Łabuź 47/2003


 

[…] Wiem, dobrze wiem, że nie mam nic więcej do zaoferowania niż taktykę przedmiotowo-człowieczego oporu przeciwko deformacjom i wygórowanym roszczeniom języka; taktykę bezładną, głupkowatą, ćmokowatą, bo wymyślaną ze świadomości śmietnikowej nieważności ludzkich, nie językowych sensów. Naprawdę jestem głupkiem: zajmuję się zwyczajną historią („to są zwyczajne dzieje”), usiłuję wyłowić z ogólności cywilizacyjno-społecznych przemian indywidualne jednostkowe sensy, jakby niewybitna jednostka liczyła się w historii społecznej, jakby nie była tylko statystycznym elementem przemian. Jestem głupkiem, durniem, śmieciarzem: pragnę trwałego kontaktu z tym, co nieustannie się zmienia – z rzeczywistością; grzebię w rozpadających się przedmiotach, by znaleźć w nich równie nietrwałe człowiecze znaczenie. Bez nich jednak wszelki sens językowy jest jak „cymbał brzmiący” albo jak Maine Road signifiant bez signifie. Pana Cogito nudzą ci, co wysilają się „by wyrazić to co/ poza”, gdyż „nie przeczuwają nawet/ ile obietnic/ uroków/ niespodzianek/ kryje w sobie język”; ale odchodzący w poezji Herberta lekceważy słowa, ostatnią uwagę poświęca przedmiotom: oknu, poduszce, zimnej herbacie w szklance (Co mogę jeszcze zrobić dla pana). Miłosz notuje: „Od tej rzeczywistości zgrzebnej, poznawanej w najzwyklejszy sposób, odkleiła się druga, autonomiczna, zamknięta w języku, do pierwszej niepodobna”. (…) „Tkanina języka stale ma skłonność do odklejania się od rzeczywistości”; i Miłosz trafia w sedno: „nasze wysiłki żeby ją skleić, są przeważnie daremne, choć – czujemy to – absolutnie konieczne”.

 

Nie chcemy przyjąć rzeczywistego do wiadomości, bo ono nic nie znaczy samo w sobie (Husserl: „poza tym [poza przejawami] zaś jest niczym”). Najczęściej rzeczywistość nie podoba się nam, nie my ją wybraliśmy, mamy jej wiele za złe (nieszczęście, cierpienie, chorobę) – najchętniej przenieślibyśmy do innej rzeczywistości, czyli: nierzeczywistości. Boimy się rzeczywistości, bo rzeczywistość to także (przede wszystkim) ciało: coś, co znamy najintymniej, ale zarazem terra incognita, ziemia rzeczywiście nieznana – ukryta pod skórą rządzi w niezrozumiały dla nas na ogół sposób, bez porozumienia, apodyktycznie. Z umysłem jakoś można sobie poradzić i utrwalić (na przykład w słowach) – ciało umierając, odchodząc zabiera nas ze sobą. Wszelkiej refleksji o rzeczywistości grozi ulegnięcie jej przypadkowości (pożegnajcie nadzieję na scalające znaczenie!), ale gdy nierzeczywistość zapoczątkuje refleksję, nieuchronnie przekłamujemy genezę myślenia i u-bez-sensowniamy jego dalszy ciąg. Myślenie nie zaczyna się przecież w aporiach języka, lecz w zmysłowym napięciu między nami a tym, w czym przyszło nam żyć: między ciałem a przedmiotem lub inną osobą – w tym elementarnym zdziwieniu światem, które zawsze jest zdziwieniem jakąś konkretnością. Powtarzając tezę Heideggera, dopowiem: „zanim cokolwiek odczuliśmy, poznaliśmy, pomyśleliśmy –byliśmy już”; ja na Cimoku, w pokoju mojej babki, bo w nim najlepiej uczyło się lub czytało, leżąc na podwójnym przedwojennym łożu i odrywając wzrok od książki, by bezmyślnie zatrzymać spojrzenie na starej szafie lub liściach jabłoni, które zasłaniały widok za oknem i ocieniały pokój. Jeszcze teraz – w wieku średnim – słyszę ciszę tego pokoju i czuję jego zapach: chłodny zapach wilgotnej czystości, krochmalu, naftaliny i mirtu.

 

Jeżeli nie próbujemy uporać się z konkretnością naszego istnienia, sami jesteśmy odpowiedzialni za jałowość, którą zarzucamy słowu: za nieodnajdywanie w tym, co ogólne, własnej szczególności. Nie spróbowaliśmy bowiem niemożliwego: nie spróbowaliśmy – nawiązując ostatni raz do Miłosza – skleić języka i rzeczywistości.”




Końcowy fragment eseju Stafana Szymutki „Chłopcy z Cimoka –opowieść nierozwojowa” „Res Publika Nowa” 11 (122) listopad 1998.

Dziękujemy pkl. „Łabuź”




Agnieszka Gut

POWSTANIE HERBU POWIATU ŁOBESKIEGO W DWUDZIESTOLECIU MIĘDZYWOJENNYM

Heraldyka powiatowa to młody dział w dziejach herbów. W Prusach, w których skład wchodziła również Prowincja Pomorze, ich tworzenie i wprowadzanie rozpoczęło się w latach dwudziestych XX wieku. Wiązało się to z podjętymi w owym czasie pracami nad nową pruską ustawą o zarządzie gmin, w której zakazywano używania na pieczęciach urzędowych herbu państwowego oraz proponowano zastąpienie go własnymi herbami gmin. W prowincji pomorskiej już w 1927 roku Pomorski Sejmik Powiatowy, w ramach działań podjętych przez Sejmik Pruski, podjął decyzję o tworzeniu własnych herbów powiatów. Do grupy powiatów zamyślających wprowadzenie herbu przyłączył się także powiat reski z siedzibą w Łobzie.

Powiat ten, jak zresztą i inne powiaty pomorskie, powstał w 1818 roku, kiedy nadprezydent August Sack wprowadził w prowincji pomorskiej nowy podział terytorialny. Powiat składał się z dotychczasowych okręgów (powiatów) rodowych von Borków i von Ostenów, a na jego obszarze położone były cztery miasta Łobez, Resko, Węgorzyno i Płoty. Siedziba władz powiatu znajdowała się w owym czasie w Resku. Przeniesienie siedziby władz powiatowych z Reska do Łobza nastąpiło w 1860 roku, zachowano jednak dawną nazwę powiatu - reski.

Już w kwietniu 1928 r. do Wydziału Powiatowego w Łobzie zgłosił się listownie greifswaldzki inżynier Rosenbaum von Ehrenbusch, proponując swe usługi na polu heraldyki powiatowej. Urzędowe potwierdzenie sprawy tworzenia herbów i rekomendacja dla Rosenbauma dotarły do Łobza w maju 1928 roku, kiedy przewodniczący Pomorskiego Sejmiku Powiatowego przekazał landratowi łobeskiemu informację o tym, że powiaty Gryfia i Gryfino zleciły wykonanie swych herbów inżynierowi Rosenbaumowi.

Rosenbaum nie był z wykształcenia ani heraldykiem, ani nawet historykiem. Wydaje się jednak, że na tym polu postanowił zrobić dobry interes. Jako pierwszy bowiem zainteresował się tworzeniem nowych herbów i zabiegał w sposób intensywny o reklamę swej osoby. Wybrana przez niego metoda pracy okazała się bardzo prosta. Postanowił, i do swej decyzji przekonał Pomorski Sejmik Powiatowy, że herb każdego powiatu powinien składać się z tarczy czwórdzielnej w krzyż z piątym polem sercowym. W polu sercowym miał znajdować się herb miasta będącego siedzibą powiatu, w polu drugim - stworzony przez niego symbol rejencji (strzałowskiej, szczecińskiej bądź koszalińskiej), w pozostałych polach - herby pozostałych miast powiatu. Całość miała być otoczona złotym okręgiem, a pole między tarczą a okręgiem miał wypełniać czarny damaskinaż. Koszt projektu wycenił na 250 marek.

Początkowo landrat łobeski pozytywnie zareagował na propozycję Rosenbauma. Kwestia wprowadzenia herbu powiatu miała być dyskutowana na posiedzeniu wydziału powiatowego. Efekt tej dyskusji nie był jednak dla Rosenbauma korzystny, ponieważ w dniu 17.09.1928 roku wydział postanowił, że tymczasowo nie będzie się zajmował sprawą wprowadzenia herbu powiatu. W ten sposób zakończony został pierwszy rozdział w dziejach herbu powiatu łobeskiego.

Sprawa odżyła w 1935 roku w zupełnie już innych okolicznościach politycznych i prawnych. W dniu 15.12.1933 roku wydana została bowiem dla Prus ustawa o zarządzie gmin (Gemeindeverfassungsgesetz), w której stwierdzano, że gminy mają prawo do posługiwania się na pieczęciach własnym herbem. Jednocześnie zakazywano gminom posługiwanie się herbem Rzeszy, Krajów Rzeszy i Prowincji, a także hakenkreuzem. W ten sam sposób kwestie herbów regulowała nowa ustawa o gminach niemieckich (Deutsche Gemeindeordnung) wydana w dniu 30.01.1935 roku dla całej Rzeszy. Nowe państwo pod wodzą Hitlera i NSDAP kładło duży nacisk na propagandę wizualną, stąd często wykorzystywano herbu i flagi powiatów do ozdabiania budynków w czasie świąt państwowych oraz partyjnych. Potrzeba posiadania herbu stawała się zatem bardzo istotna zarówno ze względów prawnych, jak i propagandowych.

Bezpośrednią przyczynę ponownego zainteresowania kwestiami heral-dycznymi w Łobzie spowodowało pismo landrata z Białogardu, proszącego o przesłanie herbu powiatu łobeskiego, który wraz z herbami innych powiatów miał ozdobić założoną tam szkołę dla dziewcząt z Hitlerjugend. W efekcie tej prośby landrat łobeski wszedł w kontakt z landratem powiatu sławieńskiego, który w ostatnim czasie otrzymał ministerialne zatwierdzenie herbu. Od niego dowiedział się, w jaki sposób wygląda urzędowa procedura wprowadzania i zatwierdzania nowych herbów powiatowych

Przedstawiona przez landrata sławieńskiego procedura postępowania oparta była na odpowiednich ministerialnych rozporządzeniach w tej sprawie. Pierwszym zatem dokumentem dotyczącym kwestii heraldycznych był okólnik Pruskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych z 10.02.1932 roku, w którym stwierdzano, że jeszcze przed sporządzeniem projektu herbu gmina powinna wejść w kontakt z odpowiednim archiwum państwowym. Pracownicy archiwum mieli służyć pomocą przy wyborze odpowiednich dla gminy symboli, ale nie mogli tworzyć samych projektów. Landrat sławieński wskazywał także na okólnik MSW z 9.12.1933 roku, w którym była mowa o podstawowym przeznaczeniu herbu powiatu, tzn. o używaniu go na pieczęciach. Przeznaczenie herbu do użytkowania na pieczęci miało o tyle istotne znaczenie, że pole napieczętne dawało do dyspozycji niewielką powierzchnię. Z tego też względu - według ministerialnych zaleceń - herb powinien być możliwie prosty, złożony z niewielkiej liczby elementów, tak by mógł być rozpoznawalny także wtedy, gdy będzie miał małe rozmiary. Przy przeprowadzaniu postępowania o zatwierdzenie projektu herbu należało się odwołać do paragrafu 2, cyfra II Ustawy o zarządzie gmin z 1933 roku, a właściwie do instrukcji wykonawczej do tego paragrafu wydanej w dniu 26.02.1934 roku. Na mocy tej instrukcji wniosek gminy miał być skierowany do prezesa rejencji, a stąd do miejscowego archiwum państwowego i do Tajnego Archiwum Państwowego w Berlinie-Dahlem z prośbą o opinię. Zaopiniowany wniosek wracał z powrotem do prezesa rejencji, który przesyłał go teraz do zatwierdzenia przez MSW. Do wniosku należało dołączyć dokładny opis projektu herbu.

Z listu landrata sławieńskiego landrat łobeski dowiedział się także, że projekt dla Sławna wykonał berliński heraldyk Adolf Cloß, polecony wydziałowi powiatowemu przez Sejmik Gmin Niemieckich (Deutscher Gemeindetag). Koszt przygotowania przez niego trzech kolorowych rysunków herbu oraz projektu pieczęci wyniósł 50 marek.

Po uzyskaniu tych informacji w dniu 9.12.1935 roku Wydział Powiatowy w Łobzie zatwierdził przedstawioną przez landrata propozycję stworzenia herbu dla powiatu łobeskiego. Jeszcze w tym samym miesiącu mieszkańcy powiatu zostali o tej sprawie poinformowani i poproszeni o składanie własnych projektów herbu.

Nie wiadomo dokładnie, ile zebrano propozycji; nie wiadomo także, jak wyglądały proponowane herby. Wiadomo jednak, że w lutym 1936 roku landrat wszedł w kontakt z Adolfem Cloßem, przesyłając mu zamówienie na wykonanie projektu herbu oraz w załączeniu: miejscowe propozycje i dziesiąty zeszyt Die Bau- und Kunstdenkmäler des Regierungsbezirks Stettin Lemckego poświęcony powiatowi Resko.

Propozycja Cloßa nadeszła na początku marca. Na podstawie otrzymanych informacji przedstawił on dwa warianty herbu. Oba zresztą jako swą podstawę brały elementy herbów v. Borków i v. Ostenów, których dawne ziemie stanowiły trzon terytorium powiatu. Projekt pierwszy przedstawiał tarczę dwudzielną w słup. W polu pierwszym srebrnym znajdowały się dwa czerwone ukoronowane wilki Borków, w polu drugim czerwonym - srebrny klucz Ostenów w pas. Projekt drugi przedstawiał również tarczę dwudzielną, ale w pas. W polu pierwszym srebrnym znajdować się miały wilki, w polu drugim - klucz. Barwy pozostawały bez zmian. Oba szkice autor proponował przedstawić do zaopiniowania w Archiwum Państwowym w Szczecinie.

Propozycje te zaowocowały długą dyskusją między łobeskim landratem a berlińskim heraldykiem. Okazało się bowiem, że landrat nie zadawalał się uwypuklaniem w herbie wyłącznie historycznej przeszłości powiatu. Chciał także w sposób wyraźny podkreślić najważniejszą gałąź współczesnej działalności gospodarczej - rolnictwo, co chciał uzyskać poprzez wprowadzenie do herbu pługa albo pęku kłosów, umieszczonych w okręgu w centrum tarczy. Oczekiwał zatem nowych propozycji.

Odpowiedź Cloßa była ugodowa, ale zgodna z podstawowymi zasadami heraldyki. Uznał on bowiem, że kłosy oraz okrąg w centrum tarczy nie są elementami używanymi w tradycyjnej heraldyce. Zamiast kłosów zaproponował zatem lemiesz. Zasugerował także podział tarczy na trzy pola zwany w heraldyce niemieckiej geschwiefte Spitze. W środkowym błękitnym polu "w szpic" znaleźć się miał srebrny lemiesz, pozostałe pola zawierać miały proponowane już wcześniej elementy herbu Borków i Ostenów. Barwy pola środkowego miały odpowiadać współczesnym barwom Prowincji Pomorze.

Niestety wydział powiatowy nie zaakceptował tego projektu, ponieważ według niego rolnictwo nie zostało w nim odpowiednio podkreślone. Wobec tego przesłano Cloßowi kolejny projekt, w którym - przy zachowaniu proponowanego podziału tarczy - w środkowym polu umieszczono pług, a po obu jego stronach - kłosy. Projekt wydziału nie spotkał się z kolei z akceptacją Cloßa. Chodziło przede wszystkim o kłosy, które oddane przy pomocy barwy szarej niezbyt dobrze prezentowałyby się na błękitnym tle. Poza tym heraldyk wskazywał na fakt, że zarówno pług, jak i kłosy, wyrażają dokładnie te same treści, a w heraldyce nie jest przyjęte, by w jednym herbie umieszczać dwa przedmioty o tej samej symbolice. Zaproponował zatem pozostawienie samego pługa.

Prawdopodobnie także w toku tej dyskusji został zmieniony podział tarczy, ponieważ we wniosku przesłanym przez wydział w dniu 15.05.1936 roku do zaopiniowania przez Archiwum Państwowe w Szczecinie pług umieszczony został w głowicy, a dolna część tarczy podzielona została w słup. Opinia archiwum była negatywna. Z akceptacją spotkały się tylko herby Borków i Ostenów, przy czym wskazano na potrzebę dokonania w nich drobnych poprawek. Herb Borków miał być umieszczony w polu złotym, a nie srebrnym, a klucz Ostenów miał być położony w słup, a nie w skos. Zupełnie inne stanowisko zajęło archiwum w kwestii pługa. Adolf Diestelkamp, opiniujący projekt herbu, uważał przede wszystkim, że element ten - jako symbol rolnictwa - nie odzwierciedla cech charakterystycznych wyłącznie dla powiatu łobeskiego. Jest to bowiem znak na tyle ogólny, że można go użyć w herbie każdego innego powiatu pomorskiego.

Z problemem symboliki rolniczej w herbach powiatowych archiwum spotykało się zresztą dosyć często i za każdym razem argumenty przeciw niej brzmiały podobnie. Poza tym uznano, że podział na trzy pola może być nieczytelny w polu pieczęci. Stąd ostateczna opinia Diestelkampa brzmiała: "górną część herbu trzeba odrzucić i pozostawić tarczę dwudzielną w słup z herbami Borków i Ostenów".

Opinia ta rozpoczęła nowy etap współpracy łobeskiego wydziału powiatowego z Adolfem Cloßem, który poinformowany został o stanowisku archiwum i proszony o wyrażenie własnej opinii w tej kwestii. Odpowiedź Cloßa była nader roztropna. Ponieważ uważał, że - choć pole z pługiem jest poprawne heraldycznie - opinia archiwum będzie ważna dla Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i herb trzypolowy może nie zostać zatwierdzony, dlatego przygotował nowy projekt na podstawie opinii archiwum, a zatem bez pola z pługiem.

Zanim projekt przedstawiony został wydziałowi powiatowemu, landrat zadbał o zgodę Borków i Ostenów na użycie w herbie powiatu ich herbów rodowych, co wynikało z instrukcji wykonawczej z 26.02.1934 roku. Odpowiedź obu rodów była pozytywna, choć Borkowie podkreślili, że wilki muszą mieć nie tylko złote korony, ale także obroże.

W sierpniu landrat przedstawił projekt wydziałowi powiatowemu. Wbrew stanowisku Cloßa zaproponowany został herb trzypolowy, który został zatwierdzony w dniu 25.08.1936 roku. Ten też projekt został ponownie przesłany do archiwum w Szczecinie i ponownie spotkał się z negatywną opinią. Powiat zatem wszedł znowu w kontakt z Cloßem, który przygotował dwa nowe projekty: według propozycji powiatu i według propozycji archiwum, podkreślając ponownie, że opinia archiwum ma znaczenie i że dlatego należy przyjąć projekt bez pługa.

W listopadzie landrat przesłał do archiwum nowy projekt herbu o dwóch polach z godłami Borków i Ostenów. Jednak w załączonym liście ponownie upominał się o dodanie pola z pługiem, ponieważ, jak uważał, w herbie powiatu nie powinny występować wyłącznie herby szlacheckie. Prosił zatem o wyjątkową, pozytywną opinię do projektu trzypolowego, zwłaszcza, że - jak podkreślał - został on jednogłośnie przyjęty przez wydział powiatowy i powiatowe kierownictwo NSDAP.

Pierwsza odpowiedź archiwum w tej sprawie mogła nastrajać pozytywnie. Choć w kwestii pługa Diestelkamp nadal nie chciał zmienić zdania, to jednak wyrażał zgodę na wyjątkowe zaakceptowanie wniosku powiatu. W styczniu 1937 roku landrat upewnił się jeszcze telefonicznie, czy mimo wątpliwości archiwum, projekt mógłby zostać wprowadzony na drogę służbową Na podstawie grudniowej opinii i rozmowy ze stycznia landrat przesłał do Cloßa prośbę o wykonanie barwnego rysunku herbu z trzema polami w wymaganych przez ministerstwo rozmiarach, a więc 18:24 cm.

Na odpowiedź Cloßa landrat czekał do końca marca, a w tym czasie z archiwum przyszła druga opinia. Diestelkamp poinformował w niej, że archiwum zostało pouczone, żeby do opiniowania herbów przykładać jak największą wagę, ponieważ w innym przypadku projekty nie zostaną zatwierdzone przez MSW. W związku z tym oznajmił, że musi wycofać swe poparcie dla projektu Łobza i prosić o nowy projekt wykonany na podstawie propozycji archiwum.

Ignorując to pismo, na początku kwietnia landrat przesłał wniosek do prezesa rejencji szczecińskiej z rysunkiem herbu trzypolowego wskazując równocześnie, że taki projekt akceptuje zarówno wydział powiatowy, jak i powiatowe kierownictwo NSDAP. Zaznaczył równocześnie, że archiwum w Szczecinie przeciwne jest pługowi, uważając go za symbol zbyt ogólny, pasujący właściwie do wszystkich powiatów pomorskich. Ze swej strony podkreślił jednak, że użycie tego elementu nie jest sprzeczne z zasadami heraldyki oraz nie komplikuje konstrukcji herbu, który nadal pozostaje jasny i przejrzysty. Prosił zatem prezesa rejencji o wprowadzenie projektu na drogę służbową i o wstawiennictwo u ministra spraw wewnętrznych.

W maju wniosek powiatu został przesłany przez prezesa rejencji do Archiwum Państwowego w Szczecinie z prośbą o opinię. Na stanowisko archiwum rejencja czekała dwa miesiące. Wysłana do prezesa rejencji w lipcu opinia ponownie była negatywna. Znalazły się w niej wszystkie argumenty wykorzystywane dotąd przez archiwum przeciwko użyciu pługa. Dodano jeszcze, że według wskazówek ministerialnych herby mają być jak najprostszej budowy, nie powinny się zatem składać z więcej niż dwóch pól. Widząc jednak, że landrat nie zmieni swego dotychczasowego stanowiska, archiwum zaproponowało przesłanie wniosku do Tajnego Archiwum Państwowego w Berlinie-Dahlem, które mogłoby spowodować dalsze działania w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Opinia ta w odpisie przesłana została również Wydziałowi Powiatowemu w Łobzie.

Niemal natychmiast do rejencji nadeszła odpowiedź z łobeskiej landratury, przesłana we wrześniu do archiwum w Szczecinie. Teraz z kolei landrat użył swoich sztandarowych kontrargumentów, uznając zestawienie trzech pól za jasne i przejrzyste, a pług - za doskonały symbol rolnictwa, łączącego wszystkie pomorskie powiaty. Błyskotliwie dodawał, że być może byłoby stąd dobrze, gdyby wszystkie powiaty wprowadziły go do swoich herbów, bo cechy charakterystyczne dla konkretnej jednostki administracyjnej można przedstawić w innych elementach herbu.

Odpowiedź archiwum ponownie była negatywna. W efekcie tego prezes rejencji, graf v. Bismarck, zapytywał landrata, czy nie byłyby jednak możliwe dokonanie zmian w projekcie, zgodnych z wytycznymi archiwum. W innym przypadku sugerował zasięgnięcie opinii Tajnego Archiwum Państwowego w Berlinie-Dahlem

Z odpowiedzią landratura czekała aż do listopada, ponieważ chciała zapoznać się wcześniej z wizerunkami zatwierdzonych już herbów powiatów pomorskich, o które poprosiła Sejmik Gmin Niemieckich. Skontaktowano się także z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych, gdzie - po telefonicznej rozmowie z Tajnym Archiwum Państwowym - uzyskano zapewnienie o zatwierdzeniu herbu w proponowanym kształcie. W odpowiedzi przesłanej do rejencji landrat powoływał się zatem na tę rozmowę oraz na zatwierdzony w czerwcu 1936 roku herb powiatu białogardzkiego, składający się aż z pięciu pól. Prosił stąd o przesłanie wniosku do ministerstwa, ponieważ i tak nie zgodzi się na przeprowadzenie zmian. Postawił nawet swoiste ultimatum; albo herb w proponowanym kształcie, albo - żaden. W związku z takim postawieniem sprawy prezes rejencji w grudniu przesłał stanowisko powiatu do archiwum w Szczecinie z prośbą o przesłanie wniosku do Tajnego Archiwum Państwowego.

Po uzupełnieniu koniecznych załączników w lutym 1938 roku Archiwum Państwowe w Szczecinie przesłało wniosek powiatu łobeskiego do archiwum w Berlinie. Odpowiedź, która nadeszła w marcu, zawierała decyzję Generalnego Dyrektora Archiwów Państwowych. Chwaląc dążenie archiwum w Szczecinie do zatwierdzania wyłącznie herbów prostych i uznając pług za znak rzeczywiście mało zindywidualizowany, nakazywał on jednak pozytywne zaopiniowanie projektu herbu powiatu łobeskiego. Jednak, mimo nakazu ze strony władz zwierzchnich, archiwum szczecińskie uparcie trwało przy swoim stanowisku i odmówiło wystawienia opinii pozytywnej. W efekcie tego Tajne Archiwum Państwowe w Berlinie-Dahlem sporządziło własną opinię i w dniu 19.04.1938 roku przesłało ją do prezesa rejencji szczecińskiej. W opinii tej uznano, że krytyka Archiwum Państwowego w Szczecinie wobec projektu jest zbyt przesadzona i nie usprawiedliwia jego odrzucenia. Takie stanowisko instancji nadrzędnej pozwoliło przesłać wniosek powiatu łobeskiego do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. W dniu 30.07.1938 roku ministerstwo projekt zatwierdziło i udzieliło zgody na wprowadzenie herbu do użytku służbowego.

 

Agnieszka Gut



Za zgodą autorki, na prawach rękopisu, przedruk - PRZEGLĄD ZACHODNI.

Dziękujemy pkl. "Łabuź"

 

Johannes Bobrowski

WIEŚ O PÓŁNOCY

W przekątnym niebie

czarną nogą

drepcze Saturn przez cienie

i gwiżdże na swoje księżyce.

 

Z połamanego dachu

można by było zobaczyć, ale

dom cały pełen snu

jak i lasów

rusza się we śnie,

ptaki śpią na jego oddechu

z otwartymi skrzydłami.

 

Pozwala nam spać ktoś

z innego snu i słuchać

nie gwiazd a wszystkich

głosów w ciemności, krew

tylko jak to spada i opada

z karbowanymi na czerwono

czarniawymi liśćmi pod serce.

 

Rankiem możesz rozrzucić

popioły na niebie,

przed zbliżającymi się

krokami Saturna.

 

Johannes Bobrowski
tłumaczył z niem. Andrzej Pańta




Anatol Ulman

CODEX CORNICHONA,
STRAŻNIKA PŁATKÓW

W tradycji neopostromantycznej można by uznać Cornichona za strażnika płatków róży (i kwiatów podlejszych w rodzaju gladiolusów czy dalii). Od świtu bowiem aż po żarłoczny mrok stoi, paląc czasem trujące papierosy, na tarasie swojego segmentowego domku, bacząc, czy któryś z płatków nie zamierza podjąć owej śmiertelnej podróży z wysokości krzewu na proch ziemi, która jest śmiercią nieubłaganą. Zoczywszy zaś tę omdlałą chęć umierania szybko podbiega po maleńkim trawniku, chwyta palcami płatek i zanosi go do specjalnej starej miednicy, gdzie łączy z pochwyconymi uprzednio. Misa nie jest jednak ani katafalkiem ani urną, zdecydowane na zgon płatki oddają w niej powietrzu i słońcu resztkę trupiej wilgoci, stają się lekkie, przeźroczyste, żadne. Tym samym ogromna ich liczba daje się pomieścić w torebce. Przypuszczenie, że Cornichon wysusza płatki po to, by w wystawionym przed szeregowym domkiem pojemniku na śmieci zajęły tak niewiele miejsca, jak zajmuje większość zmarłych w pamięci żywych, choć uprawnione, gdy wie się o oszczędnym charakterze Cornichona, nie odpowiada jednak prawdzie. Strażnik płatków zbiera ich nikłe zwłoki, by w woreczkach zawiesić pod krokwiami strychu, i by po śmierci nie zmarnował się należący do właściciela ich trupio suchy zapach.

Oczywiście Cornichon na swym posterunku czyhania na śmiertelne zejście jakiegoś płatka nie pełni służby bez przerwy, posiada bowiem inne szczegółowe obowiązki, ujęte w ścisły harmonogram i wypełniane równie solidnie jak straż nad kwiatowym ogródkiem zajmującym, wraz z trawnikiem oraz miniaturową sadzawką z plastykowej folii w barwie dawnych błękitnych barchanowych majtek, mniej niż pięćdziesiąt kwadratowych metrów. Poza tym dozorowaniem konania płatków zajęty jest wyłącznie baczny wzrok Cornichona, gdyż jego słuch w tym samym czasie niemniej skutecznie łowi wszelkie odgłosy oraz szelesty tworzone przez ewentualnych intruzów. W na ogół martwej ciszy osiedla ludzi majętnych wszelkie zakłócenia, poza skrzeczeniem licznych srok oraz pracowitym strzyżeniem upału przez koniki polne, mogą oznaczać zagrożenie, któremu nie będą mogły sprostać pancerne szyby okien oraz drzwi na taras. Ponadto należy wziąć po uwagę głęboką samotność strażnika płatków, który, skłócony ponadto ze wszystkimi nielicznymi sąsiadami, w głębi serca (jeśli posiada taki organ rozumiany w powszechnym przesądzie jako siedlisko uczuć) odczuwa niezmierną ciekawość zdarzeń w okolicy i na każdy dźwięk, odbierany jako inny, reaguje aktywnym zainteresowaniem. Skrada się wówczas jak kot poruszony możliwością zdobyczy, oczywiście jeżeli epicentrum hałasu nie sugeruje, że sprawca jest zbyt niebezpieczny. Już to bezszelestnie wychodzi przed domek z przygotowanym w tym celu i stojącym w korytarzu woreczkiem odpadków, udając, iż właśnie to skłoniło go do nagłego pojawienia się na zewnątrz.

Można więc twierdzić, iż ciekawość Cornichona jest w stanie tłumić jego lęk przed nieznanym i czasem spowodować zejście z posterunku płatków. Tym bardziej, kiedy nabyte doświadczenie podpowiada mu, iż interesujące odgłosy produkuje sąsiad z lewego lub prawego segmentu zrośniętego z jego rezydencją. Nie działa wtedy żadna obawa lecz wyłącznie bezinteresowny głód wiedzy dotyczący tego, co akurat czynić mogą mieszkający obok ludzie.

Poza tym Cornichon wykonuje dziennie kilka drzemek niezbędnych do odnowy sił dla konsekwentnego wartowania na strażnicy płatków. Do snu powala go również pochłonięcie ukradkiem butelki piwa. Cornichon mimo sześćdziesiątki wprawdzie czuje się bezwzględnie młody, nic jednak zewnętrznie nie jest w stanie faktu tego potwierdzić, ani wygląd, ani powłóczenie nogami wypełnionymi przez złogi.

Od konsekwentnego doglądania płatków odrywają też Cornichona codzienne obowiązki względem Dyni, jego żony pękatej i tryskającej zdrowiem niby piękny okaz (żeński, jeśli to możliwe) pastewnego buraka. Poza przekonującym podobieństwem do silnie spłaszczonego walca o mocnej podstawie, Dynia prezentuje właśnie ową wzorową cerę, w której żywa lekka żółtość miesza się z różaną różowością, co daje ową krew z mlekiem tak cenioną w staropolskiej kulturze. Półmetrowej wysokości kok, zbudowany jak kopa zboża w skrzętnie odnawianych barwach dojrzałej pszenicy, ustawiony na głowie Dyni, daremnie stara się podwyższyć jej nędzny wzrost rozrosłego wszerz buraka.

Na szczęście zewnętrzne walory podstarzałej Dyni nie we wszystkim kłócą się z takimiż właściwościami Cornichona. Pary tej nie łączy bowiem kontrast wzrostu w rodzaju chudy męski Pat i owalny żeński, w tym wypadku, Patachon. Przeciwnie, obydwoje urosnąć zdołali na wysokość dość mizerną, przy czym Dynia odrobiła ten brak szczelnie otoczywszy się dookoła tkanką tłuszczową dobrze podtrzymującą z przodu próbujące zjechać rozległe cyce. Nikczemnemu wzrostowi towarzyszy czasem plugawy charakter, choć pełno jest pulchnych grubasów zachowujących pogodny stosunek do życia i otoczenia. Niestety uwaga ta nie stosuje się do Dyni. To nie jest tak, powiedziałby w tej kwestii Cornichon, bo to jest według Garpa.

Zapytany, co ma tu i gdzie indziej do rzeczy Garp, Cornichon wyjaśni, że wprawdzie nie czytał powieści z takim imieniem bohatera, ale spodobał mu się jej tytuł. Stąd albo wszystko na świecie jest takie, jak osądzi Cornichon, albo na pewno nie jest takie, jak mniemają adwersarze, bo tak jest według Garpa. Jest to jeden z nielicznych mocnych dowcipów Cornichona, za którymi chroni swoją niewiedzę lub nieprawdę. W ten sposób zawsze pozostaje przy własnej racji, co dla człowieka tej postury w jego własnym mniemaniu stanowi niezbędny warunek znaczenia wśród ludzi czyli istnienia w ogóle.

Jest to bowiem w istocie postura niedojrzałego (chciałoby się rzec: nienarodzonego) ogórka zanurzonego już w dzieciństwie w owej piekącej mieszaninie octu i gorczycy, co powoduje kurczenie się i nie tylko fizyczne upodabnianie do mumii. Kwas, zniweczywszy zaczątki mającej się dopiero rozwinąć urody, przenika również do świadomości i tworzy gorzki, trawiący wszystko charakter złośliwego, niszczycielskiego korniszona. Zarazem ogórek tego rodzaju poczyna odczuwać rosnący żal do natury za podleganie niesprawiedliwemu losowi, który jednych wyposaża we wzorowe warunki fizyczne a drugich upokarza fizjonomią drobnego pokurcza. Płynące stąd rozżalenie powoduje, że ofiara panującego w naturze chaosu odgradza się od ludzi szpalerem kolczastej niechęci. Przez szpary w tym cierniowym płocie obserwuje jednak chciwie bliźnich, by zauważyć ich prawdziwe oraz zmyślone wady i z całą mocą złośliwości wykazać je oraz wyśmiać.

Nie wolno jednak twierdzić, iż Cornichon stanowi banalny przypadek kurdupla, który rozdrażniony swą dolą bezrefleksyjnie nienawidzi otoczenie, zamiast wykształcić w sobie jakąś cenną właściwość, w rodzaju mistrzostwa we władaniu szablą pana Wołodyjowskiego, która pozwala górować nad światem ludzi fizycznie o ileś centymetrów wyższych. Otóż Cornichon wie, iż w istocie góruje nad ludzkością, a to dzięki własnej inteligencji, która pozwoliła mu stworzyć jedyny w swoim rodzaju kodeks postępowania, Codex Cornichona.

Nie jest to zbiór praw, które Cornichon ustalił, by posiadać niezbędną osobie ludzkiej busolę wśród burz i martwych pogód życia, jest to w istocie tylko jedna twarda zasada, którą chętnie objaśnił na spotkaniu, raczej mało rodzinnym, trzem swoim siostrom (z czterech żyjących) po szybkim otumanieniu się kilkoma kieliszkami wódki marki Dwór Artusa. Sedno jego Codexu, jak wyznał, stanowi ruchomy charakter tego prawa dostosowany do nagłych okoliczności. Krótko mówiąc codex tworzony jest za każdym razem od nowa, umożliwiając Cornichonowi właściwe według tego prawa zachowanie się we wszelkich zdarzeniach istnienia, w tym najbardziej niespodziewanych. Kiedy stwierdzić, że podobnie pojmowane prawo oznacza absolutny brak prawa, Cornichon skwapliwie podchwyca myśl dodając, iż właśnie jest tak według Garpa.

Trzeba przyznać, iż podobnie rozumiane zasady moralne (także prawne oraz estetyczne) umożliwiają Cornichonowi nie tylko posiadanie Codexu przy jednoczesnym jego nieposiadaniu, ale przede wszystkim immanentne górowanie nad każdym innym człowiekiem, który trwale uznając jakieś inne prawa nigdy nie jest w stanie posiadać jakiejkolwiek racji w zetknięciu z ruchomą zasadą Cornichona.

Codex dotyczy branży moralnej. Cornichon musiał go stworzyć z tej przyczyny, że państwowe władze normalizujące zaniedbały uchwalić obowiązujących przepisów etyki inżyniera - człowieka. Łódź, którą wygodnie i szczęśliwie pomykał Cornichon przez życie zawodowe, zawsze sterowana była bezpiecznie przez PN (polskie normy), w których z łatwością odnajdywał nie budzące wątpliwości, gdyż mające charakter stosowanego bezdyskusyjnie prawa, przepisy dotyczące nie tylko wymiarów oraz innych właściwości wszelkich materiałów i konstrukcji, ale również fachowe nazwy prawie wszelkich stworzonych przez człowieka rzeczy. Stąd potoczne użycie innego wyrażenia niż zawarte w odpowiedniej normie spotyka się z miażdżącą ironią, politowaniem i sarkazmem Cornichona wykazującego łatwo, jak bardzo głupi i śmieszny jest człowiek posługujący się pojęciami nie unormowanymi. Stanowcze trzymanie się norm technicznych, które w sposób bezdyskusyjny potrafi interpretować jedynie Cornichon, miast zyskać uznanie nie tylko klientów przedsiębiorstwa, ale także przełożonych inżyniera, spowodowało, że otrzymał w pracy miano upierdliwego korniszona, co zaowocowało stanowczym i przedwczesnym odesłaniem go na emeryturę.

Oddzielony nie tylko od zależnych od siebie ludzi, ale także od głupich zwierzchników, Cornichon uznał sytuację emeryta za swoją osobistą zasługę oraz spełniony cel inteligentnych starań. Ludzie stali się odtąd jeszcze bardziej godni pogardy tak, jak zawsze była jej godna towarzyszka życia pękata Dynia wyrwana z pegeerowskiej gleby mało albo i wcale zasobnej w nawozy intelektualne.

Teoretycznie wydawać się może dziwne, że ordynarnie odmawiający wszystkim, zwłaszcza najbliższemu rodzeństwu, rozumu, wiedzy i kultury, Cornichon, choć wobec osób postronnych wypowiada się o żonie lekceważąco a nawet obelżywie, potulnie słucha się Dyni, kulistej kobiety o urodzie i mózgu buraka. Walory umysłowe Dyni objawiły się już na początku związku: Cornichon do spółki z mężem swej ciotki zmuszony był maznąć jej licencjacką pracę z ekonomii, gdyż małżonka okazała się do tego działania rozumowo niezdolna. Przyczyny pogardy Cornichona dla żony i jednoczesnego posłuchu nie wiążą się jednak z codziennym obowiązkiem wożenia i przywożenia Dyni z pracy, (buraczana kobieta, chociaż posiada prawo jazdy a firma oddała do jej dyspozycji wspaniałego peugeota, z lęku i braku imaginacji nigdy nie zdobyła się na samodzielne kierowanie pojazdem) czy z przygotowywaniem przez Cornichona obiadów.

Kiedy najbardziej energiczna z sióstr, spytała, dlaczego pozwala sobą dyrygować takiej (ciemnej i chamskiej) kobiecie, stwierdził, iż w układzie z Dynią znajduje upragniony spokój życiowy, który można określić nawet jako szczęście. Po pierwsze dlatego, że Dynia robi dużą kasę, co go pozbawia wszelkich trosk materialnych, po drugie z głupią nie istnieją żadne problemy intelektualne. Uleganie więc jej w pozbawionych sensu opiniach stanowi małe, opłacalne piwo. Przy okazji, otwarty przez wódkę, wyznał, iż Dynię na żonę wybrała mu z pięciu starających się o jego względy kobiet siostra (zmarła niedawno), która przepatrzyła kandydatki pod kątem opiekuńczości oraz zaradności finansowej i twardo wskazała: ta! Zdał się więc na intuicję krewnej (tej samej, która scharakteryzowała później Dynię jako babę, która wyszła ze wsi lecz wieś z niej nie wyszła) i wyszedł na tym pierwszorzędnie. Oto jak można odkryć twardą opokę materialnego, bo czyż istnieje jakieś inne, szczęścia i wygody w małżeństwie.

Nie jest jednak jasne, jakim cennym cechom umysłu i charakteru zawdzięcza Dynia swoją wysokopłatną (jej miesięczne dochody przekraczają roczną emeryturę wielu pracowitych, wolnych w demokracji obywateli) posadę dyrektora przedsiębiorstwa, które nic nie produkując, prócz złudnych nadziei dla głupich, a działając zgodnie z prawem bez żadnych nakładów zdobywa miliony czystego zysku. Czyżby sama żarliwość partyjna w państwie robotników i chłopów owocowała lukratywnymi stanowiskami? Pozbawiona litości bezwzględność w eliminacji rywali i potężny egoizm oraz mocna nienawiść do wszystkich, którzy mogliby uzyskać podobną pozycję, również musiały okazać się przydatne w osiąganiu pięknego celu. Trudno natomiast przypuszczać, iż któryś z socjalistycznych rządców mógł mieć apetyt na krągłości i soczysty miąższ pastewnego buraka, aczkolwiek w oparach absurdalnego seksu podlewanego darmowymi koniakami możliwe jest wszystko. Zresztą ogrom kulistego zadu często przyciąga różne chudziny. Niewątpliwie Cornichon maczał potem malutkie palce w stosownie przepoczwarzenie się Dyni z czerwonej larwy w czarnego motyla wolności. Takiego zręcznego posunięcia sama wymyślić nie była w stanie. Zjawisko przeistoczenia nastąpiło bowiem w zawierusze politycznej stosownie wcześnie, by pozwolić na utrzymanie stołka pod tym nadzwyczajnie wielkim siedzeniem.

Będąc dyrektorem Dynia, co jest oczywiste, tak nabyła świadomości człowieka, którego należy słuchać i bez szemrania wykonywać, co łaskawie każe, że nie jest w stanie właściwości tej się pozbyć poza przedsiębiorstwem. Stąd wymaga od wszystkich posłuchu oraz uznawania wielkości, jaką osiągnęła. Dlatego też nienawidzi jakiegokolwiek sprzeciwu wobec swoich poglądów. Jest to dla otoczenia trudne, bowiem przeciwić można się jedynie czemuś, co istnieje.

Od momentu przedzierzgnięcia się Dyni w pasjonatkę demokracji otwierającej wszystkim wszelkie szanse, opanowała ją zgroza i drżenie. Dające bowiem niemałe pieniądze oraz niszczącą władzę stanowisko dyrektora w systemie zmieniających się ekip politycznych i zapotrzebowania rządzących na posady dla krewnych i znajomych, jest w swej trwałości wątłe jak nowonarodzony cielaczek trzęsący się na cienkich nóżkach istnienia. Silne, nagłe szarpnięcie przełożonych ze stolicy może w każdej złej chwili wyrwać stołek spod zadu i spowodować twarde lądowanie na pozbawionej znaczenia i szczupłej w środki materialne podłodze gabinetu. Dynia paskudnie nienawidzi samej myśli o takiej ewentualności. A przecież spowodować to mogą wszyscy różni ludzie, dlatego Dynia ich nie znosi. Stąd też nienawidzi wszystkich ludzi. Jest i drugi powód tego mocnego uczucia: ubodzy krewni Dyni. Krewni tego rodzaju czyhają, by ich powinowaty, który ciężką pracą do czegoś doszedł, skwapliwie się z nimi dzielił, choćby częściowo. Sami zaś nie wykażą nawet tyle obrotności, by wyjąć z gumiaków słomę, którą wymościli buty jeszcze w czasach pegeerowskich. I tak w nich chodzą od lat głodując oraz narzekając. Dynia, zwłaszcza dlatego, iż jej krewni mieszkają niedaleko, całkowicie z nimi zerwała. Nie ma żadnego powodu, by pokazywać się w towarzystwie kmiotów pozbawionych życiowej energii i patrzących z chytrością, by ktoś coś im za darmo dał. Dynia podejmuje jednak w swym zagraconym pałacyku, krótko i bez przesady, potomstwo siostry z miejscowości tak dalekiej, iż nie opłaci im się zaglądać częściej, niż raz do roku. No i bardziej samodzielnych, gdyż ręki nie wyciągają. Ponadto Dynia, najbogatsza w całej rodzinie, jest szczególnie rozżalona na tę siostrę męża, której córka przez lata opiekująca się wytrwale ciężko chorą ciotką, otrzymała po niej w spadku malutką nieruchomość. Niewielkie mieszkanie winno zdaniem Dyni i Cornichona po części przypaść także ich córce, która ciotki praktycznie nie znała. Dynia nie ma powodu lubić sióstr męża przede wszystkim z tej przyczyny, że dwie z nich posiadają dzieci oraz wnuki bardzo dorodne oraz rozumne w sytuacji, kiedy jej własna Sybilla (kobieta zresztą również wybitnie bystra i o dużej kulturze) ani męża ani potomstwa posiadać sobie nie życzy. Zatem z wnukami kapeć, co za niesprawiedliwość losu wobec kobiety tak ciężko zarabiającej, że mogłaby wypaść ewentualnego wnuka na wielką, tłustą świnię.

Ścisłe odgrodzenie się od wsi, od tych prac bardzo z zasady brudnych i obyczajów raczej niezbyt higienicznych, Dynia podkreśla rzadkim przywiązaniem do czystości w domu. Prawie cały wolny czas poświęca bowiem na pucowanie do połysku i świeżości naczyń, sprzętów, okien i co tylko da się wzorowo czyścić. Niesamowicie dokładna w tej mierze, bardziej niż Cornichon układający w swych pudełkach gwoździe, wkręty i śruby podług rodzajów, długości, średnicy oraz stopnia utlenienia.

Oczywiście Dynia, wierna wrodzonej naturze, kultywuje roboty chłopskie. Czyni to w wolne soboty, kiedy już o brzasku wstępuje na swoje hektary przed tarasem i energicznie wyrywa malutkie chwasty, pieląc trawnik oraz kwiaty z dokładnością niedoścignioną lub zbierając strąki puszczonej na druciane ogrodzenie grubej fasoli.

Życie duchowe Dyni nie jest znane, natomiast o Cornichonie wiadomo, iż podczas roztaczania nieustannej opieki nad płatkami nie marnuje upływających godzin. Kiedy momentami odrywa oczy od przekwitających kwiatów, postrzega mnóstwo zjawisk na nieboskłonie: różane świty, zachody krwawe jak ciemny sok buraków na czerwony barszcz, chmury ciężkie od czerni, obłoki swawolne z krochmalonej koronki i świetlistej bieli. Cały ten zestaw, a przecież jeszcze ogromne niebo, w którym uciekają mgławice i pożerają materię czarne dziury łakome i bezlitosne (istny smolisty diabeł Wszechświata). Na Cornichona to jednak nie wpływa, jest bowiem w tym cząstkowym umieraniu wiecznego czasu całkowicie oddany pracy twórczej.

Cornichon układa wówczas mowy pogrzebowe, co wyznaje z dużym zadowoleniem podczas owego małego popijania rodzinnego, w którym za postanowieniem Dyni zrezygnował z zagrychy, aby goszcząca go siostra (co przygotowała mnóstwo smacznych zakąsek) odczuła przykrość. Choć żadna z kobiet o mowę tego rodzaju nie prosiła, obiecuje, iż przygotuje ją dla każdej. Mowy będą niezmiernie piękne, pełne posępnej melancholii i elegijnego nastroju. Cornichon pozostaje niewątpliwie pod wpływem doskonale przygotowanych przez siebie i wygłoszonych nie tak dawno żałobnych wspomnień o siostrze, która jako pierwszą z rodzeństwa ujął sen żelazny, twardy, nieprzespany. Bolesne doświadczenie śmierci osoby bliskiej pozostający przy życiu ujmować mogą w sposób różny, także jako dowód, że z powodu niejasnych zrządzeń zostali oszczędzeni, skoro przypadek wybrał kogo innego. Jest możliwe, przy uwzględnieniu wszystkich nieznanych pułapek zawartych w rachunku prawdopodobieństwa, że los wybrał nas po to, byśmy mogli wygłaszać po zgonach krewnych ponure, ale mrocznie piękne pogrzebowe mowy. Niemniej do dwóch z trzech sióstr nie docierają ani zawarte w tych pragnieniach Cornichona obelgi ani straszne życzenie, by odeszły pierwsze. Ich siostrzana miłość do brata, który przez pół wieku tylko przypadkowo interesował się ich losem i nic nie wie o ich dzieciach (z czego sobie ciepło pokpiwa jako z doskonałego punktu widzenia świata według Garpa) jest niewzruszalna. Siostry, poza jedną, są w zasadzie oczarowane faktem, że brat traktuje je jak śmieci. Jego oschłość, pogarda dla głupoty krewniaczek oraz piekąca ironia w stosunkach z nimi utrzymuje je w bez-refleksyjnym mniemaniu, iż Cornichon musi mieć rację.

Do przekonania, że Cornichon ma w zamiarze przeżyć nie tylko rodzinę, ale nawet ludzkość, skłania autora tych obserwacji fakt, iż tamtego wieczoru jako pierwszy (Cornichonowi znany jest fakt mojej ciężkiej choroby) zostałem zaatakowany życzeniem rychłego i pewnego zgonu (nie było mowy o Cornichonie puszącym się nad moim grobem, bo nie należę do tej rodziny, tylko o nadziei mojej śmierci). W każdym razie w sytuacji, kiedy siostry przykro przeżywały odejście jednej z nich, propozycja brata, iż każdą następną również opatrzy stosowną mową przy trumnie, nie wydawały się żartem, a jeśli w ten sposób realizowało się poczucie humoru Cornichona, to dowcip, rozciągnięty na długie przypomnienia i powroty podczas tego wieczoru zawierał przemieszany z alkoholem trupi jad oraz rozsiewał woń grobowej zgnilizny. Zatem, jak sądzę, szło o zdobycie przez Cornichona pewności, że przynajmniej z tej grupy osób będzie ostatnią, nad którą odbędą się żałosne egzekwie, a może nawet nigdy nie będzie do nich powodu.

Gdyby więc zadać pytanie, co wokół widzi strażnik płatków, kiedy z tragiczną miną dogląda ich odejścia, to odpowiedź jest oczywista. A co odczuwa ten mały, kwaśny ogórek? Nieuchronnie niezmienny lęk i drżenie. Bo Codex Cornichona może być ruchomy, tworzony doraźnie. Lecz bojaźń przed zatraceniem w nicości stała i straszna.

 

Anatol Ulman


 

Dorota Ryst

NIEOBECNOŚĆ

wszystko zgodnie z planem

kółka

krzyżyki

ryż

i liryczny sopran

cieniujący Ave

 

tylko jego nie było

 

trzeba zrozumieć

tyle spraw na głowie

zatwierdzić

zaopiniować

zbawić

a jeszcze nowi

święci

nieprzeszkoleni

w sztuce sprzedaży relikwii

odpustów

i korzystnego systemu rabatów

 

gdzie by miał czas

na oglądanie jednych z wielu

sukienek

pantofelków

welonów i fraków

 

to niepojęte

ale

wbrew

oczekiwaniom

ciągle się na tym nie zna

tak jak na modelach limuzyn

tenorach

sopranach

i wiązankach kwiatów

 

listopad 002
Dorota Ryst


 

ERA EKOZOICZNA

PONIŻSZY FRAGMENT POCHODZI Z KSIĄŻKI "THE UNIVERSE STORY" AUTORSTWA BRIANA SWIMME I THOMASA BERRY´EGO

"[...] Trapiąca obecnie erę kenozoiczną faza śmiertelnej choroby spowodowana została wypaczonym aspektem mitu postępu. Chociaż w micie tym znajdujemy także aspekt pozytywny, którym jest osiągnięta wiedza o ewolucji wszechświata, to jednak posługujemy się nim w sposób niszczący, grabiąc zasoby Ziemi i zakłócając podstawy funkcjonowania systemów życia na naszej planecie. Podczas ubiegłego wieku ludzkość w ogromnym stopniu zaczęła kontrolować procesy zachodzące na Ziemi, bez towarzyszącej temu wrażliwości na integralną dynamikę wszystkich zjawisk.

Wewnętrzna spontaniczność kierująca przeznaczeniem świata przyrody została potraktowana jako coś nieistotnego. Na biologiczne funkcjonowanie świata przyrody nałożyliśmy powszechnie stosowane wzory mechanistyczne. Świat naturalny stał się "surowcem" do wykorzystania przez człowieka. Postęp mierzymy nie na podstawie funkcjonowania i rozwoju ziemskiej społeczności i środowiska, lecz na podstawie zakresu kontroli człowieka nad światem pozaludzkim i pozornych, widocznych korzyści, które z tej kontroli płyną dla ludzkości.

Główny nurt mitu Cudownej Cywilizacji Zachodniej głosił przez cały czas, że wzrost produktu krajowego brutto może ignorować upadek produktu ziemskiego brutto i, że dobro człowieka można osiągać zmniejszając dobro Ziemi.

Słowo postęp samo w sobie jest kpiną z wewnętrznej dynamiki wszechświata. Postęp zmierzający ku wspaniałemu światu cywilizacji zachodniej, który osiągamy gwałcąc przy pomocy przemysłu naszą planetę, w ostateczności jest działalnością wywrotową, skierowaną w przeciwnym kierunku niż zmierza proces stawania się wszechświata, we wszystkich aspektach jego istoty. Dopiero w najnowszych czasach zaczynamy doceniać cud, jakim jest to, że wszechświat, przy całej swojej różnorodności i obfitości form wyrazu, rozwijając się z powodzeniem, przez cały czas odnosił sukces.

Oczywiście, były chwile zniszczenia, kiedy rodziły się większe wzory bytu, chwile w rodzaju eksplozji gwiazd supernowych. Jednak podczas tych zdarzeń dokonujących potężnych transformacji, tworzyła się zawsze forma dla przyszłych możliwości rozwoju całego wszechświata.

Zupełnie czym innym jest komercyjno-przemysłowy "postęp", którego jesteśmy świadkami w ostatnich wiekach, kiedy ludzie dla spodziewanych własnych korzyści zniszczyli ogromne obszary wspaniałości przyrody.

Lata "postępu" dobiegają teraz końca, co przejawia się we wzrastającym stresie. To ostateczny dowód na to, że cokolwiek czynimy światu wokół nas, czynimy także naszemu światu wewnętrznemu. Podobnie, jak świat przyrody cofa się w swojej różnorodności i bogactwie, podobnie i człowiek biednieje zarówno jeśli chodzi o zasoby ekonomiczne, siły twórcze, staje się mniej wrażliwy, jak też traci znaczące aspekty intuicji i przewidywania.

Stajemy się coraz bardziej wyalienowani od jakichkolwiek doświadczeń tajemniczych sił, które działają w całym wszechświecie. Dusza ludzka kurczy się i ogranicza tylko do swojego jednostkowego istnienia, tracąc niezbędny dla życia kontakt z wszystkimi ożywczymi doświadczeniami zjawisk naturalnych, które przez całe wieki dawały nam siłę i kierowały naszymi działaniami. Tradycyjnym sposobem na poszerzanie swojej ludzkiej istoty, by objąć sobą większy wymiar świata, była wzajemna komunia z tymi właśnie siłami, odczuwana poprzez historię wszechświata oraz interakcje z różnymi zjawiskami naturalnymi, w które wchodziliśmy podczas ceremonii.

Dzisiaj poszukujemy sposobu na powstrzymanie niszczenia planety poprzez wejście w nowy okres kreacyjnego uczestnictwa w ramach całej społeczności ziemskiej. Nazywamy ten nowy okres Erą Ekozoiczną; czwartą w kolejności biologicznych er, po erze paleozoicznej, mezozoicznej i kenozoicznej. Trzy ostatnie nie są niczym więcej jak tylko konceptualnymi terminami ukutymi w dzie-więtnastym wieku, żeby pomóc nam myśleć o funkcjonowaniu planety w większej, biosystemowej skali. Terminy te są subiektywne, "mityczne", są próbą organizacji, uporządkowania pojęciowego w oparciu o zaobserwowane zjawiska, choć same nie występują w obserwowalnym świecie. Ponieważ ostatni z tych okresów dobiega końca, powinniśmy, idąc tą samą drogą, wprowadzić czwarty termin. Niech nim będzie wyłaniająca się Era Ekozoiczna.

Podstawowym przekonaniem dla ery ekozoicznej jest, że wszechświat to raczej wzajemny związek podmiotów niż zbiór przedmiotów. Samo istnienie wywodzi się z wzajemnej bliskości każdej istoty z każdą inną istotą we wszechświecie i dzięki tej bliskości jest utrzymywane. Możemy nawet powiedzieć, że Ziemia funkcjonuje jak jakiś organizm, pod warunkiem, że zdajemy sobie sprawę, iż termin "organizm" używamy jako pewną analogię, bo Ziemia nie jest tylko powiększonym organizmem do takiego poziomu rozwoju jak drzewo czy ptak. Istnieje jednak wiele podobieństw między jednością, która cechuje funkcjonowanie Ziemi, a jednością w ramach funkcjonowania każdej żywej istoty i dlatego użycie terminu "organiczny" dla opisania wewnętrznej spójności i integralnego funkcjonowania całej planety Ziemia jest usprawiedliwione. Ta jedność systemu Ziemi stanowi integralną całość w takim stopniu, że cokolwiek przydarza się któremukolwiek z komponentów ziemskiej społeczności, odbija się to na wszystkich aspektach Ziemi.

Ze względu na tę wartość organiczną, Ziemia nie może przetrwać we fragmentach. Ta świadomość, to jedna z najważniejszych i najbardziej znaczących cech Ery Ekozoicznej. Funkcjonowanie planety jako całości musi zostać zachowane. Dobro całej planety jest podstawowym warunkiem dla dobra jakiegokolwiek członka ziemskiej wspólnoty. Zachowanie ekonomicznej żywotności całej planety musi się stać pierwszym prawem ekonomii. Głównym zobowiązaniem każdego lekarza musi się stać zachowanie zdrowia całej planety. Zachowanie świata przyrody jako podstawowego przejawu boskości musi się stać podstawową troską religii. Absurdem jest myślenie, że człowiek może czerpać korzyści eksploatując w wyniszczający sposób jakiekolwiek miejsce w strukturze życia na Ziemi lub niszcząc procesy służące jej funkcjonowaniu. Dobro Ziemi jest na pierwszym miejscu. Dobro człowieka jest wtórne.

Chociaż prawdą jest, że poszczególni członkowie ziemskiej społeczności przyrody karmią siebie nawzajem, że śmierć jednych daje życie drugim, nie należy tego postrzegać jako wzajemną wrogość lecz wzajemną bliskość. Globalna równowaga w tym procesie jest w naturze zachowana. Tam gdzie jest dawanie, jest także branie. Bez obustronności Ziemia nie mogłaby przetrwać. Niezrozumienie tego jest jednym z powodów zniszczeń poczynionych przez czynnik ludzki pod koniec ery kenozoicznej. Myśleliśmy, że możemy odżywiać się glebą, nie żywiąc tej gleby przez zapewnienie jej naturalnych procesów organicznych i zachowanie jej naturalnych rytmów. Myśleliśmy, że możemy eksploatować przy pomocy przemysłu petrochemicznego ropę na polach naftowych całego świata, podczas gdy nie znaliśmy sposobu na węgiel w miejscach jego gromadzenia się, by zapewnić chemii atmosfery utrzymywanie właściwego dla systemów życia na planecie klimatu.

Ten brak wzajemności w postępowaniu człowieka odpowiada za traktowanie pozaludzkiego świata nie jako podmiot - partnera we wzajemnych związkach, lecz jako przedmiot eksploatacji. Szczególnie dotyczy to ziemi: jeśli chcemy mieć jakieś korzyści dla siebie i dla ziemi, musimy wejść w bliskie związki z zasadami życia jakie toczy się w ziemi. Ziemia, gleba, to takie magiczne miejsce alchemika, gdzie dokonuje się cud podtrzymujący życie wielu organizmów. Oczywiście, mamy też intymny związek ze światem zwierząt. To porozumienie ze zwierzętami trafia do nas poprzez lokalne plemiona z ich tradycjami totemicznymi, które czczą zwierzęta jako naszych czcigodnych przodków.

Poczucie podmiotowego związku z różnorodnymi komponentami społeczności ziemskiej znane jest od początku historii człowieka. Wiedzieli o nim nawet ludzie z paleolitu. To dlatego malowali i rysowali zwierzęta, szczególnie te, od których zależało ich życie. Zarówno wartość estetyczna jak i uczucia zawarte w tych pradawnych malowidłach upewniają nas, że w tamtych czasach świat był przede wszystkim doświadczeniem wzajemnej komunii.

Rzeczy miały także swój wymiar użyteczności, ale zawsze była w tym wzajemna wymiana. Czasami branie i dawanie nie następowały bezpośrednio w kolejności albo nie dotyczyły tych samych jednostek, ale krąg zawsze był zamknięty. Zapewniano to poprzez wzajemny szacunek okazywany w obecności tych istot i sobie nawzajem i zrozumienie wzajemnego uzależnienia, by przetrwać.

Bliskość wzajemnych relacji wykraczała poza świat istot żywych i obejmowała zjawiska przyrodnicze, dzięki którym funkcjonuje świat. Szczególnie odnosiło się to do pór roku, deszczu, wiatru, grzmotów i błyskawic oraz przypływów morza, także do gwiazd i wszystkich innych bytów niebiańskich. Wszystko istniało w jednym objęciu wielkiego świata, gdzie wspólnie dzielono się pierwotnymi cudami egzystencji. We wczesnych cywilizacjach ów porządek kosmiczny był przedmiotem stałych doświadczeń w ramach społecznych, a porządek społeczny wymyślano wzorując się na porządku kosmicznym. Były to dwa różne aspekty jednego kosmicznego porządku rzeczy.

Skoro proponujemy, by przyszłość stała się erą ekozoiczną myślimy o odtworzeniu, w nowym kontekście, tych pierwotnych sposobów na zachowanie ludzkiej świadomości. Nowy kontekst stanowią najnowsze doświadczenia ludzkości dające wiedzę o wszechświecie jako powstającej sekwencji nieodwracalnych transformacji. [...]

Ważnym aspektem nowego spojrzenia na wszechświat jest współczesna wiedza o Ziemi, że jest ona darem jednorazowym. Co prawda wciąż się odradza, ale w ramach określonych granic. Tych granic nikt z nas dokładnie nie zna. Z powodu tych granic Ziemia jest nieskończenie bezcenna. W całym systemie słonecznym nie ma drugiej podobnej planety. Nie wiemy też nic o istnieniu podobnej planety gdziekolwiek we wszechświecie.

Jakkolwiek patetycznie to nie zabrzmi, to my, właśnie teraz, celowo niszczymy budzące najwyższy szacunek wspaniałości, jakie kiedykolwiek udało się naszej planecie wytworzyć. Właśnie likwidujemy lasy deszczowe, najbujniejsze ekosystemy na planecie, wycinając co sekundę boisko do piłki nożnej [...] Przeszliśmy już przez takie złe doświadczenia jak samobójstwa, zabójstwa, ludobójstwa do zabijania życia w ogóle i zabijania całej Ziemi - zabijamy system utrzymujący życie na planecie, a być może uśmiercamy całą planetę. Najpierw atakowaliśmy fizycznie, potem zaczęliśmy naruszać równowagę chemiczną, aż doszliśmy do inżynierii genetycznej i zaśmiecania planety radioaktywnymi odpadami. [...]

Ludziom trudno jest zrozumieć, że dostaliśmy tę planetę jako jednorazowy podarunek. Chociaż Ziemia jest prężna i posiada ogromne siły pozwalające na odnawianie się, ma również aspekt skończoności i nieodnawialności. Wyczerpać mogą się nawet zasoby sezonowo odnawiające się: na przykład gatunki roślin i zwierząt. Wiemy jedno - jeśli jakiś gatunek wyginie, nie ma takiej mocy na niebie i ziemi, która mogłaby go przywrócić. Prawo entropii budzi grozę.[...]"

 

Tłumaczył Janusz Korbel



Brian Swimme - światowej sławy profesor, dyrektor Center for the Story of the Universe w San Francisco. Matematyk i kosmolog.
Thomas Berry - profesor historii kultury, teolog katolicki, autor "The Dream of the Earth", książki uznanej przez Donalda B. Conroya za jedną z najważniejszych 10 książek XX wieku.
"The Universe Story", Brian Swimme @ Thomas Berry, Harper, San Francisco 1992

Dziękujemy pkl. "Łabuź"

 

Agnieszka Wesołowska

PSALM

Za to co mnie nie wybawiło

od Bacha ani od kornika

wstaję rano i trącam

snem o wielki zegar z kukułką,

biodrem o powietrze,

kryształem o kryształ.

 

I za życie usłane wierszami

i za szczęście pierwsze lepsze -

 

kudłate niebo skacze do oczu błyskawicą.

 

Jakie to uderzające

że ciągle żyjemy.

 

Tu się ziemia obraca po cichu

na palcach.

I chwyta się kurczowo

wiernej łapy wszechświata.

 

Już mnie ta łapa nie raz trzymała

w eterze międzysłowia -

 

zawsze kiedy wielki odźwierny zamyka

bramy dnia i podwórka

w milczeniu przeżywamy

wigilię poranka

dzieląc się tym co było.

 

Lubię dzwony twoich stóp wracających

i srebrne palce grudnia.

 

W przyszłą niedzielę

już na pewno uwierzę

w pożegnania

 

Bo do grudnia znów cały rok.

 

Agnieszka Wesołowska


Lech M. Jakób

NARZĘDZIA

Szczęśliwi pisarze, można powiedzieć, gdy o narzędzia pracy idzie. Takiemu stolarzowi potrzebne są piły, heble, młotki, poziomice, gwoździe, kleje, lakiery i co tam jeszcze. Malarz nie obędzie się bez rozmaitych odmian pędzli, szpachli, palet i blejtramów, nie wspominając o szkicownikach. Zaś pisarz zadowoli się byle kartką papieru i ołówkiem.

To prawda. Dla tworzącego słowem (i w słowie) wystarczy papier i jakiekolwiek pisadło: ołówek lub pióro.

Bardziej wymagający dołączą jeszcze kilka przedmiotów. Dla wielu - niezbędnych. Takich jak biurko, krzesło (lub fotel), lampę, filiżankę i popielniczkę (dla palaczy). Lecz, prawdę mówiąc, z tych dodatków można zrezygnować. Wielu pisarzy omija biurka z daleka, nie cierpi foteli, nie "dopieszcza się" używkami i tak dalej.

Zredukowana podstawa wciąż pozostaje niezmienna. Ulotną myśl trzeba czymś zanotować. Czymś i na czymś.

O pergaminie i gęsim piórze, maczanym w inkauście, nikt już nie pamięta. Z upływem stuleci narzędzia doskonaliły się. Wynaleziono obsadkę ze stalówką. Ktoś grafitowe pręciki oprawił drewnem, majstrując ołówek. Wreszcie powstały pióra wieczne i długopisy. A pergamin zastąpił zwykły papier.

Na tym jednak ewolucja narzędzi nie ustała.

Czasy Balzaka i Kraszewskiego, gdy wydawcy przyjmowali do druku utwory pisane ręcznie, minęły bezpowrotnie.

 

Rozległ się stukot maszyn do pisania. Charakterystyczny, trudny do pomylenia z innym dźwiękiem. Maszyna: cywilizacyjny wynalazek poprawiający czytelność zapisu. Też pozwalający kopiować utwory w wielu egzemplarzach.

I nagle ostatnio, niczym diabeł z worka, wyskoczył komputer. Urządzenie ciche, wielofunkcyjne - otwierające przed pisarzami nowe możliwości. Dotąd niewyobrażalne.

Na przykład daje szansę sprawniejszego nanoszenia poprawek oraz wymiany (przenoszenia lub szatkowania) fragmentów budowanego utworu.

Niestety, możliwości najnowszego narzędzia niosą ze sobą tyleż udogodnień, co niebezpieczeństw. Bowiem, skoro o fragmentacji mowa, łatwość - z jaką pojedyncze segmenty tekstu dają się przestawiać - stwarza pozór bez-problemowości konstrukcji dzieła.

To tylko jedna z pułapek tego narzędzia. Tycząca sposobów budowy. Lecz są jeszcze i paści odmienne. Wtrącające twórcę w uzależnienia od sztuczek technicznych, co w konsekwencji prowadzić może do erozji stylu. I zguby dla wewnętrznej dyscypliny.

 

Nie chcę przez to powiedzieć, że komputer, jako narzędzie, jest zły. Używam komputera od lat (zadowalając się programem Word 97). Przepisuję, poprawiam już wrzucone do folderów kawałki, wreszcie rozmnażam w oczekiwanej ilości egzemplarzy.

Lecz o ile stworzenie tekstu - nazwijmy umownie: użytkowego - typu notatka, list, artykuł do gazety, czy recenzja (nawet felieton czasem) bezpośrednio na komputerze wydaje się oczywiste, o tyle pisanie w ten sposób tekstów o wyższej złożoności artystyczno-literackiej jest niemożliwe.

Niemożliwe dla mnie. Gdyż pisanie postrzegam jako czynność nader intymną, wymagającą namysłu i głębszego skupienia - co wyklucza pośrednictwo bezdusznej maszyny. Co wręcz uniemożliwia mechaniczny pośrednik, zabijający kreatywność wynikającą z modulacji twórczej.

Przeto najpierw słowa powierzam tradycyjnym narzędziom (pióro i kartka), dopiero później korzystając z klawiatury komputera.

Ktoś się uśmiechnie na "sakralizację" prostych technik notowania. Uzna może to nawet za zabobon. Ale twierdzę ze stanowczością, iż tajemnicy najzwyklejszego ołówka (lub pióra, niechby i długopisu) kreślącego słowa na zwykłej kartce papieru nic nie przelicytuje.

 

Jasne jest, że narzędzia są tylko narzędziami, a ich podstawowym zadaniem jest służyć. Lecz jednocześnie oczywistym wydaje się fakt, że winny służyć rozumnie. Z korzyścią dla twórczego wysiłku, a nie lenistwa mechanicznych uproszczeń.

Niech żyje pióro! Nie komputer zatem, ale myślenie z piórem w garści górą!

 

Lech M. Jakób

 

Tomasz Kazanecki

NÓŻ NAD ILLINOIS

Pewien jestem że prawda jest tam gdzie teraz jesteśmy.

Że dzieli się na nas i nikogo więcej.

(Zresztą w dupie mam liczby pierwsze i całą życiową matematykę)

Że skryje nas jak skrywa tajemnicę że można tak nagle w pewną noc

oddalić się, wyjechać.

Wypełnić nieobecnością pozostawione za sobą światy.

Stać się poszukiwanym kiedy nareszcie się coś znalazło.

 

Tutaj nieustannie trwa zima a ja zdaję się na przemijanie tak krótkie jak

twoje spojrzenie

i tak ostateczne jak nóż zatopiony w gardle twoich marzeń.

 

Dobrze nam. Przymieramy nareszcie naprawdę.

Serpentyny świetlistych autostrad szybko docierają do miasta.

 

Tomasz Kazanecki

 



WIZYTA

Czas PRL-u, ulica Mariana Buczka. Pamiętam tę ulicę z pierwszego przyjazdu do Szczecina z mamą: nie chodziłem jeszcze do szkoły, miałem chyba pięć lat. Mama przywiozła mnie na jakieś badania do przychodni. Dużo, dużo ludzi i ściany domów z oknami, z których nie wyglądają stare kobiety, jak na mojej ulicy Kraszewskiego w Łobezie.

Dziś ulica Marszałka Józefa Piłsudskiego. Stoję przed domofonem, naciskam guzik przy nazwisku Bogdan Frankiewicz, słyszę głos - proszę wejść.

Po schodach w górę, wycieram buty i przyglądam się pomalowanej ścianie przed drzwiami mieszkania. Autor książki o Sydonii - pomorskiej czarownicy spalonej na stosie w Szczecinie w 1620 roku - otwiera mi drzwi.

- Proszę do środka, tu jest wieszak, można powiesić kurtkę. Rozglądam się po mieszkaniu, uspokajam oddech, powoli wdycham atmosferę pokoju. Siadamy przy okrągłym drewnianym stole. Rozmawiamy. Żółty ołówek z gumką, kartki zapisane historią.

- Piszę tekst, za kilka dni będzie w radio. Poproszono mnie o cykl audycji o Szczecinie i Pomorzu.

Patrzę i wczytuję się w litery pisane ołówkiem. Lekkie ciarki przechodzą po całym ciele, odchodzę w siebie, jestem sam z informacją, którą chłonę i myślami wracam do Adriana Bernarda von Borcke ze Starogardu Łobeskiego w ruinach pałacu z herbem patrzącym na nas tu mieszkających, wrastających w pejzaż tej ziemi. Powtarzam sobie kilkakrotnie w pamięci fragment, który chcę zapamiętać. Jest, dobrze, już go nie zapomnę.

- Panie Czesławie, przypomina mi pan studenta medycyny, który często odwiedzał mnie. Uczyłem go pisać teksty historyczne, mówiłem, na co należy zwracać uwagę. Po ukończeniu studiów pracował na uczelni, potem wyjechał po sierpniu do Kanady.

Popijam herbatę. Doktor Frankiewicz mówi dalej.

- W 1953 roku, chyba tak, byłem w Łobzie, porządkowałem akta pozostawione w jednym z budynków, w piwnicy, chyba obok dzisiejszego sądu, budynek z czerwonej cegły. Tam za miastem w czasie wojny znajdował się obóz dla jeńców, tam gdzie jest pomnik Rolanda. Pozostawione niemieckie dokumenty porządkowałem. To chyba trwało z rok.

Zbliża się godzina 18. Za chwilę będę musiał się pożegnać, a szkoda. Patrzę w okno, po szybie spływają krople deszczu. No, ale trudno, muszę iść.

Idąc chodnikiem mówię do siebie wyciszonym, głosem, aby nie zapomnieć, że ówczesny komendant garnizonu w Szczecinie, generał Adrian Bernard von Borcke, wydał pozwolenie na odprawianie mszy św. dla żołnierzy katolików. W 1890 roku został poświęcony pierwszy kościół katolicki w Szczecinie pod wezwaniem Św. Jana Chrzciciela.

Ten sam kościół przy ulicy Bogurodzicy. Piątek 4 lipca 2003 roku, godzina 8 rano. Msza święta żałobna śp. dr Bogdana Frankiewicza. Kościół z czerwonej cegły. Portal, drzwi otwarte, muzyka organowa. Ulubiony kościół Bogdana Frankiewicza. Tu przychodził, tu znalazł sobie miejsce spotkania z Bogiem.

- Witam wszystkich tych, których śp. dr Bogdan zaprosił na ostatnie spotkanie, przyjaciół, bliskich, pracowników Archiwum Państwowego w Szczecinie, profesorów Uniwersytetu Szczecińskiego.

- Módlmy się. Przyjmij, Panie nasze modlitwy za duszę śp. dr Bogdana, najstarszego archiwisty Szczecina. Sześciu księży odprawia mszę. Poznaję ks. Jana Mazura, księdza infułata Romana Kostynowicza.W kościele przejmujący chłód i cisza.

 

A jednak ona, gdziekolwiek dotknęła,

Tło- nie istotę, co na tle - rozdarłszy,

Prócz chwili, w której wzięła - nic nie wzięła:

- Człek - od niej starszy!

                 Cyprian Kamil Norwid "Śmierć."

 

Ksiądz infułat podziękował w imieniu pracowników Archiwum i mówił

- I jak mama pytała mnie, co miały oznaczać słowa "od nagłej i nies-podziewanej śmierci"

Spodziewanej śmierci. Śp. Bogdan spodziewał się tej śmierci. Czuł. A ja myślę, o śmierci, która wypełnia człowieka i jego człowieczeństwo. Dopiero widać jego bogactwo.

- Czy je ma zgromadzone? - pytał w czasie kazania ksiądz Jan Mazur, przyjaciel zmarłego.

On wie. I ja wiem.

Strzmiele. Tabliczka upamiętniająca dr Podralskiego. Stoję z panem Bogdanem. Pytam o zdrowie, rozmawiamy o Krystynie Łuczywek, o książce i cmentarzu w Szczecinie i o szwadronach francuskich huzarów w 1806 roku w Łobezie. I kończy - a może za rok już będzie tu moja tabliczka obok.

 

Czesław Szawiel

 

Piotr Macierzyński

X X X

ty myślisz że ja mam czas na takie rzeczy jak odkurzacz

technologię sadzenia pomidorów

albo kupowanie mleka

 

gdy ja piszę wiersz

to cały świat żąda ode mnie łapania muchy

naprawy światła na klatce kosmosu

 

gdy trzymam brzytwę na tętnicach wiersza

ty każesz mi przestawiać szafę

albo gwiazdy mielić na kotlety

 

ja też nie jestem bez winy

wiersz musi mieć pomysł rytmikę albo rozmiar butów

kilka taktów symfonii twoich oczu

 

ale gdybyś chociaż chciała posłuchać kilku taktów wiersza

chociaż raz ukraść ze mną księżyc

to ja bym pokochał odkurzacz

 

Piotr Macierzyński

 



(8)

Tomasz Agatowski

CZŁOWIEK

współczesny to kłębowisko tematów, a nawet najambitniej podjęty temat, zrealizowany tak artystycznie co i prawdziwie, nie będzie ściągawką do pytań: jak żyć godnie, jak być dobrym człowiekiem, jak stawać się dobrze wychowanym, jak godzić w sobie i na zewnątrz wszelkie przeciwności i sprzeczności. O człowieku, o jego powikłaniach w mowie i czynach, mamy ślady pisane od zamierzchłości. I model zderzania się młodych kopczyków ze starymi górami trwa i trwał będzie. Stare, solidnie osadzone góry, obrosłe i wypełnione doświadczeniami, milkną zmuszone do tego obumieraniem. I owe kopczyki też kiedyś wzrosną i obumrą, niekiedy rozpłaszczą się jak skóra wygarbowana, zerwana z drapieżnika, położona na podłodze. Dawne trofea stają się rzeczami bardziej lub mniej użytecznymi.

Człowiek współczesny żyje w systemie użyteczności, przydatności, ba -możliwości człowieka mierzone są przydatnością, użytecznością, aktywnością. Zrodzić się tu musi strategiczne pytanie: w czym obecny człowiek szuka oparcia (jeśli umie szukać i ma takie potrzeby)? Duchowość obecnego człowieka odrywana jest żywcem od naturalnych i cywilizacyjnie wypracowanych celów i sensów bytu. Liczba mnoga wskazuje na wielość celów jak i sensów, gdyż te są ruchome i takimi pozostaną. Spójrzmy i tak: jak daleko leżą od siebie tolerancja i pobłażliwość? Z tej samej planety również i taki ocean: wszędobylska chciwość! Ona to eksploatuje pokłady uczuciowości aż do wyjałowienia, do unicestwienia kodów kulturowych, do manipulacji intuicją.

Jak ogromne zdemolowanie umysłów pozostawi oderwanie gospodarki od biologizmu i natury człowieka? Takie oderwanie budzi napięcia, ogranicza stan zauroczenia światem, jego ciągłym odkrywaniem

Dziś wiemy, że najbliższa "Ziemia obiecana", planeta spełniająca znane nam warunki życia, krąży w odległości 100 milionów lat świetlnych, zatem nijak nie jest to nasze koło ratunkowe i wszelkie unormowania toczyć się muszą w obiegu zamkniętym o nazwie Ziemia.

Przed wszystkie współczesne pytania wysuwa się jedno, fundamentalne dla przyszłości: jak kształtować człowieka, aby nie zniszczył dóbr naturalnych? Aby nie zniszczył siebie. Kultura, oświata - to jedyne lekarstwa i konstrukcje sprawiające, że wszyscy (urodzeni analfabetami) stajemy się istotami wartościującymi, sprawczymi. Tu trzeba pielęgnować zabiedzane słowo-klucz: otucha

 

Tomasz Agatowski

 

Joanna Obuchowicz

PŁYTKI WIERSZ O ZROZUMIENIU

rozumiem

 

stosunkowo najbardziej.

odwrotnie jak się da.

na tyle płytko żeby

utonąć i zostać znalezioną.

 

Joanna Obuchowicz

 

Jacek Klimżyński

JEDNA NIEMIECKA PIELUSZKA

(Konspekt nienapisanego listu do Eriki S. na 1 września)

1.

Zbyt długo to trwający zamęt, żeby nie uznać go za symptom wychylającego się niemieckiego wahadła w przeciwnym niż dotąd kierunku. Jak już nieraz w historii. Nawet jeśli miałbym rzeczywiście napisać list do mojej rówieśnicy (no, troszkę jednak młodszej), to nie znalazłbym odpowiedniej formuły grzecznościowej, którą mógłbym ten list rozpocząć. Nie konwenanse mi w głowie, ale należny osobie adresata szacunek. Jest kobietą, Niemką i politykiem. Z całą powagą traktuję te przymioty równorzędnie. I tu jest problem, bo politykiem jest śmiesznym, ale śmiesznym tym rodzajem śmieszności, od której w pewnym momencie śmiech zamiera. Jeśli mówi to, co mówi, i pisze to, co pisze, a do tego w to wszystko, co nie wykluczam, wierzy, to jest politykiem swoją śmiesznością groźnym.

Jak inny polityk niemiecki, który w latach 1933-45 śmieszną mimiką i śmieszną gestykulacją uczynił z normalnego narodu somnambuliczne medium śniące jak najpoważniej o Tysiącletniej Rzeszy na popiołach i grobach pomordowanych, i realnie do niej zmierzające w zgodnym rytmie tupiących buciorów do taktu "über alles".

Właśnie tej romantycznej pieśni z 1841 roku Augusta H. Hoffmanna (1798-1874) wyrażającej tęsknotę narodu za jednością i protest przeciwko rozbiciu Niemiec nadano, wbrew intencjom autora szowinistyczny sens. Mógł to przewidzieć, powiemy, którzy ten tekst w całości znamy i wiemy, że może niepokoić. W tym rozumowaniu wpadniemy jednak w pułapkę apostrofy naszego narodowego wieszcza: "Litwo, ojczyzno moja". Obydwaj urodzili się w tym samym roku, teksty o których mowa dzieli zaledwie siedem lat; tak wówczas pojmowano geograficzne niuanse, które dopiero dzisiaj, po ciężkich doświadczeniach XX wieku, traktujemy słusznie ze śmiertelną powagą.

 

2.

Musiałem to sobie wszystko przypomnieć dlatego, że dzisiaj w pisanych przez Erikę S. tekstach intuicyjnie rozpoznaję brzmienie romantycznej "Deustchalnd, Deutschland" w zapamiętanym z dzieciństwa niepokojącym takcie i intonacji. Nic na to nie poradzę. Mimika mimiką, gestykulacja gestykulacją, ale cała sprawa tragedii Europy w połowie XX w. ma o wiele głębszy powód.

Użyjmy skrótu myślowego Carlosa Fuentesa - Meksykanina (W to wierzę):

"Nie wątpię na przykład, że Hitler kochał swój kraj. Ale od momentu ukazania się Mein Kampf dał narodowi do zrozumienia, że nie odłącznym elementem miłości do ojczyzny jest nienawiść do tych wszystkich, których on, wódz, uznał za przeciwników Niemiec. Miłość karmiona nienawiścią do innych dała znać o sobie z całą wyrazistością w polityce zła, niespotykanego dotychczas w całej historii. Już u samych początków swego działania Hitler oświadczył, że będzie prowadził politykę zła. Nie ukrywał tego, w przeciwieństwie do Stalina.".

Mylenie skutków z przyczynami, będące czasami urokiem kobiecej osobowości, mógłbym wybaczyć, ale politykowi niemieckiemu, choć jest kobietą, nie wybaczę. W imię szacunku i uznania dla pełnych godności postaw przedstawicieli niemieckich rodów pruskich i pomorskich, jak Marion Gräfin Dönhoff, Lisaweta von Zitzewitz czy Christian Graf von Krockow

 

3.

Urodziła się w okupowanej polskiej Rumi pod Gdynią, w roku klęski stalingradzkiej, w domu z którego wypędzono prawowitych mieszkańców - Polaków, by stworzyć  Lebensraum; jak w Wielkopolsce dla Niemców bałtyckich, jak w mojej Łodzi. Do niemieckiego Ojca-żołnierza pretensji nie mam: Befehl ist befehl (choć nie chcę wiedzieć o jego gorliwości w wypełnianiu innych rozkazów). Ale niemiecką Matkę chciałbym jednak zapytać, jak się czuła z malutką Riki na rękach w nie swojej kuchni i w nie swoim kościele. Czy przypuszczała, że to wszystko w ciągu dwóch lat się skończy, że trzeba będzie z niemowlęciem wracać do siebie. Obydwoje Rodzice zapewne problemu semantycznego "wypędzeni" czy "przepędzeni" nie rozważali. A tu niespełna 2-letni w 1945 r. berbeć, po dziesiątkach lat stanie się przewodniczką (jak jest po niemiecku przewodnik) wypędzonych. Ironia czy perfidia losu?

 

4.

A jeśli narrator powieści Güntera Grassa Idąc rakiem się nie myli:

"Historia, ściśle biorąc: historia, w której sami maczaliśmy palce to zapchany klozet. Spłukujemy i spłukujemy, a gówno mimo to wypływa."

I dwa ostatnie zdania tragicznie mrocznego jej zakończenia:

"To się nie kończy. To się nigdy nie skończy."

Straszna konstatacja. Zabrakłoby mi odwagi, żeby tak pomyśleć o historii któregokolwiek narodu. Mimo wszystko. Lecz jeśli się nie myli, to odór fekaliów historii Niemiec zawsze będzie zatruwał naturalne środowisko Europy. Naprawdę to się nie skończy?

 5.

Obydwoje z niedoszłą adresatką, w którejś fazie wojny byliśmy niemowlętami. Polski Ojciec zamiast stanąć wraz z uczniami, jak od wielu lat, na uroczystości rozpoczęcia roku szkolnego, patrzył z okna w piątkowy poranek 1 września na bombardowane wojskowe magazyny mobilizacyjne. Za pięć dni żona urodziła, a on następnego dnia, po zobaczeniu w szpitalu 12-godzinnego syna poszedł bronić Warszawy. Można o nim przeczytać na kilkunastu stronach książki MPiekarskiego Samotna placówka. Wróci, ale dopiero 9 lutego 1945Oflagu II C Woldenberg.

Polska Matka wróci z niemowlęciem do domu po kilku dniach, ale jej miasto zaraz nazywać się będzie Litzmannstadt (na cześć niemieckiego generała sprawnie dowodzącego pod Łodzią w 1. woj. świat.). Nowe bloki ZUS w kwartale ulic Sanocka, Bednarska, Unicka, Dygasińskiego, w których przed rokiem kupili mieszkanie, trzeba opuścić do 31 grudnia 1939 r. Ordnung muss sein! Prawda? Frau Erika. Zajmie je Wehrmacht.

Polska Matka będzie mieszkać przez pięć lat z dzieckiem w ciemnej izbie obok pralni w oficynie czynszowej kamienicy (ul.Kopernika 57). Ściana granicząca z pralnią będzie zimą przyozdabiała się pięknymi deseniami szronu. Latem, to zrozumiałe, nie. Porządek musi być. 15 stycznia 1945 r. Niemcy zaczną panicznie uciekać ze swojego Litzmannstadt. Zdążą jeszcze (cóż za przytomność umysłu) 18 stycznia spalić, oblawszy uprzednio benzyną, około dwóch tysięcy więźniów polskich w starej fabryce w Radogoszczu. Szok i wszechobecna rozpacz. Dużo się w Litzmannstadt widziało. Łapanki i deportacje. Wymordowano połowę populacji miasta, łódzkie getto działało do września 1944 r. Ale żeby w ostatnich godzinach Łodzianie płacząc sądzą, że spalono nawet trzy tysiące więźniów. Łódź wróciła 19 stycznia 1945r.

Polska Matka wraca do swojego mieszkania. Widoczny nieład. Cudze meble zabierze specjalna Komisja. Przywiezie się własne, porządne, przedwojenne, to nic, że trochę zwilgotniałe. Mieszkanie ciężkim styczniem jest mocno wychłodzone. W łazience, w umywalce zamarznięta pieluszka. Długa chwila i polskiej Matce z oczu płyną łzy. Płacze, a więc natychmiast osłaniający gest dziecięcych rączek. Przecież w listach "Kreigsgefangennenpost" z Woldenbergu polski Ojciec w końcowej części twardo, 5-latkowi już, nakazywał: opiekuj się matką. Tak właśnie.

 

6.

W wymiarze ogólnym, zwycięstwem śmiesznej, ale i groźnej Eriki S. byłoby rozhuśtanie nastrojów wokół urojonej krzywdy Niemców w XX w. Dwukrotnie rozpętywali wojnę, dwukrotnie miast powiększać się, ich przestrzeń życiowa malała. Są winni ludobójstwa, są sprawcami Holocaustu. Do trzech razy sztuka? Może więc pod rozwagę po doświadczeniach na Bałkanach przed niedawnem: a jeśli pod wpływem wspomnianego rozhuśtania coś się stanie, to kto zaręczy, że znów wszyscy Europejczycy nie okażą się poszkodowani. Brednie? Już wyobrażam sobie ten śmiech gdyby ktoś przed piętnastoma laty mówił o oblężeniu Sarajewa, o Mostarze, Srebrenicy czy bombardowaniu Belgradu. Wiek XXI będzie jeszcze trwał długo.

W wymiarze indywidualnym (rzekłbym: ściśle osobistym) zwycięstwem jej byłoby moje skrajne rozgoryczenie, które, jeśli po raz kolejny stanąłbym przy grobie dawno zmarłej matki, przerodziłoby się w pretensję, że płakała nad jedną niemiecką pieluszką.

 

Jacek Klimżyński



Za zgodą autora i redakcji, na prawach rękopisu, przedrukowujemy z tygodnika "Rzecz Kołobrzeska" (nr 13/2003)
Jacek Klimżyński
- starszy kustosz Muzeum Oręża Polskiego. Mieszka w Kołobrzegu. Długoletni prezes istniejącego do 2003 r. Kołobrzeskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego, współinicjator wielu zdarzeń z zakresu kultury wysokiej - m.in. Kołobrzeskich Wieczorów Kameralnych; wydawca książek serii "Biblioteka kołobrzeska".

Dziękujemy pkl. "Łabuź"

 

Johann W. Goethe

Wiersze (26-letniego poety) do Lili Schönemann

DO LILI

W dolinie tam, na szczytach ośnieżonych

Był zawsze obraz twój:

Widziałem go na jasnych chmurach gonnych,

I w sercu drżał mi tu.

Ach, poczuj też, jak z niewstrzymaną siłą

Ku sercu serce się skłania -

I że na próżno miłość

Przed miłością się wzbrania.

 

przełożył: Andrzej Lam

 

Johann W. Goethe

 

Edyta Niewińska

JESIENNA KOBIETKA

Pierwszy raz wpadli na siebie na klatce schodowej. Jej wypadły z papierowej torby jabłka, on pomyślał: jabłka? chyba jakaś historia już się od tego zaczynała. Nie spostrzegł wtedy koloru jej oczu, do dziś ma problem z przypomnieniem ich sobie. Niebieskie, szare, a może zielone? Nie zapamiętał jej wtedy, trudno mu w życiu było zapamiętać którąkolwiek dziewczynę. Kiedyś postanowił je numerować, ale czy to przez roztargnienie, czy przez marne zdolności matematyczne, pogubił się już przy drugiej, bo nie był pewien, czy lukę między pierwszą a domniemana drugą wypełniało wspomnienie o jeszcze jednej, czy też był to tylko sen. Ona jednak, ta pierwsza i pół, stała wciąż na schodach, zastygła w dziecięcym geście bezradności, jakby rozrzucone jabłka i ich samowolny, krótkotrwały żywot, był największa katastrofą jej życia. Nie potrafił jej pomóc, jabłka były częścią jej życia, w które on wtargnął na chwilę tylko i trochę niefortunnie. Odruchowo podniósł z podłogi jedno, długo przyglądał się czerwonej błyszczącej skórce, potem podał zastygłej w zdumieniu dziewczynie i poszedł w swoją stronę. Prawdopodobnie nie mogła wyjść ze zdumienia jeszcze długo, a może po prostu wzruszyła ramionami, przeciągnęła się jak kot i przywróciwszy starannie do porządku chaos rozsypanych owoców, poszła do siebie. Nie mogło to być zbyt daleko, bo kolejne spotkanie zaskoczyło oboje znów na własnym podwórku. Tym razem stało się to nocą, kiedy on wyprowadzał psa tęskniącego nagle za namiastką wolności, a ona próbowała nie stracić wątłej równowagi, która pozostawiała wiele do życzenia po zbyt dużej ilości wypitego alkoholu. Było nieprzyzwoicie wręcz zimno i kiedy on, przeklinając psa, marzył o ciepłym łóżku, ona chwiejnym krokiem wtoczyła się na skwerek. Przez chwilę przyglądali się sobie, w końcu ona uśmiechnęła się do niego. Jej usta składały się jak do pocałunku, tak mu się zdawało, co natychmiast wywołało w nim odruch ucieczki. Powstrzymała go myśl, że ona jest pijana, a pies nie załatwił jeszcze wszystkich potrzeb. Poza tym jakoś pociągał go kosmos kobiecych uśmiechów, półspojrzeń, podglądań i tym podobnych sztuczek. Ona wciąż tam stała, choć trudno powiedzieć, żeby była statyczna - jej ciało tańczyło, jakby poruszane wiatrem, ręce gestykulowały niepotrzebnie do słów, które nie padły i nie miały szansy paść. Sprawiała wrażenie, jakby potrzebowała pomocy, ale wtedy zdecydowanie przecięła powietrze nadzwyczaj szybkim i trzeźwym ruchem dłoni, który pewnie miał coś oznaczać, ale on w swojej ułomnej percepcji rzadko spotykanego kobiecego świata, nie potrafił go odczytać. Może chciała go odpędzić, a może przygarnąć, może w zdumieniu chciała mu coś wyznać, coś szczególnego, a on nie potrafił jej ośmielić, oswoić. I to wszystko w jednej, tak krótkiej chwili? A może się mylił, może to nic nie znaczyło. Zastanawiał się nad tym jeszcze przez chwilę, tyle wystarczyło, żeby ona roztańczonym krokiem oddaliła się w stronę tego samego budynku, gdzie on przecież mieszkał. Co zrobić z tą kobietą, ponownie wkraczającą w obszar jego życia. Co z tego, że bezwiednie i mimowolnie, że nawet jeśli wiedziała, że zakłóca jego spokój, nie dbała wcale o to, nie musiała. Mogła przejść obok niego obojętnie, mogła go zasypać lawiną słów, nic nie znaczących, albo wręcz przeciwnie, o nadmiernym znaczeniu. Mogła z nim zrobić absolutnie wszystko, bez żadnych konsekwencji. To bez sensu, pomyślał, przecież poza tym, że czasem, tak jak każdemu, wypadały jej z torby jabłka, tak jak każdemu, zdarzało jej się wypić i wracać do domu późno w nocy, przecież poza tym nic o niej nie wiedział. Nie wiedział nawet, czy ona tu mieszka, czy też kogoś tu odwiedza. Tak późno w nocy? Niewykluczone. Obejrzał się, żeby popatrzeć jeszcze na jej chybotliwą sylwetkę, ale ona dawno już zniknęła z zasięgu jego wzroku. Spotkali się równo tydzień później, w dniu urodzin jego psa. Oczywiście nie mógł o tym pamiętać, ale pamiętała o tym jego matka, która dała mu psa w prezencie. Idiotyczne, pomyślał, obchodzić psie urodziny. A jednak czuł się pod presją. Pies go oczywiście z tego powodu nie obserwował baczniej niż zwykle, pies jak zawsze podnosił łeb, gdy tylko usłyszał dźwięk mogący oznaczać wyjście na wolność zwaną spacerem, ale on czuł się odpowiedzialny za ten dzień, i zupełnie nie wiedział, co z nim zrobić. Wyszli na skwer, ale to nie było nadzwyczajnie dobre rozwiązanie; takie samo jak co dzień. Kupić mu piwo? Zastanawiał się nad tym wysoce egzystencjalnym problemem, gdy nagle, na pięć kroków przed nim, stanęła ona. I co teraz z psem, pomyślał całkiem bez sensu. Znów stali patrząc na siebie, on ona i pies; oboje zatopieni w tęsknocie oczekiwania na coś, co się pewnie nie zdarzy, bo gracze zapomnieli ustalić reguły, kto kogo szuka. A przecież oni nie szukali siebie, oni nawet siebie nie potrzebowali. Każde miało swój mały świat, pełen pytań i dylematów, co kupić na obiad, jaki film w telewizji wybrać, czy spóźnić się jutro do pracy. I na styku tych dwóch światów, zupełnie niepotrzebnie, spotkali się wtedy na schodach, co teraz owocuje serią nieszczęsnych spotkań, kłopotliwych coraz bardziej, z minuty na minutę. Zdając sobie sprawę z nieuniknionej konieczności losu, przestępował z nogi na nogę, bezradny wobec dziewczyny stojącej naprzeciw. Nie ułatwiała mu zadania, stojąc tak samo bezmyślnie jak on, patrząc na psa. Mogliby tak stać, pogrążeni w pustej zadumie, pewnie długo jaszcze, gdyby nie to, że oboje czuli, iż należało coś zdobić; jakiś mały pusty gest, może na przywitanie, może na pożegnanie. Ona podniosła dłoń, żeby poprawić opadające na twarz włosy, ale zastygła w pół gestu. Wszystko zadawało się takie niepotrzebne, a jednak naznaczone z góry, jakby coś wbrew nim pchnęło oboje do tego spotkania; kolejnego nieowocnego spotkania, po którym rozeszli się w swoje strony, jak obcy sobie ludzie. Byli sobie całkowicie obcy, choć wtargnięcie w świat drugiego zdawało się upoważniać ich przynajmniej do marzeń, do chwili westchnienia za innym życiem. Przeciwnie, on myślał o niej z niechęcią jak o niechcianym gościu. Ona myślała o nim z wyrzutem, jakby swoim milczącym wtargnięciem w jej życie nagle zmienił jego porządek. Byli sobie dalecy jak dwa kosmosy, które odpychając się, zarazem wzajemnie się przyciągają. On zatem postanowił już więcej jej nie spotykać, zupełnie jakby to mogło coś zmienić. Albo na przykład powiedzieć jej coś przykrego następnym razem. Zamiast tego jednak, następnym razem, tak jak i poprzednimi razy, nie zrobił nic naprawdę szczególnego, poza tym, że się jej ukłonił. Szła z jakimś młodym mężczyzną, dyskutując z nim zawzięcie. Kiedy go dostrzegła, wyraźnie się speszyła, przez chwilę nie wiedziała, co zrobić, odkłoniła się sztywno i jakoś tak fałszywie. Przyspieszyła kroku. Pociągnęła młodego mężczyznę za rękaw jak mała dziewczynka, zniknęli za rogiem ulicy. Następnego razu nie będzie, obiecał sobie on, zły nagle, jakby ona do niego należała, bo przecież tę absurdalną przynależność potwierdziła niedokończonym gestem odgarnięcia włosów z twarzy. Jakie ona ma oczy? Nie mógł sobie przypomnieć. Czy nosi okulary? Nie mógł sobie przypomnieć. Jednak do niego nie należała, a potwierdziła to swoim zdumieniem w oczach przy ostatnim spotkaniu. Można się było tego spodziewać, pomyślał. A jednak nie był naprawdę zły, jej bezradna postawa jakoś go rozczulała, mimo woli stała mu się bliska ta dziewczyna od jabłek, tak samo jak od jabłek bliska była niegdyś Ewa. No nie, to już przesada, pomyślał. Żadnych związków, żadnych zbliżeń! Żadnych jabłek! Jednak już nazajutrz życie spłatało mu kolejnego figla. Ponownie nie zdążył zapamiętać koloru jej oczu. Pewnie dlatego, że naruszyła teren jego prywatnej wolności. Po prostu zapukała do drzwi. Bez zaproszenia przyszła, bez pozwolenia weszła do jego domu. Pytała o jakąś gazetę - nieistotna sprawa, to jasne że tylko wymówka. Rozglądała się po jego mieszkaniu, jakby szukając śladu innej kobiety. Może chciała się zadomowić, zamieszkać tak nagle, wtargnąć w jego samotny świat? Jeśli tak, po prostu ją stąd wypędzi, pomyślał. Ale zanim zdążył cokolwiek mądrego zrobić, ona już wyszła, jak zwykle od niego szybsza w gestach i decyzjach. Wzruszył ramionami. Stał w korytarzu pozostawiony sam sobie jeszcze przez chwilę, aż pies się odezwał. Wyszli na skwer, padał deszcz, znów ta sama pustka w głowie, znów czegoś brakowało, czegoś zdaje się istotnego, choć nieuchwytnego, obecnego tuż obok. Zapomniałem o czymś? Próbował policzyć krople deszczu, trochę trwało, zanim zrozumiał, że to niemożliwe. Wtedy podjął decyzję - odnajdzie ją. Odnajdzie i powie jej Co jej powie? Że musi się z nią choć raz normalnie spotkać, bo te wszystkie dotychczas, nieskończone, ba! nierozpoczęte spotkania wpędzają go w bezsenność. Tak, to była odpowiednia decyzja. Przestał być tego taki pewien, kiedy stał w jej drzwiach, powtarzając pusty frazes o bezsenności. Ilu nieszczęśliwych, nieudanych kochanków to sobie kiedyś już mówiło? Rozśmieszył go własny bezmyślny gest, i stał tak śmiejąc się, u jej drzwi. Wpuściła go do mieszkania, nie zdążył nawet spostrzec, czy nosiło znamiona zamieszkanego choć częściowo przez mężczyznę. Nie dbał o to, czy ona kogoś ma, czy nie. Przywiodła go tu długo skrywana tęsknota za kobiecym ciałem, za jej ciepłym uśmiechem, za jej nic nie znaczącymi gestami, których ulotność i kruchość przywodziła mu na myśl znany z dzieciństwa, a zagubiony po drodze, zapach jesieni i jesiennych kobiet. To wytęsknione pragnienie wypełniła sobą z zapałem, oddając się niemal natychmiast, po jednym pocałunku, na niepościelonym łóżku, które jeszcze pamiętało ślad jej ciała spokojnie przekraczającego linię nocy i dnia. Teraz to samo ciało przekraczało inne granice, wyznaczone przez nich oboje, zdawałoby się, że nie do pokonania, a jednak przemogła je irytacja, niemożność spełnienia, niecierpliwość. Właśnie niecierpliwie oddawali się sobie, w pośpiesznych, niestarannych pocałunkach, które raniły wargi, w nagłym zespoleniu ciał tak odległych, że w pierwszym momencie, nawet blisko siebie, nie potrafiły się odnaleźć. Brał jej nagłą otwartość, jej przyspieszony oddech, jak należne sobie. Odczuwał jej urywane okrzyki niemal jak poddaństwo, jej rozgrzaną skórę jak pochwałę swojej odwagi, która kazała mu tu przyjść. A jednak czuł, że ona bierze więcej, niż on jej daje. Potrafi z niego wyssać energię tkwiącą głęboko, w samej istocie jego istnienia. Kocha się z nim, jakby miała tu i teraz nie jednego, ale trzech dorodnych mężczyzn, czerpiąc z tego satysfakcję, jakiej nie dał jeszcze żadnej kobiecie! I nie potrafił jej dać, a ona sama ją wzięła, tak jakby możliwe to było nawet bez jego udziału. To przerażające odkrycie przyszło doń razem z miłosnym spełnieniem. Poczuł się szczęśliwy i upokorzony zarazem, usatysfakcjonowany i wykorzystany. Leżał jeszcze przez chwilę patrząc na jej uśmiech i odsłonięte nagie piersi, potem ubrał się i bez słowa pożegnania wyszedł.

Spotykał ją później na ulicy nieraz, zawsze uśmiechała się przewrotnie. Czasem poprawiała włosy w ten sam sposób, jak kiedyś przy spotkaniu z nim i czuł, żę ani jedna cząstka jej, oprócz tego gestu, do niego nie należy. Jej uniesiona dłoń i ruch włosów na wietrze wziął sobie, tak jak ona wtedy wzięła jego ciało. Musiała wiedzieć, że przywłaszczył sobie malutką nikczemnie cząstkę jej życia, ale nic sobie z tego nie robiła. Czego by nie wziął, i tak pozostawała niezależna. Takie są dzisiejsze kobiety, powiedział z rezygnacją i skrywaną udręką do psa. Ach, mieć dla siebie chociaż jedną z nich Taką jesienną kobietkę. Tylko co jej dać od siebie, kiedy ona potrafi wszystko wziąć nie pytając o pozwolenie? Czytaną czasami z dziecinnym nabożeństwem książkę o Kubusiu Puchatku, tę ulubioną ze zdarta okładką?

Co by nie powiedzieć, od tej pory śmielej patrzył w roześmiane twarze dziewcząt, zastanawiając się czasem, jak wielką władzę mogą mieć nad nim ich niespodziewane, pospieszne gesty.

 

Edyta Niewińska

 


Piotr Michałowski

LIRYKA

Pamięci K. I. Gałczyńskiego

Za otwartym oknem

miękko granatnieje

podeszczowa noc.

 

Za otwartym oknem

wraca pusty tramwaj

i krążą chrabąszcze na orbitach lamp.

 

Przez otwarte okno

dotykam - aksamit,

chłonę letni wieczór

oddycham gwiazdami

i słucham:

coś gra

 

Od konstelacji dźwięczne srebro płynie:

kantata wiatru zmieszanego z ciszą -

to noc szumiąca w dzikim winie

muzyką Bacha

 

Wykuty z miedzi księżyc pijany

spada w dorożce zaczarowanej

jak galareta;

potem zadzwonił o kandelabry

i wszystkie gwiazdy szeregiem siadły

na świecach

 

I nagle zgasło wszystko,

jak piękny sen:

świeczniki, drzewa, winogrona,

księżyce,Bachy, gwiazdy, ptaki.

 

Przez otwarte okno

nie wlewa się księżyc,

za otwartym oknem

niema przestrzeń - mgła.

 

Poszarzało puste miasto,

liście straciły zieleń,

kwiaty - oddech,

niebo - przestrzeń.

 

Czemu noc już nie jest nocą,

lecz studnią symboli?

 

Czym jest poezja bez ptaków?

 

Bydgoszcz 1975, Szczecin 2003

 

Piotr Michałowski

 

Piotr Michałowski

CZELADNIK U CZELADNIKA

(W Roku Gałczyńskiego)

Mój Gałczyński ma dopiero ćwierć wieku. Liczę bowiem od czasów licealnych, kiedy to zostałem zauroczony jego poezją, gdy z pasją recytowałem indywidualnie Rozmowę z aktorem, a zbiorowo poemat Niobe; kiedy radośnie odkrywałem liryzm i zwariowany humor - najsilniej stężony w Zielonej Gęsi Listach z fiołkiem. Czułem wtedy, że wstępuję w najwyższe rejestry poezji polskiej i do nich właśnie aspirowałem jako młody poeta. Mistrz Ildefons mianował się "czeladnikiem u Kochanowskiego" (choć trudno orzec, czy najtrafniej wybrał swego patrona); ja natomiast pragnąłem zostać czeladnikiem u niego. I zanim dokonałem twórczej zdrady, przenosząc swój warsztat artystyczny w sąsiedztwo Przybosia, a potem Barańczaka i Szymborskiej, napisałem wiersz, w których fascynacja Siódmym niebem narzuciła mi w sposób oczywisty ten właśnie wzorzec poezjowania.

Niechętnie sięgam do juweniliów, nawet tych, które (jak ten) zdobyły jakieś lokalne czy regionalne laury. Nie bardzo wiedziałem wówczas, co to takiego pastisz. Chciałem po prostu złożyć hołd memu Mistrzowi poprzez możliwie najwierniejsze naśladowanie jego głosu. Tak powstała Liryka - wiersz, który po latach odczytuję głównie jako właśnie pastisz, ale pastisz głęboki - choć gdzieś z pogranicza inkarnacji i plagiatu. Można go oceniać z obu perspektyw, myślę bowiem, że przetrwała w nim również pierwotna pamięć mojej dawnej postawy gorliwego wyznawcy (a utwór ma charakter programowy), od której wprawdzie dawno się zdystansowałem, ale która pozostaje przecież niezbywalną prawdą młodości - durnej, ale i górnej.

 

Piotr Michałowski

 

Janusz Sauer

ZIELONO MI

Wybuchły kasztany

setkami rozwiniętych parasoli

a może zielonych nietoperzy?

 

Może to zwisają zielone nietoperze

 

I na nie spadł deszcz

i zieleń stała się bardziej zielona

 

5/97
Janusz Sauer

 

Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (19)

Jesień. Niczym liście niesione wiatrem wpadają do redakcji poetyckie tomiki. Dużo ich. Niektóre cieszą oko odcieniami żółci, inne gasnącą zielenią, ochrą lub brązem. Ale to okładki. Opakowania, których barwy często różnią się od kolorów zawartości.

Mówiąc o kolorach zawartości mam na myśli, rzecz jasna, przede wszystkim ukryte między okładkami książek emocje, przesłania, artyzm oraz siłę (lub jej brak) używanych słów.

 

Aż z Galicji nadszedł pierwszy tomik (Jakub Oktaba-Polkowski "W półświetle", Stowarzyszenie Twórcze Artystyczno-Literackie, Kraków 002, str. 68).

Autor urodził się w Lublinie (rocznik 1979). Jest studentem Wyższej Szkoły Biznesu w nowym Sączu. Interesuje go, prócz poezji, teatr. Z grupą teatralną "Spleen" zrealizował spektakl "Hymn Wojaczka". Członek Stowarzyszenia Artystyczno-Literackiego.

Debiutancki zbiór zawiera niewiele ponad 40 utworów. Głównie wierszy. Ale też określanych mianem prozy poetyckiej. Całość rozłamuje się na cztery części: "Słowobranie", "Pory roku", "Zielono mi". "W moim śnie".

Teksty pomieszczone w książeczce są nijakie. Wydumane. Przykra sprawa. Tym bardziej, że i stylistyka pozostawia wiele do życzenia. Mocno drewniana. Bo nie przekonują wersy w rodzaju mechanizm zaczepny) stracił swą fizyczność/ przekładnia ciekawości/ zatarła się/ sprzęganie spojrzeń nie funkcjonuje - z tekstu "konserwator ducha". Czy linijki: dusza ma z zapałek/ z przodu sterczy/ termometr o/ skali Twoich ud - z tekstu "Łatwopalny". A podobnych figur zatrzęsienie.

W ostatnim utworze pt. "Grzesznik" autor przyznaje się do czytania poezji Kawafisa. Lecz jakoś lektura nie przekłada się na efekt. Trzeba czytać dalej i dużo. Może kiedyś coś lepszego twórczo się urodzi.

 

Kolejny debiutant pochodzi z Wielkopolski (Tadeusz Stirmer "Dla nikogo mnie nie ma", Stowarzyszenie Artystyczne `w Zmowie',Poznań 002, str. 74).

Niewiele o autorze (rocznik 1951) wiadomo. Ze skąpej notki na okładce wynika, że urodził się i mieszka w Poznaniu. Ponad 20 lat pracował na budowach w kraju i za granicą. Od 4 lat jest związany z Klubem Literackim C.K. ZAMEK.

Półsetka zawartych w tomiku wierszy musi dać jakieś wyobrażenie o możliwościach poetyckich autora. I daje. Przede wszystkim wyobrażenie takie, że w większości mamy tu do czynienia z uproszczonym zapisem myśli i zwykłą konstatacją. Niewiele spotkamy świeżych metafor. Choć, z drugiej strony, gdy o język idzie, mało można zarzucić. Głównie przez fakt, że poeta operuje skrótem, cedzi słowa.

Ciekawym za to rysem jest ukryty w wersach nienachalny sarkazm.

Powiada w posłowiu Tomasz Fellmann: Jak na debiutancki tomik autor wykazuje nad wyraz dojrzałe i przemyślane diagnozowanie otaczającej przecież nas wszystkich rzeczywistości. Tylko, powiedzmy jasno, samo diagnozowanie to dla poezji za mało.

Lecz zdarzają się w tym zbiorze utwory niezłe, a nawet przykuwające uwagę. Jak domykający tomik wiersz pt. "Po mnie":

Gdy wreszcie

przestaniecie gadać

zobaczycie

że mnie już nie ma

- gwizdnę poprzez chmury

poeci -

jak psy

idą wprost do nieba

 

O jeden lub dwa stopnie samoświadomości poetyckiej wyżej mieści się W. Boros (Wojciech Boros "Jasne i Pełne", Gdańskie Towarzystwo Przyjaciół Sztuki, Gdańsk 2003, str. 50).

Pojedyncze wiersze tego autora (rocznik 1973) czytelnicy spotykali już w "Łabuziu". W. Boros urodził się w Gdańsku, jest laureatem turnieju "Czerwonej Róży" (1996). Debiutował zbiorem "Nierealit górski". Ma też na swoim koncie arkusz "Skurcz ku światłu" (2000). Sporo publikował w pismach - m.in. w "Autografie". "Die Aussenseite Des Elementes", "Gazecie Malarzy i Poetów", "Toposie", "Tytule" i "Undergruncie". Także w antologiach.

Co można powiedzieć o 40 utworach składających się na tomik? Jaki jawi się autor? Pierwsze czytanie na plan pierwszy wysuwa dynamizm strof. Widzimy poetę oczytanego i biegłego warsztatowo.

Drugie czytanie, pozwalające na refleksję i dokładniejszy ogląd, ujawnia dodatkowe cechy: pewną drapieżność sformułowań oraz rozsiane między wersami ziarna ironii. Świat przedstawiony słowem poety wydaje się niespójny, wart dworowania. Przy czym nie jest to prześmiewczość dla samej prześmiewczości. Gdzieś, pod wierzchnimi warstwami wierszy ukrywa się ból. Czai się niespełnienie. Jak w utworze bez tytułu, a rozpoczynającym się od słów "Pan Boros udaje erudytę", gdy odnotowuje: z głodu wracamy/ zawsze na czterech łapkach/ i niosąc sztywny ogon cynizmu/ wymagamy by dzień taki/ nazywać Wielkim.

Nakładane przez poetę maski opadają, gdy do głosu dochodzi świadomość tego, co czyni. Wyraźnie widać to choćby w utworze "Rękopis":

kopalnie rud myśli i obaw

najgłębsze są w nocy

skazitelne klawiatury do pisania kłamstw

mrą jak muchy

 

jest tak pusto jak na Zaspie

po papieskiej mszy

jakby wszystkie uczucia

zebrały się w czarny okruch.

W. Boros to interesująca osobowość poetycka. Z chęcią za czas jakiś przeczytam nowy zbiór. Zwłaszcza, gdy do trochę buntowniczych i przekornych strof schyłku młodości wedrze się namysł pogłębionego dojrzewania.

 

Zgoła odmiennie przedstawia się sprawa z T.R.L. Dudą (Tadeusz R.L. Duda "Konferencja Żylastych Pogrzebaczy czyli Kosmata Nicość", DUDA I TYLKO DUDA, Szczecin 2003, str. 32).

Broszurowe wydanie zbioru na różnobarwnym papierze opatrzone jest notką córki autora - Agnieszki. Z informacji tam zamieszczonych wynika, że opublikował dotąd 3 zbiory wierszy, 2 pozycje science-fiction - "Kapitan Xar" (1987), "Kapitan Xar i inni" (1993), tom satyr "Piątek" (1995), kryminał "Tajny detektyw" (1991) oraz tom opowiadań "Goniąc wiatr" (1997). Wszystko publikuje wyłącznie w swoim wydawnictwie. Ponoć bardzo lubi dobry alkohol, dobre kobiety, dobrą muzykę, książki, filmy, dobrego samopoczucia nie wyłączając. Ale - jak zapewnia córka Dudy - to i tak tylko 42, 998% prawdy o nim.

No proszę, jakaż to prawda nieledwie połowiczna!

Dodajmy jeszcze, że sporadycznie zdarzało się autorowi publikować i w "Łabuziu".

"Konferencja Żylastych Pogrzebaczy czyli Kosmata Nicość". Już sam tytuł mówi za siebie, jeśli mówi, a mówi. Powiada mianowicie to, że przygotować się należy na hucpy i zabawę słowem. Na flupy stylistyczne rodem z surrealizmu. Autor puszcza do czytelnika oko, chcąc dać do zrozumienia, iż język nie zawsze powie to, co pomyśli głowa. I odwrotnie. Zwłaszcza odwrotnie chyba.

Mamy tu 32 wierszowane utwory. O tytułach równie rozwichrzonych. Że przywołam tylko "Zakleszczony kurhan igieł", "Niewystarczalność pionową", "Dwulicowość szkieletów" czy "Przeskok zamroczenia". A z domykającego zbiór tekstu "Donosiciel potrąconych znaków tożsamości" - trzynastopunktowej wyliczanki - wydłubać nadto można Wściekłość skisłych niezapominajek (punkt 4) oraz Towarzystwo stojących skarpetek (punkt 11) w Jaskini porzuconych pośladków (punkt 13).

Oryginalne to tak - słów mi po prostu brak

Gdyby autorowi zabrakło pomysłów, proszę o cynk. Mam na podorędziu kopę albo dwie. Bez wybrzydzania, na przykład:

- Śmierdziele nie jedzą wody w niedzielę,

- Europejska zwiotczałość na całość,

- Kaszana grafomana.

 

Ciekawie za to wygląda jedyna proza w obecnym przeglądzie.

E. Koźmiński (Eugeniusz Koźmiński "Ptaki i ludzie", Wydawnictwo Alta Press, Koszalin 2003, str. 215) jest absolwentem Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Słupsku. Wiele lat pracował jako nauczyciel w Ustroniu Morskim. Obecnie mieszka w Kołobrzegu. Sporo publikował w prasie i almanachach. Jego debiutem był zbiór wierszy "Wołanie mew" (1998) - o czym wspominały "Prowincjonalia (2)" w "Łabuziu" nr 30/1999 r.

Na książkę "Ptaki i ludzie" składa się blisko 30 różnej długości opowiadań. Przedstawiane historie budują obraz małej osady - Poręby Morskiej. Co wiadomo, Pomorze Zachodnie i Środkowe po II wojnie światowej zasiedlano przybyszami z południa, ale i ze wschodu. Wysiedlając dotychczasowych mieszkańców tych ziem, czyli Niemców. Wiązało się z tym wiele cierpień po obu stronach. A zakorzenianie się przybyłych nad morzem też nie było łatwe.

Autor, opisując losy nowych osiedleńców, sięga po wypróbowaną metodę łączenia drobnych całostek. Opowieść przylega do opowieści, tworząc rodzaj literackiego gobelinu. A że bohaterom nie skąpi cech żywych - czyta się rzecz z ciekawością.

Dodatkowym walorem zbioru opowiadań jest język. Rzetelny, poszukujący. Gdy zestawi się go z klimatem tej prozy - suma dobrych wrażeń rośnie. A przecież mamy tu jeszcze coś: świadomą próbę ukształtowania nowej (dla następnych pokoleń) legendy. Ponadto książka stanowi również interesujący dokument minionego czasu.

Jednak nie wszystko w "Ptakach i ludziach" przedstawia się tak różowo. Na przykład pośród zdarzających się merytorycznych potknięć widzimy kłopoty autora z obrządkiem katolickim. W jednym miejscu pisze  o  u ż y w a n i u   liturgii przez proboszcza, w innym każe procesji Bożego Ciała śpiewać pieśni bożonarodzeniowe.

Szczęściem podobnych wpadek nie jest wiele. I giną przy poddaniu się falowaniom tej prozy. Falowaniom literacko atrakcyjnym.

To jedna z najciekawszych książek prozą w tej kategorii na Pomorzu w ostatniej dekadzie.

 

Na koniec chciałbym skręcić w obrzeża literatury, gdy idzie o formę. Bo w tych rejonach umiejscowić można felieton. Zwłaszcza sprawnie i dobrą polszczyzną napisany. A z takim mamy do czynienia w przypadku I. Obuchowskiej (Irena Obuchowska "Kochać i rozumieć. Część trzecia", Media Rodzina, Poznań 2003, str. 256). Próbkę tej książki - "Święty Mikołaj w todze" - czytelnicy mieli okazję poznać w poprzednim numerze "Łabuzia".

Kim jest autorka? Profesorem psychologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, autorką wielu książek. Opublikowała między innymi "Dynamikę nerwic" (1983) oraz "Jak sobie radzić z niechcianymi uczuciami" (2000). Pracuje społecznie na rzecz dzieci mniejszych szans. Trzy lata temu jej działalność i publicystykę wychowawczą doceniła Niezależna Fundacja Popierania Kultury Polskiej POLCUL. Nieco wcześniej, bo w 1997 r. otrzymała wyróżnienie honorowe im. Profesora Hugona Steinhausa.

Książka zawiera 100 felietonów, które publikowano w "Życiu Rodzinnym" (dodatku "Głosu Wielkopolskiego). Autorka podzieliła rzecz na 10 części. Mamy tu między innymi rozdziały "O ciekawości świata i siebie", "O marzeniach we śnie i na jawie", "O agresji i bezradności", "O przywiązaniu i porzucaniu".

We wstępie są przywołane słowa Janusza Korczaka o tym, że dziecko jest książką napisaną w obcym języku. To trafna myśl. Też idealna jako motto dla rozważań Ireny Obuchowskiej. Dlaczego? Bo autorka krok po kroku uświadamia nam głęboko zakorzenione stereotypy wyobrażeń o rozwoju dzieci. Okazuje się bowiem, że łatwiej akceptujemy poglądy zastarzałe, przejęte od innych lub wręcz obiegowe. A trudu zrozumienia najmłodszych w istocie mało kto się podejmuje.

Nie widać tu narzędzi naukowca, choć pisze przecież profesor psychologii. To kolejna zaleta. Wszak adresatem rozważań są rodzice o rozmaitym stopniu wykształcenia i wychowania. Prostota wsparta czytelnością jest tu wręcz wskazana.

Jest jeszcze coś wartego podkreślenia, prócz klarowności stylu. Ciepło, z jakim autorka się odnosi do omawianych spraw. Dziecko nie jest dla Ireny Obuchowskiej li tylko obiektem badań. To intrygująca zagadka budząca najżywsze emocje. Z których na plan pierwszy wybija się miłość.

Krótko mówiąc: felietony edukacyjne wysokiej próby.

 

(listopad 2002)

 

Paweł Szeroki

 



 
Pięć - dziesięć zdań:

PIĘĆ, DZIESIĘĆ...
"[...] - Problem polega na tym, że my również przegrywamy. To centrum, za którym stoi siła mentalności, mediów (telewizja ma przecież okienko pod tytułem prowincja) itd., potrafi często tę "gębę" doprawić. Mam takie poczucie, że my, którzy walczymy o swoje na prowincjach, często "padamy na placu boju". Mówię o tym całym zjawisku, które pojawiło się po 1989 roku. [...]"

 

Krzysztof Czyżewski



cytat wyjęty z książki Jana Kamińskiego "Metafizyka prowincji" wydanej przez "KARTKI" - Białystok 2001

Dziękujemy pkl. "Łabuź"

 

Oskar Szwabowski

JEDEN DZIEŃ Z NIEŻYCIA

Wilgotny chodnik ciągnący się wzdłuż kamienic, pogrążonych w śnie, w mrocznym wypoczynku, wtulone w pochmurne niebo, lśnił pomarańczowym blaskiem latarni roznosząc głuchym echem po opustoszałych podwórkach, skrytych w głębi labiryntu bloków, równy krok mężczyzny, który, otulony ciepłą kurtką, ćmił papierosa. To dodawało odwagi i odsuwało na chwilę, na parę minut nikotynowego odurzenia, na chwilę wypełnioną pseudozajęciem, koszmar egzystencji. Bo nie żyło się dobrze. Nie żyło się wcale. Nie potrafił tak jak oni, zająć się czymś i nie myśleć, że to tylko ucieczka przed sobą, przed rzuconym nam wyzwaniem, przed pustką absolutną, mówił razu pewnego pochylony nad stolikiem w zadymionym lokalu. Duszno tu, odparł przyjaciel, pewnie znowu klimatyzacja wysiadła. Nie, nie miał pretensji do niego. W końcu obaj się sobie zwierzali. Tylko tyle. Zdali relacje ze stanu, jaki ich ogarnął. I nie po to by rozmawiać. Po prostu, tak, od tak, przy piwku w lokalu zadymionym, w świetle przytłumionym, rozproszonym, co cienie kładł po ścianach, po kątach, tworząc intymny nastrój zawężając tłum i przestrzeń do rozmiarów takich, jakich się chciało, bo w tym świetle nic nie było realne. Możliwe, że powiedzieli tak, bo myśleli, że gdy padną słowa, gdy zostanie wypowiedziany, to problem zniknie. Niestety wciąż było duszno. Wypili jeszcze parę piw, wypalili trochę papierosów, rozejrzeli się, uścisnęli dłonie, rozeszli. Do mieszkań, w któryś ktoś czeka lub nie, bo to, i tak większego znaczenia nie ma. Poszli chodnikiem wilgotnym w mroku ginącym. Do mieszkania poszedł, gdzie włączył telewizor. Wyciągnął z zastawionego zlewu szklankę, opłukał, zaparzył herbatę. Na ekranie ponętna kobieta ukazywała swe wdzięki, obdarzała wzrok mężczyzny, rozpłaszczała obfity biust o wewnętrzną stronę grubego szkła, wysuwała różowy język, jęcząc z bólu, z głodu, że nie może, tam do niego On patrzył tępo, i jakby na coś czekał. Coś powstrzymywało przed pójściem spać. Zegar wybijał coraz to późniejsze godziny, zbliżając się konsekwentnie do poranka, do słońca wschodu. Pił herbatę czując potrzebę naglącą, potrzebę niespokojną, by się położyć, by zasnąć, a zarazem odkładał tą chwilę, czekaj, mówił, jeszcze minutka. Jeszcze tylko wypalę tego papierosa. Palił i patrzył na coraz to inne nagie kobiety, strojące miny, wyginające się, wijące, sprzedające, onanizujące. Patrzył, jakby po tym miało coś nastąpić. Usta wykrzywiły się kwaśno, gdy na ekranie ukazał się napis informujący o przerwie w programie. Z poczuciem niedosytu, dławiącej, smutnej pustki pogłębionej przez ciszę nocy, nakrył się kocem. Pomyślał jeszcze, że jutro rano.............

Znowu, jak tylko przezwyciężył wstręt przed wstawaniem, ogarnął go niepokój. Począł toczyć zaciekłą walkę z czasem, w której to zegar dyktował warunki. Czuł, że musi już teraz, w tej chwili, jak najszybciej, być tam, być u niej. Tam u niej coś wydarzyć się może. Więc pędem! W autobus. Unikać tych twarzy, tylu twarzy stoczonych w jednym miejscu. W niewoli między przystankami. W niewoli z twarzami. Co oczy mają, i usta, i języki, i uszy. Unikać! Nie patrzeć! To tylko parę minut. Wyjść poza autobus. Poza ciała skłębione. Wyjść myślą chociażby. Unicestwić to myślą. Na tą chwilę przymusowej wspólnoty, wspólnoty cielesnej, twarzowej. A potem, jak najszybciej, do niej. U niej. Już u niej, mężczyzna zapala papierosa rozsiadając się w fotelu, dym rozwija się leniwie, otula sufit, słabawe, ledwo co narodzone promienie wpadające przez okno, wije się serpentynami, siwymi autostradami, zmieniającymi się od czasu do czasu w szaloną górską ścieżkę, by znowu, szeroko i spokojnie dążyć do chmur. Mężczyzna też jest spokojny. Słowa pełzną od ust do ust, przeciągają się, osadzają na wargach, że trzeba je zlizywać. taki sylaby, zamglone zdania, wysuwające się z ciepłego łona, otulone dymem, tańczące z nim spocony taniec, ta nie c tań czą c ja kby już do koń ca tak już bez koń ca, stu ka ją c no ga mi o zie mię w zgę stnia łym po wie trz u. Gasi papierosa. Tak, brzmi na ustach bezbarwnie. tak jakby nagle, jak kaszlnięcie, co odrywa skrzep Fotel lepi się do ciała, paląco stapia się ze skórą, wgryza się w nią tępymi zębami. Dłonią ściera pot z czoła. Ona leży na łóżku, jakby rozlana, taka stopiona, pogodzona. Zapala papierosa. Mimochodem spogląda na zegarek. Sekundy przelewają się niczym gęsta śmietana, gęstniejący wosk. Kropla potu zatrzymuje się na czubku nosa, jest tłusta, nabrzmiała. Jak kobieta, która bezkościstą dłonią otula pilota i włącza telewizor. On gasi papierosa, wciska w dno popielniczki. I patrzy. I myśli. Że to tu, tu to ma być, to jego miejsce. Sylwetki poruszają się po ekranie, niemal poza zasięgiem wzroku. Kobieta przelewa się z boku na bok, ziewa, przeciągle Przenoszą się do pokoju obok. Siedzą obok siebie, zapatrzeni w telewizor. Sekundy z trudem przeciskają się między było a będzie, między tarczą a szkłem. Słońce rozlewa się złotem na ściany budynków widziane przez okno. Pije herbatę, wyciskając sylaby, pojedyncze literki, z trudem otwiera odrętwiałe usta, takie bezsensowne usta. Zaraz będę szedł, mówi spoglądając na kobietę. Dobrze, dopowiada. Zapalają papierosa. Ona patrzy w ekran. On czasami na zegarek. Miejsce, to, trzeba, przebiegają nie poukładane słowa, myśli ale rozumie, tyle ile potrzeba. Zaciąga się. Mocno. Zdecydowanie dopija herbatę. Idę. Mówi. Przecież bez sensu tak siedzieć, ale i bezsensu iść. Przytula kobietę, chociaż mógłby równie dobrze tego nie robić. Przez chwilę zastanawia się, po co tu przyszedł, zawiesza gdzieś wzrok, gdzieś poza, bo smutno, bo wychodzi. Wraca do siebie, do miejsca zamieszkania. Drogą między blokami, między szczątkami trawnika. Drogą o potrzaskanych płytach chodnikowych, zabłoconą, ginącą co chwilę w bezludziu podwórka, przechodząca w teren niczyj. Drogą na przystanek, gdzie zaczyna odczuwać niecierpliwość podobną do porannej. Może po prostu nigdy nie może zdążyć, myśli stojąc opartym o drzewo. Zapala papierosa, ma jeszcze dużo czasu. Zza chmury dymu przygląda się, a raczej patrzy gdzieś tam, w jakiś punkt, jakby z tego punktu pochodziły przedwojenne kamienice, ludzie idący po chodnikach, samochody akompaniujące przed-stawieniu, szczupły mężczyzna kiwając się w tył i w przód. Patrzy jakby coś zaraz miało się pojawić. I pojawia się autobus. Syczący, sapiący, ledwo co trzymający się. Mężczyzna wsiada do środka, zaledwie parę osób, parę twarzy, niektóre znane, równie zasępione. Wspólnie wracają z codziennej wyprawy, na którą wygnało ich coś, co sen mąci, koncentracje nad lekturą, co rozbija czasem szybę lub komuś nos. Wbija się w siedzenie, nie zna twarzy i znać nie chce. Przez całą drogę wygląda przez okno, patrząc na ludzi za szybą, na ludzi na chodnikach, co jak zjawy, jak cienie Patrzy niczym muzealny eksponat. Obwożony, czyszczony, karmiony, oglądany, zabawiany, spany, myślony, ubierany

Zatrzymuje się, by znaleźć klucze, gdy gdzieś z boku, skądś rozlega się Co? powiedz, co? nas tak budzi, skąd głód? Głód, co najgłośniej czuć w trakcie jedzenia, brak najdotkliwszy wśród obfitości Wzrusza ramionami. Zasiada w miękkim fotelu. Wokoło głęboka cisza. Cisza pogłębiona maniakalnym tykaniem zegara. Wskazówka porusza się, jakby zastygła, sparaliżowana. Drga na przełomie. Wybijając, to cofając się, stojąc w miejscu. Tik, tak, tik, tak, drga w miejscu, podskakuje jak w agonii, jakby niezdecydowana, zatrzymywana przez nieznaną siłę, albo przez nią wprawiana w ruch. Drga jak w gorączce. Drga w rozszerzonych źrenicach mężczyzny.

 

Oskar Szwabowski

 


 
Pięć - dziesięć zdań:
"[...]-Tak. Dlatego, że zgodnie z tym psim, owczym czy wilczym pędem (to też takie zbitki - schematy, idiomy myślowe ignorantów) zaczynamy dostosowywać się do "stada". Zatem - do normy "zdrowia psychicznego". Psycholog nas "skleja", reperuje - a my tymczasem sami powinniśmy się rozpoznawać, odkrywać, eksploatować wewnętrznie. Sami musimy ewaluować - korzystać z zalet i właściwości własnej elastyczności. Nie można raz na zawsze kogoś "naprawić". Biedni są owi pacjenci, którzy biegają do psychoanalityka z nadzieją, że ci ich opukają, zbadają i raz na zawsze zreperują i doprowadzą do akceptowanej "normy". [...]"

 

Ryszard Chodźko



cytat wyjęty z książki Jana Kamińskiego "Metafizyka prowincji" wydanej przez "KARTKI" - Białystok 2001

Dziękujemy pkl. "Łabuź"

 

KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między zaprzyjaźnionymi pisarzami. Na naszych łamach od października 1998 roku korespondują: zamieszkały w Podkowie Leśnej Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób z Kołobrzegu.

 

Dziękujemy - pkl "łabuź"



 

Podkowa Leśna, 29.10.2003

 

Drogi Lechu,

Masz rację, w tym roku trochę się z tymi nagrodami poprawiło. Już myślałem, że Nagroda Nobla w sto lat po śmierci fundatora umarła, a nawet obmyślałem stosowny nekrolog, kiedy się dowiedziałem, że dostał ją Coetzee. Zadzwoniłem do Andrzeja Dąbrówki i sprawdziłem, że to nazwisko wymawia się "kut-zee". Nb. w Andrzejowym obszernym słowniku pisarzy niderlandzkiego obszaru językowego Johna Coetzee nie ma. Jest inny, Abel, ale Andrzej mówi, że może dlatego, że John pisze po angielsku, a nie afrykanersku, no i że swego czasu uciekł (dosłownie) z RPA do Australii. Podobno przed skutkami likwidacji apartheidu.

 

Czytałem swego czasu jego książkę "Disgrace" (potem po polsku się to ukazało pod tytułem "Hańba"), pamiętam, że z zapartym tchem, ale nie dlatego że tak wciągałą, tylko z powodu zdumiewającego stylu. Piszę "książkę", bo nazwanie tego, tej pozycji powieścią uważam za nadużycie. Wydawało mi się, że czytam długie słuchowisko radiowe. Uboga narracja, prawie jak didaskalia, za to rozbudowane dialogi. Trzeba przyznać, że świetne, naturalne, opowiadające w tle, przedstawiające głębię człowieka, a przy tym dowcipne językowo, z zas-kakującymi woltami logicznymi, po prostu super. Pod tym względem Coetzee bardzo mi zaimponował, co pewnie uznasz w moim wypadku za normalne. Sam napisałem ponad pięćdziesiąt słuchowisk i zawsze martwiło mnie, że gatunek ten jest uważany za coś bliskiego scenariuszowi albo za drugorzędny rodzaj literatury. Oczywiście to bzdura. Józek Baran, w końcu pisarz, twierdził nawet, że słuchowisko jest gatunkiem reportażu, tyle że radiowego. Druga bzdura.

 

Biadałem nad losem słuchowiska jako gatunku, a tu - proszę - Nobel. Z tego się cieszę. Szkoda, że krytycy ani rusz nie chcą zauważyć tej prawdy: Nobel za słuchowisko. Może się po prostu na tym nie znają? Był, a może i jest jeszcze, wspaniały znawca, Michał Kaziów z Zielonej Góry, który za pracę o słuchowisku uzyskał doktorat. Jest niewidomy i nie ma obu rąk, więc zajął się tym, co można usłyszeć. Ciekaw jestem, co u niego, bo straciłem kontakt dwadzieścia lat temu. Nawet nie wiem, czy żyje. Mam jego sylwetkę i twarz, a także psa-przewodnika przed oczami. Doskonale kontrolował mimikę, mówił językiem niezwykle starannym, z pogranicza mowy książkowej, ale bez tych nieznośnych emfatyzmów, jakie się zdarzają chwalcom literatury.

 

A wracając do Coetzee - gdybym miał sądzić na podstawie "Disgrace", to prozaikiem na pewno nie jest. Ma jakąś skazę w warsztacie, czuję, że nie potrafi dobrze relacjonować. Cały smak dialogów rozmywa się mu w lakonicznych zdaniach narracji. Gdyby to były didaskalia, można by je pomijać, ale on je najwyraźniej uważa za opowiadanie. Pamiętam to tak, jak dziesiątki grafomańskich tekstów, jakie mi ludzie zasyłają do oceny do wydawnictwa. Dominują w nich właśnie dialogi, na ogół zresztą bardzo złe, bo mają ukryć jeszcze większą nieudolność - narracyjną. Może się mylę, ale może coś w tym jest. Kto nie umie opisać stołu, będzie się starał podać "dialog przy stole". Innych książek tego autora nie znam, będę musiał poszukać.

 

Ale też przy okazji: czy Komitet noblowski nie powinien był jednak załatwić zastarzałe zaległości? Gdybym miał wśród nich wybierać, to może między Tadeuszem Różewiczem, Mario Vargasem Llosą, Harrym Mulischem, Milanem Kunderą i Thomasem Tranströmerem. (Zauważ, że Miłosz, odpowiadając na podobne pytanie, Różewicza pominął!) Już bezpowrotnie pominięto Witolda Gombrowicza, Jorge Luisa Borgesa, Juana Rulfo, Zbigniewa Herberta, Erskine'a Caldwella, Williama Carlosa Williamsa i wielu innych. Kogo jeszcze? Grahama Greena sobie darowali pewnie słusznie, bo był podwójnym a może i potrójnym szpiegiem, a to odbierało zaufanie do jego pisania. W sumie Coetzee uratował Nobla, bo pisarz z niego pełną gębą, choć słuchowiskowy.

 

No i drugi laureat, który uratował, tym razem Nagrodę Literacką Nike, że tak szumnie ją nazwę, Jarosław Marek Rymkiewicz. Uratował, bo poeta co się zowie. Ale dziwny poeta, odnoszę wrażenie, że z przypadku. To jest chyba jeden z tych, którzy wiedzą, jak napisać wiersz, a potem zastanawiają się o czym mają napisać. I czasem przychodzi temat - sam, że tak powiem. Z codziennych pasji i obserwacji. Ma swój styl, rodem z baroku, a ściśle z księdza Baki, a i tematykę czerpie z tego wzoru. Memento mori, bracie. Nie powiem, żebym się tym zachwycał, nie czuję w tej poezji dyscypliny, zarówno językowej, jak i - przede wszystkim - uogólniającej, zawartej w aurze, którą wiersz samoistnie wytwarza. Kiedy czytam utwory młodych wierszopisów, znacznie mniej poradne, schematyczne i wtórne, to przynajmniej odbieram jakąś otoczkę, potrafię sobie wyobrazić to, o czym piszą, i kim są. Czasem właśnie oni do mnie docierają, nie wiem dlaczego.

U Rymkiewicza tego nie znajduję, ale może to po prostu poezja nie na mój typ wrażliwości. Z tym że to nie taki dystans, jaki mam do Zagajewskiego. Zagajewski jest zbyt publicystyczny i nigdy nie dogoni Rymkiewicza, podobnie jak swoich kolegów z Nowej Fali - Karaska czy Kornhausera. Teoretyk świetny, ale na tym koniec. Nie jest naturalny. Naturalny jest nawet wyśrubowany Miłosz, a u Zagajewskiego - co? Ciężki mozół. Teraz słyszę, że dostał "amerykańskiego Nobla", więc powtarzam - dlaczego nie Różewicz, największy z żyjących, dlaczego nie Julia Hartwig, Marian Grześczak i tylu innych? To niesprawiedliwe. A pamiętasz, co mówiliśmy o naturalności na Twoim balkonie?

Rymkiewicz natomiast jest tak naturalny, że bardziej nie można, a przez to całkowicie prawdziwy. On pisze wiersze ciałem, a rozumu przy tym nie używa, bo nie musi. Tak jak kiedyś Baka, wielce zaraźliwy. Wierszowana logika odstręcza; takim wzorcowym wierszokletą logicznym, którego nie wolno czytać (mam na myśli jego rymowanki), był Tadeusz Kotarbiński, wybitny logik.

 

Ksiądz Baka zawsze mnie fascynował i nigdy nie uważałem go za grafomana. Poezja to w dużej mierze naturszczykowstwo. Ale zdaje się już Ci o tym pisałem, więc nie będę robił dygresji na ten temat. Dość, że sukces Rymkiewicza mnie uradował. Ale rozśmieszył jego protest (demonstracja?). Jeśli nie czytałeś o tym, to w skrócie: nie poszedł na rozstrzygnięcie i jednocześnie rozdanie nagród, ale wysłał przez wydawcę list, w którym napisał, że poetom nagrody itp. są niepotrzebne, potrzebni natomiast są czytelnicy. Rozśmieszył mnie dlatego, że przecież jego książkę właśnie dzięki nagrodzie kupi i przeczyta teraz znacznie więcej ludzi, niż mógłby marzyć bez nagrody. A o to warto kopie kruszyć. Pieniądze - rzeczywiście, sprawa trzeciorzędna.

 

Tak się tym wszystkim przejmuję, a Ty potem piszesz zdawkowo, że nie ma czym. Jest czym,

 

Twój
Piotrek Müldner-Nieckowski



Kołobrzeg, dnia 5.11.2003 r.

 

Piotrze Zatroskany -

 

tak, pewne sprawy kwituję zdawkowo. Bo odmienni jesteśmy, inne rzeczy nas ruszają. I wędrujemy różnymi orbitami - choć czasem owe orbity na siebie zachodzą. W sumie dobrze, gdyż przytakując sobie zanudzilibyśmy się śmiertelnie.

(Śmierci, och, śmierci, dlaczego zwłóczysz, mizdrząc się przed lustrem życia?)

Iskrzenie, dociekanie, spór - czyli dynamiczny element kontaktów. Przez dynamikę rodzą się impulsy. Ożywia się emocja, a bywa że i duch.

 

Słuchowiska. Kojarzę. Specjalizujesz się w nich. Sam kiedyś popełniłem jedno lub dwa. Ale, przyznam, w ogóle nie czuję tej formy. Przez moją półgłuchotę, że radia nie słucham? Pod tym względem "wąskotorowy" jestem. Typ czytacza ze mnie. Bez czytania niechybnie byłbym sczezł. A bez słuchania i oglądania mógłbym jakoś żyć.

Nie oznacza to, że ów gatunek dramaturgii ważę sobie lekce. Pamiętam na przykład jakie wrażenie uczyniły na mnie kiedyś (w wydaniu książkowym) słuchowiska Ireneusza Iredyńskiego. Czy, gdy o obraz idzie, scenariusze filmowe Ingmara Bergmana (choćby "Sceny z życia małżeńskiego").

A Michał Kaziów? Poznaliśmy się przelotnie przed laty, bodajże w Poznaniu. Niezwykłego hartu człowiek.

(Śmierci, znów Cię widzę za tym zakrętem, gdzie panny tańcami chłopców zwodzą)

 

John Coetzee. Następnego dnia po ogłoszeniu zajrzałem do księgarń. Nic o nim nie wiedziano, żadnych książek nie było. Tylko w jednej skwapliwie wysunięto dekoracyjny (bo też jedyny) egzemplarz powieści "Mistrz z Petersburga". "Hańba" też jest niezła, w każdym razie najgłośniejsza. Choć wolę "Mistrza." I jeszcze wcześniejszą jego książkę "Życie i czasy Michaela K." Tak czy siak istotnie, pisarstwo tego autora wstydu Nagrodzie Nobla nie przynosi. To nie fatalna wpadka sprzed sześciu lat z Dario Fo.

Zresztą, stuletnia już historia tej nagrody usiana jest nieporozumieniami. Wymieniłeś część wielkich pominiętych. Lista godnych uhonorowania, o czym wiemy, jest znacznie dłuższa. Zmieściliby się na niej jeszcze i mój ukochany Robert Musil ("Człowiek bez właściwości"), i Miodrag Bulatowic ("Bohater na ośle"), i wielu innych. Zaś z drugiej strony - kto dziś czyta (lub tylko pamięta - poza specjalistami) laureata Nobla rok przed Henrykiem Sienkiewiczem? Nazwisko Jose Echegaray y Eizaguirre coś komuś mówi? Kto to jest Verner von Heidenstam, Erik Karlfeldt (wyróżniony pośmiertnie!), Juan Ramon Jimenez? Wszak to kolejni nagrodzeni Noblem.

Gdy o nasze podwórko chodzi, do Nobla - głośniej lub ciszej - wzdychało wielu. Magnetyczny wpływ noblowskiego splendoru mamił między innymi Jerzego Andrzejewskiego. A nawet Stanisława Misakowskiego, o którego twórczości tak rzetelnie pisał w ostatnim numerze "Łabuzia" - za "Przeglądem Humanistycznym" - ("Zwycięstwo pod pustką") tłumacz na j. rosyjski, Andriej Bazylewski. Pamiętam ostatnią taką rozmowę, gdy Staszka odwiedziłem w żyrardowskim szpitalu. Oczy schorowanego dostały blasku i wzmocnił się szept na wspomnienie tej nagrody. Miał świadomość, że szans na nią nie ma. Nie przeszkadzało mu jednak do końca o niej marzyć. Taka ludzka słabość.

(O, Śmierci, Śmierci, nie rozmawiasz ze mną, nie korespondujesz; niby adresat nieznany)

 

I J. M. Rymkiewicz wreszcie. Jego "Zachód słońca w Milanówku". Chyba wspominałem o tym zbiorze w liście do Ciebie na początku roku. Później, pisząc "Port literacki", miesiąc przed przyznaniem nagrody Nike, próbowałem uzasadnić zalety tej książki. W poincie wyrażając myśl, iż nie ma znaczenia czy tomik otrzyma nagrodę Nike. Bo i tak jest to jeden z najlepszych zbiorów wierszy ostatnimi laty. I opinie (jury nagrody z Marią Janion na czele) akurat zbiegły się. Może przypadkowo. Gdyż - skoro o niejasnościach mowa - nie zachwyciła przed laty nagroda Nike dla Stanisława Barańczaka za "Chirurgię precyzyjną". Czy dla Czesława Miłosza za "Pieska przydrożnego". Nie uchybiając tym książkom uważam, że na on czas były ciekawsze literacko kandydatury.

Rymkiewicz. Wyprowadziła z równowagi pewna opinia ("Nike wpływa na lirykę/ A liryka na krytykę/ Co i w dupie ma publika") w pewnym tygodniku pewnego pana. Nie zamierzam reklamować jego nazwiska. Ba, gdyby tekst tylko prowokacją miał być. Ale jest zwyczajnie chamski.

A do okołobarokowych koneksji dodałbym powinowactwa z Bolesławem Leśmianem. Nie ma poezji nie czerpiącej z zaplecza, z przeszłości. Ważne zachowanie proporcji wkładów własnych. W każdym razie obecny tom bardzo mnie poruszył.

Tak na marginesie. Poetycka droga J. M. Rymkiewicza trochę przypomina wędrowanie w poezji Jarosława Iwaszkiewicza. Obaj Jarosławowie rozpoczynali od szeroko pojętego eklektyzmu, by z upływem lat, u schyłku życia, dojść do pewnej prostoty formy.

(O, Śmierci, znów się natrząsasz z lęków moich i niestałości)

 

I o samej idei nagradzania.

Mają Brytyjczycy swoją prestiżową nagrodę literacką Booker Prize, mają Francuzi Goncourtów (setną obecnie zgarnął Jacques-Pierre Amette za "Kochankę Brechta"), nie brak literackich nagród także w innych obszarach językowych. Od niedawna i Polska ma swoją o rosnącym znaczeniu - Nike. Są też nagrody wybiegające znaczeniem daleko poza granice mniejszych rejonów. To wiemy.

Lecz dlaczego mam mieszane uczucia (z przewagą negatywnych), gdy idzie o nagradzanie? Bo wszelka nagroda jest rodzajem manipulacji. Próbuje premiować i wartościować w twórczości coś, co tym działaniom nie podlega. Podlegać nie może.

W tym znaczeniu rozumiem reakcję Rymkiewicza. Dla mnie to nie demonstracja, lecz efekt odmowy służenia wątpliwej konwencji. Taką postawę należy uszanować.

Powiadając o manipulacji mam też na myśli fakt z jakich rąk i w jakich okolicznościach nagrodę się odbiera. Podam Ci przykład może skrajny, ale z własnego podwórka. Gdy to zaraz po książkowym debiucie (w 1981) usiłowano mi wręczyć (pomniejszą, bo "rangi" wojewódzkiej) nagrodę literacką. Pamiętasz - stan wojenny. Obrzydliwe przeciąganie liny. Oczywiście przyjęcia odmówiłem.

 

Ja wiem, wiem, zaraz ktoś krzyknie, że z punktu widzenia wydawcy, księgarza i czytelnika wysokie wyróżnienie jest dla jednych zyskiem, dla drugich wskazówką. Wiele zbliżonych argumentów padnie. A i sporej liczbie pisarzy nagroda potrafi dodać ducha. Dopompować społecznie.

Jednak dla twórczej idei nie ma to znaczenia. To sprawa wtórna, a czasem wręcz szkodliwa. Popatrz, co później się dzieje. Między innymi gratulujemy sobie nagród, miast gratulować (jeśli celnie przemówiły) dzieł - które czasem nagrody za sobą pociągają. A bywa, że szlachetny wawrzyn zdobiący głowę zwycięzcy zamienia się w beret z antenką. Następuje skrzywienie mentalne. I hucpa medialna.

Nie można z umowności niektórych zachowań kulturowych odlewać nowego złotego cielca! Nie można z sacrum literatury i sztuki czynić targowiska!

I starajmy się do idei nagradzania przynajmniej zachować dystans.

(Ty wiesz, Śmierci, skąd, dokąd idziemy i po co)

 

Oto mój pogląd w tej kwestii wyłuszczony. Z pominięciem wielu wątków. Lecz gdybym chciał tu szerzej rozwijać myśl, byłby esej powstał. Który zresztą kiedyś może napiszę. Ale, z drugiej strony, czy warto wykładać oczywistości? Bo tak je postrzegam.

 

Z uściskiem prawicy -
Lech w Jeszcze Ziemskiej Powłoce

 

P.s. A w ogóle, Przyjacielu, to pierwszego listopada zszedłem na dziady. Anna, żona Teodora, powiła chłopca, któremu dano na imię Wiktor: 55 cm, 3,5 kg. Ha, zobaczymy, jakież to zwycięstwa mego wnuka czekają. A jakie klęski.

Bo jeśli, po ludzku, śmierć jest końcem, narodziny niosą ulotny triumf życia? Znów pokonana Pani z Kosą?

(Śmieję się; śmieję się z Twojej imaginacji Jakóbie - powiada Śmierć - choć to nie śmiech pogardy dla Twojej wiary)

 


Marek Słyk

PAX

pokój

od podłogi po sufit

między ściany zamknięty

zawiera

w sobie mnie tak wielkiego

że muszę czasem wyjść żeby

się zmieścić

a tak małego że trzeba

klęknąć

żeby się ze mną

zrównać

 

Marek Słyk

 

Tomasz Rybak

NA CMENTARZU

Dwa dni temu wybrałem się na grób mojego niedawno zmarłego przyjaciela. Właśnie wróciłem z Włoch, gdzie spędzałem wakacje. Udało mi się przemycić piękną opaleniznę. A tu taka wiadomość - Błażej nie żyje. Wyprawa nie zapowiadała się zbyt interesująco. Kiedy jednak odnalazłem właściwy cmentarz, mało oczy mi nie wyszły z orbit.

Po przekroczeniu bramy ujrzałem tabliczkę przybitą do rosnącego tam drzewa: "Cisza nocna nie obowiązuje! MOŻNA WYĆ I STRASZYĆ DO WOLI!!!"

Przyznaję, że mnie to zaintrygowało. Rozejrzałem się uważnie. Cmentarz jak cmentarz. Pomniki, kopce, znicze, kwiaty, ławki

Ruszyłem śmiało w stronę świeżych grobów. Po drodze przyglądałem się napisom nagrobnym. Dostałem gęsiej skórki. Zamiast spodziewanych epitafiów ujrzałem bardzo dziwaczne stwierdzenia. Np. "Heniek Jakiśtam. Najpierw się urodził a później wykitował. Niech mu ziemia ciepłą będzie"; albo: "Stefan Nazwisko. Utkwił w martwym punkcie."

Gdy w końcu dotarłem na grób Błażeja, byłem porządnie zdezorientowany. Zapaliłem znicz. Nagle zobaczyłem kartkę papieru wepchniętą między kwiaty. Jako że mam ciekawską naturę, przeczytałem: "Zaraz wracam! Błażej."

- Co tu się dzieje, do ciężkiej cholery? - powiedziałem nieświadomie na głos.

- Rafał? - zza moich pleców doleciało pytanie.

Głos był taki znajomy. Odwróciłem się gwałtownie i sparaliżowało mnie! Przede mną stał Błażej. Nie wyglądał zbyt ciekawie. W zasadzie to nigdy nie był atrakcyjny. Żartowaliśmy nawet kiedyś przy kieliszku, że większe powodzenie od niego mają szubienice.

Ale w tamtej chwili prezentował się jeszcze gorzej niż zwykle. Był ubrany w pomięty garnitur pełen plam błota. Cuchnęło od niego ziemią. Mówiąc krótko - wyglądał jak trup.

- Co co - wybełkotałem jak głupi. Matura zdana, studia skończone, doktorat w kieszeni, a ja w takiej sytuacji nie mogę sklecić choćby jednego zdania.

- Kopę lat! Ładna opalenizna!

A ja stoję nieruchomo jak jakaś rzeźba antyczna.

- Co słychać? Czemu nie byłeś na moim pogrzebie?

- Co co Yyyy - nadal bełkotałem. - Ciebie tutaj nie ma!

- Co ty bredzisz, u licha? Stoję przecież przed tobą.

- Ale ale

- Kleju się nawąchałeś, czy co? Przecież ja się cieszę, że nie byłeś na pogrzebie. Kompletna nuda! Nie tak sobie wyobrażałem własny pogrzeb! Żadnych gołych panienek! Zero bimberku! Nikt nie tańczył! Nie masz czego żałować.

- Yyyy - aż wstyd pisać, ale naprawdę paplałem niezrozumiale.

- No wyduś to z siebie! Twój stary przyjaciel został wskrzeszony, a ty tylko yyyy

- Jak to wskrzeszony??? - w końcu się przełamałem.

Wyobraziłem sobie, jak po pogrzebie niebo zasnuły ołowiane chmury. Cmentarz jeszcze nigdy wcześniej nie wyglądał tak posępnie i przytłaczająco. Niemal zobaczyłem całą tę sytuację. Nad świeżym grobem Błażeja stanęła jakaś mroczna postać. Krzyknęła władczo: "Błażeju! Powstań!!!"

- Gdy się skończył pogrzeb, zaczęło strasznie lać. Nie wiem skąd, o tym wiedziałem. Pomyślałem sobie tylko: nie dość, że jestem martwy, to jeszcze zmoknę. I nagle ktoś otworzył trumnę. Odezwał się jakimś władczym głosem: "Rusz dupę! Robota czeka!"

Opadła mi szczęka. Nie byłem w stanie nic wybełkotać.

- Musiałem wstać i iść do roboty. Zero rozmowy kwalifikacyjnej! Ot tak, do roboty. Na wykopki! Wygrzebywałem z ziemi umarlaków takich jak ja - uśmiechnął się prezentując bogate uzębienie. Mógłby śmiało reklamować pastę do zębów - pomyślałem. Że też

w absurdalnych sytuacjach przychodzą do głowy takie myśli. Im więcej grozy dookoła, tym bardziej chce mi się śmiać.

Nim się zorientowałem, zostałem otoczony. Pierwszy raz tak mocno się bałem. Masa trupów maszerowała powolnym krokiem w moją stronę. Zombie z filmów wyglądały znacznie bardziej okropnie, ale i tak niewidzialna pętla ścisnęła moje gardło. Dusiłem się!

I wtedy wszyscy wrzasnęli: "NIESPODZIANKA!". Zerwali z twarzy maski i zanosili się od śmiechu. Niemal cała moja rodzina i wszyscy znajomi.

- Wystąpiłeś w "Ukrytej kamerze", stary! Niezły numer ci wymyśliliśmy, co?!

Wszyscy umierali ze śmiechu, ale tylko ja umarłem naprawdę. Atak serca. Sytuacja mnie przerosła. Głupia sprawa

 

Gdzie ja jestem?

Więcej światła, do cholery!

Co tu tak śmierdzi zgnilizną?

Jezu, tu nie ma czym oddychać!

 

Leżałem ściśnięty jak sardynka w puszce. I nagle coś skrzypnęło. Do środka wlał się strumień światła. Nade mną stała jakaś mroczna postać.

- Rusz dupę! - powiedziała władczo.

Coś mi się zaczęło przypominać

- Robota czeka!

- A niech czeka! Całe życie harowałem. Teraz będę bezrobotnym! - krzyknąłem

i zatrzasnąłem trumnę z głośnym hukiem.

 

Tomasz Rybak
rybaktomasz@wp.pl

 

Tomasz A. Klarecki

URODZINY KRÓLOWEJ

(humoreska)

30 kwietnia byłem na urodzinach królowej. Nie na urodzinach Królowej, starej Wojtka Króla, ale najprawdziwszej królowej holenderskiej. Imprezę zorganizował Staszek Polanko, honorowy konsul Królestwa Niderlandów, w restauracji "Piwnica Kupców", prowadzonej nota bene przez rodowitego Holendra, Wima van der Meera.

Królowa Beatrix do "Piwnicy Kupców" nie przyjechała. Trudno mieć o to do niej pretensję, bo protokół wymaga, żeby urodziny spędzała w pałacu królewskim w Soesdijk. Tam przyjeżdżają z życzeniami ministrowie, ambasadorowie i zwykli Holendrzy. Imprez urodzinowych organizuje się na świecie jednocześnie kilka tysięcy, więc królowa się nie roztysiączni.

Może nawet dobrze się stało, że nie przyjechała, bo pewnie byłoby sztywno. A we własnym gronie było luzacko i bawiliśmy się świetnie.

Już na samym początku zabrakło wina i wszyscy musieli przerzucić się na koniak "Bardinet", który lał się strumieniami. Zrobiło się szampańsko, a właściwie koniacko.

Ugasiwszy pragnienie postanowiłem zrobić ankietę. Kilkunastu obecnym zadałem dwa pytania:

Czym najbardziej różnimy się - my Polacy - od Holendrów?

Co nas najbardziej łączy?

Odpowiadali gładko i różnorodnie, każdy miał dużo do powiedzenia, bo "Bardinet" porozwiązywał języki.

Skończyłem ankietowanie, przeczytałem notatki i aż się złapałem za głowę. Tyle różnic między nami, a Holendrami ludzie mi wyliczyli. Wyglądało, jakby oni, Holendrzy, byli z Marsa, a my z Wenus. A może odwrotnie. "Przecież to jest spotkanie integracyjne" pomyślałem. "Jemy i pijemy na koszt Jej Królewskiej Mości. Przy tylu różnicach z integracją będzie krucho. Jak się królowa dowie, to się tak rozsierdzi, że konsulat honorowy zamknie i zawetuje nasze członkostwo w Unii Europejskiej."

Pobiegłem zaraz do Staszka Polanko, naszego kochanego konsula honorowego, i mówię:

- Ekscelencjo, mamy problem!

Normalnie jesteśmy na ty, ale tytułując Staszka Ekscelencją wydobywamy z niego to, co najlepsze.

Pokazałem mu stronę w moim notatniku, gdzie w punktach powypisywałem wszystkie różnice miedzy nami i Holendrami.

Ekscelencja od razu pojął powagę sytuacji. Wziął ode mnie notatnik i czyta:

- Holendrów cechuje przedsiębiorczość, zapobiegliwość i upór, cechy, których nam ciągle trochę brakuje. Kto tak powiedział? - spytał, spoglądając na mnie surowo.

- Prezydent Miasta - doniosłem bez ociągania się. - Nie głosowałem na niego - dodałem, żeby się trochę usprawiedliwić, bo Ekscelencja wzrok ma przenikliwy i strasznie mnie tymi oczami świdrował.

- To chyba pomyłka - powiedział wściekłym tonem i przyjrzał się jeszcze raz wypowiedzi pierwszego obywatela w mieście. - Pan prezydent powiedział "trochę brakuje". Jestem pewien, że podkreślił słowo "trochę". To znaczy mało, niewiele, prawie nic - pouczył mnie. - Chciał ci przekazać, jak mała, nieznacząca, znikoma jest ta różnica.

Skreśliłem w wypowiedzi prezydenta słowa "ciągle trochę" i zastąpiłem je słowami "również nie".

- Tak lepiej - pochwalił mnie Ekscelencja - będą z ciebie ludzie.

Szybko zaczęliśmy przerabiać odpowiedzi z ankiety, wydobywając z nich ukryte znaczenia, nieznane być może samym ankietowanym. Czułem się jak Zygmunt Freud. Różnice pomiędzy Polakami i Holendrami stały się nieistotne, a na pierwszy plan w ankiecie wysunęło się to, co nas łączy.

A łączy nas - Holendrów i Polaków - bardzo wiele:

Jesteśmy ludźmi morza. Łączy nas umiłowanie morza i kwiatów.

Jesteśmy otwarci, słowiańscy, przyjaźni i emocjonalni, co różni nas od Skandynawów i Anglików. Na pohybel Anglikom!

W przeszłości napadali na nas Niemcy. Fajnie byłoby teraz napaść wspólnie na Niemców, my ze wschodu, a Holendrzy z zachodu, ale nie można, bo nie przyjmą nas do Unii Europejskiej, a Holendrów wyrzucą. Na pohybel Niemcom!

Holendrzy pomagali nam w stanie wojennym. My też byśmy im pomogli, gdyby u nich był stan wojenny.

Lubimy piwo i piłkę nożną.

Kochamy morze i piłkę nożną.

Uwielbiamy piłkę nożną, niech żyje piłka nożna!

Łączy nas poczucie humoru i znakomita odporność na działanie mocnych alkoholi.

Właściwie to nie ma między nami różnic, łączy nas trwała więź.

Dotarliśmy do ostatniego punktu moich notatek.

- My jesteśmy romantykami, a Holendrzy pragmatykami - przeczytał Ekscelencja. - Co to za bzdura! Kto tak powiedział? - znowu prześwidrował mnie wzrokiem.

- Eeeh  - mówię - Ekscelencja  no, Ekscelencja właśnie.

- Gadaj po ludzku - wrzasnął. - Możesz na chwilę zapomnieć o mojej funkcji - zachęcił mnie. - No więc, kto to powiedział?

- Ty tak powiedziałeś - odpowiedziałem bezczelnie i wbiłem wzrok w ziemię.

- Co?! Ja? Wykluczone, musiałeś źle zrozumieć, albo nie pojąłeś, o co mi chodziło. Miałem na myśli, że Holendrzy są romantyczni w swoim pragmatyzmie, a my pragmatyczni w naszym romantyzmie. Ale to pewnie dla ciebie zbyt skomplikowane - zaśmiał się sarkastycznie.

Poczułem się prostakiem. Zaczęła we mnie wzbierać fala buntu. Już chciałem mu wygarnąć, ale na szczęście podszedł do nas Wim van der Meer z olbrzymim cygarem w zębach.

- Hayheh ahheha? - powiedział pytającym tonem.

Wytrzeszczyliśmy na niego oczy. Wim podaje w "Piwnicy Kupców" wspaniałe trunki i pyszne żarcie, ale mówi dosyć niewyraźnie, nawet bez cygara między zębami. Dodatkową trudnością jest ustalenie, w jakim Wim mówi języku. Odzywa się z zaskoczenia po holendersku, po angielsku lub po polsku.

- Hohe hehe hohahi? - spróbował Wim jeszcze raz nie wyjmując z ust cygara.

Chyba wytrzeszczyliśmy oczy jeszcze bardziej, bo Wim spojrzał na nas z politowaniem.

- What's up? - wycedził przez zęby. Tym razem cygaro nie tylko nie przeszkodziło nam w zrozumieniu, ale nawet jakby pomogło.

Wytłumaczyliśmy mu na wyścigi, o co chodzi. Wim kiwał głową ze zrozumieniem.

- Polacy i Holendrzy bardzo różni - powiedział. - Polska i Holandia bardzo różne. Holandia bardzo piękna, Polska też, holenderskie dziewczyny bardzo piękne, polskie też - rozmarzył się.

- Widzisz - powiedział Ekscelencja - to co nas różni, jednocześnie nas łączy, Im więcej różnic, tym bardziej jesteśmy tacy sami.

Nie dodał "kmiotku", ale tak się właśnie poczułem.

Ambicja nie pozwalała mi ustąpić. Spojrzałem w notatki.

- Ale generał Jabłoński powiedział, że różni nas kolor flagi, a biskup Dudułka - znowu zerknąłem do notatek - że w Polsce i w Holandii różny jest wymiar cegły.

- Flagi prawie się nie różnią - stwierdził Ekscelencja. - W obydwu są kolory czerwony i biały. Cegły holenderskie są faktycznie mniejsze, niż cegły polskie. Holandia jest mniejsza od Polski, więc proporcjonalnie do wielkości kraju są takie same - zawyrokował.

- To może różni nas kolor cegły? - zapytałem z nadzieją. Nie chciałem się poddać.

Ekscelencja doszedł do wniosku, że musi mnie poduczyć dialektyki, którą on operował z taką finezją.

- Popatrz na tych dwoje młodych - powiedział i wskazał mi głową oddaloną o kilka metrów parę.

Stali naprzeciwko siebie rozmawiając z ożywieniem. Byli zainteresowani tylko sobą, ona filigranowa, uśmiechnięta i bardzo ładna, on atletyczny, zachmurzony i przystojny.

- To Polak i Holenderka - powiedział Ekscelencja. - Tak bardzo są różni, a jednocześnie wszystko ich łączy, nawet to, z czego sami jeszcze nie zdają sobie sprawy.

Tak, Ekscelencja to bardzo mądry człowiek. Królowa na pewno jest z niego dumna.

 

Tomasz A. Klarecki
tom-kla@osowa.gda.osk.pl

 

Janusz Termer

WIELKI SŁOWNIK FRAZEOLOGII POLSKIEJ

Zauważyć nietrudno, że posługując się codzienną polszczyzną (a i niecodzienną także) używamy słów (i związków w jakie wchodzą one ze sobą), których nie jesteśmy autorami. Do dyspozycji mamy bowiem wyrażenia i zwroty już istniejące, gotowce zrozumiałe dla nas i dla naszego partnera (ów). Najczęściej w ogóle tego nie spostrzegamy, ani się nad tym nie zastanawiamy, że korzystamy z utrwalonych - na naszym osobistym twardym dysku pamięci, czyli w głowie ("mówił z głowy, czyli z niczego") - zasobów frazeologicznych języka, którym się posługujemy na co dzień! Tymczasem samo piękne i dostojne słowo "frazeologia" (gr. phrasis "mówienie" + logos "nauka") kojarzy się nam zazwyczaj zdecydowanie z pejoratywnym słówkiem "frazes", które w słownikach języka polskiego definiowane jest jako "wypowiedź pozbawiona treści, banalna, bez znaczenia, choć zazwyczaj ładna, elegancka: Jego przemówienie pełne było oklepanych frazesów, więc nie dowiedzieliśmy się niczego nowego". To cytat z ponad tysiąc stronicowej księgi Piotra Müldnera-Nieckowskiego zatytułowanej ("jak najbardziej słusznie zresztą") Wielki słownik frazeologiczny języka polskiego (Świat Książki, Warszawa 2003).

Pamiętny pan Jourdin, bohater sztuki Mieszczanin szlachcicem Moliera, nie wiedział, biedaczysko, że przez całe swe dorosłe życie mówił prozą! Czyż i my wszyscy - użytkownicy języka polskiego (ale i angielskiego, francuskiego, rosyjskiego etc. etc.) - nie bylibyśmy przypadkiem w sytuacji przypominającej owo ogromne zaskoczenie i niepomierne zadziwienie tej komediowej postaci, gdybyśmy dowiedzieli się nagle, że mówimy ni mniej ni więcej tylko utartymi "frazesami", czyli mówiąc ładniej i naukowo brzmiącymi "frazeologizmami" ("utrwalone społecznie połączenie co najmniej dwóch wyrazów, którego znaczenie nie wynika ze znaczeń składników")? Tak jest, bo to nikt przy zdrowych zmysłach nie może zaprzeczyć, że w naszej "mowie" i w naszym "piśmie" (na co dzień i od święta, w prozie i - uwaga poeci - w wierszowanej mowie także), a nawet, horribile dictu, i w komórkowych esemesach czy innych e-mailach, posługujemy się "zasobami frazeologicznymi" naszego pięknego ojczystego języka. I to nam uświadamiają m.in. słowniki takie jak ten!

Co nie znaczy przecież wcale, dodać gwoli prawdy i uspokojenia co wrażliwszych artystycznie "dusz", że nasze wypowiedzi muszą być przez to automatycznie "pozbawione treści, banalne i bez znaczenia" oraz że nie można z nich dowiedzieć się "niczego nowego").

Mogą być takie, owszem - i bywają, bywają - ale wcale przecież nie muszą!

Po co więc jeszcze istnieją słowniki narodowych języków, w tym i słowniki frazeologiczne, skoro ich naczelnym założeniem jest odzwierciedlanie stanu istniejących zasobów języka. Ano - powie ktoś z oburzeniem i z niesmakiem - po to, człowieku, żebyś wiedział jak mówić i pisać poprawnie! I ma rację, choć to odpowiedź zawierająca tylko połowę prawdy; odpowiedź godna piątki z plusem w dzienniczku bardzo dobrego ucznia, może i przyszłego językoznawcy, a na pewno godna tak zwanego przyzwoitego i porządnego człowieka, który - i słusznie - lubi gdy wszystko jest na swoim miejscu także w języku. Wolałbym jednakowoż osobiście, żeby odpowiedź ta brzmiała: Prawda to wszystko, ale

Prawda to To absolutnie słuszne: jestem za tym, żeby wszyscy mówili, pisali (i myśleli) poprawną polszczyzną. Aby nie zdarzały się na przykład takie - choć wspaniale dekonspirujące osobowość mówiącego - wypowiedzi, jak ta szlachetnie brzmiąca i godna w swych intencjach wszelkiego poparcia wypowiedź prasowa pewnej piosenkarki (cytowana ze zgrozą przez Wojtka Młynarskiego): "Odczuwam dalszą potrzebę rozwoju się". Każdy ją, nieprawdaż, powinien odczuwać. Tyle tylko, iż niekoniecznie w takiej polszczyźnie powinien to artykułować publicznie (przy okazji polecamy tej idolce polskiej estrady częstsze wizyty w bibliotece lub zrujnowanie się na zakup jakiegoś słownika i gramatyki języka polskiego, a przy okazji i Wielkiego słownika frazeologicznego języka polskiego P.M-N.)

Ale To, co może być dobre i niezmiernie użyteczne dla zwykłych zjadaczy chleba, (a nawet i współczesnych idolek i idoli), nie wystarcza, nie może i nie powinno wystarczać innym, bardziej wymagającym i twórczym użytkownikom języka, także między innymi poetom czy prozaikom. Owszem, można robić wybitnie oryginalną poezję posługując się "frazeologizmami" ("utrwalone społecznie połączenie co najmniej dwóch wyrazów, którego znaczenie nie wynika ze znaczeń składników czy sumy tych znaczeń, np. sól ziemi"), "frazeemami" ("utrwalone znaczenie wyrazów, którego sens mieści się w zakresie znaczenia wyrazu nadrzędnego"), "idiomami" ("frazeologizm, którego znaczenie jest zupełnie inne niż wynika ze znaczeń każdego z tych składników"), jak i mniej wysublimowanymi "frazesami" języka potocznej polszczyzny, którymi operują tak świetnie np. jak Tadeusz Różewicz czy Miron Białoszewski oraz ich niektórzy kontynuatorzy. Ale to przypadki szczególne i w gruncie rzeczy mylące, bo ta ich wielka językowo-poetycka dezynwoltura (tak zresztą wzajem odmienna) jest pozornie tylko "niezorganizowana artystycznie" i "niekreatywna". Tak naprawdę to dla tych poetów tylko jeden z wyrafinowanych środków artystycznych, którym posługiwać się swobodnie mogą zresztą tylko artyści nadzwyczaj czuli na siłę najmniejszego nawet przesunięcia znaczenia "frazesu" czy noworodzącej się stąd gry nieoczekiwanych głębszych znaczeń albo subtelnego humoru!

Ale oczywistym jest też i to, że poetycka (literacka w ogóle) sztuka słowa wychodzić musi poza - w ten czy inny sposób - owe "utrwalone społecznie znaczenia" frazeologiczne słów i zwrotów języka. Słowniki językowe rejestrują stan słownictwa oraz aktualne znaczenia "słów i ich połączeń", jakimi się posługuje dana zbiorowość. Stąd ich nieoceniona wartość: czysto dydaktyczna, pragmatyczna, jak i artystyczna również (świadomi swego rzemiosła pisarze powinni przecież sięgać nie tylko "do piór", lecz i do słowników), zwłaszcza takich dzieł jak nowy Wielki słownik frazeologiczny języka polskiego Piotra Müldnera-Nieckowskiego, gdyż jego twórca (sam także czynny poeta) ma świadomość tych wszystkich - paradoksalnych nieco nawet - problemów związanych z pow-stawaniem i funkcjonowaniem tego typ słownika.

Słusznie przeto na jego marginesie podkreśla prof. Jerzy Bralczyk, że słownik ten łączy w sobie "cechy klasycznego słownika frazeologicznego, zbierającego i przekazującego zbiór językowych półproduktów, gotowych do użycia połączeń wyrazowych - oraz cechy słownika łączliwości frazeologicznej, niezmiernie praktycznego dla świadomych i wymagających użytkowników języka, nie zawsze pewnych czy dane słowa do siebie pasują. Jest to słownik rzetelny, do którego można mieć zaufanie"

Ps. Mógłbym w tym miejscu skończyć ten felietonik, ale dodać muszę jeszcze słów parę. Oto Piotr Müldner-Nieckowski, autor tego słownika frazeologicznego - nie tylko poeta i prozaik, ale i doktor medycyny z wykształcenia - jest leksykografem może i niezawodowym, lecz wcale nie z przypadku, ile z wielkiego, zrozumiałego z powodu jego pisarskich ambicji, ale i zarazem niecodziennego (przyznać trzeba) zainteresowania językiem rodzimym, co spowodowało, że obecnie pracuje on jako wykładowca uniwersytecki na wydziale polonistycznym Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie (a więc jest już jednak zawodowcem!).

I dodać jeszcze trzeba koniecznie, że jego Wielki słownik frazeologiczny języka polskiego, tym różni się od prac poprzedników (np. znanego słownika prof. Skorupki), iż oparty jest nie tylko na "książkowych", a w znaczącej mierze także na własnych językowych poszukiwaniach, obserwacjach i różnoimiennych zbiorach autora z lat 1975-2000 oraz przykładach, do których rzadko sięgają czysto uniwersyteccy językoznawcy, bo obejmujących tutaj poza literaturą piękną i prasą (np. pisma młodych literatów jak "Nowy Wyraz" czy pisma takie jak "Przegląd Sportowy" lub "Playboy"), także w poważnej mierze - co jest autorskim speciaté de la maison -. notowania języka mówionego, dialogi codzienne i towarzyskie różnych środowisk społecznych i zawodowych, w tym i tzw. medialnych (och ten wspaniały język telewizyjnych czy radiowych sprawozdawców). Poza tym autor nie przymyka oka, nie boi się, jak wielu jego poprzedników, przywoływać przykładów użycia słówek i frazeologizmów z udziałem (czynnym), jakże ekspresyjnych i obrazowych zwrotów tzw. nieparlamentarnych, przecież znaczących dziś, jak bardzo sami dobrze wiemy, funkcjonujących (panoszących się ponad wszelką miarę) w polszczyźnie współczesnej.

 

Janusz Termer

 

Ariana Nagórska

ZIELONA REWOLUCJA

lato chłonęłam duszkiem nad księgą zieleni

żadnych kart w niej nie pragnąc wyrywać ni giąć

działkowcy marudzili że perz mi się pleni

a jabłka bez nadzoru toczą się gdzie bądź

 

kazali być strażnikiem, buchalterem, katem

a zwłaszcza wymagali abym była Bogiem

który wie co ocalić, co spisać na stratę:

to do spichrzów niebieskich, to na gnój, to w ogień!

 

chuchającym w mdłe listki sadzone pod sznurek

jawiłam się zapewne

jako groźny wariat pod zielonym sztandarem

bo za mną stał murem

poniewieranych chwastów lumpenproletariat

ocalony spod kosy

ogniem nie nękany

sypiący nasionami z kwiatów jak cysterny

 

nie dziw więc, że w swych niszach drżały pod foliami

mazgalie, chuchrosiejki i floroofermy!

 

5 IX 2000

Ariana Nagórska