Łabuź 42/2002


"[...] Relatywizm wartości może nas uwolnić od nieustającej tyranii dobra i zła, od całego ładunku wstydu i winy, jaki niosą ze sobą, a także od niekończących się wysiłków nakazujących dążenie do jednego, a unikanie drugiego. Rygorystyczne pojmowanie dobra i zła powoduje - podobnie jak wojna czy tłumienie instynktu seksualnego - bezgraniczną udrękę, od której prawie natychmiast uwalnia nas wprowadzenie bardziej elastycznych wartości. Nie musimy czuć się źle czy nieswojo, skoro potrzebne jest zaledwie niewielkie dostrojenie wartości. [...]

Istnieje jednak druga strona medalu. Ludzie rzeczywiście oddani wartościom są podziwiani. Ich głębokie przekonanie, ich troska, niepokój, wiara, stanowią dowód niezależności, wolności i twórczości. Ludzie ci stanowią przeciwstawieństwo wszelkiej niefrasobliwości, hołdują wzorom postępowania tym cenniejszym, że nie zaczerpniętych z tradycji i nie opartym na postrzeganej przez wszystkich rzeczywistości albo pochodzącym z płaskiego racjonalizmu ograniczonego do kalkulacji w sferze interesów materialnych. Typy bohaterskie i artystyczne, do szpiku kości antyburżuazyjne, poświęcają się przez siebie stworzonym ideałom. Tutaj wartość służy tym, którzy szukają świeżej inspiracji, nowego przeświadczenia o dobru i złu, przeświadczenia co najmniej tak potężnego jak tamto dawne, odczarowane, odmitologizowane, za sprawą nauki pozbawione tajemniczości. Wydaje się, że według tego sposobu myślenia umrzeć w imię wartości jest najszlachetniejszym z rodzajów śmierci i że dawny realizm i obiektywizm osłabiły przywiązanie człowieka do jego własnych celów. Natura jest obojętna wobec dobra i zła.

Tak więc stosowanie nowego języka wartości prowadzi nas w dwóch przeciwnych kierunkach: możemy podążać drogą najmniejszego oporu bądź też przyjąć zdecydowane stanowisko na granicy fanatyzmu. Są to jednak tylko rozmaite wnioski wynikające z ogólnej przesłanki. Wartości nie są wytworem rozumu, poszukiwanie ich w celu odnalezienia prawdy lub godziwego życia jest bezowocne. Poszukiwanie rozpoczęte przez Odyseusza, rozciągnięte następnie na trzy tysiąclecia, zakończyło się odkryciem, że nie ma czego szukać. Ten rzekomy fakt ogłosił Fredirich Nietzsche przed ponad wiekiem mówiąc, iż "Bóg umarł". Dobro i zło pojawiły się teraz w postaci tysiąca różnych wartości, z których żadna nie jest racjonalnie ani obiektywnie lepsza od innych. Wywiedzione z religii zbawienne złudzenie, jakoby istniało dobro i zło, zostało ostatecznie rozwiane. Dla Nietzschego oznaczało to bezgraniczną katastrofę, oznaczało rozkład kultury i kres ludzkich aspiracji. Sokratejsko "badane" życie, nie było już dłużej ani możliwe, ani pożądane. Ono samo pozostawało niezbadane, a jeśli miałaby istnieć jakakolwiek możliwość życia ludzkiego w przyszłości, musiałoby się ono zacząć od naiwnej zdolności życia życiem niekrytycznym. Filozoficzny sposób życia stał się po prostu szkodliwy. Krótko mówiąc, Nietzsche z najwyższą powagą oznajmił współczesnemu człowiekowi, że spada on dobrowolnie w otchłań nihilizmu. Być może doświadczywszy takiej straszności ludzie mogliby wyglądać nowej epoki tworzenia wartości, spodziewać się objawienia nowych bogów.

Celem krytyki Nietzschego była oczywiście nowoczesna demokracja. Tak jak to pojmował - jej racjonalizm i egalitaryzm stanowiły przeciwstawność kreatywności, a jej codzienność była cywilizowaną formą ponownego zezwierzęcenia człowieka; nikt naprawdę już w nic nie wierzył, każdy spędzał życie na obłąkańczej pracy i obłąkańczej zabawie, byle by nie stanąć twarzą w twarz z rzeczywistością, nie spojrzeć w otchłań. Wezwanie Nietzschego do buntu przeciw liberalnej demokracji było w ostatecznym rozrachunku potężniejsze niż wezwanie Marksa. Nietzsche dodawał, że lewica, socjalizm nie są przeciwstawieństwem szczególnego rodzaju prawicy, jaką jest kapitalizm, lecz raczej jego spełnieniem. Lewica oznaczała równość, prawica nierówność. Wezwanie Nietzschego odezwało się z prawicy, lecz była to nowa prawica, wykraczająca zarówno poza kapitalizm, jak i poza socjalizm, które są siłami rządzącymi tym światem.[...]"

Allan Bloom
"Jak Nietzsche podbił Amerykę"
"Res Publica" 11/1988 r.


Dziękujemy!
pkl "Łabuź"

 



Leszek Żuliński

Okiem jurora - XXXIII edycja
Ogólnopolskiego Konkursu
Poetyckiego im. Jana Śpiewaka

REPORTAŻ ŚWIDWIŃSKI

Moja droga do Świdwina zaczęła się gdzieś na wiosnę 1970 lub 1971 roku. Byłem studentem warszawskiej polonistyki. Tak jak inni pisałem wiersze. Pewnego wiosennego dnia razem z Andrzejem Lenartowskim, dziś znakomitym autorem z Kielc, udaliśmy się na Wiejską do redakcji "Twórczości", by dać Annie Kamieńskiej nasze wiersze do druku. Rozmawiała z nami dłuższy czas. Na wiersze zerknęła okiem, powiedziała, że na publikację w "Twórczości" jeszcze dla nas za wcześnie, ale opowiedziała nam o nowym konkursie organizowanym pod patronatem jej śp. męża Jana Śpiewaka i agitowała, abyśmy posłali do Świdwina wiersze. Oczywiście zrobiliśmy to, ale - okazało się - bez sukcesu. Potem chyba jeszcze raz i jeszcze raz startowałem w tym konkursie - zawsze bez laurów. Ale "Śpiewak" zawsze miał dobrą prasę. Miał niezłych laureatów, wybornych jurorów, a i bliżej nikomu nieznany kontur tego tajemniczego świdwińskiego zamku, w którego baszcie raz w roku odbywał się sabat poetów, działał na wyobrażnię. No więc marka Świdwina corocznie obijała mi się o uszy, i to niezmiennie w dobrym kontekście, choć gdzieś w głębi serca miałem zawsze niedosyt związany z niedostępnością - dla mnie - tego miejsca i tej imprezy. Publikowałem coraz częściej w prasie, wydawałem książki, niemalże etatowo jurorowałem w wielu, naprawdę wielu konkursach poetyckich, byłem aktywny na rozmaitych niwach literackich - a Świdwinhen, daleko... Tak wyglądała moja droga do Świdwina.

Szlaban podniósł Marian Wiszniewski, pan na zamku, a któż by inny? Chyba przez moje przyjacielskie kontakty z Piotrkiem Müldnerem-Nieckowskim i Leszkiem Jakóbem - starymi świdwińskimi bywalcami - znalazłem się w polu ostrzału. Allea iacta est!

Najpierw spotkaliśmy się - a było to 5 listopada - w Podkowie Leśnej, w domu Piotrka. My, tzn. jurorzy tegorocznej (anno 2002) XXXIII edycji Konkursu im. Jana Śpiewaka - przewodniczący Piotr Müldner oraz organizator Marian Wiszniewski, Artur Daniel Liskowacki ze Szczecina, no i ja. Obrady profesjonałów zawsze wyglądają podobnie i nie wloką się zbytnio. Wymieniamy "typy", które wyłowiliśmy z nadesłanych zestawów, patrzymy, co się powtarza, jeśli na jakieś godło zwróciło uwagę dwóch lub więcej jurorów, to ono przechodzi do dalszego rankingu i tą metodą "wspólnego zachwytu" wybieramy 10 najlepszych - naszym zdaniem - poetów, po czym w tej grupie wyłaniamy kolejność: laureat główny, wyróżnienia drugiego stopnia i trzeciego stopnia. No i wtedy najbardziej ekscytujący moment: otwieramy koperty, by dowiedzieć się, kto kryje się za godłami.

W tegorocznej edycji laureatami zostali: I nagroda - Dorota Ryst z Warszawy; wyróżnienia I stopnia - Wanda Gołębiewska z Płocka, Piotr Tomczak z Myszkowa i Agnieszka Wesołowska z Łobza; wyróżnienia II stopnia: Bogumiła Kołodziejska z Bielska, Elżbieta Kołodziejska z Płocka, Henryk Liszkiewicz z Piły, Piotr Macierzyński z Łodzi, Anna Marciniak-Drozdalska z Koszalina i Agata Kwiatkowska ze Zgierza.

Zaskoczyła nas główna laureatka, bo jej po prostu nie znaliśmy, nie słyszeliśmy o niej (tym większe gratulacje!), ale laury np. dla Agnieszki Wesołowskiej czy Piotra Macierzyńskiego uznaliśmy za coś oczywistego, bo znamy i cenimy te pióra. Zazwyczaj jest tak, że w konkursach pojawiają się nowe pióra, sprawdzają się te od jakiegoś czasu występujące oraz trafiają nas, jurorów wytrawni snajperzy, czyli tzw. "konkursowi poeci", na ogół bardzo sprawni profesjonaliści, wyróżniający się spomiędzy klasycznej amatorszczyzny, jaka dominuje w każdym konkursie.

Korzystając z okazji chciałbym wyjaśnić kilka spraw ogólnych. Po pierwsze, konkursy poetyckie są w głównej mierze przeznaczone dla autorów młodych, początkujących - dlatego ich przeciętny poziom jest... no właśnie przeciętny, z licznymi inklinacjami ku grafomaństwu. Po drugie, z tej masy odsiewa się natychmiast przypadki bardziej spontaniczne, utalentowane lub rutynowe. Zdarza się, że jurorzy doświadczeni rozpoznają autorów - ci ostatni na kilka konkursów, zdarza się, wysyłają te same wiersze, używają tych samych godeł, no, ale jest to w końcu dopuszczalne, choć może zbyt tanie w pogoni za sukcesem. Po trzecie, ostateczny efekt naszych nominacji jest zawsze wypadkowym kompromisem subiektywnych gustów. To trzeba mieć na uwadze. Czy konkurs może być rozstrzygnięty obiektywnie? Nigdy! Bo nigdy obiektywnie nie da się ocenić wiersza; to przecież sfera doznań subiektywnych. Można tylko zakładać, że skoro czterech krytyków literackich mówi: "Ten poeta w tym konkursie jest najlepszy" - to ich osąd, ich gust jest jakimś istotnym kryterium. Jakąś diagnozą trafnie nazywającą "piękną chorobę" poezjowania.

Uważam, że konkursy poetyckie to jedna z najsympatyczniejszych i najsprawniejszych form wyławiania narybku literackiego. Zupełnie niezły sposób inicjacji. Najbardziej buntuję się, gdy z sieci wyjmuję stare wyleniałe dorsze; mogliby sobie dać już spokój, ustąpić pola młodszym, no, ale to jest możliwe tylko przy zawężaniu kryteriów konkursowych. Np. konkurs z "limitem wieku" czy konkurs dla osób przed debiutem książkowym... To, co nie jest zakazane - jest jednak dozwolone, więc dajemy te laurki i starym dorszom.

Tegoroczna edycja "Śpiewaka" była w swej "średniej" - średnia! Ale dziesiątka laureatów prezentuje się - moim zdaniem - mocno. Kiedy czytane były ich wiersze podczas uroczystości wręczenia nagród, wyrażnie czuć było w sali atmosferę wyjątkowego skupienia i jakiegoś poetyckiego misterium. Byłoby to niemożliwe przy tekstach bylejakich. Mnie osobiście szczególnie cieszy wysoki sukces Agnieszki Wesołowskiej - wciąż uważam, że jest ona artystycznym i intelek-tualnym "wybrykiem natury", rokującym ogromne nadzieje. Ta panna już niebawem będzie bardzo znaną damą literatury. Drugim moim odkryciem była Agata Kwiatkowska, no, ale tu już docieramy do godzin póżniejszych, kiedy to zacząłem powracać nocą do Warszawy. Towarzyszyli mi państwo Liskowaccy, przemili i cali należący do "świata literatury", do którego i ja należę. Moglibyśmy rozmawiać i plotkować aż do Władywostoku, ale oni wysiedli w Stargardzie, a ja dalej podróżowałem z Agatą ze Zgierza, z każą minutą rozmowy otwierając szeroko oczy. Chyba się postarzałem. Ta poetycka młodzież to wprawdzie jakaś twórcza awangarda, ale żeby aż tak? Oczytani, nabici inwencją, inteligentni... Dokonałem odkrycia: świat chyba jednak nie zginie razem z moim pokoleniem, chyba ma szansę trafić w dobre ręce. Zresztą to moje pokolenie... Pięćdziesięciolatkowie, ale jednak już poranieni i zbyt zaplątani w przeszłość. Przy młodej, pięknej poetce czułem się trochę po Faustowsku, ale do diaska!, otrząśnij się chłopie!, powtarzałem w myślach.

Agata wysiadła w Poznaniu - ja układałem sobie mój miniony świdwiński dzień. Wysiadłem kilkanaście godzin wcześniej na niebrzydkiej stacyjce 16 listopada, w sobotę, już o 615 rano. Intuicyjnie trafiłem prosto na zamek, przedzierając się przez ciemności powoli odsłaniające malownicze, jeszcze puste o tej porze miasteczko. Znam te smaki. Sam wychowałem się w miasteczku poniemieckim, tyle że na Opolszczyżnie. Trochę przedwojennych ładnych pozostałości, gdzieniegdzie starszy zabytek, resztki niemieckiego ordnungu, a między tym wszystkim gomułkowskie i póżniejsze relikty architektonicznej szmiry. Stanąłem u wrót zamku, czując się nieco jak hrabia Horeszko, który po raz pierwszy zobaczył malowniczą siedzibę przodków. Pokręciłem się w te i we wte, w końcu nadciągnął odżwierny, wpuścił mnie do środka, pokazał główne sale, wysłuchał moich zachwytów (szczerych) i pozwolił mi zdeponować niewielki bagaż. No i znowu wypadłem "na miasto", by coś z rana zjeść. W końcu nie samą poezją człowiek żyje. A tu gastronomiczna pustynia! Restauracja "Słowiańska" otwarta od 900 rano jeszcze o 1000 była nieczynna. W pobliskim barze "Smakosz" byłem pierwszym klientem, odczekałem trochę aż się "oporządzą" i wyszedłszy syty znów pomknąłem na zamek, tym razem przeżywając wstrząs na widok średniowiecznej bramy miejskiej spartaczonej wrotami z jasnego drewna, które jakiś domorosły rzemiecha wcisnął tu jako ersatz zabytku.

No ale na zamku zacząłem się rozpuszczać w pozytywnych odkryciach.

Pierwsze odkrycie - to Marian Wiszniewski, pan na zamku, od 30 lat tutejszy szef ds. kultury, człowiek wielu talentów, działający z poczuciem szczerej, naturalnej misji. Jest on dziedzicem schedy po śp. Stanisławie Misakowskim (inicjatorze konkursu i założycielu zamkowego centrum kultury) - uczynił z zamku prawdziwą, prężną placówkę kulturalną, a konsekwentnym prowadzeniem konkursu (podobno jest to jedyny obecnie konkurs edytowany bez przerwy 33 razy; najstarszy to gdańska "Czerwona Róża" - 43. edycje - ale właśnie z przerwami) rozsławił Świdwin bardziej, niż by to była w stanie uczynić cała ekipa specjalistów od public relations. Jeśli istnieje wzorzec animatora i działacza kultury, to Ministerstwo Kultury powinno odlać postać Mariana - łącznie z bujną czupryną - w spiżu, no, w brązie i postawić przed każdą placówką kulturalną w Polsce. Mariana nadto Pan Bóg obdarzył śpiewnym słuchem i głosem, przemiłą rodziną i życzliwością wobec ludzi, tzn. darem coraz bardziej dziś reglamentowanym.

Drugie odkrycie - to sposób organizacji i prowadzenia konkursu. Jestem naprawdę starym konkursowym wyjadaczem, ale pierwszy raz widziałem aż taką celebrę. Finał XXXIII edycji trwał w zasadzie cały dzień i postawił na nogi pół miasteczka. Zaczęło się wszystko o godzinie 11.00 moim i Artura Liskowackiego spotkaniem z uczestnikami konkursu. Frekwencja była wprawdzie mała, ludzie jeszcze o tej porze dojeżdżali do Świdwina, ale udało nam się w doborowym gronie kilka rzeczy - chyba istotnych? - powiedzieć i wzniecić małą dyskusję. Dla mnie najważniejszy był fakt, że impreza jest wyposażona w jakąś krytycznoliteracką refleksję, co dziś przy tego typu okazjach bardzo rzadko się zdarza. Potem towarzyskie "zajęcia w podgrupach" i po południu główna uroczystość -ogłoszenie wyników konkursu.

Ale jakie ogłoszenie! Pełne "imprez towarzyszących". A więc odbyło się amatorskie, brawurowe wystawienie sztuki Mrożka, koncert znakomitego połczyńskiego chóru "Cantus" (Gershwin, gospels i inne repertuarowe atrakcje), głośne czytanie wierszy laureatów, przemowy jurorów i burmistrza miasta, wręczenie Dorocie Ryst "Złotego Klucza" oraz tytułu Honorowego Obywatela Zamku w Świdwinie, osadzenie zwycięzczyni na tronie obitym czerwonym suknem, odegranie fanfar nad jej głową, uhonorowanie pozostałych laureatów, w końcu losowanie nagród dla uczestników plebiscytu publiczności. W tej części triumfowały obie panie Kołodziejskie, ta z Bielska i ta z Płocka. Pierwsza wygrała plebiscyt wierszem "Zabawy dziecięce wg Pietera Brueghla", druga wznieciła szmer na sali pięknym wierszem o kocie Harisie ("Kot w poezji polskiej" - oj, na taką rozprawkę w naszej krytyce literackiej już dawno się zanosi).

To był wieczór! Absolutna orgia lirycznego triumfalizmu! Surmy i aplauzy! I o to właśnie chodzi, zwłaszcza teraz, gdy poezja jest coraz biedniejszą siostrą innych bachantek realnej rzeczywistości. Na koniec, przed uroczystą kolacją, poeci - jak co roku - wspięli się na szczyt baszty i czytali swoje wiersze, czego już, niestety, ani nie widziałem, ani nie słyszałem śpiesząc się na ostatni pociąg w stronę Warszawy ze wspomnianą Agatą i obojgiem Liskowackimi.

Imprezę od rana do nocy - dodajmy - filmowała ekipa telewizyjnego "Pegaza", a bardzo udana relacja ze Świdwina ukazała się w edycji tego znanego magazynu w dniu 21 listopada 2002 o godzinie 2335, kiedy to - jak wiadomo - naród zsiada masowo do telewizorów.

Trzecie odkrycie, a raczej miłe spotkanie - z drużyną "Łabuzia". Przyjazd Agnieszki Wesołowskiej był oczywisty, ale razem z nią przyjechała jej młoda Mama, Ludwik Cwynar, a także Leon Zdanowicz i Czesio Szawiel ze swą intrygującą Małżonką Lidką z domu Lalak. Ten team jest absolutnie osobliwy, nieszablonowy i sympatyczny, przy czym objawiający naprawdę twórcze ambicje - taką temperaturę dobrych intencji i inwencji spotyka się coraz rzadziej. No i to właśnie Leon zmusił mnie, Drogi Czytelniku, do napisanie tego jurorskiego reportażu ze Świdwina, czego - rzecz jasna - nie żałuję, bo przynajmniej w ten sposób dam wyraz swojemu nowemu doświadczeniu i doznaniu.

Do Warszawy wróciłem 17 listopada o godzinie 625 rano. Wokół było ciemno i dżdżysto. Zapowiadała się ponura, póżnojesienna niedziela. Ja zacząłem ten dzień od opowiedzenia żonie wszystkiego, co mnie podczas tej niby rutynowej "podróży literackiej" zaskoczyło. A potem zasnąłem w fotelu z kotką Ramoną na kolanach i dwoma moimi psami u nóg. Niczym pan na jakimś zamku.

 

Leszek Żuliński

 

Dorota Ryst

ECCE

przedstawiciel

gatunku

niebezpiecznego

 

zjada białko

żeby nie uciekało

udomowił je

jego samice noszą futra

najlepiej z jedwabną podszewką

 

zabija

w imię ojca

syna

ducha

i pieniędzy

 

w laboratoriach

alchemików

z coraz dłuższymi tytułami

naukowymi

tworzy

życie

śmierć

i formy pośrednie

 

na szczęście

nie wykorzystał

szansy ewolucji

zamiast skrzydeł

przez pokolenia

wykształcił

samochód

telewizor

popcorn

i hamburgera

 

Dorota Ryst



Nagroda główna - "Złoty Klucz"

 

Agnieszka Wesołowska

Z cyklu "Skwer"

II

Aleja w poprzek idąca jest akurat,

jak na tutejsze niebo

i może trochę zbyt wąska,

jak na nasze zawiłe pochody.

 

Bo nosimy na szyi bardzo wielkie dni,

które przecież przyjdą. I nie będzie czarnych kotów,

potłuczonych pamiątek, zgubionych okularów.

 

A tymczasem za głuchy telefon

przychodzi wielki rachunek sumienia.

 


Agnieszka Wesołowska



Wyróżnienie I stopnia - XXXIII Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Jana Śpiewaka - Świdwin 2002

 

Wanda Gołębiewska

ROZMOWA WŁ. BRONIEWSKIEGO Z CHMURAMI (I)

życie dało mi

więcej

niż mogłem udżwignąć

 

żona zmarła

córka zmarła

 

nie ta Polska

za mną

przede mną

 

wieczne cierpienie

babki Lubowidzkiej

wieczna czerń

żałoba

 

nieprzebrane strumienie

wódki

 

stawiają mi butelki

pod pomnikiem

na skarpie

skąd patrzę na las

po tamtej stronie

Wisły

 

mówią

że się odwróciłem

plecami

 

niczego nie zrobiłem

oni wszystko za mnie

zrobili powiedzieli

 

zabrali sen

ale kaczeńce kwitną

w Radziwiu

 

spotkałem Marię

Ankę

wreszcie pokonałem

żywioł czasu

 

24.07.02 r.
Wanda Gołębiewska



Wyróżnienie I stopnia - XXXIII Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Jana Śpiewaka - Świdwin 2002

 

Piotr Macierzyński

OGRÓD

Marek podaje że apostołowie

byli trzykrotnie budzeni przez Jezusa

natomiast Mateusz mówi że rzeczywiście

Chrystus sprawdzał ich trzy razy

ale budził tylko za pierwszym i trzecim

według Mateusza spali więc dłużej

 

Jan widocznie nie lubił pisać o ogrodach

i wolał od razu o Judaszu

 

z ewangelistów najbardziej lubię Łukasza

jako śpiochowi jego wersja jest mi najbliższa

opisuje że Jezus dał wyspać się apostołom

i obudził ich tylko raz

gdy nadchodził Judasz

czyli w najważniejszym momencie

poza tym Łukasz twierdzi że Jezus w Getsemani miał gościa

nie wiem jak Marek Mateusz i Jan mogli to zlekceważyć

 

niestety nie wiadomo czy anioł był duży

nawet jeśli był mały

należało o nim wspomnieć

 

chyba ewangelistom nie trzeba tego tłumaczyć

 

Piotr Macierzyński



Wyróżnienie II stopnia - XXXIII Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Jana Śpiewaka - Świdwin 2002


Agata Kwiatkowska

CIICHA NOC

kiedy krzyczę w nocy

wkładasz mi pięści do jamy

ustnej

jamy wlotowej jak smocza jama

i takie są słone jak słone paluszki

wzmaga ślinotok

i już cicha noc

 

kiedy krzyczę w nocy

ściany wychodzą a sufit się wali

w prywatne Jerycho

czerń czarniejsza od bieli

pokój niesie ludziom wszem

 

kiedy krzyczę w

nocy robak chowa się w owoc

pastuszkowie przybywajcie

 

kiedy krzyczę w nocy

straszysz mnie wizją

za długich rękawów

kurewsko białych sal

 

przecież tylko wtedy mówię prawdę

za dnia nie mogąc jej nawet

wypocić...

święta noc

 

Agata Kwiatkowska



Wyróżnienie II stopnia - XXXIII Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Jana Śpiewaka - Świdwin 2002


Henryk Liszkiewicz

W SPRAWIE CZERNI. Z LISTU VINCENTA VAN GOGHA DO BRATA

Nie to nieprawda

mój drogi Theo

że

jak chcą tego Manet i Sisley

w malarstwie

można obejść się bez czerni

 

wierz mi

czerń jest niezbędna

powiedziałbym nawet

że bez niej

w żaden sposób nie można oddać

istoty świata w którym żyjemy

 

to pewnie dlatego

większość płócien impresjonistów

wydaje mi się dziś jakby wybrakowana

łódki są na nich bowiem tylko łódkami

parasolki parasolkami

a wschody słońca

niczym więcej tylko wschodami słońca

 

mówię ci

aby prawdziwie oddać istotę świata

koniecznie trzeba w sielskie obrazy impresjonistów

wprowadzić jakiś niepokój

jakieś dramatyczne rozdarcie

to właśnie dlatego

tyle u mnie ostatnio

kotłowaniny i zawirowań

tyle nerwowych kontrastów

tyle granatów i czerni

 

zwłaszcza czerni

więc nie wierz Theo impresjonistom

jakoby Stwórca skomponował świat

nie używając do tego czerni

było inaczej

mówię ci

było zdecydowanie inaczej

 

Henryk Liszkiewicz



Wyróżnienie II stopnia - XXXIII Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Jana Śpiewaka - Świdwin 2002


Anna Marciniak Drozdalska

MIECHÓW

Taszczę na to podwórko

spocone dzieci.

Opada mnie fetor jak przed laty:

ścieku, który nigdy nie zasypia

między oślizgłymi kamieniami,

zardzewiałego kranu,

śmietnika, wychodków.

 

Jakże jest małe

z mizerną jarzębiną,

którą zasadził pradziadek moich dzieci,

drewnianą ławką,

wyszczerbionym progiem.

 

A przecież to stąd latem

wyruszaliśmy z Ojcem

"w świat" -

na Kopiec, "Kocie Dołki" i do Gawrońca.

Na polach wisiał wibrujący,

miodowy upał,

a na podwórku zawsze był cień,

wilgoć i chłód.

 

Dziadka nie zdążyłam poznać,

Babka umarła w domu opieki,

Ojciec umarł w szpitalu.

 

Tylko raz powlokłam moje dzieci

przez całą Polskę

na to podwórko,

żeby ze zdumieniem stwierdzić,

że nic się nie zmieniło.

 

Anna Marciniak Drozdalska



Wyróżnienie II stopnia - XXXIII Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Jana Śpiewaka - Świdwin 2002


Kazimierz Obuchowski

NADZIEJA MATKĄ MOCY, DEPRESJA ZAPADLISKIEM NIESZCZĘŚĆ

Depresja zamyka drogę do nadziei, gdyż jest zapadliskiem nieszczęść. Jak czarna dziura wchłania wszystko, co znajdzie się w jej zasięgu, i przetwarza na dowody nieszczęścia i zła. Natomiast nadzieja zapobiega depresji, gdyż pozwala na utrzymanie zdolności do pozytywnego działania w sytuacji wymuszającej bezradność i sprzyja przekraczaniu własnych możliwości.

Człowiek depresyjny nie tylko depresję odczuwa. On z tego powodu cierpi i albo skłonny jest do działań, które tworzą nowe jej żródła, albo wymknie się, eliminując siebie. Poza tym depresję nie tylko trudno powstrzymać, ale i niełatwo u siebie wywołać, gdyż dzieje się sama w sobie, jako wynik uzasadnionej rozpaczy, smutku, pogrążenia się w bezradności wobec straty. Bywa też zjawiskiem biologicznym, gdy wynika wprost z określonego stanu mózgu.

Inaczej jest z nadzieją, stanem psychicznym, który wyzwala siły twórcze prowadzące do pokonania nieszczęścia, a nawet spełnienia się. Nadzieja jest więc wyjściową przesłanką paradoksu szczęścia w warunkach nieszczęścia i nawet cierpieniu może nadać właściwości pozytywne. O ile więc depresji odpowiada metafora zapadliska duszy, jamy, czarnego grzęzawiska, to nadziei odpowiada metafora lotu ponad, trudnej radości, ale i intencjonalnego działania. Nadzieja nie pojawia się sama z siebie, nie może nam być narzucona, nie możemy w niej ugrzęznąć ani w nią się zapaść. Nadzieja jest naszym własnym dziełem, naszym domem, w którym decydujemy się zamieszkać. Można nas do niej natchnąć, ale nikt nam jej nie da za darmo, bez naszego osobistego udziału. Tak więc, jeśli depresja jest poza naszą intencjonalnością, to nadzieja jest wynikiem naszych intencji.

Tyle ogólnych uwag o fenomenologii nadziei i depresji. Są to zjawiska tak różne, że powstaje pytanie o to, dlaczego omawiam je obok siebie? Otóż i nadzieja, i depresja wiążą się z sytuacjami trudnymi. Poza tym zarówno pesymizm depresji, jak i optymizm nadziei są oparte o specyficzne dla działania emocji fałsze uzasadniające pogląd, że jest gorzej lub lepiej niż może się wydawać. Dlatego depresja pogrąża człowieka nasilając poczucie beznadziejności, nawet gdy jeszcze nie jest żle, a nadzieja przeciwdziała takiemu poczuciu nawet wtedy, gdy sytuacja jest bardzo niedobra.

Przytoczę dla ilustracji następujący przykład: badałem kiedyś osobę chorą na rzadko występującą postać choroby diagnozowanej wówczas jako psychoza maniakalno-depresyjna. Polegała na tym, że fazy stanów maniakalnych i depresyjnych następowały po sobie szybko, tego samego dnia. Pacjentka przechodziła niemal wprost od rozpaczy do bezsensownej radości, jaka towarzyszy manii. Odpowiednio do tego zmieniały się też oceny i interpretacje tych samych wydarzeń. Gdy otrzymała list od syna powołanego do wojska, zapytałem ją, jak mu się tam powodzi. W odpowiedzi od razu zaczęła płakać (była w fazie depresji). Mówiła, że jej syna - dobrego i delikatnego chłopca - zniszczą w wojsku. Bardzo cierpi, jest żle karmiony, marznie, łóżko ma niewygodne. Wystarczyło jednak zaczekać do przeciwstawnej fazy i na to samo pytanie pacjentka odpowiadała z optymizmem. Mówiła, że w wojsku wreszcie zrobią z jej syna mężczyznę i nauczą go porządku. Przypomniałem jej poprzednią, negatywną opinię o tych samych faktach. Ku mojemu zdumieniu, nie zaprzeczyła. Zgadza się, w wojsku jest ciężko, jej syn bardzo narzeka, ale trudno. Dla chłopaka to dobrze, że są surowe wymagania. Takie warunki hartują młodego mężczyznę i to ją cieszy. Tu dodam ważną obserwację. Owa racjonalizacja pojawiała się tylko w fazie maniakalnej. Gdy przeżywała depresję - przypomnienie jej tego, co mówiła w fazie maniakalnej, wywoływało tylko zdziwienie. Jest przecież żle i będzie, i nie ma o czym mówić.

Trzeba tu dodać, że depresja ujawnia się w kilku postaciach. Nieraz sami chorzy mówią, że mają "zamrożony mózg" i ten symptom występuje na plan pierwszy. W innych przypadkach przeważa lęk. Chory pochłonięty nim, zrozpaczony, nie traci jednak siły moralnej. Jest głęboko przekonany o okrucieństwie świata, uważa, że tym, co powinien uczynić, to oszczędzić najbliższym takiej męczarni. Matka - zanim zabije siebie - zabija najpierw dzieci w głębokim przekonaniu, że to, co czyni, jest dla nich najlepsze.

W niektórych jednostkach chorobowych depresja prowadzi do urojeń winy. Co ciekawe, urojenia te mają nieraz charakter wielkościowy. Na przykład chora pacjentka płacze, chwyta mnie za nogi i błaga o wybaczenie, gdyż wie o tym, że to przez nią miliony ludzi na świecie umierają z głodu. Inni tego rodzaju pacjenci obwiniają się za wybuch jakiejś wojny, trzęsienie ziemi lub śmierć bliskiej osoby. Piszą samoskarżycielskie listy, domagają się kary, nieraz sami ją sobie zadają. Jakiekolwiek perswazje są tu bezskuteczne, na racjonalne pytania w ogóle nie odpowiadają, gdyż bezwzględnie wierzą w swoją winę. Oni wiedzą - jakby byli członkami jakiejś tajemniczej religii.

Inaczej przebiega depresja, która jest wynikiem realnego wydarzenia. Nieraz powoduje ją utrata osoby bliskiej lub zawód sercowy, tak dramatycznie opisany w "Madame Bovary". Tytułowa bohaterka nie chce żyć bez miłości i po prostu umiera. Można się zastanawiać, czy byłoby to możliwe i we współczesnej kulturze. Obecnie warunki chyba nie sprzyjają takiemu jak u niej podporząd-kowaniu się jednej wartości. A może chodzi tu o brak wartości innych? Może ona wie, że poza tym uczuciem nie ma w jej życiu nic? Jest puste, nikomu niepotrzebne. Można więc położyć się na szezlongu, cierpieć, umrzeć i naprawdę nie będzie się działo nic ważnego. "To sleep, to die, no more". To typowy dla depresji brak alternatywy, brak wyjścia. Bo niby na czym miałoby ono polegać? Optymizm w wypadku Emmy Bovary nie miałby sensu, nie ma dla niego miejsca, gdyż w jej życiu liczy się tylko miłość.

Emocje nie tylko zakłócają spostrzeganie wydarzeń, rozpoznawanie osób lub ich intencji. Są one, w postaci nastrojów i formowanych pod ich wpływem pozytywnych lub negatywnych oczekiwań, powodem błędnych nastawień zarówno tych, którzy wierzą, że udaje im się niemal wszystko, jak i tych, którzy równie błędnie są pewni, że nie udaje im się nic. Dzieje się tak, ponieważ ci pierwsi zawsze oczekują powodzenia, gdyż stale spodziewają się sukcesu, a ci drudzy w ciemnych okularach patrzą na świat i są przekonani, że jest on przeciwko nim, a więc muszą przegrywać. I jedni, i drudzy mylą się, gdyż w rzeczywistości spotykają ich zarówno powodzenia, jak i niepowodzenia.

Skąd biorą się takie rozbieżności między przekonaniami i rzeczywistością? Nieraz to tylko skutek nabycia określonych wzorów kulturowych, nacisku otoczenia, może traum z okresu dzieciństwa, które blokują lub zmieniają ocenę własnych doświadczeń. Tak bywa, ale i inna interpretacja może być uzasadniona. Przed kilku laty reporter amerykański, przerażony jakością życia w pewnym rosyjskim miasteczku, zapytał starszą kobietę, jak może tak żyć. Ta mu odpowiedziała: " Nie jest żle, przecież mamy chleb". Obydwoje posługiwali się różnymi kryteriami, mieli bardzo różne doświadczenie jakości życia. Stąd jego zaskoczenie, a jej naturalność. Czy jest jednak możliwe, że kobieta ta była w stanie akceptować takie warunki tylko dlatego, że nie znała innego życia? Byłoby to nieprawdą, tak jak nieprawdą byłoby przypuszczenie, że wystarczy jej, gdy naje się chleba. Moim zdaniem ta kobieta uznała swoją sytuację za nienajgorszą, bowiem skoro jest już chleb, to może być jeszcze lepiej.

Trzeba tu dodać, że już samo pobudzenie emocjonalne nasila działania i dodaje sił, gdy coś nie wychodzi, a sprawa jest poważna. Omówiłem ten problem w książce "Kody orientacji i struktura procesów emocjonalnych", tu tylko powiem, że emocje mogą wzmagać skuteczność działania kompensując paraliżujące skutki lęku lub nasilając aktywność wykonawczą, ponieważ zakłócają procesy poznawcze. Dzieje się tak wówczas, gdy chłodne myślenie zawodzi. Ładnie to ujmuje rosyjska przypowieść o dwóch żabach, które wpadły do głębokiego dzbana ze śmietaną. Mądra i racjonalna żaba po zbadaniu sytuacji stwierdziła, że nie da się wyskoczyć z dzbana. Uznała, że nie warto się męczyć bezcelowo. Uniosła łapki i utonęła. Druga, mniej racjonalna, wpadła w rozpacz i pływała intensywnie bez sensu. Nie wiedziała, że jej machanie łapkami spowoduje ubicie śmietany na masło. Była ona nieracjonalna, ale nie głupia i natychmiast dojrzała w tym swoją szansę. Wskoczyła na masło i wyskoczyła z dzbana. Czy więc jej rozpaczliwe działania nie były w istocie mądre? A czy nadzieja jest mądra? Człowiek zachowujący nadzieję może być wystraszony, jak ta żaba, ale nie rezygnuje z pozytywnego działania i nie powiela swoich nieszczęść, nie wzmacnia ich skutków. Odwracając znak emocji z negatywnego na pozytywny, znajduje w tym satysfakcję. Staje się skuteczny i dlatego nadzieję można by nazwać mądrością skazanych na bezradność. Czasem przecież trzeba wyjść poza "posiadane informacje", a nie zawsze są warunki do twórczego rozwiązywania problemu. Nieracjonalna, nieraz przerażona nadzieja pozwala nam nie poddać się i przeczekać, a nieraz i przezwyciężyć trudności, które, jak wszystko na świecie - przechodzą. Trawestując znane powiedzenie można by powiedzieć, że optymizm jest głupi, ale mądrzejszy od pesymizmu.

Może lepiej zrozumiemy to, na czym polega niebylejakość tej irracjonalności nadziei, gdy zajmę się egzystencją ludzi skazanych na to, aby przestali być sobą, aby stali się częścią świata, do którego przyłączono ich siłą pod grożbą śmierci. Na ogromnych obszarach niemieckich i radzieckich obozów koncentracyjnych, na zsyłce syberyjskiej i w więzieniach, śmierć mogła pojawić się na końcu lufy, która niespodzianie wysuwała się zza zakrętu korytarza, na końcu pałki, którą bito bez powodu, na dnie pustej miski, w komorze gazowej lub w nieogrzewanym baraku. Wprawdzie "naczalnik" każdego "punktu" osiedlenia zesłańców (typowym miejscem zesłania nie była określona miejscowość, ale "toczka", czyli punkt na pustej ziemi oznaczony numerem i czerwoną flagą), podobnie jak i jego niemiecki kolega w obozie koncentracyjnym, uczciwie witał nowoprzybyłych stereotypowym "Nie przybyliście tutaj, aby żyć...", to jednak śmierć zajmowała uwagę skazańców w małym stopniu. Rzadko pozwalali sobie na to, co uczyniła wspomniana wyżej racjonalna żaba. To by dowodziło tezy, że w warunkach zagrożenia życia powinniśmy przestać być zbyt racjonalni. Trafiamy przecież wówczas w kleszcze dwóch potężnych popędów - życia i śmierci. I jeden, i drugi pozbawia nas zdolności do trafnej oceny naszej sytuacji, jakkolwiek pierwszy skłania do walki o życie, a drugi - do śmierci. To jasne, że nie powinniśmy zgadzać się na umieranie i powinniśmy podjąć walkę z popędem śmierci. Jak? Nawiązać chyba trzeba do Zygmunta Freuda, który walkę tych dwóch popędów uważał za sens rozwoju kultury. Gdy człowiek pod przymusem zostaje podporządkowany popędowi śmierci, wówczas popęd życia staje się jego najważniejszym narzędziem obrony. Zwłaszcza, że to właśnie popęd życia, w postaci Erosa, łączy ludzi i zespala ich w dążeniu do wspólnych pozytywnych celów.

Powyższe oznacza, że irracjonalność, o której pisałem wyżej, ma chyba swoje granice. Być może utrzymanie się przy życiu nie powinno polegać na jego zachowaniu za wszelką cenę. Może musimy poza samym istnieniem utrzymać pozycję podmiotu, który nie da się sprowadzić do narzuconej roli bycia fragmentem świata niewoli, przedmiotem ludzkim, który już niczego nie planuje, na nic nie oczekuje - idzie, pracuje, siada, wstaje, kładzie się i pilnuje tego tylko, aby nikt mu nie wyrwał z bezzębnych dziąseł jeszcze nieprzełkniętego kawałka chleba. Tacy przepoczwarzali się w istoty dalekie od tego, kim byli wcześniej, i ginęli szybko. Zanim umarli fizycznie, umierała ich osobowość.

Myśl, że nie jest najważniejsze jakiekolwiek przeżycie, budzi nieraz zdumienie, gdyż wciąż wydaje się wielu ludziom, że właśnie jedynie dostosowanie się do istniejących warunków stwarza szanse przetrwania. Sądzą więc, że powinny być obrona i atak, gromadzenie tego, co się da, zabranie, komu się da i skupienie się na sobie. W kamiennej "szachcie" kamienne serce. W błocie tundry serce z błota.

Otóż nie jest to sprawa prosta. W literaturze przedmiotu powstały w tej mierze trzy recepty. Jedna z nich zaleca zamienienie się w kamień. Bruno Bettelheim, autor ważnych analiz dotyczących obozów koncentracyjnych uważał, że głównym czynnikiem przetrwania w nich było psychiczne wyłączenie się. Stanisław Pigoń, były więzień obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen, wyrazić miał podobną ideę przetrwania następująco: "Nie dać dostępu zwątpieniu, prostracji, zaszyć się w swym najciaśniejszym ostępie - i trwać jak kamień w gruncie. Niechże mnie wysadzą." (cytuję za "Lapidarium" Ryszarda Kapuścińskiego). Być może jest to tylko metafora dotycząca oporu psychicznego, sugeruje ona jednak bezruch. Skłonny jestem sądzić, że zalecenie "wyłączenia się" i "trwania jak kamień" może być trafne tylko w odniesieniu do niedługich okresów uwięzienia.

Druga recepta przepisana została przez Wiktora E. Frankla w jego słynnej książce "Homo patients". Zakłada ona, że więzień wierzy w to, iż wszystkiemu, co wydarza się w jego życiu, nadany został określony sens. On sam go nie zna, jak nie znają go na przykład króliki doświadczalne, dzięki cierpieniu których miliony chorych znajdą być może ukojenie i zdrowie. Ten nadsens uzasadnić może i śmierć bliskich, i tortury. Może też ułatwiać ich znoszenie. Uważam, że zalecenie to ma pewne ograniczenie: skłania człowieka do skupienia się na sobie, na swoim przeznaczeniu.

Innego zdania jest wybitny psycholog kliniczny Kazimierz Godorowski, autor szczególnie ważnej analizy psychologicznej celów, procedur i wyników działania niemieckich obozów koncentracyjnych ("Psychologia i psychopatologia hitlerowskich obozów koncentracyjnych"). Dowodzi on, że wieloletnie trwanie w ekstremalnych, obozowych warunkach wymaga znacznej aktywności i zaangażowania. Trzeba być aktywnym, kiedy i gdzie tylko się da. Kazimierz Godorowski, sam więzień kilku obozów koncentracyjnych, potwierdza zdecydowanie, że przeżycie w nich wielu lat było wynikiem aktywnego realizowania przez więżnia jego sensu życia.

Przy takim ujęciu pada naturalne pytanie. Warunki były tak makabryczne, że jeśli nie nadsens, to jaki ludzki sens mógł pomagać w ich przeżyciu? Z licznych wspomnień, opisów wynika, że wiązał się on najczęściej z tym sensem, jaki istniał już przed uwięzieniem. Działacze polityczni, duchowni i wojskowi traktowali nieraz pobyt w obozie po prostu jako kontynuację ich roli społecznej. Tak zwiększali swoje szanse przeżycia. Jednakże niektórzy z nich uznawali, że nie mogą się spełniać, pozbawieni uprzedniej pozycji społecznej, wpadali w depresję i szybko ginęli.

Czym się wyróżniał sens życia, który ratował ludzi? Przede wszystkim pozwalał na oderwanie się od własnej osoby, a nawet od sprawy własnego przeżycia na rzecz takiej wartości nadrzędnej, jaką jest los innych ludzi. To było powodem swoistego paradoksu: dzieląc się z innymi tym niczym niemal, jakim była kromeczka chleba, miało się większą szansę przeżycia, tak jakby ta drobina mnożyła się. Sądzę, że działały tu co najmniej dwa czynniki. Pierwszy polegał na tym, że dzieląc się z innymi wchodziło się do społeczności ludzi, którzy dzielili się z nami, chronili nas. Egoiści byli poza tym światem i dlatego im ta kromeczka chleba nie mogła wystarczyć. Nie jest to mistyka, nie jest to tylko przypowieść biblijna o chlebie, który się mnożył w miarę, jak go rozdawano. To fakt psychologiczny, że ludzie dający odrywają się od własnych, beznadziejnych problemów. Łatwiej jest wstać na chwiejne z osłabienia nogi, gdy trzeba kogoś podeprzeć. Gdy od naszego działania zależy życie innych ludzi, pojawiają się nowe siły. Poza tym ci, których wsparliśmy, ufają nam i w konsekwencji zaczynamy ufać sobie, a to zaufanie ratuje przed depresją i jest punktem wyjścia do nadziei. Chce się mieć nadzieję, więc się ją ma. Jak już wspominałem, nadzieja nie jest racjonalna. To mądrość tych, którzy tracą szanse.

Taką nadzieję opisałem w jednym z rozdziałów "Galaktyki potrzeb" analizując losy tysięcy Polek zesłanych z dziećmi na Głodowe Stepy, do kopalni. Części z nich udało się przetrwać prawie siedem lat. Były to wykształcone kobiety, żony zamordowanych przez Sowietów oficerów. Pracowały fizycznie i żyły w ekstremalnie trudnych warunkach, na głodowych dawkach żywności. Najważniejszym sensem przetrwania było życie ich dzieci. Zastanawiając się nad tym, co dało im moc przetrwania, można dojść do wniosku, że było to zachowanie nadziei, wiary w polepszenie losu, w niedalekie zakończenie cierpień, byle "do najbliższej Gwiazdki", "byle do Wielkanocy", "byle do lata". Nadzieja ta, wzmacniana przez poczucie odpowiedzialności za dzieci, być może była jednym z głównych czynników powstrzymujących decyzje ostateczne, jak samobójstwo. Piszę "być może", gdyż w tych warunkach również decyzja kontynuowania życia była decyzją ostateczną, zważywszy ogrom cierpień i rozczarowań, jakie trzeba było pokonywać.

W psychologii istnieją dane uzasadniające pogląd, że nadzieja jako podstawa pozytywnej emocji podtrzymuje zdolność do myślenia abstrakcyjnego, tworzenia perspektywicznych planów i utrzymania intelektualnej kontroli nad zdarzeniami. Niebywała sprawność, jaką wykazały te kobiety skazane na bezradność, czułość, jaką umiały zachować mimo lęku i przerażenia, zdolność do myślenia w kategoriach dalekiej przyszłości, gdy nawet jutro było niepewne, wskazują na to, jak bardzo ich nadzieja była mądra.

 

Kazimierz Obuchowski



Prof. dr hab. K. Obuchowski jest psychologiem, członkiem Europejskiej Akademii Nauk. Zawodowo bliska mu jest psychologia osobowości. W swoim dorobku ma wiele artykułów i książek, z których najważniejsze to: "Człowiek intencjonalny, czyli o tym, jak być sobą", "Galaktyka potrzeb", "Od przedmiotu do podmiotu", "W poszukiwaniu właściwości człowieka". Lubi pisać książki i podróżować. Ma 71 lat. Jest żonaty (żona Irena, znany psycholog). Syn, także psycholog, pracuje naukowo w Nowym Jorku.



Za zgodą autora i redakcji "Charakterów", na prawach rękopisu przedruku dokonujemy z listopadowego nr 11/2002 r.

Dziękujemy pkl. "Łabuż"


Wojtek Boros

***

Nie chcę wyglądać jak Adam Zagajewski

którego wiersz własny dławi na wizji

sprawiając ból śmiertelny

albo ciągnąć niczym "Różewicz Gazeta Codzienna"

 

mogę nazywać się Jalu Kurek

wariować po cichu na papierze

w zakurzonym pokoju pana Peipera

być niepokojąco pięknym jak Tadeusz

który się waha czekając na telefon od Matki Dąbrowskiej

 

odyńcem uczyń mnie Boże

niedżwiedziem Czesławem litewskim

trzpiotką Wisią Szymborską od zimnej wódeczki

lub Landeckim Lechem - mierniczym ciszy

co na II piętrze wszystko do zera umie zliczyć

 

na Herberta jestem za mało stanowczy

raz na tydzień nawiedza moje Miasto

smutny diablik Gostkowski o sześciu butelkach

 

Markiem Kielgrzymskim raczej mnie nie rób

on nie znosi futbolowych meczy

ja wariuję gdy z San Marino gra Polska

w Aleksandrowie Kujawskim widział to Wojciech Brzoska

 

także Wojaczkiem Stachurą Babińskim

samobójstwa bym nie przeżył

a muszę w Jasne i Pełne wierzyć.

 

15.9.2002
Wojtek Boros

 

Janusz Korbel

DOBRY EKOLOG

Ekolog, a coraz częściej resort środowiska, leśnicy, myśliwi, drzewiarze, budowniczowie autostrad, hipermarketów itp. piszą: tzw. "ekolog", to postać negatywna. Sprzeciwia się wszystkiemu, co nowoczesne, hamuje postęp, rozwój. Jest radykalny i nie godzi się na kompromisy, a przecież każdy postępowy człowiek wie, że żeby był rozwój, trzeba budować nowe wyciągi, nartostrady, szosy i wycinać drzewa, tylko trzeba to robić z umiarem! Na tym właśnie polega kompromis. Tzw. "ekolog" chciałby tworzyć rezerwaty i ludzi zamknąć w skansenie, tymczasem postęp polega na tym, żeby i drzewo na deski czy fornir wyciąć (drwal, leśnik, drzewiarz - byli szczęśliwi) i las był cały (leśnik zasadzi w to miejsce nowe drzewko, a inżynier od genetyki spowoduje, że wyrośnie ono do rozmiarów wyciętego 300. letniego dębu w 10 lat). Tzw. "ekolog" chciałby turystom pokazywać nienaruszoną przyrodę na nudnych ścieżkach dydaktycznych, gdzie są tylko chaszcze i komary, tymczasem nowoczesne podejście inwestora ekologicznego mogłoby wyglądać tak: "Ścieżka dydaktyczna -śladem prastarych dębów - od chwili wycięcia do bramy fabryki mebli".

Widzimy, że tzw. "ekolog" jest "przeciwko wszystkiemu, co normalne" - jak to jasno wyraził pewien urzędnik wojewódzki z wydziału ochrony środowiska. Na szczęście zaczynają się pojawiać normalni ekolodzy, a przeróżne fundacje i treningi (zauważcie ten nowoczesny, sportowy język!) dla pozarządowych liderów w dziedzinie ekologii uczą, jak takim dobrym ekologiem się stać i jak wykazywać inicjatywę.

Dobry ekolog, albo inaczej - ekolog nowoczesny, to aktywista społeczny pełen przedsiębiorczości i pomysłów służących wszystkim, a nie tylko grupce oszołomów. Dobry ekolog potrafi wymyślić projekt, który przyciągnie inwestorów, zaciekawi turystów, przyniesie pieniądze i skorzysta na tym przyroda, bo przyrody nie chroni się należycie z braku pieniędzy. Może to być np. projekt najliczniejszej na świecie kolonii szpaków. W tym celu trzeba zakupić odpowiednią ilość budek dla szpaków (zarabia producent budek), rozwiesić je najbliżej jak się da, żeby szpaki zwabić i by w nich zamieszkały (aktywizacja miejscowej ludności), wyciąć zasłaniające widok drzewa i postawić tam wieżę widokową, z której turyści będą przez lunetę oglądali ptaki (miejsce pracy dla obsługującego lunetę), wybudować niedaleko wieży dwa parkingi: dla samochodów osobowych i dla autokarów (miejsca pracy dla parkingowych), z czasem będzie można wybudować hotelik, lokalik itp. ... słowem, dobry ekolog zamiast narzekać lub krytykować inwestorów czy leśników i zamykać las przed ludżmi, bierze sprawy w swoje ręce, "tworzy rozwój i chroni szpaki".

Dobry ekolog nie poprzestaje na jednym sukcesie, wkrótce zgłasza projekt podzielenia na działki marnującej się i bezużytecznej polany w środku lasu. Zauważa, że położona na polanie miejscowość jest od lasu oddalona. Projekt ekologicznej zabudowy polany pozwoli ściągnąć w ten region inwestorów, którzy będą chcieli postawić sobie dacze pod samym lasem. Ze sprzedaży działek pieniądze napłyną do gminy i do prywatnych właścicieli pól - wzrośnie dobrobyt, będą dalsze pieniądze na ochronę przyrody. Przez wiele lat na pustej i martwej do tej pory polanie pod lasem będzie ruch inwestycyjny i rozwój. Jeśli w trakcie budowy nastąpią jakieś naruszenia stosunków wodnych, dobry ekolog ma na to sposób: kolejnym projektem, którym się zajmie, będzie renaturalizacja zniszczonego obszaru. Może nawet przywróci kształt koryta rzeczki sprzed 400 lat?! Czemu nie! Prace ziemne przy odtwarzaniu starego koryta to kolejna aktywizacja miejscowej ludności.

Przy okazji dobry ekolog zaproponuje budowę kolejki linowej w koronach starych drzew, by ludzie mogli oglądać ptasie gniazda z góry (innowacyjność!)! Na ziemi zaś wykopie dołek dla ropuch, dzięki czemu turyści będą mogli oglądać te ginące zwierzęta na specjalnej planszy stojącej tuż obok ich miejsca bytowania. Na wszelkich budowlach, tablicach będą oczywiście wyrażnie wypisani sponsorzy i fundatorzy, a święto otwarcia ścieżki "z przyrodą za pan brat" uświetni prezentacja ekologicznego modelu samochodu terenowego marki x (nagroda dla pierwszego turysty).

 

Dobry ekolog szybko zostanie zauważony i z pewnością instytucje zajmujące się eksploatacją przyrody poinformują organizacje ekologiczne, że wybrały tego właśnie dobrego ekologa jako ich reprezentanta do dialogu z ruchem ekologicznym. W ten sposób społeczeństwo zyska mądrego negocjatora, który wprowadzi w ekologiczny obszar podstawową w gospodarce rynkowej zasadę, która po angielsku nazywa się "win-win" (każdy wygrywa). Jak wiadomo, przedsiębiorczość i inwestycje przynoszą wszystkim korzyści, dlatego żyjemy w coraz lepszym i bardziej harmonijnym świecie i trzeba go bronić przed tzw. "ekologami", którzy by chcieli zostawić przyrodę w spokoju, co nieuchronnie prowadzi do jej zagłady (leśnicy wielokrotnie tłumaczyli tzw. ekologom, że aby las mógł rosnąć trzeba wycinać stare drzewa, bo zabierają światło młodym), a także prowadzi do coraz większych nierówności i niesprawiedliwości społecznych.

 

Darz bór.
Janusz Korbel

 

Ps.: Wszelkie podobieństwo opisanych teoretycznych sytuacji do sytuacji i osób prawdziwych jest absolutnie przypadkowe.



A. Janusz Korbel (1946) uzyskał tytuł doktora za prace w zakresie teorii architektury w kontekście środowiska i z zastosowania głębokiej ekologii w urbanistyce. Inicjator wielu przedsięwzięć, w tym międzynarodowej konferencji głębokiej ekologii (Warszawa 1989), Pracowni na rzecz wszystkich istot i miesięcznika "Dzikie Życie". Autor kilku książek i setek artykułów głównie dotykających ochrony dzikiej przyrody oraz bioregionalizmu. Obecnie mieszka w Białowieży.


Rainer Maria Rilke

SKARGA DZIEWCZYNY

Skłonność tamta dawna wtedy,

gdyśmy wszyscy byli dziećmi,

by być samym, spokój niosła;

komu zaś się dłużył czas,

własną stronę taki miał,

własną bliskość, własną dal,

drogę, zwierzę albo obraz.

 

I myślałam sobie: życie

zawsze będzie tak obficie

darzyć samotnością szczęsną.

W sobie każdy jest największy!

Czy nie znajdę już pociechy,

by zrozumieć się jak dziecko?

 

Czuję się jak odrzucona,

i jak męka nieskończona

ta samotność dręczy mnie,

kiedy na mych piersi wzgórkach

me uczucie skrzydeł szuka

albo pragnie znależć kres.

 

Rainer Maria Rilke

Przełożył
Andrzej Lam

 

Rainer Maria Rilke

KATEDRA

W miasteczkach tych niewielkich, gdzie dokoła

jak kramy przykucają stare domy,

a ten kto nagle ujrzał ją, strwożony,

zamyka budy, niemo się przygląda,

 

okrzyki w rynku milkną, bębny cichną,

ku górze skłania swoje ucho chętne -

a ona stoi, opończą fałdzistą

swych starych przypór okryta niezmiennie,

i o tych domach w dole nie wie nic:

 

w miasteczkach tych niewielkich ujrzeć możesz,

jak ponad domy w otoczeniu tym

katedry rosły. Ich powstanie bowiem

nad wszystkim górowało, jak widzenie

własnego życia bliskość nazbyt wielka

przewyższa zawsze, jakby się nie działo

innego nic; jak gdyby przeznaczeniem

to było, co się w nich wypiętrza śmiało

i kamienieje, i na trwałe wiąże,

nie to zaś, co w uliczkach ciemnych w dole

przypadkiem imię jakiekolwiek bierze

i stroi się jak dzieci w czerwień, w zieleń

i jak tam kramarz się w fartuchu nosi.

A w tych posadach były narodziny,

i wielka siła, by się w górę wznieść,

i miłość wszędzie jak chleb i jak wino,

i u portali głos miłosnej skargi.

W biciu zegarów życie nie spieszyło,

a w biegu wież, co pełne rezygnacji

nie chciały nagle rosnąć, była śmierć.

 

Rainer Maria Rilke

Przełożył
Andrzej Lam

 


Zygmunt Bauman

MYŚLI PARĘ O WŁADZY, CIELE I SPOKOJU DUCHA

(W PÓŁ WIEKU PO ZGONIE STALINA)

Część I

Wśród pacjentów oddziału chorych na raka, przez Aleksandra Sołżenicyna opisanego, był też miejscowy dygnitarz partyjny. Czekał na operację, szans przeżycia ani on ani jego lekarze obliczyć nie mogli; ale każdego ranka przynoszono mu do łóżka najświeższy numer Prawdy, zaczynał więc dzień od uważnej lektury artykułu wstępnego, i od największej troski, od najnieznioślej dręczącego niepokoju, był wolny - przynajmniej do czasu ukazania się następnego numeru Prawdy. Wiedział dokładnie, co robić a czego nie, o czym mówić a o czym milczeć. W sprawach zaiste ważnych, w decyzjach naprawdę się liczących, miał błogie poczucie pewności. Nie mógł się pomylić.

Ludwik Wittgenstein odnotował kiedyś, że zrozumieć to tyle, co wiedzieć, jak postąpić. Nasz partyjny kacyk rozumiał wszystko, co było do rozumienia - wiedział, jak postępować. Czuł się kojąco bezpieczny. Gwarantem jego bezpieczeństwa była Partia, a więc Stalin, który co dzień rano ze szpalt partyjnej gazety o tym informował go, jak w dniu dzisiejszym postępować. Stalin wiedział wszystko; ale najważniejsze, że wiedział co on, żołnierz Partii, wiedzieć winien i musiał, by mieć zawsze rację i ustrzec się błędu. Słuchaj się Stalina, a się nie pomylisz.

Bohaterka filmu Cziaureliego Przysięga, Matka-Rosjanka, umęczona do kresu wytrzymałości biedą, wyrzeczeniami, spustoszeniem kraju, udaje się w końcu do Stalina z prośbą, by położył kres wojnie. Tyle się ludzie nacierpieli, powiada, tyle żon straciło mężów, tyle dzieci ojców, tyle matek synów... Czy naszym cierpieniom ma nie być końca? Stalin myśli chwilę, i odpowiada: Matko, masz rację, czas kończyć wojnę. I kończy wojnę.

Stalin nie tylko wie wszystko; jest też wszechmocny. Jak uzna, że już dość wojny, to ją skończy. Jeśli nie zrobi, o co go prosisz - to nie dlatego, że nie może, ale dlatego, że jako istota wszechwiedząca zna ważne powody, aby twej prośby nie spełnić. Gdyby nie te doniosłe względy, które przed nim się nie ukryją a o których ty nie masz pojęcia, na pewno by się ku twej prośbie przychylił. Odmawiając, Stalin ratuje cię przed strasznymi następstwami twej pomyłki. Nie ważne więc, czy potrafisz (lub nie umiesz) dopatrzeć się sensu w tym, co się dzieje. Jest logika, dostojna i surowa, w tym, co zdaje ci się absurdem, chaosem, stekiem nieszczęśliwych wypadków i stertą pomyłek. Na szczęście jest Stalin, który wie więcej i widzi dalej niż ty. Jego mądrość i potęga chronię się przed katastrofą, jaką twoja krótkowzroczność niechybnie by na cię sprowadziła.

Jeden świadomie a drugi niechcący, Sołżenicyn i Cziaureli odsłaniają sporą połać tajemnicy owej niepojętej władzy, jaką sprawował Stalin nad umysłami i sercami swych poddanych. Ale nie całą tajemnicę.

Wypada jeszcze spytać, skąd się wzięła u poddanych potrzeba pewności na tyle silna, by uczynili Stalinowi prezent z własnej władzy sądzenia i by wypełniły się ich serca wdzięcznością za to, że dar został przyjęty? Jak pewność cenić trzeba, ten tylko się dowie, kto ją stracił. Trzeba ją wpierw zgubić. Lub musi być wpierw ukradziona.

 

Przeczytawszy powyższe słowa, Kazimierz Obuchowski, psycholog wielce wnikliwy a drogi sercu przyjaciel, podzielił się ze mną wspomnieniem, które za jego zgodą przytaczam:

"W tamten zimny, przedwiosenny dzień byłem w obozie koło Jaworzna. Świeciło mocne słonce, leżały płaty topniejącego śniegu. Z głośników płynęła żałobna muzyka. Ustawiono nas dwuszeregiem na nadzwyczajnym apelu, a komendant (ideowy górnik-komunista z Francji), odczytał komunikat o śmierci Stalina.

Więżniami była tu głównie inteligencja: studenci, oficerowie, działacze partyjni. Przed sześciu laty obóz ten spełniał funkcję filii oświęcimskiej dla Żydów, a i teraz wyróżniał się surowymi warunkami. Nadal nie ogrzewane baraki, mokra kopalnia "Janina", codzienny kilkukilometrowy marsz w śniegu i w mokrej odzieży, sorty z dawnych zapasów "z pokrzywy", głodowe porcje, praktyczny brak opieki lekarskiej.

Czułem się bliski wykończenia. Stojąc na tym apelu z trudem trzymałem się na nogach i nie odczuwałem głębszych emocji. Było mi wszystko jedno - żyje Stalin, czy nie żyje.

I nagle, przez tę apatię przebiło się do mnie, że słyszę męski szloch. Rozejrzałem się. Płakał komendant i płakało wielu stojących ze mną więżniów. Jedni łkali głośno, inni po prostu ocierali czapkami łzy. Nikt nie wypowiedział ani słowa. Dopiero wieczorem zaczęto ostrożnie rozmawiać. Ostrożność ta mogła wydawać się niepotrzebna, gdyż ci, co mówili, powtarzali tylko "właściwe" myśli: "co teraz? Co będzie ze światem? Co będzie z nami?".

"On" już nie żył, a oni nadal się bali. Tym razem bali się świata, w którym "Jego" nie będzie, w którym mogli zwyciężyć imperialiści i nastąpi koniec nadziei na wyzwolenie pracujących mas. Ich myśli były szczerze własne."

 

Lęk kosmiczny, lęk urzędowy

Swe dociekanie sprężyn ziemskiej, ludzkiej władzy, Michał Bachtin, jeden z najtęższych umysłów rosyjskich ubiegłego stulecia, zaczął od protokołu lęku kosmicznego - ludzkiego, nader ludzkiego uczucia wywołanego nieziemskim i nadludzkim majestatem stworzenia. Od bojażni, która jak suponuje, poprzedza strach wzbudzany przez władze ziemskie, służąc im za fundament, prototyp i natchnienie zarazem. Lękiem kosmicznym nazywa Bachtin dreszcz, jaki wszystkich nas przenika na widok tego, co nieskończenie wielkie i niezmiernie potężne: w obliczu gwiażdzistego nieba, niebotycznych masywów górskich, bezkresnego morza czy w przeczuciu wstrząsów kosmicznych i żywiołowych katastrof. Lęk kosmiczny, powiada, nie jest mistyczny w ścisłym tego słowa znaczeniu, jako że przeżywa go się w obliczu materialnie potężnej i w materialnych terminach niedefiniowalnej mocy.

Podłożem kosmicznego lęku jest doznanie bezsiły i bezradności przez istotę ludzką świadomą własnej nicości i kruchości oraz ogromu i wieczności wszechświata. Ale jest nim też świadomość, że przerażliwej potęgi ujawnionej w samym już wzniosłym majestacie stworzenia nie da się umysłem ludzkim w pełni ogarnąć ani myślą ludzką przeniknąć. Wszechświat wymyka się rozumieniu. Jeśli rządzi nim logika i jest w nim cel, są one ludzkiemu rozumowi niedostępne. Jest więc lęk kosmiczny także (a być może w pierwszym rzędzie) strachem przed tym, co niewiadome; terrorem niepewności.

Z tejże kruchości i niepewności, dwu nieodłącznych składników człowieczego losu, ulepiony jest lęk urzędowy - strach przed ludzką władzą, przez ludzi a nie Przyrodę stworzoną i przez ludzi, jak miecz Damoklesa, nad głowami innych ludzi zawieszoną. Lepi się lęk urzędowy na kształt i podobieństwo kosmicznego.

W odróżnieniu od lęku urzędowego, kosmiczny, oryginalny lęk rodzi się spontanicznie. Tym się też od swego naśladowcy różni, że rodzi go potęga anonimowaniema. Wszechświat przeraża, ale milczy. Niczego nie żąda. Nie wydaje rozkazów ani instrukcji. Nie obchodzi go, co przerażeni poczną i czy w ogóle poczynać cokolwiek będą. Nie ma co przemawiać do gwiazd na niebie czy szczytów górskich. Są nie tylko nieme, ale i głuche. Nie ma co błagać je o dobrotliwość czy zmiłowanie. Są nie tylko nieme i głuche, ale i na ludzką dolę i niedolę nieczułe. Co więcej, nawet gdyby miały oczy, uszy, mózgi i serca, nie mają przecież rąk. Gwiazdy i góry nie wybierają, nie decydują, a nawet gdyby wybierały i decydowały, nic by z tego dla penitentów nie wynikło. Są tak samo, jak penitenci bezradne. Nie mogą przyspieszyć ani opóżnić, spowodować ani odwrócić tego, co się stanie. Nie tylko dla wystraszonych penitentów, ale i dla siebie samych są niepojęte. Gdyby nagle cudem zdolność mówienia zyskały, nie miałyby nic do powiedzenia. Nie stać by ich było nawet na pierwsze zdanie, jakie dobiegło Mojżesza z płonącego na zboczach Synaju krzaku: Jestem kim jestem.

Z chwilą, gdy się te słowa rozległy i dlatego, że zostały wypowiedziane i Mojżesz mógł je usłyszeć - nadludzka, lęk kosmiczny budząca potęga wszechświata przestała być anonimowa, choć nadal wymykała się ludzkiemu rozumieniu, nie wspominając już o ludzkiej kontroli. Kruchość nie ustąpiła, niepewność nękać ludzi nie przestała, ale owe żródło tajemnicze lęku nabrało całkiem innego oblicza: uzyskało kontrolę nad tym, co się działo, a więc mogło odmienić bieg zdarzeń, zdarzenia nabrały celu, zdarzenia stały się czynami. Mogło działać - a zatem mogło być dobrotliwe lub okrutne, mogło nagradzać postępki ludzkie lub je karać. Mogło żądać, i uzależniać swe działania od posłuszeństwa lub krnąbrności. Skoro mówiło, można było doń mówić. Można było je rozgniewać, można było błagać o zmiłowanie. Lęk kosmiczny stał się lękiem Bożym.

To cudowne przeobrażenie miało podwójny skutek. Uczyniło zdjęte lękiem kosmicznym istoty poddanymi Boga. Ale sprawiło też, że nabrały one mocy, jakiej nigdy dotąd nie doświadczyły. Istoty ludzkie mogły być odtąd posłuszne Bożym rozkazom - i dzięki temu nie musiały przyglądać się, jak dotąd, bezczynnie klęskom na nie spadającym i w ucieczce tylko szukać ratunku. Mogły coś uczynić, by nieszczęście odwrócić, katastrofie zapobiec. W zamian za dni obietnic pełne zyskały noce wolne od koszmarów.

"Były grzmienia i błyskawice, i gęsty obłok nad górą, i głos trąby bardzo potężny, i bał się wszystek lud..." (Exodus XIX, 16). "Widząc gromy, i błyskawice, i glos trąby, i górę kurzącą się" (Exodus XX, 18) ale i usłyszawszy słowa Pańskie, że "jeśli słuchając posłuszni będziecie głosu memu, i strzec będziecie przymierza mego, będziecie mi własnością nad wszystkie narody; chociaż moja jest wszystka ziemia" (Exodus, XIX, 5) odpowiedział wszystek lud: "Wszystko, co Pan rzekł, uczynimy" (Exodus, XIX, 8).

Tego, co dotąd powiedziane, nie wystarczy jednak, by zgodzić się z twier-dzeniem Bachtina, że lęk urzędowy, taki jaki z własnego doświadczenia znamy, jest po prostu repliką kosmicznego. Czegoś w odtworzonym tu obrazie brak. Wynika zeń, że wystawiwszy Bożej mocy, jaka przeraża ale też zdolna jest nagradzać posłusznych, czek in blanco - ludzie gotowi są podporządkować swe poczynania kodeksowi praw (który zaraz też Mojżesz ludowi, z najdrobniejszymi szczegółami, wyłuszcza); ale i to także z nakreślonego tu obrazu wynika, że Bożą wolę będzie odtąd uległość ludzka krępowała. Zachowując posłuszeństwo, mogą teraz ludzie zyskać łaskę Bożą; ba, być pewni Bożej łaskawości - co w przypadku wszechświata bez twarzy i głosu było nie do pomyślenia. Pozbyli się więc ludzie upiora niepewności jaki ich nękał. Ale czy wraz z niepewnością nie rozwieje się ich lęk? Gdy zniknie niepewność i lęk, jaki z niej się rodzi - na czym władza ziemska wesprze nadzieję na posłuszeństwo poddanych?

Nie nadawałyby się zatem dzieje lęku kosmicznego do przerobu na lęk urzędowy, gdyby się w historii zawartego na Synaju przymierza, opowiedzianej w księdze Exodusu, zamknęły. Potrzebują uzupełnienia. Jest nim księga Hioba. Dla uzasadnienia mocy Bożej nie jest ona niezbędna - ale władzy ziemskiej, a więc lękowi urzędowemu, na jakim jej moc się wspiera, trudno się bez niej obejść.

O władzy ziemskiej orzekł Carl Schmitt, że polega ona na mocy czynienia wyjątków. Wyjątek nie tylko potwierdza regułę; reguła, jako taka, żyje wyłącznie z wyjątków. Zaś Giorgio Agamben, najprzenikliwszy bodaj z piszących dziś we Włoszech filozofów politycznych, dodaje: Reguła stosuje się do wyjątku przez odmowę zastosowania, przez wycofanie się. Chaos, przypadkowość, przygodność nie są plagą stanu sprzed zaprowadzenia ładu, przeciwnie: bez ładu, bez rządów reguły są nie do pomyślenia - wyłaniają się z ich zawieszenia lub jego grożby. Bez prawa do kaprysu, zawieszenia reguł, wyłączenia spod prawa, suwerenność władzy się nie ostanie. Bez mocy czynienia wyjątków, nie byłoby mocy stanowienia reguł... Jeśli o władzę ziemską idzie, nie mogłaby czerpać wzoru z księgi Exodusu, gdyby nie towarzyszyła jej księga Hioba.

Księga Hioba głosi, jak to Leszek Kołakowski celnie ujął, że Bóg nam niczego nie jest winien; a już tym bardziej nie winien nam usprawiedliwienia się ze swych czynów. Wszechmoc Boża zawiera prawo do kaprysu i niespodzianki, moc czynienia cudów i ignorowania praw natury jakie istoty śmiertelne a więc nie-wszechmocne mogą zlekceważyć tylko na własną zgubę. Jako że Bóg może zadawać ciosy wedle uznania, powstrzymuje się przed ich zadawaniem dlatego tylko, że taka Jego wola: ze swej dobroci, łaskawości, dobrotliwości, życzliwości ludziom. Jest przesłaniem tej księgi, że pomysł, iż człowiek może zmusić Boga do działania wedle jego, człowieka, woli (choćby i przez skrupulatne podporządkowanie się Jego przepisom) jest blużnierstwem.

Inaczej niż niemy kosmos, Bóg objawia swą wolę w przykazaniach. Sprawdza też, czy przykazań dopełniono i karze tych, którzy je naruszyli. Nie jest też, w odróżnieniu od kosmosu, obojętny na to, co śmiertelnicy czynią lub na to, jakich czynów zaniedbali. Ale podobnie kosmosowi Bóg z księgi Hioba nie jest związany ludzkimi postępkami. Może On czynić wyjątki - i logika, konsekwencja, powszechność reguł nie są z tej prerogatywy wyłączone. Na mocy czynienia wyjątków wspiera się zarówno nieograniczoność władzy Bożej jak i powszechność lęku Bożego. Jak i dawniej, w czasach poprzedzających zawarcie przymierza, krusi są ludzie i niepewnością zmożeni...

 

Zygmunt Bauman



Za zgodą autora na prawach rękopisu.


Ludmiła Janusewicz

PRZYSZEDŁEŚ ZNIKĄD

Przyszedłeś znikąd

I zdjąłeś z moich powiek sen

 

Nie mówisz patrz

A ja dostrzegam półcienie krajobrazów holenderskich

Nie mówiłeś słuchaj

A we mnie gra kwartet smyczkowy

 

Poukładałam już wszystko alfabetycznie

 

Lubię teraz smakować chwile

Bije ode mnie spokój wieczornej łagodności

Jestem kominkiem przy którym można się ogrzać

Czekając jutra

 

Ludmiła Janusewicz



Wiersz ze zbioru "Rozmowa z Tobą w czasie" omówionego w "Prowincjonaliach"


 

Edyta Niewińska

MĘŻCZYZNA ADOPTOWANY

Ból był coraz mocniejszy, z dnia na dzień coraz bardziej umiejscawiał się na stałe w mojej głowie. A zatem moje obecne życie stawało się pozbawione sensu i porządku. Czekałam na telefon od kilku już dni, jednocześnie zdając sobie doskonale sprawę z faktu, że nie jest to żadne rozwiązanie. Nie że marne, ale żadne. W końcu jednak zadzwonił. Usłyszałam parę słów, które - jak sobie natychmiast uświadomiłam - były mi całkowicie obojętne i równie dobrze mogły nie istnieć, nie ingerować w mój świat, nie wdzierać się w kruchy spokój, nie rozszarpywać ran. Przecież mogło go nie być, mogło nie być tych telefonów, tych wszystkich słów. Przecież czułam ból, głęboki ból podszyty smutkiem tylko, a nie rozpaczą. Wciąż poruszona, otworzyłam drzwi Marii, z którą pokłóciłam się jeszcze na progu i szybko wyprosiłam z domu. chwilę póżniej wyszłam, na zwykłą włóczęgę knajpianą, która zwykle pomagała na chandrę, na takie podłe dni. Wyjście zmieniało wszystko, nie zmieniając zarazem niczego. Wszystko działo się z moim udziałem, ale zawsze można było od tego uciec, wrócić do siebie. Czy to było bezpieczne, zachowawcze? Nie zastanawiałam się, poszłam.

Długowłosą, drobniutką dziewczynę spotkałam w knajpie, tej samej, co zawsze. Miejsce to wszystkim nam, niezadowolonym, albo wręcz przeciwnie, z tego, co zostawiliśmy za drzwiami, dawało ułudę spokoju i pozbycia się trosk, iluzję, zbiorową iluzję uczestniczenia we wspólnocie, która tak samo łatwo przyjmuje, jak i wyklucza za byle błąd, za zbyt dużą ilość wypitego alkoholu. Opowiedziała mi swoja historię po drugiej samotnie wypitej setce. Zbyt dobrze potrafiłam ją zrozumieć, zbyt dużo rzeczy siedziało we mnie, zbyt wiele wspólnych doświadczeń. A jednak ta wspólnota nie przybliżyła nas do siebie; przeciwnie, zburzyła zbyt długo pielęgnowaną jednostkowość. nagle ktoś podobny, kto czuje to samo; to zbyt wiele, biorąc pod uwagę niezbite przekonanie o wyjątkowości doznań, przeżyć. Jednak następnej nocy połączyła nas przyjażń. Od tej pory nie umiałyśmy już rozdzielić siebie od siebie, naszych doświadczeń od naszych doświadczeń. Ja byłam nią, a ona mną. Niepokojący eksperyment. Do tego stopnia, że zaczęły mi się śnić jej sny, a ona spotykała na ulicy moich dawnych kochanków, którzy sznurowali jej buty lub składali kondolencje. Dawno już tak nie spałam, dryfując swobodnie po oceanach cudzych snów, mogąc się zanurzyć wreszcie w zbawienną przestrzeń efemerycznych doznań. Doświadczenie tym cenniejsze, że wcześniej przez pół roku cierpiałam na bezsenność. Czy mnie jednak tym uratowała od całkowitego upadku w nicość? Podarowała mi trochę snu, to jasne, podarowała mi trochę spokoju. Nie mogłam tego nie docenić. Jednak cały czas tkwił w nas jakiś bolesny, głęboko skrywany antagonizm. Nie dało się go sprecyzować, określić, o co chodzi. Niby byłyśmy sobą, nawzajem i boleśnie wypełnione drugą osobą, a jednak tajemnicza przepaść dzieliła nas od siebie. Patrząc w swoje oczy, widziałyśmy na ich dnie tę zadrę, odrobinę fałszu, niepokój i przyszłość, która nie mogła skończyć się dla nas dwu pomyślnie. A mimo to, pogrążałyśmy się coraz bardziej, coraz dalej brnąc w ten zbawienny dla nas obu związek. Potrzebowałyśmy siebie nawzajem, zdawało się nam, że już nie umiemy bez siebie żyć. Kochałyśmy swoje demony, swoje ciemne strony. Potrafiłyśmy siebie oswoić, choć nikt tego nie zrobił przedtem i jeszcze długo potem. Nie miałyśmy żadnych tajemnic, nasze życia toczyły się wspólnie, choć oddzielnie. A jednak ktoś zburzył tę symbiozę, wzajemną spokojną zależność, nieobjętą potrzebę posiadania siebie nawzajem, w całości i do końca. To było dziecko, nasze wspólne dziecko. Zaadoptowałyśmy mężczyznę.

Z pozoru nieśmiały i trochę zagubiony. Nie potrafił policzyć do stu, co jednak wcale nam nie przeszkadzało. My potrafiłyśmy. Miał natomiast jedną ważną zaletę - nie odróżniał nas. Dla niego byłyśmy jedną istotą. Nawet jak byłyśmy dwie, wydawało mu się, że tylko w oczach mu się dwoi. Dla niego stanowiłyśmy idealnie jedną, absolutnie boską istotę. Byłyśmy kreatorem i stworzycielem jego bytu; byłyśmy manipulantkami.

Przyszedł z ulicy, a trochę z naszych wyobrażeń o tym, jak beznadziejnie płytki potrafi być facet, i zarazem jak bezczelnie pewny siebie. W idealnym połączeniu tych cech nie miał sobie równych. Na jego korzyść przemawiało wyłącznie to, że potrafił czytać sny. W swojej beznadziejnej, bezbłędnej głupocie potrafił na podstawie sennej mary wyczytać wszystko, co zdarzy się w najbliższej przyszłości pokornie wyczekującego jego słów klienta. Na co dzień zarabiał na ulicy, wieczorami zaś włóczył się po knajpach szukając tych, którzy natychmiast chcieli rozwiązać wszystkie zagadki swego losu. A było ich wcale niemało, co pozwalało mu na zwyczajne życie bez wyrzeczeń, a nawet na utrzymywanie przez jakiś czas landrynkowej blondynki. Póżniej mu się znudziła, tak samo, jak znudzili mu się natrętni klienci, wrzeszczący że zapłacili za więcej, za prawdę, a on im tyko mydli oczy. Wtedy właśnie pojawił się w naszym życiu. Wszedł do niego przez okno. Okno zawsze zostawiałam otwarte, nie było obawy, że ktoś przez nie wejdzie, nawet kot nie potrafił się tutaj wspiąć.

Do dziś zatem pozostaje dla mnie zagadką, jak on się tu znalazł. Zastałam go śpiącego na podłodze, poczekałam, aż się obudzi. Nie przeszkadzał mu ani dżwięk radia, ani skrzypiąca podłoga. Minęły przeszło dwie godziny, zanim otworzył jedno oko. Natychmiast je zamknął. Potrzebował jeszcze trzydziestu sekund, żeby otworzyć oba. Oczy miał granatowe, prawie czarne, ale nawet tak urokliwy widok nie miał wpływu na rozmiar mojego gniewu. Zapytał mnie, czy może zostać, żeby dojść do siebie, bo miał ciężką noc. Nie pytałam, jakie to ciężkie przejścia z ulicznikami miał taj nocy, jego bezczelność rozbawiła mnie do tego stopnia, że zgodziłam się tymczasem. I tak nie zamierzałam nigdzie wychodzić, czekałam na nią. Nasz związek w owym czasie kwitł, byłyśmy sobie najbliższymi istotami, dzieliłyśmy życie, poświęcałyśmy się dla siebie. Nie było poczucia rozdzielenia, jakiegokolwiek, najmniejszego oddalenia. Mieszkałyśmy razem, u mnie, nosiłyśmy się z zamiarem kupienia psa, żeby wypełnić nadmiar rodzącego się w nas uczucia. W tę harmonię wkroczył on, nagle i nieprzewidywalnie. Trudno było zgadnąć, czy jego obecność coś w nas zmieni. W końcu był to mężczyzna, a obie nie pozostałyśmy obojętne na płeć przeciwną. I pomimo, że żyłyśmy przez długi czas w swoim świecie, stworzonym przez nas dwie, całkowicie zaspokajającym nasze potrzeby, okazało się, że świat naturalnie wdziera się w nasze wspólne życie, wystawiając nas jakby na próbę. O tym wszystkim myślałam czekając na nią, podczas gdy on zamknął się w łazience. Siedział tam już godzinę, nie słyszałam szumu wody, pewnie spał w wannie. Kiedy już wyszedł, zrobił sobie herbatę. Ona właśnie przyszła. Usiadł naprzeciw nas z pytającym spojrzeniem. Zdawał się czekać na nasz wyrok. Wyrzućmy go, powiedziałam. Zaadoptujmy go, powiedziała ona. Zamiast psa? Pomyślałam ironicznie. Wiedziałam, że jej pomysł spodobał mu się dużo bardziej od mojego, mnie natomiast nieszczególnie. Gdzieś przecież musi mieszkać, nie zamkniemy go w piwnicy, było nieomal oczywiste, że zamieszka z nami, u mnie. Już go za to nie lubiłam. Jak można nie lubić kogoś, kogo się adoptuje? Postanowiła mnie przekonać. Jej chłodne argumenty były tak samo zabawne jak jego przyjście, poddałam się jej chęci. Nie miałam już nic do powiedzenia w tej sytuacji.

Było oczywiste, że nie będzie gotował ani sprzątał. Nie spodziewałam się też, że będzie spłukiwał wannę i opuszczał klapę sedesu. Skarpetek w piecyku gazowym też się nie spodziewałam. Ale najgorsze było to, że on nic nie mówił. Od dnia, kiedy opowiedział swoją historie po jej upartej decyzji, że zostaje, nie powiedział jeszcze ani słowa, czasem rysował na kartach komiksy, kiedy koniecznie chciał coś nam przekazać,ale zdarzało się to niezmiernie rzadko. Poza tym spał tylko i jadł, co prawda niewiele, tyle, co mały pies. Ale nadal był milczący, niepoznany. Nie wiadomo było, co z nim u diabła zrobić. Użyć? Na seks z nim nie miałyśmy ochoty. Nie nadawał się do użycia. po jakimś czasie zaczął czytać moje książki. Pierwsze jego słowo dotyczyło krytyki mojego ostatniego rękopisu. Ona uważała, że to zabawne, ja, że bezczelne, jak niemal wszystko, co go dotyczyło. Nie podobało mu się zakończenie, absolutnie. Nie trafiały do niego moje argumenty, jakakolwiek polemika nie miała sensu Uparcie domagał się happy endu, zamknęłam go więc w łazience. Byłam jednak pełna podziwu - odezwał się. Chyba przestałam tego po nim oczekiwać. Mojego uznania jednak nie zyskał, nadal nie miałam pomysłu, co z nim zrobić. Ona uparcie oponowała, mówiąc, że powinnyśmy go zatrzymać. Ale do czego mógłby się nadać? Gdyby chociaż umiał rodzic dzieci, to co innego. Ale nie umiał, nie miał ku temu żadnych predyspozycji, fizycznych ani psychicznych. Podejrzewam, że przy pierwszym skurczu porodowym umarłby z bólu i przerażenia. Zapytałam go, czy coś potrafi. Odpowiedział z całą powagą, na jaką było go stać, że tak, czytać sny. Zabawny facet, choć wcale mnie ta sytuacja nie śmieszyła. Z dnia na dzień, niepostrzeżenie, oddalałyśmy się od siebie. Nie miałyśmy już dla siebie tyle czasu, co przedtem. Czasem jeszcze piliśmy wódkę i zaśmiewaliśmy do łez z telewizyjnych kabaretowych popisów. Ale jego obecność w jakiś sposób przypominała nam o codzienności, obowiązkach, kazała prowadzić regularny tryb życia. Niby wszystko było takie samo, a jednak on nam skradł magię naszego związku, niecodzienność wspólnych przeżyć. Nie byłyśmy już same. Nie mogłyśmy tylko sobie poświęcać tyle czasu, zagłębiać się w tajemnicy jednostkowości naszej podwójnej bytności. Teraz wszystko trzeba było dzielić na trzy. Przeżycia, radości i smutki. Dzielić. Przedtem nie musiałyśmy dzielić, wszystko było nasze, wspólne. Przestały mieć znaczenie mroczne historie w naszych nazbyt teraz spokojnych główkach. Kiedyś usiadłyśmy, żeby się zastanowić, co zrobić. Może go uśmiercić, uśpić, zawsze to jakieś rozwiązanie. Albo porzucić na śmietniku. Albo oddać komuś jeszcze. tylko kto go zechce?

Zniknął z naszego życia po pół roku. Po prostu pozbyłyśmy się go. Ja odczułam ulgę, ona cichy żal. Miałyśmy nadzieję, że między nami będzie tak samo, jak dawniej. nie było. Czasem ona z rozrzewnieniem wspominała jego miny i reakcje na nasze słowa. czasem ja ją ganiłam za niepotrzebne zamyślenia; wiedziałam, o kim myśli. Nie sądziłam, że tak się do niego przywiąże.

Ale kiedy jeszcze był, ona była najsprytniejszą istotą na świecie. Musiałam przyznać, że bardziej przemyślnej nie znałam; takiej jej nie znałam. Była jego boginią, jego matką stworzycielką, bez niej nie potrafił przeżyć nawet dnia. Był całkowicie od niej uzależniony. Czekał na jej przyjście za każdym razem, kiedy tylko wyszła, a ona okrutnie przychodziła, kiedy chciała. Albo nie chciała. Czasem nie jadł przez cały dzień, siedział smutny i wyczekiwał. Karmiła go z ręki. Tak był nią zafascynowany, że mnie całkowicie ignorował. Musiał odróżniać w jakiś sposób mnie od niej, ja miałam inną energię, dla niego byłam tylko nią w tych gorszych dniach, kiedy wracała smutna i nie dżwięczał jej wesoły perlisty śmiech w całym domu. Nie fascynowała go różnica, nie musiał we mnie odnajdywać tego, co nie było nią. Jak ją wyczuł, w jaki sposób się jej nauczył? Zawsze była inna, zarówno w życiu, jak i wobec niego. Tylko dla mnie była jasna i oczywista, bo była tak samo sobą, jak i mną. Nie potrafię przypomnieć sobie momentu, kiedy straciła coś z siebie. Może to było wtedy, gdy po szalenie pijanej nocy wzięła go sobie tak, jakby do niej należał. On nawet nie pamiętał, nie było czego pamiętać, nieistotny pijacki epizod. Coś się jednak w niej zagubiło. Zniknęła gdzieś bogini nocy, pojawiła się bogini płodności. Zapragnęła mieć dziecko. Nie z nim oczywiście. Nie był materiałem na dobry genotyp. Od tej pory marzenie o dziecku nieustannie psuło mi humor. Nie możemy mieć dziecka. Obcy mężczyzna to co innego. Tym bardziej, że adoptowany. Ale małe baraszkujące stworzenie, krew z jej krwi...

Marzenie o dziecku zastąpiła niespodziewanie jej zapaść. Zemdlała, trzeba było wzywać pogotowie. Mężczyzny już nie było; pozbyłyśmy się go. Spędziła w łóżku dwa tygodnie. Nic już nie mówiła, czasem opowiadała swoje sny. Właściwie moje sny, bo ja nadal śniłam jej. Zadziwiające jednak, że moje sny jej się śniły, widocznie lepiej potrafiła wyczuć moją wyobrażnię, moją podświadomość.

Nie potrafiłam jej uratować, ocalić. Spadała powoli gdzieś głęboko w siebie. Zapadała się w sen, ten, którego ja nie potrafiłam wyśnić. Któregoś dnia zniknęła. Odeszła jak kot, który czuje blisko swoją śmierć. Zarazem umarła połowa mnie, odeszła razem z nią. Pozostało mi tylko wspomnienie i rozdarta na pół dusza, i sny. Nie umiem już żyć tak jak przedtem i potem. I choć dałam się póżniej oswoić, pamięć o tamtych dniach zalega we mnie mroczną tajemnicą. I tylko czasem we snach przychodzi do mnie. czasem jeszcze śnię jej sny. Obce psy podchodzą na ulicy lizać moje dłonie. krople deszczu spokojnie spływają po mojej twarzy. Ona przychodzi i odchodzi, kiedy tylko chce. Zupełnie tak, jak kiedyś...

 

Edyta Niewińska

 

Johannes Bobrowski

NIEWYPOWIEDZIANE

Z trudem,

wrastam,

korzenie

rozszerzam w gruncie,

znajdują mnie

wody ziemi, podnoszą,

smakuję gorycz - ty

jesteś bez ziemi,

ptakiem dla przestworzy, wciąż

lżejszy na świetle,

jeszcze tylko mój lęk

trzyma cię

na ziemskim wietrze.

 

Johannes Bobrowski
Z niemieckiego przełożył Andrzej Pańta

 

Tomasz Rybak

ZWYRODNIALEC

Na pierwszy rzut oka chłopak leżący na łóżku jest przeciętnym młodym człowiekiem. Tłuste blond włosy opadają mu na czoło. Drobny zarost kwitnie pod nosem. Pachnie całkiem zwyczajnie. Ale to tylko pozory normalności. Bowiem ma on w swoich rękach... Ale nie uprzedzajmy faktów!

Do pokoju nastolatka wchodzi matka. Na kontrolę. To co widzi, napawa ją lękiem. W końcu udaje jej się wykrztusić:

- Na miłość boską! Co ty robisz?!

Syn szybkim ruchem chowa coś pod koc. Czerwienieje na twarzy.

- Nie mogłem się powstrzymać...

- Pokaż! Co tam masz? - chłopak spełnia żądanie. - Ty mały zboczeńcu! Znowu Homer?! Jak śmiesz? Lepiej byś telewizję pooglądał! A nie, ciągle książki i książki! Nie rozumiesz, że czytanie ogłupia?

- Ależ mamo...

- Dosyć! Nie chcę nic słyszeć.

- Kiedy ja chcę czytać wiersze! Wertować książki, smakować prozę!

- Milcz gówniarzu! Niech się tylko ojciec dowie - sapie ze złości. - Ojciec! Chodż tutaj!

Po chwili wbiega zdyszana głowa rodziny.

- Czego?!

- Twój syn ponownie czyta Homera!

Mężczyznę zatyka z wrażenia. Nie może uwierzyć.

- Jak to?! Po tym jak połamałem ci żebra i podbiłem oko obiecałeś, że więcej nie będziesz. Nie mów, że nie pamiętasz! To ja wypruwam sobie żyły w robocie, a ty chcesz stać się jakimś pieprzonym molem książkowym!

- Chcę być intelektualistą.

- Ile razy mam ci powtarzać, że w naszej rodzinie nie ma miejsca dla intelektualistów! W kogo ty się wdałeś?!

- Ja już nie wiem, jak mamy cię wychowywać. Przecież bijemy cię kablem od żelazka.

Mężczyzna zaczął wyrzucać z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego:

- A może ty gejem jesteś? Dziewczyny cię nie interesują, telewizji nie oglądasz, na dyskoteki nie chodzisz, nie upijasz się. To co ty robisz całymi dniami?!

- Czytam.

Matka nie wytrzymuje:

- Ale żeby to plugastwo!

- A co mam czytać?

- To co każdy normalny człowiek! Horoskop i program telewizyjny.

- Wolałbym wystąpić przed plutonem egzekucyjnym w roli faceta z opaską na oczach.

Patriarcha rozeżlił się na dobre. Stężał nad dzieckiem z zaciśniętymi pięściami.

- Przyznaj się, że jesteś pedałem!

- Co?

- Pedałem! Męską parówą!

- Ależ skąd! Jestem poetą!

Dreszcz przerażenia przebiega swoimi ciężkimi buciorami wzdłuż kręgosłupów rodziców. Zapada cmentarna cisza. Po chwili ojciec mówi:

- Przestań straszyć matkę. Przyznaj, że cię poniosło, to może ominą cię blizny na twarzy.

- Nie! Jestem poetą! Wieszczem!

Matka zatyka sobie uszy i drze się w niebogłosy jak oszalała:

- Niee!!!

Syn stara się ją przekrzyczeć:

- Taaak!!!

Mężczyzna w ataku szału wyłupuje synowi gałki oczne.

- Może teraz przejrzysz na oczy!

Czy dało by się uniknąć tej tragedii? Dziś wiemy, że tak. Wystarczyłoby, żeby rodzice kilkanaście lat wcześniej się zabezpieczyli.

 

Tomasz Rybak

 


Wiesław Uptas

* * *

o czym ty mówisz?

przecież Niebo zagłębia się w Ziemię

nas już nie ma

 

myślę

może jeszcze trochę mnie jest

ale

Ty?

co przy mnie robisz?

 

może zasłużyłem na to by

być

ofiarą

I świadkiem?

 

Wiesław Uptas



Wiersz z tomu "Taki sposób na życie" omawianego w "Prowincjonaliach"

 

Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (16)

Przeglądając statystyki tyczące książek można stracić dobry humor. Bo dowiadujemy się z tychże statystyk, że nie czyta w ogóle 46% społeczeństwa naszego kraju. Nie kupuje książek 59%. Pozostałe 41% deklarujących korzystanie z księgarń (stacjonarnych i wysyłkowych) skupia się głównie na podręcznikach i poradnikach (ponad 63%). Natomiast literaturę piękną kupuje tylko 18%.

Powie ktoś - i słusznie - że szacowanie czytelnictwa winno uwzględniać biblioteki. Zwłaszcza, iż średnia cena książki, od lat rosnąc, oscyluje teraz wokół 30 złotych za egzemplarz. Jednak i tu statystyka jest bezlitosna. Na przykład więcej niż 7 książek rocznie wertuje ledwie 22% spośród wszystkich czytających. A gdybyśmy chcieli zagłębić się w rodzajach tychże lektur, nasze - jakże naiwne nierzadko - rojenia o jakiej takiej kondycji czytelnictwa osiągnęłyby poziom Rowu Mariańskiego...

Jednak otrząśnijmy się z ponurych rozważań, by wrócić na powierzchnię oceanu prowincji. Tu nadal pływają stateczki i okręty książek rozmaitych bander. Więcej. Spotykamy nawet chętnych do wsiadania na owe pływadła - z nadzieją na udany rejs.

Dziś w porcie "P. (16)" przycumowało 5 nowych jednostek. Kto zechce, na pokład wejdzie.

 

Ledwie pół roku temu przedstawiłem udaną książkę B. Muszyńskiego "Gwiazdobloki", gdy autor objawił się zbiorem nowym (Bartosz Muszyński "Lane limbo", Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2002, str. 56). Jak widać, ów poeta z Lęborka (rocznik 74) nie zasypia gruszek w popiele. Utwory laureata nagrody głównej poetyckiego turnieju w Świdwinie (1998) znane są czytelnikom choćby z łamów "Łabuzia", gdzie czasem gości.

Co można powiedzieć o zestawie blisko 40 wierszy zawartych w "Lane limbo"? Że poeta konsekwentnie drąży "obcy" nam język polski, wywracając na nice poezjowanie we współczesnej literaturze dominujące. W poezji Muszyńskiego niewiele znajdziemy pewności czy przeświadczeń o stałych odniesieniach. Twórca ten, używając lancetu precyzyjnych słów, tnie rzeczywistość na kawałki. Tnie i obserwuje, nie przesądzając o niczym.

Taką postawą, z etycznego punktu widzenia, krąży wokół pułapki relatywizmu. Krąży niebezpiecznie blisko. Być może sam w pułapkę nie wpadnie. Tymczasem broni go przed tym między innymi pielęgnowany dystans do słowa oraz ironia. Czytamy na przykład w utworze "jak zostać poetą (sękocin version)":

oraz: żeby przeżyć

kto penetruje śmietnik?

 

takie kwestie kompletnie

przestały zajmować naród,

 

mój ty mały bracie

Wydaje się, że poezjowanie Muszyńskiego, w znaczeniu poszukującym, ma przed sobą przyszłość. Lecz zbiór "Lane limbo" nie jest bez wad. Razi szczególnie nadmiar anglicyzmów (czy też amerykanizmów). I dosłownych cytatów z angielskiego. Nie uzasadnionych literacko. Bo czasem wtręty innojęzyczne miewają sens.

I tak na marginesie - jakżeż mody na wpływy językowe się zmieniają! Do niedawna literaturę rodzimą szpikowały rusycyzmy. Jeszcze wcześniej (też w mowie) tańczył język francuski, łacina. Pomnijmy może na Rejowe o gęsiach westchnienie.

 

Po kilkunastoletniej przerwie nowy zbiór wierszy opublikowała L. Janusewicz (Ludmiła Janusewicz "Rozmowy z Tobą w czasie", Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2002, str. 58). Autorka, pochodząca z Semipałatyńska, od lat mieszka w Koszalinie. Jest absolwentką filologii polskiej (WSP Słupsk). Debiutowała w 1980 r. arkuszem poetyckim "Msza żałobna zawieszona między drzewami", przedtem sporo publikując w gazetach. Potem ukazały się jej tomiki poetyckie "Jest sową oczekiwania" (1985) i "Oskarżam słowa" (1989). Zajmuje się także publicystyką kulturalną.

Tom wierszy "Rozmowa z Tobą w czasie" zawiera pół setki utworów pomieszczonych w czterech działach: "Studnia", "A gołębi coraz mniej", "Rodzaj rzeczywistości", "Dytyramb na cześć elektryczności"(skąd my te aluzje znamy?).

Najogólniej rzecz ujmując jest to poezja namysłu i refleksji. Twórczyni, doświadczając upływu czasu, ogląda się za siebie. Próbuje ogarnąć znaczenie minionych chwil, emocji. Przy czym, co daje się zauważyć, strofy rozdziera dwojakie podejście autorki do materii poetyckiej. Raz operuje konkretem i opisem obrazowym, raz niewiele mówiącymi ogólnikami. Notuje na przykład w wierszu "Za póżno":

Bliskość zaczyna odchodzić

gdy coraz mniej ciepła kuchni z rozgrzanym piekarnikiem

burczącej pod przykrywką garnka zupy

A kilka stron dalej, już w innym tekście, wciąż tyczącym ważnego dla autorki motywu bliskości, powiada:

tak można ofiarować bliskość przez otwarcie drzwi

z realności w niby nierzeczywistość czasu przeszłego

lub rozproszyć w energii przyszłości

Tak moje myśli odbijają się rezonansem

W twoich doznaniach

Konia z rzędem temu, kto przekona mnie do odkrywczości poetyckiej "myśli odbijających się rezonansem w twoich doznaniach". Rozregulowany (lub słabo kontrolowany) język poetycki wymaga pracy i większego skupienia.Wówczas można osiągnąć efekt lepszy od zaprezentowanego.

Natomiast ciekawym dopełnieniem książki są reprodukcje malowideł autorki. Nierzadko zdarza się, że władający piórami sięgają po pędzel, dłuto lub batutę. Środki wyrazu twórców sztuki bywają wymienne.

 

Także W. Łazuka (Władysław Łazuka "W zwierciadle rzeki", Urząd Miejski w Choszcznie, Gorzów Wielkopolski 2002, str. 39) jest czytelnikom "Łabuzia" znany. Publikował ostatnio w okazjonalniku cykl miniatur prozatorskich o przyrodzie.

Przybliżmy sylwetkę autora (rocznik 46), absolwenta Liceum Pedagogicznego w Stargardzie Szczecińskim i Akademii Rolniczej w Szczecinie. Mieszka obecnie w Choszcznie. Debiutował pod koniec lat sześćdziesiątych na antenie szczecińskiego radia. Pierwszą jego książką był tomik "Przejdę sad" (1976). Następnie opublikował jeszcze pięć książek, między innymi "Wołanie żródeł" (Poznań 1983) oraz "Idę" (Szczecin 1990). Dziewięć lat temu wydał zbiór "Od przebiśniegów do płatków śniegu". Niektóre z jego wierszy przełożono na język niemiecki.

Niewielki objętościowo tomik "W zwierciadle rzeki" jawi się lirycznym zapisem natury. I powiedzmy od razu - to najsilniejsza strona zbioru: klimat budowany strofami odwołującymi się do elementów przyrody. Klimat przekonujący, bo wsparty szczegółem, jakże egzotycznym - zwłaszcza dla mieszkańców zabunkrowanych żarłoczną cywilizacją miast. Świeższy oddech można złapać, śledząc takie na przykład wersy:

Trzmielina, dzika róża

czerwień, róż owoców

Mgła opada

W soczyste zagony ozimin.

Lub ten, z wiersza "Zima":

Sarny zgryzają gałązki podszytu

Czasem jedna udana linijka wydaje się utworem skończonym.

Gorzej z równą formą językową. Niestety, zdarzają się autorowi przykre kiksy i banały. Nieporozumieniem jest cykl miniatur "Z notatnika wędkarza". Bo co (poetycko) ma nam do powiedzenia twórca, gadając Płocie, płotki, płoteczki) chodżcie do mej siateczki?

Ale, powtórzę, ta aura, ten klimat nierównego zbioru... wiele jednak usprawiedliwia.

Aż 14 lat minęło od debiutu książkowego W. Uptasa (Wiesław Uptas "Taki sposób na życie", Agencja Wydawnicza "Działosz", Kołobrzeg 2002, str. 120).

W. Uptas (rocznik 32), z wykształcenia prawnik, nadal praktykujący adwokat, mieszka w Kołobrzegu. Debiutował na początku lat sześćdziesiątych w dodatku literackim "Głosu Koszalińskiego", póżniej sporo publikując - również w prasie ogólnokrajowej: m.in. w "Tygodniku Kulturalnym", "Okolicach", "Nadodrzu", "Kamenie" oraz w "Palestrze Literackiej". Ogłaszał swoje utwory także w antologiach Oficyny Wydawniczej "Mak", kilku almanachach i w radiu. Jego debiutem książkowym był tomik wierszy "Próba wyjścia" (KAW Rzeszów 1988).

Jak dosyć zawile powiada autor o swoich utworach na okładce zbioru "Taki sposób na życie": "stanowią one pewien rys poetyckiego spojrzenia na moje dotychczasowe życie z określonego punktu widzenia, a więc: egzystencji, miłości, twórczości i refleksji nad życiem".

Książka, opatrzona kurtuazyjnym wstępem Piotra Kuncewicza, zawiera 100 wierszy. Całość rozłamuje się na pięć części: "Smakowanie życia", "Cienie moich miłości", "Tatry", "Na tropach poezji", "Myśli przedostatnie".

W obszernym tomie znajdziemy tyle zalet, co wad.

Zaletą jest zwartość artykulacji. Silnie akcentowana tęsknota za pełniejszym kontaktem z drugim człowiekiem. Oraz świadomość potrzeby odpowiedzialności - tak za swoje czyny, jak i za myśli. Mówi poeta w utworze "Daj mi jeszcze czas":

Twój siwy włos i zbolałe członki

świadczą o zmęczeniu drogą przebytą

Zatrzymaj się na chwilę

i odpowiedz

a jeśli nie potrafisz

zastanów się

bo nie dziś to jutro

odpowiesz za wszystko.

Między wady policzyć trzeba skąpe korzystanie z bogactw języka, rozchwianą formę strof oraz nieznośnie nadużywany szyk przestawny. Także do wydawcy zgłaszam pretensję o słabą selekcję wierszy. W twórczości ilość nie przechodzi w jakość, a odchudzony o przynajmniej jedną trzecią utworów chybionych zbiór tylko byłby na tym zyskał.

 

Piątą pozycją do omówienia jest ostatnia lektura ostatnich godzin ostatniego dnia roku 2002. Lektura ostatnia w roku minionym, ale pierwsza w przeglądzie obecnym. Mówię o nowej książce A.D. Liskowackiego (Artur Daniel Liskowacki "Pożegnanie miasta", Wydawnictwo 13 Muz, Szczecin 2002, str. 214) - (nie mylić z Ryszardem Liskowackim, co niekiedy odbiorcom się zdarza!).

Również A.D. Liskowacki nie jest obcy czytelnikom "Łabuzia". Przypusz-czalnie obcy też nie jest czytelnikom w głębi kraju. Wszak pisuje sporo, a twórczość jego (rocznik 56) objawiła się w formach różnych. To autor słuchowisk radiowych, prozaik i poeta. Ma na swoim koncie szereg książek dla dzieci, zbiory wierszy - np. "Autoportret ze szminką" (1985), "Atlas ptaków polskich" (1994) i powieści - w tym "Eine kleine" (2000), o której to prozie "Prowincjonalia" wspominały rok temu. Powieść ta, całkiem zasłużenie, doczekała się przekładu na język niemiecki.

Teraz poznajemy, dzięki "Pożegnaniu miasta", nową twarz A.D. Liskowackiego - twarz eseisty.

Książka zawiera 23 eseje, uprzednio publikowane (w latach 1997 -2002) w "Pograniczach", "Toposie" i "Twórczości". Eseje oraz szkice tematycznie rozmaite (a to dotykające dendrologii, a to sztuk pięknych, a to historii, a to literatury) - ze scalającym całość motywem Szczecina. Lecz czegokolwiek autor nie tknie, czyni to w sposób ujmujący poznawczo, a jednocześnie strawny. Z wieloma konotacjami i odwołaniami kulturowymi.

Mówiąc krótko: dla zawodowego czytacza, wobec zalewu produkcji miernych i średnich, śledzenie tekstów A.D. Liskowackiego jest frajdą. Pisarz ten biegle operuje słowem. Biegle i przejrzyście. Język zdaje się nie mieć dla niego tajemnic.

To chyba najlepsza książka eseistyczna spośród przeczytanych w minionym roku. Nie chyba. Bez wątpienia najlepsza. I godna rekomendacji.

Oby więcej o zbliżonym poziomie trafiało się nam, czytelnikom, w 2003 roku!

 

(styczeń 2003)
Paweł Szeroki

 

Ariana Nagórska

FRASZKI

Scenka z tytanem

Gdy rozbił głową mur,

mówiono - szczyt poświęcenia!

Bohater uśmiechnął się skromnie:

...nie miałem nic do stracenia.

 

* **

Nauka dla każdego?

- Ja nie wierzę w możliwość tej sztuczki.

Umysłom ciasnym potrzeba

nie nauki, ale nauczki!

 

Pisemny egzamin dojrzałości

Kto bystro na boki spojrzał,

ten dojrzał.

 

Z życia twórców

Pewien grafoman z dłuuuuuuugich wierszy znany,

wszedł do partii rządzącej, by być drukowanym.

Ledwie drukarz powielił fragment pierwszej zwrotki,

rząd wzięła inna partia...Los twórcy nie jest słodki.

 

Błędne koło

Pewien skromny poeta dostał butlę rumu

na rozkwit wyobrażni i przypływ rozumu.

Gdy sobie wyobraził (wskutek tego picia)

ogrom swego rozumu...w szoku padł bez życia!

 

Do lirycznej poetki o satyrycznych ambicjach

Nie śmiech, lecz litość bierze, gdy żmiję gra owca.

Nie da się z bomboniery wypuścić bombowca!

 

* * *

Jaki ustrój popierasz? - spytał matkę synek.

- W dzień państwo opiekuńcze,

w nocy...wolny rynek!

 

Ariana Nagórska

 



(5)

Tomasz Agatowski

IDEA,

to nie tylko kierunek, ale miara, nagroda lub kara. Teraz mamy ideę odnalezienia się w Europie jako wspólnocie różnorodności. Przy charakterach Polaków to zadanie szaleńcze, lecz realne. Zapewne wniesiemy w głąb kontynentu oprócz pozytywów, również sztukę podziałów, zawiści, nieodpowiedzialności, nawet ortodoksję i mafijne cwaniactwo, improwizacje. Liczba mnoga nie utożsamia mnie ze skrajnościami. Byłby to pisarski obłęd, potwierdzenie szaleństwa. Oby nastał kres ośmieszania pejoratywami "głupi Polaczek". To boli. Lecz na ból też się pracuje.

Wola, rodem z idei, to też władza, wszak już Kant wskazał na siłę "sądów refleksyjnych", lecz przy okazji nie złapmy się w pułapkę tezy Hume'owskiej, iż "rozum jest i być powinien jedynie niewolnikiem namiętności". Upowszechnienie "prawa", że "każdy ma prawo do własnego zdania (sądu)", spowodowało zalew pomieszania wszystkiego ze wszystkim, rodząc infantylne opinie, amatorskie treści i zachowania udające ważność. Uzasadnię: w kilku listach do poetów uznanych, pisałem: trwaj jak skarga, to budowa chwały, wydobywanie istotności. Garcia Márquez (w felietonie drukowanym 30.XII. 1981) w Ameryce Łacińskiej, przywołując kryzys polski, pisze: "Byłem upartym optymistą. Ufałem w legendarną inteligencję i historyczne poczucie odpowiedzialności Polaków stojących po obu stronach, świadomych bez wątpienia, że w ich rękach spoczywa los nie tylko własnej ojczyzny, ale również całej ludzkości". O idei tej ostrzegawczej myśli nikt nikogo nie uczy w polskich i innych szkołach. Cóż, oprócz dóbr bytowych, jest dobro świadomości, ogarniania starej zasady wielości w jednym. To szkoła niebłądzenia. A powoływanie się na "cuda" i "wolę bożą" było już tradycją rzymską, dyscyplinującą nieposłusznych, wyrokującą za rozum. To jedna z kulturowych miar idei.

Na sesji rocznicowej (Kujawy) w listopadzie 2002 r. wygłosiłem szkic o Stanisławie Przybyszewskim "Tyrteusz młodej myśli polskiej w nurcie europejskim", w którym było też o Poznaniu jako ostoi polskiej. Zanim rozpocząłem wykład, zacytowałem napis młodzieżowy z muru Muzeum Jana Kasprowicza, miejsca sesji, wymalowany od strony Placu Klasztornego: "Dajcie nam ideę".

 

Tomasz Agatowski

 


 
Pięć - dziesięć zdań:
[...] Istnieje bliski związek pomiędzy naszym życiem osobistym i społecznym a istnieniem naszego środowiska naturalnego, ponieważ to, co dzieje się naszym ekosystemom, dzieje się i ludziom. Głównym wyznacznikiem obecnej epoki jest oderwanie od miejsca ("odmiejscowienie"). Zawiera to w sobie podwójne oderwanie: od krainy i od ludzi ją zamieszkujących. Spójrzmy na przykład na analogię pomiędzy ekspansjami o charakterze ekologicznym i ekonomicznym, na to, jak "chwastowe oportunistyczne" egzotyczne gatunki atakują ekosystem i jak owa inwazja powiązana jest z takimi działaniami jak zręby zupełne; na to, jak ogromne ilości wspaniałych zasobów było eksploatowanych i wysyłanych gdzieś daleko, co wyssało z krainy wszystkie siły żywotne; na to, jak siedliska przyrodnicze ulegają degradacji, a społeczności ludzkie podupadają; jak zanika różnorodność gatunków i kultur wraz z dziedzictwem ekologicznym i tradycjami kulturowymi; las i społeczeństwo poddawane są prawie nieodwracalnej fragmentacji [...]

 

David MacCloskey
Ekologia a społeczność: wizja bioregionalna



Dzikie Życie" - grudzień 2002 - styczeń 2003 r.

Dziękujemy pkl. "Łabuż"


Lech M. Jakób

44

Symbole

Któż ich nie zna? Komu nie zdarzyło się odszyfrowywanie ich znaczeń? Towarzyszą ludzkości od jej zarania. Jako nośniki znaczeń powstały wcześniej od języka mówionego. Badacze symboli powiadają, iż pierwotnie postrzegany obraz świata (a wyczuć daje się to również intuicyjnie) rzadko określał wyrażne granice między wyobrażeniami mityczno-magicznymi a myśleniem symbo-licznym. Zaś same symbole początkowo dotykały wprost doświadczanej rzeczywistości. W tym rozumieniu wąż wówczas nie symbolizował zła, sam będąc złem; słońce nie symbolizowało boskości, samo pozostając bogiem - i tak dalej.

Póżniej język symboli przeniknął do innych języków, w tym pisanego, gnieżdżąc się w nich coraz głębiej z rozwojem cywilizacji i kultury.

 

Odrębną sprawą, wartą rozważenia, jest zjawisko wieloznaczności symbolu. Obejrzyjmy to na ilustracji poczciwego w gruncie rzeczy zwierzęcia, jakim jest osioł.

W Egipcie osioł postrzegany był jako istota niebezpieczna, którą spotykają po śmierci dusze. Z kolei w Indiach osłem wysługiwały się bóstwa niosące nieszczęście. W starożytności raz uważano osła za stworzenie uparte i niemądre, raz (np.w Delfach) składano je w ofierze. Natomiast w Biblii widzimy osła jako symbol nieczystości, by w Nowym Testamencie dostrzec (oślica Balaama) w nim istotę lepiej pojmującą wolę Boga od człowieka. Lub występuje w roli symbolu pokory i łagodności (żrebię oślicy, na którym Chrystus wjeżdżał do Jerozolimy). Gdy w sztuce romańskiej osioł znowu występuje jako symbol lenistwa i rozpusty. Lub nawet głupoty.

 

Zatem zrozumiałym się staje, że ten sam symbol różnie może być postrzegany i odczytywany - nie tylko w przestrzeni czasu, ale i w zależności od kręgów kulturowych. A nawet w ramach jednego kręgu kulturowego widziany bywa rozmaicie.

Choć spotykamy i symbole jednoznaczne, rozpoznawalne pod różnymi szerokościami geograficznymi w zbliżony sposób. Zwłaszcza mam tu na uwadze rozbudowaną symbolikę śmierci (czaszka, szkielet).

Żywotności języka symboli nie sposób przecenić. Mocno działa na wyobrażnię, ubogaca myślenie i komunikację międzyludzką. Symbole wkradły się i do języka gestów, spotkać je można na każdym kroku, w mediach i na ulicy.

Symbolem stać się może i niepozorny orzeszek koli (w Afryce oznaczający przyjażń oraz wierność), świerszcz (u Chińczyków symbol zmartwychwstania), lada wyka (symbol delikatności młodej dziewczyny), czy siano (znów kultura chrześcijańska - symbol przemijalności świata i życia ludzkiego). Słowem nobilitacja do rangi symbolu jest w zasięgu prawie każdej rzeczy.

 

Dziś kariera symbolu wydaje się rozwijać jeszcze prężniej. Szeroko pojęta kultura wręcz symboli łaknie, symbolami się wysługuje. Gorzej, gdy symbole - w odczuciu społecznym - bywają nadużywane; na przykład w sprawach narodowych lub merkantylnych.

Jednak samej istocie symbolu zaszkodzić to nie może. Pojęcia, rzeczy i obrazy obrastały i wciąż obrastać będą świeżo kształtowaną symboliką. Przypominać to może funkcjonowanie struktury rafy koralowej, gdzie na wapniejących koralowcach rodzą się nowe.

 

Naturalnie ze szczególnym upodobaniem symbolami żywi się sztuka. Trudno wyimaginować sobie jakąkolwiek jej dziedzinę bez symboliki - czy to jawnej, czy ukrytej.

Symbol mocno zadomowił się też w literaturze; by poprzestać na słynnym mickiewiczowskim 44 (wokół czego tyle narosłonieporozumień!), rozdartej sośnie z prozy Żeromskiego, czy złotym rogu z "Wesela".

Brać pisarska za symbol swojej profesji uznała pióro. Właśnie jeden z kolegów po piórze, któremu ostatnią książkę przetrzepano niepochlebnymi recenzjami, oświadczył w przystępie smutku, że symbolem krytyka literackiego jest woreczek żółciowy.

Żarty żartami, lecz niekiedy łapię się na myśli, iż symbolem samego symbolu być może powinien zostać Uroboros - wąż zjadający własny ogon. Sam w sobie symbol wieczystego powrotu, nieskończoności lub - jak chcieli alchemicy - przemieniającej się materii.

 

Lech M. Jakób

 

Oskar Szwabowski

NI MA

SCENA 1

Mnie tu nie ma. Tak. Nawet tu mnie nie ma. Ni chuja. Ja podzielony, ja nie jestem... siedzieliśmy sobie wczoraj z kumplami i pomysł nam wpadł do głowy, dokładnie Markowi, musiał pływać w jego piwie i gdy brał łyka, a Marek pije wielkimi haustami, musiał połknąć pomysła... Tak pewnie było, Marka nie było, wypowiedział tylko, albo wypowiedziało, pokażmy ludziom prawdziwego człowieka. Osadżmy go we współczesnym świecie i przez kontrast... Ha! mnie tu nie ma. Nie ma współczesnego świata. Nie ma nic. Nawet nic, kurwa, nie ma. Są wyrzygane przez Wielkiego Pożeracza resztki, co toczy swe cielsko i zjada, zjada, zjada. Toczy swe cielsko w naszych duszach, których nie ma, w naszych mózgach, których nie ma, w naszych domach, których nie ma, po ulicach, których nie ma...

Gaśnie światło

 

FILM CZARNO BIAŁY JAKO SCENA DRUGA:

SCENA 1

PLENER. DZIEŃ (RANEK). ULICA

Ludzie idą do pracy. Ich ruchy są sztywne. Twarze kamienne.

SCENA 2

PLENER. DZIEŃ. JAKIEŚ PONURE GRUZOWISKO

Ludzie mechanicznie podają sobie garści błota. Ktoś z garścią błota awanturuje się pokazując na błoto, które ma. Dostaje więcej. Przytakuje. Rozlega się zgrzyt maszyn i okrzyk PIENIĄDZE! TAK! PIENIĄDZE! DOBRA PRZENAJ-ŚWIĘTSZE! Cisza. Człowiek patrzy, z otwartych ust cieknie ślina.

SCENA 3

WNĘTRZE. POKÓJ

Firany zasłonięte. Rodzina siedzi przy stole. Jedzą mechanicznie. Od czasu do czasu wymieniają słowa, ale nie słychać, co mówią.

1

Ba ba

2

Ba

Jedzą

3

A i

1

Ny

3

la gua

2

sa

[w tym dialogu można użyć innych słów, by tylko została zachowana istota. Jest nią hasłowo: bezdialog, czyli rzucanie słów, które nikogo nie obchodzą, tak by nie jeść w milczeniu. Nikogo nie obchodzi, jaką odpowiedż otrzyma i czy ją w ogóle otrzyma]

SCENA 4

WNĘTRZE. INNY POKÓJ

Firany tak samo zasłonięte. Ta sama rodzina. Zasiada przed telewizorem. Ekran telewizora. Coraz większy. Ekran jest biały. Zalewa cały obraz. Widać przez jakiś czas tylko biel. I gaśnie.

 

SCENA 3

Osoby z pierwszego rzędu podrywają się z krzeseł. Krzycząc wpadają na scenę. Tarzają się krzycząc, wyjąc. Niektórzy z tarzających się wykrzykują

 
: A! Taki banał! Że mdli. A! Rzygać się chce! Taki banał! Że rzygać!


Ta! Banał! (przytula się do jednego z tarzających i krzyczy mu w twarz, tamten zawodzi) Rwij me wnętrzności, me flaki, ja już nie mogę... banał prawdziwy! I nic O! nic! Łzy! Rwij! Kurwa! Rwij!

 
: A! Zastój! Spróchniałe idee! W gęstym miodzie! Tłustym! Muchy łażą! Do ust. A! zastój! Szaleńczo ruchliwy zastój! A!

Przerażliwy wrzask

Cisza

Słychać wycie wiatru. Po chwili rozlega się piosenka Elektryczne psy od słów "nie wiem, co mi jest"

 

SCENA 4

Po scenie wolno idzie

: (cicho) Nie, to nie ma sensu. To nawet bezsens nie jest. To po prostu...

Wychodzi

 

SCENA 5

Widać rząd policjantów uzbrojonych w hełmy, tarcze i pałki. Jeden stoi na samochodzie i krzyczy przez megafon:

Proszę się rozejść! To zgromadzenie jest nielegalne! (powtarza to wciąż, podczas gdy uzbrojeni policjanci wypraszają publiczność.)

Gdy ostatni z publiki zostanie wyproszony za drzwi kończy się przedstawienie. Drzwi są zamknięte. Nikt nie ma prawa wrócić i bić brawa.

[ policja powinna być brutalna i nie lękać się użycia wobec zgromadzonych przemocy fizycznej. Zwłaszcza w przypadku prób bicia brawa i stawiania oporu]

 

Oskar Szwabowski

 


Marek Maganiusz Kielgrzymski

ODSKOCZNIA

O wpół do ósmej, u podnóżka chłodnego dnia, którejś kolejnej pory roku strefy umiarkowanej, na tyłach samu spożywczego w Gdańsku-Oliwie, poza uwagą żelazobetonowych dziur okien, zarośnięci i zmiętoszeni mężczyżni otwierają brunatne butelki piwa...

Po co o tym wspominać? Przecież to takie powszechne i banalne. Trudno mi wyjaśnić precyzyjnie, dlaczego zacząłem mówić o tych chłodnych porankach przy butelce; wydaje mi się, że ta zwykła sytuacja, powtarzająca się w regularnych odstępach czasu pod oknem mojego M-2, stała się czymś niepodważalnym, czymś stałym, nieomalże potrzebnym; owa sytuacja poczęła odgrywać rolę jakiejś skali porównawczej, tła, mogłaby być też skuteczną przestrogą przed monotonią życia. Spoglądając rano na postacie kulące się pod blaszaną bramą magazynu sklepowego, mimowolnie odczuwam psychiczny komfort, że ja tutaj: na balkonie, niezależny (pozornie?), samostanowiący i wolny (na ile pozwala rzeczywistość, status obywatela autonomicznego kraiku i własne ciało - najpoważniejszy ciemiężyciel i częstokroć kat), a oni tam - na dole, okrutnie uzależnieni od pijackiego cyklu, od chłodnego poranka, chowający się w kusych kurteczkach przed swoim odbiciem w szybach.

To jest, rzecz jasna, moja subiektywna relacja, prywatna teodycea, o tyle wierna rzeczywistości, o ile jam jest prawdziwy; jednak każdy może ją sobie zanalizować, skonfrontować z życiem i ustosunkować się do niej na swej własnej płaszczyżnie dostrzegania.

 

Marek Maganiusz Kielgrzymski

 


 
Pięć - dziesięć zdań:

"[...] Porządek zatem nie jest dla nas czymś obcym, co się dopiero tworzy lub wprowadza, i to wbrew naszej woli. Jest on naszym naturalnym środowiskiem przez mowę. Bez porządku nie byłoby ludzkiej komunikacji, ludzkiego myślenia. Dlatego, choć tak trudno podać jego definicję, stanowi dla nas coś zrozumiałego i bliskiego. Czymże jest zresztą nauka, jak nie porządkiem myśli o świecie. Jak niegdyś pisał Bossuet, porządek jest przyjacielem rozumu i właściwym jego przedmiotem. Można by zatem powiedzieć, że do istoty jego należy wprowadzana lub istniejąca naturalnie rozumność w rzeczach. Nie jest to precyzyjne określenie, ale nie pozostaje nam nic innego, jak się nim zadowolić. Jest przynajmniej intuicyjnie zrozumiałe. [...]"

 

Barbara Skarga



"Kilka uwag na temat porządku"
"ZNAK" 398/1988

Dziękujemy pkl. "Łabuż"

 

KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między zaprzyjażnionymi pisarzami. Na naszych łamach od pażdziernika 1998 roku korespondują: zamieszkały w Podkowie Leśnej Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób z Kołobrzegu.

 

Dziękujemy - pkl "łabuż"


 

Podkowa Leśna, 16 lutego 2003 r.

 

Lechu Kochany,

minęło trochę czasu i wszystko wskazuje na to, że to nie Ty będziesz mnie ścigał listami, ale ja Ciebie. Oby. Trochę mi się świat rozlużnił, skończyłem wieloletnią pracę nad dużą księgą, tylko że przez ten czas narosły ogromne zaległości. Ludzie się dowiedzieli, że oddałem słownik* do druku i rzucili się na mnie jak sępy. Rozumiem to doskonale i chciałbym nieba przychylić, ale doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny, no i w dodatku się rozchorowałem. Powoli jednak dochodzę do siebie.

Chciałem odpocząć i po ludzku odbyć rekonwalescencję, więc wyjechaliśmy z Mirą do Izb koło Krynicy. Było świetnie, ale w drodze powrotnej nawalił silnik i musiałem zostawić auto w Tarnowie na łasce Panów Warsztatowców. Przesiedliśmy się na pociąg. Tak byliśmy zmęczeni, że zasnęliśmy snem kamiennym i w przedziale okradli nas. Na szczęście nie zabrali dokumentów i laptopu, na którym trzymałem głowę (niewygodna poduszka, ale z dużą pamięcią). Tylko pieniądze (ostatnie). Pobyt w Izbach u znajomych mojego znajomego (zobaczysz ten piękny dom pod adresem www.izby.com.pl) był odświeżający pod każdym względem. Przede wszystkim mogłem spokojnie odrestaurować myśli i w ciszy zapisać pomysły, a zebrało się tego dużo. No i jedzenie - pychota! Najbardziej mi się podobały warsztaty robienia oscypków i zaspy sięgające do połowy okien, a dowcip i życzliwość gospodarzy polecam Ci szczególnie, gdybyś się kiedyś wybrał na południe Polski. Ryby były tylko pod postacią ulika w occie (plus kieliszek czystej-krystalicznej!).

W warsztacie w Tarnowie przeżyłem miłe chwile, bo rozpoznał mnie jeden z mechaników. Zaczął rozmawiać ze mną o przyszłości Polski, o wejściu do Unii Europejskiej i narzekał, że ustalam za wysokie podatki. Na koniec długiej tyrady oświadczył, że w telewizji wyglądam jednak trochę inaczej niż w rzeczywistości. Był bardzo niezadowolony, kiedy mu wyjaśniłem, że nie nazywam się Miller ale Müldner i że obiema rękami podpisuję się pod jego narzekaniem. Stracił wątek i już nie był taki chętny do nadskakiwania. Polak, który nie ma powodu do krytykowania, czuje się chory.

W "Regionach" ukazało się kilka moich opowiadań z niewydanego tomu "Raz jeden jedyny", a że kilku osobom się podobały, zacząłem myśleć o wydaniu. Problem polega na tym, że nie bardzo wiem, w jakim wydawnictwie, bo z pewnych powodów nie chciałbym u siebie. Właściwie wszystkie teksty już były gdzieś publikowane - od "Życia Warszawy", przez "Literaturę" po "Twórczość" (największy blok), a ja ciągle mam wątpliwości. Nie pomogła entuzjastyczna opinia w radiu (program II) ani bardzo dobrze zrobiona audycja (Iwona Smolka). Wciąż mam uczucie, że czegoś tej książce brak - może jeszcze jednego opowiadania, może pewnych poprawek językowych - nie wiem. Już tyle razy je przeglądałem z czerwonym ołówkiem w ręku i ciągle coś jest żle. Może przesadzam? Może powinienem już dać spokój cyzelowaniu?

A może mi się to miesza z "Łaziebnym", który jest z pewnością inny pod każdym względem, zwłaszcza stylistycznym (klimatycznym?). "Łaziebnego" musiałem odłożyć, żeby nabrać do tej powieści dystansu, jednak wciąż mi chodzi po głowie i zderza się z tymi opowiadaniami. Tak to jest; dopóki siedzisz nad jedną rzeczą zatopiony po uszy, inne sprawy cię nie obchodzą, a kiedy przestajesz to pisać, demony zaczynają psuć w głowie. Bo to już nie jest całkiem twoje, już wypada z twojego świata i musisz przybrać postawę krytyka. Krytyka samego siebie - rzecz jasna. Dramatyczna rola. Byłoby może lepiej, gdybym był zachwycony tymi dziełami. Obie książki zostałyby już dawno wydane. Ale na razie nie mogę jeszcze na to pozwolić - jako krytyk właśnie. Poza tym czuję, że poprzednio wydanych książek nie umiałem dobrze "sprzedać" (szczególnie "Za kobietą tren" i "Śpiący w mieście") i bardzo na tym straciły. Pozostały nieznane. Patrzę więc, podpatruję, jak to robią inni, i się uczę. Ciekawe, że potrafię odpowiednio zareklamować pozycje kolegów, na przykład te wydane w mojej firmie. To jakaś choroba, nie sądzisz? Mój syn, który jak wiesz jest psychiatrą, twierdzi, że brak mi asertywności. Cholera, może to rzeczywiście o to chodzi.

Dostałem maszynopis Twojego wyboru wierszy w grudniu, czy jeszcze wcześniej, ale zabrałem się do niego dopiero w Izbach. Przeczytałem kilka razy i mam pewne drobne uwagi. Tytuł całości świetny**, wiersze dobrałeś na ogół trafnie, ale kilku bym nie dawał, bo są stylistycznie inne niż reszta. Wszystko zaznaczyłem na czerwono jako dopiski do tekstów, więc nie powinieneś mieć trudności z odczytaniem. Mam nadzieję, że przyjmiesz moje sugestie, dotyczą głównie literówek i szczegółów technicznych. Poza tym wydaje mi się, że niektóre nazwy obcojęzyczne dobrze by było pisać ze znakami diakrytycznymi języka oryginału (np. "déja vu" a nie "deja vu"). Programy komputerowe nie ułatwiają znajdowania obcych liter, ale my sobie w wydawnictwie damy z tym radę. Od czasu wydania Twojego pierwszego tomiku minęło sporo czasu, w 1998 zmieniła się ortografia, zwłaszcza łączna pisownia partykuły "nie" z imiesłowami przymiotnikowymi i czasownikowymi. Jeszcze nie jesteśmy do niej przyzwycza-jeni, ale teksty trzeba pod tym względem uaktualnić. Wszystko pozaznaczałem. Zanim dostaniesz ten list, plik z wierszami powinien się znależć w Twoim komputerze jako załącznik do e-maila. To ma być superksiążka, pamiętaj!

Na razie tyle, odpisuj szybko, co z ostatecznym kształtem wyboru i jak zniosłeś poprawki redaktora Müldnera?

 

Ściski serdeczne
Piotrek Müldner-Nieckowski



PS. Kupując znaczki, dowiedziałem się, że poczta znowu zdrożała. Ciekawe, dokąd ta szacowna instutucja zmierza?

* Piotr Müldner-Nieckowski, "Wielki słownik frazeologiczny języka polskiego", Wydawnictwo Bertelsmann Media - "Świat Książki", poz. nr 3876. Str. 1088, format B5, oprawa twarda. Księgarnia internetowa: www.swiatksiazki.pl. W sprzedaży od 1 marca 2003.
** Lech M. Jakób: "Zielony promień", plan wydawniczy Wydawnictwa AULA - 2003 r.

 




 

Kołobrzeg, dnia 20 lutego 2003 r.

 

Spolegliwy Wydawco Ludzi i Książek -

cóż za sen, cóż za śnienie miałem! Sceneria wprawdzie niewyrażna (ogród lub park przymiejski), okoliczności mętne (przystanek, czasy niewspółczesne), za to utkwił w pamięci spór z B. Pascalem o jego zakład - dla mnie trochę cyniczny. Kojarzysz, o co chodzi: gdy Pascal przeprowadzał rozumowanie tyczące użyteczności wiary - że wierzyć zawsze warto, bo jeśli Bóg istnieje, zyskujesz, jeśli zaś nie istnieje, nic nie tracisz. Potem sprzeczaliśmy się o istotę dobra, jego granice. W zacietrzewieniu, dowodząc racji, biegłem przez miasto z pędzlem, malując na ulicach białą linię. Skąd raptem kubeł z farbą, nie wiem. I dlaczego linia miała odgradzać zło, też nie wiem. Dojdż, Przyjacielu, sensu onirycznych widzeń!

Lecz ta historia z linią żywcem nada się do pewnej sceny w "Ogniach świętego Elma".

Zawsze upatrywałem w snach znaczenie. Choć rzadko prorockie. Raczej pomagały odpowiadać na trudne pytania. Lub rozwijały racjonalnie drążone wątki. Wystarczy przed zaśnięciem intensywnie o czymś pomyśleć, a budzisz się - bywa - ze świeżym rozwiązaniem. Albo wizją, która toruje odmienny kierunek pisaniu.

Tak było z powieścią "Karamarakorum" w stanie wojennym. Również inicjację powieści "Niebieskie króliki" zawdzięczam wizji sennej, gdym to wędrował o lasce polną ścieżką (choć po prawdzie drugim elementem spustowym była figurka z tekowego drewna przedstawiająca starca z dłonią na głowie chłopca - rzeżba do dziś stoi na półce z książkami).

Nie znasz "Niebieskich królików". Ukończyłem tę powieść kilka lat temu. Trochę leżakowała, trochę na powrót w niej ryłem, skracałem. I nadszedł czas, by ruszyła w świat, między czytelników. A raczej między słuchaczy - obecnie. Bo podpisuję umowę z Radiem Koszalin na emisję powieści w odcinkach. Będzie ich 30. Pójdzie w II kwartale. Przypuszczalnie, jak powiada G. Preder z redakcji literackiej, czytał ją będzie Piotr Fronczewski.

Wracam do Twojej korespondencji.

I posnęli nieostrożni podróżni, co? Jak u Aleksandra Fredry w wierszu. Choć tam przy ognisku, a wy - w pociągu. Przedziwne bywają reperkusje zapalenia płuc! Boś po słownikowej przygodzie poczuł się zapewne jak wypełzający z potężnego przerębla. Najważniejsze jednak, by z pomysłów Cię nie okradziono. W tym - z pomysłu na życie...

Gdy o Twoje opowiadania idzie. Kiepski to argument, "że kilku osobom się podobały". Istotne czy Ty jesteś do nich przekonany. Czy zbroi Cię silniejsze przeświadczenie o wartości. Jeśli tak - warto coś z tym zrobić.

Aliści nie wahaj się za długo, bo będzie jak z tą babą w kościele, która - pierwej wybrednie odrzucając zaloty absztyfikantów - póżniej modliła się: wsiaki, taki, byle jaki, byle tylko był!

Co do "Łaziebnego". Wciąż czekam na obiecany niegdyś do wglądu fragment. Ciekawość moja nie zgasła. Dopiero wtedy będę mógł podzielić się jaką sensowną refleksją.

A "sprzedawanie" książek - co tu ukrywać - często bywa bolesne.

I rymowanka:

Nim asertywność na dobre u Ciebie zagości

Być może musisz złamać jeszcze kilka duchowych kości.

W ten sposób, na przełaj, dotarliśmy do ostatniej udręki, czyli wyboru wierszy "Zielony promień".

Redaktorze Muldner! To nowa relacja między nami, obok przyjacielskiej. Mówię teraz jako autor do wydawcy, czyli konkretnie.

Uwagi Twoje przyjąłem należycie. Dzięki. Ze znakami diakrytycznymi (języki hiszpański i francuski) utrapienie: w komputerze znależć ich nie potrafiłem. Dalej punktujesz "szczwanie" w wierszu "Psy mojej młodości". Ale nawet Ty, twórca wielkiego słownika, możesz słowa tego nie znać. Bo rodem ono z terminologii łowieckiej. Szczwanie (w znaczeniu: szczucie). Szczwaczami zwano niegdyś tropicieli i układaczy psów myśliwskich. Na przykład o szczwalni, jeszcze w historycznej Warszawie, można poczytać u Zygmunta Glogera.

Nieco przypomina to historię z hołoblami śp. Stanisława Misakowskiego. "Hołoble". Taki miał tytuł jeden ze zbiorów wierszy Staszka. Póżniej Jerzy Andrzejewski zastanawiał się głośno w dzienniku publikowanym na łamach "Literatury" (tygodnika wtedy) - cóż owe hołoble są. Jakże wspaniale bogaty bywa nasz język! I jak szybko nieraz zapominamy jego przeszłość, niegdysiejsze brzmienia...

Natomiast celnie sugerujesz usunięcie poetyckich notatek numer 39, 76 i 165 z "Bólu i pełni". Tak uczynię.

Nie zamierzam rozwodzić się tu nad szczegółami. Listę uwag do Twoich uwag prześlę e-mailem za 2 dni. I dopniemy całość.

Superksiążka? Nie cierpię przedrostków typu "super". Nadzieję mam, że będzie po prostu - dobra.

Aha. Pojawiła się jeszcze jedna rzecz związana z "Zielonym promieniem". Pewien czytelnik spytał, czy nie mógłbym dołączyć do wyboru płyty CD z nagraniem choć kilku wierszy. Zacząłem rozważać. Bo realizacja możliwa. W międzyczasie, dzięki uprzejmości, odzyskałem z archiwum radiowego kopię audycji sprzed 3 lat. Nagrał to Takis Grancaris. Piętnaście wierszy z "Wibrującego serca" osobiście czytam. Akurat te wiersze szczęśliwie przeszły przez sito selekcji i znajdą miejsce w wyborze. Jakość dżwięku w porządku. Od strony technicznej - tylko płytkę rozmnożyć i za okładkę książki do papierowej kieszeni wsunąć.

Nadal jednak się waham. Ciekaw jestem, co Ty, jako wydawca, o pomyśle sądzisz?

 

I z tym pytaniem Cię zostawiając ściskam lewicę -
Lech Mańkut

 

Ps. Nie pamiętam kiedy ostatnio trzymałem w garści równie wspaniały zbiór wierszy. Przy kilku utworach dech zaparło. Powiadam o "Zachodzie słońca w Milanówku"* J. M. Rymkiewicza. Ale pewnie znasz. Jeden z utworów nawet zatytułowany jest "Podkowa Leśna".

To poezja - choć w tonacji mroczna - do której z chęcią wraca się wielokroć. Tom ciekawszy dlamnie od "Chwili" Wisławy Szymborskiej. W znaczeniu takim, że nośniej poetycko roztrząsa ostateczne pytania.

Ps.2. Niebywałe! Otrzymałem list od pewnego pisarza (nazwiska nie wymienię, by wstydu oszczędzić) z niedwuznaczną sugestią, by znalazł się w naszej korespondencji. A my "Teleexpress" jesteśmy, jakiś talk show, czy co? Powiadam Ci Przyjacielu, dobrą chwilę wpatrywałem się w ową prośbę, niczym sroka w gnat.

 




*Jarosław Marek Rymkiewicz "Zachód słońca w Milanówku", Wydawnictwo Sic! Warszawa 2002, s.65

 

Jacek Durski

ROK - fragmenty - II

IV. Marzec. Z Ewą na Porąbce. Ogród taki ciemny, bez wiosny. Z dwoma czarnymi psami. Obchodzą się z daleka. "Z matką coraz gorzej. To już koniec", powiedział Stachu. Ciało Łuckosiowej lżejsze od duszy. Nad ciemny ogród napływa ciemna mgła. Nie ma słów w takim mroku. Położyłem na ziemi nienarodzone zdanie.

Póżno wróciliśmy na Osiedle Zwierzaków. Póżno i smutno. W mieszkaniu, na "sekretarkach" głos grubej Zaguski: "Wyobraż sobie, że Zagus przeprowadził się na ósme piętro. Do tamtej! Liczę na ciebie, Ewa, że wyleczysz mi męża z takiego popędu. Najlepiej zastrzykami. Przecież chodziłyśmy do tego samego liceum, do tej samej klasy. Tylko nie siedziałyśmy w tej samej ławce, bo ty chciałaś się uczyć." Słuchając porzuconej przepisywałem teksty. Jak nie jestem przy biurkach, to przed sztalugą. Łatwo mnie znależć w pokoju.

Na dobranoc wpadła Pisiaczka. Nie mogła stać ani siedzieć. Tak ją zdenerwował Pisiak. Nie chciał jej słuchać. Chciał oglądać mecz. Nie zostawiła na mężusiu suchej nitki ani włosa. W mokrych spodniach, z mokrą grzywką wyglądał jak krytyk z "Książnicy". Brakowało mu tylko książek z czystymi kartkami.

Po dobranocce Pisiakowej pod łóżko. Seks z Ewunią w ciasnym. Całą noc bawiliśmy się w klaustrofobię. Było trochę inaczej. Bardzo do środka i bez niepotrzebnego szukania. Niestety nad ranem przeszkodził nam długi ryk z góry. Przez balkon wychylił się Zwierzak i zawisł na poręczy. Ulało mu się z pyska na samochód Waletów. Słyszeliśmy wyrażnie ten chlap. "Czym on? Bimbrem, denaturatem?", wygramoliła się Ewa ze sprężyn. "Na pewno nie był to miód spadziowy", roześmiał się gdzieś Eisengraeber. Ukrywa się od kilkunastu godzin. Dość ma mojej artystycznej prozy i tego "Okna" na ulicę Mariacką. Rozglądając się za Eisenem zobaczyłem w myślach Półtoraczyka i dzielnicowego. Półtorak znowu obił milicjanta, a milicjant znowu wypluł zęby na afisz. Przybyło powieści przecinków. A obrazowi "Kompozycja 66" ciemnej czerwieni. Malowałem go z wściekłością przez kilka godzin. Ten obraz był wyjątkowo uparty. Nie chciał żyć na płótnie, tylko w myśleniu. Zamiast pędzli pogryzłem Ewy palec z sernikiem. Zezłościło to bardzo Ewunię. "Za dużo malujesz i za dużo piszesz", powiedziała wychodząc. "Jadę do matki i brata. Oni jedzą, co podam", uniosła się z dywanem. Przeszedłem ze złości w złość do kwadratu. Obraz już się nie opierał. Wyrywałem go ze łba szpachlą, pazurami. Zaczęło błyskać w oczach. O Jezu, pękają siatkówki, położyłem się na podłodze. Szarpał powiekami strach. "Wróciłam, bo bratowa odsypia sylwestra. Już trzeci miesiąc", usłyszałem za drzwiami głos Ewy. "Jak dobrze, że jesteś", usiadłem powolutku patrząc w straszne błyski. Na szczęście trzaskały coraz rzadziej. "Poczytaj mi trochę... co chcesz, byle nie o hipogli-kemiach", poprosiłem cicho.

Wieczorkiem przyjechali do nas Nymankowie. Ewa puściła ulubioną płytę. "O dwójce". "Jak można tak gnębić lekarzy. Kazać, żeby odpowiadali na takie pytanka. Na takie głupy i to mądrze!", kąsała serniczek. Zacząłem myśleć o Łuckosiowej, o umieraniu. Powinniśmy popełniać samobójstwa, kiedy nam najlepiej. Znikać w weselu. Ale wówczas chcemy żyć, nachapać się szczęściem... Puk, puk, przestałem medytować o śmierci na widok młodego Otrycha. Przywiózł mi maszynę do pisania, taką wielką, elektryczną z wałkiem jak marzenie mężczyzny. Niestety, dla mnie za ciężka. Nie przeniósłbym jej przy moich siatkówkach z biurka na biurko. Nadal będę z "Ericą". Polubiłem jej drobny wałeczek. "Ń" nad przecinkiem. Już mi się nie myli.

 

V. Po czerwonej nocy biała zorza. Ewuś do Warszawy, a ja do Katowic. W pociągu, zacząłem gadać do siebie. To skutki pracy w radiu i tych domowych nagrywań na dwa dyktafony. "Nie chcę pisać jak wszyscy. Tak po staremu. Wziął nogi za pas", oznajmiłem w wagonie. "Nie lepiej powiedzieć, owinął się nogami i kula", zapytałem matkę i córkę, a może dwie siostry. "Czy tak stale musimy powtarzać się i powtarzać?", zwróciłem się do starszej patrząc na młodszą. Zamiast spódniczki obciągnęła sweter. Stanął biust w przedziale.

Na nagraniach. Przytrzasnąłem sobie plecy wchodząc do studia. Szybciej zamknąłem drzwi niż wszedłem. Chyba popchnął mnie Eisengraeber "odejdż od matki". "Zatłucz go niebieskim", poprosiłem Anioła stróża. Zrób mu czarno skrzydłami. Tylko żebyś nie zamieszał mi w tekście. Nie odemknął bardziej ubowców. Bo mi Baumann zemdleje ze smrodu. Jednak zamącił, ale w drugą stronę. Wypłynęli zmarli. Dziad, pradziad, których nie pamiętam. Pradziad krzyczał na syna, "że nie chce zostać psychiatrą, tylko jakimś psychologiem". "Nie chcesz zamykać nienormalnych? Mają być z normalnymi? W jednym Poznaniu? Za bardzo onanizowałeś się z naszą służącą", utopił dziada w akustycznych falach. Przytrzasnąłem też plecy wychodząc.

Ania w domu, ho, ho. Bo nie ma forsy, uch. Myśli ułożyłyhy się w pałąki, w kółka. Nie chciały w proste zdania. "Nie mam na piwo. Nic mi się nie chce", odmówiła Palantowi hiphopa. Milcząc dałem nieszczęśliwej parę złotych, a kiedy wybiegła, prułem i zszywałem postać starego Pućsam. Raz był dozorcą, a raz dozorczynią.

A w nocy wyszedłem na podwórko 18a i podyndałem na trzepaku. Będąc dzieckiem nieraz pragnąłem tak wisieć, ale matka nie pozwalała. Wracając z dyndu-dyndu spotkałem na schodach Anię. "Ty też skądś!?", zatupała z radości. "Oj, zadzwonię do Ewy, o której to przychodzisz do domu. Oj,oj. Tylko jeden telefon. No, nie martw się już. Córka cię nie zdradzi. Bo córka, to córka", prowadziła mnie po schodach, jakbym był pijany.

 

VI. Wtorek, pierwszy dzień bez pośpiechu. Nagrywanie Okna zakończone. Na taśmach pełno Eisengraeberów, Eisenów. Każdy wymiotuje do zlewu. Nie wolno im w firany. Czuwa nad tym lepsza służąca. Jestem zadowolony z nagrań. Średnio. Baumann i Gryzik zrobili to dobrze. Ale bez szczytu. Bez tego czubka, "pik" w zupełnym. A ja pragnąłem, żeby pracowali nad moim tekstem jak pani Kwiecień. Dla niej pieniądze i czas nie mają znaczenia. Liczy się tylko literatura. Koniec też kursu "Aury". Ostatnia wizyta u Rusa. Rozłożył swoje części na białych prześcieradłach. Tu goły tors, a tam stopa z butem. Miałem powiedzieć "co chore". "Wszystko", stwierdziłem z radością, że aż tyle potrafię zobaczyć. "Co on mówi! Co znaczy wszystko?", zapytał Rus kulę z Wietnamek. Zbiły się tak idealnie nad miską pataty. Żółta, podniecająca bryła. "Prawie wszystko!", zacząłem badać leżącego niebieskimi prądami. "O, proszę! Jelito grube poluzowane, wylazło na pościel z tasiemcem. Natomiast w tętnicy szyjnej wielki zator. Nic nie przejdzie oprócz spirytusu", wyliczałem Ruskowi choróbska. "I żenidło nieprecyzyjne, bez prowadnicy dla jaj..." "Chcesz mnie wykończyć za pięćset złotych?", zawinął się Rus w fioletową aurę. "Pooglądaj ty lepiej Wietnamki, bo mnie zaszkodził koklusz w dzieciństwie. Choć innym gadam, że Komitet. Wiesz, ten Bezpieczeństwa, to KGB. Że rozbili mi pół czakry, tylko nie wiem której", zaczął śpiewać po rosyjsku.

Wróciłem do domu pisać. Przesuwały się po Mariackiej różne postacie mój ojciec z laską i Pućsamino o kulach. Jechała matka w fotelu i gorsza służąca na hulajnodze. Pełzł za nimi Eisengraeber. Książkowy Eisen staje się moją własnością. Mogę mu "nawrzucać", nawet własne podłości. Zajrzałem w kartkę. Na brzegu Mariackiej cztery ulice i plac. Plac do pisania. Przybiegł Palant z karteczką. "Kocham cię?", pisało mu przed pyskiem. "I ja cię kocham", odpisałem córce. Czerwony wykrzyknik po niebieskich słowach. Urosła ulica i cały świat. Jadłem frytki i rysowałem córkę z frytkami. A ona rysowała mnie. Nad stołem złota struna. Można zagrać ten wiersz.

 

Jacek Durski

 

Marek Słyk

DELIKATNY OPTYMIZM

Stałem

pod szubienicą znaku zapytania.

Pytałem o wszystko:

o siebie,

o ludzkość,

o świat.

Nikt nie był w stanie udzielić odpowiedzi.

Nawet śmierć.

 

Marek Słyk



Marek Słyk (rocznik 53), autor głośnej w latach osiemdziesiątych trylogii dedykowanej wszystkim kucharzom świata - "W barszczu przygód", "W rosole powikłań", "W krupniku rozstrzygnięć".

 

PRZYPADŁOŚCI I BOLE PISARZÓW - część IV

W numerach 37, 38 i 40 prezentowaliśmy żartobliwy słownik terminologii literackiej - zawierający łącznie kilkadziesiąt haseł. Hasła, ułożone alfabetycznie, odbijały, niby w krzywym zwierciadle, wady i śmiesznostki literatów. Jak również straszliwy mozół twórczy.

Bowiem, kto sądzi, że pisarstwo jest aktem bezproblemowym, myli się. Kto przypuszcza, że umiejętność zaczerniania papieru nic nie kosztuje, myli się. Kto podejrzewa, iż pisanie przychodzi łatwo, przyjemnie (a może nawet zdrowo), jest w błędzie. Świadome pisanie, twórcze pisanie, zawsze łączyło się (i łączy nadal) z bólem rzeczywistym lub wyimaginowanym. Jest dziedziną, gdzie łacno przenikają się kabotynizm z mizerią, chwała etycznej potyczki z dwuznaczną moralnością, a wysoki artystycznie zamiar z banalną ekspiacją niemożności.

A zatem: literackim nawiedzeńcom, hipokrytom słowa oraz różnej maści popaprańcom pisarskim obojga płci niechaj chwała będzie i cześć!

W hołdzie powyższym uzupełniamy nasz słownik o garść haseł nowych.

 

bluzgizm - infantylna przypadłość - zwłaszcza pisarzów młodocianych - objawiająca się nadużywaniem nieparlamentarnego słownictwa, jak również programowym wieszaniu psów na zjawiskach lub twórcach uznanych

 

devil - odmiana pisarza demonicznego, o stylistyce mrocznej, na ogół ciężkiej i zawiłej; czytelnik po lekturze dzieł d. - czując się zadołowany - ma prawo popaść we frustrację, a nawet utracić wiarę w sens zbierania grzybów, zalotów, pracy - czyli w sens życia

 

dobijka - dobijanie w utworze pointy na siłę (co wynika z niewiary p. w inteligencję odbiorcy; w istocie stawiające złe świadectwo inteligencji samego p.)

 

gadanka - zlot pisarzów dla ich samozadowolenia (np. pod pretekstem zjazdu), gdy to ględzić między sobą mogą do woli - z pozornym wzajemnym zrozumieniem

 

gęsina - gąski literackie skubiące trawkę na łąkach twórców powszechnie poważanych

gmatwacz - gatunek krytyka specjalizującego się w nadinterpretowaniu omawianych utworów, a także przypisywaniu dziełom cech lub walorów nie istniejących; przeciwieństwo prostownika

 

hedonia - ostentacyjne uprawianie przyjemności, często wsparte demonstracją cynizmu - objaw bezradności i zagubienia w wartościach wyższych lub zwyczajnej niedojrzałości etycznej, na ogół idącej w parze z gwałtowną chęcią efektownego zaistnienia w mediach; p. tacy m.in. nadużywają rozkoszy stołu, używek, wykrzykników, a czasem pillingu oraz stringów

 

kaka - kit intelektualny w utworze

 

katatona - niewzruszalne i stężałe trwanie w przekonaniu, że każde dzieło spod jego pióra jest genialne, a przynajmniej na miarę epoki; p. poniewieranego katatoną często nęka też lęk o zbiorowy spisek przeciw niemu

 

lelija - twórca superliryczny, jak ognia unikający brzydkiego słownictwa, estetycznie wysmakowany, a nawet wyrafinowany; w dziełach l. znoszone skarpety nigdy nie śmierdzą, co najwyżej wydzielając przykrą woń, zaś sami ludzie są dobrzy do bólu, jak też słodsi od cukru

 

makiawel - pisarz o uzdolnieniach manipulatora i silnych tęsknotach politycznych, dla którego celem nie tyle jest obracanie dorażnymi sukcesami, co gra dla samej gry; m. potrafi ukręcić komuś głowę na śniadanie, bo w obiad na powrót ją przyszyć

 

małpizm - bezwiedne (lub celowe - wtedy małpizm ciężki) naśladownictwo wszystkiego, co na drodze oczu i uszu; p. zniewolonych małpizmem odróżnić można m.in. po obwisłej dolnej wardze, dużych uszach i zwiotczeniu umysłowym

 

migracja - błądzenie w utworze (często po omacku) od stylu do stylu

 

papkinada - błazeńskie usposobienie połączone z pewnym darem barwnego fabularyzowania wyimaginowanych przygód; potrząsanie literacką szabelką ("ja im wszystkim jeszcze pokażę!")

 

patafiona - przypadłość pisarzów polegająca na przeświadczeniu, iż byle zabawna postać lub zdarzenie w powieści usprawiedliwić może miałkość tejże

postmodernoza - (w skrócie PSM) ciężka przypadłość p. porównywalna do AIDS lub raka, a objawiająca się kultywowaniem tzw. mitu "literatury wyczerpania"; p. owładnięci PSM mieszają wszystko zastane ze wszystkim, niewiele wnosząc do literatury artystycznych rozwiązań i przemyśleń własnych

 

propol - kit estetyczny w utworze

 

prostownik - gatunek krytyka wszechwiedzącego, który z lubością "naprawia" omawiane dzieła, lekceważąc lub ignorując (jako zbędną fanaberię) złożoność tychże; przeciwieństwo gmatwacza

 

puchlizna - nadużywanie słów wobec pojęć; także przerysowywanie opisowe omawianych zjawisk lub zdarzeń, co wiele wspólnego ma z emfazą; patrz też: watowanie

 

spirit - duch utworu, który nie tyle straszyć ma potencjalnego czytelnika, co krzepić

 

stękacz - odmiana pisarza marudy, wiecznego malkontenta, któremu nic się nie podoba - nawet fakty, że słońce oświetla wszystkich równo, a deszcz pada z góry do dołu

 

watowanie - nieznośna maniera faszerownia utworu informacjami i słowami zbędnymi

 

wieńcówka - (nie mylić z chorobą wieńcową serca) przemożne łaknienie dekoracji głowy liściem bobkowym; przypadłość nieusuwalna dośmiertnie, a bywa, że i po (dla wierzących w reinkarnację)

 

wisizm - bałwochwalcze poleganie na osiągnięciach innych (nie mylić z tzw. tumiwisizmem czy wiszeniem u klamki)