Łabuź 46/2003


Krzysztof Wojciechowski

CZY MOŻNA ZAPOMNIEĆ NATURĘ?

"[...] W latach 90. miał nastąpić kres historii. Francis Fukuyama wyartykułował powszechne na zachodzie mniemanie, iż zapanuje powszechnie model państwa demokratycznego i nastawionego pokojowo do sąsiadów. Głupszą diagnozę trudno sobie wyobrazić, ale faktem jest, że z wykazu głównych problemów politycznych zniknęło zagrożenie wojną atomową oraz starciem olbrzymich bloków. Ludzkość zdawała się mądrzeć i łagodnieć. Zabijali się co prawda masowo mieszkańcy Afryki oraz Ameryki Łacińskiej, ale przecież ich kondycja zdaniem Oświeconych nie jest żadną miarą kondycji człowieka w ogóle. Ot lokalne dyktatury, błędy, nieudolność, bieda i głupota.

Zatem Oświeceni zaczęli praktykować pokój. Związek Radziecki wycofał wojska z Europy Środkowej, Ameryka również. Niemcy zredukowały na swoim terenie wojska z 660 tys. w roku 1989 do 340 tys. w roku 2001. Polska armia stopniała z 330 tys. do 170 tys. w ciągu ostatnich 10 lat, nawet Rosja zredukowała własne siły z 4 mln do 1 mln żołnierzy. Żadnej wojny na horyzoncie nie widać, zatem na armię szkoda pieniędzy.

W tych dniach dostałem w prezencie chomika. Chomik siedział smutny, okaleczony hodowlą do umiejętności jedzenia i kupkania, skazany na dożywocie w celi 30 na 40 cm. Postawiłem więc klatkę na starym akwarium wypełnionym ziemią i zrobiłem w denku przyjście. Pierwszego wieczoru chomik zszedł kopać norę. Kopał ją do świtu. Powstał twór doskonały: długi korytarz, z komorą na zapasy, z legowiskiem i toaletą. Podczas pracy chomik zmienił się nie do poznania: silny i wytrwały, biegły w sztuce, używający zależnie od okoliczności łapek przednich lub tylnych, zębów oraz worków, doskonale pamiętający, skąd i dokąd trzeba przenieść zapasy, mający w głowie wyraźny plan - sprawiał wrażenie istoty o niebo żywotniejszej i inteligentniejszej niż ta, która przybyła ze sklepu. "Kiedy ostatni raz kopałeś norę?" zapytałem go. "Nigdy. Ale mam to pewnie w genach" - odpowiedział. Sprawdziłem w encyklopedii. Chomiki udomowiono ok. roku 1930, czyli 70 lat temu. Żyją co prawda dwa lata, ale osiągają dojrzałość płciową po kilku miesiącach, zatem od ostatniej wykopanej nory minęło lekko licząc 100 generacji. Uświadommy to sobie: po stu generacjach w sprzyjających warunkach wysoko uorganizowany ssak uruchamia zakodowany w organizmie program i to w pełnej, skończonej postaci! Jak się ma zatem do rzeczywistości teza, że w zachodnim świecie nie będzie wojny, bo nie było już jej od trzech pokoleń?

Skoncentrujmy się na motywie prowadzenia wojen, a nie na celach, jakimi się je uzasadnia. Cele tematyzuje się dowolnie, najczęściej tak, aby zafałszować motywy. Zawsze chodzi o obronę, prawdziwy i długotrwały pokój, sprawiedliwość itd. W rzeczywistości prawie nie sposób znaleźć wojny, która agresorowi przyniosłaby korzyści trwale przewyższające straty, jakie poniósł. Zdecydowana większość wojen to kompletne klęski inicjatorów, a mimo to błąd wojny powtarzany jest uporczywie od niepamiętnych czasów. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że cieniutka, racjonalna warstewka myślenia pełni w tym wypadku rolę usługową wobec potężnych motywów miotających jednostką, i społeczeństwami. Głód, popęd seksualny, chęć dominacji, popęd stadny, ciekawość wielokrotnie opisywano - ale agresja? O agresji wspominano rzadko i półgębkiem, bo przecież znacznie bardziej humanistycznie jest twierdzić, iż człowiek jest z natury dobry, a tylko okoliczności.

Sto generacji... Od momentu, kiedy po sawannach Afryki Wschodniej zaczął na dwóch nogach poruszać się pierwszy reprezentant gatunku homo, minęło 85 tys. generacji (1 700 tys. lat). 3 miliony lat wcześniej wskutek zmian klimatycznych w stosunkowo szybkim czasie zniknęły drzewa i zostały wysokie trawy oraz zarośla. Przodkowie homo musieli przystosować się do nowych warunków. Ciekawe, że nikt nie spróbował dotychczas przeprowadzić eksperymentu i wysadzić stada szympansów pośrodku trawiastego stepu, aby zobaczyć jak sobie poradzą. Eksperyment taki byłby swoją drogą niehumanitarny. Stado szympansów zostałoby wyłapane w ciągu jednej nocy przez lwy, lamparty i hieny Powstaje pytanie: Dlaczego przodkowie homo nie stali się pozycją w menu drapieżników? Nie posiadali kłów, pazurów, w pozycji wyprostowanej byli przecież podobnie bezbronni jak chodząca na dwóch nogach antylopa. A cóż były wtedy za drapieżniki! Tygrys szablozęby miał dwa metry w kłębie, czyli był o 30 cm większy od rosłego konia! Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę długi okres adaptacyjny, to i tak pozostaje pytanie; dlaczego nie wyginęli owi pierwsi, nieporadni homonidzi, już wtedy mający zbyt mało potomstwa, aby nadrobić niewielkie nawet ubytki liczebności grupy. [...]"
 

Krzysztof Wojciechowski



fragment eseju: "Dwa światy"
"Pogranicza" 4/2002[39]

 

Ewelina Dzieżak

PODSUMOWANIE

Niniejsza część pracy stanowić ma rodzaj podsumowania analizy językowej materiału nazewniczego. Nazwiska obejmowały różne genetycznie elementy identyfikacyjne, tj. formacje odapelatywne, zależnościowe, odzawodowe, odmiejscowe, odimienne. Klasyfikacja strukturalno - semantyczna pozwoliła na wyodrębnienie podstawowych typów nazwisk mieszkańców Łobza.

Przygotowany słownik rejestruje ogółem 2 206 haseł. Z tego na nazwiska rodzime przypada przeważająca liczba haseł, tj. 2 041, obejmująca 555 nazwisk prymarnych i 1 482 sekundarnych oraz 4 nazwiska złożone. Nazwiska obce reprezentowane są przez 111 haseł, w tym najliczniejsze są pochodzenie niemieckiego (98 nazw). Pojawiają się także nazwiska rosyjskie (6), litewskie (5), węgierskie (2). Nazwiska niejasne obejmują 54 hasła. Liczbowe i procentowe relacje między podstawowymi typami nazwisk ilustruje tabela 1.

 

Tabela 1. Ogólne zestawienie zawartości słownika


 

I. Nazwiska prymarne.

Stanowią w opracowanym materiale grupę 555 nazwisk. Nazwiska prymarne powstawały na drodze transonimizacji (przeniesienia) wyrazu pospolitego lub nazwy własnej do zbioru antroponimów nazwiskowych. Prymarność tak rozumiana wiąże się tu z brakiem procesów derywacyjnych, z co za tym idzie, niezmienionym kształtem językowym wyrazu przeniesionego.

Tabela 2. Nazwiska prymarne


Najliczniejszą grupę wśród nazwisk prymarnych stanowią nazwiska charakteryzujące (423 nazwy). Na drugim miejscu mamy nazwiska utworzone od imion (74). W dalszej kolejności pojawiły się nazwiska odzawodowe (49), odmiejscowe (9), a brak w materiale prymarnych nazwisk zależnościowych.

 

II. Nazwiska sekundarne.

Nazwiska sekundarne powstawały w wyniku procesów derywacji sufiksalnej i derywacji wstecznej od baz apelatywnych lub proprialnych. W materiale dominują liczebnie formacje pochodne, derywowane. Reprezentowane są w 1482 hasłach.

 

Tabela 3. Nazwiska sekundarne


Wśród sposobów tworzenie tego typu nazwisk najważniejsza była sufiksacja (1426 nazw) obsługiwana przez ok. 70 przyrostków. Derywacja wsteczna potwierdzona jako sposób tworzenie nazw, występuje w 56 przykładach nazw. Tabela 4. ilustruje liczbowe i procentowe relacje między podtypami nazwisk derywowanych.

 

Tabela 4. Typy strukturalne nazwisk derywowanych


 

1. Przyrostek -ski i jego pochodne.

Badacze zgodnie podkreślają podstawową funkcję przyrostka -ski, polegającą na tworzeniu nazwisk syntetycznych od nazw miejscowych, jako ewolucyjnego rozwoju odmiejscowych struktur typu Biernat z Lublina. Formacje z tym przyrostkiem stały się niewątpliwie kategorią żywotną i popularną. Ze względu na produktywność nazwisk na -ski i jego pochodnych, już od połowy XVI w. daje się zaobserwować zjawisko zmiany jego pierwotnej funkcji odmiejscowej na strukturalną.1 Polegało to na tworzeniu nazwisk ze -ski od innych podstaw niż nazwy miejscowe. Mogły być nimi imiona, apelatywy, nazwy heraldyczne. Wiązało się to z tendencją pozajęzykową, wynikającą z warunków społeczno-ekono-micznych, historycznych, do podkreślenia szlachetności, lepszej pozycji społecznej nosiciela takiego nazwiska. Owo zjawisko nobilitacji nazwisk można zaobserwować na przykładzie zamożniejszych mieszczan.

Nieliczni onomaści, m.in. P. Smoczyński2, stawiają też tezę o patronimiczności sufiksu -ski, doszukując się związku nazwisk pochodnych od imion chrześcijańskich typu Janowski, Kasperski z relacjami filiacyjnymi syn Jana, syn Kaspra.
W analizowanym materiale przyrostek -ski i jego warianty pochodne, rozszerzone typu -(ow)ski//-(ew)ski i -(iń)ski występują najczęściej (-ski: 341 nazwisk; -(ow)ski: 76 nazwisk; -(ew)ski: 32 nazwiska; -(iń)ski: 63 nazwiska). Niską frekwencję mają: -ecki (27 przykładów), -icki (12 przykładów), -ucki (4przykłady), -acki (3 przykłady) oraz -(al)ski (3 przykłady), -(el)ski (1 przykład), -(ań)ski (4 przykłady) i -(oń)ski (1 przykład). Przyrostek -ski jest najliczniej reprezentowany w całej grupie nazwisk sekundarnych.

 

2. Przyrostki z podstawowym -k-.

Nazwiska z komponentem -k- tradycyjnie należą do grupy szczególnie produktywnych. Dla Łobza liczba ich wynosi 429 nazw, co stawia ten formant na drugiej pozycji. Wśród nazwisk z podstawowym -k- najproduktywniejszy okazał się sufiks -ak (100 nazwisk), potem: -ik/-yk (66 nazwisk), -ki (62 nazwiska), -ek (57 nazwisk), a także -ko (44 nazwy), -uk (37 przykładów), -czyk (21 nazwisk), -czak (13 nazw), -czuk (12 nazwisk), -ka (11 nazw). Praktycznie nieproduktywne były formanty: -niak (2 nazwiska), -nik (1 nazwisko) i -ynka (1 nazwa).

Nazwiska z tymi sufiksami tworzono od nazw osobowych, tj. imion pełnych i skróconych oraz poświadczonych już nazwisk, rzadko bezpośrednio od podstaw apelatywnych. Mogły w zasadzie pełnić dwie funkcje: a) funkcję patronimiczną i b) deminutywną. Na pograniczu polsko-białoruskim i polsko-ukraińskim, a także na zachodnich terenach Polski, zasiedlonych przez kresowiaków po 1945 r., występują nazwiska na -uk (-czuk). Jest to wpływ dwu wschodniosłowiańskich języków.

 

3. Przyrostki z podstawowym -c-.

Materiał łobeski zawiera 134 nazwiska z tym komponentem, co stawia go na trzecim miejscu pod względem liczebności wśród nazwisk sekundarnych. Przyrostki te pełniły funkcję patronimiczną. Starszą postacią było -ic, -owic, ale pod wpływem języka ukraińskiego nastąpiło przekształcenie w -icz, -owicz.

Sufiks -ewic(z) reprezentuje 79 nazwisk. Sufiks -owicz występuje w 39 nazwiskach. Inne przyrostki z podstawowa spółgłoską -c- tworzą nieliczne derywaty, żywotnych jest kilka, m.in. -ec (7 nazwisk), -ice (1 nazwa), -yc (2 nazwiska). Mogły łączyć się zarówno z podstawami apelatywnymi, jak i imiennymi, pełniąc funkcję zdrabniającą lub charakteryzującą.3

 

4. Przyrostki samogłoskowe.

W materiale łobeskim pojawiają się nazwiska z przyrostkiem -a (44 nazwy), -i (18 nazw), -o (13 nazwisk), -y (3 nazwy). W sumie słownik zawiera 79 nazwisk z przyrostkami samogłoskowymi. W okresie staropolskim na samogłoskę mogły kończyć się skrócone nazwy osobowe pochodne od imion złożonych. W męskich imionach skróconych wygłosowe -a stanowiło dodatkowy wyznacznik spieszczenia. W nowszych czasach zwiększenie się liczby nazwisk na -o tłumaczyć można wpływem ukraińskim.

 

5. Przyrostki z podstawowym -s-/-sz-.

Nazwisk z podstawowym -s-/-sz- jest niewiele (42 nazwiska): -as (7 nazw), -us (6 przykładów), -os (1 nazwisko), asz (4 nazwy), -isz (4 nazwy), -usz (2 przykłady). Formacje z podstawowym -s-/-sz- w części sufiksalnej tworzone są zarówno od podstaw apelatywnych, jak i imiennych.

 

6. Przyrostki z podstawowym -n-/-ń-.

W materiale łobeskim występuje ten przyrostek w 41 nazwiskach. Tworzone są one głównie od podstaw imiennych i apelatywnych następującymi sufiksami:
-yn (10 nazwisk), -an (9 nazwisk), -oń (4 przykłady), -un (2 nazwy), -ina (2 nazwiska). Sufiksy te umożliwiały powstawanie nowych form nazewniczych bez wyraźnych odcieni emocjonalnych.

 

7. Przyrostki z podstawowym -l-/-ł-.

Kolejną grupą są nazwiska z sufiksami o podstawach -l-/-ł- (w materiale 32 nazwiska). W nazwiskach łobeskich występują sufiksy proste, tworzące głównie formacje antroponimiczne od baz apelatywnych, czasownikowych, od imion dwuczłonowych i od imion chrześcijańskich. Najbardziej produktywnym jest przyrostek -ała (7 nazwisk), pozostałe derywują po kilka nazwisk: -ala (4 nazwy), -al (4 przykłady), -el (4 nazwiska), -ał (2 nazwy), -ela (2 nazwiska). Tworzą formacje o charakterze ekspresywnym, pełniące przy tym funkcję agentywną lub atrybutywną.

 

8. Przyrostki z podstawowym -cz-.

Przyrostki z -cz- w funkcji nazwotwórczej nie są często spotykane, gdyż raczej obsługują formacje apelatywne. Sufiks -acz tworzy najczęściej nazwy agentywne. W materiale łobeskim mamy m.in. sufiksy: -icz (20 nazwisk), -acz (4 nazwy),
-ycz (2 przykłady), które łącznie tworzą 27 nazw.

 

9. Przyrostki z podstawowym -w-.

Przyrostek ten jest mało produktywny, reprezentowany w pracy przez 16 nazwisk, z sufiksem: -ów (7 nazw), -ow (6 nazw), -awa (1 nazwa), -ew (1 nazwa), -iw (1 nazwa). Formy na -ow i -ów były dawniej nazywane odojcowskimi.

 

10. Przyrostki z podstawowym -r-.

Przyrostki z tym komponentem nie stanowią wyrazistej kategorii formatywnej i semantycznej, z wyjątkiem przyrostka -arz, występującego licznie w nazwach odzawodowych i nazwach działacza. W materiale łobeskim notuję 14 nazwisk, w tym m.in. 5 z suf. -ura, 2 z suf. -arz, 1 z suf. -era.

 

11. Przyrostki z podstawowym -ch-.

Zgodnie z ustaleniami P.Smoczyńskiego4, tego typu przyrostki formacje nacechowane ekspresywnie od imion, zwłaszcza skróconych, oraz apelatywów. Element -ch- stanowił wykładnik spieszczenia. Struktury z tym elementem są bardzo archaiczne, a ich żywotność utrzymana jest do dziś. W materiale łobeskim odnotowuję 10 nazwisk z sufiksami: -ych (3 nazwy), -uch (2 nazwy), -ch (2 nazwy), -ech (1 nazwa), -ich (2 nazwy).

 

12. Przyrostki z podstawowym -t- i -st-.

Formacje z tymi sufiksami były produktywne w wiekach dawnych, szczególnie w formacjach deminutywnych, również w nazwach odmiejscowych i odet-nicznych. Podstawami mogły być imiona złożone, imiona chrześcijańskie, wyrazy pospolite, nazwy miejscowe i etnonimy. Wśród nazwisk łobezian znalazło się 10 nazwisk z różnymi postaciami tego przyrostka: -ut (2 nazwiska), -uta (2 nazwy), -at (1 nazwisko).

 

13. Przyrostki z podstawowym -j-.

Z ustaleń E.Brezy5 wynika, że formacje antroponimiczne z elementem -j- mogły pełnić trojaką funkcję: a) agentywną, b) atrybutywną oraz c) ekspresywną. Nazw osobowych z -j- jest mało, wyrazistą grupę stanowią nazwiska pochodne od czasowników, stanowiące formę trybu rozkazującego, wtórnie urzeczownikowioną, typu Czekaj. W materiale łobeskim takie formacje tworzą nieliczną grupę 6 nazwisk.

 

14. Przyrostki z podstawowym -d-.

Są to rzadko spotykane formanty. Badacze podkreślają agentywny charakter sufiksów -ęda, -enda. K.Rymut6 wskazuje, że przyrostki z podstawowym -d- spotyka się zarówno wśród nazwisk pochodnych od słowiańskich imion złożonych i od imion chrześcijańskich, jaki i wśród nazwisk odapelatywnych. W pracy odnotowuję 3 przykłady z suf. -uda (2 nazwy) i -orda (1 nazwa).

 

15. Przyrostki z podstawowym -g-.

Nazw należących do tej grupy jest mało (w pracy 3 nazwiska). Przyrostki z elementem -g- należą do przyrostków zgrubiających, augmentatywnych. W materiale odnotowuję suf.: -uga (2 nazwy), -enga (1 nazwa).

 

16. Przyrostki z podstawowym -z-.

W pracy mamy 3 nazwiska tego typu, od sufiksów: -aza (2 nazwy) i -za (1 nazwa).

 

17. Derywacja wsteczna.

Badania sposobów tworzenia zarówno wyrazów pospolitych, jak i nazw własnych pokazują, że również derywacja wsteczna czy desufiksacja uczestniczyły w procesach nazwisko twórczych. Wśród nazwisk łobeskich można wskazać 56 nazwisk utworzonych w taki sposób.

I

II. Nazwiska złożone.

Nazwiska komponowane pochodzenia rodzimego stanowią w słowniku nieliczny zbiór czterech nazw. Porządkując złożenia ze względu na ich budowę oraz gramatyczny charakter wyrazów motywujących, należy stwierdzić, iż w przeważają złożenia dwuczłonowe, czasownikowo-rzeczownikowe.

 

IV. Nazwiska niejasne.

Tworzą grupę 54 nazwisk, których etymologia jest nieprzejrzysta.

 

Ewelina Dzieżak


Autorka - łobezianka, absolwentka miejscowego LO za zgodą której, na prawach rękopisu przedrukowywujemy wybrane fragmenty pracy magisterskiej, w maju b.r. obroniła ją na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza w Poznaniu.

Gratulujemy i dziękujemy pkl. "Łabuź"


1 E.Breza, Nazwiska typu Kaczor: Kaczorowski, Urbański: Urban na Pomorzu Gdańskim, "Gdańskie Studia Językoznawcze", nr 3, 1982 (1983), s. 27-74.

2 P.Smoczyński, O semantycznych i morfologicznych właściwościach sufiksu -ski w nazwiskach polskich, [w:] "Studia językoznawcze poświęcone prof. drowi Stanisławowi Rospondowi", Wrocław 1966, s. 435-443.

3 K.Rymut, Nazwiska Polaków, Wrocław-Kraków-Warszawa 1991, s. 44.

4 P.Smoczyński, Słowiańskie imiona pospolite i własne z podstawowym -ch- w części sufiksalnej, Łódź 1963, s. 61-68.

5 E.Breza, Polskie nazwy osobowe z sufiksem -j-, "Onomastica" XXVI, 1981, s. 183-200.

6 K.Rymut, op. cit., s. 46.


 

Dorota Ryst

ŚWIECZKA

poszłam

kupić

panu bogu

świeczkę

 

do supermarketu

 

były

 

ale tylko

w pakiecie

z ogarkiem

 

szły jak woda

wszyscy

cmokali zadowoleni

taka okazja

30 procent taniej

 

kupiłam

 

przecież

największym grzechem

jest nie skorzystać z okazji

 

marzec 2003
Dorota Ryst





Andriej Bazylewski

POETA STANISŁAW MISAKOWSKI:
ZWYCIĘSTWO NAD PUSTKĄ

Swego czasu pierwszym drogowskazem w przestrzeni nowej poezji polskiej była dla mnie - jak dla wielu - antologia Andrzeja Lama Kolumbowie i współcześni. Dzięki tej świetnej książce nieco zorientowałem się w jej złożonym reliefie, wprowadziłem podstawowe koordynaty do swojej nader wyrywkowej wówczas wiedzy o temacie, który mnie nurtował. Później - już samotnie brnąc przez katalogi od A ku Z w poszukiwaniu arcydzieł - uzupełniłem swoją listę nazwisk poetyckich. "Odkryłem" paru autorów, którzy do dziś często pozostają poza sferą uwagi polskich antologistów. W pierwszej kolejności - obok Jana Rybowicza i Tomasza Gluzińskiego - zaliczam do tych wybitnych, acz niedocenionych twórców Stanisława Misakowskiego.

*

Misakowski mógłby opatentować jeden ze sposobów osiągnięcia zwycięstwa. Był zajęty innymi sprawami - nie miał do tego głowy. Lecz kiedy mówimy o idei słowiańskiej, o zachowaniu własnej twarzy w czasach unifikacji, nie od rzeczy byłoby przypomnieć także tę lekcję. Dzięki takim ludziom jak Misakowski kwestie sławetnej "tożsamości narodowej" wyglądają na istne bzdury. Nie potrzebujemy teorii udowadniających, że istniejemy. Polska po prostu - jest, dopóki sama w to wierzy. Rosja po prostu - jest, dopóki są nie tylko "nowi" Rosjanie. Nie zginęła ani zrozpaczona Ukraina, ani ukrzyżowana Serbia Wszystko to są części jednej wielkiej Slawii, która żyje poza etnogeograficznym zarozumialstwem i ponad plemiennymi waśniami - w duszach ludzi. "Przeszkody wykuwają nas" - mówił de Saint-Exupéry. Wystarczy ogólników - spójrzcie, jak to się robi.

Władimir Fieofanowicz Diemianok - przyszły poeta Stanisław Misakowski - urodził się w maju 1917 r. w siole Nowo-Wozniesienskoje pod Chersoniem, w dużej chłopskiej rodzinie. Jego ojczystymi językami, po ojcu i matce, były ukraiński i rosyjski. Życie niebawem wciągnęło go w wir dramatycznych wydarzeń. W latach trzydziestych bojownicy o szczęście ludu puścili rodzinę z torbami. Ojca, zamożnego chłopa, kiedy przyszła jego kolej, rozkułaczono". Wszystkich rozproszyło po Rosji. Wielu spotkało się dopiero po kilku latach. Wołodia nie tylko ze słyszenia znał represje i głód, ale przed nim były inne próby: front, lagry nazistowskie, ucieczka z gułagowskiego etapu, wymuszona "repatriacja" do Polski Ten człowiek nie raz tracił wszystko i uparcie zaczynał od nowa.

Mając czternaście lat (kiedy rodzina została deportowana), znalazł się na Północnym Kaukazie. Dwa głodne lata przemieszkał u dalekiej rodziny w Gudermesie. Wbrew "kułackiemu" rodowodowi skończył w Stawropolu szkołę średnią i Instytut Zootechniczny (z "czerwonym" dyplomem prymusa). Pisał wiersze po rosyjsku, pod koniec lat trzydziestych zaczął drukować w gazetach południowej Rosji. Pracował w sowchozie owczarskim. Jesienią 1940 r. został powołany do Armii Czerwonej i skierowany do Kaługi, do szkoły artyleryjskiej. Już w pierwszych tygodniach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej świeżo upieczony młodszy lejtnant Diemianok był na linii, w baterii haubic.

Znalazł się w okrążeniu pod Orszą, później w niewoli niemieckiej. Najpierw wrzucono go do "sortowniczego" obozu głodowego pod Suwałkami. Tam na Rosjanach dokonywano zwyczajnego dla nazistów eksperymentu. Tysiąc osób pod gołym niebem, w kwadracie otoczonym drutem kolczastym, bez pożywienia. Po trzech tygodniach setkę przyszłych "ostarbeiterów", która przeżyła - w niej znalazł się także czerwonoarmista Diemianok - z lekka podkarmiwszy, pognano do Rzeszy. Trzy lata tułał się po lagrach, był górnikiem, tragarzem, robotnikiem niewykwalifikowanym Bywał o krok od zagłady, a jednak nie zginął - okazał się zbyt mocny (choć to wszystko nadszarpnęło jego zdrowie). W przeddzień rozgromienia hitlerowców, już przyswoiwszy sobie niemiecki, zdecydował się na ucieczkę.

Wyzwolenie powitał w 1944 r. za Łabą. Kiedy spotkały się wojska aliantów, znalazł się w amerykańskiej strefie okupacyjnej, ale w prostocie serca przekroczył linię podziału i skierował się do "swoich". Stawił się w komendanturze radzieckiej, zaliczono go do szeregów, nawet otrzymał broń. Jednak już wkrótce współrodacy, wedle zwyczaju, wytknęli mu to, że pozostał przy życiu. Takich wtedy eszelonami wyprawiano do gułagu. Wysłali również Diemianka do ojczyzny etapem. W drodze do Rosji udało mu się urwać z więzienia zbiorczego. Było to na terenie Polski.

Władimir Diemianok przestał istnieć - zastąpił go Stanisław Misakowski

Uszedł pościgowi i, nabłąkawszy się po leśnej głuszy, natrafił na przysiółek. Gazda wziął go na parobka, dał przeczekać, pomógł wyrobić papiery. Nowe imię wzięto z niemieckiego ausweisu zmarłej wieśniaczki (musiał stać się o siedem lat starszy). Póki się ukrywał, poznawał podstawy cudzego języka. Opanowawszy je, podał się za Polaka z kresów i z falą powojennych przesiedleńców udał się na Pomorze, skąd wysiedlono Niemców. Zagubił się w tym potoku i stworzył siebie na nowo: "zmienił skórę", zachowując przy tym ofiarność, twórczy charakter. Został na tej niezbyt gościnnej ziemi i stał się na niej swoim. Pół wieku Misakowski spędził w Polsce.

We wszystkich pomorskich miastach, gdzie wypadło mu mieszkać - Połczynie-Zdroju, Koszalinie, Świdwinie, Słupsku - zostawił po sobie dobrą pamięć. Dużo zrobił dla tych, obok których się znalazł - dla takich samych nieboraków, rzuconych w ogień historii. Postępował wedle sumienia, był nieprzejednany wobec załgania i niezależny na długo przed nową polską niezależnością, dlatego służby specjalne nie darzyły go miłością i żadnemu reżimowi do gustu nie przypadł. Wszystko zdobywał trudem i krwią. Doznał radości i rozczarowań. Ale nie żył źle.

Uprawiał po kolei niemało rzemiosł, ale co najważniejsze - pisał. Poeta odezwał się w nim mniej więcej po dziesięciu latach od momentu, gdy stał się Polakiem według miejsca zamieszkania - kiedy odczuł, że nareszcie "nauczył się Polski", zyskał zdolność myślenia po polsku. Poezja znów zabrzmiała w nim - już w innym języku. Dźwięk był mocny i czysty. Z czasem - szybko pozbywszy się debiutanckich atawizmów - stał się jednym z najlepszych poetów kraju.

Z szacunkiem wypowiadali się o nim mistrzowie (Przyboś, Bieńkowski, Andrzejewski), ale jego nazwisko nie pojawiało się w rankingach krytyczno-literackich. Nie był obsługiwany przez służalczych pismaków, nie dał się wciągnąć w system trzymania sztamy, nie życzył sobie dostać się w tryby mody. Dlatego nawet dziś nie zawsze znajduje się dla niego miejsce w informatorach literackich. Na ogół nie pamięta się także, że to właśnie Misakowski odbudował zabytkowy zamek w Świdwinie, gdzie już od trzydziestu pięciu lat odbywa się zainicjowany przez niego najstarszy w Polsce festiwal poetycki.

Poeta, u którego nie znajdziemy słów zbytecznych, żył w mężnym zrozumieniu, że każdy cios losu - jest także darem. O tym, jak pozostać sobą, mówią wszystkie jego tomy wierszy i prozy: Kiedy przychodzi noc (1963), Jest taki świat (1964), Sydonia (1970), Do utraty snu (1971), Dwa okna (1972), Mój stary, dobry świat (1973), List (1975), Gdziekolwiek z dala od świata (1976), Hołoble (1978), Nie ma wyboru (1980), Ku tobie ciągną moje drzewa (1980), Żarna (1985), To, czego nie ma (1994), Grudka ziemi (1996), Dzieci jednego słońca (1996) i inne, sztuki Zaświat (1978) i Przybysze (1982), tom pamiętników WFD. Ciągłość stawania się/katastrofy oto obraz istnienia utrwalony przez Misakowskiego.

Jest kronikarzem wewnętrznych wstrząsów, krytycznych stanów świadomości. Jego wyobraźnię zajmuje przezwyciężenie dyktatu zewnętrznego życia, medytacyjne wnikanie w niewiadome, poza krawędź istnienia. To poeta sytuacji ekstremalnych, dynamiki psychicznej, napiętego wizjonerstwa, ścisłych i niewesołych myśli. Stale obecna jest u niego ostra konfrontacja człowieka i świata. Bezlitosny świat o wielu twarzach odsłania się, rozdrabniając się bez końca; człowiek nie nadąża z jego pojmowaniem:

 

Ziemia

znużona dniem

ociera się

o błękit

 

słowik kołysanką

zamyka noc

 

ludzie

pokrajani odległością

wyparowują z pamięci

 

pozostaje pęk wrażeń

w oczach

jak negatyw

który nigdy nie będzie wywołany

("Ziemia", 1957)

 

Dla podmiotu tej poezji własne istnienie nie jest bezsporne. Nic dopada go na każdym kroku. On ciągle się zmienia, neguje i traci siebie samego; stając się innym - przestaje istnieć. Wyobcowanie i bezradność człowieka są przesądzone przez los, jego świadomość jest podzielona, uczucia są zwodnicze. Tkwiąc pośród absurdu, jest zmieszany i bolesny. Życie jego jest ciągłym pożegnaniem i utratą:

 

Nigdy

nie powrócę w to miejsce

 

Twój głos spali się w przestrzeni

nastrój pachnących łąk przekwitnie

skowronek przestanie gawędzić

chabry uklękną przed nocą

 

Nie powrócę w to miejsce

nigdy

 

w tym miejscu

zostanie po mnie

bezbarwna plama czasu

wyrzeźbiona w przestrzeni

(Nie powrócę, 1959)

 

Nostalgiczne zagubienie ludzi wykorzystują władze, których natura wszędzie jest ta sama - cynizm, przemoc, fałsz. Jednostki samodzielnie myślące są wyłączane z socjum. Tak czy inaczej usuwa się wszystko, co nietypowe - gwoli ubóstwianego "wiecznego ruchu". I dlatego każdy, kto żyje, jest obcy we własnym domu. Gorzka dola zbliża ludzi do siebie i doprowadza ich do szaleństwa. Sami domagają się tyranii, łakną terroru. Uniknąć niewoli, wznieść się ponad beznadziejną rzeczywistość można tylko duchem - zanurzając się w sferę postrzegania i medytacji:

 

Nie martw się

że jestem na krańcu świata

na skroni głazu

uwięziony

 

jeszcze jeden łyk blasku

a będę przetrawiony

do wniebowzięcia

 

nie płacz

to tylko przyśpieszenie

krążenia w czasie

(Proszę o jeszcze jeden łyk, 1967)

 

Misakowski, w istocie, rozmyślał zawsze o jednym: o godności człowieka, o jego przemijaniu i przejściu do świata niewidzialnego. Zasoby wytrwałości, wytrzymałości zapewniały poecie odciśnięte w świadomości dawne lekcje miłości i męstwa. Przeszłość odbierał jako przyszłość; jądro jego świata - to wcielona pamięć dzieciństwa: mitologemy szczerego-pola, matki-ziemi, domu-ojca. Widział to, co najważniejsze, i wierzył w nieprzypadkowość zbieżności, w tajemną łączność dusz wbrew rozdzielającemu je naporowi okoliczności. Nie opuszczała go nadzieja na osobowe przemienienie, na osiągnięcie innobytu:

 

Wdziera się we mnie ziemia

Korzeniami przebija

 

I już jestem uziemiony

 

I już

wypływa ze mnie struga światła

(Wdziera się we mnie ziemia, 1973)

 

Pisał o samotności, o bólu, niemożności bycia sobą, o zabójczym zimnie i ciemności. Ale to nie znaczy, że sam był cząstką mroku. W jego poezji jest autentyczność cierpienia, doświadczenie nieszczęścia i - mądry humor, jasność pojmowania. Poezja Misakowskiego to narzędzie kształtowania woli, żmudnego - raz po raz ponawianego - odbudowywania świata wewnętrznego. Naprawdę - twierdzi poeta - za każdym wyjściem jest wejście do nowej nadziei:

Między wyjściem

a wejściem

nie ma różnicy

 

zależy z której strony

spojrzeć

skąd podążać

 

wyjście z jednego świata

jest wejściem

do drugiego

jak z pokoju do pokoju

 

to nieprawda że

staruszka Z.

wyszła z siebie

 

weszła

w inne obszary

świadomości

(Wyjście a wejście, 1982)

 

Vers libre jest czymś naturalnym dla tego poety - jako plastyczny i najmniej inercyjny system wiersza, który pozwala wyrazić intonacyjno-rytmiczną różnorodność żywej mowy. W jego wierszach nie ma retorycznej przesady i rozmyślnej peryfrastyczności: są lakoniczne, pełne kontrastów i wieloznaczne. Jego proza - to zręczne miniatury liryczne. Wersy dramatów są "wyostrzone" jak wiersze. Zaiste niewiele znajdzie się w dzisiejszej literaturze wypowiedzi tak pojemnych i po brechtowsku precyzyjnych.

 

Wcześniej czy później książki docierają do tych, dla których są pisane. Szczęśliwy jest los słów przychodzących w porę. Z poezją Misakowskiego tak się zdarzało. Ziemska lekcja, dana jego duszy, stała się pomocą dla innych. W sytuacjach krytycznych, na krawędzi śmierci ludzie uczyli się jego wierszy na pamięć, przepisywali je, a kto umiał - sam odpowiadał wierszem. Tak było i w drugiej ojczyźnie, i w pierwszej - kiedy ukazał się wybór, w którego przekładzie wziął udział sam autor.

Nie powiedziałem (1992) - podsumowujący tom dzieł Misakowskiego - został wydany w Rosji1. W słowie drukowanym poeta wrócił do domu. Zdążył mieć tę książkę w ręku i odezwać się. Biorąc pod uwagę, że, według jego słów, weszło do niej "to najważniejsze, w czym był sobą", a niektóre teksty "brzmią po rosyjsku lepiej niż po polsku"2, można uznać Nie powiedziałem za zbiór, który najpełniej wyraża autorską jaźń i wolę. 350 utworów - razem z zestawem 24 wierszy3 przetłumaczonych, za zgodą autora, z dwóch jego ostatnich książek (dotąd w Polsce nie opublikowanych) - stanowi fundament paradoksalnego świata artystycznego, wykazującego rdzenną więź ze wschodniosłowiańską osnową duchową.

Wlokła się za nim opinia przybysza ze wschodu. A do takich to Polacy odnoszą się podejrzliwie: czy aby nie nasłany kozaczek? Tym bardziej że faktycznie był ze stepów kozackich Odbierano go jako obcego, ale obcy nie był - był inny.

 

Podobnie jak wielu, poeta pozostawał przymusowo z dala od ojczyzny, odcięty od rodzimego języka. Znalazł wyjście - nie w obojętnym zrozumieniu, lecz w serdecznym zaangażowaniu się w los innego narodu. Przyjął imperatyw innej kultury, odczuł obce życie jako swoje. Obcy język zajął miejsce ojczystego, ojczysty - stał się obcym. Misakowski nie był gładko piszącym po polsku cudzoziemcem; zżył się z nowym krajem, utożsamił się z nową rolą językową, ale zachował poliglosję kulturalną: osiągnął znaczną autonomię twórczą, pozostał w obszarze pośrednim, w strefie stanów przejściowych.

Jego świat artystyczny - to bynajmniej nie dom bez podwalin i nie drzewo bez korzeni; ale ten świat jest przepuszczalny: tu urzeczywistniła się świadomość pogranicza, tu kipi energia produktywnego zmieszania żywiołów. Twórczy los tego pisarza - to przykład intensywnego i napiętego bytu na styku różnych wzajemnych oddziaływań interkulturowych. Polietnizm, przynależność do kilku przestrzeni przesądziły o polsko-ukraińsko-rosyjskiej "trójjęzyczności" poety, o rozgałęzieniu jego korzeni i wielopoziomowym obrazowo-stylowym porządku jego spuścizny. Stąd groteskowa skojarzeniowość i panchronizm poetyki Misakowskiego.

Złożoność psychologicznej samoidentyfikacji "człowieka, który sam nie wie, kim jest" (taki podtytuł ma pamiętnik Misakowskiego), uwarunkowała próbę artystycznego powrotu do źródeł, poszukiwania odwiecznej wspólnoty. Wewnętrzny status tułacza - raczej żołnierza i pielgrzyma aniżeli emigranta - wymagał nie tylko zagospodarowania obczyzny, pracy w nowej ojczyźnie, ale i nieustannego potwierdzania dawnych więzi, pośrednio też - związków krwi. W jego twórczości obecne są przetworzone elementy wschodniosłowiańskiej tradycji ludowej i literackiej. Dążenie do rekonstrukcji pradawnej całości uwidoczniło się także w przekładach Misakowskiego z poezji rosyjskiej, białoruskiej i ukraińskiej.

 

"Ogólnoludzki oddźwięk" - to puszkinowska cecha, podkreślona przez Dostojewskiego. Wielojęzyczność jest właściwością tworzącego rozumu. Jakkolwiek pisanie w obcym języku to zazwyczaj peryferie twórczości, pojedyncze próby. Takie są francuskie utwory Puszkina, Lermontowa, Tiutczewa, Norwida, Wilde'a, angielskie - Pessoi czy Brodskiego, rosyjskie - Rilkego i Leśmiana, niemieckie - Schulza. Mimo wszelkich zalet, są ekspresyjnie zamknięte, ograniczone znormalizowaną ("zbyt poprawną") czy, odwrotnie, agramatyczną mową - w sumie mniej znaczące niż teksty pisane w języku ojczystym. Ześliźnięcie się w szablon jest tu prawie nieuniknione. Pełno-wartościowa twórczość w języku "nabytym" należy do rzadkości. Wśród nielicznych są Conrad, Przybyszewski, Trouaya, Nabokow, Beckett. To także przypadek Misakowskiego.

Podkreślę: ten niemarnotrawny syn dwu ojczyzn nie był tzw. bilingwem. Bilingwizm wyraża wyobcowanie z własnej kultury. W świadomości powstaje funkcjonalna asymetria, języki są używane alternatywnie, mają odrębne sfery wykorzystania. Misakowski zaś na co dzień mówił i pisał wyłącznie po polsku; oznaki swobodnego kiedyś władania ruszczyzną były coraz mniej widoczne, choć potrafił się zmobilizować. Nie nastąpiło jednak oddalenie od kultury rosyjskiej. Zaszła subtelna transformacja, wzbogacenie substratu psychicznego (mawiał: "mam do dyspozycji dwie skarbnice"). WFD doskonale wiedział, kim jest. Kulturalny translingwizm poety wynika z życiowych perypetii, doznań traumatycznych, ale owocnych - tych "wykuwających".

To był człowiek z gatunku nie tak znów rzadkiego w naszych stronach - człowiek jednoczący. Jego żywot jest przykładem odważnego zmagania się z chaosem i pustką. Pokonać chaos - oznacza przeciwstawić mocom niszczenia ukrytą w duszy energię światła. Zadbać o nawiązanie się nici zrozumienia między nami a obcym, przyjąć na siebie troskę o niego jako o swojego, likwidując granice. Pokazać światu skupiony spokój, wiarę i solidną pracę zamiast rozpaczy. Wszystko to rysy słowiańskie, właściwe i Rosjanom, i Białorusinom, i Ukraińcom, i Polakom, i Serbom Węzłów pokrewieństwa rozwiązać się nie da. Jak zresztą nie da się wyplenić do końca międzyplemiennej niezgody i rywalizacji. A jednak nie można cofnąć przeznaczenia - chociaż zachodzi to ustawicznie.

Jego zadaniem było - budować i łączyć. Tacy ludzie - żołnierze życia - potwierdzają swoim istnieniem prostą prawdę: ojczyzna jest wewnątrz nas, nosimy ją w sobie. Można we własnym domu być cudzoziemcem, bez drżenia serca i ślepo kroczącym po ziemi, gdzie się przyszło na świat. A można i tam, gdzie przeklinają twą ziemię, gdzie o niej mówią nieprawdę i czekają na jej katastrofę, pozostać cząstką jej ciała duchowego, jej przeznaczenia. Tacy ludzie- integrujący rzeczywistość, a nie rozpraszający ją - pokazują: można stać się sobą, nawet kiedy wszystko, zdawałoby się, jest przeciw tobie; można być przyjacielem wszystkich przeciwko sobie nawzajem podjudzanych.

 

Misakowski żył sprawami Polski, ale dręczył się rosyjskim bólem, wierzył, że Rosja powstanie z kolan i wytrwa. Sam będąc bohaterem, którego po pas, a nawet po ramiona zła dola wbijała w ziemię, poeta wiedział, że wyrwać się z ciężkiej niewoli - można. Jeżeli jest wola. W czasach połyskliwego pustosłowia i narastającej skłonności do ulegania złudnym schematom ten przykład napawa otuchą, udowadnia, że szlachetność nie jest abstrakcją, że skanseny braterstwa istnieją nie tylko w lotnej fantazji i pobożnych kazaniach Stanisław Misakowski - polski poeta rodem z Rosji - zmarł w Żyrardowie koło Warszawy w lipcu 1996 r., w osiemdziesiątym roku życia. Przypomnijmy go sobie. Pomówmy jego słowami.

 

Andriej Bazylewski



Przedruku dokonaliśmy z "PRZEGLĄD HUMANISTYCZNY" 6.2002

Dziękujemy pkl. "Łabuź"


1 S. Misakovskij Ja ne skazał: Sočinenijastichach i prozie, 1957-1990. Sostavil i perevel s pol'skogo A. Bazilevskij pri učastii avtora, Wahazar, Moskva 1992, s. 400 (Kollekcija pol'skoj literatury. Poétičeskaja serija: t. 1).

2 S. Misakovskij Rassčityvat' tol'ko na sebja, "Russkaja mysil". Pari 1993, 14-20 X, nr 4000.

3S. Misakovskij Vdrug my vmeste najdëm otvet, "Vsemimaja literatura", Mińsk 1998, nr 11; Stichotvorenija, Antologija mirovoj poezii, Moskva 2000, nr 4.



Piotr Macierzyński

X X X

jechałem do ciebie tramwajem

i myślę że powinnaś to docenić

bo o tej godzinie tramwaj jest jak czarna dziura

 

ściąga do siebie wszystko i niczego nie wypuszcza

przed kilkoma minutami użądliła mnie osa

do tego pijanemu mężczyźnie ktoś za mocno nacisnął na brzuch

tłumaczyłem mu że jadę do ukochanej

ale on tylko otworzył usta

 

więc nie dziw się że jestem jakby mnie coś ugryzło

i coś obrzygało

ale w końcu do ciebie dotarłem

i jestem już tylko twój

 

Piotr Macierzyński




 

KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między zaprzyjaźnionymi pisarzami. Na naszych łamach od października 1998 roku korespondują: zamieszkały w Podkowie Leśnej Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób z Kołobrzegu.

 

Dziękujemy - pkl "łabuź"

Podkowa Leśna, 15.08.2003

Lechu,

miałem problemy i nie bardzo mogłem się zająć pisaniem, zwłaszcza listów. Ale teraz znajduję chwilę i rezerwuję ją dla Ciebie, bo rzeczywiście masz rację z tymi pretensjami. Jednak proszę, nie wysyłaj mi tak drastycznych maili, tylko czekaj na pocztę normalną. To wyprowadza z równowagi, a czasy coraz cięższe.

Nie wiem, czy to sezon szczególnych ogórków i niektórym nawałnica afer rządowo-partyjnych kojarzy się z latem, ale to, co się dzieje w mediach w tej sprawie, już dawno przekroczyło granice normalności. Pal licho skorumpowanych polityków, nigdy nie byli w porządku, ale ludzie, o których słyszeliśmy tyle dobrego albo którzy nam się podobali, już kompletnie zgłupieli. Przykład spod dużego palca: Alicja Resich-Modlińska, wiesz, o kogo chodzi. Niektórym nigdy się nie podobała (nie chodzi o urodę), bo na ogół zdradzała gust rodem z gorszego "Przekroju" ("Wieczór z Alicją", pamiętasz, taki program w TV), ale ostatnimi czasy, kiedy została szefową brukowatej "Gali", zaczęła brnąć w ślepy zaułek i - zabrnęła. Napisałem o tym do "Rzeczy Kołobrzeskiej". Może czytałeś. Naurągała w radiu dwóm świetnym gościom z TV (zemsta za odrzucenie?), Kamilowi Durczokowi (TVP) i Marcinowi Pawłowskiemu (TVN) za to, że pokazują się na ekranie kompletnie łysi. Teraz już przybywa im włosów, ale kiedy ich nie mieli, to z powodu chemioterapii raka. Tym, co zrobiła, byłem wstrząśnięty. Do dzisiaj orzeczenie lekarskie "rak" brzmi dla większości jak wyrok. Z tym walczymy (my, tzn. lekarze) od dziesiątków już lat, bo to fatalnie nastraja pacjentów. Nie chcą się leczyć (wolą umierać), pędzą do znachorów (nie wierzą w medycynę) i cierpią. A tu nagle dwie (co za zdumiewający zbieg okoliczności), dwie postaci publiczne jak gdyby nigdy nic demonstrują normalność życia z rakiem. Wspaniała postawa. Na ogół jest tak, że jak komuś odłamie się paznokieć, to idzie na zwolnienie lekarskie (ciężko chory), każe się obsługiwać i jest najważniejszą osobą na świecie, a raczej w domu. Tymczasem Durczok i Pawłowski zrobili inaczej. Pokazali, że rak to nic, trzeba z tym umieć żyć i już. Po czym niemądra Alicja wieczorem oświadcza, że są wstrętni.

Drugim wygłupem było podanie do sądu niejakiej Nieznalskiej, tej, co wycięła w kształcie krzyża faceta z gołym przyrodzeniem i oprawiła w ramki (tytuł dzieła: "Pasja"). Jak samo nazwisko wskazuje, powinna była pozostać nieznana. Takie głupstwa normalny człowiek ignoruje. Tymczasem nawiedzeni z Ligi Polskich Rodzin nadali sprawie taki rozgłos, że Nieznalska mogła tylko zacierać ręce z uciechy. Włączyły się w to autorytety dziennikarskie (niby w obronie sztuki), wypowiadali się tak zwani filozofowie, specjaliści od demokracji i tak dalej. Anda Rotenberg, znana z Zachęty, powiedziała prowokacyjnie w TVN-24, że jej zdaniem był to jedyny sposób na przedstawienie pasji. Nie wiem, jakiej, może szewskiej. Co powiesz?

Ja powiem, że problemów nierozwiązywalnych się nie porusza, bo nie warto. Znam takie oto zagadnienie z lekcji etyki. Ojciec i syn spadli w przepaść. Ojciec jednak w ostatniej chwili złapał wystający korzeń, a syn chwycił ojca za wolną rękę. I tak wiszą. Co ma zrobić ojciec? Puścić korzeń i zginąć razem z synem, czy puścić syna i się uratować? Każde rozwiązanie jest tu moralnie złe.

Do takich zagadnień należą m.in. tak zwane granice sztuki. Można wierzyć, że są tu a tu, albo gdzie indziej, ale tylko wierzyć. To tak, jak z aborcją. Przecież nie przekonasz pani Wandy Nowickiej (Federacja na Rzecz Kobiet), że płód jest dzieckiem poczętym, bo ona wierzy w co innego, a raczej nie wierzy w nic. Ci ludzie (z prawa i lewa, jednako) mają zaburzoną hierarchię ideałów, a z tą chorobą walczyć nie sposób. Zawsze mówiłem, że pisarzowi nie wolno się angażować w publiczne dyskusje moralne, więc tylko Ty wiesz, co o tych sprawach (sztuka i aborcja) naprawdę sądzę.

Natomiast jestem pewien, że trzeba pokazywać drogi rozwiązań, mówiąc językiem Wałęsy. Jeśli ktoś uważa (a krytycy obecnie uważają), że rola pisarza sprowadza się do doskonałego konstruowania fabuł, tzn. scenariuszy, to się z gruntu myli. Sztuka nie ma granic właśnie dlatego, że powinna ostrzem sięgać tam, gdzie inni błądzą. I nie wskazywać rozwiązań, ale dawać materiał, który pozwala rozwiązywać. Który zmusza do zastanowienia nad błądzeniem i zacietrzewieniem. I uzmysławia, gdzie drzwi dawno otwarto, a gdzie są jeszcze wciąż zatrzaśnięte albo zabite dechami. Te dwa przypadki - Resich-Modlińskiej i Nieznalskiej - łączą się w pewien logiczny i spójny zestaw, za pomocą którego można opisać spory kawałek dzisiejszych czasów: chorobliwą dążność do popularności i cyniczny materializm. Nie wierzę w bezmyślność tych pań.

Ale nie wszystkie są takie, za przykład daję Ci Mirę. Ostatnio pomalowałem jej kuchnię, zakleiłem dziurki w ścianach i przypilnowałem fachowców, żeby wstawili odpowiednie mebelki. Kuchnia - cacuszko. W sam raz do zmywania naczyń - przeze mnie. Po fachowcach musiałem poprawiać, choćby dlatego, że na szczęście nie jestem fachowcem, ale to już inna historia, godna opisu ze względu na inne typowe cechy naszej epoki.

Pisz, co z tym Twoim wyjazdem, bo zniknąłeś bez słowa komentarza. Ryby? Ja w pocie czoła przez ostatnie trzy tygodnie biegałem do kawiarenki internetowej, żeby wysyłać kolejne kawałki do "Rzeczy", ale już jestem w domu. Komputer zastałem w stanie rozpaczliwym. Wirus zjadł mi pocztę elektroniczną od 1 stycznia br. Duża strata.

Trzymaj się ciepło
Twój Piotrek


Kołobrzeg, dnia 20.08.2003 r.

Podstępna Blada Twarzy!

 

Nie wiem kto kogo bardziej irytuje ostatnio! Okrążasz mnie milczeniem niczym Indianie po cichu zasadzający się na bizony. I wreszcie strzała Twojego głosu dociera. Dzięki. Za celność. Grot wbił się głęboko między łopatki - od tyłu, grzęznąc w płucach. Pneuma z sykiem uszła.

Ponad miesiąc nie wydobyłeś z siebie głosu! Już złe myśli zaczęły drążyć korytarze, a wyobraźnia podsuwała mroczne obrazki

No i ulżyłem sobie. Dość wyrzekania. Pies Twoje długie milczenie trącał. Zdążyłem wybaczyć.

A o czymże piszesz? Alicja Resich-Modlińska? Co za "Gala"? Czy to jakaś nowa knajpa w Warszawie lub salon mody? Słabo kojarzę telewizyjne sprawy.

Natomiast o wyczynie Nieznalskiej czytałem.

To jest Nieznalska naszych czasów.

Każda epoka ma swoją Nieznalską. A jeśli chwilowo nie ma, to media coś na pniu wykreują.

Tak na marginesie. Pamiętasz Kisiela*? Głupie pytanie. Oczywiście, że pamiętasz. Bardzo rozbawił mnie swego czasu dziesięcioparagrafowy "Kodeks człowieka pobłażliwego". Wynotowałem kilka ustępów. W pierwszym paragrafie Kisiel stwierdza: Człowiek pobłażliwy dobrze się czuje wśród rozmaitości zjawisk, form, koncepcji i poglądów. Człowiek pobłażliwy nigdy nie przyłoży ręki do akcji mającej na celu redukcję mnogości zjawisk, redukcję taką bowiem będzie uważał za akt sprzeczny z pobłażliwością.

W powietrzu jeszcze wisi oczywiście pytanie o krańce pobłażliwości. Te akurat trudno ustalić. Co nie dziwi w przypadku poczynań twórczych, sporów moralnych. Albo gdy idzie o smak.

 

Mocniej ożywił Twój remont. Już widzę jak biegasz po kuchni i młotkiem zaklepujesz dziurki. Jak meble jęczą maltretowane śrubokrętami, ściernym papierem. Jak bezlitośnie śmiga pędzel, chlustając farbą rozcieńczoną potem. Tego talentu w Tobie nie dostrzegałem.

U mnie, gdy o remontach mowa, robotnicy zaglądają do okien z rusztowań przy odnawianej elewacji budynku. Kwitnie wysokie życie towarzyskie. No i dokształcić się można językowo, zwłaszcza w łacinie.

Pytasz o ryby. Mizeria, Przyjacielu. Wędziska od upału wiotczały, łódź daremnie szukała cienia. Na drzewach szczupaki. Tylko bardzo wczesnym rankiem lub po zmierzchu można było z sensem pospiningować. Bawiłem się przeto białymi rybami - jakieś leszcze, jakieś płocie, czasem wzdręga lub krąp. Jednak połowę nadjeziornego czasu znaczyły lektury i klecenie zaległych tekstów. Trudno z terminami się wyrobić.

Ty biegałeś po kawiarenkach internetowych, pewnie chmielowe wynalazki pociągając? Fakt, urlopowanie potrafi być męczące. Lecz czy od kawiarenek nie lepsze łono? Choćby natury?

I ten powrót. Niechciany, z ociąganiem.

Spodziewałem się sezonowego tłoku. Jednak tym razem Kołobrzeg przesadził, przypominając hinduskie targowisko ze świętymi krowami: tłok, smród, harmider. A do tego inwazja Słońca. Smażyć jajecznicę na asfalcie można. Nawet temperatura wody w morzu osiągała 25 stopni Celsjusza. W takiej zupie tylko sinice czują się dobrze. I bakterie Coli.

Zaprawdę, powiadam, Drogi. Latem mieszkać w Kołobrzegu to kara Boża.

Z utęsknieniem wypatruję jesieni, chłodu i porządnej bryzy.

 

Zahaczasz o "Rzecz Kołobrzeską". Twój personalny przegląd wydarzeń w kraju i na świecie, publikowany w dziale wydarzeń, okazuje się trafionym łącznikiem między tutejszością a światem zewnętrznym. Docierają pierwsze opinie. Trzymaj tak dalej!

Ciekawie też między innymi wygląda działka kulturalna (2 kolumny!) - w tym stały, pogłębiony felieton Jacka Klimżyńskiego "Zwężanie marginesu". Dawno nikt tu tak wnikliwie o bolączkach lokalnej kultury nie skrobał.

Kilka dni temu wyszedł numer jedenasty - w blokach startowych numer dwunasty. Halinka Szczepańska dzielnie sobie z tygodnikiem radzi.

Kołobrzeżan, latami karmionych sieczką prasową, zaskakuje rzetelność dziennikarska i próba utrzymania przyzwoitego poziomu. Dotąd nieufnie obwąchują pismo. Jednak sprzedaż niespiesznie, acz systematycznie rośnie.

O czym sam najlepiej wiesz - każdy świeży tytuł musi spotkać opór. Zwłaszcza na ciasnym rynku prasowym. Trzeba nieźle pracować dla pozyskania odbiorcy. Nigdy bliżej tworzeniu gazety się nie przyglądałem i przyznaję, że trochę to zafascynowało. Terra incognita zapełnia się nowymi doznaniami, nowymi obserwacjami

Zdumiewa na przykład sposób reagowania czytelników. Bywa - bardzo emocjonalny, żywy. Ludzie dzwonią i piszą, a i osobiście redakcję nawiedzają. Innym zdumieniem było zerżnięcie żywcem przez pewną gazetę materiału opublikowanego w "RzK" i podanie tego jako materiał własny. Cóż za obyczaje!

Powoli "Rzecz K." wrasta w krajobraz miejski (ale i najbliższego regionu), stając się jego istotnym elementem.

Naturalnie za wcześnie jeszcze na ocenę i przesądzanie o przyszłości tygodnika. Poczekajmy przynajmniej pół roku. Tymczasem trzymając kciuki za powodzenie szalonej naczelnej.

Niezła historia ze zjedzoną pocztą elektroniczną. Kto wie, może następnym razem doniesiesz o tym, że leniwy listonosz, któremu nie chciało się roznosić listów, ukradł sprzed Twojego domu skrzynkę pocztową? Ha! Lubię takie opowiastki.

Ściskam, ściskam, załączając ukłony dla Twoich Szanownych Pań: Mamy oraz Miry. Z tej strony pozdrowienia dla Ciebie od Nimfy (Z)Wodnej, Starej Flądry i admirała Sztokfisha, który zadowolony jest z dostarczania dla Świnki Morskiej" odcinkowego poradnika dla dojrzewających chłopców.

A Stara Flądra z nadzieją w głosie pyta czy to aby nie od Ciebie te frezje z niewyraźnie skreślonym bilecikiem. Bo Nimfa twierdzi, że to dla niej -

 

Tfuj w nadfiolecie, a czasem w podczerwieni L

 

Ps. Do listu załączam 2 ostatnie numery "Rzeczy", których nie masz. I xero 3 nibyrecenzji "Zielonego promienia" z pomorskiej prasy (Koszalin - Szczecin). Gdyż recenzje to nie są, a omówienia raczej. Czy coś o "Z.p." ukazało się może w głębi kraju, bo nie śledzę?

Ps.2. I jak wiedzie się "Wielkiemu słownikowi frazeologicznemu języka polskiego"?

Ps.3. Martwi zdrowie Leona. Niepokojące wieści z Łobza docierają. A do tego ów rozdźwięk w tamtejszej grupie przyjacielskiej. Miałeś ostatnio kontakt z łabeziakami?

 

*Stefan Kisielewski

 

HYMN UNII EUROPEJSKIEJ


Słowa IX Symfonii Ludwiga van Beethovena z ody "Do radości"
Fryderyka Schillera

O radości, iskro bogów,

Córo Elizejskich Pól,

Na świętości twojej progu

Śpiewa nam niebiański chór.

Twoja moc cudowna zaćmi

Zgubny podział, gorzkie łzy;

Wszyscy ludzie będą braćmi,

Gdy twe skrzydło w locie lśni.

 

Komu dobry los pozwolił,

Aby kochał brata brat,

Kto małżonkę miłą zdobył,

Ten niech będzie z nami rad!

Tak - kto choćby jedną duszę

Na tym świecie swoją zwie!

A kto w mroczną pustkę uszedł,

Żegna z płaczem związek ten.

 

Radość od natury czerpie

Wszelkie życie, każdy twór;

I najmniejsze, i największe

Chodzą po jej ścieżkach z róż.

Ona pocałunki, wino

I przyjaciół daje w bród.

Lichy robak czuje miłość,

A Cherubin wie, gdzie Bóg.

CHÓR

Tak jak Jego słońca krążą

Po zamieci gwiezdnych drżeń,

Budźcie, bracia, własny dzień

I zwycięską idźcie drogą.

 

Złączcie ręce, miliony!

Pokochajcie cały świat!

Bracia - nad sklepieniem gwiazd

Mieszka Ojciec upragniony.

 

Wy spadacie, miliony?

Czy nie wzywa Stwórca was?

Lećcie nad sklepienie gwiazd,

Tam On mieszka upragniony.

 

Fryderyk Schiller
Przełożył
Andrzej Lam

 

Myśl o skomponowaniu muzyki do ody Do radości Fryderyka Schillera (powst. 1788) powziął Beethoven wcześnie; już w szkicowniku z 1798 roku zapisał pochodzącą z niej frazę muß ein lieber Vater wohnen" (mieszka Ojciec upragniony). Według szkicu z 1812 roku miała to być uwertura na orkiestrę i chór, zamysł umieszczenia części wokalnej w końcowej części IX symfonii, której partytura była gotowa w 1824 roku, powstał w latach poprzedzających ostateczne uformowanie dzieła.

W odzie Schillera po każdej strofie (jest ich dziewięć) następuje czterowierszowa partia chóralna o charakterze patetycznego apelu. Beethoven posłużył się pierwszymi trzema strofami i partiami chóralnymi strof czwartej, pierwszej i trzeciej.

Hymn Europy, który przejął melodię Beethovena do Ody do radości, został ustanowiony przez Radę Europy w 1972 roku i stosowany jest w Unii Europejskiej od 1986 roku. Trzy instumentacje przygotował na prośbę Rady Europy Herbert von Karajan: na solo fortepianowe, instrumenty dęte i orkiestrę symfoniczną. (AL)

 


Lech M. Jakób

BESTSELLER

Bestseller - jedno z "magicznych" słów w mediach. Rozpala pożądanie wydawców, hurtowników, księgarzy - obiecując szybki i duży zysk. Pobudza też, a może przede wszystkim, łaknienie czytaczy. Wszak to oni, kupując tytuł, napędzają handlową koniunkturę. Właśnie czytaczom bestseller zawdzięcza swój żywot, na ogół krótki, choć burzliwy.

W powszechnym mniemaniu książka uznana za bestseller musi być przynajmniej dobra, jeśli nie najlepszą z najlepszych. Bo nie kupowano by jej masowo, gdyby dobrą nie była - rozumuje przeciętny nabywca.

 

Bębenek podbijają jeszcze cyklicznie prezentowane rankingi. Publikują je między innymi "Rzeczpospolita" (dodatek "Rzecz o książkach") i "Notes wydawniczy", opierając się na danych liczbowych o wynikach sprzedaży w księgarniach.

Rankingi takie, jako żywo przypominają listy startowe wyścigów konnych. Pewniak z początkowej gonitwy spada w następnej o kilka miejsc, by w czwartej lub piątej wrócić na prowadzenie, osłabić czołówkę, zaś w siódmej lub ósmej odpaść na zawsze. Bo naparły z impetem nowe pewniaki, napchane sterydami i głodne zwycięstwa. Oraz fuksy, zawsze trudne do wytypowania. A stawka wysoka - nie ma zmiłuj się. Tylko tytuł sprzedajny będzie dostrzeżony. Tylko książce ze szczytu rankingu wróżą powodzenie.

 

Jednak podobne zestawienia są tyleż umowne, co bałamutne. Bałamutne w znaczeniu takim, że ranking bestsellerów jest instytucją z natury komercyjną, zestawiającą książki podług ilości sprzedanych egzemplarzy. Handel tu decyduje. Czyli o istocie bestsellera nie stanowi jego wartość wewnętrzna, lecz wyłącznie wielkość rozchodzącego się nakładu.

Zresztą, taka jest wykładnia pojęcia bestseller. Bowiem za bestseller uważa się książkę najbardziej pokupną, n i e z a l e ż n i e  o d  s w y c h w a r t o ś c i  l i t e r a c k i c h  i  a r t y s t y c z n y c h. Co potwierdzają konkretne tytuły, gdy rankingi pod tym kątem przejrzeć. Niewiele znajdziemy tam reprezentantów literatury prawdziwie wysokiej. Niewiele i rzadko.

 

Oczywistość powyższych spostrzeżeń niby nasuwa się sama. Lecz presji rynkowych sztuczek ulegają też czasem sami pisarze. Pół biedy jeszcze, gdy traktują rzecz z przymrużeniem oka. Gorzej, gdy niecierpliwie przebierają nogami, bo co prędzej na szczyt komercyjnego rankingu się wspiąć. Z tajoną nadzieją, niczym gracze totolotka studiujący tabele prawdopodobieństw trafienia wygranej, wertują dzieła głośne. Bo a nuż wyłoni się jakiś przepis, jakaś prawidłowość lub tajemnicza formuła zapewniająca wejście na top.

Lecz byli już tacy, co rzekomo złotą regułę znaleźli. Jak choćby Mario Puzo (po sukcesie rynkowym "Ojca chrzestnego") triumfalnie ogłaszający 10 przykazań pisarskich, których spełnienie miało gwarantować wydawniczy hit. Również u nas w kraju nie brak włodarzy piór, którym - gdy owionął ich dym bestsellerowego kadzidła - wysypywały się z ust rozmaite rady.

O, naiwni. Powiedzmy sobie jasno: łaska czytelnicza na pstrym koniu jeździ. To raz. I dwa: diabeł komercji nie lubi, gdy mu się pod ogon zagląda.

Pomijając już fakt, że w pędzie za wizją komercyjnego sukcesu (jakże często sukcesu za wszelką cenę - też etyczną), gubi się proporcja rzeczy. I pozostaje na polu tylko zabawa ludyczna z elementami groteski.

 

Zaś bardzo chorym na książkę roku, miesiąca, tygodnia, chorym na protekcyjne zachowania Wujka Mójka oraz Cioci Komercji przypomnę żart rysunkowy Andrzeja Dudzińskiego.

Obskurny stragan z łatanym dachem. Stragan zawalony stertami warzyw, nabiału i luzem zrzuconych książek. A spoza nich woła Ptak Dudi:

"Pory, sery, kalafiory, bestsellery! Pory, sery, kalafiory, bestsellery!"

 

Lech M. Jakób

 

Agnieszka Wesołowska

* * *

W żyłach krąży dzień.

Z ust ulewa się ciepła noc

jak mleko matki

i wtedy świat

pod postacią dobrego

nietoperza

frunie przez serce.

 

W jakiejś minucie ciszy

tacy sami jesteśmy -

brodaci jak krasnale,

siwi jak młode brzozy.

 

Ścięto drzewo.

Byłam sadem

jednego drzewa.

Miałam zieloną koronę

i powagę rośliny.

 

Czy wyszperamy z komina

minionego roku

jakiś zgasły pożar,

co się ukrył tylko

 

Teraz lubię zaludnione place.

Głowy spadają

z nieba jak manna. Mówią

o śmierci, o miłości

po tych czterdziestu latach

błądzenia mojżesza.

 

Agnieszka Wesołowska

 



Ludwik Cwynar

COŚ SIĘ SKOŃCZYŁO

Ze skruchą konstatujemy, że w naszym Prowincjonalnym Okazjonalniku "Łabuź" temat morski bywa obecny tylko w wierszach kołobrzeżan lub gdańszczan i to najczęściej w metaforach, w tle, rzekłbym- na marginesie. Na łabędzi śpiew zakrawa rozpamiętywanie sławy i upadku Przedsiębiorstwa Połowów Dalekomorskich i Usług Rybackich "Odra" w Świnoujściu. Rybacy dalekomorscy Pomorza ze szczecińskiego "Gryfa" i świnoujskiej "Odry"  w y l ą d o w a l i, jeszcze łowią trzy ostatnie jednostki "Dalmoru" z Gdyni.

A w gierkowszczyźnie budowa statków rybackich i ekspansja naszej bandery na łowiskach zdawała się trafieniem w dziesiątkę. Któż mógł przewidzieć, że za małą Islandią, która zagwarantowała sobie bezpieczeństwo ekonomiczne, wyznaczając 200-milową strefę na wodach międzynarodowych, pójdą szybko inne państwa? By łowić na szelfie oceanicznym zasobnym w rybę, trzeba było wykupić licencje i limity od państw nadmorskich. Mały Bałtyk też podzielono na strefy i wynegocjowano limity pod międzynarodową kontrolą.

Może jeszcze z gierkowskich czasów założenie stacji polarnej na Antarktydzie przyniesie jakiś pożytek, gdy ktoś zacznie dzielić ten lodowaty ląd i otaczający go ocean.

W Łobzie mieszka dwóch weteranów "Odry": Krzysztof Żabiński i Eugeniusz Woźniak. W ich powściągliwych opowieściach hulają burze tropików i podbiegunowe wichry.

Wielu szło do pracy na morzu trochę z romantyzmu, bardziej dla dewizowych zarobków. Rybak haruje dniem i nocą, jeśli tylko ryba idzie. Półroczne rejsy odrywały od kraju, rodziny, choćby łagodzącej obecności kobiet. Potem były półroczne urlopy na lądzie. Ale morze też wabi.

Eugeniusz Woźniak na ostatni rejs "Homarem" poleciał samolotem (nie opłacało się pływać po ludzi do kraju) do Nawadhibu (Nouadhibou), co po polsku brzmi jak Nadibu, w Mauretanii. Mieścina gorąca jak w piecu leży tam, gdzie Sahara topi się w Atlantyku. Port lotniczy to barak. Do portu morskiego wiozły ich zdezelowane mercedesy. Pomocnik kierowcy trzymał drzwi i ręką zastępował kierunkowskaz. Widzieli jedną palmę, ale ani źdźbła zielonej trawy (sierpień). Rosyjską barką zawieźli ich na "Homara", który kotwiczył na redzie.

Łowili sardynkę i sardynelę, pelamidę, tuńczyka i tunę. Nawet 40-50 mil od brzegu docierał do nich pył burz piaskowych. Rybę zdawali na łotysza, który też ze Świnoujścia przywiózł im prowiant. Na łowiskach zachodnioafrykańskich dominują kraje postradzieckie. Gdy po pięciu miesiącach na "Languście" i "Foce" ze Świnoujścia, które już tam łowiły, rybacy nie dostali jeszcze pierwszej wypłaty, zaczął się strajk. "Homar" dopiero rozpoczął łowienie; wprawdzie wypłaty później też nie dostał, ale we wrześniu nie było uzasadnienia do strajku.

Komisaryczny zarządca "Odry" zmustrował strajkujących. Ruskim statkiem popłynęli do Świnoujścia. Na redzie ich odebrano. Pozostali załoganci jeszcze łowili.

Chyba jakieś płatności "Odry" nie dotarły do władz Mauretanii, bo ich okręt wojenny niespodziewanie zjawił się, gdy 10 września zakotwiczyli na redzie. Lecz 12 września 2002 r., w piątek, kiedy zgodnie z Koranem trzeba świętować i okręt odpłynął do portu wojennego, przyszedł sygnał z kraju; razem podnieśli kotwice. "Cała naprzód" płynęli poza strefę ekonomiczną nie tylko Mauretanii, ale Maroka i dla pewności Wysp Kanaryjskich. Dopiero wtedy skręcili ku Europie. Nie mieli aktualnych map, od lat bowiem ich statki łowiły na Morzu Ochockim, bazowali w Korei Płd. Gdy tamte kontrakty się skończyły, przepłynęli przez Pacyfik, Kanał Panamski i Atlantyk do Afryki. Na dodatek na "Foce" zatarł się silnik. Już mieli ją brać na hol, kiedy maszyna zaskoczyła. Mieli po mapy iść na Gibraltar, ale oznaczało to wejście w strefę konfliktu o Pietruszkę (wysepkę) między Hiszpanią i Marokiem w Cieśninie Gibraltarskiej. Dla pewności zwrócili się przez radio do Plymouth u wejścia do La Manche, by przygotowali im mapy. Musieli się targować o skredytowanie; mieli bowiem w kasie okrętowej tylko dwa z potrzebnych trzech tysięcy funtów. Mapy odebrali z brytyjskiej pilotówki. Bezpiecznie przeszli przez kanał. Nie stać ich było na przejście Kanałem Kilońskim. O 12 godzin wydłużyła się droga do domu. Za to już któryś raz widzieli hamletowsko-szekspirowski Helsingor i nowy, imponujący most łączący Danię i Szwecję.

"Langusta" i "Foka", które przyszły z rybą, zostały na redzie i wydały ładunek na rosyjską bazę. Przetwórnię i nabrzeża "Odry" już sprzedano, baseny się wypłyciły, zardzewiały po długiej służbie "Homar" przybił więc do zapasowego nabrzeża marynarki wojennej Mielnik, gdzieś tam w krzakach. Policja mogła dyskretnie zapewnić zarządcy obstawę. Załoga się obraziła, że w policyjnej asyście chce wejść na pokład. Miał dla niej zapewnienia, że wypłaci zaległości, jak sprzeda statki, oraz po  50 złotych gotówki na głowę. Taki był koniec. Została gorycz. Nikt nie odbierze jednak tych widoków, przygód, przyjaźni, które wypełniły prawie 30 lat.

 

JAK TO SIĘ ZACZĘŁO?

Dziadek Mieczysław Woźniak miał pod Inowrocławiem cztery stawy rybne. Babka Anna Kozioł urodziła się w Filadelfii. Jako dziecko wróciła z rodzicami do Polski i wyszła za mąż za Woźniaka. Podczas drugiej wojny światowej dziadek walczył na froncie. Przeżył niewolę, wrócił. Chyba kusiło go większe rybaczenie, bo w 1947 roku załadowali coś tam na furę i pojechali na zachód. W Recławiu obok zburzonego mostu przeprawili się na wyspę Wolin łodziami. Dotarli do Wapnicy. Na początku dziadek woził kredę z kopalni, która jest dziś Jeziorem Turkusowym. Gdy pompy nie dały sobie rady z wodą w kopalni, poszedł do rybactwa. Łowił z łodzi wiosłowej na Wicku Wielkim i Małym. Był sołtysem wsi. Na starość został dozorcą w bazie rybackiej. Przypływały tam barki z towarem, zabierały maty trzcinowe. Był bowiem w Lubiniu zakład wikliniarski. Matka Eugeniusza Woźniaka tkała kleszczkami miroszki i żaki w wytwórni sieci, a mały Gienek - pupilek dziadków - chował się pod przewróconą łodzią na dziadkowym podwórzu: to była jego łódź podwodna. Fantazję rozbudzały ruiny zbom-bardowanej fabryki cementu, poniemieckie wyrzutnie-działa w Wicku, poziomkowe wyrobiska kredowe. Ze wzgórza Zielonka patrzył na zielone Jezioro Turkusowe, szare wody Zalewu Szczecińskiego, błękitne morze ze statkami na świnoujskiej redzie. W latach sześćdziesiątych zapłonęły świeczki w kopalniach ropy i gazu. Jednocześnie od rezerwatu profesora Wodziczki zaczął się Woliński Park Narodowy. Wkrótce leśniczym został tam Tartulian Dryl - łobeziak, przyjaciel "Łabuzia".W lejku Wicka funkcjonowała przystań Białej Floty (Międzyzdroje-Szczecin). W Lubiewie opalały się pierwsze golasy. Pod oknem, tuż przy wapnickiej szkole w każde wakacje ćwiczyli w Jeziorze Turkusowym nurkowie z Marynarki Wojennej. Na klifie koło Międzyzdrojów stała radiolatarnia i tkwiły bunkry wojskowe. Woźniak w dzieciństwie pływał z dziadkiem i wujkiem na zalew łowić ryby. Nieuważnie wybrał zawód hydraulika, bo robota pod dachem, ale to "hydro"...

Dostał powołanie do wojska. Na trzy lata do Marynarki Wojennej. Był rok 1974. Wbrew pozorom w marwoju nie było wapnickich kolegów. Byli chłopcy z Nowego Sącza, Rzeszowa, Lubelszczyzny, Hanysy. Został dowódcą działa na okręcie w 12 dywizjonie trałowców. Wychodzili z Marynarką Wojenną NRD na trałowanie szlaków Zatoki Pomorskiej.

Po wyjściu do cywila obiecali mu pracę na budowach NRD. Pominięty -poszedł do "Odry". Urząd Morski zaliczył mu 30 miesięcy pływania.

W pierwszy rejs poleciał samolotem w kwietniu 1979 roku do Montewideo (Urugwaj) z międzylądowaniem w afrykańskim Dakarze i brazylijskim Rio de Janeiro: z Wapnicy w daleki egzotyczny świat, z płacą w prawdziwych dolarach. Na statku "Manta" wypłynął na Falklandy i dalej ku Georgii Płd. Łapali kergulenę. Zaraz przygnały wiatry góry lodowe. Spod Stanley na Falklandach, gdzie stali na redzie, popłynęli łodzią do byłej stacji wielorybniczej. Nie ma tam nawet kei, tylko stare blaszane baraki, beczki na tran, stada pingwinówW drugi rejs popłynął na "Płetwalu" w końcu stycznia 1980 roku. Startował w temperaturach minusowych, po tygodniu na wysokości Wysp Kanaryjskich było już 15-16 stopni. Na równiku, gdzie przeszedł chrzest marynarski, było tak gorąco, że pracowali od godziny 24 do 8 rano. Było przeszło 40 stopni w cieniu. W pełni lata po tamtej stronie globu zawinęli do Montewideo po uzupełnienie wody pitnej, warzyw i owoców dla kolegów na łowisku. Łowili mirunę, błękitka, kalmara, nototenię. W dwutysięcznej stolicy Falklandów - Stanley mieszka Polak (jakże by inaczej - Stanisław), a są groby trzech Polaków z polskich statków. Opiekuje się nimi administracja brytyjska. W Zatoce Berkeley stały statki-bazy "Transoceanu" (wszystkie miały klasę lodową) i to one odwoziły rybę do kraju.

W trzeci rejs poleciał na Pacyfik do Vancouver (Kanada) z lądowaniem na Nowej Funlandii, gdzie w sierpniu był już śnieg. Był to sierpień 80.Wielu kolegów zostało.

Vancouver to miasto gór i morza, osłonięte od oceanu wyspą. Jest tam rezerwat Indian, wspaniałe oceanarium (delfiny białe, orka, rekiny). Wypływa się z pilotem wśród gór cieśniną graniczną z USA (W pobliżu romantyczne i mgliste Seattle). Wymiana innych załóg odbywała się w Dutch Harbor, wiejskiej stolicy na Aleutach, tym półwyspie wysuniętym jak sierp z Alaski, a potem porozrywanym w szereg wysp. I taka, dramatyczna, jest tam pogoda; niż za niżem - wylęgarnia tajfunów. Amerykańska straż morska ostrzega, że trzeba liczyć tylko na siebie. Łowili od strony oceanu wyskakując i kryjąc się za wyspę Kodiak (zwaną Kodżak) i po drugiej stronie - na Morzu Beringa. Po raz pierwszy mieli na pokładzie obserwatora, który nadzorował ilość i jakość złowionych ryb oraz praktykantki ze szczecińskiej Wyższej Szkoły Rolniczej (wydz. rybacki). Atmosfera była napięta. Natomiast trzy firmy "Odra", "Dalmor" i "Gryf" nie konkurowały; łowiły!

Dziwne, że w tak  n i e l u d z k i c h  warunkach pogodowych na powierzchni morza i lądzie - pod wodą zrodziła natura nieprzeliczone ławice ryb. Falowanie, zimne i ciepłe prądy, które się tam zderzają, służą faunie morskiej. Rybacy zmagają się z lodowatym wichrem i obmarzaniem połowu, sieci, olinowania, pokładu i nadbudówek. Wciąż trzeba lód zrąbywać, by pozbyć się ton obciążenia naruszającego stabilność statku. Jest tak w pobliżu obu podbiegunowych czap lodowych, w blasku zorzy polarnej. "Cielące się" lodowce wciąż uzupełniają zasób pływających gór lodowych.

Latem 1981 r. znów był na Falklandach ("Kalmar"). Bosman z "Tazara" (którego rejs do stacji polarnej na Antarktydzie opisał red. B. Czubasiewicz) miał atak wrzodów żołądka. Koledzy ze statków oddawali krew, ale chorego nie udało się uratować. Zmarłego zawieźli do argentyńskiego portu Ushuaia na Ziemi Ognistej. Nie zostali hornowcami, gdyż to ostatnie miasto świata na dole globu (55 st. szer. geogr. połudn.) leży w bezpiecznym Kanale Beagle. Przestrzega się tam zasad prawa morskiego - zmieniają się piloci argentyńscy i chilijscy. W tym porcie jest kostnica ze stosowną chłodnią. Na szelfie falklandzkim łowili błękitka, kalmara, mirunę, morszczuka, bardzo smacznego lecz rzadkiego kłykacza, strojnika o czerwonym mięsie.

Już wtedy miały miejsce pierwsze incydenty z flotą argentyńską, która zatrzymywała polskie statki w brytyjskiej strefie ekonomicznej wokół Falklandów. Składali skargi do gubernatora w Port Stanley. Z rejsu wrócili 12 grudnia 1981 roku. Nazajutrz nie było "Teleranka" w telewizji.

 

W stanie wojennym Amerykanie nałożyli embargo na nasze połowy. Statki z Morza Beringa stały w Vancouver - wielu rybaków poprosiło o azyl. Wkrótce wszystkie statki poszły na Falklandy W 1982 r. wiosną "Mors" wydawał ryby na bazę w Zatoce Stanley. Podpłynęły pontonowe łodzie marynarki wojennej Argentyny. Kazali grzecznie odpłynąć poza 200-milową strefę. Argentyna zajmowała Malwiny (Falklandy). Tego nie widzieli, jak przyleciały samoloty brytyjskie z Chile, a atak morski i desant nadszedł z bazy na Georgii Płd. Flota brytyjska parła w rejon konfliktu przez cały Atlantyk. W czerwcu słyszeli przez radio SOS, lecz był zakaz pomocy. Zapanował pax Britanica.

W tym czasie Polacy szukali ryby; znaleźli kalmary (kałamarnice), te głowonogi, które dla rodaków miały smak gumy, a nadzwyczaj smakują Japończykom. Mimo szyfrowych wiadomości międzystatkowych łowisko zapełniło się rybakami koreańskimi, radzieckimi, chińskimi, japońskimi.

Od 1983 roku E. Woźniak pływał na burtowcach ("Śniardwy" były pierwsze). W odróżnieniu od trawlerów, które wciągają sieć po pochyłym slipie na rufie, te podnoszą zaciąg po burcie. Potem (na obu) rybę się czyści i schładza.

Na podzielonym Bałtyku zaczęli kooperację z kutrami. Od lutego do kwietnia szedł dorsz, w kwietniu i maju - śledź. Robili tygodniowe rejsy od Zatoki Pomorskiej po Władysławowo. Od czerwca szli na Szetlandy do Lervik (To po nim chodził Jerzy Pachlowski w książce "Delfiny idą po wiatr") na północ od Wielkiej Brytanii i tam odbierali rybę u miejscowych rybaków z ich kutrów. Było to nawet dalej na północ od Aleutów. Na wodach prądu Golfstrom nie nękały ich góry lodowe ale sztormy.

W następnych krótkich rejsach obsługiwali kooperację z Ula Pool, z Rynny Norweskiej, gdzie płoną świeczki platform naftowych, z norweskiego portu Bergen i dalej na północ, aż za kołem polarnym, z Lofotów. Stamtąd już krok do Narwiku, gdzie Polacy w 1940 r. walczyli na lądzie i morzu, a potem przebywali jako jeńcy. Jeden z nich, Zieliński, został tam po wojnie. Organizował wśród Norwegów dary dla Polski. Gdy zmarł, zawieźli wieniec na grób, a stypę odbyli w messie statkowej. Odbyło się to na "Jamnie", na którym E. Woźniak pływał kolejnych sześć lat. Gdy po raz kolejny szli na Morze Północne, dotarła do nich tragiczna wieść o zatonięciu podczas wściekłego sztormu "Buska Zdroju". Uciekli przez Kanał Kiloński na Bałtyk skuty lodem. Po pasażerski prom "Wawel" wyszły holowniki. Oni stali siedem dni w lodach 18 mil od główek Świnoujścia. Wreszcie zabrał ich holownik do Władysławowa. Po 100 kg dorsza!

Pływali jeszcze na kooperację na Morze Celtyckie (Rep. Irlandia) do Cork. Kiedy kapitan wyszedł z Kanału La Manche na Morze Celtyckie, od razu sztorm położył statek na burtę, do maszynowni wlewała się woda. Ratował ich holownik. Kapitan zasłużył sobie na przydomek "Crazy", zwłaszcza że przy sztormowej pogodzie trudno ominąć podwodną Wilczą Skałę przy wyjściu z La Manche. Poznali Douglas na wyspie Man pośrodku Morza Irlandzkiego, irlandzkie Galway od strony Atlantyku, gdzie rano wchodzi się do portu, zamyka się śluza, a wieczorem - przy kolejnym przypływie - wychodzi. Do Woterford niedaleko Cork wpływa się rzeką. Jak woda odpłynie, drapią kadłuby, malują. Na północy Wielkiej Brytanii między nią a Orkadami jest Cieśnina Pentland, której małe statki nie przejdą. Morze gotuje się jak w garnku. To tam w czasie wojny czaiły się niemieckie łodzie podwodne.

W 1989 roku odbył najdłuższy rejs ("Otol"). Zdjęte zostało embargo lecz teraz nie było ryby na Morzu Beringa. Stojąc znów w Vancouver, spotkał mieszkających tam łobeziaków. Świat jest malutki!

Był jeszcze krótki, 80-dniowy rejs na "Rybaku Morskim" na Falklandy. I zaczęło się Morze Ochockie.

Wraz ze zmieniającą się pozycją Rosji zmieniały się warunki kontraktu. "Kalmar" płynął z Anchorage, największego miasta Alaski. Przy okazji był w pobliskim Seward. To tam kręcono kultowy serial "Przystanek Alaska". Z dumą przechowują tam wagon cara, który niegdyś sprzedał zimną Alaskę Stanom Zjednoczonym. W lecie urządzają tam zawody, kto pierwszy wejdzie na dwukilometrową górę. Na północy uprawia się tylko męskie zawody!

Do Pietropawłowska Kamczackiego Rosjanie nie wpuszczali. Okręty podwodne znikały w skalnym tunelu. Jeszcze parę lat wcześniej zestrzelili koreański samolot pasażerski, który zboczył z kursu nad Kamczatkę. Morza Ochockiego broniły także lody; stali w przejściu kurylskim. Z trudem przedarli się na dostępne wody międzynarodowe w środku akwenu, gdzie czekał mintaj. Łowili tam już (mimo lodowego szyftu) Chińczycy, Koreańczycy, nawet Panama ("Włócznik" też chodził pod banderą panamską). Było to najdalsze w dziejach polskiego rybołówstwa łowisko - 40 dni rejsu do kraju. Cieśnina La Perouse˘a między Sachalinem i Hokkaido zamarza. Na Morze Japońskie trzeba było wchodzić między Hokkaido i Honsiu. Bazą były więc południowokoreańskie porty przezywane usan - pusan (Ulsan i Pusan - patrz mistrzostwa świata w piłce nożnej).

Korea przypomniała, że jest krajem tajfunowym. W kolejnym rejsie stali przy kei podczas remontu maszyny "Orcyna" połączeni z dalmorowcem. Zapowiedziano tajfun. Tylko "Langusta" wyszła z portu, by - jak Bóg przykazał - sztormować na morzu. Październikowy tajfun wdarł się między głazami usypywanego falochronu. Kamienie latały jak piłki. Pękł odbijacz między obydwoma statkami. Zaraz "Orcyn" przedziurawił burtę dalmorowca. Luzowali i puszczali cumy i kotwice. Keja się zapadła pod ich uderzeniami. Nie było rozkazu "Opuścić statek". Pękające cumy trzeba było wiązać, ręce mdlały, Koreańczycy uciekli. Dalmorowiec leżał przebalastowany na boku z dziurą w burcie poniżej linii wody. Nagle - tak jak przyszedł tajfun - wszystko ucichło. Postawili ich na kotwicy w awanporcie, a sami sprzątali szkody. Spokojne morze pławiło się w słońcu. Wielu kolegów wróciło do kraju, E. Woźniak zamustrował na "Marlina". Latało się samolotami z lądowaniem w Moskwie, Jakucku (Opóźnili tam odlot o 7 godzin z powodu 25-stopniowego mrozu w październiku), Irkucku, Omsku, Nowosybirsku, nawet Pietropawłowsku, Seulu. Z Władywostoku jeździli do Nachodki - portu bazowego Morza Ochockiego. Inny port zsyłek to Magadan. Byli tam raz z chorym. Innym razem obserwatora dowieziono śmigłowcem nad pasem lodów, gdy "Homar" stał w lodach 40 dni.

Lot do Anchorage z Europy przez biegun północny wymaga stosowania specjalnego płynu antymagnetycznego, by nie zawodziły instrumenty nawigacyjne. Spryskiwali ich w Szwecji i na Alasce. Raz zatankowali za dużo, samolot spalał paliwo na bocznym pasie; barek też był obficie zaopatrzony.

Najatrakcyjniejszy był karnawał w Montewideo. Codziennie od dwudziestej główna ulica 18 de Julio zamienia się w salę balową, grają orkiestry, ludzie tańczą. We wtorek przed Popielcem odbywa się finałowa parada gwiazd. Odkąd E. Woźniak się ożenił, nie korzystał już w pełni z uroków świata; bardziej czekał na listy od żony i syna.

Pewna foka sama właziła po slipie na pokład; inne spędzała. Pies, maskotka statku, starał się utrzymać swoją dominującą pozycję. Długo lizał ranę zadaną kłami uszatki. Gdy odeszli po paliwo, odnalazła ich przy tankowcu, wyła i weszła na pokład. Między obu statkami kryło się stado fok. Czaiło się na nie sześć orek. Gdy odbili od tankowca, rzuciły się gromadnie. Morze poczerwieniało. Doświadczona foka wiedziała, gdzie szukać ratunku.

Rybę sprzedawało się na bazy polskie, a gdy rozpadł się "Transocean" - rosyjskie, koreańskie, chińskie, japońskie. Przy cenach światowych nie trzeba kupować "swoich" ryb. Tak było, gdy na "Mustelu" łowił kryla na Szetlandach, ale tym razem Południowych, u brzegów Antarktydy, na kole podbiegunowym południowym. Nad morze wynurzała się z mgieł słoniowa sylwetka wyspy Elephant. Sztormy niosły wielkie góry lodowe.

Eugeniusz Woźniak nie wszędzie był. Polscy rybacy próbowali utrzymać swe przedsiębiorstwa połowowe pływając na rejsy zwiadowcze: na tajfunowych wodach Korei Płn. próbowali łowić kalmary, na kalmary zapuszczali się pod Galapagos (Ekwador), gromadnika próbowali łapać pod Grendlandią, na Azorach (portugal.), gdzie rodzi się pogoda w Europie, rwali sieci polując na 2000 m na grenadiera, na M. Ochockim wyciągnęli w sieci całe drzewo, na Falklandach - ogromne żebra wielorybie. Na kooperację wypływali pod Nową Zelandię, od Dakaru po Kapsztad łowili wzdłuż Afryki, była wyprawa do Wyspy Kerguleny na Oceanie Indyjskim i pod brzegi Chile...

Prawa rynku i brutalna konkurencja sprawiła, że coś się skończyło. Czy rybacy dalekomorscy polubią lądowe zajęcia i wigilijnego karpia?

 

Ludwik Cwynar

 

A. Janusz Korbel

GŁĘBOKA EKOLOGIA:
WĄTPIENIE I WIARA

Gdzie zaczyna się głęboka ekologia? Czy tam, gdzie ktoś uważa, że wie dlaczego musimy chronić przyrodę, zna prawdę, wie jacy powinni być inni ludzie, wymierza im sprawiedliwość, wystawia oceny a nawet posuwa się do gniewnych reakcji w obronie przyrody? Czy może tam, gdzie ktoś udaje się na wieś albo do lasu, żeby prowadzić skromne życie segregując odpadki i żyje w poczuciu świętości blisko natury? Myślę, że nie. Głęboka ekologia zaczyna się wówczas, kiedy jest nam żal wycinanych drzew, zabijanych zwierząt, regulowanej rzeki. I oczywiście musi temu żalowi towarzyszyć jeszcze jeden warunek: głębokie wątpienie i zapytywanie - dlaczego tak się dzieje? Czy tak musi być? Jakie są przyczyny?

Jest też pytanie: skąd biorą się takie kwestie? Dlaczego w ogóle zapytujemy?

Odpowiedzią na to, dlaczego żal nam wycinanych drzew i zabijanych zwierząt jest, iż wewnętrznie odczuwamy z nimi bliskie pokrewieństwo - podświadomie czujemy, że nie jesteśmy dwoma, lecz jednym - a pod fundamentalnym pytaniem dlaczego zadajemy owe głębokie pytania" leży transcendentna odpowiedź: Ponieważ kierujemy się wiarą! Wierzymy, że jest odpowiedź, zapisana w jakimś uniwersalnym wzorze Prawdy Przyrody. Każde wątpienie, każde głębokie zapytywanie, to tylko druga strona monety, którą uzupełnia wiara. Bez wiary nie może być głębokiego zapytywania.

Dopóki pozostajemy na intelektualnym, dosłownym poziomie naszej logiki, dopóty możemy zajmować się jakimś gatunkiem, kampanią ekologiczną, ekosystemem, warsztatami ekologicznymi, a potem zmienić zainteresowania i zająć się czymś zupełnie innym. Nic w tym dziwnego. Dopóki pozostajemy na poziomie intelektualnej dosłowności, dopóty brniemy w różne antropocentryczne -izmy, teorie. Mamy coraz więcej informacji, z którymi większość z nas się zgadza, świat przyrody opisaliśmy na milionach stron, ale dalej go niszczymy. Bo jest on na zewnątrz nas. Jest tylko przedmiotem obserwacji lub badań, tematem edukacji, którą prowadzimy wyszkoleni przez instytucje także pozostające na płytkim poziomie. Bo nasze intelektualne zapytywania są zapytywaniami martwymi, płytkimi, pozbawionymi wiary. W imię przekonań i ideologii możemy walczyć - w obronie przyrody - możemy nawet zabić! Ludzie potrafią zabijać także w imię Boga. Oczywiście, jeśli ktoś deklaruje, że wierzy w Pana Boga to ta literalna wiara rozwiązuje mu cały problem: tu jest człowiek, tam jest Bóg, a to są dzieła boże. Wystarczy żyć zgodnie z katechizmem i zajmować się ludzkimi sprawami, czynić sobie ziemię poddaną, a Pan Bóg zajmuje się sprawami boskimi. Ale jest jeszcze wiara transcendentna, a ta wiąże się z wątpliwościami. Czy aby na pewno jest? Czym jest? Kim my jesteśmy? Może to taka wiara kazała św. Franciszkowi o innych stworzeniach mówić jak o siostrach i braciach, odczuwać pokrewieństwo?

Jeśli boli nas zabijane zwierzę i wycinane drzewo, to znaczy, że jest ono częścią nas. Skoro szukamy przyczyn niszczenia życia na Ziemi to znaczy, że wierzymy, iż to nie jest dobre, wierzymy, że w życiu jest jakaś doskonała natura, której ufamy. Wszystkie nasze pytania, wątpienia, biorą się stąd, że wierzymy w doskonałą, na płaszczyźnie ekologicznej powiedzielibyśmy - dziką naturę. Gdyby tej wiary nie było, nie mielibyśmy żadnych pytań. Bez wiary nie ma głębokiej ekologii. Kiedy nie ma wiary, lub jest tylko relatywizująca wiara w coś na zewnątrz nas, wówczas stoimy w miejscu, bo nie ma żadnej siły, żadnej determinacji, by iść głębiej, by oddawać swoje życie dla ratowania, czy też po prostu dla realizowania siebie w pełnym wymiarze.

Płytka ekologia to właśnie ekologia stania w miejscu. To ekologia pozbawiona wiary, duchowości (Martin Buber "duchowością" określił "bycie czymś bez reszty przejętym", a być czymś bez reszty przejętym może być tylko ktoś, kogo determinuje głęboka wiara/zapytywanie).

Ponieważ jesteśmy całym życiem, jesteśmy Ziemią, jesteśmy prawdziwą dziką Naturą, jesteśmy właściwie skazani na myślenie i podążanie drogą głębokiej ekologii, jakkolwiek byśmy to nie nazwali. Ludzie, którzy zaprzeczają takiej drodze skazują się na cierpienia wynikające z wielkiego oddzielenia i zagubienia w obcym świecie. Przez jakiś czas mogą znajdować ucieczkę w konsumpcyjnym stylu życia (co jest teraz głównym zajęciem cywilizacji) i wszelkiego rodzaju biznesie, a także w walce z tym systemem w imię ekologicznych lub innych ideologizmów, ale nadal są przyrodą i skutki jej stanu ich nie ominą. Niektórzy próbują ukoić swoje problemy oddzielenia, w instytucjach religijnych. Myślą, że wierzą. Jeśli jednak popatrzą w lustro zauważą jaka maleńka jest ta wiara: zaczyna się od palców u nóg, a kończy na czubku głowy, no i oczywiście podpiera się różnymi wizerunkami stworzonymi przez tę maleńką istotę, wieszanymi na ścianach dla świętego spokoju. A cały kontekst dookoła? Wielki świat z jego górami, rzekami i dolinami, oceanami i lodowcami? Nie widzą, nie czują. Ale ludzie ci myślą często, że są wierzącymi i po 8 godzinach pracy dla podboju Ziemi poświęcają też jakiś ułamek czasu na potwierdzenie tego przekonania idąc np. do kościoła lub praktykując jakąś formę duchowości

Ci ludzie mogliby być wierzącymi, gdyby pojawiły się w nich wątpliwości, gdyby zaczęli zadawać głębokie pytania. Ale oni się tego boją, unikają. Boją się konsekwencji stawiania takich pytań, a bez wątpienia nie może być żadnej wiary, chociaż w naszej cywilizacji ludzi takich zwykliśmy nazywać wierzącymi! Są to przecież ludzie zredukowani. Czego się boimy? Wydaje się nam, że coś posiadamy i boimy się to utracić.

Są też i tacy, którzy mają z kolei tylko wątpienie. Nie wierzą w nic. Nic się nie uda, nic nie ma sensu. Przecież i tak umrę. Wszystko potrafią wyjaśnić logicznie i dochodzą do przekonania, że albo cały świat jest zły, albo oni są po prostu przypadkami beznadziejnymi. Wątpliwości i zapytywania pozbawione wiary w dziką naturę, w prawdziwą naturę nas samych okazują się czasami wręcz śmiertelną trucizną.

Co jest tym, w co wierzymy? Co jest tym, co nas pcha, by rozwiać wątpliwości, by podjąć każde wyzwanie, by stawać w obronie dzikiego życia? Myślę, że jest tylko jedna odpowiedź: jest tym głęboka, wewnętrzna wiara, że miliony lat ewolucji, że cały cud życia, nasze zmysły, uczucia wszystko to, co odczuwamy jako Ja (to wielkie Ja - śmiertelny wróg małego ego-ja), jest absolutnie doskonałe, że niczego nam nie brak, jesteśmy wyposażeni we wszystko czego potrzeba, by żyć najpełniej i najpiękniej jak tylko można (niektórzy mówią, że jest to życie z miłością i że miłość to właśnie wiara, ale to już inny temat).

Wątpienie i wiara to być może dwa podstawowe filary głębokiej ekologii, dające siłę i determinację bez porównania większą niż jakiekolwiek argumenty ze świata zapytywań bez wiary i wiary bez zapytywań.

 

A. Janusz Korbel



Doktor A. Janusz Korbel (rocznik 1946) - pasjonat ochrony dzikiej przyrody, inicjator wielu przedsięwzięć tyczących głębokiej ekologii. Między innymi przyczynił się do powstania, głośnej dziś, Pracowni na Rzecz Wszystkich Istot oraz miesięcznika "Dzikie Życie". Autor wielu książek i artykułów dotykających przede wszystkim szeroko pojętego bioregionalizmu. Od zeszłego roku mieszka w Puszczy Białowieskiej.

 

Bogdan Zdanowicz

Poranek faceta, który podlał kwiaty,
nakarmił psa i kota
a teraz zachciało mu się śpiewać!

Od snów w głąb mroku puchnie głowa

zasłony - rozpływają się w zapomnieniu

budzą mnie ptaki i szelest chmur

 

tak, wiem, przez całą noc mogłem

namiętnie całować się tylko z gwiazdami i księżycem

 

miasto śpi czujnie kiedy podlewam

kwiaty na balkonie, gołębie próbują złapać

spadające krople, cisza pachnie jak jaśmin

- zrozumieć to mogą tylko zagubieni

w tym świecie, sny, anioły miłości

 

najbardziej lubię milczeć, spojrzenie zanurzać

w oddechy wyznań, gdy tajemnica chmur

czaruje uśmiechem mogę jeszcze walczyć

z szeptem, z gradem żalu, z miłością

na tarczy

 

stoję patrząc wysoko, kot mruczy gdzieś obok

wiatr owija mi głowę paskiem pięciolinii

i wtedy - milcząc z całej siły - staję się

gwizdem, trelem zielonej pieśni poranka

 

7. 06. 2003 r.
Bogdan Zdanowicz

 

Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (18)

Notuję obecny przegląd siedząc na tarasie z widokiem na jezioro okolone bukami, grabami i brzozami. Wczesnym rankiem, gdy jeszcze nie eksplodował skwar, wadziłem się ze szczupakiem niespełna półmetrowym, by po szamotaninie ujrzeć wir za płetwą grzbietową. Nadal czuję charakterystyczny zapach uwolnionej ryby. Lecz woń szczupaczego śluzu poczęła wypierać świeżo zaparzona kawa i stos lektur. Książki pachną inaczej, choć bywa, że nie mniej podniecająco od żywicy sosen i jeziornej wody. Pachną inaczej, będąc wytworem ludzkiej kultury, która - niestety - coraz mocniej kłóci się z naturą.

Wokół fruwały białe kłaczki przekwitającej topoli. Coraz ciszej odzywały się ptaki, obezwładniane słońcem. Pod dachem tarasu nieśpiesznie kończyłem czytanie zadanych lektur, próbując dociec znaczenia przesłań autorów. Fiszki z notatkami przyrastały, rodząc też refleksje inne. Na przykład taką, że pisanie bywa aktem znaczącym tylko wtedy, gdy twórca, pokonując lenistwo umysłowe, próbuje nie tyle pokazać świat, jakim postrzegany bywa przez nasze zmysły, co zinterpretować ów świat w sposób niepowtarzalny i jedyny.

Tak, podobne spostrzeżenie jest banałem. Ale przestaje nim być, gdy patrzymy na akt twórczy z pozycji przyczyny sprawczej. Gdy postrzegamy twórcę w kategoriach demiurga, który - nie tylko umiejąc wykreować złożoność rzeczy - potrafi ową złożoność zamienić w iluminację, nadającą głębszy sens istnieniu.

Lecz czasami wydaje się, że niektórzy piszą jakby za karę, jakby coś zmuszało ich do zaczerniania papieru wbrew woli i możliwości. Nieświadomi szans własnych, a popędzani przemożną tęsknotą spełnienia, produkują literackie knoty.

Temu obszarowi przypiszę dwie z pierwszych omawianych pozycji. Przeciwstawiając im dwie następne.

Ale najpierw smutek.

 

Czytelniczym smutkiem napełnia nowa książka R. Biberstajna (Ryszard Biberstajn "Trzy rzeki", Poeticon, Poznań 2003, str. 75).

Ryszard Biberstajn, zamieszkały w Lesznie, pracujący w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w tymże mieście, jest autorem 6 wcześniej wydanych książek: "Język porozumienia" (poezja - 1988), "Zwykłe porządki rzeczy" (poezja - 1991), "Smutna radość" (poezja - 1997), "Zielone cukierki" (proza - 1998), "Profil w kamieniu" (poezja - 1999) oraz "Minutę niżej" (poezja - 2001).

Przedmiot obecnej uwagi, czyli "Trzy rzeki", zawierają 24 utwory o charakterze impresji, czy też etiud. Próbują opisać małomiasteczkową rzeczywistość południowo-wschodniej osady w Wielkopolsce. Śmigla konkretnie. Całość opatrzono sugestywnym mottem ze "Sklepów cynamonowych" B. Schulza.

Smutek po lekturze zbioru opowiadań wynika stąd, że proza tu zaprezentowana jest miałka i wtórna. Motto wydaje się nadużyciem (czy jak kto woli - protezą), a przedstawione fabuły przypominają zeszłoroczne, zleżałe liście. Niegdyś zielone, żywe i tłoczące tlen, teraz martwe i butwiejące.

Autor, wyjąwszy dobrze pomyślaną konstrukcję, nie panuje nad materią. Pewna biegłość językowa nie nadąża za budowanymi obrazami. A miejscami odwrotnie: sam język gubi się w nieporadnościach. Niechaj ilustracją będzie wyjęte z tytułowego opowiadania zdanie:

Artysta malarz długo wpatrywał się w siniejący nurt ludzkich spraw, aż z jego ciemnych, głęboko osadzonych oczu pociekły słone krople.

Podobnych figur jest znacznie więcej. Za dużo.

Przeto kolejnym nadużyciem wydaje się określenie autora (na okładce) mianem wytrawnego stylisty.

Do tego nieznośna mądralińskość narratora, objawiająca "genialne" prawdy. Narrator co rusz daje czytelnikowi do zrozumienia, że może zbłądzić bez odpowiednich sugestii.

Fakt, bardzo trudno jest opisać magię prowincji. Wielu połamało sobie na tym zęby. Ale jeśli już łamać, to na własny rachunek. Co R. Bibersztajnowi, niestety, nie wyszło.

Natomiast intrygująco plastycznie wyglądają towarzyszące książce prace malarskie (na jedwabiu) Anny Hryniewicz - o klimacie przypominającym obrazy M. Chagalla.

 

Do redakcji "Łabuzia" przysłał też swój, wydany kilka lat temu, zbiór wierszy W. Wiercioch (Wojciech Wiercioch "W ogrodzie węchomózgowia", MEDIA-PRESS, Kraków 1999, str. 56).

O W. Wierciochu wiem niewiele, a właściwie nic. Nie opatrzono zbiorku żadną notą. Tomik, zawierający 44 utwory, nie ma nawet spisu treści. Zawiera za to posłowie aż czterech osób: Zbigniewa Tlałka, Agnieszki Lisak, Roberta Marcinkowskiego oraz Hanny Ablewicz (żony współtwórcy Awangardy Krakowskiej, Jalu Kurka). Pośrednio - z informacji w posłowiu - wynika, iż autor wydał przedtem tomik aforyzmów "W cieniu zakwitającej goryczy".

Awangarda Krakowska jest zjawiskiem w historii literatury dobrze znanym i opisanym. Odwołanie do niej nie jest jednak w przypadku W. Wierciocha uprawnione. Bowiem, gdy Jalu Kurek (oraz inni członkowie Awangardy Krakowskiej) otwierał nowe drzwi językowi poezji, poezja szukała nowych wyzwań świadomie, ze znajomością zaplecza i tego, co sami usiłują z materią poetycką uczynić. Natomiast zbiorek utworów W. Wierciocha, z przykrością stwierdzam, zdaje się świadczyć o wtórności. O naśladownictwie wynikającym albo z presji poprzedników, albo z niedostatków wyobrażeń własnych o istocie poezji. Bądź też ze zwykłej nieumiejętności budowania strof.

Nie wystarczy dziś przedrzeźnianie (lub kalkowanie) poetyk zastanych, nie wystarczy aluzyjne trącanie przeszłości, by zbudować własne, z założenia oryginalne, gniazdo. Literatura jest okrutna i potrzebuje czegoś więcej. Wymaga za każdym razem kolejnego wysiłku. I nowych wkładów osobistych. Na puszczaniu oka i literackich "spotach" reklamowych daleko się nie zajedzie.

Daruję sobie cytację nadinterpretujących opinii posłowia. Przytoczę tylko próbkę tekstu samego autora. Konkretnie - z tekstu pod tytułem "Zespolenie". Wczytajmy się w to i wsłuchajmy:

czy poznamy szczyty naszych duchowych

wspólnych możliwości

jeśli nie zejdziemy na samo dno

naskórkowych dotyków

jak rozpoznamy brylanty naszych

zmaterializowanych spojrzeń

(...)

musimy dokopać szamanowi losu

musimy dokopać się

do podwójnego dna

do podwójnej dwulicowości

aż do szczytowania dna rozkoszy

Jeśli kogoś przekonują powyższe strofy, sięgnięcie po tomik "W ogrodzie węchomózgowia" nie będzie bólem. No cóż, być może świat jest pełen masochistów.

 

Gdy już wydawało się, że umrę z nudów, wpadła w dłonie kolejna lektura. Tym razem proza J. Durskiego, o którym "Prowincjonalia (10)" - w "Łabuziu" nr 38/2001 - nie najgorzej wspominały przy okazji wydania książki "Wśród krzywych luster" (Jacek Durski "Rok", Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2003, str. 152).

Jacek Durski (rocznik 1943) zapewne jest czytelnikom "Łabuzia" dobrze znany, skoro wielokrotnie publikował w tym piśmie fragmenty swoich utworów. Kawałków smakowitych, nadających się do odwołania przy komentowaniu niniejszej prozy. Bo między innymi akurat z niej pochodzących.

J. Durski, wcześniej rozrabiający w sztukach pięknych, podpiął się do prozy niejako z marszu, jakby korzystając z powinowactw muz pędzla i pióra. Podpięcie do literatury już od debiutu wypadło pomyślnie. To trzecia książka autora, obok nie wspomnianej jeszcze prozy "Mariacka".

Co wziął na celownik "Rok", o czym książka opowiada? Stwierdza Marian Kisiel na okładce: To rzecz o artyście, który - zmieniając narzędzie tworzenia - odkrył świat na nowo i intensywniej zaczął mu się przyglądać. Dodajmy jeszcze, że linearnie wiedziona proza zamyka się w przedziale dwunastu miesięcy. To wypieszczone zapisy o charakterze autobiograficznym. Autor jawi się czytelnikowi dyskretnym, ale jednak ekshibicjonistą. Po trosze też chyba narcyzem.

Akurat kręcenie się wokół własnego pępka nie bardzo mi odpowiada. Lecz na usprawiedliwienie powiedzieć można, iż pisarz - uroczo mamrocząc o sobie i swoich fobiach - sugestywnie deformuje rzeczywistość. Deformuje, dekonstruuje - na nowo, po swojemu składając.

Warty wypunktowania jest też sposób budowy prozy. To zwarte i przemyślane elementy mozaiki, zachowujące rzadko spotykaną dbałość o język. Autor operuje zdaniami krótkimi, unikając przypadkowych powtórzeń. Świadomy znaczenia słowa słów używa oszczędnie i - chciałoby się rzec - z malarskim zacięciem.

Sumując: "Rok" rzeczą wartą polecenia.

 

Dla regularnie przeglądających "Łabuzia" nie będzie także obcy P. Kozioł (Paweł Kozioł "Czarne kwiaty dla wszystkich", Wydawnictwo Staromiejski Dom Kultury, Warszawa 2003, str. 40). Bowiem autor ten (rocznik 1979) regularnie w kwartalniku zamieszcza swoje wiersze. Naturalnie sam fakt publikacji w "Ł." znaczenia mieć nie może przy ocenie książki. Choćby dlatego, że zdarzało się kwartalnikowi, w którym pisuję, zamieszczać utwory słabe, a nawet chybione z artystycznego punktu widzenia.

O autorze mam informacje skąpe. Czerpię z paru zdań na okładce. Że skończył liceum i polonistykę. I drukował swoje utwory między innymi we "Frazie" i "Zeszytach Literackich". Pierwszą publikacją zwartą był arkusz "Koma", opublikowany w tym roku.

Biografia biografią, ale najważniejsze jest dla nas, czytelników, słowo twórcze. Przekaz, impresja, dzielenie się lękami, nadziejami, wizjami wreszcie. Czy nas przekonują i wywiodą w rejony oczyszczające.

Można powiedzieć tak: O ile język W. Wierciocha wydaje się przejętym z zastanych poetyk, a widzialnie mało osobnym, o tyle lingua niniejszej liryki objawia świeżość i niebanalną siłę. Po części bierze się to stąd, że poeta nie poddaje się presji świata zastanego, nieufnie obwąchuje rzeczywistość. A po części z faktu operowania narzędziami własnymi.

Przyjrzyjmy się jak P. Kozioł buduje strofy:

a moje słowa wyrwą światłu pióra

ty prześwietlony nimi bielą w której znika

słowo słów moich cień twojego cienia

walczą ze sobą pamięć i ten blask

twój wróg jeżeli wkłada mi do oka

światło któremu jesteś tylko powietrzem gdzie

przez sen pod gęstą siatką snu trzepoce

pod skórą szelest prostowanych skrzydeł

Prawda, że uderza zagęszczenie zwrotów i pojęć zręcznie w wersach "zmanipulowanych"? Takie zestawienia budzą i budzić muszą niepokój choćby przez niezwyczajność oraz łamanie wewnętrznego rytmu.

"Chrzanić tradycję! Chrzanić, chrzanić, chrzanić!" - pokrzykują nieraz buńczucznie najmłodsi poeci. Najczęściej nic lub niewiele dając w zamian. P. Kozioł daje, prócz inteligencji, wrażliwość na słowo i rozwiązania własne. Tu czuje się pochylenie nad materią poetycką. Tu po prostu coś się dzieje - jeśli nawet w kategoriach estetycznych momentami odzywa się sprzeciw.

Paweł Kozioł to jedno z ciekawszych zjawisk poetyckich. Zwłaszcza w zalewie miałkich produkcji i braku samokrytycyzmu tworzycieli "wiekopomnych" dzieł. Przypuszczam, że o tym twórcy jeszcze usłyszymy. Jeśli lotów nie obniży - co po inicjacjach poetyckich zdarzało się często - i dalej konsekwentnie będzie drążył słowo. Oby nie zabrakło mu pary.

 

No dobrze, starczą cztery pozycje na kwartalny przegląd. Zwłaszcza, iż pozostałym lekturom ostatniego czasu (z tych, co dotarły) nawet nie należy się wzmianka.

 

(lipiec - sierpień 2003)
Paweł Szeroki

 

Rainer Maria Rilke

JESIEŃ

Spadają liście, spadają z daleka,

jakby i w niebie ogrody powiędły;

spadają gestem mdłego zaprzeczenia.

 

Nocami zaś opada ciężka ziemia

w obszary samotności z gwiazd odległych.

 

Spadamy wszyscy. Ta ręka opadnie.

I spójrz na inną: wszystkich to dotyczy.

 

Lecz jest też ktoś, kto całe to spadanie

powstrzymać umie dłońmi łagodnymi.

 

Kasi G.


Przełożył
Andrzej Lam




(7)

Tomasz Agatowski

EUROPA

to temat na zapełnienie kilku bibliotek, co też w ogromnej mierze jest spełnione, chociaż nowe osądy pozostają przed nami i kolejnymi pokoleniami. Dystans do historii Europy, do jej włóczni i dzwonnych jutrzni, dystans do barbaryzmu i etosu dobrej roboty pozwala budować syntezy dziejów, aczkolwiek uogólnienia kaleczą minioność, pozostawioną drogę. Unijnie będziemy mogli "oficjalnie" mówić o sobie: Europejczycy. Rozrośnie się w umysłach Polaków i spokrewnionych narodów uczucie mocarstwowości, mocarności, a pewien jestem, że tak się stanie, bowiem to proces wkomponowany w ludzką psychikę.

A jednak boję się o słowiańską inteligencję: abyśmy "ułańsko", z euforią nie zderzyli się z racjonalizmem, z kalkulacjami czy też krzywdzącymi stereotypami o Polakach. Zalecam powściągliwość w osądzaniu innych narodów, kultur. Unijną przynależność potraktujmy jak otworzenie przed nami domu, danie nam kluczy, jak zdjęcie ogrodzeń do wspólnego terytorium. Już przecież Dante"De Monarchia" budował myśl o wspólnym kontynencie wypełnionym pokojem, zjednoczonym pod wspólnym berłem. Poeta, noblista z 1960 r., Saint-John Perse, będąc szefem gabinetu ministra spraw zagranicznych Francji, napisał przemówienie projektujące utworzenie Stanów Zjednoczonych Europy, a minister Aristide Briand wygłosił je 5 września 1929 r. na forum Ligi Narodów... Projekt poety miał stanowić tamę przed agresją, przed bliskim ludobójstwem. Był, szansą wspólnej gospodarki, wspólnej, a różnorodnej kultury, dziedzictwa, był nowym punktem wyjścia historycznego. Niestety, projekt utknął w archiwach którejś z komisji ówczesnej Ligi.

Kultura w Europie nie może być przyduszona przez gospodarkę, handel. Mamy szansę, jako ród europejski, uskrzydlić kulturę tak dla indywidualistów jak i dla rzesz obywateli. Zapewne istnieje pilna konieczność odbudowy dorzeczy wspólnoty ludzkiej, społecznej, odbudowy więzów serdeczności, przyjaznych spotkań, bezpiecznych miejsc. Jean Monnet, jak pisze w szkicu "Europa -wyzwanie dla kultury"J. M. Domenach powiedział: "my nie sprzymierzamy państw, my jednoczymy ludzi". To niemalże jądro sprawy - schyłek dominacji "państwa" nad obywatelami, państwa w znaczeniu klasycznym, z rządem, prawem i granicami strzeżonymi. Tendencja zachodnia ucieczki i grodzenia swej prywatności, zapewne ulegnie metamorfozie ku jedności, wszak socjalizacja będzie nieunikniona, jeśli pragnie się zachować pozytywny bieg zdarzeń społecznych, bez roszczeń, bez wybuchów. Nasycenie kapitałowe to początek drogi, duchowość musi dotrzymać kroku.

Kazimierz Wyka"Liście do Jana Bugaja" w maju 1943 r. (J. Bugaj -okupacyjny pseudonim Krzysztofa Baczyńskiego), pisze: "Najpiękniej w wierszu "Historia" jawi się ta znamienna dla owych zamyśleń równość historii wobec cierpienia. Odpatetycznia Pan historię ()". Europo, posłuchaj Baczyńskiego, który poległ w stolicy, na Senatorskiej:

Arkebuzy dymiące jeszcze widzę.

jakby to wczoraj u głowic lont spłonął

i kanonier jeszcze rękę trzymał,

gdzie dziś wyrasta liść zielony.

Wiele wskazuje na to, że w przyszłości świata, Europa będzie igłą kompasu.

 

Tomasz Agatowski
Erem pod Dębami, wrzesień 2003 r.

 

Joanna Obuchowicz

staję się słowem które mówię
do ciebie /choć głównie topnieję/

choć (chodź) ci mówię, ciebie nie mam

i tylko słyszę wirowanie

wolnych rodników w policzkach.

się rumienię.

 

Joanna Obuchowicz

 

Irena Obuchowska

ŚWIĘTY MIKOŁAJ W TODZE

"Babciu! Ja wiem, gdzie mieszkają święci Mikołaje! Widziałem ich! Maszerowali rzędem! Mieli takie długie płaszcze, czerwone albo czarne, albo inne Ale nie mieli worków ani paczek. Dlaczego, babciu?"

Początkowe zdania były pełne zachwytu, ale w końcowym pytaniu pobrzmiewał niepokój. Babcia roześmiała się dobrotliwie (jakkolwiek niesłusznie) i powiedziała "ty głuptasku", a potem usiłowała wytłumaczyć wnuczkowi, że to nie byli Mikołaje, ale osoby, które tak jak jego mama miały uroczystą promocję doktorską. Jaś na to: "Przecież wiem, ale tam przyszli Mikołaje" Babcia dalej tłumaczyła, że przebrana była też jego mama, miała na sobie długą do ziemi, czarną togę, a na głowie biret "Ja wiem" - upierał się Jaś - "ale jak ona siedziała, to weszli Mikołaje". "To byli profesorowie" - tłumaczyła babcia - "to taki zwyczaj, takie piękne świętowanie w uniwersytecie". "Święto Mikołaja?" - zapytał Jaś.

A następnego dnia poszedł z babcią na ulicę Wieniawskiego i wskazując budynek Collegium Minus, najpoważniej oświadczył "To tu mieszkają święci Mikołaje".

Babcia Jasia, opowiadając mi o zdarzeniu, śmiała się, ale była też trochę zaniepokojona "Przecież to inteligentne dziecko" -mówiła - "dlaczego Jaś nie mógł zrozumieć tej sytuacji, może rodzice niepotrzebnie go ze sobą zabrali?"

Uspokoiłam babcię, że to wspaniale, iż go ze sobą zabrali, a przeszkodą w zrozumieniu sytuacji był z jednej strony nadmiar wrażeń, z drugiej myślenie życzeniowe dziecka.

Jaś bowiem po raz pierwszy znalazł się we wnętrzu dużego budynku, w którym na wspaniałych schodach kłębili się ludzie, jedni szli do góry, inni schodzili, jedni mieli w ręku bukiety kwiatów, inni aparaty fotograficzne Ruch, gwar, tłok. A potem oszołomiony chłopiec zobaczył te dziwnie przebrane postacie. Swojej mamy niemal nie rozpoznał, dopiero kiedy go przytuliła. I trzeba było cichutko siedzieć w wielkiej sali, z tatą, ale z dala od mamy. Mówiono na przemian po polsku i w tym dziwnym języku nazywanym łaciną. Dla Jasia był to piękny film z mamą i świętymi Mikołajami. A mama się przebrała, bo chciała Mikołajom pomóc. Tylko gdzie te worki, gdzie oni schowali prezenty dla dzieci? I dlaczego na głowach nie mieli czerwonych czapek? Właściwie to głównie brak tych czapek podważał autentyczność Mikołajów. Jaś wahał się. A może specjalnie zmienili czapki, żeby dzieci nie mogły ich rozpoznać? I zebrali się na naradę? "W jakiej to sprawie mieli się naradzać?" - zapytała babcia A Jaś odpowiedział z wielką powagą "W sprawie prezentów".

Dzieci przytłoczone nadmiarem wrażeń albo gubią się w nich, stają się emocjonalnie pobudzone i myślą chaotycznie, albo "wybierają" jeden wątek i wokół niego krążą ich myśli i uczucia W tym drugim wypadku mamy do czynienia z psychologicznym mechanizmem oswajania" świata, z dążeniem do jego uporządkowania w oparciu o najprostsze skojarzenia Postacie przebrane w togi skojarzyły się w umyśle dziecka ze świętym Mikołajem, co spowodowało, że trudna do zrozumienia sytuacja nabrała klarowności. U Jasia w proces "oswajania" świata włączyło się jego myślenie życzeniowe, jego oczekiwanie na świętego Mikołaja, wynikające z wiary w jego realne istnienie. U chłopca pojawiła się też fiksacja nieodłączna od tego tematu, czyli niemożność oderwania się od niego, ciągłe powracanie do tego wątku. Fiksacja pojawia się najczęściej przy przeżywaniu lęku, można więc przypuszczać, że chłopiec obawiał się, że może być inaczej, niż on sądzi. On po prostu bronił w ten sposób swojego przekonania, że rzeczywiście zobaczył świętego Mikołaja, w dodatku w liczbie mnogiej.

Wewnętrzny świat uczuć i myśli dziecka jest fascynujący. I wcale nie taki prosty, jak wielu dorosłym się wydaje.

A co do świętego Mikołaja, to jest to piękna tradycja i warto ją pielęgnować, bo obdarza radością dzieci i dorosłych. Wiadomo, że dzieci z niecierpliwością czekają na świętego Mikołaja, piszą do niego listy, opowiadają sobie o nim, a także trochę się nim wzajemnie straszą. Bo jakkolwiek święty Mikołaj obdarza podarkami i radością, to dobrze wie, co kto przeskrobał.

Najmłodsze dzieci nie potrafią jednoznacznie odróżniać fikcji od rzeczywistości. Ta zdolność myślenia rozwija się powoli i u większości dzieci dojrzewa około piątego roku życia. Wówczas wiara w świętego Mikołaja albo stopniowo ulega zachwianiu, albo znika w jednej chwili. Jeżeli dziecko samodzielnie pozna tajemnicę, wówczas najczęściej triumfalnie oznajmia o swoim odkryciu, co nie przeszkadza mu w kontynuowaniu - odtąd już "zabawy w świętego Mikołaja".

Jednak niektóre dzieci udają, że nadal wierzą w dobrego świętego - "żeby nie zmartwić rodziców". Są i takie dzieci, które czują się głęboko rozczarowane i płacząc, pytają: Ale dlaczego go nie ma?" Rozczarowane bywają te dzieci, które nie miały szansy samodzielnego odkrycia, bowiem jakieś inne dziecko albo dorosły nagle odarli je z czaru. Lepiej więc, żeby dziecko samo dojrzewało do swoich odkryć, nie utrudniajmy mu tego.

Jak jednak odpowiedzieć dziecku, jeżeli nas o istnienie świętego Mikołaja zapyta? Przecież on istnieje symbolicznie, a więc istnieje. Tak więc na pytanie dziecka odpowiedzmy, że święty Mikołaj istnieje w miłości rodziców i każdego człowieka, który pragnie jego istnienia. I zapytajmy dziecko, czy tego pragnie. Jeżeli tak, to święty Mikołaj istnieje!

Nie tak dawno prasa podała, że pewna nauczycielka w Australii została zwolniona z pracy, bowiem - zapytana przez uczniów - zaprzeczyła istnieniu świętego Mikołaja, bez uprzedniego porozumienia się w tej sprawie z rodzicami. Rzeczywiście, postąpiła nieroztropnie, nie powinna bowiem bezpośrednią odpowiedzią odtajemniczać świętego Mikołaja. Mogła przecież zainicjować proces stopniowego dochodzenia do prawdy. Na przykład zaproponować dzieciom, aby najpierw od rodziców zebrały informacje o świętym Mikołaju, a potem można było na lekcji przeprowadzić "burzę mózgów" i dopiero w jej wyniku doprowadzić dzieci do konkluzji, nie pomijając faktu, że kiedyś dobry biskup o imieniu Mikołaj istniał naprawdę. Jednakże dorośli bywają nieroztropni. I dzieci o tym wiedzą.

 

Irena Obuchowska

 

Ariana Nagórska

ni...

między uprawą ducha a uprawą ciała

jakże zwie się ten obszar niech no mi ktoś wyzna

odległość ni to lotna, ni płynna, ni stała

ni meta-, ni -fizyka

incognitalizman

 

Ariana Nagórska

 

Maciej Melecki

SKUTKI I PRZYCZYNY

Celebrowana niechęć łasi się u podnóża

Zasłoniętej dniem nocy, wyjadając resztki z ciała

Przypadkowo ustrzelonej chwili. Dlatego tym chętniej obserwuję

Okna, jak przepuszczają grymaśne odgłosy szwędających się

Pod domem, kiedy rozciągnięty na łóżku

Prawie że odlatuję w pierzchające już rozmówki i

Ścigam ogon komety, która mnie tutaj przywiodła.

 

Czy tak miał wyglądać planowany desant

Na osłonięte tyły, nie zaprószone ogniem z popielnika

Ulicy, na której byliśmy krótko sami i widząc

Nagłe odpalenie pory o pięciopalczastej aurze,

Schodziliśmy się szybko, szybciej się chyba nie dało.

 

Aż tu niespodziewanie ląduję i łóżko

Wypływa spode mnie. Mam przed sobą masę

Odpadków mieniących się jako dopiero co

Powstałe ciągi uwag i zdań, artykułowane

W słuchaweczce snu jako podstawowe i

Niezbędne, ale cóż, faktów jak na złość nie ma, bo

Zanim zacznie się uwodzenie, czar kopci już

Próżniowe ściany dnia i nawet podstępne, hienowate

Kształty cieni ulegają nęcącemu urokowi materii.

Okrążenie daje się łatwo przerwać i już jesteśmy

Na polanie przetrąconej jakąś linią biegnącą

Na wprost ze skłębionego słońca, i ta linia

Staje się poręczną busolą, przynajmniej na moment, bo

Wiemy już dokąd bieży pielgrzymujący po rozstajach

I moczarach tłum, który zjechał karawaną samochodów,

Zatrzymując się teraz pod gołym jak pięść niebem.

 

Nie jesteśmy tacy samotni, jakby chciało się niekiedy

Tego dowieść, albowiem w pobliżu zawsze coś samo z

Siebie się tłumaczy, wyrastając niespodziewanie w

Trakcie ogólnego przytępienia i staje przed lustrem czyjejś

Twarzy. I nad tym rozbitym jak namiot widokiem

Rozpływa się przypomnienie o tym, co musieliśmy zostawić

Lub oddać, bo z jednej strony wyzierające oko nie sięga w drugą.

Nie pokrywa się ze sobą żadna z przyjętych wersji tego, co

Losowo zostało wybrane, dzięki czemu skutek może zamienić się

Teraz w przyczynę i zatrzymując resztę, wchłonąć ją.

 

Maciej Melecki

 

Tomasz Rybak

ZA KULISAMI

Wieczór. Romeo i Julia siedzą w pokoju przy stole, na którym leżą resztki jedzenia. Kolejna kolacja zakończona zwycięstwem żołądków. Kochankowie piją herbatę z eleganckich filiżanek. Są sztywni jak trupy. Ciche siorbanie przerywa Romeo.

- Otello mnie podrywa.

Julia zachłystuje się herbatą.

- Słucham?! Otello to obcokrajowiec i może po prostu źle się wyraził.

- Ale on oferuje mi kasę za seks!

- Chyba się nie zgodziłeś?!

- Pewnie, że nie! Za tak śmieszne pieniądze?

Romeo gwałtownie wstaje od stołu.

- Co się z tobą dzieje?!

- Wychodzę!

Julia wydaje się zaniepokojona

- Czy ty Czy ty masz kochankę?!

Romeo siada przed lustrem.

- Idę z kolegami na piwo! - wykrzykuje, po czym bierze szminkę i zaczyna malować usta.

- Dla kogo się stroisz? Przecież nie dla mnie! Czyżby dla Otella?!

- Dla tego skąpca? Chyba żartujesz. - oświadcza doklejając sobie sztuczne rzęsy.

- Masz natychmiast powiedzieć, dla kogo się stroisz!

- Dla Makbeta! To prawdziwy dżentelmen. I ma pieniądze. - mówiąc łypie okiem na półkę. Pożyczam lakier.

- Ty chyba zwariowałeś!

- Dosyć mam życia postaci literackiej! Potworna nuda! - ciska lakierem o podłogę. - Wiesz, że wszyscy mówią o nas - tragiczni kochankowie? Ale to nie moja wina, że nie wychodzi nam w łóżku!

Bohater wyjmuje z szafki krótką spódniczkę i z nerwów zakłada ją tył na przód.

- Co ty pleciesz?

- Chcę zakosztować czegoś nowego! Kochać się z mężczyzną! Zapadła kurtyna na nasz związek!

- Psychika ci się całkiem wyszczerbiła! Tato miał rację. Od razu mu się nie spodobałeś.

- Pewnie - bo mam krzywe nogi i gruby tyłek! - wkłada perukę i wymyka się z domu.

 

Tomasz Rybak
rybaktomasz@wp.pl

 

Edyta Niewińska

HISTORIA

Pewnie niektórzy stwierdzą, że zdarza się im taka historia co tydzień; ja powiem, że to przesyt. Inni powiedzą, że dzięki Bogu nic takiego w życiu ich nie spotkało, i oby tak pozostało; powiem im, że nie wiedzą, co tracą. I powiem też, że ta historia mogła się przytrafić każdemu z nas. Jest nawet w samej fabule zdarzenia coś fikcyjnego, coś niedorzecznego, coś co równie dobrze mogło zostać stworzone przez moją wyobraźnię, albo mogłam o tym od kogoś usłyszeć, albo ukraść komuś tę historię, albo też kupić na bazarze cudzych wspomnień. Może to nawet nie jest takie istotne, czy zdarzyła się mi, czy którejś z moich tak uwielbianych śmiałych i wyemancypowanych przyjaciółek, może ta historia jest naszą wspólną tajemnicą, kluczem, który otwiera drzwi do naszej wyobraźni, mityczną przypowieścią o tym, jakie potrafimy być, jakie naprawdę jesteśmy. Może nawet nie powinnam o tym mówić, ale czyż nie należy czasem uchylić rąbka tajemnicy i otworzyć wyobraźnię? Może to nic takiego, a może właśnie dla nas coś ważnego, cząstka naszej wspólnej historii.

Historia zaczyna się właśnie wtedy, gdy zabrakło mi słów, gdy z rozpędem nabrałam powietrza w płuca, żeby wykrzyczeć swoją złość na podły dzień, który wciąż nie chciał się skończyć, choć nie wiedziałam, jakimi słowami go przekląć i przegonić, może właśnie krzycząc na tego faceta, obcego w moim domu, błogosławionym miejscu ucieczki przecież, a teraz właśnie nie! On uśmiechnął się ironicznie i powiedział, nie ma się co irytować, zrobi się i się zobaczy, ale zapewniam panią że będzie ładnie, wtedy znów mnie zatchnęło i usiadłam zrezygnowana w fotelu. Będzie ładnie, no pewnie że będzie ładnie, jemu jak najbardziej może się tak zdawać, ale ja obiecałam sobie, że pozbywam się złudzeń, więc niech obcy facet w moim domu nie mami mnie fałszywymi słówkami! Gniew we mnie kipiał i opadał gorącymi falami, a nieprzejednany wzrok obcego patrzył z ironią i spokojem, którego mi brakowało, więc tym bardziej go nienawidziłam i z każdą chwilą coraz bardziej. A teraz niech się zajmie na nowo tą łazienką, niech zamknie za sobą drzwi dokładnie i niech pozwoli mi spokojnie skonać. Rozstanie z tym światem wydawało mi się najlepszą decyzją, teraz i na zawsze, kiedy miewałam niespodziewane zakręty w życiu, w które jak zwykle wchodziłam z za dużą prędkością, a potem już tylko chciałam skonać. Mężczyzna ze śmiechem zajął strategiczna pozycję gdzieś między wanną a lustrem, ja tymczasem powoli odpływałam w niebyt, oddając się łagodnym objęciom Morfeusza, w na wpół rozpiętym płaszczu, okularach na nosie, z bosymi stopami w przedpokoju na fotelu.

 

Jeśli kiedyś zdarzył wam się obcy facet od remontów, z którym nieoczekiwanie przyszło wam spędzić każdą wolną chwilę przez co najmniej tydzień, to dokładnie wiecie, o czym mówię. Jakby tego było mało, podówczas nie miałam zbyt wiele rzeczy do zrobienia, korzystałam z zaległego urlopu, więc załatwiałam zaległe sprawy w znienawidzonych bankach i urzędach, stąd więc moja głęboka nienawiść do życia. Ponieważ zawsze ceniłam sobie niezależność osobistą, nie w smak mi było jeszcze wysłuchiwanie cudzych mądrości, nie mówiąc już o tym, że w moim małym mieszkanku wpadaliśmy na siebie ciągle, natomiast ja, przyzwyczajona do samotnego mieszkania, niedzielenia się z nikim problemami, z trudem znosiłam jego obecność. Absolutnie nieistotne było, kim jest, był obcy i taki pozostał, nie zapytałam go nawet, czy ma psa i co robią jego rodzice. Zgodnie z umową pojawił się, ułożył ładnie kafelki w łazience, i wyjechał. Operacja trwała jakiś tydzień, jeden tydzień z mojego życia, od tamtego tygodnia dziura w łazience - pozostałość po poprzednim lokatorze, należała już do wspomnień, mało istotnych zresztą. Może nie tak samo, jak jego obecność, choć w jakimś sensie sobie podobnych. Dla mnie obcy był jak pies, którego się przygarnia, karmi, rozmawia z nim i śpi, wszystko po to, żeby przez chwilę było inaczej. Niektórzy mówią, że robi się takie rzeczy, żeby na chwilę poczuć się czyimś, zapomnieć o samotności. Uwierzycie mi na słowo, że to bzdura, że w takich momentach człowiek nie myśli o sobie i samotności, która zresztą z łatwością daje się oswoić? Jedyna myśl, jaka mi przyświeca, kiedy przygarniam stworzenie, kota albo mężczyznę, to odmiana. Z góry zakładam, że odejdzie. Inaczej bym go nie wzięła. A ponieważ tak się włóczy, pewnie chciałby też czasem przez chwile pobyć z kimś, pośmiać się z ironii losu i pomilczeć nad książką. Pomruczeć dla kogoś. Popatrzeć strudzonymi oczami w czyjeś oczy. Odpocząć. Ja też. Dlatego czasem, na tydzień lub dwa, przypadkiem raczej, biorę do domu kota lub psa, adoptuję nieumyślnie cudze dziecko lub mężczyznę. I chociaż jest dobrze i miło, z ulgą witam moment, kiedy muszą odejść. Bez żalu, raczej z wdzięcznością. Czyjaś obecność nie jest dla mnie rozrywką ani ucieczką. Jest spotkaniem, rozmową, wytchnieniem, łyżką miodu po gorzkiej kawie. Lubię tak samo kawę, jak miód, tylko że miód rzadziej jadam. I to tyle.

 

Problem z byciem polegał na tym, że nie wybrałam go, był kimś kto przez tydzień musiał mieszkać między wanną a lusterkiem. Nie pytałam, jaki jest, bo też wcale mnie to nie obchodziło. Inaczej sprawa się ma z przybłędami, spotykasz je na ulicy i przez jeden błysk oka wiesz, masz absolutną pewność, że łączy was niewidzialna więź, dziwne porozumienie polegające na podobieństwie genotypu że potraficie uszanować swoją obecność-nieobecność, niechęć do zapisania się trwałym wspomnieniem w czyimś życiu. Milczenie, tajemnica, niecierpliwość, ciepły uśmiech już po wszystkim, byle nie za dużo słów, tak żeby niczego nie zagadać, zostawić pole do działania marzeniom. Obcy był inny, stale opowiadał jakieś historie, robił kawę sobie i mi, nie pytając wcale, czy mam ochotę. W niczym nie przypominał psa ani kota, ani nawet dziecka. Może dlatego nie miałam na niego żadnego sposobu, nie wiedziałam, jak się oswaja takie istoty i wcale nie zamierzałam tego robić, tylko o tyle, o ile możliwe było potencjalne współżycie przez ten trudny tydzień. Nie miałam sposobu, słowa więzły mi w gardle, dech mi zapierało, gdy chciałam je z siebie wyrzucić, brwi podnosiły się w wielkim zdziwieniu, a we mnie rodził się prawie podziw dla rozmiarów śmiałości i, w moim mniemaniu, bezczelności obcego. Z całych sił próbowałam więc przetrwać, jak najmniej oddychać i przeczekać. Absolutnie samozachowawcze egoistyczne wyjście. Wyjście też było dobrym pomysłem, ale ile czasu do licha można spędzać poza własnym domem, kiedy sprawy ma się załatwione, a czas wolny się jakoś nie kurczy?

 

Tak więc w płaszczu i na fotelu obudziłam się wieczorem, przede mną stał obcy, najwyraźniej na coś czekał. Kiedy doszłam do siebie, a on doszedł do wniosku, że jestem w stanie zrozumieć jego słowa, z bezczelnym uśmieszkiem zapytał, jakie piwo piję. Piwo, prychnęłam, tylko wino i w dużych ilościach. Tym samym miałam nadzieję, że się obrazi, zniknie na cały wieczór i nie pojawi się przed dziesiątą rano. Jak bardzo się myliłam, zrozumiałam, kiedy otwierałam mu drzwi, a on przytachał trzy butelki czerwonego chorwackiego wina i z przewrotną miną powitał mnie w tychże drzwiach tekstem: kolacja gotowa? O mało nie pękłam, nie zdążyłam zamknąć mu drzwi przed nosem, bo był już w przedpokoju. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że może on czegoś ode mnie oczekuje. Postanowiłam więc dobitnie dać mu do zrozumienia, kto tu rządzi. Ale jak mogłam to zrobić, skoro on był szybszy, i niestety błyskotliwy jak sam diabeł. Nie pozostało więc nic innego, jak tylko upić się. Trzy butelki wina to tak w sam raz na wieczór, tak żeby zapomnieć o świecie za oknem i dobrze się bawić. Zdawało się to możliwe nawet w jego towarzystwie. Nawet się nie myliłam, bo po jakichś głupawych rozmówkach wyciągnął skądś moje stare scrabble, więc graliśmy we wszystkie możliwe nieprzyzwoite słowa, potem w zagadki, zgadnij co mam na myśli, gdy myślę o tym wszystkim, na co na co dzień nie mam czasu i co czasem wydaje się zbyt głupie, żeby w ogóle o tym myśleć. Bawiłam się przednio, dawno minęła już północ, prześcigiwaliśmy się nawzajem w opowiadaniu anegdotek, w głowie szumiało mi przyjemnie, sen tak jakby był jeszcze daleko i nawet nie wiem, kiedy obudziłam się wciąż na podłodze, wtulona w obcego. Nic między nami nie zaszło, odetchnęłam z ulgą, ani jeden guziczek mojej garderoby nie był odpięty, wszystkie dzielnie komunikowały, że nie było żadnych podchodów w tym kierunku. Co za nierozważność, westchnęłam, zgrabnie wyplątałam się z jego dłoni i wsunęłam mu jaśka pod głowę. Chciałam wziąć prysznic, ale łazienka, ach, nie była tymczasem w najlepszym stanie. To mi natychmiast przypomniało o powinności obcego, wszystko wróciło na swoje miejsce. Chociaż może nic się ze swojego nie ruszało, wynajęłam go jako gościa, który zrobi mi łazienkę, a nie jako faceta do towarzystwa. Wczoraj było zwyczajnie miło, przypadkiem spędziliśmy razem czas. Nie zamierzam niczego się wypierać, bo tłumaczą się przecież winni, a ci najwinniejsi się wypierają.

Moje życie uczuciowe z pozoru nie wydaje się skomplikowane. Patrząc z zewnątrz rzadko bywam sama, patrząc jak najbardziej z wewnątrz, zawsze jestem. Jest to stan dla mnie optymalny, najlepszy z możliwych. Nie oczekuję rozczulania się ani pocieszenia, to dobry stan. Mam czas dla siebie, kotów i psów, mężczyzn. Nic nikomu nie ujmując, od mężczyzn oczekuję tylko elementarnej wspólnoty uczuć i przyjemności, pomijam wierność, wspólne gospodarstwo domowe, dzieci, miłość, kanapę i telewizor, wspólne debaty nad życiem, a choćby i na wszelkie możliwe tematy filozoficzno-społeczno-polityczno-ekonomiczne, choćby nawet jak najszczersze i najlepsze porozumienie; nie wydaje mi się, żebym w ogóle tego chciała. Może to wrodzony deficyt uczuć, może chłodna kalkulacja, może trzeźwe założenie życiowe. Tak jest i tak niech pozostanie, dopóki jest dobrze.

 

Zamknęłam za sobą drzwi, zanim się obudził, nie zostawiłam mu kawy na stoliku ani karteczki z wyjaśnieniem. Nie mogę też powiedzieć, że ten dzień miał dla mnie jakieś szczególne znaczenie. Zwyczajnie, dzień jak co dzień, do domu wróciłam znów lekko poirytowana. W ręku miałam jakiś obrzydliwy papier z banku i nowiutki sweter, który choć odrobinę osładzał mi złość na wszelkie instytucje tego świata. A może zwyczajnie do tego świata się nie nadaję? Mam za mało cierpliwości, za mało asertywności, za mało kreatywności, och w nosie mam te wszystkie przemądrzałe tekściki, czy nie wystarczy, że jestem sobą? Cóż, oby się nie okazało, że właśnie nie

 

Wieczór spędziłam w towarzystwie przyjaciółki, piłyśmy piwo w knajpie i oceniałyśmy babskie kreacje i męskie starania. Wróciłam późno, niestety on wciąż tam był. Najnormalniej w świecie spał na fotelu w przedpokoju przytulony do mojego nowego swetra. Zabawne; wcale nie będę mu przeszkadzać, bynajmniej, tylko drzwi do sypialni zastawię krzesłem.

 

Rozmyślałam przed snem o sytuacji mojej i moich zamężnych bądź też uwikłanych w jakieś związki przyjaciółek, nie jestem pewna, czy doszłam do jakichś sensownych wniosków. Nasłuchiwałam szmerów za drzwiami, było zupełnie cicho. Zasnęłam jak dziecko. Nad ranem obudziło mnie pragnienie, w kuchni wpadłam na zaspanego obcego. Nie wydawał się wcale groźny, był raczej dziecinny w swoim rozczochraniu i lekkim zagubieniu w sytuacji. Nalałam mleka do dwóch kubków, wydawał się zadowolony z mojej akceptacji sytuacji. Nie tak szybko, pomyślałam, a po chwili, nie nie tak po chwili, po rozmowie, uroczej rozmówce, dialożku, pogadance; do licha, jak by tego nie nazwać, potem zasnęłam spokojnie w jego ramionach, w moim własnym łóżku.

 

Jeśli powiem, że życia nie zmienia się takimi jak to spotkaniami, to z pewnością nie będę w błędzie. Takie chwile to deser, rozkoszne danie na koniec trudnego dnia, przyjemność, bonus od życia, którego wcale się nie spodziewasz, przynajmniej nie w tym momencie. I doprawdy wcale nie chodzi o to, czy się z tym kimś sypia czy nie. No a jeśli tak, to jest tym przyjemniej. Wygrałaś los na niewiele obiecującej loterii życia i postaraj się jak najszybciej przepuścić całą tę kasę, a gwarantuję, że będzie bardzo, ale to bardzo hedonistycznie. Tym większa jest przyjemność, im mniej masz wyrzutów sumienia - przecież mama cię uczyła, że trzeba oszczędzać pieniądze i uczucia, ha, jeśli się w ogóle uczucia daje w zastaw w tej grze.

 

I nic szczególnego nie stało się także tego poranka, trąby nie zagrały, nawet wróbel nie zastukał dziobem w szybę okna. Nic szczególnego nie stało się dla mnie ani dla obcego. Pozostał obcym, a ja pozostałam rozkapryszoną dla niektórych panienką, dla innych zaś zbyt wyemancypowaną feministką. On poszedł po materiały do tej nieszczęsnej łazienki, ja od niechcenia wystukałam jakiś artykuł. Nad kubkiem kawy przyszła refleksja - jeśli tak wygląda życie w związkach to, moi drodzy, to ja z całą odpowiedzialnością się wypisuję z tego interesu. I nawet nie uwierzę, że kiedyś stałam w kolejce po takie dobrodziejstwo.

 

Kolejna noc była nawet bardziej ekscytująca, ale cóż, można stracić głowę dla tej chwili, lecz nie dla mężczyzny. I nie chodzi o obcego, wcale nie był taki zły. Tracić głowę dla mężczyzny to tracić siebie, powolutku trwonić własną energię, aż starczy jej tylko na prasowanie koszul, o ile koszule mi wtedy będą jeszcze potrzebne. Ach prawda, niektóre prasują wtedy już tylko męskie koszule. Jakie to smutne...

 

Być może w tych moich sądach nie byłam wcale sprawiedliwa i nawet chyba nie miałam zamiaru być, po prostu widziałam już tyle smutnych kobiet, samotnych u męskiego boku, że nie chciałam powtarzać ich błędu. To pewnie nie był jeden błąd, ale cała seria błędnych posunięć, więc tym gorzej dla nich i tym lepiej dla mnie, jeśli ustrzegę się tego pierwszego. Myślałam tak zawsze w kontekście mojego całego życia, natomiast nie miało to jakiegoś szczególnego związku z obcym. Obcy przypominał historię z czasów, kiedy traktowałam mężczyzn jak używki, a przecież używki to tylko przyjemność, a do tego jak bardzo psują nam zdrowie! To była gra, prowadzona głównie według moich reguł i na moim terenie, gra która skończyła się trzy dni później wraz z jego wyjazdem.

 

Błyskotliwy jak sam diabeł obcy jeszcze mnie zadziwił parę razy, grał w tej grze mocna kartą, wiedząc że nagrodą jest jedynie przyjemność, nie zaś zdobycie serca księżniczki z samotnej wieży. Zresztą nie sprawiał wrażenia, jakby czyjeś serce go w ogóle obchodziło. Tym lepiej dla mnie, bo mnie w przeciwieństwie do niego serca obchodziły bardzo. Ponieważ nie brał pod uwagę centralnego organu w tej grze, nie zachodziła obawa, że ktoś wyjdzie z niej poraniony,
a o to mi przecież chodziło.

 

Pamiętam jeszcze, że nad ranem pożegnał mnie uśmiechem, jakiego nawet diable wcielenie Jamesa Bonda by się nie powstydziło, i tyle go było w moim życiu. Zasnęłam spokojnie, wiedząc, że obudzę się tak jak co rano i może dzisiaj nic szczególnego się nie wydarzy, ale jutro, kto wie nie zdumiewały mnie wielce takie niespodzianki, co nie znaczy, że nie sprawiały odpowiedniej do wydarzenia radości. Bardzo lubiłam ten stan rzeczywistości w rzeczywistości, jaki wnosiły w moją codzienność. Stało się coś prawdziwego, co jednak było prawdą nie mieszczącą się do końca w moim życiu, więc potraktowanie tego jak historię, którą się czasem komuś opowiada, było jak najbardziej na miejscu. Poza tym była to nie tylko moja historia, choć nie sądzę, żeby obcy do niej często wracał. Wiedziałam, że nie spotkam go na ulicy, musiałby znów przejechać pół Polski, żeby tu się znaleźć, a nie wydaje mi się, żeby miał do tej historii aż taki sentyment. Ja osobiście lubię tę historię, nie dla jej prawdziwości lub też nie, lecz dla prostoty, wdzięku i lekkości jakie wnosi do mojej własnej, rozpisanej na lata, epizody i katastrofy, życiowej opowiastki.

 

Edyta Niewińska

 

Jacek Durski

DRUGI

Ewy urodzinki. Lecz nie dla mnie. Poszła do brata. "To ty przyjdź z tym, co zrobiłaś", rozkazał przez telefon. "Zjemy u mnie podczas seriali." Poczłapała do niego z wielkim bólem głowy i torbami serników. "O Jezu, o Jezu", słychać ją było do windy. Jej matka z bratową ciężko chore na oczy. Nie mogą patrzeć na siebie. Leżą na dwóch kanapach przed dwoma telewizorami. Mają się pogodzić podczas przyjęcia.

Obrażony poszedłem na dworzec. Pociąg stał na peronie i stał. Nie chciał jechać do moich Katowic. Pisałem na lewym kolanie. Dużo słów podpowiedziała mi książkowa Donajska. Skąd ona je wzięła? Nigdy nie potrafiła dobrze mówić ani dobrze się ruszać, co denerwowało moją matkę i wuja Donajskiego. A na prawym kolańsku przeglądałem Prawdziwe małe historie Niepodległej z moją Podstawówą. Ładnie wydali w Warszawie. "Napierski nie jest już bohaterem?", wyjąkała nauczycielka patrząc po wszystkich, jakbywyrosły nam z głów kolorowe bimbolki. Podstawówę napisałem przeciw złu za Tobą, dla Ojczyzny. To dobrze, że dostała nagrodę w ogólnopolskim konkursie. Mijały dziesięciolecia, a ja nosiłem w sobie ten obraz zastrzelonej w Poznaniu kobiety. Trzymałem go pod sercem, wierząc, że kiedyś będę mógł o tym powiedzieć. Teraz mam nagrodę za Wiarę. Pocałuj ten tomik, ale tak, żeby nikt nie zauważył, powiedziały wargi do czoła. Zresztą całuj, jak chcesz. Niech patrzą w wagonie na miłość, zachrobotał ząb o tekturę i zasnął w koronie idei.

W okienkach snu mnóstwo pań. Z jakichś galaktyk. Każda z innego układu i z innej materii. Co za seks w zgęszczeniach, co za siły grawitacyjne. Niestety podczas kochania przyśnił mi się wuj Wicek. Wyjął z siebie drugiego Wicka, swoje zwłoki. Obydwaj przeliczyli się z talentem. Chcieli zagrać błyskawicę zamiast grzmotów. Po Wickach śniła mi się matka. Opowiadała o pierwszych dniach spędzonych pod ziemią. Myślałem, że umrę ze strachu, że się nie wybudzę. Nie mogłem wydostać się z czarnej dziury. "Przestańcie mnie dręczyć", przeniosłem uczucie z matki na żonę-nieżonę. Ze starej na starą. Z "Jesteś złym synem. Masz wśród piątek czwórkę" na "Jesteś złym mężem, nie kupiłeś mi samochodu, tylko coś, co nie pamiętam". "Nie wyjdę z tej dziury, z czarnego", krzyczałem śniąc na stojąco, oparty o szybę wagonu. Nie mogłem wyjść z podziemia. Przeszkadzała mi w tym jakaś piękność z jakiejś konstelacji? Zamiast głowy miała pochwę. Aż do płuc. Do macicy. Była na przestrzał. Sam przelot z nieziemską spiralą. Opowiedziałem kobiecie o nienormalnej Bergelowej, nauczycielce biologii. Oprócz tasiemca trzymała w spodniach paznokcie Wasilewskiej. Tak ją pofyrtał Miczurin. Za bardzo się podnieciłem gadając. Chciałem ją mieć w pociągu. Sfrunął z chmury Anioł stróż. Przesypały się słowa przez brzegi kosmosu. Nie wiedziałem, co robić z błękitną łyżką. Ktoś mi ją wsadził do gęby. Moja matka, jaśnie pani. "Włóż to swojemu Eisenowi", wyrwałem z pyska metalowy herb. "Ja nie słodzę herbaty ani kawy. Ludziom też nie słodzę, chyba że ich kocham. Teraz kocham osiemdziesięciu ośmiu. Wcale nie za dużo. To dobra liczba, wiecznie doskonała."

Byłem w Katowicach? Nie, na Porąbce. Jak to się stało? Przez ten wybuch uczuć. Zniósł mi pióra na cmentarz, do pani Janiny. Tam też zielono. A nawet błękitnie. Las z niebem. Drzazgi światła i wióry cienia. Zacząłem kolejny rozdział. Eisengraeber przy jedzeniu drażnił matkę łokciami. Dostał w pychol talerzem. Na płask porcelaną. Co to za krzywa zapisuje te moje myśli? Skąd to? Wracając przechodziłem koło ogrodu Łuckosiowej. Teraz "starych" i młodych Otrychów. Niby ten sam. Te same drzewa dalej stoją w ziemi. A jednak Nie ma już tamtej trawy. Wzięłaś ją do Niebieskiego Ogrodu. Jak Tam, pani Janino? Nie jedź teraz do Sosnowca, radziła Łuckosiowa z zaświatów.

Nie posłuchałem mądrej i omal Tak bardzo zdenerwowała mnie Ewuś swoją rodzinką. Mamuśka chora, bo bratowa chora. No to braciszek też chorusiany. Nie będzie obsługiwać leniwych bab. Też będzie nygusem. Poleży przed kablówką po bogatej ciotce. Jak prawdziwy inżynier. "Niech wszystko zrobi Ewuś. Ona nie ma dziecka", powiedział oglądając Euro-sport. No tak! Po to zakatrupili jej nie narodzone, żeby mieć coś z morderstwa, przeleciały przez pokój czarne myśli. Tak czarne, że aż zobaczyłem między szybami okna maleńki cień. Może to był gołąb? Taki nieduży? Ta kłótnia i te na suficie chroboty. Chroboty i turkotania. Turkotania, szczękania doprowadziły mnie do drzwi balkonowych ze straszną fantazją. Lecz one, na co dzień, takie marne, lichutkie, zacięły się mocno, żebym nie wyskoczył. Nie powiem już, że "są do dupy".

 

Dzisiaj mój dzień. Dzień Ojca. Pięć minut starego. Przyjechał Jacek z Kasią. Każdy przy nich to piąty. Nawet nie trzeci. Są tak bardzo razem. Dwoje w szklanej kulce zamkniętych na kulę. Kocham syna. Lecz czy on mnie kocha? Nic nie mówi o nas. Tylko o komputerach. "Gadaj, jak jest między nami!", wyprowadziłem za drzwi pijaną Zagusową. Przytoczyła się z butlą bimbru i swoim pieskiem. Trzymała go w zębach. Dosłownie, do dziąseł, "żeby nie uciekł". Biedne te psy na Osiedlu Zwierzaków. Ale dlaczego nie przyjechała An? Nie pamiętała? Czarne płatki w oczach. Z czarną różą trudno. Zadzwonił telefon. Zamiast życzeń od córki zwierzenia Boniuszowej. "Tydzień temu przyszedł do mnie Walerian. Nie proszony nawet przez kota. Zepsuł nam słodki nastrój kwaśnym pierdnięciem. Włożyłam mu w sińce oba bukiety, które przyniósł z gumami."

Długo pisałem o matce. Zwlokła z siebie taftową suknię. Łyskliwa czerwień. Białe kawały ciała. Ciągle myślę o starej. O jej niedobrych oczach i pięknym tyłku. Nie pozbędę się już tego myślenia. Musiałbym wyrzucić pamięć. Przekrzywiają się nad matką cienie Eisengraeberów. Unosi się krzyk.

W drugim pokoju cisza. Jakby tam nikogo nie było. Nie rozmawiam z Ewą od niedzielnej scysji. Pierwszy raz nie gadamy tak długo. Zwykle pokłócimy się na dwadzieścia minut. Zle mi z tym milczeniem. Bardzo źle. W sercu i w jelitach niepokój. A w głowie, w moim młynku, rodzina Ewusi zmielona na śmierdzący proszek. Z czerwonych i różowych czerwonawy puder. Świetna zasypka na lewą nogę. Dla prezydenta Wałęsy. Coś kiepsko ustawiłem mózg. Ciaśniej pod czaszką i ciaśniej przy biurku. A do tego, co do tego, nie pamiętam co. Ach, tak pada z sufitu. Znowu nam zalewają mieszkanie. Już nie przenoszę rzeczy z pokoju do pokoju. Rozmokły słówka, rozpadły zdania. Ewuś nie podaje mi herbat. Szukam pokoiku w leszczyński(e)m. Już nie mam zdrowia handryczyć się z osiedlowym Zwierzakiem, gadać do niego po ludzku, kiedy on szczeka i wyje przemieniony wódką na halucynozę. I jeszcze te "esemesy" od An. Przeprowadza się na Plebiscytową. Z matką. Meble zostawiają biednym. Kupią nowe na nowe mieszkanie. Oczywiście, na kredyt. Ale kto spłaci pożyczkę?

 

"Kto?", prześladuje mnie to pytanie od przedwczoraj. Kto?, uśmiechnąłem się do pani bibliotekarki rysując na kartce kilka pytajników. Sześć. To liczba nie tylko dla Pitagorasów, powiedział mi w głowie ojciec. Zajmij się teraz szóstkami zamiast myśleć, że już nie wejdziesz do tego mieszkania pod 18a. Odzyskasz dzięki szóstkom równowagę Kosmosu, odezwał się powtórnie. "Zajmij się tą cyfrą, to nie będziesz widział tego parkietu z Mariackiej, gdzie na każdej klepuni za dużo się działo", wyszeptałem sobie do ucha przez zwinięty w trąbkę zeszycik. Pani bibliotekarka też zwinęła w trąbę "Rzeczpospolitą" i zaczęła "lornetować" po swojej czytelni. Mnie bez głowy i puste krzesełka. Zacząłem pisać patrząc w "lornetę". Eisengraeber urósł pod sufit, a ciotka Hela do parapetu. Kartki zawalone słowami. Przylepiłbym je chętnie do bibliotekarek. Niech chodzą z akcją. I tak się już pogubiłem w Eisenach. Za dużo ich, a za mało ojca.

Dzięki Mariackiej, dzięki tej powieści, mieszkanie pod 18a stało mi się jeszcze bliższe niż kiedyś. I przez te dwa miesiące w tym roku, spędzone z córką, z Palantem i "krótkopisem". I przez ten palec w biurku. I przez ten mróz od pieca. Wszystko mnie tak "przy" do tego mieszkania. A teraz idzie w podstępne łapy. To my mieliśmy prawo pierwokupu. A nie ten, znikąd, który po cichu nabył kamienicę, a potem czekał w zmowie z urzędnikami, tak w zmowie, aż minie czas, po którym jest bezkarny. Pisałem już trochę o demokracjach. Ale tu, na mojej ulicy, pod tym numerem, trzeba powiedzieć bez cukru: "Demokracja w słabym państwie to dobra dziwka dla rodzimych i obcych alfonsów. Trzeba być narodowcem dla tej całej zgrai." Gonić z ojczyzny rajfurów, myślałem do obrazu. Dlaczego spadł ze ściany? "Moje piąstki lekkie jak piórka. Nie dowalą cichocichym. Nie rzeźbię od kilku lat. Gdybym trzymał dłuto", mówiłem całą noc. Chodził Twój cień po obwodzie miasta."Sprzedane kręgosłupy, miednice. Nikt już nie urodzi idei", wołał do Orła Białego.

Czerwony ranek. Ewuś w cząsteczkach nasycona kwasem. Rozsypała sól. Będzie się kłócić dla zasady. Rzeczywiście, wpieprzyła mnie bardzo, tak że wyskoczyłem z jadącego samochodu. Nie zdenerwowała, lecz W! Tą gadką o swojej matce. Szedłem jakimiś ulicami nie mogąc trafić na dworzec. Wściekły na siebie, że kiedyś nie pozwoliłem koleżkom z "Białych Brygad" zrzucić tej starej ze schodów wraz z Umsiałem, jej kuzynem z SB. A tak chcieli strącić tę parę. Podżegaczkę z "nagrywaczem". Tak swędziały ich białe łapy, żeby spuścić po schodach czerwony duet. Lecz ja byłem "taki chrześcijanin" i nie pozwoliłem na to. I nie wiem teraz, gdzie PKP. Kto poda mi pociąg na szynach? W końcu zobaczyłem taksówkę. Co za światła z klamki? "Proszę do Katowic. Powiększa mi się nieprzyjemnie głowa. Za dużo myśli złożonych." "Wchodź pan! Ja również wstałem za wcześnie i w nie te buty. Najpierw pokłóciłem się z żoną. Upierdliwa mżawka. A potem z zięciem. Ten to już deszczy. Napełniona kroplami gęba.", opowiedział pan taksówkarz swoje przedpołudnie. Dowiózł mnie do Katowic ze swoją rodziną.

Pisałem w kawiarni na Wawelskiej. Spod parasola wszedłem na moje podwórko. Biegał po nim szczur. Tańczył ze zmarłym dozorcą. Wyjąłem z klatki schodowej żywą Pućsamino "pogódź się z mężem". To był porządny sukinsyn, nie kapusta, nie donosił na mieszkańców domu. Po Wawelskiej na Starowiejską. Czytałem Herberta. Z tego, co pod słowami wzniósł Jasną Górę, stos świateł.

Na imieninach u Nymankowej. Puszczono mi "Pegaz Śląski." Popatrzyłem na siebie, na konia, a potem na solenizantkę. Bardziej interesująca. Inne panie też. Ale mniej. Tylko na Ewę nie mogłem patrzeć. Co na nią spojrzałem, zaraz mróz w czaszce. Tak ziębiła z obu biegunów. Myślałem, że już tak będzie do końca Sosnowca. Ja z Ewą osobno w jednej wannie i przed jednym telewizorem. Ale w domu Ewuś rzuciła mi się na szyję i przepraszała za wszystko. Za swoją matkę i moją. Rozdzielił nasze słówka niepotrzebny przecinek. Telefon od jej brata. Dzwonił jak tramwaj, "przyjedź, bo nie mam motorniczego".

 

Jacek Durski



Zamieszczony fragment otrzymaliśmy od zaprzyjaźnionego z "Łabuziem" autora, wcześniej niż został włączony do książki pt. "ROK" wydanej przez "Nowy Świat" i promowanej na Warszawskich Targach, w maju br.

Dziękujemy pkl. "Łabuź"

 

Katarzyna Brzóska

***

jak naciągnięta jałowa gaza

szczelnie przylegają

pokratkowane usta

nabrzmiałe poletka naginają się

do czerwieni rysy

sierpca paznokcia na

przybrudzonym niebie

 

Katarzyna Brzóska

 

Oskar Szwabowski

GUZ

Rosło niezadowolenie, niechęć do istnienia, aż do mdłości. Pulsowało pod czaszką, co i zlokalizował lekarz mówiąc mocą autorytetu.

- To może być guz.

Na pewno, bo co by innego. Co innego by przeszkadzało wykonywać czynności maszynie jeśli nie usterka.

- To da się wyciąć.

Jasne. Mózg nie jest zbytnio potrzebny. Byle sprawnie funkcjonować. Dzięki nauce coraz sprawniej. Nie ma co się spierać, chcąc czy nie chcąc, raj otrzymamy, zbudują nam go. Tylko, zaraz, czy ktoś mógłby nie chcieć raju? Przez ten guz dziwne myśli się rodzą.

Kiedyś natknąłem się na znajomego w tramwaju, który wracał z wykładu do domu. Za oknami szarówka całodniowa i wieczna mżawka, więc trochę senni, bo trzeba funkcjonować w niesprzyjających warunkach. On zresztą od pewnego czasu nie działał tak jak trzeba. No i wytłumaczono mu, o! naukowe oświecenie! dlaczego. Po prostu mózg rozrósł się tak, że naciskał na czoło, czy też czoło naciskało na mózg w każdym razie, w wyniku złego rozrostu mózgu lub czaszki, w pewnym miejscu nastąpił nacisk, co, w konsekwencji, spowodowało, powoduje coś określonego, określone zachowanie.

- Depresja, stany lękowe, niechęć do tłumu, myśli samobójcze. Ujawniają się akurat w wieku dwudziestu lat, coś koło tego - tłumaczył a tramwaj wiózł nas ku miejscu przeznaczenia. Tak to chyba się mówi. Nie wiem, czy dobrze, bo skąd. W dodatku guz, z nim to nigdy nic nie wiadomo. W każdej chwili gotów figla spłatać. Jak każdy twór wrogi człowiekowi nieprzewidywalną ma naturę, taką irracjonalną. Może pójdę do kościoła to trochę pokrzepi mnie. Pójdę pod Złote Łuki, to odegna ale nie chcę tam iść. Przez tego guza zaczynam odczuwać wstręt do wszystkiego co ludzkie, co człowiecze, co człowiecze łapki zbudowały, stworzyły, przy czym karki naszych ojców się pociły. By guza pokonać. Na pewno po to. Abyśmy żyli zdrowi. Tylko po to.

Coś nie mogę przestać myśleć. Ja wędkarz, a defekt mózgu, obce ciało pod czaszką jest przynętą. Przynętą na grubą rybę.

Gruba ryba by przyszła i nagle zobaczyłbym wszystko, tak, znałbym wszystko, wszystko wiedziałbym. Tylko co z tego? Mógłbym się chwalić w towarzystwie jaki to mądry jestem, zdobywać prestiżowe nagrody. Albo bym milczał. Stałbym się nieistniejącym śmieciem dryfującym w zimnym kosmosie, śmieciem, który wszystko przejrzał. Bo wiedza odsuwa od ludzi, wszak wszyscy wielcy myśliciele to samotnicy. Stąd prosty wniosek, wysnuty przez niejednych geniuszy, że niemożliwy jest kontakt z innymi, że to tylko złudzenia, a prawda, Prawda jest samotna. Nie ma co, Wybitne Umysły, działające w statycznym środowisku, poszukiwacze prawdy modelu. Jak te pająki, tkające sieć a potem czekają na wiernych, na muszki tłuściutkie. I biorąc pod uwagę ilość i jakość much ocenia się genialność sieci. Moim zdaniem, słusznie. Skoro sieć służy do łapania, to, im więcej łapie, tym jest skuteczniejsza, czyli lepiej od innych branych pod uwagę, a mniej łapiących much sieci, spełnia swoje funkcją, jest lepsza. Jest najbardziej sieciowata, aż do idei sieci opisanej w trzecim tomie Idee. Idee składają się z dwudziestu tomów i wciąż pisane są nowe, a stare poprawiane. Chyba tak jest. Potem umieszcza się Księgę, tom po tomie, karteczkę po karteczce, w mózgu ludzkim. To jest wielka dobroć naszego świata. Wszystko robią za nas. My dajemy tylko swe życie. Splunięcia warte życie. Nawet go sobie wyobrazić nie umiem. Już tyle istnieję, a wciąż nie wiem, czym jest życie. Tylko coś przeczuwam, jakąś tęsknotę ale to tylko efekt spowodowany przez guz. Stwarza on iluzję i przez to jest niebezpieczny. Jeszcze zacznę sobie wyobrażać kobiety w bieli i błędnych rycerzy. Tylko jak jest?

- A o czym mówimy?

- No Tak ogólnie.

Mężczyzna zaśmiał się. Wstał, dając do zrozumienia, że rozmowa zakończona. Dopiero gdy położyłem dłoń na klamce, dodał:

- To i tak sprowadzi się do mordobicia. Tylko tak to się da zrobić i tylko w ten sposób można rządzić.- A kto chce rządzić - mruknąłem zamykając drzwi. Przede mną korytarz pusty, koloru wypłowiałego błękitu. Jarzeniówki mrugają. Na dworze gęsta noc. Tak to w grubych rysach wyglądało.

- Tak i wygląda, ale jak jest, kto to wie?

- Inaczej?

- O! w to nie chcę wątpić.

Siedząc w fotelu, na który sam zapracowałem, by się wygodniej siedziało, odpoczywało z satysfakcją, zastanawiałem się, co jest we mnie, jak to się mówi potocznie. Wymagała tego ciągłość, no i pewna logika. A może to logika tworzy tę ciągłość? Całkiem prawdopodobne. Więc paląc papierosa, nocą ciemną, przy zgaszonym świetle, rozpocząłem sekcje zwłok. Jak wędkarze, co to brzuchy drapieżników rozcinają, by poznać ich jadłospis, tak i ja sprawdzałem swe menu. No i zjadłem parę książek, te myśli poszarpane, lekko wypaczone, krążą we mnie, jak i gazetowe czy zasłyszane, na czterdziestopięciominutowych lekcjach zapamiętane. Mieszają się. Łączą to, to rozłączając, zamieniając się miejscami tworzą najdziwniejsze struktury. Niektóre zastygają, twardnieją, są przez chwilę lub dłużej drogowskazami, pewnikami, fundamentami, podłogą są. Niekiedy niszczeją same lub pod wpływem delikatnego dotyku. Inne potrzebują trzęsienia, niespodziewanego, silnego wstrząsu. Wszystko to krąży, to co zasłyszane, zobaczone, wtłoczone. To wszystko i coś. Guz. Guz co się śmieje z tych myśli genialnych. Samą swą obecnością ośmiesza je. Ale już jutro mam iść na prześwietlenie. Chcą sprawdzić, gdzie się dokładnie drań schował i czy usunąć się da. Jeśli nie - to na śmietnik stary, pa, pa, nic tu po tobie. To i prawda. Nic tu po mnie. Nic tu po moim ja, które nie wrzeszczy: jeść, które swego miejsca nie ma, co w pochodzie nie idzie. Guz nie wrzeszczy: jeść; jest brakiem miejsca, jest wstecznictwem, kłodą. Tylko psuje, tylko burzy, jak potwór bagienny z horroru, co powstał szerzyć trwogę w zhumanizowanym żesz twoja mać zracjonalizowanym miasteczku. Nawet nie wątpię, i nikt nie wątpi, że trza go usunąć. W diabły z nim. Tylko psuje ludziom humor.

Już jutro precz z głowy mej, i do pracy wrócę. Albo zwariuję. Wśród durnych piosenek i maszyn. W łoskocie zanurzony skonam. Taki to i los ludzi z guzem. Pierdolonej Arystokracji Ducha Przecież jestem taki sam jak wy. Jak wy wszyscy. Nawet rysy mam podobne. Wczoraj kupiłem na Turzynie. Wszystkie ciężko zarobione pieniądze wydaję na to, by upodobnić się do was, by podobać się wam, by być taki jak wy. By być.

- Nic tu nie ma. Jest pan zdrowy.

- Na pewno? Tamten lekarz

- Proszę pana, nie każdy, kto nosi kitel, jest zaraz lekarzem. Nie ogląda pan telewizji? Pełno teraz tępaków bez specjalizacji, takich, co to niby wszystkim się zajmują, ale, proszę pana, gówno w gruncie rzeczy wiedzą. Sam pan jest ofiarą niekompetencji, sam pan widzi. Na zachodzie to już dawno wyeliminowano tępaków, a u nas? Lepiej nie mówić. Zacofanie, proszę pana, zacofanie.

- Więc czemu to wszystko, te objawy Jaki jest ich powód.

- Cóż, najlepiej będzie ograniczyć na pewien czas papierosy i kawę. Możliwe, że to chwilowe osłabienie. O tej porze roku, to, pan rozumie W każdym razie guza pan nie masz. Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Proszę, po prostu, mniej palić. Do widzenia panu.

Hm. Wiec to nie guz, a po prostu nadmiar nikotyny nie. Nie, to nie nikotyna czy kofeina. Pewnie drań się na chwilę schował, zwiódł lekarza. Co to dla niego! Nic. Pestka. Splunięcie. Wykiwał doskonałe maszyny, zrobił je w karola. Jako ich największy wróg zna się na tym, nieuchwytny niepokój ale mnie nie wykiwa. Czyżby? Musiałbym być czymś co z nim Nie! Złudna myśl. Zbytnio filozofuję Konkrety, konkrety, jak wykrzykiwał człowiek, gdy się zaczynały na słowa przepychanki. Niby obiektywnie krzyczał, niby. Potrzebuję teraz konkretów, nie by wyjaśnić co sądzę, by przekonać, tylko by wygrać z tym, co urodziło nagle pod czaszką, ku zagładzie mej wyskoczyło. Tak niby nagle.

Historia choroby ma się tak - pokrótce, ale jasno: Jako że wszystko, co istnieje, musiało powstać według schematu pewnego myślenia, musiało mieć jakąś tam przyczynę sprawczą. Tak jak, by kwiat wyrósł, wpierw musi ziarno znaleźć się w ziemi. No tak, ale w ziarnie istnieje już ten kwiat, po prostu zostaje aktualizowany. Więc może tak, że istnieje coś, tylko że ukryte, a pod wpływem pewnych działań, się ujawnia. Nie rodzi, nie powstaje, tylko, że tak powiem, przybywa, unaocznia, tak, to dobre słowo, unaocznia się. Sądzę, że może być taka ontologia na poczekaniu. Według niej historia choroby ma się tak, że był sobie on we mnie, i nagle, pod wpływem jakiś czynników ujawnił się, stając się w pełni istniejącym, a nie tylko potencjalnym guzem. Lecz dlaczego akurat w mojej głowie? I czy tylko w mojej? Czyżby nieprawidłowy rozwój mojej osoby uaktywnił guza. Czyli wszyscy musimy mieć tą skazę, a tylko wychowanie chroni nas przed nim. I to właściwe wychowanie.

Niegłupie to nawet rozumowanie, tylko czy aby nie za szybko wyciągam wnioski? Niekiedy miewam złudzenie, wrażenie takie, że zamiast myśleć, gdy pojawia się w rozumowaniu jakiś znak zapytania, po prostu myśl przywołuje, co mocą autorytetu odpowiada. Niczym kojący balsam, maść, ranę maskuje ale nie zabliźnia. Jak proszek na ból zęba.

- I proszę je stosować codziennie. Przez dwa tygodnie. Dziękuje.

- Dziękuje.

Teraz szwendam się po ulicach opustoszałych, po mieście sennym, zmęczonym. Błąkam się po ulicach wyludnionych. Wśród kamienic, bloków milczących. Jeszcze parę dni urlopu zostało, a potem Co potem? Nie wiem. Wciąż ta sama melodia gra. Melodia niezrozumiała, wroga, mimo że ze mnie, z natury mej. Melodia guzowata.

- Najprawdopodobniej, jak głoszą doniesienia, naukowcy amerykańscy odkryją gen odpowiedzialny za agresję. Odkrycie to będzie miało - przemawiał do milionów z ambony nauczyciel ludzkości - telewizor.

Czyli jesteśmy dobrzy czy źli? Ani dobrzy, ani źli. Wszystko zależy od tego, czy uda się zło stłumić, a dobro ujawnić. Siłą z mroku wydobyć. I przekształcić w coś

O! Zagubienie! Myśli guza! Niemal już mną zawładnął i targa po labiryncie. Tu ciemność i iluzji tysiące. Cienie tworzą fantastyczne formy. Pieszczą źrenice. Rozmywają się Cienie. Mrok. Gdzie jesteś, Ariadno?! Gdzie do kurwy nędzy twoja nić!? Diabeł śmieje się. Śmieje się guzem. Słyszę to. Czuję. Nie ma wyjścia z nierealności, z ułudy. Nić! Gdzie a może nić diabelska? No nie popadajmy w paranoje. Jedna choroba wystarczy. Fakt, potwierdzony naukowo w dodatku, że jedna choroba pociąga za sobą inne. Jak gdyby zapraszała kumpli na imprezę. Chodźcie! Tu jest fajna melina, naprawdę niezła, można się zabawić. Tak jak hemofilia ściąga skaleczenia, tak guz mózgu ściąga Guz mózgu ściąga skaleczenia. On zagładę na mnie sprowadzi, jeżeli nie przezwyciężę wstrętu do istnienia, jakie wcześniej prowadziłem, a raczej przez jakie byłem prowadzony, koniec ze mną. Jak amen w pacierzu. Tylko jak to zrobić, gdy nawet słowa opisujące przeszłe życie są wstrętne, mdłości przywołują.

Zamglony park wpuścił mnie w swe kojące łono. Otuliła mnie mgła oświetloną przez lampiony ciągnące się, ginące w dali. Niewyraźny blask podkreślał masywne pnie drzew, co rozpostarły potężne konary na niebie, nad głową mą. Nad głową mą, co niosła guza, niebo popękane.

Zasiadłem na ławce, zasiadłem wśród mgieł, w kręgu światła rozproszonego, niemal na samej granicy między widzialnym a nie, zasiadłem. Papierosa zapaliłem, może to zabije tego guza. Powoli wykończy się od nikotyny. Całkiem prawdopodobne, biorąc pod uwagę, że szlug mu usta zamyka. Jemu i mi. W ciszy nocnej, parkowej, papieros zamyka mi usta.

Kocham ten park. Ubóstwiam przychodzić tu nocą, gdy aleje są puste, a lampiony bawią się z drzewami, cieniami. To przez niego zostałem, przez ten świat parkowy, zaczarowany. Mówili, wyjedź, tam jest świat. A ja zostałem na peryferiach, bo tu jest park. Tam też są, mówili. Tak, ale tylko jeden taki. Jeden, jedyny w mieście, na peryferiach Polski, świata cywilizowanego, chociaż położony najbliżej, najbliżej zachodniej granicy. Zostałem tu. Dla parku, z którym jestem za pan brat. W nocy, gdy świecą się dla siebie lampiony, a miasto śpi. I tylko, czasami, jakiś wędrowiec zapuści się w te rejony

Oczywiście, że sensowniej byłoby wyjechać tam, gdzie perspektywy na sukces większe (bo sukces najważniejszy) i gdzie znani i wielcy, wielcy bo znani, ulicami spacerują. A ich krok przemienia bruk w marmur. Gdzie idee importowane z Zachodu krążą, gdzie o nich dyskutują. Gdzie są na bieżąco. Cóż, było by sensowniej, bardziej po ludzku, rzucić to miasto bez nadziei, ten park, i pojechać. Ale zostałem. Pewnie przez guz. Musiał się zacząć rozwijać już wcześniej, ujawniać, powoli objawiać. Niekiedy na sekundę, dwie, trochę dłużej, ale przezwyciężałem go, odsyłałem w niewidzialne, przez to nieistniejące. Ciągle wymiatałem go z bytu realnego w potencjalny. Aż do teraz. Teraz on zdobywa władzę wypierając mnie centymetr po centymetrze, dopóki nie ujrzy moich zwłok.

Ta hipoteza nawet dużo tłumaczy. Wyjaśnia chwile zwątpienia, niepewności, niechęci, pragnienia ucieczki, zaczęcia wszystkiego od początku, po guzowatemu. Zostawienia, zerwania z historią. Dobre sobie, z historią. Weźmy człowieka jakiegoś tam No właśnie! Jakiegoś tam, bo bez historii. Bez przeszłości. Bez tego co przed nami, czy też za nami, było.

Cóż no ma? No, masę faktów i fakcików. Zna dokładnie datę i miejsce narodzin, nazwy szkół, do których chodził, imiona rodziców, dziadków, kolegów, datę bitwy pod Grunwaldem i wybuchu drugiej wojny światowej. To wszystko co ma, poza telewizorem, żoną, dziećmi, samochodem, a żyje

- Pracą żyje. Korporacje mówią mu, co ma myśleć i co ma robić. On rozpływa się w nich. One przywłaszczają sobie jego życie, dając w zamian poczucie przynależności i uwalniają od grozy. Zostaje wkręcony w maszynę, stając się maszyną, pozbawianą prywatności, wolnego czasu. Normalnie, kastrują go z duszy. Pracą żyje, trybem maszyny.

- Żyje on zapożyczonym życiem. Tak zwanym substytutem, co i tłumaczy sukces Big Brathera czy gry typu Sim. Substytut istnienia jest jedną z form iluzji. Model ten, proszę państwa, jest tak rozpowszechniony w codziennym życiu, że z trudem można odnaleźć sytuacje, gdy mamy do czynienia z realnością, ale i ona w oczach człowieka nowoczesnego wciągana jest w porządek iluzji i ginie, gdyż realność wymaga realnego człowieka. Jakkolwiek by się mogło wydawać, ruch ku iluzji jest naturalną konsekwencją postępu, rozumianego jako dystansowanie, oraz źle rozumianego człowieczeństwa, które urealnia się w odrzeczywistnieniu, w nierealności, kiedy można zapomnieć o ziemi, o tym co za oknem. Zostawia się tamto, strefę poza murami domu na pastwę niezrozumiałych sił, powodując tym samym rozłam, a w konsekwencji wtargnięcie w ciepło domowego ogniska i totalne zatarcie granic. Jednostka musi uczestniczyć w obiektywności, która jest mistyfikacją. Może jej nawet nie akceptować, ale musi ją uznawać. Życie jest, proszę państwa, spektaklem, teatrem. W tej nieciekawej sytuacji życia można doświadczyć tylko w teatrze, jeszcze, chociaż i tu pojawia się zaprzedanie i czysta rozrywka Ruch ten nie nastąpił nagle, raczej trwał od początków istnienia ludzkości, ale dopiero teraz nabrzmiał do astronomicznych wręcz rozmiarów. I, jak wszystko wskazuje, ruch ten będzie postępował coraz szybciej, ogarniając coraz szersze rejony, osuwając realność w niebyt, a tym samym negując człowieka. Będzie to pierwszy przełom, który nie będzie w stanie prowadzić dyskusji z tym, co było. Po raz pierwszy przeszłość naprawdę przestanie być.

No i proszę. Słyszałeś guzie? Słyszałeś?! Nażryj się słów i zdechnij. Zdechnij z przejedzenia.

I daj mi święty spokój, spokój człowieczy. Pozwól bawić się i śmiać. Ze wszystkimi na parkiecie tańczyć, robić zakupy, jeść i pić. Szczęśliwym pozwól być. Pozwól, by mnie to zaspokoiło. Zaspokajało, koiło jak kiedyś. Kiedy byłeś w niewidzialnym, tam gdzie realność. Ty pieprzony obrębie, wszawa drzazgo realności tak nam wrogiej, tak niewygodnej, bezsennej, pytającej, tęskniącej.

Już chciałem wstać i do domu powędrować, bo guzowato czuć się zacząłem. W dodatku rachubę traciłem. Przydałby się kontrolowany tok myślenia, tylko tylko przez co kontrolowany? Już chciałem wstać i do domu powędrować, gdy cudze kroki cisze zakłóciły miarowym rytmem, chrzęstem kamyczków drobnych, miażdżonych. I sylwetka czyjaś się ukazała, z mroku się wyłoniła. Szła czarna postać owiana delikatną mgłą po alejach w kierunku moim.

To dobry znajomy.

- Witaj. Jak się czujesz? - zagadałem.

- A chuj wie - burknął. Nabrał oddechu, jakby chciał wygłosić mowę, jednak wypuścił powietrze z głośnym ni to świstem, ni to westchnieniem, i dalej powędrował. Z głową zwieszoną, krokiem wolnym. Szedł i żaden lekarz nie mógł mu pomóc.

- Strajkujemy przez pana.

No więc szedł. Nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Co zrobić ze sobą, gdy bogowie opuszczą, wywieszą nieprzyjazną karteczkę na drzwiach? Co robić? Pozostaje tylko czekać, aż sobie przypomną i zajmą się nami. Nic ponad to.

- Pierdolę! - wrzasnął, jak gdyby w ten krzyk włożył resztki życiowej energii, ostatni jej błysk. Wrzasnął gdzieś z mglistej czerni.

Zasępiłem się. On mógł jeszcze czekać, lecz ja, co zrobić mam ja? Nie mogę liczyć na pomoc lekarzy, już nie, zostałem wyrwany brutalnie z łona. Przez guz, nowego boga psia mać, i teraz w jego wrednej mocy jak marionetka. Tylko, że on nie chce się mną zajmować, nie tłumaczy, nie prowadzi. Niemal jakbym był bez boga. Opuszczony. Sam na pustyni niemej. Zdany na samego siebie. Nie, to straszne. Destrukcyjne. I gdybym chociaż znalazł skrawek jakiegoś materiału Co ja mówię? Już późno. Zmęczony jestem wewnętrznym monologiem, co ślizganiem jest. Ślizganiem koniecznym, bo gdy przestaje, wtedy guz śpiewa. A tego znieść nie mogę. Jakbym się przećpał.

To pewnie wynik złego wychowania i lektura niewłaściwych książek, nie takich jak trzeba filmów. Tak jak było z Don Kichotem, co naczytał się, a potem mu odbiło i przestał odróżniać fikcję od rzeczywistości. Odbiło, odpierdoliło przez złe książki, przez głupie książki. Gdyby nie one, nic takiego by się nie stało. Pewnie i ja musiałem naczytać się jakiś toksyn i teraz jestem No bez jaj! Czyżby guz był tylko wymysłem, moim wymysłem?

Odkryłem pewną książkę, o której ludzie z nazbyt rozwiniętym guzem mówią, że jest pisana ze znajomością Księgi, no i tam o delikwencie pod moją czaszką było. Może nie tyle o guzie, co o objawach. Takich bzdur to dawno nie czytałem. Autor (musi mieć notabene niezłe znajomości w wydawnictwach i wśród elit rządzących) uważa, że objawy jakie powoduje intruz są naturalną (to już przesada!) konsekwencją trybu życia, które prowadziłem. Są zjednoczone ze złem będąc zarazem przejawem dobra, przejawem stłamszonego człowieczeństwa, które (tu widać już jawną ideologię i zidiocenie nie-na-czasie) istnieje i kiedyś rozkwitnie, pomimo niesprzyjających warunków produkcji kapitalistycznej. Są to oznaki upadku, kryzysu, ale dzięki nim, a raczej przez nie, zbliżamy się do samo refleksji i krytyki, do czynu. To takie boskie nasienie z penisa szatana.

Dużo ten autor napisał. Musiał mieć niezłego guza pod czaszką, a mój guz, co najgorsze, chce się zgodzić z autorem, ze słowami guza. I pragnie zrozumieć. A może to ja chce pojąć w czym rzecz, bo, myślę sobie tak, że wiedza zabije drania. Tylko że to jest śmieszne. Nierealne. I zupełnie nie wiem, dla kogo śmieszne, dla kogo nierealne, kto teraz mówi, nie wiem.

Kiedyś coś podobnego czytałem, ale zapomniałem, zmusiłem się by zapomnieć. Szybko nauczyłem się prowadzić rozmowy bez treści, pustosłowne bełkotanie, co nawet się nie ociera. I ślizgać po powierzchni. Zabijać czas, by wyglądało na pasjonujące zajęcie. A gdy ktoś czasem zaczął rozmawiać ze mną w dawnym języku - zbywałem go. Nauczyłem się nawet myśleć o tych odmieńcach jako o jednostkach zakompleksionych, nie umiejących się dostosować. Takie Bernardy Marksy. Nie wierzyłem w Dzikusa. Bo ja byłem Dzikusem, co porażkę odniósł. Tak. Tak się przynajmniej myśli, niekoniecznie zgodnie z prawdą, ale ważne, że przyjemnie brzmi dla ucha wewnętrznego. To nawet romantyczne. Hm. O tym to nawet komuś zaufanemu przy piwie powiedzieć by można było. Wrażenie by się zrobiło.

Pamiętam, że zawsze byłem wyznawcą. Gorącym, ale mało stabilnym. Jeżeli chodzi o zmianę wyznania, to robiłem to nieświadomie. W ramach myślenia. Jeszcze, z palcem do góry wyciągniętym, głosiłem wielkość myślenia, że jest niezależne, że do wolności prowadzi. No bo popatrzcie na mnie, jak łatwo zmieniam fronty. I wystarczy czytać więcej od innych, mniej znanych tytułów, a nawet oklaski zdobyć można było. A jak!

Ale co to ma do guza, skąd ta myśl tu, tak ni jak, z konopi. A no, po części z konopi, bo konopia ułatwia, daje impuls, do takich autorefleksji, po części guz, bo bez guza nic by nie było, no i musiałem wyrzucić to z siebie, ten gnój dawnego życia Tego tu życia, którym się przez guza brzydzę.

Nie, nie można tak dalej, to do niczego nie prowadzi, to memłanie wnętrzności, gniecenie flaków w nieskończoność. Trzeba wstać i do domu iść. Zamknąć się w pokoju i

KONTROLOWANE MYŚLENIE O GUZIE

(teraz gdy już napisałem poniższy tekst, wiem że to gówno, że może lepiej by było, gdybym zajął się ODPOWIEDZIALNYM MYŚLENIEM O GUZIE, ale to wymaga siły i jaj jak arbuzy, jest to zadanie, któremu trudno sprostać, chociaż teoretycznie jest proste, bo zakłada możliwość pomyłki, błędu. Nie to najgorsze, najgorsza ta odpowiedzialność, czyli świadomość własnych słów. Mówienie z pełną mocą. Ale na to trzeba tęgiego chłopa, dlatego postanowiłem przepisać tekst bez większych zmian, jest on tak rozmamłany i nijaki, że zapewnia mi bezpieczeństwo, możliwość manipulacji, a przede wszystkim uwalnia od ciężaru własnych myśli i słów, dając je na pastwę przeintelektualizowanych krytyków i innych mend, które lubią się chwalić wiedzą zdobytą przez konsumpcję. A może to, co teraz dopisuję, jest nędzne i śmieszne. Potrzeba tu tęższej głowy niż moja. Najczęściej tęższa głowa wymagana jest od czytelnika, na niego zrzuca się doszukiwanie sensu natchnionej wypowiedzi, a nam pismakom pozostaje swobodne słowne spuszczanie się, niby wolne, ale tak naprawdę kurewsko zniewolone).

Kontrolowane myślenie wymaga koncentracji na jednym danym problemie. Powinno unikać się zbędnych dygresji, aby nie utracić wymaganej jasności wypowiedzi. Wprowadzanie światła w gęste mroki jaskini, prostoty w słowie, jest powinnością, którą mierzy się wielkość myśliciela.

W imię grzeczności powinno się podać słownik. Słownik, czyli wytłumaczenie użytych słów, np. mówię noc w znaczeniu nocnika. Pozwala to uniknąć problemów ze zrozumieniem między jednym podmiotem a drugim, gdyż wszelkie spory filozoficzne toczą się nie tyle o Prawdę, ile o słówka. Pomimo wszystko, słownika nie podam. Bo nie. Pierdolę to. Jeszcze by wyszło na jaw, że nie wiem, o czym mówię, że nie znam problemu, a wolę zachować iluzję.1

Teraz powinienem ustalić metodę badawczą, którą będę stosował. Wynająć przewodnika. Najlepiej by był z firmy z tradycją. Brałem pod uwagę, by guza wynająć. Wtedy guz mówiłby sam o sobie ale, ponieważ nie ufam intruzowi, zostałem zmuszony szukać gdzie indziej. Niestety, wakacje, więc niemal wszędzie zamknięte, nikogo zastać nie można. W tej sytuacji nie pozostało mi nic innego, jak wybrać się w podróż samemu. Bez mapy i kompasu nawet, bo w sklepie dla turystów wszystkie już wykupiono. Sprzedawca, starszy człowiek, co łączył w sobie usłużność z pogardą, spojrzał i powiedział: panie, tu tylu się gubi, bez mapy

Ano bez mapy poszedłem, bez znajomości terenu, w mrok, a tak naprawdę siedziałem na krześle w blasku lampy i zastanawiałem się, jakie zdanie dodać do poprzedniego i jak ewentualny czytelnik zareaguje.

Na pytanie czy guz istnieje, czy jest tylko iluzją, nie potrafię opowiedzieć, biorąc pod uwagę wyżej wymienione zarzuty w myśleniu ciągłym - niekontrolowanym. Nie wiadomo, czy jest jakikolwiek sens, choćby tyci-tyci, myśleć w kategoriach realności i fikcji. Dlatego, by nie utknąć w punkcie martwym już na samym początku wypowiedzi, uznamy guz za byt na wpółistniejący. Posiada on bowiem realne istnienie w mojej świadomości i tego istnienia już nic mu nie odbierze. Ktoś może zapytać, dlaczego w takim razie nie nadać guzowi istnienia w pełni realnego. Odpowiadam następująco, ktoś inny, będący poza mną w swej fizyczności może zakwestionować istnienie guza, bo go nie widzi. To jak z przedmiotami przedstawionymi w przestrzeni, a przedmiotami, które można znaleźć w przestrzeni. Guz jest takim przedmiotem przedstawionym w przestrzeni, którego nie można znaleźć. I tak lekarz nie może zlokalizować czegoś, o czym ja dobrze wiem, gdzie jest i że jest. Dla niego pozostaje zakryty, pozostaje niebytem. Może jedynie uwierzyć mi na słowo, skoro maszyny i gołe oczy, nic nie może mu pomóc. Na słowo, ale to za mało. Z tego też powodu guz jest bytem na wpółistniejącym, na wpółrealnym.

Określiłem naturę bytowości guza. Czas najwyższy przejść do pełniejszego opisu jego natury ogólnej, przy czym posłużymy się metodą, którą roboczo nazwę, metodą kontrastu.

Będzie to próba odpowiedzenia na pytanie, czy guz jest wrogim człowiekowi, czy nie. Nie ukrywam, że będę próbował udowodnić wrogość tego tworu, jego destrukcyjność. W końcu guz to guz. Sama nazwa wskazuje.

Jeżeli człowiek jest stworzony do mechanicznej pracy, do efektywności ilościowej, do produkcji bezdusznej, a guz utrudnia wykonywanie tego, sabotażuje, jakże nie nazwać go wrogiem? I to wrednym, złośliwym. Ponad to, jak doświadczyłem, powoduje on mdłości i bezsenność a to już jest agresja jawna, agresja na fizyczne istnienie!

Zobaczmy kiedy guz się ujawnia a z łatwością dostrzeżemy złośliwość, perfidię jakąś. Oto osiągamy upragniony sukces, tłumy wiwatują, serpentyny, szampany pach! pach! leją się obficie na obfite biusty panienek co w zachwycie, fleszów trzask, a my zamiast euforii, radości, czujemy tylko w ustach gorzki smak, a cień pokrywa oblicze. Niektórzy idioci stworzyli wprost niewiarygodnie głupie teorie, skąd bierze się gorycz. A jest ona, po prostu, wytwarzana przez gruczoły znajdujące się na chropowatej powierzchni guza. Wytrysk goryczy zależy tylko i wyłącznie od woli pasożyta w naszej głowie.

Powiedziałem, jak pewnie uważny czytelnik zauważył, dwie ważne rzeczy. Mianowicie, że guz posiada własną wolę (czy wolną, tego nie wiem) i że jest bytem istniejącym w związku z nami, będąc jednocześnie bytem samoistnym. Kwestie te wymagałyby dokładniejszego wyjaśnienia, zwłaszcza że są problematyczne, a ja tu sobie tak, strzelenia palcami - a priori.

No i co z tego.

Pasożytniczy wpółrealny byt potrzebuje osobnika, w którym mógłby się zagnieździć. Taki zainfekowany podmiot jest jego pożywieniem, terenem działania, a nawet staje się narzędziem, dzięki któremu może ingerować w tak nam drogą obiektywność i próbować przemienić na modłę guzowatą, jak ci wszyscy reformatorzy i rewolucjoniści.

Wcześniej powiedziałem, że jest on nam przypisany, możliwe, że całemu gatunkowi, możliwe, że tylko nielicznym. Rodzimy się z nim, ale nie znaczy to, że jest częścią nas, jak ręka czy noga. Jest nowotworem, nowatorem. Nie każe więc uważać go za przejaw natury ludzkiej, jak to niektórzy idioci próbowali, przyczyniając się tym samym do wzrostu liczby objawień guza, wmówić ludzkości. Jest on nam przeciwny. Jest nienormalnością, antycząsteczką, przy założeniach powziętych powyżej.

Na tym rozważania zakończę, pomimo że nie uważam ich za wyczerpane. Ledwo co naszkicowane.

Przeczytałem, co dotychczas napisałem, popijając ciepłą herbatkę i popalając papierosa. I gdy skończyłem mlasnąwszy z zadowoleniem, guz zaśmiał mi się w twarz. Pociągnął za dywan tak, żem koziołka fiknął. Straciłem grunt. Zachwiały się ściany wśród śmiechu straszliwego. Jakoś uciec przed nim chciałem, ale śmiech był ciągle w mojej głowie. Śmiech okrutny, niszczycielski.

On wciąż wymaga ode mnie koncentracji, napięcia, nie pozwala się ślizgać. I ty guzie wychowywać mnie chcesz? Ty!? co do zagład wielkich doprowadziłeś. I ty wychowywać nas chcesz?! Nas!?

...

Chwiejnym krokiem odszedłem od lustra. Jeszcze trochę wódki zostało. Za oknem już świta. Słońce delikatnie rozlewa się miodem wśród bloków. Zagląda do pokoi jeszcze nocą otulonych. Powoli dzień poddźwiguje się z furkotem maszyn, dzwonieniem tramwai, przekleństwami kierowców i płaczem dzieci. Podnosi się potężna sylweta, kładzie świetlisty cień na miasto, na mnie. Ja piję. Kielonek za kielonkiem.

*

Historia ta powinna zakończyć się całkowitym upadkiem bohatera, który przez guza nie może dostosować się do życia i stacza się coraz niżej, popada w osamotnienie. Więdnie tracąc kolory i zmysły.

Ale postanowiłem inaczej.

*

Zbyszek wyrżnął łbem w drewnianą półkę nabijając sobie solidnego guza. Psia mać, pomyślał, jak to mogło się stać, pieprzona półka! Jak to się mogło stać, że wyrżnął, że guza sobie nabił. Będzie mnie teraz cały dzień boleć głowa, pomyślał wychodząc do pracy.



1 Najbardziej ze wszystkiego, pragnę zachować iluzję. Ocalić ją.

Oskar Szwabowski

 


 
Pięć - dziesięć zdań:
"[...] Nie posuwajmy się jednak za daleko. Prowincja to również źródło słabości i "upupienia", o czym mówiliśmy wcześniej. Pamiętam taki cytat z Andrzeja Bursy, który sobie z lubością powtarzaliśmy z kolegami na polonistyce poznańskiej: mam w dupie małe miasteczka. Prowincja nie jest krainą dla orłów - tego wówczas byliśmy pewni. Jeśli rzeczywiście ktoś chce się wybić, pofrunąć" i w pełni zaistnieć, musi z niej uciekać. Tak jak Miłosz zawsze chciał uciec z prowincjonalnego Wilna. Są jednak dowody na to, że bywa odwrotnie. Ten boczny tor staje się często źródłem siły. Tutaj także jest możliwość wzlotu..."

 

Krzysztof Czyżewski



cytat zaczerpnięty z książki "Metafizyka prowincji" autorstwa Jana Kamieńskiego wydanej przez "KARTKI" - Białystok 2001

Dziękujemy pkl. "Łabuź"

 


 
Pięć - dziesięć zdań:
"[...] Pierwszą sprawą jest samo pojęcie rozwoju osobowości. Tu Karen Horney bardzo zbliża się do psychologii humanistycznej postulującej idee, że normalny, nie wypaczony, wszechstronny rozwój osobowości wymaga tylko usunięcia czynników, które go blokują. Właściwie jest to nowy paradygmat kulturowy. Przypomnę, że dla wieku industrializacji, ufności w naukę i zwycięstwo w zmaganiach z przyrodą było oczywiste, że każdy produkt naturalny jest gorszy niż produkt wytworzony przez człowieka, wyposażonego w swoją wspaniałą wiedzę i cudowne narzędzia: las posadzony przez człowieka i hodowany przez niego jest lepszy od lasu naturalnego, rzeka uregulowana, ujęta w betonowe ramy, jest lepsza od rzeki wijącej się wśród piaszczystych łach. Marzono o pastylkach, które zastąpią befsztyk i chleb, a chleb produkowano coraz bielszy. Poeci opiewali dymy fabryk i asfalt ulic. Podobnie rzecz miała się z człowiekiem. Jeden po drugim zgłaszali się uczeni, proponując swoje metody "urabiania" człowieka, wpasowywania go w określone wzorce, uczynienia z niego bardziej niezawodnego narzędzia pracy. Miał jeść tylko w określonych godzinach, tylko określone pokarmy, kształtować swoje ciało w taki a nie inny sposób, i myśleć dokładnie według przygotowanych wzorców [...]"

 

Kazimierz Obuchowski



"W poszukiwaniu właściwości człowieka" Oficyna Wydawnicza "GARMOND" Poznań 2001

Dziękujemy pkl. "Łabuź"

 

M. Trynkiewicz

ROBOT

I ruszył robot ogłupiały

ze zgrzytem zardzewiałych piast

I zrobił tak, jak mu kazano -

tunele drążąc w brzuchach miast.

I rękę w łokciu sobie złamał,

Wykopał łychę śpiącej ziemi

i rzucił w oczy śpiących gwiazd.

 

M. Trynkiewicz