Łabuź 51/2004


 

 

"[...] marksizm wytacza [...] argumentację nader przenikliwą i świetną, która godzi w samo sedno, w [...] "ja". Twoje ja - mówią - zostało już p-oprzednio urobione warunkami twojego życia, procesem twojej historii - jesteś taki jakim cię stworzyła i określiła twoja klasa społeczna, wyzyskująca, o świadomości spętanej faktem tego wyzysku, sfałszowana w całym swoim stosunku do świata przez to że nie chce i nie może przyznać się, iż cała obliczona jest na wysysanie cudzej krwi. Utwierdzając się w tym ja, utwierdzasz się jedynie we własnym spaczeniu. Czego chcesz bronić? Przy czym się upierać? Przy tym ja, które ci zrobiono i które zabija ci swobodę twojej prawdziwej świadomości?

 

Znakomity argument i zgodny z moim poglądem na człowieka -bo wiem na pewno i tysiąc razy próbowałem tę pewność wyrazić artystycznie, że świadomość, dusza, ja, są wypadkową naszej sytuacji - w świecie i w ludziach. I to jest chyba najbardziej centralna myśl komunizmu, która rozpada mi się na dwa punkty, oba niezmiernie trafiające do przekonania.

 

Primo, że człowiek jest istotą osadzoną w ludziach, to znaczy, że o całym stosunku jego do świata decyduje stosunek jego do ludzi.

 

Secundo, że nie możemy ufać sobie, że jedyne co zdoła zapewnić nam osobowość, to najostrzejsza świadomość tych właśnie zależności, które ją kształtują.

 

Teraz wszakże - uwaga! Złapmy ich za rękę! Sprawdźmy karty, jak tu się gra... i wtedy ujawni się niesłychany szwindel za sprawą którego cała ta dialektyka staje się pułapką. Albowiem to myślenie dialektyczne i wyzwalające zatrzymuje się akurat u wrót komunizmu: mnie wolno podawać w wątpliwość własne prawdy, póki jestem po stronie kapitalizmu; lecz ta sama autokontrola ma zamilknąć, gdy dostałem się w szeregi rewolucji.

 

Tu dialektyka ustępuje dogmatowi, naraz, wskutek jakiejś zdumiewającej wolty, ten świat mój względny, ruchomy, niejasny, staje się światem ściśle określonym, o którym właściwie wszystko wiadomo, sprecyzowanym. Przed chwilą byłem problematyczny -ale oni uczynili mnie takim po to tylko abym łatwiej wylazł z mojej skóry - teraz, gdym jest z nimi, muszę stać się kategoryczny.

 

Czyż nie rzuca się w oczy ta nieprawdopodobna dwulicowość każdego bez wyjątku komunisty, nawet tych najbardziej wyrafinowanych intelektualnie: póki idzie o destrukcję dawnej prawdy, ten człowiek zachwyca nas swobodą ducha demaskującego, pożądaniem szczerości wewnętrznej; ale gdy, uwiedzeni tym śpiewem, pozwolimy by nas doprowadził do własnej doktryny, paf, zatrzaskują się drzwi - i gdzie jesteśmy? Klasztor? Wojsko? Kościół? Organizacja? Daremnie próbowałbyś teraz szukać nowych uzależnień, paczących twoją nową świadomość. Świadomość twoja została wyzwolona i od tej chwili przystoi ci ufność. Twoje "ja" stało się "ja" gwarantowanym, godnym zaufania. [...]

 

[...] Ale i to zrozumiałbym. Wszak to doktryna czynu, doktryna stwarzania, to nie myśl o rzeczywistości, ale myśl przetwarzająca rzeczywistość, określająca świadomość poprzez byt. Muszą zdobyć się na energię, dlatego ograniczają świadomość. Lecz w takim razie moralność moja i twoja i powszechna, wszelka w ogóle elementarna moralność człowieka wymaga, abyście do tego się przyznali. Póki tego nie powiecie - jak rozmawiać z kimś nierzetelnym w stosunku do siebie samego? Złączyć się z kimś takim, to stracić ostatni grunt pod nogami - własne ja i cudze - runąć w przepaść [...]."

 

Witold Gombrowicz "Dzienniki" 1951-1956
Wyd. Liter. Kraków 1989






Henryk Romanik

 

Dzielę się z czytelnikami "Łabuzia" ostatnim listem, jaki otrzymałem od Tomasza Agatowskiego - i dwoma cytatami z jego tomiku "Ja mniejszy brat".

Andrzej Lam

 

Pięknie jest mieć tyle drzew, mieć świadomość dobra,

że nie jesteśmy właścicielami niczego.

 

Boże, Syzyfie mój -

To ja, twój kamień.

Ty przy nim stój -

 

Z Poznania, 26 wieczór kwietnia, 2004 r. Unoszą
mnie kwitnienia w ogrodach

Szanowny, Drogi Panie Profesorze,

Jakże dawno nie miałem przyjemności czytać listu od Pana Profesora. Ale też i długo nie pisałem. O tej porze roku już powinienem być w sosnowym eremie, z wędziskami zastawionymi, powinienem siedzieć przy maszynie do pisania jak zwykle nocami przy świecach. Tymczasem u mnie zmiany ogromne, stąd i wytrącenie z rytmu prac i działań, chociaż staram się śledzić zawartości tak czasopiśmiennicze, jak i księgarskie. Dziś nabyłem tom I - Wielka Encyklopedia Polski (Wydaw. R. Kluszczyński, Kraków). Ma być tomów 10. Kolor, słowo wstępne: Jarosław Marek Rymkiewicz. Poeta Stanisław Chyczyński szykuje (ech, te finanse!) numer "Nihil novi", czasopismo z pewną arytmią, ale ma być wg redagującego przeznaczone omówieniu twórczości właśnie pana Rymkiewicza. Stąd zaproszony zostałem do napisania materiału o Nike jemu przyznanej. I rzecz spełnię. Jednak kiedyś wspomniałem Panu o tym, że jakoś nie mam szczęścia (czy czegoś innego) do faktu istnienia w antologiach, leksykonach, encyklopediach. Wyjątkiem tu nie jestem, prawda. Lecz doświadczenie uczy, że nawet "sam dorobek" nie wystarcza. To uwiera, i Pan mi tu zapewne nic nie doradzi, a ja nigdy nie umiałem chodzić wokoło "istnienia". Robię tzw. swoje. Skoro o tym wspominam, to bardziej z uwagi na poczucie zmarnowanych lat, chociaż urobek fizycznie istnieje, i pewnie nie najgłupszy. Teraz zwłaszcza odczuwam historię, gdy po operacji w styczniu (guz szyi) okazało się, że to rak złośliwy i do tego przerzut. To zawalenie się niemalże całego programu roboty, sensów. Chociaż - ufać mi proszę - siła we mnie psychicznie o dynamice wulkanu, i z raczydłem powinienem sobie poradzić, to jako nie bywający na tzw. salonach i w układach wiem, że pozostaję skazany na nieistnienie słownikowo-encyklopedyczne. Ale proszę o zrozumienie mnie, i do sprawy nie będę wracał. Podobnie np. z wydaw. Sic! w stolicy, do którego rok temu posłałem propozycję wydawniczą "Notes poety", z sugestią, że inne książki pragnę wydać; kamień w wodę, czyli zostałem potraktowany jak ktoś nieodpowiedzialny, zlekceważony zupełnie. Sił i czasu już nie mam na takie wędrówki.

Tymczasem, po miesiącu, musiałem być skierowany na chirurgię onkologiczną, na drugą operację. Wycięto mi kawał mięśnia "od łopatki", mięśnia szyjnego, węzły chłonne, śliniankę, żyłę szyjną. Przed tygodniem zakończono napromieniowywanie mnie kobaltem. Szyja, jama ustna, tchawica - popalone. Jadłowstręt. Od ponad miesiąca jestem na kroplówkach, dojeżdżając do onkologii co dzień. Nic nie jem. Waga spadła o 20 kg. I jak tu, Drogi Panie, jechać do Puszczy? Tęsknię tam, ale muszę ratować życie... nijak wyruszyć.

Już jest wtorek, późne popołudnie. Rano znowu byłem na onkologii, na kroplówkach. Na korytarzu, w fotelu dość wygodnym, a nasyconym cierpieniami tam przesiadujących, pierwszy raz zasnąłem pod kroplówką. Obudziła mnie siostra oddziałowa, odłączyła wężyk. Wykonano opatrunek szyi, wróciłem do domu. Dosłownie na siłę wypiłem 3 żółtka kurze, popiłem łykiem mleka. To aż cesarskie jadło, po takich głodach. Zasnąłem. Odpoczęło serducho, ciało, głowa...

Nie wiem dlaczego, ale ufnie, przyjaźnie z Panem dzielę się takimi myślami, faktami, zaiste wyczuwając intuicyjnie bliską mi duchowość. Dziś to staje się mało zrozumiałe, że można pozostawać otwartym, przyzwoitym, ufnym (nie naiwnym), z dążnością do sprawiedliwości. Łaskawie proszę przysłać, Drogi Panie, utwory (na kartkach) do "Okolicy Poetów", dobrze? A może ma Pan materię omówieniową, dokumentacyjną, tyczącą spraw (poetów) tzw. współczesnych, to pod szyldem "Dokument literacki" też w "OP" drukujemy. W ostatnim numerze "OP" głos o St. Czerniku zabrał prof. Zbigniew Andres z Rzeszowa, którego zachęciłem.

Pozostaje Pan w mym sercu jako człowiek i uczony, któremu ufam. To moje pierwsze takie wyznanie w życiu, nie dyktowane chorobową słabością, a czytelną jasnością umysłu, który zmuszony został do selekcji i do zajmowania się już rzeczami w górę...

 

Zawsze z szacunkiem
łączę wiosenne serdeczności
Tomasz Agatowski

 

P.S. Literówki proszę wybaczyć - trud pisania

T. A.

 


Rainer Maria Rilke

Z "KSIĘGI O ŻYCIU MNICHA"

Tak jak dozorca winnicznej uprawy

ma swoją chatkę na uboczy,

ja chatką jestem w twoim ręku, Panie,

i jestem, Panie, nocą z twojej nocy.

Winnica, łąka, stary sad jabłkowy,

poletko, co się każdą wiosną cieszy,

figowiec, który tysiączne owoce

przynosi nawet w kamienistej ziemi:

I bije zapach od twoich gałęzi.

A ty nie pytasz, czy czuwam w tej dobie;

i tylko pną się do góry twe głębie

koło mnie cicho, w sokach rozpuszczone.


Pamięci Tomasza Agatowskiego


 


Przełożył
Andrzej Lam
Rainer Maria Rilke






Jacek Durski

TOMASZ AGATOWSKI

Zmarł pisarz z Poznania. Poeta i krytyk literacki. Szedł ścieżką wielkich romantyków. Usiłował w swojej poezji odpowiedzieć na wiele ważnych pytań. Które są w każdym człowieku. Prawie każdym. (W politykach tego nie ma). Agatowski zwraca się wielokrotnie do Ducha Słowackiego. Stąd przejmująca liryka. Świat ciemności i światła. Niestety ten świat jest dla Tomasza światem klęski - cywilizacji. Do tego ta straszna choroba. Ale Poeta, choć już na kolanach nie poddaje się, zmierza w wierszu i w życiu prywatnym do obiektywnego Dobra, potrzebnego nam wszystkim. Do natury.

Pisze do mnie w listach:...co czuję w mym eremie, jak pobyt tam przeżywam. To inna panorama. Miasto stało się złodziejem czasu, energii, złodziejem twarzy, głosu. Miasto - to twór ciał, betonu, kanalizacji, transportu, wyznań, szkół, pokrzykiwań i anonimowego umierania. Tygiel mi obcy, deformujący naturalną psychikę organizmu (jednego z wielu) w jakim, w łańcuchu ewolucyjnym jest człowiek. W niczym nie jesteśmy wyjątkowi na planecie, mając podobne systemy pokarmowe, wydalania, rozrodu, ochronny, zdobywania pożywienia etc. Rozumek ponoć nas wybija na szczyty, owa kreacja wartościująca, często podpierana "wiarą", a słowo bez człowieka jest martwe. Ba, słów nie było, a system funkcjonował. System krążenia, wzrostu, siania, niszczenia - zatem gdy tak popatrzę (daleko skrótowo) na tzw. Promocję i pełne umizgów przepychanki w zdumiewających hierarchiach, to śmiech mnie ogarnia. Człowiek dziś stanowi pogięty żywioł, ten najbardziej nieobliczalny, a nasze "potrzeby" są zagrożeniem dla pozostałych gatunków i dla planety. W mym eremie sosnowym, nad jeziorem Czarnym, bytując przy minimalnej ilości sprzętów i potrzeb, najszczęśliwszy jestem w rytmie między korzeniami a koronami. W rytmie słońca i księżyca, w obecności tych żywicieli "życia" na Ziemi...

Swój erem w puszczy, swoją chatę zbudował Agatowski sam. Piłą ręczną, korownicą, siekierą - wszystko. Łowił ryby, karmił psa i pisał listy. Wiersze. Przeprawiał się przez jezioro i szedł ileś kilometrów przez las do znajomego drwala aby ten "dalej przesyłkę".

Życzę Tomaszowi tej puszczy  Tam  tego miejsca jak z bajki, tego psa, tych wierszy. No i tych przyjaciół czekających na listy. Do widzenia, może się spotkamy.

 

Jacek Durski

 




Jako wspomnienie o nieodżałowanym Tomaszu Agatowskim przesyłam Jego wiersz, który ofiarował mi w 2001 roku. Nic jeszcze wtedy nie zapowiadało strasznej choroby. Jednak refleksje w tym wierszu zawarte mogą być przesłaniem Autora dla tych, którzy o Nim trwale pamiętają.

Ariana Nagórska

Tomasz Agatowski

MIEJSCE Z BRZOSKWINIĄ

Nie drążyłem podziemnych myśli

i czynów przeciwko szczytom -

Nie emigrowałem w poszukiwaniu glorii

męża widzącego z daleka, bezpiecznie.

 

Nie skamlałem w poszukiwaniu

utraconych metafor i orderów.

Nie piętnowałem niepojętych

skrzykniętych przeciwko i przeciwko.

 

Teraz, u schyłku i na początku, wiem:

znowu zakwitną brzoskwinie

najciszej w pokorze trwania -

I dowiesz się, że girlandy naszych myśli

oświecały trudne drogi donikąd -

 

Pół wieku umierało moje posłuszeństwo.

Niech żyje zaduma nad sokiem brzoskwini,

nad słodyczą pastelowej modlitwy soku

w lepkich strużkach na palcach i wargach.

 

Oto modlitwa aromatu i nasycenia

od korzeni do korony.

 

Tomasz Agatowski

 

Marek Słyk

ZSTĄPIENIE DO PODPRZESTRZENI

Było moim zwyczajem spacerować ulicą Marszałkowską, toteż, kto mnie znał, nie dziwił się, że i tego dnia tam się znalazłem. Ten właśnie fragment miasta od lat wydawał mi się najatrakcyjniejszy: było tu tłumnie i gwarnie, a to najbardziej lubiłem. W "mięsistym cieście miasta" swoiste "rodzynki" stanowiły piękne dziewczyny, które obserwowałem ze szczególną przyjemnością. Obserwowałem nadal, mimo rozmaitych utrapień cielesnych i duchowych spowodowanych wiekiem i uniemożliwiających coś więcej niż oglądanie. Lecz zaspokajały jeszcze żywy apetyt mojej zmysłowości.

Przykuła uwagę zwłaszcza jedna, poza urodą i elegancją ruchów wyglądająca na osobę piekielnie inteligentną. Typ intelektualistki - nic dodać, nic ująć. Może brakowało jej tylko okularów.

Mimo onieśmielenia dogoniłem ją.

- Chciałbym wyrazić hołd dla pani urody - zagadnąłem, chwytając za łokieć. - I sprawdzić, czy nie mylę się przypuszczając, że w środku jest pani równie piękna jak na zewnątrz.

- W środku? To brzmi bardzo dwuznacznie - zaśmiała się.

- Wie pani, gonimy za ideałem - tłumaczyłem zaczepkę - także wtedy, gdy jest już za późno. Oczywiste, że poza osłupieniem nie zyskałbym nic, gdybym, zmierzając do pani środka, rozgarnął na przykład poły żakietu...

- Niech pan nawet nie próbuje. To mogłoby być niebezpieczne.

- Jednak ryzyko wciąga - odparłem patrząc jej w oczy i rozpinając jedyny guzik żakietu.

- Co pan robi!

Z powrotem zapięła żakiet, lecz było już za późno! Zdążyłem dostrzec. Jej talię opasywał materiał utkany laskami dynamitu!

- Terrorystka!! - wrzasnąłem na całe gardło. - Samobójczyni!!

Natychmiast też porwałem się do rozpaczliwej ucieczki, pociągając za sobą licznych przechodniów. Ukryliśmy, się gdzie kto mógł. Po chwili, nie umiejąc wstrzymać ciekawości, wyjrzałem zza najbliższego narożnika. Dziewczyna stała w tym samym miejscu. "Chyba powinna zapaść się pod ziemię" - przemknęła myśl.

O dziwo, przewidując taki rozwój wypadków, byłem bliski prawdy. Nim ktokolwiek zdążył wezwać policję, dziewczyna w żakiecie dosłownie... rozpłynęła się w powietrzu! Jak kostka lodu wrzucona do ciepłej wody - bezszelestnie i szybko.

Ulicą nadal waliły pojazdy, przechodnie po drugiej stronie jezdni niczego nie zauważyli i szli dalej, jak gdyby nigdy nic. Za to odetchnęło z ulgą kilkadziesiąt osób świadomych zagrożenia. Choć chyba nikt nie łamał sobie głowy nad faktem cudownej dematerializacji dziewczyny z dynamitem.

Opinia publiczna też nie zareagowała. Gdyby coś podobnego zdarzyło się na przykład w Anglii, byłby szum na cały kraj. Tak, lecz Anglicy od wieków przodują w nagłaśnianiu własnych spraw. My od lat "umiemy" o własnych sprawach mówić z przekąsem, nie doceniamy samych siebie i we wszystkim, co odbiega od naszej smutnej normy, dopatrujemy się choroby lub oszustwa. Mój list informujący o zdarzeniu, został przez media zignorowany.

Kilka dni później siedziałem w domu i pisałem, ponieważ taki jest mój sposób spędzania czasu, gdy odezwał się dzwonek. Otworzyłem drzwi. Przede mną stała ubrana w czerwony żakiet... dziewczyna z Marszałkowskiej!

- Proszę do środka, znikająca piękności - języka w gębie jakoś nie zapomniałem.

Dziewczyna bez skrępowania zajęła jeden z foteli gościnnego pokoju.

- Ciekawi mnie jakim cudem pani wtedy zniknęła - zagadnąłem, siadając naprzeciw. W pewien sposób jej pojawienie się podświadomie uznałem za naturalne. Wszak dziwaczne zdarzenia miewają zaskakujące następstwa. - I po co pani teraz przyszła.

- Zaspokoję pańską ciekawość. Ale uprzedzam: może nie do końca będę szczera. Po pierwsze: wiem, że jest pan pisarzem, prawda?

- Od lat nie wydano mi książki - wzruszyłem ramionami - ale nadal uważam się za pisarza. Wciąż coś tam sobie skrobię.

- Ma pan więc trochę własnych utworów, których nie opublikowano.

- Mam całą masę takich tekstów.

- Kupuję wszystko. Hurtem - stwierdziła krótko, sięgając po torebkę. Zaraz też wyjęła z niej pióro i jakiś papier. - Milion złotych, wystarczy?

- Zaraz, nie tak szybko! - pomachałem rękami. - Czyli że przyszła pani, by kupić moje niepublikowane teksty!? Na co je pani?

- Nie rozumiem. Proponowana suma nie przesądza sprawy?

- Duże pieniądze. Cóż miałbym z nimi zrobić. Ale, ale! Skąd mam mieć pewność, że proponowana fortuna nie jest blefem?

- Jestem bogata - odparła z nutką politowania. - Jeśli nie młode, piękne kobiety, to kto ma być bogaty na tym zakisłym padole szarzyzny!

Pojąłem, że dziewczyna jest przypuszczalnie luksusową prostytutką. To jedno trzymało się kupy. Lecz nie chciałem tak bez walki ustąpić.

- A cóż pani szkodzi odkryć tajemnice, bo że jest ich wiele, nie wątpię. Nie obchodzi mnie, skąd ma pani pieniądze, co jada, gdzie mieszka, a nawet jak pani się nazywa. Interesuje mnie tylko to, o co pytałem na początku. Na zachętę dam pani gratis jeden z moich najlepszych maszynopisów - wyjąłem z regału wybrany tekst w plastikowej teczce.

To ją, widać, złamało. Zrozumiała, że na tym "zakisłym padole szarzyzny" mogą interesować kogoś nie tylko pieniądze - ta wartość niby uniwersalna.

- Wiem, że może pan - wzięła teczkę z maszynopisem - wyśledzić, gdzie mieszkam, sprowadzić na kark policję, agencję bezpieczeństwa, Bóg wie, kogo tam jeszcze. A jeśliby pan spróbował opisać i opublikować wszystko to, co za chwilę opowiem, stałabym się zupełnie bezbronna.

- Od lat mam taką samą pewność druku jak pierwszy lepszy zmyślacz.

- Że nie jestem byle kim, wie pan już po tym, jak zmusił do pokazania, na co mnie stać. Oczywiście pański odruch był naturalny. Ale proszę zrozumieć: prowadzone przeze mnie prace wymagają tajności. Nie zamierzam komuś przypadkowemu udostępnić technologii atrakcyjnej nie tylko dla fizyków i filozofów, lecz także dla wojskowych i bandytów. Moje eksperymenty muszę w spokoju przeprowadzić do końca.

- Bez obaw, mój ewentualny tekst niczego nie zdekonspiruje. O ile nawet zostałby opublikowany, nie znalazłby się nikt traktujący go serio.

- Być może, lecz muszę zachować ostrożność. Dlatego nie zdradzę szczegółów, a jedynie to, co jako fantasta-marzyciel mógł odkryć pan sam. Otóż moje odkrycie wzięło swój początek ze zwykłego dumania - "chleba powszedniego" wszystkich niespokojnych natur. Poszukiwałam czegoś, co jeszcze nie jest odkryte albo stworzone, a co może w chwili pojawienia się wzbogacić ludzki arsenał narzędzi lub poszerzyć naszą życiową przestrzeń. To drugie źle się kojarzy, ale mojej "drugiej przestrzeni" żadną miarą nie chciałam uzyskiwać kosztem innych ludzi, jak Hitler. Właśnie: przestrzeń. Moja koncepcja miała swój "drugi krok" - z chwilą modyfikacji tego słowa. Podprzestrzeń! To już coś mówiło! "Trzeci krok": zstąpić do podprzestrzeni! Jak? I tu już należało uczynić "czwarty krok": zstąpić do niej poprzez obciążenie się pewnym balastem! "Piąty krok": znaleźć taki balast. Ja taki w toku prób znalazłam, wykorzystałam i... starczy. Dalej to już techniczne szczegóły.

- Mam przez to rozumieć, że poszukiwanym balastem są... moje książki? - ani przez moment nie zamierzałem rezygnować z poznania całej prawdy.

- Co ja z panem mam! - piękność westchnęła. - Ale dobrze, powiem. Ostatecznie chociaż odkrywczynią podprzestrzeni jestem ja sama, praktyczny użytek z mego odkrycia stał się możliwy w dużej mierze dzięki panu. Zejście do podprzestrzeni nie mogło odbyć się drogą naturalną. A co nie jest naturalne? No, niech pan zgadnie!

- Nie muszę zgadywać - burknąłem sucho. - Od dziecka wiem, że antonimem natury jest kultura, sztuka, sztuczność.

- Zgadza się. Natura działa poprzez wypracowywanie sobie dróg metodą chaotycznych prób i błędów, trafiając na dobre rozwiązanie tylko przypadkowo. To, że naturalne uznajemy za oczywiste i jedyne, wywodzi się stąd, że natura swoje poszukiwania wygodnego układu prowadzi nieustannie od początku świata. Straszna robota, a i tak pewne rewiry są i pozostaną dla niej niedostępne.

- Tak jak na przykład układ słów w moich powieściach - wtrąciłem.

- Pańskie powieści są rekordowo odległe od takiego rodzaju rzeczywistości, jaki obserwują i na ogół kreują ludzie. Poza tym od razu widać, że pisał je pan w natchnieniu. Zaś to, co natchnione, może posłużyć do zgoła niekonwencjonalnych celów.

- Czy nie lepsza od moich pisanin byłaby w tej sytuacji choćby Biblia?

- Z Biblią były kłopoty innego rodzaju, natomiast pański tekst sprawdził się doskonale.

- A jednak - drążyłem temat - żaden tekst sam z siebie nie oddziałuje na nic, zyskując tę właściwość dopiero przez odczytanie.

Mój niespodziewany gość zaśmiał się lekko:

- Pewnie. Wie pan jak działa elektromagnes. Żelazo owinięte przewodzącym elektryczność drutem zmienia się w obiekt wielokroć silniej przyciągający od zwykłego magnesu. Pomyślałam o analogicznym rozwiązaniu w moim eksperymencie. Należało tylko tym drutem przeprowadzić ciąg impulsów o niepowtarzalnej, niezdarzającej się w przyrodzie zmienności. Tę zmienność zaczerpnęłam z pańskich książek. Kolejno, literka po literce, z pomocą czytnika samoczynnie przekładającego znak pisany na wartość elektryczną, osiągnęłam efekt. Udało się!

Dziewczyna wstała. To był już koniec opowieści. Wynalazłem jednak jeszcze jedną trudność:

- I w tej podprzestrzeni jest tlen do oddychania, jakaś materia, po której można stąpać, światło, dzięki któremu widzimy?

Piękność obrzuciła mnie dłużej trwającym spojrzeniem, w którym dało się dostrzec wahanie, a może ukrytą kpinę. Sięgnęła pod żakiet...

- Nie, niech pani tego nie robi! - krzyknąłem głośno, wiedząc już, co ten manewr może oznaczać.

Nie myliłem się. Moja rozmówczyni, najwyraźniej nie chcąc zdradzić następnej części tajemnicy, rozpłynęła się w powietrzu. Gdybym miał to w zwyczaju, zakląłbym.

Cóż - przyszło pocieszenie. - Wzięła ze sobą krótki maszynopis. Swoich eksperymentów z penetracją podprzestrzeni nie przerwie. A z tego, co powiedziała, wynika, że będzie jej potrzebna jak największa ilość moich tekstów. Czyli jeszcze mnie odwiedzi. Tymczasem powinienem być zadowolony, że moje - za przeproszeniem - pisarstwo znalazło tak spektakularne zastosowanie.

Z mieszanymi uczuciami przeniosłem się do biurka i zasiadłem do pisania.

 

Marek Słyk

 


Agnieszka Wesołowska

* * *

Wieczór zapada

jak ostatnie słowo.

 

Nic, nic nie podejrzewaj, rabbi.

Dlaczego myślisz, że to na pewno

mróz ścina głowy ptakom

i dymy kominom.

 

Ja nie płaczę za mlecznymi dzbanami.

Wiesz, mój mały rabbi, że one wracają.

 

Chodź już. Trzeba rozpalić w piecu.

Tak, ogień obiecuje milczenie

 

Zawsze przed deszczem wracają, rabbi.

Na krótko, gdy jestem

pasterką ich dawnych miejsc.

 

Ja też nabieram wprawy

w płuca każdego dnia, rabbi.

Bo przecież powietrze

potrzebuje moich palców

skupionych na twardym maku.

 

Agnieszka Wesołowska

 

Jacob Böhme

AURORA

Rozdział szósty

 

Jak należy rozumieć, że anioł i człowiek

stanowią obraz i wizerunek Boga

 

Spójrz: Jaka jest istota w Bogu, taka jest również istota w człowieku i aniołach: i jakie jest boskie ciało, takie jest również anielskie i ludzkie. Różnica polega jedynie na tym, że anioł i człowiek są stworzeniami i nie stanowią całości, lecz syna całej istoty, którego ta cała istota zrodziła. Stąd słusznie podlega całej tej istocie, ponieważ stanowi syna jej ciała. I gdy syn nie jest posłuszny ojcu, uważa się wszak za właściwe, gdy ojciec wyrzuca go ze swego domu, stawia bowiem opór temu, który go zrodził i z którego mocy stał się stworzeniem. Skoro bowiem ktoś czyni coś takiego z tego, co jest jego własne, tedy może wszak uczynić z tego, skoro to samo sprzeciwia się mu i nie odpowiada jego woli, co zapragnie, naczynie na świętości albo nieczystości, co stało się również udziałem Lucyfera.

 

2.

Zauważ przeto: Cała boska moc Ojca, z wszystkich jakości, wypowiada słowo, to znaczy, Syna Bożego. Ten sam dźwięk albo to samo słowo, które wypowiada Ojciec, wychodzi przeto z salmiaka Ojca albo mocy i merkuriusza, dźwięku albo Ojcowskiego brzmienia. Ojciec przeto wypowiada je w sobie samym, i to samo słowo jest wszakże blaskiem z wszystkich jego mocy. A skoro jest wypowiadane, tedy nie tkwi już więcej w siłach Ojca, lecz rozbrzmiewa i brzmi w całym Ojcu, a nie tylko w tych wszystkich siłach.

 

3.

To samo słowo, które wypowiada Ojciec, ma przeto taką ostrość, że brzmienie słowa momentalnie przenika przez całą głębię Ojca; i ta sama ostrość stanowi Ducha Świętego. Słowo bowiem, które jest wypowiadane, to pozostaje niczym blask albo wspaniałe poselstwo w obliczu króla; dźwięk jednak, który wychodzi przez słowo, wykonuje Ojcowskie poselstwo, jakie wypowiedział tym słowem. I to są narodziny Świętej Troistości.

 

4.

Zobacz zatem: Taki jest również anioł i człowiek. Moc w całym ciele, która zawiera wszystkie te jakości, jest taka jak w Bogu Ojcu.

 

5.

Przeto tak jak w Bogu, Ojcu, wszystkie siły wznoszą się z wieczności na wieczność, zatem także w aniele i człowieku wszystkie siły wstępują do głowy; wyżej bowiem nie mogą się wznieść, gdyż jest on tylko takim stworzeniem, które ma początek i kres. A w głowie jest boska rada i znaczy Boga, Ojca, a pięć zmysłów albo jakości stanowi doradców; swe pełnomocnictwa otrzymują z całego ciała, z wszystkich sił.

 

6.

Pięć zmysłów zatem zawsze stanowi radę znajdującą się w mocy całego ciała. I jeśli rada coś postanowiła, wówczas jednomyślny sędzia wypowiada ją w swój środek albo w centrum ciała, a mianowicie kieruje słowo do serca; jest ono bowiem źródłem studziennym wszystkich sił, i z niego bierze się też jego wznoszenie.

 

7.

Skoro więc stanowi w sercu samodzielną osobę jako wyraz tych wszystkich sił, jest zatem słowem, i znaczy ono Boga, Syna. Wychodzi przeto z serca do gęby na język, który jest ostrością, i wyostrza to, że dźwięczy, i różnicuje się na pięć zmysłów.

 

8.

Z jakiej jakości słowo ma swoje źródło, w takiej samej jakości zostaje wytrącone z siebie na języku i moc zróżnicowania wychodzi z języka, i znaczy to Ducha Świętego.

 

9.

Bowiem tak jak Duch Święty wychodzi z Ojca i Syna i różnicuje i wyostrza wszystko, i sprawia, że Ojciec wyraża się poprzez słowo, przeto także język wyostrza i różnicuje to, co pięć zmysłów w głowie poprzez serce wprowadza na język. I duch przez merkuriusza albo brzmienie ześlizguje się z języka na to miejsce, gdzie zapadła jakaś decyzja w radzie pięciu zmysłów i realizuje ją.

 

O gębie

 

10.

Gęba znaczy, że jesteś bezsilnym synem swego wszechpotężnego Ojca, że istniejesz podobnie jak anioł albo człowiek; przez gębę bowiem musisz zagarniać w siebie siłę Ojca, skoro pragniesz dalej żyć. Anioł musi to czynić równie dobrze jak człowiek; i chociaż nie potrzebuje żywiołu powietrza w taki sposób jak człowiek, tedy jednak musi zagarniać w siebie ducha przez gębę, na skutek czego w tym świecie powstaje powietrze.

 

11.

W niebie bowiem nie ma takiego powietrza, lecz jakości są całkiem łagodne i przyjazne podobne do miłego poszumu, i Duch Święty jest obecny między tymi wszystkimi jakościami w salmiaku i merkuriuszu. I tego musi też używać anioł, inaczej nie mógłby być ruchliwym stworzeniem; musi bowiem także jeść gębą owe owoce niebios.

 

12.

Nie powinieneś jednak pojmować tego na sposób ziemski; anioł bowiem nie ma jelit ani też ciała czy odnóży, lecz jest poruszany boską siłą w sposób podobny do człowieka, zaopatrzony we wszystkie członki jak człowiek, lecz nie ma organów rodnych ani też ujścia od dołu, bo tego przecież nie potrzebuje.

 

13.

Człowiek bowiem swoje organy rodne jak też swoje ujście otrzymał dopiero po swym żałosnym upadku. Anioła nie wprawia w ruch nic z niego samego oprócz owej boskiej mocy, którą ujmuje gębą, nią zapala serce, a serce rozpala wszystkie członki. To samo uruchamia ponownie z samego siebie przez gębę, kiedy mówi i chwali Boga.

 

14.

Jednak niebiańskie owoce, które spożywa, nie mają nic wspólnego z ziemskimi. I chociaż formą i kształtem przypominają ziemskie, tedy są jednak wyłącznie boską siłą, stąd mają przeto taki miły smak i zapach, że nie mogę ich porównać z niczym, co istnieje na tym świecie; smakują i pachną bowiem Świętą Troistością.

 

15.

Nie powinieneś myśleć tak, jakby ten ideał był czymś na kształt cienia; nie, duch bowiem pokazuje jasno i wyraźnie, że w niebiańskim przepychu, w niebiańskim salmiaku i merkuriuszu wyrastają boskie drzewa, krzewiny, kwiaty i wszystko to, co w tym świecie jest ideałem. Podobnie jak istnieją anioły, przeto także rośliny i owoce, wszystko z boskiej mocy.

 

16.

W żadnym razie nie powinieneś porównywać mi tych roślin niebios z tym światem; w tym świecie bowiem mają one dwie jakości, złą i dobrą, i wiele rzeczy wyrasta podsycane mocą złej jakości; to samo nie urośnie w niebie. Niebo bowiem ma tylko jedną postać; nie wyrasta nic, co nie jest dobre, wyłącznie pan Lucyfer tak urządził ten świat. Dlatego zawstydziła się Ewa, gdy zjadła z tego, co zostało przyrządzone przez złą jakość. Podobnie zawstydziła się swych kobiecych narządów rodnych, które przygotowała sobie ugryzieniem tego jabłka.

 

17.

Taka substancja przeto nie istnieje w owocu anielskim i niebiańskim. Stąd wszelkie owoce w niebie są wiarygodne i prawdziwe, a nie stanowią wyłącznie przeczucia tego, co anioły biorą swoimi rękami i jedzą tak, jak my, ludzie, lecz nie wolno im mieć w tym celu zębów, nie posiadają ich wcale; ten owoc bowiem stanowi boską moc.

 

18.

To wszystko zatem, czego potrzebuje anioł, co istnieje dla niego, do wypełniania jego życia, to nie jest jego cielesną własnością, którą ma za prawo natury, lecz niebiański Ojciec daje im wszystko z miłości. Ich ciało jest wprawdzie ich własnością, Bóg bowiem dał im je na własność, i co jednemu przeto jest dane za własne albo na własność, to jest jego z prawa natury, i który z nich nie traktuje go właściwie, temu bezwzględnie jest znowu odbierane. Nie czyni tego także i Bóg. Dlatego anioł jest wiecznym, nieprzemijającym stworzeniem, istniejącym w każdej możliwej wieczności.

 

19.

No więc, jakiż zatem byłby dlań pożytek z ciała? Gdyby nie karmił go Bóg, wówczas nie miałby ruchliwości i leżałby martwy jak kłoda. Dlatego anioły są posłuszne Bogu i upokarzają się przed potężnym Panem, chwalą, czczą, służą i wielbią tego samego swoimi ogromnymi cudami i nieustannie śpiewają o świętości Boga za to, że je karmi.

 

O prawdziwej przyczynie powabnej i rozkosznej miłości aniołów do Boga

 

20.

Prawdziwa miłość w boskiej naturze bierze się ze studziennego źródła Syna Bożego. Anioły wiedzą od zawsze, czym jest prawdziwa miłość do Boga; tej samej potrzebujesz w twoim lodowatym sercu.

 

21.

Zauważ: Skoro powabny, rozkoszny blask i światło świecą słodką mocą z Syna Bożego w całym Ojcu we wszystkie siły, wówczas wszystkie te siły zapalają się powabnym światłem i słodką mocą, triumfują i wydają z siebie rozkosz.

 

22.

Skoro więc powabne i rozkoszne światło Syna Bożego oświeca drogie aniołki, i błyski śle im w głąb ich serc, wtedy wszystkie siły zapalają się w ich ciele, i wznieca się taki rozkoszny żar miłości, że chwalą, opiewają i wydźwięczają się za takie wielkie radości, których ja, biedne stworzenie, nie jestem w stanie jeszcze wypowiedzieć.

 

23.

Tym śpiewem chciałem czytelnika wprowadzić w owo życie, którego sam kiedyś doświadczy; sam bowiem nie potrafię go przedstawić.

 

24.

Ale skoro chciałbyś tego doświadczyć w tym życiu, tedy odstąp od swej obłudy, pogoni za zyskiem i oszukiwania, jak też od swego wyszydzania, i z całą powagą zwróć swoje serce ku Bogu i pokutę czyń za swoje grzechy w prawym i poważnym zamiarze życia w świętości, i proś Boga o jego Ducha Świętego i zmagaj się z nim, jak patriarcha Jakub całą noc zmagał się z nim, aż nastała jutrzenka i nie pozwolił mu odejść, dopóki ten go nie pobłogosławił (Rdz. 32, 26). Przeto i ty uczyń mu zadość; Duch Święty otrzyma wówczas w tobie dojrzałą postać.

 

25.

Skoro więc nie popuścisz w swojej powadze, wówczas znienacka spadnie na ciebie ogień i obejmie cię w całości. Wtedy doświadczysz tego, co tutaj napisałem i szczerze zaufasz mojej księdze. Staniesz się też całkiem innym człowiekiem i będziesz o tym rozmyślał, ponieważ żyjesz. Twoje pragnienie będzie bardziej w niebie niż na ziemi. Święta dusza bowiem przechadza się po niebiosach; i choć równocześnie znajduje się na ziemi, tedy na zawsze jest przy swym Zbawicielu, Jezusie Chrystusie i bawi z nim w gości.  Przemyśl zatem to wszystko!

 

Jacob Böhme
Z niemieckiego przełożył Andrzej Pańta



J. Böhme urodził się w 1575 roku w Starym Zawidowie, mieszkał na prawym brzegu Nysy w pobliskim Zgorzelcu. Zmarł w 1624 roku. Nagrobek ma w Görlitz. Szewc i filozof.

Niektóre z myśli filozofa i mistyka przekładał wierszem Adam Mickiewicz, jak np. tę:

"Ciało jest małym światem; dusza książką małą,
W której spisano wszystko, co się w świecie działo."


pkl. "Łabuź"

 

Dorota Ryst

CZERWIEC. AMEN.

wypalanie

trwania

traw

mrówek

i skowronków

mycie

ogniem

zasnuwanie

dymem

 

jak było na początku...

 

wypalanie

znaczeń

znaków

na skórze

wargach

w źrenicach

mycie

miłością

odpuszczanie

grzechów

...teraz

i zawsze

i na wieki

 

Dorota Ryst

 

Edyta Niewińska

COŚ

Coś, a właściwie nic, nic dokładnie wtedy kiedy mówisz sobie nie wiem, nie wiem po co, ona pyta dlaczego, a ja nie wiem. Coś czyli nic kiedy ona zachłannie spogląda na usta, mruży oczy, jakby już je w naskórkowej pamięci swojej starannie wystudiowanej psychiki smakowała. Nic kiedy ona pyta nie zadając najmniejszego nawet pytania o to wszystko, co nigdy nie będzie nas łączyć ani dzielić na zawsze. Coś gdy pada deszcz i kropla prześlizguje się między jej policzkiem okiem i płatkiem nosa jak malutka pieszczota którą on boi się darować. Nic kiedy ona zasypia tęskniąc za cieniem kojącego dotyku dobrym słowem na sen niemowlęcy darowany raz po raz. Coś kiedy mówią sobie nic. Coś ulatuje jak dym z papierosa, pomiędzy nich, ani dzieli ani łączy, znika. Nic nie może się zdarzyć, nic nie jest przeznaczone. Trwa chwilę, tyle co spadająca gwiazda. Dla niektórych, z pewnego punktu widzenia, trwa to całą wieczność. Coś kiedy w jej snach pojawia się przestrzeń, pustka do wypełnienia nie sobą nie tylko wspomnieniem. Nic gdy nie chcą kłamać że pięknie jest i w jakimś ważnym celu. Coś kiedy mówię że umiem cię przeniknąć, że umiem zrozumieć. Nic gdy w to wątpię. Coś kiedy śmiejesz się bez powodu. Nic gdy nie umiesz nie przemilczeć. Coś powstaje i zmienia się z chwili na chwilę, z każdym ułamkiem sekundy który spędzamy razem. I nic nie przeszkodzi w to wierzyć. I jeszcze coś nie pozwala spokojnie usnąć, gdy nie wiadomo dlaczego robi się niepewne rachunki sumienia, na nic niepotrzebne. Coś kiedy nie umiem skłamać, a dobrze by było. Nic kiedy brak kłamstwa dusi się w powietrzu i powoli znika. Coś we wzajemnym spojrzeniu w oczy, nadmiernie obecnym, nieskrępowanie pewnym że to rzeczywistość która zmaże wszystkie wspomnienia pewnie kiedyś jednym szlochem prosto z głębi serca, że to sama prawda aż do głębi zepsutej duszy przeszywa zimnem i strachem, że a nuż się nie uda? I nic, że po co ma się udawać lub nie, po co myśleć przeczyć potwierdzać unikać rozwiązywać analizować. I jeszcze coś że aż dziwnie się robi na samą myśl że jest a mogłoby nie być dobrze czy źle trudno się nad tym zastanawiać. Nic kiedy mam ochotę zadać milion pytań, a żadne z nich nie jest potrzebne, i kiedy ponad wszelką wątpliwość wiem że nic mi nie odpowiesz, bo się nie odpowiada na milionowe ważne pytania. I dalej jeszcze coś
kiedy przychodzą dni chwile kiedy nie chce się wierzyć w kłamstwa opowiadane sobie dla świętego spokoju utęsknionej duszy. Nic wtedy jest ucieczką porażką klęską niespełnieniem intuicją tego co nie zaistnieje już na zawsze. Coś dla niej ważnego na skraju snu i przeczucia, coś dla niego cieńsze od nitki babiego lata co łatwo przerwać pominąć przemilczeć. Nic niezaistniałe w przestrzeni między nimi a jednak jakoś przewrotnie nabrzmiałe bólem. Właśnie wtedy kiedy coś nie pozwala cieszyć się tym czego tak naprawdę nie ma. I za nic nie pozwala przyznać się do tego że nadzieja nie idzie w parze z prawdą jaką dla siebie nawzajem ubierają przy każdym spotkaniu w słowa tak by nie raniły mówiąc nie za wiele. Coś niepewnie stałego wymyka się ponownie z rąk, bezszelestnie przechodzi w stan niebytu żeby nie kusić losu pragnieniem. Nic nie zostaje po kochankach takich jak tych dwoje, odrobina czułości na jaką było ich stać, spojrzenia i gesty, trochę czasu spędzonego razem, parę dobrych słów którymi obdarowali już tylu przedtem, wszystko to nie ma najmniejszych szans stać się wspomnieniem. Choć pewnie mogłoby nim być gdyby coś ich ze sobą łączyło...

 

Edyta Niewińska

 

Tomasz Rybak

LEKCJA ANATOMII

Drzwi się otworzyły jak rana. Strumień studentów medycyny wlał się do środka. Szybko usiedli na swoich miejscach otaczając wykładowcę i stół. Siedzący po środku profesor kołysał się swoim zwyczajem na krześle. Wyłowił spojrzeniem z tłumu młodziutkiego Godfryda Benna. Najgorszego studenta od lat.

- Panie Benn, pozwól tu do mnie. Będziesz mi asystować w sekcji zwłok.

Student wstaje posłusznie. Jest kompletnie zdziwiony. Do tej pory profesor, o ile się do niego odzywał, mówił w stylu: "Wynoś się kretynie!" lub "Ta wątroba nie jest aż tak obrzydliwa, spójrzcie na twarz naszego Godfryda."

- Nachyl się, bo chcę ci coś ważnego powiedzieć na ucho - mówi wykładowca. Seminarzysta wykonuje polecenie, przez co profesor korzysta ze sposobności i uderza go młotkiem w głowę. Benn łapie się za głowę i wyje z bólu. Wykładowca znowu uderza. Student pada na podłogę. Studenci są zdumieni.

- Nareszcie się do czegoś przyda - mówi spokojnie profesor. Stara się podnieść ciało, ale nie daje rady. Przez cały czas jednak podejmuje wysiłki.

- Ależ panie profesorze! Pan go zabił!

- Słucham? - pyta zaskoczony.

- Nie wierzę! - krzyczy jakaś studentka.

- Zabiłeś go!

- No i?

- Zamordowałeś z zimną krwią!

- Nie rozumiem was. Macie jakiś problem?

- Tak nie można!

- Co ty nie powiesz? Czy wy zdajecie sobie sprawę z konsekwencji postępu medycyny? Ludzie praktycznie przestali umierać, a mi brakuje materiałów szkoleniowych! Robię to dla waszej edukacji!

- Ale nie można zabijać studentów!

- Można, przed chwilą to udowodniłem.

- Ty potworze!

- Morderco!

- O co wam chodzi? Przecież i tak by umarł - w końcu udaje mu się wrzucić go na stół.

- Po co miał spłacać raty, jak mógł kupić śmierć od ręki?

Profesor wyciera pot z czoła.

- Niech ktoś mi w końcu pomoże, bo inaczej leżycie podczas sesji. Trzeba go rozebrać.

- Co?!

- Skąd to zdziwienie? Chcecie go kroić w ubraniu?!

Nikt się nie rusza.

- Leonardo! Przestań mazać w zeszycie i mi pomóż!

- Ale ja tworzę. Nawet tutaj nie studiuję!

- Po co ja się zgodziłem na te twoje szkice?

- Bo inaczej nie poszedłbym z tobą do łóżka!

- Nieważne! Ty mi pomożesz - mówi do jednej ze studentek.

Dziewczyna chętnie zdejmuje ubranie Godfryda, potem swoje.

- Uspokój się kobieto! - wrzeszczy wykładowca i odgania podnieconą studentkę.

Bierze pędzel od Leonarda i maluje na ciele Benna Y. Bierze do ręki skalpel.

- Ale... Ale... - jęczy ktoś.

- Co tym razem, mięczaki?!

- On przecież żyje.

- Rusza się!

- Bzdury.

Tymczasem "martwy" porusza ręką.

- Gdzie ja jestem?

- A jak to profesor wytłumaczy?

- To tylko pośmiertne majaczenie.

- Co jest? - mówi Godfryd, po czym siada. Chwyta się za głowę. - Ale mnie łeb boli. Te migreny mnie wykończą.

- Zamknij się! Nawet umrzeć nie potrafisz!

- Zaraz, zaraz... Pan chciał mnie zabić.

Wykładowca chwyta za młotek.

- Ja? Skąd ten obłąkańczy pomysł?

Któryś ze studentów niespodziewanie wyrywa młotek.

- Mój gwoździowbijak! - wydziera się profesor, wpada w furię.

Rozpętuje się ogólna szamotanina, profesor łapie za skalpel i wbija go w brzuch Benna. Wszyscy nieruchomieją. Student jednak wstaje. Rękami stara się zatamować buchającą krew.

- Jak ty możesz jeszcze żyć?! - krzyczy w rozpaczy profesor.

- Najważniejsze to się nie załamywać - odpowiada spokojnie. - Trzeba być optymistą.

 

Tomasz Rybak
rybaktomasz@wp.pl

 

Joanna Obuchowicz

NAD U ŻYCIE

i znowu znajduję siebie śpiącą

snem co z odpoczynkiem nic wspólnego nie ma.

zawodnik z typowymi objawami przedawkowania

dopingu co zapobiec miał dramatycznym

skutkom ubocznym podania blokady

stawu, jedynego odpowiedzialnego w pełni za

rosnącą liczbę utonięć w ostatnich miesiącach.

 

śnią mi się ciepłe światła

punktowych reflektorów, klekot zderzających się

dłoni, w rzeczywistości - reakcja na świdrujące oko

(obserwującej widownię) kamery marki sony

śni się trening w pisaniu nazwiska

od tyłu, by wyglądało bardziej medialnie.

 

wygląda żałośnie.

 

chcę się obudzić, nauczyć się

choćby faktury vat wypełniać poprawnie.

 

Joanna Obuchowicz

 

R. Francis Dubois

NIE MOŻNA MÓWIĆ O WILKACH NIE MÓWIĄC O LUDZIACH, ICH JEDYNYCH DRAPIEŻNIKACH...

W jaki sposób możemy odwrócić bieg rzeczy, ukierunkowany przez człowieka i prowadzący go do nieuchronnego końca?

Oczywiście, tylko na drodze ochrony przyrody, ale wybierając najważniejsze, kluczowe zagadnienia. Podejmując te zadania, które zadecydują o odtworzeniu fundamentów życia. Jednym z nich jest ochrona wilka. Na półkuli północnej jest to jedno z najważniejszych zadań. Dlatego, że objęcie wilka całkowitą ochroną (nie istnieje zagrożenie wilczej nadpopulacji, ponieważ gatunek ten sam reguluje swoją liczebność) wymaga równocześnie ochrony środowiska naturalnego wilka. Bezwarunkowej ochrony obszarów dzikich, tam gdzie tego potrzeba przeprowadzenia ich renaturalizacji, a także zapewnienia obszarów wystarczających dla zachowania gatunkowej równowagi, bez której człowiek na ziemi nie przetrwa.

Wilk jest dla nas symbolem Przeszłości, kiedy wszyscy byliśmy równi, ponieważ wszyscy się nawzajem uzupełnialiśmy, korzystając z bogactwa obfitych owoców szanowanej przez nas Ziemi.

Niech w tej kwestii nie będzie nieporozumień: w czasach prehistorycznych (zbieracko-łowieckich -red.) nikt nie cierpiał głodu, osamotnienia i głębokiej rozpaczy, tak charakterystycznych dla milionów ludzi pozbawionych możliwości zrealizowania swych podstawowych potrzeb oraz wielu innych niedostrzeganych tragedii.

Ściskający żołądek, serce i duszę głód to nowoczesna choroba, obejmująca każdego dnia więcej ludzi.

Czy Człowiek może uratować Ziemię? Czy chce ją uratować? Spróbujmy objąć w miłości Ziemię. Poznajmy człowieka, tego pradawnego i współczesnego. Żeby mieć nadzieję na powodzenie, musimy naprawdę dobrze poznać człowieka. Żeby go chronić, musimy najpierw chronić Przyrodę. Żeby chronić Przyrodę, musimy ją poznać. Czy człowiek zna Przyrodę?

Co tak naprawdę wie o niej człowiek? Co wie o swoich korzeniach, o przyrodzie, której zasady próbuje ignorować? Jak daleko zaprowadziła go wiedza, zbierane informacje?

Bardziej sensownie byłoby napisać, czego człowiek nie wie. Prawda o naszej ignorancji jest tak oczywista, że aby to dostrzec wystarczy porównać definicje słowa "wiedza" zapisane na przestrzeni 25 lat. Oto jak upokarzająco dla nas wyglądają z tej perspektywy tzw. "fakty":

" - wiedzą nazywamy zebrane poglądy odpowiadające prawdzie" (Quillet, 1968);

"- wiedzą nazywamy zebrane spekulacje, których celem jest określenie pochodzenia i wartości wiedzy naukowej lub filozoficznej (Hachette 1993).

Nie jest to tylko drobna różnica w położeniu nacisku na inne człony definicji. Obie definicje, pochodzące ze słowników odległych w czasie tylko o 25 lat, ukazują ewolucję jaka zaszła w tzw. myśleniu obiektywnym. Nie wypowiadamy już sądów o rzeczach, zamiast tego stawiamy pytania. Pomimo ogromnego rozwoju technologicznego, człowieka otacza znacznie więcej rzeczy, o których nie wie nic, niż tych, o których ma jakąś wiedzę. Z powodu tego braku wiedzy człowiek cierpi na niedoskonałość swojego umysłu. Te braki powodują błądzenie w procesie myślowym, zmieniają motywacje działania i ostatecznie prowadzą w większym lub mniejszym stopniu do niewłaściwych analiz i konkluzji.

Powyższa obserwacja pozwala nam inaczej spojrzeć na to, jakie życie prowadzi człowiek na ziemi. Jest ono klarownym obrazem braku wiedzy na temat rzeczywistości przyrodniczej. Człowiek, będąc zwierzęciem społecznym, prowadzi życie szukając satysfakcji i spełnienia w grupach społecznych o różnej wielkości. Czy to jako indywidualny osobnik, czy w grupie, swą działalność umysłową kieruje w dwie strony, które można podzielić na ogólne kierunki mieszczące różne intelektualne rozwiązania.

Pierwszą dziedziną jest TECHNOLOGIA (człowiek jest jedynym gatunkiem, który opanował tę dziedzinę), a drugą ROZUMIENIE OTACZAJĄCEGO ŚWIATA.

W tej drugiej dziedzinie człowiek popełnił najwięcej błędów i pomyłek, które wraz z sukcesami nazywamy mianem cywilizacji, która wyposażyła człowieka we władczą siłę. Siła, którą obecnie człowiek dysponuje, doprowadziła go do postawienia sobie ostatecznego pytania:

"Czy z perspektywy Ziemi i życia na niej Człowiek nie jest naturalną katastrofą - jak przypuszcza wielu współczesnych myślicieli?"

Otóż Człowiek jest czymś gorszym od naturalnego kataklizmu, ponieważ katastrofy występujące w przyrodzie są epizodami, często sporadycznymi, które przemijają. Tymczasem Człowiek nie tylko nieustannie zadaje ból Przyrodzie (zarówno Ziemi jak i całemu Życiu), ale proces ten zwiększa się i nieustannie przyspiesza.

CZŁOWIEKA TECHNICZNEGO znamy bardzo dobrze, nie trzeba więc powtarzać oczywistych faktów. Można jednak przypomnieć, że początki wszystkich zanieczyszczeń, będących skutkami rozwoju techniki, biorą się z podstawowego błędu - niezrozumienia otaczającego świata.

Opuściwszy swoją pierwotną niszę ekologiczną, w miarę jak rozwijały się jego możliwości intelektualne (przy równoczesnych kajdanach wiążących umysł), człowiek stawiał sobie coraz więcej pytań i udzielał na nie rozlicznych odpowiedzi, żeby zaspokajać własne zachcianki. Rzeczywistą motywacją takiego postępowania była czysta pycha.

"Ja, Człowiek, nie mogę, tak jak te wszystkie istoty wokoło mnie, po prostu przejść przez życie. Skoro Ja jestem, muszę odcisnąć piętno swojej wyjątkowości we Wszechświecie".

Opuszczając własną niszę ekologiczną w złożonym ekosystemie, człowiek rozpoczął zatrważającą, niszczącą ekspansję i obrał oddzielną, samotną drogę.

Czego chciał Człowiek? Przede wszystkim nie chciał być dłużej częścią całości, którą dzisiaj nazywamy środowiskiem. Od żywej rzeczywistości wolał własne fantazje. To one pozwoliły mu oddzielić siebie od INNYCH gatunków i ustawić w pozycji wybranej, mesjanistycznej.

Dramatem intelektualnej dewiacji człowieka była nieświadomość, że tę wyjątkową, jedyną pozycję już i tak posiadał jako gatunek Homo.

Nieświadomość, że absolutnie każdy gatunek jest wyjątkowy i niepowtarzalny, a wszystkie czerpią nieocenioną korzyść z nieustannie kontrolowanego przez biologiczną równowagę ekosystemu, wzajemnego dzielenia się i uzupełniania.

Od najstarszych czasów Człowiek nie potrafi udzielić sobie odpowiedzi (poza pseudoteologicznymi i moralnymi przesądami) na pytania: Czym jestem? Jaki jest sens mojego życia? Czy jestem nieśmiertelny?

Żadne rozczarowania nie rozbroiły Człowieka. Najpierw zadecydował, że Ziemia jest centrum wszechświata, oczywiście z tego powodu, że ON ŻYŁ NA ZIEMI i widział na niebie słońce wschodzące i zachodzące DLA NIEGO, bo to jego wybrali Bogowie lub jeden Bóg.

Odkrycie, że Ziemia krąży wokół słońca było jedną z najbardziej bolesnych lekcji dla naszego ego, ale nadal Człowiek wierzy, że jest jedyną istotą, od której zależy przyszłość świata. Cieszy się dumą, że jest jedynym zwierzęciem posiadającym rozsądek. Ponieważ jednak inteligencja, cywilizacja i postęp przyniosły rozwój techniczny i, jak się wydaje, rozwój będący wynikiem pracy nie występuje wśród żadnych innych gatunków, człowiek patrzy na inne gatunki z góry i lekceważy je. Tymczasem naprawdę człowiek pominął najważniejszą sprawę: ŻYCIE. O życiu nie wie absolutnie nic. Działa tak, jakby Ziemia była wielką fabryką, z której magazynów bierze wszystko, czego potrzebuje do zaspokojenia technicznego głodu. Patrzy daleko w przód.

Aby określić swoje miejsce, Człowiek szukał niebezpiecznych wyjaśnień zgotowanych w infrastrukturach psychologicznych, filozoficznych i teologicznych, które są niczym innym jak tylko zgubnymi owocami rozpasanej wyobraźni. Zatruty intelektualnymi orgiami Człowiek błądził w klatkach nierzeczywistości DEPCZĄC ŻYCIE POD SWOIMI STOPAMI. Ogłosił się synem Boga, któremu wszystko wolno, a później, kiedy pomyślał, że ludzkość sama może decydować o swoim losie, sam nazwał się Bogiem.

 

R. Francis Dubois
tłum.: Andrzej J. Korbel



Fragmenty rozdziału książki "Loup, mon ami / Wolf, my friend"

 

Piotr Macierzyński

TARTAR

przyznaję się służyłem w legionach Cezara

Egipcjan zabijałem tylko by zobaczyć piramidy

nie byłem żołnierzem raczej romantykiem

 

czasem trzeba było zgwałcić jakąś kobietę

ale nie dusiłem świętych kotów

ani nie chciałem otruć sfinksa

 

pech dopadł mnie strzałą i wysłał do Tartaru

gdzie zamiast piramid pokazywano mi tramwaj

stawiano krzesło i mówiono Sztuka

ilościowo się zgadzało

 

nie mogłem nie opluć tego pop-artu

tych majtek wiszących na wieszaku w galerii

które niepokojąco były podobne do moich

 

czasami nachodzi mnie nadzieja

najczęściej w wesołym miasteczku

gdzie znajduje się sieć akweduktów doprowadzających wodę do Rzymu

 

wszystkie próby z akweduktem kończą się jednak tak samo

sanitariusze wiążą mnie

i zamykają z ludźmi z innych epok

 

Piotr Macierzyński

 


KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między zaprzyjaźnionymi pisarzami. Na naszych łamach od października 1998 roku korespondują: zamieszkały w Podkowie Leśnej Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób z Kołobrzegu.

 

Dziękujemy - pkl "łabuź"

 

 

Kołobrzeg, dnia 23.10.2004 r.

 

Mój Drogi Niezawrócony Z Drogi -

 

to, co działo się wokół pochówku Cz. Miłosza, ech... Wciąż w oczach stoi ów żenujący kontredans nad trumną. Owe przepychanki i pohukiwania mężów małych, ziejące jadem niektóre enuncjacje prasowe. Ze wstydu (powiedzmy współwstydu współrodaka) chciałem do mysiej dziury się schować.

Nie uważam siebie za gderliwca. Słabo też uczestniczę w życiu publicznym. Jednak po zgrzytliwej historii z odejściem Miłosza uważniej począłem przyglądać się krajowej rzeczywistości. Nie tylko kulturalnej, ale i społeczno-politycznej. Chyba, Przyjacielu, wklejono nas do komiksu. A może to już wydzieranka papierowa ze szpitala dla czubków? Panuje sejmokracja. Jeden matoł z drugim ruga z trybun naród, opluwa przeciwników, łże zwichniętą pamięcią, zawłaszcza kompetencje ministrów lub obraża się na mamusię, że go urodziła. Pełniący obowiązki prezydenta lewy polityk funduje gadki, z których wynika, że jajko nie musi być kwadratowe. A potem rozdaje medale jak kartofle. Ci z prawa zaś, przykro rekapitulować, powiadają przeciwnie: jajka owszem, tak, niechby i kwadratowe, byle tylko strusie. Jakiś dzielny policjant z rozpaczy, że nie pozwolono mu strzelać do przestępcy, upija się i samochodem grzmoci w drzewo. Służby specjalne wciąż ostro pracują nad nowym znaczeniem przymiotnika "specjalne". Ministerialni urzędnicy usiłują robić służbie zdrowia sztuczne oddychanie metodą odbyt-usta. Radośnie dobija się i tak na raty już konającą naukę. Szkolnictwo wyższe biega w krótkich gaciach, a przerozmaite dęte profesory oślepiają blaskiem miedzianych czół... Że o mediach nie wspomnę. O mediach w większości opanowanych przez -doprawdy, nie wiem jak wyraziściej nazwać: może TŻĆ - Towarzystwo Żałosnych Ćwierćmózgowców?

I szybko wycofałem się do matecznika. W trosce o własne zdrowie psychiczne. Koi szum morskich fal, dobrze działa wieczorna bryza sycona jodem, nawet zapach rozkładających się wodorostów nie razi powonienia. No i ten bezkres wód, aż po horyzont znaczony szlakami spienionych bałwanów (tym razem nie aluzja) - zwłaszcza jesienną porą. Gdy chmurzyska zwieszonymi brzuchami zdają się trzeć powierzchnię morza. A z tego wodny pył, mokry miał, czyli miłosiernie kryjąca coraz bardziej zagubioną cywilizację mgła...

 

Za to Twoje ostatnie e-maile budują. Dodruk dużego słownika frazeologicznego i sprzedaż wersji "młodzieżowej" tegoż, nowe słuchowiska, premiera spektaklu "Opaska gazowa" (wybacz, że przyjechać nie mogłem), majstrowana książka o metaleksykografii (!), habilitacja i co tam jeszcze. Wysokie obroty, bez dwóch zdań. Tylko co to za historia z kradzieżą Twoich haseł przez innego słownikotwórcę? Wierzyć się nie chce, jak bezczelni bywają złodzieje dóbr intelektualnych. Ostatnio na przykład wspominała Inga Szwedler z Oficyny Wydawniczej MULTICO o tym, że podwędzono ilustracje z ich publikacji. I pewnie sprawa skończy się sądem.

Czytałem jednocześnie o kradzieży całej powieści. Z tym, że była to rzecz literacka. Mam na myśli książkę J. Colapinto "Autor kontra autor"*. Swoją drogą sprawnie napisana, trochę w konwencji thrillera. Środowisko manhattańskich wydawców, zawiść między producentami prozy i temu podobne. Artystycznie nic nadzwyczajnego, ale temat dla braci pisarskiej frapujący. Jest się w czym psychicznie wytaplać.

Książki, książki. Mój Drogi. Czasami odnoszę wrażenie, jakbym wrzucał kolejne do głębokiej studni. Teraz mówię o swoich. Słychać plusk i później studzienna cisza. Tylko w tańczącym kółku na dnie widzę odbicie wychylonego za cembrowinę łba. Łeb to błazna potrząsającego dzwoneczkami u czapki?

Choć nie do końca tak jest. Zdarzają się fakty zaskakujące. Na przykład pięć dni temu nadszedł elektroniczny list od czytelniczki z południa kraju. Utraciła kogoś bliskiego, później znajdując pociechę w "Zielonym promieniu". Jeden z utworów nawet przepisała i powiesiła na ścianie.

Przyznasz, że to krzepi. Taka spontaniczna reakcja (szkoda, iż podobne listy częściej nie przychodzą!). Bo oto dowiadujesz się, że gdzieś jakiś anonimowy czytelnik czerpie wsparcie z twoich wersów. Że jednak twoje książki bywają czytane, żyjąc życiem niby utajonym.

Niepokoje stare jak literatura. I niechaj pisujący frustraci nie opowiadają dyrdymał, że odbiorca ich nie obchodzi. Że publiczność czytająca to mierzwa. Że piszą wyłącznie przez siebie, dla siebie i do siebie! Jeśli tak, publikuj jeden z drugim swe dzieła w jednym egzemplarzu na domowej drukarce i wszystko będzie grało.

Naturalnie, biorę poprawkę i na to, że część obnoszących się z takimi poglądami poraziło rozgoryczenie. Rozgoryczenie będące pochodną nieradzenia sobie w rzeczywistości po 1989 roku. Lecz - na Boga - nie można obrażać się na drzewo za to, że rośnie jak rośnie lub na wiatr, że zmienia kierunki porywów.

 

Pytałeś SMS-em o "Niebieskie króliki". Szły odcinkowo blisko rok w tygodniku "Rzecz Kołobrzeska". O czym wiesz, skróconą wersję powieści (33 odcinki) w zeszłym roku wyemitowało Radio Koszalin - w tym roku emisję powtarzając. Pora na wydanie książkowe. Zainteresowało się nią LSW (niegdysiejszy wydawca mojego "Karamarakorum"). Rzecz wyjdzie w nadchodzącym roku. Wersja ostateczna nieco różni się od wcześniejszej. Trochę w międzyczasie raz jeszcze nad tekstem popracowałem.

Natomiast, Przyjacielu, potężne kłopoty z "Ogniami świętego Elma". Pierwotny impet ustał i - prawdę powiedziawszy - jakiś czas temu straciłem z nową powieścią kontakt. Teraz ten frustrujący powrót. Długo nie potrafiłem wskoczyć w koleiny. Bezsenne noce, gryzienie własnego ogona, pustka. A gdy niby już gotów byłem, napad wątpliwości, później i lęku. Sugerowałeś, znając sprawę, bym dla rozpędu (czy też rozgrzewki) napisał opowiadanie o niemożności pióra, o przygodach z powracaniem. Zrazu pomysł olśnił i bliski już byłem skrobania o tym. Jednak wybrnąłem inaczej. Trzepiąc poprawkowo akapit po akapicie dotychczasowe kilkadziesiąt stron. I powoli obieram utracony kurs...

Dzięki za troskę. I zaproszenie. Nie wiem czy w tym roku się zobaczymy. Bo ledwie dzyndzel kilku tygodni do Bożego Narodzenia został. Lecz trzymaj się dalej dzielnie. I ukłony Twoim Paniom: Mamie oraz Mirze.

 

Ciepło tarmoszący Cię -
Tfuj Pszyjaciel eL

 

Ps. Piwa już nie pijam. Moim ulubieńcem od niedawna jest czerwone wytrawne wino. Nie przymula, świetnie czyści krew, no i ten szczególny rodzaj jasności umysłu w odprężeniu: nie do porównania z piwem czy twardymi alkoholami. Sam sobie się dziwię, że dopiero teraz odkryłem błogosławieństwo tego trunku!

 

Ps 2. Pytałeś co to w ogóle są ognie świętego Elma, czy aby nie jakieś wyładowania atmosferyczne. Istotnie. Precyzując: wyładowania elektryczne w atmosferze, zwykle ciche i niezbyt silne. Objawiają się świecącymi wiązkami na szczytach np. piorunochronów, wiatromierzy, masztach statków. Niegdyś wśród żeglarzy związane były z tym pewne przesądy. Zjawisko, podniesione do rangi tytułu, ma metaforycznie wiązać fabułę powieści.

 



*John Colapinto "Autor kontra autor" (przeł. Mirosław P. Jabłoński), Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2003

 

 


  Hej, Lechu,

 

Nie wiedziałem, że teraz i alkohole bywają twarde! Dla mnie są przeważne. Mało piję, ale jak już, to już. Spektakl ("Opaska gazowa") zrodził się przy whiskey w towarzystwie Krzysia Zaleskiego u Janusza Zaorskiego. Odkupiłem potem Januszowi "Johnny Walkera", żeby schował na wypadek nowego spotkania w trójkę, a wtedy znowu nam coś strzeli do łba. To są tajemnicze sprawy, ale nie takie, jak rewelacje "Rzeczpospolitej", która ogłosiła wyniki wspaniałych badań brytyjskich naukowców. Otóż stwierdzili oni, że mężczyźni mają palec serdeczny dłuższy niż wskazujący, a kobiety odwrotnie, z tym że jest dużo mężczyzn, którzy mają przeciwnie, dłuższy palec wskazujący niż serdeczny, oraz kobiety, które mają dłuższy serdeczny niż wskazujący, czyli odwrotnie. I tak dalej. To jest właśnie ten kit, o którym piszesz. Na tym kicie można nieźle zarobić, gazety (przynajmniej te centralne) dobrze się mają. Ale sprawy pozostają tajemnicze, bo numer polega na wciskaniu innego kitu, takiego mianowicie, który można streścić w zdaniu "nie wiadomo, co jeszcze za tym się kryje". Otóż za naszym posiedzeniem (tym z Krzyśkiem i Januszem) nie kryje się nic prócz ciężkiej pracy, równie przeważnej jak whiskey. Nie będę się wdawał w dywagacje na ten temat, bo to już doskonale zrobił Witkacy, a od siebie dodam tylko, że alkohol generalnie ułatwia poznanie, ale utrudnia wykonanie (jak mawiają cichodajki). Nie piję więc dużo. Nie dość, że pracuję głową, to jeszcze jestem kierowcą. Te zwyczaje z czasów rowerowych w moim domu już zanikły. Jestem obecnie przy kawie i coca-coli. Swoją drogą: musimy coś zmontować, stary.

Twój SMS w sprawie niemożności powrotu do błyskawic zastał mnie na seansie "Wesela" (tego nowego). Niestety, co prawda film jest momentami zabawny, ale przegięty. Nie wiadomo, co się za nim kryje. Za dużo się dzieje naraz, za dużo kataklizmów w ciągu dwóch godzin. Dużo też zdarzeń nieuzasadnionych i niewyjaśnionych, jak w prasie. Więc wyszedłem na korytarz, żeby Ci odpowiedzieć SMS-em uspokajającym, ale jak później mówiła Mira, niewiele straciłem, akurat pokazywali rozmowę w kiblu, podobno główny bohater przez dolną szparę podawał kieliszki mniej głównemu bohaterowi, który siedział na sedesie. Co ten ukryty za drzwiami robił, nie wiadomo, ale trunek przyjmował chętnie. Taki numer. Były lepsze. Z kalkulatorem w ręku liczyłem, ile ten główny obala z gwinta flaszek, i wyszło mi, że jedenaście, może coś przeoczyłem. Razem najmarniej pięć i pół basa. A do końca wesela oczy miał bieluśkie jak śnieg. Ale rozumiem, to jest ten aktorski kit, oni mają łeb. Skończyło się tym, że głównego bohatera okradł policjant, co powinno być zgłoszone do prokuratora w imię dobra społecznego. Widziałem też, jak policjanci przerabiają numery w kradzionym aucie. Tu też trzeba by donieść, w imię sprawiedliwości społecznej. Inny kit, który tam widziałem, to rzut telewizorem w głównego bohatera (nikomu nic się nie stało, telewizorowi też, trzeba go było wręcz dobijać), następnie wsiadanie do pociągu w weselnej kiecce, a także odstrzelenie palca, czym główny bohater wcale się nie przejął, ale za wszystko chciał płacić. Dużo kitu za 20 złotych, na trzy domy szklenia. Czyli, Lechu, jak masz chodzić na wesela, to nie do kina.

Miałem takie wesele, które wspominam do dziś. To było czterdzieści trzy lata temu w Stasikówce koło Poronina, blisko Bukowiny. Rano poszedłem nad strumień i wymyśliłem piętnaście (słownie 15) przyśpiewek. Bywałem już na góralskich zabawach, więc wiedziałem, o co chodzi. Jedną pamiętam: "Psechodził chłopocek kańsi popod murem, zobacył dziewcyne, zawadził pazdurem". I tym podobne głupstwa, ale zrobiły na weselnikach niebywałe wrażenie. Ryli ze śmiechu, bo tego nie znali, kazali sobie w kółko powtarzać, a że z powodu mutacji śpiewałem łamiącym się głosem, ochrypłem na dwa tygodnie i tak mi zostało. Wóda i piwo lały się tym bardziej, a dzisiaj, kiedy się tam pojawiam, jestem przyjmowany z wielkim szacunkiem. Zawsze jest pokój na pięterku, są posiady i śpiewanie a granie, grul gotowanie i obcinanie spyrki. Ja z moją harmonijką (właśnie wróciłem do tego instrumentu), Józek Adamczyk (wym. Jadamcyk) z flecikiem prostym, a kiedy żyła Gosia, to ona z gitarą.

Więc co potrafi poezja? Zawsze Ci mówiłem, a Ty mnie - poezja potrafi dużo. Dlaczego poezja potrafi dużo? Bo poezja to poezja. Wracając do tematu: to było prawdziwe wesele, ludzie świetnie się bawili, tylko dwóch wywieźli na pogotowie, tylko jeden spał pod płotem, naprawdę nic złego się nie działo. Stary Marduła, ojciec panny młodej już nie żyje, panna młoda wydała za mąż cztery córki, a pan młody jeździ na tirach "do Zachodu" i postawił chałupę na takiej stromiźnie, że cud, że jeszcze nie zjechała do potoku. Plan na najbliższe wakacje: Stasikówka, rzecz jasna. Będzie szum! Będą wołać: "Pon Pieter psyjechoł". Nie żartuję. Tak wraca młodość. W tejże Stasikówce z narzeczoną Gosią w 1967 słyszeliśmy warkot samolotów lecących nad Czechosłowację. To było tuż po wielkich wiatrołomach w Tatrach, zdumiewająca zbieżność... Dowiedziałem się z Wolnej Europy, o co chodzi (Adamczyki miały radio Aga, które świetnie odbierało te dobre stacje), że Ruskie zaatakowały wraz naszymi komunistami Pragę, więc poszliśmy z Gosią na piechotę do Zakopanego i wysłałem do Dubczeka telegram, żeby się trzymał. Posiedziałem za to "na dechach" dobrych parę dni, mało nie wyleciałem ze studiów. Na szczęście rodzice nic nie wiedzieli, boby umarli z utrapienia. Wciąż myśleli, że jestem z dziewczyną w górach, a ja raczej na dole, a Gosia z paczką u bramy. Od tej pory miałem dosyć ciężko, ale wytrzymałem jak widać do dziś.

Ciekawe, bo teraz czytam w "Kwartalniku Artystycznym"*, że Edek Stachura i Włodek Antkowiak uważali mnie za grzecznego, ulizanego chłopczyka. Przynajmniej tak relacjonuje Włodek. Jasne, że nie mogłem im wtedy opowiadać o tych breweriach, żeby nie obciążać niebezpiecznymi informacjami, ale przecież kiedy byłem w wojsku w Grudziądzu (1973-1974), wcale nie należałem do ulizanych. Stale mnie ścigał jakiś tajniak ("gumowe ucho"), miałem rewizje na stancji (jako lekarz-oficer mieszkałem w mieście; raz natknęli się na Steda), wzywano mnie na przesłuchania, i tak dalej, a ja mimo to chodziłem pół w mundurze, pół ciuchach. Dużo balowałem z Brunem (Ryszardem Milczewskim) i jego kolesiami, wyjeżdżałem znienacka (a tu przecież służba!). Raz rozbiłem na słupie garnizonową sanitarkę, upiekło się. A oni, że na "hipisa" nie wyglądałem! Prawdę powiedziawszy, nie udawałem "hipisa", ale dzień i tak zaczynałem od knajpy "Pod cycem", jak nazywaliśmy "Polonię", gdzie pisywałem opowiadania, które się ukazały w tomie "Proszę spać" (Iskry 1978). Tylko że od 1968 aż do 1982 ani razu nie dałem się zamknąć. Kiedy byłem w Grudziądzu, uważałem to za obowiązek ze względu na małą córeczkę i równie bezbronną żonę, które zostały w Warszawie. A Bruna przymykali co chwila, tak na postrach, na dwadzieścia cztery godziny. Raz za okrzyk pod adresem milicjantów, którzy pilnowali grudziądzkiego więzienia dla kobiet: "Obywatele śmierdziele!", lecz na ogół za niewypłacalność w pociągach i restauracjach. Sted i Antkowiak unikali zwady z władzą i grzywien uiszczać nie musieli. Hipisowaci byli tylko troszkę.

I to nie był kit. Normalne życie, czasem obliczone na przeżycie, ale zawsze majowe.

 

Trzymaj się, Brachu,
Twój Piotrek Müldner-Nieckowski
Podkowa Leśna, 27.10.2004



* Dariusz Pachocki: Opowieść w przypisie. Listy Edwarda Stachury do Włodzimierza Antkowiaka. Kwartalnik Artystyczny, Kujawy i Pomorze, nr 2/2004.




Władysław Edward Gałka

WYZNANIE II

Udało mi się spiąć myślą, pracą, uporem pewien odcinek czasu. Dziś mogę powiedzieć że zrealizowałem w rzeźbie projekt, który obudził się we mnie około 1964 a może 65 roku. Biegałem mając kilka lat z grupą dzieci w Beniczkach po podwórzu czworaków. W pewnym momencie, po przejściu z wielkim trudem przez kamienny mur wokół kościoła i spenetrowaniu jego wnętrza, gdzie miejscowe dzieci pokazywały mi straszliwie zdewastowane cuda ludzkiej myśli - organy. Słuchałem dźwięku porozrzucanych na posadzce piszczałek patrząc za wybitym witrażem: światło, ciepło, strasznie.

 

I znów z krzykiem moi mentorzy pobiegli ze mną z powrotem przez okno, dookoła kościoła do furty muru. W tym momencie zobaczyłem por- tal - wejście, drzwi. Zamknięte. Jeszcze teraz czuję dreszcz na plecach. To była chwila, zaraz popędziliśmy dalej ale ta chwila, ten moment.

 

Postać. Wyrzeźbiona scena walki, malowana płaskorzeźba na drzwiach do kościoła, nisko, wielkości dziecka. Do dziś jestem przerażony. Nie, źle powiedziane. Porażony. Uciekłem wtedy ze zduszonym okrzykiem w gardle. On walczył z bestią.

 

Moje rzeźby to spór i dialog z dziełem mistrza płaskorzeźby z Beniczek. Sporu nie zakończę nigdy, jest wpalony we mnie jak piętno. Ale projekt dotyczący sedna zakończyłem; w tym roku moją drugą pietę i rzeźbę siedzącej postaci z dziećmi. To duże rzeźby. Projekt dotyczył namysłu, a zadaniem dla mnie było zdobyć się na odwagę i rzeźbić. Dokonałem tego. Ukończyłem projekt.

 

A gotyk? Och! To świat sam w sobie.

 

"Pod wielkim drzewem nic nie urośnie" Branqusi. Italia - to bór niezgłębiony.

 

Władysław Edward Gałka

 

Bogdan Zdanowicz

DZIEŃ

jem przez rozum

śpię na pół snu

pół jawy

 

mój mózg nie przeżuwa

raczej trawi

obrazy słowa odczucia

snu

 

z jawy

wszystko

staje się jasne

we śnie

 

czasami mózg wymiotuje

- wtedy zaczyna się dzień

 

14. 06. 2003
Bogdan Zdanowicz

 


Oskar Szwabowski

NA LODOWISKU

Niedostępne. Prześlizgnąłem się i boli mnie głowa. Od ilości. Poleciałem metrów parę, dobrych czy złych, nie wiem. Prędkość rozwinąłem taką, że tło stało się dominujące i nic nie przedstawiające. Niezmieniony otrzepałem spodnie. Wzrok masz taki tępy, pewny jesteś, że nie jesteś opóźniony. Jestem. Opóźniony, wciąż spóźniony. Wiesz, można to tak prosto i w ogóle, nie, ładnie wytłumaczyć, wytłumaczyć tak, że nawet nie drgnie powieka, nie popuści się w spodnie, nie poczuje pragnienia wyjścia na papierosa, czy schlania się w trupa. Starczą słowa martwe, wytarte jak mówią. Mało tego, tylko takimi słowami można to wytłumaczyć. Bo jest się startym, wytartym, wypranym, powtarzanym aż do gorzkich rzygów. To jest taki stan, że się już go nawet nie chce analizować, przeżywać nieżycia się nie chce. Sufit przygniata, a mózg zbyt miękki, gówniany. Nawet tynk nie pękł. Butelką raz próbowałem, ale tylko se dłoń rozharatałem, że zszywać mnie musieli. Kumpel mówił razu pewnego, jak po manifie siedzieliśmy na murku. Jak jest duszno to trzeba wyjść. O! kurwa! Proste! Zakręciło się w głowie, no to już trup jestem. Nagle zniknąłem. Sens straciłem. Nie to, że bezsens, ale nic. Wolność od wszelkiego sensu czy bezsensu. Nie było dla niego miejsca na szerokich polach, a myślenie o nim sprowadzało pokój, ciaśniutki, że ja cię pierdolę. Tym ciaśniejszy, że na polu szerokim, bezkresnym, bezgranicznym. A ja tu granice, a ja tu hierarchie. I tak, wiesz, przez lat parę. Na polu się spić, przy ognisku, porzucać kamieniami w policjantów. Takie imprezy i parę miesięcy trwały, wypady takie, ale, jak przystało na porządnego obywatela klasy średniej, to były tylko wypady. Zabawa. I byłem widoczny. Widzieli, o ten to chodzi tam, ten spod szóstki. Na razie spod szóstki. Bo to, to był plan. W sumie, to byłem, jestem, dupkiem takim jak Sartre. Może jaśniej: trzymałem z pokojem, ze ścianami, z sufitem, z tym co mnie tak uwiera, co tak mi doskwiera, co tak wali trupem, tanią dziwką, filmem akcji, niemieckim pornolem... Tak. Kolaborowałem. Mentalność wtedy taka panowała, że podziemie, nadziemie, to początek, to dziecięcy pokój. Moment. Moment który dobrze zaliczyć. Siedziało się, wiedzą, że to tylko na chwilę. Czasami się zapomniało, o czasami się zapomniało, że hej. Przez ogień hop i jeszcze! wyżej! szerzej! Ale o tym nie da się opowiedzieć słowami martwymi, słowami wytartymi. W ogóle nie da się powiedzieć. Można mówić, kiedy się tam jest. To zupełnie inny język. I inni słuchacze. Poza tym... Trzymajmy się tematu, prawda. Chcę wszystko zrzucić na młodość, że za długo imprezowałem, wszyscy mnie przegonili, ja za nimi biegnę, ale trawa wydeptana, liście z drzew opadły. Nie ma szansy na dogonienie. Tu już nie chodzi o prędkość. Tu przede wszystkim chodzi o prędkość. Jest ona za duża. Im szybciej, tym wolniej. Im dalej... tym dalej. Po prostu. A co ty się nie ślizgasz? Nie lecisz bezrozumnie po tafli, jak bezsenny człek, i zawieszasz wzrok na czymś nieistotnym i pytasz tego nieistotnego, pytanie to jest niezadane, jest jakby samym znakiem zapytanie, co pulsuje? Pulsuje? Tak sobie, tak sobie pulsuje. Od tak po prostu. Tak po prostu. Sunę. Bo się przewróciłem. Ale trzeba wstać. Wyprężyć pierś. I chociaż nogi się rozjeżdżają, napierdalać pięścią wielką w taflę. Dziko napierdalać. Człowieczo napierdalać. Jestem człowiekiem, a nie gównem! To znaczy, człowiekiem się mogę stać. Wyodrębniony! Tak! Cel! Pal!!!!

Można szarpać. Rozrywać. Dłonie jednak pozostają czyste, nieskażone. Nic się nie przemienia. Czas odliczają papierosy. Idę do kiosku. Zapalimy w bramie. Nie da się z tobą gadać. Bo jestem nie do rzeczy. Powiem ci pompatycznie. Nastrój taki wczesną zimą mnie nachodzi. Bo wiesz, świat umiera, i to tak cicho. Jest to wielkie. Jak wszystkie przemilczenia. A ja mam w sobie ranę. Zaogniona ranę. Ranę, rozumiesz?, pozostałość. Zawsze, zawsze jest takie ryzyko. Ktoś chodzi na imprezy klubowe, człowiek pracowity, pilny, raz w tygodniu jak pan bóg przykazał idzie się urżnąć. I tak parę lat. Normalka, nie. Aż tu nagle, budzi się dnia szarego, jesiennego, tak odmaluję, bo literatem jestem, a literat to pięknymi słowami pieści dusze ludzkie, chociaż wolałbym bezpośrednio, od tyłu. Potem bym się spił. Patrzył w lustro. Zdjęcie można by było mi zrobić. Znajdzie się na ostatniej stronie mojej biografii. Jednej z wielu. Tylko napiszę ten tekst i spoko. No i ten facet budzi się, i rozumie, że jest alkoholikiem. Że wszystko chuj. Że to co było marginesem, stało się wszystkim. Nie musi nawet pić codziennie, może dalej pić co tydzień. Pozornie nic się nie zmieniło. Nic się nie zmieniło, dokonała się tylko rewolucja. Margines podkopał fundamenty, zakwestionował wszystko. Rozumiesz? To proste. Pamiętasz jak opowiadałem ci o polach? Pamiętam, że nie odpowiedziałeś mi na pytanie. Jak nie. To powiedz: tak lub nie. Tak lub nie? Tak lub nie. Tak nie można. Nie ma pytań, na które można odpowiedzieć: tak lub nie, każde pytanie wymaga, moja droga, traktatu. Takiego jak pisał Tomasz, ten święty. A nawet dwóch takich. I masy omówień. Takie tak lub nie to pseudoodpowiedź, to wykręcenie się od odpowiedzi, odroczenie jej na rzecz decyzji, doraźnego zysku. Decyzja, wiesz, wprowadza akcję w ciszę kontemplacji albo zawieszenia, przerywa ją, urywa, ale jej nie znosi, nie zastępuje, powróci się do niej, wcale nie zmienionym. No chyba, że się człowiek zarazi jakimś paskudztwem, albo ulegnie wypadkowi, albo go szlak trafi. Wtedy jednak to nie decyzja odpowiada, a śmierć. Kostucha. Jej odpowiedź brzmi: gówno. I tak ci mogę treściwie odpowiedzieć: gówno! Gówno! Słyszysz suko! Gówno! Gówno! Tak kurwo! Gówno! Słyszysz! Słyszysz!

Ja już wiem, ty nie jesteś ułomny, tyś jest filozof. Czasami trudno dostrzec różnice. Ale nie, to nie tak, mylisz się. Jestem żebrakiem. Godnym pogardy żebrakiem. Słowami, gestami, wszystkim co robię, chcę wyżebrać uznanie, a potem się wywyższyć. Splunąć. Oto ja! Oto ty. Nie, jeszcze nie. Nie patrz! Chyba że przyszłościowo. Podejdź. Widzisz? Widzę w tobie, co chcesz. I oto bezsens. Wpierdalanie własnego gówna. Sytuacja bez wyjścia. Policjanci otoczyli dom. Nad dachem lata helikopter. Zdjęcia satelitarne utrwalają nasze twarze. Już się nie wymkniesz. Skok. Rozpoznają cię po DNA. Uspokój się. Zajmę się tobą. Zajmiesz... Zajmę. I wszystko się skończy. Zniknie tło. Zniknie tło. Nic nie rozumiesz, nic a nic. Zawarłem układ. Tło i ja. Tło znika, znikam ja. Mogę cię przelecieć, ale nie możesz stać się polem. Nie możesz. Wiesz, chyba należę do ludzi, co to nie mogą znieść przestrzeni. Skazany na kiszenie się. Tak to można szybko i bezboleśnie wytłumaczyć. Lecz to nie są nici chirurgiczne. Rana zresztą wymaga dezynsekcji. Wiesz, wydaje mi się, że jestem oblepiony jakąś mazią. Tłustą, podobną do smoły. Ta maź powoduje lepszy poślizg. Siuuuu! I patrzę w niebo. Czyste niebo. Jak sufit. Nie czuje się szybkości. Jakby się stało w miejscu. Takie patrzenie jest chyba prawdziwe. Jak sądzisz? Dotknij mnie. Po co? Dotknij. No? Ty mi powiedz. Jesteś tu i poza. Ale ty dla mnie jesteś nic. Nie jesteś opinią. Wyrywasz wprawdzie. Pola też wyrywały. Pozbawiasz korzeni, ram. Znaków drogowych.

I co, chcesz napisać traktat? Spowiedź. Spowiedź pisana w Twierdzy. Za oknami mroczna zima. Schylony. W kręgu lampy naftowej. Albo świeczki. Dopalającej się świeczki. Jestem dupkiem jak Sartre.

Zatrzymajmy się. O ile to możliwe. Wbijmy paznokcie, zęby.

Zatrzymać się? Powtarzam odkąd pamiętam to samo zdanie. Jedno zdanie dla którego przywlekli mnie tutaj, wyrwali z brzucha matki, rzucili na posadzkę i mów!. Akurat mnie. Kolega poszedł do łopaty. Jego zdanie brzmi: Machać! Zdanie mu wtoczone. A ja, proszę państwa, mogę mówić. Chcą tego ode mnie. Powtórzą mu potem, co mówiłem. Cokolwiek nie powiem, powiem przeciwko niemu. Przeciwko wszystkim, poza tymi co mnie przywlekli, rzucili na posadzkę, poza tymi co rozdają posady. Przeciwko nim nie jestem w stanie nic powiedzieć. Mogę milczeć. Niewdzięczny być i zmarnować szansę. Może uda się przemycić w słowach tajne przesłanie. Podkładajcie bomby. Podkładajcie gdzie popadnie. Czekam na waszą bombę. Chcę was usłyszeć. To pragnienie samobójcze. I obłudne. Stoję. Powołany. Jak to pięknie brzmi. Powołany do chwalenia władzy. Tron! Tron! I nic poza tym. Nic poza tym. Nic.

Suniem. Całą paką, jak najszybciej. Siuuu... I dalej. Lód iskrzy pod stopami. Ktoś już się załapał na magistra. Papierek w tę, papierek w tamtą. Dalej! Szybciej! Tylko tam, gdzieś, na pewno nie tu, nie w tej chwili, nie na tym poziomie rozwoju, tylko tam może być sens, jakość jakaś, esencja, esencja po kawie, już zimnej. Suniem. Nikt nie pomyśli, że to coś może być pod lodem. Coś, co już stało się tak nieokreślone, że jest niemal niczym, jest niczym ta pustynia lodowa. Okrągła pustynia lodowa.

Nie. Nie mogę wydawać opinii. Jestem w tyle peletonu, nawet nie widzę przodu. A przecie krążą legendy o ziemi, o zieleni, ciepłym jeziorze i w ogóle. Ja nawet nie widzę peletonu. To co słyszę, to z radia. Bieg jest biegiem o nieśmiertelność, a tym samym o życie. Ten luksus nie jest dany wszystkim, już w chwili urodzenia wiadomo co nie co o losach biegacza, czy w ogóle biegaczem zostanie, chociaż przed narodzinami to każdy ma możliwość bycia żywym i nieśmiertelnym, i byciem biegaczem. Dziwność tu jest, bo zobacz, wydaje się, że bieg wyklucza życie. Możliwe, że umożliwia jedynie nieśmiertelność, a po prostu, najnormalniej w świecie, tajemnym zrządzeniem losu, nieśmiertelność utożsamiłem z życiem. Stało się to zapewne przez złe lektury, telewizyjne lektury. Mówili, i mówią, albo mówi sam System, sam wielki i objawiony porządek ustalony, że to co wartościowe, to co ma jakąś wartość, coś co jest w ogóle, coś interesującego, to pojawi się w oficjalnym obiegu, zostanie otoczone policyjną opieką i wtoczone w serca i umysły mas. Twórca tego co się pojawi w oficjalnym obiegu, w obiegu masowym, zostanie również wzięty pod opiekę, wywyższy się poza przeciętność, a jego śmierć będą opłakiwać miliony. MILIONY. Łez i złotych. Kobiet i gier komputerowych. Tak mi się jawi raj. Tak mi się jawi: Nikt mnie się nie czepia, nikt nie patrzy na to co robię wymownym wzrokiem. Kupuję wszystkie gry jakie się pojawiają i podłączony klikam, ile tylko chcę. Śliczna dziunia od czasu do czasu mi obciągnie. Jest pięknie. Poruszam się po światach możliwych i mogę być wszystkim, każdym. Nieśmiertelny. Wykraczający poza swoją płeć i ciało. Mogę być gadem, kobietą, robotem, celownikiem. Raz tym, raz tamtym. I wciąż mnożące się alternatywy, wciąż nowe światy. Tak mi się jawi. Raj oparty na kasie. Zbawienie przez kasę. Walka dobiegła kresu. Wreszcie udało się to o czym marzyli prorocy i wszelkiej maści rewolucjoniści, panie i panowie, powstał raj na ziemi. Raj, pod który należy podłożyć bombę.

To wciąż powracający problem morderstwa, morderstwa jakiego dopuścić musi się każdy, morderstwa które jest jak chrzest. Morderstwo, które należy dokonać z pełną premedytacja, z zimną krwią, w błogosławionym szaleństwie, co stanie się zasadą dalszej egzystencji, nowego istnienia. Morderstwa, o którym tyle pisano, które tak łatwo wypowiedzieć w sloganie, a które tak trudno zrealizować. Morderstwo to właściwie trzeba dokonywać nieustannie. Wystarczy chwila nieuwagi, i wszystko szlag trafia. Morderstwo, codzienne morderstwo bez krzty litości, to chleb prawdziwego człowieka. Człowieka co nie istnieje. Tak trzeba powiedzieć, żeby się lepiej czuć. Bo to już tylko kwestia dobrego samopoczucia. To już kwestia obrony szczęśliwej świadomości. Świadomości co jest własnym brakiem. Wydaje się, że nie ma tu żadnego heroizmu. Wystarczy krok i jest się w innym. Taki mały kroczek w przepaść. Nic wielkiego. Stracić grunt pod nogami, to nic wielkiego. Kumpel mówił kiedyś, że lepiej nie stać na niczym, niż stać na ziemi przeklętej, albo na bombie atomowej. Widzisz ziomuś, ziemia, miejsce, jest czymś co może określać. Piąte piwo już szło. Popielniczka pęczniał od petów. Miejsce już nazwane, już skatalogowane, nie daje wyborów. Drogi określone i choćbyś się zesrał, nie pójdziesz po swojemu. Robiliśmy wyłomy w rzeczywistości. Ale one sprawiały, że popadaliśmy w osamotnienie. Przerażające osamotnienie. Robiło się coś, co nie funkcjonowało w powszechnym obiegu, a to, to było nie do wytrzymania, to, to jak być martwym. Ale być martwym w oficjalnym obiegu, oznaczało być żywym. I to było już nie do zniesienia. Życie, to coś tak dziwnego, z czym dłuższy romans może skończyć się przykrymi konsekwencjami. Życie przemija, a śmierć jest. Jest zastygniętym glutem. Posągami. Posągami co jawiły się jako przedmiot pożądania. Trzeba powiedzieć już teraz, że ludzie się nie boją śmierci, ludzie jej pragną. Ludzie z lodowiska.

Takich tylko znam. Odbijający się w tafli. Bo lód jest wszędzie. Otacza mnie ze stron wszelkich. Sam się zamknąłem w lodowej kostce. Oddzieliłem się samym sobą.

Mogę się tobą zająć. Jak, skoro jesteś mną. Dotknij mnie. Nie mogę. Dotykam tylko siebie. Pomóż mi wyjść. Pomóż mi odkryć moją historię. Żebym nie był już lewitującą w kosmosie bryłą lodu, co bredzi bez związku z niczym. Czy to tylko konsekwencja mojego nastawienia? czy to tylko przez to błoto w głowie widzę świat tak jak widzę? i czy to moje nastawienie wynika ze mnie? Nie wiem jak jest, ale to nie jest istotne. Wszystko można przezwyciężyć. Naprawdę? Bo wiesz, ja już kompletnie się pogubiłem, mam sraczkę od tygodnia, mdli mnie na co nie spojrzę, chce mi się spać i zasnąć nie mogę. Nie widzę już nic, co jest dalej niż metr ode mnie. Myślisz, że to kwestia prędkości? Chociaż, są tacy co wydają się ślizgać inaczej, czy tylko dlatego, że inaczej patrzą, ale które patrzenie jest właściwe? co ślizgają się radośnie i kolorowo. Ja widziałam zawsze w ich uśmiechu straszliwą gorycz i normalnie wydawali mi się jacyś cofnięci. Jak ja. Ty jesteś dorodnym okazem niedorozwoju, i jako taki jesteś geniuszem. Tak, geniuszem. Jestem geniuszem. To dlaczego dalej się ślizgam?

Wiesz, miałem sen. Śni mi się to często. Wszystko działo się normalnie, tylko, że każdy był uwiązany, był na smyczy, i ta smycz nimi kręciła. Raz jedna, raz wiele smyczy. A potem wszystko zamieniało się w obłędnie kolorową karuzelę. I tylko te uśmiechnięte twarze. Twarze zastygłe w uśmiechu i mówiące: ja. Powiedz, mówisz sama? Przecież wiesz. Jesteśmy zinterpretowani. Przez różne konteksty wynikające z tego samego źródła. Można się wymknąć. Można. Na prawdę, jest ziemia poza lodowiskiem. I nie jest ona tam gdzie biegniemy. Byłem kiedyś na niej. Błogosławieni, ci którzy tam byli, i przeklęci ci którzy są i o niej przypominają. Możliwe, że całe to moje szarpanie, to wynik pochodzenia. Ujawnia się w nim cała nędza klasy średniej, klasy służalczej i pragnącej być wzorowymi sługami. To klasa, co przyjęła oficjalny system za swój. Co uwierzyła w mit, i mit ten uczyniła swoim pragnieniem, jedyną sensowną formą spełnienia. Klasa, co nigdy nie miała poczucia własnej wartości, bez korzeni i tradycji, z legendą przedsiębiorczego człowieka, człowieka interesu, takiego idioty, co to za kasiorą tylko pędzi. Człowiek ten angażuje się nawet w politykę, jako reformator broniący panującego ustroju. Tak klasa, moja droga, moja droga klasa, moje bezkorzenie, myśli jak myśleć ma. W każdej kwestii przyjmuje za ostateczne to, co padło z oficjalnego źródła. Nie możliwe jest, aby oficjalne źródło pominęło coś ważnego, coś istotnego. Wiem, mówiłem już to. Gdybym potrafił już o tym nie mówić, to bym się nie ślizgał, nie przesuwał się tak nieistotnie przez przestrzeń i czas. Gdybym mógł zakończyć, rozwiązać ten spór, to może mógłbym przemówić innymi słowami. To kwestia paląca. Jak, jak pozbyć się systemu z głowy! Kiedy zaczynałem mówić sam, wydawało mi się, że nikt mnie słucha. Słuchasz? Powtarzasz się. Powtarzam. I będę się powtarzał. Na tej płaszczyźnie. Na lodowisku, w szaleńczym ślizganiu, w tym bezrozumnym ruchy antyspontanicznym, chociaż wydaje się taki samoistny, taki naturalny, w tym wszystkim, mogę tylko powtarzać, powtarzać, że to ślizganie jest wstrętne, degenerujące, ohydne i jest przejawem wyzysku. Mogę powtarzać, choć to i tak gówno da. Możliwe, że to moje powtarzanie jest próbą podlizania się, wdarcia się od tyłu do oficjalnego przepływu myśli. Zawsze mnie to prześladowało, niezależnie od sytuacji. Kiedy gasły kamery, kiedy była tylko piwnica oświetlona nagą żarówką, często czterdziestką, wtedy, wtedy bywało tak dziwnie. Czasami pięknie. Jednak pojawiał się zaraz niepokój, by to co jest w podziemiu ukazać jak największej ilości ludzi. Całkiem możliwe, że wynikało to, z pragnienia aby ludzie wiedzieli, że można żyć inaczej, ze świadomości, że w obecnej sytuacji, w danym układzie sił, ten podziemny stan jest czymś efemerycznym i skazanym na zniszczenie przez system. A może z tego powodu, że nie potrafiłem istnieć bez publiki. To pragnienie sławy ukształtowane przez daną kulturę. Nic sensownego nie powiem, nie odpowiem na żadne pytanie. Mogę już tylko zanurzać się i wymiotować, nieustannie się ślizgając. Zatem siiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu...

Siu! Siu! Z błogim uśmiechem na gębie! Siu! Siu! By pokazać, że jest się coś wartym człowiekiem. Ten jest warty coś, kto pierwszy na nieistniejącej mecie. Siu! Siu! Siu! Bracia! Siostry! Wszyscy razem! Hej! Siu! Siu! Siu! Byle dalej. Im dalej, tym lepiej.

 

Styczeń 2004
Oskar Oski Szwabowski
kundelbp@o2.pl


Lech M. Jakób

POWIEŚĆ

Historia powieści, jako dojrzałego gatunku literackiego, jest krótka - liczy ledwie kilka setek lat (jeśli dzieło Cervantesa o Don Kichocie uznamy za punkt startowy). A jednak narosło i wciąż narasta wokół niej tyle nieporozumień, że bywa stałym przedmiotem ukontentowania. Przynajmniej dla mnie. Gdy śledzę pojawiające się dysputy na temat powieści lub próby nowych jej definicji. Gdy szerzą się apodyktyczne teorie krachu słowa pisanego. Na przykład wciąż rozbawia usiłowanie deprecjacji znaczenia powieściopisarstwa. A wręcz do łez śmieszy wieszczenie końca tego gatunku, w czym celują zwłaszcza kolejne awangardy.

 

By serio o tym rozmawiać, nie unikniemy przynajmniej kilku pytań. A pierwszym z nich będzie: czym w ogóle jest powieść? Jakie postulaty winna spełniać? Czy może jest tak, jak sugerował B. Singer, że idzie w gruncie rzeczy wyłącznie o mniej lub bardziej udane zrelacjonowanie określonej historii, która to spełnia oczekiwania odbiorcy?

Tylko tyle? A co - pójdźmy dalej - z moralnością? Stwierdził onegdaj Hermann Broch, że powieść nie odkrywająca nieznanego dotąd ułamka egzystencji jest niemoralna. Że jedyną moralność powieści stanowi poznanie.

Z kolei Milan Kundera kładzie nacisk na ducha złożoności tej formy prozy, postrzegając powieściopisarzy jako wielkich penetratorów oryginalnych idei.

 

Nie trzeba dużej spostrzegawczości, by dojść do wniosku, że wszystkie z trzech powyższych uwag mogą się dopełnić. I ewolucyjnie się dopełniają.

Więcej. Trwająca od czasów nowożytnych (czyli od czasów Kartezjusza i Cervantesa) ewolucja powieści, niczym żywioł lawiny - anektuje i przysposabia dla swoich potrzeb inne formy literackie. Będzie też czerpała, jak czyni dotąd, z filozofii, z religii, z psychologii, z historii, z biologii i kosmologii, wypije soki z obserwowanych faktów, doda ostróg kobyle fantazji. Śmiało zatem można rzec, iż powieść jest tworem dynamicznym, wciąż poszukującym. Nic nie jest tu raz na zawsze dane. Co kojarzyć można z naturą rzeczy ludzkich, opartych na niepewności i ruchu: wiecznym przemieszczaniem się w czasie i przestrzeni. Także w czasie i przestrzeni idei.

 

Nie wspomniałem dotąd o estetyce powieści, o języku, o typach narracji, o budowie. Nie wspominałem, gdyż są to dla obecnych rozważań sprawy drugorzędne. Natomiast niezaprzeczalnym faktem jest, iż wizje "wirtualnych" światów Cervantesa, Prousta, Joyce'a, Kafki, Flauberta, Manna, Musila, Haka, Tołstoja czy Gombrowicza wydają się paradoksalnie różne, wręcz nieprzystające. Lecz to tylko kolejny dowód żywotnej wielopostaciowości omawianej formy prozatorskiej. Gdzie intelekt miesza się z emocją i bajdurzeniem, woda wiedzy z ogniem wyobraźni, a sacrumprofanum.

 

Jeszcze inaczej i kierując uwagę na ogólniejszy poziom. Powieść nie tyle identyfikuje nas ze światem (choć bywa, że tak - w prostym wymiarze), co raczej pozwala na dociekanie jak możemy funkcjonować zachowując swoje "ja". W tym kontekście powieść staje się szczególnego rodzaju narzędziem rozpoznawania rzeczywistości. Narzędziem albo i orężem umożliwiającym wewnętrzny podbój. Wreszcie dochodzi do niepokojów fundamentalnych, między innymi takiego: czy jest, czy istnieje coś, co nas, ludzi, uprawomocnia do stawiania pytań o byt? Czym jesteśmy nie tylko dla samych siebie, ale i dla tych, którzy być może obserwują nas z zewnątrz? Jakich wreszcie relacji spodziewać się należy (jeśli w ogóle) między rzeczywistością wykreowaną a światem realnym - i jak wpłynąć to może na nasze ego?

Oczywiście, wyżej przytoczone pytania kryje w powieści płaszcz fabuły. I nigdy w dobrze napisanej nie wynikną wprost. Podobnie jak nigdy od razu nie da się dostrzec drugiego (lub trzeciego) dna.

A bez pożądanej złożoności, obiecującej duchową przygodę, dzieło powieściowe będzie tylko prozatorską grzechotką.

Reasumując. Nie widzę ani wielokrotnie przepowiadanego schyłku, ani - tym bardziej - śmierci powieści. A jeśli już ma nastąpić, to razem z kulturą, która ją stworzyła. Co możliwe jest chyba tylko z kresem cywilizacji, w ramach której istniejemy.

 

Lech M. Jakób

 


Ariana Nagórska

PIENIĄŻKI W BŁOTO!

W 50. numerze "Łabuzia" Lech M. Jakób z lekkim (ku memu zdziwieniu) niedowierzaniem odnotowuje dość powszechnie znany fakt brania przez recenzentów forsy od autorów za napisanie recenzji. W zakończeniu felietonu pt. Korupcja otwiera jak gdyby pole do dyskusji: "(...) czytelnikom pozostawiam osąd, czy uznać mnie należy za szerzyciela kolejnej teorii spiskowej, czy też mówię o (niejawnych) faktach."

Mówi Pan o faktach niemal z roku na rok coraz jawniejszych, nietrafne jest jedynie przekonanie wielu osób, że taki literat-płatnik sporo zyskuje. W mediach jest tyle szumu, biegunki myślowej i sieczki, że nawet ważne informacje ludziska puszczają mimo uszu, cóż dopiero mówić o wątpliwych koncertach recenzenckich hien, które żerują właśnie na tym, że autorzy skłonni są przeceniać ich rangę. Poza tym jest niemal regułą, że najwięcej pieniędzy mogą zapłacić skrajni grafomani, a tym już żadne peany nie pomogą.

Istotną różnicę etyczną widzę też w tym, czy pieniądze za recenzję weźmie tak zwany wolny strzelec (osoba wykonująca inny zawód, a recenzje pisząca w swym czasie wolnym, często do czasopism nie mogących płacić honorariów), czy też etatowy najemnik (po znajomości otrzymujący w czasopiśmie stanowisko recenzenta, do którego przypisana jest określona pensja). Ten pierwszy ma prawo sam zadecydować, czy swój wolny czas raczy poświęcić czyjemuś dziełu altruistycznie, czy też interesownie, drugi natomiast za wzięcie opłaty od autora powinien nie tylko w trybie natychmiastowym dyscyplinarnie wylecieć z pracy, ale też (w myśl ustawy antykorupcyjnej) trafić do sądu. Gdyby tak jednak bywało, większość recenzentów z periodyków z jakichś tam względów uchodzących za prestiżowe (zwłaszcza z wysokonakładowych dzienników) siedziałaby raczej w więzieniach niż w redakcjach. Pisarstwo ma jednak u nas tak niebotyczną rangę, że każdy sąd uzna małą szkodliwość społeczną korupcji na tym polu lub wręcz brak znamion jakiejkolwiek szkodliwości.

Prawdę mówiąc, najbardziej zdziwiło mnie, że felietonista "Łabuzia" był jakoś szczególnie zaskoczony tym, że pieniędzy zażądał "krytyk powszechnie znany i sporo drukujący", zatrudniony oczywiście w "jednym z najbardziej prestiżowych dzienników polskich". Tak jakby po kimś takim w ogóle można się czegoś dobrego spodziewać. Przecież służalstwo, pazerność i oportunizm taki osobnik musi mieć zakodowane w genach. Inaczej by go na tej funkcji nie trzymali, bo jakżeby sprostał wymaganiom swych mocodawców? Jest to lokaj, któremu z góry wyznaczono, jakie osoby ma "na salonach" entuzjastycznie witać. Nie on jednak na te "salony" zaprasza. Za łapówę może jedynie na krótko wpuścić kogoś do przedsionka, by się nasłodził bliskością polskiej ćwierćelity. A to właśnie oznacza pieniążki w błoto.

 

Ariana Nagórska

 

Wojciech Sołtys

DOTYKAM SWOJEJ DŁONI I ROBI SIĘ ŚMIESZNIE

Retoryka śmierci

i papier toaletowy.

Podrażniony nieobecnością

przekręcam swoje imię

na przeżucie pory zaniku

 

Wojciech Sołtys

 

Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (23)

Liście przygnał do redakcji jesienny wiatr, a razem z nimi tomiki poetyckie. I chyba nie mniej od liści. Do telegraficznego omówienia trafia pięć publikacji - wydanych w minionym i bieżącym roku w Sopocie, Łodzi, Poznaniu, Świeciu i odległej (czy tylko geograficznie?) Kanadzie. Słabiej niż zwykle dopisali w tym kwartale autorzy związani z Pomorzem Zachodnim.

 

Ciekawą inicjatywą dwumiesięcznika literackiego "Topos" jest publikowanie jednocześnie z każdym numerem pisma indywidualnych zbiorów poetyckich. Dotąd ukazało się kilkanaście tomików. To, patrząc od strony edytorskiej, pełnowartościowe wydawnictwa, choć mocno zróżnicowane, gdy idzie o poziom artystyczny.

I właśnie pod egidą wspomnianego pisma ukazał się szczupły zbiór R. Mielhorskiego (Robert Mielhorski "Kartka z Lisbony", Towarzystwo Przyjaciół Sopotu i Dwumiesięcznik Literacki "Topos", Sopot 2003, str. 32).

Robert Mielhorski (rocznik 67) urodził się w Bydgoszczy, gdzie ukończył polonistykę. Debiutował opowiadaniem w 1989 r., później publikując między innymi w "Nowym Nurcie", "Odrze", "Przeglądzie Artystyczno-Literackim", "Nowej Okolicy Poetów", "Więzi" i "Twórczości". Dotąd opublikował zbiory poetyckie "Góra szybowcowa i inne wiersze" (1992), "Weneckie okna" (1993), "Wybór" (1997), "Inicjały" (1998), tom prozatorski "Rozpadlina" (1997) oraz książkę krytycznoliteracką "Na własny rachunek" (1999).

Nowy tomik R. Mielhorskiego niesie mocno akcentowane wątki kulturowe. Widać ślady lektur innych autorów (i w ogóle oczytanie poety, co wciąż rzadsze się robi), często przywoływanych i z nazwiska. Spotkamy tu Wata, Rimbauda, Baudelaire´a, Achmatową, Broniewskiego, Eliota, Lowella, Lipskiego, a nawet Stanisława Misakowskiego. Materię strof dźwigać ma też parafraza ogranych motywów literackich. Nawiązania to świadome, w efektach wysmakowane, lecz rodzi się równocześnie podejrzenie twórczych działań zastępczych. Bo choć pisanie o trąbce Milesa Davisa może mieć swój urok, bardziej nas (czytelników) przekonuje ryzyko poszukiwań własnych. Innymi słowy: gdy sprawność pióra i warsztatowa biegłość autora pójdzie na służbę mówienia od siebie językiem własnym -winno być lepiej.

I jeszcze jedna sprawa. To wypada policzyć poecie na plus. Plastyczność wyobraźni. Wyobraźni żywej, wnoszącej przez malarskie wizje siłę świeżości. Takich strof szczęściem w zbiorku nie brak. I to poczynając od otwierającego tomik utworu "Latawce", gdy poeta odnotowuje:

W powietrzu unoszą się latawce.

Chłopcy uczepieni sznurków płyną

Wysoko nad łąką błękitnym niebem;

Z dala miasto, ruda wieżyczka kościoła.

 

Z innymi problemami potyka się Jolanta Stelmasiak (Jolanta Stelmasiak "Kiedyś będę szczęśliwą staruszką", Fundacja ANIMA, Łódź 2003, str. 48).

J. Stelmasiak - równolatka R. Mielhorskiego - mieszka we wsi Grzybów. Absolwentka Liceum Sztuk Plastycznych w Zduńskiej Woli i policealnego Studium Ekonomicznego w Sochaczewie. Obecnie pracuje jako księgowa. Laureatka wielu konkursów poetyckich, autorka publikacji w takich pismach jak: "Nad Wartą", "Raport", "Suplement", "Akant", "Tygiel Kultury", "Własnym Głosem" czy "Ulotna Przestrzeń". W 1998 r. ukazał się jej debiutancki tomik "Wiersze" - opublikowany nakładem Towarzystwa Przyjaciół Szadku.

Schludnie od strony edytorskiej opublikowany tomik zawiera 44 utwory. W budowie są zwarte, nieprzegadane, z dużą ilością światła między strofami - co pozwala oczom poruszać się swobodniej.

Po pierwszej lekturze chciałoby się rzec, iż w poezji tej niewiele się dzieje. Że młoda poetka często ociera się o banał i nijakość. Lecz drugie czytanie zaprzecza temu. Pozorny spokój uporządkowanych linijek kryje spore ładunki emocji. Jak w utworze "Mrówka", gdy autorka pisze: dziś bawię się/ w Boga/ zniszczyłam mrowisko// pode mną/ Hiroszima/ Warszawa/ Drezno// Sarajewo/ i mała/ wietnamska wioska// w powietrzu/ czerwony balonik//płacz dziecka// taka cisza.

Wiersze J. Stelamasiak, choć w sumie mało efektowne, a czasami wręcz "uzwyklone", mają szansę znalezienia odbiorcy. Tym bardziej, że twórczyni ma rozwiniętą samoświadomość. Zdaje się znać ograniczenia własne. Tak można sądzić choćby po lekturze utworu "Ustronie Morskie III", gdy autorka mówi:

pójdę

brzegiem morza

 

tak zazwyczaj

odchodzą poeci

 

brudne pióra

wdepczę

w mokry piasek

 

Sen zamrożony w szklance brandy/ błyszczał w odbitym świetle/ ulicznej latarni// wtuliłam się w twoją obecność/ i cicho stąpając po słowach/ pisałam wiersz - buduje liryczny obraz kolejna poetka, J. Gąsiorowska (Jolanta Gąsiorowska "Nasze rozstaje", nakład własny, Poznań 2004, str. 66).

Jolanta Gąsiorowska mieszka i pracuje w Poznaniu. Rozmaite teksty, w tym piosenek, tworzyła od czasów szkolnych - o czym dowiadujemy się z notki biograficznej u końca zbioru. Prasowy debiut miał miejsce w tygodniku "Na przełaj" w 1975 r. Wespół z Januszem Sauerem, Joanną Sarną i Arkadiuszem Sójką założyła Grupę Poetycką QUADRO. Laureatka wielu konkursów i autorka felietonów publikowanych w miesięczniku "Sulęciniak". W roku 1998 opublikowała swój pierwszy tomik pt. "Cisza".

Frazy J. Gąsiorowskiej przytoczone wyżej należą do lepszych w zbiorze blisko półsetki utworów. Może jeszcze kilkanaście przekonujących poetycko wersów dałoby się wydłubać. Lecz w całości, uogólniając, "Nasze rozstaje" sprawiają wrażenie luźnych wprawek, ledwie zaczynów pełnokrwistych wierszy.

Niepokoją zwłaszcza "przystanki nadziei", "zwierciadła oczu" i temu podobne zużyte językowo zwroty. Odwrotny skutek od zamierzonego przynoszą także wersy usiłujące przekonać do niepewności nieboskłonu/ z czarnym jądrem/ pożądania.

Czepiam się, gdyż za często drażni niedbalstwo słowa i lekceważenie reguł sztuki poetyckiej. I na niewiele zdadzą się naddatki inetrpretacyjne Stanisława Chyczyńskiego zawarte we wstępie. To publikacja, niestety, wątpliwa artystycznie.

Za to, mimo uchybień warsztatowych, trafnie został uchwycony klimat relacji emocjonalnych. Czuje się bijące spomiędzy wersów ciepło.

 

Zdaję sobie sprawę, że to dopiero początek, że jeszcze wszystko przede mną i moja książka z pewnością idealna nie jest - zaznaczyła w liście towarzyszącym debiutanckiemu tomikowi M. Frąckiewicz (Monika Frąckiewicz "Wiersze z okresu", Ośrodek Kultury, Sportu i Rekreacji w Świeciu, Świecie 2004, str. 64). W rzeczy samej, idealna nie jest. Ale jest przynajmniej interesująca.

O autorce, jej pochodzeniu, początkach drogi twórczej, niewiele mogę powiedzieć. Informacji brak. Obraz budują wyłącznie wiersze i reżyserowana fotka kilkunastoletniej panny, z butów której wystają zmięte maszynopisy.

Zbiornik czterdziestu dziewięciu wierszy spokojnie mógłby nosić podtytuł "Dziennik dojrzewania". Oznajmia autorka: wyrośliśmy ze śpioszków i grzechotek/ zatkaliśmy uszy by nie słyszeć baśni/ wyobraźnię zdeponowalismy w skarbonce/ wrzuciliśmy do szafy misie i dzieciństwo/ z życia odwirowaliśmy kolory/ kiedyś byliśmy szczęśliwi/ teraz jesteśmy dorośli. To rozterki typowe dla kipiącej młodości. Rozterki może typowe, lecz artykulacja niezwykła. Niezwykła przez niebanalność sformułowań i ostrość postrzegania - co widać z wiersza na wiersz.

Debiutującą autorkę pilotuje wstępem Ariana Nagórska, punktując: Monika Frąckiewicz od najmłodszych lat zdaje sobie sprawę, że poezja nie polega po prostu na automatycznym zapisywaniu tego, co przyszło do głowy, że jest to praca nad każdym słowem, a także nad spójnością i kompozycją całego wiersza. To trafna uwaga, gdyż autorka zdaje się dobrze panować nad strofami.

Istotnym rysem twórczości M. Frąckiewicz jest - zawsze dająca zdrowy dystans - autoironia. Aż prosi się, by na koniec zacytować domykający tomik utwór "Nieletnie poetki":

ciągle nas przybywa

nieletnich poetek w glanach

z anarchią z pentagramem

pod stertami sloganów

 

a przecież wszystkie jesteśmy

tak samo brzydkie

tak samo piękne

tak samo złe

tak samo dobre

tak samo narodzone

z matki biologii i ojca (r)ewolucji

tak samo żałosne

 

I tomik zza oceanu, autorstwa W. Markiewicza (Wilek Markiewicz "Okruchy bytu", Wydawnictwo SILCAN HOUSE, Mississauga 2004, str. 40).

Znów o autorze informacje fragmentaryczne - brak bliższych danych. Cytuję wyimki z wprowadzenia "O sobie".

Zawsze uważałem się za dziennikarza, nie za autora książek. Krótkie fikcje, jak "Kanibale duszy", "Zaginieni bogowie", "Ośmiornica", oraz garść wierszy, są wyjątkiem od reguły. Aforyzmy pisywałem stale. (...) Tu zamieszczone stanowią drobną cząstkę ukazujących się na mojej angielskiej stronie internetowej (vagabondpages.com).

(...) W r. 1972, krótko po przybyciu do Kanady, wydałem pierwszą polonijną gazetę prywatną: "Kurier Polsko-Kanadyjski". (...) Mój reportaż "Powrót z Paryża" został wydany przez Pequeno Press w USA i zdobył nagrodę "The 2001 Miniature Book Society Distinguished Book Award". Fragment mojego artykułu "Dezinformacja jako zbrodnia wojenna" został włączony do książki Gregory James "Many a Slip?" - Language Centre, Hong Kong University of Science and Technology 2001.

Niewielka książeczka jest melanżem wierszy, aforyzmów i prac plastycznych (głównie drzeworytów). Autor utworzył kilkanaście działów tematycznych. Ocierają się tam o siebie gęsto upakowane teksty.

Poezjowanie W. Markiewicza ma charakter konstatacyjny. Brak tu metafor i przerzutni. Brak też emocji. Wiersze sprawiają wrażenie suchych, wymyślonych konstrukcji - nie wciągają.

Lepiej z aforyzmami. Widać w nich pasję poszukiwacza sensu życia. Właśnie te okruchy, spostrzeżenia niby na marginesie, w biegu, tworzą ciekawą panoramę światopoglądową autora. Dobra to także pożywka dla odbiorcy. Pożywka i prowokacja do myślenia.

W lawinie dopiętych maksym (i postulatów) musiały zdarzyć się także nieporozumienia. Pisze np. W. M.: Świat einsteinowski może być statyczny, lecz my, żyjąc w świecie newtonowskim, musimy być dynamiczni. A kto powiedział, że świat einsteinowski jest statyczny? Przecież zaprzecza temu choćby słynna teoria względności.

Szczęściem kiepskie aforyzmy stanowią mniejszość. Przeważają ciekawe i trafione. Warte nawet czasem refleksji głębszej. Jak w przypadku kilku zamieszczonych niżej:

Zebra uciekająca przed lwem nie myśli o swojej Karmie.

***

Żołnierz wzięty do niewoli zamienia się w filozofa.

***

I w oceanie absurdu potrzebne są płetwy.

***

Rzemiosło poprzedza sztukę; płomyk poprzedza święty ogień.

***

Co ci życie daje? Dzień. Jak chleb do plecaka na drogę.

 

Paweł Szeroki
(listopad 2004)

 

Zuzanna Witkowska

JEZIORO. ŚWIT.

z miejsc z których nikt nie wraca

wyłaniają się mosty zielone od wodorostów i włosów

w które wierzysz pozwalam ci

 

choć jestem zazdrosna

o ich falujące biusty wyhodowane na planktonie

i spojrzeniach rybaków

lecz teraz jesteś przy mnie więc

drżę zapalam kontury a one odpływają jak niepyszne

i taje jezioro mojego brzucha pękają wargi i dłonie

 

i prawie przysiągłbyś że to był tylko sen

gdy na moim udzie

- łuska

 

Zuzanna Witkowska




Dr Wulf - Dietrich von Borcke

POCHODZENIE RODZINY VON BORCKE

Georg Sello na podstawie dokumentów dotyczących rodziny von Borcke ustosunkował się do różnych legend i podań o tym rodzie wcześniej opracowanych przez naukowców. Pozwoliło to na wyjaśnienie pytań dotyczących pochodzenia i pojawienia się rodu oraz pierwszych wzmian o nim. Sello zakłada, że Borckowie zasiedlali obszary dorzecza Regi już od dawna i pierwotnie nie byli zależni od żadnego z rodów książęcych. Sello dowiódł, że stawiane przez ród pod koniec XVI w. żądania "Prerogatywy" były uzasadnione, lecz źródła pochodzące z XIII i XVI w. wydają się tej tezie zaprzeczać. Dlatego wymagane jest dodatkowe zbadanie pochodzenia Borcków.

Wychodzimy od informacji z XIII w. by określić pierwszych przedstawicieli rodu. Na końcu rozprawimy się ze sporami, które wyniknęły pod koniec XVI w.

Borcko został po raz pierwszy wymieniony w dniu 3.3.1251 r. jako świadek księcia dymińskiego Warcisława. W roku 1253 był kasztelanem Kołobrzegu. Następnie uczestniczył w niektórych większych sprzedażach państwowych i występował wielokrotnie jako świadek na obszarze dorzecza Odry. W przypadku, gdy nie może zostać udowodnione, iż ród Borcków działał na tych terenach, to przekonać powinny wspólne wystąpienia rodu z rodami: Hummerow, Duering, Hasmer und Ramel, właścicielami posiadłości na tych terenach, bądź częste wymienianie rodu w dokumentach dotyczących pożyczek i pomocy udzielanych na wyspie Uznam i na obszarze ujścia Regi. W późniejszym okresie w źródłach wymieniane są ziemie w rejonie Kołobrzegu, Białogardu, i Bobolic, wieś Zieleniewo koło Kołobrzegu, wsie "Uberede"
koło Kurowa w powiecie Bobolice, wieś Scheterow koło Białogardu, wieś Simössel i inne. Czy je zdobył, czy odziedziczył, dzisiaj można tylko przypuszczać. Chciałbym założyć, że do niego należały niektóre posiadłości na wybrzeżu. Wiele z nich zostało zdobytych w czasie wojny przeciwko Mestwinom z Gdańska (Mściwój) w roku 1266. Tego można się dowiedzieć z relacji Bisprawsa i innych uczestników walki. W dokumentach osadniczych po roku 1266 przytaczana jest nazwa wsi Borcków w okolicach Sławna. Rozmieszczenie posiadłości w okolicach Kołobrzegu, Białogardu, Bobolic i Sławna można wytłumaczyć przejmowaniem ziem za udzielanie pomocy zbrojnej, przypadkowe objęcie, bądź charakterystyczne dla tamtych czasów szerokie osiedlanie się Pomorzan. Przekazy o posiadaniu "starego rodowego kręgu", wymienianego przez Borcka nie mają odzwierciedlenia i potwierdzenia w dokumentach.

Najbardziej znaczącym aspektem dla miasta Łobezu jest fakt, iż Borcko sam wybrał i nadał nazwę miastu. Na pieczęci z 11 stycznia 1282 r. widnieje napis "de Vressow" - miejscowość Fritzow koło Kołobrzegu, podczas gdy w dokumentach z 16 sierpnia 1271 r. nazywa siebie - "dominus de Lobis" i z 14 listopada 1280 r. - "nobillis de Lobese". Możemy przypuszczać, że spowodowane to było koniecznością objęcia nowych obszarów ziemskich poza Kołobrzegiem - Fritzow...

Najmniej zasiedlone obszary wokół Regi wydawały się być do tego stworzone. Podjął się przesiedlenia ludności na te tereny w czasie, gdy książęta szczecińscy musieli bronić swoich praw do tych ziem przed najazdami margrabiów z Brandenburgii poprzez zasiedlanie i budowę zamków i grodów... Także polityczne podłoże przemawia za tym, że książęta pomorscy około roku 1270 wysłali "posłańca", by jako gospodarz i pan na zamku chronił te tereny przed atakiem margrabiów. Dla Borcka jako pana na zamku i administratora mogło to przynieść wiele korzyści politycznych i gospodarczych wobec książąt. Pozwoliło to mu stać się bardziej niezależnym i samodzielnym, mimo trudnej pozycji - między interesami książęcymi z jednej i margrabiami z drugiej strony. Staje się to widoczne po raz pierwszy, kiedy w roku 1297 synowie Borcka muszą się politycznie podporządkować margrafom. Pochodzenie części nazw wsi na późniejszych terenach Borcków potwierdza przypuszczenie, że wraz z panem osiedlali się na obszarze między Starogardem i Węgorzynem jego dawni poddani, a wraz z nimi przywędrowały nazwy osad: Bełczna leży koło Kołobrzegu, Grabowo koło Kamienia, nazwa wsi Rożnowo pojawia się wielokrotnie w Meklemburgii i na obszarze Maszewa, Bonin koło Koszalina zostały nazwany dokładnie tak samo jak wieś Naćmierz związana z rodziną Nasmer. Rogowo wykazuje podobieństwo do tak samo nazywającej się wsi koło Białogardu nad Parsętą, Ustronie do leżącego koło Kamienia lub Koszalina Hagendorf.

Przesiedlenie z Kołobrzegu nad rzekę Regę, o których wspominał Sello jest także spowodowane tym, że w tym samym czasie, w którym Borcko rozpoczął karczunek nad Regą i budowę Łobezu, a także utworzenie miasta Resko, część późniejszego kraju Borcków położonego na zachód od Regi, nie należały jeszcze do jego terenów. Ponieważ w dokumentach klasztoru Dünamunde (Daugravigiva na Łotwie) z roku 1284 jest zapisane, że granica obszaru działania zamku istniała od Zambelbach do Regi, później przesunęła się aż do Połchowa... Durchmann twierdzi, że Wilczy Stumień i rzeka Golnica utworzyły granicę między krajem Borcków a obszarami należącymi do Dobrej. Jako potwierdzenie wskazuje on na wały obronne, które dziś nie są rozpoznawane jako pomorskie. Można założyć, że granica przebiegała nad nazwanymi potokami, gdyby treść dokumentów zgadzała się bezsprzecznie. Ale Durchmann daje możliwość także innej interpretacji. Według dokumentu, granica mogła prowadzić wzdłuż rzeki Regi i w górę od Reskiej Węgorzy, wówczas nazywanej strumieniem Połchowskim.

Rzeka Rega nie zawsze stanowiła ważną granicę między wschodem a zachodem, na co wskazują przedstawione pomorskie zamki obronne w Łobezie i Starogardzie, niziny Wilczego Strumienia i rzeki Golnica. Potwierdza to powstanie pierwotnie pomorskich nazw wsi: Ługawina i Dorowo, Strzmiele, Dobieszewo, którym przeciwstawia się niemieckie Borkowo Wielkie, Łagiewniki, Lubień Dolny i Górny, i te pomorskie, które mogły zostać wprowadzone z zasiedlonych wcześniej obszarów jak: Patzig (Piaski) na Rugii, Karnice z okolic Trzebiatowa w górę Regi, Karwowo, Czachowo z Meklemburgii, Rekowo z okolic Kamienia lub Kołobrzegu i Kraśnik koło Koszalina.

W przypadku gdy przebieg granicy według dokumentów z 1284 r. nie może być decydującym, jest potwierdzony historycznie rozwojem wsi położonych na zachód w górę Regi do Karwowa. Opactwo w Białoboku na tych terenach karczuje lasy i osusza bagna do Łagiewników, Lubienia Górnego i Dolnego - tereny te książę Warcisław z Dymina wziął jako lenno, po czym w roku 1255 oddał we władanie klasztorowi. Fakt, iż wsie te leżą w korytarzu między Karwowem a Regą uważam (podobnie jak Sello) za rzecz godną uwagi, gdyż może to świadczyć, że tereny te nie należały do Borcków i że to książęta pomorscy dysponowali tymi ziemiami. W innym przypadku książę Warcisław nie potrzebowałby potwierdzenia ich posiadania. Z dokumentów klasztoru Dünamunde (Daugravigiva na Łotwie) z 1284 r. i z historii karwowskiego obszaru polnego wynika, że nie tylko Borckowie mieli prawa do terenów na zachód od Regi. Przeciwko takiej interpretacji dokumentów z 1284 r. przemawia to, że Resko podczas swojego utworzenia, które Sello datuje na rok 1282, zatrzymało tereny na lewo od Regi, i że zamek Wilcza Góra (Strzmiele), w oparciu o który Borcko się nazywa, także leży na tym terenie. Wyjaśnienie tej sprzeczności pozwoli nam na zrozumienie warunków krainy i jej państwowo-prawnych procesów.

Datowanie założenia Reska po 1284 r. nie jest możliwe, gdyż od 13.05.1283 r. Johannes, współzałożyciel miasta i syn Borcka nie został więcej wymieniony w dokumentach. Z określenia, które Borcko sam dla siebie wybrał, można odczytać jego wędrówkę z Kołobrzegu-Fritzow do Łobezu i Strzmiela. Ponadto stwierdzono, że Borcko imigrował do Łobezu. Tego zdania jest także Sello, nie wyciągnął jednak z tej sprawy żadnych wniosków. Po 23.04.1284 r. książęta pomorscy przekazali klasztorowi Dünamunde (klasztor cystersów na Łotwie - Daugravigiva) część ziem należących do Borcków - wynika z tego, że Borckowie byli lennikami książąt. Z dokumentu można wysnuć wniosek, że lennicy, rycerze książęcy, powinni swoje dobra zanosić opatowi klasztoru jako lenno.

Kolejne ustalenia, że na obszarze należącym do klasztoru nie mogą zostać zbudowane kolejne zamki, pokazują decydujące polityczne tło tej darowizny. Klasztor powinien przejąć ochronę księstwa na tych terenach. Być może Borckowie przyjęli w tym zatargu, który zaniepokoił okolicę, postawę przyjazną Brandenburgii. Dlatego książęta zmuszeni byli do tego kroku. Jaką rolę odgrywały obszary nad Regą, wynika z umowy, która została zawarta 13.08.1284 r., czyli cztery miesiące po oddaniu przez książęta ziem klasztorowi. Przy tym posiadłości klasztorne nie zostają już więcej wymieniane. Rozwój polityczny zabrał przypuszczalnie klasztorowi radość ze wspaniałej darowizny książąt. Borckowie przejęli w spadku tereny do rzeki Golnicy... Darowizna z 1282 r. została planem, który nigdy nie został zrealizowany. Pokazuje ona jednak państwowo-prawne stanowisko Borcków w ich prawdziwym świetle.

Wspominana już wieś Karwowo była w posiadaniu Sanda jako lenno od książąt i została przekazana klasztorowi w Białoboku wraz ze stoma łanami pola. Nazwano go "Szando miles de Cholberg". Jak Sello zaznacza i Quand rzeczywiście przypuszczał, Sanda jest uznawany za krewnego Borcków. Nie jest to potwierdzone w żadnym dokumencie, jedynie przypuszcza się przez szereg porównań. Sanda występuje od 27.7.1242 r. do 13.7.1258 r. jako świadek nie tylko w sprawach Kołobrzegu i terenów Regi, ale także Kamienia i Greiswaldu, a więc także na Pomorzu Przednim. Nie może on jednak być zaliczanym do jednego z wymienianych później rodów pomorskich na podstawie informacji wynikających z dokumentów. Podobnie kołobrzeski Kazimierz nie może należeć do rodu Borcków.

Skąd pochodzi Borcko? Jest Pomorzaninem, o czym świadczy imię nadane podczas chrztu... O jego ojcu nie ma wzmianek. Muszę odrzucić wszystkie przypuszczenia, także te przytaczane przez Sello, że Borcka ojciec nazywał się Johannes lub Jesko, ponieważ nie zgadza się wtedy kolejność pokoleń. Najstarsza mianowicie informacja wynikająca z dokumentów, w której wymieniany jest Borcko, nie zgadza się z przypuszczeniami Sello. W wydanym w 1186 r. dokumencie wymienia się "Pribislawus filius Borconis" - (Przybysław syn Borckowy). Stąd wzięło się domniemanie o Przybysławie, jednak w tym czasie wymienia się jego imiennika z Pasewalku. Ponadto udokumentowano wielokrotnie jako świadka w latach 1212-1235 w Kamieniu Pomorskim szlachcica o takim imieniu. Sello widzi go jako przodka Borcków, jednak tylko na podstawie pierwszej wzmianki z roku 1212. Jest więc kilka innych możliwości, które nie mogą prowadzić do konkretnego rozstrzygnięcia problemu, ponieważ nie są potwierdzone dokumentami; dlatego też przyjmujemy tezę, że Przybysław od 1186 r. jest przodkiem Borcków.

Mogę potwierdzić dalej moje przypuszczenia, ponieważ Przybysław zostaje wspomniany jako świadek w dokumentach z 1186 r, w których jest mowa o parafii w Kamieniu, która otrzymuje szczególne posiadłości na wyspie Wolin. A więc Borckowie mieli posiadłości u ujścia Odry od dawna.

Borcko I umarł w 1186 r. Jest on uznany za przodka Borcka II, począwszy od 1251 r. Jego syn Przybysław występuje samodzielnie już w roku 1186, jednak o jego wieku nie ma informacji, dlatego przez 65 lat, do roku 1251, w którym Borcko II zostaje wymieniony po raz pierwszy w dokumentach, uznaje się istnienie dwóch rodów, o czym mówi Sello.

Borcko II rozpoczyna szereg genealogiczny rodziny Borcków, jego synowie Jan i Jakub pojawili się w 1282 r. i Mikołaj w 1295r po raz pierwszy. Mikołaj używa pierwotnie nazwiska swojego ojca jako nazwiska rodowego, kiedy 1.1.1297 r. nazywa siebie Nikolaus Borcko. Od tych braci pochodzi dzisiejsza rodzina Borcków.

Zauważyliśmy, że Borckowie osiedlili się na terenach leżących między Reskiem a Węgorzynem. Najsilniejszym argumentem przeciwników tego poglądu jest zdanie o starych dziedzicznych wolnych posiadłościach mających prawo do lenna, co zdaniem Sello zostało udowodnione we wstępie do źródeł rodziny von Borcke.

Punktem wyjścia tych rozważań jest spór z 1582 r. i jego powtórzenie w roku 1601. Wtedy to Borckowie odmówili szukania i wskazania swojego lenna i uzasadniali ten krok tym, że ich dziedziczone od dawna posiadłości nie potrzebują więcej składać przysiąg. Niestety nie zrealizowali swoich pragnień. Sello próbuje tylko obronić racje Borcków. Gdyby miał rację, potwierdziłby tym ważny punkt przeciwko tym sprawdzonym udokumentowanym informacjom z XIII w. Z tego względu zajmujemy się tym pytaniem.

Przez całe średniowiecze kraj Borcków na Pomorzu nie zajmuje określonego stanowiska - wskazuje na to najpierw układ pokojowy z 1284 r. i dokument oddania w tym samym roku ziem do klasztoru Dünamunde. Stanowisko to dokładnie potwierdza w książęcej umowie podziału ziem z 12.07.1295 r., w której zamki Łobezu i Reska są traktowane identycznie, jak inne zamki w kraju. Papieskie pouczenie książąt z roku 1331 również ich obowiązuje. Następnie Borckowie przyznają się wyraźnie 16.12.1333 r. przed margrabią z Brandenburgii do prawa pierwszeństwa jako książęta pomorscy. Zachowanie księcia Warcisława ze Szczecina z 5.12.1392 r. pokazuje wpływ panów ziemskich.

 

Tłumaczenie: Małgorzata Wojciechowska
Dr Wulf - Dietrich von Borcke

 


Bogdan Szutowski

TECZKA

Brudna szyba i światła ulicy. Listopadowe okno. Na parapecie zasuszona mucha. Nachylił się i zdmuchnął ją w kąt. Pochował trupa. Tego wymagał odruch. Mleczny kożuch chmur obrzmiały wodną puchliną. Posiniaczony - przywarł do miasta. Śmignął ptak. Wykreślił ciasną ósemkę. Krótką przygodą usiłował zagłuszyć nostalgię. Doświadczenia przodków podpowiadały mu - to była pogoda rzeczy trwałych. Ta pogoda kazała czekać. Wybrał ceglany gzyms z zaciekiem smoły.

Inaczej ludzie. Od dawna nie słuchali przodków ani siebie samych. Ludzie mówili. Radiowy prezenter przekrzykiwał pogodę. Radosny bełkot ze strachu przed utratą roboty. Arlekin w świecie cieni. Pogłębiał dół, w który kiedyś wpadnie.

Szara osnowa ściany naprzeciwko. Faktura plam pamiętających tynk. Podziurawiona dziuplami okien. W każdej ślad życia - z wyjątkiem jednej. Czarny otwór, kikut ramy, dykta i kilka gołębi.

Miejskie błoto. Wypełza w szarówkach. Tylko do granicy świateł latarni. Żyje w bramach. Na arenie ulicy lepiej się nie pokazywać. Nie wiadomo jakie prawa rządzą nią dzisiaj. Los często sprawdza, jaką cenę gotów jesteś zapłacić za miejsce w pełnym świetle.

Architektoniczna plomba - świeża, elegancka i samotna w tej dzielnicy. Wypełnienie ubytku w zepsutym garniturze kamienic. Komunijna sukienka w grzesznym tłumie.

Odwrócił się. Na stole letnia kawa. Papieros oparty o popielnicę snuł własną opowieść. Nieciekawą historię. Jej wątek kołysał się w powietrzu, wyżej zanikał. Usiadł i przerzucił kilka gazet. Jedna ze stron zawinęła się. Patrzył na nią, po chwili wyprostował. Odruch. Zastępca umysłu. Niewidomy gospodarz pilnujący obejścia.

 

Głęboki oczodół bramy. Mówią: dusza rodzi się czysta. Bryzgi wymiocin skakały na ścianę, na buty. Parujący manifest sprzeciwu. Było zimno. Mocny trunek każdym ciałem chwieje tak samo. Są jednak trunki, przed którymi ciało ucieka z całą rozpaczą konwulsji - te wyniesione z chemicznego. Graffiti szczerzyło się, paznokcie darły graffiti. Głowa spadała w czarną czeluść, a łokieć biegł na spotkanie posadzki.

Każde ciało w końcu przestaje się bronić. Przytulone do bruku nieruchomieje. Tylko noga drga jeszcze w rytmie toczącej się przed chwilą walki. Po chwili i ona daje za wygraną - zastyga na skraju kałuży. Litościwy los odbiera świadomość. Zwróci ją po wielu godzinach, już w nocy. Czarna, cuchnąca dziura w duszy wypełni się koszmarami. Świt odsłoni plamy piany na brudnych drewnianych schodach. Jakby ktoś czołgał się do pustego mieszkania z kikutem ramy w oknie.

 

Negocjacje zawsze są walką. Niezależnie, co sądzi o tym William Ury. Walką z przeciwnikiem lub samym sobą. Często jednym i drugim. Konfliktów się nie rozwiązuje. Konflikty się wygrywa albo przegrywa. Rozwiązaniami zasiedla się dysertacje. Czasem jednak spotkania nie są negocjacjami. Czasem nie ma konfliktu. Czasem - to jedynie spektakl.

Przy świetlistych prostokątach okien, w pokoju wypełnionym owalem stołu, na zielonym suknie, powoli i spokojnie szkicowały się kontury ludzkich losów. Nie wyglądały źle - na tle lekko szorstkiej w dotyku, ciepłej i przytulnej tkaniny. Palce spoczywały na suknie. Palce wygładzały sukno. Palce argumentowały i ukazywały potencjalne możliwości, pocierały podbródki, przytulały się do ciepłych filiżanek, miały ochotę dotknąć dziewczyny nachylonej nad stołem, by postawić nowy dzbanek kawy. Nieodmiennie jednak powracały na sukno, lekko szorstkie w dotyku, ciepłe i przytulne.

W palcach jest delikatność i w palcach jest siła. Potrafią lekko musnąć skórę i obudzić miłość. Potrafią zacisnąć się na gardle i zamknąć rozdział. Palec wzniesiony niesie pouczenie, kiwający się - przestrogę. Jeden zwykle wskazuje drogę lub, zwarty z innymi w pięść, kończy rozmowę. Palce znają wszystkie narzędzia, z ostatnim, obdarzonym największą mocą stanowienia - piórem.

Palce bawiły się piórem i, złączonym z nim niewidzialną nicią, kształtem egzystencji kilkuset kobiet i mężczyzn. Jeszcze raz, tak jak wiele razy w przeszłości, palce i pióro artykułowały wyrok.

Złożył podpis: pół wieku istnienia wytwórni przeszło na stronę historii. W palcach jest delikatność i w palcach jest siła.

 

Kamienica wyrosła pomiędzy ostatnimi wojnami. Odziana w szary drelich tynku, od urodzenia pozbawiona stylu, przykucnęła przy ulicy i tak pozostała. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka. Na ścianach łuszczący się naskórek obumarłej tapety. Miejscami wiszące połacie, oddarte i nieme. Podłoga niosąca lepki kożuch historii ludzkiego bytowania: resztek jedzenia, rozlanych trunków, wydalin i wydzielin. Ruiny mebli. Pod oknem gniazdo barłogu. Kikut ramy okiennej, osłoniętej kawałkiem dykty i gołębie odchody. Gęsty fetor, który wytrzymuje tylko mucha - duża, tłusta i włochata; współwłaścicielka - przez fakt zasiedzenia. Na ścianie jaśniejszy prostokąt po fotografii tych, których los związał z tym przybytkiem wiele lat temu - kobiety i dwóch dziewczynek. W kącie fragment krzesła. Jego historia także dobiegła końca wiele lat temu - w chwili, kiedy przestało stanowić całość, kiedy w jednym momencie straciło funkcjonalność - rozbite uderzeniem o kobiece plecy. Krzyk dziewczynek nie uratował krzesła - nie miał mocy sprawczej. Jaśniejszy prostokąt po fotografii tych, którzy wiele lat temu wybiegli.

Studnia snu. Koszmary tłoczące się jak szarawe gołębie. Poszturchujące ciało. Rozpięty na twarzy grymas. Półotwarte usta z błyszczącą strużką śliny na brodzie:

Widok własnego nazwiska na tablicy zwolnień. Lekkie zdziwienie. Po chwili ciepło podnoszące się z trzewi, płynące w górę by rozlać się na twarzy. Bruk ułożony z nierównych, kamiennych kostek. Ciosany granit o siwym odcieniu, z żyłkami miki w strukturze. Klatka schodowa "pośredniaka". Gipsowa ścieżka na ścianie po prawej - położyli nowy przewód, od włącznika przy drzwiach do żarówki w holu. Mury, przy każdym wejściu bardziej pochyłe. Niedobre mury.

Awantura zmaterializowała się z powietrza. Tak jak wszystkie następne. Oczy dziewczynek. Strach i oczy dziewczynek. I rozdzieranie. Klatka piersiowa wypełniona rozdzieraniem... - ocknął się.

Zmięte popołudnie, wytarte szarugą. Mdłości. Ciało podążające na sznurze głodu. Chwiejna przeprawa przez ulicę. Mokry, niebieski lakier samochodu zaparkowanego jednym kołem na chodniku. Kiedyś widział - gość z pierwszego piętra. Wszyscy na ulicy widzieli, kto mieszka w "Disneylandzie". Teczka. Oparta o przednie koło. Skórzana, czysta. Niklowe klamry na tle pękniętego krawężnika. Wyrzygał resztę i trochę krwi. Świszczący oddech i ból w dole brzucha. Teczka.

 

Koniec wieńczy dzieło, gdy przynosi ulgę. Oto tajemnica zwycięstwa. Prawdziwy zwycięzca nie potrzebuje tłumu. On wie, że wygrał. Czasem jednak trzeba przekonać samego siebie. Należy wtedy zrobić coś, by wielu uwierzyło. Bowiem jeśli wielu w coś wierzy, to z pewnością jest to prawda.

Być może dlatego schodzący z półpiętra mężczyzna omiatał hol spojrzeniem szerokim. Może dlatego kroczył nonszalancko. I może dlatego wystawił na widok publiczny ów charakterystyczny półuśmiech - ni to pogardy, ni wyższości, rodzaj grymasu, o którym tyle tylko można powiedzieć, że lekko denerwuje. Przewieszony przez lewe przedramię płaszcz, nowa skórzana teczka z niklowanymi klamrami, ciemny garnitur i biel koszuli budziły uczucie lekkiego respektu i powiewu zazdrości. W oczach portiera ten mężczyzna był kimś lepszym - był zwycięzcą. Syn portiera nigdy nie przemierzy tego holu z tak uniesionym podbródkiem, i portier dobrze o tym wiedział.

Wyjście z budynku połączono przed rokiem z parkingiem gustownym chodniczkiem. Jego przebycie zajmowało zwykle mniej niż minutę. Mężczyzna nie założył nawet płaszcza. Chłód późnego popołudnia nie zdołał wniknąć pomiędzy odzież i ciało. Błękitny metaliczny lakier lśnił wilgocią. Po chwili elegancki sedan wyjechał z parkingu, skręcił w prawo i ruszył w kierunku centrum.

Pomimo późnej pory ruch uliczny nie osłabł. Spieszono do domów po pracy, spieszono do pracy na późniejsze zmiany, spieszono na zakupy i spieszono z zakupami. Powrót do wynajętego apartamentu trwał ponad pół godziny. W końcu jednak samochód skręcił w ostatnią z ulic. Tego dnia los był łaskawy - ostatni wolny skrawek chodnika zapraszał do parkowania. Miejsca było niewiele ale udało się. Tuż przed zatrzymaniem dał się słyszeć odgłos lekkiego szurnięcia... - Cholera - pomyślał. Wyłączył silnik i wyjął kluczyki ze stacyjki, zaciągnął hamulec. Zebrał wszystkie kartki z prawego fotela i wrzucił je do teczki. Sięgnął po płaszcz i tak objuczony wysiadł. Teczkę postawił na krawężniku opierając ją o koło, płaszcz zarzucił na ramiona. Zatrzasnął drzwi i uruchomił blokadę. Przypomniał sobie odgłos szurania... Obszedł samochód, nachylił się i z uwagą zaczął oglądać karoserię. Po chwili znalazł winowajcę. Jeden z końców przygniecionej kołem gałązki otarł o zderzak. Poślinił palec, potarł zarysowane miejsce, spojrzał i... odetchnął z ulgą. Wyprostował się i ruszył w kierunku wejścia do budynku. Ominął niewielką kałużę i wszedł do klatki schodowej. Po chwili otwierał już drzwi do mieszkania. Zamknął je za sobą, zdjął płaszcz i buty, zrzucił marynarkę, rozluźnił krawat. Po chwili nastawiał już wodę w kuchni, by ostatecznie rzucić się na kanapę. Gwałtowna fala ulgi. Popłynęła przez całe ciało, przez głowę. Leżał tam aż do chwili, kiedy usłyszał gwizd czajnika. - O Jezu... może się nie podnosić...? - Coraz bardziej wściekły gwizd nie miał jednak sensu i po chwili zamienił się w parowanie gorącej kawy. Jeszcze raz rzucił się na kanapę, rozluźnił mięśnie i znieruchomiał. Patrzył na unoszący się leniwie obłok pary. Obłok żył, wędrował ku górze, lekko chybotał, tańczył, hipnotyzował... Jego wewnętrzny rytm powoli zlewał się z rytmem przestrzeni, a ten - z rytmem błogości. Umysł bezwiednie zupełnie poddawał się rytmowi, a z nim -całe ciało. Roztapiały się napięcia. Pulsowanie w skroniach ustawało. Nadchodziły fale senności. - Właściwie po co się pracuje...? - Skręcił nieco nogę, teraz było wygodniej. - Pracuje się, by rozumieć czym jest odpoczynek...? - pytania płynęły coraz wolniej, płynęły coraz szerzej. -Taa... - ziewnięcie. - Po co się pracuje...? - Powolny wir wypełniał głowę. Odpływał wraz z tym wirem. Pojęcia przenikały się, oplątywały wokół siebie. Znaczenia rozlewały się w białą mgłę, odpływały w noc. Kawa parowała, deszcz jednostajnie szemrał za oknem. Zmęczona mucha przysiadła na firance...

 

Ocknął się nagle. Coś go obudziło... przysiągłby! Leżał czując w sobie dwie skrajności. Jedna kusiła dalszą błogością, druga - bez żadnej racjonalnej przyczyny - wzywała. - Tak, było pewne - wzywała...! Ale do czego...? - Jego umysł już od kilku chwil usiłował to odkryć. Wrażenie było dziwaczne. Na tyle osobliwe, że bez specjalnego oporu wstał. Nie wiedzieć czemu - podszedł do okna. Jego ciało kurczowo trzymało się snu, ale umysł był dziwnie trzeźwy. - Nie, nie trzeźwy...?! Raczej zaniepokojony...! Zaniepokojony...? - Odwrócił się. Spojrzenie padło na blat stołu... W tej samej chwili poczuł skurcz a gwałtowne ciepło zaczęło rozlewać się w brzuchu. Ciepło zamieniło się w falę gorąca. Fala podeszła do gardła i w jednej chwili wypełniła głowę wirującym łomotem. Teczka. - Jezus, teczka...!!! - Skoczył do przedpokoju, nim uświadomił sobie co robi. Otworzył drzwi i wypadł na klatkę schodową. - Przy kole...! Stała przy kole...!! Jezus...!!! - Rzucił się schodami w dół. - Umowa... całe negocjacje... dokumenty... ktoś wziął... zostawiłem teczkę...!!! - Gnał w dół przez półpiętro. Odruchowo tylko ominął jakąś sylwetkę i... gwałtownie stanął uderzony obuchem spostrzeżenia. - Ktoś niósł...! - Nie dowierzając jeszcze obrócił się i spojrzał... Przyskoczył i bez pytania wyszarpnął... Przykucnął, jednym ruchem otworzył i, czując walenie młotów w głowie, sprawdzał zawartość. - Umowa... siódemka skreślona... ostatnia wersja... portfel... pieniądze... klucze... pieniądze... dokumenty... aneks... Jezus... jest...!!! - Musiał przysiąść. Łomot w głowie i łomot serca. Lodowaty pot wzdłuż kręgosłupa. Czuł, że za chwilę go zemdli. Gwałtownie łapał powietrze. - Jezus... gdyby to zginęło...! - Odruchowo rozluźniał kołnierzyk koszuli. Żyła na prawej skroni pulsowała. - Cholera... jasna cholera...! - Wzrok biegł do teczki, wybiegał z niej i wbiegał ponownie. I trwało to dłuższą chwilę, nim zdał sobie sprawę z tego, że nie jest sam. Spojrzał. Jego wzrok spotkał się z innym wzrokiem.

 

Zamknął za sobą drzwi mieszkania. Wolno ruszył przez przedpokój - w owej dziwnej pustce, osobliwym bezruchu, który następuje po wydarzeniu gwałtownym; w owej ciszy, która rodzi się jeszcze w burzy, zawisa w chwilę po niej i trwa, nim nie zmąci jej powracający rytm wydarzeń. Stanął na progu pokoju. Spojrzał na kanapę i jej obecność wydała mu się tak oczywista. Podszedł i usiadł. Prawa ręka przyciskała do boku teczkę. Jedno ze ścięgien lewej łydki lekko drgało. Lawina obrazów i wrażeń sunęła nadal, ale jakby gdzieś obok, jakby umysł usunął się już z głównego nurtu i przez chwilę spoglądał na to wszystko z zewnątrz - w ciszy, skupieniu i jakiejś zagadkowej przytomności. Siedział więc w bezruchu, trzymał teczkę i zdawało mu się, że czeka. Po chwili uświadomił sobie, że nadchodzi to, na co czekał. To ciało coraz wyraźniej zaczęło domagać się zadośćuczynienia za wywarty na nim gwałt. Poczuł duszność. Pod mostkiem pojawiło się ukłucie. Powracały nudności. Osunął się na oparcie i głęboko zaczerpnął powietrza. Przytrzymał je w płucach tak długo, jak mógł - aż do pojawienia się czerwonych mroczków przed oczyma. Wypuścił. Zaczerpnął drugi haust. Fale krwi napłynęły do głowy - poczuł się lepiej. Sięgnął prawą ręką i odłożył teczkę na blat stołu. Odpoczywał jeszcze długą chwilę - zmuszając płuca do miarowego i głębokiego oddechu. - Jaki zapach miała dla skazańca trawa, kiedy dowiedział się, że będzie żył? - Pierwsza jaśniejsza myśl pojawiła się znikąd. Była niby pytaniem, niby stwierdzeniem. Uczepił się tej myśli. Jakiś czas podążał za nią. Próbował nawet zatrzymać na dłużej. Nie udało się. Nadchodziła pora zmierzchu. Nadchodziły inne myśli.

 

Miasto szykowało się do nocnych ablucji - kiedy zmywa z siebie ziemistą cerę dnia i nakłada błyszczący makijaż świateł i neonów. Kiedy brudny, mokry koc zastępuje czarna, śliska peleryna. Noc - to pora oczu i pora elegancji.

Pracował od półtorej godziny. Jednak jakość tej pracy nijak się miała do włożonego w nią wysiłku. Mimo różnych zabiegów nie potrafił skupić się na brzmieniu umowy. Musiał przyznać przed samym sobą - cała ta historia rozstroiła go. Nie przypuszczał, że coś może go tak rozstroić. Wiele razy pochylał się nad kartkami i wiele razy niepostrzeżenie wkradało się wyobrażenie wzroku członków zarządu, gdy cicho oświadczał, że zgubił dokumenty. Wrażenie rozpychało się i błyskawicznie obejmowało w posiadanie całą jego świadomość. Dopiero drżenie palców i wilgotna lepkość pod pachami uświadamiały mu, że umysł znów, na chwilę, uwięził go w kinie własnej wyobraźni. Zapalił papierosa, zaciągnął się i z westchnieniem wypuścił dym. Wrócił do pracy, ale ta nie chciała wrócić do niego. Po kilku beznadziejnych próbach skupienia się - zrezygnował. Treść umowy straciła koloryt, przyszło zmęczenie i jego siostra -obojętność. Kolejny papieros nie przyniósł zwykłej dawki przyjemności. Spoczął oparty o brzeg popielnicy, a czas powoli wysnuwał z niego lekko kołyszącą się w powietrzu smużkę.

 

Typowy - nigdy nie myślał o sobie w ten sposób - przedstawiciel świata biznesu. Głęboko przekonany o wadze spraw, którym podporządkował życie. Współczesny misjonarz. Wojownik postępu. Wychowany w kulcie pracy, z gruntowną wiedzą i gruntownym przekonaniem o własnej wartości, pielęgnował w sobie rodzaj niezłomnej wiary, iż stanowi solidny filar, na którym wygodnie może oprzeć się całe "to społeczeństwo". Co wyróżniało go z owego społeczeństwa, to świadomość roli - podobny był do owego pilota z czasu "Bitwy o Anglię", który stanąwszy na środku chodnika z niedowierzaniem wpatrywał się w bezimienny tłum potrącających go przechodniów, nie przeczuwających nawet, że ręka, którą wielokrotnie potrącono, jutro zadecyduje o istnieniu tej ulicy. Pogarda, jeśli taka istniała, musiała skryć się w otchłani nieświadomego - człowiek kulturalny nie powinien przecież dopuszczać do siebie takich uczuć.

- Sto złotych za wniesienie teczki na półpiętro, kiedy pracownik przy maszynie zarabia pięć złotych na godzinę. Dwadzieścia godzin pracy skondensowane w pięć minut. - Odruchowo przeliczył. - Dałem mu dwieście czterdzieści razy tyle...! Cholera... - uświadomił sobie, że nie zna nikogo, kto miałby taką stawkę.

- Sto złotych. Kto dałby mu tyle zarobić...? Ile musiałby się naszarpać, żeby je dostać...? Doceni to...? Kiedy ktoś dał mu sto złotych...? Praktycznie za nic... - Nieświadomie próbował obudzić w sobie wzburzenie. Jednak wzburzenia nie było. W portfelu było kilka tysięcy -tego dnia dużo... i karty kredytowe - patrzył w sufit. - Dziesięć procent znaleźnego, to kilka stów... A jaką wartość miały dokumenty...? Umowa... - niech to szlag trafi! Rok przygotowań, trzy miesiące negocjacji, robota kilkudziesięciu ludzi - czas, pieniądze, nerwy! Wszystko to w jednym głupim momencie zależne od... Co za gówno! Cholerne gówno!! - próbował poczuć się pokrzywdzonym. Musiał czuć się pokrzywdzonym! - Co miał czuć do zapitego pasożyta...? Wdzięczność...? Za to że przypadkiem zatoczył się w lewo, gdzie stała teczka, a nie - w prawo...? Za czyje pieniądze to żyje...? Ile kasy z moich podatków idzie na takich...? Śmierdział, jak cholera... - Poczucie wstrętu było szansą na rozwiązanie, na ulgę. Wstręt jednak nie nadchodził. Nie nadchodził, bo było przecież coś większego, coś głębszego a przy tym - niezrozumiałego i na swój sposób niepokojącego - co rodziło napięcie i przytrzymywało je, z czym logika nie potrafiła się uporać i co znajdowało ostateczne ujście w rozdrażnieniu. - Czemu nie wziął...? Czemu do cholery nie ukradł...?

 

- Kim był...? Jak wyglądała droga tego pijaczka...? Dokąd zmierzał -było widać. Ale skąd zmierzał...? Może ma rodzinę...? - pytania przypływały, rozwijały się i odpływały wypychane przez następne. I ułożyły się pytania w strumień. Początkiem - gwałtowny, gdzie jedno pytanie goni drugie jakby chciało je wyprzedzić. Żaden jednak strumień nie płynie gwałtownie przez cały czas. Każdy ze strumieni kiedyś zaczyna zwalniać, zaczyna się poszerzać, rozlewać, zaczyna się uspokajać. I przyszła godzina, że i ten popłynął w końcu równym, szemrzącym nurtem. I przyszedł czas, kiedy strumień powoli przemienił się w rzekę. I zaczęła płynąć rzeka szeroko, miarowo, rytmem spokojnym, tak charakterystycznym dla wspomnień. A czas płynął obok i nie przeszkadzał.

- Dziwne są losy ludzi. Z pewnością dziwne. Od czego to wszystko zależy...? Może gość miał pecha...? - myślał. - W jakiej dzielnicy się urodzisz, w takiej zostajesz. Ty idziesz w górę, ktoś musi iść w dół, albo na odwrót. - I stało się tak, że jedne myśli przez nie uświadamiane skojarzenia zaczęły wyciągać inne myśli. Zaczęły wydobywać z głębi dawno zapomniane wrażenia, jakieś przebłyski i wspomnienia. Znów ujrzał ów wieczór i posłyszał głos ojca cierpliwie tłumaczącego mu zawiłości równania kwadratowego. - Czy ktoś mógł tłumaczyć cokolwiek z podobnym zaangażowaniem Rysiowi z ostatniej ławki...? Bo przecież nie robił tego ojciec Rysia...

Rysiu z ostatniej ławki... - zawsze wiedział, gdzie jego miejsce. Wiedzieli o tym nauczyciele i wiedziała cała reszta. I Rysiu nieodmiennie zajmował ostatnią ławkę, i było to zwyczajne, było oczywiste. Właściwie Rysiu mógł sobie żyć albo mógł sobie nie żyć. Dla świata nie miało to znaczenia, dla świata Rysiu był przezroczysty.

Jakiś głośniejszy śmiech za ścianą. Chwilę trwał, po czym wyczerpał się. Wróciła cisza. - Ciekawe co dzieje się teraz z Rysiem...? - Nigdy nawet nie pomyślał o nim w ten sposób. I ten ciąg niepozornych i oderwanych przecież myśli i skojarzeń miał jakiś dziwnie znaczący wpływ na nastrój całego wieczoru. Bowiem często właśnie tak bywa, że ledwie zauważalne wrażenia, drgnięcia tylko, wywierają na nas wpływ przemożny jakiś i nadzwyczaj trwały, podczas gdy te wyraźne - zdawałoby się - przemijają po chwili bez śladu.

 

Wiadomości, reklamy, wiadomości - na wszystkich kanałach. Po kwadransie wyłączył telewizor. Noc gęstniała. Noc powoli uciszała dźwięki. Przejechał samochód. Za ścianą męski głos pytał o coś. Wyżej ktoś kończył dzienne obrządki dźwiękiem mytych naczyń. Lampka strachliwie wydzierała nocy kawałek przestrzeni. Pomyślał, że czas pościelić, jednak nie ruszył się. Siedział. Nie czuł senności, choć miał za sobą męczący dzień. Kontury wszystkich zdarzeń powoli wygładzały się. Przygasały emocje i napięcia towarzyszące każdemu z nich. Powoli stawały się historią. Odpływały ze sfery świadomości do głębin nieświadomego, tam gdzie ich ostateczne miejsce, gdzie spoczną już na zawsze, skąd jedynie wydarzenia gwałtowne i niespodziewane będą mogły wynieść je na powrót. Takie były prawa nocy i noc z tych praw korzystała.

 

Minęła godzina i sen nie nadchodził. Po niej przyszła następna... i kolejna. Cisza objęła świat w posiadanie. Noc była ciszą, a cisza - nocą. Wzrok dawno już osiadł gdzieś w przestrzeni. Przyszły kolejne wspomnienia. Rozlały się rzeką szeroką i łagodną. Sięgnęły wielu lat wstecz. Sięgnęły dzieciństwa, wolnego śmiechu, ciekawego spojrzenia -gdzie wszystko jeszcze było oczywiste. I wygładziły twarz, bo wspomnienia często wygładzają twarz.

Powrót jest ciszą. Cisza coś mówiła. Cisza zawsze mówi. Czuł, że stara się przekazać coś ważnego. Coś dobrego...? Nie potrafił uchwycić tego, co materializowało się tuż poza jego skupieniem. Czuł jedynie obecność. Jakby widział wyraźnie wolno wędrujący po ścianie cień i, pomimo wysiłku, nie potrafił dostrzec przedmiotu dającego cień. Im bardziej wytężał umysł, tym bardziej coś umykało, oddalało się, właściwie - rozmazywało. Kiedy zmęczony rezygnował - powolutku przybliżało się i niemalże miękko ocierało o jego umysł. Jakby drwiło sobie z niego, zabawiało się jego kosztem. Jakby coś było ważne na tyle, że samo decydowało, kiedy się ujawnić. Jakby, wobec wagi spraw, jego rozterki nie miały żadnego znaczenia...

Powoli zaczęło kiełkować w jego umyśle zrozumienie, delikatna i krucha pewność, że to on jest problemem, on - przeszkodą. To on, wbrew sobie, bawi się w kotka i myszkę. Zadufany w ludzkim egoizmie zakłada, że musi pojąć - tylko dlatego, że ma na to ochotę. Pępek świata - mający pretensje do świata, roszczący sobie prawa, oceniający... I zaczął rozumieć, że świat jest szerszy, że on sam musi wydawać się światu żałosnym krzykaczem, że być może jest jak wrzaskliwy wróbel, walczący z innymi o kawałek chleba na śmietniku, obrażony na całe miasto, kiedy mu ten kawałek silniejszy odbierze. I stała się rzecz dziwna - najdziwniejsza tego wieczoru. Ta myśl przyniosła mu ukojenie. Spodobała mu się ta myśl. Poczuł, że może się z nią zaprzyjaźnić, że ona na pewno nie jest mu wrogiem, że jeżeli coś czuje, to jedynie wdzięczność za to, że się pojawiła. I stało się tak, że spojrzał za okno - w ciemną i pochmurną noc, rozmazaną miejskimi światłami. I wydało mu się, że ta noc się śmieje. Że śmieje się z niego, z jego głupoty i człowieczej ślepoty. Wydało mu się, że widzi przebłyski, że zaczyna pojmować, że przez tyle lat żył tuż obok jakiejś prawdy, nie widząc jej i nie czując, że trzeba było widoku żałosnego pijaka, który mógł ukraść a - w niezrozumiały sposób - nie ukradł, by coś się w nim obudziło, coś ocknęło. Powoli zaczęło docierać do niego głębsze zrozumienie. Że przecież to nie jest nic nowego, że on zna tajemnicę, że znał ją zawsze, że czuł ją będąc małym chłopcem, a potem jedynie utracił. Noc śmiała się ciągle. I pokazała mu noc pijaka. I spojrzał w jego twarz, i ta twarz zaczęła się zmieniać, i zaczęła przypominać mu różne twarze, i kiedy się w nią coraz usilniej wpatrywał, dostrzegł, że to jego własna twarz, że to on sam, że obaj niczym się od siebie nie różnią, że to tylko jedno, wielkie złudzenie...

 

Nad miastem wstawał świt. Wycierał z nocy blade, niewyraźne kształty. Na ceglanym gzymsie z zaciekiem smoły drzemał ptak. Niedługo nieśmiała poświata dotrze i do niego. Wtedy zbudzi się, otrzepie i poleci ku swoim sprawom. W półmroku, na tle okna majaczyła nieruchoma sylwetka. Za kilka chwil w pobliskim kościele rozlegnie się dzwon. Jego dźwięk przetoczy się przez wymarłe ulice. Obwieści początek dnia tym, którzy wierzą jeszcze w cokolwiek i tym, którzy nie wierzą już w nic. Usłyszą go jednak wszyscy, bo będzie bił dla wszystkich.

 

Bogdan Szutowski, grudzień 2003

 

Andrzej Lam

SPADEK PO NIEPIŚMIENNEJ EUROPIE

Obserwacje Karola Modzelewskiego, odnoszące się do Europy barbarzyńskiej, a więc przedchrześcijańskiej, głównie na obszarze germańskim i słowiańskim, obejmują przestrzeń czasową tysiącletnią, od Pliniusza Starszego i Tacyta po początek drugiego tysiąclecia. Celem autora jest odpowiedź na pytanie, jakie było pojmowanie prawa - a co za tym idzie, i zasad moralnych - przez tamte niepiśmienne społeczności. Chodzi przy tym głównie o normy, które okazały się trwałe, tzn. znalazły swoje przedłużenia w prawodawstwie Europy chrześcijańskiej, podobnie jak trwałe okazało się prawo rzymskie. Modzelewski idzie więc drogą, którą szli także badacze dawnych wierzeń i mitów, odtwarzając pogańskie narracje na podstawie późniejszych i na ogół chrystianizowanych przekazów, owych tajemniczych legend o królu Arturze i rycerzach okrągłego stołu, o Tristanie i Izoldzie, o Zygfrydzie i Brunhildzie, o Nibelungach i złocie Renu. W XIII-wiecznym poemacie Wolframa von Eschenbach Willehalm, opowiadającym o starciu się świata chrześcijańskiego ze światem islamu za czasów Ludwika Pobożnego, syna Karola Wielkiego, występuje "barbarzyński" - choć takie określenie się tam nie pojawia - król ze Skandynawii, cieszący się wielkim szacunkiem ze strony chrześcijan i sławiony taką hiperboliczną retoryką: "znany był ze swojej cnoty; w żadnym innym kraju pogańskim nie było niewiasty, która by tak wspaniałego człowieka porodziła od czasów Ewy". Dawna to tradycja podziwu dla cnót barbarzyńców: pisze też o niej Modzelewski, a przywołać można w tym związku odę III 24 Horacego, stawiającą Rzymianom za wzór cnoty Getów i Scytów. Tradycja ta została wznowiona, już nie w celach dydaktycznych, przez romantyków. Niemcy mają "Germanię" Hölderlina i "Pierścień Nibelunga" Wagnera, my - "Dziady", "Lillę Wenedę" i "Starą baśń". Ale też badania naukowe słowiańskiej i polskiej mitologii w pracach Brücknera, Łowmiańskiego, Gieysztora.

W tym nurcie mieści się Barbarzyńska Europa Karola Modzelewskiego. Nie jest to lektura na jeden wieczór. Ale też nie jest to hermetyczna praca naukowa, którą da się czytać tylko wtedy, kiedy ma się co najmniej takie same pasje, jak autor. Dzięki przywoływanym przykładom, dzięki wolnemu od uprzedzeń etnicznych i religijnych widzeniu świata Modzelewski pisze o prawach, obyczajach i ustrojach tak, że czytelnik w każdym momencie lektury wyobraża sobie konkretne międzyludzkie sytuacje, a przy odrobinie inwencji może z nich budować całe fabuły. To jest historia, którą widać. Przypomina ta książka, że poza wspierającymi gmach Europy filarami grecko-rzymskim i judeo-chrześcijańskim istnieje jeszcze trzeci, nazwany barbarzyńskim lub pogańskim. I przypomina też, że chociaż oba te określenia brzmią pejoratywnie, nawet gdy przywołują treści godne podziwu, chrześcijaństwo musiało uporać się ze znacznie bogatszą wyobraźnią świata antycznego i barbarzyńskiego, zanim samo stało się źródłem bogatej kultury, jako inspiracja i jako odniesienie.

 

Andrzej Lam

 

Karol Modzelewski, Barbarzyńska Europa. Warszawa 2004, Iskry, str. 520.


Stanisław Chyczyński

PROWINCJONALNY

Oto jest wiocha z której wionie wiosną

na polnych grzbietach istne łany pokrzyw

Bogu dziękują że mogą tu rosnąć

(dziurawa wierzba tłumi w sobie okrzyk)

 

Oto jest wiocha folklorem z niej wionie

karczmarz na krechę ciuła gorsze grosze

trzecie milenium a chłop orze koniem

(psa jeszcze trzyma bo został jaroszem)

 

Przez środek wiosny toczy się Dziewoja

w ślad za nią patrzą: podciep jełop chachar

(w karczmie pod stołem leży obcy wojak)

 

Boczy się boczek mizdrzy pełna flacha

rzeknij nam szczerze Rubensa Europo

zima gdy przyjdzie co pokażesz chłopom?

 

(19 stycz. 2004)
Stanisław Chyczyński

 

Ariana Nagórska


Cykl pt. "Miniatury sponsorskie"

* * *

Sponsor dał 10 złotych i poecie zlecił:

 

- Zareklamuj mi wierszem odżywki dla dzieci.

 

- To skandal! (Z oburzenia twórca aż zzieleniał).

 

Wiersze me w całym świecie mają tłumaczenia!

 

Nawet o Noblu dla mnie mówią, proszę pana.

 

 

- Wiem - rzekł sponsor. - Wszak płacę nie za grafomana!

 

Ariana Nagórska