Łabuź 48/2004


 

"Jeśli tematem filozofii, jak chcą niektórzy, miałaby być jednostka ludzka i jej zmagania z istnieniem, to trzeba powiedzieć, że z tych zmagań niewiele istnień uchodzi z życiem.

 

Ciemne tło obrazu. Klatka zaznaczona jasną cienką linią jak skalpelem. Nie ma grubych krat ani łańcuchów, ale szympans nie może klatki opuścić. W ciemności siedzi na drążku wszczepiony trzema łapami, osadzony wyłącznie tu, w swym jedynym miejscu na świecie. Drewniany kij - gniazdo, las, więzienie. Prawa łapa szympansa zniekształcona, wygięta w bok równoważy odgięte do tyłu, naprężone w krzyku ciało zwierzęcia. Pysk głęboko rozwarty, widać wnętrze, dziąsła zęby, gardło. Szympans wzywa. Bez nadziei. Krzyczy w imieniu własnym i w imieniu wszystkich udręczonych, zniewolonych, wykorzystanych, wypędzonych z siedlisk. Francis Bacon utożsamiał się z szympansem. Dziś sprawy zaszły zbyt daleko i okazywanie zwierzętom współczucia wydaje się gestem ironicznym.

 

Aż do czasów najnowszych historia filozofii była dziejami coraz bardziej rozdętego ludzkiego podmiotu. Nie ma w tym nic dziwnego. Koncepcje filozoficzne towarzyszyły i sekundowały sprytnej bestii w jej potyczkach ze światem. Dawały wyraz realnej i rosnącej bez końca sile naszego gatunku. Było co podziwiać. Było czym się chwalić. Wykonaliśmy zadanie. Rozmnożyliśmy się, a ziemię uczyniliśmy sobie poddaną. Czegóż więcej można by chcieć?

 

Jeszcze nigdy gatunek ludzki nie był na ziemi tak bezkonkurencyjną potęgą, jaką jest dzisiaj. I teraz właśnie filozofia opuszcza człowieka. Przestajemy czcić "podmiot". Czy dlatego, że żyjąc w gęstym tłumie, nie mamy dość pewności, by wskazać akurat siebie jako punkt wyróżniony? Co więcej, subiektywne przeżycia podajemy w wątpliwość jako podejrzane mistyfikacje, a cogito, oskarżone o roszczenie, pomawiane o egotyczne zaślepienie, przywoływane bywa już tylko jako dowód ograniczeń racjonalizmu. Filozofia, która prze lata biła brawa człowiekowi, nagle odwraca się od wielkiego zwycięzcy. Rotry, Loyotard, Derrida demontują pomnik już wcześniej mocno wykruszony. Co tu się dzieje? Przecież zwyciężyliśmy: wszystkich, wszystko. Czy to jest możliwe, żeby w takim momencie ogarnęło nas zwątpienie, wstyd, a może nawet obrzydzenie do siebie samych? Nie wydaje mi się to prawdopodobne. Sądzę raczej, że spustoszenie, jakie dokonuje się w dawnych wyobrażeniach, pojęciach i wartościach, jest przygotowaniem terenu, wyczyszczeniem pola pod nową konstrukcję. Gdy obserwujemy obecne rumowisko, nie potrafimy jeszcze wyobrazić sobie nowych rozwiązań i konstrukcji pojęć, które zaczną wyłaniać się ze zniwelowanego terenu. Na razie jeszcze idzie proces rycia, a poczynione wykopy nie sugerują żadnych wiążących kształtów. Jedni mówią o kresie człowieka, inni ubolewają nad upadkiem duchowych wartości. [...]"

 

Jolanta córka Ireny,
wnuczka Bronisławy,
prawnuczka Ludwiki



"Res Publika Nowa" czerwiec 2001

Dziękujemy pkl. "Łabuź"

 



Urszula Chęcińska

PŁANETNICY NIGDY NIE UMIERAJĄ


Dla Mirka Lalaka

 

W CHMURACH nikt nie staje się starszy. Tylko dlatego, że na ziemi zmieniają się kalendarze...

Jest rok 1989. Na listopadowe spotkanie w Łobzie, rodzinnym mieście przyjaciela, przyjeżdża Zbigniew Brzozowski. I przywozi ze sobą swoją najnowszą książkę, za którą właśnie odebrał Nagrodę Funduszu Literatury. Wszystkim podobają się piękne ilustracje Stasysa Eidrigeviciusa.

W Kilku czarodziejskich historiach po raz kolejny przemówiła fascynacja Brzozowskiego demonologią ludową. Przed Historiami... była jeszcze Złota kareta, rzecz absolutnie czarodziejsko-naukowa, którą we fragmentach drukował "Przekrój". Brzozowski z właściwą sobie swadą i narratorskim kunsztem, połączył baśniową "cudowność" z "pożyteczną", baśniową grozą. Półbaśnie i półgroteski, w których dramatyzm baśniowych sytuacji dopełniał liryzmem opisów, wpisywały się kolejno w jego pińczowską, pierwszą okolicę dzieciństwa.

Tak napisana została Dycha z Kopernikiem, w której Brzozowski demaskował schematy wychowawcze. Z właściwym sobie dowcipem i ironią. Jako wychowawca Domu Dziecka protestował przeciwko nim nieustannie. Tak napisane zostało Miasteczko, które jest jak ogród Andersena. Debiutanckie Miasteczko..., wydane w 1975 roku przez PIW, Brzozowski wspomina teraz z nostalgią i rozrzewnieniem. Tak napisana została opowieść o Ewie, dziewczynce unieruchomionej w gipsowym kokonie po tragicznym wypadku samochodowym...

"Jesteś w baśni, ale nie możesz w nic się wtrącać, nic poprawiać. Możesz najwyżej z kimś rozmawiać, ale przede wszystkim radzę ci patrzeć i słuchać" -teraz zwraca się do czytelnika Kilku czarodziejskich historii Brzozowski. On, zwany uczniem Andersena. Jak Andersen uprawia bowiem małe formy. I lubi małe miasteczka, takie jak Łobez. Tutaj, w rodzinnym mieście przyjaciela, będzie podpisywał swoją nową książkę...

"Sposób w jaki Brzozowski kreśli sceny z życia małych ludzi, świadczy, iż pozostajemy w kręgu kultu dzieciństwa, które mieni się pod piórem Brzozowskiego baśniowym, a więc i mitycznym niemal blaskiem"- tak o Miasteczku... - pisał w "Twórczości" Bohdan Zadura. Brzozowski otrzymał za nie prestiżową Nagrodę im. Piętaka. Ucieszyła go podwójnie. Potem w jego życiu było wiele nagród, ale ta Piętakowa zawsze była najważniejsza. Piętak, tak jak on, Zbigniew Belina Brzozowski, w baśniowej formie, uparcie, powracał do najpierwszej okolicy dzieciństwa. Z właściwym sobie estetyzmem tworzył własny, prowincjonalny, inny wymiar baśniowości...

 

Łobeskie niebo chmurzy się coraz bardziej... Powoli wzlatują w nie ogniste sporysze, bezgłowe strzygonie. I wreszcie, na końcu, oni. Najprawdziwsze duchy chmur. Płanetnicy. Brzozowski przyjaźni się z nimi szczerze i serdecznie. A stało się to za sprawą małego chłopca, Kulki, bohatera Dychy... Dychę z Kopernikiem dedykował więc wszystkim swoim niespokojnym chłopcom z Domu Dziecka w Zdrojach. Tak jak uczynił to wcześniej w Kajtusiu Czarodzieju Janusz Korczak, którego ideały Brzozowski wcielał w całe swoje życie. Zbigniew Belina Brzozowski. Płanetnik prawdziwy. Będzie podpisywał swoją nową książkę. W Łobzie, rodzinnym mieście przyjaciela.

 

Łobeskie niebo chmurzy się coraz bardziej.
Zapada listopadowy zmierzch.
Kroplami deszczu przypomina o jesiennej, nostalgicznej porze.
I o płanetnikach.
Bo prawdziwi płanetnicy nigdy nie umierają.
W chmurach nikt nie staje się starszy.
Tylko dlatego, że na ziemi zmieniają się kalendarze...

 

Urszula Chęcińska



Za zgodą autorski i redakcji; na prawach rękopisu przedruku dokonujemy z "Pograniczy" nr 5 [46]2003 r.

Dziękujemy pkl. "Łabuź"

 

Agnieszka Wesołowska

KTÓRY NIE MOŻE BYĆ DOKOŃCZONY

I

Gdybym od początku słyszała

słomiany śmiech snopów

w tej zagrodzie.

Gdybym widziała skuloną biel

otwartego muru.

 

Jest przekręcony klucz

w zdradliwych sennych drzwiach -

zgrzyt w kościach obudzony.

 

Gdybym przeczuła, że głosy niezbędne

gdzieś się zawieruszą w milknących sopranach,

które spadają jak gwiazdy

ale nie są gwiazdami.

 

II

Ta godzina ubita na pianę przedmieścia,

na noc polarną powleczoną szkłem.

Właśnie mi mówisz jaki był twój dzień

i jak się z nas śmieją nasze własne przejścia.

 

Zawsze już będzie któreś z tych poruszeń

we mnie - i w śniegu - jak w pochyłej niszy.

Pewnie dlatego to co teraz piszę

jest bardzo jasną prośbą o twój cień.

 

Agnieszka Wesołowska

 



Część I

Edward Rymar

PIERWSZE GENERACJE RODU POMORSKICH BORKÓW (XII-XIVW.)

Pochodzenie, rozsiedlenie i dzieje wielkiego pomorskiego rodu Borków (potem: Borkonen, von Borcke) można badać, opierając się na monumentalnym, kilkutomowym zbiorze źródeł wraz z komentarzami, sporządzonym na przełomie XIX i XX wieku przez doktora prawa Georga Sella (Georg Sello: Geschichtsquellen des burg - und schloßgesessenen Geschlechte von Borcke, Berlin 1898-1901), który też podsumował wcześniejszy stan wiedzy i skomentował zasób źródłowy na tle dziejów społecznych i politycznych Pomorza Zachodniego.

Sprawą pochodzenia, zwłaszcza zaś charakterem - lenno czy alodium - ich łobeskich posiadłości zajmowali się potem jeszcze w szczególności Eberhard Sauer (1939), Rudolf Benl (1986), także Wulf-Dietrich von Borcke ("Łabuź" nr 23, 1997). Ujawnione w XX wieku dodatkowe źródła, drukowane w Pommersches Urkundenbuch (do 1345 r.), dyskusyjność niektórych ustaleń filiacyjnych Sella, wreszcie zupełny brak w polskiej historiografii literatury genealogicznej tego znamienitego rodu pomorskiego - uzasadniają podjęcie tematu, ale tylko dla zaproponowania genealogii w okresie najstarszym.

 

BORKO II PRZYBYSŁAW BORKOWIC
ORAZ ICH LUCICKIE (?) POCHODZENIE

Eponimem, a zarazem pierwszym pewnym przedstawicielem rodu, był Borko I, żyjący w czasach książąt pomorskich Bogusława I i Kazimierza I. Kazimierz jako lennik księcia saskiego Henryka Lwa - ale tylko z części księstwa dymińskiego (Demmin) rozciągającej się na zachód od dolnej Odry, brał udział w walkach z jego przeciwnikami na terenie Niemiec i zginął w październiku 1180 roku na polu bitwy z margrabią brandenburskim Ottonem I. Wraz z nim poległ Borko i czternastu innych panów pomorskich. Donoszą o tym Annalista Saxo i wiarygodna Saska kronika świata oraz jej nieco późniejsza odmiana, tzw. Kodeks z Zwickau. Nie można nic powiedzieć o wieku Borka I w 1180 roku. Pozostawił potomstwo.

Przybysław syn Borka (Pribislaus filius Borconis) wystąpił w 1186 roku na ostatnim miejscu wśród świadków rozległego nadania Bogusława I dla prepozytury kapituły kamieńskiej, po Janiku i Jarogniewie z Dymina. Można go zatem utożsamić z "princepsem" Przybysławem z Poździwołku, czyli dzisiejszego Pasewalku (Pribiszla de Pobizwolk), obecnym w 1187 roku przy czynności prawnej księżnej pomorskiej Anastazji obok głównych panów (kasztelanów?) księstwa (principes terre) - zwłaszcza skoro wymieniono go i teraz po Janiku i Jarogniewie oraz po panach wkrzańskich, Stefanie de Ukera i Sobiesławie z Przęcławia (Prenzlau). Możemy go czynić kasztelanem w Poździwołku, to zaś pozwala wiązać też, chyba pewnego jego ojca, Borka I, z obszarem wkrzańskim, oraz widzieć w nich potomków dynastów plemiennych obszaru lucickiego jeszcze w pierwszej połowie XII wieku. Być może przesłanką przemawiającą za pierwotnym pobytem Borka i jego rodu w zaodrzańskiej połaci Księstwa Pomorskiego w XII wieku jest fakt rozciągania się dzielnicy Kazimierza I głównie tam właśnie, czego wyrazem jest Dymin jako centrum księstwa. Stamtąd więc może pochodzili polegli z księciem panosze pomorscy, zobowiązani wraz ze swym księciem do służb lennych księciu saskiemu. W "pomorskiej" części księstwa, czyli na wschód od dolnej Odry, utrzymywało się wtedy jeszcze polskie zwierzchnictwo. Nie bez znaczenia jest przecież i owe określenie principes użyte wobec głównych możnych księstwa, w tym Przybysława Borkowica (Borkonica?) w 1187 roku. Stąd zatem wywiedziemy Borków, którzy w XIII wieku za sprawą Borka II przenieśli się do kasztelani kołobrzeskiej, a następnie do ziemi łobeskiej.

Być może jest też wart zgłębiania jeszcze inny ślad związku rodu z obszarem lucickim (wkrzańskim). Tkwi on może w relacji roczników klasztornych z Pegau koło Lipska z połowy XII wieku. Przedstawiono tam przodków fundatora klasztoru w Pegau (w 1092 r.), Wiprechta II z Grojcza (Groitsch), margrabiego Miśni. Otóż dziad Wiprechta II, Wolf (czyli Wilk, skandynawski Ulv, co oddawać może pomorskiego Borka) - któremu przekaz daje zgoła legendarnych germańskich przodków oraz matkę z dynastycznego rodu Norwegii, brata Świętobora, który miał syna Sambora - zdobył władzę nad Pomorzanami, lecz wypędzony stąd, zrobił karierę w Danii, potem opanował Białą Ziemię (Balsamorum regio, to kraj na północ od Magdeburga w Starej Marchii koło Stendalu), gdzie zmarł jako poganin. Młodszy z jego synów - Wiprecht I, osiadły w Białej Ziemi - pomny doznanej przez ojca od Pomorzan krzywdy, zbrojnie nawiedzał kraj tych barbarzyńców, a w szczególności miasto Posduwlc, co w mowie słowiańskiej oznacza "miasto Wilka" (id est urbs Wolfi, barbarica linqua dicitur). Kronikarz piszący w połowie XII wieku zapewnia nas, że o tym wszystkim wie z opowiadań tych, którzy o tym od innych słyszeli, również od biorących udział w wydarzeniach. Okres największej aktywności Wolfa-Wilka (= Borka?) przypadłby na lata 1000-1030; jego syna, postaci już na pewno historycznej, może na lata 1030-1060, a wtedy rzeczywiście znane są wyprawy niemieckie (saskie) na plemiona lucickie. Być może autor przekazu był Słowianinem, skoro chyba trafnie tłumaczył nazwę "Pasewalk" (w dokumencie z 1170 r. castro Pozdewolc) i tak wiernie zapisał pomorskie imiona "Świętobor" (Zuetibor) i Sambor. Imię pierwszego znane jest wcześniej - na początku XII wieku - z kroniki Galia Anonima. To krewniak Bolesława Krzywoustego, przez Pomorzan strącony z tronu około 1105 roku. Pierwszy znany Sambor - książę Sambor Sobiesławic (panował około 1180-1187, urodził się chyba w pierwszej połowie XII w.), prawie współczesny kronikarzowi z Pegau - władał wprawdzie na Pomorzu Nadwiślańskim, ale kto wie, może nosił imię zapożyczone z obszaru lucickiego przez jakieś małżeństwo dynasty gdańskiego. W bracie i bratanku Wolfa można zatem dostrzegać książąt czy wielmożów lucickich (wkrzańskich), skoro ponadto na tym obszarze koło Przęcławia (Prenzlau) w 1240 roku wzmiankowano o pewnej wsi Sambora (villa Samborii). Wprawdzie obszar lucicki, w tym wkrzański, w XI wieku nie należał do Pomorza, ale należał do księstwa zachodniopomorskiego już w czasach współczesnych autorowi roczników i być może w jego oczach również wcześniej był pomorski. Przekaz z Pegau znany był oczywiście w czasach nowożytnych rodowi Borków, który pielęgnował - oprócz famy o zupełnie fantastycznych przodkach w czasach cesarstwa rzymskiego! - tradycje o pochodzeniu od owego Wolfa. Ale impulsem była też bardzo stara rodowa tradycja. Borkowie bowiem pieczętowali się już w XIII wieku dwoma i trzema wilkami, a do tego Borko II swą nową siedzibę zamkową zbudowaną w Strzmielu łobeskim nazwał około 1282 roku Wulwesberg i nazwy tej używał czas jakiś na pieczęci (dominus de Wulwesberghe). Imię własne "Borko" zaś to słowiańska nazwa wilka, zatem świadomość rzeczywistego czy domniemanego pochodzenia od wilka-borka towarzyszyła rodowi już w XIII wieku. W tym miejscu warto przypomnieć i stare pomorskie porzekadło. Gdy chciano zaznaczyć zaawansowany wiek rzeczy (sprawy, osoby) mówiono: "To jest tak stare jak rodzina Borków".

Powróćmy jednak jeszcze do Przybysława Borkowica. Z imieniem "Przybysław" spotykamy się wśród panów pomorskich w 1189 roku i w pierwszej połowie XIII wieku. Przybysław Borkowic był w 1186 roku zapewne jeszcze młody, skoro mimo pochodzenia z ważnego rodu został umieszczony na podrzędnym miejscu na liście świadków czynności prawnych. Mógł to być pan kamieński Przybysław znany z lat 1212-1228, skoro w 1186 roku Borkowic wystąpił przy nadaniu dla kamieńskiej prepozytury uposażonej na wyspie Wolin; może zatem posiadał już dobra w rejonie ujścia Odry. W 1212 roku przy czynności księcia Bogusława II w Kamieniu, w 1215 roku przy czynności księcia Kazimierza II - wystąpił Przybysław de Kamyn; podobnie pewien Przybysław obecny był w 1219 roku w Kamieniu przy czynności księżnej dymińskiej Ingardy i w 1228 roku obok panów kamieńskich przy czynności Warcisława III dymińskiego. Ale w tych latach (1220-1235) wystąpili w źródłach też inni Przybysławowie - Przybysław ze Szczecina, Przybysław Biały (1234-1279) i Przybysław syn Henryka (kasztelana) z Uznamia (1218, 1235).

Nie można dotąd wskazać na bezpośredni związek filiacyjny Przybysława Borkowica z (3) Borkiem II, znanym w drugiej połowie XIII wieku. Ale że należeli do tego samego rodu, to pewne. Mogło między nimi istnieć jedno nieznane pokolenie. Ponieważ wśród najdawniejszych Borków łobeskich imię Przybysław się nie pojawia - a Przybysław z 1443 roku, jak sądzę, mógł być zapożyczony już w XV wieku z rodu Kleistów - G. Sello przyjął, że Przybysław zmarł bezpotomnie, a Borko II był synem jego domniemanego brata Jana I (Janika). Do tego posłużyło mu wyłącznie kryterium imionowe, bo starszy syn Borka II nosi to imię, widocznie nadane po ojcowskim dziadzie. Do hipotezy tej nie możemy przywiązywać wagi, nie wykluczymy zatem pochodzenia Borka II wprost od Przybysława Borkowica (syn, wnuk?). Zresztą w kręgu krewniaczym pana na Łobzie i Resku spotykamy imię "Przybysław". Współposiadacz Reska z Borkami, rycerz Widzienta (Vidante), znany z lat 1277-1308, brat Wencka (Wieńczysława?) z Uznamia (1256-1273), żonaty z córką niemieckiego rycerza pomorskiego Jana Romelo - miał synów Przybysława i Jana (1288); być może imiona zostały im nadane przez koneksje z Borkami.

 

ŚLAD WIELKOPOLSKI

W Wielkopolsce od drugiej połowy XIII wieku znamy ród Borkowiców. Borko z Psarskiego, syn komesa Wojsława z Gryżyny (1279) i bratanek komesa Borka, był ojcem Przybysława Borkowica z Sierakowa, zwanego Chocholcem, wojewody poznańskiego (od 1321 r.), starosty generalnego Wielkopolski (1321-1324), zmarłego w 1328 roku. Ten zaś był ojcem Borka z Grodziska, kasztelana międzyrzeckiego oraz słynnego konfederata (1352) Maćka Borkowica, wojewody poznańskiego (1346-1358) i starosty wielkopolskiego (1348), jakoby za uprawianie rozbojów ujętego przez króla Kazimierza Wielkiego i zamorzonego głodem w zamku olsztyńskim koło Częstochowy (1358/60). Gdy potem inny brat Maćka, Jan z Czaca (k. Śmigla w regionie kościańskim), przygotowywał bunt przeciwko królowi, został ujęty, skazany na śmierć i konfiskatę majątków. Donoszący o tym Jan Długosz dalej powiada, że syn Maćka uszedł wtedy do "Saksonii i Marchii Brandenburskiej", skąd "przez jakiś czas" dawał się we znaki Królestwu Polskiemu swymi najazdami, grabieżami, podpalaniem włości, dopóki nie zginął podczas takiej wyprawy w mieście Rozdrażów (k. Krotoszyna). W polskiej historiografii dotąd nie wyprowadzano przodków tych Borkowiców z Pomorza. Myślę jednak, że imiona "Borko" i "Przybysław" nie są u nich sprawą przypadku. Aczkolwiek brakuje jeszcze przesądzających przesłanek źródłowych do wywodzenia ich od Przybysława Borkowica z Poździwołku (Kamienia?), zgłoszenie przy tej okazji stosownej hipotezy nie wydaje się nieroztropne. Rzecz znamienna, że imię "Macko" (na niemczonym Pomorzu - Matzke) występuje od ostatniej ćwierci XIV wieku również w rodzie Borków łobeskich. Maćko I i Ulryk ze Strzmiela będą w tym czasie brać udział w wydarzeniach wielkopolskich, a cały ród łobeski z jakiegoś powodu około 1378 roku wojował ze szlachtą wielkopolską. "Saksonia" Jana Długosza to oczywiście brandenburska Terra Transoderana, zwana już od schyłku XIV wieku Nową Marchią. Śladów działalności syna Maćka w Nowej Marchii dotąd wprawdzie nie znajdujemy, możemy się jednak domyślać, że ten Borkowic schronił się u swych rodowców poza Nową Marchią, w Łobzie czy Strzmielu, już w księstwie słupskim. Być może śladem owej rozbójniczej działalności Borkowica w Wielkopolsce "przez jakiś czas" są słowa kroniki Jana z Czarnkowa pod rokiem 1378. 17 kwietnia przez nieostrożność piekarza cały Wałcz spłonął. Mieszkańcy nie śmieli odbudowywać domów i z obawy przed częstymi napadami pomorskich Borków przenieśli się w inne miejsca. Dlatego starosta generalny wielkopolski (1377-1382) Grzymalita Domarat z Pierzchna (z Iwna) wkraczał niejednokrotnie z wojskiem do ziemi tej szlachty pomorskiej, paląc i pustosząc w niej wiele wsi i warownych zamków. Dlaczego Borkowie z ziemi łobeskiej w księstwie słupskim pozostawali w konfliktach ze szlachtą wielkopolską, ciągle jeszcze nie sposób dociec. Być może nowe badania nad tym rodem, uczestniczącym i wcześniej, w czasach Kazimierza Wielkiego, w polskich wydarzeniach - pozwolą rzucić jakieś nowe światło na sprawę. Kto wie, czy ów syn Maćka nie pozostawał nawet w związku krewniaczym z Borkami pomorskimi. Nie znamy dotąd ojca Maćka ze Strzmiela, urodzonego wkrótce po śmierci polskiego wojewody. Do tego wszystkiego wielkopolski ród Borkowiców także umieszczał wilka w swym herbie Napiwon. Jan Długosz powiada bowiem, że ród wojewody Maćka używał jako herbu głowy jelenia z rogami wzniesionymi do góry i wilka między nimi. Długosz mógł widzieć taką pieczęć. Zwłaszcza na jednej ze znanych pieczęci Maćka i jego krewnego Józefa z Grodziska widać pomiędzy rogami jelenia coś drobnego, niewyraźnego, w czym wolno dopatrywać się wilka. Do tego herb Gryżyna (Gryzina, Borek) lub Lupus (łacińska nazwa wilka), przeniesiony z Pomorza do Wielkopolski, był w XIV-XV wieku znakiem Borków-Gryżyńskich wielkopolskich koło Kościana i wyobrażał trzy wilki jeden nad drugim zwrócone w lewo, identycznie jak trzy, czasem dwa wilki pomorskich Borków.

Był też ród Borków pomniejszych, rozsiadły w ziemi choszczeńskiej i w księstwie szczecińskim, znany od połowy XIV wieku. W Stradzewie koło Choszczna w 1337 roku lenno miała rodzina Berken; w 1352 roku posiadła na wieki od Wedlów z Krępcewa wieś Bralęcin (dziś gm. Dolice). Imiona oraz inny herb nie pozwalają określić jej pochodzenia czy pokrewieństwa z Borkami łobeskimi. Dla odróżnienia określamy tą rodzinę jako "Borkowie II".

 

KASZTELAN BORKO II PAN ŁOBZA I ZIEMI ŁOBESKIEJ

Ziemia kołobrzeska po 1220 roku była podzielona pomiędzy kuzynów, książąt Barnima I i Warcisława III. Pierwszy sprzedał swą część biskupowi Wilhelmowi w 1248 roku. Rycerz (miles) Borko był kasztelanem Warcisława w tej drugiej, zachodniej połaci ziemi (kasztelanii). Wystąpił 3 marca 1251 roku w Kołobrzegu jako świadek przy zwolnieniu tamtejszej kolegiaty z podatków z salin kołobrzeskich, od 1253 roku wielokrotnie widzimy go przy czynnościach prawnych jako kasztelana, zwanego też burgrabią kołobrzeskim. Już w 1260 roku wraz z synami (heredum suorum) udzielał konsensu dla czynności biskupa Hermana dotyczącej wsi Gościno. Po śmierci Warcisława III (1264) spotykamy go nadal przy czynnościach Barnima I i biskupa Hermana. Po raz pierwszy jako pan Łobza (dominus de Lobis) wystąpił 16 sierpnia 1271 roku. Tu zbudował siedzibę zamkową, osadzie nadał miejskie prawa. W 1277 roku wraz z Kazimierzem Świętoborzycem, jako dotąd wraz z nim burgrabia na zamku kołobrzeskim, został upoważniony przez księcia do wyznaczenia granic (drugiej połowy) ziemi kołobrzeskiej, sprzedanej w 1276 roku biskupowi Hermanowi. Występując nadal przy czynnościach biskupa, Barnima I i jego syna Bogusława IV, znów w 1280 roku został powołany wraz z rycerzami Janem Romelo i Ludolfem z Lesian do wyznaczenia granicy pomiędzy biskupią ziemią Lipie (Arnhausen) a ziemią świdwińską margrabiego brandenburskiego Albrechta III. Nad potokiem (strumieniem) Strzmiele (Strahmel) około 1282 roku, tytułując się dominus in Wulvesberghe, zbudował zamek "Wilczy Gród" (Wulvesberg). Wraz z synami około tego czasu lokował nowe miasto Resko. Dalej występuje już zwykle z dorosłymi synami, po raz ostatni 14 maja 1287 roku z określeniem senior ("starszy", widocznie dla odróżniania od dorastającego wnuka). Zmarł jeszcze tego roku, bo od tej pory przy czynnościach prawnych występują tylko synowie, a jako zmarły wspomniany został przez biskupa Hermana 28 lutego 1288 roku.

Z dokumentów poznajemy różne włości Borka w ziemiach kołobrzeskiej, białogardzkiej i bobolickiej. W 1260 roku z synami udzielał konsensu na czynność biskupa Hermana dotyczącą kościoła parafialnego w Gościnie koło Kołobrzegu (wcześniej wsi joannitów); nieodgadnioną osadę "Haken" nadał w 1283 roku mniszkom z Kołobrzegu, fundując w ich kościele klasztornym komemoracje (żałobne nabożeństwa) w intencji swojej, żony, rodziców (przodków), dzieci (puerorum) i swych krewnych czy powinowatych (et ceterorum nostrorum amicorum). Zieleniewo koło Kołobrzegu sprzedał miastu Kołobrzeg, stoczywszy o nie wcześniej ostry spór (1285-1286); klasztorowi cystersów w Bukowie Morskim nadał dwie wsie Ubiedrze (Uberedere) koło Kurowa na wschód od Koszalina w ziemi bobolickiej. Posiadał Siemyśl koło Kołobrzegu, opuszczone Scheterow koło Nosowa w rejonie Koszalina. W 1280 roku był przy transakcji Koszalina dotyczącej wsi Bork koło Kołobrzegu, która - rzecz jasna - jemu zawdzięczała nazwę. Udział w akcji odzyskania ziemi sławieńskiej przez Barnima I w 1266 roku widocznie zaznaczył się w posiadaniu tam potem wraz z panem sławieńskim Biesprawem wsi Borkowo koło Sławna. Do tego w 1282 roku, chociaż od pewnego czasu pan na Łobzie i "Wilczym Zamku" (Strzmielu), na pieczęci używa tytułu de Vressow - zatem "z Wrzosowa" kołobrzeskiego nad Parsętą, widocznie czas jakiś będącego jego siedzibą, gdy pełnił urząd w Kołobrzegu. Trudno rozstrzygnąć, czy były to dobra odziedziczone po przodkach, czy otrzymane za długoletnie pełnienie funkcji urzędniczych. To drugie wydaje się pewniejsze. Rozproszonych po kasztelani posiadłości potem się wyzbywano, podczas gdy ziemia łobeska stała się na wieki centrum zasiedlenia i źródłem potęgi, ale jeszcze długo Borkowie zachowali związki majątkowe z obszarem kołobrzeskim.

Imiona synów Borka, a także różnica wieku pomiędzy dwoma starszymi i najmłodszym Mikołajem - stały się przyczyną hipotezy o dwóch małżeństwach Borka II, przy czym druga żona miała być córką jakiegoś Mikołaja.

 

SYNOWIE BORKA II

Już wyżej wzmiankowano powoływanie się Borka II na konsens "dziedziców" w 1260 roku, widocznie synów dorastających do czynności prawnych. Około 1280 roku wraz z ojcem lokowali miasto Resko na prawie niemieckim. Przy czynności 11 stycznia 1282 roku, opieczętowanej przez Borka II jako "z Wrzosowa", wystąpili jako pasowani rycerze jego synowie Jan i Jakub, poprzedzając famulów - nie pasowanych przedstawicieli rodu rycerskiego (giermków) - w tym hrabiego Ottona von Eversteina, pana na Nowogardzie. Jan zmarł już przed 13 maja 1283 roku, gdyż tego dnia Borko II przy rodzinnej fundacji komemoracyjnej w kołobrzeskim klasztorze żeńskim wystąpił z synami, Jakubem i młodszym Mikołajem określonym jako domicellus. Prawdopodobnie właśnie niedawna śmierć starszego syna była tego nadania powodem bezpośrednim. Ponieważ połowę Reska posiadał w 1288 roku rycerz Widzienta (Vidante, Widanta) I (zmarły 1302/1308), syn Widanty, brat Gnieomara i Więcka, i to nie tytułem lenna, lecz jako alodium (dominus in Regenwolde), kiedy z synami Przybysławem i Janem (imiona przejęte od Borków?) potwierdzał miastu przywilej miejski nadany przez zmarłego już Borka II i jego synów Jana i Jakuba - to zgłoszono hipotezę o nabyciu jej przez małżeństwo z córką (7) Borka II, zwłaszcza skoro wraz z Jakubem miał on też Siemyśl (1294).

Wiele cennych informacji dostarcza czynność dokumentowa rycerza Jana Romelego z 11 sierpnia 1290 roku. Z konsensem swych amici et heredes: zięciów (genero) Widanty, Jakuba zwanego Borke i jego brata Mikołaja, oraz swych synów: Egberta, Zabela i Jana - sprzedawał klasztorowi cystersów w meklemburskim Doberanie wsie Gościno i Gościnko koło Kołobrzegu, przy czym powołano pieczęć Jakuba Borken i Widanty. Po pierwsze, mamy tu pierwszy dowód nabrania przez imię własne "Borke", "Borko", charakteru nazwiska rodu (Borkonen, potem niem. Borcke i to z partykułą von!). Podobnie w 1297 roku zostanie określony Mikołaj (N. Borko). Po drugie, za Robertem Klempinem (1876) można przyjąć, że i Jakub był dwukrotnie żonaty. Jego syn Borzęta (Borante) wyraźnie przemawia za przeniesieniem imienia z rodu rugijskiego z Podburza (Putbus), gdzie występuje ono wcześniej i później. Jakub miałby około 1270 roku poślubić córkę Borzęty III z Borantenhagen (1249-1285), przez związki z nim kasztelana Borka II po zajęciu w 1270 roku ziemi sławieńskiej przez Wisława II księcia Rugii. Po jej śmierci Jakub widocznie poślubił córkę Jana Romelego. Korygując ewidentny błąd Klempina, że znane potomstwo Jakuba pochodziło z drugiej żony, hipotezę z wątpliwościami podtrzymał badacz rodu panów z Podburza, Dietrich Kausche (1937 r.). Jan Romele (von Rahmel) jest dobrze znany. Przedstawiciel niemieckiego rycerstwa napływowego z okolic Lubeki, syn zmarłego w 1256 roku Egberta z Lesian (Lassan) i Gerburgi, długie lata pozostawał w otoczeniu Barnima I, po 1278 roku - Bogusława IV. Około 1280 roku, mając lenna w ziemi białogardzkiej i kołobrzeskiej biskupa Hermana, podobnie jak Borko II związał się ze stronnictwem probrandenburskim i z synami z pierwszego małżeństwa od tej pory częściej przebywał w otoczeniu margrabiów askańskich niż na Pomorzu. Przed 23 marca 1281 roku poślubił Mirosławę, wdowę po drugim kasztelanie kołobrzeskim Kazimierzu Świętoborzycu, potem osiadł w dobrach białogardzkich (Lipie), gdzie żył do 1302 roku.

Bracia Jakub i Mikołaj Borkowie z Łobza około 1295 roku nadali cysterkom koszalińskim parafię w Dygowie z czterema łanami. Jakub I zmarł już przed 18 lutego 1295 roku, kiedy Wisław, biskup elekt kamieński, wzmiankował go jako "byłego" (quondam) pana na Łobzie z bratem Mikołajem. Miasta, zamki i ziemie Łobez oraz Resko w akcie podziałowym Księstwa Pomorskiego z 12 lipca 1295 roku zaliczone zostały do dzielnicy wołogoskiej (Wołogoszcz - Wolgast) Bogusława IV.

Mikołaj I w 1297 roku jako pan Łobza (domicellus in Lobese) - sądząc z tego określenia, zapewne więc pozostający bez pasa rycerskiego - z konsensem swego bratanka (patruelis) Borka III czynił nadanie w swej wsi Siemyśl koło Kołobrzegu. Ponieważ bratanek użył pieczęci z zaznaczeniem Strzmiela jako głównej posiadłości, narzuca się wniosek, że doszło już do podziału dóbr; starsza linia Jakuba posiadła Strzmiele i Resko, młodsza - Mikołaja - zatrzymała Łobez. Nie oznacza to jakiegoś trwałego podziału dóbr; klan posiadał je bowiem "do wspólnej ręki". Przecież w 1348 roku Jakub z linii starszej potwierdzał miastu Strzmiele prawa lubeckie, powołując się na nadanie ich ongiś przez Mikołaja - zatem tylko Mikołaja I. Nie można więc, jak czynił to Sello, z faktu posiadania siedziby wysnuwać przed XV wiekiem wniosków o przynależności osobnika do linii rodowej jako rzeczy pewnej. To skomplikuje nam znacznie bardziej niż jemu konstruowanie linii rodowych.

Śladem ojca z lat około 1280-1283, Mikołaj z rodowcami uznał posiadłości łobesko-resko-strzmielskie za lenno margrabiów brandenburskich. W 1297 roku - najpóźniej 30 marca - Borkowie: Mikołaj zwany Borko i (bratanek) Borko z braćmi - otrzymują (recepimus) od margrabiów brandenburskich w lenno swą dotąd od dawna trzymaną tytułem własności posiadłość po ojcu i przodkach (bona nostra [...], que patres nostri, et progenitores nobis hereditaverunt et rite et legitime possiderunt in omnibus finibus terminorum, quaemadmodum antiquis temporibus habuerunt), która znajduje się we władztwie margrabiów. Błędnie uznano, że skoro Borkowie od XII wieku siedzieli na Pomorzu, otrzymali teraz posiadane od dawna marchijskie lenno, znajdujące się zatem tylko w Nowej Marchii. To wniosek fałszywy, bo w Nowej Marchii nie mieli posiadłości. Lennem stały
Dobra Borków
się ich posiadłości nad Regą. Po zabiciu Przemysła II wielkopolskiego w lutym 1296 roku, Askańczycy, od 1231 roku lenni zwierzchnicy księstw pomorskich z woli Rzeszy Niemieckiej, wdarli się w rejon górnej Drawy między Reczem i Świdwinem kosztem księstwa wołogoskiego Bogusława IV pozostającego w sojuszu z Przemysłem. Bogusław utracił też przejściowo wschodnie połacie ziemi stargardzkiej (ziemię wapnicką - terra Ravenstein). Dla umocnienia swego panowania w świeżym nabytku, w marcu 1297 roku margrabiowie założyli nowe miasto Drawsko. Borkowie, znajdując się pod presją marchijską, niekoniecznie dobrowolnie, przeszli na stronę margrabiów. Pozostali nadal w księstwie wołogoskim. Podobnie postąpią Święcowie z ziemi słupsko-sławieńskiej, uznając w Lędowie w 1307 roku margrabiów za swych panów lennych, chociaż dotąd pozostawali pod panowaniem księcia Władysława Łokietka.

Mikołaj, od 1302 roku wzmiankowany jako rycerz pasowany, ostatni raz wystąpił w roku 1311 przy czynności księcia wołogoskiego Warcisława IV, syna Bogusława IV.

Cdn.

 

Edward Rymar



Za zgodą autora, na prawach rękopisu, przedruku dokonujemy z PRZEGLĄDU ZACHIODNIOPOMOSKIEGO.

dziękujemy pkl "Łabuź"

 

Dorota Ryst

LEKCJA JĘZYKA

- wiesz -

język w teorii Chomsky'ego

jest traktowany jako pewien

schemat operacyjny

służący do generowania

zdań

 

- zaś -

według Sapira i Whorfa

nie ma języków bardziej lub mniej doskonałych

każdy bowiem jest wyrazem określonego

widzenia i pojmowania świata

 

tak moglibyśmy

rozmawiać

o różnych aspektach współczesnego językoznawstwa

 

jednak

kiedy twój język

dotyka miękkości mojej skóry

kiedy mój język

bada szorstkość twojego policzka

kiedy nasze języki

opowiadają sobie

smak

 

nie ma zdań

słów

tylko

krzyk

pęknięty na sylaby

 

z nich

odtwarzamy

język

starszy

niż praindoeuropejski

 

marzec 2003
Dorota Ryst

 


KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między zaprzyjaźnionymi pisarzami. Na naszych łamach od października 1998 roku korespondują: zamieszkały w Podkowie Leśnej Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób z Kołobrzegu.

 

Dziękujemy - pkl "łabuź"



 

Podkowa Leśna, 24.02.2004

 

Lechu,

masz rację, że ta nowoczesność idzie za daleko. Ludzie nie radzą sobie z telefonami komórkowymi, potrafią co najwyżej zatelefonować, a o SMS-ach mowy nie ma. Wystarczy, że mają ponad pięćdziesiąt lat. Tymczasem zwariowani przedsiębiorcy kombinują, jak jeszcze bardziej to wszystko skomplikować. Nie umieją się pohamować. Najlepszym przykładem jest ten z Microsoftu, jak mu tam, Gates. Podobno nie wytrzymał w domu, w którym wszystko działa automatycznie i wyniósł się do chaty. To rozumiem, ale nie wiem, czy on rozumie. Teraz właśnie piszę na komputerze, który ma system tak powikłany, że sam diabeł nie rozwikła. To się nazywa Windows XP (nazwa handlowa zastrzeżona przez Microsoft Corp., tu użyta tylko w celach informacyjnych). Uprzedzam Cię na wszelki wypadek, że coś takiego jest, bo na pewno Cię czeka przesiadka i poczujesz się bezradny. Numer polega na tym, że faceci z Redmond (koło Seattle, byłem tam w 1987) dostali polecenie wprowadzenia możliwie jak największej liczby utrudnień dla wirusów, włamywaczy komputerowych itd., a zrobili je głównie dla zwykłych użytkowników. Nic tu nie działa normalnie. Trzeba doskonale się orientować w dziesiątkach opcji i tzw. rejestrze, a nie jest to łatwe, bo system z angielskiego na polski tłumaczyli jacyś informatycy. Jakie jest moje zdanie o wykształceniu ogólnym tej grupy zawodników, wiesz dobrze, więc nie będę się rozwodził, ale jedno jest pewne: znają języki programowania, z założenia ubogie semantycznie, a polskiego wcale. Jeśli w komputerze pojawia się okienko z wyborem: "Wstrzymaj, zatrzymaj, wyloguj się", to naprawdę nie wiadomo, co wybierać. Jaka jest różnica między wstrzymaj i zatrzymaj? W życiu to ja wiem, ale tu - nie zgadnę. Musiałem sprawdzić i w końcu się okazało, że wstrzymywanie jest niezdrowe, a zatrzymywanie niebezpieczne.

Więc najzupełniej Cię rozumiem z tymi wirusami. Ale niestety niepotrzebnie otwierałeś załącznik do e-maila, mimo że nadawca podał mnie jako wysyłającego. Właśnie tak te wirusy działają. Pobierają adresy z zestawu znajdującego się na komputerze, do którego się dostały, i stamtąd wysyłają, podszywając się pod różne osoby. Przypominam zatem, że obowiązują następujące zasady (ciagle muszę Cię w tej materii czegoś uczyć):

1. Jeśli treść listu albo tak zwany temat budzą cień Twojego podejrzenia, to list z załącznikiem należy skasować bez sprawdzania, co to za załącznik. Zdarza się, że wirusy po prostu nie podają żadnego tekstu albo jakiś bełkot w rodzaju "To wiadomość tylko dla ciebie". Czasem warto zawiadomić nadawcę, że się dostało od niego taką przesyłkę i że się ją wyrzuciło. Przyzwoitość każe.

2. Jeśli wysyłasz do kogoś załącznik, np. zdjęcie, ruchomy obrazek itp., to Twoim obowiązkiem jest podać w treści listu informację, która odbiorcę upewni, że to na pewno od Ciebie. (A nie robisz tego i za to Cię ganię!) Jeśli list wyda mi się podejrzany, to wymiotę go do kosza. Ostatnio tak zrobiłem z listem adresowanym przez Ciebie.

3. Miej na podorędziu dobry program przeciwwirusowy. Na szczęście nabyłeś taki, ale wspominam na wszelki wypadek. Niestety programy te nie zawsze radzą sobie z dialerami.

Tymczasem w Microsofcie (nazwa opatentowana, podana tylko w celach informacyjnych) dalej się męczą i co tydzień wysyłają do użytkowników ich wspaniałego produktu (teraz wszystko to produkt; nawet kredyt bankowy jest produktem) tak zwane łaty, które tworzą ludzie Gatesa, ilekroć pojawi się nowy wirus, który znalazł tak zwaną dziurę w systemie. To znaczy wykombinował, jak się dostać do Twojego urządzenia. Zdobyłem się na wydatek i kupiłem antywirusa oraz zaporę ogniową, która chroni tak zwane porty w komputerze. Na ile, nie wiem, ale co jakiś czas i tak muszę przeszukiwać rejestr i katalogi (tak zwane foldery), bo niektóre strony internetowe potrafią przemycić tak zwanego konia trojańskiego. Co to takiego, już wiesz, na wszelki wypadek przypominam, że Homer by się zachwycił, gdyby się dowiedział, że jego bohater uzyskał sławę światową. Ludzie, którym się troi w oczach, dobrze wiedzą, skąd się wzięła ta pijacka nazwa. Ale to inna bajka.

Właśnie wczoraj z bardzo przyzwoitej strony o kotach (chów i rozród w nowoczesnej rodzinie) przedostał się na moje dyski niewinny programik "manage.exe". Narozrabiał sporo, ale że mam zwyczaj naciskać kombinację klawiszy CTRL+ALT+DEL, szybko go złapałem. Przeszukałem dyski i znalazłem drania. Nie usunąłem od razu, najpierw tylko zmieniłem mu nazwę (do rozszerzenia dodałem trzy iksy: "manage.exexxx"), bo nie byłem pewien, czy nie jest potrzebny w systemie. Nazwę miał dość windowsową. Po naciśnięciu tych klawiszy ukazuje się okienko, w którym widać, jakie programy są akurat czynne. Warto często to robić, żeby się nauczyć, co zwykle w Twoim komputerze powinno chodzić normalnie. Tym razem zauważyłem nienormalną nazwę wspomnianej tak zwanej aplikacji "manage.exe". Okazało się, że jest to tak zwany dialer, to znaczy programik, który za mnie próbuje się połączyć z Internetem. Może wyczyniać różne rzeczy, ten na przykład wprowadzał na strony z seksem dla pedofilów. Ale zdarzyło mi się, że jakiś program tego typu wysyłał kolejno pliki tekstowe z moich dysków (do kogo, nie wiadomo). Nic nie niszczył, tylko systematycznie wysyłał, kiedy byłem połączony z tak zwaną siecią globalną. Wychwyciła go wspomniana zapora ogniowa.

Więc uważaj na te konie. Podsumowując, w związku z wyginięciem szewców i krawców, zrobiła się luka i na ich miejsce wskoczyli informatycy. Każdy musi mieć swojego chłopca komputerowca, który w razie awarii pogrzebie w komputerze i wyleczy. Z konieczności jako człowiek z ubocza czytam literaturę popularnofachową z tego zakresu i jestem komputerowym szewcem amatorem. Na wszelki wypadek sporządziłem sobie dysk ratujący, co raz mi się bardzo przydało, a wszystko co istotne raz na tydzień nagrywam na CD. Też się przydało. Pisarz musi mieć te zabezpieczenia, sam wiesz, mocne zamki w drzwiach już nie wystarczają. Poczta zwykła - pocztą bezpieczną! (Nie rozgłaszaj tego hasła, bo mam zamiar na nim zarobić w Poczcie Polskiej S.A.). A poza tym: nie ma jutra bez komputra (możesz rozgłaszać, bo to slogan znany i na tym na pewno tylko bym stracił).

Jak odebrałeś "Opaskę gazową"?

Trzymaj się -
Piotrek Müldner-Nieckowski



 

Kołobrzeg, dnia 2 marca 2004 r.

 

Witaj Magu Komputerowy!

 

Nowoczesność za daleko idzie? Niejasno się wyraziłem. Pędzi przede wszystkim za szybko. W tym sensie, że psychicznie (i mentalnościowo) za nimi nie nadążamy. Nowinka goni nowinkę, gadżet przegania gadżet (np. najnowszy: składająca się z ciekłokrystalicznych wyświetlaczy "książka" Panasonic Sigma Book) - zbyt rozległe i gwałtowne to zmiany. Brak czasu na oswojenie i przetrawienie, brak wreszcie w tej przestrzeni czasu na refleksję w ludzkim, a nie w zrobotyzowanym rytmie. Rodzą się też pytania o sens przemian ugruntowanych wartości. O błądzenie w coraz bardziej "obcym" świecie. To sprawa grubsza, być może warta rozpatrzenia w kategoriach mitu o Minotaurze, labiryncie i nici Ariadny.

Lecz dość uogólnień. W konkretnych, bieżących sprawach uspokoiłeś mnie. Dzięki. Ten antywirusowy program (Norton AntiVirus 2004) rzeczywiście działa. Skanuje przychodzącą i wychodzącą pocztę, samodzielnie pobiera aktualizacje bazy wirusów. Zdążył już z dwóch opresji uratować. Tyle, że licencja programu nie przekracza roku i później zmuszony będę do wykupienia uzupełniających subskrypcji.

Co do Windowsa XP, bez obaw. Jadę na Windowsie 98. Mam też oryginalnego Worda 97. Nowsze wersje pozostają tylko nowszymi wersjami. Po cholerę mi bajeranckie wodotryski? Do pisarskiej roboty (i obracania pocztą elektroniczną) wystarczy to, co mam. Traktuję komputer po prostu, niemal wyłącznie, jako lepszą maszynę do pisania. Surfowanie nuży, na czaty nie mam czasu, a czytać wolę na papierze.

Nie chciałbym bowiem skończyć jak Ty - militarysta. Stawiając zaporę ogniową. Swoją drogą ciekaw jestem, gdzie te karabiny maszynowe zainstalowałeś. Po jednym przy domu i wejściu do sieci? Ha!

 

Mój drogi już wkrótce obywatelu Europy dwóch prędkości, trzech głębokości i czterech kierunków - ostatnio co innego przykuło moją uwagę. Niesamowita degradacja poziomu życia społecznego. Mimowolnie obserwuję to na szczeblu lokalnym.

Na początku lat dziewięćdziesiątych, zniesmaczony radosnymi poczynaniami nowych władz, w jednym z regionalnych dzienników ogłosiłem obszerny artykuł pt. "Czkawka kołobrzeskiej kultury". Wtedy była to tylko czkawka. Dziś, po kolejnych 10 latach, jałowienie przybrało rozmiary monstrualne. Była jedyna sala teatralna w kinie "Kalmar" - zlikwidowano. Były głośne w środowiskach melomanów Kołobrzeskie Wieczory Wiolonczelowe, przekształcone później w Kołobrzeskie Wieczory Kameralne (występowali Konstanty Kulka, Wanda Wiłkomirska i inni) - zlikwidowano. Była znacząca w kraju doroczna nagroda literacka (za książki o tematyce marynistycznej) im. M. Borzymowskiego -zlikwidowano. Przykłady mógłbym mnożyć. A miejsce elementów kultury wysokiej zastąpiło co? Jakieś przytupy na heblowanych deskach, jakieś klezmerskie imprezy w rodzaju "Torzewski i przyjaciele". A o kulturze decyduje kto? Grupa niewydarzeńców mylących nie tylko Platona z Plotynem, lecz nawet konfiturę z koafiurą. A i u miejskich radnych nie lepiej. Kultura tam stoi w katalogu spraw księżycowych.

Może jestem odrobinę niesprawiedliwy, bo jakieś ruchy robaczkowe jelit miasta ostatnio widać, ale znów ta obawa, że w tych jelitach kolejne tasiemce się zalęgną...

Zatem, jeśli i w kraju sprawy podobnie wyglądają, nie dziwię się rosnącemu przygnębieniu twórczych środowisk. Demon komercji przestał już tylko straszyć, teraz i pożera.

Tak, tak, Przyjacielu, pewnie zastanawiasz się skąd u mnie, duchowego "wyspiarza", podobne reakcje. Sam się sobie dziwię. Czasem to dopada, gdy wynurzę łeb na zewnątrz.

 

Wolałbym porozmawiać o akurat powracających kluczach dzikich gęsi. Lub o trociach w Parsęcie. Na spotkania z nimi wróciła oskoma. Bo znów miałem tęskny sen o Norwegii, gdym to w fiordach łowił dorsze i czerniaki. Biorę trochę urlopu. Marzec sprzyja spinningowym potyczkom. Kelty już praktycznie zeszły. Zaczynają wchodzić srebrniaki. Nażarte w morskich głębinach i pełne energii. Pozostaną w rzece do tarła. Też łososia od jakieś czasu można trafić. Przeto ostrzę kotwiczki, smaruję łożyska kołowrotka, wymieniam żyłkę na świeżą.

Skoro o rybach mowa. Od najbliższego numeru "Rzecz Kołobrzeska" rozszerzy się o osiem stron (czyli łącznie będzie 24). Przybędzie między innymi nowy dział - poświęcony wędkarstwu. Ciekaw jestem, jak odbierzesz, w końcu także "wędarz", choć incydentalny.

 

Pytałeś ostatnio o lektury. Leksykograf z Ciebie, to pewnie nie zaskoczę. Lecz wspomnieć o tym muszę. Bardzo ukontentował "Wypasiony słownik najmłodszej polszczyzny"*. Zawiera poszerzone wersje haseł publikowanych co tydzień na łamach "Dużego Formatu". Czyta się świetnie. Wiele terminów znałem, ale jest też kilka nowych dla mnie. I zabawnych. Na przykład "wczuwka", "telepator", "muka" czy "kserobój". Nie sposób odmówić temu pomysłowości i dynamizmu językowego. Żywot podobnych wynalazków bywa krótki, za to barwny.

Jeszcze coś. Pamiętasz może - wspominałem o tłumaczeniu na francuski "Błękitnych śniegów" P. Bednarskiego. Przekładu dokonał Jacques Burko - m.in. translator Zbigniewa Herberta i Jerzego Ficowskiego. Sprawa przesunęła się w czasie, bo wydawca chciał połączyć paryską promocję z majowymi Dniami Kultury Polskiej. Organizatorem jest Polski Instytut Literacki na Rzecz Kultury Europejskiej przy Sorbonie. Piotr właśnie trzyma w garści jaskółkę.

Razem z listem ślę ostatni numer "Rzeczy K.", gdzie więcej szczegółów. Temat trafił na jedynkę, bo dla pomorskiej prasy to duży news.

 

Mój Drogi - i o Twojej książce***. Zdaje się mailowałem. Może ten list skasowałeś w elektronicznej poczcie? Poemat, choć w wersji okrojonej, znałem wcześniej z "Ludzkiego wynalazku". Warto było opublikować całość odrębnie. To ma sens. I kształt edytorski godny treści. Jednak mnie najbardziej zafascynował Twój etyczny spór z Anną Kamieńską, o czym wspomina w posłowiu Anna Federek. Za mało między poetami o podobnych sprawach się rozmawia.

No i te niesamowite perypetie utworu powstałego jeszcze w 1971 roku! Od publikacji prasowych, przez cenzurę, po przepychanki wydawnicze. Sucha opowieść, gorąca w wydźwięku.

Trafiony jest też cytat opinii Krzysztofa Nowickiego, umieszczonej później w "Dzienniku krytycznym"****. Chyba jako jeden z pierwszych krytyków poznał się na Twojej poezji.

Teraz, jak słyszę, poematem zainteresowała się Wanda Skalska.

Na koniec, gdy o krytykach mowa. Pamiętasz może Mirosława Lalaka? Pięć lat po jego tragicznej śmierci opublikowano tom "Niepokojąca reszta"*****. Z zapomnienia wyłoniła się m.in. jego recenzja o mojej mikropowieści "Romsky" (Wyd. Literackie 1984), publikowana onegdaj w "Nowych Książkach".

Jak to niektóre teksty wędrują w czasie i przestrzeni!

Z uściskiem płetwy -

 

Tfuj Pszyjaciel Morski Słoń

 

Ps. Pytałeś jeszcze o losy "Drapieżców". Niedawno nadeszło z wydawnictwa zestawienie liczbowe. Sprzedaż w trzecim roku od ukazania się powieści mocno siadła. W ciągu dwunastu miesięcy 2003 zeszły raptem 33 egzemplarze. Swój niezaprzeczalny udział w jej "powodzeniu" miały pisma literackie. Żadne nawet jednym zdaniem nie zająknęło się o książce. Mocno mnie to ubodło, ale żyję dalej.

 



*Bartek Chaciński "Wypasiony słownik najmłodszej polszczyzny", Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2003
** Piotr Bednarski "Les neiges bleues", Wydawnictwo AUTREMENT, Paryż 2004
*** Piotr Müldner-Nieckowski "Opaska gazowa. Poemat dyżurny", Dom Wydawniczy ROGOŻA, Piece 2003
**** Krzysztof Nowicki "Dziennik krytyczny", Krajowa Agencja Wydawnicza, Gdańsk 1981
***** Mirosław Lalak "Niepokojąca reszta. Szkice krytyczne", Wydawnictwo 13 Muz, Szczecin 2004

 


Monika Djakowska

MANIFEST SAMOTNYCH

My - samotni - nie boimy się

strachu.

Często odkrywamy mniej lub bardziej kaloryczne

substytuty rozpaczy

i prawdą jest to, że czasem

ciągniemy swój cień

na smyczy.

Jesteśmy zaprzyjaźnieni z ulicami i domami, których

martwa niejako neutralność wypełnia pustkę

wytworzoną przez niechęć i oziębłość.

Ale nie mamy smutnej powierzchowności

złośliwego kaleki, który nienawidzi otoczenia -

za jego normalność.

Wiemy, że cena szczęścia jest niższa

od jego wartości rynkowej,

bo szczęście jest jak wstawiona szczęka -

pasuje tylko do jednego człowieka.

 

Monika Djakowska



Monika Djakowska (rocznik 84), mieszka w Kołobrzegu. Studiuje pedagogikę socjalną i profilaktykę uzależnień w Bałtyckiej Wyższej Szkole Humanistycznej w Szczecinie. W 2003 r. Otrzymała III nagrodę w VII edycji konkursu literackiego "O Bursztynowe Pióro".

Dziękujemy pkl. "Łabuź"

 

Oskar Szwabowski

CZAS DOROSNĄĆ, DROGI CHŁOPCZE

Dziś jest twój dzień! Mówiło wesoło radio akompaniując porannym czynnościom. Filip nalał wody do szklanki. Był już ogolony i wymyty, garnitur znanej firmy prezentował się idealnie. Monika krzątała się jeszcze w łazience. Jak zawsze musiała wyglądać ładnie. To była jej praca, za to płacili turyści, między innymi. Zboczeńcy, pomyślał Filip. Wlepiają, aż do wytrzeszczu, oczy miedzy piersi, liżą aksamitne uda, napawając się jędrnością ust, zamiast słuchać tego, co mówi. Zresztą, pewnie by i tak nic nie zrozumieli. Szef wiedział, że napływający codziennie tłum konsumentów przychodzi tylko po to, by móc się pochwalić znajomym, że widzieli, że byli w Muzeum Umarłych Kultur, a ci, co chcą uchodzić za intelektualistów, zacytują tekst z ulotki, który wykuli w drodze powrotnej. Dlatego Monika dostała tą pracę. Nie była specjalistką, ale była piękna. Jej uroda aż onieśmielała. Na pierwszym spotkaniu nie mógł wykrztusić słowa. Bełkotał gapiąc się w biały trójkąt serwetki. A potem, gdy zobaczył ją nagą, nie wytrzymał i spuścił się w spodnie, nim przeszli do konkretów. Z czasem objawy zaczęły ustępować, co nie znaczy, że spowszedniała. Dochodziła siódma. Jasny horyzont rozpościera się przed Tobą, kontynuowało radio. Mężczyzna uniósł brwi ze zdziwieniem. Chyba ich trochę poniosło. Ale i tak podziwiał determinację, z jaką codziennie starali się wykrzesać jak najwięcej pozytywnej energii z ludzi. Zresztą nie ma co się dziwić, pomyślał Filip odstawiając szklankę, w takiej sytuacji...

- Kochanie...

- Zaraz będę gotowa - Monika wyłonił się z łazienki. Bujne, czarne włosy opadały na smukłe ramiona. Obfite piersi sympatycznie kołysały się niemal niezauważalnie. - Dzisiaj będzie grupa honorowa z Wysp, więc wiesz.

- To oni podróżują?

- To pierwsza wyprawa. Najprawdopodobniej sami naukowcy. Sam Szef będzie ich oprowadzał, a ja mam towarzyszyć, wiesz, robić dobre wrażenie.

- Ludzie z Wysp, powiadasz...

- Prasa nie ma wstępu - zaśmiała się. - Dostaniecie gotową wersję. Nie chcemy ich zniechęcić, a wiesz jak upierdliwi potrafią być twoi koledzy.

Filip zasępiony przytaknął głową.

- Nie przejmuj się - mruknęła. - Jeśli wszystko dobrze pójdzie, niedługo dowiemy się kim są. Musimy tylko czekać.

- Tak. Czekać.

Oparł się o ścianę. Monika staranie wybierała strój. Milczeli. Czekali. Zegar wskazywał siódmą piętnaście.

Więc Ludzie z Wysp, to pozostające w całkowitej izolacji od niepamiętnych czasów nie-wiadomo-co, wreszcie przełamało milczenie. Bez żadnego zamieszania, spotkania szanownych vipów z jednej, jak i drugiej strony, bez balonów, sztucznych ogni, pokazów laserów. Przybyli, niemal jak zwykli turyści, a nawet ciszej, do Muzeum Umarłych Kultur. Ciekawe dlaczego akurat tam, a nie do Disneylandu czy McDonaldsa. To było dziwne. Jeżeli chcieli poznać nas, to powinni odwiedzić to, co tętni życiem, a nie sztywnych, tych których i my nie znamy. Z którymi mamy tyle wspólnego, że byli na tej ziemi przed nami. Tyle co oni z nerdalczykiem. Powinni, cholera, odwiedzić hipermarket. Zobaczyć jak to wszystko wygląda. Tu i teraz.

Część osób, w tym Filip, pokładała wielkie nadzieje w Ludziach z Wysp. Mogliby pomóc rozwiązać problem, przywieźć magiczną miksturę. Będą jak świeży powiew wiatru, mapa ukazująca nowe lądy. I będzie można żyć. Będzie się chciało żyć. Nieustanna izolacja, brak jakichkolwiek wiadomości, doprowadziła do powstania najprzedziwniejszych plotek, do mitu. Mitu Ludzi z Wysp, którzy znają lek na tęsknotę. I oto przybywają, a ludzi nic o tym nie wiedzą. A sami zbawcy chyba się tym nie przejmują. Odwiedzają ostatnie miejsce, które może dać jakąś wiedzę o bolączkach codziennego życia. A co gorsze, Filipa tam nie będzie. Monikę to z kolei nie obchodziło. O wiele ważniejsze było to, że będzie ich oprowadzać wraz z Szefem. Takich gości, i to z Szefem! Ten jej szef. Człowiek z pozycją, jeden z większych, nie to co Filip, zwykła płotka. Samym swym imieniem wzbudzał pożądanie kobiet, a Monika była kobietą. I to rasową. Nie, no cieszył się, że dostała pracę i że będzie z Szefem oprowadzać gości, ale coś nie dawało spokoju. Już od dłuższego czasu. Coś tkwiło pod skórą i pulsowało. Coraz dotkliwiej. Walnął pięścią w pulpit. Powinien tam być. Wedrzeć się do środka, zobaczyć, jak jest naprawdę. Zapytać. Parszywy świat, przeklnął. Zdarzało mu się to coraz częściej.

Delikatnie osadził ślizgacz na firmowym parkingu. Miał jeszcze dziesięć minut do rozpoczęcia pracy. Postanowił zapalić papierosa.

 

Bujał się na krześle otulony ciepłym półmrokiem, gdy do środka weszła Monika. Jak zwykle pachniała i wyglądała przepięknie. Czy czasem nie za pięknie, pomyślał taksując ją wzrokiem. Nie. Ludzie z Wysp, czy nie z Wysp, to w końcu ludzie, odgonił czarną myśl argumentem świadczącym raczej o ignorancji niż bystrości umysłu, dzięki któremu to zasłynął na arenie naukowej. I nie tylko. Prawdę powiedziawszy, to miło mu było pokazać się z tą cudownością, boskością ucieleśnioną, przy boku. Ten jej mąż to ma szczęście. Że też taka sztuka trafiła się takiemu nieudacznikowi.

- Pani Moniko - odezwał się melodyjnym głosem, robiącym zawsze ogromne wrażenie na ludziach. - Może pani usiądzie. Mamy trochę czasu nim delegacja przybędzie.

Kobieta zajęła miejsce naprzeciw. Fotel automatycznie dopasował się do jej kształtów. Założyła nogę na nogę Ach! Te nogi, te uda. Zanurzyć się między nimi, rozpłynąć. Zobaczyć, tak, zobaczyć, jak wykrzywia usta w grymasie rozkoszy.

- Napije się pani czegoś?

 

Wojtek siedział na skraju biurka pijąc kawę i zerkając na ekran komputera, gdy rozsunęły się drzwi wpuszczając do środka Filipa.

- Uważaj na twarz, bo cię jeszcze do pudła wsadzą - rzucił niby żartobliwie widząc pochmurne oblicze kolegi. Ten, automatycznie, nadał rysom blask optymizmu.

- Jest coś - spytał włączając monitor.

- Jak zawsze, stary, jak zawsze. Cztery artykuły do przerobienia, no i w McDonaldzie robią jakąś promocję. Jak chcesz możesz jechać. Wiem, że to bombowy materiał, o jakim się marzy, ale jakoś mi się nie chce, a ponieważ dobry kumpel jestem, to...

Filip zaśmiał się krótko.

W dziale Rzeczywistości pracowało zaledwie pięć osób, a i to była liczba zbyt wysoka. Większość pracowała w sektorze Fikcji zapełniając niemal całą gazetę, i jak wieść niosła, mieli niedługo zastąpić ludzi z Rzeczywistości. Co według niektórych było całkiem naturalne. Zresztą trudno było rozróżnić... Filip coraz częściej zastanawiał się, co tu robi, czy aby nie oszukuje sam siebie. Awansować nie mógł. Był zbyt dobry i za dużo wiedział. Niektórzy mówili nawet, że jest na liście obserwowanych. Jakoś coraz mniej go to obchodziło. Coraz częściej zadawał sobie pytania. Coś uporczywie się kołatało. Drażniło. Przyklejało się do żołądka. Było brzęczącą muchą w sypialni, co ściera sen z powiek. Zimną kawą rano... Było. Kołatało się. Psuło rysy twarzy.

- Przyjechała delegacja z Wysp - mruknął przeglądając pocztę. Zakurzone promienie słońca wpadały skośnie do pomieszczenia. Wojtek palił leniwie papierosa, manipulując od niechcenia tekstem.

- Taaak, i pewnie dostaniemy gotową wersję.

Filip przytaknął

- A Monikę obowiązuje tajemnica zawodowa. Jak nas wszystkich zresztą.

- Chyba się przeniosę. Doprawdy, mam już dość.

- Niby gdzie?

- Na Proximę - zaśmiał się ponuro. - Albo chuj wie gdzie, byle dalej od planu, w którym najdrobniejszy błąd może spowodować katastrofę. Od gadania, że robię dla siebie, bo jedyne o czym marzę to kariera. Pięciominutówka w telewizji. Niekiedy myślę, że ktoś wejdzie i powie: teraz możecie.

Przez chwilę słychać było tylko stukot klawiatury.

- Wiesz, ja nawet gdy umrę, będę nosił ten uśmiech na twarzy.

- Ty już jesteś trupem - chłodno odparł Filip nie przerywają stukania.

Monika otarła dyskretnie usta wychodząc z pokoju szefa. Mężczyzna z satysfakcją zauważył, że nie szła płynnie, jak to miała w zwyczaju. Raz nawet podtrzymała się ściany, podczas gdy on pozostał niewzruszony, niezachwiany, jak zwykle, jak zawsze. Ale tylko na chwilę oparła rękę o zimną powierzchnię. Słońce przeciskało się przez szyby wypełniając rażącym blaskiem korytarz. Tylko na chwilę, na tą chwilę bez uśmiechu. Cień przebiegł po twarzy kobiety. Znikając zaraz. Zaraz też uśmiech się ukazał. I już szła pewniej, ale nie tak lekko.

- Denerwuje się pani - spytał Szef. Garnitur leżał pięknie na doskonałym ciele. Nawet cebulki włosów były idealne.

Odpowiedziała grymasem.

- To wielki dzień - rzekła po chwili.

 

Przeżuwał gumiastą kanapkę. W stołówce tłoczyli się ludzie opowiadający dowcipy, anegdotki, dyskutujący o artykułach, błahych rzeczach dnia codziennego i codziennych mękach życia rodzinnego. Paweł z entuzjazmem streszczał przebieg wizyty w McDonaldzie. Był młody, dopiero co zaczął pracę i bardzo się starał. By awansować, by zostać zauważonym, a może... z całkiem innego powodu. Tryskał energią i nadzieją na coś. Reszta działu Rzeczywistości przytakiwała konsumując wolno drugie śniadanie.

- Zobaczycie, to będzie super - przekonywał. Bez dwóch zdań uwielbiał tą pracę, a jeszcze bardziej - jeździć na promocje. Zresztą nadawał się na dziennikarza, akceptował obraz rzeczywistości bez żadnych zastrzeżeń, wierzył w drogę, którą podążamy, cieszył się, że może tu żyć, rozumował Filip.

- Doskonały zastępca, co? - zagadał Wojtek, gdy palili papierosy popijając dym mocną kawą. Stojąc, oparci o srebrną poręcz, na korytarzu.

- Tak. Może on ma rację.

- To znaczy?

- Nic. Tak sobie gadam...on ma energię, której mi brakuje. Potrafiłbyś pisać z taką radością o nowym rodzaju bułki? Przecież on teraz tworzy hymn pochwalny

- Jakbym musiał - mruknął wyglądają przez okno. Papieros tlił się. - Wiesz... - nie dokończył. Łyknął kawy. - Myślisz, że to się kiedyś skończy?

- Skończyć to się skończy, tylko nie wiadomo jak i kiedy. Euforia jest stanem przejściowym. Potem przychodzi smutek i przeraźliwe uczucie pustki. Choćbym nie wiem jak się odurzał, w końcu to stać się musi. Tak jak po upojeniu alkoholowym przychodzi kac.

- Nie o to pytałem - rzekł oschle strzelając niedopałkiem w szybę.

- Wiem.

 

Marszczył twarz. Obok kobieta niespokojnie zaciskała dłonie. Nie dostrzegał jej, lecz wiedział, że jest z nim w obliczu nadchodzącego, że stoi obok, przed pustą jeszcze ulicą. Ulicą rozgrzaną słońcem. W bieli intensywnego światła czarne sylwetki z bronią. Odrealnione posągi. Strażnicy. Rozlega się delikatny szum Mężczyzna opanowuje twarz. Kobieta eksponuje obfity biust. Z blasku wyłania się czerń ślizgacza. Powoli nabiera koloru. I jasności. Suną spokojnie, dumnie, napawając się pojawianiem. Drzwi. Drzwi otwierają się. Szef unosi dłonie w powitalnym geście. Wyciągnięte dłonie majaczą w jasności. Dostrzega surowe twarze. Chłód. Lekkie zmieszanie. - Proszę - Obojętny wzrok, wzniosłe ruchy. Prowadzi delegację ku drzwiom. Kobieta spogląda niepewnie. Nagle uroda staje się ciężarem. Pragnie być brzydka. Garbi się. Próba pocieszenia. Niedostrzegalna. Jak muśnięcie motyla. Drzwi rozsuwają się. - Oto...

 

Kiedy wrócił, Monika spała. Musiała mieć ciężki dzień, pomyślał przebierając się. Dochodziła piąta, czyli warto się przespacerować. Wcześniej, dużo wcześniej, jakieś dwa lata temu, może półtora, zainstalował we wszelkich strojach żony podsłuch. Nie po to by ją szpiegować, po prostu kręciła się w ciekawym towarzystwie i często można było zdobyć wstrząsające informacje. Zdobywał je wszelkimi sposobami. Tylko że nic z tą wiedzą nie można było zrobić. Mimo to nagrywał wszystko. Dla dnia odrodzenia. Dla jakiegoś jutra. Robił to, mimo że, jak wieść niesie, oczy tajniaków świdrowały, patrzyły cały czas, a ręce notowały, usta donosiły. Któregoś dnia zniknie. Nagle. Nikt nic nie będzie wiedział. Jak zawsze. Nawet nie będę miał porządnego pogrzebu, pomyślał. Chciał zrobić sobie coś do jedzenia, ale zrezygnował. Zbyt się niecierpliwił. Kupię na mieście, postanowił opuszczając dom. Powietrze było rześkie. Pogoda w sam raz na spacer.

 

- Projekt założenia Muzeum Umarłych Kultur powstał prawie sto lat temu. Pomysłodawcą był pewien ekscentryczny milioner z Dawnej Europy Środkowej, Mieczysław Dankiewicz, który to zapisał się w historii myśli terminem Pomniki Form Kultury. Realizacją zajął się przyjaciel Mieczysława, znakomity uczony i znany rozpustnik, Martyn Kruger. Parę lat wytężonej pracy, pisania próśb i gróźb, walki z biurokracją i nieprzychylnością profesorów, zaowocowało wprowa-dzeniem idei w życie. Początkowo mały ośrodek, prowincjonalny, rozrósł się do, jak państwo będą mieli okazje się przekonać, monstrualnych rozmiarów.

 

Przyjaciel otworzył ciężkie drzwi. Coś w jego zachowaniu zaniepokoiło Filipa.

- Co jest? - spytał pewien, że zaraz zostanie aresztowany. Ale nie. W zaciemnionym pomieszczeniu nie było policji. - Nagrało się? - próbował wybadać sytuację.

- Aż za dobrze - odparł Bogdan odwrócony plecami do rozmówcy. - Idź. Posłuchaj.

Filip zniknął w drugim pomieszczeniu. Założył słuchawki, po czym nacisnął odtwarzanie.

...

Szum. Myśli. Szum. Trzask. I szum I nic. Już nic. Coś okrywa ramiona. Czuje... masz, słyszy, napij się. To pomaga. Kubek wysunął się do niego. Herbata. Dobra. Ciepła. Papieros. Zapalniczka nie chce zaskoczyć. Pieprzona zapalniczka nie chce.... już. Jeśli chcesz, możesz tu zostać. Tak. Tu. Zostanę. Nie ma sensu gdzieś iść. ... Jak...? Pij. Tak, piję. Ciepła herbatka. Dobra herbatka. Taka...

 

- Zebraliśmy tutaj wszelkie dane dotyczące wymarłych form kultury. Pracuje u nas doborowy zespół badawczy skupiający największej sławy specjalistów z całego świata. Pomimo to wiemy, że obraz jaki się państwu za chwilę ukaże, daleki jest od doskonałości. Istnieje wciąż wiele nierozwiązalnych problemów, a samo rozgraniczenie na to co martwe i żywe budzi kontrowersje. Jednak pomimo licznych niejasności postaraliśmy się stworzyć w miarę stabilną i obiektywną konstrukcję. Ściany już stoją, a to, jak urządzimy pokoje, jest wciąż dyskutowane. O tym będziemy mogli, o ile będą państwo zainteresowani, porozmawiać po prezentacji. Proszę tędy.

 

Nie można powiedzieć, że Monika spała dobrze. Całą noc przybywały z mroków majaczące postacie, złe duchy, wywołując niepokój. Sprawiały, że prześcieradło leżało skotłowane na ziemi. Jak i poduszka. Z przerażeniem zauważyła, że miejsce Filipa jest puste, i zimne. Pewnie spał poza domem, pochwyciła niby kojącą myśl. Zmęczona usiadła na skraju. Najchętniej oddałaby się w objęcia Morfeusza. I to na zawsze. Myśl, że musi iść do pracy, jakoś nie napawała radością. Uciec od pracy, od tłumu bezimiennego, od znajomych. Na zawsze. Pomyślała o urlopie, ale to nie wchodziło w rachubę. Zwłaszcza teraz, gdy zwalą się, nadciągną masą wielką ludzie, jak tylko ukaże się wzmianka w mediach o wizycie Ludzi z Wysp. Przyjdą nie wiadomo po co. Może myślą, że wyczują zapach obcych. Odnajdą odciski, zagubione cienie. Cienie obcych ludzi. Ale przyjdą, to pewne, sprawdzą czy nic nie zmieniło się w strukturze Muzeum podczas wizyty. Czy nadal jest tak, jak było.

Usiadła nad tostem dziobiąc go widelcem. Kawa stygła obok. Pomimo pozytywnego przebiegu wizyty i otworzenia nowych horyzontów dla Muzeum, nie czuła radości. Chociaż powinna, nie potrafiła. Łzy cisnęły się do oczu. W dodatku Filip nie wrócił na noc. Rzadko się to zdarzało. Parę razy, dawno temu. Cholernie czegoś brakowała. Pomimo grającego radia panowała jakaś cisza. Pragnęło się tak bardzo zakrzyczeć tą ciszę... Z drugiej strony nie była jeszcze gotowa na spotkanie. Bała się konfrontacji. Nie była pewna, jak by się zachowała w jego obecności. I jak zachować się powinna. Jeszcze by zaczął zadawać pytania. Wbiła widelec ze złością w tosta. Za oknem słońce unosiło się leniwie. Ciężko, tak jakoś, ciężkie były jego promienie. Przygniatały. Zamarzyła o wilgotnym, błotnistym cieniu...

 

Wpatrywał się w przyjaciela. Twarz skryta w cieniu. Żarzący się papieros. Dym. Miedziany kubek z ciepła herbatą.

- Co teraz zrobisz?

Pytanie.

Chwila ciszy. Dym. Popiół spada na ziemię.

- Nie wiem...

Rozmyte. Niewyraźne jeszcze. Zasłyszane fragmenty. Co snem, co jawą? Jej głos, czy aby... nie... Znowu odzywa się, taśma kręci się, przypomina. Ostrym bólem.

- Nie wiem.

Łyk herbaty. Ostrożnie. Tak jakoś, jakby to był cały sens, przełyka kolejny łyk. Smak jest intensywny. Jest nim. Światem. Czuć tu łzę, chce powiedzieć, moje łzy. Łzy i krew całego ciała. I zapach ciepłego puchu, co otula, skór zwierzęcych i ogniska, cienie po ścianach skaczą... Odstawia kubek. Pomieszczenie zimne. Siedzi na ziemi. Naprzeciwko przyjaciel pali papierosa. I czeka.

- Coś muszę zrobić.

Ni pyta, ni stwierdza. Zapatruje się w trzymanego między palcami papierosa.

- Nie wiem.

Mówi.

Zaciska pięść. Kłykcie bieleją.

 

Niewiele osób zdziwiłoby zniknięcie Filipa. Byli na to przygotowani. Ktoś taki stwarzał zagrożenie samym swym bytem. Był potencjalnym nowatorem. Komórką, która może zapoczątkować tworzenie nowego systemu. A to nie byłoby wskazane. Żadna realna zmiana nie mogła zaistnieć bez zniszczenia misternej konstrukcji, którą tworzyli z optymizmem i uporem od stuleci. I byli coraz bliżej. Sami nie wiedzieli czego. Ale byli. Coraz bliżej.

Wojtek pił spokojnie kawę przeglądając nadesłane artykuły i gadając z Kasią, niezbyt inteligentną, ale za to sympatyczną osóbką. Ani rozmowa, ani artykuły nie wymagały koncentracji. Mielił obie papki. Artykułów nie było zbyt dużo, z każdym dniem coraz mniej, co zaczynało powoli niepokoić i resztę ekipy. Informacje, pomyślał Wojtek słuchając jednocześnie opowieści o podłości komputera, niby obiektywne fakty, ułożone tak, by tworzyły odpowiedni obraz w głowach ludzi, napływały do redakcji, skąd, przy pomocy druku, do kioskarzy, potem do rąk ludzi, by skończyć w ich głowach. Nawet redagowanie, mające wywołać złudzenie różnorodności, złudzenie wyboru, działo się według sztywnych, z góry określonych metod. Kiedyś Filip postanowił dowiedzieć się, kto ustala szablon, przypomniało się Wojtkowi. Poszedł do Głowy, by wrócić z powalającą informacją, że jest to obiektywny schemat, który był od zawsze, i który po prostu został odkryty. Zachichotał.

- No co, tak naprawdę było - obruszyła się Kasia.

- Nie to... po prostu - machnął dłonią dusząc się ze śmiechu. - Przepraszam. Coś mi się przypomniało. Zupełnie bez związku.

Kasia spojrzał spode łba marszcząc śliczny nosek.

- Dobrze - mruknęła poczym poszła do swojego stanowiska. - Robota czeka. - rzuciła oddalając się.

Prawda, pomyślał wybierając na chybił trafił materiał do przeróbki. Zapalił papierosa, gdy do pokoju wszedł Filip Wyglądał na spiętego.

- Myślałem, że cię zwinęli - zagadał.

Cisza. Włączył komputer. Ręce się trochę trzęsły. Chciał coś powiedzieć, ale nie był pewien swojego głosu.

- Tuż przed twoim przyjściem przypomniałem sobie, jak poszedłeś do Głowy. To był jeden z lepszych motywów. I on wtedy wydął swe nabrzmiałe, oślizgłe usta i powiedział: - Panie Filipie, ależ schematów nikt nigdy nie ustalał, one istnieją odwiecznie, niezmiennie. My je tylko odkryliśmy, by bardziej prawdę odzwierciedlać. - Wojtek zachichotał.

- Tak - bezbarwnie odparł Filip wpatrując się w ekran.

- O człowieku! Z taką twarzą długo się nie utrzymasz! Psujesz obraz, podstawę naszej egzystencji. Wygładzić rysy - sparodiował wojskowy rozkaz. - Wszyscy wyrównać rysy!

- Tak - mruknął dalej gapiąc się w ekran. Zapalił papierosa. Poczuł przypływ wściekłości. Wyrżnął w klawiaturę. - Zawiesza się - rzekł w ramach wytłumaczenia. Poczuł się jeszcze gorzej.

 

Awans. Szef przyjął Monikę z szerokim uśmiechem. Dziękuję, odparła chcąc jak najszybciej opuścić pomieszczenie. Osoba, obejmuje talię kobiety, osoba taka jak pani powinna pełnić obowiązki zgodne z przeznaczeniem. Nie możemy pozwolić, by kwiat się zmarnował, by zwiądł gdzieś w cieniu. A tak właściwie, to co robi pani po pracy. Jestem umówiona z mężem. A, z nim. To sławny dziennikarz. Zna go dużo ludzi. W pomieszczeniu panuje chłód. Tak, mówi Monika. Coraz trudniej oddychać. Ściany zbyt blisko. Chłód, a trudno oddychać Poci się z zimna. Na którą, pyta nalewając brązowego płynu do szklanki. Butelka jest markowa. Niewielu na nią stać. Słucham. Na którą jest pani umówiona z mężem. A, to oto chodzi. Po pracy. To jest na piątą. Tak. Piąta. To może przekąsimy coś razem o trzeciej. Dziś ma pani mało zajęć, a nowe stanowisko, rozumie pani, parę rzeczy wymaga przedyskutowania. Ale... Tak? Nie, nic. No to załatwione. Trzecia. U mnie w biurze. Wychodzi. Coś dławi. Z trudem przełyka ślinę. Sekretarka przechodzi obok rzucając porozumiewawcze spojrzenie. Uśmiecha się. Opiera dłoń o ścianę. Całym ciężarem. Słońce jest takie jasne.

 

Wcześniej. Bogdan kopiuje nagrania. Maszyna buczy monotonie.

- Wszystko?

- Tak. Niech wie.

Filip siada pod ścianą. Zapala papierosa.

- Nie wiem, po co nam była potrzebna ta wiedza - mówi jakby do siebie.

- Może po to - mówi niejasno przyjaciel.

Maszyna buczy. Filip zaciąga się. Jakiś cień bezsłownie przebiega w myślach, wywołując bolesny skurcz mięśni. Czuje się jakiś inny. Jakby podziurawiony, jakby odstawiony... Jakby słabszy. Jakby silniejszy.

- Jej nie ma - mówi gdzieś w przestrzeń.

Bogdan przytakuje. Oczy ma smutne. Wpatruje się w licznik. Dużo się nazbierało nieoficjalnego materiału, co inny tworzy obraz. To jednak za mało. Brakowało jeszcze czegoś. Czego, nie wiedział, ale czuł, że to nie wystarczy. I nie wystarczyłoby nawet, gdyby mieli tyle nagrań, że trudno byłoby je pomieścić we wszystkich hipermarketach na całym świecie. Patrzy na licznik. Czerwona kreska zajmuje coraz większy obszar. Mozolnie, uparcie, brnie przed siebie. Stworzona tylko po to, by dojść. Cała będącą iściem. Odwrócił się nagle, powodowany impulsem. Chciał coś powiedzieć. Otworzył usta, ale zabrakło słów. Filip drzemał oparty o ścianę z głową ukrytą między uniesionymi kolanami.

 

Jak coś znajdziemy, to damy pani znać, powiedział policjant. Wyglądał na zakłopotanego. Ludzie nie znikają tak nagle, bez niczyjej wiedzy. Bez naszej wiedzy. Wodzi wzrokiem po zapisanej kartce, jednej, drugiej. Może rozwiązanie kryje się gdzieś między. Bo chyba by mu powiedzieli. Czasy amatorszczyzny się skończyły. Nie był w pracy? Przeczący ruch głowy. Nikt go nie wiedział. Aha. Dziękuje. Nie ma co przedłużać. Może miał kochankę, wyskakuje młody. Zadowolony. Wykazał się. Młodzi. Wszędzie się pchają, łokciami rozpychają. Głupia siła, nie wie jeszcze, ile musi się nauczyć. Kobieta blednie. Nie... wypluwa. On, i ona, chcą coś powiedzieć. Jeszcze. Starszy ubiega jego, ją. To wszystko. Postaramy się zrobić, co w naszej mocy. I w miarę na bieżąco informować panią. Gdyby coś, proszę dzwonić. Spogląda. Stoi. Zmęczona. Ma przekrwione oczy. Włosy... zmęczona. Promienie padają z boku, leniwe. Policjant zaciska wargi. Zasmuca się. W milczeniu jadą windą. Przepełnieni kobietą, głodem, co zasmuca. Przepełnieni tęsknotą.

 

Zastanawiał się, dlaczego akurat jego wybrał. Chłopaka o zdrowej cerze, tętniącego bezrozumnym optymizmem. Może chciał coś zniszczyć, obrócić w niwecz jakiś świat, tak jak to się stało z kosmosem Filipa. Co to w ciągu sekundy rozpadł się w niemym krzyku. Szedł, a obrazy były zakurzone, zatarte, jakby to był tylko pozór, jakby nie istniały.

          Wszystko to jest nieprawdziwe:

          Oświetlone cztery pokoje

          I te sprzęty, o których mówię-moje,

          I te kwiaty, o których mówię-żywe,

          Wszystko to jest nieprawdziwe.

Może chciał zniszczyć, prześliznęło się, dlatego go wybrał. A może... może chciał wskrzesić. Nowe życie na ruinach iluzji.

          A kiedy chodzę - kroki są nie moje.

          Snem zawikłanym płynę przez pokoje.1

 

Zniknął, rozpłynął się, jakbym ja... czynem swoim... unicestwiła. Oddała go nicości. W chwili zapomnienia.

Przebudzona. Pusty pokój. Napęczniały cieniami. I zegar. Intensywna zieleń cyfr. Pulsują sekundy. Patrzy. Czeka. Tamta chwila... i ta... pulsują w skroniach. Napęczniałych...

 

Zniknięcie Filipa najbardziej zaniepokoiło tajną policję. Bo jak tak można. Żeby władzę najwyższą wyręczać, niby to w jej imieniu podpisywać, i tym podpisem tych co niewolą, niewolić. Bo teraz już muszą. Nawet jeśli nie chcą. W ogóle znikanie bez, że tak się powie, zgody władz jest przestępstwem. Z paru przyczyn, których tu wymieniać nie będzie się - ale rozumiecie, że trzeba przeprowadzić to jak najszybciej. Każda para rąk, każdy, nawet najmierniejszy umysł, musi być tam, gdzie jego kropka. Nie mogą istnieć kropki bez pokrycia. -Dowódca spojrzał na nich zimno. Marmurowe sylwetki wyprężone jak struna.
- Zlokalizujcie mi go chłopcy. Niechaj wszystko odbywa się zgodnie z zasadami. Bo najpierw jeden niegroźny, a potem całe grupy, kontynenty. A do tego nie można dopuścić. Więc do dzieła. Porządek niech panuje.

- Tak jest! - Strzeliły buty. Piersi wyprężyły się Buty raźnie zadudniły o podłoże.

 

- Papierosy uzależniają - zwrócił uwagę Paweł.

- Myślisz, że dlaczego palę. - Filip zaciągnął się. Siedzieli w stołówce. Wojtek pojechał w teren i jeszcze nie wrócił. - Mam dla ciebie prezent - mruknął chyląc się ku rozmówcy.

Chłopak zdziwił się. Nie wiedział jeszcze, że prezenty to nie błaha rzecz, że mają rolę wychowawczą. Często też uświadamiają, już się nie jest małym chłopcem, trzeba się ładnie ubrać, a nie zasmarkanym biegać za piłką. Tak chłopcze, czas dorosnąć, pomyślał, podając srebrny krążek.

- To dla ciebie. Miłej zabawy. - dorzucił wstając od stolika zostawiając nadgryzioną kanapkę i peta leżącego na dnie popielniczki.

- Dziękuję - odparł Paweł. Na twarzy malowała się niepewność. Patrzył dziecięcymi jeszcze oczyma za oddalającym się mężczyzną. Szedł jakby dźwigał ciężki krzyż. Krzyż wiedzy.

Chciał tylko zapytać dlaczego. Stał przed drzwiami nie mogąc wykonać kroku. Poczuł czyjąś rękę na ramieniu.

- Pójdzie pan z nami.

Uniósł głowę. Dostrzegł rozmazane, ciemne sylwetki na białym tle.

- Tak - zachrypnięte mruknięcie. Ni pytanie, ni stwierdzenie.

Spojrzał jeszcze raz na drzwi. Niewzruszone milczały.

 


Oskar Szwabowski



1 J. Tuwim Mieszkanie


Jacek Durski

POZNAŃ 44

Spłonął dom. Przewrócony ogień.

Kielichy żaru napełniły ziemię

pięknym dzieckiem

moją siostrą.

 

W drzwiach snu dynda zwierzę

odarte z płowej skóry

żołnierz radziecki.

Torturują go Anioły moich rodziców.

Przelewa się krew z rąk do rąk

na pokojach

rozkrwawia biały dom

białość mojej siostry

jej czarny krzyk.

 

Jacek Durski

 

Tomasz Rybak

INNI

Mama stoi na balkonie i pożera wzrokiem rogalik księżyca. Sądząc po minie znowu stąpa po grząskim gruncie wspomnień. Ja siedzę obok na taborecie i tłumaczę mojemu bratu Edkowi zawiłości ruchu po okręgu. Mamy przestrzenny balkon, akurat na spotkania naszej czteroosobowej rodziny.

Przez uchylone drzwi przeciska się tata i zagaja rozmowę.

- Pyszczku, matka przychodzi w odwiedziny. Właśnie dzwoniła.

- To dobrze... W końcu ktoś zje te stare resztki kurczaka.

- Ale to TWOJA mama nas odwiedzi - mówi tata i uśmiecha się jak pedofil na wieść o tym, że został dyrektorem przedszkola.

- Aaa... Trzeba więc kupić coś świeżego. Pójdziesz mordeczko do sklepu?

- Zwariowałaś?! Nie dość, że haruję całymi dniami, to mam jeszcze zakupy robić?

- Ja pójdę! - krzyczy ochoczo Edek

- Pewnie... a przy okazji pójdziesz na fajkę?

- Przecież nie palę.

- Moja krew. Ja też starego oszukiwałem! - cieszy się ojciec.

- Przecież ja naprawdę nie palę! To szkodliwe dla zdrowia.

- Bardzo dobrze, synku. W kłamstwie trzeba być konsekwentnym.

Mama tymczasem skwapliwie notuje na karteczce litanię życzeń. Brat staje na poręczy, uważnie się rozgląda, a następnie odlatuje w stronę sklepu. Zazdroszczę mu bieli skrzydeł. Moje wyglądają, jakby były prane w tym gorszym proszku.

Rodzice wymknęli się do pokoju. Mówią ściszonym głosem, co zachęca mnie do podsłuchiwania.

- Mordeczko, myślę, że nasz syn mówił prawdę. Wydaje mi się, że on nie pali.

- No właśnie, WYDAJE ci się. Może jeszcze powiesz, że nie pije, co?

- Tyle razy przeszukiwałam jego rzeczy, wąchałam koszule i nic. On nie pali. Nic dziwnego, że nikt go nie lubi. Musimy poważnie porozmawiać. Coś się dzieje z naszymi dziećmi.

- Dorastają.

- Właśnie! Powinni palić papierosy, przychodzić późno do domu, brać po kryjomu narkotyki... - trajkotała z przejęciem mama.

- Ale oni na pewno tak robią. Bądź spokojna. Po prostu są na tyle sprytni, że my o tym nie wiemy. Możemy się tylko domyślać.

- To dlaczego się z nami nie kłócą? Dlaczego Edek tak chętnie chodzi po zakupy? A dlaczego Natalka lubi sprzątać w całym domu? Powinniśmy wybrać się z nimi do psychoterapeuty.

Zadziwiające jak niektórzy ludzie krążą wokół problemu nie dotykając sedna. Wszyscy w mieście wiedzą, że mamy z bratem skrzydła. Nawet Obrońcy Praw Zwierząt oskarżają naszych rodziców o nielegalną hodowlę aniołów.

- To minie. W końcu wszystkich nas wychowuje ta sama telewizja. Wkrótce Natalka będzie sprzedawać swoje ciało na rogu. Ech... jak sobie przypomnę naszą młodość. Wiadrami piłem spirytus. A ty? Oddawałaś się na prawo i lewo, wprawiając w kompleksy niejedną nimfomankę.

Wspomnienia wyrwały się z zawiasów niepamięci.

- Dzisiaj to co innego. Ja jestem dyrektorką banku, a ty prokuratorem generalnym.

Zapadło milczenie.

- Spójrzmy prawdzie w oczy - mama zebrała się na odwagę. - Wszystko przez te przeklęte skrzydła. To ich wyróżnia. I właśnie dlatego ludzie ich nie cierpią.

- Przesadzasz. Przecież nasz sąsiad z bloku zbudował dla nich karmnik.

- Owszem, ale on się w nim czai z karabinem i rozgłasza, że zrobi z naszych dzieci rosół.

- E tam... Pewnie odstrasza wrony.

- W cholerę z tym kukułczym aniołem, który podrzucił nam jaja! Skądś wiedział, że pozwolimy na wyklucie i zaopiekujemy się pisklakami... Zresztą, wtedy nie lubiłeś jajecznicy.

- To wszystko bez znaczenia. Dzięki współczesnej medycynie wyzdrowieją.

Rozległy się strzały. Sekundę po tym wpadł Edek z zakupami.

- O małe pióro, a by mnie postrzelił - wysapał.

- Wiesz braciszku, właśnie się dowiedziałam, że jesteśmy podrzutkami. Co my teraz zrobimy?!

- Uciekniemy do ciepłych krajów, zanim na dobre rozpocznie się sezon polowań na anioły.

 

Tomasz Rybak
rybaktomasz@wp.pl

 

Johann W. Goethe


Wiersz (26-letniego) poety do Lili Schönemann

DO ZŁOTEGO SERDUSZKA NA SZYI

O ty, pamiątko radości niedawnej,

Co jeszcze ciągle na szyi cię noszę,

Czy nad więź duszy połączysz nas trwalej?

Przedłużysz tamte minione rozkosze?

 

Zbiegłem od ciebie, Lili! Ale z twoim znakiem

Przez obce kraje,

Lasy dalekie wędruję i drogi!

Ach, serce Lili nie mogło przecie

Tak szybko rozstać się z moim.

 

Tak ptak, który z nitki się zrywa

I do lasu zbiega,

Ciągnie, jak piętno więzienne,

Za sobą wątłą niteczkę:

Wolnym ptakiem nie bywa,

Bo już do kogoś należał.

 

Przełożył Andrzej Lam
Johann W. Goethe

 

Jacek Klimżyński

PRZESTROGA ZNÓW KONIECZNA

To dobrze, że morza uczyć się możemy od takich znawców jak Predrag Matvejević, chorwacki romanista, profesor uniwersytetu w Zagrzebiu, przebywający poza swoją ojczyzną od początku wojny na Bałkanach. Najpierw wykładał literatury południowosłowiańskie na Sorbonie, a od roku 1994 jest profesorem na uniwersytecie La Sapienza w Rzymie. Fascynujący "Brewiarz śródziemnomorski" (Pogranicze, Sejny 2003) zdążył wydać jeszcze w roku 1987, a przełożenie dzieła na 25 języków jest wystarczającą rekomendacją jego wartości. Fascynujący, bo pełen głęboko erudycyjnych skojarzeń, zaskakująco oczywistych rozwiązań tajemnic, do których klucz drzemie w mistrzowsko odczytanej literaturze Śródziemnomorza - obszaru kulturowego promieniującego od dziesiątków stuleci wielojęzyczną literaturą, której, jakkolwiek zabrzmi to paradoksalnie, fundamentem jest właśnie morze.

Południowi Słowianie kończąc swą wędrówkę w VI-VII w. n. e. na wybrzeżach dalmatyńskich, mieli dane przysposobić się do "uprawy morza" właśnie w tym kręgu kulturowym. Z tego bogactwa najpełniej mogli skorzystać Chorwaci, w mniejszym zakresie Serbowie i Słoweńcy. Zachodni Słowianie, choć do Bałtyku dotarli mniej więcej w tym samym czasie, to jednak natrafili tutaj na warunki uprawy morza tak trudne, że i dzisiaj np. "Brewiarz bałtycki" autorstwa Polaka jest nieledwie refleksem nieziszczalnego marzenia, bo i polskie losy nad Bałtykiem miały wielce niekorzystny dla siebie bieg w całym bez mała tysiącleciu. Z tego właśnie powodu z wielkim taktem należy odnosić się do wszelkich przejawów zainteresowania morzem, choćby, jak w staropolszczyźnie, zainteresowanie to przejawiało się demonstracyjną niechęcią, bo już nie obojętnością, zważywszy na oczywiste korzyści gospodarcze. Jeśli Marcin Borzymowski w "Morskiej nawigacyi do Lubeka" po wypłynięciu z portu wypowiada z tkliwością: "Portowy Gdańsku! Z tobą się żegnamy/ Z twych bram i fortec zacnych wychadzamy,/ Z Ojczyzny jedziem", a jest rok 1651, to mamy widoczny przykład dojrzałej świadomości politycznej popartej oczywistością profitów. Przecież już po opłynięciu Helu z napotkanego statku handlowego padnie pytanie:

            "Prosimy cię, powiedz, żyto w jakiej cenie?

            Nasz szyper rzecze: - Obfici Polacy

            Dostatek zboża wożą swojej pracy,

            Dzień w dzień do portu przychodzą szkutami,

            Ciesząc się żywej Cerery darami.

            Złota ich praca i złotem się płaci:

            Po sześciu złotych korzec - nie inaczej."

Powiedzielibyśmy dzisiaj: marketing czystej wody.

Borzymowski odnotował więc, niewykluczone że z autopsji, ogromne znaczenie handlowe Gdańska, a przy sposobności dał informację o znaczeniu szlaku handlowego Wisłą do morza. Owe szkuty płynące "dzień w dzień" dają wyobrażenie o natężeniu żeglugi wiślanej. Całkiem realnie prawie sto lat wcześniej w kwestii spławu wiślanego do Gdańska wypowiadał się Jan Kochanowski w poemacie "Satyr albo Dziki mąż" zadedykowanym królowi Zygmuntowi Augustowi. Nie przypadkiem. Przecież ten utwór o charakterze satyryczno-politycznym zawierał analityczny rys sytuacji zewnętrznej i wewnętrznej Rzeczypospolitej, dając adresatowi gotową informację o stanie państwa. Wielkiemu poecie bliskie były sprawy gospodarcze kraju dzięki temu, że rodzina Kochanowskich miała rozległe kontakty handlowe z Gdańskiem. Stryj zajmował się eksportem zboża, brat poety osobiście spławiał zboże i smołę, nawet matka poety zajmowała się wysyłką zboża do Gdańska. To przykład tylko jednej rodziny. Daleki od ukazania jednostronnego obrazu sytuacji w kraju, poeta tęskniąc za dawnym obyczajem i urokiem rycerskiego rzemiosła wyraźnie zżyma się każąc tytułowemu Satyrowi powiedzieć: "Próżna to, niech mi, wierę, jako kto chce, łaje,/ Nie masz dziś w Polsczcze - jeno kupcy a rataje:" Widzi jednak i docenia rozwój cywilizacji na terenach szczególnie zaabsorbowanych handlem:

            "Na każdy rok pływając do Gdańska z traftami,

            Widzicie gęste miasta i zamki budowane,

            Drogi, mosty porządne i brzegi warowne,

            Czego trudno dokazać bez wielkich pieniędzy:

            Znać dobrze, że tam byli gospodarze tędzy."

 

Wtedy był to czas wykluwania się arcymądrej idei panowania nad Morzem Bałtyckim (dominium maris Baltici) inspirowanej przez ostatniego z Jagiellonów Zygmunta Augusta, i twórczo rozwijanej przez Władysława IV z dynastii Wazów. Idei, która w dobie saskiej uległa wyraźnej marginalizacji. Ustawicznie kłóciły się interesy Gdańska z zabiegami szlachty o własną pozycję społeczno- gospodarczą i przywileje. Aż do momentu kiedy problem zyskał swój tragiczny wymiar w wyniku pierwszego rozbioru Polski w roku 1772, kiedy to Prusy zagarnęły dolny bieg Wisły z województwami: pomorskim, malborskim i chełmińskim oraz Warmię i tereny nad Notecią. Choć na razie bez Gdańska i Torunia, to z wyraźnymi aspiracjami wydarcia tych miast Rzeczypospolitej dzięki przemyślnym posunięciom gospodarczym i politycznym oraz przerażająco konsekwentnej grze dyplomatycznej z Rosją i Austrią, nie bez udziału Anglii. Dostęp Polski do Bałtyku od tego momentu był śmiertelnie zagrożony. Kiedy w końcu Prusy działaniami swojego ministra spraw zagranicznych E.F. Hertzberga ostentacyjnie zaczęły zmierzać do wymuszenia na Polsce Gdańska i Torunia, w zamian za poparcie w odzyskaniu od Austrii jej zaboru i przymierze przeciwko Rosji, padły znamienne słowa Stanisława Staszica:

"- Zostajemy w zbrojnej neutralności. Dajmy drugie tyle podatku. Spełniajmy sto tysięcy wojska. Mamy doświadczenie: ten sprzymierzeniec dopiero przed kilku laty brał i już na nowo brać chce. Za rok może znowu, który z jego ministrów okaże mu wielkie pożytki, gdy mu Polska jakie insze miasta ustąpi. Rzecze nieomylnie do nas, aby mu je dać. Inaczej on nas opuści, naszego przymierza odstąpi etc.etc. Płaćmy cło podług taryfy najwyższej przez naszych zdrajców z trzech taryf mniejszych wybranej, a trzymajmy się morza."

To w "Przestrogach dla Polski z teraźniejszych politycznych Europy związków i z praw natury wypadających" z 4 stycznia 1790 r. Wyroków historii odwrócić nie było można. Za pięć lat los Rzeczypospolitej dopełnił się trzecim rozbiorem.

 

Te same wyroki historii pozwoliły nam jednak w XX wieku znów odetchnąć morskim powietrzem. Prawda, że skąpo po I wojnie światowej, za to nader szeroko w 1945 r. Pomińmy cały kontekst polityczny, nie pora właśnie dzisiaj go roztrząsać. Rany powoli zabliźniły się, urazy wytłumił czas. Jesteśmy znów nad Bałtykiem. Czytając "Brewiarz śródziemnomorski" Matviejvicia możemy uświadomić sobie skalę obszarów wiedzy koniecznej dla zrozumienia istoty morza. Mamy w Kołobrzegu interesujące wzorce oryginalnych inicjatyw. Stać nas na nowe. Wróćmy do prób myślenia morzem, bo ostatni czas zdaje się wskazywać, że w dotychczasowej krzątaninie promocyjnej "za każdą cenę" coś istotnego tracimy, przestajemy być oryginalni. Trzymajmy się morza, ale trzymajmy się myśląc.

 

Jacek Klimżyński



Za zgodą autora i redakcji, na prawach rękopisu, przedrukowujemy z "Rzeczy Kołobrzeskiej" (nr 14/2003)

Dziękujemy pkl. "Łabuź"

 

 

Z cyklu: "Dialogi trzeciego tysiąclecia"

Ariana Nagórska

DYSKURS TERMINALNY

- W kilku słowach przedstawię ci laureata. Urodził się w drugiej połowie XX wieku. Dziś ma około trzydziestki i jest poetą młodopolskim.

- Dobrze, że nie średniowiecznym! Taki koleś to nie tyle poeta, ile epigon. "Nietwórczy naśladowca utalentowanych poprzedników", jak podaje słownik.

- Słownik się myli. Autor ten wcale nie naśladuje utalentowanych poprzedników z epoki Młodej Polski, tylko akurat ówczesnych grafomanów, nieco różnych od współczesnych. Za to właśnie dostał nagrodę.

- Od kogo u licha?

- Od inżyniera budownictwa lądowego.

- Lądowego??? Ależ to skandal!

- Czy myślisz, że inżynier od konstrukcji rakiet byłby w tej kwestii bardziej lotny?

- Żaden inżynier nie powinien tu wyrokować.

- Dlaczego nie? Przecież posiada wykształcenie wyższe. Stróż nocny ma tylko podstawówkę, a pewien znany aforysta sam przyznał, że wysłał takiemu swe dzieło z gorącą prośbą o opinię.

- Do stróżówki? W nocy?

- Skądże! W biały dzień do tygodnika kulturalnego, w którym stróż recenzuje.

- No i jaka była opinia tego ciecia?

- Że autor aforyzmów jest wariatem.

- Toż to się kwalifikuje do sądu!

- A w sądzie to niby wiadomo, kto zasiada?

- Co za kraj! Czas umierać.

- Lepiej nie ryzykuj. Grabarzem może być magister sztuki. Ani chybi zostawiłby twego trupa na wierzchu!

 

5 VIII 2003
Ariana Nagórska

 

Joanna Obuchowicz

odkrywanie czosnku na potrzeby wyrobu tortów i lodów waniliowych

zwijając mały skrawek kartonu w rulon

cieszę się. bez obróbki skrawaniem dotrzemy do

wniosku o doskonałej konstrukcji. to lubię.

sztucznie sztukę kręcenia zarzucam na

chwilę (krętactwa nie znoszę) dwie chwile

poświęcę jedynie sztuce zaniechania.

wciąż nie przestaje zaskakiwać woda spadająca z nieba.

 

Joanna Obuchowicz

 

Janusz Korbel

SZACUNEK I GWAŁT

Kulturę a także przyrodę zwykliśmy otaczać szacunkiem. Zdecydowanie więcej tego szacunku mamy dla kultury, pod warunkiem wszakże, iż chodzi o "naszą" kulturę lub kulturę, którą my cenimy, która wzbogaca nasze dziedzictwo albo, która jest już tak historyczna, że można na niej zarobić. Z przyrodą jest podobnie - przynajmniej, jeśli chodzi o to ostatnie.

Niedawno w rezerwacie ścisłym Białowieskiego Parku Narodowego, czyli w ostatnim zachowanym fragmencie nizinnego lasu pierwotnego Europy prowadzono badania wykopaliskowe. Wyniki badań okazały się bardzo ciekawe i archeolodzy wystąpili o zgodę na kontynuowanie badań, czyli dalsze rozkopywanie rezerwatu. Pracująca w Białowieży etnolog Ewa Keczyńska mówi jednak, że w tym przypadku ochrona dziedzictwa przyrodniczego powinna być ważniejsza od dziedzictwa kulturowego, bo rozgrzebywać należy stanowiska zagrożone inwestycjami a nie sam środek nietkniętego ręką człowieka przez wieki lasu. Spór jest raczej natury filozoficznej niż praktycznej, bo przecież Puszczy Białowieskiej zagraża przede wszystkim wycinanie drzew, a nie prace archeologiczne, niemniej jednak nasz stosunek do przyrody zaczyna się kształtować od wyborów w takich właśnie, na pozór mało istotnych wobec walca cywilizacji, sytuacjach.

Niedawno przysłuchiwałem się pewnemu przewodnikowi, który zachwycał się różnymi pomysłami udostępniania Białowieskiego Parku Narodowego turystom. Chodziło o tę jego część, która przez kilkadziesiąt lat była nazywana rezerwatem ścisłym, a nawet dzielona na obszar udostępniony do zwiedzania w małych grupach, pod okiem przewodnika i obszar gdzie nawet wstęp dla celów badawczych wymagał mocnego uzasadnienia. Serce Puszczy Białowieskiej było sacrum. Dzisiaj, w najśmielszych planach wspomina się o wytyczaniu dróg po całym obszarze, dopuszczeniu poruszania się po nim bryczkami, słowem o udostępnieniu towaru jakim jest najstarszy las Europy rzeszom chcących za to zapłacić turystów. Sacrum przyrody staje się towarem na sprzedaż. W ten sposób dokonuje się w naszych barbarzyńskich czasach połączenie odwiecznej opozycji: natury z kulturą. Przecież "wszystko jest dla człowieka" - głosi populistyczne hasło deweloperów.

Na grobli w Białowieży stoi zabytkowy obelisk wystawiony, by pochwalić się rzezią, jaką 27 września 1752 roku miejscowej zwierzynie zgotował August III Sas wraz ze swą międzynarodową świtą. Zabito tego dnia 42 żubry. Powód to do dumy, czy świadectwo ludzkiej pychy i okrucieństwa? Taka była wówczas kultura panujących! W ramach tej historycznej kultury "tam, gdzie urządzano polowania, całą zwierzynę, którą zobaczyli myśliwi, wybijano do nogi" - jak pisze Georgij Karcov o polowaniach Jagiełły. Dodaje, że polowania po Jagielle (za jego czasów jeszcze spełniały ważną rolę zaopatrzenia wojska w mięso), były tylko pretekstem dla uczty, pijatyki i hulanki. Dlatego królom budowano w środku puszcz bogate altany a zwierzęta naganiano na rzeź. Ten sam autor przytacza legendę o księciu Zygmuncie, który wykorzystał żubry jako narzędzie kaźni: "przebrawszy jednego z poddanych we wspaniały czerwony strój, umieścił go w zagrodzie, do której rozkazał wpędzić rozszalałe żubry. Zwierzęta błyskawicznie stratowały nieszczęsną ofiarę". Nie musi to być legenda, bo był to element kultury - kilkaset lat temu powszechne były mordercze walki na dziedzińcach pałacowych - po to budowano krużganki, by móc z nich te rzezie oglądać. Na Wawelu trzymano do pokazów dzikie zwierzęta sprowadzane z Puszczy Białowieskiej. Dość powszechne były również sądy, poważnych sędziów odzianych w togi, nad zwierzętami. Dzisiaj na ogół odcinamy się od takiego stosunku do przyrody, ale wiele zwyczajów łowieckich czy podziw starych obrzędów i form zupełnie pomija ich rzeczywiste znaczenie i sens. Jeśli historia ma być świadectwem dla współczesnej edukacji, to trzeba ją traktować krytycznie. Z poznawczego punktu widzenia kultura po prostu jest. Z edukacyjnego - musimy ją także osądzić.

Natura i kultura w naszej historii były to dwa przeciwne światy: przyrody i cywilizacji. Krajobraz naturalny i krajobraz kulturowy to dwa światy stanowiące dla siebie śmiertelne zagrożenie. Nawet w okresie romantyzmu, choć naśladowano naturę, to jednak pod kontrolą Pana wszelkiego stworzenia. Człowiek zaczął dostrzegać kulturę jako przypisaną tylko jemu i wyróżniającą go od świata natury. Towarzyszyło temu coraz większe wyobcowanie i przeciwstawienie człowieka dzikiej przyrodzie. W wielu cywilizacjach podejmowano próby powrotu do korzeni. Stosowano magiczne zabiegi, uczestniczono w rytuałach, by potwierdzić, że dziki świat wciąż jest naszą kolebką, że jednostka jest ontologicznie wpisana w ekologiczną sieć powiązań. Ale "postęp" naszej cywilizacji budował się na potwierdzaniu całko-witej dominacji nad przyrodą. Dla pogańskich Greków natura była doskonałością, dla ludzi renesansu przyroda była tylko dziełem Boga danym do używania. Panowanie nad nią uznawano za cnotę i człowiek czynił sobie Ziemię poddaną.

Jeśli będziemy grzebali w obszarze ochrony ścisłej - potwierdzimy, że nie ma dla nas sacrum w przyrodzie. Nie jest to jednak tylko mało znaczący wybór: to również odebranie pewnej wartości psychologicznej, opisanej już głównie przez amerykańskich psychologów i przyrodników. Człowiek potrzebuje nienaruszanej przyrody dla własnego zdrowia psychicznego. Utrata poczucia, że są gdzieś, choćby niewielkie obszary, gdzie szkiełko i oko nie gmera, prowadzi - według tych badaczy - do konkretnej straty jakiejś części naszego zdrowia psychicznego. Szacunek do przyrody, w przeciwieństwie do szacunku do kultury, dotyka szacunku do naszej własnej istoty. Gwałt na kulturze bywa bolesny, jak bycie okradzionym z drogocennych przedmiotów. Gwałt na przyrodzie jest bolesny jak rana na naszym własnym ciele.

 

Janusz Korbel

 

Jarosław Błahy

BOGINI. NARODZINY I ŚMIERĆ PAPIEROSA.

Wydawać by się mogło, że to ja wybrałem wędrówkę z kawałkiem siana w okresie buntu, burzy i naporu, mając lat naście. A to histeria. Postaram się tego dowieść.

Z pozoru sam sobie byłem sterem, żeglarzem i kelnerem. Pierwsze doświadczenia były ekscytujące ze wszechmiar. Eksperymenty duszące w lesie, przy współudziale zawrotów głowy, jagód, rowerów i brata ciotecznego - tak wyglądało zaciągnięcie się inicjacyjne kradzionymi "Sportami" z warsztatu stolarskiego dziadka. Towar należał do wuja - alkoholika. Miało to posmak transgresji z pogranicza pierwotnych wrażeń seksualnych. Najaraliśmy się jak skurczybyki, spaliliśmy od razu całą paczkę. Poczułem coś w rodzaju samostanowienia o własnym losie, jakieś powidoki dorosłości, lęk przed śmiercią tudzież zawirowania żołądkowe. Potem napchałem się owocami leśnymi, jeszcze jakaś oranżada, byle tylko nikt nie wyczuł rażącej woni tytoniu. Właśnie w te wakacje rozpoczął się mój cykl biologiczny z nikotyną przy pełnej podświadomości autodestrukcji.

Od września, w liceum, palenie z kumplami po kątach, w kiblu, za winklem, na wolnym powietrzu, nad Odrą, przy piwku, wódeczce, na imprezach dodawaliśmy sobie ducha przygody. Najlepszym wykrywaczem kryptocytatów spośród nauczycieli był wuefista, sławetny Brudas. Po każdej przerwie brał w swoje grube łapy nasze dłonie i obwąchiwał palce. Gdy wyczuł, walił na odlew w ryj. Jak się później dowiedziałem, moje pierwsze poalkoholowe rzyganie nie było spowodowane nadmiarem wódki i innych trunków, tylko właśnie przepaleniem papierosami. Tak poznałem czym śmierdzi kac nikotynowy. Pękająca z bólu potylica czaszki, subtelne unerwienie płatów mózgu i wyrywająca się poprzez gardło żółć. Polubiłem ten sport. "Kobiety w ciąży i faceci z rakiem krtani", jak śpiewa Maleńczuk z Homo Twist w "Populares über alles". Wkraczałem powolutku na łono histerii, w szpony tytoniowego szaleństwa. Sporty, Klubowe, Carmeny, Caro, Popularne, Mocne, Osiem i pół, Radomskie, Yugo, Wiarusy, Marsy et cetera - oto duchowe metafory burzliwych lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Z braku laku wysnułem kiedyś literacką przepowiednię: "Papieros jedynym przyjacielem człowieka". Tylko samotność lubi dym, osamotnienie z konieczności, pustelnictwo z wyboru wśród tłumu bydła, nadmiar refleksji nad dążącą ku znikomości rzeczywistością, odrażające cechy natury męskiej (o kobietach będzie trochę później). O uzależnieniu czy nałogu można mówić w przypadku narkotyków, alkoholu, komputera i seksu ale nigdy w doświadczeniach z papierosami. Przyczyną stylu życia á la cigarettes, tych monotematycznych czynności manualnych, głębokiego oddechu dymem, porannej depresji, gdyż upadek przychodzi o świcie, jak mówił Camus, jest histeria. To ona każe nam zabijać czas, tracić go na organizowanie popielniczki, zapalanie świec, kadzidełek, wietrzenie pokoju, niezbyt przyjemne w zimie, do tego kawa, herbata, piwo, bo gówno zwykło wysuszać, pomyśleć, ile ciekawszych rzeczy można by zrobić w tych chwilach, ktoś jeszcze powie, że to lubi, że to mu pomaga żyć, że dzięki temu łatwiej zawiązuje się kontakty międzyludzkie, ile miażdżących konwersacji powstało z udziałem stosu petów, konstruktywne dialogi z odgachami w sałatce, w kuflu czy w oku wroga, destrukcyjna zagrycha do pijaństwa bądź do stylizacji na nie. Rozognienie interlokutorów przy pomocy żaru plus słynne sceny zapalania papierosów dźwiękowych z "Wild at heart" Davida Lyncha. Do tego tabuny zapałek i zapalniczek i cała forsa puszczona z dymem ale to przecież poprawia metabolizm, po szlużku lepiej się sra o poranku, przynajmniej bardziej soczyście. Luźny stolec gwarantowany, jak masz stresik to nawet dwa razy dziennie. A potem nowotwór, choroba wieńcowa, zawał serca - tak straszy totalitaryzm medyczny, onkologia i kardiologia, dyktatura w białych kitlach ma czelność bekać, że gdy się rzuci palenie to i tak jakbyś jarał jeszcze 7 lat, a może 9 lub 12? Poczekajmy, aż palenie nas rzuci o ścianę, ewentualnie o podłogę. Mój przyjaciel Leon mawia, że pali, ponieważ uwielbia, gdy go głowa boli. Doskonałe usprawiedliwienie. Wspaniałe lekarstwo uspakajające na wszelkie bolączki oprócz łykania wódy. Papieros tylko rozjątrza mózg, rozdrapuje rany. Haben Sie keine Zigaretten? Eine kleine Zigaretten pause! Meine liebe Donnerwetter, framuga Zigaretten! 99% pacjentów szpitali psychiatrycznych wypuszcza kłęby dymu! Stwory depresyjne wychodzą z łóżek o trzeciej nad ranem, ponieważ cierpią na bezsenność i z braku lepszych pomysłów zapalają papierosa. Powolne umieranie. Interesujący sposób popełniania wydłużonego w czasie samobójstwa. Nic tu nie pomogą kampanie antynikotynowe z cyklu "Rzuć palenie razem z nami", kołowrót złowrogi toczy się dalej. Ja sam w ciągu 20 lat rzucałem dwa razy na pół roku, w końcu znowu mnie dopadło i się kręci. Kółeczko z błękitnego dymu rozpływa się w powietrzu. Ładnie pachnie. Nie powoduje raka. Cybulski w ciemnościach z dwoma żarami opowiada o miłości. Jimi Hendrix, Miles Davis, John Coltrane, Fiodor Dostojewski, Henry Miller, Julio Cortázar smażący papierochy i poemacący na ich temat słowno-muzycznie. Pozostają w pamięci monologi sędziego śledczego, Porfirego Pietrowicza o "papierosikach". Wszystko niewolnicy kawałka słomy. Zadżumione dymem knajpy, parkiety, tancbudy, nieprzyjemny oddech barmana. Życie. I jego gorzki smak. Powiewy jesieni, zgniłe liście listopada. Nikotynowa mgła. Złocisto-brązowe barwy tytoniu. Koleś z liceum, palacz oszczędny, jarał do końca, do krwi ostatniej, puszczał z dymem swoje paluchy, ponieważ najbardziej lubił smółkę. Histeria. Są też palacze filtrów. Zbiorowa ekstaza. Robotnicy w fabryce jak w transie podążają na przerwę na papierosa. Somnambulizm. To wciąga niczym odkurzacz, jak bagno, powiada Leo Lipski.

Ostatnio zamieszkałem z boginią. Też pali papierosy. Widziałem wiele kobiet, które dosłownie jadły szlugi, pożerały je, połykały, jakby ssały penisa, być może był to jakiś substytut. Bogini robi to inaczej. Jako pokręcona, niezależna babka wyniośle acz delikatnie zaciąga się, pociera dłonią nos i wypuszcza dym bokiem. Ja czynię podobnie. Od razu zaistniało między nami magiczne, dymne porozumienie. Fajka w pokoju. Erotyzm tańczących obłoczków. Piwo, herbata z sokiem malinowym i nieustające masaże kręgów różnych, nie tylko szyjnych. I pełna popielniczka, świece i kadzidła SAI BABY. Wszystko się miesza, wibruje, zlewa i krąży dziwacznie w powietrzu przy dźwiękach Sade. Is it a crime? Czy to zbrodnia? Mówi, że wszystkie ciuchy i książki cuchną jej tytoniem ale nie moje pocałunki. Ona też ma cudowny zapach. Poezja słońca południowej Afryki. Pachnie pomarańczowo. Usiłuje mnie zmusić, żebym dopilnował, aby rzuciła palenie. Ja. Facet skończony. Chcąc, nie chcąc, kilka godzin temu zapaliłem ostatniego jak na razie Lucky Strike'a i zasiadłem do tekstu. Rano zadzwoniła z pracy, że nabroiła, bo też zapaliła dwie sztuki. Wczoraj byliśmy na piwie w knajpce i uległem słabości, kupując paczkę. Czuliśmy się z tym źle. Od jutra rzucamy obydwoje. Koszmar. Zima idzie. Kochanie, nie masz przypadkiem jakiegoś papierosa?

 

Jarosław Błahy


Lech M. Jakób

WYDAWCA

Pewien dowcipniś powiedział: jedni wydają ludzi, inni książki - i nie wiadomo, które wydawanie lepsze. Żarty żartami, ale nie sposób wyobrazić sobie sytuację pisarza bez istnienia wydawcy. To nie "przedpotopowe" czasy, gdy bardowie włóczyli się po gościńcach z pieśniami na ustach. Gdy wieść, baśń, legenda lub zajmująca historia opowiadana była przy ognisku.

Też nie okres glinianych tabliczek, papirusowych zwojów i kopistów pracowicie przepisujących uczone dzieła. Choć już w takim kopiście da się dostrzec zalążek wydawcy. Jeśli, rzecz jasna, ręczne odwzorowanie tekstów w kilku (lub kilkunastu) egzemplarzach uznamy za powielenie - z intencją dystrybucji. A uznać chyba należy.

Później, za Gutenberga i pierwszych drewnianych czcionek, dla rozpowszech-niania ksiąg nastały złote czasy. I trwają do dziś, wspomagane wciąż ulepszaną techniką. Ba, więcej. Stuleciami transmitujący dzieła papier zaczyna, przynajmniej częściowo, ustępować pola innym nośnikom - przede wszystkim elektronicznym.

Lecz zostawmy historię i skupmy się na tym, co teraz. Co tu i teraz.

 

Jako się rzekło - nie ma pisarza bez wydawcy. Jednak i wydawca nie istnieje bez pisarza (lub dostarczyciela tekstów nieliterackich). To związek organiczny - w świecie biologii zwany symbiozą. Czyli układem, z którego obie strony czerpią korzyści. Pisarz za utwór otrzymuje honorarium, edytor zarabia na rozmnożonych egzemplarzach książki. To sprzężenie zwrotne sprawdzone i doskonale funkcjonujące.

Wydawca chce zarobić - publikowanie książek to jego fach. Szuka przeto dzieł mogących zagwarantować choćby minimalny zysk. A najlepiej dochód jak największy. I przewidywalnie szybki. Tu miłość do ksiąg miewa marginalne znaczenie. Lub też - mimo okazywanej chęci - nie zawsze może dojść do głosu. Bo zwykle w obecnej rzeczywistości decyduje pieniądz.

Lecz zarobić wydawcy nie jest łatwo. Zwłaszcza w dobie nasilonej konkurencji. Tantiemy, koszty papieru, druku, składu, reklamy, magazynowania - to łącznie spore sumy. A ryzyko publikacji mało znanych tytułów lub mało znanych nazwisk wielkie. Dlatego edytor trzy razy zastanowi się, nim podejmie decyzję drukowania rzeczy nowej. Chyba, że książkę finansuje (lub współfinansuje) ktoś z zewnątrz - na przykład fundacja lub mecenas. Albo programowo (też z powodów ambicjonalnych) któryś z nawiedzonych wydawców zechce zainwestować w potencjalnie przyszłościowego autora.

 

W przypadku wydawców literatury pięknej ryzyko bywa jeszcze większe. Zwłaszcza literatura współczesna jest nieprzewidywalna. Tu łaska czytelnicza na pstrym koniu jeździ. Gdyż, w gruncie rzeczy, czytelnik o wszystkim decyduje. Co prawda niejednokrotnie manipulowany mediami.

A jeszcze pod uwagę brać trzeba, gdy o wydawcach poważnych mowa, sprawę prestiżu. Wydawca, chcący uchodzić za solidnego, nie podejmie się publikacji ewidentnych knotów - nawet wobec spodziewanego zysku. Bo i marka edytora jest kapitałem.

 

Rzecz jasna odmiennie wygląda to z punktu widzenia pisarza. Niesamowite opowieści krążą nieraz w środowiskach literackich. Pomijam tu paranoiczne teorie spiskowe. A to jakiś wydawca orżnął autora na honorariach, a to zataił rzeczywisty nakład - nie dzieląc się dochodem z dodruku, a to bez przekonania promował, i tak dalej. Słowem często edytor postrzegany bywa jako hiena, a w najlepszym razie szczwany lis. Eksponuje się cechy i wydarzenia negatywne - bez względu na ich rozmiar.

Jednak, pomijając warstwę anegdotyczną, warto pamiętać, że wydawca jest sojusznikiem pisarza, nie zaś wrogiem. A jeśli wrogiem bywa, to chyba grafomanów. Choć nieraz zastanawiać może krótkowzroczność i brak wyczucia części wydawców. Głównie komercyjnych - traktujących "produkcję" książek niczym "produkcję" mięsa w masarni.

 

Poza tym istnieje jeszcze jedna furtka. Dziś autor może opublikować książkę z pominięciem wydawcy, bezpośrednio w drukarni - na zlecenie. Jeśli jest przeświadczony o wartości swojego dzieła. I za wszelką cenę pragnie udowodnić swoją rację. Takie rzeczy w historii literatury się zdarzały.

Ale to już zupełnie inna bajka.

 

Lech M. Jakób

 

Wojciech Sołtys

***

Zaspany w ulicy naprzeciw i obok. Niepewność prześwieca

przez nagie ramiona. Zapalone srebro krawężnika, skweru,

starości i ciała niepoprawnie wpisanego w kartkę i rozkład

jazdy trolejbusów. Moja miłość to nie krzyk to koniec słowa.

Bunt i anarchia języka. Język jest tylko po to bym mógł ciebie

dotknąć końcówką snu, końcem.

Moje echo jest po to by nie słyszeć.

W ulicy, miesiącu, zieloności śniegu ubiegam się o życie.

Rozpatrzony i zaspany, w trybie natychmiastowym.

 

Złość i kobieta.

Wnętrze kobiety

autostrada złości do serca mózgu.

Przez dłonie i sen. Wszystko.

wyjść poza kartkę i kawałki

bełkotu. Do piersi. Dawno już nie ma ojca,

matki oraz innych domniemanych

korzeni. Kochanka jest tylko obok.

Obudź się natychmiast podpowiada gość

Dreszcz przez widok rzeźbi twarz i śmierć.

 

Wojciech Sołtys

 

Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (20

W obecnym przeglądzie ubiegłoroczne publikacje wydane w Poznaniu, Wągrowcu, Szczecinku, Inowrocławiu, Rzeszowie i Krakowie. Pięć tomików wierszy - szczerych i nie najszczerszych. Oraz jedna proza - urwana z powroza.

 

Na pierwszy ogień idzie J. Sauer (Janusz Sauer "Koła na wodzie", Wydawnictwo Kontekst, Poznań 2003, str. 56).

J. Sauer (rocznik 36) debiutował na łamach dodatku Gazety Poznańskiej "Widnokrąg" w 1955 r. Współzałożyciel Literackiej Grupy Niezależnych "Swantewit". Ma na swoim koncie publikacje na łamach prasy regionalnej i krajowej. Laureat nagrody głównej ogólnopolskiego konkursu poetyckiego im. Jana Śpiewaka w Świdwinie w 1996 r. Wydał zbiory: "Piąte strony świata" (1958), "Papierowe okręty" (1996), "Koncert organowy" (1998) i "Jajo Dinozaura" (1998).

Tomik "Koła na wodzie" to swoiste silva rerum. Aż gęsto od kwiatków -dodatków. Obok wierszy mamy tu grafiki syna, stronę tytułową "Kaktusa", obrazek Jana Grzegorzewskiego, reklamy aptek sponsorujących wydanie, posłowie Tadeusza Żukowskiego oraz listy innych poetów do autora (w tym faksymilie) - Leopolda Staffa, Zbigniewa Herberta, Tadeusza Śliwiaka i Ernesta Brylla. Widać wysiłek autora zmierzający do efektownej autoprezentacji. Tyle, że przedobrzył.

Powiem krótko. W książeczce najciekawiej prezentują się ilustracje Sebastiana Sauera - urocza kreska, oszczędna w wyrazie, ale z własnym klimatem. Dopiero na drugim miejscu umieściłbym wiersze. Jest ich ledwie 23. I są bardzo nierówne - mówiąc oględnie. Czasem potrącają o infantylność, nazbyt banalnie mówią o uczuciach. Choć nie jest do końca tak, że są tu tylko strofy chybione. Zdarzają się obrazki przemawiające do wyobraźni odbiorcy. Jak na przykład w utworze "Wiosna pomimo", gdy poeta notuje:

          Gdy świt to cisza

          dopiero potem siadają ptaki

          na promykach słońca i gwiżdżą

Lecz poprawne i dobre strofy wypełniłyby najwyżej arkusz. Trochę szkoda straconej szansy nestora poznańskiego środowiska.

 

Drugi z wierszotwórców, M. Kośmider (Marek Kośmider "Istota", Stowarzyszenie Umarłych Poetów, Wągrowiec 2003, str. 68), jest postacią nie mniej barwną i rozpoznawalną w wielu rejonach kraju. Zwłaszcza z rozmaitych turniejów poetyckich.

M. Kośmider (rocznik 44), urodzony w Lublinie, mieszka w Wągrowcu, gdzie patronuje klubowi "Wena". Absolwent polonistyki na UAM w Poznaniu, instruktor teatralny i nauczyciel, obecnie na emeryturze. Od 1997 r. członek warszawskiego oddziału ZLP. Współzałożyciel grupy "Próby" w Gnieźnie. Debiutował w "Almanachu młodych" (Iskry 1965). Wydał m.in. tomiki wierszy "Syn Człowieczy" (1994) oraz "Matka Ludzka" (1998). Jego utwory zamieszczone są też w "Poezji polskiej. Antologii Tysiąclecia" (IBIS 2002).

W podtytule zbioru widnieje przypis: wybór wierszy. Rzecz zawiera przeszło sto utworów, bardzo gęsto - wręcz ciurkiem - upakowanych. Nie dość na tym. Teksty są rozwlekłe, przegadane. Istny słowotok.

Całość domyka miniposłowie aż pięciu osób. A o autorze niejaki Sebastian R. Chosiński raczył napisać: "iż jest poetą wybitnym, nieprzeciętnym, o wielkim intelektualnym potencjale, który swe poetyckie gniazdo mości tuż pomiędzy klasykami (Norwidem, Leśmianem) a polską «nową falą» (Krynicki, Barańczak, Zagajewski)".

Gratuluję dobrego samopoczucia recenzentowi i autorowi (za pomieszczenie opinii w publikacji). Ale podobnymi "wybitnymi" poetami usiana jest nasza ziemia.

Bez urazy. Nie zamierzam dłużej sekować wierszotwórcę. Niechaj on sam przemówi pierwszymi z brzegu wyjętymi strofami (na przykład z tekstu zatytułowanego "Dzieło stworzenia"):

          Pan Bóg uległ wypadkowi przy budowie

          własnego domku wszechświata. Dzieło

          stworzenia pokonało Mistrza. Teoretycznie

          wszystko grało, ale materia ludzka

          nerwowo nie wytrzymała. Miało być

          rajsko, a stało się niewidocznie źle

          Pojawił się mały elektryk i przeskoczył

          Mur bezpieczników. Nowe nadświaty

          Zaczęły delikatnie likwidować (...)

- i tak dalej w zbliżonym stylu.

 

Po nerwowej próbie wytrzymałości z nieufnością sięgnąłem po lekturę następną. Doświadczenie podpowiadało, że znów będzie kiepsko - bo leżał przede mną plon pokonkursowy. A zwykle tak podobne publikacje zbiorowe wyglądają: sieczka, sieczka, sieczka i czasem na okrasę kilka tekstów znośnych.

Lecz tym razem spotkało miłe rozczarowanie ("Malowanie Słowem. VIII Ogólnopolski Konkurs Poetycki", Szczecinecki Ośrodek Kultury, Szczecinek 2003, str. 42).

Zbiorek zawiera utwory 16 autorów: Anny Marcinek-Drozdalskiej z Koszalina, Piotra Macierzyńskiego z Łodzi, Zuzanny Witkowskiej z Kędzierzyna-Koźla, Marty Herdzik ze Stalowej Woli, Urszuli Michalak z Łodzi, Joanny Wajs z Warszawy, Lecha Stefaniaka z Konina, Grzegorza Giedrysa z Torunia, Bartosza Konstrata z Lublina, Mateusza Iwasiewicza z Kielc, Marcina Jurzysta z Elbląga, Beaty Igielskiej ze Skwierzyny, Alicji Mazan-Mazurkiewicz z Łodzi, Magdaleny Cybulskiej też z Łodzi, Antoniny Sebesty z Myślenic oraz Andrzeja Jakuba Mularczyka z Ostrzeszowa.

Teksty części z wymienionych uważniejsi czytelnicy mieli okazję poznać w innych okolicznościach, gdyż są to autorzy wcześniej publikujący. Na przykład pewnym dorobkiem legitymują się Anna Marcinek-Drozdalska, Piotr Macierzyński czy Andrzej Jakub Mularczyk. Większość jednak dopiero przeciera poetyckie ścieżki.

Wszelkie konkursy miewają swoją procedurę, swój klimat, ale i niedomogi związane z byciem w stadzie. A poezja, wiadomo, źle znosi zbiorowość. Gdyż z natury wymaga twórczej samotności. Przeto każdy publiczny spęd niesie ryzyko erozji i rozproszenia. Rzecz jasna "bywanie" jest rzeczą wtórną wobec aktu kreacji. I niekoniecznie źle musi działać na uczestników. Lecz potrzebny jest jeden warunek: odporność na wpływy. Tylko silna osobowość poradzi sobie z presją środowiska, tylko ktoś świadomy własnej wizji nie ulegnie naciskom mód i oczekiwań. Że nie wspomnę o cynicznych graczach odwzorowujących z konkurs na konkurs z góry ustalone melodie.

A takie melodie pobrzmiewają i w "Malowaniu Słowem" choćby w tekście "Nigdy nie będę Thomasem Hicksem" jednego z autorów. Lecz wiele w tej książeczce tekstów solidnych, poprawnych, a nawet wyrazistych w obrazowaniu. Jak u Joanny Wajs w utworze "Jabłko":

          kiedy usiadłeś żeby obrać jabłko

          ktoś na chwilę zatrzymał paplaninę świata

          i słyszeliśmy jak skórka spadała na dywan

 

          w milczeniu ludzi kładły się zwierzęta

          w spękaną zieleń nachylał się dom

          za domem chłopiec zakopuje psa

          jeszcze raz go dotknął żeby się upewnić

          co z biegu rzeczy uda się ocalić

 

          biały miąższ jabłka ruch palców błysk noża

Być może z owej szesnastki ktoś rozwinie się poetycko na tyle, że znajdzie swoje miejsce w historii literatury. Kto wie.

 

Czwarty w przeglądzie oczekuje P. Lewicki (Piotr Lewicki "Grawitacja", Seria Wydawnicza "Debiuty" Inicjatywy Nauczycieli Miasta i Gminy Kruszwica i Kujawskiego Stowarzyszenia Twórców Kultury, Inowrocław 2003, str. 16).

P. Lewicki (rocznik 86) pochodzi z Inowrocławia, mieszka w Kruszwicy. Uczeń II LO im. M. Konopnickiej, gdzie założył Literacki Klub Młodych Twórców "Kolchida". Od roku 2002 publikuje na łamach prasy. Wiersze jego umieszczono w almanachu "Coraz bardziej podziwiam poetów" (Rzeszów 2002). "Grawitacja" jest jego debiutem.

To arkusz poetycki, mieszczący ledwie kilkanaście utworów. Wiersze są krótkie, poprawnie złożone, lecz niewiele jeszcze można o nich powiedzieć, czy też w nich odczuć. Dostrzega się tu jedynie pierwsze próby penetracji słowa. Nieśmiałe, bez wyrazistości cechującej poetów świadomych. Choć pewne jaskółki, zapowiadające rozwój, już są. Jak na przykład w wierszu bez tytułu, gdy autor odnotowuje:

          można zamienić życie

          na wieczność

          słowo

          na powieść

          kroplę

          na morze

 

          dotyk dotykiem

          zostanie

 

Z pięciu obecnie omawianych tomików wierszy zdecydowanie najciekawiej prezentuje się zbiorek R. Misiewicza (Roman Misiewicz "//...//punkt/ów//zacze/p:i.en.i:a//...//", Towarzystwo Literackie im. Stanisława Piętaka, Rzeszów 2003, str. 40).

Niewiele uzyskałem informacji o autorze. Wiem tylko, że P. Misiewicz (rocznik 64) mieszka i pracuje w Dębicy. Pierwsze utwory opublikował w 2001 roku na łamach kwartalnika "Nowa Okolica Poetów". I właśnie "Nowa Okolica Poetów", w ramach swej biblioteki - tom 9 - ogłosiła książkowy debiut twórcy.

To wiersze niezwykłe, choć osobiście za podobnymi nie przepadam. Nie ma tu sprzeczności. Wszak można czegoś nie lubić, a jednak docenić. Dokładnie tak jest w tym przypadku. Gdyż utwory z tomu "//...//punkt/ów//zacze/p:i.en.i:a//.../" uznać należy za awangardowe. W znaczeniu takim, że poeta mocno żongluje słowem, eksperymentuje z wersami i frazą. To survivalowiec w młodopoetyckim świecie. Z opanowaną kompozycją, nieufnością wobec języka i zastanych kodów kulturowych.

Hochsztapler czy świadomy swej siły twórca? Awangardowe podejście jest tu twórczą niezgodą na świat zastany, czy też wyłącznie grą? A może jednym i drugim jednocześnie? Czytelnik będzie musiał sam ocenić.

Notuje poeta w utworze "Rozpad IV. Shopping & fucking time":

          12.12.2001

          smukłonogie pomnażają majątek w salonach wizażu /

          nadają ciału płynność / systematycznym tuszem / w

          butelce z niebieskim płynem trzymają zasady / żeby

          istnieć trzeba coś / upłynnić lub przelać / wszystko w

          płynie // brakuje punktów zaczepienia //

A nieco wcześniej, w wierszu "Rozpacz II. Dziennik & nocnik & wiecznik" zaznacza:

          01.05.2002

          za dużo książek pootwieranych gdzie popadnie

          i ponapoczynanych wierszy / uniosłem się / bo kurz

          usiadł milczkiem na otomanie / a tu żyć w końcu trzeba

          gdzieś między / drugim a pierwszym // od / do / kurwy

          nędzy //

Jedno jest pewne, bez względu na upodobania: poezja ta budzi niepokój i niesie w sobie sporo świeżych emocji. I nie ma znaczenia mój osobisty gust. Natomiast będę czekał na drugą i trzecią książkę R. Miśkiewicza. One to dopiero za czas jakiś zweryfikują najpewniej.

 

Ostatnią omawianą pozycją jest najprozaiczniejsza proza, autorstwa R. Czocha (Rafał Czoch "Prywatne dochodzenie", Wydawnictwo Autorskie GRAFOMANIA, Kraków 2003, str. 161). To, przynajmniej z deklaracji, powieść o zacięciu komediowym.

O autorze nie znalazłem nigdzie nawet wzmianki. Jedynie na stronie przytytułowej w słupku wymienione są inne opublikowane tytuły R. Czocha, m.in. "Wielkie koło" (1998), "Grupowa psychoterapia" (1999), "Klinika" (2002) oraz "Świat rozrywki" (2002).

Sam autor na okładce tak kwituje zawartość:

"Na skutek nieudolnie prowadzonego prywatnego dochodzenia, główny bohater zostaje uznany charyzmatycznym przywódcą ludzkości i z papugą na ramieniu podróżuje po świecie szerząc dobro i demokrację.

Komedia władzy numer dwa, kontynuacja Marginesu. Kolejne arcydzieło."

Kolejne arcydzieło, no to jesteśmy w domu. Ale jakoś nie ciągnie do poznania wcześniejszych. Bo, z ręką na piersi, przyznaję - nie znam. Wystarczająco zaspokoiło moją ciekawość twórczości R. Czocha przeczytanie "Prywatnego dochodzenia".

Oszczędzę czytelnikom dłuższych wywodów. Niechaj przemówi próbka. Otwieram książkę na chybił trafił. Jest. Strona 133. Fragment:

- Panie sekretarzu generalny, jaki jest pański następny cel? - pytali dziennikarze.

- Cele wskazuje rada bezpieczeństwa, ja tylko pociągam za spust - mówiłem.

- Co się stało z marszałkiem Ludowo-Rewolucyjnej Armii Wyzwoleńczej?

- Marszałek Ludowo-Rewolucyjnej Armii Wyzwoleńczej poprosił o azyl polityczny w Szwecji i prośba została rozpatrzona pozytywnie - poinformowałem. - Były marszałek został zatrudniony w cukrowni i zachował dożywotnio tytuł marszałka. Sytuacja na Haiti została znormalizowana. Haitańczycy przyjęli entuzjastycznie demokrację i ogłosili światowym centrum Voo Doo. Nowy rząd pod kierunkiem wysłannika rady bezpieczeństwa utworzył ministerstwo czarów w pełni respektując lokalne zwyczaje. Opozycja może działać legalnie, wprowadzono wolność słowa, wolność handlu, wolność zgromadzeń, wolną miłość i jeszcze wiele innych wolności.

Cóż za porywający styl, jakaż finezja humoru! Ktoś chce obejrzeć moje zgryzione paznokcie?

I tym optymistycznym akcentem kończąc żegnam. Do poczytania za kwartał.

 

Luty 2004
Paweł Szeroki

 

Eduard Mörike

NA STARY OBRAZ

Gdzie się w zieleni lato chowa,

U chłodnej wody i sitowia,

Patrz, jak niewinne, śliczne chłopię

Na łonie panny igra sobie!

A w lesie, co gałęzie zniża,

Ach, już dorasta drzewo krzyża!

 

Przełożył z niemieckiego Andrzej Lam
Eduard Mörike

 

Henryk Romanik

ŁABUSZ

Wieś nadmorska (kiedyś było tu morze, od paru wieków zamknęło się mierzeją i powstało Jamno) pod Koszalinem. To ważna informacja, bo nie ma innej drogi: dojazd tylko od miasta, nie licząc skrótu przez łąki, od Osiek.

Wieś pewno kiedyś rybacka, ale odkąd jezioro zatruto, to strach nawet do wody wchodzić. Ze dwa tuziny zagród. Te najstarsze, pruskie - jak twierdze, zamknięte szczelnie od drogi. W części jeszcze bielone, szachulcowe budowle dają posmak dawnej atmosfery wsi. Muzeum w Koszalinie ma parę mebli owej "kultury jamneńskiej".

O pomorskich, kaszubskich łabuszanach nie wiadomo nic. Pewno związani byli z parafią w Jamnie. O wikingach plotą nawiedzeni przewodnicy. Byli tu ostatnio Niemcy, sami luteranie, może trochę holenderskich menonitów. Ciekawe, czy razem świętowali swoje nabożeństwa? Najbliższy cmentarz w sąsiedniej wsi leży. A dziś, czyli po wojnie, wygnańcy, przybysze, osadnicy z historycznej Rzeczypospolitej.

Czerwono ceglane stodoły i stajnie w większości już puste, z dachami rozdartymi przez sztormy. Rolników tu pewno już nie ma. Widać kartofle i krówkę na polu. Nawet zagony z truskawkami coraz bardziej zarośnięte. Nowe domy, z naszych czasów, obce jakieś, jakby z innej bajki. Ktoś czeka na bogatych letników, co przyjadą na łódkę i na wódkę. Dzieci na przystanku czekają na łaskawy autobus. Jak dorosną, nie wrócą. Po co?

Bruk jedynej ulicy pamięta pewno czas napoleoński, gdy Francuzi gdzieś tu kręcili się po drodze na Rosję. Ta uliczka chyba najciekawiej opowiada o Łabuszu. Podchodzi pogodnie między domy, skręca w stronę mokradeł nad jeziorem i powraca pętlą na południe. Ktoś postawił na tym skrzyżowaniu - powracaniu kapliczkę Matki Boskiej. Ostatnio nawet wyładniała, widać ktoś pobożny wziął na siebie opiekę nad świętością. Ktoś ze starych łabuszaków, czy nowa jakaś gospodyni...

Dookoła łąki, trzcinowiska, las na bagnach. Bieda. Tylko ptactwo roi się na wiosnę. A jak przyjdą wiatry od północy, fala taka, że pomyślałbyś: ocean.

Dziwne rzeczy przyroda porobiła. Między morzem i wzniesieniem Góry Chełmskiej łąki leżą niżej widnokręgu. Znaczy obniżenie, depresja terenu. Jezioro od łąk otoczone wałem, a wodę z mokradeł pompują "pod górę". Porządek wszechświata się przewrócił. A jak przyjdzie kiedyś nawałnica i z ubóstwa osłabną zagrody, morze wleje się na łąki i ryby będą pasły się na naszych grzędach.

Najbliżej Łabusza - Osieki. Stara wieś z kościołem i dworkiem. Świątynia ma tradycję ponad siedmiu wieków i wspomina nawet cuda z czasów rzymskiego średniowiecza. Ludzie tu chodzili z pielgrzymkami do krwawiącej Hostii. Nawet protestanci powtarzali stare pieśni o duchowych skarbach. Mówią, że tamte religijne sprawy wiązały się ze słowiańskim, pomorskim oporem przed niemiecką Ewangelią. Kto to dzisiaj wie? Skoro i nasi w niedzielę rzadko dzwony słyszą...

Na mierzei Łazy, Unieście i Mielno. Prawie ich nie widać, a po osadzie nadmorskich "olendrów" śladu nawet nie ma, znaku przydrożnego: Czajcze (dawniej Deep). Jakby w morze się zapadło. Razem z dziećmi na niemieckich hydroplanach, co na przedwiosnę czterdziestego piątego ostatnich niedobitków zabierały.

Łabusz. Wioska prosto z bajki. Legenda, której nikt nie opowiada. Co tu mówić? Może ktoś ułoży nowe przypowieści dla przybyszów zza morza, czy spod Góry Chełmskiej.

 

Henryk Romanik

 

Marek Słyk

SERIAL

zapytany

czym dla ciebie jest życie

odparł zdawkowo

wszystkim

bardzo śpiesząc się na projekcję

kolejnego odcinka serialu

pod tytułem stawka

większa niż życie

 

Marek Słyk

 


Edyta Niewińska

LUBIĘ SAMOTNOŚĆ

To nieprawda że każdy jeden człowiek potrzebuje drugiego do życia. Ja na przykład nie. Lubię samotność.

Lubię sam siadać do posiłku, podczas gdy wszyscy inni kłócą się przy kolacji, kto wygra, kto przegra, kto zmieni opcję polityczną, i dlaczego tak a nie nie. Ja mam spokój. Lubię zasypiać sam, mościć się w łóżku i wygrzebywać dla siebie miejsce, którego nikt mi nie zajmie i wiem, że nikt mnie z niego nie zepchnie. Lubię zasypiać i nie myśleć o niczym, nie słyszeć narzekań, jaki ten dzień był ciężki. Lubię w ogóle to pominąć. Lubię spędzać czas sam przed telewizorem, nie słyszeć gderania przy meczu i olać jakieś głupie seriale. Lubię filmy sensacyjne, gry komputerowe, lubię sobie postrzelać, żeby wyrzucić z siebie złość i niechęć do słabości. Lubię patrzeć na kobiety, kiedy idą ulicą i kiedy oglądają się za siebie, gdy mój wzrok ściąga ich uwagę. Lubię z nimi rozmawiać, lubię, kiedy zajmują mój czas. Lubię zaprosić je do sypialni, a potem je z niej wyrzucić. Lubię dobrą zabawę. Jakiś alkohol, panienki, te sprawy, wiadomo.

Tak naprawdę kłamałem. Mówiłem, że lubię samotność. Może nawet w jakiś sposób lubię. Może bardziej się staram niż lubię, nie mam już nic do stracenia. Staram się nawet jej nie nazywać. Samotność, okropne słowo. Samotni, my? Na to wygląda.

Spędzam wieczory sam, czasem telewizor, czasem wypożyczony film. Nie jem kolacji, zjadam jakieś okruchy powoli systematycznie, w miarę jak rośnie noc, uderzam coraz częściej do lodówki. Samotne jedzenie przywołuje na myśl ceremoniał jedzenia w gronie, albo choćby z kimś, nie chcę w sobie potęgować uczucia braku. Skradam się do lodówki, i wolę traktować ją, jakby wcale jej nie było. No nie, przepraszam, czasem nawet błogosławię jej cichą obecność, w tych momentach staje się najlepszym przyjacielem. Wtedy, gdy znajduję tam piwo, albo, hmmm, butelkę zmrożonej wódki. Czasem myślę, że dla takich chwil warto żyć. No nie, żartuję, ale niewątpliwie jest to niemała przyjemność. Wtedy też cieszę się, że nie ma kobiety, która by mi to wypomniała. Na ogół jednak odczuwam jej brak, podszyty już niechęcią do dalszych poszukiwań, może niezbyt dokładnych, na pewno nieowocnych. Dlatego jadam poza domem, w tłumie, w pośpiechu, łatwiej jest o tym zapomnieć.

Czemu nie udaje mi się znaleźć kobiety, mimo że nie jestem wcale taki zły? No nie wiem, przecież jakoś się starałem dla tych paru, może one nie umiały tego docenić? Nie wyszło, zdarza się.

Samotność ma swoje niewątpliwe plusy, chociaż nauczyłem się już, że nic nie przesłoni tego braku, braku czułości i bliskości. Czemu do niej wracam, samotność przecież jest niemodna, nie warto o tym mówić, dziś samotność nazywa się niezależność i jest cennym towarem na rynku usług i zabawek ludzkości. Pewnie dlatego że się z tym nie pogodziłem, i mimo wszystko nie umiem żyć samotnie. Łatwiej znoszę poranki niż wieczory, dużo lepiej wakacje niż święta państwowe czy robotnicze. Łatwiej znoszę sam siebie niż drugą osobę. Ale przecież, kiedy coś jest, wtedy się staram. Może moje możliwości nie są zbyt wielkie, może nawet o tym wiem, ale one po prostu nie umieją wybaczać. Jedna nazwała to pobłażaniem, chyba nie miała racji. Wyjątkowo złośliwe stworzenie.

Czemu wracam, czemu wracam do tematu? Bo przyszło mi z nim żyć i próbuję się jakoś ułożyć. Posiłki mam już z głowy, opracowałem system eskapistyczny, może nie doskonały, ale jest, i jakoś działa. Czas wolny, też ok, da się przeżyć. Najgorsza jest świadomość, świadomość braku i jakiejś luki w życiu, albo nawet w duszy, jeśli to, co drąży od wewnątrz można tak nazwać. To pewnie emocjonalność, brak wyższych uczuć, ucieczka od słabości. Cóż, kiedy z kobietami to jest tak, że kiedy są, to niedobrze, a jak nie ma, to jeszcze gorzej. I nic chyba tego nie zmieni.

Kiedyś myślałem, pewnie jak wszyscy, że to takie proste całkiem, jest się z kimś, albo się tego kogoś szuka. Nie przyszło mi do głowy, że będę samotny. A tu proszę, stało się. Czasem naprawdę myślę, że to lepiej. Nie muszę się nikomu spowiadać i umawiam się, z kim chcę, z kumplami na piwo, i z obcymi kobietami. I żadnych wyrzutów, nawet sumienia, obawiam się z resztą, że go nie mam. Dziś sumienie zastąpiły tabele kaloryczności.

Samotność najokrutniejsza jest, kiedy przychodzą święta. Święta zawsze muszą być rodzinne, jest takie społeczne przykazanie. Potępieni niech będą ci, którzy nie święcą rodziny i nie poświęcają dlań swego życia. Pamiętam jako dziecko pochody pierwszomajowe, ta cała celebra, rodzinne spacerki, stragany, oranżadki w woreczku, a wieczorem kłótnie przy kolacji i okrzyki o niewierności samców, których wtedy nie rozumiałem. Chyba nie rozumiem nadal.... Coś z klimatu dusznego peerelowskiego maja w naszym społeczeństwie nigdy nie umrze. Dzisiaj mamy święta wiosny, kapitalizmu, i czegotamkolwiek, i wszystko ma ten sam posmak przesłodzonej kleistej oranżadki. Żeby nie powiedzieć kiczu... W dzień festyny i spacery z dziećmi, psami, małżonkami, wieczorem... te same kłótnie od lat. My młodzi mamy alternatywę, zawsze można pójść do knajpy zapić smutki albo umówić się na świeżutką randkę z internetu... I niewiele więcej to ma sensu niż tamte kłótnie, bo i tak kiedyś będziemy się o to samo kłócić... Ehh, taki mnie dopadł kasandryczny nastrój.

Myślę, że niewiele więcej to ma sensu, będą kłótnie, będą ucieczki w przypadkowe romanse, wieczny eskapizm...

Samotność mnie dopada na ulicach, kiedy ludzie całują się na ławkach w parku albo idą objęci i radośni. Doszukuję się wtedy w nich jakiegoś fałszu, obłudy, obietnicy zdrady zawartej w tej ich niezdrowej radości, przysięgi niewierności wpisanej w usłaną różami przyszłość. Może się mylę, może tylko zazdroszczę, może tylko jestem nieszczęśliwy, albo w szczęście nie wierzę. Może sam sobie jestem winien.

Nie zastanawiam się nad źródłem mojego nieszczęścia. Jest, może trzeba je polubić jak psa przybłędę. Może samotność to nie nieszczęście, może to szansa na stworzenie alternatywnej rodziny, z psem, kanarkiem, i zmieniającą się co kwartał kochanką. Na ułożenie sobie życia bez żalów i kłótni. Prościej jest wystawić za drzwi taką tymczasowość, niepewność, niestałość.

Co ja bredzę? Samotność to choroba społeczeństwa, nie jestem sam, wystarczy zapisać się na terapię. Dziś wyleczyć można wszystko, niepohamowany apetyt, brak tegoż, seksualne frustracje, chorobliwą nieśmiałość, nadmierną pewność siebie, zahamowania, brak snu i uzależnienie od małych niebieskich tabletek. Można skrupulatnie opisać i zdiagnozować wszystkie bolączki tego świata i jego mieszkańców, można je nawet poniekąd zniwelować. Ale co nam po tym przyjdzie, jeśli pozostajemy nadal zagubieni, sfrustrowani, i zmęczeni ogólnym niezrozumieniem? Pogodzeni ze sobą, hehe, co to znaczy? Pogodzeni z samotnością? Jak można się z tym godzić, w imię czego? Wewnętrznego komfortu i wygody dla zmartwiałej duszy? Do mnie to nie przemawia.

Może trzeba traktować kobiety jak tabletki na uspokojenie - zażyć jednorazowo w razie potrzeby, ewentualnie powtórzyć, jeśli jedna nie przyniesie efektów. Ale nie regularnie, trzy razy dziennie po posiłku, tylko w razie potrzeby, stresu, nadmiernego przeciążenia, niepokoju lub napięcia. Stosować doraźnie, ściśle według wskazówek lekarza. Być dla nich dobrym, ale bez przesady. Miłym, lecz bezosobowo. Nie poświęcać się, i poświęcenia nie oczekiwać. Niczego nie oczekiwać, zastrzec to w specjalnej klauzuli. Napisać manifest samotności i tego się trzymać.

Obiecuję być samotnym i szczęśliwym z tego powodu na tyle, na ile tylko się uda.

Dobrze traktować siebie, nie mieć żalu z powodu niezamierzonej samotności, nie traktować swojego życia jak nieudane i drugiej kategorii.

Nie żałować sobie przyjemności, oczywiście w granicach rozsądku, i szacunku dla samego siebie.

Trzymać się zębami i czymkolwiek zasady: umiesz liczyć - licz na siebie; życie staje się prostsze, a sprawy jasne i przejrzyste.

Nie unikać kobiet, wręcz przeciwnie, szukać ich towarzystwa, być dla nich najczulszym facetem na ziemi, i absolutnie zadowolonym z tego, że jest samotny i NIEZALEŻNY.

Uff, nie jest to proste zajęcie, pisanie takiego męskiego manifestu. Nie chodzi przecież o wygłup, tylko... jakąś garść elementarnych zasad. To porządkuje chyba życie, i zmienia doń nastawienie. Tak niby bardziej pozytywnie. Zresztą, czy ja wiem, może to i ma sens, przekonam się może kiedyś, bez specjalnego spinania się w tym temacie. Mam wrażenie, że doszedłem do takiego momentu w moim życiu, że niczego już nie oczekuję. To takie mentalne przestawianie zwrotnicy, i dalsza droga w nieznanym kierunku. Nie powiem, jakoś na swój sposób nęci. Ale i niepokoi, co też na tej drodze może mnie spotkać, same zakręty i znaki zapytania, czy jasne wskazówki i czytelne sytuacje. Jak by na to nie patrzeć, kolejne ważne wyzwanie.

Czyli samotność oswajana co dnia, pokorna, a nie podgryzająca dzień po dniu uparcie jakąś bolesną część tożsamości. Można z tym walczyć, właśnie zaczynam. Kolejny dzień, kolejny bój stoczony o siebie mniej lub bardziej zwycięsko. Hmm, to takie męskie, powiedziałaby kobieta, może feministka? typowo męska retoryka. Fakt, że jestem mężczyzną, musi przecież determinować taki sposób myślenia, natury nie da się oszukać kulturowym czy społecznym wymogiem. Nie i już. Nawet niespecjalnie o to dbam, o tą całą społeczną poprawność, bo przecież nie polityczną. Akurat polityka, dzięki Bogu, nie ma tu nic do rzeczy. Zostawmy politykę oszustom, piłkę nożną mężczyznom, a feminizm feministkom. A kobiety... do łóżka! A w kuchni sterta niezmytych garów i pleśń na popcornie.

Tak, marzenia to piękna rzecz, warto je mieć, i schować głęboko w szafie, gdy na horyzoncie pojawia się pełnokrwista kobieta. Co jest więcej warte, samotność czy ta pełnokrwista temperamentna istota, trudno zmierzyć, raczej zmierzyć się z tym, zawsze jakoś warto. A samotność... wygoda, smutek, ucieczka, codzienność, zadowolenie, niezobowiązanie. Jest jeszcze tysiąc słów, ale po co je przywoływać, jeszcze kiedyś się zużyją. Czas samotności zaczął się nieodwołalnie i chyba po prostu nie należy mu przeszkadzać. Wykorzystać, wykorzystać póki można. Takie to proste...

 

Edyta Niewińska

 

Piotr Macierzyński

X X X

Daniel Browning Smith

najbardziej giętki człowiek świata

potrafi w nieprawdopodobny sposób wykręcać sobie ręce do tyłu

i przesuwać serce o kilka centymetrów w prawo

 

Thow Lin z Malezji

chociaż nie wytwarza pola magnetycznego

przyciąga metalowe przedmioty

 

Austin Richards

zwany doktorem Megawatem

razi się prądem do 50 tysięcy wolt

ale dopiero jego marzenia o totalnej burzy są porażające

 

wszyscy oni zostali uznani za niezwykłych ludzi

 

a Zbigniew Herbert

który zamiast przekłuwać policzki gwoździem sprawiał wrażenie

jakby znał Siódmego anioła

Głos wewnętrzny

a nawet Jonasza i Potęgę smaku

Boskiego Klaudiusza oraz Różowe ucho

a jednocześnie lubił napić się wódki

 

czy już na starcie nie było wiadomo

że przegra z Timem Kirklandem

który potrafi lizać rozgrzane do czerwoności pręty

 

Piotr Macierzyński



Laureat XXXIV Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. J. Śpiewaka. Świdwin - Zamek 2003


Robert Rescue

SUPERBOHATER Z WĄTPLIWYM TALENTEM

Mając 13 lat Georg Karl Schrapnell odkrył ważną sprawę, która w decydującym stopniu miała wpłynąć na jego dalsze życie. Owo przekonanie objawiło się podczas śniadania. Zajął tam miejsce naprzeciw swej matki. Spojrzał jej w twarz, a przed jego duchowymi oczami pojawiły się dane: 7 godzin, 13 minut i 11 sekund.

 

Przerażony Georg Karl Schrapnell upuścił filiżankę z kawą. Jego matka spoglądała nań tak samo zbita z tropu jak on i w końcu poirytowana zapytała, co się stało.

Georg Karl pobiegł do łazienki i spojrzał w lustro. W myślach ujrzał następujący tekst: BŁĄD. BRAK ŚCIEŻKI DOSTĘPU DO BAZY DANYCH.

 

Ten moment w łazience powtarzał się odtąd, zawsze kiedy spoglądał w lustro.

Jeszcze tego samego dnia wpadł na trop owego fenomenu. Po drodze do szkoły napotykał setki przechodniów i gdy tylko na nich spojrzał, widział w głowie podobne dane: 3 tygodnie, 4 dni, 6 godzin, 17 minut i 4 sekundy albo 5 miesięcy, 2 tygodnie, 5 dni, 13 godzin, 29 minut i 17 sekund. Szybko odrzucił pierwsze przypuszczenie, że w tajemniczy sposób, spoglądając na ludzi był w stanie rozpoznać, jak długo mieli jeszcze żyć. Nie chciał poddać się obawie, że jego matka miała spędzić na tym świecie już tylko parę godzin i kilkanaście minut.

 

W szkole jednak rzuciło mu się w oczy pewne rozróżnienie. Przy większości chłopców i dziewcząt z jego klasy pojawiał mu się w głowie identyczny meldunek, jaki odczytał już rankiem przed lustrem: BŁĄD. BRAK ŚCIEŻKI DOSTĘPU DO BAZY DANYCH.

 

Wieczorem Georg Karl Schrapnell uświadomił sobie definitywnie, że zawładnął nim pewien osobliwy talent. Matka i jej przyjaciel, o czym Georg Karl wiedział, ogarnięci pragnieniem spłodzenia następnego dziecka podnieśli częstotliwości pożycia płciowego, przechodząc poniekąd od stanu "już niemal wcale" do "trzeba próbować każdego dnia". Jeszcze tegoż wieczora ojczym i syn spotkali się przypadkiem w kuchni, powodowani tą samą chęcią wypicia szklanki mleka; na widok tego mężczyzny potomek ujrzał w głowie meldunek: 12 minut i 27 sekund. Był to ściśle odmierzony czas potrzebny na orgazm, jednostronną refleksję nad jego jakością i wypalenie papierosa.

 

Zdarzyło się też, że Georg Karl przez dziurkę od klucza potajemnie obserwował oboje dorosłych podczas ich gry miłosnej. Teraz wiedział już na pewno, że z wyrazu twarzy ludzi był zdolny do odcyfrowywania, kiedy dokładnie ostatni raz uprawiali seks.

Poczucie, że posiadł pewien nadzmysłowy talent sprawiło, że poczuł się superbohaterem. Wprawdzie nie potrafił latać ani też wspinać się wysoko po ścianach domów albo mocą swoich myśli szkodzić innym ludziom, jednakże takie rozeznanie seksualne poczytywał wszakże w jakiś sposób za istotne. Ku przerażeniu własnej matki, która nabrała przekonania, że jej metody wychowawcze poszły w złym kierunku, Georg Karl przywdział czarno-czerwony kostium skrojony przez babcię (32 lata, 7 miesięcy, 3 tygodnie, 2 dni, 16 godzin i 4 sekundy). Na przedniej stronie znajdowała się naszywka z inskrypcją SL, pod nią zaś dużymi literami było wypisane SEKSOLUDEK.

 

Ktoś, kto żyje tak przyodziany, otrzymuje wprawdzie większą porcję uwagi, jednakże wcale nie tak wnikliwej, jak można by było oczekiwać. SEKSOLUDEK przez wszystkie te lata był pochłonięty zdefiniowaną przez niego samego rolą superbohatera i swój talent manifestował przy każdej nadarzającej się okazji. Jednakże mimo to jego pożycie seksualne było mizerne, i zazwyczaj nie utrzymywał kontaktów z płcią odmienną. W większości przypadków kobiety reagowały nieprzyjaźnie na awanse młodego, pryszczatego mężczyzny w osobliwym przebraniu, który szeptem wyznawał, że potrafi "zaradzić" abstynencji trwającej już 4 miesiące, 2 tygodnie, 5 dni, 17 godzin i 11 sekund.

 

Dlatego wraz z upływem lat SEKSOLUDEK stawał się odludkiem. Jego nadzmysłowy talent nie wystarczał, aby ratować dzieci przed spadającymi szafami pancernymi, chronić ofiary przed sprawcami, a rozeznanie seksualne nie dało mu sposobności do ocalenia tego świata. Rozpił się i przyjaciół znajdował już tylko wśród alkoholików przesiadujących przy supermarkecie. Kiedy SEKSOLUDEK był pijany, jego talent odmawiał mu częściowo posłuszeństwa. Wówczas nie był już w stanie dokładnie ustalić, czy przechodząca osoba ostatni raz uprawiała seks przed 2 miesiącami, 3 tygodniami, 4 dniami, 3 godzinami i 12 minutami czy przed 2 godzinami, 13 minutami i 47 sekundami. Pośród alkoholiczek SEKSOLUDEK po raz pierwszy znalazł osoby obdarzone podobnymi uzdolnieniami, które tak samo jak on wykazywały się pewnym niepospolitym talentem. Była tam więc pewna Sabina, która nazwała się KSIĄŻNICĄ i również nosiła kostium. Wystarczyło, że zaczęła czytać jakąś nowelę albo powieść, aby wiedzieć, jak zakończy się ta historia. KSIĄŻNICA była złą, by nie powiedzieć, obrzydliwą superbohaterką.

 

Zawsze kiedy któryś z alkoholików brał do ręki E. T. A. Hoffmanna albo Petera Handkego, natychmiast wynurzała się za plecami i zdradzała zakończenie. Nieustannie rozbrzmiewał przy tym jej obleśny śmiech, dla wszystkich stawało się jasne, iż KSIĄŻNICA przystąpiła znowu do działania. SEKSOLUDEK nie uważał zresztą jej talentu za coś szczególnie imponującego. Sabina była oczytana i być może po prostu jej znakomita pamięć świadomie lub nieświadomie wyzwalała ów efekt, który tak nikczemnie wykorzystywała.

Był też niejaki Ernest, który oznaczał się z kolei talentem ciekawym i pożytecznym. Chociaż słuchał tylko radia i nie czytał pism ilustrowanych, znał na pamięć program telewizyjny. Nazywano go Ernst-TV, i zawsze kiedy ktoś miał ochotę na oglądanie telewizji, można go było zapytać, czy w pudle leci akurat coś dobrego.

 

SEKSOLUDEK był bezrobotny i żył z pomocy społecznej. Niewielkie zarobki starał się poprawić, oferując instytutom badającym sytuację na rynku i magazynom poświęconym kształtowaniu stylów życia opracowania o zachowaniach seksualnych berlińczyków. Znajdował jednak tylko chwilowe zainteresowanie i możliwości sprzedaży. Mniej więcej po trzeciej ofercie nikt się już nie interesował Schrapnellem i jego badaniami, mimo że opatrzył je naukowym tytułem: "Moment ostatniego stosunku płciowego, mierzony na blisko 700 osobnikach obu płci, spotkanych na Placu Poczdamskim w Berlinie". Próba sprzedaży tych analiz już tylko w berlińskich mediach rozbiła się o podejrzliwe pytanie, jak w ogóle mógł zgromadzić takie dane. Nadzwyczajny talent nie wydawał się wystarczającym wyjaśnieniem. Bo jak można było traktować poważnie statystki, powstające w ten sposób, że Schrapnell spacerował po domu towarowym, zerkał ludziom w twarz, a wynik zerkania nanosił na kartkę papieru.

 

Pewnego dnia SEKSOLUDEK utracił swój niezwykły talent, otrzymując w zamian nowy. Rankiem, jak zawsze ubrany w kostium SL, udał się do najbliższego supermarketu. Już po drodze zauważył, że naraz nie pojawiły się w jego głowie żadne meldunki czasowe. Ujrzał raczej znienacka dane barwne, zawsze w określonym układzie, jak na przykład BIAŁO-NIEBIESKI, BIAŁO-BIAŁY, ZIELONO-CZERWONY albo BRĄZOWO-CZARNY. SEKSOLUDEK nie potrafił sobie tego wyjaśnić. Dopiero kilka dni później znalazł pewną odpowiedź. Siedział w kawiarni naprzeciw młodego mężczyzny i ilekroć podnosił głowę widział jego twarz i odczytywał meldunek NIEBIESKO-SZARY. Gdy facet wstał, Schrapnell przypadkiem spojrzał na jego nogi. Spodnie zawinęły się nieco, i można było zobaczyć, iż miał on na sobie jedną skarpetkę niebieską i jedną szarą. Tak zatem zmienił się jego nadnaturalny talent.

 

Georg Karl Schrapnell zdecydował się na nową nazwę superbohatera: SOCKSOLUDEK*. Jutro od razu zmieni kostium na inny.

 

Być może nareszcie pojawiła się jednak możliwość uratowania tego świata.

 

Przełożył z niemieckiego Andrzej Pańta
Robert Rescue



* Socke (niem.) - skarpetka (przyp. red.


Marek Kośmider

MOJEJ CÓRCE MÓWIĄ

Mojej córce mówią: "Trzy ćwierci do śmierci.

Pociągnij drut, bo długo nic pociągniesz.

Po co to masz, tępa jak noga stołowa.

Chodź laska, tylko laseczką przyłożę,

głupia gęś, gdzie masz uszy, rolko-dccha.

A ona jeszcze żyje, wyrywa glos z głowy:

"Spadaj na bambus banany prostować.

Spływaj cienias, spuść wodę bo śmierdzi.

Spindziaj, gdzie psy pupami szczekają.

Nie napalaj się zwiędlak, bo przytnę ogóra."

A mojej córce mówią: "Trzy ćwierci do śmierci".

A śmierć: cichodajką. Poezja: czarną dziurą.

 

Marek Kośmider



- Laureat XXXIV Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. J Śpiewaka Świdwin - Zamek 2003 r.

 

Tomasz A. Klarecki

WAKACYJNY WYJAZD

Źle spałem tej nocy. Rano miałem zawieźć córkę na pociąg do Działdowa. Jechała pierwszy raz sama na obóz. Wcześniej zawsze zawoziłem ją na miejsce samochodem albo jechała z całą grupą. Zjedliśmy nerwowo śniadanie. To znaczy ja jadłem nerwowo. Córka była na pełnym luzie.

 

Patrzyłem z rozrzewnieniem na moją wybujałą latorośl. Wygląda dojrzale, czasami nawet tak się zachowuje. Ale wróble ciągle ćwierkają pod kopułą. No właśnie! Skoro już tam są, w jej szesnastoletniej głowie, mogłyby przestać ćwierkać bez sensu. Zamiast tego powinny szeptać jej do ucha. Tego wewnętrznego. Papierosy szkodzą - pal z umiarem, najlepiej wcale. Bezpieczny seks. Alkohol ogłupia - dalej patrz pod "papierosy". Bezpieczny seks. Trawka - patrz pod "papierosy" i "alkohol". Bezpieczny seks.

 

Najgorzej z tym seksem. Nie dowiedziono, że szkodzi. Ogłupia - zdania są podzielone. Pokazujemy dzieciom oszołomionego prochami narkomana, zdegenerowanego alkoholika albo żółtego od papierosów, terminalnego pacjenta kliniki onkologicznej. Najlepiej wychowywać na przykładach. Ale nie sposób pokazać dzieciakowi ofiary seksu - chyba, że damy mu do ręki lusterko. Można tylko powtarzać do znudzenia "bezpieczny seks". Niech wróble się tym zajmą.

 

Pojechaliśmy na dworzec PKP z dużym zapasem czasu. Dworzec to za dużo powiedziane, raczej stacyjka. Jedno duże pomieszczenie z dwoma okienkami kasowymi. W środku kłębiła się kolejka ułożona w klasycznego węża. Nie wyglądał zdrowo. Zaawansowane wodogłowie. Baloniaste czoło wciskało się w okienko. Tułów z kilkoma zgrubieniami wił się przez trzy czwarte stacyjki. Resztę przestrzeni zajmował rozrzedzony ogon niezdecydowanych. Dołączyć do kolejki? Zrezygnować z wyjazdu? Skoczyć pod pociąg?

O tej porze dnia obydwie kasy powinny być otwarte. Pracowała tylko jedna. Zerknąłem nerwowo na zegarek. 19 minut i 30 sekund do odjazdu pociągu.

Ustawiliśmy się na końcu tułowia, co wywołało protest części ogona. "My też stoimy w kolejce", wołał oburzony ogon, "proszę ustawić się na końcu." Ba, łatwo powiedzieć. Sakramentalne pytanie "Kto z państwa ostatni?" nic nie dało. Ogon nie miał zdefiniowanego końca. Niezdecydowane elementy dołączały do niego, za chwilę odrywały się i odpływały w siną dal.

Osobnik wskazany przez innych, jako ostatni, obraził się i sobie poszedł. Dwa inne, różnej płci, trzymały się za ręce i coś szeptały sobie na ucho. Wydawały się naradzać, czy pozostać w kolejce, czy pójść na ksiuty. Wygrały ksiuty. Pewnie, łatwy wybór.

Pojedynczy osobnik przed nami czuł się najwidoczniej nieswojo z naszymi gorącymi oddechami na karku. Odpłynął. Z Bogiem.

Spojrzałem na zegarek. 16 minut 11 sekund.

Kolejny osobnik był rodzaju męskiego, mały, niepozorny, w okrągłych okularach, jak Harry Potter. Przyjrzałem mu się dokładnie. To nie był Harry Potter. Spróbowaliśmy numeru z oddechami. Zero reakcji. Stał, jak wmurowany. Pełna determinacja.

15 minut 33 sekundy.

 

Z rozdętej głowy węża wybuchł gwar podnieconych głosów. Poszedłem zobaczyć, co się tam dzieje.

Głowa podzieliła się na dwa wrogie obozy. Jeden stanowiła głowa właściwa, podchodząca do okienka od strony prawej. Drugi, wodogłowie, wisiał przy okienku od strony lewej. Pośrodku głowy właściwej stała trzydziestolatka, z prostymi, tłustymi włosami i wielkim nochalem galicyjskiej wieśniaczki. Feministka. Zajadła, jak one. Gardłowała zaciekle.

Na czele wodogłowia stał dżentelmen lat siedemdziesięciu kilku. Przykurzony garnitur, znaczek w klapie. Kombatant. Niezłomny, jak oni. Elokwentny, na każdy argument Feministki odpowiadał dwoma, o nieodpartej logice. Sprawa szła o nie byle co. Kombatant proponował radykalną przebudowę kolejkowej hierarchii. Na czoło mieliby przesunąć się ci, których pociągi odchodziły najwcześniej. Nasz za 12 minut i 50 sekund. Natychmiast, całym sercem przystałem do frakcji kombatanckiej. Walczyła o słuszną sprawę. Bóg na pewno był właśnie z nią.

Feministka, o dziwo, opowiadała się za status quo. Argumentowała, że zburzenie uświęconej tradycją zasady "Kto pierwszy przychodzi, ten pierwszy podchodzi" byłoby sprzeczne z naturą. Zniszczenie naturalnej kole(jk)i rzeczy oznaczałoby złamanie praw ludzkich i boskich, ustalonego od miliardów lat, kosmicznego porządku. Jej konserwatywny mistycyzm raczej mnie nużył, niż przekonywał.

Pilnie śledząc debatę przypatrywałem się pracy kasjerki. Przypominała brontozaura z "Wędrówek z dinozaurami". Takiego wielkiego, powolnego, roślinożernego gada z długą szyją. Starannie wybierała każdy klawisz, zanim zdecydowała się w niego uderzyć. Zastygała, czekając na drukujący się bilet. Czytała uważnie to, co wyszło z drukarki, najwyraźniej nie dowierzając elektronicznemu mózgowi komputera. Skanowała oczami otrzymane banknoty. Obmacywała palcami każdy szczegół potwierdzający ich prawdziwość. Dwa razy liczyła wydawaną resztę, najwyraźniej w obawie przed pomyłką na niekorzyść pasażera. Czekałem, aż wpakuje sobie garść biletów i banknotów do ust i rozpocznie przeżuwanie.

9 minut 26 sekund.

W gorących momentach dyskusji nikt nie miał czasu na zajmowanie się takimi błahostkami, jak kupowanie biletu. Kasjerka zastygała wtedy w pozie znużonej bezsilności. Cień odrazy malował się na jej nieruchomym licu. Mierziły ją tanie targi motłochu.

8 minut 15 sekund.

 

Feministka dotarła do okienka i w geście chrześcijańskiego miłosierdzia zaprosiła Kombatanta do kupna biletu.

- Pani Kasiu - zawołał - jestem przy kasie.

Od tułowia węża oderwała się odprasowana czterdziestolatka. Zmarszczki wygładzone tonami kremów i maseczek. Głowa w lakierowanej burzy miedziano-złotych włosów. Zwiewna, paryska sukienka na figurze licealistki. Krok, jak na wybiegu. Takim z rurami.

- Ah, panie Jureczku - zaszczebiotała - pan jest taaaki przedsiębiorczy.

Feministkę trafił szlag na widok Kasi go-go, ale nadrobiła miną. Nie miała powodu się skarżyć, też była przy kasie. Cała trójka, w atmosferze żarcików i wzajemnych komplementów, kupowała bilety. Na następny dzień.

Reszta kolejki stała oniemiała, porażona. Oto elity przeciwnych obozów zbratały się i zdradziły naród. Raz jeszcze.

 

4 minuty 35 sekund.

Zdegustowany zabrałem córkę i poszliśmy na peron. Nie czekaliśmy długo, pociąg widać już było na prostych, podchodzących do stacji torach. Z zatrzymujących się z piskiem wagonów wyskoczyło zgrabnie dwóch konduktorów. Zażywny blondyn, na oko koło czterdziestki, z rumianą twarzą i koroną blond włosów zaczesanych częściowo na łysinę, zatrzymał się pół metra przede mną. Mało brakowało, a tryknął by mnie pokaźnym brzuszyskiem. Wyglądał swojsko, kolejarsko, budził zaufanie.

Ten drugi, wysoki brunet, był młody, bardzo młody i krótko ostrzyżony. Przystojny, jak Brad Pitt. "Biorą ich teraz z castingów, czy co?" pomyślałem.

- Córka nie zdążyła kupić biletu - zwróciłem się do blondyna. - Kolejka ...

- Nie ma miejsc.

Zbił mnie tym trochę z pantałyku, gdyż pociąg był prawie pusty.

Córka wydęła i oblizała wargi. W głowie zapaliły mi się wszystkie światła alarmowe. Chciała wyglądać, jak Angelina Jolie, a to zapowiadało kłopoty. Wbijała wzrok modliszki gdzieś ponad moje ramię. Obróciłem się. Za mną stał ten wysoki brunet.

Szesnastolatka na wakacjach to najgroźniejszy rodzaj drapieżcy. Okrutny i bezwzględny. Pożera facetów na surowo. Na szczęście tylko w myślach. Ale nigdy nie wiadomo, gdzie i kiedy przejdzie do czynów.

Bruneta otoczył wianuszek kobiet. Stawiały zupełnie bezsensowne pytania. "Gdzie mam usiąść?" (Najchętniej na pana kolanach - gdzie jest pana służbowy przedział?) albo "Czy ten pociąg jedzie do Warszawy?" (Pojadę nim na koniec świata, byleby z panem.)

Drapieżny blask w oku córki przygasł. Teraz wpatrywała się w bruneta, jak małpy w węża Kaa w "Księdze Dżungli". Zauroczona. Sytuacja wymykała się spod kontroli.

- Wsiadaj, córeczko - ponagliłem. - Nie martw się, pan konduktor znajdzie ci jakieś miejsce. Prawda, szefie? - uśmiechnąłem się przymilnie do blondyna.

Chciałem go ująć tym "szefie". Że niby oddaję mu dziecko pod opiekę. Popatrzył na mnie beznamiętnie rybimi oczyma. Gdyby był źle wychowany, postukałby się palcem w czoło. Plus dla niego - za wychowanie.

Córka nie wyglądała na zmartwioną. Martwiłem się ja. Przegapi stację w Działdowie i zajedzie Bóg wie gdzie. Okradną ją albo zgubi pieniądze. Trafi na złe towarzystwo. Porwie ją przebrany za konduktora pedofil. W mojej skołatanej głowie kłębiło się tysiąc zmartwień. W głowie córki kłębił się tylko brunet.

 

Tomasz A. Klarecki
3 maj 2003
tom_kla@osowa.gda.osk.pl

 

Ewa Izabella Glińska

PAPIER

Między prawym a lewym brzegiem Loary umarło dzisiaj.

Wczoraj było po wszystkim i woda zamarzła na amen; słońce,

ja wiem, że latarnik zapala światło o zmroku, załóż

lepiej okulary a zobaczysz jak pnie się po talii latarni,

jak jakiś żuczek.

 

Nefrytowa tarcza "Pi" zdobiona motywami zwierzęcymi;

takie sobie niebo z czasów Sung pełne blików

w przyciasnym wczoraj. Przecierasz zakurzone powieki.

Śledź śledzi jutro, filety śledziowe, wędzona makrela.

Dech mi zapierasz, głowę zabierasz na pastwę losu.

Stosy papieru.

 

To Cai Lun wynalazł papier nie ty. Ja mam papierowe ambicje

Twoim zdaniem oczywiście, bo jakżeby inaczej? Podziwiasz

cegły na kruchym łodzie. Pełno kry na wiosnę rzeka przysposabia

i topi w swoich wirach. W wietrznych wirach i bez ikry Ikar zginął.

Zginam łatawce.

 

Szukamy się po omacku. Dwie cywilizacje na jedwabnym

szlaku - papierowe lale bez sznurków, latawce, dmuchawce.

W gwiezdnych zakamarkach zatkane jest jutro, a dziś

już za późno na bal. Szkoda? Odpływam w kropli

majowego deszczu, nie biorę ze sobą nic,

bo po co?

 

Ewa Izabella Glińska

 


- Laureatka XXXIV Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. J Śpiewaka Świdwin - Zamek 2003 r.



PRZYPADŁOŚCI I BOLE PISARZÓW - część ostatnia

W numerach 37, 38, 40, 44 i 45 publikowaliśmy odcinki słownika żartobliwych terminów literackich. Głównym celem prezentacji było wstrząśnięcie za dobrym samopoczuciem głąbów pisarskich. Głąbów, nieudaczników, niedopoetów, imitatorów, epigonów. Przy okazji wyszło na jaw, że lepiej naszą zabawę potraktowali czytelnicy, niźli ludzie pióra - na ogół straszliwie poważni, aż do zadęcia. To zastanawiające. Niektórzy z nich mogliby wręcz służyć jako żywa ilustracja przysłowia o stole i nożycach.

Na wyraźne i ponawiane życzenie czytelników dołączamy jeszcze jedną, domykającą, szóstą część naszego "słownika".

 

agor - ktoś poszukujący dowartościowania przez tzw. bywanie, uwielbiający imprezy stadne, upublicznione, głośne

 

endo - wielbiciel stawiania kropki nad i oraz wbijania ostatnich gwoździ do trumien

 

fąfel - kumpel dobry do bitki o stare czasy, do wspominek, do pożyczenia drobnych na piwo - ale do niczego więcej

 

gmeracz - osobnik znajdujący upodobanie w rozgrzebywaniu cudzych utworów dla satysfakcji znalezienia choćby najmniejszego błędu (a najlepiej wpadki); g. natychmiast odnajdzie nawet jedną wesz w sierści bawołu

 

gostek - osobnik o pretensjach twórczych, sprawiający wrażenie urwanego z choinki

 

gupik - mała rybka w akwarium, czyli niewydarzony twórca w zaklętym kręgu jemu podobnych

 

jaranie - technika najmłodszych pokoleń poetów polegająca na imitacji wysokiego (z braku własnego) stylu mistrzów słowa

 

kałuża - to, co zostaje po spotkaniu niedopoetów płaczących nad swoim losem i niegodziwością świata; uwaga - wdepnięcie w taką kałużę gorsze jest od pobrudzenia buta psimi odchodami

 

kanon - osobnik tyleż zasadniczy, co apodyktyczny, jak ognia nie znoszący jakiegokolwiek sprzeciwu; w obronie swoich racji potrafi się pienić, a nawet pluć

 

konserwa - gotowiec, brykiet, blok tekstu wymienny jak cegła i tak samo smakujący; w produkcji konserw przodują leniwi średniacy, a ich produkcję z niejaką zazdrością obserwują miernoty literackie, doceniające ich smak z braku intelektualnego dostępu do dań świeżych

 

kwas - zadyma stylistyczna

 

mapetszoł - zgrywa literacka dla samej zgrywy, bez wyższych ambicji czy ukrytych celów

 

okrętowanie - podwieszanie się (lub przystawanie) do już istniejących grup oraz stowarzyszeń literackich w celu uzyskania określonych korzyści

 

ortopedia - dorabianie utworowi literackiemu kończyn, by mógł dojść do czytelnika o własnych siłach

 

rwanie ogona - termin ze środowiska młodopoetyckiego; r. o., czyli przedrzeźnianie, świadome przekręcanie utworów kolegów starszych po piórze; r. o. - też: załapanie się na koniec jakiejś imprezy

 

szaloma - wykorzystywanie w twórczości motywów, tropów i tematów żydowskich; pisanie pod czytelników pochodzenia żydowskiego

 

pulpa - jeden i ten sam surowiec literacki, służący do obrabiania w kółko pod rozmaitymi kątami

 

wesołek - ktoś niemiłosiernie przysmucający, w obyciu dołujący - przy każdej okazji, w każdym towarzystwie i o każdej porze (nawet głęboką nocą, wyrywając cię ze snu)

 

widelec - twórca uwielbiający babraninę we własnych kompleksach, często też z ich eksponowania czyniący sztukę

 

zaraza - krytyk literacki płci żeńskiej, wyjątkowo upierdliwa i namolna

 

żniwo - tzw. koszenie nagród jak leci - w rozmaitych konkursach literackich (lecz głównie poetyckich, bo tych w kraju najwięcej)

 


Ewa Galoch

NIE DOTKNĘ CIĘ JESZCZE

Co będzie jak cię pokocham

- powiedział do mnie mężczyzna prowadząc samochód na zakręcie szosy -

przy tobie niczego nie jestem pewien

jak wtedy odnajdę siebie między tobą a miasteczkiem

dla nas najlepsza byłaby przyjaźń

chociaż to zbyt ryzykowna zasłona do tego co w nas płonie

 

Nie wiem co się stanie

może nic - kilka spojrzeń ponad tłumem ludzi wychodzących z kościoła -

może wszystko - spalona ziemia przy fabryce aż do cierpienia

albo ogród bzów za lecznicą dla zwierząt -

Podobno od jakiegoś punktu nie ma odwrotu

nawet nie zdając sobie sprawy możemy osiągnąć ten punkt

i swoje ciała oddamy w zawirowanie wiatru

powodzi wilgoci warg

stając się dwiema łódkami na rzece nieba

zaklętymi przez żądne sensacji syreny ze straganu z pomidorami

w jaskółki

zatapiające kotwice w wierzchołkach domów przy rynku

nikt nas tam nie wypatrzy ani nie dosięgnie plotkami

przecież musimy mieć adres

gdy bez siebie poczujemy się opustoszeni w rzeczywistości chłodu i obojętności

pod ptasim skrzydłem przechowując dla siebie delikatność jak czekoladę na później

nie dlatego jak wyglądamy

ale że istniejemy ucząc się żyć - mną i tobą - jednocześnie

bo kochać kogoś

znaczy przeżywać wciąż od nowa cud dla innych niezauważalny

 

Jednak nie spieszymy się

możemy spłoszyć to co w nas rozwija się jak pisklę

więc dziś nie dotknę cię jeszcze - chyba że słowami złożonymi z liter

co jak drobiny puchu krążą wokół mojej kobiecości -

na razie wystarczy mi

że istnieję w tobie fakturą sukienki i piegami na policzku

czując jak oddalony ode mnie o kilka przecznic

co wieczór zasypiasz na moim ramieniu

 

W ciemnościach tulimy się do siebie każdym skrawkiem marzeń.

 

Ewa Galoch

 



(9)

Tomasz Agatowski

ŹRÓDŁO

twórcze znaleźć dziś, w świecie odartym z tajemnic, wręcz nagim, to zadanie ani dla pisarzy-grotołazów, ani pisarzy-wspinaczy. Wystarczy prześledzić treści antycznych dramatów, dialogów, epigramów, aby przekonać się, że już wówczas niemalże wszystko było zauważone i utrwalone. Wszelkie intrygi, ułomności, przekupstwo, ale też nagradzane utrwalaniem było: dobro, piękno, szlachetność. Dziś włócznię zastąpiono pistoletem, Pytię - horoskopami, konne wyprawy zastąpiono samolotami, samochodami. Słynną perską pocztę, niebywale sprawną jak na końskie kopyta, dziś zastępuje elektronika. I chociaż prasowe pitawale co dzień aż roją się od "tematów" rodem z opryszkowych zachowań (magia zła buduje dramaturgię), to trudno mówić, że są to źródła godne, z których pisarze pragnący tworzyć, a nie przetwarzać, będą czerpać obficie.

Obserwujemy tak w poezji, prozie, piosence, w dramacie, w scenariuszach głównie zmianę twarzy i rekwizytów, a akcje są przewidywalne. To oczywiście sytuacja do szerszego opisu, jednak widać jak na dłoni, że naśladownictwo, powierzchowność, zawiązywanie tematycznych intryg są rodem z jednej fabryki. Indywidualności proponujące zadumę nad ważnymi pytaniami i odpowiedziami są jak na lekarstwo. Tak zwany "rynek" buduje konkurencję, nakręca spiralę wyścigów, otwiera lub zamyka kasę. Nie dla myśli dziś wielu "tworzy", a dla szybkiej popularności i dla pieniędzy. Taki stan to też nic nowego, gdyż w najdalszych wiekach obok epokowych mistrzów chadzali też kuglarze. Lecz w tamtych czasach społeczności zajęte codziennymi sprawami bytowymi (w czasach bez prądu) nie były tak indoktrynowane informacyjnie, nie były tak szaleńczo bombardowane odkryciami, faktami, definicjami, toteż funkcjonował naturalny mechanizm obronny, a myśli ważne twórczo miały czas, aby wykluć się dorodnie i przetrwać. Ba, tyluż piszących nie było, tyluż wiedzących to samo w tym samym czasie co dziś przy pomocy "pilota".

Współcześnie nawet twórcze pożenienie liryki z nauką może dać jedną, dwie innowacyjne powieści czy tyleż scenariuszy. Reszta będzie naśladownictwem. Kompilacje tematów i epok, i kultur to sposób na w miarę świeże ukazywanie rzeczy, zwłaszcza dorastającym ludziom. Jakież jeszcze mogą być literaturonośne złoża, oprócz ubierania w epikę traumatycznych zdarzeń? Myślę, że odezwie się źródełko jak przyzwoitość, jak etos pracy, jak powikłania psyche w świecie na zakręcie śmierci. I zaczerpniemy ze źródła: opamiętanie...

 

Tomasz Agatowski
(śnieżne Ogrody w Dzielnicy Rzek, styczeń, 2004)

 

Jacek Karolak

PAUL GAUGUIN: NIGDY WIĘCEJ 1897

Ściany są drewniane, pokryte cieniami

brązowej farby. Porastają je wzory

nieznanych kwiatów nieruchomych

wobec nadciągającego wieczoru.

 

W tle, na parapecie ustawiono figurką kruka

z dziobem jak nóż i szarym skrzydłem,

pod którym kryje się cała groza

z poematu Edgara Poe.

 

Za jej plecami słychać głosy,

ich syk zawiesił pomarańczową łunę

w oknach zamiast zasłon.

Oddala się już szaro-niebieskie niebo

z bielmem obłoku.

 

Naga zastygła w zamyśleniu.

Czarne kosmyki włosów gęstnieją

w żółtym świetle poduszki.

Złocisty brąz ciała uwydatnia

dostojeństwo i oddanie.

 

Do stóp podpełzają skrawki materiału

czerwone jak języki.

 

Jacek Karolak



- Laureat XXXIV Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. J Śpiewaka Świdwin - Zamek 2003 r.

 

Mariusz Trynkiewicz

ŁOB(U)ZIAK

W Łobzie krawężniki

są niczym pomniki -

granitowa dostojność,

marmurowa hojność -

w pozwy i mandaty,

w pręgierze i baty...

 

Wszak nie świecą dumnie

rysy na kolumnie

i nie są, niestety,

niczym epolety.

 

W czym tkwi jednak sedno

tego kabaretu?

 

Ano w tym, że krawężnik

korzysta dziś z Internetu.

 

Mariusz Trynkiewicz