Łabuź 55/2005


 
[...] Świat komunistycznej nowomowy jest światem abstrakcyjnych sił, w którym poszczególne osoby zaledwie odbijają ujawniające się w nich "izmy"; jest to świat pozbawiony ludzkiego działania. Nie jest jednak pozbawiony ruchu. Przeciwnie, wszystko w nim jest w ciągłym ruchu, nieustannie posuwane do przodu przez siły postępu czy hamowane przez siły reakcji. W świecie nowomowy nie ma równowagi, zastoju czy spoczynku. Jego nieruchomość to tylko podstęp, to spokój wulkanu, którego erupcja może nastąpić w każdej chwili. W nowomowie pokój nigdy nie występuje jako warunek stanu spoczynku i normalności. Zawsze jest w niej coś, o co "trzeba walczyć". "Walka o pokój" to był jeden z oficjalnych sloganów partii. Nieustanne "walki" komunistycznej wyobraźni nie mogą się skończyć kompromisem czy uznaniem różnic, lecz wyłącznie pokonaniem wszechobecnego wroga. W sytuacji gdy wszystko jest w ruchu i "walka" sił postępu z siłami reakcji toczy się zawsze i wszędzie, ważne jest, by triumf ideologii nad rzeczywistością stale odnotowywać i wspierać. Stąd siły postępu doprowadzają do "nieodwracalnych zmian", podczas gdy siły reakcji muszą ponieść klęskę z powodu wzajemnie sprzecznych i po prostu "nostalgicznych" prób obrony skazanego na porażkę porządku społecznego.

Euromowa odzwierciedla te cechę nowomowy. Wiąże swoje nawoływania z pandynamiczną wizją procesu politycznego, w którym wszelkie zmiany "pozytywne" są nieodwracalne, a wszelkie zmiany negatywne to po prostu czasowe komplikacje, spowodowane przez rasizm, ksenofobię, nacjonalizm itp. Dlatego euromowa tworzy się wokół projektu "coraz ściślejszej unii", gdyż nikt nie daje sobie czasu na zastanowienie się, w jakim zakresie unia została już osiągnięta czy w jakim zakresie byłaby ona pożądana. Odbywa się nieustanny, obejmujący wszystko ruch do przodu i gdy czasami euromówcy będą mówili o "szybkiej ścieżce" i "wolnej ścieżce" postępu, trzeba zwracać uwagę, że prowadzą one w tym samym kierunku, który nigdzie nie jest określony, ponieważ można go opisać tylko przez porównanie.

Toteż proponowana konstytucja rozpoczyna się od zdania: "W tworzeniu coraz ściślejszej unii narody Europy są zdecydowane..." Nikt nigdy nie zapytał narodów Europy, czy chcą "coraz ściślejszej unii" i jak rozumieją takie określenie. Niemniej jednak wydaje się, że narody Europy z własnej woli poruszają się w tym kierunku i odpowiednio do tego podjęły odpowiednie postanowienia. Od tego czasu wszystko jest porażone pandynamizmem zacytowanego zdania, które otwiera konstytucję. Nie nawołuje się nas do respektowania prawa, lecz do "wzmocnienia prawa w świetle postępu społecznego", nie do współpracy, lecz "do pracy na rzecz rozwoju skoordynowanej strategii". Zamiast się wewnętrznie przystosowywać, unia ma "rozwijać i realizować działania prowadzące do wzmocnienia jej spójności gospodarczej, społecznej i terytorialnej". Takie ogólnikowe stwierdzenia w żaden sposób nie mogłyby stanowić podstawy konstytucji w anglosaskim rozumieniu tego terminu, ponieważ nie mają jasno określonej mocy prawnej i ich interpretacja zależy od projektu politycznego, a nie od orzecznictwa prawnego [...]

[...] Tak jak komunistyczna nowomowa opisuje nękany przez kłopoty świat, w którym siły postępu nieustannie wzywa się do pokonania zagrażających im wrogich "izmów" - kapitalizmu, imperializmu, rewizjonizmu czy lewicowego odchylenia - tak samo euromowa zapełnia przestrzeń publiczną własną odmianą niebezpiecznych "izmów" i abstrakcyjnych sił, które stanowią tajemnicę co najmniej tak samo nie zgłębioną jak "coraz ściślejsza unia", której zagrażają. Główne z tych tajemniczych "izmów" to "rasizm i ksenofobia", przed którymi ostrzega nas Komisja Europejska w swych kolejnych oświadczeniach i dyrektywach i które uznaje się obecnie za przestępstwo. Nikt nie wie, czego popełnienie takiego przestępstwa wymaga - i jaki jest właściwy cel wprowadzenia tej etykietki, która ma wpoić nam ideę wrogiej siły czyhającej we wszystkich społeczeństwach europejskich i opanowującej serca oraz umysły, nawet nieświadomych tej machinacji; wrogiej siły, która sprowadza nawet najbardziej niewinny projekt na drogę grzechu.

Dowodem winy może być mój angielski patriotyzm; jest możliwe, że deklarując się jako wróg euromowy, przejawiam ksenofobię. Moja anglosaska kultura mogłaby być powodem skazania mnie za rasizm. Albo może nie mogłaby. Jak mam się tego dowiedzieć? Ważne jest, że się tego nie dowiem. Pozostanę skonsternowany tajemniczą możliwością przestępczego nastawienia mojego umysłu i nauczę się, że nie wolno mi wątpić w mądre dekrety, za pomocą których będzie się odtąd mną rządzić. Rasizm i ksenofobia są dokładnie "myślozbrodniami" w rodzaju tych opisanych przez Orwella [...]

Roger Scruton - filozof, pisarz, konserwatysta angielski. Jego artykuł "Eurocenzura" zamieścił tygodnik "Wprost" 9 paźdz. 2005 w numerze 40.



Dziękujemy pkl. "Łabuź"

 



Ignacy Skrzypek

KREISHEIMATMUSEUM - POWIATOWE MUZEUM REGIONALNE W ŁOBZIE I JEGO ZBIORY

Tak nazywało się to muzeum, chociaż, do zakończenia drugiej wojny światowej, nie istniał powiat Łobez, a miasto Łobez stało się jedynie siedzibą władz powiatowych, przeniesionych tutaj w 1860 r. Był natomiast powiat Resko, istniejący od kwietnia 1817 do maja 1945 r., nazywany początkowo powiatem Borcków lub wschodnim, w którego skład wchodziły takie miasta jak Resko, Łobez, Węgorzyno i Płoty (obecnie woj. zachodniopomorskie).

O utworzeniu muzeum regionalnego w Łobzie zadecydował, jak to często bywało, przypadek oraz zainteresowanie zbieractwem miejscowego nauczyciela, inspektora szkolnego, Alfreda Rowe. To on już w początkach lat 20. XX w. przemierzał teren w poszukiwaniu zabytków, z myślą o stworzeniu w Łobzie muzeum, co w tym czasie na Pomorzu zaczynało być popularnym zajęciem.

Penetrując pewnego razu skupiska polnych kamieni, gromadzone z pól przy drogach, na miedzach lub obrzeżach lasów, natrafił, w okolicach miejscowości Strzemiele, na granitowy kamień żarnowy, nieckowaty, pochodzący prawdopodobnie z młodszej epoki kamienia lub z epoki brązu. Aby uratować znalezisko przed rozbiciem na mniejsze kawałki, porozumiał się w tej sprawie ze starostą von Bismarckiem, który nakazał zabezpieczyć żarna, przewieść je do Łobza i umieścić przed wejściem do starostwa. Zabytek ten okazał się pewnego rodzaju kamieniem węgielnym przyszłego muzeum regionalnego.

Alfred Rowe starał się przekonać starostę, aby oficjalnie powołał muzeum, które dałoby schronienie gromadzonym od jakiegoś czasu zabytkom. Starosta okazał dla przedsięwzięcia duże zrozumienie i zainteresowanie pomysłem. Otrzymawszy poparcie, zapobiegliwy nauczyciel rozpoczął pełną zapału pracę. Podczas swoich podróży służbowych na teren powiatu, pozyskiwał dla swojej idei dalsze kręgi osób. Gromadził też kolejne zabytki, które początkowo przechowywane były w jednej szafie w starostwie. Przekonywał różnych zbieraczy, aby przekazywali swoje kolekcje w jedno miejsce, gdzie z czasem będą mogły być udostępniane do publicznego oglądu.

Przyjmuje się, że początki muzeum w Łobzie należy łączyć z rokiem 1925, chociaż Otto Kunkel, w swojej pracy o muzeach, podaje rok 1926. Daty te mogą być ze sobą mocno zbieżne i łączą się zapewne z momentem, kiedy starosta udostępnił na zabytki jedną, dużą szafę oszkloną, ustawioną w korytarzu urzędu. Szybko jednak została ona zapełniona napływającymi darami, a także sporadycznymi zakupami, czynionymi przez Alfreda Rowe.

W szafie zgromadzono przede wszystkim znaleziska archeologiczne, drobne sprzęty ludowe oraz różnego rodzaju skamieliny. Z zabytków archeologicznych stały w szafie głównie popielnice różnej wielkości z grobów ciałopalnych kultury łużyckiej, w tym m.in. z miejscowości Bytowo, Łobez - wybudowanie, Bonin i Bełczna. Były też krzemienne i kamienne siekierki, kamienne toporki jak np.: toporek z niedowierconym otworem z Suchania; moneta rzymska cesarza Trajana (98-117 r.) z miejscowości Bełczna; krótki miecz (lub sztylet?) z brązu znaleziony w grobie szkieletowym we wsi Suliszewice (prawdopodobnie z wczesnego okresu epoki brązu); fibula rzymska z brązu, podarowana przez gospodarza ze wsi Zbrojewo; popielnica gliniana z tegoż okresu zdobiona meandrem; przęśliki gliniane i z piaskowca oraz grzechotki gliniane używane jako zabawki dziecięce. Bardzo szybko jedna szafa zapełniła się darami i problem przechowywania zabytków, a równocześnie lokalizacji muzeum, oczekiwał na rozwiązanie.

Kiedy na początku 1930 roku ulokowany w starostwie urząd skarbowy przeniósł się do domku jednorodzinnego, zwolniły się dwa pomieszczenia w budynku starostwa, które przeznaczono na muzeum powiatowe. Ekspozycję urządził kustosz Muzeum Prowincjonalnego w Szczecinie dr Franz Bahlke, przy wydatnej pomocy dyrektora tegoż muzeum, dr Otto Kunkla. Według projektów dr Franza Bahlke wykonane zostały gabloty - szafy oszklone, rozmieszczone w dwóch pokojach i na korytarzu. Zbiory podzielono na cztery działy: a) sztuka sakralna, b) zabytki prehistoryczne, c) kultura ludowa i historia miasta, d) geologia. W korytarzu, w szafie, umieszczono teraz tylko skamieliny i bryłki kopalnego bursztynu, jeszcze nie sklasyfikowane i nie uporządkowane. Po obu stronach szafy, na podłodze, ułożono kamienie żarnowe, nieckowate z rozcieraczami oraz wczesnośredniowieczne i średniowieczne, wykorzystywane w systemie obrotowym. W jednym pomieszczeniu wyeksponowano zabytki sztuki sakralnej, w drugim natomiast, większym, zabytki archeologiczne, historyczne i kultury wiejskiej (etnograficzne).

W 1931 roku dokonano otwarcia muzeum powiatowego w Łobzie (Kreisheimatmuseum in Labes), w czasie którego współtwórca ekspozycji - dr Franz Bahlke - szczególnie mocno podkreślił, w swoim przemówieniu, zasługi Alfreda Rowe w organizowaniu tej placówki. Gorąco podziękował także staroście von Bismarckowi, jako mecenasowi całego przedsięwzięcia, oraz radzie powiatowej, która zatwierdziła koszty finansowe, poniesione na urządzenie muzeum. Obecni na uroczystości byli także darczyńcy i prywatni ofiarodawcy swoich kolekcji. W powitalnej mowie zastrzegano się, że muzeum dzisiaj otwarte, nie jest czymś gotowym, ponieważ ciągle będzie się rozwijać, "a jego rozwój zależny jest od wszystkich tutaj obecnych oraz pozostałych mieszkańców miasta i powiatu".

Początkowo zwiedzającym udostępniano muzeum tylko w niedzielę od godz. 1100 do 1300, a od 1933 roku czynne także było we wtorki, w tych samych godzinach oraz dodatkowo w piątki od 1400 do 1600. Wstęp był bezpłatny. Po wyznaczonych godzinach można było zwiedzić wystawy, po uprzednim zgłoszeniu się u kierownika muzeum, Alfreda Rowe, który mieszkał przy dawnej Zülzefitzerstrasse 10/1 (ul. Suliszewicka) albo u stróża w starostwie, w pokoju nr 1. Wydano też krótki przewodnik po muzeum, opracowany przez Alfreda Rowe, który opublikowano w 1934 roku, w jednym z kalendarzy powiatowych.

Zabytki sakralno-historyczne zgromadzone były w pokoju, o dobranych kolorystycznie do nich ścianach, ze znawstwem tematu i sprawiały dobre wrażenie. Przede wszystkim przy wejściu wyeksponowane było torso, pełnego wyrazu, barokowego krucyfiksu drewnianego ze Starej Dobrzycy i dwa drewniane anioły z chrzcielnic; jeden z kościoła w Starej Dobrzycy, drugi z Wołkowa. Na ścianie głównej umieszczono figury trzech świętych: Marcina, Urbana i Huberta z późnogotyckiego ołtarza z końca XV wieku z Radowa Małego, a na ścianie bocznej umocowano żelazną, renesansową płytę piecową z 1566 roku, z reliefem przedstawiającym historię św. Szymona. W oszklonej witrynie wyeksponowano 2 cynowe świeczniki z Radowa Wielkiego z XIX wieku, figurę drewnianą z ołtarza barokowego ze Starej Dobrzycy, śpiewnik wykonany ręcznie przez ucznia na okazję pierwszego święta Bożego Narodzenia, a także srebrny i pozłacany kielich mszalny z Rogowa, prawdopodobnie pochodzący z warsztatu Ernsta Kadaua, zmarłego w 1690 roku. Na szafie ustawiono świecznik drewniany typu "korona", być może gotycki, który używany był od wielu dziesiątków lat tylko w święta Bożego Narodzenia.

W pomieszczeniu głównym, większym, prezentowano zbiory prehistoryczne, które w części już scharakteryzowano na wstępie. W międzyczasie doszły inne: trochę narzędzi krzemiennych i kamiennych z młodszej epoki kamienia, prawdopodobnie z miejscowości Siedlice, Orle, Łosośnica, i.t.p., naczynie z wczesnej epoki brązu z miejscowości Iglice, naszyjniki i siekierki brązowe podarowane przez nauczyciela Bersina i landrata von Bismarcka z nieokreślonych miejscowości, pinceta brązowa, osełka, podkowa żelazna, grot włóczni i żelazny grot strzały, znaleziony koło przystanku celnego w Ginawie. Aby ożywić ekspozycję zrekonstruowano kamienny grób skrzynkowy, z popielnicą wewnątrz. Wykonano i ustawiono także model wału obronnego okazałego grodziska czworobocznego w Karwowie, położonego na wzgórzach nad rzeką Regą, co szczególnie budziło zainteresowanie wśród odwiedzających, zwłaszcza młodzieży szkolnej.

W dziale historyczno-etnograficznym wisiała na ścianie mapa Eilharda Lubinusa (Lubena) z 1618 roku, a w dużej oszklonej szafie ustawiono m.in. naczynie późnośredniowieczne z Łobza, deseczki tkackie z XIX wieku, butelkę szklaną z dawnej huty szkła w Podlipcach, dzbany gliniane i garnki kuchenne, lampy i świeczniki ludowe. W innym miejscu prezentowano wyposażenie i strój panny młodej z pierwszej połowy XIX wieku, m.in. wstążki ślubne i wiersz z okazji ślubu z maja 1806 roku; ubiory dziecięce, a także dokumenty i pieczęcie cechowe z Łobza z 1732 roku, wagi różne, w tym jedna z 1763 roku z miejscowości Trzebawie oraz miarę młynarską - korzec. Ciekawe były monety pomorskie i dokument z osobistym podpisem kanclerza Rzeszy Otto von Bismarcka. Wzbudzały też zainteresowanie fragmenty uzbrojenia, strzelby, laska kawaleryjska z XVIII wieku, laska wójtowska (tzw. kluka) i różne elementy strojów ludowych.

Pod koniec lat trzydziestych XX wieku Kreisheimatmuseum w Łobzie powoli traci na znaczeniu z racji czynienia przez władze starań, aby muzeum powiatowe zlokalizować w Resku. Budynek starostwa był w Łobzie coraz bardziej potrzebny, w związku z rozrastającą się administracją.

Dnia 1 kwietnia 1939 roku nastąpiło połączenie dotychczasowego muzeum w Łobzie (Kreisheimatmuseum Labes) i muzeum miejskiego w Resku (Stadtisches Heimatmaseum Regenwalde) w jedno muzeum powiatowe z siedzibą w Resku (Kreisheimatmuseum Regenwalde), w tzw. Budynku Bramnym z I połowy XVIII wieku, należącym do zespołu zabudowań rodziny von Borck. Kierownikiem muzeum został Wilhelm Geissler, dotychczasowy kierownik muzeum w Resku, a jego zastępcą Alfred Rowe z Łobza. Muzeum w Łobzie zostało prawdopodobnie zamknięte. Nie wiadomo, jaka część zbiorów łobeskich została przekazana do Reska, a jaka pozostała w Łobzie. Brak jest również wiadomości, tak jak w większości przypadków, czy w czasie wojny jakieś zbiory zostały ewakuowane do Niemiec (?). Być może nic z dawnych zbiorów nie pozostało w Łobzie, ponieważ w czasie przeglądu stanu muzealnictwa pomorskiego w 1946 r., wykonywanego przez muzealników warszawskich, nie ma w opracowaniu żadnej wzmianki o byłym muzeum w Łobzie. Prawdopodobnie nie było po nim śladu. Wydaje się, że część zbiorów, przynajmniej te archeologiczne, musiały zostać przekazane do Muzeum Krajowego (Landesmuseum) w Szczecinie. Dzisiaj w zbiorach Muzeum Narodowego w Szczecinie znajdują się niektóre zabytki oznaczone starą sygnaturą "ML", co wskazywałoby, że pochodzą z dawnego Muzeum w Łobzie.

W okresie powojennym, w latach sześćdziesiątych, była w Łobzie zorganizowana Izba Pamięci w szkole, ale tylko prezentująca w zabytkach i dokumentach historię powojenną. Obecnie w Łobzie, już od 12 lat działa prężnie "Stowarzyszenie Łabuź", które wydaje czasopismo literackie "Łabuź" oraz organizuje sesje popularnonaukowe na tematy regionalne, w tym dotyczące pamięci rodu Borcków, czy też wybitnych osobistości urodzonych w Łobzie (prof. Otto Puchstein). Przy okazji takich sesji organizowane są wystawy w Klubie Nauczyciela zwane "Wysypiskami historycznymi", co należy pozytywnie odnotować, bo jest to jakiś zaczątek muzealnictwa regionalnego.

Ignacy Skrzypek



Przedruku, za zgodą autora, dokonaliśmy z książki: "Trzebiatów - spotkania pomorskie - 2004 r.".

Dziękujemy - pkl "łabuź"

 

Mariusz Cezary Kosmala

MELODRAMAT W CZTERECH ESEMESACH

Ja: Dobranoc, moja sliczna, kochana lalko. Gdybys

byla u mnie, tobysmy cala noc ogladali

filmy, a potem dlugo spali. Dobranoc.

Teskniacy ze mnie kot. Dobranoc, moja kochana.

 

Ja: Porzadne koty umieraja z tesknoty

za najukochanszymi lalkami swoimi.

 

Ja: Oj, cos mi nie chcesz odpisac. Ja wiem,

co to znaczy. Moze po prostu nie chcesz

miec juz ze mna do czynienia. Ja w kazdym

razie, pamietaj o tym, nie bede sie narzucal.

 

Ona (wreszcie): Robie sobie paznokcie - to jak mam pisac?

a poza tym - jest u mnie mama. A! jak bedziesz jutro

przyjezdzal, kup gdzie po drodze kartofli.

I gumki, bo ja sie wstydze. Cmok!

 

? V - 27 VII 2005
Mariusz Cezary Kosmala

 

Lech M. Jakób

POECTWO

Ukułem ten termin jakiś czas temu, próbując dookreślić zjawisko charakterystyczne dla niedopoetów. Dla niedopoetów - czyli parających się pisaniem wierszy osobników, których jednak poetami wprost nazwać nie można.

Pojęcie niedopoety organicznie związane jest z pojęciem poectwa. Gdyż poectwo uprawiane jest przez niedopoetów właśnie. I tylko (a raczej głównie) wśród niedopoetów występuje. Już wyłuszczam bliżej o co chodzi.

 

Z grubsza wiemy czego się trzymać, gdy trafia w nas poezja. Rozpoznajemy ją bez specjalnej wiedzy. Bo wiedza i precyzyjne narzędzia opisu literackich form potrzebne są fachowcom. Tak zwany przeciętny odbiorca polega na intuicji. Zawierza - i słusznie - wrażeniu, emocji. Na ogół guzik go obchodzi technika, warsztat. Obcy mu jest chłodny ogląd. Łaknie przeżycia lub tylko - by tak rzec - duchowego rozkołysania. Jednym słowem, odbiorca, sięgając po poezję, zawiera cichą umowę z dostarczycielem tejże. Umowę, opartą na wierze, iż otrzyma "produkt" dobrej jakości, najlepiej oryginalny. Dzieło, które wedrze się do jego wnętrza, rozsiewając poczucie obcowania z czymś wysokim, a przynajmniej twórczo rzetelnym.

Lecz łaknienie obcowania z poezją u większości odbiorców bywa tak silne, że zanika elementarny krytycyzm.

I to właśnie jest wodą na młyn poectwa. Raj niedopoetów.

Skąd takie spostrzeżenie? Bo przeciętnego odbiorcę łatwo podejść imitacją. A poectwo głównie na imitacji się zasadza.

Poectwo mniej lub bardziej zręcznie autentyczną poezję imituje. Przywdziewa cudze szaty.

Poectwo - dzięki sztuce mimikry - na pierwszy rzut oka trudne jest do rozpoznania. I stąd jego powodzenie.

Nigdy nie wnosi nic oryginalnego.

Będzie to definicja nieostra, ale można ją przedstawić następująco: poectwo  jest mieleniem w kółko zastanych idei, przejętych form oraz zdobyczy językowych. Jest wieczną  jazdą na jałowm biegu.

 

Gdy się zastanowić, dziwaczne to zjawisko. Bowiem owi imitatorzy, czy też udawacze, określeni tu mianem niedopoetów, do perfekcji opanowali swój fach. Nie można nazwać ich poetami, ale nie są jeszcze (już) grafomanami. Brak im "bożej iskry", ale posiedli biegłość warsztatową. Mogą tłuc nowe wierszydła z palcem w nosie, a vista, na okrągło. Jak plastikowe doniczki ze sztancy. Słowem poectwo kwitnie lepiej, niźli stokrotki na wiosnę.

Niedopoeci mają przynajmniej kilka rozpoznawalnych cech. Widać u nich bufonadę oraz nadzwyczaj dobre samopoczucie, graniczące z pewnym cynizmem. Obca jest im refleksja pogłębiona. Wspierają się wzajemnie. Chętnie łączą się w towarzystwa wzajemnej adoracji, gdzie wysoka samoocena jest normą.

 

Rozmiar tego zjawiska wygląda na coraz bardziej zatrważający. Bo tomików pustych, nijakich, sztancowych - przybywa lawinowo. Księgarskie i biblioteczne półki są nimi wręcz zawalone.

Po części wina to łatwości wydawania. Dziś książeczkę, a tym bardziej chudy tomik opublikować to pryszcz. Zwłaszcza własnym sumptem - ignorując recenzenckie sito i choćby elementarną konsultację.

Sporą winę w tolerowaniu poectwa ponoszą także wszechwładne media oraz krytycy. Media przez papuzie powielanie i nagłaśnianie dzieł imitatorskich. Zaś krytykom należą się baty za lenistwo w tępieniu tego zjawiska. Lub za ignorancję. Unikam stwierdzenia, że czynią to celowo (?).

 

Dlaczego aż tak się irytuję? Bo rozpanoszone - niczym zaraza - poectwo przyczynia się do erozji kulturowej. Wypacza smak, demoralizuje estetycznie i nieodwracalnie "usypia" lub wręcz pustoszy wyobraźnię niewyrobionej (głównie młodej) części czytelników. A groźne w swej miałkości wzorce nierzadko odciskają się później pieczęcią w mózgach początkujących twórców. Biedaczyna taki, unurzany w potężniejącym poectwie, rychło traci instynkt samodzielnego myślenia. Wreszcie traci własny kręgosłup.

Chociaż? Komuś, kto z "iskrą bożą" się urodzi, choroba poectwa raczej nie grozi.

 

Lech M. Jakób

 

Jacob Böhme

AURORA

Zakończenie Autora
z Teozoficznego Okólnika 10, 38

 

Powiadamiam Czytelnika miłującego Boga, że księga Jutrzenka nie została spełniona, bowiem szatan zamyślił uczynić dla niej fajrant, gdyż widział, że mogło w niej dojść do przełomu. Jutrzenkę przynaglał też jeszcze dzień, jasność była bardzo wielka. Należałoby do tego dołożyć jeszcze jakieś 30 arkuszy. Ale ponieważ zerwała się burza, dlatego nie zostało spełnione owo dzieło, tymczasem zaś zrobił się dzień, że Jutrzenka wygasła, i od tego czasu praca trwała w ciągu dnia. Przeto także Czytelnik powinien zachować to na wieczną pamiątkę, gdyż wszelkie niedostatki zrekompensowano w innych księgach.

Jacob Böhme [1620]
Z niemieckiego przełożył Andrzej Pańta

 

Jakub Sosnowski

***

jak zwykle pomyliły się jej drogi

zamiast do jego mieszkania

trafiła do tamtego który wiersze

dla dupy pisze

 

a on układał na szybie pasjansa

z którego wynikło że dla szmaty

nie warto z dziesiątego skakać

 

Jakub Sosnowski

 

Tomasz Rybak

LABIRYNT

Przeklęta gmatwanina ślepych uliczek. Na dodatek wszędzie roi się od trupów! Zupełnie jakby kostnica rozszerzyła działalność na te tereny. Dekorator wnętrz spisał się znakomicie. Klimat jak z koszmaru. Ciemne korytarze, szczury, pająki, karaluchy, nawet fotele dentystyczne. Wszystko jak należy.

Szkoda tylko, że Ariadna zamknęła interes i nici z wyjścia. Poza tym te potworne ryki. Tak się z nich cieszę jak niewidomy z lunety. Za stary na to jestem. Na stopach mam bogatą kolekcję pęcherzy. Bolą mnie też odciski.

Zaczynam się niepokoić. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy - nawet jeśli ma zeza rozbieżnego. Zabłądziłem! Mam nadzieję, że ekipa poszukiwawcza jest już w drodze, bo jak się znowu spóźnię na obiad, to mnie żona zabije.

Słyszę kroki. Pomimo strachu biorę głęboki wdech, przygotowując się jednocześnie do ataku.

- Nie wie pan, gdzie jest pokój 44? - pyta nagle jakiś facet ze stertą urzędowych papierów. - Szukam od kilku dni i powoli zaczynam się denerwować.

Zbaraniałem.

- Musiałem gdzieś źle skręcić. Tyle tu korytarzy... Trudno, idę dalej.

Wzruszam ramionami i kontynuuję poszukiwania Minotaura.

Po kilku godzinach dochodzę do wniosku, że labirynt nie ma wyjścia. Wejścia chyba też nie. Znowu kroki. Kucam w cieniu i wyczekuję. Niestety - wypatrzyli mnie. Następuje oślepiająca salwa błysków. Słyszę śmiech, ale nie wiem komu przylutować.

Jak tylko odzyskuję wzrok, nie ma śladu po zgrai małych ludzi o skośnych oczach. Dostrzegam jednak dziurę w murze. Dziwne... Wkładam rękę jak niedowierzający Tomasz. Ściana jest z tektury! Z przyjemnością drę ją na strzępy.

Idę teraz na skróty. Z łatwością przedzieram się przez ogrodzenie. Niespodziewanie potykam się o zwłoki. Z ulgą odkrywam, że to kolejna atrapa. Widocznie Dedal nie ma nic wspólnego z tą megabudowlą. Jego naśladowca musi dysponować skromnym budżetem. Jest więc nadzieja, że i monstrum będzie tanią imitacją.

Odnajduję przyczynę przykrego zapachu. Pod sufitem wiszą zasmradzacze powietrza w kształcie choinki z wisielcem. Co za pomysłowość...

- Cip, cip Minotaurek!

Odpowiada mi złowrogi warkot. Mój umysł spodziewa się blefu, ale ciało widocznie nic o tym nie wie. Czuję jak nogi zaczynają mi dygotać, niczym rusztowania, które za chwilę runą. Na horyzoncie zgrozy pojawia się bestia. Na Zeusa! Spodziewałem się potwora, pół człowieka - pół byka, odżywiającego się ludzkim mięsem, ale jest jeszcze gorzej! Przede mną stoi emancypantka. Krótko ostrzyżone włosy! Spodnie! To stanowczo za dużo jak na serce starożytnego Ateńczyka. Chcę uciekać, ale podstępny strach używa paralizatora.

Kobieta rusza się szybko jak ręce kidnapera. Ma marsową minę. W ręku trzyma magnetofon, z którego rozchodzi się groźne warczenie.

- Co z ciebie za bohater? - pyta ironicznie.

Chce mnie sprowokować, a ja dla kobiety zrobię wszystko.

- A ty to niby Minotaur?! Tylko, że jak na potwora, to masz niewłaściwą płeć. Gdzie ten krwiożerczy efekt genetycznych eksperymentów?

- Wylali go. Zjadał turystów, więc nikt nie kupował pamiątek. Ja jestem w zastępstwie. Teraz tu pracuje pół człowiek - pół biedronka. Ale jest na chorobowym. Dosyć gadania. Gotuj się do walki!

- A ty się smaż do walki... Pomyliłaś mnie z kimś innym. Nie biję kobiet.

- Ale ja biję mężczyzn! - krzyczy i uderza mnie z plaskacza.

Pocieram piekący policzek. Nie robi to na mnie wrażenia, bo od lat jestem żonaty.

- Walcz Tezeuszu!

- Nie, dziękuję. Może innym razem. Trochę się spieszę do domu. Przypomniałem sobie, że nie odkurzyłem, a to oznacza kłopoty.

Czym prędzej wymijam zdezorientowaną emancypantkę. Moim oczom ukazuje się tabliczka z napisem "WYJŚCIE EWAKUACYJNE".

Nareszcie na zewnątrz! Uff! No dobrze... Tylko gdzie ja, u licha, zaparkowałem rydwan?!

 


Tomasz Rybak
rybaktomasz@wp.pl

 

Wiesław Pisarski

KWAŚNY DESZCZ

a

nasze ciała wspinać się będą

i wpadać w przepaść bezsenną

nim trawa złocista porośnie

ich zastygły krzyk

 

przebacz że mężczyzną jestem

i nie mogę spojrzeć na ciebie inaczej

 

tam za wzburzonym oceanem

zrozumiem ciebie leżącą na piasku

i widzieć będę więcej niż słony błysk oczu

 

a

nasze ciała wypalą się w słońcu

i wiatr rozrzuci proch po bezdomnych myślach

 

wybacz że płaczę

i ciągle tkwię na brzegu czerwonego morza

 

dojdę do siebie do ciebie przypłynę

do złotych piersi ciszy i tu się nasycę

tym czego szukałem w czterech porach roku

 

a nasze ciała cóż po nich cóż po nich

niech się wspinają

nim mróz wczesnej zimy

zetnie w nich ostatnie pragnienia

niech ciepły dotyk rośnie

aż po miasta w chmurach

 

a

kwaśny deszcz piorunów

niech zgładzi nieistnienie

na pożółkłych kartkach

 

 

maj 2005
Wiesław Pisarski

 

Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (27)

Zaskakujący ilościowo jesienny wysyp tomików. Mówię tylko o tych, które wylądowały na moim biurku. Łącznie ponad dwadzieścia, a odnotować i w skrócie omówić szerzej mogę ledwie kilka. Bo w przypadku komentowania wszystkich musiałbym zapełnić chyba połowę numeru "Łabuzia". Tak to bywa z nadprodukcją.

1.

Na pierwszy ogień idzie wierszotwórczyni A. Szoda, autorka dwóch solidnie edytorsko wydanych tomów (Alicja Szoda "Bajanie", PPH Zapol Dmochowski, Sobczyk Spółka Jawna, Szczecin 2004, str. 144; "Choćby pod wiatr", wydawca jak wyżej, Szczecin 2005, str. 112).

A. Szoda (rocznik 49), urodzona w Bydgoszczy, obecnie mieszka w Szczecinie. Jest członkiem Stowarzyszenia Twórców Ludowych. Publikowała w lokalnych pismach - m.in. w świnoujskiej "Naszej Gazecie". Ma na koncie 4 tomiki, w tym Tylko gwiazdy rozumiały (2002).

Tak zwana poezja ludowa, wywodząca się z ruchu amatorskiego, a kojarzona z niedzielnym pisaniem, zwykle zamyka się we własnym kręgu. Darmo jej szukać w szerzej docierających mediach. Czasem tylko jakiś tomik zalęgnie się w kącie księgarskiej półki lub telewizja pokaże migawkę z koła gospodyń wiejskich - z czytającą rymy gospodynią w roli głównej. Oczywiście ma to wymiar trochę karykaturalny. A rzecz należy odbierać w innych kategoriach.

Po prostu niedzielne pisanie istniało i istnieć będzie zawsze - nie tylko w naszej kulturze. Podobnie jak struganie świątków. I przykładanie do tego wysokiej miary twórczej nie ma sensu.

Dlatego nie będę pastwił się nad strofami A. Szody. Bo jakąż argumentację mógłbym wytoczyć? Że teksty to literacko nieodkrywcze, często banalne, lukierkowate, ociekające sentymentalizmem? Oczywiście, że takie są. Weźmy pierwszy z brzegu cytat:

Kiedy wiosna szalona krzew bzu obudzi

zaspany, to serce się w woni wykąpie

i śpiewać będzie z ptakami.

Każdą maleńką chwilę błękitem nieba

otuli i w barwny wianek wystroi,

abyśmy kochali siebie i ludzi.

Lecz na obronę autorki mam jeszcze i to, że nie udaje kogoś innego. Ma też świadomość swojego miejsca. Innymi słowy nie zachodzi tu zjawisko zafałszowywania tożsamości.

 

2.

Natomiast sporo zarzutów można postawić innemu wydawnictwu, które dotarło do mnie okrężnymi drogami, niemal przypadkiem (Wojciech Czaplewski, Jacek Pechman "Anioł w szafie. Miniatury poetycko-filozoficzne", Komitet Organizacyjny VI Ogólnopolskiego Przeglądu Twórczości Zbigniewa Herberta w Kołobrzegu, Kołobrzeg 2005, str. 16).

Autorzy szumnie nazwali publikację książką, gdy w istocie mamy do czynienia z szesnastostronicową broszurą. Lecz to tylko techniczne sprostowanie. Gorzej z zawartością. Choć sam pomysł nie był najgorszy.

Wymyślili sobie panowie W. Czaplewski i J. Pechman, że wspólnie napiszą dzieło: jeden dostarczy poezję, drugi strofy poetyckie wspomoże komentarzem filozoficznym. I tak się stało. J. Pechman wypichcił górolotne wersy, W. Czaplewski opisał to z pozycji filozofa. Dajmy tego próbkę. Pisze J. Pechman:

w pudełku zdarzeń/ niedoskonałych/ grzebię patykiem nadziei/ odnajduję/ echo życia// kartki dnia i nocy/ zapisuję dotykiem/ alfabetu// pudełko/ jest pełne/ ludzi...

Zaraz niżej komentuje W. Czaplewski:

mowa ani pismo - w różny sposób - nie są "ubieraniem myśli w słowa", tak jakby sens był już czymś, zanim słowo się pojawi. "Czymś" sensu jest słowo. "Czymś" słowa jest sens. Myśl nigdy nie jest naga.

I tak do ostatniej stronicy ciurkiem, poszatkowane, ze stosownym zadęciem i przejęciem.

Jako żywo przypomina to strzelanie z armaty do muchy. Bo teksty nibypoetyckie tyle mają wspólnego z poezją, co słoń z konwaliami. I nie przekona mnie argument, że jednak coś wspólnego mają - bo i słoń, i konwalie z jednakich atomów zbudowane...

Po wstępie trącającym o Platona znajdujemy też taki przypis:

Intencją wydawców "Anioła w szafie" jest, aby był to początek cyklu. Chcielibyśmy, aby corocznemu Ogólnopolskiemu Przeglądowi Twórczości Zbigniewa Herberta "Herbertiada" (który w tym roku odbywa się po raz szósty) towarzyszyły publikacje, prezentujące twórczość ludzi pióra z Pomorza Zachodniego. W ten sposób ma powstawać, oby obfitująca w wartościowe tytuły, "Biblioteka Herbertiady".

Cóż, zbożną intencję wydawniczą poprzedził zastanawiający niewypał. I to w glorii (lub też cieniu) imprezy, której patronuje duch samego Z. Herberta oraz minister kultury. Wart Pac pałaca, a pałac Paca - chciałoby się rzec? Ale nie powiem, bo byłoby to trochę niegrzeczne.

 

3.

Na tym tle o niebo lepiej wypada inne kołobrzeskie dzieło, autorstwa B. Mieczkowskiej-Miśtak (Beata Mieczkowska-Miśtak "Wyrwane z niepamięci", Kołobrzeskie Stowarzyszenie Inteligencji Twórczej, Kołobrzeg, str. 96), choć też niepozbawione wad.

B. Mieczkowska-Miśtak, z wykształcenia pedagog, urodziła się i mieszka w Kołobrzegu. Sporą część zawodowej kariery poświęciła dziennikarstwu. Obecnie zawiaduje Ośrodkiem Kultury w Ustroniu Morskim. Współzałożycielka i wiceprezes Kołobrzeskiego Stowarzyszenia Inteligencji Twórczej. Niewiele publikowała wcześniej - m.in. w miesięczniku "Integracje", ale też w wydawnictwach zbiorowych Stowarzyszenia Kołobrzeskich Poetów. Obecny tom jest jej indywidualnym debiutem.

Zbiór blisko 80 utworów podzielony został na cztery części, zatytułowane kolejno: "Chwile wymazane z pamięci", "Wszystkie ważne sprawy", "Postawy" oraz "Myśli wyrwane z niepamięci".

Powiada autorka w utworze "Chwila zwana życiem":

Stoimy nad urwiskiem

niepamięci

w perspektywie

niebyt

nieskończona pustka

o nieodgadnionej formie (...).

Zostawmy już z boku "nieskończoną pustkę o nieodgadnionej formie". Ale pamięć - niepamięć powtarzają się w tomie z dużą częstotliwością. Ma problemy podmiot liryczny z utrwalaniem i kodowaniem. Widoczna jest też w książce inna opozycja: oniryzmu i rzeczywistości. Z jednej strony autorka zdaje się mocno stąpać po ziemi, z drugiej - sugeruje autonomię świata marzeń. I nijak rozmaite światy nie chcą się zejść, dopełnić. A głównym polem bitewnym są sprawy niebagatelne, bo relacje płci. I tu mamy konflikt trzeci.

Raz są to utwory rozhuśtane emocjonalnie, innym razem przypominają suchy kaszel: są powściągliwe w wyrazie, niemal ascetyczne.

Biedą natomiast jest momentami drewniany język utworów. Jakby dziennikarska przeszłość autorki zostawiła wyraźny swój ślad.

Wydaje się też, że zabrakło (jeśli nie autorce, to wydawcy) lepszej selekcji. Wiele zyskałby zbiór na solidniejszym przetrzepaniu.

Także wstęp (autorstwa Artura Baranowskiego) trochę razi. Przesadą jest wspieranie debiutu przedmowami.

 

4.

Tego autora chyba nie trzeba bliżej przedstawiać, skoro wydał do tej pory ponad 20 tomów wierszy i prozy. Mówię teraz o E. Pietryku (Edmund Pietryk "Jaskółcza magia. Wiersze", Prodruk Drukarnia i Wydawnictwo, Poznań 2005, str. 48). Ale jednak parę słów o autorze bliżej, skoro ostatnio o nim jakby ciszej.

E. Pietryk (rocznik 38) urodził się w Orańczycach (Kresy Wschodnie), mieszka w Poznaniu. Ukończył Wydział Aktorski PWSTiF w Łodzi oraz Wydział Reżyserii PWST w Warszawie. Pracował w teatrach Lublina, Szczecina, Kielc, Opola i Poznania. Wystawiono pięć jego sztuk teatralnych. W radiu zrealizowano osiemnaście jego słuchowisk. Imponujący dorobek, bez dwóch zdań.

Najnowszy zbiór poetycki zawiera 44 utwory.

To wiersze stonowane, wyciszone, refleksyjne. Od razu widać, że kreśliła je ręka doświadczonego twórcy. Wymagają smakowania - podobnie jak powolnego sączenia wymaga dojrzałe wino. Poeta umie docenić chwilę, obecność bliskich - także tych, co odeszli. Odczuwając spustoszenia biologii ("Starość wdziera się w duszę/ czarnymi ćwiekami nocy"), powoli i świadomie zerka na drugą stronę. Pora się żegnać; ziemski żywot kończy swój bieg.

Ale nadciągająca śmierć nie odbierze pamięci uczuć - zdaje się mówić między wierszami poeta. I w pochodzie pokoleń upatruje znaku ("W spojrzeniu syna widzę dzień studobowy/ mojego ojca i sekundową noc"), że przemijanie fizyczne jawi się tylko złudą?

Poetyckie przywołania tych co odeszli (Julian Stryjkowski, Sylwia Plath, Jerzy Grotowski) przeplatają się ze wspomnieniami ważnych w życiu twórcy wydarzeń (np. marzec'68 - słynne zdjęcie "Dziadów" ze sceny Teatru Narodowego).

Dużo, dużo zadumy.

Poddajmy się kołysaniu choćby utworu pt. "Maria i gołębie":

Maria karmi gołębie Kreśli im lot wędrówki

Ufają jej brzozy i liście jemioły

Dla niej kosy i wilgi wyrywają się ze snu

ich pieśń śni się sama Jej dłonie

oswajają prawdy konieczne

Siadamy wtedy po kryjomu -

gołębie ważą nasze słowa

Ja jestem krótką życia kreską

Ona przyszywa wczorajsze echo

sprawdza jak pachnie zamilczane slowo

Jej pamięć bierze mnie za rękę

i tak mijam kolejną rozpadlinę jesieni

z podstępną gwiazdą na jej dnie.

 

5.

I proszę. Niedawno jeszcze ubolewałem z powodu braku noty biobibliograficznej B. Tylman, gdy drugi tomik autorki (Barbara Tylman "W samotni czasu", nakład własny, Poznań 2005, str. 52) nadrabia zaległości z nawiązką.

B. Tylman (rocznik 47) urodziła się w Poznaniu. Z zawodu jest handlowcem. Też członkiem Klubu Literackiego przy Centrum Kultury "Zamek". Wyróżniana wielokrotnie w rozmaitych konkursach, debiutowała w "Gazecie Ratajskiej" (2001), publikując później w "Akancie", "Protokole Kulturalnym", "Obrzeżach" i "Spojrzeniach". Jej wiersze znaleźć można także w kilku almanachach. Pierwszy indywidualny tomik autorki (Zamknięte w przestrzeni) wyszedł w 2004 roku.

Ogólnie rzecz ujmując rok temu punktowałem u autorki nadmiar słodkości i zużyte obrazowanie. I podobne słabości można wytknąć teraz. Owszem, zbiór pod nieco pompatycznym tytułem "W samotni czasu" jest w wymowie ciepły, emocjonalnie przyjazny odbiorcy, jednak znów zasypuje nas pisząca raczej marnymi figurami. A to potykamy się o "naszyjniki łez", a to przychodzi nam błąkać się w "labiryntach nocy" lub dźwigać "krzyże nędzy".

Oczywiście nie może też zabraknąć utworu poświęconego Papieżowi. Notuje autorka w tekście pt. "Odejście Ojca Świętego Jana Pawła II":

I załkały wszystkie dzwony

o wieczornej porze

przygniatając dźwiękiem

pochylone w smutku głowy.

Chyba oczywistym wydaje się, że podobnymi strofami B. Tylman sama sobie wystawia określoną recenzję. Osobiście łkał nie będę. Zwłaszcza, iż znalazłem w tomiku kilka znośnych linijek. Na przykład taką:

nad głową czas

zaprzężony w Wielki Wóz

odjeżdża

 

nie czeka aż marzenia

wyblakną na ścianie.

 

6.

I jeszcze sięgnięcie po tomik z Małopolski.

Ponownie w "Prowincjonaliach" gości B. Zdanowicz (Bogdan Zdanowicz "bis [aneks do inne przestrzenie]", nakład własny, Kraków 2005, str. 28.) - poeta, polonista, były nauczyciel i instruktor w MDK. Autor korzeniami rodzinnymi sięga Wileńszczyzny. Za młodu mieszkał w Łobzie, obecnie w Krakowie. Wydał tomiki wierszy: Kiedy Ciebie nie ma (1980), Szpital zwyczajnego dnia (1989), Piosenki dla dziewczynek (2001), Sowa i inne ptaki (2002), Inne przestrzenie (2004).

Szczupły zbiorek niespełna dwudziestu (czasem dłuższych) utworów przesyca ciepło i rosnące wyciszenie wewnętrzne ponad pięćdziesię-cioletniego poety. Próbuje autor uchwycić nieuchwytne: czyli emocje. Przygląda się sobie i otaczającemu światu. Mimo wieku więcej niż średniego nie zatracił zdziwienia. A to oznacza, że nie zatracił wrażliwości. Notuje na przykład w utworze "Powracam":

przez łąkę na drugim brzegu

przebiega dzieciństwo z uśmiechem

zanim skoczy do wody z ufnością niezrozumienia.

Wiersze to niewymuszone, jakby wyjęte z intymnego raptularza.

Osobnym tematem minizbiorku jest penetracja warsztatowa. Sporo wersów poświęca poeta możliwościom języka: jego pułapkom i naprężeniom. Wie, że tworzywo słowa jest wyjątkowo elastyczne. A jednocześnie ma silnie rozwiniętą świadomość tego, że słowom nie do końca można zawierzyć. Daje temu wyraz już w utworze początkowym "co? dawanie":

znam swój język na pamięć

smakuję jego zrosty, frazy, zmiany

drżenia, gdy jak terrorysta wnika

w głąb obcej wiary lotem nieśledzonym

dążąc do eksplozji wciąż mieszanych uczuć

- święta wieża bajzel jest ikoną c-enter.

Czytelnikom nie znającym wcześniejszych zbiorków autora lektura obecnego może pozostawić pewien niedosyt. Ale poeta, jak ze strof pośrednio wynika, jeszcze ostatniego słowa nie powiedział.

 

7.

Na koniec w poetyckiej lawinie coś odmiennego. Przynajmniej gdy o formę idzie. Trzymam akurat w garści publikację W. A. Rosołowskiego (Witold Adam Rosołowski "Ballady, pieśni i inne wiersze", nakład prywatny, Kraków 2004, str. 64).

O samym autorze informacje są skąpe. Cytuję notkę w całości: "Przasnyszanin. Kompozytor, pieśniarz i poeta. Mieszka w Ciechanowie. Nauczyciel. Pracuje w Ciechanowie i Szulmierzu. Wydawnictwa oficjalne: «Na receptę» almanach przasnyskich poetów (2003 TPZP Przasnysz). Okazjonalnie: Abbozzo (1996)".

Utwory tomu podzielił W. A. Rosołowski na trzy części. Część pierwsza "Obrazy bez obrazy" zawiera teksty najbliższe wersyfikacji wiersza białego - często przybierające postać maksym czy też poetyckich aforyzmów. Części druga i trzecia to pieśni i ballady. Zaś wszystkie części poprzedza "Pieśń o mojej wyspie wolność".

Mnie wręcz zafascynowała część druga i trzecia. Owe pieśni (a także ballady) zawierają wewnętrzną muzykę. Nierzadko uderza nakładanie się brzmień, rytm, ukryty lub jawny rym. Swoją rolę odgrywa też oczywiście refrenowość niektórych strof i powtarzalność kolejno rozbudowywanych obrazów.

Opowiada pieśniarz o tym, co go boli, ale też i zadziwia, zachwyca. Bez sadzenia się, czasem z ironią. Aż z chęcią posłuchałbym takich kawałków przy akompaniamencie gitary.

A całą książeczkę domyka "Podpis". Cytuję dłuższy fragment:

 

panie poeto - analfabeto

dla pana kartka jest myśli metą

wiersz pod dyktando myśli zrodzony

a pan na skrzydłach mkniesz nad poziomy

z odmętu - błędów - z pędu i wyżyn

stawiając w końcu pod wierszem krzyżyk

śmierć wierszom tylko zadajesz

kiedy im krzyżyk na drogę dajesz

 

panie poeto - analfabeto

stoisz nad myślą z barwną paletą

wbrew wersom tworzysz z rymu obrazy

i czasem pięknie tniesz krajobrazy

cóż kiedy skrzydłem z pędu i wyżyn

pod pejzażami malujesz krzyżyk

śmierć wierszom tylko zadajesz

kiedy im krzyżyk na drogę dajesz

 

(...)

 

Paweł Szeroki
(listopad 2005)

 

Marek Czuku

CHŁOPAKI

Chłopaki z mojej klasy słuchali

Deep Purple, Led Zeppelin, King Crimson.

Nosili długie włosy i rifle kupione w Peweksie.

Na kurtkach malowali portrety Jimiego Hendrixa,

a na rękach robili sobie sznyty.

 

Chłopaki pisali na torbach i piórnikach

AJAX, FEYENOORD, GÓRNIK ZABRZE

(wszyscy nienawidzili Legii),

a także YIP obok okrągłych pacyfek.

 

Chłopaki wymieniali się ce-te-betkami,

żeliwnymi kulkami i kolorowymi prospektami,

które dostawali z Dunlopa, Rovera i Alfy Romeo

(wcześniej pisali listy

zaczynające się od Dear Sirs).

 

Chłopaki na przerwach grali w cymbergaja

i palili sporty w ubikacji.

Po lekcjach bili się o honor z chłopakami

z VIIb, rozgrywali mecze i trenowali kosza.

Na waksach pili wino za 22 złote i gadali

z dziewczynami na łące za boiskiem.

 

Chłopaki z mojej klasy

mają żony albo kochanki,

głosują na AWS albo SLD,

jeżdżą do pracy autobusami

albo oplami vectra,

a ich chłopaki chodzą

do VIIc albo VIIb.

 

Nie wiem, czy wszyscy żyją

(może ich nigdy nie było?).

 

1998
Marek Czuku

 


Gosia Dębska

COŚ

Mam 21 lat. 21 lat i ani dnia więcej. Po prostu 21. 21 wiosen za sobą i 21 przede mną. A może i więcej. Tego nikt nie wie. Nikt nie jest w stanie przewidzieć właśnie tego, naszej śmierci. Nie myślę o tym. Mając 21 lat trudno myśleć o swym końcu. Na imię mam Wanda. Nie Wandzia, Wandeczka. Po prostu Wanda. Czasami na złość mówią do mnie Weranda, ale nie przeszkadza mi to. Przyzwyczaiłam się już do ludzkiej głupoty i zacofania. Ludzie robią to, co chcą i chyba jedynie sam Pan Bóg wie, jak im w tym przeszkodzić. A propos Boga. W kościele nie byłam od 2 lat. Nie wynika to z mego braku wiary. Rzekłabym, że wiąże się z ideologią, ale czy wówczas nie minęłabym się z prawdą? Do kościoła nie chodzę. Nie widzę tam nic prócz mężczyzny w czerni starającego się kierować naszym umysłem, życiem powołując się na siły boskie. A przecież Jesus powiedział: "królestwo boże jest w nas, nie w budowlach z cegły czy kamienia. Podnieś głaz, a znajdziesz mnie..." czy jakoś tak. Nie pamiętam dokładnie. Utkwiło mi w pamięci jedynie, że słowa te głęboko mnie wzruszyły. Bóg jest miłością. W moim domu jej nie brakowało, wciąż nie brakuje. Ona jest obecna, nieodłączna. Chyba śmiało mogę powiedzieć, że nie jesteśmy typem dysfunkcjonalnym. Nie! Nigdy niczego nam nie brakowało. Ale nie jesteśmy też idealni. Nie wiem, czy jestem dobrym człowiekiem. Patrząc w lustro nie umiem tego ocenić. Nie, żeby brakło mi odwagi czy samokrytycyzmu, ale chyba inni powinni mówić o mojej dobroci, ja zaś sama mogę powołać się jedynie na mój narastający ostatnimi czasy egoizm. Uczę się go. Uczę się być egoistką. Egoizm daje człowiekowi siłę niepodobną do żadnej innej. Żyjemy sami dla siebie, zdając sobie sprawę, że cała reszta zwyczajowo przemija. My też przemijamy, ale póki co jesteśmy. Najpierw JA, a potem cała reszta. Dlaczego? Za wcześnie, by o tym mówić.

Próbuję pisać książkę, ale trudno o to. Dzisiaj trudno o cokolwiek. Książka ma być moim oczyszczeniem, czymś w rodzaju katharsis. Może to nie sztuka sama w sobie, ale myślę, że wszelkie powstałe dzieło można nazwać sztuką. Nie jestem artystką. W zasadzie to nie wiem, kim jestem. Młode dziewczyny, zwłaszcza te w okresie dojrzewania, a ja już go mam za sobą, przechodzą przez wiele faz poznawania siebie. Malują, fotografują, piszą poezje. Czasem porywają się na książki. Można to traktować jako formę pamiętnika, jednak pamiętnik jest totalnym, stuprocentowym odzwierciedleniem naszego życia, naszych dni, zero fikcji i zbędnej pikanterii. A ja chcę troszkę pokłamać, pogrzeszyć, pobawić się słownie, językowo. Czy też oralnie, jak to miała w zwyczaju mawiać moja pani doktor. Jak zwał tak zwał. Byle nie padł od tych utarczek umysłowo-słownych.

Tak, więc piszę książkę. Zabieram się do tego po raz dziesiętny. Ale nie wiem dokładnie po raz który. Dwudziesty, czterdziesty. Z czasem autor przestaje już liczyć, ile zużył stron, ile wylał atramentu posłusznie spływającego cienką stróżką na papier. Mój jest czarny. Chodzi o mój atrament. Czarny znaczy mroczny. Ale nie ma to nic wspólnego z moim życiem. Nie jest ono zaciemniałe czy też ociemniałe, choć w niektórych momentach było. Teraz już tylko bywa, ale potrafię nad tym panować. Chyba tego rodzaju sztuka przychodzi z wiekiem. Z wiekiem wszystko się zmienia. Uroda, mądrość, sposób życia. Ja tych sposobów mam parę. Tzn. kilka. Tak chyba lepiej brzmi. Jednym jest studiowanie. Robię je tu i tam. Gdy ktoś pyta: co? Z przekąsem odpowiadam, że życie, bo chyba to jedynie człowiek potrafi tak naprawdę, najuczciwiej i najpilniej studiować. Stajemy się wówczas prymusami żądnymi wiedzy. Nikt nie zważa tylko na to, że z tego same problemy się biorą. No np. niechciane ciąże. Choć rząd teraz wprowadza becikowe to może to i lepiej. Gorzej tylko, jak co niektórzy zechcą zrobić z tego interes. Albo alkoholik zrobi żonie dzieciaka i będzie miał na wódkę. Co za paranoja. Przehandlować dziecko na własną, wyuzdaną potrzebę. No, ale takie a nie inne mamy społeczeństwo. Starsi się poddają, a młodzi chcą walczyć. Jak ten, no, niezależny związek studentów. Ogłosili stan gotowości strajkowej czy jakoś tak. Nie zgadzają się z obecną sytuacją polityczną kraju. I chwała im za to. Siedzę, czytam i tylko obserwuję. Bierność nie jest pochwalana, ale ktoś musi być bierny, by inny mogli uczestniczyć, czynnie rzecz jasna, w tym pokręconym życiu politycznym lub społecznym. Nie jestem aspołeczna. Studia uczą prospołecznych postaw i masowego krzyku. Ale to tylko przykrywka, pod która kryją się tradycyjne postawy i konserwatywne poglądy. Patriarchalne rodziny, zamknięte na wszelkie skrzywienia kulturowe. Pewnie, że są pewne konwencje kulturowe stałe i niezmienne, ale są też ludzie i ludzie. Tych drugich, czy też pierwszych trzeba traktować jako nieodłączny składnik środowiska czyli nas samych.

Mam koleżankę na roku. Na myśl o tym, że jej dziecko mogłoby uczęszczać do szkoły z homoseksualnym dzieckiem, dostaje mdłości i zasypuje nas toną argumentów przemawiających za tym, by tego typu anormalności wykluczyć z życia społecznego. Co tylko będzie, jeśli to jej dziecko okaże się być homoseksualne? No właśnie. Zapewne nigdy nie przyjęła pod rozwagę tej kwestii. No, ale pewnie nowy prezydent rozwieje tego typu problemy zwalniając gejów i lesbijki z pracy, a homoseksualne dzieci wysyłając na leczenie.

Pracuję w małej kawiarence. Nie lubię swojej pracy, ale staram się jej też nie nienawidzić. W końcu to nie szczyt moich marzeń. No, ale jest ta kawiarnia. Mała, brzoskwiniowe ściany. Mój kierownik mówi, że ciepłe kolory sprzyjają jedzeniu. Ściany i zielone podłogi. Ale nie od farby. Mamy dużo roślinności. Zupełnie, jak w dżungli. Na wiosnę najwięcej jest tulipanów. A propos tulipanów. We Francji jest taki zwyczaj. Pewnie już ktoś słyszał lub nie. Pierwszego dnia wiosny rozdaje się przechodniom tulipany, bukiety tulipanów. Chciałabym mieszkać we Francji. Voila! Zastanawiam się, na czym polega moja praca. Kontakt z ludźmi, sprawianie im przyjemności. Ponoć parzymy najlepszą kawę w mieście. To musi sprawiać przyjemność. Uwielbiam kawę. Jestem kawoszem, nałogowym pijaczem kawy, kawomaniakiem. Pijam trzy, cztery, pięć. Słownie pięć kaw dziennie. Czarne, słodkie. Wcześniej pijałam z mlekiem, ale mój znajomy, mądra głowa, powiedział, że to zabija kofeinę. Nie wiem, czy miał rację. Na mnie już nic nie działa. Rozkoszuję się smakiem. Chyba jedynie prawdziwy kawosz potrafi nakręcić reklamę kawy. Kto nie pije, nie sprzeda jej tak, by sprzedaż wzrosła. A wiadomo, że najlepiej dotrzeć do zmysłu i dopłynąć do podświadomości. Eh. Gdzieś mi dzwoni, ale nie wiem gdzie, bo mam mały niedosłuch. Operowali mi ostatnio ucho, ale nic im z tego nie wyszło. Nie żeby robota była kiepska. Po prostu ucho mi zawiodło. Teraz ustawiam się niepostrzeżenie do mówiącego tym słyszącym tak, by nie utracić żadnego zdania. Moja mama mówi, że jestem świetnym słuchaczem, że umiem słuchać. W ogóle mamę mam super. Taka babka na półmetku życia. Ma już parę siwych włosów, ale to pewnie przez to, że zawsze starała się być taka wspaniała. Jest świetnym partnerem życiowym. Nie jest kumplem, bo to chyba najgorsze, co rodzic może dać dziecku. Kumplostwo kompletnie pozbawia szacunku. Partnerstwo go uczy. To wpajają nam na zajęciach. O, np. ostatnio opowiadano nam o człowieku śniegu, przysłowiowym yeti. Nie wiem czy to mit czy historia, ale ponoć w Rosji, a później także we Włoszech zmuszano kobiety do współżycia z małpami. Kiedy te odmawiały, zapładniano je małpią spermą. Tak zrodzony człowiek był lepiej przystosowany do warunków życia i pracy na Syberii. Rzygać mi się chce, gdy sobie o tym myślę. Ogrom krótkowzroczności ludzkiej nie zna granic. O takich rzeczach trzeba pisać i chyba dlatego ja piszę.

"Where do I begin"....tralala...uwielbiam ten utwór. No właśnie, gdzie to się zaczęło. Opowiedziałam, kiedyś Pablo o tym, że chcę pisać. O.K. - tylko na tyle było go wówczas stać. Przychodził często do kawiarni. Siadał w kącie i czytał, jakieś powieści okresu stanu międzywojennego. Nie imponowało mi to. Rzadko kiedy ktoś mi naprawdę imponuje. Mimo to spotykałam się z nim ponad rok czasu. Ale nie ze względu na książki. Choć oboje kochaliśmy je w ten sam sposób. On kochał Wołoszyna, ja Whartona. Obaj panowie na "W". To już coś, myślałam. Pablo, chyba tak miał na imię. Tak się przedstawił i tak już zostało. Ale nie przez Picasso. Nie interesowała go sztuka. Swego czasu mnie uważał za sztukę. Uważał, że moje życie jest dziełem. Obrazem namalowanym kolorową paletą mego ciała. Jakież to było patetyczne. Miałam dwa lata mniej niż teraz. Chciałam z nim zamieszkać. Zamieszkałam, choć nie spotkało to się z ogólną aprobatą. Wręcz przeciwnie. Mama biła się w pierś, a tato powtarzał jej słowa. Nie wspomniałam jeszcze o tacie. Był pod jej pantoflem. Kochał ją i wynikało to z tej miłości. Cóż. Miłość potrafi podporządkować sobie ludzi. Ale nie chcę o niej pisać. Pewna dziewczyna powiedziała mi kiedyś, że o miłości się nie mówi, nie pisze, póki ona jest, póki trwa. Ja miałam Pablo. Napawał mnie optymizmem i chęcią do życia. Nie robił nic nadzwyczajnego, nie dawał nic, co nie wiązałoby się bezpośrednio z nim. Kiedy zrobiliśmy to oboje po raz pierwszy. Gdy poczułam jego w sobie i to niesamowicie przenikające ciepło, powiedział "kocham cię", na co ja umiałam tylko odpowiedzieć "dziękuję" i się rozpłakać. Kochałam go wtedy i dużo wcześniej. Czasem sobie myślę, że kochałam go jeszcze zanim go poznałam. Ale to chyba dzieje się tylko w książkach czy w filmach. "Love story". Oj tak to było, jak ta miłosna historia, tylko że żadne z nas nie umarło. Trwaliśmy przez rok. Dzień w dzień razem. A kiedy brakowało nam tęsknoty za sobą on wyjeżdżał do domu rodzinnego, a ja do mego. Dni uczyły nas tęsknoty i dalej pchały nas w swoje ramiona. Wieczory spędzaliśmy z butelką Sophii. Byłam więc świetnie zapowiadającą się studentką. Tanie wino, ale nie aż tak tanie i długie wieczory przy filmach Lyncha. Oboje uwielbiamy Lyncha. Chyba tylko to nas łączyło no i Sophia. Z rzeczy czysto materialnych, fizycznych, tych, których smakowaliśmy wcześniej osobno. Teraz smakujemy je razem.

Razem. On i ja. Ja i on. Czy może być coś wspanialszego. Mówi się, że zakochany objawia się światu takim, jakim jest naprawdę. Ale nie miałam mówić o miłości, ani o niej pisać. Pablo był pięć lat starszy. Fotograf. Nie umiał się jednak to tego przyznawać. Robił zdjęcia dla paru przodujących na rynku czasopism babskich. Fotografował głównie kobiety. Półnagie, eleganckie, zabiegane. Aktorki, piosenkarki, bizneswoman. Fascynował się nimi, aż fascynacja ta przeszła na mnie. Podziwiałam kobiece ciało, kształty, usta, oczy, to w jaki sposób się ruszają. Czasem zabierał mnie na sesje. Udawałam wtedy jego asystentkę. Dotykałam ich, ale nie zawsze. Jedne tylko wpadały i wybiegały chwilę później na kolejne sesje, wywiady. Inne oddawały się rozkosznie obiektywowi. Romansowały z nim. Nie z Pablem, tylko z obiektywem. Facet trzymający go w dłoniach nie interesował ich w ogóle, nic a nic. A mówi się, że modelki romansują ze swoimi "artystami". Kiepska to historia, mijająca się z prawdą. Tak, więc asystowałam przy niektórych sesjach. Poprawiałam to tu, to tam. Parę kobiet garnęło się do mnie, uwodziło wzrokiem, dawało dwuznaczne propozycje. Pablo zabronił mi więc przychodzić do studia. Im więcej miał zleceń, tym częściej zostawałam sama w domu. Próbowałam zatem pisać. Każde słowo, każde było na wagę złota. Nic jednak nie przychodziło mi do głowy. Miałam wrażenie, że jest w niej ogromna dziura, luka, której prawdopodobnie już nigdy nie zapełnię. Zaczęłam więc od opowiadań. Pewien literat z okresu międzywojennego zaproponował mi napisanie jednego, na próbę, do żebraczego czasopisma. Okazało się to być trudniejsze niż myślałam. Całe lato zeszło mi na stworzenie czegoś, co nawet nie miało tytułu. Wiedziałam jednak, że wspięłam się na szczyt, z którego nie mogę dać się teraz zepchnąć. Traktowałam pisanie, jako zabicie wolnego czasu. Było mi z tym dobrze. Ja i białe kartki, które powoli zapełniały się treścią. Pisałam o wszystkim, bo jak powtarza moja babcia "wszystko jest dla ludzi". O studiach zapomniałam. Można powiedzieć, że były one eksternistyczne, nie dzienne. O dziwo, rok zaliczyłam i utrzymałam Pabla przy sobie. Powiększał sprzęt i coraz częściej wyjeżdżał. Kraj pachnący wiśnią czekał na niego otworem. Parę miesięcy później wyjechał do Japonii. Nie pamiętam już, jak spędziłam te parę miesięcy. Alkohol stał się jeszcze lepszym partnerem od niego samego. Nie rozumiał mej tragedii. A może zwyczajnie nie chciał rozumieć, jak pies, który po stracie pana wiecznie go szuka. Mówił, prosił, a potem już nawet błagał, żebym pojechała z nim. Japonia była przecież moim marzeniem. A i owszem. Zakochałam się w niej, ale chyba w tej z telewizji. Kolorowe pudełko barwnie ukazywało orientalne strony świata. Chciałam tam być, na chwilę, na moment, na jeden dzień i jedną noc. Odlecieć i wrócić do spokojnego snu w szarej Polsce.

Ostatni miesiąc się kłóciliśmy, tzn. on krzyczał, ja nie słuchałam. On prosił, ja wychodziłam z domu. Po jego wylocie wróciłam do domu rodzinnego. Nie rozstaliśmy się. Wmówiłam sobie, że wyjechał i niedługo wróci. Stałam na wycieraczce przed domem i nie wiedziałam, jak spojrzeć mamie w oczy. Wiedziałam, że zrozumie. Wiedziałam jednak, że będąc przy nich, ja nigdy nie zrozumiem. Chciałam być sama, ale nie było mnie stać na samotność. Nie przypuszczałam, że może ona kosztować, że trzeba za nią płacić.

Miesiąc później dostałam wiadomość od Pabla. Zostawił w studio kilka ważnych kliszy. Prosił bym mu je przysłała. Nie pytał, co u mnie. Najwidoczniej nie to było już najważniejsze. Może pisząc tą wiadomość leżał z jakąś Japonką na wielkim japońskim łożu kosztując sake. Kto to wie. Jeszcze tego samego dnia udałam się do studia. Przejęła je niejaka Tekla, wysoka, bardzo przystojna brunetka. Kiedyś asystowałam przy jej sesji zdjęciowej. Poprosiłam o klisze. Nic więcej nie mówiłam, nie mogłam, nie chciałam. Wraz z kliszami dostałam jej numer telefonu. Chciałam coś powiedzieć, ale nie zdążyłam, bo palcem zakryła mi usta.

- Nic nie mów. Poczekam.

Wepchnęłam kartkę w kieszeń i wyszłam. Byłam zszokowana. Nigdy nie myślałam o kobietach w sposób, w jaki ona to robiła. Fascynowały mnie, ale tylko na daną chwilę, nie na dłużej. Nie potępiałam tego, ale gromadzące emocje wywołały u mnie dość silne torsje. Stałam pod drzewem i rzygałam. Czułam się fatalnie. Nie chciałam wracać do domu. Poszłam do mieszkania Pabla, które za tydzień miało być oddane nowemu właścicielowi.

Dni znowu przyozdobione były zajęciami i pracą. Wpadłam w dziwny wir, a moja obecność w nim zaskakiwała mnie za każdym razem w ten sam sposób. Powrót do normalności okazał się być czymś normalnym. Ot tak, całkiem na nowo i trochę też po staremu kosztowałam smaków życia. Pogrążyłam się troszkę w wódce. Nie na tyle jednak, by móc się za to wstydzić. Zresztą trudno o wstyd u mnie. Już w przedszkolu, w małej przedszkolnej toalecie pokazywałam kolegom, co mam pod spódniczką. Nie sądzę, abym już wtedy pragnęła dać wyraz swojej seksualności. Była to ciekawość siebie. Zabawa w lekarza i pacjenta. Co w tym złego? Moje dziecinne gierki były naprawdę dziecinne w porównaniu z tymi dzisiejszymi. No, ale nie mnie to osądzać. Ja tylko książkę chcę napisać.

Dziś znów byłam w pracy. Dzień, jak co dzień. Zapach kawy i bzu. Mamy dużo bzu w kawiarni. Lubię bez. Lubię bezem być. Ale takim ciasteczkowym. Tortem bezowym to schrupania, do oblizywania, do smakowania. Gdybym miała wybierać pomiędzy wypiekami to właśnie takim bezikiem chciałabym być. Sama słodycz i rozkosz. Jednak chyba przeistoczenie się w coś czysto fizycznego, bezdusznego jest impossible. Rozstając się z życiem zostawiamy naszą duszę we wszechświecie. Kim chciałabym być? Pewnie ptakiem. Wolny i piękny. Zapewne byłabym gwarkiem. To taki ptak, który umiera z tęsknoty. Tęsknię do miłości. A może będę aniołem miłości. Nevermind.

W tramwaju spotkałam sąsiada. Opowiadał mi o swoich problemach. Że żona ma raka, że córka chce wyjechać na zachód, bo tu brak perspektyw. Ja na to, czemu nie na wschód, a on na mnie, jak na głupią. Może i ma rację. Mam takie dziewczyny w grupie. Z Białorusi czy skądś. Przyjechały do biednej, szarej, ciut mniej zacofanej Polski, bo zamknęli im uniwerek. Jaki powód, pytam? A taki, że był zbyt proeuropejski. Śmiać mi się chce, ale nie z nich, tylko z rządu białoruskiego, że tak zaciemniały jest i pewnie będzie, bo kroki robi w tył. Z pewnością droga do przodu się skończyła. Tak, więc rozmawiam z tym moim sąsiadem. I on mi o tym i o tamtym i nagle prosi mnie, bym porozmawiała z jego córką, bom taka ułożona i w ogóle. Wiem, czego chcę od życia. Co za ironia. Dziewczyna z butelką wódki w plecaku wie, czego chce od życia. Może jednak nie jestem taka głupia. Wyjęłam lusterko z torby. Małe, troszkę potłuczone, ma chyba z 10 lat. Patrzę sobie w oczy, potem na sąsiada. On na mnie, ja znów na niego. Dobra, mówię i wysiadam przystanek wcześniej, by skołować jeszcze jakąś fajkę po drodze. Tak się nieszczęśliwe zdarzyło, że ktoś leżał na przystanku. Obszukałam mu kieszenie. Miał paczkę Marlboro. Wzięłam jednego, choć średnio za nimi przepadam. Wolę damki. I poszłam. Obróciłam się na moment. On wciąż leżał. Wróciłam, zmierzyłam puls. Wezwałam karetkę. Facet miał zawał. Ogólnie to uratowałam mu życie. Jego żona całowała mnie po dłoniach, a ja do niej, że tylko papierosa chciałam, że to Bóg. No proszę, ja tu innym o Bogu prawię, a sama nie potrafię o nim słuchać. Życie naprawdę bywa ironiczne.

Postanowiłam wrócić parkiem. Park, jak park, ale lubiłam go. Była w nim stara brzoza. Wiatr powalił ją tak, że połowa jej korzeni wyszła ponad ziemię. Dziś jednak wyglądała inaczej. Ktoś ściął mu koronę i pół pnia. Został tylko kawałek nad ziemią. Troszkę ponad dwa metry. Przytuliłam się do niego, jeśli w ogóle można tulić drzewo i obdarzyłam falą łez. Identyfikowałam się z tą brzozą. Ta brzoza to ja. Coś z pozoru tak mocnego okazało się być tak słabe. Powalił ją wicher, a ona uparcie chciała żyć. Wypuszczała wciąż młode listki, wciąż na nowo...no to ktoś ją ściął. Przysiadłam na trawie. Odpaliłam papierosa od ostatniej zapałki. Myślałam o tym, co powiem sąsiadce. W sumie to powinno mnie to guzik obchodzić. Co się tyczy guzików. W dzieciństwie lubiłam je zbierać. Miałam takie drewniane pudełeczko z krakowskimi wstawkami na wierzchu. Chyba były krakowskie. No przynajmniej mnie kojarzyły się z Krakowem. Miałam różne. Kolorowe, okrągłe, kwadratowe. Z jedną dziurką, z dwiema, czterema. Wydawały mi się takie zaczarowane. Robiłam z nich korale, bransoletki, którymi później obdarowywałam każdego członka rodziny. Mama musiała z kolorowymi koralami chodzić do pracy. "Król Karol kupił królowej Karolinie korale koloru czerwonego". Ale mama nie miała czerwonych. Takie robiłam jej z jarzębiny. Te były żółtopomarańczowozielonofioletowoczarne. Wyglądała jak z jakiegoś indiańskiego plemienia.

Drzwi sąsiadów były ciężkie, toporne, jak gdyby ze starego dębu. Nie znam się na tym za bardzo, ale czułam ich moc pod dotykiem dłoni. Zapukałam. Raz, drugi. Drzwi otworzyła szczupła dziewczyna. Ładna. O rudych włosach i białej, jak mleko cerze. Kiwnęła głową na znak, że zaprasza mnie do środka. Wielkie wnętrze odpychało chłodem i elegancją. Wszystko miało swoje miejsce. Nawet figurka egipskiego kota wyglądała tak, jakby stała na stylowej szafie od zawsze. Jakby jej istnienie było w tą szafę wpisane. Ania, bo tak miała na imię sąsiadka, ugościła mnie likierem kawowym i cynamonowymi ciasteczkami. Opowiedziałam jej o pracy, o studiach, o moim małym szarym życiu przypominającym raczej kiepską komedię głupców niż wielką hollywoodzką projekcję. Mówiłam o perspektywach pracy na zachodzie, o znajomych zarabiających tam kokosy i o tych, którzy wracają z pustą kieszenią. Mówiłam o jej ojcu, o matce, o moich rodzicach, o Pablo. Nawet się nie zorientowałam, kiedy opowiedziałam jej o swoim dzieciństwie i paru traumatycznych przeżyciach. Wstała z pretensją w oczach i pytaniem na ustach "po co tu jesteś". Podeszłam do drzwi na progu rzucając tylko "nie jestem, tylko byłam". Tydzień później Ania wyjechała do Hiszpanii szukać swojego szczęścia czy też hiszpańskiego amores. Omijałam jej ojca z daleka. Wydawało mi się, że to przeze mnie. Widać taki mam długi jęzor, że nie umiem inaczej, normalniej, po ludzku. Już w dzieciństwie na podwórku puszczałam elokwentne wiązanki. Niektóre dzieci z płaczem biegły do domu. Byłam demonicznym dzieckiem. Wiecznie podkrążone oczy, krótkie czarne włosy, wiecznie brudne dłonie. Dopiero w okresie dojrzewania natura obeszła się ze mną łaskawiej.

Mam 21 lat. Parę piegów na nosie, błękit morza w oczach, włosy wiatrem czesane. Dłonie, jak u wybitnego pianisty. Pendereckiego czy kogoś. Nie znam się. Nie muzyka poważna mnie porywa, choć poważnie staram się do niej podchodzić. Ale może robię to zbyt mało ostrożnie. Bo w ogóle w życiu to ja ostrożna nie jestem. Potłuczone kolana i serce. W dzieciństwie wykryto mi w nim szmery, ale nie miało to jakoś wpływu na moją dalszą egzystencję. Nie oszczędzałam się. Grałam z chłopakami w piłę, kopałam ile sił, a dla relaksu zbieraliśmy pszczoły do słoików i zafascynowani patrzyliśmy, jak zdychają z braku tlenu, czy też braku laku. Ale biedronki do pudełek od zapałek. Tam stwarzaliśmy im małe, zielone królestwo. A potem wypuszczaliśmy. No nie może tak zaraz "potem", ale za jakiś czas. Dzieciństwo...Ponoć pierwsze trzy lata naszego życia mają największy wpływa na całą jego resztę. Nie wiem. Nie pamiętam, co się wtedy działo. Najwidoczniej pewnie nic wielkiego skoro obraz zamazany.

Wczoraj dużo piłam. Poznałam Hiszpana o polskim Pawłowskim imieniu. Przypomniałam sobie o Ani, ale na moment. Postawił mi tortillę i mnóstwo kolorowego alkoholu. Nie piłam od dawna, więc szybko się wstawiłam. Nocą bawiliśmy się przy salsie, nad ranem pokazałam mu miasto takim, jak ja je widzę. Rzeka, most, mnóstwo kolorowych lampek, świetliki i piwo w ręku. Spędziłam całą noc i czas ranny z nieznanym mi mężczyzną. Nie pytał, kim jestem, ja nie pytałam, kim jest on. Rozmawialiśmy tu o tym, tam o tamtym. O wszystkim i o niczym, ale nic, co tyczyło bezpośrednio nas samych. Nie wymieniliśmy się nawet numerami telefonów. Po prostu się pożegnaliśmy. Jakby to był dzień, jak co dzień. Jakbyśmy mieli się lada moment spotkać. Ale już nie spotkaliśmy.

 

Gosia Dębska

 

KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między zaprzyjaźnionymi pisarzami. Na naszych łamach od października 1998 roku korespondują: zamieszkały w Podkowie Leśnej Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób z Kołobrzegu.

 

Dziękujemy - pkl "łabuź"

 

 

Kołobrzeg, dnia 21.10.2005 r.

 

Przyjacielu Wędrowcze!

 

Tyś sobie podróżował po zaoceanicznym kontynencie, a ja tu, w porcie jachtowym, wreszcie wszedłem na pokład "Victorii". Cóż za przeżycie! Pamiętasz może szkuner budowany przez Janusza Kirszaka, a po jego śmierci odkupiony i dokończony przez Czecha Rudę Krautschneidera? Wspominałem o tym rok lub półtora temu.

Wyobraź sobie, że "Victoria" zawinęła do Kołobrzegu na dłużej - w poszukiwaniu szansy slipowania i remontu po morskiej włóczędze. Byliśmy tam z Ha dwa razy, popijając też witalną wódeczkę dębową. Gdy tylko wszedłem z kei na pokład, coś się we mnie przekręciło. Biegałem, sprawdzając efekty własnej szkutniczej pracy. O dziwo, "moje" elementy (między innymi mocowania części denników, wręgi dziobowe i rufowy fragment poszycia) trzymały się nadzwyczaj dzielnie. Nie musiałem się tego wstydzić. Zrobiliśmy trochę zdjęć, to poślę dla ilustracji.

Ruda ogłosił nabór do nowej włóczęgi wokół świata: wyczerpującej i nie dla każdego eskapady. Zwłaszcza, że na "Victorii" darmo szukać wygód. To szkuner stylizowany na żaglowce niegdysiejsze. Oczywiście, natychmiast byłbym popłynął, ale... nie ta pora. Nie te okoliczności. Wtedy, podczas startu budowy, miałem dwadzieścia kilka lat. I fruwało się, gdzie skrzydła niosły. Planowaliśmy z Januszem wspaniałą trasę - mniej więcej śladem pierwszego samotnego rejsu Leonida Teligi. Obecnie nie mogę Rodziców zostawić samych; też inne obowiązki, uwikłania. Po prostu nie ten czas. Jednak kilka nocy na rozterkach i myśleniu o tym miałem z głowy. Serce się rwało, ale nienaginalna rzeczywistość mówiła: stop! Teraz tylko na kartach powieści żaglowcem mogę sobie pośmigać...

Chyba nie dziwisz się zatem, skąd dedykacja "Ogni świętego Elma"?

Gdy o zdziwienia idzie. Zaskoczył fakt, że jedno z moich opowiadań (z książki "Zwykłe przygody"*) znalazło się w podręczniku szkolnym**. Nic o tym nie wiedziałem. A tenże podręcznik miał od 1992 roku siedem wydań!

Sam powiedz, cóż za dzikie obyczaje! Darujmy sobie sprawę honorarium, ale przynajmniej nie skontaktować się z autorem?

I pewnie jeszcze długo żyłbym w nieświadomości, gdyby nie znajoma panna z księgarni edukacyjnej. Na mój widok zaczęła czytać tenże tekst na głos. Sądziłem, że to jakiś żart...

Dość jednak o tym. Teraz chciałbym Ci zdradzić mój najnowszy projekt.

Nazywa się: (...). Podtytuł: pomorski magazyn literacko-artystyczny. Tytułu głównego nie zdradzę, dopóki sąd nie zarejestruje. By nie zapeszyć.

Tak. Do tego doszło, że zacznę wydawać pismo.

Skąd ten pomysł? Stąd głównie, iż - mimo wielu prób miejscowych (i oczekiwań) - nic takiego tu nie istnieje. Chcę pokazać, że podobne niekomercyjne przedsięwzięcie ma szansę lokalnego zaistnienia.

Nie będę Cię zamęczał szczegółami technicznymi. Powiem tylko tyle: pierwszy numer planuję na styczeń 2006. Docelowo: kwartalnik objętości 110-120 stron. Oczywiście są kłopoty z pozyskaniem funduszy. Autorzy tu publikujący zostaną, niestety, pozbawieni honorariów. Lecz również ja nie czerpię z tego zysków.

Gdy o tym donoszę, jestem na etapie rejestracji sądowej tytułu. Później wystąpię do Biblioteki Narodowej o przyznanie pismu ISSN. Rozmowy z drukarnią (wybraną po przeglądzie) mam za sobą, wiele innych spraw technicznych też. To projekt w cichości przygotowywany od wielu miesięcy. Prawdę powiedziawszy niczego innego obecnie nie robię. Tylko tu, na rozpęd, skupiając energię. A dużo drobniejszych spraw do skoordynowania - i trzeba uwagi, by w tym się nie pogubić!

Lecz nie jest tak, bym robił to wyłącznie dla własnej satysfakcji. Nie czuję się z tym za dobrze. Chcę tylko rzecz rozkręcić - nazwijmy to szumnie ukłonem w stronę lokalnego środowiska - i po jakimś czasie (kilku latach?) odstąpić pilotaż młodszym. Wszak nie dla mnie na dłuższą metę prowadzenie podobnego przedsięwzięcia. Wolę powieści (w tym się spełniam) lub wiersze (choć rzadko do mnie przychodzą).

Skoro o wiersze zahaczenie. Przysłałeś ostatnio blok poezyj, szykujących się do skoku w nowy tomik. Pozwoliłem sobie zarekwirować kilka - do publikacji w pierwszym numerze. E-mailem wkrótce prześlę spis. I nie waż się ich publikować przed wydaniem książkowym gdzie indziej! To jest informacja apodyktyczna. Muszę tak postąpić na dzień dobry. Później, gdy się "rozpędzę", będę "łagodniejszy".

Jeśli będzie dla Ciebie pocieszeniem, między innymi również profesor Kazimierz Obuchowski nowej idei uległ. Zostanie w pierwszym numerze publikowana z Nim rozmowa - tycząca kontekstu osobowości i kultury. Nadto dużo dobrej grafiki...

Naturalnie nie zamierzam ujawniać tu całej zawartości pisma i nowych (w znaczeniu: świeżych) pomysłów redakcyjnych. Pewne kierunki wyłowisz ze szkicu wstępniaka, załączonego do listu.

Dobrze, Mój Drogi. Na dziś starczy moich spraw. Natychmiast opowiadaj, co u Ciebie? Pali ciekawość. Z pierwszego, gwałtownego e-maila po Twoim powrocie ze Stanów, dowiedziałem tylko tyle, że udokumentowałeś podróż przeszło pięcioma tysiącami zdjęć...

 

Z niecierpliwością czekający na wieści -
Tfuj Podkręcony Nowymi Projektami eL z Ko



Ps. Tradycyjnie coś z lektur. Pominę rewelacyjny Cmentarz Zapomnianych Książek u Carlosa R. Zafóna*** (przy czymś takim można stracić oddech!). Ale nie wiem jak mogłem ją wcześniej przeoczyć. Mowa o Dubravce Ugresic. Wziąłem z biblioteki, lecz początkowo odstręczał "ogon" protegujących mediów z tyłu okładki. Wreszcie łyknąłem tego eliksiru. I natychmiast byłem w środku...

Co za autorka! Z fotki wygląda na sprzedawczynię pizzy, ale po lekturze "Forsowania powieści-rzeki"**** przeprosiłem ją w myślach za pierwsze skojarzenie. To fajerwerk inteligentnej drwiny, niesamowita radość czytania! Trochę (przez odległe asocjacje) przypomina mi pierwszą przygodę z Miodragiem Bulatoviciem ("Bohater na ośle") - gdy idzie o tamtejszą strefę językową. Nie o porównanie dosłowne idzie, a o temperaturę tej prozy oraz wigor.

Ps. 2. No i lokalnie, przez pisanie o książkach, dorobiłem się nowej ksywki: Młot Na Grafomanów. Może być.

Ps. 3. Zlecenie Wydawnictwu AULA składu mojej "Świnki" to był złoty strzał. Niesamowita typografia! Dzięki. Wydawnictwo REDA ma opublikować książkę przed końcem roku.

Ps. 4. Mam nadzieję, że moje ukochane "Niebieskie króliki"***** wreszcie wykonały skok na Twoje biurko? Ogromnie będę ciekaw Twoich wrażeń po lekturze. Pchnij e-maila, bym się nie przeczekał. Tylko błagam, bez grzecznościowego kadzenia!

 



*Lech M. Jakób "Zwykłe przygody", Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1988

**Hanna Dobrowolska "Podajmy sobie ręce. Podręcznik do kształcenia literackiego. Klasa 3", Wydawnictwo Szkolne i Pedagogiczne Spółka Akcyjna, Warszawa 1999

***Carlos Ruiz Zafón "Cień wiatru", Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA S.A., Warszawa 2004 (przeł. Beata Fabjańska-Potapczuk)

****Dubravka Ugresic "Forsowanie powieści-rzeki", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2005 (przeł. Danuta Cirlić-Straszyńska)

*****Lech M. Jakób "Niebieskie króliki", Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 2005


Podkowa Leśna, 2 listopada 2005 r.

 

 

Lechu!

 

No, rzeczywiście przewędrowaliśmy z Mirą kawałek świata, siedem tysięcy kilometrów w pięć tygodni, ale samochodem oczywiście. Od Oceanu Spokojnego po Atlantycki, w obu zanurzyliśmy się na chwilę. Przejechaliśmy szesnaście stanów, w niektórych byliśmy po dwa razy.

 

Planowałem tę podróż kilka lat, zbierałem pieniądze, bez których by się nie udała, ale niektórych rzeczy celowo nie przygotowywałem, żeby nie pozbawiać się przyjemności doświadczania niespodzianek. Wyglądało to z pozoru wariacko, wielu ludzi, w tym najbliżsi, nam to odradzało. Nie mieli racji. Nie spotkało nas nic złego, za to wspaniałe były przeszkody, które trzeba było pokonywać, choćby ta najważniejsza - wytrzymałość na trudy w wieku z lekka podeszłym. Na wszystko jest sposób. Najważniejszy to ten, który polega na cieszeniu się tym, co się ma, bez wymagań na wyrost.

 

Bardzo nam pomagał samochód. W lutym zarezerwowałem auto po europejsku średnie, w USA małe, ale przy odbiorze w sierpniu dano nam duże, bo małych nie mieli. W pełni skomputeryzowane, wydajne, po amerykańsku przyjazne, dużo większe od naszej niemałej nubiry. Co chwila odczuwaliśmy je jako przekaz od konstruktorów, którzy myślą o człowieku, a nie tylko o produkcie na sprzedaż. Taka właśnie jest Ameryka - stworzona dla ludzi, którzy chcą dać z siebie choć odrobinę pracy i dobra. To widzieliśmy na każdym kroku. To jest kraj dla tych, którzy poszukują szczęścia i nie narzekają, jeśli go nie osiągną. W takim wypadku najzwyczajniej zmieniają życiową taktykę.

 

Bardzo nam pomagali ludzie obcy i przyjaciele - moja siostra w Seattle, koleżanka Miry w Chicago, mój kolega, krytyk w Ann Arbor, niedaleko Detroit. U tych trojga zatrzymaliśmy się na kilka dni, od nich mieliśmy ważne informacje logistyczne, np. o przepisach drogowych w danym stanie, pokazywali nam sobie znane miejsca. Poza tymi odwiedzinami byliśmy zdani tylko na siebie, ale w każdej chwili, gdy tylko spiętrzały się trudności, zupełnie spontanicznie pojawiali się sympatyczni pomocnicy, jak spod ziemi. Tam tak jest. Tendencyjnie nie omijaliśmy skupisk tradycyjnie ocenianych jako niebezpieczne. Zobaczyliśmy ogromne zróżnicowanie: od nędzy i zaniedbań po błyski bogactwa i sterylny porządek. Nie po raz pierwszy się okazało, że ludzie ogólnie rzecz biorąc są na całym świecie ci sami, a więc że znamy ich choćby z Polski. Różnice językowe, kulturowe to tylko nadbudowa. Jeśli doskonalisz język, starasz się zrozumieć inność tkwiącą w szczegółach, to zaczynasz pojmować mentalność tubylca. Czasem nawet kształt klamki, konstrukcja sedesu, styl znaku drogowego podsuwają istotne wnioski: oni tak właśnie rozumują, oni są tacy!

Plan był prosty: nie udawać obieżyświatów, artystów, reporterów z Bożej łaski ani badaczy folkloru, tylko dla przyjemności jako zwykli turyści przejechać trasę z Seattle do Niagary, Waszyngtonu i Nowego Jorku, tu i ówdzie zbaczając na chybił trafił, bez planu właśnie. Dzięki temu mogliśmy się oddawać sentymentalnym wzruszeniom, na przykład w bezkresnych krainach Dzikiego Zachodu, w Parku Yellowstone, w Niagara Falls, ale i zaglądać od dołu, od tyłu, z góry tam gdzie nas nie posiali, na wsi, w miasteczkach i kolosalnych metropoliach. Wszędzie nagminnie robiłem zdjęcia, jak Ci już pisałem, mam ich pięć i pół tysiąca, większość jako notatki (zamiast zapisywania), bez natrętnego "tu byłem". Mira była wspaniałym medium. Kiedy chciałem robić ludziom zdjęcia niepostrzeżenie, umiała się tak ustawiać i aranżować sytuację, żeby nie znajdować się w kadrze, ale odwracać uwagę "obiektów" od tego, co robię. Słowem - pisałem aparatem fotograficznym. Wybrałem tysiąc trzysta fotografii, które opowiadają o Ameryce, a z nich dwieście pięćdziesiąt nadających się na wystawę o ambicjach powiedzmy artystycznych, w tym część reportażowych. Zobaczymy, co z tym materiałem zrobię. Kilka na próbę wywołałem w formacie 30 x 45 cm, wyszły pod względem technicznym znakomicie. Erazm Ciołek obiecał mi pomóc w wybraniu najlepszych. Powie, jaka jest tego wartość. Może tylko pamiątkowa.

 

Nie mam pojęcia, jak ta podróż wpłynie na moje myślenie. Na razie to się jeszcze nie ułożyło. Wróciliśmy odświeżeni w ten sposób, że to, co nas przed wyjazdem absorbowało bez reszty i pozbawiało radości albo męczyło, okazało się błahe, i przeciwnie - na wierzch wyszły istotne sprawy, o których dotąd poważnie nie myśleliśmy. Tak wypełniona przerwa codzienności stworzyła nieoceniony dystans do samego siebie, przypomniała o niezbędnej pokorze i konieczności przebudowania hierarchii.

 

Resztę opowiem Ci, jak się spotkamy przy albumie ze zdjęciami, który przygotowuje Mira. To będzie najlepszy przewodnik po tym, co nas martwiło i cieszyło.

 

Przez cały październik byłem pochłonięty uruchamianiem zakładu na uczelni, tworzeniem koła naukowego studentów i zmianami, a właściwie udoskonaleniami dydaktyki. Z notatek pisanych w USA odtworzyłem kilka wierszy, dodałem szufladzie nowe opowiadanie i zanotowałem zrąb dwóch małych dramatów, pewnie słuchowisk radiowych (to się zobaczy). Każda rzecz wymaga własnej formy, stąd ta różnorodność. A nocami piszę jeszcze fragmenty dużej rozprawy o frazeologii. Chciałbym to wreszcie skończyć.

 

Trochę czasu poświęciłem na konkurs chopinowski. Na szczęście kanał TVP Kultura tym razem spisał się na medal. Zapraszano doskonałych rozmówców, pokazywano co trzeba, no i jakość nadawania muzyki była na najwyższym poziomie. Bezapelacyjny zwycięzca Rafał Blechacz od początku był moim faworytem. Już jest wielkim pianistą, a przecież kariera dopiero przed nim. Człowiek skromny, powściągliwy, pięknie mówi po polsku. Przy okazji przypomniało mi się, że w czasach, kiedy żył Fryderyk Chopin, korzystanie z cudzych utworów było na porządku dziennym. Sam Chopin chętnie nawiązywał np. do Ludwiga van Beethovena, jeszcze za jego życia, po czym podejmował z nim muzyczną dyskusję. Dziś się tego nie praktykuje, raczej dokuczają nam plagiaty albo kradzieże edytorskie. To aluzja do Twojej skargi. Gdybym był na Twoim miejscu, to nie protestując przeciwko publikowaniu opowiadania, powołałbym się na art. 29. ustawy, który co prawda zezwala na przytaczanie utworów drobnych w podręcznikach, ale w punkcie 3. stanowi, że twórcy przysługuje prawo do wynagrodzenia. Sprawa jest delikatna, bo wydawca może złośliwie wykreślić tę pozycję z książki, a nie o to chodzi.

 

Szkoda, że Twoje czasopismo nie będzie płacić. To jest istotny hamulec, autorzy mają już dosyć wieloletniej działalności charytatywnej. Są wyjątki, np. "Łabuź", ale tu zmuszają nas sentymenty. Nie jest prawdą, że pisarzom zależy na samej publikacji i że jest to dla nich rodzaj reklamy. Dla mnie na pewno nie. Chcę pieniędzy, bo ich potrzebuję, ale Tobie (drugi wyjątek, znowu sentymenty) daruję zapłatę. Z moich wierszy zostaw dla siebie góra siedem, pozostałe muszę mieć wolne. Napisz, które to. Pilne!

 

Mam pod ręką dwa smakowite dzieła profesora Obuchowskiego*, poświęcone twórczości, chętnie cytowane, choćby w pracach psychologicznych.** Cieszę się, że masz ten kontakt, to ważna postać. Wstępniak, który załączyłeś, jest dobry, zamieniłbym tylko kolejność dwóch pierwszych zdań, ze względów strategicznych. Tak chyba będzie lepiej.

 

Trzymaj się ciepło i przypominam o mailu z wykazem aresztowanych wierszy -

 

Twój
Piotr Müldner-Nieckowski



PS. "Niebieskie króliki" właśnie nadeszły osobną pocztą. Dzięki serdeczne.

Podkowa Leśna, 2 listopada 2005 r.

 



* Kazimierz Obuchowski, Psychologia dążeń ludzkich, wyd. 4. zmienione i poszerzone, PWN, Warszawa 1983. Adaptacja twórcza, Książka i Wiedza, Warszawa 1985. Człowiek intencjonalny, czyli o tym, jak być sobą, Rebis, Poznań 2000.

** Andrzej Strzałecki, Psychologia twórczości, Wydawnictwo UKSW, Warszawa 2003.


 


Dorota Ryst

MIASTO SUBIEKTYWNE

nic

nic się nie zmieniło

ten sam krwotok ulic

te same domy

ludzie

i tramwaje

 

tylko

riksze nie wożą już mojej nadziei

tramwajami jeździ już nie nasza miłość

ulice kaleczą przechowaną pamięcią

 

i nic

n i c p o z a n a m i

nic się nie zmieniło

 

 

Dorota Ryst

 

Agnieszka Wesołowska

SYNOWIE MATERII

To, co przykleja się do naszych zadyszanych za dnia łapek, co wytrzepujemy spod kołnierzyków, mankietów, butonierek, to są właśnie te duchy, cała ich litania. Pamięć, tęsknota, czyjeś dawne uśmiechy i klęski - złożone nam, ludziom, w ofierze. Duchy, jak niewidzialni synowie materii, która powierzyła nam Izaaków. Bez wahania, na oślep, ufając po prostu, że to wszystko ocalimy. W skurczach palców rodzi się więc powitanie - normalne ludzkie powitanie - tej w nas zarośli, która jest umarłym człowiekiem, odebranym miejscem... Dlatego tak wiele w nas obcowania innych. Dlatego tak łatwo docierają do nas głosy lepszego świata - świata zapamiętanego.

 

Jak piszę wiersz, czy opowiadanie, zdaje mi się, że to list. Bo tak chyba być powinno. Żeby "się wyrazić" wystarczy uderzyć w stół, zakląć, zdziwić się głośno. A takie gadanie w tekście nigdy nie jest tylko dla siebie. Może być słoneczne, naiwne, ewentualnie ku pokrzepieniu świata lub siebie - ale tak, by ktoś usłyszał. To pewnie stąd, że ci, których próbujemy ocalić, są wśród naszych wzruszeń. I jeśli się wraz z nimi odzywają, to szukają sobie nowego postoju - w czytelniku. Z takich właśnie archaicznych powiązań jesteśmy ulepieni. Widać Prometeusz tak to sobie wszystko obmyślił, bo z gliny naprawdę można wydobyć istnienie. Nawet jeśli na krótko. Nawet jeśli niespodziewanie i po bardzo wielu latach.

 

Po to się pamięta, żeby w jedyny możliwy sposób zaprzeczyć biologii a także naszej osobistej historii, która najczęściej zostaje światu odebrana. To rodzaj buntu. Na wierzchu są pomniki, szkatułki, swetry, kamyczki, a gdzieś pod nimi wierci się rozpaczliwa niewygoda. Cicha rewolucja materii, która właśnie może zachować odciski.

Wydaje się, że niektóre groby zmartwione są bardziej niż inne. I to nie jest sprawa świeczek ani ludzi wokół nich. Jakbyśmy nie wiadomo skąd znali losy tamtych umarłych, jakby ziemia porażona nagle szczerością zaczęła parować ich tajemnicą. Kiedyś o tym napiszę. O takich różnych ludziach zdradzonych przez ziemię.

Może i śmieszne byłoby to pisanie, gdyby nie fakt, że właśnie w ten sposób trzyma się ten świat w swoich posadach. Gdy na przykład raz do roku cmentarze nami żywymi się wypełniają i gdy tacy - z krwi i kości - myślimy nad tymi grobami również o tych bliskich, którzy są. Dotykalni.

 

Agnieszka Wesołowska

 

Janusz A. Korbel

TURYSTYKA I WĘDROWANIE

Krytyk cywilizacji ponowoczesnej Zygmunt Bauman opisuje człowieka-turystę. Nie chodzi mu wszakże o członka Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego, lecz o dość bogatego przedstawiciela klasy średniej, który z wyboru uprawia turystykę życiową. Zainspirowany tym opisem typologicznym spróbowałem rozszerzyć go do trzech podgatunków.

 

Człowiek turysta uprawia swoją życiową turystykę nie dlatego, że musi lecz, że może. Stać go na to. Wciąż zmienia miejsca, ludzi, otoczenie, pracę. Podobno przeciętny Amerykanin zmienia miejsce zamieszkania trzy razy w okresie swojego życia. Jest więc urodzonym turystą. Nie wystarczy mu pierwszy, a nawet drugi dom - musi przenieść się jeszcze do trzeciego. Robi tak w nieustannym pościgu za wzrostem dochodów, nowymi przyjemnościami, satysfakcją i po prostu dla zaspokojenia żądań stawianych przez "ego".

 

Turysta jest poniekąd produktem reklamy i mechanizmów rynku. Cechuje go niewielka lojalność, płytkie związki. Jego życie składa się z epizodów, które z satysfakcją kolekcjonuje. Bez skrupułów potrafi opuszczać miejsca, które już wykorzystał lub wyeksploatował, bo w ofertach reklamowych zawsze znajduje coś nowego, bardziej atrakcyjnego. O to właśnie chodzi, by trwał wzrost i rozwój.

Chociaż bywa atrakcyjnym towarzysko kolegą lub atrakcyjną towarzysko koleżanką, to szybko sam staje się towarem, a nawet bardziej opakowaniem towaru pozbawionym wnętrza, ponieważ podlega ekologicznej zasadzie, że udomawiający sam przejmuje cechy gatunku udomawianego. Wszystko jest ze sobą powiązane i wszelkie związki, w które wchodzimy pozostawiają w nas niezmywalne ślady. Turysta sam staje się pionkiem w grze rynku, który mu tę turystykę zapewnia.

Turysta rzadko zauważa, że na swoich szlakach spotyka także włóczęgów.

Włóczęga - w przeciwieństwie do turysty to ktoś, kto nie z wyboru lecz z konieczności wyruszył w podróż. Ktoś, kto został skądś wyrzucony.

Włóczęga musi iść, bo nigdzie nie ma swojego miejsca i wszędzie bywa wyrzucany. Włóczęga nie jest idealistą - wolałby być turystą, ale nigdy nim nie zostanie, bo turyści bezwzględnie bronią swojej twierdzy posiadania. Sporadycznie włóczęgą może zostać turysta, który wpadł w jakiś nałóg i przestał być atrakcyjny dla innych turystów (turyści są bezwzględni w dobieraniu sobie towarzystwa).

 

Bardzo rzadko na drodze można spotkać jeszcze trzeci typ: wędrowca. Dzisiaj jest to gatunek wymierający. Wędrowiec udaje się w drogę, by osiągnąć cel, choć już sama droga może być dla niego celem. Wędrowiec wie, że wędrówka wymaga rezygnacji. Nie można iść daleko niosąc ze sobą zbyt wiele bagażu. Wędrowiec chce iść konkretną drogą, a to wymaga rezygnacji. Musi wybierać. Musi też być odważny, bo każda rezygnacja z czegoś, co oferuje Towarzystwo Turystyczne wymaga odwagi. Wędrowiec wie jednak, że tylko świadectwo odwagi zyskuje szacunek. Wędrowanie, w przeciwieństwie do turystyki, jest bardzo tanie! Można je odbywać nawet nie ruszając się z miejsca. Wymaga jednak cech niepopularnych w świecie turystyki, mianowicie skupienia i oddania drodze.

 

W przeciwieństwie do turystyki wędrowanie owocuje głębokimi związkami. Wędrowca łatwo rozpoznać po tym, że jest wiarygodny i nie goni za różnościami. Wie dobrze, że wędrowanie nie musi się wiązać z opuszczaniem miejsca, natomiast zawsze wiąże się ze świadomym podejmowaniem wyborów. Wędrowiec dobrze wie, że każdy wybór spowoduje lawinę skutków, które w najgorszym wypadku mogą doszczętnie przegrodzić drogę.

 

Tymczasem turysta sączy drinka Krwawa Mary w tawernie na szczycie Mt Ecstasy i budzi zazdrość włóczęgi, który płochliwie zagląda przez okno.

 

Janusz A. Korbel

 

Piotr Macierzyński

X X X

podobno najniebezpieczniejszym zajęciem świata

jest połów krabów na Morzu Beringa

wiatr sto dwadzieścia kilometrów na godzinę dwunastometrowe fale

minus dziesięć stopni Celsjusza

jakby tego było mało zdarza się że szyper jest pedałem

 

jednak znam bardziej niebezpieczne zajęcia

pisanie wierszy

miłość do Justyny

wyprawa do Indii z Aleksandrem Macedońskim

 

bitwa pod Hydaspesem gdy tratowało nas sto trzydzieści słoni Porosa

nie należała do przyjemności

słonie uwielbiają nadziewać piechotę na kły

a łuczników łapać trąbą

i roztrzaskiwać o ziemię

a trzeba dodać że nie były to te same słonie

które znamy z łódzkiego ZOO

 

podczas monsunowego deszczu

miecze rdzewieją po sześciu godzinach

i łatwo o zakażenie

 

dwunastometrowe fale

i minus dziesięć stopni Celsjusza neutralizują każdego pedała

 

największą chwilę grozy przeżyłem w kuchni

gdy w domu nie było Justyny

i sam musiałem zająć się smażeniem jajecznicy

podczas którego zajęła się na mnie piżama

 

Piotr Macierzyński

 

Rainer Maria Rilke

***

 

Życie moje nie jest tą godziną stromą,

w której mnie widzisz, jak się spieszę.

Jestem z mojego wnętrza drzewem,

ustami jedynymi wśród wielu mych ust

i tymi, które zamykają się najprędzej.

 

Ja jestem ciszą między parą tonów,

które niełatwo się ze sobą godzą:

bo wyżej się ton śmierci wzbić chce -

 

lecz w ciemnym interwale drżąco

jednają się oba.

           I pięknie brzmi pieśń.

 

Rainer Maria Rilke
Przełożył Andrzej Lam

 



Władysław Edward Gałka

RÓŻNE RZECZY ZDARZAJĄ SIĘ TYM, KTÓRZY OSZALELI. MI TEŻ, OSZALAŁEM

Około 1994 roku wyrzeźbiłem z gliny popiersie Ewy, mojej żony, aby mieć motyw do nauki rysunku. W swej naiwności myślałem, że tak trzeba. Wtedy nic nie wiedziałem o sztuce za wyjątkiem fotografii, a i ta moja wiedza była szczątkowa. O nauczaniu rysunku nie wiedziałem nic. Moją lekturą wówczas był "Zarys historii sztuki" K. Estreichera. Od tego czasu czytam o sztuce, słucham, patrzę i ćwiczę. Mam przy tym nadzieję, że się uczę i rozwijam, ba, może nawet myślę. Sztuka jest dla mnie ważna, prawie najważniejsza. Ale pracoholikiem nie jestem, nie lubię pracy fizycznej. Malarstwo i rzeźba są dla mnie całkowicie autonomiczne, nie znam i nie widzę możliwości ich udanej syntezy. Jednak nie faworyzuję żadnej z tych sztuk, pomimo że są okresy, gdy tylko rzeźbię lub maluję. Wiem że podstawą sztuki jest rysunek, on daje ogląd rzeczy. "Co mogę narysować, mogę Zrozumieć" to myśl Leonarda. Ale sztuka bez formy jest możliwa i potrzebna. Mamy szczęście żyć w czasie, gdy każdy rodzaj twórczości jest akceptowany. To już i aż ponowoczesność.

 

Uważam, że obowiązkiem artysty jest spłacić dług, jaki zaciąga, gdy inni pracują na jego chleb. Artysta ma jeden przywilej, czuje więcej, to jest jego tworzywo. Czasem bolesne. Dzieło. Dzieło ma siłę, moc, moc sprawczą. Potrafi odmienić serce człowieka. To Boski przywilej dany przez Niego wybranym.

Magia. To takie różne słowo od metafizyki, pomiędzy nimi istnieje cała sztuka. Od tej kokietującej wiedzą, erudycją, doskonałością do prac dziecka i twórczości ludzi przez swój umysł i zmysły odciętych od świata "normalnych".

Ich sztuka to krańce poznania, dalej tu za ludzkiego życia nie da się pójść, to oni są niedościgłymi dla nas mistrzami. Takie są prawa opatrzności, ci najmniejsi i najsłabsi są samym uczuciem. Picasso wyraził to mówiąc, że "Całe życie uczył się rysować jak dziecko". Uznał, że warto uczyć się być dzieckiem. Mnie w sztuce poraża ta lapidarność, uogólnienie, skrót zawarty w znaku, plamie, kresce... myśli, bo to myśl jest za każdym takim działaniem. Dojście do tej świadomości zajęło mi ponad dekadę prób, błędów, poszukiwań, by być jak dziecko, nieustannie zadziwione, chłonne na nowe doznania, zagubione w niezmierzonej głębi pustki, w jakiej krąży nasza planeta. Istniejącym w czymś tak niebywałym jak czas, mający kierunek - ciągle naprzód. Cofanie się jest niemożliwe, podobno jednak istnieją cząstki o innym znaku w czasie, anihilują w zderzeniu ze znaną nam materią. Być może dzieło artysty pełni w kulturze rolę takiej cząstki? Mówi stop bezlitosnym prawom tego świata, obojętnego wobec wyzwań czasu i bezmiernej nędzy połowy ludzkości.

 

Władysław Edward Gałka

 

Rosa Fliegelweilt

***

<

Niebo się żali niczym chory odwłok

Nadobnemu Leśniczemu

 

Lepiej budować ruiny, zasiewać zgliszcza,

Głód tulić, od żołądka zaś

Trzymać daleko, ten zaśpiew pożądania?

 

Jesteśmy tylko tym, czemu się nie sprzyja,

I tym głębiej, im bliżej mi,

Choć z każdej strony mi

Odległy dosyt

 

Z całości skreśla to, co nie ma w sobie

Nic z wyniku. Spełzając w całość

Nastaje na mnie zmysł szarości.

 

Calancorum, 1 lipca 2005
Rosa Fliegelweilt

 

Edyta Niewińska

ŻYCIE ZA CZTERY PIĘĆDZIESIĄT

Zgubiłam się w mieście, w którym żyję już osiem lat. Zmierzam na imprezę, którą obsługuje moja firma. Umówiłam się z szefem na jakimś rondzie, które przemierzam odkąd tu mieszkam - czyli od ośmiu lat - tylko cudzym autem, i - według moich zupełnie subiektywnych wierzeń - inaczej tutaj można się dostać tylko piechotą. Więc się zgubiłam pośród mętnych ścieżek sennego nudnego rozległego blokowiska. Dzwonię po taksówkę. Tłumaczę operatorce, że chcę auto pod wieżę rtv, na stację orlenu. Pani prosi mnie o orientacyjny numer i ulicę, na której się znajduję. Rozglądam się, i mówię «wie pani co, widzę tu jagiełły 14». Panią najwyraźniej taka odpowiedź satysfakcjonuje. Zastanawiam się, jakie wnioski wyciągnęła z tej jakże krótkiej i mało personalnej rozmowy. Ja bym pomyślała, że laska się upiła w piątkową noc, dała się poderwać, pojechała bzykać się z chłopem do niego, a teraz trzeźwieje i się ewakuuje. Takie to proste i oczywiste, cóż innego można myśleć w sobotni poranek?

 

 

Zalałam komórkę herbatą! Ratunku! Pierwszy raz w życiu mi się to zdarza, czuję się jak debilka, nienawidzę siebie za brak perfekcjonizmu. Telefon uparcie żąda kodu pin. Skądinąd doskonale wiem, że zgubiłam go pół roku temu, razem z opakowaniem i resztą kodów puk puk. Co teraz? Ile może potrwać odzyskiwanie kodu i czy znam odpowiedniego artystę magika, który umie sobie z tym poradzić? Po dwóch godzinach stresu dzwonię do znajomego, który pracuje w paszczy lwa, czyli siedzibie samego Operatora. Po dwóch godzinach mi się przypomniało, że go znam. Że regularnie, czyli mniej więcej co kilka miesięcy, ratuje mnie z problemu z przeklętym telefonem. Facet, który kiedyś usilnie chciał mnie przelecieć, a ja go - zupełnie nie wiedzieć czemu - nie. Aha, byłam wtedy beznadziejnie zakochana w innym, miałam zaburzenia libido. Teraz też chyba mam. Tak więc honor mój, tym razem kompletnie bezinteresownie, ratuje były amant. Przez głowę przebiega mi błyskawiczna, acz niezbyt bystra myśl, że teraz byłoby pewnie prościej, ale on już nie jest zainteresowany. Może to i lepiej...

Robię zakupy w markiecie. Nie wiem, jak się dałam na to namówić, nienawidzę marketów, zawsze się w nich gubię i jestem zdezorientowana jak na pustyni. Potrzebuję kabla do telewizora i patelni. Sklep jest pusty, śmiertelnie znudzona obsługa odpowiada mi nieuprzejmie półsłówkami.

 

klawiatura do komputera 19,89

patelnia stalowa nierdzewna na wagę z pokrywką 18,71

okulary przeciwsłoneczne typu mucha 4,99

paczka czipsów cebulowych 1,99

butelka piwa 2,75 bez kaucji

 

Kasuje mnie pani w wieku mojej mamy, płacę kartą visa electron, pani patrzy na mnie dziwnie, w bluzie z kapturem nie wyglądam na posiadaczkę konta w banku, na którym w połowie miesiąca jest jeszcze pięćdziesiąt złotych; poza tym zestaw powyższych produktów nabytych o takiej porze jest dla niej co najmniej zaskakujący

Może ma rację, może to dziwne, może normalni ludzie nie robią takich zakupów tuż przed zamknięciem sklepu; może właśnie jej zdziwienie sprawiło, że poczułam się nienormalna

 

 

Siostra mnie dziś spytała, jak to jest być obcinanym nożyczkami za tysiąc złotych. Nie miałam pojęcia, że Marek ma nożyczki za tysiąc złotych. Wiem tylko, że wszystkie miejscowe gwiazdy płacą mu za strzyżenie osiemdziesiąt złotych, a ja nic. A to dlatego, że kiedyś, kiedy jeszcze byłam barmanką, wypiłam z nim wódkę, kiedy przywlókł swój nędzny tyłek do knajpy, zalany po rozstaniu z chłoptasiem. Wypiliśmy i się pocałowaliśmy, to wystarczyło za fundusz inwestycyjny na jakiś czas. W końcu jedno strzyżenie u niego to miesięczna składka podstawowa w drugim filarze.

Jak to jest być obcinanym nożyczkami za tysiąc złotych? Nie mam pojęcia, i mało mnie to obchodzi. Myślę, że od tych nożyczek najmniej zależy efekt. Znacznie bardziej wpływ na moją fryzurę ma tamta wypita wódka i tamten pamiętny, mało erotyczny pocałunek.

 

 

Wzbraniam się przed nabywaniem rzeczy materialnych. Boję się, że zdominują moje życie. Wolę suszyć pranie na plastikowych krzesłach na tarasie niż kupić suszarkę za dziewięć pięćdziesiąt. Czy dziewiętnaście. Mniejsza o to. Obawiam się, mówię poważnie, że zdominują moje życie. Póki co, całkiem mnie owo życie satysfakcjonuje.

 

Satysfakcja składa się z:

wernisaż w muzeum narodowym w niedzielne południe 0 złotych (piję wino, i uważam, że to perwersja robić to w niedzielne słoneczne południe, czuję się jak alkoholik)

wernisaż z koncertem jazzowym w poniedziałek 0 złotych (wina nie piję, bo prowadzę rower)

tytoń waniliowo-wiśniowy + bibułki zigzag o dziwnie słodkim smaku 9,5 złotego

obiad w knajpie w mieście po pracy we środę 0 złotych (kumpel postawił - dziwne; alkoholu nie piję - prowadzę rower)

wernisaż z lampką wina i ciastkiem francuskim we czwartek 0 złotych (staję się alkoholikiem!)

piwo z przyjacielem na rynku w piątek 0 złotych (jestem alkoholikiem....)

kręgle z szefem w sobotę 0 złotych (firma stawia...)

piwo z siostrą w knajpie w sobotę 4 złote za butelkę (jak wyjaśnili mi znajomi, nie jestem alkoholikiem, jestem alkofilem...)

gotuję zupę z fasolki w niedzielę 5 złotych (trzy godziny normalnego życia raz w tygodniu nie znaczą, że jestem normalna...)

 

To mniej więcej jedna kilkutysięczna rzeczy, które składają się na moją życiową satysfakcję. Właściwie wymieniłam tylko te, które warunkują życiową wygodę. A wygoda to początek satysfakcji, bo pozwala nie martwić się o codzienność, która nikomu nie jest zbyt przyjazna.

Wymyśliłam sobie, że jadę na wakacje na rowerowy obóz na Lazurowe Wybrzeże. Znów wszyscy stwierdzą, że jestem snobką. Dwa tysiące za udrękę na rowerze we francuskim upale! Puh! Nie ma nic bardziej snobistycznego! Chyba, że wynajmowanie garażu za dwa tysiące miesięcznie...

Dlaczego ludzie przeliczają wszystko na pieniądze? Gdyby tak jednostką monetarną była satysfakcja, byłabym snobką milionerką!

Dlaczego ciągle notuję jakieś ceny? Bo gdyby je zliczyć, okazałoby się, że żyję za śmieszne pieniądze miesięcznie. A wszyscy mnie traktują, jakbym wydawała na życie jakieś chore miliony! Tylko dlatego, że mam perspektywiczną, satysfakcjonującą pracę, co widać po mnie i moim na co dzień wybornym samopoczuciu. To już nie są czasy, kiedy młode pokolenie śpiewa "I can't get no satisfaction..." Ona jest w zasięgu ręki, trzeba tylko umieć żyć. Boję się, że wraz z nadmiarem dóbr materialnych i stabilizacją uczuciową stracę tę umiejętność. Mężczyźni boją się mojej umiejętności odpowiedzenia na każde pytanie i mojej nonszalancji. Kobiety podziwiają obie te umiejętności. Co w sumie daje życiową zaradność i samotność. I ja to sobie cenię. Póki nie ma miłości w moim życiu, wykorzystam ten czas, żeby się czegoś nauczyć, i czegoś doświadczyć. Pojadę na Lazurowe Wybrzeże, albo na Korsykę, albo na Sycylię. I będę get satisfaction.

 

A tymczasem jeżdżę na rowerze do pracy, i na moim własnym osiedlu, trzy kroki od klatki schodowej, wpada na mnie bezmyślny półgłówkowaty taksiarz, dzięki któremu wyglądam, jakbym co noc walczyła w fight clubie... Od wnoszenia dwa razy dziennie roweru na czwarte piętro mam posiniaczone uda, biodra i łydki. Mąż mnie bije. Widzę to przekonanie w oczach klientów, z którymi jem obiad w eleganckiej restauracji. Ja stresuję się tym, że podano mi nóż, który nie mam pojęcia do czego służy, bo na oczy go wcześniej nie wiedziałam, i tym, że kiedy idę do toalety klient ocenia moje sińce na łydkach, bo żeby go choć trochę ogłupić, założyłam wielce seksowną kieckę. On nie stresuje się nawet tym, że po takim obiedzie utopi w firmie, którą reprezentuję, delikatnie szacując jakieś kilkadziesiąt tysięcy w ciągu najbliższego roku. Jemu wystarczy, że z przyjemnością szacuje moje łydki, talię i całą resztę (nie wnikając w szczegóły). Ja dzielnie wychodzę z opresji z nożem, przynajmniej w moich oczach. A on, przy w tym wszystkim, on noża nawet nie zauważył. Sińce tylko mu utkwiły w pamięci.

I cóż... Mam dwadzieścia siedem lat. Mam rower, dobrą pracę, mąż mnie bije. Motyla noga, przecież ja nie mam męża...!

 

 

Depresja Piotr, epizod drugi, sezon trzeci - powraca raz na pół roku. Mija po czterech dniach udręki i zaciskania zębów. Zaciskam też pięść, aż dłoń krwawi rozdarta paznokciami.

Czy ja mogę poradzić coś na to, że kocham kogoś, kto już nie istnieje?

Przepuszczam przez palce wszystko, co mam. Wszystko, co dostaję od życia. Krwawię wewnętrznie. Dramatyzuję. Unikam konfrontacji. Uciekam od tych, którzy chcą mnie zbawić.

Piwo, wino, wino, piwo. Pogrążam się. Myśl, ciągle ta sama, tłucze się o krawędzie mojej czaszki - nigdy nie wróci. Nie mogę się otoczyć pancerzem cynizmu. Coś pęka we mnie, dotkliwie raniąc duszę, w rozsypkę idą ramki codzienności. W takiej rzeczywistości nie da się żyć. Nie dzisiaj.

Praca nie pomaga. Pozostaje uzależnienie od bólu, zaprogramowanego na kilka kolejnych dni masochizmu. Nie lubię, nie chcę, nie umiem się wyzwolić. Dopada mnie, muszę się pogrążyć do dna, i od niego odbić jednym zdecydowanym ruchem; inaczej nie zadziała. To pozwala na ucieczkę przez pół roku. Uzależnienie trwa przeciętnie trzy lata. Jedno się kończy, kolejne zaczyna. Instynkt samozachowawczy ma dysfunkcję okresowo, na szczęście cykl półroczny nie jest zbyt męczący. Intensywny i krótkotrwały. Dziś się pogrążam.

Wraca każdy szczegół. Deja vu, które sprawia, że wczorajsza rana jeszcze nie przyschła, ale dziś ranię się w innym miejscu. Ktoś odważył się powiedzieć to na głos, po raz pierwszy po osiemnastu miesiącach. Jego już nie ma. Nienawidzę cię za to, że miałaś odwagę powiedzieć nieprzyswajalną prawdę.

Wolałabym się nie przyznawać do tej prawdy. Do słabości, z którą nie umiem dziś walczyć.

Tyle psychika; a codzienność? Ten stan służy mojemu otoczeniu - jestem miła, serdeczna, uczynna, i bierna. Sprzątam, zmywam, gotuję, jestem nieobecna duchem. Unikam dyskusji, włóczę się po mieście, piję bez kontroli, nie mogę się upić. Szukam samotności. Szukam rozwiązania, które istnieje w mojej głowie, nie pozwalając się odnaleźć.

Uciekam od bólu w ciężką pracę, w codzienność. Dowiedziałam się dziś, że ktoś mnie widział w towarzystwie zapatrzonego we mnie młodego dziewczątka. Wyrabiam sobie tym samym kiepską opinię. Czy mnie to obchodzi? Tak, bo nie chcę mieć opinii zdesperowanej dziwki w oczach kogoś, kto szczerze i bezinteresownie dobrze mi życzy. I sprzyja, co mi pochlebia i zaskakuje zarazem. Co daje awans zawodowy.

Jednocześnie upijam się regularnie co dwa tygodnie, i ci sami ludzie w milczeniu to akceptują. Też się upijają, może z mniejszą regularnością. Ale nie sypiają z ponętnymi kobietkami. Ja też nie, mimo, że im się tak wydaje. Świat jest mały. Trzeba uważać na to, co się robi. Przestałam sypiać z kimkolwiek, odkąd mam dobrą pracę. Możliwości, jakie daje opinia profesjonalistki w każdym calu, jest więcej niż seksualnych pozycji. I satysfakcja niewspółmierna. Teraz dobrze się sprzedaje dyskretny feminizm. Modny, ale wyważony. Dyskretnie stonowany, wyrazisty jak jaskrawa jedwabna podszewka markowej garsonki. Od spodu, skryta przed wzrokiem, czasem przypadkiem się wychyli.

 

 

Jest lepiej, aż sama w to nie mogę uwierzyć. Rower, kręgle, wypalona paczka papierosów.

Praca daje ucieczkę. Pozwala czuć, że w życiu jest coś ważnego i sensownego.

Po pół roku rozsypki i rozedrgania dała mi stabilność emocjonalną. I materialną. Wreszcie jakieś spokojne życie, kiedy na kilka rzeczy można sobie bezstresowo pozwolić. Znalazłam swój tor, po którym gnam konsekwentnie do kolejnych stacji. Samotnie, no cóż - nie można mieć wszystkiego. Większość ludzi tyle co ja nawet nie ma. I tak jestem szczęściarą.

Chciałabym teraz już uciec od bólu. Już nigdy go nie czuć, nie przeżywać rozpaczy, nie zalewać się łzami przez miesiąc. Ostatni raz - rok temu. Od tamtej pory pustka ma swoje imię. Jest jej coraz więcej w mojej duszy. Coraz bardziej się asekuruję przy kolejnych znajomościach. Unikam potencjalnych problemów.

Czuję się doskonale sama, to straszne!

Na szczęście cały czas gdzieś dzień po dniu odnajduje się mój spokój, nawet jeśli czasem chwilowo coś go zakłóci.

 

 

Blogi czy dialogi? Trudno się zdecydować czasem, bo i samotność niezbędna, i towarzystwo potrzebne. Szaleństwa mi brakuje, takiego grupowego podejmowania decyzji - nagle teraz zróbmy coś! Zbiorowa euforia, pomnożona przez ilość uczestników, daje silną wiarę, że tak! To ma sens! Zróbmy to! I w zupełności wystarcza na czas realizacji.

Poczucie tożsamości z grupą to coś, co mi zawsze z różnym efektem wychodziło, a teraz - teraz przestało istnieć, bo nie ma grupy, do której przynależę i uczestniczę. Poczułam lekki żal dwa dni temu, siedząc z przyjaciółkami barmankami w oknie knajpy, popijając leniwie, zmęczone wciąż wieczornym upałem, swoje drinki z dużą ilością lodu. Kiedy ja pracowałam za barem, wszyscy tworzyliśmy jedną wielką rodzinę. Może chorą i wypaczoną, ale więzi, które nas łączyły, to było znacznie więcej, niż koleżeństwo. Zawsze było od kogo dostać papieroska, gdy fundusze na nałogi stopniały. Zawsze było komu postawić obiad albo taksówkę. Można się było poradzić, zabawić, a nawet zakochać, przy współudziale, i współ-pomocy innych. Nigdy nie zapomnę motywu, kiedy wpadłam w oko szalenie przystojnemu facetowi, który z kolei wpadł w oko wszystkim dziewczynom. Żeby była jasność, pod koniec imprezy wszystkie dziewczyny powiedziały, że chociaż one są zajęte, a on jest super, to mam z nim zrobić wszystko, co tylko zechcę! Mam ich błogosławieństwo! A w tajemnicy przede mną powiedziały mu, że jest szczęściarzem, bo jestem najfajniejszą dziewczyną w całym mieście! Co za perwersja, pomyślałam, mam ich błogosławieństwo na moralną rozpustę! Bo one nie mogą, więc ja realizuję ich niemożności! Mało tego, taki scenariusz powtarzał się z regularnością mniej więcej co dwa tygodnie, i one, te porządne dziewczyny, od miesięcy trwające przy swoich chłopakach bądź dziewczynach, co w prostej linii pozwala wnioskować, że cenią sobie wierność, co dwa tygodnie ekspediowały mnie w ramiona kolejnego superfaceta - spełnienie ich własnych "marzeń"! Wystarczyłoby, żebym ja spełniła je zaocznie? Nigdy tego nie pojmę. One, skądinąd raczej moralne w swojej postawie, posyłały mnie zgodnie w ramiona absolutnie niewiernej niemoralności!

Ciekawe, o czym w takim razie myślały przedpołudniami, kiedy w knajpie za barem miały zero gości na jednego barmana...

 

 

Co rano jeżdżę rowerem do biura. I nie ma w tym nic dziwnego. Opracowałam stosowne systemy odziewania się, żeby było wygodnie na rowerze, i w miarę odpowiednio w pracy. Pedałuję w klapuniach, za nic mając sobie trampki, sportowe obuwie i sznurówki. Przysięgam, że żadna awaria mi się nie przydarzyła. Przejażdżka rowerem to najlepsza rzecz na pobudzenie umysłu z rana. Lepsza od kawy. Od samego rana praktykuję czujność i mam oczy dookoła głowy, bo kierowcy są obłąkani, naprawdę. Ale mniejsza o to, jakoś mi się udaje przewidzieć nieprzewidywalne, czyli ich impulsywne zachowanie, i stosując maksimum wypracowanych już środków ostrożności, nic mi się dotąd niepokojącego nie przydarzyło. Poza dwoma wypadkami, które jednak należą do historii.

Najlepsza jednak jest sama droga. Najpierw jadę wzdłuż jeziora, mniejsza o to, że sztuczne, urok swój też ma. Skoro setki tysięcy osób mieszkających w tym mieście kocha to jezioro, ja też nie będę narzekać. Potem przebijam się przez industrial, czyli okropne rondo, które o każdej porze dnia się korkuje, a na którym kierowcy aut, nie wiedzieć czemu, wyjątkowo nienawidzą pieszych i rowerzystów. Potem przejeżdżam przez zagmatwane zakątki dzielnicy zapomnianej przez wszystkich - władze miasta, zasobnych mieszkańców, pamięta o niej tylko mieszkający tu lud o niewyszukanych manierach oraz dokarmiane przezeń koty psy i inne kangury. Potem wjeżdżam na most, i robi się podniośle, bo mijam katedrę. Taki kontrast, że dopóki się nie przyzwyczaiłam, to jakbym wyjeżdżała z mroku w pełne słońce. Mijam też drugi most, rzucając melancholijne spojrzenie na rzekę i jej martwą odnogę. Ale najlepsze właśnie się zbliża. Za mostami, gdzieś w kompleksie starych budynków z czerwonej cegły, które istnieją w moim umyśle pod hasłem «skarbnica zagadek i tajemnic» znajduje się piekarnia. Wiem to doskonale, bo nie sposób nie poznać tego po zapachu, a i mały sklepik od frontu, z wiecznie długą wężowatą kolejką pozwala mieć podstawy do takiego myślenia. Jeśli mam szczęście, mogę poczuć zapach pieczonych ciast i drożdżówek. To zapach, przy którym można się pogrążyć w błogości. Trzeba mieć jednak tyle przytomności umysłu, żeby nie przerwać kontrolowania nieobliczalnych kierowców. Oj, nie jest to łatwe, bo za chwilę mijam palarnię kawy. I tu stały rytuał, najpierw zapach czarnej tureckiej kawy (żałuję, że nie jest to włoskie espresso!) a za chwilę zapach kawy ze śmietanką, ale nie jakiejś rozpuszczalnej lury z mlekiem w proszku. To zapach kawy ze słodką tłustą kremówką! Pyszny zapach, hmmm, mrużę oczy i jest mi dobrze - jednocześnie czujnie, szóstym zmysłem, nadal kontroluję kierowców. Czasem, kiedy w domu rano nie mam ochoty na śniadanie, i kiedy wypijam tylko zieloną herbatę i spalam papierosa, myślę sobie, że już go nie potrzebuję, bo właśnie mam śniadanie instant! Francuskie ciasto i kremowa kawa! To aż dziwne, jak można się wypełnić i nasycić zapachami! Później natomiast jadę ścieżką rowerową wzdłuż rzeki, w gąszczu drzew, gdzie ptaki ogłuszają swoim wariackim śpiewem (tak przy okazji - co za idiota nazwał te atonalne trele śpiewem? Chyba słoń mu na ucho nadepnął, a chciał być po prostu, nie wiedzieć czemu, miły wobec przyrody!) i panuje przyjemny cień, co doceniam zwłaszcza w upały. Potem jeszcze tylko trzy manewry, i jestem w biurze. I to wszystko.

 

 

Znajomi zabrali mnie na koncert jakiegoś gangstera. Jestem zdegustowana. Super mega gwiazda przyjechała zza granicy, a ja słowa o nim nie słyszałam. No głucha jesteś, czy co? Przecież ten jego hicior podbił cały świat! Nie wiem, czy cały, w Afryce pewnie za nic go mają, i tak jak ja, nie wiedzą, z czego tu się cieszyć. A cały świat, to angielskie wyspy, parę stanów gdzieś tam za wodą, a właściwie to liczy się tylko wschodnie i zachodnie wybrzeże, i niewiele ponadto, oraz stara, zmęczona Europa. Też mi cały! No mniejsza o to, jakieś drobne złodziejaszki miotają się po scenie, jeden z nich wywija uparcie ręcznikiem (o co tu chodzi? To tak dla specjalnego jakiegoś uroku?). W pewnym momencie wpadają na genialny pomysł, aby wyrwać na scenę jakieś lokalne panienki, może liczą, że tym samym zaopatrzenie na piątkową noc w hotelu mają już załatwione? Panny uwijają się na scenie w pełnym zachwycie, dwie z nich wykazują taką energię miotając się wokół jakiegoś czarnego chudzielca, że gdyby mogły, to zrobiłyby mu dobrze tutaj na scenie, i to obie naraz. Wygląda na to, że chłop ma oko do kobiet, i rozrywkę na noc wybrał sobie nie byle jaką hoho! Od samego początku wszyscy gangsterzy wykrzykują « Madafaka! Polska! Nice fakin kantry!» W pewnym momencie, kiedy mega super gwiazda gangster pyta jedną z niuń «łats jor nejm?», mam nieodparte wrażenie, że ten dialog potoczy się tak:

 

- what's your name?

- Karolina

- now listen Karolina - wypierdalaj ze sceny!!!!!

 

Moi znajomi w tym czasie robią sobie jaja, ze wszystkich i wszystkiego, co w praktyce oznacza, że bawią się jak dzieci w piaskownicy. I dobrze. W pewnym momencie z drzemki wyrywa mnie ich przybycie, więc pytam « skończył już?» i słyszę odpowiedź tego, który najbardziej szalał «mam nadzieję!» Spadamy stąd, szkoda czasu, tyle jeszcze rozrywek może nam zaoferować ta noc!

 

 

Tak tak w sobotę wieczorem siedzę w domu. Oburzające? Myślę, że tysiące ludzi to robi. Oczywiście, ja mam usprawiedliwienie. Ciekawe, dlaczego muszę się z tego usprawiedliwiać...

Więc tak - kiedy w mojej głowie pojawia się choć jedna nie-optymistyczna myśl, to znaczy, że czas na mentalny reset. Czas na zwolnienie tempa, aby zlikwidować tę naprężoną strunę stresu, tę jedną dysharmonijną nutkę w moim ciele.

Cholera, podobają mi się kobiety w ciąży! To jest tak, że kiedy masz problem z - dajmy na to - dużym palcem u stopy, wtedy zwracasz uwagę na duże palce u stopy u każdego. Każdy to zna, czy tylko kobiety? Nieważne, ja jestem teraz wyczulona na kobiety w ciąży. Do trzydziestki zostało mi kilkanaście miesięcy, więc patrzę z czułością i nutką zazdrości na ciężarne kobiety. Chcę mieć dziecko. I psa. Najlepiej psa i dziecko. I tatusia, dla nich obojga, i dla mnie. Ja też potrzebuję tatusia!

Dziś podczas spaceru z przyjacielem stworzyłam teorię, że tak samo jak samochody obrazują męskie ego, tak psy są odbiciem ego ich właściciela. Taka była moja reakcja na jego pytanie - dlaczego w Polsce tyle osób ma obronne psy. Mój przyjaciel jest obcokrajowcem, uwielbiam się z nim spotykać, bo wtedy odkrywam tyle zawiłości naszego rodzimego języka, i tyle niedostrzeganych, niemniej fascynujących aspektów polskiej rzeczywistości.

A miało być o dziecku... I cóż ja mogę dodać, skoro brakuje dawcy genów... Faceci lubią się zagubić w czasoprzestrzeni, kiedy tylko w moich wypowiedziach pojawia się cień sugestii... Czasem robią to na dobre, i nie pojawiają się w mojej czasoprzestrzeni już wcale, bądź z dalekiej odległości machają mi wesoło na pozdrowienie. A po co dwójka dzieci, albo nawet trójka na moją zapracowaną główkę? Jedno dziecko, to On - Pan Poważny Mężczyzna, który zamiast dzieci woli kurs kitesurfingu na Helu. Dzieci wiążą, to takie straszne... buuu... Drugie dziecko to Ja - Pani Wieczny Rozstrój Hormonalny, której wydaje się, że wie, czego chce, a tak naprawdę nigdy nie jest do końca tego pewna... Trzecie dziecko, to Ono - Wymagający Maksimum Troski i Uwagi Mały Tyran... A jak to się do cholery dzieje, że tyle pokoleń niedojrzałych ludzi dało sobie z tym radę? Też mieli raty do spłacania, też zastanawiali się nieraz nad tym, czy iść do kina, czy kupić kalifornijskie wino na wieczór... no dobra, oni wybierali między chlebem a pomarańczami dla dzieci na gwiazdkę, co przecież wcale nie znaczy, ze nasz dzisiejszy wybór jest mniej ważny i mniej egzystencjalny! Im więcej dóbr materialnych i możliwości, tym trudniej się zdecydować, bo tyle jeszcze można osiągnąć... A tak naprawdę, jak powiedziała kiedyś moja przyjaciółka, zawsze będziesz mówić, że to nie ten moment, że tyle jeszcze jest do zdobycia, aż wreszcie zdarzy ci się wpadka, i odetchniesz z ulgą, że może i nie do końca w najlepszym momencie, ale wreszcie! Jest...

Chcę dziecko, bo perspektywa, przez którą spoglądałam dotychczas na rzeczywistość, już się przeżyła, już nie ekscytuje, nie przynosi nic odkrywczego. Bo egoizm już wydeptał swoje ścieżki w codzienności, która coraz mniej zaskakuje. Bo czas spojrzeć na świat z zupełnie nowego,  świeżego punktu widzenia. Bo nie można żyć tylko dla siebie, to takie małostkowe i bez sensu, cholernie ziębi duszę, w której taka samotna myśl plącze się jak liść po mongolskim stepie. Bo w końcu biologiczny zegar tyka, a instynkt wypatrzył w moich trzewiach swój czas... I atakuje, trochę nachalnie, ale skutecznie. Co dalej?

 

 

Piję niedzielną południową kawę, paląc papieroska. Zastanawiam się. Spotkałam mężczyznę, pięć dni temu. I od pięciu dni zadaję sobie pytanie - kim on do diabła jest? Na niewiele się zda moje myślenie, brak danych - brak odpowiedzi. Czy złośliwy chochlik losu znów igra z resztkami moich z trudem wskrzeszonych uczuć, podszeptując - bądź czujna, to dobry towar! Ma tyle zalet, niewiele mankamentów, a przynajmniej na razie wszystkie mankamenty przekujesz w zalety! Za jakiś czas spostrzeżesz, że trzeba by oddać do serwisu, bo trochę się nadpsuł... Ale gwarancja tymczasem wygasła, więc nie pozostaje nic innego, jak wynegocjować z tym z lekka uszczerbionym towarem jakieś sensowne warunki współżycia. W końcu człowiek - podobno - do wszystkiego się przyzwyczaja...

Wbrew podszeptom ułomnej świadomości, szukam z czujnością polującego drapieżnika potencjalnych wad towaru. Ta sama konkluzja, brak danych - brak odpowiedzi... Dolewam kawy, dyskretnie zerkając na wyświetlacz telefonu, czy może coś mu się tam między klawiszami nie zaplątało, jakieś miłe «dzień dobry» czy skromne «jak się masz». Nie, nic z tego. Och, przestań wreszcie o nim myśleć! Są ciekawsze rzeczy - podobno - do zrobienia w niedzielę rano... Jak mały ukarany sprawca grzebię w stercie rzeczy do prania, udając, że robię coś szalenie ważnego, jak dziejowa misja, żeby tylko oderwać się od natrętnych myśli... Z tychże jednak się nigdy nie wyrasta. One nie znikają, zamiast tego mają skłonność do rozmnażania się i mnożenia wariantów. I tak, jak kiedyś, powtarzałam sobie jedno zdanie, jak mantrę - uda się czy nie uda? - tak teraz pytam siebie - uda się? Czy to w ogóle ma sens? A właściwie dlaczego? Z moją osobowością, z jego skłonnością do... to grozi... tutaj wersja od a do d, wariant do wyboru, ale tylko jeden, i dalej jazda w ten deseń w głęboką niedzielną nieskończoność!

 

 

Ktoś mnie zapytał «dlaczego za czterypięćdziesiąt»? Bo w sklepach za 4,50 wszystko jest takie tandetnie oczywiste, namacalnie osiągalne, i tak samo absolutnie zbędne. Bo wszyscy się w jakiś sposób wyprzedajemy, a cena nie jest wyższa, niż przysłowiowe 4,50, nieważne w jakiej walucie, różnicą jest tylko zasobność portfela, czyli faktycznie przelicznik walutowy, w jakim otrzymujemy swoje wynagrodzenie. Wszyscy zarabiamy tysiąc, jedni złotówek, drudzy euro, jeszcze inni funtów brytyjskich, a wyznacznikiem nie jest bynajmniej wskaźnik geograficzny, tylko organ ustawodawczy grupy, do której kulturowo i społecznie przynależymy. Wszyscy mamy wytatuowane gdzieś na wszywce przyklejonej do naszej duszy «czterypięćdziesiąt», a grubość portfela eliminuje kolejne poprzeczki waluty. Nic na to nie poradzę, taki czas, że każdy musi znać zasady kupczenia, inaczej podlega inflacji, i jego notowania na giełdzie dusz, ciał i osobowości drastycznie spadają. Co jakiś czas na giełdzie jest krach, wtedy przewartościowują się stawki, tasują wartości, moralność poszerza się bądź zawęża, ustalając zupełnie nowe kursy. Jak się tutaj połapać w tym wszystkim? Ano trzeba czujności, menadżerskiego zmysłu, bystrej obserwacji i wyczucia rzeczywistości. Takie giełdowe spekulacje...

 

 

Och, są takie dni, i wcale jest ich niemało, że zadowolenie emanuje ze mnie bez mojego udziału i kontroli, wydzielając zarazem specyficzny rodzaj feromonów, które działają na wszystko i wszystkich z przedziwną siłą. Kolejne narzędzie maniupulacji w moich rękach? Może tak, i powinno to być co najmniej niepokojące, choć mam już pewną niezbędną praktykę w tych sprawach. Można by ten temat dyskretnie przemilczeć, ale dlaczego mamy się oszukiwać, mówiąc, że nikt z nas nie splamił się stosowaniem w życiu socjotechnik? W końcu, do cholery, tego od nas wymagają w pracy, a i codziennośc pełna jest pułapek, tak że warto mieć w zanadrzu skuteczną i szybkostrzelną broń. Nie, nie możesz mnie nazwać manipulantem, tylko dlatego, że mam odwagę się przyznać. Będąc nieomylnie, choć intuicyjnie zaledwie zmierzającą do przodu dwudziestką, stosowałam feromonalną manipulację nagminnie. Mam teraz kilka lat więcej, a co za tym idzie, także doświadczeń, więc chowam to narzędzie na specjalne okazje, wymagające podjęcia nadzwyczajnych środków. A może przyznam się od razu, że mój system selekcji mężczyzn od tamtej pory został znacznie udoskonalony, czego skutkiem jest fakt, ze coraz mniej ich się kręci jak satelitów w mojej prywatnej orbicie, więc nie ma po co wszczynać środków nadzwyczajnego bezpieczeństwa... przecież panuję nad sytuacją...

 

 

Mój wewnętrzny budzik wyrywa mnie ze snu o ósmej rano. Przytomnieję w ułamku sekundy. Sprawnie odprawiam obrzędy porannej ablucji. Nadchodzi clou całego poranka - penetracja lodówki. Czyli codzienne rozczarowanie. Po co nie sięgnę - zepsute albo przeterminowane. Wykonuję szybką nazistowską czystkę. W lodówce zostają dwie butelki piwa i cztery jajka. Cholera, pocieszam się myślą, że człowiek może twierdzić, że jest młody, dopóki w lodówce ma więcej alkoholu niż jedzenia. I nie jest to Johnny Walker na Boga! Tym niemniej, ta konkluzja wystarcza, żeby symbolicznie nasycić mój żołądek i tymczasowo oszukać głód. Tak proste rozwiązania, jak zrobienie szybkiej jajecznicy albo wyskoczenie do sklepu po niezbędne wiktuały, w ogóle są poza zasięgiem moich myśli. Chyba w życiu jeszcze nie poszłam do sklepu, żeby kupić sobie śniadanie! Przecież można nabyć jakiś substytucik w kiosku na dole biurowca, razem z poranną prasą. Moja ulubiona wersja to marcepanowy batonik i Rzepa. Pani w okienku, widząc mnie, zastanawia się, czy dziś jest dzień marcepana, czy może sezamków? I doprawdy nie widzę nic złego w takim rozwiązaniu! Kiedyś spróbowałam ugotować jajko na miękko w podobnej kryzysowej sytuacji, ale kiedy wyszło na pół twardo, to straciłam ochotę na śniadanie, i zjadłam tylko tę miękką połówkę, chyba dla zasady. Stargałam rower na dół, sycąc się po drodze wersją śniadania instant i marcepanem na miejscu. Wygląda na to, że nie jestem zbyt wymagającą jednostką, i rację miał ojciec, mówiąc, że łatwiej wykarmić, niż ubrać. (Tu w podtekście miał na myśli moją skłonność do marchewek, sałaty i kiełków rzodkiewki, co dziwne dlań jest, lecz osiągalne bardziej, niż moje ulubione, zbyt drogie jego zdaniem perfumy...) O do diabła, z ubraniem mam problem każdego poranka! Kobieta to jednak skomplikowana, trudna do zaspokojenia istota!

 

 

Zdarzyła mi się kiedyś taka historia - po różnych życiowych przejściach, o których Boże uchroń przed opowiadaniem kiedykolwiek tutaj (grożą moralną cenzurą...) postanowiłam sprawdzić, jak daleko sięga mój cynizm. Z nudów zatem, poprzez internet, wyłapałam amanta. Umówiliśmy się w realu. Grzecznie, jak ludzie dorosli i opanowani, spotkaliśmy się ze trzy razy. Grzecznie nie padło ani jedno słowo o seksie w ciągu tych trzech razów. Przy czwartym, jako że oboje odznaczamy się niejaką bystrością umysłu, ustaliliśmy, że tak naprawdę chodzi o seks! Bez zobowiązań, cholera, jakie to wytarte sformułowanie. Mniejsza o to, od słów przeszliśmy do czynów. Scenariusz spotkań był taki, że zamienialiśmy ze trzy zdania i bez ceregieli szliśmy do łóżka. Po miesiącu stwierdziłam, że nie doznaję emocjonalnego uszczerbku z powodu tak cynicznego układu, a oznacza to zatem ni mniej ni więcej, tylko że sięgnęłam dna, zarówno moralnego, jak i osobistego. Zaprzestałam zatem praktyk z tym panem. Koniec do historii dopisało kiedyś nasze przypadkowe spotkanie w sobotnią noc. Ja dokonywałam właśnie zawzięcie rytualnego upodlenia alkoholowego w towarzystwie moich przyjaciół, i szło mi naprawdę dobrze, więc pogrążyłam się w uzasadnionej i błogiej kontemplacji placówki, która tyle prostych przyjemności mi w tym momencie zapewniała. On siedział obok, całkowicie zdegustowany moim stanem, aczkolwiek zupełnie nieświadom rozmiarów mojego upodlenia. Poskarżył się, że ze mną już pogadać nie można nawet. A ja, najzupełniej szczerze zdumiona, zapytałam «a kiedy my ze sobą rozmawialiśmy? jeśli pamięć mnie nie zawodzi, to nasze spotkania nigdy nie miały na celu nawet błahej rozmowy??». I wtedy zobaczyłam jego spojrzenie, taka mała rozpacz się w nich czaiła. I wtedy zrozumiał, że był tylko obiektem seksualnym... A ja zrozumiałam, że w tym scenariuszu to mi przypadła rola drapieżnika, a jemu ofiary. I że scenariusz odegraliśmy z polotem, bezbłędnie realizując zalecenia nieznanego reżysera... Nie napełniło mnie to satysfakcją, bo i trudno było o jakiekolwiek ludzkie odczucie, kiedy jedyne, co miałam na celu, to realizacja sobotniego alkoholowego upodlenia...

 

 

Właściwie dlaczego nie miałabym się zakochać? Skoro chcę mieć dziecko, to dobrze byłoby przynajmniej począć je w przyjemnych okolicznościach. Dlaczego nie miałabym się zakochać? Bo nie chcę znów wyjść na idiotkę? Bo kiedyś ktoś mnie oszukał, i teraz nie chcę uwierzyć nikomu? Bo wszyscy kłamią? No też mam śmieszne wymówki... Ludzie po tragediach życiowych się zakochują, robią z siebie idiotów, nie dbając o to. A ja, wielka poważna dama, nie chcę się zbłaźnić! Co za idiotyzm! Nawet jeśli ostatecznie okażę się śmieszna, to i tak więcej zyskam pewnie, niż stracę. Zakładając, że wszyscy mają swoje mniejsze lub większe kłamstwa, nie można potraktować tego jak wyzwanie do gry, w której kłamstwo jest atutem. Albo jeszcze większa perwersja - tropienie kłamstw. Jak bardzo odbiega od rzeczywistości to, czym mnie karmisz na co dzień? Nie da się ukryć, mamy cholernie wypaczone umysły, tropiąc wszędzie ślady oszustwa. Cóż, nieufność jest czystym przejawem instynktu samozachowawczego. Tylko czemu tak bardzo cynicznie wypaczyliśmy pojęcie troski o siebie, namiętnie i z przyjemnością stosując jako codzienny rytuał samooszukiwanie? I czemu tak bardzo bawi nas karmienie się iluzjami? Oj, skarbie, kiedy ty wreszcie dorośniesz? Do prawdy o sobie... wzdycham zrozpaczona, bo nie widzę wyjścia... tymczasem...

 

 

 

 

Pomagam wypełniać ankietę mojemu przyjacielowi, obywatelowi środkowej Europy, który zdumiewająco dobrze, jak na obcokrajowca, radzi sobie z zawiłościami polskiego języka.

Sex - stwierdza wskazując ołówkiem rubryczkę «płeć»

Gender - prostuję odruchowo

Feminist - mruczy mój przyjaciel, uśmiechając się uroczo, bardziej chyba do swoich myśli, niż do mnie

Nie on pierwszy nazwał mnie feministką. Właściwie zrobił to tylko dlatego, że w ciągu kilku miesięcy naszej znajomości nieustannie walczę z nieścisłościami językowymi. Moje postępowanie ma dwie przyczyny - na co dzień zajmuję się pisaniem, więc wyczulona jestem na język, którym wszyscy się posługujemy. Z wykształcenia jestem socjologiem, więc zwracam szczególną uwagę na wszelkie przejawy nierówności społecznej, i robię to - co tu dużo ukrywać - często nawet na wyrost. Tym niemniej, te dwie kwestie sprawiły, że w męskich oczach jestem feministką, co nie przeszkadza tymże mężczyznom w zdobywaniu moich względów. Wszystko jest względne, męskie pojęcie feminizmu jeszcze bardziej. Może im się zdaje, że to taka odmiana «kobiety trudno dostępnej»?

 

 

Siedzę w kawiarni przy stoliku z intrygującym mężczyzną. Rozmawiamy, a raczej się uwodzimy, prowadząc jakąś diabelsko skomplikowaną grę pełną wzajemnego pożądania i niedomówień.

On mówi - Zostań. Ja na to - Gdybym miała pewność, że jesteś tego wart, zostałabym.

Przesadziłam, wiem to doskonale, powiedziałam, zanim się w język ugryzłam, choć i tak wszyscy wiedzą, że zawsze mówię, co myślę, i że wszystkiego się można po mnie spodziewać. Dlatego tak wielu mężczyzn się mnie boi, i tak wielu podziwia, ale z daleka, jak panterę na wybiegu w zoo.

TY jesteś tego warta - mówi on, sięgając przy tym po moją dłoń, i dyskretnie, acz nie mniej namiętnie, całując jej wnętrze, co mnie rozpala do białości, tak że tracę oddech na niebezpiecznie długą chwilę. Cholera. Cholera, cholera! To jeszcze nie koniec, ale punkt dla niego za bystre wybrnięcie z niebezpiecznej sytuacji.

Cholera, czemu musimy prowadzić takie niedwuznaczne, niebezpieczne rozgrywki? I czemu, nauczeni doświadczeniem, jesteśmy w tym coraz lepsi?

 

Edyta Niewińska

 

Tatiana Tausendfüßler

SZTYGAROM SKOWYTU W UŚCISKU WIECZORU

Niezróżnicowana ciemność bycia,

Która nas czyni murzynami,

Ta jest kobietą, zakłamaną? -

Nie! Idzie za tobą lub się wlecze,

By cię obdarzać koszmarami,

Gdy mroczna rozpacz słodzi gębę,

A słodycz rozpada się na ciała:

Teleologia, tautologia - słownik życia...

Widzisz, nie łatwo jest być babą,

Gdy się pogrążasz w piekle kobiet.

 

Calancorum, 19 marca 2005
Tatiana Tausendfüßler

 

Cykl pt. "Miniatury sponsorskie"

Ariana Nagórska

BILANS ZEROWY NAZBYT PŁODNEJ GŁOWY

Miał literat sponsora na swoje dramaty,

a za własne pieniądze wydał poematy.

Zaleta tego g...łówna, że cena była równa.

Ile zyskał, tyle poszło na straty.

Ariana Nagórska