Łabuź 50/2004


 

Autorzy "Łabuzia", numery 1-50

Agatea, Tomasz Agatowski, Dick Alvermann, Krzysztof Andrusz, Karen Armstrong, Zbyszek Atemborski, Agata Augusiak, Zofia Badura, Henryk Banasiewicz, Leokadia Baran, Beniamin R. Barber, Anna Bartczak, Zygmunt Bauman, Andriej Bazylewski, Piotr Bednarski, Peter Berger, Thomas Berry, Joseph Beuys, Marek Białas, Ryszard Biberstajn, Horst Bienek, Sabina Bil, Herbert von Bismarc, Allan Bloom, Jarosław Błahy, Johannes Bobrowski, Michał Bogusz, Zygmunt Boras, Elisabeth von Borcke, Wulf Dietrich von Borcke, Wojtek Boros, Kinga Brandys, Włodzimierz Braniecki, Georges Brassens, Alina Bratuś, Władysław Broniewski, Agnieszka Brzozowska, Katarzyna Brzóska, Cezary Bujalski, Władimir Bukowski, Wacław Buława, Andrzej Bursa, Zdzisław Cackowski, Elias Canetti, Nick Cave, Barbara Cendrowska, Ares Chadzinikolau, Nikos Chadzinikolau, Urszula Chęcińska, Zbigniew Chlewiński, Ryszard Chodźko, Agnieszka Chrostowska, Stanisław Chyczyński, Roman Ciepliński, Radu Doru Cosmin, Ludwig Curtius, Krzysztof Cwikliński, Ludwik Cwynar, Jerzy Michał Czarnecki, Władysław Czopik, Krzysztof Czyżewski, Robert Ćwik, Marzena Dąbrowa-Szatko, Maciej Dec, Stanisława Deluga, Agnieszka Dębek, Monika Djakowska, Cezary Domarus, Zbigniew Domino, Andrzej Dorobek, Agnieszka Duda, Tadeusz R. L. Duda, Jacek Durski, Marta Dyk, Maria Dykman, Marek Dziekan, Ewelina Dzierżak, Grzegorz Dziwota, Ignacy S. Fiut, Rosa Fliegelweilt, Vil'em Flusser, Stanisław Franczak, Bogdan Frankiewicz, Dieter Fröbel, Dietrich Froehlich, Marta Fryckowska, Jerzy Fryckowski, Mirosław Gabryś, Ewa Galoch, Waldemar Gałęzowski, Władysław Edward Gałka, Radosław Gaziński, Marzena Giedrojć, kard. Józef Glemp, Ewa Izabella Glińska, Johann Wolfgang Goethe, Jeffrey C. Goldfarb, Dorota Gołach, Wanda Gołębiewska, Witold Gombrowicz, Genowefa Grabowska, Tadeusz Zwilnian Grabowski, Marek Grala, Ludwik Grochowski, Zbigniew Grochowski, Jerzy Grupiński, Agnieszka Gut, Paweł Gut, Krzysztof Hajbowicz, Anna Hamberg-Federowicz, Bogislav Hardt, Bartosz Hauda, Vaclav Havel, Bernard Otto Hayder, Zbigniew Herbert, Georg Heym, Friedrich Hölderlin, Johan Huizinga, Halina R. z domu Ilewicz, Mick Jagger, Kama Jagiełka, Lech M. Jakób, św. Jan ewangelista, Ludmiła Janusewicz, Rafał Jarzębowski, Aleksander Jasicki, Tomasz Jastrun, Paweł Jaszczuk, Wieniedikt Jerofiejew, L. Jęczmyk - tłum., Ken Jowitt, Elżbieta Juszczak, Dariusz Kaleta, Dieter Kalka, Marzena Kamińska, Jan Kamiński, Adam Kantorysiński, Anna Karasińska, Jacek Karolak, Mirosław Karwat, Zbigniew Kasechube-Tur, Dariusz Kasiński, Marian Adam Kasprzyk, Tomasz Kazanecki, Elżbieta Kazimierczak-Fryckowska, Marek Maganiusz Kielgrzymski, Marian Kisiel, Tomasz A. Klarecki, Jacek Klimżyński, Leszek Kluczka, Wolfgang Koeppen, Edyta Kolasińska, Leszek Kołakowski, Michał Komar, L. Koniecpłocki, Janusz A. Korbel, Ryszard Kosek - rys., Stefan Kosiewski, Marek Kośmider, Henryk J. Kozak, Józef Kozielecki, Paweł Kozioł, Katarzyna Kozyra -rzeźba, Aleksandra Krępeć, Zbigniew Krupowies, Zdzisław Kryżyn, Bogusława Krzymianowska, Jerzy Kujawski, Lucjan Kułakowski, Satish Kumar, Jacek Kurczewski, Beata Kurek, Czesław Kuriata, Wiktor Kutkiewicz, Michał Kuźmiński, Agata Kwiatkowska, Zyta Kwiatkowska, Mirosław Lalak, Andrzej Lam, Marta Lelek, Marta Lers, Marzena Lewandowska, Robert Lewandowski, Piotr Lewicki, Artur Daniel Liskowacki, Henryk Liszkiewicz, Barry Holstun Lopez, B. Lustmord, Marcin Łaski, Piotr Łaszczyca, Władysław Łazuka, Jurij Łotman, Małgorzata Łowkiet, Mieczysław Machnicki, Maciek Maciek, Piotr Macierzyński, Magdalinski, Miłka Malzahn, Anna Rachela Małachowska, Wiesław Małyszek, lord Mancroft, Tomasz Mann, Anna Marcinek-Drozdalska, Herbert Marcuse, Jarosław Markiewicz, Maciej Melecki, Anthony de Mello, Tomasz Michalski, Piotr Michałowski, Janusz Michniewski, Aleksander Minkowski, Stanisław Misakowski, Marian Miszalski - tłum., Dawid Misztal, Irmgard Mohrmann, Eduard Mörike, Julia Możdżyńska, Sławomir Mrożek - rys., Piotr Müldner-Nieckowski, Hildegard Müller, Bartosz Muszyński, Ariana Nagórska, Maciej Narczyński, Marta Niedzielska, Norbert Niemann, Edyta Niewińska, Jerzy Marek Nowakowski, Anna Obidzińska, Joanna Obuchowicz, Irena Obuchowska, Kazimierz Obuchowski, Waldemar Odorowski, Remigiusz Okraska, Henryk Olesiak, Mieczysław Orski, Teresa Osika-Horzymek, Jerzy Pachlowski, Pahlawan z Chorezmu, Wojciech Pałac, Małgorzata Pałęga, Andrzej Pańta, Maciej Parkitny, Stefan Pastuszewski, św. Paweł apostoł,Wiktor Paszkiewicz, Włodzimierz Paźniewski, Krystyna Perkowska-Mazerska, Aleksandra Perzyńska, F. Petermann, Michael Peterson, Heinz Piontek, ks. Marian Pirożyński, Wiesław Pisarski, Łucja Agnieszka Pławska, Jerzy Podralski, Tomasz Pohl, J. Polak -tłum., Krzysztof Pomian, Jerzy Pomianowski, Stanisław Popek, Edward Popławski, Karl Popper, Kasander Profetycki, Ryszard Przybylski, Otto Puchstein, Utz Rachowski, Marek Radwan, Janusz Reichel, Robert Rescue, Rainer Maria Rilke, Henryk Rodkiewicz, Henryk Romanik, Barbara Rosiek, Sevan Ross, Christel Rossner, Theodore Roszak, Gabriela Rutkowska, Tomasz Rybak, Piotr Rybczyński, Edward Rymar, Kazimierz Rynkiewicz, Dorota Ryst, Martin Ryzinski, Wacław Sadkowski, Stanisław Sadowski, Janusz Sauer, Fryderyk Schiller, John Seed, Paweł Senderek, Sharky, Klara Sielicka, Piotr Sienkiewicz, Rafał Siwa, Krzysztof Siwczyk, Barbara Skarga, Zdzisław Skrok, Marek Słyk, Jan Sobczak, Wojciech Sołtys, Arkadiusz Sójka, Richard Spreemann, Jerzy Stajuda, Ewa Staniszewska, Roman Sternicki, Wojciech Izaak Strugała, Grzegorz Strumyk, Mieczysław Stryjewski, Zbigniew Strzałkowski, Andrzej Sulikowski, John M. Swift, Brian Swimme, Leszek Szaruga, Czesław Szawiel, Paweł Szeroki, Miłosz Kamil Szczeciński, Andrzej Szczypiorski, Jadwiga Szostek, Oskar Szwabowski, Stefan Szymutko, Maria Szyszkowska, Ewa Maria Ślaska, Anioł Ślązak, Paweł Śpiewak, Marcin Świetlicki, Andriej Tarkowski, Tatiana Tausendfüssler, Yoko Tawada, Andrzej Tchórzewski, Janusz Termer, Stefan Themerson (i rys.), Henry David Thoreau, Ogt Tipruko (Piotr), Teresa Tomsia, Georg Trakl, Krzysztof Treder, Kazimierz Truchanowski, Józef Trykowski, Mariusz Trynkiewicz, Julian Tuwim, Bogdan Twardochleb, Jan Twardowski, Anatol Ulman, Wiesław Uptas, Jerzy Utkin, Kurt Vonnegut Jr, Lidia Walasek, Peter S. Waldau, Mieczysław J. Warszawski, Josef Celofan Wassertrinker, Marek Wawrzkiewicz, brat Wenanty Krzysztof, Agnieszka Wesołowska, Rafał Węgrzyn, Anna Wieciech, Krzysztof Wierudzki, Andrzej Frycz Wierzba-Płaczący, Eva Wietrzyńska, Ewa Więczkiewicz, Marian Wiszniewski, Olga Witkiewicz, Zuzanna Witkowska, Małgorzata Wojciechowska, Krzysztof Wojciechowski, Maciej Woźniak, Kamila Wójcik, Jacek Zachara, Waldemar A. Zamlewski, Tadeusz Zawadowski, Bogdan Zdanowicz, Leon Zdanowicz, Marian Zdanowicz, M. Zgaiński - tłum., Monika von Zitzewitz, Krzysztof Zuchora, Lucjan Zuzia, Irena Zybura, Roman Żelasko, Jerzy Żelazny, Leszek Żuliński, Józef Kazimierz Żwereło.

 

Opracowali: Lech M. Jakób i Ludwik Cwynar

 
Dziękujemy!

 

Bogdan Zdanowicz

POCHYLONA NAD

Mirze - mojej siostrze

pochylona nad

gorejąca

pamięć rozsypana w dłoni

 

buran i step i cisza

skulona

w kłębek włóczki

całe życie

 

buran i step i cisza

 

pochylona nad osnową

przewleka nici różnokolorowe

zaplata historie palcami

 

buran i step i cisza

 

 

 

rozprzędzione wełny dzieciństwa

Lipniszki, Juraciszki, Wołożyn

wrześniowa ucieczka

 

nowogródzko-lidzka ziemia

 

pierwsze miesiące wojny

w domu dziadka który szył

ubrania, kożuchy, wiersze

 

Święta Panno Ostrobramska

 

kwietniowy płacz: 'sobierajties'

bydlęce wagony w nieznane

Kazachstan - rejon pawłodarski

 

ogród dzieciństwa - step

 

CES - miejsce osiedlenia

sowchoz obok elektrowni

baraki z bydlęcego gówna i błota

 

stepowy wiatr - buran

 

wylepione gliną klepisko

ściany malowane wapnem

krwią pluskiew - własną krwią

 

gorączka lata i malarii

 

gotowana na suszonym łajnie

zupa ze stepowej lebiody

z chleba, z niczego

 

piołun - smak słońca

 

mama nocą stróżowała

wydeptując przez sześć lat

ścieżkę wokół w mroku

 

bielmo księżyca

 

rok po wojnie

sto towarowych wagonów z ludźmi

jechało miesiąc do Polski

 

Łobez na Pomorzu - los

 

ojciec przeżył Starobielsk

Kołymę i armię Andersa

wrócił pierwszym rejsem z Anglii

 

krzyż Monte Casino - w spadku

odnalezieni to znaczy pamiętać

potem ja się urodziłem

- mogło być inaczej

 

dzieciństwo w stepie

 

 

 

pochylona nad snami

ucieka w śniegu przed wyciem wilków

 

buran i step i cisza

 

pochylona nad życiem

które zwija się jak zerwana pajęczyna

 

buran i step i cisza

 

pochylona nad pożegnaniami

samotnością tych którzy widzieli

 

buran i step i cisza

 

pochylona nad świecą

modli się do płomienia

 

odpływają buran i step

 

delikatnie oddechem podsyca ogień

zanim słowo

zastygnie w stearynie

 

cisza

 

 

maj - sierpień 2004 r.

 

Bogdan Zdanowicz


Lech M. Jakób

KORUPCJA

Wydawca mojego wyboru wierszy opowiedział telefonicznie dziwną historię. Zdarzyło się to w trakcie rozsyłania do pism egzemplarzy promocyjnych książki. Otóż jeden z najbardziej prestiżowych dzienników polskich zażądał pieniędzy za napisanie i opublikowanie recenzji. Nie tyle gazeta, dokładniej mówiąc, co jeden z krytyków literackich tam zatrudnionych. Krytyk powszechnie znany i sporo drukujący - mniejsza tu o nazwisko.

Początkowo trudno było uwierzyć, a gdy w końcu uwierzyłem, sprawa została umieszczona w krainie zjawisk incydentalnych. Ot - przyszło na myśl - jakiś tam brzydki przypadek, nic więcej. Wszak statystycznie zgniłe jabłko znajdziemy w każdym koszu.

 

Aliści krótko potem trafił do rąk felieton Smecza, drukowany 12-13 czerwca 2004 r. w dodatku "Rzeczpospolitej" "Plus- Minus". I co w nim znajduję? Koszmarną informację o powszechności tego zjawiska w środowiskach literackich. Trudno posądzić Smecza (mimo jego nieco malkontenckiej natury) o konfabulację. Czyliż kupowanie recenzji okazać się ma prawdą? Również finansowo frymarczy się tekstami krytycznymi? Bo o wygibasach koteryjnych wiadomo od dawna.

Nadal trudno mi było uwierzyć w taki stan rzeczy.

To tylko dwie opinie - powiedziałem sobie. Spokojnie. Może zbieg okoliczności wykrzywiający obraz. Potrzeba dodatkowych danych.

 

Rozpoczęło się dyskretne podpytywanie znajomych po piórze. Zasięgnąłem zdania siedmiu rozmówców. Osób ze sporym twórczym dorobkiem. A efekt "śledztwa" można byłoby sprowadzić do sumy, której towarzyszył uśmiech politowania (a czasem rozbawienia): "Naiwniaku, gdzieś ty się uchował ze swoimi wątpliwościami?"

Usiadłem zniesmaczony, niemal załamany.

Czyli prawda. Choroba korupcji dotknęła i moje środowisko. Więcej. Jej nagminność jest też sankcjonowana milczącą zgodą obu stron. Bo nikt głośno nie protestuje, a jeśli nawet sprzeciwia się, to sprzeciw ten ginie bez echa.

Może jednak ktoś publicznie reagował? Nic o tym nie wiem, mało media śledząc.

Prócz skali zjawiska interesowały mnie też motywy i zauważalny początek. Motyw, jak w przypadku każdej korupcji, okazywał się oczywisty: pieniądze. W korupcję uwikłani bywają nie tylko krytycy i pisarze, ale też niektórzy wydawcy. Znane są też przypadki skorumpowanych tytułów prasowych. To zaklęty krąg wzajemnych uwikłań. Krąg mało baczący na wartości artystyczne czy intelektualne książek.

Jeden z moich znajomych, pierwotnie trochę nastroszony, lecz rozruszany gorzką żołądkową, powiedział: "Granica: start wolnego rynku, po 1989 roku. Przedtem można było zarzucić określonym krytykom najwyżej kumoterstwo, przysługi, swoisty "lobbing", grę wpływów. Dziś biorą w łapę bez żenady, nachalnie. No i co zrobisz? Nie zapłacisz - książka w mediach przepadnie. Po prostu nikt jej nie zauważy. Nikt lub prawie nikt."

"Dla takiego wydawcy na przykład - uzupełnił inny rozmówca - łapówki bywają "inwestycjami" topionymi w kosztach reklamy. I byle literacki knot podrasowany zostanie stosowną recenzją. Skorumpowany krytyk na kilkadziesiąt mil zwącha żer."

"Z kręgu wyzwolić się mogą tylko nazwiska duże lub głośne (co nie zawsze w parze idzie). Resztę w rozmaity sposób nękają łapownicy - uderzając wprost lub aluzjami."

"Nie powołuj się na mnie. Ja to już przerabiałem. Są nawet ustalone konkretne stawki. Żal, że d... ściska!"

Dość cytatów. Pojaśniało, czyli pociemniało.

 

I tak oto do skorumpowanych środowisk politycznych, prawniczych, medycznych, sportowych, oświatowych, świata biznesu, gospodarki (o czym powszechnie wiadomo) i jakich tam jeszcze doszlusowało zziajane środowisko literackie. Peleton korupcyjny coraz mocniej naciska na pedały. Wyścig trwa.

Czy jest tu jeszcze miejsce na pytania o etykę, o choćby elementarną przyzwoitość? Czy możemy wyobrazić sobie konsekwencje kulturowe unaocznionej gangreny? Cisną się na usta też uwagi inne. Wiele gorzkich słów. Jednak czytelnikom pozostawiam osąd, czy uznać mnie należy za szerzyciela kolejnej teorii spiskowej, czy też mówię o (niejawnych) faktach.

 

Lech M. Jakób

 

Agnieszka Wesołowska

* * *

Był dzień

że łowiłam glony

we własnych stawach

polowałam na wielbłądy

wśród swoich suchot.

 

Wieczorem

jadłam czerstwy chleb

klaskałam w spieczone pajdy

moich wiernych łap.

 

Nocą spadł

mi z serca węgiel

na jutrzejszy opał

 

Agnieszka Wesołowska

 


KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między zaprzyjaźnionymi pisarzami. Na naszych łamach od października 1998 roku korespondują: zamieszkały w Podkowie Leśnej Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób z Kołobrzegu.

 

Dziękujemy - pkl "łabuź"



 

Kołobrzeg, dnia 25 lipca 2004 r.

 

Kefasie Podkowiański -

 

nadmorskie lato tego roku przyjezdnych nie rozpieszcza; deszcze i chłody, słońca tyle, co jenot napłakał. Stopy zmarlaków cieplejsze są od Bałtyku. Do tego wyżarło plażowy piasek - miejscami fale tłuką już o ścianki Larsena, usiłując wspiąć się na wydmy. Pośród mglistych tumanów letnicy snują się z nosami na kwintę. Co drugi coś przelicza na palcach, popatruje do góry, wzdycha. Albo zrezygnowany maszeruje do pubu, zalać urlopową melancholię piwem. Zewsząd słychać niewykwintną mowę z przekleństwami w rolach przecinków. Zewsząd żałość sfrustrowanych bachorów i panienek łaknących opalenizny. Nawet poczciwe mewy latają niemrawo, oglądając się za suszarkami do piór. I kamienie od wilgoci puchną...

 

(29.07.04)

Coś kilkudniową wyrwę zmajstrowało, a tymczasem, Mój Drogi, niepokojące wieści docierają okrężnymi drogami. Czyżbyś ściągnął na siebie gniew bogów? Leon Zdanowicz z Łobza donosi, że pioruny w Podkowie zaatakowały elektronikę Twojej sadyby, skutecznie kasując nie tylko komputer. Do tego szpitalne historie. Podobno dopadli Cię goście ze skalpelami. Cóż, u diaska, się dzieje? Widać tam, w górze, mają na Ciebie jakieś papiery... Natychmiast wyłuszcz sprawę, a najlepiej uspokój, jeśli nie chcesz ujrzeć mnie siwego do końca!

Tu, pod kołobrzeskim dachem nieba, inna mizeria. Przynajmniej ostatnio. Ledwie dwa miesiące temu wspominałem, że z chęcią zrezygnowałbym z prowadzenia "Portu literackiego" w "Rzeczy K." I tak się stało. Nie żałuję. Żal natomiast "Świnki Morskiej" - mego ukochanego dziecka. Co już wiesz, ciemne moce ukręciły jej łeb. Nagle, z dnia na dzień. Po pięćdziesięciu pięciu numerach. Dotąd przychodzą protesty i kondolencje od wierniejszych czytelników. Jako żywo przypomina to historię z początku lat dziewięćdziesiątych, gdy to na spółkę z Anatolem Ulmanem prowadziliśmy dodatek satyryczny "Drzazga" - w słupskim tygodniku "Zbliżenia". Właściciel "Zbliżeń" wytrzymał tylko jedenaście numerów.

Rzekomo ten rodzaj satyry i humoru był, jest - cytuję - "za trudny", "niezrozumiały". Istnieje też domyślny podtekst: nie ruszać możnych tego świata, medialnie świętych krów. I wara od używania mózgu zgodnym z jego przeznaczeniem! Precz z finezją słowa! Rozstrzelać aluzję! Dokopać sarkazmowi! Niech żyją dowcipy o blondynkach, policjantach i głupim Jasiu!

Uff, poużywałem sobie, ulżyłem.

Jednak "Świnka Morska" przypuszczalnie żyć będzie. Nie odmienionym życiem w Internecie, jak sugerują niektórzy. Chyba zafundujemy jej wydanie książkowe. Rozważamy rzecz w roztrojeniu jaźni: admirał Sztokfish, Stara Flądra i Nimfa (Z)Wodna. Byłby to wybór najlepszych kawałków z pięćdziesięciu pięciu numerów. Plus w całości numer 56, który już nie zdążył się ukazać. Na deser.

Ciekaw jestem co sądzisz o pomyśle uksiążkowienia "Świnki".

 

Skoro o książkach mowa.

Ogromną radość sprawiła Julia Hartwig tłumaczeniem "Seansu z workiem" Henri Michaux* - duchowego dłużnika Baudelaire'a i Lautreamonta. To jeden z moich ulubionych autorów, trochę dziś zapomniany. Zafascynowanie Michaux trwa od lektury tomu "Gdzie indziej" (w przekładzie Marii i Władysława Leśniewskich), opublikowanego bodaj 20 lat wstecz nakładem WL. Ujęła wówczas jego niespokojna i plastyczna wyobraźnia. Oraz fakt, że czytelnik porusza się w jego prozie niczym zdezorientowana krowa po polu minowym. Wybuch urywa nogi, lecz iść trzeba tu dalej, choćby na rzęsach lub wirtualnie. Mijają lata i niezmiennie H. Michaux bawi. Podobnie jak na przykład Dino Buzzati - inny gagatek literacko czerpiący z surrealizmu.

A w ostatniej wymianie listów z Markiem Słykiem niespodziewanie zeszliśmy na lektury wczesne. W dzieciństwie przeczytałem dużo książek, lecz przeważnie nie były to dzieła tak zwanego wysokiego lotu, na miarę raczej dziecka właśnie - wspomina. - Lubiłem J. Verne,a, A. Conan-Doyle'a, E. Niziurskiego, A. Bahdaja, Z. Nienackiego, H. Sienkiewicza. Zaczytywałem się powieściami o detektywach, historiami J. Kraszewskiego. Niektóre z tych książek czytałem po 15 razy, co zresztą uważam za dobre ćwiczenie dla takich, co sami chcą pisać. A najważniejszą książką była rzecz niejakiego Roberta Taylora pod tytułem "Podróże Jaimiego MacPetersa" - humor, barwność, bijatyki, trochę sexu, bandyci... Czytałem tę książkę, a potem drugą, podobną, "Podróż do Matecumbe"- chyba najwięcej razy w życiu, aż mi ją matka wyrzuciła na śmieci, bo uznała to za chorobliwe.

Zdumiała zbieżność nazwisk. Lecz tylko do chwili, gdy uświadomiłem sobie taką, a nie inną dostępność książek tamtych lat. Nie wspominając o fakcie, że pochodzimy z jednego rocznika.

Do szeregu lektur wczesnochłopięcych (chłoniętych z wypiekami na twarzy i z latarką pod kołdrą) dołączyłbym nadto książki D. Defoe ("Przypadki Robinsona Cruzoe"!), A. Fiedlera, A. Szklarskiego (wszystkie "Tomki" i "Sobowtóra profesora Rawy"). Też oczywiście K. May'a, J. Londona, braci Arkadija i Borysa Strugackich, S. Lema ("Opowieści o pilocie Pirxie"). Krótko później czaił się E. Hemingway z tabunem następnych. Lecz to już inne historie, wykraczające poza czytelnicze inicjacje.

 

No dobrze, Przyjacielu Zbolały. Skrobię te literki linijka po linijce, a wciąż Twój szpital z głowy wyjść nie chce. Może to pochodna własnych szpitalnych peregrynacji składających się na epopeję (szpitale i kliniki w Białogardzie, Krakowie, Polanicy Zdroju, Słupsku, Szczecinie, Gdańsku i Kołobrzegu), czyli w sumie wykrojonych blisko dwudziestu miesięcy życia. A może też pewna ciekawość innej natury: jak w rzeczywistości szpitalnej odnalazłeś się Ty, lekarz -będąc pacjentem, czyli po drugiej stronie... Jak wyglądało odwrócenie relacji?

Z niecierpliwością czekam na jakie lepsze (nadzieja taka) wieści.

Tymczasem ściskam Cię "na niedźwiedzia" i nie tylko. Nie upadaj na duchu!

 

Tfuj Olderrrrrrrr L.

 

P.s. Wiadomość z ostatniej chwili: świat nadal istnieje, ale czy wie po co?

 



*Henri Michaux "Seans z workiem oraz inne rady i przestrogi", Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2004

 

 

Lechu,

 

Już czuję się lepiej, ale to nie jest ta forma, co wiosną. Ukazał się wreszcie "Nowy szkolny słownik frazeologiczny"*, który napisaliśmy z synem Łukaszem. Podstawą była baza, z której komponowałem "Wielki...", ale to jest inny tekst. Inaczej są sformułowane hasła czasownikowe, zmieniliśmy większość opisów (definicji i przykładów użycia), no i zawiera 48% liczby haseł z bazy głównej. Wiele jest nowych, np. biblijnych, mitologicznych, sportowych, potocznych (które nazywam pospolitymi), doszło trochę skrzydlatych słów; z podaniem źródeł i etymologii. Dwa lata upiornej pracy. Grubość tomu ta sama, tylko format A5. Tym razem ładna okładka. Nakład beznadziejnie niski, na razie 5 tysięcy egzemplarzy, stawki też, żenujące. Wydawnictwo duże, ale chciwe i nie umie sprzedawać słowników i w ogóle literatury poważnej. Na pewno na tym interesie nie zarobimy, może zwrócą się koszty.

Mam trochę więcej czasu na czytanie, bo nie ma (chwilowo) obowiązków na uczelni, ale piszę tyle co zwykle. Przygotowuję plan studium edytorstwa na nowy rok akademicki i przerabiam wykłady dla studentów II roku, a to jest zawsze dużo główkowania. Trzeba odświeżyć podręcznikową stronę internetową (co to jest, wyjaśni Ci moja kochana studentka, Lidka Lalak-Szawiel, bardzo pilna i zdolna zresztą, ukończyła studium z bardzo dobrymi wynikami), przypomnieć o tym i owym wykładowcom, obmyślić niedoróbki z poprzednich lat, usunąć je z programu i stylu działania.

To na szczęście mogę robić na laptopie podłączonym do sieci i przez telefon. Ale najważniejsze są teksty. Siedzę nad, mogę Ci wreszcie zdradzić, opisem praktyki słownikowej. Nie było takiej pozycji nawet na Zachodzie, a metaleksykografia, czyli teoria słownikarstwa wymaga opracowania. Tu i ówdzie są tego jakieś szczątki, a ja mam tony notatek, zapisy eksperymentów, metod i technik postępowania z dwudziestu pięciu lat pracy nad słownikiem frazeologicznym. Książka powinna być gotowa pod koniec września, mam już umówionych recenzentów, dość ostrych, ale jestem pewien swego. Chciałbym ich zaskoczyć nowością tematyki i ujęcia. To się zapowiada dobrze, bo znam całą literaturę z tej dziedziny i wiem, czego dotąd nie zrobiono, co wymaga ujęcia heurystycznego, prakseologicznego, co informatycznego i wreszcie co językoznawczego. Sporo zagadnień semiotycznych, do których trzeba podejść od nowa, a i kognitywnych, bo od wielu lat po prostu nie wypada nie rozumieć, że język nie jest tylko gramatyką i zbiorem znaków odpowiadających znaczeniom. Służy do myślenia, wyrażania myśli, poznawania, i dopiero wtedy do komunikacji. Ta wykładnia rzutuje na nowe pomysły leksykograficzne, między innymi słowniki semantyczne, to znaczy oparte na siatce znaczeń (ujęte odwrotnie niż klasyczne).

Jednym z problemów jest udowodnienie osobnej pozycji leksykografii jako nauki, sztuki (ew. rzemiosła) i praktyki, bo językoznawcy z uporem godnym lepszej sprawy uważają, że jest to dziedzina ściśle lingwistyczna. Tak nie jest. Tym bardziej że dla mnie w słownikarstwie jest "duże miejsce literackie", z czego lingwiści nie bardzo zdają sobie sprawę albo czego nie chcą zaakceptować, zazdrośnie strzegąc swoich rewirów. Wiedzą doskonale, że słownik opisuje język już wyprodukowany (cytaty tekstowe i zapisy mowy mówionej), a nie wirtualny, ale analizując jego zawartość, traktują go jako opis systemu idealnego, właściwie nieistniejącego. Poza tym w słownikarstwie ogromną rolę odgrywa teoria algorytmów, psychologia twórczości i metodologia zarządzania (sprawne działanie).

To wszystko staram się opisać metajęzykiem, który ma tę wartość, że pozwala mówić o dziedzinie z dystansem, teoretycznie, co z kolei umożliwia trafne stosowanie reguł. Wyłowiłem całą masę twierdzeń znawców leksykografii, które są prawdziwe tylko w części albo które zostały po prostu wymyślone na podstawie przeświadczeń (a więc nie są twierdzeniami). Wiele tych tez mam nadzieję obaliłem, przybliżyłem aksjomatyce, przeciwstawiając swoje poglądy. Z lękiem myślę o tym, jakie moje tezy i jak będą obalane, bo im więcej pracy w to wkładam, tym większe mam wątpliwości, a że bez przerwy prowadzę indywidualną burzę mózgu, znajduję luki w opisach i muszę wracać do dowodów, które jeszcze niedawno wydawały mi się stabilne. To piękna zabawa z logiką i zwalczaniem niedostatków samowiedzy. Wskakują mi od czasu do czasu nowe wiersze, a nawet skrystalizowało się kilka opowiadań, które trzymają się kupy z wciąż niewydanymi, a zawartymi w tomie "Raz jeden jedyny", oraz dwa słuchowiska.

Zmartwiłem się, jak wiesz z moich SMS-ów, Twoim odejściem z "Rzeczy Kołobrzeskiej", a właściwie z wyrzuceniem Ciebie na zbity pysk. Czujesz się pewnie poniżony i zdeptany, ale profani zawsze byli bezwzględni, to rzecz mi świetnie znana. Twoja humorystyczno-surrealistyczno-schizofreniczna rubryka musi się ostać, bo jest wyjątkowym zapisem chaosu naszych czasów. Intensywnie myśl o wydaniu tego w całości, z tym że powinieneś trochę powyczyszczać, żeby nie było redundancji pomysłów językowych (co w gazecie było uzasadnione i normalne, ale książce mogłoby zaszkodzić, bo jest w niej ogląd sąsiedztwa). Właśnie jestem po lekturze "Polskiego dowcipu językowego" Danuty Buttler, trzeciego wydania książki opartej na doktoracie tej wybitnej językoznawczyni. Rzecz już się zestarzała ze względu na materiał badawczy (humor do 1968 r.), ale jest absolutnie aktualna teoretycznie (niezawodny metajęzyk). Zapamiętałem m.in. spostrzeżenie, że formacje językowe w dowcipie, tworzone doraźnie, tylko wtedy na długo pozostają świeże, kiedy na powierzchni udają powagę albo co najwyżej obojętność i unikają ekspresji, a w głębi, przedstawiając fakty obecne, odnoszą się do stałych cech człowieka i ogólnie ludzkości.

Co do lektur z młodości - do dziś jestem entuzjastą Arthura Conan Doyle'a, nie tylko dlatego, że był lekarzem. Myślę, że dziś nie jest doceniany. Łączył techniki scenariuszowe z tworzeniem stereotypów postaci, które nigdy nie zaistniały na tym świecie, ale które mogłyby zaistnieć. Prawdziwe zmyślenia. On miał inklinacje do fantastyki (świetny "Świat zaginiony"!). Miał zupełnie unikalną technikę narracji, żadnych pustych zdań, żadnych przestojów, a jednak wymykał się uproszczeniom właściwym scenariuszowi. Dotykał tej granicy, ale jej nie przekraczał. Dlatego wciąż jest czytany, i to nawet przez analfabetyczną i sczatowaną młodzież. Do pozostałych wymienionych przez Was książek też czasem wracam z ochotą, zwłaszcza do "Old Surehanda" Maya, a "Przypadki Robinsona Cruzoe" uważam za jedną z najważniejszych powieści świata, to między innymi od niej zaczął się triumfalny rozwój prozy. Wyżej układały mi się w hierarchii tylko pozycje "Gargantui i Pantagruela", "Don Kichote'a" i "Podróży Guliwera". Mam piękne polskie wydanie tej ostatniej, Lipsk 1842, z sugestywnymi drzeworytami słynnego J.J. Grandville'a, na niezniszczalnym papierze, jeszcze niekwaśnym, który wprowadzono pod koniec XIX wieku i który powoduje, że książki w bibliotekach właśnie zaczynają się masowo rozpadać. Jak wpadniesz, to Ci to pokażę, bo ostatnim razem zapomniałem. Na tej książce się wychowałem, pamiętam ją z najwcześniejszego dzieciństwa. I głos czytającej nieboszczki cioci Noli. No i piękny język tłumaczenia J.N. Borowicza, a także smakowity biogram Jonathana Swifta. Oto fragmencik: "Podróże Guliwera wydane zostały po powrocie Swifta do Jrlandyi, ale nazwisko autora starannie było tajonem, podług zwyczaju, który zawsze przy wydawaniu pism swoich zachowywał. Opuścił Anglią w sierpniu [1725, miał wtedy 58 lat, przyp. mój]; i około tegoż czasu księgarz Motte otrzymał rękopism, który jak mówił, z fiakra do sklepu jego wrzucono". Czuję w tej książce pewne brzmienia Rabelais'go, ale to nawet dodaje wartości, tłumaczy ciągłość satyry światowej. Ciekawe, że powieść, tak doskonale skomponowana przez opozycję krajów Liliputu, Brobdingnagu i rzeczywistej Anglii, zwykle jest przez preparatorów uproszczonych książek dla młodzieży okrawywana do tego pierwszego, co zupełnie psuje sens intelektualny zamiaru Swifta.

W szpitalu czułem się jak zwykły pacjent, mocno niedoinformowany. Chwilami tylko dochodziło do świadomości personelu, że jestem lekarzem i że profesor mówi do mnie innym językiem niż do moich towarzyszy z sali, ale to nie zmienia faktu, że jedna z najważniejszych klinik akademickich w kraju jest obdrapana, od lat niemalowana, z niedomykającymi się oknami i drzwiami, zardzewiałymi szafkami i łóżkami (ohyda!), odstającymi płytkami podłogi. Tylko sala operacyjna cacy. Personel, nawet lekarski, ma stosunek do człowieka taki, jak te łóżka z garbem pod plecami, jest obojętny i wyniosły. To prawda, że natychmiast reaguje, kiedy kogoś coś boli, ale jakoś skrzypliwie. Służba zdrowia jest na dnie i gdyby nie nowoczesność myślenia fachowego oraz aparatury, można by pomyśleć, że wróciliśmy do czasów króla Stefana Batorego i dra Wojciecha Oczki, do ceglanych infirmerii dla biedaków. Mój gabinet jest elegancki, dbam o to.

Pozdrówki od Miry. Trzymaj się i pomyśl o ewentualnym wpadnięciu do Podkowy. Mam teraz piękny trawnik do posiadek, skutek tegorocznej codziennej pielęgnacji, i w ogóle ogród pod słuszne piwo.

 

Ściskam - Piotrek Müldner-Nieckowski

 

PS. Właśnie zadzwonił z Krakowa Waldek Ziemny, że przed godziną umarł Czesław Miłosz.

 

Podkowa Leśna, 14 sierpnia 2004 r.

 



* Piotr Müldner-Nieckowski, Łukasz Müldner-Nieckowski, Nowy szkolny słownik frazeologiczny, Świat Książki, Warszawa 2004, str. 928; 17,8 tys. haseł odpowiadających ok. 100 tysiącom frazeologizmów; indeks tematyczny i przedmiotowy.



Ariana Nagórska

BEZ KALORII

moi równolatkowie z lekka sobie zmarli.

to brzmi jak milicyjny ongiś raport: denat

leżąc od wielu godzin oddychał dość słabo.

dziś rozumiem że jest to zjawisko powszechne

 

po swoich dzikich dzieciach wnioskują że wkrótce

nikt już nie będzie czytał, ale jednak piszą...

to zupełnie jak włosy rosnące pod ziemią

zupełnie bez nadziei na dotyk grzebienia

 

moi równolatkowie sądzą że na amen

świat opuszczą w kulturce do cna obrazkowej.

zamiast liter na grobie będzie strzałka w dół

i znak pani lub pana jak na drzwiach wychodka

 

równolatkowie moi w urny wodoszczelne

składają młodość bz-durną, którą trafił szlag

 

kiedy oko cyklonu zasnuwa się bielmem

kusi ich bez kalorii maleńki tik-tak

 

31 V - 1 VI 2003

 

Ariana Nagórska

 

Edyta Niewińska

BOJOWNIK I FEMINISTKA

Nie mogę sobie przypomnieć chwili, kiedy pierwszy raz spojrzałam mu w oczy i dostrzegłam w nich jakieś oczekiwanie, stęsknienie za czymś, czym mogłam dla niego być, ale co równie dobrze mogłam zniszczyć. Nie martwiło mnie to wcale, czy zbuduję coś, czy zburzę, moje życie było tak intensywne, że nie miałam czasu na zastanowienia. Zresztą po co, ten mężczyzna wydawał mi się nieskomplikowany na tyle, że swobodnie mogłam nie przejmować się konsekwencjami tego nagłego romansu. Nieskomplikowany nie znaczy głupi, jego intencje były jasne i klarowne, nie musiałam w nim szukać odpowiedzi, odpowiadał jak z nut na niezadane pytania, nie wiem, nie przypuszczam, to się wkrótce okaże, zobaczymy. Cóż, nie były to odpowiedzi, których oczekuje kobieta, ja osobiście wolę, gdy mężczyźni kłamią, ale robią to z wdziękiem i fantazją, a przecież ja swoje i tak wiem, wolę więc nie pytać i nie słuchać tych wykrętnych odpowiedzi. Naznaczenie z góry romansem czasem skazuje na taki a nie inny rozwój wypadków. W innym razie następują trudności nie do przebrnięcia, ewentualnie do przeczołgania może, kiedy sprawa ma aspiracje do przerodzenia się w coś poważniejszego. Prościej było więc zacząć od romansu i na tymże we właściwym momencie elegancko skończyć. Nie ukrywam, że to on sprowokował mnie do takiego myślenia, i być może tym samym od razu wydał na siebie i na mnie mały wyrok o charakterze nieprzekształcalności i nieodwracalności. Sam pewnie nie przypuszczał, że właśnie jego to wkrótce zaboli; tak to przedwczesna zapobiegawczość zostawiła nieścieralne piętno na naszym ułomnym związku. Związku, na który ja nigdy specjalnie nie narzekałam. Przyjemności przynosił sporo, i owszem, a koszta nie były znów tak wielkie, żeby nie można było sobie pozwolić na te małe grzeszki. Brak stabilizacji, perspektyw na przyszłość, nagłe przypływy i odpływy namiętności, milczące telefony przez dwa tygodnie, czasem dłużej, oddzielne życia, oddzielni znajomi, oddzielne mieszkania, niejednokrotnie niespodziewane wakacje w środku zimy, czasem brak zrozumienia. Jednym słowem wolny związek w najbardziej dowolnej interpretacji tego słowa. Pociągnięty aż do braku odpowiedzialności za siebie nawzajem. Braku wspólnych marzeń i planów. A jak te marzenia potrafiły ze sobą walczyć o pierwszeństwo! Śpiąc u niego zdarzało mi się, że śniłam jego sny. On wiedział kiedy, zawsze rano miałam minę, jakbym przejrzała jego sprawki, wtedy gniewał się na mnie i robił wyrzuty - że to, że tamto, że powiedziałam wtedy, a mogłam nie, takie rozmienianie się na drobne. Rzadko dawałam się wciągnąć w tę bezsensowną kłótnię, prawie zawsze zostawiałam gdzieś na parapetach lub w książkach karteczki z wyjaśnieniem. Jak można mieć pretensje do wiedźmy, że intuicję ma spotęgowaną do granic prywatnego jasnowidzenia? Pobłażałam więc temu uroczemu chłopcu, na wszelki wypadek schodząc mu jednak z drogi na jakąś dobę przynajmniej. Bez pretensji, bez konsekwencji, bez wracania pamięcią do takich głupot. Raczej nie mieliśmy sobie nic za złe, chwile poświęcone sobie miały być relaksem i niespodzianką, czasem zmęczeniem ilością wzajemnego nasycenia, czasem milczeniem i przyglądaniem się swoim gestom. W żadnym wypadku nie chodziło o tworzenie zobowiązań, werbalizowanie pragnień, realizację własnych planów. Wiele takich związków widuje się nieraz w kinie, nie przypuszczając nawet jak łatwo jest zrealizować ideę free love w swoim życiu. A jednak przy odrobinie chęci udawało się, może koślawo czasem, może trochę mniej romantycznie, wiadomo, jak to w życiu; nie było jednak powodów do wyrzutów. Kiedy więc dostrzegłam pragnienie czegoś niedefiniowalnego w jego oczach? Może kiedy upłynął nam w ten sposób rok i nic się nie zmieniło. Przypływy i odpływy, z taką samą częstotliwością. Ta sama pospieszna niecierpliwość pragnień, nie schematyczny, a jednak powtarzalny rozkład życia. Kiedy mężczyzna może szukać czegoś nadto, czegoś więcej niż dotychczasowy zgrany i zgrabny układ? Może kiedy zadaje sobie pytanie o uczucia, albo gdy pyta siebie czy to już to - nieuchronne przeznaczenie, a może kiedy przekalkuluje, że wygodniej jest popaść w rutynę? Sama nie wiem, w jego przypadku na pewno chodziło o coś więcej. On, zawsze wyzuty z głębszych uczuć, z dużym dystansem do życia po nieudanym poprzednim związku. Ja byłam jak świeżutki przerywnik, ucieleśnienie męskiego pragnienia wolności. A jednocześnie było się czym pochwalić - przenikliwa efemeryczna istota o jędrności świeżego owocu, taka zawsze dla niego byłam. Doskonale wiedziałam, za kogo mnie uważa, i miałam to głęboko w poważaniu. Jego obecność w moim życiu pozwalała na zaspokojenie potrzeb fizyczno-emocjonalnych, na zachowanie niezbędnej równowagi życiowej. Ja dla niego byłam czymś jeszcze, czy ja wiem, cichym triumfem, podświadomą zdobyczą, gwarancją spokojnej przyszłości może. Nawet nie przypuszczał, jak łatwo się zapędzi w pułapkę nadinterpretacji. Nie traktował mnie i moich snów poważnie, nie traktował poważnie swoich snów, poważnie powinien był mnie również potraktować jak sen. Nasze odejścia i powroty bez obietnic były jak dobrze napisane sceniczne role, w które on zapragnął nagle tchnąć jakiegoś fałszywego ducha zmasowionych pragnień. Bo czy chodziło o to, że chciał nas podciągnąć pod jakąś popkulturową normę? A może bardziej tradycyjną? Sam tego pewnie nie wiedział. A może w związku ze swoim wiekiem sam od siebie oczekiwał jakiejś męskiej decyzji? Któż to wie, co mu się podświadomie roiło w tej męskiej układnej główce. Sam przed sobą nie był w stanie tego wyznać. A jednak wkradł się między nas jakiś fałsz. Rozdźwięk, dysonans oczekiwań. Świat nagłych wytchnień, ocalony przed rzeczywistością archipelag pozornej szczęśliwości, nagle zaczął tonąć w fali niepojętych oczekiwań, niespokojnych pragnień. Powstało pytanie, czy dążyć do ocalenia, czy uciekać z podtapianego archipelagu? Na pozór nic przecież nie zapowiadało katastrofy, a jednak niepokój i napięcie drgały w powietrzu między nami. Nasze dni i noce stawały się coraz krótsze, jakby ktoś skradł im część przynależnej wolności a dodał obowiązków. Mówiliśmy do siebie jak dawniej, a słowa nie dźwięczały już tą słodyczą co przedtem. Z na dzień docierała do niego cała prawda o tymczasowości nas i tego co się między nami tworzyło. Niby szliśmy razem dalej, a jednak on zostawał w tyle, napełniał się niepotrzebną goryczą i spoglądał w lustro, zadając sobie co rano męczące pytania. Czy wtedy trzeba było go powstrzymać, powiedzieć: basta, nie traćmy czasu dalej na takie roztrząsania siebie i swoich czynów, dajmy sobie spokój? Może tak, ale ja nie zauważyłam tego momentu. Dla mnie wszystko było jak dawniej, jest łatwy romans, więc niech tak będzie. Dopiero ten wyrzut w jego oczach, przebłysk świadomości, że może chodzi o coś jeszcze. Wbrew jego oczekiwaniom, wpadłam w gniew. Autentyczny niepokorny gniew. Nie dałam sobie wytłumaczyć, nie chciałam słuchać jego próśb. Nie wykrzyczałam mu w twarz pretensji tylko dlatego, że nie było we mnie żalu ani odrobiny goryczy; dziwiłam się jego zdziwieniu. Czego chcesz, czego szukasz? Masz spokój i wytchnienie, co jeszcze? Tu już nic nie można dać, ten związek jest wypalony, można jedynie poprzestać na tym wygodnym status quo. Nie dotarły do niego moje słowa, zdawał się w ogóle mnie nie rozumieć; pozostało już tylko uciec się do mniej przyjemnego wyjścia. Mój telefon milczał, nie było mnie dla niego i jego oczekiwań. Przeczekał dwa tygodnie, a gdy mi przeszło, spotkałam go w środku nocy pod moimi drzwiami. Nie chciałam go wpuścić, walczyliśmy. Był silniejszy, fizycznie, uległam. Nie zmieniło to faktu, że tej nocy była tylko przyjemność, a nie ciąg dalszy naszego ułomnego związku. On interpretował to inaczej, dla niego wszystko znów zaczynało się w punkcie mojego gniewnego wyjścia. Nie pomogły wyjaśnienia, bagatelizowanie tego, co zdarzyło się między nami do tej pory. Siła jego oczekiwań była niespożyta, jego zachłanność na ciąg dalszy doprowadzała mnie do szału. Dzwoniłam do jego przyjaciół, żeby z nim porozmawiali, wytłumaczyli, że jestem zła i przewrotna, że nie chcę przyszłości, a tylko dotychczasowego dwuosobowego komfortu. Jego wysiłki bawiły mnie i złościły, nie przywiązywałam do nich wagi. Powoli odzwyczajałam się od myśli, że mogę zadzwonić do mojego faceta w środku nocy, że mogę się z nim kochać kiedy mam na to ochotę. Należało oswoić myśl, że już go nie ma w moim życiu. I mimo że jakoś jeszcze przecież był, starał się tym rodzajem starania, jakiego ja nie chciałam przyjąć, mimo że ja byłam dla niego wszystkim - powoli wymazywałam go z mojego życia, ze mnie, z mojego ciała. Jego dotyk stał się obcy, jego słowa prześlizgiwały się wolno mimo moich uszu, jego telefony odbierałam niechętnie. Brak było dla niego sympatii choćby, odrobiny zrozumienia. Nasze drogi w tym momencie się minęły. On popadał w melancholię; ja, nadal radosna, płynęłam razem z hałaśliwym nurtem mojego życia. On powoli rozumiał swoją porażkę, może kiedyś zrozumie też jej przyczynę. Jeszcze walczył, jeszcze próbował mnie przekonać. Nie zniechęcała go moja nieprzejednana postawa, tłumaczył że zaczniemy od nowa. Ale co od nowa, ten sam lekki romans? Chyba pomylił zaufanie z zabawą, między nami nie było miejsca na odpowiedzialność albo rodzicielstwo. Między nami była tylko lekkość i zabawa, niezobowiązujące spędzanie czasu. A ja nie oczekiwałam niczego więcej po nim, na pewno nie tyle, ile on oczekiwał. Minęliśmy się w pragnieniach, zanim on to zrozumiał. Jego czas w moim życiu bezpowrotnie przeminął.

Było lato, słońce przypominało zapach śródziemnomorskich plaż i wina, wspomnienia szalonych wakacji, jednocześnie sycąc obietnicą nowej historii. Ostatniego dnia czerwca wracając z pracy wstąpiłam do sklepu zoologicznego po jedzonko dla kota chorej przyjaciółki. Wychodząc, dzierżyłam w ręku jeszcze foliową torebkę z rybką. Dla siebie. Rybka wydała mi się mniej kłopotliwa niż mężczyzna. Była ciemnoniebieska, a jak się złościła - to jeszcze purpurowa i fioletowa. I miała taką uroczą nazwę, bojownik. Należało ją kupić choćby ku przestrodze, przecież w całej swojej nieświadomości trafnie komentowała niedawną jeszcze historię, z której dopiero co udało mi się wyplątać... Bojownik i feministka. Może powinnam zmienić wizytówkę na drzwiach? Zawsze to jakaś przestroga dla takich jak on mężczyzn...

 

Edyta Niewińska

 


Dorota Ryst

NASZ ANIOŁ

wciąż

patrzy

na nas

spod przymkniętych powiek

nie, nic nie mówi

czasem macha skrzydłem

wyleczony ze złudzeń

jak z przewlekłej grypy

od lat

trwa z nami

ze zmęczoną twarzą

(jednak w siatce

zmarszczczek

królują

te od dobrotliwego uśmiechu)

nasz własny anioł - dobrej niemiłości

 

gdy nikt nie widzi

artystycznie

ceruje

spłowiałą sukienkę

 

Dorota Ryst

 

Jerzy Żelazny

BRZOZA

Mama złościła się z błahego powodu. Chwytała w rękę warząchew albo drewko przyniesione do palenia w kuchennym palenisku, ale nigdy nie udawało się jej mnie uderzyć, zawsze zdążyłem uciec, wspiąć się na brzozę rosnącą na skraju podwórka. Mamę to jeszcze mocniej rozwścieczało - nie rezygnowała z ukarania mnie, rzucając kawałkami drewna, ziemniakami, czasem chwyciła jakiś kamyk leżący pod płotem. Nie trafiała, gałęzie brzozy chroniły skutecznie. Kryłem się tam, dopóki złość z niej nie wykipiała. Często ona odeszła, a ja nadal siedziałem na najgrubszym konarze, opierając plecy o drobniejsze gałązki. Czasem zawracała, krzycząc:

- Złaź, smarku, łobuzie, natychmiast.

Nie posłuchałem. Po jakimś czasie zaniepokojona prosiła:

- Zejdź, Romuś, spadniesz, zrobisz sobie krzywdę. Nabijesz sobie guza albo złamiesz rękę. Zejdź - powtarzała - nie będę już krzyczeć. No, zejdź, dziecko.

Najczęściej dawałem się uprosić i gdy schodziłem z brzozy, brała mnie w ramiona, tuliła, mówiąc:

- Czemu jesteś takim łobuziakiem? Jak ty potrafisz mnie rozłościć, mam z tobą pański krzyż!

Ten jej gniew wybuchał nagle, nieoczekiwanie. Szpulka z nićmi, którą się bawiłem, spadła ze stołu, potoczyła się po podłodze, mama miała powód do krzyku, a czasem otrzymywałem szturchańca w bok. Gdy się rozbeczałem, ten jej gniew nie przemijał, lecz się wzmagał. Uciekałem na brzozę, krzyk mamy potęgował się, miotała przekleństwa, a czasem złość przemieniała się w płacz, wyrzekanie na moje łobuzerstwo. Kiedyś, gdy schowałem się na drzewie, mama zaczęła krzyczeć na tatę:

- Zetnij wreszcie tę brzozę, żeby ten smarkacz nie chował się przede mną, nie przesiadywał w gałęziach. Kiedyś spadnie i nadzieje się na sztachety, będziesz miał w domu kalekę.

Właziłem na brzozę nie tylko, by się schować przed złością mamy, ale chętnie przesiadywałem prawie na samym wierzchołku, gdyż stamtąd więcej było widać -staw ukryty w dolinie, pływające po nim kaczki, krowy pasące się na łące albo opalającą się dziewczynę, która latem do sąsiadów przyjeżdżała z miasta. I zdawało mi się, że z wierzchołka drzewa bliżej jest do chmur albo do błękitu, który kopułą wisiał nad polami. Czasem przyfrunęła sroka. I siedząc na gałęzi nad moją głową, skrzeczała. Zrozumiałem, że się na mnie wydziera. Może uważała, że brzoza rośnie po to, żeby na niej siadały ptaki, a nie człowiek, nawet tak mały jak ja.

- Niech siedzi. To chłopak, powinien wspinać się na drzewa, taka jego chłopacka natura - uważał tata. I dodawał: - A brzozy szkoda, lubię ją, szybko urosła, zgrubiała - i zadzierał głowę, dość długo przyglądał się koronie, która dumnie trwała na tle letniego błękitu, pełna słonecznych blasków, które ją otaczały niby aureola.

Brzozę posadził tata. Opowiadał, że jako młody chłopiec schodził po zboczu stromego jaru ku leśnej łące, poślizgnął się, ale zdążył chwycić się brzózki rosnącej przy ścieżce, więc się nie zsunął w dół, lecz zatrzymał, jednak wyrwał brzózkę z leśnego poszycia, przewróciła się. Zrobiło mu się żal drzewka, chciał je otulić ziemią, by rosło nadal, ale gołymi rękami nie potrafił obsypać, brzózka wywracała się. Wziął ją ze sobą, wykopał szpadlem dołek, posadził. Przyjęła się, rosła samotnie w polu przy drodze na łąkę. Potem, gdy dorósł, ożenił się i w pobliżu brzózki zbudował dom. Dostał kawałek pola na siedlisko domu od swego ojca. Chałupa była licha, tymczasowa, za kilka lat zamierzał tata z całą rodziną przenieść się do miasta. Nim spełnił ten plan, upłynęło wiele lat.

Mamę jednak brzoza denerwowała. Zwłaszcza to moje na niej przesiadywanie. Gdy skryłem się wśród gałęzi, podchodziła cichaczem, by zobaczyć, co tam robię.

- O, jak się gówniarz tuli do pnia - mówiła z przekąsem głosem drwiącym, ale i posmutniałym, z jakąś zazdrością. I zaraz dodawała: - Gdybym miała długi kij, tyczkę, to bym cię stamtąd zegnała - mówiła ocierając rękawem bluzki spocone czoło i wracała do przerwanej domowej roboty.

Był też jej zdaniem ważniejszy powód pozbycia się brzozy:

- Podczas każdej wichury boję się, że wiatr ją wywróci, runie na sadek, połamie wiśnie, zniszczy kwiaty. Albo padnie na dom, uszkodzi dach.

Tata bagatelizował te obawy, ale gadanie mamy robiło swoje. I któregoś popołudnia przyszykował narzędzia: piłę, siekierę, linę, z którą miałem wdrapać się na wierzchołek brzozy, zaczepić, gdyż rosła pochylona ku domowi, trzeba było ją ciągnąć w przeciwnym kierunku, by legła nie robiąc żadnej szkody.

I pewnie ściąłby brzozę, ale przyszedł znajomek z drugiego końca wsi, miał interes do taty. Musiał być ważny, gdyż zjawił się z butelką wódki.

Tata lubił posiedzieć przy kielichu, stawał się wtedy bardzo rozmowny, bo na co dzień był mrukiem; gadka mu się kleiła, układała w piękne historie. Usiedli na werandzie, tata przyniósł kieliszki i słoik z ogórkami małosolnymi, mama zakisiła świeże, bo właśnie w ogródku zaczęły pojawiać się pierwsze tego lata.

- Miałeś wyciąć brzozę - przypomniała burkliwie mama widząc, że zanosi się na dłuższe siedzenie taty i sąsiada przy kieliszku.

- Do wieczora daleko - rzekł tata i w pośpiechu przechylił kieliszek, jakby bał się, że mama go chwyci i wyleje wódkę. Miała pewnie na to chęć, ale wyznawała zasadę, że nic się nie może zmarnować, nawet wódka.

- Pomogę - zaoferował pomoc gość. - We dwóch uwiniemy się ino mig z tą wredną brzozą, która tylko zasługuje na wycięcie - powiedział sąsiad wydymając z obrzydzeniem usta, jakby mówiąc źle o naszej brzozie, chciał się mamie przypochlebić.

Mama najpierw przyglądnęła się mężczyźnie trochę spłoszona jego słowami, potem patrzała na koronę brzozy. I w jej oczach rozświetliła się wątpliwość, czy drzewo to zasługuje jedynie na wycięcie. Podeszła do niej, dotknęła pnia, przeciągnęła po nim dłonią i poszła do kuchni, a stamtąd nawet nie wyjrzała, jakby ją zdjął nagły wstyd.

Nie udało się tacie wyciąć brzozy tego dnia - gdy skończyli butelkę przyniesioną przez sąsiada, zjawiła się następna. To tata wyciągnął ją cichaczem z sąsieka, gdzie czasem trzymał butelkę z wódką. Nie zdradziłem mamie tej jego kryjówki, już wówczas uważałem, że obowiązuje męska solidarność.

Gdy wypili drugą flaszkę, tata podniósł się, zaśpiewał na melodię niemieckiej piosenki:

W lesie naszczał Żyd,

na tym miejscu wyrósł grzyb,

a za trzy miesiące,

wyrosły tysiące...

Zwalił się w stodole na siano, natychmiast zasnął. Za każdym razem, gdy wypił sporo, zaśpiewawszy tę piosenkę, szedł spać. Twarz mamy zrobiła się chmurna, jakby nadciągała burza z piorunami. Znając jej usposobienie, omijałem ją z daleka. Każde moje nawet stąpnięcie nie po jej myśli, mogło wzniecić burzę. Gotowa była mnie chwycić, przełożyć przez kolano, werżnąć na tyłek. A tego bałem się najbardziej. Oczywiście nie bólu, gdyż uderzała niezbyt mocno, przykrość sprawiał mi sam fakt bicia. Po takim zdarzeniu długo czułem się nieszczęśliwy, usta same krzywiły się do płaczu. Nie bez powodu nazywano mnie beksą.

Kumpel taty pomarudził chwilę, wysączył resztę wódki i powlókł się miedzą na drugi kraniec wsi. Chwiał się mocno, wywrócił się kilka razy, podnosił z trudem. Mama przyglądała mu się osłoniwszy oczy ręką przed słońcem wiszącym nisko nad polami. Pijackie upadki znajomka taty rozpogodziły ją, chmury zapowiadające burzę znikły z jej twarzy.

Prawdziwa burza, taka z piorunami, nadciągnęła nocą kilka dni później. Mama bała się piorunów. Obawiała się, ze trzaśnie w nasz dom, zapali się, spłonie wszystko, cały dobytek uleci z dymem. Bała się szczególnie tych burz, które nadciągały nocą. Przecinające ciemność zygzakowate błyskawice, grzmoty, sprawiały, że budziła domowników, musieliśmy odmawiać modlitwy tak długo, dopóki nawałnica nie zelżała.

Tata miał wątpliwości, czy te pacierze nas ochronią, za każdym razem podczas burzy mówił, że trzeba założyć na dachu piorunochron, ale nigdy tego nie zrobił - lato przemijało, burze szły w zapomnienie, a na dachu naszego domostwa nie pojawiły się druty odgromnika. Z nastaniem nowego lata, znowu trapił nas strach przed piorunami.

Tej nocy burza rozszalała się jak nigdy dotąd. Jakby chmura zatrzymała się nad wsią, nad naszym domem, a błyskawice i grzmoty celowały w naszą chałupę. Odmawiane na klęczkach pacierze były bezsilne, burza nie milkła. I raptem światło, a może ogień, wypełnił izbę, huknęło jednocześnie z błyskawicą. Grzmot był potężny, zadrżała przestrzeń między ziemią i niebem. Mama umilkła, bardziej zniżyła się na klęczkach, chyba chciała skryć się pod podłogą, ale prawie natychmiast zerwała się, wybiegła na dwór z krzykiem.

- Trzasnęło w nas, pali się nasz dom!

Pobiegliśmy za nią na dwór. Nie było jednak widać ognia, dach domu tonął w strugach ulewy. I raptem burza umilkła - błyskawice zanikły, grzmoty ucichły. Tylko szum deszczu ogarniał nie tylko nas, ale dom, zawisł na brzozie, jakby chciał ją powalić. Opierała się ulewie skutecznie, wiatr również był wobec niej bezradny.

Mama nie zważała na potoki wody spadające z czarnych czeluści nieba, patrząc na dach domu, jakby oczekiwała, że z niego wytrysną płomienie, ogień przeniknie przez deszcz.

Tata chwycił ją za rękę, pociągnął:

- Nie stój w deszczu, przeziębisz się. Burza już przeszła, tylko leje.

Ranek nadszedł słoneczny, świetlisty. Po nocnej nawałnicy pozostały tylko kałuże, niewielkie rowki wyrzeźbione przez spływające wody. Trawy i zioła przyduszone ulewą, schnąc podnosiły się złaknione słonecznego ciepła.

Tata, który wyszedł rozejrzeć się, czy ulewa zrobiła jakieś szkody, zbliżył się do brzozy, a tam ujrzał ciągnącą się od góry ku dołowi pręgę, wyżłobioną w korze. Przywołał mamę.

- Popatrz, piorun uderzył w brzozę.

Mama podeszła do pnia, obejrzała szramę brzozy z uwagą, rzekła:

- Trzeba ją wyciąć, ściąga pioruny. Kiedyś zamiast w nią, wygarnie w dom, spalimy się.

Tata jednak nie kwapił się z wycięciem brzozy. Gdy mama naciskała, żeby się jej pozbyć, zawsze znajdował jakąś wymówkę, odwlekał. Tak zeszło lato, jesień, zima, nastała wiosna. Na skraju lata wyprowadziliśmy się do miasta, tata wreszcie spełnił swe plany - w mieście zbudował dom piękniejszy od tego wiejskiego i przeprowadziliśmy się z radością, chociaż nie bez pewnej melancholii, delikatnego smutku. Mama chciała, aby tata wyciął brzozę, porżnął na kawałki, zabralibyśmy z sobą. Żeby w nowym domu rozpalić ogień brzozowym drewnem, to przynosi szczęście. Tata powiedział, to przesądy, niech rośnie na szczęście dla innych ludzi. Ostatnią rzeczą, która zapamiętałem, gdyśmy odjeżdżali, była korona brzozy. To jej widok napełnił mnie melancholią i smutkiem.

Do naszej dawnej chałupy wprowadzili się inni ludzie.

Jakieś pięć lat później doszła do nas wiadomość, że nasz dawny wiejski dom spłonął od uderzenia pioruna. Tata przejął się tą wiadomością, nie chciał o tym zdarzeniu rozmawiać, jakby było czymś wstydliwym albo niepokojącym. Mama natomiast powtarzała:

- Ja to czułam, że wydarzy się coś złego z tym domem. Że spłonie od pioruna. Gdy nadciągała burza, czułam, że go przenika jakiś prąd, nieprzyjazny i groźny wiew albo przeciąg. Uderzył przecież piorun, ale nie trafił w dom, lecz w brzozę.

Tata pojechał tam w najbliższą niedzielę. Chciał zobaczyć zgliszcza domu, który przecież sam zbudował. Po powrocie powiedział do mamy:

- Grom uderzył w chałupę, gdyż wycięli brzozę. Nas ona chroniła przed piorunami, a gdy jej zabrakło, to rąbnęło w dom. Dobrze, że jej nie zerżnąłem, że ciebie nie posłuchałem. Pytałem tych ludzi, czemu wycięli. Bo się zagnieździły na niej kawki, ich plegot rankiem nie dawał spać.

Usłyszawszy o wycięciu brzozy, poczułem się nieszczęśliwy. Jakby zabrano mi coś bliskiego, wspomnienie z dzieciństwa. Gdybym był młodszy, chyba bym się rozpłakał.

Jesienią tata przyniósł brzózkę, posadził pod płotem, na skraju podwórka. Spoglądał na nią dumnie, radośnie. I cieszył się, bo drzewko przyjęło się, zaczęło żyć. Chociaż tego na sto procent nie był pewny:

- Jest zima, drzewa zasypiają. Trzeba poczekać do wiosny - powtarzał. Mama potraktowała wyczyn taty z przekąsem:

- Jaki sentymentalny na starość, brzózkę przyniósł. A nie lepiej było posadzić gruszę albo jabłoń? Byłby chociaż jakiś pożytek.

Mimo tych zastrzeżeń spoglądała na drzewko również z sentymentem, przyjaźnie. A ja pomyślałem, gdy brzoza wyrośnie, rozwiną się gałęzie, może mój syn, też się będzie na nią wspinać i kryć w gałęziach przed moim gniewem? Albo swej matki.?

W środku zimy tata nie podniósł się z łóżka. I nie chciał, żeby zawołać lekarza. On i tak nic mi już nie pomoże, mówił. A kiedy sprowadziliśmy lekarza wbrew woli taty, ten orzekł, że już nic nie ma do roboty, jest za późno na leczenie, serce w nim ledwie kołacze.

Wkrótce tata odszedł na zawsze. Wiosną brzózce rozwinęły się liście, rosła wspaniale. Jednak nie tak szybko jak mój syn. Gdy dorósł do lat, kiedy chętnie wchodzi się na drzewa, była zbyt cienka, aby się na nią wspinać. Zresztą nikt nie krzyczał na niego, a tym bardziej nie poszturchiwał, jak to czyniła moja mama; nasz syn nie musiał się kryć przed naszą złością, gdyż staraliśmy się mu jej nie okazywać.

A kiedy urodził się mój wnuk, pień brzozy był gruby, gałęzie rozwinęły się wspaniale, można było się wśród nich skryć, siedzieć tam, rozglądać wokół z wysoka.

I jest dla mnie zagadką, czy mój wnuk będzie miał ochotę, gdy podrośnie, przesiadywać na drzewie. A gdy nad naszym miejskim osiedlem latem przeciąga burza, nadsłuchuję, czy czasem piorun nie wybierze naszej brzozy i w nią nie trzaśnie. Dreszcz podniecenia, a właściwie lęku, gaśnie we mnie wraz z przemijaniem grzmotów.

 

Jerzy Żelazny

 

Piotr Macierzyński

HISTORYJKA

samotny taksówkarz nocą

dwóch nastolatków

mają przy sobie nóż i sznurek

forma dopasowuje się do treści

 

już dwudziesty drugi cios nożem uspokaja morderców

mordercy Cezara potrzebowali o jeden cios więcej

ale wtedy szło o połowę świata

 

jak na pierwszy raz to zupełnie nieźle

krew na fotelach krew na kierownicy

nie ma to jak nocna przejażdżka zakrwawionym wozem

 

w końcu coś im się należy

w kasie taksówkarza było tylko na litr wódki

co przecież nie pozwoli im się wyrobić towarzysko

 

można powiedzieć że zrobili to po kosztach własnych

nie licząc robocizny

 

Piotr Macierzyński






Henryk Romanik

JAN ERNEST BENNO - KOSZALIŃSKI PISARZ JESZCZE OBCY

Potrzeba odkrywania lokalnej przeszłości w naszym mieście łączy się ze żmudną nauką pojednania z własną historią. Jest nam to potrzebne jako Polakom i Europejczykom, ale nade wszystko jako ludziom "stąd". Kilkupokoleniowa "poniemieckość" i ideologiczna wojna na pomniki nie służy dobremu samopoczuciu. Po okresie wojewódzkiej świetności zraniona duma i ucieczka zniechęconej biedą części koszalinian nie pomagają w przeżywaniu więzi z własną "małą ojczyzną". Piszę te słowa w listopadowe dni, kiedy w mieście tu i tam powiewają jakby nieśmiało narodowe flagi...

 

1. Pomorski romantyk

Kiedy pod koniec swego żywota w 1845 roku Benno dedykował zbiór swoich poezji Ernstowi Moritzowi Arndtowi (1769-1860), wybitnemu pomorskiemu poecie, koszalinianin był uznanym w swoim kraju pisarzem. Nie miał jednak szczęścia jak Joseph von Eichendorf (1788-1857), piewca śląskiej ojczyzny, który wcześnie znalazł się na salonach metropolii swego czasu a wielcy kompozytorzy (Schumann, Mendelssohn, R. Strauss) tworzyli muzykę do jego liryk. Może współcześni uznali dzieła J.E. Benno za zbyt prowincjonalne, a może po prostu nie znalazł on życzliwych krytyków. Z pewnością nie sposób mu odmówić pasji i zaangażowania w literackie przyswajanie skarbów pomorskiej historii.

Jan Ernest Benno (jako jego dzisiejsi ziomkowie pozwalamy sobie - za radą R. Janusa - spolszczyć jego imiona) urodził się 12 czerwca 1777 roku w Karlinie nad Parsętą jako syn sekretarza miejskiego, senatora i organisty Gottlieba Daniela Benike i jego żony Doroty z Marquartów. Do szkół uczęszczał w Koszalinie, Gryficach i Berlinie (gimnazjum przy Szarym Klasztorze). Lata jego młodości przypadły na okres wojen napoleońskich, co praktycznie związało Jana Ernesta z mundurem praktycznie na resztę życia. Wstępując do armii pruskiej został przyjęty przez generała G. L. Blüchera w jego kancelarii. Nie wiemy dlaczego młody Benike, za radą swego protektora, odszedł od nazwiska rodowego i odtąd podpisywał się jako "Benno".

Za udział w walkach wyzwoleńczych 1813-1814 został odznaczony Żelaznym Krzyżem rycerskim 2 klasy i przedstawiony do rosyjskiego Orderu Św. Jerzego 5 klasy. W tym okresie był wachmistrzem Pomorskiego Regimentu Huzarów w Sławnie. Swoją służbę cywilną rozpoczął w Szczecinie (lub w Stargardzie?), lecz ok. 30 lat spędził w Koszalinie jako sekretarz rządowy (königlicher expedirende Regierungssekretar) i radca rachunkowości (Rechnungsrat). Świętując złoty jubileusz służby państwowej w 1845 otrzymał Czerwony Order Orła 4 klasy.

Koszaliński archiwista i kronikarz był dwukrotnie żonaty. Córka z pierwszego małżeństwa spoczęła na cmentarzu w Mścicach. Druga żona urodziła mu siedmioro dzieci, o których wiemy stosunkowo wiele. Ernest był pastorem, Albert, utalentowany malarsko, poległ w Algierii jako żołnierz Legii Cudzoziemskiej, Henryk pracował jako księgowy w Koszalinie a Rudolf był właścicielem farbiarni w Halle. Spośród trzech córek Augusta wyszła za ziemianina w Warszkowie (k. Sławna) a Julia i Maria pozostały niezamężne.

Jan Ernest Benno dokonał swego żywota po długiej chorobie 19 kwietnia 1848 roku i spoczął na cmentarzu miejskim w Koszalinie "przed Bramą Młyńską" (dziś przy ul. Kościuszki), gdzie ok. 1900 roku znajdował się także grób wielce zasłużonego burmistrza Brauna. Groby te zostały "zniwelowane" w latach 1945-1970 w ramach intensywnej polonizacji miasta. Do naszych czasów przetrwało jednak wiele tekstów, którymi pisarz spod Góry Chełmskiej współtworzył z pewnością romantyczną atmosferę swej małej ojczyzny.

 

2. Zapomniane księgi

Poszukiwanie dziedzictwa literackiego J. E. Benno rozpocząłem kilka lat temu od miejskiego archiwum w Koszalinie, gdzie znajduje się jedynie kopia jego historii grodu nad Dzierżęcinką. Z wielkim zaangażowaniem pomógł mi w kwerendzie na terenie Niemiec dr Jürgen Lux, lekarz w Tybindze rodem z Polanowa. Dzięki niemu udało się zgromadzić większość dorobku pisarskiego naszego autora wydanego w formie książkowej (prócz historii Słupska). Skopiowane tomy znajdują się już w zbiorze twórczości regionalnej Miejskiej Biblioteki Publicznej w Koszalinie. Nie zająłem się jeszcze twórczością rozproszoną, którą Benno publikował od ok. 1820 roku w "Pommersche Provinzial Blätter für Stadt und Land" wydawane przez J. C. L. Hakena w Darłowie i od 1825 roku w redagowanym przez siebie periodyku "Allgemeine Pommersche Volksblatt" (z pewnością część tekstów została następnie zebrana w książkach). Nie wiadomo, dlaczego w swoim czasopiśmie Benno podpisywał swoje wiersze i opowiadania pseudonimem "Josias Uhingk" i do czego/kogo nawiązuje owo godło.

W porządku chronologicznym można wymienić następujące książki Benno (tytuły podaję w wersji przetłumaczonej):

Bogusław X, Książę Pomorza, wyd. C.G. Hendess, Koszalin 1822 i 1825, s. 278

Róg strażniczy z Koszalina, czyli historie z czasów słowiańskich Prenzlau 1824; Koszalin 1900, s. 165

Opowiadania, ballady i pieśni, t. 1-2, Koszalin 1826 i 1827, s. 285 i 304

Król Borysław i jego trzy córki, Koszalin 1828, s. 276

Ciche opactwo. Powieść historyczna, Koszalin 1829, s. 303

Nowele, t. 1-2, Koszalin-Kołobrzeg, 1830-1831 (sprzedane wydawnictwu Fr. Fischer w Lipsku); t. 1: Vitold z Gassenburga, Zdobycie Garz, Siostra Szpitalna, s. 275; t. 2: Jarmark w Sianowie, Georg Podiebrad i jego balwierz, Kościelny w Giltenbach, Matczyny zły sen, Książę Swantepolk, s. 288

Miasto Słupsk, Koszalin 1831

Historia miasta Koszalina od jego założenia do czasów współczesnych. Opracowana na podstawie dokumentów i materiałów źródłowych, z planem miasta i okolic (...), Koszalin 1840, s. 360

Poezje, Koszalin 1845, 301

Tych kilkanaście tomów drukowanych czcionką gotycką to spora porcja lektury dla zainteresowanych nie tylko przeszłością Pomorza Zachodniego, lecz także dziedzictwem literatury niemieckiej epoki romantyzmu związanej trwale z naszą - dziś polską - Małą Ojczyzną. Trudno dziś dziwić się Niemcowi z Pomorza, wyrosłemu w pruskim patriotyzmie i w religijnej tradycji luterańskiej, że jest sobą w każdym calu. Jednakże typowe cechy literatury epoki wiążą Benno z twórczością romantyków innych narodów Europy, począwszy od Polski.

Powieści historyczne ("Róg strażniczy z Koszalina", "Król Borysław i jego trzy córki", "Bogusław X, Książę Pomorza") sięgają początków średniowiecznej dynastii Gryfitów i zderzenia cywilizacyjnego niemieckich misjonarzy i osadników z pogańskimi jeszcze Słowianami (Wenedami). Benno nie ukrywa fascynacji odległą przeszłością i pewnego szacunku dla słowiańskich Pomorzan. "Ciche opactwo" z kolei oddaje atmosferę czasów Reformacji na tle przemian w środowisku trzebiatowskiego opactwa norbertanów. Aż się prosi porównanie tych dzieł Benno z twórczością naszego Kraszewskiego tworzącego piastowską legendę z nowej zupełnie perspektywy.

Dzieła kronikarskie dotyczące Słupska i Koszalina wymagają krytycznej lektury, lecz zasługują na podziw dla wysiłku pisarza w gromadzeniu materiałów archiwalnych dotyczących wybranych tematów. Cenne będą zawsze dokumenty łacińskie z początków biskupiego miasta Koszalina i działalności struktur kościelnych w granicach Księstwa Pomorskiego (sanktuarium maryjne na Górze Chełmskiej). Z niezwykłą akrybią i zapałem Benno relacjonuje proces upamiętniania wojen napoleońskich przez monument z krzyżem dla "bohaterskich koszalinian" poległych w walkach o wolność Pomorza. Dobra to dla nas lekcja dziś, którzy przypominamy polskich powstańców listopadowych, którzy w 1833 roku budowali drogę z Sianowa do Koszalina. To z pewnością największe "polonicum" i żywy, bo służący praktycznie, pomnik tamtej epoki; praktycznie nieznane, powoli zjawia się na horyzoncie świadomości koszalińskich Europejczyków.

Twórczość nowelistyczna i poetycka zakłada inne podejście czytelnicze do tekstów miłośnika pomorskiej ziemi. Znane są adaptacje literackie legend pomorskich, które pozostawił niezapomniany Gracjan Bojar Fijałkowski. Niewielu jednak pamięta, że jednym ze źródeł współczesnego bajkopisarza były właśnie romantyczne legendy J.E. Benno. Nie mam rozeznania co do recepcji "spolszczonych" wersji legend powtarzanych wcześniej w innym języku, w mowie przez wieki tutejszej, sąsiedzkiej...

Osobne zainteresowanie należy się poezjom wydawanym praktycznie do końca życia autora. Zbiór z 1845 roku zawiera obok tekstów okolicznościowych klasyczne ballady poświęcone potęgom natury i urokom okolic Koszalina (Benno z religijnym niemal namaszczeniem podziwia morskie pejzaże). Znajdujemy tu sporo sag i pieśni epickich zakorzenionych w rycerskich tradycjach średniowiecza (bohaterowie Grunwaldu z 1410 roku); poematy historyczne dotykają dramatycznych przemian na Pomorzu w czasach kolonizacji niemieckiej, Reformacji kościelnej i w kolejnych wojnach ze Szwedami, Rosjanami i Francuzami (wstrząsający emocjonalnie jest utwór o Januarym Suchodolskim, który odmawia w Petersburgu malowania bitwy pod Ostrołęką - ciekawy ślad oficerskiej i artystycznej solidarności ponad frontami).

Niemało miejsca poświęca Benno sprawom wiary religijnej i w wielu utworach znajdujemy szczere modlitwy, z zachwytem i zadumą zwracające się do Pana Wszechświata. Bóg poety jest przede wszystkim suwerennym Stwórcą i Sędzią, znanym z kart Biblii, lecz Benno nie waha się również przywołać imiona mitycznym duchów świata pomorskich Słowian czy figury herosów z sagi o Nibelungach. Cennym świadectwem ewangelickiego obyczaju na Pomorzu są teksty poświęcone poszczególnym świętom roku kościelnego. Można powiedzieć, że Benno łączy doświadczenie i stanowczość obywatela z duchową wolnością chrześcijanina zakochanego w pomorskiej przyrodzie.

Kiedy kartkuję kolejne tomy zawierające utwory koszalińskiego romantyka, z jakąś nostalgią zastanawiam się nad dalszym losem tego zapomnianego (niechcianego?) dziedzictwa. Po kilku latach rozmów z luminarzami naszego grodu kiełkuje nieśmiało inicjatywa, która może przywrócić Koszalinowi jego najwybitniejszego pisarza w czasach języka niemieckiego:

 

3. "Lectorium im. Jana Ernesta Benno"

Inspiracją dla takiego pomysłu stało się dwujęzyczne wydanie poezji Josepha von Eichendorfa (1997) sygnowane przez opolskie Konwersatorium jego imienia (powstałe w 1923, reaktywowane w 1989 roku). Kultywowanie dwujęzycznej kultury śląskiej jest czymś naturalnym w sytuacji pewnej odrodzonej kontynuacji środowiskowej, o której mówił niedawno w Koszalinie (18 października 2001) arcybiskup Alfons Nossol, gość sympozjum o małych ojczyznach w Europie zorganizowanego przez BWSH. W rozmowie z opolskim "budowniczym mostów" przywołaliśmy także naszego Benno. Biskup zachęcał bardzo do podjęcia podobnej próby, chociaż dawniejsze i obecne przenikanie się kultur na Pomorzu przebiega zupełnie inaczej.

Jaka jest zatem idea, która rodzi się w kolejnych rozmowach? W naszej dzisiejszej sytuacji trudno mówić o powoływaniu jakiejś nowej instytucji kulturalnej. Wydaje się, że naturalnym gospodarzem i ośrodkiem "klubu zainteresowanych" może być Biblioteka Publiczna, zakorzeniona dosłownie w glebie lokalnej przeszłości (stanęła wśród grobów wielu pokoleń koszalinian, gdzie spoczął także Benno). Nie chodzi o jakąś szybką, jednorazową akcję, która przyniesie sukces sponsorom i administratorom. Zaproszenie do udziału w Lectorium mogłoby skierowane do historyków, literatów, germanistów, polonistów, dziennikarzy, lokalnych patriotów - słowem do zainteresowanych postacią Jana Ernesta Benno, jego historycznego i geograficznego środowiska, czyli właściwie całą przeszłością i aktualnością pomorskiego Koszalina. Benno mógłby patronować spotkaniom sesyjnym dotyczącym regionalnej kultury, a w szczególności przedsięwzięciom umożliwiającym dwujęzyczne poznawanie się dawnych i obecnych koszalinian.

 

Formy pracy Lectorium uszereguję w skali rosnącej trudności i kosztów:

 

1. prezentacje literackie tłumaczeń tekstów Benno i innych autorów pomorskich oraz starszych i młodszych twórców związanych dziś ze środowiskiem środkowopomorskim,

2. przygotowanie publikacji (dwujęzycznych) zawierających powyższe teksty,

3. opracowanie krytyczne i wydanie dzieł (wybranych, wszystkich?) J.E.Benno,

4. gromadzenie archiwum literackiego (i historycznego) dotyczącego Koszalina i innych "pomeranica", sesje popularno-naukowe wokół "naszej" tematyki,

5. nagroda miejska za twórczość w duchu "pograniczy" (literatura, media, historia- archeologia- konserwatorstwo,

6. konkurs literacki (biennale?...) im. "J.E.Benno": historia i legenda pomorska, wspomnienia "wygnań" AD 1945, poezja wokół dróg europejskich, sąsiedztwo od Dniepru po Ren, spotkania tematów i wartości...

 

Wydaje się, że stosunkowo łatwym aktem byłoby nadanie imienia koszalińskiego romantyka jednej z sal koszalińskiej Biblioteki Publicznej albo/i dedykowanie jednego z drzew w sąsiednim parku piewcy pomorskiej natury. Jeżeli przekonamy się do twórczości J. E. Benno, może doczeka się on w swoim mieście swojej ulicy, parku, szkoły (podobnie zresztą jak biskup - założyciel Herman)? Szukamy w mieście sposobów wyrażania naszej lokalności w majowych dniach święta założenia Koszalina: inicjatywy "bennonowskie" wpisują się w ten krajobraz...

Zachęcającym przykładem takich prowincjonalno-pogranicznych działań jest Akademia Europejska Kulice - Külz (Nowogard), której drugi zeszyt właśnie wydany zawiera także referat o niemieckiej poezji religijnej na Pomorzu (Prof. Roswitha Wisniewski, Heidelberg). Czy autorzy koszalińscy, których przedstawia Franz Schwenkler w swojej historii Koszalina (1966, s. 233) - W. Müller, A. Köppen, F.E Schulz, M. Wietholz "Nerese" - zasługują na nasze zainteresowanie? Jeśli się z nimi nie spotkamy, nigdy się nie dowiemy!

Myśląc o "Lectorium" obawiam się mnożenia administracyjnych bytów i jednocześnie nie wyobrażam sobie "Lectorium" bez współpracy konkretnych osób i lokalnych instytucji (uczelni) naszego małego i biednego(?) środowiska. Nie bałbym się wyciągać rękę po pomoc do fundacji wspierających współpracę polsko -niemiecką; warto pamiętać jednak, że mecenasi czekają na dorobek, który finansują. Obok władz naszego grodu warto zainteresować sprawą inne miasta, z którymi Benno jest związany swą biografią, czy twórczością: Karlino, Szczecin, Sławno, Słupsk, Kołobrzeg, Trzebiatów, Sianów i... Berlin.

I jeszcze jedna uwaga o "Lectorium". Wybrałem tę nazwę z dwóch powodów: po pierwsze, trzeba nam zacząć od lektury, czytania i odczytania naszej pisanej tradycji (wzorem: czytanie Eichendorfa na Śląsku czy Wiecherta w Olsztynie), a po drugie, lectorium w architekturze średniowiecznych kolegiat czy katedr, była to przegroda między chórem (prezbiterium) a nawą dla ludu. Z tego miejsca czytano Biblię, proklamowano Słowo i śpiewano na chwałę nieba. Jedynym przykładem w bliskim nam pomorskim gotyku była kołobrzeska bazylika. Była, bo po wojnach "lectorium" przepadło, zostało jednak Słowo: czytane, mówione, śpiewane...

 

Henryk Romanik

 

Jacek Durski

+++

Świat zagrożony ludźmi.

Umieramy w przerażającym śnie.

Wczoraj powiesił się Jezus,

twarzą do krzyża.

Wolał zgrzeszyć, niż patrzeć na parlamenty diabłów.

 

To ty bądź Bogiem.

Nie pozwól.

 

Jacek Durski

 

Anatol Ulman

KARTOFLANE DROBIAZGI

Lato

Zagony maków purpurowych na kartoflisku, ciepły wiatr przygniata żółknące zielska w perłowej mgiełce. Cisza pachnącego południa uśmierca wszelki ruch. Zasłonięte przez puchową chmurę słońce kładzie na nas wyciągnięty promień, roi się w nim świetlisty kurz. Patrzy na nas maleńki królik z zamarłym różowym pyszczkiem. Odpoczywamy dysząc. Tylko koza saaneńska międli i rozciera w zębach uchwycone po drodze trawy. W milczeniu wśród tańczących promieni i wirujących słupów powietrznych podejmujemy trud marszu wzdłuż pylistych redlin. Niebieski kurz szroni nam buty.

Wkrótce rozpylone złoto zachodu spada na horyzont. Malinowa pożoga zmierzchu rozlewa się po kresie pól. Tata wyznacza miejsce postoju do jutra. Rozniecamy ognisko, pieczemy ziemniaki w różowym żarze. Otacza nas dziewczęca woń powojów, w sobie czujemy rzeźwą radość. Z góry spada na nas noc niby granatowa, ugwieżdżona dekoracja. Drętwieją krzewy ziemniaczane, w księżycowym, zielonym jak jaszczurka świetle zastyga za nami horda królików. Ziemia wymoszczona jest posępną poświatą. Dalekie pioruny odzywają się głucho, ciemność żarłocznie chłonie małe światła błyskawic. Dobra nocka rozpościera się nad nam jak podziurawiony namiot prawdy moralnej. Ciemność osnuwa wszystko coraz gęściej. Króliki szurają moszcząc się wśród łętów.

- Nikt nie mógłby pragnąć żyć bez przyjaciół, chociażby, tak jak my, posiadał wszystkie dobra świata - moja mama analfabetka trawestuje sąd Arystotelesa, mając na myśli króliki, które zjadamy, gdyż darzymy je tym bezinteresownym uczuciem. Tak oto przyczyna czyni koniecznym nastąpienie skutku.

Tata pragnie żonie zaimponować i dukając prezentuje pesymistyczną opinię Sofoklesa z Edypa w Kolonie o sensie istnienia: - Najprzedniejszą rzeczą nie żyć, druga zaś w tamte strony skąd przybyłeś raz zrodzony, chyżym krokiem zmierzyć.

Tata oczywiście, z uwagi na solidne galicyjskie wykształcenie uzyskane w czteroletniej szkole ludowej cesarza, nie ma pojęcia o cytowanym dramaturgu, gdyż fragment posiada ze zdobytego przypadkiem karteluszka papieru, w który zwijał austriacki tytoń na włoskim froncie uznając go za bibułkę papierosa. Czyżby czynił aluzję do marszu? Mama jest rada z jego drobnej czułości. Wygłasza więc, zwracając się do kozy, pośrednią pochwalę umysłu taty:

- Inteligibilny świat noumenów poznawany jest przez czysty rozum, który daje nam wiedzę o rzeczach takich, jakie są.

Koza saaneńska w kosmicznej ciszy ciemnogranatowej ciemności delikatnie upuszcza kiść mokrych bobków na spieczoną kartoflaną ziemię. Mama analfabetycznie komentuje zaszłość:

- Zdarzenie nie staje się czymś psychicznym, ani czymś fizycznym za sprawą jakiejkolwiek wewnętrznej jakości, a jedynie za sprawą relacji przyczynowych.

- O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć - gani ją intuicyjnie tata. Powietrze robi się wilgotne od rosy.

Na obiad jemy fioletowe ziemniaki portugalskie w postaci Bratkartoffeln, czyli gotowane i zesmażone potem na króliczym sadełku na złoty brąz. Na deser jest Kartoffelsalat pachnące kminkiem i posiekaną na drobno cebulą. Na kolację zaś tata przyrządza placki ziemniaczane, Reibekuchen, w ten sposób, w jaki robi się je w Bawarii (która tu nie istnieje) i zwie Reiberdatschi. Zjadamy je pomazane lekko miodem zebranym przez pszczoły z dziko rosnącego rozmarynu.

 

Zima

Wesoło brniemy przez sypki śnieg. Kryniczny i lśniący do granicy spostrzeżeń. Zapadamy powyżej kolan w monochromatyczną biel. Prowadzę pierwszy przedeptując zasypane bielą kartoflisko i tworząc nogami śnieżyste jamy wypełniające się natychmiast suchym, twardym cukrem drobnych śnieżynek. Za mną pochylony tata stara się trafiać buciorami w uczyniony niknący, natychmiast zaśnieżany ślad. Obydwaj objęci pętlami grubego przytroczonego do dyszla sznura ciągniemy nasz wózek nie toczący się na kołach lecz ślizgający niby sanie. Topiąca się w kryształkach zanurzona w puchu mama pcha pojazd. Koza saaneńska wspiera ją maszerując złożywszy głowę na jej pulchnym tyłku. Kilkanaście metrów za nami chrzęszczą kicające króliki. Twarde zamarznięte słońce bije w twarze śnieżnobiałymi promieniami.

Tacie wydaje się, że dokonuje odkrycia naukowego. Targa za sznur, bym przystanął wstrzymując pochód i zatrzymanej mamie komunikuje z dumą wynik percepcji:

- Wygląda na to, że choć wychodzimy o zimnym brzasku, wciąż znajdujemy się w samym centrum tego koła, przez które maszerujemy!

W jakimś sensie ma rację, tworzymy bowiem na płaskich zasypanych śniegiem polach środkowy punkt horyzontalnego okręgu. Gdziekolwiek się odwrócić, jednakowo daleko do kolistej granicy świata. Łatwo przypuścić, iż wieziemy ze sobą antropocentryczne sedno Wszechświata. Mama jest zadowolona ze spostrzegawczości taty oraz jego umiejętności stanowienia wniosków. Jej czysty umysł nieskażony wiedzą a nawet umiejętnością pisania i czytania obiektywnie docenia wysiłki taty, by dorównać jej jasnemu analfabetyzmowi. Figlarnie klaszcze spracowanymi rączkami dla wyrażenia podziwu i zaraz podejmujemy nasz zziębnięty na chwilę niewiadomy marsz. Nieboskłon zaczyna nagle ciemnieć w barwę mahoniu, podrywa się niepozorny wiatr i błyskawicznie tężeje w zadymkę. Ostra zimnica tnie nam w twarze stalowymi szpilkami z lodu. Zawierucha rośnie przemieniając kurzawę w miękką śnieżycę pełną podmuchów, wirów oraz przeciągów. Kiedy wycieńczony wyczuwam w śnieżycy nogami wyniosłość polnego kopca z kartoflami, zatrzymujemy się i po omacku szukamy pod śniegiem wejścia do płytkich podziemi. Kopiec jest podłużny i po odkryciu warstwy łętów okrywających leżące w kopcowym stosie ziemniaki, wpadamy w ziemistość wnętrza pachnącego szarym ciepłem. Z czarnych pędów wzniecamy przy wejściu ognisko wędrowców. Odczuwamy wolność tworzącego nawałnicę wiatru i niewidocznych gwiazd podobnych do sopli. Kiedy sycimy się bursztynowym miąższem pieczonych ziemniaków pogryzanych garściami śniegu, mama wydobywa ze swej pustej głowy twierdzenia, których znać nie może:

- Według kartofli orfickich życie jest cierpieniem i udręką. Jesteśmy uwiązani do koła, które obraca się bez końca w cyklu narodzin i śmierci. Nasze prawdziwe życie winno toczyć się wśród wysokich, bławatkowych gwiazd, lecz my przykuci do sinej ziemi. Jedynie dzięki oczyszczeniu, wyrzeczeniu i ascetycznemu traktowaniu istnienia możemy wyrwać się z kręgu i wzlecieć w liliowe niebo. Takie są mniemania orfickich ziemniaków.

- Zatem - zauważa roześmiany tata - istnieje możliwość oderwania się od wnętrza horyzontalnego koła, w jakim znajdujemy się w dni z dobrą widocznością. Musimy tylko przestać opychać się samymi tylko kartoflami, wyszorować z pragnienia ustawicznego parcia ku brakowi granic, wyrzec przyjemności szronu, zimowej sadzi i takiej jak dziś śnieżnej kurniawy!

Ognisko pachnie spalonymi, kartoflanymi ziołami: żółtozielonym szarłatem, złotawobiałym poziewnikiem, tobołkami o zapachu czosnku i wątłym powojem. Koza saaneńska kiwa białą głową na znak zaprzeczenia. Nie chce się wyzwalać w celu latania po wrzosowym niebie, milsze są jej szare ziemniaki pojadane na nizinach pól nawet wśród śnieżnej zamieci. Przytuleni do siebie zasypiamy słuchając jak króliki w ciemnościach żarłocznie pochłaniają kartofle, do których udaje się im się dobrać z drugiej strony kopca.

 

Wczoraj, jutro, dziś

Na niezmierzalnych połaciach kartoflisk nie istnieje wczoraj, ani jutro. Trwa jedynie bez końca wieczne teraz.

Nie ma tu wczoraj, bo wczoraj, podobne do drukowanego lub elektronicznego zapisu na papierze czy płycie, zawsze stanowi tylko nie dziejące się wspomnienie zarówno wypadków mających miejsce, jak zdarzeń całkowicie wymyślonych, w czym podobne jest do całej nieprawdziwej historii człowieka. Zresztą żadne wczoraj nie może posiadać znamion prawdy, gdyż świadomie i nieświadomie zniekształcane jest dla potrzeb teraz. Jest ulubionym surowcem przeróbek dla wszelkich kłamców i nikczemnych oszustów. Nicują i farbują wczoraj, by dzięki temu łatwo dowodzić swoich plugawych zazwyczaj racji. Niestety wczoraj jest bardzo dla wszystkich atrakcyjne, daje się bowiem dowolnie upiększać i stroić w walory moralne. Nawet jeśli zawiera treści bolesne, nie powodują one wielkiego cierpienia, gdyż nie stanowią one dla nikogo tragicznych niespodzianek, jako że wszystko już się stało, a mają tę nie budzącą niepokoju zaletę, że dają się obrabiać stosownie do aktualnych potrzeb świadomości i psychiki. Wczoraj przede wszystkim jest bezpieczne, tym bardziej im mocniej sfałszowane. Niemniej każde wczoraj jest zwyczajnie wątpliwe, a najczęściej w ogóle nieprawdziwe i należy je bez wahania odrzucać. Tu, na polach ziemniaczanych, dobrze o tym wiadomo.

Natomiast jutro zawsze jest groźne: przynosi niespodziewane ciosy, w tym nagłe cierpienia oraz śmierć. Jakkolwiek pomyślne bywają oczekiwania z nim związane, nigdy nie daje się wykluczyć nagłego zwrotu wypadków, tak jak możliwy jest nawet w słoneczny dzień zgon od pioruna, a zresztą każda pogoda wcześniej lub później w końcu się załamuje. Jutro zawsze jest trwogą, stanowi bez wyjątku o bolesnym końcu wszelkich spraw. Martwienie się o jutro czyni z nas lękliwe ofiary nieuchronności niewiadomego, nieufności wobec każdego następstwa.

Stąd na kartofliskach trwa wyłącznie teraz, nieskończona pełnia istnienia bez lęku o niedorzeczność, klęskę, daremność i nicość. Także mające miejsce teraz zapisywanie tych myśli na żywej koziej skórze nie stanowi ucieczki od przyszłości ani oszukiwania nieprzejrzystego i bezlitosnego życia przez pogrążanie się w igraszkach wyobrażeń. Zwyczajne teraz zastępowane przez następne teraz. Teraz rozciągliwe do granic teraz, między wczoraj i jutro. Bowiem zawsze nie posiada jutra. Teraz, jakiego doświadczamy na kartofliskach, jest odwrotnością owego, które pojawia się u Marka Aureliusza. Jego równa u wszystkich teraźniejszość, jako że równe jest wszystko, co się traci, rozumiana jest jako istnienie między granicami urodzin i śmierci (to, co się traci, przedstawia się jako krótkie teraz). Tymczasem nie ma granicy, zawsze jest teraz.

Mama jako analfabetka dobrze orientuje się w teoriach fizyki, więc tłumaczy owe teraz prędkością, z jaką kartofliska pędzą ku bezkresnym krańcom nieskończonego Wszechświata, który się kurczy i rozszerza jednocześnie.

- To efekt dylatacji - tłumaczy wąchając kwiaty powoju, który wspina się po łodydze wysokiego ostu wyrastającego pośród badyli. - Im szybciej porusza się obiekt, tym wolniej płynie czas dla kartofla wewnątrz tego obiektu. Niewątpliwie pola ziemniaczane razem z nami poruszają się z prędkością światła, dlatego czas stanął.

Mama niesłychanie lubi wąchać polne kwiatki. Przyjemność sprawia jej woń koniczyny, ostów, powojów, nawet śmierdzących wrotyczów. Oto skutki pozostawania ciemną wieśniaczką spędzającą wczesne dzieciństwo na pasieniu gęsi. Przepada również za woniami siana, co stanowi skutek następnego etapu dzieciństwa spędzonego na pilnowaniu żrących łąkowe zielska krów. Zatem po niej dziedziczę tę dzikość ulubień. Kiedy pieczemy ziemniaki w popiele z pnączy kartoflanych, mama zachwala niedostępny mi smak ziemniaków prażonych w wyschłym krowim łajnie. Smakowicie, choć daremnie zachwala talerze suchego gówna jako źródła polnych ognisk.

- Przechodzą wtedy w piekące się kartofle wszystkie smaki i zapachy polnych roślin, jakie pochłania krowa, by zawarte w jej brzuchu bakterie strawiły celulozę. Z bakterii tych powstaje mleko.

- Trzeba zatem suszyć oraz gromadzić w sakwie kozie i królicze bobki - proponuję.

Mama kiwa z uznaniem główką. To znakomity pomysł, skoro krowy razem kartofliskami nie pędzą z prędkością światła i nie da się uzyskać ich wspaniałego nawozu. Oto jak nieskończona wieczność potrafi objawić swoje braki. Odtąd w momentach szczególnie uroczystych prażymy świąteczne ziemniaki w dwu rozpalanych odmianach suszonych pachnących bobków zawierających esencje kwiecia i ziół porastających kartoflane pola. Odnosi się to do czterowymiarowej reprezentacji wszystkich zdarzeń w czasoprzestrzennych ramach względności. Wprawdzie nie jesteśmy fizykami, a tylko zwyczajnymi wędrowcami po nieskończoności wiecznych kartoflisk, do nas odnosi się pogląd poczciwego Alberta Einsteina. Mama wspomina go jako sympatycznego młodzieńca na dworcu kolejowym w Berlinie, gdzie uczony stoi i macha jej kraciastą chusteczką w niemieckie wzory. Mama właśnie udaje się z Polski pozostającej zawsze w nędzy materialnej i umysłowej pod Pireneje, gdzie czeka na nią wiejski patron oraz ciężka praca.

- Pamiętam - mówi podnosząc do usteczek smakowicie żółty ziemniak w skórce spalonej ogniem - jak Albert stojąc przy wagonie trzeciej klasy stwierdza z wielką powagą: Dla nas wierzących fizyków podział na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość ma jedynie znaczenie uporczywej iluzji. Podobnie jak teraz dla nas zjadaczy pieczonych kartofli.

Mama dobija nas ostatecznie jednym z sądów Marka Aureliusza: - Kto widział teraźniejszość, widział wszystko od wieczności do wieczności. Wszystko bowiem jest jednakiego rodzaju i kształtu jednakiego

Analfabetka nie twierdzi jednak, że cesarz rzymski to jej znajomy spotkany na terenach dzisiejszej Wielkopolski podczas rzezi przez legiony sarmackiego plemienia Jazyngów, kiedy w Europie nikt nie wie jeszcze nic o ziemniakach w jakiejkolwiek postaci.

O umarłych

- Herodot przytacza sentencję Solona podczas jego rozmowy z Krezusem: nikt nie powinien być uważany za szczęśliwego, zanim nie umrze. Wielu sądzi, iż odnosi się to do trwania za życia. Że dopiero ostatnie tchnienie daje najprawdziwszy wgląd. Moim zdaniem Solon stan po śmierci uważa za szczęście.

Tak mama, przecierając ziemniaki na kartoflane placki (tata w tym celu najpierw wymyśla i tworzy tarkę z podziurawionej gwoździem blachy przybitej do wózka) próbuje określić zalety stanu, w jakim się znajdujemy. Budując palenisko z polnych kamieni włączam się do dywagacji mamy:

- To, że martwi żyją, nie jest zdumiewające, gdyż stanowi stałe życzenie wyobraźni. Niesłychany wydawać się może, bowiem zależny tylko od nas samych, sposób tego istnienia. Wynika on z nadania pewnym pragnieniom waloru wieczności. Wyobraźnia obdarowuje nas kartoflami! My wymyślamy kartofliska!

- Ja, nieżyjąca analfabetka - potwierdza mama.

- Ja, umarły ojciec - zgadza się tata.

- I ja, syn, który odszedł na pola ziemniaczane.

- To ma same zalety! - mówi mama i śmieje się jak głupia - Nikt nie może nam nic zrobić. Ani zabić, ani pozbawić kartofli, ani znieważyć, odjąć. Zmienić naszą marszrutę, odebrać kartoflane szczęście, źle ocenić, włożyć do zakurzonej szuflady, gdzie zgniła noc. Żadni kartoflani nie są w stanie nic! Nie lękamy się, że oczekiwania, jakie miewa się wobec życia, że zostaną odrzucone, udaremnione, zawiedzione oraz potępione. Nie musimy wierzyć w kłamstwa, w które chcemy wierzyć, bo pomagają przetrwać.

- Umarli nie mają żadnych powinności - dodaję.

- Niektórzy domyślają się - twierdzi mama. - Na przykład kartofel Schopenhauer kombinuje tak:- Śmierć jest snem, w którym zapomnieniu ulega indywidualność; wszystko inne budzi się znowu lub raczej nie uległo uśpieniu. Dlaczego ten ziemniak pozbawia nas odrębności, trudno zgadnąć. Najprawdopodobniej z niedomiaru woli mocy.

- Z niedostatku nieustraszonej wyobraźni - konkluduje tata, który delikatnie drapie pod brodą oczarowaną Almateę. Mama drąży temat, choć nie powinna o takich sprawach mieć pojęcia:

- Kiedy Wallace Stevens pyta: Czy istnieje wyobraźnia siedząca na tronie, tak sroga jak jest łaskawa, sprawiedliwa i niesprawiedliwa, przystająca w połowie lata, aby wyobrazić sobie zimę? nie wie, że ma ją przed sobą, rozmoszczoną nie na tronie lecz na kopcu kartofli, czekającą na śmierć poety, by móc się ziścić. A ziemniak Pascal, głupek, co poświęca nadzwyczajne swe umiejętności dla prostackiej ułudy i z tej przyczyny boi się wyobraźni, nazywa ją władczynią świata, bo jest, jak twierdzi, nauczycielką błędu i fałszu. Nie chce dostrzec, iż to wyłącznie przyjaciółka prawdy, gdyż musiałby wówczas zerwać ze swoją ułudą.

 

Anatol Ulman

 

Joanna Obuchowicz

WYCZYŚĆ DOKUMENTY - ENTER

sczytałam (czytając resztki) spokojne postanowienie.

gdybym czekając sczezła, dam znak

czuję ból w kolanach, niewysłowioną przyjemność

daje mi patrzenie bez strachu, do przodu.

 

Joanna Obuchowicz

 

Oskar Szwabowski

KOSMYK ŻÓŁTYCH WŁOSÓW

... 4.99, 0.99, 5.30, 11.30, 27.50, 2.00, 1.50, 3.00, 4.70, 1.00 ...

Zielone cyfry zmieniały się. Przesuwała kolejne produkty pod czytnikiem lasera. Wiedziała już, że każdy towar ma swoją cenę. To była pierwsza nauka. Pierwsza prawdziwa nauka w prawdziwym świecie.

... jogurt Bacoma, krakowska sucha, Coca Cola, 2 kilo ryżu, 10 kilo cukru, 20 gramów sera żółtego Gouda, sezamki, dwa kartony mleka Łaciate, kurczak cały, kiełbasa grillowa.

- I jeszcze paczkę Caro.

Poczuła łaskotanie w policzek. Szybko odgarnęła kosmyk włosów.

- 75.49 złotych.

Drugą lekcje pobrała prawie od razu. Ona też jest towarem. I wszystko co ma, jest towarem. Tę wiedzę jednak ciężej było przyswoić. Na szczęście nauczyciele dbali, by nie zapomniała materiału.

- Proszę.

- Dziękuję. Paragonik dla pani/pana.

Uśmiech.

Uśmiech jest wart wiele. To jeden z najlepszych jej towarów. Twarz też niczego sobie. Odnosiła wrażenie, że niektórzy przychodzili, aby na nią popatrzeć. Jak ten pryszczaty młodzian. Przychodził prawie codziennie. Nie kupował wiele. Za 10, 15 złotych. Rumienił się, zerkał ukradkiem i też starał się sprzedać swój uśmiech. Lecz ona tu nic nie kupowała. Tylko sprzedawała siebie. I to w dwójnasób.

... pierniczki Wawel, Delicje, paluszki Lajkonik, 10 piw Bosman full, 2 bułki, serek topiony Hochland.

- Jak teraz wszystko drożeje, mój Boże. Co to się teraz dzieje?!

Przytaknęła. Kobiecina przebierała w portmonetce. Pomarszczone trzęsły dłonie się. Powoli wykładała drobne monety. Ktoś wzdychał, ktoś mruknął. Piątkowy wieczór. Towary po prostu nie mogły doczekać się opuszczenia sklepu. Waliły wielkimi masami przez główne wyjście. I tak jeszcze się w pełni nie zaczęło. Za godzinę rzadko trafi się coś innego niż piwo. Piwo i papierosy. W przeróżnych konfiguracjach ilościowych i etykietkowych. I będą wracać. Weselsi. Pełniejsi. Będą brali ją za puszkę taniego bądź wyborowego napoju. Uśmiechnie się. Tylko za to płacą.

- Straszne, straszne. Szacunku dla ludzi nie mają - biadoliła staruszka.

Przytaknęła. Cóż mogła więcej. Przytakiwać chociaż potrafiła.

... kilo mielonego, kefir Kościan, chleb krojony, makaron Malma ...

... 1.20, 4.00, 3.70, 6.20, 2.99, 15.50, 7.00, 0.99, 5.10, 1.50 ...

... towary, towary, towary, towary, towary, towary, towary ...

... pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii ...

Sunące rzędami. Wchodzące. Wychodzące.

... Kowalski, Naukowska, Trela, Szmit, Borkowscy, Żelscy ...

Pieniądze szeleściły. Pieniądze brzęczały. Pieniądze się poruszały.

Bez szans na fajkę. W pampersy zsikała się już dawno. Ale uśmiech nie znikł. Przed oczami przesuwały się cienie. Mruczały coś. Ona coś mruczała. Patrzyła, jak ręce przesuwają towary pod czerwonym laserem. Następny, następny, następny...

Powoli rzeka wysychała. Spojrzała ukradkiem na zegarek. Jeszcze dziesięć minut. 10 minut. Paragonik dla pani. Proszę. Dziękuję. Grosz reszty. Nie trzeba. Dziękuję wielce. Grosik do grosika i kupisz mercedesika.

Ochroniarz przechadzał się wolno. Krok. Sekunda. Krok. Sekunda. Zerkał to na nią, to na zegarek, to na wyłącznik światła.

- Zdążyliśmy. Mówiłem ci, że zdążymy.

Dwóch chłopaków chwiejnie wkroczyło do środka. Światła na części sklepowej zgasły.

- Papierosy.

- Jakie?

- Mocne.

- Nie, nie te. L&My.

- 5 złotych.

Z trudem się uśmiechnęła.

Pojawił się kierownik.

- Zgadza się?

- Zgadza.

Spoglądała obojętnie. Ten mruknął coś do ochroniarza i zniknął. To dobrze. Z jego ust rzadko można było usłyszeć coś miłego. Ale co się dziwić? Przecież widziała, jak się płaszczył przed górą. Tego się nie zapomina. Tego się nie wybacza.

- No to koniec - mruknęła odgarniając kosmyk włosów.

- Może cię podwieźć? - zaproponował mężczyzna. Pracował tu od dwóch tygodni i jak tylko razem zostawali do końca składał jej propozycje.

- Nie, dzięki.

Nie miała ochoty na tępego osiłka. Maluch z szyber dachem i tego typu gadżety nie działały w tym przypadku. Chociaż wydawał się miły. Lecz nie aż tak. Za tanio się uśmiechał.

- Mieszkam niedaleko.

- No tak... zapomniałem. Uważaj na siebie. Dzisiaj piątek.

- Wiem, ale przecież nikogo nie oszukałam. Dobrej nocy.

- Nawzajem.

W domu włączyła telewizor. Zapaliła papierosa z paczki Netto. Nawet zakładając podpaski, wiedziała do kogo należy.

Ćmiła leniwie. Na ekranie tolk-show. Czy nie wstydzi się pan obciągać innemu facetowi? A pani?

...Seks w wielkim mieście, Między nami, Zakazane ...

Nauczyciele ludzkości. I po co iść na studia. Ona nie poszła na studia. Rodzicom to zbytnio nie przeszkadzało. Do czego innego została stworzona. Tylko dlaczego kazali jej żyć, jak facetowi. Musisz nauczyć się chodzić sama. Dobrze, że płacili za czynsz. Kręcą nosem, ale płacą. Na razie. A potem? Wróci na kolanach. Bo jak wyżyć z pensji kasjerki?

Używają panie gumowych penisów?

Przesuwała towary. ... zgrzewkę jogurtów, kilo sera żółtego Złoty Mazur, hiperpaczkę Delicji, karton paluszków, łeb byka ... Przesuwała, a licznik wciąż wskazywał zero. Pii i rząd zer. Patrzcie, ona daje za darmo. Tak, za darmo. Chodźmy do niej. Uśmiecha się i on się tak uśmiecha. Za darmo. Wiesz, co ty możesz dawać za darmo?! Kierownik trzymał ją za nadgarstki. Wiesz?! Co możesz dawać za darmo?! Zaraz dasz za darmo!

Zerwała się. Zegar wskazywał 6:49. Westchnęła. Niemrawo opłukała się. Zjadła grzankę z serem. Ćmiła papierosa popijając kawę. 7:20. W telewizji "Kawa czy herbata". Kobieta opowiada o książce. Chciała ją napisać i napisała. Kiedy w księgarniach? Polecamy. A co upitrasili nasi kucharze...

Dopiero teraz dotarło, że ma wolne. Cały dzień. Co zrobić z całym dniem? Sięgnęła po książkę. Po dwóch stronach odłożyła. Nudna ta rozrywka.

- Może dlatego, że to rozrywka.

Żartował często jej były. Poznali się, kiedy ona jeszcze chodziła do liceum. On zaczynał studia. Miał intelektualne ambicje i coś go interesowało. Interesowało go wszystko, mawiała, tylko nie praca. Rozeszli się. Bo jak mogą dogadać się dwie osoby? A kupić jej nie mógł. Wciąż mieszka z rodzicami. I tak pewnie zostanie. Jak traciła z nim cnotę, za ścianą ojciec oglądał sitcom. Orgazm z akompaniamentem kretyńskiego śmiechu. Szczytowałam, że aż anioły się śmiały.

Spotkali się paczką z liceum. Sączyła wino wraz z Beatą. Jak zawsze zresztą. Reszta żłopała piwo.

- Dwa procent absolwentów z mojego kierunku znajduje zatrudnienie w zawodzie.

- Aż tylu?

- Studia to po prostu pięć lat zawieszenia. Potem trafiasz do armii bezrobotnych, ale póki co masz nadzieję.

- Jaką nadzieję!?

- No, ty możesz zostać na uczelni.

- Jasne.

- To nawet niezła fucha. Ciepła państwowa posadka i chałturzenie po prywatnych.

- Tylko nie można zbyt radykalnych mieć myśli. A jeśli już, to podawać je jałowo, czysto naukowo, bez żadnych aluzji do rzeczywistości. O współczesnych problemach lepiej zapomnieć. Lub powtarzać slogany profesorów z telewizji.

- Ty, Paulina to się ciesz, że masz pracę.

... 4.99, 0.89, 5.40, 11.30, 1.50, 8.30, 27.50 3.70, 6.20, 2.99 ...

... towary, towary, towary, towary, towary, towary, towary ...

Każdy towar ma administracyjny numer.

... pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii ...

A czy ty masz już dowód?

... Kowalski, Naukowska, Trela, Szmit, Borkowscy, Źelscy ...

- Ja tu nie będę tkwiła do końca. Co to, to nie. Całe życie przy kasie, to można ocipieć, nie?

O tej porze ruch był mały. Ewa zamknęła kasę. Miała iść zaraz na sklep poukładać towary.

- Ja mam plan. Ostatnio poznałam na dyskotece takiego jednego, wiesz, złoty zegarek, sygnet, a jaka fura, to po prostu wilgotno się robi. Poprosił mnie o telefon. Mówię ci, nie mogę się doczekać. Jak go wezmę w obroty...

Paulina przytaknęła.

- A ty co? Masz kogoś na celowniku?

- Nie.

- No co ty? Nam nie wolno długo czekać. Jesteśmy krótkoterminowymi produktami. A kto by chciał jeść spleśniałe mięso? Lepiej się pospiesz. Nie jesteś brzydka, ale konkurencja jest duża.

Któregoś dnia Ewa przyszła do pracy z podbitym okiem. Okazało się, że zakręciła nie z tym chłopakiem co trzeba. Trzy dziewczyny czekały na nią pod dyskoteką. W ciemnej uliczce pokazały jej miejsce na rynku.

- Pomyśl o tym. Chyba, że rajcuje cię ta praca. Do tamtej da się przyzwyczaić. A nawet czerpać z niej przyjemność.

Przytaknęła. Odgarnęła łaskoczący kosmyk włosów. To nawet niezła myśl. Uśmiechnęła się. Rozejrzy się za syndykiem.

Ostatnia nauka. Nie tylko dla dziewczyn.

... 1.20, 4.00, 3.70, 2.99, 15.50, 7.00, 0.99, 5.40, 11.30, 1.50 ...

... towary, towary, towary, towary, towary, towary, towary ...

... pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii ...

 

Oskar Szwabowski

 


Rainer Maria Rilke

***

Z "Księgi godzin"

Przeżywam życie w rosnących kręgach,

co nad rzeczami je kreślę.

Nie wiem, czy ostatniego doczekam,

lecz będę próbował wiernie.

 

Dokoła Boga, wieży prastarej,

krążę przez lat tysiące;

nie wiem, sokołem jestem czy wiatrem,

czy wielkim śpiewem może.

 

Przełożył Andrzej Lam

Rainer Maria Rilke




dr Wulf - Dietrich von Borcke

INFORMACJE DOTYCZĄCE PRZEDSTAWIENIA HERBU RODOWEGO BORCKÓW

Spojrzenie w średniowiecze

Herby uosabiają w szczególny sposób tradycję i historię. Do dziś przetrwało wiele zamków, kościołów, majątków ziemskich oraz zabytków architektury i sztuki, które przyozdobione są herbami. Herby pokazują nam zawsze coś określonego, konkretnego, obojętnie, czy jest to nazwisko osoby, jej płeć, nazwa miasta, kraju, itp. Nie są to zwyczajne ozdoby (jak np. motyw kwiatowy lub ornament), które można w dowolny sposób modyfikować. Są obrazowymi symbolami, które podlegają regułom heraldyki.

 

Heraldyka łączy w sobie naukę o herbach i sztukę, oraz odnosi się do jednej z ważniejszych czynności heroldów, którzy w średniowieczu służyli książętom, szlachcicom, miastom lub organizacjom turniejowym. Byli oni posłańcami swych panów lub organizatorami przedsięwzięć państwowych, wesel lub turniejów rycerskich, dzięki którym zakres ich obowiązków ulegał stałemu rozszerzeniu. Szczególny rozwój przyniosły heroldom turnieje, gdzie dozwolony był udział herbów w celu potwierdzenia umiejętności rycerskich uczestnika turnieju. Przy potwierdzaniu stanu rycerskiego postępowano rygorystycznie. Rycerzem był ten, czyj ojciec lub dziadek (jak również więcej przodków w późniejszych czasach) również byli rycerzami. Uczestnik, który nie spełnił tych wymagań, nie mógł brać udziału w turnieju. Zadaniem heroldów było sprawdzenie tarcz oraz klejnotów rycerzy oraz dokonanie oceny ich umiejętności. Herby nieprawdziwe oraz nie spełniające wymogów sztuki heraldycznej były przez nich odrzucane. To zadanie wymagało od nich ogromnej znajomości sztuki herbowej. Dlatego też tworzyli oni herbarz, w których zamieszczali herby uczestników turnieju razem z tarczą i hełmem, najczęściej w kolorze. Tak stali się ekspertami, w rękach których w okresie najświetniejszych czasów rycerstwa znajdowała się istota herbów. W ramach swego zajęcia podtrzymywali tradycję i reguły rozbudowy herbu i wykształcili nawet specjalne nazewnictwo. W XV w. zajmowali się już nie tylko prowadzeniem oficjalnej ewidencji herbów, lecz brali również udział w nadawaniu nowych herbów.

 

W czasie panowania cesarza Karola IV nadawanie tytułów szlacheckich
i jednocześnie herbów odbywało się przez otrzymywanie specjalnych "dyplomów". W okresie panowania cesarza Sigismunda obyczaj ten coraz bardziej rozszerzano, aż w czasie panowania cesarza Fryderyka III nadawanie tych godności stało się aktem łaski i było obowiązującą regułą. Tak powstał tzw. "list szlachecki".

 

W genealogii odnajdujemy rody szlacheckie, którym tytuł taki został nadany np. na podstawie szczególnych zasług dla państwa - zasłużony szlachcic, lub na postawie zasług wojennych - wojenny szlachcic oraz takie rody szlacheckie, które nie zostały podniesione do takiej rangi - proszlachta. W Niemczech proszlachtą była ta rodzina, która już przed 1400 r. (do 1392 r. przed 1350 r.) posiadała tytuł szlachecki, a więc była także rodziną rycerską i której tytuł szlachecki nigdy później nie był odnawiany lub potwierdzany. Rodzina von Borcke zaliczana była do proszlachty.

 

Szerokie użycie herbów, wykraczające poza kręgi rycerskie, rozwinęło się w XIII w. zainspirowane rycerskim duchem. Do artystów zajmujących się sztuką tworzenia herbów zaliczamy Albrechta Dürera.

Herby powstały pod koniec XII w., kiedy to rycerze w pełnym uzbrojeniu wojennym zaczęli ukrywać twarz w hełmach tak, że trudno ich było rozpoznać. Hełm garnkowy powstał w czasie wypraw krzyżowych w odpowiedzi na uzbrojonych w siekiery i topory jeźdźców saraceńskich. Składał się on z pięciu połączonych ze sobą płyt żelaznych: ciemieniowej, czołowej, dwóch potylicznych i jednej chroniącej oczy. Między częściami ciemieniową i potylicznymi zostawiono wolne miejsce (szparę). Początkowo był on na górze całkiem płaski. Niezbyt ładna forma tego hełmu skłaniała do jego ozdobienia i już pod koniec XII w. zwyczajem stało się malowanie lub przystrajanie hełmu. Na górnej jego części przyczepiano zazwyczaj ozdobę, najczęściej klejnot. Użycie określonego klejnotu odnosiło się początkowo, podobnie jak herb, tylko do jednej osoby. Poszczególni członkowie jednej rodziny ozdabiali różnie swoje hełmy. Dopiero później klejnot, tak jak herb, był wspólny dla wszystkich członków rodziny.

Na przełomie XIII/XIV w. stał się ten hełm w swojej górnej części bardziej stożkowaty i w tej formie przetrwał cały XIV w. jako tzw. hełm wielki.

Do identyfikacji rycerzy służyła oprócz hełmu owalna tarcza zakończona szpicem w kształcie trójkąta z herbowymi motywami zestawionymi w kontrastujących kolorach. Początkowo były to motywy zwierzęce (np. orzeł, lew, smok), później szukano inspiracji w oriencie. Takim przykładem może być inny dwugłowy orzeł zaczerpnięty z kultury arabskiej, który od XIV wieku stał się oznaką godności niemieckiego cesarstwa, austriackiej monarchii oraz carskiej Rosji. Motyw ten odnaleźć można na sumeryckich monumentach, arabskich monetach oraz został on przejęty przez sułtanów seldżuckich jako herb.

 

Krzyżowcy przejęli od Arabów zwyczaj narzucania lekkiej tuniki i przykrywania hełmu woalem chroniącym głowę i kark przed silnym syryjskim słońcem, które nagrzewało złożoną z żelaznych pierścieni kolczugę podczas wypraw krzyżowych. Odtąd widniejące na tarczach i hełmach znaki zaczęły pojawiać się na tunikach i przeszły następnie na kropierze (pokrycia chroniące konie przed słońcem). Idąc za przykładem Arabów, rycerze wyposażeni zostali w proporczyki i flagi przyozdobione znakami. Flagi znajdowały się na dochodzących do 3 m wysokości kopiach, co umożliwiało rozpoznawanie rycerzy z dużej odległości.

To, co zapoczątkowane zostało w XII w., przeżywało swój rozkwit w połowie wieku XIII. Ciężko uzbrojeni i siedzący wysoko na koniu rycerze tworzyli barwny obraz. Kolorowe herby przyozdabiały flagi na długich kopiach, tuniki, tarcze i kropierze. Na hełm garnkowy nałożone zostało trzepoczące na wietrze okrycie, nad którym wznosiły się fantazyjne ozdoby hełmu. Kolczuga i tarcza chroniły ciało rycerza. Lanca służyła do ataku, a miecz do pojedynków. Poklask towarzyszył kolorowemu i wystawnemu ekwipunkowi wojennemu. Rycerstwo znalazło w nim doskonały artystyczny wyraz. Sława i chwała była poszukiwana przez rycerzy na polu walki. W dowód uznania za swoje czyny otrzymywali pasowanie na rycerza, bądź podniesienie w hierarchii rycerskiej.

By uzupełnić obraz rycerza, chcemy zwrócić jeszcze uwagę na płaskorzeźbę z piaskowca (ok. 1330 r.) ukazującą księcia Bawarii i palatyna w pełnym ekwipunku wojennym. Książę nosi kolczugę z XIII w., kolcze rajstopy, tunikę bojową podtrzymywaną pasem, na którym zawieszone są miecz i sztylet. Miecz służył do zadawania ciosów, a sztylet do przeszycia ostrzem kolczugi przeciwnika. Hełm garnkowy z klejnotem (lwimi łapami) wisiał na łańcuchu na plecach. Został on założony na głowę na krótko przed walką. Do tego momentu głowa rycerza pokryta była hełmem wewnętrznym w kształcie dzwonka, spod którego wisiała stalowa plecionka chroniąca szyję i kark. Kolana rycerza chronione były przez nakolanniki. Herb przedstawia dwa lwy i otrzymane w spadku od grafa von Bogen w 1204 r. romby.

"Herb był dla ludzi średniowiecza czymś więcej, niż tylko genealogiczną miłostką. Figura w herbie stanowiła taką samą wartość jak totem. Lwy, lilie i krzyże stały się symbolami, w których znalazł swoje odbicie cały kompleks wartości od dumy i śmierci, wierności i poczucia wspólnoty jako samodzielna i niepodzielna całość."

Ochrona ciała rycerza była sukcesywnie doskonalona. Pancerz został wzmocniony przy pomocy skór, rogów i metali, aż w końcu XIV w. musiał ustąpić pancerzowi płytowemu z blachy stalowej. Zmieniały się także formy tarcz. Duże, niewygodne, podłużne, trójkątne tarcze zastąpione zostały od pierwszej połowy XIV wieku przez tarcze przeważnie czworokątne, zaokrąglone i łukowate na dole z wycięciem w prawym górnym rogu przeznaczonym na włożenie kopii. Pod koniec XIV w. wystąpiły dwa przeznaczone wyłącznie do użycia w turniejach rodzaje hełmów: hełm szpiczasty przeznaczony do walki na kopie i hełm przeznaczony do walki bronią drewnianą.

Epoką rozkwitu turniejów jako ćwiczeń wojennych był okres między X a XIV w. Następnie turnieje stały się sportem, przyjemnością. Rozgrywano je z miłości do współzawodnictwa oraz chęci ryzyka.

Turniej jako walka rycerska o charakterze sportowym osiągnęła punkt szczytowy pod koniec XV w. za panowania cesarza Maksymiliana I "ostatniego rycerza". Ze średniowiecznych form turniejów rozwinęły się liczne rodzaje sportów ze szczególnymi i sporządzonymi tylko na potrzeby turniejów pancerzami, siodłami, wyposażeniem koni, bronią oraz tarczami. Nie mniej niż dwadzieścia rodzajów turniejów przekazanych zostało nam z tamtych czasów. W tego rodzaju pojedynku, pojedynkujący się odgrodzeni byli od siebie przegrodą. Rycerz walczył z liczącą prawie cztery metry długości kopią z tzw. potrójnym końcem. Celem ukłucia kopią był określony punkt na pancerzu. Konie występujące w tego typu turniejach były odpowiednio przygotowane, miały przykryte oczy i hełm. Biegały zwrócone prawą stroną wzdłuż drewnianej ściany i nosiły z przodu gruby worek, którego zadaniem była ochrona przed ranieniem w okolicach piersi. Rycerz nosi hełm szpiczasty przeznaczony do walki na kopie.

Coraz częściej turnieje, wraz z usamodzielnieniem się rozrywkowego
i reprezentatywnego ich charakteru, stawały się okazją do pokazania się wśród finansowo niezależnej wyższej klasy szlachty. Same pancerze wyprodukowane w specjalnych warsztatach kosztowały majątek, na który wielu rycerzy nie mogło sobie pozwolić. Kościół stawiał opór tym niebezpiecznym turniejom. Widział w nich bluźniercze wyzwanie wobec boskiej woli - walkę bez militarnej konieczności. Nie mógł on jednak zapobiec "turniejomanii", tak jak nie można było zapobiec ciężkim zranieniom i śmiertelnym wypadkom.

 

Herb rodziny von Borcke

Opis herbu

Dwa złote wilki w koronie ze złotymi obrożami przedstawione w locie. Na hełmie jeleń z czerwono - złotymi pokrywami w złotej obroży i złotej koronie.

 

Już od czasów średniowiecza nieustannie zmieniała się wrażliwość na piękno i sztukę i jednocześnie dostosowywano zewnętrzny wygląd herbu do ówczesnych ideałów piękna. Obecnie reguły tej sztuki nie zmieniły się (heraldyka). Jak niegdyś w średniowieczu częściami godła są: tarcza, hełm, labry (obramowanie tarczy) i ozdoba hełmu (klejnot). Do tego dochodzą dodatkowe części typu: korona, ordery, heraldyczne kosztowności, umocowania godła, płaszcze oraz dewizy rodu. Tarcza jest jedyną częścią herbu, której nie powinno zabraknąć przy jego przedstawianiu.

Formy tarczy herbowej opierają się do czasu pojawienia się broni palnej w XV w. na rzeczywistych tarczach obronnych tego czasu. Następnie zdobione były one zgodnie z ówczesnymi stylami w sztuce. Szczególnie lubiane były herby wywodzące się z tarcz turniejowych, na których widoczne są godła herbowe. Od XVI w. odchodzi się częściowo od starszych form. Między innymi stają się modne tarcze owalne.

Przedstawianie tła tarczy wskazuje na różnorodność koloru i kształtu godła herbowego. Tynktury (kolory heraldyczne) to: czarny, czerwony, niebieski, zielony i purpura oraz złoto (żółty) i srebro (biały). Dla przedstawienia kolorów godła i jego niekolorowych znaków stosuje się kropkowanie oraz szafowanie (kratkowanie). Przyjęta jest ogólnie zasada, że nie należy nigdy nakładać metalu na metal i koloru na kolor.

 

Powierzchnia tarczy może zostać podzielona przez proste lub wygięte w łuk lub w inny sposób przedstawione linie w różnorodne geometryczne wzory lub pokryta godłem herbowym, wywodzącym się z natury (postaci ludzkie, zwierzęta, rośliny, góry, ciała niebieskie). Także spotyka się postaci ze świata legend. Wszystko było i jest nadal ze sobą w różnorodny sposób łączone tak, by także dzisiaj nie powstawały problemy przy przedstawianiu postaci w rozwoju nowych herbów.

Pierwotnie herby musiały być rozpoznawane z dużej odległości, dlatego też wybierano mocne kolory. Istoty żywe, jak orzeł lub lew otrzymywano przez stylizację ostro wyciętego konturu. Stylizacja wilków w godle Borków nie jest udana. Ostatnia próba dokonana została przez znanego rysownika godeł Ottona Huppa w 1917 r. Oba wilki znajdującej się na nagrobku w kościele miejskim w Bayreuth wskazują na rozpowszechniony przez niego szkic.

 

Hełm garnkowy z XIII wieku jest pierwszym w heraldyce użytym hełmem. Jest on dzisiaj zastrzeżony dla herbów pierwotnych rodów szlacheckich. Ogólnie hełm turniejowy jest hełmem szlacheckim, a hełm szpiczasty jest hełmem rodu mieszczańskiego.

 

Okrycie hełmu składało się pierwotnie z sukna chroniącego szyję i kark przed promieniami słonecznymi. W XIV w. zostało ono przedłużone i wykrojone na brzegach. Około XV w. zostało wielokształtnie udrapowane w przedstawieniach herbu.

Zwraca się uwagę, by kształt pokrycia hełmu odpowiadał zawsze rodzajowi hełmu. Np. pierwotnie proste pokrycie hełmu pasowało na hełm garnkowy, a pojawiające się później bogato rozwinięte - na młodszy hełm turniejowy. Błędem jest dopasowywanie prostego pokrycia hełmu do hełmu turniejowego.

 

Przy hełmie pozwala się na pominięcie okrycia hełmu oraz ozdób. Od XIV w. w miejscu połączenia ozdób z hełmem występuje korona hełmu. Ten znak królewskiego dostojeństwa jeszcze w XIII w. został w miarę upływu czasu przejęty najpierw przez wyższą, a potem niższą szlachtę. Używaną zazwyczaj przez wszystkie stany szlachty w godłach koroną jest korona z listowia tzn. zamknięta obręcz z dodatkami w kształcie listków. Od końca XVII w. spotykamy korony oznaczające hierarchię, które składają się ze złotej obręczy z wysadzanymi na jej szpiczastych zakończeniach perłami:. 9 pereł oznaczało koronę grafa, 7 - barona i 5 - koronę szlachecką.

Tego typu korona znajduje z reguły zastosowanie, kiedy widnieje bezpośrednio na tarczy. Korona nowożytna nie należy do średniowiecznego hełmu.

Niezgodne z zasadami heraldyki jest także nakładanie na herb korony z perłami, a na nią hełmu, klejnotu i okrycia hełmu..

 

Klejnot - umocowany na hełmie artystyczny znak rozpoznawczy i zarazem biżuteria jest nierozłącznie związany z okryciem hełmu i hełmem. Zawsze powinien być skierowany w kierunku hełmu. Hełm i klejnot przedstawiane są dlatego zawsze w jednym kierunku. Kiedy hełm zwrócony jest do przodu, klejnot powinien być także zwrócony do przodu. Kiedy klejnot przedstawiony jest z boku, tak jak np. w herbie Borcków jeleń, to także hełm powinien zostać przedstawiony z boku

 

Poza tarczą, hełmem, okryciem hełmu, koroną hełmu i klejnotem mogą być przypisywane herbom także dodatki. Należą do nich podpory tarczy, płaszcze jak i dewizy rodu. Jako podpory tarczy określa się figury ludzi, zwierząt oraz figury wywodzące się z legend, które umiejscowione są po bokach tarczy i ją przytrzymują. W herbie grafa von Borcke-Starogordt tarcza podtrzymywana jest z obu stron przez dwa pruskie orły. Herbowi grafa v. Borcke - Hueth zostały nadane w formie "dyplomu" z jednej strony pruski orzeł a z drugiej gryf (tytuł grafa 17.01.1790). Płaszcze są ozdobą w formie draperii z tyłu herbu. Do ich ozdoby służą sznury i frędzle.

 

Dewizy spotyka się szczególnie na herbach książęcych. Przymocowane są one na taśmach pod tarczą lub okalają ją.

 

Heraldyka zna także zjednoczenie herbów. Obok siebie mogą zostać przedstawiane herby rodowe małżonków. Zgodnie z zasadą heraldyki herb małżonka przedstawiany jest zawsze po prawej stronie i musi zostać odwrócony we wszystkich częściach, jak w odbiciu lustrzanym. W heraldyce zwane jest to "courtoise". Także przy przedstawianiu herbów przodków na nagrobkach znajdują się one obok siebie.

 

Przedstawione tutaj krótko założenia heraldyki wymagają jeszcze uzupełnienia. Należy zwrócić uwagę na najważniejsze zarówno wczoraj, jak i dziś obowiązujące reguły, o których w XVIII i XIX w. wielokrotnie zapominano, a które powinny być wzięte pod uwagę przy kształtowaniu herbu rodziny von Borcke. Reguły heraldyki nie ograniczają możliwości kształtowania herbów. Kto z otwartymi oczyma przygląda się herbom na budynkach, nagrobkach lub starych dokumentach, ten może się o tym przekonać. Każda epoka znalazła swój własny styl.

 

Rozwój herbu rodowego

Rozwój herbu rodowego rodziny von Borcke można zaobserwować na podstawie pieczęci odciśniętych na dokumentach używanych przez przodków na przełomie wieków.

Pierwsza znana nam pieczęć pochodzi z roku 1282 i należała do Borko II. Były burgrabia Kołobrzegu i późniejszy założyciel miasta Łobez, Resko i Strzmiele nazywa się tutaj według swojego położonego na południowy-wschód od Kołobrzegu grodu Vressow (Fritzow), który później oddał by poświęcić się całkowicie kolonizacji w dorzeczu Regi. Na jego pieczęci w formie tarczy obronnej pojawiają się dwa wilki jeszcze bez obroży. Według legendy, której podstawą nie jest żadne szczególne wydarzenie, pomorscy książęta, po tym jak ród Borków pokonano w walce, powinni prowadzić wilki z obrożą jako znak poddania. W celu złagodzenia goryczy rodu po hańbie i pojednaniu z rodem Gryfitów zostały podobno przez cesarza Karola IV, z okazji jego zaręczyn z pomorską księżniczką Elizabeth (1363 r.), nałożone wilkom złote korony.

Obroże pojawiają się wprawdzie dopiero w XVI w. i nie występują pierwotnie regularnie. Korony spotykamy na początku XIV w., a więc w czasach panowania cesarza Karola IV.

 

Jako klejnotu używano w XIV w. wianka ze stojącymi prosto piórami. Czy ten pióropusz był pierwotnie klejnotem i dopiero później zastąpiono go jeleniem, nie zostało to do dzisiaj ustalone.

Wspięty jeleń jako klejnot zaczyna pojawiać się w XV w. Godne uwagi jest odbite na pieczęciach rzadkie przedstawienie klejnotu. Okrycia jelenia naciągnięte są tutaj na hełm i wiszą w formie pasków. Jest to wariant praktykowany jeszcze dzisiaj w heraldyce.

 

Dopiero na pieczęci Heinricha - "Czarnego Rycerza" nałożona zostaje na hełm korona, z której wyrasta popiersie jelenia, poniżej okrycie hełmu jako stylizowany ornament roślinny.

Hełm ma tutaj, podobnie jak w przypadku innych hełmów formę hełmu turniejowego, występującego w XV w na turniejach. W herbie Borcków z Łobezu z 1409 r. ma on najstarszą formę hełmu garnkowego, a na dolnej krawędzi charakterystyczne wycięcie w formie krzyża, na którym umocowany był łańcuch łączący hełm z częścią piersiową.

Korona i apaszki często nie występowały wraz z herbem. Tego typu rzeczy uważano do XVI w. wprawdzie jako ulubione, lecz nieważne ozdoby, z których można było zrezygnować, bez naruszania znaczenia herbu.

Od XVI w. herb z dwoma wilkami przedstawionymi w skoku z koronami i obrożami oraz klejnotem w formie jelenia z obrożą pozostaje niezmieniony. W momencie nadania "dyplomu" doszły podpory tarczy. Poniżej fragment z "dyplomu" grafa feldmarszałka Adriana Bernharda von Borcke z 28.07.1740 r.:

 

"... Wyraża się zgodę na przedstawienie w herbie dwóch czarnych orłów jako podpór herbu, co powoduje, że szlachecki dotąd herb staje się herbem grafa i składa się ze złotej tarczy, na której widzimy dwa biegnące nad sobą wilki w złotych koronach i ze złotymi obrożami. Nad tarczą znajduje się klejnot w kolorach niebieskim, czarnym i czerwonym, który ozdabia hełm. Na nim znajduje się złota korona, z której wystaje czerwony jeleń w złotej koronie szykujący się do skoku z podniesionymi przednimi nogami. Labry są czerwone i złote a od niedawna obecne dwa czarne orły w złotych koronach ze złotymi dziobami, wystającymi czerwonymi językami, złotymi szponami i łodygami koniczyny na skrzydłach..."

 

Heraldyka przeszła od średniowiecza do teraźniejszości długą drogę. Herb, symbol wojowników, rozwinął się do znaku rodów i wspólnot. Kiedy popatrzymy wstecz do czasów żywej heraldyki, na czasy rycerstwa, zauważymy, że heraldyka opiera się na bardzo prostych zasadach wynikających z czasu i celu herbów. Niestety dzisiaj, wiele z tych zasad uległo zapomnieniu i często, także przy przedstawieniu herbu rodziny v. Borcke, zdarzają się błędy. Od początku wieku różni znawcy heraldyki starają się, nie zawsze z zamierzonym sukcesem, te błędy wyjaśnić. Szczególną zasługę przypisuje się Ottonowi Hupp. Czy opublikowany przez niego w 1917 r. herb rodziny v. Borcke odpowiada dzisiejszym gustom? Niech każdy sam odpowie na to pytanie.

 

Tłumaczenie: Małgorzata Wojciechowska

dr Wulf - Dietrich von Borcke

 

Rosa Fliegelweilt

POWIEDZMY, ILEŻ TO

Trzeba radości, by

jeden dzień przeżyć

i księgę napisać,

 

trudniej jest tylko

ogień połykać, gdy

patrzą na ciebie oczy,

 

choć nie są to wcale oczka

tej sieci rzuconej na płytko

twojego patrzania,

 

jeno żrące gwiazdy.

 

Pamięci Andrzeja Partuma


Rosa Fliegelweilt
Groß-Dombrowka, 26 kwietnia 2004

 

15 PYTAŃ RUMUŃSKIEGO POETY DO POLSKIEGO POETY

1. Gdybyś był krytykiem literackim, jaka byłaby Twoja opinia na temat Twoich wierszy?

Jestem dla swoich wierszy krytykiem surowym. Operacja na delikatnej tkance wiersza bywa bolesna, ale jest konieczna, by usunąć zrakowaciałe fragmenty wpływające katastrofalnie na całość. Trzeba więc dokonywać wiwisekcji, bezlitośnie pozbywać się słabizn i niedoróbek. Na temat nielicznych swoich tekstów mam dobrą opinię, ale kosztowało to trochę pracy; inne bywają neutralne albo do przyjęcia - drukowalne; większość jest zbyt słaba, żeby ktokolwiek je czytał.

 

2. Dlaczego zacząłeś pisać?

Bo nie mogłem dogadać się z bliźnimi. Bo czułem w sobie potrzebę wyrażenia świata, bunt przeciw okrucieństwie, nieczułości, krzywdzie. Poezja była dla mnie zasadniczą treścią życia, sposobem na przepełniające mnie emocje. Nadal poezja bywa moją podporą, natchnieniem, opoką, moim światłem w tunelu, przez który przeciskam się ku realizacji. Ale już wiem, że świata przez nią nie odmienię.

 

3. Czego potrzebuje człowiek, żeby zostać poetą?

Talentu i nakazu wewnętrznego, albo chociaż potrzeby pisania. Inna sprawa, czy będzie potem miał chęć wyjścia z wierszami do ludzi; wielu pisze tylko dla siebie, traktując twórczość jako autoterapię. Korci mnie, żeby przytoczyć wypowiedź pani Ariany Nagórskiej z artykułu opublikowanego w sopockim Dwumiesięczniku Literackim TOPOS (ROK IV NR1 (32)1997): "(...) Żywot twórcy to nieustanna harówka w wielkim chaosie. Wydobywanie kształtów z owego chaosu jest wewnętrznym nakazem, od którego nie da się uciec. Artysta może podlegać tylko sześciu grzechom głównym. Lenistwo jest całkowicie wykluczone! Dobry poeta rozwija się i eksploatuje cztery płaszczyzny: wiedzę, logikę, intuicję i wyobraźnię. Brak wiedzy to brak tematów do pisania. Z kolei sama intuicja to brak formy. Logika i wiedza bez wyobraźni - to pisarski zakalec. Wyobraźnia bez logiki i wiedzy - to pisarski bełkot (...)".

 

4. Kto jest Twoim ulubionym poetą i dlaczego?

Onegdaj potężną dawkę emocji odnajdywałem w wierszach Leopolda Staffa, jego poezja porządkowała mnie wewnętrznie. Kontrastowo: porażał mnie Rafał Wojaczek, ta przesycona nihilizmem fraza. Ryszard Milczewski-Bruno natchnął mnie nie raz swoimi karkołomnymi eksperymentami językowymi. Poetyka Stanisława Grochowiaka onieśmielała. Swego czasu fascynował mnie Andrzej Bursa, potem Edward Stachura. Ciekawą postacią jest, niezbyt znany w Polsce, Francis Ponge. Podobną prozę poetycką pisał w latach siedemdziesiątych, obecnie zamieszkały w Sopocie, Zbigniew Jankowski; ja dopiero teraz odkrywam tego autora dla siebie. Zafascynowała mnie precyzja słowa Piotra Matywieckiego w tomie Podróż z 1975 roku. Jakiś czas temu, będąc w Krakowie, kupiłem arkusz Piotra Maura pt. Siedemdziesiąt sześć i zadziwił mnie. Zaciekawia i inspiruje -Wincenty Różański, Jerzy Ficowski, Andrzej Babiński, Stanisław Gola, Marek Kowalik, Dariusz Sośnicki, Tomasz Hrynacz, Marcin Świetlicki. Z bliższych znajomych: Stanisław Gostkowski (zmarły w 2000 r.), Mirosław Stecewicz, Ludwik Filip Czech, Wojtek Boros, Lech Loffo Landecki, Robert Brunnè, Cezary Domarus. Ostatnio odkryłem niesamowitego poetę, prozaika - Bogdana Loebla i jego tom - Kwiaty rzeźne; olśnienie!

Dobrych twórców, których wielbię za niecodzienne wejrzenie w materię słowa, jest wielu; ci wszyscy ludzie stanowią idealny konglomerat cech modelowego homo fabera, z którym pragnąłbym się utożsamiać in extenso.

 

5. Jaką radę dałbyś początkującemu poecie?

Cóż, wytrwałość, cierpliwość i szlifowanie warsztatu. Dobrze jest robić luźne, niezobowiązujące notatki, ad hoc, w chwili istotnej, tęsknej, broczącej - kiedy się czuje, że jakaś energia chciałaby się wyrazić. Potem z tych nadpływów niespodzianych rodzi się nieraz dobry wiersz. Choć najczęściej knot. Ale warto notować w biegu. To niezła wprawka.

 

6. W co wierzysz?

Obawiam się, że w nic, zupełnie w nic. Dlatego życie wydaje mi się takie trudne, choć przecież nie ma w kraju okupacji, nie cierpię nędzy, mam raczej, jak dotąd, wygodne i spokojne życie. Sztuka cudów nie zdziała, ludzie długo jeszcze będą dla siebie tacy, jacy są i nie mam złudzeń. Wypadałoby jednak w coś wierzyć. Ale nie... nie wierzę w nic - a jeśli już, to w nicość, w nic po tamtej stronie.

 

7. Czy są rzeczy w twoim życiu, których żałujesz?

Oczywiście! Przez swoją lekkomyślność utraciłem miłość wspaniałej kobiety, z którą pewnie byłbym szczęśliwy, a więc przegapiłem szansę na szczęście! - tak rzadkie zjawisko. Żałuję, że bardziej nie przykładałem się do nauki i mam teraz problemy z pracą. Być może będę musiał kiedyś wykonywać zawody, które znienawidzę. Kiedy boli mnie wątroba (zwykły, fizyczny ból, żadna tam udręka metafizyczna), żałuję tych wszystkich eksperymentów z alkoholem i farmaceutykami, którym się z lubością oddawałem.

8. Wiesz, że najlepiej znaną poetką za granicą jest Wisława Szymborska? Co myślisz o jej wierszach?

Chyba za mało czytałem, żeby się wypowiadać. Te wiersze, które widziałem, niezbyt mnie zachwyciły. Ten typ obrazowania jakoś mnie nie porusza, nie przyprawia o dreszczyk na karku. Za mało metafory, za mało niecodziennych skojarzeń, zaskoczeń i nie ten klimat. Pani Wisława miała doskonałe tłumaczenia, a przekład wierszy na obcy język, to odrębna sztuka. Zastanawiam się, czy tłumacz nie powinien odbierać nagrody Nobla wspólnie z poetką.

 

9. Czy kiedyś czytałeś rumuńską poezję? Czy znasz rumuńskich poetów?

Otarłem się jedynie o tłumaczenia twórczości Luciana Blagi i Mihaija Eminescu; poza tym z rumuńską poezją nie miałem żadnej styczności.

 

10. Jaki jest stan poetów w Polsce?

Stan poetów w Polsce? Nie za bardzo wiem, co masz na myśli. Jeśli chodzi o rzeczywistość poetycką w moim kraju, to, abstrahując od bolesnej kwestii honorariów i trudności z pozyskaniem mecenasów na działania kulturotwórcze, jest całkiem nieźle. Nie nadążam z czytaniem nowych tomików! Ilość konkursów i zjazdów literackich w skali ogólnopolskiej jest nie do ogarnięcia. Gorzej z obiegiem informacji.

 

11. Jaki przymiotnik opisuje Cię najlepiej i dlaczego?

Ale mi zadałeś klina! To trudniejsze niż się wydaje. Hmm. Chyba: wycofany. A dlaczego? Bo żyję trochę na bocznicy, na uboczu; ostatnio nawet usłyszałem, że jestem "zjawiskiem niszowym". Ale tak jest dobrze. Uprawiam swoją sztukę z dala od zgiełku salonów i internetowo-redakcyjnych przepychanek, od nikogo nie zależę, rozwijam dany mi talencik, jak mi się podoba, nigdzie nie muszę się spieszyć, bo nie wierzę, abym sięgnął poza tu i teraz. Odpowiada mi ta sytuacja.

 

12. Jak byś opisał Polskę dla kogoś, kto nigdy jej nie odwiedził - i dlaczego?

I chyba niewiele stracił! Nie jest to, obecnie, kraj zbyt ciekawy w sensie krajobrazów ludzkich, tolerancji. A szkoda, bo przecież kiedyś bywało inaczej! Polska była krajem najbardziej otwartym w Europie, chronili się u nas innowiercy. Teraz raczej odradzałbym obcokrajowcowi wizytę; wczesnokapitalistyczny kocioł jest raczej niezbyt interesującym miejscem. Tyle jest urokliwych, stabilnych landów -ot, chociażby Nowa Zelandia, czy Skandynawia.

 

13. Gdyby wiersze miały zmienić się w obrazy, kto byłby Twoim malarzem i dlaczego?

Salvador Dali, Hieronim Bosch, Andrzej Lipniewski, może Patryk Kuleta; czasem pan Zdzisław Beksiński. Ostatnio oglądałem w internecie fraktale, cudownie mieniące się, kolorowe figury geometryczne konstruowane przez program komputerowy według wzoru matematycznego. Nigdy nie przepadałem za naukami ścisłymi, ale w tamtej chwili zrozumiałem, że matematyka może być piękna. Niektóre z tych figur mogłyby ilustrować świat moich wierszy.

Ostatnio, gdy przygotowywałem tomik - drugi w moim krótkim życiu. więc bardzo się przejmowałem rolą - miałem zagwozdkę, czyimi grafikami urozmaicić zawartość. Wybrałem prace mojego znajomego, Tomka Rybaka, które - jak mi się zdaje - korespondują z klimatem tekstów. Myślę sobie czasem, że miast poetą, mógłbym urodzić się grafikiem, albo pianistą jazzowym - w muzykach jest tyle wyrazistej, ekspansywnej pasji!

 

14. Jak zdefiniowałbyś ducha Polski i dlaczego?

Polska! To kraj bohaterów, męczenników i głupców. Poczucie niższości narodowej i rozbuchana megalomania zarazem. Kraj pełen sprzeczności. Trudno mi zdefiniować ducha Polski, bo przez całe życie uciekam od Rzeczywistości, nie zgadzam się na nią. A muszę przecież żyć - w niej zanurzony. Dlatego, kiedy tylko mogę, umykam w swój hermetyczny światek. I nie chcę nic słyszeć o Zewnętrzu!

 

15. Jaki jest Twój wkład w świat poezji?

Większość zjawisk w moim życiu wiruje wokół sztuki. Poezja, to jest przede wszystkim najgłębszy mój dialog z samym sobą. Ale i czytelnik jest bardzo potrzebny. Więc: dwa tomiki, cztery broszury, kaseta, chmara druków ulotnych; nagrody w konkursach literackich, publikacje w periodykach kulturalnych, okazjonalnikach, pokłosiach i antologiach; audycje radiowe, programy TV, wieczory, prezentacje, odczyty. Działania w dwóch gdańskich grupach poetyckich, później własny klub pod auspicjami Domu Kultury. Ot, jak napisał kiedyś poeta kultowy, Jacek Podsiadło, w Odrze - osiągniątka. Nie chciałbym być zbyt znany i nie mówię tego przez kokieterię; sława rodzi napięcia, stresy, niechęci ludzkie - nawet nienawiść! A ja nie mam dobrej odporności.

 

rozmawiali:
RADU DORU COSMIN ur. 1974 r. w Rumunii, nauczyciel języka angielskiego, tłumacz; wydał tomik poezji.
radu_doru@yahoo.com
i Marek Maganiusz Kielgrzymski
maganiusz@wp.pl.

 


Johann W. Goethe

ROZKOSZ SMUTKU

Wiersze (26-letniego poety) do Lili Schönemann

Ach, nie wysychajcie nigdy,

Wierne łzy miłości wiecznej!

Gdy wysycha potok łez,

Jakże martwy świat się zdaje!

Ach, nie wysychajcie nigdy,

Nieszczęśliwej łzy miłości!

 

Przełożył: Andrzej Lam

Johann W. Goethe

 

Tomasz Rybak

WYWIAD Z TRESEREM

Przejechałem kawał drogi, żeby przeprowadzić wywiad ze znanym naukowcem. Nareszcie coś innego niż setny reportaż z robotnikami w roli głównej. Tak to interesowało czytelników jak głuchego audycja radiowa.

Zza ścian dochodziło szczekanie. Za moimi plecami zaskrzypiały złowrogo drzwi. Do środka wszedł siwowłosy mężczyzna. To on! Profesor Wojskowej Akademii Medycznej w Petersburgu, laureat Nagrody Nobla za badania nad fizjologią trawienia. Iwan Pawłow. Też lubię eksperymenty. Nawet jeśli oscylują tylko wokół ubrań z lateksu i biczy.

- Przepraszam, że musiał pan czekać. Coś mnie zatrzymało w laboratorium.

Stanął przed oknem a jego uśmiechnięta twarz odbijała się w szybie. Podejrzana sprawa. Gdy ważni ludzie się uśmiechali, oznaczało to kłopoty.

- Czekam na pytania. Mam mało czasu - mówiąc te słowa nawet nie raczył odwrócić się w moją stronę.

- Czy mógłby towarzysz profesor przybliżyć, na czym polega warunkowanie?

- Pewnie, że mógłbym. Aczkolwiek mi się nie chce. Niech pan sobie poczyta moje publikacje.

Zaskoczył mnie tą odpowiedzią, lecz przynajmniej przestał się uśmiechać. Spadł mi kamień z serca.

- A czym teraz towarzysz profesor się zajmuje, a czego nie ma jeszcze w publikacjach?

- Proszę przestać mówić do mnie towarzyszu profesorze! - krzyknął i w końcu stanął przede mną twarzą w twarz.

- To jak mam mówić?

- Panie Burrhus Skinner. Zmieniłem nazwisko.

Z dzisiejszej perspektywy zachowanie profesora wydawało się dziwaczne, ale w tamtych czasach...

- A więc co jest przedmiotem pańskich aktualnych badań? - kontynuowałem.

- Po eksperymentach nad zwierzętami postanowiłem sprawdzić efekty warunkowania na przedmiotach codziennego użytku.

- Myśli towarzysz profesor, że można uwarunkować na przykład widelec?

- Prawdziwy naukowiec nie traci czasu na zastanawianie się, czy jest coś możliwe, tylko rozmyśla JAK udowodnić swoje hipotezy. Obecnie warunkuję stoły.

- Dlaczego akurat je?

- To proste. Stół podobnie, jak pies ma cztery łapy, nie zna się na biologii, fizyce, ani na wadach kułactwa. Pomyślałem więc, że proces powinien być podobny. Wobec psów stosowałem warunkowanie klasyczne, teraz poszedłem dalej i stosuję warunkowanie instrumentalne. Opiera się na nagrodach i karach.

- Czyli jak stół dobrze wykona zadanie, gra mu pan jakąś miłą melodię, a jak źle to pan fałszuje?

- Ależ skąd! Opornym stołom pokazuję piłę i grożę odcięciem którejś z nóg - mówiąc te słowa przypominał towarzysza Stalina.

- I to pomaga?

- Oczywiście. Najpierw jednak kazałem rozpiłować na kawałki jeden ze stołów, czemu przyglądały się inne. Początkowo mściły się wbijając nam drzazgi pod paznokcie, ale w końcu zrozumiały, że są bez szans. Teraz wystarczy sam widok stolarza, a już trzeszczą z przerażenia.

- A co z bodźcami nagradzającymi?

- W nagrodę nakrywamy je ładnymi obrusami. Bardzo to lubią, szczególnie te wyhaftowane.

Zamilkłem. Mój umysł zaczął się pruć od ciężaru myśli.

- Czy to koniec pytań?

- Jeszcze jedno - postanowiłem zaryzykować zdemaskowanie tajemnicy wojskowej. - Po co to wszystko?

- Naprawdę chce pan wiedzieć? - uśmiechnął się złośliwie. - Przecież pracuję dla armii... Stoły wyewoluowały z drzew, które przecież rosną w lasach i puszczach. Są więc dzikie. Mam je nauczyć walczyć. Będziemy eksportować stoły do wrogich państw... Reszty niech się pan domyśli.

Konsekwencje szybko do mnie dotarły.

- Zabraknie nam stołów! - krzyknąłem przestraszony.

- Nie, gamoniu! Stoły zaatakują parszywych wyzyskiwaczy w czasie śniadań, obiadów i kolacji! Ocaleją tylko anorektycy, bo przetrwają w przyjaznych nam warunkach.

Wybałuszyłem gały i uniosłem brwi w geście zdziwienia.

- Oficjalnie jednak mają wykonywać polecenie: "Stoliczku nakryj się".

- I jakie efekty?

Pawłow alias Skinner zmarkotniał.

- Na razie się ślinią.

 

Tomasz Rybak
rybaktomasz@wp.pl

 

Wojciech Sołtys

POJĘTE

Zapach drewna i potu

a może to tylko deszcz

z pewnością różnica bierze nad nami

górę

marmurowa obudowa ciała

więc przybliż się

pozwalam

oddychaj

Pięść i ziemia. Twarz. Teraz się uda.

Międzyczas bierze górę. Strzał i wynik.

Spoiwo ziemi deszczu i drewna.

 

Wojciech Sołtys

 

Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (22)

"Prowincjonalia" w "Łabuziu" ukazują się szósty rok. Dotąd zauważone zostały i w skrócie omówione wydawnictwa ponad 100 autorów. Telegraficzna forma prezentacji, co niektórzy sobie cenią, związana jest z takim, a nie innym charakterem rubryki. Starają się "Prowincjonalia" dostrzec przede wszystkim twórców niegłośnych medialnie, lokalnych, często (choć, bywa, niesłusznie) pomijanych przez recenzentów pism dużych.

Zapytał ostatnio jeden z czytelników ileż z tych książek przetrwa dłużej. Czy były wśród nich (lub są) publikacje mające szanse osiąść na stałe w świadomości odbiorców. Odpowiem szczerze: nikły procent. Lecz zawsze tak jest, że w historii literatury zostają jedynie śladowe ilości ogólnej "produkcji". Bowiem arcydzieła nie rodzą się na kamieniu. A prawdziwa twórczość zawsze była, jest i będzie ryzykownym poszukiwaniem. Przygodą pociągającą, czasem piękną, lecz jakże często okupioną chybionymi wysiłkami.

Nie znaczy to, by upadać na duchu, ręce załamując na pancerz. Trzeba iść dalej mimo i wbrew. Iść dalej mimo przeciwności i zwątpień, szukać twórczych rozwiązań wbrew oporowi świata i wbrew dogmatom. Oczywiście zakładając, że ma się coś światu do powiedzenia. Coś do powiedzenia od siebie.

 

Próbuje mówić od siebie Agnieszka Dębek (Agnieszka Dębek "Barwy czasu", Wydawnictwo ALTA PRESS, Koszalin 2004, str. 67) - kołobrzeżanka, z wykształcenia prawnik. Członek Stowarzyszenia Kołobrzeskich Poetów.

Młoda twórczyni debiutowała na łamach prasy lokalnej. Jest też współautorką almanachów "Wśród kołobrzeskich poetów" (2000), "Poczta poetycka Radia Koszalin" (2002), "54 równoleżnik" (2003). Dwa lata temu ukazał się jej arkusz poetycki "Wystarczy szept".

Nieco ponad pół setki utworów składa się na indywidualny debiut poetycki, jeśli pominiemy wcześniejszy arkusz.

Jakież są wiersze A. Dębek? Co poetkę rusza? W strofach odnajdziemy sporo tropów wiodących do miejsca zakorzenienia, do osób emocjonalnie bliskich. Zastanawia się nad sprawami niesionymi przez codzienność - demonstrując jednocześnie świadomość przemijania. Powiada między innymi:

Dnia nie żal mi

gdy płonie na horyzoncie

rozdmuchuję na wydmach

jego popiół

lecz on się odradza.

Świat autorki wydaje się przestrzenią oswojoną, niczym parkowa dziupla zamieszkana przez wiewiórki. Czuje się bijące z wersów ciepło. Poetka nie osądza, nie kreuje nowej rzeczywistości. Raczej stawia siebie w rzędzie wrażliwych obserwatorów.

Wartym wypunktowania jest też fakt konsekwencji w konstruowaniu wierszy. Przemawia nierozchwianym językiem. Widać dyscyplinę warsztatu, co częste u początkujących nie jest.

 

Natomiast debiut Jerzego Żelaznego (Jerzy Żelazny "Ucieczka na kogucie", Oficyna Wydawnicza AGATON, Polanów 2004, str. 189) miał miejsce trzydzieści lat temu.

J. Żelazny (rocznik 33) urodził się w Cichem. Mieszka w Polanowie. Jest absolwentem polonistyki Uniwersytetu im. M. Kopernika w Toruniu. Długie lata zajmował się kulturą w byłym województwie koszalińskim - prowadząc między innymi teatr poezji. Ostatnio pisuje felietony w "Miesięczniku".

Debiutował powieścią "Taniec błaznów" (1984), wydając później kolejne powieści i zbiory opowiadań: "Miasteczko pod wąsem" (1986), "Zgubić cień" (1988), "Wygnańcy Ewy" (1996), "Szkoda lata" (1998).

Debiutancka powieść autora (nagrodzona w konkursie wydawnictwa "Iskry") zyskała spore powodzenie. Przede wszystkim za dar wnikliwej obserwacji prowincji. I za satyryczne potraktowanie tematu. Jednak śmiech w pierwszych powieściach Żelaznego daleki był od drwiny czy sarkazmu.

Z upływem lat ton prozy się zmienił. Satyra ustąpiła miejsca poważniejszej refleksji. Choć pisarz nadal pozostał piewcą prowincjonalnego życia. I taki też jest najnowszy zbiór opowiadań "Ucieczka na kogucie".

Tom zawiera dziesięć utworów powiązanych tłem i bohaterami o zbliżonych problemach. To mieszkańcy Pomorza Środkowego, żyjący z dala od wielkiej polityki i centrów kulturowych. Mamy tu tak zwaną głęboką prowincję, często popegeerowską, gdzie kłopotem pierwszym jest brak pracy i przetrwanie biologiczne.

Rzeczywistość opisana piórem Żelaznego nie jest sentymentalna. Narracja tej prozy toczy się nieśpiesznie i mamy czas przyjrzeć się bohaterom. Język opowiadań jest barwny, potoczysty, nie pozbawiony zwrotów typowych dla słownictwa pozamiejskiego.

To może niezbyt efektowna w wydźwięku proza. Ale rzetelna, dająca poczucie solidności pisarskiej roboty. I przede wszystkim niosąca odetchnienie od zalewających nas ze wszech stron dzieł postmodernistycznych.

 

Pewne zakłopotanie w odbiorze niesie zbiorek Oskara Szwabowskiego (Oskar Szwabowski zwany OSKIm "Terroryzm artystyczny", BIBLIOTEKA KUNDLA BEZPAŃSKIEGO, Szczecin 2003, str. 32). Zakłopotanie ma dwie przyczyny. Pierwszą jest sprzeczność deklarowanego we wstępie rewolucjonizmu z obecnością (a raczej nieobecnością) tegoż rewolucjonizmu w tekstach. Drugą przyczyną zakłopotania jest literacki wydźwięk utworów. Ale po kolei.

O samym autorze nic nie wiem. Minizbiorek pomija biograficzne informacje. Wstęp jedynie zdradza pochodzenie utworów. Wyjęto je z zeszytowych rękopisów, osobno zatytułowanych "Pożegnanie Księżyca", "Wiersze wspaniałe jak świerszcze", "Bezpańskość klasa I Uniwersytet Nauk Niepotrzebnych" i "Wycieczki w nieznane klasa II TSA Terrorystów". "Z nich to wybraliśmy i, żywimy nadzieję, złączyliśmy w jakąś całość - powiada dalej autor. - Całość potrzaskanych fragmentów."

Broszurowy kształt wydania wspiera kserowana wydzieranka prasowa - jako tło każdej strony. Chwyt ten ma zapewne wywołać wrażenie miałkości lub umowności kultury masowej naszego czasu. To też chaos społeczny. Także chaos w sferze etycznej.

Podobne wrażenie wynosi się z lektury niespełna trzydziestu utworów. Poeta, opowiadając nam między innymi o paniach lekkich obyczajów (nazywanych wprost kurwami), policjantach i mediach zmierza do zademonstrowania buntu. Świat zastany jest "be" i wszystko do kitu.

Tyle, że bunt ów nie przekonuje. Zwłaszcza nie przekonuje literacko, gdyż język utworów jest banalny - na równi z nijakością opisu. To raczej zbiór konstatacji (Moje życie jest sponsorowane/ Sposób mojej egzystencji wytyczony) prowadzących na twórcze manowce. Trudno tu nawet uwierzyć w ewentualną "pastiszowość" konwencji.

Powiada autor w domykającym zbiorek utworze "Powraca nowe":

W nadmiarze nie ma o czym mówić

Nadmiarem trzeba się udławić

Odgrzewam rewolucje

W telewizji też same powtórki

 

Odgrzewam rewolucje

Na ogniu własnego życia

 

Inaczej rzecz się ma z Jackiem Durskim (Jacek Durski "Wiersze", Wydawnictwo NOWY ŚWIAT, Warszawa 2004, str. 64) publikującym - podobnie jak O. Szwabowski - od czasu do czasu w "Łabuziu".

J. Durski (rocznik 43) urodził się w Poznaniu. Jest uznanym artystą malarzem (37 wystaw indywidualnych w kraju i za granicą), rzeźbiarzem i grafikiem (sam też zilustrował niżej omawianą książkę). Prozę jego drukowano m.in. w "Sycynie", "Regionach", "Odrze", "Toposie" i "Gościńcu Sztuki". Debiutował tomem prozy "Wśród krzywych luster" (1997), później wydając powieści "Mariacka" (1999) oraz "Rok" (2003).

O wysmakowanej prozie "Roku" wspominały "Prowincjonalia" kilka kwartałów temu. Teraz przyjrzyjmy się nowej twarzy niespokojnego twórcy: twarzy poety.

Blisko pięćdziesiąt utworów w tomie podzielił autor na trzy działy: "Szukam dłutem pióra", "Lęk z otchłani" oraz "Znowu jestem aniołem". To starannie wyszlifowane strofy, momentami dźwięczące niczym stal. Poeta operuje zwartym obrazem. Owa wyrazistość podkreślona jest malarskością wizji. Mówi na przykład w jednym z utworów:

 

Na haku Europy polski szczur.

Dobiegł.

 

Wszędzie przestrzeń z liczbami

nie ma ran w kieliszku.

 

Tężeje ogon w eksrementach

uderza ostatni cień.

To mocne obrazy. I wychodzą poecie obroty kodami kulturowymi. Też dobrze widać lekcję awangardy, Różewicza - jak podkreśla w nocie na okładce Krzysztof Uniłowski. A jednak, jednak... po lekturze odkładam książkę nieco rozdrażniony. Dlaczego? Gdyż za dużo w tym gry, literackiej kombinacji, a za mało emocji. Te strofy od początku do końca są wykoncypowane, trącące sztukaterią.

Zatem, mając do wyboru poezję i prozę autora, stanowczo pozostaję przy prozie.

 

Wydawca nie dopatrzył i brak jest informacji kiedy oraz gdzie opublikowano miniaturowy tomik Daromiły Tomawskiej (Daromiła Tomawska "Zza cieni i obłoków", str. 62). Strona redakcyjna niesie tylko taką wiadomość: "Książka ukazuje się z funduszy Urzędu Miasta i Gminy Pobiedziska w X-lecie Salonu Artystycznego im. Jackowskich, w setną rocznicę śmierci Maksymiliana Jackowskiego." Przez redakcję "Łabuzia" wiem, że zbiorek drukowano w Poznaniu.

D. Tomawska urodziła się w Szamotułach. Z wykształcenia jest stomatologiem. Jest też współzałożycielką Salonu Artystycznego im. Jackowskich. Mieszka w Pobiedziskach. Debiutowała w "Protokole Kulturalnym", publikując też w "Gazecie Lekarskiej" i "Akancie". Jest także współautorką książki "Sursum Corda" (2003). Nadto redaguje periodyk "Salonowe Spotkania".

Debiutancki minitomik, zawierający 40 utworów, podzieliła autorka na dwie części, opatrując je tytułami "Święte Drzewo Świata" oraz "Gałązka zdziczałego bzu". Wpisuje się w nurt poezjowania sztambuchowego, gdzie karty intymnych wyznań rozdzielają zasuszone liście lub kwiaty. Refleksje poetki obracają się wokół natury, pasji muzycznych i uczuć - spośród których miłości nadaje szczególne znaczenie. Strofy napędza udzielające się czytającemu przyjazne nastawienie do świata i bliźnich. A mimo zdarzających się nieporadności stylistycznych od czasu do czasu trafiamy na obrazy urocze w swym klimacie. Jak w utworze "Z księgi dworu", gdy notuje:

Czyjś śpiew granie i kornik w desce

Dzień jak warkocz

w turkocie kół i parskaniu koni

rozmazany atrament i rysunek chiński

Pod wieczór zapach naftowej lampy

i chybotliwy cień na ścianie

Skrzydło świerszcza i ramię nocy

Tylko przewrócić kartkę

Wszystko odpamiętać

 

Z humorem przedstawił się na okładce autor nowego zbioru wierszy - Bogdan Zdanowicz (Bogdan Zdanowicz "Inne przestrzenie", nakład własny, Kraków 2004, str. 60). Ponieważ notka jest krótka, przytaczam w całości.

"Bogdan Zdanowicz - bezet - pięćdziesiątak. Dawno skończony polonista, były nauczyciel - instruktor, spełniony już emeryt. Aktualnie w Krakowie, młodość w Łobezie. Wydawnictwa oficjalne: «Kiedy Ciebie nie ma» (1980), «Szpital zwyczajnego dnia» (1989). Okazjonalne: «Piosenki dla dziewczynek» (2001), «Sowa i inne ptaki» (2002), «Chmurka» (2003), «Obłoki» (2004). Na zdjęciu: uśmiech nr 5 - z dedykacją dla tych, których nie wyczerpały teksty."

Z marszu zgłaszam: mnie nie wyczerpały. Więcej. Odczułem sporą satysfakcję po lekturze. Zaraz wróciły wspomnienia z lektury innej (sprzed lat 2) - tomu "Sowa i inne ptaki". Podobne nastawienie warsztatowe, podobny klimat, podobne motywy.

Cóż jest ujmującego w strofach Zdanowicza? Przede wszystkim nienadymanie się i prostota wyrazu. Poeta składa wersy z poczuciem estetycznego smaku. Przekonują też słowa o niepewności jutra, o świecie lepiej dostrzeganym przez kontemplację szczegółu, o wartościach współistnienia z innymi stworzeniami. Nie każdemu dany jest dar bycia w kilku wymiarach (podchmurnym, chmurnym i nadchmurnym) jednocześnie. Zdarza się poetom taki przywilej. A jeśli już się go ma, nie wolno przetrwonić. Niektórzy nazywają to współspolegliwością.

Po wytrzepaniu niewielkiej ilości paździerzy byłby z tego zbioru całkiem przyzwoity tom poezji. I warty publikacji w oficjalnym wydawnictwie.

Można przeciwstawić wiersze Zdanowicza wierszom Durskiego. Mieliby o czym ze sobą pogadać. Czasem Zdanowiczowi przydałaby się dyscyplina warsztatowa Durskiego, a z kolei Durskiemu nie zawadziłaby "odduszność" (czyli pochodząca od duszy) strof Zdanowicza, jego eteryczność.

Zamykający tom utwór p.t. "Czułość" niewątpliwie może stanowić credo poety. Czytamy w nim:

wierzę że czułość jest językiem

zrozumiałym dla wszystkich gatunków

w miłosnym transie - skowycie nienawiści

w płaczu pożegnań

 

wierzę że zobaczę jeszcze z innej perspektywy

jak wiatr nakręca zegary pór roku

harmonię sosny na tle chmur

niejasny taniec słonecznego promienia

 

wierzę że słowa nie są puste

a ci którzy chcą - usłyszą więcej

 

Na koniec coś z odmiennej, choć pobliskiej parafii. Bo nie o książce będzie teraz mowa, a o nowym, potencjalnie konkurencyjnym wobec "Łabuzia", piśmie. Właśnie ukazał się w Szczecinie pierwszy numer nieregularnika "ArteFakt". Jak informuje redakcja, z założenia ma być to nieregularnik tropiący zachodniopomorską kulturę. Co prawda nakład ma chwilowo jeszcze mniejszy od "Łabuzia", bo jedynie 200 egzemplarzy, ale kto wie ile z tego i co urośnie.

We wstępniaku naczelna (Joanna Giza-Stępień) napisała w imieniu zespołu miedzy innymi: "Nasze pismo jest efektem niewygody, niezgody i dezorientacji. Z jednej strony, zewsząd dobiegają nas pogłoski o mizerii kulturalnej w Szczecinie i niedowartościowaniu szczecinian: kompleksach Berlina, Krakowa, czy nawet Poznania, z drugiej strony, jako lokalni dziennikarze, artyści, studenci i pracownicy naukowi, nierzadko mamy okazję uczestniczyć w działaniach, które lepiej rozreklamowane i zorganizowane (?) mogłyby zadać kłam owym obiegowym opiniom i być może zmierzyć się z mitem «miast z tradycją»."

Pierwszy numer, mimo bałaganu typograficznego i trochę "puszczonej" strony wizualnej, niesie sporo ciekawych materiałów literackich. Zapowiadane są felietony, wywiady, teksty autorów związanych z Kawiarnią Poetycką, sporo ma być o teatrze, sztukach wizualnych, książkach. Co z zapowiedzi się spełni? Naturalnie obywatel czas prześwietli. Zobaczymy.

Tak czy siak życzę - a w swoich życzeniach, jak podszeptuje redakcja "Łabuzia", nie jestem odosobniony - pasjonatom spod znaku "ArteFakt" długiego żywota. To radość, gdy na wymizerowanym rynku prasy kulturalnej pojawia się młody, wygłodniały wilk. Oby polował z dobrym skutkiem. I nie omijał trucheł (twórczych).Wszak wilki, co potwierdzi każdy ssakolog, zjadają nie tylko organizmy żywe, ale i padlinę - spełniając tym samym, obok funkcji selekcyjnych, równie ważne funkcje sanitarne!

 

Paweł Szeroki
(sierpień 2004)

 

John Seed

WZYWAM CIĘ DUCHU ZIÓŁ, PROWADŹ MOJE PALCE...

Palcami uderzam w klawiaturę komputera siedząc przy nim na dalekiej Syberii, przy granicy z Mongolią, Chinami i Kazachstanem. Przyjechałem tutaj, żeby pomóc ludziom z Rosji, oddanym głębokiej ekologii, którzy chcą uratować tygrysa syberyjskiego, lasy Primorskiego Kraju, bez którego tygrys zginie, a także ratować śnieżną panterę i świętą górę Belukha z jej lodowcami i rzeką Katun, na której planuje się budowę zapory.

Wzywam molekuły klawiatury, elektrony tańczące po ekranie, zespólcie się ze świadomością niewzruszonej prawdy, by w najbardziej gruboskórnym sercu przebudziła strach przed nierozważnymi czynami. Niech duchy ziół przemówią do nas tak samo, jak przemawiały niezliczoną ilość razy, kiedy szamani palili je w kadzielnicy świadomości. Wzywam was, byście przemówili na rzecz głębokiej ekologii, na rzecz życia, w czasie kiedy stajemy przed wyzwaniami porównywalnymi chyba tylko z pojawieniem się tlenu na Ziemi.

W roku 1979, po latach uprawiania medytacji, po latach pracy we wspólnocie zajmującej się organiczną uprawą żywności, podziwiając cud rodzenia się życia z nasion wyhodowanych z nasion poprzedniego roku, czując bezradność ludzkiego ciała i umysłu wobec cudu życia, znalazłem się niespodziewanie wśród grupy ludzi broniących lasu przed wycięciem.

Czym byłby świat ogołocony

Z miejsc mokrych i miejsc dzikich? Niech będą zawsze.

Niech trwają zawsze, dzikie i mokre:

Niech zawsze będą chwasty i zawsze będzie dziko.

- Gerald Manley Hopkins

Stałem z przyjaciółmi w jednej linii oddzielającej w szalonym porywie świat ludzi od świata ciemnej, zielonej, dzikiej wegetacji. Ale tym razem nie stałem tam patrząc jak się przyczynić do zagospodarowania lasu lecz stałem w jednej linii z drzewami, by je uratować przed wycięciem.

Ja mówię w imieniu drzew, bo drzewa nie mają języka

I mówię to, Panie, ze ściśniętym gardłem.

- The Lorax, Dr.Seuss

Tak narodził się Ośrodek Informacyjny Lasów Tropikalnych (Rainforest Information Centre), warsztaty zgromadzenie wszystkich istot i tak zaczęła się moja droga występowania w obronie Ziemi. Choć sam nie wiem, którędy przyjdzie mi iść jutro, dzisiaj staram się odnaleźć w sobie starodawny język Ziemi, roślin i zwierząt, żeby móc pozwolić im używać w swoim imieniu mojego języka.

Nasza wiara nakazuje nam prawo i obowiązek,

Byśmy angażowali się w ziemskie sprawy.

- Teilhard de Chardin

Zgromadzenie wszystkich istot to nazwa ceremonii i rytuałów, które są praktycznym urzeczywistnieniem, wyrazem ekologii głębokiej. Podchodzimy do liścia tak, jakbyśmy podchodzili do czcigodnego mistrza zen. Wydychamy dla tego liścia dwutlenek węgla z poczuciem wdzięczności i ze szczodrością - to nasz podpis w przyrodzie, trop odciśnięty w naturze, której jesteśmy cząstką.

Jeżeli do tego pradawnego procesu dzielenia się oddechem dodamy świadomość, wówczas wyobrażamy sobie liść. Zauważmy, wcale nie jest oczywiste przeświadczenie, że w tej wzajemnej wymianie towarzyszącej każdemu oddechowi tylko my posiadamy świadomość. Nieustannie podtrzymujemy przy życiu liść i zapraszamy go, żeby on utrzymywał nasze życie - nie tylko dlatego, że produkuje tlen, także przy pomocy wielu innych czynników.

Ludzie zwani najbardziej prymitywnymi prowadzą życie silnie osadzone w "środowisku naturalnym". Wszystkie ich praktyki, ceremonie i rytuały potwierdzają i podtrzymują poczucie wzajemnego powiązania i współzależności plemienia ludzkiego z pozostałymi plemionami wielkiej rodziny zamieszkującej planetę. Te ceremonie świadczą o tym, że problem utraty poczucia związku z całym życiem nie jest charakterystyczny tylko dla czasów nowożytnych, że zakorzeniony jest głęboko w ludzkiej naturze. Jednakże my, ludzie nowocześni, posunęliśmy się dalej w swojej arogancji i oświeceniu, bo wyrzuciliśmy podobne praktyki do worka zabobonów a zachowane rytuały odarliśmy z ich głębi i znaczenia. Bawiąc się tylko, a nie uczestnicząc w nich, straciliśmy swoje miejsce w świecie.

Jakże mamy odnaleźć swoją jaźń ekologiczną? Same idee ekologiczne, choćby nie wiem jak głębokie, na pewno nas nie uratują. Żadne wysiłki konserwacyjne, żadne "ratowanie najcenniejszych obszarów" w parkach narodowych nie powstrzyma krwotoku skoro sam układ krążenia poprowadziliśmy z ominięciem organizmu Ziemi. Dlatego zgromadzenie wszystkich istot i inne, służące jedności z przyrodą rytuały muszą stać się częścią podstawowych wzorców kulturowych społeczeństwa.

Karmią nas rośliny, zioła. One nas leczą! Dają nam siłę. Przez całe eony żyliśmy we wzajemnej wymianie, zanim nie zwyciężyła arogancja i amnezja. W świecie roślin jesteśmy zakorzenieni. One pośredniczą między nami a Słońcem. Łączą nas ze światem nieorganicznym, one czerpią z niego, a my z nich. Tyle wiedzy i mądrości na ten temat skutecznie zniszczyliśmy. Współczesna medycyna, jakże "męska", wyrosła na stosach milionów spalonych w Europie zielarek. Jak teraz nawrócić się? Czy współczesny umysł człowieka Zachodu może nam w tym pomóc na drodze dodawania do naukowej bazy danych jeszcze paru informacji, z kolejnych badań? Czy wciąż za mało zdobyliśmy i nasze umysły muszą zdobyć więcej informacji?

Nie, nie muszą. Musimy za to wrócić do wspólnoty. Do współuczestniczenia -w głębokim znaczeniu tych słów - z całym życiem Ziemi. Jesteśmy jej częścią. Potrzeba do tego skorzystać z paru innych umiejętności niż tylko racjonalne myślenie. Pierwszą z nich jest wyobraźnia.

Wyobraźnia to oczywiście przejaw zwierzęcości w nas - przebił się przez nowsze zwoje kory mózgowej i rozwinął, nadal będąc osadzony w organicznej matrycy, z której pochodzi. Zapraszam moją wyobraźnie, a także Twoją - wróćmy tym tropem do naszych korzeni. Wybierzmy się w wędrówkę aż poza miejsce, gdzie wyobraźnia zakorzeniona jest w naszym fizycznym ciele. Prześledźmy zapis czterech miliardów lat pomyślnej symbiozy organicznej. Wróćmy do miejsca, gdzie zwierzę bierze swój początek w roślinie. Podziękujmy naszym nawzajem uzupełniającym się rolom, podziękujmy, że Ziemia rodzi rośliny, którymi może żywić się świat zwierząt, podziękujmy za cud fotosyntezy, kiedy to rośliny przechwytują fotony, które - kiedy to piszę na moim laptopie - padają obok na jałową, syberyjską skałę. Ach, cóż to za cud! Cofnijmy się do jeszcze większego cudu, jakim jest samo Słońce. Energia dająca tyle możliwości, energia zachwytu dawania...

Do tego właśnie zwraca się ekologia głęboka. Do wzajemnych powiązań wszystkich istot - roślin, zwierząt, ludzi. Wszyscy jesteśmy komórkami ciała Ziemi, a sama Ziemia uczestniczy w tajemniczej wzajemności układu słonecznego, galaktyki i kosmosu.

Ten gliniany dzbanek zawiera w sobie wąwozy i lesiste góry

A także Stwórcę wąwozów i lesistych gór

Jest w nim siedem oceanów

I setki milionów gwiazd

- Kabir

W czwartym światowym raporcie na temat sytuacji lasów tropikalnych zoolog Peter Dwyer zauważył, że plemiona żyjące w górach Nowej Gwinei głoszą, iż las deszczowy nie tylko dostarcza pożywienia ich żołądkom ale także żywi ich myśli. Dalej kontynuuje on: Chociaż lasu deszczowego nie spożywamy bezpośrednio, to jednak jesteśmy usidleni w sferze percepcji i myśli o nim, aż któregoś dnia nie odkryjemy nagle wartości, które dotychczas były dla nas tylko symboliczne, wewnętrzne a dla niektórych duchowe. Tropikalne lasy deszczowe są prymitywnymi, pradawnymi systemami ekologicznymi, których początki znajdujemy w roślinach czasów jurajskich sprzed 135 milionów lat. Zachowały się one w skamienielinach węglowych i dzisiaj wracają do nas, po milionach lat, pod postacią różnych tworzyw sztucznych. Oto jak wygląda bio-geochemiczny proces nieustannej kontynuacji.

Zdolność Dweyera do zauważenia w dzisiejszych wyrobach plastikowych lasu deszczowego sprzed setek milionów lat jest dobrym przykładem efektu psychologicznego jaki powoduje las deszczowy, a w istocie każda biocenoza, u ludzi przebywających w niej. Czyżbyśmy istnieli na poziomie psycho-bio-geochemicznym?

Psychika wyrasta z podstaw zwierzęcych i roślinnych, a jednak osobowość człowieka współczesnego ukształtowana jest przez szereg filtrów odcinających nas od dostrzeżenia tego. Spróbujmy więc odrzucić te filtry i rozszerzyć swoją świadomość i poczucie identyfikacji, by ogarnąć także zwierzęta i rośliny. Najważniejszym zadaniem jest dla nas korzystanie ze skarbca podróży ewolucyjnej, pamiętanie o niej, przypominanie jej sobie i korzystanie z jej pomocy, kiedy chcemy uczynić kolejny ślad na Ziemi. Wspólnie z roślinami - naszymi przyjaciółmi możemy uczynić krok w kierunku złożoności i harmonii, dając temu wyraz.

Dobrzy ludzie -

Najbardziej królewska zielona zieloność

Korzeniami sięgająca słońca

Świecicie promienistym światłem

- Hildegarda z Bingen

Pozbycie się antropocentryzmu to stworzenie warunków dla zdrowia psychicznego. Musimy tylko pousuwać wszystkie egotyczne myśli i ideologie, by pozwolić na nowo rozkwitnąć naszej wrodzonej mądrości. To długi proces. Trzeba raczej pielęgnować naturalne środowisko głębokiej ekologii tam, gdzie już rozkwita, a nie przesadzać je do dusz, którym brakuje niezbędnych mikroelementów i mikroklimatu.

Zwracamy się do mądrości rośliny, pozwalając by nasza świadomość powędrowała do samego źródła - poprzez zwierzę do rośliny, przez roślinę do gleby, do minerałów, do Słońca, prosząc światło słoneczne zgromadzone w roślinach, by nakarmiło nasze palce energią i podyktowało, co mają pisać:

Ludzie, czy naprawdę czujecie się tak bardzo zmęczeni wspólnym tańcem życia? Czy podczas długiej wędrówki nie służyliśmy sobie dobrze? Przypomnijcie sobie, pamiętajcie.

Pamiętajcie o wymiarze tej wędrówki, wszystkie wasze pewniki zawarte w ideologiach i religiach są wyrazem chwili równej ułamkowi ostatniej sekundy na zegarze czasu.

Pamiętajcie, wy też jesteście tylko liśćmi na drzewie życia. Soki drzewa pulsują w waszych żyłach.

Siła, która zieloną energią ożywia kwiat

Ożywia moje zielone lata

Siła, która pcha wodę poprzez skały

Tłoczy moją krew

- Dylan Thomas

Żeby służyć szerszej wizji życia staramy się oddać swój czas, myśli, życie roślinom i zwierzętom, gatunkom i wspólnotom, ekosystemom i całej misternej sieci życia. To nazywamy ekologią głęboką.

Podczas każdego rytuału i podczas każdego działania staramy się przekroczyć małe pragnienia człowieka ku wielkiemu pragnieniu wszechświata, by kształtować siebie w bardziej subtelny, złożony, wrażliwszy na życie sposób. Nie musimy tym kierować, nie trzeba niczego budować. Wspólnota buduje się sama pośród tych, którzy pragną tego samego, szerszego obrazu życia.

O słodka samoródcza

Ziemio jakże często

pożądliwie

lubieżnych filozofów paluchy podszczypywały

i szturchały

cię

a sprośny kciuk

nauki dźgał

twe

piękno, jakże

często religie brały

cię na swe kościste kolana

miętosząc i

szturchając cię abyś mogła począć

bogów

(ale ty

wierna

niezrównanemu

łożu twego

rytmicznego

kochanka

śmierci

odpowiadasz

im tylko

wiosną)

E.E. Cummings

"o sweet spontaneus", 1923 za Martin E. P. Seligman "Co możesz zmienić, a czego nie możesz"

Niektórzy zielarze myślą o nauce zielarstwa, inni o zastosowaniu ziół w medycynie, ale są i tacy, którzy szukając uzdrowienia słuchają pieśni Ziemi i w ziołach zaczynają dostrzegać nie tylko lekarstwo, ale także nauczyciela, przyjaciela i towarzysza. Kiedy znajdą się w wirze świata nie będą więcej aktywistami ekologicznymi, nie będą zielarzami lecz będą pradawnymi ludźmi - po prostu liściem na drzewie życia.

Ścieżkę wytyczamy idąc

Kiedy idziesz, robisz to, bo nie ma żadnych dróg

Na morzu kierunek wyznacza tylko wiatr

- Antonio Machado

 

John Seed



Fragmenty szkicu wstępu do książki o ziołach - z prywatnej korespondencji. Tłum: Janusz Korbel.

Dziękujemy pkl. "Łabuź"