Łabuź 42/2002

Włodzimierz Paźniewski

SYNDROM "PANA TADEUSZA"

Pan Tadeusz Adama Mickiewicza okazał się uniwersalnym scenariuszem, według którego, niezależnie od epoki, w obliczu dramatycznych wydarzeń, żyje i postępuje zbiorowość polska. Zwykle pasywna, zdolna do krótkotrwałych zrywów, zawsze bylejaka, zajęta marginaliami, a przede wszystkim wyglądaniem, że ktoś, że coś, że wkrótce, że niebawem, żeby, gdyby, to by... Sugestywny portret najważniejszych cech polskich przesądza o wartości epopei, której zawartość streścił Cyprian Kamil Norwid w liście do Józefa Ignacego Kraszewskiego z 1866 roku. Fragment to ironiczny i zabawny:

Zapewne, że ukochany Ojczysty Poemat Narodowy "Pan Tadeusz" to jest poemat narodowy, w którym jedyną figurą serio jest ŻYD... Zresztą: awanturniki, safanduły, facecjoniści, gawędziarze i kobiet narodowych dwie:

1. jedna - Telimena: metresa moskiewska,

2. druga - Zosia: pensjonarka.

zapewne, że poemat ów arcynarodowy, w którym jedzą, piją, grzyby zbierają i czekają, aż Francuzi przyjdą zrobić im Ojczyznę.

Soplicowo jako karykatura Polski czy też to Polska przedrzeźnia Soplicowo? Chyba jedno i drugie. Poza nielicznymi jednostkami społeczeństwo polskie takie jakie oglądamy w Panu Tadeusza to zbiorowość zupełnie do kitu. Kłótliwa do niewyobrażalnych granic, przeważnie bezmyślna, w pełni zasługująca na to, co ją za każdym razem spotyka. Jeśli decyduje się na działanie, to jest to zawsze desperacja na skraju przepaści. Ponieważ są to zachowania powielane w różnych okresach, można powiedzieć, że i III Rzeczypospolita jest w znacznej mierze repliką Soplicowa, tylko mniej malowniczą. Sędzia, Podkomorzy, Asesor to typy spotykane w obrębie polskich elit. Gerwazych też nie brakuje, a dookoła Dobrzyn. Wyrecytować wzniosłe słowa a potem zrobić coś na łapu capu -to prawie reguła. I do tego urodzaj na małych ludzi.

Ale najbardziej obmierzłą cechą współczesnych Polaków okazuje się lizusostwo wobec obcych, partnerów i sojuszników. Wazelina jako jedyny program polityczny. Niedawno w podobny sposób umizgiwano się do Moskwy. Dzisiaj Moskwą pozostają, w zależności od potrzeb: Stany Zjednoczone lub Niemcy. Niektórym Polakom Kreml na stale pomylił się z Białym Domem, ponieważ w każdej sytuacji muszą mieć pod ręką kogoś, komu mogą służyć. Polski ratlerek merda ogonem, nawet gdy nikt tego od niego nie wymaga, służy na dwóch łapkach i aportuje. Samodzielność myślenia dawno odstawił do kąta. Najgorsze, że łasy na drapanie za uszkiem nie dba o własne interesy. Nie pilnuje swego. Tak tak, Gerwazeńku, tak tak, Protazeńku. Europa to lubi. Bez przeszkód wykorzystuje Polskę, tak jak to robiła zawsze w przeszłości, przede wszystkim wysyłając dziś do nas swoje buble, więc na hasło: Kochajmy się" rzeczowa odpowiedź brzmi: żałuję, ale nie mamy za co.

Oczywiście nie jest to nic nowego. Gdy analizuje się życie zbiorowe Polski dwudziestego wieku w krótkich okresach niepodległości, uderza, że był to w istocie czas wykorzystywany jedynie, by w miarę dobrze przygotować się do odegrania po raz kolejny roli ofiary historii. Niestety, polska tęsknota do klęski wcale nie odeszła w przeszłość. Dzisiaj daje o sobie ona znać dosyć pokrętną logiką. Bądźmy bezbronni, bo wówczas zmusimy sojuszników, aby zatroszczyli się o nasze bezpieczeństwo, po prostu nie będą mieli innego wyjścia. Rozumowanie wariata albo samobójcy, co przecież na jedno wychodzi. Również w czasach współczesnych nie wychodzimy więc poza syndrom Pana Tadeusza, stąd oglądanie się na Brukselę, na Waszyngton, na Berlin. Mało myślenia i pracy, dużo wyczekiwania, które nikogo nie razi, i głupota, głupota, głupota.

 

Włodzimierz Paźniewski
Fragment: "Eseje wędrowne"-
"Kresy" nr 49 1/2002



 



Marta Niedzielska

NAZWA MIEJSCOWA ŁOBEZ

GŁOS W DYSKUSJI O ETYMOLOGII

Pochodzenie nazwy Łobez to istotna kwestia dla czasopisma "Łabuź", skoro od nazwy miasteczka właśnie pochodzi tytuł pisma. Spory o etymologię tejże nazwy wśród najbardziej zainteresowanych są już słynne: hipotezy padały na słowa łabędź i łabuź; brano też pod uwagę istnienie innego, jeszcze nie rozszyfrowanego źródłosłowu. Temat zafrapował i mnie, toteż postanowiłam przeprowadzić "śledztwo" na własną rękę.

"Sporo jest nazw bardzo trudnych do objaśnienia, zwłaszcza o budowie językowej archaicznej czy też poddanej obcym wpływom językowym. Stąd też tę samą nazwę [...] różni uczeni w różny sposób próbują objaśniać [...] z różnych hipotez wybierałem jedną, taką, która - moim zdaniem - może być najbliższa prawdzie" - napisał w przedmowie do swej książki jeden z językoznawców zajmujących się problemami onomastyki. Stwierdzenie to bardzo istotne dla nas w tym sensie, że musimy mieć świadomość, iż nawet najbardziej prawdopodobne hipotezy związane z historyczną postacią naszego języka, w tym występujących w nim nazw własnych, są jednak tylko hipotezami. Choć uczeni ustalają z całą pewnością fakty dotyczące zjawisk i procesów zachodzących w polszczyźnie na poszczególnych etapach jej rozwoju, to wiele kwestii na zawsze pozostanie zagadką; choćby zagadnienie fonetyki dawnego języka polskiego. Mamy wprawdzie zapisy, ale nie potrafimy już dzisiaj w praktyce odtworzyć wymowy poszczególnych głosek; nie znamy zasad akcentowania w dawnej polszczyźnie. Wszystko to nie oznacza przecież, że prób wyjaśnienia pewnych faktów należy zaniechać; jeśli nawet nie odkryjemy pełnej prawdy, mamy szansę choć trochę się do niej zbliżyć. Oto więc przegląd danych, które zgromadziłam.

By uszanować tradycję, a jednocześnie usłyszeć opinię znawcy, któremu dawna postać języka była czasowo bliższa, niż nam, zajrzałam do pionierskiej i na swe czasy monumentalnej pracy - "Słownika języka polskiego" Samuela Bogumiła Lindego ("wydanie drugie, poprawne i pomnożone", Lwów 1855). Nie jest to oczywiście słownik etymologiczny, chodziło mi tylko o możliwie najstarsze wyrazy o rdzeniu słowotwórczym łob- i ich definicje. Linde odnotował wyraz łoboz, z objaśnieniem «łodyga»; podał też przykład użycia - "Wziąć listeczków Senesu co najświeższe być mogą, bez łobozia, dwa łoty". Odnotowano też łobozg, który oznaczać miał «zielsko»; przykład zastosowania: "ziemia, gdy bez sprawy leży, sama z siebie skłonna jest do mnożenia pokrzyw, ciernia i lada łobozgów niepożytecznych". Wyraz łobozisty natomiast stosowano w takim na przykład kontekście: "ziemia, gdzieby się trzcinna i łobozista trawa rodziła". Tyle informacji uzyskać można od Lindego.

Pierwszym (i chyba jedynym) słownikiem, gdzie pojawia się forma "łabuź" jest, także liczący już swoje lata, "Słownik etymologiczny" Aleksandra Brücknera (pierwsze wydanie w 1927 roku). Ustalenia Brücknera warto przytoczyć w całości (pomijam tylko część porównującą polskie formacje o rdzeniu łob- z formacjami występującymi w innych językach słowiańskich, gdyż ich znaczenia są zupełnie odległe i nie są dla nas tu istotne): łobuzie (15. wiek) «zarośle»; łabuzie, łobazy «zielsko, chwasty»; >>w błocie, łabuziu i trzcinie<<, >>lichym łabuziskiem<<; słowo dziś zapomniane, ocalało w nazwie łobuza, «ulicznika», łobuzować (się). Postać zmienna, tak co do pnia, jak i co do przyrostka, np. Marcin z Urzędowa pisze: >>w Labuziu<< (t.j. łabuziu), W. Potocki: >>rzucane w łobazie dziecko, grzechów łobazy<<. Słowo istnieje tylko u nas i na Rusi, tam oznacza i wszelakie «przybory z plecionek», a w końcu i całe «budy, kramy», łobaznik «handlarz zbożem czy mąką». Nazwy: Łoboz, Łobzów, Łobżenica.

Nowsze kompendium z zakresu etymologii to "Słownik etymologiczny języka polskiego" Franciszka Sławskiego (Kraków 1975-1982). Najważniejsze novum, które wnosi to opracowanie w odniesieniu do słownika Brucknera - w zakresie interesujących nas haseł - to wprowadzenie rozróżnienia pomiędzy wyrazami łoboziełobuzie. Pomimo zbliżonych planów znaczeniowych oraz faktu, iż oba te wyrazy należą do tak zwanych kolektiwów, czyli nazw zbiorowych (jak np. kwiecie, pierze), odnotowane są jako dwa osobne hasła. Pierwsze oznaczało (są to wyrazy używane w staropolszczyźnie) «łodygi, nać», natomiast drugie - 'zarośle, krzaki, gęstwinę'. Przy wyrazie łobozie wypisano przykłady użyć z lat 1568 i 1613; przedstawiono też prasłowiańską postać, na którą mają wskazywać staropolska nazwa osobowa Łobozek z XV wieku i nazwa miejscowa Łobozew. Przy haśle łobuzie napisano "etymologia niepewna".

Przegląd powyższych opracowań służyć miał ukazaniu różnych form terminu, od którego hipotetycznie wywodzimy nazwę miasta. Teraz warto przyjrzeć się pozycjom, których przedmiotem jest właśnie problematyka nazw własnych i ich etymologii.

Najnowszą pozycją, w której omawiana jest problematyka onomastyki, jest "Słownik nazw własnych" Jana Grzeni, wydany w bieżącym roku. Tu, pomiędzy hasłami takimi, jak Marilyn Monroe, Zaporoże, Peugot, IBM, Zeus czy Kanał Sueski, znajdziemy też nazwę Łobez. Niestety, etymologie poszczególnych nazw nie są przez autora omawiane. Pod hasłem Łobez zanotowano tylko, iż jest to "miasto w województwie szczecińskim" (domyślam się, że definicja opracowywana była przed wprowadzeniem nowego podziału administracyjnego) oraz informacje o poprawnych formach gramatycznych (dopełniacz - Łobza, mieszkańcy - łobzianin, łobzianka oraz przymiotnik - łobeski).

Językoznawcą współcześnie zajmującym się szczegółowo etymologiami nazw własnych (osobowych i miejscowych) jest Kazimierz Rymut. Z opracowania tego uczonego właśnie pochodzi cytat na początku szkicu. Na rynku wydawniczym w roku 1996 zaczęła się ukazywać zakrojona na dużą skalę, wielotomowa praca pod redakcją Rymuta, "Nazwy miejscowe Polski: historia, pochodzenie, zmiany". Jak na ironię jednak, ostatni tom wydany do dzisiejszego dnia zamykają hasła na literę "k". Nie dowiemy się więc na razie, czy zaszły jakieś zmiany w ustaleniach autora w stosunku do informacji podanych przez niego w poprzedniej, mniejszej objętościowo pracy "Nazwy miast Polski" (drugie, uzupełnione wydanie z roku 1987). Wiele ciekawych informacji odnajdziemy w autorskim wstępie do tejże książki. Przytaczanie ich w tym miejscu nie jest wskazane, jako, że nie wiążą się bezpośrednio z interesującym nas tematem; zachęcam jednak do sięgnięcia po publikację tych, których interesuje różnica pomiędzy nazwą miejscową a terenową, szczegóły dotyczące budowy, sposobów tworzenia nazw miejscowych, fakty, które dają się nam dziś z nazw tych odczytać i których nazwy miejscowe są dziś jedynym potwierdzeniem; kwestie pierwiastków obcojęzycznych w polskich nazwach miejscowych. W niniejszej notatce chciałabym tylko przytoczyć podział nazw miejscowych wprowadzony wiele lat temu (1946) przez profesora Witolda Taszyckiego, a respektowany do dziś wśród uczonych; podział ten umożliwi nam umieszczenie nazwy Łobez na "mapie" innych nazw miejscowych.

Według tej typologii nazwy miejscowe dzielą się na dwie zasadnicze grupy: 1) nazwy, które od początku swego istnienia były nazwami miejscowymi; 2) nazwy, które początkowo określały ludzi, z czasem przeniesione na obszar przez nich zamieszkany. (Jest jeszcze pozostająca poza tymi grupami część takich nazw, które nie dają się sensownie objaśnić). Wśród nazw wyodrębnionych w punkcie pierwszym wyróżnić można nazwy topograficzne, kulturalne, dzierżawcze i zdrobniałe. Nazwy topograficzne to te, które wyrażały właściwości topo- lub geograficzne osady. Do tej właśnie grupy nazw zaliczyć należy Łobez. Liczne przykłady innych nazw z tej grupy znaleźć można w książce Rymuta.

Omówienie hasła Łobez jest na tyle zwięzłe, że przytaczam je tu w całości:

"ŁOBEZ, miasto w woj. szczecińskim. Nazwa znana ze źródeł historycznych od XIII w. (Lobis 1271, Lobese 1280, Lobse 1285). Forma zgermanizowana Labes. Nazwa Łobez spokrewniona jest ze staropolskim wyrazem łobuzie <<gęstwina, krzaki, zarośla>> oraz z nazwami typu Łobzów. Rdzeń łob- występował w nazwach określających tereny podmokłe, zarośnięte niegdyś krzewami."

Mieszkańców Łobza nie trzeba, lecz czytelników spoza miejscowości, gdzie wydawany jest "Łabuź", którzy nie mieli okazji spacerować po miasteczku, warto poinformować, że takie właśnie - podmokłe, bagniste - są ziemie, na których stoją coraz rozleglejsze zabudowania miasteczka. Nasuwa się refleksja, zupełnie na marginesie, że istnieją jednak rzeczy, które pozostają niezmienne pomimo upływu wieków. Dynamika świata - dynamiką świata, a ziemia łobeska, jak w XIII wieku była bagnista, grząska i moczarowata, tak jest i dziś.

Warto nadmienić jeszcze, iż w tymże słowniku znajduje się też nota dotycząca nazwy miejscowej o tym samym, co Łobez, rdzeniu słowotwórczym, Łobżenicy. Etymologia nazwy tej - leżącej w dawnym województwie pilskim - miejscowości także wiąże się z konotacjami rdzenia łob-, wyjaśnionymi w przytoczonej nocie. Nazw powstałych od tego rdzenia (opieram się wciąż na ustaleniach Rymuta) jest więcej: z Łobżenicą sąsiaduje osada Łobżonka, dawniej nazywana Łobżanką, a przez Łobżenicę przepływa rzeka Łobżonka. Nazwa Łobżenica notowana jest jednak w dokumentach później, bo od końca XIV w. (1398 - de Lopszenecz), co pozwala wysnuć hipotezę, iż istniejąca już wtedy nazwa Łobez dała podstawę do utworzenia nowej nazwy. Czy naprawdę tak było, zapewne nie da się już dziś ustalić.

Etymologia nazwy Łobez wywodzona od słowa łabędź zdaje się być w świetle tych danych błędna. Od wyrazu łabędź - tę informację także znalazłam w opracowaniu Kazimierza Rymuta - tworzono zupełnie inne nazwy miejscowe. Należy do nich nazwa Łabęda, powstała, jak pisze badacz, od przezwiska być może właściciela osady, brzmiącego Łabęda albo właśnie Łabędź.

I jeszcze jeden istotny fakt - nazwa z całą pewnością jest rdzennie polska. Moje własne wątpliwości w tej kwestii dotyczyły narodowej (a w każdym razie administracyjnej) przynależności Pomorza Zachodniego, która, jak wiadomo, zmieniała się kilka razy w ciągu ubiegłych wieków. Cytuję Rymuta:

"Ziemie położone na wschód od Odry to odwieczne tereny słowiańskie. Nie było na obszarze Śląska ani Pomorza starych ośrodków germańskich [...] Podobnie jak nie było na wschód od Odry starego osadnictwa niemieckiego, tak też nie było prastarych nazw niemieckich. Zaczęły się one pojawiać dopiero wraz z kolonistami niemieckimi. Trzeba tu zwrócić uwagę, że na terenie zachodniej części Śląska i Pomorza wśród miast jest procentowo znacznie więcej nazw genetycznie niemieckich, niż wśród nazw wsi. [...] Niemcy już podczas dokonywania lokacji miasta starali się wprowadzić nazwę niemiecką, mimo iż w mieście żyła ludność polska. Zachowały się liczne przykłady na to, że podczas lokacji usuwano jakby oficjalnie dawniejszą nazwę polską, a wprowadzano niemiecką. W dokumentach często spotyka się z takimi przykładami, że miasto nosi dwie nazwy, niemiecką i polską. [...] Struktura językowa nazw niemieckich z terenu Polski jest z zasady bardzo przejrzysta. Nie spotyka się jakichś archaicznych formacji niemieckich. Dowodzi to późności ich powstania."

Później jeszcze administracja niemiecka wprowadziła nazwy niemieckie. Jednak zaraz po II wojnie działać zaczęła Komisja Ustalania Nazw Miejscowych przy Urzędzie Rady Ministrów. Wynikiem tych działań była repolonizacja nazw miejscowych na terenie Polski zachodniej i północnej.

Nieco dokładniejsze, niż Rymut, (w świetle gramatyki historycznej) wyjaśnienie nazwy Łobez przedstawił w "Słowniku etymologicznym miast i gmin PRL" (wydanym w 1984 roku) Stanisław Rospond. Wyjaśnienie to tym różni się od poprzedniego, że jako podstawę utworzenia nazwy wymienia nie tylko sam rdzeń łob-, ale cały wyraz łobez, który miał być, według autora, w starosłowiańszczyźnie wyrazem pospolitym, oznaczającym «roślinę rosnącą na bagnach». Rospond wyjaśnia reguły odmiany tego terminu botanicznego (określenie Rosponda) na podstawie procesów zaszłych w przeszłości w języku polskim. Znajdziemy też w tym opracowaniu informację o pochodzeniu od prasłowiańskiego rdzenia lob- (polskie łob-) wyrazów loboda (dziś lebioda) oraz łobozie, czyli «krzaki».

Jak zostało powiedziane wcześniej, mimo największych nawet starań, jesteśmy dziś zmuszeni do pozostania przy wiedzy niepełnej. Jak pisze przywoływany tu wielokrotnie badacz języka polskiego, Kazimierz Rymut, analiza struktury słowotwórczej nazw miejscowych wskazać nam może, od jakiego wyrazu lub nazwy osobowej została miejscowość nazwana. Mówi ona jednak bardzo mało o czasie powstania nazwy, jak i o tym, kto ją stworzył.


Marta Niedzielska



 


 
Pięć - dziesięć zdań:

" (...) Prowincja jest mitem. Podejrzewam, że była nim zawsze. Nie jest to stwierdzenie ani na tyle kategoryczne, żeby przy nim uparcie obstawać, ani też na tyle "poetyckie", żeby odmawiać mu istotnego znaczenia. Mit rośnie jak perła. Wokół realnego wydarzenia nawarstwiają się kolejne opowieści, w których człowiek realizuje swoją odwieczną potrzebę fikcji. Z czasem to, co realne, zatraca się w żywiole narracji, a to, co zmyślone, wykreowane przez wyobraźnię, wychodzi na plan pierwszy i staje się przedmiotem artystycznej percepcji odbiorców. Nie czyta się "Iliady" po to, żeby poznawać historię wojny trojańskiej, chociaż zdarzają się i takie odczytania, ale żeby obcować z opowieścią. Bo nie fakt, który dał początek dziełu jest interesujący, ale to, w jaki sposób ten fakt opowiedziano. Podobnie jak nie poławia się i nie pożąda pereł dlatego, żeby wydobyć z ich środka drobinę piasku, wokół której nawarstwiła się masa perłowa. Prawda o prowincji wydaje się być prawdą faktów i wydarzeń, które dzieją się wokół nas. Opowiadając, dokładamy naszą opowieść do innych, tworząc w ten sposób wartki, narracyjny nurt, który łączy w sobie sprzeczne żywioły: różnorodne biografie, klęski i sukcesy, pewność i zwątpienie - jednym słowem wszystko, co da się opowiedzieć.

A więc to, co stanowi jądro mitu, jego istotę i treść (...)"

 

Jan Kamiński
"Metafizyka prowincji"
Białystok "Kartki" 2000 r.

 



(4)

Tomasz Agatowski

ŻYCIE

jako temat, to obszar o niczym. Żyjemy obecnie w systemie specjalizacji. Słowem, jako narzędziem, posługuje się co dzień armia ludzi od pedagogów do urzędników, od pisarzy do naukowców. Mielone są pojęcia na wszelkie możliwe sposoby. Marcel Proust na ponad 3 tysiącach stron dzieła "W poszukiwaniu straconego czasu" umieścił 1,3 mln słów składających się na 40 tys. zdań. W języku naszej codzienności, mającej prędkość błyskawic, ostał się tytuł dzieła, jako hasło i refleksja rodem z tęsknoty, przemijania.

Mentorstwo dziś jest wyszydzane, choćby człek głosił diamentowe myśli ostrzegawcze, pouczające, przypominające. Niech mi wybaczy syn Odyseusza, Telemach, że w tak trudnym momencie dziejów kulturowych przywołuję imię nauczyciela Telemacha, Mentora. Aby obszar zwany życiem był współcześnie tematem i nauką, trzeba "upolować" zdarzenie, które zaszokuje, trzeba wyrwać kąsek niebywale samoistny, aby przez niego ukazać złożoność współczesności. Zadomowiona została w ludzkiej psychice chłonność na zmienność, żeby zaspakajać głód emocji, nowinek. Takie medialne sztuczki są substytutem najdawniejszej ludzkiej potrzeby - podróżowania, poszukiwania, zdobywania. Ekran i pilot, gry, prasa zastępują łodzie, konie, wyprawy. To świat obrazkowych spełnień.I chociaż człowiek otacza się nawet doskonałymi przedmiotami, w dużej mierze użytecznymi, nadal produkuje rzeczy zbędne, a również wszelkie systemy edukacyjno-prawne nie potrafią wykorzenić z ludzi chamstwa, tej nędznej wartości prymitywizującej, ponadczasowej. Witold Gombrowicz by ryknął: "Krytyka, choćby najbardziej ścisła i najgłębsza, w siódmych potach pisana, nie wystarczy. Siekierę złap! Wypadnij z siekierą i ciach, na prawo i lewo(...)Tępienie głupoty nie może się odbywać tylko na papierze!" (Dziennik)

Amok trwa. I będzie się zapętlał, to syndrom pułapki zwanej życiem na planecie, po której jak w klatce możemy deptać tam i wracać. Stąd też misterium uwieczniania "siebie" lub idei (treści) jak uczynił to Saddam Husajn, oddając pół litra krwi, aby nią wykaligrafować cały Koran. I przewodzi partii laickiej...

 

Tomasz Agatowski

 

Agnieszka Wesołowska

* * *

z najgłębszego złoża rdzy

wróble osowiałe budzą

śnieg z głębokiego drzewa - płaczą

kiedyś zakrzepnie żywica

a zator cienia powstrzyma

obroty słońca

 

tak blisko jest do powietrza

i tak cicho do rubinu z anioła.

 

tuż tuż za gęstwiną

która jak gruda wiersza -

przebyta lecz zaprzepaszczona

 

weź jasny

na drogę chleb

 

bo jeśli przydarzy ci się

napisać pisankę

o bladym bardzo bladym mieście

jeżeli kiedykolwiek wypowiesz

brunatne słowa o rzece nad domem -

 

widzisz lato w ogrodzie

jego oliwność?

widzisz że blizna istotna jak zawsze

spoczywa w pokoju

i jak bardzo chcę?

 

wytłumaczyć ci porę lasu

w zimie - gdy bryła róży?

 

Agnieszka Wesołowska

 

Maciej Dec

JEDEN DZIEŃ NA POLU

Wstaje się o piątej rano. Zawsze obiecuję sobie, że wieczorem przygotuję sobie ciuchy na rano... siostra mówi jakobym kiedyś tak umiał, teraz trochę z tym kiepsko. Tak samo ze wstawaniem skoro świt. Przyzwyczaiłem się już, bo robię tak od tygodnia, że trzeba dobrze zjeść rano, choć przecie pracę mam lekką, ale jak mówią: dobre śniadanie lepsze niż dobry obiad...czy jakoś tak. Ojciec ze szwagrem pojechali po ludzi - pierwszy do Malińca, drugi do Wołkowa. Pojechał też pan Władek traktorem z budą do Rekowa i Karwowa. Ja z siostrą osobówką zaś musimy być zawsze przed nimi na polu. Ludzie z naszej wsi Smorawiny zabiorą się też budą, bo to po drodze. Mgły jeszcze i zimno. Najwcześniej zaś przyjeżdżają Prokopscy, całą rodziną, zbierają od piątej. Na koniec dnia ich wynik to osiemdziesiąt kobiałek. Roboty nauczeni, bo pan Edek goni, a przy tym nie bije, bo jak powiada, ojciec na swe dzieci i żonę jeśli podnosi rękę, to nie jest ojciec tylko kat. Ma czterech synów i jedną córkę. Znam pana Edka jeszcze z czasów PGR- ów. Stróżował w Smorawinie. Pamiętam jak latem śpiewał i grał na gitarze przed pałacem poniemieckim, gdzie mieściło się biuro państwowego gospodarstwa. Opowiedział mi, że tę gitarę gdzieś mu żona połamała, nie pamiętam z jakiego powodu, bo czasem za szybko mówi i nie wszystko rozumiem, ale wtedy zaproponowałem mu swoją, też pudłową, model country, jak mi potem powiedział, za sto pięćdziesiąt złotych. Za kasę z tej pracy, z wydawania żetonów, chciałem sobie kupić nową. Lubię pana Edka nie tylko za to, że jest uczciwy i rzetelny w pracy, ale i za to, że potrafi, jak nie ma roboty, przynosić jedzenie do domu z lasu. Podobno ktoś kiedyś widział, jak zeskoczył z drzewa na jelenia. Ukręcił mu łeb. Pewnie dlatego powtarza, że wnyk, to on ma w rękach i jak nie dojdzie zwierza, to zostają ryby, albo grzyby. Z początku myślałem, że to nieprawda, ale szwagier, który zna go bardzo długo, mówił mi, że on nigdy nie kłusował, żeby sprzedać, tylko na własne potrzeby. Zresztą sam zauważyłem, że kiedy opowiada mi o łowieniu ryb to z tego mówienia wyczuwam jego respekt do przyrody. Bardzo mało już takich ludzi, a zwłaszcza na okolicznych wsiach. Zapowiadali deszcz, a to niedobrze. Najlepiej rano wyglądają drogi prowadzące na pola. Pochylają się nad nimi niezniszczalne dęby, kasztanowce. Wszystkie stare o gałęziach jak ramiona mocarzy, wiszą nad drogą, w południe dają zbawienny cień, albo schować tam się można przed deszczem. Czuje się taką baśń jak się pod nimi jedzie. Za łepka łaziłem po tych drzewach. One nie za bardzo się od tamtej pory zmieniły -dziesięć lat to jak splunąć dla nich.

Liczę jedynki. Jak ludzie przynoszą kobiałki to im wydaję żetony w trzech nominałach: 1, 4, 10. Najpierw, z rana zbierają po trzy, po dwie, po jednej i jak jest sto dwadzieścia osób to tych jedynek może ci braknąć. Trzeba zamieniać. Zamieniać jedynki na czwórki można dopiero jednak wtedy, gdy już ktoś ma dwa żetony i niesie dwie kobiałki, a przecież pierwszy miot, jak ja to nazywam, kiedy wszyscy idą po raz pierwszy do mnie po żetony, ciężko jest obdzielić tak, by zeszło jak najmniej jedynek. Chyba za mało wydrukowali w tym roku. Ludzie też są różni. Jedni noszą te kobiałki pełne, inni mniej pełne. Jak zaczniesz odsyłać jednego, żeby dozbierał, to i następnemu też nie możesz przepuścić, bo pójdzie fama, że jednych odsyłasz, a drugich nie i ci, co przynosili pełne zaczną przynosić niepełne. Poza tym trzeba cały czas patrzeć, kto ile niesie, bo jak się czymś zajmiesz i nie zauważysz, kto ile postawił na stole kobiałek, to mogą cię leciutko oszukać, albo jak dasz za mało, to wyjdzie, że ty chciałeś kogoś jebnąć. Ploty szybko się rozchodzą i żeby mieć jako taką charyzmę, trzeba niektórych trzymać krótko. Na przykład jeśli stojąc po jednej stronie pola skończą ci się jedynki i każesz zaczekać przez moment tym, co właśnie przynieśli kobiałki, i pójdziesz po żetony, a tamci nie zaczekają, to automatycznie trzeba ich przesunąć w hierarchii bytów do zwierząt, które nie rozumieją, co się do nich mówi. Nie jesteś w stanie zapamiętać, przy takiej ilości ludzi, komu nie dałeś żetonów. Niektórzy zbierają na wino, inni na wakacje, jeszcze inni na ciuchy, na chleb. Teraz kobiałka po dwa złote pięćdziesiąt, bo już niewiele do końca zbioru. Różnie się różnym zagląda w oczy. Są tacy, którzy nigdy nic nie mówią, tylko przynoszą, biorą żeton, puste kobiałki i wchodzą w następny rządek. Taki jest na przykład Grześ z Malińca. Są starsi, którzy chętnie zagadaliby cię na śmierć, o pogodzie, a ile ton było wczoraj, a jak tamta źle zbiera i tamten. Człowiek chce być dobry, to słucha. Niektórzy są bardzo fajni - zwłaszcza córki jednego gościa z Rekowa. Ma same córy i wszystkie malowane jak aniołecki. Młode dziewczyny, Jurczykowe, a imię znam tylko najmłodszej - Ania, bo tych starszych dziś nie ma. Mogłyby nucić przy robocie, ale się pewnie wstydzą. Kumpli do przebierania towaru też mam. Choć czasem od tego stania i czekania, aż ktoś coś przyniesie, wolę sam przebierać zgniłe truskawy. Stanie i czekanie to wbrew pozorom najgorsza robota. Tym, co zbierają, a przynajmniej niektórym, wydaje się pewnie, że jesteś jak brygadzista: stoisz se i rozdajesz plastikowe krążki. Tylko otworzyć sobie piwko i relaks pełny. Czasem pomagam nosić kobiałki, jak ktoś ma daleko i mam nadzieję, że wtedy ten wizerunek upada. Zawsze mam taką nadzieję. Jak przyniosą za mało, to trzeba opieprzyć, ale generalnie, to z uśmiechem. Nie ma mnie w mojej wiosce, Smorawinie, a to moja wakacyjna robota. Ci, z którymi dorastałem, pozmieniali się - jedni na lepsze, drudzy na gorsze. Makabrycznie zaś wyglądają twarze tzw. chlorów czyli tych, co non stop piją wina. Są spuchnięci na twarzach i mają zniszczone zęby, choć są przecież młodzi. Nazywam ich widma, bo snują się po tej plantacji, dużo palą i dowcipkują. Trochę mi ich żal, bo to pewnie jest tak, że ciężko się jakoś odnaleźć nawet w najprostszych sprawach, do tego dochodzi jeszcze opinia wśród sąsiadów. Dobrze żyć to jest sztuka, dbać o to, co się ma... kiedy łatwiej dbać o to czego się nie ma - zawsze gdzieś ucieka ta zmiana na lepsze... miało być pięknie, a w gruncie rzeczy jest tak samo. Tak mi wygląda, że tak oni jakoś myślą. Ja też tak myślę tylko, że nie cały czas. Wypić można, bo to dla ludzi przecież. Jak wątpisz to pijesz...jak nie wątpisz, to też pijesz, a dzień rozmazuje się gdzieś bez echa i tylko o następnym dniu się myśli, że przyjdzie, jakoś się wśliźnie z rana, taka jakaś maligna. Po części jednak trzeba ich mieć w dupie za ich obłudę i podłość. Obgadują cię, a jak coś masz z uczciwej pracy, to by ci oczy z zawiści wydrapali. Skurwysyny takie polskie.

Słońce pokazało się gdzieś trzy minuty temu. Ono to raz świeci i na oczach niknie: nieźle tam w górze musi dąć, skoro chmury mkną, ślizgają swe cienie po plecach zbieraczy.

- Masz zwoja?

- Nie palę.

- Długo?

- Dwa lata.

- To trzeba chyba się dużo uczyć, żeby rzucić, co?

- Niekoniecznie, ale prawda tkwi trochę w tym, żeby być ciągle zajętym. Czasem palę, jak mnie ktoś czymś extra poczęstuje.

- To palisz...... Cudzesy...

- Są jakieś jedynki?

- Są. Dwie.

- Niesiesz dwie kobiałki., to dawaj te dwie jedynki, a ja dam ci czwórkę.

Staś. Chodził ze mną do podstawówki, potem gdzieś zniknął w szeregach OHP, teraz siedzi w domu, ale pomaga rodzicom i dobrze, bo rodzinie w ogóle się pomaga, choć może lepiej to robić nie mieszkając z nimi, zwłaszcza, kiedy się człowiek buntuje. Staś postawił kobiałki, jednym ruchem capnął dwie puste i poszedł dalej zbierać. Zbiera koło takiej Kaśki i chyba mu się ona podoba, bo nosi jej kobiałki. Jakaś z tego wyniknie sytuacja. Raczej dziewczyny u nas porządne. Zresztą ja mam o tym chyba najmniejsze pojęcie, bo nigdy się z nimi nie zadawałem. Ich sprawa. Jest też i taka, najstarsza od Jurczyków, co mnie się podoba, ale nie dziś, bo ma jakieś egzaminy na studia, chce się uczyć, a może to tylko jej rodzice chcą. Dziwna sprawa z tą nauką: ni to pieniędzy nie przynosi, a satysfakcji już najmniej. Siedzi się godzinami przed egzaminem i zastanawia, czy liczyć na dobrą ocenę, czy dobrze byłoby w ogóle zdać. Jeśli ktoś to lubi, to może i jest to potrzebne. Z wyższym na pewno lepiej o pracę.

Pora obiadowa. Mnie i chłopakom stojącym na "esach", takich skrzynkach, do których przesypuje się kobiałki, jedzenie przywozi moja siostra albo szwagier. Ludzie natomiast dostają napoje, a każdy ma ze sobą jakiś prowiant. Siadają pod drzewami, albo pod dobudowanym zadaszeniem przy kwaterze stróża, która ma konstrukcję wozu Drzymały. Jest tu i pies uwiązany, młody wilczur. Zostanie prawdopodobnie oddany w dobre ręce po sezonie, albo uśpiony, ponieważ my koło domu mamy już za dużo psów. Lepiej go uśpić na zawsze, niż ma się męczyć u jakiegoś zajoba. Od jednego uciekł, dlatego wziął go szwagier do pilnowania truskawek. Był wygłodzony i bity. Może powinno się usypiać ludzi miast zwierząt, albo razem ze zwierzętami, bo i wśród zwierząt trafiają się przecież zajoby.

- Śliczny ten piesek, przydałby mi się taki.

- To niech się sąsiadka spieszy, bo zostanie uśpiony.

- Tak? To niech go nie usypiają...coś się stało, że ma być uśpiony?

- Pogryzł tu któregoś ranka jakiegoś dzieciaka, co się z nim bawił.

- Mocno?

- Właściwie to go mocniej gdzieś tam ścisnął za rękę, ale lekarz powiedział, że pies wcale nie musi ugryźć do krwi, żeby zarazić wścieklizną. Trzeba go będzie jeszcze przebadać. Po badaniu dopiero będę wiedział, czy mogę go pani oddać, czy będzie uśpiony...na zawsze.

- No, jakby coś zrobił dzieciom, to stary by mnie chyba zabił.

Teraz, kiedy ludzie zeszli z pola, miedzy rządkami zaczęło przybywać dzikich gołębi.

W pierwszych dniach myślałem, że to jastrzębie - z daleka tak wyglądają. Ktoś mi opowiadał kiedyś, że te oswojone walczą z nimi na podwórku o jedzenie, jak tamte po nie przylecą i wygrywają oswojone. Dzikie na ogół to zbóje. Mówił też, że kiedyś znalazł jajko dzikiego i podrzucił do gniazda w swoim gołębniku. Gołąb, gdy tylko mógł, gdy dorósł, poczuł mus i odleciał. Czasem tylko krążył w pobliżu, ale nigdy nie zbójował. Odganiałem na początku je z truskawek, ale niewiele ich przylatuje, więc wolę teraz patrzeć, choć i tak zaczęli je płoszyć ludzie wracający na rządki. Zbiór potrwa do czwartej. Potem trzeba będzie jechać z tymi truskawkami do Polaryki. Tam je skupują. Pierwszy raz byłem tam ciągnikiem z siedmioma tonami truskawek. Zatrzymaliśmy się z Mańkiem przed bramą, bo była kolejka. Ludzie wieźli truskawki z różnych plantacji. Na hali stoi taka pani labolatorzystka, która ma taką dziwną, ukośnie ściętą na końcu lunetkę, rozcina nią truskawkę, a potem, gdy na szybce pojawi się czerwona kropelka soku patrzy przez nią na słońce i w ten sposób określa jakość towaru. My mamy dwadzieścia dziewięć - najwyższy stopień, z czego, nie ukrywam, jestem dumny, bo to moich najbliższych inicjatywa. Wysiedliśmy z ciągnika. Przez chwilę nic nie słyszałem, potworny podczas jazdy jest huk w osiemdziesiątce. Wyjąłem kanapki z plecaka i picie. Nie mieliśmy jednak kubeczków plastikowych, bo ich zapomnieliśmy. Nieopodal bramy dostrzegłem budkę z jedzeniem, a w niej jakąś dziewczynę blond, lecz w krótkiej fryzurze. Popatrzyliśmy z Mańkiem na siebie z uśmiechem i stwierdziłem, że oczywiście idę po kubeczki. Niezbyt urodziwa, czarne oprawki okularów jednak pasowały do jej twarzy. Miała też bardzo ładne dłonie. Poprosiłem o kubeczki. Coś czytała... odwróciła książkę do góry grzbietem i okazało się, że to Rafał Wojaczek. Czytała Wojaczka w pracy. Kubeczki kosztowały dwadzieścia groszy, a ja dałem jej swoimi brudnymi łapskami dwa złote. Ona nie miała zaś już z czego wydać. Powiedziałem, że to nic. Zapytała, czy jutro też przyjadę, odpowiedziałem, że nie wiem, ale jeśli przyjadę, to na pewno przyjdę.

 

Maciej Dec

 


Adam Kantorysiński

KLASYK

Zapracowałem sobie na niezłą opinię. Oczywiście dlatego ta leniwa pała Cyryl w ogóle do mnie przyszedł. Beznadziejny facet, sam nie może się zdecydować, czym właściwie jest. Kiedy tak siedzi skulony przede mną, odnoszę wrażenie, iż nie wierzy w moją chęć pomocy.

Taki "społecznie zorientowany" typ, ułożony, przeglądający ważne książki, lubiący o nich dyskutować; ogląda dziennik o dziewiętnastej trzydzieści, ale nieregularnie i zwykle czeka na Małysza i Legię "po". Kupuje nawet Wprost, ale cieszy się, kiedy znajdzie artykuł nie tyczący polityki lub gospodarki. Podobny gość, przeczytawszy Króla szczurów, bez wahania powie, że to paskudne tak żerować; że on sprawę czuje i rozumie, literatura wspaniała. Opowieść etyczna. Mówi o moralności tak pretensjonalnie, jakby chciał błysnąć oryginalnym słowem, którego znaczenie trochę mu się wymyka.

Ubiera się w chałę z wystaw sklepowych. Jest z miasta. Stałych znajomych nie odstępuje na krok. Roi mu się wizja przynależności z przyjaciółmi do lepszej kasty, gdy tymczasem w obcym towarzystwie nie potrafi wydukać nawet słowa. Owszem, dzielnie wygłosi z pamięci referat przed znajomą grupą, ale nie zada najprostszego pytania w obcej. Zawsze myli "bynajmniej" z "przynajmniej" i nie do końca rozumie pojęcie "asertywność". Król szczurów, rzeczywiście moralnie naganny... raczej jedyny myślący wśród dup wołowych i najcięższych frajerów - takie podejście mogłoby wstrząsnąć naszym "społecznie zorientowanym".

Zdarza się, że wysłuchuję oskarżeń przeróżnych ciotek dewotek. Ci ludzie je przypominają - owe żałosne babiszony na wszystkich recepcjach świata, wydzierające się za odchodzącym facetem, bo wczoraj wieczorem było ciut za głośno. Nawet moi klienci, w chwilach smutku demonstrują odwagę cywilną i pytają "jak ja się z tym czuję". Gdy dowiedzą się, że jestem dopiero na III roku, najpierw nie wierzą, potem okazują pogardę. Zacząłem więc kłamać.

Większość tych sierot ma jednak wszystko gdzieś. I tych wolę. Nie rozpraszają uwagi.

 

Cyryl siedzi teraz wstydliwie przede mną w modnym sweterku w serek, pochylony, ze świszczącym oddechem, żłopiący hektolitry kawy, która może mu pomaga. Napuchłe oczy zdają się należeć do kogoś innego; błądzi wzrokiem gdzieś po brudnych ścianach. Z radiomagnetofonu dobywa się cichutki klasyczny jazzik. Mnie odpowiada wyłącznie cisza. Wpatruję się ubawiony w jego myszkujące tu i tam ręce, jego bose stopy, które wygina w każdą stronę, jego tłuste włosy przylepione do czoła. I ten zaduch wiecznie domkniętych okien. Nigdzie nie widzę wody; stoi jedynie kubek z resztką kawy. Na parapecie kolejny z fusami, lubi naturalną. Długo by nie pociągnął.

Tłumaczy, że nie zdążył, że nie dał rady. Nikt by nie zdołał w tak krótkim czasie.

- I co mam z tobą zrobić? - pytam zaciągając się papierosem.

Chowa głowę w ramionach i wbija wzrok w stos kartek.

 

Cyryl, Cyryl... pamiętam jak przyszedł do mnie po raz pierwszy pół roku temu. Dziarskim krokiem wepchał się do środka wynajmowanej kawalerki i wsunął ręce w kieszenie, odchylając do tyłu poły szarego płaszcza. Pieprzony Belmondo.

- To ile bierzesz? - odezwał się po chwili.

Jego piękną twarzą przemknął grymas ledwo ukrywanej pogardy. Nie spuszczał ze mnie oka. Pobujał się chwilę z rękami w kieszeniach, obejrzał kilka przykładowych prac magisterskich i umówiliśmy się wstępnie. Zarezerwowałem dla niego trochę czasu.

 

Godziny, minuty to wyłącznie jednostka opisowa, wymyślona po to, byśmy nie powariowali. Czasu nie ma, wytworzyli go ludzie nie mogący znieść faktu własnego istnienia. A być może lękamy się terenów opanowanych przez to, co zwykliśmy nazywać czasem; terenów, gdzie rozkłada się cuchnące bagno, w środku lasu spowitego lepką mgłą.

Dziś, na III roku studiów, czas pędzi dla mnie jak lokomotywa. W liceum przypominał raczej stojącą maź i wywoływał desperację swoim bezmiarem. Wygrane i przegrane, indywidualne czytanie, samotne ciężkie treningi i właśnie ta obfitość czasu, której nienawidziłby chyba każdy. Gubienie zegarków, spanie do południa, telewizja i rower, i rodzice, którzy nie chcą dawać mi teraz złamanego grosza to przeszłość. Teraźniejszość natomiast składa się z bliźniaczych dni podzielonych na partie.

Wprowadziłem do życia pewien porządek. W dni wolne wstaję o godzinie dziewiątej. Godzina szesnasta to czas przygotowywania obiadu, ryż Basmati i porcja białka, a także koniec pisania. Szybka przemiana materii, po równej godzinie, poświęconej czytaniu i tłumaczeniu książek angielskich - ostatnio scenariuszy: na przykład Mata Damona i Bena Afflecka Good will hunting (skroili w kilka miesięcy scenariusz, za który Akademia Filmowa przyznała im statuetkę Oscara) - po godzinie jestem już na siłowni. Nie zdarzyło się jeszcze, bym nie zmęczył się w trzydzieści, trzydzieści pięć minut, jak w planie. Resztę dnia wertuję eseje, biografie, powieści historyczne, i - taka ładna nazwa - szkice, beletrystykę nieregularnie.

Szperam też w internecie. Starazolin do oczu, by zanurzyć się w chaosie ludzkiej natury dzięki stałemu łączu. Pierwocina uporządkowanego wszechświata, trajektoria tego układu to jak krzywa chaosu; najmniejsze zaburzenie i układ staje się początkiem i końcem. Romantycznie rzecz biorąc, podąża zupełnie nie tam, gdzie wydawało się, że zabrnie. Tak samo jak my - błądzimy wewnątrz tego fraktala "co-za-pieprzony-bajzel" nie mając pojęcia gdzie zmierzamy, a nawet gdzie zamierzaliśmy zmierzać na początku. Podróż w mniemaniu naiwnych kontrolowana, którą niby można przerwać w dowolnej chwili, zapomnieć, zająć się naszym własnym burdelem rzeczywistości. Kupiłem nawet LCD, by móc dłużej się w to wszystko wpatrywać. Podnieca mnie sztuczność i tandeta sieciowej wiedzy, wywołując też znużenie i rozdrażnienie. Spać kładę się o pierwszej. W dni szkolne piszę po treningu, jednak nigdy nie dłużej niż do dwudziestej.

Doby spadają jak bursztynowe koraliki z przerwanego naszyjnika, turlają się wzdłuż ścian, wpadają pod szafę, bywa że je rozdeptuję. Pierś przeszywa promienisty ból, kiedy czasem pozwalam sobie na retrospekcję lub wzruszenie. Albo kiedy coś mnie rozkojarzy.

Myślę o własnych słabościach, jednocześnie nabierając powietrza w płuca. Podejrzewam, że Cyryl nigdy nie zrozumiałby słowa sentymentalizm. Choć może... Niezwykle czasochłonne okazuje się pisanie, czytanie, przygotowywanie jedzenia. Trenuję dwa dni pod rząd, dzień przerwy, i kolejne dwa dni. Niezbyt smaczne sałatki z białek jaj, indyka, ryżu szykuję pierwszego dnia i czwartego, tak by starczyło na oba dni treningu. Ser biały przygotowuję z jogurtem lub przyprawami również na co najmniej dwie doby. W ten sposób oszczędzam dodatkowy czas. Choć i tak nie potrafię zdążyć; jestem wolniejszy od upływających minut, nieporadny w obliczu kończących się tygodni, miesięcy, a tak nie wiadomo kiedy...

 

Najczęściej pytają mnie, jak ja to robię. Cyryl też - na przykład w tym gustownym lokalu, gdzie cały wieczór panował niezmordowany Miles Davis - niedługo po tym jak po raz pierwszy kiwał się z rękami w kieszeniach na środku mojej kawalerki. Pogrążam się w żałosnej próżności, gdy słyszę podobne pytania. Ale odkryłem, że bywa to stymulujące.

Jak to robię? Majstrowanie prac magisterskich opiera się na tak banalnym schemacie, że moim prawdziwym poświęceniem jest towarzysząca temu nuda. Oczywiście podstawą są lektury. Mam niezłe układy z bibliotekarkami; ofiarowałem im parę książek, jestem wiarygodny. Każda praca dotyczy jakiegoś zjawiska, pojęcia i nawet najbardziej zawiły tytuł można sprowadzić do kluczowej kwestii, którą opisujemy. Jestem tani, chcę mieć klientów; bywam blisko, cieszę się niezależnością.

Nie boisz się? Czego miałbym się bać? Nauczycieli? Nie sposób udowodnić, że ja napisałem przedłożoną pracę. Pisaniem zarabiam na życie. Brak pieniędzy może się wiązać z wydatkowaniem czasu. A na to pozwolić nie można. Politechnika Warszawska zlewa się ze wszystkimi uczelniami w jedno, wszystkie są takie same. Pewnego razu sprzedałem jedną pracę trzem osobom, które nigdy nie widziały mojej twarzy. Jeden wydział: Zarządzania i Ekonomii. Katedra Nauk Humanistycznych: "Konflikty w organizacjach", Instytut Zarządzania: "Konflikty w organizacjach", Katedra Ekonomii i Marketingu: "Konflikty w organizacjach". Powodzenia w obronie! A potem spokojne życie i małe pokoiki z półkami wypełnionymi identycznymi czarnymi, brązowymi i zielonkawymi okładkami. Czasem interesuję się, kim jest ten ktoś z pieniędzmi i brakiem czasu. Tak jak z Cyrylem - odkrywam się, rozmawiam. Nic mi nie grozi, jego położenie jest przecież znacznie gorsze.

Ile wyciągam? Dużo. Pisuję również prace, moje ulubione słowo - szkice, eseje, lub cokolwiek na rozmaite konkursy. Przyjąłem z pochyloną głową cztery tysiące złotych od Fundacji Edukacyjnej Przedsiębiorczości za jedną z trzech nagród II stopnia. "Moje studia a wyzwania przyszłego życia zawodowego". Mój podpunkt: Czy wiedza i umiejętności nabyte podczas studiów (w toku procesu dydaktycznego w uczelni, w trakcie praktyk krajowych i zagranicznych, a także studiów za granicą), zarówno w aspekcie poznawczym jak i aplikacyjnym, stanowiły wystarczające przygotowanie do przyszłej pracy zawodowej? Opisałem steinbeckowskie lato pracownicze w Stanach Zjednoczonych. Rozwodziłem się o wyzysku, wręcz penetracji przeprowadzanej starannie przez naród amerykański - któremu woda sodowa w taki fajny sposób uderzyła do głowy - na dziewiczych Europejczykach, następnie o nieopisanym stresie młodego człowieka, który stawia czoło życiu na płaszczyźnie zawodowej, w końcu o chętnie dyskutowanej ostatnio bezużyteczności pewnych zakresów kształcenia. Zawadziłem też o dwadzieścia tysięcy złotych, które przywiozłem stamtąd na czysto po dwóch miesiącach (mając niecałe dwadzieścia lat) i jak to się ma do świeżego absolwenta najlepszej uczelni w Polsce.

Wyjawiłem Cyrylowi kilka wyselekcjonowanych szczegółów. Siedzieliśmy wtedy przy piwku, w zadymionym "Saksofonie" na Zamenhofa. Spoglądał na mnie, stukając srebrną zapalniczką o stolik. Jego oczy świeciły, w blacie stolika odbijało się również jego zmieszanie, gdy zapytałem pół serio:

- A ty... spędzasz jakoś czas?

Pasuje tu Gombrowicz: stropienie było absolutne.

- Dziewczyna, przyjaciele - odparł po wahaniu. - Wódka... naprawdę lubię jazz, dorabiam w pracowni marketingowej, znajomi moich starych... nie wiem... leci.

Odwrócił wzrok i napił się piwa, wzruszając ramionami.

Nasze spotkania były częste. Dzwonił mniej więcej raz na dwa tygodnie. O czym rozmawialiśmy? Nie pamiętam. Wiem, że po kilku godzinach w jego towarzystwie ziewałem, chowając usta w zgięciu ramienia. Konwersację uznali ludzie za uczciwą zasadę obcowania z innymi. Lecz nadchodzi nieuchronna pierwsza minuta twojego szybowania poza przestrzenią rozmowy, później przychodzą następne.

Bardziej od opowieści interesował mnie wyraz jego twarzy, ułożenie ciała, gestykulacja; wymiar, w którym zdawało mi się, że widzę coś innego. Nie od początku wiedziałem, co to znaczy, może znaczyć; prawda odkrywała się przede mną po kawałeczku. Ufałem, że myśl i zamiar dojrzeją.

Doskonale go poznałem, trudno jednak powiedzieć, jaki jest. Przystojny, młody facet, który ukrywa przed samym sobą nawet, że nudzi się śmiertelnie, mając jednocześnie wiele zajęć i nadzieję na szybkie pieniądze po studiach. Stosunek do obcych kobiet na trzeźwo: rezerwa. W istocie nieśmiałość, jeszcze głębiej skrywana od nudy. Stosunek do samotności w dowolnej postaci: przedpoborowy. Jeszcze nie czas. Spotyka się z jedną dziewczyną zbyt długo, picie wódki będące bezpośrednim następstwem braku dobrego filmu, popołudniowe wpadanie do zdziwionego kolegi, ni stąd, ni zowąd. I jeszcze sztandarowe "nie-wiem-co-powiedzieć". Robił to wszystko. Te fakty są równie banalne, co przedstawianie ich i wiem, że może niewiele o nim mówią, a może wszystko.

 

- Daję ci dwa tygodnie na napisanie pracy.

Obserwowałem z uwagą jego ściągającą się twarz, ognik w oczach, gdy wydawał z siebie zawsze durnowate "Co?", chwilę potem skurcz rozbawienia.

Obawiałem się, iż jednak będę musiał tłumaczyć mu wszystko. Czułem wstręt na samą myśl o tym, nie bądźmy dziećmi, ale to go przerosło. Zdumiewające, jaki szok wywołuje na człowieku porządny cios w twarz. Myślę, że niewielu facetów dostało kiedykolwiek w twarz - na trzeźwo, wiedząc, że to się zbliża. Och, akurat wówczas Cyryl nie wiedział, że się zbliża. Nieistotne. Pamiętam po prostu, jakież zdumiewające odkrycie czekało mnie po przygodzie pewnej nocy; jakbym przeskoczył kilka szczebli rozwoju na raz. Niektórzy marzą o tym, żeby dostać po pysku, naprawdę.

Gdy wcześniej pytał mnie, jak idzie praca, zawsze odpowiadałem, że doskonale. Pokazałem mu nawet. Zaniósł jakiś rozdzialik promotorowi.

Dwa tygodnie. Mój rekord przy pisaniu prostej pracy.

- Rysunki i wykresy zrobię ja, masz tu plan pracy, nawet kilka tytułów książek - rzuciłem na stół dyskietkę. - Franchising to niezbyt trudny temat.

Nie odwrócił się, trwał skulony, przyciskając rękę do twarzy.

Już następnego dnia rano poszedł do kogoś, kogo nie odwiedzał w zeszłym miesiącu. Gdy stanąłem na drodze, z wrażenia wypuścił plecak z rąk. Powiedziałem, że chciałbym, by traktował mnie poważnie. Zabrałem mu kilka kartek i dwie płyty CD-R z plecaka.

Pojawił się kolejnego dnia. Za nim stało dwóch misiowatych kolegów. Ich twarze rozjaśniały serdeczne uśmiechy. Odczytać z nich można było jedno: witaj przeznaczenie. Cyryl napawał się chwilą, obnażając białe zęby.

- No i co? Myślałeś, że będziesz się, kurwa, ze mną bawił?

Zacierał ręce.

Nigdy nie potrafiłem się bić, ale nie byłem też słabeuszem. Szkoła średnia upłynęła między kolejnymi okrążeniami na bieżni, makabrycznymi obozami sportowymi i koszykówką, a biblioteką. Nasz trener, neofita z ogromną pojemnością płuc, pokazywał nam kolejne fazy zmęczenia. Na studiach zacząłem odwiedzać siłownię. Jadę prawie na czysto, jeden tylko cykl zastrzyków sustenonu dawno temu, to wszystko. Brałem częściej HMB, glutaminę, oczywiście kreatynę. Bez tego, próby budowania masy przypominają śmieszne przerzucanie żelastwa.

Popchnąłem tego z lewej. Cyryl z tym drugim odsunęli się zdziwieni. Chybiłem parę razy. Od początku chciałem trafić go w nos, markując ciosy bokami, by zmniejszyć jego czujność. Podbił mi oko, nim wreszcie jego twarz zalała krew - po tym jak moja pięść skrzywiła jego nos, niczym kawałek drutu. Kopnąłem go w krocze. Rozbiłem mu jeszcze na głowie pochwyconą z biurka lampę.

Wiedziałem już, że drugi osiłek zwątpił. Czuło się ten zapach w powietrzu. Chwyciłem znowu lampę. Zasłonił się i skulił. Cyryl wycofywał się w stronę drzwi i dopiero wtedy zauważył coś, co jego kolega dostrzegł odrobinę wcześniej. Wręcz uderzył głową w potężną pierś Piotrusia.

Trójka napastników ulotniła się w dziesięć sekund. Piotruś spojrzał na mnie z szacunkiem, jak zawsze. I poszedł do domu; tkwił tu przecież cały dzień.

Odczułem ulgę, ścierając krew z wykładziny. Chłopcy w niezłych ubrankach i o delikatnych dłoniach. Byli po prostu duzi i przyzwyczajeni do tego, że wzbudzają popłoch.

Cyryl więcej już nie próbował podobnych sztuczek.

Odwiedziłem go dwa dni później i naprawdę siedział przed dziewiętnastką Samsunga, męcząc się z nagłówkami i spisem treści w Wordzie. Pokazałem mu jak to robić i zostawiłem samego. Skontrolowałem go jeszcze kilka razy w ciągu tych dwóch tygodni. Pisał, choć w ślimaczym tempie. Pomagałem w redakcji, zdradzając przy okazji kilka sztuczek na watowanie objętości. Widzisz, tłumaczyłem, i tak nikt prawdopodobnie nie przeczyta tej pracy, chodzi przede wszystkim o zapełnienie około stu stron w miarę poprawną treścią. Mrużył zmęczone oczy i wspominał cicho, że promotor wyznaczył konkretny termin. Kiwałem głową, słusznie, został ci jeszcze tydzień, cztery dni, dwa dni, skończyłeś już? Jeden dzień.

 

Przeglądam jego notatki dotyczące praktycznego rozdziału. Zaglądam mu w twarz, teraz nie dostrzegłbym uśmiechu ani płaczu, tak bardzo bladość pozbawia wyrazistości. Utkwił wzrok w moim torsie. Od pewnego czasu już nie patrzy mi w oczy. Mętnym głosem coś wyjaśnia, rozkłada ręce, wskazuje na notatki, na ekran monitora, przekłada wydrukowane kartki, żeby pokazać, udowodnić. Ton brzmi teraz niemal płaczliwie. Na krześle leżą znoszone ubrania, pod szafą brudne skarpetki, biurko tonie w pomiętych kartkach z naniesionymi poprawkami, niektóre sklejone słodzoną kawą. Strzepuje okruszki po ciastkach i podaje mi kolejne kartki, że z tego wynika pewna standaryzacja, a ustęp o przekazywaniu technologii znajduje się nieco dalej, po czym gmera wśród książek, kserówek i ciastek w czekoladzie, żeby mi pokazać to dalej, udowodnić kolejną kartką z Times New Roman, dwanaście, należyta interlinia. Prawie się udało, w zasadzie się udało, naprawdę się udało, mimo wątpliwości. A ja go oceniam, słucham, rozważam ciąg dalszy. Wynoszę nowe nauki, mam już mokre plecy, przychodzi mi do głowy fantazyjny pomysł... Poza tym trzeba tu co nieco poprawić. Dociera woń jego kilkudniowego potu, czego Cyryl jest chyba świadom, bo kręci się nerwowo.

Celebrujemy rosnącą ciszę, a on omal nie rozlewa kawy...

 



Adam Kantorysiński - (ur. 1980 r.) mieszkaniec Kołobrzegu. Student IV roku technologii zarządzania w Łodzi. Debiutował w "Łabuziu" (nr 33/2000) fragmentem prozy "Pochód ciszy".

 

Ludwik Cwynar

KU LUDOWOŚCI

W ukazującym się w Bydgoszczy interesującym miesięczniku literackim "Akant" nr 8 (60) Anna Glazik zamieściła artykuł "Jędrzej Wowro (1864-1937) - inspirator". Przedstawia tam jednego z najwybitniejszych rzeźbiarzy ludowych, podziwianego w okresie międzywojennym, dziś niesłusznie zapomnianego.

Po drugiej wojnie światowej większą, nawet międzynarodową, sławę zdobyli malarze - amatorzy: naiwny prymitywista Nikifor Krynicki i emerytowany górnik Teofil Ociepka.

W rzeźbie sławy większej niż Jędrzej Wowro nikt nie zdobył. W XIX wieku znany był z nazwiska wielkopolski rzeźbiarz ludowy Paweł Bryliński z Wieruszowa (1813 - 1890) - twórca kapliczek przydrożnych. Jakże często w sztuce ludowej bywało i bywa tak, że nazwisko twórcy znane jest tylko małej grupie koneserów, rodzinie, sąsiadom; najczęściej folklor jest anonimowy. Można dostrzec tu analogię ze sztuką średniowiecza. Artyści wieków średnich pozostawali niejako programowo bezimienni, Bóg i święci pańscy byli bowiem najważniejsi i ich tylko należało rozpoznać oraz darzyć chwałą. Sztuka na chwałę bożą! Od epoki renesansu dzieło buduje sławę artysty. Zabieganie o zasłużoną sławę nie jest już grzechem pychy. Nieodległy przykład Moniki Lewinsky dowodnie świadczy, że dziś zła czy dobra sława - byle sława!

Jędrzeja Wowra (tak odmieniano to nazwisko - przydomek od Wawrzyńca) skandale ominęły. Zgodność światopoglądu, życia i tematyki dzieł budowały tę harmonię, że pytamy, czy dzieła tworzyły artystę, czy też snycerz tworzył dzieła?

Tę pozorną tautologię tak językiem poezji ujął odkrywca talentu Jędrzeja Wowra poeta Emil Zegadłowicz w "Balladzie o powsinodze beskidzkim świątkarzu, o Bogu prawdziwym i Chrystusie frasobliwym rzeźbiącym świętego Wowra" ("Powsinogi beskidzkie" 1924):

 

[...] przed nim leżą świątki dopiero odrobne

koślawe nieruchome - do niego podobne

łby graniaste jak jego - wyłupiaste oczy

kropla w kroplę - on cały - wowrowi kumotrzy -

 

trzyma se kolanami biały kloc lipowy

i tnie kozikiem walnie - będzie Panbóg nowy -

- lecą wióra okrajki - ostaje się ciało

które widać już przedtem w drzewie kształt swój miało

a w ciele duch się krzesi taką koniecznością

jak gwiazdy się rodzą skroś i pod wiecznością -

 

snycerz bogów, beskidzki Wowro powsinoga

z kloca uzdajanego rzeźbi swego Boga

smutnego beznadzieją jak wowrowe życie

zawstydzonego sobą w tym bycie - niebycie - [...]

 

- zasnął Wowro strudzony

świętobliwą pracą -

ten snycerz nieuczony

to boże ladaco [...]

 

a Chrystus frasobliwy

za oknem stojący

nakazał palcem ciszę

ciżbie stróżującej [...]

 

wyjął mu z między kolan

kloc, a kozik z dłoni -

- usiadł pobok - nad pracą

krwawą głowę kłoni

 

i struga raz po razu

patrzący w męczeństwo

by utrafić ze śpiącym

rzeźby podobieństwo [...]

 

skończył - przygładził ręką

i w pokornej skrusze

wyjął z śpiącego Wowra

rozbożoną duszę [...]

 

i wetchnął ją Bóg w ono

wystrugane ciało -

zewłok zastygł bezradnie,

a drzewo zadrżało [...]

 

Mozolne było życie Wowra. Urodził się w Gorzeniu Dolnym koło Wadowic w rodzinie chłopa - pijaka. Gdy pasał krowy, rzeźbił. Wkrótce jednak poszedł do roboty w karwińskiej kopalni (Wszystko to się dzieje w zaborze austriackim, który obejmuje Beskidy jak i Czechy). Wypadek górniczy przerwał jego pracę.Wrócił do Gorzenia, ożenił się ze starszą od siebie wdową. Jej czytanie żywotów świętych i jego pielgrzymowanie do Kalwarii Zebrzydowskiej, Częstochowy, Ludźmierza, na odpusty podsuwało mu tematykę prac rzeźbiarskich. Pracował w papierni wadowickiej i w lesie, gospodarzył po ojcu. Po śmierci żony ożenił się ponownie. Jedyny syn z czwórki dzieci też imał się snycerki. A Jędrzej znów pojechał zarabiać na saksy (do Prus), potem budował kolej beskidzką, jeszcze najął się do pracy w zaborze rosyjskim. Podczas I wojny światowej wrócił na dobre do Gorzenia i do rzeźby.

W 1923 roku zainteresował się wreszcie Jędrzejem Emil Zegadłowicz - poeta, "rzecznik nawrotu do regionalnej kultury ludowej", pan na dworku gorzeńskim, młodszy od Wowra o jedno pokolenie.

Odtąd rosła sława Jędrzeja Wowra. Zegadłowicz zainteresował wowrowymi świątkami i ptaszkami amatorów sztuki ludowej i artystów (a i sam zlecił wykonanie "piecątek" - drzeworytów do "Powsinogów"). I tak Wowro inspirował rzeźbiarzy i malarzy Zbigniewa Pronaszkę, Tytusa Czyżewskiego, Ludwika Misky`ego, Juliana Fałata, Wojciecha Weissa, Jerzego Hulewicza, Tadeusza Suknarowskiego ...

Miejsce młodopolskiej chłopomanii zajęła uważna i dogłębna wrażliwość na wieś, jej ludzi i sztukę. Dodajmy, że po śmierci Wowra, wiele jego rzeźb z gorzeńskiego zbioru Zegadłowicza wywieźli okupanci. Ocalało niewiele.

W 1957 roku teksty Zegadłowicza i Edwarda Kozikowskiego złożyły się na książkę "O Jędrzeju Wowrze, snycerzu beskidzkim". W latach 80 - tych w zegadłowiczowsko-wowrowym kształcie " Spowiedź w drewnie. Rzecz o Jędrzeju Wowrze" zrealizował najwybitniejszy twórca teatru lalkowego Jan Wilkowski (Teatr "Pleciuga". Szczecin).

 

*

Emil Zegadłowicz (1888-1941) poeta, dramaturg, powieściopisarz, trochę filozof, historyk i koneser sztuki, chwilowo urzędnik ministerialny w niepodległej Polsce, pracownik teatru i radia, czasem publicysta i tłumacz, wreszcie radykalny działacz ruchu wiejskiego wracał wciąż do swojego ukochanego Gorzenia Górnego.

Był synem greckokatolickiego księdza i wnukiem czeskiego muzykanta. W domu gorzeńskim znajdowała się spora biblioteka. Wpływ na chłopca wywarła także wieś, jej język, legendy, chłopska filozofia i religijność ludowa. Po ukończeniu wadowickiego gimnazjum studiował E. Zegadłowicz historię sztuki, filologię polską i germanistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, a także w Niemczech (Drezno) i Wiedniu. Wywarła nań też wpływ cyganeryjno -kawiarniana atmosfera Młodej Polski. Zaczął Zegadłowicz swą twórczość od klasycyzujących sonetów, jednak - dusza porywcza i romantyczna - nie mógł długo utrzymać się w karbach klasycyzmu.

W 1917 roku przyłączył się do grupy ekspresjonistów skupionych wokół pisma "Zdrój" (redagował J. Hulewicz - mistyk, pisarz i malarz). Związawszy się w 1921 roku z pismem "Ponowa" (Karol Irzykowski, Jan Nepomucen Miller) zbliża się do poezji ludu, w pieśni ludowej widząc odrodzenie duchowe narodu. Wtedy też zaczął kształtować się program "Czartaka" (od 1922 r.). Grupa czartakowców, której E. Zegadłowicz przewodniczył (Edward Kozikowski, J. N. Miller, Zofia Kossak-Szczucka), związana jest z Beskidem Małym i Makowskim, z rzeką Skawą. Czartak to opuszczony rzekomy zbór arian w Mucharzu koło Suchej -duchowa siedziba grupy.

Jan Prokop w artykule "Prymitywizm w kręgu Czartaka", określając poezję twórcy "Powsinogów ...", pisze: "Modernistyczny franciszkanizm przesycony witalizmem i ludowy sensualizm religijny łączy się u Zegadłowicza w swoistym naturalistycznym mistycyzmie, pochwalającym życiodajne siły natury. I Bóg jest jak gdyby w nie uwikłany, wplątany w przyrodę". A mądrości - dodajmy -przeciwstawia poeta wszechmiłość.

Zostawmy na boku wszystkie "izmy" i posłuchajmy:

 

... Cicho... szumi listowie... rozmowne gałązki

ślą półszepty beskidem ku granicy śląskiej...

... przygwarzają... znów... cicho... straśno tak i ciemno

noc jest tako wielgaśno i tako pojemno -

... cicho... ciap... jabłko spadło... gałązki trzepocą

gacek i lelek lecą w pogoni za nocą...

cicho... szum... las i rzeka... tu cienie... tam cienie...

cosik się zaś łopoce... wieczne odpocznienie...

anioł pański... westchnienie... śpisz... słuchaj... słuchają...

noc się walnie przypiero ku śliwkowym gajom -

 

Urzeczeni nastrojem tych 13 -zgłoskowych wersów "Ballady o (...) powsinodze (...) sadowniku" mimo woli obniżamy siłę głosu do piano i pianissimo. Duża ilość pauz zwalnia tempo lektury do adaggio czy largo. Nastrój nocnego słuchowiska tej pięknej liryki dopełniają onomatopeje. Dziś lirycy są bardzo powściągliwi!

Pisze Zegadłowicz sztuki teatralne w duchu religijnej mistyki, symbolizmu. W wystawionej w krakowskim teatrze Słowackiego "Lampce oliwnej" wystąpiła sama Stanisława Wysocka. W Poznaniu grają groteskę "Łyżki i księżyc" (przypomniał ją również Szczecin w ostatnim ćwierćwieczu). W tym czasie powstaje cykl powieściowy "Żywot Mikołaja Srebrempisanego", przekład "Fausta".

Jednak wkrótce pojawiają się kontrowersje. Śmiałe jak na polskie lata trzydzieste "Zmory" wywołują skandal. Dziś ich adaptacja filmowa dokonana przez Marczewskiego należy do najwybitniejszych przeniesień prozy na ekran w naszej historii kina. "Motory" (ilustrowane przez Stefana Żechowskiego) - z piętnem pornografii - konfiskuje policja.

Wznowione w 1981 roku - okazały się niegroźne obyczajowo i politycznie.

Radykalizm pisarza z ostatnich lat przed wojną objawił się w powieści "Martwe morze" i dramacie "Wasz korespondent donosi" o strajkach chłopskich. Już podczas wojny pisze dramaty "Sind sie Jude?" i "Domek z kart". Rękopis pierwszego zaginął, drugi - wystawiano w czasach stalinowskich masowo, bo szyderczo ukazywał rządy sanacji.

Pogrzeb Zegadłowicza w Sosnowcu, gdzie zmarł po ciężkiej chorobie na początku 1941 roku, był małą polską manifestacją w latach okupacji hitlerowskiej.

Pierwszy po wojnie polski znaczek pocztowy przedstawiający pisarza to znaczek z Emilem Zegadłowiczem. Ukazuje medalion z popiersiem pisarza oraz zbór Czartak w Mucharzu na tle panoramy Beskidu (W 1971 r. Poczta Polska wydała kartę pocztową z narysowanym znaczkiem "30 rocznica śmierci E. Zegadłowicza"). Dopiero po nim, w tym samym roku 1947 ukazała się seria "Kultura polska" z Bogusławskim, Świętochowskim - Żeromskim - Prusem, Wyspiańskim - Słowackim - Kasprowiczem i Mickiewiczem. Po paru seriach znaczków z Bierutem na Staszica trzeba było czekać do 1951 r. Dlaczego piszę o markach pocztowych, wkrótce się wyjaśni.

W domu w Gorzeniu Górnym utworzono Muzeum Zegadłowicza (obecnie chyba wciąż w przeciagającym się remoncie).

Nadskawie wydało w odstępie trzydziestu lat dwóch poetów: kontrowersyjnego lecz prostego Emila Zegadłowicza i niekontrowersyjnego lecz hermetycznego Karola Wojtyłę. Ten drugi porzucił poezję dla spraw większej wagi.

 

*

U styku Regi i Starej Regi na kolonii Worowo (gm.Łobez) po II wojnie światowej żył i tworzył artysta ludowy, rzeźbiarz, Zygmunt Skrętowicz. Nie szukał wygód. Przyjechawszy na Ziemię Łobeską jako repatriant zza Buga w sierpniu 1945 roku (jeszcze mieszkali tu Niemcy), zasiedlił niewielkie gospodarstwo pary starych rolników z synową. Zakrawa to na paradoks, ale Niemcy ucieszyli się; pusty dom zapełnił się gwarem sześciu córek Skrętowiczów, starsze mogły już pomagać w gospodarstwie, w którym przez lata wojny zabrakło silnych, młodych rąk, na dodatek Zygmunt Skrętowicz znał się na kowalstwie... Przez dwa lata wspólnego życia na tym odludziu, 2 km od wsi Worowo, przy lampie naftowej zaprzyjaźnili się i zżyli jak rodzina.

Kiedy Niemców wysiedlano, stary złożył na wózek jakieś tam rzeczy i przed świtem ruszył na dworzec w Łobzie. Ktoś jednak i z tej biedy ich ograbił. Transport organizował się dwa dni. Skrętowicz był na dworcu nazajutrz, a gdy dowiedział się, co się zdarzyło, zaraz dowiózł nowe rzeczy w miejsce tych zrabowanych.

Anna Maroszczuk, córka Skrętowicza, wspominając tamto wydarzenie sprzed pięćdziesięciu pięciu lat ma łzy w oczach.

Zygmunt Skrętowicz, mistrz dłuta i kozika, zaczynał jako... kamieniarz. Urodził się 25 października 1902 roku w sławnej na Ziemi Łobeskiej wsi Kuropatniki w powiecie Brzeżany w województwie tarnopolskim. Sławnej - bo tamtejsi repatrianci trzymają się razem, organizują zjazdy i wspominki. Przyjechali bowiem z wielkiej polskiej wsi z tradycjami; z polskim księdzem, chorągwiami, obrazami... Nie dla wszystkich starczyło miejsca w Sielsku, rozproszyli się, ale wszyscy zachowali coś z tej staroświeckiej kultury dalekich kresów.

Skrętowiczowie na Podolu ziemi mieli mało. Starszy brat Zygmunta parał się kowalką, wziął Zygmunta na naukę i do pomocy, ale roboty w kuźni było niewiele.

W tamtych stronach nie brakowało kamienia, był udręką na polach, ale nadawał się do utwardzania dróg, obkładania pochyłych skarp, do murowania... i na ostatnią drogę, na kamienne nagrobki. Pochyłe, zbutwiałe krzyże ze starych cmentarzy, jakby nieodłączny element polskiego pejzażu, tam ustępowały miejsca jasnym, wysokim nagrobkom z krzyżem lub figurą Matki Boskiej, wykutym z kamienia, z rytym napisem.

Wkrótce utalentowany kamieniarz - samouk zaczął być konkurencją dla miejscowych producentów nagrobków, aż próbowali siłą ograniczyć jego wzięcie.

Choć minęły czasy panowania cesarza austriackiego i nastały polskie porządki, Skrętowicz nie odmawiał roboty i miejscowym Rusinom. Łatwiej mu było potem przeżyć okupację i ukraińskie pogromy. Starszą córkę wywieziono na roboty do Niemiec. Szczęśliwie w wędrówce na Zachód spotkali się w Katowicach.

Skrętowicz był zawsze pogodnym człowiekiem, z każdym się przyjaźnił, nie smucił, a nadzieją mógł obdzielać innych. Dobry humor go nie opuszczał, gdy nastały kołchozy peerelowskie. Kiedy je rozwiązano, wkrótce zdał ziemię za emeryturę. Mógł wreszcie rzeźbić!

Polodowcowe głazy na pomorskiej ziemi dawno już zostały przebrane, ostały się trudne na obróbki otoczaki z granitów skandynawskich. Rozkochał się w drewnie. Rzeźbił w wiśni, wierzbie, brzozie, lipie ...

Gdy rzeźb świątków, bukietów, ptaków powstało więcej, zaczęli doceniać go oglądający i obdarowani.

W 1962 r. został zaproszony na zjazd rzeźbiarzy ludowych zorganizowany przez ministerstwo kultury i sztuki i Centralę Przemysłu (sic!) Ludowego i Artystycznego (Cepelię). Może garncarze i kilimiarze tworzyli na skalę przemysłową, ale snycerze?

 

W zachowanym w rodzinie egzemplarzu tygodnika "Kultur und unserer Zeit" (1967) czytamy o polskim tygodniu w Hamburgu. Obok prezentacji gospodarczych były kulturalne. Te zbierały najlepsze recenzje. Prezentowano literaturę, muzykę, film, plakat itd.

Była sztuka ludowa: malarstwo Marii Korak i Nikifora oraz figury Zygmunta Skrętowicza.

Wstrząsające wrażenie zrobiły cykle rzeźb "Oświęcim" i "Bełżec". Były to na ogół polichromowane płaskorzeźby, często podzielone na dwa plany: górny zajęty przez okrutnych oprawców i dolny - ze sponiewieranymi ich ofiarami (kompozycja pasowa spotykana w pracach prymitywistów).

Popularność Skrętowicza rośnie. Jego rzeźby ma Wojciech Siemion i Wiktor Zin, kolekcjonerzy w Szwajcarii, USA, Niemczech zachodnich, Anglii. Organizują mu indywidualne wystawy w Kazimierzu Dolnym, Olsztynie, Szczecinie, w Salonie Przyjaciół Sztuk Pięknych w Warszawie. Rzeźby trafiają do warszawskiego Muzeum Etnograficznego.

W 1970 r. Skrętowicz wysyła list do ówczesnego ministra kultury i sztuki Lucjana Motyki. Skarży się, że mieszka z dala od drogi, rzeźbi przy lampie naftowej. Prosi o stypendium twórcze lub zapomogę. Zaraz jednak osobista prośba zamienia się w litanię żalów Stowarzyszenia Twórców Ludowych, w którym działa. Oburza się na wygórowane opodatkowanie, na niezrównanie artystów rzeźbiarzy ludowych, nawet tych znanych w świecie, ze zrzeszonymi w Związku Artystów Plastyków, na reprodukowanie ich dzieł bez gratyfikacji finansowej, ba, nawet bez zawiadomienia twórcy o takim wydawnictwie (W końcu 1969 roku jego rzeźba znalazła się na zamykającym serię " Polska rzeźba ludowa" znaczku przedstawiającym " Kataryniarza"; nota bene - w katalogu znaczków Poczty Polskiej z 1984 r. zatytułowano go błędnie "Uczta II"). List pozostał bez odpowiedzi. Rok później jakiś ministerialny biuralista pisze w urzędowym stylu, że " obywatel przynosi chlubę ludowej ojczyźnie".

Skrętowicz wysyła swoje prace do rodziny Churchilla, szacha Iranu, wdowy po Kennedym, Gomułki. Pierwsi serdecznie dziękują. Z kancelarii Gomułki przychodzi obelżywa odpowiedź o " bohomazach" - wspomina H. Musiał.

Skrętowicz rzeźbi coraz dojrzalsze prace. Teraz już buduje kompozycje rzeźbiarskie w głąb z kilkoma planami. Dzięki ofiarowanym mu z zagranicy dobrym narzędziom tworzy łatwiej i szybciej.

Często ukazuje świat z uśmiechem: " Na targu są złodzieje" - to dziełko, które bardziej kpi sobie z gapiostwa, niż demonizuje problem kradzieży, przechowywana w łobeskim liceum rzeźba przedstawia myśliwych, którzy szparko sadowią się na drzewie; nie wiadomo, czy strzelba jeszcze należy do nich, czy do szarżującego dzika. "Psia mać, krótka piłka!" zawiera autoironię: cóż, obrabiany klocek drewna był trochę za chudy, by wyrzeźbić w nim zamaszysty ruch drwali spiłowujących grube drzewo. Snycerz inteligentnie "zwala winę" na dwóch beztroskich robotników leśnych.

Ale gdzieś tam głębiej zawarte jest poczucie wszystkich artystów, że materiał narzuca zawsze pewne ograniczenia, a efekty - choćby najżmudniejszej pracy -nigdy nie sprostają zamiarom.

Nadchodzi kolejna Wigilia 1972 roku. 70-letni artysta nie czuje się już najlepiej. Po pasterce odwiedza swoich sąsiadów, by się podzielić opłatkiem i pojednać. Nagle przychodzi atak serca. Pozostała niedokończona rzeźba, którą z pietyzmem przechowuje Leon Zdanowicz. Ironią losu jest to, że w niej artysta osiągnął szczyty. Po raz pierwszy wyrzeźbił uczucie: CZUŁOŚĆ. Dokończone są głowy postaci pierwszego planu, czytelna serdeczność młodzieńca, pewna hierarchiczność pierwszoplanowej pary, gesty - mimo woli - kubistycznych sylwetek wystarczająco czytelne. Nieco zdystansowane postacie drugiego planu w swym monumentalizmie są aniołami - stróżami uczucia czy surową wyrocznią losu? Przecież to skończone dzieło!

Pogrzeb na łobeskim cmentarzu zgromadził licznych przyjaciół, artystów, władze. Córka wspomina kwiaty, wśród nich bukiet bzu w środku zimy.

Rzeźby zaś się rozproszyły. Najwięcej (5) znajduje się w łobeskim domu kultury. Te z wystawy pośmiertnej w Szczecinie (1973) nie wróciły już do rodziny. Nawet łobeska córka ma tylko trzy: wędrownego skrzypka i dwa "bukiety". Warto w setną rocznicę urodzin artysty sporządzić spis jego prac.

 

Ludwik Cwynar



Rysunki wykonał autor

 


Jacek Karolak

POSŁAŃCY

W mieście bez imienia, gdzie wieżowce

są jak stalowe drabiny do nieba

pocieszającego echem chorałów

a szatan nie ma już co robić, weź mnie

za rękę i przeprowadź przez smak twoich

ulubionych gruszek spełniających lato.

 

Stąpajmy ostrożnie, żeby nie przywołać

posłańców Boga w smutnych płaszczach

bez skrzydeł, od których robi się ciemno

przed oczami.

 

Oni nie zrozumieją naszego dotyku,

koloru cierpienia, niepowtarzalnego

narzecza krwi. Znają jedynie mentalny

smak potraw z podróżniczych książek

i ciekawość nie doznanych pocałunków.

 

Idźmy cicho o poranku, aby zasłuchani

w śpiew nadmorskiej przestrzeni,

zapatrzeni w nieskończoną linię brzegu

zapomnieli o nas.

 



Jacek Karolak (lat 32), mieszkaniec Warszawy. Zdobywca Grand Prix VI Konkursu Literackiego "O Bursztynowe Pióro" - Kołobrzeg 2002. Prezentowany wiersz pochodzi z nagrodzonego zestawu. Jak podaje w przypisie autor, inspiracją utworu był film "Miasto aniołów" w reż. B. Silberlinga (1998).

 

Bartosz Muszyński

WIERSZYK NAIWNY

przedszkole, pora powrotów. mała

dziewczynka wręcza ojcu rysunek i - z dumą

- mówi: sama narysowałam, tato. tato

nerwowo patrzy na zegarek (dosyć

udana podróbka Rolexa) i odpowiada:

no, ślicznie. uściskałbym cię,

ale nie mam czasu.

 

Bartosz Muszyński

 

Johannes Bobrowski

KOŚCIóŁ WIEJSKI 1942

Dym

wokół śnieżnych dachów i belkowych ścian.

Poprzez urwisko

ślady wron. Rzeka naprawdę

skuta lodem.

 

Tam

odblask, przewrócony

kamień, mury, podłoga,

popękana ta ściana,

 

gdzie stała wieś

naprzeciw wzgórz, rzeka

skakała na przedwiośniu,

jagnię przed drzwiami,

okrągła zatoka

była dla wiatru,

który okrąża wysokości,

mroczny, własny

cień, woła, ochrypłym głosem

przywołuje go

wrona.

 

Johannes Bobrowski
przełożył Andrzej Pańta

 

Barry Holstun Lopez

O WILKACH I LUDZIACH*

Kiedy piszę te słowa, siedzę w małej chacie w pobliżu Fairbanks na Alasce. Zimno skuło tu wszystko w żelaznym uścisku, a długie godziny zimowej ciemności powodują, że przez większość dnia musimy świecić światło. Na zewnątrz, przy temperaturze minus trzydzieści stopni, drewno na opał dosłownie rozpada się na kawałki przy dotknięciu siekierą. W szarości dnia niewiele widać z miejsca, gdzie teraz jestem, poza drewnem z tajgi.

Udajmy się tam.

Przez całe godziny marszu możesz spotkać tylko nieliczne ślady zwierząt na śniegu. Może to być ślad samotnego głuszca albo zająca. Sporadycznie możemy spotkać trop łosia. W tym zimowym uśpieniu rzadko co się porusza. Bardzo trudno żyć w takich warunkach. A jednak wilk żywi się. Poluje w ciemnościach. Jest mu ciepło i czuje się tutaj całkiem dobrze.

Chata, w której to piszę, położona jest kilka mil na północ od miasta w Dolinie Złotego Potoku. Ta dolina stała się znana, kiedy przed kilkoma laty wilki zagryzły tutaj dużo psów. Dolina Złotego Potoku leży na granicy występowania wilków i tamtej zimy wilki zaczęły przychodzić pod domy i zagryzać psy. Właściciel psa niczego nie słyszał - tylko kilka szczęknięć i warknięć, a potem następowała cisza. Snopem światła z latarki oświetlał ciemności, ale niczego nie zauważał. Dopiero rano znajdował obrożę albo kilka kości swojego psa, objedzonych z mięsa. Wilki, poza ogromnymi tropami na śniegu, nie zostawiały żadnych śladów.

Kiedy wilki zabiły w podobny sposób około dwudziestu psów, w miejscowych sklepach pojawiła się petycja złożona z dwóch kartek. Jeśli podpiszesz się pod oświadczeniem na jednej kartce papieru, będzie to oznaczało, że domagasz się od Departamentu Rybołówstwa i Łowiectwa Alaski odstrzelenia wilków; jeśli podpiszesz się pod petycją na drugiej kartce, będzie to oznaczało, że nie chcesz odstrzału wilków. Plan zakończył się niepowodzeniem, stosunkiem głosów pięć do jednego, a Departament odmówił zaangażowania w rozwiązanie problemu. Niektórzy mieszkańcy na własną rękę wykładali na swoich terenach zatrute mięso i stalowe pułapki. Wilki przychodziły zabijać psy aż do wiosny, kiedy to całkowita liczba zjedzonych psów wyniosła czterdzieści dwa.

Kiedy wszystko się skończyło, kilku biologów, poproszonych o wyjaśnienie zachowania wilków, powiedziało mieszkańcom tych okolic, że zima była ciężka i wilki zaczęły zabijać psy dla zdobycia pożywienia. Indianie Athabasca mieszkający w Fairbanks wyjaśnili z szerokim uśmiechem, że choć nic nie wiedzieli o całej sprawie, to może to być prawdą, ale wilki z natury nienawidzą psów. I tylko tyle mieli do powiedzenia. Właściciel sfory psów pociągowych argumentował, że wilk jest mordercą od urodzenia, podobnie jak rosomak i łasica. Dodał, że niektóre gatunki Bóg stworzył na Ziemi, żeby pomagały człowiekowi, a inne, żeby mu szkodziły. Wilk jest szkodnikiem.

Incydent z zabiciem psów w Dolinie Złotego Potoku łączy razem główne wątki książki. Wilki podniecają człowieka i budzą emocje wówczas, kiedy ludzie boją się o swoje życie lub o życie swoich udomowionych zwierząt. Szerzą się wówczas różne wyjaśnienia zachowania wilków. Biolodzy przytaczają dane. Eskimosi i Indianie przystają na naturalne wyjaśnienia ale także dodają szerszą perspektywę mówiącą, że nie wszystko można wyjaśnić, chyba że przy pomocy języka metafor i legend. Właściciel sfory psów zaprzęgowych bardziej jest zainteresowany bezpieczeństwem swoich zwierząt, niż zrozumieniem motywacji postępowania wilków. Ale wszyscy w jakimś stopniu wierzą, że wilki wyją do Księżyca, albo że ważą sto kilogramów, albo że wędrują w watahach liczących pięćdziesiąt osobników, albo że zapach krwi powoduje, iż zaczynają szaleć.

Tymczasem nic z tego nie jest prawdą. Prawdą jest natomiast, że bardzo mało wiemy o wilkach. Większość tego, co wiemy o wilkach, to w istocie tylko nasze wyobrażenie wilków.

Alaska jest ostatnim północnoamerykańskim bastionem wilków. Pomiędzy żyjącymi tutaj Eskimosami i Indianami, biologami prowadzącymi badania terenowe na temat wilka, mieszkańcami okolic Fairbanks, bojącymi się wilków w zimowe noce i pomiędzy działaczami na rzecz ochrony przyrody, którzy dążą do ochrony wilka - pomiędzy nimi wszystkimi mamy do czynienia z ogromną różnorodnością opinii. Zdumiewające jest to, że w większości są to tylko opinie. Nawet biolodzy przyznają, że na temat wilka i jego zachowania mamy mnóstwo pytań.

Powiedzmy, że na Alasce żyje 8 000 wilków. Jeżeli pomnożymy je przez 365 mamy 3 miliony dni aktywności wilka w roku. Badacze mogą w ciągu roku obserwować około 75 różnych wilków w okresie 25 - 30 godzin. Daje to nam okres obserwacji dotyczący 90 dni aktywności wilczej w roku. Obserwacje dotyczą więc zaledwie trzech tysięcznych procenta czasu aktywności wilka. Wnioski płynące z takich obserwacji przedstawiają skalę niewiedzy, a także wskazują jak cząstkowe jest zrozumienie świata na zewnątrz nas.

 

Wilki są zwierzętami niezwykłymi. Zimą 1976 roku myśliwy polujący z powietrza zauważył dziesięć wilków poruszających się grzbietem łańcucha gór Alaski. Zwierzęta nie miały gdzie uciec, więc myśliwy szybko zastrzelił dziewięcioro z nich. Dziesiąty wilk wspiął się na czubek krawędzi grzbietu. Myśliwy wiedział, że grzbiet kończy się pionowym urwiskiem wysokości około stu metrów, więc przyglądał się, co wilk zamierza zrobić. Bez chwili wahania wilk poszybował w dół urwiska i po przeleceniu stu metrów wylądował w śnieżnej zaspie, po czym pobiegł dalej wzniecając chmurę śnieżnego pyłu.

Eskimosi Nunamiut, zamieszkujący środkowy grzbiet Brooks, opowiadają o wilkach jako myśliwych tak samo, jakby mówili o sobie. Wierzą, że wilki znają kierunek drogi, kiedy udają się w poszukiwaniu karibu i, że prawdopodobnie rozpoznają, gdzie są karibu po zachowaniu się kruków. Wierzą też, że w watasze są wilki, które nigdy nie zabijają, są też takie, które specjalizują się w zabijaniu małych zwierząt. Kiedy prosi się ich o uogólnienie, zawsze mówią, że każdy wilk jest inny i zawsze można zaobserwować coś nowego. Kiedy ktoś mówi do Eskimosa, że watahę prowadzi zawsze duży samiec i on zabija, Eskimos odpowiada ze wzruszeniem ramion: "Może. Czasami."

Wilki potrafią urozmaicać technikę polowania, dzielą się jedzeniem ze starymi, które już nie polują i potrafią dawać sobie prezenty. Przez tydzień mogą obejść się bez jedzenia i wędrować ponad 30 kilometrów bez przystanku. Używają trzech systemów komunikacji: przy pomocy głosu, postawy i węchu. Ich ubarwienie waha się od łupkowo-błękitnego, przez czekoladowobrązowe, żółtobrunatne, cynamonowe, szare i blond, aż po prawie białe (w Polsce występują jedynie wilki szare - tłum.). Podobnie jak naczelne, dużo czasu spędzają ze swoimi dziećmi i potrafią się bawić. Sam widziałem kiedyś w tundrze wilka, który przez godzinę zabawiał się skórą karibu, którą obracał wokół siebie.

Możecie o zmierzchu patrzeć na wilki stojące w śniegu i nie widzieć ich. Nie myślcie, że was nabieram, czasami nawet Eskimosi nie potrafią zobaczyć wilków na śniegu, i wtedy uśmiechają się.

Być może wiedzieliście już o wielu tych rzeczach. Może nawet słyszeliście, że wilki, kiedy polowanie należało do nich, uganiały się za karibu dla zabawy. W ciągu ostatnich dwudziestu lat biolodzy dostarczyli nam obraz nowego wilka, innego od wizji ludowej. Nie odkryli jednak całej prawdy. Na przykład wilki nie zabijają tylko starych, słabych i rannych zwierząt. Zabijają także zwierzęta najzdrowsze. Nie zabijają tylko wtedy, kiedy muszą. Zabijają także czasami w nadmiarze. Zabijają także siebie nawzajem. Powody takiego postępowania nadal nie są jasne. Nikt - ani biolodzy, ani Eskimosi, ani myśliwi czy pisarze zajmujący się ochroną przyrody nie wiedzą, dlaczego wilki postępują tak, jak postępują.

Wilk wywiera także ogromny wpływ na wyobraźnię człowieka. Wychwytuje twoje spojrzenie i kieruje je z powrotem na ciebie. Indianie Bella Coola wierzą, że kiedyś ktoś chciał zamienić wszystkie zwierzęta w ludzi, ale udało mu się to tylko z wilczymi oczami. Nagle ludzie zapragnęli wyjaśnić uczucia, które przychodzą do nich w konfrontacji ze spojrzeniem wilka: strach, nienawiść, szacunek, zadziwienie. Ci, którzy nienawidzą wilków, chcą powiedzieć, że wilki to urodzeni mordercy - co nie jest prawdą. Miłośnicy wilków chcą z kolei powiedzieć, że żaden zdrowy wilk, nigdy nie zabił żadnego człowieka w Północnej Ameryce, co także nie jest prawdą. Wilki zabijały Indian i Eskimosów.

Z ogromną ostrożnością musimy patrzeć na wszystko, co dotychczas zostało powiedziane o wilkach, pamiętając, że chodzi o spostrzeżenia ze szczególnych okoliczności, które są tylko opiniami.

Mówić precyzyjnie o wilkach, to tak samo, jak mówić precyzyjnie o chmurach.

 

Patrzę na wilki inaczej, niż przedstawia się je podczas wykładów o zwierzętach. Obserwowałem wilki schwytane w Barrow na Alasce, w Saint Louis i w Nowej Szkocji. Przejeździłem Dakotę, Montanę i Wyoming rozmawiając tam ze starymi ludźmi, którzy w młodości zabijali wilki. W nowojorskich bibliotekach, takich jak Pierpont Morgan przeczytałem, że człowiek myślał o wilkach już od setek lat. W historycznych archiwach czytałem teksty o wyjęciu spod prawa wilków i Indian. W Minnesocie i Alasce wędrowałem w terenie z biologami badającymi wilki i rozmawiałem z wieloma Eskimosami. Rozmawiałem zarówno z ludźmi, którzy wilki kochają, jak i z tymi, którzy ich nienawidzą.

Pamiętam, kiedy siedziałem kiedyś w tej chacie na Alasce i przeglądałem wieczorem notatki ze wszystkich spotkań, przypomniałem sobie konkluzję Josepha Campbella, który napisał w podsumowaniu "Primitive Mythology", że człowiek nie odkrył bogów, tylko ich stworzył. Podobnie, patrząc na swoje notatki, pomyślałem, że nie odkryliśmy, lecz stworzyli zwierzęta.

 

Rozdział 1

Canis lupus Linnaeus

Zródło i opis

Wyobraźcie sobie wilka biegnącego przez las Północy. Pomimo, że tę drogę przemierzył już wiele razy, to jego ruch wyróżnia się od innych. Chociaż moglibyście zauważyć, że czasami jego poruszanie się przypomina kota, a czasami niedźwiedzia, to jednak jest zupełnie inny od nich. Jest celowe i zamierzone. Czasami rytm łamie chwila przerwy dla zbadania pozostawionego zapachu albo odejście ze szlaku, by pokopać pod kamieniami, gdzie przed rokiem ukrył mięso.

Poruszanie się wilka po swojej trasie wydaje się nieustanne gdyby nie to, że także pozbawione wysiłku. Całe jego ciało, od karku po biodra, wydaje się płynąć unoszone na długich, wrzecionowatych łapach, których nadgarstki migają jakby pedałował wśród drzew, przypominając ruch wody lub cieni.

To trzyletni wilk. Samiec. Należy do odmiany occidentalis, a drzewa, które omija to świerki i jodły rosnące na wschodnim wybrzeżu Rockies północnej Kanady. Ma jasnoszary kolor sierści, to znaczy, że na grzbiecie ma więcej jasnych włosów niż na ramionach, a kręgosłup zaznaczają ciemnobrązowe, a nawet czarne włosy. W jego sierści zdarzają się także włosy srebrne i rude.

Jest wczesny wrzesień, łagodna pora roku, a od trzech lub czterech dni nasz wilk nie widział się z innymi członkami swojej watahy. Nie słyszał także wycia, ale wie, że w pobliżu są inne wilki, poruszające się w pojedynkę lub parami. To nie jest pora wycia, to raczej pora odpoczynku. Jest łagodna pogoda, łosie są najedzone. Nagle wilk zatrzymuje się w pół kroku. W jednej chwili zaczyna sznurować ostrożnie, krok po kroku, uważnie wpatrując się w trawę. Uszy postawił sztywno do przodu. Grzbiet mu się wygiął, unosi się i skacze jak kot. Właśnie przycisnął do ziemi łapami mysz. Już zjedzona. Nasz wilk posuwa się dalej. Przecina linię kolejową, dochodzi do niewielkiej drogi. Zwalnia, uważniej węszy. Czuje zapach stanowiska borówki, z której od lat korzystał i idzie dalej.

Nasz wilk waży nieco ponad czterdzieści kilo i ma siedemdziesiąt pięć centymetrów "wzrostu" jeśli zmierzyć go do wysokości ramion. Ma ogromne łapy, które zostawiają ponad dwunastocentymetrowe ślady w błocie przy strumieniu (gdzie zatrzymał się, żeby upolować raki, ale szybko mu się to znudziło) wzdłuż i szerokie na blisko dziesięć centymetrów (europejskie wilki nie zostawiają tak dużych śladów - tłum.). Ma dwa żebra pęknięte po spotkaniu z łosiem przed rokiem. Teraz są już zaleczone, ale uważne oko dostrzeże nieregularność. Skóra na jego prawym biodrze ma blizny po walce z innym wilkiem, z sąsiedniej watahy, kiedy miał zaledwie rok. Chociaż od trzech dni nie jadł nic poza kilkoma myszami i kawałkiem pstrąga. Nie jest jednak głodny. Jest w podróży. Pstrąg był sprzed dnia, pozostawił go na kamieniach przy rzece niedźwiedź.

Wilk jest powiązany subtelnymi więzami z lasem, przez który biegnie. Na futrze niesie nasiona roślin, które zgubi wiele kilometrów dalej od miejsca, gdzie je przechwycił. Wiele kilometrów stąd na żebrach karibu, którego pomógł zabić przed dziesięcioma dniami, żywi się kruk, dziobiąc resztki znikającego mięsa. Sprytny zając, któremu udało się umknąć przed wilkiem, gdy ten był jeszcze szczeniakiem, potem padł stając się pożywieniem dla sowy. Nora, w której przyszedł na świat pewnego kwietniowego wieczoru, stała się przed zimą miejscem zamieszkania dla jeżozwierzy.

Teraz jest późne popołudnie. Wilk przerwał swoją wędrówkę. Ułożył się do snu pod wystającą skałą, na chłodnej ziemi. Jego uszy obsiadły komary. Zatrzepotał nimi. Budząc się przewrócił się na plecy i znieruchomiał z przednimi łapami skierowanymi ku niebu, lecz zgiętymi niczym zwiędłe kwiaty. Tylne łapy spoczywają bezwładnie, a nos i ogon tworzą jedną linię, skierowane ku sobie po jednej stronie ciała. Po chwili klapnął na bok, po czym podniósł się, przeciągnął i przesunął trochę do przodu, żeby skontrolować - przez chwilkę, ostrożnie, szczelinę w odsłoniętej skale - co też go obudziło. Po czym wspiął się na skałę, podskoczył, trochę niepewny, chwilkę wahając się, po czym znowu podskoczył i po chwili popędził przez las, szybko, gnając z prędkością sześćdziesięciu kilometrów na godzinę i tak gnał przez trzy, cztery kilometry zanim zaczął się ślizgać na szyszkach sosny. Odbiegł truchtem, z uniesioną głową, usztywnionym ogonem, biodrami nieco skręconymi w stosunku do linii ramion, jakby zad pozostawał niezależny od przedniej części ciała, trzymając pochwyconą szyszkę w zębach. Niósł ją przez kilkaset metrów, zanim porzucił po drodze. Obwąchał ją i pobiegł dalej.

Futro już miał grubsze, w związku z nadchodzącą jesienią. W najbliższych miesiącach stanie się ono tak gęste, że trudno będzie dotknąć przez nie skóry. W ciągu siedmiu miesięcy schudnie: będzie ważył około trzydziestu paru kilogramów. Będzie zmęczony poszukiwaniem, bez powodzenia, partnerki. Pomoże w upolowaniu kilku łosi i trzynastu karibu. Wpadnie do potoku, przez kruchy lód do niezamarzniętej wody, mimo temperatury poniżej dwudziestu stopni Celsjusza. Będzie walczył z kilkoma innymi wilkami.

Teraz porusza się wzdłuż granicy polany. Wiatr spływający w dół doliny owiewa go zapachami, wędruje jak łosoś w górę rzeki. Czuje zapach głuszca i jelenia. Czuje zapachy wierzb i świerków oraz słodki zapach spalonych chwastów. Ponad głową widzi kołującego jastrzębia a niżej, nad horyzontem, stadko arktycznych wróbli lecących na wschód. Pod opuszkami łap czuje wyschnięte mchy i nierówności pozostawione przez stare tropy. Niektóre z nich należą do niego. Słyszy szelest własnych kroków i ruch myszy i innych małych zwierząt, które są jego pokarmem w lecie. O zmierzchu zatrzymał się nad potokiem chłepcząc zimną wodę - i tu usłyszał długo oczekiwane wycie wilka, najpierw wysokie, potem zniżające ton, z kilkoma nutami, aż przechodzące w tremolo. Rozpoznał swoją siostrę. Chwilę poczekał, po czym przechylając głowę na grzbiet i mrużąc oczy - zawył. Zawył krótko, dwukrotnie, szybko zmieniając na początku tonację. Nie usłyszał żadnej odpowiedzi.

Samica jest oddalona o milę i skrycie biegnie kłusem wśród drzew. Wilk chwilę postał nasłuchując, po czym pochłeptał znowu wodę i oddalił się, pospiesznie, cicho, wśród drzew, opuszczając szlak, którym wcześniej podążał. Po kilku minutach oba wilki spotkały się. Energicznie zbliżyły się do siebie, niemalże oficjalnie, z uniesionymi ogonami, poruszając się raczej jak jelenie niż wilki. Kiedy znalazły się blisko siebie zaczęły piszczeć i wzajemnie się okrążać. Ocierały się o siebie, popychały, wtykały nosy w futro drugiego, odchodziły na chwilę, by się rozciągnąć, goniły się przez chwilkę, żeby zaraz zatrzymać się w bezruchu, opierały swoje głowy na grzbiecie drugiego, po czym pobiegły w dół niewyraźnym tropem. Pierwsza biegła samica. Po kilkuset metrach, równocześnie zaczęły merdać ogonami.

W następnych dniach oba wilki spotkają innego, z tej samej watahy. Będzie to także samica, choć młodsza, z poprzedniego roku. We troje upolują karibu. Wspólnie będą biegały kilkanaście do trzydziestu kilometrów dziennie przez krainę, którą zamieszkują, będą tam pożywiały się i spały, będą rodziły młode wilki i będą się bawiły znalezionymi gałązkami, będą się uganiały za krukami, dorastały, obszczekiwały niedźwiedzie, pozostawiały zapachowe ślady na swoich trasach, zabijały łosie i wpatrywały się jak woda w potoku przepływa między ich łapami.

 

Tak wygląda zwierzę, które Linneusz w 1758 roku nazwał Canis lupus. W ostatnich latach biolodzy wykonali mnóstwo prac badawczych, które pozwoliły nakreślić obraz wilka, choć jego liczba zmalała, a obszar występowania skurczył się i podobnie jak ma się to z wieloma rzeczami, równocześnie pojawiło się zrozumienie i poczucie straty.

(...)

 

Barry Holstun Lopez
tłumaczył A. Janusz Korbel
rysował Artur Stuchała



*Publikowany fragment jest wstępem do kultowej już książki o wilkach, wydanej po raz pierwszy w Ameryce w 1978 r. "Of Wolves and Man" doczekał się wielu wznowień oraz wydań w różnych językach. Wkrótce ukaże się w Słowacji. Dotąd nie było polskiego przekładu.

Serdecznie dziękujemy J. Korbelowi
za udostępnienie przekładu oraz bezinteresowną zgodę na druk
pkl "Łabuź"

 

Rainer Maria Rilke


Z nowych przekładów
Andrzeja Lama

CISZA

Słyszysz, kochana, ja wznoszę dłonie -

słyszysz: coś szemrze...

Bo jakież kochanka gesty samotne

nie są stokrotnym owiane szeptem?

Słyszysz, kochana, zamykam powieki,

i szmer ten także ciebie dosięga.

Słyszysz, kochana, znów je otwieram...

... ale dlaczego ciebie tu nie ma?

 

Każdego mego ruchu odbicie

w tej jedwabistej ciszy zostaje;

każde moje drgnienie najskrytsze

wzrusza kurtynę najdalszej dali.

Na mym oddechu powstają i toną

gwiazd zamiecie.

Do warg spragnionych zapachy przychodzą

i czuję lekkie muśnięcia dłonią

aniołów dalekich.

Tej tylko, o której myślę: Ciebie

nie widzę koło siebie.

 

Rainer Maria Rilke

 

Peter S. Waldau

ATAK POWIETRZNY

Było jasne południe, na wyczucie blisko pierwsza, ciepłej, zimowej niedzieli, być może minus trzy stopnie Celsjusza, pogoda sucha i przyjemna dla mnie, sześcioletniego chłopca, który jeszcze nie miał "żadnego życiorysu". Ulice nowobudowanej dzielnicy, teraz wszystkie ceglastoczerwone domy były ukończone, nie wydzielały już zaduchu cementu i zaprawy murarskiej stanowisk budowlanych. Szeroka ulica, ciągnąca się od fiordu, przecinała naszą drogę osiedlową, skręcałem w nią na lewo. Zamknięty nowy wielki sklep z przyjaznymi sprzedawczyniami. Sprzedawano w nim sałatę a nawet pomidory, od czasu gdy otwarto ten sklep.

Dotychczas matka nie miała obu tych warzyw i do tej pory nie mogła podawać nam ich na stół. Na moim talerzu podziwiałem plastry pomidora, których przegródki były niczym okna, a w nich mieściła się galareta i ziarenka, i delikatne ścianki pomiędzy tymi przegródkami. Nic z tego nie było się w stanie przeczuć, zanim nie rozcięło i nie podzieliło się tego owocu.

Dzisiaj nie było szkoły, głęboki spokój panował w kuchni z czerwoną podłogą, takie tworzywo, które wydawało się nieomal jak kamień pod butami, i które pachniało jak miękki kamień, ale z którego żelaznym gwoździem albo widelcem można było zeskrobywać delikatne wióry. Ten spokój, gdy ojciec i matka byli w domu razem z nami, dziećmi, ale po śniadaniu w kuchni byłem sam ze słonecznym światłem, które wpadając przez kuchenne okno na krwistej podłodze wytwarzało jasne i ciepłe wzory odbijanych przez siebie dachów szeregu domów leżących równolegle do naszego szeregu domów i leżących pomiędzy nimi szerokich pasów trawy z trzepakami na dywany i piaskownicami.

Wyjrzałem z okna, następnie zaś wchłonąłem w siebie ów świetlisty wzór na podłodze, i już cieszyłem się przewidywaną na popołudnie wizytą orkiestry, gdyż tym samym zapowiadała się znowu podróż parowcem przez fiord, i ten odpływał stąd do Dietrichsdorfu, a dokładniej mówiąc, odpływającym poniżej Neumühlen, tam gdzie Schwentine wpływa do fiordu, i gdzie tuż przy nabrzeżu stoi moja szkoła, wprost przed młynem zbożowym nieopodal portu. Stamtąd zatem Błękitnym Parowcem przez fiord do centrum Kilonii.

Pół godziny szczęścia. Czułem cieleśnie, jak przemieszcza się to uczucie. W jakimż miejscu zacumuje ono we mnie: na plecach, w brzuchu, w nogach, gdzież zatem? Jeszcze tego nie wiedziałem, lecz odczuwałem tę przyszłość i siebie, w sposób nienazywalny, nie dający się wytłumaczyć, jednak wyraźnie. Tylko co to było?

Jest teraz pierwsza po południu, zegar nad wielkim nowym łukiem bramy nad sklepem miał pozłacane wskazówki i niczym pierścień na cegłach cyfry arabskie od jedynki do dwunastki. Niby bezwietrznie, jednak pulsująco, potem chwilowo nieobecny, następnie znowu zwracający uwagę szum silników samolotu zwiadowcy. Dopiero co uchwycony sygnał dla dziecięcych uszu. Samolot leciał bardzo wysoko i wystąpił ze słońca, pociągnął dalej w zaślepienie. Dopiero potem stał się widzialny jako jasnooślepiający, drobniutki punkt niczym lusterko, naprawdę punkt tylko, jeszcze nie postać, przed mroźno-błękitnym niebem. Albo czyż jednak rychło nie jakaś postać, niewielki, odbijający słońce, asymetryczny krzyż? W górze żadnej naturalnej chmury, jednakże teraz strzelające kłębki waty - wybuchy robią się coraz gęstsze z wysoko wystrzeliwanych granatów obrony przeciwlotniczej. Tak, działka stały wówczas przede wszystkim najpierw tylko na wzgórzach rozciągających się z tej strony za fiordem poza miastem, gdzieś tam, mawiało się. Podniecające i ciekawe dla mnie widowisko, jak samolot zwiadowca, "stojący" wysoko nad centrum miasta, który jakby czołgał się dookoła tam w górze na nieboskłonie. Granaty go nie trafiały, albo był za wysoko, nieosiągalny dla pocisków? Dokładnie po godzinie opuścił niebo nad miastem, jeszcze przez kilka minut widoczny nad horyzontem, pozostawił sfotografowane przez siebie stocznie i tysiące domów i stanowiska obrony przeciwlotniczej, podążając z powrotem do Anglii.

W nocy na poniedziałek nastąpił wielki atak, był pierwszym atakiem powietrznym na to miasto. Bunkry były jeszcze w budowie, żaden nie był gotowy. Wydawało się, że strach nie włada żadnym z tych mężczyzn, którzy wraz z żonami i dziećmi wyszli z przydomowego schronu przeciwlotniczego przez gazoszczelne drzwi z blachy uszczelnione gumowymi taśmami, gdy jeden z nich pociągnął do góry obie ciężkie żelazne dźwignie służące do otwierania tych drzwi. Stali teraz w suterenie pomieszczenia piwnicznego w tylnej części budynku i przez cienie szeregu domów leżących naprzeciw na ukos spoglądali wysoko ku niebu nad centrum miasta. Dowlokłem się do nich, wszystko to było dla mnie czymś nowym, nie zaznałem bowiem jeszcze strachu.

Świetlne ramiona reflektorów przeczesywały nocne niebo, na krzyż i w poprzek, aż znalazły jeden z tych niewidzialnych dla nas celów. Mężczyźni śledzili twarzami tę grę wojenną, i niekiedy podniesione ramię pomagało w ich poszukiwaniach. Jeden z tych reflektorowych promieni znieruchomiał, ustalił tor lotu zdemaskowanego i skradającego się po niebie bombowca, już złapał go drugi promień, bombowiec chcąc umknąć wykonał nieznaczny ruch, gdy złapał go również trzeci i czwarty poszukujący promień.

Poszło to tak szybko, a potem pojawiły się jeszcze też i czerwonawe, kreskowane linie świetlnych śladów po pociskach obrony przeciwlotniczej pragnące przynieść śmierć i unicestwienie i upadek śmiercionośnym maszynom. Cisza, tylko przypadkowe rozmowy mężczyzn przy wyjściu z piwnicy, do połowy w ziemi, przytłumione głosy, komentujące tę bezgłośną grę świateł i cieni. Atak kieruje się w tamtą stronę na stocznie albo być może jednak na śródmieście, na fiord po tamtej stronie? Wszyscy - z ulgą w sercu? - powrócili do schronu. Blokowy zrobił swoją rundę, przechodząc nieopodal, by sprawdzić, czy zaciemnienie okien tego szeregu domów jest w porządku.

W żołądku poczułem teraz piaszczysty ołów orzeźwienia. Następne dwie nocne godziny spędzone w piwnicy z lampkami awaryjnymi na betonowym suficie, wiadra z piaskiem gaśniczym z łopatkami, ręczna pompka przeciwpożarowa, oprócz tego pełne wiadro wody z ocynkowanej blachy, luźno obmurowane przebicie do schronu sąsiedniego domu, ściana przy ścianie; dwupiętrowe łóżka schronowe, mamrotanie kobiet, czerwone podkówki pod oczami zmęczonych dzieciaków: strach wstąpił teraz w rozmowy dorosłych, musiało się go czuć.

Nasza dzielnica z tej strony fiordu nie poniosła żadnych szkód po tym pierwszym wielkim ataku powietrznym. Nazajutrz, czyli w poniedziałkowy poranek, miałem mieć usunięte migdały i polipy u laryngologa. Jeszcze niczego nie wiedziałem o narkozie albo jej braku; czy zabieg nastąpi ambulatoryjnie, czy pozostanę w szpitalu, niczego nie wiedziałem, nawet nie dopuszczałem do siebie takich myśli, moja matka chyba także nie miała bladego pojęcia, jak odbywa się taka operacja. Bałem się jednak odrobinę.

Dróżka dla pieszych w dół wzgórza do Błękitnego Parowca a także przejazd przez fiord: tak jak zwykle. Następnie przeszły mnie ciarki na widok śródmieścia zniszczonego przez bomby burzące i bomby zapalające, paliło się wszędzie tam, gdzie nie wszystko przykryły jeszcze gruzy. Tylko niska szopa pokryta czarną papą, nie wysadzona przez bomby, czy coś takiego było możliwe, stała tutaj jeszcze i paliła się od dachu: niesamowita cisza, w uchu zaś jedynie trzaski pękających co chwilę w żarze i już obejmowanych płomieniami drewnianych bali. A na "Wielkiej Kilonii", stawie parkowym w centrum, lód pokryty nocnym śniegiem, cienki i cieniutki, wyszedł z tego bez szkody, i harcujące po nim dzikie kaczki nieopodal brzegu wydeptały sobie w nim dwa wolne od lodu przeręble. Nie było widać ani jednego człowieka, ani straży pożarnej, nic. Może dali za przegraną? Gdzie byli zabici, okaleczeni, zasypani?

Szliśmy dalej, matka i ja. Obok wielkiego domu towarowego firmy Karstadt, tam w górze chyba na czwartym piętrze. Otrzymałem tam mój niebieski płaszcz marynarski. Teraz calutki dom towarowy płonął, w górze, na dole, wszędzie. W połowie wysokości, tam gdzie musiały wisieć jeszcze inne płaszcze, ku niebu ciągnęły czerwone płomienie i kłęby dymu z popękanych okien, których drewniane ramy w równym stopniu były owładnięte pożarem, słupy ognia, kręcące się niczym potworna trąba powietrzna; bezsensowne znaki dymne wzajemnego zepsucia ludów. Matka nie rozpoznała niebezpieczeństwa, ja również: spadające wielkie dachówki tego budynku uderzały tam, gdzie staliśmy zbyt gęsto obok siebie wzdłuż jego ściany zewnętrznej, bez ogródek rozbijały się wokół nas, odrywane u góry na chybił trafił niszczącym pożarem, twardo spadały na bruk i roztrzaskiwały się tam, w odległości metra albo nawet i pół od naszych głów; śmierć była tak blisko jak nigdy dotąd.

Moje serce biło mocno, wiedziałem bowiem o poprzedzającym badaniu u lekarza, gdzie był jego gabinet. Tam skręciliśmy, jeszcze ostatnie spojrzenie na zburzone biuro dużego dziennika, który również prenumerowaliśmy: skręciliśmy w boczną ulicę. Dom lekarza, narożny budynek, był już tylko górą ruin, dwa i pół metra nad chodnikiem; było w tym coś okrutnego, gdyż murowany łuk nad bramą wejściową wespół z graniczącą z nią ścianą zewnętrzną został zgolony poziomo do połowy wysokości. Brakowało bramy, była gdzie indziej. Jednak przy kikucie muru wisiał jeszcze dzwonek do domu, a obok niego tabliczka z nazwiskiem lekarza, a w górze nad tym wszystkim na otwartej przestrzeni szydziło błękitne, niewinne niebo przedpołudnia. Mimo tego odetchnąłem z ulgą, teraz przecież nie mogłem już być operowany.

 

Peter S. Waldau
z niemieckiego przełożył Andrzej Pańta

 


 
Pięć - dziesięć zdań:

(...) Kino jest dla mnie przede wszystkim sprawą

moralności, w większym stopniu niż sprawą zawodu.

Jest sposobem wypowiedzenia się. Chciałem być

malarzem, muzykiem, trafiłem jednak do filmu.

Uważam, że na tym gruncie mam właściwości, których

nie posiadają inni. Czy mogę jednak powiedzieć, że

kocham kino? Nie. Nie można przecież kochać

czegoś, co niszczy mi życie, zdrowie...

Tak, jestem niewolnikiem swojego zawodu, ale to

przecież film, a szerzej sztuka, to nie tylko

profesja. To, właściwości naszej duszy, naszego

odczuwania i widzenia świata... Nie zgadzam się z

tym, jak twierdzą niektórzy, że obecnie sztuka,

w tym również kino, przeżywa kryzys. To człowiek,

dopóki żyje, zawsze jest w stanie kryzysu, ale nie

sztuka.(...)

 

Andriej Tarkowski

 

Piotr Bednarski

UCIECZKA


(fragment powieści)

KSIĘŻYC I TRUSKAWKA

- Ale sprawiłaś frajdę - Wiktor uśmiechnął się i pogłaskał zgiętym palcem policzek Katarzyny. - Nie tylko mnie, całej rodzinie. Matula w skowronkach. A i babcia się ucieszy; pięć lat się nie widzieliśmy, może sześć. Masz szczęśliwą rękę. Z kuratorem też nie miałem problemu. Pogratulował nawet, że spisałem się na medal. Wiedział o prowokacjach i obrazie. Przeżyłem szkołę pokory. Powrót za kraty nie wchodził w grę.

Jechali już autostradą. Trwał sezon urlopowy, ale na trasie panował jeszcze luz. Więcej samochodów pędziło na południe, niż w stronę gór. I gdyby nie TIR-y, przypominające rozpędzone dinozaury, jazda byłaby przyjemnością. Prowadziła Katarzyna. Wiktor obserwował krajobraz. Kombajny kosiły żyto, pszenica dochodziła, innych zbóż w tych okolicach zapewne nie siali. Od czasu do czasu trafiał się zagon kartofli. Nieboszczyk dziadek nauczył go tej wiedzy. Często powtarzał, że ziemia jest naszą matką, a człowiek powinien znać swoje rodzeństwo. Twierdził, że nie ma rzeczy niemożliwych, a święci ludzie to bujda na resorach. "Wiem, co mówię, bywałem w światach", argumentował. Podczas wojny pływał w konwojach do Murmańska. Mówił też: "Nie wiesz, co ze sobą zrobić, idź na morze". Wiktor przypomniał sobie te słowa w więzieniu. Pomogły mu przetrwać najgorsze. Kraty ma już za sobą, teraz musi ruszyć na oceany, bo nie wie, co ze sobą począć. Kiedy nasycił oczy widokiem mijanych pól, zagajników i osiedli, poczuł się odrobinę przestronniejszy. "Klatek jest wiele - pomyślał. - Z ilu się jeszcze wyłuskam, tylko Bóg wie". Spojrzał na Katarzynę i uśmiechnął się. Dopiero teraz dostrzegł w pełni azjatycką urodę dziewczyny. Powieki zajętej prowadzeniem samochodu zbliżyły się do siebie i gdyby nie świetlista zieleń tęczówki, pomyślałby, że przysypia.

- Skąd Azja w tobie?

- Wędrówka ludów. Matka jest Tatarką.

- Muzułmanka?

- Chciałbyś?

- Nie wiem - wzruszył ramionami. - Niebo jest jedno.

- Ale ludzie go dzielą i nieustannie podrzynają sobie gardła.

- I nieustannie się kochają - dorzucił. - Uciekłaś, boś nie kochała.

- Za krótkie życie, by je spaprać.

- I chyba nie rodzimy się po to, aby tworzyć miazgę.

Wjeżdżali w las. Tuż za rowem przekwitały czeremchy, a dalej pięły się czarne sosny z ciemnozielonym igliwiem, tak lubianym przez sroki i krogulce. Drzewa ocieniały drogę parę kilometrów. Potem zobaczyli gotycką wieżę kościoła. Kościół stał na wzgórzu, obok zamku, a raczej jego ledwo zabezpieczonych ruin. Niegdyś miasto było ważnym centrum handlowym, obecnie wszystko przypominało senną prowincję. Wiktor często bywał w tych stronach z ojcem. Za wzgórzem rozciągało się jezioro, w którym łowili szczupaki, a kiedy nie brały, zbierali grzyby lub czarne jagody. Tam też znaleźli pewnego razu topielca. Wyglądał makabrycznie. Wywołany tym widokiem szok zniechęcił Wiktora do nadjeziornych wypadów. Wówczas domyślny ojciec zmienił łowisko. Nie przepadał za samotnością, a matki nie potrafił zarazić wędkarstwem, choć robił wszystko, co w ludzkiej mocy, aby chociaż zrozumiała, że łowienie ryb to wspaniałe przeżycie i niewiele ma wspólnego z zabijaniem. Większość kobiet jest głucha na podobne argumenty.

- Umiesz łowić ryby? - ich oczy spotkały się.

- Nie, ale moja babcia! Jak jej coś nie wychodziło albo dokuczał dziadek, brała leszczynowy kij i szła nad wodę. Czasami przynosiła sporo ryb, z których potem gotowała zupę. Znała się też na koniach.

- Niezwykła kobieta.

- Nie chwaląc się, przejęłam jej cechy. Ze mnie też niezłe ziółko.

- Zioło lecznicze raczej, mniszek czy coś koło tego.

- Dziurawiec, tak mnie ojciec nazywa. Chciał syna, ale matka urodziła dwie dziewczyny.

- Czym się ojciec zajmuje?

- Prowadzi firmę budowlaną. Takie szydło, mydło i powidło. Bierze wszystko, co się nawinie. Wieczorami filozofuje przy piwie. Albo wyrzuca matce, że przez nią nie został misjonarzem. Kiedyś zapytałam, o co konkretnie mu chodzi. Ponoć matka pierwsza pokazała mu Księżyc, a potem truskawkę i misję w puszczy amazońskiej diabli wzięli.

- Każdy ma swoje za uszami.

Rozbawiła go ta historyjka. Dawno nie czuł podobnego przypływu radości. Śmiech oczyścił go. Przeszłość zniknęła, niczym przeczytana książka na zakurzonej półce.

- Co cię tak rozbawiło?

- Księżyc i truskawka! Twój stary powinien dostać Nobla. Każdy człowiek wybiera albo truskawkę, albo księżyc.

- Patrz, nie wpadłam na to.

- Ale i tak należy się nagroda. W najbliższym miasteczku funduję ci lody. Z truskawką.

- Dzięki. Księżyc poczeka, ma czas.

 

LODY

Zatrzymali się przy rynku, opodal stolików wystawionych na deptak. Odwiedzali trzeci lokal, ale i tu nie było lodów. Kelnerka wskazała przeciwległy budynek.

- Tam dostaniecie na wynos.

Wiktor, zamówiwszy piwo i kawę, ruszył po lody.

Brukowanym placem spacerowały gołębie - siwuchy, synogarlice i grzywacze; było ich dużo i nie okazywały strachu. Lubił je. Ich gruchanie sprawiało mu przyjemność, choć może nie taką, jak śpiew kosa czy gajówki. Bardzo brakowało mu ptaków, gdy był za kratami. Ptaków i trawy, zwykłej wichlinki czy tymotki. Nawet na korytarzach nie było roślin, nic - tylko cegła, żelazo i beton. Jedynie u komendanta na oknie stała pelargonia, a w kącie, na taborecie, opuncja.

Po chwili wracał z miseczką lodów bakaliowych. O takie właśnie Katarzyna prosiła.

- Obietnicy stało się zadość - z dwornym ukłonem postawił miseczkę na papierowej serwetce. - Czuję się jak rycerz, który zdobył szklaną górę.

- Dziękuję, Zawiszo Czarny. Wiesz... wydaję mi się, że znamy się od dziecka, mniej więcej sto lat.

- Czas płata ludziom figle. Nieraz wlecze się jak głodny dzień; to znów pędzi na złamanie karku. A kiedy jest się szczęśliwym - znika zupełnie.

- Poznałeś smak szczęścia?

- Nie. Tak twierdzą mądrzy ludzie. Raz tylko byłem zakochany i nie nazwałbym tego szczęściem. Bardzo wtedy cierpiałem. Nie wiem dlaczego. Być może z powodu... fałszywej wzajemności...

- Chyba otacza nas podobna aura: tobie skończył się wyrok, a ja od wyroku uciekłam.

- Zaczynamy więc od zera.

- Bez urazy, ale dokładnie tak.

Zagryzła usta i spojrzała przed siebie. Gołębie siedziały w cieniu na dachach kamienic. Rozbielane słońcem niebo było puste. Zaczynał się upał.

Z piwiarni wyszedł mężczyzna z kuflem piwa i usiadł przy sąsiednim stoliku. Nadpił spory haust, spojrzał na Wiktora i zmarszczył brwi. Oczy miał szkliste, brodę cofniętą i przeoraną głęboką blizną.

- Się znamy - zagadnął Wiktora. - Razem kiblowaliśmy, nie?.

Wiktor przytakująco skiwnął głową.

- Farciochem cię nazywali. To twój interes?

- Tak. Odkiblowałem swoje. Po skoku coś tam zostało, Marycha umiała schować. Pilnuje wszystkiego, mnie też. Czasami tak człowieka ciągnie do czarnej roboty, że tylko wyć. A tobą nie telepie?

Nagle w drzwiach stanęła Marycha i zaczęła kiwać podniesionym palcem.

- Podsłuchiwałam! Mój mąż nie jest do wzięcia! Jedź dalej, tu głupiego nie znajdziesz! Nie znasz żadnego Farciocha, rozumiemy się?!

- To zwykły przypadek - mruknął zmieszany Wiktor. - Szukaliśmy lodów.

- Bez znaczenia. Tacy jak wy szukacie się zawsze; nie pierwszyś i nie ostatni. A on jest mój i nie chcę go stracić. Dość!

- Już się wynosimy - Wiktor rzucił banknot i pokiwał na pożegnanie.

- Bywaj - Farcioch niepewnie uniósł dłoń. - I wybacz.

- Kamień na kamieniu, na kamieniu kamień.

Czuł na plecach wzrok zdesperowanej kobiety i było mu przykro. Odnalazł dłoń Katarzyny, ich palce splotły się ze sobą. Spojrzała na niego ciepło.

- Widzisz, jaki smród wlecze się za mną.

- Kobieta jak z westernu. Nie żyw urazy, broni swojego gniazda. Urzekła mnie, chciałabym być taka.

- Jesteś, kropka w kropkę.

- Jestem w twoim typie?

Zaczerwienił się. Z godziny na godzinę podobała mu się coraz bardziej.

- Nie wiem, czy to właściwy czas mówić o tym.

- Czas jest zawsze właściwy. Będę cię teraz bronić jak tamta.

- W porządku - Wiktor potrząsnął głową. - Ale bądź wyrozumiała, jeśli możesz.

 

JESTEŚ DZICZKĄ

Polna droga oddzielała las od łanu żyta. Na skraju lasu rosły brzozy samosiejki i żarnowiec, bliżej wody dziewanna oraz turzyca. Do brzegu jeziora przylegały oczerety, rdestnica pływająca i łączeń, którego różowe kwiaty skupione w baldachimy przypominały chińskie lampiony. I właśnie im przyglądała się Katarzyna. Kiedy je dostrzegła, oczy zalśniły, a brwi uniosły się niczym ptasie skrzydła.

- Świat jednak wart bywa grzechu.

Milczący Wiktor zmagał się właśnie z rybą. Czuł po napięciu żyłki, że jest spora. Kiedy udało mu się przyholować ją do skraju oczeretów, przekazał wędkę Kasi.

- Tylko trzymaj mocno - zalecił wchodząc do wody z podbierakiem.

Po chwili sporych rozmiarów szczupak wylądował na trawie. Oczy Katarzyny zabłysły z uciechy, usiadła na piętach. Drapieżnik nie poddawał się, wciąż prężąc ciało, a jego pokryte złocisto-zielonymi plamami boki lśniły w blasku zachodzącego słońca niczym czarodziejskie zwierciadło.

- Wspaniały! I te cudowne kolory. Istny Tatar.

- Darujemy mu życie - wyjął hak z rybiej szczęki. - Zejdź, ty go wypuścisz.

Weszła do wody, wysunęła podbierak poza oczerety i z podniesionymi brwiami czekała. Wkrótce szczupak wypłynął z siatki i - jakby nie dowierzając temu, co go spotkało - poruszył dwa razy lekko ogonem, by zniknąć w toni.

- Poczułaś dreszczyk?

- Dreszcz nie, ale dziwną lekkość. Jakby mi odpuszczono śmiertelny grzech.

- Łowienie ryb... Większość ludzi nie rozumie tego. Trudno wytłumaczyć. Coś ludzie wyrwali z siebie z korzeniami. Na razie nie wiemy co, ale coś istotnego.

Ponad zorzą wieczorną niebo przechodziło już w ciemny granat. Umilkł dzięcioł z pobliskiego drzewa. Tuż przed nimi wylądowało stado cyranek. Odezwały się żaby. W ich rechocie niknęły nawoływania kań z obrzeży jeziora.

- Ciekawe, jak widzą nas ptaki lub drzewa?

- Też chciałbym wiedzieć.

- Bardzo często wydaje mi się, że ktoś patrzy. Prawie fizycznie odczuwam czyjś wzrok. Odwracam się i nie ma nikogo.

- Przypuszczam, że nie ma ślepych istot. Patrzy na mnie woda, kiedy łowię ryby, a potem okoń, gdy go złowię. I pochylona olcha obserwuje. Z góry rybołów. Każdy gatunek, tak myślę, pewnie ma też swoje sumienie.

- A czy twoje sumienie godzi się na... pocałunek?

W gęstniejącym mroku nie dostrzegła jego zakłopotania.

Jej usta były miękkie, o posmaku dzikich czereśni; nie zdziczałych, lecz dzikich od zawsze. Aż zadrżał z wrażenia. Przypomniał sobie smak chodzący za nim od najmłodszych lat. Wrócił z bezwieści i przeniknął do rdzenia. Odwrócił się na plecy, twarzą do ciemnego fioletu nieba. Zaczynały być widoczne gwiazdozbiory; zza horyzontu wyłaniał się Pegaz. Owady już ucichły, tylko słowik i żaby nie dawały za wygraną. " Jaki człowiek bogaty - pomyślał. - Tyle w nim wymiarów. Ale sam sobie szczęścia dać nie może. Kto by pomyślał, że zwykły pocałunek otwiera czasami Sezam."

I nagle zrozumiał, jak nigdy dotąd, że jego życie ma szansę nabrać nowego sensu, jeśli tylko pozbędzie się nieufności, a prawa natura uzna za świętość. Bowiem nie od niego one zależą i nie jego sprawą dociekać sprawiedliwości. Natura bywa dobrą matką i złą macochą. Najistotniejsze jest kochać drugiego człowieka, bo właśnie w nim Natura ukryła swoje tajemnice.

- Zaniemówiłeś, coś nie tak?

- Przeciwnie, coś więcej, niż tak.

- Może się zwierzysz.

- Jesteś dziczką.

Katarzyna uniosła brwi. Nikt jej jeszcze tak nie nazwał. Określenie mieściło w sobie skrajności, w zależności od tego, kto je używał i kiedy. Wiktor wielbił przyrodę, więc była to raczej pochwała. Nadto siedział za kratami, a tam tęskni się za dzikością, z którą kojarzono wolność.

- Pierwszy to dostrzegłeś.

- Wiedziałaś, że taka jesteś?

- A skąd. Mam przyjąć do wiadomości, że jestem czymś w rodzaju mustanga.

- Trochę inaczej! - żywo zaprzeczył Wiktor. - Dla mnie dzikość ma smak Boga. Jest w tobie ogień i trawa zielona.

Kasia odwzajemniła uścisk dłoni.

- Tymczasem najbardziej cieszę się z tego, że tu jesteśmy.

- Dziczka z ciebie. Inaczej nie siedziałabyś dzisiaj tu, gdzie siedzisz.

- Skąd możesz... wiedzieć?

- Odsiadka zrobiła swoje - nie bez wahania przyznał Wiktor. - Zaczyna się widzieć wszystko takie jakie jest; w pięknie i ohydzie. To dziwne, ale teraz wydaje mi się, że gdyby nie pobyt za kratami, nie potrafiłbym dostrzec nieba. I siebie nie potrafiłbym zobaczyć gdzieś tam pod Przylądkiem Dobrej Nadziei.

- Parę dni temu chciałam wyć, a dzisiaj pragnę śpiewać. Jednak życie jest warte grzechu - Kasia oparła głowę o pierś Wiktora.

 



Piotr Bednarski - ur. w 1938 r. w Oryszkowcach na Podolu. Z Pomorzem związany od lat sześćdziesiątych. Debiutował zbiorem wierszy "Arka przymierza" w 1972 roku. Od tego czasu opublikował kilkanaście książek poetyckich i prozatorskich.

 


Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (15)

Znów kwartał minął. Nadciągnęły późnojesienne chłody, wsparte wichurami i deszczem wdzierającym się za kołnierze. Tylko patrzeć mrozów, śniegu oraz długich nocy. Nocy ciągnących się nad miarę, z melancholią w tle.

Przyczyną melancholii (a czasami frustrowania) mogą być też dzisiejsze lektury. I to poczynając od poezji, a kończąc na książce o globalizacji.

Napisał niegdyś, obecnie prawie zapomniany, poeta i teoretyk literatury Tadeusz Peiper: Nie chodzi o bezpośrednie wypluwanie uczuć lub protokółowanie naturalnego biegu obrazów, lecz o organiczną budowę poetycką. Zdaje się nie wiedziała o tym A. Kornacka (Alina Kornacka "Oto miłość", Agencja Wydawnicza "Działosz", Kołobrzeg 2002, str. 47).

Jak podaje notka Stowarzyszenia Kołobrzeskich Poetów, inicjatora ósmego zeszytu poetyckiego tej serii, autorka ukończyła filologię polską w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Słupsku. Mieszka w Rymaniu, pracując w szkole podstawowej. Interesuje się zanikającymi obyczajami regionu zachodniopomorskiego.

Tomik jest debiutem poetyckim. Opatrzony odautorskim wstępem (oraz posłowiem dwóch innych osób) zbiór zawiera 39 utworów.

Przytoczona prawda T. Peipera (naturalnie znana wcześniej, a przez T.P. tylko doprecyzowana) jak ulał pasuje do strof A. Kornackiej. Autorka wyrzuca z siebie wersy w iście sztambuchowym stylu, próbując przykuć uwagę odbiorców spostrzeżeniami banalnymi. Pukam do drzwi ludzkich serc notuje na przykład w utworze "Cierpliwość". Zaś Ludzie na plaży  z tekstu "Nadmorski pejzaż"  Zasłuchani w krzyk mew/ Muszli szum/ W splecionych dłoniach/ Ściskają wspólny bursztyn. Natomiast dalej jeszcze, w utworze "Kontemplacje" ktoś Umówiony z księżycem/ między szmerem a tropem/ w treliażach kniei/ słucha własnych myśli. Czyli mamy tu jeszcze, oprócz banału, zwykły bełkot.

Zanotowała też A. Kornacka w utworze "Jezus frasobliwy":

 

Twoje łzy wyschły

Spojrzenie wyblakło

Świat  okrutny artysta

Smutne oczy rzeźbi

(...)

Nie nudząc się

Wybaczasz i czekasz.

 

Cóż, przykro mi to stwierdzić: nudząc się, wybaczam, ale nie czekam na nowe w przyszłości objawienia autorki. Lecz nie ma tragedii. Nie wszyscy muszą pisać. A przy tak rozległych zainteresowaniach A. Kornacka zapewne znajdzie lepsze miejsce aktywności.

 

Odrugim autorze, H. Romaniku (Henryk Romanik "Słucham", Wydawnictwo MILLENNIUM- Bogdan Gutkowski, Koszalin 2002, str. 63) "Prowincjonalia" wspominały przeszło 2 lata temu, przy okazji opublikowania poematu "Wypłyń na głębię".

H. Romanik (rocznik 59), z powołania kapłan, biblista, jest duszpasterzem środowisk twórczych Pomorza Środkowego. Sporo publikuje, między innymi w "Gościu Niedzielnym". Ma też na koncie udział w kilku wydawnictwach zwartych.

Ten szczupły objętościowo (27 utworów), acz schludnie edytorsko opublikowany, zbiorek wywodzi swój tytuł ze słów Chrystusa: "Kto ma uszy do słuchania..." W intencji autora jest to bez wątpienia wskazówka dla czytelnika (i siebie). Zamysł szlachetny, lecz wyraz artystyczny strof nie dorównuje sile intencji. Bo czytanie (i słuchanie) utworów niewiele ożywczej refleksji niesie. Wersy przesyca miałkość obrazowania, a z góry założona prostota budowy zbacza w stronę potocznej oczywistości. Notuje na przykład poeta w utworze "Ogród w Żelazowej":

 

jak panieński sen

pierwsza klawiatura

cudowna gra

układanka barw

czerń i biel

a wśród tęcz

bukiety czerwcowe

liliowe zapach

i roziskrzenie

gwiazd.

 

Może to i  ł a d n y  obrazek, ale co poza tym?

Chyba najbardziej obiecująco w zbiorku wyglądają same tytuły  np. Scherzo", "Palma de Mallorca" czy "Finale scozzese". Treść, niestety, wydaje się ledwo materiałem do poetyckiego przetworzenia.

Omawiając onegdaj poemat "Wypłyń na głębię" pozwoliłem sobie stwierdzić, iż ma on szansę osiąść w literaturze jako interesująca próba poszerzonej penetracji poetyckiego słowa. O tomiku "Słucham" powiedzieć tego już się nie da. Lecz zapewne H. Romanik jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. I nie upadnie na duchu.

 

Kolejne "niestety" wywołuje też najnowszy zbiór 54 utworów S. Rusina (Stefan Rusin "Bezdomna czułość", Wydawnictwo GLICYNIA, Konin 2002, str. 60).

S. Rusin (rocznik 46), absolwent Akademii Ekonomicznej w Poznaniu, poeta i plastyk, swoje rysunki prezentował w wielu galeriach sztuki. Także w pismach literackich można je spotkać. Opublikował dotąd 13 zbiorów wierszy, w tym m.in. "Wesele Hioba" i "Korsykańskie lustro". Niektóre jego utwory przełożono na języki niemiecki, czeski oraz włoski.

Jakież są wiersze S. Rusina? Przy pierwszym oglądzie nic im zarzucić nie można. Poprawnie budowane, nie przegadane, emocjonalnie (i duchowo) znośne. Właśnie: znośne. Dominująca średnia, wyprana z indywidualności.

Choć czasami zdarzają się przebłyski strof żywszych, jak na przykład w utworze "Skóra" (Skóra na niekończących się/ pagórkach/ ma smak trawy/ płowego wiatru/ mielonego pieprzu). Lecz cóż z tego, skoro kawałek dalej przychodzi nam bezradnie rozłożyć ręce wobec publicystycznych stwierdzeń:

Człowiek jest bratem, siostrą,

modlącym się rozumem

Zabija, upokarza

Smakuje pokorę, wolność,

zgłębia tajemnice życia.

Nie wiem kogo podobne strofy mogą zachwycić. Kogo zachwyci konstatacja wyrażona mało poszukującym językiem.

Ale tak jest szara rzeczywistość poezji. Poezji, o której  konkludując  powiedzielibyśmy: może istnieć, choć nie musi. Podobnych zbiorów rocznie powstaje w kraju setki, jeśli nie tysiące.

 

Odejdźmy od poezji. Może następnym razem znajdzie się pretekst do przyjemniejszych refleksji. Tymczasem jeszcze 2 książki  z literaturą piękną nic nie mające wspólnego. Jednak w pewien sposób mieszczące się w formule niniejszej rubryki.

 

Wielce interesującą inicjatywą wydawniczą jest praca zbiorowa "Moje miasto" ("MOJE MIASTO. Wybór 48 opowiadań, wspomnień i historii o miastach", Instytut Ruchu Społeczeństwa Alter-natywnego "Duch Miejsca", Gdańsk 2002, str. 264). Nie sposób wymienić wszystkich autorów, zwłaszcza iż niektórzy ukrywają się pod pseudonimami. Redagowali rzecz: Michał Błaut, Piotr Mróz i Janusz Waluszko. Zaś udokumentowaną zdjęciami i mapkami książkę opatrzył posłowiem dr Radosław Kryszk. Jest też wstęp J@ny, ujawniający inicjację pomysłu.

O co chodzi? Już okładka wiele sugeruje. Widzimy nad ulicą szybującego mężczyznę z rozłożonymi, niczym skrzydła, ramionami. Twarz mężczyzny rozjaśnia swojski uśmiech  zdający się mówić: jestem u siebie, zapraszam.

Najogólniej rzecz ujmując: książka opowiada o idei miejskości. Mówi o mieście jako siedlisku, strefie ukorzenienia  ale z perspektywy pojedynczego mieszkańca. Miasto jako środowisko, jako rodzaj cywilizacyjnego ekosystemu, z jego architekturą, kulturą (lub jej brakiem), mitologią i atmosferą. Miasto jako miejsce szczególne; czasem namaszczone przeżytym tam dzieciństwem, czasem odstręczające  jednak zawsze własne, którego nie sposób się wyprzeć  wszak odciska piętno na życiu przeważającej części populacji.

Praca zbiorowa i portret zbiorowy. Na mozaikę miejskości składają się miasta z różnych stron Polski. Mamy tu między innymi Gdańsk (najdokładniej spenetrowany), Gdynię, Sopot, Toruń, Kielce, Warszawę, Wrocław, Szczecin, ale i mniejsze miejscowości  jak Słupsk, Mielec, Otwock, Milanówek czy Wągrowiec.

Napisał w posłowiu dr R. Kryszk: Przestrzeń miejska jest zawsze odczytywana i wartościowana przez jej mieszkańców. Ciągłe poruszanie się w przestrzeni prowadzi do powstawania w umysłach ludzi trwałych obrazów, przekonań, które nazwać można mapami mentalnymi.

Odczuwane silne więzi z miejscem zamieszkania (w tym przypadku wyłącznie miasta, nie wsi) prowadzą do wykształcenia określonej tożsamości. Tożsamość taka dla jednych jest przedmiotem dumy, innym potrafi spędzić sen z powiek.

Zaiste, ciekawa to książka (choć językowo bałaganiarska, nierówna), pełna poznawczych walorów.

 

Niczym memento brzmi ostatnia omawiana pozycja, autorstwa J. Urbańskiego (Jarosław Urbański "Globalizacja a konflikty lokalne", Federacja Anarchistyczna, Poznań 2002, str. 100).

J. Urbański, socjolog, uczestnik ruchu Wolność i Pokój, współzałożyciel Federacji Anarchistycznej, opisuje rozwój lokalnych protestów społecznych ostatnich lat  protestów powstających w związku z globalizacją gospodarki.

To już nie tylko z wolna realniejąca groźba, lecz fakt. Jeszcze niedawno z przymrużeniem oka czytaliśmy futurystyczne prognozy McLuhana przedsta-wiającego nadchodzący świat jako "globalną wioskę". Wydawało się nam to odległe, czasem mało prawdopodobne, gdy tu  proszę, już rzecz się dzieje.

Przyczyny wybuchu konfliktów lokalnych bywają złożone. Lecz nie sposób pominąć gwałtowny przyrost ludności, dynamicznie rozwijające się technologie (z usprawnianymi obiegami informacji), koncentrację kapitału (z szybkim przepływem), czy pogłębiający się rozziew między strefami bogatych i biednych. Zaś odczucie zagrożenia izolacją (lub degradacją) tyczy także skali mikro-społecznej: na poziomie gmin, miast, a bywa, że i dzielnic. Nie tylko w sferze cywilizacyjnej, ale i kulturowej.

Nie chcielibyśmy przecież ostrych zajść na tym tle  co miało miejsce choćby na ulicach Seattle, Pragi czy Genui. Zjawisko trzeba rozpoznać i trzeba nauczyć się stawiania oporu spodziewanemu przerostowi tego procesu. Europa (i świat) się jednoczy, ale jednocześnie  o paradoksie  coraz bardziej dzieli.

Globalizacja  kolejny kamień u szyi ludzkości?

 

(listopad 2002)
Paweł Szeroki

 

Tomasz Rybak

RODZINNA IMPREZKA

Kolejny cholerny dzień zmierza do kolejnego cholernego końca. Gdyby nie fakt, że dzisiaj mija 70. rocznica urodzin dziadka, to nie miałbym co do roboty. A tak -wódka za darmo, jest się z kogo ponabijać i co napisać. W zasadzie ten facet, o którym wyraziłem się w drugim zdaniu "dziadek", jest całkiem obcym mi człowiekiem. Przyszedłem na sępa udając dawno niewidzianego wnuka. Zresztą połowa ludzi zrobiła to samo. Człowiek pić musi, a nie każdego stać na utrzymywanie rządu.

- Fajnie, że przyszliście - przywitał nas dziadek.

- Nie ma sprawy. Gdzie procenty? - zapytałem odważnie. Popatrzył na mnie, po czym odpowiedział:

- Zaraz przyniosę. - i poczłapał do lodówki.

- Jak się dziadek czuje? Pewnie nie najlepiej. A testament gotowy? - od razu ujawnił się oryginalny wnuk, a nie jakaś tam podróba.

- Czuję się dobrze.

- Podczas pisania testamentu niech dziadek pamięta, że mu zawsze laurki na Dzień Dziadka wysyłałem.

- Czuję się dobrze!

- Oj, nigdy nic nie wiadomo. A cholesterol dziadek sobie badał?

Pomyślałem, że należy przerwać te naiwne dociekania. Mam dobre serce (nowa wątroba też świetnie działa), więc zapytałem:

- To co z tą wódą?

Dziadek nareszcie polał. Zgromadzonym od razu poweselały twarze.

- Pewnie z przemytu? - zapytał jakiś podpinający się za wnuczkę wstawiony już facet. Niesamowite, co ludzie są w stanie zrobić, jak im na czymś naprawdę zależy. Mężczyzna miał koło czterdziestki, był łysy, nosił długą brodę i był ubrany w różową sukienkę.

- Z jakiego tam przemytu! - obruszył się dziadek - Zwyczajnie kradziona.

- Może byśmy "Sto lat" zaśpiewali? - na imprezie zawsze znajdzie się jakiś cholerny "tradycjonacjolista". Pić człowiekowi nie dają spokojnie! Tylko by śpiewali i śpiewali! Do Sopotu z takimi a nie na przyzwoitą popijawę.

Tłumek zaraz podchwytuje znaną pieśń: "Sto lat, sto lat! Niech żyje, żyje nam!" Dziadek nagle zaczyna się starzeć. Dożywa do dziewięćdziesiątki, po czym umiera.

 

Tomasz Rybak

 

Tadeusz Zawadowski

METAFIZYCZNA LAMPA

znowu się słowa bawią w chowanego

raz dwa trzy szukam

patrzę w poprzek nocy

czy się nie skryły za gwiazdą

lub chmurą

 

a one cicho przechodzą przeze mnie

 

są już w żołądku

w gardle

pod powieką

i krzyczą tutaj

tutaj nas nie znajdziesz

 

trzeba je ciągle budować od nowa

składać powoli

z niewidomych gestów

 

a one-ćmy już-wirują nad głową

 

i tańczą z ogniem aby żar się dłużył

 

Tadeusz Zawadowski

 

Lech M. Jakób

HUMOR

Co znaczy śmiech? Cóż takiego tkwi w

śmieszności? Co by miały wspólnego mina błazna,

gra słów, qui pro quo z wodewilu, scena

z wyrafinowanej komedii?

(Henri Bergson "Śmiech. Esej o komizmie")

 

Zdumiewające, jak lekceważąco bywa pojmowany humor. Prędzej postrzega się w nim trzpiotowatość, niźli przejaw mądrości, chętniej widzimy go w roli pustego rozśmieszacza, niźli jako cechę pożądaną. Nawet dostępne słowniki redukują humor do błahostki. Czytamy na przykład w "Słowniku języka polskiego"*: humor - zdolność dostrzegania zabawnych stron życia, traktowanych zazwyczaj z wyrozumiałością i pobłażliwością; pogodny nastrój, wesołe usposobienie. A przecież taka definicja - jako mało ostra, a bez wątpienia szczątkowa - satysfakcjonować nie może.

 

Przy czym, rozważając zjawisko humoru, należy umieć oddzielić humor od ironii, sarkazmu czy drwiny. Ironia (a również sarkazm oraz drwina, choć w proporcjach różnych) z natury jest narzędziem agresji; ironia potrafi ranić, kaleczyć lub upokarzać. Ironią często posługuje się satyra, mająca za cel wyszydzanie lub ośmieszanie.

Inaczej postępuje humor. Śmiech przezeń wywoływany nie rani, nie szydzi. Przeciwnie: uwalnia od niepokojów świata, ożywia, napełnia radością, a nawet leczy. Dzieje się tak dlatego, że jest ruchem na krawędzi sensu, ruchem umysłu potrafiącym tonować cierpienie. Słusznie przeto powiada Soren Kierkegaard: Właśnie dlatego, że humor zawiera zawsze jakiś skrywany ból, niesie z sobą również pewną sympatię, której pozbawiona jest ironia...

 

Skoro potrąciliśmy o filozofa. Filozofia również humoru doprecyzować nie potrafi. I nader rzadko z jego dobrodziejstw korzysta. Zaś sam humor z reguły szerokim łukiem omija. Ilustracją mogą być przepełnione solennością dzieła Georga W. Hegla lub Immanuela Kanta. Choć nie stronią od humoru na przykład - zaznaczmy dla równowagi - choćby David Hume i Michel de Montaigne. Z czasowo bliżej nas żyjących ciekawie o humorze pisał między innymi Zygmunt Freud (Humor ma nie tylko coś wyzwalającego, lecz nadto coś szlachetnego i wzniosłego).

Właśnie śmiech stroniący od pogardy, śmiech pozbawiony nienawiści jest tym rodzajem śmiechu, który budzi odruchy wdzięczności, wzmaga tolerancję. Stąd też nasze, nie zawsze uświadomione, upodobania w żartach braci Marx i Rolanda Topora, dlatego tak serdecznie bawi nas Woody Allen czy Aleksander Fredro.

 

Bowiem niewielką sztuką jest wzbudzić śmiech płaski, zwany rechotem. Wystarczy opowiedzieć dowcip o blondynce. Łatwo też wbić szpilę sardoniczną uwagą z trybuny sejmowej. Lub przedrzeźniająco wykrzywić twarz. Ale tego rodzaju zachowania, wbrew pozorom, nie mają nic wspólnego z humorem. To są przejawy kultury niskiej, nie budującej i nie krzepiącej.

Stąd między innymi moje pretensje do rodzimej literatury współczesnej. Bez trudu da się w niej dostrzec deprymujący przerost powagi. Stąd sprzeciw wobec społecznych mediów, operujących żartami niewybrednymi. Sławomir Mrożek i Kabaret Starszych Panów to za mało, by skłonić do refleksji nad klasą preferowanego obecnie humoru? Może mało, ale to przykłady z górnej półki. Naturalnie, dobrych przykładów znalazłoby się więcej. Choćby humor prezentowany przez zmarłego jedenaście lat temu Jerzego Afanasjewa, czy w poezji - przez Jana Twardowskiego.

 

I powrót do uwag wyjściowych. Rozumiem, że pojęcie humoru trudno usidlić jednoznaczną definicją. Dochodzą przecież jeszcze - mocno z humorem związane - pogranicza absurdu, groteski, purnonsensu. Lecz niewątpliwie "Słownik języka polskiego" winien określenie humoru przeredagować, albo przynajmniej rozszerzyć. Gdyż humor to nie tylko postrzeganie zabawnych stron życia czy wesołe usposobienie (wesołe usposobienie raczej wesołków cechuje, nie humorystów). To przede wszystkim zdolność kpienia z tego, co sami kochamy i szanujemy, to wreszcie umiejętność śmiechu nie z innych, a z samego siebie.

 

Lech M. Jakób



* "Słownik języka polskiego", Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1996

 

Oskar Szwabowski

PEWNA MELODIA

Jest problem.

Włóczymy się po mieście. Słońce złoci mury pustych budynków. Jest dość ciepło. Wiosennie. Tak rześko, że chciałoby się coś. Dokładnie nie wiadomo co, ale coś. Chciałoby się. Chce się. Siadamy na murku. On zapala papierosa, częstuje. Dzięki, odpowiadam i dopiero teraz dostrzegam, że ulice są puste. Chodniki bezludne. Zakładam nogę na nogę. Zaciągam się głęboko. O dziwo, niebo jest błękitne. Ale... tak jakoś... daleko. Jesteśmy oddzieleni. Jesteśmy poza.

Worek już niemal pusty. Zachmurzyło się. I deszcz spadł. Skryci w bramie starej kamienicy patrzymy. Jesteśmy oddzieleni. Żaden dźwięk nie dochodzi do uszu. Nawet szum kropel. Przeczekamy, mówi. Myślę sobie, co? deszcz czy oddzielenie? On opiera się o ścianę. Wyciąga lufkę. Przygląda się. Jest całkowicie czarna. Pójdziemy za miasto, mówię. Przytakuje. Papierosy też się kończą, myślę zapalając. Na pół, mówi. Dobra. Jest już ciemno. O wyciągniecie dłoni leje deszcz. Mokra ściana, ściana z kropli, co nie ustanie w dół wodospadem. A ja nie słyszę. Nic nie słyszę. Pojedyncze neony majaczą w dali, powoli tracąc blask. Okna są czarne. Jak i budynki. Jak lufka. Zaciągam się i oddaję szluga. On spluwa przez zęby. Nie musi nic mówić. Wiem. Zalane mrokiem wnętrze bramy nie śmierdzi. W ogóle nie pachnie.

Dym. Nuci, na krawędzi. Melodia jest kojąca... a zaciska pięść. Na chwilę. Nieznaczne drgnięcie mięśnia.

Nijaki poranek. On wyrzuca pusty worek. Opaloną lufkę chowa. Na ciężką chwilę. Idziemy. Przez szarość. Środkiem ulicy. Mglisto. Krok jest wolny. Lekko przygarbieni. Zostają trzy papierosy. Mijamy kamienice, blaszane garaże nęcące błotnistym mordem, blokowce, pojedyncze drzewa, czarne i nagie. Mijamy wilgotną ławkę, i tak jakoś... Idziemy dalej. Milcząc.

Brzeg pola. Nic się nie zmieniło. Gleba bezwonna, a niebo puste. Cisza, że aż boli. Jesteśmy oddzieleni. Palimy papierosy na skraju. Zaciągam się głęboko, mimo to nic nie czuję. Szara wstęga unosi się wolno, rozwija. Patrzę tępo. Przed nami bezkres. Poza nami. On spluwa przez zęby. Wiem. Dłonią drapię ziemie, orzę ją, z całych sił wbijam palce w kamieniste podłoże. I nic. Ani śladu. Na niej, na mnie.

Wstajemy. Pustą paczkę zostawiamy na ziemi koło kamienia.

Idziemy.

 

Oskar Szwabowski

 


Yoko Tawada

OPOWIADACZ BEZ DUSZY

1 Jednym z niemieckich wyrazów, jakie spodobały mi się bardzo w ostatnim czasie, jest słowo "cela". Za pomocą tego słowa mogę sobie wyobrazić w moim ciele wiele małych, ożywionych pomieszczeń. W każdym pomieszczeniu znajduje się opowiadający głos. Dlatego te cele są porównywalne z kabinami telefonicznymi, celami mnisimi albo więziennymi.

Pięknie wygląda, kiedy nocą na ciemnej ulicy kabina telefoniczna jest oświetlona od środka. W tej tokijskiej dzielnicy, w której wyrosłam, był park zalesiony miłorzębem japońskim. W kącie parku stała kabina telefoniczna, bardzo lubiana przez młode dziewczyny. Była ona zajęta nieprzerwanie od zachodu słońca do północy. Prawdopodobnie w tej celi dziewczyny były w stanie lepiej rozwinąć swój dar opowiadania niż w domu rodzinnym. Słuchawkę mocno trzymały w dłoni i, telefonując, żywo rzucały swe puste spojrzenia w rozmaite strony, tak jakby gdzieś w powietrzu mogły zobaczyć swego rozmówcę. Ta od środka oświetlona, przezroczysta skrzynia, w której znajdowały się dziewczyny, stała między mrocznymi postaciami drzew w parku: Ten obraz fascynował mnie już wtedy, gdy sama byłam jeszcze dziewczyną. W nikłym stopniu natomiast interesowała mnie treść tych rozmów. Dziewczyny mówiły najczęściej o męskich członkach społeczeństwa, z którymi miały jakikolwiek stosunek. Czasami kabina telefoniczna wyglądała jak przezroczyste drzewo, w którym tkwił duch drzewa. Japońska bajka Bambusowa księżniczka zaczyna się tym, że pewien staruszek ogląda świecący bambus i pada nań. Odkrywa w nim nowo narodzoną dziewczynę i wychowuje ją razem ze swoją żoną. Bajka kończy się tak, że dziewczyna, gdy stała się dorosłą kobietą, poleciała z powrotem tam, skąd właściwie przyszła: na księżyc.

Nocna kabina telefoniczna mogła być także statkiem kosmicznym, jaki przybył właśnie do parku. Księżycowi ludzie posłali na ziemię księżycową dziewczynę, aby poinformować się o naszym życiu. Dziewczyna składa właśnie pierwszy raport. Jak opowiadałaby o parku? Czy dużo opowiedziałaby tak krótko po przybyciu?

Później, w Austrii, zobaczyłam celę, która natychmiast przypomniała mi kabinę telefoniczną. Była ona zbudowana z masywnego drewna i stała w nieoświetlonym kącie pewnego katolickiego kościoła. Ściany tej celi wypromieniowywały ciepło i spokój, tak że od razu pomyślałam, że tak samo stanę w niej i opowiem coś jak ta dziewczyna w kabinie telefonicznej. Znajomy opowiedział mi, że ta cela nazywa się "komorą spowiedną" i że tam, tak jak w nocnej kabinie telefonicznej, opowiada się o stosunkach seksualnych. Ale inaczej niż nowoczesna kabina telefoniczna komora spowiedna była zbudowana z drewna i stała tu niczym drzewo z głębokimi korzeniami wrośniętymi w podłoże. Ona nie wzleciała jak statek kosmiczny. Są zatem cele-opowieści, które są osadzone, i są takie, które wydają się być ruchome.

Wtedy zrozumiałam także, dlaczego pracownia pisarska, która przypomina więzienną celę, jest o wiele stosowniejsza do realizacji jakiegoś erotycznego pisma niż duży pokój, w którym inscenizuje się optyczna zmysłowość. Niczego nie oczekuję od ascezy i nie myślę, że żądza może wpływać na coś napisanego, kiedy jest tłumiona w życiu. Twierdzenie, że ktoś, kto pisze, nie żyje naprawdę, może pochodzić tylko od osób pojmujących człowieka i jego życie jako podmiot i przedmiot. Powiedzieliby być może, że człowiek przede wszystkim musi żyć swoje życie. Stwierdziłabym, że żyję a także przeżywam moje życie. Żyje również moje pismo. Stąd pytanie, czy człowiek przeżywa swoje życie, kiedy pisze, jest błędnie postawionym pytaniem. Stawia się je tylko po to, żeby postawić człowieka w tym punkcie środkowym.

Nie ma to nic wspólnego z ascezą, kiedy ktoś siedzi w jakiejś celi i pisze. Ma to raczej coś wspólnego z aktywnością komórek cielesnych, które w ciele tworzą swe własne kabiny telefoniczne, cele mnisie i więzienne. Rozliczne opowieści są opowiadane w takich zamkniętych pomieszczeniach. Pisząc staram się rozróżnić słuchem te opowiadania wypływające z ciała. Kiedy się im przysłuchuję, zauważam, jak obce dla mnie są moje komórki. Powstają one z tego, co zostało oddziedziczone i z tego, co zostało zjedzone. Dlatego częściej zdarza się, że opowiadanie, jakie słyszę z mego ciała, czasowo albo geograficznie wydaje mi się dalekie.

Ale czy w ogóle można zrozumieć mowę komórek? W tym pytaniu nasuwa mi się jeszcze jeden obraz: Kabiny dla symultanicznych tłumaczy. Na kongresach międzynarodowych często można zobaczyć piękne, przezroczyste kabiny, w których stoją opowiadający ludzie: Oni tłumaczą i w ten sposób tworzą nowe opowieści. Ruchy ust, gesty i spojrzenia poszczególnych tłumaczy symul-tanicznych są tak indywidualne, że można by nie uwierzyć, iż u wszystkich idzie o jeden wspólny tekst. Być może w rzeczywistości wcale nie chodzi też o jeden wspólny tekst, lecz tłumacz przez tłumaczenie ujawnia, że ten tekst jest równocześnie większą liczbą tekstów. Ciało ludzkie także ma wiele komórek, w których wykonywane są prace przekładowe. Przypuszczam, że tam chodzi o tłumaczenia bez oryginału. Aliści istnieją osoby, którzy wychodzą ze stanowiska, że każdemu człowiekowi przy narodzinach jest dawany w posagu oryginalny tekst. To miejsce, gdzie jest przechowywany ten tekst, określają jako duszę.

 

2 Jest mały port w Hamburgu na Łabie nazywany Szatańskim Mostem. Dawniej na Łabie w ogóle nie można było zbudować mostu, który byłby dość mocny, aby wytrzymać gwałtowne jesienne sztormy. Zrozpaczeni hamburscy kupcy poprosili szatana o wzniesienie niezniszczalnego mostu. Jako wynagrodzenie za to chciał mieć jakąś duszę. Kupcy obiecali dać mu duszę, kiedy most będzie gotowy. Kiedy szatan skończył swoją pracę, okazało się, że żaden z kupców nie chciał oddać swojej duszy. Dlatego na most posłali szczura szatanowi, który pełen wściekłości nastąpił nań a następnie pogrążył się w ziemi. Odtąd ten port nazywa się Szatańskim Mostem.

Gdy po raz pierwszy usłyszałam tę legendę, nie zrozumiałam jej, ponieważ nie wiedziałam, że szczury nie mają duszy. Dokładniej mówiąc dla szatana, który w pełni jest zorientowany chrześcijańsko, szczury nie mają duszy. W innych religiach, opowiadających o duszach roślinnych i duszach zwierzęcych, zrozumiałe samo przez się, że szczur ma duszę - a mianowicie taką, która nie jest mniej warta niż ta hamburskiego kupca. Szatan nie byłby w nich rozczarowany.

Mam dwa obrazowe wyobrażenia o ludzkiej duszy: W pierwszym wyobrażeniu dusza wygląda jak długa bułka, którą kiedyś jadłam w Tybindze. Ten rodzaj bułek nazywa się w Szwabii "dusza", i wielu ludzi ma duszę w tej postaci. Lecz nie jest tak, że dusza jak taka bułka jest osadzona w ich ciałach. Dusza jest raczej dziurą w ciele, która ciągle musi być napełniana taką bułką, która ma tę samą formę jak ta dziura, albo embrionem, albo oparem miłości. W przeciwnym razie nosiciele duszy mieliby uczucie, że czegoś im brakuje.

W moim drugim wyobrażeniu dusza przypomina rybę. Słowo "dusza" (Seele) pokazuje, że ma ona coś wspólnego z jeziorem albo w ogóle z wodą. Mam na myśli choćby duszę szamana. U Tunguzów na przykład mówi się, że dusza kandydata na szamana ciągnie w dół rzeki klanowej na teren mieszkalny duchów przodków szamana. Tam na korzeniach drzewa klanowego szamana leży zwierzęca matka szamana, która połyka duszę przybysza a potem ta powtórnie rodzi się jako zwierzę. Zwierzę może być czworonożne, albo może być ptakiem lub rybą; w każdym razie to zwierzę ma funkcję sobowtóra i ducha opiekuńczego szamana.

Jest to piękne wyobrażenie, że dusza w formie zwierzęcia wiedzie gdzieś w świecie swe własne życie. Dusza jest niezależna od osoby. Czego doświadcza, tego może nie wiedzieć człowiek, jednakże istnieje pewien stosunek między człowiekiem a jego duszą. Chciałabym także wieść życie z osobą, którą oznaczam jako "moja dusza", jakie szaman wiedzie ze swoją duszą: Nigdy jej nie oglądam, nie rozmawiam z nią, ale wszystko, co przeżywam i piszę, koresponduje z jej życiem. Wyglądam jak człowiek bezduszny, ponieważ moja dusza zawsze jest w drodze.

 

3 W pewnej książce o Indianach przeczytałam, że dusza nie może latać tak szybko jak samolot. Dlatego w podróży samolotem traci się swoją duszę, i duchowo nieobecnym przybywa się do miejsca docelowego. Nawet kolej transsyberyjska jedzie szybciej niż może lecieć dusza. Przy mojej pierwszej podróży do Europy koleją transsyberyjską utraciłam moją duszę. Gdy następnie znowu powracałam koleją, moja dusza była jeszcze w drodze w kierunku Europy. Gdy ponownie udałam się do Europy, ona była w drodze do Japonii. Potem tak często odlatywałam i przylatywałam, że w ogóle już nie wiem, gdzie właśnie znajduje się moja dusza. W każdym razie jest to powód ku temu, dlaczego podróżującemu przeważnie brakuje duszy. Dlatego opowiadanie o wielkiej podróży musi być pisane bez duszy.

 

4Wedle Waltera Benjamina istnieje dwa rodzaje opowiadaczy: "Kiedy ktoś wybiera się w podróż, wtedy może coś opowiedzieć, powiada tradycja ludowa, i o opowiadaczu myśli się jako o kimś, kto przybywa z daleka. Ale nie mniej chętnie słuchać tego, kto, żywiąc się uczciwie, pozostał w kraju i zna jego historie i tradycje. Jeśli chce się uprzytomnić obie te grupy w ich archaicznych reprezentantach, tedy jedna jest ucieleśniona w osiadłym rolniku, a druga w uprawiającym handel marynarzu.

Istnieją ludzie, którzy podróżują o wiele dalej niż marynarze albo o wiele dłużej pozostają w jednym miejscu niż najstarsi rolnicy: to są nieboszczycy. Stąd nie ma ciekawszych opowiadaczy niż nieboszczycy. Ale jest pewien problem, gdyż nie można zrozumieć ich języka, nie są nawet akustycznie postrzegani. Jak można usłyszeć coś z opowiadań nieboszczyków? Jest to jedno z najtrudniejszych zadań literatury, które różnie było rozwiązywane w rozmaitych kulturach.

Teatr na przykład jest często takim miejscem, gdzie nieboszczycy mogą dochodzić do głosu. Najprostszy przykład znajduje się w Hamlecie: Pojawia się umarły ojciec i opowiada, jak został zamordowany przez swego brata. To rozstrzygający moment tej sztuki, bez którego ani Hamlet ani widzowie nie mieliby dostępu do przeszłości. Wówczas musieliby dalej wierzyć opowiadaniu sprawcy, który stwierdził, że ojciec Hamleta został ukąszony przez jadowitą żmiję. Dzięki opowiadaniu nieboszczyka przeżywamy kawałek przeszłości, którego nie można by było doświadczyć bez niego. Scena teatralna jest tym miejscem, na którym staje się słyszalne nie-do-doświadczenia. Gdzie indziej słyszymy prawie tylko to, co opowiadają żywi. Starają się nadać takie znaczenie swym historiom, aby się usprawiedliwić i żeby dalej mogli żyć tak, jak wujek Hamleta. Nieboszczycy opowiadają z zasady inaczej, ponieważ nie opowiadają po to, aby ukryć swoje urazy.

 

5 Poza scenami teatralnymi są jeszcze dalsze miejsca, gdzie można usłyszeć opowieści nieboszczyków: na przykład w muzeum etnologicznym. W hamburskim muzeum etnologicznym stoi obok siebie wiele przezroczystych trumien, w których w każdym poszczególnym przypadku znajduje się martwa figura. Każda figura ucieleśnia jakiś lud. Stojąca trumna przypomina kabinę telefoniczną, ponieważ te figury wyglądają w nich tak, jakby zamierzały coś opowiadać. Dlatego prawdopodobnie trumny te muszą stać, zamiast jak zazwyczaj - leżeć.

Figury w trumnach - te lalki zrobione z tworzyw sztucznych - dają wyraz pewnym powiązaniom między śmiercią a lalkami: Te ludy przedstawione jako lalki wszystkie były kiedyś w historii zdobywane przez inne kulturowo lub gospodarczo i po części uległy zagładzie. Jak w innych muzeach, także tu staje się jasny stosunek siły, że mianowicie przedstawione jest zawsze zarazem czymś zdobytym. Na przykład w muzeum zoologicznym jest wystawiony wypchany wilk, podczas gdy odwrotnie: żaden wilk nie może wystawić człowieka. Również w muzeum historycznym panuje hierarchiczny stosunek między przeszłością a teraźniejszością.

Tak długo, jak coś obcego pojawia się jako zagrożenie, jest podejmowana próba jego zniszczenia. Kiedy jest martwe, wtedy życzliwie jako lalkę wystawia się je w muzeum. Można tam rozważać tę lalkę, czytać o sposobie jej życia, oglądać fotografie z jej kraju, ale czegoś się nie rozumie. Jakaś zasłona rozdziela obserwatora w muzeum od martwej lalki, tak że niewiele się może dowiedzieć. Dowiaduje się o wiele więcej, kiedy próbuje się opisać urojony lud. Jak ma wyglądać ich życie? Jak funkcjonuje ich język? Jak wygląda zupełnie obcy system społeczny? Tak samo jest interesujące granie obserwatora, który przychodzi z fikcyjnej kultury. Jak zostałby opisany "nasz" świat? Jest to próba fikcyjnej etnologii, w której nie opisywane, lecz opisujący jest fikcyjny.

 

6 Że te lalki są nie do pomyślenia oddzielnie od śmierci, pokazuje następujący mały przykład: dawno temu, gdy ludzie w wielu japońskich wioskach cierpieli beznadziejną nędzę, zdarzało się czasami, że kobiety natychmiast po urodzeniu zabijały swe własne dzieci, z którymi w przeciwnym razie musiałyby głodować. Za każde zabite dziecko była wystawiana drewniana lalka, kokeshi, co znaczy dziecko-któremu-pozwoliło-się-znknąć, żeby ludzie nigdy nie zapominali, że przeżyli kosztem tych dzieci.

 

7 Trudno jest zrozumieć mowę lalek. Najczęściej są one nieme dla naszych uszu. Właściwie także mowa nieboszczyków jest nie do zrozumienia. Najczęściej nie jest nawet do usłyszenia. Tylko w takim stanie, w którym nie jest się nastawionym na zrozumienie, można ich usłyszeć.

Przypominam sobie dzień, kiedy miałam uczucie, że usłyszałam mowę nieboszczyków. W 1982 r., na wiosnę, odwiedziłam pewną wieś w Nepalu, gdzie żyją Tybetańczycy. Przed mymi oczami stała świątynia, z której można było słyszeć modlitwę. Gdy wsłuchałam się dokładnie, było to więcej głosów. Spojrzałam na świątynię i zobaczyłam jednego jedynego mnicha, który tam siedział i modlił się. Z jego ciała wychodziło wiele głosów. Gdy w pewnej chwili zaczerpnął powietrza, ponownie rozpostarł się głęboki głos jak dywan, z którego następnie mogły wyłonić się niektóre inne głosy. Wzbudzał głosy z siebie, aby ofiarować ciało brzmieniowe każdemu opowiadaczowi, gdyż ci nie posiadają własnego. Ci umarli na przykład, którzy nie posiadają własnego ciała rezonansowego, mogli stać się słyszalni w głosie mnicha.

Spróbowałam wtedy sama wytworzyć pewien dywan głosowy. Nie udało mi się to, ale po raz pierwszy świadomie usłyszałam kilka głosów ubocznych, które współdrgają, kiedy mówię. Zaczynam przy mówieniu uważać na głosy uboczne. Opowiadane nie pojawia się już na miejscu słuchania, raczej opowiadanie powstaje przez słuchanie.

Być może ucho jest organem opowiadania a nie usta. Dlaczego w przeciwnym razie trucizna zostałaby wlana do ucha ojca Hamleta, a nie w jego usta? Aby odciąć człowieka od świata, trzeba najpierw zniszczyć jego ucho, a nie usta.

 

8 Są także lalki, które są w stanie wyartykułować mowę żywych ludzi. W 1992 r. odwiedziłam Londyn, aby poznać takie lalki. Nie tylko lubiane śpiewające i mówiące figury woskowe muzyków rockowych, lecz także parę nieznanych automatów w postaci wróżbity lub lekarza mogły mówić naszym językiem. Automata-lekarza znalazłam na targowisku. Gdy usiadłam naprzeciw niego, powiedział mi mechanicznym głosem, że dłonie powinnam położyć na szklanej płycie. Między nami stało biurko a na nim leżała szklana płyta, przez którą można było zobaczyć jego fascynująco skomplikowaną mechanikę. Pofałdowania na mojej dłoni zostały przeczytane, to znaczy zostały odcyfrowane jako litery. Lekarz skinął i precyzyjnym ruchem ręki wziął kartkę. Wypisał receptę i dał mi ją. Niestety, jego pismo nie było czytelne. Wściekle falująca linia ciągnęła się z lewa na prawo. Tak wyglądało tłumaczenie pofałdowań mojej dłoni na pismo. Zachowałam się tak, jakbym była w stanie odczytać to pismo, podziękowałam przy lekarzu-automacie i opuściłam targowisko.

 

Yoko Tawada
z niemieckiego przełożył Andrzej Pańta

 

Ariana Nagórska

BIURREALIZM

pląs, upojenie administracyjne

kancelaryczny kankan

kserogłupiarka powiela (o sole

mio) akta w stu wariantach

 

zamęt-lament

boss (karramba!)

gad-boss, ki diabeł nadał?

tnie mi po premii

łka

viola da gamba

trwa

firmowa serenada

 

prasa tu i tam

włącza w chłam swych łam (!)

o urzędu chlubnych losach

notkę z fotką-bibelotką

i podwładnym płotkom słodko

gdy rozkwita

hossa bossa

 

choć w krąg kogel-magiel

chwyta wiatry w żagiel

i zawzięcie trwa na fali

nieśmiertelny z racji

swych biurokreacji

polski Salvadore Absurdali

 

Ariana Nagórska
16.09. 1997 - 7.01.2000

 

KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między zaprzyjaźnionymi pisarzami. Na naszych łamach od października 1998 roku korespondują: zamieszkały w Podkowie Leśnej Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób z Kołobrzegu.

 

Dziękujemy - pkl "łabuź"


 

Podkowa Leśna, 21 listopada 2002

Lechu Drogi,

parę słów z marszu. Obiecałem Ci list, ale jestem urobiony po łokcie. Dalej nawet. Bo po pierś, gardło i napierający termin umowy wydawniczej. Wiesz, o czym mówię. Zero kina, teatru, życia towarzyskiego. Jadam fatalnie, śpię za mało. I wszelkie inne zobowiązania zawiesić musiałem na kołku. Znana jest dola psów łańcuchowych. Ale gdy tylko zerwę się z łańcucha, przyjeżdżam do Kołobrzegu i pójdziemy na miętusy! I na coś pod miętusa!

Właśnie, jak z rybami? I robisz coś z wyborem wierszy? Podobno łabuziacy byli u Ciebie.

Poprawię się wkrótce. Wybacz. A Tobie komputer znów siadł? Na e-maile nie odpowiadasz.

 

Bywaj wyrozumiały, Przyjacielu -
Piotrek


 

Kołobrzeg, dnia 25.11.2002 r.

Drogi Karoszi!

Mam tylko nadzieję, iż jest u Ciebie pod ręką zestaw reanimacyjny, gdybyś zamierzał paść z nadmiaru pracy. Lecz pojmuję, tak to jest, gdy zadzierzga się stryczek terminu na szyi.

A o komputerach nic nie mów! Przypomnij sobie co dotknęło mnie wiosną. Zaatakował robal internetowy Klez.E, wyżerając z dysku wszystkie (!) dokumenty z rozszerzeniem doc. Przepadły szkice, notatki, listy, gotowe teksty - zasoby blisko 4 lat... Szczęściem część uchowała się u korespondentów lub na dyskietkach. Ale to tylko 20%.

I już wydawało się, że po tej klęsce jakoś dojdę do siebie, gdy ostatnio komputer znów zaczął wariować. Zgłupiałem. Koniec końców pudło wylądowało u weterynarza od wściekłych urządzeń. Przy okazji zmodernizuję nieco jego wnętrze - wymieniając między innymi procesor na szybszy (nie uwierzysz, dotąd używałem trzysetki Pentium).

 

Ryby? Miałem nieprawdopodobną przygodę, ale o tym przy okazji. Teraz okres ochronny troci i łososi - ruszę ze spiningiem dopiero w styczniu. Natomiast miętusy jak najbardziej. To zimnolubne stworzenia i świetny na nie przychodzi czas. Możemy spróbować.

Gdy o wybór wierszy idzie - majstruję. Ponieważ "Ognie świętego Elma" zawędrowały do poczekalni. Chyba dobrze się złożyło z ustaniem prozy, bo jej zaborczość kłóci się z zaborczością poezji. Siedząc w jednym tracę kontakt z drugim. I na odwrót.

Wydawało się, iż będzie to proste zadanie: selekcja utworów i koniec. O, święta naiwności! Jakżesz się myliłem. Nie ma tu mechanicznych przełożeń, a dobierane utwory poczynają w zderzeniu ze sobą tworzyć jakby nowy organizm. Zaskakujące to dla mnie doświadczenie. Zaskakujące i pouczające.

Daleko jeszcze w polu jestem. Dość powiedzieć, że na przykład z debiu-tanckiego zbioru odpadła przeszło połowa wierszy. Wiele utworów poprawiam. Znajomek, zastając mnie nad retuszami, popadł w zdumienie. Jak to? - dziwił się - kreślisz teksty już istniejące i publikowane? Sam widzisz, Piotrze, jakie pokutują wyobrażenia. A przecież wiersze to nie w brązie odlane pomniki i mamy prawo, jeśli tylko nasza wola (i dokąd żyjemy), modelować je dalej. Wszak, bywa, kształt ostateczny utworu dociera się latami (choć inną sprawą będzie, czy tego jest wart).

Mam też kłopot z nadtytułem. Bo doszedłem do wniosku, iż wyłącznie "Wiersze wybrane" brzmi za sucho, za oficjalnie, za anonimowo. Zwłaszcza, że chcę dołączyć utwory nowe, powstałe po 2000 roku (zebrało się ich około 10). Pierwotnie skłaniałem się ku roboczemu tytułowi "W cieniu burzanów". Lecz upływ czasu nasunął inny, znacznie lepszy. Chwilowo nie zdradzę, bo może i ten ostatecznym nie będzie.

Czyli widzisz - wybór się rodzi. Powinienem uporać się z tym do stycznia. I może wiosną (przedział marzec - maj) rzecz się ukaże.

 

Istotnie, przeżyłem sympatyczną inwazję łobezian. Nawiedziła Kołobrzeg ekipa w składzie: Lidzia Lalak, Leon Zdanowicz, Ludwik Cwynar i Czesław Szawiel. Przywieźli ze sobą śledzie po białorusku, czerwone wino, zebrane po drodze kanie i trzeba było coś z tym zrobić. Potem odwiedziliśmy redakcję "Rzeczy Kołobrzeskiej", Galerię Sztuki Współczesnej i... uwierz, nie nudziliśmy się dwa dni.

Skoro o łabuziaków potrąciłem - rodzicieli "Łabuzia". Jeszcze jedna ciekawa rzecz. Udało mi się pozyskać zgodę Janusza Korbela, tłumacza, na publikację w "Łabuziu" fragmentu książki "O wilkach i ludziach" B. H. Lopeza. To będzie, gdy Leon wydrukuje (a nie wiem, czy zdąży w bieżącym numerze, bo sprawa świeża), nie licząc prezentacji w internetowym piśmie "Lesza", pierwsza krajowa publikacja tego autora. Mało kto wie, iż ową książkę - wydaną w Ameryce ćwierć wieku temu - uznano za jedną z najlepszych w swojej kategorii. Dowodem tego jest nadal trwający jej pochód językami świata. To barwnie napisana historia człowieka wiele lat obserwującego wilki pod Fairbanks na Alasce. Ileż mitów udało mu się przy okazji obalić! Bo doskonale wiesz, jak wredną rolę przypisano udręczonemu wilkowi w naszej kulturze.

A i sam K. Korbel jest postacią niebanalną. Onegdaj rozkręcił, dziś znaczący, miesięcznik "Dzikie Życie". Ostatnio zaszył się w Puszczy Białowieskiej, tam pomieszkując. Jak donosi e-mailami, opędzać się teraz musi od dzików podkopujących wykupioną chałupę. I rąbiąc drwa na zimę obmyśla nowe kampanie w obronie przyrody. Wspominam o nim, bo to osoba z gatunku niespokojnych, poszukujących, a pamiętam, że podobne sobie cenisz. I może kiedyś wspólnie odwiedzimy go w białowieskim mateczniku.

 

Jeszcze jedno. Kilka miesięcy temu pytałeś o programy telewizyjne rekomendujące książki. Bo po macoszemu (lub komercyjnie tylko) traktowana ta sfera w mediach. Otóż trafiłem ostatnio na ciekawą audycję. Puszcza to jedynka w późnych godzinach wieczornych. Co 2 tygodnie. Nazwanie tego: "Dobre Książki". Jednorazowo wybrane trzy pozycje omawiają Kazimiera Szczuka (historyk literatury), Tomasz Łubieński (wiadomo kto) i Witold Bereś (publicysta). Ciekawie robiona rzecz. Choć zdarzają się rekomendacyjne wpadki - jak choćby zalecana powieść Grishama "Wezwanie", bardzo mało mająca wspólnego z literacko dobrą książką. Ale najistotniejsze jest to, że rekomendujący żywo się spierają, wnosząc do programu - prócz emocji - intelektualne argumenty.

 

Drogi, rozpisałem się. A trzeba wracać do dalszej selekcji wierszy. Jest głęboka noc, miasto i domownicy śpią - najlepszy po temu czas. Wszak sowa ze mnie, nie skowronek.

 

Ściskający Cię współczująco (dla Twojej mordęgi)
Tfuj Nadmorski Pszyjaciel LMJ

 

Ps. Gdybyś za pewien czas szukał odetchnienia w godziwej, a jednocześnie lżejszej lekturze, poleciłbym Ci coś. Odprężenie gwarantowane. Nadto rzecz inteligentnie napisana, z zębem. O czym mówię? O "Córce dyrektora cyrku" Gaardera * (pamiętasz, tego od "Świata Zofii"). W szczególny sposób zaciekawić może zwłaszcza ludzi naszej profesji. Bowiem opowiada historię człowieka, który - założywszy firmę Pogotowie Autorskie - sprzedaje szkice fabuł pisarzom pozbawionym pomysłów własnych.

 



*Jostein Gaarder "Córka dyrektora cyrku", Wydawnictwo Jacek Santorski & Co, Warszawa 2002

 



 
Pięć - dziesięć zdań:

"(...)Będąc jeszcze chłopcem, lubiłem idąc drogą, rzucać przed siebie kamieniami. Gdy trafiłem w słup telegraficzny, cieszyłem się i zapewniałem siebie, że właśnie w ten słup chciałem trafić. Oznacza to chyba, że w istocie bardzo trafić chciałem, a przedtem udawałem przed sobą, że tak tylko rzucam sobie od niechcenia. Może dopiero po trafieniu pojawiała się taka motywacja a posteriori.Obawiam się, że i teraz wiele moich osiągnięć i klęsk jestem skłonny ujmować właśnie w ten sposób.(...)"

 

Kazimierz Obuchowski

 

Jacek Durski

ROK - fragmenty - I

Rozmiar: 886 bajtów

Od rana na Porąbce. Przywieziono Łuckosiową do domu. Trzymaliśmy się długo za ręce. Pocięte losem wnętrza dłoni. Szept wsunął się w szept. Kiedy zasnęła, zacząłem myśleć o moim Oknie, o nauczycielkach z podstawówy tak bardzo przerażonych innym programem. "Jak odkręcić przekręconą historię?", pytały pana palacza. Nagle przeszło przeze mnie światło, bo zajrzał do mnie Bóg. Przyszedł i włożył błękit do serca. Ewuś w drugim pokoju rozmawiała z Otrychami o "dwójce". Cały czas o tym samym. Popatrzyłem na umierającą Łuckosiową. Jak ona schudła przez ten tydzień. Zapada się w głąb. Kawałeczek pani Janiny. Odechciało mi się wszystkiego, nawet powieści z przeszłością, przyszłością. Opuściły mnie słowa. Odesłałem Bergelową do Eisengraeberów. Zaprowadźcie się sami do piekła. Opuściły mnie nawet myśli. Został tylko pierwotny strach. Kula z gardła w głowie. Ja też umrę. Będę musiał jak ona przejść stąd Tam. A jak Tam nie ma Tam? W rogach salonu gęsta czerń. Cicho wysunąłem się do drugiego pokoju, do Otrychów i Ewy. Mówcie mi teraz o "dwójce". O "dwójce" przed "trójką". O specjalizacji przed podspecjalizacją. I o podspecjalizacjach nad. Przy takim gadaniu łatwiej zapomnieć o śmierci. "Odejdź", powiedziałem do białej. "Odejdź od pani Janiny. Od dobrych ludzi. Wypierdalaj od nas, bo chcemy pracować", zawołałem do kostuchy. "Albo namaluję cię na »Okręgową«. Będziesz wisieć na wystawie stara a goła. Obejrzy ci każdy siwą kuciapę." Otrychowie zaczęli głośniej o "czwórkach", a Ewuś o "piątkach". Miło się ich słucha. Nawet kiedy krzyczą. Można myśleć o swoim. Zacząłem rysować świat bez śmierci. Co za przeludnienie. Ludzie w ludziach. Nie widać nieba, tylko ptaki. Nic nie widać. Z nadmiaru fantazji w czarny prostokąt i dalej, w miejsce po prostokącie. Lecz nikt nie zrozumie mojego pomysłu "przestrzeni, gdzie wisiał obraz". Bo nikt nie jest Stankiem. W naszym Okręgu nie ma już wielkiego. Sami tacy sobie. Lecz nie od tacy. Teraz mniej się pije. Nie jak za czerwonych. Teraz każdy chce dostać nowy życiorys albo chociaż prochy. Dostanie, to namaluje papieża. Wielu Ojców Świętych. Zabarwi naszym Wojtyłą swojego sekretarza. Nowe czasy, drugi na pierwszym.

W domu list od Mariana Pilota. Czytałem go kilka godzin, aż odczytałem. Pytajniki kreśli jak stary, a wykrzyknik jak młody. Lubię patrzeć na jego listy. Tyle w nich dobrego. Przy pierwszym myślałem, że to jakiś żart, a przy drugim, że jestem hyź, chociaż nigdy nie miałem psychozy. Że obudzę się w jakimś szpitalu. Żeby nie zwariować, zacząłem pisać Mariacką.

 

Tej nocy śniła mi się matka. Jaśnie pani w wyciu Zwierzaków. A raczej pół matki. Druga połówka za siwym lustrem. "Dziwię się, że tak o mnie piszesz. Zawsze byłam łaskawa dla służby. Ale co to tak wyje? Przeszkadza mi w liczeniu robaków. Tylko się nie budź. Jeszcze słońce w nocy", mówiła pod wieńcem.

Z Ewą w Katowicach, w kawiarni. Ewuś przeglądała Endokrynologię, a ja myślałem: Od szesnastego roku idę za Sztuką-suką. Poprowadziła mnie po kilku krajach, aż przywiodła na Śląsk, z powrotem, i muszę wszystko zaczynać od nowa. Teraz piszę. Takie jest we mnie pragnienie. Chuć starego, słodziuchna od młodej krwi. Po kawkach, herbatkach poszedłem z Ewą do Megastore. Tylko pooglądać. A tu w "Twórczości" recenzja Jentys o "krzywych lustrach". Pani Maria zauważyła wiele rzeczy, których ja nie zauważyłem. Tak. W mojej prozie nie ma granicy między rzeczywistością jawy a nierzeczywistością snu.

Jedź już, Ewa, bo chcę to spokojnie przeczytać, odprowadziłem najdroższą na pociąg. Na torach jeszcze biało. Jeszcze zima leży. Natomiast pod stopami ani zimy, ani wiosny. Tylko szare ciap. Najpierw solą, a potem pieprzą. O, w pięty. Trzeba lecieć na zajęcia NLP, przypomniało mi się programowanie. Pocałowałem Ewuś i do doskonałości. Świetne "neurowarsztaty". Nasz psycholog przylazł tak pijany, że spadł z krzesła. Nikt go nie podniósł. Byliśmy zbyt zajęci własnymi mózgami, "niech zapominają co marne". Mój książki z wody i obrazy bez ognia.

Po warsztatach pospieszyłem do Rusa, od "aury". Poznałem go dzisiaj przed kościołem Mariackim. "Nie ma tu Boże cerkwi, ale jest dobrobyt. Tu jestem znawcą Yang, a nie donosicielem", gadał do krzyża. Nauczy mnie czytać energię. Ma dużo Wietnamek z ciekawymi prądami. To pomoce szkolne. Na nich poznam wpływy kosmosu.

"Pomóż mi znaleźć ciotkę", powiedział Donajski. Jesteśmy razem na twoich stronach. Ale Tu jej nie ma. Za bardzo podobał się ciotce ten samochód, który ją potrącił. Wszystko przez waszą służącą. Wyprostowała mi garb i to. Wstydzę się powiedzieć. Popatrzyłem przez szyby na wieżę kościoła. Księżyc zmniejszył jej ciężar i mogła chodzić. Stąpała w czerni między kamienicami. Powiedz, co tam za Ziemią?, zapukałem w szybę. Jeszcze trochę lat i przyjdzie wam pogadać z Bogiem. Nie będzie to miła rozmowa. Za bardzo się wyrzynacie, szeptało z wieży, krzyczało. To prawda, pomyślałem. Gdzieś znowu wybuchła wojna. Ktoś gwałci, morduje, a ja z aksjomatem nieskończoności. Napiszę o tym dobry esej. No taki, który wydrukują. Coś spadło na chodnik. Wasz generał. Chciał wejść z krzyżami do nieba.

 

Kolejny dzień w wydawnictwie u pani Jadzi. Piszę przy drugim biurku. Na blacie wielki nerw. Szeroka puszka mózgowia. Tyle w niej miłości i nienawiści. Słów, które tak długo czekały na papier. Na jej ostrych brzegach matka z Eisengraeberem. Rżną się na okrągło. W środku przycupnięty ojciec, a w kącie ja. Stoję na baczność. Żebym im nie przeszkadzał. Ten kąt to moja przestrzeń między myślą a słowem. Mała, wielka. Różnie to w puszce bywa. Zatelefonowałem z "Książnicy" do Wańka, "czy zgadza się na opublikowanie recenzji o Mariackiej". Byłem pewien zgody, ale prawo autorskie i... chciałem z nim tak pogadać. "Pisanie to nie rzeźbienie, nie uderzysz się w palec, ale można dostać młotkiem od Anioła stróża, w sam mózg. W jego istotę", opowiedziałem Henrykowi o swoich dolegliwościach. Po dobrej rozmowie wziąłem się ostro do "krzywych luster". Śmierć oficerowi SB! Padł trupem przy mieleniu kawy. Nie dokręcił do końca. Ha, ha. Jest w tych zdaniach życie. Tylko, że Gosi już nie ma. Zamordował ją czerwony major. Odeszła Tam, tak młodo, dla nas, dla Rzeczypospolitej. Zwisa ciało. Puste. Dusza poleciała na odległą gwiazdę. Czekaj tam na bliskich. Na mnie. Na razie polecam ci mojego Anioła. Pomódlcie się razem za Polskę w proszku. W prochach. "Za tę naszą czarną zupę w czerwonym talerzu", zacząłem szeptać do koperty z dłoni. Wiesz, Gosiu, ta pani redaktor twierdzi, że fragment Mariackiej, ten o wuju Billllewiczu przez cztery "el", to..., że czegoś takiego nie czytała, choć czytała dużo. Cudownie słuchać jest takich pieścidełek. Te słowa zmieniły mi na chwilę kształt głowy. Zobaczyłem to w szybach pijąc siódmą herbatę. Mój łeb zwojem firany. Chciał zasłonić "zadowolonko" pisarza, takie ukontentowanie, ach, lecz spadły mu żabki z karniszu. "Ratuj mnie przede mną", zakrzyczałem, jakbym był w studio. "Dobrze, że nie wybiłeś szyb", powiedział ktoś za oknem. Nie była to pani Kwiecień, bo siedziała przy biurku ani też zaprzyjaźniony z wydawnictwem krytyk. On stał w drzwiach zlany wodą ostatnich powieści. Prosił o ręcznik i coś gęstego. Daliśmy mu szal pani Jadzi i wyprasowanych na blachę Eisengraeberów. Więc czyj to był głos? Taki znajomy? Też mój, cholera.

Na Mariackiej powitał mnie Palant kwiatami. Zrobił bukiet z kilku doniczek, z żony-nieżony chryzantem. "To dlatego, że pozwalasz mu się prowadzić. Na spacerze i podczas hip-hopa", zobaczyłem córuś z gitarą. "Rzucam Tomka i golę włosy. Zamiast fajek kupił mi cytrynę", zaśpiewała jak Yma. Nisko, wysoko, w podłogę i w sufit. Wolałbym, żeby rzuciła palenie i trochę się ostrzygła. "Nie lubię, jak tak myślisz", powiedziała. "Już lepiej fantazjuj. Kululu po kręgach wyobraźni. Coraz dalej i dalej od mojej głowy. Ty na Mariackiej, Mariacka w Katowicach, Katowice na Ziemi, Ziemia w Układzie Słonecznym, a Układ w Obłoku Oorta i już nie widać, czy córuś ma włosy", zawiązała Palantowi kokardkę.

A ja zawróciłem do gabinetu Rusa. W polu elektrycznym dwie Wietnamki. Ciała w czarnych podkowach. Już swoje przeszły w młodym życiu. "Teraz to nam dobrze", powiedziała jedna. Przesłoniła srom granatowym warkoczem. "Potrafiłbyś mordować dla władzy?", zapytała druga. "Nie. Ale dla wolności na pewno."

 

Jacek Durski

 

Stanisław Chyczyński

CZARNA POŃCZOCHA II


(pamięci Gila Elvgrena)

 

O, jakże wabił ten możebny buziak

na twoim płótnie oprawionym w złoto.

Czarna pończocha i czerwona buzia -

niczym szept diabła, blask pokusy. Zło to

 

było jak bajka dużym dzieciom na noc.

Dzisiaj, gdy głodny jęczy we mnie Villon,

mówię do muzy "Zdejmuj śpiochy, Nano".

I żadnej bajki wątki się nie wiją …

Stanisław Chyczyński
(2 paźd. 2002)