Łabuź 56/2006


 
[...]Czy wyznawcy pragmatyzmu zdają sobie do końca sprawę z charakteru własnych upodobań? Demokracja sprzyja w istocie awansom pragmatyzmu. Wszystkie najszacowniejsze ideały - kompromis, konsens, wola porozumienia - oznaczają podjęcie pewnych zabiegów wokół prawdy. Wszystko ostatecznie zostaje sprowadzone do poziomu politycznej techne - politycy stają się technologami prawdy. Znają sekrety wytwórstwa - sztukę inscenizacji. Dbając o interesy własnej manufaktury, chętnie używają wielkich słów. Swoje prawdy obwieszczają z wielkim przejęciem.

 

Demokracja - zwracał już ongiś na to uwagę Alexis de Tocqueville - uwielbia styl panegiryczny. "Reprezentanci" ludu kochają własny majestat. Rozkoszują się też "prawdami", które ogłaszają. Są pyszałkowaci i nie znoszą sprzeciwu. "Molier krytykował dwór w sztukach, które przed nim wystawiał" - pisał Tocqueville w książce "O demokracji w Ameryce". W systemie demokratycznym natomiast władza jest całkowicie pogrążona w samouwielbieniu - "najlżejszy zarzut ją rani, najmniejsza koląca prawda ją przeraża". Zaczyna wierzyć we własną nieomylność. Nie zapomnijmy o tym, słysząc o kolejnym programie krucjaty w imię "dobra, prawdy i sprawiedliwości", który pojawi się na giełdzie wynalazków politycznych działającej w narzuconym przez demokrację systemie rywalizacji politycznej.

Namiastki prawdy mają czasem paskudny smak. Cóż więc czynić? Może jednak prawdziwe owoce z Drzewa Wiadomości smakują lepiej? Może powinien istnieć świat "zaczarowany"? Obnażenie - wiemy świetnie - bywa doświadczeniem deprymującym. Być może tajemnica jest kostiumem, bez którego świat staje się nudny i szpetny, przybierając (gdy mówimy o polityce) oblicze gadatliwego sofisty, technologa prawdy, który chce nas wciągnąć w swoją kolejną krucjatę.

 

Prawdę powiedziawszy, oświeceniowe triumfy rozumu miały od początku dość problematyczny charakter. Jan Jakub Rousseau, przedstawiając w swej "Umowie społecznej" koncepcję racjonalnej rekonstrukcji, pisząc o rządach rozumu, ostatni rozdział poświęcił problemowi... religii obywatelskiej! Uważał, iż ludzie muszą uwierzyć w istnienie "bóstwa potężnego" i "życie przyszłe". Oto dictum rozumu. Tak właśnie oświecenie oczarowało świat.[...]
Prof.dr hab. Stanisław Filipowicz pracownik Instytutu Nauk Politycznych UW, autor wielu książek, m.in. "Pochwała rozumu i cnoty. Republikańskie credo Ameryki"(1997).

 



Przedruk z Gazety Wyborczej 19-20 listopada 2005

Dziękujemy pkl. "Łabuź"




Maciej Mikos

METAFIZYKA

Magda, jeszcze kwitną piwonie

owady się chowają w bieli powojników

i tętno płynie z sokiem wśród pionów winorośli

 

Magda, ta wilgoć na ramionach

to jest jedyna prawda, którą dziś chciałem poznać.

I może cień koronki odbity na staniku

lub tusz na twoich rzęsach coś jeszcze mogą znaczyć

 

Myślę, że wiesz skąd są te cząstki

i bawi cię ta wiedza, wysoka i otwarta

jak bramy starych katedr

 

Magda, Magda, Magda, masz takie drobne dłonie

i jak to jest możliwe, że trzymasz nimi wszystko?

Na twoją przecież miarę uszyto mi słowa

I ty właśnie jesteś ten ogród - wbrew - kamieniom

który pozwala mi usiąść i patrzeć

 

jak mnie wypełnia mleko dni z tobą,

i rzeźbisz mnie miękko mokrymi palcami.

Wilgoć się kropli na twoich ramionach

 

chodź, będę ją zbierał w wysokie kieliszki

będę ją zbierał ustami.

 

Maciej Mikos



- Nagroda Główna XXXVI Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jana Śpiewaka i Anny Kamieńskie w Świdwinie - 2005 r. Wyróżnienie "Łabuzia"




Czesław Markiewicz

JAWA

jest rok dwa tysiące trzeci

syn sąsiada z parteru

aktywista młodzieży wszechpolskiej

napawa się

łaszeniem schulza u stóp adeli

sąsiadka zza ściany pożycza

pięć złotych na niedzielną tacę

na murze obok domofonu zarządzenia

wspólnoty mieszkaniowej

że dozwolony jest tylko jeden ruch

z góry na dół i odwrotnie

że klucz od piwnicy i na strych

w kanciapie pana boga

że obowiązuje całodobowe milczenie

 

dzień dobry

mówi sąsiad z parteru

dobranoc

odpowiada sąsiadka zza ściany

zasypiam

śni mi się okrągły osiemdziesiąty pierwszy rok

ktoś nuci pod oknem

mury kaczmarskiego

a może jarmarki laskowskiego

 

Czesław Markiewicz



- Laureat XXXVI Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jana Śpiewaka i Anny Kamieńskie w Świdwinie - 2005 r. Wyróżnienie "Łabuzia"




Piotr Müldner-Nieckowski

KONKURS POEZJI TYM RAZEM "EPICKIEJ"

Konkursy poetyckie mają to do siebie, że co roku przynoszą potężną dawkę informacji o tym, co i jak młodzi ludzie myślą o świecie. Ten świat to oni sami, poeci, jak to się z piedestału mówi nieładnie, jeszcze niedojrzali. A już tacy dobrzy. Poeta, liryk zwłaszcza mówi o świecie przez siebie. Nieprzypadkowo słynny Ryszard Milczewski-Bruno z Grudziądza w podaniu o przyjęcie do Związku Literatów Polskich napisał przed laty: "Jednocześnie informuję, że jako członek ZLP będę pisał wyłącznie siebie". Bo poeta ma taką właśnie powinność. Pisząc siebie, przedstawia świat, który chciałby poznać w pierwszym rzędzie. Człowiek jest częścią świata, a skoro tak, to penetrując tajemnice własnej osoby, penetruje to, co ją ukształtowało. Jeden potrafi to zrobić trafnie, bo w opisywaniu siebie posługuje się językiem, który oddaje istotę rzeczy, inny musi się posiłkować frazami budowanymi z fragmentów lektur i nie umie oryginalnie nazywać wprost tego, co czuje i rozumie. Jeszcze inny odcina się od swojej osoby albo udaje, że tak czyni, i w słowach zajmuje się tym, co go otacza, a co ma z nim niewiele wspólnego. Tych ostatnich jesteśmy skłonni podejrzewać, że uprawiają gazetową publicystykę. Na ogół jako czytelnicy jesteśmy zgodni: publicystyka jest powierzchowna, a kiedy pojawia się w wierszu, budzi sprzeciw, więc ją odrzucamy.

Trzydziesty szósty konkurs im. Jana Śpiewaka i Anny Kamieńskiej w Świdwinie różnił się od poprzednich tym, że dostarczył stosunkowo niewiele tekstów właśnie publicystycznych, co do niedawna było zmorą takich imprez. Dominowała liryka, która mało nawiązywała nawet do wydarzeń mijającego roku 2005. Zdarzyły się tylko dwa wiersze mówiące wprost o Janie Pawle II, którego śmierć była najtrudniejszym doświadczeniem Polaków. Takiej publicystyki było, powtarzam, zadziwiająco mało, a jednak nadesłano sporo utworów mimo wszystko nawiązujących do tego wydarzenia. Jak? Przez wyrażanie "poetyckiego siebie". Widocznie autorzy dojrzeli do poezjowania i nie musieli nazywać rzeczy po imieniu. Starali się pisać o przeżyciach religijnych czy narodowych dyskretnie i niedosłownie, nienachalnie, jak to się czasem zdarza dziennikarzom, byli skupieni na przeżyciu, a nie oglądaniu i słuchaniu wszechobecnej TV. Żaden z tych wierszy nie sięgnął poziomu nagrody, ale każdy był w jakiś sposób przejmujący i ważny, przynajmniej we fragmentach. Zawiodła umiejętność formułowania zgrabnych, dobitnych metafor, czasem w dostępie do podium przeszkodziły inne względy, choćby formalne, niedoskonała ortografia, jednak jurorzy o tych tekstach długo nie zapomną.

Ciekawym zjawiskiem, które już się samo sygnalizowało rok wcześniej, jest masowe tym razem pojawienie się wierszy że tak powiem epickich. Moja ulubiona forma. Małe poetyckie opowiadania, niesłychanie zwięzłe, traktujące o pozornie mało istotnych zakamarkach rzeczywistości, ale pogłębione przez twórczy stosunek do nich. Głębokość owego pogłębienia decydowała o tym, czy oko chciało się nad nimi zatrzymać, czy nie. Na ogół nie, ale fakt pozostaje faktem - jest to podejście do poezjowania niewątpliwie płodniejsze niż "lecenie Różewiczem", o którym pisałem na tych łamach parę lat temu. Pozwala wyjść z utartego schematu totalnej elipsy, która pozostawia pojedyncze słowa, co prawda ułożone w logiczny słupek, ale z trudem wiążące się w jakieś sensy.

Przykładem wiersza "epickiego", który trafił do grupy nagrodzonych, są "Ślady" Łukasza Jarosza z Olkusza. "Rodzice wracają z mszy, słyszę, jak matka /zdejmuje biżuterię, przesuwa firankę, /na której drży popołudniowe światło". Tak zaczyna się ten utwór. W dalszej części zabrakło mu oddechu, ale opis zawarty w pierwszych trzech linijkach jest na tyle sugestywny, że czuje się tę duszną małomiasteczkową atmosferę, w której wszystko zdarzyć się może.

Filozofia codzienności została gdzieś w poezji współczesnej zagubiona, przegrała z filozofią ogólników i muzealnych banałów, jak u Zagajewskiego, z zachwytem nad aksjomatami, których rozpatrywanie nie ma sensu, jak u setek innych. Dlatego z radością czytałem wiersze, które choćby w jednej linijce, w dwóch potrafiły mnie zmusić do przenoszenia się w klimaty dawno przez literaturę zapomniane, a tak nam bliskie i - tak wyglądane. Tego w dzisiejszej produkcji książkowej nie uświadczysz. Pewnie dlatego, że dominujące standardy unikają liryki. Nie potrafią posługiwać się językiem własnym a odwołują do pseudoliterackich stereotypów rodem z Harlequina.

W ogóle więcej było tym razem prostoty i zarazem oryginalności. Wygrał zestaw skromnych i nienastrojonych modą wierszy Macieja Mikosa z Katowic, w tym utwór "Metafizyka", który mówi o miłości tak, jak się myśli, z poetycką kolokwialnością. "Magda, jeszcze kwitną piwonie /owady się chowają w bieli powojników /i tętno płynie sokiem wśród pionów winorośli". Ładnie pisze ten chłopak, prawda? I normalnie. Gdzieś tu pobrzmiewa Gałczyński, Broniewski. Bo dalej jest tak: "I ty właśnie jesteś ten ogród - wbrew - kamieniom /który pozwala mi usiąść i patrzeć". Opowiadanie liryczne pozwala poecie wejść całym sobą w tkankę wiersza, niezauważalnie, tak żeby czytelnik też mógł się tam znaleźć i współ-czuć z autorem. Lekko się nawet zawstydzić sentymentem, poczuć drżenie i niepokój dziecinnego zaciekawienia. Podobnie pisze Jerzy Woliński z Warszawy: "Pierwsza nuta zbłąkana szuka drugiej nuty. /Tańczą drzewa, kamienie, krzesła, stoły, buty //To nie liście jesienne i nie mgły przelotne. /To taniec tańczy taniec - gorzko i ulotnie" i Krystyna Mazur ze Szczecinka, świadoma rzeczy odczuwanej, zarazem ironiczna: "Gdy koralikami ciało ozdabia /Wieńcem z gwiazd siebie obleka /Chabry w bransoletki zamienia /Motyle we włosy wpina /Nie wyśmiewam".

Marian Wiszniewski, dyrektor na świdwińskim zamku, który od początku towarzyszy konkursowi jako jego dobry duch i organizator, ma powody do zadowolenia. Ranga tej imprezy jest coraz wyższa, przede wszystkim dzięki młodym autorom, ale i wielu innym zainteresowanym, także władzom miasta i - rzecz niebłaha - sponsorom. Co roku konkursowi głównemu towarzyszą liczne imprezy artystyczne, w tym turniej jednego wiersza, w którym nagrody przyznaje publiczność. Świdwin ma znakomitych recytatorów, ci zaś dodali wierszom szczególnego blasku. Szkoda, że nie przyjechali wszyscy laureaci i nominowani (łącznie miało ich być trzydziestu trzech). Byliby szczerze zdumieni, jak gorączkowo i z przejęciem widzowie dyskutują o tych utworach, jak się sprzeczają o każdą linijkę.

 

Piotr Müldner-Nieckowski



Autor od wielu lat jest związany ze Świdwinem i Konkursem. Był przewodniczącym komisji.

Dziękujemy pkl. "Łabuź"

 



Joanna Bonarska

B.S.O.D.

system padł, na międzymordzie

obite pikselami na kwaśne jabłko,

minuty już się nie mnożą, klonują się

na taśmach produkcyjnych.

 

mówił coś, wpadło szemraniem

do pustej studni, sufit się kłębił

zbierało się na wymioty czuć było

zapach rozkładu zdań na litery

sens ciągnął się jak śluz

 

słuchałam jak porusza ustami

wielka śliska ryba symbol miłosierdzia

świadectwo boga na tylnym zderzaku

by chronić mój tyłek przed stłuczeniem

 

masz czas powiedział i odszedł,

mam też stary bilet do zoo, dyplom

i krótkowzroczność która nie pozwala

zobaczyć plusów, minusów też nie.

Widzę zero i blue screen of death.

 

Joanna Bonarska



- Laureatka XXXVI Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jana Śpiewaka i Anny Kamieńskie w Świdwinie - 2005 r.




Andrzej Ziobrowski

IDZIE MOWA PRZEZ ŚWIAT CAŁY

wprowadzić słowa w najodleglejszy

zakątek duszy

do zwojów mózgu do jego wnętrza

wpisać świata każdy wers

niech płonie w nas gwiazdą krwi

w czole zapalczywej zimy

niech nas ogniem swym ogrzewa

linearnym ciepłem do nas zdąża

poprzez kataklizmów ogień

śladami Wielkiego Aleksandra

idzie do nas

 

dzisiejsza mowa jest spowiedzią duszy

czasem gwoździem kata

gdy głęboko i boleśnie nas zrani

jest też pradawną lutnią

grającą pięknie i mądrze

na wiolinach światła

 

w pierwotnym ogniu warg

przyszła do nas i tak została

jak chmura ptak czy obłok

dziś ogrzewa nas słowami i pacierzem

w bazylikach i kościołach

jest przełęczą w górach

gdy ją okupują śniegi

 

w palącym słońcu południa

jest tragarzem światła

gdy umiera skatowane słowo

jest milczeniem niegodnego świata

do katakumb naszych mrocznych dusz

też wchodzi

w zgiełku tego świata

 

Andrzej Ziobrowski



- Laureat XXXVI Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jana Śpiewaka i Anny Kamieńskie w Świdwinie - 2005 r.




Jerzy Grupiński

JESZCZE RAZ UWIERZYĆ W SŁOWO - W SENS PISANIA

- wobec XXXVI edycji Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jana Śpiewaka i Anny Kamieńskiej w Świdwinie -

 

Wiadomo - Świdwin poezją stoi. Na dworcu pełno wierszy, napisów, dat telefonów i komplementów polecających zalety ciała, organy miejscowych pań. Piszą i one: Kochaj i szalej/i nie pytaj co dalej/Ewelina. Nie brak i tekstów ekologicznych: U.bała Misia pszczoła/O Ty K.o Misio woła/Za te męki za te bóle/Roz.olę wszystkie ule/I za.bię plaster miodu/Niech zdychają K.y z głodu.

A więc znów po latach - do Świdwina! Przyjeżdżałem tu nie raz, nie dwa, w końcu lat 1970-ych i na początku 1980-ych. Biesiady z twórcą Konkursu - Staszkiem Misakowskim. Gościli wtedy - Anna Kamieńska, Michał Sprusiński, Ludmiła Marjańska, Adrianna Szymańska z wiecznie chłopięcym Zbyszkiem Bieńkowskim. Nikos Filaktos (spotkany potem w Atenach), grywał ogniste improwizacje na fortepianie, w Sali Rycerskiej. Dziś prowadzi chóry i orkiestry w Grecji. Ale Polsce ciągle wierny. Gadaliśmy - Świdwin pamięta, bo jak by inaczej? Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Jana Śpiewaka i Anny Kamieńskiej w Świdwinie, jeden z najsilniejszych, najbardziej uczęszczanych i znanych konkursów w Polsce. Ozdobiony nazwiskami świetnych laureatów, anegdotami, wydarzeniami towarzyskimi, mający i swe podskórne, drugie życie... Pamiętam warsztaty w końcu lat 1970-ych. Gdy zaniepokojony nieobecnością czołowych warszawskich krytyków oraz osoby laureata, poszedłem "na miasto", a w końcu i na poszukiwanie "korzeni", bo gdzieś musi tu być stary niemiecki cmentarz... Prowadzony nieomylnym węchem, usłyszałem wreszcie znajomy brzęk szkła i głosy w gęstwinie bzu. Przy niskim sarkofagu z czarnego granitu siedzieli w kucki poszukiwani liderzy.

Czym są konkursy poetyckie? Loterią, probierzem wartości tekstów, targowiskiem próżności, giełdą, rozgrywką ligową ekstraklasy, okazją do spotkań, sposobem na zaistnienie w literaturze? Zapewne wszystkim po trochu, jak wyżej. Nie wyobrażamy sobie bez nich życia literackiego, artystycznego. Na przełomie lat 1980-ych w lidze prym wiedli Edward P. i Marek K., obaj z Poznania. W kuluarach zeszłorocznego "Śpiewaka" mówiło się o Eli G. z Turku i Jerzym F. Z Dębnicy Kaszubskiej, którzy w roku 2005 uzbierali pono po około czterdziestu pierwszych nagród. Po mniej i bardziej nobliwych laureatach (a nawet siwowłosych) XXXVI-ego "Śpiewaka" wygrał człowiek młody i zdolny (rocznik 1984), Ślązak - Maciej Mikos, autor debiutanckiego tomiku "Inkantacja". Publiczność głosująca w imprezie finałowej wolała sentymentalny wiersz o muzyce Chopina - i tak wybrała. Niech jej będzie wybaczone... Jury nie miało łatwego zadania, Gdy spotkaliśmy się w Podkowie Leśnej w domu przewodniczącego - Piotra Müldnera-Nieckowskiego, okazało się, że rozbieżności ocen są rozległe jak nigdy (według ducha sprawczego Konkursu - Mariana Wiszniewskiego). Jednakże z wyliczenia wynikało, że jest tylko jeden zestaw tekstów, który zwrócił uwagę wszystkich... ten właśnie z godłem "Kot Alicji". Darują mi jurorzy gadulstwo i tak zwany rąbek tajemnicy?

Ogniście, ciekawie przebiegały warsztaty ubiegłorocznego Konkursu. Ożywiły się wejściem ekipy "Łabuzia". Wreszcie, po latach kores-pondencji, mam okazję poznać legendarną redakcję - Leona Zdanowicza i Ludwika Cwynara, przy nich młodziutką Agnieszkę Wesołowską. W Poznaniu ciągle pytają: jak oni to robią? Takie pismo w niewielkim mieście...

Warsztaty nie samym lukrem i dobrym stołem stały: Nie chronił tekstów nawet wybór, przez jurorów, wiersza do finału. Przekonał się o tym autor z Krakowa, w którego tekst boleśnie uderzył Leon Zdanowicz. Tzw. "łabuzie" obdarowali finalistów dyplomami i symbolicznymi torbami-workami dziadowskimi. Jedna z nich dostała się niżej podpisanemu za (jak napisano) przyjazne odczucia i gesty.

Były więc warsztaty ale nie tylko literackie. "Pan pracował w TV?" - pyta zatroskana dziewczyna Mariana Grześczaka, świetnego pisarza z Warszawy, członka jury. Bo oto przyszło jej, po raz pierwszy w życiu, robić program z pisarzami dla raczkującej właśnie lokalnej TV. Pod komendę więc Mariana Grześczaka ustawiliśmy świece, ludowe rzeźby, krzesła, ludzi i dziewczyna jest zachwycona. Więc to tak się robi?

Koń jaki jest niby każdy widzi ale gdy mówić o tekstach, bywa, że każdy widzi inaczej. Niech więc i mnie będzie wolno parę zdań o wierszach nagrodzonych, wyróżnionych. A jest o czym, bo podczas obrad jury nietrudno było o konstatację, że wiele ciekawych tekstów ale zestawy nierówne... W propozycji tego samego autora trafiały się (bywało) rzeczy świetne i słabe. Dlaczego? Brak dystansu? Niewielkie jeszcze doświadczenie, mały staż?

Uczennica I klasy liceum w Częstochowie (ale i laureatka kilku ogólnopolskich konkursów) Weronika Murek w tytule "Rozebud; wystarczy się rozdmuchać" pisze:

Hałas twoich rąk poderwanych

Do lotu

Zespół niespokojnych palców

Obraz niespójny. Bo jak "zespół-wespół", to nie indywidualnie i mniej ekspresyjnie. Ale wiersz przekonuje, ciepło zakończony.

Joanna Bonarska z Trójmiasta pisze:

system padł, na międzymordzie

obite pikselami na kwaśne jabłko.

minuty już się nie mnożą, klonują się

na taśmach produkcyjnych.

("b.s.o.d.")

Robią wrażenie te gęste, ekspresyjne wersy, kształtowane (według komentarzy autorki) przez rzeczywistość medialną "komputerową".

Ciekawy zestaw nadesłała Krystyna Mazur ze Szczecinka, m.in. "Tryptyk" pisany w niepokojącej aurze, pełnej tajemnic płci, kobiecości. Propozycję osłabiły "Wieże kościelne" (ładny ale chyba zbyt łatwy, sentymentalny wiersz) oraz inne krótkie zapiski poetyckie, które chciałyby mówić więcej i głębiej.

U Czesława Markiewicza z Zielonej Góry czytam:

jest rok dwa tysiące trzeci

syn sąsiada z parteru

aktywista młodzieży wszechpolskiej

napawa się

łaszeniem schulza u stóp adeli

sąsiadka zza ściany pożycza

pięć złotych na niedzielną tacę

("Jawa")

I podoba mi się ta "Jawa" nasza codzienna, polska, zgrzebna, która wtargnęła do wiersza, zaprawiona kombatancką, solidarnościową nutą. Trochę podobnie jest u Łukasza Jarosza z Olkusza w "Śladach":

Rodzice wracają z mszy, słyszę jak matka

zdejmuje biżuterię, przesuwa firankę,

na której drży popołudniowe światło.

Nieopodal krzątanina nowych sąsiadów, rozwijają

sznurek, ustawiają furtkę. Uderzenia młotka

Ale więcej u tego autora liryzmu, intensywnie traktowanego pejzażu oraz prywatnych, bardzo osobistych dziejów i klimatów.

Laureat konkursu Maciej Mikos - student politologii, imponuje swoistym pięknem wiersza. Jak on to robi? Mówi obrazami, symbolami. Jest to poezja głęboko sensualistyczna, pełna zapachów, kolorów, przestrzeni, bogata obrazem świata i oczu człowieka. No i jest w niej to genialne spoiwo - miłość, która uzasadnia teksty i byt autora:

Magda, Magda, Magda, masz takie drobne dłonie

i jak to jest możliwe, że trzymasz nimi wszystko?

Na twoją przecież miarę uszyto mi słowa

I ty właśnie jesteś ten ogród - wbrew - kamieniom

który pozwala mi usiąść i patrzeć

("Metafizyka")

Bo wiersz to (cokolwiek o nim powiedzieć), akt miłości, zwrotu do drugiego człowieka, tekst na specjalnych prawach, uwarunkowaniach. Wiedzą może o tym nie tylko górnolotni twórcy ale i przysłowiowi "malutcy". Takie rozumienie poezji przejawiały i dzieci we wsi Redło, gdzie najpiękniej przygotowano nasze poetyckie spotkanie. Po przeczytaniu (ba, recytacji) utworów gospodarzy, wręczono mi wiersze niezwykłe: fantazyjnie wycięte, kolorowo pisane, posypane złotym i srebrnym piaskiem, także z cekinami.

Ale "Śpiewak" w Świdwinie (był i konkurs strzelania z łuku i kuszy), to przede wszystkim niezwykła aura, ludzie, rozmowy. Po 35 latach i wymianie tylu listów i zdjęć wędkarskich okazów, spotkanie z Lechem Markiem Jakóbem. Jakże inaczej czytam teraz w "Łabuziu" jego fascynacje klepkami, umocowaniami sprzętu jachtowego na jednostce, która spracowana wróciła do portu w Kołobrzegu.

Krąg poetycki na zamkowej wieży, ongi zainspirowany przez Annę Kamieńską, biesiady w Sali Rycerskiej i w niezwykłym domu Grażyny i Mariana Wiszniewskich, nie odróżniających przestrzeni prywatnej od służbowej, stare piosenki przy gitarze i perwersyjne nalewki pani domu, dawne i nowe przyjaźnie - wszystko to sprawia, że do Świdwina ściągają poeci i poetessy z najodleglejszych stron kraju. Po to, by jeszcze raz uwierzyć w Słowo, w sens pisania i przekazywania siebie innym.

 

Jerzy Grupiński

 



Krystyna Mazur

III PIERWOTNA

 

(fragment Tryptyku)

 

Kobiecie, dziewczynką zostać

Pozwalam

 

Z mistycznej dzikości natchnienie czerpać

Nie bronię

 

Po lasach i łąkach

Z Bogiem za rękę wędrować

Pomagam

 

Gdy koralikami ciało ozdabia

Wieńcem z gwiazd siebie obleka

Chabry w bransoletki zamienia

Motyle we włosy wpina

Nie wyśmiewam

 

A gdy już w sobie dzikość

Prastarej, kobiecej natury odnajdzie

Nie zamknę jej w klatce

 

I narodzi się.

        wiersz?

 

Krystyna Mazur



- Laureatka XXXVI Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jana Śpiewaka i Anny Kamieńskie w Świdwinie - 2005 r. Wyróżnienie "Łabuzia"

 



Łucja Łukaszczyk

CHAWWA

Ja jestem Iszsza

z najbardziej niewygodnego żebra

samotna w Edenie

 

Ja jestem Chawwa

pozwolono mi rodzić w bólu

i zamiast wiedzy wyższej

poznałam tylko swoją słabość i winę

 

Ja jestem brudna

dłonie Adama zostawiają na moim ciele

ślady prochu

 

Łucja Łukaszczyk



- Laureatka XXXVI Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jana Śpiewaka i Anny Kamieńskie w Świdwinie - 2005 r. Wyróżnienie "Łabuzia"

 

KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między zaprzyjaźnionymi pisarzami. Na naszych łamach od października 1998 roku korespondują: zamieszkały w Podkowie Leśnej Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób z Kołobrzegu.

 

Dziękujemy - pkl "łabuź"

 

 

Kołobrzeg, dnia 31.01.2006 r.

 

Drogi Frazeologu Ducha Winny Bogu!

 

Napociłem się, szukając w domowym księgozbiorze książki R. Knoxa-Johnstona "Mój własny świat"* i już skłonny byłem uznać, że przepadła, gdy nagle patrzę: stoi! Ale gdzie? W rejonie odległym, za działem filozoficznym... Prędzej byłbym koguciego grzebienia na łbie guźca się spodziewał, niźli żeglarskiej relacji w tamtym miejscu! Wiesz, że znam układ półek na pamięć i wskazaną pozycję namierzam natychmiast, choćby i ze snu wyrwany. Stąd straszna konfuzja z tropieniem Johnstona.

I zaraz przypomniała się smaczniejsza historia sprzed kilku dni: z Biblioteki Jagiellońskiej. O odnalezieniu w przepastnych zasobach bibliotecznych ksiąg dotąd uważanych za zaginione. Mówię o dziewięciotomówce niemieckiego słownika "Deutsches Woerterbuch" braci Jacoba i Wilhelma Grimmów, zawierającego odręczne notatki autorów (dokładniej: korektorskie odbitki słownika z własnoręcznymi wpisami braci G.). Rzecz odkryto w trakcie katalogowania XIX-wiecznej tzw. Berlinki: Pruskiej Biblioteki Państwowej w Berlinie przechowywanej od zakończenia II wojny światowej w Krakowie.

 

Jednak teraz nie o książkowych zgubach, lecz o szczęśliwym wyrwaniu z niebytu "Latarni Morskiej" - pomorskiego magazynu literacko-artystycznego. Wspominałem ostatnio o projekcie. I minionej soboty w portowej latarni morskiej (premiera "Latarni" w latarni - trafiony pomysł znanej Ci Grażyny Chrzanowskiej, obecnej dyrektor MOK) Kołobrzeg z kwartalnikiem się zderzył.

Sama prezentacja, wzmocniona herbatą z rumem i szantami, przebiegła sprawnie. Pojawił się prezydent miasta Henryk Bieńkowski z małżonką, Piotr Bednarski, nadciągnęli zainteresowani z Koszalina (m.in. ks. Henryk Romanik i fotografik Zdzisław Pacholski), z Łobza (Leon Zdanowicz i Ludwik Cwynar) - łącznie ciasne pomieszczenie zmieściło kilkadziesiąt osób.

Rzecz jasna musiałem trochę górnolotnie opowiedzieć o idei magazynu i jego znaczeniu dla lokalnej społeczności. Lecz dopiero po efektownym wejściu "rybaka" z siecią wypełnioną egzemplarzami magazynu. A elementy teatralne - chwytasz zapewne w lot - po to, by rzucić mediom widowiskowy sygnał. Kamery rejestrowały, dziennikarze pilnie notowali.

Dla mnie najistotniejsze było publiczne przedstawienie zespołu pisma i współpracowników. Obok wspomnianej już G. Chrzanowskiej był Jacek Klimżyński (autor świetnego tekstu o juweniliach morskich A. Mickiewicza), Romuald Wiśniewski (artysta plastyk), Janusz Tężycki (projektant winiety oraz boi literackiej), Dariusz Mazur (autor grafik w bieżącym numerze), Halinka Szczepańska (u której w Fabryce Słów "Latarnię" wydaję).

Specjalnie też przyjechał z Koszalina Narcyz Tempski (krewniak Stanisława Esdena-Tempskiego, poety z Trójmiasta - kojarzysz go może?; aktywny był za czasów mojego książkowego debiutu, w latach osiemdziesiątych, teraz, zdaje się, w Anglii) - projektant strony internetowej kwartalnika. Podjął się także jej obsługi. Bo nie pamiętam czy zdążyłem wspomnieć o uruchomieniu strony. Jest już aktywna. Spróbuj wpisać adres www.latarnia-morska.pl, a się przekonasz. Bardzo mi odpowiada. Projektujący uwzględnił wszystkie moje postulaty. Estetycznie zrobiona, ze smakiem i - co ważne - łatwe będzie poruszanie się po niej. Z lewej strony znajdziesz przyciski działów głównych. Centralna część to reprodukcja okładki. Z prawej: spis treści. A cała zawartość zejdzie do archiwum po ukazaniu się numeru 2 w kwietniu.

 

Nakład wydrukowano ok. 2 tygodni temu. Stąd rozsyłka wcześniejsza w głąb kraju. Ruszyły egzemplarze obowiązkowe do bibliotek, sporo rozeszło się kanałami prywatnymi. Rzecz jasna pierwszy numer "Latarni" ujrzą także większe pisma i gazety.

Napływają już wstępne reakcje. Daruję sobie cytacje. Nie czas pysznić się świeżo ulęgłym tworem. Pora zawinąć rękawy przy majstrowaniu numeru drugiego. I prawdę mówiąc - już nad tym przesiaduję.

Dzięki za opinię: otrzymałeś "Latarnię" jako jeden z pierwszych. Też dlatego, że mocno tam tkwią Twoje wiersze. A mam także apetyt na Twoją prozę... Konkretnie myślę o tych opowiadaniach z okresu stanu wojennego. Jeszcze się nie zawinęły do książkowego wydania (o ile wiem) i dobrze siedziałyby w numerze drugim. Później może na czas jakiś dam Ci spokój.

 

Pytałeś o "Świnkę Morską". Istotnie, miała wyjść dwa miesiące temu. Jednak usłyszałem od wydawcy, że ujrzymy ją wiosną. Ponoć chwilowo z finansami krucho. Widzisz zatem, że wpływu na to nie mam. Jeśli tak dłużej potrwa, może poszukam innej oficyny.

Parsęta grubo lodem skuta, morze u brzegów podmarzało przy minus 20 stopniach Celsjusza. Na śniegu, przy krzewach rokitnika grasują kwiczoły. Rozhulała się nam tegoroczna zima. Dlatego, Przyjacielu, nie zapominaj o uszance, o walonkach i o szubie jakiej - by nie wymroziło Ci talentu oraz innych walorów...

 

Tfuj Old Friennnnnnd Latarnik

 

PS. A co to za historia ze spotkaniem autorskim bez autora? Dotarł e-mail, że wieczór ze studentami Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego zrobiłeś - na tle moich wierszy. Dodając mój głos z płyty? Hmmm.

 

PS. 2. I bez czytania ani rusz. Po odrzuceniu ostatnich plew zostało ziarno. W zasadzie jedno ziarenko: "Wilczy notes" M. Wilka**. Rzecz o Sołowkach. Napisana językiem uroczym i świeżym. Po prostu cudo! Niegdyś fragmenty wyrywkowo w dodatku kulturalnym Rzepy śledziłem. A teraz taka niespodzianka: wydanie książkowe (z ruskim glosariuszem na końcu).

 



* Robin Knox-Johnston, Mój własny świat. Sprawozdanie z samotnej podróży non-stop dookoła świata na jachcie "Suhaili", przeł. z ang. Tomasz Zydler, Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1973
** Mariusz Wilk, Wilczy notes, słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2003

 

 

 

Lechu Drogi!

 

No to trafiłeś z tym "frazeologiem" całkiem dowcipnie. Przekształciłeś wyrażenie "Bogu ducha winny" (niewinny) w "ducha winny Bogu" (powinien umierać). Ciekawe, że kolejność wyrazów ma czasem duży wpływ na semantykę, co frazeologicznie kiedyś zbadałem i opisałem. "Rzecz jasna" (oczywiście) to nie to samo, co "jasna rzecz" (rzecz o jasnej barwie). Zdumiewający jest ten nasz język, apozycyjny i fleksyjny, w przeciwieństwie do np. angielskiego, pozycyjnego, tzn. takiego, w którym o znaczeniu decyduje kolejność wyrazów. Ale w językach nie wszystko układa się tak, jak z nazwy wynika. W polskim jak widać pozycja odgrywa rolę, a angielski też ma jakąś fleksję, choć tylko w postaci dopełniacza rzeczowników (Saxon genitive) albo tworzoną za pomocą przyimków, ale jednak ma.

Przy okazji - nazywają mnie różnie (także frazeologiem) z powodu paru zajęć, których się imam, ale wciąż odczuwam pewien istotny brak nazwy. Krzysiek Karasek, być może nie ze złej woli, ale jednak nieprzyjemnie nazwał mnie "najlepszym lekarzem wśród poetów i najlepszym poetą wśród lekarzy". To skutek mojego błędu strategicznego. Krzysiek nie powinien wiedzieć, że jestem lekarzem, obyłoby się bez złośliwości. Kiedyś za młodu powinienem był dla każdego z zajęć wymyślić sobie inną nazwę autora i mieć odpowiednie do rzeczy skróty albo pseudonimy. Dla pisarstwa "Müldner" (zagraniczne, więc uwaga!), dla medycyny "Nieckowski" (pacjenci mieliby łatwiejsze wymawianie), dla leksykografii i językoznawstwa "Piotr Mul" (brzmi dość bibliotecznie), dla edytorstwa "Mulpio" (bardzo handlowe).

Nikomu bym się nie mylił i być może byłbym bardziej wyrazisty w każdej z tych dziedzin. A tak, mylą mnie z kim innym. Zauważ, że ludzie nie mają zaufania do osób, które tyle rzeczy robią naraz i do tego mają zawiłe nazwisko. Uważają, że skoro ktoś tyle robi, to niczego nie robi dobrze. Bardzo nad tym boleję, ale na zmiany już stanowczo za późno, a poza tym nie chciałoby mi się. Gdybyś miał zamiar drukować w "Latarni Morskiej" coś jeszcze mojego (wspomniane opowiadania), to zmień notkę "o autorze" tak, żeby wymienić choć jedną z moich kilkunastu książek artystycznych, nie tylko słownik. Z powieści może "Czapki i niewidki", z poezji "Opaska gazowa", z opowiadań "Proszę spać". Zresztą wybierz sam, mój życiorys masz. O frazeologii możesz nie wspominać, tym bardziej że nie masz na te notki zbyt dużo miejsca. Przy okazji: zobacz, jak mnie mizernie traktują w serwisie internetowym "Łabuzia". Wygląda na to, że najważniejsze w mojej biografii jest to, że mieszkam w Podkowie Leśnej. Ale może to sami poprawią, bo bardzo uważają na formy i są dla mnie szczególnie serdeczni.

Aha, słuchowisko, które Ci posłałem do czytania ("Przepustka do nieba") jest wolne, bo umowa z Radiem Szczecin nie mówi o druku całego tekstu tego dramatu (zgodziłem się tylko na druk fragmentów do reklamy nagrania). Oczywiście wiem - mimo że dramacik jest krótki, to jednak jest to piętnaście stron i w "Latarni" chyba się nie zmieści. Skoro jednak "masz apetyt na moją prozę", to proszę bardzo, niech będą short stories.

Nie wiem, co to za Knox-Johnston, nie czytałem, za to dostałem od Włodka Antkowiaka świetną jego książkę "Vamos, peregrino!"* o pieszej wędrówce Camino de Santiago (tzn. Szlakiem Przebaczenia, Hiszpania) do katedry przy placu Obradoiro w Santiago de Compostela. Włodek pisze żywo, dowcipnie i z ogromną swobodą, niepodobnie do niezliczonych autorów tekstów peregrynacyjnych. Stworzył literaturę faktu na miarę powieści, z pokonywaniem niemocy w roli pojęciowego bohatera. Bardzo ciekawe, napiszę z tego recenzję, bo książka jest mi bliska przez porównanie do moich wycieczek, co prawda samochodowych, ale też bardzo męskich, sprawdzających fizyczność i psychikę, i właściwie tylko po to podejmowanych.

Nie warto robić niczego, co nie świadczy o tobie, choćby nawet w tajemnicy. Trochę to brzmi jak z Hemingwaya, ale kto wie, czy nie w tym zawiera się sens bycia mężczyzną, że wszystko w życiu polega na potwierdzaniu własnej wartości? Wszystko, co robię, jest Bogiem a prawdą takie. No, z pewnym dodatkiem: pali mnie ciekawość wszystkiego; jak jest zbudowane, jak działa, jak wygląda, czy da się przetworzyć, zrekonstruować, udoskonalić, podporządkować, wykorzystać, opisać... Innych to chyba nie obchodzi, więc o nich nie dbam albo lepiej: zaniedbuję ich. Tak, nie dbam wcale! A to błąd.

Drugą rzeczą, pasjonującą, którą zgłębiam, po raz drugi, ale tym razem szczegółowo, jest podróż do mikrokosmosu i wszechświata zarazem, książka Stephena M. Barra "Fizyka współczesna a wiara w Boga"**. Barr jest wybitnym amerykańskim fizykiem cząstek materii, profesorem na Uniwersytecie Delaware. Fizyka zaś jako najbardziej ścisła jest królową nauk. Opiera się na matematyce i zarazem dąży do materializowania teorii za pomocą eksperymentu. Mimo że wymaga bezwzględnej precyzji myślenia, nie istniałaby bez wyobraźni, dzięki której jest sztuką. (Nawiasem mówiąc, swego czasu zdenerwowałem się nie na żarty, kiedy przeczytałem u prof. Andrzeja Szczeklika w "Katharsis"***, że nauka lekarska i literatura są sobie przeciwstawne. To błąd zarówno w sensie logicznym, jak i faktycznym. Nauka lekarska w porównaniu z fizyką jest stosunkowo mało naukowa).

Barr punkt po punkcie, bez cienia doktrynerstwa wykazuje, że między nauką a religią nie ma sprzeczności. Kwestia tylko taka, jak rozumiemy naukę i jak religię (wiarę), oraz w jaki sposób dokonania nauki (a są wielkie) są współbieżne z twierdzeniami religii w najlepszym wydaniu, nie parafialnym, lecz teologicznym i filozoficznym.

Jak się zachowa nauczyciel zapytany przez ucznia, dlaczego nie wolno dzielić przez zero? Zdenerwuje się, a to z trzech powodów. Primo, bo uczeń pyta o coś, co jest powszechnie uznane za oczywistość. Secundo, bo uczeń jest przesadnie dociekliwy i zakłóca tok lekcji. Tertio, bo nauczyciel zapomniał, dlaczego nie wolno dzielić przez zero. Barr jest nauczycielem, który się nie denerwuje. Wie, że wkłada kij w mrowisko, bo niemal cała nauka amerykańska i zachodnioeuropejska jest materialistyczna i lewicowa, ale wie również, że musi przybliżyć odpowiedź na pytanie, które zadają sobie wszyscy: istnieje w końcu Bóg, czy nie istnieje?

No i na koniec polecam Ci znakomitą antologię wierszy albańskich****, sporządzoną przez Mazlluma Saneję, którego miałem okazję poznać w Podkowie. Nie wiem, czy jeszcze tu mieszka, ale widuję jego dzieci. Umieścił w antologii trochę swoich wierszy, co da się zrozumieć, bo jest jednym z najbardziej znanych i cenionych poetów albańskich obok takich gwiazd, jak Ismail Kadare, Martin Camaj, Fatos Arapi. Wiersze wszystkich pomieszczonych autorów imponują świeżością, mimo że widać pewne wpływy Baudelaire'a, Lorki, futurystów, Borgesa, Paza. Niektóre są pięknie bezkompromisowe w warstwie patriotycznej, narodowej. Nie ma w nich nic z publicystyki, jest za to wielkie serce. Oszczędne, nierozgadane. Uciecha czytelnicza.

A co do spotkania poetyckiego: odbyło się nagle, bez zapowiedzi, bo studenci słuchali mojego wykładu o najnowszej poezji jako materiale edytorskim i tekstologicznym, no i zgadało się, że warto poznać jakiegoś dobrego poetę "na owym materiale". Padło na Ciebie. I tak następnego dnia na zebraniu kółka naukowego odbyliśmy w samo południe wieczór poetycki bez autora. Bo jak tu Ciebie ściągnąć w ciągu paru godzin do Warszawy? Starałem się, niegodny, zastąpić Jakóba, i jakoś się udało. A w towarzystwie byłeś dobrym, bo jedna ze studentek jako ilustrację swoich tez (dość skomplikowanych, trzeba przyznać; o "wierszach komunikatach", z rozstrzeleniami liter) z pamięci powiedziała dwa wiersze Teresy Ferenc, jej kolega dla przeciwwagi Zbigniewa Bieńkowskiego. Bardzo dobre zderzenie całej trójki. Boki nie bolały.

Ściskam, Kochany, i pisz szybko, co tam z tą "Świnką Morską", bo nie mogę się doczekać. Piszę, jak Ty, "Morską" wielką literą, ponieważ swego czasu był to niezależny organ prasowy, a organy ani chybi powinny być tak właśnie pisane.


Twój Piotrek Müldner-Nieckowski
Podkowa Leśna, 10 lutego 2006



* Włodzimierz Antkowiak, Vamos, Peregrino!, Droga do Santiago de Compostela, Polski Instytut Wydawniczy, Warszawa 2005, dystrybucja biuro@oleksiejuk.pl.
** Stephen M. Barr, Fizyka współczesna a wiara w Boga, przeł. A. Molek, Techtra, Wrocław 2005, dystrybucja www.techtra.pl.
*** Andrzej Szczeklik, Katharsis. O uzdrowicielskiej mocy natury i sztuki. Wydawnictwo Znak, Kraków 2003.
**** Nie jest za późno na miłość. Antologia poezji albańskiej. Wybór, przekład i posłowie Mazllum Saneja, Pogranicze, Sejny 2005, dystrybucja http://pogranicze.sejny.pl/wydawnictwo


Mariusz Cezary Kosmala ogląda na SUPER 1

Złodziei rowerów

To naprawdę wulgarne, żeby sofizmaty

reklam, na przykład goła niemalże modelki

dupa, skądinąd ładna, zgrabna i w ogóle,

 

zachwalająca zestaw pasów do masażu -

cellulitis i inne szpetne sprawy ciała,

żeby to się tak wszystko naraz bez pardonu

 

wcinało: tu Antonio spoliczkował synka

i scena dramaturgii nabiera, a zaraz

delikatna struktura arcydzieła rwana

 

brutalnie przez reklamę, która usiłuje

mnie nabierać, niemalże gołym tej modelki

tyłkiem, przez bite cztery minuty, na zakup,

 

za jedyne tysiąc sto dziewięćdziesiąt dziewięć

złotych, świetnego sprzętu do zrzucania zbędnych

kilogramów. I jeszcze jedna niespodzianka -

 

otóż teraz istnieje możliwość zakupu

na raty, więc nie zwlekaj, dzwoń, zamawiaj, kupuj,

a dla pierwszych stu osób mamy dodatkowo

 

prezent: ten oto komplet trzech kuchennych noży

z nierdzewnej, utwardzanej stali, i - uwaga! -

to jedyna okazja, żeby zdobyć takie

 

duperele, bo... Ale jest już film, no super.

 

13/14 V 2001
Mariusz Cezary Kosmala

 

Lech M. Jakób

DEBIUT

We wspomnieniach jednego z rosyjskich poetów (bodaj Andrzeja Wozniesieńskiego) znalazłem onegdaj wzruszający opis przeżywania debiutu. Tenże poeta wykupił w pobliskim kiosku wszystkie egzemplarze gazety z debiutanckim wierszem, następnie w domu - zasławszy rozłożonymi gazetami podłogę - z radości... tarzał się po nich.

Taka reakcja jest emocjonalnie zrozumiała. Bo publikacja prasowa (czy radiowa, internetowa) pierwszego utworu to dla autora wielkie święto. Przecież akurat objawia się światu, publicznie demonstruje swoje ja. Podobna chwila już nigdy się nie powtórzy. Także cofnąć jej nie można, jak cofnąć się nie da między skorupy jajka dopiero wyklutego pisklaka.

Debiutant otrzymuje pierwsze w życiu honorarium, styka się z reakcjami czytających (początkowo znajomych i przyjaciół), odbiera gratulacje, snując plany następnej publikacji. Dominuje uczucie satysfakcji, triumfu. W podobnej chwili nawet woda ma smak wina.

 

Jednak debiut bywa okupiony sporym wysiłkiem, a też i lękami. Paraliżuje przede wszystkim świadomość publicznej konfrontacji. Bo, wbrew pozorom, nie jest proste "obnażyć się" na oczach widowni (chyba że jest się ekshibicjonistą). Nie jest psychicznie łatwo przejść od statusu "biorcy" do "dawcy". Zmieniają się relacje, zmienia się optyka.

Z jednej strony gnębi początkującego obawa przed brakiem akceptacji lub wręcz odrzuceniem, z drugiej zaś ciąży ledwo rozpoznawany zalążek myśli o odpowiedzialności za twórcze słowo. Gdyż tylko niedojrzałym, komercyjnym hucpiarzom oraz kiepom droga do debiutu wydawać się może bezproblemowa. Mówimy tu o starcie talentów prawdziwych.

I wystartował autor pierwszym utworem (np. wierszem lub opowiadaniem). Lecz wie o tym, że pojedynczy utwór to ledwie preludium, jakby przedbieg. Liczy się przede wszystkim debiutancka książka. A ta zwykle (jeśli to nie powieść) składa się z utworów wielu. Tu nie ma miejsca na przypadkowy fajerwerk: dłuższe dzieło albo ciąg krótszych potrafi bezlitośnie odsłonić słabości warsztatu lub mielizny umysłowe. Szybko demaskuje mistyfikatora i grafomana.

Dlatego próba pierwszej książki jest tak istotna. Dlatego mądrzy wydawcy przywiązują do debiutów szczególną wagę. Dbając między innymi o solidne recenzyjne sito.

 

Debiut książkowy. Autor pieści okładkę egzemplarza sygnalnego, kartkuje z rozdygotanym tętnem. Tyle trudu, tyle nadziei zmieściło się między okładkami! Wydaje się debiutantowi w przypływie euforii, że świat legnie u jego stóp. Że podbije serca czytelników. A jeśli nie serca, to chociaż umysły.

Jednak myślenie życzeniowe rzadko przemienia się w rzeczywistość. Do książki, obok zwykłych czytelników, dobierają się recenzenci i krytycy. Jedni chwalą, drudzy ganią, a jeszcze inni kąsają. Bywa, że książka w ogóle jest przemilczana. To dla autora chyba najgorsze ze wszystkiego. Zwłaszcza dla debiutanta. Czasem dusi się wzgardliwą ciszą. Nie śpi po nocach. Paznokcie zagryza z bezsilności. "Jak to? - zdaje się w duchu wołać. - Ja tu żyły wypruwam, a wy nic!?"

Zresztą, pułapek czyhających na debiutantów jest bez liku. Niektórych dosięgnie śmierć przez zagłaskanie, część da się zakrzyczeć. Co piątemu lub co dziesiątemu woda sodowa uderzy do głowy. Zdarzą się i tacy, którym niespodziewanie talent uschnie.

 

Jeśli jednak debiutant przetrwa owe próby ognia i wody, jeśli nie ulegnie medialnej presji (lub milczeniu), a ma silną świadomość tego, co i jak chce tworzyć, niechaj nie ogląda się za siebie. Gdyż debiut - w gruncie rzeczy - jest tylko wyzwaniem na ubitą ziemię, gdzie w potykaniu się ze światem znaczenie będzie miał dopiero oręż książek drugich, trzecich i następnych.

 

Lech M. Jakób

 

Dorota Ryst

SEN BOGÓW

kiedy

bogowie

zmęczeni

wojnami

o które nie prosili

przejedzeni

ofiarami

których nie chcieli

zasną

znużeni

zamkną lśniące oczy

 

wtedy

w mroku

niezauważeni

przemkniemy się do siebie

wreszcie bez reszty

sennie bez snu

kropla po kropli

w Ocean

Niespokojny

wymodlimy

grzech

 

Dorota Ryst

 


Utz Rachowski

DZIKI MYŚLIWY


(Doniesienie na poły konfabulowane)

Śnieżyło trzy dni. Nikogo nie było teraz na ulicy. Przez trzy dni nie zauważyłem ani jednego z mych przyjaciół przebiegających nieopodal domu, chociaż osiedle musiało już mieć posmak białego lukru. Czapy na płotach, krzaczaste kule na grządkach rosły i rosły, puder błyszczący cudownie na dachu szopy wydawał się iść w nieskończoność. Od czasu do czasu drzewa w ogrodzie niecierpliwie uderzały o niebo i już zniecierpliwione strząsały z siebie swe białe brzemię.

Na pokrywie pojemnika na popiół, którą przed godziną uprzątnąłem ręczną miotłą, siedziały kosy, zięba i sikorka, i cała gromadka wróbli. Po każdym ze swych drobniutkich skoków po blasze wieka pazurki ptaków ponownie pogrążały się w śniegu. Na początku zimy obok pojemnika na popiół wbiłem kołek i przymocowałem do niego niewielki karmnik; dzięki cienkim płytkom z pilśni dwie strony chroniły przed zawiejami. Teraz ptaki pokrzykując głośno przepychały się wokół kolb kukurydzy, okruszków i ziaren. Gdy przed chwilą powróciłem z dworu do domu, poczułem wyraźnie zapach pieczonych jabłek i świeżych wypieków. Był już bowiem adwent.

Właściwie czemu nie, pomyślałem. Gdybym przypiął sobie teraz narty, być może mógłbym spotkać kilku z moich przyjaciół. Może być też tak, że jeden lub drugi wpadnie na taki sam pomysł, by poszusować po takim śniegu. Stałem w salonie. Tutaj też pachniało takimi rzeczami, których zapachy wydobywały się z kuchni. Spoglądałem na dwór i widziałem przed oknem sypiącą się zasłonę pudru. Dotknąłem igieł wieńca adwentowego leżącego na stole. Tkwiły w nim cztery grube czerwone świece. Trzy z nich już się kiedyś paliły, miały czarne knoty. - Pomyślałem, że musi to być cygaro; przynajmniej osiemdziesiątka, ze złoto-czerwoną opaską.

Wysunąłem szufladę z kredensu, zręcznym chwytem sięgnąłem po pudełko wypełnione rozmaitymi i różnymi gatunkami cygar, wiedziałem od razu, jakie wziąć; potrzebowałem ciemnej brazylii ze złoto-czerwoną opaską. Nawet jej nie szukałem ani nie przyglądałem się z bliska. Nikt bowiem u nas nie palił, czasami, całkiem rzadko, mój ojciec, ale bardziej po to, aby sprawić mi radość. Zachowywałem się wówczas jak dzikus, orientując się wedle cygar, listków i srebrnych tabakierek, kolorach opakowań i po ich zapachach. Mając pięć lat wiedziałem, czym jest fajka z piany morskiej! Znałem je wszystkie: Cuba, brazylia, wirginia, niedopałki, cygaretki z filtrem i bez filtra, przybory do fajki, do czyszczenia, pochłaniacze dymu w kształcie sów, kotów i jamników, etui z wyskakującymi wieczkami, przycinaki do cygar, tabaka do zażywania, bibułka do papierosów o nazwie Gizeh ze sfinksem na opakowaniu, tytoń do żucia w trzech sortach, czerwone, zielone, niebieskie pudełka, BodespitzenBiała Sowa, Kasyno, Turf, Dubek, Salem żółteSalem czerwone, Juwel w opakowaniach po dwanaście i dwadzieścia cztery sztuki, Orient z filtrem i bez filtra i z wyobrażeniem bramy wejściowej do Tysiąca i Jednej Nocy, przed którą odpoczywa wielbłąd wraz ze swym poganiaczem w turbanie, tylko jeden krok do furty, później Stanwell, AstorAmphora za duże pieniądze, Pall Mall z filtrem węglowym, nie ma Petera Stuyvesanta, ale Peer Export filtr z korka, nigdy nie sięgam po HB, i Marlboro nie wstępuje do domu, bo perfumowane, pierwsze Lord Extra, lekkie i piekielnie niebezpieczne w oknie dachu pod drewnianym belkowaniem w pełni lata sześćdziesiątego ósmego, pomieszane z dieslem czołgów, Bezmowne, KrusCzarny Krauser bez śladu znikają ze szwedzkich firanek, na zielonym pudełku Sándor Petöfi ma włosy jak George Harrison; muszę to opowiedzieć temu belfrowi w jakiejś historii, grubo cięty, delikatnie cięty, złota i srebrna bronka, czarna Carmen z Sewilli, nieszczęście na Guadalquivir, Łaba płynie spokojnie, na świecie nie ma miłości, tak powiadomię moją królowę, biało-czerwono, ja wybawiciel Polski i Europy, rozbiłem Turków niedaleko Wiednia, pali Jan Sobieski, o tym napiszę ci! Cleopatra, niezła, ale mdła, ziele wężowe, tylko wyrafinowane, a potem Sweet Afton z wierszem Roberta Burnsa na pudełku: "Floh gently, Sweet Afton, among thy green braes, Floh gently, I'll sing thee a song in my praise". Papastratos Number 1 trzeba palić na Atlantyku, w kraterze na Santorinie, Finas owalne z Kyriazi Frères na Nilu, ciemna Gitan w żółtej bibułce z kukurydzy, Karo wyłowione z Memfis i Guardia Civil, Esportazione senza filtro, w twoich oczach widziałem zielone statki ciągnące spokojnie ku Arkadii bez pośpiechu, LigerosDucados, to jest powietrze słodkiej nocy z ogrodów Granady, Romeo y Julieta - już Mercutio podchodzi do fontanny, uderzy go Tybald, Romeo musi uciekać do Mantuy - tak wygląda jutrzenka w Weronie, i ci ludzie przed Troją palili AchillaHelenę, to jasne, tylko że Homer zapomniał uwiecznić coś takiego, na koniec zaś, na dowód, wyfajczył całe miasto.

Trudno przestać, kiedy raz zacznie się coś takiego, to prawda, ale jak można przestać marzyć - świat bowiem jest wspaniały - dla palącego dziecka. Papierosy z czekolady niech sobie jedzą ojciec, matka, wszyscy karierowicze i kto tam ma jeszcze na nie ochotę!

 

Stałem w salonie, szufladę wsunąłem z powrotem do kredensu i brazylijce, osiemdziesiątce, pozwoliłem ześlizgiwać się po mej skórze, przez piersi, ku brzuchowi, aż do wiązania spodni. Cygaro położyło się w poprzek paska, dobra kryjówka, nie znajdzie go tam ani matka, ani się tam tak szybko nie połamie, w takiej wyściółce między ciałem a ubraniem, w miejscu doskonałym. Nie mogłem go przecież wziąć z sobą na dwór tak sobie dla moich przyjaciół, jako znak ciepła, na dwór w chłodny i ocukrzony świat przed oknem.

Włożyłem buty i kurtkę. W drewnianej szopie znajdowały się narty i kijki, wosk do nart wyjąłem z szafki na buty. To nie powinno mi się przydarzyć po raz drugi, już nigdy w życiu! Poprzedniej zimy skompromitowałem się zupełnie w mistrzostwach szkolnych! W mojej starszej klasie zająłem ostatnie miejsce, i mój wuefista wołał przerażony: Co to jest! Latem na wyścigach kolarskich i w pływaniu zdobywasz wszystkie wyróżnienia, a teraz przybiegasz na szarym końcu!

To był przeklęty goldklister! To była wina, że musiałem przepuścić dziesięciu biegaczy, których po mnie dopuszczono do zawodów, gdy wołali swoje piekielne "przepuścić zawodnika!" Za każdym razem z ogromnym rumieńcem musiałem ustępować z trasy, aby przepuścić ich, podczas gdy śnieg gruby na centymetr przyklejał się do moich desek. Zwyczajnie się wówczas przewoskowałem.

Tego popołudnia, kiedy mieliśmy wystartować, w ostatnich godzinach przed biegiem zrobiło się nagle chłodniej. Lodowaty wiatr sprowadził powiew nowego puszystego śniegu, i przeliczyłem się z tym goldklisterem, lepką, smolistą masą, za pomocą której nie daje się zrobić ani jednego kroku na zimnej ponowie. W południe widziałem tylko rozmokły śnieg, i zważałem na początkowo strome podejście tego odcinka, więc grubo nałożony goldklister, a przy zjeździe po twardej i przemarzniętej loipie osiąga się w przybliżeniu szybkość ślimaka, podczas gdy wszyscy, którzy mnie wyprzedzili, przemykali obok mnie z szybkością wyszlifowanych noży pod nogami. Albo wcale nie nanieśli wosku na swój sprzęt albo, co było w tym najlepsze, swe powierzchnie nośne pocierali troszeczkę o świece domowe. Ale goldklister miałem zawdzięczać memu bratu, który udał się wówczas do miasta i dał sobie wmówić ten wytwór. Byłem na niego nieco rozeźlony aż do wiosny, kiedy znowu ruszyły wyścigi kolarskie.

To mi się już nie przydarzy, nigdy w życiu, i teraz w szopie nanosiłem cieniutką, zielonkawą warstwę twardej i trzeszczącej parafiny, którą mój brat na początku zimy sprowadził z miasta jako znak ostatecznego pojednania; jak mnie zapewniał, pochodziła nawet z innego sklepu.

Przypiąłem narty i w sypiącym śniegu posuwałem się drogą między domami naszego osiedla, w zmiennym rytmie wyrzucałem kijki daleko do przodu i popychałem deski naprzód długimi, agresywnymi krokami, czując cygaro nad paskiem, między ubraniem a brzuchem; leżało bezpiecznie.

Przy końcu osiedla osiągnąłem garaże, na prawo cmentarz, lekko opadające pole, gdzie latem krzewiła się kukurydza, wyrastało żyto, potem zobaczyłem linię kolejową daleko w dole, przed nią zaś "Koci Garb", gdzie poza tym zawsze byli moi przyjaciele, i gdzie spodziewałem się ich zastać. Dzisiaj jednak wytyczałem świeży, pojedynczy ślad, co zauważyłem już wtedy, gdy znajdowałem się jeszcze przed opadającym polem, wciąż wszakże miałem nadzieję, że znajdę jakiś znak ich obecności za gęsto sypiącą się żaluzją śniegu, kiedy znajdę się tam bliżej. Tylko przy "Kocim Garbie", nieopodal linii kolejowej, było kilka świeżych śladów odciśniętych w śniegu, jakie niedawno pozostawił jakiś zając. Nie przyszedł tutaj nikt z moich przyjaciół, żaden z nich nie zdobył się na taką odwagę. Teraz muszę sam wypalić moje cygaro, pomyślałem, tylko dlatego że są zbyt leniwi przy takiej pogodzie drapać się z tej strony na wzgórze nazywane przez nas "Kocim Garbem".

Obok przejechał pociąg. Musiał nadjeżdżać z Lipska albo z Zwickau, i w olbrzymich, żółtych latarniach parowozu widziałem, jaki gęsty wciąż sypał jeszcze śnieg. Rozświetlone okna wagonów przemykały obok niczym wyblakłe, żółte plamy, następnie nad krajobrazem zaciągnęła się znowu biała, przeciągła zasłona.

Jeszcze przez chwilę postałem na wzgórzu, sprawdziłem wiązania nart i pomknąłem w dół na drugą stronę po stromym stoku "Kociego Garbu". Tak, w tym miejscu, skąd zawsze zjeżdżaliśmy, ale nie pomyślałem, że teraz nie było żadnego wyjeżdżonego śladu i że nie będę miał żadnego widoku aż do końca wzgórza, gdyż dzisiaj w ogóle nie można było rozpoznać zjazdu z góry. I że dzisiaj miałem na deskach twardą parafinę, matowo-zieloną, która przy zjeździe ze zbocza pozwoli mi mknąć jak błyskawica. Nie pomyślałem o tym ani przez chwilę.

Najpierw kosodrzewina pokryta ponową wydarła mi lewą deskę do tyłu, leciutko odbiłem od domniemanego toru w prawo, przy końcu zjazdu wytraciłem szybkość w buli ze świeżego śniegu, prawie że przewróciłem się do tyłu, gdy przelatywałem nad niską skocznią, jaką przed tygodniem wybudowały tutaj małe dzieci dla swych sanek, przeskoczyłem nad nią mimo woli, przewróciłem się i plecami runąłem na kosodrzewinę, na jakiś kamień, nie wiem, moja kość ogonowa, mój kręgosłup, tył mojej głowy bolały straszliwie. Byłem całkiem sam. Wydawało mi się, że śnieg padał teraz szary, nade mną wysoko w górze znajdowała się czarna dziura, i gdy spojrzałem w bok, trójka rycerzy o straszliwych obliczach przejeżdżała drogą nad polem. Cwałowali wprost na mnie, w swych dłoniach trzymali lance. Spoglądałem na olbrzymią czarną dziurę nade mną, i nagle ujrzałem, że stoi w niej moja babcia; trzymała palec na wargach i szeptała do mnie: Nie wołaj ich, tej trójki tam, to są jeźdźcy z Apokalipsy, nie mów do nich, potem pocwałują dalej!

Jakiś hałas usłyszałem z drugiej strony. Zasyczało nade mną, i niewielki ogień, niesiony przez ogromną, czarną ścianę, zbliżał się do mnie. Dopiero gdy zobaczyłem żółte, przyjazne światła wagonów, rozpoznałem, że była to kolej, i że leżałem w odległości dwóch metrów od torów. To musiał być pociąg powrotny z Bad Brambach. Na prawo na drodze przez pole nie widziałem już jeźdźców, rzecz jasna przemknęli pewnie obok "Kociego Garbu" i niczego mi nie zrobili. Co by się stało, gdybym się do nich odezwał albo zawołał o pomoc, gdyby nie nadeszła babcia ze swą przestrogą?!

Wciąż jeszcze leżałem na plecach i z trudem obracałem rękami przy lewym bucie, aby odpiąć wreszcie tę deskę, prawa narta odjechała gdzieś w powietrzu, gdy wyrzuciło mnie przy skoczni i wywróciłem się. Byłem zupełnie sam, po raz pierwszy czułem się tak, jakbym samego siebie widział w jakimś obrazie, na którym byłem taki samotny, a jednak babcia w ostatnim momencie ostrzegła mnie przed trzema jeźdźcami, albo był to tylko sen, wczoraj wieczorem opowiadała mi o jeźdźcach z Apokalipsy, być może teraz przeżywałem ich jedynie we śnie.

Ponownie spróbowałem obrócić się na bok, oparłem się na obu ramionach, w plecach kłucie, w tyle głowy czułem dużego guza; sączył się lekko i był miękki jak smoła, być może przekleństwo goldklistera. Dzisiaj byłoby o wiele lepiej, gdybym zjeżdżał hamując, a jeszcze lepiej, gdym pozostał w domu i w ogóle nigdzie nie wychodził. Udało mi się jednak stanąć na nogi, zrobić pierwszy krok w stronę nasypu kolejowego, gdzie leżała moja druga narta. Odrobinę większy sus, a wylądowałbym na torach. Przykucnąłem. Znowu poczułem ból w plecach i przypiąłem deski. Powoli, pomyślałem, musisz postępować powoli, pora jest taka, że wnet zrobi się ciemno, na śniegu i bez tego niewiele zobaczysz, drogę znajdziesz także w ciemności, zawsze znajdziesz drogę powrotną, również pośród nocy, choć bez śladu, to pewne, ale powoli, musisz biec całkiem wolno.

Nagle przyszło mi do głowy, co wielokroć powtarzała babcia: Jeśli wpadniesz w szok, istnieje pewna tajemna recepta: Musisz się wysikać. Mój Boże, pomyślałem, być może wpadłem w szok, rozsunąłem nieco narty, jedną ręką oparłem się o kijek i sikałem celując między deski. Wprawdzie nie poczułem się lepiej, szok wszakże musiałem wysikać w jakiś sposób, jeśli babcia miała rację.

 

Droga przez pole, którą pocwałowali jeźdźcy, znowu była całkowicie pokryta ponową, nie znalazłem już ich śladów, acz ich konie musiały zagłębiać się dość głęboko. Droga wydawała mi się teraz bardziej spadzista niż to odczuwałem wtedy, gdy jedną deskę posuwałem do przodu, drugą zaś mechanicznie wlokłem za sobą, nieomal że wyrzucałem nogi naprzód, aby w ten sposób osłabić ból w plecach. Zimny śnieg, który nieustannie sypał mi się na głowę, sprawiał ulgę memu siniakowi, czapkę zaś gdzieś zagubiłem podczas upadku na "Kocim Garbie".

Już pociemniało i potrzebowałem całej wieczności, aż zamajaczył przede mną cmentarz, a potem wyłoniły się też i garaże. Wszedłem na drogę osiedlową, tutaj już nic nie mogło mi się przydarzyć, od kogokolwiek, pomyślałem, a co się tyczy jeźdźców, to tak czy owak było jakimś majakiem, przeżywałem szok, i wysikałem go, takich jeźdźców z pewnością nie ma, babcia musiała sobie żartować opowiadając mi takie niesamowite bajeczki.

Gdy zobaczyłem naszą czerwoną bramę od ogrodu, szary płot z białymi czapami, zakapturzone na biało krzewy w ogrodzie, nad którymi chybotały się niecierpliwe gałęzie drzew, nie myślałem już o krajobrazie z cukru, lecz o tym, że przy takim śniegu rozsądniej było pozostać w domu, w domowym zapachu pieczonych jabłek i świeżych ciast, i być może układać listę prezentów na Boże Narodzenie w następnym tygodniu.

 

- Grzbiet zwichnięty, kość ogonowa potłuczona, na głowie guz, a czoło zakrwawione, powiedziała moja matka, gdy wszedłem do kuchni. Tak dzieje się wtedy, kiedy pojawia się szaleństwo.

- Ale na to pomaga kąpiel z ziołami, stwierdziła babcia.

Na piecu węglowym trzymały zawsze gorącą wodę, w wielkim, szarym emaliowanym garnku, czasami gotowała się godzinami sama dla siebie, choć nikt stale nie potrzebował gorącej wody, czarny piec z rurą żarzył się niedostrzegalnie pokryty sadzą, i ojciec mówił zawsze: Takie marnotrawstwo!

- Ale nigdy nie można tego wiedzieć dokładnie, odpowiadała mu babcia za każdym razem.

Teraz z garnka zaczęły czerpać gorącą wodę i napełniać nią wielką wannę z cynku do kąpieli na siedząco z wysokim oparciem. Następnie do wanny dolały zimnej wody.

- Rozbierać się, ściągać łachy, powiedziała babcia, jesteś przecież przemarznięty na kość.

Gdy ściągałem moje grube skarpety, spodnie i sweter, babcia mówiła:

- Szybko wskakuj do środka, ciepłe stopy to wszystko, inaczej naprawdę zachorujesz.

Szybkim ruchem zdjąłem kalesony, zrobiłem wielki krok przez brzeg wanny i jeszcze w koszuli stałem po kolana w wodzie połyskującej zielono-żółto od ziół i soli do kąpieli. Rozpinałem koszulę, i nagle z mego podkoszulka wypadło cygaro, brazylia osiemdziesiątka, chlapło do wody, i popłynęło po powierzchni, wyraźnie przełamane pośrodku, złoto-czerwona opaska błyszczała ostro i prowokacyjnie rzucała się w oczy na łagodnych kolorach wody. Pochyliłem się błyskawicznie, pomknąłem do wody z wyciągniętymi nogami i dłonią ścisnąłem złamane cygaro pod powierzchnią wody. Zapomniałem o nim w sposób doskonały! Jak zapomina się, że jeszcze trzeba umrzeć, nigdy natomiast goldklistera, "Kociego Garbu" i moich przyjaciół, ale właśnie coś takiego.

- Co się właśnie stało, powiedz no, zapytała matka, która na wszelki wypadek dolała wody do kuchennego pieca.

- Przewróciłem się, ponieważ polowali na mnie jeźdźcy z Apokalipsy, właściwie zaś gonili po polu.

- Co? Opowiadaj no zaraz, powiedziała babcia.

- Zatem, to było tak..., powiedziałem, a gorączkowo myślałem o tym, jak z pomocą nieba mógłbym wyjść z wanny, aby w sposób niezauważalny usunąć z tego świata cygaro, które powoli zaczynało rozpuszczać mi się w dłoni, a pierwsze listki tytoniu pędziły już oliwkowo-zielono wokół mego kolana.

- Przecież tak wcale nie było, zawołała znowu matka, ale babcia zaoponowała:

- Dajże spokój, zobaczymy, co ma do powiedzenia.

Gdy opowiedziałem im o tym, jak jednemu jeźdźcowi odpiętą deską rozbiłem srebrną lancę, a dwóch innych zaatakowałem ostrzami kijków do nart, a jednego ukłułem przy tym w nogę, babcia powiedziała:

- W dzisiejszych czasach nie można już wyjść przed drzwi, dawniej coś takiego było nie do pomyślenia - ale zaraz przyniosę wielką encyklopedię.

- I sprowadź od razu jeszcze i neurologa, odwzajemniła się matka.

Babcia musiała udać się na górę, do szafy z książkami, przez chwilę więc byłem od niej wolny, i czego potrzebowałem, to chwilki na działanie.

- Spójrz no, mam dowód, powiedziałem do matki. Guz z tyłu głowy pochodzi od kopyta "Sleipnera", konia Wotana, zapytajże babcię; one tak się nazywają i są niebezpieczne, bo w konszachtach z szatanem, idź spokojnie do niej na górę i poczytaj sobie o tym sama tam, skąd to wszystko powinnaś wiedzieć.

Ale ponownie usłyszałem babcię, że już schodzi po drewnianych schodach, w nadzwyczajnym pośpiechu, z małpią zręcznością swych kroków, jej stare pantofle na stopniach sprawiały taki hałas, do jakiego dopuściłem się przed skocznią.

- Spójrzże, zawołała już w drzwiach, chłopak ma rację! Na nosie miała okulary, jak i leksykon otwarty już na właściwej stronie.

Porzuć wszelką nadzieję, pomyślałem. Ta, która tam wchodzi, jest twoją babcią i zjawia się z grubą księgą w ręku. Zwyczajnie okaże się, że od jeźdźców Wotana gorsza jest rodzina, która nigdy nie odmaszeruje.

Czułem, że cygaro pod wodą w mojej dłoni napęczniało już teraz jak dojrzała kolba kukurydzy we wrześniu z osypującymi się liśćmi, i wydawało się, że wciąż jeszcze rośnie.

- Czyli, jak już powiedziałam wczoraj wieczorem - babcia otworzyła księgę - istnieje Wotan, zwany także "Dzikim Myśliwym", który pojawia się na swym koniu, "Sleipnerze", z ośmioma nogami.

- Widziałem go, powiedziałem, ale w moim przypadku konie miały tylko cztery nogi.

- Widzisz. Być może były to inne, powiedziała babcia. Te z czterema nogami nie są takie niebezpieczne.

- Być może "Sleipner" był chory, powiedziałem. Przy takiej pogodzie.

- Zatem teraz dalej. - Babcia usiadła na rogówce przy okrągłym stole kuchennym i położyła na nim ciężką księgę.

- Przy swoim boku Wotan ma dwa wyjące wilki, Geri i Friki, kruka Hugina - Myśl - i kruka Munina - Pamięć.

- To już słyszałem, ale dzisiaj ich także nie było, być może zagubili się w śnieżycy.

- Wy przecież zmyślacie oboje, stwierdziła matka, na krótko przed Bożym Narodzeniem panuje tutaj taka atmosfera jak w domu obłąkanych.

- Pozwól mi jednak czytać dalej, poprosiła babcia. Za jednookim bogiem następowała rycząca i szalejąca gromada, nawiedzeni jeźdźcy, "armia Wotana" albo też "szalony zastęp", za nim sfora szczekających złych psów, które przez jeźdźców nieustannie byli podjudzane takim wołaniem, jak "hola, hola, hejże!" albo "hoho, hoho, he, szalej, szalej, nuże, nuże!"

- Dokładnie tak było. Dosyć głośno wydzierali się po całym polu.

- Ale kto się ośmielił podnieść na nie spojrzenie, ten był bity na śmierć.

- Przecież od razu powiedziałem: Niebezpieczny oddział.

- Jednak kto znajdzie podkowę jednego z tych dzikich jeźdźców, temu dopisze szczęście.

- Muszę tam zajrzeć jeszcze raz w następnym tygodniu, po mojej wywrotce zaprzestałem już dalszych poszukiwań.

- Jednak nie przerywaj mi wciąż - babcia uderzyła niecierpliwie grzbietem dłoni po stole - podczas żniw po ostatnim pokosie na południu i północy pola ze zbożem przylegającego do leśnych obrzeży pozostawia się trzy kłosy dla "Wotana", jako "supły Wotana".

- Prawdopodobnie przelatywałem po tamtej stronie, zanim się wywróciłem.

- Aha, skonstatowała matka, myślałam, że gonili cię jeźdźcy.

- Naturalne następstwo ich nagonki na mnie, ten późniejszy upadek.

- Naturalnie, powiedziała matka.

- Spokój teraz, zaraz skończę: Mnisi chrześcijańscy zaś byli bezsilni wobec tego zwyczaju. W świcie Wotana wszakże cwałowała też opiekunka śmierci, pani Holle, której jaskinia w Hörselbergu po chrystianizacji Niemców bez ogródek została przemianowana na przedsionek do czyśćca.

- Znam ją z obozu wakacyjnego, powiedziałem.

- Panią Holle? - zapytała babcia i teraz znowu rozejrzała się po raz pierwszy, zamknęła księgę z ciężkim hukiem i zdjęła okulary.

- Brednie, powiedziałem, ten Hörselberg to Eisenach.

- Nie powinieneś do swej babci mówić "brednie", chociaż takie mówi. Teraz jest już całkiem źle. Matka zacisnęła wargi i milczała.

- Eisenach jest tam, gdzie wujek Rudi odebrał swego wartburga, powiedziałem. I to osobiście, aby zobaczyć, czy jest szczelny. No i ten samochód, ze względu na deszcz i tak, wówczas jednak niestety był wspaniały słoneczny dzień, a poza tym niedziela, i ciotka biła mu płytą Mireille Mathieu tak długo o głowę, aż rozleciała się na tysiąc kawałków, chociaż była z winylu, który z natury jest nie do stłuczenia.

- Co mówi ten chłopiec? - zapytała babcia z troską w głosie.

- Ponieważ ciotka myślała, że Rudi w pierwszą podróż zabrał z sobą jakąś przyjaciółkę.

- Tę Mireille Mattje? - zapytała babcia.

- Nie, to jest tylko taka piosenkarka, Francuzka, płyta nazywała się "Rendezvous z Mireille", ciotka musiała coś pomylić, gdyż wujek Rudi stawia na francuski, co sam widziałem.

- Co ty tu mówisz, powiedziała matka, w tej chwili natychmiast idziesz do łóżka.

- Tak czy owak, powiedziałem, lipskie wydawnictwo encyklopedyczne, "Francuski dla początkujących", mówię przecież, że widziałem to na własne oczy.

- Ach tak, skonstatowała matka.

- Ciotka wszakże musiała coś zwęszyć, gdy w jego marynarce znalazła rachunek za podwójny pokój w pensjonacie "Jan Sebastian" i z restauracji "Pod Konkurującymi Śpiewakami" za jedenaście małych budziejowickich i dwie butelki "Klasztornych Szeptów", ale wujek Rudi utrzymywał, że to wszystko miał wypić sam, i pożarł przy tym dwa steki "á la Vogelweide" i "Wolframa von Eschenbach", a na odchodne miał wypić jeszcze dwa aperitify "Marthin Luther"; na trawienie, mianowicie robią one zawsze dobrze na trawienie, jak mówi o tym tradycja.

- Nie pytaj teraz tylko o to, komu z tej dwójki, matka rzuciła surowe spojrzenie na babcię, ale ta zastanawiała się przez chwilę i powiedziała: - Jedno z nich, które tam przenocowało, przypuszczalnie jest chłopem od tej Holle, coś takiego słyszałam w radiu, nazywa się to "Śmierć i dziewczyna", i "Kobieto, Świecie, piłem z ciebie". Myślę, że po tym Rudim mogę spodziewać się, że swym pragnieniem wypije kiedyś cały świat.

- Babko, powiedziała matka zrezygnowana, przestań natychmiast, chłopak ma już zupełnie przewrócone w głowie tym twoim konfabulowaniem.

- Mogę się założyć, że jeśli nie był z tą Mattje "Pod Konkurującymi Śpiewakami", to jestem gotowa zjeść miotłę.

- Ta Mireille wydaje się być wszakże dokładnie w typie wujka Rudiego, powiedziałem, ponieważ ciotka spuściła wówczas mu wielkie lanie.

- Prawdopodobnie znowu jakaś jego znajomość z targów, dałabym sobie rękę obciąć, powiedziała babcia.

 

Bardzo sympatyczna, mała Francuzka, pomyślałem, ale właśnie nie w moim typie. Stawiam raczej na Judytę, która Holofernesowi odrąbała głowę. Jej olbrzymi biust widziałem w Dreźnie podczas wycieczki klasowej w galerii i od razu przy wyjściu kupiłem ją sobie na koloryzowanej widokówce. Gdy matka znalazła ją pod moją poduszką i wydzierała się, skąd miałem tę "szmirę", wyjaśniłem jej, że będę studiował historię sztuki. I Gunter Schicho był tam nawet jeszcze raz ze swymi rodzicami i mówił przez weekend, że w całym skrzydle Sempera wisi mnóstwo nagich bab, co przeoczyłem wówczas w czasie mej wizyty, gdyż po Niderlandczykach i Francuzach, z powodu suchego powietrza w tych pomieszczeniach, poszliśmy pić piwo z Muleiem do Włoskiej Wioski. - Albo Charlotte Corday, bo Francuzki mają być ostre, ta biednemu Maratowi wepchnęła nóż w plecy, gdy siedział w swej wannie; wprawdzie blondynka, ale jej popiersia były czystą śmietanką; takiej kobiety typu Holle, Marii Złocistej i Marii Pechowej jeszcze niestety nie widziałem u góry, nie pojawiły się też jeszcze Śnieżka i Różowa Czerwień. Ale najlepsze przymioty posiadała bez wątpienia przyjaciółka bohatera z "Orinoko", ta piękna mulatka z Amazonki, piersi pełne i krągłe jak gruszki; stawiał na nią także mój kumpel Reinhard Krause, i był zdania, że podnosiła na duchu całe nasze pokolenie, tym rysunkiem w księdze "Orinoko".

Charlotte Corday także była Francuzką, przypuszczam, że z Cannes, ale przy Judycie faktycznie nie wiedziałem, skąd się wzięła, gdzieś z Biblii, i właściwie mógłbym je teraz używać wszystkie razem, pomyślałem, i poczułem przyjemne ciągnięcie między nogami, najchętniej jednak Francuzkę, która potrafi nawet po francusku, a wujek Rudi, jak zawsze, bez względu na pogodę, był na właściwej drodze.

 

- Bożyczku, my tutaj gaworzymy, zawołała babcia, a woda będzie już całkiem zimna!

- Nie, w żadnym razie, zawołałem, jeszcze nawet nie jest letnia!

- Miałem teraz dwa powody, by nie móc wyjść z wody: jedną kolbę cygara w dłoni i jedną własną.

- Chłopiec potrzebuje świeżej wody, a potem od razu do łóżka, zawołała babcia.

Matka podeszła do pieca na węgiel i aluminiowym garnkiem zaczerpnęła nieco wody, podeszła do mnie, gdy babcia krzyczała jeszcze: Panie Jezu, spójrz no, on się zsikał.

- Nie, nie, wołałem, to jest...

- To jest spowodowane szokiem, biedny chłopcze, to musiał być jednak upadek, a my tu wciąż konfabulujemy.

- Mój ty skarbie, powiedziała matka, że od razu nie rzuciło się to nam w oczy, ale nie wolno ci sobie nic z tego robić, to może się zdarzyć, najpierw twój wypadek, a potem tutaj w cieple...

- Nie, to było już przedtem, powiedziałem, i pojąłem szansę, że być może jakoś wymknę się z tego.

- Bożyczku w niebie, zawołała babcia, i dwoma palcami wyłowiła jeden z rozpuszczonych liści tytoniu, ten z wierzchu cygara, które teraz poruszały się po całej powierzchni wody.

- Całkiem ładnie cię złapało, powiedziała refleksyjnie, już stolec nie jest normalny. Natychmiast świeżej wody i wynocha z wanienki!

Miałem teraz jednak jeszcze uzasadnioną nadzieję, inaczej niż Marat, na bezkarne wyjście z wanny; z ulgą skonstatowałem, że dała za wygraną także druga moja kolba, i stojąc bez ruchu pozwoliłem obmyć się matce i babci, które nieskończenie długo z obu stron oblewały mnie wodą.

- Nasz bohaterze, powiedziała matka, dziki myśliweczku, ale potem pozostaniesz jednak w domu przy takiej pogodzie?

- Nasz Apollo, zadaje się z każdym, nawet z jednookim Wotanem.

- Znowu mieszasz coś jedno z drugim. Typowe. Powiedziała matka.

 

Potem bezwarunkowo, myślałem, gdy babcia i matka zaczęły wycierać mnie szorstkimi i miękkimi ręcznikami, muszę znaleźć tę Judytę, dowiedzieć się, gdzie w ogóle jest, zorientować się, czy w ogóle mogę coś przy niej zwojować, z czasem zaś odzwyczaję ją od tego odrąbywania głów, albo może, wizja mego pokolenia, będzie to pokojowo usposobiona przyjaciółka na Amazonce, gruszki znad Orinoko, gdzie zresztą są także wspaniałe plantacje tytoniu. Zobaczy się, czy wyjdą dwie pieczenie na jednym ogniu. Pomyślałem.

 

Utz Rachowski
Grudzień 1994 - marzec 2005
Przetłumaczył Andrzej Pańta

 

Marek Czuku

DLATEGO PISZĘ


fragment

 

Rozmawiamy już od godziny,

co ja mówię, życie całe.

 

Weszłaś pod prysznic,

a ja czekam jak jakiś

 

dziwny, egzotyczny stworek,

któremu nie wystarczy

 

powiedzieć: "Myję się!"

Dlatego piszę wiersz

 

bez nadziei, że

go kiedyś przeczytasz

 

(taka spowiedź bez konfesji,

bo rzeczą wiary jest

 

wierzyć, że jednak

wyjdziesz z łazienki).

 

2003
Marek Czuku

 


Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (28)

Dzień wydłużył się (w stosunku do najkrótszego dnia w roku) o ponad dwie godziny. Ustąpiły mrozy siarczyste, pęka lód na rzekach, w powietrzu czuć zapach nadciągającej wiosny. Zwiastunami zmian w przyrodzie są też pojawiające się na niebie klucze dzikich gęsi. Razem z nimi rośnie powszechny lęk przed ptasią grypą. Zaś u mnie rośnie lęk i frustracja związana z lekturą kwartalnej porcji wydawnictw. Frustracja ma swoje źródło w słabej obecności książek dobrych lub tylko znośnych. Przyjaciel optymista, widząc moją kwaśną minę, stwierdził lekko: "Ale za to jaka radość, gdy w zalewie nijakości trafisz wreszcie na coś ciekawego!" Chyba nie potrafię podzielić jego optymizmu.

 

1.

Skoro o naturze napomknąłem, zacznijmy może od W. Łazuki (Władysław Łazuka "Jeszcze wiersz", Wydawnictwo Artystyczno-Graficzne ARSENAŁ, Gorzów Wielkopolski 2005, str. 60), któremu przyroda nieobca. Więcej, mocno odciska się w jego twórczości.

W. Łazuka (rocznik 46) mieszka w Choszcznie. Ukończył studia w Akademii Rolniczej w Szczecinie. Dorobek ma spory. Od debiutu w 1969 r. opublikował m.in. tomiki "Przejdę sad" (1976), "Wołanie źródeł" (1983), "Bliżej o jeden dzień" (1984), "Idę" (1990), "Od przebiśniegów do płatka śniegu" (1996), "W zwierciadle rzeki" (2002). O ostatnim "Prowincjonalia" wspominały kilka lat temu.

Zbiór "Jeszcze wiersz" jest bodaj dziesiątą książką autora.

Jakież to utwory są? Ponad półsetkę podzielił poeta na pięć części: "Powroty", "Inaczej", "Dedykacje", "W pobliżu bluesa", "Inna melodyka". A wszystkie łączą motywy przyrodnicze. Pełno w tych wierszach trzcin, traw, igliwia, leszczyn, buków, dymów ognisk i chmur. Cała ta rekwizytornia buduje przyjazny czytelnikowi klimat; aż chcemy się w tym pławić.

Dla człowieka współczesnej cywilizacji jest to świat tajemniczy, trochę nierealny, nieomal baśniowy. Nic dziwnego. Oderwani od korzeni chętniej postrzegamy naturę jako skansen, niźli przyrodzone nam w przeszłości siedlisko życia. Ludzie miasta tego nie rozumieją, czasem tylko podświadomie do natury tęskniąc.

Poeta próbuje na powrót przybliżyć odbiorcy utraconą harmonię z przyrodą. Jednocześnie rozumie, że artykulacja oczekiwań nie zawsze jest możliwa. A czasami wręcz zbędna. Powiada w jednym z utworów:

Nie, nie mów nic

- posłuchaj

jak deszcz

po liściach

spływa

popatrz jak moknie

łąka, strumień i las (...).

Słowem poddaj się czytelniku kontemplacji. Nie usiłuj wszystkiego nazywać wprost. Czasem ulotna emocja więcej znaczy, niż się tobie zdaje.

To wiersze zdecydowanie najlepsze w tomie. Te migawkowe, operujące obrazem lub metaforą. Gorzej na tym tle wypadają utwory opisowe pod koniec zbioru, gdy autor posiłkuje się językowym banałem (np. "pod gwiezdnym dachem nieba").

W sumie jednak więcej plusów niż minusów.

 

2.

Z pewnym opóźnieniem dotarł tomik P. Macierzyńskiego (Piotr Macierzyński "tfu,tfu", Fundacja KRAKOWSKA ALTERNATYWA, "kolekcja Ha!art" tom XX, Kraków 2004, str. 70), goszczącego niejednokrotnie na kartach "Łabuzia".

P. Macierzyński (rocznik 71) mieszka w Krakowie. Swoje wiersze publikował m.in. także w "Studium", "Kwartalniku Artystycznym", "Tytule" i "Lampie". Wydał tomik wierszy "Danse macabre i inne sposoby spędzania wolnego czasu" (2001). Ma własną stronę internetową http://www.piotrmacierzynski.republika.pl

Na frontowej okładce zbioru poeta stoi plecami do czytelnika, dopiero okładka z tyłu ujawnia jego twarz. I to w formacie dużym, równie dużym jak ego autora między okładkami. P. Macierzyński uwielbia mówić o sobie lub przez pryzmat samego siebie. Niemal wszystko w "tfu, tfu" kręci się wokół pępka.

Wyraźnie widać rodowód miejski poety. Widać też zapatrzenia w poetów tzw. niepokornych (np. Rafał Wojaczek, Jacek Podsiadło) - czego zresztą między wersami nie ukrywa. Jeśli miałby to być dyskurs z zastanym, byłoby w porządku. Jeśli zaś trąci naśladowczą kontynuacją - już w porządku nie jest. Poza tym drażni miałkość tematyczna. Ileż można się żalić na ojca za wyrzucenie z domu, na służbę wojskową, na niechęć do pracy zwykłych zjadaczy chleba lub na ciągoty samobójcze? To tylko chłopięce utyskiwania, niegodne trzydziestoparolatka.

Rzecz jasna, gdyby tylko tyle było w tomiku, niewart byłby zauważenia. Na szczęście autor broni się inteligencją i celną autoironią. Obok zręcznie zbudowanych diagnoz otaczającego świata stawia ważne pytania. A zza postawy niby chłodnego cynika wychyla się ktoś emocjonalnie wrażliwy, empatyczny.

Znajdziemy także w zbiorze sporo wersów roztrząsających relacje między nadawcą a odbiorcą. Na ogół są to gorzkie spostrzeżenia. W jednym z utworów na przykład powiada:

ludzie myślą że wiersze spadają z drzew jak manna

nie widzą że poeta w mokrych butach biega

że jedzie autobusem i kasuje bilet

 

im się zdaje że ja wódką żyję.

Tak czy siak po lekturze mieszane uczucia. Myślałem później: może nadmiernie ostentacyjny dystans do innych mnie zraził? A po trosze manieryzm formy?

 

3.

Bywają książki z którymi nie wiadomo co zrobić, jak zareagować. Do takich należy "Głód" (nie mylić z "Głodem" Knuta Hamsuna!) K. Stanisławskiego (Krzysztof Stanisławski "Głód", Instytut Wydawniczy ŚWIADECTWO, Bydgoszcz 2005, str. 60).

K. Stanisławski (rocznik 1967), z urodzenia bydgoszczanin, do dziś w Bydgoszczy mieszka. Od 1992 roku redaktor naczelny wydawnictwa CZARNO-BIAŁA. Dotąd (nie licząc "Głodu") wydał trzy książki: "Rozbite witraże" (1995, 2002), "Próba końca" (2001), "W pełnym świetle dnia" (2004).

Pięknie edytorsko wydana książka (twarda oprawa, kredowy papier, ciekawe obrazy Leszka Goldyszewicza) zawiera dwadzieścia trzy utwory poetyckie, opinie o książkach innych oraz posłowie Stanisława Chyczyńskiego.

Utwory poetyckie K. Stanisławskiego budzą zakłopotanie nie tylko chaosem typograficznym (mnożone nad miarę wytłuszczenia, kursywy, myślniki, wielokropki), ale przede wszystkim bałaganem komunikacyjnym, a też oczywistością przesłań. Darmo tu szukać tego, czym poezja winna być silna: czyli tajemnicą, oryginalnością języka, budową nowych wewnętrznie światów. Czytanie takich wersów jak:

Teraźniejszość duszna znów skomli

i dyszy - Zdradzona

Pokrzywdzona bo nikt... nie rozumie nie

woła nie

słyszy - A jej jest ambona - Jej

konfesjonał W ciemnym gniewnym

tłumie coraz duszniej głośniej

szumniej

Jedni bredzą - przywołują

los - Drudzy solidarny... wspólny

sztos (...)

dezorientuje, mówiąc najdelikatniej. I nie pomagają pierwsze (a też następne) słowa posłowia S. Chyczyńskiego, gdzie czytamy, że tomik jest "adresowany do czytelnika wymagającego, wytrwałego, wykształconego (czyt. dobrze zorientowanego w nowoczesnych trendach literackich)". To supozycja rodem z nadużycia, kierująca odbiorcę na manowce.

Trudno dociec kto ma lepsze samopoczucie - autor czy wydawca. Jedno pewne. Zadęcie przemówiło przeciw autorowi.

 

4.

Czasem prasowe omówienia książek doczekują się (choć rzadko) wydawnictw zwartych. To przedłuża żywot konkretnych dzieł, także daje impuls (także rzadko) do konfrontacji krytycznoliterackiej. Taką próbą może być nowa publikacja, która ukazała się w Częstochowie (Arkadiusz Frania "Strażnicy i najeźdźcy. Zjawiska we współczesnej poezji regionu częstochowskiego", Wydawnictwo E-MEDIA, Częstochowa 2005, str. 122).

A. Frania (rocznik 73) jest poetą i krytykiem literackim, doktorem nauk humanistycznych (Uniwersytet Śląski). Swoje teksty poetyckie i recenzje publikował m.in. w "Odrze", "Kwartalniku Artystycznym", "Ruchu Literackim" i "Tyglu Kultury". Wydał dotąd tomiki poetyckie "na przykład mnie nie ma" (1994), "powiedz mi siebie" (1995), "na zimnym uczynku" (1999), "ale się nie obudzę" (2004) oraz rzecz krytycznoliteracką "Solidne niefarbowane retro" (2004).

"Strażnikami" nazywa A. Frania twórców urodzonych w latach pięćdziesiątych, zaś "najeźdźcami" są twórcy najmłodszego pokolenia. Naturalnie podział taki ma charakter umowny - co sugeruje wstęp. Do "strażników" zaliczeni zostali E. Jeziorowska-Wróbel, K. S. Wroński, R. Sidorkiewicz i J. Orlikowski. Najeźdźcami są m.in. A. Polak, B. Brodowicz-Polak, I. Bulska, A. Lampa, M. Smoleń, R. Kasprzak, Sz. Grzegorzewski, M. Szkop i T. Olszewski.

Książka krytycznoliteracka penetruje wyłącznie zjawiska i nazwiska lokalne, częstochowskie. Jednak w pewien sposób może oddawać charakter podziałów i trendów w skali całego kraju.

Nie potrafię podjąć rozmowy merytorycznej, bowiem książek wymienionych autorów nie znam. To z kolei budzi refleksje inne. Także taką, że atomizacja lokalnych środowisk staje się niepokojąca. Ktoś mieszkający na Pomorzu guzik (lub prawie guzik) wie o nowych zjawiskach południa Polski i odwrotnie. Brak przepływu informacji, brak przepływu konkretnych książek.

Ktoś powie, że internet, że rynek, że globalizacja, itp. Wtedy odpowiem: stop! Nie jesteśmy krajem wielkości Stanów Zjednoczonych czy Rosji, w poprzek kraju to góra kilkaset kilometrów - skąd zatem ten zator? Udaję naiwnego? Być może. Ale faktem pozostanie, że źle się dzieje. Coś tu nie gra. Jak bowiem ocenić zjawiska różnych regionów, skoro dostęp do nich skąpy? Jak wymieniać się myślami z kimś, którego utwory są nieosiągalne? Co sądzić o kalekiej dystrybucji książek - może niskonakładowych - ale (potencjalnie lub realnie) wnoszących kulturalny ferment?

Odpowiedzi (lub próby odpowiedzi) na postawione pytania godne są osobnego rozważenia. Nie tu miejsce.

 

5.

Już dwa razy gościł w "Prowincjonaliach" T. R. L. Duda (Tadeusz R. L. Duda "Eterowy żagiel", Wydawnictwo DUDA I TYLKO DUDA, Szczecin 2005, str. 106), a to za przyczyną zbiorów wierszy pod egzotycznymi tytułami "Konferencja żylastych pogrzebaczy czyli kosmata nicość" (2003) oraz "Bunt kosmatych pogrzebaczy tudzież żylasta nicość" (2004).

O jego barwnym życiorysie (chadzał do liceum w Łobzie, mieni się m.in. wnukiem kowala z Kamieńca Podolskiego) wspominałem pół roku temu. Nie będę powtarzał zawartych tam informacji. Zaznaczmy tylko, że ma ten autor na swoim koncie m.in. książki "To jesień tylko" (1985), "Seledynowe ogrody ciszy" (1992), "Kapitan Xar i inni" (1993) oraz "Piątek, czyli jak Kwękacz z Brudziem ojcowiznę ratowali" (1995).

Przedmiot obecnego zainteresowania, czyli "Eterowy żagiel", jawi się powieścią w odcinkach. Przynajmniej tak przekonuje nas autor w podtytule, niżej w słupku odhaczając trzynaście kawałków.

Na samym początku tej prozy poznajemy bliżej nieokreślonych kolesi (Magister, Turysta, Tratwa, Arcyksiążę) mocno turbujących się alkoholami. Towarzyszą temu fizyczne (i językowe) torsje. Kolesie wędrują od knajpy do knajpy, prowadząc śledztwo w sprawie zaginionych papierosów. Okazuje się, że nawet w remizie strażackiej ich nie ma. Nie tylko papierosów w remizie nie ma. Jest za to jakby totalny brak wszystkiego. Czytamy w piątej części:

Z perspektywy metajęzyka najostrzejsze określenia + najpodlejsze pułapki mają się nijak do intencji autora. Idealne wyobrażenie podporządkowane jest więc domysłom.

Konkluzja ta nie zawiera zapewne niepodzielności zjawisk w samym obrębie literatury faktu, w której siedzieliśmy po uszy.

Drugorzędne znaczenie ma tu obiekt pożądania czy bolesne poczucie braku harmonii między dążeniami a brakiem marchewki na końcu kija.

W tym łańcuchu samorzutnie napędzających się intencji można zakotwiczyć universum sensownych obsorbowań interpretacji.

Tak. Jasne. A kto nie pojął, niechaj się wychłoszcze rózgami. Pewnie dopiero wtedy chwyci tfurczy ogon "kanonu polskiej surrealistycznej s.f." i dożywotnio nie puści.

 

Paweł Szeroki
(luty 2006)

 

Gosia Dębska

COŚ (c.d.)

Zamknęłam się w domu na jakiś czas, by móc oddać się tylko i wyłącznie pisaniu. Myśli z trudem zbierały się w jedną całość, a słowa utkwiły w jednym miejscu. Szukałam inspiracji. Na nowo w alkoholu, ale gdy ten nie działał, zaczęłam popalać trawkę. Majestatyczne obrazki, które migały mi wówczas przed oczami, były niczym latające motyle. Błogość odkrywała we mnie nie odkryte wcześniej pokłady słów. Przelewałam je na papier, ale gdy na drugi dzień analizowałam je trzeźwym okiem, okazywały się być niczym innym, jak stekiem bzdur.

Poznałam kiedyś pewną kobietę. Była pisarką i felietonistką, a może jeszcze kimś. Nie wiem. Jej wizerunek był zawsze tak wyraźny, że podczas spotkań z nią wyobrażałam sobie, że jest kimś innym. Wówczas wszystko się kleiło. I rozmowa i gesty. K. zawsze szukała inspiracji w innych. Nie przypadkiem za znajomych dobierała sobie ludzi, którzy swoją osobowością lekko zabarwiali świat. Byłam jednym z takich malarzy. Nie wiem, czy był to przywilej, czy zaszczyt, czy też powinnam się czuć wykorzystana. Ślepo wierzyłam w jej bezinteresowność. W końcu i ja, bądź co bądź, czerpałam z niej niczym z głębokiej studni. Rozwinęła we mnie wszystkie możliwe zmysły, wszystkie najpiękniejsze zmysły będące w kobiecie. Przy niej stałam się kobietą. Z niedojrzałej rośliny wyrósł piękny kwiat. A razem z nim mur nie do przeskoczenia dla żadnej z nas. Ja nie mogłam, ona nawet się nie starała, a może zwyczajnie go nie widziała. Czasem mijałyśmy się gdzieś w knajpie. Noc nam sprzyjała łącząc nas namiętnością. Bałam się namiętności między kobietami, ale K. sprawiała, że to, co mogło być niemożliwe, w jednej minucie stawało się możliwe. Nie stawiała blokad między mężczyzną a kobietą, między kobietą a kobietą. Nie było zapory emocjonalnej, co więcej, nie było też cielesnej. Mogłam tak trwać przy niej do momentu, kiedy dopadało mnie lekkie zdenerwowanie i idące z tym w parze zakłopotanie. Zakłopotanie jest tym, co dopada człowieka nagle i za żadne skarby nie umiemy sobie z nim poradzić. Albo najzwyczajniej w świecie nie wiemy, jak to uczynić. Bądź co bądź ze mną tak właśnie było. Fala zakłopotania była tak silna, że nie pozostawało mi nic innego, jak po prostu dać się jej unieść. Jej, czyli fali, nie K., bo K. była zjawą, snem na jawie...niedoścignionym ideałem. A może doścignionym, tylko kto chciałby brać udział w takich wyścigach? Na najładniejszą, najmądrzejszą, najchłodniejszą, najwznioślejszą i innego rodzaju fakty i akty, wady i zalety, i tym podobne.

Nie mówiłam jej o książce. Pisanie było dla mnie mistyką, dla niej pracą, czymś tak normalnym, jak mycie zębów rano. Poddanie się jej ocenie było aktem samobójczym i tylko szaleniec zdołałby się temu poddać czy też oddać. Oddać jej ocenie, jej samej, jej w łóżku i poza łóżkiem. W tym ponoć była świetna. W wabieniu młodych chłopców, wykorzystywaniu ich, uprawianiu seksu w knajpie, w toalecie. Nie widzisz nic, tylko jej obcasy, umięśnione łydki, początek pięknie uformowanych kolan. Na moment zapominasz o tym, co się dzieje za drzwiami toalety. Toniesz przez chwilę w tym widoku, by później uchwycić się brzytwy i naznaczyć na ciele krwawiące linie, przypominające ci o przedmiotowości ludzkiej i zaniku podmiotowości, o którą wielcy kiedyś tak dzielnie walczyli. Taka była K., a zaschnięte rany nie pozwalały mi o tym zapomnieć. A może nie chciałam zapomnieć. Bo przecież lepiej pamiętać, niż dać się wykorzystać po raz drugi. Mimo swojej cichej, milczącej, obustronnej (podejrzewam) krytyki każda z nas, nie z osobna, lecz razem, udawała, że wszystko jest, jak być powinno, że nie stało się nic, choć stało się wiele, co mogłoby popsuć nasze relacje. Więc nic ich nie psuło. Przypadkowe wieczory, sporadyczne, słodkie sms-y, telefony i innego rodzaju bzdety utrzymywały tą sztuczną od samego początku znajomość w jeszcze większej nadętości.

Jakiś czas później dowiedziałam się, że byłam "młodym dziewczątkiem z fascynacją w oczach", a jej przypadła rola "zdesperowanej dziwki", którą w gruncie rzeczy być nie chciała. Choć zdawało się, że z początku było inaczej. "Było" to słowo, które, jak żadne, potrafi wpasować się w daną sytuację. Czasem bywa tak adekwatne, że aż surrealistyczne. Było, bo przecież być nie musiało, a mogło być, czym było w przyszłości, a być już nie będzie. Tak jak K. Jej też już nie będzie. Każda z nas odegrała swoje role. Pora zejść ze sceny zwanej życiem i wdać się w kolejną groteskową rolę, by wywołać śmiech publiki, bacznych obserwatorów, którzy tak jak my, biorą się niewiadomo skąd, niewiadomo jak, by wytknąć cię palcem, wyśmiać, wypchnąć z jadącego pociągu nie dając ci szansy powrotu. Moja publika wciąż ulega modyfikacją. To się powiększa, to minimalizuje, by na nowo pękać w anemicznych szwach...

 

Szwy są nićmi, z których szyjemy swoje życie...szwy...

 

Gosia Dębska

 

Tomasz Rybak

PRZESYŁKA

Spali spokojnie pod ciepłą kołdrą. Odwróceni do siebie plecami. Ciemność powoli zaczynała się rozpuszczać. Światło poranka przepływało leniwie przez półotwarte żaluzje.

TERKOT!

Ktoś nacisnął dzwonek u drzwi. Mąż obudził się pierwszy. Spojrzał na budzik - 4:37.

- Jezu, kto to?

- Sprawdź, Bartku... - powiedziała przez sen małżonka.

Mężczyzna zwlókł się z łóżka i poczłapał do drzwi.

- Kto tam?

- Poczta, proszę otworzyć.

- Co to za głupie żarty?

Bartek spojrzał przez judasza. Ujrzał mężczyznę o sępim wyglądzie, odzianego w mundur listonosza. Otworzył drzwi.

- Przepraszam, że o tej porze, ale takie dostałem polecenie - za mówiącym stało jeszcze czterech doręczycieli trzymających dużą paczkę.

- Co to jest? - zapytała leżąca pod kołdrą żona.

- Zdaje się, że trumna - powiedział listonosz, po czym pozostali mężczyźni wnieśli przesyłkę.

- Proszę tu pokwitować.

- Niczego nie podpiszę. Tak mi teraz potrzebna trumna jak syrenie rajtuzy! To jakaś pomyłka!

- Niemożliwe. Adres się zgadza.

- Ale kto mi to przysłał? - właściciel mieszkania zaczynał się denerwować.

- Nie mogę powiedzieć. Obowiązuje mnie tajemnica. Mamy taką usługę, może w przyszłości byłby pan nią zainteresowany.

- Wątpliwe! - Bartek rozsierdził się jak Hitler na wieść o tym, że w jego drzewie genealogicznym odkryto żydowskie korzenie. - Co za chamstwo!

Listonosz wepchnął w ręce właściciela domu jakieś papiery oraz długopis.

- Proszę podpisać tam, gdzie jest zaznaczone - powiedział to tak stanowczo, jakby nosił na sobie generalski mundur.

Mężczyzna parafował z niechęcią. Nie wiedział, że otwiera puszkę Pandory. Zaraz po tym listonosze wyszli.

Bartek patrzył wyczekująco na trumnę. Zastanawiał się, co może kryć się w jej wnętrznościach. Trwogą napawała go myśl, że ujrzy zwłoki. W końcu podniósł wieko.

- I co tam jest? - zapytała z przejęciem małżonka.

- Tylko martwy motyl. Co ja mam zrobić z tą pieprzoną trumną?!

- Wystaw ją na balkon. Jeśli przyślą nam jeszcze trzy, to będziemy mieli balkon jak na jednym z obrazów Rene Magritte.

- Czy ty, kochanie, wiesz coś o tej przesyłce? Może to kawał?

- Jestem tak samo zaskoczona jak ty, ale teraz mnie to mało obchodzi. Idę spać.

 

***

Mężczyzna palił papierosa. Nie mógł zmrużyć oka, ponieważ lawina pytań zmiażdżyła jego senność. Około szóstej usłyszał natarczywe pukanie do drzwi. Wyskoczył z łóżka jak oparzony.

- Jak to będzie następna trumna, to komuś dam w mordę!

Szarpnięciem otworzył drzwi.

- Czego?!

Jego oczom ukazał się młody, przystojny chłopak.

- Dzień dobry. Ja w sprawie praktyk.

- Czego?! - Bartek zdumiał się jak Baba Jaga, która wraz z zakupem kuchenki mikrofalowej otrzymała zestaw "Jaś i Małgosia" gratis. - Naćpałeś się, czy co? To mieszkanie prywatne do cholery!

- Jestem z zakładu pogrzebowego. Odbywam tam praktyki i szef mnie przysłał pod ten adres. Mam się zaznajomić z surowcem.

- Kochanie, kto to? - zapytała żona.

- Jakiś chłopak.

- To wpuść go do środka! Gdzie twoja gościnność?

Praktykant wszedł do pokoju. Kobieta uśmiechnęła się wyzywająco.

- Jakim surowcem?! Masz na myśli trumnę, którą niedawno dostaliśmy?

- Nie, tutaj chodzi o pana i pańską uroczą małżonkę. Ludzie są tworzywem, które obrabia Śmierć i w końcowym efekcie otrzymuje się zwłoki - powiedział praktykant jakby recytował podręcznik.

- Pierwszy raz słyszę coś takiego - powiedziała zalotnie kobieta.

- Kochanie, to jakieś niesmaczny dowcip! - mężczyzna poczuł lekkie ukłucie zazdrości.

- Ależ nie, to bardzo intrygujące. Niech pan mówi dalej. Chętnie posłucham.

- Dziękuję pani.

- Mów mi Mariola.

- Ależ kochanie?! - zbulwersował się Bartek. Obrzucił ją bazy-liszkowym spojrzeniem. Nie skamieniała jednak z wrażenia.

- Dobrze, Mariolo.

 

***

Dalej sprawy potoczyły się następująco. Żona bez cienia skrępowania usiadła na kolanach praktykanta. Bartek wpadł w furię. Postanowił pokazać gówniarzowi i żonie kto tu naprawdę rządzi. Rzucił się na nich z pięściami. Chciał ich zatłuc na śmierć. Skończyło się jednak na tym, że sam dostał w zęby.

Mariola zamknęła się z młodzieńcem w sypialni. Mąż popadł w czarną rozpacz. Pił kieliszek za kieliszkiem, wypalał papierosa za papierosem. Nagle poczuł ból promieniujący od lewej ręki w kierunku serca. Nie bacząc na to postanowił opróżnić kolejną butelkę. Podszedł do barku i spostrzegł siedzącego na nim motyla o zielonych skrzydłach.

- Skąd się tu wziął? - wymamrotał pod nosem.

Nagle dostrzegł, że pokój pełen jest zielonych motyli wirujących w powietrzu. Zobaczył też dziewczynkę w różowej sukience. Po kilku chwiejnych krokach przystanęła jak kwiat w wazonie. Zaprezentowała szczerbaty uśmiech.

- Zaraz przestanie boleć - powiedziała gardłowym głosem.

Podeszła bliżej. Pachniała owocową gumą do żucia. Położyła delikatnie dłoń na klatce piersiowej Bartka.

 

***

- Udało się! - krzyknął zadowolony praktykant. - Tak jak mówiłem. Nie żyje!

Mariola zaszczebiotała radośnie wbiegając do pokoju. Potknęła się o pustą butelkę i upadając walnęła głową o kant stołu tracąc przytomność.

Chłopak przeraził się. To zdarzenie podziałało na niego jak gaz bojowy na żołnierza z dziurawą maską.

W końcu wezwał pogotowie, aby ratowali życie kobiety, dla której był gotów zabić. Zanim przybyła karetka, zdążył schować ciało mężczyzny do wersalki.

 

***

Lekarz pierwszej pomocy wyszedł z pokoju.

- Jej stan jest stabilny. Nic już jej nie zagraża.

- Co za ulga...

- Źle mnie pan zrozumiał. Ona nie żyje - powiedział i z jego ust wyleciał zielony motyl.

Za mężczyzną pojawiła się dziewczynka w różowej sukience. Sunęła jak liść po wodzie i cuchnęło od niej rozkopanym grobem.

 

Tomasz Rybak

 


Rozmowę z Henrykiem Wańkiem prowadzi Jacek Durski

Jacek Durski: Twoja pierwsza książka DZIADY BERLIŃSKIE - metafizyka, polityka, kabała, symbole... Proszę, powiedz dlaczego taki aliaż? Aliaż Henryka Wańka.

Henryk Waniek: To stare dzieje, rok chyba 1979. Świat był wówczas mniej realny niż dzisiaj. Gdy się na przykład przekroczyło żelazną kurtynę, już trochę podrdzewiałą, otwierał się widok na obie strony politycznej paranoi. Właśnie dogasał ogień zimnej wojny. Oczywiście, strzelano również ostrą amunicją, ale zasadniczo była to wojna na słowa, obrazki, szlagiery, towary konsumpcyjne i idee. A także - i może najbardziej - na fikcje. Tego się nie dałoby opowiedzieć bez pomocy groteski, której jest w DZIADACH BERLIŃSKICH najwięcej. Przechodziłem wówczas kryzys wyobrażeń o świecie. Czego dotknąłem, okazywało się być tylko ładnie (albo nieładnie) pomalowaną tekturą. Co dotąd brałem poważnie, nagle demaskowało się jako teatr - w złym znaczeniu tego słowa - pozorem, grą, iluzją. Tak mi się objawił świat. Zacząłem go opisywać. Polityka, symbole i mity narzucały się same, ale to tylko przyprawa. W gruncie rzeczy była to przypowieść o wydobywaniu się ze snu. Pisałem ją z góry wiedząc, że nie jest przeznaczona do druku. Nie miałem jeszcze pojęcia, że będzie inaczej.

J.D.: OPIS PODRÓŻY MISTYCZNEJ Z OŚWIĘCIMIA DO ZGORZELCA 1257-1957, nominowana do Nagrody Literackiej Nike (1997) z reprodukcją twojego obrazu "Śląsko-Silesia-Schlesien". A w nim droga, którą podróżujemy prowadzeni przez Ciebie. Odważniejsi przemierzają sami. Jesteś wyjątkowym pisarzem, który rozmyśla o macierzystej ziemi w kontekście całej Europy, któremu obraz ziemi śląskiej, Ziemi Świętej, nie przesłania prawdy. Prawdy tak trudnej dla zakochanego. Uważam, ze od tej książki idziesz drogą najczystszą dla artysty i człowieka. W tej książce wytyczyłeś i zaprojektowałeś podróż mistyczną od krańca Śląska do krańca. Dlaczego tędy biegnie? Dlaczego akurat zaczyna się w tym miejscu a w tym się kończy? Nie kończy.

H.W.: No właśnie. Na DZIADACH BERLIŃSKICH wyczerpała się moja skłonność do figlowania ze słowem i obrazem. W ogóle, do figlowania. Później był jeszcze HERMES W GÓRACH ŚLĄSKICH, którego oba wydania zostały życzliwie przyjęte przez zorientowanych, lub przynajmniej chcących się zorientować w jakim krajobrazie żyją. I tak już zostało. Posłużyłem się krajobrazem śląskim, bo ten znałem najlepiej i ciągle jeszcze poznawałem. Pewnie by się zdziwił Wiesław Myśliwski, gdyby usłyszał, że trochę u niego terminowałem, a przynajmniej miałem szansę regularnego publikowania tekstów. Byłem malarzem (podkreślam ten czas przeszły) szukającym ratunku w słowie. A wyrazić obraz środkami literackimi jest znacznie trudniej niż wypacykować go na płótnie. Zaczynałem więc pisać nie krępując się żadnymi dogmatami literatury. Zależało mi tylko na jednym - nie być nudnym. Ale to niełatwy warunek. Szczególnie dużo dała mi współpraca z kwartalnikiem REGIONY, który był szeroko otwartą trybuną literacką, wyłamującą się z "warszawskich" standardów życia umysłowego. No i trochę douczałem się współpracując z SYCYNĄ. Przy tej okazji nauczyłem się swobody pisania. Ale przede wszystkim odkrywałem własną "amerykę". Znalazłem swój kosmos. OPIS PODRÓŻY MISTYCZNEJ... jest swego rodzaju mapą tego kosmosu. Jest to niby tylko Śląsk, ale przecież chodzi tam o "wszystko", "wszędzie" i "zawsze". Bo to jest - mogłaby być - nasza najbliższa Europa. Wybrałem Śląsk, bo to co o nim wiem, jest "z pierwszej ręki". To znam i wiem o czym piszę. Poza tym, jest to świat porównywalny z ruinami jakiejś Troi czy Herkulanum. Ciekawy jest taki krajobraz, po którym przejechał się gigantyczny potop. Ale nie czuję się ograniczony w tej przestrzeni. Jest wystarczająco bogata i niezgłębiona. Rzecz w tym, że to jest istotnie kosmos. Przestrzeń kulista, gdzie nie ma początku ani końca. Wszystko nieskończenie kręci się wokół sedna. A sednem tym jest prawda.

J.D.: PITAGORAS NA TRAWIE - zbiór kunsztownych esejów. Pierwszy z nich, dla mnie najpiękniejszy DO CIEMNOŚCI. Czytałem go wielokrotnie. Znam, Henryku, wszystkie twoje książki, tak dobre, ale te strony są dla mnie wyjątkowe w twojej twórczości, w literaturze. Jest w nich, pod znakami szczególna czułość do świata, do słowa. Delikatność mężczyzny? A może środek Kuli?

H.W.: Nie zapędzajmy się jednak w komplementy. Po pierwsze, PITAGORAS... jest dowodem nędzy edytorskiej. Do dziś nie mogę otrząsnąć się ze wstydu. W książce przeszło 250 literówek (wydawca oszczędzał na korekcie). Układ stron - kompletna amatorszczyzna. A do tego, zachciało mi się dopisać zupełnie zbędne POST SCRIPTUM do tego twojego ulubionego eseju-gawędy DO CIEMNOŚCI. Przyznam, że ja również lubię ten tekst, więc go powtórzyłem w następnym zbiorze, wydanym w 2001 przez PWN - INNY HERMES. Pierwotnie miał się ukazać w Wydawnictwie Uniwersytetu Wrocławskiego. Jego ówczesny redaktor naczelny, Jan A. Choroszy zaproponował mi jakieś trzy lata wcześniej, że coś by chętnie wydali. Gdy już zebrałem garść tekstów, pan Choroszy niespodziewanie stracił tę pracę. Myślę, że to wielka strata, bo zarówno jako wydawca, jak i literaturoznawca, pan Choroszy był głównym skarbem WUW. Przeszedł do PIW-u z postanowieniem, że właśnie tam wyda moje eseje. I tak się stało.

Wracając do PITAGORASA..., to choć wstydzę się tej mizerii redaktorsko-edytorskiej, niemniej wcale nie wypieram (z wyjątkiem wspomnianego "post-scriptum") ani jednego słowa tam napisanego. Że nie jest to zwykła próżność (bo chyba nie mam jej więcej niż każdy autor) trochę świadczy fakt, że dostałem za nią nagrodę im.Andrzeja Kijowskiego. Żałuję tylko, że on sam ich nie czytał, bo wśród ludzi, których w życiu spotkałem, o niewielu myślałem z takim szacunkiem jak o Kijowskim.

J.D.: INNY HERMES. Dolny Śląsk. Ponad dwadzieścia miejsc przez Ciebie wybranych. I dróg miedzy nimi. W rozumieniu tej książki pomogły mi na pewno moje miejsca południowej Wielkopolski, gromada miast i miasteczek, od Leszna, do Jutrosina. Sądzę, że czuję mocno twoje pragnienie pisania TEGO. Chodzenia, a nawet błądzenia po labiryntach przeszłości-teraźniejszości. Po ziemi, wybranej. Czy przez lata sieć twoich Dróg na Dolnym Śląsku będzie gęstnieć? Czy ukaże się nowa książka-mapa?

H.W.: Mam w zapasie kilka książek, mniej lub bardziej gotowych. Czekają na swoją chwilę, a w międzyczasie wracam do nich, coś tam dodaję, usuwam, przebudowuję. Wśród nich przeważają te ze śląskim miejscem akcji, współczesnym lub historycznym. Trochę też nazbierało mi się esejów związanych ze Śląskiem, ale nieco zabrudzonych "politycznym" kątem widzenia. Ująłem ten przymiotnik w cudzysłów, bo w samej rzeczy brzydzę się polityką i w tym sensie są one "anty". Ale, jak wiesz, lubię Śląsk umieszczać w szerszych kontekstach historycznych, dawnych i niedawnych, także współczesnych, i w ogóle humanistycznych. Jest to poniekąd moja odpowiedź na cały bagaż kompleksu polskiego - niższości w absurdalnym mezaliansie z megalomanią. Chciałbym te eseje uporządkować i również zebrać w jednym lub dwóch zbiorach. Więc widać, że moje doświadczenie Śląska jest poniekąd stymulowane warszawską perspektywą. To dobry punkt spojrzenia na naszą polską całość. Znakomite pole do rozważań nad stosunkiem centrum do peryferiów. Jego zaletą jest też uczucie wyobcowania. Z Warszawą nie sposób się utożsamiać. We własnym kraju czuję się jak w obcym, lub, jak to znakomicie kiedyś ujął Artur Międzyrzecki: "jeśli nie wychodzę z domu, jestem w Europie". Zresztą bo ja wiem, gdzie właściwie mieszkam. W Brwinowie? W Warszawie? Katowicach? Na Śląsku w ogóle? Zmuszony jestem więc umieszczać w moim życiu ten Śląsk jako najbliższy mi krajobraz, który równocześnie jest pismem, jest księgą zaszyfrowanej i niepopularnej wiedzy. Należy ją odczytywać i przekazywać do publicznej świadomości. Tak właśnie definiowałbym siebie jako pisarza - jestem czytelnikiem tej księgi i sporządzam z niej rozmaite ekscerpty, wyciągi, piszę suplementy, odcyfrowuję zniszczone partie zapisu. Jestem więc bardziej czytelnikiem niż pisarzem.

J.D.: Finis Silesiea nominowana do Literackiej Nagrody Nike (pierwsza siódemka) wzbudziła w środowisku śląskim wiele emocji. Od zachwytu do potępienia. I wzbudza. Osoby będące Kimś w przestrzenie literackiej bardzo skrajnie oceniają książkę. Być może docierają do ciebie same zachwyty. Ale tak nie jest. Ja sam mam duże trudności z rozumieniem ideowym FINIS SILESIAE. Muszę to wyznać będąc twoim przyjacielem. Artystycznie Rzecz jest piękna. Ideowo nie mam jeszcze zdania, ponieważ tak wiele różnych odczuć nakłada się na siebie. Jak sądzisz, dlaczego, tu, na Śląsku, Twoją książkę, moim zdaniem najlepszą, postrzegamy tak krytycznie?

H.W.: Trudne pytanie. Przede wszystkim chciałbym wiedzieć, co to jest "środowisko śląskie"? Znam kilka takich środowisk, które miałyby prawo za takie się uważać, choć są poróżnione w wielu istotnych szczegółach. Znam też kilka, które się za takie uważają, choć znalazłbym dla nich lepsze określenie. Jednym słowem, nie jestem ciekaw emocji środowiskowych. Znacznie bardziej ciekawi mnie czytelnik, czyli pojedyncza osoba mająca stosunek do moich słów, pozytywny czy nie, to już osobna sprawa. Byleby miał klepki na swoim miejscu i był ciekaw prawdy. Pisząc Finis Silesiae miałem oczywiście świadomość, że czynię zamach na pewien rodzaj zakłamania, który na Śląsku święcił swe dobre czasy pod polską flagą. Czułem, że piszę to także w imieniu ludzi, którzy powierzali mi swoją prawdę, choć sami nie wyrazili by jej na głos. Już wielokrotnie mówiłem o tym publicznie, więc nie chciałbym się powtarzać. Tym bardziej, że oponenci o skamieniałych mózgach i sercach i tak nie pozwolą sobie niczego wyjaśnić. Oni wiedzą swoje, wiedzą lepiej i nie ma z nimi żadnej dyskusji. Niech wiedzą. Masz trudności ze zrozumieniem idei tej książki? Chodzi ci może o tak zwaną "tezę". Nie ma jej. Nie piszę niczego "pod tezę". Moim interesem nie jest przekonywanie lub uwodzenie pięknym bajerem. Może zabrzmi to niemądrze, a już na pewno naiwnie, ale jedynym moim jako pisarza interesem jest prawda. Ta która rzadko, a w naszych czasach szczególnie, widnieje wśród artykułów największego popytu. Także wśród piszących, którzy wiedzą, że efekt literacki bardziej pobudza "środowisko" niż pokazywanie nagiego króla. Powiadasz "tu na Śląsku...postrzegamy książkę tak krytycznie". Nie wiem. Możliwe. Jeśli to może być miarą oddziaływania, to przyznam się, że otrzymałem kilka anonimów. Jeden kończył się pytaniem: "na czyje zamówienie pisał Pan tę książkę?" Komu odpowiedzieć, nie mam pojęcia. W każdym razie widzę, że są ludzie przekonani, iż pisać można tylko na czyjeś zamówienie. Więc też i pewnie za czyjeś pieniądze. Chciałbym żyć w takim kraju. A jedyny publiczny wyraz tego krytycyzmu jaki znam, był tak nieskończenie głupi, że aż mi wstyd za autora. O czym chroboczą szczury pod podłogą, wiedzieć przecież nie muszę.

J.D.: Zostawmy jednak środowisko śląskie, które rzeczywiście jest podzielone. I niestety dzieli się coraz więcej. Oczywiście wiesz, że napisałeś dzieło - FINIS SILASIAE. O takich pracach mówi się dzieło życia. Na koniec rozmowy jeszcze dwa pytania. Czy w następnych latach napiszesz dzieło o podobnym ciężarze? I jak sądzisz, czy FINIS SILESIAE będzie ci w tej pracy pomagać, przeszkadzać?

H.W.: Nie, chyba jednak nie dzieło życia. W każdej ze wspomnianych książek, z wyjątkiem może tylko DZIADÓW BERLIŃSKICH, które bazgrałem bez żadnej nadziei, byłem zatopiony w pisaniu po uszy i bez reszty. O każdej książce mógłbym powiedzieć więc, że to było "dzieło życia", ale też po każdej uznawałem sprawę za zamkniętą. Oczywiście - jak sam dobrze wiesz - gdy książka jest już wydrukowana i czytana, zawsze wyłażą z niej różne braki, niewykorzystane możliwości, zwykłe wióry zasługujące może na ponowne wykorzystanie, nie mówiąc o uchybieniach wydawniczych. Ale sprawa jest zamknięta, skończona i nic już nie da się zrobić. Zdarza się czasem na spotkaniach publicznych, że - z braku lepszych pomysłów - przeczytam jakiś fragment swojego tekstu, ale sam raczej nie czytam swoich, już wydanych książek. Jestem nimi zmęczony i wytchnienie widzę tylko w ewentualnym pisaniu następnych. W nich także jest miejsce na wykorzystanie wszelkich negatywnych doświadczeń, zalegających idei, niespełnionych intencji. Od lat plącze mi się w myśli, ciągle nie dość jasna wizja książki, którą może uznałbym za "dzieło życia", ale obawiam się, że jeśli ją napiszę i jeśli zostanie wydana, to okaże się, że to jeszcze nie ta. Że może następna. Nie chcę tu powiedzieć, że pisanie zawsze jest tylko zwykłym wykonaniem roboty. Przeciwnie. Za każdym razem jest to przeżycie cudu - nawet nie użyję cudzysłowu - niepowtarzalnej, zawrotnej przygody, trudnej do wytłumaczenia osobom postronnym, coś takiego jakby tekst przychodził z nieba, albo jakby stamtąd trzeba go było, kawałek po kawałku wykradać, samemu przysposabiając go tylko do wymogów przyziemności. W tym sensie FINIS SILESIAE było szczególną przygodą, bo to moja ostatnia książka. A właściwie nie, bo przecież już jest następna - MARTWA NATURA Z NICZYM, a tamta powoli wtapia się w szereg. Miałaby mi przeszkadzać? Niby jak? Że czegoś pożałuję? Że chciałbym się jej wyprzeć? Wstydzić się, jak Marian Brandys swej powieści o Nowej Hucie? Czegoś w tym pytaniu nie rozumiem i w związku z tym podejrzewam, że nie rozumiem całego "moralnego" zaplecza kondycji pisarstwa polskiego, jego publicznych powołań, iluzji i zamroczeń. Tak, istotnie, wielu rzeczy nie rozumiem, choć widzę je i słyszę jako sprawy potoczne. Ale cóż, nie cała rzeczywistość przechodzi mi przez gardło.

 

Życzę Ci z całego serca kolejnego dzieła i dziękuję za rozmowę.



HENRYK WANIEK - w niektórych biogramach publikowanych w mediach oraz internecie jestem przedstawiany jako osoba "znana głównie z twórczości malarskiej". Taka jest prawda? Możliwe. Usiłuję ten pogląd podważać pisząc, publikując i wydając teksty literackie. Ale też wykorzystuję tę dwoistość, jako że słowo obrazowi nie szkodzi, a nawet przeciwnie.

 




Władysław Edward Gałka

CHODNIK

Na drodze dla pieszych z Runowa do Węgorzyna założono fotoradar, mierzy prędkość i nadmierny pośpiech. Jest tu zakaz potrącaniu łokciami przechodniów. Mandaty są codziennością: za karę trzeba stać 5 minut przy drodze i rozdawać ulotki o prawach i obowiązkach przechodnia.

 

Czasem wpada na ten chodnik i rozbija się o drzewo samochód. Moja żona ratowała jednego z rozbitków, który walnął w drzewo. To był miejscowy lekarz, trzeźwy, połamał sobie nogi. Rozbitków było więcej, sześciu może ośmiu, parę wypadków widziałem z okna. Jeden z samochodów po uderzeniu w drzewo wzniósł się pół metra w powietrze i bokiem wpadł na chodnik. I to ja wyciągałem zakrwawionego gościa z wraku auta. Ale na drodze nie ma ograniczeń. Nie wiem dlaczego.

 

Co innego piesi, o, tych trzyma się krótko. Kamery ślipią zza konarów drzew. Podobno jest projekt, aby ukarani za szczególnie brawurowy marsz w grupie, musieli śpiewać przy rozdawaniu ulotek. Może by było lepiej z namalowaną linią na środku chodnika.

 

Sytuacja pomimo restrykcji jest trudna. Od pewnego czasu idąc, idę kursem pancernika przy krawędzi. Zdziwienie jest totalne, ale to ja mam rację, nie depczę trawy.

 

Jak mieszkam tu 14 lat, to nikt na tym chodniku nie uśmiechnął się do mnie. Wymowny znak czasu, miejsca...

 

Władysław Edward Gałka

 

Piotr Bednarski

DROZDY

Zostałem skazany na śmierć. Przez myśl mi nie przeszło, że mogę otrzymać najwyższy wymiar kary. Poprosiłem o ponowne odczytanie wyroku. " - Zdaje mi się, że się przesłyszałem" - powiedziałem. Sędzia odebrał to jako sarkazm i odmówił. Sala była pusta, więc w drodze wyjątku, podano mi kopię wyroku. Całość przeczytałem raz, a uzasadnienie trzykrotnie i ogarnęła mnie rozpacz, a potem wstyd i zażenowanie. Wykreśliłem siebie, mnie już prawie nie było, ale istniał świat. I właśnie wobec niego popełniono grubiaństwo. Zagryzłem wargi, spostrzegłem to, kiedy poczułem smak krwi. Otrząsnąłem się i spokojnie oddałem kopię stojącemu obok mnie osobnikowi w todze. Sędzia uśmiechnął się i zakończył rozprawę. Odwieziono mnie z powrotem do twierdzy, którą zamieniono na więzienie. W celi czekał już adwokat. Stary, z siworudawą bródką, z niezdrowymi białymi cętkami w błękitnych oczach. Siedział na jedynym taborecie i stukał nerwowo palcami w blat sosnowego stołu.

- Zrobiłem, co mogłem - odezwał się, gdy usiadłem naprzeciwko, na brzeżku żelaznego łóżka.

- Wiem, dziękuję.

- Istnieje jeszcze prawo łaski.

- Jak dotąd nikogo nie objęło.

Skinął głową.

- Nie traćmy nadziei. Jestem obrońcą z urzędu, więc muszę złożyć odwołanie. To mój obowiązek. Taka jest procedura.

- To już koniec, prawda? Pozostało tylko ostatnie życzenie.

- Tak - odrzekł, oparł twarz na dłoni i nad czymś zamyślił się. Milczałem i ja. Postaram się coś zrobić dla ciebie - odezwał się po dłuższej chwili głębokiej zadumy. Wstał i z przejęcia zaczął przemierzać celę, dwa kroki do drzwi, dwa do ściany z okienkiem pod sufitem. - Istnieje stare prawo zezwalające skazańcowi na odwiedzenie matki, jeśli wyrazi takie życzenie. Ustanowił je któryś z naszych pobożnych królów, fanatyk kultu Matki Boskiej. Pomimo przewrotów ustrojowych nigdy go nie anulowano. Spróbujmy wskrzesić ten zabytek. Życz mi złamania nogi - poprosił, wychodząc.

Czułem do niego sympatię, więc powiedziałem: - Złam kark!

Wrócił po pięciu dniach, radosny, w skowronkach.

- Wygraliśmy - rzekł podniecony i przycisnął do piersi jak syna. - Pomogli korespondenci zagraniczni, których zawiadomiłem o twoim życzeniu. Nawet nasza prasa i radio dały się nabrać. Zawrzało, rozdzwoniły się telefony i - zniżył głos - zgodnie z prawem pojedziesz do matki. Zostanę w celi jako zakładnik, to też zgodnie z prawem. Co ty na to?

- W imię czego pan to robi? - zapytałem. - Znam dobrze ludzi pana profesji, budzą we mnie podejrzenia.

- Nie obawiaj się - odrzekł skwapliwie. - Ufaj jak ojcu. Robię to z wewnętrznej potrzeby. Tyle lat służyłem tym świniom - szepnął z wyrzutem, wręcz z odrazą - wbrew sobie, prośbom rodziców, tylko dlatego, że kochałem kobietę, która w końcu okazała się dziwką. Przez to znienawidziłem siebie. Pomagasz mi wyjść z piekła. Jedź i nie wracaj, postaraj się uciec za granicę. Matka mieszka w górach, a góry należą do Boga. Umierając za ciebie, poczuję się rozgrzeszony.

- Mam to przyjąć za prawdę?

- Mówię jak na spowiedzi. Znasz pobudki duchowe, teraz przedstawię ci jeszcze cielesne. Toczy mnie rak płuc, pozostało mi najwyżej pół roku życia. Nie mniej oporów. A teraz w drogę - zastukał w metalowe drzwi. Usłyszałem kroki, po chwili zgrzytnął klucz. W drzwiach stanął strażnik.

- Do naczelnika z nim!

Strażnik skinął głową i wyprowadził mnie z celi.

 

To jest Sokrates

Oddano mi cały depozyt, wręczono przepustkę na trzy doby i zawieziono na dworzec. Tak kara śmierci, jak i zezwolenie na odwiedzenie matki były kompletnym zaskoczeniem, czymś tylko na wpół realnym. Ale po wodzie też można chodzić. Stało się. Matki nie widziałem pięć lat. Brakowało czasu, możliwości, środków. Pisałem też tylko raz do roku, kartkę na Boże Narodzenie lub Wielkanoc. Bo o czym miałem pisać? O tym, że na przemian zamykają mnie lub wypuszczają mnie z aresztu. Wstydziłem się, teraz też. Co powiem? I tak rozmyślając wyszedłem przed dworzec. Do przyjazdu pociągu pozostała jeszcze godzina. Usiadłem na ławce i zapatrzyłem się na twierdzę górująca nad miastem jak przekleństwo. Po chwili przysiadł się włóczęga. Wygrzebał z kieszeni niedopałek, przypalił i zaciągnął się chciwie. Wyjąłem z kieszeni banknot.

- Żyję ze śmietników - rzekł i odsunął rękę, zerknął na mnie spod nastroszonych brwi i jeszcze raz głęboko zaciągnął się. - Skąd taka hojność? - zaciekawił się.

- Żegnam się ze światem - powiedziałem. - Wypuszczono mnie na trzy dni. Jestem skazany na śmierć.

- Bajki pleciesz, jak ja to mówię - rzucił i wyciągnął nowy niedopałek. - Dinozaury nie znają miłosierdzia, nie stać ich na taki gest - pożegnać matkę. Nie wierzę!

I wtedy opowiedziałem o starym prawie, ustanowionym przez pobożnego króla, a także o adwokacie, który pozostał w celi jako zakładnik.

- Jeśli nie łżesz, toś szczęściarz. A za co skazano cię na stryczek?

- Napisałem wiersz, który uraził naszego prezydenta. Od tego się zaczęło. Dodano jeszcze działalność wywrotową itd., itp.

- To jest Sokrates - uśmiechnął się włóczęga. - A ja myślałem, że już nie ma ludzi, że żyją tylko pterozaury i brontozaury, a tu, patrzcie państwo, jak ja to mówię, Sokrates wśród nas. I na śmierć skazany. Poczęstuj papierosem, od ciebie zapalę.

Włóczęga palił i mówił, tokował jak turkawka. Kończył zdania tym swoim cudacznym: "jak ja to mówię" i zacierał ręce. Nawijał na wskazujący palec włosy ryżawej brody, wpatrywał się we mnie jak w obraz i oblizując spękane wargi, wykrzykiwał z emfazą, że miał powyżej uszu tej codziennej malarycznej rzeczywistości, chciał skończyć ze sobą: skoczyć do rzeki lub jutro w południe oblać się benzyną i spalić przed ratuszem, jak to czynią buddyjscy mnisi. Ale już tego nie zrobi.

Nagle usłyszeliśmy gwizd pociągu, więc pobiegliśmy na peron. Włóczęga wskoczył pierwszy, jeszcze w biegu i zajął miejsce, choć nie było takiej potrzeby, bo tak peron, jak i wagony były prawie puste. Kiedy wszedłem, otworzył drzwi do przedziału, w którym siedziało trzech mężczyzn i, wskazując na mnie głową, powiedział:

- To jest Sokrates i tak jak on został skazany na śmierć. - Aby udowodnić, że to, co mówi jest prawdą, uciął końcówkę mojego paska. - To na szczęście - dodał, uśmiechnął się szeroko i pobiegł do drzwi, bo pociąg był już w ruchu.

 

Mam swój spryt

Włóczęga wyskoczył w biegu. Pomachałem mu przez otwarte okno. Pociąg zgrzytał na zakrętach, gwizdał, przyśpieszał, a ja tak stałem i patrzyłem, patrzyłem i patrzyłem. Z początku na oddalające się domy, potem na łąki, pola, lasy, samotne zagrody, wsie i przysiółki. Trzy lata nie było mnie w pędzie, więc cieszyłem się, radowałem szybkością, a kiedy nasyciłem się już uciekającą przestrzenią, zapaliłem papierosa. Korytarz był pusty, tylko tuż obok mnie, na otwieranym krzesełku, siedziała smagła dziewczyna. Oczy też miała czarne, duże, pełne cierpienia. Przy niej pół siedząc, pół klęcząc, oparty głową o jej kolana, spał młody mężczyzna. Kiedy spojrzałem na niego otworzył oczy.

- Poczułem dym i natychmiast się obudziłem - powiedział do dziewczyny i przytulił jej ręce do ust. Wstał i wyciągnął papierosa. - Czy mogę prosić o ogień - zwrócił się do mnie. - Czy pan był za granicą?- zapytał, oddając zapalniczkę.

- Tak, byłem - odrzekłem zgodnie z prawdą, zaskoczony tym pytaniem.

- A można wiedzieć, gdzie?

- W Paryżu.

- I jak tam jest?

- Dużo artystów, a reszta jak wszędzie.

- A młodzi ludzie mają gdzie mieszkać?

Skinąłem głową: - Myślę, że tak.

- A ją, widzi pan - wskazał na dziewczynę - ojciec wygnał z domu. Zaszła w ciążę, kochamy się. Ja jestem z domu dziecka i jak ją wygnali, to zostaliśmy na lodzie. Nie mam nikogo na świeci. I nikt nas nie chce. Jedziemy do jej ciotki, ale też nas nie przyjmie, to pewne jak amen w pacierzu. Ale trzeba coś robić, ślepej kurze trafia się czasem ziarnko. A mówią: młodzież taka owaka. Co z tego, że mam ojczyznę, jeśli nie mam dachu nad głową. Co to za ojczyzna, w której kobieta nie może urodzić po ludzku? A panu jak się wiedzie? - zapytał zaczepnie.

Dziewczyna szarpnęła go za ramię, a kiedy się pochylił, coś mu szeptem przekazała. Zrobił wielkie oczy i przyjrzał mi się ciekawie, aż gwizdnął z podziwu.

- Czy to prawda? Kara śmierci!

Skinąłem głową, sam nie wiem dlaczego. Mogłem zaprzeczyć, powiedzieć, że włóczęga był pijany i plótł trzy po trzy.

- Trwoży się pan?

- Jak pomyślę, to ściska w dołku.

- Ciekawi mnie to, bo jak pan wie, jestem wychowany w domu dziecka i mam swój spryt, ale kto wie, co mnie czeka. Jestem sprytniejszy od tych w mundurach, ale każdemu może powinąć się noga.

- Nie ruszaj polityki - poprosiła dziewczyna i popatrzyła na mnie swoimi pięknie wykrojonymi i jeszcze piękniej osadzonymi oczyma. - Jak mu ciężko, to zaraz złorzeczy. Ale to dobry człowiek. Zło wyczuwam na odległość, od urodzenia. Zawsze bałam się ojca, i widzi pan, wygonił!

- Złoczyńców wysłać na księżyc - rzekł twardo chłopiec - niech tam sobie żyją, swój ze swoim. Niech duszą się we własnym sosie.

- Pomysł niezły, ale niemożliwy do zrealizowania.

- Wiem, lecz człowiek zawsze marzy - odparł, odpalając papierosa od papierosa, niedopałek wrzucił do popielniczki, z pasją, z siłą. - Tak niewiele człowiekowi trzeba, a nawet tego żałują. Dobra przed sobą nie widzę. Za granicą jest lepiej, co?

A ja: - Tylko Francja to jeszcze ludzki kraj.

- Uczyłem się trochę historii - schylił się, pocałował dziewczynę i uśmiechnął się do mnie, jak dziecko.- A u nas źle, chamy rządzą.

- Proszę, uspokój się - szepnęła dziewczyna i szarpnęła go za rękaw.

- Jak będę stary, to będę milczał - przykląkł i ucałował jej dłonie - teraz mam serce jak dzwon, więc nie muszę się bać zawału. Złorzeczę, bo nędza przed nami.

- Bóg da, ułoży się.

- Bóg nam nic nie da, to co dał światu, zagarnęli cwaniacy.

Dziewczyna uśmiechnęła się smutno i spojrzała w okno, patrzyła i marszczyła brwi, nagle wstała.

- Przecież my już dojeżdżamy - jej twarz rozjaśnił uśmiech. - Tamte domy to Podkamienna, a dalej Janów. Zaczesz się, masz zrobić dobre wrażenie.

- Mam swój spryt - odrzekł - królewskie wrażenie zrobię.- A do mnie: - Czuję przez skórę, że wylądujemy na dworcu i będę musiał kraść.

- Nie kracz, myśl pozytywnie.

- Myślę i myślę, i nic wymyślić nie mogę.

Pomachałem ręką na pożegnanie. Kiedy już był na peronie, rzuciłem za nim: - Gdy będziesz na krawędzi, krzycz: " Król jest nagi!"

 

Jestem człowiekiem religijnym

Wszedłem do przedziału. Rozmowa nagle się urwała. Usiadłem przy drzwiach. Każdy z trzech mężczyzn popatrzył na mnie po swojemu. Jeden spod brwi, drugi przekrzywiając głowę jak ptak, trzeci uniósł brwi, jakby dostrzegł coś nadzwyczajnego. I właśnie on uśmiechnął się. Miał czerstwą twarz, głębokie zmarszczki na czole, a włosy srebrne i bujne jak wiosenne chwasty.

- Im już opowiedziałem - zaczął, wskazując głową na współtowarzyszy podróży - więc i panu się pochwalę, posiadam pięćdziesiąt hektarów dobrej ziemi, dwa traktory z osprzętem, dwadzieścia krów i pięknego konia, gniadosza, półkrwi anglika. Jeżdżę na nim co drugi dzień, a przynajmniej dwa razy w tygodniu, po swoich włościach. I mam jeszcze psa, charta, który mi towarzyszy w przejażdżce. Można by powiedzieć, że żyję jak książę z bajki. Z jednej strony tak, a z drugiej ...

- Albo szczęście, albo mamona - powiedział dziadek i popatrzył na mnie pytająco. Miał malutką, szczuplutką twarz, woskową skórę i przypominał mu mnie. Nie doczekawszy się odpowiedzi znowu oparł twarz na dłoniach, spoczywających na główce trzcinowej laski. - Albo jedno, albo drugie ...

Pociąg był w ruchu, wsiadło parę osób, skrzypiały drzwi do przedziałów, do naszego wszedł młodzieniec o czerwonej, ponurej twarzy, skinął głową i usiadł naprzeciw. Na nogach miał buty co najmniej o dwa numery za duże, które sprawiały mu radość, bo nieustannie zerkał na nie.

- Jestem człowiekiem religijnym - podjął znowu srebrzystowłosy. - Czytam Pismo Święte, nie rozstaję się z nim nawet w podróży. I wiem, że nie jestem taki, jaki powinienem być, i może dlatego nieustannie urąga mi sumienie. Nie rozdaję tego, co mam, tylko ciągle siew i żniwa, pole i zagroda. A trzeba żyć inaczej.

- Nie chodził pan do seminarium duchownego? - zapytał chłopiec, nie odrywając wzroku od swoich za dużych butów.

- Skąd ci to przyszło do głowy? - zdziwił się srebrnowłosy.

- Mówi pan jak ksiądz., jak wiejski proboszcz.

- To prawda - potwierdziłem.

- Miło to słyszeć - mruknął i uśmiechnął się do mnie. - Jestem tylko rolnikiem i nie zawsze moja wiara była taka głęboka, inaczej bym się nie ożenił. Teraz jestem wdowcem. I właśnie do tego zmierzałem. Mam trzy córki, wykształcone, piękne jak gracje. Nawet obraz o takim tytule kupiłem i powiesiłem w bawialnym pokoju.

- Trzy córki to o dwie za dużo - chrypliwym głosem rzekł dziadek, nie odrywając brody od laski - Ja też mam trzy, a tylko jedna dobra, jak w teatrze. Widziałem taką sztukę w telewizji, o wygnanym królu.

- U mnie nie tak - kiwając głową, ciągnął srebrnowłosy. - Za moim rodem wlecze się zły omen. Wszystkie moje siostry, siostry ojca i dziadka po roku owdowiały. Ludzie to zauważyli i dlatego moje córki są starymi pannami, boją się chłopcy zbliżyć do moich córek. Cóż, każdy chce żyć. A chciałbym mieć wnuka ...Może ty, młody człowieku - zwrócił się do chłopca, wpatrującego się w swoje traperskie buty - miałbyś ochotę zapoznać się z którąś z nich?

- Po tym, co pan powiedział, to za Chiny - odrzekł - gdyby pan o tym nie mówił, to może bym i pojechał. Mam dziewczynę, owszem, ale to jeszcze nie to, czego szukam.

- Jestem człowiekiem religijnym, więc nie chcę kłamać ani niczego ukrywać. Uczciwość nade wszystko.

- Z taką uczciwością daleko pan nie zajedzie - powiedział z uśmiechem chłopiec.

- Trudno, czegoś trzeba się trzymać - odparł rolnik i zwrócił się do mnie. - Stryczek - to fakt? - Potwierdziłem, skinąłem głową. - Jak to usłyszałem od razu pomyślałem, że jesteś najodpowiedniejszym kandydatem na mojego zięcia. Oczywiście jeśli nie jesteś żonaty.

- Szalony pomysł - powiedziałem i roześmiałem się.

- Zdrowe szaleństwo - odrzekł srebrnowłosy z powagą, nie zbity z tropu moim uśmiechem.- Chrystusa tez uważali za szaleńca.

- Fakt - potwierdziłem.

- To jak, umowa stoi? - zapytał już z uśmiechem, wichrząc czuprynę.- Masz przed sobą trzy dni, a za trzy doby można zrobić więcej niż w ciągu trzydziestu lat. Sądzę, że masz tyle lat. A dokąd jedziesz? - Wymieniłem miejscowość. - To w górach, prawda? Kawał drogi, ale przecież nie koniec świata. Odwiozę cię, już moja w tym głowa. No, rzeknij słowo, powiedz: tak!

Zgodziłem się, skinąłem głową, nie miałem sumienia odmówić.

- Przysiądź się bliżej - zachęcił mój przyszły teść, a kiedy spełniłem życzenie, położył dużą dłoń na mojej ręce i spojrzał w oczy. - Za co cię ukrzyżują?

- Za prawdę - i zacząłem rozwijać odyseję. Kończąc zacytowałem wiersz, za który skazano mnie na golgotę: " A ty jesteś rzeźnikiem".

- Porządny z ciebie człowiek, zuch - szepnął srebrnowłosy i przedstawił się: - Antoni jestem, tak zwracaj się do mnie. Zbieramy się, za chwilę wysiadamy - złapał podróżną torbę i wskazał na drzwi.- Jak ci na imię?

- Piotr - odrzekłem.

- Gościem weselnym mogę być- powiedział chłopiec, odrywając wzrok od swoich traperskich butów.

- Zięć mi potrzebny, nie gość weselny - odrzekł Antoni. - Lubię orłów - i poszliśmy w kierunku wyjścia.

(...)

 

Piotr Bednarski



Z radością informujemy, że publikujący w "Łabuziu" Piotr Bednarski, o którego książce "Błękitne śniegi" przełożonej na język francuski i nformowałiśmy w naszym okazjonalniku, doczekał się również przekładu włoskiego.Gratulujemy serdecznie!

pkl. "Łabuź"

 

Jarosław Bondar

* * *

Moim przeznaczeniem był bar przy drodze. Jak się tam znalazłem? Pewnie jakiś autobus. Podróż jak sen przez noc bezsenną. Ciała bezwładne, wbijane w siedzenia. Powolny upływ czasu, hałas silnika. Okna bez szyb. Zimno. Cierpliwie znoszona egzystencja. Obecne wszędzie, niewypowiedziane poczucie bezsensu. To, co pamiętam. Snująca się mroźnym rankiem droga. W ostrym słońcu długie cienie kobiet. Powracające z gór, na plecach wielkie wory. Malowane ostrym słońcem. Wyblakłe kolory strojów. Wszystko jakby trochę obok. Za chwilę zakręt drogi. Drobne drzewo bez liści. W dół doliny spalony słońcem, surowy krajobraz. Gliniane lepianki, pocięte zbocza. Wydarte górom pola. Życie nie po to, by je oglądać. Z widokiem w otchłań mglistej doliny. Później tylko bezmiar kamienia i śniegu. W cieniu największych gór, ostatnie na ziemi miejsce człowieka.

Długo szukałem tutaj dla siebie miejsca. Zrzuciłem gdzieś w końcu plecak. Za oknem dolina i ściana bez końca. Po horyzont inny świat. Powoli zaciągam czarną zasłonę. Teraz już tylko otchłań. Leżę pogrążony w mroku. W gorączce. Przeklinam słońce. Walczę przeciw wszystkim. Samotny. Pomiędzy wyrem a kiblem najbardziej niechciany i obcy. Znikąd pomocy. Przeklinam słońce i ten bar przydrożny. Budzę się znowu. Ciemny pokój. W środku dnia środek nocy. Przeklinam to miejsce. Zimną norę, ciemną celę bez widoku. Jestem całkiem mokry. Podchodzę piaszczystym zboczem bez końca. Przeklinam słońce. Walczę przeciw wszystkim. Samotny. Dawaj pieniądze, przeklęte pieniądze! Niekończący się piach i coraz wyżej. Jak gad pełznę w kierunku kibla. Chcę wszystko z siebie wyrzygać. Zwinięty w kącie. Nie potrafię myśleć dobrze. O sobie. Osobny, bez kontaktu z czymkolwiek. Znikąd litości. Łapię ciężko powietrze. Kara za co! Szaleństwo tego miejsca zmaga się z moim szaleństwem. Po co tu jesteś. Nikt cię tu nie chce! Targany za szmaty, czuję smak kamieni. Bądź przeklęty! Niech to miejsce będzie przeklęte! Zwycięstwo! Sen i przebudzenie.

 

Bardzo powoli. Wynurzam się nad powierzchnię. Otwieram oczy. Bardzo powoli. Siadam na krawędzi łóżka. Przypominam sobie to miejsce. Bardzo powoli. Zbliżam się do okna. Poranne słońce delikatnie prześwietla czarną materię. Bardzo powoli. Zaglądam poza. Czy jest coś jeszcze. Bardzo powoli. Podnoszę plecak z podłogi. Ledwo stoję. Bardzo powoli. Uchylam drzwi. Długim cieniem kładę się w mrocznym pokoju. Bardzo powoli. Uważnie stawiam pierwsze kroki. Wchodzę w nowy świat. Bardzo powoli. Wychodzę z mroku. Pokonany. Zwycięski. Bardzo powoli oddalam się. W zgodzie na siebie, w zgodzie na to miejsce.

 

31.10.2005 r.
Jarosław Bondar

 

Jakub Sosnowski

***

siedzimy w parku wplątując w skrzydła przelatujących ptaków błędy

rozpostarte pomiędzy dwa razy ona i on w typowej sytuacji łóżkowej
pomyłki

kończącej się wstydem ostro popieprzonym pocałunkiem

 

jeszcze czujemy na ustach smak przedwczoraj a skóra swędzi dotykiem

tak słodko obcym że powstrzymujemy się nawzajem gryząc wargi

udając że nigdy żadnego kreślenia ciała nocą nie było

 

powycinane wspomnienia błędnie wirują na skrzydłach pod słońcem

gruchając do siebie złowrogim krakaniem śmierci szarlatańskich

miłości

zaprzedanym czterem podzielonym na dwa kryształom łez

 

Jakub Sosnowski

 



Renata T. Korek

WIEDŹMY WĘDROWNE

Pewnej nocy pod osłoną gęstej mgły, która od wieków spowijała okoliczne łąki przyleciały do miasta czarownice.

Były to wiedźmy wędrowne, najgorszy gatunek przemieszczający się znienacka z zachodu na wschód lub z północy na południe. Potrafiły też jak żadne wybić się z czasoprzestrzeni w próżnię i w hibernacji przeczekać klątwy, nagonki i stosy.

Ich cel był z góry określony. Wybierały ofiary nacierając na nie całą zgrają i jak usypiający szum skrzydeł nietoperzy tak i one mamrocząc zaklęcia wyganiały czystą duszę nieboraka na wieczyste bezdroża, wysysając z niej wszystko co najlepsze. Zagnieżdżały się wtedy wygodnie w pustym ciele, które stawało się ciężkie i nieludzkie, głupiało. Czasami niektórym z tych nieszczęśników w towarzystwie chichotu, gwizdów i innych piekielnych odgłosów wyrastały ośle uszy, rogi, bywało, że ogony i kopyta. I sam diabeł nie raz uśmiał się widząc swoje pilne służebnice w dziele tworzenia zła.

Strażnicy miejscy wywlekali opętanych, niewinnych biedaków z ich domostw bojąc się, iż ta dziwna zaraza przelezie na nich. Dlatego też zakładali im na szyje postronki i jak barany ciągnęli do wieży kata. Oczywiście nie będę opisywać okrucieństwa z jakim kat - szanowany obywatel miasteczka - wydobywał ze skazanych za czary zeznania prawdy. Każdy ma do nich dostęp na stronie internetowej www.tortury.pl.

Było jednak miejsce na tym małym skrawku opętanego złem świata, którego bały się stare rozzuchwalone wiedźmy jak rozżarzonych węgli, fundowanych co jakiś czas złapanym przez nie w pułapkę - mimo wszystko prymitywnych klątw - dusz.

Omijały go wielkim łukiem, lecz i tak co jakiś czas psuły im się miotły, a patrząc w lustra, a nawet w zmąconą toń rzeki przybierały postać ślicznych, uśmiechniętych księżniczek. Ciskały wtedy czym popadnie, gdyż rozbite szkło i krople zielonej wody z milionami rozwielitek i dafni śmiały się do rozpuku drwiąc najwyraźniej z ich słabnących mocy. Po raz pierwszy w swoim podłym życiu czuły, że przegrywają nie wiedząc nawet z kim. Czarna rozpacz ogarnęła je jak całun, kiedy spotkały się stroskane na starym, zapomnianym cmentarzu, gdzie niejednokrotnie polowały, aby nie wyjść z wprawy na psy, koty i skunksy. Nie gardziły też ropuchami i włochatymi pająkami gotując z nich niezawodne jak do tej pory mikstury na wybuchy niepohamowanej złości doprowadzające do zgonu po kilku dniach trudnych do opisania cierpień. Receptury, wymyślane i ulepszane przez tysiące lat okazały się jednak w tym miejscu zwykłym proszkiem, którego żrącego zapachu boją się tylko pchły na czarcim ogonie.

Topniały więc szeregi ich zwolenników - okolicznych zjaw czy błąkających się upiorów szukających nie wiadomo czego, byle zaszkodzić. Szemrane towarzystwo zaczęło powracać do opustoszałych ruin i zmurszałych grobowców; ich wisielczy humor mówił, że dzieje się coś niedobrego. W powietrzu unosiło się zakończenie tej ponurej farsy. Twarze wiedźm zmartwione poszarzały, bruzdy wyżłobiły głębokie koleiny i grymas niepokoju odbijał się szpetnie odstraszając nawet strzygi. Co z nami będzie - pytały młodsze czarownice, liczące w tym rzemiośle na karierę i awanse, chcące się nawzajem wygryzać, wykazywać krwawą żądzą władzy.

- Nie sprzyja nam tutejszy nadmorski klimat, za dużo wilgoci, odezwała się najstarsza z nich pokazując powykrzywiane, koślawe palce. Musimy zmienić środowisko, w innym przypadku nawet bies za nami nie zapłacze. Nie wszystkie jednak miały ochotę podbijać nowe terytoria. Co urodziwsze zdołały się przyjrzeć okolicznym mieszkańcom, a nawet rozkochać ich w sobie, o dziwo z wzajemnością. Poobcinały kołtuny, goliły wąsy i marzyły o pięknych sukniach i pantoflach z lakierowanej skórki. Z wielkim trudem, potajemnie po wielu dniach eksperymentów, wymyśliły i trzymały zakopane pod wielkim dębem w zielonym flakoniku perfumy. Piękniały i kwitły na samą myśl o pocałunkach i pieszczotach, przez co pojaśniała im cera i oczy nabrały blasku. Gimnastykowały się w ostępach leśnych. Biegały po sadach i ogrodach, zaglądały do uli, w poszukiwaniu zdrowej żywności. Zapomniały o kociołkach ziemniaków i bochnach chleba, które wśród wrzasków i wycia wyrywały sobie z gardeł. Stare, wychowane na tradycji czarownice pękały ze złości. Wiedziały już, że muszą opuścić tę krainę, być może przestać istnieć, przenosząc się w niebyt. W pośpiechu ustaliły datę; czerwcową noc, długą i ciepłą, pełną ptasich treli i zapachu łąk, zakochanych par, wśród których rozpoznawały swoje podwładne, teraz bardziej ludzkie niż z piekła rodem.

Świeciły gwiazdy rozsiane jak brylanty. Żal ściskał ich marne kostury. Wznosiły się po cichu łopocąc sfatygowanymi spódnicami, pokonane bez walki, nie wiadomo przez co lub kogo.

Nagle dookoła rozbłysły strumienie światła. Wielkie reflektory skierowały swe oczy w niebo. Rozległy się rzęsiste brawa. Przerażone i oślepłe wiedźmy z wrażenia pospadały ze swych mioteł i szukając ciemności po omacku chowały się pod drzewa, ławki i scenę przeznaczoną dla widzów. Dały się złapać w sidła metamorfozy, w wirtualną przestrzeń wymyśloną przez reżysera. Siłą wyobraźni (magii?) zamienione w jakieś małe zwierzątka wpełzły pod ziemię i siedzą tam sobie. Do tej pory.

 

Renata T. Korek



Autorka jest dyrektorem Trzebiatowskiego Ośrodka Kultury, autorem i pomysłodawcą licznych inicjatyw i działań.

Dziękujemy pkl. "Łabuź"

 

Rainer Maria Rilke

MŁODY APOLLO

Jak przez bezlistne wciąż jeszcze konary

przeziera ranek w niespodziany czas

zbudzonej wiosny: tak nic w jego twarzy

nie ma, co wadzić by mogło, by blask

 

poezji trafił nas niemal śmiertelnie;

bo wzroku jeszcze mu nie śćmiły łzy,

na laur zbyt chłodne są wciąż jego skronie

i jest zbyt wcześnie, aby z jego brwi

 

wysokopienny wyrósł ogród róż,

z którego płatki, osobne, rozwiane,

na drżenie spadną poruszonych ust,

 

co jeszcze ciche, bezmowne, błyszczące

i tylko swym uśmiechem coś pijące,

jak gdyby śpiewu płynęły w nie fale.


Paryż, 11 lipca 1906
Ze spuścizny przełożył
Andrzej Lam
Rainer Maria Rilke

 

Janusz A. Korbel

DRAPIEŻNIKI I OFIARY

Przestał sypać śnieg, mróz zelżał i w lesie oraz na łąkach nadrzecznych pojawiło się mnóstwo śladów. Lubię chodzić tropami zwierząt i domyślać się, co też im się przytrafiło, co robiły. Duże i małe tropy, a czasami ślady po uczcie powodują, że w wyobraźni widzę obraz skomplikowanych i pełnych napięcia relacji między ofiarami i drapieżnikami. To jest temat wielu prac naukowych.

 

Jako wróg myśliwych od zawsze, byłem kiedyś przekonany, że to właśnie drapieżniki "ustalają", ile i jakich osobników spośród ich ofiar powinno być. Wkrótce potem dowiedziałem się, że sprawa nie jest wcale taka prosta: o ilości zwierząt na jakimś obszarze decyduje także wiele innych czynników, takich jak ostra zima, susza, choroby, dostęp do pożywienia. Kiedy w lesie leży długo gruba pokrywa śnieżna, puszczyki giną z głodu. Pamiętam widok wycieńczonych, skazanych na śmierć przez ostrą zimę dzików, koło których - stojących nieruchomo i jakby obojętnych na swój los - przeszedłem kilka metrów obok. Niemiecki fotograf uwiecznił na zdjęciach rzeź kilku dzików, które zostały pozabijane przez żubry. Oczywiście żubry nie atakują dzików, nie są w ogóle drapieżnikami, ale wtedy było bardzo dużo śniegu, dziki znalazły się w miejscu dokarmiania żubrów i nie potrafiły usunąć się w porę w głębokim, kopnym śniegu, więc żubry bez trudu wzięły je na rogi.

 

Koło mojego domu, wzdłuż rzeki żyje dużo norników. Ich drapieżnikami są między innymi łasice, których tropy często widuję. To one podobno kształtują liczebność norników, ale wystarczy zbudować tu zalew i norniki z moich łąk zginą wszystkie bardzo szybko. W lesie natomiast popularna jest nornica ruda, której ilość - jak zbadali to naukowcy - zależy od obfitości nasion. Na nornice polują zarówno łasice, jak i kuny czy sowy. Jeśli więc zabraknie nasion (a drzewa w puszczy owocują różnie w różnych latach) - mniej pożywienia będą mieli także drapieżcy. O przeżyciu decyduje jakiś magiczny zegar Przyrody, któremu podlegamy wszyscy bez wyjątku, choć człowiekowi się wydaje, że on mniej.

Znajomy ornitolog mówił mi o ogromnej ilości zabijanych przez drapieżniki młodych ptaków, ale dodawał też, że o tym ile ptaków danego gatunku pojawi się na jakimś obszarze, decydują tak samo zasoby pokarmu jak i na przykład możliwość znalezienia miejsc do gniazdowania. A o tym może decydować niezliczona ilość czynników, z których jednym z najczęstszych jest... człowiek. Dopóki człowiek nie zaczął szczepić lisy przeciwko wściekliźnie, choroba ta w ogromnym stopniu kształtowała liczebność lisów w lesie.

Mówiąc o drapieżnikach myślimy najczęściej o tych największych: wilku i rysiu. O ich liczebności dzisiaj już wyłącznie człowiek decyduje. Chociaż objęte są ochroną gatunkową, to od wielu lat ich nie przybywa. Coraz szersze drogi, coraz większy ruch, coraz mniej przyrody.

 

Człowiek także poluje na ich ofiary, powodując, że wszelkie badania naukowców nad relacjami drapieżnik-ofiara są skażone faktem, że terenem badań są obszary silnie przez człowieka przekształcane, na których sam człowiek konkuruje z drapieżnikiem, a przede wszystkim ogranicza zarówno jego swobodę, jak i swobodę jego ofiar. Powstają nowe siedliska, działki, domy, ogrodzenia. Od stu lat jelenie wędrowały tymi samymi szlakami. Któregoś dnia, na ich drodze wyrósł wysoki płot, a za nim pojawił się basen przy willi w górach. Nigdzie w Polsce nie mamy niedzielonych obszarów leśnych o wielkości odpowiadającej areałom życia dużych zwierząt!

 

Myśliwi nie tylko zabijają zwierzęta, na które polują inne dzikie zwierzęta, ale także zabierają te zabite zwierzęta z lasu - odbierając pożywienie wielu osobnikom, które w bardziej naturalnych okolicznościach żywiłyby się jeszcze bardzo długo szczątkami zabitego lub zmarłego osobnika (prócz wilków także kruki, lisy, orły, jenoty, sójki, myszołowy, dziki itd.). Oprócz myśliwych są oczywiście także kłusownicy (często ci sami ludzie), których wpływ jest podobny. Myśliwi jeszcze na dodatek dokarmiają! Co jest kolejną ingerencją w doskonały mechanizm przyrody (kiedyś widziałem pod amboną nawet rozsypane ciasta świąteczne!). Kiedy jednak czytam wyniki badań wskazujących, że drapieżnictwo, czyli zabijanie zwierząt przez inne nie ma w istocie decydującego wpływu na wielkość populacji różnych gatunków ofiar, wówczas nieuniknienie wraca myśl o śmiercionośnej roli człowieka, który zabija w sposób może mniej okrutny, ale bardziej bezwzględny, bo na niewyobrażalną skalę.

 

Ponieważ zwierzęta są oportunistami, można przypuszczać, że znaczna część zabitych przez drapieżniki ofiar to osobniki, które i tak przeżyłyby niedługo. Widok krwi, wyjedzonych części ciała zwierzęcia robi oczywiście większe wrażenie niż widok pięknej autostrady, czy wielokilometrowych grodzeń, ale to właśnie te zdobycze cywilizacji zabijają najskuteczniej i ostatecznie. To nasze dążenie do wzrostu, coraz wyższego poziomu życia, wyścig ku coraz większej konsumpcji, w kierunku, który nazywamy postępem - prowadzi do zagłady dzikiego życia na planecie. Za masową produkcję, czy budowę tzw. infrastruktury płacą życiem całe populacje. Zabity co kilka dni jeleń przez wilki to mało znaczący element wpływania na przyrodę. Nawet współczesny myśliwy - choć uosabia próżność i arogancję niepotrzebnego zabijania życia i w ten sposób jest dewiantem w układance wzajemnych zależności - nie może się równać w skutkach z inwestorem dużej infrastruktury.

 

Nie chcę usprawiedliwiać indywidualnego czy jakiegokolwiek zabijania. Jeśli było niepotrzebne - jest złem. Przykładem na to niech będzie Auschwitz: maszyna do zabijania, która dziś jest dla nas jednym z największych ostrzeżeń przed szaleństwem człowieka. Mocno utkwiły mi w pamięci słowa słynnego amerykańskiego bohatera walk u boku Martina Luthera Kinga o prawa człowieka, zmarłego w 2002 roku Williama Moyera: "Gdyby na bramie zamienić jeden wyraz, mielibyśmy jakże smutną paralelę: "Frei market macht frei" - światowe dążenie do zysku, wzrostu i rozwoju zabija codziennie więcej ludzi, niż zginęło w Auschwitz, choć kupując nowe dobra tych ofiar nie widzimy.

 

Protestujących przeciw budowie przez kilka parków narodowych autostrady Via Baltiki obrzuca się inwektywami, że dla nich "żabki są ważniejsze od życia ludzi". W Puszczy Białowieskiej otwiera się terminal graniczny, przecina się ją drogami, liniami kolejowymi - wszystko dla większego zysku, większej wygody. W środku puszczy trwa w nocy koncert rockowy, a na niebie rozbłyskują fajerwerki. Przyroda zamiera po cichu. Co roku mniej osobników, co kilka lat mniej gatunków (w skali świata kilkadziesiąt gatunków ginie każdego dnia), dzikie wilki - jeśli chcą przetrwać - będą musiały stać się specjalistami w szperaniu po śmietnikach, jak misie w Tatrach.

 

Naukowcy badają związki między drapieżnikami i ofiarami. W tym czasie człowiek, który nie jest drapieżnikiem lecz likwidatorem, eliminuje pod walcem "postępu" wolną, dziką przyrodę. Dlatego wyniki badań naukowców będą zawsze nieprawdziwe lub cząstkowe. Wystarczy spojrzeć uważnie w lustro i rozejrzeć się dokoła. Tam widać jak na dłoni dokąd zmierzamy i na czym polega związek między obecną cywilizacją i przyrodą. Pozostawiamy tylko przyrodę "udomowioną", tę przynoszącą zyski, zamienianą w park rozrywki. Zwierzęta mogą zostać, jak nauczą się przechodzić specjalnymi przejściami nad autostradą.

 

Zdjęcia Klausa Nigge, zakrwawionych żubrów i rzucanych przez nie dzików robią wrażenie. Klaus opowiadał, jak kilka dni wcześniej żubr jego gonił wokół drzewa. Wtedy nie zdawał sobie sprawy jakie to niebezpieczne. Przyroda nie jest nacechowana żadnymi uczuciami. Jest nieubłagana w realizacji nieuchronnych skutków każdej przyczyny. Powiada się, że przyroda nie zna litości. Całe szczęście. Żubry nie są strasznymi bestiami - po prostu dziki znalazły się w niewłaściwym miejscu i w nieodpowiednich okolicznościach. Jeśli ludzie znajdą się w niewłaściwych okolicznościach skazani tylko na wirtualny świat przez siebie stworzony, bo świat dzikiej przyrody skurczy się do obszaru parku rozrywki, skutek będzie podobny. Nasze pokolenie uczestniczy w dzieleniu, fragmentowaniu, grodzeniu, wycinaniu ostatnich kawałków dzikiej przyrody na lądzie. Zamiast badać presję drapieżnictwa na ofiary, czyli zajmować się lekcją anatomii na dogorywającym pacjencie, przydałoby się zbadanie presji człowieka na jego rodzinną planetę, z której nie ma już dokąd pójść.

 

Janusz A. Korbel

 

Josef Celofan Wassertrinker

ZWŁOKI ŚWIATA, ZWŁOKI WIERSZA

Pamięci Strumienia Świadomości

 

Jeszcze nie wiesz. Już nie pamiętasz.

Jeszcze nie zapamiętałeś. Już udało ci się zapomnieć:

Chwila - moment. Wieczność roztargnienia.

Dziecię boleści w narkozie. Mgnienie

Oka. Nawiasy milczenia.

Tabula. Fraza. W ryzach, lecz zawsze

Bez gaci. Nigdzie nie ma pierza.

Tak mówiąc oględnie, dopiero się otwieram.

 

Josef Celofan Wassertrinker
Calancorum, 12 października 2005