Łabuź 56/2006


 
[…] Niedawno w przemówieniu sejmowym przywódca rządzącej dziś partii powiedział, że w 1989 r. chciano za jednym powiedzeniem fiat [niech się stanie] ustanowić państwo prawne w Polsce. I nazwał to "nawet zabawnym".

Prof. Mirosław Wyrzykowski, przeciwstawiając na sesji "Prawo i polityka" punkt widzenia polityka, ironizował: "Zabawa w uchwalenie demokratycznego państwa prawa miała miejsce 28 i 29 grudnia 1989 r. Owa zabawa to była parlamentarna zmiana ustroju państwa". Przypomnę, że Sejm usunął wtedy z konstytucji PRL wszystkie postanowienia właściwe dla państwa totalitarnego. Przywrócił nazwę Rzeczpospolita Polska i wprowadził zasadę państwa prawnego, nadając całej konstytucji radykalnie odmienną wymowę i sens.

Jaki jest więc sens szydzenia z wprowadzonej w 1989 r. zasady państwa prawnego? "Polityk może to robić - odpowiada prof. Wyrzykowski - ale powinien mieć świadomość konsekwencji swojej postawy politycznej w sferze prawa".

Od siebie dodam, iż zdawaliśmy sobie sprawę, że za jednym fiat wszystkie instytucje państwa nie staną się demokratyczne. Choćby dlatego jedną z pierwszych reform w III Rzeczypospolitej stała się reforma samorządowa.

Co oznaczało tak wyraźne przyjęcie tezy, że przeobrażenia, które wprowadzamy po 1989 r., mają odpowiadać zasadom państwa prawnego? Oznaczało od razu, że najwyższe władze państwa - rząd i parlament - kierują się tymi zasadami. Wiedzieliśmy, że jeszcze nie wszystkie instytucje odpowiadają charakterowi tego państwa, że trzeba je zmieniać z konsekwencją, krok po kroku. Ale w tej drodze musiała istnieć busola.

Problemem, nad którym nie można przejść do porządku dziennego, jest to, w jakim stopniu obecna "wojna polityczna wszystkich ze wszystkimi" odbija się na stosunku obywateli do państwa. Do państwa własnego, suwerennego, już nie totalitarnego, lecz demokratycznego.

Jego kształtowanie trwało blisko 17 lat. Był to bezprecedensowy proces równoczesnej zmiany ustroju politycznego i gospodarczego. A także całkowitej zmiany osadzenia Polski w realiach międzynarodowych zapewniających jej bezpieczeństwo i perspektywę rozwoju.

W procesie krzepnięcia tego państwa następowało też jego psucie i erozje. Na pewno nie zaczęło się to teraz, po ostatnich wyborach. Powstaje jednak pytanie o proporcje. Nie wątpię, że fundamenty tego państwa zostały mocno ukształtowane, a osiągnięcia przeważają nad tym, co zostało popsute. Inicjatorzy IV RP, pochodzący zresztą z różnych stron politycznych, wyznają pogląd przeciwny.

Coraz więcej Polaków zadaje sobie pytanie, czy spór zarówno o ocenę III RP, jak i o potrzebne zmiany, musi odbywać się w sposób tak niszczący dla państwa. I czy busola państwa prawnego nie została przez nowych rewolucjonistów wyrzucona jako nieprzydatna przywara III RP.

 

 

Destrukcja demokratycznego życia publicznego zaczyna się często od języka. Od pojęć wchodzących do obiegu społecznego, akceptowanych w nim i przez to kształtujących stosunek obywateli do państwa. Mam na myśli zwłaszcza inkorporowane do naszego dzisiejszego języka politycznego określenie, że "państwo stanowi domenę łupów", o czym pisał prof. Wiktor Osiatyński.

Pojęcie to przyszło do nas z Ameryki, ale ten język Dzikiego Zachodu nie był dla nas najlepszym darem. Chcę zwrócić uwagę, jak destrukcyjnie oddziałuje ono na stosunek zwykłych obywateli do państwa, jak dalece podważa jego wiarę w państwo jako dobro wspólne i w to, że można je współkształtować. Czym innym jest bowiem to, że po wyborach następuje zmiana administracji, a czym innym - zasada, że wszystko, co należy do życia publicznego, stanowi łupy do podziału. Do instrumentarium destrukcji stylu życia publicznego należy również tworzenie negatywnych stereotypów i utrwalanie ich w walce politycznej. "Gruba kreska", "Okrągły stół", "Magdalenka" - ile już opublikowano na te tematy wyjaśnień i świadectw, a wciąż te stereotypy, raz wprowadzone i podtrzymywane, funkcjonują w życiu publicznym jak maczugi. Do natury stereotypu należy, że odwołuje się nie do prawdy i rozumu, lecz do emocji.

Obserwujemy w życiu publicznym wszechobecność mowy mataczącej, zwłaszcza w ostatnim czasie. Usłyszałem, że kolejna komisja śledcza jest niezbędna, bo tylko ona będzie działać merytorycznie i tylko ona będzie wolna od wszelkich pokus politycznych. Zwłaszcza to ostatnie sformułowanie naraża mówiącego na śmieszność, a jednak mowa matacząca trwa. Dezinformuje i dezorientuje.

Mataczenie towarzyszy interpretowaniu prawa i konstytucji w złej wierze. Konstytucyjny przepis mówiący o tym, kiedy prezydent może rozwiązać parlament, został przewidziany na okoliczność, gdy parlament nie potrafi uchwalić budżetu. Mieliśmy natomiast do czynienia z sytuacją odwrotną - parlament chciał uchwalić budżet, a wciągnięty do działania ośrodek prezydencki mu w tym przeszkadzał. Instytucja komisji śledczej została wprowadzona do konstytucji dla podjęcia określonych spraw. Jest to wprost sformułowane. Powoływanie komisji śledczych do badania 17 lat gospodarki, bankowości czy dziennikarzy - to nie jest badanie określonych spraw.

Szanowanie zasad państwa prawnego na tym polega, że wszyscy, również większość sejmowa, zobligowani są działać zgodnie z literą i duchem prawa. I w dobrej wierze [...].

 

 



Tadeusz Mazowiecki - wybrane fragmenty artykułu: "Czy demokracja musi przegrać?" - "Gazeta Wyborcza" - 25-26 marzec 2006 r.

Dziękujemy pkl. "Łabuż"

 

Kazimierz Obuchowski

POŻEGNANIE Z LEMEM

Umarł Stanisław Lem. Trudno mi w to uwierzyć, gdyż od pół wieku był obecny w moim życiu. Ilekroć potrzebowałem "rozrusznika" dla mojego umysłu, zaglądałem do któregokolwiek z jego tekstów. Zawsze znajdowałem coś, co odsłaniało mi sprawy, które są ważne, będą ważne i na które nigdy nie będzie szkoda czasu. Mam na przykład poczucie, że zakorzenioną w sposobie myślenia Lema jest idea, jaką wyraziłem w książce Kody umysłu i emocje, że "Celem biologicznym psychiki jest obrona przed jej rozpadem, a tym co czyni ją ludzką, jest wykraczanie ponad wymagania obrony".

Stanisław Lem budził szacunek już tym, że nie dawał się zaklasyfikować. Filozof, pisarz, biolog, psycholog, politolog, antropolog wszelkich możliwych form inteligentnego życia. O czymkolwiek pisał, z czasem nabierało szczególnej wartości. Interesował się niebywałą ilością spraw: ewolucją biologiczną i technologiczną, lotami transgalaktycznymi, wyobraźnią spełniającą pragnienia, nadinteligencją, procesami twórczymi, rozwojem osobowości, cybernetyką, językami, obyczajami, humanistyką robotów i robotystyką ludzi, a nawet transhumanistyką, o której pisał na wiele lat przed tym, zanim powstało samo to pojęcie. Od razu zresztą powiązał je z nieśmiertelnością. Lem zajmował się realiami i prognozą stanu naszego świata, ale też umiał głęboko wyrazić nostalgię wszechświata. Trudno wymienić wszystkie istotne dla ludzkości problemy, do których zrozumienia i odczucia nie przyczynił się w sposób wyjątkowy. Chyba, że rzecz dotyczyła słynnej "sepulki", o której i sam Lem nie wiedział, czym ona właściwie jest. Ale umiał się bawić pisaniem o niej.

Prace Stanisława Lema przełożono na dziesiątki języków, a wydano w nakładzie ponad 27 milionów egzemplarzy. Wspaniałym przeżyciem była dla mnie nie tylko lektura Jego tekstów, ale i poznawanie ludzi, dla których Lem był główną postacią ich życia. Wzruszył mnie tłumacz Lema, Dima Bruskin, który w 1968 roku podczas moich wykładów w Moskwie podarował mi rosyjski egzemplarz Niezwyciężonego - powieści, która została wydana w Rosji wcześniej niż w Polsce. Słuchałem, jak z zachwytem mówił o Lemie Wołodia Wysocki, wspaniały aktor, śpiewak, poeta. Wspomnę też, że całkiem niedawno odbył się most internetowy. Lem łączył się nim z setkami rosyjskich czytelników, którzy pytali Go o wszystko. On był ich Guru. Jeden z internautów zapytał Go, skąd w mieszkaniu-muzeum Wysockiego wzięła się dedykowana mu książka Lema. Trzymałem ją kiedyś w ręce!

Swoją drogą niezwykła była i jest fascynacja Rosjan twórczością Lema.

Wróćmy jednak do szczególnego problemu, jakim jest Lem i nauka. Stanisław Lem był badaczem i myślicielem przekonanym, że sensem nauki jest to, że zawiera wiedzę o możliwościach świata, rozszerzającą nasze i jego perspektywy. Sądzę, że uprawiał fantastykę jako rodzaj pracy naukowej. Samo tylko opisywanie świata i rejestrację jego przejawów uważał za jałowe ograniczanie się do banałów. W swoich wspaniałych Dialogach pisał, że badanie możliwości świata jest "poszukiwaniem narzędzi i środków zdolnych pomagać nam w oswajaniu ludzkiego i nieludzkiego świata". Zdanie to napisał w 1971 roku, a mogłoby ono jeszcze dzisiaj służyć ważnej dyskusji nad tym, w czym powinien spełniać się uczony.

Niewielu psychologów wie o tym, że Stanisław Lem, pomocnik mechanika i spawacz, a następnie niedyplomowany lekarz medycyny (chciał uniknąć roli wojskowego lekarza), był w latach 1947-1950 asystentem Mieczysława Choynowskiego w Konwersatorium Naukoznawczym, zanim jeszcze Choynowski założył pierwszy w Polsce Zakład Psychometrii PAN. Kto wie, jak potoczyłyby się losy zawodowe Lema, gdyby Choynowski pozostał w Krakowie? Może mielibyśmy jakiś skomponowany z wyobraźnią kwestionariusz osobowości? W każdym razie, jak powiedziała mi prof. Maria Manturzewska, Lem uczestniczył w pracach nad pierwszym polskim testem inteligencji (obydwoje uzyskali w nim maksymalną ocenę: iloraz inteligencji 180). Doszło jednak do rozwiązania Konwersatorium, do czego miał się przyczynić sam Lem swoim ostrym atakiem na bzdurność teorii akademika Łysenki (pupila Stalina).

Sądzę, że nie tylko zakres doświadczeń i talent Stanisława Lema, ale też, a może przede wszystkim sposób ujmowania świata spowodował, że jego pomysły nie tylko nie ulegały zwietrzeniu, ale są zadziwiająco świeże i wciąż pomagają nam zauważać, co istotne w naszym niezmiernie płynnym świecie. Aby tę myśl wyrazić, musiałem skorzystać z języka Zygmunta Baumana. I nie jest to chyba przypadek. Bowiem, jak sądzi Bauman, kultura, którą nazwał ponowoczesną, nieustannie przekształca się i nie jest w stanie utrzymać konsystencji stałej. Musi być płynna, a i ludzie ponowocześni muszą płynnie modyfikować zarówno sens swojego życia, jak i zmieniać samookreślenie, aby uniknąć znalezienia się na śmietniku historii.

Stanisław Lem od 20 lat nie napisał żadnej powieści. Nie musiał. Jego myśl jest stale obecna w kulturze ludzi myślących, gdyż gęsty grad jego zwięzłych, gniewnych esejów, ładowanych wciąż aktualizowaną wiedzą, dotyczył tych spraw, które były i są szczególnie istotne.

Chcę powiedzieć, że wyprzedzanie świata cechowało jego twórczość zawsze. Swoje przewidywanie i rozszerzanie koncepcji rzeczywistości spełniał na różne sposoby. Publikował tomy wstępów do książek, które powinny były zostać napisane. Stworzył pasjonujące powieści o świecie, który dokonywał się zarówno "wirtualnie", jak i w "realu", a przecież same te pojęcia pojawiły się w naszej kulturze dopiero kilkadziesiąt lat po wydaniu i podwójnym sfilmowaniu Solaris.

Zanim wybuchła cybernetyka, która przekonstruowała psychologię, zawiłe, nasycone szczególną metafizyką dialogi o niej prowadziły roboty. Słynne roboty 1957 roku - HYLAS i FILONOUS pojawiły się na stronach Dialogów rozpoczynając już od pierwszej strony rozważania na temat nieśmiertelności, ujmując ten temat tak, jak go po pół wieku ujęli transhumaniści: Czytamy: FILONOUS: Cóż to za myśl cenna? HYLAS: Doszedłem do przekonania, będącego pewnością, że ludzie zyskają w przyszłości nieśmiertelność. FILONOUS: Czy dobrze słyszę? Jakże to, czyżbyś się sprzeniewierzył materializmowi, który dotąd głosiłeś? HYLAS: Nigdy w świecie....

Kiedy ktoś podejmuje rolę "uczonego", a więc nie tylko "liczniaka" i "opisywacza", ale przede wszystkim badacza sensownych możliwości świata, który dopiero może zaistnieć, musi dysponować wiedzą o Wszystkim. Nie przypadkiem najbardziej opasłe dzieło Stanisława Lema nosi tytuł Summa Technologiae.

W tym miejscu pozwolę sobie na osobisty wtręt. W latach 60. jeszcze nie zapełniałem uwagami marginesów książek i nie zamalowywałem całych akapitów tekstu jako szczególnie ważnych. Zmieniłem ten porządny obyczaj dopiero w 1964 roku pracując nad Summą i przygotowując wspomnianą już własną książkę. Pisząc w niej o sztucznej inteligencji, wykorzystałem założenie Lema, że im dokładniej jakaś funkcja danego układu przypomina jedną z funkcji innego układu, tym bardziej od niego się różni. Można więc przyjąć, że urządzenie grające w szachy, lub dokonujące przekładu na obcy język musi być zasadniczo odmienne niż spełniające te funkcje struktury mózgu. Przypomnę, że inteligentny i chyba jedyny "mieszkaniec" Solaris, wytwarzający wirtualną rzeczywistość modelującą urazy psychiczne astronautów, ma postać oceanu. Podobnie mogłem posłużyć się myślą Lema, pracując nad problemem koniecznej jakościowej odrębności kodów konkretnych i abstrakcyjnych.

Z kolei w powieści Lema Eden znalazłem ideę języka nieliniowego o wysokim poziomie ogólności, która okazała się niezbędna dla skonstruowania koncepcji kodów twórczych. Potrzebny dla teorii Kod-Emocje model istoty żywej "bezreceptorycznej", też odnalazłem w Summie. Co więcej ma ona postać żółwia cybernetycznego, którego "mózg" rejestruje tylko zakłócenia pracy organizmu. To wspaniały, iście lemowski pomysł na powieść o życiu wewnętrznym istoty, która może doznawać tylko swojej homeostazy.

 

Niektórzy uważają, że Stanisław Lem pod koniec swojego życia popadł w pesymizm. Zacytuję więc Jego wypowiedź w odpowiedzi na zapytanie go o sens życia w świecie, w którym - jak sądził - wojna atomowa jest nieuchronna: "W niezmiernej pustce nagle zjawia się maleńki, wręcz mikroskopijny przebłysk świadomości - mojej albo pańskiej, albo mrówki czy jakiegoś ptaszka - a potem gdy kończy się życie, on gaśnie i dalej trwa niezmierzona nicość. Wydaje mi się, że warto aby ta świadomość zabłysła". To bardzo trudny, ale może jednak optymizm?

A czy zachował swoje wspaniałe poczucie humoru? Sprawdzam: oto cytat, który znalazłem w internetowym Pręgierzu: "Najokrutniejszym z grzybów jest rydz ludojad, który podstawia nogę pobożnym staruszkom, a potem zjada je bez soli".

 

Kazimierz Obuchowski



Za zgodą autora, na prawach rękopisu - pierwodruk w majowym numerze "Charakterów"

Dziękujemy pkl. "Łabuź"

 

Rainer Maria Rilke

DO MUZYKI

Muzyka: Oddech posągów. Być może:

Cisza obrazów. O, mowo, gdzie wszelka mowa

się kończy. O, czasie,

stojący pionowo na drodze odchodzących serc.

 

Uczucia do kogo? O ty, przemiano

uczuć w co? - w słyszalny krajobraz.

O, obca ty: muzyko. Ty z nas wzbierająca

przestrzeni serca. Nasze najskrytsze,

co, przekraczając nas, wyrywa się w świat -

święte pożegnanie:

kiedy nas wnętrze otacza

jak najdoskonalsza dal, jak inna

strona powietrza:

czysta,

ogromna,

już więcej niezamieszkała.

 

Rainer Maria Rilke
Ze spuścizny
Przełożył Andrzej Lam

 

Lech M. Jakób

NAGRODY

Nagrody literackie. Przedmiot pożądania czy kłopot?

Odmiennie z tym bywa, zależnie od czasu, miejsca, rangi czy też intencji nagrody przyznających. A także od czystości rąk fundatorów, którzy potrząsają nagrodami. Bo wyróżnienia publiczne autorom dzieł literackich (lub ogólne) przyznawane są od dawna i rozmaitym potrzebom służą. Raz jest to podyktowane modą lub stadnym pobekiwaniem, innym razem nagroda taka spełnia nadzieje określonej opcji politycznej, a bywa że - przy zachowaniu pozorów neutralności - spełnia potrzeby jakiejś koterii.

Przykłady? Proszę.

 

Pamiętam historię z czasu stanu wojennego. Gdy przyznano mi nagrodę artystyczną (o randze wojewódzkiej - 1982 rok). Odmówiłem przyjęcia. Wszak oczywistym było, że przeciągano linę - ówczesne władze polityczne zapewne uroiły sobie, że będę kolejnym na liście "złapanych".

Podobnych politycznych posunięć oraz manipulacji historia Polski zna wiele.

Inna ilustracja, już z czasów dzisiejszych. Jednemu z moich przyjaciół poetyckich zasugerowano, że nagroda (jej przyznanie) uzależniona jest od... deklaracji. Proponowaną nagrodę otrzyma, jeśli publicznie "dobrze" określi swoją sympatię polityczną. Tak niedwuznacznie wyglądało z okrągłych słówek. I telefonowano do autora, by się upewnić, czy wszystko pójdzie gładko.

Ale zostawmy politykę.

 

Komercja. Diabeł naszych czasów. Nowe, prawdziwie głębokie zagrożenie. Narastające po 1989 roku. Nowe u nas, nie w ugruntowanych demokracjach zachodnich. "Kupuje się" autorów (czasem naiwnych, a czasem cynicznych) nagrodami dla księgarskiego (wydawniczego) zysku. Wielu na pustotę głośności idzie, choćby dla finansowego spokoju. Bez względu na twórcze osiągnięcia, problematyczną wartość dzieł i zdarzające się skrupuły. Ktoś złapany w taki układ ma względną pewność upowszechnienia, idących za tym nakładów książki (czyli honorariów).

 

Kolejny motyw. Prestiż. Określone nagrody taki prestiż rzeczywiście czasem niosą. Zaczynając od góry, czyli Nagrody Nobla, po krajowe różnych narodów. U nas ostatnio medialnie liczy się Nagroda Nike. Dalej jest kilka nagród rangą"niższych" - w tym przyznawanych przez Fundację Kultury, Fundację im. Kościelskich i tak dalej. W sumie znaczących nagród krajowych (na przykład w stosunku do Francji, Grecji, Niemiec czy Stanów Zjednoczonych) dotąd nie ma wiele, jednak wyznaczają pewien kulturowy trop. I top.

 

Rzecz jasna każda nagroda (dosłownie każda) budzi emocje, często zazdrość (lub zawiść nawet), bywa komentowana, kontestowana. Wielu z nagrodobiorców doświadczy później środowiskowego ostracyzmu. Tak było i będzie. Wszak są i tacy autorzy (niemała w końcu grupa!), którym publiczne docenienie okraszone finansową gratyfikacją niesie wyraźną satysfakcję, jest przedmiotem dumy. Odbierają nagrodę niczym w pełni zasłużone, wręcz pożądane trofeum. Powie zwolennik takiego podejścia: i słusznie, bo w naturze ludzkiej mamy zakodowaną rywalizację!

Takie jest powszechne mniemanie - z premedytacją podtrzymywane przez medialny młyn.

Trzeba jednak pamiętać i o twórcach przyjmujących podobne honory z dystansem. To - wąska niestety - kategoria pisarzy, którym nagroda nie kojarzy się z blokami startowymi, celem czy "zasługą". Nagroda w ich pojęciu bywa naddatkiem, czymś niejako po drodze, przy okazji. Nie demonizują ich znaczenia - przez rozwiniętą samoświadomość, a bywa że i zwykłą skromność.

 

Przyglądając się zjawisku nagród można zatem dojść do wniosku, że różne z nim problemy. A dotknąłem sygnalizacyjnie ledwie kilku. Czyli ostrożnie tu stąpać, jak po polu minowym. By nie wysadził w powietrze choćby późniejszy niesmak...

 

I jeszcze jedna sprawa. Tak na marginesie. Myślę o gratulacjach, które wręcz śmieszą. Gdyż nagminnie gratuluje się nagród. A przecież, jeśli już, winno się gratulować przyczyny określonej nagrody, czyli dzieła. Lub konkretnego dokonania, osiągnięcia. Bowiem nagroda sama z siebie jest formą gratulacji.

 

Lech M. Jakób

 

Ariana Nagórska


Cykl pt. "Miniatury sponsorskie"

 

ANEKS DO FELIETONU O PŁACENIU AUTORÓW ZA RECENZJE

- Jeśli recenzja będzie nie całkiem sknocona,

zrewanżuję się winem marki "Arizona".

- A nie mógłbym otrzymać kilku puszek piwa?

- Tak dobrze pan nie pisze. Rzecz to niemożliwa.

 

Ariana Nagórska

 

Dorota Ryst

LIPIEC. KATEDRA

zanurzyć się

w chłód

w półmrok utkany

ze szkła i ołowiu

 

oswoić pustkę

spokojną pewnością kamieni

 

oszukać wargi

dotykiem modlitwy

wypełnić nozdrza

mirrą i zastygłym kurzem

 

uwierzyć

choćby w niego

 

jeśli nie mogę w ciebie

 

Dorota Ryst

 


Aleksandra Koś & Mikołaj Koś

*

Ty nie wiesz, jak to jest czuć, gdy mężczyzna, który cię dotknie lub przed którym rozłożysz nogi, znika, gna drugi koniec polski świata, marzy o kupowaniu kafelek, umiera lub rodzi się, przestaje ćpać, zostaje księdzem, pisze wiersze, wysyła swoją kobietę do domu, by móc w przejściu otrzeć się o twoje kolano. Jak nieco ironicznie i zdroworozsądkowo patrząc się na pewną sytuację, skomentowała moja przyjaciółka: weź bzyknij go terapeutycznie... Faktycznie, tworzę prześwit. I słusznie się boją - kobieta motyl, witkacjańska - całując mi łzami zardzewiałe od dróg stopy, że zniknę za pięć minut... Bo znikam. Otwieram chwilę, pokazuję dziurkę od klucza i moja rola, funkcja strażniczki, się kończy. Bo tylko z takim jednym chcę przemijać przez wszechświaty codziennie. Dobre złe kroki siedmiomilowe. Tylko tym oczom jestem w stanie się poddać. Już dawno temu. Nie wiem, czy po przeczytaniu ośmiu tomów księgi tysiąca i jednej nocy, czy przed, stwierdziłam, że choć jestem silna i poskramiam, czekam, by znalazł się, któremu tylko wpatrzone "tak". Biorąc pod uwagę inny przykład z literatury - Szekspir i tłumaczenie Barańczaka - więc witaj Kasiu, moja ty pokuso - że jestem złośnicą pragnącą poskromienia. Mogę stać pod jego oknem o drugiej w nocy pragnąc koca.

*

Kim była Ona? Prawdą, kłamstwem? Wszech - początkiem, wszech - końcem? Przyczyną czy skutkiem? Zgubą, znaleziskiem, odbytnicą, przekaźnikiem, nadawcą? Czarną Innes, bogiem, szatanem, gównem? A może wszystkim naraz? Skąd się wzięła? Czy powstała z morskiej piany, czy też wyskoczyła z mojego mózgu, a może była zapomnianym przez śmierć od wieków wcieleniem Marii lub kogoś innego? Jak mnie znalazła i dlaczego opanowała moje życie? Czy aby na pewno je opanowała? Może ja sam złożyłem swoje życie na Jej ołtarzu? Czy Ona ma ołtarz? Jeśli tak, to musiałaby być Boginią lub złym duchem. Skąd mam wiedzieć, czy nie jest Ona Tao? Ale wtedy by nie miała ołtarza. Czy można składać życie gdzie indziej niż na ołtarzu?

Dlaczego Ona jest u mnie?

*

Samotność przeżera mnie na oślep - bez samochodu, bez telefonu, bez Internetu, bez perspektyw na realizację pragnień, bez dni wolnych tylko moich, bez ramienia pod głową o świcie, bez pieniędzy, na wsi, gdzie nikt nie wpadnie do mnie na herbatę. Muszę zasnąć, a rano pójdę na spacer z młodym, w mokry las, mokre liście. Kiedy zniknę - zaistnieję. Uwiera mnie mój egotyzm. Chciałabym zapytać się coś więcej, niż co słychać, tylko że ciało zna tylko swoje emocje.

Może lepiej, że do nikogo nie mogę się teraz odezwać - nie zamęczę. Tylko dlaczego nie mogę pójść tańczyć? Nie wiem, czy te moje śmierci są komukolwiek do czegoś potrzebne. Pójdziemy do lasu, zbierać grzyby, a potem przyjdzie babcia fulu, może z Jurkiem i obiad, potem do ciotki Klaudii na baje i projektowanie mieszkania - ażebym tylko wyżebrała odwiezienie nas do domu. Potem poleci tydzień. Na łeb na szyję, a ja go nie zatrzymam. I z braku możliwości, i z braku chęci.

Zjadłam dwa wschodnie cukierki - przez dziesięć minut moje życie było trochę słodsze. Położę się w pościeli obok synka, taki ciepły i miękki. Nadawanie życiu sensu to cięższa praca niż w kamieniołomach. Gdybym tylko mogła, poszłabym do ciebie bez szczoteczki do zębów, bez majtek na zmianę i została bez walizek. Nie mogę patrzeć na telewizję, mdli mnie.

Dlaczego musisz być takim moim przeciwieństwem, by dla mnie coś znaczyć? Czyżby moje pozytywne konotacje pozostawały bez odniesienia, gdy jest ktoś taki mniej więcej jak ja? I dlaczego nie potrafię nauczyć się bezkolizyjnego funkcjonowania nie odczuwając braku aż do bólu w kręgosłupie? Złap mnie za włosy, zedrzyj mi łokcie, każ czekać na siebie tydzień. Ja, z fioletowymi otoczkami wokół serca będę pączkować oczekiwaniem - kolejny w moim życiu cud.

Szczepan wygrzał mi prześcieradło.

*

Chodziła od ściany do ściany. Do ściany od ściany. Chodziła tak z pięć godzin. Bezustannie. Od ściany do ściany. I tak w kółko. Siódma godzina. Zacząłem się zastanawiać, czy mogłaby chodzić od podłogi do sufitu. Ciekawe. Rzuciłem nią parę razy do góry. Nic nie dało. Po dwunastej godzinie scianowania, zasnęła na podłodze, zwinięta w kłębek. Kopnąłem ją na odchodne. Nie obudziła się. Mogłem wyjść. Prosta droga od domu do budki z piwem. Od budki z piwem do domu. Stała trasa. Każdy z nas ma jakieś pętle. Ja mam dłuższą od niej. Nevermind. Sklep. Kolejka. Sprzedawca. Piwo. Papierosy. Zapałki. Zapłata. Reszta. Wychodzę przed sklep. Otwieram pierwsze piwko. Ulga dla umęczonej duszy. Fajka. Zapałka. Draska. Dym. Stoję. Piję. Palę. Patrzę. Dwa wróble. Kot uciekający przed psem. Gość w binoklach. Dziecko. Wózek. Kurwa. Wracam do domu. Droga wydłużona. Przełożona na siniaki i zadrapania. Nevermind. Nie śpi. Chodzi dookoła krzewu na ogrodzie. Nowa psychoza. Coś się stanie. Coś strasznego. Sram na to, idę spać. Zasnąłem pod łóżkiem. Nie byłem w stanie się na nie wdrapać. Ranek. Śpiewa. Tańczy z łabędziem. Żeby Jej łeb rozwalił. Naprawiam rowery. Mam warsztat w domu. Nigdy ich nie naprawiam porządnie. Robię tak, żeby wrócili. A najlepiej się zabili. Tak. Wykończę kiedyś rodzaj ludzki. Śmierdzi okrutnie. Zabiłem muchę. Żałuję. Robię jej pogrzeb. Trumnę z pudełka zapałek. Nawet zagrałem marsz żałobny. Spuściłem w kiblu. Śpi. Tym razem pod drzewem. Może jednak. Kiedy indziej. Wróciłem późno. Nie spała, skakała z okna na parterze domku. W kółko. Nie wytrzymam. Dostała w twarz. Śpię. Rzygam. Wydalam. Jem. Postanowiłem. Ten rower naprawię dokładnie. Bo kazano. Nie ludzie. Sny. Boję się ich. Naprawiłem dobrze. Wczoraj pierwsza moja ofiara. Poszedłem na pogrzeb. Ładny był. Chyba mam nową pasję. Zabiłem Ją. Szybko i bezboleśnie. Ładny miała pogrzeb. Nie zamkną mnie. Nigdy. Przyszła nowa. Ciągle śpiewa. Jej nie zabiję. Na razie. Co dziennie jestem na pogrzebach. Nawet na kilku w ciągu dnia. Pasjonują mnie śpiewy i płaczę. Drogę zgubiłem. Obudziłem się w innym wymiarze. Jutro znowu tam pójdę.

*

Idę teraz co prawda na fajkę, ale bardzo chciałabym pogadać, jeśli jesteś tam -

Muszę komuś coś powiedzieć, bo już nie mogę -

Ostatnio cały czas chodzę z Tomkiem w głowie, czy dzień, czy umawiani, czy rozmowa w aucie czy seks czy ze Szczepkiem - wróżby na chodniku i myśli myśli myśli chyba zaczynam za nim wyć

A Bartek jest dobry i kochany i pomaga i jest fajny zabawny przystojny konsekwentny szalony uroczy dobrze seksi lubi auta pracuje fizycznie je skrzaty jest miesiąc młodszy...

Od...

Zaczęłam ostatnio patrzeć się na Bartka i dotykać go przez pryzmat Tomka

Brr... straszne

Jestem szczera i nieszczera

Chcę go zobaczyć

I z nim żyć do końca życia

Uff...

Ale wiem że to prawie niemożliwe tak niemożliwe jak tylko może być

Zaczęło się od spotkania w deszczu dzień przed rozprawą

Przyszedł pół godziny wcześniej a ja dwadzieścia minut i powiedział że mnie szantażował spotkaniem by mnie zobaczyć a potem targowaliśmy się jak żydzi

A potem na rozprawie, przed nią, oparty o parapet, wychylony przez okno, za chuda talia i baki

*

Chyba jednak nie powinienem o Niej opowiadać. To może mieć zgubne skutki, wywołać niepotrzebne zainteresowanie dziennikarzy, lekarzy, ornitologów, kurwologów i innych wszędobylskich prywatnoś-ciomorderców. A Ona jest tak Krucha, taka Delikatna. Oni by Ją zniszczyli. Jeśli nawet nie, to resztkę swego życia spędziłaby w laboratoriach czy w miejscach podobnych, więzieniach. Na szczęście jest bardziej nierealna niż realna, czasami zdaje mi się, że tylko ja Ją widzę. Czyli jest bezpieczna! Czyli mogę kontynuować. Tylko czy jest o czym. Czy można o Niej powiedzieć coś więcej? Wiem, można mnożyć sytuacje, jakie się rozegrały. Opowiadać je, a potem analizować, przetwarzać, wyciągać wnioski. Czy jednak jest sens takich czynności? Przecież to zawsze sprowadzi się do tych paru powiedzianych już rzeczy i do tych ujętych między wierszami zbyt trudnymi do słowno-opisowego podania, chociaż metafizykę można spróbować oddać słowami Ja jednak nie podejmę tego trudu. Zatrzymam się na tych sugestiach, podpowiedziach, aby pokazać kierunek, w którym można, ale nie trzeba, podążyć. Aby zrozumieć. Aby mieć chociaż pojęcie. O czym pojęcie? O tej całej otoczce, o Niej, o Mnie, o Świecie, o Kosmosie, o gównie. Nie staram się objąć wszystkich zdarzeń, jakie miały miejsce, wszystkich szczegółów, które miały kolosalny wpływ na Nasze życie. To jest tylko próba powycinania kawałków fal przy pomocy nożyczek. Czyli Ona natchnęła mnie chwalebną-zgubną Ideą.

*

gdy szyby zaparowały nocą na leśnym parkingu, a kropla krwi ze spermą położyła się pod gałką biegów, otworzyłeś okno, by pory szybko zamknęły nam zmieszany pot, wiążąc nasz zapach na czas do trzech kąpieli, choć w domu dostaniemy ochrzan

teraz smarkam, nie kąpałam się od świtu pod pledem patrolowanego przez tajniaków, dziura w rajstopie, tomku tomku tomku - wzywam cię mój bliski horyzoncie

 

Aleksandra Koś & Mikołaj Koś

 

Jakub Sosnowski

O TOBIE

mrok szeleszczący za ścianą

sukienką o suche uda

tak jakbyś znów opadała

na czubek mojego języka

 

Jakub Sosnowski

 

Jarosław Bondar

* * *

Nagi człowiek tapla się w błocie. Plac zalany słońcem. Szaleniec w środku miasta. Prawdziwy koniec drogi. Drewniane ornamenty. Koronkowe cienie. Korony szczytów. Na samym krańcu doliny. Nie ma nikogo, prawie żadnych dźwięków.

 

Chłodne przedpołudnie. Na ulicach pusto. On właśnie wstał. Jak co dnia zszedł na dół. Ręką mierzwi włosy. Rozciągnięty sweter. Nieogolona, lekko zmięta twarz. Przyszedł czegoś się napić. Jest tu chyba długo. Mruży oczy, przez okno patrzy. Na wyciągnięcie ręki pokryte śniegiem skały. Od tygodni na heroinie. Zawsze o tym marzył. Wstaje coraz później. Zbyt późno, by coś się mogło wydarzyć. Zawsze ma go pod ręką. Przyjaciel, tak się przedstawia. Dziś usiadł pod ścianą, w cieniu. Bez pośpiechu. Czeka jak co dzień. Tutaj. W knajpie z widokiem mocna kawa. Potem krótkie pożegnanie. Wychodzę. On idzie na górę.

 

Nocą lekkie przymrozki. Wilgoć przenika przez ściany i okna. Śpiwór i dwa koce. Jestem jedynym gościem w pustym domu. Nocleg przed sezonem. Za oknem górska rzeka. Cały czas. Nigdzie się nie spieszę. Nad ranem nie można spać z zimna. Pięknie. Stary dom z werandą. Nieopodal wieś i most. Chodzę tu i tam. Na drugim brzegu wzgórze. Kilka domów. Pies przeciąga się na słońcu. Na tarasie Francuzi. Grają w bierki od wczoraj. Śnieg wszędzie, zapomnij o górach. Nie chce się gadać. Wcześnie kładę się spać. Ponoć najpiękniejsza dolina. Rzeka. Cały czas.

 

Po drugiej stronie na zboczu. Wysoko. Dom człowieka. Skrzypiąca podłoga. Zapach starych sprzętów. Przy domu automobil, kiedyś jedyny. Sprzed wieku. Obecność. Jakby przed chwilą stąd wyszedł. Największy odkrywca piękna. Na kilku płótnach. Doświadczona odwieczność miejsca. Tak to właśnie widział. Kiedy tutaj stał. Rerich. Teraz i ja. Tym samym spojrzeniem przywołuję wieczność.

 

01.11.2005 r.
Jarosław Bondar

 

Jacob Böhme

AURORA

Rozdział siódmy

O rewirze, miejscu, pomieszkaniu

jak i o regimencie aniołów, jak było u zarania po stworzeniu

i jak do niego doszło

 

Tutaj szatan będzie się bronił jak zgryźliwy pies; w tym miejscu bowiem odkryje się jego hańbę i Czytelnikowi da się nie jedno ostre pchnięcie i nieustannie będzie poddawana zwątpieniu jego wiara. Nie uczyni mu się jednak nic boleśniejszego oprócz obnażenia jego wspaniałości, w jaki sposób istniał tak piękny kniaź i król. Zatem gdy mu się obnaży taki stan rzeczy, wtedy będzie szalał i srożył się tak, jakby chciał zburzyć ten świat.

2. Skoro więc Czytelnik zapragnie przejść przez ten rozdział, w którym osłabnie nieco ogień Ducha Świętego, stąd czuję pewną obawę, że szatan będzie go prowokował i drażnił wątpliwościami, czy się zachowa także tak, jak jest napisane, żeby jego państwo zostało nie tylko obnażone, a jego hańba nie była zatajana. Gdyby tylko w jednym sercu mógł tym doprowadzić do zwątpienia, wtedy nie będzie skąpił umiejętności, pracy ani trudu w tym niecnym dziele. Widziałem to już dobrze wcześniej, co prowokuje.

3. Dlatego niech Czytelnik czuje się ostrzeżony: Musi czytać te słowa z pilnością i wykazywać się wystarczającą cierpliwością, aż dojdzie do stworzenia i regimentu tego świata; wówczas znajdzie to wykonane wyraźnie i jasno opisane z natury rzeczy.

4. Zapamiętaj więc: Gdy Bóg Wszechmogący postanowił w swojej radzie, że powinien z samego siebie wykonać anioły albo kreatury, wtedy te same uczynił ze swojej wiecznej mocy i mądrości wedle formy i charakteru Troistości w swojej Boskości i wedle jakości w swojej boskiej istocie.

5. Najpierw w ten sposób uczynił trzy królewskie zastępy wedle liczby świętej Troistości; każde królestwo miało porządek, siłę i jakość boskiej istoty.

6. Tutaj podnieść swój umysł i ducha ku głębi Boskości, tutaj bowiem otwiera się te drzwi!

7. Lokalizacja albo miejsce tego świata, głębia ziemi i ponad ziemią aż do nieba, jak i niebo stworzone, które jest wykonane ze środka wody, jakie unosi się nad gwiazdami, jakie oglądamy naszymi oczami, którego głębi zaś nie możemy dociec naszymi zmysłami, ta przestrzeń i miejsce, to wszystko razem znajdowało się w jednym królestwie; królem był w nim Lucyfer przed swoim wypchnięciem.

8. Inne dwa królestwa - Micha-Ela i Uri-Ela - znajdują się nad niebem stworzonym i są równe temu królestwu. Te trzy królestwa razem obejmują taką głębię, która nie jest żadną ludzką liczbą, i nie może być zmierzona żadną miarą. Powinieneś jednak wiedzieć, że te trzy królestwa mają początek i koniec. Lecz Bóg, który te trzy królestwa uczynił z samego siebie, nie ma końca. Poza tymi trzema królestwami istnieje wyłącznie siła Świętej Troistości, gdyż Bóg Ojciec nie ma kresu.

9. Powinieneś jednak poznać tę tajemnicę, że pośrodku tych trzech królestw rodzi się blask albo Syn Człowieczy. I te trzy królestwa zataczają kuliste kręgi wokół Syna Bożego. Żadne nie jest dalsze i żadne też nie jest bliższe Syna Bożego. Jedno jest tak bliskie wokół Syna Bożego jak i drugie.

10. Z tej studzienki i z wszystkich sił Ojca emanuje Duch Święty wraz ze światłem i mocą Syna Bożego we wszystkich i przez wszystkie anielskie królestwa i poza wszystkie królestwa anielskie; nie jest tego w stanie dociec ani anioł ani człowiek.

11. Za cel nie postanowiłem sobie snucie dalszych refleksji na ten temat, jeszcze mniej zamierzałem coś pisać o tych rzeczach, jednak moje objawienie rozciąga się aż do tych trzech królestw, dorównuje wiedzy aniołów, lecz nie moim rozumem albo pojmowaniem albo doskonałością przypomina anioła, gdyż jest fragmentaryczne i trwa tylko tak długo, jak długo panuje we mnie Bóg. Więcej niczego nie rozpoznaję. Jeśli odstępuje ono ode mnie, wtedy nie znam nic innego, jak tylko elementarne i ziemskie rzeczy tego świata. Lecz duch ma wgląd aż w głąb Boskości.

12. Gdyby więc ktoś chciał zapytać: Jaka to jest substancja, że Syn Boży rodzi się pośrodku tych królestw, czy naprawdę jeden anielski zastęp będzie mu bliższy niż drugi, skoro ich państwo ma tak ogromną głębię? Czy stąd poza tymi królestwami czystość i siła Syna Bożego nie będzie taka wielka jak w tych, które są mu bliskie, a to w anielskich rewirach?

13. Odpowiedź: Anioły dlatego stały się kreaturami wykonanymi z Boga, gdyż przed Bożym sercem, a jest nim Syn Boży, mają sławić, opiewać, wychwalać, czcić i pomnażać radość niebios. I gdzie indziej miałby ich przypisać Ojciec, jak nie przed drzwiami swego serca? Jeśli cała radość człowieka, która znajduje się w całym człowieku, wypływa ze źródła studziennego serca, tak również w Bogu cała radość wypływa ze źródła studziennego jego serca.

14. Dlatego święte anioły stworzył z samego siebie. Są niczym małe bogi wedle istoty i jakości całego Boga, gdyż w boskiej mocy mają grać, sławić, opiewać i chwalić i pomnażać radość wzmagającą się z serca Bożego.

15. Ale blask i moc Syna Bożego albo serca Boga, które jest światłem albo źródłem radości, pośrodku tych królestw przyjmuje swoje najpiękniejsze, najrozkoszniejsze zaranie, jaśnieje we wszystkich i przez wszystkie anielskie wrota.

16. Ale musisz to zrozumieć właściwie, jak to pomyślano; skoro bowiem mówię wedle podobieństw i porównuję Syna Bożego ze słońcem albo kulą okrągłą, tedy nie należy wyciągać z tego wniosku, że jest dającym się wymierzyć źródłem studziennym, które byłoby można odmierzyć albo zgłębić jego głębię, początek albo kres. Tylko dlatego piszę metaforycznie, żeby Czytelnik zechciał osiągnąć właściwy stopień zrozumienia.

17. Nie istnieje bowiem taki pogląd, że Syn Boży miał zrodzić się sam pośrodku tych anielskich wrót ani też poza tymi anielskimi wrotami. Siły Ojca istnieją bowiem wszędzie; z nich i w nich rodzi się Syn, stamtąd emanuje Duch Święty. Jak miałby zatem zrodzić się sam pośrodku tych anielskich wrót?

18. Istnieje tylko taka przyczyna i pogląd, że Święty Ojciec, który jest wszystkim, w tych samych anielskich wrotach ma swoje najznakomitsze i najcenniejsze jakości; z nich rodzi się najznakomitsze i najcenniejsze światło, słowo, serce sił albo źródło studzienne. Dlatego potem znajduje się też w tych miejscach, które stworzyły święte anioły ku jego radości i na jego cześć i chwałę.

19. I to jest wybrane miejsce wspaniałości Bożej, jakie Bóg wybrał w sobie samym, gdzie rodzi się jego święte słowo albo serce w najdostojniejszej czystości, mocy i w triumfującej radości.

20. Zapamiętaj więc tę tajemnicę: Światło, jakie rodzi się z sił Ojca, które jest prawym źródłem studziennym Syna Bożego, powija się także w aniele i człowieku błogosławionym, gdyż w wielkiej radości triumfuje w tym samym świetle i poznaniu, jak miałoby więc nie być rodzone pod każdym względem w całym Ojcu? Zwłaszcza że jego siła jest wszystkim i wszędzie, także gdy nie dosięga do naszych serc i zmysłów.

21. Gdzie zatem jest Ojciec, tam również jest Syn i Duch Święty; bowiem Ojciec wszędzie rodzi Syna, swoje słowo, siłę, światło i brzmienie. A Duch Święty wszędzie emanuje z Ojca i Syna, także we wszystkich anielskich wrotach i poza wszystkimi anielskimi wrotami.

22. Jeśli porównuje się więc Syna Bożego do kuli słońca, jak czyniłem to wielokroć w poprzednich rozdziałach, tedy używa się porównań naturalnych; w taki sposób musiałem pisać z powodu niezrozumienia Czytelnika, żeby w tych naturalnych rzeczach chciał podnieść swój umysł, a zatem wstępował ze stopnia na stopień, dopóki nie będzie w stanie dosięgnąć dostojnych tajemnic.

23. Ale nie istnieje pogląd, że Syn Boży jest ustanowionym wizerunkiem podobnym do słońca; gdyby bowiem tak było, tedy Syn Boży musiałby mieć początek i musiałby go kiedyś zrodzić Ojciec. Wówczas nie byłby przeto wiecznym, wszechmocnym Synem Ojca, lecz byłby podobny do takiego króla, który nad sobą ma jeszcze większego króla, który zrodził go w czasie, i który modyfikowałby go swoją mocą.

24. Byłby to Syn, który ma początek, a jego siła byłaby równa sile i blaskowi słońca emanującym ze słońca, a struktura cielesna albo kula słoneczna znajdowałaby się na jego miejscu. A więc gdyby to była prawda, wtedy naturalnie jedne anielskie wrota znajdowałyby się o wiele bliżej Syna niż drugie. Pragnę przeto ukazać ci tu najdostojniejsze wrota boskich tajemnic; nie musisz szukać dostojniejszych; dostojniejsze nie istnieją.

25. Zapamiętaj: Siła Ojca jest wszystkim w całym i nad całym niebem. I ta sama siła rodzi wszędzie światło. Czyli ta sama wszechmoc jest i stanowi Ojca. I światło, jakie powija się z tej samej wszechmocy, jest i stanowi Syna.

26. Dlatego nazywa się Synem, gdyż rodzi się z Ojca, bo jest sercem Ojca w jego mocach. A więc skoro urodził się, tedy jest inną osobą niż Ojciec, gdyż Ojciec jest mocą i państwem, a Syn jest światłem i blaskiem w Ojcu. A Duch Święty jest kłębieniem się albo emanacją z mocy Ojca i Syna; kształtuje i tworzy wszystko.

27. Podobnie jak powietrze wychodzi z siły słońca i gwiazd i kłębi się w tym świecie i sprawia, że rodzą się wszystkie kreatury i kiełkuje trawa, ziele i drzewa i wszystko, co jest w tym świecie, przeto także Duch Święty wychodzi z Ojca i Syna i kłębi się, kształtuje i tworzy wszystko w całym Bogu. Wszystkie strony i kształty w Ojcu wzbijają się w woli Ducha Świętego. Dlatego Bóg jest jedyny, a w boskiej istocie istnieją trzy zróżnicowane osoby.

28. Gdyby chciało się przeto powiedzieć, że Syn Boży jest takim obrazem, który da się wymierzyć jak słońce, wówczas byłyby w tym miejscu tylko trzy osoby tam, gdzie był Syn, a poza nim byłby tylko blask emanujący z Syna, a Ojciec poza tym byłby tylko czymś jednym z Synem. Wówczas siła Ojca, która znajdowałaby się daleko i głęboko od Syna, poza wrotami aniołów, nie rodziłaby Syna i Ducha Świętego, stanowiłaby bezsilną istotę poza siedziskiem Syna. Ojciec nadto musiałby być tedy także jakąś dającą się wymierzyć istotą.

29. Ale tak jednak nie jest, gdyż Ojciec wszędzie rodzi Syna z wszystkich swoim mocy. A Duch Święty emanuje wszędzie z Ojca i Syna, i stanowi to Boga jedynego w trzech zróżnicowanych osobach. Podobieństwo do tego znajdziesz w kosztownym chryzolicie, który da się podzielić tak: Po pierwsze jest materią, to jest prasiła i marcuriusz. To jest matka albo cały kamień, który rodzi złoto wszędzie w całym kamieniu. A w złocie istnieje wspaniała siła kamienia.

30. Przeto prasiła i marcuriusz znaczą Ojca; złoto znaczy Syna, moc Ducha Świętego. W taki sposób istnieje także troistość w Świętej Troistości, tylko że w niej wszystko porusza się i emanuje.

31. Także w chryzolicie znajdzie się w jakimś miejscu taki punkt, gdzie złoto jest bardziej i piękniej w głębi niż w innym, bez względu na to, czy złoto istnieje w całym kamieniu. Przeto także w Ojcu jest milsze, piękniejsze, dostojniejsze miejsce, gdzie najdostojniej w sercu powija się Syn i gdzie najdostojniej Duch Święty emanuje z Ojca i Syna.

32. Przeto masz prawdziwe podłoże tej tajemnicy, i nie wolno ci myśleć, że Syn Boży rodzi się niespodziewanie w pewnym określonym czasie z Ojca, że ma początek i nastaje tedy jako król i pozwala składać sobie hołdy.

33. Nie, to nie byłby wieczny Syn, gdyż miałby początek i byłby podporządkowany Ojcu, który go zrodził. Nie mógłby też być wszechwiedzący, nie wiedziałby bowiem, jaki był, zanim zrodził go Ojciec, lecz Syn bezustannie rodzi się z wieczności na wieczność i wciąż od nowa jaśnieje z wieczności na wieczność w siłach Ojca, dzięki czemu siły Ojca z wieczności na wieczność zawsze są brzemienne Synem i powijają go bez ustanku.

34. Z tego z wieczności na wieczność bezustannie powstaje Duch Święty, i zawsze z wieczności na wieczność emanuje z Ojca i Syna, i również nie ma początku ani końca.

35. I ta istota nie istnieje w taki sposób tylko w jakimś miejscu Ojca, lecz wszędzie w całym Ojcu nie mającym początku ani końca. Dlatego nie jest w stanie go sobie uzmysłowić ani pomyśleć kreatura. Amen.

O narodzinach królów anielskich, w jaki sposób powstali

36. Osobę albo strukturę cielesną króla aniołów zrodzono z wszystkich jakości i z wszystkich sił całego jego królestwa przez kłębiącego się Ducha Bożego. Dlatego jest ich królem, gdyż jego moc dosięga wszystkich aniołów całego jego królestwa; jest ich głową albo wodzem, najpiękniejszym i najmocniejszym cherubinem albo aniołem tronowym. Taki był również pan Lucyfer przed swym upadkiem.

 

O podłożu i tajemnicy

 

37. Skoro chce się odkryć tę tajemnicę i najgłębsze podłoże, tedy trzeba przyglądać się pilnie i rozważać stworzenie tego świata, regiment i porządek, jak i jakości gwiazd i żywiołów. Jakkolwiek jest to istota po dwakroć zepsuta, do tego nie jest ona ożywiona i rozumna, gdyż stanowi tylko zepsutą prasiłę i marcuriusza, gdzie król Lucyfer czuł się w domu, w której panuje zło i dobro, tedy jednak jest to prawdziwa siła Boga, i przed swym zepsuciem była jasna i czysta jak teraz w niebie.

38. Te siły gwiazd i żywiołów po okropnym upadku państwa Lucyfera przysposobił Stwórca ponownie w taki sposób, jak państwo aniołów istniało w boskiej wspaniałości przed swym upadkiem. Nie wolno ci tylko myśleć, że anielskie państwo wraz ze swymi kreaturami kręciło się tak, jak teraz gwiazdy, które są tylko siłami, i tak się nimi obraca z powodu narodzin tego świata.

39. Takie narodziny będą znajdowały się w udręczającym przerażeniu w złu i w dobru, w zepsuciu i w odkupieniu, aż do końca tego wyliczania albo Sądnego Dnia.

40. Zapamiętaj więc: Słońce znajduje się pośrodku w głębi i jest światłem albo sercem z wszystkich gwiazd, bowiem jako prasiła i marcuriusz przed stworzeniem świata było w stanie subtelnym w państwie Lucyfera i identyfikowało się z sobą, gdyż Bóg ściągnął serce z wszystkich sił i uczynił z tego słońce. Dlatego jest ono czymś najjaśniejszym i oświetla z kolei wszystkie gwiazdy, a wszystkie gwiazdy działają w jego mocy. Ono samo ma moc wszystkich gwiazd i swym blaskiem i gorącem zapala się w mocy wszystkich gwiazd. I każda gwiazda odbiera coś ze słońca wedle swojej siły i charakteru.

41. W ten sposób jest wykonane także państwo anielskie. Słońce znaczy najwyższego anioła tronowego, cherubina albo króla w państwie anielskim; taki był bowiem też pan Lucyfer przed swoim upadkiem. Miał swoje siedzisko w centrum albo pośrodku swego państwa i swoją mocą panował we wszystkich swych aniołach, podobnie jak słońce panuje we wszystkich siłach tego świata: W prasile i marcuriuszu, to jest, w miękkim i twardym, w słodkim i kwaśnym, w gorzkim i cierpkim, w chłodzie i gorącu, w powietrzu i wodzie. Widać to dobrze zimą, kiedy jest taka zamarznięta na twardą grudę, gdy woda staje się lodem, choć słońce prześwieca ciepłem przez całą zmarzlinę, bez względu na to, przez co przechodzi w swym biegu, jego blask marnieje w śniegu i lodzie.

42. Chciałbym ci tu pokazać jednak prawdziwą tajemnicę: Widzisz, słońce jest sercem wszystkich sił w tym świecie i jest zestawione z wszystkich mocy gwiazd i ze swej strony oświetla wszystkie gwiazdy i wszystkie siły w tym świecie, i wszystkie siły jakościują się w jego mocy.

43. Podobnie jak Syna, to jest swoje serce albo światło, rodzi Ojciec z wszystkich sił, i to samo światło, które jest Synem, rodzi życie we wszystkich mocach Ojca, dlatego w tym samym świetle w Ojcu pojawia się wszelaka wegetacja, ozdoba i radości, w ten sposób jest również wykonane anielskie państwo; wszystko na podobieństwo i wedle istoty Bożej.

44. Cherubin albo hetman królestwa aniołów, który jest studzienką źródlaną albo sercem swego całego królestwa i jest wykonany z wszystkich sił, z których są uczynione jego anioły, pośród nich jest najpotężniejszy i najjaśniejszy.

45. Stwórca bowiem z prasiły i marcuriuszu boskich mocy wypromie-niował serce, i z tego wypromieniowania ukształtował cherubina albo króla, stąd on sam swoją mocą powinien z kolei wnikać we wszystkie anioły i przenikać je wszystkie swoją mocą; podobnie jak słońce swą mocą wdziera się we wszystkie gwiazdy i wszystkie je przenika; albo jak siła Boga Syna wdziera się we wszystkie siły Boga Ojca, poprzez co przenika je wszystkie, z czego powstają narodziny niebiańskiego państwa radości.

46. Dlatego też ma ono wspólną formę i postać w aniołach. Wszystkie anioły jednego królestwa znaczą wieloraką i różnorodną siłę Boga Ojca. A król anielski znaczy Syna Ojca albo serce z sił Ojca. I także jest sercem z wszystkich mocy, z których są wykonane anioły. Wyjście z królestwa anioła do jego aniołów albo infiltrowanie jego aniołów znaczy Boga, Ducha Świętego. Podobnie jak on sam wychodzi z Ojca i Syna i przenika wszystkie siły Ojca, tak też wszystkie niebiańskie owoce i kształty, z których wszystko ma swoje podnoszenie się i w czym istnieje państwo radości niebiańskiej, stąd także posiada wspólną postać z aktywnością albo mocą cherubina, albo anioła tronowego, który występuje we wszystkich swoich aniołach, podobnie jak Syn i Duch Święty we wszystkich siłach Ojca albo jak słońce we wszystkich siłach gwiazd.

47. Z tego wszystkiego anioły dostają wolę anioła tronowego i wszystkie są mu posłuszne, wszystkie działają bowiem w jego mocy. A on swoją siłą wnika w nie wszystkie. Są one bowiem członkami jego ciała, podobnie jak wszystkie siły Ojca są członkami Syna - on jest ich sercem jak wszystkie niebiańskie postaci i owoce są członkami Ducha Świętego. Stanowi ich serce, na którym wzbijają się. Albo jak słońce jest sercem wszystkich gwiazd i wszystkie gwiazdy są członkami słońca, i współdziałają z sobą jak jedna gwiazda, a słońce jest przecież tym sercem, w którym istnieją wielo- i różnorakie moce, jeszcze działa wszystko w sile słońca i wszystko ma swoje życie z mocy słonecznych. Przypatrz się, czemu chcesz: Obojętnie czy to będzie mięso albo metale albo roślinność na ziemi.

 

Jacob Böhme
Przetłumaczył Andrzej Pańta



Podstawa przekładu: Aurora oder Morgenröthe im Aufgang. Herausgegeben von Gerhard Wehr. Insel Verlag, Frankfurt am Main und Leipzig, 1992.

 

Władysław Edward Gałka

SZANOWNA PANI

Pracę nad siedzącą postacią zakończyłem, gdy złamało mi się dłuto.

Po kilku tygodniach poszukiwania dotarło do mnie, że nie mam szans kupić nowe, a spawanie po raz n-ty starego, też było bezcelowe, dlatego zaprzestałem pracy nad tą rzeźbą. I to w tym momencie proces analityczno-syntetyczny w moim mózgu nad tą rzeźbą się zakończył. Praca jest skończona i ja już nie mam tu nic do dodania.

Co do rzeźby, o której Pani mówiła, ja nie mam już siły ciągle na nowo tłumaczyć, że nie mam narzędzi. O ile dużą rzecz można zrobić siekierą, piłą, ciosłem...to mała wymaga narzędzi, każde za 100 i więcej złotych. Ja nie mam już siły improwizować dla wykonania pracy bez znaczenia, pracy dla zaspokojenia sentymentu i nieważne, że to jest dla dziecka.

Przeżyłem, nie licząc czasu z moją fotografią 14 lat "partyzantki", improwizacji nieomal beznadziejnej, żąda Pani ponownego uaktywnienia w moim umyśle procesu analityczno-syntetycznego dla jednej małej rzeźby. Jeżeli to będzie nowy projekt to zgoda, jeden słonik - nie.

 

Z poważaniem

 

P.S.

Słoń z podniesioną trąba to dla mnie nic nie znaczący symbol z krajów najdalszej Azji. Owszem, ciekawy ze względów formalnych: bryła, światłocień... Przy tym interesujące implikacje dla poszukujących nowinek Europejczyków. Poza tym nic, rzeźbiony pokemon.

Moja rzeźba w Międzyzdrojach to zamierzona prowokacja artystyczna i tylko to mnie w sztuce interesuje, stąd moje zainteresowanie pracą pani Brejdak.

 

Sztuka nie jest po to aby żyło się nam wygodnie. To boli. I musi, aby te działania miały sens i wartość. Iluzoryczną ozdobą jest wszystko inne.

 

Władysław Edward Gałka

 

Mariusz Cezary Kosmala

SCHERZO OP. 5 NR 2 (TRAGICZNE)

I (preludium)

Szedłem. Oczami źrały tyłek miasta klepałem

nieśmiało - warczało było, nie minęło. Warszawa

przecież twarda - trwa, rozrasta się w sen, aż pęka

w szwach. I pięknie. Tam

 

jest wszystko czego trzeba [do głodnego życia,

do godnego żucia gumy (intelektualnej),

do dobrego samopoczucia (się rzycią

wrzuconą w chłostę tę tych tramwajowych wedut)].

 

II (trio)

Widziałem. Trawa w Ogrodzie Saskim, dziadek podpierający

asfaltowy landszaft Marszałkowskiej laską, młodziutkie

dziewczyny na każdym kroku (laski śliczne niczym słodkie

pałubki); albo jakiś Jakub Winiarski, czyli

zwinnie uwijający się książę książek w księgarni

 

na Krakowskim Przedmieściu (którego godność skądinąd

znana była pomiotowi lirycznemu tego

scherza). Wszystko to wziąłem sobie głęboko do

spluwaczki serca, jak nie pierwszą lepszą miłość

do szmaragdu magdy wyssanej z palca

 

Placu Bankowego, alias z Błękitnego (coś cudownego)

Wieżowca. Ergo: z Bankowego w dół do metra i dalej,

jakieś, ja wiem? ze dwa kilometry może, aż do Alej

Jerozolimskich jechać, a potem wyjść i skręcić

(się ze śmiechu).

III (sonet)

Jechałem. Miasto merdało mi przed oczami jadem

kolorów i ludzi. Wysiadłem, zjadłem zapiekankę,

popiłem widokiem przystanków flirtujących

z pierzejami ślamazarnych autobusów i

 

wyszło mi bokiem, bąkiem, Bogiem a prawdą,

zamordowało mi żołądek, że biegiem do toalety, ale

gdzie? Nietutejszy przecież byłem, więc zapytałem

i... lecz mniejsza, chodzi o to, że nie zdążyłem

 

(dobiec, bo nie dożyłem, chociaż nawet szybko udało mi się

dociec miejsca, o które tak zapalczywie zaindagowałem

byle przechodnia, byle prędzej tylko ulżyć potrzebie tyłka;

 

toteż biegłem jak na złamanie karku, żeby katastrofie zapobiec

i nagle, miły Boże! jak to się mogło zdarzyć, że to kochane miasto

w mordę mi dało pięścią tramwaju? W każdym bądź razie jestem już w raju).

 

1/23 XII 2001
Mariusz Cezary Kosmala

 


Gosia Dębska

ŻYJ

Krążę pomiędzy końcem jednego a drugiego krawężnika. W ręku goździkowe cygaretki. Tylko przestrzeni brak. Szukam, więc dostatecznej ilości miejsca, eteru, w który mogłabym wypuszczać ich nieziemską woń. Park, odrapana ławka przy starej brzozie. Ta brzoza nie jest już brzozą. Połowa korzeni wychodzi ponad ziemię. Ktoś ściął jej koronę i pół pnia. Został tylko kawałek nadwieszony nad dobro. Troszkę ponad dwa metry. Pewnie uparcie chciała żyć, a tu nagle powalił ja wicher. Dłonią przesunęłam po ławce. Niespodzianie poczułam pieczenie. Nierówna jej powierzchnia pokaleczyła naznaczoną przez życie przestrzeń mojej dłoni. Lekko drżącą odpaliłam cygaretkę. Cudowny aromat uniósł się w powietrzu karmiąc istniejące zmysły natury. Z każdym kolejnym "machem" czułam, że odpływam. Wspomniałam dzieciństwo. Zapach ciepłego mleka, tostów i jajecznicy towarzyszący każdej niedzieli. Mama biegająca w zwiewnej koszulce po kuchni i ta jej nagość potwierdzająca nieuchronne procesy starzenia. Czas przemijał, a ona wraz z nim. Była ostoją. Nocą i dniem. Miłością i nienawiścią w domu. Chwilą. Była każdą chwilą, każdą emocją...każdym wschodem i zachodem słońca. Uśmiechem i łzą, których tak wiele było w jej życiu.

 

A jego wtedy przy niej nie było. Tzn. był. Tatko był wtedy, kiedy być powinien. Kiedy "szef" wskazał mu palcem tę właściwą drogę, ścieżkę, którą ona była, a z której wciąż, mimo upływu lat, nie umiał czerpać. A przecież po to też była. Była mennicą pełną skarbów. Wystarczyło chcieć i być. Ja byłam. Nie mogło być inaczej. Byłam, bo chciałam być, bo kochałam, bo od lat stawiałam ją na piedestale. Bo była moją pierwszą miłością. Tą prawdziwą i odwzajemnioną. I zawsze mówiła: trzeba żyć! Toteż słowa te do dziś echem odbijają się w mej głowie.

"Żyj", czytam w prasie, w książkach, słyszę w telewizji. Co niedzielę ksiądz stwarza z nich liturgię. "Żyj!" mówią przyjaciele. Odpalam drugą cygaretkę i myślę, że oni wszyscy postradali zmysły. Bo jakże można żyć w życiu. W czasie jednego tchu coś zyskujemy jednocześnie tracąc coś. A potem zamaszyście spoglądamy na świat oszukując siebie, że to tylko zła passa. "Że to też przeminie", jak powtarzała czyjaś babcia. A to gówno prawda. Bo nic nie przemija. Poza czasem, który zmienia się zgodnie ze swoim przeznaczeniem, choć i tak co minutę, co godzinę, co dobę wraca do punktu wyjścia i tak w kółko. Tylko życie nie jest takie w kółko. Przemijamy wraz z nim wciąż i wciąż i nic nie dzieje się na nowo. Coś się zaczyna, by mogło się skończyć. Choć M. kiedyś powiedziała, że coś się kończy, by coś nowego mogło się zacząć. Więc i życie się skończy, by coś nowego mogło się zacząć. Kim wtedy będę? W swoim nowym ja? Może gwarkiem. W końcu przez całe swe istnienie umieram z tęsknoty za kimś czy też za czymś. Tego jeszcze nie rozszyfrowałam. Tylko wiem, że gwarek to taki ptak, który umiera z tęsknoty. Zatem teraz i później będę tęsknić. Albo nie. Nie, sama już nie wiem. Może narodzę się na nowo, by stworzyć instrukcję do gry zwanej życiem. Po przecież to gra. Tylko ta bez dodatkowych bytów. Masz jedną szansę. Bierzesz ją, niczym niebieską pigułkę w matrixie i szarpiesz się z nią za bary. Czasem wygrywasz. Trzymasz rękę na pulsie, na władzy, pieniądzach, na wielkiej machinie rządzącej twoim życiem. Czasem budzisz się z nią, z tą twoją ręką w nocniku. I mokrym czubkiem palca dotykasz czubek nosa. Przegrałeś. Oj tak. To ci los, myślisz...

 

Lekka mżawka spłoszyła me myśli. Wstałam. To ci los...myślę.

 

Gosia Dębska

 

Marek Czuku

POLONIA RESTITUTA

To awangarda - mówi smakosz

Robbe-Grilleta, ostryg, Kandinsky'ego,

Paryża, Johny Walkera, Nowego Jorku.

 

To naprawdę niesamowite -

mówi kobieta w toalecie

Coco Chanel.

 

W tym coś jest -

mówi wydawca w trakcie zmiany

skóry.

 

Maszeruje ariergarda.

Bije werbel -

kaszle zapóźniony przechodzień.

 

1986
Marek Czuku

 

Oskar Szwabowski

JESIEŃ

I mroki z wolna w duszę twą się sączą

Gasząc w niej wszystko, tłumiąc swą opończą

I pustka wielka zalewa ci łono.

Nawet marzenia, które życie ci złocą,

Pierzchły jak ptaki. Z głową opuszczoną

Szepczesz bez myśli: " Po co wszystko? Po co?"

Miriam "Nastrój"

Uderzył czubkiem buta drobny kamyk, który potoczył się parę metrów po suchej, twardej ziemi, pamiętającej dawny skwar lata. Wciągnął głęboko powietrze pachnące ogniskiem.

Był przygnębiony, jak zwykle podczas jesieni, jednak teraz, w przeciwieństwie do lat ubiegłych, czuł dziwny niepokój. Niepokój kojarzący się z czymś co przeżył i to chyba nie dość dawno, gdyż niemal dotykał. Niemal...

Wspomnienia. Ile z tego, co pamiętał, było snem, a ile prawdą, nie wiedział, mimo że uczęszczał do szkoły. Te monotonne dni wypełnione strachem przed nauczycielami, którzy również nie wiedzieli i kolegami, którzy wiedzieć nie chcieli, teraz w myślach nabrały niemal mistycznego uroku, było tam coś, coś pod zbiorowym zdjęciem klasy. Jakieś wrażenie, a może samo uczucie... Nie wiedział. Wiedział tylko, że umrze i ta myśl nie dawała spokoju. Wciąż się miotał między hedonizmem a ascezą. To chciał duchowo, to umysłowo tajemnicę życia rozszyfrować. To porzucał wszystko ze śmiechem.

Niewiele wiedział i pragnął życia. Tymczasem wszystko przepływało w zaskakującym tempie obok. Bez niego. Czuł się oszukany.

Przerwał wędrówkę siadając na rosnącej obok drogi trawie, w której leżało parę zasuszonych liści. Na niebie sine chmury zapowiadały deszcz. Westchnął.

Zaczęła się jesień.

Ogniska rozplatały swe siwe warkocze po drogach, kiedy Monika ujeżdżała Bogdana. Piersi podrygiwały. Zaciskała oczy, wykrzywiając jednocześnie usta tak, jak widziała na filmie. Chłopak na wpół obecny oceniał ciało. W końcu wytrysnął. Spocona dziewczyna przywarła do niego dusząc. Pogłaskał beznamiętnie jej czarne, proste włosy.

- Było cudownie - mruknęła.

On przytaknął. Zapalił papierosa. Ćmiąc peta spoglądał przez okno podczas gdy kobieta siedziała w łazience oczyszczając krocze z nasienia.

Czuł się znużony. Nic go nie bawiło. Obmierzło wszystko. Wypuszczał kłęby dymu nie mogąc zebrać myśli. Bo nie było co zbierać. Umysł opustoszał i zapadł w sen, zamieniając świat w obojętną plamę, z którą już się nic nie da zrobić. Czasami próbował coś stworzyć w myśli, cokolwiek, byle tylko poczuć metafizyczny dreszcz, lecz jedynie bełkotał zasłyszane frazesy. Wyrazy, myśli, idee stały się pustymi skorupami, których lepiej nie dotykać, bo się rozsypią w proch.

Zgasił papierosa, czując ociężałość ciała i, mimo że był wysportowany, odniósł wrażenie, jakby stał się workiem tłuszczu.

Monika wróciła. Czas na przytulanki.

Marek sięgnął po następnego papierosa. Za oknem siwy dym snuł się leniwie po opustoszałych drogach.

Sennie uniósł kufel do ust. Rozmowa coś się nie kleiła. Przyjaciele tępo rozglądali się naokoło nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Gdy pracowali, marzyli o spotkaniach, piciu, paleniu... Gdy otrzymywali to wszystko, siedzieli bredząc, sącząc słowa bez treści i bez uczucia. Czasami się upijali, udając wtedy radość, dopóki nie dopadły ich mdłości.

On też nie wiedział, co tu robi. Lokal go jakoś nie pochłonął. Wręcz drażnił. Piwo smakowało jak płyn do naczyń.

- Oni chyba nie płuczą szklanek - mruknął.

- Paskudne, mimo że z butelki.

Chwilę ponarzekali na ohydny alkohol zabijając czas - zapijając, zapalając, zagadując...

- Walę do ciepłego łózia - wzdychali pod koniec wieczoru.

Zapadnięci w sobie, zmęczeni, ćmili papierosy skuleni z powodu panującego chłodu.

- Jesień - ktoś zauważył, jakby w ten sposób chciał stworzyć więzy z rzeczywistością.

- Tak, jesień - przytaknął ktoś inny.

Zimny wiatr zrywał zbrązowiałe liście z drzew, strącał szyszki i żołędzie, przechodząc przez las w stronę pogrążonego w półmroku miasta, gdzie bloki majaczyły na ciemnym, szarobłękitnym niebie niczym czarne głazy wbite w ziemię, a wygięte latarnie przygotowywały się do nocnej służby. Gdy tam docierał, otulał ściany i kroczących w pośpiechu lub czekających ludzi, unosząc papiery i turlając mniejsze śmieci.

Wiał przynosząc melancholijny zapach długich wieczorów i spotkań w klubach czy kawiarniach.

Wiał i przypominał o śmierci.

Marta garbiła dziesięcioletnie plecki nad zadaniem z matematyki, zastanawiając się, po co ma dodawać do siebie te cyferki, mnożyć i dzielić. O śmierci nie myślała. Zbyt młoda była. Jak i jesień. Jeszcze dużo zielonych liści na drzewach i czasem słońce zza chmur się wyłoni i przygrzeje. Jeszcze dużo liści zielonych na gałęziach lecz one zbrązowieją, zwiędną - i opadną. Wszystkie.

Zostanie tylko nagie drzewo złowieszcze i ulice zasłane szeleszczącymi zwłokami.

Marta przeszła do następnego zadania, a wiatr wiał i o śmierci przypominał i ciężką chmurę nad ziemię przygnał. Zawył - i spadł deszcz.

Stróż wyszedł z baraku w mglisty poranek. Deszcz siąpił nieprzyjemnie, jednak powietrze było ciepłe. Ćmiąc papierosa, zgarbiony, otworzył bramę, która skrzypnęła lekko. Samochód, rzucając strugi rozproszonego światła na błotnistą ziemię, wjechał na teren zakładu mrucząc. Stróż ukłonił się dostrzegając pracodawcę, po czym człapiąc gumowymi buciorami, zamknął bramę. Wypuszczając kłąb dymu rozejrzał się wokoło. Nic nie zapowiadało zmiany pogody. Będzie tak dzisiaj siąpić nieustannie. Będzie dzisiaj - tak mgliście. Rzucił niedopałek do kałuży. Może coś ciekawego będzie w telewizji, chociaż o tej porze...

Bociany dawno odleciały. Jaskółki również nas opuszczą. O! nie wróci lato. Niedługo dzieci pójdą do parku zbierać co piękniejsze liście i obsypywać się nimi, a wraz z nimi moja wnuczka. Mały, słodki rozbójnik! Poczuł się szczęśliwszy na wspomnienie roześmianej, rumianej twarzyczki, pytającej z ufnością i niezaspokojoną ciekawością filozofa: "Dziadku, co to?"

Uśmiechnął się wchodząc do baraku. Włączył elektryczny piecyk, po czym usiadł w fotelu. Nie chciał oglądać telewizji, wolał pomarzyć. Niewiele już czasu zostało, niech chociaż teraz pocieszę się tymi drobinkami istnienia, co, niby nasiona, potrafią rozkwitnąć i koić pięknem kwiatu i zapachu.

Grzejniczek wypełnił pomieszczenie przyjemnym ciepłem. Za oknem mlecznie majaczyły bloki rodzące zaspanych ludzi.

Stróż z błogim uśmiechem zapadł w drzemkę.

Michał leżał w łóżku rozglądając się na boki. Dzisiaj, gdy otworzył oczy, jeszcze zaropiałe i niepewne, usłyszał bębnienie kropel o szyby. Wtedy to powziął decyzję, że nie wstaje. Dobrze mu było pod ciepłą kołderką i z senną wizualizacją marzeń, które snuł i przeplatał, modyfikował, aż przeżył to, co chciał; zobaczył, co pragnął - w ciągu paru godzin... Tyle, że w tych miłych fantazjach pojawił się cień, myśl złowieszcza, spotęgowana monotonnym rozbryzgiwaniem się kropel o szybę, które siłą rozpędu, bez żadnego celu, waliły w taflę szkła. Jak my - pomyślał i się przestraszył. To co robimy, ma jedynie przyczynę - to że żyjemy. Gdybyśmy byli martwi, nie zajmowalibyśmy się tymi rzeczami. Tak przyczyną jest życie, co jest stanem tak nieznośnym, że zajmujemy się byle czym, żeby tylko nie doświadczać tego stanu, zwanego istnieniem. Tworzymy iluzję, niby się realizujemy, a naprawdę czekamy na śmierć.

Snuł tak rozważania, czując się coraz mniejszym i bezradnym, dopóki nie poczuł ucisku na pęcherz. Próbował powstrzymać mocz. W końcu powziął decyzję. Zresztą innej, po tym co dostrzegł, podjąć nie mógł. Widząc bezowocność wszelkich czynów i uczuć, śmieszność wzlotów i upadków, powiedział, że nie będzie... ale niestety nie wytrzymał. Pobiegł do łazienki. Zbyt długo tu przebywa, aby wyrwać się z iluzji.

Zegar wybił południe.

Siedziała na łóżku wpatrując się w obraz za oknem. Szlafrok białością spływał na kołdrę, która w nieładzie leżała u stóp kobiety. W aksamitnej dłoni trzymała miłosny liścik, a myśli krążyły wokół osoby, która niedługo powinna przyjść, która napisała te piękne, ogniste zdania, co serce, co duszę niosły i policzki, zwykle blade, czerwonością napełniały.

Gdy wejdzie połączą się w uścisku. Jest taki czuły mimo wielkich dłoni, stworzonych jakby do niszczenia.

Westchnęła. Za oknem siąpił deszcz. Na nielicznych drzewach pojawiły się rdzawe plamy. Po śliskich ulicach sunęły pojedyncze samochody z szumem znikając za ścianami bloków. Niekiedy jakaś skulona postać przeszła chodnikiem, lub stawała przy krawężniku, rozglądała się nerwowo na obie strony, po czym przebiegała ulicę, z dziwną dumą stawiając stopę po drugiej stronie.

A ona siedziała, czekała, obserwowała. Czasami się uśmiechała na wspomnienie chwil przyjemnych, chwil kwiecistych i tych, gdy smutnym głosem spowiadali się sobie. Dwie małe istotki w szalonym, beznadziejnym świecie... Tak myślała na początku, lecz teraz rzeczywistość jakby milsza się stała. I cieszyć nawet potrafi. Jak wczoraj chociażby, gdy z pubu wracali schowani pod parasolem... Rozmawiali o czymś, a noc była późna. W dodatku nogi sobie przemoczyła. Lecz to nic. Wystarczyło, że ją do siebie przycisnął, objął męskim ramieniem, a zapomniała o chłodzie. Wracali. W tramwaju było pusto, żarówki oświetlały rzędy czerwonych krzeseł przeganiając zimną noc. Za oknami przesuwały się posępne budynki. Później dała mu liścik i pobiegła do bramy.

Pomyślała, że jest szczęśliwa. Ten los taki dobry, co ich połączył. Bo przecież mogło by się zdarzyć inaczej, że by się nie spotkali, a wtedy umrzeć tylko by przyszło. Byli sobie pisani, przeznaczeni. Tak być musiało. Nie inaczej. Raj na ziemi.

Zaśmiała się. Z chęcią zaplanowałaby ich wspólne życie, aż po grób. Ba! Nawet później. Połączą się w gwieździe i będą obdarzać się niebiańską rozkoszą. Szczytować przez całą wieczność.

Czy nie tak napisał? Krwią swoją potwierdzając. Wtedy, w lesie, to braterstwo - na zawsze twój, na zawsze twoja - a początek lata był, rozkwit wielki, poruszenie gwałtowne, chociaż z nutką lenistwa, błogości... spoconej senności...

No kiedy żesz przyjdziesz?!

Odruchowo poprawiła szlafrok i z niepokojem zaczęła wypatrywać znanej sylwetki. Tykanie zegara przypominało o uciekającym czasie.

Wreszcie... jakby on... Tak, to na pewno on! Nie sposób pomylić. Stanął na skraju chodnika rozglądając się w skupieniu, nagle, gdy stawiał nogę na czarnej, lśniącej ulicy, spojrzał w górę, gdzie powinny być jej okna. Spojrzenia się połączyły. Ruszył. Ucieszyła się powstając. Na chwilę straciła go z wzroku, gdyż musiała poprawić kołdrę krępującą ruchy.

Najpierw usłyszała pisk opon i niemal jednocześnie głuche stuknięcie. Mężczyzna wzbił się w powietrze, jakby zesztywniały, po czym zmiękł bezwładnie padając na mokry asfalt.

Kobieta niemo zastygła w szybie.

A sine chmury wlokły się po niebie...

Śnij się, nudny śnie ponury. Poprzez czas mgliście płyń. Śnij się sennie z szumem drzew...

Śpiewał chłopiec wpatrując się w toń jeziora. Delikatna mgła zastygła w konarach karłowatych drzew po drugiej stronie. Skrzeczące ptaki przerywały co jakiś czas niezmąconą ciszę, towarzyszącą paru liściom unoszącym się, kołyszącym na czarnej, posrebrzanej miejscami, wodzie.

Czerwona główka spławika drgnęła lekko. Chwycił mocniej wędkę sztywniejąc w oczekiwaniu. Leniwe chmury wisiały nad głową wędkarza. Po chwili odłożył kij podchwytując przerwaną pieśń.

Śnie, co kanałami czarnego miasta odpływasz z ostatnimi łabędziami, kołysząco, z mgłami, wlokąc się za samotnymi postaciami, śnij się, śnij...

Obmył twarz zimną wodą, wycierając następnie małym, szorstkim ręcznikiem, krocząc po pokoju bez celu. Łóżko pachniało jeszcze ciepłym, miłym snem, kusząc miękkością niczym nienasycona rozlana kobieta, puszysta i zarośnięta. Wchłaniająca jakby śmierć słodka, bezuczuciowa, bezrefleksyjna, miodowo rozleniwiona.

Odwrócił wzrok koncentrując się na poszukiwaniu ubrania. Przez szczeliny w oknie wdzierał się nieprzyjemny chłód przenikający do wnętrza. Przetarł twarz dłonią tłumiąc ziewanie.

Czekali na niego, a on nie mógł ich zawieść.

Za oknem morze zamglone roztaczało się bezkreśnie, zniechęcająco.

Zaparzył kawę. Pijąc spokojnie, palił papierosa, wyglądając nadchodzącego dnia. Nie wiedział jeszcze, że nie nadejdzie. Jesień nie ma dni.

Zgasił papierosa. Skulił się i wyszedł na ulicę. Miasto pogrążone było w letargu. Po zaspanych ulicach snuli się ludzie o nieprzytomnych obliczach. Mruczące autobusy o zaparowanych szybach, wiozły drzemiących uczniów i szarotwarzowe istoty o ciężkich powiekach. Kierowca ziewał za kierownicą. Mleczna mgła otulała ludzi i czarne bloki.

Mężczyzna szedł parkiem. Wtulił brodę w fałdy ciepłej kurtki, a ręce grzał w kieszeniach. Deptał pojedyncze brudne liście. Śpieszył się.

Wreszcie dotarł do budynku. Przez lekko pordzewiałe ciężkie drzwi wszedł do mrocznego, wilgotnego pokoju. Ktoś stał w rogu paląc papierosa.

- Paskudnie, co? - zagadał flegmatycznie - Mógłbym cały dzień spać.

- Taa... Robi się człowiek ociężały - odparł przebierając się. Robocze ubranie było zimne i toteż wzdrygnął się czując dotyk materiału na skórze.

- Do diabła z taką pogodą - warknął tamten gasząc papierosa.

Mężczyzna przytaknął.

Wyszedł w szarość wieczoru. Lampy próbowały przedłużyć dzień, jednak bezowocnie. Ciemność zalęgła się w bramach i kątach; w podwórzach, skąd wyłaniała się, niczym twór wężowaty, zalepiając poszczególne okna wysokich bloków. Kolejno, ludzie jak w kokonach, zapadali w sen bez treści, kołysani niebieskim światłem hipnotycznych telewizorów.

Szedł wolno wpatrując się w brudny chodnik. Mozaiki wymiocin zdobiły sczerniałe ściany. W ustach tlił się papieros dodając uroku monotonnym krokom, krokom co niosły same, przed siebie, dalej, dalej...

Był już spóźniony, toteż wydłużał krok. Nerwowo przerzucał rzadkie włosy wprowadzając je w wyzwolony chaos.

Dom, w którym czekano na niego, wyłonił się z ciemności. Była to stara kamienica pamiętająca zapewne czasy wojny. Potężna, z nutą szlachectwa, godności rozsypującej się w stertę gruzu.

Pchnął ciężkie drzwi, wchodząc do wysokiej bramy, za która rozciągało się betonowe podwórko i opuszczony sad, będący teraz królestwem meneli buszujących w dzikim ogrodzie i doprowadzających do szału starsze, przerażone kobiety.

Pachniało spóźnionym obiadem, dzieciństwem babcinym - tą wolnością miłosnego zniewolenia, tym wywyższeniem ponad prawa młodego wieku, radością późnych godzin przed telewizorem, gdy się zjadało porzeczki. Jaki to one miały wtedy smak...

Wszedł po skrzypiących schodach na górę, gdzie czekano na niego. Wytarł ręce w jeansowe spodnie, po czym nacisnął niepewnie dzwonek, odetchnął słysząc ostry, przenikliwy, lekko zachrypnięty dźwięk. Skrzypnęły drzwi i dojrzał chudego, pryszczatego młodzieńca o rudych, tłustych włosach.

- A to pan - wyseplenił, a szczurze rysy twarzy drgnęły lekko - Proszę. On jest w gabinecie. Czeka na pana.

- Dziękuję - odparł. W gardle czuł suchość.

W mieszkaniu było ciemno i duszno, co mogło tłumaczyć niezdrową cerę podobnego do zjawy chłopaka, który zanurzył się w wąskiej kiszce kuchni. Bladość jakby od niego promieniowała, tworząc fantastyczną łunę.

- Proszę, niech pan usiądzie - rzekł starzec zza dębowego biurka, na którym kopciła się lampa naftowa, wypełniającym pomieszczenie drżącym światłem. Mężczyzna odsunął ciężkie krzesło rozsiadając się na nim, podczas gdy starzec obserwował jego ruch spod krzaczastych brwi.

- Miałem tu przyjść i powiedzieć... - zaczął nie wiedząc co powinien mówić. Nerwowo pocierał dłonią nadgarstek.

- Proszę się nie denerwować. Wiem o wszystkim - Starzec zagłębił się w fotelu skubiąc gęstą brodę - Wielka szkoda... ale pan chyba wie co robi?

- Oczywiście - wykrztusił - Można zapalić?

- Proszę - odparł podając mosiężną popielniczkę.

- Ciemno u pana - zauważył zapalając papierosa.

- Noc i dzień to fałszywe rozróżnienie, proszę pana. Dzięki ciągłej ciemności pracuję wtedy, kiedy chcę i śpię, kiedy czuję potrzebę.

- Ale to chyba niezdrowe.

Starzec zaśmiał się jak z dobrego dowcipu słyszanego za często.

- Muszę panu przekazać parę słów od nich... a potem powiadomić o rezultatach. Pan rozumie?

- Po to tu przyszedłem.

- Mógł się pan nie fatygować - mruknął starzec przybliżając się. Oparł łokcie o biurko wysuwając twarz do przodu - Chyba pan wiedział, że byłoby to równoznaczne z zerwaniem umowy? Musieli panu powiedzieć.

- Mówili - wymamrotał. Czuł się nieswojo pod badawczym spojrzeniem starca - Nie chciałem niejasnych sytuacji... Tam jest mój przyjaciel... Wie pan - zrobił nieokreślony ruch ręką.

- Rozumiem - starzec wycofał się - Chociaż dziwi mnie pańska decyzja. Ma pan możliwości, talent... Tak... Rozwinąłby pan skrzydła, jak to mówią. Byłby pan kimś, kimś wielkim. Szkoda, szkoda...

Mężczyzna zgasił papierosa, podczas gdy starzec świdrował go wzrokiem skubiąc gęstą brodę.

- Już jestem kimś - warknął cicho.

- Kimś ważnym?

- Jak każdy z nas.

- Nie zależy panu?

- Nie. Po prostu powziąłem decyzję.

- Rozumiem, rozumiem... Rzucał pan monetą?

- Słucham?

- Pytam się, czy rzucał pan monetą?

Mężczyzna uśmiechnął się.

- Proszę się nie martwić, uwzględniłem wszelkie szczegóły.

Starzec przytaknął. Leniwie przerzucił parę kartek.

- Oni wyjeżdżają o północy, a kto zostanie, ten zgnije - wybełkotał - Wszystko tutaj zwiędnie, wysuszy się, umrze. Kobiety przestaną przynosić rozkosz... To jedyna droga, jedyny ratunek.

- Dlaczego pan nie jedzie? - spytał zapalając kolejnego papierosa.

Starzec zaśmiał się krótko nie zamierzając odpowiadać, ale widząc poważną twarz rozmówcy, odezwał się cicho:

- Widzisz, gdy się przeżyło tyle co ja, to czas przestaje się liczyć. Zrobiłem wszystko co zrobić miałem i nic więcej od życia nie chcę. Zresztą nic od niego nie można wziąć prócz cuchnącego błota. To ziemia jałowa... Co mam im powiedzieć?

- Że zostaję.

- Szkoda, szkoda...

- Tak. Szkoda.

Srebrne kropelki deszczu szeleszcząco przeciskały się przez korony drzew i skapując na zmęczoną twarz poety. Mrużył oczy, które widziały już tyle, że pragnęły oślepnąć. Nie potrafił pisać, już nie. Wypalił się. Tylko popiół pozostał, czekając aż porwie go wiatr i rozrzucić po świecie.

- Idziesz? - spytała kobieta.

- Nie ma dokąd - odparł. Starł deszcz z twarzy i zgarbiony ruszył przed siebie, a w górze księżyc posrebrzał czarne, ciężkie chmury. Brakowało tylko masywnego szczytu, by było jak wtedy, gdy spotkał przyjaciela. Siedział w schronisku paląc papierosy i pijąc kawę. Skórę miał czerwoną od mrozu, a oczy tęsknie zamglone. Pili wtedy i szaleli. Ze szczytu widzieli drobne domki, które pragnęli zgnieść dłonią. O! Potęgo dni młodych! O! Potęgo bezmyślnej energii!

- O czym myślisz? - spytała, a złote, brązowe, zasuszone liście wirowały wokoło.

- Tak sobie... wspominam - odparł cicho - Pełnia chyba dzisiaj.

Przytaknęła głową.

- Wiesz co?

- Pewnie nie.

- Życie niekiedy zwęża się do jednej sceny, która przeszła, runęła i nie powróci. Ta chwila, a raczej wycinek czasu, będący esencją, stanowi coś tak nieokreślonego... to znaczy... Żyć by się chciało tak cały czas. Lecz to runęło, odpłynęło i nie powróci... Jedna scena, a reszta to tęsknota bliska rezygnacji, pragnienia końca, gdyż życie zamknęło się w przeszłości, gdy z przyjacielem piliśmy na szczycie góry...

Pocałowała go delikatnie w policzek. Deszcz zmoczył jej włosy. Pachniała teraz jesienią. Stała się jakby cząstką szarej rzeczywistości, która deszczowo przyjmowała poetę w swoje łono, tworząc na ziemi rzeki, jeziora i morza, pełne leżących na dnie bladych dzwonnic.

Las pachniał pleśnią, białym puszystym nalotem wydobywającym się z liściastych otchłani i zabijającym powoli, komórka po komórce, zielone, tętniące pełnią kwiecistego istnienia serce.

Żołędzie bębniły wściekle o dach domu. Mały przestraszył się, że ta kakofonia rozedrze sufit i brązowawe pociski wbiją się w różowiutkie ciało. Krzyknął w ciemności przywołując mamę, gdy nagle uświadomił sobie, że jest sam. Sam w obliczu dobijającej się wyzywająco nocy.

- Nudne, nudne... ale wpadłem już w taki klimat powolnego umierania - mruknął towarzysz chyląc zmęczoną twarz nad stołem. Jakieś cienie krążyły wokół nich w wolno snującym się dymie tytoniowym i słabym, rozproszonym świetle rozleniwiającym złudzeniem ciepła. Za oknem mokre ulice ginęły w mroku, ludzie opatuleni sunęli przed siebie. Świat tonął w nocy. - Nie chce się mówić... Bez sensu... Jałowe i w ogóle jakbym tym samym żył. Żył? Dobre sobie...

- Oto się jesień zaczęła i nie ma komu dać w mordę - mruknął Frank nalewając wina do kieliszków. Język trochę się plątał i nie czuł już pewności ruchów. Melancholia brała go w objęcia i nawet nie chciał się jej wyrwać, tylko się przytulał. Ta deszczowa noc rozmazana i ten lokal zamglony... Zapalił papierosa patrząc na ludzi za oknem.

i nic, już nic nie zachwyca

i nic, już nic nie wystarcza

idzie przez łan osmętnica

tęsknota gospodarcza.

Znajoma kobieta podeszła do niego całując w czoło. Spojrzeli sobie w oczy. Przez chwilę poczuł ciepło bujnego ciała i pieszczotę delikatnych dłoni, która musnęła go po policzku znikając w głębi zadymionego, tajemniczego lokalu. Niedbale rzucił drobne na stół. Towarzysz spojrzał w toń wina. Klepnął go po ramieniu.

- Żegnaj, przyjacielu.

Sam na pomoście tramwaju

uczuwam taką tęsknotę...

O, jak te liście spadają

O, jak spadają złote...

Lecz boleściwe westchnienia

wicher rozprasza wraz z liśćmi

fantem własnego marzenia -

kędy, ach!, kędy iść mi?

Wyszedł z tramwaju na zimno nocy. Drobne krople deszczu srebrzyły się na włosach. Machinalnie wyciągnął papierosa. Zmęczone twarze, takie wytarte, spoglądał gdzieś w dal. Czarne budynki otaczały swą masywną, ponurą, smutną posturą, a nad dachami chyba niebo.

O drogo, drogo ty moja

na Widok czy Mazowiecką!

o ja, idący jak Boya

"we mgle pijane dziecko"!

Wszedł w mrok klatki. Zgasił papierosa o ścianę. Powoli przemierzył parę stopni, jednocześnie szukając kluczy w przepastnej kieszeni.

- Eeech! To się jesień zaczęła i nie ma komu dać w mordę... - westchnął kładąc się na sofie.

Śnij się sennie, ponury koszmarze, niech nudno-mroczne postacie suną polami nocą...

Przyszli wszyscy, którzy przyjść mieli. Wtuleni w fałdy ubrań drżeli, gdyż zimne powietrze przenikało w głąb ciała. Wymieniali beztreściowe zdania idąc wolno chodnikiem. Nie widzieli się od dość dawna, toteż po krótkotrwałej euforii czuli się skrępowani.

- Wiecie - zaczął niski mężczyzna o zapadniętych oczach. Cerę miał jakby niezdrową - wydaje mi się, że o czymś zapomnieliśmy.

Spojrzeli zdziwieni na niego. Ktoś niezgrabnie zażartował.

- Nie, nie o to chodziło. Mówię ogólnie... Tak ostatnio rozmyślałem, wiecie, porażkę poniosłem i w ogóle w zamyślenie wpadłem. Jeszcze ta pogoda... No i - przygryzł wargi. Widać było, że jest podenerwowany. Niepewnie zerknął na znajomych - Po prostu stwierdziłem, że o czymś zapomnieliśmy, coś zatraciliśmy, dlatego nie widzimy sensu... To znaczy tworzymy takie pseudouzasadnienia, ale dobrze wiemy, że to gówno... Nie ma znaczenia... Chociaż chyba ma, tylko my nie potrafimy dostrzec tego, gdyż straciliśmy ostrość wzroku.

- A czy kiedykolwiek ją posiadaliśmy? - spytał Jan uśmiechając się dziwnie.

Tamten bełkotnął coś niezrozumiale.

Skręcili w wilgotną bramę. Jakaś otyła, starsza kobieta wspinała się ciężko po krętych, stromych schodach.

- Czujecie, jak ci starzy ludzie śmierdzą?! - spytał Józef.

- Jakby gnili - odparła Teresa wybuchając śmiechem.

Dni sączyły się beztreściowo, beznamiętnie. Sekunda za sekundą wlokła się. Coraz więcej liści spadało z czarnych drzew. Słońce rzadko kiedy się pojawiało. Świat jakby został zamknięty ołowianą pokrywą, toteż ludzie zginali karki idąc wilgotnymi ulicami. Obojętnie padali na miejsce w tramwaju czy autobusie, by tylko dotrzeć do domu i przykryć się ciepłą kołdrą. Żywe z reguły dzieci powoli popadały w podobny marazm, ale jeszcze walczyły. Walczyły z jesienią przy pomocy jesieni.

Metalowe zęby zagarniały martwe liście - wysuszone, utytłane glebą, rozsypujące się, żółto brązowawe, niekiedy sczerniałe - na wielką stertę. Mężczyzna poprawiał od czasu do czasu czapkę, wyprostowywał zmęczone plecy, oczyszczał grabie i na nowo zajmował się konającym wśród trawy.

Po południu siadał pod drzewem, mimo, że ziemia była zimna i wilgotna. Brał termos z herbatą i zapalał papierosa. Obserwował szkolne wycieczki oraz przedszkolnych maluchów. Toczono wojny szeleszczące, wybierano co piękniejsze okazy liści lub tarzano się w nich. Obserwował i cieszył się, tak jak i oni.

Tymczasem sine panie o twarzach zbyt wcześnie postarzałych, z zębami kremowymi od kawy, skrzeczały beznamiętnie, jakby przeświadczone o bezskuteczności słów i tylko tak dla formy upominały rozbawione dzieci, po czym przetarłszy chusteczką ławkę, siedziały i obserwowały. Uciekały gdzieś, gdzie naprawdę żyły.

Mężczyznę z grabiami bardzo intrygowały te kobiety. Zwłaszcza jedna. Była wyprana, niemal jak szmata do podłogi. Usta w niesmaku wykrzywione rzucały od czasu do czasu upomnienia.

- Źle się żyje? - spytał dnia pewnego, biorąc łyk herbaty.

- Co to pana interesuje? Lepiej zajmij się pan pracą. Nie płacą panu chyba za stanie i gadanie - ofurkała go, z pogardą odwracając wzrok.

- O! Źle, źle się żyje... księżniczko - mruknął ruszając przed siebie.

- S... skąd pan wie - niemal wykrzyknęła za nim powstając z ławki, na której widniały rozkładające się liście o brązowawym odcieniu.

- To widać... A teraz niech pani zabierze dzieci do szkoły i niech ozdobią pani klasę jak komnatę.

- Pan żartuje? - wyjąkała niepewnie.

- Rzadko kiedy... Teraz jestem poważny. Życie nie jest dla pani. Niech te dzieci ozdobią liśćmi komnaty - odparł i ruszył aleją, gdzieś w wilgotne, zamglone rejony parku. Liście powoli opadały na ziemię. Dookoła słychać było śmiech dzieci, tańczących na mumiach liściastych.

Stał tak obok stacji benzynowej położonej na skraju miasta. Prawie nagie drzewa ozdobione pojedynczymi liśćmi potępieńczo wyginały czarne, chropowate ciała. Zapadł zmierzch.

- Popchnie mnie pan? - spytał jakiś człowiek o zarośniętej twarzy wskazując na brudnego malucha koloru kremowego.

Skinął głową.

Zaparł się i pchnął parę metrów samochód, który kaszlnął, podskoczył i mrucząc pojechał dalej.

- Dziękuję - krzyknął kierowca.

Wytarł umorusane dłonie chusteczką higieniczną chowając ją następnie do kieszeni. Spojrzał na sine chmury wlokące się po szarym, matowym niebie.

Czekał.

Samochody sunęły po wilgotnych ulicach, gdy stali na przystanku. Nad dachami brudnych bloków kłębiły się szare chmury. Mdłe słońce powoli gasło.

- Co zrobiliśmy źle? - spytała dziewczyna.

- Nic. Tak być musiało - wyszeptał chłopak.

- Ale... ale, przecież miało trwać. Wiecznie trwać. Pamiętasz?

- Nie mów mi o wieczności, bo mi się niedobrze robi - warknął.

Spuściła wzrok. U ich stóp przetoczyło się parę liści. Uliczny burek przebiegł przez ulicę.

- Dni są coraz krótsze. Takie mgliste. Takie bezbarwne. Smutne... Coraz bardziej. Cały kolor błoto pożera. W błocie barwy giną. Coraz krótszy dzień, coraz dłuższa noc... A ja sama.... Deszcz za oknem pada. Krople spływają po szybie. Ulice prawie puste. Czasem tylko ktoś przebiegnie... Szarość okrywa miasto, do pokoju się wdziera... Coraz głębsza i głębsza, aż w noc się przemienia... Smutno, smutno mi i deszczowo.

Nabij lufkę, bracie. Umysł zapadł już w sen. Wśród tych smętnych bloków zapalmy i chodźmy przez mglisty dzień. I niech się kończy, kończy ten sen.

Bracie! To jesienna piosenka, co ukojenie przynosi, gdy tylko stwierdzisz, że żyje się po nic; że tylko gośćmi tutaj jesteśmy. Więc, bracie, jeszcze po jednym!

Mówię do ciebie, jakbym wiersz pisał. To przez ten księżyc. Wiesz, ona wtedy przyszła, a w oczach poezję miała. W srebrnej poświacie magicznej przyszła zwiastunka życia, co karmiła piersią i tak, tak mi mówiła: "Ty mój wyznawco, krwią własną pisz. Krwią i żółcią." A ja, jak na kochanka przystało, pilnie wszystko czyniłem... A ona, śmiała się ze mnie, gdy w bramie tonąłem... A przecież była mi matką i kochanką, panią mą i władcą. Ja jej sługa, jej wojownik... O! Nieważne. Dziś jesień. Niech się dziś już kończy. Niech noc najgłębsza, najczarniejsza, nas pochłonie! Zimne dłonie na skroni położy.

Powiedz, bracie, czy bełkoczę?

To powietrze myśl mi miesza i pora późna i blask lamp zgiętych...

Zapalmy i chodźmy.

Rozumiesz. Ta niekończąca się męczarnia w lewej nodze... Nie wiem czy to znasz. To tak jakby...

Mgła utworzyła jakby kopułę. Wokół siebie widział wszystko dokładnie, jednak parę metrów dalej, gdzie trawnik się kończył, stała ściana mleczna, za którą majaczyły niewyraźnie jakieś czarne postacie, a może tylko cienie pełznące... Nie słychać było nikogo. Tylko odgłos skapujących kropel rozchodził się po przestrzeni. Poczuł się samotnym. Przeraźliwie samotnym. Wydawało mu się, że nikt oprócz niego nie żyje. Jest tylko on. Tu i teraz, a wokoło gęsta mgła, nieprzenikniona... Za nią nicość. Pustka wyżerająca, pochłaniająca wszystko. Nerwowo spojrzał w stronę, gdzie powinien być las i lampy uliczne. Było biało. Niby wokoło panowała noc, lecz było jasno. Dziwnie jasno. Jakby słońce zgasło... Przerażony wsunął się do domu, w którym gęsty mrok panował i zasnął gdzieś z krzykiem uwięzionym w suchym gardle.

Poczuł zapach mandarynek. W całym, ciepłym domu pachniało tymi owocami, co zwiastunem święta były. Za oknem wilgoć, a tu miło, przyjemnie. Za oknem mgły i błotnisto, a tu woń tamtych chwil.

Stał w piżamie, na schodach, a wokół panowała wzniosłość, jakiś uroczysty klimat, pełen tajemnicy. Tajemnicy dla małego chłopca.

- Pośpiesz się, bo się spóźnisz do szkoły - poganiała go mama beznamiętnym głosem, a tu tyle niewypowiedzianego - No rusz się! Chyba nie chcesz się spóźnić? Idź się ubierać.

Za oknem mglisto i błotnisto, a tu, ciepło i miło. I mandarynkami pachnie; wieczorami z tatą w świetle rozproszonym, cienie pogłębiającym. Te wieczory...

Niezmącona cisza nocna zapanowała w mglistym blasku miodowych latarni. Niewyraźne sylwetki domów pogrążone były we śnie. A ja skulony siedziałem. Gdy zaciągałem się papierosem, czerwony blask osadzał się na palcach. Szkielety drzew stały - wierni towarzysze - powoli w sen zapadały.

A ja siedziałem. Czasem mleczny dym twarz mi zakrywał. W mrocznym królestwie mym na jesienną, cichą noc patrzyłem.

I siedziałem, siedziałem...

Wierzba - złote liście w mroku. Smutnie szeleszcząco obmywała warkocze chyląc się nad czarną pustą ulicą.

"Minęła dziesiąta rano, świat był szary, bezbarwny, suchy i zużyty z radości; martwy, mętny i chory. Nie chciało się myśleć, nie chciało się niczego wiedzieć i słyszeć - chciało się po prostu położyć głowę na blacie stołu, opuścić ręce i umrzeć. Po prostu umrzeć - i nic więcej."

Odłożył długopis spoglądając przez okno. Przez chwilę zapatrzył się, po czym odwrócił zrezygnowany wzrok. Odnalazł paczkę papierosów, leżącą na zagraconym biurku.

Tak samo, pomyślał porównując rzeczywistość z fikcją, poza wilgocią, tak samo... I nagle, jakby znajomy tekst, jakby to gdzieś słyszał, a może nawet czytał.... Tak... Bracia Strugaccy... Uśmiechnął się wypuszczając kłąb dymu. Bracia, pomyślał z sentymentem. Niemal o nich zapomniał. Odrzucił ich przecież, bo pisali literaturę niepoważną, a poważnemu człowiekowi nie wypada zajmować się niepoważnymi, w dodatku fantastycznymi gryzmołami. Taak... Zaciągnął się mocno. Nie wypada.

Zaczął przypominać sobie twórczość Strugackich, gdy do pokoju wszedł znajomy.

- Co jest stary? Nie pracujesz?

- Palę, więc się nudzę - odparł gasząc papierosa.

- Poważnie pytam. Powiedziano mi, że jesteś zajęty.

- Siadaj. Nie jestem.

- To co, nic nie robisz?- spytał siadając na nie zasłanym łóżku. Był to typ, co się krząta. W dodatku niezbyt bystry, ale kto jest w jesienny ranek - nawet po pięciu kawach. Można się tylko kręcić w kółko.

- Robiłbym, gdybym wiedział, że to ma sens - odparł mężczyzna zagłębiając się w fotel. Zapalił następnego peta - Kiedyś pisałem, ot tak, dla sławy. Na szczęście stan ten trwał krótko. Wbiłem sobie obrzydzenie do dziwek, więc dalej tak nie mogłem... Zresztą nie musiałem. Zawładnęła mną mania zbawienia świata. Śmieszne to było - przerwał. Znajomy niepewnie wodził oczami - Wybacz. Zanudzam cię, a to cię tyle interesuje. co... Powiem tyle... nie widzę sensu we wszelkich dążeniach. To proch... I złudzenia.

- To dlaczego piszesz?

- A co innego mógłbym robić? Chociaż to już coś innego... Gdy się straciło nadzieję i widzi bezsens wysiłku. Ktoś może powiedzieć - dla nieśmiertelności! Tylko co po niej? Ja i tak będę trupem. Gdyby jeszcze nie ta odraza, ta pogarda dla snobów i garniturkowatych intelektualistów, to bym się bawił w salonach i oczarowywał pełne dziwnego namaszczenia dziwki. Przyjaciele mówią, że nie ma nic lepszego od rżnięcia intelektualistki - wypuścił dym robiąc nieokreślony gest dłoni - Rozumiesz?

- Tak... Wiesz, mam pomysł. Chodźmy do pubu. Tam wszystko zapomnisz.

- Sam nie wiem... Jakoś mi się nie chce. To taka śmierć.

- Ha! Nie ma co. Ani życie, ani śmierć. Nic tylko zapomnienie. Gdy umrzesz i tak wrócisz.

- I tak?

- Nie słyszałeś? Jesteśmy skazani. Więc chodź do pubu, tam się utopić, zasnąć. Może jeszcze jakaś dobra kobieta w ciepłym łonie nas zamknie. Och! Za parę ciepłych miesięcy kocham swoją matkę. Ale chodźmy! Tą ulicą. Zostaw wszystko. Chodź!

W mrocznym lokalu siedziało zaledwie parę osób. Smutne twarze zawieszali nad stołem, beznamiętnie patrząc w nikomu nieznany punkt. Muzyka smętnie snuła się, oplatała kołysząco zgarbione sylwetki - sylwetki bez energii.

- To nie jest ból, wiecie. To jest męczarnia... nieokreślona męczarnia, bo tu wszystkie nerwy są za krótkie...

Zmarznięty przytulił się do niej. Zimne dłonie zawędrowały pod bluzkę przywierając do gorących piersi. Kobieta uśmiechnęła się odchylając się w tył. Wchłonęła go w swoje łono, między ciepłe, wilgotne uda go pochwyciła. I runęli w gęsty mrok.

Spadł pierwszy śnieg pokrywając świat lśniącą, puszystą kołdrą znad której wystawały czarne, drewniane krzyże z koślawie wyrytymi literami NN. Zimowy wiatr zawodził żałośnie unosząc smugi śniegu po bezkresnym bezludziu.

 

Oskar Szwabowski

 


Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (29)

Wiosna puka do serc i burzy hormony. Poetki i poeci przysyłają rozliryczone tomiki. A spocony listonosz, z tajonym żalem w głosie, niezmiennie zagaja:

"Tylko do pana takie grube przesyłki. Nanoszę się, nanoszę i co ja z tego mam? Po cholerę panu tyle makulatury?"

"To nie makulatura, szanowny panie - odpowiadam. - To ambitne produkty twórców literatury, czasem nie wiadomo dlaczego piękną zwanej!"

"No, no, to mnie pan zażył! Ale niech lżej piszą, bo zawału dostanę od tego noszenia!"

I gadać tu z takim. Nie pojmie bólu tworzenia, znoju, rwania włosów i bezsennych nocy. Obca jest takiemu iluminacja i twórcze podniecenie. Obca tęsknota za magicznym domknięciem utworu, a też za czytelnikiem, który później w powstające z niebytu światy wnika...

Tak. Lecz starczy niewczesnych żartów i spójrzmy na kolejną kwartalną porcję wydawnictw.

1.

Odezwał się z Centrum Kultury "Zamek" w Poznaniu Jerzy Grupiński - opracowujący zbiorową publikację ("ARKA. ZAMEK PROZAIKÓW. Almanach Klubu Literackiego Centrum Kultury «Zamek» w Poznaniu - w XXXV-lecie Klubu [1970-2005]". Układ całości, wybór zdjęć, tekstów - Jerzy Grupiński; wybór utworów prozatorskich - Barbara Lempka. Centrum Kultury «Zamek», Poznań 2005, str. 64), który Klub Literacki w 1970 roku założył i trzydzieści pięć lat tenże klub prowadził!

Publikacja to wielowarstwowa, zawierająca - obok prozy - grafikę (Małgorza Jędrzejczak-Tomczak), archiwalne zdjęcia oraz wypisy i pamiątki z kronik klubowych.

Część prozatorską, zawierającą opowiadania, scenki dramatyczne, fragmenty większych utworów kolejno (z fotami i notami o autorach) w almanachu reprezentują: Paweł Rogalski (ur. 1974), Anna Kokot (ur. 1976), Szymon Ratajczak (ur. 1989), Bogna Hołyńska (ur. 1991), Bogumiła Janicka (?), Jan Hyjek (?), Anna Szczechowiak (?), Maciej Antoni Suszek (ur. 1963), Bogdan Szutowski (ur. 1963), Tomasz Kryłowski (?), Filip Cyprowski (ur. 1988) oraz Rafał Nawrocki (ur. 1975). W większości to autorzy przed debiutem książkowym, a pomieszczone w wydawnictwie próbki prozatorskie mają raczej charakter demonstra-cyjny. Przedstawione tu prezentacje są na ogół za krótkie do rzetelniejszych omówień krytycznych.

Drugą część szczupłej publikacji zajmują pieczołowicie gromadzone zdjęcia, wypisy i pamiątki działalności Klubu Literackiego. Bogata to przeszłość, obfitująca spotkaniami autorskimi. Gościli w ciągu 35 lat m.in. Edward Balcerzan i Stanisław Barańczak, Łucja Danielewska, Edward Stachura, Leszek Szaruga, Ryszard Milczewski-Bruno, Ryszard Krynicki, Wincenty Różański, Krzysztof Nowicki, Kira Gałczyńska, Dieter Kalka oraz wielu innych.

Dużą część materiałów (listy, wspomnienia, zdjęcia) poświęcono postaci kultowej Poznania - Andrzejowi Babińskiemu, który zginął śmiercią samobójczą w 1984 roku. Pomieszczono tu nawet protokół podprokuratora o umorzeniu śledztwa prowadzonego w sprawie nagłego zgonu poety. Fragment ostatniego akapitu tego dokumentu brzmi:

W świetle zebranego materiału dowodowego stwierdzić należy, iż zgon A. Babińskiego nie był następstwem przestępczego działania lub zaniechania osób trzecich. Jego samobójstwo było niewątpliwie wynikiem skumulowania się dwóch czynników, a mianowicie choroby psychicznej i postawy twórczej.

Jednym słowem drugą część almanachu wypełniają zapisy życia literackiego, których smak po latach jest szczególny. Jest niezwykłym (choć szczątkowym) świadectwem historii kultury PRL-u.

2.

Z niejakim opóźnieniem dotarł debiutancki zbiorek R. Czopa (Robert Czop "Spotkania [The Meetings]", przekład na angielski Monika Morawska, exlibris i rysunki: Leszek Frey-Witkowski i Zdzisław Pękalski, Stowarzyszenie Literacko-Artystyczne FRAZA, Rzeszów 2004, str. 80).

Robert Czop (rocznik 68) urodził się w Sanoku. Mieszka w Solinie. Ukończył polonistykę w WSP w Rzeszowie. Publikował m.in. w "Autografie", "Kamertonie", "Pograniczach", "Portrecie". Stale współpracuje z "Horyzontami", "Nadwisłoczem" i "Obrzeżami". Jest współautorem Teki Exlibrisowej nr 52 oraz arkusza poetyckiego Ogólnopolskiej Bohemy Art-Poetica w Świebodzinie (nr 76 i 78). Jego teksty były tłumaczone na język czeski i litewski.

To już o autorze trochę wiemy. Teraz debiutancki tomik.

Między okładkami znajdziemy niespełna czterdzieści utworów, przeplatanych tłumaczeniami na język angielski. Wierszowanie to zwarte, unikające dłużyzn. Zda się że poeta ceni znaczenie słowa. Czasem te strofy budową i klimatem przypominają haiku - jak jest np. w kilkuwersowych wierszach "Za szybą nocy", "Syzyf", "Nieśmiertelność" czy "Ciche rozstanie".

Owa migawkowość na ogół działa dla utworów korzystnie - między innymi przez potęgowanie odczucia ulotności życiowych zjawisk. Jednak w poszukiwaniu celnych skojarzeń i świeżego metaforyzowania autor nierzadko ociera się o śmieszność. Przykład tego znaleźć możemy choćby w tekście "Sen o M":

przerażona lokomotywa

z silnikiem od motocykla w żołądku

pobiegła

po chwiejącej się kładce torów

w nieznane

raniąc stopy

 

burza

w masce grozy

skradzionej z filmu

o wielkich ambicjach

goni biedaczkę

zapamiętale (...)

 

Uważna lektura całego zbioru skłania do wniosku, że raczej mamy do czynienia z wprawkami, niźli pełnym, dopracowanym głosem poetyckim. Być może przyszłość będzie dla autora bardziej obiecująca.

3.

Zbliżoną poetyką się posługuje E. Stiller (Elżbieta Stiller "Ciernie i mgły", ilustracja na okładce Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, Instytut Wydawniczy ŚWIADECTWO, Bydgoszcz 2006, str. 32).

E. Stiller (rocznik 59) urodziła się w Poznaniu, gdzie obecnie mieszka. Jest absolwentką Technikum Księgarskiego im. Joachima Lelewela oraz Instytutu Kulturoznawstwa Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Pierwsze utwory publikowała w "Okolicy Poetów", później drukując w "Gazecie Kulturalnej", "Autografie" i "Akancie". Pracuje w bibliotece Raczyńskich.

Jak zostało wspomniane poetyka utworów E. Stiller podobna jest do użytej przez R. Czopa. Blisko sześćdziesiąt poetyckich obrazków, z których żaden nie przekroczył kilku wersów. I to wersów głównie jednosłownych lub dwusłownych. Niebywała wręcz kondensacja, strukturą przypominająca budowę aforyzmu. A wszystkie utwory dodatkowo pozbawione są tytułów (co akurat zarzutem nie jest i być nie może).

Migawki te budzą mieszane uczucia. Bo powściągliwość językowa wymaga wielkiej precyzji: im mniej słów, tym więcej zdają się ważyć. Dlatego w takich formach poetyckich najłatwiej "oszukać" odbiorcę, ale i... najłatwiej się wyłożyć, niestety.

A przy głębszym wczytaniu się zaczyna zgrzytać pozorowanie lub imitowanie poezji. Bo nie przekonuję mnie utwory w rodzaju:

Rzeki dłoni

tajemne korytarze

drzewa czasu

czy:

Pełnia barw

o mglistym spojrzeniu

marzenia.

 

To ledwie zarodki wierszy, może szkice do dalszej pracy. Znalazłem tylko kilka w miarę poprawnych i poetycko dopełnionych, ale też nie ostaną w pamięci.

W takich chwilach chciałoby się zawołać: "Poeci, nie wymyślajcie wierszy! Wy je twórzcie!"

Odkładam ten tomik bez żalu i nie będę do niego wracał.

4.

Natomiast wyższą szkołę poetyckiej jazdy prezentuje K. Brakoniecki (Kazimierz Brakoniecki "Armor. Wiersze atlantyckie", Centrum Polsko-Francuskie Cotes d'Armor - Warmia i Mazury w Olsztynie, Olsztyn 2005, str. 76). Nic dziwnego, gdyż to poeta doświadczony, choć za mało chyba doceniany.

K. Brakoniecki (rocznik 52) - olsztyński poeta, eseista, współtwórca stowarzyszenia i pisma "Borussia" oraz stowarzyszenia polsko-bretońsko-
-francuskiego "Amitie". Debiutował wierszami (1975 r.) w "Nowym Wyrazie". Dotąd opublikował ponad dwadzieścia książek poetyckich, eseistycznych, antologii - ostatnio zbiór wierszy i prozy "Ziemiec. Prowincjałki rowerowe" (2005). Przekłada też literaturę bretońską z języka francuskiego.

Nowy zbiór wierszy K. Brakonieckiego, powstały - wedle dat ujawnionych na końcu - w latach 2000-2005, zawiera pięćdziesiąt utworów ściśle ze sobą powiązanych. To właściwie poemat, któremu rytm nadaje szersza fraza, szerszy oddech - niby oddech oceanu. Armor - w języku bretońskim oznacza wybrzeże, krainę nadmorską. I z tej perspektywy podmiot liryczny snuje rozważania dotyczące szeroko pojętej kultury, własnego losu, bliskich wreszcie.

Niektóre spostrzeżenia są gorzkie, ocierające się o doświadczenie powszechne. Notuje na przykład poeta w jednej z części:

Jest wielu bogów

płodzących rodzących umierających

na plażach na szczytach w grotach

Apollo się spalił Jahwe został spalony

Jezusa powieszono Ozyrysa rozcięto

Allacha zabito plemienną nienawiścią

Wszyscy nasi teokratyczni bogowie są martwi

pozostała mamona moloch rozrywki.

 

Jednak najbardziej zdają się przykuwać uwagę bogato rozbudowane opisy wodnego żywiołu. Tu wręcz czuje się fizyczność, którą (w miarę lektury) podświadomość odbierać zaczyna w kategoriach metafory ludzkiej kondycji. Powiada K. Brakoniecki w jednej z ostatnich części:

fale cofają się i powracają z krzykiem

ja daję ci imię tak jak tysiąc temu lat

ja jestem twoim mitem

 

To bardzo ciekawa próba poematu, o frazach czasem uciętych, z dygresjami i meandrami raz czysto lirycznymi, raz opisanych językiem twardym, czerpiącym z ironii. Jakby autor chciał się zdystansować od mizerii otaczającego świata. Powiadam próba, gdyż trochę brak mu wewnętrznej spójności. Z przyjemnością jednak za pewien czas do tego poematu wrócę.

5.

Kolejny poeta, C. Domarus, to skrajnie odmienna historia (Cezary Domarus "Wiersze polity/potyliczne", SIEN, miejsce wydania nieznane 2005, str. 38).

C. Domarus (rocznik 66), laureat nagrody głównej Konkursu Poetyckiego im. Jana Śpiewaka w 2000 roku w Świdwinie, debiutował zbiorem wierszy "Ekwipunki" (2000). W 2001 roku wydał tomik drugi, pt. "Mózg story".

O drugim zbiorze pisałem w "Prowincjonaliach" pięć lat temu. Wówczas wyróżnikiem tego poezjowania było macerowanie języka. Poeta garściami brał słowa do ust, wypluwając plewy. Szukał własnych środków wyrazu, często posiłkując się neologizmami. Uważnie nasłuchiwał brzmień.

Dało się też w tamtym tomiku dostrzec zagrożenie pewnym manieryzmem, zabawą słowem dla samej zabawy. Jakby autor, chyba z naczytania rówieśniczej poezji, wszelkimi sposobami (i za wszelką cenę) usiłował przelicytować poetyckich współplemieńców.

Przypominam wrażenia z rzeczonego tomiku głównie dlatego, że obecny idzie zbliżonym tropem. Jednak poprawia się artykulacja, jest bardziej precyzyjna - przez co zyskuje na celności wypowiedzi. Notuje poeta w długim wierszu "Melodie potyliczne":

Twój program wykonał nieprawidłową operację,

nieczuła materia wyznaje miłość i depcze twoje plany,

ślini ciało, puchnie w ikrze płuc, na koniec włazi do ust,

porusza wargami, świszcząc pod głębią, wyrosłą

na samej górze, tam gdzie wędruje grzebień,

kiedy przed lustrem chciałbyś wyglądać "jak człowiek".

 

Jednym słowem w szczupłym tomiku (ledwie 24 utwory) daje się dostrzec ewolucja. Zredukowana została językowa hucpa, przez co (trochę paradoksalnie?) wiersze brzmią drapieżniej.

Ogólnie rzecz ujmując to poezjowanie świeże, poszukujące - mimo językowych manieryzmów i potknięć. Sytuuje się na przeciwnym biegunie dwóch pierwszych omawianych tu zbiorów: do bólu ułożonych, momentami wtórnych.

 

6.

Zamyka wiosenny przegląd dobrze znany czytelnikom "Łabuzia" P. Bednarski (Piotr Bednarski "Transport Uroboros", Wydawnictwo Miniatura, Kraków 2005, str. 148), którego fragment prozy pt. "Drozdy" przedstawił okazjonalnik w poprzednim numerze.

Przypomnijmy skrótowo. P. Bednarski (rocznik 38) urodził się w Oryszkowcach na Podolu, od ponad 40 lat mieszka w Kołobrzegu. Imał się wielu zawodów, najdłużej pracując na morzu jako rybak i marynarz. Jest autorem kilkunastu książek prozatorskich i poetyckich. Ostatnio opublikował wybór wierszy "Przylot żurawi" (2003). Jego powieść "Błękitne śniegi" (1996) w teatrze telewizji wyreżyserowała Izabella Cywińska. Później książkę przełożono na języki: francuski, włoski i niemiecki.

Najnowsza książka autora pod nieco tajemniczym tytułem to powieść, określona w podtytule poematem dygresyjnym. Sporo wyjaśni się, gdy uświadomimy sobie znaczenie pojęcia "Uroboros". To symbol nieskończoności, wieczystej drogi, przemieniającej się materii i zstąpienia ducha w świat fizyczny. Zwykle w ikonografii przedstawiany bywa jako smok lub wąż gryzący własny ogon.

Ważna też informacja, że "Transport Uroboros" jest... domknięciem trylogii po latach. Co prawda może funkcjonować autonomicznie, jednak stanowi ostatnią część powieściowej "trójjedni".

Pierwsze dwie części, "Lancelot" i "Parsifal", ukazały dawno temu, bo w 1986 i 1989 roku - nakładem Wydawnictwa Poznańskiego. Związki "Transportu Uroboros" z poprzednimi częściami są jednoznaczne i oczywiste. Tak pod względem językowym, jak i opowiadanej historii. Oto mamy do czynienia z kulturowym i historycznym tyglem, gdzie rzeczywistość przeplata się z oniryzmem, mity wypierają fakty, początek świata "przykleja się" do czasów obecnych, a nad wszystkim górują ludzkie marzenia, tęsknoty i namiętności. Kategorie doświadczanych zdarzeń chwilami przybierają charakter farsy, innym razem pobrzmiewają solennością i wysokim "c". Bo wszystkim rządzi wyobraźnia poetycka P. Bednarskiego. Popuszcza cugli i zmusza swoich bohaterów do gnania wertepami dziejów - bez zważania na fizyczne reguły czasu i przestrzeni.

Identycznymi zdaniami kończą się obie pierwsze części: "...na koń i w drogę, po nową rycerską przygodę". Rozmaite występujące w trylogii postaci przybierają twarze a to Lermontowa, a to Heraklita, a to Safony lub Ksantypy, a to Piłata. A od początku towarzyszy nam Michał Jurewicz, zda się porte parole samego autora?

Niesłychanie ambitne literacko zamierzenie, bez dwóch zdań. Wszak nie co dnia zderzamy się z nową próbą stworzenia kulturowego uniwersum.

Lecz do beczki miodu wlejmy i łyżkę dziegciu.

O ile bogato i wielowątkowo opowiedziana historia wciąga, o tyle pewne wątpliwości budzić może nieco rozchwiana konstrukcja całości. Tu i ówdzie trzeszczy w szwach, a niektóre motywacje ludzkich czynów wydają się czasem uproszczone, jakby z kapelusza wyjęte.

Lecz idealnego dzieła, cóż, człowiek stworzyć nie może. Idealne dzieło stworzyć potrafi tylko Bóg. Zresztą, do takiego wniosku pośrednio popycha także przesłanie tej oryginalnej trylogii. Czyli... znów Piotr Bednarski górą?

 

Paweł Szeroki
(maj 2006)

 

Agnieszka Wesołowska

MIEJSCOWI...

nam - Łabuziom

 

Wielu, śmiem przypuszczać, czuje zażenowanie wobec rozbebeszonej prowincji. Przekorny negliż i krnąbrna jawność małomiasteczkowości bywają wszak niewygodne dla wyniosłych oczu. Jej skąpe odzienie niby pociąga, ale i zawstydza i czyni wyrzuty słabości. Najłatwiej więc upchać prowincję w formy wielce ucywilizowane. Któż spostrzeże, że wypełza ona dźwiękiem akordeonu podwórkowego grajka, że ulatuje czasem zapachem maślanki, kartofli i kiszonego ogórka, że osiada wreszcie na murze zaściankowym hasłem! Myślę, że to jest właśnie tęsknota, która - często niezręcznie - domaga się posągu, utrwalenia i coraz mocniej przypomina o należnych jej prawach. To jest właśnie bezwstydne barbarzyństwo szlachetności, które osiąga czasem dojrzałą postać działania. To jest właśnie odwaga.

Zaściankowość jest bodaj najbardziej bezpośrednią, bo arogancko jawną, formą naszej cywilizacji zachowującą tę swoją osadną charyzmę, która Bóg wie czego w istocie dotyczy. W konkretnej, definitywnej istocie. Tak też zaznacza się związek z naturą, przez którą najlepiej w tym kontekście rozumieć pierwotność, symbol plemiennych i głębszych korzeni. Ale przecież nie tylko o warstwę symboliczną tu chodzi. Gdyby ból i zachwyt były tylko przenośnią, urobionym toposem artystycznej historii, wirtuozyjnym eksponowaniem boskiego szału, to trzeba by uczynić egzystencję alegorią Nieznanego, przenośnią, która poza odczytywaniem samej siebie niewiele wnosi. Takoż i istnienie prowincji nie jest symboliczne. Zadanie polega na przypisaniu owej realnej istności jakiegoś znaczenia. Przypisaniu - wszak nie ma tu mowy o treściach absolutnych ani immanentnych wartościach. Zresztą - gdy znaczenie się obnaża i zaskakuje samo siebie, nie posiada wtedy odcisków woli. Czynienie rzeczy piękną wysiłkiem nie wyobraźni, lecz przekonania i pracy - jest godne wzruszenia i pamięci.

Tymczasem partykularyzm staje się wycieraczką, o którą można zaledwie nogi obetrzeć przed progiem spektakularnej kultury. Atoli zaściankowość jest bardzo przytomna w swym upokorzeniu, przypomina bowiem, że istnieje przeciwny biegun wartości. Biegun nad którym nie ciąży miecz Damoklesa a ściślej - siekiera opinii. I trzeba tu pamiętać o strofach biesiadnych, gastronomii regionalnej, czy też warsztatach stolarskich, w których pracuje się nad kościelną ławką. Boć nie o wartościowanie analityczne tu chodzi. Fakt, utrwalanie, autentyzm - oto tropy wydreptane przez doświadczanie ducha prowincji, którego fenomen polega na spontaniczności i samodzielnej, czasem nieporadnej - ale własnej - percepcji rzeczywistości.

Przestrzeń świata uświadamia istnienie prowincji globalnej. Na tle miriadów myśli, słów i czynów dziejących się gdzieś Tam, Tu i Teraz staje się wyzwaniem autonomicznym i koniecznym, żeby przetrwać. Prowincja jest zatem przyjęciem tego wyzwania i zachowaniem tożsamości w międzyprzestrzeni i w międzyczasie. Łobez. Wprzódy był on dla mnie mlekiem domu, piaskownicy, huśtawki; mlekiem, które w tym klimacie musiało stać się żywicą. Pozostał wszak we mnie obraz miasteczka będącego przecież kiedyś całym światem. Miasteczko i jego ulice zawsze tak naprawdę były niedostępne, zawsze strzegły Nieznanego swoimi przydrożnymi ogrodami i, a jakże!, oplutym brukiem. Właśnie w miasteczku trudniej dotrzeć do Miejsca, niż w którejkolwiek innej formie cywilizowanego świata.

Jednakowoż jest to możliwe. Łabuź. Działanie zmaterializowane. Domyślam się, wiem, że to nie tylko fizyczna forma pojawiająca się od 1992 r. To też jakiś trop światopoglądowy - trop, wszak tu każdy mruczy po swojemu, uogólnienie programowe jest zatem niemożliwe. Zbiorowy, redakcyjny finał jest efektem prywatnego zaangażowania. Przybywają tu prowincje, śmiało rzec można, ogólnopolskie, gruntuje - łobeska, a nade wszystko uobecnia się prowincja ducha. Dużą sztuką jest pamiętać o korzeniach w listnych przestworzach. To jest właśnie odwaga - objawienie barbarzyństwa. Twarde świadectwo szlachetności. Tu rozpoczyna się początek krajobrazu prowincji, który jest we mnie. Miasteczko, społeczność, wreszcie - jednostka stojąca na straży własnej tożsamości. I nie umiem ominąć przy tym temacie Leona Zdanowicza - po prostu zderzam się z nazwiskiem, które w kontekście słów o Łabuziu trzeba choćby zaznaczyć (gdyby była stopka redakcyjna - skierowałabym właśnie do niej).

Nikt nie jest w stanie zagwarantować następnego numeru Łabuzia. To chyba bardziej mobilizujące, niż smutne. Bo jest też obowiązek zrobienia tego, na co pozwalają siły. Tu nie chodzi o to, żeby usprawiedliwiać istnienie Łabuzia. Szkic ten miał obronić wilkołaczność, która wyje do księżyca, która straszy zabłąkanych a czasem budzi zdziwienie, i która tworzy wartość prowincji.

 

(październik 2000)
Agnieszka Wesołowska

 

Tomasz Rybak

NOSICIEL BEZSENNOŚCI

Opróżniłam kolejną butelkę lodowatej wody. Co za upał! Permanentna sauna przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Pocę się jak nastoletni kieszonkowiec na przesłuchaniu. Teraz już wiem, dlaczego moi dziadkowie zdecydowali się emigrować.

Odbyłam podróż w poszukiwaniu korzeni. Ale tutaj panuje taka susza, że nie tylko o korzeniach mogę zapomnieć, ale i o nasionkach.

Poszłam ochłodzić się w wannie. Kiedy wróciłam do pokoju, wybałuszyłam oczy. W łóżku leżał przystojniak o boskim ciele. Nigdy nie widziałam tak orzechowej opalenizny! Kusił swoim widokiem niczym brzytwa w czasie depresji. Kiwnął do mnie ręką. Bez namysłu rzuciłam się ku niemu w dzikim pożądaniu. Po piątym orgazmie padłam kompletnie wypompowana.

- Jak się nazywasz? - wydyszałam.

- Morfeusz.

- Czy nie jest to imię jakiegoś boga?

Mężczyzna nie odpowiedział. Wtuliłam się w jego ramiona chcąc odpłynąć do portu marzeń nocnych. Ale nic z tego. Wierciłam się potwornie. On jednak zwinięty w kłębek cichutko pochrapywał.

Przez całą noc nie zmrużyłam oka. Nad ranem udałam się do toalety. Po powrocie zastałam puste łóżko.

 

Po kilku nieprzespanych nocach zdecydowałam się skrócić wakacje i wrócić do domu. Padałam na twarz, ale sen trzymał się ode mnie z dala.

Byłam u wielu lekarzy. Badali mój mózg i faszerowali różnymi specyfikami. Chodziłam też do uzdrowicieli, a nawet w akcie desperacji udałam się do psychologa. Niestety, nikt nie był w stanie mi pomóc.

Żeby stracić przytomność chwytałam się wszelkich sposobów. Łykałam kilkadziesiąt tabletek nasennych, taranowałam głową ścianę, a nawet czytałam dzieła wielkich filozofów.

Roztrwoniłam większość oszczędności na leki. Została mi tylko skromna sumka, którą przeznaczyłam na odnalezienie Morfeusza.

 

Ponownie udałam się do nadmorskiej miejscowości. Pieniądze szybko się skończyły. Stoczyłam się do rynsztoka beznadziei i zamieszkałam w melinie. Przez większość czasu byłam pijana. Oddawałam się na prawo i lewo.

Po kilku dniach zjawił się Morfeusz.

- Słyszałem, że mnie szukasz. Masz pięć minut, ale uprzedzam, że klepsydra mi się spieszy. Patrzyłam tępo, jak piasek spływa w dół przez przesmyk czasu. Mężczyzna miał obrzydzenie wymalowane na twarzy.

- Wstydź się - sprzedajesz się za butelkę wina.

Posmutniałam.

- No tak, mogłabym za forsę. A gdybym miała pieniądze, mogłabym na nich spać.

- Nie miej do mnie pretensji! Wszystko przez kobietę, która kiedyś skradła mi serce. Przespałem się z nią i od tamtej pory sam nie mogę zasnąć.

- Zaraziła cię?

Pokiwał głową.

- Aby wrócić do krainy, gdzie jawa ma zakaz wstępu, muszę innym odbierać sny.

- A więc jesteś tak samo podły jak tamta baba. Nie rozumiesz, że bez marzeń nic się nie udaje?! Chcę żebyś oddał mi sny. Prześpij się ze mną.

- To na nic. Dziwne, że aż tyle wytrzymałaś. Umrzesz.

- Więc po co tu przyszedłeś?

- Żeby zabrać ci jawę - uśmiechnął się złowrogo.

- Pocałuj mnie w dupę!

- Nie czas na grę wstępną! - warknął i rzucił się na mnie jak pocisk armatni.

Byłam jednak na to przygotowana i dźgnęłam go nożem.

- Nie możesz zabić boga - wycharczał.

- Mogę, jestem ateistką - i rozpłatałam mu gardło.

 

 

Epilog

- Mówiłem, że ci się nie uda.

- Zamknij się! - krzyknęłam cerując mu przełyk.

 

Tomasz Rybak
rybaktomasz@wp.pl

 

Tatiana Tausenfüßler

Wybaczałam wszystkim czyniącym zło

Od naturalnego poczęcia poprzez gwałt

Do równie naturalnej śmierci

poprzez strzał w tył albo w przód głowy.

 

Calancorum, 13 marca 2005
Tatiana Tausenfüßler

 

KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między zaprzyjaźnionymi pisarzami. Na naszych łamach od października 1998 roku korespondują: zamieszkały w Podkowie Leśnej Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób z Kołobrzegu.

 

Dziękujemy - pkl "łabuź"

 

 

Kołobrzeg, dnia 8.05.2006 r.

 

Władco Kluczy Niebieskich!

 

Akurat dotarł Twój e-mail potwierdzający odbiór "Latarni Morskiej" nr 2. Dzięki. Zwłaszcza za komentarz. Co do tych nieszczęsnych końcówek wersów (a, i, u) w składzie - wciąż nad tym pracujemy. Pewnie w trzecim numerze będzie z tym lepiej. Lecz więcej krytycznych uwag potrzebuję. Przede wszystkim dotykających merytoryki działów. Owszem - pomysł z zakładkami poetyckimi jest trafiony. Teraz w każdym następnym numerze będę typował poetę (lub poetkę) do takiej zakładki. Nikt przedtem tego nie robił, a jest w tym pomyśle nośność. Wszak zakładki wędrują, wciąż ich (jako czytacze) potrzebujemy. Do każdego egzemplarza LM dołączone są trzy. Właśnie z tego powodu. Bo przy okazji przedłuża się żywot forowanego zjawiska poetyckiego (poety, utworu).

Są też zmiany techniczne (wciąż szukam "formuły" idealnej pod tym względem) - między innymi dostrzegłeś zapewne wewnątrz numeru papier satynowy - poprzedno był offsetowy. Jasne, iż źle jest eksperymentować na żywym organizmie, ale Ty z kolei wiesz, że tworzyłem pismo z marszu, a też niejako z musu. Myślę że w trzecim, góra czwartym numerze wypracuję stały kształt.

Co do "Dekalogu dobrego wiersza" (o czym wspominałeś) - tekst ma osobną przyszłość. Zwłaszcza dla początkujących poetów. "Starym" (doświadczeniowo) na nic, bo i tak swoje wiedzą.

Wie też swoje na przykład Zbigniew Jankowski, skądinąd świetny poeta marynistyczny, który zdenerwował się materiałem Jacka Klimżyńskiego o grupie poetycko-plastycznej "Reda" ("Reda we mgle"), gdzie następuje częściowa demitologizacja tejże grupy. Pisałem Ci niegdyś o tym, ale już nie pamiętam łączonych kontekstów.

Dlaczego o tym wspominam? Pojmujesz pewnie w pół słowa. U mnie eseistyka i recenzja jest, będzie autonomiczna. Dosyć rzadko zgadzająca się z poglądami powszechnymi. Słowem, zależy mi na uniezależnieniu się od komercyjnych (a też koleżeńskich) młynów. Jednak czy uda się - to osobna sprawa. Gdyby nie (naciski przez finanse na przykład), czarna przyszłość.

Czyli rację ma Krzysztof Kuczkowski z Sopotu (od kilkunastu lat prowadzący dwumiesięcznik literacki "Topos"), który uświadamiał korespondencyjnie, że chyba nie wiem, co na siebie biorę. Że prowadzenie takiego magazynu to pasmo potencjalnych (lub rzeczywistych) konfliktów. Wtedy śmiałem się z tego - dziś, ledwie po dwóch numerach, do śmiechu mi już nie jest. Zwłaszcza, że przychodzą dziwne (czasem bardzo dziwne) listy od czytelników i autorów. Być może kiedyś niektóre Ci pokażę.

 

Lecz starczy o tym. Powiedz mi, czy i w Twojej okolicy jest takie nasilenie populacji srok? Ani w zeszłym roku, ani w poprzednich latach nie zaobserwowałem podobnej ilości tych dwubarwnych skrzydlatych. Naprzeciw, na wysokiej topoli, w rozwidleniu pod szczytem, gniazdo założyła nowa para. Widać dobrze - jeszcze słabo wykształcone liście nie przysłoniły "domu". Właśnie samica wysiaduje świeżo wyklute jajka. Trwają widowiskowe utarczki z nalatującymi wronami. Też krążące w pobliżu mewy bywają energicznie odpędzane. To nieustanne powietrzne piruety wokół szybujących drapieżników. Sroki atakują parami, bywa że za jednym drapieżcą leci trójka. Co ciekawe, atakują w ciszy, bez wrzasków (jak w innych sytuacjach). Jakbyś oglądał niemy film.

Pytałeś ostatnio o gatunki synantropijne w pomorskich miastach (co, nadal fotografujesz fruwające wokół Twojej sadyby?). Nic się nie zmieniło - wyjąwszy coraz częściej gniazdujących w Kołobrzegu mew srebrzystych, które wysokie budynki traktują niczym skalne nadmorskie urwiska.

Natomiast, skoro o ptakach mowa, jeszcze coś ciekawego. Jest przy "Rzeczy Kołobrzeskiej", ku mojej uciesze, para nawiedzonych dziennikarzy - Michał Ostrowski i fotoreporter Przemysław Gryń, którzy od jakiegoś czasu tropią (i uwieczniają) obiektywami ptasie brewerie. Część tych fotograficznych łupów trafia na łamy tygodnika. Ha. Niedawno, będąc w terenie, uwiecznili bielika. Później pustułkę z upolowanym gołębiem w szponach - na tle katedry, w centrum miasta. A ostatnio z nadmorskich bagien przywieźli, obok portretu czajki, urocze foty remiza plotącego na wierzbie zwisające gniazdo. Mieszkanko tego ptaszka to konstrukcyjny majstersztyk - gdzie za materiały budowlane służą między innymi trawa i puch topoli. Rzecz jasna podobne ujęcia nie byłyby możliwe bez silnych teleobiektywów.

Ciekaw jestem czy uda im się zdjąć aparatem innego rzadkiego ptaka: zimorodka. Grasuje wzdłuż Parsęty, pomieszkując w piaskowej "dziupli" na urwisku rzeki pod Kołobrzegiem. To wyjątkowo efektownie ubarwiony ptaszek: z wierzchu kobaltowoniebieski lub turkusowy, od spodu pomarańczowobrązowy, czasem czerwonawy (samce od samic trochę się różnią). Mknie nad wodami niczym piorun. Długi prosty dziób, bystre oko. Mniejszy od gołębia, ale większy od wróbla. Z zasiadki poluje na drobne rybki. Choć nie gardzi też stworzeniami w rodzaju kijanek czy larw wodnych owadów.

A z tymi rybkami, Mój Drogi, to jest tak, że - w odróżnieniu na przykład od czapli brodzącej płycizną - zimorodek za upatrzoną ofiarą nurkuje! Po prostu wbija się z impetem w wodę, schodząc nieraz dosyć głęboko.

Spotykałem zimorodki podczas trociowych wypraw - sześć, może siedem razy. Głównie kilka kilometrów w górę rzeki. Lecz są tacy (też pośród amatorów ornitologii), którzy ani razu zimorodka nie spotkali i przez to - wyobraź sobie - w jego istnienie pod miastem zwyczajnie nie wierzą.

 

Pyszne ptaszki ptaszkami, ale my, Przyjacielu, niebawem się zobaczymy! Jak wiesz osiemnastego maja muszę być w Warszawie, w Pałacu Kultury. Konkretnie w Sali Mickiewiczowskiej - o trzynastej. Po co, zdradzić nie mogę. Zwierzątko prosiło o zachowanie tajemnicy. Podobno będzie to dla Ciebie niespodzianka. Jakaż tam niespodzianka, myślę sobie, bez przesady. Lecz skoro Zwierzątku chwilowe utajnienie sprawi przyjemność, niechaj będzie. Przyjeżdżamy razem. Czy ma to związek z targami książki? Daleki i pośredni. Powiedzmy, że to jedna z historii towarzyszących targom. Oczywiście nie przepuszczę okazji bobrowania między stoiskami. Jedno ze stoisk wykupił też wydawca moich "Drapieżców". Pamiętasz może Ingę Szwedler z Oficyny Wydawniczej MULTICO? Również z Nią zamierzam się spotkać. Lecz Ty, Przyjacielu, szykuj sobie wolny wieczór i oczywiście dobre czerwone wino! Jedną noc spędzimy u Ciebie w Podkowie Leśnej.

Aha, jeszcze coś. "Rzecz Kołobrzeska" (ten sam adres siedziby "Latarni Morskiej") organizuje zbiórkę książek wśród czytelników tygodnika. Już trzeci rok z rzędu. Książki później, opatrzone okrągłą pieczęcią "Dar Czytelników »Rzeczy Kołobrzeskiej«", trafiają do tragicznie ubogich bibliotek gminnych i wiejskich. Przeglądam znoszone skarby. I ostatnio trafiłem na książkę Henryka Berezy*, gdzie materiał "Zależności" o Twoich trzech prozach (opowiadania "Proszę spać", powieści "Himalaje" oraz "Czapki i niewidki"). Z przyjemnością się czytało. Choć nie ze wszystkimi tezami Berezy się zgadzam. Lecz jedno Berezie trzeba oddać: czytacz i analityk z niego tęgi. Mało kto dziś tyle ksiąg chłonie, potrafiąc jednocześnie coś sensownego o lekturach powiedzieć.

Tymczasem, Kefasie, prawicę Twą ściskam. I kłaniaj się nisko w moim imieniu Twoim Paniom: Mamie i Mirze. Do zobaczyska za półtora tygodnia!

 

Tfuj Old Frieeeeeeeeend Z Nadmorskiej Krainy

PS. I jak zwykle kąsek dla ducha. Tym razem dzielę się frajdą lektury "Życia z idiotą" W. Jerofiejewa** (nie mylić z Wieniedyktem Jerofiejewem - inną ruską znakomitością!). To ten od "Encyklopedii duszy rosyjskiej". Zawsze ceniłem sobie rozbuchaną wyobraźnię, metaforę i twórczą prowokację. A takimi właśnie cechami pysznią się opowiadania wspomnianego.

A jeśli chcesz coś do poduszki, sięgnij po "Ilustrowaną historię Sarawaku" wydaną na Borneo (redaktor i wydawca Francesca Ang). Co prawda tylko 50 stron, ale rozmiary - 3 na 2,2 m! To niewątpliwie teraz n a j w i ę k s z a książka świata... Przynajmniej gabarytowo.

 



*Henryk Bereza "Bieg rzeczy. Szkice literackie", CZYTELNIK, Warszawa 1982
**Wiktor Jerofiejew "Życie z idiotą", CZYTELNIK, seria "Mała proza", Warszawa 2005 (przełożyła Małgorzata Buchalik)

 

 



 

Podkowa Leśna, 21 maja 2006

 

Lechu Kochany!

 

Odpowiadam od razu, bo mnie zaciekawiłeś tymi ptakami, ale o tym za chwilę.

Najpierw rzeczy morskie. Z "Latarni Morskiej" cieszę się przede wszystkim dlatego, że znalazłem w niej miejsce, i to bez proszenia. Strasznie ciężko dziś coś wydrukować gdziekolwiek. Nie widzą tekstu, a już mówią "nie". Szczegóły teoretyczno-filozoficzne pisma pewnie omówimy osobiście, bo trzeba sobie pokazywać palcem w czasopiśmie, tymczasem trawię coroczny stres związany z prowadzonym przeze mnie Podyplomowym Studium Edytorstwa Współczesnego na uniwersytecie. Nie jest to broń Boże stres organizacyjny, to mam dopracowane, ale belferski - bardzo dużo prac do sprawdzenia. W tym roku (a jest to już piąta edycja) studenci, wszyscy przecież z wyższym wykształceniem, okazali się znacznie słabsi niż zwykle. Inteligentni, i owszem, ale kulturowo bardzo z nimi kiepsko. To nie to, co rocznik Lidki Lalak, żony Cześka Szawiela.

Problem polega na tym, że większość jest redaktorami w czasopismach i wydawnictwach książkowych, a mimo to w ogóle nie zna języka. Pewnie nic dziwnego. Na posiedzeniu Komitetu Językoznawstwa PAN, Komisja Frazeologiczna (13 maja) usłyszałem informację, że 90% Polaków ogląda telewizję 4 godziny dziennie, 4% procent czyta więcej niż jedną książkę rocznie (bez podania o jaki typ książek chodzi), a przecięty obywatel RP rozmawia tylko 15 minut dziennie. Język ubożeje w zastraszającym tempie. Standardem staje się mowa telewizyjna, skrótowa, która ogranicza słownictwo do 3,5 tysiąca słów. Słuchacze studium nie rozumieją znaczenia takich wyrazów, jak "rotować", "przekłamywać" (sic!), "relatywizm", "ezopowy", "katiusza", "niwelować" i wielu innych, i przede wszystkim nie znają funkcji słowotwórczych polszczyzny ani środków stylistycznych tekstów - z metaforą i metonimią włącznie. Po prozie spodziewają się informowania, nie opowiadania. Takiego informowania, jakie widzą w instrukcjach obsługi. W tej chwili odpowiadam e-mailowo na ich prywatne pytania, stałem się czymś w rodzaju żywego słownika, tłumacza literatury a nawet i znacznie prostszych tekstów. Na zajęciach zrozumieli, że są bardzo zaniedbani, bardzo się też tym zaniepokoili, więc korzystają z okazji, póki studium trwa. Ja zaś staram się tłumaczyć, że ich obowiązkiem zawodowym jest czytanie, i to znacznie intensywniejsze niż w jakimkolwiek innym zawodzie. I że nie mają prawa rozstawać się ze słownikami.

Ze smutkiem stwierdzam, że kiedy chodzę od wydawcy do wydawcy z moją prozą, nikt nie potrafi jej przeczytać. A sam wiesz, że nie piszę szyfrem. Właściwie już zrezygnowałem, chodzę z obowiązku, bo mówię sobie, że jeśli mam coś gotowego, to powinienem to przekazać do użytku publicznego. Zachęcają mnie przyjaciele. Gdyby nie oni, pewnie w ogóle bym tyłka w tej sprawie nie ruszył. Znacznie chętniej wstaję nad ranem i albo piszę, albo - tak jak wczoraj - wychodzę na dwór. Jakiś czas temu kupiłem dyktafon szpiegowski o rewelacyjnych parametrach. Zapisuje dźwięk z dużej odległości i w bardzo szerokim paśmie. Ma oprogra-mowanie komputerowe, które potrafi wyciągnąć z tła dźwiękowego głosy zupełnie na pozór niesłyszalne. No i jest maleńkie, mieści się w dłoni, zapisuje 70 godzin dźwięku. Pokażę Ci, jak się zobaczymy, bo to rewelacja. Zwykle używam go do nagrywania na konferencjach i na moich własnych wykładach, żeby je dokumentować, bo czasem mi się zdarza powiedzieć coś fajnego, o czym później zapominam. Wykładanie niesłychanie dyscyplinuje rozum, więc łapię się na tym, że do pełnej sali udaje mi się powiedzieć jakąś małą syntezę, naprędce stworzoną definicję, nad którą biedziłem się miesiącami, jakąś metaforę, o którą zabiegałem od dawna.

A piszę o tym, bo wczoraj właśnie o czwartej rano tym urządzeniem nagrałem śpiewy ptaków, które inni, jak piszesz, fotografują. Słowików. Od lat ich słucham i przyszedł czas, żeby ich trele zachować na mroczną zimę. Na teleobiektyw mnie nie stać, ale na cyfrowy dyktafon się szarpnąłem i nie żałuję. Myślę też, czy jest możliwe takie zwięzłe opisanie śpiewania słowików, żeby było prawdziwe i zadźwięczało w uszach. Pamiętasz wierszyk Tuwima "Ptasie radio"? Kto by nie pamiętał. To był krok w tym kierunku, ale wysoce niezadowalający. Opisać nieopisywalne! Dobre zadanie. Wykonanie jest jednak możliwe, tak twierdzę, właśnie dlatego, że słowiki są nieopisywalne z zasady. Mówi się "słowik śpiewa" i to wszystko. Co więcej, nieopisywalność ta prawdopodobnie wynika z ograniczoności języka, dążenia do skrótu wypowiadania, a nawet myślenia. Jeszcze częściej mówi się przecież po prostu "słowik", na przykład "Dzisiaj słyszałem słowiki". Nie "śpiew słowików", ale "słowiki". A może nawet tylko "s.", bo obecnie skrótomania idzie już bardzo daleko. Czytamy: "Na GPW WIG idzie w górę" i nic nie rozumiemy, bo nie znamy tych skrótów. To jest kod. Młodzież doskonale wyczuwa te trendy i pisze w czatach: "pliski 3maj się spoko i nara" (proszę, trzymaj się, podchodź do tego spokojnie, i na razie żegnam). A więc komunikaty kodowane zastępują normalny język, za pomocą którego można by wyrazić coś więcej. Czy nie podobnie śpiewają ptaki? Mają swój język, ale taki, jak w czatach. Jeden dźwięk ma jedno znaczenie, bez żadnych poziomów semantycznych, bez żadnych odcieni. Takich sygnałów jest ledwie kilka. Na przykład "hihihi" znaczy "jestem tutaj". Ale tylko to, bez owego "czekam na ciebie, tęsknię, chcę cię zobaczyć, bo jesteś śliczna, moja ukochana, tak mi się podobasz, może ja ci się spodobam, jeśli tak, to mi dasz to, czego pragnę...". Drugie "karrr" znaczy "mogę mieć dzieci", ale kto, co, za co, kiedy, czym, gdzie, po co, jak, z kim - nie wiadomo. Trzecie "tilitili" znaczy "to moje terytorium", ale co z tego wynika i co się za tym kryje? Wreszcie czwarte "hiiod" to "nie ma zagrożenia", znów bez żadnego rozwinięcia, tylko tak. Ubożuchne słówka, może jest jeszcze kilka. Zwierzę lepszych mieć nie może, ale dobre i to. Prócz słówek słowiki mają ozdobniki, całkowicie pozbawione znaczenia, takie jak nasze "kurczę blade". Śpiewy ptaków prawdopodobnie mają także sens estetyczny, taki jak kolorowe upierzenie, stroszenie, nadymanie się, ale dowodów nie ma. To raczej ludzkie przypuszczenie.

Myślę o tym, mam zamiar poważnie wziąć się do roboty i opisać śpiew słowików słowami. Notabene wyraz "słowik" wcale nie pochodzi od "słowa", jak by można sądzić, ale od starosłowiańskiego przymiotnika "solweje" (pod "e" podstaw sobie znak podobny do rosyjskiego miękkiego znaku), który znaczył "szarożółty" albo "żółtoszary". Po rosyjsku: sołowiej. To będzie piękne ćwiczenie. Zauważ, że nie chodzi o oddanie dźwięków, absolutnie, ale...

Tu przerywam, bo właśnie telefonujesz i zapowiadasz przyjazd do Warszawy, a potem do Podkowy. Nie mówisz, w jakim to celu, ale domyślam się, że jest jakiś związek z majowymi Międzynarodowymi Targami Książki.

Tu wznawiam, bo wyjechałeś, Ty i H., czyli Zwierzątko. Ależ było gorąco i winnie! Piękne dwa dni razem, dziękuję serdecznie. Z tego wszystkiego zapomniałem Ci pogratulować pierwszej nagrody w konkursie Wydawnictwa TELBIT na powieść dla młodzieży. Tytuł "Filip Szalony" zachęcający. No i 5000 złotych piechotą nie chodzi. Zajrzałem na stronę www.edu.info.pl, puścili tam wywiad z Tobą, jest zdjęcie. Niepotrzebnie się garbisz i ustawiasz do aparatu bokiem. En face wychodzisz lepiej. Duży sukces, dzisiaj starszym niełatwo udają się takie dzieła. Swoistym fenomenem był Edmund Niziurski, ale nie wiedziałem, że wpisujesz się do jego grupy. Jego książki czytam do dzisiaj, zwłaszcza zaglądam do "Sposobu na Alcybiadesa". Ciekaw jestem Twojego tekstu, bo nie raczyłeś pokazać nawet fragmentu. Choć może to i lepiej - niech zobaczę rzecz wydrukowaną, lepiej się czyta i inny ma się do tego stosunek, że tak powiem, ekspresywno-emocjonalny.

Dobrze, że byliście. Zobaczyliście mój ukochany uniwersytet i moich studentów, dowiedzieliście się, że to nie jest jakaś bujda, a Mira mogła Wam pokazać, że robi pyszne kolacje. A wracając do słowików - naprawdę chcę opisać ich "mowę", i to bez onomatopei. Wiem, że jest to możliwe, mam kilka próbek. Brakowało mi ich do mitycznego już "Łaziebnego", który czeka na swoje pięć minut. Może się doczeka. A słyszałem już, że ktoś powątpiewa w jego istnienie, uważa, że wymyśliłem go sobie. Podejrzewam, że to jest jakiś grafoman, który co napisze, od razu, bez czytania, puszcza w obieg, bo jego myślą przewodnią jest "istnieć za wszelką cenę". Moja cena nie jest wszelka, nad publikowaniem zastanowię się dopiero wtedy, kiedy będę pewien, że rzecz jest naprawdę gotowa. A nie jest...

I tym to akcentem kończę, żeby Cię przywieść do rozpaczy, bo Ty także nie znasz ani słowa z "Łaziebnego". Nawet Mira nie widziała. Tak ma być.

 

Ściskam i pozdrawiam serdecznie
Twój Piotrek