Łabuź 53/2005


 

 

(...)Aleksander Klich:Księże Biskupie, czy Jan Paweł II zmienił polski Kościół?

Ksiądz Arcybiskup Opolski Alfons Nossol: - Oczywiście. Polski Kościół już nie będzie miał innego oblicza niż oblicze nacechowane osobowością Jana Pawła II.

Czyli jakiego?

- Otwartego na człowieka, dialog, ekumenizm, akceptującego inność kulturową, religijną i narodową drugiego człowieka i czerpiącego z tej inności nauki dla siebie.

Nie zawsze i nie wszyscy uważnie słuchali tych nakazów Papieża.

- Ale wobec Jego nauczania nikt nie mógł pozostać całkowicie obojętny! Jego sposób oddziaływania na Kościół i naród był ogromny. Gdyby nie interwencja Ojca Świętego, Jego wskazanie na Europę jako "wspólnotę ducha", to nasz akces do Unii byłby znacznie trudniejszy. Nawet dziś mamy tak wielu oponentów! A przecież to On nałożył na Polskę obowiązek oddychania obydwoma płucami: Europy Wschodu i Europy Zachodu, emocji i racjonalności. Kazał nam czerpać z tych odmienności, ubogacać się nimi.

Ale Polacy słuchali nakazów Jana Pawła II, gdy był i mówił. Gdy interweniował w drażliwych sprawach - na żwirowisku i gdy protestowano przeciwko pochowaniu Miłosza na Skałce. Teraz, gdy Go zabrakło, może się okazać, że Jego brak jest dotkliwszy, niż sądzimy, Kościół nie będzie miał autorytetu moralnego, który powie nam, co mamy robić. Jak polska poradzi sobie z tym osieroceniem?

- To prawda, że brak Papieża boli, że odczuwamy samotność, tęsknotę. Ale nie pozostawił przecież po sobie pustki. Przeciwnie - zostało po Nim wielkie dziedzictwo, które poważnie i konsek-wentnie musimy wcielać w życie. Skończy się żałoba, opadną emocje, przyjdzie czas rzetelnego i uczciwego zagłębiania się w to, co zostało nam dane. A Jego spuścizna duchowa jest ogromna. Nie wolno jej bagatelizować, trzeba z niej i z nią dyskutować. Nie wolno poprzestawać na zachwytach, trzeba rozważyć ich kontekst, zanalizować przydatność. Nawet jeśli nie zgadzamy się z jakimś elementem papieskiej myśli, to wzbogaci nas dyskusja i polemika z Nim.

Na Opolszczyźnie chcemy powołać instytut naukowy, którego zadaniem będzie refleksja nad nauczaniem Jana Pawła II. Jego siedziba znajdzie się prawdopodobnie na Górze św. Anny - miejscu identyfikacji tożsamościowej Ślązaków, na górze pojednania polsko-niemiecko-czeskiego. Bo my, Ślązacy, jesteśmy dziećmi tych trzech kultur. Góra św. Anny, na której każdy Ślązak może poczuć się wolny, to świetne miejsce zgłębiania dziedzictwa Papieża, któremu tak bardzo zależało na otwarciu się na drugiego, innego człowieka.

Wielu próbuje już interpretować myśl Jana Pawła II po swojemu. W telewizji prawicowy polityk przekonuje np., że Ojciec Święty nigdy nie opowiedział się za przystąpieniem do Unii. Był za to - jego zdaniem - przeciwny akcesowi. Jak odebrać politykom ojca Świętego?

- Papież nigdy się do polityki nie mieszał, nie był ani euroentuzjastą, ani eurosceptykiem. Był realistą i duszpasterzem świata. Wiedział, że wspólna Europa powinna być nie tylko wspólnotą ekonomiczną, ale również autentyczną wspólnotą ducha i kultury. Dlatego był jej zwolennikiem. Gdyby politycy zawłaszczyli sobie Papieża, to działaliby wbrew Jego woli. On nigdy by się nie zgodził na manipulowanie swą nauką. Polityka strasznie zacieśnia to, co w Jego nauczaniu jest uniwersalne. On otwierał drzwi systemów politycznych, kulturowych, społecznych, a polityka je zamyka, jest zaprzeczeniem Jego wołania o otwarcie się na Chrystusa i na drugich.

Jan Paweł II głosi: żyjemy we wspólnocie, więc mamy obowiązki wobec siebie nawzajem. Musimy prowadzić ze sobą dialog, który z nieprzyjaciół czyni przeciwników, a potem z przeciwników - przyjaciół.

Tej umiejętności rozmawiania Papież nas nie nauczył.

- My się dopiero uczymy rozmawiania. Ale wydaje mi się, że na wszystkich dziedzinach polskiego życia za bardzo ciąży polityka i ideologia. A one nigdy nie sprzyjają godności ludzkiej, przeciwnie, zwykle próbują manipulować człowiekiem. Bo każdej ideologii chodzi o ratowanie idei, nawet za cenę człowieka. Tymczasem wszystkie drogi Kościoła prowadzą do człowieka: nie człowieka - obrazu, ikony, ale człowieka konkretnego. Na tym polega prawdziwy chrześcijański humanizm. Dlatego gdy teraz myślimy o reformowaniu Rzeczy-pospolitej, pamiętajmy o dialogu i konieczności porozumienia.(...)

Co będzie z dialogiem ekumenicznym w Polsce po śmierci Papieża? Nie boi się Ksiądz Biskup, że może zostać zarzucony?

- Nie. Tak dalece zaawansowanego dialogu nie da się zatrzymać. Nie możemy przecież unieważnić encyklik! Ojciec Święty jako pierwszy zdobył się na radykalne stwierdzenie, że ekumenizm jest imperatywem chrześcijańskiego sumienia. Czyli bez otwarcia ekumenicznego nie ma już autentycznego chrześcijaństwa! To jest po prostu droga Kościoła.

A udział świeckich w życiu polskiego Kościoła? Choć Papieżowi tak bardzo na nim zależało, Jego plan udało się zrealizować w nikłym stopniu.

- Rzeczywiście, ten problem jest ciągle aktualny. Żeby zaangażowanie laikatu było większe, potrzebne są dwie rzeczy - odwaga i pokora. Zarówno po stronie świeckich, jak i księży. Odwaga, by wyrwać się z rutyny codzienności, i pokora wynikająca z przekonania, że niczego nie dokonamy sami. Potrzebna jest wzajemna współpraca.

Jak człowiek może zaangażować się w życie Kościoła, gdy jego proboszcz to zimny urzędnik, który traktuje go jak petenta?

- Wydaje się, że pytanie zawiera pewną sugestię, która niekoniecznie oddaje faktyczny obraz rzeczywistości Kościoła pojętego jako wspólnoty wierzących. Zarówno duchowni, jak i świeccy stanowią przecież jeden Kościół - jedni i drudzy zatem muszą ciągle uczyć się zbliżania do siebie. Odwaga, pokora i szczerość są nieodzownymi elementami w tej komunikacji. Podam tu pozytywne przykłady. U nas, w Opolu, dzieje się to np. na gruncie uniwersyteckim. Wydział Teologiczny jest częścią Uniwersytetu Opolskiego. Współpraca układa się bardzo dobrze; panuje wzajemny szacunek i uzupełnianie się. Księża wykładają na świeckich wydziałach, świeccy - na naszym i przynosi to znakomite owoce.

Niedawno skończył się w naszej diecezji trwający trzy lata synod. Połowę uczestników stanowili ludzie świeccy. Specjalnie zostali zaproszeni, by mogli wyrazić swoje opinie, nawet podać nam cennych sugestii, np. czego oczekują w kazaniach, jak docierać do drugiego człowieka, zwłaszcza do ludzi młodych, jak pomagać potrzebującym, jak mają działać rady parafialne. Ważnym postulatem synodalnym jest np. projekt powstania w parafiach kościelnego funduszu dokształceniowego, który by pomagał dzieciom z uboższych rodzin w edukacji.

Angażowanie się w życie społeczne to zresztą wielkie wyzwanie dla polskiego Kościoła. Gdybyśmy z tego zrezygnowali, sprawilibyśmy Ojcu Świętemu największy zawód. Kościół ma obowiązek zajmować się wszystkimi, którzy cierpią: ubogimi, bezrobotnymi, chorymi, samotnymi. Musi mieć element twórczego niepokoju.

Jak polscy księża mają unieść ten ciężar różnych obowiązków?

- Zwłaszcza tutaj niedoścignionym wzorem pozostanie dla nas zawsze papież Jan Paweł II, który często powtarzał, by nie obawiać się poświęcania czasu na modlitwę. Jego niezwykła siła płynęła właśnie ze zjednoczenia z Chrystusem.

Drugim filarem jest permanentne kształcenie się, by nie poprzestawać na zdobytej podczas studiów wiedzy, ale rozwijać się intelektualnie, czytać, uczyć się języków, uczęszczać na kursy. Dziś bez tej permanentnej edukacji nie uda się sprostać wymaganiom świata. Musimy być na bieżąco, i to nie tylko w teologii. To nie jest pogoń za nowinkarstwem, bo wiadomo - kto się z modą żeni, ten jutro zostanie wdowcem. Powinniśmy uważnie wsłuchiwać się w znaki czasu.

Czy polski Kościół ma wizję duszpasterską?

- Owszem, została ona określona w znacznej mierze przez Ojca Świętego. Trzeba ją tylko konkretyzować i wcielać w życie.(...)

 



Gazeta Wyborcza 16/17 IV 2005 - fragmenty wywiadu pt. "SKAZANI NA JP II"

Ks. abp. prof. Alfons Nossol jest jednym z najwybitniejszych polskich teologów. Gorący orędownik ekumenizmu i wstąpienia Polski do Unii Europejskiej, dialogu między wyznaniami i narodami. Od prawie 30 lat kieruje diecezją opolską. W tym czasie udało mu się pojednać niemiecką mniejszość na Opolszczyźnie z przybyszami z ziem polskich na Wschodzie oraz Ślązakami. W Episkopacie uważany za oryginała, a z racji śląskiego pochodzenia i zainte-resowań ekumenicznych nazywany "jedynym luteraninem wśród biskupów" i "niemieckim biskupem w polskim Kościele". O sobie mówi, że jest uczniem Jana Pawła II.

 

Dziękujemy
pkl. "Łabuź"

 

Piotr Bednarski

***

Kupiłaś chryzantemę

Złotą jak powieka

Opadająca z rozkoszy

 

Skąd wracasz

Do kogo

Tu nawet gwiazdy będą

Świadczyć przeciwko tobie

 

I braknie wazonu

Jak kiedyś dla mnie

Twoich pogryzionych warg

I ciepłych dłoni

 

Piotr Bednarski

 

Ludwik Cwynar

KOCHANY OJCIEC ŚWIĘTY

Po dwudziestu siedmiu latach pontyfikatu Jana Pawła II wyrosło "pokolenie JP II". Szczęściarze! Myślą, że zawsze tak było! Ale parę milionów Polaków patrzy na te lata jako na nową epokę w naszym długim życiu.

Starszych od Ojca Świętego jest niewielu. Ci - jak mój dziewięć-dziesięcioletni ojciec - pamiętają jeszcze czasy za cara lub cesarza, huk I wojny światowej, wojny z bolszewikami... Wolna Rzeczpospolita to już epoka Karola Wojtyły. Wzrastał w uporządkowanym świecie wartości religijno-patriotycznych, ale nie w tępym nacjonalizmie, tromtadracji wielkomocarstwowej. Może kształtował Go romantyzm Króla Ducha. Może, oprócz Słowackiego, Mickiewicz i Norwid. Utkwiły w głowie strofy wyuczone w "Teatrze Rapsodycznym". W Wojtyłowych Wadowicach działał urodzony o jedno pokolenie wcześniej kontrowersyjny poeta, powieścio- i dramatopisarz Emil Zegadłowicz (1888-1941). Wadowice to nie był zapyziały Kleryków.

Papieża Benedykta XV Karol Wojtyła nie mógł pamiętać, zaś Pius XI (1922-1939) i Pius XII (1939-1958) - to biskupi Rzymu i jednocześnie więźniowie Watykanu. Odlegli, ale nieomylni Ojcowie Święci, pasterze Kościoła łacińskiego.

Zatem nie odległy Rzym, ale losy Polski kształtowały młodego Karola. Rezygnacja ze sceny świetnie zapowiadającego się aktora to świadoma decyzja: odpowiedź na głos powołania. Świat mógł mu się zawalić nie raz i nie dwa. Zmarła matka, zmarł ojciec, wybuchła wojna, nastała okupacja, potrącił niemiecki samochód, każdego dnia groziła śmierć w kamie-niołomach, gdzie pracował, na ulicy w łapance, w konspiracyjnym seminarium duchownym (około dwóch tysięcy duchownych zginęło z rąk Niemców). Kraków zdobyli Rosjanie jakimś przemyślanym atakiem, który oszczędził miasto i Wawel. Ale machina sowiecka raz uruchomiona pochłaniała wciąż nowe ofiary. W Małopolsce aktywnie działało podziemie zbrojne i opozycja skupiona wokół Kościoła. Autorytet kleru próbowano zniszczyć w zainscenizowanych procesach sądowych. W tej próbie sił ofiarą został Prymas Stefan Wyszyński, który w 1948 roku stanął na czele duchowieństwa polskiego, a w 1953 roku został aresztowany ("narastająca walka klas"). Mimo różnych prób rozmontowania na ogół zgodnego kleru, polskie duchowieństwo zachowało dystans wobec władzy. Cerkiew prawosławna w ZSRR lub kościół katolicki w Czechosłowacji albo luterański w NRD stały się agenturalną instytucją manipulowaną przez komunistyczną władzę. W Polsce Kościół, mimo prób marginalizacji i postępującej laicyzacji społeczeństwa, pozostawał najistotniejszą ostoją opozycji. W latach stanu wojennego do Kościoła lgnęła "emigracja wewnętrzna". Kościołowi powierzyło społeczeństwo rozdzielanie darów zagranicznych.

Katedra wawelska stała na swoim miejscu od dziesięciu wieków, ale powojenna zmiana granic Polski naruszyła obszary odwiecznych diecezji Kościoła powszechnego. Ogromna, bo rozproszona w niej była ludność katolicka, diecezja berlińska wraz z odrębną niegdyś prałaturą pilską znalazła się w dużej części po polskiej stronie granicy na Odrze. Te ziemie wypełniali emigranci-katolicy; jak powiat łobeski. Tymczasową (cóż to jest ćwierć wieku w historii Kościoła) administrację ulokowano w Gorzowie. Niemieccy biskupi Wrocławia, Gdańska, Olsztyna posłuszni Rzymowi powierzyli swe stolice biskupom polskim. Skrawek biskupstwa miśnieńskiego (Worek Turoszowski) oddał tamtejszy biskup na specjalne polecenie Papieża. Takie skrawki diecezji wileńskiej (Drohiczyn) i lwowskiej (Lubaczów) miały swoich polskich biskupów. Arcybiskup Eugeniusz Baziak zmuszony do opuszczenia Lwowa, a potem Lubaczowa, osiadł w Krakowie. Jemu podlegał ksiądz Karol Wojtyła. Wprowadzając Go do poczekalni na Franciszkańskiej 3 arcybiskup Baziak - wiedział już o wezwaniu do księdza Prymasa po nominację biskupią - powiedział: Habemus papam. Był rok 1958.

A mieliśmy od tego roku Papieża Jana XXIII.

Zaczynała się nowa epoka Kościoła. Dojrzewała decyzja, by zwołać sobór - wielki zjazd biskupów katolickich z całego świata. XIX Sobór Trydencki odbył się w połowie XVI wieku jako reakcja na reformację. Podtrzymano celibat, zatwierdzono nowe wyznanie wiary, wydano nowy katechizm, brewiarz i mszał. Następny Sobór Watykański I odbył się w latach 1869-70 po 300 latach. W związku z wybuchem wojny francusko-pruskiej obrady przerwano. Zatwierdzono tylko dogmat o nieomylności papieża.

Sobór Watykański II miał dostosować Kościół do wymogów czasu. Przecież świat przeżył dwie wojny, rewolucję w Rosji, a potem zmianę ustroju w znacznej części świata, falę niepodległości w Afryce i Azji, ale przede wszystkim przeżywał zagrożenie wojną nuklearną dwóch wrogich systemów politycznych.

Gdy z grubsza ustalono tematy obrad, Papież Jan XXIII zmarł (1963). Dalsze obrady poprowadził nowo powołany Ojciec Święty Paweł VI. Podjęto temat środków masowego przekazu i ekumenizmu, wolności religii i judaizmu. Obrady zakończyły się w grudniu 1965 roku apelem do rządzących, naukowców, artystów, kobiet, ubogich i cierpiących, robotników i młodzieży. Głosił najszerzej pojęty pokój.

Polscy biskupi przygotowali memoriał, by ogłosić Maryję Matką Kościoła. To pomnik soborowy postawiony naszemu kultowi maryjnemu. Wystarczy wspomnieć śluby maryjne króla Jana Kazimierza i Prymasa Tysiąclecia, tysiące kapliczek, różaniec, nabożeństwa majowe, pielgrzymki, cud nad Wisłą i M w herbie papieskim.

Ksiądz w przedsoborowym kościele zwrócony twarzą do przyściennego ołtarza, a tyłem do ludzi, z wygoloną tonsurą na potylicy, odprawiał mszę po łacinie - właściwie tylko z ministrantami. Czytania były po polsku, lecz w archaicznym języku księdza Wujka, Biblii przetłumaczonej u schyłku XVI wieku. Kazania brzmiał z ambony - jakże inaczej - bez nagłośnienia. Podczas komunii dokładnie zamykano balaski oddzielające prezbiterium od klęczących, wyposzczonych przez trzy godziny wiernych.

Kościoły i sekty religijne poobrzucały się klątwami i okopały się na swych wyizolowanych pozycjach, komunizm przenikający do różnych Sartre´ów, Chomsky´ich, Viscontich, Shawów, ale i Kowalskich w jakiejś quazi-religijnej wersji idealistycznej (ślepy na zbrodnie ZSRR) bełkotał o "religii-opium dla narodów". Aż powiało na Zachodzie "rewolucją" 1968.

Dziś spotykamy jeszcze długowłosych Matuzalemów, których nie zmogły LSD (nie mylić z SLD!), ani inne trawki. Ot, "dzieci-kwiaty".

A tam gdzieś pulsował posoborowy duch odnowy w części harcerstwa, w duszpasterstwach akademickich, w grupach oazowych, na spływach kajakowych i wędrówkach górskich dziwnego biskupa - wujka Karola. Tego samego, który w pontyfikalnych szatach głosił homilię przed wywalczonym kościołem w Nowej Hucie, prowadził procesje podczas uroczystości Bożego Ciała i patrona Krakowa św. Stanisława z katedry wawelskiej, i mówił tym troskliwym głosem: Błogosławię ci, dziecko, i twojej rodzinie, gdy na palcu młodziutkiej studentki - mojej Żony -dostrzegł obrączkę.

Jakże było Go nie kochać, gdy pierwszy raz jako Papież pielgrzymował do Polski (gierkowskiej jeszcze), i solidarnej "Solidarnością", i znów tragicznej w stanie wojennym, i wreszcie wolnej, co nie wiedziała, jak z wolności korzystać i wreszcie na chwilę zreflektowanej i pielgrzy-mującej, gdy Go zabrakło.

Osobny rozdział to zamach, który naznaczył pontyfikat J.P. II cierpieniem. Wtedy umierający Stefan Wyszyński - duchowy ojciec Ojca Świętego - powiedział: Ofiaruję moje życie i moje cierpienie za Niego. Kardynał wkrótce zmarł. Papież wyszedł z kliniki.

To Karol Wojtyła napisał Miłość i odpowiedzialność - swoisty podręcznik dla małżonków. Był przede wszystkim etykiem, choć ogrom wiedzy teologicznej i talenty literackie nie pozwalały spocząć Jego pióru. Wierzył też jak nikt w świętych obcowanie - stąd tylu świętych wyniósł na ołtarze (wśród nich Katarzynę Celestynę Faron).

Czyny w imię pojednania

Papież, głowa Kościoła katolickiego, który mógłby nosić tiarę - trzy korony, poszedł do rzymskiej synagogi: "Jesteście naszymi starszymi braćmi w wierze". Modlili się słowami psalmów Dawida.

Zaprosił głowy kościołów lub tylko przedstawicieli wszystkich religii do Asyżu, do grobu tego patrona pokory, św. Franciszka. Całe wieki wrogości i uścisk przyjaźni, a potem jeszcze modlitwa, osobno, ale w tej samej intencji: o pokój. Cóż, że wyznawcy Manitu wypalili tylko fajkę pokoju? Pokoju!

Półwiekowe polsko-ukraińskie nienawiści rozwiązał władzą głowy Kościoła, przydzielając grekokatolikom katedrę w Przemyślu, odbudowując hierarchię.

Widziałem we Lwowie Iwana Pawła II na mszy katolickiej z udziałem arcybiskupa Jaworskiego obrządku łacińskiego i kardynała Huzara obrządku wschodniego. Ogłaszał wtedy błogosławionych z okresu, gdy współżyły ze sobą zgodnie oba narody. Ukraińskim napisem chlubiła się parafia rzymskokatolicka z Tarnopila. Jeszcze tłum nie znał Arki. Skandował: Kochajem tebe!

Widziałem też greckokatolickiego księdza w obciętej, znoszonej sutannie wpuszczonej w spodnie, pod równie ubogim garniturem. Mówił po polsku, ciekaw był Polski, lecz nie stać go było, żeby Polskę zobaczyć. Pewnie nazajutrz włożył na obrzędy greckokatolickie z Papieżem tę nową sutannę, która go zrujnowała finansowo I oto podszedł do nas - szczerze mówiąc nas lekceważąc, wprost do księdza - ukraiński emigrant: młody, elegancki, z zachodnim radiem przy uchu (słuchał transmisji), przyklęknął i rzekł: Pobłogosław mnie, ojcze, i moją rodzinę. Ale tu, na ulicy? - żachnął się ksiądz. A gdy ten nie ustępował, spełnił jego prośbę. Młody z czcią pocałował go w tę błogosławiącą rękę. I odszedł.

W jednej sekundzie stał się cud: młody Europejczyk w ten pokorny sposób odzyskał świadomość narodowo-religijną, ksiądz znów uwierzył, że jego ciche modlitwy miały sens. Widzieliście, jak ludziom wyrastają skrzydła? Ja widziałem!

Tak pewnie było wcześniej w Wilnie, w Rydze. W Czechach było inaczej, bo to kraj powściągliwy, nieskory do wzruszeń, zlaicyzowany. A cała jego historia to Prymas Czech, František Tomášek. Urodził się jeszcze w 1899 roku pod Austrią. W wolnej Czechosłowacji (1922) otrzymał święcenia kapłańskie. Za komuny (a Czesi byli najgorliwsi w całym naszym obozie) potajemnie wyświęcony na biskupa (1949). Wkrótce zostaje uwięziony na trzy lata. Wypuszczony z więzienia jest wiejskim proboszczem, ale bierze udział w Soborze Watykańskim II. W 1976 r. zostaje kardynałem in pectore. Nie podpisuje słynnej czeskiej Karty 77 i jest oficjalnie ogłoszony kardynałem. W następnym roku jedzie na oba konklawe. Dożywa wolnych Czech, stając się symbolem narodu. Umiera w 1992 roku. W katedrze na Hradczanach odbywało się kilka kolejnych mszy podczas żałoby po kardynale, gdy byłem w Pradze. Przez ostatni rok zastępował go kardynał Vlk. Ten prześladowany przez władze, zabroniono mu pracy kapłańskiej, był robotnikiem, dopiero w 1990 roku mianowany biskupem, wkrótce kardynałem.

Nieraz pytamy, czemu ci Czesi nas nie lubią? Za malutkie Zaolzie inkorporowane do Polski, gdy Czechy zajęli Niemcy? Cóż, malutkie, ale w niedużym kraju. Po wojnie do archidiecezji dolnośląskiej włączono część diecezji litomierzyckiej (Ziemia Kłodzka z farą kłodzką, w której spoczywa arcybiskup Pragi, głowa kościoła czeskiego w XIV wieku, Arnoszt z Pardubic) i diecezji ołomunieckiej (okolice Prudnika).

Inaczej jest ze Słowakami. Spotkałem kiedyś w katedrze wawelskiej przy ołtarzu świętej Jadwigi - królowej Polski, grupę turystów.

- Pan jest Czechem? - spytałem jednego z nich.

- Ja sem Slovak! - zawstydził mnie.

Wszystko stało się jasne. Królowa, córka Ludwika Węgierskiego, była i ich królową, bo Słowacja przez wieki była częścią Wielkich Węgier. Pielgrzymowali do jej grobu.

A Niemcy?

Ewangelicy z Hanoweru przyjechali do Łobza z jasełkami. Scenariusz napisała w 1927 roku Bismarckowa, żona łobeskiego starosty. Zafundowali nam ogrzewanie kościoła, w którym te jasełka jak przed laty wystawiano, a gościnnych łobeziaków zaprosili do siebie.

Ja zamieszkałem w domu pastora Kohna. Przed posiłkiem łączyliśmy ręce w modlitwie. Oni rozumieli mój bezmięsny piątek. Nie drażnili nas kobietami-pastorami. Za to zaprosili na koncert chóru ewangelicko-katolickiego.

Akurat w tym czasie Ojciec Święty pielgrzymował do Niemiec (1996). Był między innymi w Pasawie (Passau). Nic wtedy nie wiedziałem o tym mieście. Pastorowa zasypała mnie informacjami o tym ośrodku katolicyzmu. Padło też nazwisko Ratzinger (Ojciec Święty Benedykt XVI urodził się w diecezji pasawskiej).

Był profesorem między innymi w Ratyzbonie (Regensburgu). To tam nad Dunajem według jednej z wersji ochrzczony został Mieszko I.

Oczywiście to za mało, żeby Papieża Niemca pokochali Polacy, ale wiele się zmieniło od listu biskupów polskich do biskupów niemieckich w 1965 r.: "Wybaczamy i prosimy o wybaczenie". Społeczność katolicka na Śląsku Opolskim darzy Go dużym szacunkiem od obchodów pojednania polsko-czesko-niemieckiego na Górze św. Anny, a duszpasterz diecezji opolskiej Alfons Nossol nazywa Go swym przyjacielem. Wiele się zmieniło w naszych sercach za pontyfikatu Jana Pawła Wielkiego.

NIE LĘKAJCIE SIĘ!

Ludwik Cwynar

 


Marek Czuku

NIE LĘKAJCIE SIĘ!

1.

Boli nas Twoje serce, ogarnia chaos.

Vánitas vanitatum et ómnia vánitas.

 

Pan w tydzień stworzył

ten świat niedoskonały.

Ty naprawiałeś go

dwadzieścia sześć lat.

 

Jesteśmy słabi, ułomni...

Idziemy teraz w białych marszach,

bo chcemy być lepsi

od samych siebie.

 

Miłosierdzie?...

Za dużo oczekujesz.

 

Ojcze Święty, czemuś nas opuścił...

 

2.

Miałem wtedy osiemnaście lat,

rozpoczynałem studia.

Pojawiłeś się jak gdyby znikąd

w tym okresie buntu i niezgody.

 

Potem wzruszałeś mnie nie raz

swoją prostolinijnością i dobrocią.

W 1987 przejeżdżałeś nawet

pod moimi oknami.

 

Nie miałem nigdy ojca.

Słuchałem Ciebie

jak ostatecznej instancji,

a jednocześnie - kogoś bardzo bliskiego.

 

Nie potrafiłem jednak

tak kochać jak Ty.

 

Ojcze Święty, czemuś mnie opuścił...

 

3.

W głębi książki

słowa układają się

w sens:

 

...istnieje Ktoś,

kto dzierży losy

tego przemijającego świata,

Ktoś, kto ma klucze

śmierci i otchłani,

Ktoś, kto jest Alfą i Omegą

dziejów człowieka...

 

A ten Ktoś jest Miłością...

 

4.

Nadzieja, nadzieja, nadzieja...

Mantra białych słów.

Pokora, śmierć

i...

 

5.

21:37

 

7-9 kwietnia 2005
Marek Czuku

 

O ZABIJANIU ZWIERZĄT
Z BYŁYM MYŚLIWYM O MYŚLISTWIE DZISIAJ

(Janusz Korbel rozmawia z Zenonem Kruczyńskim, autorem wielu artykułówbohaterem kilku nagrodzonych reportaży radiowych, myśliwym, który zaprzestał polować po kilkudziesięciu latach, kiedy myślistwo było jego największą pasją.)

 

Osiem lat po tym, jak przestałeś polować, zrodził się u ciebie pomysł napisania książki o myślistwie. Współcześnie myślistwo rodzi wiele emocji. Zanim książka ukaże się na rynku, chciałbym z tobą porozmawiać trochę o tym. Spróbujmy pomówić o niektórych aspektach dzielących zwolenników i przeciwników myślistwa. Czy zgodzisz się z twierdzeniem, że ewolucja ma miejsce dzięki zabijaniu?

 

Nie mam skłonności, by mówić, że coś jest, czy też powstanie w przyszłości dzięki czemuś, co właśnie teraz, w tej chwili się zdarza. Sądzę, że to o wiele, wiele bardziej złożone. A gdy słyszę, "że ewolucja ma miejsce dzięki zabijaniu", to ogarnia mnie zdumienie pomieszane z pewnego rodzaju lękiem, że możliwe jest wydobycie z siebie takiego twierdzenia. Czyje to stwierdzenie? Nie wiem zresztą, co to takiego jest: "ewolucja".

 

Jeśli spojrzeć szerzej na myślistwo, to pierwotną, fundamentalną przyczyną polowania była biologiczna potrzeba odżywiania się. W ciągu milionów lat, wbrew temu, co głoszą niektórzy teoretycy wegetarianizmu, wśród najbliższych nam gatunków i u człowieka naturalną strategią żywieniową była dieta roślinno-mięsna. To naturalna konsekwencja ewolucji. Dzisiaj też większość ludzi je mięso, pochodzące jednak z bardziej udręczonych i okrutniej niż na polowaniu zabijanych zwierząt hodowlanych. Może więc - pisząc o myślistwie dzisiaj - dotykasz jakiejś innej jeszcze sfery, innej zagadki niż tylko moralnego dylematu czy i kiedy wolno zabić?

 

To zjawisko, które w skrócie nazwać można "współczesnym myślistwem", skupia w sobie jak w soczewce wiele spraw. Obejrzeć można w nim: wpływ zabijania dla rozrywki na psychikę i los ludzi, którzy to robią; świat wartości macho, tak zwany "świat mężczyzn" i wartości, które w nim panują; wpływ myśliwskiego sposobu życia na rodzinę myśliwego; głębokie uzależnienie od myślistwa ze wszystkimi konsekwencjami, jakie niesie ze sobą dla społeczeństwa i najbliższych życie osoby uzależnionej; wpływ lobby myśliwskiego na życie polityczne i ekonomiczne kraju (obecnie co szósty poseł i senator w Polsce to myśliwy); racjonalizacja zabijania, dopasowująca do swoich bieżących potrzeb: psychikę, etykę, moralność, religię i duchowość; i na koniec wpływ na ludzi alkoholu i posiadania broni w domu.

Jak każdy temat, który zgłębia się wystarczająco, zanurzenie w różne warstwy współczesnego myślistwa zaczyna być trochę o wszystkim. Najbardziej jednak jest o zabijaniu zwierząt - tym dla hobby, w rzeźniach i w przychodniach weterynaryjnych, czyli o tak zwanych "uśpieniach". Niedawno w Szwecji, przeprowadziłem długą rozmowę-wywiad z weterynarzem, który wbrew silnej presji swojego środowiska zawodowego, odmówił uśmiercania zwierząt w swojej praktyce. To wspaniała, heroiczna kobieta. Jeden weterynarz zajmujący się małymi zwierzętami w ciągu swojego życia zawodowego "usypia" czyli zabija zastrzykiem w brzuch, trucizny w tętnicę i w serce około 7 000 psów i kotów, nie licząc innych zwierząt. Książka jest trochę o tym, co to wszystko dla nas, ludzi, znaczy. Nie jem mięsa, a gdy zdarzy się, że z jakichś powodów mam je w ustach, towarzyszy mi poczucie, że miażdżę między zębami ciało. To przykre uczucie. Jest mi przyjemnie pomyśleć, że jest tyle zbóż, warzyw, ziaren, orzechów, nasion i chlebów! Takie bogactwo smaków i ziół! Mięso jest smaczne i łatwo się do niego można przyzwyczaić. Kiedyś byłem w rzeźni - widziałem tam wszystko. Sam również zabijałem dzikie zwierzęta. Potem w moim życiu było inaczej. Widziałem także wyszarpywane z obory zwierzęta wywożone do skupu. Tam się je klasyfikuje i wpędza do transportu - najczęściej specjalnym samochodem. Jadą do rzeźni, tam czekają w kolejce do komory ubojowej, porażane są prądem, podwieszane za nogi i przecina się im tętnice szyjne, aby serce mogło zrobić swą ostatnią pracę - wypompować krew z ciała, by mięso było bardziej dla ludzi jadalne. Zapewne jakoś w tym wszystkim uczestniczę, mam buty ze skóry, jedzenie mojego psa pochodzi z odpadków rzeźnych. Jednodniowe kogutki z ferm mieli się żywcem lub wrzuca do wrzącego oleju. Potem przerabia na zgrabne, brązowe kulki i nazywa "kurczak z warzywami" i karmi się tym psy i koty. Nie wiem, jak się z tego wydostać i czy to jest możliwe. Ale próbuję tak jak umiem, przynajmniej nie przyczyniać się tak bardzo do tej codziennej, wielkiej rzeki krwi i cierpienia.

 

Dzika przyroda też nie jest rajem harmonii (w ludzkim jej rozumieniu) bez śmierci i bez dramatów. Znany biolog prof. Ludwik Tomiałojć pisze, że u niektórych gatunków ptaków ginie blisko 90% dzieci. Widziałem w czasie ostrej zimy słaniające się z wyczerpania i padające dziki. Widziałem umierającą w agonii sarnę powaloną i zjadaną żywcem przez drapieżnika. W porównaniu do tego celny strzał wydaje mi się łagodniejszą formą śmierci, z mniejszym udziałem cierpienia. Więc pewnie nie cierpienie ofiar i nie okrucieństwo są przyczyną niezgody na myślistwo w dzisiejszych czasach?

 

Ludzie we wszystkich religiach modlą się o ochronę przed nieszczęściami. Za jedno z takich nieszczęść uznawana jest nagła śmierć. "Od nagłej i niespodziewanej śmierci uchroń nas Panie" modlą się katolicy. Widząc zjadaną żywcem sarnę, trudno uwolnić się od ludzkiego punktu widzenia, ponieważ w tym momencie osobiście cierpimy. Uważamy, że lepiej byłoby ją dobić - zadać jej nagłą śmierć, sadząc, że skróciłoby to jej cierpienie. Wiesz jak się dobija? Celnym strzałem w nasadę karku. Celny na 100% będzie wtedy, gdy dotkniesz wylotem lufy skóry na karku sarny. Zdecydujesz się na to i pociągniesz za spust? Ostatni strzał szarpnie jej ciałem i sarna znieruchomieje na zawsze. Czy to jest dla ciebie łagodniejsza forma śmierci? Nie inaczej czujemy się widząc połamane kości i jelita na wierzchu człowieka rannego w wypadku. Cierpimy podobnie. To uczucie cierpienia jakby miało moc przenoszenia się z tej rannej istoty na nas. Czy zdecydujesz się na eutanazję tego człowieka, by skrócić jego cierpienie? I czy masz pewność, że rzeczywiście je skracasz? Nikogo nie wolno okradać z jego śmierci. Dobijając - przede wszystkim zaspokajasz swoją najżywszą, piekącą potrzebę: natychmiast skończyć z tym cierpieniem, które czujesz w sobie. A celny strzał, o którym wspominasz, może okazać się niecelny. Według mnie, mniej więcej co piąty strzał to połamane kości, wyprute jelita, odstrzelona żuchwa, przestrzelone kolana itd., cała anatomia może się zdarzyć. Nie wiem, co to jest "łagodniejsza forma śmierci". Mam przeczucie, że w sprawie śmierci lepiej jest unikać stanu, w którym się coś na pewno "wie". Trzeba spróbować zapanować nad naszą skłonnością do tej "wiedzy" o "lepszej", "gorszej", "pełnej cierpienia" czy też "łagodniejszej" śmierci. Dlaczego nagła śmierć od kuli ma być lepsza niż z wycieńczenia mrozem? Jak sądzisz, czy ten dzik poprosiłby cię o to, by go dobić, gdyby umiał mówić? A ten ptak i sarna?

 

Chociaż od bardzo dawna jestem wegetarianinem, drażnią mnie różne manifesty wegetarian o tym, jak to człowiek rolnik i ogrodnik może uratować ziemię w przeciwieństwie do mięsożerców. Fakty mówią co innego: przyroda jest w lepszej kondycji na obszarach zamieszkałych przez myśliwych, niż w regionach, gdzie nawet przez stulecia przeważali wegetarianie (Indie, Chiny). Czy współczesny, zachodni myśliwy nie jest bardziej świadomy powiązań w przyrodzie niż "miejski" ideolog wegetarianin? Nie słyszałem żeby wegetarianie wystąpili w obronie zabijanych siedlisk, a niedawno mocno wystąpili w ich obronie wędkarze.

 

Mówiąc o terenach zamieszkałych przez myśliwych, mówisz o obszarach Ziemi, na których ludzie polują, by zdobyć pożywienie niezbędne do przeżycia ich samych i ich rodzin. Dla mnie to jest inna historia niż współczesne myślistwo. Poza tym, wydaje mi się, że w Chinach czy Indiach jest po prostu więcej ludzi niż na terenach zamieszkałych przez pierwotnych myśliwych. A tam, gdzie jest bardzo dużo ludzi, dzika przyroda zanika. Nawet, jeżeli drażnią Cię informacje różnych ruchów wegetariańskich czy ekologicznych o tym, że gdyby ludzie odżywiali się bez mięsa, to Ziemia i ludzie byliby zdrowsi - wydaje mi się, że właśnie tak jest. Czytałem przekonujące opracowania na ten temat. Bardziej odpowiada mi wegetarianin i jego potencjalna gotowość do pewnej otwartości niż współczesny zachodni myśliwy mający często żenującą wiedzę o przyrodzie. Pewnego razu, w maju, siedzieliśmy wieczorem przy ognisku. Śpiewały ptaki - głównie kosy. Jeden z mężczyzn zapytał:

- "Ty, a co to za ptak tak śpiewa?"

Chodziło o kosa. Mężczyzna, który pytał, był myśliwym. Czy ludzie z taką świadomością przyrody mogą coś dla niej zrobić? Ten człowiek usłyszał śpiew ptaka i zapytał. Teraz wie, jeżeli oczywiście zapamiętał. Ilu myśliwych "nie usłyszy nawet kosa?"

W czasie, gdy chodziłem na kurs dla kandydatów na myśliwych, w programie nie było cienia wiedzy o związkach i sieci wzajemnych współzależności w przyrodzie. Po co? Zresztą, który z grona wykładowców byłby w stanie podjąć taki temat? To jest przecież kurs dla przyszłych myśliwych! Regulamin polowań, zwierzyna łowna, pies, broń, prawo łowieckie, ambony, statut - to były ważne tematy.

Potem, już jako myśliwi, szliśmy z gładką i ostrą bronią do lasu i na pola, aby "utrzymywać równowagę przyrody", "regulować populację", "zastępować drapieżniki", "selekcjonować", "gospodarować zwierzyną łowną" i "dokarmiać". Wolę wizję Ziemi roztaczaną przez wegetarian, niż przez przemysł mięsny. Znam modlitwę, w której jeden z fragmentów brzmi:

"Oby ziemia była urodzajna i pory roku następowały zgodnie po sobie, obyśmy wszyscy żyli w harmonii z przyrodą. Oby dzięki naszym wysiłkom powietrze znów stało się świeże, a jeziora i rzeki - jasne i czyste. Oby oceany i morza zostały oczyszczone ze wszystkich skażeń, oby ryby, delfiny i wieloryby pływały w nich swobodnie. Oby zwierzętom pól i lasów nie zagrażały sidła i strzelby myśliwych. Oby krzyk zarzynanych krów, świń i owiec zastąpiła cisza dojrzewających owoców i warzyw. Oby wielkie drzewa pokryły naszą ziemię, a góry i wzgórza porosły szkarłatnymi, błękitnymi i złotymi kwiatami."

 

Z perspektywy rynku myślistwo jest po prostu gałęzią gospodarki. Daje pracę dla ludzi zajmujących się skupem i przetwórstwem dziczyzny, rozwija ruch turystyczny i cały związany z tym przemysł, działają specjalistyczne biura organizujące polowania, jest rynek wydawnictw itd., itp. Jak na czymś można zarobić, to to jest, nawet agencje towarzyskie są, chociaż czerpanie zysku z nierządu jest przestępstwem. Gałęzią gospodarki są też leśnictwo i rolnictwo. Zwierzęta czynią szkody gospodarce: wilki zabijają jelenie, na których myślistwo mogłoby zarobić, jelenie powodują szkody w uprawach leśnych narażając lasy na znaczne koszty, zwierzęta wychodzą z lasu na pola jedząc grykę, owies, buraki czy ziemniaki i przynosząc straty rolnikom. Jeżeli gdzieś brakuje drapieżników, jelenie mogą powodować straty ponad możliwości zachowania siedliska. Tym się powszechnie tłumaczy konieczność gospodarowania zwierzyną, co wykonują myśliwi. Oni nie muszą być tego nawet świadomi: to specjaliści badają, czy na skutek presji jakiegoś gatunku zaczyna brakować składnika siedliska i ustalają ilość osobników do odstrzału - dbając o równowagę. Dokarmianie również tłumaczy się potrzebą zatrzymania zwierzyny w lesie, żeby nie czyniła szkód na polach. Widziałem takie poletka przy granicy lasu i to działało. Jest to po prostu tzw. "racjonalna gospodarka". Jak przekonasz ludzi, że bez myśliwych to się wszystko "samo ułoży" bez dużych kosztów?

Trudno poruszać się w warstwie racjonalnych argumentów, gdy sprawy dotyczą zabijania. Ale jest to częściowo możliwe. Na przykład, w ubiegłym roku myśliwi wydali w Polsce na dokarmianie dzikich zwierząt 13 milionów złotych. Ta kwota nie uwzględnia wielkiego dokarmiania, finansowanego z prywatnej kieszeni pojedynczych myśliwych i dokarmiania przez Administrację Lasów Państwowych na obwodach wydzielonych. Można szacować, że na dokarmianie wydano około 30 milionów złotych. To pożywienie trafia, według mnie, przede wszystkim na nęciska, na które zwabia się jedzeniem zwierzęta, by je tam zabić. To jest powszechna i degenerująca praktyka polowania. Egzekucja, kaźnia, "strzał w tył głowy", zwykłe świństwo. Za te 30 milionów złotych można wyhodować wielką ilość zwierząt. I o to myśliwym chodzi! Można wtedy więcej ich zabić. A im więcej się zabije - tym polowanie jest bardziej udane.

Trzeba przestać całkowicie dokarmiać. To jest zjawisko z ostatnich kilkudziesięciu lat, gdy w Europie pojawiła się nadwyżka żywności. Przyroda wykarmiała od przysłowiowego stworzenia świata i wykarmi także dzisiaj, wszystkie zwierzęta ziemne, wodne i powietrzne. Także nas, ludzi. Gdyby było inaczej, życie nie przetrwałoby do dzisiaj.

Gdy zaprzestanie się wwożenia do lasu wielkiej ilości kukurydzy, ziemniaków, kapusty, kalafiorów - jedzenia, którego w lesie nigdy nie było i nie powinno być, zwierząt będzie mniej: tyle, ile ma być w określonym siedlisku. Przyroda "wie": ile. Wtedy się zobaczy, jak wygląda sprawa szkód wyrządzanych przez zwierzęta. I czy w ogóle jest jakaś sprawa? Jeżeli będzie - my, ludzie, poradzimy sobie z tym problemem. Wydaje się on dosyć prosty.

Nie słyszałem, by wielkość odstrzałów ustalana była przez jakichś specjalistów - przyrodników, po zbadaniu środowiska zwierząt. Przez kilkadziesiąt lat znany mi był inny sposób ustalania tego, ile zwierząt zabije się w sezonie łowieckim. Ten sposób kieruje się jednym kryterium - przewidywanym przyrostem naturalnym i koniecznością zachowania stada podstawowego do rozrodu na przyszły rok. Krótko mówiąc - ile się urodzi, tyle zabijemy. A wybór: z myślistwem czy bez? To jest wybór pomiędzy rękami unurzanymi do łokci we krwi a rękami bez tej krwi. Co wybierasz?

 

Załóżmy, że myślistwo stało się u nas czymś wstydliwym, przynoszącym hańbę i nikt nie poluje. Od wielu lat, m.in. dzięki kampanii ekologów, wilk jest w Polsce gatunkiem chronionym. To ogromny sukces ochrony przyrody w Polsce, ale problem z wilkiem nie zniknął. Co roku w "wilczych" rejonach dziesiątki zwierząt domowych są zagryzane przez wilki wychodzące z lasu. Przyrodnicy twierdzą, że osobniki lub watahy wyspecjalizowane w zabijaniu zwierząt domowych powinny być usuwane z populacji. Kto to zrobi, jak nie będzie myśliwych? Na razie robią to ludzie "domowymi" metodami, np. truciem (podobne sytuacje zdarzają się na stawach hodowlanych z kormoranami, bobrami itp.)

 

Oj, przyroda nie chce "być grzeczna" i postępować tak, by ludziom było jak najwygodniej. Na styku wilki - zwierzęta domowe, zawsze coś się działo i dziać będzie. Nie ma co liczyć na to, że ten problem zniknie, bo to są "pobożne życzenia". Lepiej go wpisać w koszty życia i radzić sobie przez te pięć miesięcy pobytu zwierząt domowych na pastwiskach. Szkoda każdego z tych zwierząt i ich właścicieli. To musi być okropne zdarzenie, gdy rano na pastwisku spotykamy zabitego przez wilki cielaka. Patrząc na to z drugiej strony - uniknął tego całego transportu do rzeźni, porażania prądem i podcinania tętnic. Do ochrony tych zwierząt na pastwiskach są fladry, płoty, znakomite i bardzo skuteczne owczarki, ogień i ludzie, dla których, gdy się coś zdarzy, są odszkodowania finansowe płacone przez państwo, ponieważ wilk jest zwierzęciem chronionym. Może trzeba wymyślić coś jeszcze lub pilniej stosować to, co jest. Można się temu szczegółowo przyjrzeć i może uda się problem zmarginalizować. Pytasz o zabijanie. Nie wiem, kto to zrobi, gdy nie będzie myśliwych. Gdy trzeba w majestacie prawa zabić człowieka, nie słyszałem, by był z wykonaniem wyroku problem. Ktoś to robi. Chyba, że stanie się tak, iż sędzia, który orzeknie wyrok śmierci, będzie musiał sam go wykonać. Nie uważasz, że to właściwa kolejność?

 

Czytałem kiedyś rozmowę z dyrektorem koncernu Nokia, który chwalił się, że on strzela do łosia. Nie był jakimś pasjonatem myślistwa i chyba w ogóle polowanie go nie interesowało. Natomiast strzelanie do łosia było oznaką przynależności do wyższej klasy. Ludziom niżej w hierarchii, "pospólstwu", nie wolno strzelać do łosia. W Polsce również poluje wielu polityków, biznesmenów, kiedyś polowali królowie, carowie, Goebbels i Stalin, Chruszczow i Gierek. Po upadku totalitarnych reżimów polują współcześni książęta i "książęta" - polowanie staje się znowu modne jako pewien nobilitujący przywilej, miejsce załatwiania interesów, zawiązywania znajomości w wyższych sferach. Chociaż staje się jarmarkiem próżności, jego popularność w całej Europie rośnie, a nie maleje. Tu nie chodzi o zrekompensowanie sobie jakichś kompleksów, raczej o wstąpienie do grona uprzywilejowanych. O czym to świadczy?

 

Moja znajoma, socjolog, właśnie kończy badania tej grupy społecznej. Bardzo to ciekawe, co tam się okaże. Polowanie w Europie było kiedyś przywilejem władców i arystokracji. Zwierzyna bywała własnością króla. Polowanie, w tym historycznym kontekście, nobilituje! Można wyobrazić sobie, że przynależy się do elity, do "lepszych", do "królów", gdy ma się broń i jedzie na polowanie. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat w Polsce polowanie było bardziej egalitarne, chociaż zawsze były specjalne polowania dla uprzywilejowanych obywateli na specjalnych obwodach łowieckich. Ale jednak myślistwo na jakiś czas straciło elitarność, było dostępne także dla mojego ojca i dla mnie, zwykłych, niebogatych ludzi. Współcześnie ją odzyskuje. Barierą elitarności są pieniądze - to coraz wyższy próg. Wpisowe do koła łowieckiego (jeżeli mam już odpowiednich członków wprowadzających i jestem zaakceptowany przez zarząd!), kilka sztuk dobrej broni, samochód terenowy, odpowiednie ubrania, wyjazdy na egzotyczne polowania, koledzy myśliwi w całej Polsce, którzy zaproszą do swoich ekstra obwodów łowieckich (ja im się zrewanżuję!). Można mieć poczucie, że jest się w elicie. I rzeczywiście, możliwe są różne interesy i porozumienia polityczne. Mówi się, że w Polsce rządzi Polski Związek Łowiecki. Może coś w tym jest. Widziałem w "Przekroju" taki śmieszny rysunek Raczkowskiego, na którym przechodzący obok strażników ministerstwa człowieczek pozdrowił: "Darz bór!". Zdaje się, że ładnie i przytomnie się zachował, jeżeli potrzebuje czuć się w "układach".

 

Na koniec chcę cię zapytać o aspekt etyczny, duchowy. Powiedziałeś kiedyś w rozmowie: Powiedziane jest "nie zabijaj!" - nie zabijaj znaczy nie zabijaj. Dla mnie zabrzmiało to trochę demagogicznie: chrześcijańskie przykazanie bez wątpliwości dotyczyło zabijania człowieka, a i w tym przypadku zostało obwarowane wyjątkami, które pozwoliły chrześcijanom zabijać całkiem wielu ludzi. Bezwzględna zasada niezabijania musiałaby prowadzić do wyeliminowania siebie z życia. Hinduistyczne sekty przestrzegające ahimsy należy postrzegać raczej jako pracę nad stanem umysłu niż dążeniem do faktycznego niezabijania nawet drobnoustrojów. Czegoś ważnego brakuje mi w przypowieściach zaczerpniętych z wielkich religii, a dotyczących postulowanego stosunku ludzi do zwierząt. Przypowieść o wilku z Gubbio i św. Franciszku mówi, że wilk stał się dobrym wilkiem, kiedy przestał sam zabijać i zaczął jeść kury zabite dla niego przez mieszkańców miasteczka Gubbio. Toż to opowieść o tym, jak człowiek w swojej arogancji zamienił wilka w karykaturę wilka. Z kolei buddyjska przypowieść o człowieku na pustyni, który odcina sobie kawałek ciała, żeby nakarmić latającego nad nim sępa jest inną wersją opowieści o tym, jak człowiek zmienia reguły wypracowane w milionach lat ewolucji i stawia siebie w miejscu pana przyrody. Człowiek miał walczyć o swoje przetrwanie, a sęp miał się żywić padliną - jeśli padliny zabrakło, może sęp powinien umrzeć z głodu, karmienie padlinożercy ciałami żywych osobników jest też jakąś karykaturą w przyrodzie. Współodczuwanie przenoszone na inne gatunki - jeśli pominąć naturalne relacje pomiędzy nimi - może prowadzić do jakichś niewyobrażalnych przekształceń naturalnej sieci powiązań. Jak twoim zdaniem powinno wyglądać nasze współczucie wobec dzikiej przyrody?

 

Odpowiada mi określenie tego, czym jest współczucie, które przeczytałem w książce Dalajlamy "Sztuka szczęścia".

"Podstawą prawdziwego współczucia jest świadomość, że wszyscy ludzie pragną być szczęśliwi i chcą uniknąć cierpienia, dokładnie tak samo jak ja. I tak samo jak ja, mają naturalne prawo spełnić to podstawowe pragnienie. Mając świadomość owej wspólnoty i równości, rozwijamy poczucie sympatii i bliskości z innymi ludźmi bez względu na to, czy danego człowieka uważamy za przyjaciela, czy za wroga. Rozwijanie takiego prawdziwego współczucia opiera się bardziej na uznaniu fundamentalnych praw innych ludzi niż na projekcji naszego umysłu"

Można to rozwinąć na wszystkie istoty - mieści się tam również dzika przyroda. Mam przeczucie, że gdybyśmy jako ludzie byli w stanie żyć wzajemnie ze sobą w zgodzie z tym opisanym stanem świadomości nazwanym współczuciem, dzika przyroda miałaby się dobrze w wielu miejscach na Ziemi. Jest to także pogląd bliskiej mi ekologii głębokiej. Sądzę, że "zgłębianie projekcji umysłu" jest dobrą drogą do osiągnięcia opisanego przez Dalajlamę stanu współczucia.

Ludzie używają słowa "zdechł" mówiąc o śmierci zwierzęcia. Boją się powiedzieć: "umarł", chociaż "zdechł" brzmi strasznie, jeżeli mówimy o naszym domowym, zwierzęcym przyjacielu, który przez kilkanaście lat towarzyszył nam w życiu. Czy zauważyłeś, że ludzie chyba w żadnym języku nie wymyślili specjalnego słowa na określenie śmierci istoty innej niż człowiek? To jest to samo słowo - zabić psa, człowieka, mrówkę. Zabicie u wielu istot żywych wygląda podobnie - gwałtownie przestaje bić serce, płynąć krew, istota przestaje się ruszać. Jeżeli jest rana, wypływa z niej krew tak długo, jak długo bije serce. I "uchodzi życie", jak to nazywamy, chociaż zupełnie tego nie rozumiemy, co to takiego "uchodzi". Tak samo możemy powiedzieć - "uszło z niego życie" - o człowieku i o jakiejkolwiek innej istocie na tej Ziemi. Czy aby na pewno przykazanie "Nie zabijaj" dotyczy tylko człowieka?

 


 

TESTAMENT

na dzień śmierci Jana Pawła II

25 stycznia 2005

 

1. niepokój

dzień ten nadejdzie

to naturalne jest i przewidziane

może jeszcze nie dziś nie jutro

może nie w tym roku krótkim

myśl że jest mimo że tak daleko

sił dodaje spotkanym po drodze

choć sam taki kruchy i słaby

człowiek który przewodnikiem

jest dla tylu ludzi

 

trudno mówić już o nieobecności

ale życie ćwiczy w pożegnaniach

niezgoda na śmierć kieślowskiego

spokój pogrzebów tischnera miłosza

giedrojć świeżawski jeziorański mędrcy

patriarchowie narodu książęta ducha

kogo mamy jeszcze z pokolenia

pamiętającego wiek dantejski

kołakowski twardowski różewicz

a po nich kto nam będzie mówił

jak żyć co ważne i ważniejsze

starzec co chowa się w uśmiechu

jakby chciał uciszyć pytania

klątwy i płacz samotny

 

jaki głos zbudzi uważność

kto kiedyś powie w którą stronę

i komu uwierzyć na słowo

gdy nie czas na dyplomacje

tradycyjne tramtadracje reformacje

anatemy gilotyny rewolucje

gdy zostanie nam jak echo

biblia wieczna z abrahamem

milczenie nazarejczyka

listy między azją i europą

siedem barw apokalipsy

 

 

boże mój nie gniewaj się

o małą literę w tym piśmie

bo to zapis jest do odczytania

wszak co jest wypowiedziane

nie rozumie się przez kształt

graficzny i kolor oprawy

nawet przez język oryginału

lecz przez oddech i powagę

to znaczy trud świadectwa

mówiącego któremu ufają

 

2. zamyślenie

kiedy przyszedł pierwszy raz

nie znałem go nawet z nazwiska

jak się ma dwadzieścia lat

kto interesuje się kardynałami

nie chciałem stać ukryty w tłumie

zgwałcony pierwszymi majami

nie pojmowałem co znaczy

zgromadzenie w imię boże

i pasterz prawdomówny

 

zaczął mówić

spokojnie z namysłem

czuło się przygotowanie

od początku od dzieciństwa

a może od wielu pokoleń

natchnienie jakieś nie liryczne

gdy mówił rzeczy proste

o niebie i o chlebie

że bóg potrzebuje

człowieka

spotykałem go

czasem bardzo blisko

raz nawet ramię w ramię

przy ołtarzu ofiarniczym

raz przy stole ze śniadaniem

słuchałem jak cielę bezrozumne

słów zwyczajnych czytelnych

w językach wieczernika

 

kiedy szukam gdzieś w pamięci

tego co dla mnie najważniejsze

i nazywam dosyć śmiało

nawet wobec obcych

co jest między nami

mówię ojciec

on jest ojcem

moim tu na ziemi

 

dziś kiedy mówi z bólem

tylko patrzy przypomina

i już wie skąd jesteś

czytam w jego oczach

i w błogosławieństwie

prośbę jakąś czy zadanie

teraz idzie już twój czas

jutro ty masz być ojcem

bo taka jest kolej życia

synu mój pamiętaj

 

3. modlitwa

boże biblijny i naturalny

bez którego świat dziwnie pusty

nawet na tytanie księżycu saturna

wzywany przez budowniczych

najwyższego dzieła świata w taipei

nazywany pomocnym w godzinie

wielkiej fali na wyspach indyjskich

strażniku prezydentów i pielgrzymów

od mekki po betlejem palestyńskie

sędzio sumień serc i intelektów

skostniałych przed bramą birkenau

przyjacielu twoich stworzeń

czujących i otaczających

wszystko co nazwałeś dobrym

 

 

boże opowiadany w kościele

i na placu pełnym ciekawych

po swojemu pobożnych

zebranych z wszystkich stron

kontynentów i narodów

podnieś rękę z wysoka

dotknij znakiem życzliwości

osłoń zranionym bokiem

pozdrów zmęczonych

znajdź zagubionych

powiedz co dalej

 

 

boże karola syna karola

boże jana pawła rzymskiego

kiedy przyjmiesz tchnienie

ostatnie uderzenie serca

tego świętego człowieka

umocnij pamięć spotkań

nazwij po imieniu wydarzenia

i naucz powtarzać słowo

najważniejsze z wszystkich

mówionych tłumaczonych

drukowanych komentowanych

cytowanych przemilczanych

jego własnych słów

żydowskie abba

 

Henryk Romanik

 


KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między zaprzyjaźnionymi pisarzami. Na naszych łamach od października 1998 roku korespondują: zamieszkały w Podkowie Leśnej Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób z Kołobrzegu.

 

Dziękujemy - pkl "łabuź"

 

 

Kołobrzeg, dnia 13.04.2005 r.

 

Mój Za Długo Milczący -

 

z zapamiętywaniem własnych utworów bywa rozmaicie. Jasne, że trudno utrwalić w pamięci prozę. Po prostu fizycznie się nie da, choćbyśmy chcieli. Jednak w większym kawałku rozpoznasz swój rytm, własną kadencję, styl. Nawet w tekstach sprzed wielu lat. Wystarczy wsłuchać się lub wczytać.

Odmiennie sprawy się mają z formami krótkimi, a zwłaszcza z poezją. Gdy szlifowanie własnych strof trwa długo. Wówczas wiele, niczym laserem wypalone, mimowolnie ostaje w pamięci.

Natomiast jestem przeciwnikiem świadomego zapamiętywania. Więcej - bywa, że z premedytacją wypycham z kontenera mózgu czytane utwory poetyckie. Dlaczego? Nie z obawy o "zaśmiecanie" głowy. Przyczyna jest inna. Zapamiętywanie poezji poezję spłaszcza, mumifikuje, w pewien sposób ujednoznacznia lub spycha na ślepy tor mechanicznych powtórzeń. Wolę za każdym razem utwór odkrywać na nowo, bez obciążeń pamięci - ze świeżym podejściem. Wówczas, bywa, ten sam utwór, jeśli dobry, da z siebie wydobyć nowe smaki, ukryte (a wcześniej niedostrzeżone) znaczenia. Staje się szansą wielokrotnej przygody.

Dlatego też między innymi tępię uczniowskie zakuwanie - na tak zwaną blachę. Jeśli chcą ćwiczyć pamięć, niechaj ćwiczą na tabliczce mnożenia. W szkole, będąc uczniem, zapamiętywaniu (i recytowaniu z pamięci) wierszy stawiałem opór. Za co sypały się pałki.

Skoro przy szkole jestem. Niedawno w jednym z gimnazjów doszło do spotkania autorskiego. I jakoś tak niespodziewanie zeszliśmy na sprawy cenzury. Nie musiałem wszystkiego tłumaczyć od początku świata. Młodzież miała ogólną orientację. Jak z rękawa sypali przykładami książek cenzurowanych z powodów obyczajowych (głośna "Lolita" Władimira Nabokova, "Zwrotnik Raka" Henry'ego Millera) czy politycznych ("Doktor Żywago" Borysa Pasternaka, "Archipelag GUŁag" Aleksandra Sołżenicyna, "Grona gniewu" Johna Steinbecka, "Folwark zwierzęcy" George'a Orvella). Lecz szybko okazało się, że ich wiedza jest fragmentaryczna. Na przykład kompletnie zaskoczyła ich informacja, że cenzorskiej opresji uległ swego czasu nawet tom wierszy Walta Whitmana "Źdźbła trawy", któremu w Stanach Zjednoczonych zarzucono obsceniczność. A nie pojmując (bo skąd, skoro na własnej skórze nie przeżyli?) rozległości krajowej cenzury przed 1989 rokiem, pojęcia też nie mieli o jej "subtelniejszych" odmianach - choćby o tak zwanej cenzurze wewnętrznej. Może, myślę teraz, za wiele od nich wymagałem? I refleksja druga. Iż ich niewiara w totalność cenzury PRL-u ma w sobie nadzieję normalniejszego porządku świata.

 

Jeszcze coś, o czym zapomniałem wspomnieć w lutym. Krzepiący obrazek z kołobrzeskiej księgarni. Wchodzi dwóch młodzieńców w dredach, z plecakami. Szperają wśród słowników. Jeden z tomów dłużej przykuwa ich uwagę. Ale, jak rozumiem (mimowolnie podsłuchując) brakuje im kasy. Odchodzą na bok i coś szepczą, spierają się. Po chwili znów są przy ladzie. I kupują długo oglądany słownik... na spółkę!

Aha, zapomniałem dodać, że to był Twój, ten mniejszy słownik*.

Ciekawe, prawda? Interesujące jest też, jak ci młodzieńcy będą wspólnie korzystać ze słownika: na zmianę co tydzień? Wyrywając dla siebie co drugą stronę?

Ale kupili. Jeszcze kupili. Gdy coraz mniej rodaków nabywa książki. W Rzepie znalazłem alarmujący materiał Łukasza Gołębiewskiego. Według źródeł Biblioteki Narodowej wykłada gotówkę w księgarni tylko 40% Polaków. A pod względem czytelnictwa - na tle krajów, które ostatnio wstąpiły do UE - zajmujemy jedno z poślednich miejsc. W ogonie między innymi za Estonią, Czechami, Łotwą i Słowacją.

Czyż zatem nie można się zirytować na wieść o nowym pomyśle bardzo mądrych (by nie powiedzieć: wręcz wybitnych w przenikliwej i dalekosiężnej mądrości!) urzędników Ministerstwa Kultury, którzy proponują udostępnianie książek w publicznych bibliotekach za pieniądze?

Drogi.

Wciąż w oczach stoi tamten obraz początku mszy pogrzebowej Jana Pawła II: prosta trumna z drewna cyprysowego i Księga leżąca na niej. Wiatr targa stronami, wreszcie zatrzaskuje okładkę. Księga życia doczesnego doczytana. I zamknięty pontyfikat pełen znaczących symboli i znaków...

Zaiste, Przyjacielu, żywot Karola Wojtyły przypomina świetnie napisaną powieść - z perfekcyjnie rozłożonymi akcentami dramatur-gicznymi: wczesne osierocenie, wojna, praca w kamieniołomie, zaskoczenie kapłaństwem, niebanalna twórczość, wybór na papieża, zamach na życie, encykliki, gesty ekumeniczne, wreszcie ponad setka międzynarodowych pielgrzymek i odwaga przeprosin za błędy Kościoła... Powieść, którą czyta się z zapartym tchem, na końcu doświadczając przemiany. Bo tylko dzieła spójne wewnętrznie mają moc bogacenia naszych dusz.

Wciąż nie mogę opędzić się przed kojarzeniem Jana Pawła II ze świętym Franciszkiem z Asyżu. Znamy testament Papieża, gdzie między innymi wspomina o rozdaniu rzeczy osobistych ("Nie pozostawiam po sobie własności, którą należałoby zadysponować. Rzeczy codziennego użytku, którymi się posługiwałem, proszę rozdać wedle uznania. Notatki osobiste spalić."). Opowiadał ksiądz Mieczysław Maliński, jeden z najbliższych Jego przyjaciół, jak to po wyborze Karola Wojtyły na papieża wysłano ciężarówkę z Watykanu do Polski po rzeczy do przewiezienia. Jakież było zdumienie, gdy okazało się, że transportowane będą jedynie: para butów, narty i kilka kartonów książek. Ten Człowiek Modlitwy, wybraniec, doskonale obywał się bez dóbr doczesnych. Mimo ciśnienia czasu komercji i pustoty rozbudowanych ceremoniałów, które chciały Go zjeść.

Nie wspominając o fakcie, że wymiar pontyfikatu JPII ma znaczenie nie tylko dla Kościoła, teologów i etyków. Trafił w samo serce rodziny ludzkiej.

Niebywały następca wczesnych apostołów. Już t a m, po ziemskiej śmierci, wierzę, przywitały Go słowa: "Oto mój Syn umiłowany!"

Czy też masz uczucie straty; straty, która w wymiarze duchowym nigdy "stratą" nie jest i nie będzie? Stanowczo muszę ochłonąć. Jak po biegu do księgarni ledwie przed miesiącem dla Jego (ostatniej wydanej za życia) książki "Pamięć i tożsamość"**...

 

Bądźmy dzielni i trzymajmy się -

Lech

 

Ps. Ku odprężeniu. Ściąga dla naszych sejmowych orłów. Oparta na autentycznych wypowiedziach. Ich gadanie baranie w wersji parodystycznej. Tekścik powinni gwoździem przybić do mównicy. Powiesz: czepliwy jestem?

 

 

Wysoki Sejmie!

Ponieważ mleko zostało rozlane, a na pochyłe drzewo kozy skaczą, nie pozwolimy by Cygana wieszali, choć kowal zawinił, albo i odwrotnie. Niby pokorne cielę dwie matki ssie, ale słowo się rzekło, kobyłka u płota! Zatem komu w drogę, temu czas - choć nie czas żałować róż, gdy płoną lasy. I gdy wychodzi szydło z worka, nie idzie jak po maśle, wyjdziemy wszyscy jak Zabłocki na mydle. Dlatego nie oddamy ani guzika, za wolność waszą i naszą, bo miał cham swój złoty róg i już lis był w kurniku, już witał się z gąską!

Wmawiają też tu, że dwa dodać dwa to cztery, a się pytamy gdzie dialektyka, gdy biednym wiatr w oczy, gdy nawałnica dziejów, wróg u bram staje i krowy zmieniają poglądy.

A tu i teraz Wysoki Sejmie wilki w owczej skórze i te farbowane lisy kalają własne gniazdo, chcą i Panu Bogu świeczkę, i diabłu ogarek, a wiadomo, strach ma wielkie oczy! I nie będą nam ciosać kołków na głowie ci, co mają węża w kieszeni, na Ojczyznę Naszą Umiłowaną plują i gruszki na wierzbie obiecują - tak nam dopomóż Bóg i kij im w oko!

 



*Piotr Müldner-Nieckowski, Łukasz Müldner-Nieckowski "Nowy szkolny słownik frazeologiczny", Świat Książki, Warszawa 2004
**Jan Paweł II "Pamięć i tożsamość. Rozmowy na przełomie tysiącleci", Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2005

 

 

 

 



 

Lechu Kochany,

 

Śmierć Jana Pawła II była wielkim wstrząsem. Ludzie nie chcą mówić o tym przeżyciu (prze-życiu!). Trudno powiedzieć coś ważniejszego ponad to, co się wie i czuje, i co masowo piszą inni. Ale trzeba. Na dzień przed Jego umieraniem napisałem kolejny felieton do "Forum Akademickiego", gdzie mam stałe felietony, tym razem o umieraniu właśnie. Jeszcze nie wiedziałem, że będziemy się żegnać z Janem Pawłem. Nie czytasz tego pisma, więc podrzucam Ci ten oto kawałek.

Media nagłośniły sprawę Amerykanki Terry Schiavo, która przez piętnaście lat nieświadoma (bo chyba nie nieprzytomna) pozostawała przy życiu dzięki pielęgnacji, odżywianiu i pojeniu przez zgłębnik. Nie wiemy, czy widziała otoczenie, na które miała otwarte oczy, i co ważniejsze, czy słyszała to, co się wokół niej działo. Możemy tylko mniemać, ale każda wątpliwość przemawia na jej korzyść. Mąż Michael doszedł jednak do wniosku, że już ma dosyć tej opieki. Postanowił pozbyć się kłopotu. Zażądał zgody sądu na odstawienie pokarmów i napojów, to znaczy na zagłodzenie i śmiertelne odwodnienie żony. Na nic się zdały protesty rodziców Terry i ich licznych zwolenników (Ameryka podzieliła się na pół). Sondę, a wraz z nią pokarmy i płyny odstawiono. Wyrok został wykonany. Terry umarła na skutek zaburzeń wodno-elektrolitowych i z głodu.

Kiedy umierała, mogła myśleć to, co w tamtych dniach przyszło mi do głowy w snach. Śniło mi się mianowicie, że jestem na pijackim posiedzeniu rządu Józefa Wissarionowicza Stalina i słyszę opinię jednego z czynowników: "Całego narodu ukraińskiego nie przeniesiemy na Syberię, trzeba im zabrać żywność, to lepszy sposób na pozbycie się problemów z tą hołotą".

Zaraz potem, w tym samym śnie, leżałem w łóżku otoczony zgrają adwokatów, którzy nie bacząc na to, że słyszę, albo nie wiedząc, że widzę wszystko, co się przy mnie dzieje, rozprawiali o tym, jak przekonać rodziców, że jestem nieświadomy, nic nie rozumiem i nie mam do niczego prawa, zwłaszcza do dalszego myślenia, do następnych snów. Nie potrafiłem tego wyrazić, ręce i nogi miałem skrępowane, na ruchy moich oczu i na grymasy nikt nie patrzył, a jeśli już, to brano je za mimowolne. Śmieszyły mnie głupie, nadęte miny tych facetów. Potem bawili się plastykową butelką z moim jedzeniem - jak piłką. Moi rodzice stali na bramce.

Padł pierwszy gol. Co było dalej, nie pamiętam, bo zrobiło się głucho i naprawdę przestałem słyszeć.

Na tym ów felieton się kończy. Opisałem sen prawdziwy. Obaj mamy kłopoty ze słuchem, a mimo to słyszymy wcale nie gorzej niż ci, którzy myślą, że słyszą doskonale. Zauważyłem kiedyś u Ciebie pewien znany mi odruch. Wybacz, że o tym piszę, ale to ważne. Jestem lekarzem, a nauczyłem się obserwować nie tylko innych, ale samego siebie. Otóż kiedy nie wiesz (nie wiem), skąd dochodzi dźwięk (brak stereofonii), ledwie dostrzegalnie a bezwiednie przymykasz (przymykam) oko. To znak, że zaraz będziesz (będę) słyszał lepiej. Słuch jest zmysłem, który można potęgować, wystarczy, że w jednym uchu jest zachowane przewodzenie kostne. Wtedy mózg zmusza się do analizy dźwięków odbieranych przez całe ciało, ale to wymaga ogromnego wysiłku. W tym momencie przestajesz (przestaję) być kaleką.

Jednak mózg ma jeszcze potężniejsze właściwości. Papież miał aparaty słuchowe w obu uszach, ale Jego słuch był wbudowany nie tylko w ciało. (Nawiasem mówiąc, ponieważ noszę taki aparat, wiem, że jeśli ktoś plecie głupstwa, to urządzenie to jest wybawieniem; naciskam wyłącznik i mam w uszach mądrą ciszę). Nie miał, biedny, słuchu muzycznego. Kiedy nagrywano jego słynne wykonanie pieśni do słów koronnej modlitwy "Pater noster, qui es in caelis...", podobno złożono je z kilkudziesięciu kawałków, tak nie dawał sobie rady z melodią! Ale miał to, co się nazywa "słuchem na ludzi", tę muzykę odtwarzał bezbłędnie we wszystkim, co mówił i pisał. Mówi się nawet o "słuchu plastycznym", "słuchu na sztukę" czy wreszcie "słuchu językowym", które nie mają nic wspólnego ze słyszeniem fizycznym. To są te słuchy, które miał On. Jeśli jest coś z jego ziemskiej wędrówki do naśladowania, to na pewno i to. O ile z pewnymi talentami człowiek się rodzi, o tyle słuch niesłuchowy można ćwiczyć. Zupełnie tak, jak zupełnie pozbawiony zdolności sportowych Rene Lacoste z niezwykłym uporem ćwiczył tenis przy skonstruowanej przez siebie ścianie i który w końcu trzykrotnie wygrał turniej Rolanda Garrosa. Bo chciał. Droga papieża z Wadowic do Rzymu była nieustannym doskonaleniem się w słuchu.

Karol Wojtyła jako profesor etyki słynął z zajmowania się najtrudniejszymi problemami filozofii i mówienia o niej bardzo trudnym językiem. Lecz tylko wtedy, kiedy wykładał studentom. Ci baranieli, ale brali się do roboty, bo musieli, i jakoś zdawali egzaminy. Nieraz zwracali się do Niego z prośbą, żeby powtórzył wykład, bo nie wszystko zrozumieli. Odpowiadał mniej więcej tak: "Nie zrozumiałeś? Nie szkodzi. Zostaw to sobie na później". Kiedy ten sam człowiek jako biskup i potem papież mówił do ludzi nieprzygotowanych, używał języka najprostszego. To było mylące, nie dostrzegano mistrzostwa syntezy, skrótu, który najłatwiej możemy prześledzić w "Pamięci i tożsamości". Zauważono tylko ten jeden skrót historyczny: "Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi". Niektórzy sądzili, że tylko tak potrafi przemawiać, i jedynie podziwiali jego dykcję, akcenty, pauzy, sposób poruszania się (aktorski, jak pisano).

Dziennikarze w czasie tego pontyfikatu nie umieli stanąć na wysokości zadania. Upraszczali to, czego już dalej upraszczać nie wolno było. Wątpię, żeby zajrzeli choćby do Jego rozprawy o Maksie Schelerze (albo lepiej: z Maksem Schelerem). Zrozumieliby, na czym polegała głębia umysłu Wojtyły, a zwłaszcza jak wysublimowany i dopracowany jest Jego personalizm, od podstaw stanowiący sprzeciw wobec zabójczego antropocentryzmu i relatywizmu. Podobnie było z kultem Matki Bożej. Rozpowszechniali nieprawdziwą tezę, że pod wpływem Jana Pawła II Kościół nadaje Jej boskość, a nie zauważyli, że w herbie papieża literka "M" (Maryja) stoi u stóp Krzyża (Chrystusa) i jest uosobieniem Kościoła, wspólnoty chrześcijańskiej. To trudna symbolika, zgadzam się, ale wynika z niej, że kobieta jest osobą ważniejszą od kapłana, który ma być sługą Kościoła, a nie władcą. Maria jest ikoną (odpowiednikiem) Kościoła, musi być więc święta, tak jak święta jest wspólnota wiernych, ale nie jest bogiem. Bogiem jest jej Syn. Wierny zaś, to nie tylko ten, kto wierzy, ale także ów, co dochowuje wierności. A dochowywanie wierności to trudna sprawa, wymaga pokory i dążenia do prawdy. Stąd słowa Ojca Świętego, które usłyszałem w czasie spotkania z naukowcami i studentami Uniwersytetu Jagiellońskiego: "Nie o to chodzi, żeby nas cenili, ale o to, co i jak mówimy". Mówił wtedy właśnie o pokorze i prawdzie, które są podstawą poprawnego stosunku do ludzi, nie tylko tych w Kościele. Pokora wyraża się w miłosierdziu, a prawda w kulturze.

Cenzura. Właśnie w ostatnim "Plusie - Minusie", dodatku do "Rzeczpospolitej" (zajrzyj), jest rozmowa z Tadeuszem Konwickim w związku z nowym, poszerzonym wydaniem "Sanatorium i klepsydry", który troszkę się kryguje, ale wypowiada kilka ważnych zdań o cenzurze. Przypomina między innymi to, co wiemy doskonale: że cenzura zmuszała do tworzenia sztuki, a dziś tego bodźca nie ma; trzeba szukać innych podniet. Myślę, że nie trzeba. Podnieta jest w prawdzie, szczególnie w tej, której jeszcze nie znamy. Kto nie próbuje poznać prawdy, nie może pisać dobrze. Dlatego z niechęcią odnosimy się do popularnych dziełek Grocholi czy Wiśniewskiego, że powielają dobrze znane schematy. Schemat zaś jest z natury przeciwieństwem prawdy, ślizga się po powierzchni, uniemożliwia rozpoznawanie głębi, przesłania ją jak karnawałowa maska. Odnoszę wrażenie, że nawet nieco lepsi pisarze, Kuczok czy Shuty, także posługują się schematami, ale nie pobranymi z cudzych utworów, tylko żywcem z prasy. Modne tematy... Na szczęście ci dwaj akurat są mocni w języku, to ich ratuje, ale już postaci stworzyć nie potrafią. Nawet główny bohater jest u nich jednowymiarowy. Kiedyś prasoznawcze dochodzenie do prawdy wyśmiał Edek Redliński, pisząc przewrotną książkę "Nikiformy". Ale tej pozycji już zapomniano, zestarzała się przez peerelowski sztafaż.

 

Ściskam mocno
Twój
Piotr Müldner-Nieckowski

 

 

 

PS. Kiedy w lutym pisałem Ci o pamięci, oczywiście chodziło o Józefa Mianowskiego, a nie Maurycego Mochnackiego. Rzecz polega na tym, że kiedyś mieszkałem przez 24 lata przy ulicy Filtrowej w domu między ulicami Mianowskiego i Mochnackiego, co zawsze mnie wprawiało w konfuzję, bo nigdy nie pamiętałem, która jest z lewej strony, a która z prawej. I do tej pory nie wiem, bo nie jest to istotne. PMN

PS. Skoro podobało Ci się "Piórko", podeślę ci e-mailem inne słuchowisko, "Księżną". Inne, zupełnie inne, ale też bardzo moje. "Piórko" będzie drukowane w "Dialogu", tylko jeszcze nie wiem, w którym numerze. PMN

 

 

Podkowa Leśna, 18 kwietnia 2005

 

Andi Dibrani

KOSMICZNE DZIEDZICTWO KULTUROWE

Museum of Hysterics
1701-2024

Mietkowi Nowakowskiemu z Johannesburga

 

Platon, uczony z odłupanym mózgowiem, jak to widać na jego zachowanych po-piersiach, utrzymywał, że człowiek jest istotą nieopierzoną, przygarbioną i skorą do uniesień.

Wizygoci, na setki lat przed utopistami społecznymi, byli zdania, że wprawdzie z człowieka nie można uczynić istoty doskonałej za życia, ale można go wyidealizować po śmierci. I czynili to, co dzisiaj przyprawia o ból głowy archeologów.

Jakiś czas po po-chówku, niekiedy zaś całe lata po po-grzebie, profanowali dziewicze dotąd groby i oceniali stopień doskonałości s-po-czywających w nich nieboszczyków; kiedy nie tliła się w nich iskra piękna albo trup patrzał krzywo, względnie skrzeczał ideałowi, ratowano z niego co się dało - wyjmowano zeń dorodne żebra albo jeno harmonijnie zbudowane podudzia, żadne bowiem życie nie mogło pójść na zatracenie. W ten sposób każdy mieszkaniec wspólnoty miał szansę na s-po-czynek w doskonałości. Lecz ideał nigdy nie sięga gleby, i po paru latach wszystko po-wtarzało się ab ovo; teraz badacze rozbijają sobie głowy tępymi narzędziami wątłych myśli, skąd i po co w jednym szkielecie s-po-czywa czaszka dziadka, miednica wnuczki i ramiona po-ciotków? - Odpowiedź jest nader prosta: Aby przypisać sobie odkrycie ludzi hetero-genicznych.

Akademia Platońska istniała od zarania albo ujmując ów wątek lepiej: To ona dała im-puls do samodzielnego rozwoju Europy. Rozwijała się. Gromadziła. Krzewiła. Komentowała. Prowokowała i prorokowała. Była solą w oku, ale mimo to: Przetrwała prawie wszystko - najazdy i zajazdy, wędrówki ludów i indywiduów, reglamentację papieru i przesuwanie granic, zdrowy rozsądek gilotyny i szaleństwo tolerancji, a nawet po-wszechną szczęśliwość pieca i stania przy kominku. Dopiero wprowadzenie stanu wojennego nad Wisłą, Nysą i Brdą podkopało jej fundamenty. Drewno po-szło w las. Mowa stała się brązem. Geometrię rzucono na kolana. A mimo to: Po-dzielone po-łówki człowiecze jako tako turlały się dalej.

Do grobu sprowadziła ją dopiero niewidzialna ręka rynku, która szerzyła się na tym obszarze i straszyła niczym wrzód w uchu, przedszkolaki i pierworódki, młodych, zidiociałych i tych, którym było już wszystko jedno, kto właściwie rządzi tym krajem; na nic błagania, humanizm i nietolerancja niedocieczonych wątków. Jej całokształt, całe mienie nieruchome i po-ruszalne, po-szło pod młotek.

Czy zatem ta istota nieopierzona, przygarbiona, zdolna do śmiechu i z grubsza po-dobna do przycupniętej kury stała się odtąd (alboż była nią zawsze?) biernym łukiem manipulacji izolacji absolutnej rzucanej na dwuwymiarową płaszczyznę płótna albo całunu, przy założeniu, że grób jest zawsze pusty (G. W. F. Hegel zmarł na cholerę, bez czystych gaci!)?

Relatywistycznie i przytakująco. Pod presją altruistycznego egoizmu. W nieegoistycznych ujęciach rzeczy ponadzmysłowych, przy po-stulujących nawykach i uległościach zasiedziałych stereotypów, w zamszu nigdy nie po-takujących, ale wyzywających imperatywów, temu, o którym tu mowa, i którego dla uproszczenia będziemy nazywali Igorem, i to Nawalonym, wcale nie było do śmiechu. Chociaż nie po-rósł jeszcze w piórka, zdobny w długopisy, w żadnym razie nie był smutasem w rodzaju A. Schopenhauera zmarłego ze starości błędnie skonstruowanego sylogizmu. Zwyczajnie i bez ogródek pewnego dnia, aby się rozweselić, zabrał swoje kości z żywego pokoju wiecznej wyprzedaży nadziei i obudził się w martwej izbie żywcem wziętych.

To jego nowe otoczenie nazywało się teraz Calancorum, i było kiedyś pustynią i po-lem, wcześniej dnem morza, w tej e-po-ce zaś obszarem niekontrolowanych eksperymentów, i to by-najmniej nie genetycznych. Po jednej stronie miał bramkę, ilekroć szedł bez klamki. Za nią zaś zgodnie z zasadą negacji negacji wcale nie witał go napis po-witalny w typie: "Witamy Was, niechętnie!" "Zaiste, tutaj nie zaczyna się Bundesrepublik Deutschland!" "W tym miejscu nie ma mowy o zamkniętym zakładzie psychiatrycznym (dla ostrych przypadków) o zaostrzonym rygorze!" Wręcz przeciwnie: W dojmującej melodii tego brzegu wyraziście przejawiały się nieskrywalna zdolność do śmiechu i jaskrawe upierzenie. Najstarsze zaś miasto świata, założone po-dobno przez samego Noego, było jeno maską.

Na drugim brzegu mieściła się wieża zwana też elewatorem, ogólnie dostępny punkt widokowy z rozległą perspektywą na wieki minione albo na nadchodzące zauroczenie dobrobytem. Żółty byk ograniczał perspektywę, a płaskorzeźba po-rwanej symbolizowała zjednoczoną Europę; nigdy nie brakowało nam kaskaderów. Rafał Wojaczek, Ryszard Milczewski-Bruno, Edward Stachura czy Andrzej Babiński byli cichymi po-dróżnymi, lecz przebojem rozstawali się z własnym życiem. - Tak opuszczali nas jeden po drugim, na długo przede mną przybywając do Calancorum kuszeni wieżą nad brzegiem rzeki o twardym dnie. Teraz s-po-czywa na nim jeno nocnik z rozbitym s-po-dem.

Królowie, wielcy elektorzy, szewcy chodzący bez butów wokół granicznego słupa, deputowani abstynenci i orgiastyczni naturaliści bez złych zamiarów w naturze światła kultury Europy dwóch prędkości z ogarkiem w ręku.

Tyle ocalało z kosmicznego dziedzictwa Platona albo jeno z jednej z jego zasypanych jaskiń. - W tej chwili jesteśmy na jej dnie: Leszek Przyjemski ślizga się po Renie. Z drugiej strony lustra s-po-gląda Johann van Geluwe. Nie śpi, a pyta. Bardzo trudno się odnaleźć w ogólnym entuzjazmie. Jednak we mnie wciąż drzemie gdzieś nicościowanie poezji, a pełnia piejącego po-południa i wieczoru po-rusza mnie nieustannie niczym ostrzeżenie przed jątrzeniem tych wszystkich ran i po-ranków.

 

Calancorum, 17/18 stycznia 2004
Andi Dibrani

 

Dorota Ryst

SIERPIEŃ. KONIEC

jeszcze

na skórze

złoty fornir słońca

na wargach

słodycz

spełnionych owoców

 

a

już

ból

opowiedziany

bosym stopom

przez

rżysko

już

szorstki czas

zmartwychwstania

wrzosowisk

 

i

wciąż

rokporocznie

nie rozumiem

dlaczego nie teraz

nie tu

nie mnie

ślepe oko kropki

 

Dorota Ryst

 

Tomasz Rybak

GDZIE DRWALA RĄBIĄ...

Zahamowałem z piskiem opon. Zgasiłem silnik i wysiadłem powoli z samochodu. Tuż przed wjazdem do mojego domu leżał pień dębu. Znam się na drzewach, od ponad piętnastu lat pracuję jako drwal.

Nachyliłem się nad przeszkodą i ją podniosłem. W tym momencie poczułem przeszywający ból w prawym barku. Upuściłem pień. Kątem oka dostrzegłem siekierę, która utkwiła mi w ciele.

- To za sosnę, morderco drzew! - usłyszałem za sobą.

Zanim zdążyłem zareagować otrzymałem kolejny cios, tym razem między łopatki.

- Za jodłę! - warknął inny głos.

Zwaliłem się na ulicę.

- A to za świerk! - krzyknął trzeci napastnik i odciął mi rękę na wysokości łokcia.

Z trudem zdołałem się troszkę przekręcić, aby rzucić okiem na sprawców. Dostałem w udo. Ostrze siekiery wślizgnęło się aż po kość. Czwórka agresorów otoczyła mnie wianuszkiem. Mimo cierpienia na mojej twarzy co chwilę pojawiał się przelotny uśmiech, niczym natrętna mucha. Nareszcie znalazłem się w centrum uwagi! Po tylu latach ignorowania. Niby jestem niepozorny, a jednak zalazłem komuś za skórę!

- Na podstawie wyroku wydanego przez organizację proekologiczną "Zieloni Mściciele" zostałeś skazany na śmierć przez zarąbanie - zaczął jeden z bandytów, kiedy nagle rozległa się syrena policyjna.

Sprawcy rozpierzchli się jak konie z płonącej stodoły, a ja straciłem przytomność. Ocknąłem się pod wpływem potężnego kopniaka w żebra. Z ran siąpiła krew. Nad sobą zobaczyłem tęgiego mężczyznę w policyjnym uniformie. Zaczął ostrzeliwać mnie pytaniami.

- Co to ma być? Blokada drogi?!

- Aależ skąąd - odparłem głosem drżącym jak ciało na mrozie. Z każdą sekundą traciłem coraz więcej krwi. - Szaleni ekolodzy...

- I po pijanemu pan prowadził? Prawo jazdy poproszę!

- Panie władzo... Chcieli mnie zabić... Zieloni...

- Też ICH pan widział?! - złapał mnie za chabety, z ust cuchnęło mu alkoholem. - Porwali mnie kiedyś i wszczepili w mózg implant nadawczy! Od tamtej pory zawsze noszę ze sobą bieliznę na zmianę i ulubione kapcie. Trzeba chuchać na gorące!

- Pomóż mi...

- A co ja, wyglądam jak siostra Teresa z Kalkuty?! - obruszył się. - Tu nie można parkować! Dostajesz mandat!

Rzucił mi na twarz świstek. Tkwiła tam suma podobna do stanu konta Aladyna. Policjant zniknął mi na chwilę z oczu. Usłyszałem syrenę, a zaraz potem zobaczyłem mundurowego, jak odjeżdża na dziecięcym, trójśladowym rowerku. Przy kierownicy miał zamontowanego koguta.

Poczucie rzeczywistości zaczęło pękać w szwach. Podczołgałem się pod dom. Zapaskudziłem chodnik i schody. Każdy ruch bolał jak diabli. Ostatkiem sił zastukałem do frontowych drzwi. Żona zamaszystym ruchem je otworzyła i dostałem w głowę. Spojrzała na mnie z wyrzutem, niczym świnia na rzeźnika.

- Znowu wracasz pijany?!

- Nieee... Kochanie... - z trudem przychodziło mi mówienie, jakbym miał gardło zapchane watą.

- Po co ci te siekiery? Na litość boską! Tyle razy cię prosiłam, żebyś nie przynosił pracy do domu! Później muszę po tobie sprzątać!

- Ależ skarbie... - próbowałem się wtrącić, ale żona spostrzegła krwawe smugi na schodach.

- Coś ty narobił?! Przed chwilą zmywałam! Za grosz nie masz szacunku dla czyjejś pracy!

- Zaatakowali mnie... Zieloni Mściciele... - znowu stałem się bliski omdlenia.

- Co ty bredzisz?! Jak myślisz, że jestem taka głupia i dam się nabrać, to się grubo mylisz! - wrzasnęła i zamknęła drzwi na zamek.

- Głupia jędza! - krzyknąłem.

Po chwili przybiegli moi kumple przebrani za Zielonych Mścicieli i policjanta. Powyjmowali ze mnie siekiery i opatrzyli rany.

- Tyle poświęcenia na nic - powiedział jeden z przebranych.

- Mówiłem, że mnie nie wpuści! Ona zawsze wywęszy alkohol w moich żyłach.

 

Tomasz Rybak
rybaktomasz@wp.pl

 

Agnieszka Wesołowska

BEZ OGRÓDEK

Bardzo bym chciała pomóc ci, podniebna.

Wyciągnąć prawą

siebie w geście uchylającym tego

co masz nad głową

kapelusza - podniebna, przezroczysta.

Jak każdy.

 

Rtęć się srebrzy w twoich słowach

o podwyższonym znaczeniu.

 

A wiesz, otwierałam drzwi, bo człowiek

cały na niebiesko mówił o wysokościach

brył ludowej matematyki

za miesiące zapomniane

wśród planet - podniebna.

 

Tak samo jak gdybym chciała pisać

uspokojona strzałą łuków

renesansowych kochanego miejsca -

 

gdzie mi jest świętnie od niechcenia

to znaczy samo przez się.

 

Rozumiesz, podniebna?

Że to tylko, tylko

podmuch wiatru w zwojach.

 

Agnieszka Wesołowska

 




leon zdanowicz

E S Z E L O N

W wagonach: - sralno, jechalno, mieszkalno, sypialnych - luksusach ewakuacyjnych. Ta ironiczna kolubryna nazewnicza ma wyrażać pięćdziesięcioletni dystans. Zwykło - niezwykły wagon towarowy - cztery komory: prawa, lewa, osiem kątów, w każdym gromadna rodzina. Bywało gęsto, ale chyba nie za ciasno. Przyrośnięci do torów. Już parę dni. Długi może, chyba końcowy postój? Eszelon, którym jechało się około dwóch miesięcy - wyjechaliśmy w maju jest koniec czerwca stoi, pośród przestrzennej mnogości pożytecznego uregulowania zagospodarowanej stacji. Oczno - nożnymi możliwościami dostępna widoczność zapraszająco przyciąga łasząc i kusząc.

 

Zabiegi, rozbiegi, "wygrużają się", odjeżdżają, przyjeżdżają, nikną, giną. Tyle interesującego dziania wkoło, że się pamięta. Teraz czerpie się stamtąd i uzupełnia. Stacja; tory, zwrotnice, wagony, budynki.

Wiem gdzie to było: towarowe zaplecze, tam się rozładowuje. Wtedy imponujący dworzec radośnie odczuwanego miasta, teraz - kieszonkowego miasteczka. Zapamiętany ogrom domów, kominów, ulic, mnogość torów, ludzka ciżba, ruch podnieconego zainteresowania. Nowość, inność, pierwszyzna - wyidealizowana w zapamiętaniu, już wtedy naiwnie wrażliwa skłonność charakteru zbierała materiał, teraz więc tylko odtwarza. Za pasmami kilku torów w sporej, bo aż około dwustumetrowej odległości, intrygująco żałosna kupka gruzu, wokół której zieloność. Pozostałość po stacyjnym budynku, ruiny dworca. No i zapamiętany niepokój niepogodzonego rozumienia: - Dlaczego taka mała kupka gruzu skoro to co zostało: parterowe złomki murów czerwono - lśniącej cegły solidną grubością mocnej postawy? - powinno być więcej gruzu. Gdzie reszta? Bez odpowiedzi, zapamiętana tylko wątpliwość.

Nie wiem co to wtedy, ani co to teraz? Wtedy nie rozumiane widzenie przydatne było do wytłumaczenia dlaczego na towarowym. Wyjaśniało: - osobowy jest nieczynny - kupka gruzów. W idealizującej naiwności nie dostrzegłem drewnianego baraczku, nieopodal kupki gruzów, który przez dwadzieścia kolejnych lat będzie pełnił funkcję budynku stacyjnego. Naiwnie zaślepionym było się już wtedy. Obyczajowo zwyczajowa normalność zmierzwianego ujarzmienia - zgoda na roboczo nizinną pokorność. To pewnie był wyraz kazachstańsko pięcioletnio poniżającego doświadczenia, unaocznianego osobiście na całej kilku-tysięczno-
-kilometrowej trasie przejazdu. Towarowe i towarowe. Osobowe "wzgardliwie" się pomijało. A i wagon też był pewnie nie bez znaczenia. Naiwnej wrażliwości emocjonalny idealizm. To gorzkie stwierdzenie z perspektywy czasowej, nawet teraz jest niekorzystne, wtedy jednak było intuicyjnie zapamiętanym faktem.

 

 

Entuzjazm, emocjonalność, łykanie, łapanie, wdychanie; zachłanne, dzikie, łapczywe, inne, nowe, świeże. Wtedy to właśnie było najistotniejsze. Pierwociny przecież, które chyba wyjaśniają szum wygłodzonych radości. Nie wiem czy jest to przekonywująco jasne. Mnie tak. A jak dalej...

 

Stacja: tory, budynki, domy, perony, ulice, kominy, fabryki. W on czas duże, ogromne, wysokie: mleczarnia, gorzelnia, krochmalnia, fabryka siatki, fabryka wozów. Urządzenia stacyjne: zwrotnice, semafory, nastawnie, rampy, podjazdy, krany, magazyny, place, buchty, zagrody. Określonego przeznaczenia zorganizowaniem zamknięte przestrzenie: załomy, kąty, skrywanki, zakamarki. Podnożnym zagospodarowywaniem przyswajające posiadanie. Łasząca i zapraszająca mnogość wciągająco - pochłaniająca. Można biegać, dotykać, ocierać, klepać, bawić, chować, znajdywać, odszukiwać, oglądać, wąchać, sikać, pluć, śmiać się, płakać, weselić, bać, gubić, znachodzić. Swobodny luz; marki, kamarki, zakamarki. Wzywające od rana. Teren, terytorium zabawy, a wokół miasto widać. Jakie? Chyba, może nawet duże. Ci co już byli, mówią: - Wielkie; ulice, chodniki, place, pompy z wodą na rogach, drzewa, ogrody, sady, piętrowe domy kryte dachówkami, latarnie, słupy. Cuda - niewidy. Czegoś takiego nigdy jeszcze...

Pokusa samowoli utemperowana. Może prośba - zakaz mamy albo rygoryzm starszego brata, lub też coś innego. Dość, że rejon stacji mocną okolicą uwięzi. Zbiorowa wyprawa chyba też była, taka rączka w rączkę, nóżka w nóżkę, grzecznymi parami - och, ach! co za miasto, jakie wielkie. Z tych, takich obrazków coś tam jest w pamięci. Grzebiąc w tym zleżałym rumowisku, znajduję wywołujący skojarzeniowy ciąg przypominania - scalacz.

 

Kościół. Zapamiętane kawałki nici, strzępy, ułomki, drzazgi, iskry, bryzgi, blaski, pocerowane łaty. Wizyta w kościele. Późniejszymi naroślami zabliźniona szrama, o widocznego kierunku, wyraźnym cięciu. Kapliczna tymczasowość kościoła. W obecnej sali sportowej szkoły nr 3, która przed kaplicznym okresem była także kinem. Czerwiec czterdziesty szósty. Wizyta w kościele. My z "eszelonu" pewnie większą gromadą. Chyba, nawet odświętnie. Co to znaczy "odświętnie"? Może duchowo? Zapamiętane wzruszenie wzbudza jednak myślowe skojarzenia mocne i obecne do dzisiaj. Bo to był "potrząs". Chociaż nie pierwszy to kościół. Za to pierwsze i może jedyne tak mocne poruszenie. Co to było konkretnie, nie wiem. Próbuję nazwać, aby chociaż słowami przybliżyć: Magia, zauroczenie, zdziwienie, wątpliwość, niepokój, napięcie, wzniosłość? Nie wiem. Nie potrafię wytłumaczyć tego sensownie czytelnym przekazem. Jakiś bliski zapach czegoś naturalnie prawdziwego. Mimo iż była to tymczasowej zastępczości kapliczność. Oczywiście, że brakowało strzelistości murów, architektonicznych wzniosłości. Widziało się już przecież gotyckie i barokowe okazałości. A tutaj papowo - płaski dach; barakowy prostokąt budynku, lekko większy niż na Kazachstanie. Jeszcze przed wejściem, oczy już były tym porażone. Tak, że w środku ta cała siermiężnie uboga geometryczność była tylko prosto wybrakowanym powtórzeniem niedosycenia. Mimo jednak tego niedosyconego braku, trafiło się podczas tej wizyty coś zapamiętanego na trwale. Skojarzeniowo scalana siatka rozproszonych zapamiętań podsuwa składowe: ciemne wnętrze rozjaśnione świetlistymi punktami - pewnie świece, nieznany dotychczas zapach - może kadzidło, kwiatami umajone obrazy i ołtarze, figury, przedmioty, nakrycia, przykrycia, ludzie, szepty, postacie, sylwetki, śpiewy, klękanie, dzwonienie, warkotliwy szum zbiorowej modlitwy. Wszystko to zanurzone w czarno zgęszczonym kremie.

 

Niezrozumiały splot wzruszeń. Co to takiego? Mistyka, metafizyka? Może to a może tamto. Bez czytelnego wyjaśnienia...

 

Trzepotliwie rozbiegana radość tamtego okresu jest jednak najistotniejsza. Zrozumiałe więc, że zapamiętana najmocniej. Inność, nowość, nadzwyczajność. Bo to było najważniejsze. No i tajemniczo niepokojąca kupka gruzów zburzonego dworca. Bo niechybnie musiał to być dworzec. Tak wtedy to było nazywane i odgadywane myślowo. A dlaczego by nie? - Skoro po latach - wątpiące pytanie bez odpowiedzi, niepewne domysły i rojenia:- dlaczego taka mała kupka gruzu (?) a pozostałe resztki tak obiecująco dostojne. Myślę, zadziałała magia pruskiego neogotyku. Klinkierowa cegła na grubej okazałości licu pozostałych resztek. Sam budynek - dworca - stacji (?) był pewnie miejscami piętrowy jak w Świdwinie lub w Runowie, które jeszcze stoją i służą. Po prostu stacyjny budynek a nie żaden dworzec. Po latach "komuchy" w tym samym miejscu wybudowały jeszcze żałośniejsze akwarium, upozorowaniem na światłość przeszklone na wylot. Jak propaganda: - wicie, rozumicie chodzi o to, żeby było widać człowieka, jego kości, wnętrze, bo partia to musi i wie...

 

Trzepotliwie rozbiegana radość jednak najważniejsza, toteż ona właśnie została najmocniej zapamiętana. Nowość, inność, nadzwyczajność. No i z boku, tak jakoś z tyłu, bo tyłem staliśmy do osobowej, ta tajemnicza i niepokojąca kupka gruzów, zburzonego dworca. Jako że niechybnie musiał to być dworzec.

 

Co to było, ten intrygujący niepokój wątpliwości. Skąd się to wzięło u dziecka, które jeszcze żadnego bagażu doświadczenia; kalek, wzorców, porównań, schematów. Chyba że genetyczne? Jak to wyjaśnić teraz z głupio mądrej odległości czasowej? Ideologicznie wyważone poczucie ładu, odmiennie przemienna biologiczność uczestniczenia, to przecież doświadczana rozumowość. Ograniczane użytecznie prawidłowości tak się wyrażają. Ale wtedy na początku całego procesu "przeszczepiania" się to może był wyraz jakiegoś zbuntowania, niezgody. Na co? Czyżby już wtedy wyczuwało się manipulację i było to przeciwko niej? Kwitły kwiaty propagandy w postaci zrujnowanego budynku stacyjnego; - pruski neogotyk i "komusze" akwarium. Okazałych pokazowości brylasta zwalistość; fryze, wykusze, załomy, uskoki, dachy, spady, poziomy, okna, parapety, listwy, zdobniki, świetliki. Detaliczna mnogość form, brył, rysunków, obrazów, całości, pojedynczości, wyniosłości, pompatyczności, prezentacyjności, nieprzyległości, odpychającości... Spełniająca się funkcjonalność roli budynku stacyjnego. Bilet, kasa, poczekalnia, bufet, holl, rozkład jazdy, bagaż, ławki, podróżni, zegar. Wypełniające się bieżąco oczekiwanie. Trwały ślad miejsca gdzie...

 

No właśnie. Co gdzie? Stacja. Dworzec. Tam się czeka. Co, kto, jak? Wygodnie, niewygodnie, uciążliwie, męcząco, w trudzie, w znoju, wytrwale, skutecznie, doraźnie, tymczasowo, niepewnie. Jak to na stacji. Niepewnych wątpliwości czekający bagaż. Przemienny ruch, zapowiedź, niepokój, napięcie, niepewność. W nas, nami, przez nas. Zawłaszcza i ubezwłasnowalnia tarmosząc.

 

Przypisany posiadanym biletem do statystycznego połączenia anonimowy podróżny, dworcowo odarty z prywatności, przytomną obecnością pobytu odbierając megafonowe komunikaty, czeka. W osobistej masie nieobecności jeden z wielu. Przebiegającymi bezwolnie pociągami odruchowa niezależność uspołecznia się stłamszeniem. Powstaje bierny związek współmanifestowania: propagandowe akwarium, pruska buta neogotyku, hodowla rybek, pierwszomajowe okazje, rocznice rewolucji, dzień wyzwolenia, obchody, wiece, masówki, akademie, święta, pochody. Stacyjna forma rygorystycznego czekania na połączenie. Praktycznym porządkiem zmaterializowany obraz uświęconej wiary. Prywatna wspólnota codziennej uprawy bez samodzielnej odpowiedzialności. A tymczasem, na razie; świetlista nitka naiwnie pasożytniczego wyzysku skręca się z utęsknieniem oczekując na pociąg sprawiedliwości. Manipulacyjnym pożądaniem propagandowej doraźności rysunkowej agitacji równina, zamienia się na pojedynczo odosobnioną nizinę. Pozostaje stacyjna konieczność realizowania działań. Rwą się i wypadają z rozkładu naiwne nitki sprawiedliwych połączeń; zatrzymane, spóźnione, plan, poślizg, norma, czynność, zadanie. Zwyczajną nienormalnością denerwujący bałagan. Podróżni uwiązani pępowiną losu do niby istniejących tras szczęśliwych połączeń, otrząsają się stłamszonymi bagażami...

 

No i obecne pytanie. Co to było w tym czterdziestym szóstym, na tej towarowej stacji; niewytłumaczalne ubóstwo kupki gruzu? Czyżby już wtedy było niepogodzeniem się, które dopiero teraz się uświadamia? I co to mogło być za niepogodzenie się, skoro jeszcze niczego nie było?

 

Nie nazwana i uświadomiona dopiero po latach, częściowo tłumacząca bo wyartykułowana przecież, nierównowaga wyczuwanej złożoności zjawisk, w których się uczestniczyło - mechanizmach, wzorcach, kopiach, schematach, odbitkach. Tego wszystkiego co miało być, po to żeby było. Teraz już, może wie się, że chodziło o gipsowych odlewów zastygłą sztukaterię biologicznego pożądania, ubranego w czerwony płaszcz socjalizmu. Bo nadrzędnym celem tej całej podniety był przecież pospolicie majsterski porządek - łapczywie zachłanna małostkowość posiadania. Teoretycznie wszyscy - każdy, a praktycznie niektórzy - ci lepsi i "lepsiejsi". Okolicznościowo korzystnie pozorującym przykrywaniem prostacko pospolite zaprzeczanie: - buty, pychy, wyniosłości, próżności. Samoochronnie zamulająco spłycające bagno. Teraz w rozprężającym się strachu, bojaźni, obudzona przypominanymi rysunkami widzących wyobrażeń, zalękniona kura prywatności histerycznie zamachała słów skrzydłami i przysiadła na grzędzie, nie do końca zrozumiałego zapisywania. Ułatwioną wygodą nieodpowiedzialnego słowotwórstwa, zapamiętanych doznań rozgrzebując ziarno: - żywe srebro, tak go niekiedy nazywano...

 

Poza wysypiskowym ładem gatunkowo wyuczającego się lasu, krzaczo nieokiełzaną dzikością rosła kłączaście niesforna korzenność. Stawała się, dojrzewała, nazywała; to, tamto, owamto. Rudera teraz, strzęp, śmieć, łachman, skrawek, drobina, rdza, wrak, ścierka. Było się, stawało, pęczniało, robiło, działało, oddychało. Co? Brak wiedzy albo odwagi nazywania, bo przecież to wszystko jest tak oczywiste, że aż jednoznaczne. Zamiast tego słowami idealizując kombinuje się; biologia, harmonia, przyroda, naturalność, korzenność, kłączastość. Zapisywanymi słowami bieżąca użyteczność szereguje dźwięki. Tak jest teraz, ale czy to ma jakikolwiek związek z czterdziestym szóstym? Tematycznie spleciona wątpliwość. Jest się, było i jeszcze trochę będzie: jadło, wydalało, usuwało, przetrawiało; kał, mocz, kaszaki, sperma. Nazywa się to chyba procesem przetwarzania materii - metabolizm. W porządku byłem, jestem, będą materią; nazwisko, imię, wzrost, waga, rozmiar, te rzeczy i coś jeszcze. Co? Właśnie co? -: Słuchanie, zwracanie uwagi, nazywanie. Nie wiem. Może to, a może tamto. To wielokrotnie zrównoważone niepoważenie, nie tylko mi się dało we znaki. I jeszcze daje. Wtedy: - kto się zajmuje takimi pierdołami do nieprzetrawiania. Stacja jak stacja. Widać budynek zgruzowany, to i na towarowym my pobyć możem i nic nam z tego. Ot durniak jakiś tematu się czepnął i gruzów trzyma. Normalnie nienormalny jakiś. Nie trzymający się życia i tyle. Tego oczywiście nie było w tym, tamtym lęku radosnych pierwocin. To jest tylko rekonstrukcja.

 

A sam lęk tych radosnych pierwocin także wyrażał się inaczej. Myślę, że zapachem trwogi. Dopiero po latach doszedłem co to był za zapach, który straszył i skojarzeniową trwożliwość obrazów podsuwał. A był to zapach adichu, czarnego bzu - krzaczo bezgatunkowej wiatrosiejności. To on właśnie był tym straszącym swądem trupiego zapachu rozkładających się ciał "esesmanów", którzy w onym czasie "robili" za wrogów, toteż chyba nic dziwnego, że straszyli w zaroślach kojarzonym wyobrażaniem...

 

W teraźniejszej sytuacji obecnego zadołowania wszystko wskazuje, że jednak korzystniej by było pozwolić się zamulić stadną zbiorowo nieodpowiedzialnością i pasożytniczą walecznością bić się zwycięsko, o bieżących ochłapów gotowcowo wydzierane kęsy. A nie zawracać głowy prywatnie indywidualnymi odchyłami od normy. Mieć i być tak jak wszyscy; grzecznie zakłamanym uładzenim pokornie "ukulturalnić się na chama", przywłaszczyć mądrze wyuczone papiery tytułów i z klęczącego poziomu żądać należnych świadczeń. Opancerzyć się skorupą udawanego odwrażliwienia i dawać ciała. To przecież nic zdrożnego, wszyscy wokoło tak postępują. A nie włos na czworo, korzennie kłączaste subtelnostki, wrażliwość, delikatność, mrzonki, ideały. Po cholerę to wszystko, o kant łechtaczki roztrzaskać! Nie ma obowiązku bycia uczciwym, wystarczy być grzecznym. Życiowa upierdliwość jest krótka jak koszulka dziecka -obsrana - "mówieją". Włożyć, obesrać, zdjąć, wyrzucić i dalej. Dziecko rośnie. A to co raz zostało już - wyrzuca się - wyrosło się do czegoś nowego. Haruj, gościu, od tego jesteś i pocieszaj się, są gorsi - szukaj a znajdziesz. Zawsze tak było, że ktoś harował. Bądź więc tym ktosiem -pokornie grzeczną służalczością "kulturnego" zastraszenia, pozwól się ogłupić i patrząc ochłapim żebraniem w oczy, okazjonalnych trafów wydzieraj kęsy. Haruj i nie podskakuj. Wyżej nie podskoczysz. Odpuść i nie nadymaj się głupkowatymi pytaniami o sensowną docelowość. Jesteś chwilowo zbrylonym kawałkiem lodu, bo mróz. Są inni, "umniejsi"- "lepsiejsi" od ciebie, pokierują, wiedzą jak, "naumieli" się. Słuchaj więc nie opieraj się, bo po uszach. Taki nauczyciel na przykład: - korzenność jeśli nie odzwierciedla gatunkowego wzorca jest obyczajowo wyjętą spod prawa mierzwą, którą się gnoi grzecznie umizgliwych pozorów wyuczeniem. Fotograficzna mądrość kolorowego zdjęcia. W telewizji nawet to pokazując. Więc dwa razy dwa. Nie kombinuj jak koń pod górę. Swoją smugę ciąg i odpowiadaj kiedy się pytają. Nauczycielska mądrość trawiennie wychowawczych korzyści...

 

 

 

Nie uciekaj "w zaparte", bo to wszystko już było. Są lepsi - bądź! Może właśnie z tej stanowiskowej odwrotności wyrasta poczucie bezsensu, które - sprawnie żałośliwą powierzchownością naiwności stadnie pogonnej; uciekanie, gonitwa,, niepokój, nietrwałość, tymczasowość. Może właśnie z tego należałoby się wykorzenić, wykłośić, wyziarnić, zrozumieć, ujarzmić, unormować, zrównoważyć. I rysunkowo czytelnym gatunkiem pospolicie gotowcowej ilustracji wrosnąć, obudować się samozaradnością ochronną, zabezpieczyć materialnie uprzedmiotowanymi wartościami rzeczowo posiadanych konkretów, otoczyć i jednorazowym opakowaniem pokazowo wydalające wchłanianie przetrawiać. Bez tej całej pseudo - filozoficznej dociekliwości. Jak wszyscy - każdy dobrowolnie zakłamaną grzecznością umizgliwości mieć: drzewo posady, zaszeregowany rząd funkcji, tytułu, rodziny, stada, gromady, zbiorowości, przyległości, zależności, równoległości, kapryśności. Bo i co to za wartość; - świeżo odczuwane mięśnie miasteczka o smaku atletycznej radości, która opiekuńczo przygarnia? Teraz jest to tylko opis, nazwanie, wydalająco przypominające przetrawianie. Miasteczko zmokłą kurą gnuśnie zmierzwionego naśladowania grzędy szczyci się gotowcowo pretensjonalnych zbrykietowań telewizyjnie opakowanej papki granulatami naśladowań. A zezłomowanie siłą samej rzeczy, z góry jest skazane na zgnojenie. Cóż to więc za fanfaronada? Klęcząco umizgliwym posłuchem gnić należy zwyczajowo, a nie naiwnym idealizmem twierdzić, że zgnoi nas ziemia i nikt jej w tym nie powinien wyręczać. Prywatna żałośliwość, której koszt... Właśnie. Koszta - płacimy rachunki; czy tylko te wystawiane przez innych? Myślę, że chyba nie tylko. Mam taką naiwnie żałośliwą wiarę w myślach, że każdy z nas jakim by nie był, za prywatną mądrość i własną głupotę osobistą odpowiedzialnością płaci. Co i za co? O właśnie, tego nie wiem - "...ani wy nie wiecie..."- na czym zasadza się zdrowie...

 

***

No i było miasto. Kieszonkowe miasteczko teraz - wkładasz rękę i wiesz gdzie, co i jak. Ograniczona mieszkiem gminnie przytulna kieszonkowość. Wtedy jednak. Miasto - gorod. Do zamiastowania było ono, bo taka była potrzeba chwili, sytuacja i możliwość. Nasze polskie do zasiedlenia i zamieszkania go i w nim. Niektórzy już, inni jeszcze w wagonach lub w PUR-ze.

 

 

 

My na kołach maminego niepokoju skaczemy: - wagon, PUR, wagon. Wreszcie ostatniego dnia - wagony - nasz "eszelon" miały odejść, nie wiem gdzie, pewnie na wschód. Ale to już teraz. Jak na szerszy tor? Nie pamiętam naszych perypetii w tę stronę. Wracamy? Nie. Decyzja. Z wagonu, w którym ostatnio mieszkaliśmy, bo mieliśmy wracać do Łodzi, gdzie Heniek cioteczny brat - syn mamy siostry, przeprowadzamy się na furmanki. Pamiętam jakieś oburzanie się i użalanie się nad naszym wyborem; - do majątku, wyrobnicy, dwojaki, na pańskie. Pewnie jednak było to jakieś takie zwyczajowe "jojczenie", bo nic więcej nie pamiętam. Nie, nieprawda. Oczywiście, że pamiętam; rozlewająco unosząca się radość. Mówiło się głośno i słyszalnie: Wolność, Demokracja, Władza Ludowa, Państwo, Prawo, Sprawiedliwość. Nie bardzo rozumiałem brzmienia tych wyrazów, unosiły jednak one tak jakoś do góry. Może to właśnie była ta rozlewająco się unosząca radość?

 

Szybko chyba i nawet sprawnie zapakowaliśmy się na wozy - furmanki. Niewiele przecież miało się, chociaż cały dobytek. W ubogo niedoskonałej pamięci - niewiele. A z tego "niewiele" fragmenty: konie, furmanki jakieś większe i okazalsze niż na Kazachstanie. No i wszystko. Nie, może jeszcze raz ta rozlewająco unosząca się radość; bo już znowuż dalej i coś innego - ciekawość, niezwyczajność. Na wozach - furmankach pomiędzy tobołkami, jest nawet dosyć luźno i swobodnie. No to się kręci, to tu, to tam się rozgląda siedzą na węzełkach, w których szmaty i łachy. Połatane pewnie i pocerowane - mrówcza skrzętliwość i zaradność mamy. Niewiele tego wszystkiego, ale służące wszystkim. Wspólna własność, która była wartością, a w niej jeszcze skarb, wyzwalający radość oglądania. Przechowywany był on w kuferku, który jeszcze parę lat później nizał wokół siebie przeprowadzki. Kuferek. Drewniana skrzyneczka z rączką, wiekiem i skobelkiem do zamykania. Pewnie był zamknięty na kłódkę -niewyraźny ślad czegoś. Kluczowych perypetii nie pamiętam, mama niechybnie medalikowała go na szyi zamykając naszych zachłannych sentymentalności radość: - metalowe, wycięte z tombakowej blachy wyobrażenie Matki Boskiej Ostrobramskiej na bordowym aksamicie, w krągłej drewnianej ramce, mocującymi przyszyciami przytwierdzone. W kopercie lub też torebce papierowej pukiel włosów Danusi - nieżyjącej najstarszej siostry. Rozerwana bursztynowa bransoleta. Dwa karminowe korale związane sznureczkiem. Obrazek Św. Ignacego Boboli. I chyba jeszcze coś. Nawet na pewno: jakieś "sprawki", świadectwa szkolne rodzeństwa, zaświadczenia, może nawet listy ojca, a może jeszcze coś, czego nie pamiętam.

 

Kuferek z pięknie, gładko heblowanych, jeszcze na Kazachstanie, przez tamtejszego stolarza, białych deseczek. Pewnie już przybrudzony. Bo przecież za nim tak samo jak za nami; dwumiesięczna, kilkutysięczno - kilometrowa podróż. Tenże kuferek, później - lata czterdzieste i pięćdziesiąte, kilkakrotnie rozgrzaną pastą do podłogi malowałem na bordowo. A on przeprowadzał się razem z nami, kolejnymi warstwami pasty zatrzymując i utrwalając pamiętanie. Czterdziesty szósty Łobez - stacja - Kraśnik z niemiecka Kracyk, teraz szydzącą ironią drwiny także; - do Węgorzyna - Wangieryn i z powrotem do Łobezu - Labes. Już tutaj remontowo bieżące potrzeby, robiłem, co umiałem, widocznie niewiele. Nie z sentymentu, był on hołubiony, ale z przydatnej użyteczności. Trzymaliśmy w nim przybory do czyszczenia butów. Szczotki, pasty, szmatki, mazaki, które tata przywiózł z Anglii. Był poręczny, więc dbało się o niego. Do czasu aż zbutwiał i rozsypał się. Teraz przypomniany, bo zawierał przecież. No właśnie. Co zawierał kuferek? Może jakąś surówkę wartości, z której teraz wyrywam, próbując nazwać kęsy pamięci. Może to wątpiące zdziwienie na widok kupki gruzów zburzonego dworca, które odezwało się po latach? Może to właśnie jest jakąś wartością, która staje się motorem napędowym tego zapisywania. Na razie przed odlewającym notowaniem, które pamięcią ciurka, staram się w myśli pogrupować fakty, spożytkowanym rozumieniem uczytelnić obrazy. Bo to może być jakaś przetrwałość, ślad na papierze; ale czego?

 

Wyhodowanej bierności stadna dookolnie gnuśność, skarlałym robakiem zniechęca i ogranicza. Przemóc te wątpliwości, bo to pamięć, a więc jakaś wartość. Cholera, ale wymyśliłem; - najzwyczajniejszą pod słońcem manipulację sterująco wytwarzającej ideologicznie pożądane bryły obrazu, zamieniłem na pamięć. Paranoja. Ale przecież prywatne poczucie godności to duma, wiara, przekonanie, zapał, skłonność, przywiązanie, oddanie. Takie są chyba podtekstowo znaczeniowe odnośniki? Tymi składnikami każdego z nas się pracuje, zabiegami różnistymi urabiając stadnie zespołecznioną pożądliwość: - pytająca kupka gruzów i odzierające z prywatności akwarium. Upozorowanego użytku służalczość. Tak. Bo masy powinny być szczęśliwe i bezkłopotliwie przetrawiająco wydalać. Taka jest dziejowa prawidłowość i na nic tam i tutaj jakiś kuferek żałośliwie naiwnej pamięci. W tamtym czasie to mogła być jakaś wartość, a pewnie i była. Ale teraz? Śmiecie, paprochy, detale, drobiazgi. Co najwyżej metafora, którą należałoby wyposażająco zbudować tak aby była nośnikiem jakichś pospolicie trawiennych wartości i działała nimi urabiająco. Bo jak inaczej kogoś zainteresować? Zdrowiem psychicznym. Światopoglądowe mrzonki bezwartościowych zmierzwiań.

 

Dawniej, kiedyś może nawet i coś takiego było, ale teraz, obecnie przy całościowego świata pojebaniu? To jest "normalna nienormalność", z głupim na łby się podmieniałeś i tyle, okurwiony pojebańcu.

 

 

Deklinacyjnie manipulującymi umiejętnościami służalczości usługowej należy dawać i brać jak leci, jak wszyscy, drzeć nasycająco ochłapie kęsy i nie wybrzydzać kapryśnie, bo zabiorą i nakopią. Kochany. Przytomnie obecnym być należy, wiedzieć i widzieć z czego się... Kategorycznie sprostaczone wartościowanie i ocenianie bieżąco płaskiego realizmu; -wicie, rozumicie, chodzi o to, co by ludzie, one to "lubieją", i im się należy. I nie ma to tamto. Ma być wyrazowej wspólnoty użytecznie scalona forma, którą wypełniamy, inaczej łapią za chuj i wyrzucają za burtę. W sztukateryjnie chemiczną długość odlotu odpadasz. Telepiąc piórami ptaki popłynęły, katafalkowo zimna dupa...

 

leon zdanowicz

 

Jarosław Błahy

KRYSTYNA. URYWKI ODWROTNE

Gdyby człowiek był zdolny do wyartykułowania końcówki, która jego samego dotyczy, byłoby cudownie. Mogłoby być. Kiciulku, czy mogło? Odwieczne pytania: po co, dla kogo, dlaczego? Po jaką cholerę te wątpliwości? Bez nich byłoby o wiele prościej i przestrzenniej. Mógłbym przytulić ciszę, którą mi ofiarowałaś bez skrupułów. Czynią ją wilgotne płatki róży, łzy z kącika ust nie sposób wyłowić. Z żadnej rzeki, która jego jest.

 

- Kwaśne, cierpkie winogrona jak czerwone wytrawne. Jeden zielony listek na łysym drzewie, tęskny za latem. Chwila - ptak o różowym dziobie. Już koniec, czeka biedny wiosny. Spierzchnięte wargi wysupłują ciszę za wszystko co było. Za nic co jest. Za więcej co przed nami.

 

Inni mówią. Ja też sądziłem: wszystko już było. Łańcuch ludzi czystych narządów. Wielka orkiestra z rękoma w majtkach. Zbiorowy onanizm w skali niespotykanej dotychczas. Czyżby? Nic tak naprawdę się nie zdarzyło do momentu, w którym zaczęło się. Cokolwiek to znaczy. Spadła nitka na twe bujne piersi, spadają palce na twoje dumne pośladki. Włosy, pot trudno rozdzielić, rozczłonkować na twoje i moje. Powiewy grudniowego lasu, ruin naszej miłości, zabytku klasy zerowej z napisami w stylu PIPPA DUPPA KALAREPPA plus trzy swastyki. Zabawy polskiej, złotej, głupawej młodzieży w nienawiść. Czajnik po raz pierwszy w Lesie Arkońskim, który każdego dnia oswajamy. Szczecin po raz kolejny. Jego metalowa twarz.

 

- Opowiem ci bajkę, jak jechałam autobusem. Wreszcie, bo na przystanku wystałam się tak, że wszystkie cząstki ciała mi zamarzały. Jest piękna zima, wokół biało, ale po co tak lodowato? Siedzę sobie i myślę o tobie, patrzę na drewniane twarze ludzi, przypominają bezrefleksyjne ziemniaki. Męczą mnie myśli, czy powinnam jechać w tę stronę, czy wrócić i być z tobą w tym ciepłym miejscu? W połowie drogi słyszę: Proszę bilety do kontroli! Ojojoj! Zapomniałam skasować. Przystanek, autobus zatrzymuje się, zdążę czy nie? Udało się. Znów zimno. Ty na pewno już wyszedłeś do KANY. Które piwko? Myślisz o mnie? Nadjeżdża następna skrzypiąca kolubryna. Dobijam do celu potajemnego spotkania, wchodzę do klatki. Całuje mnie tygrys. Dasz mi promyk słońca?

 

Kto tu liczy towar? Kto tu czego się czepia? Czep się tramwaju! Ino mnie wkurw! Towar można przyczepić, czas jest nieprzyczepialny. Nie pierdol tylko pij! Towar ma się do czasu jak dupa do cegłówki, podczas gdy czas ma się do towaru jak ćma do czajnika.

 

- W środku nocy czai się dzień, ukryty w zmierzchu zdarzeń niekoniecznie istotnych. A jaszczurki odgryzały sobie ogonki. Deszcz wszystko zmyje. Śnieg, choćby się starał, i tak na nic. Zbyt puszysty, machinalnie jasny, mechanicznie gąbczasty. W pamięci szczyt. Z wierzchołka lepiej śnić, niż być. Tożsamość tik-tak, spóźniona miętowo. A może tak słodziutko, jak marcepanowe szaleństwo? Czym to pachnie? Tik-tak, tik-tak. To słychać! Tekst się obudził, zapamiętał ciebie, ubiera się w twoje fale. Kurek jestem, można mnie odkręcić. Jestem drzewem, daleko mi do nieba. Do dupy spotkania, miłość i rozstania. Plecy bolą. Głowa, głowa, głowa, głowa - daleko poza granicami istnienia. Ból jest biały, wypadałoby odśnieżyć.

 

- To tylko upodobanie do drzew, krwawiące czarne patyki, odpadające gałęzie, suche i niepotrzebne, pokrzywione, mijające, lub swym cierniem wbijają się jedna w drugą. Powolne umieranie w zakręconym słoju, bez dostępu powietrza. Rozkładająca się cisza - ludzka, smaczna bo bezbolesna. Różnobarwna magma, badanie wieku pleśniaka.

 

Żył, spleśniał, stworzył penicylinę.

 

Już wiem. Człowiek końcówki nie skondensuje. Pozostaną żywe kultury bakterii. Paralityk w cieniu drzew. Znów wlecze ciężką torbę pod górkę, niczym Syzyf ze zwichniętą przysadką mózgową i reklamówką pełną piwa. Ma problemy z koncentracją, zaniki pamięci, wahadełko nastrojów i promazynę jako jedyne antidotum. Przeszywa i przenika między dymem z wielu kominów, rysuje swoje ścieżki w obcym lesie. Miesiączkuje woźna - będzie zima groźna! To jedno wie w mordę jebany Sokrates.

 

Jarosław Błahy

 


Piotr Macierzyński

X X X

"... powiesił się
Na czymś stosownym czy nie na rurze od bojlera..."
Rafał Wojaczek, Koniec świata

 

 

ludzie myślą że wiersze spadają z drzew jak manna

nie widzą że poeta w mokrych butach biega

że jedzie autobusem i kasuje bilet

 

im się zdaje że ja wódką żyję

że mi się chce każdej kobiecie te wszystkie słowa

w które żadna z nich nie wierzy a bez których się nie odda

 

a to że ciągle chodzi za mną Wojaczek

ostatnio był u fryzjera

i wielka awantura bo ja nie będę za niego płacił

 

i jeszcze ukradł mi dwie frazy

tylko dlatego że się wcześniej urodził

i to żaden powód

 

bo jedno co mam wspólne

z tym skurwysynem [jak kokieteryjnie pisał o sobie]

to rurę od bojlera

 

a ludzie myślą że wiersze spadają z drzew jak manna

i nie widzą że poeta w mokrych butach biega

gdzieś na końcu rury od bojlera

 

Piotr Macierzyński

 

Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (25)

Autorzy listy do redakcji piszą. Jedni uzupełniają informacje o sobie i książkach, drudzy chcą polemizować lub tylko dziękują za dostrzeżenie oraz wyłowienie ich dzieł z zalewu publikacji. Zwykła rzecz. Ale jest też grupa autorów, którzy wspomnienie o nich w "Prowincjonaliach" traktują jak nadepnięcie na odcisk. Chcieliby chwalby i peanów - bez względu na to co napiszą, a tu zdarza się prztyczek w nos.

Pewien zbulwersowany autor wyraził się wprost i to dużymi literami: NIECH SIĘ NIE CZEPIA CZEGO NIE UMIE. A ostatnio nadeszła obszerna epistoła autora z południa kraju. Cytuję wyimki:

Weźmy panie Pawle i odwróćmy kota ogonem. Wyjdzie nam z tego coś w rodzaju recenzji z pana... recenzji. A będzie to wyglądało mniej więcej tak:

"Paweł Szeroki pełni rolę dyżurnego krytyka literackiego w kwartalniku "Łabuź" Jego błyskotliwe recenzje charakteryzuje powierzchowność, zdawkowość, mielizny myślowe ale przede wszystkim pochopność osądów. Wygląda to jak taśmowa produkcja na kolanie - Bęc! Stęplem "do d." Bach! Stęplem "do bani" Bęc! "do d." ect. (...)

Nie wątpię, że potrafi pan składać litery w słowa, a słowa w zdania, natomiast co do dalszych wymagań, prawdę mówiąc mam poważne wątpliwości. (...)

Panie Pawle! Mam wiele życzliwości dla ludzi. Dla pana naturalnie również. Może łagodną perswazją potrafię do pana trafić i go pocieszyć (...) Że w łepetynce pana coś zaskoczyło, zaiskrzyło coś. Tylko patrzeć jak iloraz inteligencji wzrośnie, poczucie humoru wróci. Pana krytyka choć druzgocąca nie zrobiła mi bynajmniej "kuku"(...)

Na zakończenie mam jeszcze jedną gorącą prośbę. Panie Pawle! Będąc na kacu niech pan nie bierze się broń Boże za recenzjowanie wartościowej literatury. Taka recenzja wionie bowiem zjełczałym odorem źle strawionych zakąsek.(...)".

Cóż mogę powiedzieć moi szanowni, czasem sfrustrowani, autorzy. Nie jestem zawodowym krytykiem. Komentowałem i komentuję z pozycji nałogowego czytacza, któremu zdarzyło się w życiu przeczytać kilka tysięcy książek. To jest mój punkt odniesienia, mój warsztat.

I nie majstruję recenzji. Raczej dzielę się opiniami i spostrzeżeniami po lekturze - w telegraficznym skrócie. Starając się wyłuskać z dzieł, co najistotniejsze. Jednocześnie, o ile możliwe, biobibliograficznie przybliżając sylwetkę twórcy. Gdyż nie każdy odbiorca literackiego pisma będzie miał czas i ochotę na samodzielne poszukiwanie informacji o autorach.

A punktem wyjścia moich przeglądów zawsze jest sympatia dla każdego twórcy. Nawet gdy jego określone dzieło uważam za chybione i czasem pozwolę sobie na podszczypywanie.

Zatem, nosy do góry! Tyle jeszcze dzieł do napisania, tyle jeszcze prób do podjęcia!

 

1.

Zacznijmy może od debiutu. Debiuty niezmiennie budzą czytelniczą ciekawość, a czasem i nadzieję. Nadzieję spotkania nowego, samodzielnie artykułowanego głosu.

Właśnie ukazała książeczka poetycka maturzystki kołobrzeskiego liceum A. Stankiewicz (Agata Stankiewicz "Kamienne dziecko", Wydawnictwo ALTA PRESS, Koszalin 2005, str. 60).

Autorka urodziła się w Trzebiatowie. Publikowała już nieco w prasie - m.in. w pismach lokalnych i bydgoskim miesięczniku "Akant". Jest współautorką almanachu "54 równoleżnik" (2004), zdobywała laury w konkursach poetyckich: "Strofy o moim mieście" (1998), "Srebrnego Gryfa" (II miejsce - 2002).

Debiutancki zbiór, poprzedzony wstępem Eugeniusza Koźmińskiego, zawiera niespełna pół setki utworów. Autorka podzieliła całość na dwie części. Pierwsza część jawi się opisem wczesnego dzieciństwa, jest też próbą odniesienia się dziecka do świata. Obserwuje, dojrzewa i - jak w utworze "Kamienne dziecko na balkonie" - wie, że:

Czasami trzeba usiąść

Na krawędzi

Spojrzeć w dół

I rozbić myśli o stałość betonu.

Samoświadomość owocuje w drugiej części zbioru przyśpieszeniem rozwoju. Niegdysiejsze dziecko, wyjęte spod klosza dzieciństwa, zderza się z tym, co spotykane dookoła: czyli z międzyludzką grą, fałszem postaw, a nawet z cierpieniem. Ta nauka bywa bolesna. Jednak trzeba iść dalej. I "Nie jestem dzisiaj taka/ Jaka byłam wczoraj" powiada w wierszu "Metamorfozy".

Inicjacja dorosłości zaczyna też nieść ze sobą odpowiedzialność za czyny, za słowa. Podmiot liryczny strof A. Stankiewicz prócz ocen świata, zmierza ku refleksji. Jak w utworze "Jesień", gdy zauważa:

W złą porę wybraliśmy się do siebie

Roztańczyły się liście na wietrze

I zamiast po ciepłym piasku

Chodzić musimy po deszczowym błocie.

Trudno orzec czego spodziewać się po autorce w przyszłości. Każdy debiut to zagadka. Tymczasem otrzymaliśmy zbiór interesujący, nacechowany dyscypliną warsztatową. Niepokoi tylko nierzadkie ocieranie się strof o język spłaszczony przez ucisk komercji.

 

2.

I drugi debiut poetycki. Swój pierwszy zbiór, pod skrzydłami literackiego dwumiesięcznika "Topos", opublikował W. Kudyba (Wojciech Kudyba "Tyszowce i inne miasta", Towarzystwo Przyjaciół Sopotu, Sopot 2005, str. 32).

W. Kudyba (rocznik 65) urodził się w Tomaszowie Lubelskim. Jest wykładowcą literatury współczesnej w Podhalańskiej Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Nowym Targu. Laureat konkursów poetyckich im. K. I. Gałczyńskiego oraz R. M. Rilkego. Publikował między innymi w "Znaku", "Tygodniku Powszechnym", "Nowej Okolicy Poetów" i "Frondzie".

Szczupły objętościowo zbiorek zawiera ledwie dwadzieścia cztery utwory.

Bardzo to różny od A. Stankiewicz debiut. O ile A. Stankiewicz operowała skrótem, o tyle W. Kudyba mówi szeroką frazą. Wiersze poety przypominają nieśpieszny dyskurs, pogłębioną rozmowę. Jak odnotowuje w jednym z początkowych utworów:

Rozmowa to miejsce zupełnie osobne,

Jest nią dawna twierdza, na pewno łagodne

Płomienie wieży, ciemne ziarno wody,

Barczyste bramy Malborka, stugłowy

Styczniowy wiatr, przejrzysty wzór szronu,

Ostre krzewy, zapomniane drzwi w domu.

Charakterystyczną cechą poezjowania W. Kudyby jest nasycenie strof szczegółem. Warzywa to konkretnie pory, marchew; spotykamy nie jakieś tam anonimowe zielsko, lecz tatarak, konopie, pokrzywę, rozchodnik. Takie szczegóły właśnie tworzą specjalny klimat. Budują wiarygodność - nie tylko w kontekście rzeczywistości.

Da się wyłowić jeszcze jeden wyróżnik u W. Kudyby. Poeta nie odgrywa roli mentora. Wciąga do wymiany zdań, czasem dyskretnie zadaje pytania.

To poezja bez fajerwerków i efektownych sztuczek. Świadomie wyciszona. Chciałoby się rzec: prowadzi niewydeptanymi ścieżkami.

 

3.

O ile przed chwilą mieliśmy do czynienia z debiutantami, teraz autor doświadczony, z pokaźnym dorobkiem. Często gości na łamach "Łabuzia". Mowa o P. Bednarskim (Piotr Bednarski "Spojrzenie przez ramię", Dom Wydawniczy DUET, Łysomice 2004, str. 114).

P. Bednarski (rocznik 38), urodzony w Oryszkowcach na Podolu, mieszka w Kołobrzegu od lat sześćdziesiątych. Nim przeszedł na emeryturę pracował między innymi jako rolnik, doker, rybak i marynarz floty handlowej.

Debiutował tomikiem "Arka przymierza" (1972). Od tego czasu opublikował kilkanaście książek poetyckich i prozatorskich. Jest laureatem nagród im. Josepha Conrada, Marcina Borzymowskiego, Fundacji Kultury. Jego powieść "Błękitne śniegi", przełożoną w ubiegłym roku na język francuski, zaadaptowała w teatrze telewizji Izabella Cywińska.

"Spojrzenie przez ramię" to drugi wybór wierszy poety. Pierwszy ukazał się w 2003 roku nakładem wydawnictwa MINIATURA w Krakowie.

Obecny wybór wierszy wspiera mocno filologiczne posłowie literaturoznawcy Stefana Melkowskiego. Autor posłowia na dziewięciu stronach szczegółowo analizuje utworu Bednarskiego, odwołując się też do nurtów poetyckich lat minionych.

Warto zauważyć, że poeta - budując wybór z kilku tomików i dołączając utwory nowe - nie skorzystał z klucza chronologicznego. Podążył innym tropem, kładąc akcenty na emocje i wątki tematyczne ważne z jego punktu widzenia. Już tytuł "Spojrzenie przez ramię" dużo sugeruje. Ogląda się poeta za przeszłością. Ma też coraz wyraźniejszą świadomość nadciągającego kresu biologicznego żywota. Na ludzki sposób próbuje wykładać sobie i innym znaczenie traumy. A w poemacie "Dwurzecze" apeluje:

Kiedy umrę spal ciało,

nie oddawaj mogile,

bo ziemią nie byłaś;

niech się ogniem stanę. (...)

Kiedy umrę nie myśl, że zabrała śmierć,

nie umrę, pójdę tylko szerszy dzień

wyprosić i twoją obecność wpisać

w moje wieczne poetyckie konanie.

Poezjowanie P. Bednarskiego potrafi wewnętrznie oczyścić i zachować w naszych wyobrażeniach proporcje tego, co ważne - wobec tego, co mało istotne lub zwyczajnie miałkie.

 

4.

Czytelnikom "Łabuzia" znany jest też S. Chyczyński (Stanisław Chyczyński "Czarna pończocha", Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2005, str. 56) - bowiem część z przedstawianych niżej utworów autor opublikował w "Łabuziu".

S. Chyczyński (rocznik 59) mieszka w Kalwarii Zebrzydowskiej. Z wykształcenia filozof. Debiutował w 1993 r. na łamach "Źródła", publikując później między innymi w "Akcencie", "Magazynie Literackim", "Metaforze", "Pograniczach", "Tytule", "Przeglądzie Artystyczno-Literackim" oraz "Twórczości". Kilka lat redagował miesięcznik "Nihil Novi". Ukazało się pięć jego zbiorków, w tym "Calvaria mon amour" (2000) - co odnotowały "Prowincjonalia (11)" w 2001 roku.

W omawianym wówczas zbiorze wierszy uderzała przede wszystkim zabawa słowem i badanie naprężeń językowych. Ciekawie też wyglądał poetycki spór ze stereotypem postrzegania sacrum w literaturze.

Dużo z tego przeniosło się i na blisko półsetkę utworów "Czarnej pończochy". Piszący wstęp Wojciech Wencel punktuje powinowactwa S. Chyczyńskiego ze Stanisławem Grochowiakiem i księdzem Józefem Baką. Jest tu coś na rzeczy. Poeta świadomie czerpie ze schedy wymienionych, dodając swoje modernizacje, własny rytm.

Biegłość, z jaką się porusza między kulturowymi odwołaniami tyleż podziw może budzić, co opór. Podziw dla dystansu wypowiedzi i zgrabnych językowo wolt, zaś opór przez podejrzenie literackiego hochsztaplerstwa.

Trudno rozstrzygnąć jednoznacznie. Ale jest pytanie: czy trzeba? Może wystarczy poddać się rozkołysaniu strof poety? Poddać się iskrzeniu wersów, które tylko czasami udają nieporadność?

Bo przecież pod maską tromtadractwa kryją się pytania i refleksje ważne. Jak w utworze "Isa miłosierny":

Źle jest dobremu, kiedy słaby i sam

żyje jak uczył miłosierny Isa.

Zawsze to raźniej w piekle mnożyć dobro,

gdy ma się obok chociaż siostrę dobrą.

Źle jest mądremu, kiedy głupcom wokół

Wiara się jawi szczyptą soli w oku.

O, mój Rabbuni, błędy rosną szybko,

może coś szepniesz z obrazka za szybką?

 

5.

Na deser przeglądu coś lżejszego.

Swoją piątą książkę poetycką ogłosiła A. Nagórska (Ariana Nagórska "Lewa faktura", Wydawnictwo Towarzystwo Słowaków w Polsce, Kraków 2005, str. 80) - podobnie jak P. Bednarski i S. Chyczyński nie stroniąca od publikowania w "Łabuziu".

A. Nagórska (rocznik 54) - urodzona się w Sopocie, mieszka w Gdańsku. Pracuje w Wydawnictwie Uniwersytetu Gdańskiego. Jej debiut prasowy przypadł na 1972 r., książkowy nastąpił w 1986 r. - zbiorem wierszy "Podatek od imperium". W roku 1999 opublikowała tomik "Coraz dwutysięczniej".

Informuje na okładce "Lewej faktury": Nie ograniczam się jednak tylko do poezji. Proza, krytyka literacka, publicystyka i satyra też nie są mi obce. I dalej powiada: Największym komplementem dla mojej twórczości jest dezaprobata głupców.

Zbiór podzieliła autorka na kilka części. Ale to nie tylko poezja. Znalazł się w książeczce i "Przerywnik prozaiczny": migawkowe obrazki niewierszowane.

Rzadką zaletą jest u poetów odsłonięcie satyrycznej czy humorystycznej części natury. Zwykle poeci jak ognia strzegą wizerunku twórców superpoważnych. Zabiegi takie wynikają z błędnych mniemań o tym, że podmuch lżejszej muzy może zdeprecjonować znaczenie ich twórczości. Jednak Ariana Nagórska wie o tym, iż poczucie humoru wiąże się z inteligencją, a inteligencja z niekoturnowym postrzeganiem rzeczywistości.

Wiele z ponadsetki pomieszczonych w zbiorze utworów zachowuje rytm i kadencję piosenki. Szereg idealnie nadaje się do czytania na akademiach literackich dla (nie)grzecznych dzieci. Jest też grupa utworów, których adresatami są grafomani. Słowem prawie każdy znajdzie coś odprężającego dla siebie.

Nie potrafię oprzeć się zacytowaniu choćby próbki. Przeto na koniec kilka strof z wiersza "Głód poezji wysokiej":

i to ma kurde być poezja?!

barłóg, w wazonie suchy wiecheć

ochłap żeberka co pies nie zjadł

i baton snickers na pociechę? (...)

pisz! bo szlag trafi, piorun strzeli

sieknie lumbago albo kolka

jeśli mnie wierszem przy niedzieli

nie potraktujesz

Jolka, Jolka...

 

 

(maj 2005
Paweł Szeroki

 

Rainer Maria Rilke

***

Lubię te ciemne godziny w mym bycie,

gdy zmysły toną w głębinie bezwolne;

jak w starych listach, widzę w nich ukryte

codzienne życie, już dawno minione

i jak legenda dalekie, prześnione.

 

I wtedy wiem już, że zyskałem przestrzeń

na drugie życie, co bez czasu płynie.

 

Niekiedy czuję się ogromnym drzewem,

rosłym, szumiącym, co ponad mogiłę

wyrasta snem, przez chłopca śnionym skrycie

(którego strzegą podziemne korzenie),

straconym w smutku, żałości i śpiewie.

 

Przełożył Andrzej Lam
Rainer Maria Rilke

 

Paweł Rogalski

ŚMIERĆ MILCZĄCEGO PASTERZA

Spalono nam niebo; nie od razu, nie natychmiast, lecz powoli, niespiesznie, po kawałku... I zatrwożeni oglądaliśmy te części, jak fruwały, przewalały się ponad naszymi głowami; pękały, szumiały, iskrzyły się pełne żalu i nieprzeniknionego bólu. Zdawało się, iż ktoś wyszarpuje nam serce, zdziera skórę i łamie żebra. Oczy nie mogły znieść tego widoku. Małe, przekrwione przypatrywały się nadciągającej burzy - rozgrzanej, czerwonej, podobnej do tej z apokalipsy. Taką oglądaliśmy kilka tygodni temu jak zawirowała nad dachami naszych domów.

Wtedy leżeliśmy z ojcem na skoszonej łące. Zmęczeni odpoczywaliśmy po pracy.

Niebo jakoś wybieliło się i wyjaśniało. Stało się spokojne. Zapach rzeki, która niosła ze sobą sny ludzi i zwierząt, tam ze wsi, sprawił, że się wybudziliśmy.

Tato wyciągnął z siatki biały ser, gotowane na twardo jajka, chleb i mleko. Zaczęliśmy jeść. Milcząc patrzyliśmy na niewielki zagajnik. Za nim rzeka zakręcała, przebijając się dalej ze snami. Woda kierowała się na południe.

Kilka lat temu podczas sianokosów brat mojego ojca klepał kosę w tych zaroślach. Było upalnie. Słońce prażyło nam skóry. Razem z ojcem grabiliśmy suche jak pieprz siano. Nagle przestaliśmy pracować. Zdawało nam się, że nie słyszymy stukotu młotka. Myśleliśmy, że stryj zaraz się pojawi, gotowy do pracy. Ale nie przychodził. Tato rzucił gwałtownie grabie i podszedł pod rzekę. Zanurzył ręce i powiedział, że woda niesie sny pełne cierpienia.

Położyłem również grabie i pobiegłem w kierunku olszyn. Ścieżka prowadziła wprost do dużego pniaka. Tam, gdzie mężczyźni z pobliskich łąk sklepywali narzędzia. Stryj z podciętym gardłem leżał blisko pochlapanej krwią kosy. Patrzyłem na to pełen trwogi. W końcu krzyknąłem. Głos silny przebił się przez drzewa i ziemię do ojca. Długo czekać nie musiałem. Z dala nadbiegł tato; pochylił się nad bratem i zapłakał. Wtedy nasz koń z pustą furą zerwał lejce przywiązane do młodej topoli i ruszył na oślep, przed siebie.

I słońce obniżyło się, rzeka przelała się na trawę i wyrzuciła wszystkie sny mieszkańców. I tato wziął dłonie brata i ucałował je. Myślałem, że zaraz spadnie gwiazda Piołun, rozłupana, rozgrzana parująca nienawiścią do ludzi.

W czerwcowym sianie, ciepłym i suchym zawieźliśmy stryja do domu. I zdawało mi się, że słyszę dźwięk zbliżającej się Apokalipsy, jej szum i przelot. Spojrzałem na ciało utopione w sianie i pochyliłem głowę - tak jakbym był przy dotknięciu ciszy.

Na podwórzu płacz nas wszystkich uspokoił zbliżającą się burzę - jej pomruki, jej czerwona zasłonę, jej lęk.

Pamiętam, że większość zbiorów z łąki zgniła. Niedopatrzone, nie zwiezione na czas siano przepadło. Dlatego też musieliśmy się zająć drugim pokosem, tak żeby wystarczyło na karmę dla dwudziestu kilku owiec.

Kiedy mój brat dostał powołanie do wojska, ojciec i matka postanowili, że uszyją mu kożuch. Taki jaki nosi ksiądz wikary. Musimy ubrać naszego syna, powinien wyglądać znacznie lepiej - mówili wspólnie - chłopak musi się pokazać.

Pewnej nocy przestałem rozmawiać z owcami. Zwykle przed zamknięciem ogromnych wrót śpiewałem im pieśni, o tym, że nie wolno niczego się bać, o tym, że księżyc wcale nie przynosi trwogi... Zwierzęta wtulone jedno w drugie przymykały oczy i zasypiały. Wtedy przestawałem głośno śpiewać. Mój głos przechodził w ciche mruczenie. Teraz zapatrzyłem się w księżyc i czekałem na ojca, który wybierze tych kilka najmłodszych jagniąt i zabije je. Dla mojego brata, na ubranie.

Zanim zjawił się w owczarni zakrył marynarką księżyc i wziął ogromny nóż. Ale oglądając zwierzęta zawahał się. Wrócił do domu i usnął. Może jeszcze nie był gotowy.

Schowałem się za stary żłób i patrzyłem na ojca z nienawiścią.

- Boże - pomyślałem - żeby ta nienawiść nie przyrosła mi do oczu, żeby mój wzrok nie był taki zły, żebym nie był człowiekiem z otchłanią.

Owce poczuły się niespokojnie. Ścisnęły mnie. Czyżby bały się. Przez okno zauważyłem, że księżyc schował się za ciemnogranatowe chmury. Ukrył się przed zagładą.

Nie pozostało mi nic innego jak otworzyć drzwi. Ich skrzypienie wybudziło owce. Podnosiły się nie robiąc dookoła żadnego wrzasku. Szły powoli spoglądając na mnie. Prowadziłem je do starej szopy, oddalonej od naszego gospodarstwa o przeszło dwa kilometry. Posuwaliśmy się lekko ośnieżoną drogą. Zatrzymamy się w miejscu, gdzie znaleźliśmy nieżywego stryja - powiedziałem do jednej z matek.

Po upływie kilku godzin staliśmy już w zagajniku. Przy pniu stał mój stryj, tak jakby na nas czekał. Wyglądał elegancko i uśmiechał się do mnie. Wtenczas przewróciłem się. Po chwili ktoś szarpnął mnie. Wiedziałem, że to mój brat i ojciec wytropili mnie. Skuliłem się i czekałem kary. Coś jakby zawisło nade mną, siekiera, kij.

- Widziałem stryja, tato - wyjęczałem przestraszony.

- Kłamiesz - powiedział spokojnie i twardo - jak zwykle kłamiesz.

Zwierzęta znieruchomiały. Następnie poruszyły się i zaczęły lgnąć do siebie. Kiedy utworzyły zwartą całość, usłyszałem wrzask. Tak niesamowity dźwięk, jaki trudno gdziekolwiek spotkać.

Lód na rzece, która od czasu do czasu niosła sny, pękł. Kilka topoli, które obrastało jej brzegi, przechyliły się i rozsadziło je od środka. Ziemia zaczęła trząść się i dygotać.

Woda wylała na zamarzniętą łąkę i nie widziałem już żadnych snów. Czyżby nastąpiła zmiana w ludziach. Nie potrafią śnić i marzyć. Zbyt mocno przywykli do życia, że stało się im ono obojętne.

Brat chodził do krawca wiele razy. W końcu wrócił w kożuchu. Mama i tato długo nie wypuszczali go z lustra, które wisiało pod krzyżem z długą smugą Chrystusa na ścianie. Musieli się wszyscy nacieszyć.

- Jutro rano do kościoła, na mszę - piszczała z zadowolenia mama.

Uciekłem do owczarni. Szukałem tych matek, które potraciły swoje dzieci. Kiedy je odnalazłem, przytuliłem do siebie. Potem ze strychu wyciągnąłem czerwona koszulę, ciemnobrązowe spodnie, czapkę i czarne buty - to wszystko co nosił dawniej ojciec. Położyłem ubrania na żłobie. Wziąłem bat i na oczach zwierząt zacząłem trzaskać w nie. Poskręcały się i pospadały na słomę. Zmęczony, na nowo je poskładałem. Tym razem ponapychałem słomą i sianem. Zrobiłem kukłę. Podniosłem ją w górę, aż owce zadrżały. Rzuciłem ją w stado. Myślałem, że zwierzęta rozniosą słomianą lalę. Ale owce rozstąpiły się i stado położyło się tuz przy mnie. Czułem, że rzeka znad łąki wylewa, tym razem niesie nasze sny.

Następnego dnia brat nie poszedł do kościoła. Rodzice zrobili mu awanturę. Krzyczeli i wymachiwali rękoma. Zbudzili mnie. Wstałem i przyłożyłem ucho do drzwi. Kłótnia gęstniała coraz bardziej. Kiedy wszedłem do kuchni, zapanowało milczenie.

Późnym wieczorem na zabawie ojciec dopadł mojego brata i zdarł z niego kożuch. Zawstydzony uciekł do ubikacji. Ludzie śmiali się i z mojego ojca i z brata. Kiedy opowiadano mi tę historię, poczułem się upokorzony, jakby ze mnie zdzierano skórę. Długo bolało.

Kiedy brat sam szedł z dużą walizką, bo miał się stawić na komisję wojskową, szedłem z kilkoma owcami za nim. Był mróz. Szliśmy i nie mówiliśmy zupełnie nic. Miałem wrażenie, że maszeruję brzegiem otchłani; że jestem jej tak blisko. Bałem się o brata. Ciął ostry wiatr. Zatrzymałem się wraz z owcami. Brat nie pożegnał się; szedł spokojnym miarowym krokiem.

 

Paweł Rogalski

 

Wojciech Sołtys

***

to muzyka

nieobecnie daleko od siebie

 

byłaś nawet piękna gdy się bałaś

podczas gdy ja mocowałem się z paskiem

był stary trudno pogodzić miłość

z sentymentem chciałem żebyś umarła

ale rozbiłaś sobie tylko głowę

o stary regał gdy byłem na tobie

 

uwierz myślałem o tobie

 

to muzyka i sekunda

antykwariat smutku

 

nie odróżniłem się wcale

gdy facet przede mną trzasnął

drzwiami a ja niosłem niepotrzebnego nervala

upadł na ziemię byłem mroczny

on był w jasnej oprawie

albo na odwrót chciałem umrzeć

poszedłem na piwo

 

Wojciech Sołtys

 

Oskar Szwabowski

ZGON

Zdechł. Wszyscy, jednomyślnie, uznali zgon ten za wielce niestosowny. Żeby tak, bez uprzedzenia i w ogóle w trakcie. Rozumie się, żeby to przed, bo to jeszcze człowiek coś wymyśli, albo po, wtedy też można jakby więcej. I na pewno nie jest to taki kaliber, jak zgon w trakcie. Zgon w trakcie, to rzecz niewybaczalna. Zgromadzeni w pokoju gościnnym niepewnie zerkają na siebie. Słowa brzmią tak dziwnie. Trzeba je ważyć, gdyż w panującej ciszy, są jak odgłos młota w środku nocy. Uderzają. Są takie cielesne, namacalne, wyraziste, że trudno cokolwiek. Ciotka, co to mąż jej naukowcem jest, pracuje na uniwersytecie i raczej z nim nie pogadasz, więc ona zaczyna, bez żadnych zahamowań, jakby nic się nie wydarzyło, jakby nagle cisza nie zapanowała, trajkotać i to trajkotanie wypełnia wymiętolonymi, przeżutymi słowami, słowami-flakami, tłustymi, mielonymi po kilkakrotnie słowami pokój, między kluchowate zdania wciska wilgotną wędlinę, korniszony, co przyjmuje z wdzięcznością. Tak, tak, dziękuje. I dalej. Zgromadzeni z namaszczeniem szukają sensu w półmiskach. Starają się odczytać hieroglify na brzegach talerzy. A tą potrawę to jak, niemożliwe, też próbowałam zrobić coś takiego, ale inaczej, pamiętasz, Ewunia, jak byliśmy we Francji, oni to tam dopiero mają kuchnie, nie, ta delikatność, subtelność, nie, to nie dla mnie, schabowy z ziemniakami, no, ja też nie rozumiem wegetarian, taka moda, sąsiadka spod piątki dała mi przepis... Nagle! Rwie się, kęs staje w gardle, słowa wsiąkają w dywan. Ktoś patrzy tępo. Henia myśli o radiu, nawet proponuje. Szmer przemyka, niemal niezauważalnie, nieokreślony pomruk. Chociaż, ktoś odzywa się głośniej, lecz milknie. Andrzej, człek rzeczowy i z zasadami, próbuje przejąć inicjatywę, energicznie chodząc w tą i we tą, stawiając, chcąc czy nie chcąc, zgromadzonych wobec zgonu, wobec faktu, nakazuje przyjąć ciężar zdarzenia, nie ma co się wykręcać, już się nie da. Kroki w tą i we tą, w tą i we tą, mówią, że się nie da. A wy, pyta gospodarzy, chyba tak rady nie dacie, wiecie, żyć tak, hm, bez. Mąż zna tam kogoś, kto pomoże. Człowiek się przyzwyczaił, a tu... kicha taka. I nie ma powrotu, bo się przyzwyczaił. Tak, przytakuje Andrzej, ja popatrzę też ze swojej strony, pech taki. Pech. Wszyscy przytakują. Wszyscy patrzą ze smutkiem na denata. Ale to już nie tak. to już nie to. A było tak miło, czas płynął bez problemu, gładko, słowa płynęły, płynąć nie musiały, po prostu, dobrze było i nagle. Trzask. No, ale nie rozumiem. Musiało być coś nie tak, wiecie, jak to jest, wystarczy małe gówienko, szast-prast, i po całości, niby nic groźnego, niepozorne takie, a rozpierdala cały system, organizm pada. Paproszek, okruszek, normalnie nie przyszłoby przez myśl, że coś takiego może cokolwiek spowodować, o ile w ogóle zwróciłbyś na to uwagę. Bogdan, niedoszły lekarz, pijący odrobinę za dużo. Żona odchodziła, a to przychodziła, robi awanturę, niekiedy nie chce dać, ale jakoś się żyje. Dzisiaj siedzi obok, w czarnej sukni, złota bransoletka na przegubie, zmysłowy wisiorek na szyi, i jest trochę zniesmaczona, nie bierze udziału w dyskusji i cała ta sytuacja to w ogóle jest nudna. Szkoda, że zdechł, zdarza się, nie ma co się przejmować. Najlepiej byłoby zakończyć imprezę. Tego wręcz wymaga dobry zwyczaj. Wychowanie! Pali papierosa. Basia jest przejęta, bardzo przejęta. Jest to dobra istota, nie chce, aby ktokolwiek się smucił. Spoglądają, potrząsają głowami. Gospodarz nagle uświadamia sobie, niemal, że w pełni, blednie, chce coś powiedzieć, zbyt się boi, spuszcza wzrok. Gospodyni kładzie dłoń na ramieniu męża, rozumie. Są przecież razem. W tym samym mieszkaniu. Ktoś zerka na zegarek. Może herbaty, kawy? Ciasta? Nie, nie, będziemy już iść, muszę jeszcze jutro, wpadniemy innym razem, to się coś mocnego wypije, tak i pośpiewa, he, he, można by. Podawanie płaszczy. Parę osób zostaje. Andrzej na chwilę zaprzestaje chodzenia. Basia pali papierosa za papierosem. Powinna już pójść, ale jak tu, w takiej chwili. Ja bym tam kawy łyknął, mówi Bogdan. Całuje żonę w dłoń, zaraz idziemy, szepcze. Andrzej też nie wie, co robić. Cisza. Od czasu do czasu słowa, rwany dialog. Gasi papierosa. no to i na nas czas. A z tym, mówi Andrzej zniżonym głosem, to wpadnij do mnie jutro, znam dobrego fachowca. I tanio. Pięć dyszek i będziesz mógł znowu oglądać filmy, a w ten czwartek ma być niezła sensacja. O dwudziestej. Na którym. Na jedynce chyba. Tak, tak. Czwartek o dwudziestej. Może go jakoś przywrócimy do życia, nowy w końcu to nie taki mały wydatek. Och nie mały, nie mały. Dzięki. Dzięki.

 

Oskar Szwabowski

 

 

Wiersze z tomu "Odpływ. Sztuka ubywania", który
ukaże się wkrótce nakładem Wydawnictwa OSKAR w Gdańsku.

Zbigniew Jankowski

PO-SŁOWIE. WIERSZ OTWARTY

Już nie zapisuję swoich wierszy.

Noszę je w sobie, ogarniam, ożywiam

wciąż innymi obrazami,

ale odwlekam, odpycham

ich przyjście na świat,

ich kształt dokonany

i jawny jak zwłoki.

 

Już wiem: tyle wiersza,

ile go we mnie.

Cieszy

jego rozrastające się, słodkie

ciepło, jego

coraz głębszy puls, przechodzący

w delikatne kopanie

grobu dla siebie,

jego przechodzenie

od razu

na drugi świat

z pominięciem wszelkiego zaistnienia

w mojej migotliwej doczesności,

w mojej próżnej chwalbie.

 

Słowa jak troskliwe ręce

przykładam do jego wzbierania,

ale gdy już napiera,

jakby się chciał urodzić,

czyli wycofać z mojego wewnętrznego życia,

porzucam go, zostawiam

w płodowych wodach

nieskończoności.

 

I znowu,

jakby na dalekim brzegu

czekam,

czekam,

aż wynurzy się we mnie

nowy, ufnie otwarty

na wspólne niedoczekanie.

 

Zbigniew Jankowski

 

Zbigniew Jankowski

CICHE PRZEJŚCIE

Tu już nie chodzi o słowa

tu już nie chodzi o

tu już nie chodzi

tu już nie

tu już

tam

 

Zbigniew Jankowski

 

Zbigniew Jankowski

NIE NA ŻARTY

Czy jesteś jeszcze

poetą?

 

To można sprawdzić.

 

Dotknij tego porzuconego liścia.

 

Jeśli odpowie ci

dotykliwie, dotkliwie

przeniknie, przerośnie

borem, lasem, jeśli cię

poniesie

i porzuci

daleko od ciebie

i twego pisania

 

i już cię w sobie nie ma,

nie wystajesz głodnym długopisem -

jesteś poetą

 

albo już nie...

 

Zbigniew Jankowski

 

Lech M. Jakób

WIERSZ

O wierszu teraz mowa. O jakim? O wierszu białym, karmelkowym, aliteracyjnym, melicznym, stychicznym może? Lub nieregularnym? Sylabotonicznym? Albo też zdaniowym? Gradem podobnych pytań uderzyłby dociekliwy literaturoznawca. By potem dużo powiedzieć między innymi o rozmaitości systemów wersyfikacyjnych, intonacji, znaczeniu przerzutni, zasadach regresywności uporządkowania akcentowego i Bóg wie o czym mądrym jeszcze.

Gdy tymczasem ja tu tylko parę słów o wierszu jako takim. O zjawisku wiersza. O cudzie poetyckiego słowa - bez naukowych szkieł. Czym w ogóle jest i jak go należy pisać, to jest tworzyć. Co najistotniejsze.

 

Oczywistym wydaje się, że ilu poetów, tyle recept poznamy. Lecz z chęcią wysłuchiwane bywają głosy twórców znaczących. Do takich niewątpliwie należy Jan Twardowski. Wybrałem jego wypowiedź, gdyż zawiera - niby w pigułce - ważne spostrzeżenia.

Zatem co radzi Jan Twardowski? Powiada:

Najważniejsza rzecz, aby mówić własnym językiem, nie udawać nowoczesnego, nie naśladować. Pisać tak, jakby się mówiło do kogoś bliskiego, by podzielić się z nim swoim zachwytem, wzruszeniem, zdziwieniem.

Dobre wiersze muszą być poszukiwaniem tajemnicy, posługiwać się językiem niedomówień, unikać patosu, z nutą humoru.*

Mamy tu ukryty apel o powściągliwość w szastaniu słowem. O zwracanie uwagi na pułapki koturnowości i za wysokiego "c". Znalazł się także postulat mówienia od siebie, nie głosem zapożyczonym. Wreszcie widać znaczenie dystansu wobec ego (wentyl humoru).

Bo w rzeczy samej, nie jest ważne jaką formę wiersza obierzemy (tę podszepnie nam intuicja), mało istotnym się wydaje sposób doboru słów (byle świeże, niewytarte), warsztat (doszlifuje z czasem) - ważne jedynie, by poddać się refleksji i dopuścić do siebie wołanie ze środka. Z Twojego wnętrza. Gdyż tam wszystko się odbywa - w Twojej głowie i w Twoim sercu - nie na zewnątrz. Na zewnątrz jedynie zgiełk. A bez koniecznego wyciszenia niczego nie dowiesz się ani o świecie, ani o Twoim ja.

Wartałoby jeszcze dodać: poznanie! Prawdziwy poeta, terminator poezji, winien znać, co przed nim w poezji było. Jak wiersze tworzono. Po cóż na przykład wyważać już dawno otwarte drzwi. Czyli lektury. Wejście w światy poprzedników.

 

Powie ktoś: no dobrze, już wiem. Ale nadal czuję się niepewnie. Czytam. Dużo czytam, dużo myślę, piszę, cyzeluję... Jednak po czym poznać, że ten wiersz jest t y m  w i e r s z e m?

Fakt, powyższa wiedza to nie wszystko. Cóż z tej wiedzy, skoro na przykład talentu brak? Przecież między chęcią bycia poetą, a byciem poetą jest zasadnicza różnica. Głęboki dół. Podobnie jak między tekstem, który wiersz udaje, a wierszem prawdziwym.

I tu zaczynamy ocierać się o nieodgadnione. To już wyższa szkoła jazdy. Szkoła jazdy duchowej i emocjonalnej. A rozum tam nie sięga.

Wkraczasz teraz poeto na pole minowe.

Tu nikt niczego Ci nie zagwarantuje. Nikt niczego nie obieca. Nikt niczego za Ciebie nie zrobi, ani za Ciebie nie przeżyje.

Tylko Ty, Ty jeden o sobie wiesz, o sobie stanowisz.

Twoją Biblią na drodze wiersza staje się Twój niepodrabialny, niepowtarzalny Duch.

 

Na te ułamki sekund stajesz się demiurgiem. Ty powołujesz do istnienia nowy byt. Bo wiersz, każdy prawdziwy wiersz, jest nowym bytem, odrębnym światem. Bo każdy wiersz, niechby kwadratowy, zósemkowany, lunatyczny lub chromy, jest koroną literackiego stworzenia.

Jednak tworząc świat, za ten świat jednocześnie bierzesz odpowiedzialność. To jest niezbywalny przywilej, ale i obowiązek każdego (s)twórcy.

Oczywiście, masz prawo odczuwać lęk, nawet ból. Ale powinieneś też w takiej sytuacji doświadczać radości. Bo tworzenie jest radością z pogranicza sacrum. Jak u kamieniarza artysty, któremu omdlewają ręce od kucia, ale jednocześnie jego dusza śpiewa.

I w tym momencie, w takim momencie, autopytania i wątpliwości znikają. Znalazłeś drogę. Nie musisz nic wymyślać, rozumowo komplikować. Gdyż za rękę nie Ty, lecz wiersz Ciebie poprowadzi.

I już w domu wiersza jesteś.

 



*Jan Twardowski "Łaską zdumiony. Moje szczęśliwe wspomnienia", PAX, Warszawa 2002

Lech M. Jakób

 

Jakub Sosnowski

***

słodko jest pieprzyć

głupoty jak to jest

być tym któremu

we wszystko należy

uwierzyć bez względu

że słońce zaszło

i wierszy nie będzie

 

Jakub Sosnowski

 



Władysław Edward Gałka

TY BĘKARCIE!

Gdy padł ten okrzyk w 1965 roku to moja ciocia-mama dostała furii. A poszło o to że mając 6 lat bawiłem się pośród maszyn w Dargomyślu.

Niestety to kierownik tak mnie nazwał i uciekł z podwórza pod gradem wyzwisk przy wielu świadkach. Mój wujek-tatuś, świętej pamięci, stracił wtedy pracę a ja ukochane miejsce na ziemi, Rogowo, rodzinę Szcześniaków gdzie była siostra cioci i jej dzieci: Krysia, Jola i świętej pamięci Wanda. To z nimi zobaczyłem las, światło lasu, zawilce - kobierzec i kolor. To był raj. Utracony.

 

Konarzewo. To miejsce wygnania. Tam wujek znalazł pracę magazyniera.

Boże! Jaka mieszanina ludzkich, polskich, żydowskich losów i charakterów wtopionych w ramy niemieckiej wsi byłego majątku Bismarcka. Wsi bez jej znających dzieje tej ziemi mieszkańców.

 

Przez trzy lata mieszkaliśmy w pokoiku na ogromnym strychu. Ciocia-mama i wujek-tatuś pracowali, godzinami byłem sam nawet gdy miałem dwa razy rok po roku zapalenie płuc i odrę. Sufit, zimno i gorączka: cienie, majaki...sufit i cienie, tyle się na nim działo. Cudowne Boże Narodzenia z choinka do sufitu, książki, zabawki, projektor i kolega Bogdan, dziecko bez matki.

 

Moje 8 lat. Wujek kupił w Goleniowie telewizor. Hm. No cóż. To było bolesne przyspieszone dojrzewanie. Oświęcim, zagłada...ludzkie zwłoki wałowane spychaczem do dołu...brak słów, cierpię.

My, dzieci nie mieliśmy tam żadnego dozoru w zabawie poza domem. Hasaliśmy wszędzie w pałacu koledzy, wprowadzili mnie na przeszklony sufit holu, wysoko. Żyję, anioł stróż czuwał.

 

I tam też był las ale już bez cudownej Wandy i matkującej mi Krysi i Joli.

Dziś wiem co utraciłem. Wtedy tęskniłem nieświadomie. Wtedy po raz pierwszy utraciłem pamięć. Musiałem. Takie jest prawo psychiki dziecka. Nieodwracalność procesu. To już historia.

 

I ja będę o niej pisał, ponieważ należę do wielu światów i z wieloma się identyfikuję. A wszystkie one są częścią megaświata ludzkiego ducha.

W Konarzewie byli ludzie, mury i ułamki materii kojarzonej z czasem. Reszta to nieświadomość. Tak rodził się świat powojennego pokolenia urodzonego na tej ziemi. Czas wyżu demograficznego, było nas ponad dwa razy więcej niż dorosłych, zapanować nad nami było niepodobieństwem.

 

Folwark i wieś ale bez istoty tego podziału i tu i tu był PGR. Tylko robotnicy rolni bez chłopów. Ale już wtedy miałem świadomość przynależności do innego świata do rodziny chłopskiej. Z Błądkowa przyjeżdżali rodzice z rodzeństwem i my też tam bywaliśmy. Sam już nie wiem gdzie jest moja pierwsza rodzina. Ta świadomość jest u mnie wysoce zaburzona ale i ubogacona.

 

Te spotkania wywoływały u mnie lęk. Przestawałem wtedy używać słów mama, tata i gimnastyką umysłu dla mnie ośmiolatka było to przeżycie.

Jakie to poplątane! I ten ból dwóch kobiet o jedno dziecko.

Czy ktoś to kiedyś pojmie?

 

Władysław Edward Gałka