Łabuź 54/2005


 

Wciąż rosnące ludzkie potrzeby konsumpcyjne nie są obojętne dla natury. Dlatego podejmowane są praktyczne wysiłki na rzecz ograniczenia ich szkodliwego wpływu na środowisko naturalne. Wysiłki te są podejmowane przez dwa zupełnie odmienne nurty wrzucane do jednego worka zwanego ekologią, Należałoby odróżnić te nurty, gdyż wychodzą one z kompletnie odmiennych założeń a w długofalowej perspektywie dążą do zupełnie odmiennych celów. Na Zachodzie, który nie przeszedł przez szkołę "naukowego" komunizmu, pierwszy z tych nurtów zwykło się określać jako ekologię "naukową", chociaż trafniejszym byłoby nazwanie jej "technokratyczną", czy też "techniczną". Ekologia techniczna nie stawia sobie pytania o sens istnienia człowieka i jego miejsce w świecie, zupełnie bezkrytycznie budując swoje wyobrażenia na ten temat, nie wychodząc poza wyznaczone przez siebie ramy. W sposób niekwestionowany przyjmuje antropocentryczne wyobrażenie, że człowiek jest źródłem wszelkich wartości, i że powstają one dopiero w wyniku ludzkiej potrzeby czy pragnienia i z nimi bezpośrednio są związane. Świat poza-ludzki jawi się tu jako skład surowców zaspokajających potrzeby człowieka, pozbawiony jakiegokolwiek prawa do odrębności i suwerenności. Ujawnia się to bezpośrednio, na przykład, w podejściu do zwierząt hodowlanych w tzw. "produkcji mięsnej" (w j. polskim: "produkcja żywca"). Już sama nazwa jest charakte-rystyczna - nie chodzi o hodowlę zwierząt, chodzi o produkcję mięsa. Wysiłki zmierzające do złagodzenia cierpień zwierząt hodowlanych zostałyby tu uznane za konieczne tylko w wypadku, gdyby dowiedziono ewidentnego związku między tymi cierpieniami a jakością spożywanego przez ludzi mięsa, bądź ilością awarii urządzeń produkcyjnych. Wyobrażenie, że zwierzęta są istotami dzielącymi z człowiekiem całą gamę radości i cierpienia nie mieści się w ramach myślenia techniczno-ekologicznego, tak samo jak mówienie o cierpieniu afrykańskich niewolników nie mieściło się w głowie handlarzom niewolnikami jeszcze 200 lat temu. Niepokoiła ich wprawdzie wysoka śmiertelność niewolników podczas przeprawy z Afryki oraz tragiczny stan zdrowia, tych którzy przeżyli podróż i podejmowano nawet starania o polepszenie warunków transportu. Odrzucali jednak jako czysty sentymentalizm jakiekolwiek podejrzenia o "cierpienie" niewolników, którego istnienia nie brali poważnie pod uwagę. Uznawano za fakt obiektywny, że przecież Murzyn nie ma duszy!

Technicznie zorientowana ekologia, podobnie - w sposób niekwestionowany - akceptuje na wstępie przyjęte wyobrażenie, że celem wszystkich ludzkich dokonań jest stałe podnoszenie poziomu konsumpcji eufemistycznie nazwane "postępem". Swoją rolę pojmuje wyłącznie w kategoriach zagwarantowania, że negatywne konsekwencje tego "postępu" - wyczerpywanie źródeł surowców i nagromadzenie odpadów - nie staną na przeszkodzie w dalszym podnoszeniu poziomu konsumpcji.

I tak na przykład, technicznie zorientowana ekologia zabiega o to, aby samochody były jak najsprawniejsze i aby wydzielały możliwie mało spalin. Jednak nie stawia sobie pytania o zasadność rozwoju przemysłu samochodowego. Podobnie nie stawia sobie pytań o zasadność ciągłego zwiększania zużycia energii. Zabiega jedynie o to, aby ta produkcja była "ekologiczna", czyli jak najmniej szkodliwa (aczkolwiek pewną szkodliwość przyjmuje się, a priori, za nieuniknioną). Ekologia techniczna nie kwestionuje w jakikolwiek sposób wyobrażenia o człowieku jako jedynym właścicielu źródeł surowców i o rosnącej konsumpcji jako o sensie jego istnienia. Zajmuje się jedynie tym, jak pogodzić niekończące się potrzeby człowieka z ograniczonością zasobów przyrody. Technologicznie zorientowana ekologia cieszy się powszechną akceptacją. Właśnie dlatego, że nie kwestionuje powszechnie przyjętych wyobrażeń i interesów, a wręcz przeciwnie - zapewnia ludzi zaniepokojonych zanieczyszczeniami, że nie muszą się o nic martwić. Nie spotyka się z oporem władzy i przemysłu lecz raczej zyskuje ich poparcie. Ale może również znacznie poprawić kondycję konkretnego ekosystemu (i chwała jej za to). Zresztą, jeżeli pojęcie rosnącego poziomu konsumpcji czy "postępu" rozszerzymy także na potrzebę czystego powietrza, rekreowania się i przebywania "w przyrodzie" oraz na satysfakcję płynącą z obserwacji wielorybów i słoni, to ekologia techniczna może uzyskać także wyraźnie ochroniarski wymiar, od którego już tylko krok do tzw. idei ekorozwoju. Dlaczego więc trzeba rozmawiać z drzewami?

Podstawowym słabym miejscem ekologii technicznej pozostaje jej stosunek do drzew - jej bezkrytyczne przyjęcie wyobrażeń o człowieku i orientacji cywilizacji, która doprowadziła nas na krawędź ekologicznej katastrofy. "Postęp" jest podobno konieczny, ale ochrona środowiska naturalnego jest zaledwie możliwa i to tylko wtedy, gdy możemy sobie na to pozwolić. Ekolodzy tej orientacji odwołują się do porównania, w którym ochrona środowiska naturalnego to coś do wyboru, a może nawet i luksus - jak śmietanka na torcie. Wszystko jednak wskazuje, że właściwszym jest tu zupełnie inne porównanie. Nasz świat to nie tort; podobny jest raczej do statku handlowego z rozlatującym się kadłubem, tonącego pod ciężarem ładunku. Przetrwanie zależy od remontu kadłuba - naszego nadszarpniętego środowiska naturalnego. Pogląd, że możemy z nim zwlekać, że najpierw musimy zdobyć jeszcze więcej towaru, łącznie z kawiorem i szampanem dla pasażerów pierwszej klasy, aby w ten sposób zarobić na remont kadłuba jest naiwny. Zanim do tego dojdzie statek zatonie. Dlatego dla weryfikacji niezaprzeczalnej wartości przedsięwzięć techno-ekologicznych tak istotna jest ekologia moralna, która poprzez rozmowy z drzewem kwestionuje nasze powszechne poglądy o wzroście konsumpcji jako sensie życia i o człowieku jako władcy w składzie surowców. Ekologia moralna jest bez porównania starsza od technologicznej i w wielu przypadkach (Carson 1962) była dla niej impulsem. Bezpośrednim impulsem dla ekologii technologicznej było zagrożenie "postępu" konsekwencjami jego własnego rabunkowego postępowania i zasypywanie cywilizacji własnymi odpadami w latach 60-tych ubiegłego stulecia. Ekologia moralna narodziła się wcześniej, w czasach, gdy natura wydawała się jeszcze nieprzebrana. Zrodziła się z grozy i współodczuwania z brutalnie pustoszoną - przy pomocy technologii właśnie - przyrodą, z przejęcia się zniszczeniami i cierpieniami naszych nie-ludzkich bliźnich, lasów, zwierząt, gleby. Zrodziła się z zamyślenia nad sensem ludzkiego istnienia i nad miejscem człowieka we wszechświecie.

 

Tłumaczył: Vlastik



Erazim Kohak jest znanym w świecie czeskim filozofem, profesorem na uniwersytetach Yale, w Bostonie i Uniwersytecie Karola w Pradze. Na stałe mieszka w USA. Wydal kilka tłumaczonych na wiele języków książek. Autor posłowia jednej z nich tak charakteryzuje Kohaka: Nienawidzi propagandy i agitatorów. Brzydzi się politrukami wszelkiego rodzaju. Żyje skromnie i zgodnie z głoszoną przez siebie filozofią. Poniższy popularny esej był tłumaczony na kilka języków i drukowany w wielu czasopismach. Stał się także tematem zajęć w programach edukacji ekologicznej.

Dziękujemy pkl. "Łabuź"





Beata Afeltowicz, Andrzej Chludziński

ŁOBEZ - POCHODZENIE NAZWY

Dzisiejsze miasto powiatowe Łobez powstało z dawnej osady słowiańskiej. W 1295 roku Łobez występuje jako civitas, a więc prawa miejskie otrzymać musiał wcześniej, zapewne z nadania rodu Borków (wymienionego już w 1271 roku jako Borco dominus de Lobis), jeszcze przed przejściem pod zwierzchnictwo książąt wołogoskich, co w niczym zresztą nie uszczupliło stanu posiadania tego rodu. W 1348 roku Łobez otrzymał potwierdzenie prawa lubeckiego. Burmistrz i rada miejska występują już w 1369 roku. W XIV wieku miasto zostało otoczone murami1.

Te i inne fakty historyczne znajdowały potwierdzenie w sporządzanych dokumentach. Dlatego też bardzo często znajdujemy w nich nazwę miasta. Po raz pierwszy spotykamy się z nią - jako częścią nazwy osobowej - już w roku 11142: Wolf Bork zu Labes. Kolejne zapisy nazwy miasta także często wiążą się z nazwą przedstawiciela rodu Borków:

1271 Borco dominus de Lobis;

1271-82 Labese;

1280 domini Borkonis nobilis de Lobese;

1 Więcej informacji w: Miasta polskie w tysiącleciu, red. Mateusz Siuchniński. Wrocław-Warszawa-Kraków, 1967, t. 2, s. 426.

2 Ze względu na popularnonaukowy charakter naszego tekstu, nie podajemy nazw źródeł, z których pochodzą przytoczone zapisy. Niemniej należy w tym miejscu wspomnieć, że kilkanaście z nich zostało już wcześniej - w związku z inną przynależnością administracyjną Łobza - opublikowanych w opracowaniu Bożena Stramek Nazwy miejscowe obecnego powiatu stargardzkiego. Cz. I: Nazwy słowiańskie. "Stargardia. Rocznik Muzeum w Stargardzie", Stargard, 2001, t. I, s. 23 1282 Lobese;

1283 Datum Labesen; Borko miles in Lobeze;

1284 Lobese;

1284 Lobeze;

1285 in Lobse;

1288 Lobese;

1295 Labes;

1295 civitas Lobese; N. Borko domicellus in Lobese; castrum Lobese; in Lobese;

1308 Lobese;

1325 Loben; Lobem;

1320 Labes;

1329 Lobese;

1331 Labes;

1338 de stath to Lobeze;

1338 Borken in Labes;

1348 Borke dicti de Lobeze;

1364 de Lobeze;

1368 Borkone de Lobeze;

1369 opidi Lobese;

1369 dominum Borkonem de Lobze;

1371 Borko de Lobese;

1384 tho Labesse;

1387 Borko de Lobeze;

1388 Lobcze;

1388 de Lobez;

1389 in Lobis;

1400 Labese;

1404 Lobitz;

1409 Borke, herre czu Lobese;

1411 Borken von Lobensze;

1411 Lobeze; Labus; Lobicz; Lobus;

1415 Borke van Lobeze;

1420 Lobeze;

1436 Labes;

1445 Lobys;

1460 stadt Lobeze;

1468 Lobeze;

1476 to Labesz;

1478 to Labetze; to Labys;

1479 Labese;

1483 to labesse [pisownia nazw małą literą spotykana wówczas jeszcze dość często];

1483 to Labesze;

1486 Borcken tho Labesse;

1490 in labeze; in labesze;

1490 tho Labesse;

1492 Labesze;

1493 in Labeze;

1493 labeze; Labess; Llabeze;

1515 Labesze;

1523 Labeze;

1535 Labes;

1539 Labess;

1543 Labes;

1545 Labis; Laby; Labyss;

1547 Labes;

1564 stadt Labess ahn der Rega;

1566 Labes;

1566 Labes; Labess;

1576 Labes;

1583 Labes; Labess.

Od XVII wieku coraz częściej można spotkać Łobez na mapach, zwłaszcza przedstawiających całe Pomorze:

1618 Labes [z mapy Księstwa Pomorskiego Eilharda Lubinusa];

1621 Labuss;

1628 Labes; Labess;

1654 Labes;

1659 Labes, Labese;

1682 Labes;

1689 Lobes;

W wieku XVIII następuje ujednolicanie pisowni nazw geograficznych na Pomorzu. Dotyczy to także Łobza, który spotykamy już tylko w formie Labes, zarówno w tekstach, jak i na mapach, wydanych w następujących latach: 1713, 1715, 1724, 1756, 1759, 1772, 1773, 1780, 1784, 1789, 1792, 1804, 1812, 1820, 1821, 1829, 1831, 1834, 1853, 1859, 1863, 1867, 1873, 1890, 1892, 1894, 1865 oraz 1894. Ta postać nazwy będzie obowiązywać do 1945 roku.

Od końca XIX wieku pojawia się - w związku z rozwojem kolei - nazwa części miasta, tzn. dworca kolejowego: 1894 Labes, Bhf. Labes, 1908 Bahnhof Labes, 1928 Labes, Bhf. Labes.

Obowiązująca dziś forma nazwy Łobez pojawia się już w roku 1934 w opracowaniu Stanisława Kozierowskiego. Po przyłączeniu części Pomorza do Polski po II wojnie światowej ta nazwa została od razu przyjęta jako rekonstrukcja postaci pierwotnej i spotykamy ją w kolejnych opracowaniach, wykazach i na mapach: 1950, 1951, 1954, 1955, 1964, 1966, 1967, 1980, 1981, 1991, 1998. W Słowniku współczesnych nazw geograficznych Pomorza Zachodniego z nazwami przejściowymi z lat 1945-1948, red. Tadeusz Białecki, Szczecin, 2002, s. 126, mamy zgromadzone polskie nazwy części miasta wraz z ich niemieckimi odpowiednikami: Łobez, Labes; Łobez-Dworzec Południowy, Labes Süd Bhf.; Łobez-Łobzówek, Labes B; Łobez-Łośnica, Labes-Lotznitz Mühle; Łobez-Świętoborzec, Labes-Landgestut; Łobez-Wodnik, Labes-Drägers Mühle; Łobzów (in. Rupno), Labes D; Łobzówek, Labes B; Łobżany (in. Łobez Wieś), Labes A u. D.

Przytoczone powyżej tak liczne formy nazwy miasta z przestrzeni wieków pokazują pewne prawidłowości w zapisywaniu pomorskich nazw przez obcych (zwykle niemieckich) kancelistów. Widać przede wszystkim dwa zjawiska: wymienne zapisywanie litery a : o oraz s : z. Sporadycznie pojawiają się inne, np. podwajanie spółgłoski ss, dodawanie samogłoski e na końcu wyrazu. Zazwyczaj te odstępstwa w zapisach wynikały z nieznajomości języka pomorskiego przez pisarzy oraz wpływu dialektu dolnoniemieckiego na tutejsze nazewnictwo. Niemniej trzeba podkreślić, że w ciągu kilku wieków nazwa miasta nie została zbytnio zniekształcona, gdyż - jak to często spotykamy na Pomorzu podlegającemu germanizacji - obcy koloniści przyjmowali słowiańskie nazwy w sposób fonetyczny, a więc zapisywali je tak, jak słyszeli (przy tym niekiedy zniekształcając). Rzadko miało jednak miejsce zastępowanie nazw zastanych, pomorskich przez niemieckie lub tłumaczenie z jednego języka na drugi. Dzięki temu mnóstwo pomorskich nazw miejscowych i terenowych udało się po 1945 roku odtworzyć, poprzez odwołanie się do właściwej etymologii.

Jeśli chodzi o Łobez, to prawdopodobnie pierwsza etymologia tej nazwy miejscowej pojawia się w niemieckim opracowaniu Heinricha Berghausa Landbuch des Herzogthums Pommern und des Fürstenthums Rügen, Bd. VII: Kreis Regenwald. Berlin und Wriezen a/O, Angermünde, 1874, s. 43:

"Labes führt seinen Namen von dem Flusse, an dem es liegt, von der Laba, da dieser Name ein slawisches Wort ist, womit alles fließende bezeichnet wird, gleich bedeutend mit dem deutschen Worte Elv, Elbe, heißt doch unser Elbstrom in allen Dialekten der großen Slawa bis auf den heutigen Tag Laba. So werden auch die verschiedenen slawischen Volksstämme, welche bis an und über die Elbe vorgedrungen waren, von den Nationalschriftstellern Po-Laben, d.h. an der Elbe Wohnende Elbanwohner, genannt."

Co po polsku można przetłumaczyć następująco:

"Labes bierze swoją nazwę od rzeki, nad którą leży, od Laba, ponieważ jest to słowiańskie słowo, którym nazywano wszystkie płynące wody, równoznaczne z niemieckim słowem Elv, Elbe; nasza [tj. niemiecka] rzeka Elbe we wszystkich dialektach wielkiej Słowiańszczyzny do dzisiaj przecież nazywa się Laba. Także rozmaite słowiańskie plemiona, które dotarły do Łaby i za nią, były nazywane przez pisarzy narodowych Po-Laben [tj. Połabianie], tzn. `mieszkający nad Łabą'."

Ta próba etymologii nazwy nie jest zbyt udana, niemniej należy wziąć pod uwagę ważny fakt tu przywołany: Łobez leży nad rzeką - Regą (ale ta nazwa nie ma istotnego znaczenia, jeśli chodzi o wyjaśnienie nazwy miasta). U podstawy nazwy miejscowej leży bowiem zapewne rdzeń łob-, który występował w nazwach określających teren podmokły, zarośnięty niegdyś krzewami. Pierwotnie więc nazwa mogła brzmieć *Lobzje (tj. Łobzie, -ia, por. zapis historyczny Lobse) i była równa staropolskiemu wyrazowi określającemu szatę roślinną terenu: łobez `roślina rosnącą na bagnach', łobuzie `gęstwina, krzaki, zarośla'. Takie znaczenie tych wyrazów i wyjaśnienie nazwy spotykamy w Słowniku staropolskim, t. IV, s. 114, Słowniku etymologicznym Franciszka Sławskiego, t. V, s. 129, Etymologicznym słowniku języka polskiego Andrzeja Bańkowskiego (2000), t. II, s. 100, Słowniku etymologicznym miast i gmin PRL Stanisława Rosponda (1984) na s. 204, Nazwach miast Polski Kazimierza Rymuta (1987), s. 140, w opracowaniu Ewy Rzetelskiej-Feleszko i Jerzego Dumy Dawne słowiańskie nazwy miejscowe Pomorza Szczecińskiego (1991), s. 16-17 oraz w Słowniku etymologicznym nazw geograficznych Polski Marii Malec (2003), s. 149.

Warto zaznaczyć, że zarówno niemieccy (np. Friedrich Lorentz w Slawische Namen Hinterpommerns, 1964, s. 60), jak i polscy autorzy opracowań, wypowiadający się na temat pochodzenia nazwy miejscowej Łobez, zawsze i bezspornie uznawali ją za nazwę słowiańską. Potwierdzeniem takiej etymologii nazwy mogą być też nazwy innych miejscowości w Polsce, np. Łobez, ŁobzowoŁobzowiec w Wielkopolsce, Łobzów w Małopolsce.

Mimo że podstawą nazwy jest wyraz już dzisiaj zapomniany, to mamy we współczesnej polszczyźnie słowa pokrewne: lebioda `gatunek rośliny' pochodzące od wcześniejszego łoboda, loboda oraz późniejsze, XIX-wieczne łobuz, także łobuź, łobuziak `określenie osobnika niepożytecznego jak chwast'.

Formy pochodne od nazwy miejscowej Łobez tworzy się poprzez dodanie regularnych końcówek lub sufiksów (z uwzględnieniem tzw. e ruchomego, które zanika w niektórych formach, podobnie jak przy odmianie wyrazu piespsapsie): do/z Łobza, w Łobzie; przymiotnik: łobeski, nazwa mieszkańca: łobzianin, nazwa mieszkanki: łobzianka.

 

Beata Afeltowicz, Andrzej Chludziński



Beata Afeltowicz - asystentka w Zakładzie Współczesnego Języka Polskiego Uniwersytetu Szczecińskiego; przygotowuje się do obrony pracy doktorskiej dotyczącej nazewnictwa powiatu łobeskiego; beataf@sus.univ.szczecin.pl Mieszka w Szczecinie.
dr Andrzej Chludziński - polonista. Zajmuje się naukowo nazewnictwem pomorskim, zarówno miejscowym, jak i osobowym; szczyt@xl.wp.pl Mieszka w Pruszczu Gdańskim. Prowadzi rubrykę Nazwy naszego powiatu w zaprzyjaźnionym tygodniku Rzeczpospolita Kołobrzeska.

Dziękujemy pkl. "Łabuź"

 


Dorota Ryst

DEDAL

jest już stary

 

z zapisanych

tabliczek

buduje

labirynty

żeby

zazdrościć karaluchom

one

nie uciekają

 

toczy

kulki chleba

po wyniosłym

płaskowyżu

stołu

 

nawet

ślina

smakuje

gorzko

 

jak

wolność

ćmy

spływanie

kropli

wosku

 

Dorota Ryst

 



Władysław Edward Gałka

DO POLSKI

W Dargomyślu nam dzieciom mówiono i ukradkiem pokazywano mężczyznę przez Niemców w czasie wojny w Oświęcimiu wykas-trowanego. Cóż mogłem z tego mając 4 lata zrozumieć? Ale pamiętam.

 

W Dargomyślu wujek prowadzał mnie do magazynu żywności dla wojska pracującego w majątku, było to w ciemnych lochach pałacu. Z lodówki dawał mi spory kawałek kiełbasy i kazał tam na miejscu zjeść i nikomu o tym nie mówić. Tak uczył mnie życia. Kochałem go za to, za jego nadzwyczajną męską opiekuńczość, był dla mnie wzorem ojca. Nie bał się że go wydam paplaniną.

Ale on przeżył roboty przymusowe w Metz w Lotaryngii, wiedział o życiu wszystko, to tam znienawidził przymus i niewolę. Przez Paryż uciekał z robót. Złapali go esesmani, dwa tygodnie bili i głodzili tak, że nie był w stanie sam chodzić.

 

I to on opowiadał mi o Nowym Yorku. Mieście marzeń, największym, najwspanialszym, o amerykańskich żołnierzach i mechanikach samolo-towych tak sprawnych, że po nocy w polu naprawiali silnik samolotu tak, że do świtu był gotów do walki. Ameryka! I przedwojenna Polska. Wszystko tam w jego opowiadaniach było najlepsze, najwyższej jakości. Polska. Tu jej nie było. Stąd jechało się "do Polski". Do rodziny pod Łęczycą. Tum-Kolegiata-Misterium. Polska. Byłem w Tumie na ramie roweru, zawiózł mnie tam Tadek Kornat z chłopakami. To była bolesna dla mojego siedzenia podróż. Polska. Polska. Polska. Tylko Nią tam w Dargomyślu żyliśmy.

 

Władysław Edward Gałka

 

Agnieszka Wesołowska

PLAC ZABAW

Mój stół wschodzi wcześniej

niż słońce, goręcej

nad nim polarność nocy czuwa.

 

Musisz złożyć ręce w mocny dach

nad wełnianym ogniskiem swetra

nad czerwienią wszystkich barw.

 

Na blacie, na rozkruszonym

brzuchu z drewna - taki wazon

od brzegu do brzegu niespełniony

orchideą ani trzciną.

 

Agnieszka Wesołowska

 


Leszek Kluczka

GOŚCIE

No takiej historii to Marcinkowska nie przeżyła wcześniej. Żeby się tak przestraszyć. W pierwszej chwili to myślała, że jej serce do gardła wskoczy i zostanie tam na zawsze. Nawet na filmie "Egzorcysta" tak się nie bała. Wiadomo film to film, zawsze można wyjść do kuchni ze stołowego, a tu taki widok...

 

Córka Marcinkowskiej Dominika pierwsza wyjechała ze wsi do Anglii. A co miała robić? Patrzeć na tych, co się bez pracy się obijają? Jak tanie wina ciągną i, jak tylko pozwoli okazja, dziewczyny bałamucą i o brzuch przyprawiają. Dominika, jak tylko liceum skończyła i zdała maturę, powiedziała, że dłużej na matki chlebie siedzieć nie będzie.

 

Głośno Marcinkowska córkę popierała, ale wieczorami nie mogła zasnąć. A jak jej krzywdę jaką zrobią? Daleko od domu, kto jej pomoże? Domince jednak pieniądze na bilet i na życie na początek załatwiła, a synowi młodszemu komputer z komisu kupiła i internet założyła, żeby się móc szybciej i taniej dogadać.

 

Córka mieszkanie w przyzwoitym miejscu wynajęła, szczęśliwie pracę znalazła, potem zmieniła na lepszą. Język poprawiła i szykowała się do nowej szkoły, tam, w Londynie. Listy elektroniczne i prezenty słała matce i bratu. Cała wioska trzęsła się więc od wieści: młoda Marcinkowska pracuje, zarabia nieźle, znalazła tam chłopaka, na Boże Narodzenie przyjedzie.

 

Wiadomo jednak, że po dobrej serii zła przyjść musi. Nie po miodzie tylko życie płynie. Dominika zachorowała na zapalenie płuc. Na święta nie przyjedzie bo wcześniej matce pieniądze odłożone wysłała, a to co zarobiła ostatnio, musiała na leki wydać i jedzenie. Rada w radę, e-mail po e-mailu, ustaliły w końcu, że jej chłopak, zamiast Dominiki, przyjedzie do Byczyna. Raz, że bilet na drogę by się zmarnował, bo to w promocji go Dominika kupiła - tanio, ale zwrócić nie można. Dwa, że tańsze leki z Polski zabierze i konfitury z dzikiej róży. Marcinkowska w leki wierzy, a jakże, nowoczesna jest. Ale konfitury na chorobę najlepsze. Nic tak na nogi nie stawia. Dlatego co roku syna nad staw wysyłała, żeby po pierwszych przymrozkach narwał, potem pokłuty musiał jeszcze drylować owoce z kłujących ziarenek. Te kilka słoiczków co rok szykowanych, jak relikwię w najgłębszym kącie spiżarki chowała na czarną godzinę.

 

Przyszedł więc dzień przed Wigilią. Mathew, co go od razu dla lepszego zapamiętania na Mateusza przechrzczono, ma dziś przyjechać, a roboty w domu mnóstwo. Sprzątnąć trzeba, poprać, jedzenia naszykować, nie wiadomo, gdzie pierw ręce włożyć. Marcinkowska więc syna na stację do miasta wysłała i jeszcze zakupy kazała zrobić.

 

Późny wieczór. Dziadkowy zegar wydzwonił już jedenastą. Marcinkowska przysiadła w kuchni i kawę po turecku zalała wrzątkiem i czeka. Pora już dawno minęła, a syna i gościa nie widać. Mróz dzień za dniem okolicę ścisnął, że drzewa w lesie trzeszczą. Komórkę na złość Waldek zostawił w domu.

 

Szkoda - myśli Marcinkowska - że Mateusz tylko zdjęcie Waldka ma. Może się zgubił po drodze, nie poznał go w zimowym ubraniu, może pomylił stację? Ale przecież głupi nie jest, adres zna, i polski trochę też i szybko się uczy. Ponoć dziadka miał Polaka, przedwojennego. Wojennego... dobra nasza... wychowamy go tu po swojemu...damy z dzikiej róży dżemu...

 

 

Łyżeczka do kawy z cichym stukotem spada na podłogę. Zmęczona Marcinkowska cicho zaczyna pochrapywać na wygodnym krześle z nogami na taborecie.

 

***

 

Mądry pies podwórzowy w takie wieczory nosa z budy nie wychyla, no chyba, żeby kto obcy za płot wejdzie. Nie o to chodzi, że zimno na podwórku i tylko dobrze ogacona buda albo ciepły kojec ratuje. Ale w taki czas, kiedy noc obejmuje w posiadanie większą część dnia ONE się pojawiają. Człowiek mający za sobą lata cywilizacji ich nie dostrzega. Psy domowe, zresztą też nie wszystkie. Podwórkowce, co czasami potrafią się na tygodnie zerwać do lasu i w pole, to jeszcze potrafią ONE zobaczyć. Ale nawet nie zobaczyć. To jakiś trudny do opisania zmysł, na który brak określenia w ludzkim języku. Ani to wzrok, ani słuch czy węch. Lecz lepiej nie zadzierać z ONYMI.

 

Burek Marcinkowskiej głupi nie był. Więc kiedy "poczuł" to, co "zobaczył", skulił się tylko w budzie.

 

Wiadomo jednak co się stało Marcinkowskiej. Jak zasnęła, to jej się przyśniło, że jest własną pra-, prababką. Można też powiedzieć, że razem łączyły się przy pomocy jakiegoś n-tego wymiaru, co było ułatwione dzięki pokrewieństwu. Jakiś zapoznany ezoteryk zacząłby przebąkiwać o czarach.Wszystkie te trzy odpowiedzi mogą być równie prawdziwe tak jak stwierdzenie, że światło jest jednocześnie falą i cząstką.

 

 

Nie był to pierwszy raz. Jednak to, co gospodyni robiła podczas snu, było dla niej niedostępne, kiedy była przytomna. Nigdy nie pamiętała marzeń sennych. Kiedy otwierała oczy, pod powiekami miała tylko jakieś strzępy wpomnień, które ulatywały, gdy tylko wsuwała nogi w kapcie. Pora się jej przyśniła akurat ta, o jakiej zasnęła.

 

Stara kręciła się po przyzbie i przy resztce światła z kaganka usiłowała zrobić porządki. Jednak trzymana w ręce miska upadła ze zmęczonych rąk na polepę i hałasowała, tocząc się po ziemi wywoływała jakiś jednostajny łomot.

 

I stało się. Stara się spóźniła. Zamiast jak zwykle oddać miejsce Marcinkowskiej, rozmyć się w niebycie, zbudziła się w jej ciele. We dwie - wpół zbudzona Marcinkowska i całkowicie przytomna babka czuły się dziwnie. Marcinkowskiej wydawało się, że śni, że ktoś znajomy, ale niemile akurat widziany, wlazł jej za skórę. Babka patrzyła rozwartymi ze zdumienia oczami na te wszystkie nieznane dziwa: na lodówkę, stół, radio, komplet noży, kuchenkę i plastikowe doniczki z kwiatami. Bębnienie, które słyszała wcześniej, znowu zwróciło jej uwagę.

To od okna. Ostrożnie odchyliła zasłonę, potem firankę i - Matko Boska! Przy samej szybie widać było wyłaniające się z ledwo widocznej ciemnej twarzy dwoje oczu i zęby białe. I rękę, która zgiętym palcem wskazującym jednostajnie uderzała w kuchenną szybę. Czarny jak heban! Czarny jak czort!! Murzyn!!! Diabeł!!!

 

Babka razem z Marcinkowską padła zemdlona na ziemię.

 

Leszek Kluczka

 

Wiesław Pisarski

DRZEWO

drzewo

 

na jego jednej gałęzi

wisi człowiek który

zakreślał szeroko zarys swego losu

 

drzewo

 

na innej jego gałęzi

wisi człowiek który

skromniutko siedział zawsze w kącie

 

drzewo

los

człowiek

 

pień

 

mech

wilgotny mlecznym rankiem

 

zima 2005
Wiesław Pisarski

 

Jacek Durski

SPLOT SŁONECZNY

Jadę samochodem, lęk jakiś. Za pół godziny poznam Jana Kaspra, jego Teatr Prób. Zobaczę na scenie "Splot słoneczny", fragmenty mojej "Mariackiej". Wywalą przede mną moje dzieciństwo, matkę, kochanka matki, całą... Mnie! Z matką. Boże, tego, to się boję najwięcej. Czy wytrzymam? Czy nie nawali serducho? Czy nie zachowam się jak szaleniec? Na pewno posadzą mnie w pierwszym rzędzie. Dobrze, że jest ze mną Ewa, lekarz.

Już w teatrze przed "korytarzową sceną". Janek Kasper otwarty na ludzi, na Kosmos. Iskrzy z niego, w nim. Znamy się tysiąc lat.

Wreszcie ciemność, i światło. Dwóch mężczyzn stoi do siebie plecami. Ja i Teodor, kochanek matki. Aktor potknął się w pierwszym zdaniu. Powiedział poprawnie, ale coś nie tak. Nie dobrze, denerwują się, drży mi policzek. Tak bardzo pragnę, żeby zagrali jak najlepiej, wygrali ten pieprzony konkurs, żeby byli szczęśliwi. Zadowoleni po tylu miesiącach prób. Coraz lepiej. Coraz więcej Teatru. Jacuś, ja, podaje matce lekarstwo. Matka gada o śmierci. To dla mnie najtrudniejszy moment sztuki. Naraz lęk znika. Jestem widzem, który ogląda dobry spektakl. Aktorzy wymieniając imiona moich ciotek i wujów sypią na scenę piasek. Gwałtownie, delikatnie. Piach podświetlony zielono, niebiesko. Obraz staje się magiczny. Jacuś przeobraża się w silnego mężczyznę - Jacka. A stoły stają się Łodzią. Płyniemy w Nowe.

Potem, już w nocy, w małej salce pubu - jesteśmy wszyscy razem. Pijemy piwo i rozprawiamy. Każdy całym sobą. Miałem w życiu kilka zaistnień artystycznych, ale zawsze były one tylko moje. Tylko. A teraz, pomyślałem, cieszę się z siebie, i że oni się cieszą. A oni też tak. Tak samo. Jestem w Grupie. Chciałbym, żeby była moją Rodziną.

 

Jacek Durski

 

KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między zaprzyjaźnionymi pisarzami. Na naszych łamach od października 1998 roku korespondują: zamieszkały w Podkowie Leśnej Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób z Kołobrzegu.

 

Dziękujemy - pkl "łabuź"

 

 

Kołobrzeg, dnia 21.07.2005 r.

 

O, Niepodrabialny!

 

I "Księżną", i "Piórko" - przeczytałem (choć wolałbym wysłuchać -jeśli masz nagranie kasetowe). Robi wrażenie Twoje wyczucie dramaturgiczne. Słuchowisko jest formą wyjątkowo wymagającą. Didaskalia na przykład nic nie znaczą, jeśli dialog położony. U Ciebie napięcie jest stopniowane i w sensownych miejscach widzę kulminacje. No i brak ględzenia, zbędnych słów.

Swoją drogą wciąż mnie zaskakujesz. Tyle lat się znamy, a wciąż coś nowego u Ciebie odkrywam. Dobre to jest. Powolne dopoznawanie, niczym rzuty kolejnych kart w pokerowej rozgrywce. I pewnie za czas jakiś się okaże, że masz na koniec asa w rękawie?

A Katarzyna Grochola, Sławomir Shuty lub inne temu podobne cuda na literackim patyku? Pozwól, że litościwie przemilczę. "Nikiformy" naturalnie pamiętam. Nawet mam w prywatnym księgozbiorze. Peerelowski sztafarz peerelowskim sztafarzem, jednak nie powiedziałbym, że dziś tego czytać się nie da. Choć, oczywiście, odmienny ma to już wymiar.

Skoro o peerelandii mowa. Zawiódł uruchomiony ostatnio telewizyjny kanał "Kultura". Szumnie zapowiadany jako otwarcie na widzów bardziej wymagających. Liczyłem na ferment, ożywcze i pogłębione dyskusje, mądre analizy, gdy tymczasem co? Miałkość z powierzchownością. Przeważają odsmażane kotlety i kawałki rodem z peerelu właśnie. Ktoś pokpił sprawę. Ktoś - czyli konkretnie włodarze tego medium. Tu akurat łatwo wskazać palcem.

Za to lepsze słowo o lekturach ostatnich. Lecz za chwilę.

Przedtem chcę Ci opowiedzieć o ptasich awanturach. To była frajda rzadkiej urody!

 

Jak wiesz odwiedziłem w czerwcu ukochane jezioro. Po dziennych wyprawach łodziowych ożywiało się życie "tarasowe": to znaczy krzepienie osuszonego organizmu winem na odaszonym tarasie. Ilekroć z Ha przysiedliśmy wypocząć, intrygował nasilony gwar drobnych ptaków: głównie sójek, kosów i pliszek. Kłębiły się wśród sosen naprzeciw - przy ceglanym kominie starej kotłowni. Skąd ten rejwach? W bocznym wywietrzniku komina zamelinowała się sowa - puszczyk konkretnie. I ptaszki społem usiłowały drapieżnika wypłoszyć. Jednak ten całymi dniami ignorował ich napór. By spokojnie o zmierzchu smykać na łowy -bywało, że ciągnąc za sobą sznur skrzydlatych malców. Rankami wracał, budząc nowy niepokój ptasiej gwardii.

Zrozumiała reakcja fruwającego drobiazgu: wszak - przy płazach i miniaturowych ssakach - są potencjalnymi ofiarami puszczyków.

Cierpliwej Ha udało się zdjąć sowę cyfrówką. Prześlę obrazek załącznikiem do e-maila - sam zobaczysz. A te czerwone oczy, niesamowicie wyglądające, to efekt flesza. Mamy więcej udanych zdjęć przyrodniczych - na przykład gniazdujących na świerku bocianów czy piaskowych "dziupli" jaskółek pod urwiskiem żwirowym. Lecz nie będę elektronicznej skrzynki zapychał grubymi bajtami. Obejrzysz przy okazji w Kołobrzegu.

Ta sowa (nazwaliśmy ją Gertrudą) dostarczyła nam także sporo innych wrażeń. Na przykład któregoś wieczora, przy wczesnej szarówce, siadła na niskiej gałęzi, pilnie bacząc w dół, między kępy trawy. I może po dziesięciu sekundach zeskoczyła, tuż nad ziemią rozwijając skrzydła. Jednocześnie wysuwając do przodu szpony. To było udane polowanie. Uniosła między drzewa nornicę...

Dość jednak o sowie, rezydentce jedynego murowanego domu w nadjeziornym lesie. Wracam do lektur.

 

Prawdę powiedziawszy przesadziłem używając liczby mnogiej. Warta zauważenia pośród przetrawionych będzie tylko "Opowieść o miłości i mroku" Amosa Oza*. To wspomnieniowa rzecz. Biegnie rodzinnymi pokoleniami przez Ukrainę, Litwę (są też wątki polskie) do Palestyny. Tętni barwnymi szczegółami, jest pełna zapachów, emocji, dobrych i strasznych wzruszeń. Napisana ze swadą, potoczyście. Zwłaszcza smakosz doceni jej wartość. Niektóre fragmenty czytałem po dwa razy, czasem i na głos (Ha lubi słuchać jak czytam).

A ledwie wczoraj w księgarni szarpnąłem się na długo upatrywane tomiszcze (z ilustracjami około tysiąca stron!): "Śmierć w cywilizacji Zachodu"**. Od średniowiecza, przez renesans, barok, oświecenie: poglądy na ostateczne odejście (i zaświaty) katolików, protestantów, niewierzących. Wiele też o tym jak meandrował w kulturze przesąd i dlaczego po dziś dzień śmierć często bywa tematem tabu. Cóż, zbyt ważka księga, bym miał ją połknąć z marszu. Poczeka na koniec "Ogni świętego Elma".

Ognie, ognie... Mój Drogi. Znów przyhamowanie. Utknąłem w połowie rozdziału dwudziestego (zostawiając po drodze na później cały rozdział dziewiętnasty) i wygląda na to, że jakiś czas tak potrwa. Dlaczego nie idę za ciosem? Lato, Przyjacielu.

Lato. Nieprzyzwoite temperatury. Chwilami wydaje się, że zamiast mózgu mam pod czaszką majonez. Duchota, poty, niemożliwość koncentracji. Nawet skrobanie tego listu idzie kiepsko. Z ogromnym trudem skończyłem przedwczoraj nowy felieton dla Leona Zdanowicza do wrześniowego "Łabuzia". Uznając ten krótki kawałek za wielki wyczyn... Z utęsknieniem wypatruję chłodu. Bo ileż można kąpać się w morzu i przesiadywać pod zimnymi prysznicami? Gdyby lodówka była większa, z chęcią byłbym w niej zamieszkał.

 

Zagadywałeś przez głuchy telefon co z "Niebieskimi królikami". Wtedy dopiero finalizowałem umowę. Teraz powieść jest już po korekcie, a właściwie po dwóch. Solidna dłubanina przyniosła kilkadziesiąt poprawek, w tym kilka poważnych. Do ostatniej chwili zawsze coś się znajdzie!

Zasugerowałem wydawcy (LSW) zwiększenie czcionki, bo za drobnym maczkiem prozę upchano. Wydawca przystał na to. Teraz czekam na projekt okładki. Jeśli wierzyć zapewnieniom, książka ukaże się we wrześniu. Naturalnie otrzymasz, gdy tylko przyjdą egzemplarze autorskie.

Dobrze, Przyjacielu Drogi. Dość moich spraw. Opowiadaj co u Ciebie. Tym razem nie pliszki, nie drozdy i nie strzyżyki, ale wróble coś na Twój temat ćwierkają. Czy da się uruchomić tajny plan pewnej międzykontynentalnej podróży? Co z nowo powstającą katedrą Edytorstwa i Krytyki Tekstu? I czy jakie wiersze nowe się urodziły?

Masz kordialne pozdrowienia od Ha i życzliwe od Rodziców.

Ściskający Cię spoconymi łapskami -

 

Tfuj Old. Frienddddddd eL

 

Ps. "Słowa wysokie,

Słowa ulotne,

Morza szerokie,

Chmury samotne."

 



*Amos Oz "Opowieść o miłości i mroku" (przekł. Leszek Kwiatkowski), Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2005
**Michel Vovelle "Śmierć w cywilizacji Zachodu. Od roku 1300 po współczesność" (przekł. Tomasz Swoboda, Maryna Ochab, Magdalena Sawiczewska-Lorkowska, Diana Senczyszyn), wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2004

 


 

 

Lechu Kochany,

 

Dzięki za list, a że ostatnio jestem w tak zwanym dołku, przydał mi się bardzo. Dołek wynikł z przepracowania i niedospania, chwilami sam nie wiedziałem, co robię i jak myślę (a to przecież najważniejsze). To mi zakłóca życie osobiste. Doszedł jeszcze wypadek samochodowy, jak zwykle nie z mojej winy, ale wiesz, ile to kłopotów z załatwianiem i czekaniem na powrót "podstawowego środka lokomocji". Kiedy się mieszka właściwie na wsi, auto jest niezbędne, a poza tym to moje narzędzie pracy. Teraz muszę odmawiać pacjentom wizyt domowych. Dostałem co prawda w warsztacie auto zastępcze, ale tylko na kilka dni. Jestem kompletnie rozbity (psychicznie), tak jak tył mojej nubiry.

Nie znaczy to, że nic nie robię. Przeciwnie, w pracy szukam odpoczynku. A przy okazji, że nawiążę do Twojego listu, uczę się ptaków. Nareszcie udało mi się kupić sensowny atlas z opisami i książkę uzupełniającą. Znajomy ornitolog mówi, że w Podkowie jest ponad dwieście gatunków. Na razie rozpoznaję te podstawowe. Robiłem też sporo zdjęć szpaków, które okupują skrzynki zbudowane przeze mnie parę lat temu. Piękna sprawa. Poślę Ci mailem jakieś zdjątko. Ćwiczyłem się w fotografii cyfrowej, która dość znacznie różni się od analogowej, żeby nie mieć później z tym problemów, kiedy będę musiał fotografować z konieczności. Rezultaty chyba niezłe, pochwalił mnie właściciel firmy fotograficznej, ongiś znany reporter. Obróbkę cyfrową w Photoshopie opanowałem wiele lat temu i teraz to jest bardzo przydatne, a samo fotografowanie cyfrowe ma tę zaletę, że można zapisywać obrazy jako dokumentację faktograficzną (np. tabliczki z nazwami ulic i urzędów, zespoły budynków, o których będzie się pisało, wygląd ludzi, tłumu...) -praktycznie za darmo.

Oza czytałem, niezła rzecz, ale zainteresowałeś mnie tą książką o śmierci. Mam całą półkę na ten temat. Jak wiesz, pisałem kiedyś dużą pracę naukową na temat stosunku medycyny do śmierci jako zjawiska we wszystkich wymiarach - od religijnego i filozoficznego po obyczaje ludowe i psychologię (też spychologię szpitalną). Zaraz polecę do księgarni.

Kanał TVP "Kultura" rzeczywiście jest denny. Nie zmieniam zdania -w mediach wciąż nie ma fachowców, którzy by rozumieli istotę kultury. Ci zatrudnieni są powierzchowni, lecą na łatwiznę i przenoszą obyczaje ze stacji komercyjnych. Ale nawet fachowość to nie wszystko. W to trzeba włożyć ogromny wysiłek. Odszukać rozproszonych twórców i znawców, zaangażować ich, zmusić do mówienia - to niełatwe. Trzeba ich pokazać, ale nie tylko. Trzeba ujawnić, jak ludzie ich odbierają. Kultura ma dwie strony - nadawców (tworzących) i recepcję (czytających, słuchających itd.). Wielu twórców jest dziś poza związkami twórczymi, niektórzy w ogóle nie są znani, siedzą ukryci w domowych pieleszach i nikt o nich nie słyszał. Myślę, że w wielu wypadkach wystarczyłoby zwykłe wyciągnięcie ręki w ich stronę. Na pewno by na to poszli. A że w ich głowach czai się ogromna pomysłowość i różnorodność podejść, autorzy kanału mieliby niewyczerpany materiał. Na razie są to nudy okropne. To już wolę nieprofesjonalny, wręcz amatorski kanał "Puls", w którym można jednak zobaczyć coś ciekawego. Dużo głów gadających (o niczym), ale też sporo nowości, przynajmniej w zarysie, a to pozwala rozwijać samokształcenie i zainteresowania publiki. W "Kulturze" widziałem tylko jeden dobry kawałek, o polskim filmowcu, który w Ameryce komputerowo robi filmy animowane z kawałków filmów realistycznych. Znakomite, ale nie znam nazwiska, bo nie oglądałem początku. Teraz nie mają zwyczaju podawać po programie, kto był na ekranie. Po prostu wstyd.

Gratuluję Ci nagrody im. Ryszarda Milczewskiego-Bruno. Był mi jednym z najbliższych przyjaciół. Wyróżnienie jest duże, wcale się nie dziwię, że prasa o tym tyle pisała. A skoro mowa o "Nikiformach"... Pamiętam, że kiedyś z Brunem wręczałem tę właśnie nagrodę Edkowi Redlińskiemu za "Konopielkę". Edek mieszkał wtedy w jakimś przygodnym mieszkanku przy ul. Radomskiej na warszawskiej Ochocie. Było wino, a nagrodą miała być chyba gaśnica terenowa, której jednak z sobą nie mieliśmy, została w Grudziądzu, w piwnicy przy ul. Kalinkowej 55. Nie o nią chodziło. Ważne było spotkanie przy skromnej flaszce i ogórkach. Kiedy się rozstawaliśmy, Redliński, jak każdy wybitny twórca, wyrażał mnóstwo wątpliwości co do tego, kim na niwie jest, jaką ma wartość jego pisanie, i zapytał mnie, czy bardziej cenię "Konopielkę", czy "Awans". Czułem, że wchodzę w jakąś jego osobistą grę, więc odparłem, że "oczywiście Awans" (skłamałem, rzecz jasna). Był zdumiony, ale sam mnie sprowokował. Staliśmy już na schodach i rozmowa się urwała, wiadomo było jednak, że się nie skończyła. "A dlaczego?" - zapytał w końcu. "Bo przejrzystsza" - powiedziałem, biorąc argument pierwszy z brzegu (nieprawdziwy, rzecz jasna). "Lepiej pokazuje zbiegi epok" -dodałem i powoli zaczynałem wierzyć w to, co mówię, choć nie zapominałem, że zapożyczam to od Filipa Bajona, który nieraz mi mówił, że w filmie interesują go tylko przełomy historyczne. Żeby Edka dobić, powiedziałem, że język to sprawa wtórna i że "Konopielkę" cenią bałwany za utrwalenie gwary białostockiej. Był wściekły, tym bardziej że godzinę wcześniej mówiliśmy jednoznacznie, że właśnie w języku jest wartość dzieła, i to nie tylko jednostkowego, ale całego ciągu pisanego w życiu.

Dzisiaj pojmuję, jak czułej struny wtedy dotknąłem. Był na "językowym rozdrożu".

Zauważ, że Redliński nigdy poza "Nikiformami" i "Konopielką" nie pracował nad językiem tak, jak go na to stać. Jeśli już, to co najwyżej doskonalił własny typ narracji, ale dość klasyczny, taki jak w "Awansie". Jakby się obawiał przekroczenia granicy metaforyzowania w prozie. A myślę, że to ogromny talent. Jako jeden z nielicznych współczesnych prozaików otworzył sobie furtki właśnie na metaforę prozatorską, która nie zamyka się w linijce, jak w wierszu, ale rozciąga na większe fragmenty tekstu. Nie wiem, czemu z tego nie korzysta, może wpływa na to moda na teksty komercyjne, może prostacka wymagalność wydawców, aby utwory naprawdę artystyczne były podobne do tych grocholowatych? Może poczucie, że książki z krwi i kości literackie czyta wąska grupa czytelników? Tak czy siak nawet w najsłabszych utworach tego pisarza znajdujemy tyle wyobraźni językowej (świetne ciągi nowotworów w niezbyt pociągającym "Krfotoku"), że wyraźnie wystaje on ponad przeciętność. A mówię to szczerze, mimo że jego poglądy są mi całkowicie obce, i te polityczne, i te filozoficzne. Szkoda, że już tyle lat się z nim nie widziałem. To skutek jego wyjazdów za granicę i mojego siedzenia z dala od dużego miasta. Widzę jego twarz, jakbym przestał na niego patrzeć przed chwilą.

Umarł Tymoteusz Karpowicz. Wielka figura poezji światowej. Wielki poeta. Postawiłem mu świeczkę w podkowiańskim kościele, bo jego "Odwrócone światło" (chyba 1972) zmieniło mnie kiedyś kompletnie. Dzięki niemu zrozumiałem, czego mam szukać w sztuce. Tak jak ojciec-rzeźbiarz (przecież realista) uczył mnie, że obraz i rzeźba nie mają nic przedstawiać w sensie literackim, tak on nauczył mnie, że literatura nic nie powinna przedstawiać w sensie filmowym i malarskim. Jak rozumieć te wskazania, nie będę rozwijał, bośmy się już na ten temat nieraz nagadali do syta, ale zauważ, że tego ni w ząb nie rozumieją ludzie, którzy dziś rządzą recepcją kultury, głównie dziennikarze. Zawsze mam pod ręką tom Karpowicza, a w nim "Koło tańca miłosnego":

 

Koło tańca miłosnego

(kopia artystyczna)

 

i z miłości zdjęła chustkę z włosów

potem zdjęła włosy poza chustkę

potem co mogło przypominać włosy

potem co niczego już nie przypominało

zachodziła go ze wszystkich stron szyi

potem szyja zachodziła w strony

potem strony zachodziły w szyję

potem stronom było już bez stron

potem szyjom było już bez szyi

była wesoła zrywała się z ciała

potem ciało zrywała z ciała

potem co mogło nie pamiętać ciała

potem co niczego już nie pamiętało

była ciągle taka sama jego

jak nie jego była taka sama

jak nie taka sama była już nie jego

jak nie sama była już nie taka

 

Świetne, co? To po nim zostaje, to jest miara sztuki. Pozornie tak niewiele napisał, ale za to jak! Zaniedbywaliśmy go, niestety.

Co do katedry - już powstała, mam nominację na kierownika, ale magnificencja jeszcze nie złożył podpisu, mimo że mi tego gratulował (zasypany papierami, rozumiem). Opiszę Ci szczegóły w następnym liście. Teraz tyle, że dostałem pokój z dwoma komputerami i pięcioma szafami. Asystentów. Powstało studenckie koło naukowe. W każdym razie więcej czeka mnie roboty niż chwały, bo zadanie mam trudne. Nie istnieje teoria redaktorstwa (współczesnego), trzeba ją stworzyć. Mam to w głowie i sporo w niepublikowanych pracach w komputerze. Ale mam też duże grono młodych miłośników tej problematyki (i poezji przy okazji). Bardzo na nich liczę, są otwarci na nowość i czują, że można rozwinąć cykl badań, o których nikt nie śnił. Jest na to parę lat, może pięć, najwyżej, chciałbym zdążyć.

 

Ściskam serdecznie

 

Podkowa Leśna, 5 sierpnia 2005 r.
Twój Piotrek Müldner-Nieckowski

 


Marek Czuku

* * *

Piszę. Boli mnie każde słowo

wydobyte z kamieniołomu milczenia.

Mam rękę na temblaku tradycji.

Trawię papierowe kule czasu.

Trwam przy biurku, które

barykadą jest; które

broni, chroni, a nawet karmi.

Rozdaję uściski jak sczerniały prorok,

zachowuję pozory, pytam, błądzę.

 

Ale ja nie tego chciałem.

 

Marek Czuku
1986

 

Lech M. Jakób

KSIĘGOZBIÓR

Śliczne książki witajcie nad słońce jaśniejsze,

Zabawki i rozrywki mnie najprzyjemniejsze.

Miło mi na was patrzeć i przyjaźń zawierać,

Miło mi żyć wśród was i z wami umierać.

(anonimowy napis na książce z XVII w. w Bibliotece Sandomierskiej)
 

Dom bez książek jest pusty, zimny, nieprzyjazny. Dom taki przypomina opuszczony dworzec, w którym tylko wiatr hula. Żadnego ciepła, żadnych wspomnień, żadnej przyszłości: nieledwie przedsionek śmierci za życia. Celnie ujął to też Marcus Tulius Cicero, powiadając, że izba bez książek jest ciałem bez duszy.

Wie o tym każdy księgolub. A tym bardziej pisarz, dla którego otoczenie ksiąg stanowi środowisko naturalne. On nie tylko nowe książki tworzy, ale nimi oddycha, im poświęca najlepszą swą cząstkę, zdolny dla nich i do poświęceń skrajnych.

Oczywiście książka dla prawdziwego księgoluba jest istotą jak najbardziej żywą. To towarzysz podróży i przygód umysłu. To powiernik uczuć, wreszcie kompan i najmroczniejszego czasu.

 

Wczesnodziecięce ulubienie, a później umiłowanie książek jest zjawiskiem tyleż emocjonalnym, co intelektualnym. Zrozumiałą się staje zatem rosnąca pasja zbieracka. Gromadzimy w domowych bibliotekach dobrane księgi. Gromadzimy, pieczołowicie ustawiamy na półkach, czasem zmieniając sąsiedztwo. Bo książki lubią przebywać razem, wspierać się o siebie, dopełniać tematycznie lub autorami. Bo książkom niezbędne jest towarzystwo innych ksiąg. Tak utworzona wspólnota odwdzięcza się jej właścicielowi przyjaźnią najwierniejszą z wiernych.

 

Swój księgozbiór buduję od ponad czterdziestu lat. Niestety, zawsze bolałem nad szczupłością miejsca, jakie mogłem książkom przeznaczyć. I właśnie mały metraż zajmowanych mieszkań zmuszał do restrykcyjnej polityki, gdy o domową bibliotekę idzie. Nie wszystkie chciane księgi miały szansę zagnieździć się pod moich dachem. Więcej. Co kilka lat dochodzi do przyprawiających o rozterki rozstań z niektórymi. W ramach wymuszonego trzebienia. Bo nowe tomy napierają, a stare, duszone przybywającymi, krzyczą w ciasnocie nie do wytrzymania... Częstokroć to rozstania bolesne, przyprawiające o drżenie rąk i serca.

 

Jeszcze młodzieńcem będąc zafundowałem mojej biblioteczce katalog. Książki zostały dokładnie opisane na wyciętych fiszkach, a same fiszki uporządkowane alfabetycznie. Rolę katalogowej szuflady stanowiło kartonowe pudło. Jako samozwańczy strażnik rodzinnego księgozbioru dokładnie wiedziałem kto której książki jest właścicielem: czy ojciec, czy mama, czy brat, czy siostra. Bywało, że między rodzeństwem wybuchały spory na tle "przypadkowych" zawłaszczeń konkretnych tytułów. Pojawienie się nowych książek w domu bardzo przeżywaliśmy i nierzadko budziły w nas autentyczną zazdrość.

Naturalnie i same książki bywały znakowane. Zmajstrowałem sobie z kawałka linoleum ex libris (sylwetkę człowieka z wyciągniętą do przodu ręką - na dziobie żaglowca). Inni zadowalali się podpisami lub zwykłymi pieczątkami.

 

Mój księgozbiór zawsze wędrował ze mną. Przeżył nawet dwie przeprowadzki w poprzek Polski. Bo nie wyobrażam sobie życia bez książek. Muszą być przy mnie, blisko, na wyciągnięcie ręki. Bez księgozbioru czuję się zagubiony.

Jak silny jest to związek, niechaj świadczy fakt, że sypiam ze swoim księgozbiorem. Dosłownie. Nie na łóżku, a na podłodze, między regałami. Bywa, że zasypiając (albo i w środku nocy) wstaję, zapalam światło i zaglądam do wybranej. Nieraz wystarczy zwykły dotyk lub upewnienie się, że jest jak być powinno: poszukiwany tom nie zmienił miejsca.

Mimo podwójnego szeregu (wspomniana ciasnota) doskonale pamiętam, gdzie która książka stoi. Tak samo, jak pamiętam okoliczności jej pojawienia się na regale. A gdy któraś z książek zachoruje, idę z nią do lekarza (to jest introligatora). Bo mój księgozbiór nie ma przede mną tajemnic. Odwzajemnia się bezgraniczną ufnością.

 

Przypuszczalnie mój stosunek do własnego księgozbioru niektórzy uznają za dziwactwo. Niechaj tak będzie. Jeśli dziwactwem nazwać można prawdziwą miłość.

I pocieszam się, że przynajmniej garstka podobnych dziwaków nadal jeszcze istnieje. Mam takie sygnały.

 

Lech M. Jakób

 

Piotr Macierzyński

X X X

od kiedy tylko usłyszałem że czepiaki piją wódkę

od razu je polubiłem

mógłbym mieć taką małpę w domu

czasem nie ma się z kim napić

a czepiak na pewno by nie odmówił

 

czepiaki jedzą sfermentowane owoce

każdy powód jest dobry

zobaczy czepiak jaguara idzie się napić

puści mu się żona z innym czepiakiem idzie się napić

jak wpadnie w trans to może chlać całymi tygodniami

w Amazonii na drzewach wódka jest za darmo

ciekawe tylko ile taki czepiak potrafi wypić

 

ostatnio na oddziale odwykowym o niczym innym nie rozmawiamy

Piotr Macierzyński

 

 

Rozbieżne opinie Polaków wokół ilości godzin pracy trwają od dawna. Już przed dziewięćdziesięciu laty głos w tej sprawie zabierał wielki pisarz i autorytet polskiego pozytywizmu Aleksander Głowacki znany pod pseudonimem literackim Bolesław Prus. W 1911 r. na łamach Przeglądu Technicznego ukazał się jego artykuł pt. "Świętować czy pracować". Wybrane uwagi z tej publikacji, będące cytatami tamtego tekstu, prezentuję w formie "wywiadu" jaki można by było z autorem przeprowadzić, gdyby współcześnie żył.

 

ŚWIĘTOWAĆ CZY PRACOWAĆ?

 

- Maestro, w sprawie długości trwania czasu pracy w społeczeństwie naszym panują dwa poglądy: jedni pragną zmniejszenia liczby godzin roboczych, drudzy mają odmienne zdanie. Jak to skomentować?

 

- Że ludność, osobliwie ciężko pracująca dąży raczej do zmniejszenia liczby godzin pracy, aniżeli powiększenia, rzecz to zrozumiała. Naprzód bowiem każdy człowiek potrzebuje nie tylko żywności, odzieży, mieszkania, ale także odpoczynku, rozmowy, zabawy, przechadzki, marzeń i te jego potrzeby są najzupełniej usprawiedliwione. Po wtóre - istnieje głębokie prawo psychologiczne, może nawet biologiczne, na mocy którego "każdy pragnie otrzymać jak najwięcej korzyści za cenę jak najmniejszego wysiłku". Prawo to, ze szczególną wyrazistością przejawiające się w stosunkach ekonomicznych, jest bardzo dobroczynne, stanowi bowiem, kto wie, czy nie najsilniejszą pobudkę do życiowych ulepszeń, wynalazków, słowem - całej cywilizacyi. Protestować przeciw niemu byłoby niedorzecznością.

Ale niestety! Obok ludzkiego serca, które dąży do najmniejszych wysiłków, staje potężne prawo: przyczynowości, którego jednym ze skutków jest to, że "każda rzecz korzystna musi być zrobiona, czyli -wywołana za pomocą właściwych sposobów, odpowiednim nakładem sił". Można by to nazwać: prawem, koniecznością pracy tem cięższej, tem trudniejszej, tem większych domagającej się wysiłków, im rezultat jest bardziej złożony, im ma być doskonalszy.

Dusza ludzka jest przepełniona pragnieniami, ale do zaspokojenia ich natura dała nam tylko trochę sił fizycznych, trochę rozumu, trochę energii moralnej, trochę instynktów społecznych i - dużo materyałów surowych, które jednak z wielką pracą trzeba wydobywać z głębin, przenosić nieraz na wielkie odległości, przerabiać, niejednokrotnie setkami rąk i machin. Natura nic nie daje darmo: ani chleba, ani płótna, ani węgla, ani mostu na rzece, ani maszyny szyjącej, nic!... Wszystko trzeba wykopać, wyrąbać, wydźwigać, wykuć, wypiłować, wytopić, niekiedy z narażeniem życia i zdrowia, najczęściej z wielkim nakładem sił umysłowych i wynalazczego geniuszu.

Im więcej kto poświęca czasu i sił pracy, im więcej potrafi skupić rąk do jednego celu, im działa prędzej i dokładniej, im usilniej bada i głębiej namyśla się nad przedmiotem swoich zajęć, co mówię?... im bardziej kocha swoją pracę, im spełnia ją weselej, tem - lepsze osiąga rezultaty. Rozumieją to narody ucywilizowane i dlatego fundamentem swego bytu uczyniły: pracę wytężoną, mądrą, twórczą, zorganizowaną, w przeciwieństwie do ludów więcej lub mniej barbarzyńskich, które albo wcale nie pracują, albo pracują słabo, bezładnie, opieszale, uważając pracę za nieszczęście, nie zaś za źródło pomyślności i ogólnego bezpieczeństwa.

 

- Jakie skutki ekonomiczne dają różnice w wielkościach czasu pracy?

 

- Ażeby zrozumieć potęgę dni i godzin pracowitych w porównaniu do czasu odpoczynkowego wyobraźmy sobie dwóch robotników. Obaj są płatni po 10 kop. za godzinę, ale Paweł pracuje 10 godzin na dobę, Gaweł tylko 9, Paweł trudzi się przez 305 dni w roku, Gaweł tylko przez 290. Przypuśćmy nadto, że wartość towaru, który każdy z nich produkuje, jest 7 razy większą od zarobku. Roczne rezultaty działalności każdego z nich uplastyczni następująca tabliczka:


Innymi słowy: Paweł pracując rocznie więcej od Gawła o 440 godzin, zarabia o 44 ruble więcej i daje społeczeństwu za 308 rubli więcej towarów.

A teraz zróbmy jeszcze jedno przypuszczenie. Wyobraźmy sobie, że jakiś kraj posiada milion Pawłów pracowitszych o godzinę na dobę i o np. 15 dni na rok; zaś inny kraj cieszy się milionem Gawłów, którzy... lubią oszczędzać swoje cenne siły i zapytujemy: jak będą wyglądały te dwa kraje na przykład po 25 latach, co odpowiada działalności jednego pokolenia?


Innemi słowy: po upływie jednego pokolenia kraj Pawłów będzie miał przeszło o siedem miliardów rubli więcej bogactw, aniżeli kraj Gawłów, a robotnicy pierwszego kraju oszczędzą dla siebie przeszło miliard rubli więcej, aniżeli Gawłowie.

Łatwo pojąć, że przy tak wielkiej różnicy bogactw, no... i rozsądku, kraj Pawłów musi być zdrowszy, silniejszy, bezpieczniejszy, wygodniejszy, sytszy, weselszy, oświeceńszy i - wolniejszy, aniżeli kraj Gawłów. Również bez zbyt wielkiej przesady powiedzieć można, że: różnice pomyślności, a nawet wolności dwu społeczeństw, znajdują się w stosunku mniej więcej prostym do ilości pracy, jaką każde z nich wykonywa w ciągu lat i pokoleń.

 

- Od tej teoryi przejdźmy do praktyki. Jak nasza praca wygląda w porównaniu do zachodnioeuropejskiej?

 

- Krótko mówiąc, nie lubimy się fatygować, a oto skutki naszego oszczędzania pracy: - sprowadzamy co rok mnóstwo wyrobów z zagranicy, z pośród których bardzo wiele dałoby się produkować u nas. Z wydatniejszych pozycyi przywozu wymieniam (w 1911 r. - przyp. red.) skóry wyprawione za 22 milionów rubli, stolarszczyznę, tokarstwo za 4 mil., wyroby z surowca nieobrobione - 2 mil., wyroby z żelaza i stali obrobione - 3,6 mil., wyroby z blachy - 4,7 mil., machiny do obróbki materyałów włóknistych - 2,6 mil., silniki gazowe i naftowe - 6,5 mil., w ogóle maszyny i przyrządy z surowca i stali 60 mil., maszyny rolnicze - 16,7 mil. i tak dalej.

- Co to znaczy?... Jesteśmy więc jakąś rasą słabą, niezdolną do cywilizacyjnej pracy?

 

- Bynajmniej. Nasz chłop, na swojem, pracuje nawet 16 godzin na dobę, a ten sam rzemieślnik, czy robotnik fabryczny, który w kraju domaga się skrócenia godzin pracy, wyszedłszy za granicę, trudzi się nie gorzej od innych, a niekiedy zdobywa opinię nawet lepszego aniżeli inni.

Tymczasem w kraju praca idzie opieszale, a jednocześnie co roku setki tysięcy emigrantów polskich zapełniają folwarki i fabryki niemieckie, duńskie, amerykańskie... Więc nie mogą znaleźć tutaj zajęcia?... więc we własnym kraju już im jest za ciasno?... Im jest za ciasno, za to innym mianowicie, Żydom, jest nie tylko obszernie, ale i wygodnie, coraz bowiem nowe ich legiony przypływają i wręcz zdobywają nieszczęśliwe polskie miasta!

Niedawno, rozmawiając z pewnym fryzyerem, zapytałem: dlaczego nasi za granicą lepiej pracują, aniżeli w domu? - Bo zagranica uszlachetnia ich!... - odpowiedział.

Tak jest. U nas lekceważy się pracę, ale za granicą nabiera się dla niej szacunku. W Niemczech, Francyi, Anglii, ogromna większość męzkiej młodzieży otrzymuje wykształcenie techniczne i handlowe, u nas młodzież unika szkół technicznych i realnych, a zapełnia gimnazya, zaś np. w Paryżu "studiuje" filozofię, estetykę i... politykę! To też wszystkie kopalnie węgla i nafty na ziemiach polskich, wszystkie ważniejsze fabryki i handle, już znajdują się w rękach cudzoziemców. W Niemczech dyplomowane gimnazistki, nawet z zamożnych domów, idą na posady panien sklepowych, u nas uczą się gry na fortepianie i sztuki pielęgnowania rączek. No i mamy piękne rączki, ale brzydkie stosunki społeczne.

Także w Niemczech, syn bogatego kupca lub finansisty stara się o bezpłatną praktykę u kolegi swego ojca i pilnością prześciga płatnych urzędników; u nas synowie pracowitych ojców mają tylko jeden rodzaj kłopotu: w jakiby sposób najprędzej zmarnotrawić ciężko zdobyty majątek? W Krakowie są dwa banki: polski i czeski; otóż ludzie miejscowi bez porównania chętniej składają pieniądze w banku czeskim, ponieważ tam urzędnicy wcześniej przychodzą do roboty i staranniej obsługują klientów!

 

- A jakiż jest ostateczny rezultat tej niechlujnej gospodarki?...

 

- W książce jednego z najtęższych myślicieli europejskich, Le Bona, taki znajduję ustęp:

"Nie ma potrzeby odwoływać się do rozważań metafizycznych lub sentymentalnych, aby nauczyć młodzież o wartości ideału ojczyzny; dość im pokazać, co stało się z ludami, które ją utraciły. Historia Irlandyi, Polski, Armenii, głośno mówi nam co dzieje się z narodami, które przeszły pod władzę panów cudzoziemskich. Irlandczycy morzeni głodem przez Anglików, Armeńczycy co pewien czas wyrzynani przez Turków, Polacy batożeni przez Niemców, gdy ośmielą się protestować przeciw gniotącemu ich jarzmu..."

Taką mamy opinię w uczonej Europie, tyle ona wie o naszych losach. Nie znają tam naszych prac, naszych wyrobów, naszych wynalazków, tylko naszą dolę, która już nawet nie budzi litości, lecz służy do straszenia młodzieży francuskiej, ażeby więcej dbała o ojczyznę!

Niechże więc nam nikt nie tłomaczy, że - nie mamy za dużo godzin pracy i że nie można zmniejszyć ich liczby, ale raczej niech dobrzy obywatele na każdym kroku przypominają, że: mamy zbyt mało pracy fizycznej i umysłowej, twórczej i zorganizowanej, tudzież - że: dola narodów znajduje się w stosunku prostym do ilości trudów i wysiłków.

 

- A więc, co Maestro nam radzi?

 

- Im więcej, im mądrzej, im solidarniej, im pomysłowiej będziemy pracowali, tem położenie nasze materyalne stanie się znośniejsze, a z czasem i lepsze. Praca bowiem jest owym cudownym talizmanem, który łączy oceany, przebija skały, bohaterom przypina skrzydła, a niewolnikom otwiera drzwi więzienne.

 

z Bolesławem Prusem

"rozmawiał"

Jacek Sawicki



"Wywiad" na podstawie artykułu Bolesława Prusa "Pracować czy świętować" (Przegląd Techniczny nr 37 z 1911 r.) z zachowaniem oryginalnej pisowni.


Rainer Maria Rilke

* * *

Zgaś moje oczy: będę widział ciebie,

zatrzaśnij uszy: będę ciebie słyszał,

odejmij nogi: też ciebie dosięgnę

i bez ust także będę cię zaklinał.

Wyłam mi ręce, a ja cię obejmę

mym sercem tak, jakby to były dłonie,

wstrzymaj mi serce, to mój mózg bić będzie,

a jeśli w mózgu pożar mi zażegniesz,

to w mojej krwi obiegu cię uchronię.

 

 

Przełożył

Andrzej Lam

 

Rainer Maria Rilke



Wiersz datowany 18 września 1901, wszedł w skład księgi O pielgrzymowaniu (1905), złożonej w większości z utworów modlitewnych. Przyjaciółka poety, Lou Andreas Salomé, utrzymywała, że powstał w lecie 1897 i był skierowany do niej.


Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (26)

Książka i czytelnik są parą spojoną węzłami trwałymi, nierozerwalnymi. Spojoną w miłości czy też nienawiści. Ale książki bez czytelnika nie można sobie wyobrazić, tak jak i samo pojęcie "czytelnik" uzależnione jest od książki. Z książką kryje się autor. Jego pisanie jest więc zawsze listem do czytelnika... - niegdyś zanotował zmarły 22 lata temu Jarosław Iwaszkiewicz.

Zobaczmy zatem jakież to "listy" do czytelników dotarły ostatnio. A było z czego trzy miesiące wybierać! Mowa naturalnie o czasie od poprzedniego przeglądu.

1

To rzadki przypadek, by poeta wydawał nowy zbiór wierszy po przeszło dwudziestu latach od opublikowania zbioru poprzedniego. A tak jest z J. Lechowskim (Jan Lechowski "Kołobrzeg - miasto ośmiu wiatrów", Wydawnictwo ALTA PRESS, Koszalin 2005, str. 52).

Autor, od lat mieszkający w Kołobrzegu, urodził się w Rawie Ruskiej (rocznik 38). Ostatnie lata przepracował jako bibliotekarz w Miejskiej Bibliotece im. Galla Anonima. Jego debiut prasowy miał miejsce w 1962 roku - na łamach dwutygodnika "Kamena". Później publikował w wydawnictwach zbiorowych: "Malowanie przestrzeni" (1970), "Koszaliński almanach młodych" (1985), "Morze kołobrzeskich poetów" (1998) oraz w almanachu poetyckim "54 równoleżnik" (2004).

Jego debiut książkowy (Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1984): zbiór wierszy "Czterdzieste morze narzekań", przyniósł autorowi nagrodę literacką im. Marcina Borzymowskiego. Nagrodę im. M. Borzymowskiego, dziś już nieistniejącą, przyznawano książkom (poetyckim bądź prozatorskim) mieszczącym się w nurcie literatury marynistycznej. I właśnie motywami marynistycznymi przesycony był debiutancki tomik.

W tymże samym roku J. Lechowski (nakładem KTSK Koszalin) opublikował zbiór "Gorzkie zaświtanie". By na dwadzieścia jeden lat zamilknąć.

Podzielony na 2 części tomik nowy zawiera niewiele ponad czterdzieści utworów.

Jest hołdem oddanym miastu. Poeta mieszka w Kołobrzegu od prawie półwiecza - zna wszystkie jego zakamarki, historię, klimaty. Spaceruje kołobrzeskimi ulicami, dzieląc się z czytelnikiem własną obserwacją:

miasto wykuło z miękkiej miedzi

trzy siły

trzech bogów

trzy cmentarze

osiem wiatrów

wejście do portu

z rzeką przywiązaną do światła latarni.

Trochę te wiersze przypominają pocztowe widokówki z mewami, muszelkami, bursztynem, piaskiem i kutrami w tle. Niby opatrzone, a wciąż swojskie, niepozbawione ciepła.

2

Z Pomorzem związany jest też Z. Jankowski (Zbigniew Jankowski, "Odpływ. Sztuka ubywania", Wydawnictwo BERNARDINUM i Wydawnictwo OSKAR, Gdańsk 2005, str. 64) - na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych mieszkający w Kołobrzegu, obecnie w Sopocie.

Poeta (rocznik 31) urodził się w Bydgoszczy. Był współzałożycielem grupy poetycko-plastycznej "Reda". Jego pierwsza książka poetycka - "Dotyk popiołu" - wyszła w 1959 roku. Później wydał m.in. zbiory "Ciążenie morza" (1970), "Wiązanie tratwy" (1976), "Żywioł wszelki. Wiersze wybrane i nowe" (1978), "Według Jonasza" (1983), "Spokojnie, wodo" (1991), "Wielkie tło" (2001).

Oprócz tego opublikował kilka książek prozą - o zacięciu eseistycznym: "Szkice do oceanu" (1981), "Atlantyk, dnia..." (1983), "Pacyfik, dnia..." (1993), "Ucieczka ze statku. Nowe szkice do oceanu" (1995) oraz "Posłańcy żywiołu" (2001).

Ogólnie rzecz ujmując powiedzieć można, że głównym motywem, punktem wyjścia, pożywką i "polem uprawnym" poety jest silny związek z morzem. Związek trojakiego rodzaju: fizyczny, emocjonalny i duchowy.

Także obecny zbiór, z którego (tuż przed publikacją książkową) trzy utwory publikował "Łabuź" w poprzednim numerze, jest zakotwiczony w morskości.

Jednak, gdy przyjrzeć się refleksji Z. Jankowskiego, łatwo zauważymy wyeksponowanie wątków eschatologicznych. Poeta, oglądając się za siebie, rozważa sens minionego. Cumując między innymi i przy takiej konstatacji:

Więc nie chodziło

o moje żagle, manewry i porty,

ale o te niebieskie szpary w sztormach,

co jak przymglone oczy chirurga

odbierały mi wolę

i ciało kładły

w bezsilny dryf.

By w innym miejscu zauważyć:

Odpływam

w dowolnym kierunku.

Jeszcze tylko słowo

chce się przytomnie uchwycić

wiersza, coś zrobić

nie dla mnie już, ale jakby

dla własnej chwili,

zanim i ono zostanie wciągnięte

w słodkawą dowolność

odpływania...

To poezja świadoma niesionego znaczenia: wiodąca ścieżką nieuchronności. A swój warsztat poetycki twórca doprowadził do perfekcji. Każde słowo dźwięczy tu jak naprężona struna. Dźwięczy, grając elegijną pieśń odejścia...

Trudno przebić się takimi wersami przez zgiełk doczesności. Bardzo trudno. Ale czyż nie po to są poeci właśnie, by to robili?

3

Zwracałem już uwagę na niedostatek lub brak informacji bibliograficznych w omawianych książkach. Niektórym autorom wydaje się, że same utwory wystarczą. Może w piśmie literackim. Natomiast wydawnictwo zwarte powinno zawierać chociaż kilka słów o autorze. Zwłaszcza o autorze nieznanym (albo mało znanym).Tego wymaga i szacunek dla czytelnika.

Zero informacji o sobie podała D. Ryst (Dorota Ryst "Widoczki. Wiersze bezwstydne", Tygiel Kultury, Łódź 2005, str. 52). Jednak nieco wiadomości o autorce udało się znaleźć dzięki poszperaniu w internecie.

Dorota Ryst (rocznik 65), absolwentka polonistyki UW, mieszka w Warszawie. Laureatka licznych konkursów poetyckich: m.in. I nagroda w konkursie poetyckim J. Śpiewaka w Świdwinie (2002). Debiutowała tomikiem "Odmiana przez przypadki" (Wydawnictwo "Magazyn Literacki" 1999). Jest współzałożycielką Grupy Twórczej OKNO - gdzie prezentuje swoją twórczość w formie spektakli.

Publikującą często na łamach "Łabuzia" poetkę można polubić  przynajmniej polubić dają się jej wiersze. Czterdzieści utworów składających się na "Widoczki" to mieszanina ironii oraz ciepła. Skondensowane językowo wersy próbują wciągnąć odbiorcę w intymne sfery życia. Lecz mylący (celowo?) jest podtytuł. Darmo tu szukać nieprzyzwoitości. Eksponowany bezwstyd - chce czy nie (wyraźniej chce) - pełni rolę prowokatora. Często natomiast odzywa się nuta tęsknoty za spełnieniem prawdziwego uczucia.

Pisze poetka w jednym z liryków: wiem -/ niemiłość/ od tak dawna/ zastępuje pacierz// rozumiem -/ prawo naturalne/ zdarzeń/ i niezdarzeń// tylko/ skóra napięta/ po włosy/ po paznokcie// tylko/ anioł mocniej/ trzepie/ skrzydłami/ o szybę.

Ma też twórczyni świadomość narzędzia, którym włada. Zręcznie pointuje w "Lekcji języka": jednak/ kiedy twój język/ dotyka miękkości mojej skóry/ kiedy mój język/ bada szorstkość twoje policzka/ kiedy nasze języki/ opowiadają sobie smak// nie ma zdań/ słów/ tylko/ krzyk/ pękniętej sylaby// z nich/ odtwarzamy/ język/ starszy/ niż praindoeuropejski.

Na okładce drugiego zbioru wiersze D. Ryst rekomendują Ewa Nowacka i Jacek Karolak. Ten ostatni punktuje m.in. walkę o miłość, "która prowadzona jest z perspektywy kobiety wyzwolonej z filisterskiego postrzegania rzeczywistości". Będę dalej się starał zrozumieć o co krytykowi chodzi.

Tymczasem zgłoszę uwagę do nadmiaru chemii. Trochę kłują poupychane w strofach rozmaite endogenne opioidy, fenyloetyloamina czy inne enterotoksyny. Na szczęście suma wniosków zbioru nie wmawia czytelnikowi, że miłość da się sprowadzić wyłącznie do biologii i chemii.

4

Kolejny autor, T. R. L. Duda ("Bunt kosmatych pogrzebaczy tudzież żylasta nicość", DUDA i tylko DUDA, Szczecin 2004, str. 56) w odróżnieniu od D. Ryst wykłada się czytelnikowi biograficznie jak na talerzu.

Dowiadujemy się z noty na okładce bardzo dużo. Między innymi i tego, że jest autor synem kelnera i wnukiem kowala z Kamieńca Podolskiego, ukończył liceum w Łobzie, był robotnikiem budowlanym w Żaganiu, górnikiem w kopalni miedzi w Polkowicach, sanitariuszem pogotowia ratunkowego w Szczecinie, zmywaczem opakowań w browarze i kim tam jeszcze.

Debiutował w wieku 25 lat w almanachu KKMP "Wyjść z cienia drzewa" (1969), publikując później samodzielnie. W tym arkusz poetycki "To jesień tylko" (1985), zbiory wierszy "Teren walki" (1990), "Seledynowy ogród ciszy" (1992), kryminał "Tajny detektyw" (1991) oraz opowiadania "Goniąc wiatr" (1997).

W roku 2003 ogłosił tomik "Konferencja żylastych pogrzebaczy, czyli kosmata nicość" - o czym donosiły "Prowincjonalia". Zastanawiałem się wówczas czy sam tytuł mówi za siebie. Że przygotować się należy na hucpy i zabawy słowem. Na flupy stylistyczne rodem z surrealizmu. Że autor puszcza do czytelnika oko, dając do zrozumienia, iż język nie zawsze powie to, co pomyśli głowa. I odwrotnie. Zwłaszcza odwrotnie.

Cóż, w obecnej mutacji poprzedniego tomu autor nie posunął się do przodu ani na jotę. Ten sam młynek, te same "Strzępy agonii w słuchawce z tektury". Identyczne "Zamiecie jałowych zórz".

Powiada w jednym z tekstów Tadeusz R. L. Duda:

poeta jak ranione

śmiertelnie zwierzę

ryczy na ludzi

dziękując za podarunek

życia

właściwy stróż ciemnej materii.

Istotnie, wyjątkowo ciemna to materia. A raczej mętna. Czuję się rozczarowany - oględnie mówiąc. I nie przekonuje poprzedzające blok utworów motto: "Poezji nie musi się rozumieć. Poezję trzeba przeczuć". Dlaczego? Bo zabawa słowem dla samej zabawy słowem to na literaturę za mało.

5

W "Prowincjonaliach" gościł też J. Durski (Jacek Durski "Uderza ziemia", Wydawnictwo NOWY ŚWIAT, Warszawa 2005, str. 80) - przy okazji prozy "Rok" (2003) oraz tomu "Wiersze" (2004).

Jacek Durski (rocznik 43) urodził się w Poznaniu. To nie tylko włodarz pióra, ale także artysta malarz (41 indywidualnych wystaw w kraju i za granicą), rzeźbiarz i grafik. Publikował sporo, m.in. na łamach "Magazynu Literackiego", "Undergruntu", "Sycyny", "Toposu", "Odry", a także "Łabuzia". Książkowym debiutem był tomik prozy "Wśród krzywych luster" (1997). Później - oprócz pozycji wymienionych na początku - wydał jeszcze powieść "Mariacka" (1999)*.

Wczytując się dwa lata temu w tom "Wiersze" akcentowałem staranne szlifowanie strof, zwartość obrazowania oraz malarskość wizji. Zgłoszona została też na koniec pretensja o nadmiar literackiej kombinacji, przy jednoczesnym niedostatku emocji. Trochę raziła "sztukateria".

Obecny tom zaskakuje rozwojem. To już nie tylko ciąg obrazów. Nie tylko tradycyjnie szeregowane utwory. To coś w rodzaju poematu rozkwitającego. Autor, odnotowawszy poetycką myśl w zamkniętym utworze, wraca do pierwszych wersów na kolejnych stronach, drążąc znaczenia (i rozwijając niektóre wątki). Ta wariantowość, czy też polifoniczność pogłębia strefę twórczego manewru. I wpędza odbiorcę w niepokój. Jak w poniższych, niby wyciszonych wersach:

Wypływa trawa z moich stóp

z szerokiej piersi las dębowy

z bioder leszczynowy gaj

dzik sarna idą do mnie

jak psy zielone.

Zawracają.

Zmierzch skrada się wilkiem

blisko noc moja

las opasał kamień

na wargach czarny liść

nie drży od minuty.

I jeszcze jedna, bardzo ważna, sprawa. Grafiki. Typografia i grafiki -autorstwa J. Durskiego. To nie jakieś tam banalne obrazki czy ledwie ilustracje towarzyszące wierszom, a integralna, plastycznie skorelowana z tekstem literackim część spójnego dzieła. Przez co rzeczywistość demonstrowana zyskuje oryginalny wymiar.

Na swój sposób niezwykła książka: i do czytania, i do oglądania. Nie da się zagubić w pamięci.

6

W obecnym przeglądzie jest jeszcze jedna książka warta czytelniczego grzechu. Mimo że z całkowicie "innej parafii". Bo sięgającemu po nią nieobce winny być: filozofia, teologia, mistyka...

Mam na myśli dzieło J. Böhmego (Jacob Böhme "Teozoficzne okólniki", Polskie Stowarzyszenie EUROOPERA, Zgorzelec 2005, str. 170), którego fragmenty innej książki ("Aurora czyli Jutrzenka o poranku") opublikował "Łabuź" w zeszłym roku (numer 51/2004).

Kto zacz, ten Böhme? Urodził się w 1575 r. w Starym Zawidowie (koło Zgorzelca). Był filozofem i jednym z wielkich europejskich mistyków. Pochodził z rodziny chłopskiej, a wiedzę religijną zdobywał samodzielnie. Światopogląd J. Böhmego to rodzaj wizji filozoficzno-kosmogonicznej, odwołującej się do alchemii i astrologii, w której najważniejszym problemem był związek między Bogiem a człowiekiem. Myśl Böhmego silnie oddziaływała w Niemczech, Holandii i Anglii. Pod jego wpływem tworzyli m.in. A. Silesius, J. W. Schelling, G. W. E. Gegel i romantycy - w tym nasz Adam Mickiewicz.

Bo prorocze wizje J. Böhmego, co warto zaznaczyć, posiadają w zapisie także walory dzieł literackich (choć czytane w oderwaniu od kontekstu historycznego i duchowego tracą wiele).

"Teozoficzne okólniki" to dwanaście zachowanych listów zgorze-leckiego Mistrza z lat 1619-1624. Wykłada swoim korespondentom swoje poglądy, objawienia, spór z chrześcijańską doktryną tamtego czasu. Można również postrzegać przesłania J. Böhmego jak nieustający dialog z doświadczeniami bliźnich. Konsekwentnie i żarliwie inicjował wewnętrzną przemianę. Jego krążące (w ręcznych odpisach z manu-skryptów) idee, wyrosłe z ducha Chrystusowego, budziły żywe emocje. Jak żywe, niechaj świadczy fakt, że tuż po jego śmierci dopuszczono się profanacji grobu!

Polski przekład z języka niemieckiego otrzymaliśmy dzięki nawiedzonemu pisarzowi i tłumaczowi, jakim jest Andrzej Pańta -współpracujący z "Łabuziem" od lat. A. Pańta nie tylko ważne dzieło J. Böhmego opracował i przełożył, ale też opatrzył (za zgodą artysty) reprodukcjami malarskimi Zdzisława Beksińskiego.

Książka zawiera także rzeczowe wprowadzenie i komentarz: wprowadzenie napisał Gerhard Wehr, posłowie - zwięźle przedstawiające życie i twórczość J. Böhmego - jest autorstwa Rolanda Pietscha.

Dla tych, których zafascynował J. Böhme mam dobrą wiadomość. Mimo niskiej dostępności można zdobyć dwie inne jego książki. Wybór drobniejszych pism pt. "Ponowne narodziny" (Wydawnictwo BRAMA, Poznań 1993) oraz wspominaną wyżej "Aurorę" (1999), opublikowaną nakładem Polskiego Stowarzyszenia EUROOPERA. Podaję adres wydawcy: ul. Daszyńskiego 12, 59-900 Zgorzelec, tel. (075) 775-46-16.

 

(sierpień 2005)
Paweł Szeroki



* - O adaptacji teatralnej powieści "Mariacka" pisze autor w tym numerze "Łabuzia" na stronie 15. (przyp. pkl "Łabuź"

 

O "Prowincjonaliach"

Ponieważ w poprzednim numerze "Łabuzia" ("Prowincjonalia [25]") Paweł Szeroki przedstawił przekłady negatywnych reakcji autorów na publikowane recenzje, zdecydowaliśmy się dla równowagi podać jedną z aprobujących reakcji. Publikowany niżej list został nieco skrócony.

pkl. "Łabuź"

 

Do Pana Pawła Szerokiego!

 

Drogi Panie Pawle, niech Pan dalej robi swoje - pisze recenzje, krytyki i nie przejmuje się głosami tych, którzy "oburzeni" wypisują różności. Być może dlatego, że oni lub ich koledzy "dostali po porach". Pańskie noty o książkach są fachowe, konkretne, zawierają celną motywację. A co najważniejsze: zawierają ocenę. Autor dowiaduje się w czym jest słabszy, co napisał wtórnie, co w sposób (daj mu Bóg!) oryginalny; nad czym winien popracować, o czym raczej zapomnieć.

Piszę o tym, bo omówienia książek, które czytam (pomijając już koleżeńskie klepanie po plecach), są najczęściej ledwie "opisowe".

(...) Wreszcie pakują poetę do jakiejś szufladki... (...)

Tak więc widzę (i czytam) krytyczne pisanie Pawła Szerokiego jako wielce pożyteczne. A rękę jego recenzencką, ci którzy zębem (mlecznym jeszcze?) kąsają, winni z wdzięcznością ucałować.

 

Poznań, 20 VII 2005

 

Jerzy Grupiński
Stowarzyszenie Pisarzy Polskich

 

Jerzy Grupiński

KARTKA

Kartka papieru która rozcięła ci palec

 

Więc to wszystko

prawda ?

I krew i papier

 

Jerzy Grupiński

 

Utz Rachowski

PIERWSZY WIECZÓR, OSTATNI PORANEK

 

To życie było dobrym życiem.

Zabrało wszystko, co dało.

Ilmarinen, Kalevala

 

I

Przyjeżdżam. Koniec listopada, z trójką innych, wieczorem o dziewiątej.

Jechaliśmy pociągiem z Gießen do Frankfurtu, następnie zaś lecieliśmy samolotem. Aż tutaj.

Tych troje odbiorą znajomi lub przyjaciele, i panuje tak wielki ścisk, tak że mogę pożegnać się tylko z Manfredem. Odnalazł swoją żonę, którą stracił przed trzema laty. No dobrze, w poniedziałek o dziesiątej.

Następnie wychodzę z lotniska, z dwoma plastykowymi torbami w prawicy, nie mam więcej bagażu; lewą ręką chcę otworzyć drzwi, lecz zanim jestem w stanie dosięgnąć jednego z uchwytów, odsuwają się od siebie. Wychodzę, robię parę kroków na lewo, potem na prawo, następnie zatrzymuję się: Tutaj jest Berlin.

Czy pan wie, w jaki sposób dostanie się pan do tego obozu?, zapytał mnie ktoś w Gießen, i powiedziałem "tak", gdyż znajdowało się to na jednym ze świstków, których cały stos tkwi w moim portfelu. Próbowałem odszukać paczuszkę tych karteczek i wyjąć z niej tą właściwą. Było na niej napisane "Połączenia komunikacyjne", przypominam sobie i grzebię między skarpetkami a prospektami, czytam "Dzwon wolności", "Niebezpieczeństwa małej pisowni". "Tylko z nami. Poradnik dla ofiar..."

Tutaj jest ciemno, więc, wahając się chwilkę przed automatycznymi drzwiami, dłoń jakby podniesiona w geście odmowy, zawracam do hali lotniska, siadam w jednym z rzędów żółtych plastykowych siedzeń, tam, gdzie stoi popielniczka, i zapalam papierosa. Następnie szukam.

Wychodząc zachowuję się tak, jakbym nie zważał na te drzwi, udaje się, otwierają się i znowu się za mną zamykają. Autobus miejski, jakiego najpierw potrzebuję, znajduje się na tej kartce, którą trzymam w dłoni, teraz w prawej, jeszcze zaczerwienionej na skutek dźwigania tych obu toreb z plastyku.

Tam na lewo znajduje się tabliczka: Autobus miejski nr 9. Przechodzę obok taksówek, które stoją po obu stronach wysepki dla pieszych. Taksówka - czemu nie, myślę i podchodzę do pierwszego wozu, którego kierowca stoi obok otwartych drzwi od strony prowadzącego. Gdy zauważa mnie, otwiera tylne drzwiczki, czynię gest przeprosin i zatrzymuję się możliwie jak najdalej od tego samochodu.

Przepraszam pana, ile kosztuje taksówka do obozu przejściowego w Marienfelde, pytam z naciskiem i sztuczną energią, jakbym używał obcego języka albo obawiał się, że zagadnięty mężczyzna nie rozumie niemieckiego, albo poważnie powątpiewałem, że w tej niemieckiej części Niemiec nie mówi się po niemiecku.

No, na oko trzydzieści, czterdzieści marek.

Dziękuję pięknie, ale to dla mnie jest za drogo, przepraszam pana. Nic nie mówi, więc odwracam się i odchodzę. Na mnie kolej, beszta jeszcze, woła, lecz chodzi mu o kogoś innego, o kolegę, nie o mnie, choć jestem winny temu, że stracił kurs. Teraz tylko nie oglądać się, myślę. Być może na mnie była kolej, być może jestem winien temu wszystkiemu.

Autobus czeka właśnie, dwoje staruszków siedzi już w środku. Przed drzwiami stoi ktoś w niebieskim mundurze, kierowca albo czy ja wiem kto. Pytam go o przystanek, na którym muszę wysiąść, aby przesiąść się na kolejkę podziemną. Odbiera mi z ręki kartkę, czyta, potem mówi: Jesteś więźniem politycznym, człowieku, tutaj w żadnym razie nie wolno jechać ci przez Wschodni. I do kierowcy, który, jak dopiero teraz zauważam, siedzi już w autobusie. Nie można bezpośrednio do Zoo, wysadź go jednak zaraz przy Jakob-Kaiser-Platz, tam może skorzystać z metra.

Dobrze, powiada kierowca, wchodź.

Wchodzę, pytam, ile kosztuje? Marka pięćdziesiąt, powiada i podaje mi bilet. Wysypuję i przebieram w monetach na mojej dłoni, nie trwa to długo, aż rozróżniam te pieniądze, pięćdziesiątki, jedno i dwumarkówki, i następnie kładę w kasie odliczoną markę pięćdziesiąt. Kierowca uśmiecha się i pisze coś, następnie podaje mi karteczkę, mówi, tak musisz jechać. Naprawdę pięknie dziękuję. Siadam, i nagle robi mi się zupełnie ciepło, być może dlatego że we mnie i na moich oczach dokonał się jakiś ludzki gest, w którego istnienie nigdy nie wątpiłem i nigdy nie zapomniałem, tylko: Nie znałem go już.

Później powiedział mi jeden znajomy: Gdy tylko pozdrawiał mnie ktoś, występowały mi łzy, tak głęboko bywałem zaskakiwany.

Kierowca podnosi dłoń, zaś ten w mundurze puka w swoją czapkę.

Zamykanie drzwi. Odjazd. Teraz nie jestem już tak bardzo w drodze jak przedtem w moich więziennych latach, tylko w małej mierze jeszcze, na ulicach obcego miasta, w autobusie, zapłaciłem i ktoś napisał dla mnie karteczkę, właściwie nic nowego, gdybym teraz dopiero nie zaczynał wstępować na obczyznę.

Przy Jakob-Kaiser-Platz, dworzec metra, kierowca powiada: Teraz musisz wysiąść, kierunek Rudow, dalej na Mehringdamm. Przesiadka. Alt-Mariendorf.

Idę wedle tej kartki.

A jednak, już tego wieczoru coś rzuciło mi się w oczy, niczym znak, gdy usiadłem na zielonej, miękkiej poduszce wagonu metra, te ławki w poprzek do kierunku jazdy, że musi się spoglądać na siedzących naprzeciwko albo na przemykające obok mury tunelu. Całkiem proste? Nie wiem, lecz już tego wieczoru pojawiło się coś, i byłem tym zajęty zupełnie, gdy dotarłem do tego Marienfelde, co na wskroś odczuwałem przez mój pancerz z obcości, ciekawości i zmęczenia, coś, czego nie chcieli mi umniejszyć moi przyjaciele i moi wrogowie, czego nikt nie chce widzieć i czego nikt nie słyszy, jak gdyby istniała pewna wspólna, tajemna zmowa na temat tego tabu: Tutaj, między ludźmi, panuje milczenie.

A później powiedział mi ktoś, że w metrze paryskim jest inaczej, i w Lizbonie i Amsterdamie w tramwaju jest to nie do pomyślenia, i jedna dziewczyna z Kolonii, która tutaj mieszka, powiedziała: Myślę, że to lęk, ludzie boją się w tym mieście.

To wszystko, co powiedzieli mi inni i czego sam doświadczyłem, gdy nie chciałem przestać pytać, dlaczego ludzie tutaj milczą.

Tego pierwszego wieczoru przybyłem do Marienfelde o dziesiątej, mężczyzna w szarym mundurze odebrał moje personalia i dał mi klucz do pokoju.

 

II

Miałem obudzić się następnego poranka i we wszystkie inne poranki tych lat, jakie tutaj przeżyłem i które przeszły nade mną niczym wiecznie trwające przeznaczenie. Lecz każdy poranek, każda, wówczas jeszcze daleka, bezsenna noc, w której starałem się ogłuszyć i w której czas nazywał się "TERAZ", zawracały do tego pierwszego wieczoru i promieniowały nań, na wówczas, gdy niewinny przybyłem do tego miasta, w którym strach był już stary, a o tym nie miałem żadnego pojęcia.

Tego wieczoru nie wytłumaczyłem sobie owego faktu i nie zastanawiałem się nad tym płomienistym znakiem w tunelach kolejki podziemnej. Tutaj miałem wstępować w blask marmurowych przed-sionków i współmilczeć w rytmie błyszczących świateł bulwarowych fasad. Tutaj miałem mieć młodą żonę, a odbijające się w jej oczach światło uważać za znak ognia. Tutaj miały mi się urodzić dwie córki, za dwa lata, zanim się zestarzałem, a ich wybuchające, wczesne krzyki wydawały mi się niczym kryształ czystego szczęścia. A jedyną odpowiedź na świat, jakiemu tutaj odpłacają się ludzie, albo na to milczące państwo, w którym teraz byłem schwytany - nie byłem w stanie tego rozróżnić - dawały czarne rysy na jaskrawo uszminkowanych twarzach kobiet, których zepsute usta, jakie były ich matkami, bełkotały o miłości.

I pewnego poranka, gdy zgasły wszystkie światła i opadły płomienie, miałem obudzić się po przepitej nocy, a jej czas nazywał się "U KRESU", z twarzą z popiołu, którą ostatniego wieczoru w tym mieście położyłem na białym marmurowym stoliku pewnej wytwornej kawiarenki, aby tutaj nie robić już nic innego więcej, jak zasypiać w tym mieście i pewnego jasnego, oślepiajacego poranka zrozumieć znaki: Salome. Szybko spełniło się pragnienie tancerki dwóch światów: Moja głowa na złotym półmisku. A KTO PRZYBYWA DO OBIECANEGO MU MIASTA Z DWOMA PLASTYKOWYMI TORBAMI ALBO NA OŚLE: Temu jego miejsce jest zapewnione.

 

1981/86
Utz Rachowski
Z niemieckiego przełożył Andrzej Pańta



Utz Rachowski, ur. w 1954 r. w Plauen (Vogtland). Poeta i prozaik. Represjonowany politycznie w Niemczech Wschodnich, wydalony do Berlina Zachodniego, gdzie studiował historię sztuki i filozofię. Obecnie mieszka w Berlinie i Vogtland. Opublikował m.in. Namenlose (opowiadania, 1993), Mein Museum (wiersze, 1995), Die Stimmen des Sommers (opowiadania, 1997). Otrzymał m.in. takie nagrody, jak Andreas-Gryphius-Förderpreis (1987) i Eduard-Mörike-Förderpreis (1991). W Polsce jego utwory były dotąd publikowane w antologii Zielona granica (1995) w Przeglądzie Artystyczno-Literackim w Toruniu i we wrocławskim roczniku Pomosty, t. 1 (1997) i berlińskim polsko-niemieckim piśmie Wir

 

Piotr Krauze

WIOSKA

Coś kochanego, bo swojskiego. Z mierzalną liczbą nieanonimowych kontaktów - wszystkie znaczące, spamiętane, nawet te błahe. Taka praojczyzna, jakby poza nią świata nie było. Nudna. Ogłupiająca nieodmiennością. Dziś już raczej zapamiętana niż prawdziwa. A w pamięci taka zmacerowana, rozsłoneczniona, przylipna.

To w niej - jak głupi - ćwierka monotonnie codzienny wróbel, spychający na dalszy plan poświsty jaskółek, skomplikowane śpiewy szpaka.

Na dole, w przyziemnym świecie kur z podciętymi skrzydłami, pokrzykiwania niosek, które w bólach urodziły jajko i teraz obwieszczają to kogutowi, a inne zdziwione gdaczą ze znakiem zapytania, jak sąsiadki półsłuchające znanej już opowieści kumy, a tylko - przez uprzejmość -pytajnikami podtrzymujące senniejącą rozmowę.

Idzie południe, wszystko przycicha w lepkim pocie. Kury i wróble grzebią się w pyle. Nawet strumień jakby ciszej pluszcze. Sennie...

Godzina much. Tylko je słychać, jak bezmyślnie tłuką się o szybę, pełzną mozolnie bijąc skrzydłami w górę aż do krawędzi ramy, opadają zniechęcone lub umęczone w dół i z nową bezmyślną monotonią chcą zrobić dziurę w przezroczystej szybie jak w powietrzu. Dobrze, że nie łażą po spoconym czole.

W ciszy wsi te wszystkie dźwięki urastają do hałasu lotniska.

I wtedy najbardziej chce się uciec z wioski-nudy do tych światów kolorowych z obcymi, a więc ładniejszymi dziewczynami, z kioskiem lodów, z radiem na innej stacji niż hejnał mariacki i bełkotliwy komunikat o stanie wód w Miedoni czy Niedoni.

Ale na zrobienie choćby kroku nie ma siły ni chęci. Lepkie południe jest lepem na muchy i ludzi.

Jeszcze krowy nie przypominają, że czas je doić, świnie nie wrzeszczą o pomyje i wiecznie kwaśne kartofle - ten dekonspirujący wieśniaka swojski zapach sieni i komórek, tak wszechobecny, że można się do niego przyzwyczaić i go już nie czuć.

Kiedy minie południe i jakieś powiewy poroznoszą smugi zapachów, da się odczuć powiew od chlewa, odróżnić ten z obory, stajni, kurnika, od kupy obornika, z ustępu - najmniej znośny. Wiosną czuło się powiewy lilaka i dzikiego bzu, drzew owocowych - ledwie parę dni, dłużej jaśminu.

W lipcu będą lipy. W sierpniu, gdy żniwa, znów wróci wszystko do normy, bo zboża nie pachną, raczej śmierdzą, ale one za ogrodami, za przydomowymi pastwiskami...

A może to znój ciała spoconego, gdy nie ma siły na gruntowne mycie, może zapach odparowującej rosy z dołu źdźbeł, od ziemi? Może od chwastów motylkowych?

Wystarczy odrobina wilgoci, ale nawet suchy kurz ma ten zapach.

Wioska-sen, otulający jak pierzyną, poduszką, podpierzynkiem. Dlatego spod niej nie chce się wyłazić w obcy, wietrzny, zimny świat. Ale znów ten uparty, monotonny, nudny bzyk much...

 

Piotr Krauze

 

Jarosław Błahy

BULDOG I ŁAŃCUCH


W trumnie z Baltony
Wyglądasz jak żywy

 

Akt I

ARKA GDYNIA - KURWA, ŚWINIA!

Za wszelką cenę zatrzymać w kadrze uzębienia Bohdana i jego kaganiec, ponieważ może być już za późno, zachować kliszę ulotności, bo paskudne jest życie na tym świecie i nie wiadomo, co dalej nastąpi.

Ciąg dalszy: "Gdy gówno nabierze wartości, biedny urodzi się pozbawiony dupy".

Wiele osób nazywa siebie twoimi przyjaciółmi - lepiej uważaj na uczucia podskórne, te emocje tkwią głęboko w tkance mięśniowej i potrafią zabić. Wiele kobiet tęskni za twoimi ramionami - lepiej uważaj, sam sobie ukręcasz pętlę na szyi, mniej jazzu - grozi ci szantaż emocjonalny.

Poza tym czas najwyższy prześliznąć się z ustępu do wstępu. Tak więc palarnia w Oddziale C - zamkniętym kliniki psychiatrycznej, kupa dymu, psychoz endogennych i odbić afektywno-reaktywnych, przez kłęby przedziera się postać nowego pacjenta bez koszulki. Posznytowany brzuch i pochlastane przedramiona, jakby wypadł spod kosiarki, rosły niby tur, łysy, na ciele mnóstwo tatuaży, jakieś motywy chrześcijańskie, krucyfiksy i wydziargane nagie panienki. Rozlega się głos będący skrzyżowaniem vocalu Lemmy'ego Killmistera (Motörhead) z Louisem Armstrongiem:

- Witajcie, dobrzy ludzie, dobrze wam z oczu patrzy, Bohdan jestem, 15 lat w pudle, wódę chleję od 14 roku życia, palę Męskie - 3 paczki dziennie, te po 25 sztuk, w mordę jebane, przyszedłem się podleczyć, bo piłem cały miesiąc, widziałem przyjaciela Ryśka z Niebuszewa w trumnie, zajebali go i bałem się, że następnego dnia już się nie obudzę, nie otworzę oczu, rozumiecie?! - co rycząc odsłaniał wargami ostatnie cztery pożółkłe zęby, które składały się w taki sposób, że ze stoickim spokojem mógłby służyć jako kasownik w tramwaju. Warto dodać, że monolog wypowiedziany przerywały ataki gruźliczego kaszlu w stylu techno - hip-
-hop - industrial: bech - bech - be - bech!!!

- Dlaczego pan tak kaszle, panie Bohdanie? - padło od strony dyżurki pielęgniarek.

- Bo cały listopad piłem zimne drinki na balkonie!

- Niech pan tak dużo nie pali!

- Kiedy serce mnie się pali do pani, siostrzyczko! - bech - bech - be - bech!!

Facet wyglądał na sześćdziesiąt i parę lat, okazało się, że niedawno świętował 49 urodziny i z tej euforii pochlastał mojką własny brzuch. Rzecz działa się na detoksie, w Zdrojach, gdzie jakiś usłużny koleżka przemycił 2 litry spirytusu, ponieważ jako rzecze Zaratustra "od 14 roku życia".

Bohdan w młodości był bokserem, trenował u samego Feliksa Stamma i połamał, jako charakteropata, szczęki wielu chujom. Dzięki temu, jak i przez wódę, słynny Feliks był go wydalił z butów drużyny. Jako członek Bractwa Żelaznej Szczęki, Bohdan był trafił i do puszki za uszkodzenie kilku ZOMO-wców. W sumie odbębnił w różnych pierdlach 15 lat, z czego osiem miesięcy spędził w izolatce, gdzie, jak powiada, z konieczności gadał sam do siebie i powolutku dostawał pierdolca. Oczywiście skutkiem rozboju na spacerniaku. Przestępczość, niekoniecznie zorganizowana, w wypadku Bodzia raczej indywidualna.

Ciężko jest jechać po papierze z pistoletem przy skroni, ale chciałbym zwrócić szczególną uwagę na oczy Bohdana, wzruszające oczęta niemowlęcia.

- Bodzio, zdarza ci się popłakać sobie? - zapytałem kiedyś.

- Jaruś, kajdaniarzu, oczywiście! Opowiem ci historię, którą zapamiętałem. Kiedyś w pudle ktoś mnie strasznie wkurwił, gdybym mu przypierdolił - zabiłbym w mordę jebaną pizdę i wiesz jak to by się dla mnie skończyło. Więc wróciłem do celi i okropnie zapłakałem, aż kurwa koszula była słona jak ją gryzłem.

Tak poważnie to dwukrotnie widziałem łzy w jego oczach. Pierwszy raz, gdy w radiu leciał numer "Nothing compares to you", kompozycja Prince' a w wykonaniu Sinéad O'Connor.

- Kocham jej głos - mówił rozczulony Bohdan a łzy ciekły, kropelkowały, prątkowały, zarażały.

Drugi, gdy instruktorka tańca towarzyskiego cytowała słowa poety:

Jeżeli los zdarzy

Że staniesz na chwilę nad trumną

Gdy śmierć mnie zamroczy

Nie drżyj przed śmiercią

Nie złorzecz mogile

Tylko zagasłe ucałuj mi oczy

Jako cień byłem i jako cień odchodzę

Lecz jeśli przyjść masz o jedno cię proszę

Zanim się skryję cichy między groby

Niech żaden wieniec piersi mi nie tłoczy

Nie chcę twych kwiatów ni łez ni żałoby

Tylko zagasłe ucałuj mi oczy

 

Ponownie rozmarzony, roztkliwiony Bodzio kropelkował.

- Wiesz co, Jaruś, przyjacielu - rzekł razu pewnego - zastanawiam się nad sensem życia. Człowiek zapierdala, robi mamonę, stara się utrzymać rodzinę a w końcu i tak ląduje w piachu i chuj z tego ma! Chora ambicja!

- Bohdan, nie mów spraw, które są oczywiste!

- Może pierdolę, ale jestem katolikiem i nie wiem czy można, ale wierzę w reinkarnację. Czytałem o tym książkę!

- Teraz to żeś dokładnie przyjebał!

Na tego typu dysputach teologicznych tudzież dyskursach filozoficznych czas płynął nam znacznie przyjemniej, niż z pozoru mogłoby się wydawać. Oprócz oczu i mózgu jest jednak jeszcze dupa. Bohdan kibel bombardował dwa razy dziennie, regularnie z hukiem wystrzałów armatnich. Przypominał mi przywódcę Hezbollahu z południowego Libanu, którego dźwięczne imię Hassan Nasrallach również obrzuca świat nieświeżym gównem na miękko a odwłok jego przypomina strażacką sikawkę. Bohdan zwykł był nie spuszczać po sobie wody, olewał system, pozostawiał sedes zasrany w kropki, oddawał mocz gdzie popadnie po ścianach toalety przy metalicznych dźwiękach swojego nader industrialnego kaszlu: bech - bech - be - bech! Wstrząsany tymże kaszlem, idąc korytarzem popiardywał często. I podśpiewywał: "Baju baj, baju baj moja miła! Ty nie jesteś wcale taka piękna Anna!".

W tym momencie pędu należy dodać, że Bodzio wstawał o 3 - 4 nad ranem, kaszląc pierdząc i śpiewając z petem w ustach, co bardzo denerwowało chromego Krzysztofa, sąsiada z sali.

- To twoje "baju baj" doprowadza mnie do szału! - wrzeszczał Krzysztof - Musisz tak kaszleć, kiedy ludzie śpią?!

- A co? Mam się pochlastać?! - odwrzasnął Bohdan.

- Słuchaj Jaruś - powiedział mi pewnego dnia - podduszę skurwysyna kulasa jak będzie spał, aż wycisnę mu te dwie pizdy poprzez szyję. Bech - bech - be - bech! Zobaczysz!

Nie zobaczyłem. Zapytał mnie kiedyś:

- Przyjacielu, a co tu robią tacy wykształceni ludzie, jak ty?

- Bodzio, ten świat nie przyjmuje, już dawno wypluł mnie na chodnik śliną śmierci, a ja i tak mam to gdzieś, dlatego tu jestem.

W tym momencie sparaliżowała mnie myśl, że moja sentencja stanowi sprzężenie zwrotne z argumentem Iwana Karamazowa: Nie przyjmuję świata! Rezygnuję dobrowolnie z biletu! Ból strachu przed śmiercią, dodałby Kiryłow, porte parole samobójstwa logicznego. Lecący w dół kamień, prosto na twój łeb! A chuj z Dostojewskim!

 

AKT II

LUBIĘ HALINKĘ I JEJ WĄSKĄ SZCZELINKĘ

Wyobraźcie sobie Bohdana zakręconego w słoiku pełnym much trupnic i ścierwic. Oprócz niego zgniłe jabłko, a raczej brązowawy jak kał ogryzek. W ogóle gość przypomina mi typ biomechanoidalny, żywcem wzięty z obrazów H. R. Gigera. Z częstotliwością drgającej sprężyny Bodzio wspominał o ryku samotnego lwa na pustyni Kara Kum, który poszukuje lwicy o szerokim odbycie. Skąd lwy teraz w Azji? - taka drobna refleksja. W samej rzeczy palarnia była miejscem ściągającym prawie wszystkich, mordownią z powieści Zoli "W matni", tak czy inaczej Bohdana również, nawet gdy był odtruwany nie omieszkał przyjść z kroplówką w prawej dłoni, w ciemnych okularach i czapce wełnianej, gdyż kaszel spowodowany był zapaleniem oskrzeli i zapaleniem ucha (zimne drinki na balkonie w listopadzie), przyjść, aby zabłyszczeć wśród kobiet nagim torsem, ozdobionym sznytami i dziarami. Asocjacja - "Erotomechanics" Gigera. Ucho jego było systematycznie poddawane czynności zakroplenia przez uroczą pielęgniarkę.

- Ja będę zalewał mordę, a ona będzie mi zalewać ucho - mawiał w chwilach metafizycznego uniesienia. Mina jego wówczas wyrażała pasję intelektualną. Fizjonomia skrajnie teologiczna, gnoza w czystej postaci, skretyniały Mircea Eliade, zapatrzony w słońce, niczym szpak w alternator religijny. Człowiek jako wypierdek mamuta, echolalia dinozaura, śpiew walenia, melodia komara.

Palarnię regularnie odwiedzały sępy z cyklu: "Daj papierosa, jutro ci oddam". Jeżeli chodzi o mistykę, to na pewno odda skurwiel jeden z drugim. W każdym razie bywała tam również Aneta - epilepsja, pięć ataków w tygodniu, po rozstaniu z facetem kilka prób samobójczych, z czego ostatnia charakterystyczna: powiesiła się na drzewie nad rzeką, pękła gałąź, straciła przytomność, wpadła do wody, z której ją wyłowiono, ponieważ przypominała balon. Dalej już tylko: "Jutro ci oddam".

Po obiedzie w palarni na raz Bodzio chwyta Anetę mocno za kolano, mówiąc:

- Piękna dziewczyna jesteś.

Po czym intonuje pieśń niczym Wattie z The Exploited:

Odpierdol się

Na chuj mi twoje kwiaty

I ten pierdolony bez

Jesteś córką pederasty

I pierdolił ciebie pies

- Cha! Cha! Jaruś, kajdaniarzu! Zaszyła sobie nitką! Bech - bech - be - bech!

Trzy minuty później Aneta miała kolejny napad padaczki. W nocy następny, lekmedy nie mogły jej przywrócić przytomności umysłu. Wylądowała na intubacji - OIOM. Obudził mnie totalny łomot o drugiej nad ranem - potężna sylwetka Bohdana zawinęła się od łóżka do szafy, potoczyła się dalej i wyrżnęła w drzwi. Postura otrząsnęła się i ruszyła w kierunku parapetu, w stronę mojego łóżka. Na pewno idzie po kawę. "Nahle" łapie mnie za głowę i całuje w czoło. Zgroza! Wydala z siebie ryk, przypominający maksymę:

- To był braterski pocałunek, Jaruś! Bech - bech - be - bech!

Robi kawę, siada przy stole, smażąc papierosa. W niedługi czas potem w drzwiach staje Aneta, mistycznie oświetlona jarzeniówką z korytarza, niby postać z "Króla - Ducha" Słowackiego, twarz przysypana białym pudrem, na szyi plaster.

- Masz kawę, Bohdan?

- O kurwa, zwłoki przyszły po kawę! - ryknął Bodzio poważnie przestraszony, przerażony być może okultyzmem sytuacyjnym oraz spirytyzmem charakterów.

- Śniło mi się, że umarła, że jej nie uratowali! - tłumaczył mi następnego dnia trzęsąc się cały. Aneta uśmiechnęła się z pewną dozą autoironii. Ludzie tak długo nie żyją. Bech - bech - be - bech! Na szczęście!

 

AKT III

KAŻDY UMYSŁOWO CHORY ZOSTANIE PSYCHIATRĄ

Czasem odczuwam dół, zagłębienie w dziurze. Nienawidzę odczuwać. Miłego dnia pojawił się Radek z Warszawy - schizofrenia paranoidalna, głosy wewnętrzne wydają rozkazy: Wsiadaj w pociąg, jedź do Szczecina, a tam połknij widelec!

- Warsiawa da się lubieć! - wył Bodzio, witając pacjenta ze słynnego Instytutu Psychiatrycznego na ulicy Sobieskiego. Wiadomo, stolyca, na jednego pacjenta przypada dwóch psychiatrów. - Tutaj szczęście można znaleźć, tutaj głowę można zgubić!

Warszawiak uchodził za wyjątkowo niebezpiecznego, więc lekmedy zastanawiały się, jak konglomerat Bohdan - Radek wytrzyma ze sobą. Okazało się, że spokojnie. Zarówno Bodzio jak i Radzio byli owszem niebezpieczni, ale sami dla siebie. Też to wiem, mój największy wróg to ja sam. Poza tym Bohdan występuje w kagańcu, a Radek skowany w ryj -nie rzygaj tylko pij! Postać w okowach połamała łyżkę do zupy i połknęła trzonek, co było do okazania. Nie pierwszy raz Radek pochłaniał ostre przedmioty: głosy wyznaczyły mu raz nóż, innym razem woreczek pełen igieł i szpilek. Pokazywał mi swój brzuch - pochlastany jak u Bogdana, z tym, że nie były to blizny autodestrukcyjne lecz po operacjach chirurgicznych. Suma sumarum istota standardowa w tym klimacie -często rozmawiał z dawno zmarłym ojcem. Zdjęcia rentgenowskie, oczekiwanie na nacięcie brzucha, niebezpieczeństwo perforacji żołądka, a potem do domu, czyli na Sobieskiego. Ze wszystkiego jest jakieś wyjście, jakie to wszystko banalne, niczym wypchany hipopotam lub rasowy pitbull.

Pewnego dnia Bohdan się wkurwił. Nie wytrzymał. Zabrakło mu fajek. Żona nie chce przynieść, ponieważ palenie zabija. Są przecież jakieś granice wytrzymałości psychicznej!

- W mordę jebana suko, pizdo pierdolona, nie rozumiesz, że bez szluga mi odpierdala?!- darł się do telefonu - A ty wolisz iść z ciastem do tego pedała, i do tego mu je upiec?! Ty kurwo, szmato zajebana! Nie dość, że chuj scwelony to ty na jego usługach! Zapierdolę!!

Po czym uciekł z kliniki, zbiegł i tyle go widzieli. Mówią, że pije, obija się po Niebuszewie i szuka zabitego Ryśka, swojego przyjaciela, najprawdopodobniej kajdaniarza. Niech mu Matka Ziemia lekką będzie i niech otworzy oczy, może być o poranku. To i tak już końcówka, za dużo retrospekcji, powrotów do traumy dzieciństwa, ten film jest zbyt długi i momentami nudny, nie do zniesienia, jak intrygi ostrzegawcze rodem ze wsi. - Pieściłeś moje piersi a potem miałam sen o mammografii. - A przecież to przemija. Mi.

 

USTĘP - WIEJSKA UBIKACJA - DOGS OF LOVE

Merda toto ogonkiem, ewentualnie kikutem - pozostałością, czekając na cud, łasi się, w potrzebie pierdolnie oczyma, pragnie w natężeniu powiek, warczy przymilnie i oblizuje się a parszywa ślina cieknie. Od czasu do czasu popiskuje, pochrapuje, popiarduje i śmierdzi tęsknotą.

Jak dobrze znam te stworzenia, pokręcenia główką przy stole, gdy oczekują na zbawienie, zmiłowanie w postaci kawałka mięcha lub ciasta rzuconego od niechcenia przez misjonarza albo innego mesjasza i radosne poszczekiwanie, ponaglające Pana do wyrafinowanych pieszczot, wyrachowanego targania za ucho i klapsa w odwłok. Wszystko w rękach boga czasu i przestrzeni, nawet ich siusiu i kupa, tortury i dłonie, które leczą, oddychać - nie oddychać. Z serii programów o ssakach zmutowanych przez człowieka w Telewizji Edukacyjnej.

Nienawidzę tego przywiązania, smyczy dla dwojga, monotonii spacerków na łańcuchu, wzajemnej zależności, odrabiania pańszczyzny, kopulacji z nogą od krzesła, ewentualnie nogi właściciela.

W tym puszystym pejzażu, wspólnym więzieniu telefonii komórkowej są chwile, kiedy skamląca istota może przegryźć tętnicę szyjną twojemu dziecku. Nawet nie znasz ani godziny, gdy rzuci się na ciebie.

Lepiej weź kij i powiedz, że ją kochasz.

 

Jarosław Błahy



Jarosław Błahy, ur. 1966 w Szczecinie, polonista, poeta, prozaik, eseista. Debiutował w Pograniczach, publikował w katowickich Wyrazach, w Łabuziu. <>Współautor książki "Tożsamość kulturowa i pogranicza identyfikacji".


Wojciech Sołtys

APRIL PROFUNDIS

Pojawiło się słońce słuchałem czy faktycznie

są schody kroki niebo Nie wychodziłem z łóżka

cały dzień może miesiąc Na podłodze nigdy

nie doczytane do końca wiersze czarne kartki

dziennika Miało być przejaśnienie

 

Pojawiło się i znikło Nie wyjaśniło się nic nawet gdy

spiąłem kartki do kupy Lublin projektor wyświetlił

na słońcu nazwiska zapalił światła otworzył drzwi

Wyszedłem zostawiając muzykę włączoną do nieba

 

 

nie widziałem

jak najlepszych z mojego pokolenia zabrało szaleństwo

nagich, histerycznych, głodnych

 

Wojciech Sołtys

 

Kazimierz Obuchowski

NALOT DZIKICH GĘSI

I oto jesteśmy w wyostrzonej wersji kultury ludzi - przedmiotów, w której wartością człowieka jest tylko jego użyteczność i przystawalność do zadanych społecznie warunków. Nawet jeśli ma on jakieś problemy osobiste, to są one tylko wstydliwym dodatkiem do problemów, które sam sprawia swoim wciąż indywidualnym istnieniem. Człowiek umysłowo chory jest w myśl zasad tej kultury - nieużyteczny. Powinien wiec być posłuszny. Ma tylko spełniać swoją rolę chorego poddając się stawianym mu wymaganiom i nie musi ich rozumieć. Tu się rozumie za niego. Jego cierpienia nie mają większego znaczenia gdyż jest przecież chory. To wchodzi w ramy jego roli.

Zanim rewolucja podmiotów nie zmieniła tych reguł gry w rolę, było oczywiste, że pacjent agresywny, czy zbyt nieposłuszny powinien mieć nawet chirurgicznie amputowaną wolną wolę, swoją intencjonalność. Operacja ta nazywa się lobotomią. Gdy jeszcze chemiczne "kaftany bezpieczeństwa" nie były znane, wiele zabiegów, uszkadzających mózg na trwałe, miało charakter skrajnie brutalny. Pacjent nie musiał wyrażać na nie zgody. Przypomnę, że w latach 40-tych, w bardzo humanitarnym na owe czasy Sanatorium dla Nerwowo Chorych w Kościanie, kilkuset pacjentów poddano temu zabiegowi. Sam w latach 50-tych, widziałem tam pacjentów stojących w kolejce do poddania się wstrząsom elektrycznym i lekarza, który zanim się powiesił, dbał aby każdy z nich przyglądał się tej torturze i odpowiednio przeżył ją. Lekarz ten był sadystą. Nikt mu jednak w tym nie przeszkadzał, gdyż mieścił się on w swojej roli lekarza.

W szpitalu i w klasie szkolnej, i w zakładzie pracy, w rodzinie i w wojsku - posłuszeństwo wymaganiom wynikającym z przypisanej roli było kryterium podstawowym oceny człowieka.

W tej mierze w całym świecie zaszły ogromne zmiany. Prawa jednostki, a nawet dzieci, ich samopoczucie, godność, warunki ich rozwoju stały się ważne. Ważniejsze niż posłuszeństwo. Nastąpiła rewolucja podmiotów. Jednakże nie dokonała się ona wszędzie. Po dzień dzisiejszy, w wielu miejscach wszystko pozostało po staremu. Ludzie są tam nadal uprzedmiotowiani, a natchnieniem ich "opiekunów" są wciąż jeszcze żywe, patologiczne ideologie, które sprowadzają wartość człowieka do wartości przedmiotu. Postulują one posłuszeństwo jednostek i przymus nawet za cenę zniszczenia osobowości. Nie szanują ludzi - szanują nazwy, hasła i symbole.

Do prawdziwej tragedii dochodzi, gdy w ściany rutynowego miniświata uprzedmiotowionych ludzi los rzuca człowieka wolnego, z dystansem do tego co się dzieje, gotowego do inicjatyw, myślącego samodzielnie i mającego wyzywająco swobodne obyczaje. Jest to jednak nie tyle tragedia co jej moment. Szybko następuje nieuchronne zderzenie, błysk, po czym miniświat ten wydala obce ciało, gdyż jest z natury mocny, stawia na siłę i nie liczy się z konsekwencjami.

Biorąc powyższe pod uwagę, chcę zauważyć, że "Lot nad kukułczym gniazdem" nie jest tylko obrazkiem z życia pacjentów oddziału psychiatrycznego sprzed wielu łaty. Ma sens ogólny. Zdarzenia, które tak nagle przyspieszają rytm rutynowych zajęć szpitalnych, są ostrzeżeniem i dla nas. Ostrzeżeniem, że tylko od nas może zależeć to, czy nie staniemy się, tu gdzie jesteśmy, na dziesiątki lat naszego życia, tylko tym "czymś" obdarzonym etykietką z nazwiskiem. Niebezpieczne jest to, że to zagrożenie pojawia się niezauważalnie. Nic go nie zapowiada, gdyż ci którzy na nas ten stan wymuszą, są pełni dobrej woli. Są sprawnymi technikami i są z siebie dumni. Oni przecież tylko dobrze pełnią swoją rolę nauczyciela, terapeuty, guru lub ojca. Najgorsze gdy pełnią tą rolę z oddaniem, z zapałem, z całkowitym poświęceniem siebie. Tyle, że my, nasz świat, nasze przeżycia - nie jesteśmy dla nich ważni. Ważna jest ich funkcja.

Na scenie, początkowo nie dzieje się nic co by miało jakiś szczególny sens. Nikt tu niczego nie wybiera, ani nie knuje. Wszystko może wynikać z wyliczanki: raz, dwa, trzy, wy-chodź ty! Padło na mnie, mogło równie dobrze paść na ciebie, albo na niego.

"Stado gęsi unosi się nad nami."

To następna wyliczanka: Jedna z gęsi poleciała w lewo. Druga w prawo. Trzecia przeleciała nad kukułczym gniazdem. Nad tobą. Trafiło na ciebie. Zostałeś wybrany. Do czego? Nieważne.

Dlaczego gdy gęś leci nad kukułczym gniazdem, to wypada na mnie? A dlaczego nie?

Jaki mamy wpływ na to, że jesteśmy tu razem? Na tej sali, na tym samym Oddziale Psychiatrycznym? Billy nie wybierał mamy. Przerażała go swoją zaborczością. Miał też stałe poczucie winy wobec jej oczekiwań nie do zaspokojenia. Nawet bał się uciec od niej. Uciekał w siebie i w swoje jąkanie, w mowę, z której wychodzi tylko "ma-ma". Raz tylko zapomniał o mamie, stał się sobą, ale natychmiast przyłapano go na tym. Mógł już teraz tylko uciec z życia.

Bromdena ojciec był Wielkim Wodzem Indian. Sprzedał dobra swojego plemienia i od tej pory był na tyle urżnięty, że już nigdy nie potrafił wyjaśnić powodów swojej decyzji. W ten sposób Wielki Potężny Ojciec stał się małym, słabym ojcem. Dlatego Bromden, ze wstydu i z miłości do ojca, upokorzony posiadaniem równie potężnego ciała - też stał się mały... i słaby... i głuchy...i niemy, aby już nigdy nikomu nie wyjaśniać nic.

Podobne problemy mają i inni pacjenci. Nad każdym z nich przeleciała fatalna gęś. Zostali wyliczeni do udziału w grze, która nie daje szansy na życie poza zamkniętym Oddziałem Psychiatrycznym. Są tu pod opieką, a ich smutki i rozpacz łagodzą pigułki chemiczne.

Mogliby tu oddać się wyłącznie swoim problemom, grać tylko w swoją grę, zestrzeliwać palcem niewidzialne samoloty, gdyby nie terapeuta-
-opiekun, który przypomina im nieustannie, że ich gra jest zawsze fałszywa, gdy nie akceptuje jej terapeuta.

Kochani, siemasz! Świat jest nie taki, jak wam się wydaje. Jaki jest ten świat?

Nieważne. Jest inny, ale nie musicie tego wiedzieć chłopcy. Wystarczy, że przestrzegacie regulaminu, że będziecie po prostu posłuszni. Będą z was dobrzy chłopcy. Pochwalimy was.

Chyba że, któryś nie jest dobrym chłopcem...! No cóż. Są Oddziały i dla gorszych. Niektórym zabije się osobowość. Dwa małe otworki w skroni, cięcie skalpelem, płaty czołowe mózgu odcięte, odcięta osobowość, odcięte własne chcenia, namiętności. Nawet oczy stają się inne - puste, nie wyrażają niczego, gdyż nic już tam nie ma. Po tym zabiegu każdy staje się wyłącznie dobrym chłopcem, gdyż sam już do niczego nie dąży, nareszcie przestaje być sobą.

Są też kary, pozostawiające wam szansę na pozostanie sobą. No, prawie sobą. To elektrowstrząsy. Po tym już przestaniecie rozrabiać. Wasza pamięć zostanie znacznie amputowana, znikną nękające i was i nas zaburzenia uczuciowe. Na samą myśl o tym leczeniu zaczniecie pocić się ze strachu i będziecie posłusznymi chłopcami.

Na tysiącach takich Oddziałów, dzień przebiegał, a może i przebiega, w podobnym rytmie zabiegów lekarskich, omawia się równie idiotyczne problemy i stawia równie idiotyczne wymagania i nikt przeciwko nim nie protestuje. Bo i pacjenci i ich opiekunowie już całkiem zagubili się, zatruli chemią, osłabli lub zbyt dobrze wiedzą o tym, co czeka niegrzecznych chłopców. Wiedzą o tym też uważne dziewczyny. Zwłaszcza gdy któraś jest ODPOWIEDZIALNA za wszystko i wszystkich w tym miniświecie. Nie stać jej więc na dystans do tego, co się dzieje. Nie stać jej na uczucia wobec powierzonych im pacjentów. Siostra Ratched musi nimi opiekować się za wszelką cenę. Podjęła się tego. Musi przeprowadzić swoje zadanie, które jest słuszne. Odpowiedzialna terapeutka nie może pozwolić na to, aby powstało "Ogólnokrajowe Stowarzyszenie Popierania Obłąkańców, wywieszające plakaty przy szosach, pokazujące bełkoczącego schizo-frenika, który obsługuje maszynę do burzenia domów".

Odpowiedzialna dziewczyna zaryzykuje swoim życiem, aby rozstał się z sobą jeden taki, który nie chce być grzecznym chłopcem, który nie potrafi zrozumieć wagi obrzędu psychoterapii i regulaminu. Nie jest sadystką, ale też nie jest zmęczona swoimi obowiązkami, jak ten słaby i niepewny lekarz. Ona potrafi zmusić go do porządnej decyzji. Ona jest wzorowa i wie o tym. Chce by i jej chłopcy byli wzorowi i wiedzieli o tym.

Ten niegrzeczny chłopiec jest wciąż jeszcze mężczyzną, ma swoje poglądy, nie umie zrozumieć na czym w istocie polega życie na Oddziale. Jemu wydaje się że to wyobrażenie Franza Kafki, a to tylko regulamin, który trzyma w ryzach tych chłopców zagubionych bez swoich matek, ojców i niezdolnych do spełnienia ich oczekiwań.

Ów mężczyzna pojawił się tak, jakby nadleciała nowa gęś, wprost nad to nieszczęsne kukułcze gniazdo. Murphy nie chciał grać jak trzeba, był zbyt inny, zbyt zdrowy, aby dać się wyleczyć. Zaczął zmieniać ten świat przez samo bycie w nim. To przez niego umarł Billi podrzynając sobie gardło w chwilę po tym, gdy stał się jednak mężczyzną. To przez niego Wódz Bromden odzyskuje siły, mowę i wolność, i potrafi nawet zgasić życie w tym, co pozostało z Murphy'ego, gdy chirurg zamienił go już w grzeczniachę na zawsze.

Dobra dziewczyna z czasem zdejmie bandaż ze swojego podduszonego gardła. Czuje, że utrzymała się w swojej roli. Wszystko wróci do normy.

"Czy jest Pan Bogiem, Panie Murphy. Jakoś mi się nie wydaje".

"Jeden stuknięty powiedział na terapii zajęciowej, że Murphy'emu wyrosły skrzydła i że go ostatnio widziano, jak krążył leniwie w górze i wypróżniał się na szpital."

Pozostaje tylko pytanie, dlaczego pogodny, rozsądny i tak kochający życie Murphy świadomie sprowokował własny koniec. Dlaczego nie potrafił przejść obojętnie obok prowokacji pielęgniarki, a ona nie potrafiła wybaczyć mu tego jaki jest? Sztuka ta wywołuje wiele pytań, na które musimy odpowiedzieć sobie sami. Najważniejsze z nich dotyczy tego, czy my sami bylibyśmy gotowi zapłacić cenę siebie za prawo do własnej decyzji.

 

Kazimierz Obuchowski

 

 

Teatr Nowy w Poznaniu zwrócił się do wybitnego psychologa, prof. Kazimierza Obuchowskiego, z prośbą o zrecenzowanie "Lotu nad kukułczym gniazdem". Jest to jedna z wersji roboczych tekstu drukowanego w programie Tetru Nowego, który otrzymaliśmy dzięki życzliwości Autora z jego archiwum.

W 1993 roku, za dyrekcji Eugeniusza Korina, wystawiono bowiem, a pozostaje to przedstawienie na afiszu do dziś, adaptację głośnej powieści Kena Kesseya (1962, przekład polski: Bronisław Zieliński 1981) w reżyserii Amerykanina Dela Hamiltona.

Hamilton wziął na warsztat adaptację Daie'a Wassermana, również w przekładzie B. Zielińskiego, ale w materiałach teatralnych widać żmudne cyzelowanie przekładu na potrzeby dialogu scenicznego Elżbiety Skłodowskiej, Philipa Boehma i in. Oczywiście polska publiczność najpierw poznała arcyfilm Milosa Formana, nagrodzony w 1976 r. Oscarami: najlepszy film, reżyseria, rola męska (Jack Nickolson jako McMarphy), rola kobieca (Louise Fletcher jako siostra Ratched), scenariusz (Bo Golden, Lawrance Hauben) i Złotymi Globami, i w tym samym roku wprowadzony u nas na ekrany.

Chyba cenzor przymknął oko na wyraźne aluzje czeskiego twórcy do problemu zniewolenia i naruszenia godności ludzkiej (jakże znanego w naszym "obozie"), a zatarł rączki z powodu krytyki systemu lecznictwa psychiatrycznego w USA. Zaiste Kessey krytykował w swej powieści przede wszystkim metodę leczenia (i zniewalania pacjentów) przy pomocy lobotomii. Znał ją z własnej obserwacji. Lobotomię chirurgiczną zastępowano elektrowstrząsami lub wywoływaniem śpiączki insulinowej (ZSRR). Lobotomią leczono m.in. siostrę prezydenta Johna Kennedy'ego i wyszło to na jaw w kampanii wyborczej.

Po raz pierwszy płat czołowy oddzielił od reszty mózgu portugalski chirurg Antonio Egas Moniz (1936), głosząc niebywałą skuteczność tej metody uspokajania chorych w szpitalach psychiatrycznych. Wkrótce stała się tak popularna, że dobrodzieja ubezwłasnowolnionych pacjentów ogłoszono laureatem Nagrody Nobla (1949). Stopniowo jednak narastała krytyka i tę nieodwracalną metodę pozostawiono do najskrajniejszych przypadków depresji samobójczych, zastępując ją coraz skuteczniejszymi lekami.

Dodajmy, że "Lot nad kukułczym gniazdem" w teatrze polskim reżyserowali: Zygmunt Hûbner, Krzysztof Zanussi, Maja Kleczewska. A w przedstawieniu zespołu poznańskiego główne role grali: Janusz Andrzejewski oraz (siostrę Ratched) Danuta Popławska i Bożena Borowska. Swoją drogą ciekawe, jak zmienił się kształt przedstawienia, gdy twórca wyjechał, by reżyserować na deskach teatrów Nowego Jorku, Londynu, Atlanty, a aktorom przybyło 12 lat?

 

Dziękujemy pkl "Łabuź""

 

Andrzej Pańta

CZAS CUDÓW, CUD W CZASIE


Pamięci Kory Mózgowej,
ożywiającej się wraz z upływem Czasu

 

Znam go od dziecka. Zanim jeszcze zapoznałem się z jego książkami, wiedziałem już o nim prawie wszystko, dlatego już wtedy, gdy nim byłem, dzieckiem, stanowił dla mnie postać niemal mityczną. Należał do mego Tam. Zakładając, że nasze Teraz zawsze jest obecne i nie do ruszenia przez kąpiele albo kamienie rzucane byle gdzie.

Cud jest czymś, co musi się wydarzyć, choć nie wiadomo, kiedy nastąpi, i w jakim Gdzie. Prywatne objawienia albo kolektywne iluminacje w czyimś Tu wyalienowane z wszelkiego znaczenia i przejawiające się z osłupieniem przypisywanego im sensu niedookreślonego ciągle Dokąd.

Od dziecka lubowałem się w papierze. O papier było wtedy bardzo trudno, był towarem strategicznym, i trzeba było wiele zabiegów, aby zdobyć parę kartek. To jeszcze mocniej wzmagało moje zamiłowanie do papieru. Zapisywałem go tym lub tamtym. Aby ustanowić go swego rodzaju moim nie Potem. Żadne pomiędzy, nadzieja bowiem zmarła w nędzy, zanim jeszcze pojawił się ten głaz mający przynieść pociechę rozpaczającemu Kiedy.

Nigdy właściwie nie interesowało mnie, skąd się biorą dzieci, pieluszki, tynk. Zawsze ciekawiłem się, z jakiego Skąd bierze się papier? Tę namiętność zresztą podzielało wówczas wielu publicystów, i ciągle niepokoili świat pytaniem, skąd się bierze papier, gdy opuszczali swoje Tu, by nie móc już powrócić do nie swego Po Co.

W tym czasie, gdy byłem jeszcze dzieckiem, nie tylko papier był reglamentowany. Wszystko, co było potrzebne do życia, było do nabycia na kartki albo bon, ale samo życie nie miało pokrycia w papierze, i łatwiej było o cud. Cud jest zjawiskiem żywiołowym, nieodwracalnym, i jako taki grom wydarzył się w pobliskiej Oławie, w pierwszym z Brzegu miasteczku pomiędzy Opolem a Wrocławiem. Na ogródku działkowym, tuż za dworcem, wsiany niejako między marchew a głód.

Wszyscy więc, którzy mieli cokolwiek do powiedzenia, puścili się pędem, aby zademonstrować swój udział w tym zjawisku niejako Transcendentnym. Milczało niewielu. Obawiano się, że inni także zapragną skorzystać z owych mocy, i wejdą, aby przywrócić jeszcze większy nieład i nienormalizację.

Poczułem puls epoki, poruszałem się w jego dudniącym tętnie. Zanosiło się, że to już lada dzień. Miałem wakacje. Ponieważ kursowały jeszcze pociągi, wziąłem sobie Jeden, aby pojechać do Wrocławia, zanim przestaną kursować Wszystkie w powiązaniu z owym Wejściem, jak to było tak niedawno w niedalekiej Pradze. Czeskiej.

Cud musi być cudem tam, gdzie pojawia się tłum. Tłum wysypał się tuż za Oławą. I to całkiem dosłownie. Zatrzymał pociąg w biegu hamulcem bezpieczeństwa, dzięki czemu inni mogli wsiąść na tej Międzystacji, gdy już nasycili się cudem, jednak takich było niewielu. W znośniejszym zatłoczeniu dojechałem do Wrocławia, szepcząc: Cud! Cud!

Wrocław był pusty, i pustoszał z każdą godziną, i dzielił się na tych, którzy już wyjechali albo czekali na dogodniejszą przesiadkę przed dalszą podróżą. To spotkanie wszakże od dawna było zapowiadane: Leopold Buczkowski miał opowiadać coś o swej nowej koncepcji prozy żywej i w jednym klubie kręcić film. Nikt nie mógł jednak przyjść, skoro wszyscy, cały czytający ogół, dyskretnie tkwili pod Oławą, bez łaski zaś standardowe lato, model kontrrewolucyjny, spowodowało, że pod wpływem gorąca spierzchła się taśma filmowa, i nie nadawała się już do dalszej obróbki, artystycznej.

Skorzystali więc na tym ci, którzy byli namiętniej agnostyczni i lubujący się piekielnie w czystej materii mowy, jak m.in. ja i niejaka Łoza. Łoza uchodziła za mężczyznę, ojca rodziny i poczytnego autora. Prowokowała. Ale dano nam szansę i zostaliśmy dopuszczeni do udziału z Buczkowskim w szczuplejszym gronie. Opowieści przy obiedzie o wejściach. Tych dawnych i zapowiadanym. Dedykowanie. Wklejanie ekslibrisu. Herbata z zabytkowej porcelany. Saskiej. Królewskiej. Potem - po paru latach -o nim ten wiersz. Na imię mu L. Wszelako i jemu udzieliła się gorączka podróżowania. Po obiedzie odprowadziłem go do autobusu w stronę dalekiego Wołowa, z którego nie miał już wrócić, leżącego po drugiej stronie. W słońcu i w skwarze. W cudzie i w odwodnieniu. Byłem z nim w jego Tam. Także gdy został uznany za podporę Byłego i relegowany. Z podręczników. A teraz on jest w moim Tu. I będzie, gdziekolwiek by ono nie było.

 

Calancorum, maj/czerwiec 2005
Andrzej Pańta

 

Tomasz Rybak

BEZGŁOWOŚĆ

Wymacałem rękami głowę. Sprzedawczyni była bardzo pomocna i wyrozumiała. Wspólnie udało nam się wcisnąć ten łeb na szyję.

- Przyciasna - oznajmiłem po krótkich oględzinach.

Trudno znaleźć mój rozmiar. Spędziłem już dwie godziny w salonie dla bezgłowych i w końcu znalazłem coś interesującego.

- A może ta? Bardzo modny fason w przystępnej cenie.

Po chwili przymierzyłem inną łepetynę.

- Świetna - odparłem z ulgą. Mój głos zabrzmiał piskliwie, jakby ktoś właśnie bawił się tłuczkiem w okolicy moich jąder.

- Zaraz wyregulujemy - powiedziała ekspedientka widząc moje zdumienie.

Przejrzałem się w lustrze.

- Przy okazji chciałbym zmienić kolor włosów. Cherubinowe loki mi nie pasują.

- Świetnie wyglądałby pan jako brunet.

Podłączyła mnie do specjalnej maszyny i po kilku minutach efekt był zadziwiający. Proste ciemne włosy, krótko przystrzyżone; aparat głosowy wyposażony w porządne basy; błyszczące oczy z dodatkową funkcją patrzenia w nocy; kształtny nos z tłumikiem w razie korzystania z komunikacji miejskiej lub siłowni; uszy z funkcją wyszukiwania ciekawych stacji radiowych.

- Żona się ucieszy - powiedziałem. Kątem oka dostrzegłem, że sprzedawczyni zmarkotniała.

 

***

- Cześć maleńka! - rzuciłem wchodząc do domu.

- Cześć dużeńki! - odparła małżonka. - Jakoś inaczej wyglądasz...

- Wiem!

- Tylko mi nie mów! Sama zgadnę - zastanawiała się dłuższą chwilę lustrując mnie z góry na dół. - Kupiłeś sweter.

- Nie.

- Buty?

Zaprzeczyłem śmiejąc się radośnie.

- Głowę?!

- Nareszcie!

- O kurczę! Nie mogę uwierzyć! W końcu ją wymieniłeś.

- Już dawno powinienem był to zrobić. Tamta przeciekała w wielu miejscach.

- Wspaniała zmiana.

- I mam coś także dla ciebie.

- Słucham? - zainteresowała się.

Wieki minęły, od kiedy jej coś kupiłem. Wyjąłem z torby elegancko owinięty pakunek z misternie poplątanymi wstążeczkami. Wyrwała mi go z ręki. Otworzyła. Moje nowe oczy zarejestrowały przyspieszenie pulsu na jej tętnicy szyjnej. Wciągnęła powietrze.

- Ale luksus! - wykrzyknęła zachwycona. - Piersi!

- Nie mogłem się im oprzeć, a pamiętałem o twoich kompleksach. Przymierz.

Od razu pobiegła do łazienki. Udałem się za nią. Zobaczyłem, jak stała przed lustrem i wkładała piersi. Przyssały się z sympatycznym mlaśnięciem.

- Tylko pamiętaj przeczytać instrukcję obsługi - powiedziałem.

- Marzyłam o takich - mówiła ze łzami w oczach.

Wzruszyłem się.

- W końcu mogę cię zostawić! - ryknęła niespodziewanie. - Gdzie ja miałam głowę wychodząc za takiego kretyna jak ty?!

 

Tomasz Rybak
rybaktomasz@wp.pl

 

Anatol Ulman

DŁAWIĄCY UROK CIEMNOTY

Ciemnota jak słodki, ogromny ocean. Urzeka wykwintnym pięknem dos-konałości.

Najpierw, poza wszelkimi smakami, jest szczęściem. Pełnym, rumianym, bezwarunkowym, szafirowym. Błękitną krwią z mlekiem zdrowia. Szczęście bowiem tłumaczy się przez przyjemność i brak cierpienia. Przyjemność ciemnoty tkwi, jak dobra zadra, w nieświadomości, że istnieje cudza krzywda, ból innych, głód nieznanych, gorycz istnienia. Brak cierpienia skutkiem nieistnienia wiedzy o jadzie wrażliwości.

Obca jej plugawa dżuma gnijących wątpliwości. Nieobecny w niej nikczemny trąd wahań. Niedostępne wrzody powątpiewania. Błyszczy dumą całkowitej, pyzatej niewiedzy. Promieniuje pustką nieskończoną, kamienną, ostrą jak krawędzie Wszechświata.

Piękna. Niczym przy niej jadowite konwalie w bieli, kryształowa rosa świtu wyjadająca oczy oraz mózgi. Nieskończenie świeża, niby listeczki seledynowe brzóz kąpane we łzach krwawego poranka.

Prawda, że hoduje, hołubi i pieści kościste dzieci śmierci. Ale niosą one jedynie zagładę chwastom ludzkim, poczwarnym ostom, odrażającym pokrzywom, plugawym wrogom ciemnoty.

Twarda jest. Wnętrze z błękitnych diamentów. Powłoka skalista, granitowa. Opoka niezwyciężona. Kamienne, twarde piękno. Jej czarny blask oślepia.

Istotę jej stanowi upodobnienie. Upodobnienie do ciemnoty. Wszelkiej. Wszyscy w ciemnocie tożsami, tworząc budujący związek mężów i niewiast nieograniczonych niewiarą, zjednoczonych mocą niezbywalnej bezsporności swych racji.

Jest jak Wszechświat: wspaniale nieograniczona i rozszerzająca się ku brakowi granic. Pochłaniająca rozumy, wszelką wrogą wiedzę, wszystkie racje, jest niby kosmiczna, błogosławiona dziura czarna pochłaniająca i nieoddająca nic.

Zażarta i bohaterska bezgranicznie w ufnym boju o swoje najsłuszniejsze zwycięstwo ostateczne. Ma szlifowane pazury drapieżne do wydzierania, a zęby jej brzytwy rekina, nagłe kły gromu. Moc ciemnoty - lawina chwały. Zajadła, nieustępliwa jej zgroza.

Chwalmy oraz miłujmy.

 

Anatol Ulman

 

Piotr Bednarski

***

Wielki to znak

Człowieka boją się śmiertelni

 

Śpiewa czerwony mak

 

Masz oczy Kaina

A ja już niżej usiąść nie potrafię

Ani wyżej sięgnąć

I nie wiem

Czy przeżyję do rana

 

Śpiewa czerwony mak

 

Piotr Bednarski

 

Janusz A. Korbel

(SZLACHETNIE) ZAPANOWAĆ NAD PRZYRODĄ

Mój przyjaciel pisze książkę o myślistwie. A właściwie nie o myślistwie a o zabijaniu. A może nie o zabijaniu, a o swojej drodze odchodzenia od zabijania... Przez kilkadziesiąt lat polował a teraz, kiedy od kilku lat nie poluje, próbuje dotrzeć do źródeł przyczyn, że człowiek zabija bez potrzeby. Fascynująca książka. Znam jej kilka rozdziałów i czytałem je jednym tchem. Chociaż człowiek zabija przyrodę przede wszystkim poza myślistwem - zwiększając konsumpcję i produkcję, budując nowe autostrady, osiedla, fabryki, produkując miliardy ton odpadów i śmieci, wycinając lasy, osuszając mokradła, rozwijając masową turystykę itp. -to jednak myślistwo ukazuje samą istotę problemu: bogaty człowiek, który nie cierpi głodu, głosi, że kocha przyrodę, udaje się do lasu, żeby zabić dla samej przyjemności zabicia dzikiego, wolnego zwierzęcia. Może nawet go nie zjeść. Nie jest zachłanny, więc nazywa to szlachetnym sportem.

 

Zabijanie powszechne

Może jeszcze trudniejszym pytaniem, od pytania dlaczego ludzie zabijają, byłoby pytanie: a dlaczego mieliby nie zabijać? Wszak życie to nieustanne zabijanie: poza niezbyt lubianymi przez nas "miłującymi pokój" destruentami, odżywiającymi się trupami i odchodami, wszystkie podziwiane przez nas formy życia zabijają. Ktoś powie, że nie zabijają bez konieczności, niepotrzebnie. Hm, przyrodnicy musieli się nieźle nagłowić, żeby wyjaśnić jak usprawiedliwić rzeź jednej rodziny szympansów na innej albo fakt zabicia przez drapieżnika znacznie większej ilości ofiar niż był w stanie skonsumować. Czasami, odwołując się do socjobiologii, podobnie wyjaśniamy i ludzką agresję. Choć oczywiście zastrzegając się zaraz, że Homo sapiens to inna kategoria, posiadająca wolę, autonomię (kantowska idea wolności) i co za tym idzie powinien kierować się zasadami moralności. Odnoszę jednak wrażenie, że pisząc książkę o tym, dlaczego myśliwi zabijają lub szerzej, dlaczego człowiek zabija przyrodę, autorzy odwołują się po prostu do sfery wiary, nie nauki czy racjonalizacji. Głęboko wierzą, że zabijanie jest złem - i dopiero wychodząc z takiego przekonania mogą cokolwiek napisać o problemie zabijania przyrody przez człowieka.

 

Zabijanie jest nieprzyjemne

Czy naprawdę wierzę w bezwzględne zło zabijania? Nie. Raczej zbytnio siebie lubię, żeby skazywać się na cierpienia spowodowane zadawaniem lub oglądaniem śmierci (myślę tu o śmierci nienaturalnej; kiedy bliski mi, stary człowiek umarł w moich rękach nie odczuwałem niczego niewłaściwego). Co prawda zostałem wegetarianinem wiele lat zanim po raz pierwszy zobaczyłem ubój świni, ale w tym przypadku zadecydowała wyobraźnia. Oczywiście, śmierć tzw. wyżej rozwiniętych zwierząt powoduje u mnie więcej cierpienia niż śmierć muchy, a zabitemu komarowi nie potrafię głęboko współczuć, ale już widok wyciętego lasu często jest przyczyną bólu podobnego do tego, jaki odczuwam widząc śmierć dajmy na to psa. A więc nie tylko stopień odczuwania bólu przez zabijane istoty jest przyczyną mojego dyskomfortu, także osobisty stosunek to tego, co ulega zabiciu. Podobnie nie umiem podzielić determinacji obrońców życia poczętego bez rozszerzenia go na życie niepoczęte - czyli zabijanie środowiska życia owego "poczętego człowieka". Uwarunkowanie ideologiczne czy religijne słabo trafia mi do przekonania. Utrata czegoś bliskiego, kochanego lub pięknego - tak! to jest osobisty powód, by powiedzieć - nie!. Może więc pierwsza odpowiedź na dylemat dlaczego ludzie zabijają przyrodę brzmi: bo nie jest dla nich bliska, nie kochają jej i nie zachwycają się nią. Człowiek, który kocha, nie pragnie zabić czy zawładnąć lub kontrolować przedmiotu swojej miłości.

 

Coraz dalej od przyrody

Ale dlaczego przyroda ma być dla nas bliska? Kiedy żyliśmy zbierając i polując, nie mieliśmy w ogóle pojęcia, że istnieje coś takiego jak przyroda. To było nasze środowisko życia przez zbieranie i przez zabijanie. Ten, kto zebrał lub zabił więcej, zapewniał lepiej utrzymanie przy życiu. Niewiele wiemy o odległej historii człowieka, przypuszcza się jednak, że istniały tabu. Skąd pochodzi tabu? Nie wiadomo. Chyba dość dawno tabu wiązało się też z zabijaniem. W przeciwnym razie człowiek nie wymyślałby tylu rytuałów wokół zabicia. Widocznie zabicie niepotrzebne było jakimś problemem dla człowieka.

W procesie oddzielania się od przyrody zaczęliśmy uprawiać rośliny i hodować zwierzęta. Zamknęliśmy je w gettach, które stały się magazynami pożywienia. Podział pracy powodował, że związki z przyrodą stawały się coraz bardziej abstrakcyjne, często ograniczone do tych właśnie gett. Stawaliśmy się coraz bardziej ludźmi we współczesnym rozumieniu tego słowa, czyli rozwijała się nasza kultura. Rozwijała się w opozycji do natury, przyrody. Kulturalny - to przeciwieństwo do dziki. Naturę trzeba było podbić, zdobyć, ujarzmić. Do dzisiaj tak myślimy, dlatego o wyprawach kosmicznych mówimy "podbój kosmosu".

 

Czego oczy nie widzą...

W miarę rozwoju narzędzi kontakt z przyrodą coraz bardziej się oddalał. Rozwijały się też narzędzia zabijania i coraz dalszy był kontakt z ofiarą. Myślę, że właśnie ze względu na pewne ludzkie tabu zabijania, na dość powszechny wstręt wobec widoku cierpienia, krwi, agonii, mord własnymi rękami musi być znacznie mocniej umotywowany niż pociągnięcie za cyngiel do sylwetki widzianej w lunecie. Trudno uwierzyć, że lotnik, który zrzucił bombę na Hiroszimę wykonałby rozkaz osobistego zamordowania tysięcy ludzi w tym mieście (choć myśląc o skutkach byłoby to bardziej "humanitarne" niż zrzucenie bomby atomowej), ale on tylko pociągnął za dźwignię widząc w dole nierealne siatki ulic. Wegetarianie często mawiają, że wielu ludzi jedzących mięso zmieniłoby dietę, gdyby weszli do rzeźni i sami musieli zabić. Kiedy jedziemy szybko dużym samochodem po szerokiej autostradzie nie widzimy hekatomby ofiar jakie pochłonęła budowa autostrady, produkcja samochodu, przemysł rafineryjny i wydobywczy. W świecie współczesnej cywilizacji związki z przyrodą są już tak odległe i nieczytelne, że trudno o uczucie bólu czy smutku na widok np. nowego modelu jeszcze szybszego samolotu. Dlatego cierpimy raczej na widok zmarzniętego psa na ulicy niż ginących gatunków, złamanego przez chuligana drzewka na osiedlu niż wycinanej puszczy. Nowoczesny, higieniczny azyl dla psów czy surowe karanie niszczycieli zieleni miejskiej to cele, które możemy w miarę łatwo osiągnąć, bo nie narażają na zmianę kierunku, w którym zmierza cywilizacja. Gdzieś tam daleko jest jakaś dzika przyroda, ale czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Na romantycznej miłości do przyrody można też zarobić zamieniając zasoby przyrody w "produkty turystyczne" lub inny produkt dający się sprzedać. Z perspektywy gospodarki przyroda ma taką wartość ile pieniędzy można za nią dostać. Celem parków narodowych nie jest więc już ochrona przyrody dla niej samej i dla poznawania dzikiej przyrody -ich celem jest także turystyka, w parkach można na obszarach objętych tzw. ochroną krajobrazową budować hotele i urządzenia pozwalające na sprzedawanie tego towaru.

 

Powrót do natury, żeby ją kontrolować

Żeby racjonalnie usprawiedliwić zabijanie przyrody rozwijały się różne kulturowe formy dualizmu "swój" - "obcy". Dzikiego, okrutnego zwierza łatwiej zabić niż budzącego uczucia przyjaźni czy sympatii. Zatęchłe bagna, wylęgarnię komarów łatwiej osuszyć, niż ukochany krajobraz. Dzikie knieje z powalonymi kłodami (Sienkiewicz określał mianem "plugawej wilgoci" i "zgnilizny") łatwiej było cywilizować przecinając siatką dróg i wprowadzając porządek, niż budzący zachwyt, piękny swą pierwotnością las. Nieobliczalne rzeki bez sprzeciwu prostowano a rozlewiska meliorowano. Dzika, naturalna przyroda była zawsze dla postępu cywilizacji groźna i zła. Obca. Dzisiaj te podziały nie są już tak potrzebne w relacjach z przyrodą, bo jest ona daleko, chyba, że spotka nas tornado, powódź, czy tsunami. Ale to są ciągle zdarzenia incydentalne i "daleko". Pozostało polowanie. Wszak to bogaci mężczyźni z miast i elit politycznych i biznesowych wyjeżdżają ze swoich willi kosztownymi, terenowymi autami, żeby wrócić na chwilę do roli silnego samca w otoczeniu pierwotnej przyrody. Odreagować stresy, napięcia, wrócić do utraconej naturalności, pielęgnować siłę. Stąd w polowaniach zachowało się jeszcze tyle zrytualizowanych zachowań usprawied-liwiających zabijanie. Wynoszących myślistwo do, jak lubią mawiać, szlachetnego sportu i tradycji. Nie dostrzegają swojej groteskowości. Są dzisiaj bodaj najchętniej przedstawianą grupą w dowcipach rysunkowych.

 

Bez nas świat zginie

W dzisiejszych czasach doszedł jeszcze jeden ważny argument, który usprawiedliwia całą ludzką zachłanność wobec resztek dzikiej przyrody. Tym argumentem jest powszechny antropocentryzm. Wyrzeczenie się pozycji kontrolera i zarządzającego dobrami przyrodniczymi jest największym wyzwaniem dla ego człowieka. Na razie człowiek tego wyzwania nie zamierza podjąć. Dzięki oddaleniu od przyrody, postępowi technicznemu, globalizacji i mechanizmom rynkowym utwierdziliśmy się w przekonaniu, że musimy kontrolować las (nawet w rezerwatach), musimy kontrolować populację zwierzyny, musimy regulować rzeki, musimy monitorować zwierzęta, bo jak zabraknie nam jakiejś informacji - niechybnie zginiemy, albo zginie świat. Jeśli stracimy kontrolę nad przyrodą - staniemy w obliczu swojej dzikiej natury, której boimy się tym bardziej, im dalej odchodzimy od świata przyrody dzikiej w świat wirtualny. Ale konfrontacja z dziką naturą jest nieuchronna a kontrola przyrody niemożliwa.

Ps: usłyszałem zdanie pewnego ekologa, że myślistwo jest szlachetne. Mnie bardziej jednak przekonują słowa nieekologa Jerzego Pilcha: kiedy bierzesz do ręki strzelbę, świat zamienia się w zbiór celów.

 

Janusz A. Korbel

 

Marek Maganiusz Kielgrzymski

ASYMETRIA

Daremnie próbuję wyobrazić sobie ciszę południa; markotne miny ślimaków, kikuty krzewów - kosiarki ujadając posuwają się coraz dalej. Zmiażdżony żuk próbuje unieść korpus, dzieci plują napalmem obelg.

Ten dzień nie ma tytułu. Jest wietrzny, mitrężony, senny. Ramy wypłowiałe, farba minut łuszczy się i zabawnie schodzi płatami. Spokojny dzień, pylisty, zaczyna się koło południa. Od południa w pidżamie, powolutku. Pośpiech jest wiatrem, który burzy rusztowanie mądrości.

"Jedz serdeńko, bo uschniesz" - mówi babcia Erwina. Nie żyje od trzynastu lat. Został po niej piękny, srebrny zegar, który nigdy nie chodził.

Próbuję się skupić i odnaleźć w myślach ciszę popołudnia. Jest: bolesna jasność, prześwietlone uliczki osiedla. Niemrawa kotka pręży wyleniały grzbiet w blasku, który właśnie zanika i nigdy już nie wzejdzie.

Za wysokim murem jest panna ze szczurem. Szczur baśnie opowiada, ludzkim głosem gada.

Siedzę oparty o biurko, ćmię ciszę, słucham szelestu wichru w kończynach drzew. I nagle: trzęsienie ziemi! - wibracje kondygnacji, imponujące drżenie podłogi. To ci dopiero! Ruchy sejsmiczne w Polsce! W serwisie informacyjnym podają, że 4 stopnie Richtera. Drapię się po brzuchu. Jeżeli takie rzeczy mają miejsce, równie dobrze może tu spaść meteoryt. Czy ja się ubezpieczyłem w PZU? Chyba nie. Trzeba nadrobić to uchybienie. Ale co mi to da, gdy wyparuję? W sumie: malownicza śmierć. Tylko kto zagwarantuje, że meteor trafi w sedno?

Ląd, stały ląd liże paznokcie światłem, rozproszonym, bladym, nie wiadomo skąd pochodzącym. Rolety, żeby nie patrzeć. Stopery, żeby nie słyszeć - dźwięk wwierca się do uszu, prowokuje obrazy, rezonuje.

Próbuję wyobrazić sobie ciszę, jasną, miękką, taką oczywistą. Oczywistością jest niechęć nowych sąsiadów, lęk, gęsia skórka nadziei na przychylność.

Tacy ludzie jak my to nigdy do niczego się nie przyzwyczają i nigdy o niczym nie zapomną. Wszędzie widzą delikatne naczynia pełne krwi, tak delikatne, że aby żyć, można co najwyżej całymi latami leżeć w łóżku, albo siedzieć na krześle przy oknie.*

Kąsam, żeby nie być pokąsanym. Woda sięga do brody, zaczynają się dreszcze. Nagła rozkosz przychodzi zupełnie niespodzianie, gasząc chęć poznania. W pidżamowych portkach przemierzam połacie M-2; zapach grzanek, budka z hot-dogami w kształcie tostera, bar mleczny koktajlowy, kawa. Wczepiona w tynk pazurkami zagląda do wewnątrz sroka. Ciemnymi bystrymi oczkami lustruje wnętrze. Ee, nic się nie błyszczy, żadnego pazłotka - odlatuje.

Tam były takie krzywe łódki, dziurawe i brudne. Kołysały się niespiesznie, łamiąc fale koślawym szpalerem. Brodziłem chwilę zanim zdecydowałem się na jedną wejść. Śniadanie smakuje zupełnie inaczej na wodzie. Ale nie chcę już pływać.

 

sierpień/wrzesień 2004
Marek Maganiusz Kielgrzymski



* Wojciech Czerniawski Dziennik z zapomnienia