Łabuź 42/2002


 

"(...) Mnie chodzi o zależność kulturową, której najważniejszym elementem jest sposób i tryb życia, zwyczaje i obyczaje. Przez długotrwały związek z państwem, które dominuje pod względem politycznym, kultura przesiąka zachowaniami, które płyną z zewnątrz, z centrum. Nieraz to może być zjawisko pozytywne: punktualność, rzetelność czy uczciwość poznańska są w znacznej mierze produktem zależności od Prus. Ale dominują cechy inne. Z Austrii - państwa drugorzędnego, choć przecież europejskiego mocarstwa - do Galicji przesiąkły ciągoty biurokratyczne. Najgorzej zaś było w zaborze rosyjskim, z uwagi na to, że centrum dominujące było najbardziej zacofane. Obyczaje - co w pewnym sensie jest aktualne i pod koniec XX wieku - przesiąkły, mimo że były obce tradycji własnej. Wiadomo, że w Królestwie czy na Kresach Wschodnich w końcu XIX wieku piło się, tak jak w Rosji, herbatę. Zapyta pan, jakie to ma znaczenie. Bo takich herbat jest wiele. Wszystko zaczyna się upodabniać, niesamodzielność polityczna wpływa na przemiany obyczajowe, sięga najgłębszych szczegółów życia codziennego. Choćby sposób picia alkoholu. Przecież w byłym zaborze rosyjskim - niestety trwa to do dzisiaj -kultura picia jest "bardzo nie nasza". Szlachta polska, dominująca do XVII - XVIII wieku, piła inaczej. Lud też. Pito w naczyniach służących tylko do tego celu. Nikomu do głowy by nie przyszło -choć istniały już takie naczynia - by pić szklanką czy musztardówką. Rzadko też wychodziło się czy piło na zewnątrz. W knajpie tak, ale picie na podwórku, w bramie, w fabryce, tego wcześniej niż w XIX wieku w Polsce nie znajdziemy. Kultura picia i typ alkoholizmu - nazwijmy rzeczy po imieniu - był importowany ze wschodu. I przyjął się. Do dziś w Wielkopolsce, jeśli ktoś wypije coś w knajpie, to pędzi do domu - nie będzie na ulicy rozrabiał, zaczepiał, dopijał w bramie. To jest inny typ picia. Ale i tam przeważać już zaczyna "wschodnia kultura trunkowa".

Inną sprawą jest typ korupcji, drobnego łapówkarstwa, znany w różnych postaciach, a pochodzący od urzędnika galicyjskiego, a przede wszystkim od rosyjskiego czynownika. Znamy go dobrze od początku XIX wieku. Już Mickiewicz pisał, kogo to posyła się do kraju zależnego. Później wystarcza już nawet pracownik miejscowy, wpatrzony we wzory z centrum. A ten typ urzędowania, pogardy dla petenta przetrwał do dnia dzisiejszego. W związku z zależnością wytwarzają się pewne niebezpieczne sposoby myślenia i zachowania. Proszę zauważyć, że im dłużej zależność trwa, tym bardziej chaotyczne, tym trudniejsze są bunty przeciwko niej. Czynnik czasu jest tu bardzo istotny. (...)"



Fragment wywiadu - rozmowy, jaką przeprowadził Jerzy Marek Nowakowski z Profesorem Tadeuszem Łepkowskim, zatytułowanej "IMIONA ZALEŻNOŚCI", a pomieszczonej w "RES PUBLICE" nr 3/89 - marzec 1989 r.

Dziękujemy
pkl. "Łabuź"

 



675-lecie miasta Łobez
(675 Jahre stadt Labes)

675-lecie miasta Łobez Wprowadzenie
(Ein Geleitwort des Pommern-Sprechers)

Nie urodziłem się w Łobezie, mieszkałem tylko w nim i pracowałem trzynaście lat. Mimo to miasto powiatowe okręgu Kreis Regenwalde stało się "moim" Łobezem, a także miastem mojej żony i piątki naszych dzieci, które się tutaj urodziły i tutaj dorastały.

Gdy 01.12.1918 r. obejmowałem urząd starosty (Landrata), a były to niespokojne czasy, bo zaraz, tego samego dnia wieczorem musiałem uczestniczyć w spotkaniu z Radą Robotników i Żołnierzy pod przewodnictwem ogólnie szanowanego Paul'a Puchstein'a. Nie wszędzie w kraju zdarzenia te przebiegały tak spokojnie jak w Łobezie.

Zewnętrzna - pomorska strona granicy wschodniej Republiki Weimarskiej była niezabezpieczona. Polacy walczyli o przesunięcie linii granicznej na zachód. Pomorze było więc prowincją graniczną.

W małych miasteczkach takich jak Łobez panowało wtedy bezrobocie, brakowało mieszkań, doskwierał głód, niezadowolenie rosło wraz ze zwiększającą się inflacją, która z posiadaczy małego czy dużego majątku szybko czyniła żebraka.

Codziennie spotykałem ludzi, którzy cierpieli biedę, ale także nieodpowiedzialne, często nietutejsze osoby namawiające mieszkańców do rewolucyjnego buntu, same zrozpaczone i nie widzące innego wyjścia z tej sytuacji. Poznawałem jednak także kobiety i mężczyzn z Łobezu gotowych i chętnych do działań zmniejszających powszechny niedostatek. Znajdowałem ich we wszystkich klasach i warstwach społeczności Łobezu. Pomagali przy redukcji bezrobocia, przy pozyskiwaniu nowych mieszkań, ale także czynili starania i zabiegi o zaspokajanie potrzeb duchowych: organizowali jasełka, zabawy taneczne oraz spotkania i zajęcia dla młodzieży. Tak, że do dyspozycji i działania miałem nie tylko jednostki urzędowe ale także chętne do pomocy osoby z miasteczka. Najważniejsze przy tej pomocy wydawało się być to, że pochodziła ona z wewnętrznego poczucia i potrzeby pomocy innym i z wiary w to, że w taki właśnie sposób można pomóc i być użytecznym. To przekonanie i wiara było chyba wspólne dla członków stowarzyszeń, partii i wszystkich mieszkańców miasteczka Łobez.

Czyż dzisiaj nie jest tak samo, że nasza nadzieja na lepszą przyszłość zależy od tego, czy znajdziemy wystarczająco dużo ludzi dostrzegających biedę i współczujących, a także potrafiących zebrać środki dla osiągnięcia wspólnego celu? Dla Łobezu, dla Pomorza! Razem pomóżmy sobie nawzajem, a Bóg niech pobłogosławi naszą pracę!

 

Herbert von Bismarc
Rzecznik Pomorskiego Ziomkostwa


Autor był Starostą - Landratem Kreisu - Powiatu Regenwalde - Reskiego w latach 1918-1931 z siedzibą w Łobezie.

 


Co stało się z naszym miasteczkiem?
(Was ist aus unserer Stadt geworden?

W 1945 r. podczas wkroczenia rosyjskich wojsk, a także później, miasteczko Łobez zostało zniszczone i splądrowane. Gruz, zgliszcza i inne resztki i śmieci pokrywały wszystkie ulice. Na rynku nie pozostał ani jeden cały budynek. Najbardziej zniszczony był odcinek od poczty do Urzędu Starostwa. Na tej przestrzeni gdzieniegdzie tylko, pomiędzy zwałami gruzów zachowały się pojedyncze domy. Kościół leżał także w gruzach. Spalił się. Domek stojący obok niego, w którym mieszkał kościelny Gutzeit ocalał cudem. Okoliczne miejscowości nie ucierpiały tak jak Łobez, chociaż niektóre domy w nich także strawił pożar.

Zabudowa Stadniny Koni w Świętoborcu ocalała, a także budynki publiczne -fabryki w Łobezie takie jak: krochmalnia, gorzelnia, mleczarnia, poczta, Urząd Landratu - Starostwa i Urząd Katastralny - Izba Skarbowa. Główny budynek stacji kolejowej spłonął. Zniszczeniu uległy budynki mieszkalne, Urząd Finansów i Ratusz.

W liście wysłanym z Łobezu w 1947r. można przeczytać: "Stacja kolejowa została uruchomiona - postawiono fiński baraczek, który do roku 1964 pełnił funkcję budynku stacyjnego. Uruchomiono mleczarnię, krochmalnię i gorzelnię, które znów pracują. Na rynku - Pl. 3-go Marca odbywają się cotygodniowe targi."

Ogólnie w 1945 r. w Łobezie 168 ludzi straciło życie.

 

Richard Spreemann



Mój ukochany Łobezie
(Mein liebes Schlurr-Lobes)

W Łobezie także chodziło się na rynek, chleb kupowało się w piekarni, a kiedy wydarzyło się coś śmiesznego mówiło się o tym, że jest "labsch" (to jedno z wielu słów z mojego łobeskiego dzieciństwa). Ludzie ze stadniny - Świętoborca mieli także swój własny język.

Możesz śmiać się, kochane stare miasto, ale "matczyno pępkowej" mowy nie zapomnę nigdy, nawet na obczyźnie.

Pozwólcie, że wrócę pamięcią do tych starych dobrych czasów, gdy nasi ojcowie byli jeszcze chłopcami śpiewającymi w chórze w czasie świąt Bożego Narodzenia piękną "Łobeską Pień Bożonarodzeniową" ("Labser Weihnachtslied").

Przypomnijmy sobie czasy, gdy "ojciec Halenorth", "wuj August" i "mały Hrabia" rozbawiali miasto przygodami (jak na przykład gdy zapakowali pijanego "Hrabiego" na wóz i zawieźli na policję, ponieważ ten " wyglądał tak martwo, że aż litość za serce brała").

 

Często wspominano także o tym jak "wuj August" i Robert Boelter przez cały dzień kiedy chodzili po miasteczku z katarynką; jeden z nich grał na niej melodię "Mein liebe Augustin" a drugi kasował pieniądze w katarynkowo rozgrzewający takt.

 

A kto pamięta jeszcze kominiarza Vogla, który podczas wesela potrafił zjeść całą gęś i nadal nie był syty.

 

Kto był przy tym, jak "wuj August" i "ojciec Halenorth" z każdym nowo przybyłym do miasteczka "obowiązkowo" grali w Łobeski Bilard (Krambulage) i zawsze wygrywali "frycowe"?

 

Ilu z nas jeszcze pamięta o tych pięknych chwilach spędzonych w chórze, i o sędziwym już wtedy dyrygencie Gustav'ie Boening.

 

Na całym Pomorzu nie było chyba bardziej rozśpiewanego miasteczka, gdzie muzyka i taniec były tak pielęgnowane jak w naszym starym Łobezie!

Kto z nas jeszcze pamięta o próbach teatralnych we młynie u Jung'ów, gdzie sztuka i muzyka pielęgnowane były przez niestrudzoną panią Jung. Jakże to były piękne chwile młodości!

 

A Marie Kempin - ze swoim ciągłym, chronicznym katarem. Jedna z najmądrzejszych i najbardziej oczytanych kobiet w naszym miasteczku.

Już wtedy zapewne wiedziała co znaczą słowa: "matczyzna - pępowszczyzna".

I właśnie o niej, o tej jej wiedzy i oczytaniu chcę przypomnieć zdarzenie:

Marie jechała pociągiem ze Szczecina siedząc w przedziale tylko z jednym, bardzo wytwornym mężczyzną.

Zaczęli ze sobą rozmawiać; okazało się, że jej rozmówca bardzo wiele podróżował, ale wydawało mu się, że Marie podróżowała więcej niż on, na co wskazywał sposób, w jaki opowiadała o szerokim świecie.

Gdy pociąg dojeżdżał do Łobezu i minął stadninę, Marie szykując się do wyjścia, powiedziała:

"Proszę spojrzeć! To miasteczko to moja »matczyzna-pępowszczyzna«, tutaj się urodziłam i nigdy dalej niż za granice Pomorza nie wyjechałam. Całą moją wiedzę o świecie zawdzięczam książkom!"

Mężczyzna wtedy z ostentacyjnym szacunkiem ukłonił się na pożegnanie, a Marie wysiadła z pociągu niczym królowa.

Przybyła do swojej "matczyzny-pępowszczyzny" przecież.

A kto pamięta jeszcze "Pietsche popsch", gdzie sprzedawcy mleka z okolicznych wsi, przedmieść i gospodarskich przysiółków dookoła miasteczka Łobez kupowali tytoń i baty.

Cała nasza szkolna klasa kiedy przyszła tam z jednym groszem, by kupić kulki z marmolady i tak długo denerwowała panią Pop słownie zabawowym paplaniem, aż ta na kilka godzin musiała zamknąć sklep, ażeby się uspokoić.

Na tym kończę moje wynurzenia!

Latem 1946 roku po raz ostatni widziałam Łobez. Ściana frontowa ratusza wtedy jeszcze stała, a na górze wisiał nie zniszczony i nie zakopcony herb miasteczka; wydawało się, że mówi on bez cienia strachu:

"Jestem pamięci śladem i takim pozostanę."

 

Pani Magdalinski z domu Quandt
z młyna na dzisiejszej ul. Rapackiego.



Losy łobeskich koni
(Das Schicksal des Labeser Gestuetes)

Podobnie jak znana Stadnina Koni Czystej Krwi "Graditz*", tak też pomorska stadnina "Łobez" miała swoje tragiczne zakończenie. Łobeskie rolnictwo w czasie wojny, a przy tym także hodowla koni, zaczęły podupadać. Wszystkie konie, w tym także konie czystej krwi, niektóre wysokiej klasy klacze i źrebaki, które się ostały 4 marca 1945 r. podczas transportu, zostały zagarnięte przez Rosjan i wywiezione na Krym i w góry Kaukazu. Tylko niewielka część hodowli zachowała się w Łobezie.

Z kilku ogierów z różnych miejsc na wschód od Odry utworzono w Ferdinandshof koło Anklam** pomorsko-meklemburską stadninę.

W tym czasie Łobez był opustoszałym rejonem, mieszkało tam niewiele ludzi. Nie docierały wieści tak z dalekiego jak i z bliskiego świata.

 

W nocy z 2 na 3 marca 1945 r. z łobeskiej stadniny wyruszył pochód - transport konny, by pierwszej nocy przejść do Radem***. Jednak koniuszy Althaus, by nie przemęczać źrebiąt, zmienił początkowy plan i po przebyciu 7 km zatrzymał się na popas w Strzmielu, po czym wyruszył w dalszą drogę. Błyskawiczny rajd szpicy pancernej Rosjan pomieszał im jednak szyki. Stracił przewagę czasową nad nadciągającymi Rosjanami. 4 marca transport (bez koniuszego i paru ludzi) znalazł się w Kniephof ****. Koniuszy Althaus rano wyruszył, aby zapoznać się z okolicznym terenem. W tym czasie ci, którzy pozostali przy koniach, zdecydowali, aby o godzinie 700 rano opuścić tę miejscowość i w ten sposób spokojnie oddalić się od ciągle zagrażających im Rosjan. W czasie przygotowań do drogi, oczekiwali na powrót koniuszego, który w trakcie zwiadowczej eskapady został postrzelony w zagarniętej już przez Rosjan wsi, po czym przetransportowano go do Kniephof, gdzie zmarł.

 

Rosjanie zagarnąwszy Kniephof przejęli cały pochód - transport konny. Kobiety i młode dziewczęta idące wraz z transportem zostały w brutalny sposób zgwałcone. Część męska (w tym także bardzo młodzi chłopcy oraz 17 zatrzymanych w międzyczasie Francuzów*****) zostali wraz z końmi wywiezieni na Krym i w góry Kaukazu. Ogólnie w Kniephof Rosjanie zgromadzili 350 koni nie tylko z łobeskiej stadniny, były tam także ogiery rozpłodowe z Prus Wschodnich.

 

Według byłego weterynarza stadniny, dr Froehlich'a

* - Grodziszcze k. Świdnicy.
** - RFN - miejscowość 32 km. na północ od Pasewalku
*** - Radzim gm. Radowo Małe
**** - Konarzewo gm. Nowogard
***** - robotników przymusowych



Pomnik ku czci bohaterów
(Das Heldenmal)

Wysoko się wznosi pomnik ku czci poległych podczas I wojny światowej obywateli miasteczka Łobez. Otoczony uroczycie przez pełne powagi buki i dęby - ciche a jednak potężne memento - jak brzmi napis na pomniku(?).

Co stało się z tym pomnikiem i napisem? Czy jeszcze stoi, tego nie wiemy, ale jego historia zasługuje na to, aby przetrwała, ponieważ już sama historia powstania pomnika jest pomnikiem czynu i wysiłku mówiącego o ducha ofiary i umiejętności wspólnego działania, panującym w małym pomorskim miasteczku Łobez w powiatowym okręgu - Kreisie Regenwalde.

Takie oto dane liczbowe tego faktu:

- 4850 godzin przepracowanych bezpłatnie przez stowarzyszenia i mieszkańców miasteczka, przy czym przekopano i przemieszczono, kształtując kompozycyjnie morenę wzgórza 1360 metrów sześciennych ziemi.

- Przetransportowano 3000 cetnarów* materiału budowlanego z Łobezu i okolic, często były to kamienie pokaźnych rozmiarów.

- Transport, sadzenie drzew i roślin ozdobnych zostało wykonane przez obywateli, rzemieślników i uczniów szkół całkowicie za darmo i bez żadnego nacisku lub przymusu.

- Koszt cementu do odlania: postumenty, cokół kolumny i figura pomnika - szacuje się na 25 000 marek.

Jeżeli podliczyć wartość wszystkich prac oraz koszta materiałowe, wynosiłyby one razem ponad 80 000 marek.

1 sierpnia 1926 r. góra pomnikowa została uroczyście otwarta. Na szczyt, pośród heroicznego, morenowego krajobrazu wiedzie droga obok kamieni ofiarnych i mogił bohaterów, obok krzyża należącego do ołtarza ku czci Ojczyzny. Na górze stoi cokół ze zwróconym smutnie spojrzeniem na wschód figury Rolanda-Zygfryda. Otaczają go cokoły ofiarne i tablice z 208 nazwiskami.

Łobezianie, teraz znajdujący się z daleka od swojej "matczynej pępowszczyzny", nie zapomną pomnika, który ich przodkowie wybudowali w ofiarnym czynie wspólnej pracy.

 
"Kiedy przyjdzie ten piękny dzień,
Zakwitną kwiaty a kolorowe flagi zawieją na wietrze,
Gdy będziemy wracać do domu"

 


Richard Spreemann, Łobez



Przekładu z języka niemieckiego, w oparciu o artykuły z "Pommeren Brief" z roku 1950, dokonała Margareta Przybyła.

dziękujemy pkl. "Łabuź"

 
* - cetnar (centnar) - na pocz. XX w. - 40,55 kg.



Tadeusz Zwilnian Grabowski

JAK MOŻNA ODCHODZIĆ

Jak można odchodzić

skoro jest tyle do zrobienia

kto weźmie na plecy

cały ten bałagan

jak głaz syzyfa

kaleczący nogi?

 

Jak można odchodzić

gdy tu nieporządek

w każdym kącie

piszczy

 

nie zapłacone rachunki słów

nie sprawdzone konta

 

w banku sumień

nie rozliczone długi

zaciągnięte na wiatr

 

pożyczki na słowo honoru

mniej pewne od skrzydeł

motyla

 

Jak można odchodzić?

 

Panie!

Daj mi jeszcze

choć tylko jedną godzinę

 

27.11.98 r.
Tadeusz Zwilnian Grabowski




Profesor dr Otto Puchstein, archeolog

(6 czerwca 1856 - 8 marca 1911)
Nota o jego działalności z punktu widzenia rodziny Puchsteinów

Imię Otto było popularne, spotyka się je dość często w tym drzewie genealogicznym. Dzisiaj to imię jest staroświeckie; tak sądzę po sobie. Wprawdzie urodziłem się w 1934 r., ale nikomu takiego imienia nie nadawano w mojej rodzinie. Otrzymałem je jednak na cześć tego wielkiego archeologa, jaki pojawił się w naszej rodzinie.

Pod względem zawodowym nie mogłem mu dorównać. Interesowałem się jednak jego badaniami i rodziną.

Dlatego przez całe życie gromadziłem wszelkie pamiątki, jakie po nim pozostały. Dzisiaj jestem na emeryturze i porządkuję dokumenty, zapisuję to, co kiedyś opowiadali mi moi rodzice i krewni; tym samym dostarczyli mi pewnej tradycji rodzinnej.

Ten Otto Puchstein rozsławił potem rodzinę na łamach prasy, stał się bardzo szanowanym człowiekiem. Teraz po niemal stu latach wciąż jeszcze budzi zainteresowanie w kręgach uczonych.

Ponieważ o Ottonie Puchsteinie istnieje bogata literatura, która będzie tutaj przytaczana, nie będę wnikał w jego zawodowe kwalifikacje. Nie mam też ku temu stosownych kompetencji. Zainteresowany czytelnik sam może to sobie uzmysłowić na podstawie jedenastego tomu kroniki rodzinnej. Stąd ograniczam się do tego, co zachowało się w rodzinnych wspomnieniach.

Mój ojciec Friedrich (Fritz) Puchstein był artystą i gawędziarzem obdarzonym bogatą wyobraźnią. Pozostaję zatem przy wywodach mojej matki Eryki i babci Marii; nazywała się Splittgerber, z domu Verch. Obok innych osób swoje wiadomości czerpały z Łobezu i Świdwina.

Opisuje się tedy Otto Puchsteina jako spokojnego i bardzo dokładnego uczonego. Jego oschła rzeczowość była przyjmowana ze zgrzytaniem zębów - o wiele chętniej słuchało się jego ciekawych historii ze Wschodu, a tradycja rodzinna przekazywała je dalej.

Dlatego kontakty ograniczał do swojej rodziny w Łobezie i niewielkiego grona znajomych. Jako przykład niech posłuży młynarz Franz Puchstein. Inaczej odnosił się do swego akademickiego krewnego w Erkrath pod Düsseldorfem. Gdy znalazł technika i prawnika, wtedy rozmowa nabierała już kolorów. Ważne kontakty były utrzymywane i wykorzystywane. Ze swym krewnym, Erichem Puchsteinem, prawnikiem, miał rozliczne powiązania.

Obaj panowie mieszkali okresowo w Berlinie; ułatwiało to nawiązywanie kontaktów. Erich Puchstein popierał profesora przy każdej nadarzającej się okazji - pracował naukowo dla Ottona Puchsteina. Być może także pod względem politycznym w Cesarstwie. Towarzyszył Ottonowi w wielu podróżach, a potem był jego fotografem.

Nie jest dla mnie jasne, jak mógł to pogodzić ze swoim zawodem - był przecież prawnikiem. Obaj przez całe życie pozostali kawalerami i rzekomo mieli w głowie tylko naukę.

Obaj uchodzili tedy w rodzinie za apostołów moralności. Gładko ostrzyżeni zgodnie z ówczesną modą akademicką. Dwóch cudownych kompanów, podziwianych ze wszystkich stron.

Wciąż od nowa opowiadano mi, że były podejmowane ryzykowne podróże do Azji Mniejszej. Otto ze swoją słynną aptekarską walizeczką, dla pozoru często przebrany za zagubionego podróżnego wyłaniał się wśród pasterzy i wypytywał o "tells" [arabskie określenie dawnych grodów - przyp. tłum.] - poszukiwał i znajdował. Każdy fachowiec zna to określenie - najczęściej chodzi o płaskie i nienaturalne wzniesienie w krajobrazie kryjące resztki dawnych siedzib ludzkiego życia.

Z drugiej strony pojawiał się w Berlinie na zlecenie rządu cesarskiego z całymi ładunkami okrętowymi wypełnionymi wąskotorowymi szynami i platformami, aby wraz z brygadami roboczymi unaocznić krajowcom ogrom wykopalisk. Zawsze w poszukiwaniu sensacyjnych obiektów, którymi towarzystwu mógł zaimponować Cesarz i rząd. Było przechwalanie się muzeami w Berlinie, zwłaszcza w konkurencji z muzeami w Anglii i z całą zagranicą. Panowało wtedy takie współzawodnictwo, niezbyt korzystne dla nauki.

Było to przy tym bardzo korzystne dla Otto Puchsteina, dla jego zawodu architekta. Z łatwością mógł kalkulować i uzupełniać odkrywane kamienne formacje dzięki znajomości praw statyki i stylów budowlanych, stąd szybko dochodził do całościowego obrazu odkrywanych antycznych instalacji.

Dzisiejsi archeolodzy pracują szpadlem, pędzlem i lupą. Drobne centymetrowe warstwy kulturowe są dzisiaj naukowo ważniejsze niż wielkie kawałki fundamentów, którymi przed 100 laty imponowało się Cesarzowi.

Do badań były burzone budynki znajdujące się w pobliżu wykopalisk. W murach znajdowały się ważne części starych elementów świątynnych. W późniejszych epokach świątynie były profanowane jako tani budulec, w ten sposób niejeden sensacyjny kawałek odnajdywał się we wznoszonych murach świeckiej budowli.

Badając dowody rzeczowe czytelnik odkryje rychło, że Otto Puchstein - właściwie poza swoją specjalizacją - odcyfrowywał antyczne alfabety. Możemy się pochylić przed tym wielkim umysłem, cierpliwością i duchową dyscypliną i być z niego dumni.

Po rozmowach z fachowcami można dzisiaj powiedzieć: Puchstein był człowiekiem skromnym. Inaczej niż współcześni mu uczeni - unikał wrzawy wokół swojej osoby, z daleka trzymał się od prasy.

Jego zwróceniu się do rodziny Puchsteinów w Erkrath pod Düsseldorfem zawdzięczam dzisiaj informacje ze starej chłopskiej szafy, która nie była otwierana od blisko 1905 roku. Stąd wiele osobistych przedmiotów należących do Otto udało mi się uzyskać dzięki zmarłemu na krótko przedtem Lilo Puchsteinowi. Szczególnie trzeba wymienić 300 fotografii jego prac na Wschodzie.

Odsyłam do książek i fotografii prof. Puchsteina, jakie znajdują się w archiwum w Weiterdingen jak i na Uniwersytecie we Fryburgu Bryzgowijskim.

Po upadku Muru jego grobu szukałem w 1994 r. w Łobezie - dzisiaj w Polsce. Naoczni świadkowie informowali o murowanym grobowcu rodzinnym. Wedle informacji polskich obywateli miał on zostać zniszczony gdzieś w 1973 roku. Łobez ma dzisiaj dwa razy tyle mieszkańców niż przed 1945 r. Cmentarz jest zbyt mały. Stąd postępuje się chyba słusznie, że w rzeczy samej usuwa się stare groby, aby zrobić nowe miejsca spoczynku teraz już dla 2 - 3 pokoleń polskich mieszkańców.

Prof. Otto Puchstein zainspirował już wiele wspomnień. Drobnym przyczynkiem ku temu powinna być ta kronika rodziny Puchsteinów. Był on wielkim synem miasta Łobez na Pomorzu.


Weiterdingen, 25 wrzenia 1999
Otto Puchstein (II)


Z niemieckiego przełożył Andrzej Pańta

 


Piotr Macierzyński

JASNA GÓRA

nigdy jeszcze nie byłem tak blisko chrześcijan

prawie wszyscy chcieli stać przy kracie

skąd do Matki Bożej jest tylko kilka metrów

najwytrwalszym się udało

 

żyjemy w społeczeństwie kochającym konkursy

ale żeby kto pierwszy do konfesjonału

kto pierwszy do komunii świętej

ten co

dostanie większy kawałek

 

ludzie śpiewali pieśń "Witamy Cię Boże jak aniołowie"

anioł z prawej ważył chyba ze sto dwadzieścia kilogramów

i witał się najgłośniej

 

nigdy żaden anioł tak mnie nie podeptał

 

Piotr Macierzyński

 

Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (14)

Powiadają niektórzy, że lato lekturom nie sprzyja. Ale jak ustać w czytaniu, jak czytywanie zawieszać, gdy produkcja książek trwa, za każde rozleniwienie grozi późniejszym zawałem ciągłości lektur? Dlatego, chcąc nie chcąc, brnie się usypiskami utrwalonych drukiem słów - a to z nawyku, a to z obowiązku. Lubo czasem, szkoda iż rzadko, dla przyjemności.

W obecnym przeglądzie publikacje wydane w Kołobrzegu, Szczecinie, Bydgoszczy i Poznaniu. Gatunkowo propozycje rozmaite. Mamy tu poezję, szkice krytyczno-literackie, prozę i eseistykę naukową.

Na pierwszy ogień idą wiersze. Nie ustaje w promowaniu twórczości swoich członków Stowarzyszenie Kołobrzeskich Poetów. Kolejne publikowane zeszyty powoli tworzą serię. W poprzednich "Prowincjonaliach" przedstawiłem 3 drobne wydawnictwa - o zróżnicowanym poziomie. Obecnie 2 następne.

B. Poleska (Barbara Poleska "Jestem", Miejski Ośrodek Kultury, Kołobrzeg 2001, str. 39) opublikowała zbiorek 22 utworów. To pierwsze zwarte wydawnictwo autorki, debiutującej wcześniej na łamach prasy lokalnej. Kilka utworów poetki umieszczono w almanachu "Wśród kołobrzeskich poetów" (Kołobrzeg 2000).

Jakie są wiersze B. Poleskiej? Czego dotykają? Znajdujemy w nich obserwacje życia codziennego, spraw zwykłych. Poetka pochyla się nad tym, co nas dotyka w bezpośrednich kontaktach z bliźnimi. Powiada między innymi w utworze "Sweter":

Te oczka
w Twoim swetrze
- to żmudnie
nizane
godziny samotności.

 

Dojrzałą kobietę dopadają refleksje związane z istnieniem. Monologuje w tytułowym utworze:

Z ciężkich przydrożnych kamieni jestem
z pyłu polnych dróg
z płaczu i rozpaczy
z grząskich bagien i mokradeł
z wilczego łyka
z wycia wichru na bezdrożach
z bytu i nieistnienia.
Z niczego.

 

Ten jak i następny zbiorek udanie zilustrowała grafikami Wanda Irena Koźmińska.

 

O ile utwory B. Poleskiej ujmują namysłem, prostą wersyfikacją, o tyle utwory drugiej kołobrzeżanki, A. Krępeć (Aleksandra Krępeć "Moja gubernia", Miejski Ośrodek Kultury, Kołobrzeg 2001, str. 43) przekonują metaforą i niespokojną wyobraźnią. Autorka, mimo bardzo młodego wieku, sporo już publikowała w pismach lokalnych. Również w almanachu "Wśród kołobrzeskich poetów" można znaleźć jej wiersze. Tomik "Moja gubernia" stanowi poetycki debiut.

Jak to w przypadku początkujących bywa, nie ustrzegła się wpadek. Bo przecież linijki znów pada/ do mych stóp/ kropla przemoczona trudno przyjąć za udane. Szczęściem potknięcia rekompensują sugestywne obrazy w innych wierszach. Pisze na przykład w utworze bez tytułu:

Na łódce z twych dłoni
przemierzam dalekosiężne morza.
Odwiedzam zaspane, lekkie wklęśnięcia -
porty. I tylko czasem boję się, że
płyniemy ku za głębokiej wodzie.

 

Już w tekście otwierającym tomik powiada o sobie:

Jestem praczką
która chce mieć czystą duszę.

 

Trudno orzec, czy w przyszłości zostanie poetycką praczką. I czy duszę czystą zachowa. Zobaczymy.

 

Kolejna pozycja budzi podziw ideą oraz rozmachem podjętego dzieła. Mowa o tomie szkiców krytyczno-literackich T.Z. Grabowskiego (Tadeusz Zwilnian Grabowski "Obecność. Szkice o literaturze Pomorza Zachodniego", Książnica Pomorska, Szczecin 2001, str. 224) poświęconych sylwetkom dziesięciu, już nieżyjących, autorów związanych z Ziemią Szczecińską.

T.Z. Grabowski (rocznik 26), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, jest twórcą na terenie Pomorza (i nie tylko Pomorza) znanym. Ma za sobą szereg wartościowych publikacji. Że wspomnę jedynie książki "Pozycja do wyjaśnienia" (Poznań 1960), "Światło dżungli - Żagiew płonąca" (Warszawa 1972), "Strofy pomorskie" (Szczecin 1991), czy opublikowaną ostatnio "Podobny jestem do piasku" (Szczecin 2001). Współpracuje także z "Łabuziem".

Nie ma kultury bez ciągłości historycznej. T.Z. Grabowski, doskonale wiedząc o tym, pochyla się nad twórczością pisarzy, których przykrył całun śmierci. Przykrył ludzi, ale przecież nie ich książki. I kolejno, śledząc szkice, przypominamy sobie nasze koleżanki oraz kolegów po piórze - mniej lub bardziej czytelnikom młodszym znanych. W tomie "Obecność" T.Z. Grabowskiego znaleźli się: Wiesław Andrzejewski (1931-1993), Maria Boniecka (?-1978), Zbigniew Brzozowski (1936-1992), Józef Bursewicz (1928-1982), Anna Beata Chodorowska-Gorzelniaska (1925-1995), Czesław Czerniawski (1925-1988), Ryszard Dżaman (1935-1987), Franciszek Gil (1917-1960), Ireneusz Gwidon Kamiński (1925-1996) oraz Nina Rydzewska (1902-?).

Szkice opatrzono solidną bibliografią. To ważna dla literatury Pomorza pozycja. I przypuszczalnie powinna znaleźć się na półkach wielu bibliotek. Tylko pewien uśmiech zażenowania mogą budzić wierszowane hołdy złożone sponsorom, a ulokowane na końcu książki. Pojmuję intencję autora, ale czy nie dało się tego uniknąć? Nie wystarczyłoby samo wymienienie hojnych donatorów?

 

I proza. Tym razem z Bydgoszczy. Autor, S. Pastuszewski (Stefan Pastuszewski "Teraz Polska", Instytut Wydawniczy ŚWIADECTWO, Bydgoszcz 2002, str. 126) jedno z 12 pomieszczonych w zbiorze opowiadań opublikował w poprzednim numerze "Łabuzia".

S. Pastuszewski (rocznik 49), inżynier mechanik i pedagog, sekretarz miesięcznika literackiego "Akant", jest autorem często publikującym. Wydał między innymi prozę "Dziwne sprawy" (1980), "Szczególny zbieg okoliczności" (1994), "Karły" (2000). W 2000 roku serbskie wydawnictwo "Katarina Bogdanowic" ogłosiło zbiór opowiadań i wierszy "Grad". Utwory S. Pastuszewskiego tłumaczono również na język bułgarski, czeski, niemiecki oraz ukraiński, A zatem, jak ze skróconej noty biobibliograficznej widać, ów autor nie zasypia gruszek w popiele.

Najnowszy zbiór opowiadań S. Pastuszewskiego "Teraz Polska", jako się rzekło, zawiera tuzin opowiadań. Może nie jest to proza artystycznie porywająca, ale nie sposób jej odmówić rzetelności w traktowaniu słów. Pisarz, podobnie jak w ostatnich tomach prozy, jawi się czytelnikowi drążycielem współczesnej obyczajowości. Nie unika też ukłonów w stronę polityki. Budowane przez autora sceny, niczym kamyczki mozaiki, tworzą obraz rodzimego tu i teraz. Już sam tytuł jest dostateczną wskazówką.

Lecz ta maniera, dostrzeżona i w innych pozycjach ŚWIADECTWA. Mówię o namolnym dołączaniu na końcu książek opinii krytycznych o publikacjach wydawanych wcześniej. W przypadku "Teraz Polska", łącznie z posłowiem, jest tego kilkanaście stron hymnów pochwalnych kilkunastu recenzentów! Wspominałem o tym niegdyś, ale raz jeszcze pozwolę sobie zauważyć: pomysł chybiony. By nie rzec wręcz: mało smaczny.

I ponowna wolta gatunkowa. Finiszujemy przegląd najnowszą książką profesora K. Obuchowskiego (Kazimierz Obuchowski "W poszukiwaniu właściwości człowieka", Oficyna Wydawnicza GARMOND, Poznań 2001, str. 183). Najnowszą, ale i nie najnowszą zarazem, bo wznowioną: poprawioną i uzupełnioną.

Postać profesora K. Obuchowskiego, członka Akademii Europejskiej, przybliżałem pół roku temu, omawiając pozycję "Człowiek - dążenia - sens. Myśli wybrane". Dochodząc wówczas do wniosku (jedynie słusznego), że przedstawianie sylwetki profesora czytelnikom "Łabuzia" jest zbędne. Wszak od lat z "Łabuziem" współpracuje - użyczając swoich tekstów, w Łobzie spędził lata młodzieńcze.

Zresztą, w przedostatnim numerze "Łabuzia" ukazał się esej pod tytułem "Wycieczka w krainę Platona, czyli Paulus Herakles Mahala demistyfikuje konkretną rzeczywistość". Tenże esej właśnie, jakże przewrotny, stanowi uzupełnienie wydania pierwszego omawianej pozycji. Powiedzmy sobie jasno: nie jest to lektura dla leniuchów umysłowych (choć przejrzystym językiem napisana!). Wymaga od czytelnika sporego wyrobienia i znajomości przynajmniej podstawowych pojęć z dziedziny psychologii, socjologii oraz filozofii. Lecz warto w owym żarcie naukowca - nadal mowa o eseju dołączonym - się zanurzyć (gdyż żart intelektualny to jest - na miarę recenzji nie istniejących książek omawianych przez Stanisława Lema), czerpiąc zeń erudycyjną frajdę.

I to by było na tyle, jak mawiał inny profesor, profesor mniemanologii stosowanej, niejaki Stanisławski. Nowa działka za kwartał.

 

Paweł Szeroki
(sierpień 2002)

 


 
Pięć - dziesięć zdań:

Praca jest złodziejem czasu. Praca zaangażowana, pochłaniająca całego siebie - niemal eliminuje czas, a wraz z nim duperelki kłopotliwe, krzywdełki namolne, bóle upierdliwe.

Dziesięć lat prześliznęło się wśród rupieci życia i pozostawiło nas, Leonie, oczyszczonych z doraźności, zaskoczonych tym, jak wiele pojawiło się tego, co nie znika, co okazało się potrzebne i jest świadectwem mądrości nieokiełznanej, a i uzasadnieniem narastającego oraz dojrzewającego grona przyjaciół wdzięcznych za to, że mogą być tu z sensem, razem, zgonieni do kupy przez tego samego bezczelnego, jak zawsze Leona i jego pracowitych i dobrych przyjaciół.

Oj, zakorzenił on łabuziowe łodygi, dosmaczył ich soki czystym i jurnym intelektem prowincjonalizmu, który już z definicji jest zawsze u siebie i dlatego może być dla wszystkich; który jest dla wszystkich i dlatego może być dla siebie.


Kazimierz Obuchowski
Toast na dziesięciolecie "Łabuzia"

 

Yoko Tawada

W BRZUCHU GOTARDA

Gdy zostałam zapytana, czy chciałabym, przejechać przez Gotarda, nie znałam jeszcze ani jednego mężczyzny, który nazywałby się "Gotard". Miałam jednakże jasne wyobrażenie, jak wygląda: Włosy jego brody są twarde jak drut stalowy, jego wargi mają barwę krwi i drżą nieustannie. Nie mówi. Jego oczy są pełne strachu i wściekłości, są jak szklane kule, które zaraz się rozbije.

Przejechać przez Gotarda znaczy przejechać przez ciało tego mężczyzny. Jeszcze nigdy nie znajdowałam się w męskim ciele. Każdy człowiek znajdował się kiedyś w ciele matki, lecz nikt nie zna wnętrza ojcowskiego ciała.

Wyobraziłam sobie ogromny tunel, brzuch świętego Gotarda, i ucieszyłam się z tego powodu. Nie było to właściwe, cieszyć się Gotardem, powiedział mi mój hamburski znajomy. Zamiast tego należy cieszyć się włoskim światłem, jakie znajduje się za Gotardem. Gotard sam w sobie nie jest niczym innym jak pewną przeszkodą.

Już podczas mego trzynastoletniego pobytu w Hamburgu ustaliłam: Kto chce należeć do niemieckich intelektualistów, ten musi odczuwać tęsknotę za Włochami i pragnąć, żeby znaleźć się za tymi górami. A mówiąc uczciwie: Nie żywię szczególnej tęsknoty do Włoch. Chciałabym raczej wniknąć w ciało Gotarda i pozostać tam jaki czas.

Nie interesuje mnie światło ani też widok ze szczytu góry, lecz wewnętrzna przestrzeń gór. Dlatego nie mogę identyfikować się ani z niemieckimi intelektualistami ani z japońskimi turystami. Dla pierwszych Gotard jest tylko przeszkodą, a dla ostatnich dziewica imieniem Joch jest o wiele przyjemniejsza niż Gotard z bujnym zarostem i grubym brzuchem.

W jednym antykwariacie w Zurychu znalazłam książkę o nieco niemiłym tytule: My przebijamy Gotarda. Ta powieść historyczna opowiada o dziejach budowy tunelu pod Gotardem.

Kupiłam sobie tę książkę, która bądź co bądź miała 714 stron, a poza tym mapę Europy Środkowej, na której od razu zobaczyłam Gotarda: Znajdował się dokładnie na środku mapy. (Wszystko, co się chce, można postawić dokładnie na środku mapy, tak jak na każdej japońskiej mapie świata w samym środku znajduje się Japonia). Jego podnóża dotykały Włoch. Jego oczami były Bazylea i Zurych, jego serce nazywało się Schwyz. Prawdopodobnie z jego górzystego brzucha zrodziła się Szwajcaria, pomyślałam sobie.

Żaden naród nie może zrodzić się z góry, poprawiłam się sama tej samej nocy, gdy w moim hotelowym pokoju w Zurychu obudziłam się z jednego snu: Zobaczyłam pięć arkuszy papieru i wiedziałam od razu, że chodzi o bardzo ważne umowy. Te pięć arkuszy - patrząc z góry - było ułożonych w formie krzyża na czerwonym dywanie. Gdy przyjrzałam się im bliżej, wszystkie kartki były białe jak śnieg. Zaśnieżone góry. Obok mego łóżka wisiała fotografia Andermattu.

Chętnie daje się wiarę temu, że góra jest męską matką jakiegoś narodu. Miałam na myśli górę Fuji. Obrazem tej góry jaki inny naród starał się udawać jakiekolwiek naturalne pochodzenie.

Następnego dnia udałam się na dworzec główny w Zurychu. Na przedzie pociągu, do którego chciałam wsiąść, zobaczyłam herb państwowy. Także na innych pociągach znajdował się ten herb, tak że nie miałam żadnej możliwości uniknięcia go. Herby prawdopodobnie należy pojmować jako opiekuńcze boginie mające zapobiegać katastrofom kolejowym, podobnie jak uchylać nieszczęście miały postaci kobiet na rufie statków.

Ten herb państwowy pokazywał skrzyżowanie drogowe, które było dla mnie wielką pomocą w orientowaniu się: Prawa droga wiodła do Austrii, lewa do Francji, w górze znajdowały się Niemcy a w dole leżały Włochy. Obraz Europy, który w mojej głowie wciąż od nowa groził rozpłynięciem się, znowu szybko ustatkował się, kiedy spojrzałam na flagę.

Tak długo patrzałam na herb państwowy, aż przemienił się: Krew, która właściwie miała tylko barwić na czerwono powierzchnię na zewnątrz krzyża, płynęła do środka. Krzyż wypił krew i stał się kulą, podczas gdy wyblakło tło. W ten sposób przed moimi oczami jawiła się japońska flaga państwowa, która już od zawsze była dla mnie nieprzyjemna. Aż dotąd nie zauważyłam, że obie te flagi miały coś wspólnego: W każdym wypadku tworzyły pewną wyspę (albo wyspę okrągłą albo wyspę w postaci krzyża), która izolowała się od swego otoczenia i potajemnie sama przemieszczała się do środka.

Pociąg ruszył. Krótko za Alt-Goldau pociąg wjechał w ciasny, jednotorowy tunel przypominający przewód pokarmowy. Kiedy wreszcie znajdziemy się w żołądku Gotarda, pomyślałam sobie.

Kamień przybrany złotym pismem unosił się z Urnersee. Już kiedy słyszałam o tym kamieniu Schillera. Ma on co wspólnego z historią o jabłku, lecz nie z tą sławną historią, w której pewna kobieta razem ze swym mężem zjadła jabłko, które było przyczyną seksualnego pożądania człowieka. W tej historii mianowicie jabłko nie zostało zjedzone, lecz zniszczone: Pewien myśliwy został zmuszony do zestrzelenia go z głowy swego syna. Albo jabłko albo seksualne pożądanie albo życie musiało zostać poświęcone.

Pociąg wjechał w tunel zwrotny, w którym traciło się wszelkie poczucie orientacji. Białe skrzyżowanie w mej głowie nadal pokazywało cztery strony świata, ale nie zauważyłam, że ten tunel w rzeczywistości obracał mnie w pewnym kręgu. Kościół w Wasen wciąż na nowo powracał w zasięg mego spojrzenia, tak jakby powtarzała się jedna i ta sama pora roku.

Skoro tylko kościół w Wasen wynurzył się po raz ostatni, przekartkowałam powieść Moeschlina: "W wolnej Szwajcarii nie chcemy królów kolejowych gorszych od kasztelanów i gromady austriackich rycerzy i armii burgundzkich, od władzy szlachty i panowania patrycjuszy, od plądrującego wojska Napoleona i brzękających szablami pruskich junkrów. Precz z tym wężem, którego matka Helwetia karmi na swej piersi". Byłam przerażona moim błędem, że wyobrażałam sobie Gotarda jako męskie ciało. Tunel miał być dziurą w piersiach matki Helwetii. O tyle budowa tunelu była dla tych gór bolesnym doświadczeniem, ale ludzie byli dumni z tego osiągnięcia. "Piękna może być cisza, błogi spokój dla delikatnych, spokojnych ludzi, my jednak kochamy hałas i łoskot eksplozji, jesteśmy bowiem dzikimi, niespokojnymi ludźmi. Inni mogą uprawiać kukurydzę i szczepić winorośl, my zaś musimy mieć do czynienia z kamieniem, a kiedy jest najtwardszy i najgorszy, wówczas kochamy go najbardziej, bowiem wówczas możemy pokazać, że jesteśmy jeszcze twardsi od niego!"

Wysiadłam w Göschenen. Nie tylko dlatego że potrzebowałam pewnej przerwy na myślenie przed tunelem Gotarda, lecz ponieważ zafascynowała mnie ta miejscowość. Göschenen posiadało pewne piękno, jakie nie zdarza się w biurach podróży. Miejscowość ta zrodziła się z brzmienia swej nazwy. Göschenen: Każdy element krajobrazu powtarzał tę nazwę. Strome kamieniste ściany mruczały "Göschenen", kiedy wiatr muskał ich szaro-czarną skórę. Na wietrze tańczyły drobniutkie niczym kurz płatki śniegu. Wejścia do tunelu, dwie czarne dziury, można było zobaczyć z peronu. Gdyby w tunelu znajdował się jakiś duch, z pewnością także nosiłby imię "Göschenen".

Wzięłam następny pociąg i wjechałam do tunelu Gotarda. Miał mieć blisko 15 kilometrów. Pomyślałam o niewyobrażalnym ciężarze, jaki znajdował się nad moją głową. Nie było ani jednego międzywejścia. W ogóle nie można było zmienić kierunku. Od czasu do czasu po obu stronach widziałam nisze, w których równie dobrze mogły stać święte posągi.

Niespodziewanie promień słońca przebił się przez szybę: "Airolo". W tej nazwie dwa razy występuje litera "o", jakby nazwa ta chciała naśladować formę wyjść z tunelu, który zostawiłam za sobą. Okrągłe wyjścia z tunelu od Airolo wciąż od nowa pojawiały się w nazwach miejscowości: Lavorgo, Giornico, Bodio itd.

Spojrzałam na mapę, aby zdecydować się, gdzie mogłabym pojechać: Do Como albo do Locarno: Także w tych nazwach litera "o" otwierała się po dwa razy. Wszystkie nazwy tych miejscowości przypominały mi tylko o wejściach do tunelu, i zauważyłam, że nie życzyłam sobie niczego innego poza powrotem do Göschenen.

Zawołałam "Göschenen" i w tym słowie usłyszałam kamienie. Twarde kamienie żyły w "G", żwirowe ześlizgiwały się przy "ÖSCHE", a miękkie kamienie stały się wilgotne i gliniaste w "NEN".

Jeszcze raz pojechałam przez tunel Gotarda z powrotem do Göschenen. Tym razem nie przyszła mi na myśl ani pani Helwetia ani pan Gotard. Zamiast tego czułam nad głową niezliczone kamienie.

Gdy nocowałam w Göschenen, te kamienie spadały na moją głowę niczym bolesne brzmienia. Lecz nie skaleczyłam się, gdyż stawałam się częścią nazwy tej miejscowości, gdy ją powtarzałam. Niebawem uniosłam się wysoko, nieważka i bezświadoma, i ponownie obudziłam się dopiero u góry. Nie widziałam już kamieni, lecz jeszcze tylko śnieg, święcie biały. Andermatt. Była to miejscowość nie zapisanego papieru. Następnie znowu stoczyłam się do Göschenen, gdzie rozmawiały kamienie.

 

Z niemieckiego przełożył Andrzej Pańta

 

Agnieszka Wesołowska

ELIJANA

Elijana, Elijana

może to wcale nie jest imię, ani przepowiednia,

ani nawet baśń. Nie pamiętam znad której zatoki

podnosiłam jej sylaby. Elijana jest raczej

z wosku rozgrzanego liścia, albo z zimnej metafory,

raczej piwnooka i chyba lubi bezwietrzną pogodę.

Tak jak teraz - cisza.

 

Gdzie daleko jest maleńka osada

i może zwą to Elijaną. Kominy i dachy

są tam ponad miarę religii szyb,

które wszystkim kobietom Elijany zwiastują

piękne krajobrazy - mężnych koziorożców

i szlachetne antylopy.

 

Czy można pisać parą z imbryka

tak, żeby nie było mgliste, wilgotne

ani blade. Czy można ostatnim liściem,

żeby nie było zbędne.

 

Moje ręce gniotą ślimaka

a może elijańską gwiazdę.

I ta gwiazda, i ślimak -

jacy oni niezłomni. Ja, no cóż,

zaparzam herbatę,

zaparzam dom,

zaparzam Troję

tymi rękoma z muszlą i ze stajenką.

 

A może trzeba było cedzić gołębie

przez nieruchome usta, przez stalówkę ruchomą

i nawet nie tak bardzo wieczną, po prostu wieczorną,

tak jak teraz jest wieczór.

 

Agnieszka Wesołowska

 


 
Pięć - dziesięć zdań:

 

"[...] Ależ, mój sympatyczny Miłoszu, to co się dzieje dziś z intelektem i intelektualistami, to jest po prostu skandal -i mistyfikacja, jedna z największych w historii. Ten intelekt tak długo "demistyfikował", aż w końcu sam się stał narzędziem
potwornego zakłamania. Wiedza i prawda od dawna już przestały być naczelną troską intelektualisty - zastąpiła je troska o to po prostu, żeby się nie dowiedziano, że on nie wie. Intelektualista, rozsadzany treściami, których sobie nie przyswoił, kluczy jak może, byle nie dać się przyłapać. Jakie są jego środki ostrożności? Formułować chytrze, żeby nie złapano za słówko. Nie wychylać nosa poza to, co się jako tako opanowało. Używać pojęć skrótowo, niby że to one są już wszystkim doskonale znane, a w gruncie rzeczy, aby nie zdradzić się z ignorancją. Dawać do zrozumienia, że się wie. Powstał kunszt specjalny zręcznego szermowania myślami nieopanowanymi z miną, jak gdyby wszystko było w największym porządku. Powstała specjalna sztuka cytowania i zażywania nazwisk. Z tysiąca nasuwających się tutaj przykładów weźmy ten tylko: jedną z najgwałtowniejszych dysput intelektualnych po wojnie była polemika, sprowokowana żądaniami Sartra, aby intelektualista "angażował się" i "wybierał". Żaden z literatów nie mógł, w praktyce, nie wypowiedzieć się pro lub contra. Ale na to, żeby postulaty Sartra z jego Situation mogły być zrozumiałe, trzeba było wpierw pojąć jego "wolność", to zaś wymagałoby przestudiowania siedmiuset stron L`Etre et le Neant (nudziarstwo), ale L`Etre et le Neant będąc ontologią fenemenogoliczną wymaga znajomości Husserla, nie mówiąc już o Heglu, nie mówiąc o Kancie... Zapytuję, ilu z tych, co tezy Sartra omawiali, odważyłoby się stanąć przed komisją egzaminacyjną?

 

Witold Gombrowicz
"Dzienniki 1961-1966"

 

Władysław Łazuka

KARP

Jedziemy w trójkę. Kilkanaście minut i stajemy nad wodą. Wiem że pływają tu liny i karpie ale nie tylko. Sierpień. Daleko po południu. Ciepło. Rozkładamy wędki, naradzamy się co i jak. Zajmuję stare sprawdzone stanowisko, jako że bywałem tu nie raz. Jerzy wybiera się na krótki spacer. Gienia zajmuje miejsce niecałe dwadzieścia metrów ode mnie. Wsypuję zanętę. Zarzucam zestaw i oglądam spławik. Albo...albo. W każdej chwili może być przynurzenie i odjazd. Trzeba poczekać. Podbierak w pogotowiu. Siedzę oglądam krajobraz. Z tego zamyślenia, zapatrzenia wyrywa mnie krzyk... Do wody wpadła czy jak...? Co się dzieje...?! Przywołuję Jerzego. Biegnę w stronę stanowiska Gieni. I co widzę...!??? leży jak długa ale na plecach daleko od brzegu. Wędzisko trzyma podniesione wysoko. Zgłupiałem... Wypatruję żyłki. Zaczep, czy jak? Po żyłce do kłębka a tam około metra od wody na brzegu zestrachany nieruchomy karp. Taki złocisty dwukilogramowy. Prawidłowo zacięty...

Gienia podnosi się. Mówię do niej - złowiłaś piękną rybę. Wiesz, te olchy... musiałam się wycofywać... Inaczej nie szło... No tak spad ku wodzie, nisko gałęzie i stąd ta orientalna pozycja ale wszystko w porządku. Uznanie. Jerzy zdziwiony tak samo jak ja. Wracając dowcipkujemy. Niezła przygoda. Czujność i spryt łowcy... Karp wzięty wyślizgiem.

Dzisiaj ja wracam o kiju.

Humory dopisują ale gdzieś tam pałęta się myśl.............. zabierz tu babę na ryby.

 

Władysław Łazuka

 

Ariana Nagórska

ANTYLAURKI ZE ŚWIATA KULTURKI

* * *

W słynnym gdańskim przybytku kultury

wciąż w wychodku zapchane są rury.

Co rusz jakiś literat

w krzaki pędzi rad nierad.

Tam malarze szkicują z natury.

* * *

Czasopismo znam pewne w Lublinie,

które waży kilogram jedynie.

Lecz kto nim pohandluje,

rąk i barków nie czuje,

bo tu przemiał się liczy na skrzynie.

* * *

Wieszcz szczeciński co pijał niemało,

nagle zgłębił hinduizm i tao.

Rzekł mi telefonicznie:

- żyję ekologicznie!

Trochę jednak słuchawką rzucało.

* * *

Pewna stara poetka z Wrocławia

cały czas się z komuną rozprawia.

Lecz ja znam jej pierdoły

z peerelowskiej szkoły.

Dziś już uczniom nikt kitu nie wstawia!

* * *

Dziarski wiceprezydent Sopotu

wciąż w poezji się zrywa do lotu.

Jego staż na urzędzie

decydować tu będzie

czy to dzieło, czy porcja bełkotu.

* * *

Eks-kochanka zmarłego artysty

publikuje wspomnienia i listy.

Jednak kiedy ta pani

musi podążyć za Nim.

(Skończy mu się spokój wiekuisty!).

 

Ariana Nagórska

 


KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między zaprzyjaźnionymi pisarzami. Na naszych łamach od października 1998 roku korespondują: zamieszkały w Podkowie Leśnej Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób z Kołobrzegu.

 

Dziękujemy - pkl "łabuź"



Podkowa Leśna, 5 sierpnia 2002 r.

Lechu Kochany,

nie miałem czasu Ci odpowiedzieć w sprawie tego słownika frazeologicznego autorstwa prof. Stanisława Bąby i Jarosława Liberka, ale ponieważ właśnie mam przed sobą ten tom, od razu sięgnąłem po kartkę, i oto piszę. Z książki tej korzystam codziennie, sprawdzając frekwencyjność frazeologizmów, które znajdują się w moim (już ukończonym) słowniku. Słownik Bąby zawiera około 4.000 związków wyrazowych, opatrzonych dwoma, trzema obszernymi cytatami. Jego wadą jest to, że każde hasło powtarza się wraz z cytatami po dwa, trzy, cztery, a nawet pięć razy, przez co objętość książki wzrosła do 1.100 stron, a mogłaby mieć 300. Rozumiem, że chodziło o to, żeby użytkownik mógł bez trudu znaleźć odpowiednie wyrażenie, ale moim zdaniem do tego służy indeks, a nie system powtarzania tekstów w całości. Wyrażenie "zamknięty na cztery spusty" jest umieszczone trzy razy: w gniazdach "zamknięty", "cztery" i "spust". Nieodparcie nasuwa się myśl, że autorom zależało na nabiciu objętości. Udało się; dziwię się tylko wydawcy (PWN), że na to poszedł. Oczywiście cena jest odpowiednio duża (ja zapłaciłem 78 zł).

Dla porównania powiem Ci, że mój słownik (tytuł ustalony: "Polski słownik frazeologiczny") ma 40.000 tysięcy haseł i powinien się zmieścić na 1.300 stronach (to na razie przymiarka, dokładnie będę wiedział za trzy tygodnie, kiedy skończą się prace nad składem). Jednak rzecz nie w objętościach, ale w zawartości. Jest oczywiste, że prof. Bąba pomija tysiące frazeologizmów utrwalonych (idiomów), nie mówiąc o związkach łączliwych i konstrukcjach składniowych. Według moich statystyk idiomów w czystej postaci jest w polszczyźnie co najmniej 18.000. Autor, pomijając tak wiele, podaje jednak czasem dziwolągi w rodzaju "Mrożek by tego nie wymyślił". Ja ten zwrot widziałem wiele razy w pismach XIX-wiecznych w postaci "to się nadaje do komedyj pana Moliera", ale współcześnie spotkałem tylko właśnie u Bąby w wersji z Mrożkiem. A przecież przez dwadzieścia siedem lat codziennego robienia wypisów z książek i czasopism trafiłbym w końcu na to. Nie trafiłem. Myślę, że słownik Bąby (gdyby nie kuriozalny układ) zasługuje na wysokie oceny ze względu na owe cytaty. Jest to gotowy materiał dla badaczy i za to brawo! Natomiast przeciętny użytkownik raczej ma z tego mały pożytek. Cytaty są zbyt obszerne, zawierają zdania niepotrzebne, niewyjaśniające ani zależności stylistycznych, ani ekspresywnych, ani też okoliczności użycia, zwłaszcza w mowie i dialogach artystycznych. A tego właśnie potrzeba Polakom jak rybie wody. Żeby zrozumieć, na czym polega użycie frazeologizmu, trzeba się przez te cytaty dosłownie przebijać, a i tak nie wszystko staje się jasne. To dobre dla językoznawcy i ten słownik jest przeznaczony chyba dla takiego odbiorcy.

Kiedy konstruowałem koncepcję swojego słownika, miałem przed sobą obraz samego siebie, jedenastolatka, który zaczyna pisać. W rodzinnej bibliotece miałem "Słownik frazeologiczny M. Arcta" autorstwa Antoniego Krasnowolskiego i H. Gallego z 1928 roku. Podtytuł: "Poradnik dla piszących". Prawdziwym autorem był prof. Krasnowolski, a Galle i Arct niejako dopisali się do autorstwa, uzupełniając niektóre braki występujące w poprzednich wydaniach. Jeszcze wtedy (1955) ten słownik nie był tak przestarzały, jak jest teraz (dziś to zabytek), dlatego była to moja kopalnia języka, zwłaszcza synonimów frazeologicznych. Z tej książki uczyłem się formułowania wypowiedzi. Podaje hasła ciurkiem (z podziałem na gniazda według pojedynczego słowa), ale tak trafnie i sugestywnie, że nie trzeba było się zastanawiać, jak ich użyć.

Ze słownika Bąby, a nawet z wiekopomnego "Słownika frazeologicznego języka polskiego" prof. Stanisława Skorupki w codziennej pracy pisarskiej nie da się korzystać, choć oba uważam za majstersztyki kompetencji! Pierwszy jest zbyt ubogi, drugi ma układ uniemożliwiający szybkie odszukiwanie i już się mocno zestarzał (1967-1968). Jest jeszcze kilka słowniczków z przeznaczeniem dla uczniów, niestety z różnych powodów mało atrakcyjnych dla użytkowników.

Nie wiem, czy mój będzie atrakcyjny, ale starałem się podawać możliwie najwięcej synonimów (definicji) poszczególnych haseł, objaśniać znaczenia, a przy tym podawać zakres użycia w odpowiednim typie stylu (książkowy, staranny, pospolity, urzędowo-urzędniczy, oficjalny itd.) i zakres ekspresji (uprzejmy, grzeczny, podniosły, eufemistyczny, przyjazny, obojętny, lekceważący, pogardliwy, wulgarny itd.). Ponadto wszystkie zebrane przeze mnie cytaty odrzuciłem do "archiwum naukowego" jako niewyjaśniające sposobu użycia. Przykłady zastosowania napisałem na nowo, starając się wykorzystać moje doświadczenie literackie. W jednym zdaniu, rzadko w dwóch, próbuję oddawać istotne cechy określonego zwrotu czy wyrażenia. To była obok definiowania najcięższa część pracy nad słownikiem i uważam, że można ją traktować pod pewnymi względami jako artystyczną. Chciałem też za pomocą tych zdań opisać dzisiejszy świat takiego szarego Polaka, jakim sam jestem. Jeśli się to udało, to czułbym się w siódmym niebie. Ale zobaczymy, jak to będzie po wydaniu książki. Wtedy tak zwana optyka bardzo się zmienia i pewnie będę miał do siebie mnóstwo pretensji.

Tak czy owak nie bardzo to wszystko rozumiem, bo to kompletnie do mnie niepodobne. Nigdy nie umiałem i nie chciałem siedzieć jako ten mól książkowy. Nienawidzę bibliotek (chociaż najbliższą mi osobą jest, jak wiesz, bibliotekarka), w których po kwadransie zwyczajnie zasypiam; ścibolenia, babrania się w słówkach. A jednak zrobiłem to! Teraz dochodzę do wniosku, że uniknąłem bibliotek instytucjonalnych kosztem wielkich wydatków na specjalistyczną bibliotekę własną. Mira oblicza, że mam ok. 6.000 dobranych tomów w domu. A więc nie musiałem chodzić do tych przeklętych przybytków martwej ciszy. To już siódmy rok siedzenia murem przy biurku po dziesięć godzin dziennie. Brzuch mi urósł, co mnie szczególnie martwi. Ostatnio zrobiła się odleżyna na prawej ręce od opierania przy klawiaturze i posługiwania się myszką. Cieknie i boli, nie chce się zagoić. Gehenna już się kończy, ale jak znam siebie, wkrótce będę myślał o drugim wydaniu, ulepszonym i uaktualnionym, bo po paru latach język polski będzie inny niż dziś.

Tyle o tych sprawach. Był u mnie Piotrek Mitzner (masz pozdrowienia), z kolei ja wpadłem do Krzyśka Karaska; dużo rozmawialiśmy m.in. z Tomaszem Wołkiem o tym, że potęga polskiej poezji skrupia się na samych polskich poetach. Pisze o tym też Leszek Żuliński w swoim felietonie. Nobla mogłoby dostać co najmniej kilkanaście osób, a prócz tego wybitnych poetów jest, lekko licząc, ze trzydziestu. Nawet taka siła jak Ameryka, nam już nie dorównuje. Jak tu się w tej masie przebić? Dziennikarze wspomną zaledwie o trzech, czterech wierszopisach, bo o pozostałych w ogóle nie słyszeli. Giną naprawdę wielkie nazwiska; takiego wysypu w historii polskiej, a może nawet europejskiej kultury jeszcze nie było. W tej sytuacji skandal poetycki zorganizowany w lipcu przez Adama Zagajewskiego w Krakowie (zrobił tło dla siebie, tak to jest powszechnie oceniane) już nie jest skandalem. Żeby pokazać najlepszych polskich poetów, trzeba by zrobić spory zjazd! Osobiście mu wybaczam, a nawet cieszę się, że w ogóle coś poetyckiego się działo, bo Polacy zapomnieli o mowie wiązanej!

Mówiliśmy z Mitznerem o problemie, który od czasu do czasu pojawia się w kręgach literaturoznawczych, a który wciąż pozostaje nierozwiązany. Chodzi o literaturę w innych środkach niż książka, niż czysta literatura; o teatr, a zwłaszcza film. O granicę między przedstawianiem obrazowym a opowiadaniem. W czasie jednej z dyskusji prof. Krzysztof Dybciak zakwestionował polonistyczne prace dotyczące literatury w filmie. Krzysztof to silny umysł i nie sądzę, żeby uważał, że literatury w filmie nie ma. Słusznie jednak zauważył, że łatwo tu o nadużycia naukowe. Istotnie, film skraca albo spłyca słowo, narrację przerzuca do ruchomego obrazu (plastycznego albo aktorskiego) i nieraz tylko używa opowiadania jako pretekstu do przedstawiania (mowa o filmach "ambitnych"). Granice między literaturą a obrazowaniem warto zacząć wyznaczać. Niech będą nawet mgliste, rozmyte, ale trzeba szukać narzędzi ich określania. Edward Munch chciał kiedyś namalować obraz idealnie płaski (bo "obraz z zasady nie jest przestrzenny"), Witkacy wyzbywał się "opowiadactwa" w swoich portretach (dlatego unikał pejzażu, który z natury rzeczy musi opowiadać), a własny wyrazisty portret Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów sam nazwał "artystycznym knotem", dlatego że niesie treści literackie, opowiada, zamiast przedstawiać. Nawiasem mówiąc, chyba rzeczywiście romans z czystą formą nie całkiem mu się udawał, bo w portretach pozostawiał estetyzującą psychologię. Sienkiewicz z kolei pisał filmy (ruchome obrazy) prozą, ponieważ w jego czasach nie było filmu. Te dwa krańce (czysta forma vs. czysta fabuła) mogłyby być wyznacznikiem poszukiwania granic między literaturą a przedstawianiem w kinie i jednoczenie wskazują, w jakim kierunku powinna iść dzisiejsza proza. Profani raczej się nad tym nie zastanawiają, dlatego tak chętnie odnajdują kino w tekstach oraz teksty w obrazach; dlatego rzesze literatów płodzą filmy na papierze, a tłumy plastyków uprawiają instalacje. Dla zbyt wielu sztuka zawiera się wyłącznie w fabule.

 

Czego Ci z całego serca nie życzę
Twój Piotrek

Ps. A jak nowa powieść? "Ognie" nadal płoną?

 



Kołobrzeg, dnia 7.08.2002 r.

 

Wielka Głowo!

Nie czynię tu aluzji do rozdziałów "Świat bez głowy" i "Głowa bez Świata" znakomitej prozy "Auto da fe" Eliasa Canettiego, lecz na myśli mam Ciebie - jako Wielką Głowę Językową. Twój słownik frazeologiczny już legendą obrasta, niczym dębowy pniak mchem. Słyszę na przykład w kręgach zaprzyjaźnionych, że straszna cegła z tego będzie, zdolna zabić ciężarem fizycznym nosorożca nawet! No, ale wiesz, żem półgłuchy, może więc źle usłyszałem, źle zrozumiałem Może o to szło, iż cegła owa dobrze wpasuje się w fundament dźwigający nędzę i blask historii języka rodzimego?

Wiosłuj, wytrwale wiosłuj, do brzegu blisko

Gdy o nazwanie idzie, zastanawiałem się, jak z tego wybrniesz. Słowników podobnej maści wiele, pole manewru małe. Lecz "Polski słownik frazeologiczny" nieźle brzmi.

Nadzieję mam, że odłożysz jeden egzemplarz (w dającej się udźwignąć cenie). Nie musi być oprawiony w skórę, ze złotymi tłoczeniami. Nie pogniewam się też na stosowną dedykację. Ale koniecznie złożoną piórem w i e c z n y m!

A tak przy okazji. Wiesz jaki słownik był moim ulubionym w chłopięcych latach? Nie uwierzysz. "Pisownia prawidłowa i wyrazy obce. Słownik dla szkoły, biura i domu" profesora Józefa Wiśniowskiego i Halszki Wiśniowskiej opublikowany przez wydawnictwo "Gutenberg" w Krakowie w 1933 roku. Do dziś go mam. I aż się prosi o wizytę u introligatora.

10.08.2002 r.

Tak zbożnie z listem wystartowałem, a tu raptem przerwa trzydniowa. Lato nadmiernie daje w kość; sezonowi goście, Leon Z. o felieton naciska, jeszcze parę zaległych zobowiązań, kłopoty ze snem - niechże wreszcie te upały ustaną! Głównie stąd rozdrażnienie.

Lecz wracam do Twoich słów.

Zdumiała uwaga o bibliotekach. "Przeklęte przybytki martwej ciszy". Gdzie w bibliotekach martwa cisza? Nie łowisz szmeru? Przyciszonych rozmów między bibliotecznymi półkami? To gadają ze sobą zgromadzone tam książki. Biblioteka nie jest cmentarzem. Raczej rozległym, na pół dzikim ogrodem, gdzie spacerują byty powołane do istnienia przez podobnych Tobie. Teraz byty już samodzielne, wiodące czasami swarliwy, a czasami dostojny żywot. Kłócą się ze sobą lub kochają, używają fanfar tromtadrackich lub cichych czyneli. Ale zawsze pełne woli trwania, otwarte i oczekujące.

Wierz mi. Przepracowałem w wielu bibliotekach wiele lat i wiem dobrze, co mówię.

Za co do granic między literaturą a obrazowaniem w filmie. Sugerujesz, iż warto linie demarkacyjne nakreślić. Moim zdaniem nie warto. Wzajemne przenikanie się języków sztuki, czy to na styku literatura - malarstwo, czy to na styku literatura - teatr, czy choćby na styku literatura - muzyka (co najtrudniejsze chyba) zawsze mieć będzie potencjalne zalety twórcze.

Jednak pojmuję tęsknoty za formą wypreparowaną. I rozumiem niepokój choćby literaturoznawców, których nie domknięte szufladki potrafią frustrować. Lecz, kolokwialnie powiadając, nie nasz to ból zęba.

Natomiast czyż nie szczęśliwą siłą słów jest to, że za ich pośrednictwem, władając oryginalnym piórem, wyrazić możesz (nie opowiedzieć, a wyrazić, udanie kreować) światy niby pędzlem, niby dłutem, niby smyczkiem? Przedziwną bywa moc słowa - a w jego domu mieszkań wiele

 

Wreszcie "uwolniła się" wiadomość związana z pewnym, dosyć szalonym, pomysłem Halinki Sz. Wcześniej ostrożność zalecała milczenie. Ale teraz chyba Jej przedsięwzięcia nic nie zapeszy. To historia dłuższa. Poprzestanę na streszczeniu.

Otóż H. zakłada pismo. Niedawno odeszła z "Głosu Koszalińskiego", by przejść na swoje. Dopinanie wszystkich guzików w prasowym surducie trwało długo. Lecz na obecnym etapie są już wyremontowane pomieszczenia przyszłej redakcji. Zarejestrowany jest w sądzie tytuł, za plecami nipy, pipy i regony. Zatrudniono księgową i osobę do zbierania ogłoszeń. Podpisano umowę z drukarnią. W redakcji pojawiły się komputery, faks, jest łączność internetowa i telefoniczna. Gromadzone są teksty do pierwszych numerów. Graficzka kończy projektowanie winiety. Start, jeśli nic w poprzek nie stanie, na przełomie sierpnia i września.

To będzie 16-stronicowy tygodnik, dotykający głównie lokalnych spraw. Apolityczny. Formatem zbliżony do "Życia". Tytuł: "Rzecz Kołobrzeska".

I sam powiedz, czyż nie wyjątkowo dzielna dziewczyna z tej H.? Wykonać skok na głęboką wodę - przy tak już ciasnym rynku prasowym? Lecz sporo przesłanek wskazuje na to, że przedsięwzięcie się powiedzie.

 

Na końcu nieśmiało pytasz o powieść. Drogi. Jakby coś wyczuł. Bo odpowiedź będzie szemrana.

Oczywiście "Ognie Świętego Elma" nadal płoną. Ale trochę ostatnio przygasły. Dokładniej: zwątlały. Pierwotny impet wyczerpał się. Dziarski marsz zastąpiło pełzanie podszyte nieufnością. Kto (ale kto?) siedzący we mnie chichocze w kułak, drwi, rozsiewa wątpliwości.

Przyjacielu, tak sobie myślę, że czasem pisanie powieści przypomina szycie butów przez pijanego szewca. A innym razem przez szewca, którego kac zmusza do wbicia klina

I tym optymistycznym akcentem kończąc, ogniście Cię ściskam -

 

Tfuj Przygasły L.

 




Ps. Uściski od H. w związku z datą 16 sierpnia. Także dla M. Ech, te kobiety
Ps 2. Odwzajemniam pozdrowienia P. Mitznerowi. I przekaż, że po Jego zbiorze "Myszoser" z niecierpliwością czekam na "Kociomysz".
Ps 3. Czy znasz może admirała Sztokfisha?

Janusz Sauer

ODMIENIEC

Dach na psałterii

obsiadło stado gołębi

a w nim jeden biały

i jego właśnie

jaki "łobuz"

pomalował na czerwono

 

Teraz gdy siada na kalenicy

stado odfruwa

 

i zostaje sam

 

Janusz Sauer
Kwiecień 2000


Lech M. Jakób

BRYKANIE

Dziennikarstwo - temat powracający jak stara melodia ze zdartej płyty. Potyka się na tym wiele koni, zwłaszcza koni młodych, czyli źrebaków, chcących dziennikarstwo uprawiać. Źrebak, wiadomo, witalności ma wiele i brykać lubi choćby tylko dla brykania. Często galopem gna, czerpiąc radość z samego pędu, pokonywania przestrzeni. Nie bacząc na to, że trwoniona energia czemu ma służyć, a ruch miewa określony cel.

 

Czym dziennikarstwo jest? Gdy się zastanowić, odpowiedzi znajdziemy proste. Dziennikarstwo jest fachem osób parających się kolportowaniem informacji za pomocą środków masowego przekazu. Takimi środkami masowego przekazu są na przykład pisma, będzie nim radio, telewizja, wreszcie medium najnowsze: internet.

Dysponujący wymienionymi środkami dziennikarz uprzednio informacje zbiera, opracowuje i uzdatnia do przekazu. Dziennikarz może też relacjonować wydarzenia.

 

Jak w każdym fachu, tak i w dziennikarstwie, określone grupy wykształciły konkretne specjalizacje. Część para się obsługą sportu, część ekonomią, inni kulturą - i tak dalej. Dziedzin jest wiele i każdy poszukujący swoją niszę znajdzie.

A wszystko jest dobrze, gdy dziennikarz trzyma się reguł swego zawodu. Gdy przedstawia fakty, szerzy pozyskane informacje - operując zrozumiałym językiem, nie manipuluje wiadomościami. O takim dziennikarzu powiemy krótko: dobry fachowiec.

Bo tego od dziennikarza oczekujemy: dostarczenia nam faktów w najklarowniejszy sposób. Dziś dodalibyśmy jeszcze: i możliwie najzwięźlej.

 

Lecz rzeczywistość przedstawia się nieciekawie. Wielu dziennikarzy, głównie początkujących, usiłuje zawłaszczyć funkcje przynależne innym. Do opisów informacji wrzuca opinie własne, przedstawianym wydarzeniom dorabia socjologiczną lub psychologiczną gębę.

Takie uprawianie zawodu jest chybione. Lub wręcz naganne. Odbiorca, miast starannie uporządkowanych faktów oraz przejrzystej relacji, otrzymuje kaszankę. Produkt o podejrzanym składzie i wątpliwym smaku.

 

W popełnianiu dziennikarskich grzechów celują szczególnie gazety i rozgłośnie małe, pisemka samorządowe oraz redakcje telewizji regionalnych. Często tam panoszy się niekompetencja. Często tam, ale również i w mediach ogólnokrajowych się zdarza. Prezentowane fakty rozmydlają komentarze, informacje przebarwia emocjonalność opisu lub - co jeszcze gorsze - stronniczość. Usiłujący mienić się dziennikarzami rozdają laurki, pouczają, strofują lub wymądrzają się. Przybierając pozy: a to belfra, a to filozofa, a to strażnika moralności.

 

Warto zatem uświadomić sobie, że dziennikarstwo nie jest katedrą nauk. A dziennikarz, jakkolwiek w swym zawodzie dobry by nie był, autorytetem w żadnej dziedzinie nie będzie. Za sam fakt operowania słowem czy obrazem nigdy nie przełoży się mechanicznie na posiadanie wszechwiedzy. Nie upoważnia też dziennikarza do strojenia się w cudze piórka.

 

Dlatego beztrosko brykającym źrebakom nie zawadzi podglądanie starych koni. Wszak ruch tabunów okazji ku temu daje sporo. A doświadczony stary koń dziennikarski doskonale wie, co chomąto, co popręg, co wędzidło. Co bat wreszcie.

Byłaby to lekcja na skróty, oszczędzająca nadmiaru cięgów. Cięgów, bez których i tak się nie obejdzie.

Rzetelność w dziennikarstwie, o dziwo, bywa osiągalna.

 

Lech M. Jakób

 

Ryszard Biberstajn

BIAŁY WIERSZ

jest wiersz biały

co się na płatki śniegu

rozmienia

 

skrzy się w słońcu

nadzieją wiosennego

topnienia

 

w kawiarnianych szeptach

krążą słowa

tułacze

 

na szybie białe kwiaty

mokro więdną

i płaczą

 

już topnieją płatki

w twoich warg

szczelinie

 

całowanie

śnieżnego pejzażu

przy winie

  Ryszard Biberstajn


 

Władysław Łazuka

WYDRY

Ma się ku przedwiośniu. Lód jeszcze trzyma przysypany śniegiem. W ciągu dnia słońce zaczyna przygrzewać ale noce są mroźne. Pomost wychodzi daleko w jezioro. Zauważam tak to...ślady wydr, które przywędrowały od strony zatoczki wciśniętej między las. Tam, gdzie na końcu pomostu jest siedzisko wędkarzy, tropy znikają. Zaglądam. Lód w tym miejscu zaczyna topnieć i spostrzegam otwory. Wydry tędy weszły do wody. Łowią ryby pod lodem. Krew na śniegu. Wyjście mają ponad dwieście metrów stąd w zatopionej, zakrzaczonej wyspie, bo stamtąd widać, jak wracały. Urządzały sobie ślizgawkę, czyściły się i zabawiały. Odeszły w stronę zatoki. Syte. Były tu zapewne nocą, bo zwierzęta to bardzo tajemnicze i ostrożne. Jezioro obfituje w ryby, o czym przekonałem się w różnych porach roku. Wspomnienia....... wspomnienia........ Zapuszczam błystkę w przerębel. Gram okoniom. Wystarczy wydrom, a i mnie może też coś się trafi.

Z rybami jak z totolotkiem. Ciągle wielka niewiadoma, ale w tym tkwi cała istota.

Czasem wystarczyło, że się podziwiało pejzaże. Zobaczyło się to i owo. Lecące gile z tym swoim pij, pij zawsze kiedy zbliżają się śniegowe chmury. Stadko raniuszek z krzaka na krzak wierzbowy, olchowy jak za dotknięciem różdżki. Ślady zajęcy, saren.

Z torbą na ramieniu, z podlodową wędką od przerębla do przerębla, w bieli jak okiem sięgnąć. Wystarczyło stanąć przed majestatem natury... Zdziwić się... Być...

 

Władysław Łazuka

 

Rainer Maria Rilke

NARZECZONA

Z nowych przekładów
Andrzeja Lama

Wołaj mnie, miły, wołaj mnie głośniej!

Nie daj twej miłej dłużej stać w oknie!

W starych platanów alei

już się wieczór nie gnieździ:

tylko pustka się ściele.

 

A jeśli do mnie nocą nie przyjdziesz,

by mnie ogarnąć swym głosem,

wtedy z rąk mych własnych się wymknę,

aby się rozlać, by się zapodziać

w ciemnego błękitu ogrodzie

 

Reiner Maria Rilke

 

Szymon Prowacki

PRECZ Z EKOLOGIĄ (PŁYTKĄ)!

I

Coś niedobrego porobiło się z ekologią. Termin ów stał się tyleż modny, co bałamutny. Głównie przez nadużywanie i wypaczenie pierwotnego znaczenia pojęcia.

Odczuwamy powszechny zalew "ekologicznych" produktów. Zjadamy ekologiczną ponoć żywność, używamy "przyjaznych" dla środowiska opakowań, budujemy domy zgodne z "ekologicznymi normami". Gdy tymczasem w większości to pic na wodę. Wykorzystuje się jeno ogólnoświatowy trend oraz szansę obniżenia podatków. Zresztą, nawet zasłaniający się ekologią producenci - jak mniemamy - niewiele o prawdziwej ekologii wiedzą.

Aliści to tylko wierzchołek lodowej góry ignorancji. Ekologię na opak rozumieją i politycy, i samorządowi decydenci, i rozmaitej maści działacze ochrony przyrody. Ich liczbę oceniamy (ja i moje zbuntowane ekologiczne ego) na 90% z okładem. Otumanieni może i dobrymi intencjami co rusz organizują jakieś sympozja w sprawie sadzenia kolejnej plantacji drzew (mylonej z lasami) lub sztucznej regulacji rzek - co ma na przykład miejsce choćby z Parsętą. Chcą ujarzmiać przyrodę, poprawiać - właśnie w podporządkowywaniu jej sobie upatrując nadrzędny sens.

 

Niewiedza oraz ignorancja rodzą nową niewiedzę i nową ignorancję. Zdezorientowanym dzieciakom każe się zgarniać liście w parkach, organizuje się karykaturalne akcje sprzątania Ziemi - a wszystko rzekomo w imię nauki ekologicznego podejścia do środowiska. Chaotycznie i tromtadracko preferowane są działania likwidujące skutki zaniedbań, przemilczane zaś bywają przyczyny. Ale za to samopoczucie ćwierćinteligentów dobre. Wszak coś dla ekologii zrobili. I nie dziw, że później jawi się nam wizja "ekologa" amatora - jako faceta z grabkami lub plastikową torbą na śmieci w garści.

Nóż w kieszeni się otwiera. Bo jak przeciwstawić się impregnowanym przeciw myśleniu umysłom?

 

II

Jedna jest prawdziwa ekologia - radykalna, zwana też głęboką. Przeciwstawiamy ją ekologii płytkiej, czyli jedynie ślizgającej się powierzchnią problemu.

Po raz pierwszy terminu głęboka ekologia użył norweski filozof Arne Naess z początkiem lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, by zwrócić uwagę na i s t o t n e przyczyny kryzysu środowiska naturalnego. W połowie lat osiemdziesiątych wespół z amerykańskim filozofem Georgem Sessionsem sformułowali osiem zasad głębokiej ekologii. Może warto je przytoczyć:

1. Wszelkie formy życia posiadają wartość samą w sobie, niezależnie od ich użyteczności czy też nie dla człowieka.

2. Bogactwo i różnorodność życia przyczyniają się do urzeczywistnienia tej wartości i same w sobie też są wartością.

3. Ludzie nie mają prawa ograniczać tego bogactwa i różnorodności, z wyjątkiem sytuacji związanych z zaspokajaniem potrzeb życiowych (potrzeby życiowe opisano w innym miejscu).

4. Rozwój pozaludzkich form życia wymaga zahamowania wzrostu populacji ludzkiej. Rozwój życia i kultury człowieka daje się pogodzić z tym postulatem.

5. Oddziaływanie człowieka na inne formy życia jest obecnie zbyt duże, a sytuacja stale się pogarsza.

6. Zmiana obecnej sytuacji wymaga zmian na poziomie ekonomicznym, technologicznym oraz ideologicznym.

7. W sferze ideologicznej chodzi przede wszystkim o zmianę hierarchii i zastąpienie dążenia do wzrostu materialnego standardu (poziomu życia) wzrostem jakości życia.

8. Ci, którzy zgadzają się z powyższymi zasadami, powinni starać się realizować je w swoim codziennym życiu.

 

III

Wymienione wyżej zasady tyczą ekologii głębokiej. Natomiast ekologia jako taka wspiera się łącznie na czterech filarach: wspomnianej głębokiej ekologii, ekofeminizmie, bioregionalizmie oraz ekopsychologii. Lecz nie w felietonie miejsce na edukację. My tylko pomocniczo wskazujemy, o co warto kruszyć kopie. Gdyby kto jednak chciał z tym zmierzyć się serio - oto jeden z kontaktów z prawdziwie radykalnymi ekologami:

Stacja Edukacji Ekologicznej stowarzyszenia "Pracownia na rzecz Wszystkich Istot" i Native Forest Network z siedzibą w Bystrej tel/faks: (33) 8171468, e-mail: wapienica@pnrwi.most.org.pl. Adres korespondencyjny: 43-360 Bystra, ul. Jasna 17.

Można też kontaktować się przez miesięcznik poświęcony ochronie dzikiej przyrody, bioregionalizmowi oraz popularyzowniu nurtu głębokiej ekologii "Dzikie Życie" - adres korespondencyjny ten sam. Poczta elektroniczna: redakcja@pnrwi.most.org.pl. Jest też odpowiednia strona w Internecie: http://www.pnrwi.most.org.pl/dz

Rzecz jasna mówimy teraz (i piszemy) nie do siedzących w kapciach przed telewizorem i z ręką w nocniku. Też nie do opędzających ekologiczne sumienie nową zbiórką papierków i puszek po piwie w parkach. Uwagi swe kierujemy do choć trochę pojmujących znaczenie wycinania lasów tropikalnych oraz potrafiących dostrzec związek między zagładą gatunków motyli afrykańskich z tajfunem w Australii - jakkolwiek paradoksalnie to nie zabrzmi.

I w naszym bezpośrednim otoczeniu jest wiele do zrobienia. Przeto precz z płytką ekologią. Ekolodzy radykalni - na plan. Nadchodzi wasz czas.

 

Szymon Prowacki

 

Aneks do felietonu

A oto suche fakty (niektóre) zebrane przez radykalnych ekologów. Komentarz zbędny.

Jak nas przybywa:

- w chwili narodzin Chrystusa na Ziemi mieszkało 170 mln ludzi

- w roku chrztu Polski było nas już 260 mln

- w roku 1900 było nas 1,64 mld

- w bieżącym roku jest nas 6,2 mld

- w roku 2025 będzie nas około 8,5 mld.

Odpady:

- w ciągu całego życia mieszkaniec Europy pozostawia odpady o wadze 1000 razy większej od wagi swego ciała

- w ciągu całego życia mieszkaniec Północnej Ameryki pozostawia odpady o wadze 4000 razy większej od wagi swojego ciała

- według danych OECD Polska jest największym w Europie producentem odpadów przemysłowych; wytwarza ich rocznie 120 mln ton

- odpadki komunalne stanowią zaledwie 6% polskich śmieci; produkujemy ich jednak więcej niż Francuzi czy Niemcy.

Żywność:

- przeciętny Europejczyk przez rok zjada więcej mięsa niż sam waży, a w ciągu całego życia - średnio 7-8 sztuk bydła, 35 owiec, 36 świń, 750 sztuk drobiu, kilka tuzinów królików i dziczyzny.

- ziemia o powierzchni 10 boisk piłkarskich może wyżywić 61 osób, jeśli będzie się tam uprawiało soję, 24 osoby - przy uprawie pszenicy, 10 osób - przy uprawie kukurydzy i tylko 2 osoby, jeśli będzie służyła hodowli zwierząt

- mieszkańcy rozwiniętych krajów kupują żywność wyprodukowaną często w odległych krajach, w których ludzie umierają z głodu; kraje zachodnie eksploatują w ten sposób powierzchnię ziemi kilkakrotnie większą od swojej własnej

- każdego dnia z głodu umiera ponad 40 000 dzieci.

 

Lasy:

- ponad połowa wszystkich gatunków żyje w lasach, a lasy wycinane są w tempie powierzchni większej od boiska do piłki nożnej co sekundę

- każdy z nas zużywa w ciągu swojego życia około 80 metrów sześciennych drewna - prawie połowa, czyli około 2 drzewa rocznie, przypada na papier

- w ciągu ostatnich 30 lat zapotrzebowanie na drewno wzrosło przeszło 4-krotnie; ponieważ na drewno z plantacji trzeba czekać kilkadziesiąt lat, najszybciej i najłatwiej odpowiedzieć na to zapotrzebowanie wycinając najstarsze, kilkusetletnie drzewa ostatnich lasów naturalnych

- co roku 30 mln Europejczyków zużywa na jednorazowe pieluszki ponad 2,4 mln drzew

- tylko na skutek wycinania lasów w roku 1990 wyginęło tyle gatunków, ile w procesie ewolucji w ciągu tysiącleci; każdego dnia ginie kilkadziesiąt gatunków - wiele z nich jeszcze nie opisanych przez naukę.

 



Dane podano za pozycją: Janusz Korbel, Marta Lelek "W obronie Ziemi" (radykalna edukacja ekologiczna) - Zeszyty Edukacji Ekologicznej Pracowni na rzecz Wszystkich Istot, Zeszyt 7, Bielsko-Biała.

 



Agnieszka Dębek

PAN OD JESIENI

Obrazy kobiet

które zaznał

drążą ślepe korytarze

w jego pamięci.

Niebawem utworzą labirynt.

Wczoraj wieczorem ujrzał w lustrze

nie swoją twarz

i bał się zasnąć.

 

Ostrzegali go o skutkach

przemijania czasu

o nietrwałości ciała ludzkiego

o wszelkich procesach starczych

- ale nie wierzył

Gdy Wszystkie jego kobiety

wyjechały do swoich mężczyzn

zaczął błądzić pomiędzy

dniem a nocą.

 

Miłosierny październik

zrzucił mu złote licie na głowę

by niczym król przeszłości

dumnie wkroczył do swojej jesieni.

 

Agnieszka Dębek



Agnieszka Dębek - z wykształcenia prawnik, mieszkanka Kołobrzegu. Publikowała wiersze w prasie lokalnej. W roku ubiegłym ukazał się jej debiutancki zbiorek pt. "Wystarczy szept".

 

Władysław Łazuka

ŁASICA

Liście z drzew lecą. Jesień. Robimy porządki. Przekopujemy zagony. Okrywamy róże. Ot przygotowanie działki na zimę. Trzeba zdążyć przed deszczami i pierwszymi podmuchami chłodu. Dni coraz krótsze. Jest zaledwie po południu a już robi się jako szarawo. Siostra Mela mówi, że coś pobiegło. O... tam... Patrzę, że to co zwinnie krótkimi skokami wzdłuż żywopłotu pomyka... Łasiczka...... Szaro-popielato-brązowe futerko. Już jest na granicy ogrodzenia i drogi. Znika. Znowu pojawia się. Patrzy w nasza stronę. Ma biały krawacik. Niechybnie wyruszyła na łowy. Penetruje norki na linii płotu i drogi porośniętej trawą. Tam gnieżdżą się myszy i norniki. Łasica jest najmniejszym i najbardziej rozpowszechnionym zwierzęciem z rodziny łasicowatych. Spotkać ją można na polach, łąkach, na skraju lasu ale raczej z dala od ludzkich zabudowań. A tu niedaleko ulica Kanałowa. Powoli idziemy do domu.

Za nami ogród... z łasiczką.

 

Władysław Łazuka

 

Aleksandra Krępeć

* * *

Przyszedł do nas anioł, a 

twarz miał jak ziemniak

spalony w płomieniu ogniska.

 

A teraz już nie ma ciepła,

stosy wypalone, dziś tylko

pył pożogi w oczy i zimno

 

bo nie ma skór i futer

zwierzęcych, immanentnych,

pierwotnych kontuszy tradycji.

 

Dziś już nawet kot czarny

przebiegający wszystkie drogi

jest reliktem nikomu niepotrzebnym.

 

I przyszedł do nas anioł, a

wszystko się stało mitem,

symbolem, alegorią, toposem.

 

Aleksandra Krępeć



Aleksandra Krępeć - licealistka, mieszkanka Grzybowa. Debiutowała 2 lata temu w almanachu "Wśród kołobrzeskich poetów". Powyższy utwór zaczerpnięto z pierwszego indywidualnego zbiorku pt. "Moja gubernia" - o którym wspomina Paweł Szeroki w "Prowincjonaliach".

 

Marek Maganiusz Kielgrzymski

W OCZEKIWANIU NA

Krążę wokół stawu Drugorskiego w parkowej dzielnicy G., plecy swędzą od skwaru, dłonie puchną od wewnętrznej strony. Kaczki leniwie obijają się o betonki przy brzegach. Miasto zapada w siebie, puchnie, tężeje i osiada metr za metrem - coraz bliżej starych korytarzy schronów, które wypełniali kiedy mokrym piaskiem. Do plaży zawijany kilometr, dzieciaki z ręcznikami u szyi tuptają; siwy jamnik od rana leży pod śliwą, ozór zamiata ścieżkę. Upał poraża, nie ma czym zdychać.

Od osiedla P. trzech układa dukt z trylinki; trakt szerokim łukiem omijać będzie staw miejski. Siedzą, kurzą fajki, czochrają się po odkrytych torsach; pot wsiąka w planetę, przenika przez warstwę ziemi, skwierczy na rożnach ukrytych popod miastem, gdzie obracają się ci, co odeszli.

Ocembrowany staw jest niewielki, można go obejść w kwadrans. Za każdym okrążeniem odległe dźwięki trąbki odrobinę się przybliżają. Osiedlowy Miles nadciąga. W taki upał! Że mu się chce dąć. Pewnie nie ma na piwko.

W centrum akwenku Drugorskiego jest wysepka łabędzi. Ptactwo ma tam domek. Chatkę na koziej nóżce. Z brzegu ledwie widać biały daszek. Teren zarósł, roślinność rozsupłała warkocze, sięgnęła brzegów, weszła w mętną toń. Teraz woda jest zielona i ciemna.

Okrążam staw od strony północnej - tu więcej cienia. Mdły zefir porusza koronami smukłych masztów flory, gałązki wibrują, konary spinają się w sobie, drewnieją jak ludzie, którzy za długo żyją. Jak to kiedy mówił Piotr? "Czterdziestka i dosyć! Starczy. Potem choroby i harpie". A teraz. Siedzi w szpitaliku w C. na zadupiu, ma czterdzieści sześć lat, leczy nereczki i chce mu się żyć jak nigdy dotąd.

Mama kazała zrobić zakupy. Masło i sery rozpuszczają się w plastikowej torbie. Dębowe to już pewnie zupa a nie napój chłodzący, nektar nygusów. Nie, stanowczo nie dożyję kresu tego dnia. Zanurzę łeb w potoku Drugorskim, opadnę na srebrne, od puszek dno, poznam świat szuwarów i mokrą, kliniczną Panią. Spłynę z puszkami do Zatoki, odmięknę i wreszcie trafi mnie niebieski szlag. Przybiję piątkę Neptunowi, stanę w dennym ogonku po mętne światło dnia.

Siadam pod uschłym castanea sativa, dotykam dłonią gorącej ziemi. Kręci się w głowie, róża wiatrów dostaje świra. Stara kobieta wlecze wózek z gazetami. Kolorowy magazyn na szczycie stosiku próbuje się wysunąć z objęć sznura; poszarpuje błyszczącą okładką gdzie wielkie, złote litery nawołują do usuwania wszelkich anomalii skóry: "Blizny, rozstępy i trądzik bliznowcowy już nie straszne! Bądź szczęśliwy w swojej skórze!". Kobiecina kolebie się w znoszonych chodakach, siwo-żółty warkocz obsuwa co rusz na lewe ramię. Tylne koło wózka zacina się, nie chce wirować. Ziemia zacięła się, zwolniła, słońce praży tylko jedną połać wiata - parkową dzielnicę G. i osiedle P. Dalej mieszkają potwory a mapa jest pełna bielusieńkich plam.

Wstaję, otrzepuję tyłek i ruszam ku centrum. Sztywne nogi z trudem poddają się woli. wiat to dekoracja, sztafaż; ja przemknę pod pudłami kartonowych bloków, wslalomuję między papierowe latarnie, wespnę się na piętro z modeliny i przycupnę przy oknie z papier mache. Będę się gapił na podwórko z plasteliny, na plastikowych ludzi i drewniane samochody. Będę czekał na wygaszenie reflektorów.

 

Marek Maganiusz Kielgrzymski
VII 2002

 

Stanisław Chyczyński

METAMORPHOSIS CUM FIGURIS

Po łbie mnie głaskał niebieski mandaryn

i "będziesz mistrzem" wróżbitki gdakały.

Los mnie oszwabił - iluż takich było?

Rajem dla miernot jest niesprawiedliwość.

 

Oziębłych jezior smutne szklane oczy -

ich transformacji chciałbym kiedy dożyć,

bo nie ma w chmurach takiego anioła,

którego z ziemi mógłby wyorać.

 

Stanisław Chyczyński
(1 mar. 2002 r.)

 


 
Pięć - dziesięć zdań:

 

"(...) Nawet ludzie zazwyczaj nie zainteresowani tradycyjnie świętymi miastami i niewierzący w zjawiska nadprzyrodzone często hołubią w sercu szczególne miejsca, do których chętnie się udają. Takie punkty uważamy za "święte", gdyż nierozerwalnie wiążą się ze sposobem, w jaki postrzegamy samych siebie; możemy je łączyć z najgłębszym doświadczeniem, które zmieniło nasze życie, ze wspomnieniami z wczesnego dzieciństwa, albo z ważną dla nas osobą. Gdy odwiedzamy takie przybytki, bywa, że przypominamy sobie poczucie uduchowienia, jakiego tu doznaliśmy, dzięki czemu na chwilę zyskujemy przeświadczenie, że choć nie jesteśmy panami naszego życia, zazwyczaj bardzo pospolitego i uciążliwego, ma ono jednak wymiar i wartość ostateczności, choć trudno byłoby nam wyjaśnić to intuicyjne przeczucie w racjonalnych kategoriach. (...)"

 

Karen Armstrong "Jerozolima miasto trzech religii"
z angielskiego przełożyła Barbara Cendrowska.
Warszawa "PRIMA" 2000 r.

 

(3)

Tomasz Agatowski

JEZYK,

który ma zdolność krzesiwa, zapewne jest językiem twórczym. Przezornie usytuowałem słowo "zapewne", aby odciąć się od dosłowności interpretatorów niektórych, mogących krzyknąć: tak, ale jest też język - przykładowo -rewolucyjny, który nie zawsze jest twórczy, język sportowy itd. Mówię o sztuce i komunikacji przez sztukę. Współczesne formy "językopodobne" przypominają wyroby czekoladopodobne, a nawet gorzej - szynkę w aerozolu. To jakie strzępy słowne, nijak nie przystające do jasności myśli. Kwitnie współcześnie "sztuka" mówienia zawile i o niczym, monosylabami, słowami dźwiękonaśladowczymi. O powszechnym w Polsce systemie przekleństw, stosowanych publicznie, bez wstydu, wolę milczeć, gdyż barbarzyńcy są bezwzględni. Zastanawiać się tylko można, jak to się stało, że ukończyli jakie szkoły, że bywali w rodzinnych domach (część życia spędzana nie w bibliotekach czy archiwach, muzeach), a bez przekleństw nijak nic sensownego sobie do przekazania nie mają.

Smutne, lecz w obszar sztuki wmiatane są przez tzw. autorów śmieci językowe, mające stanowić treść, o myśli i zdarzeń. Nazwisk tu póki co nie wywieszam, chociaż powinienem. Oczywiście, że treść życia, utworu, to nie tylko wykwintność i owijanie sensów w cukierkowe papierki. Żyjemy w epoce kreowania miałkości, prostactwa, cwaniactwa, analfabetyzmu edukacyjnego i takie postawy lansowane są bohatersko, bowiem "się sprzedają". Kto na głupocie zarabia krocie, a spustoszenie w umysłach młodych, potencjalnych inteligentów - trwa. Moda na "sukces" zabija pracowitość, talenty. Niszczone są indywidualności, a model małpowania rośnie w siłę. Do czasu odczucia pustki. Na powrót w krainę piękna, rozsądku, własnych odkryć myślowych bywa za późno, gdyż zegar życia nie stoi w miejscu.

Język, współcześnie, stał się towarem. To jedna z przyczyn upadania kultury, karmiącej się językiem. Czy język ma alternatywę?

 

Tomasz Agatowski
Erem w Puszczy, sierpień 2002 r.

 

Anna Wieciech

***

a jemu podobają się imiesłowy

w białej czystej

oprawie

 

wróciwszy do domu

odebrawszy telefon

wysłuchawszy głosu

umarłam przywalona

wściekłymi archaizmami

 

każdy moment stał się

ilustracją

wersem na pościeli

według którego żyjąc

doprowadzam siebie do

szaleństwa

 

a jemu niewygodnie

byłoby usiąść na miejscu widza

gdyby tylko mógł

zobaczyć kogo gram

naprawdę

 

przesuwam palce po

wersach i archaizmach

 

jutro na osiemnastą

jestem umówiona z sumieniem

moje dzieci zostawię w domku

na drzewie

 

a jemu podobał się ten domek

i cmentarz gdy padał deszcz

 

Anna Wieciech

 


 
Pięć - dziesięć zdań:

 

(...) Sądzę, że sztuka jest formą poznania.

Należy przez cały czas szukać możliwości

nowego spojrzenia na zwykłe wydarzenia i 

rzeczy.

Doświadczenie naszego życia osadza się w 

naszej świadomości.

Nasza pamięć, nasze emocje i problemy

współczesności - suma tych składników

otwiera możliwości urzeczywistnienia

pomysłu.

Podążając dokładnie śladem pewnej koncepcji,

choćby najwspanialszej, możemy w 

nieodwracalny sposób uszkodzić żywą tkankę

filmu i otrzymać w rezultacie dzieło

nieudane.

Natomiast pojedynek z własną koncepcją może

dodać filmowi zwartości i wzbogacić jego

nastrój. (...)

 

Andriej Tarkowski - reżyser

 

Julia Możdżyńska

MIASTO

lekko się uśmiecham

i wystawiam twarz na wiatr

 

w szparze asfaltu kiełkuje

trawa

cienką łapką

 

jest pozostałością

mojej polany

 

wygrzewałam się na niej

kiedy jeszcze miałam ciało

jaszczurki

 

było złotobrązowe

jak grzyby porastające

zwalony pień drzewa mój dom

 

las był mglisty i pachniał

wilgocią

żółtą pleśnią i ziemią

 

w chodnik wtopił się liść

niechcący

kiedy robotnicy

rozrabiali cement

 

ten liść pochodził

z najwyższego drzewa w naszym lesie

 

ale ty go nie pamiętasz

 

myślisz

że od razu urodziłeś się człowiekiem

a tu zawsze stoi sklep i parkują samochody

 

przecież mi nie uwierzysz jeżeli ci powiem

że byłeś mrówką i mieszkałeś

w korzeniach jodły

 

Julia Możdżyńska

 


 
Pięć - dziesięć zdań:

 

"(...)Zdaniem van Burena współczesna materialistyczna kultura zachodnia wymusza na nas życie "lingwistyczne" w granicach bezpiecznych, centralnych części naszego języka - nauki, ekonomii, historii i zdrowego rozsądku. Lecz życie w centralnych obszarach jest rezygnacją z jakiego bogactwa doświadczenia, wyrzeczeniem się pewnego sposobu bycia w świecie. Istotną rolą pełnioną przez język religijny jest przeto, zdaniem van Burena, wyrażanie pewnego aspektu naszego człowieczeństwa. Chrześcijanie, jak zaznacza, odmawiają ograniczenia się do przyziemnego centrum języka i próbują powiedzieć o sobie i naszym świecie więcej niż może zostać powiedziane w języku potocznym czy naukowym. (...)"

 

Michael Peterson "Czy można sensownie mówić o Bogu?"



Przedruku wyżej przytoczonej myśli dokonaliśmy z miesięcznika "ZNAK" Kraków GRUDZIEŃ (12) 1995 r.

Dziękujemy
pkl. "Łabuź"

 

Jarosław Błahy

LODÓWKA

Strasznie zimno

Ale naga nie będę

Naga nie

Troszkę przymazana

Do ostatniego makijażu

Zawsze w rękach ostatniej kaszki

Ty lodowej - ja mannej

 

Słońce pod prysznicem powieki

Zimą dziewczyny chodzą w majtkach

 

Jarosław Błahy


 


 
Pięć - dziesięć zdań:

Paweł Kozioł

MIASTECZKO BLIZNO W ZIEMI

miasteczko blizno w ziemi jeszcze żywej już

przedśmiertnie znieczulonej ukłuciami ulic

w którym chmury są dymem pachną spalonym deszczem

 

miasteczko tak potrzebne po to aby z niego

wyemigrować w inne wewnętrzne miasto wiersza

chociaż tam nie ma jeszcze mojego domu tylko

 

rusztowania korony z belkami w oku wiatru

pługi krojące powietrze siewcy burzy

słowem czas już miasteczko aby schowało swoje

 

ostrza to czym mnie kroisz czym zasiewasz

blizno we mnie zarazem i bruzdo w stalowej

ziemi mojego nieistnienia usłuchaj

 

Paweł Kozioł

 

Aleksandra Perzyńska

***

dotykam wiatru

dotykam słońca

a każda chwila przynosi zwątpienie

i ból

 

i szumi deszcz

w tęsknocie za

nieuleczalną czystością

 

bezczelność skarg

namalowana

grubą kreską

na przemęczonych powiekach

 

a stąd do nikąd

prowadzi mnie już tylko

wąska ścieżka

 

nie pytam wcale

nie

nie umiem

 

Aleksandra Perzyńska

 

Stefan Kosiewski

W SKLEPIE

von Matthias Kneip

 

regały są pełne

wszystko kupić możesz

bułkę i kiełbasę

dziwkę i pierożek

odwagę na wagę

sztuczne serce włosy

futro z norek nogę

przysięgę i głosy

mężczyznę kobietę

świadka który kłamie

lustereczko takie

co nigdy nie mami

w lodowym świetle

wszystko tu mamy

a tylko wyjścia

ciągle szukamy

 

Stefan Kosiewski