Łabuź 49/2004


 
"[...] Dla nas, mieszkańców nowoczesności, istnieć to być świadomie zwróconym w przyszłość. To rozmyślnie wykraczać poza dziedzictwo -wzbogacać je, dopełniać i przetwarzać. To przesuwać granice przestrzenne i wszelkie inne. To z perspektywy przyszłości ujmować przeszłość i dokonywać w niej wyborów. To istnieć historycznie. W jakiejś mierze stosuje się to już do antropoidów od chwili, gdy opuściły swe pierwotne siedziby i zaczęły kolonizować powierzchnię ziemi. W większej - do człowieka od czasu, gdy do umiejętności robienia narzędzi, panowania nad ogniem i posługiwania się mową dołączył sztukę wytwarzania obrazów, uprawę roli i hodowlę, obróbkę metali, miary i wagi, pismo. Ale dopiero wyjście poza barierę zmysłów w toku rewolucji naukowej zapoczątkowanej w XVI wieku, a zwłaszcza uruchomione dwa wieki później przezwyciężenie różnorakich przyrodzonych ograniczeń dzięki postępom przemysłu, transportu, higieny i medycyny, na wskroś uczasowiły i uhistoryczniały nowoczesny sposób bycia w świecie, co pozwoliło uznać przyszłość za wyróżniony wymiar czasu - dopełnienie i scalenie dziejów człowieka i rzeczywistości - i pobudziło przemyśliwania w tym świetle problematyki dyskutowanej od starożytnej Grecji przez filozofów i uczonych. U początku tego przewrotu umysłowego stoją działa dwóch emblematycznych postaci oświecenia - Hume`a i Kanta.

 

Od końca XVIII wieku historyczność człowieka i wszystkich jego wytworów jest najtrudniejszym wyzwaniem dla filozofii. Tym trudniejsze, że samo rozumienie historyczności nie było w ciągu dwustu minionych lat ogniskiem sporów wyłącznie akademickich. Albowiem prześrodkowanie czasu, przemieszczenie jego punktu ciężkości z zaświatów i przeszłości mitycznej w przyszłość doczesną, wyraziło się również w narodzinach nowego typu wierzeń zbiorowych - ideologii - opartych na przekonaniu, że można zaprogramować i urzeczywistnić przyszłość lepszą od tego, co jest, i tego, co było, w skrajnych wersjach - wręcz doskonałą, gdyż przebudowa podstaw życia zbiorowego bądź zgoła stworzenie nowego człowieka ograniczy zasięg społecznego zła, skądinąd różnie przez różnych rozumianego, albo usunie ostatecznie jego źródła. Ideologie umożliwiły mobilizację wielkich rzesz do skutecznej walki o poprawę warunków życia. Ale umożliwiły też mobilizację również wielkich rzesz do udziału w manifestacjach nienawiści i do wojny. W XX wieku zaś niektóre z nich uległy radykalizacji, która nadała im charakter totalitarny i doprowadziła na jednym biegunie do leninizmu, na drugim do nazizmu. Filozofowie nie zawsze okazali się odporni na te ludobójcze, jak się miało okazać, wierzenia. Ulegli im niektórzy z największych; wystarczy przypomnieć z prawej strony Heideggera, z lewej - Lukacsa. Leninizm zyskał licznych wyznawców również wśród nas. Przemyśliwanie historyczności człowieka dokonywał się przeto w wielu przypadkach - dotyczy to i mnie - w konflikcie z wyznawaną ideologią, jako wyzwalanie się od niej, jako przeciwstawianie się jej bezzasadnym roszczeniom autonomii filozofii i wiedzy. [...]

 

Dla nas, mieszkańców nowoczesności, istnieć to być świadomie zwróconym w przyszłość. Dlaczego zatem mówiło się tu głównie o przeszłości? Otóż dlatego, że niepodobno kształtować przyszłości i świadomości, gdy neguje się obecność wśród nas przeszłości i postępuje się tak, jak gdyby nie wywierało ona na nas żadnego wpływu, pozwalając jej przeto powodować nami bez naszej wiedzy, a nawet ze złudnym poczuciem, że jesteśmy autorami naszych czynów. I niepodobno kształtować przyszłości świadomie, gdy nie zna się własnej przeszłości, gdy się jej nie rozumie, gdy rzutuje się na nią teraźniejsze przesądy i zapoznaje przeto jej cechy wyróżniające. Zapewne nigdy nie poznamy w całej pełni samych siebie. Nas, ludzi uniwersytetu, nauczycieli badaczy, nie zwalnia to jednak z obowiązku dążenia do tego celu, gdyż tylko wydobywając na jaw i uprzytomniając ogółowi ograniczenia, jakim wszyscy podlegamy, przyczynimy się do poszerzenia zakresu wolności i odpowiedzialności. [...]"

 

Krzysztof Pomian
"Gazeta Wyborcza" nr 20 4534
24-25 styczeń 2004

Dziękujemy pkl. "Łabuź"






Ludwik Cwynar

"NA POCZĄTKU BÓG STWORZYŁ NIEBO I ZIEMIĘ"

(co było, nim powstał "Światowid" Łobez)

 

Z prawybuchu przed 15 miliardami lat powstał stale rozszerzający się Wszechświat. Ruch jest więc immanentną cechą bytu: takie byłyby filozoficzne podstawy rozmyślań o sporcie i aktywności fizycznej.

Zanim powstał łobeski "Światowid", materia prapoczątku skupiała się w mgławice, galaktyki, słońca i planety. I Ziemia idąc przez kolejne "dni" tworzenia, modyfikując materię aż do skomplikowanych sekwencji DNA pierwszej pary ludzkiej, zaludniła się na tyle, że "sporty" walki (Kain i Abel) trzeba było ująć w reguły etyczne.

Na naszej chłodnej północy, z dala od Raju, lodowiec przegnał życie, przykrył dwukilometrową warstwą lądolodu wszystko, co wcześniej w przyrodzie ożywionej i nieożywionej w tej części globu się wydarzyło.

Dopiero jakieś 10 tys. lat temu (holocen) w tundrowy krajobraz Pomorza, które najdłużej z ziem polskich leżało pod "śnieżną pierzynką", wkroczyła brzoza, sosna, leszczyna... i człowiek. Mamuty wyginęły chyba same z siebie, tura, żubra, łosia, wilka, bobra wytępiły "sporty" myśliwskie. Myśliwi i zbieracze byli w ciągłym ruchu, nie mieli więc sił na sport, ale już osiadłe grupy ludzkie, zajmujące się uprawą roślin i hodowlą, mogły jakieś trawiaste place użytkować jako wspólne areały kultowe, handlowe, wiecowe, sportowe...

Ziemię Łobeską zostawił lodowiec przeciętą zawiłym meandrem rzeki Regi: pod Łobzem Rega, szeroka wtedy jak Wisła, przebiła się po raz ostatni przez morenowy krajobraz i z kierunku południowo-zachodniego skręciła na północny-zachód, ku Bałtykowi, jako najdłuższa samodzielna rzeka Przymorza (199 km). Dając atrakcyjny szlak kajakowy. Nie powtórzyła błędu Drawy czy Warty, które są po prostu dopływami zlewiska Odry. Przyjęła zasilające ją rzeczki: Mołstowę i Rekową z prawej, a Starą Regę, Łoźnicę, Brzeźnicką i Reską Węgorzę (zbratane tuż przed wlaniem się do Regi) oraz zsiostrzone Wilkową i Piaskową, Sąpólną i Ukleję z lewej strony, sama dziś zmalała, ale poniżej Trzebiatowa potrafi wystąpić z brzegów wstrzymana cofką sztormów od morza. Zimą też idą w górę Regi łososie - niegdyś podstawa bogactwa miejscowych rybaków i handlarzy.

Południe powiatu zajmują dwa pojezierza w pasie moren czołowych: północny skraj Pojezierza Ińskiego i zachodni skrawek Pojezierza Drawskiego (skąd Rega wypływa). Pozostałą, większą część powiatu, obejmuje Wysoczyzna Łobeska - obszar mniej sfałdowanej moreny dennej.

Pierwotni mieszkańcy tych stron nie zostawili po sobie śladów. Pierwsze znaleziska skarbów monet z czasów rzymskich pod Reskiem świadczą, że podczas wędrówek ludów (V wiek) prowadził tamtędy szlak kupiecki a osiadła ludność uczestniczyła w handlu. Nieco młodsze grodziska (a jest ich ze 30!) wskazują, że tworzyły się tu skupiska plemienne.

Inny szlak północ - południe służył transportowi soli (a pewnie i bursztynu) w stronę Drawy. Bytujące tam plemię Drawian chroniło trakt broniąc granicy plemiennej wzdłuż Mołstowy i Starej Regi. Plemię "Łobezian" obejmowało grodziska po drugiej stronie tej granicy z ośrodkiem w Karwowie (grodzisko i cmentarzysko), "Dobrzanie" obejmowali też brzeg jeziora Woświn, "Reszczanie" panowali na północy powiatu, "Węgorzynianie" być może mieli swój ośrodek nad jeziorem Brzeźniak. Tu można by doszukiwać się niewygasłych animozji kibiców tamtejszych klubów piłkarskich. Czy Mieszko I włączając Pomorze do Polski i broniąc je przed najazdami Sasów pod Cedynią (972 r.) któryś z grodów Ziemi Łobeskiej uczynił kasztelanią? Mieszkali tu Słowianie o mowie zbliżonej do Polan. Powołanie biskupstwa w Kołobrzegu (1000 r.) przez Bolesława Chrobrego miało przyłączyć te ziemie do gnieźnieńskiej metropolii. Przez najbliższe stulecia ważyła się przynależność Pomorza Zachodniego. Małe plemiona jednoczyły się dobrowolnie lub siłą. Po śmierci Chrobrego raczkujące na Pomorzu chrześcijaństwo utraciło Kołobrzeg (znów wróciły pochówki całopalne). Duńczycy zajęli ujście Odry i Wolin. Równocześnie z formującą się pomorską dynastią Gryfitów pchała się między Wielkopolskę a Pomorze Nowa Marchia (Marchia Brandenburska). Bolesław Krzywousty podjął jeszcze jedną próbę zjednoczenia tych ziem z Polską, finansując wyprawę św. Ottona z Bambergu i ponownie chrzcząc Pomorzan (1124 r.). Z tego okresu pochodzą nowe grodziska stożkowe - siedziby feudałów z nadania Polski - w Łobzie, Węgorzynie, Iglicach. Wkrótce jednak więzi z Polską osłabły (rozbicie dzielnicowe). "Światowid", swą nazwą nawiązujący do imienia bóstwa pogańskiego, jeszcze wtedy nie istniał, ale jakiś kult pogański kwitł w Trzebiatowie, czemu więc nie w Łobzie?

Pierwsza pisana wzmianka o Łobzie pochodzi z 1271 roku. Co najmniej rok wcześniej Wolf Borko - pan na Łobzie - dostał tę ziemię od księcia pomorskiego za rycerskie czyny. Chyba dość łatwo opanował otwartą osadę nad strumieniem wypływającym spod dzisiejszych ogródków działkowych "Dalno", dalej zamkniętym w kanał. W 1295 roku na pewno już istniało miasto (civitas) Łobez z wytyczoną siatką ulic, rynkiem i kościołem, chronione wokółmiejskim murem obronnym z dwiema bramami i fosą. Osobno stał zamek Borków (dziś nadleśnictwo). Borkowie mający w herbie dwa wilki, jednego użyczyli herbowi miasta Łobez. Rozrastający się ród Borków wkrótce miał cztery miasta: jeszcze Resko, Węgorzyno i Strzmiele.

Od XIII wieku zaczęto wykorzystywać Regę i dopływy do napędzania młynów zbożowych, potem też młynów kory dębowej dla garbarstwa, foluszy ubijających wełnę na filc, kuźni z młotem mechanicznym. Obok tego istniało tradycyjne garncarstwo, stolarstwo, tkactwo, kołodziejstwo i bednarstwo, kamieniarstwo (dla budownictwa i młynarstwa), powroźnictwo, produkcja świec, kowalstwo i rozsławiające Łobez szewstwo.

Trzebiatów, Gryfice oraz Mrzeżyno żyły z żeglugi, niestety Rega w Łobzie była płytka dla większych łodzi. Ale była też płytka dla Płotów, Reska, Świdwina. Węgorzyno i Dobra leżą nad jeszcze mniejszymi strumykami. Borkowie próbowali więc dobrać się do bogactw północnych miast nadreskich.

Kiedy Świdwin wykupili Krzyżacy, przez Ziemię Łobeską ciągnęli rycerze skuszeni wyprawami krzyżowymi na ziemie litewskie. Maćko Borko ze Strzmiela zasadzał się na wędrowców, biorąc okup za uwolnienie. Kiedy pojmał księcia geldryjskiego (dzisiejsza Holandia), a potem komtura czeskiego, miara się przebrała. Wymuszono (książę pomorski i komturowie) uwolnienie więźniów i za karę spalono Strzmiele (Krzyżacy). Było to niespełna 20 lat przed Grunwaldem.

W 1535 roku przyjęli książęta pomorscy protestantyzm. Nauka Lutra znajdowała grunt wśród mieszczaństwa i chłopów. Faustyna Borcke obstawała przy katolicyzmie, broniła kościółka na przedmieściach, ale musiała ulec motłochowi. W końcu XVI w. Borkowie przeszli na luteranizm. W tym duchu wzniesiono kościół-mauzoleum rodu w Wysiedlu. Ale bogaty wystrój, wbrew nakazywanej ewangelickiej powściągliwości, świadczy o uleganiu urokom kontrreformacyjnego baroku.

W czasach Jana Kochanowskiego urodziła się w Strzmielu piękna Sydonia Borkówna. Oddana na dwór książęcy, by nabrała ogłady, nauczyła się pisać i czytać, rozkochała w sobie młodziutkiego następcę tronu Ernesta Ludwika. Wbrew uczuciom młodzieńca ożeniono go ze stosowną księżniczką, a rozżalona Sydonia nieopacznie przeklęła ród Gryfitów. Po latach jej wrogowie przypomnieli klątwę; biedną staruszkę skazano na stos. Ciało jej spłonęło w 1620 roku na mocy strasznego wyroku sądu nad czarownicą w Szczecinie. Wkrótce Gryfici i tak wymarli, a Pomorzem zawładnęli Brandenburczycy (1637 r.), zaś Szczecinem - Szwedzi.

Niejedna epidemia wyludniała miasto, płonęły całe ulice ciasno budowanych domów, padały zwierzęta mieszczan-rolników, a jednak miasto miało szpital, opiekowało się najbiedniejszymi, karało złoczyńców szubienicą, skrupulatnie ściągało opłaty i podatki, utrzymywało kościół i cmentarz.

Ciężkie czasy nastały podczas religijnej wojny 30-letniej (1618-1648): przemarsze wojsk katolickich Wallensteina, potem ewangelickich Szwedów, pomór i pożar, grabieże i głód. Cóż, i Polacy Czarnieckiego nie oszczędzili Łobza i Drawska (1657). Sto lat później splądrowali Łobez, Resko i Węgorzyno Kozacy (wojna siedmioletnia 1756-63). Skutkiem tej wojny było umocnienie się Prus, które na długo zawładnęły Pomorzem i Śląskiem.

U schyłku XVIII wieku powstała w Łobzie manufaktura - kuźnia miedzi Puchsteinów. Swoistą rewolucją było wprowadzenie uprawy kartofli, które wyrastają obficie w latach nieurodzaju zboża. Rozwija się hodowla koni na łąkach w stronę Unimia. Wtedy też definitywnie nikną ostatnie ślady słowiańskie. Samoistna germanizacja rozpoczęta od rodów rycerskich i osadników, stopniowo w XVII wieku objęła i chłopów (ostatni w Winnikach, Chwarstnie, Karwowie). Ślady słowiańskie pozostały w nazewnictwie wsi.

W dobie napoleońskiej Łobez gościł Francuzów (okresowo Polaków), którzy szli na Kołobrzeg a potem na Rosję. Wkrótce obłożono miasto ciężarami, skutkiem których po raz ostatni wykorzystano Regę do spławu 1000 dębów, by zapełnić pustą kasę miasta. Pod Łobzem Borkowie przygotowali potyczkę z Francuzami - jeden z pierwszych przejawów pruskiego ruchu oporu.

W połowie XIX wieku zbudowano przez Łobez kolej. Powstała dzielnica przemysłowa na lewym brzegu Regi. Wtedy (1860) stolicę Powiatu Reskiego (mimo że działała tam fabryka maszyn rolniczych Karola Sprengela) przeniesiono do Łobza. Gdy zbudowano kolej przez Węgorzyno, Resko, Dobrą, przewaga Łobza była już znaczna. W 1856 roku urodził się w Łobzie Otto Puchstein - przyszły rekonstruktor Ołtarza Pergamońskiego w Muzeum Berlińskim. Zdobył sławę prowadząc wykopaliska na Sycylii, w Grecji, Turcji i Libanie. Kazał pochować się w Łobzie. Pogrzeb odbył się w 1911 r.

W XIX w. powstała cukrownia (potem krochmalnia), cegielnie, fabryka siatek z drutu, płatkarnia owsa, stadnina koni, rósł eksport rolny, kopano torf na opał. Zatrudniano Polaków w wyludniających się majątkach ziemskich, bo pomorską młodzież kusił przemysł nad Renem.

A sport? Oczywistą rycerską szermierkę (Borkowie wysadzali z siodeł na turniejach nawet księcia!) zastąpiło strzelanie (bractwa kurkowe od XVII w.), uprawiano konną jazdę i powożenie. Zimą jeżdżono na sankach, łyżwach, nartach, latem pływano wpław i łodziami. W karnawale tańczono. Cały rok uprawiano chód i bieganie (na posyłki). Dopiero Friedrich L.Jahn (zm. 1852) upowszechnił w Prusach gimnastykę i ćwiczenia ruchowe. Ok. 1860 r. zaczął się w ruch sportowy w Łobzie. Przygotowywał młodzież do służby pod bronią. Nacjonalistyczne podstawy miała inicjatywa związku sportowego, by wznieść Pomnik Zygfryda (Rolanda) i uczcić poległych łobeziaków w I wojnie światowej. W tym czasie wybudowano Turnhalle - miejską halę gimnastyczną. Powstało "stare" boisko. Z czujnym dyżurnym od wyławiania piłki z Regi.

Wkrótce Niemcy rozpoczęli po raz drugi "turystykę" na różne fronty Europy. Podczas II wojny światowej niewielkie ożywienie wywołało "likwidowanie problemu żydowskiego". Ludzi wywieziono, ich majątki zagrabiono, cmentarz i synagogę zrównano z ziemią. Wkrótce inwestycje (budowa autostrady, dróg) zastąpił wysiłek wojenny, w 1943 roku przybyli uciekinierzy z bombardowanych miast, marynarze, wykorzystywano jeńców i przymusowych robotników. W marcu 1945 roku Łobez oddał daninę krwi podczas "wyzwolenia". W ruinę zamieniło się centrum miasta, kościół i dworzec. Z polskich zdobywców zginął m.in. por. J.Segal i legendarny kpr. Niewidziajło. Mniej ucierpiało Resko i Dobra, więcej Węgorzyno.

Jeszcze jakiś czas po wojnie zjeżdżając się do naszego Łobza z różnych stron Europy i Azji, z różnych stron Polski, uprawialiśmy boks - jakby nie było sport walki. Emocjonowały nas ciosy Kuleja i Pietrzykowskiego, pompka Królaka (Królak został ojcem chrzestnym jednego łobeziaka!), gest Kozakiewicza, śnieżki w Hannawalda... Mieszane uczucia budziła esbecko-milicyjna "Gwardia", ale przecież konsolidowała łobeziaków w kibicowaniu "naszym". Upowszechnienie kultury fizycznej ożywiło sport szkolny. Fachowi nauczyciele i trenerzy, sale gimnastyczne i boiska, stadion XX-lecia wreszcie, korty, tor saneczkowy, lodowisko, kąpielisko, hipodrom i ujeżdżalnia, strzelnica wywoływały fale a to gier zespołowych, badmintona, to znów wschodnich sportów walki, strzelectwa, sportów obronnych, jeździectwa, kolarstwa, lekkiej atletyki, powożenia, kajakarstwa turystycznego, narciarstwa wodnego, jazdy na deskorolce lub samochodami terenowymi, pływania, także na łodzi lub desce z żaglem, lotniarstwa, biegów z psim zaprzęgiem... tylko futbol był stale! Obchody rocznicowe "Światowida" przypomniały nam niegdysiejsze tryumfy (sukces w Pucharze Polski, liderowanie w tabelach, 1:1 z Orłami Górskiego). Tym skromniej wypadają na tym tle nieliczne zwycięstwa dzisiejszych piłkarzy. Ale oldboje trzymają się mocno! Na szczęście ani postsolidarnościowa, ani postkomunistyczna władza samorządowa nie zaorała stadionu, a wzniosła trybunę i buduje halę sportową mimo 700-letnich bied naszego prowincjonalnego miasteczka.

Jest jakaś boska sprawiedliwość, że w sporcie biedniejszy może pokonać bogatego, jest miejsce dla drobnego dżokeja i zwalistego zapaśnika, dla bujnej kobiety-ciężarowca i filigranowej gimnastyczki, dla flegmatycznego łucznika i cholerycznego szermierza, dla taktyka chodziarza czy szachisty i dla spontanicznego sprintera lub miotacza. Są nawet olimpijskie laury dla niepełnosprawnych. Byle szanować fair play!

 

Ludwik Cwynar

 

Agnieszka Wesołowska

NA DZIŚ

Czasem by się chciało

pourywać głowy kogutom.

 

Moje życie zapakowane

do szaf, umorusane

gorzką czekoladą

trzymam za rękę - a ono

mnie wodzi za nos

 

Moje żyły są długie,

prowadzą do różnych miast,

przynoszą ciepłą krew

kiedy noc robi się blada.

 

Rano -

 

Wypijmy kieliszek

dnia

Za zdrowie naszych umarłych

Spraw.

 

Agnieszka Wesołowska

 

Tomasz Rybak

ALPINISTA

Niemal każdy z nas się wspina. Od kiedy w głowie zatli się świadomość, rozgorzeją potrzeby, zabłyśnie pragnienie czegoś lepszego. Wynajdujemy sobie szczyty do zdobycia. Czasem nawet udaje się nam na nie wspiąć. Wówczas chcemy pozostać tam jak najdłużej. Ale na szczycie nie można trwać wiecznie. Za nami stoi ko-lejka innych zapaleńców i pokrzykuje zazdrośnie. W końcu mamy dość i wracamy na dół. Do siebie. Do innych...

 

Ładna opowieść. Czytam wszystko, co dotyczy wspinaczek. Góry są moją pasją. Całym moim życiem. Wiem o nich naprawdę wiele. Weźmy na przykład najwyższy szczyt na Ziemi - Mount Everest, gdzie indziej znany jako Czomolagma, Qomolangma Feng, czy Sagarmatha. Zawsze chciałem tam jechać. Wspinać się po tych 8848 m n. p. m. jak Hillary i Tenzing w 1953 roku podczas wyprawy pod kierownictwem Hunta, albo samotnie jak Messner w 1980 roku. Ech... marzenia.

W pewnym wieku każdy ma swoich idoli. Niektórzy są oczarowani aktorami, piosenkarzami, a inni sportowcami. Ja miałem swoich alpinistów. Wspomniany Messner, albo Noszak, który zapoczątkował himalaizm zimowy, czy zdobywca wszystkich czternastu ośmiotysięczników - Kukuczka. Ich plakaty wisiały u mnie w pokoju. Podziwiałem ich, jak dawno temu ludność greckich polis podziwiała swoich bogów.

Rodzice mieli za nic moje zainteresowania, więc z realizacją pragnień musiałem poczekać, aż dorosnę i sam zacznę zarabiać pieniądze.

Zaraz po studiach zdecydowałem się na kurs wspinaczki. Pierwsze wypłaty przeznaczyłem na zakup najlepszego sprzętu. Liny, czekany, raki, karabinki -wszystko najlepszych marek. Już widziałem siebie, jak wspinam się po Mont Blanc, zdobywam Matterhorn. Góry, które wszystko zaczęły. Dopiero później miałem zmierzyć się z gigantami rozpruwającymi niebo.

Niestety, już na pierwszych praktycznych zajęciach okazało się, że mam lęk wysokości. Moje plany szturmu na Mount Everest legły w gruzach. Na dodatek prowadzący kurs powiedział, że zabieram się do wspinaczki jak świnia do ping-ponga.

Byłem bliski załamania. Już miałem zeskoczyć z wieżowca, gdy zrozumiałem, że nie umiem latać. W końcu stwierdziłem, iż mogę kontynuować kurs wspinaczki. Wbrew wszelkim przeciwnościom. Na przekór moim słabościom.

Chodziłem na wszystkie zajęcia. Zamiast jednak wspinać się po ściance, wchodziłem na mniejsze przedmioty. Kiedy moi koledzy szturmowali Tatry, ja zdobywałem stół w wynajętym pokoju. Pamiętam, jak mi się wtedy obsunęła noga, spojrzałem w dół i całe życie przemknęło mi przed oczami. Jako że wiodłem dość nudny żywot, przysnąłem na chwilę. Ale gdy w końcu stanąłem na blacie stołu, poczułem olbrzymią satysfakcję. Miałem w sobie tyle energii, co szampan bąbelków. Czułem, że mogłem zdobyć cały świat.

Nawet nie, wiem kiedy stałem się sławny. Wszystko zawdzięczam dziennikarzom, którzy rozpropagowali moje nazwisko. Zapoczątkowałem alpinizm meblowy. Mam teraz wielu naśladowców. Noszą takie dziwne koszule z przydługimi rękawami... Podobno uciekli z jakiegoś szpitala, ale nie pytałem o szczegóły. Przecież to ich prywatna sprawa.

Zdobywamy szczyty foteli, stołów, biurek, szafek... W zeszłym tygodniu wspiąłem się na najwyższy taboret Ziemi. 4,5 metra nad poziomem morza. W zimie planuję wejść na oblodzone krzesło dębowe. Będzie trudno, ale jestem dobrej myśli. Robi wrażenie, prawda?

Przecież wiem, że nie! Znajomi udają, że mnie nie znają.

Nie wspinam się po wysokich górach, ale zawsze to coś! Przecież można zdobywać małe szczyty i być szczęśliwym.

 

Matko, kogo ja oszukuję?!

 

Tomasz Rybak
rybaktomasz@wp.pl

 

Joanna Obuchowicz

PRZECIWKO

znowu cała spuchnięta

od wspominania ciebie

nie czuję żalu, powiedzmy -

rozumiem udrękę

fabrykowania dowodów

przeciwko wspólnocie

 

Joanna Obuchowicz

 

Janusz Korbel

CZŁOWIEK I LAS

(Poniższy tekst jest pendant do przygotowywanej edycji polskiego tłumaczenia dzieła Georgija Karcowa "Puszcza Białowieska 1382 - 1902" z 1903 roku. To monumentalne wydanie, bogato ilustrowane w ryciny i fotografie, ukształtowało obraz Puszczy Białowieskiej na przestrzeni wieków. Będąc bogatym źródłem informacji nie wolne jest jednak od błędów historycznych i przyrodniczych. Nowsze badania inaczej przedstawiają dawne czasy Puszczy, niż opisał je Karcow. W 2001 roku ukazała się "Saga Puszczy Białowieskiej" mieszkającej w Puszczy od lat Simony Kossak. Tutaj naszkicowana jest ewolucja stosunku człowieka do lasu na przykładzie tego najstarszego zachowanego fragmentu prastarej puszczy.)

 

Gdzie poźrzę, wszędy rąbią:

Albo buk do huty, albo sośnią na smołę,

Albo dąb na szkuty

Jan Kochanowski (XVI w)

 

W procesie ewolucyjnego rozwoju człowieka, kiedy to zaczęliśmy nazywać otaczający nas świat, rodził się również dramat samoświadomości i poczucia oddzielenia. Ktoś określił to lapidarnie: człowiek nazywając poszczególne elementy swojego otoczenia zabijał organizm. Tysiące lat później, gdy świat został już dokładnie podzielony i ponazywany, pojawiła się rewolucyjna nauka - ekologia. Człowiek spojrzał na las ponownie jako na jeden organizm. Jeden, ale o wielu funkcjach - doda inżynier pragmatyk. Las ma wiele funkcji; dla leśnika jest "odnawialnym zasobem przyrody"; dla biologa "najwyżej zorganizowanym ekosystemem lądowym"; dla Pigmeja "domem"; dla turysty "wyrazem harmonii przyrody", dla myśliwego "łowiskiem", dla rolnika "dzikim wysypiskiem odpadów", dla psa "pisuarem". Ale las istnieje na Ziemi dużo dłużej, niż człowiek nadał mu jakąkolwiek nazwę, bo istnieje dużo dłużej, niż żyje gatunek człowieka. Kiedy znajomy geolog pokazywał mi fragmenty skamieniałych drzew sprzed 20 milionów lat, najbardziej frapujące było zobaczyć kanalik po jakimś - jak dzisiaj byśmy go nazwali "szkodniku". Nowoczesny człowiek czasami walczy o zachowanie lasu, zwalcza szkodniki i bywa przekonany, że bez niego przyroda nie dałaby sobie rady.

 

Już mniej więcej przed milionem lat na Ziemi rosły lasy podobne do dzisiejszych. Kiedy przyszły zlodowacenia czwartorzędowe większość gatunków drzew wyginęła i Europę porastała tundra. Gdy lodowce ostatecznie się cofnęły, pojawiły się znane nam i dzisiaj gatunki takie jak brzoza, sosna, wierzba i osika. Jak podaje Poryba i in. (1992) około 10 000 lat temu w całej Europie przeważały sosna i brzoza. Następny okres, który nazywamy borealnym, to znaczne ocieplenie się klimatu i dominacja leszczyny, a jakieś 7000 lat temu pojawia się las podobny do obecnej Puszczy Białowieskiej: na nizinach występował las mieszany, na żyźniejszych siedliskach grąd z dominacją dębów. Tak rysuje się przyrodniczy obraz tysięcy lat lasu na Ziemi. Ale przynajmniej od kilkudziesięciu tysięcy lat w Europie żyją też ludzie i już przed siedmioma tysiącami lat przyroda nie była dziewicza. Las był przez człowieka zmieniany. Na temat skali tych zmian istnieje kilka teorii. Według jednej, wielkie pożary wzniecone przez ludzi spaliły lasy porastające równiny dzisiejszych Niemiec i Belgii już w paleolicie (J.Dorst, 1979). Według innej (A. E. Tollman) w Ziemię uderzyła kometa powodując pożary - to wydarzenie miało nauczyć naszych przodków wytapiania metali i spowodować "potop". Jedno nie ulega wątpliwości: historia życia na Ziemi związana jest z nieustającymi przeobrażeniami. Ginęły gatunki (choć setki razy wolniej niż obecnie, pod presją człowieka), zmieniał się klimat, zmieniały się ekosystemy. W latach 4500 - 2800 p.n.e. temperatura znowu się obniżyła i pojawił się powszechnie grab. Obok niego rosły dęby, lipy, wiązy i jesiony - gatunki, które i dzisiaj możemy obserwować w Puszczy.

 

Człowiek lasu i człowiek gospodarz

Naukowcy piszą, że już 7000 lat temu widoczny był silny wpływ człowieka na las. Wiązał się on z rozwojem kultury neolitycznej - człowiek stawał się pasterzem i rolnikiem zamieniając ekosystemy w monokultury. Stopniowo wpływ ten rósł, w miarę jak przybywało zwierząt hodowlanych, a gleba leśna zamieniana była w uprawną i pastewną. Cywilizacja niosła zagładę lasom. W czasach antycznych rąbano drewno do budowy okrętów, domów, na budowę fortyfikacji, dla oświetlenia i na opał, a pasterze wpędzali na wypas swoje stada do lasów. Lasy południa Europy w okresie wojen perskich (ok. 500 lat p.n.e.) musiały dostarczyć ogromnej ilości drewna - jakże musiały być wtedy trzebione! We wczesnym Średniowieczu w całej Europie na dużą skalę karczowano lasy w związku z rozwojem osad - potrzeba było coraz więcej drewna na opał i cele budowlane, wzrastała też powierzchnia upraw (H.H.Cramer, 1984). Nie ulega wątpliwości: kiedy człowiek przestał być myśliwym i stał się hodowcą oraz rolnikiem - sprowadził nieznaną wcześniej zagładę życia.

 

Jest też i inna opowieść o relacjach człowieka z lasem. Białoruski etnograf A.M.Nienadawiec (1996) opisuje duchowy stosunek człowieka do lasu, o którym pamięć przetrwała wśród wschodnich Słowian. Zanim jednak pojawili się tu Słowianie, mieszkały inne ludy. Na obszarze obecnej Puszczy Białowieskiej i w jej okolicy znaleziono groby z II i III wieku związane z Gotami (T.Samojlik, 2003). Ludzie ci zajmowali się łowiectwem i pasterstwem, o czym można wnioskować m.in. po znajdowanych pyłkach roślin wydepczysk świadczących o użytkowaniu lasu przez zwierzęta hodowlane. Czy ludzie ci czcili drzewa? Czy jakieś mity regulowały ich związki z przyrodą? Prawdopodobnie tak, bo kultura wielbarska przypisywana tym ludom mocno odnosiła się do przyrody.

 

Raju nie było

Pierwotni mieszkańcy lasów, podobnie jak Indianie, nie byli miłośnikami przyrody. Mit pierwotnego raju, w którym dziki człowiek zachwyca się jego pięknem, jest oczywiście bajką, niemniej jednak las dla jego mieszkańca żyjącego tam od wielu pokoleń jest czym innym niż dla późniejszego osadnika. Mieszkaniec lasu nigdy nie postrzega go jako jakiejś wartości estetycznej czy wartości w ogóle. Las jest po prostu jego domem - dostarcza schronienia, pożywienia i wszystkiego, co jest niezbędne do życia. Zarówno mieszkaniec amazońskiego lasu deszczowego, jak i pierwotny mieszkaniec lasu europejskiego, dopóki utrzymuje się z łowiectwa i zbieractwa z niewielkim udziałem upraw, traktuje las jako poszerzenie swojej istoty. Bez lasu nie ma życia. Wbrew temu, co piszą niektórzy historycy, człowiek żyjący w lesie nigdy się tego lasu nie bał. W ciemnościach nie czyhał na mieszkańca lasu krwiożerczy zwierz, a pohukiwanie sowy nie przyprawiało go o lęk. Wręcz przeciwnie - czuł się w nim bezpiecznie. Strach przed mrocznym lasem i dzikimi zwierzętami pojawił się wśród ludzi osiadłych, rolników, pasterzy i przybyłych osadników, a nie mieszkańców lasów (C.M.Turnbull, M.Wołodźko i in.). Również w Puszczy Białowieskiej żadne niebezpieczeństwo - poza innym człowiekiem - praktycznie nie zagrażało jej dawnym mieszkańcom. Człowiek nie był pożywieniem żadnego gatunku zwierząt (poza uciążliwymi owadami), to raczej on zagrażał innym gatunkom, las natomiast dostarczał mu wszystkiego co niezbędne do życia i w przeciwieństwie do mieszkańców terenów otwartych ludzie lasu nie byli w takim stopniu narażeni na konsekwencje kaprysów pogody, plonów, epidemie i wzajemne najazdy (J.Diamond 1992). W czasach pogańskich człowiek żyjący w lesie był jeszcze bardzo zbliżony w swych zachowaniach do otaczających go zwierząt. Maksymalnie pragmatyczny, fizycznie wręcz związany z ekosystemem, mający poczucie nieskończoności przyrody i wzajemnych relacji. Wszystkie mity pierwotne uczyły, że naruszenie harmonii między człowiekiem a jego środowiskiem prowadzi do jakiejś kary ze strony bogów będących personifikacją sił przyrody.

 

Rosyjski historyk Karcow zaludnił prehistoryczną Puszczę dzikimi i krwiożerczymi Jaćwingami, których później wyparli niosący cywilizację Rusini. Efektowne ilustracje w książce Karcowa wywarły wpływ na powszechną świadomość na Wschodzie, podobnie jak Stara Baśń Kraszewskiego w Polsce. Nie znaleziono jednak żadnych śladów pobytu w Puszczy Białowieskiej Jaćwingów. Cała Puszcza usiana jest słowiańskimi kurhanami z X - XIII wieku - niewątpliwie więc obecność człowieka i wówczas oddziaływała na las, jednak nieporównanie mniej niż w cywilizowanej części Europy, gdzie lasy po prostu wycinano. Poleszuk to człowiek pochodzący z lasu. W folklorze białoruskim przetrwały podania z czasów przedchrześcijańskich mówiące o dwojakim stosunku człowieka do lasu. W jednych, las jest domem człowieka, daje mu schronienie i życie; w lesie żyli legendarni bohaterowie: RymszaMaszeka. W drugich, las przedstawiany jest jako wróg człowieka-rolnika; z lasu przychodzi wszelkie zło, mieszkały tam złe duchy, diabły, czarownice. Od ludzi zamieszkujących lasy musi pochodzić szacunek do drzew, który przetrwał w białoruskiej tradycji w nazywaniu dębu "starszym bratem". Któż by się ośmielił zabić starszego brata! Z kultem płodności i życia wiążą się, przetrwałe do niedawnych czasów, ludowe pieśni odwołujące się do dębu jako dawcy życia albo wręcz prośby do dębu o ukochanego (Nienadawiec 1996). Wśród szamanów z tajgi do niedawna zachował się zwyczaj specjalnej ceremonii obchodzenia drzewa wybranego do wycięcia i wytłumaczenia drzewu, dlaczego musi być wycięte. Zniszczenie drzewa bez powodu było traktowane jako naruszenie tabu. Na Litwie i Morawach słyszałem od dwóch osób relacje z praktyk obejmowania drzew. Ten rytuał w obu opowiadaniach służył starym ludziom w poszukiwaniu ukojenia i harmonii, kiedy spotykali się z wielkim problemem. Stosowaliśmy go współcześnie podczas nocnych zajęć warsztatowych i wszyscy uczestnicy oceniali go jako niezmiernie inspirujący i pomocny.

 

Europa się cywilizuje

Według Cramera już w XII wieku lasy w Europie zostały zredukowane do 1/3 pierwotnych powierzchni a w XV wieku eksploatacja lasu doprowadziła niemal do upadku gospodarczego. W miarę dzikie lasy przetrwały tylko na wschodzie Europy, zapóźnionym gospodarczo i pogańskim. Gdy w Europie szesnastowieczni producenci żelaza musieli wstrzymywać produkcję, gdyż brakowało drewna, Puszcza była nadal dzikim, prawie pierwotnym lasem, w którym jeszcze niedawno żyli ludzie traktujący ją jako swój dom. Drzewa (szczególnie dęby) jeszcze do niedawna w folklorze pochodzącym "z lasu" były nazywane ojcem albo starszym bratem a czasami kochankiem. Wiemy, że pod drzewami składano także ofiary. Stare drzewa bywały utożsamiane z mędrcami, do których można się udać po poradę. Wszak puszcza była księgą mądrości o życiu, z której można było odczytać wiele niezbędnych do przetrwania informacji. Nic dziwnego, że jak starych ludzi w kulturze plemiennej, tak i stare drzewa traktowano jako szczególnie cenne źródło tych informacji. Kiedy ostatecznie te pogańskie tradycje zostały wykorzenione? Być może pod koniec Średniowiecza, jednak nie mamy wiadomości o tym, czy człowiek mieszkał w Puszczy po najazdach nowej cywilizacji i jak wyglądało jego życie do wieku XV.

 

Niezależnie od poniekąd duchowego traktowania lasu, człowiek był równocześnie pragmatykiem. Zachwycał się zielonym dębem, ale równy zachwyt budził w nim dębowy most. Drewno potrzebne było nie tylko do wznoszenia domów i opalania, podtrzymywało cały przemysł, służyło do budowania okrętów, przy pomocy których cywilizacja podbijała świat, ogrzewania browarów i gorzelni (kultura naszej cywilizacji to kultura alkoholowa), było używane przy produkcji szkła i do kopalń. Kryzys gospodarczy wywołany wycięciem lasów Europy zachodniej spowodował powstanie leśnictwa jako planowej gospodarki uprawami leśnymi: wyrżnięte lasy liściaste i mieszane zastępowano sadzonymi świerkami i sosną, w następnej kolejności wprowadzono pojęcie "wieku rębności", żeby produkcja drewna była jak najbardziej opłacalna. Jednak najżyźniejsze obszary, wycięte w pierwszej kolejności, były już wówczas od dawna wylesione i zamienione na tereny osadnicze, miasta lub pola. Historia zachodniej cywilizacji, to historia walki człowieka z lasem i dziką przyrodą. Współcześni deweloperzy chętnie odwołują się do zniszczeń w przyrodzie spowodowanych przez pradawnych ludzi, ale wydaje się, że są to bardziej projekcje psychologicznych niepokojów niż potwierdzone fakty. Bardzo niewiele wiemy o czasach najdawniejszych, wiemy natomiast bardzo dobrze, że czasom nowożytnym towarzyszy nieznane wcześniej tempo wymierania gatunków i kurczenia się lasów.

 

We wschodnich lasach, gdzie ze względu na trudny dostęp, były kłopoty ze spławianiem drewna nieuregulowanymi i kapryśnymi rzekami, puszcze służyły głównie polowaniom możnowładców a nie pozyskiwaniu surowca drzewnego lasy przetrwały dłużej. W XIII wieku Puszcza była obszarem najazdów już "cywilizowanych" wojsk (litewskich, krzyżackich), które mogły zakończyć się wybiciem zamieszkujących ją ludzi. Później nadal pozostawała poza wpływami postępującego rozwoju eksploatacji lasu. Podobnie jak wszędzie i tu węglarze zakładali mielerze powodując wokół wylesianie dużych powierzchni. Osiemnastowieczny autor o budnikach w Puszczy Białowieskiej pisze jako o przyczynie wyrąbywania ogromnych połaci lasu. Tam, gdzie las nie został wycięty, ulegał przekształceniom i silnej presji ze strony węglarzy, budników, bartników, a młode pokolenie drzew było wyrywane i zjadane przez wypasywane na dużą skalę bydło. Człowiek był już hodowcą. Zwierzęta wypasane w lasach przenosiły też choroby na zwierzęta żyjące dziko.

 

Królewskie łowy

Innym czynnikiem niszczącym lasy były nowoczesne polowania. W przeciwieństwie do polowań ludów żyjących w lesie, polowania władców chrześcijańskich w czasach historycznych znaczyły konsekwentne wybijanie wszystkich zwierząt (G. Karcow, 1903), które były zapędzane w specjalne zagrody lub sieci, a z czasem, gdy zaczęto sztucznie zagęszczać ilość zwierzyny płowej dla wygody myśliwych, tępiąc przy tym drapieżniki powodujące "szkody", spowodowało to ogromne zniszczenia w młodych drzewach liściastych i wręcz zmianę proporcji składu gatunków (do dziś obserwujemy to w Puszczy Białowieskiej), gdyż zwierzęta jeleniowate "zjadały las".

 

Puszcza Białowieska - ostatni mieszany las nizinny o cechach pierwotnych, jaki przetrwał na niżu europejskim - powoduje szczególne zainteresowanie ze strony przyrodników i miłośników przyrody, jej historia natomiast pokazuje, jak my, ludzie, podchodziliśmy do lasu i przyrody w znanej części naszej wspólnej historii. Dla wielu Puszcza jest pierwotnym matecznikiem lasów europejskich. Jest też niewątpliwie trwałym elementem polskiej i litewskiej kultury, od setek lat wymieniana z namaszczeniem - jako matecznik lasów, a z czasem sacrum. Jednak nawet tam, nawet w obecnym obszarze ochrony ścisłej Białowieskiego Parku Narodowego, znajdujemy niezliczone ślady presji człowieka na las od niepamiętnych czasów.

 

Początek cywilizacji zachodniej wiąże się z początkiem eksploatacyjnego stosunku ludzi do przyrody w ramach przeciwstawiania natury - kulturze. Człowiek wziął ziemię w swoje władanie, by czynić ją sobie poddaną. Obawy przed konsekwencjami złamania reguł wzajemnych zależności Homo sapiens stłumił przypisując sobie dane mu jakoby przez Boga prawo (L.White Jr., 1967). Zarazem przestał już być mieszkańcem lasu, a las przestał być jego domem. Las był źródłem wszelakich dóbr i tylko tyle.

 

Już w początku wieków średnich, kiedy miejsce zbieracko-łowieckich i łowiecko-hodowlano-rolniczych wspólnot zastąpiło bardziej zorganizowane i rozwarstwione społeczeństwo, myślistwo zaczęto uważać za szlachetną rozrywkę przysługującą jedynie panującym i możnej szlachcie (C. J. Kochanowski, 1885). Dotyczyło to także Puszczy Białowieskiej odkąd stała się królewszczyzną. Polowania królewskie, począwszy od Jagiellonów, przypominały wyprawy wojenne - trwały wiele dni, panującemu towarzyszyło liczne grono dworzan, ziemianie i szlachta obowiązani byli dostarczać gońców i psy, na wozach ciągnięto sieci, którymi ogradzano wielkie połacie lasu, tabory ludzi zajmowały się gotowaniem potraw (C. J. Kochanowski). Nie jest prawdą, że Puszczy się wówczas nie cięło. Wycinano również drzewa. Gloger wspomina, że prof. Pawiński odnalazł na półwyspie Iberyjskim informacje o drzewach masztowych sprzedawanych z Puszczy Białowieskiej do Hiszpanii i Portugalii w XV i XVI wieku. W czasach Zygmunta Augusta w XVI wieku Puszczę pomierzono i od tego czasu podzielona na straże leśne, była już planowo zarządzana. Wznoszono też w niej budowle służące tym wielkim przedsięwzięciom, jakim były polowania. Jak czytamy w "Historii łowiectwa w Polsce" z 1885 roku, w Puszczy Białowieskiej w XVI wieku tak wyglądał utworzony tam zwierzyniec królewski (wielka kletnia) - ogromny ostęp, zarosły dębami, otoczony parkanem i płotami. Spędzano tam zwierzęta, które królowie z przyrządzonych w tym celu altan zabijali. Około 1705 roku całkowicie wytępiony został w Puszczy Białowieskiej jeleń (S.Kossak, 2001). O stosunku człowieka do przyrody w tych czasach najlepiej świadczy opis polowania Augusta III w 1757 roku, przytoczony w Historii łowiectwa. Za pomocą 1000 włościan i chmary psów napędzano zwierzynę do owego ogrodzonego ostępu a następnie naganiano ją pod namioty ustawione na specjalnych wywyższeniach. Stamtąd król i królowa strzelali do nagonionych pod lufy zwierząt, a dwu strzelców nabijało nieustannie broń podawaną parze królewskiej. Królowa cały czas była zajęta czytaniem książki i tylko od niechcenia strzelała - zabijając zresztą 20 żubrów. Po łowach, zarówno w czasach królewskich, jak i carskich, urządzano wielkie zabawy, alkohol lał się bez umiaru, strzelano w powietrze, wypuszczano ognie sztuczne, słowem człowiek tryumfował nad naturą, przez chwilę czuł się nieśmiertelny.

 

Co jeszcze można wziąć...

Nie tylko rzezie zwierząt, także nieustanne penetrowanie Puszczy i wykorzystywanie jej na każdy dostępny sposób miało miejsce. Jak pisze Andrzej Keczyński, powołując się na Hedemanna "Dzieje Puszczy Białowieskiej w Polsce przedrozbiorowej": nie było tu kawałka lasu, gdzie noga ludzka nie stanęła, gdzie ręka ludzka nie zostawiła po sobie przynajmniej zaciosu toporem na drzewie. W XVI wieku, skąd pochodzą najstarsze zapisy, w Puszczy były już tysiące barci, co oznacza, że była ona intensywnie użytkowana (A.Keczyński, 2003). Czy tradycja bartnictwa łączy się gdzieś z czasami wczesnośredniowiecznych Słowian zamieszkujących Puszczę u schyłku pierwszego tysiąclecia? A może najazdy w wieku XIII całkowicie wyludniły Puszczę? Na pewno w wiekach XVI i później bartnictwo było tu zajęciem uregulowanym prawnie rządowymi przepisami Rzeczypospolitej. Według tego autora już w XVII wieku nie było zakątka w Puszczy, gdzie nie byłoby słychać huku siekier i las nie byłby spowity w dymach bartników okadzających swoje nadrzewne barcie. I dzisiaj, uważny obserwator, chodząc po obszarze ochrony ścisłej, a więc jedynym fragmencie Puszczy, gdzie od ponad 80 lat nie prowadzi się żadnej działalności gospodarczej, może znaleźć ślady sprzed wieków presji człowieka na las.

 

Nie bez znaczenia dla dotrwania Puszczy do naszych czasów była ustawa królewska z połowy XVI wieku, nakazująca służbie leśnej pilnowania, by nie działy się szkody drzewom i zwierzętom. Z dzisiejszej perspektywy możemy powiedzieć, że była to pierwsza inicjatywa ochrony przyrody w Europie. Pomimo tych przepisów, wynikających bardziej z miłości do polowań niż do przyrody, Puszcza nie była chroniona w takim stopniu, by ustrzec ją od przekształceń, bo przybyli tu mieszkańcy parający się korzystaniem z jej zasobów, nie byli dawnymi ludźmi lasu, lecz zainteresowani byli tym, czym i człowiek współczesny: jak największym zyskiem przy najmniejszym wysiłku. Dzielenie się i związane z nim poczucie równowagi było koniecznością w kulturze zbieracko-łowieckiej. Nowi gospodarze mieszkali poza lasem a wchodzili do niego, żeby coś wziąć, tak samo jak rolnik wchodzi na pole lub do warzywnika. Dlatego administratorzy królewskich ekonomii donosili do Krakowa, że bartnicy psują drzewa i wzniecają pożary. W XVI wieku zaczęło się też rozdawanie przywilejów Puszczy królewskim faworytom. Znaczną rolę w gospodarce puszczańskiej odgrywał także potaż, eksportowany do Gdańska i Królewca, a budnicy (od tzw. "bud" potażowych - stąd nazwa puszczańskiej miejscowości Budy), według opisów z początku XIX w., przyczyniali się do dużych zniszczeń przyrody. Pędzono również dziegieć, smołę i nadal wypalano węgiel drzewny. W XVIII w. na terenie Puszczy było 80 pieców smolnych i dziegciarskich (Gliński 1889). Pracę tę wykonywali ludzie przywiezieni z odległych stron, dla których las był przede wszystkim magazynem surowca.

O budnikach tak pisał w XIX wieku Franciszek Gliński: Do wyniszczenia lasów na Litwie w ogóle, a w Białowieży w szczególności, obok wzmiankowanej powyżej, nader w swych skutkach zgubnej hojności królów, przyczyniły się również niemało tu i ówdzie pourządzane w puszczy przeróżne zakłady przemysłowe, z których jeszcze w XVI stuleciu egzystowały tam już aż cztery hamernie żelaza i ogromna potażarnia. Do zakładów tych i fabryk specyalnie sprowadzeni zostali z Mazowsza i Żmudzi robotnicy, znani pod nazwą "budników." [...] Wojny, pożary lub burze, chociażby najsroższe nawet, nie mogły przyczynić tyle i tak dotkliwych szkód lasom, ile ich wyrządzili budnicy. Gdziekolwiek tylko z toporem w ręku a strzelbą na plecach zatrzymał się budnik, choćby na czas niedługi  las literalnie stawał się pustynią. Tylko nieprzebyte trzęsawiska błotne ratowały odwieczne, niebotyczne sosny i olbrzymich siwych dębów ostatki od niczego nieszczędzących rąk budnika.

 

Czasy carskie

Kolejnym naprawiaczem gospodarki w Puszczy, pod koniec wieku osiemnastego był na swój sposób nowoczesny ekonomista, podskarbi litewski Antoni Tyzenhaus, który wszystkie, obficie puszczę Białowieską zraszające rzeki, z zawalających je powałów drzewnych pooczyszczał, koryta ich, gdzie tego wymagała potrzeba, sprostował, rzekę Narew zaś z Narewką, przy samem ich ujściu, połączył za pomocą kanału, który przepływa przez rozległe błoto "Nikor" zwane i znany jest pod nazwą "Tyzenhauzowskiego" (Gliński, 1889). Celem tych inwestycji było umożliwienie spławiania wielkiej ilości drzewa i w ten sposób podratowanie budżetu. Koniec osiemnastego wieku to także pierwsze na wielką skalę wdarcie się drwali w las za sprawą Katarzyny II, która rozdała Puszczę swoim faworytom. Wycięto 40 000 hektarów lasu - blisko jedną czwartą Puszczy! (S.Kossak, 2001). Możemy sobie wyobrazić, jak wielkie na te czasy prace trwały w Puszczy. Kolejni ludzie sprowadzani do pracy zasiedlali okolice. Już nie dwieście kilkadziesiąt rodzin z początków królewszczyzny, ale tysiące ludzi, różnego pochodzenia zamieszkiwało puszczańskie okolice. Polana Białowieska, która w XVII wieku była jeszcze niewielkim obszarem z folwarkiem przy dworze myśliwskim, sto lat później staje się osadą liczącą 20 domów i zajmującą powierzchnię ponad 7 km2 (P.Bajko, 1997) aby w kolejnych stuleciach podwoić swoją powierzchnię i dać warunki dla życia tysięcy ludzi. Las "cofa się" także od zlokalizowanych pierwotnie na jego obrzeżu miejscowości, dawnych straży królewskich, majątków i osad. Las jest wycinany i niszczony. W 1811 roku szaleje w Puszczy przez kilka miesięcy wielki pożar zaprószony przez ludzi.

 

Pod okupacją rosyjską początkowo próbowano także pozyskiwać drewno na maszty i na budulec, ale pod koniec lat 20. XIX wieku, ze względów na wysokie koszty, Departament Lasów Okrętowych zrezygnował z pozyskiwania drewna z Puszczy, nie zaprzestano jednak cięć. Nie szlachetność człowieka, lecz ekonomika zadecydowała, że eksploatacja nie była jeszcze większa.

Simona Kossak zwraca słusznie uwagę na często pomijany epizod krótkotrwałej faktycznej ochrony. Na samym początku wieku XIX za cara Aleksandra I zabroniono carskim ukazem wstępu do Puszczy wszystkim, poza posiadaczami specjalnej przepustki, a polować można było tylko po uzyskaniu zgody cara. W roku 1820 Aleksander I zakazał wszelkich cięć w Puszczy, bo obawiał się, że stuk siekier wypłoszy żubry. Stan ten utrzymał się tylko przez osiem lat. Był to jedyny znany okres całkowitej ochrony przyrody w Puszczy Białowieskiej. Jak piszą współcześni, nie uchroniło to jednak Puszczy od dalszego niszczenia, bo miejscowa ludność masowo kłusowała i kradła drewno. Po pierwszym rozbiorze Polski upadła sieć królewskich straży i morale mieszkańców okolic Puszczy. Pojawił się natomiast nowoczesny handel. Z Białorusi, Podlasia a nawet Rosji przybyły tysiące drwali. W książce Simony Kossak możemy szczegółowo przeczytać o tysiącach dębów i sosen wycinanych na polecenie cara Mikołaja i przez różne firmy działające na tym obszarze.

 

W 1882 roku Henryk Sienkiewicz relacjonując swoją wyprawę do Puszczy pisał, że od każdego chłopa, zaskarbiwszy sobie jego ufność, można kupić rogi lub skórę żubra, bo wszyscy nauczyli się kłusować. Nie bez znaczenia mogła tu być specyfika pogranicza, różnych kultur i narzucanych wraz ze zmianami politycznymi - zmian w każdej dziedzinie życia. W innym miejscu pisze jednak, jak budnicy opowiadają o swoim stosunku do Puszczy i, że za żadną cenę nie przenieśliby się poza nią. Obok eksploatacji przyrody pojawia się wątek emocjonalny.

Wiek XIX to wiek nowoczesnej gospodarki, rozwoju przemysłu i... wiek leśnictwa. Rosyjski okupant korzystał z wzorów dominującej wówczas w Europie gospodarki niemieckiej i kiedy w 1842 roku naliczono 300 000 powalonych martwych sosen wielkich rozmiarów, uznano to za niebywałe marnotrawstwo ([...] z przyczyny jednak nader utrudnionego spławu, znacznego oddalenia od portu i zupełnej niemożności pozbycia się choć części powałów na miejscu  marnowało się bezpowrotnie [...], 1888). W następnym roku wysłano więc do Puszczy specjalną komisję, która rozdzieliła puszczę na 540 dwuwiorstowych części (kwartałów) i wyznaczyła 180-letni okres cięcia lasu, dzieląc go na sześć 30-letnich okresów. Gliński, który w swoim (ocenzurowanym przecież) opisie Puszczy Białowieskiej musiał wychwalać imperatora, pisał: Rezultat, raz umiejętnie zaprowadzonej i ciągle podtrzymywanej, racyonalnej gospodarki - okazał się świetnym. Kto w roku 1882 zwiedzał przemysłowo-artystyczną wystawę w Moskwie - nie mógł nie zwrócić uwagi na wznoszącą się tam wielką piramidę ułożoną z drzewa z puszczy Białowieskiej pochodzącego. Olbrzymiej szerokości z kilkusetletnich drzew wypiłowane deski i do półtora nieraz arszyna w średnicy mające próby poprzecznego cięcia pni dębu, jesionu, grabu, klonu i sosny, oraz okazy jałowcu i brzozy, które również do znacznych w puszczy dorastają rozmiarów - zwracały na siebie powszechną uwagę specyalistów. Te olbrzymy pokazywane na moskiewskiej wystawie nie były jednak zasługą gospodarki człowieka, lecz świadectwem, że ostatnia już w Europie Puszcza coraz słabiej się broni przed siekierami i piłami. W 1883 roku Puszczę "dorżnięto" wprowadzając jeszcze gęstsze podziały na kwadraty o boku jednej wiorsty (1 wiorsta = 1,066 km). To "udrożnienie" Puszczy wiązało się z planowym zamienianiem jej w wielkie, nowoczesne gospodarstwo. Jelenia sprowadzono ponownie, żeby było na co polować, z Pszczyny w 1865 roku, a w 1891 roku na polecenie cara wypuszczono zupełnie obce gatunki, m.in. azjatyckie marale! (S. Kossak 2001). W 1897 roku do samej Białowieży poprowadzono przez Puszczę kolej, a w 1903 bardzo nowoczesną jak na owe czasy szosę.

 

Początki świadomości ekologicznej

Patrząc na współczesną mapę Puszczy Białowieskiej, podzielonej na kwadraty o boku zbliżonym do kilometra, próbuję sobie wyobrazić, jak wielką pracę wykonano w latach 40. dziewiętnastego wieku! Kiedy chodzę po mało dostępnych miejscach obszaru chronionego, na którym od blisko stu lat nie prowadzi się gospodarki, widzę na tle nieba linie zaznaczone przez korony drzew wzdłuż cięć wyznaczających carskie drogi. Jaki tu musiał być wówczas ruch, jaki tumult ludzi, koni - wycinano wielkie drzewa, wywożono, wykopywano ziemię, żeby zrobić nasypy grobli na podmokłych terenach, kopano rowy... Padały drzewa, uciekały zwierzęta - ostatni niedźwiedź padł w 1878 roku, cała Puszcza stała się łatwo dostępna. Wszędzie można było dojechać, po siatce wyrżniętych i utrzymywanych dróg. Nie wiemy czy ktokolwiek żałował "zabijanej" duszy Puszczy - chyba nie, raczej imperium szczyciło się wprowadzaniem nowoczesnej, na modłę zachodnią, gospodarki leśnej i łowieckiej. Taką właśnie drogą podwieziono rosyjskiego naturalistę Iwana Szyszkina, żeby mógł namalować scenkę z "dzikiej przyrody" prastarej puszczy i wystawić w galerii w Petersburgu.

Ale Szyszkin nie był jedyny. Wiek dziewiętnasty to nie tylko postęp w eksploatacji zasobów przyrody, to także w Europie i Ameryce narodziny romantyzmu i wrażliwości na przyrodę. Mickiewicz tęskniąc za Litwą, krajem lat dziecinnych i ginącym światem szlacheckim, pomimo tej wąskiej perspektywy zawarł w Panu Tadeuszu także podziw dla dzikiej przyrody Puszczy, właśnie w aspekcie jej dzikości. Na skraju Puszczy Białowieskiej stał dwór Kraszewskich i Józef Ignacy zachwycając się nią pisał w 1846 roku: Po wielokroć przejeżdżałem Puszczę Białowieską [...] której malownicze drzewa jeszcze stoją mi przed oczyma. Nie wiem czy w całej Europie znajduje się gdzie las tak pierwotnej epoki. Narodowy pokrzepiciel serc Henryk Sienkiewicz był jednak widokiem Puszczy Białowieskiej zniesmaczony - tyle drewna się tam marnuje - uważał, a mateczniki, gdzie drzewa pokrywały mchy i wilgoć, napawały go obrzydzeniem; pisał wręcz o "plugawej wilgoci" wśród dziczy i zgnilizny. Podziwiał Niemców za ich gospodarkę, gdzie drzewa wycina się zanim umrą, a las jest posprzątany z gałązek. Z pewnością ten patriotyczny prozaik piszący ku pokrzepieniu serc daleki był od spojrzenia przyrodniczego, jakie w Ameryce reprezentował wcześniejszy przecież od niego H.D.Thoreau kształtując współczesną tradycję ochrony przyrody. Szesnaście lat po Sienkiewiczu Wacław Sieroszewski skomentował w 1898 roku różnicę między dziką częścią Puszczy i "wysprzątanym" z martwego drewna zwierzyńcem carskim krótko: Po urokach wolnej puszczy (poza zwierzyńcem - JK.) przechadzka tutaj wydała nam się mało zajmująca.

 

Wiek wojen i techniki

Najnowsze czasy - wojen, okupacji niemieckiej (kiedy to Puszczę pokryto siecią kolejek i ruszyła systematyczna eksploatacja na wielką skalę), kiedy wymordowano wszystkie żubry, czasy okresu międzywojennego i rabunkowej wycinki przez angielską firmę The Century European Timber Corporation, ponownej okupacji niemieckiej i sowieckiej, wreszcie przedzielenia Puszczy Białowieskiej wylesioną granicą między dwoma państwami, a także z różnym nasileniem w różnych okresach czasu gospodarki leśnej, spowodowały największe w jej historii przekształcenie. Poza siedmioma procentami polskiego obszaru (tyle zajmuje obszar ochrony ścisłej) żadne miejsce nie było bezpieczne od ingerencji człowieka. A jednak właśnie najnowsze czasy przyniosły po raz pierwszy zupełnie inne spojrzenie na dziką przyrodę. Najpierw nieśmiało, pojedyncze osoby, ludzie kultury, naukowcy a wkrótce coraz liczniejsze rzesze społeczeństwa zaczęły się domagać ochrony Puszczy Białowieskiej z powodów już nie tylko pragmatycznych, naukowych czy innych racjonalnych: zaczęto się domagać ochrony Puszczy, bo stała się synonimem dzikiej przyrody, przyrody pierwotnej, naturalnej. I chociaż przez wieki Puszcza była przez człowieka przekształcana, to teraz człowiek właśnie zaczął myśleć o oddaniu przyrodzie części tego, z czego ją ograbił. Już nie ochrona jednego czy kilku gatunków, nie ochrona jakichś słynnych drzew, które można ogrodzić płotkiem (ośmieszając je w ten sposób - jak by powiedział wódz Seattle) ale ochrona naturalnych procesów, pozostawienie przyrody sobie samej stała się hasłem przychodzącym na myśl, kiedy mówimy o Puszczy Białowieskiej. To myślenie zaznaczyło się mocno po odzyskaniu niepodległości w 1990 roku i pojawieniu się społecznego ruchu ekologicznego.

 

Na razie napotyka ono na opór ze strony wielu leśników zajmujących się częścią gospodarczą i ze strony części urzędników resortu środowiska i polityków oraz społeczności lokalnych, których życie było w ostatnich pokoleniach związane z eksploatacją Puszczy. Przed sześćdziesięciu laty jeden z dyrektorów Białowieskiego Parku Narodowego Jan Jerzy Karpiński, porównał poranioną Puszczę Białowieską do Wawelu. Znając doskonale wszystkie wartości przyrodnicze Puszczy, ostatecznie nawoływał do jej ochrony pisząc, że Puszcza "zawiera tajemnicze piękno i księgę dziewiczej natury", że życie Puszczy jest "dziwnie tajemnicze, nieubłagane i cudownie mimo to zharmonizowane."

 

Wolny rynek i narodziny filozofii ekologicznej

Współcześnie ośrodki decyzyjne kierują się prostą maksymą ekonomiczną: wartość czegokolwiek jest taka, jaką cenę da się za to uzyskać. Za Puszczę Białowieską można by uzyskać kilka milionów za wycięte drzewa i kilkanaście lub kilkadziesiąt z turystyki na udostępnionym i nowocześnie zorganizowanym obszarze turystycznym. W takim właśnie kierunku zmierza polityka państwa - część lasu jest chroniona dla nauki i turystyki, podczas gdy pozostała część ma przynosić zyski z gospodarki. To ostatnie nie bardzo się udaje i nadleśnictwa białowieskie są deficytowe. Budżet ratuje gradacja kornika drukarza, dzięki której, tłumacząc to dbałością o higienę lasu, wycina się i sprzedaje stare świerki także w rezerwatach przyrody. Widok wycinanych drzew poraża turystów. Gospodarka rynkowa i prawa ekonomii decydują o losie zasobów przyrody.

 

Część gospodarcza Puszczy to dzisiaj przede wszystkim obraz ogromnej dewastacji i przekształceń na wielką skalę, jakie zaczęły się w czasach I wojny światowej i w mniejszym stopniu trwają do dziś. Przekształcenia te wynikają zarówno ze zwykłego wycinania lasu jak i z gospodarki leśnej, czyli takich działań, które przekształcają las na zgodny z oczekiwaniami leśnika, a także z narastającej presji człowieka: budowy i rozbudowy dróg, zwiększającego się ruchu pojazdów i coraz łatwiejszej penetracji. Coś się jednak zasadniczo zmieniło. W ewolucji kultury człowiek doszedł do miejsca, w którym dla licznych osób przyroda ma wartość nie tylko taką, jaką można uzyskać na rynku. Współczesna myśl filozoficzna i psychologia dostarczają argumentów za postawą biocentryczną i proekologiczną, nie ograniczoną tylko do pragmatycznych korzyści dla człowieka. W rezultacie ostatnie lata, to również zwiększenie powierzchni ochrony (choć nie całkowitej i ingerencja w procesy naturalne nadal, niestety, ma miejsce).

 

Współczesna myśl ekologiczna nie jest jeszcze w Polsce zbyt popularna, a świadomość, że las o cechach pierwotnych jest darem jednorazowym, wciąż nie trafia ani do decydentów, ani do powszechnej świadomości. B. Swimme i T. Berry w swojej słynnej książce "Historia wszechświata" apelują: Właśnie teraz, celowo niszczymy budzące najwyższy szacunek wspaniałości, jakie kiedykolwiek udało się naszej planecie wytworzyć [...] Ludziom trudno zrozumieć, że dostaliśmy tę planetę jako jednorazowy podarunek. [...] Wyczerpać się mogą rośliny i zwierzęta i nie ma takiej siły na niebie i ziemi, która mogłaby przywrócić utraconą przyrodę. Prawo entropii budzi grozę. (Swimme, Berry, 1992)

 

To nie las potrzebuje ochrony przed człowiekiem; to człowiek potrzebuje chronić las, żeby jego życie stało się bardziej harmonijne. Wobec życia pełnego napięć i konfliktów coraz więcej ludzi podświadomie to rozumie. Przez całe wieki braliśmy coś od lasu, eksploatowaliśmy go niemal do końca. Nadszedł czas, żeby dać mu spokój, żeby pokornie zaufać naturze i zacząć się od niej uczyć.

 

Bezinteresowność a ochrona przyrody

Mniej więcej w tym samym czasie kiedy w Petersburgu ukazuje się wielkie dzieło Georgija Karcowa, opisujące historię Puszczy Białowieskiej z perspektywy wyłącznie eksploatatorskiej (zachwyt przyrodą występuje tylko w kontekście mężnych jej zdobywców), w Warszawie ukazała się książeczka Walentego Miklaszewskiego "Wróć do przyrody!", w której zwraca uwagę na wartość lasu w takim stanie, w jakim stworzyła go przyroda. "Chodzilibyśmy po tym lesie do końca, znajdując zawsze coś godnego uwagi" - pisze apelując: "Nie poprawiajmy natury, która wie co robi!". Dla tego prekursora nowoczesnej ochrony lasu ogromnie ważna była też edukacja - dzisiaj powiedzielibyśmy językiem psychologii: "przez osobiste doświadczenie". W miejsce nakazów i zakazów oraz podawania suchej wiedzy proponował on uczenie się od nieskrępowanych procesów przyrodniczych - obserwację cudu życia dzikiej przyrody (W. Miklaszewski, 1905). Krytykował on las gospodarczy, przyrównując go do tępoty wojska, a inny, znany przyrodnik B. Dyakowski już w roku 1898 popularyzował szacunek do naturalnego lasu, pisząc w 1908 roku o tragicznych zniszczeniach w Puszczy.

Prawdziwym pionierem ochrony przyrody i oczywiście lasu jako jej wyrazu, był bez wątpienia Jan Gwalbert Pawlikowski, twórca polskiego ekologizmu ("Kultura a natura", 1913). Kiedy dzisiaj słyszę w ustach niektórych białowieskich leśników słowa, że trzeba wycinać zamierające stare drzewa, bo społeczeństwo nie chce widzieć w lesie martwych drzew, chciałoby się autorów tych wypowiedzi odesłać do biblioteki prac wydanych już blisko sto lat temu! Nie tylko wydanych, ale i zaakceptowanych, będących nieusuwalną częścią polskiej kultury. Nie chodzi mi wcale o aspekt narodowy, bo przyroda nie zna granic i nie jest przywiązana do żadnej wizji politycznej czy narodowej, lecz tak się złożyło, że myśl ochrony przyrody rozwinęła się na ziemiach polskich w okresie zaborów i używała argumentów wynikających z sytuacji politycznej: "pruskie wojsko", "zniewolony las" - to były określenia przeciwstawiające wartość dzikiej przyrody modelom lasu gospodarczego. Pawlikowski zwrócił uwagę społeczeństwu na sacrum dzikiej przyrody, na duchową potrzebę (dziś są na to dowody psychologiczne) zachowania dzikiej, nienaruszonej przyrody, wreszcie na bezinteresowność w ochronie przyrody jako ostatni etap rozwoju kultury. Postawę konsumerystyczną przeciwstawiał on idei harmonii. Przeciwstawianie idei ochrony takiego lasu jak Puszcza Białowieska jakichś racji ekonomicznych jest cofnięciem się w postępie kultury do czasów sprzed J.G.Pawlikowskiego.

 

Komercyjna ochrona przyrody

Do gospodarczo politycznych zagrożeń dla Puszczy Białowieskiej, a także innych lasów, dzisiaj doszło jeszcze jedno, kto wie czy nie równie niebezpieczne z poprzednimi: to zagrożenie turystyką. A właściwie przemysłem turystycznym i procesami dyktowanymi przez rynek. Wartość określa cena, za jaką przyrodę jako towar można sprzedać. Jeżeli po obszarze ochrony ścisłej porusza się coraz więcej naukowców śledząc każde zwierzę, opisując procesy zachodzące na każdym metrze kwadratowym lasu - jest to prostym wynikiem współczesnego modelu postępu i rozwoju. Rynek naukowy każe pisać kolejne rozprawy, odnajdywać wciąż coś nowego, opisywać kolejny aspekt zachowań. Przeliczane jest to na konkretne pieniądze. Czasami te odkrycia przydają się do czegoś przyrodzie, bo dostarczają argumentów za jej ochroną. Ale argumentów nigdy nie będzie dość, bo wciąż pojawią się nowe racje ekonomiczne za eksploatacją przyrody. Na tym polega tzw. "postęp". Przede wszystkim jednak badania są potrzebne, by dostać "grant", by zrobić kolejny stopień naukowy, by nie stracić pracy, bo cały czas jest konkurencja o środki. "Rozwój musi być" - więc Puszcza "musi" na siebie zarobić - także na rynku nauki. Dziś naukowcy badający Puszczę są w znacznej części jej wielkimi obrońcami, ale dzisiaj naukowiec jest coraz bardziej uzależniony od rynku. Nauka nie jest jednak poważnym zagrożeniem - na jej przykładzie chciałem tylko pokazać mechanizmy rynku. Z kolei leśnictwo z łatwością zmieniło język na proekologiczny tworząc swoistą nowomowę. Łatwo dorobić do tego słuszną teorię: Drzewa wycina się i sprzedaje po to, żeby były środki na ochronę przyrody, albo żeby "odsłonić młode pokolenie"; zwierzęta się strzela, żeby pomóc przyrodzie i zarobić na dokarmianie; bada się każdy kawałem lasu po to, żeby mieć argumenty dla jego ochrony; łapie się dzikie zwierzęta, żeby lepiej je poznać i skuteczniej chronić; sprowadza się turystów po to, żeby zostawiali pieniądze i region się rozwijał. Już Pawlikowski proroczo przestrzegał (mając wówczas konkretnie na myśli Tatry, gdzie jego słowa sprawdziły się aż nadto), przed komercją i turystyką. Demagogiczne hasła demokratycznego udostępniania przyrody połączone z zasadą maksymalizacji zysków prowadzą do ingerencji, zadeptywania i zaśmiecania przyrody. Skoro wybudowano w Białowieży kilka wielkich hoteli, a planuje się dalsze, to dla ich gości trzeba przyrodę udostępnić - taki proces jest nieuchronny, bo inaczej hotele zaczną przynosić straty.

 

"Tylko pierwotna i wolna, a nie przez spekulacyjne uprzystępnianie zniewolona przyroda, godna jest miłości" - pisał Pawlikowski (1913). Tymczasem myślenie rynkowe skutecznie spycha takie romantyczne hasła jak "miłość do przyrody" w cień "nowoczesnego rozwoju". W procesie pauperyzacji kultury i przyrody współpracują wszystkie "gałęzie" gospodarki w regionie. W roku 2003 wycięto wzdłuż i tak przeoranej i ogrodzonej granicy polsko-białoruskiej, która jak wielka rana przecina jedną przecież Puszczę, około 500 ponadstuletnich drzew i drzew rosnących w ponadstuletnich drzewostanach - wiele w nowoutworzonym rezerwacie przyrody. W ramach udostępniania turystom regionu, planuje się poszerzanie dróg (przy okazji kolejne tysiące drzew będzie można wyciąć). W gruncie rzeczy każde wycięcie drzewa lub inne naruszenie przyrody można z łatwością usprawiedliwić koniecznością polityczną, obronności kraju, bezpieczeństwa ruchu, bezpieczeństwa i higieny pracy (to nie żart - tak leśnicy wytłumaczyli wycięcie trzech ponadstuletnich dębów w rezerwacie przyrody), nadrzędnością rozwoju czy innymi szlachetnymi celami.

 

Czyja Puszcza?

Rejon Puszczy Białowieskiej określa się mianem pogranicza. Przeważa tutaj ludność białoruska, ale mieszkają też Polacy i Ukraińcy. W długiej historii tych ziem przewijali się Goci, Dregowicze, Mazowszanie, może zapuszczali się tu Jaćwingowie - choć śladów ich nie znaleziono, przybysze z Kurpi i Mazowsza, Rosji i Niemiec, handel prowadzili Żydzi. Puszcza była we władaniu Litwy, Polski, Rosji, Niemiec i Sowietów... Mieszkali tu wyznawcy różnych wierzeń, religii i mitów przyrody, prawosławni, potem unici, i na powrót prawosławni, katolicy i wyznawcy Mojżesza, ewangelicy... Dzisiaj są jeszcze nieliczni baptyści, buddyści, adwentyści, badacze pisma świętego i inni. Wszyscy ci ludzie w bardzo zamierzchłych czasach przyjęli jakąś wiarę (często nie mając w ogóle wyboru i wbrew własnej woli). Każda z tych grup miała swoje "opisanie świata", swoje relacje z Puszczą, a także swoich "obcych". A byli jeszcze ludzie władzy i poddani; magnaci, szlachta i chłopi, panowie i słudzy; myśliwi i naganiacze; ci, którzy dzierżyli władzę i ci, którzy musieli być posłuszni; ruchy narodowowyzwoleńcze, włościańskie i robotnicze. Ci, którzy dawali pracę i inni, dramatycznie jej potrzebujący. Tożsamości narodowe, etniczne, grupowe czy stanowe pozwalały trwać różnym tradycjom i postrzegamy je jako wartości. Nie zapominajmy jednak, że czasami pozwalały również prowadzić wojny, usprawiedliwiały niewolenie "innych", niszczenie "innych" tradycji, a często także niszczenie przyrody. Wiele tradycji powstało właśnie dla zakamuflowania prawdziwych intencji, do których człowiek nie chciał się przyznać (np. niektóre tradycje łowieckie). Dlatego boję się o los przyrody, kiedy słyszę, że jest ona dobrem jakiegoś jednego narodu lub grupy, albo że wszyscy mamy do niej równe prawo. Kiedy wsłuchuję się w obawy, jakie rodzą wszelkie nowe odkrycia archeologiczne z Puszczy Białowieskiej widzę, że demony nie śpią. Czy Puszcza była kolebką Rusinów, a może Polaków? Kto ma do niej prawo? Kiedyś pewien obrońca Puszczy Białowieskiej dzielił się pomysłem na utworzenie w jej sercu muzeum tradycji polskiej. Niedawno lokalny polityk napisał, że mniejszość białorusko-prawosławna jest zagrożona, bo "obcy" chcą jej odebrać Puszczę! Na takich strachach i podziałach można budować politykę, ale wówczas będzie to polityka z wszystkimi znanymi jej negatywnymi następstwami, prowadzącymi do dalszego cierpienia i dalszych podziałów. Prowadząc taką politykę można spokojnie niszczyć przyrodę. Inne, skrajnie antropocentryczne i populistyczne hasło głosi, że Puszcza przetrwała dzięki tutejszym ludziom (albo dzięki leśnikom, naukowcom, rządzącej partii itp.). Mówią tak wszyscy uzurpatorzy; ci, którzy chcą sobie nadać mandat do władania jakimś dobrem.

Z perspektywy przyrody, jej niewyczerpalnego, choć dającego się niszczyć, bogactwa i harmonii procesów Puszcza Białowieska nie jest ani twoja, ani moja. A raczej jest, ale naszym - parafrazując Norwida - wspólnym obowiązkiem. Mając nieznane wcześniej możliwości człowiek ponosi największą historycznie odpowiedzialność za zachowanie przyrody.

 

Człowiek i las - nie dwa, lecz jedno.

Nowe podejście do przyrody, które może uratować lasy na ziemi i Puszczę Białowieską dla naturalnych procesów i dla nas, ludzi, zachować nadzieję - nie jest takie nowe. Wystarczy przypomnieć św. Franciszka z Asyżu, a w XIX wieku Henry Davida Thoreau i Johna Muira. Niepodzielność nas i przyrody była wspierana wrażliwością na naturalne piękno. Dziś jednak kultura ulega pauperyzacji, a globalny walec ekonomiczny powoduje, że miłość do przyrody staje się jeszcze bardziej elitarna niż w dobie romantyzmu, wrażliwość estetyczna zostaje zastąpiona umiejętnością odczytywania marek światowych korporacji i modnych trendów, a osobiste doświadczenie przyrody rzeczywistością multimedialną. Uzurpatorskie hasła mają tylko usprawiedliwiać czyjeś interesy dokonywane kosztem przyrody. Nie przestaliśmy jednak być istotami na wskroś biologicznymi i psychicznymi i nadal tęsknimy za dziką przyrodą - naszym domem, którego istnienie jest niezbędne nie tyle dla osobistej penetracji, co dla pokoju serca. Dlatego mimo wszystko w polskiej części Puszczy Białowieskiej przybyło ostatnio rezerwatów, idea objęcia całej Puszczy parkiem narodowym cieszy się dużym społecznym poparciem, a informacje o wyciętych kolejnych zabytkowych dębach powodują coraz szersze oburzenie. Człowiek zwraca się z powrotem w kierunku lasu, już nie tylko żeby brać...

Puszcza nie zna granic i powinno się tu napisać coś także o jej większej, białoruskiej części. Do niedawna była znacznie lepiej chroniona niż jej polska część. W 2002 roku pojawiły się informacje o dużych cięciach. Niech zapowiedzią zmian na lepsze będzie, że od niedawna działa tam grupa nazywająca się "Puszcza Białowieska XXI wiek" i ludzie ci alarmują na stronie internetowej o zagrożeniach dla Puszczy.

 

"To, że jeszcze nie podzieliła losu innych puszcz, po których zostały tylko nazwy, wynika z jej - zda się niewyczerpalnych - sił życiowych, ze straszliwego haraczu płaconego łowcom zwierzyny i położenia geograficznego - z dala od skupisk rolniczej ludności i wielkich miast, leżąca na pograniczu krajów i narodów, ukryta wśród bagien - przetrwała. Ciężko okaleczona, ograbiona z drzew i ze zwierząt, ale we współczesnej Europie jedyna przypominająca jeszcze prapuszczę, która sześć tysięcy lat temu otulała Niż Europejski od Karpat po Bałtyk.

Na oczach naszego pokolenia rozgrywa się ostatni akt jej dziejów."

 

- Simona Kossak, "Saga Puszczy Białowieskiej"

 

 


Janusz Korbel

 

Dorota Ryst

KROK

"ruch wykonywany przy chodzeniu,

polegający na uniesieniu i postawieniu nogi"

 

chłodna pewność słownika

- tylko pozazdrościć

 

 

każdy

mój

krok

narusza

przestrzeń

czas

porusza atomy azotu

tlenu i kilku gazów szlachetnych

 

dokądś prowadzi

rozchlapuje kałużę

lub roztrąca piasek

skraca życie mrówki

przenosi nasiono drzewa

 

nie pamięta

początku

nie zna końca drogi

 

mój krok

a nie mój

 

marzec 2003
Dorota Ryst

 

Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (21)

Do wiosennego przeglądu trafiły książki sześciu (a właściwie siedmiu)autorów: Henryka Romanika - z Koszalina (i Zdzisława Pacholskiego - fotografa, też koszalinianina), Wojciecha Kajtocha - z Krakowa, Marka M. Kielgrzymskiego - z Gdańska, Teresy Ferenc - z Sopotu, Czesława Kuriaty - z Koszalina oraz Tomasza Paducha - z Kołobrzegu. I w tej kolejności przedstawimy twórców oraz ich nowe wydawnictwa.

 

H. Romanika (Henryk Romanik, Zdzisław Pacholski "Koniec świata w Iwięcinie", Agencja Photo Design Zdzisław Pacholski, Koszalin 2003, str. 108) czytelnicy znają już choćby z publikacji w ubiegłym numerze "Łabuzia". Również "Prowincjonalia" prezentowały wcześniej dwie publikacje autora: apokryf kołobrzeski "Wypłyń na głębię" (2000) oraz tomik wierszy "Słucham" (2002).

H. Romanik urodził się (rocznik 59) w Gościnie. W 1985 r. uzyskał święcenia kapłańskie. Wykładowca Wyższego Seminarium Duchownego w Koszalinie. Od 1996 r. duszpasterz lokalnych środowisk twórczych. Debiutował w 1994 r. na łamach "Gościa Niedzielnego". Prócz wymienionych wyżej książek wydał jeszcze "Apokalipsę Koszalińską" (1996) i album "Do domu Pana. Konkatedra kołobrzeska" (2000).

"Koniec świata w Iwięcinie" to wspólne dzieło poety i koszalińskiego fotografika Zdzisława Pacholskiego. Wysmakowany edytorsko album przeplatają niezwykle sugestywne fotografie i teksty poetyckie.

Iwięcino to wioska należąca do parafii Dobiesław z dekanatu Darłowo w diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej. Zachował się tam XIV-wieczny kościółek z unikatową polichromią. I właśnie ta polichromia (powstała ok. 1620 r.) zainspirowała twórców.

Dlaczego koniec świata? Bo polichromia przedstawia Sąd Ostateczny. Chrześcijańska scheda jasno tu jest kojarzona. I kulturowo istotna. Przynajmniej dla nas, mieszkających w środkowej Europie.

Kilkadziesiąt fotografii i kilkadziesiąt tekstów. Głównie tekstów poetyckich. Ale też bliskich prozie. Tyle komentują zdjęcia, co wyodrębniają się w osobne całostki, zdolne istnieć niezależnie. Inaczej mówiąc: udało się poecie nie ulec presji obrazu. Stworzył rzecz współbrzmiącą, pogłębioną refleksją własną.

To ciekawa próba poetycka, warta zauważenia. Znacznie lepsza od wcześniejszego tomiku "Słucham".

 

Urodzony w w Krakowie (rocznik 57) W. Kajtoch (Wojciech Kajtoch "Doba. Wiersze i proza", Wydawnictwo Towarzystwa Słowaków w Polsce, Kraków 2003, str. 62) ukończył filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz Instytut Literacki im. Gorkiego w Moskwie. Doktor filologii rosyjskiej. Obecnie pracuje w Ośrodku Badań Prasoznawczych UJ.

Autor licznych artykułów krytycznoliterackich i naukowych z dziedziny historii literatury polskiej i rosyjskiej XX wieku. Debiutował w 1992 r. tomikiem wierszy "Rozstrzelane kukły". Później m.in. wydał: monografię "Bracia Strugaccy" (1993), "Presymbolizm, symbolizm, neosymbolizm... Rzecz o czytaniu wierszy" (1996) oraz "Świat prasy alternatywnej w zwierciadle jej słownictwa" (1999).

"Doba" jest drugim zbiorem poetyckim W. Kajtocha. Całość autor podzielił na cztery części: "Poranek", "Południe", "Noc" oraz poemat prozą "Mruczak i Wuj". Wyraźnie z lektury widać, że układ jest celowy. Pierwsze trzy cykle poetyckie macerują (czy też penetrują) kolejne etapy życia. Zaś pomieszczona na końcu nibyproza, będąc jednocześnie minihistorią przyjaźni człowieka i zwierzęcia, stanowi paraboliczny skok w metoforę egzystencji.

To utwory formalnie niejednorodne. Spotykamy tu i aforyzm, i prozę poetycką, i strofy klasycznie rymowane, i wiersz biały. Jakby autor trochę bawił się konwencjami lub brakowało mu przekonania do formy konkretnej. Lecz efekt jest, o dziwo, nie najgorszy. Może przez to, że szybko zapominamy o manipulacjach formami - na rzecz prostoty i ciepła strof. Poeta od razu daje czytelnikowi do zrozumienia, że gra konwencji jest sprawą drugorzędną. I demonstruje zdrowy dystans do samego siebie. Jak na przykład w utworze "Poezja II":

Znałem chłopca, który napisał tylko jeden wiersz: "Już nie wiem, czy jestem umarły czy żywy..." i w chwilę później przemienił się się w lalkę - taką zmiętą, z wykręconymi nogami.

Nie bądź poetą, jeśli nie umiesz tworzyć!

Zbiorek opatrzono posłowiem Andrzeja Kaliszewskiego "Poeta i świat - język zdziwienia", w którym autor roztrząsa międzypokoleniowe sprawy: gdzie kogo umieszczono i za co. I gdzie dałoby się posadzić W. Kajtocha.

 

M. M. Kielgrzymski (Marek Maganiusz Kielgrzymski "Psychoteka", Wydawnictwo Towarzystwa Słowaków w Polsce, Gdańsk 2004, str. 80) urodził się w Gdańsku (rocznik 1972). Utwory autora drukowano kilkakrotnie w "Łabuziu". Debiutował w 1996 r. zbiorem wierszy "Poezje". Rok później w serii "Biblioteka Rękopisów" Gdańskiego Towarzystwa Przyjaciół Sztuki opublikował arkusz "Detoksykacja marzeń".

Czterdzieści utworów umieścił poeta w sześciu działach. Mamy tu: "Dzielnice wyziębionych miast", "Bezświetlnie", "Między nagą kulą a pniem drzewa z brązu", "Powroty", "Dwadzieścia cztery metry pod ziemią" i "Wyrywki dziennika".

Gdyby chcieć pójść tropem tytułowym, rozszyfrowanie przyszłoby łatwo. Słowotwór "psychoteka" jest zbitką dwóch wyrazów sugerujących efekt: oto mamy (lub mieć będziemy) do czynienia z przechowalnią stanów psychicznych. Podobne teki gromadzą zawartości rozmaite, nie zawsze uporządkowane.

Lecz spotka czytelnika rozczarowanie. Bo to psychoteka monotematyczna. Raczej dyskoteka. Monotonnie roztrząsająca zbliżone linie melodyczne w jednakim rytmie. Za to hałaśliwie, z nieco infaltylnym przytupem.

Dlaczego tak sądzę? Gdyż autor ostentacyjnie rozbabruje swoje ja. A jeśli już obraca się w stronę świata, to widzi w nim głównie brud, cynizm i kiepskie perspektywy. Tu między palcami przecieka nijakość życia. Rzekoma nijakość. Doprawdy, po takich tekstach można tylko się zadołować.

Wszak każdy ma prawo do refleksji własnych, poetyki własnej, poglądów własnych - zaprotestuje ktoś. I słusznie. Również M. M. Kielgrzymskiemu tego nie odmawiam. Gdyby tylko autor do autowynurzeń ukazał choć odrobinę dystansu!

A później jeszcze utyskuje:

wydałem książkę i co z tego

świat nie zatrzeszczał

nie rozchwiał się w posadach

jest taki sam jak poprzednio.

 

T. Ferenc (Teresa Ferenc "Dzieci wody. Wiersze z morzem", Towarzystwo Przyjaciół Sopotu, Sopot 2003, str. 40), urodziła się w Ruszowie pod Zamościem. Z wykształcenia plastyk-pedagog. Przelotnie związana z Kołobrzegiem, obecnie mieszka w Sopocie. Współorganizatorka znanej niegdyś grupy poetycko-plastycznej "Reda". Jest członkiem SPP i PEN Clubu.

Debiutowała w 1958 r. Później wydała m.in. zbiory wierszy: "Moje ryżowe poletko" (1964), "Godność natury" (1973), "Ciało i płomień" (1974), "Wypalona dolina" (1979), "Boże pole" (1997), "Psalmy i inne wiersze" (1999). W 1992 r. W Stanach Zjednoczonych ukazał się jej wybór wierszy "Swallowing paradise".

Szczupły objętościowo tomik zawiera utwory wybrane pod określonym kątem tematycznym. Ujawnia to tytuł książki - z dopełniającym podtytułem. Choć poetki nikt nie uzna za reprezentanta tzw. nurtu marynistycznego w literaturze, utworów z morskimi motywami zebrało się wiele.

By ustalić pewne proporcje rzeczy - powiedzmy przynajmniej to, że woda w twórczości T. Ferenc pojawia się obok ognia, a żywioł wody ściśle koegzystuje z innymi żywiołami, w tym z żywiołem ziemi. Ważna tu też jest pozafizyczność z tego wynikająca. By pojąć (lub próbować pojąć) sens naszego istnienia i nasze miejsce wśród żywiołów, nieraz - jak notuje autorka:

Wystarczy upaść w ramiona wody

w ramiona ziemi

nie z tej Ziemi.

Osobnym wątkiem, mocniej zarysowanym w końcowych partiach zbioru, są sprawy przemijania i kruchości naszego bytu. Poetka ma świadomość nadciągającej śmierci i próbuje duchowo do niej się ułożyć.

To wartościowa poezja. Głęboka, z celną metaforą. Aż szkoda, że - wydana jako dodatek jednego z numerów dwumiesięcznika literackiego "Topos" - nie znajdzie księgarskiej dystrybucji.

 

Nie jest też obcy pomorskim czytelnikom Cz. Kuriata (Czesław Kuriata "Cień, który wchodzi do środka", Wydawnictwo POLIMER, Koszalin 2003, str. 114), koszalinianin od lat sześćdziesiątych.

Cz. Kuriata (rocznik 38) urodził się w Marcelówce na Wołyniu. Jest absolwentem filologii polskiej UAM w Poznaniu. Wieloletni redaktor koszalińskiej rozgłośni radiowej i prezes koszalińskiego oddziału ZLP. Poeta, prozaik, publicysta, autor słuchowisk radiowych. Debiutował w 1956 r.

Dotychczas wydał ponad dwadzieścia książek, m.in. "Niebo zrównane z ziemią" (1961), "Galop do Wielkiego Lasu" (1965), "Jeśli miłość nazwać" (1970), "Wino pestkowe" (1974), "Miara dłoni" (1977), "Elegie codzienne" (1984), "Zorze archangielskie" (1998) i tom satyr "Polskie pryszcze" (2000).

Wydany na kredowym papierze zbiór "Cień, który wchodzi do środka" dzieli się na dwie części. Pierwsza zawiera poemat. Część druga to wiersze.

Mimo pewnych wewnętrznych niespójności tytułowy poemat jawi się większym osiągnięciem twórczym od strof w części drugiej. Część druga po prostu rozczarowuje. Za dużo w niej wersów "puszczonych", zbyt często zgrzyta język żurnalisty.

Głośny niegdyś autor wyraźnie traci formę. I chyba sam o tym wie, próbując szukać przyczyny tego między innymi w gwałtownych przemianach społecznych lat ostatnich. Stąd też, sugeruje, kulturowe odtrącenie. Pisze na przykład w jednym z utworów:

Współcześni poeci

modlą się do pająków,

w zatęchłych magazynach

Do pająków oplatających

pajęczyną ich wiersze.

Na szczęście nie całą poezję oplata pajęczyna zapomnienia. To diagnoza chybiona.

 

I jedyna powieść w obecnym przeglądzie.

T. Paduch (Tomasz Paduch "Czystka", nakład własny, (miejsce wydania nieznane) 2004, str. 256) urodził się w 1971 r. w Kołobrzegu. Tam skończył szkołę średnią. Z zawodu menadżer. Więcej informacji o autorze nie udało się uzyskać. Omówiona niżej powieść jest jego debiutem.

Ogólnie ujmując - to proza sensacyjna, z elementami fantastycznymi i katastroficznymi. Jeśli pominiemy prolog sprzed pięciu tysięcy lat - akcja toczy się w czasach współczesnych. I miejscach rozmaitych: od Afryki po Syberię, od Warszawy po Waszyngton.

Osią tematyczną jest spisek mętnych sił, próbujących - za pomocą manipulowania zjawiskami atmosferycznymi - zawładnąć światem. Wytępiona ma być spora część populacji ziemskiej. Mętne siły chcą tego dokonać wykorzystując między innymi wodociągi.

Kartami powieści śmigają rozmaite typy, zwane z angielska lub amerykańska. Tym dobrym, najdzielniejszym i najszlachetniejszym jest Tom Kent. Z każdej opresji, niby Rambo, wychodzi cało. Nawet jeśli dosięgnie go jednocześnie dwadzieścia kilka kul.

Oszczędzę czytelnikowi dalszych opisów. To popłuczyny zachodnich powieści sensacyjnych. Rzecz w wymowie miałka, mieszcząca się w dolnych strefach literatury rozrywkowej.

Język do bani. Fabuła do bani. Jedynie konstrukcja autorowi się udała.

I uwaga: z otrzymanych wieści wynika, że autor już wysmażył tom drugi przygód Toma Kenta!

Kryć się i nosów nie wychylać do odwołania! No i uważajcie, odkręcając kran - bo i rurami wodociągowymi może przebiegły autor do was wpłynąć...

 

(maj 2004)

Paweł Szeroki


 

Heinz Piontek

CZYSTA JAK SZKŁO

Metafora jest

lunetą.

 

Uzbraja

oko.

 

Chwyta.

Powiększa.

Wyostrza.

 

Namacalnie blisko

zjawia się nam

prawda.

 

Pozornie.

 

Heinz Piontek
Przełożył Andrzej Lam

 

Anatol Ulman

POWTÓRKA Z HIOBA

Fiołkowe niebo i, w czterdziestopięciostopniowym mrozie, błękitne śniegi - les neiges bleuses. Tragiczna, za przyczyną satrapów, uroda Syberii. Ale narrator powabów tajgi nie konotuje. Kiedy człowiek jest nieustannie głodny, obdarty, zawszony i, mimo kufajki (owego sowieckiego smokingu wygnańców i zesłańców) na grzbiecie, przemarznięty, jego wrażliwość na naturę na zawsze zamrożona. W tej sytuacji pozostają nieletni oraz dorośli bohaterowie krótkiej powieści Piotra Bednarskiego stanowiącej kondensację dziecięcych przeżyć małego Polaka w czasach bestii Stalina i jego gorliwych zwierząt - enkawudzistów.

Osiemnaście lakonicznych epizodów, na miarę tyluż tragedii, każdy z osobnym tytułem, łączy w przerażającą treściowo całość osoba opowiadającego. Jest nim synek zesłańców: przebywającego w łagrze, zakatowanego piłsudczyka oraz porażającej urodą matki zwanej przez wszystkich Pięknem. W kobiecie kochają się oprawcy, pełnomocnicy NKWD, co staje się w końcu powodem jej dramatycznej śmierci w kolorowy, letni dzień powtórnego zamążpójścia. To główny poetycki mit utworu: Piękność i Bestia,. Tyle że europejska baśń jest przemieniona: szpetny smok nie staje się urodziwym księciem, a bohaterka ginie.

W ogóle rzeczywistość w powieści jest zmitologizowaną: znajdują się w niej liczne odniesienia do archetypów naszej kultury: Nefretete, Hioba, Antygony, Chrystusa, Romea i Julii. Z tego punktu widzenia można utwór uznać jako zamknięty zbiór przypowieści o małym Europejczyku, który stanął do walki przeciwko dziczy -złaknionej naszego piękna okrutnej Rosji. Prawie wszyscy bliscy uczuciowo bohaterowi współuczestnicy tej walki giną zamordowani przez sługi państwa totalitarnego, on sam wróci do Europy, niewątpliwie tylko z tarczą zwycięstwa moralnego. Niezbyt jasny natomiast wydaje się sens nadawania bohaterom nazwisk znanych z kultury rosyjskiej, takich jak Hercen, Dowżenko czy Jewtuszenko. Być może rzecz w tym, byśmy nie utożsamiali bandyckiego reżimu z wielką kulturą Rosji.

Zmitologizowaniu towarzyszą uproszczenia w rysunku postaci: są one narysowane grubą krechą, niezbyt bogate duchowo (poza uniesieniami religijnymi) oraz tylko białe i czarne (trudno za przemianę wewnętrzną uznać samobójstwa dwu czerwonych łotrów - jeden nie może znieść ciężaru krzywdy, jaką wyrządził, także rodzonemu bratu, drugi ucieka w śmierć po zabiciu własnej miłości). Ten sposób widzenia świata odpowiada zresztą psychologicznie (charakterystyczna dla wrażliwości wieku pacholęcego naiwność) nieletniemu narratorowi i jego niewymuszonemu lecz celnemu w sformułowaniach językowi. Prostota przedstawianych charakterów jest niewątpliwie zamierzona: pozwoliła autorowi nie tylko dokonać druzgoczącej oceny sowieckiego systemu i jego odczłowieczonych funkcjonariuszy, ale przede wszystkim uwypukliła tragizm przedstawianych scen. Są one zbudowane ze wspaniałym wyczuciem dramatyzmu zdarzeń, których sens pozostaje zawsze jednoznaczny - dobro skrzywdzone przez zło czerpiące ze zbrodniczej ideologii. Godnym tematu antycznej tragedii jest epizod "Wagary", w którym sierota Kola prosi zeka (więźnia gułagu), by został jego zastępczym ojcem, a zgodę łagiernika pieczętuje zabicie obydwu przez strażnika. Równie wspaniała literacko jest przypowieść o tragicznej śmierci matki chłopca zaraz po ślubie.

Należy przypuszczać, że Bednarski długo deliberował, jak artystycznie spożytkować tragiczny materiał wiedzy o Syberii cierpiącej, o czym napisano już wiele i w sposób budzący podziw oraz szacunek. Długo, bo przecież już od ćwierćwiecza był poetą oraz prozaikiem o szczególnej wrażliwości. Musiał wybrać swój własny stosowny dla dramatycznych treści język, gdyż prawdziwy pisarz nie może powtarzać cudzych dokonań na polu formy. Trafnie opowiedział o życiu, przede wszystkim o wszechobecnej śmierci językiem tak prostym jak pisana mogłaby być współcześnie ewangelia (Biblia stanowi zresztą w utworze główne odniesienie w sferze wartości moralnych). Szlachetna prostota mitu.

Bednarski trudny, martyrologiczny temat, związany z nazwiskami sławnych pisarzy, nie tylko ujął w sposób świeży, choć niekoniecznie odkrywczy, ale artystycznie i przejmująco oddał obraz czasu hańby oprawców i wielkości człowieka moralnego.

Wydana w 1996 roku powieść określona została przez krytykę jako wybitna, co w końcu doszło do świadomości Europy, czego wyrazem stało się jej przetłumaczenie na język francuski. Dzieło wyszło niedawno. Przekładu dokonał Jacques Burko przy pomocy kolektywu z paryskiej Sorbony (Polski Instytut Literacki na Rzecz Kultury Europejskiej). Jest to przekład ustępujący oryginałowi. Niewątpliwie dlatego, że nazbyt wierny, rzec można dokładny. Z jednej strony to zaleta, bowiem obcojęzycznemu czytelnikowi przekazano ważne treści i przesłania książki - na pewno w warstwie treściowej odczyta to, co i my odczytujemy. Ze strony drugiej to trochę wada: jakby zniknęła poetycka prostota, z jaką "Błękitne śniegi" Bednarski (nie zapominajmy, że jest poetą) tworzył. Francuski racjonalizm tego przekładu nie oddaje skrytych emocji narratora utworu. Być może zaszkodziła mu zbyt liczna grupa osób biorąca udział w ostatecznej redakcji tekstu w języku francuskim. Niemniej chwała tłumaczowi i jego przyjaciołom (jak się można z nazwisk domyślać polskiego pochodzenia) nie tylko za samą ideę wprowadzenia książki do kultury francuskiej lecz także za szlachetną próbę.

 

Anatol Ulman

 

Piotr Bednarski "Błękitne śniegi"

Oficyna Wyd. Volumen, Warszawa 1996

Piotr Bednarski "Les neiges bleues",

tłum. Jacques Burko i inni, Éditions

Autrement Littératures, Paris 2004

 



Za zgodą autora i redakcji, na prawach rękopisu, przedrukowujemy z tygodnika "Rzecz Kołobrzeska" (nr 22/2004)

17 maja b. r. w Paryżu odbyła się promocja francuskiego wydania książki "Błękitne śniegi" Piotra Bednarskiego. Wydarzenie miało miejsce w ramach dni Polski we Francji - o czym szeroko donosiła prasa.

 


Josef Celofan Wassertrinker

CALANCORUM,
miasto samobójców u progu

Cieszyłem się życiem postrzępionych

flag, godeł i symboli, bo

to nie człowiek, ale żyleta

sięga po tętnicę i uwalnia

krew z jej naturalnego koryta. -

 

Jesteśmy playwojami,

jeśli się mylimy

patrząc na ten smutny

plac na rozstajach.

 

Któż jednak jest w stanie

wskrzesić tę dręczącą niemoc,

nam małożernym i nieapetycznym?

 

Burza jak szklanka

bez ryja w odwrocie.

 

Görlitz, 15 lutego 2004
Josef Celofan Wassertrinker

 

Tomasz Klarecki

MENEL

Nie było jeszcze godziny piątej, ale już zapadał zmierzch. Ten listopadowy wieczór był tak samo ponury i szary, jak cały poprzedzający go dzień. Moje obcasy stukały głośno na betonowych, pokrytych rdzą i niedopałkami papierosów płytach peronu. Pomiędzy szynami, na podkładzie kolejowym, siedział szczur i zażerał się smakowicie czymś, co było prawdopodobnie resztkami fekaliów z kolejowej ubikacji. Między porozbijaną ławką i pustą gablotą rozkładu jazdy kuliła się w podmuchach zimnego wiatru grupka pasażerów.

 

Kawałek dalej, wokół pomazanego szarą, olejną farbą metalowego słupa latarni, rozmawiało głośno siedmioro młodych ludzi, pięciu chłopców i dwie dziewczyny. Kilkanaście metrów za nimi, przy lokomotywie, stał konduktor.

- Kurwa, ale był obciach, ten głupi chuj ... - dobiegły mnie słowa.

Dziewczyny śmiały się głośno.

 

Spojrzałam na miejscówkę. Zawahałam się. Pomyślałam, że mogłabym przejść na drugą stronę peronu, obejść ich i dotrzeć do konduktora. Otwarte drzwi do mojego wagonu znajdowały się na wysokości rozbawionej grupy.

- Ej, lala, bucik ci się rozpierdala!

- Chodź tu, poznasz mojego Wacka!

Boże, to do mnie! Szybko weszłam do ostatniego wagonu składu. Przejdę do mojego miejsca korytarzami. Szczęśliwie biegły wzdłuż przeciwnej strony torów.

W pociągu nie było wielu ludzi. Przecisnęłam się obok palącego papierosa grubasa. Wypiął jeszcze tyłek, tak, żebym musiała się o niego otrzeć.

 

W moim przedziale siedziały dwie starsze panie. Świetnie, nie będę sama. Słyszałam wrzaski i śmiech dziewczyn, młodzież stała gdzieś blisko ściany wagonu. Na szczęście szyba była tak brudna, że nawet stojąc pod samym oknem nie zobaczyliby mnie w mrocznym środku przedziału.

Spostrzegłam go dopiero, gdy wszedł w jasny krąg światła latarni. Mężczyzna, w nieokreślonym wieku. Mógł mieć 50 lat, 60, może nawet 70. W każdym razie wyglądał staro. Twarz, zmiętą jak stara gazeta, pokrywał kilkudniowy zarost, brud i fioletowa siatka naczyń krwionośnych. Poruszał się chwiejnie. Był w poplamionym garniturze, na marynarkę naciągnął za małą sportową kurtkę, wyciągniętą chyba z jakiegoś śmietnika, tak była czarna i sztywna od brudu. Na gołych nogach miał bezkształtne, pozbawione barwy i sznurowadeł półbuty, a na głowie kolorową, włóczkową czapkę, czystą i groteskowo kontrastującą z resztą ubioru. Podniósł ją z chodnika, zgubioną przez jakieś dziecko?

- Menel - skwitowała go z niesmakiem jedna z moich towarzyszek podróży.

 

Mężczyzna zatrzymał się i patrzył niezdecydowany przed siebie. Wyciągnął rękę i poruszył bezdźwięcznie ustami. Ubrany w skórzaną kurtkę chłopak, jeden z grupy, wszedł w moje pole widzenia, w krąg światła latarni. Wyjął z ust i rozdusił na wyciągniętej dłoni starego niedopałek papierosa. Wrzaski i śmiechy zmieniły się w dzikie wycia.

- Dołóż mu, Bartek - usłyszałam zza ściany wagonu.

Menel odwrócił się chwiejnie. Chciał odejść, ale chłopak miał inne plany. Naciągnął mu czapkę na oczy, podstawił nogę i pchnął. Ciało menela upadło na peron ciężko i bezwładnie, jak zrzucony z samochodu worek kartofli. Chłopak patrzył przez chwilę na niezgrabne próby poniesienia się na ręce, potem podszedł i kopnął zmiętą twarz. Dołączyli do niego dwaj koledzy. Kopali nieśpiesznie, celnie, można rzec, profesjonalnie. Głowa, żebra, jądra, golenie. Tam, gdzie boli. Ciało menela kurczyło się i rozkurczało, jak przygnieciona butem żaba. Salwy śmiechu toczyły się po peronie niczym kolorowe piłki.

 

Pociąg ruszył i straciłam ich z oczu. Odetchnęłam z ulgą. Nawet ucieszyłam się, że zajęci menelem pozostali na peronie i nie wsiedli do mojego wagonu.

- Nie powinni chyba go tak kopać - odezwała się z dezaprobatą siedząca koło mnie starsza pani. - Mogli mu zrobić krzywdę.

Jej towarzyszka wygięła pogardliwie usta.

- Nie powinien był zaczepiać tych młodych ludzi - prychnęła. - Widziałaś, jaki był obrzydliwie brudny?

Do przedziału wszedł konduktor i sprawdził bilety. Zauważyłam, że ma przypięty do paska telefon komórkowy.

- Widział pan, jak kopali tego starego człowieka. Dlaczego nie zadzwonił pan na policję albo do Służby Ochrony Kolei? - zapytałam wskazując na aparat.

- Nic nie widziałem - skłamał. - Pani też z pewnością nic nie mogła zobaczyć przez tę brudną szybę - zaśmiał się.

- To był menel - dodał, wychodząc z przedziału. - Wie pani, jak paskudzą nam na dworcu?

 

Patrzyłam w okno. Rzeczywiście nic w nim nie było widać. No nie, nieprawda. Dostrzegałam przecież niewyraźne odbicia starszych pań i wiszącej nad nami żarówki. Ale czy mogłam w nim zobaczyć kopiących menela młodych ludzi? Chyba nie. Ten obraz musiała mi podsunąć moja wystraszona wyobraźnia. Drzwi przedziału za mną otworzyły się. Za chwilę padnie sakramentalne "Czy to miejsce jest wolne?"

- Ej, lala, bucik ci się rozpierdala!

Salwa śmiechu wpadła do przedziału jak kolorowa piłka.

 

Tomasz Klarecki

 


Rosa Fliegelweilt

ZACHŁYŚNIĘTA WIECZNOŚCIĄ

Wiadro ciszy

wypełniła, zwątpieniem

oddzieliła się od

wszystkich rozstań

daremnych.

 

Okrucieństwo żalu.

 

Bezradna, a jakże

przerażona!

Naga, lecz nie

zadołowana. -

 

Zadowolenie?

Też:

 

Ta pełnia wszakże

stanowi dudnienie.

 

Groß-Dombrowka, 20 kwietnia 2004
Rosa Fliegelweilt

 

Edyta Niewińska

RUDA Z KOTEM

Oszukała nas wszystkich. To było takie proste, zaufaliśmy jej wszyscy od pierwszego wejrzenia, na psi węch, na psie oczy. Była ruda, bezbronna, drobna, z oczami skrzywdzonego dziecka. Mówiła, że nie chce od nas nic, a brała wszystko, nawet to, czego nie chcieliśmy dać. Zaplątała się między nasze uczucia, sprytnie pogubiła wątki naszych rozsądków, pomyliła nam nasze uporządkowane ścieżki. Czemu o tym piszę, czy dlatego że tak jak oni miałam prawo czuć się oszukana? zmanipulowana? Nie, została mi po niej jedynie odrobina smutku. Nie czuję żalu, straty. Piszę, bo minął rok od tych wydarzeń, i po raz pierwszy od paru miesięcy jej smutna twarz stanęła przed moimi oczyma znów tak wyraziście. Jeszcze wtedy przez parę miesięcy pytaliśmy siebie, gdzie ona jest, co się z nią stało. Teraz już nikt nie pyta, nie pojawia się już w naszych snach. Zasnął nawet jej kot. Zasnął snem płytkim, choć na zawsze. Kiedy spotykam inne postacie tego scenicznego dramatu, każde z nas czuje do siebie niechęć, jakby to co się stało, było czymś hańbiącym, jakbyśmy czuli się zbrukani tą historią. To dziwne, dlaczego. Może dlatego, że tak zachłannie pragnęła naszej miłości i akceptacji, i tak okrutnie nas od siebie odpychała. Nie pytam innych, dla nich nie ma tematu, tak samo jak ona należy już do przeszłości. Oni chcą zasypiać spokojnie, nie zastanawiając się, czy może trzeba jej pomóc, czy ona nie stoi tej nocy gdzieś przy oknie, nie wzywa nas, nie przeklina, albo też nie drwi z naszych niegdysiejszych uczuć. Ja też zasypiam spokojnie. Prawie każdej nocy. Jeśli niespokojnie, to przecież nie z jej powodu. Nic jej nie jestem winna, i niczego od niej nie oczekuję. Czasem tylko myślę, co mogło się z nią stać.

Mogła odejść do kogoś i od kogoś znowu, tak jak i nas nagle porzuciła, gwałtownie. Wszystko co robiła, było nagłe, niespokojne, jakieś takie krwawe i bolesne. Nawet kiedy śmiała się, nawet wtedy była chorobliwie i niezdrowo roześmiana. Nawet jej troska o kota była tylko troską o samą siebie i nasze zainteresowanie jej osobą. Wszystkie jej rozkosze i dramaty, wszystko to było tylko zgrabną układanką. Zrozumieliśmy wszyscy, że nas oszukała. Ona z pewnością tak by tego nie nazwała. A my czuliśmy się oszukani wszyscy. Dlatego każde z nas każdego dnia na nowo o niej zapomina. Niektórym już się udało. Tym którzy mogli być jej kochankami, a zamiast tego nieustannie czekali na niemożliwą szansę, wysłuchiwali jej relacji z kolejnej szampańskiej nocy spędzonej w cudownie innym męskim towarzystwie. Słuchali ukrywając grymas bólu. Za każdym razem marzyli, żeby to się wreszcie skończyło. Czy czuli ulgę kiedy odeszła? Nie sądzę. Odczuli pustkę, niepewną kruchość jej uczuć. Dlatego tak szybko zapomnieli o niej i o kocie, smutnym chorym małym kocie. Każdy z nas przy niej chorował, więc kot musiał być śmiertelnie chory. Pewnie dlatego zasnął kiedyś niespokojnym snem. Ktoś mi o tym doniósł zupełnie normalnym, bezwstydnie codziennym głosem, bez cienia żalu. Mi żal było właśnie kota. Ona, sprytna jak mysz, zawsze sobie poradzi. Kot, bezbronny, bo nie chroniła go jej miłość, był postacią tragiczną w tym dramacie. Tylko jego wspominam z niekłamaną sympatią. W tej historii nie ma sympatii dla żadnego z nas, trudno jest sympatyzować z ofiarą oszustwa. Nie sympatyzowaliśmy nawet jakoś specjalnie sami ze sobą. Byliśmy po trosze rywalami. Kogo wybierze dzisiaj, czyje wysiłki doceni, czyje względy przyjmie czule? Bez względu na płeć, bez względu na charakter, każde z nas tak samo mogło liczyć na przychylność. Głupio było się przyznać, że jakoś o nią zabiegamy. A przecież właśnie dlatego robiliśmy tyle rzeczy, dla których nie chciałoby nam się ruszyć tyłka nawet o milimetr. Kupowaliśmy papierosy i żarcie dla kota za własne napiwki. Przebiegaliśmy całe miasto w poszukiwaniu książek dla niej. Śnieg delikatnie opadał nam na nosy i zimnem sypał za kołnierze, a my ciągle goniąc za jej uczuciem, nawet tego nie dostrzegliśmy. Ślepi na głos własnej intuicji, nie byliśmy w stanie wierzyć ostrzeżeniu, że to oszustwo. Ona w nie wierzyła z pewnością. Może więc nadal powinniśmy jej wierzyć, tak jak wtedy? Pewnie byłoby prościej.

Była świetną bilardzistką. Rozbijała bile i grała sama aż do końca, nikt nie był w stanie jej dorównać, a ci którzy mogli, pozwalali jej wygrać - sprawiało im to niepomiernie większą przyjemność. Wygląda na to, że każdą grę rozgrywała w podobny sposób. Miała, niewątpliwie miała na każdą z nich swój sposób.

Zastanawia mnie, co wtedy działo się w naszych głowach. Nie, to jasne, że nikt z nas nie cierpiał. W sumie wszystkie, i nasze uczucia były na pół gwizdka. Jakbyśmy niejasno przeczuwali, że to tylko gra. Zabawne, że przez całą tę historię, podczas niej, zbliżyliśmy się bardziej do siebie, niż do niej. Niektóre znajomości przetrwały do dzisiaj, choć losy nas rozdzieliły. Niektóre nasze historie same w sobie warte były grzechu.

Ona sama tak jakby grzech był gdzieś poza nią. Jakby wina, cena i konsekwencje nie były na stałe wpisane w jej życie. Bezkarna, choć to może nie jest to najwłaściwsze słowo. W jakimś stopniu nieczuła. Pewnie wiedziała, dobrze wiedziała, że ta układanka ma monotonne, prawie puste elementy. Ktoś z nas czasem był kawałkiem nieba lub trawy. Innym razem zaś obłędnie kolorowym fragmentem tęczy albo kwiatem. Nasze uczucia dodawały tym kwiatom barw. Niestety nie mogły dać im zapachu ani kształtu. To była tylko układanka, niewielkie przekłamanie. Daliśmy się w nie wmanipulować. I powiem raz jeszcze, nie byliśmy tak naprawdę nieszczęśliwi. Mieliśmy poczucie misji, ważności zadania - opieki nad nią. Jej odejście po prostu otworzyło nam oczy. Wtedy pojawił się niesmak.

Ile razy zamierzam ważyć tę historię na wadze, której języczek wskazuje prawdę albo fałsz? W ogóle nie powinnam, jest za lekka. Za mało krzywdy nam wyrządziła. Za mało? Na to nie ma żadnej miary - każda krzywda jest wielka, kiedy uderza w serce choć trochę dobre. Choć trochę, nasze są. W końcu byliśmy i niebem, i lilią, i lazurem morza. Nie każdy na to zasługuje.

Zasypiam tak samo dziś, jak i przedtem, spokojnie, trochę spokojniej niż wtedy, gdy Ruda z kotem była jeszcze w moim życiu. Nie martwię się teraz o kota, pewnie zasłużył na kocie niebo. Łowi tam myszy, nie tak sprytne jak ona. Może nawet zasypia na jej kolanach. Nikt mu nie mówi, że musi zasłużyć na jej miłość. I przestał wreszcie chorować. Ja się cieszę. A ona, pewnie znów wierzy, że to sama prawda, że tak ma być, i nie liczy cudzych zranień. Ona wie, że tak musi być, ma swoje niepodważalne racje. Nikt jej nie będzie tłumaczył innej prawdy, uczył innego spojrzenia na świat. Za bardzo wierzy w słuszność własnego. Pozostawmy jej tę pewność, i te racje, w spokoju. Grunt że kot jest w niebie. Ja mam swoje racje, ja to wiem na pewno.

 

Edyta Niewińska
edyta.niewinska@interia.pl
edd07@gazeta.pl

 

Jacek Durski

+++

Psa już zjedli, kotem napalili,

w twarzach czaszki zwierząt do gry w bezrobocie.

 

Mój naród znowu przy czerwonym stole

czarnym jak przepaść.

Zamienia się w głodną biel.

Można zwariować,

stanąć na kolumnie w żelaznym płaszczu,

w marmurowych butach

z koroną dla prezydentowej.

 

Tylko ten swąd z kota ciągnie ogon po pustym.

Natężały kolory od denaturatu

widać Polskę.

 

Jacek Durski

 

Piotr Bednarski

ZA BURTĄ

Rzucili go z rufy, w kilwater. Rybacki kombinezon nie zawiódł, utrzymując na powierzchni nie gorzej od kamizelki ratunkowej. Już wcześniej liczył się z tym, że coś podobnego może się mu przydarzyć. Nie był to więc dla niego szok. Teraz w mózgu iskrzyła tylko myśl o przetrwaniu. I przypominał sobie wszystko, czym faszerowano go na kursach ratownictwa. Szczególnie wiedza o indywidualnym przetrwaniu rozbitka mogła być przydatna. A pamięć miał dobrą, niemal fotograficzną.

Przede wszystkim zdjął czapkę i wyżął z niej wodę. Podobnie uczynił z kapturem. Później okrył usta osłoną zapinaną na rzep. Sprawdził czy nie wypadła wodoszczelna puszka z cukierkami. Wreszcie przyjął pozycje płodową i powierzył się morzu.

Z wachty nawigacyjnej wiedział, że znajdują się na wysokości Portugalii. Koło pierwszej przecięli 41 równoleżnik. W tych rejonach prąd płynie na południe przez okrągły rok.

Był październik, woda miała w sobie jeszcze sporo lata. Sztorm ucichł nocą. Tylko kołysanie martwej fali przypominało o wiecznym ruchu kosmosu. Wierzył w Boga, kochał morze i chciał stworzyć arcydzieło, więc ufność go nie opuszczała. Miał świadomość tego, że jego wybór był słuszny, zgodny z sumieniem. Jeśli zasłużył na życie - przeżyje. To żaden problem dla Miłosiernego.

Rozkołys unosił go i łagodnie opuszczał między fale. Raz po razie widział kątem oka zarys Oriona na skraju horyzontu. W górze królował gwiazdozbiór Pegaza - jego ulubiony, otwierający to, co ukryte w głębinach ludzkiego istnienia. I chyba ten widok obudził w nim zwierzęcą chciwość życia. Przecież nie zaczął jeszcze w wieku czternastu lat zadanej sobie pracy. Nieustannie gromadził materiały, notował myśli i godne uwagi spostrzeżenia. Wciąż szlajając się po morzach. Nie dla siebie. Dla arcydzieła.

O świcie niebo zaczęło pokrywać się chmurami. Z północy nadciągał nowy niż, mogący zahaczyć ten rejon swoim kruczym skrzydłem. Przez parę godzin prąd zaniósł go na południe trzy, może cztery mile. Morze nadal było puste. Nie widział też ptaków, choć zapewne dostrzegły jaskrawy kolor kombinezonu. Wcześniej lub później przylecą - tak podpowiadało mu doświadczenie. Wszak ptaki morskie nigdy nie są syte.

Wkrótce dostrzegł stado delfinów. Przepłynęły blisko, ale nie zainteresowały się nim. Mógł tylko pomarzyć o podrzuceniu na ich grzbietach pod brzeg. Czuł się odrobinę zawiedziony. Bo czy jest coś godniejszego od uratowania człowieczego życia? Widocznie tak, skoro go minęły. Dużo rzeczy jest ważniejszych od człowieka, tylko on ubzdurał sobie, że jest koroną stworzenia. Więcej. Wmówił sobie nawet to, że będzie sądził anioły.

Rozejrzał się raz jeszcze. Gdy go wyrzucano, statek sunął około dziesięciu mil od lądu. Może powinien podjąć wysiłek zbliżenia się do brzegu? Pokonać bezwładny dryf? Jeśli, to już, teraz, nim trąci go skrzydłem nadciągający sztorm. Wyjął puszkę z cukierkami, wrzucił jeden do ust, a kiedy poczuł słodycz, odwrócił się twarzą ku słońcu i zaczął przebierać rękoma.

Wiosłował rytmicznie, zdając się na los. Stanie się to, co ma się stać. Chyba, że coś innego zaświta w Niebie. Ani razu nie przemknęło mu przez myśl, że może pochłonąć go otchłań. Nie czuł ciężaru w sobie, nie było w nim też zła. Zło należy do złych, a on zamierzał stworzyć arcydzieło. Jednocześnie czuł dumę z tego, że dane mu było spotkać Mistrza. Tak, czuł dumę. Ale i zażenowanie. Bo dotąd, poza gromadzeniem notatek, niczego nie zrobił. Pocieszała go tylko myśl, że oczekiwania sztucznie skrócić się nie da i w swoim czasie ziarno samo zakiełkuje.

Chyba kołysanka martwej fali była sprawczynią tego, że do świadomości zaczęły wpływać ostrozębne barakudy. Z podobnymi zwidami nieraz miewał do czynienia. Niejednokrotnie były tak sugestywne, że trudne do odróżnienia od jawy. Otrząsnął się i zaczął odmawiać swoją ulubiona mantrę - Om mani peme hum - i powoli robiło się czysto, śmierć odchodziła tam, skąd przyszła.

Coraz więcej mew leciało już w stronę lądu. Nieomylny to znak, że sztorm jest coraz bliżej. Na północy, tuż nad horyzontem, pojawiły się ciemne zarysy chmur.

Jedna z przelatujących mew usiadła mu na głowie. Zrzucił ją natychmiast. Gdyby dziobnęła, inne poszłyby w je ślady, a wówczas... O następstwach wolał nie myśleć. Mocniej, mimo narastającego znużenia, zaczął przebierać rękoma.

Chmury brnęły szybciej, niż się spodziewał. Kurs wskazywały mu nieustannie przelatujące ptaki. Wiatr już marszczył martwa falę, wzmagając rozkołys. Ponad doba bez snu i zmęczenie coraz mocniej dawało o sobie znać. Wreszcie, mimo oporu, na chwilę zmogła go senność.

Ocknął się po zderzeniu z bambusową pławką rybacką, znakującą zarzucone takle. "Jeszcze jeden przyjaciel" - pomyślał, dostrzegając na szczycie pławki ekran radarowy. Przychylił bambus, aby uchwycić linę główną. Do liny, w niewielkich odstępach, przytwierdzono przypony z haczykami.

Poradzi sobie. Wkrótce, przywiązawszy pławę do pasa kombinezonu, zaczął podciągać się do pławy następnej. Po zgromadzeniu ośmiu zaczął klecić z nich tratwę, łącząc szczyty jednych z podstawami następnych. Szło mu nieźle, ponieważ każda plastikowa pława, opleciona siatką, miała strop spojony z bambusową tyką.

Tratwę budował długo, kalecząc ręce nożem. Kiedy wreszcie wdrapał się na nią, poczuł że przetrwa.

Odezwał się głód. Wolno podciągnął, teraz służącą za dryfkotwę, linę główną. Pierwszy haczyk był pusty, ale następny złowił pelamidę - o niebieskozielonym grzbiecie i srebrnym brzuchu. Zachłannie rozerwał ją zębami. Przeżuwane kawałki surowej ryby nie zachwycały smakiem.

Wiatr wzmógł się. Rozkołysane martwą falą morze wciąż wyżej wznosiło białe grzebienie - przypominając pierwsze wody z Księgi Rodzaju; ów akwen, nad którym unosił się duch Boży.

Prowizoryczna tratwa, dzięki wleczeniu za sobą wielu metrów lin, dobrze trzymała się fali. Łagodnie wpływała i spływała z jej grzbietów; grzywacze nie załamywały się ani za, ani przed nią. Lecz nie ma bezpiecznego morza. Podczas sztormu wszystko jest możliwe. Tu przecież na pierwszych skrzypcach gra pierwotna siła. "Mój Boże - pomyślał - jak Ty się czułeś w swojej samotności istniejącej przed czasem, w tej świetlistej nicości?"

Pod wieczór wiatr osiągnął siłę huraganu. Z tratwą łączyła go jedynie linka bezpieczeństwa. Nie chcąc utracić malutkiej bambusowej wyspy przymocował się dodatkowymi linkami. Teraz znośniej siedziało się z głową wspartą o kolana. I nie dławiły już tak rozbryzgi.

Co rusz zapadał w letarg, graniczący ze snem. I wybudzał się kolejnym mokrym uderzeniem. Mimo podskórnego lęku przekonywał siebie, że nie jest źle, bywało gorzej. A jego zmysły ogarniały tylko cząstkę wrażeń. "To tylko okładka, arcydzieło jest wewnątrz".

Już kiedyś tonął. Ale rozbitkiem był po raz pierwszy. Znienawidzony i wyrzucony za burtę - za sprzeciwianie się tradycji. Zlekceważył mamonę, świętość tego wieku. Posłuchał sumienia, nie kapitana. Dla ludzi jego pokroju nie ma miejsca na statku. Na żadnym statku. Na małych istnieje jeden gang, na dużym trzy - maszynowy, pokładowy i kuchenny, lecz mafiozem jest zawsze kapitan...

Gdy tak rozmyślał, kurczowo trzymając się linek, nakryła go ogromna fala. Spadła niczym potop, a on, zaciskając dłonie coraz mocniej na bambusowych poprzeczkach, czekał na tlen, na tchnienie. Wszystko zależy od powietrza. Tkwił w ciemności gęstej jak smoła. Czuł, iż zapada się coraz głębiej i głębiej, aż spostrzegł, że znajduje się w kokonie - upodobniony do larwy. Widział sam siebie i to, co się w nim dzieje. Komórki zmieniały miejsce, kształt i funkcje, potęgując niesamowitość transformacji. I z tej przemiany czerpał jakąś rozkosz. Ból zniknął, wyparty lekkością.

Po przeistoczeniu odczuł gwałtowną chęć wydostania się z krępującego kokonu. Pragnienie i tęsknota za tym, co znajdowało się na zewnątrz, dodawały mu sił. Wielokrotnie dotąd tracił wszystko, prócz woli życia. Bo życie zawsze wybiera słońce. A więzienie kokonu to mrok i wiekuista śmierć. Setny raz zebrał siły i z całej mocy uderzył w nadwerężoną ścianę...

I stało się. Oślepiła jasność, tlen wpłynął do płuc.

Otworzył oczy. Nadal znajdował się na tratwie. Przetrwał piekielną noc, a walec żywiołu nie zmiażdżył go, nie rzucił na żer rekinom. I tratwa nie była już igraszka fal. Została wypluta na plażę. Na tyle szeroką, że nawet sztormowa fala nie docierała do wapiennych klifów.

 

Piotr Bednarski

 


Opowiadanie "Za burtą" pochodzi z cyklu "Rejsy po arcydzieło"


Piotr Macierzyński

X X X

chodziłem z Kasią Zdanowicz

brzegiem morza

Kasia opowiedziała mi o krytyku z Warszawy który chciał

napisać recenzję jej książki jeżeli tylko będzie chciała

iść z nim do łóżka

wynajęto nam pokój z telewizorem i widokiem na kolejowy nasyp

do trzeciej w nocy zmienialiśmy kanały żeby nie było że rozmawiamy

tylko o poezji

po plaży nosiliśmy na zmianę nagrodę Andrzeja Nowika

aparat telefoniczny firmy Nokia który Nowik był łaskaw wygrać

ale nie był łaskaw osobiście odebrać dobrze że nie wygrał

glinianej rzeźby kota którą otrzymała Monika Milewska

Kasia radziła mi żebym znalazł sobie dziewczynę

mniej inteligentną od siebie

powiedziałem że to nie będzie trudne

Kasia twierdzi że przez takich facetów jak ja jest feministką

przez chwilę próbowaliśmy poważnie rozmawiać o życiu

później skupiliśmy się na homonimach

nie wiem czemu cały czas mówiła

"boję się że napiszesz o mnie wiersz"

 

Piotr Macierzyński

 


Lech M. Jakób

Omówienie prac VIII Konkursu Literackiego "O Bursztynowe Pióro"

SERCE Z PAPIERU*

Na ósmą edycję Konkursu Literackiego "O Bursztynowe Pióro" wpłynęło blisko 100 zestawów poetyckich i prozatorskich. Głównie autorów miejscowych.

Organizatorem konkursu jest, jak co roku, Miejski Ośrodek Kultury w Kołobrzegu.

Regulamin przewidywał - w przypadku poezji: do 5 wierszy w zestawie, w przypadku prozy: limit 10 stron maszynopisu. Tematu nie sugerowano. Natomiast adresowano konkurs do piszących amatorów, nie ograniczając wieku. Warunkiem udziału było nadesłanie prac do końca kwietnia - prac opatrzonych godłami. Utwory nie mogły być wcześniej publikowane.

Przyjrzyjmy się nadesłanym utworom. Nie wymieniając nazwisk, a skupiając się wyłącznie na tekstach.

 

Proza

W tegorocznej edycji ocenie jury podlegało 29 tekstów prozatorskich. Nadeszły prace mocno zróżnicowane, gdy idzie o poziom. Przeważały prace nieporadne i świadczące o kiepskiej zdolności budowy utworów. Niektórzy z piszących zdawali się nie odróżniać wypracowania od tekstu literackiego. Albo wyznania na piśmie od narracji. Czasem autorzy wręcz bredzili. Oto na przykład w tekście "Spotkanie ze świadomością" mamy zająca wyciągającego rękę do słonia, oto w innym grasuje sekta "Bezjądrzastej Salamandry", oto ktoś ukrywający się pod godłem "Sorfinia", miast tekstu literackiego serwuje wykład. A w tymże wykładzie między innymi powiada: "Walcząc z natłokiem bombardujących nas na każdym kroku informacji, szukamy własnego azylu, oderwania od problemów, stanu niebytu-nirwany".

 

Podejmowane tematy? Przede wszystkim obyczajowe. Zdarzały się próby baśni, teksty science-fiction lub o fantastykę zahaczające, opowieści przygodowe. I sporo prozy dotykającej uczuć. Niestety, jakże często była to proza "puszczona", mało przekonująca. Bo kogóż zachęcą (i do czego) frazy w rodzaju "Twój głos wygania ze mnie mą psychikę", a "Łez czarną otchłań wysysa cały ładunek serca"?

Niepokoiły, prócz nieudolności stylistycznych, także braki w konstrukcjach utworów. A wręcz drażniła maniera nadużywania angielskich imion.

 

Szczęściem znalazło się kilkanaście tekstów znośnych. W tym kilka wartych uwagi. To te, w których autorzy radzili sobie ze strukturą utworu, proponując formę opowiadania. Potrafili budować dialogi i wiedzieli do czego powinien zmierzać opis. Bowiem, wbrew, temu, co niektórzy sądzą, jednak pewne rygory w pisaniu obowiązują. Jak wszędzie. Nawet wolna amerykanka, z nazwy wolna, określonych reguł przestrzega.

 

Poezja

Gdybym powiedział: obraz nędzy i rozpaczy - skłamałbym. Bo na blisko 70 zestawów poetyckich trafiła się spora garść utworów interesujących. Powiadam -interesujących. Lecz nie nadzwyczajnych.

Co najbardziej raziło? Już z boku zostawiam niedostatki nieformalne i brak zrozumienia dla sztuki konstruowania wierszy. W końcu nie wymagajmy od amatorów Bóg wie czego. Lecz spodziewałem się przynajmniej świeżości i mówienia od siebie, niechby i chropawym, ale własnym głosem. Gdy fakty okazały się inne. Dominował banał i klepanina. Teksty usiane były językowymi kiksami. U większości piszących zero pracy nad wersem, prawie zero samokrytycyzmu.

Próbki? Proszę bardzo. Wybrane na chybił trafił - z kilku zestawów:

"Ciągnę za sznurek bezsensu życia."

"Tyle razy umierałam/ zbroczona krwią zwątpienia."

"Chwyć swój mózg za rękę."

"Łzy kryształowe."

"Zatańczmy na boso/ W polskiej krainie."

Naturalnie owe umierania, ciąganie za sznurki bezsensu życia i łzy dotyczą przygód uczuciowych. Autorzy, przede wszystkim autorki, dręczone niedosytem miłości, dręczą też potencjalnego odbiorcę ich "dzieł". Doprawdy, wiosna bywa okrutna! Gdyż to pewnie ona wyzwoliła liryczną nutę u większości wierszotwórczyń.

 

Ale bez żartów, bo śmieszne są tylko przejawy literackie opisywanych przypadków. W końcu jak dużą dawkę sentymentalizmu zaprawionego łkaniem można jednorazowo łyknąć?

Lecz, jako się rzekło, zdarzyły się zestawy strawne, a nawet - jak to powiadają w żargonie literatów - przekraczające próg drukowalności.

 

Podsumowanie

To refleksje ogólne. Tyczące lektury wszystkich prac. Jednak czytanie utworów przesianych, a spośród nich - wyróżnionych i nagrodzonych - już tak bardzo nie rozczaruje. W końcu wybieramy możliwie najlepsze z proponowanych. I jest to zawsze coś w okolicy lub powyżej średniej.

Autorzy - zwłaszcza pominięci w rozdaniu nagród - winni też brać poprawkę na rozmaite gusty jurorów. Wszak nie od dziś wiadomo, że każdy inaczej postrzega świat i powinności literatury.

Nadto jeszcze jedna sprawa. Mam teraz na myśli kryteria oceny. W takiej dziedzinie jak twórczość literacka - kryteria zawsze będą nieostre. Gdyż, poza wszystkim, wchodzą tu w grę powiązane z artyzmem elementy estetyczne i etyczne.

 

Tak na marginesie. I dla odprężenia. Kto wie, czy nie więcej liryzmu i humoru kryło się w samych godłach autorów, niźli w nadesłanych tekstach. Bo czyż nie pięknie brzmi na przykład taka "Botwinka", "Wilczyca" lub "Miętek"? A "Trawa we włosach"? A "Syny morza", "Duże Maleństwo"? Czyż nie zabawnie brzmi "www.drewno.pl"? Nawet "Liryk Powiatowy" się trafił.

 

Lech M. Jakób

 

*Tytuł pochodzi od tytułu wiersza jednego z autorów.


Zuzanna Witkowska

CHŁÓD

jesteś już dużym chłopcem. wiesz, jak nazywać

rzeczy i jak je przemilczeć. nie kradniesz jabłek

u sąsiada, nie wykręcasz dziewczynkom pulchnych

paluszków, nie ciągniesz za włosy. bo teraz

 

dziewczynki, które kiedyś czepiały się spódnic

swoich mam i sikały po klatkach - patrzą na ciebie.

wygłodniałymi rękoma poprawiają włosy, abyś

poczuł wplątane w nie perfumy. sól na ich karkach

 

lśni jak szron.

 

Zuzanna Witkowska



Nagroda główna - "Bursztynowe pióro" VIII edycji kołobrzeskiego konkursu literackiego.

 




(10)

Tomasz Agatowski

ETOS,


słowo starogreckie (ethos) oznacza obyczaj. W połowie XX wieku w socjologii polskiej termin etos usytuowany zostaje przy słowie praca. Mówi się wówczas o etosie pracy, co wartościuje w górę, wyznacza zdolności myślowe i jest pochwałą za najlepszą jakość. Polska przedunijna i obecnie unijna zdaje się wykreśliła z języka etos, Zubożeliśmy do "super", a już we wszystkich warstwach społecznych, nawet w zawodach uznawanych tradycyjnie za godne laurów, jak wąż wije się "norma", którą z Hamleta sparafrazuję: żyć i ryć, oto jest zadanie!

Cóż wspólnego ma etos z prakseologią, z konstrukcją dobrej roboty, nad którą pracował prof. Tadeusz Kotarbiński? Najkrócej: to ma wspólnego, co ma myśl z zastosowaniem najekonomiczniejszych narzędzi, aby osiągnąć cel pożyteczny. Jednakże kod etosu nie odnosi się wyłącznie do hasła dobrej roboty a również do prawa, moralności. Lekcja telegraficzna: gdy ZSRR (już historyczny) zwracał NRD (już historyczna) dzieła pochodzące z Drezdeńskiej Galerii, a wśród nich Madonnę Sykstyńską, mówiono o zwrocie kolekcji, która "była czasowo zabezpieczona". O łupie wojennym nie mówiono. Z powyrywanych złotych zębów jeńców i straceńców obozowych, hitlerowcy topili sztaby złota, których powojenne spieniężenie miało być materialną pomocą dla hitlerowców ukrywających się pod fałszywymi nazwiskami na innych terytoriach.

Gdzie kończy się linia przebiegłości i sankcjonowania "prawem" zachowań? W kwietniu 2004 r. władze w Kanadzie uznały, że zabijając ponad 300 tysięcy fok na lodowych odludziach, można dopełnić budżet, sprzedając skóry m.in. Skandynawom na futra. Jeżdżą w ramach "pracy" ludkowie na śnieżnych skuterach, waląc pałkami po głowach foczki, w tym nawet kilkumiesięczne. A etos "czystej linii"? W więzieniu w Chinach, w lutym 2004 r. strażnicy połamali nogi 72-letniemu Czu, pastorowi protestanckiemu za... zjednanie do protestantyzmu 50 skazanych. Ten kierunek wiary i praktyk z niej wynikających, jak tłumaczą władze "Państwa Środka", "jest niezgodny z prawem i karalny".

Sztuka, etos sławy i dziejowej wyroczni: wsiąkła w wiedzę ocena, iż rzeźby Michała Anioła to genialność, gdy tymczasem pozostają najlepszym kiczem w historii rzeźbiarstwa, w przeciwieństwie do obrazów, fresków etc. Artysta Michał, brudas, abnegat, wylegujący się z chłopcami, pozostaje geniuszem i niemalże ojcem Odrodzenia. Rzeźbiarz Xawery Dunikowski skomentował rzeźby czczonego Michała Anioła: "to ogromne kondomy, napełnione kartoflami".

Czyżby etos podlegał przewartościowaniom, podobnie jak apokalipsa, znacząca tyle co objawienie tajemnicze, odsłonięcie? Janowy zapis kanoniczny, o treści złowieszczej, zmienił kierunek temu słowu i dziś za apokalipsę uważa się "koniec świata", a w odniesieniu do codzienności - traumę zdarzeń. Budujące, że autorzy i redaktorzy "Łabuzia" bez etosu pracy są nieszczęśliwi...

 

Tomasz Agatowski
Wielkopolska, kwiecień 2004 r.


Lech M. Jakób

LEP

Słów kilka o kontaktach z mediami. To dziedzina grząska, niczym bagno. I łatwo dajemy się w medialnym bagnie pogrążyć. My, pisarze. Czasem nieświadomie, czasem przez wyrachowanie, a bywa iż przez naiwność.

 

Wiadomo co nami powoduje. Myśl o tym, że nagłośnienie przynosi szansę zwiększenia popularności, a przynajmniej wzmoże zainteresowanie naszymi płodami. Bywa przecież, że po marszu przez szpalty (lub telewizyjne okienka) rośnie sprzedaż książek. Częściej zapraszają nas na spotkania, łaskawszym okiem popatrują wydawcy. Słowem oczekiwanych profitów sporo. Nie wspominając o zaspokojeniu - nie krygujmy się! - miłości własnej. I wyłączam tu, z powodów oczywistych, kategorię hołdujących zasadzie "źle czy dobrze, byle z nazwiskiem".

Czyta (lub ogląda, lub słucha) później jeden z drugim i nie może uwierzyć, iż tak się zbłaźnił. Wypowiedź okrojono, przekręcono, poszatkowano lub przez dodanie niekontrolowanych kontekstów zmieniono sens. I zaczyna się zgrzytanie zębami lub płacz. "Jak mogli? Na kompletnego durnia wyszedłem! W jakim świetle!? Ze wstydu chyba pod ziemię przyjdzie się zapaść!"

 

Wiem, co mówię. Świadczą o tym i moje grzechy. Popełnione z telewizją szczecińską, z Teleekspresem, z rozgłośniami radiowymi. Niestety, sporo ich było. A ledwie wczoraj nowa pokusa. Telefonowano z telewizji krakowskiej. Ponoć szykują program o środowisku artystycznym Kołobrzegu. Głos w słuchawce radośnie i słodko tokuje, tokuje, wreszcie pytanie: "Może przeczytałby pan coś swojego przed kamerą, podobno pan pisze?" Z powodów obyczajowych nie przytoczę mojej odpowiedzi...

 

Zatem warto uświadomić sobie cel takich kontaktów. Ale cel widziany z drugiej strony. Waszym rozmówcom, jakże często deprecjonującym zawód dziennikarza, nie idzie o prezentację Waszej sylwetki czy Waszej twórczości. Porzućcie złudzenia. Na ogół w nosie mają rzetelność później prezentowanego materiału. Pragną zrobić program lub wywiad dla zaspokojenia własnej wizji. Zwykle sprowadza się to do gromadzenia ciekawostek i efektownych bon motów. A będzie jeszcze lepiej, gdy "sprzedamy" choć odrobinę "mięsa" - czyli sensację jaką lub skandal. Gdyż jesteś tylko pretekstem. Chcą zabłysnąć cudzym kosztem. Twoim kosztem.

Nie mówię tu o prawdziwych dziennikarzach, bo i takich spotykałem. Ale to tylko garstka dla okrasy.

 

Dlatego, chcąc uniknąć wmanipulowania w niesmaczną sytuację, zawsze sprawdzaj. Pamiętając o przynajmniej kilku podstawowych zasadach.

Zasada pierwsza:

dowiedz się z kim rozmawiasz, kogo lub co dziennikarz reprezentuje. Nie musisz zaraz połykać każdy podstawiony mikrofon.

Zasada druga:

ustal jaki jest temat i do czego będziecie zmierzali.

Zasada trzecia:

nie daj się zwieść mętnymi grepsami i obietnicą gruszek na wierzbie. Pytaj o termin i miejsce emisji (lub druku) przygotowywanego materiału. Zastrzeż także sobie możliwość wycofania się, gdybyś uznał później, że gra nie warta jest świeczki.

Zasada czwarta:

sprawdź czy zabierający ci czas jest do rozmowy przygotowany. Czy choć ogólnie zna Twoją twórczość. By nie dopuścić do żenującej wymiany zdań w rodzaju: "- Co pan ostatnio nowego napisał? - A co starego ostatnio pani czytała?"

Zasada piąta:

nigdy nie wymądrzaj się i nie udawaj innego, niźli jesteś. Żartować można, a nawet trzeba. Jednak pajacowanie zostaw showmanom.

Zasada szósta:

nie daj wymusić na sobie zachowań lub opinii budzących Twój wewnętrzny opór.

Zasad siódma:

zawsze żądaj adiustacji tekstu przed drukiem. Lub kopii nagrania rozmowy.

 

Przynajmniej od jakiegoś czasu tych zasad się trzymam. I nie najgorzej na tym wychodzę. Jeśli spuścimy miłosierną zasłonę na moje niegdysiejsze samoośmieszenia.

 

Tak, tak, na medialnym lepie nigdy nie zabraknie złapanych much. I jeszcze niejeden gorzko zawoła: sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało!

 

Lech M. Jakób

 

Piotr Lewicki

ROZEJŚCIE

Odkąd zacząłem wchodzić w siebie, lepiej się ubieram. Godzinę stoję przed lustrem jak dziewczyna przed randką. Przed wyjściem moja niecierpliwość rośnie. Słońce schodzi coraz niżej i rozpływa się po dziurawym dachu szklarni. Pędy bluszczu w półmroku oplatają kolumny, stawiane dzień po dniu na obrzeżach.

Odkąd zacząłem wychodzić z siebie, częściej do siebie przychodzę. Oczywiste jest to, że trzeba dobrze wyglądać w oczach gościa. Bez żadnych oszustw. Najlepiej sprawdza się popielata koszula i spodnie na kant. Mile jest widziany drobny upominek.

Świeca spala się tańcząc łagodnie. Ołówek nie łamie się od kilku tygodni. W świecie żyje się lepiej, odkąd zaczęto oszczędzać.

Odkąd zacząłem wychodzić z siebie i wchodzić, punktualność stała się moją zaletą, tak samo jak spóźnialstwo. Dobrze jest być słabo widocznym okrętem we mgle. W rozedrganiu jeszcze jestem w przedpokoju.

 

2003
Piotr Lewicki

 

Wojciech Sołtys

* * *

Jednorazowy szampon, miłość,

kubek do kawy.

Jednorazowy sen i śmierć.

Tak blisko cywilizacji kanalizacji.

Ciało i tylko. Siłą przeczucia,

rozkazu krwi, siłą majestatu którego zabrakło.

twoje dłonie zamykające oczy.

 

Wojciech Sołtys

 



Część II

Edward Rymar

PIERWSZE GENERACJE RODU POMORSKICH BORKÓW (XII-XIV W.)

WNUKOWIE BORKA II. SYNOWIE JAKUBA II I MIKOŁAJA.
POCZĄTEK LINII NA STRZMIELU I RESKU

Starszym synem Jakuba I był Borko III. Do lat sprawnych dochodził około 1287 roku, skoro wówczas Borko II został określony jako starszy. Rodzić się mógł w okolicach 1270 roku. Po raz pierwszy jako famulus wystąpił 16 września 1295 roku przy zatwierdzaniu cysterkom z Koszalina przez Bogusława IV, dokonanego przez Borka II i synów, nadania pola Scheterow; 1 stycznia 1297 roku jako patruelis Mikołaja I - zatem koniecznie bratanek, a nie kuzyn - udzielał konsensu na jego nadanie w Siemyślu dla cysterek. Był wtedy panem na zamku w Strzmielu, co zaznaczył na pieczęci (BORCONIS IN WLVESBERG). Jeszcze tego roku wraz ze stryjem, ale i z braćmi , składał hołd margrabiom brandenburskim. 12 października 1306 roku ze stryjem, ale i młodszym bratem Borzętą (Boranto) I układał się z klasztorem w Darguniu w sprawie spornej granicy wsi klasztornej Sarbinowo i ich wsi Borzeń koło Koszalina. To zapewne nadal on, w 1319 roku jako starszy i rycerz, wystąpił przy czynności biskupa kamieńskiego. Natomiast obecny przy czynności Warcisława IV 19 sierpnia 1320 roku (Borko) i 7 grudnia 1321 roku (Borken) to raczej jego kuzyn Henning I.

Właściwe tu miejsce, by zająć się tym ostatnim. Rycerz Henning Borke pozostawał w służbie księcia wołogoskiego Warcisława IV jako jego radca dworski, człowiek najbliższego otoczenia. Spotykamy go 18 czerwca 1319 roku przy poddaniu się księciu zbuntowanych przeciw Ottonowi I stanów księstwa szczecińskiego, może 29 września tegoż roku w Choszcznie w trakcie przejmowania przez księcia władzy w Nowej Marchii i ziemi lubuskiej w imieniu ostatniego Askańczyka, Henryka II - zapewne więc to "Borko" obecny 19 sierpnia 1320 roku przy czynności Warcisława w Szczecinie, 23 sierpnia w Pasewalku w trakcie przejmowania przez książąt pomorskich rządów w brandenburskiej ziemi wkrzańskiej, 28 września w Wołogoszczy, 24 kwietnia i 7 grudnia (tu jako bezimienny Borken) 1321 roku w Goleniowie, 11 lutego, 3 kwietnia 1322, 28 września 1323, 3 i 7 grudnia 1325 roku w Strzałowie (Stralsund) przy potwierdzaniu przez księcia przywilejów stanom przejmowanego księstwa rugijskiego. Tamże obecny 23 lutego 1326 roku, a latem tegoż roku powołany do komisji mającej prowadzić rokowania ze stroną brandenburską w sprawie dalszej przynależności państwowej ziemi lipiańskiej i wydającej werdykt w tej sprawie 11 marca 1327 roku. Nie może więc być wątpliwości, że jest on identyczny z rycerzem Janem Borke obecnym przy Warcisławie IV 1 maja i 16 sierpnia 1321 roku w Kamieniu, a do absolutnej pewności doprowadza nas obecność Jana 26 listopada, 3 i 7 grudnia 1325 roku przy Warcisławie IV w Stralsundzie. Konstatacja tej identyczności Henninga I z Janem (II) jest ważna, gdyż G. Sello powołał samodzielny byt Jana, jakoby przedstawiciela najstarszej linii rodu (u niego Jana III, o czym niżej), wnuka Jana I (u niego Jana II).

Po śmierci Warcisława IV w 1326 roku Henning pozostawał w służbie książąt szczecińskich. Wystąpił przy ich czynnościach 14 kwietnia, 7 i 13 grudnia 1330 roku, ale następnie wysługiwał się dworowi wołogoskiemu - Elżbiecie, wdowie po Warcisławie (17 XII 1334 r.) i jej synom (25 II 1335 r.), co jest istotne w obliczu konfliktu jego rodu z Gryfitami około tego czasu. Wraz z rycerzami Zygfrydem Lode, Mikołajem Troye, famulem Lippoldem von Behrem - obecny był przy transakcjach Ludekina de Massow (z Maszewa) z biskupem Fryderykiem, odstąpieniu mu 16 października 1334 roku połowy ziemi czaplineckiej i sprzedaży dworu Radzanek (k. Maszewa), kiedy to wszyscy zostali określeni jako krewni (amici et consanguinei) Ludekina; także przy zastawieniu biskupowi połowy wsi Godowo (Freiheide) koło Nowogardu, sprzedaży drugiej połowy ziemi czaplineckiej i dóbr pod Maszewem (26 XII 1334 r.). Źródła pokrewieństwa z Maszewami nie są jeszcze zgłębione. Matka Henninga mogła pochodzić z rodu panów na Maszewie. Ludekin (Ludolf II), znany od 1321 roku, był synem Ludolfa I, pana ziemi maszewskiej, znanego z lat 1286-około 1330, wnukiem Konrada I zwanego de Massow, pana na zamku w Maszewie od 1259 roku.

Henning I nie żył już chyba 16 czerwca 1338, gdy przedstawiciele (wszyscy?) rodu składali akt lojalności wobec książąt wołogoskich. G. Sello, chociaż z wątpliwościami, uczynił Henninga synem Mikołaja I. Pomocne jest zaledwie kryterium imionowe, bo wśród jego potomstwa znajdujemy Mikołaja, co jednak nie jest rozstrzygające, skoro imię to wystąpi później we wszystkich liniach rodu. Henning (Jan) mógł być zatem synem Jana I.

Przy pośrednictwie miasta Szczecin 8 stycznia 1324 roku, po sporze o połowy ryb, miasto Wolin ułożyło się z rodem rycerskim z Mokrawicy. Wśród świadków wystąpił tajemniczy famulus Mikołaj (II) Borke. Być może ma znaczenie obecność przy tej czynności również rycerza Dobiesława von Eickstedta, bo dopuszczalne będzie jego powinowactwo z tym rodem. Chyba więc ten sam famul Mikołaj 3-5 lutego 1337 roku wystąpił w Kamieniu przy czynności biskupa Fryderyka von Eickstedta, kończącej spór cysterek wolińskich z Czesławą (Thetzlava), wdową po rycerzu Ulryku von der Ostenie, i jej córką, wdową po rycerzu Konradzie von Vemerenie, o patronat na kościołem parafialnym w Uninie koło Wolina, oraz przy układzie biskupa z tymi kobietami w sporze o dziesięciny we Wrzosowie i Radawce. Wśród świadków czynności poprzedzają Mikołaja famulowie. Bertram von Eickstedt z synem Fryderykiem - przy czym ten ostatni z żoną - oraz Mikołaj Borko z żoną udzielali konsensu dla drugiej z tych czynności. Jest więc prawdopodobne, że obydwaj byli żonaci z córkami Ulryka i Czesławy. Nie wydaje się słuszne utożsamianie przez Sella Mikołaja ze znanym z drugiej połowy XIV wieku Mikołajem synem Borka, jakoby wnukiem Mikołaja I. Ponadto miałby wystąpić przy czynnościach prawnych wcześniej niż ojciec! Znów tylko hipotetycznie czynię go kolejnym synem Jakuba I, skoro w 1297 roku co najmniej jeden istniał obok Borka III i Borzęty I. Jednak i on mógł być synem zarówno Jana I, jak i Mikołaja I.

 

BORKÓW CORAZ WIĘCEJ. PRZEGLĄD ŹRÓDEŁ

W okresie trwającego od 1323 roku konfliktu Gryfitów z Wittelsbachami, śladem poprzedników, 16 grudnia 1333 roku Borko (Starszy) III z synami Jakubem II i Borzętą II w Prenzlau poddał swe zamki margrabiemu brandenburskiemu Ludwikowi Starszemu. Wprawdzie zaznaczył, że z zamkami będzie służył margrabiemu przeciwko każdemu z wyjątkiem książąt szczecińskich i wołogoskich - jednak to odnowienie lennego zwierzchnictwa nowej dynastii brandenburskiej nad ziemią łobeską doprowadziło być może Borków do katastrofy w 1338 roku. Strzmiele zostało wtedy zdobyte, w czasie walk zginęli Borzęta II i Borko (IV). Z tą chwilą źródła informują nas o coraz liczniejszych przedstawicielach rodu, ale coraz trudniej jest wyśledzić powiązania między nimi. Wypadnie zestawić je, by podjąć nową próbę ustalania związków filiacyjnych.

Po tym wielkim konflikcie z 1338 roku do ugody doszło 16 czerwca tegoż roku. Stary Borko rycerz, Borko, Claus (Mikołaj) Borko, Bernt (tj. Bernard) Borko, Jakub Borko oraz Claus Borko syn Borka - zobowiązują się do wierności książętom wołogoskim wobec ich wójta Henryka von Manteuffla i miastu Gryfice z powodu wszystkich zajść, których głównymi aktorami byli polegli w bitwie synowie (useme sone) "starego" Borka, Borzęta i Borko. Gwarantami dotrzymania układu są miasta Łobez i połowa Reska. 15 lipca ten sam Borko senior miles, Borko, Mikołaj Borke, Bernard Borke i ich dziedzice (et nostri veri heredes) zobowiązali się wobec książąt nie wznosić nowych zamków w ziemiach łobeskiej i reskiej. W latach 1337-1338 dogasał konflikt książąt szczecińskich z Wittelsbachami (pokój frankfurcki), ale też zaprowadzano "landfryd" ("pokój ziemski"), do walki z rozbojem w księstwach pomorskich. Powróciły (1336-1338) do wierności domowi wołogoskiemu rody Steglitzów i Guntersbergów z ziemi stargardzkiej, dotąd wysługujące się margrabiom brandenburskim. Tylko Borkowie, korzystający dotąd z ich opieki, unikali powrotu do łask Gryfitów. Układy z 1338 roku były konsekwencjami walki Gryfic i książęcego wójta z poddanymi Borków ze Strzmiela. Dopiero jednak późniejsze przekazy (Kantzow w XVI w., Elzow w XVIII w.) utrwaliły w legendarnej otoczce również rolę Stargardu w obleganiu i zniszczeniu Strzmiela oraz udział w tych walkach aż 32 Borków.

Jakiś famulus Borko wystąpił obok innych panów księstwa wołogoskiego 16 czerwca 1339 roku w Wolinie w aktach poddania się książętom wołogoskim zrewoltowanych przeciwko swemu księciu Ottonowi I miast Szczecin, Gryfino i Goleniów.

Bracia Borko i Mikołaj w 1342 roku w obecności biskupa Fryderyka przekazali w Kołobrzegu cysterkom z Koszalina wieś Nesenassow (zapewne Nosowo, 15 km na płn. zach. od Koszalina) i bez wątpienia ci sami famulowie (Borco, Nicolaus Borko) 4 kwietnia 1345 roku byli świadkami przy przekazaniu braciom Ployz z Kołobrzegu dochodów w tamtejszej komorze celnej przez Jakuba Borka syna rycerza Jana, który przedstawił się w zagadkowy sposób: ego Jacobus Borko filius Johannis militis domini Borkonis senioris pie recordacionis - co sprawiło, że Sello dla uczynienia tych słów zrozumiałymi dokonał interpolacji: po Johannis postawił przecinek i wprowadził - nie bez wątpliwości - dodatkowo słowo filii, ale i bez tego musimy Jakuba czynić wnukiem zmarłego już Borka Starego.

Chyba tenże famulus Jakub 3 czerwca 1348 roku ze swymi synami Borkiem, Borzętą II, Ulrykiem, Mikołajem i Eghardem nadał swemu miastu Wulvesberghe (tj. Strzmiele) prawa lubeckie, powołując się na Mikołaja Borka, pierwszego fundatora tego miasta. Na świadków powołał Mikołaja Starszego z Węgorzyna (Nicolaus Borcko de Vangheryn senior), Mikołaja Borke, Henninga i Mikołaja Borke, Henryka i Borzętę zwanych "z Łobza". Rycerza Mikołaja odnotowano w księdze rachunków miasta Gryfic około 1350.

Jakub Starszy, mieszkający w Strzmielu (residens in Strammele), 2 stycznia 1354 roku sprzedał Wincentemu Holkowi, mieszczaninowi z Kołobrzegu, czwartą cześć komory celnej tamże, a dokument opieczętowali jego kuzyni (patruos) Mikołaj syn Borka, Henning z Węgorzyna, Mikołaj, Henryk i Bernard bracia, synowie zmarłego rycerza Henninga Borka. 9 maja tegoż roku przy zawieraniu "pokoju ziemskiego" rycerstwa z miastami Stargard, Gryfice i Trzebiatów wystąpili Jakub, Stary Mikołaj i Mikołaj Młodszy, "nasi bracia i nasi kuzyni" (use brudere und use vedderen). Tenże więc Mikołaj Starszy (senior) wraz z braćmi: Borkiem, Henningiem, Vicke i Henrykiem (II) - pieczęci nie mającymi, braćmi: Mikołajem Młodszym, Henrykiem i Bernardem, oraz Henningiem z Węgorzyna z bratem Janem, pieczęci nie mającym - 11 czerwca 1355 roku przekazał dla swego szwagra (svagero) Wincentego Holka, mieszczanina z Kołobrzegu, jego synów i córki jedną czwartą dochodów z komory celnej. "Szwagier" oznacza tu zapewne męża siostry. Rodzina Holk pochodziła z Lubeki, należała do patrycjatu Kołobrzegu od początku istnienia tam miasta. Jan I, rajca w latach 1308-1346 (burmistrz 1332), był zapewne ojcem braci Wincentego i Jakuba, burmistrza Lubeki. Wincenty I, burmistrz Kołobrzegu w latach 1364-1387, w 1364 roku z synem Janem (Henningiem) sprzedawał biskupowi Filipowi swe tytuły prawne do zamku Nosowo koło Koszalina, w 1378 roku kupował od niego jedną czwartą dochodów z komory celnej w Kołobrzegu. Następne pokolenia reprezentowali Wincenty II (burmistrz 1398-około 1421), Jan II (burmistrz 1423-
-1437), rajca Jakub (1451-1467).

Jeden z Mikołajów był 15 czerwca 1355 roku świadkiem czynności książąt wołogoskich w Stargardzie; kuzyni: Jakub, Klaus Starszy i Klaus Młodszy, obok głównych przedstawicieli rycerstwa wołogoskiego, byli obecni 31 stycznia 1356 roku przy zawieraniu "pokoju ziemskiego" przez biskupa Jana; Jakub i Klaus (Starszy?) są odbiorcami listu lennego od książąt 16 czerwca 1357 roku (h).

Famul Jakub 23 marca 1358 roku sprzedawał w Kołobrzegu tamtejszemu mieszczaninowi łaszt soli; famul Mikołaj Stary był świadkiem czynności książąt wołogoskich 5 lipca i 15 listopada 1362 roku; rycerze Mikołaj Stary i jego kuzyn (patrui eius) Mikołaj oraz famulowie, bracia Henning i Vicko, panowie ziemi łobeskiej (domini terre Lobese), 5 lutego 1369 roku w Kamieniu udzielali konsensu na transakcję majątkową swego miasta - Łobza; pleban Reska 5 kwietnia 1369 roku powoływał się w testamencie na sprawującego patronat nad parafią Jakuba i rycerza Mikołaja, syna rycerza Henninga; znany nam już Vicko 13 lipca 1368 roku wystąpił przy czynności Bogusława V po rycerzach, był zatem famulem; przy układzie książąt pomorskich z książętami Meklemburgii w 1369 roku byli obecni Mikołajowie: Starszy i Młodszy, a dokument pieczętował rycerz Mikołaj, a więc Starszy, gdyż jego spotykamy 27 maja, 8 czerwca 1372 roku, 17 i 19 maja 1373 roku przy czynnościach książąt wołogoskich, 27 maja 1373 roku przy czynności biskupa Filipa, 24 kwietnia, 23 czerwca, 22 listopada 1374 i 12 marca 1376 roku przy czynności księcia słupskiego Kazimierza (Kazka) IV, 13 czerwca 1377, 1 lutego 1379 i 8 października 1379 roku przy czynnościach książąt wołogoskich.

Przeciwko rycerzom Janowi (Johannesowi) Borkowi. Konradowi Lokstede i giermkowi Henrykowi Manteufflowi w maju 1375 roku toczyło się postępowanie za uwięzienie mieszczan lubeckich.

W tych latach Borkowie doszli do wpływów w kapitule katedralnej kamieńskiej, a to za sprawą kanonika Borka, zwanego "z Łobza". Wystąpił on zapewne 11 czerwca 1355 roku jako brat Mikołaja Starszego, pieczęci jeszcze nie mający; 13 września 1359 roku biskup kamieński wystąpił dla niego - wówczas kleryka i studenta prawa kanonicznego - z supliką do kurii papieskiej o kanonię w Kamieniu; kantor kapituły kamieńskiej w latach 1361-1362, archidiakon w Stolpe nad Pianą już 7 czerwca 1364 roku i jeszcze w roku 1388, posiadał dwór w Kamieniu (1373). Po śmierci biskupa Filipa, od 1386 roku podczas sediswakancji był generalnym wikariuszem i administratorem biskupstwa w sprawach świeckich i duchownych jeszcze 1 listopada 1388 roku. Ponieważ w początkach 1389 roku wikariuszem był już ktoś inny, Borko zmarł w tym okresie.

Giermek (Knape) Vicke, zwolniony z więzienia, 29 września 1376 roku układał się z Wedlami w Nowogardzie. Poręczali za niego rycerze Mikołaj Starszy, Mikołaj Młodszy i Hans oraz giermek Maćko, bracia i kuzyni. Wśród pięciu pieczęci uczestników pieczęć Hansa nosi imię "Henning", pieczęć wystawcy - imię "Fryderyk"; Vicke był obecny przy układzie Wedlów z hrabią Nowogardu 26 grudnia 1378 roku; rycerz Hannes - a więc chyba wspomniany wyżej Hans - i Henning zostali 1 lutego 1379 roku wymienieni po Mikołaju Starszym przy czynności książąt wołogoskich.

Rycerze: bracia Mikołaj Starszy i Vicko, Maćko (Matzke) i Ulryk - kuzyni, oraz Henryk Vidante 11 września 1381 roku nadawali młyn miastu Resko; rycerz Hans (Hannes, na pieczęci: Jan) 10 kwietnia 1382 roku z prawnymi dziedzicami i w imieniu tych, którzy się jeszcze mogą urodzić, sprzedał joannitom zamek w Pęzinie wraz ze wsią, a czynność opieczętowali Fryderyk Borko, Maćko Borko ze Strzmiela oraz Henryk i Fryderyk von Steglitz.

Kuzyni Maćko i Ulryk, mieszkający w Strzmielu, wystawiali ze swymi dziedzicami 1 maja 1384 roku w swym zamku Strzmiele skrypt dłużny na 400 grzywien "oczek zięby" Piotrowi i Hansowi Dabermanom ze wsi Smorawina (Schmorow); 3 maja 1385 roku - Clausowi Clausenowi przekazywali wieś Kwiatkowo (Vogelsang); w maju 1388 roku otrzymali konsens książąt słupskich na sprzedaż zakonowi krzyżackiemu swej wsi Nętno z 64 łanami w ziemi łobeskiej i sprzedali ją 3 czerwca w obecności rycerzy i "knechtów", czyli famulów - Mikołaja syna Mikołaja Starszego, Mikołaja syna Mikołaja Młodszego, którzy też dokument opieczętowali, oraz Eckharda von dem Wolde; 4 czerwca 1385 roku w Białogardzie Maćko wraz z Eckhardem von dem Wolde przejęli od książąt słupskich po Vicke Borku Starszym, Vicke Borku Młodszym i Widancie zamek w Resku wraz z wójtostwem okręgu i połową miasta.

Jednak Maćko wziął udział 13 grudnia 1388 roku w słynnej akcji Eckharda, współdziałającego z Władysławem Jagiełłą, polegającej na ujęciu koło Sianowa zdążającego do Prus krzyżackich Wilhelma księcia Geldrii - gdyż potem został objęty postępowaniem napominawczym legata papieskiego z 19 czerwca 1389 roku, oraz w lutym tegoż roku, represyjnym Krzyżaków, którzy po zajęciu zamku Eckharda w Złocieńcu wyprawili się na zamek w Strzmielu, ujęli Maćka, uwięzili go w Człuchowie i zwolnili 16 sierpnia 1389 roku (Heimatkalender f. den Kreis Dramburg 1934). Z Eckhardem 2 listopada 1390 roku towarzyszył Warcisławowi VII podczas składania w Pyzdrach hołdu Jagielle. Z powodu napadu w 1392 roku na krzyżackiego komtura krajowego czeskiego Jana von Mülheima, wędrującego przez Nową Marchię do Prus, w lutym 1393 roku komtur Człuchowa i Tucholi wraz z książętami Warcisławem VII i Bogusławem VIII obiegli zamek w Strzmielu i po zdobyciu zniszczyli go. Jeszcze w końcu tego roku Maćko pozostawał w nowym konflikcie z Krzyżakami, skarżąc się wielkiemu mistrzowi Konradowi von Jungingenowi na komturów z Gdańska, Tucholi i na wójta ze Świdwina.

Jakub Borko, bakałarz na uniwersytecie w Wiedniu, otrzymał 13 listopada 1389 roku ekspektatywę na prebendę w Kamieniu, zachowując altarię św. Krzyża w kościele NMP w Łobzie, 8 kwietnia 1397 roku - prowizję na kanonię i wielką prebendę połączoną z funkcją tesaurariusza (kustosza) w kapitule kamieńskiej.

Przesunięcia o 10 lat domagała się czynność Bogusława VIII w Stargardzie, jakoby 1 listopada 1409 roku, której pierwszym świadkiem był rycerz Hans Borko, poprzedzający Godeka i wójta (ziemi stargardzkiej) Henninga Wedlów, marszałka Adama von Flemminga, kontura joannitów z Suchania Reimara von Güntersberga. Dokument ten, znany z odpisów, ma datę roczną 1409, ale właściwa była 1399 (MCCCXCIX zamiast MCCCCIX), skoro książę powołuje konsens swego brata Barnima V, zmarłego 1402/3, a Reimar von Güntersberg już w 1400 roku był nie komturem zaledwie, lecz nowym baliwem po zamordowaniu w 1399 roku przez bańszczan Detleva von Walmodena. Do nieporozumień prowadzi zaś zakwalifikowanie do XIV wieku, z datą 3 maja 1400 roku, potwierdzenia przywileju miejskiego dla Łobza przez grupę Borków:

1) Erazma, Henninga, Bernda, Joachima i Hansa - synów Schira Starszego,

2) Ottona syna Henryka,

3) Schira Młodszego i Clausa, synów Clausa,

4) Hansa Młodszego syna Clausa Młodszego z Węgorzyna.

Akt ten znany jest w odpisie z 1623 roku z datą 4 stycznia 1460 roku i należy do tego czasu, chociaż G. Sello umieścił go pod rokiem 1400 (To zmienia datowanie popularnego w Łobzie herbu miasta z rzekomego 1400 roku na rok 1460 - przyp. Łabuzia). Osoby tu wymienione znane są od 1432 roku (jak bracia Erazm, Henning i Hans).

 

PRÓBA UPORZĄDKOWANIA

Kim byli uczestnicy ugody z książętami w 1338 roku? Główny wystawca aktu, rycerz Borko Stary, to oczywiście Borko III, ojciec poległych w boju Borzęty II i Borka V. Następny Borko jest nieodgadniony. Hipotetycznie uczyńmy go Borkiem IV, synem Henninga I -tylko dlatego, że wymienieni po nim Claus (Mikołaj II) i Bernd (Bernard), chociaż nie nazwani braćmi, to zapewne synowie Henninga I, przy czym pewne jest, że Bernard był jego synem, jak również to, że jego starszym bratem był Mikołaj. Jakub II to syn Borka III, znany z 1333 roku (ale nie możemy wykluczyć Jakuba III syna Jana II), a następny Mikołaj (IV) syn Borka - to może syn poległego Borka IV Młodszego, a wnuk Borka III.

Famul Borko z 1339 roku to może Borko VII. Sello - też hipotetycznie - swego Borka V z lat 1326 (?), 1339 i famula z 1345 roku czynił synem Mikołaja I, by -kierując się kryterium imionowym - wnukami Mikołaja I uczynić Mikołaja (III) Starszego syna Borka z lat 1324-1381 i jego braci. Ale nie jest prawdopodobne, by jego Mikołaj III wystąpił już w 1324 roku przy czynnościach prawnych i by mógł być identyczny z synem Borka żyjącym w końcu XIV wieku. Sello nie znał dokumentu z 1342 roku, w którym wystąpili bracia Borko i Mikołaj. Tych uczyńmy synami Borka V, wnukami Borka III, nie przywiązując się do tej możliwości. Ci sami - bo w dodatku wymienieni w tej samej kolejności - będą świadkami czynności Jakuba syna Jana rycerza, (syna) zmarłego Borka Starszego. Sello, kierując się kryterium imionowym oraz strzmielską tytulaturą na pieczęci, wprowadził wystawcę do najstarszej linii, potomstwa Jana I. W tym celu rycerza Borka zidentyfikował z Borkiem ze Strzmiela z lat 1295 i 1297, jakoby synem Jana I (jego Jana II), nie identycznym z jego Borkiem IV Starszym, rycerzem w latach 1319 i 1338. Nie dostrzegam jednak powodów do rozróżniania Borka z lat 1295 i 1297 od Borka z lat 1319-1338. Do tego Sello identyfikował owego Jana, skądinąd nieznanego, z Janem wzmiankowanym w latach 1321 i 1325, chociaż rozróżniano imiona Henning i Jan, czego dowodzi właśnie przykład Henninga II z Węgorzyna i jego brata Jana, znanych z roku 1355; jednak Sello racji nie miał, gdyż Jan z lat 1321 i 1325 to na pewno Henning I. Do tego Hans z Łobza z roku 1376 na pieczęci używa imienia "Henning", co pozwala identyfikować go z Hansem z Pęzina z roku 1382, używającego imienia "Jan" na pieczęci. Są to kolejne utrudnienia identyfikacyjne. Nie lekceważąc propozycji Sella, wypadnie zatem Jana II wprowadzić do potomstwa Borka III, zmarłego w takim razie najpóźniej w 1338 roku, skoro zabrakło go w deklaracji Borków z tego roku.

Kolejny dylemat to identyfikacja famula Jakuba z 1348 roku, skoro może to być zarówno Jakub II syn Borka III, jak i Jakub III syn Jana II. Tegoż synowie, współwystawcy z roku 1348, byli zapewne nieletni, jako wnukowie czy nawet prawnukowie dopiero co zmarłego Borka III, a Ulryka I zapewne wolno czy też należy identyfikować z Ulrykiem, czynnym jeszcze w 1388 roku. Imiona synów Ulryka i Egharda pozwalają na zgłoszenie hipotezy o małżeństwie Jakuba (II lub III) z przedstawicielką rodu von Dewitz, w którym imiona te byty pospolite. Ze względów chronologicznych, mogła to być córka Eckharda I, siostra czy kuzynka Ulryka I z Dobrej.

Świadkiem czynności Jakuba z 1348 roku byli Mikołaj Starszy z Węgorzyna, Mikołaj, Henning i Mikołaj, Henryk i Borzęta, zwani "z Łobza". Mamy tu aż trzech Mikołajów! Pierwszy, skoro Starszy, to zapewne brat Borka VI. z siedzibą w Węgorzynie. Henning (III) to może Henning z Węgorzyna (1354-1355), brat Jana III, ze względu na imię może wnuk Henninga I, ale ojca obecnie trudno zaproponować. Pozostali dwaj Mikołajowie to może Mikołaj IV syn Borka V i Mikołaj II Młodszy, prawdopodobnie syn Henninga I. Henryk byłby bratem Mikołaja II Młodszego. Zagadkowy jest Borzęta (III) z Łobza, bo chyba to nie Bernard, brat dwóch ostatnich. Pewne jest, że Mikołaj (II), Henryk (I) i Bernard (Bernd; Borzęta?) byli synami Henninga I.

Jakuba Starszego z Strzmiela 1354 wypadnie utożsamić z Jakubem II, skoro musiał wtedy istnieć i Jakub Młodszy, może wystawca dyplomu z 1345 roku, syn rycerza Jana. Trudno dociec, który z Jakubów - albo czy obydwaj - występuje w źródłach do 1369 roku.

Od początku drugiej połowy XIV wieku na lidera rodu wyrasta Mikołaj Starszy, pewny brat Borka (VI), Henninga, Fryderyka (Vicke I) i Henryka II, oraz widocznie żony mieszczanina kołobrzeskiego (i burmistrza) Wincentego (I) Holka. Pełnił w latach 1369-1379 służbę na dworze książąt słupskich. Zapewne jego brat Borko, w 1355 roku pieczęci jeszcze nie mający, wstąpił do stanu duchownego (już 1359 r.), by jako kanonik kapituły kamieńskiej zakończyć karierę w roli generalnego wikariusza i administratora biskupstwa w latach 1386-1388/9. Inny brat, Henning z Łobza, to zapewne rycerz Hans (1376), Hannes (1379) i Jan sprzedający joannitom zamek w Pęzinie (1382), w którego posiadanie weszli kiedyś Borkowie w nieznanych okolicznościach. Sądząc z miejsca pierwszego na liście świadków czynności Bogusława VIII z 1 listopada 1399 roku w Stargardzie, to jest on jeszcze, bo innego Jana w tym czasie nie znamy. Famul Vicke I z Łobza to zapewne potem pasowany rycerz (1381) i wójt książęcy w Resku.

W ostatnich dwóch dekadach XIV wieku na czoło wysunął się Maćko (Matzke) I ze Strzmiela, famul w 1376 roku, rycerz już w roku 1381. Ojciec nie jest znany. Był kuzynem Ulryka I syna Jakuba, należał do linii potomków Borka III na Strzmielu i Resku. Będzie liderem rodu jeszcze przez pierwszą ćwierć XV wieku. U schyłku XIV wieku jego generację w źródłach reprezentowali Mikołaj (Claus) VI syn Mikołaja III Starszego, Mikołaj VII syn Mikołaja II Młodszego, Vicke II (Młodszy) - tak jak Vicke I (jego ojciec?), wójt Reska przed rokiem 1385, znany też z lat 1403 i 1408, wreszcie dopiero niedawno zauważony Jakub (IV), altarzysta w Łobzie (1389), kolejny prałat w kapitule kamieńskiej, kustosz (tesaurariusz) zapewne w latach 1397-1408.

Próbę usystematyzowania pomorskich Borków przed końcem XIV wieku zebrano w załączonej tablicy genealogicznej*. Propozycje tam zawarte, z wieloma znakami zapytania, być może w wielu miejscach zostaną poddane krytyce, zwłaszcza po ujawnieniu kolejnych źródeł z drugiej połowy XIV wieku. Do dyskusji jest też całkowicie inne ułożenie rodu, uwzględniające istnienie najstarszej linii, potomków Jana I.

 

Edward Rymar



* Ze względów technicznych tablicy nie zamieszczamy; wnikliwych czytelników odsyłamy do Przegl. Zachodniopomorskiego.(przyp. red.).
 
Za zgodą autora, na prawach rękopisu, przedruku dokonujemy z PRZEGLĄDU ZACHODNIOPOMORSKIEGO.

dziękujemy pkl "Łabuź"

 

Johann W. Goethe


Wiersze (26-letniego poety) do Lili Schönemann

 

Zostań, zostań przy mnie,

Zostań, zostań przy mnie,

Gościu mój, miłości słodka,

Luba, słodka ty miłości,

Nie opuszczaj mojej duszy!

Ach, inaczej, jakże pięknie

Żyje niebo, żyje ziemia,

Ach jak czuję, jakże czuję

Życie całe pierwszy raz!

 

Johann W. Goethe
Przełożył Andrzej Lam

 


Oskar Szwabowski

KOLONIE ZAPRASZAJĄ

Reklamowe balony płynęły dostojnie po metalicznym niebie rzucając owalny cień na wciśnięte w ziemię miasto, kulące się pod naciskiem krzyczanych z euforią słów:

- Praca jak marzenie! - wydobywało się z przerażającą energią roztaczając w umysłach słuchaczy wizję Eldorado, a zdjęcie uśmiechniętego górnika miało potwierdzać słowa. Słowa wypływające nieustannie, wgryzające się w kompleks budynków. W hałas ulicy, tłukąc do okien, dobijając się do mieszkań w których: Adrian palił papierosa za papierosem. Ręce mu drżały, cały, wydawało się, trząsł się. Z trudem wytrzymywał w jednym miejscu. Siadał, to podrywał się, przemierzał szybkim krokiem pokój, przystawał nagle, obracał się, niczym bohater amerykańskiej kreskówki kwitnący na korytarzu szpitala i czekający na wiadomość, chłopczyk czy dziewczynka. Paweł jednak tego nie dostrzegł, dzięki czemu z powagą przyglądał się i poważne myśli rodziły się w głowie, wydawało mu się, że przyjaciel chce coś powiedzieć, coś nie byle jakiego, jak to zwykle, ale zdania ciężkie, mające wagę, chce powiedzieć, ale słów znaleźć nie może. Przez chwilę zamarł nawet na wpół otwartymi ustami, jakby chciał wyrzygać całą treść, ale tylko strużka śliny pociekła po brodzie. Poczym wrócił do nerwowej krzątaniny... Na chwilę. Uspokoił się. W oczach pojawiły się łzy bezsilności, ohyda wykrzywiła usta...

- I co ja kurwa zrobię? Co kurwa zrobię? - wymamrotał wreszcie, czując prawdziwy żal, a zarazem wstręt, bo śmieszność jego tu, jego żalu... - Przecież... Brachu! Jestem już trupem! Rozumiesz!? To jakby strzelili mi w łeb... tylko, że niezbyt celnie. Jestem martwy, ale jeszcze dycham, jeszcze widzę otaczający mnie świat, ale już do tego świata nie należę. Wolałbym porządniejszego kata. Takiego co by raz. I ciemność. Bez złudzeń. Bez tego całego - zrobił nieokreślony ruch ręką. Poczym zamilkł tępo wpatrując się w papierosa.

- Spokojnie - mruknął niepewnie Paweł, gdyż czuł, że teraz jego kolej, teraz on musi coś powiedzieć, bo inaczej cisza urośnie do eksplozji, wypełni całość tak, że na pewno nic się nie przeciśnie, co najwyżej jęknięcie, więc wypowiada coś, co wydaje się, powinno w takiej chwili być powiedziane - Coś się wymyśli.

Adrian bezmyślnie przytakuje głową. Całą uwagę skupia na tlącym się papierosie.

- Wiele osób traci pracę - chrząka, słowa przeciskają się z trudem - co wcale nie przekreśla... twego życia, czy kariery: Kolonie... Kolonie przecież chronią nas przed bezrobociem i wszelkimi związanymi z tym konsekwencjami. W sumie powinieneś się cieszyć. Nie lądujesz na bruku. Dalej możesz o własnych siłach zarabiać na życie. To nie więzienie, nie roboty karne. A nawet, można się tam podobno nieźle obłowić. Lepiej niż tu. A potem, jak Don McDoll czy Havking Druham, żyć będziesz jak pączek w maśle! To jest szansa! No, do góry głowa! Pamiętasz jak nas uczyli? Zawsze trzeba widzieć jasne strony. I maszerując natężać jasność, by mrok zniknął.

- Jak nasi ojcowie, tak i my - dokończyły usta Adriana.

- Właśnie! Zobaczysz, będzie dobrze. Może zostaniesz naszym Donem McDollem!

Ślepota Pawła przerażała przyjaciela, już od najmłodszych lat. Bez mrugnięcia powieki powtarzał najkoszmarniejsze bzdury wymyślane przez niezależnych, od ziemi jak dodawano złośliwie, intelektualistów. I wierzył w to, na zabój, całym ciężarem opierał się na błyskotliwych prawdach bezideologii. Toteż tylko westchnął słysząc o dwóch górnikach, co to dorobili się na Marsie i Wenus, a tak na prawdę byli chodzącymi reklamówkami. Mieli ściągnąć wiele siły roboczej. Ci już się nie dorobili. Mało tego, już nie wrócili na ziemię. Nie stać było ich na bilet powrotny.

Oklapł. Zapadł się fotel. Już nie słuchał zupełnie. Do uszu docierał tylko monotonny szum. A Adrian był pusty. Wypalona ziemia. Jałowa. I taka...

- Zobaczysz, wszystko się ułoży. Poza tym zawsze możesz liczyć na naszą pomoc. Tylko powiedz, a ja i Marta zrobimy wszystko co w naszej mocy. A póki co, głowa do góry! Nie załamuj rąk! - Paweł wykorzystywał wszystkie hasła, jakich nauczony został w ciągu życia. Wygłaszając optymistyczne slogany starał się naśladować ton nauczycielki, gdy dzieliła się zbawczymi myślami, z gawiedzią szkolną, myślami, dzięki którym cywilizacja Zachodu trwała i zawdzięczała swą potęgę, swą wspaniałość. Mówił wyobrażając sobie, był o tym święcie przekonany, że przyjaciel zapala się jak i on, że jasność zaczyna przepełniać świadomość. Czasami, pomyślał kolejne hasło, trzeba ludziom przypomnieć to, co nagły smutek owiał mgłą zapomnienia.

Adrian wstał. Uśmiechnął się tępo, niewyraźnie. Mruknął coś na pożegnanie. Uścisnęli dłonie. Paweł był z siebie zadowolony. Klepnął w ramię przyjaciela. On, pół godziny później, powiesił się w kuchni. Martwe ciało bujało się lekko w promieniach zachodzącego słońca, a robot mruczał popmelodie myjąc naczynia. Od czasu do czasu pogwizdywał zawadiacko.

Kamil wyłączył telewizor. Pomarszczoną twarz wykrzywił grymas głębokiego bólu. Zbyt wielki ciężar niósł na swoich barkach.

- I co? - spytał towarzysz.

 

Marta wróciła, kiedy dziennik dobiegał końca. Przygotowywała z dziećmi przedstawienie na zakończenie roku szkolnego. Niepotrzebnie się na to zgodziła, jakby mało pracy miała. To wszystko przez Wioletę, zaczęła szeptać, że się szkołą nie interesuję, że mi wisi... Powinnam być twardsza, wyrzucała sobie jadąc windą, niech plastyczka się weźmie za to, co z tego, że ja najlepiej obsługuje Iluznik. Mogą się szanowne panie, stare wyjadaczki, dokształcić, dla własnego i dzieci dobra, a nie wyręczać się nową. Masa zmarnowanych godzin, nerwy postrzępione przez te dzieciary traktujące to jak zabawę. Niezdyscyplinowane, ogarnięte zbliżającymi się wakacjami, odurzone zapachami, nie spieszące się nigdzie ludziki. Gdyby chociaż za to płacili, ale wtedy te kaszaloty zajmowałyby kolejkę pięć lat wcześniej.

Drzwi rozsunęły się cicho. Zdziwiła ją ciemność panująca w mieszkaniu. I cisza. Cholernie pasująca do mroku. Zapaliła światło. Paweł siedział ze spuszczoną głową trzymając opróżnioną do połowy szklankę whisky, jak bohater oglądanego ostatnio filmu, też stracił przyjaciela.

- Coś nie tak - spytała.

- Adrian... Ślizgacz... potrącił go... jak wracał...

Marta próbował coś powiedzieć, ale z ust wydobył się jedynie bełkotliwa klucha literek, zbitych jak glut.

- Był roztargniony... stracił pracę... Musiał... musiał nie zauważyć... Zamyślił się, czy... Na chwile spojrzał... To sekunda - zamilkł na chwilę. Nabrał powietrza. - Normalne - niemal wykrzyknął wstając. - Bóg daje, Bóg zabiera.

Marta jakby zadowolona, że nie musi się smucić, pocieszać męża i tłumaczyć, jak to jest, spytała:

- Kiedy pogrzeb?

- Sądzę, że za tydzień. Jest dość duża kolejka - odparł.

 

Bogdan Kamiński obudził się ze straszliwym kacem, będącym klasycznym, podręcznikowym przykładem kaca giganta. Z obrzydzeniem wywnioskował, że ból głowy będzie towarzyszem przez resztę dnia. Niczym młodszy brat, co chodzi obok i ciągnie za rękaw, byś czasem o nim nie zapomniał, byś się nim zajmował, troszczył, pamiętał. Westchnął. Będzie się uśmiechał, będzie podawał hamburgery, będzie wydajny, uprzejmy, będzie taki mimo kaca, mimo bólu, co wykrzywia usta, co roztacza cudną wizję łóżeczka i ciepłej, przymilnie parującej herbatki. Połykając wymiociny będzie życzył smacznego.

Westchnął ponownie. Niepewnie poczłapał do łazienki. Niepotrzebnie wczoraj pił, stwierdził myjąc zęby. Takich rzeczy nie robi się w tygodniu. Co najwyżej jedno piwko, dwa, tak dla rozluźnienia, ale nie tyle. No właśnie! Ile? Spróbował przypomnieć sobie. Niestety wczorajszy dzień spowijała gęsta mgła. Zauważył też, że nie pamięta, dlaczego pił. Wszystko zostało wyparte na nieosiągalne tereny. Trzeba mieć poważny powód, by w środku tygodnia schlać się na umór. Z zaciekłością wpatrywał się w lustro, jakby z odbicia chciał wyczytać, co to było, co było wczoraj. To coś, co istniało, co pulsowało gdzieś pod skórą...

Z trudem przełknął grzankę z serem popijając każdy kęs kawą z cytryną. Trzepnęło nim trochę. Próbując wykrzesać trochę entuzjazmu ruszył w stronę drzwi.

- Przypominamy, że powinien pan zgłosić się w przeciągu dwóch dni do Biura Pracy. Po upływie terminu sprawa zostanie przekazana Policji.

I nagle przypomniał sobie. Już nie ma pracy. Może pić codziennie. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie wrócić i nie pospać. Po namyśle stwierdził, że lepiej nie kusić losu i załatwić to od razu. Raz, że nie posiadał funduszy pozwalających na beztroskie życie, dwa, nie ufał teraz sobie, mógłby po przebudzeniu zapomnieć, pakując się tym samym w kłopoty. Każdy zwolniony, który nie zarejestruje się w przeciągu dwóch dni, jest uważany za przestępcę, przypomniał sobie.

Wolno ruszył w kierunku windy.

 

Dziesięciu mężczyzn oddzieliło się od towarzystwa. Wyglądali bardzo poważnie w swoich czarnych garniturach. Widząc ich nie przypuściłbyś, że jeszcze chwilę temu uśmiechali się, śmiali gromko z dowcipów, spacerowali jak inni, z ponętnymi żonkami, z drinkami w dłoni, wymieniali powitania, uwagi, że ten to już się nie liczy, tamtego wykupią i że wspaniały jest wolny rynek, gdzie każdy zaradny człowiek może się w pełni realizować, że nowe cacko na półce, i ślizgacz taki, z pozłacaną karoserią, sportowy model międzyplanetarny. Jeszcze chwilę temu z trudem oddzieliłbyś ich od reszty przybyłego na uroczystość towarzystwa. Teraz dostojnie, w milczeniu, niczym średniowieczni mnisi połączeni wspólną tajemnicą i wspólną wiarą, idą po szerokich schodach w kierunku biblioteki.

Kamil zapalił cienkiego papierosa z dodatkiem narkotyku. Z niechęcią oczekiwał konfrontacji. Z naciskanymi, zestresowanymi, żądającymi, możnymi tego świata. Niech mi pan szanowny rozwiąże, powie jeden z drugim, problem tak, jakby go w ogóle nie było. Nic prostszego. Może gdyby był młodszy...Przypomniał sobie początek kariery. Wtedy nie było żadnych przeszkód, których by nie pokonał. A przy odpowiednim wysiłku pojmie wszelkie mechanizmy i to on będzie nimi sterował, a nie na odwrót, będzie władcą. Tak myślał. Trwał w iluzji wmawiając sobie, że wszystko to tylko kwestia czasu. Uśmiechnął się wypuszczając dym. Zgromadzeni zajęli miejsca.

- No - zaczął. Obok siedział szczupły młodzieniec. Miał zastąpić Kamila, gdy ten umrze lub zniedołężnieje. Na razie zdobywał doświadczenie. - Czy jest coś, z czym panowie chcieliby się ze mną podzielić, czy też mój asystent ma przeczytać raport i rozjedziemy się do domów?

- Z chęcią najpierw wysłuchamy raportu. Później podzielimy się naszymi uwagami. I nie tylko - odparł Stefan pełniący nadzór nad marsjańskimi kopalniami.

- Dobrze - mruknął Kamil gasząc papierosa.

Młodzieniec wstał.......

- Co pan, panie Kamilu, pragnie zrobić, by zapobiec samobójstwom. Nie możemy pozwolić na marnowanie siły roboczej - odezwał się Frank.

- Pracujemy nad tym. Jest to problem, który boli mnie równie mocno jak panów. Tylko że zaostrzenie przepisów nic nie da. Musielibyśmy nadzorować każdego, i to fizycznie. A to zmusiłoby do zatrudnienia większej liczby pracowników.

- Sądzę, że roboty rozwiązałyby kwestię. Jak rozwiązały ją dawno temu.

- Przystosowanie maszyn do pracy na innej planecie wymaga czasu. Musimy zrobić testy... tego nie da się przyspieszyć.

- A zastosować roboty jak całodobowy nadzór?

- To...nie wyglądałoby najlepiej i...

- Kwestia estetyki! Musi pan jakoś rozwiązać problem. Jak najszybciej. Rozumiemy, że jest plan, który wymaga czasu, lecz pan musi zrozumieć, że ten plan wymaga planu doraźnego, tymczasowego. Sytuacja jest trudna.

- Właśnie. Nie mogą panowie dopuszczać, aby ludzie popełniali samobójstwa, aby wykręcali się w ten sposób...

- Tylko, że ich jakoś nie można ukarać...

- Pan sobie żarty robi?!

- Nie, ale panowie chyba tak. To co panowie proponują...

- To tylko propozycje. Pan ma nam dostarczyć ręce do pracy. Na wczoraj. Nie naszą sprawą jest, jak pan to zrobi. Byle pan to zrobił.

- Chcemy, żeby pan potraktował naszą prośbę poważnie. Czas zabawy się skończył. Balansujemy na cienkiej nitce, a pod nami otchłań. Rozumie pan?

 

- Jak nie chcesz...

- Nie mam nastroju na wysłuchiwanie żarcików twojego brata - wyjaśnił Paweł. - Ta jego ironia... na pokaz. Czy on kiedykolwiek pracował?

- Tak, pracował. Dość dawno, ale to nie ma znaczenia. On pracuje, jak mówi, cały czas. Ale skoro nie chcesz, to pójdę odwołać odwiedziny. Pewnie się zmartwi. Wiesz, on ciebie lubi...

- Nie dziś, kochanie, nie dziś. Naprawdę nie mam nastroju

- Dobrze. Nie ma sprawy. Zadbam, abyś się odprężył.

Paweł mimowolnie się uśmiechnął. Ton, jakim wypowiedziała te słowa, nasuwał jednoznaczne skojarzenia.

 

Młode słońce pozłacało górne piętra Biura Pracy, przed którym, w wilgotnym cieniu, snuli się ludzie odziani w szare stroje. Ich twarze, gdyby się przyjrzeć z bliska, były zgaszone, pozytywna energia powoli ulatniała się, pozostawiając tylko czarną cuchnącą siarkę. Byli przepalonymi żarówkami, gdy się patrzy z bliska zachowując odpowiednią odległość. Odrobinę większą niż wyciągnięta dłoń. Milimetr większą.

Bogdan zajął miejsce w kolejce. Odczuwał lekkie mdłości. Zapalił papierosa dla zabicia czasu.

- Długo to - spytał cherlawego osobnika cuchnącego winem. Mdłości nasilały się.

- Ano długo. Pierwszy raz? - zaciekawił się tamten przysuwając pomarszczoną twarz.

- Tak jakoś... - burknął z trudem przełykając wymiociny rosnące, pęczniejące, gdzieś tam, w gardle.

- Od razu się domyśliłem - niemal wykrzyknął. - tylko głupki i ignoranci przychodzą tu z własnej woli. Albo desperaci. Ale ty nie wyglądasz na takiego. Raczej na głupka. Taaak. Głupek! - buchnął odorem taniego wińska prosto w Bogdana, który momentalnie uniósł zaciśniętą pięść, by wycedzić soczysta fangę prosto w zapijaczoną mordę. Staruch z krzywym uśmiechem rzekł wolno. - Spokojnie. Chyba, że zależy ci na Kolonii Karnej. Może to twoje marzenie, co?

- Spierdalaj - wysyczał opuszczając zaciśniętą dłoń. Uzbrojony policjant wolno przeszedł obok nich.

Staruszek zaśmiał się.

- Ho, ho, niewiele brakowało i krzyczałoby się co ranek, witaj harówo osiemnastogodzinna. I pół, jako bonus, za dobre sprawowanie. Witajcie narkotyki zamiast jedzenia. Witaj pryczo zapluskwiona. Witaj braku powietrza. A potem, puf!, witaj pustko kosmosu. Tak niewiele brakowało. Trzeba trzymać rączki na wodzy. I nie tylko je - puścił porozumiewawcze oczko.

- Co ty... - żachnął się.

- Wiem co mówię. Jestem uciekinierem. I to wielokrotnym - wyprężył dumnie zapadniętą klatę. - Mistrzem ucieczki jestem, co to przeciśnie się przez litą skałę, przeniknie wszystko, by tylko móc oddychać prawdziwym powietrzem. - zaciągnął się głęboko. - Piękne. - Westchnął - Chociaż to popłuczyny, ale jeszcze jest w tym trochę prawdy. Prawdy o życiu. Ale co ty tam wiesz, taki głupek... Teraz wmontowali mi jakieś elektroniczne ścierwo, co, gdy tylko zejdę z wyznaczonej trasy, rozsadzi bebechy, normalnie rozerwie na strzępy. Sprytne, nie? I oni też tak myślą. Jest to ponoć genialny produkt, wmontowywany w ramach dążenia gdzieś tam, dokładnie to nikt nie wie gdzie, wszystkim pracownikom kopalń. Myślą, że są sprytni, ale są idiotami. Nie wiedzą, że nie ma takiego urządzenia, którego Ślepooki Zigizig by nie wykrył i nie zniszczył. Zigizig jest naszym mistrzem. To neoludysta, za co zresztą siedzi, i nie nienawidzi wszelkiej maszynerii niewolącej człowieka. Za darmochę mnie uwolni! He, he, to się nazywa człowiek! Mówi, że musi pomagać braciom w niewoli. I mówi jeszcze, słuchasz, że uświadomienie sobie, że jest się niewolnikiem to połowa zwycięstwa. Najgorsze gdy niewolnik myśli, że jest wolny. Wtedy nie ma szans, a żandarmi mogą spać spokojnie. To mądry człowiek, niewielu już takich. Nikomu zresztą nie zależy, by być mądrym. Same wyedukowane głąby. Normalnie horror na wrotkach. A ty, jak, wolny jesteś?

- Tak - jęknął. Obecność pijaczka dusiła, z trudem łapał powietrze.

- O! Patrzcie ludziska! Oto wolny człowiek! Oto prawdziwie wolny człowiek! Patrzcie!

Zgromadzeni rozejrzeli się. Wzruszyli ramionami. Niektórzy splunęli.

- Ciekawe tylko - rzekł jakby z trudem, drapiąc się po głowie - Dlaczego tu stoisz?

- Bo nie mam, głąbie, pracy! Jasne!

- Jak słoneczko. Tylko jedno pytanko. Jak sądzisz, jaką prace dostaniesz?

- Pewnie w fastfudzie, albo coś takiego.

Staruszek uniósł brwi.

- No co?!

- Nic. Tylko, że jesteś w błędzie. W wielkim cholernym błędzie. Jak większość zresztą. W tak zwanym błędzie niedoinformowania. Ale na mnie już czas. Sayonara, głupku.

Podszedł do dwóch policjantów. Ci wpakowali go do niebieskiego ślizgacza. Po chwili zniknęli za budynkami. Bogdan westchnął. Zapalił papierosa.

 

Zostali sami.

- Napijesz się czegoś? - zapytał Kamil wypuszczając kłąb dymu.

- Nie, dziękuję - odparł szczupły młodzieniec zbierając notatki.

- A ja się napiję. Strasznie mnie łeb boli. Pewnie niedługo mnie zastąpisz.

Chłopak zamarł. Bąknął coś niezrozumiale. Mimo iż wiedział, że zastąpi kiedyś Kamila, uwaga ta wydała się nie na miejscu. Czuł, że powinien zaprotestować, jakoś zaprzeczyć. Powiedzieć cokolwiek.

- Nie denerwuj się. To normalne. Po to tu jesteś, a ja, mój drogi, niedługo zwariuję.

- Co pan!...

Kamil uniósł dłoń w geście nakazującym milczenie.

- Nie marzyłeś nigdy, by cię zapakowali w kaftan? By być w końcu wolnym, wykręcić się z parszywego obowiązku wobec społeczeństwa, pozbyć odpowiedzialności za to bagno?! Ja marzyłem. Ja o tym marzę I to marzenie się spełni. Nie prosiłem się o to, by być lepszym, by sterować idiotami. Teraz ty to będziesz robił. Nie rób takiej miny. Chcę tylko, abyś się przygotował. Jesteś gotów. Bardziej się nadajesz na to stanowisko, niż ja. Ja jestem już stary, stary i zmęczony. A tu potrzeba silnej ręki. Trzeba kogoś innego niż ja.

- Proszę tak nie mówić. Zrobił pan...

- Wiem, co zrobiłem i czego chcę - przerwał szorstko. Był zły, że pozwolił sobie na chwilę słabości. Tak bardzo potrzebował bliskości, zwykłego ludzkiego ciepła. - Odejdź. Chcę pobyć sam.

Młodzieniec zamknął drzwi. W dole zbierali się do wyjścia ostatni goście. Jakiś pijany mężczyzna w porządnie skrojonym garniturze czarnego koloru chwiejąc się dobierał się do obfitego biustu partnerki. Tamta śmiała się nazbyt głośno. Spoglądał na wychodzących z niesmakiem. Zachowanie Kamila wybiło go z równowagi. Że też ludzie muszą być tacy nędzni, pomyślał kierując się ku schodom. Czuł, że ta noc będzie ciężka.

 

Chłód przeniknął do głębi. Wśród litych, srebrnych ścian Biura Pracy Bogdan skulił się. Czuł, jakby był nagi. Naprzeciw niego pulsował czerwony punkcik.

- Nazwisko - rozległo się skądś.

- Bogdan Kaminski - wyksztusił.

- Numer - rozległo się ponownie. Metalicznie, bezbarwnie, zimno...

- 1473s.

- Powód zwolnienia?

- Nie pamiętam - burknął zawstydzony. Przez chwilę panowała cisza.

- Kopalnia na Wenus. Ładne widoki, możliwość realizowania swego człowie-czeństwa, higieniczne warunki. Start o godzinie dziewiętnastej, w piątek. Wychodząc proszę zabrać Kartę Przydziału. Znajduje się on w szczelinie obok drzwi. Przypomina się jednocześnie, że zgubienie lub zniszczenie Karty Przydziału jest karane z paragrafu 22. Dziękujemy za przybycie. Następny.

 

Ułożony, jasny świat Pawła po raz pierwszy uległ wstrząsowi. Na razie lekkiemu. Nie zawaliła się żadna budowla, tylko w jednym z okien pękła szyba. Delikatna rysa przecięła taflę Nic wielkiego. Jedzie windą, smutny, ale nie załamany. Niewątpliwie znacznie ucierpiało ego, niemniej żadne wywrotowe cierpienie nie wkroczyło armią. Drogę zablokowała straż wychowania, wyszkolona przez lata nauki i pracy, tworzona ciągle, silna, mężna, niezwyciężona.

Musi powstać, udowodnić własną wartość, nie poddawać się. Kroczyć wbrew przeciwnościom z jasnym czołem. Szeptały dobre siły. Jednak najpierw musi powiadomić o wszystkim Martę. To jej się nie spodoba.

I nie spodobało. Siedziała na łóżku płacząc. Nie wiadomo co, ale coś bardzo nikłego, podobnego do firanki, powstrzymywało wybuch, awanturę, przekleństwa cisnące się na usta, że jest impotent, nieudacznik, cieć nad ciecie.

- Kochanie, to nic takiego. Z moim wykształceniem bez problemu znajdę pracę. Może nawet lepiej płatną niż poprzednia. Spójrzmy na to z tej strony - tłumaczył. - jakie tam mogłem mieć perspektywy? A teraz...

Następnego dnia Marta jęknęła. Osunęła się na fotel i nic więcej nie powiedziała. Kiwała tylko bezmyślnie głową. Potem, gdy żegnali się w Porcie, przyznała mu w myślach rację. Uścisnęła czule.

- Będę czekać.

Pocałował ją. Pełen dobrych myśli wchodził na pokład Promu wraz z setką innych mężczyzn. Część była pochmurna, ale nie tylko Paweł się uśmiechał. Wiedział, jak i współtowarzysze uśmiechu, że w świecie, który współtworzył, człowiek przedsiębiorczy, elastyczny, energiczny, pracowity, zawsze się wybije. Toną tylko leniwi. Przepełniony wiarą we własne siły i wiarą w obraz, sunął przez zimną pustkę wszechświata. Czuł się jak na początku życia, jak za lat młodości. Nie przypuszczał nawet, że po paru miesiącach drżącymi dłońmi wykręcił numer telefonu do jedynego człowieka, który mógł mu jakkolwiek pomóc. Nie sądził, że zadzwoni do Rafała. On wie, powtarza w myślach. Powie, co robić. Powie, co tu nie gra.

- Poważnie? No, no, to masz chłopie pecha. Zostałeś pożarty przez coś, czego tak broniłeś, w co tak wierzyłeś. Może i tym razem... Nie wiem. Naprawdę nie mam pojęcia, jak tobie pomóc. Co by mogło ciebie uratować. Chyba nic. Bunt dla buntu, to nie dla ciebie... Może spróbuj się skontaktować z Noeludystami. Oni mają jakąś bajkę, to ciebie może uspokoi. A im da siłę do walki. Spróbuj. Co tam...

Paweł odwiesił słuchawkę. Za pięć minut musi być na stanowisku. Idzie jak we śnie między piętrowymi pryczami. Niezdolny, oddzielony, wysączający się powoli. Światło jest niewyraźnie. Na myśl o Marcie ściska coś i... potyka się. Na chwilę przystaje, aby zaczerpnąć powietrza. Wzorem bohaterów gwiezdnych kryminałów poluźnia kołnierz skafandra.

Tydzień później ląduje w szpitalu, by tam, w bieli, podłączony do aparatury, wyzionąć ducha. Postawić kropkę, zakończyć historię. Marcie wypadł z dłoni telefon, a pokoje zawyły pustką. Lekarze rozkładali ręce, unosili brwi, wzruszali ramionami, wstawali ze złością od stołu. Przewracali oczami, gdy wystrzelili Pawła w czerń kosmosu. Parę dni później wyłamywali palce, ocierali pot z czoła.

- Możliwe, że mamy do czynienia z nieznanym nauce wirusem. Na razie to tylko hipoteza, ale...

- Dziękuję - przerywa dyrektor. - Na razie, dopóki nie będzie jasności, niech to zostanie między nami.

Rozłącza się. Zapala papierosa. Za chwilę przybije Prom z nową dostawą. Ziemia powinna się pospieszyć. Wciąż brakuje rąk do pracy. Zaciągnął się głęboko. Spojrzał przez okno. Naprawdę piękny widok.

 

Kolonie boją się epidemii. Mimo to - ZAPRASZAJĄ.

 

Oskar Szwabowski

 

Marek Słyk

BEZRADNI

jesteśmy o tyleż mądrzejsi

od gwiazd

o ile one są od nas większe

więc nie przesadzajmy z tą naszą

rzekomą i przysłowiową

ludzką bezradnością

 

Marek Słyk

 


KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między zaprzyjaźnionymi pisarzami. Na naszych łamach od października 1998 roku korespondują: zamieszkały w Podkowie Leśnej Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób z Kołobrzegu.

 

Dziękujemy - pkl "łabuź"



 

Lechu Kochany,

 

Nastał kolejny fatalny okres, nie mam czasu na nic. Pozwoliłem sobie jedynie na obejrzenie meczu Polonia Warszawa - Górnik Polkowice, niestety przegrany przez naszych (moich) 0:1. Nie strzelili karnego, bałwany. Po meczu gracze nie przyszli na tradycyjnego schabika do prezesa, po prostu pochowali się po kątach. Na osłodę nadeszła wiadomość, że siatkarze pokonali Portugalię 3:2 i że jeśli wygrają z Kazachstanem, pojadą na olimpiadę. Słowem wszyscyśmy mieli miny raczej rzadkie, a honorowy prezes Polonii Piekarzewski złorzeczył na czym świat stoi, czuł się chory. I słusznie, bo niejaki Romanowski, były właściciel, wyprzedał wszystkich dobrych piłkarzy, zaczął od Olisadebe, a potem dał dyla. Teraz zbieramy tego owoce. Janusz Zaorski i Krzysiek Zaleski mówią, że to już chyba spadek z I ligi, ale Stefan Szczepłek jest innego zdania. Wypiliśmy na to konto po kielonku żytniej. Z Wisłą przegramy, za to z Górnikiem Zabrze, twierdzi Stefan, nie powinniśmy. Ciekawe kalkulacje, nie wiem, na czym oparte, bo nie na pokerze. Był jak zwykle pan Kazimierz Górski (muszę pisać "pan", bo to wspaniały gość i patrzę w niego jak w obraz). Siedział spokojnie i pociągał koniaczek. Już bez kuli nie chodzi, ale umysłowo podobno jest żwawy. Dzisiaj się nie odzywał, trochę się uśmiechał. Jurek Engel jest zdetonowany postawą chłopaków, ale nie smutny. Pewnie w nich wierzy. Podparł się moją "Opaską gazową", którą przyniósł, bo zapomniałem mu wpisać dedykację. Napisałem: "Ta opaska jeszcze nieraz Ci się przyda".

Z Polonią jestem związany od dziecka jako kibic, natomiast ze Skrą ze względu na biegi i wyczynowy tenis. Kiedyś trenowałem pod okiem, wyobraź sobie, Tłoczyńskiego! Do dziś pamiętam jego głos: "Ty się nie patrz z uwielbieniem na nową rakietę, tylko od początku do końca na piłkę". I wołał w czasie meczu "Piotrek, od początku do końca!". Na Skrę przy Wawelskiej róg Żwirki i Wigury chodziłem też na żużel, ale potem zlikwidowali ten tor i zamienili w beznadziejny stadion lekkoatletyczny, na którym odbywają się imprezy ludowe (standard - poniżej dożynek). Mam w pamięci cudowny zapach spalin żużlowych. Kiedy o tym myślę, z emocji chodzą mi ciarki po plecach. To były przeżycia, ta woń dochodziła aż do mojej kamienicy, bo mieszkałem blisko, przy Filtrowej. A w nogę też grałem, tyle że na podwórku (było nas dwudziestu dwóch, akurat dwie drużyny), na prawdziwe mecze zaś chodziłem na Konwiktorską, gdzie poznałem w latach 60. Jurka Górzańskiego i w 70. Krzyśka Mętraka. To byli dobrzy zawodnicy. Górzański wyróżniał się urodą (te niekończące się hołdy panienek!) i niebywałą szybkością, a Mętrak niezawodnym wybijaniem na aut w momentach absolutnie przegranych. Potem, jak wiesz, obaj brylowali wśród komentatorów piłki nożnej. Zawsze bezbłędnie przewidywali wyniki, znali się na piłce jak mało kto. Krzysiek nie żyje już prawie 11 lat. Jurek ma kłopoty z sercem (po zawale) i już o piłce tylko mówi. Spotykamy się na ważnych meczach międzynarodowych w doborowym gronie u Janusza Zaorskiego, zwanego przez nas Zaorkiem. Piszę o tym, bo jakoś nigdy się nie zgadało. Piłka jest bardzo bliska poezji, to jest ten sam rodzaj sztuki błyskawicznego wyboru i koncepcji nadzwyczajnych. A że lubisz piłkę, sam wiesz najlepiej.

A Mętrak i Górzański krytykowali polską piłkę bardzo sprawnie. Mogli, bo już wtedy sami nie grali. Najtrudniej jest oceniać to, w czym samemu jest się po uszy, jak w krytyce literackiej. Nie chce mi się wierzyć, że pisarz jest w stanie obiektywnie napisać o innym pisarzu. Ja tak nie potrafię, zawsze czuję, że w moich opiniach jest coś z żywej konkurencji. Dlatego rzadko pisuję o pisaniu. Chyba że jest to prosta recenzja sprawozdawcza. Ale i tu trzeba się hamować. Wciąż mam wrażenie, że pisarzowi przez usta nie przejdzie, z pióra nie skapnie prawdziwa pochwała. Prywatnie jest czymś zachwycony albo zdumiony, pełen podziwu, ale służbowo, na łamach autocenzuralnie wykreśla wszystkie pozytywne przymiotniki. I odwrotnie, cisną mu się złośliwe przytyki. A że jest warsztatowo sprawny, robi to tak, że nikt nie zauważa. Wrażenie negacji jednak pozostaje, ta atmosferka... Niektórzy tak się wyspecjalizowali, że sami już nie czują niezasłużonej przygany, jaką gotują konkurentowi. Nie mam racji? Zauważ, że nie jest to krytyka krytyków, którzy sami piszą to, co krytykują. Myślę, że jest to immanentna cecha artysty. Mickiewicz poniżał Słowackiego tak dalece, że ten umierał w przekonaniu, że jest poetą gorszym niż przeciętny. Dokładał mu też Norwid, a z nim zgraja pisarczyków recenzentów i pochlebców pana Adama. Norwid oprzytomniał dopiero po śmierci kolegi. Zrozumiał, dlaczego ten na łożu śmierci tak niechętnie go przyjmował. Zaczął nazywać "wielkim" i "wzorem", i tak dalej. Trochę za późno. A dawniej mówił, że Słowacki jest najlepszym poetą wśród graczy na giełdzie i najlepszym giełdziarzem wśród poetów. To było wyjątkowo dokuczliwe, choć Słowacki istotnie był znakomitym graczem. Z tego zresztą żył na niezłym poziomie.

Zawsze powtarzam, że poeta musi cierpieć na samotność, na nikogo nie powinien liczyć. Tylko na siebie, a ściśle na swój talent i swoją pracowitość. Jeśli ktoś pisze recenzje z mojej książki, a ja go nie znam, to natychmiast się orientuję, czy jest to krytyk, czy pisarz kreacjonista. Z czeluści samotności widzi się takie rzeczy podwójnie, i chyba nie jest to nadwrażliwość. Po prostu intuicja, krótkie drogi nerwowe, szybkość kojarzenia.

W tym tygodniu z piłką koniec, wracam do słownika szkolnego, kończę ostatnie korekty, wyrównuję liczbę stron i oddaję rzecz w najbliższy piątek. Już jestem zgadany z redakcją techniczną. Więc muszą kończyć, Brachu. W środę finał Ligi Mistrzów, a jakże - u Zaorka na Zapłociu. Oglądaj w Kołobrzegu, będę się czuł tak, jakbyśmy to razem widzieli. Mam nadzieję, że ten list zdąży, wysyłam priorytetem.

 

Ściskam serdecznie
Twój Piotrek
Podkowa Leśna, 22.05.2004


 

Kołobrzeg, dnia 26 maja 2004.

 

Piotrze z Podkowy, Piotrze Lądowy!

 

Początkowo chciałem wspomnieć o tym, jak ukradziono mi rower. Nowy, ledwie półroczny. Później o kwitnącej w kołobrzeskim parku kłokoczce i gnieździe remiza na bagnach za Kołobrzegiem. Jeszcze później o pierwszych w życiu okularach - do czytania. Bo już druk zaczął się "rozlewać" i brakowało długości wyciąganych rąk. Lecz wszystko pobił wczorajszy, prześladujący od pewnego czasu sen. Trójmasztowy kliper (niby "Cutty Sark") ze śnieżnobiałymi żaglami - w tym jeden czarny. Znów dużo o tym myślałem, próbując dociec znaczenia uporczywie powracającej wizji. Kliper szedł z wiatrem, widziałem uwijających się na pokładzie ludzi; nad masztami kołowały mewy srebrzyste. I ta czarna, wyzywająco czarna płachta: grotmarsel górny na grotmaszcie...

 

Lecz już wracam do Twojego listu.

Doprawdy, nie wiem skąd przekonanie Twoje. Że lubię piłkę nożną. Tak nie jest. Owszem, czasem oglądam mecze, te z wyższej półki (może nawet finał Ligi Mistrzów obejrzę, jeśli czas pozwoli), ale nie budzą we mnie emocji. W życiu strzeliłem tylko jedną bramkę w podwórkowym meczu. I to "niesłuszną", bo samobójczą. Koledzy natychmiast wykluczyli mnie z drużyny. Raz na zawsze.

Nie imponował mi Kazimierz Górski. Grzegorz Lato czy Kazimierz Dejna. Na on czas moją wyobraźnię ożywiali F. Chichester, J. Slocum, Leonid Teliga, Teresa Chojnowska-Liskiewicz - żeglarze samotnie opływający świat. Dziś to się zbanalizowało. Odległości się skurczyły. Nawet regaty dookoła globu się organizuje.

Gdy o sporty uprawiane idzie, pasjonowały mnie w chłopięcych latach biegi średnio- i długodystansowe. Później zakochałem się w żeglarstwie właśnie. Nie było to żeglarstwo szuwarowe. Nie mogłem też stanowić konkurencji dla Mateuszów Kusznierewiczów. Interesowały mnie wyprawy morskie. Nie wiem czy wiesz, że pływałem m.in. na "Zawiszy Czarnym". Bardzo głęboko w to wszedłem. Do tego stopnia, że przyłączyłem się do maszoperii kapitana żeglugi bałtyckiej (i znakomitego architekta!) Janusza Kirszaka, z którym wspólnie lat kilka budowaliśmy jacht. Chałupniczymi metodami. Od stępki. Nie jakąś tam łupinkę, ale prawdziwy szkuner!

Niestety, w międzyczasie Janusz utonął podczas jednego z rejsów, maszoperia się rozpadła. Nieukończony kadłub odkupił pewien Czech (Ruda Krautschneider konkretnie). Budowę skończył (chrzcząc jacht imieniem "Victoria") i włóczy się teraz po morzach świata. Zamiast mnie. Ostatnio zawinął do Szczecina i Kołobrzegu. Serce moje biło jak oszalałe...

Teraz, po latach, czując się dłużnikiem Janusza, piszę "Ognie świętego Elma" (wspominałem chyba półtora roku temu), Januszowi dedykowane. W powieści tej właśnie budowa jachtu jest osią główną. Budowa i pierwszy (hipotetyczny) rejs.

 

Dalej wspominasz Krzysztofa Mętraka. Pamiętam, raz kiedyś wysłałem (jeszcze przed debiutem książkowym) wiersze do "Kultury". Bez większych nadziei. Jednak, ku mojemu zaskoczeniu, przysłał list. Mądrze analizujący nadesłane utwory.

Tak, Mój Drogi, sporo racji masz. Mówię o recenzjach pisarzy. Gdy to rozdwajają swoją rolę. Zawsze budziło to we mnie mieszane uczucia. Budziło i budzi nadal. Bo sam wiem coś o tym. Chyba na przykład już tajemnicą poliszynela jest, że od lat jako Paweł Szeroki pisuję omówienia książek w "Łabuziu". A od roku jako Wanda Skalska prowadzę "Port literacki" w "Rzeczy Kołobrzeskiej".

Wszystko zaczęło się od namowy Ewy Starosty z bydgoskiego tygodnika "Fakty". Pierwotnie tam pisywałem omówienia - wówczas sygnując własnym nazwiskiem. Pamiętam, że pierwszą albo jedną z pierwszych zrecenzowanych książek był "Świat według Garpa" J. Irvinga (wtedy chyba pierwsza recenzja tej powieści w prasie krajowej). Głównie jednak zajmowałem się "produkcją" rodzimych autorów.

Przez te lata zebrałaby się opasła księga: ładnych kilka setek książek na tapecie. Publikowanych później nie tylko w prasie, ale i w radiu. Także pod trzecim pseudonimem.

Zastanawiam się nieraz: na cóż mi to. A prawda obecnie jest taka, że w małym środowisku literackim Pomorza Środkowego nie ma komu śledzić bieżących wydawnictw. Wiele prowincjonalnych książek ginie bezpowrotnie w zalewie książek medialnie głośniejszych autorów. Publikacji mało znanych autorów, często artystycznie chromych, wartych jednak czasem choćby odnotowania.

Wierz mi, to udręka. I świadomość, że przez subiektywne widzenie niejednokrotnie mogłem kogoś skrzywdzić. Ale zawsze staram się podkreślać, że są to opinie kogoś z boku, czytacza nałogowego, a w żadnym razie krytyki właściwie. Gdyż, co wiemy - nie tylko Ty i ja - zawodowa krytyka posługuje się innymi narzędziami.

Z chęcią byłbym się pozbył tego "obowiązku". Może Leon Zdanowicz znajdzie kogoś innego dla "Łabuzia". Może i Wanda Skalska przestanie za czas jakiś wymądrzać się w "Porcie literackim". Zbyt mi to ciąży.

Tak przy okazji. Pewnie już dotarł do Ciebie pięćdziesiąty numer "Rzeczy Kołobrzeskiej". Z początkiem czerwca minie od startu rok. Już rok! Sporo zmian w międzyczasie - ulepszających tygodnik. Bez wątpienia zauważyłeś na przykład pojawienie się naszego kolegi po piórze - Anatola Ulmana. Będzie pisywał felietony. Ma osobną działkę - "Oścień w mózgu". Przypuszczam, że kojarzysz - onegdaj szły jego smakowite felietonowe kawałki w "Sycynie". Pióro Anatola jest zaczepne, wyraziste. A podobnego pisania na kulturalnych stronach nam brakowało.

Cóż jeszcze. Pytałeś ostatnio o losy kołobrzeskiego konkursu literackiego. Nadal istnieje. Właśnie rozstrzygnęliśmy ósmą edycję "Bursztynowego pióra". Laureaci pochodzą z dziewięciu miast Polski. Tegoroczne jury to - prócz mnie - Piotr Bednarski i Artur Burszta (z Biura Literackiego Legnica). Lecz poziom prac kiepski. Nie ma o czym mówić.

Tymczasem tyle. Powodzenia w słownikowych bojach. Zwijam korespon-dencyjne żagle.

 

Ściskający Cię zgrabiałą od ciągania szotów ręką -
Tfuj Przeżarty Solą Morską Pszyjaciel eL

 

Ps. Czytałeś ostatnio coś wartego wypunktowania? Mnie setnie ukontentowały wierszyki filozoficzne* U. Eco.

 



* Umberto Eco "Filozofia frywolna", Wydawnictwo M, Kraków 2004

 


Z cyklu: "Dialogi trzeciego tysiąclecia"

Ariana Nagórska

DYSKURS POKONKURSOWY

- Mamy zaszczyt panią powiadomić, że w naszym marcowym konkursie poetyckim jury przyznało pani pierwszą nagrodę, a publiczność jedno z trzech wyróżnień.

- Jedno z trzech? Cóż, potwierdza się smutna prawda, że nasza publiczność nie jest wyrobiona literacko. Mam świadomość, że moja poezja zyskuje właściwy wydźwięk wyłącznie wśród wysokiej klasy specjalistów. Dla profesjonalnego artysty to bardzo ważne. Na pewno nie obniżę poziomu, by schlebiać gustom pospólstwa.

- Ale to jeszcze nie wszystkie miłe wiadomości! Z kolei w lipcowym konkursie publiczność przyznała pani Grand Prix!

- A jury?

- Wyłoniło zupełnie innych laureatów.

- Innych?! No to mamy dowód, że ci jajogłowi nie dysponują elementarnym nawet słuchem poetyckim. Prawdziwy artysta pisze przede wszystkim dla publiczności i tylko jej opinie są dla niego miarodajne. By zadowolić jurorów musiałabym zgrywać się, nadymać, wbrew swej naturalnej prostocie wyrażać się kwieciście i na dodatek przeczyć sama sobie. Nietrudno zauważyć, że są to obyczaje z gruntu mi obce!

 

6 VIII 2003
Ariana Nagórska