Łabuź 52/2005


 

 

"[...] Dziennikarze, sędziowie, adwokaci, policjanci, prokuratorzy, lekarze, psychoterapeuci, duchowni, nauczyciele to osoby zaufania publicznego. Obowiązują ich wszystkich szczególnie wysokie wymogi etyczne. W wypadku ich złamania powinni ponosić konsekwencje zawodowe, nawet jeśli nie zostaliby skazani prawomocnym wyrokiem za przestępstwo. Zaufanie wobec tych zawodów opiera się nie na tym, że żaden ich przedstawiciel nie zbłądził, ale przede wszystkim na tym, że inni członkowie profesji szybko reagują na takie błędy, pomagając osobom, które doznały krzywdy, oraz pozbywając się ze swego grona "czarnych owiec". Tymczasem u nas w przypadku naruszeń standardów przez członków każdej z tych grup stowarzyszenia profesjonalne bronią ich, obwiniając prasę o nagonkę na całą grupę zawodową. Tak było w przypadku sędziów, lekarzy, księży, a ostatnio psychologów.

Trzeba też przywrócić rangę debacie publicznej. Ta debata nie powinna dotyczyć polityki, ale tego, co musi stać ponad nią. Tego, jakie mają być cele polityki, jakie są nasze wspólne wartości, i przede wszystkim tego, co ma być dobrem wspólnym. To znaczy - dla jakich wartości wspólnych każdy człowiek i każda grupa byłyby gotowe wyzbyć się części swoich bezpośrednich korzyści.

W szaty wspólnego dobra często strojono konkretne interesy gospodarcze lub polityczne poszczególnych grup. To stałe niebezpieczeństwo dla społeczeństwa obywatelskiego i dla całej demokracji. W ramach tego społeczeństwa, a także pluralizmu społecznego i politycznego może działać wiele grup nastawionych wyłącznie na realizację swych egoistycznych interesów kosztem innych, a także kosztem wspólnego dobra.

Zwłaszcza w okresie transformacji istnieje niebezpieczeństwo, że społeczeństwo cywilne stanie się obszarem walki o łupy między wieloma - skądinąd niezależnymi od państwa, ale bardzo egoistycznymi - grupami interesów.

Wizja wspólnego dobra powinna łączyć, a nie dzielić. Nie może dotyczyć podziału łupów, lecz raczej ogólnych warunków sprzyjających w miarę możliwości równym szansom w rynkowej konkurencji. W pluralistycznym społeczeństwie wizja wspólnego dobra nie powinna obejmować wartości ideologicznych, lecz raczej zbiór warunków, w jakich te wartości każdy mógłby realizować, szanując jednocześnie wartości innych ludzi. Powinna zatem dotyczyć reguł gry i tego, co zapewni Polsce bezpieczeństwo zewnętrzne, a mieszkańcom Polski - poczucie bezpieczeństwa w życiu codziennym.

W wizji tej powinny się znaleźć także te tradycyjne wartości, które łączą, a nie dzielą - pomoc wzajemna, solidarność, poszanowanie indywidualności. (...)

Długo wierzyliśmy w państwo, zwłaszcza że własnego państwa nie mieliśmy. Myśleliśmy, że demokratyczne państwo nie tylko zaspokoi nasze potrzeby, ale również będzie zawsze piękne, dobre, uczciwe, bliskie ludziom.

To państwo nas zawiodło. Stało się brzydkie, pazerne, niewydolne, kłótliwe, marnotrawne, a niekiedy też złodziejskie. Mechanizmy demokratyczne temu nie przeciwdziałały. Dzisiaj powinniśmy z tego wyciągnąć wnioski.

Przede wszystkim powinniśmy zdać sobie sprawę z tego, że w reformowaniu państwa i gospodarki nie ma cudów i drogi na skróty. Nie ma żadnego uniwersalnego klucza, który otworzyłby nam drzwi do raju i powszechnego dobrobytu. Nie pomogą nam charyzmatyczni przywódcy, którzy obiecują gruszki na wierzbie. Potrzebni są po prostu przyzwoici ludzie, którzy znają się na swojej robocie. Potrzebne są również programy załatwiania konkretnych spraw.

A przede wszystkim potrzeba wiele cierpliwości. Reformowanie państwa i gospodarki, modernizacja społeczeństwa to zadania na kilka pokoleń.

Szkoda by było, by polskie doświadczenia transformacji poszły na marne. By na pocie i łzach skorzystali wyłącznie cwaniacy -w polityce, w urzędach, w skorumpowanej części biznesu czy w mafii.

Dlatego musimy teraz stworzyć inne niż polityczne - właśnie społeczne - mechanizmy prawdziwej, a nie chamskiej i agresywnej samoobrony społecznej. Udało się to przecież w czasach dyktatury komunistycznej posyłającej opozycję do więzień, w czasach cenzury i państwowego monopolu na słowo mówione i drukowane, w izolacji od świata zewnętrznego. Może to być zatem bez porównania łatwiejsze w kraju otwartych granic, obowiązujących dziś również u nas europejskich standardów, potencjalnego dostępu do sądów nie tylko polskich, ale i międzynarodowych; w sytuacji, gdy istnieje możliwość drukowania i publikowania wszystkiego, co się zapragnie, łatwo dostępnych kopiarek, powszechnych telefonów komórkowych oraz Internetu. Czyżby okazało się to niemożliwe właśnie dlatego, że jest tak łatwe? [...]"

 



Na treść artykułu, składają się zredagowane na potrzeby "Gazety Wyborczej" (nr261/2004) fragmenty jeszcze nie wydanej książki Wiktora Osiatyńskiego "Rzeczpospolita obywatelska".

Dziękujemy pkl. "Łabuź"

 



Ludwik Cwynar

60 LAT TEMU

Zajęci współczesnością, albo odkrywający historyczną przeszłość naszej małej ojczyzny, ani się obejrzeliśmy, a tu odchodzą ostatni świadkowie i uczestnicy wydarzeń 1945 roku.

W 1946 roku przybyli do Łobezu liczni zesłańcy z Sybiru - zbiorowi świadkowie dziejów Ziemi Łobeskiej. A jaki był pionierski rok 1945?

Nasz Łobez jest fragmentem większej całości. Niemieckie Pomorze już wcześniej oczyściło się z Żydów. Ludzi umieszczono w obozach koncentracyjnych, synagogi i kirkuty zrównano z ziemią. Majątki przechwycili hitlerowscy dygnitarze. Zapanował faszystowski porządek. Kończono budowę domów przy ulicy Konopnickiej i Słowackiego (oczywiście nazywały się inaczej).

Z Czechami poszło łatwo. Mężczyźni w mundurach wypełniali plany wodza. Z Sowietami rozebrali Polskę, sami już rozłożyli na łopatki Danię i Norwegię, kraje Beneluksu, upokorzyli Francję. Fale jeńców wojennych zastępowały nieobecnych teraz żołnierzy. Dowieziono robotników przymusowych, żeby budowali autostradę (Dłusko, Sarnikierz, Brzeźniak), modernizowano drogi i linie kolejowe. Sukces jednak zmalał po Stalingradzie, nieudanym ataku na Anglię, a potem - dywanowych nalotach na zachodzie. W 1943 roku do powiatu łobeskiego przybyło 12 tysięcy uciekinierów z zachodu, potem przesiedleńców ze wschodu i 1000 marynarzy. Najniższą kategorię volksdeutschów trzymano za drutami, piłą obcinając głowę złodziejowi pary butów, gdyż okazał się niegodny miana Niemca. Żywność i artykuły codziennego użytku reglamentowano, przymuszano do kilkunastogodzinnej pracy, narażając na uszczerbek morale narodu tak ceniącego porządek.

Fragment większej całości to także historia Polski, państwa na dorobku, z problemami mniejszości narodowych, zaatakowanego przez dwóch wrogów. Najdramatyczniej doświadczyli historii Polacy wcieleni do Rzeszy (masowe aresztowania, obozy koncentracyjne), ale i w Generalnej Guberni ścigano patriotów, wywożono całe powiaty (Zamojszczyzna), umieszczano kolonistów "tysiącletniej Rzeszy". Jechali w grupach nazwanych od stolic regionów, a wśród nich - chłopi z najgorszych ziem Pomorza - "Dramburg" (Drawsko). Wkrótce Niemcy urządzili getta żydowskie, budowali obozy koncentracyjne. Narastał więc ruch oporu, prowadzono lokalne wojny partyzanckie, wzniecono powstanie w Wilnie i Warszawie. Ale to kolejny etap.

Polska zajęta przez Rosjan poznawała gorycz okupacji komunistycznej (fasadowe wybory, propaganda, więzienia, gułag, zsyłki, grabież dobytku, rewanżyzm za 1920 rok, Katyń). W szponach NKWD odbierano ludziom godność, wiarę, solidarność plemienną, a od katorżniczej pracy uwalniała tylko śmierć. Tadeusz Borowski, analizując mechanizm obozów koncentracyjnych, i prof. Kazimierz Obuchowski, przemyśliwając losy matek zesłanych na Sybir, na pierwszym miejscu wymieniają głód. To takie proste: arbeit-rabota i nie dać ludziom jeść do syta.

Ci, których nie zesłano na Sybir, wkrótce znaleźli się pod okupacją niemiecką. Szczególnie na Wołyniu nacjonalistyczne bandy Ukraińców (przy cichej aprobacie Niemców) napadając na Polaków musiały wywołać samoobronę rodaków. Na kresach, tak jak i w centralnej Polsce, powstawały oddziały AK. Ostatni etap wojny to ponowna okupacja radziecka, nim władzę uchwycili PPR-owcy. Oprócz ścigania zbrodniarzy hitlerowskich unicestwiali też przeciwników politycznych, tych z bronią w ręku i tych, których tylko podejrzewali, w ramach obsesyjnego hasła o narastaniu konfliktów klasowych.

Nie mogło bronić rodaków wojsko gen. Andersa związane z rządem RP w Londynie. Zapisało swą piękną kartę pod Monte Cassino. Tworzyli je sybiracy, którzy nie trafili do Katynia. Gdy Niemcy tę zbrodnię rozgłosili, andersowcy opuścili ZSRR, wówczas przegrywający wojnę.

Resztę sybiraków wchłonęła armia Berlinga, proradziecka. To oni, a potem też Polacy z kresów i wschodniej Polski, współuczestniczyli w przepędzaniu Niemców. Tu był główny teatr wojny.

Gdy w krwi i gruzach utonął zryw warszawski, a chełmsko-lubelska Polska wzięła górę, I i II Armia Wojska Polskiego chcąc nie chcąc tej władzy służyła, uczestnicząc we froncie. Polakom z I Armii powierzyli Rosjanie udział w zdobywaniu "piastowskiego" Pomorza.

Po przełamaniu Wału Pomorskiego z kierunku zachodniego przeszły oddziały do ataku na północ.

Z linii Recz-Kalisz Pom. Pierwsza Armia Pancerna gwardii gen. Kutakowa ruszyła na Łobez-Świdwin. Chyba po rozpoznaniu walką rozdzieliła się przed Węgorzynem na kierunek Płoty-Trzebiatów, i trzeci -pomiędzy tymi dwoma oraz czwarty: Mielno-Dobra na Nowogard.

3 marca 1945 jacyś młodzi (Hitlerjugend?) łobeziacy wystrzelili z pancerfaustów pod Świętoborcem. Giez, który użądlił byka, bardzo go rozgniewał. Pierwszym celnym strzałem z czołgu rozbita została willa starostwa (stała tuż przed płotem Zarządu Dróg Powiatowych). Zamienione zostało w gruzy centrum miasta.

Za czołgami szła polska 2 Łużycka Dywizja Artylerii (chrzest bojowy tej nowej jednostki pod Drawnem), a właściwie wzmocniona transportowo i wydzielona z niej 6 brygada artylerii lekkiej. Jej sztab z dowództwem podległego mu 43 pułku artylerii lekkiej pod Świętoborcem w rejonie odpoczynku zaatakowało 6 marca 1945 roku ok. 500 Niemców. Stąd tak duże straty w korpusie oficerów. Były to siły 5 Dywizji Lekkiej (SS) w składzie grupy "Wisła" broniącej Pomorza. 5 marca zdobyły wojska radzieckie Stargard i lotnisko, niszcząc 40 samolotów i zdobywały Nowogard. Sukcesem jednak nie można się było upajać.

Pod Łobezem-Świętoborcem zginął zastępca dowódcy 6 brygady artylerii lekkiej do spraw polityczno-wychowawczych porucznik Aleksander Segal, zastępca dowódcy dywizjonu por. Curuś, prowadzący pluton do ataku, dowódcy plutonów w 43 pułku: kapitan M. Pisariew, podporucznik F. Dołganin, porucznik Masnikow, kanonier Kowalski i kilku żołnierzy. Zginął też legendarny podporucznik Mieczysław Niewidziajło.

Jest takie zdjęcie w kronikach oręża polskiego z przysięgi I Dywizji w Sielcach nad Oką. Ojciec Franciszek i syn Mieczysław Niewidziajłowie stoją obok siebie w uroczystym akcie z palcami złożonymi do przysięgi. Syn - jak widać - skończył szkołę oficerską. A ojciec kapral-plutonowy (awans) z 7 pułku 3 Dywizji Piechoty złożył uroczystą przysięgę polskiemu morzu przy kołobrzeskiej latarni i wrzucił pierścień zaślubin w fale 18 marca 1945 roku po zdobyciu Kołobrzegu. Niemcy bronili portu tak żarliwie, bo była to ostatnia morska droga ucieczki.

Rodzina Niewidziajłów pochodziła z powiatu zbaraskiego (tarno-polskie). Szymon Niewidziajło zginął z rąk NKWD, rodzinę Franciszka - jak widać - wywieziono na Sybir, Michał - brat Franciszka - zaliczony do "orląt lwowskich", żołnierz Września, komendant krasnostawski AK, został aresztowany i rozstrzelany przez Niemców. Informację o ich siostrach znalazłem w Internecie na stronach ratowania Żydów.

Nota bene: w Kołobrzegu podpisana została jeszcze jedna kapitulacja: Bornholmu. Rosjanie wysłali 9 maja desant na okupowaną przez Niemców wyspę. Duński ruch oporu przekonał wysokich oficerów niemieckich do poddania się. Przewiezieni kutrami desantowymi złożyli podpisy kapitulacyjne w Kołobrzegu.

Zostawiłem walkę pod Łobezem bez opowiedzenia finału. Spokojnie. Historia może poleżeć. Tak jak leżały w Redze dwa hełmy, które znalazłem wydobyte na brzeg podczas dwóch odległych o parę lat prac pogłębiarskich nurtu rzeki: jeden był niemiecki, drugi - rosyjski lub polski. Dziesięciolecia leżały zgodnie, ledwie 50 metrów od siebie, koło przyszłej oczyszczalni.

W wyniku tych walk zginęło lub zostało rannych około 200 Niemców. 43 pułk rozwinął się w lesie w kierunku Bonina, a 48 pułk artylerii lekkiej, który dołączył, rozciągnął się dalej za szosą drawską i nacierał w pasie Wysiedle-Suliszewice-Grabowo-Byszewo-Słonowice 7-8 marca.

Artylerzyści współdziałali z jednostkami piechoty polskiej (3DP, 4DP, 6 DP), która od Mirosławca szła na północ, zajmując Drawsko, Rynowo, Tarnowo i miejscowości powiatu świdwińskiego (niestety wypełniając trzema i pół tysiącami żołnierzy polskich cmentarz drawski). Z arty-lerzystami zaś szła radziecka 3 Armia uderzeniowa, która wraz z pancerniakami była tu potem okupantem.

Tak więc Polacy od południa atakowali zgrupowanie wojsk hitlerowskich tzw. kotła świdwińskiego. Oni to właśnie (4DP) w Olchowcu wzięli do niewoli dowódcę korpusu SS gen. G. von Krappa.

Szybkie i doświadczone jednostki rosyjskich czołgów zawróciły na południe i zaciskały kocioł. Współdziałały z nimi 364 i 146 dywizja piechoty radzieckiej. Większy wyprysk niemiecki uszedł na Ciechnowo i Redło w stronę Pomorza Wschodniego (które broniło się dłużej - Gdańsk padł 30 III), mniejszy - na południe od Reska. Tam natknął się na trzeci z pułków 6 brygady artylerii lekkiej - 45. Tu niestety zawodzą źródła: mapka sytuacyjna tych działań umieszcza Resko w Starogardzie Łobeskim. Najcięższy bój przyszło stoczyć 45 pułkowi pod owym "Reskiem", gdzie grupa 400 Niemców, prąca z kotła świdwińskiego, zaskoczyła artylerzystów w lesie. Niemcy nawet zdobyli dwa działa. Bohatersko dowodził ranny podporucznik Konstanty Białyszew, który w tej bitwie zginął. Uszkodzone już działa zostały odbite. Odznaczył się podporucznik Piotr Budczenow, ogniomistrz Czesław Wojewoda, kapral Władysław Nowicki, plutonowy Ludwik Chmielewski, bombardierzy Emil Proszek i Bazyli Starczewski, kanonierzy Jan Panków i Marceli Żegadło.

8 III trzy utrudzone pułki przemaszerowały przez Łobez, Strzmiele i zaległy w rejonie Radowo Małe-Pogorzelica, gdzie znów stoczyły potyczki z grupami 50-100 Niemców.

Tymczasem Resko zdobyła 2 marca 150 armia radziecka. Chyba jej już 11 i 12 III zabezpieczał natarcie 45 pułk artylerii lekkiej na Płoty, Karnice Gryfickie, Trzebiatów aż do morza.

Jeszcze I Armia WP wykonała dwa przemarsze znów na zachód: jeden kierunek Gryfice-Kamień-Dziwnówek, drugi - Płoty-Czarnocin (Zalew Szczeciński). Potem było forsowanie Odry i Nysy Łużyckiej, upadek Szczecina 26 IV 45, Berlina i zwycięstwo nad Łabą 9 V 1945 roku.

2 marca 45 roku nocą koniuszy Althaus ze stadniny łobeskiej ze stadem koni i źrebiąt ruszył na północny-zachód, ratując ukochane zwierzęta. Ze stadem szła grupa młodych chłopców i dziewcząt. Dołączyło do nich 17 francuskich robotników przymusowych. W Konarzewie pod Nowogardem zatrzymali ich Rosjanie. Kobiety i dziewczęta zostały zgwałcone, a mężczyźni wzięci do niewoli i wraz z końmi wywiezieni na Krym i w góry Kaukaz. Koni było 350.

A w Łobezie zaczął się czas zabezpieczeń łupów wojennych, pracy na rzecz postępującego na Berlin frontu. Jeszcze w końcu lutego Niemcy pogonili na zachód jeńców i część robotników przymusowych, żeby nie dołączyli do zwycięzców idących od wschodu.

Z Pomorza wyruszył też wielki pochód zdobycznego bydła aż na Białoruś. Ile krów padło, jak uzupełniano stan stada, ile wódki było walutą wymienną?

Cóż tam bydło. Przez niemieckie Pomorze przed frontem uchodziły setki tysięcy ludzi. Zima z 1944 na 1945 rok była nadzwyczaj surowa. Ile ludzi zmarło w chaosie ucieczki, zwłaszcza że Niemcy unieruchomili linię kolejową Nowogard-Goleniów. Rozstrzelali też w ostatniej chwili grupę 40 jeńców.

Zdobywcy Pomorza nareszcie mogli pofolgować nienawiści, zemście, grabieży za nienawiść, zbrodnie i grabieże agresora i okupanta niemieckiego. Losy jednostkowe przekładały się na uczucia plemienne. Propaganda obu totalitaryzmów nie przebierała w środkach. Ile lat trzeba było, żeby te niechlubne uczucia wytłumić, zracjonalizować. Pamiętacie ambiwalentne odczucia wywołane listem biskupów polskich do biskupów niemieckich w 1965 roku? To był pierwszy chrześcijański gest: "wybaczamy i prosimy o wybaczenie".

Listę ofiar Labesa-Łobezu określono na kilkadziesiąt; z latami wzrosła do 168. I wojna światowa toczyła się z dala od Łobezu. Na tablicy łobeskiego pomnika Zygfryda-Rolanda liczba ofiar tej wojny przekroczyła 200.

Centrum miasta leżało w gruzach, ruiną był budynek dworca, kościół, ratusz. Mniejsze zniszczenia poniosło Resko i Dobra; niemal zniknęło pod gruzami i w zgliszczach Węgorzyno. Jakieś barbarzyńskie odruchy powodowały zdobywcami tej ziemi: nie dla siebie przecież. Postanowiono już w Jałcie, że tu będą mieszkać Polacy. O zawładniętych polskich kresach azjatyccy "Rosjanie" już nie pamiętali.

Ktoś jednak w tej gorączce wojny miał chłodną głowę. Powiat stanowiły w dużej mierze gospodarstwa wielkoareałowe. Majątki zagospodarowywała armia radziecka, głównie zabezpieczając obsiew i zbiór zbóż. Osadnicy z 1945 roku z tych zbóż i okopowych korzystali. Było 16 traktorów i 500 koni. W 1945 r. przybyło na teren powiatu 1100-1400 rodzin (kłócą się źródła). 230 rodzin z tarnopolskiego i 82 z Wileńszczyzny (transport organizował wspominany z sympatią p. Tarnowski) na ogół tu zostały. Wiele zaś rodzin z Polski centralnej - szukając gospodarstw indywidualnych -zatrzymało się tu na krótko lękając się kołchozów i sowchozów na wzór radziecki. Było też 61 autochtonów. Z 50 tysięcy niemieckich mieszkańców powiatu (a obejmował on również Płoty) zostało 20 tys. Ich włączono w gospodarkę powiatu - nawet wstrzymywano wysiedlenia - bo byli niezbędni, tani (dostawali np. o połowę mniejsze od Polaków racje chleba), dyspozycyjni. Jeden ze wspominających 1945 rok łobeziaków pamięta milicjanta, który z pasją walił kolbą w drzwi niemieckiego domku, gdzie mieszkały jakieś leniwe Niemki, aż automat wystrzelił. Na szczęście niecelnie dla Niemców, milicjanta i mimowolnego świadka.

Przyszły dyrektor liceum w Łobezie, Litwin Wiktor Kutkiewicz-
-Kutkaitis, wspomina, jak furą jechał z rodziną z Vorpommern - byli tam robotnikami zbiegłymi z Litwy (bieżeńcy) - przez wyspę Wolin, opustoszałe Pomorze Zachodnie do Radowa Małego. Zatrzymali ich Rosjanie, dając zajęcia rolnicze w tym majątku. Kiedy raz szedł do Łobezu, spotkał trójkę Niemców z tobołkami wędrowców. Jakiś czas potem usłyszał strzały. Gdy wracał, leżeli martwi przy drodze. Życie ludzkie nie miało wtedy wielkiej ceny.

Nic więc dziwnego, że ludzie trzymali się wtedy razem rodzinami, grupami przesiedleńczymi, sąsiedzkimi. Inni byli obcy, mogli być potencjalnym zagrożeniem. Zapiski milicyjne z 1945 roku pełne są jednozdaniowych opisów napadów, zabójstw, gwałtów, grabieży, defraudacji. Powstawały konfiguracje polsko-radzieckie, wojskowo-
-cywilne, partyzanckie - zarówno niemieckie (koło Rogowa, koło Bonina), jak i pro-AK-owskie (Płoty). Aparat ucisku usprawiedliwiał łatwo swoją surowość. Każdy człowiek budził u nich podejrzenie.

Tak jak jedni czuli się wprost bezkarni, inni - przeciwnie - żyli w zagrożeniu, lęku, nieufności. Ostatecznie ludzie przechowali w sobie sumienia katolickie, ewangelickie, prawosławne, starotestamentowe...

Pierwszego burmistrza Teofila Fiutowskiego - Polaka przebywającego tu na robotach - wyznaczył komendant radziecki. Miasto podzielono na dziesięć dzielnic, a za nie odpowiedzialni byli wyznaczeni Niemcy. Tymczasem utworzono administracyjny okręg zachodniopomorski. Władza wyznaczyła pełnomocników.

Pełnomocnikiem na powiat Ławiczka (Regenwalde-Resko) został mianowany w Pile 8 maja 1945 roku Leopold Płachecki. Przyjechał przez Szczecin do Płotów, lecz uznał, że centrum administracyjne powinno być w Labes-Łobezie. Ingres pełnomocnika odbył się furami w orszaku 25 przywiezionych współpracowników 30 maja. On mianował nowego burmistrza Łobezu - Stefana Nowaka (Jeszcze tego lata mianował Feliksa Mielczarka). W sprawozdaniu dla Urzędu Wojewódzkiego 14 czerwca pisze o stratach w substancji mieszkaniowej, przemyśle, rolnictwie, braku ludzi. Dobrze oceniona (czy to już kreatywna sprawozdawczość?) została współpraca z radzieckim komendantem wojennym (generał sowiecki stacjonował jednak w Resku) i przejmującym majątki rolne wojskiem polskim. Pamiętajmy, że decyzja o przynależności tych ziem do Polski i wysiedleniu Niemców zapadła w Poczdamie 2 sierpnia 1945 roku. Trwał już napływ osadników. W maju powstały dwie placówki Państwowego Urzędu Repatriacyjnego w Łobezie (pracował tam Franciszek Kotlenga - magazyn żywności, stołówka) i w Płotach, opiekującego się osadnikami, szukającego im lokum. W jesieni przydzielano konie z UNRRA (pomoc amerykańska, ale nie plan Marshala). Zamaskowane zielenią radzieckie czołgi stały przy kaplicy i zdewastowanej restauracji parkowej, przejeżdżając przez cmentarz. Domy ulicy Konopnickiej, Słowackiego, Sikorskiego, Cichej, Wojska Polskiego i przyległych, czyli tzw. ruskiej dzielnicy, strzeżonej przez warty i szlabany, zasiedlali tankiści. Chodzili do zbiorowej latryny za ogrodami ul. Cichej jeszcze latem 1946 roku, nim wreszcie wyjechali z "mieniem porzuconym" (termin ustawowy) - np. z oknami (?), szynami z rozebranych torów, wyrwanymi ze swych podstaw maszynami...

Trudno było zbilansować remanent wielkiego składu fortepianów, pianin, centryfug (wirówek do domowego oddzielania śmietany od mleka), patefonów i radioodbiorników, maszyn do szycia, zwłaszcza że walutą "płaconą" przez zakłady pracy i urzędy był gorzelniak (spirytus), więc wywołali Rosjanie pożar. Jego przyczynę zwalono na zgromadzone w piwnicy pancerfausty. Razem z wnętrzem spłonęło opakowanie - sala gimnastyczna, czyniąc miejsce na plac zabaw w parku. Druga "trofiejnia" z odzieżą była w WZGS. Dymiły zgliszcza wielu domów w mieście. Chłopcy latami jeszcze bawili się prochem. Nawet raz strzelili sobie z armaty czołgowej transportowanej z przestankami na stacjach. Uszkodzony tym strzałem słup uaktywnił Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, doszukujący się celowego sabotażu. Czy już wtedy miał siedzibę w dzisiejszej prokuraturze? Czy z jego obecnością ma coś wspólnego nieużytkowany sektor cmentarza obok grobów dziecięcych?

Zygmunt Jurczyk przyjechał transportem z Wilna w 1946 roku. We wrześniu 1939 r. jako podoficer pułku ułanów został internowany przez Sowietów. Uciekł z obozu rurą kanalizacyjną. Kolega z ucieczki przyniósł rodzinie ojcowy plecak. Kiedy już zwątpili w powrót taty, ten niespodziewanie dotarł do domu. Cóż, radość nie była pełna. Musiał ukrywać się przez obie okupacje radzieckie, litewską, niemiecką.

I w Łobezie go dopadli. Wrócił posiniaczony z przesłuchania w UB, ale nie mieli "niezbitych" dowodów jego działalności w AK. By cokolwiek znaczyć, a nie dać się skomunizować, zorganizował powiatowe Stronnictwo Demokratyczne. Po śmierci w 1971 roku przewodniczącą SD została jego córka, Danuta Borkowska, ciągnąc za sobą męża.

Kiedy jeszcze ulica Sienkiewicza była za ruskim szlabanem (potem był polski), siedzibę miał UBP na ul. Kilińskiego, a sąsiedni budynek zajmowała Milicja Obywatelska. Jeszcze wymieniany jest bardziej reprezentacyjny adres przy ul. Niepodległości (sklep z sukniami ślubnymi). Szefowali im Woźniak, Andrzejewski (?), potem Ciosek. Milicjantów było aż 160.

Zwalono niemiecki pomnik cesarza Fryderyka, Bismarcka czy Hindenburga, zdewastowano głaz Hitlera. Na cokole stanął karabin maszynowy zwycięzców, a u jego "stóp" armata. Obok był bowiem radziecki cmentarz wojenny, wkrótce jednak ekshumowany i przeniesiony do Stargardu. Na Pomnik Wdzięczności w tym samym miejscu trzeba było czekać dwa dziesięciolecia. Pomniki bitew koło Świętoborca, w Rynowie i Tarnowie stanęły w latach osiemdziesiątych za sprawą naczelnika gminy Zbigniewa Cona. Pamiątkowe krzyże na cmentarzu wzniosło sobie społeczeństwo już w III Rzeczypospolitej. Nikt nie sprzeciwiał się, by Niemcy kamieniem cmentarnym uczcili swoich zmarłych, bo jakoś nie ma przyzwolenia na rekonstrukcję pomnika Zygfryda-Rolanda. Szacunek dla przeszłości upamiętniają pomniki w Runowie i Starogardzie, w Resku i Węgorzynie, Winnikach i Grabowie. Osobny rozdział rozpoczyna kamień Puchsteina - wielkiego archeologa, urodzonego i pochowanego w Łobezie.

Wróćmy jednak do 1945 roku. Pierwszy prąd popłynął z naszej i prusinowskiej elektrowni wodnej. Uzupełniał przyłącze z Drawska. Pospiesznie remontowano linię z elektrowni Lisowo na Redze od strony Gryfic. W rozdzielni - tym osobnym budynku przy szosie do Bełcznej - pracował Malinowski.

Główny nerw tych czasów to kolej. Najruchliwsza była linia Piła-
-Szczecinek-Złocieniec-Runowo łączący z dawną granicą Polski. Tamtędy przybył np. transport repatriantów spod Brasławia 18 (20?) czerwca 1945 roku. Mniej ważny odcinek łobeski zredukowali Rosjanie, nawet przy pomocy dynamitu, do jednego toru. Przejęcie kolei od wojsk radzieckich nastąpiło w sierpniu 1945 roku, a niektóre odcinki obsadzali już polscy kolejarze w końcu kwietnia. Oni należeli do pionierów osadnictwa: Lubowiecki, Koźbiał, Budkiewicz, Wołosz.

Zasiane przez wojsko pola ciągnęły się w stronę Bełcznej i Strzmiela (one pociągały łobeskich miejskich rolników), a na rozwidleniu dróg stanął katolicki krzyż. Pod nim odprawiano pierwsze msze. Przyjeżdżał ksiądz z Reska. Prowizoryczny kościół zrobiono z obecnie gimnazjalnej sali gimnastycznej. Mianowany proboszczem ksiądz Pochwała, potem ksiądz Faron podjął trud odbudowy kościoła. Nie brakło zapału i gorliwości religijnej. Pomorze znów było katolickie.

Jeszcze PPR nie miała tej siły politycznej. Założona przez spado-chroniarzy z radzieckiego samolotu, choć nie budziła powszechnego zaufania, jednak jej członkowie "realizowali wytyczne Komitetu Centralnego i Rządu" (Z dziejów Ziemi Łobeskiej), a więc byli u władzy. W końcu roku 1945 było ich 250 w powiecie. Od początku siedzibą był budynek obecnego starostwa. A zaczynało się skromnie od założenia Komórki Polskiej Partii Robotniczej przy Komendzie Powiatowej MO w Łobezie 27 września 1945 roku w liczbie czterech funkcjonariuszy. Sekretarzem został towarzysz Koczewski i był delegatem na Zjeździe Partyjnym w Warszawie. Przy Komitecie Powiatowym zaraz założono stołówkę ("Konsum" stał się ogólnie dostępny dopiero w 1989 roku). Powołano ZMP i Koło Przyjaźni Polsko-Radzieckiej.

Socjaliści zrobili zebranie założycielskie już 14 lipca 1945 roku. Na czele PPS stanął Benedykt Jagla. Wkrótce utworzyli sekcję teatralną, chóralną i sportową. W tym okresie też ruszyło Polskie Stronnictwo Ludowe. W okresie referendum aresztowano działaczy PPS (w zaaranżowanej prowokacji w ich lokalu podłożono pistolet), a lokal PSL po prostu zdemolowano (niby to gniew ludu). Na razie jednak działano dość zgodnie w Komisji Międzypartyjnej.

Niezdarnie szło powoływanie fasadowego Związku Zawodowego Pracowników i Robotników (!). Ale Związek Nauczycielstwa Polskiego działał prężnie (Modrzejewska). W tym obszarze wiele inicjatyw zgłaszała Liga Kobiet (J. Pięta). Oprócz oczywistej działalności jak kursy gotowania i pieczenia, zakładanie kół gospodyń wiejskich, prowadziły kuchnię dla sybiraków (obecne Centrum Informacji Turystycznej), podejmowały nieprzeliczone czyny społeczne, organizowała kursy zawodowe dla pań, a nawet agitowała kobiety do deklarowania dodatkowych dostaw płodów rolnych, co już mężczyznom się nie podobało. Na razie jednak rynek był wolny.

W sierpniu ruszyła etapowa poczta przekazująca przesyłki dwa razy w tygodniu. Pierwszy raz zakręcono korbką telefonu w grudniu.

Pierwszy sklep "na kartki" działał w Gminnym Ośrodku Pomocy Społecznej przy ul. Komuny Paryskiej, sklep na ul. Kraszewskiego i "Po schodkach" prowadziła spółdzielnia "Dzwignia", dość szybko zawiązała się Powszechna Spółdzielnia Spożywców PSS, a na wsi - "Samopomoc Chłopska". Ale to nie była jeszcze wojna o handel, która zniszczyła przedsiębiorczość. Piekarnie i sklepy działały przy ul. Niepodległości (sklep "Drożdżyk"), drugi ("Camargo") - (Smoliński), ul. Mickiewicza (Gawart), ul. Kościuszki (Witasiak - w nieistniejącym domu, w którym urodził się Otto Puchstein), jeszcze jedna piekarnia przy ul. Kraszewskiego. Obok kaszarni na ul. Mickiewicza/Budowlanej była restauracja "Zacisze" (Balicki), przy ul. Obrońców Stalingradu za rondem działała restauracja "Pod Jeleniem" (Machoński), a po przeciwnej stronie - herbaciarnia, jeszcze jedną restaurację prowadził Karwowski przy ul. Niepodległości, a przy sklepie z dżinsami stała "Lwowianka" Dyjankiewicza. Dopiero później powstała słynna "Klubowa" (biblioteka). A biblioteki w mieście jeszcze w 1945 roku nie było. Masarnie prowadzili: Kinka przy ul. Kraszewskiego i Gozdowski (ul. Głowackiego). Tam też sprzedawało się wędliny.

Działała kaszarnia, stopniowo uruchamiano młyny. Oprócz obecnego działały dwa w okolicy ul. Wojcelskiej (Buryj, Olchowik), w Wysiedlu (Żuk), działała gręplarnia wełny przy ul. Komuny Paryskiej (wówczas ul. Lipowa) prowadzona przez Malinowskiego. Były problemy z odzieżą. W poniemieckiej wytwórni mundurów w szkole nr 1 leżały niezeszyte rękawy, z których p. Obolewiczowa szyła zgrabne śpioszki. Fotograf Con dokumentował śluby i chrzciny, robił także zdjęcia Rosjanom udeko-rowanym bynajmniej nie medalami, a ...zegarkami kieszonkowymi i naręcznymi. Ba. Przecież nawet ten, co zawieszał flagę ZSRR na Reichstagu, miał ich kilka na ręku, więc trzeba było wydłużyć rękaw munduru-"rubaszki" na historycznej fotografii, bo przecież żołnierz radziecki nie dla zegarka, lecz dla Stalina zdobył Berlin. Faktem jest jednak, że "Pobieda", skopiowana w skali 1:1 z produktu szwajcarskiego, podbiła rynek radziecki i krajów obozu socjalistycznego po linii czasomierzy. Tak się otwierała droga w Kosmos!

Dzieci zaczęło się rodzić mnóstwo. Naród nadrabiał lukę demograficzną. Działała izba porodowa w Łobezie (w pałacyku przy gazownictwie?) i Płotach, zanim przejęto od Rosjan szpital powiatowy w Resku. Pierwszym lekarzem był Niemiec. Od sierpnia 1945 roku pracować zaczął dr Zbigniew Jakubiszyn, później Gnoiński, Bogusz-Boguszewska, Staszkiewicz. Dentysta przyjmował koło herbaciarni. Rozpoczął działalność PCK. Szczepiono przeciw durowi brzusznemu (130 zachorowań!), jaglicy, zapobiegano gruźlicy (rentgen). Wszyscy poszukiwali cudownego leku -penicyliny. Od razu ruszyła też apteka. Powiatowy szpital w Resku uruchomiono w 1946 r.

W sierpniu 1945 roku ojciec Czesława i Bogdana Cyunelów powiedział: Jest już dyrektor gimnazjum (Stefan Tuz, od 1946 roku Wacław Paniewski). Zróbcie sobie szkołę. Powstało gimnazjum i liceum (pierwsze w historii Łobezu) przy ulicy Kościuszki. W klasach poniewierała się słoma, były połamane stoły, jedna sala z odczynnikami chemicznymi, jakieś poniemieckie pomoce naukowe (motyle, globusy). Zeszyty wyciągano z archiwum starostwa. Miały niezapisane odwrotne strony. Podręczniki kilku przywiozło z Wilna. Dyktowanie było jednoczesnym ćwiczeniem kaligrafii, ortografii. Spośród najzdolniejszych uczniów zaczęto tworzyć kadrę pedagogiczną dla szkół podstawowych (kurs pedagogiczny -Cyunelowa, Kuziemska, Walta, Steckowa), gdyż brakowało nauczycieli. Czesław Cyunel przez rok pracował w ZMP (naprzeciw starego boiska), żeby pójść na studia handlu zagranicznego. Po dwóch tygodniach zabrali go do wojska (szkoła oficerów łączności). Potem jako chorąży służył w Dziwnowie. Skończył ostatecznie wydział pedagogiki na UW. Brat Bogdan od razu skończył politechnikę gdańską. Pracował na politechnice krakowskiej (profesor, dziekan, dyrektor instytutu budownictwa). Zakładał politechnikę kielecką i tarnowską, wykładał w USA, Belgii, Anglii. W ramach programu ONZ odbudowywał zniszczone trzęsieniem ziemi Skopje - stolicę Macedonii.

W liceum nauczano łaciny, religii. Kadra była zróżnicowana, jak Paniewski - doktor filozofii, Topór-Bulaszewski - legionista, historyk, ale i nauczyciele z przypadku. Do legendy przeszła Stanisława Koronowska, zapalona biolożka, która mówiła: Głupi jesteś, gdy ktoś zbyt wiele wynalazków przypisywał Rosjanom. Aresztowano ją w 1950 roku. W każdym razie kiszki stolcowej nie wynalazł żaden Stolcow.

Szkolnictwo podstawowe rozpoczęła "jedynka". Henryk Okopiński -inspektor szkolny powołał na jej kierownika Michała Woropajewa, który przyjechał z Wileńszczyzny. Pozostałych dziesięciu wykwalifikowanych nauczycieli (np. Stachoń, Żurawski, Obolewiczowie, Pławecka) objęło szkoły w powiecie. Prowadzono też walkę z analfabetyzmem wśród dorosłych. W 1956 było aż 67 szkół (eksplozja demograficzna). Odtąd stopniowo zmniejszała się ich liczba (w 2004 roku - 13 z 516 absolwentami). Łobeska "dwójka" przy ul. Słowackiego powstała po wyjeździe Rosjan (Urbanowicz, Giedrojć). Gdy przeszła do "tysiąclatki", było tam krótko więzienie, potem zawodówka. Pierwsza zawodówka powstała w kompleksie napraw samochodowych. Nauczycielem był tam Stanisław Żurawski. Liceum i zasadnicza szkoła zawodowa miały przepełnione młodzieżą internaty.

Ruszyło harcerstwo po szkołach (Kazimierz Kafarski i Helena Koźbiał), związki młodzieży, Towarzystwo Przyjaciół Żołnierza (przyszła LOK).

W 1945 roku jeszcze nie było w Łobezie Łemków ni Bojków z Bieszczad, już kształtowała się integracja "swoich". 22 lipca 1945 r. rozegrano mecz z reprezentacją Armii Radzieckiej. Kto mógł zapanować nad emocjami kibiców, którzy wspierali miejscową doraźną drużynę? Niestety przegraliśmy 6:0. Może dlatego już za rok grała milicyjna "Gwardia" (Cybulski, Szyjka, Jegier) w klubowych koszulkach. Zaraz powstał też klub "Traktor". Umieliśmy się wtedy podnosić z klęski!

W Łobezie powstała też drukarnia akcydensowa. Za nią stała zapomniana dziś sala kościelna.

Z gruzów wydobywano cegłę, przy Odnodze Węgrzyńskiej kopano żwir i takie transporty szły na odbudowę stolicy. W Warszawie powstała ulica Łobeska.

Transport kołowy zaczął się od dwóch samochodów osobowych przy urzędach, UB miało samochód, rowery. Skólmowski jeździł samochodem na holcgaz - klocki drewna poddane gazyfikacji w szczelnym przewoźnym piecyku. Był też pierwszym taksówkarzem. Jego syn - pierwszym motocyklistą. Kierowcami byli też Pis i Nieradka. A poza tym wciąż łoskotały po bruku poczciwe konie.

Powołano straż pożarną (Kukułka, Łowkiet).

 

Kiedy tu przyjechali w 1945 roku, było upalne lato. Łobez przywitał ich komarami. Ptaków było dziwnie mało. Potem jednak deszcze zepsuły żniwa. W pierwszą Wigilię Radio Szczecin zagrało kolędy. Szli na pierwszą Pasterkę po ulicach między gruzami litościwie przykrytymi lekkim śniegiem. Z nadzieją patrzyli w przyszłość. Ci twardzi ludzie znieśli następną surową zimę, a potem gwałtowną odwilż, która zalała ulicę Boczną i dołek ulicy Słowackiego.

To Oni zrobili polski ŁOBEZ!

 

Ludwik Cwynar

 

 

Gromadząc materiał do tego artykułu korzystałem ze wspomnień Czesława Cyunela, Ryszarda Obolewicza, Franciszka Kotlengi, Danuty Borkowskiej i innych.

Czerpałem też z pracy zbiorowej Z dziejów Ziemi Łobeskiej i innych wydawnictw oraz z publikacji w prasie lokalnej.

Dziękuję!

Akcję umieściłem w Łobezie, bo tak Łobez wtedy odmieniano. W Łobzie zaczęto mówić dopiero w latach sześćdziesiątych.

Autor

 


Agnieszka Wesołowska

EXODUS TO ZNACZY ZOSTAŃ

Świat zaczął się od historii

w gruncie rzeczy powszechnej.

 

Widzę siebie nawlekającą igłę.

Ruchy niezbędne wyznaczają początek -

księgę mojego odejścia.

Dzisiejsza - biegnąca ściegiem napiętym

        między nitką a płótnem.

 

W szufladzie moje zbrodnie, dobre

uczynki, sekrety które i tak znasz.

Poza tym rozkruszona paproć, kiedyś

widocznie ważna. I drobne pieniądze.

 

Ale świat zaczął się dopiero, już

szóstego dnia. Gdy w poprzek

        jednego i drugiego

nastała odrobina żalu, wahania, śmiechu.

Kiedy miejsce lwów, małp i panter było

wśród, pomiędzy, na granicy

ich dziwnej mimo wszystko historii.

 

Agnieszka Wesołowska

 

Paweł Rogalski

ULICA Z ZATROSKANYM NIETOPERZEM

Była to krótka ulica. Tworzyły ją przede wszystkim dwa buro-brązowe domy patrzące na siebie jakoś bezradnie. W tym wzajemnym spojrzeniu ukryte jednak było zrozumienie, pokora i sympatia chyba najlepiej dostrzegalna w morzu okien.

Przechodnie nieraz wpatrywali się w ludzi otwierających z trudem stare okiennice. Widzieli jak opierają się o ciemnoszare parapety, przestawiają plastikowe doniczki i krzyczą na swoje biegające po kałużach dzieci. Tu w tych oszklonych miejscach, toczyło się inne życie - mieszkańcy patrzyli na przechodniów z góry, ale z jakimś wyczuwalnym ciepłem; przyglądali się ich nakryciom głowy, płaszczom, kurtkom, obuwiu. Później znacząco potakiwali głowami dając do zrozumienia, że każdy człowiek wart jest zauważenia mimo tego, że założył gruby szalik w marcowy, ciepły dzień i poci się i wygląda przy tym odrobinę śmiesznie. Aha, jeszcze kręcili rękoma w powietrzu, podnosili albo obniżali brwi, odwracali się do siebie bokiem lub tyłem przekazując w ten sposób pewien rodzaj mowy znany tylko ludziom zamieszkującym tę ulicę. Przyzwyczaili się do tego wystawiania w oknach, może nawet zakochali.

Przyglądałem się czasem takiej ceremonii; najczęściej podkładali pod łokcie poduszki, obok stawiali szklanki z kawą lub herbatą, zabierali kolorowe pisma, które wciskali między futrynę, a doniczki z kaktusami, zdarzało się, że machali tymi gazetami swoim przyjaciołom czy znajomym i pokazywali zdjęcia, które warto wyciąć i nakleić nad łóżkiem i wsłuchiwali się i wpatrywali w przestrzeń ulicy. Czyżby czekali na kogoś lub coś... Przecież pozornie było tak samo, tak podobnie...

Kiedy marcowe słońce z dużą pasją rozdzielało swoje promienie to na karoserie aut, to na jasnoszare kałuże przypominające jeziora w krainie asfaltu i piegowatej czerni, wystawały nawet całe rodziny. Ciasno było wtedy w oknach, ale za to miło i radośnie. Byli tak blisko siebie, chyba bliżej niż we wnętrzach swoich domów.

Od poniedziałku do soboty, między godziną dwunastą, a trzynastą przechodziłem tamtędy. Szedłem powoli unosząc głowę do góry. Starałem się tak niezauważalnie, tak mimo, tak niechcący obserwować ludzi okupujących okna. Może kogoś znam, przypominam sobie... Niestety wszystkie twarze wydawały mi się obce.

Te domy, wzbijające się w niebo, najeżone nazwami firm, sklepów, kantorów, księgarni kryły w sobie wiele tajemnic. Krążyły pogłoski o ludziach wykonujących nieznane zawody; miejscach ukrytych, niedostępnych, znajdujących dalej niż w głębi, [może na obrzeżach takiej przestrzeni jak "środek", "na lewo", "na prawo"].

Na początku usłyszałem o czymś takim jak "Obłaskiwacze ulic". Żeby dowiedzieć się, co za ludzie pracują w takim przedsiębiorstwie, musiałem wejść w podwórze, pełne dygoczącej na wietrze bielizny, bawiących się w chowanego dzieci, stalowych gołębi smacznie wylegujących się na seledynowych ławkach. Gdy zobaczyłem szyld z poszukiwanym adresem, chwilę musiałem się zastanowić, pod jakim pretekstem tam wejść. Może po prostu zapytam, dlaczego przy piwiarni "Pod nietoperzem" nie ma dużego, mosiężnego nietoperza prawdopodobnie chluby tejże ulicy. Mieszkańcy z dumą wskazywali na niego. Rozlewał swoje ciało nad napisem lokalu tak, jakby zachęcał do wejścia. Wielu osobom podobał się gest tego niezwykłego nietoperza. Niektórzy wychodzili z piwiarni trzymając kufle i wznosząc jego toast; byli tacy, co opierali zmęczone głowy na płaskorzeźbie i wylewali łzy, słowa pełne żalu szukając w nim pocieszenia i otuchy.

Teraz go zabrakło. Ukradli, czy odleciał - zażartowałem. Ale czułem, że znaczył wiele dla ludzi Cieszyli się nim jak pomnikiem na placu miejskim. Wiedzieli, że żadna ulica nie ma takiego "cuda". Były przypadki, że wystarczyło powiedzieć - pochodzę z ulicy nietoperza, a ludzie kojarzyli, o co chodzi. Był rozpoznawalny.

Nagle ze środka wybiegło dwóch chłopaków. Byli zakłopotani i smutni. Wyminęli mnie i w milczeniu opuścili podwórze. Przez uchylone brunatne drzwi usłyszałem fragment rozmowy - "Trzeba to zrobić delikatnie; najpierw zdobyć ich zaufanie, dopiero później cos proponować. Ci ludzie naprawdę są interesujący. Ten proces będzie trwał rok, a może i dłużej..."

Wsadziłem głowę w szczelinę niedomkniętych drzwi i zobaczyłem biegającego w półmroku mężczyznę. Miał może czterdzieści lat. Był nieco przygarbiony, czarny szalik okalał jego szyję, a w dłoni obracał palącego się papierosa. Zachowanie mówiącego przyciągało uwagę kilku innych uczestników, którzy sprawiali wrażenie bardzo zainteresowanych tym, co on prezentował. Niespodziewanie usłyszałem trzask zamykanego okna. Podniosłem wzrok i ujrzałem twarz staruszki przylegającą do szyby. Kobieta wysuwała język i ręką odrzucała włosy, które właziły jej na oczy. Zrobiła się taka cisza, że słyszałem szum krwi w żyłach. Przełknąłem ciężko ślinę i szybko wycofałem się. Nie rozumiałem tego, co się dzieje, poza tym nie chciałem przeszkadzać.

Wyszedłem na ulicę. Chmura dymu podążała za mną. Chciałem iść wolno, ale ludzie popychali mnie, ocierali się i deptali po zamszowych butach. Potem odwracali się i demonstrowali swoją złość i irytację. Pomyślałem, że nie mogę utrudniać im życia. Trzeba szanować ich pośpiech, troskę o każdy dzień, nawet ten najgorszy.

Postanowiłem zatrzymać się przed wystawą księgarni. Podszedłem blisko szyby. Zacząłem wpatrywać się, aż łzy pociekły mi po policzkach. A szkło zrobiło mi niespodziankę; zaczęło odbijać nie poukładane części ulicy. Zauważyłem to spadające pióro gołębia, które otarło się o znak drogowy zakazujący skrętu w prawo. Zmrużyłem oczy i to samo pióro płynęło w kałuży zamieniając się w łódkę. W głębi szklanego świata przewinęło się śmiejące dziecko i para zakochanych. Później łaciaty kot przemknął przez wszystkich na wylot i otarł się o opony samochodowe. Zrobił to, jakby prosił o miskę z ciepłym mlekiem.

Kiedy obrazy ulicy znikły, przyjrzałem się mimowolnie swojej twarzy. Jakiś grymas podobny do półuśmiechu wykrzywiał mi lewą stronę, natomiast druga była jakby skamieniała. Przy oczach pojawiły się zmarszczki i pręgi podobne do fałd dopiero co upranej pościeli. Zacząłem mrużyć oczy i obrazy rozmazywały się, rozlewały, aż w końcu nie widziałem zupełnie nic.

Często przychodziłem do tej stołówki. Oddalona była od mojego mieszkania na jakieś pół godziny szybkiego spaceru. Ciężkie obite czekoladową boazerią drzwi otwierały się niezwykle lekko. Naprzeciwko osoby wchodzącej na ścianie wisiał portret kobiety, prawdopodobnie założycielki zakonu, która była inicjatorką powstawania takich kuchni. Zawsze starałem się poświęcić odrobinę czasu na skryte podglądanie jej twarzy. Zazdrościłem jej tego piękna połączonego z pokorą i sympatią. Patrzyła na wchodzących z uśmiechem i radością. Jak ona to robiła, że mimo na pewno sporych doświadczeń i upływu czasu zachowywała coś w głębi siebie, że utrzymywało jej oblicze w takim pogodnym nastroju.

Na ścianach pełno było dużych pocztówek oprawionych tak jak malarskie płótna. Niektóre przedstawiały fragmenty przyrody np. ośnieżone góry z krwawym sercem słońca, ogromny zielony liść dębu z kroplą deszczu - wydawało mi się, że gdyby ta kropla spadła, na pewno utopiłbym się w niej, czy długą polną drogę prowadzącą przez łany pszenicy, aż do nieba. Wszędzie były piękne i mądre cytaty. Niestety nigdy nie potrafiłem ich zapamiętać. Pozostały mi tylko i mądre cytaty. Niestety nigdy nie potrafiłem ich zapamiętać. Pozostały mi tylko, że po przeczytaniu uśmiechałem się do siebie, pocierałem palcem usta z zadumy lub chciało mi się pomilczeć dłużej niż całe życie. Wtedy miałem wrażenie, że może jestem bliżej sensu życia. Ale trwało to krótko, zbyt krótko.

Zabrałem tacę z posiłkiem. Siostra rączką przeliczyła monety, wsunęła je do szuflady i błyskawicznie położyła następna tacę. Kiedy niosłem jedzenie jeszcze kątem oka patrzyłem na reprodukcję obrazu Leonarda da Vinci. Podobał mi się Jezus z rozłożonymi rękoma - zaprasza na ucztę, pomyślałem - ile w tym geście jest miłości i przeczucia cierpienia.

Kiedy wiosłowałem łyżką w kapuśniaku, podszedł do mnie wysoki, łysiejący mężczyzna w palcie w kolorze rysiej skóry. Miał dziobaty nos, bardzo wychudłą twarz i seplenił. Trudno było rozeznać się w tym, co mówi do mnie. Biorąc obiad powtarzał w kółko i robił przy tym hałas - "Dobry obiad, dobry, dobry obiad, dobry obiad". Wyraźnie akcentował słowa "dobry", tak, że nieraz wypadało to jak pytanie, innym razem jak prośba albo jak życzenie. Stanął przy mnie i zapytał,

- Ma pan radio. Chwilę odczekał i powiedział:

- Zepsuło mi się radio. Szukam radia. Lubię słuchać radia. Przy wyrazie słuchać palcami dotknął i potarł ucho. Uśmiechnął się przy tym i wysunął kilka razy język do przodu. Spostrzegłem, że ma niewiele przednich zębów i jego szalik ochoczo zbliża się do mojej zupy.

- To co, po dwudziestym marca będzie pan miał. Przyniesie mi pan... -dodał na koniec. Po czym wrócił do swojej tacy z jedzeniem.

Uniosłem wzrok i rozejrzałem się. W drugim końcu sali tuż przy wieszakach napotkałem kilkoro ciekawie spoglądających na mnie oczu. Były to oczy kobiet, które dawno zjadły już obiad. Teraz milczały i patrzyły. Prym wiodła tutaj Hania. Była to kobieta korpulentna o krótkich nogach i rękach. Zawsze nosiła wełnianą czapkę bez względu na panującą pogodę. Mówiono o niej, że z powodu omdleń nie chodzi do kościoła. Ostatnio kilku mężczyzn musiało ją transportować podczas mszy na świeże powietrze. Teraz przerwały ciszę i zaczęły nachylać się do siebie i rozmawiać półsłówkami.

Prawdopodobnie to ona ukradła siostrom zakonnym pieska-skarbonkę. Pieniądze miały być przeznaczone na upominki dla biednych dzieci. Jednak Hania wyparła się tej kradzieży. Przekonywała, że żal jej dzieci, którymi nikt się nie interesuje. Gdyby miała większą rentę, sama by obdzieliła potrzebujących.

Patrzyły jakoś groźnie na mnie tak, jakby chciały wiedzieć, czy pomogę w znalezieniu radia. Pragnęły wyczytać najdrobniejszą informację. Zrobiło mi się jakoś nieswojo. Poczułem się trochę winny tym, że zostawiłem człowieka samego bez odpowiedzi, bez żadnej rady.

Wyszedłem ze stołówki. Językiem wydłubywałem cząsteczki kapusty, która utkwiła mi między zębami. Słońce świeciło coraz mocniej. Rozpiąłem kurtkę i ściągnąłem szalik. Znowu znalazłem się na najkrótszej ulicy w mieście.

W nocy śniłem. Byłem jakąś ręką, która pisze wiersz. Słowa wyłaziły ze mnie jak mrówki z rozgrzebanego kopca.

"Język spuchł mi od snu,

który miałem przed wieczorem;

była to prosta ulica, gdzie śnieg obsypał uszy psa;

pootwierane serca zamiast drzwi czekały na pielgrzyma;

człowiek ubrany w płaszcz anioła dziwił się..."

 

Potem byłem na targowisku. Nie było żadnych ludzi tylko mnóstwo głosów ze stacji radiowych. Coś mówiły o pogodzie, sprzedaży piór, samotności człowieka... Następnie przebiegł koło mnie ten mężczyzna ze stołówki w rysim palcie i z nietoperzem w rękach. Płakał. Przewrócił się i ubrudził w błocie i kałuży. Zrobiło mi się go żal.

Ale wcale nie poruszył mnie jego ból i zmartwienie.

Obudziłem się późnym popołudniem. Chciałem coś zjeść.

- Jeszcze czynna jest stołówka - pomyślałem.

Nie wszedłem do jadalni. Zatrzymałem się w przedsionku. Usiadłem na piszczącym krześle. Zrobiło mi się ciężko i niedobrze. Straciłem apetyt, nie chciało mi się jeść. I nagle ktoś zawiesił głowę nade mną.

- Ma pan radio.

Nie dowierzałem własnym uszom. Spojrzałem skrzywioną twarzą na zadowoloną minę mężczyzny.

- Nie mam radia - prawie wyszeptałem.

- Jadł pan obiad - zapytał - dobry obiad jest, dobry, dobry, dobry.

Odepchnąłem go i wyczłapałem się ze stołówki. Zatrzymałem się tuż przy piwiarni "Pod nietoperzem" Oparłem się o ścianę, gdzie pozostało wgłębienie po mosiężnym ptaku. Skrzypnęły drzwi i z piwnego lokalu wyszedł mój znajomy Olo. Jego twarz prawie zawsze śmiała się. Kiedy mnie zobaczył przygarnął ramieniem i ucałował w policzek. Robił to zwykle, jak mnie spotkał. Chciał wypić ze mną kufel piwa. Odmówiłem. Żeby zmienić szybko temat rozmowy zapytałem go, czy nie ma radia. Jeszcze bardziej się uśmiechnął i powiedział, że coś znajdzie.

Weszliśmy do jego mieszkania i Olo nastawił przeboje z lat 60 i 70-tych, ukochane jak mawiał i zaczynał w rytm tych utworów rozmawiać ze mną, a raczej monologować.

Mieszkał sam. Żona zmarła mu 10 lat temu. Dzieci poszły swoja drogą, a on musiał sobie urządzić życie na nowo. Ale przyjdzie taki dzień, że znowu się zejdziemy - mówił to z takim przejęciem, że o mało co nie przewrócił się na fotel. I dalej śmiał się.

W końcu nad samym wieczorem Olo dał mi stare radio, uścisnął mi dłoń i mocno przytulił. Na klatce schodowej krzyknął, żebym wpadał rzadziej i znowu zaczął rechotać.

Następnego dnia podawano w jadłodajni barszcz czerwony i placki ziemniaczane polane śmietaną. Usiadłem w ciemnej części sali i zabrałem się do jedzenia. Drugie danie najbardziej mi smakowało, bo zapach placków przypominał mi ziemniaki pieczone w ogniskach. Był to niezwykły czas kiedy porządkowało się pola po jesiennych wykopkach. Czułem wtedy z kolegami z sąsiedztwa, że poorane grunty odchodzą w sen, a my tymi wszystkimi pracami przygotowujemy je do odpoczynku.

Przypomniałem sobie, że muszę dać radio potrzebującemu mężczyźnie. Chciałem to zrobić na oczach wszystkich przebywających na stołówce. Niech zobaczą, że ten milczący, ponury człowiek ma gest. Niestety oczekiwany mężczyzna się nie pojawił. Wahałem się, co zrobić z tym urządzeniem. Jadłem dość długo, ale nikt nie przyszedł. W końcu postanowiłem oddać grający podarek siostrze.

Mimo zmęczenia i bólu żołądka chciałem pójść do kina. Puszczali film z aktorką, która szczerze potrafi płakać, a to rzadkość. Poza tym umie z płaczu przejść w śmiech. Zresztą ludzkie łzy wzruszają mnie; kiedy ktoś płacze, jestem w stanie zrobić dla niego wszystko. Przypominam sobie pochmurny dzień na ulicy nietoperza; łkanie dziecka, kilkuletniej Marysi, która stała w półmroku podwórza. Myślałem, że jej szloch rozwali od wewnątrz kamienicę i to tę, gdzie urzęduje mosiężny nietoperz.

 

 

W nocy więc wybrałem się na maraton filmowy. Obejrzałem wiele ciekawych obrazów, ale była ich taka ilość, że nie byłem w stanie zapamiętać choćby jednego tytułu. Wyobraziłem sobie, że jestem pod prysznicem, a z niego zamiast wody ciekną topniejące, śliskie taśmy filmowe z krzyczącymi ludźmi. Przestraszony przepchałem się przez kilka żywo rozmawiających osób i wybiegłem z kina.

Była prawie trzecia nad ranem. Co teraz dzieje się z najkrótszą ulicą w mieście, taka myśl przemknęła mi przez głowę. Może by sprawdzić.

Była taka cisza, że słyszałem bicie swojego serca i mlaskanie śliny w ustach. Szedłem powoli. Rozglądałem się i upewniałem, czy nikt nie wyjdzie i nie zaczepi mnie. Bałem się jeszcze bardziej niż w kinie. Zrobiło się chłodno i z ulicy zaczęła unosić się mgła. We wszystkich oknach było ciemno. Nagle coś otarło się o moje kolana. Wzdrygnąłem się. Zobaczyłem dużego psa. Wydawało mi się, że jest zmęczony. Słyszałem, jak ciężko oddychał. Postanowiłem go wyminąć i wyjść z tej ulicy. Pies zawrócił. Spojrzał na mnie przyjaźnie. Zobaczyłem, że ma wielkie sięgające płyt chodnikowych piersi. Na ile pozwoliła mi ciemność, dostrzegłem jeszcze otwarte rany. Wydawało mi się, że suka cierpi, ale bałem się jej pomóc, bo mogłaby być agresywna. Tupnąłem nogą i powiedziałem,

- Do budy, piesku.

Zwierzę jakby zareagowało. Ruszyło z miejsca i pobiegło obwąchiwać ściany, samochody i wystające słupy. Po czym zawróciło i znowu stanęło naprzeciw mnie. Długo patrzyło na mnie z zainteresowaniem. Wiedziałem, że nie należy okazywać strachu, bo zwierzę może zaatakować.

- Co ty tak późno robisz w tym miejscu - powiedziałem bardzo łagodnie.

- Jesteś we śnie- odpowiedziała suka.

Nogi zrobiły mi się jak z plasteliny. Uciekać - pomyślałem. Będę biegł i krzyczał, chociaż dawno nie krzyczałem i nie wiem, jak się to robi. Nie będę więcej tu przychodził, nie chcę się wcale narażać, boję się...

- To co widzisz jest snem - zaczęła od nowa - snem dziecka, które cierpi. Usiadła tuż przy koszu na śmieci. Jej oczy były pełne litości i współczucia.

- Ośmioletni Dominik właśnie niespokojnie wierci się w swoim łóżku. Śni, że biegnę tą ulicą. Uciekam przed kimś. Jestem samotna i zagubiona. Boję się, że ktoś mnie skrzywdzi. Śni mu się to miejsce. Ten sen często mu się powtarza. Cała ulica wypełnia się jego snem.

Zamarłem. Kiedyś tato opowiadał mi, że jego przyjaciel w czasie wojny walczył jako żołnierz. Siedział w okopach. Dookoła grzmiały pioruny gniewu i nienawiści. Potworny lęk opanował go całego. Zdołał wyjrzeć z okopów i zobaczył, że naprzeciwko niego na koniu jedzie śmierć. Dreszcz przeszedł po całym jego ciele. Wtedy ponoć osiwiał. Wyglądał jak gołąbek pokoju.

W tejże chwili usłyszałem tak przejmujący, mroczny skowyt dochodzący z wnętrza kamienic, że zbladłem. Suka poruszyła się gwałtownie. Uniosła pysk i zakręciła nim nerwowo. Teraz dostrzegłem, że ma miodową sierść. Poczułem, że w końcu mogę poderwać nogi i uciekać. Zwierzę zrobiło tak samo. Przestraszone uderzało o ściany szukając schronienia. Zupełnie o niej zapomniałem. Biegłem jak opętany do kina. Wpadłem na jakiś końcowy seans. Zatrzymałem się na środku ekranu. Snopy bladoniebieskiego, wyświetlanego filmu rozlały mi się na twarzy. Byłem zmęczony i przelękniony.

 

 

W piątki rzadko przychodziłem do stołówki. Obiady były niesmaczne. Bez mięsa - narzekałem - to tak jak kobieta bez piersi. Mimo to zjadłem ryż z musem i zupę "nic". Na podwórzu zaczepił mnie Poszukiwacz Radia. Od razu jak mnie zobaczył, zaczął mi dziękować. Po czym zaciągnął mnie do starej, mocno podniszczonej klatki schodowej. Nachylił się nade mną i szeptał jak prorok,

- Anioł - zrobił długą pauzę - Anioł. Uniósł palec do góry i wskazał kakaowoszary sufit. Podniosłem głowę i rzeczywiście ujrzałem niewyraźny zarys człowieka ze skrzydłami. Przełknąłem ślinę, jakbym wylał wiadro z wodą. Trwało milczenie pomieszane z uśmiechem mężczyzny.

- W radiu mówili, że spadnie obfity deszcz, a z nim ten...

Chciałem wyrwać się z towarzystwa Radiowca, ale mężczyzna chwycił mnie mocno za ramię.

- Wierz mi, spadnie dzisiaj.

Byłem pełen podziwu, że przestał seplenić i ułożył nawet długie zdanie. Ale zaczął mnie męczyć.

- Czego pan ode mnie chce - wybuchnąłem - poświęcam panu czas, nieraz nawet rozmawiam, przyniosłem panu radio i co... Chciałem, żeby zabolało; żeby zrobiło się mu przykro. Może się odczepi.

Mężczyzna usiadł na schodku. Jego oczy zrobiły się szkliste, jakby zaraz miała wyciec z nich woda. Znałem takich ludzi, co szybko wzruszają się i płaczą jak dzieci; wprawdzie długo, ale za to cicho. Nie mogłem na to patrzeć i odszedłem.

Autobusem linii nocnej podjechałem pod najkrótszą ulicę w mieście. Zrobiło mi się nieswojo, ale miałem nadzieję, że może spotkam cierpiącego psa. Jeśli zdobędę się na chociaż odrobinę odwagi ...coś pomogę. Stojąc w bramie zupełnie sam, zacząłem się bać. Przed moimi oczami przemknęło kilku chłopaków z grupy "Obłaskiwacze ulic". Ciągnęli wózki pełne przeróżnych odpadów. Dało się zauważyć plastikowe butelki, tekturę, sznurki, kawałki drewna, druty. Śmiali się i żartowali.

Poczułem, że robi mi się zimno. Ciało zaczęło dygotać. Wyszedłem z bramy. Rozejrzałem się. Było spokojnie. Postanowiłem wrócić do domu.

W łóżku jak mumia otulony kocem i kołdrą znowu śniłem. Byłem w jadalni u sióstr. Na ścianach nie było żadnych obrazów ani napisów; nie było stołów, ani krzeseł. Pomieszczenie wydawało się puste i wymarłe. Przed drzwiami stała długa kolejka. Ludzie trzymali białe talerze i mosiężne łyżki. Chyba czekają na zupę, ciekawe jaką dają - zastanawiałem się. Przeciskałem się między oczekującymi i w pewnej chwili spostrzegłem, że myliłem się - stołówka nie jest pusta. Przy ścianie, tam gdzie wisiała "Ostatnia wieczerza", stał Radiowiec z talerzem i łyżką. Przybliżał się do...Anioła. Później gładził jego pióra i poruszał ustami. Następnie zaczął karmić go, nabierając łyżką jakąś ciecz, której nie było wcześniej na talerzu. Anioł wyraźnie był zadowolony.

Wybiegłem na ulicę. W oknach wystawali mieszkańcy trzymający talerze i łyżki. Byli smutni i niezadowoleni. Ponownie znalazłem się w jadalni. Ze ścian odchodziły deski, tapety. Widać było sypiącą się trocinę. Przed moimi oczami rzeczywistość snu zrobiła się galaretowata i przybrała postać żółtej mazi. W kącie sali dojrzałem cierpiącą sukę i chłopczyka, który tulił ją do siebie. Poczułem obrzydzenie widząc rany psa. Może to Dominik szukający wsparcia. Kto go krzywdzi - zastanawiałem się.

W kwietniowy wieczór najkrótsza ulica pełna była ludzi z grupy "Obłaskiwacze..." Ustawiali stragany, przynosili portrety, obrazy; mocowali jakieś instalacje.

 

Prawie wszystkie okna były pootwierane. Mieszkańcy rozwieszali kolorowe tkaniny, koce. Dekorowali co się da. Czyżby ulica obchodziła święto.

Niektórzy mieli jakieś kartki z napisanym tekstami, coś nucili pod nosem, śmiali się, machali rękami, podskakiwali. Z minuty na minutę przestrzeń gęstniała. Przybywało ludzi. Nagle uniosłem głowę do góry. Nad nami przelatywał samolot, który ciągnął na linie olbrzymiego nietoperza.

- Wraca, wraca - ktoś wrzeszczał z tłumu - patrzcie, patrzcie.

I raptownie sznur oderwał się od samolotu. Nocny ptak unosił się w powietrzu i kierował na najkrótszą ulicę w mieście.

 

Paweł Rogalski

 

Wojciech Sołtys

***

wszystko lepiej brzmi

bez zwracania uwagi na życie

bez przywoływania sensu określenia

wszystko lepiej smakuje jak się nic nie wpycha do ust

później starzy ludzie dogryzają kawałek ciasta

z pierwszych świąt

 

Wojciech Sołtys

 

Władysław Łazuka

NA WYRĘBIE

1.

Pnie drzew to maszty

a korony żagle

Pod piłą drwala

wali się powietrze

- stygnie żywica

rośnie przestrzeń światła

 

Pieśń ptaka

         k r ą ż y

ponad raną lasu ...

 

 

2.

Pod piłą drwala

cichnie wiatr

        w  g a ł ę z i a c h

W dali pieśń ptaka

żywa

rana

lasu ...

 

Władysław Łazuka

 

Władysław Edward Gałka

DO CENTRUM

Widziałem dziś rano głodne oczy, było to niespodziewane. Poszedłem jak co dzień do Centrum do Internetu. Macieja zaś wysłałem po kilka chlebów mnie się nie chciało ich nieść. Spotkaliśmy się gdy on szedł po schodkach chodnika a ja siedziałem na ławce w kącie pod wierzbą obok Centrum.

Zajadałem akurat trochę nieświeżą wędzoną kurzą nogę z przeceny. Z lekka zaskoczony zawołałem mając ten specyficzny smak w ustach i myśląc czy znów dostanę biegunki. Maciej usłyszał zdziwiony, ale nie zanadto, przyszedł do mnie, nie spodziewał się tak jak i ja tego spotkania.

Kazałem mu chwilę poczekać aż skończę ogryzać udko i wrzucę kości do reklamówki. Mamy psa i dwa koty zawsze głodne i łase na takie smaki. Maciej nie chciał się poczęstować może poczuł fetorek nie wiem mniejsza o to.

W tym momencie zza murka wyjrzał niemiłosiernie zalękniony chłopiec o głodnych, zastrachanych oczach i spytał się nieśmiało z obawą, czy mam butelkę po piwie. Lubię piwo ale w domu, nigdy w bramie nie odpowiedziałem; byłem zdumiony rozbawiony i zażenowany zarazem, wyrzucam sobie że w takich sytuacjach brak mi refleksu, chętnie dałbym mu kawałek czegoś tam, co jeszcze miałem w torbie, ale było mi wstyd.

Jeszcze nie przywykłem do nowej Polski.

Odesłałem Macieja z naszymi zakupami. Cicho żartem zagajając uśmiechnął się ze zrozumieniem.

 

* * *

Chłopiec stał nadal może siedmiolatek nie więcej, sama litość związała nas spojrzeniem. Odszedłem pedagogicznie tych kilka kroków do Centrum przez jezdnię.

Teraz on był zdumiony długo z wyrzutem patrzył nie rozumiejąc.

- Lump?

- Żre jak pies ukradkiem?

- Nie ma butelki?

- Do centrum?!

- Ano do centrum cholera.

- Europa było już tak dobrze, dwa tygodnie buszowania w sieci.

- Galerie!

- Miasto Plusa!

- Ceny!

- Dzieła mistrzów!

- Allegro!

Nawet Makowskiego znalazłem wczoraj i dałem głos w ankiecie. Dziecięca kapela Sabociarz i takie tam inne dyrdymałki.

 

* * *

Miałem 7 czy 8 lat lato w Konarzewie duży dom obok pałacu. Wbiegłem po schodach na piętro były tam dwa mieszkania pokoik i gabinet lekarza, przyjmował co parę dni. Widna jasna klatka schodowa.

A tam straszny krzyk rozpaczy i nieustający łomot w drzwi u sąsiadów. Ich córka młodsza ode mnie była sama i zamknięta wiele godzin. Miałem dylemat; klucz był pod wycieraczką. Wiedziałem, ale to właśnie mogło znaczyć awanturę i nienawiść, wojnę na piętrze.

 

 

Otworzyłem. Dzikie, dzikie zwierzę!!! Do dziś czuję uścisk wczepionych we mnie dłoni całego ciała gdy coś błyskawicznie z dzikim szlochem wypadło zza drzwi i skoczyło na mnie. Niewiele więcej pamiętam koniec filmu...spazmy tak jeszcze to...

Ale to wtedy poczułem się mężczyzną od tego czasu samodzielnie podejmuję decyzje.

I tylko czasem dostrzegam te oczy. Głodne.

- Sabociarz, kapela dziecięca.

- Oczy jakie oczy.

- Malarzu co one ci zrobiły?

- Coś Ty Tadek im zrobił?

 

Władysław Edward Gałka

 


Lech M. Jakób

AFORYZM

Aforyzm (z greckiego aphorismos): zwięzłe zdanie, błyskotliwe sformułowanie, zawierające jakąś myśl filozoficzną, naukę moralną, regułę życiową itp. - czytamy w słowniku PWN. W innych opracowaniach znaleźć można dopełnienie definicji. Punktuje się na przykład środki retoryczne aforyzmu, szczególnie paradoks i antytezę, proponując nadto przyjrzenie się takim hasłom jak: maksyma, sentencja, apoftegmat, gnoma, złota myśl.

Zamieszanie z doprecyzowaniem pojęcia aforyzmu jest duże. Ten gatunek literacki przysparza kłopotów teoretykom. Bo miewa powinowactwa z innymi formami, często żywi się kalamburem, ironią. Bywa czasem gorzki, czasem zabawny, czasem ostentacyjnie prześmiewczy. Ale zawsze w pewien sposób porusza - głównie celnością spostrzeżeń, świeżym namysłem albo przewrotnością. Ma też potężną tradycję - korzeniami sięgającą starożytnego Egiptu i Grecji przedchrześcijańskiej. Nie wspominając o myśli chińskiej na wiele stuleci przed narodzeniem Chrystusa.

Dlatego trochę drażni, gdy wrzucany jest do nieco sparciałych worków z przysłowiami. Lub gdy wydłubuje się je, niczym rodzynki z ciasta, z utworów prozatorskich i poetyckich. W czym celują zwłaszcza antologiści oraz rozmaici kolekcjonerzy "słów skrzydlatych".

 

Tymczasem warto wyraźnie podkreślić, że żywot aforyzmu najlepiej spełnia się osobno - jako odrębnej dyscypliny literackiej. Oddajmy aforyzmowi należny szacunek. Wszak istnieje wspaniałe aforystyczne zaplecze. Już pozostając - by nie sięgać daleko - tylko na naszym podwórku. Mam na uwadze między innymi Kazimierza Przerwę-Tetmajera, Adolfa Nowaczyńskiego, Karola Irzykowskiego, Stefana Napierskiego, czy bliższych współczesności Wiesława Brudzińskiego i Stanisława Jerzego Leca - listę da się chwalebnie wydłużyć, do kilku obecnie żyjących włącznie.

 

Tak, aforyzm z czytelniczego punktu widzenia jest formą wdzięczną. Dla niektórych wręcz atrakcyjną. Nie wymusza długiego skupiania uwagi - ofiaruje za to natychmiastową satysfakcję. Jeśli dobrze ukuty.

 

 

Lecz inaczej rzecz się ma od strony twórcy. By osiągnąć efekt błysku lub skodensowanej refleksji, trzeba włożyć wyjątkowo dużo pracy. W prozie na przykład da się ukryć mielizny, uchodzą potknięcia. Odbiorca przymknie oko i na grubszą wpadkę. W aforystyce lada mielizna jest katastrofą. Natychmiastową. Bez szans apelacji. Gdyż nic tak nie obnaży fuszerki, jak krótka forma właśnie.

Zatem pożądana lekkość często kryje długotrwałe cyzelowanie słów, niejednokrotnie dziesiątki wersji doprecyzowanych myśli. Wiem coś o tym, uprawiając aforyzm od ćwierćwiecza. To jedna z moich najulubieńszych form. I chyba najbardziej w duchu przeklinana. Zwłaszcza wtedy, gdy zaczynam dostrzegać powszechnie rozpanoszony chwast epigonów, bardziej lub mniej zręcznie imitujących głębię.

To osobna choroba. Imitatorstwo. Udawactwo. Naśladowcy, być może zwiedzeni pozorną łatwością formy, a czasami i zadufaniem, obywają się przekręcaniem przysłów, sztuczkami gazetowymi, uogólnieniami. Bredzą "naukowo" lub skręcają w stronę banału, co już na dzień dobry niesie aforyzmowi śmierć.

 

I jeszcze jedno. Przeświadczenia o aforyzmach, jako formie rzekomo tylko frywolnej, a czasem i lekceważonej przez twórców, bywają zastanawiające. Pamiętam spotkanie autorskie w gimnazjum. Prowadząca w pewnej chwili zaproponowała eksperyment. Szło o prezentację na wyrywki aforyzmów moich i cudzych. Spodziewano się, że wyłowię tylko pewną ilość własnych z mnogości cytowanych. Uczniowie kolejno wstawali, deklamując przygotowane miniutwory. "Pułapka" spaliła na panewce. Bez trudu rozpoznałem własne pośród kilkudziesięciu. Zdziwienie bibliotekarki nie miało granic.

- Jak to możliwe?

Akurat dzwonek na przerwę wywabił na szkolne boisko ze trzy setki rozdokazywanych uczniów. Podeszliśmy do okna. Wskazałem na brykający tłum:

- Nie rozpoznałaby pani w ł a s n y c h d z i e c i, nawet w takim tłoku?

 

Lech M. Jakób

 


 

Chcesz napisać dobry aforyzm? Już przegrałeś. Aforyzmów się nie pisze lecz wykuwa.

lub

Nie ma czegoś takiego, jak strategia w sztuce. Chyba, że mowa o sztuce wojennej.

albo

Nie wiem o sobie nic ponad to, co skłamie moje ja?

bądź

Skoro wirtualna rzeczywistość, to i wirtualna głupota.

 



[Aforyzmy pochodzą z tomiku Lecha M. Jakóba "Jęzostrzępy" (2001)
- przypis od redakcji "Łabuzia"]


Joanna Obuchowicz

DWA KROKI DO PRZODU, TRZY W TYŁ

stało się, się nie odstanie. nie.

że się boimy, szukamy innych korytarzy,

żeby się nimi przedostać do drzwi wyjściowych zasłaniając

prawą ręką profile prawe.

oboje słabsi jesteśmy w lewostronnym widzeniu.

stukotem palców blat trącających nie-wspólnego już stołu

rozpędzamy ciszę.

ty: tak jak zawsze, ja: po raz pierwszy w życiu.

pozostały spotkania w aranżacji na przypadkowość,

przypadkowość w aranżacji na spokój,

spokój w aranżacji na wesołość.

 

Joanna Obuchowicz

 

KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między zaprzyjaźnionymi pisarzami. Na naszych łamach od października 1998 roku korespondują: zamieszkały w Podkowie Leśnej Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób z Kołobrzegu.

 

Dziękujemy - pkl "łabuź"

 

 

Kołobrzeg, dnia 22.01.2005 r.

 

Piotrze, Piotrze, Dobry Łotrze!

 

Dziwisz się Włodzimierzowi Antkowiakowi, że postrzegał Cię niegdyś tak, nie inaczej? Mnie z kolei dziwi Twoje zdziwienie. Obraz naszej osoby (mnie jako ja - mówiąc skrótem) w naszych oczach to jedno, a obraz w patrzałkach cudzych to drugie. Doskonale wiesz o tym. No i trzecie: obiektywny obraz, jeśli takowy istnieje. Jeśli istnieć może bez uczestnictwa obserwatora. Ja wiem, że nieraz chciałoby się fuknąć na skrzywione (w naszym pojęciu) wizerunki. Mamy przecież określoną wizję nas samych. I może zaboleć, gdy raptem dotrze świadomość, że postrzegani byliśmy sprzecznie z naszym autowyobrażeniem (lub - bywa - autokreacją). Często wolelibyśmy mieć większą "kontrolę" nad postrzeganiem nas z zewnątrz. A te ruchy robaczkowe jelit i mózgu, by sprostanie oczekiwań świata były synchroniczne! To takie ludzkie - w swej słabości lokowania tęsknot! No, może nie w słabości, lecz w mocy niby przewrotnej. Sam się na tym nieraz łapię.

Wiele gadania szykowałoby się o tym. Weźmy, dajmy na to, pierwszą z brzegu wiadomość pisemną: Etruskowie kroczyli na wojnę. Neutralne. Lecz co nastąpi, gdy rozbudujesz informacyjnie, pisząc: Etruskowie kroczyli na wojnę z odsłoniętymi penisami? Natychmiast część okrzyknie Cię szerzycielem ekshibicjonizmu. Ale pójdź dalej i rozwiń wątek, notując: Etruskowie kroczyli na wojnę z odsłoniętymi penisami, wcześniej doprowadzanymi do wzwodu przez masturbację. Cóż się stanie? Teraz przez niektórych odbiorców natychmiast zostaniesz postrzegany jako ktoś j e s z c z e gorszy od ekshibicjonisty. A raz dorobionej gęby nie sposób się pozbyć! I guzik ma do rzeczy, że kierowała Tobą intencja oddania wyłącznie historycznej prawdy...

 

Na "Weselu" nie byłem. Udało się za to obejrzeć "Pręgi" Magdaleny Piekorz - na motywach prozy Wojciecha Kuczoka. Kameralny obraz, rzetelnie zrobiony. Bez epatowania "holiłudzkimi" fajerwerkami. Tym bardziej wart uwagi, że M.P. to reżyserska debiutantka. Trochę jednak rozczarował Michał Żebrowski. Jakby jego kreacja aktorska za mocno czerpała z powściągliwości? Jednak to lubię. Razem: nie żal dwóch godzin w kinie. Mimo czasami mrocznych scen.

W zamian, Przyjacielu, po optymizm odsyła nas gazeta "Corriere della Sera". Podają, że niejaki Chiara Tomaselli, burmistrz Castelleone (koło Cremony na północy Włoch) instaluje w miasteczku dystrybutory poezji! Dla zakochanych. Wyobraź sobie zatem jakąś romansującą parę. Spacerują ryneczkiem, pod oliwnymi drzewami. Ona, wahająca się i pełna sprzecznych emocji, pragnąca uczucia, jednak świadoma swych powabów, podchodzi do dystrybutora, wciska odpowiedni guzik. A ze środka wyskakuje? Choćby wydruk z tłumaczeniem wersów:

Nagle, jakby czując moją obecność,

przełożyłaś nogę na nogę

i powiedziałaś głośno niby do siebie:

nie jestem własnością nawet swojego cienia.

 

Przyznaję, struna mojego grzbietu

zadrżała tak silnie,

że otworzyłem usta i spadłem na ziemię,

żeby cię pożreć.

Pamiętasz może owe wersy*? Co nie rzec, taki dystrybutor poezji to wizja rzadkiej urody!

 

Rozbuchał się nam rok 2005. Rozbuchał, rozhulał, zaawansował. Zwierzątko powiada, że będzie to dobry rok. Sumuje: dwa dodać zero, dodać zero, dodać pięć - razem siedem. A Ona wierzy w moc siódemki.

Czy "Ognie św. E." płoną, pytałeś przez telefon. Akurat w środek rodzinnych kłopotów strzał. Wybacz lakoniczne zbycie. Nie jest to jasny, równy płomień. Powiedzmy: "Ognie..." pełgają, podtrzymywane żarem od wewnątrz. Jednak paradoks polega na tym, że w powieści sporo trunków w ruchu, a ja, pisząc o tym, ani szklaneczki wina. Trzeźwy być muszę niby niemowlę. Szalenie frustrujące. Moje powieściowe dmidzbany, żłopaki i kropiwąsy, widząc to, śmieją się ze mnie w kułak...

Szukałem stosownego motta dla moich gamoni. Kusiła sławna "Spowiedź" Arcypoety. Pamiętasz może tę pieśń, którą śpiewaliśmy przy kielichu. Zaczynającą się od słów Meum est propositum in taberna mori...** Czy aby nie u Grażyny i Mariana Wiszniewskich w Świdwinie. Ostatecznie przeważył Jan z Czarnolasu. Konkretnie jego czterowiersz:

Ziemia deszcz pije, ziemię drzewa piją,

Z rzek morze, z morza wszystkie gwiazdy żyją.

Na nas nie wiem, co ludzie upatrzyli,

Dziwno im, żeśmy trochę się napili.

Pojmujesz Przyjacielu o co biega. O co idzie. Czasem pełza jeno.

Jakoś doczołgałem się do okolic połowy obecnej prozy. Jest tego odrobina ponad sto stron. Czyli z wiosną będzie z górki. Błogosławione uczucie: bo szczyt wzniesienia mijam i metę w dole będę miał na oku. Odległą jeszcze, bardzo odległą, lecz już z perspektywy dostrzegalną. Tak się sprawy z "Ogniami..." mają. Może wyślę Ci przy okazji jaki fragment, a może nie. Zastanowię się. Tymczasem trzymaj kciuki -

 

Tfuj Łotr Zły, czyli eL

 

 

Ps. Z wiadomych powodów niewiele czytać mogłem. Na plan pierwszy z lektur ostatnich idzie "Encyklopedia głupoty" Boxsela***. Ze swadą napisana rzecz, pełna smaczków. I bogato ilustracjami wsparta. Zresztą, co tu gadać. Zajrzysz, sam zobaczysz.

 

Ps. 2. A jeszcze dziś wieczorem niezła uczta jazzowa! Wybieramy się z Ha do kawiarni muzycznej "Adabar" w podziemiach ratusza. Gościnnie wystąpi trójka: Jarosław Śmietana (gitara), Wojciech Karolak (fortepian), Adam Czerwiński (perkusja). Wiele po koncercie sobie obiecuję...

 

* Z utworu pt. "Królowa". Piotr Müldner-Nieckowski "Wilgoć" - wybór wierszy z lat 1974 - 1997, Koło Podkowy (mała Ojczyzna) Spółka Poetów, Podkowa Leśna 1997 (przyp. red. "Łabuzia")

** Meum est propositum in taberna mori,

ut sint vina proxima morientis ori.

Tunc cantabunt letius angelorum chori:

"Sit Deus propitius huic potatori."

Gdy umierać będę, złóżcie mnie w oberży,

by od beczki kurek w trupie usta mierzył.

Po czym zaśpiewają chórem aniołowie:

"Panie, bądź miłościw temu pijusowi."

 

***Matthijs van Boxsel "Encyklopedia głupoty", przeł. Alicja Dehue-Oczko, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2004

 


 

Drogi Lechu,

 

Sądziłeś, że zaskoczysz mnie cytatem z mojego wiersza, ale akurat ten kawałek rozpoznałem. Choć przyznaję, że nie pamiętam wiele z tego, co napisałem. Melchior Wańkowicz w czasie wykładu na Uniwersytecie Warszawskim (druga połowa lat 70.) mówił, że jest to mechanizm psychologiczny właściwy wielu takim twórcom, którzy odczuwają wewnętrzny opór przed powtarzaniem nawet tego, co się samemu zrobiło. Nie pamiętają własnej twórczości. Być może do nich należę, niech mi Pan Bóg wybaczy nieskromność, ale też sądzę, że ten mechanizm psycho-logiczny nie powinien być mitologizowany. Zwykła ułomność pamięci, zwłaszcza w zakresie prozy. Jak zapamiętać dwieście stron druku? A jak dwa i pół tysiąca?

Przydarzyło mi się coś takiego w 1986 r., kiedy za antykomunizm byłem wyrzucany ze stanowiska naczelnego redaktora Państwowego Zakładu Wydawnictw Lekarskich. Napisałem do prasy podziemnej ponad sto artykułów. Pretekstem do usunięcia (a także zakazania druku) było przyłapanie mnie przez służby graniczne na przewożeniu nieprawomyślnej literatury. Siedziałem w areszcie na granicy (w Zgorzelcu), potem byłem przez trzy tygodnie codziennie przesłuchiwany w Warszawie. Nie dałem się złamać, mam nadzieję, że w czasie powszechnej lustracji, która niewątpliwie nastąpi, wyjdą na wierzch nazwiska osób, które mnie zdradziły. Bo ja już je znam, niestety. Awantura zrobiła się na cztery fajerki, chodziłem od ministra do ministra, od sekretarza KC do sekretarza i kazałem sobie tłumaczyć, jakie mają do mnie pretensje. Rzecz oczywista, żadnych tłumaczeń nie usłyszałem, tylko inwektywy, ale rozrabiałem z preme-dytacją, żeby jak najwięcej ludzi dowiedziało się o tej sprawie. Efekt osiągnąłem, mówiła o tym Wolna Europa (pochlebnie). Odezwała się też (niepochlebnie) prasa codzienna i grzmiało antysemickie a prosowieckie pismo "Rzeczywistość", firmowane przez stowarzyszenie "Grunwald". Przyszły badacz tego tygodnika będzie miał frajdę.

Załoga PZWL-u wiedziała, dlaczego odchodzę, i zorganizowała uroczystość pożegnalną. Zrobili to bez mojej wiedzy, bo wiedzieli, że nie pozwoliłbym na żadne imprezy w obawie przed prowokacją. No, ale stało się, w odpowiednim momencie poproszono mnie na salę konferencyjną (usłyszałem okrzyk: "Panie doktorze, stało się coś ważnego, niech pan tam szybko idzie!" - czy coś w tym stylu). Idę, a tam dwieście osób, mikrofon, wiązanki kwiatów i przygotowana recytacja (pamiętam: urządziła to znana tłumaczka i farmaceutka Krystyna Niecikowska, po mężu Jastrzębska, zresztą siostra znanego krytyka i literaturoznawcy Jerzego). Nazwisko tylko podobne do mojego.

Więc lecą kawałki prozy, świetne (tak wtedy myślałem, naprawdę!, podobały mi się), dobrane pod kątem napiętej sytuacji politycznej i poczucia beznadziei (wtedy przecież nikt nie przewidywał upadku komuny), ale z jakąś wewnętrzną siłą (my się nie damy!) i żartobliwą ironią. Utkane z prozy chwilami nieco romantycznej, ale twardej, niewątpliwie współczesnej. Dziwiło mnie tylko, że to jest tak dobrze dobrane pod kątem jednorodności stylistycznej, językowej, gramatycznej (a właściwie agramatycznej). Trzymało się kupy.

Ludzie głośno reagowali śmiechem (tym nerwowym, jaki się słyszało w kabarecie Jana Pietrzaka "Pod Egidą"), chwilami zapadała grobowa, złowroga cisza. Niecikowska znalazła też cytaty idealnie pasujące do sytuacji w samym wydawnictwie, zwłaszcza krytykujące skłócenie załogi, a wtedy rozlegały się chichoty. Napracowała się. Byłem pewien, że poświęciła dużo czasu na siedzenie w bibliotekach. Ale się myliłem.

Pamiętam szybko biegnące wtedy myśli: dziękuję wam, Kochani (koniecznie wielką literą, bo miałem łzy w oczach), wiem, że chwilami mieliście mnie dosyć, że uważacie mnie za cholerną piłę, za drania, który czepia się przecinków w tekstach i przestawia ludzi z redakcji do redakcji, daje premie ale często je obcina, za dużo wymaga od uciemiężonych redaktorów - a Wy teraz honorujecie mnie tym sympatycznym przedstawieniem! Właściwie czym zasłużyłem na tę demonstrację przeciwko władzy ludowej, która lekką ręką wyrzuciła fachowca z posady? (Uważałem się za fachowca nafaszerowanego oryginalnymi pomysłami, ale dziś bym to jednak mocno stonował; miałem doświadczenie mniejsze o dwadzieścia lat).

Zaczęło się wręczanie kwiatów, pamiątkowego albumu z podpisami załogi (bezpieka mi go zabrała pół roku później i do dziś nie oddała), butelki kalifornijskiego wina z biało-czerwoną wstążeczką, składanie życzeń, tumult, a na koniec padło do mikrofonu pytanie, czy potrafię rozpoznać, z jakich autorów pochodzą przeczytane teksty.

Nie potrafiłem, to jasne. Z sali padały różne podpowiedzi, ale autorka spektaklu kręciła głową, że nietrafne. Zrobiło się cicho, bo w tym dość elitarnym towarzystwie raczej nie wypadało nie znać literatury, a ja miałem być jednym z najlepszych jej znawców. Nic z tego, nikt nie umiał powiedzieć.

A to były cytaty z moich książek. Krysia Niecikowska znalazła je w bibliotece, ale domowej. Tak, Brachu, nie rozpoznałem własnego słownictwa, własnych pomysłów na fabułę, narrację, dialogi, gramatykę i styl. Wyobrażasz sobie wybuch śmiechu na sali? Szkoda, że nie było fotografa, bo minę musiałem mieć nietęgą. Potem przyszła refleksja, że to właściwie dobrze, że nie mam w głowie tych setek tekstów. Nie umiem na pamięć ani jednego wiersza (nie tylko swojego), z wyjątkiem kilkunastu modlitw, pierwszych zwrotek kolęd i (tu już całego!) polskiego hymnu. Do niczego nie jest mi to widocznie potrzebne. Ważny jest klimat, który mi z nich pozostał.

Przyznaję, że trochę podejrzliwie patrzę na tych, którzy z zamkniętymi oczami potrafią cytować ogromne tomiska własnych utworów. Odczuwam to jako rodzaj samouwielbienia, które strasznie ogranicza potencję twórczą, zatrzymuje w miejscu, nie pozwala rozwijać ani rozumu, ani wyobraźni. Łapię się na tym, że nie pamiętam ważnych numerów telefonów i adresów. Bez notesu (a teraz książki telefonicznej w telefonie komórkowym) na pewno bym sobie nie dał rady. To są z punktu widzenia zdrowej pamięci -śmieci, które w każdej chwili można odtworzyć. Od tego są notatniki i encyklopedie.

Ciekawe, że pamiętam jednak, na której stronie, w jakim artykule, w którym czasopiśmie i kto napisał, że witamina C inaktywuje działanie kotrimoksazolu w moczu, oraz parę tysięcy innych takich informacji, na które jestem w stanie się powoływać, obudzony o piątej nad ranem. Czy to wynika z poczucia obowiązkowości? Pewnie tak, w każdym razie ja tego nie kontroluję. To się dzieje samo, nie jest zatem powodem do chwały, zwłaszcza w zderzeniu z brakami pamięci, o których wspomniałem. Jest mi wstyd, że tydzień temu w czasie prestiżowej dyskusji zapomniałem imienia Mochnackiego, którego nazwiskiem nazwano Kasę wspierającą polskich naukowców pod koniec XIX wieku. Po wyjściu z konferencji natychmiast mi się odtworzyło: Maurycy, ale wcześniej nieustannie miałem na końcu języka "Mochnacy", i to był mały osobisty dramat. Tego wiekiem wytłumaczyć się nie da, bo tak miałem i w osiemnastym roku życia.

Wspomniałem o Zgorzelcu, który jest bliźniaczą częścią niemieckiego Görlitz. A tam właśnie odbyło się moje spotkanie autorskie. Organizator -Andrzej Słomianowski, świetny poeta, który dawno wyjechał z kraju, ostatecznie osiadł tu i regularnie zaprasza poetów i prozaików z Polski na spotkania w ośrodku kultury. Rozmawiałem z nim o Tobie, pytał, co sądzę o Twojej twórczości. Jest tam na policji ten sam areszt, w którym siedziałem dwadzieścia lat temu, tylko jakiś elegantszy, odnowiony. Albo mi się zdaje. Wtedy było ciężko, cela jednoosobowa, betonowa, nawet kibla mi nie zmieniali, tak że nieprzyjemnie wylewało się na podłogę, przez co nie mogłem patrzeć na te ich cienkie więzienne zupki. Najbardziej mi dokuczała samotność.

Wciąż jestem pod wrażeniem śmierci Jana Nowaka-Jeziorańskiego (właściwie Zdzisława Jeziorańskiego). Przed laty robiłem dla prof. Romana Michałowskiego (znanego lekarza dermatologa) dwie książki o harcerzach z warszawskiego gimnazjum im. A. Mickiewicza. Dowiedziałem się wtedy, że Michałowski, Jeziorański i Ryszard Matuszewski chodzili do jednej klasy. Został już tylko ten ostatni, 92-letni. Mam po jednym egzemplarzu. Jest tam sporo zdjęć tych młodych ludzi, wśród nich wielkich patriotów. Nadany w TV długi film o Nowaku-Jeziorańskim kończy się zbliżeniem twarzy. Nowak mówi, że bardzo kochał matkę (ojca wcześnie stracił), szaleńczo żonę, ale Polskę najbardziej, po czym milknie, jest bardzo wzruszony, nie może mówić dalej, z trudem panuje nad drżącymi wargami.

Mam stale na widoku jego zdjęcie. Stoi oparty na lasce, pod rękę trzyma naszą Lidkę [Lalak-Szawiel], 2001 r. Przyjedź, zobaczysz. I pisz częściej, e-maile i SMS-y to nie to samo, osłabiają koncentrację.

 

Ściskam najserdeczniej
Twój
Piotr Müldner-Nieckowski
Podkowa Leśna, 12 lutego 2005

 

Dorota Ryst

KAMIEŃ

kamień

którym nie jestem

 

rozgrzany słońcem

nie potrzebuje

niczego

nawet

twojego dotyku

 

żywe

ciągle żywe

biliony komórek

sekwencje białek

C A T G

G T C A

...

krzyczą

pragną

bolą

 

gdzie zdarzył się błąd?

 

trzeba

przeczekać

wkrótce

zapewne uczeni triumfalnie

obwieszczą odkrycie

genów

szczęścia

nieszczęścia

i tęsknoty

 

potem

wystarczy

pigułka

szczepionka

może drobny zabieg chirurgiczny

 

i

już

 

spokojne szczęście

kamienia

 

Dorota Ryst

 


Edyta Niewińska

I ZNOWU...

I znowu nie udało mi się dochować sobie wierności... nie trzeba było się oszukiwać, prościej było powiedzieć, że oboje chcemy tego samego, z taką samą intensywnością doznań mając do czynienia. Zbędne były konwenanse, romanse, gładkie zwodnicze słówka. Słowa między nami padły prawdziwe, męskie, stanowcze, zdecydowane. Tak jakby zupełnie kto inny w tym zestawie nosił spodnie... albo zgoła oboje, i walczymy o prymat. Walczymy, przeciągając strunę wrażliwości możliwie niebezpiecznie. Chcemy tego samego - zapomnieć się w sobie na ten moment, który trwać może nieprzewidywalnie długo, lecz nie dłużej niż do nadejścia zbawiennego świtu, który pozwoli usnąć tuż obok tego obcego wciąż jeszcze ciała. Słowa tymczasem tną ze świstem powietrze, ostre, gorące, rozgrzane bardziej niż letnia nadmorska atmosfera. Słowa swobodnie drążą nasze myśli, obiecując wiele przyjemności, bez gwarancji prawdomówności. Cóż, jeśli damy się im unieść, sami przed sobą będziemy odpowiedzialni za ewentualną porażkę. Lecz tymczasem siła wyobraźni większa jest niż gorycz możliwego rozczarowania. Brniemy dalej w gorączkę wzajemnych niewypowiedzianych obietnic. Powoli przechodzimy do gestów, poczynając od niewinnych i swobodnych, dalej poprzez bardziej śmiałe, aż do przejrzystej prowokacji. Już nie ma wątpliwości, czym to się skończy. Już nie ma innej możliwości, jak tylko, że oboje chcemy tego samego. Zbliża się noc. Szukamy siebie wzrokiem wśród innych twarzy i ciał, które nie znają łączącej nas tajemnym oczekiwaniem obietnicy. Jeszcze mamy możliwość rezygnacji, odłożenia przyjemności na później. Każde z nas smakuje w sobie swobodę decyzji, co daje nam poczucie wolności wyboru, i zarazem jej słuszności. To musi stać się dzisiaj, nie ma już chwili do stracenia, nie ma na co czekać, to tylko zapomnienie, to przecież tylko czysta przyjemność, dlaczegóż zatem jej sobie odmawiać? Krążymy wokół siebie powoli zacieśniając niewypowiedzianą bliskość. Jeszcze nie jesteśmy sami, ale już istnieją tu i teraz tylko nasze spojrzenia, w warkoczyk obietnic wplatające się wzajemnie rzęsy. Z chwili na chwilę każda obecność staje się nie do zniesienia, niecierpliwie wyczekujemy momentu, kiedy zostaniemy sami i zaczniemy boską grę między sobą. Jakież to straszliwe, że wszyscy inni nieświadomie odbierają nam tę przyjemność! Jeszcze chwila, jeszcze parę nudnych zdań, udawana senność, dobranoc za cudzymi drzwiami, i oto czas na miłość! I teraz, kiedy drzwi zamykają się za ostatnim gościem, czas zaczyna płynąć zupełnie innym rytmem. Czas jest dla nas, nie przeciwko nam. I żadne z nas nie ma wątpliwości, co z nim począć. Zaczyna się od uśmiechów, przygryzania ust, smakowania ich wnętrza, pocałunków i pieszczot. Przejście od razu do konkretów odbiera miłości całą przyjemność. Smakujemy świadomie każdy kształt ciała, smak skóry, płynów ustrojowych, śluzówki i naskórka, smakujemy każdą chwilę. Sens wspólnego bycia jest tylko jeden - obopólna przyjemność. Już dawno nauczyliśmy się ją dawać, więc kiedy zdarza się noc taka jak dziś... dajemy z siebie tyle, ile jesteśmy w stanie, nie ponosząc przy tym kosztów emocjonalnych, dając i otrzymując tylko przyjemność. Ta przyjemność to nie tylko naskórkowe doznania, lecz także pewność że trafiliśmy na partnera równego sobie. I choćby miało się już nic więcej między nami nie wydarzyć, nic nie wymknie się poza tę noc i tę sypialnię. Niecierpliwe usta błądzą po rozpalonej skórze, oczy pożądliwie śledzą dobrze znane choć wciąż inne reakcje. Bez skrępowania i bez pośpiechu odbieramy siebie sobie samym, nie stając się przy tym niczyją własnością. Słuchamy siebie nawzajem, przyspieszonych oddechów, litanii pragnienia, urywanych słów wyszeptanych w miłosnym uniesieniu. Wreszcie odkrywamy to, co najcenniejsze, skryte i niedostępne. Nie pozostaje nic innego, jak zagłębić się w istotę wspólnego bycia tu i teraz. Powoli, powolutku zaczynamy wspólny taniec, wspólne na ten moment, może jedyne nasze przeżycie. Nieskrywany uśmiech na twarzy, uniesienie i zachwyt; spijamy powietrze ze swoich ust, i wciąż go jeszcze brakuje. Choć to prawie niemożliwe, stajemy się jednolitym wspólnym pożądaniem, jednym strumieniem czasu, odnajdując w sobie zaskakująco prawdziwy ten sam rytm i spoistą cielesność. Niespiesznie dążymy do spełnienia pożądania pulsującego w nas jednolitym, śpiewnym, tętniącym oczekiwaniem na całkowite zatracenie. I staje się ten sam cud, który zawsze zachwyca, wstrząsa dreszczem i budzi krzyk w piersi; ten sam, który momentalnie zamienia wszystko w nas na wymierną ludzką szczęśliwość. Piękno na chwilę staje się dojmująco prawdziwe, zachwyt nie pozwala złapać oddechu. Wykrzykujemy sobie szeptem prosto w zmęczone oczy błagalne podziękowanie; tak oto obietnica stała się cielesnym urzeczywistnieniem istniejących w nas pragnień. Czułe zmęczenie każe trwać w uścisku, pozostać blisko, choć świt już niepokoi, że czas umykać pozostawiając rozgrzane ciało samemu sobie. Jeszcze parę uścisków, kilka dobrych słów, wspólny papieros; może to ostatnie, co nas jeszcze łączy, oprócz tego wspomnienia.

 

Edyta Niewińska

 

Piotr Macierzyński

JEŻELI CHCESZ SIĘ DOWIEDZIEĆ KTO ZDJĄŁ MI MAJTKI GDY SPAŁEM


Tucydydes mówił tylko
że miał siedem okrętów
była zima
i płynął szybko
  Zbigniew Herbert, Dlaczego klasycy

 

Tucydydes jest z tak szlachetnego metalu

że nie da się go podważyć

ale udało się go wygnać

 

było lato

wtedy nie miałem jeszcze za sobą Wojny Peloponeskiej

i nawet nie czytałem Herberta

 

miałem przed sobą dwie duże piersi

żadnej praktyki

i robiłem to szybko

 

wtedy nie myślałem co po nas zostanie

pewnie to samo co po Herbercie

trochę zapomnienia

 

jeśli chcesz się dowiedzieć kto zdjął mi majtki gdy spałem

to nie ten wiersz

 

Piotr Macierzyński

 

Tomasz Rybak

PRZYPADKOWY ODKRYWCA

Wiek piętnasty chylił się ku końcowi. Ludzie ubierali się w śmieszne ciuszki, mieli zabawne fryzury i myśleli, że Ziemia jest płaska. Był to szczególnie ważny okres w życiu Krzysztofa Kolumba, który już jako dziecko okazał się świetnym odkrywcą. Istny Wunderkind. Mając zaledwie pięć lat odkrył, że matka zdradzała męża z listonoszem. Tymczasem jego ojciec potrzebował na to dziewięciu lat, a matka nawet szesnastu.

Młodziutki panicz Kolumb (w zasadzie wówczas wszyscy nazywali go Krzysiem, jakby nie był przyszłym odkrywcą Ameryki, a przyjacielem Kubusia Puchatka) zapragnął znaleźć się w encyklopedii. Sklecił swoją pierwszą tratwę i wypłynął, aby odkryć nową drogę do Indii. Przez miesiąc pływał po jeziorze aż w końcu uświadomił sobie daremność wysiłków i że spóźnił się na kolację. Po powrocie dostał lanie i na jakiś czas zaprzestał poszukiwań.

Musiało upłynąć kilka lat, by w Krzysztofie ponownie odezwała się chęć eksploracji nowych dróg do Indii. Zorganizował ekspedycję i przez dwa lata pływał po Morzu Śródziemnym. Bunt załogi, który zakończył się spaleniem statku i ciężkim pobiciem Kolumba, przekonał go, że gdzieś popełnił błąd.

Swoim uporem zwrócił uwagę królowej Izabeli z Kastylii. Specjalna komisja przez nią powołana stwierdziła niepoczytalność odkrywcy. Jednak podczas audiencji Kolumb popisał się taką sugestywnością, aż Monarchini wyobraziła sobie, jak wielkie zdobędzie bogactwo i zgodziła się na jego wyprawę. (Kolumb tymczasem wolał wyobrażać sobie drinki, jakie serwuje się w najlepszych barach Indii). Jego zapewnienia podziałały na królową jak widok misjonarza na kanibali po długim okresie postu.

Królowa okazała się dobrym sponsorem i zafundowała trzy statki: Santa Maria, Pinto i Nina. Nareszcie Kolumb mógł wypłynąć na ocean.

Minęły kolejne miesiące, a królowa nie otrzymała żadnej wiadomości o postępach ekspedycji. Wyrzucała nawet sobie, że lepiej byłoby wydać pieniądze na kosmetyczkę, a nie na statki i zaliczkę dla załogi. W końcu jednak mewa pocztowa przyniosła widokówkę o następującej treści: "Odkryliśmy wspaniałą wyspę. Tubylcy są bardzo mili. Pozwolili nam uzupełnić zapasy, a my się pozbyliśmy pechowca. Słoneczne pozdrowienia z Atlantydy!"

Ustalenie nowej drogi okazało się znacznie trudniejsze niż przewidywał wielki odkrywca. Przepłynęli mnóstwo mil morskich i nic. Doszło do tego, że większość załogi wyrażała głośno, że prędzej odkryją Yeti grającego na mandolinie niż Nowy Ląd. Kolumb okłamywał marynarzy, że nie dotrą do krańca Ziemi (tymczasem minęli go kilkakrotnie).

Tymczasem Kolumb po raz kolejny utwierdzał się w przekonaniu, że cierpi na chorobę morską. Nie afiszował się jednak z tym, aby nie stracić resztek autorytetu. Nie miał też pojęcia, że uczestnicy ekspedycji doskonale wiedzą, iż pod stertą ubrań ukrywał kamizelkę ratunkową i damską bieliznę.

Mimo wielu przeciwności, takich jak szalejące sztormy, rozbicie się Santa Maria, brak wiary załogi, czy kiepski horoskop, Kolumb odkrył Amerykę i hamaki.

Oczywiście myślał, że to były Indie, bo pacan zapytał miejscowych, czy są Indianami.

A co mieli odpowiedzieć? Że są stonką ziemniaczaną?!

Wrócił szczęśliwy do Hiszpanii z worem złota i przypraw, święcie przekonany, że odkrył nową drogę do Indii. Naiwniak. Potem odbył jeszcze trzy wyprawy, dzięki czemu odkrył kolejne wyspy.

Jakiś czas później Amerigo Vespucci zdemaskował teorię Kolumba. I tego było za wiele! Kolumb długo nie pożył, bo drukarze map się wkurzyli...

 

Tomasz Rybak
rybaktomasz@wp.pl

 

Marek Czuku

ZUPA

Pamiętasz?

Wejdziesz na klatkę schodową, wytrzesz buty. Wczoraj tu będziesz czytał gazetę. Grymas. Otworzysz drzwi. Na stole zupa, papierosy. Jutro tu będziesz czytał, jadł.

Ona wczoraj będzie czekała na ciebie. Zapalisz papierosa. Zjesz zupę. Jutro tu będziesz czytał... grymas... zupa. Ona będzie wszędzie: w ścianie, oknie, gazecie. Grymas.

Wstaniesz, obejrzysz film, gazetę... Jutro ona będzie tam. Grymas. Zapalisz drugiego. Wczoraj będziesz szedł do niej... zupa.

Wytrzesz buty. Na stole gazeta. Wczoraj będzie ona. Grymas. Jutro będziesz... grymas.

 

1986
Marek Czuku

 

Henryk Romanik

MIDRASZ O POTOPIE

Prognozy pogodowe były optymistyczne jak turystyczne plakaty w skandynawskich biurach podróży. Przybysze z pogrążonych w półmrokach pory zimowej krajów kontynentu Babilon rozpakowali parasole i stroje kąpielowe w kolorach św. Mikołaja. Palmy powiewały nad plażami tak radośnie jak skrzydła aniołów nad Betlejem.

Noe z rodziną spędzał świąteczne dni w skromnym pensjonacie na wyspie Jawa. Nie było mowy o arce, grzechach i zwierzętach. Tubylcy żyją tam według innego kalendarza i modlą się do swoich bogów, których imion nie zna już sąsiednia wioska.

Tego ranka, gdy świat miał się skończyć, to znaczy, gdy serwisy informacyjne przypomniały sobie piękne słowo: "apokalipsa", Pan Bóg nie był słyszany. Jakiś szczegół w kosmosie zmienił swoje położenie. Zwyczajne porządkowanie napięć powierzchniowych. Nawet kawa w filiżance nie zmarszczyła się od uderzenia, ale gdzieś daleko zrodziła się fala.

Nie jakaś ulewa, czy huragan. Niska, długa fala lazurowej otchłani. Tylko, niewiarygodnie szybka. Takich zjawisk nie znał żaden biblijny pieśniarz, cieszący się, że Stwórca potrafi okiełznać Rahaba i bawić się z pluskającym Lewiatanem.

Dzieci Noego zdziwiły się najpierw uciekającym brzegiem, co kusił muszlami i wszelkim robactwem wystawionym nagle do słońca. Potem biała ściana zasłoniła horyzont i urosła jak lawina w górach na wysokość domu. Murowanego, wielopiętrowego, niedostępnego dla obdartusów z ulicy.

To, co kiedyś nazwano potopem, przyszło spod jasnego nieba. Kilkakrotne zagarnięcie gruntu pod nogami. Kilometr, wiele kilometrów zadziwienia śmiercią. Nie mieli czasu na strach. Nie zdążyli nazwać tego wspólnym słowem. Wszyscy są tu przecież obcy.

I nie sposób opowiadać umierania. Sto tysięcy ciał, pół miliona imion, ileś narodów...

Nawet obrazy ukradkiem przemycane w oczach obudzonych gdzieś daleko nie potrafią ogarnąć wszystkiego. Odwrócić twarz, zmienić temat. Powierzyć resztę specjalistom od opowiadania i psychoterapii.

Noe został sam tego dnia. Ktoś pomógł my wypisać imiona swoich dzieci i powiesić je na płocie przed świątynią. Nie wiedział jeszcze, że ukochany Cham uratował się, pijany, gdzieś w ramionach nieletniej prostytutki.

Patriarcha nie miał łez, by płakać. Nie chciał już z nikim rozmawiać. Do zatoki zbliżał się ogromny lotniskowiec. Zaryczały helikoptery. Ktoś wywiesił siedmiobarwną flagę nad klubem dla pieszczochów.

Jak wierzyć własnej pamięci spisanej w Księdze Rodzaju? Co tam jest o cenie życia ludzkiego i zwierzęcego? Czy ktoś przetłumaczył tamtą historię w dialekcie fifi? Przecież Bóg obiecał...

 

Henryk Romanik

 

Piotr Bednarski

***

Moje morze jest

Jak rozłożone nogi dziewczyny

Tam światłość przemienia płonie

Nad łanem rozkwitłej koniczyny

I mrozem wtulonym w czerwień berberysu

 

Och jak gorzkie są usta morza po ślubie

Ależ ile ławic i pereł szeleści

Gdy siedzisz przy mnie

 

Ileż zielonego wiatru wybiega z zieleni

Gdy myślę o tobie

 

Moje ty

Szaro-

Błękitno-

Zielonookie morze

W sztorm otulone

 

Piotr Bednarski

 

Janusz Korbel

WCZORAJ

Wczoraj ziemię zamieszkiwało kilkadziesiąt gatunków więcej niż dzisiaj. Wczoraj było kilkadziesiąt tysięcy hektarów mniej pustyń i zniszczonej ziemi niż dzisiaj. Wczoraj dzieci bawiły się nad czystą wodą, słuchając świerszczy grających w trawach. Wczoraj rósł tutaj las wiekowych drzew, a z komina starej chatki unosił się dym z palonego drewna. Wczoraj w puszczy nie było jeszcze szerokich dróg, po których jeżdżą ogromne maszyny wywożące drzewa. Wczoraj ciszę przyrody wypełniał śpiew ptaków, wieczorem gadał derkacz, a melodia wilków mówiła prawdę o naszym domu. Wczoraj w piecu piekł się pyszny chleb, a pory roku oznajmiały klucze żurawi, rozlewiska użyźniającej łąki rzeki i śpiew skowronków nad polami. To wszystko było zaledwie wczoraj.

 

Jeśli dusza istnieje, to jest wypełniona nostalgią. Są takie miejsca w naszej duszy, w których zapisana jest bolesna tęsknota za prawdziwym domem. Żołnierze, podczas pierwszej wojny światowej, którzy zbyt długo przebywali poza domem, z dala od stron rodzinnych, zaczynali chorować. Dzisiaj my też chorujemy i też jesteśmy na wojnie. Walczymy, żeby więcej produkować i więcej konsumować; walczymy, żeby mieć więcej. A, żeby mieć więcej, żeby szybciej się poruszać, mieć więcej doznań - musimy coś oddać. By szukać wciąż czegoś nowego, żeby być trendy, musimy zapomnieć o stałości. Nostalgia, jeśli mieszka jeszcze gdzieś w naszej nowoczesnej duszy, to tęsknota za domem, ale domem w znaczeniu głębszym niż tylko budynek, to tęsknota za domem znikającym bezpowrotnie pod presją postępu, nowoczesności, gonitwy za nowymi przyjemnościami.

 

Nostalgia jest niemodna i nienaukowa. Nie pasuje do postępu (patrzymy w przyszłość), polityki (idziemy do przodu), nauki (uczucia fałszują obiektywny obraz), edukacji (zamiast uczyć się stawiać czoła wyzwaniom przyszłości, ludzie nostalgiczni uciekają w marzenia i fantazje).

Jeszcze wczoraj człowiek mógł wracać w te same miejsca przez całe swoje życie. I były to ciągle te same miejsca. Miejsca dziecięcych zabaw, miejsca pierwszych wycieczek, spotkania z jakimś zwierzęciem, kąpieli w rzece, pierwszych miłości. Dzisiaj - możemy być pewni - tych miejsc już nie ma i chyba nie jesteśmy też zdolni do miłości, która wymaga wyrzeczeń. Nie ma żadnego powrotu. Nawet nasze tęsknoty nauczyliśmy się sprzedawać.

 

Lasu twojego dzieciństwa już nie ma, a ulica, którą chodziłeś nad rzekę, jest zatłoczonym parkingiem. Stare chałupy zostały zastąpione w najlepszym przypadku "dworem" - drogą restauracją, wzniesioną w ubiegłym roku na wzór wyobrażeń przyjeżdżających z odległych stron gości pozbawionych swojego domu. Nie ma nic wspólnego z gospodą, która stała 200 lat i w której kolejne pokolenia Jankielów grały tę samą muzykę. Możesz też pojechać do innego kraju i odwiedzić tamtejsze oferty turystyczne, nie wiedząc nic o tym, jak wyglądał tamten świat zanim stał się ofertą na rynku, tzw. "produktem turystycznym". Jesteś tylko obcym przechodniem w zatłoczonych i gwarnych skansenach imitacji. Jesteś jednym z milionów pozbawionych swojego domu.

 

Nostalgia jest niemodna. Nostalgia potrzebuje przestrzeni, spowolnienia, zatrzymania się wręcz, by spojrzeć wstecz, wyciszenia. Nostalgia jest legendą i mitem, bo przecież we wspomnieniach idealizujemy przeszłość. Ale dawniej nostalgia była emocją uczącą nas potrzeby powrotu do swoich miejsc, a więc także szacunku i troski o nie. Dzisiaj nie ma do czego wracać. Dzisiaj nostalgia, jeśli jej nie stłumimy, jest bolesną tęsknotą za domem, który utraciliśmy, a nie opuścili tylko jak w dawnych czasach.

 

Tymczasem nostalgia jest jednym z tych bezpośrednich głosów przyrody. Przemawia do nas omijając sztafaż reklamy i unifikacji. Czym naprawdę jest nostalgia? Może to uczucie, przy pomocy którego przyroda uczyła nas przez tysiące lat uwagi na najbliższe otoczenie, prawdziwych związków z otoczeniem i z innymi ludźmi? Jeśli te związki były głębokie, wówczas ostrzegała nas: jeśli porzucisz, zapomnisz, by brać wciąż coś nowego, zapłacisz cenę, w którą wliczony jest ból. Ale rynek zbudowany jest właśnie na wciąż nowych potrzebach. Musisz kupować, płacić, zmieniać w imię lepszej przyszłości. Zdobywać świat, porzucać miejsca, które ci się znudziły i zajmować nowe. Możesz sobie nawet kupić imitację przeszłości urządzając nowy wystrój mieszkania lub jadąc do "stylowej karczmy". To powinno ukoić tlącą się w zakamarkach duszy nostalgię. A potem wrócisz do właściwego, racjonalnego świata wzrostu i rozwoju. Przyrodę też możesz zatrzymać w paru rezerwatach.

 

Może jednak zbyt pochopnie lekceważymy nostalgię, tę mądrość przyrody, a może i ewolucji? Czy przyroda, przez swój uniwersalny język uczuć, nie chce nam czegoś bardzo ważnego powiedzieć? Nostalgię odczuwają zwierzęta. Niektóre z nich umierają z bólu, kiedy ich dom -otoczenie - zmieni się radykalnie i bezpowrotnie. Indiański wódz Seattle mówi, że bez żyjących obok od wieków zwierząt człowiek umrze z tęsknoty duszy. W tzw. rozwiniętych gospodarczo krajach rodzą się pokolenia wychowane bez nostalgii. To ci, dla których Tatry mogą być zamienione w pole dla igrzysk olimpijskich, bo "postęp musi być", a Puszczę Białowieską można zamienić w "disneyland", byle tylko przyciągnąć więcej turystów.

Musimy mieć co roku nowe modele samochodów, autostrady, szybsze ekspresy, z których okien nie dostrzeżemy małego przystanku Nostalgia, bo one tam się nie zatrzymują pędząc... no właśnie, dokąd? Jackson Lears napisał: "Nostalgia paraliżuje poważne myśli". A może nasza dzika natura daje nam szansę na chwilę wglądu podczas tego zaślepienia postępem i nieustannym pożądaniem technologicznych innowacji? Człowiek tęskni za miłością, ale jeśli zepchnie nostalgię do skansenu gadżetów nie będzie umiał kochać, będzie mógł tylko konsumować.

 

Janusz Korbel

 

Oskar Szwabowski

AKTOR NIEPOKORNY

Trzeba dobrze wybrać sobie rolę, gdyż wtedy czas płynie inaczej oraz pustkę można oszukać - siebie przy okazji.

Siedziałem wiec na łóżku rodziców i przeglądałem katalog. Dzień był mdły, a może mdliło mnie od fajek. Co za różnica? Dzień taki, że nic tylko palić. Dzień dzisiejszy, dzień wczorajszy, dzień jutrzejszy. Ale się przegląda. Choćby po to, by dni inaczej płynęły. Aby wreszcie być. Aby... w ogóle. No i ten gość może wrócić.

Wybór, trzeba przyznać, dość szeroki. Chociaż tak naprawdę to żaden, ale o tym się głośno nie mówi. Rozmowy takie są wręcz niemodne, można co najwyżej zanudzić towarzystwo. Toteż nic nie mówię, że rola, niezależnie jakiej bym nie wybrał, będzie tylko i wyłącznie rolą. W ogóle rozmowy stały się niemodne, przestały niemal istnieć. To ostateczny dowód, że rewolucja przegrała, odeszła w niebyt przeszłości. Więc może młody, energiczny, nie, chociaż taka postać to ma i powodzenie. Na rynku.

Wczoraj, to chyba było wczoraj, bo na pewno nie dzisiaj, przyszedł Przedstawiciel.

- Pan już chyba rozumie, że oszustwo jest prawdą. Iluzja jest realniejsza od rzeczywistości. Pan to rozumie. Niech będzie kawa. Pan to wreszcie zrozumiał. Bez mleczka. Długo to trwało, bardzo długo, ale w końcu pan pojął. Zawsze w pana wierzyłam. Dziękuje bardzo. Nie, nie palę. Mówili mi znajomi, żebym odpuścił, dał spokój, zajął się czymś innym, kimś innym, bo pan... Ale ja trwałem. I doczekałem się. Powinni teraz klęknąć i publicznie przeprosić pana i mnie. Zresztą zrobią to, chociaż nie tak oficjalnie i bardziej subtelnie. Ale pan już wszystko zaczyna pojmować, wszystko! To po prostu wspaniałe, tak patrzeć jak człowiek się rodzi. Proszę pana! Proszę pana! No nie! wzruszyłem się! Myślałem, gdy bezsenność dzień czyniła dłuższym, rozmyślałem o panu, tłumaczyłem sobie, że musiał pan nie zauważyć, przespać, stracić ciągłość. Patrzyłem w gwiazdy i tak sobie filozofowałem. Widzi pan... to było dla mnie ważne. Bardzo, bardzo ważne. I stało się! Chwała Systemowi! Chwała Wszechpotężnemu Systemowi! Chwała! Chwała! Pana przypadek można było uznać po prostu za nieporozumienie, co się przecież zdarza. Pan myślał, że to początek, a to koniec. No, ale dobrze jest! Uściśnijmy sobie dłonie, bo obowiązki wzywają. Tu jest katalog, jakby pan nie mógł znaleźć własnego. No! Cieszę się, cieszę. I dzięki za kawę. Do zobaczenia.

Uścisnąłem, chociaż nie miałem pojęcia, o czym on gadał. Łeb mnie bolał. Jak co dzień. Przed snem przeczytałem ulotkę. Ulotka ta eliminowała wszelkie kontrulotki. Po prostu zabijała je nakładem. I tym, że zawsze zwyciężała. Nie argumentacja, ale taktyka. Odpowiednie działanie tworzyło obiektywne przesłanki za tą ulotką. Nawet głupio było pisać kontrulotkę. Jeśli już to opasłe tomiska. Ale to tak, jakby nie napisać. Ulotka, niezmienna od... Od początku wszechświata. Bóg stworzył ją siódmego dnia, by uzasadnić pozostałe sześć. Bum! I narodziło się Państwo i Kapitalizm. Nie wiadomo tylko, czy z, czy przed dinozaurami. Na pewno nie po. Może dlatego coraz jaskrawsze kolory na ulotce.

 

Pchające się w oczy

Oczy wypchane propagandą

Oczy wypchane prawdą

Kolorową prawdą...

 

Wszystko zaczyna się nagle, gdy na chwilę wstrzymuje się produkcję, a w telewizji nie ma na czym by wzrok zawiesić, książki też jakoś zbyt filmy przypominają, a te co nie przypominają, jakoś duszne są, zatęchłe. Wtedy siedzi się i patrzy w okno. Patrzy się i siedzi. I nic. rodzi się wtedy bunt. Pragnienie roli, bo życie, bo nicość, bo pustka. Bo tu panie doktorze, tu uścisk jakiś, taki dziwny. Znudzenie życiem. Znudzenie rolą. Pragnienie powrotu. Przezwyciężenia. Na chwilę rozpala się płomień. Twórczy płomień niszczenia. Na chwilę.

Proch

Rozłazi się wszystko w palcach

Śmierć staje się życiem

Złoty nekromanta wznosi dłonie

I maszerują maszerują maszerują

Noc żywych trupów w Polsce

Maszerują maszerują maszerują

Jeszcze stoję. Patrzę. Chociaż patrzeć się nie chce. Zasnuwa się sinym dymem. Oddziela. Nieznośny jest związek. Nieznośna i rozłąka. Nieznośna jest rola. Nieznośny jej brak. I tylko coś się tli. Wczorajsze wychowanie? Ziarnko grochu, ot co. Tak powiedział. Ziarnko grochu. Był zły. Straszliwie podenerwowany. Ale uścisnąłem dłoń, to coś znaczy. Coś.

- Pan i te pańskie arystokratyczne, eee, nawet nie arystokratyczne... Rozpieszczony bachor, ot co! Iluzja jest jak życie, to symulacja doskonała, chociaż trudno mówić o zgodności z oryginałem. Kto by zresztą sprawdził. Ha! Ha! Ha! Mniejsza z tym. Mniejsza. Spokój, spokój. Pan jesteś skomplikowaną osobą. Musiał się pan gdzieś zakłębić, coś nie tak przeczytać, coś znadinterpretować. Może to zły sen był? Bo to wszystko na wszystko oddziałuje. Musi pan zrozumieć, że bierze pan udział w przedstawieniu. W kosmicznym przedstawieniu aktywności pieniądza. A przedstawienie musi być dynamiczne, musi być akcja, coś ciągle się dziać. Tysiąc zdarzeń na sekundę. Ba! milion zdarzeń! Tak! milion! Proszę pomyśleć, wymogi wobec publiczności, wobec rodziców. Pan chyba zdaje sobie sprawę z ich potęgi. Myślisz sobie pan, że oni nie wiedzą tego co pan, że zaimponuje im pan zrywając zasłony, że użyje takiego anachronizmu? Że, że oświeci ich pan? O nie, nic z tego. No może w pewnej formie to by przeszło, masz pan zresztą pod hasłem buntownicy określone modi przejawiania się, które jako tako są komunikowalne i mogą kogoś zainteresować. A pan tak bez żadnego estetycznego zaangażowania. No, nie wiem. Musi pan zrozumieć, że oni wiedzą, WIEDZĄ! I to bardzo dobrze. Mogą co najwyżej patrzeć na pana jak na małpę. Krzyczy pan ciągle, że kamień na drodze. Ale wszyscy już go ominęli. Są kilometr nad panem. Rozumie mnie pan? Ja to dla pana dobra. Jest pan jeszcze młody. Ma pan jeszcze szansę. Nie ma już sensu krzyczeć. Proszę o tym pomyśleć.

Tym razem dłoń na ramieniu. Coraz bliżej gardła. I duszno jakoś. Otworzyłem okna na oścież. Ale niewiele to pomogło. Smród spalin. Rozgrzany asfalt.

Wyczerpało się.

...

Klasa producentów dóbr kulturowych podpisuje pakt z rządem. Klasa rządząca jest zadowolona. Wszystko mieści się w ramach obrazu i sam obraz wzmacnia.

- Niektórzy po prostu są gorsi.

- A my stoimy na czele.

- Tak, tak. Prowadzimy ich ku światłości.

Paru filozofów też podpisało. Od teraz będą zajmować się bzdurami i głosić, że myślenie jest dla elit, a w zamian plebs będzie ich utrzymywał.

Uścisk dłoni.

Potem w knajpie. Wielcy twórcy piją wino, piwo lub wódkę, palą lub nie palą, wciągają lub nie wciągają, i tak gadają:

- to dobry interes. Historię tworzą ludzie u władzy, więc najprawdopodobniej przejdziemy, potomność będzie pamiętać o nas

- i jeszcze parę ulic nazwie naszymi nazwiskami

- no, no

- teraz tylko pisać

- zostaniemy patronatami szkół

- mówiłem wam, że miałem wywiad w Wyborczej

- gratulacje! gratulacje!

- a Polityka zrecenzowała moją ostatnią powieść

- i ta dotacja na pismo. Profesjonalne pismo.

- Panowie. Nic jak tylko ogłosić, że zdobywamy świat. Pniemy się! Jesteśmy wielcy. Zaśpiewajmy wszyscy razem. Kapela grać!

Rząd duszyczek daj nam Panie

Świat zbawimy już niebawem

Szarą masą zawładniemy

Swoja wolą skierujemy

Kuuu kuuu kuuu kuuu

Wielbienie naszych dzieł

...

Pusto. Cisza.

Pusto. Nie ma już żadnych sporów, tylko mordobicie. Nawalanka o nic, o dobre samopoczucie, o zysk. O grosik. Mordobicie, co już samo w sobie staje się celem. Liczy się sama wymiana ciosów. Bo nudno, a rewolucja się skończyła. Nie ma szans na następną.

 

Banał: Na obrzeżach śmietnika rosną kwiaty.

 

Ludzie mówią coś. Ludzie. Mówią. Coś. Zadają pytania. Szukają odpowiedzi. Żyją. W jednaj z mysich dziur. Mysie dziury w Imperium Śmierci. Czarne dziury. Miejsca niewidoczne. Poza wzrokiem.

 

Wzrok wydaje wyrok.

 

- Jeśli pan jeszcze tego nie zauważył, a całkiem możliwe, że nie, bo pan myśli, że jest źle, że wszystko przegrało. Otóż nie! Właśnie, że zwyciężyło. Różnica między sztuką a życiem wreszcie się zatarła. Jest pan bohaterem opowieści. Stanie w miejscu jest niedopuszczalne. Jest jałowe z punktu widzenia narracji. Może to być co najwyżej rzyganie, czy też trawienie rzygów. To może byś rola, jeśli pan chce. Taki facet stojący, bez makijażu, w czerni i bieli. Z papierosem w kąciku ust i flaszką w dłoni. Wóda. Twardziel. Tak, tak. nawet, nawet. Dla tej starej wyleniałej widowni. Może być. Że też nie zauważyłem wcześniej. Że też nie zauważyłem. Przecież to logiczne. Tak! tak!

Zaczął tańczyć po pokoju.

- Wygraliśmy! Wygraliśmy!

- Kto?

- I ja, i pan, i oni, i on, i ono, i wszystko. I nikt już nie przegra! Bo nawet przegrywając wygra! Świat wygra! Ludzkość wygra! System wygra! System wygrywa! 45 do zera dla systemu! Nokałd w trzeciej rundzie! Piękny prawy sierpowy. Prawy sierpowy i podbródkowy! Huraa! Huraa!!

Podskakiwał dookoła stołu rozrzucając konfetti po pokoju. Powoli zaczynałem pojmować swoją sytuacje. Obraz przedstawiony przez Przedstawiciela wydawał się spójny, można było się z nim zgodzić, ale z trudem dopasowywałem go do swojej sytuacji. Że ja niby nie grając gram. Dobrze, ale ile ziomek musiał uczynić zabiegów magicznych, by dojrzeć. Ile musiał namalować, by dojrzeć to, co chciał zobaczyć. Otrząsnąłem się. Znów byłem nijaki. Bez treści. Palenie papierosa nie miało w sobie żadnej filozofii. Przedstawiciel zatrzymał się wpół kroku. Konfetti opadło na ziemie.

- Co...co pan? Co pan, kurwa? Nie chce pan tej roli, tak? to proszę sobie wybrać inną. Jeśli pan sobie nie wybierze roli, każdy będzie malował, pan jak będzie chciał. A czy pan wie, co to znaczy? Jakie to zaburzenia osobowości może powodować? Jakie rozterki?! Mówię, każda rola jest lepsza niż stanie na niczym. To jest jak, niech pomyślę, jak brak własności. Tak! Jak nieposiadanie! Rozumie pan, to jest jak brak własności prywatnej!

 

Możesz być wszystkim innym, niż chcesz być.

 

Kurz unosił się. Tańczył w młodych płomieniach.

Nie mogłem pojąć, co powodowało, że tak bardzo, tak panicznie, nie chciałem przyjąć żadnej roli. No bo niby nic w tym złego nie było. A nawet fajnie można było się zabawić. Niektórzy nie lubią swojej roli, mają zawężony zakres wyboru, ale ja... ja mam wybór, wszystko co chcę. A nie chcę nic. Dlaczego? Czuję, jakbym obudził się w teraz, jakbym się przed chwilą narodził. Nie ponownie, ale po raz pierwszy. Biała karta. Z lakoniczną instrukcją: jak przetrwać. Rzeczy wydają się należeć do kogoś innego. Znajduję coś, czego nie rozumiem. Jakaś zapiska na skrawku papieru. Czuję się obco. Ja jestem obcy. I obcy jest dla mnie pokój. Wchodzę. Lecz szybko opadam. Siadam. W powietrzu masa kurzu. Kolory są matowe. Jabłko jest suche. Niczym wata. Na zadawane od tak pytania wszystko odpowiada śmiercią.

Trochę pożółkła kartka. Czuję się jak świeżo urodzony emeryt.

- Kim jestem? Kim jestem? Ha! Tacy jak pan, i nie tylko tacy, zadawali sobie nie raz, nie dwa takie pytanie. Pytanie w gruncie rzeczy, jak to nawet udowadniali wielcy filozofowie, nie pamiętam dokładnie którzy, bezsensowne, szkodliwe. Pytanie, które nie jest nawet pytaniem, a jazgotaniem, piszczeniem słabych, nędznych osobników. Spróbuj pan to powiedzieć głośno, a wszyscy wybuchną śmiechem i odwrócą się od pana. Bo nie chodzi o to, żeby siebie pytać, ale żeby siebie zrobić. Można powiedzieć, że my udzielamy odpowiedzi. A raczej pan sam sobie, ignorując pytanie. Puszczając je bokiem. Proszę pomyśleć. Kiedy pan się ostatni raz uśmiechał? A nasi klienci są niemal cały czas uśmiechnięci. Nawet gdy się nie uśmiechają, to są uśmiechnięci w duchu. Tak. proszę o tym pomyśleć, i proszę się pospieszyć. Nie zawsze będzie pan miał tak szeroki wybór. Z czasem się zawęża. A wybrać i tak pan będzie musiał.

 

Znowu zmieniasz miejsce.

Coś wygnało cię, a raczej brak czegoś. Brak, co ufizycznił się. Nicość będąca mocą. Jedyną mocą. Coś cię targa od jednego lotniska do drugiego. Wydaje się, że to wybór. Wydaje się, że to obiektywne warunki. Musisz po prostu tu być, tam, tam. już. Musisz. Zadzwonili. Czy tu sama, sam, zadzwoniłeś do siebie. Zadzwoniłaś.

Zmieniasz numer telefonu.

Zmieniasz telefon.

Ten telefon jest nowy.

Dzwonisz do wszystkich znajomych

Masz o czym powiedzieć

Telefon staje się stary

Kurz nosi się w promieniach. Ulice wysuszone i wysuszeni ludzi. zakurzona trawa.

Zakurzone kwiaty

Rozsypują się w pył

Wszystko za tobą rozsypuje się

W pył

Za tobą

Goni cię pył

 

Może to praca, wysiłek, co jest jałowy. Może to zły wzrok. Widzę pod kolorami trupią biel. Kiedy widzę tę biel, wiem czego chcę. Kiedy dostrzegam ją z pełną jasnością. Wtedy wiem. Wtedy jestem. Wylatuję motylem. W tych chwilach natężenia, jakiejś namiętności. W tych chwilach, co się zdarzają. Przypadkowo i bez związku. Oderwane. Jak każda minuta.

Szyby są zamazane. Niewiele widać. Palę papierosy w łóżku. Przyłapuję się czasem na przeglądaniu katalogu. Albo na graniu roli. Na tych nieśmiałych próbach. Samotność jest jednak straszliwa. Ten brak związku z czymkolwiek, z kimkolwiek. Choćby pozornego. takiego ślubu w Vegas. Nawet czegoś takiego. Pijanego seksu z dziewczyną, co jej się wciąż imiona mylą. Bo tylko coś takiego jest możliwe. Oszukiwanie samotności.

Wejdź do gry! Zmierz się z najlepszymi graczami!

Masz wybór. W ramach systemu.

 

Możesz być postacią z reklamy. Jędrnym produktem. Jedynie postacie z reklam są jędrne. Mają w sobie tą fizyczność, co jest tak jakby korzeniem.

 

- Dzień dobry. Oto aktualny katalog dla pana. To jego podstawie będą zawierane transakcje. Zaznaczamy, że jest to oferta tymczasowa. Dlatego prosimy o szybkie podejmowanie decyzji. Zmiany następują tak gwałtownie, że może się okazać, że już jutro będzie on nieaktualny. Dziękuję bardzo. Miłego dnia.

Katalog jest znacznie cieńszy. I o wiele mniej kolorowy. Zasada jednak się nie zmieniła. Trudno ją uchwycić. Jest jak zadra pod paznokciem. Ta rzeczywistość co jest przedstawieniem.

To malowanie co nie wskrzesza.

To malowanie co zabija?

Wyjaławia ziemię? Gna do przodu, a za sobą zostawia proch. Zabagnione rzeki. Zaropiałe morza. Wycięte lasy. Wypalone łąki. Zaśmiecone miasta.

 

Uśmiechnięte Zombi.

Zombi na okładkach

Zombi w telewizji

Zombi liderem

Zombi idolem

Zombi celem.

 

Czy można nawodnić pustynie łzami?

 

Czarna dziura. Czarne dziury. Nie ma dróg do czarnych dziur. Do mysich skrytek. Majaczą gdzieś na horyzoncie. Ale to może być fatamorgana. A co jeśli to fatamorgana? Jeśli to złudzenie.

Opozycja bezsensu dominującej iluzji, musi być sens głęboko ukorzeniony, solidny, wieczny niemal i odwieczny. Nowe, naprawdę coś nowego, a nie nowość, żeby znaleźć do nas drogę, zostaje poddane miażdżącym testom. Testom często wtoczonym nam do głowy. Pytaniom, na które sensownie można odpowiedzieć tylko w danym układzie sił. System, chociaż jest nieznośny i sam w sobie nielogiczny, utrzymuje się, bo jest i nikt go nie poddaje tak miażdżącej krytyce. A jeśli już, to łagodzi się pęknięcia gadką o braku alternatywy. Ilu z was śmieszy słowo: system. Używanie tego słowa w negatywnym sensie, świadczy o impotencji mózgu.

 

Reklamy mają jeszcze jeden cel: rozpraszanie uwagi.

 

I tyle. Dzień, noc, dzień, noc. Katalog coraz cieńszy. Jeszcze nie wytoczyli argumentu o nieśmiertelności aktorów. Palę papierosy. Tytoń zapycha nozdrza. Wciska się w oczy. Przestrzeń i czas znikają. Znikam ja. Ja jako ja jestem zbędny. Ja jako ja nie mam wartości. Jeżeli nie współtworzę własności prywatnej, jestem bez własności.

 

I tylko posmak przeszłości.

Co nie stała się przyszłością.

 

Naiwne pragnienia ciskam w pustynię.

Stoję. Nawadniając ją łzami. Szukam śladów myszy.

 

Myszy zjadły króla.

 

Będziemy szli szeroką ulicą. W pełni ciepłej nocy. Niebo świeże będzie rozwinięte nad nami. I krok swobodny. Indywidualny i wspólny. Wspólne wino z rąk do rąk. Spłoną kolorowe katalogi i te szare. Spłoną wszelkie obrazy i ramy. Spłonie stary Platon. I mury uniwersytetów. I mury fabryk. I zazieleni się chodnik. I pęknie zegar. Każdy własny czas wyznaczy. I będzie, i będzie, i będzie się!

Wreszcie.

Jak kto chce.

 

Nawiedzają mnie w gorączce sny. Piękne sny. Jakże śmieszne, gdy się opowiada.

Uczę się żyć bez katalogu. Jest to trudne. Bo chociaż nie wybrałem roli, to wciąż go kartkuję. Potrafię myśleć o sobie tylko w odniesieniu do katalogu. Jest on moją laską. Podłogą. Katalog, chociaż go odrzucam, to go przyjmuję. Moją rolą jest niewybieranie roli. Związany z Imperium Śmieci przez katalog, jak pępowiną, nie potrafię jeszcze zrozumieć mysich dziur. Jeszcze wszystko istnieje przez System. To co poza nim, ma dla mnie wartość dzięki powiązaniu z nim. Nie potrafią zniknąć. Byłaby to śmierć. Jawi mi się to jako samobójstwo. To jakby wyrzeczenie siebie. Chociaż tu wyrzekać się muszę nieustannie. Tu jestem wyrzeczeniem. Jutrem. Niedojrzały. I wciąż utrzymywany w niedojrzalstwie. Na razie mogę siedzieć. Drzwi zarastają. Okna też. Może nigdy nie wyjdę na pustynię. Może nikogo nie ma na pustyni. A ci co są, są z konieczności i tylko myślą o powrocie. Nie wiadomo. Nie wiem. Na razie minimalizuję swój udział. Niekiedy wydaje mi się, że jakbym stał się rolą szanowaną, to mógłbym zrobić więcej. Sprawić, że System by się zawalił. Ale czy jestem gotów? Czy potrafiłbym stać się bombą?

Nie, nie uczę się żyć. Muszę nauczyć się wpierw umrzeć. Umrzeć i narodzić się na nowo. Muszę zgodzić się na zabicie pamięci, mojego imienia. Muszę uniezależnić siebie, poczucie swojej tożsamości od posiadania, od katalogów i numerów.

Wykłuć oczy! By przejrzeć na nowo.

...zmęczyłem się. Otworzyłem butelkę, by stracić wszystko. By zapomnieć. Zapomnieć. Zapomnieć. Zapomnieć. Zapomnieć. Zapomnieć. Zapomnieć. Zapomnieć. Zapomnieć...

 

Oskar Szwabowski
kundelbp@o2.pl

 


Rainer Maria Rilke

***

Miasta ku własnym tylko dążą celom

i chłoną wszystko, co staje im w drodze.

Jak próchno rozdzierają ciała zwierząt

i gubią ludy w złowieszczej pożodze.

 

Ich ludzie pustym służbom się oddają

i tracą miarę, kompas, równowagę,

ślimaczy ślad postępem nazywają,

i jadą szybciej niż jeździli dawniej,

i jak kokoty świecidłem błyskają,

i pobrzękują szkiełkiem i metalem.

 

Jest tak, jakby ich jakiś zwid omamił,

i już nie mogą nawet sobą być;

bo rośnie pieniądz, władnie ich siłami,

jak wicher wielki, a oni tak mali,

słabi, czekają, aż podnieta win

i wszelkich jadów, soków zwierząt, ludzi

do interesów doraźnych ich wzbudzi.

 

 

Twoi biedacy cierpią stąd ogromnie

i ciężko im od tego, co dokoła widzą,

i dreszcz ich chwyta zimny jak w gorączce,

i wyrzuceni z mieszkań, krążą trwożnie

jak błędne trupy nocną okolicą;

pokryci obrzydliwym brudem cali,

opluci jak padlina, gdy słońce ją żre -

i na przypadek, blichtr kurewski zdani,

krzykliwe wozy, latarnie we mgle.

 

A jeśli jest choć jeden głos, co ich ocali,

spraw, aby rozbrzmiał, niech odezwie się.

 

19 kwietnia 1903
Przełożył
Andrzej Lam

Rainer Maria Rilke

 

Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (24)

"Kocham książki! Kocham je w każdej postaci i w każdym czasie. Gdy leje i gdy słońce świeci. Gdy dopada mnie chandra i gdym jak szczygieł wesół. Czy to aby normalne?" - spytał ostatnio przy kielichu wzmacniacza jeden z moich znajomków. "Ależ oczywiście - odparłem, sam w księgach od dzieciństwa po uszy zadurzony. - To najczystsza miłość! Książki czekają cierpliwie, wiernie, a gdy tylko zechcesz na nie spojrzeć, szeroko otwierają okładki..."

W obecnym przeglądzie ramiona ku nam wyciąga aż siedem wydawnictw - głównie poetyckich. Oprócz tego jedna proza i jeden tom krytycznoliteracki.

 

1.

P. Lewicki (Piotr Lewicki "W nieodpowiednich miejscach", Wydawnictwo Słowaków w Polsce, Kraków 2004, str. 56), urodzony w Inowrocławiu (rocznik 86), mieszka w Kruszwicy.

Pierwsze publikacje prasowe autora miały miejsce w 2002 roku. Później ogłaszał swoje utwory w wydawnictwach zbiorowych: "Coraz bardziej podziwiam poetów..." (Rzeszów 2002), "Do Ciebie Ojcze... Antologia modlitw współczesnych") (Radom 2003), "Dojrzewanie w miłości" (Radom 2003), "Otwórzmy okna" (Aleksandrów Kujawski 2003), "Z każdego połowu zabieram kropkę twarzy" (Katowice 2004). W roku 2003 opublikował arkusz poetycki "Grawitacja".

Nastoletni poeta pomieścił wiersze w czterech działach: "Stan nieułożeń", "Do przerwania tamy", "Więcej i mniej", "Taka tożsamość". Podziałowi brak zasadności. To znaczy można byłoby utwory w różnych częściach przemieszczać - bez uszczerbku dla efektu końcowego.

W szczupłym objętościowo zbiorku uderzają przede wszystkim dwie sprawy: zapatrzenie w schedę po poetach uznanych i głośnych (co samo w sobie złe nie jest) oraz pewna solenność strof.

Najbardziej ujmuje próba poszukiwania własnego wyrazu. Widać, że twórca unika tak modnych w najmłodszej poezji kolokwializmów, gazetowej nowomowy czy epatowania krzykiem. To wydaje się w strofach P. Lewickiego obiecujące. Więcej będzie powiedzieć można przy następnych książkach autora, jeśli on sam nie okaże się kolejną literacką efemerydą.

Zbiorek wstępnym słowem opatrzyła Ariana Nagórska. Nie pierwszy to wstęp tej autorki do książek debiutantów. Na marginesie tego warto zaznaczyć, iż dobry to obyczaj, gdy doświadczeni twórcy pilotują młodych. A już zupełnie inną sprawą jest, że zdarzają się w podobnych okolicznościach zachowania nadopiekuńcze lub krytycznie chybione -promujące miernotę.

 

2.

O B. Tylman (Barbara Tylman "Zamknięte w przestrzeni", Salon Artystyczny im. Jackowskich, Poznań 2004, str. 44) nic nie potrafię powiedzieć. Debiutancki zbiorek nie zawiera żadnej, najmarniejszej nawet, noty biograficznej. Denerwująca to maniera. Zwłaszcza, gdy idzie o twórców początkujących. Czytelnik ma prawo wiedzieć coś o autorze bliżej.

Z tyłu na okładce mamy jedynie zdjęcie. Oto patrzy na nas uśmiechnięta kobieta w średnim wieku; z czerwononiebieską apaszką na szyi - w tle blokowiec.

Przyjrzyjmy się zatem samym utworom.

Tomik zawiera niespełna czterdzieści wierszy. Powiedzmy od razu: to strofy mocno konwencjonalne, gdy idzie o budowę i stylistykę. Może nie zachwycają indywidualnym spojrzeniem, za to daje się dostrzec dbałość o czysty wizerunek wersów. Strofy są zwarte, nieprzegadane, często oparte na migawkowym obrazie.

Autorka, mówiąc o sprawach powszednich, jednocześnie potrafi w zwyczajności dostrzec ulotne piękno. Jak na przykład w utworze pt. "Zimowy wieczór", gdy notuje:

 

wiatr cicho gra

na rozebranych

do naga gałęziach

 

dachy okryte śniegiem

przytulają zziębnięte

pary gołębi

 

w białej ciszy

skrzypiące kroki

próbują

uciec przed cieniem

 

3.

Również w Poznaniu opublikowano najnowszą książkę J. Grupińskiego (Jerzy Grupiński "Wiersz na oddech światło i falę", Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Poznań 2004, str. 56).

J. Grupiński (rocznik 38) urodził się we Wronkach. Jest twórcą od ponad czterdziestu lat uczestniczącym w życiu literackim. Dodajmy: uczestniczącym czynnie. Opublikował między innymi zbiory wierszy "Kształt fali" (1963), "W dom jak w kalendarz" (1976), "Stworzysz świat - albo siebie" (1979), "Waga i warga" (1984), "Jeszcze noc" (1990), "Imię twoje" (1999). Jego utwory tłumaczono m.in. na język angielski, grecki i rosyjski. Od 1970 roku prowadzi Klub Literacki w Centrum Kultury "Zamek" w Poznaniu. Jest redaktorem naczelnym "Protokołu Kulturalnego" oraz współzałożycielem Salonu Artystycznego im. Jackowskich w Pobiedziskach.

"Wiersz na oddech światło i falę" okazuje się poematem. Współcześnie to nieczęsto używana forma literacka. Być może dlatego, że stawia przed poetą odmienne wymagania. I nie tyle tu idzie o fizycznie większą przestrzeń utworu czy kondycję długodystansowca. Ważna jest materia języka odpowiednio przystająca do sposobu wypowiedzi. A przede wszystkim duchowe przesłanie.

Można powiedzieć, że poemat J. Grupińskiego jawi się podróżą przez kulturę - kulturę korzeniami sięgającą Grecji. Podmiot liryczny (w tym przypadku alter ego poety) wędruje z przystankami, obserwując i zadając pytania. Zadając pytania sobie i światu. Wiele z tych pytań nigdy nie uzyska odpowiedzi - gdyż dotykają tajemnicy istnienia. A rejs zdaje się nie mieć końca. Notuje dojrzały poeta:

Nienasycone są

opowieści wiatru i żeglarzy

Wypełniają nad głową

płótna i zwoje wierszy

Istotnym dopełnieniem poematu są wplecione weń obrazy Andrzeja Kurzawskiego. Malarsko sugestywne, z niepokojącą fakturą barwnych plam.

To ważna książka dorobku autora. Ważna i udana.

 

4.

Publikacje S. Pastuszewskiego (Stefan Pastuszewski "Nie ma podwórka. Treny", Wydawnictwo GENS, Kielce 2004, str. 64) "Prowincjonalia" odnotowywały już bodaj dwa razy.

Autor (rocznik 49) urodził się w Bydgoszczy. Inżynier mechanik, pedagog, wydawca i sekretarz miesięcznika literackiego "Akant". Twórca bardzo płodny. Wydał wiele tomów prozy i wierszy, m.in. zbiorów opowiadań "Dziwne sprawy" (1980), "Szczególny zbieg okoliczności" (1994), "Dwanaście miłosnych miesięcy" (2001) oraz tomików poetyckich: "Wiersze wybrane. 1971 - 1998" (1998), "Sonety i poematy" (1999), "Po przełomie" (2000). Ma także na swoim koncie powieść "Późne majowe popołudnie" (1995) oraz udział w sporej liczbie wydawnictw zbiorowych. Jego utwory tłumaczono na kilka języków europejskich, ale także na egzotyczny dla nas język telugu (drawidyjski język Indii).

Schludnie edytorsko opublikowany w minionym roku tomik "Nie ma podwórka. Treny" zawiera niespełna 40 utworów. Jakież nowe wiersze S. Pastuszewskiego są? Może najpierw powiedzmy jakie nie są. Nie porywają świeżością języka, rzadko wychodzą poza poprawność. Słowem trochę brakuje im niepowtarzalnego rysu, może odwagi. Jakby poeta chciał się ukryć za plecami własnych doświadczeń?

Jednak na kartach zbioru dzieje się wiele, utwory wciągają. Gdyż poeta mówi o sprawach ważnych: o uczuciach, o przemijaniu i o nieuchronności końca. Końca, z którym każdemu - wcześniej lub później - przyjdzie się ułożyć.

W znaczącym dla tomu wierszu (aczkolwiek przegadanym) "Dwie strony czyli mowa śmierci nad odwróconą kołyską" powiada: śmierć nie jest zaślepionym pająkiem/ idącym w jednym kierunku. A tak ten utwór, oparty na dialogu, pointuje:

jesteś już w moim porządku - mówi wreszcie Pan Bóg

- mogę więc cię wysłać

gdzie potrzeba

"Gdzie potrzeba"! Oto zagadka na człowieczą miarę, dręcząca nie tylko poetów. I cóż, oprócz tego, zostaje - jeśli nie obrót w stronę miłości, która pozwala udźwignąć każdy lęk, każdą traumę?

 

5.

Skoro o miłości mowa. Różne jej imiona i najrozmaitsze odcienie znajdziemy w zbiorze erotyków J. Fryckowskiego (Jerzy Fryckowski "Kroki na suficie", Wydawnictwo Krytyki Artystycznej MINIATURA, Kraków 2004, str. 80).

J. Fryckowski (rocznik 57) urodził się w Gorzowie Wielkopolskim. Pracuje jako polonista w Dębnicy Kaszubskiej. Od 1999 r. członek ZLP. Skądinąd znany jest ze skłonności satyrycznych. I na polu satyry też ma znaczące osiągnięcia. Jego utwory znaleźć można w kilkudziesięciu almanachach i antologiach. Debiutował zbiorem wierszy "Cierpliwość ubogich" w 1989 r. Później wyszły m.in. książki: "Aleja dusz" (1992), "Nogami do przodu" (1994), "Gdzie już cicho o mnie" (1995), "Zaufać ślepcom" (1997) oraz "Treny" (1999) - o których "Prowincjonalia" wspominały kilka lat temu.

Wydany w twardej oprawie i w zmniejszonym formacie tomik "Kroki na suficie" mieści ponad 60 utworów. Jako się rzekło - to erotyki. Erotyki, ale nie do końca i nie zawsze. Jedne przyjmują formę nibymodlitw, innym razem konfesyjność wyznań zmienia charakter, zatrzymując się na niemal biologicznej wiwisekcji. Lub penetrując psychikę. Zawsze jednak są to pogłębione relacje między kobietą i mężczyzną. I ukazane z rozmaitych punktów widzenia.

Część strof łamie rytm białego wiersza (bo i taki w wolnym, czyli białym wierszu bywa), świadomie uciekając we współbrzmienie końcówek wersów. Daje to, patrząc od strony formalnej, efekt refrenowy - jeśli na ciąg wszystkich utworów spojrzeć jak na długą piosenkę. Mniej więcej w połowie lirycznej "piosenki" mówi poeta:

Wymieszać wiarę z ostatnią godziną,

dorzucić nasze zbyt szybkie oddechy,

być twoich powiek zamknięcia przyczyną,

niczym ogniska rozniecać uśmiechy.

Być bratem nocy, która ciebie łaknie,

biorąc w niewolę księżycowe cienie,

mieć to uczucie, że dłoni zabraknie,

kiedy mi przyjdzie w rozkosz cię zamienić.

 

6.

Teraz coś z innej beczki. Z beczki prozatorskiej.

Przed chwilą zżymałem się na brak choćby szczątkowej noty biobibliograficznej przy książce B. Tylman. I proszę, znów to samo. Gorzej, autorski duet (Kazimierz Niechoda, Tomasz Niechoda "Utracony raj", Centrum Kultury - Osiedlowy Dom Kultury, Łęczna 2004, str. 156) nawet zdjęcia nie zamieścił. Z tyłu na wyzywająco czerwonej okładce, obok wyimka ze wstępu, tylko taka informacja: Kazimierz i Tomasz Niechodowie (ojciec i syn) uprawiają prozę. Ich twórczość charakteryzuje się poczuciem humoru.

W rzeczy samej, humoru tu w bród. Lecz niewybrednego na ogół. Autorzy śmieją się do siebie raczej, co rusz znacząco puszczając oko do czytelnika. Zapowiedzią uciech jest wspólny ojca i syna wstęp, gdzie między innymi pomieszczono:

Utracony raj to próba ukazania "powabów" ustroju socjalistycznego, tego raju na Ziemi (no, prawie raju!) oraz unaocznienie wszystkim jak wielkim błędem była likwidacja jego wiekopomnych zdobyczy i wpędzenie się w piekło kapitalizmu. Przecież z nie jednej piersi wyrywa się dziś tęskne westchnienie: "Komuno wróć!"

Od strony konstrukcji to zlepek opowiadań oraz fragmentów powieści ("Zapiecek" oraz "Brulion pensjonariusza" - jak powiadamiają piszący). Lecz fabuły tu pomieszczone, z założenia rozśmieszające, wcale nie rozśmieszają. Za dużo w tej prozie oczywistości. Brak też autorom wyczucia dramaturgicznego.

Dla pociechy rzec mogę, iż - mimo wszystko - kąciki moich warg kilka razy powędrowały w górę. Przy zderzeniu się z parodiami języka socjalizmu.

Zawsze mi przykro, gdy kręcę nosem na dzieła autorów. Ale trudno, niekręcić nosem się nie da. Zwłaszcza w obliczu publikacji pochopnych.

 

7.

Na koniec o książce wyłamującej się z formuły kwartalnego przeglądu. Gdyż autor powszechnie jest znany, a jego krytyczna renoma nie wymaga rekomendacji. Uznałem jednak, że zainteresuje piszących. Zwłaszcza debiutantów.

Mowa o L. Żulińskim (Leszek Żuliński "Flażolet z Farlandii. Osiemdziesiąt lekcji wiersza", Wydawnictwo Rafał Marszałek, Toruń 2004, str. 330) - autorze już kilkunastu książek krytycznoliterackich oraz właścicielu kota. A właściwie dwóch kotów. Z tym, że tego drugiego ma na punkcie literatury (w ten sposób obligatoryjnie stając się moim kompanem).

Lecz do rzeczy.

"Poczta literacka" posiada w polskiej prasie sporą tradycję. Tę tradycję podtrzymywał w latach dziewięćdziesiątych właśnie L. Żuliński. Jako Flażolet z Farlandii omawiał utwory początkujących poetów na łamach (dziś nieistniejącego) tygodnika "Wiadomości Kulturalne". I teraz zebrał publikowane tam omówienia w jednym miejscu.

Książkę można uznać za rodzaj poradnika. Uwagi i spostrzeżenia Flażelota, często o zacięciu felietonowym, cechuje fachowość. Nie stroni też krytyk od ciepłej ironii.

Nadsyłali swoje pierwociny autorzy z różnych stron kraju. Między innymi także z Pomorza Zachodniego: ze Szczecina, Kołobrzegu i Koszalina.

Uwaga:

książka zawiera bardzo cenny dla debiutantów aneks. Zainteresowani znajdą tu namiary literackich pism, grup, klubów i stowarzyszeń twórczych, a także spis konkursów poetyckich. Zaś wszystko z konkretnymi, aktualnymi adresami! Przeto ślad w aneksie zostawił i "Łabuź".

Jest też osobna lista adresów internetowych stron poświęconych poezji.

 

Paweł Szeroki
(luty 2005)

 

Joanna Stelmasik

PROWINCJONALNI POECI

skrupulatnie

wyliczamy w biogramach

drukował nas

Dzisiejszy Rolnik

Wczorajszy Harcerz

Bylejaki Kurier

 

wygraliśmy konkursy

w Pcimiu Dolnym

Pipidówku

Zadupiu

 

jesteśmy dumą

mamuś, cioć

pań bibliotekarek

 

mężowie, żony

nie bardzo nas kochają

 

jesteśmy już bardzo

bardzo mądrzy

wiemy

że nie zmienimy świata

lecz to świat

zmieni nas

 

z dwojga złego

wolimy się

upić

 

upijamy się

 

świat należy

do nas

 

9 stycznia 2001 r.
Joanna Stelmasik

 

Grzegorz Chwiedczuk

TOMASZEK

młodo upieczony żonkoś nie mógł wytrzymać w wojsku aby nie wysyłać do swej lubej obszernych kolorowych listów w obecnych czasach posługiwałby się pewnie telefonem komórkowym i sms-ami w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego już wieku kwitła jednak sztuka epistolarna również i ja zaraziłem się chorobą wiernego tomaszka wysyłałem listy gdzie się dało i czekałem z utęsknieniem na pocztę a listy od dziewczyn to mnie wprost podniecały gdy dziś przypominam sobie tamte zielone lata dochodzę do wniosku że mimo wszystko coś mi z tomaszka zostało do dziś listy zamieniłem na wiersze

 

Grzegorz Chwiedczuk



Laureat XXXV Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. J. Śpiewaka i A.Kamieńskiej
Świdwin - Zamek 2004 r.

 

Edward Popławski

NA MOŚCIE (1)

Na moście biały welon kobiety

oplata poręcz wpatruje się w

zimną toń wody ptaki

przelatują tnąc nożami skrzydeł

wiotkie wrzeciono powietrza

kobieta oderwana jak kwiat od

płatka spływa w dół

otwierając żółty płomień

milczącej tafli i tylko ciemne

wspomnienie mężczyzny zamiera w

ostatnim ruchu jej warg

 

Edward Popławski



Laureat XXXV Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. J. Śpiewaka i A.Kamieńskiej
Świdwin - Zamek 2004 r.

 

Zbigniew Nasiadko

O TYM


Kiedy umierają trawy - schną,
kiedy umierają konie - dyszą,
umierają słońca - gasną,
kiedy umierają ludzie - śpiewają pieśni.
Wielemir Chlebnikow

 

Lipiec pachnie upałem

bylica krwawnik i piołun

na miedzy

na kruszni

przywiędła skołojrza i rumian

wśród kamieni omszałych

 

W gorączce drży faluje powietrze

żyto już dojrzałe

kołyszą się zboża

dalej owies bujny

blisko nieba bór ciemny

w poszumie odwiecznym

 

Rozgarniam ramionami żyta gęstwinę

płynę

wprost na ostrów

na wyspę i

w zieloność odpocznę wśród drzew

 

To tu

w tym miejscu

lasek młody

sosny i brzózki pospołu

na łęgu

przy strudze

żywokost kwitnie purpurą

kwilą czajki

mają gniazda derkacze śmigłe

 

Wśród dębów i klonów

lipka młoda

sama jedna

legło tysiące

tysiące

jeden kamień dla wszystkich

drzewa wysokie

wieczna warta

straż

 

Jak o tym zapomnieć

jak o tym pamiętać

jak o tym powiedzieć

 

Było nisko słonko

nisko nad zachodem

powiał wiatr od boru

falowały żyta

zaszumiały drzewa

liście

trawy szeptały

o tym

świeca zgasła.

 

Zbigniew Nasiadko



Laureat XXXV Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. J. Śpiewaka i A.Kamieńskiej
Świdwin - Zamek 2004 r.

 

Anna Bartosiewicz

XXX

przegrywam życie na dysk twardy swojego ciała

ze sztywnej dyskietki języka

otwieram kopie robocze uczuć

stan podgorączkowy słów

utrzymuje się blisko podbrzusza

burza w zepsutym głośniku okna

zarysowuje chodnik i wspomnienia

nasze łóżko trzeszczy

nagrane na starą płytę ulicy

którą włączamy tak głośno

żeby zagłuszyć krzyk

 

Anna Bartosiewicz



Laureatka XXXV Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. J. Śpiewaka i A.Kamieńskiej
Świdwin - Zamek 2004 r.

 

Ariana Nagórska


Cykl pt. "Miniatury sponsorskie"

TEORIA WZGLĘDNOŚCI OCEN

Poeta w rozrzutności wszelką miarę przebrał:

dał 3 złote gościowi, co pod sklepem żebrał.

W sklepie obaj o "Żywca" poprosili żywo:

twórca o wodę "Żywiec", a żebrak o piwo.

 

 

Być może na rozkosze rajskie zasługuje,

kto drożej sponsoruje niźli konsumuje.

Jednakże na padole ziemskim się ocenia,

że żebrak nie anioła spotkał, lecz jelenia!

 

Ariana Nagórska