważniejszą indywidualną publikacją autorki.

Tomik zawiera niespełna czterdzieści utworów - na ogół krótkich i zwartych. Gdy zastanowić się nad poetyką, jej źródłami, wreszcie nad doborem środków poetyckiego wyrazu - dojdziemy do wniosku, że posiłkuje się młoda autorka raczej "zdobyczami" językowymi ogólnie dostępnymi. Nie ma w tych wierszach dynamizmu świeżości, dynamizmu cechującego przecież poetów debiutujących. To strofy językowo wyciszone, czasem ocierające się o mowę kolokwialną. Lecz niepozbawione empatii, ciepła.

I jak to często w tzw. kobiecej poezji bywa, przedmiotem zainteresowania autorki są głównie uczucia. Widzimy tu huśtawkę nastrojów, zrywy serca i przeżycia pierwszych rozczarowań emocjonalnych. Zaznacza w jednym z pierwszych utworów:

Zawsze sięgałam

Po rzeczy niemożliwe

 

Lecz kiedy chciałam dotknąć

Jednej z twoich gwiazd

Ona zgasła

Chciałoby się powiedzieć: to rozterki i bóle stare jak świat. A interesujące mogą być - w sensie poetyckim - wtedy tylko, gdy wyrazimy je po swojemu, odmiennie, z użyciem obrazowania na nowo odkrytego (lub od podstaw samodzielnie stworzonego).

Opowiada też debiutantka o swojej fascynacji teatrem (powtarzalne motywy rozrzucone w całym zbiorze) i o... własnym doświadczaniu Boga, Jego obecności. Po pewnym sporze i wyrzutach stawianych Stwórcy, przyznaje z prostotą:

Wiem

Jeszcze niczego nie dokonałam

(...)

Ale teraz idę Twoim torem Panie

Lecz cóż powiem

Ty wiesz o czym marzę

Takie są te pierwsze wiersze publicznego otwarcia. Klujące się trochę niepewnie i twórczo błądzące w poszukiwaniach. Dopiero czas okaże czy obiecujące pierwociny przemienią się w strofy poetycko celniejsze. Chcę w to wierzyć.

 

2.

Kolejny zbiorek, pod znaczącym tytułem, wydał M. Czuku (Marek Czuku "Ars poetica", Biblioteka Frondy, Fronda.pl sp. zo.o., Warszawa 2006, str. 56).

Marek Czuku (rocznik 1960) urodził się w Łodzi. Jest absolwentem fizyki Uniwersytetu Łódzkiego. Na łamach prasy debiutował w 1985 r. Współredaguje dwumiesięcznik "W Kręgu Literatury" oraz internetową poetikę. Dotąd opublikował siedem zbiorów poetyckich - m. in.: "W naszym azylu" (1989), "Jak kropla deszczu" (1998), "Ziemia otwarta do połowy" (2000) oraz "Którego nie piszę" (2003).

Najnowszy tomik liczy trzydzieści utworów, niejednokrotnie wieloczęściowych.

Co można powiedzieć o zawartych w "Ars poetice" wierszach? Przede wszystkim uderza ich zwartość i kondensacja. Tu nie ma przypadkowych słów. Skąpo rozbudowane wersy wnikają w świadomość czytelnika aforystycznym zacięciem. Lecz w swej budowie wydają się nieco statyczne.

Komentujący na okładce zbiór Piotr W. Lorkowski zgrabnie, acz nieco napuszenie, powiada: "Cechuje ten tom ironiczny, zdystansowany realizm i ostrość trzeźwych spostrzeżeń. Zespalają się one z naszym powszednim doświadczeniem. Oddają jego zapętlenia, zawirowania, nieciągłości (...). W takiej zbiorowości głos poety winien się stać głosem wolnym ubezpieczającym wolność, co znaczy tutaj: upominania o autentyczność naszego bytowania pod niebem. Książka łódzkiego autora, dialogująca z rozmaitymi jego literackimi fascynacjami i inspiracjami, konsekwentnie obstaje przy tym przekonaniu."

Hmm, czyżby?

Przytoczmy wersy samego poety z tytułowego wiersza:

Czym jest poezja, która nie ocala/ narodów ani ludzi?// Niech nam będą wybaczone/ te niepoprawne słowa.// Wiara w dajmoniona/ stała się bowiem przeżytkiem,/ a poszczególne państwa demonów/ zaludniają kliniki psychiatryczne.// Poezja nie ocali człowieka poczciwego,/ tam gdzie cielec-misiu-cielec.// To tylko słodkawe zapaszki/ rozkładającej się twórczości// i świeżego mięska fa-rtu (...).

Pewne, że każdy poeta ma na swoim rozkładzie przynajmniej jeden wiersz o sztuce poetyckiej. Niejedną grubą antologię dałoby się z takich utworów ułożyć. To jakby stempel lub pieczęć twórczego sygnetu indywidualistów. Znak wodny, a czasem... piętno.

 

3.

Całkowicie odmiennie - niźli z pierwszymi dwoma przedstawionymi tomikami - rzecz się ma ze zbiorem R. Misiewicza (Roman Misiewicz "Wieprzowe języki", Towarzystwo Literackie im. Stanisława Piętaka, Biblioteka "Nowej Okolicy Poetów" - tom 13, Rzeszów 2005, str. 74).

 

Roman Misiewicz (rocznik 1964) mieszka i pracuje w Dębicy. Opublikowany trzy lata wcześniej debiutancki tomik "//...//punkt/ów//zacze/p:i.en.i:a//...//" przyniósł autorowi Nagrodę im. Iłłakowiczówny, a też nominację do Paszportu "Polityki". O tym debiucie wspominały "Prowicjonalia" wiosną 2004 r. Przykuł wówczas moją uwagę eksperymentami językowymi, rzadko spotykaną żonglerką słowem. Ten wyrazisty debiut cechował się też nieufnością wobec zastanych kodów kulturowych.

Podobnie jest z obecnym, trzyczęściowym, tomikiem - niejako kontynuacją debiutanckiego. Poeta dosiada wersy niczym dzikiego konia: operuje wymyślnymi przerzutniami, zmienia podmiotowi lirycznemu perspektywy widzenia.

Kompozycja wierszy, na pierwszy rzut oka niepewna i rozchwiana, zdaje się służyć celowej dezorientacji. Paradoksalnie budując klimat "nadrzeczywistości", świata dostępnego tylko umysłom jeśli nie szalonym, to świadomie tępiącym uświęcone tradycją rytuały kultury i cywilizacji. W poetyckim świecie Misiewicza właśnie ład jest występkiem - choć za porządkującem ładem wcześniej czy później podświadomie tęsknimy.

To utwory rozbuchane, niepokorne, poszukujące własnego miejsca w literaturze. I warte zauważenia. Choćby dla ich odwagi.

Natomiast odmienną sprawą jest, czy uda im się przetrwać próbę czasu.

Dajmy próbkę tych strof - fragmentem wiersza "nekropolitan opera", domykającego cały zbiór:

te wszystkie truchła, które padły, z mego stada -

rozdrapały już koty. pozostały pióra

tylko. nie ma ich w gniazdach, ani na cmentarzach.

nie żłobią korytarzy w bawełnianych chmurach.

kiedy żyły - krążyły między turkusowym

sadem a dołem szamba, akceptując wszystko

co świat im dawał co dzień. na ich ciała, głowy -

sączył się deszcz i światło zstępujące cicho;

siarkowe deszcze; noce i chrapliwe głosy

czujnych współbraci. a gdy zmierzchało to chmarą

siadały nad grobami. grabów czarne pąki

zrywały się do lotu z krakaniem co rano.

pod nami miasto zmarłych. spokojne i ciche.

nocą znika z alejek niepokój i lęki -

skrzypią tylko gałęzie i krzyże sędziwe.

jak lekko się szybuje w przestworzach po śmierci!

 

4.

Zgoła odmienną poetykę prezentuje o całe pokolenie starszy A.K. Waśkiewicz (Andrzej K. Waśkiewicz "Sekwencje i inne doświadczenia dawne i nowe", Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2005, str. 110).

Andrzej K. Waśkiewicz (rocznik 1941) urodził się w Warszawie, mieszka w Gdańsku. Poeta, krytyk literacki, edytor. Swego czasu związał się z Orientacją Poetycką "Hybrydy". Debiutował w 1961 roku, do dziś wydając ponad trzydzieści książek. Był redaktorem lub współredaktorem czasopism "Orientacja", "Integracje", "Młoda Sztuka", "Punkt", a też tomów prac zbiorowych, antologii i wyborów wierszy innych poetów. Przez wiele lat pracował także jako dziennikarz w "Gazecie Chłopskiej" i "Nadodrzu". Obecnie redaguje dwumiesięcznik "Autograf".

Powszechnie w literaturze krajowej bardziej kojarzony jest z krytyką, niźli z oryginalną poezją. I choć jego zasługi na polu krytyki literackiej są niezaprzeczalne, o wierszach autora wiemy (jako przeciętni czytelnicy) niewiele. A szkoda, bo to warta uwagi osobowość.

Obszerny zbiór podzielił autor na trzy części: "cztery poematy", "dwadzieścia pięć wierszy" i "trzy - nieco przydługie - wierszyki z chin". Utwory to powstałe na przestrzeni trzydziestu lat: na przykład pierwsza część poematu "sekwencje" sygnowana jest datami 1975-1976, a domykający tomik utwór opatruje data 3-5.X.2004.

Tył okładki wieńczy fotografia autora stojącego na słynnym Placu Tienanmen (słynnym z masakry studentów dokonanej przez ówczesne władze komunistyczne Chin). I właśnie peregrynacji chińskiej dotyczy część ostatnia zbioru.

W końcówce mamy ośmiopunktowe posłowie Mariana Kisiela. Napisane rzeczowo. Znajdziemy tu między innymi spostrzeżenia dotyczące tropów awangardowych w poezji A.K. Waśkiewicza, konfesyjności strof, funkcjonowania na pograniczach jawy i śnienia oraz feeryczności obrazowania. Sporo tu też mowy o poetyce epifanii.

W finale krytyk dopieszcza autora słowami: "Jego poezja będzie z pewnością jeszcze wielokrotnie przedmiotem namysłu krytyków i badaczy współczesności. Dobry czas dla niej dopiero się zaczyna. Wejdzie ona w orbitę zainteresowań krytycznych i zostanie poddana dogłębnemu oglądowi. Tego jestem pewien."

Ja jednak pewien tego nie jestem. Gdyż ta poezja, mimo poprawności warsztatowej i dużej sumy doświadczeń twórczych, wydaje się nadto wykalkulowana, za chłodna. Nie wspominając o tym, że wiersze autora wydają się trochę naśladowcze, czerpiące z zastanych poetyk.

 

5.

Kolejny tomik, niczym kosmiczna rakieta, błyskawicznie przenosi nas w jeszcze inne światy. Mam na myśli zbiór T. Liry-Śliwy (Tadeusz Lira-Śliwa "Przejście", Oficyna Wydawnicza RADOSTOWA, Starachowice 2006, str. 32), nagrodzony w Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Leopolda Staffa w 2005 roku.

Tadeusz Lira-Śliwa (rocznik 1953) urodził się w Głogowie. Mieszka we Wrocławiu. Jest absolwentem Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Wrocławskiego. Publikował wiersze i recenzje m. in. w pismach: "Fraza", "Kwartalnik Artystyczny", "Odra", "Radostowa" i "Tygiel Kultury". Debiutował tomikiem poetyckim "Wiersze przebrane" (1997), publikując później zbiory "Teatrzyk Jasna Przyszłość" (1998), "Rojona biografia i inne wiersze" (1999), "Prywatna komisja śledcza" (2004).

Stu dziesięciu numerowanym egzemplarzom minizbiorku "Przejście" patronują słowa L. Staffa:

 

I będę jeszcze cichy i spokojny

Jak ten, co idzie z piszczałką przez góry.

 

Lecz darmo tu szukać Staffowej frazy, a zwłaszcza tradycyjnego rymu i rytmu. To poezja niezwykle zwarta, w słowach oszczędna - jakby mówiona przez zaciśnięte zęby.

W zbiorku pomieszczono dwadzieścia jeden utworów wspomaganych niezwykle sugestywnymi grafikami Zbigniewa Kresowatego.

Zdaje się mieć T. Lira-Śliwa rzadki dar wiwisekcji znaczeń i pojęć. Bawi się też językiem - jego strukturą, związkami wyrazowymi. To, co powiedziane u poety wprost, tak naprawdę nie okazuje się tym, czym jest. Również niedopowiedzenia mają u autora "Przejścia" spore znaczenie.

Dobrą ilustracją sposobu traktowania poetyckiej materii przez poetę może być utwór "Taśma prawdy":

- Nie widziałem

momentu...

- Powtarzaliśmy

w zwolnionym

tempie

- Pojawiły się

pasy!

Niechaj nie zwiedzie czytelnika lakoniczność wersów. To poezja zaczynu, jakby zapalnik kreowanej przez wyobraźnię "bomby".

 

6.

I odskok od poezji. Odskok ku czemuś, co nazwać można zbiornikiem rocznych dokonań. W tym przypadku dokonań środowiska kulturalnego Koszalina ("Kultura koszalińska. Almanach 2005", Koszalińska Biblioteka Publiczna, Koszalin 2006, str. 144).

Skrzyknęła się grupa nawiedzonych i postanowili ocalić od zapomnienia wysiłek twórczy swojego miasta. "Zarażone" ideą władze Koszalina podchwyciły pomysł. Tak to sobie wyobrażam. Pośrednio dzięki wstępnemu słowu Mirosława Mikietyńskiego (prezydenta miasta) oraz przypisom na stronie redakcyjnej. Tu informacje o tym, że almanach wydano z inicjatywy Rady Kultury przy Prezydencie Koszalina. A Kolegium Redakcyjne tworzą: Zdzisław Pacholski, Jadwiga Koprowska, Kazimierz Rozbicki, Andrzej Ciesielski i ks. Henryk Romanik. Redaktorem prowadzącym została dziennikarka - Małgorzata Kołowska.

Ten bogaty faktograficznie i opisowo zbiornik czytelnie podzielono na osiem działów, gęsto przeplecionych wspomagających teksty fotami. I tak kolejno w publikacji występują: 1. muzyka, 2. literatura, 3. teatr, 4. sztuka i architektura, 5. muzealnictwo, 6. miscellanea, 7. kalendarium wydarzeń 2005, 8. noty o autorach almanachu.

Nas najbardziej zainteresowała literacka strona przedsięwzięcia. To znaczy część dotykająca literatury. Spotykamy tu, obok recenzji trzech książek, bardzo ciekawe omówienia sylwetek twórczych Ryszarda Ulickiego i ks. Henryka Romanika (pióra Leszka Żulińskiego), a też Andrzeja Turczyńskiego - o którym pisze Tadeusz Żukowski ("Poeta, pisarz i chłopiec z błękitnym piórkiem"). O koszalińskim piśmie "Miesięcznik" ciepło wspomina Piotr Kuncewicz. O związkach twórczych i sensie ich istnienia w dzisiejszych czasach pisze przewodnicząca koszalińskiego oddziału ZLP Ludmiła Janusewicz. A osobno uwagę przykuł materiał Anny M. Marcinek-Drozdalskiej "Miód i kolokwinta" - dotyczący koszalińskiego Wydawnictwa Artystycznego (zał. w 1989 r. Urszula Kurtiak i Edward Ley). W almanachu pojawia się jeszcze jedno nazwisko znaczącego pisarza. O Bałtyckim Teatrze Dramatycznym słowa kreśli Artur D. Liskowacki ze Szczecina.

 

Chciałoby się rzec: każde poważniej myślące o kulturze miasto (czy to większe, czy mniejsze) winno podobny almanach sobie zafundować. Bo to nie tylko materiał do bieżącej lektury, ale przede wszystkim cenna dokumentacja. Także ambitna wizytówka twórczych środowisk. I jeśli prawidłowo odczytuję intencje redaktorów koszalińskiego almanachu, spodziewać się należy kolejnego wydania za rok (w 2007 r. omówienie roku 2006).

Trzymamy kciuki za wystarczający domiar woli (i finansów!). Bowiem - jak życie uczy - wiele już przedsięwzięć wydawniczych skończyło na szumnych zapowiedziach i... pierwszym numerze.

 

(sierpień 2006)
Paweł Szeroki

 


Marek Czuku

KABARET LA STRADA

Za plecami czai się oddech.

Bajkę znów snuje Puszkin.

Wszędzie tupot białych mew.

 

Dobry smak traci język.

Etos wznosi wieżę z betonu.

Niczego nie przenosi wiara.

 

Romans grozy cofa milenium.

Rzeki i ludzie tracą horyzont.

Występują...

 

Pada suchy strzał.

Bełkot.

 

1999
Marek Czuku

 

Jerzy Żelazny

TORT MIAŁ KSZTAŁT DRUMLI

Pisał kiedyś felietony pod tytułem "Na drumli". Małgosia pomyślała, że będzie to dowcipne. Owszem, miłe, zwłaszcza, że felietony drukował dość dawno, zdziwił się, że pamiętali.

- Musiałam narysować kształt drumli. Cukiernik nigdy o niej nie słyszał, nie wiedział, jak wygląda.

- A gdzie wasza córka Mila?

- Na biwaku, gdzieś nad Drwęcą. Wróci za trzy dni.

- Jutro wyjadę. Muszę. Nie zobaczę więc swojej wnuczki? A tak chciałem.

Gala spojrzała na ojca z niedowierzaniem, ale nie wyraziła zdziwienia jego pragnieniem zobaczenia wnuczki. A on chciał ją ujrzeć naprawdę. Bo miał nadzieję, że może wnuczka przejmie... Ot, choćby bibliotekę, bo jego dzieci nie interesowały nawet książki, przecież wiele cennych. Syn Michała pewnie taki sam jak ojciec. Słyszał o kłopotach wnuka w szkole. Nic mi się w życiu nie udało, nawet wnuki - wzdychał skrycie. - No, chyba żeby Milka...

- To co zamierzasz teraz robić? Jak się człowiek czuje, gdy zostaje emerytem? - Gala podniosła kieliszek. Na dnie pełgało trochę wódki; sądził, że wypije do reszty, lecz ona odstawiła go na bok. Moja córeczka - chciał powiedzieć i dotknąć jej włosów. Powstrzymał się, nie powinien jej wyróżniać tak ostentacyjnie, zwłaszcza przy Albercie. To ona wymyśliła spotkanie z okazji jego urodzin. Zamiast my do ciebie, ty przyjedź do nas - telefonowała. Wszystko przygotuję jak trzeba. Sam przecież nie będziesz pitrasić, a do lokalu nie warto chodzić. To krępujące, ludzie podglądają, podsłuchują. Mamy o czym pogadać. Od lat nie obchodziliśmy twoich urodzin, więc chociaż raz - przekonywała. Niepotrzebnie - od razu zaakceptował ten pomysł.

Od początku spotkania w oczach Gali było wiele ciepła, czułych błysków. Dziwiła, ale i cieszyła go ta zmiana. Po śmierci Danieli jej spojrzenie było zimne, pełne żalu, potępiające. Oskarżała ojca, że przyczynił się do śmierci matki. - Dręczyłeś ją przez całe życie. Obchodziły cię tylko te twoje literackie pasje - mówiła z wyrzutem. Były to niesprawiedliwe słowa, ale milczał, nie oponował.

- Żebym ja miał tyle wolnych dni, też bym się obłożył książkami i nosa nie wytknął. Zazdroszczę ci, czasu masz w bród, kurcze, czytać i pisać, to piękna sprawa. Naleję ci koniaku, ja wolę białą wódkę, chociaż coraz częściej muszę pić koniak, taka moda. Gdy mam odbiór robót, bez kilku butelek koniaku się nie obejdzie, przedstawiciele inwestora mają pojemne gardła, a to kosztuje - Zięć rozlewał alkohol, a Artur pomyślał, ale wyskoczył z tymi książkami niewiadomo w jakim celu; czy on chociaż jedną w życiu przeczytał, przecież to buc. Na moje książki nigdy nie spojrzał. Rzemieślnik, murarz, który teraz udaje przedsiębiorcę, biznesmena. Otworzył firmę, czasem uda mu się złapać remont jakiejś szkoły, więc udaje przedsiębiorcę.

Gala zakryła swój kieliszek dłonią

- Mnie nie lej, nie mam ochoty. Pewnie w czytaniu masz zaległości, teraz możesz nadrobić.

- Mam, do cholery, multum. Ba, uważam, że określenie zaległości nie jest trafne, może nawet głupie. W tych kategoriach nie da się rozważać, bo to nonsens. Nie można przeczytać wszystkiego, co jest warte przeczytania. Tyle się nagromadziło dzieł, a ludzie wciąż tworzą, bezustannie powstają nowe... Poza tym już nie potrafię czytać. Myśli uciekają po paru zdaniach, włóczą się po różnych obszarach, trapią mnie skojarzenia, muszę je snuć, rozważać...

Przyjęli te wyznania obojętnie; Gala z ironicznym uśmieszkiem, ale Michał z pewnym zainteresowaniem, co Artura nieomal wzruszyło. Te moje dzieci zachowują się odwrotnie niż zazwyczaj: w oczach Gali zamiast czułości co jakiś czas wybuchają agresywne iskierki, zadawniony żal. A Michał jest pełen rozwagi.

- Teraz też kołacze we mnie zdanie: stado wron zerwało się z dachu. Gdzieś to przeczytałem i przylgnęło do mej pamięci, tkwi w niej obrazem. To nic nie znaczące zdanie, a wniknęło w moją wyobraźnię, wciąż te wrony zrywają się do lotu, nagły łopot skrzydeł...

- To zrozumiałe, tato, ty myślisz tak, jakbyś stale pisał... - Albert zamierzał chyba powiedzieć coś mądrego, tak można było wnosić z podniecenia, które zaiskrzyło się w jego oczach. Pewnie chciał zaimponować swemu bratu, siostrze. Tak się mało znali. Milczał jednak, pewnie nie potrafił albo nie chciał rozwinąć myśli, która zaczęła kiełkować w jego świadomości.

- Tatę zawsze trapiły jakieś urywki czegoś - mówił Michał. - Często słyszałem słowa albo całe zdania bez związku. Teraz rozumiem, że w myślach budował jakąś opowieść, a na głos wypowiadał kilka słów. Wyrwane z kontekstu nie miały sensu. Zapamiętałem taki tekst: "Wszystkie pociągi zmierzają w tym samym kierunku". Chodził wzdłuż i w poprzek izby, powtarzał. Dopytywałem się, jak to możliwe, co to znaczy. Usłyszałem: to znaczy, że ktoś ma tak wielką władzę, że potrafił zarządzić, aby wszystkie pociągi zostały skierowane w jedno miejsce.

- Trzeba by jeszcze ustalić, w jakim celu zmierzają do tej miejscowości... A może jadą bez wyraźnej potrzeby? Ktoś nakazał, żeby jechały. Po prostu... W owym czasie wydawało mi się, że są ludzie, którzy mają niczym nieograniczoną władzę, i wbrew zdrowemu rozsądkowi, mogą nakazać, aby wszystkie pociągi zmierzały w jednym kierunku. Ich obsługa nie zwracałaby uwagi na protesty podróżnych, ale wypełniała ten nakaz gorliwie, usłużnie.

- Och, tato, twoje pomysły są niedorzeczne, bezsensowne. Po co je wymyślasz? - Gala nie pozwalała sobie na fantazję. Jej wyobraźnia była zbyt uboga. - Stado wron zerwało się z dachu - teraz się śmiała. - I cóż w tym dziwnego? Widziałam wiele razy zrywające się do lotu ptaki.

- Ba, widzieć to za mało, trzeba ten lot wpleść w odpowiedni kontekst, stworzyć wokół niego dramaturgię... Ptaki siedzące na dachu są nieruchome, może śpią albo tylko drzemią. I raptem zrywają się do lotu, krążą nad domami, drzewami, po chwili siadają na jednym z nich. I czemu raptem zerwały się do lotu? I wszystkie naraz, w jednej sekundzie, jaki sprawił to impuls?

- Przestraszyły się: człowiek przeszedł w pobliżu, kot albo inne zwierzę, ptak, jastrząb na przykład, albo coś stuknęło, jakiś skrzyp... - mówił Michał.

- A jeśli trwała cisza - ojciec nie dawał za wygraną - nikt się nie kręcił, żadne zwierzę. Nie było też innej przyczyny? To tak jak z myślami człowieka - raptem ożywiają się, powstają wspaniałe konstrukcje myślowe pozornie bez żadnego impulsu.

- A wiecie - przerwał ojcu Michał - zastanawia mnie nasza odmienność. Jesteśmy do ciebie niepodobni, tato. My z Galą. Jakbyś nie był naszym ojcem. Bo Albert... Znamy się mało, pojawił się raptem, niczym twoja, tato, tajna broń. A raczej jest w tym nagłym zjawieniu się brata coś z kiczu. Niczym w operze mydlanej. Trudno uwierzyć, że to się zdarzyło akurat nam. Czasem myślę, że Albert wyskoczył z twojej kiczowatej noweli, że coś takiego napisałeś i on zmaterializował się, zrobił nam dowcip, zakpił z nas. W życiu, a już na pewno w tych czasach to się chyba nie zdarza. Nie słyszałem o czymś takim. To przecież rzecz zdumiewająca dowiedzieć się w wieku powyżej trzydziestki, że ma się brata.

- Jestem przyrodnim, więc takim w połowie... - Albert powiedział to tak, jakby chciał dać im do zrozumienia, że czuje się nadal wśród nich intruzem.

- Ależ Albercie, nie mam pretensji, że się pojawiłeś. Żałuję, że tak późno. Chciałem mieć brata, zwłaszcza starszego...

- No nie, wolałabym siostrę - palnęła Gala. - Jeden brat to aż nadto... Tylko jeden siedział w kiciu, a to upokarzające... Gdyby jeszcze jeden... A może masz, tato, gdzieś córkę?

Jej oczy świeciły złośliwie. Przedtem robiła pojednawcze gesty, to spotkanie miało być wielkim pojednaniem i raptem ta złośliwość. Dała o sobie znać jej prawdziwa natura - pomyślał z niepokojem, ze smutkiem. I zbył jej prowokacyjne pytanie milczeniem. Inni też udawali, że do nich nie dotarło.

- Twe obawy, Galu, są bezzasadne - nie miałem kryminalnych przygód. - Gala chciała rzec coś na usprawiedliwienie swych poprzednich słów, ale Albert zwrócił się do Michała: - Wiem, że siedziałeś. Za co cię zamknęli?

- Byłem w konspirze...

- Nie rób z siebie bohatera, bojownika. Za handel gorzałą dostał wyrok. Podczas rządów Jaruzelskiego karali za handel alkoholem niczym wściekli. Siedział nasz braciszek w jednej celi z politycznymi, więc się mu wydaje, że też był w konspirze.

- Wrobienie mnie w handel alkoholem to była prowokacja. Zgoda, sprzedałem flaszkę podstawionemu facetowi, potem nasłali milicjantów i ci znaleźli u mnie kilka skrzynek gorzały, ale przecież nie szukali u mnie wódki, lecz ulotek, nielegalnych pism, może powielacza. Natrafili na zapas alkoholu, organizowaliśmy przecież dla niepoznaki libacje. One były przykrywką spotkań konspiracyjnych. Koledze udało się załatwić na lewo, więc przechowywałem, przecież alkohol był wówczas na kartki. Trafiła się okazja, tośmy wzięli na zapas.

- Wymyślił! Skąd zatem świadkowie mówiący, że sprzedawałeś wódę okolicznym pijaczkom?

- Czy to tak trudno o świadków? Zwłaszcza wywodzących się z marginesu?

Artur nie słuchał, lecz się zastanawiał, co ja tu robię? Zaprosili, by uczcić moje sześćdziesiąte urodziny, oczekiwałem radosnej, przyjaznej atmosfery, a tymczasem to spotkanie staje się okazją do wywlekania wzajemnych żalów... To są moje dzieci, ale co nas łączy poza biologią? Syn kryminalista, bo handel alkoholem to nie jedyny jego grzech, najpierw był poprawczak za oszustwa, grzywny za bójki, taki drobny złodziejaszek i chuligan... Jak nisko trzeba upaść, by pokątnie handlować wódą? - krzyczało w nim oburzenie albo raczej żałosna skarga. A Gala, ta zgorzkniała córka, której się wydaje, że popełniła mezalians i teraz ma pretensje nie wiadomo do kogo. I na dodatek syn, który raptem się odnalazł, mają rację, niczym w telenoweli... Żałował, że zgodził się na tę imprezę; poruszamy się w innych światach, dopóki żyła Daniela... Ale to przecież ona w naszej rodzinie tworzyła atmosferę ciągłej kłótni, braku serdeczności, zgody, wzajemnych oskarżeń. Czy jest możliwe między nami szczere uczucie? Coś mi umknęło, coś serdecznego, owa przyjaźń i czułość między dziećmi i rodzicami, co powinno być budulcem ludzkiej przestrzeni...

- Ty, tato, jako ojciec byłeś beznadziejny. Matka zresztą też. Nie mieliśmy w was żadnego oparcia... - Gala sama wlała sobie odrobinę alkoholu, przechyliła kieliszek nagłym gestem.

- Mów za siebie - Michał podobnie jak i Gala też się napił wódki. - Robił to, co potrafił, nie mam żalu. Nie przyjechaliśmy tu, by się wzajemnie oskarżać, wyjawiać pretensje, żale. Spróbujmy się sobą cieszyć ... - umilkł gwałtownie, jakby się zorientował, że powiedział rzecz niedorzeczną, śmieszną. - I matkę zostaw w spokoju - dodał po chwili.

- Nie rozumiem was - odezwała się Małgosia, żona Michała. - Zaprosiliście tatę, by uczcić jego urodziny, i te pretensje... Chyba na to za późno i komu one potrzebne?

- Przepraszam, to Gala. - zaczął Michał, ale Małgosia mu przerwała:

- Każdy z nas ma jakąś część winy, że nie żyjemy jak kochająca się rodzina. Ja zresztą też... Tak, mam odwagę to powiedzieć.

 

- Musiała nadejść ta chwila - Gala nie rezygnowała, żeby ojcu powiedzieć trochę prawdy. - Trzymał nos w książkach, praca i książki, myśmy dla niego nie istnieli, byliśmy najwyżej dodatkiem albo raczej balastem...I wywieźli mnie tutaj, do ciotki. Byłam wściekła, ryczałam...

- Nie pamiętasz, jaki był powód? Postanowiliśmy cię odsunąć od tej małomiasteczkowej zgrai. Zaczęłaś się uganiać za żonatym mężczyzną, ledwie skończyłaś szkołę. Ciągle balangi, alkohol, narkotyki.

- W tym co mówisz, niewiele jest prawdy. A już najmniej o tym żonatym facecie. A narkotyki, to śmieszne. Owszem, w mojej grupie byli tacy, co brali, ale ja dzięki Bogu nigdy. I znaleźliście sposób - uratować mnie oddając pod opiekę nieco świrniętej ciotce? A wystarczyło okazać mi trochę czułości, zrozumienia. Ciotka była wredna, musiałam się nasłuchać...

- Chciałem, żebyś wróciła....

- Bo dowiedziałeś się, że on - pokazała na męża - za mną przyjechał. Wam nie pasował, za lichy. Ciotka wynajęła mu pokoik. I mogliśmy być razem. Znalazłam na nią sposób, owinęłam ją sobie wokół palca. Ty pewnie nie wiesz jakim sposobem? Klękałam z nią do różańca, chodziłam do kościoła, nawet na pielgrzymki do Wardęgowa. Zechciałaby, poszłabym z nią nawet do Częstochowy, ale bała się wyruszyć w tak daleką drogę. Nie te lata - mówiła.

- Domyśliłem się, że udajesz pobożnisię, by się przypodobać ciotce.

- To nie było udawanie, lecz przypływ szczerej pobożności. W modlitwie odnalazłam obietnicę...

- Na zatrzymanie jej mieszkania? - Artur nie krył ironii.

- A jeśli nawet, to co? Mogłam liczyć na twoją pomoc? Dorobiliśmy się łatwym sposobem. Owszem, odziedziczyłam jej mieszkanie i te wszystkie bibeloty, niektóre cenne. Opłaciło się znosić jej fochy, złośliwości, pokazową pobożność. Była dumna, że nawróciłam się, bo co z twego domu wyniosłam? Nawet nie potrafiłam się modlić. I gdy papież przyjechał ... - umilkła, jakby uznała, że nie jest to dobra chwila ani miejsce, żeby się zwierzać ze swych luministycznych doświadczeń.

- Nam się udało bez twojej pomocy, tato, stanąć na nogi. Przyjechałem w odwiedziny do Wali i poznałem Małgosię. I mamy dom po jej rodzicach. I jestem szanowanym urzędnikiem, chociaż mam wyrok na koncie. To siedzenie w jednej celi z facetami z konspiry zaowocowało. Zresztą byłem politycznym, bo w alkohol zaopatrywałem nie tylko pijaczków, ale tych z konspiry. Właśnie jako kamuflaż, to ja pijaczkom....

- Wasze życie, to co was tak cieszy, to moja klęska - Artur przerwał Michałowi.

- Jak to? - powiedzieli prawie jednocześnie.

- Nie tak sobie wyobrażałem waszą przyszłość, życie. Ta przeciętność, nijakość, to nędzne minimum...

- Jak to powiedziałeś? - Wala napiła się wódki. - Nędzne minimum? Dobrze słyszałam? Inni gdyby mieli tyle co my, czuliby się zamożni.

- Nie mówię tu o mieszkaniach, meblach, ciuchach, samochodach i innych duperelach.

- Domyślam się, co cię boli. Ojciec - Michał mówił do rodzeństwa - ma moralnego kaca, bo nie wyrośliśmy na artystów, profesorów, intelektualistów, na pisarzy, nikt z nas nie kontynuuje, nie przeskoczył jego, o czym pewnie skrycie marzył. Sam nie odniósł sukcesu, więc łudził się, że któreś z nas. I naszą nijakość, jak to nazwał, uważa też za swoją klęskę. Jesteś tato pewny, że nasze życie jest mniej wartościowe, niż gdybyśmy osiągnęli znaczące sukcesy w jakiejś, ja wiem, nauce albo sztuce?. Bylibyśmy szczęśliwszy? Ktoś to powiedział... Zaraz, nie ty to napisałeś, że historię ludzkości, przemiany, no, powiedzmy postęp, tworzą nie tylko wielcy tego świata, ale mali wyrobnicy poprzez codzienną krzątaninę, mozolną, nieefektowną, niedostrzegalną... Oni ciągną to nieefektowne.

- Każdy rodzic marzy, żeby jego dzieci były powieleniem jego pragnień, wyobrażeń. Jakie to banalne, tato - Gala znowu wypiła kilka kropel alkoholu.

- Owszem, masz rację, banalne, ale jakże ludzkie. Oznacza to, że ciągle chcemy być doskonalsi, jeśli nam się to nie udaje, to niechby naszym dzieciom, żeby przestrzeń wokół nas stawała się przyjazna, piękna.

Podszedł do okna, wyjrzał na ulicę - z wysokości drugiego piętra patrzał na tłum przewalający się na dole; byli to turyści - zatrzymywali się przed kościołem św. Jana; jego surowy gotyk był nieco przytłaczający; przystawali przed pałacem biskupim, oglądali renesansowe kamienice; zresztą również wcześniejsze, gotyckie i późniejsze barokowe, a nawet secesyjne - ta ulica była niczym podręcznik historii architektury.

Artur patrzał w lewo, gdzie ulicę zamykał gotycki mur obronny z bramą wychodzącą na nadwiślański bulwar, spoglądał też w prawo, na skrawek słynnego ratusza, przed którym stał pomnik astronoma, ulubione miejsce pamiątkowych fotografii turystów, wycieczek. Zatrzymał oczy na wejściu do domu - teraz przez masywne drzwi wchodziły do jego wnętrza zakonnice, kiedyś mieszkali tam rodzice Danieli. To w tym wejściu nocą, gdy wracali z potańcówki, posiadł Danielę. Teraz Artur pomyślał, to był ten moment, kiedy zaczęło się pasmo moich kłopotów, nieszczęść. Czyż jednak byłbym tym, kim jestem, bez tamtej chwili, trwającej jakże krótko, ale mającej konsekwencje przez dziesiątki lat?

Albert położył dłoń na ramieniu ojca, przyciągnął go lekko, prawie niedostrzegalnie. I rzekł:

- Nie masz ochoty na spacer? Siedzimy już dość długo, odczuwam potrzebę ruchu.

Poszedł do drzwi; nie spojrzał na córkę, na syna, zięcia też ignorował. Tylko synowej posłał krótkie spojrzenie, które można było odczytać, ty jedna, Małgosiu, trochę mnie rozumiesz...

 

Jerzy Żelazny

 

Rosa Fliegelweilt

PO CZWÓRCE KOŃCZY SIĘ SZTUKA?

(Autoportret przed obiadem)

 

Pojadę z tobą dalej niż płeć nieśmiała,

Ćmo ulotna jak cios w wątrobę

Albo w takie miejsce, żeby nie

Było śladów pobicia, znęcania się

Czy subiektywnie odczuwanego poniżania. -

 

Tak, to wszystko, co pozostało z wiersza:

Głód, bucząca wciąż blizna

W niewidzialnej ranie

 

Nad sobą pod cudzym ramieniem, bokiem.

 

Calancorum, 21 lipca 200
Rosa Fliegelweilt

 

Piotr Krauze

UPAŁ

Już niemal miesiąc nie padało, nie było porannej rosy, bo i nocą temperatura tylko trochę się obniżała. Każdej doby dokładało się trochę ciepła tam głębiej w piasku, w pojedynczych kamieniach, w ściółce lasu, w termoklinach jezior, bo w małych oczkach woda przegrzana była do dna i wciąż jej ubywało.

Rosa. Ta nawet nie miałaby na czym osiąść. Resztki trawy już dawno zżółkły. Deptane, zamieniały się w szary pył w barwie piachu, na którym rosły.

A wciąż wyże niosły zwrotnikowe powietrze z Afryki i nasze leśne krainy usiłowały zmienić w busz. Sosny pociły się ostatkami żywicy, a głębokimi korzeniami ledwie sięgały resztek wilgoci. Płytkokorzenne świerki machnęły ręką na wilgoć i powoli wysychały kołysane ciepłym wiatrem.

Ale wiatr stawał się wichrem żaru, wysuszającym do cna rośliny i ludzi. Sucha skóra marszczyła się nawet na ślicznych, wilgotnych ale nie spoconych dziewczynach.

Wyż i naelektryzowane ruchem powietrze drażniło ludzi. Wstrzymywali się przed wybuchem, bo i na to brakowało siły, groziło eksplozją potu. Pompa serca mogła zawieść, gdy krew także zgęstniała, ciemna i lepka.

Jakieś namiętności gnieździły się we łbach ludzi. Nawet w jasne, długie dnie knuli coś mrocznego w duszy. Budziły się jakieś wytłumione instynkty. Kultura przegrywała z biologią.

Na skraju lasu trzech młodzików piło wino. Opalali się, siłowali spoceni i niewyżyci, zawzięci, jakby od położenia kumpla na łopatki zależał laur olimpijski. Ot, kogutki na podwórku bijące się o jakże odległą dominację w stadzie. Nawet kokoszki ich nie widziały.

Nie wiedzieli chyba, że alkohol na słońcu gwałtowniej działa. A może tego zmagania się z uciekającą świadomością chcieli. Wreszcie zdyszani i zdychający w upale ujrzeli tego wioskowego głupka. Starszego od nich, ale wyśmiewanego przez ich rówieśników, którzy nie bali się, że - jako starszy - bluźnie wiązką przekleństw, strzeli bez ostrzeżenia w łeb, aż błysną gwiazdki w oczach, a zęby nadgryzą język, albo poskarży się ojcu lub matce, którzy nie zdzierżą smarkackiej zuchwałości i prewencyjnie spuszczą lanie.

Najpierw widzieli go jakby nad gorącą drogą, bo warstwa rozżarzonego powietrza falowała i odbijała jak lustro. Ale zdążyli jeszcze wymienić spojrzenia i tych kilka niegłośnych, zawziętych słów: Bijemy go, kurde? - ni to pytanie, ni apel... Wtedy już stąpał po piachu.

Rzucili się zgodnie na niego. Zaskoczony nie utrzymał równowagi i runął w pył. Jeden jeszcze nie wypuścił jego zaniedbanej czupryny, gdy drugi już kopał w żebra, brzuch, a trzeci w plecy, nie bacząc na ból bosych palców u stóp.

Zaskomlał jak niedorosły. I przestał się kulić obronnie. Chyba jeszcze żył, gdy niemal jednocześnie uświadomili sobie, że to się wyda, gdy wyżyje, a każdy z nich nie przeżyje sądu za bicie, jakby to był pełnowartościowy człowiek, ani pytań, po co to zrobili, bo co tu odpowiedzieć. Niemal jednocześnie wysapali: Po kamienie!

Znaleźli je spore, takie do dobicia człowieka. Leżał bez ruchu twarzą ku słońcu. Zgodnie, jakby się umówili, nogami przewrócili go twarzą ku ziemi, by nie patrzeć w półprzymknięte oczy i unieśli kamienie...

Kiedy leżał jeszcze bardziej bezbronny, jeszcze bardziej nieżywy, pociągnęli go za nogi kilkanaście kroków do pobliskiej skarpy: ni to opuszczonej, zarosłej żwirowni, ni to dzikiego śmietniska. Czarne bzy się rozchyliły, jakby współdziałały z nimi, i zasłoniły zewłok.

Wrócili na drogę i rękoma, gałęzią zatarli ślad odebranego życia.

Alkohol, który ich tak odmienił, że sami siebie nie poznawali, jakoś szybko wywietrzał z głów. Został cierpki niesmak w ustach, mdłości w żołądku. Nagle, znów razem, jeden zarażając drugiego, wymiotowali. Tyle że uskoczyli z drogi w las. Męczyli się tak dość długo, a każdy z poczuciem winy chciał, żeby ten odruch wymiotny oczyścił duszę.

Potem siedzieli bez słowa, jeden dla drugiego obcy, wrogi niemal. Gdy zaczęło zmierzchać, każdy na skróty ruszył do swojego domu. Upał nie zelżał. Szalały wprost koniki polne, ani na moment nie dając upragnionej ciszy.

Nikt nie natknął się na zwłoki, nikt nie szukał bezdomnego. Czasem tylko ktoś go wspomniał mimochodem.

 

***

Każdy z trzech starców umierał osobno, nawet z szacunkiem, na który sobie długim życiem zasłużył. Każdy umierał przygnieciony ciężarem tajemnicy, która pociągała w otchłań.

 

Piotr Krauze

 


OTTO PUCHSTEIN II ODSŁANIA KAMIEŃ PAMIĄTKOWY

Artykuł zamieszczony w niemieckiej gazecie Südkurier wywołał lawinę zainteresowania przeszłością w polskim miasteczku Łobez w woj. zachodniopomorskim.

 

Otto Puchstein, stryjeczny prawnuk niemieckiego archeologa profesora Ottona Puchsteina, mieszkający w Weiterdingen (Badenia-Wirtembergia) jest więcej niż zaskoczony i poruszony: - Nigdy nie spodziewałem się takiej reakcji i zainteresowania artykułem zamieszczonym w gazecie. Nie spodziewałem się nigdy także tego, że będę odsłaniał kamień pamiątkowy ku czci profesora Ottona Puchsteina, mego bliskiego krewnego i rodowitego mieszkańca Łobza, miasteczka leżącego teraz w Polsce, dokąd w 1911 roku zostało - na jego życzenie - przewiezione z Berlina i pochowane jego ciało w naszym rodzinnym grobowcu - powiedział nam.

Całe zdarzenie miało swój początek w maju 1988 r., gdy Südkurier zamieścił na swych łamach artykuł o Ottonie Puchsteinie z Weiterdingen, który w odziedziczonej szafie odkrył 500 fotografii i negatywów z roku 1905 z terenu wykopalisk w Pergamonie i Baalbeku, leżących na terenie dzisiejszej Turcji i Libanu. Wykopaliska te prowadził prof. Otto Puchstein, a towarzyszył mu jako fotograf jego bratanek Eryk Puchstein.

Następnie artykuł trafił do Dietera Fröbla, nauczyciela z Naumburga, urodzonego w Łobzie. Zredagował on na ten temat artykuł i przesłał do Łobza, miasta urodzenia i spoczynku Ottona Puchsteina.

Polscy nauczyciele i uczniowie byli tak podekscytowani, że podczas lekcji przetłumaczyli cały artykuł na język polski i powołali do życia grupę do gromadzenia dalszych materiałów i informacji o prof. Puchsteinie. Co więcej, w tamtejszym Domu Kultury [dziś w SP2 w Łobzie (mgr Lidia Lalak-Szawiel) i w SP w Starogardzie Łobeskim (mgr Czesław Szawiel) - przyp. red.] przygotowano pomieszczenie, w którym zgromadzono dokumenty, pisma i książki prof. Ottona Puchsteina, a także pamiątki po nim otrzymane z Archiwum Familii Puchstein w Weiterdingen, z którym został nawiązany serdeczny kontakt.[Dodajmy, że organizatorzy ekspozycji odbyli podróże do tych miejsc i dołączyli współczesne zdjęcia tamtych zabytków. Prezentowali także w mieście wystawy czasowe. - red.]

"Z zadziwiającym szacunkiem mieszkańcy Łobza odnoszą się do pamięci prof. Ottona Puchsteina - powiedział nam Otto Puchstein II, kustosz archiwum familii Puchstein. - Podczas odsłaniania wielkiego granitowego kamienia, ustawionego na przycmentarnym zieleńcu byłem tam. I to właśnie ja dokonałem jego odsłonięcia. Uczyniłem to zdejmując flagę miasta Łobez, którą był przykryty obelisk."

Otto z Weiterdingen odbył podróż do Łobza i do dnia dzisiejszego jest tym faktem poruszony. - Zostałem nie tylko serdecznie przyjęty, ale sama moja obecność tam miała charakter uroczysty. [Dodajmy, że O. Puchstein z małżonką był już w Łobzie wielokrotnie. - red.]

"Tym, co prawie ścięło mnie z nóg, był fakt, że oni wiedzieli więcej o mojej rodzinie niż ja. A z mego krewnego prof. Ottona Puchsteina uczynili świetlaną postać." [Odbyła się bowiem sesja naukowa o rodzinie Puchsteinów w Łobzie - red.]

Takie fakty dla Ottona z Weiterdingen, po niechlubnej przeszłości, jaką mają za sobą Niemcy i Polacy, są więcej niż snem. - Polacy, którzy teraz mieszkają w Łobzie, są pełni szczerego pragnienia i potrzeby poznania przeszłości swej ziemi. Mój krewny niechybnie był wielkim człowiekiem [badał starożytności greckie w Grecji i na Sycylii, odkrywał ślady Hetytów w Azji Mniejszej i odczytywał ich pismo, zrekonstruował Ołtarz Pergamoński, perłę zbiorów berlińskich - dopisek red.], dlatego go uhonorowali kamiennym obeliskiem mimo tego, że był Niemcem. Urodził się jednak w Łobzie i tutaj jest jego grób.

Tamta uroczystość była czymś więcej niż odsłonięciem pamiątkowego kamienia. Z tej małej miejscowości Łobez tego dnia Polskie Radio Szczecin relacjonowało przebieg imprezy, a ogólnopolska i pomorska prasa zamieszczała materiały i artykuły na temat uroczystości. Całą uroczystość odsłonięcia kamienia pamiątkowego prowadził polski nauczyciel-historyk. Cytujemy wypowiedź Ottona Puchsteina II w trakcie odsłonięcia kamienia-obelisku: - Pamiątkowy kamień ku czci prof. Ottona Puchsteina jest punktem wiążącym sieć narodów, która połączy nas we wspólną Europę.

Niewątpliwie jest w tym zasługa Ottona Puchsteina II, który jeszcze mieszkając w Świdwinie w latach trzydziestych i na początku lat czterdziestych - urodził się w 1936 r. - od dwunastego roku życia gromadzi rodzinne pamiątki i dokumenty.

 

Z niemieckiego tłumaczyła Margareta Przybyła

 

gosia dębska

. o n a.

 

magdzie

 

Umarł jej dziadziuś, a ona razem z nim, choć nie tak, jak on. Prawdziwie. Umarła jej psyche, a wnętrze wypełniła pustka powodując nocne milczenie mojego telefonu. Rankiem na mej poduszce zastałam równie niepokojącą ciszę. I usunięte jej konto i brak odpowiedzi na moje wiadomości. Nie znałam jej tak naprawdę. Była tylko wirtualną znajomą wpisaną w moją rzeczywistość. W tej realnej była tą nierealną. Nakreśloną cienką linią mojego umysłu. Nie potrzebowałam dużo czasu, by znaleźć dla niej miejsce w mojej głowie. Po prostu, któregoś dnia zaczęła w niej być. Z dnia na dzień coraz bardziej intensywnie. Nie dawała obietnic. To nie było w jej stylu. Opanowana, powściągliwa, zdystansowana i chłodna potrafiła uwiązać pasikonika na smyczy. Wbrew wszystkim konwenansom i regułom sprawiła, że byłam jej posłuszna, jak piesek. Nie ufałam jej. Słowem się bawiąca i zabawiająca, wabiła mężczyzn w różne utarczki ustne. Może to łechtało jej próżność, a może było formą autousprawiedliwiania. Oskarżana o to wykrzykiwała na głos o bzdurach, o braku moralności i poczuciu godności. O moim braku nieskrępowania i chęci uwiązania motyla, którego przecież nie da się uwiązać. Bo motylem była. To kobieta motyl, kobieta ptak. Wszędzie było jej pełno. Smakująca życie na każdy z możliwych sposobów. Nie zwracając uwagi na koszta. Na kolana. Bo te też już dawno opadły z sił i umarły. Spuchły, leżały na stole operacyjnym i odmawiały posłuszeństwa odbierając jej największy skarb - góry. A ona i tak, po roku bezskutecznej rehabilitacji, uparcie wierzy, że jeszcze kiedyś zdobędzie Iran, Afganistan i inne kraje oferujące `pięcio'-tysiączniki.

Głosem siedmiolatki cicho szepcze mi do telefonu. Nie umie ze mną rozmawiać. A może zwyczajnie się wstydzi. Poczucie wstydu to jedyna rzecz, nad jaką człowiek nie potrafi zapanować. Powiedziałam do niej `Cukierku'. Wówczas po raz pierwszy usłyszałam, jak się śmieje.

Miała mi przywieźć kamyk z Bieszczad. Przywiozła zmęczenie, zimy obiad, głos pana z telewizora i śmierć dziadka. Miała tylko jego. Nie potrafiła o nim mówić. Nie mogła. Powtarzała, że dziadek znajduje się poza słowami. Pytała czy rozumiem. Jakże mogłam nie rozumieć? No jak? Rozumiałam wszystko. Jej chorobliwy brak czasu, sporadyczne telefony, czy też ich brak. Wieczorne zmęczenie i spowodowany tym chłodny dialog. Jej pęd przez życie i celebrowanie każdej wolnej chwili. Każdej minuty, która była dla niej na wagę złota. Rozumiałam to i życie rozumiałam. Jej życie, bo o swoim prawie zapomniałam. Stałam się dla niej. Byłam dla niej. Ona. Nie dostrzegała tego. Myliła me starania z pretensjonalnością i próbą zamknięcia jej w szczelnie ofoliowanym pojemniku. Dusiła się. Próbowałam poluźnić pętle, ale okazało się to być trudniejsze niż myślałam. No bo jak zabrać się za coś, co w ogóle nie istnieje. Nie było żadnej pętli. Nie było moich rąk na jej szyi. Były moje ramiona niczym skrzydła chcące ją uchronić przed złem tego świata. Były moje dłonie sięgające po gwiazdkę z nieba. Dla niej. Ale ona nie widziała, lub udawała, że tego nie widzi.

Noszę więc teraz w kieszeni pęczek kluczy do bram raju. Czekam. Czekam, aż któregoś dni sięgnie po jeden z nich. Całkiem od niechcenia, przypadkiem, a jednak celowo. Otworzy je i zostanie. Wbije się we mnie, jak kleszcz. Będzie.

W nocy umarł jej dziadziuś. Nie ma. Nie ma jej. Nie ma zmęczenia. Pretensji. Tęsknoty. Nie ma nieznanego. Nie ma czekania i goniącego czasu. Nie będzie kleszcza. Jest tylko cisza sięgająca stóp. Próbuję ją zdeptać, ale ona uparcie wspina się po palcach.

Ona. Milczy.

 

gosia dębska

 

Jakub Sosnowski

***

dzikość naszych serc błogosławiona herezją

cichutko podskakuje pomiędzy ciałami

przechodząc językiem dalej niż pocałunek

choć tak naprawdę znamy się od godziny

a może od zawsze

blade ciało wtopione do końca w bielsze

delikatnie drży w oddechu szaleństwa

marząc o wpłynięciu na jeszcze słodszą głębię

i vice versa

 

Jakub Sosnowski

 

Tomasz Rybak

DOMOWE SAFARI

Usłyszałem wystrzał. Zaraz po tym drugi. Zerwałem się po schodach w górę, choć rozum pędził już do samochodu. Stanąłem przy drzwiach. Otarłem pot z czoła. Kula świsnęła mi nad uchem. Wrzasnąłem ze strachu.

- Też się za tobą stęskniłem, Henryku! Przestań strzelać! To ja!

Spodziewałem się kolejnego wystrzału, ale na szczęście nie nastąpił.

- To ty?!

- To ja! - powtórzyłem na wszelki wypadek.

- Możesz wejść.

Wbiegłem chyłkiem jak przestraszony komandos. Ukryłem się za szafą.

- Czemu do mnie strzelasz?

- Och, nie do ciebie, stary. Wyjdź śmiało, nie bój się.

Tak też zrobiłem. Henryk miał w rękach wielką strzelbę, z której lufy ulatywała smuga dymu. Wyglądał na zagłodzonego. A sądząc po zapachu miał awersję do prysznica.

- Jestem taki szczęśliwy! Teraz czuję, że żyję!

- Co się stało? Zabiłeś teściową?

- Nie. Mogę w spokoju polować. Moja małżonka wyjechała. Wyobraź sobie, iż ta kretynka ubzdurała sobie, że zwariowałem!

- Ciekawe dlaczego? - zakpiłem.

- Bo poluję na słonie.

Rozejrzałem się po pokoju, jakbym się obudził w nie swoim łóżku, ale ze swoją żoną. Ściany roiły się od dziur. Po dywanie walały się łuski.

- Tutaj?

- A niby gdzie mam polować? W Afryce? W Indiach? Nie przy mojej pensji.

- I jak ci idzie?

- Świetnie - mówił niezbyt pewnym głosem, po czym szybko dodał - Wprost znakomicie.

- To ilu Trąbalskich kropnąłeś?

Mój dawny przyjaciel zaczął liczyć na palcach jednej ręki, potem na drugiej. Po namyśle stwierdził:

- Ani jednego.

- Tak jak myślałem - wyrwało mi się z gardła jak rybie haczyk.

Henryk złamał strzelbę i włożył do środka grube naboje. Usiadł na zdezelowanym fotelu.

- Od dawna tu polujesz?

- Niee... Od kilku minut.

Starałem się przybrać minę typu: "Gówno prawda."

- No dobra. Od dwóch tygodni.

- Siedzisz tu całe dwa tygodnie i polujesz na urojone słonie?

- Oczywiście, że nie! Rzadko siedzę, przeważnie stoję lub biegam. Słonie są bardzo ruchliwe.

- Możesz mi pokazać broń? Wygląda na zabytek.

Mężczyzna patrzył na mnie nieufnie.

- Wyluzuj Heniu, znamy się od przeszło dwudziestu lat. Jesteśmy przyjaciółmi.

Wahał się jakiś czas, ale w końcu rzucił mi strzelbę. Upewniłem się czy jest załadowana.

- Cel unieszkodliwiony - powiedziałem do mikrofonu przymocowanego do mankietu koszuli.

- Co?

Do środka błyskawicznie wpadła brygada antyterrostyczna sponsorowana przez miejskie ZOO. Powaliła Henryka.

- Słonie są pod ochroną, Henryku. Od podstawówki podejrzewałem, co knujesz i nareszcie cię przyskrzyniłem!

Kłusownik milczał świadom swojej winy. Po chwili wszyscy wyszli, zostałem sam. Podszedłem do biurka. Otworzyłem szufladę. W środku była trąba. Złapałem ją i brutalnie wyszarpnąłem. Szło ciężko, ale dałem radę. Po minucie stanął przede mną trzymetrowy słoń.

- Dzięki stary - powiedział.

 

Tomasz Rybak
rybaktomasz@wp.pl

 

Wojciech Stańczak

z a s p a

sąsiedzi odsypiają

szósty raz w tym wieku

zbudził się w huku pająk

plecie cos na przekór

 

prognozom marnym

meteorologii

kądziołku czarny

szczękoczułku srogi

 

wracaj za lustro

na co pajęczyny?

pora znów usnąć

wyleź w świecie i n n y m

 

w mokrym śniegu patyki

po sztucznych ogniach

nie pogadam z nikim

zgasła pochodnia

 

gdzie mazur biały?

gdzie ostatni kulig?

sztuczne zapały

zaspa słomę tuli

 

Nowy Rok 2006
Wojciech Stańczak

 


Piotr Müldner-Nieckowski

KONIEC BRYGADZISTY

Któregoś dnia przyszedł nasz szef z facetem ubranym po cywilnemu, ale tak gwałtownie kiwający głową na powitanie, że od razu wyczuliśmy wojskowego. Jak go zapytałem, z jakiej jest formacji, nie chciał absolutnie powiedzieć. Zażądał pokazania, gdzie są ubikacje i zaczął po nich łazić. Denerwował się, że są rozmaite napisy antypaństwowe, i kazał je natychmiast usuwać. Najbardziej mu się nie podobało hasełko "Tu się robi miód i ser dla PZPR", a zupełne wkurzyło go, jak na jednej ścianie znalazł "Z prawa i lewa sraj na Breżniewa" i "Jaruzel jak szczy, wyjmuje Urbana". Ja zasłoniłem plecami tekst następujący: "Obywatelu, używaj prezerwatyw, bo i ty możesz spłodzić Albina Siwaka", i tego już kontroler nie widział. Musiałem to wszystko własnym ozorem zlizywać i pazurami zdrapywać. Byłbym idiotą, gdybym tego nie zrobił. Ale po trzech dniach znów były hasła i nie przypilnowałem dobrze bramy wejściowej na oddział. Przyszedł ten kontroler i kazał mnie wyrzucić ze stanowiska brygadzisty. Nareszcie miałem to wszystko, cały ten burdel z głowy. Napisałem w windzie towarowej życzenie noworoczne: "Wszystkiego najlepszego w Nowym Jorku". Ciekawe, komu teraz kazali to zlizywać.

WARSZAWA NIE DLA MNIE

- Słuchaj, dziewucha brata kolegi siostry pierwszego chłopaka żony Kowalskiego potrzebuje zwolnienia - powiedział Waldek, stukając piętą o nogę krzesła.

- Nic się nie da zrobić - odpowiedział Ruchliwy i wytarł pot, który mu w jednej chwili wystąpił na czoło. - Bloczek mi się skończył. A poza tym teraz nie opłaca się brać zwolnień lekarskich, potrącają z wypłaty.

- Jak chcesz. Myślałem, że jesteś w stanie.

- Jestem - powiedział Ruchliwy, niespokojnie rozglądając się po zadymionej kawiarni. Od kiedy był studentem medycyny, ciągle go ktoś stresował.

- Nie wiem, lekarze stają się nieżyczliwi. Ile chcesz za dzień zwolnienia?

- Łapówek nie pobieram, a prywatnie zwolnień się nie wystawia. To już powinieneś wiedzieć.

- Chodzi o Kowalskiego.

- A co Kowalski?

- Załapał się. Wiesz.

- Trudno, po co się pchał?

- Jak to trudno? Nic nie kapujesz?

- Kapuję - mruknął niepewnie Ruchliwy, bo nie pojmował.

- Jak chcesz. Ja tylko ci mówię gwoli sprawiedliwości, żebyś wiedział, co jest grane.

- A kto cię prosił? Dziewucha czy Kowalski?

- Słuchaj - powiedział Waldek. Jednym łykiem wciągnął szklankę kawy do żołądka - ja muszę to zrobić dla Kowalskiego, rozumiesz.

- Powiedziałem ci, że zostawiłem bloczek w poradni, i to powinno wystarczyć.

- Mówiłeś, że ci się skończył.

- Tak mówiłem? Bo się skończył w poradni, to chyba jasne. Gdzie miał się skończyć? Ty jak małe dziecko, łapiesz za słówka. Zapytaj mamy, to ci powie.

- Maćkowi załatwiłeś.

- Maciek ci powiedział? Dostanie kopa.

- Nie wiedziałem, strzeliłem na chybił trafił i trafiłem. No, to jak?

Ruchliwy uśmiechnął się w głębi duszy, bo nigdy niczego żadnemu Maćkowi nie załatwiał.

- Dobra, zrobi się, ale jeden jedyny raz. Może załatwię u kolegi, bo wiesz, jaka jest procedura. Musiałbym teraz lecieć do poradni, zabrać stary bloczek, zanieść do dyrekcji, podpisać w zeszycie druków ścisłego zarachowania, poczekać aż sekretarka pójdzie do magazynu, pobierze nowy bloczek, wpisze do zeszytu ścisłego zarachowania, ja podpiszę, ona wyjmie pieczątkę instytucji, podstempluje każdą kartkę w bloczku, i dopiero mi da. Trzy godziny załatwiania, a dzisiaj piątek, czternasta.

- W porządku. Stówa wystarczy? - Waldek sięgnął do kieszeni i wyjął przygotowaną kopertę.

- Nie chcę tego. Jak otworzę prywatny gabinet, to będzie co innego. Ktoś się połapie. A potem sąd, to wszystko... nie! Ja się nie będę narażał, a ty w razie czego będziesz miał czyste sumienie, kiedy będziesz zeznawał. Nie dostanę za to ani grosza, a zwolnienie wydam na podstawie sumiennego badania i wnikliwej oceny stanu zdrowia pacjentki.

- W porządku - Waldek chuchnął na kopertę i kiwnął w kierunku kelnerki. - Będziemy płacili, proszę pani. Pani da jeszcze dwa piwa, a rachunek już. - Z wysoka spojrzał Ruchliwemu głęboko w oczy - nic się nie martw. Będzie zapłacone. Wieczorem wpadnę po to do ciebie.

Ruchliwy szedł Marszałkowską i przewijał w pamięci tę rozmowę, zatrzymując ją na najbardziej drażliwych frazach. Miał przed oczami sylwetkę Waldka, dwa razy dłuższego niż on, przygiętego ku ziemi, aby zbliżyć się wzrostem do normalnych ludzi, i sepleniącego, aby nikomu się nie wydawało, że się czymkolwiek wyróżnia.

Stówa wystarczy? Właśnie tej stówy było Ruchliwemu najbardziej żal. Ale jak mógł wziąć zapłatę za coś, czego nie był w stanie załatwić?

Stanął przed wystawą domu towarowego, bo miał już dosyć przepychania się przez tłumy. Każda mijana twarz wydawała mu się smutna. Przypomniał sobie, że dla fantazji trzyma słuchawkę lekarską w kurtce tak, aby nieco wystawała. Ze złością wepchnął ją głębiej, ale kieszeń była płytka i końcówka stetoskopu znowu wylazła na wierzch.

Do domu? Nie można, trzeba załatwić nocleg gdzie indziej. Inaczej Waldek będzie mu patrzył w oczy jeszcze głębiej. Obrazić Waldka?

Ruchliwy musiał z tego jakoś wybrnąć. Skąd, do diabła, miał brać jakieś zwolnienie?

Gdzie może być teraz Waldek? Należałoby czatować z cegłą na piętrze jakiejś kamienicy i w odpowiednim momencie rzucić, aby spadła Waldkowi na łeb.

Ruchliwy, za dużo opowiadasz o sobie, pomyślał. Jeszcze lekarzem nie jesteś. Skończ z tym, stary. Z tym gadaniem zwłaszcza.

Ale co się powiedziało, to się powiedziało.

Że też nie zauważył moich paznokci, nie bardzo doczyszczonych jak na lekarza, pomyślał z przerażeniem. Za pół roku dyplom, to mnie nareszcie wyzwoli. Będę mógł dysponować receptami. Na pieczątce będę miał... Jak najszybciej zrobić doktorat albo specjalizację. Goła pieczątka z nazwiskiem i adresem jest poniżająca.

Na wystawie między kolorowymi opakowaniami produktów pojawiła się mysz. Po chwili gwałtownie odchyliła się zasłona z dykty i wpadła baba ze szczotką, depcząc dekoracje, miotając się wściekle. Z zamkniętymi oczami machała kijem przed samym nosem Ruchliwego, roztrącając przedmioty, ryjąc w zwałach handlowych ekponatów. Mysz znalazła ujście, wcisnęła się w szparę i uciekła przed niebezpieczną sprzątaczką. Ruchliwy, tknięty przeczuciem, zrobił dwa kroki w bok ku następnej wystawie. Zwierzątko siedziało na piramidzie ciast i trzymając okruszynkę w łapkach spokojnie odłamywało pyszczkiem po kawałku. Obok z głośnym brzękiem posypała się szyba. Przechodnie rzucili się na pomoc nieszczęśliwej, grubej kobiecie w niedopranym kitlu.

Nawet nie pamiętał, gdzie ten cały Waldi mieszka. Gdzieś miał na bilecie tramwajowym zapisany numer jego telefonu. Nie, na paczce papierosów. Na oderwanym brzegu gazety.

Postanowił się uspokoić, przez co ręce zadrżały mu jeszcze bardziej. Przeszukać każdą szufladę mózgu.

Wreszcie wpadł na pomysł. Wypatroszył odstającą tylną kieszeń spodni. Miał teraz na dłoni kupkę śmieci, w której drugą ręką przeszukiwał papierki. Jakiś przechodzeń trzeźwo i celowo potrącił jego łokieć, aby wszystko spadło na chodnik. Ruchliwy nie zdążył zauważyć, czy był to mężczyzna, czy kobieta, bo podmuch wiatru przerzucił wszystko pod mur. Tam sprzątaczka rozcierała obolałe kolana, tu drobiazgi Ruchliwego zmieszały się z chodnikowym śmietniskiem. Zbierał i sprawdzał.

Rozłożył zmiętą kartkę, rachunek z restauracji. Na odwrocie damską ręką wypisano w punktach objawy brucelozy. Ściągawka z chorób zakaźnych. Skręcił z niej obwarzanek i rzucił za siebie.

Na bilecie do kina znalazł adres Wałęsy, już dawno nieaktualny, Gdańsk-Zaspa, Pilotów 17 D mieszkanie numer 3. Przepisał go z książki o prezydencie i pokazał jednej dziewczynie, żeby zaświadczyć, że zna Wałęsę od piętnastu lat.

Ale telefonu Waldka nie było. Waldek za mała płotka.

Ruchliwy wybrał ze śmieci jedynie śrubkę, której dwa dni temu bezskutecznie poszukiwał, i wyprostował się. Zakręciło mu się w głowie, więc natychmiast opadł na kolana, ale poczuł ból w lędźwiach i gwałtownie wstał, a że trafił głową w brzuch przechodnia, usiadł na betonie. Podpełzł do ściany budynku i oparł się plecami.

- Za pół roku zdam sądówkę i to będzie koniec gehenny - powiedział do siebie półgłosem. - A jestem obryty, więc zdam, wy chamy i łobuzy! - dodał całkiem wyraźnie, ale nie spojrzał na tłum.

Pewnie nie tych ludzi miał na myśli, ale tamtych, zupełnie nieznanych, którzy codziennie i co chwila robią z niego bałwana. Z wyraźną pretensją na skrzywionych ustach stwierdził, że nie ma nawet na przejazd autobusem, a tym bardziej na piwo.

Ruszył do przystanku na skrzyżowaniu ze Świętokrzyską. Tam przynajmniej jest miejski klozet i lektura na ścianach. Na gazetę też mu brakowało.

- Short of money - rzekł bezczelnie, patrząc w oczy kobiecie, która z kawałkiem papieru toaletowego w ręku chciała wzrokiem wymusić na nim opłatę za pisuar.

- Niemiec - mruknęła do towarzyszki, która wsadzała grzałkę do mętnego słoika z wodą.

Ta, trzymając papierosa w ustach, odchyliła głowę i zmrużyła powieki pod wpływem dymu.

- Zbiją na nas majątek - powiedziała przez zaciśnięte zęby i pociągnęła nosem - kurde, handlarze. - Ale kamionkę zażółcić potrafią.

Ruchliwy wylądował na zapadłym Ursynowie. To gdzieś tutaj, ulica Zamiany. Przed wojną był tu elegancki mająteczek, a teraz kupa dzieci szwendających się z farbami w aerozolu i matki pchające wózki między jednakowymi blokami.

Jak ja będę pracował, skoro do żadnego budynku nie da się tu podjechać karetką, pomyślał. Wszystkie osiedlowe uliczki zastawione olbrzymimi głazami, a wąskie jak gardło. Ani pogotowie, ani straż pożarna. Dureń to wymyślił.

Zmrużył powieki niby przysłonę w aparacie fotograficznym i próbował porównywać obrazy z tym, co leżało na dnie pamięci.

To gdzieś tutaj, ulica Zamiany. Patrzył po górnych piętrach, ale tę metodę szybko uznał za błędną. Takiego widoku nikt nie zatrzymuje w głowie. Raczej dolne partie, a zatem partery. Ogródki. Napisy na tynkach. To są właściwe hasła wywoławcze.

Niewątpliwie ułożył sobie plan, którego nie miał zamiaru już zmieniać. Wpadnie do Waldka z pyskiem, naubliża ile wlezie, już zgromadził na końcu języka kilkanaście twardych wyrażeń. Krzyknie parę razy, nie da dojść do słowa i wypadnie na klatkę schodową, zanim tamten porządnie zbierze myśli. Załatwi go inteligencją, zaskoczy i choćby na chwilę sparaliżuje mu krtań. Wrzaśnie, nie podając przyczyny, a następnie śmiertelnie się obrazi.

A czy było inne wyjcie, skoro wyjścia nie było żadnego?

Miał znajomego lekarza, to fakt, pediatrę, bardzo sympatycznego. Ale jakieś dziesięć lat temu, kiedy Ruchliwy zaczynał podstawówkę, facet zmarł na zawał. Teraz zostali tylko ci doktorzy i docenci, których w gruncie rzeczy się boi, bo nie nauczyli go nawet robienia zastrzyków. Czy mógłby któregoś z nich poprosić o wypisanie zwolnienia dla pewnej dziwki? Śmieszne.

Natknął się na kawałek rury wystającej z trawnika. To było to. Właściwie od dłuższego czasu instynktownie czegoś podobnego szukał.

Rozejrzał się, mężczyzny wśród spacerowiczów nie zauważył, toteż naparł całym swoim małym ciężarem na ziemię i wyciągnął. Tabliczkę oderwał jednym sprawnym ruchem, narzędzie przyłożył wzdłuż nogi, aby przestało być widoczne i swobodnym krokiem zatańczył w kierunku upatrzonego bloku mieszkalnego. Trzecie piętro, zdaje się na lewo od windy.

Oczywiście na lewo. Nie jest prawdą, że Ruchliwy jest niepozbierany. Jego pamięć działa od urodzenia lepiej niż u rówieśników. Bardzo oszczędna, bo wybiórcza. Nigdy nie notuje nazwisk, nazw geograficznych i numerów telefonicznych. Wie, że od tego są notesy i książki adresowe. Ale numer strony numeru czasopisma, w którym podano ważną rzecz dla lekarza praktyka - o, to już zostaje w centralnej części szarej substancji na zawsze. Dobry jest. Nadaje się.

Ruchliwy nieźle się zapowiadał jako lekarz wyposażony w intuicję.

Zapukał. Nic. Zadzwonił. Szmer za drzwiami.

Szuranie kapciami, bardzo powolne. Schował rurę za siebie. Odstawił w kąt przy drzwiach tak, aby mieć do niej natychmiastowy dostęp. Jakaś babcia, czy coś takiego. Strasznie powoli otwiera drzwi. Babcia mogłaby się zbyt łatwo przestraszyć żelaznej pały. Teściowa, być może. Niesłychanie mozolne kręcenie kluczem w zamku. Albo pijana dziwka, ta od zwolnienia. Mogłoby tak być.

Skrzypnęło i w drzwiach stanął zaspany Waldek. Wtulił głowę w ramiona, bo się nie mieścił w futrynie.

- No? Co?

- Przyszedłem.

- Widzę, przyszłeś. I co?

- A czego się spodziewasz?

- Znalazłeś kartkę?

- Jaką kartkę?

- Zostawiłem ci kartkę w klubie medyków, żebyś się nie trudził.

- Nie potrzeba zwolnienia?

- Nie. No, cześć, bo śpię - powiedział Waldek, ponieważ ktoś dziecięcym głosikiem zaczął pytać w głębi mieszkania.

- I mówisz to tak sobie? - warknął Ruchliwy.

- A jak mam mówić. Nie tak sobie? - Waldek zaczynał się denerwować. - Zdjąłeś mnie z rusztowania, do cholery, więc spadaj. Pogadamy jutro.

Ruchliwy sięgnął w kąt klatki schodowej. Oparł gazrurkę na stopie i zaczął się na niej kiwać jak podparty laską.

- Napracowałem się - powiedział cichutko. - To mnie dużo kosztowało. Chyba sobie zdajesz sprawę.

- Ile?

- Waldek. Tego się na pieniądze nie przeliczy.

- A na co? Nie jestem kretyn.

- Zastanów się.

- Chcesz mnie uderzyć? - uśmiechnął się Waldek i wysunął wielką głowę przed drzwi.

- Ja?

- No, chcesz? - Waldek dla hecy palnął się otwartą dłonią w czoło. - Bij. Co ja ci poradzę? Tak się stało i już...

Nie spodziewał się, że Ruchliwy to zrobi. Bardzo go zaskoczył.

Uderzył z całej siły. Trysnęła krew z rozwalonej twarzy. Wycie Waldka zatrzęsło klatką schodową, a było tak przeraźliwe, że piętro wyżej pękła szyba. Ruchliwy podniósł rurę i zamierzył się do nowego ciosu, ale że tamten zasłonił się ramieniem, zrezygnował.

- Mam litość nad tobą - powiedział z nieludzkim wysiłkiem, plując przy tym, bo nie panował nad językiem i wargami. - Żebyś wiedział, co ci wolno, a czego nie, Walduś. Zapamiętaj sobie. A przypuszczałem, że z ciebie wielki skurwysyn.

Waldek trzymał się za twarz obiema rękami. Spomiędzy palców wyciekały ciemnoczerwone strużki. Cofnął się, nogą przymknął drzwi. Ruchliwy ze złością kopnął je ile sił. Palnęły o coś miękkiego, a potem z hukiem zapadły w ościeżnicę. Waldek szybko przekręcił zamek od środka, na co Ruchliwy po prostu się uśmiechnął.

Było dobrze. Ten dzień wydawał się zamknięty pomyślnie. Ta sprawa została zakończona. Nie może być tak, że jeden kpi z drugiego. Nie może być, aby człowiek lekceważył człowieka.

Autobus był prawie pusty, więc Ruchliwy bez trudu tak się ustawił przy drzwiach, że gdyby wszedł kontroler, zdążyłby wyskoczyć. I nie może być również, że marnuje się cudzy wysiłek dla własnej zachcianki.

Następny dzień był tak słotny i wietrzny, że Ruchliwy pomny na przysłowia o parasolach wrócił się z dworca po nieprzemakalną kurtkę. Jeszcze nie wiedział, dokąd jedzie. Możliwe, że do Białegostoku, do Gdańska, gdzie jest akademia medyczna. Wziął indeks i papiery. Do matki zadzwoni, ale adres poda za pół roku. Nie wiadomo, co będzie. Trockiego zabili w Meksyku, choć miał wspaniałą ochronę i mieszkał w bunkrze.

Pod tym względem nic się nie zmieniło.

Kiedy już był w wagonie, rozsiadł się i zamknął oczy. Na razie był bezpieczny, ale z lękiem myślał o tym, że trzeba będzie w połowie drogi nagle wysiąść i, zasłaniając twarz, przeczekać do następnego pociągu w przeciwną stronę. Może do Katowic. Jutro przeskoczy do Lublina. Tak, Lublin będzie miastem o wiele szczęśliwszym.

O to przecież chodziło. Człowiek musi znaleźć poważny powód, aby iść dalej, ale nową drogą. Bardzo poważny.

Z tą myślą sięgnął po kanapkę. Dziewczyna naprzeciwko była szalenie apetyczna. Podsypiała i nie panując nad ciałem, rozsunęła kolana. Ruchliwy aż zgrzytnął zębami i odwrócił głowę. Zaczął rozmyślać, dlaczego, do diabła, od kiedy pamiętał, zawsze uważał się za nieśmiałego.

JAK MIETKOWI NIC SIĘ NIE STAŁO

Drewniany balkon runął w dół, drabina odpadła, a Mietek zamajtał tylko nogami, próbując odepchnąć się od powietrza. I udało się. Zawisł na jednej ręce. Zakrzywionymi palcami chwycił za brzeg muru poniżej futryny.

Mur, to za dużo powiedziane. W tym miejscu przed laty murarze zamiast cegieł nałożyli tynku dla niepoznaki. Były czasy, że jak nie było drewna, to się dawało papier, a jak żelaza, to drewno. Teraz to się mogło skrupić na Mietku. Pierwszy kruchy kawałek odpadł od razu wraz z ręką, a zatem z całym Mietkiem, ale on zdążył drugą złapać za występ pod oknem.

Podciągnął się i teraz już wisiał na obu. Szyby były zakurzone, jak to w naszej łazience, ale i tak zobaczyłem, że Mietek na środku głowy jest całkiem łysy. Nie wiedziałem. To zrobiło na mnie wrażenie. Był wyższy, zawsze patrzył z góry, i dopiero dzisiaj, kiedy ja znalazłem się na tym padole wyżej od niego, mogłem się przekonać, kto tu jest naprawdę mężczyzną. Zawsze mi się wydawało, że facet o tak miękkim uścisku dłoni musi być kobiecy i przez to z lekka uduchowiony.

Po chwili zrobiłem mocną linę z prześcieradła, które suszyło się nad wanną. Palce Mietka sczerwieniały. To dobrze, krew jeszcze dochodziła. Z emocji sięgnąłem po papierosa, przypaliłem od płomyczka w gazowym piecyku do ciepłej wody, a po pierwszym sztachu poczułem się na tyle lepiej, że mogłem wrócić do okna. Na szczęście wisiał dalej. Już się przyzwyczaił do tej pozycji, bo zaczął coś mamrotać, pokrzykiwać, stękać. Okno było szczelne, a on cały czas patrzył na ziemię, więc nie słysząc wrzasku i nie widząc jego ust, nie mogłem zrozumieć, o co mu chodzi. Jak człowiek znajduje się w takiej sytuacji, to jasne, że musi mu być niewygodnie. Pewnie złorzeczył.

Było dość wysoko, jakieś dwa piętra. Gdyby spadł, to albo na chodnik, a wtedy by się rozpłaszczył jak naleśnik, albo na drewniany płotek, którego sterczące kołki przebiłyby brzuch, piersi i szyję. Mógł też zlecieć na pozostałość spróchniałego balkonu. W najlepszym razie z Mieczysława zostałyby dwie części: górna i dolna, albo lewa i prawa. Można było się obawiać, że ktoś wyjdzie z klatki schodowej właśnie w czasie spadania, wówczas pogniotłyby się dwie osoby, jak samochody wskutek zderzenia czołowego.

Zrobiło mi się niedobrze. Zawsze bałem się przestrzeni, jeszcze bardziej niż zamknięcia, jak swetra, którego nie da się zdjąć przez głowę. Przemogłem się i otworzyłem lufcik, który na nieszczęście znajdował się u góry okna, a nie na dole. Nietypowa ta nasza kamienica. Teraz jego głos nareszcie zaczął do mnie docierać przez ten otwarty lufcik. Jednak krzyczał. Nie mówił niczego konkretnego, ale ryczał jak zarzynany. A zdawało mi się, że powinien coś spokojnie powiedzieć, w końcu to on znajdował się w położeniu godnym pożałowania, nikt inny. Jak się mówi z namaszczeniem, to wszystko staje się jasne. Zrozumiałem, że jeśli będzie tak dłużej bezładnie skowyczał, to straci siły i ręce mu nie wytrzymają, tym bardziej że palce zrobiły się już białe, a właściwie szare. Wtapiały się w tynk.

Wysunąłem zwinięte prześcieradło, ale że lufcik był wysoko, nie dosięgło nawet jego łysiny. Próbował jakimś nadludzkim wysiłkiem poderwać się do góry, żeby złapać za koniuszek materiału, ale nic z tego nie wyszło. Pomyślałem, że trzeba lufcik zamknąć i próbować otworzyć okno. Jakoż po chwili z wielkim trudem odmykałem klamki, które opierały się, jakby wrosły w drewno okiennej ramy. Bo też od wielu lat w łazience nikt okna nie otwierał, żeby gapie z ulicy nie patrzyły, jak tu się myje zęby. Zardzewiałe zameczki zapiekły się, ale naparłem całym ciałem i w końcu zapiszczały, zgrzytnęły. Ostrożnie uchyliłem okno tylko po to, żeby je natychmiast zamknąć. Otwierało się na zewnątrz i o mało nie rozharatałem Mieciowi nosa. Boże, z trudem łapałem oddech.

Zachęcony moimi rękoczynami, zaczął walić głową w szybę. Robił to bardzo przemyślnie. Podciągał się na rękach, odbijał nogami od ściany i łup! czołem przed siebie. A szkło nic. Twarde jak skała. Pomyślałem: Mieciu, jeszcze raz, spróbuj, może się uda! I spróbował. Raz, drugi, trzeci. Niestety, bez skutku. Po uderzeniach zostały tylko przejaśnieniana W szarej skorupie, która narastała na szkle latami.

No, cóż. Miałem tylko tę nadzieję, że Mieczysław wpadnie na jakiś inny pomysł. Czasu było coraz mniej, energia biedaka wyczerpywała się w postępie geometrycznym, co widać było po nabrzmiałych żyłach na jego szyi. Tak się szarpał, rzucał, dbając przy tym, żeby nie oderwać się od ściany, że aż mu pękł drelichowy kombinezon na plecach. Siłę to chłopak miał nielada.

Nie na długo, jak wspomniałem. Palce zrobiły się już sine, widziałem to doskonale. Wczepiłem się w ramę okna i patrzyłem Mietkowi prosto w oczy, żeby go wesprzeć. W końcu miał tylko mnie jednego. Matka mu umarła, żona odeszła, dzieci nie było, golec po prostu. Zacząłem ze złości biegać po łazience, zapomniałem nawet o lęku przestrzeni i podbiegałem do okna, coraz śmielej patrząc w otchłań ulicy. Miotałem się jak tygrys w klatce. Myślałem, że zwariuję. Z kranu kapała woda, jak zwykle, ale teraz doprowadzała mnie to do szału, więc dopadłem umywalki i obiema rękami starałem się dokręcić to złośliwe urządzenie, aż przekręciłem. Chlusnął tak silny strumień, że zamoczyłem spodnie.

Wtedy zauważyłem, że Mietka nie ma. Rzuciłem się do okna. Nic. Był poza zasięgiem wzroku. Ulica pusta choć okiem wykol! Popędziłem więc schodami na dół, na klatkę, z klatki przez bramę i, spodziewając się krwawej plamy, zamknąłem oczy. Dlatego padłem jak długi, potykając się o miękkie ciało człowieka.

To był właśnie Mietek. Leżał bez ruchu, ale jeszcze tylko przez chwilę. Nagle wstał, odepchnął mnie, otrzepał się i kuśtykając podszedł do drabiny, która spadła wraz z balkonem. Kopnął ją ze złością. Spojrzał ku górze i skrzywił się w bolesnym uśmiechu. Biało-czerwona chorągiew, którą zatknął do wystającej ze ściany rury, była na swoim miejscu. Wiatr łopotał jej sympatycznym, płóciennym skrzydłem. Jedenasty listopada, święto niepodległości Polski. Uniosłem rękę i wysunąłem dwa rozwarte palce do góry, na znak wiktorii. To my, to my zatknęliśmy nasz symbol. Na pohybel komunizmowi!

Poklepałem kolegę po ramieniu. Mojego najlepszego przyjaciela.

- Ty mnie nie klep - mruknął - bo złamałem nogę. Załatw jakiegoś chirurga - dodał i upadł, stracił przytomność. Nigdy go później nie zapytałem, dlaczego tak nagle się wtedy przewrócił, twarzą walnął o płytę chodnika, mimo że już całkiem dobrze chodził. Może z bólu? Może z wyczerpania? A gdyby z radości, to co - nie wolno?

Przez ten beznadziejny incydent wszystko diabli wzięli. Planowaliśmy przecież, że zaraz po powieszeniu chorągwi przejdziemy na drugą stronę ulicy, schowamy się w bramie i, popalając papieroska, będziemy patrzeć, jak milicja z ormowcami wysila się, żeby zdjąć tę flagę. Mieliśmy obserwować, jak przyjeżdża straż pożarna z wozem drabiniastym, jak strażacy wdrapują się w kierunku rury i zrzucają naszą flagę na asfalt, a prokuratorzy, wyskoczywszy z małej suki, wyławiają z budynku mieszkańców i ciągają ich na przesłuchania, żeby zidentyfikować sabotażystów. Za takie coś można było wylądować w pudle. To nie żarty dla grzejtyłków.

Popsuł całą akcję. Najpierw zgubił drabinę pod nogami, potem się połamał... Katastrofa. Musiałem biec na pocztę i wzywać pogotowie ratunkowe, jechać z nim do szpitala na gipsowanie tej zakichanej nogi, szukać taksówki, latać po aptekach po przeciwbólowe. Koniec świata.

Kiedy wieczorem wróciliśmy do domu, chorągwi na ścianie już nie było. Żaden sąsiad nie umiał powiedzieć, dlaczego.

Ale nas to już nie obchodziło. Przeszłość została w tyle. Wieczorami, które nadchodziły coraz szybciej, aż do wigilii Bożego Narodzenia siadywaliśmy przy herbatce i układaliśmy następne plany. W styczniu znaliśmy je na pamięć: następnym razem wytniemy taki numer, że milicja i komitety zwariują. A już w maju, trzeciego, w dniu Konstytucji cała Warszawa przychodziła pod pomnik Dzierżyńskiego, żeby zobaczyć, jak ktoś mu pomalował ręce na czerwono: bez używania drabiny.

NA SZLAKU

Wyszliśmy z fabryki i usiedliśmy na ławce przy wielkim kamieniu, który upamiętniał przejście olbrzymich wojsk antyniemieckich: radzieckich, a wśród nich, jak głosiła legenda, polskiej dywizji imienia Tadeusza Kościuszki. Dwudziestu żołnierzy własną krwią zaświadczyło swoją tu obecność. Róg Żeliwnej i Wąskiej. Wjazd do zakładu optyki przemysłowej. Obok parkingu na sto wozów.

Bardzo lubiliśmy to miejsce. Zawsze było obsiane świeżą trawą i wysadzone bajecznie kolorowymi bratkami.

Usiedliśmy we trzech, jak to u siebie i jak to bywało między nami: ja, Rudy i Barłuszczak. Wielki kamień miał na wierzchu prawdziwy, przyczepiony za pomocą sztyftów i cementu hełm kościuszkowca.

Rudy szeptał syczącym głosem, a ten drugi kiwał głową.

- Jestem chory, na głowę. Słyszę, jak zegarek nadaje tajne instrukcje. Chcą mnie zniszczyć. Sąsiedzi sprowadzili maszyny do promieniowania i mnie naświetlają. Pozdejmowali mundury i udają cywilów, ale ja im nie wierzę. Zapytaj mojej żony.

- Nie masz żony.

- To prawda, coś mi się pomyliło.

- O samobójstwie nie myślisz?

- Nie.

- No to co się martwisz? Daj se spokój i słuchaj, co ci mówią z zegarka.

- A jak każą zabijać niewinnych ludzi?

- Lepiej siedź cicho - radziłem mu najlepiej, jak mogłem - bo cię naprawdę wsadzą do czubków i dopiero będziesz miał kłopoty. Ludzie będą cię palcem pokazywali.

- Tak, lepiej będę siedział cicho.

Rudy wstał, otrzepał spodnie na siedzeniu. Położył palce na ustach, że będzie milczał, i poszedł chwiejnym krokiem. A ten drugi, Barłuszczak, ciągle kiwał głową, jakby nie mógł się nadziwić. Przecież od tylu lat pracują na jednym wydziale.

- Powiedz, kurde - mruknął zaniepokojony - będą zabijać?

- Kiedyś będą, na pewno. Sam słyszałeś.

ZEGAREK

Teraz wszyscy myślą tylko o tym, kto spadnie, a kto się wysunie do awansu. Co prawda o awansie społecznym nie ma mowy, wszystko zależy od tego, czy ktoś podpisze deklarację lojalności, czy nie, ale jest mowa o większych pieniążkach za etat. Na tym też rzecz polega, że obecnie dzięki awansowi ma się naprawdę większą władzę i nie trzeba tak ciężko harować, jak na niższym stanowisku. Może dlatego wymyślono, że im kto niżej, tym ma większą pensję. No tak, ale im kto wyżej, tym ma większe układy i plecy i może lepiej żyć w tych naszych czasach, kiedy pieniądze nic nie są warte, a liczy się towar, benzyna i wódka.

Dlatego szlag mnie trafił, kiedy się dowiedziałem, że Leszek Wichura podpisał deklarację. Przecież to debil do kwadratu, jego rozum skupia się w kroczu i w lewej ręce, bo jest istotnie mańkutem i rzadkiej jakości rozpłodowcem. W warsztacie Kalinowskiego wszystkie żony mechaników rodziły dzieci z podwójną powieką, a taką cechę mógł im dać tylko Wichura. W dodatku Lesio sypał na przesłuchaniach bardzo nieszczęśliwie, wszyscy moi kumple zostali internowani i bałem się, że to grozi ich córkom.

Więc Lesio został szefem wydziału montowni silników. Podszedłem do niego i powiedziałem:

- Lesiu, ty tu długo nie pobędziesz. Cały wydział jest obsadzony przez damskie pracownice. Tego ci życzę i żebyś padł.

Wichura podniósł oczy znad papierów, których góra leżała na czarnym, wytłuszczonym biurku w oszklonej kabinie szefa, wyprostował zeza i klepnął się otwartą dłonią w czoło.

- A co ty myślisz? Że ja się na stanowisku będę łajdaczył? Ty nie znasz tego stanowiska.

Po trzech dniach sam przyszedł do mnie, położył przede mną podanie i poprosił, żebym zaopiniował. Żądał przeniesienia go ze stanowiska szefa montowni z powrotem na brygadzistę.

- Co ci odbiło? - zapytałem i podpisałem, że popieram podanie kolegi.

- Ach, odbiło. Dosyć mam tego. - Wyciągnął z kieszeni pudełko z tytoniem i bibułkami i dał mi w prezencie. - Dziękuję, stary, teraz będę miał życie jak w Madrycie. Ciężkie czasy trzeba okupić ciężkim życiem, więc swoje odkupiłem i cześć.

Nie wiedziałem, co może szary robol opiniować w takim względzie i według tego tematu, ale Lesio widocznie miał w tym swój cel. Jedno wiem, że się znał na zegarkach, umiał dorobić najtrudniejszą część, byleby nie była elektroniczna. Oddałem mu tytoń, bo nie palę, ale zdjąłem zegarek z ręki i powiedziałem, żeby coś z tym zrobił, bo raz idzie za szybko, raz za wolno, a ja się nie lubię ani pchać za wcześnie, ani spóźniać z życiowymi sprawami.

Tak jak myślałem, Lesio przeniósł się na stanowisko technologa wyrobów, po to chyba, żeby jeszcze mniej zarabiać na coraz wyższej funkcji. Złapałem go na korytarzu, ale nie chciał już ze mną rozmawiać.

- Ty byłeś w "Solidarności" sprzed stanu wojennego, kochasiu. Ty nalatywałeś na kierowników. Ja nie będę represjonował, ale ty się odpieprz, kochasiu.

Żonę miał piękną i dlatego w rok później powiła dziecko, chyba jego pierwsze dziecko bez podwójnej powieki, ale jak powiedziałem, Lesio to debil i tego już nie zauważył. Zaprzyjaźniłem się z nim, lubiłem kołysać malucha na rękach, a Lesio nieraz robił mi herbatę w chwili, kiedy małego uczyłem rozpoznawać przedmioty. Zegarka już nie odzyskałem. Być może zostanę kiedyś internowany za całkowity brak punktualności.

Całe to życie streszcza się już niesamowicie.

 

Piotr Müldner Nieckowski

 

Jacob Böhme

AURORA

 

Rozdział dziewiąty

 

Wielka tajemnica niebios i Boga - O dostojnej, przyjaznej i miłosiernej miłości Bożej

 

Ponieważ piszę tutaj o rzeczach niebiańskich i boskich, co jest nader obce zepsutej naturze człowieka, z tego powodu Czytelnik bez wątpienia mógłby się zdziwić i rozgniewać patrząc na prostomyślność Autora, gdyż motywacja zepsutej natury kieruje się wyłącznie do czegoś dostojnego niczym dumna, dzika, lubieżna i występna kobieta, która w swym popędzie ogląda się zawsze za pięknymi mężczyznami, aby się z nimi parzyć.

2. Taka jest też butna, zepsuta natura człowieka. Wypatruje tylko tego, co błyszczy i popisuje się przed światem, mniema, że Bóg zapomniał o kimś ubogim, dlatego udręcza go z tego powodu, czyniąc go jeszcze nędzniejszym. Sądzi, że Duch Święty patrzy tylko na rzeczy dostojne, na sztukę tego świata, na zajęcia wielkie i głębokie.

3. A jak się rzeczy mają naprawdę, tedy spójrz tylko za siebie, wówczas odkryjesz istotę rzeczy. Kim był Abel? Owczarzem. - Kim byli Henoch i Noe? Ludźmi prostomyślnymi. - Kim byli Abraham, Izaak i Jakub? Pasterzami bydła. - Kim był Mojżesz, wierny mąż Boży? Pasterzem bydła. - Kim był Dawid, gdy powołały go usta Pana? Owczarzem. - Kim byli prorocy wielcy i mali? Pospolitymi i lichymi ludzikami, po części zaś chłopami i pasterzami, byli jedynie włóczęgami tego świata. Uważano ich wyłącznie za szaleńców. Choć czynili cuda i dawali znaki, świat wciąż spoglądał do góry i Duch Święty musiał być ich podnóżkiem, gdyż butny szatan zawsze i wszędzie pragnął stać się na świecie królem.

4. No, w jaki sposób nasz król, Jezus Chrystus, przyszedł na ten świat? Biedny i w wielkim zmartwieniu i nędzy, nie miał miejsca, gdzie mógłby położyć głowę, Mt 8, 20.

5. Kim byli jego apostołowie? Biedni, pogardzani, nieuczeni pomocnicy rybaków. Kto wierzył im kazaniom? Biedny, pogardzany ludek. Dostojnicy i uczeni w piśmie byli pomagierami katów Chrystusa, którzy krzyczeli wtedy: Ukrzyżuj, ukrzyżuj go! Łk 23, 21.

6. Kto zawsze i wszędzie najmocniej stał przy kościele Chrystusowym? Biedny, pogardzany ludek, który ze względu na Chrystusa przelewał krew. Kto zawsze i wszędzie fałszował i kwestionował prawdziwą i czystą chrześcijańską naukę? Uczeni w piśmie, papieże, kardynałowie, biskupi i wielka Hanza. Dlaczego świat szedł za ich przykładem? Dlatego że mieli wielkie poważanie i popisywali się przed światem. Taka dumna kurew jest zepsutą naturą człowieka.

7. Kto wymiótł w Niemczech z kościołów papieską żądzę złota, zabobonów, kapitału i iluzji? Biedny, pogardzany mnich. Przez co władza albo siła? Przez moc Boga Ojca i przez siłę Boga Ducha Świętego.

8. Co jest jeszcze zakryte? Prawdziwa nauka Chrystusa? Nie, lecz filozofia i głębokie podłoże Boga, niebiańska rozkosz, objawienie stworzenia aniołów, objawienie przejmującego grozą upadku szatana, skąd pochodzi zło, stworzenie tego świata, głęboka przyczyna i tajemnica człowieka i wszystkich kreatur w tym świecie, Sąd Ostateczny i przemiana świata, tajemnica zmartwychwstania umarłych i życia wiecznego.

9. Wyłoni się w głębi w wielkiej prostocie, dlaczego nie w sztuce wysokiej? Nikomu nie wolno się chwalić, że dokonał tego, gdyż tym samym zostanie odkryta i unicestwiona buta szatana. Dlaczego Bóg to czyni? Ze swojej wielkiej miłości i miłosierdzia względem wszystkich ludów, aby pokazać tym, że przyjdzie kiedyś czas odrodzenia tego, co się utraciło, gdy ludzie będą oglądali i zażywali doskonałości i zakłębią się w bogatym, jasnym i głębokim poznaniu Boga.

10. Dlatego zanim wzejdzie Jutrzenka, należy określić albo jakoś wskazać ten dzień. Kto więc chce spać, ten niech śpi bez ogródek, a kto pragnie czuwać i przyozdabiać swoją lampę, ten niech czuwa na wskroś. Popatrz, zbliża się narzeczony. Kto czuwa więc i jest ozdobiony, ten wstępuje na wieczne, niebiańskie gody, a kto śpi, kiedy się zbliża, ten śpi wciąż i nieustannie w mrocznym więzieniu wściekłości.

11. Dlatego chciałem Czytelnika wiernie ostrzec, żeby pilnie czytał tę księgę i nie gniewał się na prostomyślność Autora. Bóg bowiem nie spogląda na dostojność, sam bowiem jest dostojny, lecz patrzy, jak wspomóc to, co niskie. Jeśli uda ci się postąpić na tyle, że uchwycisz ducha i sens Autora, wtedy nie będziesz potrzebował już napominania, lecz będziesz się cieszył w tym świetle i będziesz zadowolony. Twoja dusza będzie się w nim uśmiechała i triumfowała.

12. Zapamiętaj więc: Miłość nadobna, która jest piątym duchem źródlanym w boskiej mocy, jest źródłem zakrytym. Nie może pojąć ani objąć go cielesna istota innym sposobem, jeśli nie wzbije się w tej strukturze cielesnej. Wtedy ta struktura cielesna triumfuje w nim i rodzi się przyjaźnie i miło. Nie należy bowiem do wytworu jakiegoś ciała, lecz wyrasta w tym ciele jak kwiat z ziemi. Więc ten sam duch źródlany bierze na początku swój matecznik ze słodkiej jakości wody.

13. Zrozum to tak, jakie jest, tutaj zaś uważaj właściwie: Najpierw jest cierpka jakość, potem słodka, następnie gorzka. Słodka istnieje pośrodku między cierpką a gorzką. Cierpka więc zawsze utwardza, oziębia i zaciemnia, gorzka strzępi, pędzi, sroży się i rozdziela. Te dwie jakości nacierają na siebie i ścierają się z sobą wzajemnie tak mocno i kłębią się tak bezlitośnie, że powijają gorąco. W tych dwóch jakościach jest ono zaciemnione tak jak gorąco w kamieniu.

14. Jeśli weźmie się kamień albo coś równie twardego i pociera się go o drewno, wówczas rozgrzewają się obie te rzeczy. To samo gorąco jest bowiem tylko pewną formą ciemności i nie ma w nim światła. Tak jest też w boskiej mocy. Gdyż cierpka i gorzka jakość bez słodkiej wody nacierają i pędzą na siebie tak zażarcie, że rodzą mroczne gorąco i zapalają się w sobie.

15. To razem więc stanowi gniew Boży, źródło i matecznik ognia piekielnego, jak to można zobaczyć u Lucyfera. Podniósł się i tak mocno ugniatał się ze swymi legionami, że wysuszyła się w nim słodka woda źródlana, zapaliło się w nim światło i podniosła się w nim miłość. Dlatego jest teraz wiecznie cierpkim, twardym, chłodnym, gorzkim i gorącym, kwaśno cuchnącym zdrojem studziennym, bowiem gdy wysuszyła się w nim jakość słodka, wówczas pojawił się mroczny, kwaśny smrodek i dolina narzekania, dom zepsucia i nędzy.

16. Dalej zatem w tej głębinie: Kiedy więc tak mocno ścierają się z sobą jakość cierpka i gorzka, że powijają gorąco, taka jest też jakość słodka, słodka woda źródlana pośrodku między cierpką i gorzką, a gorąco rodzi się między jakością cierpką a gorzką w słodkiej wodzie źródlanej dzięki jakości cierpkiej i gorzkiej.

17. Tam w gorącu zapala się światło w słodkiej wodzie źródlanej. Jest to początek życia. Bowiem cierpka i gorzka jakość są początkiem i przyczyną gorąca i światła. Słodka woda źródlana staje się przeto jaśniejącym światłem podobnym do błękitnego i jasnego nieba.

18. Ta sama jasna woda źródlana zapala cierpką i gorzką jakość, i gorąco, jakie rodzi się w słodkiej wodzie z jakości cierpkiej i gorzkiej, podnosi się ze słodkiej wody źródlanej dzięki jakości gorzkiej i cierpkiej. W gorzkiej i cierpkiej jakości wysusza się najpierw światło i błyszczy, dlatego robi się ruchliwe i triumfujące.

19. A więc kiedy potem światło podnosi się ze słodkiej wody źródlanej w jakości gorzkiej i cierpkiej, wówczas gorzka i cierpka jakość smakują jasną i słodką wodę. Gorzka jakość łapie smak słodkiej wody; w słodkiej wodzie istnieje światło, lecz tylko w kolorze niebiesko-błękitnym.

20. Następnie gorzka jakość drży i rozciera stwardnienia w cierpkiej, wysusza światło w cierpkiej i świeci jasno, o wiele świetliściej niż słońca blask. W tym wznoszeniu się jakość cierpka staje się delikatna, jasna, subtelna i miła, otrzymuje swe życie, którego matecznik bierze się z gorąca w słodkiej wodzie. Takie jest zatem prawdziwe źródło studzienne miłości.

21. Rozważ to w głębokim sensie: Jak miałaby nie istnieć miłość i radość tam, gdzie pośrodku w śmierci rodzi się życie, a światło pośrodku w ciemności? Czy powiesz, jak do tego dochodzi? - Tak, gdyby mój duch siedział w twoim sercu i tryskałby w twoim sercu, wtedy odnalazłoby i zrozumiałoby to twoje ciało. Inaczej nie mogę bowiem wprowadzić tego do twoich zmysłów. Nie możesz tego pojąć albo zrozumieć, zanim Duch Święty nie zapali twojej duszy, a wówczas to światło samo zapłonie w twoim sercu. Następnie owo światło urodzi się w tobie samym jak Bóg i wzejdzie w twojej cierpkiej i gorzkiej jakości w twojej słodkiej wodzie i zatriumfuje jak Bóg. Jeśli więc to się stanie, wtenczas dopiero zrozumiesz moją księgę; nie wcześniej.

22. Zapamiętaj: Jeśli światło rodzi się w gorzkiej jakości, to jest: kiedy gorzkie i suche źródło łapie słodką wodę źródlaną życia i pije ją, wtedy w cierpkim duchu ożywia się gorzki duch, i cierpki duch pojawia się jako duch brzemienny; jest brzemienny życiem i nieustannie musi rodzić życie. Słodka woda bowiem, a w słodkiej wodzie światło, ciągle podnosi się w cierpkiej jakości. A gorzka jakość ciągle w niej triumfuje i nie jest niczym innym jak tylko śmiechem i radością, wyłącznie miłowaniem.

23. Cierpka jakość bowiem kocha słodką wodę najpierw dlatego, gdyż w słodkiej wodzie rodzi się duch życia, i pije cierpką, twardą i zimną jakość, oświetla ją i ogrzewa, bowiem życie znajduje się w wodzie, gorącu, świetle.

24. Dalej cierpka jakość miłuje gorzką dlatego, że gorzka w słodkiej wodzie, to jest: w wodzie, gorącu i świetle triumfuje w cierpkiej i czyni cierpką ruchliwą, dzięki czemu może także triumfować cierpka.

25. Po trzecie cierpka jakość miłuje gorąco, dlatego że w gorącu rodzi się światło, dzięki czemu cierpka jakość rozświetla się i ociepla.

26. A słodka jakość także miłuje cierpką, po pierwsze dlatego, że osusza cierpką, że nie rozrzedza się na podobieństwo wody żywiołowej, a jej jakość istnieje w mocy, i że w cierpkiej jakości światło, jakie się w niej rodzi, staje się jasne i suche. Do tego cierpka jakość jest przyczyną gorąca powijającego się w słodkiej wodzie, gdzie wznieca się światło, gdzie słodka woda znajduje się w wielkiej czystości.

27. Po drugie słodka jakość także miłuje gorzką, dlatego że jest również przyczyną gorąca, i także dlatego, iż gorzki duch triumfuje w słodkiej wodzie, gorącu i świetle, i drży; czyni słodką ruchliwą i ożywioną.

28. Po trzecie słodka jakość tak bardzo miłuje gorąco miłością wytworną, że z niczym nie jestem w stanie tego porównać: Unaocznij to sobie takim porównaniem, które wprawdzie jest o wiele za słabe, gdy w dwojgu młodych ludzi szlachetnego charakteru, kiedy ci sami rozgrzewają się wzajemnie w zapale miłości, wówczas pojawia się taki ogień. Jeśli mogą się wzajemnie połączyć w ciele albo przemienić się w jedno ciało, wtenczas czynią to. A ziemska miłość jest tylko zimną wodą, nie ogniem prawdziwym. Nie można znaleźć właściwego porównania w tym świecie na poły martwym jak tylko w zmartwychwstaniu umarłych podczas Sądu Ostatecznego. To jest doskonałe porównanie, we wszystkich boskich rzeczach prawdziwe doznawanie miłości.

29. A słodka jakość dlatego tak miłuje gorąco, gdyż w niej rodzi się duch jasności, który jest przecież duchem życia. Życie zaś powstaje w gorącu. Gdyby bowiem nie było gorąca, wówczas wszystko byłoby mroczną doliną. Czyli gdy miłe jest przeto życie, wtedy miłe jest także gorąco słodkiemu duchowi, gdy w gorącu wyłania się światło.

30. A gorzka jakość także miłuje wszystkie inne duchy źródlane, najpierw słodkie, bowiem w słodkiej wodzie pokrzepia się gorzki duch i gasi w nim swoje ogromne pragnienie, a jego gorzkość łagodzi się w niej i dostaje swoje życie świetliste. A w cierpkiej ma swoje ciało. W niej triumfuje, chłodzi się i łagodnieje. A w gorącu ma swoją siłę i moc, nie mówiąc już o radości.

31. A gorąca jakość także miłuje inne jakości, a przeto również w niej miłość jest ogromna wobec innych i do innych, jednak nie sposób tego porównać, gdyż rodzi się z tych innych. Jakości cierpkie i gorzkie są ojcem gorąca, a słodka woda źródlana jest jego matką, która przyjmuje je i powija. Bowiem przez cierpką i gorzką twardy pęd staje się gorącem. W słodkiej jakości wyłania się w taki sposób jak w drewnie.

32. Jeśli nie dajesz temu wiary, tedy otwórz oczy i podejdź do jakiegoś drzewa i przyglądaj się mu. Na pierwszy rzut oka zobaczysz przeto całe drzewo. Weź nóż i odkrój z niego kawałek i posmakuj, jakie jest; wtedy najpierw poczujesz jakość cierpką, od której ścierpnie ci język. Ta sama zatem trzyma także i ściąga wszystkie siły drzewa. Potem doznasz gorzkiej jakości. Drzewo czyni ruchliwym; dlatego rośnie, zieleni się i otrzymuje swoje gałęzie, listowie i owoc. Następnie odczujesz słodycz nader łagodną i ostrą; ostrość bowiem uzyskuje od jakości cierpkiej i gorzkiej.

33. Te jakości zatem byłyby ciemne i martwe, gdyby nie było w nich gorąca. A skoro tylko przychodzi wiosna, że słońce swymi promieniami dosięga ziemi i ogrzewa ją, wówczas duch ożywia się gorącem w tym drzewie i duchy drzewa podnoszą się do zielenienia; rosną i kwitną. Bowiem duch podnosi się w gorącu, wszystkie duchy cieszą się w nim, żyją w nim, i między nimi panuje jedna wspaniała miłość. Gorąco wszakże rodzi się przez siłę i pęd cierpkiej i gorzkiej jakości w słodkiej wodzie. Lecz gorąca słońca muszą użyć do zapalenia się, dlatego że jakości w tym świecie są w połowie martwe i zbyt osowiałe, czego przyczyną jest król Lucyfer. Znajdziesz to w opisie odnoszącym się do jego upadku i przy stworzeniu świata.

 

O przyjaznej miłości, majestacie i jedności

tych pięciu duchów źródlanych Boga

 

34. Chociaż jest niemożliwy wystarczający opis tego przedmiotu ludzkimi rękami, tedy jednak widzi to oświecony duch człowieka, bowiem pojawia się w takiej formie i postaci na podobieństwo światła boskiej siły, jak i w tych samych jakościach, jakie istnieją w Bogu.

35. U człowieka można żałować tylko tego, że jego jakości są zepsute i na pół martwe, dlatego więc duch człowieka albo jego źródła, powstawanie albo zapalenie się w tym świecie nie mogą osiągnąć doskonałości.

36. I przeciwnie: Ogromnie trzeba się cieszyć tym, że duch człowieka w swojej biedzie jest rozjaśniany i zapalany Duchem Świętym, podobnie jak słońce zapala w drzewie albo zielu zimne gorąco, dzięki czemu zimne gorąco nabiera życia.

37. Zauważ przeto: Podobnie jak członki człowieka, gdzie jeden kocha drugiego, tak też duchy w boskiej mocy; nie jest to bowiem nic innego jak tylko tęsknota, pożądanie i spełnianie, bowiem dzięki tym duchom rozum i zróżnicowanie pojawia się w Bogu, w aniołach, ludziach, zwierzętach, ptakach i we wszystkim, co tu żyje, gdyż w tych pięciu jakościach wyłania się widzenie, wąchanie, smakowanie i czucie. Nastaje duch rozumny.

38. Kiedy wynurza się światło, wtedy jeden duch widzi drugiego. A kiedy słodka woda źródlana w świetle przechodzi przez wszystkie duchy, wtedy jeden smakuje drugiego. Następnie duchy ożywiają się i siła życia przenika przez wszystko. W tej samej sile jeden wącha drugiego, a przez to tryskanie i przenikanie jeden czuje drugiego. Nie ma nic oprócz serdecznej miłości i przyjaznej tęsknoty, dobrego powonienia, dobrego smakowania i odczuwania miłości, powabnego całowania, wspólnego posiłkowania się, picia i rozkoszy miłosnych.

39. To jest luba narzeczona, która cieszy się w swym oblubieńcu tam, gdzie jest miłość, radość i rozkosz. To jest światło i czystość, to jest miły zapach, to jest przyjazny i słodki smak. Teraz i na zawsze bez końca, jak może się tym rozkoszować bez ograniczeń niebiańska kreatura! Ach, miłości i lubości! Nie masz przecież kresu, w tobie nie widzi się przecież kresu: Twoja głębia jest niewyczerpywalna; jesteś przeto wszędzie, tylko nie we wściekłych szatanach, którzy zepsuli cię w sobie.

40. Powiadasz przeto: Gdzie można spotkać któregoś z tych dostojnych duchów? Mieszkają tylko w sobie samych w niebie? Odpowiedź: To są inne otwarte wrota Boskości. Tutaj musisz szeroko otworzyć oczy i obudzić ducha w swym na poły martwym sercu, nie jest to bowiem wcale bajanie, poezjowanie czy fantazjowanie.

41. Zapamiętaj: Siedem duchów Bożych obejmuje w swym biegu albo przestrzeni niebo i ten świat, bezmiar i głębię poza niebem i ponad niebem, ponad światem, pod światem i w świecie, nawet całego Ojca, który nie ma początku ani końca. Obejmuje także wszystkie kreatury w niebie i w tym świecie. Wszystkie kreatury w niebie i w tym świecie są utworzone z tych duchów i żyją w nich niejako na swych włościach. Ich życie i rozum rodzą się w nich w taki sposób, jak rodzi się boska istota. I to w tej samej sile. Z tej samej struktury cielesnej siedmiu duchów Bożych są wykonane i pochodzą wszystkie rzeczy, wszystkie anioły, wszystkie szatany, niebo, ziemia, gwiazdy, żywioły, ludzie, zwierzęta, ptaki, ryby, wszystkie robaki, drewno i drzewa, do tego kamienie, ziele, trawa i wszystko, co istnieje.

42. Zapytasz przeto: Skoro więc Bóg jest wszędzie i sam jest wszystkim, jak dochodzi potem do tego, że w tym świecie jest takie zimno i gorąco; do tego gryzą i biją się wszystkie stworzenia, i w tym świecie nie ma niczego prócz samej wściekłości. Zobacz: oto przyczyna i źródło zła: Gdy król Lucyfer siedział w swoim państwie niczym dumna, wyniosła oblubienica, wtedy uchwycił należące do jego włości miejsce, gdzie teraz jest to stworzone siedzisko wykonane z wody, jak i miejsce stworzonego świata aż do nieba, do tego tę głębię, gdzie teraz jest ziemia. To wszystko było czystą i świętą pramaterią, gdzie siedem duchów Bożych istniało doskonale i miłośnie jak teraz w niebie, acz jeszcze w tym świecie są doskonali. Zwróć jednak tylko właściwie uwagę na te okoliczności:

43. Gdy podniósł się król Lucyfer, wtedy podniósł się w siedmiu duchach źródlanych i zapalił je swym wywyższeniem się: wszystko wypaliło się do cna. Cierpka jakość zrobiła się tak twarda, że zrodziła kamienie, i tak wyziębiona, że słodka woda źródlana ścięła się w lód. A słodka woda źródlana zrobiła się nader gęsta i smrodliwa, a jakość gorzka uczyniła się wręcz wściekła, rozdzierająca i szalona; z tego powodu burzy się jad, i ogień albo gorąc stał się cały zapalczywy, płonący i pożerający, cały przemienił się w nieznośną dysharmonię albo pomieszanie.

44. Z tego powodu króla Lucyfera wypchnięto więc z jego królewskiego miejsca albo stolca, jaki miał w tym miejscu, gdzie teraz jest niebo stworzone i tamże rychło z tego względu nastąpiło stworzenie tego świata, i została spędzona twarda, cierpka materia, która ostała się w siedmiu zapalonych duchach źródlanych. Z tego wyroiła się ziemia i kamienie. Potem wykonano wszystkie kreatury z zapalonej prasiły siedmiu duchów Bożych.

45. Te duchy źródlane stały się przeto tak wściekłe w swym zapaleniu, że jeden psuje drugiego nieustannie swym złym źródłem. Więc czynią to teraz takie stworzenia, które są wykonane z tych duchów źródlanych i żyją w tym samym pędzie. Stąd kąsa się, pcha i zazdrości sobie wszystko wedle charakteru tych jakości.

46. Na to więc cały Bóg postanowił Sąd Ostateczny. Zamierza wówczas oddzielić zło od dobra, i dobro znowu postawić w delikatne i miłe rozkosze, jak było przed ohydnym zapaleniem się szatana, i chce dać to wściekłe na wieczne pomieszkanie królowi Lucyferowi. Wtenczas z tego państwa powstaną dwie części. Jedną dostaną ludzie z ich królem Jezusem Chrystusem, drugą szatan z bezbożnikami i złem.

47. To jest przeto krótkie wprowadzenie, żeby Czytelnik zechciał tym lepiej zrozumieć boską tajemnicę. Wszystko znajdziesz właściwie opisane wedle długości przy upadku szatana i przy stworzeniu tego świata. Z tego powodu chciałem Czytelnika napomnieć, żeby wszystko czytał w należnym porządku, wtedy zaś trafi na właściwy grunt.

48. Mianowicie od początku świata nie objawiło się to w całości w ten sposób nikomu z ludzi. A ponieważ Bóg chce się tym rozkoszować, pozwalam postępować jego woli. Chciałbym ujrzeć, co Bóg przez to pragnie uczynić, gdyż jego drogi, którymi kroczy przed siebie, w większej części są zakryte przede mną. Od tyłu wszakże duch postrzega go aż do najdostojniejszej głębiny.

 

Jacob Böhme
Przełożył Andrzej Pańta

 

Ariana Nagórska

Cykl pt. "Miniatury sponsorskie"

ZŁOTY INTERES

Otrzymał autor nakład 500 egzemplarzy

i zabrał się solidnie do jego sprzedaży.

Po handlu za 5 złotych kupił masło i chlebek,

zjadł... i pięciozłotowy ma debet.

 

Ariana Nagórska

 

Janusz A Korbel

GLOBALNY DEKALOG DLA PRZETRWANIA NIECO DŁUŻEJ:

Pan rozsunął Niebiosa i rzekł do ludu swego

 

1. Nie zabijaj bez potrzeby życiowej, lecz ochraniaj wszelkie życie.

2. Nie będziesz miał dzieci więcej niż 1-2

3. Nie ukradniesz Ziemi już ani kawałka więcej, a ekosystemy naturalne i pierwotne zachowasz jako rezerwaty zamknięte przed tobą, póki życie w pełni nie wróci do nich, a twój gatunek zredukuje pogłowie.

4. Nie będziesz pożądał rzeczy z odległych regionów. Nie będziesz sadził gatunków obcych, ani sprowadzał egzotycznych zwierząt, ani wyrobów z nich.

5. Swoje inwestycje będziesz prowadził tylko na obszarach zaludnionych i zdewastowanych przez człowieka.

6. Będziesz płacił podatki w zależności od skali zniszczenia, zawłaszczenia lub zaśmiecenia ziemi (na podstawie ekologicznego wskaźnika efektywności wyrażonego stosunkiem skali zaspokojenia potrzeb życiowych do skali zużycia ziemi).

7. Nie będziesz budował domów wolno stojących i będziesz dążył do życia w większych wspólnotach niż tradycyjna, egoistyczna rodzina faryzeuszy.

8. Największym grzechem i niemoralnością jest rozbudzanie potrzeb braci, dążenie do wzrostu konsumpcji i produkcji przedmiotów nie związanych z potrzebami życiowymi, co nazywam wszelkim zbytkiem. Dlatego będziesz odróżniał informację od reklamy; tę ostatnią uznasz za zakazaną.

9. Będziesz dążył do ograniczania liczebności gatunków udomowionych i zmutowanych, które nie są ci niezbędne do życia.

10. W miarę zmniejszania się populacji będziesz ustępował z obszarów zimnych, gdzie twoje życie podtrzymywane musi być dodatkowymi wydatkami energii.

 

Janusz A Korbel