Łabuź 45/2003

Leszek Żuliński

SZWEJKU, POKAŻCIE CO TAM MACIE...

"Szwejka" znałem od zawsze. Gdy przyszedłem na świat, on tu już był - był zadomowiony w imaginarium, symbolach i wartościach mojej epoki, był obecny jako wzorzec określonego modelu humoru, był przynależny do pewnej prawdy o świecie. Królował w koszarach literatury. A to wcale nie jest jakaś jej peryferyjna część. Szabelka i wojaczka poszczękują i pohukują w literaturze, że hej!, gdy przyłożyć do niej ucho. Owszem, częściej bywamy na pierwszej linii frontu, tam gdzie unosi się zapach prochu i krwi, a dzielni rycerze prześcigają się w bohaterstwie i cierpieniu. Rzadziej zaglądamy na tyły, tam właśnie, gdzie swą żołnierską odyseję zaliczają pucybuci w mundurach. Ale może oni, Szwejkowie, są też cichymi bohaterami i cierpiętnikami wojen? Nie chcę się o to kłócić. Wiem swoje: w koszarach dzieje się kawał życia.

Wojna w powieści Haszka była czymś zupełnie innym niż krwawe i patetyczne jatki, do których literatura przyzwyczajała nas od stuleci.

Jeśli nawet wzruszymy pogardliwie ramionami na potyczki Trojan i Spartan drących koty o babę, to już zaraz potem wybór niewielki - od Termopili poprzez Jeruzalem wyzwoloną Tassa i wyczyny dzielnego Rolanda aż po matejkowsko-sienkiewiczowski Grunwald. Eposy, herosy. I nagle w tej najpoważniejszej na świecie sprawie, jaką wymyślili dorośli chłopcy, czyli w sprawie wojny jakiś czeski pisarz - Arystofanes z Pragi - spróbował powiedzieć coś nietypowego, przewrotnego, bulwersującego. I zrobił to w epokowym, jak się okazało, wymiarze, choć przy użyciu zaskakująco lekkich, tanich i sympatycznych chwytów, jak przystało na faceta o satyrycznym zacięciu.

Pierwsza wojna światowa przez współczesnych wcale nie była nazywana pierwszą. Mówili: wojna światowa; innej przecież nie znali. Tak wielkiej, tak totalnej. Tak okrutnej. Dziś o tym zapomnieliśmy, ale podobno wtedy szok rozmiarami wojennej hekatomby był ogromny i wstrząsnął posadami humanistycznego świata. Szczęśliwcy nie wiedzieli jeszcze, co czeka ich za 20 lat. Pisali powieści o iperycie, nie znając jeszcze cyklonu B. A jednak Haszek zdecydował się odstąpić od patetycznego obrazu i wybrał heroikomiczną wersję wojny. Dlaczego? Przecież to był kres całej epoki i kres całego imperium. Ktoś powiedział, że dzięki monarchii austro-węgierskiej i jej cesarzowi wiek XIX trwał 116 lat. Bo trzeba pamiętać, że Najjaśniejszy Pan zmarł właśnie w 1916 roku i to razem z nim odeszła ta epoka. Przez wielu nazywana belle epoque. Piękna! Bo też co prawda to prawda. Europa miotana lokalnymi zamieszkami tężała w pewnej stabilizacji i mieszczańskim dobrobycie. Na olbrzymim obszarze c.k. monarchii władca oraz jego metody divide et impera nie zmieniły się przez blisko 70 lat. I zdarzały się nawet śmieszne, dobroduszne momenty. Ot, chociażby -powtarzam te ciekawostki za pierwszym szwejkologiem Rzeczypospolitej, Leszkiem Mazanem - momenty takie jak ten, gdy Jaśnie Oświecony Pan zabronił produkowania nowoczesnych karabinów, bo taki karabin, co strzela szybciej, zużywa więcej amunicji, a nas na to nie stać. Poczciwy to władca, który tak dba o budżet swojego imperium. Poczciwy i skromny. On, Franciszek Józef I, Jego Cesarska i Królewska Wysokość, król apostolski Jerozolimy, cesarz Austrii, król Węgier, Czech i Moraw, Dalmacji, Chorwacji, Sławonii, Galicji, Lodomerii, Ilirii, arcyksiążę austriacki, wielki książę Siedmiogrodu, Toskany i Krakowa, książę Lotaryngii, Salzburga, Styrii, Karyntii, Krainy, hrabia Tyrolu, etc. - wpisywał w rubryce zawód: urzędnik państwowy. To jednak nie powód, żeby jego portrety muchy pstrzyły. Od tego się wszystko zaczyna. Potem strzela się do następcy tronu Ferdynanda, potem... Jeszcze dziś tracę spokój, gdy o tym myślę. Rację miał tajny wywiadowca policji, Bretschneider, tak gorliwie tropiąc każdy przejaw obywatelskiej niesubordynacji w gospodzie "Pod Kielichem".

A więc z budziejowickich i praskich zaścianków austro-węgierskiego mocarstwa oraz zza tyłów bohaterskiej armii można było tę wojnę widzieć inaczej. W kategoriach zadymy, bo przecież wszyscy wiedzieli, że Najjaśniejszy Pan i tak jest wieczny; wojna minie, a on będzie nadal w Hofburgu lub Schoenbrunnie jadał chrupiące kajzerki, podpisywał dekrety i przyjmował co poniedziałek i czwartek interesantów.

Ba, okazuje się, że prawda o Przygodach dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej i jej autorze jest bardziej skomplikowana. Przede wszystkim w biografii Haszka (1883-1923) nakładają się dwie sprawy. Z jednej strony sam był nie tylko uczestnikiem wojny, ale i dezerterem, który po dostaniu się do rosyjskiej niewoli zadeklarował swe bolszewickie przekonania, a nawet został w Armii Czerwonej politrukiem. Z drugiej strony - był od młodzieńczych lat anarchistą i zgrywusem, działaczem groteskowej Partii Umiarkowanego Postępu, wagabundą, bigamistą i biseksem, a przede wszystkim notorycznym satyrykiem, drukującym felietony i humoreski od pierwszych lat XX wieku. Z takich faktów i takich predyspozycji musiała wyjść jakaś mieszanka piorunująca. I wyszła.[...]"

Leszek Żuliński



Za zgodą autora, na prawach rękopisu przedruku - fragmentu, dokonujemy z książki: "Potrzeba uśmiechu" - tłoczonej przez "Wydawnictwo Nowy Świat" Warszawa 2002 r.

Dziękujemy pkl. "Łabuź"

 



Ewelina Dzieżak

PROCES KSZTAŁTOWANIA SIĘ NAZWISK

Nazwiskom polskim poświęcono dotychczas wiele uwagi i literatura na ten temat jest bogata. Największym zainteresowaniem cieszy się etymologia i klasyfikacja nazwisk. Mniej uwagi natomiast poświęca się samemu procesowi kształtowania się polskiego nazwiska oraz uwarunkowaniom, jakie temu procesowi towarzyszyły. Konsekwencją tego są rozbieżne opinie zarówno historyków, jak i językoznawców na temat czasu, w którym powstało polskie nazwisko.

Uwagi językoznawców na temat samego procesu kształtowania się nazwiska polskiego są rozproszone w wielu pracach. Z konieczności omawianie literatury przedmiotu ograniczę do pozycji najważniejszych, które wywarły określony wpływ na kształtowanie się poglądów na interesujący mnie temat. Wszystkie źródła zostały zebrane w Bibliografii onomastyki polskiej do roku 1958 włącznie, pod red. W. Taszyckiego, Kraków 1960; w Bibliografii onomastyki polskiej od r. 1959 do r. 1970 włącznie, pod red. W. Taszyckiego, Kraków 1970 oraz w Bibliografii onomastyki polskiej od r. 1971 do r. 1980 włącznie, pod red. K. Rymuta, Kraków 1983. Przytaczane są także w nowszych opracowaniach.

Za pierwszą ważniejszą wypowiedż językoznawcy na ten temat należy uznać niewielką rozprawkę Witolda Taszyckiego z 1924 r. Pisze on m.in.: "...łączne używanie imienia i nazwiska, zgodnie ze zwyczajem dzisiejszym jest bardzo późnego pochodzenia. Przez długie lata wystarczyło człowiekowi samo tylko imię (...). Dopiero znaczniejszy przyrost na danym terytorium (...) wywołał powstanie nazwiska. Zrazu indywidualnego, czyli przezwiska, potem rodzinnego, dziedzicznego, które wyróżniało spośród społeczeństwa już nie jednostkę, ale całą rodzinę".1 W innym miejscu: "Nazwisko - w dzisiejszym tego słowa znaczeniu - pojawiło się na gruncie polskim stosunkowo bardzo późno: u szlachty mniej więcej na przełomie wieku XV i XVI, do ludu dotarło dopiero gdzieś w wieku XVIII."2 W. Taszycki dokonał także prostego podziału znaczeniowego nazwisk, który znalazł zastosowanie z pewnymi modyfikacjami w wielu późniejszych polskich pracach onomastycznych. Jego prace zajmują ważną pozycję w badaniach nad polskim nazewnictwem osobowym i są często przytaczane przez współczesnych językoznawców.

W kilka lat później - w 1927 r. - ukazuje się rozprawa J. S. Bystronia Nazwiska polskie, która "jest pierwszą obszerniejszą próbą ujęcia historii nazwisk polskich" - jak pisze we wstępie sam autor. Zastrzega się: "jedynym tematem mej książki jest zwyczaj nazywania osób, jego kształtowanie się i zmiany w ciągu wieków" (s. 3) oraz "...badanie procesu powstawania nazwy, jako określenia osobowego i ustalania się jej jako nazwiska" (s. 5). J. Bystroń przyjmuje, że: "Nazwiska pochodzić mogą od wyrazów pospolicie używanych i dopiero z czasem stać się mogą przezwiskiem, potem nazwiskiem dziedzicznym, mogą również pochodzić od nazw własnych już ustalonych, a więc imion własnych, a także od nazw miejscowych" (s. 5). Tak też dzieli nazwiska. Podobnie jak podział W. Taszyckiego, także i ten nie w pełni oddaje zjawiska zachodzące w procesie kształtowania się nazwiska. Mimo to opracowanie J. Bystronia wywarło znaczny wpływ na wielu późniejszych badaczy zajmujących się tym zagadnieniem (np. na J. Mączyńskiego).

Wielokrotnie na temat nazwisk polskich wypowiadał się K. Nitsch. Zagadnienie powstawania nazwiska polskiego podjął w niewielkim artykule o tzw. nazwiskach "polskich" i "szlacheckich"3, w którym polemizuje z poglądem o rzekomo szlacheckim pochodzeniu nazwisk zakończonych na -ski.

Znaczny rozwój badań nad nazwami osobowymi, w tym także nad nazwiskami, obserwujemy w Polsce po r. 1945. Wśród językoznawców na czoło wysuwa się S. Rospond, a jego główną pracą jest Struktura i klasyfikacja nazwiska słowiańskiego(1965 r.). Autor próbował zdefiniować termin "nazwisko", ale przede wszystkim zajął się klasyfikacją nazwiska słowiańskiego i jego strukturą. Praca zawiera także wiele uwag odnoszących się do procesu kształtowania się nazwiska. S. Rospond stwierdza, że "właściwie były trzy sposoby nazwotwórcze, powszechne dla określania osób: 1. jaki jesteś?, 2. czyj jesteś?, 3. skąd jesteś?".

Koniec lat sześćdziesiątych, a zwłaszcza lata siedemdziesiąte przynoszą dalszy rozwój tej dziedziny badań onomastycznych. Spośród wypowiedzi historyków prawa na temat nazwiska polskiego do najbardziej cennych należy zaliczyć rozprawę S. Grzybowskiego Nazwisko i jego stałość jako elementy identyfikacji osoby w dawnym prawie polskim.4 Ważność tej pracy polega na tym, że dostarcza argumentów historyczno - prawnych, które mają w badaniu procesu kształtowania się nazwiska wartość niemal równą argumentom językowym. Autor wskazuje na te akty prawne, które stopniowo przyczyniają się do upowszechnienia i stabilizacji nazwiska. Autor stwierdza: "Gdzie były granice miedzy nazwiskiem już wytworzonym, nazwiskiem dopiero tworzącym się a opisem, określeniem, przezwiskiem - ustalić się nie da. Lepiej nawet powiedzieć, że granic tych w ogóle nie było"(s. 505).

Sporo uwagi procesowi kształtowania się nazwiska polskiego poświęcił historyk, J. Matuszewski. Ukoronowaniem jego zainteresowań jest monografia Polskie nazwisko szlacheckie (1975 r.). Jest to praca o charakterze historyczno-prawnym, ale autor wykorzystuje też literaturę językoznawczą. Pragnę także zwrócić uwagę na opracowanie J. Bubaka Proces kształtowania się polskiego nazwiska mieszczańskiego i chłopskiego (1986 r.). Autor podjął tu próbę uporządkowania rozbieżnych opinii językoznawców i historyków na ten temat oraz sformułowania takiej definicji nazwiska, która rozpatrywałaby je w trzech aspektach: słownikowym, językoznawczym (onomastycznym) i prawnym.

Podłoże najstarszych polskich nazw osobowych - jednoelementowego systemu antroponimicznego - podobnie jak wszystkich nazw osobowych na całym świecie, ma charakter społeczny. Od najdawniejszych czasów, gdy tylko człowiek pojawił się na ziemi, musiał on nazywać swoich bliskich i sąsiadów, by ułatwić identyfikację ludzi w społeczeństwie i umożliwić wzajemne kontakty. Tworząc nazwy, zostawił jednocześnie świadectwo o sobie, bowiem w imionach i - w powstałych później - nazwiskach odbija się obraz ich autorów. We współczesnym polskim systemie nazewniczym pełną nazwę osobową tworzy imię i nazwisko. Posiadanie nazwiska jest dziś uważane przez każdego z nas za sprawę naturalną, ale dawniej tak nie było. Nazwisko jako swoista forma identyfikacji prawnej pojawiło się niedawno, bo w XVIII wieku, a pierwotnie człowiekowi wystarczało imię.

"W historii polskiego systemu antroponimicznego wyróżnić można trzy okresy: okres systemu jednoimiennego, okres kształtowania się systemu dwuimiennego i okres ustabilizowanego systemu dwuimiennego".5 Okres pierwszy, systemu jednoimiennego datować można w przybliżeniu do połowy XIII wieku. Identyfikację osoby przez pojedyncze imię oraz rozproszone w tekście (źródle) dane mające bezpośredni związek z tą osobą (nazwy miejscowości, przymiotniki odmiejscowe, nazwy innych osób, z którymi człowiek ten był związany, wyrazy określające pokrewieństwo rodzinne, zawód, role społeczne) uznaje się za punkt wyjścia w procesie kształtowania się polskiego nazwiska. Polszczyzna odziedziczyła zasób imion z epoki prasłowiańskiej. Bulla gnieżnieńska z 1136 r. stanowi doskonały przykład, jak system jednoimienny funkcjonował w dwunastowiecznym społeczeństwie. Bulla wylicza ponad trzysta osób i każda z nich określana jest tylko za pomocą jednej nazwy. Cechami charakterystycznymi okresu jednoimiennego są: 1) częste używanie odapelatywnych nazw osobowych, 2) stosunkowo częste używanie imion dwuczłonowych oraz 3) rozbudowany system sufiksacji.6

Okres drugi, powolnego kształtowania się systemu dwuimiennego, trwał do końca XVIII wieku. W pisanych po łacinie polskich dokumentach średniowiecznych obserwujemy już od XIII wieku nowe zjawisko w sposobie identyfikacji osób, to znaczy zgrupowanie bezpośrednio po imieniu różnego typu określeń dotyczących osoby nim nazwanej, jej pochodzenia, związków rodzinnych, wyglądu, usposobienia, roli w społeczeństwie. Określenia te miały charakter opisowy. Jednocześnie służyły one dokładniejszej identyfikacji osoby. Już na tym etapie zaznaczają się różnice w identyfikacji osób z wyższych i niższych warstw społecznych. Okres ten zróżnicowany jest chronologicznie, społecznie i zawodowo. Inaczej określano ludzi w wieku XIV, a inaczej w wieku XVIII, inaczej określano chłopów, inaczej szlachtę, także w zależności od miejsca zamieszkania. Za cechy językowe typowe dla tego okresu uznaje się: 1) rozbudowę sposobów nazywania od nazw miejscowych, 2) zmianę systemu patronimicznego, 3) wprowadzenie do zasobu nazw osobowych Polski wielu elementów obcych, zwłaszcza imion pochodzenia chrześcijańskiego i drugich określeń genetycznie niemieckich. Pojawiają się także sporadycznie w polskiej antroponimii XIV - XV wieku nazwania trójimienne.7 Od około drugiej połowy XV wieku wystąpiły w żródłach staropolskich objawy dalszej ewolucji sposobów identyfikacji osób, w płaszczyźnie językowej i społecznej (obyczajowo-prawnej). W płaszczyźnie językowej obserwujemy przewagę form syntetycznych (jednowyrazowych) w określeniach odmiejscowych i patronimicznych oraz stopniowy zanik ich cech opisowych z wysunięciem na plan pierwszy funkcji identyfikowania osoby, np. przed odmiejscowymi określeniami na -ski pojawiły się wyrazy łacińskie, takie jak `dictus, alias - zwany, nazwany'. Proces przechodzenia wyrazu lub grupy wyrazów z apelatywów do nazw własnych przez zmianę ich funkcji przyjęto nazywać terminem "onimizacja" od gr. onyma, onoma `imię'. 8

W płaszczyźnie społecznej obserwujemy coraz częściej przykłady sygnalizujące stabilizację określeń identyfikacyjnych, jak np. używanie przez daną osobę bezpośrednio po imieniu tego samego określenia odmiejscowego w różnych dokumentach, niezależnie od aktualnej sytuacji prawnej i majątkowej, przechodzenie występującej po imieniu nazwy osobowej z ojca na dzieci. Zarysowują się też od drugiej połowy XV w. dwa dominujące typy określeń: wśród bogatej szlachty polskiej przeważają nazwy odmiejscowe na -ski, wśród mieszczan i chłopów, a także biednej szlachty zagrodowej - nazwy odapelatywne. Zwyczaj dziedziczenia, który ustabilizował się i utrwalił w XVI - XVII w. jest najważniejszym elementem w procesie stabilizacji nazwiska. "I dlatego choć nie da się wyznaczyć granicy między nazwiskiem już wytworzonym, nazwiskiem dopiero tworzącym się, a opisem, określeniem, przezwiskiem", to możemy stwierdzić, że właśnie wiek XVI jest przełomowym pod względem stabilizacji nazwiska jak i ukształtowania się jego form słowotwórczych.9

Okres trzeci, od początku XIX w. do dziś, to pełna stabilizacja sposobów nazywania ludzi. Pod wpływem wymogów obowiązującego prawa i przepisów administracyjnych nastąpiło skostnienie formy językowej tych elementów nazewniczych, które służą do identyfikacji osób, a więc określeń drugich, a także i pierwszych. Wytworzył się wyraźny rozdział między formami urzędowymi a potocznymi. Z chwilą, gdy dodatkowe (obok imienia) określenie identyfikacyjne osoby nabiera cech stałości, rodzimości i dziedziczności, można mówić o wykształceniu się nazwiska zwyczajowego. Stabilizacji uległy najpierw nazwiska wyższych warstw społecznych, biorących udział w życiu publicznym i występujących w różnych rolach administracyjno - prawnych.10

Nazwisko jako instytucja prawna obejmująca całą ludność powstało na ziemiach polskich w okresie zaborów, kiedy to państwa zaborcze w ramach ustawodawstwa swych krajów wydały na przełomie XVIII i XIX w. nowe kodyfikacje prawa cywilnego. Nakazywały one stałość nazwisk (i imion) oraz ich przyjęcie przez tych, którzy ich nie posiadali. Po II wojnie światowej wydano uzupełniające przepisy dotyczące nazwisk w prawie o aktach stanu cywilnego z 1955 r., w kodeksie rodzinnym i opiekuńczym z 1965 r., w kodeksie cywilnym z roku 1964 oraz w ustawie o zmianie imion i nazwisk z roku 1963. Obecnie przepisy zakładają stałość nazwiska. Nie wolno samowolnie zmieniać jego pisowni. Podstawą do tego jest forma nazwiska wpisana w akcie urodzenia. Przy zawarciu małżeństwa żona przyjmuje najczęściej nazwisko męża, może też zachować swoje dotychczasowe nazwisko albo dodać do niego nazwisko męża. Skutkiem zmiany systemu jednoimiennego na dwuimienny jest wykształcenie się obok jednej nazwy osobowej dodatkowej nazwy drugiej, która stała się dziedziczna, językowo ustabilizowana i objęła całą rodzinę. Dziś dla rozróżnienia tych dwu nazw osobowych używa się określeń: imię i nazwisko.

 

Powstanie pojęcia "nazwisko" i wyrażanie tego pojęcia przez wyraz "nazwisko" nie były jednoczesne. Pojęcie powstało w kulturze polskiej wcześniej, niż wyraz wykształcił znaczenie. Było jednak oddawane innym terminem.

Do końca XV w. wyraz "nazwisko" nie jest poświadczony w języku polskim. Pojawia się dopiero w XVI w., ale w odmiennym niż dzisiejsze znaczenie, mianowicie w znaczeniu: `nazwa rzeczy, istoty, nie będąca nazwą własną'. Po raz pierwszy wyraz nazwisko został użyty jako określenie drugiego po imieniu członu nazwy osobowej w XVII-wiecznym rękopisie Walerego Nekandy Trepki. Natomiast w słownikach języka polskiego długo jeszcze nie znajdujemy potwierdzenia, że wyraz nazwisko oznacza drugi po imieniu człon nazwy osobowej. Nie ma bowiem takiego znaczenia ani u G. Knapskiego ani u M. A. Trotza. W słowniku S. B. Lindego (1857 r.) sytuacja w tym zakresie nie jest zupełnie jasna. Wyraz ten jest tu ciągle jeszcze synonimem imienia i nazwy w szerszym rozumieniu. Dopiero w słowniku M. Orgelbranda, tzw. wileńskim (1861 r.), po raz pierwszy pod hasłem nazwisko, obok takich znaczeń, jak `przezwisko, imię, nazwanie', pojawia się określenie `nazwa familii'. Definicja pierwsza podaje historyczne synonimy "nazwiska", ale istotne jest jego drugie znaczenie, które ukazuje sposób funkcjonowania nazwiska w społeczeństwie, tj. obejmowanie całej rodziny.11 Cecha ta oraz status nazwy własnej to podstawa definicji nazwiska w tzw. Słowniku warszawskim (1904 r.), który podaje, że nazwisko to: "imię własne wspólne całej rodzinie, które dzieci biorą po ojcu, a żona po mężu". Brak tu podkreślenia, że nazwisko jest też indywidualną nazwą człowieka, wyznaczającą jego tożsamość. Te cechy nazwiska stały się podstawą jego definicji występujących we współczesnych słownikach języka polskiego: w Słowniku języka polskiego, pod red. W. Doroszewskiego (1958-1969) i w Słowniku terminologii językoznawczej, pod red. Z. Gołąb, A. Heinz, K. Polańskiego 1968).12

Jednoznaczne określenie terminu "nazwisko" dziś wcale nie jest łatwe, bowiem wymaga to rozpatrzenia go przynajmniej w trzech aspektach: słownikowym, językoznawczym (onomastycznym) i prawnym. Dopiero na podstawie różnorodnych elementów można pokusić się o sformułowanie definicji: "Nazwisko jest to termin, nazwa własna osobowa, formacja onomastyczna chronologicznie późniejsza od imienia i stojąca po nim na drugim miejscu (jakby drugie ponowione imię powstałe w celu dokładniejszej identyfikacji osoby), oznaczenie rodzinne (wspólne rodzinie) posiadające określoną wartość w obrocie prawnym; jest dziedziczne (żona otrzymuje po mężu, dzieci po ojcu), obowiązkowe i powszechne (nosi je każdy człowiek), ustabilizowane i niezmienne (tylko na drodze urzędowej może być zmienione, ale w określonych wypadkach); jest obok imienia podstawowym elementem identyfikacyjnym."13 W przeszłości nazwisko nigdy nie charakteryzowało się wszystkimi tymi cechami.

 

To, że w okresie od XV do XIX w. nie istniał termin "nazwisko" o dzisiejszym znaczeniu, nie dowodzi, że nie istniało pojęcie "nazwisko" rozumiane jako nazwa własna występująca obok imienia, wspólna całej rodzinie. Jego obecność w polskim systemie pojęciowym poświadczone jest już w wieku XV. Wyrażał je jednak inny termin - "imię". Słownik staropolski pod hasłem "imię" podaje znaczenia: 1) imię własne osób, plemion, zwierząt, obiektów geograficznych, świąt; imię, nazwisko, nazwa; a ponadto: 2) imię pospolite, nazwa, nazwanie; 3) opinia; 4) ród, nomen gentile, gens (nazwa należąca do tego samego rodu). Imię to wyraz wieloznaczny. Jedno ze znaczeń to pierwsze określenie człowieka, drugie to właśnie "nazwisko", pojęte jako nazwa wspólna dla całego rodu. Dzisiejsze znaczenie "imienia" jest znacznie zawężone. Słownik języka polskiego, pod redakcją W. Doroszewskiego podaje, że imię to: 1) osobiste, nierodowe miano człowieka; używane obok nazwiska; 2) nazwa, nazwisko; 3) każdy wyraz odmieniający się przez przypadki.

Nie mielibyśmy jednak pełnego obrazu formowania się terminu "nazwisko" i jego znaczenia, gdybyśmy nie prześledzili historii i użycia konkurencyjnego dla niego określenia, jakim było od najdawniejszych czasów "przezwisko". Wyraz ten jest zaświadczony w polszczyźnie o wiek wcześniejszej od nazwiska i od razu odnosi się do drugiego członu nazwy osobowej. Poświadcza to Słownik staropolski. Wyraz przezwisko wielokrotnie pojawia się w XVI w. W XVII-wiecznym słowniku G. Knapskiego przezwisko zostało zdefiniowane jako: "przezwisko człeka każdego do własnego przydane, przezwisko każdej rzeczy vel nazwisko, przezwisko uszczypliwe". Pojawia się tu po raz pierwszy ujemne zabarwienie wyrazu przezwisko. Kolejne słowniki, aż do naszych czasów, potwierdzają te trzy jego znaczenia. Znak równości między przezwiskiem a nazwiskiem znajdujemy dopiero w Słowniku wileńskim. Natomiast już Słownik warszawski takie znaczenie przezwiska (jako nazwisko rodowe) opatruje kwalifikatorem: dawne, umieszczając je na kolejnym trzecim miejscu. Podobna sytuacja jest także w słowniku Doroszewskiego.

W ciągu wieków trwała więc swoistego rodzaju rywalizacja tych dwóch wyrazów. Jak wynika z przytoczonych faktów, wcześniej, bo już w XV w. w języku polskim pojawia się wyraz przezwisko i to w znaczeniu: "nazwa dodatkowa dodana do właściwego imienia", a więc na określenie drugiego po imieniu członu nazwy osobowej. W XIX w. postawiono znak równości miedzy przezwiskiem a nazwiskiem. Kiedy na przełomie XIX i XX w. doszło do ostatecznych ustaleń i uściśleń administracyjno-prawnych, sięgnięto po nazwisko, które było bardziej neutralne znaczeniowo. Przezwisko nabrało zaś znaczenia o charakterze pejoratywnym.14

Powyższy przegląd znaczeń wyrazów: imię, nazwisko i przezwisko pokazuje, że do wieku XIX "imię" znaczyło po prostu nazwa, jednostkowe określenie istoty lub rzeczy; "nazwisko" było synonimem wyrazów: imię i nazwa, zaś "przezwisko" odnosiło się do osób, stanowiło równoznacznik dzisiejszej nazwy osobowej. Wniosek z tego jest taki, że w poczuciu językowym Polaków do XIX w. nie istniało zróżnicowanie pojęć: imię - nazwisko - przezwisko. Pojęcia te kształtowały się długo i ustaliły się dopiero w czasach niezbyt nam odległych. Utrwalenie pojęć przyniosło uściślenie znaczeń terminów.

 

Ewelina Dzieżak



Za zgodą autorki, na prawach rękopisu, przedrukowujemy jeden z rozdziałów pracy magisterskiej.

Dziękujemy pkl. "Łabuż"



1 W.Taszycki, Polskie nazwy osobowe, Kraków 1924, s.4.
2 Ibidem, s.9.
3 Język Polski, VI, 1921, s.116-120.
4 w: Onomastica III, 1957, s. 485-514.
5 K.Rymut, Imię - nazwisko - przezwisko w historii języka polskiego, w: V Ogólnopolska Konferencja Onomastyczna, pod red. K.Zierhoffera, Poznań 1988, s.221.
6 Ibidem, s. 221.
7 Ibidem, s.221.
8 M.Malec, O imionach i nazwiskach w Polsce, Kraków 1996, s. 42.
9 J.Bubak, Proces kształtowania się polskiego nazwiska mieszczańskiego i chłopskiego, Kraków 1986, s. 227.
10 Ibidem, s. 227.
11 J.Bubak, op. cit., s. 21.
12 Z.Kaleta, Nazwisko w kulturze polskiej: powstanie pojęcia i funkcji nośnika wartości, w: Onomastyka i dialektologia, pod red. H.Popowskiej-Taborskiej i J.Dumy, Warszawa 1997, s. 145.
13 J.Bubak, op.cit., s. 27.
14 Ibidem, s. 27-28.


Agnieszka Wesołowska

***

W nocy z poniedziałku na wtorek

utopiłam księżyc w łyżce nieba

aż zrobiło się jasno.

 

Rozpacz aniołów widocznie

jest jasna.

 

I nie ma już na świecie

żadnego księżyca. Są bezdomne wilki

bez głowy nad dachem

liściastym.

 

Kot to zdrobniałe

imię Boga

 

Wierzę, że poręcz łóżka,

przy której godziny zmieniają wartę

okno, do którego odprowadzam

zabłąkane dni - przeistoczą się

 

może bez pojęcia o Piśmie

ale wypełniając

twoje dobre słowo.

 

Kury znoszą jajka,

woda znosi domek nad jeziorem,

ja znoszę koniec tygodnia.

Tak dzieli się świat.

 

Agnieszka Wesołowska


 

Zygmunt Bauman

MYŚLI PARĘ O WŁADZY, CIELE I SPOKOJU DUCHA (W PÓŁ WIEKU PO ZGONIE STALINA)

Część II

Na tropach urzędowego lęku

Jeśli suwerenność władz ziemskich, i ich nadzieje na posłuszeństwo, na nieporadności poddanych wobec niepewności losu się wspiera, produkcja urzędowego lęku jest kluczem do sukcesu. Lęk kosmiczny nie potrzebuje pomocników czy pośredników - ale lęk urzędowy nie może się bez nich obejść. Lęk urzędowy trzeba dopiero stworzyć - i to środkami ludziom dostępnymi. Władze ziemskie nie spieszą na pomoc ludziom już wprzódy miotanym niepewnością i lękiem, choć starają się jak mogą przekonać poddanych, że taka właśnie jest kolejność rzeczy. Na podobieństwo nowinek rynkowych, władze ziemskie muszą wpierw stworzyć zapotrzebowanie na swe usługi. I muszą zadbać o to, by lęku poddani nigdy się do końca nie pozbyli, ani aby ich niepewność do cna nie wyparowała.

Specjalizują się w tej sztuce reżymy totalitarne. Stalin był tej sztuki mistrzem nad mistrze. Jak wszyscy tyrani, świadom był lękotwórczej potencji terroru. Ale szczególnego mistrzostwa dowodzi to, że ciosy zadawał Stalin na ślepo, na chybił trafił. Jak zbłąkane kule, spadały one na ludzi niespodziewanie, jak to się powiada, "bez dania racji", bez ładu i składu. Nie można się było w nich dopatrzeć logiki - a więc nie można było ani ich odwrócić, ani się o ich odwrócenie odwołać.

Przez długie lata, na długo zanim Matka-Rosjanka poprosiła go o zakończenie wojny, Stalin demonstrował publicznie swą czarodziejską moc przerywania czystek i polowań na czarownice, czy powstrzymywania fali aresztowań i zsyłek z dnia na dzień, bez uprzedzenia i bez wyjaśnienia, tak samo jak je zaczynał. Nikt nie umiał przewidzieć z góry, jaki to rodzaj działalności, czy jakie cechy osobowości uznane będą nazajutrz za znamię podstępnych knowań czy parania się czarną magią. A jako że podczas nagonki każdy zwierz w okolicy może się znaleźć na muszce myśliwego, i skoro nie zadawano sobie z reguły trudu, by tożsamość tych, na które muszka trafiła, sprawdzić przed naciśnięciem cyngla, nikt nie mógł być pewien, czy go przy okazji kolejnego polowania na czarownice, bez względu na to jakie właściwości uznano aktualnie za wiedźmie cechy rozpoznawcze, nie ustrzelą. Czmychając na wieść o polowaniu na wielbłądy, zając z sowieckiego dowcipu tłumaczył: `Najpierw cię zastrzelą, a potem zbieraj dowody żeś zającem!' W żadnych bodaj czasach Kalwinowy obraz istoty najwyższej, która zbawia lub potępia bez związku z tym, co zbawieni lub potępieni czynią i której wyroki są równie niezbadane co nie podlegające dyskusji, nabrał takiej wiarygodności, co pod rządami Stalina.

Kiedy nikt ani przez chwilę nie może czuć się bezpieczny i być pewien, czy łomotanie w drzwi przed następnym świtem z łóżka go nie wyciągnie, wtedy spokojnie przespana noc czy dzień bez katastrofy staje się wyjątkiem, zdarzeniem wyjątkowym; więcej, jest dowodem łaski, cudownego aktu zbawienia, jakich sprawić nie mogą wątłe ludzkie siły, ani ogarnąć zwykły ludzki rozum - sprawą ponadludzkiej potęgi. Na skalę dotąd niespotykaną, korzystał Stalin z praw suwerena do wyłączania poddanych spod ochrony praw - wszelkich praw, łącznie z niestanowionymi, naturalnymi prawami człowieka. Częstotliwość korzystania była tak olbrzymia, że anulowanie reguły stało się regułą. Ilość, by tak rzec, przeszła w jakość - a raczej przeobraziła jakość w jej przeciwieństwo. Wyjątkiem stało się nieczynienie wyjątków. Umknąć nagonce, ujść cało łowcom i psom gończym, było świadectwem wyjątkowej atencji, łaski, życzliwości i szczególnych względów Nadleśniczego (a także jego mądrości i dobrej woli: rozpoznał wszak bez pudła niewinność niedoszłej ofiary). A za dobroć zbawcy należy być wdzięcznym. I zające, których z wielbłądami nie pomylono lub mylić przestano, były wdzięczne.

Poszukując uzasadnienia swych wymagań, każda ziemska władza powołuje się na niepewność, jaka dręczy podwładnych, a jaka nękałaby ich dotkliwiej jeszcze, gdyby władza jej nie łagodziła czy mitygowała. W kraju centralnego planowania, pod nieobecność rynku, naturalnego ekotopu niepewności, owa niepewność losu, na którą władza miałaby być szpitalem i apteką, a posłuszeństwo wobec władzy miało być leczniczym reżymem, musiała być fabrykowana sztucznie, sposobami politycznymi. Nie przypadkiem charakterystyczny dla stalinowskiego reżymu terror wyrywkowy, stosowany na chybił trafił, bez ładu i bez składu, ruszył w Rosji pełną parą w chwili, gdy złożono do grobu doczesne szczątki NEP-u i ukręcono łba handlowi wraz z handlarzami.

W normalnym społeczeństwie rynkowym produkcja niepewności nie jest kłopotem władzy politycznej: wystarcza, że władza strzeże wolności konkurencji. Władzy politycznej pozostaje zadanie legitymowania się mitygowaniem panoszącej się, bez jej udziału, niepewności indywidualnego losu, i łagodzeniem jej następstw. Logika owej legitymacji wiodła w czasach nowożytnych nieubłaganie do `państwa opiekuńczego' (lub, jak się je ostatnio, wstecz spoglądając, na Zachodzie nazywać proponuje, `państwa socjalnego').

Od tej legitymacji od jakiegoś czasu się odchodzi. Instytucje opiekuńcze podlegają rozbiórce, a przepisy prawne ograniczające wolną grę konkurencji rynkowej i chroniące jej ofiary - kasacji. Funkcje opiekuńcze państwa zawęża się do mniejszości, która utrzymać się przy życiu w walce konkurencyjnej z tego czy innego powodu nie może - do bezrobotnych, niedołężnych, czy nieudolnych fizycznie lub psychicznie (choć w ich przypadku zmienia się klasyfikację podejmowanych zabiegów z `opieki społecznej' na `ochronę prawa i porządku'). Coraz częściej, i coraz jawniej, politycy umywają ręce od odpowiedzialności za niepowodzenia i niedolę pechowych jednostek i przez wszystkich jednako odczuwaną niepewność bytu wynikłą z rynkowego hazardu. Wzywają ofiary do wydobywania się z tarapatów własnym staraniem. Nawołują do większej `flexibility' - giętkości, elastyczności - oferując więcej niepewności jako lekarstwo na niepewność dotychczasową. Jak to ujął Ulrich Beck - ludziom zleca się dziś poszukiwanie biograficznych wyjść ze wspólnych, społecznych kłopotów.

Nowa strategia władzy ma swe skutki uboczne. Podmywa ona fundamenty, na których władza nowoczesna zwykła była wspierać zarówno swój autorytet i wymóg posłuchu, jak i dowody na wagę swej roli. Stąd powszechnie dziś notowany uwiąd zainteresowań poczynaniami rządów i parlamentów, rosnąca apatia wyborcza, masowy odwrót obywateli od uczestnictwa w polityce `zinstytucjonalizowanej'. Rozum podpowiada: Jeśli państwo mi w niczym pomóc nie zamierza, po co mam nim sobie głowę zaprzątać, tracąc czas i siły, jakie każą mi własnym interesom poświęcać?

 

Państwowa wytwórnia lęku

Zdjąwszy z siebie odpowiedzialność za leczenie ran poniesionych w rynkowych bitwach o byt i dobrobyt, władza państwowa potrzebuje alternatywnej niepewności, z którą zmierzyć się, na oczach i przy poklasku poddanych, potrafi. Rolę poszukiwanej namiastki zaczyna pełnić coraz wyraźniej `safety', czyli bezpieczeństwo osobiste - ciała i jego przybudówek, a więc własności osobistej, domostwa, ulicy, okolicy - od zagrożeń ze strony kryminalistów, skłonnej do przestępstw `podklasy', obcych, o których nigdy nie wiadomo do czego są skłonni, a całkiem ostatnio także i terrorystów. W odróżnieniu od zagrożeń rynkowych, zbyt oczywistych, by trzeba było o nich przypominać, lęk przed zagrożeniami alternatywnymi musi być podsycany, by osiągnął natężenie dostateczne legitymowania rządów politycznych, a zarazem odwrócenia uwagi od niepewności rynkowego pochodzenia, której uśmierzyć władze nie mają ani siły ani zamiaru. Idzie o to, by niespełnienie się zapowiadanych niebezpieczeństw uznać można było za triumf niezwykły, możliwy li tylko dzięki czujności, przemyślności i zapobiegliwości organów państwowych. Taki właśnie zamiar i odpowiednia do zamiaru strategia wyłaniają się z aktualnych poczynań `zbrojnych ramion' amerykańskich i licznych europejskich rządów - tym wyraźniej, im bardziej pogłębia się zapaść gospodarcza, rośnie bezrobocie i spadają notowania giełdowe. W Ameryce, jak i w Anglii, z monotonną regularnością informują mężowie stanu o nadciągających spiskach i zamachach. Do zamachów z reguły nie dochodzi, ale osad lęku wraz z wdzięcznością za wybawienie od katastrofy, i przekonanie, że zagrożenie trwa a więc trwa też potrzeba ratunku, pozostają.

Zatrzymajmy się przy jednym, ale jakże charakterystycznym, prototypowym w gruncie rzeczy przykładzie z 10 czerwca 2002 roku. W dniu tym kilku urzędników amerykańskich najwyższego szczebla (m.in. Dyrektor FBI Robert Mueller, zastępca Prokuratora Generalnego USA Larry Thompson, Wiceminister Obrony Paul Wolfowitz) ogłosiło zatrzymanie podejrzanego terrorysty z Al-Quaidy w momencie gdy wracał do Chicago z kursu szkoleniowego w Pakistanie. Szło o niejakiego Jose Padilla, rodzonego hiszpańsko-języcznego Amerykanina, który nawróciwszy się na Islam przyjął arabskie nazwisko Abdullaha al-Mujahira i udał się niezwłocznie do nowo uzyskanych braci po wskazówki, jak mścić się na dotychczasowej ojczyźnie. Przeszkolono go tam w konstruowaniu `brudnych bomb' - `zatrważająco łatwych do skonstruowania' z paru uncji powszechnie dostępnych środków wybuchowych i jakiego popadnie radioaktywnego materiału (nie wyjaśniono dlaczego `zatrważająco łatwa konstrukcja' wymagała dalekiej wyprawy i wyrafinowanego przeszkolenia - ale jak już zauważyliśmy, w uprawie urzędowego lęku logika jest przeszkodą raczej niż pomocą). `Nowe pojęcie weszło na stałe do po - jedenasto wrześniowego słownictwa przeciętnego Amerykanina: `brudna bomba' - oznajmili reporterzy USA Today, Nichols, Hall i Eisler. (Nawiasem mówiąc, pomylili się. Co dla jednych ramion zbrojnych państwa jest kąskiem smakowitym, dla innych może być trucizną. Jeśli dziecinnie łatwo «brudną bombę« ulepić na miejscu, po co puklerz antyrakietowy, czy bombardowanie Iraku? W ciągu dwu dni sprawę wyciszono, a Abdullah al-Mujahir znikł ze szpalt prasy równie nagle, jak się pojawił. «Brudną bombę« zastąpiły inne grożby, ostrożniej dobrane. Ale jak zauważył Robert J.Samuelson w Washington Post z 18 grudnia 2002 - sposób w jaki Prezydent Bush wybronił swój autorytet przed następstwami gospodarczej zapaści był `jedną z najciekawszych historii roku'. Uwaga Amerykanów była, jak widać, `zajęta terroryzmem i Irakiem'. `Chciwość, uczucie dominujące w czasie hossy, zastąpił strach').

Do groźby terroryzmu jako czynnika lękogennego ucieka się też sporadycznie rząd brytyjski. Raz po raz docierają do dzienników `przecieki' z nieoficjalnych, ale `dobrze poinformowanych' źródeł, z reguły nader ogólnikowe, o przygotowywanych atakach gazowych lub bombowych w licznych, acz nie nazwanych miejscowościach Wielkiej Brytanii. Stają się na czas jakiś głównym tematem dnia, wypierając ze szpalt bardziej konkretne, ale z tego powodu mniej dla celu przydatne informacje o kryzysie finansowym szpitali, emerytur czy uniwersytetów. Na ogół jednak nie groźba terroryzmu jest w Europie głównym motywem urzędowych lęków. Jak to ujął publicysta New York Times'a Donald G.McNeil Jr., europejscy politycy `rajfurzą obawom przed przestępczością'. Do obietnicy coraz surowszej rozprawy z przestępcami już zdemaskowanymi lub in spe uciekają się w kampaniach wyborczych najchętniej bez względu na swe ideologiczne sympatie. Zapowiedź większej liczby policyjnych patroli i budowy nowych więzień okazała się niezawodnym sloganem wyborczym. Popłaca też (jak o tym liczni politycy europejscy przekonali się ostatnio - jedni z satysfakcją, inni z żalem poniewczasie) wiązać strach przed kryminalistami z podejrzliwością wobec imigrantów (wybieg trudny do zastosowania w Ameryce, kraju imigrantów, który nie bez racji szczyci się tradycją przygarniania i otaczania opieką uciskanych i upokarzanych mas) Wedle McNeila, politycy całej Europy wiążą nienawiść etniczną, którą w czystej postaci wspierać otwarcie nie wypada, z bardziej strawną obawą o bezpieczeństwo osobiste.

W opinii Nathaniela Herzberga i Cecylii Prieur, politycznych korespondentów Le Monde'u, zeszłoroczna konfrontacja Chiraca i Jospina w kampanii prezydenckiej szybko przeobraziła się w licytację: kandydaci prześcigali się w obietnicach, jednym tchem wypowiadanych, silnej ręki wobec kryminalistów i radykalnego ograniczenia imigracji, wskazując na rozzuchwalonych bezkarnością złodziejaszków i ośmielonych pobłażliwością straży granicznej `obcych' jako na główne żródło boleśnie przeżywanej przez Francuzów precarité (chybotliwej pozycji społecznej, niepewnych widoków na przyszłość); w domyśle - jedyne źródło, jako że o innych źródłach nie wspominano. Ton kampanii nadał od razu na wstępie Chirac, ostrzegając Francuzów przed `wzbierającą falą' zbrodni i obiecując politykę `zerowej tolerancji'. Jospin nie pozostał w tyle, ripostując z miejsca zapowiedzią `wojny o bezpieczeństwo osobiste' obywateli, ślubując kres pobłażliwości i przysięgając że nigdy nie należał i nigdy nie przystąpi do `szkoły angelicznej' (obciążającą upośledzenie i upokorzenie społeczne młodocianych imigrantów winą za ich wykolejenie), oraz zlecając Ministrowi Spraw Wewnętrznych zwiększenie uprawnień policji wobec przestępczej młodzieży banlieues (przedmieść zamieszkałych głównie przez mniejszości etniczne). Gdy Chirac obiecał powołanie Ministerstwa Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Jospin odpowiedział obietnicą `nowego ministerstwa odpowiedzialnego za wszystkie aspekty bezpieczeństwa osobistego i koordynację działań policyjnych'. Z chwilą gdy Chirac wystąpił z pomysłem `zamkniętych ośrodków' dla młodocianych naruszycieli prawa, Jospin zaproponował dla tychże `zamknięte struktury', dorzucając zapowiedź skazywania winnych z miejsca i na miejscu.

Zaledwie ze trzydzieści lat temu Portugalia (obok Turcji) była głównym dostarczycielem Gastarbeiter oskarżanych przez schludnych i porządek miłujących niemieckich mieszczan o szpecenie rodzimego krajobrazu i wystawianie na szwank umowy społecznej między kapitałem a pracą - fundamentu ich dostatniego życia, spokoju ducha i ufności w przyszłość. Z kraju eksportu siły roboczej Portugalia przekształciła się ostatnio w kraj jej importu. Trudy i upokorzenia zarabiania na chleb na obczyźnie poszły rychło w zapomnienie, i 27 procent Portugalczyków uznało okolice rojące się od cudzoziemców i złodziei za swój główny frasunek. Nieznany dotąd polityk, Paulo Portas, pomógł prawicowej koalicji mocniej się u władzy usadowić, posługując się jedno- tylko punktowym programem: zamknąć granice przed emigrantami. Podobny obrót przybrały niedawne przetasowania polityczne w Austrii, Holandii, ale też i w Danii, Włoszech, Norwegii - krajach które jeszcze jedno-dwa pokolenia temu wysyłały swą młodzież `na saksy' w poszukiwania chleba, jakiego brakło w domu.

Na to, by zatamować najobfitsze, gospodarcze źródła niepewności bytu, rosnącej ryzykowności życiowych planów i malejącej ufności w trwałość instytucji społecznych i wiarygodność notorycznie ruchomych drogowskazów i punktów orientacyjnych, polityków którzy tylko środkami działania o lokalnym zasięgu dysponują nie stać. Nie istnieją rozwiązania lokalne dla globalnie produkowanych problemów. Nie dziw, że politycy skłonni są ogniskować się na sprawach, w których mogą pokazać, że nie siedzą z założonymi rękoma i dowieść publicznie swej użyteczności. Dla fabryk urzędowego lęku szukają z rosnącym zapałem produktów zastępczych.

Sposób zaspokajania zapotrzebowania na lęk urzędowy zainicjowany i uprawiany przez Stalina należy dziś, miejmy nadzieję, do przeszłości (w naszej przynajmniej części globu). Ale czy to samo da się powiedzieć o zapotrzebowaniu samym? Pół wieku po śmierci arcymistrza terroru-na-co-dzień zapotrzebowanie zda się być żywe - a i na tyle żywotne, by dyktować hierarchie ważności, programy i agendy polityczne rządów i ich klienteli. Korzenie społeczne zapotrzebowania jak były, tak są, tkwiąc w sposobie w jaki organizujemy swe współżycie i zabieramy się do problemów jakie zeń się rodzą. Warto by uczcić rocznicę przepędzenia stalinowskiej zmory, uważniej się tym korzeniom przyglądając. Może da się coś z nimi zrobić? Na przykład wyrwać?

 

Zygmunt Bauman

 


 
Pięć - dziesięć zdań:

"[...] Słyszysz? Jesteś w raju. Mogę cię dotknąć. Skoro czujesz dotyk, czy mogę cię też zranić? Jeśli tak, czym różni się raj od Ziemi. A czy raj mógłby być rajem, gdyby nie można było w nim czuć dotyku? Masz w sobie milion lat życia. Czy jest w tobie choć odrobina cząstek z minionych stworzeń? Nie zamykaj innych cząstek w rzeczach, pozwól im stać się życiem. Strach, pożądanie, ból, przyjemność - to one stanowią o tym, że żyjesz. Nie zamykaj się przed nimi. Nie pozbawiaj się chłodu poranka w lesie. Nie można być wypoczętym, jeśli nie było się nigdy zmęczonym. Nie da się być najedzonym, jeśli nigdy nie było się głodnym. Byłeś uwięziony, teraz się uwolni. Tylko ci naprawdę cieszą się życiem, którzy otarli się o śmierć. Jak błahą rzeczą są odciski na nogach, jeżeli podczas wędrówki można obejrzeć najpiękniejszy z cudów. Obejrzeć, dotknąć, powąchać, posmakować. Poszukaj wilków. Jeśli potrafisz czuć, uwiodą cię swoją wolnością. Znajdź w sobie wilka. Pijcie razem tę samą wodę, oddychajcie tym samym powietrzem. [...]"

 

Maciej Narczyński


"Niespokojny" - fragment
"Dzikie Życie" - kwiecień 2003

Dziękujemy Pkl. "Łabuż"




(6)

Tomasz Agatowski

MIARA

ufności, obecnie (i to nie tylko w Polsce) jest w zaniku jak organ szczątkowy jakiejś już skamieniałej normy - przyzwoitości". W nieufności, podejrzliwości trudno funkcjonować godnie, bez stresu, bez stałego sprawdzania czy nie zostaliśmy "wpuszczeni w maliny". Od ONZ-tu do rodziny, od rządów do majstrów prowadzone są gry: jak na swoje wyjść. Słyszę już co kilka dni z radia, że cierpimy na brak autorytetów. Temat to wielki jak temat tyczący miary od nauki do wyznań, od potępiania do wywyższania miary historycznej, filozoficznej, ekonomicznej, miary bycia dobrym człowiekiem lub barbarzyńcą.

Nicola Chiaromonte, eseista włoski, a wcześniej walczący w eskadrze lotnictwa w Hiszpanii (zmarły na atak serca w r. 1972), w swej pisarskiej teczce "Notesy" pozostawił śmiałe pytania, śmiałe odpowiedzi, badawczo nasączone przyzwoitością, skrupulatnością. Suwerenność jego myśli podkreśla Wojciech Karpiński, autor -o ironio - bardziej uznawany daleko od Polski, a na naszym podwórku znany koneserom, obserwatorom literackich zawiłości. W zbiorze Włocha Nicola "Co pozostaje" ,miarą nie są dyrdymały codzienności i naiwnych domorosłych "tekściarzy" na wszelkim obszarze, ale to jest miarą godną, co zasługuje na trwanie, to, co ciągle w nas istnieje Zauważa, że "psychologia" w powieści oznacza odkrycie wolności jednostki i nieprzewidywalności życia, a nie "nieuchronności", jak chciał Andre Malraux, będący w Hiszpanii dowódcą Nicola, a póżniej jako pisarz
(m. in. historyczna rzecz "Łazarz") wieloletnim ministrem kultury we Francji. Jeśli tyle miejsca przeznaczam namawianiu do zajmowania się rzeczami ważnymi, to znaczy, że - dla mnie - miarą nadrzędną jest piękno jako ład. We wszystkim, począwszy od zawiązania buta do wypowiedzi, od mycia ciała do rzeżb i plafonów w bazylikach. Piękno, jako pojęcie, wymyślili Grecy, wierzący w naturę rzeczy. Zakreśla cywilizacja koło, wracając do mater naturalis jako wiary i miary trwalszej, będące j w ruchu, zaskakującej potęgą żywiołów. Śmierć tu jawi się jako naturalna miara wszystkiego, co miało początek. Bez rozpaczy. Bez przywiązania się do materialnej ułudy, mirażu.

W Biblii mowa jest o odmierzaniu tą samą miarą (wg Łukasza), którą mierzymy. Wymiar to ideowy, a życie chadza labiryntami. I trzeba już na przeszłość i przyszłość patrzeć kontynentalnie, jeśli chce się mieć miarę Europejczyka. Zaścianek umysłowy zdany będzie na miałkość rozrywki podchmielonej, a miarą jej jest "byle do jutra".

Pojawia się tu miara odpowiedzialności. Niech z dramatu "Górą nasi" przemówi autor, Kazimierz Zalewski (1849-1919): "miłość to kiepski sprzymierzeniec do interesów". Realista. I on też w dramacie "Z postępem", mówi, iż "nową miarą człowieka tylko godność własna", co usłyszeć można w akcie piątym. Och, naiwności słodka! Usłyszeć? Gdzie? Odkurzyć trzeba archiwa, i zadumać się nad myślami przodków...

Erem majowy, 2003 r.
Tomasz Agatowski

 

Stanisława Deluga

SZADŹ

cisza przed spełnieniem

jak skute szadzią gałęzie jabłoni

niezdarnie szukające siebie na wietrze

    zaplątane w siebie

    stukają w rytmie staccato

    w nasze okno

takie zimne piękno

aż boli

    cicho gęstnieje zmierzch

    czekaj ze mną

    na odwilż światu

 

Stanisława Deluga



Wiersz ze zbioru "Staccato" omówionego w "Prowincjonaliach"

 


Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (17)

Przypuszczać można było, że repertuar zdumień, gdy idzie o wydawnicze nieporozumienia, wyczerpał się - ale pomyłka. Oto trafiłem na relikt rodem jeszcze z poprzedniej formacji ustrojowej. Powiadam o czasach jedynie słusznej wówczas metody dopieszczania niedopoetów według klucza klasowego. To znaczy, tworzący lud - w opozycji do dzieł często podejrzanych ideologicznie (lub tylko intelektualnie) autorów zawodowych - przedstawiał płody własne. Czytelnicy, których gustami usiłowała sterować polityka kulturalna państwa, uszczęśliwiani bywali na siłę "literackimi" wypocinami a to kół gospodyń wiejskich, a to zrzeszeń piszących sierżantów, a to górników sławiących znój pracy rąk dla pomyślności socjalistycznej ojczyzny.

Co ożywiło powyższe wspomnienia? Almanach poezji wydany z okazji XVI Ogólnopolskich Literackich Spotkań Pokoleń Kruszwica - Kobylniki 2002 ("Z poezją w XXI wiek", Robotnicze Stowarzyszenie Twórców Kultury, Bydgoszcz 2002, str. 84).

Szumnie zatytułowany almanach wypełniają twory 32 osób. Nie da się wymienić wszystkich autorów z nazwiska, gdyż samo ich przedstawienie zajęłoby ponad pół strony. Starczy powiedzieć, że wierszowanie to kiepskie, z rzadka ocierające się o choćby poprawność. A życie, psia kostka, nie jest lekkie, jak powiada jeden z almanachowiczów w tekście "Poeta ludowy":

Najpierw pracuje w polu

mocuje się z widłami

z pługiem z bronami (...)

a potem

oblany potem

odejmuje sobie czas

od ust od oczu

i tworzy wiersz.

Zaś szczególnym talentem, w tym przypadku krytycznym, popisał się autor wyboru i wstępu do tegoż - Mieczysław Wojtasik. Podpierając się Abrahamem i Kierkegaardem objawił biednym czytelniczym żuczkom między innymi:

Słowo desperata, straceńca, włóczykija, barda przeciska się jak wielbłąd przez ucho igielne kosmicznego kontinuum i gdzieś, tu albo tam, na atypodach, pod zwietrzałą powieką czasu kiełkuje.

Nie ja to wymyśliłem, słowo. I staram się nie być za bardzo złośliwy, też słowo.

Złośliwość natomiast występuje w następnej książce - przynajmniej w tytule. Mowa o debiucie poetyckim M. Dyk (Marta Dyk "Słowotwór złośliwy", Wydawnictwo MARPRESS, Gdańsk 2002, str. 57).

O samej autorce (rocznik 79) niewiele wiadomo. Mieszka w Trójmieście, jest studentką filologii polskiej Uniwersytetu Gdańskiego. Jak powiada na okładce zbioru - nie nazywa siebie "poetką", gdyż tego pojęcia nie lubi. Woli określać się mianem wierszomontera.

Zbiór mieści blisko pięćdziesiąt utworów. Autorka montuje wiersze sprawnie, z warsztatową biegłością, nie stroniąc od neologizmów (np.: przestrzeń podpowieczna; nieżywotna nieosobowość; nowopoecki z muzą na smyczy). Zresztą, tytułowe słowotwórstwo ma jeszcze inny walor - badania przejrzystości języka, jego potencjalnych szans zmian dla nowej komunikacji.

W jednym z utworów powiada autorka:

wyrobnik poetycki

pcha z mozołem

taczkę

pełną uschniętych

liści laurowych

Tyle że to przyprawiona humorem drwina, gdyż sama twórczyni, dystansując się od poetyk zastanych, szuka nowych rozwiązań. A w "Warsztacie poety" wewnątrz/ prosty stół/ przy nim imadło/ do wyciskania myśli. I choć biologicznie (i duchowo) młoda, nie obca jej jest świadomość, iż kiedyś/ przyjdzie zamienić/ metr kwadratowy/ marzeń/ na dwa metry sześcienne ziemi.

Między innymi dlatego bez wahania powiem, iż "Słowotwór złośliwy" Marty Dyk słowotworem złośliwym nie jest. I z chęcią w przyszłości poznam drugą książkę wierszomonterki. Tym razem - nadzieja taka - już ze stonowaną nieco zabawą słowem i obrazkową obserwacją na rzecz głębszego pochylenia się ku wnętrzu własnemu.

 

Skrajnie odmienną poetykę prezentuje S. Deluga (Stanisława Deluga, "Staccato", Instytut Wydawniczy ŚWIADECTWO, Bydgoszcz 2002, str. 46).

Stanisława Deluga, absolwentka polonistyki w toruńskim UMK, od lat mieszka w Bydgoszczy. Jest współautorką antologii "Kochaj wierszem" (2000) oraz "Arka poezją płynąca" (2000). Nadto pisuje recenzje i artykuły w czasopismach o zasięgu regionalnym i ogólnokrajowym. Jej debiutem był wydany w 1998 roku tomik wierszy "Wychodzenia z cienia".

Ów szczupły, bo liczący niespełna trzydzieści utworów, zbiór rozłamuje się na trzy cykle: "Staccato", "Wychodzenie z cienia" oraz "Fakturę zachwytu". Wiersze to konwencjonalne, z gatunku "oswojonych", gdy idzie o język. Darmo tu szukać rozwiązań własnych, nie znajdziemy prób wadzenia się ze słowem - co cechowało zbiór Marty Dyk. S. Deluga kroczy dawno przetartymi ścieżkami, bo w doświadczanej przestrzeni najlepiej się czuje.

I choć zdarzają się autorce kiksy w niektórych wersach (np. gdy gwiazdy spadają z łkającym śpiewem; białe nasionko dyni/ spuchnięte ideą kolistości czasu) w ramach tego zbioru najbardziej przekonują utwory z motywami przyrodniczymi. Ich prostota wydaje się naturalna.

To lepsza strona poezjowania S. Delugi. W mniej ciekawej - a mam tu na uwadze utwory dłuższe, banalnie przegadane - znajdujemy za dużo strof "puszczonych". Bo kogóż mogą przekonać (poetycko) na przykład takie linijki:

rozplątujesz mnie z bezradnych kończyn

nie ścieraj dotykiem mojej skóry

srebrnych pęcherzyków powietrza

uskrzydlających moje piersi.

Reasumując: pozycja, przykro to powiedzieć, mierna. Ledwie kilka utworów wartych kontemplacji.

 

Do kontemplacji nie nadają się też utwory poetyckie A. Dorobka (Andrzej Dorobek "Translacje i transfiguracje", Instytut Wydawniczy ŚWIADECTWO, Bydgoszcz 2002, str. 53), choć z innego powodu.

Andrzej Dorobek (rocznik 60) jest absolwentem anglistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Mieszka w Płocku. Prócz poezji zajmuje się eseistyką i publicystyką, też tłumaczeniami. Drukował m.in. W "NaGłosie", "Literaturze na świecie", "Nowym Nurcie" oraz magazynie muzycznym "Jazz". Przemllyożył "Nowojorską bohemę" Ronalda Sukenicka (1995), opublikował "Rock: problemy, sylwetki, konteksty - szkice z estetyki i socjologii rocka" (2001). Debiutem poetyckim był zbiór "Odpryski" (1996). Póżniej wydał jeszcze tomiki "Po tamtej stronie światła" (1998) oraz "Święto Zmarłych" (1999).

Jak ze skrótowo przedstawionej noty biobibliograficznej wynika jest autorem aktywnym. Najnowszy zbiór "Translacje i transfiguracje" stanowi kolejny tego dowód.

Tomik budują dwie części zawierające po jedenaście utworów. Część pierwsza to oryginalne teksty, na drugą składają się wariacje przekładowe.

Wspomniałem wyżej, iż zbiorek Dorobka nie nadaje się do kontemplacji. Bo też tak i jest. Sporo w nim językowej (i obyczajowej) prowokacji, obśmiewania kulturowych kodów, a nawet potrącania o skatologię. W umyśle czytelnika po takiej lekturze mogą się rodzić pytania o granice literackiej hucpy, o smak tejże. Bowiem odczucia mogą być mieszane. Sam autor po części udziela odpowiedzi wprost w tekście "Pod Grunwaldem paradoksu czyli zabawa w chowanego" (podstawa: John Ashbery - "Paradoxes And Oxymorons"):

Poeta zajmuje się językiem /na poziomie oczywistości./ Posłuchaj - oto jego wiersz/ mówi do ciebie-/ (...)/ Chwyciłeś, co mówi -/ tylko że nie chwyciłeś -/ (...)/ a lotne paradoksy/ wypuszczasz jako harcowników/ wreszcie - /odpalasz armatę/ czyli walisz w czytelnika wierszem/ torpedą z opóżnionym zapłonem,/ która ryje w jałowym polu/ i zmienia się w niewypał,/ bo czytelnik, jak zawsze,/ woli gnuśnieć w zaroślach./ (...)
/ I tak spotykamy się wszyscy w niebie/ dekonstrukcji.

Ogólnie mówiąc: dosyć osobliwa to gra z odbiorcą i nie każdy zechce ją podjąć. Losy eksperymentów bywają niepewne. A ich wartościowaniem zająć się może tylko czas.

 

I radykalna zmiana tonacji.

W krótkim odstępie dwie książki wydał wielokrotnie w "Łabuziu" publikujący P. Bednarski (Piotr Bednarski "Przylot żurawi", Wydawnictwo Krytyki Artystycznej MINIATURA, Kraków 2003, str. 112; "Wiersze", W.K.A. MINIATURA, Kraków 2003, str. 256).

Piotr Bednarski (rocznik 38), z zawodu marynarz, od 1963 mieszkający w Kołobrzegu, jest twórcą uznanym. Bymlly członkiem istniejącej w latach siedemdziesiątych grupy poetycko-plastycznej "Reda". Od jego debiutanckiej "Arki przymierza" minęło z okładem trzydzieści lat. W międzyczasie ukazało się kilkanaście książek poetyckich i prozatorskich, w tym zbiór opowiadań "Morze u wezgłowia" (1981), powieść "Lancelot" (1986) oraz "Błękitne śniegi" (1996), wyróżnione Nagrodą Fundacji Kultury - które rok później doczekały się adaptacji telewizyjnej (w reżyserii I. Cywińskiej i udaną kreacją D. Stenki).

Dwie nowe książki, a właściwie... trzy. Trzy w woluminach dwóch. Za chwilę do tego dojdziemy.

Zawierający ponad osiemdziesiąt wierszy "Przylot żurawi" kryje w swoim wnętrzu dwa nurty poezjowania: zwarty i rozlewny. Wiersze w budowie krótkie kontynuują techniki wcześniej przez autora stosowane. Utwory dłuższe, momentami przybierające formę poematów (na przykład cykle "Byliny" i "Szarlatanka") pojawiły się w twórczości Bednarskiego po raz pierwszy. W poematach owych nie tak rzadko spotkać można i oddech epicki, a nawet wtręty z języków nieliterackich.

Pisze Bednarski uczuciowo, mocno przeżywając doczesność - jej radości i udręki. Jako twórca dojrzały akcentuje czas przemijania, potrafiąc jednocześnie znależć pociechę w Bogu. Bo człowiek samotny to pół człowieka, jak powiada w jednym z utworów. A Bóg przecież samotność egzystencji czyni znośniejszą.

Drugi tom, nazwany "Wiersze", splata się tematycznie z "Przylotem żurawi". Dostrzec tu można zbliżone wątki: wzmożonego łaknienia miłości i wadzenia się ze Stwórcą.

Na biobibliograficznej wklejce wewnątrz książki między innymi o autorze napisano: "Szuka odpowiedzi na jedno pytanie: Czy z prochu w proch? Opukuje to pytanie z różnych stron. Jest nieufny, rozum nieustannie zmaga się u niego z sercem. Modli się i oskarża, współczuje i kocha do szaleństwa".

Podmiot liryczny wierszy Bednarskiego, podkreślić to warto, głównym tłem mocowania się z materią i duchem czyni morze. Przy czym nie jest to morze ozdobne z makatki, lecz żywioł niemal wszechogarniający.

Jest w tej książce coś jeszcze, co niektórych zdziwi. Mowa teraz o edytorskim wymiarze rzeczy. Otóż tom "Wiersze" tylko fizycznie jest jednym. Bo składa się z dwóch odrębnych zbiorów (każdy po ok. 100 wierszy!), osobno skonstruowanych i osobnymi tytułami wyróżnionych. Pierwszy to "Barka słońca", zaś drugi to "Otchłanie" - opatrzony wiele mówiącym podtytułem "Autorski wybór wierszy".

Trudno pojąć jaka idea przyświecała podobnemu zabiegowi. Gdyż "Otchłanie" istotnie wyborem z wcześniejszych książek poetyckich są - i to poszerzonym o utwory najnowsze.

Jednak zostawmy ową zagadkę z boku. To w końcu tylko techniczna sprawa. I zstąpmy na "Barkę słońca", z pokładu której - mimo doświadczanych zwątpień - woła do nas poeta:

Bierz udział w rebelii

Którą jest życie

Tylko buntownicy

Znają smak miłości

Piękny to apel i warty propagowania.

 

(kwiecień/maj' 2003)
Paweł Szeroki

 

Andrzej Dorobek

DARZ-BÓR


(translacja papiernicza)
Zwolennikom ilościowej
koncepcji poezji

idzie twórca borem-lasem

przymierając z głodu czasem -

 

wśród borówek borowików

borowiny oborników -

 

idzie twórca nieborak

tam gdzie stąpnie stawia znak

 

i boruje ciągle w słowie

(poetyckie borogłowie) -

 

 

 

i oto wiersze

rosną borem w dół kartki papieru

wyborowanej z boru

bor-maszyną

 

 

 

leśnictwo i przemysł papierniczy

to na pewno ważne działy gospodarki narodowej

 

zwłaszcza w czasach nadprodukcji

tomików poetyckich

 

Andrzej Dorobek



Wiersz ze zbioru "Translacje i transfiguracje" omówionego w "Prowincjonaliach"

 

Tomasz Rybak

PREZENT OD ALICJI

Dostałem od mojej kochanki na urodziny zestaw iluzjonisty, składający się z podręcznika, kapelusza, różdżki oraz kart. Od dziecka pociągała mnie magia. Teraz, kiedy jestem dojrzałym człowiekiem, mogę powiedzieć: "Sezamie - otwórz się" i odkryć na nowo bogactwo iluzji.

 

W domu byłem sam, więc mogłem spokojnie zająć się prezentem. Najpierw przejrzałem karty. Z rozczarowaniem stwierdziłem, że wyglądają na całkiem zwyczajne. Rzuciłem więc okiem na książkę. Jakoś będę musiał poddać się temu masochistycznemu zajęciu i przebrnąć przez setki zadrukowanych maczkiem stron.

W końcu moją uwagę przykuł czarny, ekscytujący kapelusz. Nigdy takiego nie nosiłem. Zamllyożyłem go czym prędzej.

 

Ciekawe jak się wyciąga króliki ...

 

Rzuciłem nakrycie głowy na sofę. Zagłębiłem się w podręcznik. Zanim jednak odnalazłem stronę traktującą o wyciąganiu królików, coś zachrobotało. Wstrzymałem oddech. Tajemniczy dźwięk dochodził z kapelusza. Serce zabiło mi szybciej, jak podczas wręczania pierwszej łapówki za przekroczenie prędkości.

 

Nie zorientowałem się, kiedy niemodne przykrycie głowy urodziło czarnego królika. Marchewkożerca spojrzał na mnie z wyraźnym zainteresowaniem. Gwałtownie dyszał i strzygły długimi wąsami. Śmierdziało od niego zgniłą marchwią i ziemią.

 

Nikomu o tym nie powiem - pomyślałem.

 

Nigdy nie chciałem, żeby ludzie patrzyli na mnie jak na czubka, debila, czy posła.

 

Nie zdążyłem poskładać myśli do kupy, gdy królik wyskoczył przez okno wybijając dziurę w szybie. Wyjrzałem za nim. Zwierzątko kręciło się na dole wśród trawy. Niewiele myśląc pognałem na zewnątrz.

 

Zaczynało zmierzchać. Rozglądałem się gorączkowo za małym uciekinierem. Gdzieś za rogiem domu zamajaczył jakiś kształt. Podążyłem za nim.

Drzewa obsiane ptasimi gniazdami kołysały się nierówno. Co chwilę rozlegał się trzepot skrzydeł. Stanąłem, by zaczerpnąć powietrza. Oparłem się plecami o drzewo, którego nazwy nigdy sobie nie przyswoiłem.

Za stary jestem na bieganie za omamami. Gdzie ten królik się podział?!

Dopiero po dłuższej chwili zauważyłem szafę, z której odłaziła grubymi płatami zielona farba. Była wysoka na metr. Nie wiedziałem, jakim cudem na mojej posesji znalazł się ten mebel. Podszedłem do niego pchnięty dziwnym przeczuciem. W oddali odezwały się kościelne dzwony.

 

Może to ostrzeżenie?

 

Ignorując swoją zwyrodniałą wyobraźnię otworzyłem drzwiczki, które skrzypnęły ponuro. W środku ziała królicza nora. Wystawała z niej butelka piwa.

 

Zdając sobie sprawę z ewidentnej pułapki sięgnąłem po szkło brzemienne w złocisty trunek. Nie mogłem się powstrzymać. Jak się później okazało, był to pomysł równie rewelacyjny, jak zatrudnienie Śpiącej Królewny na stanowisku stróża nocnego.

 

Kiedy dotknąłem butelki, coś chwyciło mnie za nadgarstek i zaczęło wciągać w mroczną otchłań. Dusiłem się. Obiad podjechał mi do gardła. Resztkami sił zdołałem go przełknąć. Nagły podmuch zimnego powietrza sprawił, że zadrżałem jak karierowicz na propozycję awansu.

 

Coś trzymało mnie za kark w żelaznym uścisku. Zrozpaczone nogi tańczyły w powietrzu. Oślepił mnie blask reflektorów. Zatrzasnąłem powieki. Do moich uszu dotarł wybuch oklasków i pisków.

 

Gdy odważyłem się otworzyć oczy, ujrzałem przed sobą zgromadzenie różnobarwnych królików zajadających warzywa. Pożerały mnie wzrokiem. Byłem na scenie!

 

Chwilę później ogromny czarny królik, który dzierżył mnie w łapie, ukłonił się kilka razy i wypiszczał coś do tłumu. Wtedy musiałem zrobić minę jak entuzjasta banji pięć metrów nad ziemią, który uświadomił sobie, że tym razem zapomniał przymocować liny do nóg. Publiczność zdawała się śmiać do rozpuku.

 

Królik bez ceregieli wrzucił mnie do klatki. Jego pobratymcy zaczęli się rozchodzić.

 

Koniec przedstawienia. Światła zgasły i zapanowała cisza.

 

Otworzyłem butelkę, którą ukryłem w kieszeni kurtki.

 

Nie takie numery robiłem, żeby za darmo napić się piwa.

 


 

Piotr Bednarski

SZTORM

Siedzę na granitowym głazie

I upajam się majestatem wody.

 

Podobna siła wyrzuciła życie na brzeg,

Natura jest

Hojna i nigdy ckliwa. Piękno jest gwałtem.

 

Piękno jest nieludzkie.

Sztorm jest dostojny jak post i pokuta,

Doskonałość ceni.

 

Nie spokój cenimy.

Piękno nie zna litości. Schodzę na plażę,

Sztorm wyrzucił sosnowy bór - grudkę bursztynu.

 

Piotr Bednarski



Wiersz ze zbioru "Przylot żurawi" omówionego w "Prowincjonaliach"


Jacek Durski

PIERWSZY*

Od kilku dni upały. Ciężki zeszyt od słońca. Pracuję tylko w kawiarenkach ulicznych, na Wawelskiej i na Staromiejskiej, pod parasolami. Piszę i piję herbaty. Ale nic nie siusiam. Wszystko idzie z... dymem. Tyle ognia w powieści. Krzyczy chłopiec spod 18a. Zabrali mu ojca ubowcy, a Eisen przypiekł mu matkę szufelką. Nie wolno ci kłamać, powiedział Anioł stróż. Nie przypiekał matki, tylko ciebie. Matki to on się bał. Lubiła go pacnąć w gębę pantoflem. Na ulicy, pod parasolami pisze się świetnie, jeszcze lepiej niż w bibliotekach. Nie ma pustych stolików. Turyści przewijają się parami i pojedynczo. Czasem głośną grupą. Jestem wśród nich, hen. Do stolika doszedł Pażniewski. Wspominaliśmy lata, kiedy ja jeszcze byłem rzeżbiarzem, piłem sok z kamienia, a on pisał wiersze. Bardzo się zmienił, nie jest już poetą. Po jego odejściu przywomllyałem "dawnego" Włodka. Przybiegł gniewny z tomikiem. Przeczytał ostro wiersz. Zobacz, mam tu rusztowanko dla nowej postaci, pokazałem mu funkcję zmiennych.

"Porozpinam na tym rusztowaniu dwie skóry", powiedziałem Szopie na jego "Pan siedzi?" Też przyszedł do kawiarenki na ulicy Wawelskiej. Zapytał, czy możemy przejść na ty, więc przeszliśmy pod parasolem. Po miłych słowach o Mariackiej zapytał o swoje książki. Nic jego nie czytałem, więc poprosiłem, żeby powiedział mi o Mariackiej raz jeszcze. Mówił równo kwadrans, tak przez pół herbaty. Ale cichym głosem. A ja lubię, jak ktoś się gadając podnieca. Bardzo albo za bardzo. Jak przechodzi od trąbek do tub przez wszystkie wentyle. Jak coraz szybciej zakłada kolano na kolano. Jak poprawia okularki i inne protezy. Nazwijmy je uzupełnieniami. Słuchając Edkowego wystąpienia, najpierw z dużą przyjemnością, później bez dużej, a potem to już bez "przy", została sama "jemność", myślałem o bohaterze "luster." "Za bardzo wykorzystałeś młodego malarza", powiedział mi do ucha wuj Wicek. "Pieprzą go małpy na żółtych drzewach i szwagierka w zielonym salonie. A on jeszcze odróżnia kolory." Tak, to mocna postać. Chciałbym być taki, zatrzymałem umysł na kilka sekund i zaraz pokazał mi się Eisengraeber. "Zwariujesz od myślenia i będę musiał się cieszyć", powiedział z pretensją. "A jestem teraz inny niż dawniej. Tu w piekle też nas naprawiają. Najgoręcej wychowawców i pedagogów. Makarenko już naprawiony. Nie rozumie własnego poematu. Lepiej pokręć stolikiem albo posłuchaj, co tamten szepta", podał mi rachunek za wiadro herbaty.

Już w Sosnowcu. Już, cholera. W windzie z "sąsiadami" z góry. Przed moją twarzą zęby Zwierzakowej. A przy genitaliach zęby psa i ząbki legwana. Odetchnąłem głęboko po wyjściu z windy, aż poruszył się paproch na klatce schodowej. Taki duży, w dwóch barwach. To była dzisiejsza "Solidarność". Już nie moja. Odpadła od narodu, a naród od ojczyzny. Źle z nami. Człowiek czasem zdradza. Ale żeby tak.

Tyle co wlazłem do Ewusi M, rozpoczęła się na górze straszna awantura. Pies zagryzł dziewięć legwanów. Dużo wódki. Zaczęli kopać wilczurem po całym mieszkaniu. Chociaż groźny w kłach, kwiczał jak świnia. Zszedłem pod blok i położyłem się w samochodzie, "daj Boże trochę odpocząć". Gdyby żyła Łuckosiowa, tobyśmy pojechali do niej, na Porąbkę, wyspać się zdrowo. Lecz tam... Nie mogłem zasnąć ani na chwilę. Osiedlowe pijaczki chodziły dookoła "cienkusia". A jeden zastukał do szyby. Podobny był do Eisengraebera. Uszczypnąłem się w czoło i poszedłem na dworzec PKP popisać w poczekalni, w tym smrodzie bezdomnych. Ruszyły myśli po szynach. Kolejarz zamienił się w listonosza i uciekał przed miotłą starej Pućsamino, za ten list z kamykiem. Dogoniła go prędko na hulajnodze między Dworcową a Stycznia. Resztę zagłuszył pociąg. Zabrał mnie do Katowic.

Za wcześnie. Wszystko pozamykane, biblioteki, kawiarnie. Usiadłem na stopniach estakady, tej na 3-Maja i zacząłem pisać. Dzisiaj najważniejsze pochodzenie matki. Jej drzewko rodowe, wielmożność. Co ona czuła oddając państwu swój majątek ziemski? Co czuła, kiedy przestała być jaśnie? Kiedy znalazła się w Katowicach bez Pelasi, Lełojdy i bez dogów błękitnych? Nie za bardzo rozumiem starą. Najpierw trzeba mieć. Taki majątek i takie służące. Nie mówiąc już o niebieskich psach. Przyjechała Ewunia pod stopnie. "Zapomniałeś!? Dzisiaj spotkanie z Morgami. W chińskiej restauracji", wyniosła z samochodu garnitur. "Nie zapomniałem. Morga to kawał Morgi. Niezły chłop." Na estakadzie dużo ludzi, a mało narodu. Gruba Cyganka wsadziła rękę do mojej marynarki, a chudy jugol do spodni. Uścisnęli sobie dłonie. Tu można kraść.

Czwórka do chińszczyzny twarzowo ubrana. Bez smoków we włosach i igieł w szyi. Panie - Anka i Ewa rozmawiały sobie, a ja z Mariuszem też sobie. My o seksualnych fantazjach, a one? O czym one mogły rozmawiać? Dopiero pod koniec wieczoru rozprawialiśmy razem. Wdeptało się w podłogę kilku "literatów". Tych bez pragnień, piszących dla statusu, żeby mieć, żeby być. Na wykładzinie małe ślady. Zaklaskał kelner językiem. Zachwycony takim kuo.

Na osiedlu Zagusowa z innymi Zaguskami. Plotą o Waleriankowskim i o Pelikanie. "Stanowczo za bogaci." A w windach pełno Pisiaczek. Słuchają Pisiakowej, "co powie przed windami. Kto jest najbogatszy, Waleriankowski, czy też Pelikan? Któremu życzyć najgorzej".

W moim pokoiku błękitna smuga. Idzie ze mnie w płótno. Namaluję swój środek, pomyślałem. Zobaczę nieświadomość w kolorach. Tylko mi nie przeszkadzaj, powiedział malarz do rzeźbiarza. Nie bądź taki zazdrosny. Zacząłem lekkim pędzlem. Zbyt grzecznie. Odsunął się środek z pola. Musiałem go zawrócić przekleństwami i szpachlą. I pacierzem-młynkiem. I modlitwą. "Obcąś ruchał!?", zaryczała Waletowa z balkonu. Wrzask na kilka pięter. "Nie!? To moją siostrę?", wyrzuciła przez okno coś z gabinetu. "Nowy kozioł", jęczał Walet pod blokiem. "Na czym będę pacjentki", składał "capa" w ciemnościach. Znowu ten niepokój. Nie lęk. Coś małego. Ledwie się to czuje. A tak męczy. Nie chcę grosza za ciężką robotę. Niech tylko te obrazy zostaną. I te książki, przewróciłem się na skrzydła, połamałem. Leżał środek z boku. Przybiegła Ewa i posłuchała, "co w piersiach?". Położyła mnie zaraz do łóżka. "Spać!"

Zakrztusiłem się w śnieniu okropnie. Ostry pazur w przełyku. Wysunął się spod kołdry Eisen. Obskubał Mariacką z liter. Znowu przybiegła Ewa. "To przez to, że nic nie jesz", przycisnęła mnie do poduszki upieczonym kurczakiem. "Żadna żona by tak o ciebie nie dbała", przywaliła pieczyste gotowaną marchewką.

Po takiej nocy chciałem pojechać do syna, "odsapnąć" przy jego komputerku. Zrobić jakąś grafikę, ale tak mnie bolało pod mostkiem, że zostałem w tym hałasie z góry, w tym wyciu na cztery gardła. Tak zaganiają legwany do klatek, a siebie na balkon, żeby wąż dusiciel też mógł trochę pochodzić, powywijać. Kupi go jakiś biznesmen zamiast dobermana. Po co zostałem pod wyjącym sufitem? Po to, żeby myśleć o umieraniu? Śmierć powinna być aktem woli. Dusza informowałaby Urząd o śmierci, a ciało znikałoby. "Też wymyślił", roześmiał się ojciec na kartce. A Eisengraeber zarechotał. "Już lepiej opisz Donajskiego", poprosili z nieba i z piekła. Narysowałem chichy z zaświatów. Kiedyś namaluję.

Trzask pod drzwiami. O, świadkowie Jehowy, te trzy kobitki bez Trójcy Świętej. Któraś chyba upuściła pistolet. Noszą to pierdolstwo ze względu na Waleta. Muszą się bronić przed ginekologiem. "Tylko nie zostawcie mi tutaj patronów", wyjrzałem za drzwi. Na wycieraczce leżał bezwładny Zwierzak. Wóda zwaliła go z nóg. Za długo się do nas wybierał. Coś mu wychodziło z rękawa. Na pewno nie był to wiersz.

Mimo bólu w piersi i lęku, "czy nie umrę?", zdecydowałem się pojechać do Katowic, przejść po księgarniach, obejrzeć jakąś wystawę. I fajno. Ból przeszedł na plecy. Poznałem też dyrektora "empiku". Powiedział, że Mariacka dobrze się sprzedaje. Wśród krzywych luster słabiej, ale też. Obie pozycje na półkach "top-nowości". Stoją blisko twarzy. Tak ładnie do czytelników.

Po południu przyjechał Szopa i zrobił ze mną wywiad dla miesięcznika "Śląsk". Większość pytań biegała dookoła Katowic, Mariackiej. Na Śląsku, niepotrzebny nikomu mój tomik Wśród krzywych luster", jakieś sny na jawie, jawa napisana jak sen. Po Szopie przyszedł hydraulik i rozwalił nam pół łazienki, aby odpowietrzyć kaloryfer. Nie odpowietrzył, ale się narobił. Ewa zaczęła sprzątać, a ja wziąłem się za malowanie, żeby też być "fizycznym". Na płótnie piorun. "Coś takiego można zrobić farbami? Bez słówek?", wszedłem w sztalugę z wrażenia. Moim przyjacielem Bóg. Zobacz to światło w obrazie, poprosiłem Pana o chwilę uwagi. To Twoja cząstka. Może spalić małego. Nie przesadzaj pod wieczór, powiedział Anioł i wypadł pędzel z palety. Odetchnij trochę przed nocą. Bez ciebie też będzie "Okręgowa". Nawet nie zauważą, że nie ma twych prac na wystawie. Patrzą tylko na własne twory. Posłuchałem Anioła i usiadłem. Nieważne na czym. Za ścianą głos Pisiakowej. Żre resztki tlenu. "Zamknąć jej gębę, to szyjka w falbanach", podziwiały ją wczoraj Walety. A nad sufitem mordował się Zwierzak. Nie miał erekcji. "Jeszcze ci nie stanął!", wykrzykiwała Zwierzakowa. Co sześć sekund. Też ma zegarek. "Wypij więcej, to nie będziesz widzieć ani legwanów, ani węża. Dzięki nim mamy, co mamy. Właśnie. Co ja mam?"


Jacek Durski



* Tytuł od redakcji

 



 
Pięć - dziesięć zdań:

 

"[...] Brak wiedzy o świecie stał się zatem przyczyną fatalnych

 

działań tak w wymiarze ludzkim, jak i ekologicznym. Chociaż

 

można powiedzieć, że wiedza ta była szeroka - scjentyzm dokonał

 

bowiem w odkrywaniu zagadek fizys imponujących postępów. Ale

 

rozpościerając szeroką niczym płachta wiedzę o fizys zapomniał

 

nadać jej duchowej głębi. Nie pozwolił, by ta wiedza swobodnie

 

falowała w rytmie życiodajnego tchnienia pneumy (z greckiego

 

Duch) niemiłosiernie przygważdżając ją do ziemi. [...]"

 

Rafał Węgrzyn



fragment artykułu:
"Pomiędzy poznaniem a działaniem"
"Dzikie Życie" maj 2003 r.

Dziękujemy pkl. "Łabuż"

 

KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między zaprzyjaźnionymi pisarzami. Na naszych łamach od października 1998 roku korespondują: zamieszkały w Podkowie Leśnej Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób z Kołobrzegu.

 

Dziękujemy - pkl "łabuż"

Podkowa Leśna, 05.05.2003

Lechu Nieznośny I,

Tak na mnie Jegomość napierasz, że dech tracę, a przecież wszystko ma swoją kolej. Paczkę wysyłam razem z niniejszym listem, 31 pachnących drukiem egzemplarzy, bo tyle się zmieściło w pudle, 14 kilo żywej wagi. Myślę, że przesyłka dotrze do Ciebie jutro, może pojutrze. Że list dojdzie wcześniej, nie wątpię. Cierpliwie (!) czekaj na paczkonosa. Wreszcie będziesz miał się z czym przespać. U mnie w domu kobiety zawsze spały, śpią i będą spać z nowymi butami, a Ty spróbuj z nową książką*, bo Twoja. CD-ROM-y zostały wklejone, tak że każdy egzemplarz jest kompletny. Na zdjęciu wyszedłeś jak Pan Łanów, dobrze że jest czarno-białe, bo ktoś by pomyślał, że to ikona. Tekst Leszka siedzi w całości doskonale. To jedna z jego lepszych krytyk, bo napisana z serca, ale nie przymilnie. Bardziej syntetycznie niż analitycznie, co podnosi wartość posłowia. W sumie jestem z tej produkcji bardzo kontent. Tak że nie musisz już bombardować pytaniami i zacznij pisać coś podpierającego mnie na duchu.

 

Ale wiem, że nie jest łatwo. Tak sobie myślałem przed chwilą, że głównym mankamentem naszego życia jest wieczne niezadowolenie. Jestem co prawda optymistą, więc przeglądając leksykon pisarzy Jana Tomkowskiego tylko się uśmiecham, że nie ma w nim na przykład Ciebie, ale już na usta ciśnie się narzekanie. Ci, których wymienił, są pisarzami Jana Tomkowskiego. Jednak przyjdzie czas, że nie będzie ani ich, ani Tomkowskiego. W leksykonie nie ma wielu innych ważnych pisarzy, są natomiast głośni. Nigdy nie miałem dużego zaufania do kompetencji tego autora, no i się potwierdza. Są ludzie, którzy jadą na karkach innych i nie zdają sobie sprawy, że większość ten koniunkturalizm dostrzega. Żuliński potrafi omijać takie rafy. Jego szczęście, boby w mordę dostał.

Ostatnio głupstwa z niwy artystycznej przydarzyły się także kilku znanym dziennikarzom. Wspominałem Ci o tym, jak Zdzisław Pietrasik bez sensu przyrąbał poetom i nadział się na własny szpikulec. Nie minęło wiele czasu, kiedy ten sam krytyk, tym razem już jako filmowy, bez pardonu przyrąbał "Pianiście". Było to tuż po premierze światowej, a długo przed polską. Znudzony i zblazowany Pan Zdzisław. Że film holiłódzki, banalny, schematyczny, niepoznawczy i tak dalej. Więc dziwiliśmy się wszyscy, czemu taki gniot dostaje nagrodę za nagrodą, a na końcu Oscara; nawet to nas irytowało. Na pewno dlatego, że Polański Żydem jest i swoi ciągną go w górę za uszy. Gdyby nie sprawa wciąż nieosądzonego gwałtu na amerykańskiej nastolatce, mówiono by jeszcze, że pedał. I temat wyczerpany. Tymczasem idę Ci ja z mamą i Mirą do kina, żle nastawiony oglądam tego całego "Pianistę" i oczom nie wierzę. Film znakomity, wzruszający, z doskonałymi rolami, trzymający w napięciu, z mocnym przesłaniem, precyzyjny. Mama, która przeżyła wojnę jako dorosła osoba, była zdumiona filmową prawdą. To tak było, mówiła, trzęsąc brodą z emocji. Tak było! Oni (Niemcy) tacy byli, oni (Żydzi) tak mieli. My tak żyliśmy. Wojna jest taka.

 

Kiedyś sobie obiecywała, że po okupacyjnych przejściach nigdy nie sięgnie po książkę o wojnie, nie pójdzie na taki film ani nie pojedzie do Lwowa, z którego czuje się wypędzona. Tym razem dała się namówić i była szczęśliwa. To wiele, bardzo wiele, mówię Ci. A tu taki Pan Pietrasik!

 

Ale to nie wszystko. Byłem 13 kwietnia na słuchowisku radiowym na żywo, wykonanym w warszawskiej Sali Koncertowej im. W. Lutosławskiego (w tej przy gmachu TV przy ul. Woronicza). Janusz Kukuła wymyślił i wyreżyserował po "Weselu" kolejne nowatorskie słuchowisko-przedstawienie - do obejrzenia z widowni w chwili, kiedy jest nadawane przez Polskie Radio Bis. Sala była nabita. Teraz był to "Tryptyk rzymski" Karola Wojtyły, który już znałem z wielokrotnej lektury i interpretacji Krzysztofa Globisza. Byłem cholernie ciekaw, jak to zostanie zrobione, bo na przykład Globisz niestety użył tego swojego aktorskiego zaśpiewu i przeszkadzał w słuchaniu samego siebie.

A Kukuła zrobił tak. Wziął ośmiu młodych, ale już znanych aktorów, w tym dwoje świetnych dzieci, rozsadził na krzesłach wokół areny. W tle dał na dużym ekranie mocno przymglony film z ulicy (same ruszające się nogi) i z wycieczki do Kaplicy Sykstyńskiej (same freski i portale), zaś przed ekranem usadził zespół Warszawscy Soliści Concerto Avenna i kazał mu grać Concerti grossi z opusu 6. Arcangelo Corellego. Orkiestrowali cudownie, a aktorzy co jakiś czas wstawali "na ciszy" i wypowiadali (nie recytowali, broń Boże) kolejne linijki poematu. Po dwie, trzy, czasem całe zwrotki, tak że czuło się ich logiczną zwartość. Dzięki temu jak nigdy szedł oddech spomiędzy wersów, od metafor, pojęć, atrybutów i symboli, od poetyckiej myśli. Rosła przestrzeń wewnętrzna utworu. Tak jak u autora, który czyta własne wiersze - po trochu, po kawałeczku, nie od razu, nie zlewając całych zdań, nie dodając nieistniejących znaczeń, zostawiając odczuwanie i rozumienie widzom-słuchaczom. Lepiej poezji przedstawiać nie można i inaczej już dziś nie wolno. Niejeden zamknął oczy (np. nuncjusz papieski, abp Kowalczyk, widziałem z ukosa; siedział rząd wyżej), ale mój wzrok przykuwały osoby aktorów. Nie wiem, co czuli dalecy słuchacze radiowi; blisko, na sali oddziaływała obecność znanych osobistości państwowych, kościelnych, liczna grupa artystów, pisarzy i ludzi z ulicy, niezaproszonych, ale z biletami po 30 zł. Tylko że ci ludzie mieli w twarzach coś bardzo interesującego, rodzaj niepodnieconej radości, swobodnej wesołości. Przed spektaklem było głośno, słyszałem niefrasobliwe rozmowy, wybuchy śmiechu. A więc pełny luz, jak by napisał dziennikarz. Potem jak nożem uciął i makiem zasiał. Przyszli po prostu posłuchać czegoś dobrego. Godzina i dziesięć minut. To minęło jak z bicza trzasł, bo sposób podawania tekstu okazał się pochłaniający. Jeden tylko Maciej Stuhr troszkę interpretował, ale nie na tyle, żeby przeszkadzał w samodzielności słuchania. Pozostali, Piotr Adamczyk (zwłaszcza on), Krzysztof Banaszyk, Mateusz Damięcki, Magdalena Kumorek, Agnieszka Warchulska i dzieci - Sara Müldner i Marek Molak, wszyscy zaatakowali słuchaczy tekstem tak, że znów się okazało, jak wielki jest ten utwór. Wymieniłem wykonawców, bo chcę, żebyś miał możliwie najpełniejszy obraz. Po wyjściu staliśmy w dużej grupie na dworze i zwyczajnie po męsku długo milczeliśmy. Pierwszy odszedł Krzysztof Zaleski, po nim Jerzy Górzański, ale inni się jeszcze nie ruszali. To jeszcze trzeba było przeżywać.

 

A następnego dnia rano otwieram Ci ja zadowolony z siebie "Rzeczpospolitą" i jakbym obuchem w łeb dostał. Niejaki Krzysztof Feusette pisze recenzję, z której wynika, że wszystko od początku do końca było do dupy, że to kit, nieporozumienie, bzdura i pomyłka. Naprawdę byłem tą negacją kompletnie zaskoczony. Tym złem, bo tak kłamliwe recenzje uważam za gwałt na kulturze. Skąd się biorą ludzie pokroju Pana Feusette i Pana Pietrasika? Kto ich uczył obrzydzania wszystkiego co ładne? Kto ich kształcił? Kto odebrał im tę odrobinę wrażliwości, z którą (mam nadzieję) się urodzili? Odpowiedzi znasz. Siadaj i pisz o tym rozprawę, bo ja mam chwilowo dosyć.

 

Tak sobie zadawałem retoryczne pytania, że w końcu nie wytrzymałem i napisałem do "Rzepy" list, a do "Wyborczej" relację ze spektaklu. Ale nie chcieli wydrukować ani jednego, ani drugiego. Przyszła więc refleksja, że recenzja Feusette'a może być napaścią na "Tryptyk rzymski" i pośrednio na Jana Pawła II, a nie na Kukułę. To ziarno zasiało mi się w duszy i zaczyna kiełkować. Napisałem więc liścik do Janusza, bo wiedziałem, że zrobił coś wspaniałego i nowego i teraz pewnie ciężko przeżywa dziennikarską niesprawiedliwość. Upupiono kolejne osiągnięcie, jednym ruchem pióra, ale i przy okazji próbowano załamać reżysera, a także dać przestrogę nam, całej reszcie: nie róbcie tego, co się nie podoba czwartej władzy.

 

Na tym kończę, gdyż jestem w złym nastroju. Sytuację ratują piękne wiersze Agnieszki W.**, które mi przed świętami przysłała mailem, bo są krystalicznie czyste, oraz list od Ani Wieciech, kołobrzeskiej Mrówki, jak zwykle z zasuszonymi kwiatkami w środku. Kochane te dziewczęta!


Trzymaj się i sypiaj z lepszymi myślami niż te, co wyżej -
Twój Piotr Müldner-Nieckowski



* Lech. M. Jakób, Zielony promień. Wybór wierszy. Posłowie: Leszek Żuliński. Wydawnictwo AULA, Podkowa Leśna 2003. Str. 234. Oprawa twarda. CD-ROM z nagraniem autora czytającego swoje wiersze. Do nabycia m.in. w księgarni internetowej www.aula.home.pl.
** Wesołowskiej.

 


 

Kołobrzeg, dnia 10 maja 2003 r.

Piotrze, Piotrze, Dobry Łotrze -

paczkonos dotarł. Prawie 14 kilogramów! Na Boga, nie sądziłem, że moja poezja może być taka ciężka!

Jednak powinieneś wiedzieć, że ostatnimi dniami męczyły mnie zwidy. Niby dogadane mieliśmy szczegóły (w wersjach rozmaitych), lecz nie umiałem oprzeć się wrażeniu, iż mimo wszystko coś zostało przeoczone. Jakiś drobiazg, który - niczym łyżka dziegciu w beczce miodu - zepsuć może smak całości. Sam wiesz, co choćby przeinaczona literka uczynić z tekstu potrafi. W przeuroczej gawędzie edytorskiej Wiktor Frantz* dawał tego przykłady. Np. "wszyscy byli zachwyceni otworami młodej poetki"... A jak sam zgrzytałem zębami, gdy do drugiego zbioru aforyzmów wdarł się ordynarny błąd ortograficzny. Mimo korekty kilku osób!

Szczęściem teraz odetchnąłem.

Powiem krótko: pierwsze zetknięcie z odpakowanym egzemplarzem "Zielonego promienia" przypominało stan kataleptyczny. Zaskoczyły (czego się nie spodziewałem) zielone wyklejki. A bigowanie, a typografia, a mat twardej oprawy! Co tu dużo gadać: wydawniczy majstersztyk godny pochwały z wpisaniem do akt... Porównuję to z solidnością wydawniczą opublikowanych 3 lata temu "Drapieżców".

A jednak, jednak, hmmm... nie ustrzegłeś się wpadki!

Ową przesyłką w kartonie z naklejkami po "Zupie prezydenckiej". O co chodziło? Aluzja do faktu, że obecny p.o. prezydenta urodził się w Białogardzie, a i ja urodziłem się w Białogardzie? Jeśli tak, słaby żart, bowiem prezydenta A.K. za bardzo nie lubię.

Natomiast niczego podpierającego na duchu osobno gryzmolić nie muszę, bo czymże niby przelicytuję dobre wieści o dystrybucji Twojego słownika? Wszak donosiłeś ostatnimi e-mailami. Być może akurat frazeologia jakiś czas będzie Cię żywiła. Żywią i bronią Kefasa słowa...

Co do leksykonu Jana Tomkowskiego. Że mnie tam nie ma. Drogi! A czy muszę tam być? W książce kucharskiej też nie istnieję. Nie znajdziesz Jakóba także ani w księdze aresztanckiej pobliskiego komisariatu, ani w spisie ludzi dobrej woli (jeśli takowy istnieje). Lecz serio: bardziej odpowiada mi sytuacja, że jestem w cieniu. Rozliczne z tego korzyści. Choćby taka, że z cienia lepiej widać.

Poza tym lepsza całkowita nieobecność w księgach, niźli obecność zmyłkowa. Przysłano ostatnio z Bydgoszczy "Antologię Akantu 1998 - 2002", a tam w notce o mnie - w jednym zdaniu 2 błędy: pomylono tytuł pierwszej książki i datę debiutu. Albo też historia z leksykonem ** E. Głębickiej. Ze zdumieniem czytam, że należałem niegdyś do grupy poetycko-plastycznej "Reda". Ciekawostka niebywała. Ja, samotnik z natury, należałem do grupy! Aż boję się sięgać po następne informacyjne tomy, bo a nuż dowiem się o sobie, że zmieniłem płeć?

Później ponownie zżymasz się na dziennikarzy, ich rozchwiane opinie, brak wrażliwości. No cóż, no cóż. A nie dopuszczasz czasem, że być może owi panowie są po prostu  w r a ż l i w i   i n a c z e j?

Natomiast jeślibyś "Tryptyk rzymski" według Kukuły miał na kasecie video, koniecznie przyślij. Chcę to obejrzeć.

Gdy o "Pianistę" idzie, przeoczyłem. Za to przedwczoraj z Halinką i Piotrem Bednarskim byliśmy na długo oczekiwanym obrazie "Makrokosmos. Podniebny taniec". Powiadam Ci, Przyjacielu: fura fantastycznie fruwających skrzydeł! I bernikle białolice, i biegusy, i żurawie indyjskie, i pelikany, i gęsi gęgawe, i albatrosy, i kondory, i nieprzeliczone rzesze ptactwa drobnego. Pojmujesz więc jakąż ucztę sprawili mi filmowani lat kilka na wszystkich kontynentach opierzeni bracia!

Wspominasz jeszcze o piszących pannach. Przyznam się, że powoli zaczyna brakować mi do nich cierpliwości. Bo większość (może akurat nie wymienione) to stroszące piórka i kręcące kuperkami egzaltowane papużki. Ich dziobki miło potrzaskują, miła też woń wokół nich - ale wiadomo jakąż pułapkę natura szykuje: uwić gniazdko i wysiedzieć jajeczka. Reszta jedynie sztafarzem lubo parawanem dla wabia. Wciąż z takimi miewam do czynienia.

Tylko, na Boga, nie zarzucaj cynizmu czy ostracyzmu!

I choć wiosna upojna, nadto nie daj się jej otumanić!

 

Czyli za kilkanaście dzionków spotkanie. Cieszę się na Twój w tukę przyjazd z Obywatelem Krytykiem - byle O.K. nadciągnął bez obrzydliwie spasionego kota, którym perwersyjnie szczyci się na okładce ostatniej swojej książki!

Pytałeś kto promocję przygotowuje. Organizacją zajęli się prezes KTSK Jacek Klimżyński i dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Galla Anonima Ewa Lepczyńska. Tym razem promocja kameralna, w czytelni biblioteki nad rzeką. Lecz i tak sporo już gości się zapowiedziało. Ze znanych Ci - między innymi Grażyna i Marian Wiszniewscy (Świdwin), Grażyna Preder, Jagoda Koprowska i Ania Rawska (radio Koszalin), no i niezawodna ekipa łobeziaków z Leonem Zdanowiczem na czele. Też kilka osób ze Szczecina, Trójmiasta i Poznania.

Zatem do zobaczyska wkrótce! Posłałem już umyślnego do Francji po najlepsze czerwone wytrawne wino -

 

Tfuj dopieszczony edytorsko L.

 

Ps. Nadzieję mam, że puściłeś w niepamięć raptusowe reakcje, jakich tygodniami nie szczędziłem. Tu wykazać się może Twoje wielkie serce.

Ps.2 Ledwie zdążyłem przetrawić najnowszy zbiór wierszy Piotra Bednarskiego ("Przylot żurawi"), gdy poczta przyniosła kolejny tomik*** Zbyszka Jankowskiego. Przepięknie wydany. A poezja - prawdziwie wysokiej próby! Poza tym do Zbyszka mam sentyment, bo był pierwszym recenzentem wydawniczym mojego debiutanckiego zbioru. Takich rzeczy się nie zapomina.

Ps 3 Z ostatniej chwili. Dotarło sprostowanie. Jednak nie Piotr Fronczewski będzie czytał ""Niebieskie króliki", a Edward Żentara. Nawet lepiej. Ma taki ujmujący radiowo głos, nie sądzisz?

 



*Wiktor Frantz "Książek powijanie. Philobiblońska suita", Wydawnictwo Literackie, Kraków 1978 (zakładam, że Twoi studenci edytorstwa znają tę pozycję!)
**Ewa Głębicka "Grupy literackie w Polsce 1945-1989", Wiedza Powszechna 2000 (wyd. II poszerzone)
*** Zbigniew Jankowski "Ciernie wody", Wydawnictwo Diecezji Pelplińskiej BERNARDINUM, Pelplin 2003

 

Ariana Nagórska

CHOREOGRAFIA

cóż to za taniec, panie majster?

wygląda mi na krok fokstrota

ale do niego nie pasuje

mój czarny tiul i palma złota

 

nazbyt się zwijasz, panie majster

niemłody jesteś, oddech stracisz

że zapłacili? spokój dajże!

gdy ja bez grosza kto mógł płacić?

 

mniejsza z tym. włączmy rock and rolla

bal, dyskoteka - byle milej

tylko mi powiedz, panie stolarz

skąd ten żałobnik?

 

- to wodzirej!

 

Ariana Nagórska

 

Paweł Jaszczuk

CZARODZIEJA NIE WIDAĆ

Byłem dzisiaj w kościele, by się wyspowiadać. To był drugi raz w moim życiu. Pierwszy raz, gdy miałem zamiar poślubić K., ale K. okazała się być rozwódką, więc wspólnie z mamą postanowiłem odłożyć tę decyzję na potem. "Proszę księdza - powiedziałem tak, gdyż taka forma wydała mi się właściwa - po śmierci mamy zrobiłem się inny. Ja wiem, że to dziwnie brzmi, nie wiem zresztą jak mówić, bo rzadko chodzę do kościoła, gdy mówię teraz, że wyglądam inaczej, mówię szczerze, bo mama odeszła i w naszym mieszkaniu zostałem tylko sam. Ksiądz to rozumie -cztery pokoje, odgłos moich kroków, poza tym nic, można zwariować, gdy się mówi do ścian. Nawet herbata, którą uwielbiam, zwłaszcza zielona Assam, nie smakuje." - "Nie martw się" - odpowiedział. - "Bóg cię doświadczył i ty doświadczyłeś Boga. Ci, którzy wątpią i pragną oczyszczenia, będą zbawieni". No tak, gładko pocieszał mnie, wyraźnie było czuć, że pocieszał. Mogłem wtedy, klęcząc w konfesjonale, gdy twarde deski wrzynały mi się w kolana, powiedzieć mu, że moja rozpacz po śmierci mamy jest inna od tej, gdy odszedł od nas tatuś. Bo tatuś nas do tego przygotował. Przez wiele lat, gdy był nauczycielem rysunku w szkole budowlanej, marzył by zostać budowniczym kolei warszawsko-wiedeńskiej. Niestety spóźnił się całe sto lat i pochłonęła go niechciana praca etatowego belfra. Chyba dlatego próbował zostać radnym rady miejskiej. Niestety, kolejna frustracja. Tym razem ostatnia, po której trafił do psychiatrycznego szpitala, gdzie pozostaje do dzisiaj. "Na jego urodziny -mówiłem do księdza - kupiłem mu miniaturową lokomotywę. Proszę sobie wyobrazić, że płakał. Tatuś często płacze, chociaż jest prawie siwy. Wreszcie ktoś go szczerze docenił. Mogłem skłamać, że ojciec umarł tak dawno, że tego nie pamiętam, a siostry żyją u mężów i tyle je widzę, co na jakieś święta, gdy chcą mnie zaprosić, wiedząc, że jestem inny. Brzydzę się kłamstwem, l to jest właśnie powód, że przepędziłem z domu "Iskierkę", lokatorkę, która czytała Marksa, Dostojewskiego i Kafkę. Nigdy jej nie lubiłem, choć mi się podobała, kiedy z plecakiem zapukała do drzwi i zapytała prosto z mostu, czy wynajmę jej mieszkanie, bo jest studentką. A teraz nie pracuję. Znalazł się cichy lokator, który po sobie sprząta, dlatego, proszę księdza, nie mogę mieć żalu do Boga, że muszę wszystkiego doświadczyć i jeszcze jedno: po śmierci mamy nie mogę się połapać. Wydaje mi się, że cały świat się zmienił i że potrzebuje naprawy. Pogrzeb metropolity Bazylego został w TVN wyśmiany. Kiedy TV1 transmitowała uroczystość, tamci pokazywali napuchnięte ścierwo wielkiego, czarnego prosiaka. Albo jeszcze inaczej. Kiedy dzwonię do mechanika, bo mam stary samochód, włącza mi się horoskop: "Baran - zakochani popadają niekiedy w szaleństwo, Byk - tydzień wytężonej pracy, która zostanie doceniona..." Nie mówię tego z żalu, ksiądz mnie chyba rozumie. Kiedy tutaj szedłem, jakaś pijana kobieta oddawała na schodach mocz".

- "Nie przyszedłeś tu, żeby grzeszyć, lecz po zbawienie" - usłyszałem. I miał rację. Człowiek ciągle myśli, jakby był w dziwnym śnie, z którego go wybudzą albo w bajce, gdzie czarodzieja nie widać. Dlatego pogodziłem się z Bogiem i wyszedłem z kościoła na odurzoną słońcem ulicę. Ciekawe, że w starych murach - z napisem "Kler na Księżyc" - moja spowiedź brzmiała szczerzej. Gdybym stał na przystanku, czekając na swój autobus, żadna spowiedź nie trafiłaby nikomu do serca. Co najwyżej zaciekawiłaby przechodniów, którzy milcząc wypatrują swoich autobusów. Autobus nadjechał i ja wyspowiadany, jak pusta butelka po piwie, wsiadłem do środka.

 

Dziś po przebudzeniu nie ruszałem się, tylko myślałem. Zahaczyłem wzrok o sufit i wtedy przyszła myśl o świecie. Wpierw o świecie, a potem ten dziwny senny ksiądz, któremu się zwierzałem. Jakby to było dobrze zbawić świat, nawet we śnie. I taka górnolotna myśl odrzuciła za mnie kołdrę, pościeliła łóżko i dalej z tą myślą powędrowałem do okna, obejrzeć zza firanki asfaltowe boisko i rząd znienawidzonych przeze mnie topól. Policzyłem topole. Jest ich trzydzieści sześć. Zdążyłem je przegonić, mam już trzydzieści osiem lat. O dziewiątej zaczynam się ubierać. Nakładam zegarek i oglądam reprodukcję Moneta - "Wschód słońca", która wisi w przedpokoju na ścianie. Lustro - ja, potem Monet, lustro - biorę do ręki grzebień i czeszę włosy, potem Monet. Słońce zatapia się martwo we mgle, a rybak chyba wiosłuje. Widziałem setki słońc we mgle i to wydaje mi się najlepsze. Na moich wystawach, które aranżowałem, bo pracuje w biurze wystaw, niektórzy tylko markowali słońce, myśląc o czymś innym. Bardzo łatwo to zrobić, wystarczy mieć za sobą krytykę.

Co powie krytyka, gdy podsunę jej pod nos opis mojego dawnego znajomego, Karola M., na moście Lwa.

- Myślałem, że pan nie żyje - powiedział, patrząc mi w oczy. Słuchaj, słuchaj krytyko, krytykancie, teraz będzie najlepsze: - Nic podobnego - zaprzeczyłem. - Nie lubię śmierci, tej niewygody, ciszy i samotności. A pan?

- Co ja? - spojrzał na mnie trwożliwie. - Do czego pan zmierza? Wspominam o tym, bo wczoraj natknąłem się w gazecie na jego nekrolog. To jego - "Co ja?" i przestrach w oczach jakbym ja gotował mu jego los. Małe fo pas, podobne do tego, które nagłośniła ta sama gazeta z nekrologiem. Proces przeciw grupce trzynastoletnich dziewczynek. Sąd rodzinny, poważny zarzut przekładania z grobu na grób kwiatów i zniczy. Rozsierdzeni właściciele grobowca wynajęli ochroniarza, który złapał na gorącym uczynku winowajczynie. Jaka linia obrony? Nie płacz, nie dziewczęcy szloch, lecz sprawiedliwość po życiu. Zaciętość dziewczynek, jakaś wściekła pewność, na nic marudzenie dorosłych. Przepyszny grobowiec, prawie mauzoleum z powyginanymi rzeżbami, żyłkami marmuru, który przykrywał truchło wydał się dziewczynkom uwłaczający. Stał obok zaniedbanego grobu, z betonowego lastryka. Stąd pomysł, by przestawić kwiaty i wazon. Na procesie mnóstwo reporterów. Koronnym dowodem była taśma wideo, na której zarejestrowano fakt przekładania z mauzoleum na grób dwóch ciemnoniebieskich zniczy i sztucznych narcyzów.

Pomysł na reklamę: transmisja radiowa. Markowe, komercyjne radio Zetka, RMF-FM. Transmisja: "Halo, halo, transmitujemy zdarzenie na żywo. Widzę coś, coś się rusza. To coś jest na końcu długiego kolorowego korytarza, na którym położono wykładzinę z hurtowni Komfort. To może być, to chyba jest, nie jestem pewny czy to mrówka czy mucha, w każdym razie widzę na korytarzu - Komfort".

Czasem myślę o sobie, że w moich snach mógłbym całkiem wygodnie zamieszkać. Gdzie i jak, to już inna sprawa, ważne, że nie groziłaby mi nuda. Przykładem na to - choć wymyślonym - jest inż. Grzegorz L. Każdą wolną chwilę poświęcał snom. One były jego właściwym miejscem, jak komputerowe gry i internet dla szalonych komputerowców. A więc ten L. Zaraz po przyjściu z pracy jadł coś, rzucał się na łóżko, którego nigdy zresztą nie ścielił, i śnił. A może nie śnił, lecz wracał z jawy tam, gdzie było jego właściwe miejsce. Z czasem, gdy sen stał się przymusem, a życie katorgą - można by od biedy tłumaczyć życie dożywotnim zesłaniem - pomagał sobie nasennymi tabletkami. Kiedy stracił nad nimi kontrolę, postanowił skazać się na sen, połykając fiolkę nasennych środków. Jego testament był błaganiem o sen i prośbą, by go nigdy nie budzić. Było to o tyle łatwe, że w czasie snu umarł. Można powiedzieć, że marzenie Grzegorza L. stało się faktem.

Nie każdą tragedię daje się łatwo wykorzystać. Przykład? - Jechałem do szwagra po bańki, gdyż mój syn, Andrzej, zachorował. Na skrzyżowaniu obok mojego samochodu zatrzymał się samochód ciężarowy z końmi, jadącymi do rzeżni. I wtedy pomyślałem, że ten koń tak czy siak muszą zginąć. Ich tragedia jest tylko tragedią w czasie i dlatego wyszukałem przepis na chili meksykańskie z koniny: "1 kg karkówki końskiej, 3 cebule, 6 ząbków czosnku, 4 łyżki przecieru pomidorowego, 2 szklanki bulionu, 40 dag czarnej fasoli, sól, pieprz, chili, kminek, oregano, oliwa. Mięso umyć zemleć stosując największe oczka w maszynce. Pokrojoną drobno cebulę zrumienić na oliwie. Dodać koninę i smażyć 5 minut. Rozetrzeć czosnek z solą i dodać do smażonego mięsa. Wszystko z patelni przełożyć do rondla, dodać przecier pomidorowy i przyprawy do smaku. Dusić pod pokrywką. Dolać bulion i gotować, aż potrawa zgęstnieje. Czarną fasolę, moczoną 10 godz. w zimnej wodzie, posoliwszy ugotować, aż zmięknie. Dodać do mięsa i wymieszać. Wstawić na kwadrans do gorącego (180 st. C) piekarnika."

Ciąg dalszy skojarzeń wywołanych wiezionymi na rzeż końmi. Ojciec udaje nauczyciela. Dostojnie wychodzi z domu, całuje dzieci w czółko, a żonę w policzek. Za rogiem skręca i sunie do rzeżni, by wykończyć przywiezione w tym dniu konie. Wraca po południu, kupuje po drodze zabawki. A na pytanie: co ciekawego w szkole? - odpowiada - Koń by się uśmiał.

Takich niewymyśonych dowcipów istnieje więcej. Kiedy Bóg skierował mnie zgłębiać politechniczną wiedzę do Gdańska, ja uciekałem przed jego wolą studiując nocami filozofię. Gdybym trafił na studia filozoficzne, sam Kierkegaard skierowałby mnie do łatania dziur w ulicach.

Moja żona ma szansę wygrać wycieczkę na Wyspy Kanaryjskie. Może to i dobrze, niech sobie wygra. Martwi mnie jedno: czy po powrocie do kraju nie powiedziałaby na powitanie - ale tu szaro i nudno.

 

Stara kobieta zamiata chodnik ze śniegu. Śnieg wciąż pada. Ulicą przejeżdżają limuzyny. Jakiś mężczyzna w garniturze pomachał jej ręka. Śnieg pada - właśnie tak mogłoby brzmieć krótkie banalne opowiadanie o niesprawiedliwości społecznej, o szlachetności lub braku wiary, lecz czarodzieja nie widać. Nie daje mi znaku, bym układał litery w dialog przystojnego mężczyzny ze starą kobietą, bym zawstydził, nakazał, wzruszył, pokazał łzę albo płatek śniegu w pomarszczonym oku.

 


Paweł Jaszczuk



Paweł Jaszczuk - urodził się w 1954 roku w Ostródzie. Mieszka w Olsztynie. Jest absolwentem Politechniki Gdańskiej.
Za "Opowiadanie szpitalne" otrzymał w 1988 r. I nagrodę na ogólnopolskim konkursie literackim "O liść konwalii" w Toruniu.

 

Johann W. Goethe

TĘSKNOTA


Wiersze (26-letniego poety) do Lili Schönemann

Nie będzie to ostatnia łza,

Która po licu spływa,

Gdy serce ciągle nowy żal

I dręczy, i ucisza.

 

O tak, niech zawsze, zawsze, wciąż

Mną wieczna miłość włada,

I niech ten ból skropiony łzą

Tysiąckroć na mnie spada.

 

Ach, gdybyś mnie wypełnić mógł,

O Wieczny, nieskończenie!

Ach, jak głęboki żal i ból,

Jak dłuży się cierpienie!

 

Johann W. Goethe
Przełożył: Andrzej Lam

 

Arkadiusz Sójka

JUTRO...

"Nie sztuka być normalnym, sztuka jest być alkoholikiem"; jak ktoś na to wszystko patrzy z góry, musi mieć niezły ubaw.

Walka - ciągła i nieustanna, aż do znudzenia rzygania. Obojętnie przez jakie ż. Jedyny jej plus to to, że kończy się z zachodem póżniejszym lub porankowym - gdy zaśniemy i włącza się albo kolorowy telewizor, albo film kosmiczny lub nic. Czasami jest lepiej i rżniemy lisicę w jakiejś lisiej jamie, czując z tego dziką seksualną satysfakcję tak, jakby zwierzę to było krwistą rudą laską. Coś w rodzaju ogłoszeń w rubryce agencje towarzyskie: "ognista rudowłosa". Najgorsze są pojedynki samobójcze. To jest taka sytuacja, gdy stoimy, a na ogół siedzimy i patrzymy na siebie i lustro w tym momencie jest naprawdę rzeczą zbędną. Czy walnę dzisiaj bombeczkę - lub dwie i można mnożyć dywagacje - tak, czy nie. Czy problem ten sprowadza się do tego, że mogę a nie muszę, czy jest to próba - stary mogę jedną bombkę walnąć z gwinciora i nic po prostu k., nic. Nie rusza mnie! I nieważne kiedy zaczyna się dzień. Bo ten cały podział wymyślił jakiś tam dupek - bo tak było łatwo: raz - jest słoneczko, dwa - nie ma, trzy - znowu jest, cztery - nie ma, pięć - o! znowu jest. Sześć - zgadnij - jest haa!!! Siedem - nie ma. (...) Nie pokusili się o nic genialnego. Wystarczy, żeby byli trochę dalej od Ziemi i wszystko by się im popierdoliło.

 

jutro

Przebudzenie jak zwykle fatalne. Dwie szczotki leżą na kaloryferze. Bez sensu. Zwisają na środku drogi pomiędzy mną a sufitem i jeszcze na dodatek lampa świruje mi oślepiająco w oczy. Przecież pali się niepotrzebnie i na pewno zżarła kupę prądu - zresztą i tak nim zwycięży u mnie ochota podniesienia się z wyra, miną milowe godziny i licznik od prądu będzie się kręcił jak kołowrotek modlących się hindusów czy czegoś takiego.

 

Kolejne jutro

Przesrane, normalnie przesrane. Dzwonienie do roboty, że się spóżnię, nic nie da i tak wyczują, przesrane. Jadę nad jezioro. Olać. Trzeba coś zjeść, albo wypić. Spoko stary - potem.

Te autobusy mogłyby się bardziej spieszyć. Te karcące twarze różnych babć mogłyby się już skończyć. Bo przecież tak na prawdę to gówno ich to obchodzi. Martwcie się o swoich synalków.

Widać, że znają się od niedawna - ale mają zamiar znać się chyba dłużej - to widać - już ja wiem. Jego pół wymuszone uśmiechy, ręka od czasu do czasu błądzi po brodzie - jakby chciał podkreślić swoją dorosłość. Chyba nawet nie wiedzą, że jadą autobusem. Ale uśmiechy jego nie są pewne. Jak on ją okiem świdruje cały czas. Ona skubie nerwowo parasol. Chyba się powoli przedstawiają. Mówi, że jest tolerancyjna (może nie będą na mnie pluli - koszulę mam jeszcze czystą, a zapach wódki nie jest taki najgorszy - fakt, że przemielony) i gestem ręki próbuje podkreślić, że zawsze się trzyma z dystansem - też świruje go oczami. Na pewno się nie znają - może to ich pierwsza randka? W sumie ma parasol - dobre - jakby padało, ma jeden - pod jednym zawsze bliżej. Jak pociągająco przeciąga słowa - mniam, mniam.

- Stary, przepraszam bardzo, że jestem taki nietolerancyjny, ale wiesz wczoraj wyszedłem z więzienia i nie mam co jeść. Może masz parę groszy... na ciepłą strawę. O. k. Brakuje już tylko złoty trzydzieści. W sumie szybko gówniarz dał się skręcić na taki prosty kit.

 

Kolejne jutro

Kawa, mocna, w moim kubku coś mojego tak naprawdę, nic nie mówią. No bo co mają mówić, podobno byłem wczoraj. Nieważne. Ich twarze mówią tylko, że przegrywam, powoli, bramka za bramką. Remis na wyjeździe jest bardzo daleko. Nie liczę na wodę po ogórkach. I Krystyna. Już skończone. Nie wybaczy mi po raz kolejny, jej syn, córka, ja jestem tylko chory. Zasypiam tylko inaczej, zasypiam inaczej. Kawa bez smaku. Może uciec. Pobrany towar, nie rozliczone roboty. Czy szef wpisze datę - wyleją - po prostu wypierdolą.

 

Jeszcze jedno jutro

Dopiero po raz trzeci jadę tą samą trasą... Ostatnia droga. Ten sam kierowca. Zmienił się tylko kolega z pracy. To cud, że mnie nie wypierdolili. Ciekawe co teraz myślą. Nieważne. Będzie trochę spokoju. Znowu te twarze. Już nie tylko koszula ale cała tapicerka jest mokra. Chrzest pijaka. Po co się nade mną litują. Mogli mnie zostawić w cholerę. Te łóżka, Ci ludzie. Przesrane. Normalnie przesrane. Nie jestem lepszy. Może mnie nie przyjmą. Jestem przegrany, tak miło rozmawiało się z tą pigułą blondynką, byłem wtedy wielki, nie musiałem ... Teraz jestem jak jakiś pieprzony syn marnotrawny. Czuję się, jakbym zdradził ją, jak żonę, matkę, jak zły syn, lekarz, pogarda, wstyd. Gówno, gówno, gówno. Wczasy, kurwa jego mać. Po co żyje, po co? Odtrucie, wykłady. Znam to wszystko - mogę być tu profesorem. To tylko kilka dni. Nie, ja nie jestem taki jak oni.

 

Następne jutro

Lecę. Kurwa lecę, moje nogi, podłoga - nie chcę, nie chcę jeszcze umierać. Jeszcze nie. Dlaczego.

l znowu jutro

Szpitalna pościel zawsze była jakaś taka sztywna. Taka higienicznie do przesady. Nie wiem, co jest łatwiej myśleć: o tym co było, czy o tym co będzie. Nie będę miał chyba sił, jak wyjdę. Próba, próba, próba. Pieprzona wóda. Rekord Świata w niepiciu dzień, dwa, rok. Ale rekordem nie wrócisz do uśmiechów dzieci, miłości z żoną i nie żoną. Wszystkie zaliczki. Zabiorą robotę papiery. Zima idzie.

 

Jeszcze jedno jutro

Arkadiusz Sójka

 

Joanna Obuchowicz

SEANS PRYWATNY

No, no, no

mnie się tutaj nie wychylaj, bo

utrę ci ucha, skrzydełko naderwę

 

Tak zwraca się do mnie moje sumienie gdy

Natchnienia do życia szukam wyciągając

po raz wtóry rękę z wetkniętym (między

serdeczny a drugi przeuroczy) banknotem

nie dwudziestozłotowym jak zwykle, tylko

marną dychą.

Pani odbiera,

nie pytając o nic podaje. jak zwykle. a sumienie

funduje mi projekcję z wszystkich nieudanych

prób przebycia znajomych 200 metrów chodnika...

 

znikam stąd.

jest jedno zdanie, które naprawdę mnie wkurza:

No, no, no

mnie się tutaj nie wychylaj, bo

utrę ci ucha, skrzydełko naderwę

 

Joanna Obuchowicz

 

Edyta Niewińska

CZWARTA RANO, SAMOTNA KOBIETA

Kobiety podobne mi, każdego dnia celebrują swoją samotność. Co wieczór jedna z nas siada na tej samej knajpianej kanapie, aby poznać znów cały arsenał środków, jakie samotności zapobiegają. I zarazem nowy jej wariant. W sposób wyrafinowany, nad wyraz hojnie, rozdajemy siebie, nic przecież z siebie nie dając. Karmiąc siebie i innych złudzeniem. Uśmiechy, puste gesty radości, zalotne spojrzenia; tak się zachowują małe, szczęśliwe dziewczynki. Włosy w nieładzie, choć anielskie; wzrok czujny, choć anielski; krok chwiejny, choć... anielski; a w ustach papieros. W popielniczce już trzy ze śladami szminki, na stoliku kolejny kieliszek wina. Wybaczcie, siostry, te słowa prawdy. Myślę, że jestem wam to winna.

Facet się nie liczy, facet to tylko używka. A jednak boli, gdy niespodziewanie wymyka się z nagich, splecionych w fałszywym geście miłości, ramion. Prostacki kawał gnoja, jak każdy inny. Ktoś twierdził, że trzeba ich tępić, gdyż są jak chwaty, zbyt wiele, i nie dość, że nieestetyczne, to jeszcze niszczą wszystko, co dobre. Może niezbyt odkrywcze, ale zawsze to jakieś wytłumaczenie dla twojego niemoralnego zachowania. Czy potrzebujesz się tłumaczyć? Ty doskonale wiesz, co robisz, i po co. Dopóki nie dajesz się zranić, dopóki bawisz się i czerpiesz przyjemność, dopóki nie przekraczasz granicy dobrego smaku, własnych oczekiwań, jesteś silna. Świadomie wybierasz ryzyko, obstawiasz jak w kasynie, grasz jak na giełdzie. Kartą przetargową są mężczyźni, czasem odrobina uczucia, przywiązania, wygody, niespodziewanej czułości. Wygrywasz, bo nie chcesz więcej, niż możesz mieć. Przegrywasz, kiedy źle oceniłaś sytuację. Bywa i tak. Wtedy nie płaczesz, wściekasz się i przeklinasz. Potem się śmiejesz, sięgasz po kolejnego smukłego papierosa, upijasz łyk wina, upajasz się zapachem perfum. Za chwilę już spokojna, z uśmiechem łowcy na twarzy, oddajesz się życiu. To znów twój szczęśliwy dzień. Dzień, w którym mężczyźni przestali istnieć. Na zawsze. Może nawet na kilka dni. Jesteś znów heroiną film noir, czarnego romansu, nieszczęsną femme fatale. Jesteś daleko od płytkiego świata z jego nieodłącznymi, kiczowatymi błyskotkami. I z jego przekleństwem, odwieczną zgubą: pogonią za miłością. Idealną. Nieistniejącą. Dla ciebie wszystko musi być idealne. Idealny makijaż. Idealny strój. Idealnie szybki i błyskotliwy umysł. Jeśli nie ma "idealnie", nie ma wcale. A więc miłości nie ma wcale. Dlaczego w takim razie oszczędzać tych, którzy się łudzą? Mówisz więc zawsze to, co myślisz. Do bólu szczera, potrafisz zabić faceta słowem prawdy. Paru z nich nie zmartwychwstało.

Tymczasem, spoglądając znad kieliszka prześwietlonego delikatnym światłem knajpianych kinkietów, dostrzegasz, że koś ci się przygląda. Dyskretnie, choć ty potrafisz to zauważyć. Jednak jesteś skazana na samotność, więc nie uszczęśliwisz go dzisiaj swoim towarzystwem, a w przyszłości ciepłym domem, macierzyństwem etc. Twoje słowa nie poprowadzą go w tajemniczy świat przeżyć i doznań, które dane są tylko wybrańcom. Wybrani zawsze pozostawali w samotności. Uśmiechasz się więc łagodnie do samej siebie, postrzegając ironię i przewrotność życia. On przechwytuje ten uśmiech, jakby był dla niego, biedak, nie wie nawet jak bardzo się łudzi. I na nic jego zalotne gesty, przemiłe spojrzenia. Ten romans dziś i jutro skazany jest na niebycie, nieprzeżycie, nieistnienie. Choć dziś, zawieszony w przestrzeni bezczasu i bezmiejsca, mógłby potrwać chwilę, pobawić. Myślisz więc, dlaczego nie, i zwracasz się łaskawym, spokojnym gestem w jego stronę. On szybkim krokiem podchodzi przynosząc ogień, by podpalić papierosa, którego leniwie przed chwilą wydobyłaś z białego pudełka. I tak oto znów mężczyznę zgubiła namiętność do kobiet tajemniczych, niepoznanych, nieogarniętych. Na tę chwilę, tę noc, setki myśli i wspomnień, jest twój, jest stracony...

 

Edyta Niewińska

 

Marta Dyk

KONIEC ŚWIATA

koniec świata

był kilka dni temu

spóżnił się o minutę

lecz cóż to znaczy

względem końca świata

 

nieoczekiwanie

przypomniał kilka

poprzednich końców świata

 

nie znalazł się

sponsor więc nie będzie

retransmisji na którymś tam

kanale

 

rankiem zawiązywanie

butów jak co dzień

z czapką w ręku

gonitwa za autobusem

 

koniec świata

szybko skończył się

a jeszcze tyle zostało

do zrobienia

 

Marta Dyk



Wiersz ze zbioru "Słowotwór złośliwy" omówionego w "Prowincjonaliach"


Oskar Szwabowski

URODZINY

Od razu, jak tylko mama zdjęła buty, biegłem do barku. Pamiętam to, ze wszystkich dni, bieg do barku. Zapalało się światło i pachniało słodyczami. Światło załamywało się w kryształowych misach, na których leżały przeróżności. Ulice jeszcze wtedy były szare. A w sklepach podobno pustki. Pamiętam jedynie jak patrzyłem przez okno malucha na mroczne kamienice. Na tonące w mroku i deszczu miasto. Czasami słyszałem krzyki. One sprawiały, że przywierałem do rodziców, a wejście do mieszkania, ciepłego, z przytulnym, lekko żółtym światłem, było wkroczeniem z wrogiej rzeczywistości, obcej i okrutnej, twardej i niewrażliwej jak bruk, którym wybita była ulica, do czegoś znanego, ciepłego i miłego, mięciutkiego jak miś i pełnego magii. Zatrzymywaliśmy się koło śmietnika. Do dziś się tam zatrzymujemy. Po prawej sklep rzeżnicki, po lewej warzywniak. W górze, wśród chaszczy jakieś budy. Czasami jakiś włóczęga schodził lub wchodził tam. Do dziś nie wiem, co tam jest. Jak wychodziłem ostatni raz ubrany w koszulę, już nie z malucha ale z renault, spojrzałem ukradkiem na położone w górze budy wpasowane w chaszcze. Przez chwilę byłem tym małym chłopcem, co biegł do barku, otwierał, przyglądał się różnościom. Wreszcie, wybierałem jedno, a dziadek uśmiechał się, leżąc na kanapie. Barek nigdy nie był pusty, wypływała z niego obfitość. Wraz ze światłem. Któregoś dnia znalazłem zaledwie okruszki, spojrzałem na kanapę, szukając wytłumaczenia. Była pusta.

Przypomniałem sobie ten bieg do barku, gdy siedziałem na kanapie. Tej samej, na której leżał dziadek z dumą patrzący, jak wybieram co barwniejsze, dziwniejsze, magiczniejsze okazy. Babcia miał urodziny i imieniny. Nie wiadomo zbytnio, dlaczego rodzice nadali jej imię figurujące w kalendarzu pod datą jej narodzin. Może nie lubili imprez rodzinnych, może z oszczędności, a może zawarli taka umowę; wiadomo, że kłopot jest z imieniem. Pary czekające, aż nabrzmiewający brzuch eksploduje, wyrzucając pomarszczone coś, patrzą na przeciwległą ścianę i mówią: Michał. Nie, mówi ona lub on. Edward. A co, jak będzie dziewczynka? Małgosia. Tak dzień w dzień. Licytacje, debaty. Zaczepiają znajomych. Jak sądzisz: Kuba? Koledzy będą mówić na niego kupa. Oczywiście zdarza się, że para mówi: Jeśli będziemy mieć dzieci, to chłopca nazwiemy Wojtek, a dziewczynkę Ewa. Dobrze. On myśli o przyjacielu, bohaterze książki, dalekim wujku. Ona o bracie, swym pierwszym, znajomym, co wysłał tylko jeden list. Jak było w tym przypadku, nie wiadomo. Wiem tylko, że babcia nie lubiła swego imienia i miała za złe rodzicom.

Jedliśmy kotlety schabowe i czerwony barszcz. Dzień wcześniej rodzice byli na urodzinach u koleżanki. Wrócili późno. Zdążył odwiedzić mnie średni brat taty. Zatoczył się. Wrócił do nałogu. Po chwili go nie było. Pojechał do najmłodszego z braci po pieniądze. Dowiedziałem się tego, paląc papierosa w kuchni. Staliśmy obok okna, wypuszczając leniwie dym. Siedział u nas do pierwszej. Przylazł, kurwa, z jakąś Lolą. A wydawało się, że już wszystko będzie dobrze. Urodził mu się synek, jadł tylko gotowane potrawy, nawet przestał palić. Mama opowiadała mi kiedyś, jak stał przy kuchence, mieszając coś, a po policzkach spływały wielkie łzy. Mówiła, taki piękny chłopiec. Pierwszy raz wtedy odwiedziła tatę. Pewnie jeszcze nie wiedziała, że się pobiorą. To było w liceum. Ja już skończyłem liceum. Studiowałem, za bardzo nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Na razie paliłem papierosy i karmiłem się jakimś potem.

Biegłem do barku. A on się uśmiechał. Nie rozumiałem braku. Ani przekrwionych oczu babci. Chociaż coś przeczuwałem.

Na urodzinach wspominamy umarłych. Śmiech, a nawet każde słowo, jest ryte na kamieniu smutku, takiego, że jakby zacząć nad nim rozmyślać, to... Głębokie odczucie życia. Szary sufit, pod którym wychowały się dwa pokolenia. Teraz przy wspólnym stole. Przy telewizorze. Mimo że święto, to jakoś powszechnie. Dzieci wprawdzie piją odrobinę alkoholu, ale i dorośli niedużo. Jutro, kurwa, znowu do roboty. Mówi zaciągając się. Kiwam głową.

Uświadomiłam sobie, że od wielu lat nie otwierałem barku. Stał się strefą zamkniętą, tabu.

Człowiek się, kurwa zaharowuje. I po chuj? I tak skończy w piachu. Strzepuje słupek popiołu. Kiwam głową. Zastanawiam się, czy babcia już wie. I kiedy się dowie. Zaciągam się. To pomaga. Na bieg do barku, pustkę na kanapie, i na słońce wpadające po skosie do kuchni.

Nie powiedzieli mi, że dziadek umarł, czy też byłem na pogrzebie? Obie wersje tkwią w mojej pamięci. Tak samo realne, tak samo prawdziwe. Chyba jednak byłem. Potem, w tym samym pokoju siedziała rodzina, bliska i daleka, znajomi i pewnie jeszcze ktoś. Kobieta o paskudnym głosie, (do dziś każda dziewczyna o podobnym tonie jest u mnie przekreślona) proponuje ziemniaki. Jedzcie ziemniaki, mówi, bo są tanie. Żartuje, bo śmierć, pożegnanie, to żart potrzebny, by oddalić. Nie wiem, co robiłem, gdzie siedziałem, ale wiem, że nie rozumiałem. Parę lat później odeszła prababcia, od strony matki Dotknąłem ją, gdy leżała w trumnie. Była zimna. Ale nadal nie rozumiałem. Było smutno, lecz nie z konkretnego powodu, po prostu poddałem się nastrojowi. Szli śpiewając: Jezu Chryste, a nasz Panie, daj jej wieczne spoczywanie. Była jesień. Zawsze była jesień. Liście wgniecione w błoto. Ludzie ocierający dłoń o dłoń, palący papierosy, rozmawiający półgłosem. Mój ojciec zawsze w takich chwilach gadał o interesach. Zwykle nie jest rozmowny.

Pytają: Pamiętasz dziadka? Nie. Kręcę przecząco głową. By chwilę później wspomnieć o barku. I przypomnieć sobie wszystko. Nawet śmiech zmieszany z moim. Gdy ledwo co chodziłem. Z dziadkiem odszedł barek. Z mojego życia. Weź sobie cukiereczka, rzekł pewnego dnia, bo rodzice wcześniej powiedzieli mi, że nie jest ładnie, gdy od razu biegnę do barku, to źle wygląda. Między barkiem a dziadkiem nie było różnicy. Póki żył, żył i barek. Nawet jego średni syn nie przywrócił świętości, chociaż próbował. Przez jakiś czas było niby obficie. Ale nie magicznie. Światło nie załamywało się w kryształach, nie wyłaniało cudów. I to nie dlatego, że dorastałem. On zresztą inaczej się uśmiechał.

Biegłem do barku. Jak tylko mama zdjęła mi buty. Zapalało się światło i roztaczał zapach...

 

Oskar Szwabowski

 

Johannes Bobrowski

NOCNY RYBAK

W ślicznym listowiu

nie przebolała

cisza.

 

Światło

z dłońmi

ponad murem.

 

Piasek wystąpił z korzeni.

 

Piasku, na czerwono

trwaj w wodzie,

idź po śladzie głosów,

idź w ciemności,

wypłyń na połów o świcie.

 

Głosy śpiewają srebrzyście blado,

przenieś się,

w pewność,

w piękne listowie uszu,

głosy śpiewają:

martwe jest martwe

 

Johannes Bobrowski
Przekład: Andrzej Pańta

 

Janusz Korbel

O INTELIGENCJI I INSTYNKTACH

Na naszym rynku księgarskim pojawia się coraz więcej tłumaczeń książek socjobiologów, archeopaleontologów i innych przyrodników i badaczy człowieka, którzy starają się zrozumieć i zinterpretować ludzką skłonność do agresji. Chodzi przede wszystkim o agresję męską i o wytłumaczenie, dlaczego tak bardzo mężczyźni różnią się od kobiet. Z lektury tych książek czytelnik może wyciągnąć wnioski, że jesteśmy tak bardzo uwarunkowani biologicznie, że wiemy już tyle o ewolucji i nieuchronności agresji, iż jedynym ratunkiem jest wybranie silnych przywódców, którzy wykorzystując swoją wiedzę o naturze agresji i inteligencję poprowadzą wojnę przeciwko wszystkim złym siłom współczesnego świata i wreszcie rozum zwycięży nad ciemnymi siłami instynktów zwierzęcych. Przy okazji obrywa się naiwnym filozofom, psychologom, feministkom i różnej maści pacyfistom wierzącym w "dobre" cechy człowieka.

 

Do napisania tego artykułu skłoniła mnie lektura niedawno wydanej książki Michaela P. Ghighlieriego "Ciemna strona człowieka", której autor, profesor antropologii, walczył w młodości w Wietnamie, uczył sztuk walki, prowadził szkołę przetrwania, a także pracował w Afryce z Jane Goodall. Autor rozwiązanie problemu agresji widzi właśnie jedynie w zjednoczeniu światowych sił w walce przeciwko złu, nie kwestionując żadnych pryncypiów współczesnej cywilizacji.

 

Wielu uczonych zajmujących się badaniami archeologicznymi nad człowiekiem i naczelnymi twierdzi, że inteligencja rozwijała się w procesie ewolucji nie z powodu konieczności dostosowywania się do coraz to bardziej wymagających warunków środowiskowych, ale pod naciskiem konieczności przechytrzenia innych osobników swojego rodzaju. Odniesienie zwycięstwa w rywalizacji z innymi osobnikami swojego gatunku zapewniało przeżycie. Powołują się oni na spostrzeżenia, iż nie dość inteligentna małpa człekokształtna skazana jest na śmierć z rąk innych małp. Wykształcone zdolności takie jak umiejętność współpracy, przyjaźń i inne cechy zachowań społecznych zostały wymuszone koniecznością toczenia walk z innymi wspólnotami. Oczywiście, współpraca w ramach "swojej" grupy sprzyjała też sukcesowi w zdobywaniu terytorium i pożywienia, ale największym wrogiem był przedstawiciel tego samego gatunku. Współpracę możemy więc określić mianem współpracy w przemocy, bo nawet najpotężniejszy osobnik musiał ulec współpracującym ze sobą rywalom. Nic dziwnego, że nic tak nie łączy, jak wspólny wróg.

Inteligencja owocowała kulturą, a efekty tego procesu widzimy dzisiaj w postaci przekształconej przez jeden gatunek planety, eksterminacji innych gatunków i zwalczaniu, a często także eksterminacji innych grup, ras, kultur. Nieuchronny proces globalizacji przypomina podbój sąsiednich terytoriów przez jedną armię naczelnych - z tym że terytorium stała się cała Ziemia. Kto jest inny od tej armii, musi przegrać, zostać zlikwidowany lub podporządkować się dominującemu plemieniu.

 

Różnie definiujemy inteligencję. Czasami mówimy, że jest to umiejętność wykorzystywania informacji dla najbardziej harmonijnego życia w danym środowisku. Taka definicja jest bardzo "ekologiczna", bo inteligentny w taki sposób osobnik nigdy nie podetnie gałęzi, na której się znajduje, to znaczy nie zniszczy własnego środowiska. Przykładając jednak tę miarę inteligencji do żyjących dziś na ziemi gatunków okazałoby się, że Homo sapiens jest najmniej inteligentny. Co więcej, moglibyśmy powiedzieć, że żyjące najdłużej karaluchy czy krokodyle są gatunkami najinteligentniejszymi, bo najlepiej dostosowywały się do warunków i nie zniszczyły własnego środowiska życia. Zauważmy, że wilki, gdy zaczyna brakować pożywienia, przestają się rozmnażać, podobnie czynią inne drapieżniki, których liczebność nie może być regulowana przez innego drapieżcę. Wyciągają więc inteligentne wnioski z otrzymywanych od środowiska informacji, choć my ten sposób zachowań nazywamy instynktem.

 

Inna definicja inteligencji mówi, że jest to rodzaj umysłowej samorządności. To definicja bardziej antropocentryczna, bo to człowiek ocenia tę samorządność na podstawie celów, jakie się przy jej pomocy osiąga. Jeżeli ocenimy ją na podstawie wybudowanych przez władców pałaców i rezydencji, albo metropolii, samochodów i samolotów - będzie to inna ocena, niż gdy weźmiemy pod uwagę takie nieodłączne rezultaty rozwoju inteligencji jak społeczna nierówność, głód, wojny, zagłada przyrody. Umysłowa samorządność kieruje się przekonaniami, w które wierzy jej podmiot, i celami, które chce osiągnąć. Nawet sukcesy nauki trudno jednoznacznie traktować jako wyznaczniki poziomu inteligencji, bo po pierwsze granice nauki są dość płynne (według niektórych za naukę możemy uznawać wyłącznie matematykę, reszta nauk to bliższe lub dalsze niepoznawalnej prawdy fantazje w różnych dziedzinach), po drugie - umysłowa samorządność wymagałaby uniezależnienia nauki od środków. Definicja inteligencji podawana przez prymatologów, że jest to małpia umiejętność przechytrzania i oszukiwania sprawdza się także w dziedzinie nauki, bo jakże często badacz, by dostać środki potrzebne mu do znalezienia odpowiedzi na jakieś głębokie pytania, musi przedstawić je w postaci zupełnie innej i właśnie w pisaniu wniosku o środki musi wykazać się inteligencją najbardziej.

Najtrafniejszą chyba definicją inteligencji jest określenie nią "zdolności do zmiany zachowania stosownie do zmieniających się okoliczności i własnego najlepiej pojętego interesu" (M.P. Ghighlieri). Ta definicja jest jednak zbliżona do pierwszej i tak pojmowaną inteligencję bardzo trudno zmierzyć. Już na pierwszy rzut oka widać jednak, że Homo sapiens, niszcząc własne środowisko życia nie postępuje zbyt inteligentnie.

 

Socjobiolog E.O. Wilson zauważa, że inteligencja związana jest przede wszystkim z językiem. Rozwój ludzkiego języka zmienił zasadniczo naszą rolę w ekosystemie Ziemi. Zamiast kierować się wyłącznie instynktem i osobistym doświadczeniem, zaczęliśmy korzystać z komunikatów przekazanych nam przy pomocy abstrakcyjnych słów. Język pozwolił też stosować na niespotykaną wcześniej skalę kłamstwo i oszustwo, które inteligencję stworzyły. Poza świadomym przekazywaniem nieprawdziwych komunikatów pojawiła się także okoliczność niewłaściwego interpretowania przekazu językowego. Dla chrześcijańskiego misjonarza opisującego odkryty w tybetańskim klasztorze posąg, był on wyobrażeniem bóstwa, co nie było prawdą, ale dopóki ten misjonarz sam nie rozpoczął praktyki medytacji w tym klasztorze i nie doświadczył pewnych aspektów tej praktyki, dopóty jego opis figury był całkowicie mylny. Przy pomocy języka ludzie przekazują sobie informacje i tak się do nich przywiązują, że te opisy mylą z faktami. Czasami mają silną potrzebę werbalnego zastąpienia rzeczywistości jej interpretacją, bo daje im to usprawiedliwienie wojennej strategii. Najczęściej jednak język po prostu mniej lub bardziej oszukuje. Byłem świadkiem rozmowy między dwojgiem małych dzieci, którym podano szpinak. Po pierwszym kęsie maluch powiedział do dziewczynki: pycha! A ona łapczywie włożyła łyżkę do buzi i po chwili wykrzywił ją grymas. Gdyby znała szpinak tylko z werbalnego przekazu brata, powtarzałaby wszystkim, że jest pyszny. W chwili, kiedy nazwaliśmy rzecz, oddzieliliśmy się od niej. Poszukując prawdy w przekazach słownych mamy też skłonność do upraszczania i malowania świata w czarno-białych kolorach. Język rozwinął w nas głębokie poczucie abstrakcyjnego dualizmu, a żonglowanie tym dualistycznym światem nazywamy inteligencją.

 

Dzięki rozwojowi inteligencji potrafimy co prawda zwalczyć niektóre choroby (oczywiście ci, których na to stać), skorygować wzrok przy pomocy okularów, utrzymać przy życiu osobniki, które w warunkach naturalnych nie miałyby szans na reprodukcję, lecz płacimy za to cenę obciążeń genetycznych, czyli powielania w populacji genów warunkujących różne uszkodzenia. Dzięki inteligencji, którą nazwaliśmy samorządnością umysłową niewielki procent Homo sapiens dysponuje coraz większymi środkami, lepszymi samochodami, większym bogactwem i odnosi sukces za cenę niszczenia życia, od którego czuje się coraz bardziej oddzielony. Poczucie "ja" i "nie ja" stało się kluczowe dla modelu wzrostu i rozwoju, kariery, indywidualizmu. W nowoczesnej cywilizacji rynku sukces odnoszą osobniki najbardziej oddzielone od innych, współpracujące tylko z grupą, która wspiera ich mechanizmy podboju terytorium, a "małpia" inteligencja pozwala na zgrabne oszustwa w imię demokracji, postępu, rozwoju cywilizacji i kultury. Najnowszym narzędziem wymyślonym dla tego "podboju" jest handel światowy i ekonomia. Chociaż "wojnę o pokój" toczymy z całym życiem na planecie Ziemia, to jednak największym wrogiem jest dla nas inny przedstawiciel gatunku Homo sapiens. Tylko inny człowiek potrafi wywołać u wielu ludzi nienawiść, zazdrość, agresję. Socjobiolodzy tłumaczą to uniwersalnym dążeniem do odniesienia sukcesu reprodukcyjnego. To dlatego samce są agresywne i władcze, a samice są biologicznie uwarunkowane, by ulegać i podporządkowywać się swoim "panom" stając się ich własnością, wybierają najsilniejszych i najbogatszych, zapewniających opiekę, a same są inteligentniejsze (lepiej oszukują), bo tylko to pozwala im zachować resztkę niezależności. Z tego punktu widzenia światem rządzi biologia sprowadzona do zachowań seksualnych służących samcom: pozostawieniu jak najliczniejszego "swojego" potomstwa.

 

Taka biologiczna perspektywa ma jednak kilka poważnych ułomności. Po pierwsze, jeśli popatrzymy na nasze naturalne środowisko - planetę Ziemia - jako na złożony, żywy organizm, to tego rodzaju zachowanie jednego gatunku wykazuje kierunek samobójczy. Sukces jest tylko chwilowy i okupowany jest porażką w szerszym kontekście. Nasza inteligencja ustępuje instynktowi innych gatunków, poddanych doborowi naturalnemu i zachowaniom wykazującym cechy reagowania na sygnały otoczenia. Nasz język częściej dzieli i unifikuje niż łączy, pozwolił też na rozwinięcie się różnych wierzeń i ideologii, które prowadzą do nie tylko ekologicznych katastrof. Po drugie, w tej biologicznej perspektywie brakuje wymiaru duchowego człowieka. Wymiar duchowy wiążemy z poszukiwaniem jedności, harmonii, empatii i skromności. Duchowe wskazanie ochraniania życia ukazuje ograniczoną przydatność strategii wojennej. Bez badań naukowych i tradycyjnej inteligencji duchowe osobowości takie jak Chrystus czy Budda wskazywały na zupełnie inny kierunek rozwoju niż podbój, mnożenie dóbr i zwiększanie sfery posiadania oraz władzy. Być może, na drodze introspekcji, medytacji czy modlitwy takie osoby sięgały do pokładów świadomości bliższych instynktowi niż inteligencji. W poszukiwaniu szczęścia, którego nie można ograniczyć tylko do sukcesu reprodukcyjnego (kto wie, czy w rezultacie rozwoju nauki sukces ten będzie nie miał już niedługo związku z modelem samca i powolnych mu samic) Homo sapiens zachowuje się czasami zupełnie inaczej niż wynikałoby to z wizji socjobiologów. Na płaszczyźnie nauki taka perspektywa rysuje się w oparciu o ekologię, o ile nie ogranicza się jej tylko do biologii. Ekopsycholodzy twierdzą, że człowiek nie może być szczęśliwy, jeśli w otaczającym go świecie giną niepotrzebnie osobniki, gatunki, krajobrazy naturalne. Nie wystarczy przejść trening psychologiczny dla biznesmenów, nie wystarczy posiadać swój harem i luksusy, by być szczęśliwym. Ekofeminizm zwraca uwagę na zapomnianą sferę uczuć, która jest starsza od cywilizacji i którą popularnie przypisujemy cechom kobiecym: empatia, współpraca, nieegoistyczna miłość, szacunek dla innych, także innych kulturowo, niechęć do konkurencji i przemocy. W filozofii ekologii głębokiej mówi się o koniecznościach życiowych. Czym innym są zachcianki, a czym innym konieczności życiowe. Korzystanie z innych form życia pozwala istnieć wielu gatunkom, ale ich życiowa strategia nie polega na nieograniczonym podboju. Nawet drapieżnik jest zawsze oportunistą, a żadne zwierzę nie buduje "za dużych" domów. Luksus nie jest znany w przyrodzie poza naszym gatunkiem. Homo sapiens wymyślił reklamę i całe dziedziny nauki służące wzbudzaniu zapotrzebowania na zaspokajanie kolejnych, bynajmniej nie niezbędnych życiowo potrzeb. Załamanie się wzrostu sprzedaży uznaje się za największy problem gospodarczy i polityczny, świadczący o braku rozwoju. Dodajmy: rozwoju nieograniczonego.

Zarówno nurt filozoficzny zwany ekologią głęboką, jak i duchowość (stąd ich podobieństwo i zarzucanie przez osoby traktujące religie instrumentalnie różnym nurtom ekologicznym, że są pseudoreligiami) wskazują, że dopiero troska o całe życie zapewni nam szczęście. Na poziomie psychologicznym mówi się o poszerzaniu swojego "ja". Skoro cierpimy widząc cierpienia przyrody, znaczy to, że ta przyroda jest cząstką nas i nie powinniśmy się od niej odgradzać tworzonymi przez cywilizację faktami.

 

Jeżeli nie jesteśmy implantami z innego wymiaru wszechświata lecz efektem ewolucji, możemy mieć nadzieję, że celem tej ewolucji nie jest zniszczenie bogactwa życia. Przyroda koryguje nasze postępowanie. Sami socjobiolodzy przyznają, że pierwotne instynkty nadal rządzą, prowadząc inteligentne istoty Homo sapiens do morderstw, przemocy, gwałtów i wojen na niespotykaną wcześniej skalę. Skoro tak, jest to również uwarunkowana biologicznie, bolesna reakcja sił przyrody na arogancję naszego gatunku. Szansy na mniejsze cierpienia nie daje jednak zrozumienie biologicznego uwarunkowania agresji po to, by prowadzić skuteczne wojny z agresorami, lecz zwrócenie się do tej sfery uczuć, skrytych pod naszą inteligencją, która w otaczającym świecie widzi szansę na współpracę i dzielenie się, a czasami rezygnację. To tak trudne, że prawie niemożliwe. Wymaga bowiem zmiany myślenia "jestem tym, co mam na własność" - na myślenie "jestem tobą, i tobą i nią, i nim, i wszystkimi istotami w ekosystemie Ziemi". Można zarzucić, że jest to podejście ograniczone tylko do jednej planety, ale dopóki kosmici nie przeniosą nas do innej galaktyki, z nową, większą i niezniszczoną jeszcze ziemią, na razie wystarczy.

 

Janusz Korbel

 


 
Pięć - dziesięć zdań:

 

"[...] Na Pomorze Zachodnie przyłączone do Polski w 1945 roku przybyła ludność z różnych regionów, przywożąc ze sobą bagaż własnych doświadczeń i przyzwyczajeń, wnosząc swoje obyczaje, język, kulturę. Stąd też w krótkim czasie następował niepowtarzalny w tak wielkiej skali proces stapiania się w jednym tyglu różnorodnych kultur regionalnych. Ludność przybywała dobrowolnie i na zasadzie przymusowych przesiedleń, z różnymi nastawieniami i zamiarami. Polityczną niepewność potęgowała niepewność sztucznie stworzonego pogranicza. Jego historia jest w takim stopniu powikłana, jak losy jego byłych i nowych mieszkańców. Obcowanie z innymi kulturami i twórcze zainteresowanie historią pozwala mówić o ludziach pogranicza. Złożoność sytuacji ludzi pogranicza polega na tym, że w niepowtarzalnej mozaice społecznej, niezwykle ciekawie układają się wzajemne kontakty. [...]"

 

Marzenna Giedrojć
STUDIA Archiwalne - Historyczne - Politologiczne



Książka ofiarowana Profesorowo Kazimierzowi Kozłowskiemu,
w sześćdziesiątą rocznicę urodzin. Szczecin 2003

Dziękujemy pkl. "Łabuż"

 

Piotr Macierzyński

* * *

dziewięć sekund na sześćdziesiąt metrów

cztery dobre wiersze w życiu i zarozumialstwo

myśli że Bóg się z takimi będzie cackał

 

może jeszcze kogoś nabierze na tę swoją wrażliwość

tę jedną dziewczynę która w nim widzi Humphreya Bogarta

cztery dioptrie wyobraźni ją trochę tłumaczą

 

ale ja mu to mówię to się skończy i to już niedługo

i nie będzie potrzeba bomby atomowej i powrotu lodowca

wystarczą karciane długi i wódka

 

i nie uratuje go Bóg bo jeśli jest to nie jest taki głupi

jak ta dziewczyna która się w nim kocha

żeby lokować w niepewny interes

 

i niech nie myśli że się powoła

na lata pracy zmarnowany talent i przegrane życie

i że mu się za to coś należy

 

i wcale mu nie wierzę w te opowieści że wszystko mogło być inaczej

bo jeśli się biega sześćdziesiąt metrów w dziewięć sekund

to nie ucieknie się swojemu przeznaczeniu

 

Piotr Macierzyński

 

Paweł Kozioł

WIERSZ WINIEN WIEDZIEĆ

wiersz winien wiedzieć do jakiego głosu

zwracam go nawet bardziej niż o tym co zwracam

w kopercie nocy jaki dług nakazuje

 

lampie stawiać kompanię honorową światła

u okien u bram powiek dopilnować niech

wejdzie co czeka na moich granicach

wiersz to powtórzę gdy już pada

musi wiedzieć nie tyle co go przygniata ile

że pada w odpowiedzi i na jakie pytanie

 

więc trzeba mu powiedzieć odejdź ode mnie wierszu

lecz idź do niej bo przecież w jej imieniu szukałeś

samogłosek znajdując tam milczenie syk piasku

 

Paweł Kozioł

 

Jerzy Grupiński

PIÓRO

Pióro zmęczenie i papier

Szyba w oknie która i tak

niczego nie podpowie

Chybotliwe postukiwanie

maszyny do pisania

 

Tylko ziemia żywiona

ciągle nowymi ciałami umarłych,

nieomylnie niezawodnie

odpowiada

świeżą skibą na szpadlu

 

Jerzy Grupiński

 

Katarzyna Brzóska

***

klamrą twoich bioder spięty chłodny

czas w ich zamknięciu

mocniej się staje

nic smakuje prawie jak

światło

 

Katarzyna Brzóska


Lech M. Jakób

WYDAWANIE

Na spotkaniach autorskich, ale i listownie, czytelnicy pytają o rozmaite sprawy. O proces twórczy, o tak zwaną wenę, o sposoby przekuwania pomysłów w słowo wiązane, o techniki literackie. Często też ich ciekawi, jak wygląda droga od gotowego maszynopisu do książki. Niektórzy imaginują sobie, że sprawa jest prosta: autor przekazuje pracę wydawcy, a ten, powierzywszy dzieło maszynom, rozmnaża je w odpowiedniej ilości egzemplarzy, by niezwłocznie wystawić w księgarni.

To wyobrażenie raczej naiwne. Choć owszem, bywa tak właśnie. Bywa. Ale rzadko. Na ogół książki miewają wydawnicze perypetie. Czasem zabawne, czasem męczące lub wręcz irytujące. Czytelnik nie wie o tym, bo nie musi.

Przedstawię to na własnych przykładach dwóch książek dla odbiorców młodszych: zbiorze opowiadań "Zwykłe przygody" oraz powieści "Fil, ty wredny kłamco!"

 

Pomysł "Zwykłych przygód" wysiadł ze mną z pociągu relacji Wrocław -Kołobrzeg. U początku lat osiemdziesiątych. Obserwując wzrastanie moich, małych podówczas, dzieci napisałem 12 opowiadań. I złożyłem maszynopis w Wydawnictwie Morskim. Propozycję przyjęto, recenzenci rzecz zaaprobowali i przypuszczać należało, że książka opublikowana zostanie lada czas. Jednak nic z tego. Minął rok, potem drugi i mimo włączenia książki do planów publikacji oficyny wciąż cisza. A to zmieniali się ludzie w dziale literackim, a to wyskakiwały oficynie pilniejsze zadania.

Zniecierpliwiony rozsyłam opowiadania do radia i prasy. Radio wyemitowało dziesięć, "Świerszczyk" - tygodnik dla dzieci młodszych - też opublikował prawie wszystkie, później niektóre powtarzając.

Wreszcie nadeszła korekta opowiadań. Niby drgnęło, ale skład w drukarni wyszedł nie tak i znów ślimaczenie.

W międzyczasie (kolejny rok) jedno z opowiadań opublikowało czeskie pismo "Matevidouska", inne weszło do antologii "Czy pan nie widział rudego chłopca?" (Wydawnictwo Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek).

A książki nadal nie ma.

Wreszcie skład skończono. Ale wyskoczył kłopot z ilustracjami. To były graficzne knoty. Nie mogłem ich zaakceptować. Zlecono ilustrację innemu plastykowi. I mijają kolejne miesiące...

Dość powiedzieć, że książka ukazała się dopiero w 1988 - po kilku latach od złożenia maszynopisu.

 

I przykład drugi. Powieść dla młodzieży "Fil, ty wredny kłamco!" To jeszcze bardziej skomplikowany przypadek wydawniczy.

Rzecz powstała na przepompowni ścieków, gdzie wówczas znalazłem zatrudnienie. Ledwo rękopis przestukała maszyna, a maszynopis na strzępy rozszarpał dopiero co przygarnięty pies (Filip młodziakowi dałem na imię, jak bohaterowi powieści). Chyba już wtedy powinno było dać mi to do zrozumienia, że z losem tego tekstu będzie coś nie tak...

Ponownie przestukany maszynopis złożyłem w Wydawnictwie Poznańskim. Jakiś czas tam dokował. I wycofałem rzecz dla świeżo wtedy powstającego wydawnictwa w Kołobrzegu. By wspomóc oficynę. Po składzie w drukarni korekta. Wszystko idzie jak po maśle, lecz... wydawca po niespełna roku działalności pada.

Kawałkuję powieść i fragmenty rozsyłam do kilku oficyn w głębi kraju. Część nie reaguje w ogóle, ktoś nadsyła zdawkowe podziękowanie, dwaj wydawcy (telefonicznie) pieją z zachwytu. I na pianiu się kończy.

Trochę zniechęcony odkładam rzecz na 3 lata, by złożyć ofertę pewnej szczecińskiej oficynie. Dochodzi do podpisania umowy wydawniczej. W międzyczasie, poświęcając lato, skracam powieść i szlifuję. Lecz mija przeszło rok, a wydawca... milczy. Nie tylko książki nie wydaje, ale brak jest odpowiedzi na listy. Gdy cierpliwość się wyczerpała - wobec niedotrzymania warunków - jednostronnie zrywam umowę.

Maszynopis znów jest wolny. I wędruje na półkę. Nie wysyłam go nigdzie - jakieś fatum nad nim ciąży!

Aliści przyniósł ktoś ogłoszenie konkursu na powieść dla młodzieży wydawnictw Media Rodzina i Muza S.A. - opatrzony hasłem "Uwierz w siłę wyobraźni". Widzę, że "Fil..." mieści się w przedstawionych kryteriach. I decyduję się wysłać. Powieść, na blisko 200 nadesłanych, zostaje wyróżniona w 2002 roku. Czyli może ujrzy światło dzienne. Może. Zobaczymy.

 

Kłopoty ze znalezieniem wydawcy pisarze miewali zawsze. Są udokumentowane przypadki, że niektóre teksty odrzucało kilkanaście i więcej oficyn. A ekstremalną ilustracją niechaj będzie historia maszynopisu mikropowieści "Mewa" Richarda Bacha, dziś słynnej i uznanej. Nim książka wyszła odrzuciło ją przedtem 80 (!) wydawnictw.

Widać zatem z powyższych przykładów, że losy powstających książek bywają rozmaite. I nie zawsze ich ścieżki wiodą prosto do czytelnika.

 

Lech M. Jakób

 

Bartosz Muszyński

Z WIECZNOŚCI - DO TUTAJ

Podczas gdy mnie nie było w domu,

Co to wcale nie jest moim domem,

Ktoś się podpisał wyraźnie

Gwoździem na drzwiach. Wkładając

W kieszeń garść pustą, przeraźliwie

Pustą sondowałem otchłań. Klucz

Nie od razu, a jednak - pasował.

 

Pościel ciepła jeszcze, zmięta

Przyjaźnie, obsiana jakimś twoim

I moim dziedzictwem; bez monogramu,

Bowiem - chciałbym, aby mnie

Inaczej niż z pościeli pamiętał

Ktoś, kto mówi: dla ciebie

Od zawsze noszę ów

 

Głęboki

Ślad.

 

Bartosz Muszyński

 

PRZYPADŁOŚCI I BOLE PISARZÓW
- część V

W numerach 37, 38, 40 i 44 publikowaliśmy odcinki słownika żartobliwych terminów literackich. Celem prezentacji haseł było przekłuwanie nadętych balonów pisarskich. I chęć zamieszania patykiem przekory w zastałej wodzie. Obecnie część piąta i ostatnia.

Kończąc ową zabawę mamy naturalnie świadomość, że nie wyczerpaliśmy wszystkich szans tak przykrojonego materiału. I można było to jeszcze jakiś czas ciągnąć. Tym bardziej, iż publikacja niniejsza miała spore grono wiernych czytelników. Ale wszystko, co się zaczęło, kres mieć musi. Zwłaszcza żart, który - gdy za długo trwa - traci swą świeżość oraz moc.

 

bigiel - biegły warsztatowo, lecz miałki twórczo operator pióra specjalizujący się w zdobywaniu laurów w turniejach poetyckich; bigiel mentalnością i zachowaniem jako żywo przypomina knajpianych klezmerów muzykujących do kotleta

 

donaldyzm - ślepe zapatrzenie w twórczość amerykańską połączone z równie ślepym naśladownictwem płodów piór p. zza oceanu; naczelną biedą p. owładniętych donaldyzmem jest fakt osiągania rezultatów na poziomie Kaczora Donalda

 

europa - święta krowa, a właściwie byk porywający co naiwniejszych p. ideą międzynarodowego zjednoczenia wysiłku twórców dla pożytku światowej kultury i podobnych dyrdymał

 

grzdyl - porcja dopingującego (lub rozluźniającego) dopalacza przed albo w trakcie pisania - np. lampka koniaku lub pięćdziesiątka wódki (uwaga: grzdylem nigdy nie jest i nie będzie puszka piwa!)

 

kafar - osobnik do bólu bezpośredni, walący prosto między oczy; dzieła literackie k. zwykle przesycone bywają prostowaniem bananów i tzw. zdroworozsądkowym podejściem do świata

 

kiczor - producent dzieł o cechach stereotypowych, schlebiających gustom przeciętnych odbiorców, którym utwierdzenie w skamieniałych przekonaniach potrzebne jest dla lepszego samopoczucia; kiczor rozmnaża się przez pączkowanie

 

namolka - drogą pokrętnych zabiegów wymuszanie publikacji tekstów - tyczy to także zabiegania o możliwie dużą ilość spotkań autorskich (i związanych z tym profitów); p. owładniętych namolką cechuje lisi spryt i umiejętność stawiania nagabywanych pod ścianą

 

nowinkarz - p. nieustannie goniący za nowinkami i eksperymentami; nowinkarz - żyjąc w stałym niedosycie - po kres swoich dni będzie trwonił energię i talent dla wyścigów z sobie podobnymi

 

piórzyca - dolegliwa przypadłość polegająca na wypatrywaniu i postrzeganiu wszystkiego pod kątem ewentualnej korzyści przeróbki na literaturę; p. owładniętych piórzycą dopada stupor na widok patyka wypłukanego przez morze lub udekorowanego zwoju kiełbasy wielkanocnej

 

poectwo - podstępnie szerząca się i trudna do wyleczenia przypadłość imitowania poezji prawdziwej; p. zarażonych poectwem nadzwyczaj łatwo przychodzi stwarzanie pozorów głębi, często też tworzyciele owi nie mają świadomości drążącej ich choroby

 

pustak - ktoś bez twórczej inwencji i z nikłym dorobkiem; nadrabiający miną i towarzyskimi układami; daje sobą - często dobrowolnie --manipulować, wymienny niczym klocek

 

rekin młot - najnowszy typ p. wywodzącego swój rodowód z manipulacji genetyczno-kulturowych pokolenia tzw. pampersów; rekin młot jest tyleż energiczny w sztuce wiązania krawatów, co pełen ogłady w wirtualnym świecie dobrego samopoczucia reality-show

 

skunks - typ p. rozsiewającego wokół siebie przykrą woń padliny - cuchną też jeszcze za życia rozkładające się (artystycznie i etycznie) ich dzieła; nie pomaga ani intensywne wietrzenie, ani dezodorant - jedynym sposobem uniknięcia smrodu jest omijanie s. z daleka (w ostateczności dozwolony prewencyjny odstrzał)

 

ślizgacz - typ p. zadowalającego się naskórkowością i śmiganiem po powierzchni; ś. - ogarniając w ten sposób dużo i szybko - żyje w przeświadczeniu absolutnego spełnienia; ostro też bierze zakręty, niuanse wąskich ścieżek i drążenia w głąb mając w pogardzie

 

świąd twórczy - uczucie swędzenia wobec wyłaniającego się z niebytu utworu; w skrajnych przypadkach ś. t. objawia się wypryskami na dłoniach, a nawet liszajami stóp i agresją dotykającą wszystkiego, co na drodze

 

święta reguła - zasada ustalająca, iż tekst może zostać uznany za utwór literacki, jeśli wyczerpie znamiona utworu literackiego - chyba, że nie wyczerpie (ale i tak prawie nikt na tym się nie połapie wobec nieostrych kryteriów twórczych i arbitralności włodarzy piór)

 

trąbina - głośne obwieszczanie wysokiego znaczenia lada dziełka lub krotochwilnej tylko rzeczy; przypadłość bliska tromtadracji samoreklamiarskich grafomanów; p. owładniętych trąbiną nic nie zniechęci - nawet groźba ekskomuniki

 

ucha - rodzaj utworu przypominającego zupę rybną - pełno w nim wody i pływających ości; uchę produkują głównie tzw. maryniści, w wodzie upatrujący prażywioł i środek transportu do pośmiertnej chwały

 

ufita - (nie mylić z neofitą) wierzący w cudowną moc sprawczą krasnali oraz gnomów w literaturze; mnożyciel wyobraźniowych paskudztw i tego, co wiązać się może z rzekomą jednią wszechświata

 

wałek - synonim lit. miernoty, której niezbywalną cechą jest preferowanie płaskości; wałek z lubością w oczach (i pianą na ustach) równa do parteru wszystko, co spłaszczyć się daje, nawet gdy się nie daje

 

zakuta pała - p., do którego nic nie dociera, wszystko jest oczywiste, raz na zawsze dane i niewzruszalne; zakutą pałę literatury łatwo poznać po zjedzonych zębach i wszystkich rozumach

 

żabizm - postrzeganie świata i komentowanie z żabiej perspektywy; p. owładniętych żabizmem podnieca nie tyle widok gwiazd nocą i śpiew słowika, co kumkanie sąsiada - a najbardziej zbiorowy i monotonny rechot

 


Stanisław Chyczyński

(UWAGA) MENTE CACTUS

Zakochany w Babiorce, biega na jej Diablak

mózg zdalnie sterowany przez małego diabła.

Wielko-uszny, technobzik, mówią o nim "demon"

laski, które słuchały jego kaset demo.

 

Ma kapelkę "I'm Becyl", koncertuje w bistro:

po siedmiu zimnych beerach patrzy jeszcze bystro,

Każdego musi opluć, taki z niego juhas.

Na maxa czuje power, kiedy ciecze jucha...

Stanisław Chyczyński