Łabuź 41/2002


 

"(...)Wiem, dobrze wiem, że nie mam nic więcej do zaoferowania niż taktykę przedmiotowo - człowieczego oporu przeciwko deformacjom i wygórowanym roszczeniom języka, taktykę bezładną, głupkowatą, ćmokowatą, bo wymyśloną ze świadomości śmietnikowej nieważności ludzkich, niejęzykowych sensów. Naprawdę jestem głupkiem: zajmującym się zwyczajną historią ("to są zwyczajne historie"), usiłuję wyłowić z ogólności cywilizacyjno - społecznych przemian indywidualne, jednostkowe sensy, jakby niewybitna jednostka liczyła się w historii społecznej, jakby nie była tylko statystycznym elementem przemian. Jestem głupkiem, durniem, śmieciarzem: pragnę trwałego kontaktu z tym, co nieustannie się zmienia - z rzeczywistością; grzebię w rozpadających się przedmiotach, by znaleźć w nich równie nietrwałe człowiecze znaczenie. Bez nich jednak wszelki sens językowy jest jak "cymbał brzmiący" albo - jak Maine Road - signifiant bez signifi`e. Pana Cogito nudzą ci, co wysilają się, "by wyrazić to co\ poza", gdyż "nie przeczuwają nawet\ ile obietnic\ uroków\ niespodzianek\ kryje w sobie język"; ale odchodzący w poezji Herberta lekceważy słowo, ostatnią uwagę poświęcając przedmiotom: oknu, poduszce, zimnej herbacie w szklance (Co mogę jeszcze zrobić dla pana). Miłosz notuje: "Od tej rzeczywistości zgrzebnej, poznawanej w najzwyklejszy sposób, odkleiła się druga, autonomiczna, zamknięta w języku, do pierwszej nie podobna"; "Tkanina języka stale ma skłonność do odklejania się od rzeczywistości"; i Miłosz trafia w sedno: "nasze wysiłki żeby ją sklecić, są przeważnie daremne, choć - czujemy to - absolutnie konieczne".

Nie chcemy przyjąć rzeczywistego do wiadomości, bo on nic nie znaczy samo w sobie (Husserl: "poza tym [poza przejawami] zaś jest niczym"). Najczęściej rzeczywistość nie podoba się nam, nie my ją wybraliśmy, mamy jej wiele za złe (nieszczęścia, cierpienia, chorobę) - a najchętniej przenieślibyśmy się do innej rzeczywistości, czyli: nierzeczywistości. Boimy się rzeczywistości, bo rzeczywistość to także (przede wszystkim) ciało: coś co znamy naintymniej, ale zarazem terra incognita, ziemia rzeczywiście nieznana - ukryta pod skórą rządzi w niezrozumiały dla nas na ogół sposób, bez porozumienia, apodyktycznie. Z umysłem jakoś sobie można poradzić i utrwalić (na przykład w słowach) - ciało umierając, odchodząc, zabiera nas ze sobą. Wszelkiej refleksji o rzeczywistości grozi ulegnięcie jej przypadkowości (pożegnajcie nadzieję na scalające znaczenie!), ale gdy nierzeczywistość zapoczątkuje refleksję, nieuchronnie przekłamujemy genezę myślenia i ubezsensowniamy jego dalszy ciąg. Myślenie nie zaczyna się przecież w aporiach języka, lecz w zmysłowym napięciu między nami a tym, w czym przyszło nam żyć: między ciałem a przedmiotem lub inną osobą - tym elementarnym zdziwieniu światem, które zawsze jest zdziwieniem jakąś konkretnością. Powtarzając tezę Heideggera, dopowiem: "zanim cokolwiek odczuliśmy, poznaliśmy, pomyśleliśmy - byliśmy już"; ja - na Cimoku, w pokoju mojej babki, bo w nim najlepiej uczyło się lub czytało, leżąc na podwójnym przedwojennym łożu i odrywając wzrok od książki, by bezmyślnie zatrzymać spojrzenie na starej szafie lub liściach jabłoni, które zasłaniały widok za oknem i ocieniały pokój. Jeszcze teraz - w wieku średnim - słyszę ciszę tego pokoju i czuję jego zapach: chłodny zapach wilgotnej czystości, krochmalu, naftaliny i mirtu.

Jeśli nie próbujemy uporać się z konkretnością naszego istnienia, sami jesteśmy odpowiedzialni za jałowość, którą zarzucamy słowu: za nieodnajdywanie w tym, co ogólne, własnej szczególności. Nie próbowaliśmy bowiem niemożliwego; nie spróbowaliśmy - nawiązując ostatni raz do Miłosza - skleić języka i rzeczywistości."
 



Końcowy fragment artykułu Stefana Szymutko: "Chłopcy z Cimoka - opowieść nierozwojowa", pomieszczonego w nr 11(22) " NOWA RES PUBLICA" - listopad 1998 r.

 
Dziękujemy pkl. "Łabuź"


(2)

Tomasz Agatowski

MYŚLĘ,

to słowo dziejowe, do którego mam zaufanie. W myśleniu jest początek dialogu. Nie mam zaufania do słowa „sądzę”. Dopóki  s ą d z o n o, dopóty trwało średniowiecze. Kopernikiem w przejściu na sztukę racjonalnego myślenia był francuski filozof i matematyk, Descartes René. zapamiętany jako Kartezjusz. Rewolucyjne cogito ergo sum, zapoczątkowało w Europie kształtowanie postaw badawczych, twórczych na skalę niespotykaną, bowiem środek ciężkości przesuwać się zaczął (chociaż to proces) ze „spraw” niebiańskich na ziemskie i człowiek zaczął pełniej dostrzegać wolę „własną”, ludzką, a tym samym władzę nad myśleniem. Dostrzegł zależność między myślą a bytem.

Sztuka sterowania grupami i społeczeństwami, uniwersytecko zwana cybernetyką społeczną, czerpie siłę prawd i manipulacji ze s ł o w a. Od zarania dziejów uświadomionych, słowo jest pierwszym i podstawowym narzędziem torującym drogę czynom i ich następstwom. Przecież historia to nie tylko dzieło Zegara Kosmosu, to nade wszystko czyny ludzkie, zachowania narodów zmaterializowane w karności armii, w technice, w nauce, w teologiach, odkryciach, w kulturze. Uważa się powszechnie, że człowiek myśli obrazami; by jednak w myślach te obrazy nazwać, opisać w zmysłach, potrzebne są słowa, w których zawarty jest kod wartości. A język też podlega ewolucji.

Ważna jest obserwacja, iż to, co nazywamy myślą (energią), odwiedza nasz umysł niezależnie od naszej woli, o czym najpełniej wiedzą twórcy. Kartka papieru niekiedy wzywa swą bielą dni i noce, a nic do głowy „nie przychodzi”. Wszelkie używki stają się wówczas mało skuteczne. Bywa, że w takich sytuacjach szukamy inspiracji czytając innych autorów, a jasność omija naszą głowę. Aż nagle czujemy (zwłaszcza poeci) stan podniecenia, stan zbliżania się myśli ważnych i zachowujemy czujność polującego zwierzęcia. Stan weny? Czekanie na muzę? Napięcie? Tak. I żaden z poważnych twórców, znających smak oczekiwania i spełnienia, temu nie zaprzeczy. Ignacy Krasicki zanotował: „Milczenie, sprawco myśli!”.
 

Tomasz Agatowski
Tomaszówka Jeziorna, kwiecień 2002 r.

 

Bartosz Muszyński

DZIKIE DANIE

Sople śliny za oknem

O przekątnej 16 cali. Tak,

Jestem osobistą małżonką

Cyryla Collarda, gestem

Mówi mi ta pani. Obejrzyj

Razem ze mną serial, królu,

Mówi - oburącz ująwszy

Berło z białka i krwi.
 

Bartosz Muszyński

 

Anatol Ulman

VI. KRóLIKI

Para brunatnoszarych królików z białymi brzuszkami, która towarzyszy nam od początku wędrówki, jeśli można twierdzić o początku nieskończonego, mnoży się wytrwale łakomie zjadając zielska oraz kartofle z bezkresu pól ziemniaczanych. Idą kicając w pewnej odległości zawsze za nami. Kiedy trwa bezwietrzna cicha pogoda, za plecami słyszymy chrzęst żerowania tak głośny, jakby nieskończenie podążały tysiące legionów rzymskich z ich cywilizacyjną oraz kulturalną misją. Mama, która nie potrafi liczyć wyżej stu, ocenia króliczą chmarę na sześć miliardów. Nic dziwnego, skoro ciąża samicy trwa około miesiąca i wydaje ona do pięciu miotów rocznie po sześć króliczków, a dojrzałość rozpłodową osiąga już po dwóch kwartałach...

Tata czasem zostaje w tyle i czeka na nie, wybiera dorodne sztuki i przynosi pokazać. Potem, z wyjątkiem jednej, zostawia, by połączyły się ze olbrzymim stadem. Odkrywamy ze zdumieniem, że powtarza się cała historia ewolucji królika, bowiem z dwojga dziczków powstaje ponad pięćdziesiąt ras różniących się wielkością, umaszczeniem i zmianami w kroju głowy oraz uszu. Są bowiem grube białe barany francuskie z długimi oklapłymi uszami wleczonymi po ziemi. Są angory z długą białą sierścią i śnieżnymi kulkami włosia na koniuszkach słuchów. Są też czarne podpalane, szynszylowate oraz belgijskie olbrzymy, są nowozelandzkie i kalifornijskie. Oczywiście pojęcia geograficzne, od których zwierzęta te biorą nazwy, należy na kartofliskach traktować umownie jak wyraz dawnego przyzwyczajenia. Jest tak, jakby podczas drogi przez pola zaszedł ponownie proces ich udomawiania (króliki pochodzą z Afryki północnej, a do Europy w celu hodowania zawlekli je Rzymianie ponad dwa tysiące lat temu). Łącząc się w przypadkowe pary zwierzątka wytwarzają tysiące dziwacznych odmian. Niejako na naszych oczach z przyczyny niedostatku pokarmu powstaje odmiana królików żywiąca się bez szkody dla siebie nacią i owocami ziemniaków, mimo że nadziemne części tej rośliny są trujące.

Królika zabija się łatwo. Trzeba go tylko schwytać i trzymając dłonią za obie nogi tylne, co powoduje, że zwisa bezsilnie ku ziemi, kantem drugiej rozpostartej dłoni z siłą uderzyć za uszami. To stanowczo przerywa łączność między głową królika a resztą jego ciała.

Problem w tym, że na kartofliskach brakuje chętnych do tej operacji. Oczywiście tata, jako były żołnierz cesarza Franza Josepha a następnie szeregowy u generała Hallera umie zabijać, niemniej nie bezsilne zwierzątka na ziemniaczanych polach. Przecież, karmieni wyłącznie kartoflami oraz kozim mlekiem, odczuwamy brak posilnego białka. Szczególnie wówczas, kiedy drewniany wózek z dobytkiem zapada się po osie w jesiennych błotach ziemniaczysk i nie starcza siły, by go ciągnąć dalej nawet przy pomocy kozy w specjalnej uprzęży zrobionej z naszych pasków do spodni.

Problem, w istocie filozoficzny, rozstrzyga mama, która będąc analfabetką posiada umysł wolny od etycznych tradycji zabijania. Otóż rozwiązanie znajduje w koncepcji reinkarnacji.

- Jeżeli - mówi mama mieszając gotujące się w osmolonym saganie kartofle -uznać konsekwencję doktryny powszechnego prawa moralnego warunkowania oraz w związku z charakterystyką świata zjawiskowego, właśnie przeradzanie się duszy stanowi okazję do jej doskonalenia i ostatecznego wyzwolenia z ciała.

Mama, jako osoba która nie przeczytała ani jednej książki ani nie była uczennicą żadnego mistrza, nie wie nic o wierze w reinkarnację w starożytnych cywilizacjach Indii i Grecji, w tym o pomysłach Pitagorasa i Platona, i wyłącznie z pustego umysłu wysnuwa konsekwencje idei ponownych wcieleń.

- Nowe życie cielesne dokonujące się w postaci odrodzenia kogoś, kto umarł, w przypadku osób szlachetnych wiąże się z wcieleniem w kogoś lepszego. Ale, jeśli kto był podły i plugawy, mówić trzeba, iż przeradza się w istoty niższe. Stąd z całkowitą pewnością należy twierdzić, iż w króliki, zwierzątka skądinąd miłe, bo puszyste i wdzięcznie strzygące wąsikami podczas jedzenia, wcielają się przeróżne kanalie zmuszone do teraz bezustannego żarcia zielska oraz produkowania bobków.

- Tak - powtarza mama zadowolona z pojawienia się w jej głowie uzasadnionej idei rosołu z królika oraz idei następnej: królika pieczonego na różnie. Natychmiast też nieomylnie rozpoznaje w tłustym od rozpierających go zapasów sadła samcu rasy angorskiej, który właśnie przykicał w pobliże ogniska, by skorzystać ze stosiku kartoflanych obierzyn, wielkiego padalca i niegodziwca w poprzednim istnieniu.

- No - mówi tata, u którego apetyt na mięso walczy teraz z obrzydzeniem do spożywania czegoś, co może być jakąś formą istoty ludzkiej - nie będę jadł człowieka nawet w postaci pieprzonego królika!

- Durny ty - tłumaczy mama. - Nie będziemy gotować rosołu z nieodłączną dziką marchwią oraz równie dziką pietruchą z substancji królika, która jest samoistnym bytem jednostkowym, ulegającym przemieszczeniu w inną istotę po śmierci zwierzaczka, lecz z elementu substancji, jakim jest cielesna jego materia. To prawda, nawet jeśli pojęcie substancji jest metafizycznym błędem, spowodowanym przez przeniesienie na strukturę świata struktury zdań złożonych z podmiotu i predykatu.

Przekonany natychmiast tata nader ochoczo chwyta ufnego królika za długie uszy i ująwszy za tylne nogi oddziela byt jednostkowy od nietrwałej materii. Potem z zawieszonych na dyszlu wózka zwłok ściąga wełnistą skórkę, którą zachowujemy do wyprawienia na cholewy ciepłych butów. Pozbawiony wnętrzności, nóżek oraz oczu angor znajduje swój kres w żelaznym saganie. Kiedy pod bolesnym niebem nakrywającym pola ziemniaczane swą bławatkową kopułą, spożywamy gotowane kartofle zalane tłustym rosołem o barwie jasnego piwa i dokładnie ogryzamy małe kosteczki, mój wrażliwy tata wyraża dalsze wątpliwości.

- A niby po czym rozpoznajesz, - zwraca się do mamy wydłubującej z zębów pasemko króliczego mięsa - że taki jak ten tam to niegodziwiec i podobna kanalia?

Mama wypluwa strzępek w żar dogorywającego ogniska i stwierdza twardo:

- Na mocy autorytetu umysłu nieskażonego wiedzą. Wprawdzie tożsamość można określać tylko arbitralnie, ale atrybut taki przysługuje nieomylności nadanej prostaczkom przez czystość ich mniemań. Nie zaprzeczysz, że umysł absolutnie pusty musi być niezwykle czysty?

- Ale czy to jest dobre? - droczy się tata. - Wyzwalając taką istotę z królika albo polepszamy, albo pogarszamy jej następny byt. Co znaczy, że przerywamy jej cierpienie, ale jest też możliwe, że je przedłużamy, gdyż znajdzie się w innej, gorszej cielesności?

- Jesteśmy tylko narzędziem konieczności - śmieje się mama i wskazuje łaciatego samca, który przycisnąwszy w pobliżu do łętów jedną z króliczych samic namiętnie ją miłuje. - Jest przecież możliwe, że istota spożytego przez nas króliczka zagnieżdża się właśnie w następnej króliczej cielesności.

Tak dzięki pustemu umysłowi mamy nie tylko po latach urozmaicamy na zawsze nasz postny jadłospis, ale przerywamy też mękę istot substancjalnych, które po niegodnym życiu muszą reinkarnować się w materialności zajęczaków. Poznajemy rozkosze substancjalnego kanibalizmu. Mamie udaje się coraz częściej rozpoznawać w katrupionych królikach dobrze znane nam osoby, których wady charakteru oraz nędzne czyny spowodowały konieczne wcielenie się w króliki. Zresztą nie tylko w te pogodne zwierzątka.

Na skalistej południowej nieoznaczoności kartoflisk znajdujemy gniazdo szczepionych z sobą w jadowity kłąb skorpionów. Tata z ciekawości rozdziela je bambusowym kijem, a mama bezwzględnie rozpoznaje w pojedynczych pajęczakach osobniki stanowiące trzon złowrogiej organizacji.

- Gruby Göring, i mały, cienki kulawy doktor Goebbels - stwierdza mama nieomylnie.

Chcę powiedzieć, że tu, na kartofliskach, wszystko jest możliwe. Ale to nie tak, bo możliwe jest to, co jest, z tego co było. Ponadto w każdym momencie podróży znajdujemy się w środku pól ziemniaczanych, a są one spiralnie bezbrzeżne i nieskończenie się rozszerzają. Rzeczywistość podlega bowiem wysokiej poetyckości ziemniaka. Tu, na kartofliskach, osiągamy wreszcie egzystencjalną pewność, są nią pola ziemniaczane.

Teren jest grząski i twardy, mokry i suchy, podmokły oraz stepowy, bagnisty i wydmowy, błotnisty oraz pustynny, rozmokły i piaskowy, szlamowaty a także kamienisty. Nie poddające się losowi, pozbawione przeznaczenia i celu ziemniaki wrastają w kontynent od braku początku do nieistniejącego końca. Wpuszczają korzenie w lite skały, spękane głazy, żwir i glinę tłustą jak smalec, w osuszone mielizny, brody, płycizny i ławice, w bajora, lśniące srebrem glinianki , zgniłe torfowiska, czarne kałuże, w odmęty, ciemnozielone topiele i strugi. Rosną w grzecznych rabatach, grządkach, starannie uformowanych zagonach, klombach, drewnianych i aluminiowych inspektach, szklarniach i kryształowych oranżeriach, na skwerach, wypukłych gazonach.

Nie pomaga to kartoflom, bowiem hordy królików dosięgają ich wszędzie i ochoczo przerabiają w zgrabne bobki. Niemniej na bobkach tych wyrosną jeszcze dorodniejsze pokolenia ziemniaków

Mama, w związku z brakiem jakiegokolwiek wykształcenia, prócz tego, które daje gąszcz spekulacji czystego rozumu, z trudem potrafi liczyć do tysiąca. Wyższe liczby są dla niej nieoznaczoną wielością, którą z powodzeniem nazywa ćmą, jak przedhistoryczni Słowianie, Tak też określa nieprzeliczoną rzeszę towarzyszących nam w wędrówce królików. Mówi również o niej ciżba, czereda i horda, co zawsze oznacza tylko ogrom powyżej tysiąca osobników.

Tata, kierując się teorią kartoflanej mnogości, tabuny zwierzątek ocenia na sześć do siedmiu miliardów sztuk. W każdym razie, kiedy w jasny dzień o dobrej widoczności spoglądamy za siebie, dostrzegamy mrowie zajmujące poważną część horyzontu. Pstrokacizna mieni się setkami barw od bieli, poprzez kość słoniową, szafran, orzech i dąb do ciemnego karmazynu i mętnotrawiastego fioletu. Oczy zaś królików prezentują gamy od rubinowych i szkarłatnych po szmaragdowy seledyn.

Zjadamy te króliki po jednym do trzech na tydzień, nosimy ubrania i buty z ich wyprawionych skórek, szyjemy ich jelitami nawlekając igły zrobione z króliczych kości. I nie zajmujemy się ich kartoflanym bytem. Póki nie przydreptuje do nas wynędzniały popielaty samiec ze zwisającymi uszami i ziemistymi oczkami.

- Wygląda na to, że sam przychodzi po śmierć - zauważa tato chwytając królika za brudne, kościste skoki. Ale zaraz stawia go ostrożnie na ziemi ze współczuciem dla rzeczy zupełnie bezużytecznej

- Wychudły starzec ze zniszczonym futerkiem pozbawiony kęsa mięsa - komentuje z niesmakiem. Posiniały królik nie rusza się, patrzy na nas mętnymi oczyma.

- Chudogęba wieszczek, posłaniec nędzy - twierdzi mama. - Pod wpływem emocji przedziera się i przynosi wiedzę o sytuacji na tyłach wielkiej ćmy.

Nie mając zielonego pojęcia o sposobach dochodzenia do prawdy mama drogą dedukcji bezbłędnie dochodzi losu królików znajdujących się w ariergardzie pochodu. Kładąc nacisk na relację wynikania logicznego między przesłankami a wnioskami, niezawodnie ustala wnioski na podstawie wyglądu zniszczonego fizycznie i moralnie przedstawiciela ordy:

- Tuż za nami prze próżniacza klasa królików tłustych zjadając najprzedniejsze zdrowe bulwy i tucząc się obfitością pięknych ziemniaków. Za nimi dąży warstwa średnia zadowalając się mniejszymi okazami kartofli, jakie pozostają jeszcze w głębinach nie rozrytych do końca zagonów. Na końcu posuwa się bezsilnie najliczniejsza klasa chorowitych słabeuszy, zmizerowanych nieboraków zmuszonych do wiecznej i bezpardonowej walki nawet o resztki uschłych ziół i przegniłych łętów, gdyż nie pozostawiono dla nich już ani jednego ziemniaka. Trwają tam niekończące się bitwy na pokruszone zęby i połamane pazury o byle resztkę, o marną odrobinę. Ten zaś mizerota, pojąwszy sytuację, gdyż nędza, zamiast go definitywnie ogłupić, wyostrzyła mu umysł, króliczym sprytem wiedziony przedziera się do przodu, by samym swoim widokiem złożyć u nas skargę na niesprawiedliwość losu królika umieszczonego na końcu pochodu.. Zatem zabiegać o sprawiedliwość.

- Umieśćmy go zatem na początku, na czele awangardy - proponuje tata - skoro bez żadnego uzasadnienia nierówno rozkładane są korzyści i ciężary pośród członków króliczej społeczności.

- Żeby utył i nadał do zjedzenia? Jeżeli bowiem wyłączymy go z zasady konieczności pójścia do garnka, popełniona zostanie niesprawiedliwość wobec króliczych tłuściochów z awangardy!

Sprawiedliwość kartoflisk nie jest prosta. Na szczęście królik, któremu za to bohaterstwo nadajemy imię Leonidasa II, sam rozstrzyga dylemat, gdyż po zjedzeniu pieczonego kartofla pochłoniętego z żarłocznością istoty zagłodzonej, natychmiast ze zdumieniem umiera na ziemniaczany skręt kiszek. Ta niepotrzebna śmierć zdaje się dowodzić, iż istota żywa winna się trzymać swego kartoflanego przeznaczenia i zajmować wyłącznie zbawieniem własnym.
 

Anatol Ulman

 

Stanisław Chyczyński

WPIEKŁOWSTĄPIENIE

Życie to nie jest zabawa -

skandują dzieci, bawiąc się w szkołę.

Miarą wszechrzeczy jest Sukces

            proste jak kołek.

 

Jutro dostąpię nagrody

(za lata strachu, błędów i rojeń)

z pięknie rzeźbionym napisem:

            PIEKŁO JEST TWOJE!
 

(w malignie, 20 wrzesień 2001 r.)
Stanisław Chyczyński

 

Zbigniew Domino

WYŻEŁ „PSIE SERCE”

To nie był nasz, a tym bardziej mój - pies. Ale muszę go tutaj opisać ze względu na jego wręcz nieprawdopodobny wyczyn i przejaw przysłowiowej psiej wierności. Do tego obraz owego psa, mimo upływu ponad pół wieku od tamtego zdarzenia, po dziś dzień, często staje mi przed oczami.

Nasz domowy Nero zginął w obronie swego pana, zakłuty bagnetami i dostrzelony przez krasnoarmiejców. Ojciec z trudem wyplątał się z tej historii, bo chciano i jego postawić pod ścianę, że specjalnie poszczuł psem sowieckiego oficera. W naszym samotnym domu przy zaleszczyckiej szosie nie było już psa. A może to i dobrze, bo niespodziewanie nadszedł kolejny straszny wojenny dzień:
            „Dziesiąty luty” będziem pamiętali,
            Przyszli Sowieci, gdyśmy jeszcze spali...

Taką balladę śpiewaliśmy nieco póniej, w zapluskwionych, zawszonych zesłańczych barakach Gułagu, w głuchych ostępach wschodnio-syberyjskiej tajgi. Dla ścisłości: 10 lutego 1940 roku, naszą rodzinę, podobnie jak setki tysięcy polskich rodzin ze Wschodnich Kresów, Sowieci, bo tak się wtedy na nich mówiło, wsadzili do bydlęcych wagonów i wywieli na Sybir...

Wpadli przed świtem, dali pół godziny na zbiórkę, pozwolili zabrać z tego co pod ręką, tłumoczek na osobę. Po zesłańcach pozostawały domy, całe gospodarstwa ze zbiorami i całą żywiną w stajniach, oborach i chlewach. Konie rżały, ryczały krowy, kwiczały świnie, rwały się z łańcuchów i wyły psy. W naszej oborze rżała wysokorebna, gniada Zula. Psia buda po Nerze była pusta...

Załadowano nas do wagonu na stacji w Worwolińcach, konwojenci zaryglowali drzwi i transport ruszył. Dopiero w Szepietówce, bo tam przeganiano nas do radzieckich wagonów szerokotorowych, zatrzymał się na dłużej. Przy okazji mogliśmy łyknąć świeżego powietrza, zaczerpnąć wody.

I tam to, w Szepietówce właśnie na międzytorzu, jako mały chłopak, byłem świadkiem zdarzenia, którego nigdy nie zapomnę. Pamiętają je, jestem pewien, ludzie z naszego transportu.

Zobaczyłem, że gromada ludzi z naszego transportu stłoczyła się wokół czegoś, czy kogoś. Byłem ciekaw, więc prześliznąłem się do przodu. Na peronie klęczał mężczyzna tulący do siebie psa. Mężczyzna coś tam szeptał, łzy płynęły mu po policzkach, pies cichutko skomlił, lizał pana po rękach, ciągnął się do jego twarzy.

„Dogonił pociąg”. „Pana swego znalazł”. „Niemożliwe, niemożliwe”..., przegadywali się między sobą zdumieni ludzie, nie mogąc dać wiary scenie psiej wierności. Ale przecież mieli ją przed sobą. Cichli ludzie. Milczeli nawet rygorystyczni konwojenci, którzy zazwyczaj natychmiast rozganiali byle skupisko. I być może w tym zdumieniu pozwolili na coś, co normalnie nie mieściło się w głowie: pozwolili, żeby ten starszy pan zabrał swego wiernego psa do wagonu.

Długo, długo potem, nawet już w tajdze nad Pojmą, polscy zesłańcy tę historię psiej wierności wspominali.

A prawda była taka. Właściciel psa był gajowym spod Borszczowa. Pies zaś był kilkuletnim wyżłem wychowanym i przez gajowego przyuczonym od szczeniaka. W dniu wywózki pies nieodstępnie biegł za saniami, a potem widział jak jego pana zamykają w towarowym wagonie. I tyle wiedział o nim jego pan. Co dalej? Trudno uwierzyć, ale jego wierny pies odnalazł, dogonił pana w Szepietówce. Aż w Szepietówce! Na oko licząc z Borszczowa do Szepietówki jest prawie dwieście kilometrów! To prawda, że zesłańczy transport wlókł się po tej trasie parę dni, ale... I tych ale, tych pytań tłoczy się bez liku. Bo nie mówiąc już o fizycznej wytrzymałości, jak to psisko wywęszyło trop? Jak?

Niestety, i starszy pan cieszył się swoim wiernym przyjacielem, i pies swoim panem, tylko przez jedną noc. Wyczerpany do cna niesamowitą pogonią za pociągiem, ze straszliwie okaleczonymi po torowiskach i rozjazdach łapami, wierny pies zdechł (właściwie to powinienem napisać - zmarł) jeszcze tej samej nocy. Ale u boku swego pana. I pewnie po psiemu z tego powodu szczęśliwy.

A może nadmiaru tego szczęścia wierne psie serce nie wytrzymało?
 

Zbigniew Domino

 

Piotr Michałowski

SEN OSIPA MANDELSZTAMA

1.

Co tu można wyśnić na ziemi koniecznej?

Jaką spisać stopą śniegu nieskończoność,

Kiedy trudno ufać horyzontom sprzecznym,

Co oddają papier trójpalczastym wronom.

Od domu daleko, daleko do miasta;

Myśl w kożuchu marznie, przysypana z wierzchu;

Las dojrzał do bieli a sen się rozrasta

Nie na miarę świata, lecz na miarę zmierzchu.
 

2.

Tam zamiast bezkresu swoją wyspę widzę,

Co w meandrze fali jak biała amfora

Niesie niepodległe echa Praeuropy,

Przez wieki skąpana w odbitych kolorach.

Ani taka ciasna, by pękła pod stopą.

Ani w głąb zapadła z rozległości śniegów;

Starczy unieść głowę, by oprzeć źrenicę

Na dookolnym, nie strzeżonym brzegu.
 

3.

Znów niebo czerwone prześwietlonych powiek

Roztapia lód wyspy - biały sen Antyku.

A była tak jasna, że śnieg nie wypowie

I wiersz nawet echo drukuje fałszywie...

Za zasuwą rzęsy w kratach południków

Świt jak zimny kompres zapada w igliwie:

W morza niemożliwe, zawężone w Donie,

W stepy przestąpane i konieczny koniec.

Piotr Michałowski


KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między zaprzyjanionymi pisarzami. Na naszych łamach od padziernika 1998 roku korespondują: zamieszkały w Podkowie Leśnej Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób z Kołobrzegu.

 

Dziękujemy - pkl „łabuź”



Lechu,

Dwie sprawy. Pierwsza, bo wiem, że nie czytasz „Trybuny”, a tam w piątkowych Aneksach (po polsku „dodatkach”) są często dobre felietony Leszka*. Ostatnio przyłożył Zdzisławowi Pietrasikowi z „Polityki”, który napisał tekst „Ciemni w pełni” (nr 18 z 4 maja 2002). Pietrasik wziął leżące w redakcyjnym kurzu tomiki i prześmiewczo przejechał się po nich. Tak się składa, że Leszek (a i ja też) zna większość autorów tych książek i wie, że opinie Pierasika są całkowicie niesprawiedliwe. A zaczął Pietrasik od tego, że są książki nieczytane, których nikt nie chce. Zapomniał przy tym skromnie dodać, że to książki nieczytane przez takich jak on i że to on ich nigdy nie chciał. Zabrał się do opisywania tekstów i wyrywania linijek z kontekstu z werwą barbarzyńcy, po czym je obśmiał. Rozumiem tę zabawę, to stanowisko profana, człowieka, który zatrzymał się na lekturze poezji wymaganej w szkole. Kiedyś wydawałem zbiór wierszy najlepszych (taką antologię) i pamiętam, że chłopcy zatrudnieni do noszenia matryc za drukarzem tak się z pustką w oczach śmiali z poezji współczesnej, jak właśnie obecnie robi to Pietrasik. Szkodnik. Czytają go tłumy, a że umie pisać sugestywnie, dadzą się nabrać tak, jak kiedyś nabierali się na opinie nauczycielek polskiego. Leszek dosadniej to sformułował, za co należą mu się brawa.

Druga sprawa to film „Chopin - pragnienie miłości”. Obejrzyj koniecznie, doskonały, choć też niszczony przez dziennikarzy jak owe tomiki. Przypomina mi się pewna panienka, która postanowiła przeżyć coś kulturalnego mocniej niż zwykle i poszła z poetą do mieszkanka na poddaszu. Jakież było jej zdumienie, kiedy się zorientowała, że poeta zaczyna się do niej dobierać! Jak to, człowiek tak uduchowiony? A zachowuje się tak strasznie?

Do gwałtu nie doszło, w ogóle do niczego nie doszło, panienkę musiał cucić lekarz pogotowia. Ale takie są skutki nieznajomości prawdy o ludziach, a zwłaszcza tajemnic sztuki. Nieznajomości opartej na szkolnych stereotypach. Minimalna wiedza o poezji. Sprowadza się do założenia, że wiersz jest czymś górnolotnym i rymowanym. Jeśli taki nie jest, to znaczy, że nie jest wierszem. Konsekwencją takiego rozumienia jest wyobrażenie „prawdziwego poety”, osobnika z głową w chmurach, posługującego się zestawem słów i metafor jednoznacznie sentymentalnych, z zakresu „kwiatek - motylek - niebo”. Osoba artysty też jest tak postrzegana. Jego zachowanie musi się mieścić gdzieś wśród słodkości, ulotności i nieskazitelności.

Że tak nie jest, sam wiesz. Artysta wręcz nie może być aniołkiem, najlepiej świadczą o tym biografie twórców wielkich i mniejszych. Niestety biografie te z reguły są suche, mało wyraziste, nieliterackie i tylko ugruntowują błędne przekonania. Właściwie do niedawna nie spotkałem utworu, który by dobitnie przybliżał prawdę o psychologii twórczości. Opowiadanka o nędzy, dramatach i porażkach to za mało. Takie historie przeżywa każdy, nie tylko naukowiec, poeta czy malarz. Co więc jest u nich innego? Część odpowiedzi kryje się w filmie „Chopin - pragnienie miłości”. Filmie, nie waham się tego powiedzieć, z licznych powodów świetnym. Początkowo sądziłem, że tego obrazu nie warto oglądać. Recenzje prasowe były złe albo prześmiewcze. W „Gazecie Wyborczej” jakiś człowiek napisał, że jest to „uporządkowany chronologicznie zbiór scen z życia Fryderyka Chopina, ze szczególnym uwzględnieniem związku z francuską pisarką George Sand oraz jej dziećmi” („Co jest grane”, 2-9.05.2002). Pisano też w tytułach: „Chopin słabo idzie”, „Chopinowi nie wyszło”.

Przypadek sprawił, że jednak poszedłem na „Chopina”. Zdumiałem się, że podmiejska sala kinowa jest pełna. Od pierwszych scen ludzie wpatrywali się w ekran zafascynowani. Typową fabułę zastąpiła tu dramaturgia psychologiczna, niepozwalająca na uronienie najmniejszego szczegółu, i właśnie to było tak zaskakujące. Reżyser, zdając sobie sprawę z napięć przerastających wytrzymałość oglądających, przerywa czasem obraz (nie akcję) standardowymi przebitkami. Robi to trafnie i w odpowiednich momentach, podsycając zaciekawienie.

Widzowie zaczynają rozumieć, że wdarli się do najskrytszych tajemnic życia artysty, nie tylko wielkiego Fryderyka Chopina, ale w ogóle. Pojmują, jak bardzo egoistycznie musi być on nastawiony do przeznaczenia, żeby osiągnąć wyżyny w sztuce, i że to, co stanowi treść życia ludzi „zwykłych”, u niego jest ledwie szczątkowym, instynktownym dodatkiem. Jedni, Chopin właśnie, okaleczają samych siebie, inni, jak George Sand, próbują jednak z tym walczyć, poszukują surogatów tak zwanej normalności (tu: w macierzyństwie). Ale są skazani na twórczość, która ich zabija, a którą potem my śmiemy uważać za naszą własną, publiczną.

W filmie pokazany jest też nie mniej istotny wątek zderzenia z zawistnym światem zewnętrznym, wyrażony przez postawę Maurycego, syna George Sand. Motyw ten był jedyną osią słynnego dramatu „Amadeusz” Petera Shaffera, a potem filmu Milosza Formana. Myślę, że Jerzy Antczak (wraz z Jadwigą Barańską), mimo nieporównanie mniejszych środków finansowych, powiedzieli o sztuce i jej twórcach nieporównanie więcej niż Forman i chyba też więcej niż Shaffer. U Antczaka postaci bohaterów są pełnokrwiste i niesłychanie prawdziwe, po mistrzowsku podane przez Danutę Stenkę, Piotra Adamczyka; zresztą przez wszystkich, dzieci też. Gra aktorów ułatwia widzowi przebijanie się przez własną barierę psychologiczną. Bo widz jest wciąż pełen wątpliwości. Z trudem przychodzi mu zaakceptować fakt, że widzi obraz prawdziwy, że poznaje rzeczywistość, o której dotąd miał wyobrażenie mylne, nieadekwatne i pospolite. Doznaje bolesnego przeżycia. Stąd ten wyraz porażenia albo dezorientacji na twarzach ludzi wychodzących z kina. Problem widzów tkwi bowiem w tym, że nie odnajdują w tym filmie siebie. Nie są w stanie zidentyfikować się z bohaterami, bo są zupełnie inni. Mogą jedynie przyjąć do wiadomości, że czasem jest tak, jak się przed chwilą dowiedzieli.

Podobnie stało się chyba z recenzentami. Znaleli się w pułapce owej panienki, która głupio sądziła, że bliskość poety ją uduchowi. Sprawy głęboko ludzkie odeszły z kręgu zainteresowań tak daleko, że powołany do tego recenzent nie jest już w stanie ich odczuć.

Recenzje z filmu „Chopin - pragnienie miłości” są na wskroś tendencyjne, nie daj się na to nabrać. Powstał film wybitny, bodaj najlepszy w ostatnim polskim dziesięcioleciu, pozbawiony irytującej, pustej sensacyjności i gęsto ścielących się trupów, bez blichtru, a jednak przykuwający do fotela. Dlatego zachęcam Cię, żebyś się wybrał, jeśli już tego nie zrobiłeś. A wiesz, jak szybko zdejmują teraz filmy z ekranów.

To, że tak rzadko się odzywam, we na karb słownika, który jest już bliski ukończenia. Myślę, że w połowie lipca będę gotów. Odmówiłem udziału w pracach konkursu w Kołobrzegu, na pewno nie pojadę na imprezę Łabuzia, bo to w czerwcu.

 

Trzymaj się ciepło
Twój Piotrek Müldner-Nieckowski
*Chodzi o Leszka Żulińskiego.

 

 

Kołobrzeg, dnia 20.05.2002 r.

Piotrze z Podkowy -

wpadło ostatnio w ucho zdanko, zasłyszane przelotem w audycji radiowej: „Byli dla mnie duchowymi przywódcami nowego gatunku pizzy”. Nadużycie tak żałosne, że aż śmieszne. Media, z łatwością dwigające każdą bzdurę, nadal dwigają i promują wiadomo co. W tym kontekście media owe będą dla nas duchowymi przywódcami nowych gatunków idiotyzmu. Czemu nie. Co mówię będą, już są.

Być może też opinia o współczesnej poezji przywołanego przez
Ciebie dziennikarza jest jakimś nadużyciem. Powiadam: być może. I wiele z Twojego opisu na to wskazuje, lecz - nie znając tekstu - trudno mi sensownie zabrać głos. Co nie zmienia faktu, że każdemu wolno demonstrować swoje, choćby najgłupsze, poglądy. Natomiast nie wszystko, mówiąc między nami, warte jest riposty. Krowa na przykład zawsze inny będzie miała pogląd na temat dojenia jej mleka. I tak dalej.

Jeśli idzie o rekomendację filmu o Chopinie, to lepszej dawno nie spotkałem. Gdybym miał czas, dałbym się zachęcić. Ale okoliczności, Przyjacielu, nie sprzyjają. Od trzech miesięcy żyję prawie jak mnich. Wszelkie czynności powszednie zostały zredukowane do niezbędnego minimum i podporządkowane jednemu: nowej książce.

Pamiętasz może, wspominałem o tym, gdy Księżyc był cztery centymetry bliżej Ziemi, czyli rok temu. Napomknąłem jedynie. Mówię o powieści „Ognie świętego Elma”. Nosiłem się z nią bardzo długo i już wyglądało na to, że na myśleniu o niej się skończy. Co prawda wciąż przyrastały notatki, szkicowałem sceny, lecz nijak zastartować nie mogłem. Potem dołączyła znana obawa o sens realizacji. Póniej triumfował we mnie zwykły leń. I ledwo udało się wskoczyć na ostatni pomost ostatniego wagonu uciekającego pociągu. Ufff... Gdy wyobrażę sobie, że ze skokiem tym mogłem nie zdążyć, robi się zimno i gorąco na przemian...

Jakże łatwo jest zgubić dobrą myśl, godny próby zamiar! Czasem jeno chwila nieuwagi starczy. I jakże kruche bywa nieistnienie przed jeszcze bardziej kruchym istnieniem!

Od ukończenia „Drapieżców” (czyli od bez mała pięciu lat) nie naskrobałem ani linijki prozy. Zatem wyobrażasz sobie ów głód. Ryję, niczym dzika świnia w poszukiwaniu trufli. Bruzda za bruzdą, raz przy razie i wciąż głębiej.

A wiesz, co sprawia mi teraz największą frajdę? Dialogi. Fakt, że mogłem wrócić do dialogu. Wszak „Drapieżcy” zasadzali się wyłącznie na opisie i strasznie to w kleceniu męczyło. Gdy więc pojawił się dialog, wrócił głębszy oddech, wróciły uczucia lepszego spełnienia.

Przyjacielu, dotąd udało się wyrwać z niebytu kilkadziesiąt stron. Trzymaj kciuki za następne. Przypuszczalnie powieść będzie liczyła około 250 stron znormalizowanego maszynopisu, czyli czekają mnie jeszcze długie miesiące pracy...

Dlatego wybacz, że list ten krótszy. Nie mogę wypuścić z garści powieściowych sznurków. „Ognie...” bezwzględne pierwszeństwo mają. Pewien jestem, że rozumiesz.

Na koniec sympatyczna wiadomość o Twoim imienniku, Piotrze Bednarskim. Jego „Błękitne śniegi”*, nagrodzone onegdaj przez Fundację Kultury i przeniesione na telewizyjny ekran przez panią Cywińską, doczekały się przekładu na język francuski. Podjął się tego profesor Jaques Burko z Sorbony (ponoć wespół z grupą studentów slawistyki). Piotr już podpisał umowę i książka powinna ukazać się we Francji u schyłku tego roku (lub na początku 2003) w jednym z wydawnictw specjalizujących się w publikowaniu książek artystycznie ważkich. Nazwa wydawnictwa akurat wyleciała mi z głowy, ale nie ma to znaczenia. Najważniejsze, że przekład jest i książka może zyskać nowych czytelników w Europie.

Jest też druga sympatyczna wiadomość, tym razem tycząca Halinki. A konkretnie pewnego Jej przedsięwzięcia. Niestety, przyblokowała mnie zastrzeżeniem tajemnicy - do pewnego czasu. Przeto teraz sygnalizuję tylko, by wrócić do sprawy po „uwolnieniu” wiadomości.

Tymczasem ściskam Cię, dzieląc Twój optymizm związany z finałem słownika. No i, powtarzam, trzymaj proszę kciuki za „Ognie...”!

Tfuj Lech (ksywka Wieczny Grzech)

 

Ps. Ostatnio w księgarni wpadł w me ręce „Słownik frazeologiczny współczesnej polszczyzny” (PWN 2002, Stanisław Bąba, Jarosław Liberek). Co o nim sądzisz?
 
 

*Piotr Bednarski „Błękitne śniegi”, Oficyna Wydawnicza VOLUMEN, Warszawa 1996.


Piotr Macierzyński

POWIEDZ MI JAK MNIE KOCHASZ

Justynie

 

Czy miałeś kiedyś kurwę, którą rżnąłeś w deszczu
i która naprawdę kończyła? - Nie odpowiedziałem jej;
przytuliła się do mnie i powiedziała: - Powiedz mi,
że jestem silniejsza od deszczu
 
Marek Hłasko, Sowa córka piekarza

 

kocham cię jak picie wódki

a jest to przecież moje ulubione zajęcie

jak picie pięćdziesiątkami gdy mam dużo pieniędzy

i wiem że zdążę się upić

jak wódkę z sokiem grejpfrutowym gdy jest się w dobrym towarzystwie

i nie wypada od razu zwalić się z krzesła

jak koniak w dużych ilościach podczas imprezy w przedszkolu

w którym pracował poeta jako stróż i urządził sobie wieczór autorski

a my mogliśmy się bawić wszystkimi zabawkami

dokąd nie przyjechała policja

sprawdzić kto w nocy w przedszkolu po pijanemu przez okno recytuje wiersze

i nie kocham cię jak picia piwa

po którym wydaje mi się że jestem doktorem na polonistyce

i właśnie skończyłem zabijać poezję Świetlickiego

i biorę się za Podsiadłę

jesteś mi bliska jak kieliszek gwint szklanka plastikowy kubek

menzurka i wszystko co nadaje kształt wódce i ma otwór

przez który można ją wydostać

kocham cię jak chwilę gdy przestają mi drżeć ręce

i mogę zasiąść za kierownicą

kocham cię ze wszystkich swoich słabości

bo jesteś silniejsza od deszczu

Piotr Macierzyński


Lech M. Jakób

PIASKOWNICA

Zyzio dostał nową łopatkę. Plastikowy czerpak bardzo spodobał się Dyziowi, koledze Zyzia. Łopatka Dyzia, nie dość, że była mniejsza, to jeszcze poszczerbiona i o paskudnej barwie zjełczałego tłuszczu. Dyziowi natychmiast przestała się podobać własna, choć do kopania wciąż zdatna. Gorąco zapragnął posiąść jaskrawożółtą łopatkę Zyzia. Teraz, zaraz i za wszelką cenę. Lecz nie mógł ot tak sobie jej zabrać. Zwłaszcza, że się kolegowali i łączyły ich długie godziny wspólnych zabaw w jednym rogu piaskownicy.

 

Początkowo zaproponował Zyziowi wymianę. Nowa łopatka za starą plus grabki. Zyzio ofertę odrzucił. Wówczas Dyzio dołożył jeszcze wiaderko. To również Zyzia nie zadowoliło. Ale już skłaniał się ku wymianie. Pod warunkiem, że dodatkowo otrzyma foremki. Tych jednak Dyzio nie posiadał i do wymiany dojść nie mogło.

 

Foremki za to miał Hyzio, okupujący drugi róg piaskownicy. Dyzio nie lubił Hyzia. Hyzio o tym wiedział i nic sobie z tego nie robił. Jego umiejętność stawiania babek z piasku była powszechnie znana. To wystarczało do utrzymania pozycji w piaskownicy, mimo braku jakiejkolwiek łopatki. Z nabieraniem piasku radził sobie inaczej. Choć nie pogardziłby łopatką, gdyby taka okazja się trafiła.

 

Ponieważ Hyzio foremek miał sporo, odstąpił kilka za starą łopatkę Dyzia. Posiadał więc obecnie Dyzio wiaderko, grabki i foremki, co nadal nie starczało na wymianę za jaskrawożółty czerpak Zyzia.

Wydawać się zatem mogło, że nadal będzie w impasie. Lecz nic błędniejszego. Przeciwnie. To pozwoliło wejść Dyziowi w układ z Gryziem i jego koleżkami okupującymi pozostałe rogi piaskownicy. Tamci bowiem wszyscy mieli łopatki, natomiast żadnej foremki. Zawsze trzymali się razem i wzajemna pomoc była u nich normą.

Dyzio, chcąc zaskarbić sobie sympatię Gryzia, podarował mu jedną foremkę. Gryzio bardzo się ucieszył. Jego radość jeszcze urosła, gdy Dyzio napomknął niby mimochodem, że słyszał od Zyzia, iż Hyzio może nauczyć Gryzia stawiania babek. Gryzio o tym marzył od dawna. I bez ociągania pożyczył swoją łopatkę Dyziowi, gdy ten o to poprosił.

Teraz Dyzio miał już wszystko do upragnionej wymiany: wiaderko, grabki, foremki i Gryziową łopatkę. Lecz nieoczekiwanie dla Dyzia doszło do komplikacji.

Gdy Gryzio podszedł do Hyzia z nadzieją nauki stawiania babek, ten wściekł się podwójnie: na wieść o tym, że ponoć Zyzio maczał w tym palce, a i z powodu jeszcze niedawno jego foremki w garści Gryzia.

 

Nie lubiący manipulacji Hyzio zahaczył Bogu ducha winnego Zyzia, sypiąc mu piaskiem w oczy. Takie wyzwanie było dla Zyzia wystarczającym powodem do tego, by zawrzeć tymczasowy pakt z Gryziem. Silny i zręczny Hyzio szybko począł tracić niegdysiejszą pozycję. I byłby ją stracił, gdyby nie nagłe pojawienie się w środku piaskownicy Cyzia. Cyzio co prawda niczego nigdy nie posiadał, umiał za to stroić grone miny. Niele też wychodziło mu gwizdanie nosem. Hyzio, wietrząc okazję jakiego takiego zrównoważenia sił, związał się z Cyziem przysięgą braterstwa.

 

Teraz zagadka dla zdrowo główkujących. Co w tak zawęlonej sytuacji powinien uczynić Dyzio dla ostatecznego zdobycia jaskrawożółtej łopatki:

a/ wykolegować Cyzia, wracając do łask Hyzia, który dowiedział się o podstępie od Gryzia?

b/ zawrzeć układ tylko z drużyną Gryzia, wygryzając Gryzia?

c/ podkopać autorytet Hyzia, podrzucając mu ukradzioną Gryziowi foremkę?

d/ napuścić Cyzia na Hyzia, rozsiewając plotki o tym, że wspólnie przez nich stawiane babki pachną kunktatorstwem i zgniłym kompromisem?

e/ nasikać w rogu piaskownicy Zyzia, a następnie szczerze przed nim się pokajać?

(...)

 

Dajmy sobie spokój z męczarnią główkowania. Każda odpowied będzie zła. Kto raz do piaskownicy wejdzie, już jest przegrany.

Lech M. Jakób


Ariana Nagórska

TELEGAPIOR - PRASOHOLIK

Otoczył się szpaltami, do skrzyneczki zerka

(inne poszukiwania raczej go nie korcą).

Wszelka wiedza o świecie trafia mu do serca

albo z telewizora,

albo przez „Wyborczą”.

 

Te źródła wiadomości dobrego i złego,

gdy z nich usty chłonnymi nektar prawdy pije,

radzą mu z czym do kogo, gdzie, kiedy, dlaczego,

informują czy umarł, czy ich zdaniem żyje,

mówią mu co istnieje i co nie istnieje,

a co zaistnieć może tylko za ich zgodą,

czym dziś człowiek sukcesu jeździ, czego nie je,

jak kichać i oddychać w pełnej zgodzie z modą.

 

„Prawd” konsument w euforii zaczął się rozpływać

w szumach informacyjnych medialnego ciała,

aż w końcu na pytanie: jak pan się nazywa?

odparł - nie wiem.

„Wyborcza” o tym nie pisała.

 

Wreszcie publiczne media jęły czynić głupa

z mego nie skażonego rozsądkiem kolegi,

bo z ekranu usłyszał, że za oknem upał,

a w „Wyborczej” wyczytał, że metrowe śniegi.

 

Gdy mu się w głowie sprzeczne zakłębiły moce

grożąc jarzmem obłędu, zawołałam: - kurcze,

wystawże łeb przez okno i pogodę oceń!

Odparł: - okno jest dla mnie NIEOPINIOTWóRCZE!

27 IV 2001
Ariana Nagórska


Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (13)

Pięknie jest. Wiosna wyzwala w nas dobre instynkty, ożywia krew i pcha ku działaniom twórczym. Również poezja rozkwita, niczym majowe bzy. Szkoda tylko, że nazbyt często toczą je pasożyty grafomanii oraz - zdawać się może - wszechogarniającego banału.

Ale do rzeczy. Dziś lawina wydawnictw incydentalnych i aż trudno było coś wybrać. Po selekcji wstępnej ostały prace autorów ze Szczecina, okolic Koszalina, Kołobrzegu i Krakowa. Więcej jednorazowo przełknąć się nie da. Bo i nic na siłę.

 

Złośliwi powiadają, że w Szczecinie, mieście kilkusettysięcznym, poetycka pustynia. Że brak „młodych gniewnych”, spotykanych na przykład we Wrocławiu, Krakowie, Poznaniu czy Trójmieście. Otóż prawda jest inna. Przynajmniej w świetle ostatnio otrzymanych pakietów. Mówię o przesyłkach miniwydawnictw autorów zgrupowanych pod egidą TSUNAMI (Arkadiusz Arcimowicz „Uczucia krótkometrażowe”; Gosia Kaczmarczyk „Niebo zaczyna się właśnie Pod twoimi stopami...”; Martin Enberg „Obserwacje”; Marcin Jaśkiewicz „kierujący pojadem prowadzi sprzedaż biletów jednorazowych”; Magda-Lena Puzio „Pieśni Ozyrysa”; Bolo „Język z karabinu” - TSUNAMI, Szczecin 2001).

Teksty poetyckie (lub parapoetyckie), opublikowane techniką ksero, często ilustrowane odbitkami fotek, rysunkami, fragmentami przedmiotów użytkowych ( np. wklejane negatywy taśm filmowych, zapałek, biletów) - co przydaje pojedynczym egzemplarzom niepowtarzalność - zdają się funkcjonować na obrzeżach twórczości prowokacyjnej, a bez wątpienia odważnej językowo.

Sami redaktorzy serii nazywają owe wytwory arkuszami literackimi. Coś w tym jest, zważywszy na fakt, iż - prócz elementów pozasłownych - operują często rozbitym językiem powszednim, którego dynamizm zasadza się na wstrząsaniu wartościami zastanymi. Przynajmniej, jak rozumieć należy, w intencji autorów.

Powiadają o sobie m. in. w liście towarzyszącym: Obecnie staramy się realizować swoje pragnienia. W ramach tychże pragnień dwudziestoparolatkowie wydają równolegle „artystycznik” DECIT, wychodzący w cyklu dwumiesięcznym. To kolejna składanka fececji okołoliterackich, poligraficznie przaśna, wydawana własnym nakładem i propagowana bezpłatnie.

Rzecz zjawiskiem w końcu nie nowym, gdy wspomni się z historii literatury choćby futurystów czy dadaistów, ale wreszcie zadać sobie musimy pytanie o wartość artystyczną owych tekstów. Tego uniknąć się nie da. I tu, pomijając żywotność oraz energię budowanych wersów, trafić możemy na mielizny, zapożyczenia.

Autorów wielu, miejsca do komentowania mało, lecz życzyć należy młodym szczecińskim twórcom większej ilości lektur tekstów już istniejących - o podobnej proweniencji. Choćby po to, by nie powtarzali się i nie wyważali już dawno drzwi otwartych. Poza tym cóż, do przodu! Może czas wyłoni prawdziwie znaczące artystyczne dokonania.

 

Inną ciekawą inicjatywą wydawniczą jest poczta poetycka Radia Koszalin („Poczta poetycka Radia Koszalin”, Wydawca: Zakład Poligraficzny POLIMER, Koszalin 2002, str. 47; publikacji towarzyszy płyta CD z nagraniem zespołu „Bez cukru” i Marcina Stycznia z grupą „Forte”). Radio Koszalin, obejmujące swoim zasięgiem rejon dawnego województwa koszalińskiego i słupskiego oraz północną Wielkopolskę, od przeszło roku emituje w godzinach pónowieczornych audycję poświęconą poezji.

Od strony literackiej audycję prowadzi Elżbieta Juszczak, zaś stronę muzyczną opracowuje Adrian Adamowicz. Audycja ma spore powodzenie, skoro napływa tekstów wiele. Głównie autorów młodych, początkujących, którym porady czasami są potrzebne - choćby dla uświadomienia warsztatowych błędów. A i dla wsparcia, dodania otuchy. Wszak imającym się pióra bloki startowe - by użyć terminu sportowego - często sprawiają kłopot, tremują. Trzeba stanąć przed publiką.

Pomysł tej starannie edytorsko wydanej książeczki polega na przedstawieniu tekstów wybranych. Każdego autora, prócz zwięzłej noty biograficznej, prezentują od jednego do kilku tekstów. Autorów jest 19. Podaję w kolejności druku: Eugeniusz Komiński, Artur Bzymek, Aleksandra Kirko, Dorota Wardecka, Irena Peszkin, Joanna Jankowska, Jerzy Szafirowicz, Agnieszka Dębek, Krystyna Mazur, Alina Karolina Bratuś, Janusz Pawlak, Piotr Rybczyński, Barbara Poleska, Brunon Rzepka, Regina Adamowicz, Kazimiera Szmit, Grzegorz Chwieduk, Anna Krystyna Kordiasz i Jan Wanago.

Jak to zwykle w aeropagu tekstów rozmaitych autorów bywa, poziom jest różny. Przeważa poprawność. Lecz nie jest powiedziane, że przyszłość nie do nich należy. Przeciwnie. Najprawdopodobniej wkrótce wyłonią się twórcze indywidualności.

 

Jedna z przed chwilą wymienionych autorek - A. Dębek (Agnieszka Dębek „Wystarczy szept”, Miejski Ośrodek Kultury, Kołobrzeg 2001, str. 45) już się pokazała od dobrej strony, publikując indywidualny zbiór wierszy.

   Mieszkanka Grzybowa, z wykształcenia prawnik, często publikuje w lokalnej prasie. Jest też członkiem Stowarzyszenia Kołobrzeskich Poetów.

Blok wierszy zawarty w tomiku robi dobre wrażenie. W dużej mierze zasługa to oszczędnego stylu oraz prostoty obrazowania. Utwory te czyta się ze sporą przyjemnością także dzięki autoironii poetki. Mało tu dołującej czułostkowości. Pisze na przykład w jednym z wierszy: Nie kocham cię/ królu/ i pomniejszam twoje królestwo/ o jedyną oddaną ci sługę/ Wemiesz teraz smycz do ręki/ zamiast berła/ i wyjdziesz z psem na spacer. Czyż owe wersy nie mają swojego uroku?

W tej samej serii, pod patronatem Stowarzyszenia Kołobrzeskich Poetów, opublikowała swój debiutancki tomik E. W. Matyjaszczyk (Ewa Wiktoria Matyjaszczyk „Zapach ciszy”, Miejski Ośrodek Kultury i Agencja Wydawnicza „Działosz”, Kołobrzeg 2002, str. 44). W tym przypadku lektura nie daje już satysfakcji.

E. W. Matyjaszczyk, podobnie jak A. Dębek, również sporo publikowała w lokalnej prasie. Jej utwory znalazły się m. in. w almanachu „Wśród kołobrzeskich poetów” (2000). Pasjonuje się videofilmowaniem. Jej filmowy obraz „Poetyckie pejzaże” zdobył Grand Prix na I Przeglądzie Amatorskiej Twórczości Filmowej w 1999 roku.

Dlaczego wiersze debiutantki nie satysfakcjonują? Przyczyna tkwi w banalności obrazowania, w poetyce zużytej. Choć czytelnik zaaprobuje uczucia autorki jako takie - wydają się wszak uniwersalne - nie strawi raczej ich zaklęcia w wersy. Tajemnica tu umyka. Osuwamy się w dziennikarszczyznę, spostrzeżenia oczywiste. Bo ileż można łykać strof podobnych do tej: Mamo nie możesz odejść./ W twoim ogrodzie zakwitły wrzosy./ Ich zapach czeka na Ciebie... Lub tej: Serce niewidzialną aureolą/ otuliło coś,/ co pachnie jak/ MIŁOŚć. Albo i tej: Wiosna opętana,/ wczesnym rankiem,/ w krople rosy ubrana/ chodzę/ po pachnących firankach ziół. Już choćby powyższa dawka „liryki” jasno wskazuje na to, że mamy tu do czynienia z poezją tak zwaną sztambuchową - i raczej niechaj tam właśnie zostanie.

Za to ciekawym uzupełnieniem zbioru są grafiki Wandy Ireny Komińskiej.

 

Ta sama autorka, mówię o W. I. Komińskiej, zilustrowała grafikami następny zbiór wierszy - A. K. Bratuś (Alina Karolina Bratuś „Zrozumieć człowieka”, Miejski Ośrodek Kultury i Agencja Wydawnicza „Działosz”, Kołobrzeg 2002, str. 44) i jest to w owej publikacji jedyne warte uwagi.

A. K. Bratuś, mieszkanka Kołobrzegu, publikowała swoje utwory w różnych miejscach - m. in. w Antologii Poezji Miłosnej Oficyny Wydawniczej MAK (Szczecin 2000) oraz w almanachu „Wśród kołobrzeskich poetów”.

W notce na okładce pani Felicja Borzyszkowska-Sękowska tak rekomenduje tomik: ...Poezja Aliny Karoliny Bratuś celnie łączy opis świata z przedstawieniem własnych doznań. Jest pełna uczuć a także przemyśleń, w tym też żalu do świata, który nie chce zrozumieć (...) znajdujemy tu swoistą filozofię życiową. (...) Mając tak filozoficzny stosunek do życia, autorka zdrowo zaraża swym optymizmem, niwelując pesymizm, którego i tak za dużo zarówno w naszym ludzkim życiu, jak i poezji współczesnej.

Doprawdy, zdumiewające bywają nieraz rekomendacje!

Lecz zajrzyjmy do samego zbioru, co tam się dzieje? A dzieje się kiepsko. Wydawało się, że w dzisiejszym przeglądzie tomik E. W. Matyjaszczyk wypadnie najsłabiej, ale w nieporadności poetyckiej pokonała ją chyba akurat A. K. Bratuś. Mamy tu katalog prawie wszystkich błędów warsztatowych., gazetowy język, sentymentalizm oraz przerosty kolokwializmów. Aż żal autorki, że nie znalazł się żaden litościwy redaktor, chcący jej strofy przetrzepać - co być może umieściłoby utwory w rejonach niechby tylko poprawności.

Pyta wierszotwórczyni w jednym z tekstów: Powiedz/ jak się czujesz/ Boska Duszo/ wśród dzisiejszych/ grzesznych/ współczesnych? i odpowiada sama sobie słowami adutorskiego wstępu: ...a papier, jak najtwardszy człowiek, zniesie największe szczęście i najtragiczniejszy dramat. Właśnie. Wyrazy szczerego współczucia.

 

Zdecydowanie najciekawiej wypada zbiór mieszkańca Lęborka, laureata nagrody głównej ogólnopolskiego turnieju poetyckiego im. J. Śpiewaka (Świdwin 1998), B. Muszyńskiego (Bartosz Muszyński „Gwiazdobloki”, Stowarzyszenie na Rzecz Kultury Krakowa KRAKOWSKA ALTERNATYWA, Kraków 2001, str. 40). O autorze (rocznik 74) pisałem już rok temu, przy okazji omawiania jego drugiej po „Językach obcych” (1999) książce pt. „Kajmany” (2000).

„Kajmany” ujęły mnie wówczas zdumiewająco precyzyjną lakonicznością strof oraz dystansem do języka. Podobną opinię można wyrazić w przypadku „Gwiazdobloków”. Poeta konsekwentnie mowę naszą poddaje wiwisekcji, kroi i bada struktury. A przy tym nie nudzi. Nie chlapie bez sensu krwią znaczeń.

Wiem, wiem, nie każdemu przypadnie do gustu asceza słowa i mówienie jakby przez zaciśnięte zęby. Ale miejmy świadomość tego, że poezja jest polem ogromnym, poetyk ma wiele - zatem miejsce jest i dla podobnych penetratorów. Miłej i ciepłej w odbiorze liryki szukajmy u innych twórców.

Na koniec pozwolę sobie zacytować, tytułem próbki, cały utwór B. Muszyńskiego pt. „4 z 10” - domykający zbiorek 35 wierszy:

 

Po pierwsze: wiatr jest

i będzie - póki my

pisani bardziej jesteśmy, niż piszemy.

 

Po wtóre: tak, wezmę

sobie z ciebie jaśniejsze

wszystkie momenty - jeśli

tylko zechcesz.

 

Następnie: nie dzwoń więcej!

Nie dzwoń mi pod oknem,

nie klekocz śmiertelnie

zardzewiałym sercem.

 

Po dziesiąte: nie wiem,

nie pamiętam więcej.

Paweł Szeroki
(maj 2002)



 
Pięć - dziesięć zdań:

Paweł Kozioł

MIASTECZKO GDYBY TWOJE ŚCIANY BYŁY

miasteczko gdyby twoje ściany były z drewna

to ogień ze mnie łasiłby się do nich

miasteczko gdyby twoje ściany były z pamięci

 

tłukłbym w nie głową krzycząc ty pamiętaj mnie

zapomnieć gdyby twoje ściany były płaczu

śmiałbym się na nie gdyby twoje imię

 

przestało być imieniem poety iwaszkiewicza

nadawałbym mu nowe znaczenia a tak

miasteczko gdyby twoje ściany były

 

ze znaczeń nie rozumiałbym ich miasteczko gdyby

twe ściany były ze słów skreślałbym

miasteczko gdyby twoje ściany nie były ze mnie

Paweł Kozioł




Agnieszka Wesołowska

WYSIEDLE

Wtedy, pod koniec lata, nie była to podróż głęboko przeżywana. Pamiętam tylko póne popołudnie, mokre, wysokie czoła i zmęczone siano zarzucone na ciężki wóz. Właściwie w sierpniowej trawie wieczór przebywał wiecznie. Ale tym razem rzeczywiście miało już zmierzchać. Było ciepło. W kuchni jednej z chat stał hebanowy stół. Jego kształtu ani barwy moja wyobrania nigdy osiągnąć nie zdołała. Surowy brąz i ciężki wysiłek geometrii, żeby sprostać granicom kwadratu. Blat obciążony metalową misą, na której leżały pogniłe jabłka. Ich przekorny zapach, wyrany i mdły, zalegał może bardziej niż cisza. Owoce mizdrzyły się wśród lustrzanego powietrza izby. Nadchodził dla nich czas kobiecej starości. Pomarszczone skórki sprawiały ból, a doświadczone kontury kazały cierpliwie znosić nawet najgłębsze bruzdy. Gdzieniegdzie znać było ślady mąki. Wyglądały jak potworki z pomazanym pyszczkiem i bezkształtnym tułowiem. Albo jak galarety w welonach, takie rozkojarzone panny młode. Szeroko otwarte okno. Zdołał tu jeszcze wpaść na chwilę wydech konającego wiatru. Żałobne tchnienie wstrząsając egzaltowaną firanką przyniosło jednak ulgę. Twarz przy oknie wydała się spokojniejsza. Wraz z politurowanym kredensem odpierała wszelkie metafory. Jakby w głąb tego obrazu nie prowadziło żadne słowo. Jakby jego plansza była wszystkim, co zostało mu do powiedzenia. W imbryku stygła przedwczorajsza herbata, mocna, z chińskim liściem przy denku. Pora stała się nieoczekiwanie póna.

Nic nie zapowiadało tak chłodnego wieczoru. Południe było zwyczajnie afrykańskie, z takim rozlazłym bambusowym cieniem koło wysokiej trzciny i tuż przy kręcącym się wiatraku. Ta część wioski po prostu miała swoją pomrokę. Z każdym nadejściem słońca cienie stawiały się na warcie i odbywały swoją pątniczą służbę. Krzątało się tu tyle różnych owadów, że krowy wyglądały jak święte w bzyczących aureolach. Pod płotem zaś cztery wielkie kamienie próbowały przebić się w nieznany kształt, ale w końcu zdawały się zbyt szlachetne na wdzięki spoza ich pospolitego profilu. Wybrały sobie inną świętość. Zioła, krzaczaste i ciężkie, jakoś tak po mieszczańsku wykrzywiały wyczerpane słońcem zewłoki, prężyły się w niewidocznym, tragicznym półuśmiechu. Takie zbuntowane Mony Lisy. Było jakoś szczególne to ich doświadczanie upału, jakoś bardzo ludzkie. Sama czułam, jakby piekł się we mnie placek z dzikimi wiśniami. Owoce, które miałam w zasięgu ręki, przeparowały do mojej wewnętrznej kuchni. Zresztą takie placki były wszędzie, w każdym piecu wysiedlańskiej gospody, na każdym stole. Na stole, który wyrastał z desek tego lasu. A jak się wędrowało ścieżką skośnie przecinającą kawałek boru, to dochodziło się do sedna osady. Można było doskonale zrozumieć, że właśnie tu znajduje się właściwa część Wysiedla. I zdaje mi się, wtedy się zdawało, że tutejsi ludzie chcieliby to nazywać jego świetlanym wymiarem. Ale tu się tak nie mówi, bo to zbyt wiele. Zbyt duże pretensje do jasności jak na ociężałe zagrody, ręce zanurzone w ziemi, chustę na włosach. Chustę z mąki a wcześniej z lnu. I są jeszcze takie strachy na wróble, są przez cały rok. Z wykrzywionymi dziobami, w słomianej garderobie kapryśnej dziwożony, smutne jakieś.

Ten obraz, który się teraz zaczyna upominać o zapis, jest dość niejasny. Bo jesień była i zima minęła a Wysiedle trwało w tym czasie ledwo ukradkiem. Nawet jeśli pojawiało się realnie, to przemawiało swoim odległym sierpniowym pejzażem. Kiedy zaczęłam szukać wytłumaczeń niezłomności tego letniego miesiąca, pomyślałam o wszystkich cieniach, które wskutek pustynnego upału stają się bardziej wyrane. Łatwiej dostrzegane, tworzą osobną krainę. Tam, po mrocznej stronie, jest jakieś gorliwe oczekiwanie. Wśród materialnej powłoki wioski - której każdy przedmiot, aż do ostatecznego oblężenia słońca ukrywa swoją cienistą tożsamość - stoi kościółek.

 

Ma on swoją historię. Zapisała się w szkicach, referatach a też bezpośrednio w murach budynku. Kościół chciał zostać przywrócony Pomorzu i jego mieszkańcom. Mieszkańcom Wysiedla przede wszystkim. Ale w takiej rehabilitacji - społecznej, duchowej nawet - sprawa jest znacznie trudniejsza, niż sama opowieść o tym miejscu. Pogrzebany pies zaczyna się gramolić, ozywać jakimś odległym, wewnętrznym warczeniem. I nie próbuje opowiadać o tym, kto był trzecią córką Katarzyny i Henninga. Może to zadanie dla szarlatanów, wyłożyć prawdziwe znaczenie wiejskiego kościółka. Kiedy tam pojechałam po raz pierwszy, jeszcze jako pięcioletnia, zachwycił mnie znakomity cień koło absydy. Było gorąco, chciałam schować się przed słońcem i trudno mi było odnaleć właściwą dla mnie przystań. Ale trafiłam na nią. Ten kościół był mi po prostu potrzebny. Może ze względów chłodniczych a może przez kryptę, która i ciekawiła, i wydawała się gronym skarbcem. W każdym razie doniosłość i konieczność budowli nie budziła wątpliwości.

Tak naprawdę nawet o każdej chacie można gawędzić, tworzyć opowieści, doszukiwać się pokrewieństw z pałacem Tuileries czy ze szpitalem dla obłąkanych w Salpetriere. Albo pozostać w jej własnych, najbliższych granicach. Cóż dopiero, gdy ma się do czynienia z kościołem, którego wartość przez historyków sztuki została potwierdzona. Chyba najpierw przekonać trzeba do krwi i kości, które poprzedzały wyniosłe herby i epitafia. Świadomość ludzkiej ręki układającej kamień czyni historię jakby bardziej żywą, obecną. Może zadraśnięcie w ścianie to dzieło któregoś z przedwcześnie zmarłych dzieci fundatorów. Może Barbara, dotknięta śmiercią swego syna, odbywała każdego świtu modlitwę pasyjną wzdłuż chóralnej empory. A Katarzyna, między obiadem a drzemką, przybywała tu z hulaszczym Żywotem Łazika z Tormesu, by dopilnować roztargnionych budowniczych. Kariatydy z pewnością to zniosły, ale Ukrzyżowany w głównej części ołtarza musiał cierpieć podwójnie. Jeśli idzie się tym śladem, to doświadczanie przeszłości jest jakby pełniejsze. Przestaje się wtedy wydawać, że wysiedlański szczyt renesansowy jest zaledwie namiastką tympanonu greckiego a tutejsza oszalowana wieża nieopierzonym włoskim pinaklem. Kościółek wyrasta stąd, jest wyranym znakiem tego miejsca. Ciągle skupia ludzi. Jest wiązadłem dwóch zwaśnionych rodów: przeszłości i teraniejszości.

Mój prywatny obraz wysiedlańskiej świątyni mocno przylega do reszty wioski. Właściwie to, co w kościelnych murach najistotniejsze, jest też zawarte w ich tle, uobecnione kilka symbolicznych kroków dalej - w bonińskich dębach, w rożnowskim platanie. Jest wreszcie przekładnią dawnego rycerskiego pomnika tu, w Łobzie. A dalej - widać przecież jakieś tożsame punkty w losach stoczniowej rodziny, spalonego miasta, zaginionej harcerki i w zaciekłej dumie Jochima VIII Borke. Te ledwo dostrzegalne - graniczące z obłędnym urwiskiem - związki, każą wstrzymać oddech, rozumieć dzieje wielkich bitew w kontekście przedwczorajszej herbaty.

Poznawanie budynku, rozumienie jego najbliższej przestrzeni, rozpoczyna się od doświadczenia dramatu pojedynczego kamienia. Bo tu, w okolicach Łobza, historia nigdy nie była łatwa. Jak wszędzie, być może. Tylko że szczątki nambijskiej kapliczki jakoś mniej mnie obchodzą. To jest właśnie unoszenie ze sobą krajobrazu, który - mimo fizycznej bliskości - nie istnieje wprost. Rozszyfrowany w podaniach i zobaczony w swym ceglanym wymiarze, wcale nie jest jeszcze odziedziczony. Dziedziczenie to celowanie posągiem we własny los. Ale również umiejętność czucia się wyrugowanym tam, gdzie korzeni brak. Tu, na wysokości pomnika - gdyby podnieść wysiedlański kościółek do rangi takiego symbolu - nie chodzi już o jego polskość, czy też niemieckość. Szukać w tym trzeba raczej pewnej kontynuacji, świadectwa, tożsamości wreszcie. I może najbardziej w oparciu o opowieść, która związana jest z tą konkretną ziemią. W ten sposób dotrzeć można aż do baśni, sięgającej niekoniecznie rusałek i Światowida. To, co znajduje się za miedzą kilku zaledwie stuleci, nie zostało do tej pory wystarczająco nazwane. Nie zostało przełożone na język pomorskiego hic et nunc - skoro sięgamy do korzeni.

Kiedy jestem w Łobzie, to bicie kościelnych dzwonów najczęściej zastaje mnie przy moim meblu do pracy. Tutaj czas po prostu tak się rozłożył. Oczywiście nie powtarza się to w żadnym innym mieście, gdzie pory dnia robią ze mną, co chcą. Każdy ma takie miejsca, w których udaje mu się zapanować nad swoją własną historią. Jest to jakby zakłócenie totalnego rytmu przez rytm, który genius loci odmierza swoimi wskazówkami. Trzeba szukać tych ziem. Być może w nich właśnie jest nasz czas właściwy. Czas, z którego zmuszeni jesteśmy odchodzić...

Agnieszka Wesołowska


Wiesław Pisarski

MATCZYZNA

I nie ma we mnie Polski, nie ma wokół Polaków
jest tylko Zachodnie Pomorze i Pomorzanie
a w nim Dobra i Łobez - dwa serca Mojej Matczyzny

 

Pomorzanin, Wielkopolanin, Ukrainiec. Kim jestem? - drapałem się w głowę przez długą chwilę. I w końcu olśniło mnie - głupka wiejskiego od krów pasania!!!

Nie ma wspólnej nam Ojczyzny.

Jest tylko ziemia i wiatr w trzcinach polodowcowych jezior. Są polne drogi tęsknot. Śpiew drzew w wietrzne, ciepłe lipcowe popołudnia. I ich skóra ciepła, żywa, miłości pełna, długowieczna.

Tak, nie ma wokół mnie Polski. Nigdy jej nie było. Nie płynie we mnie krew szlachecka - pieniacka, butna.

W końcu dotarła do mojej mózgownicy myśl, że jestem Pomorzaninem, a nie Polakiem. Nie ma Ojczyzny. Jest tylko ziemia i wiatr nad łąką pełną ródeł, które były czyste. I piło się z nich, piło aż do nasycenia. Jest tylko zapach pełny poziomek wśród brzóz pamięci. Jest Matczyzna.

Moje ciało tłumaczyło mi od początku, od poczęcia, wiązało mnie krwawą pępowiną Matczyzny z tymi zarośniętymi, dewastowanymi cmentarzami. Splątanym losem wypędzonych i przesiedlonych: „Ty jesteś stąd, nie z jakiejś Polski”.

Dziś dziurawią serce odpadający tynk starzejących się, przygarbionych domów, zmarszczki na twarzy dróg, czarna ściana braci w ziemi.

Nie ma już Polski. I nie ma tępych twarzy Urzędników i Polityków. Jest tylko Szczęśliwa Samotność po walkach na miecze i spalone stosy po czarownicach.

Umierałem tu wiele razy w wojnach, bitwach, potyczkach, zatargach, sprawach sądowych, przechodziłem pod panowanie, potykałem się na maczugi i miecze, kruszyłem kopie i słowa. Ale to wszystko minęło. Doczekałem się po stu żywotach: Nie ma Rzeczpospolitej, nie ma Niemiec Zachodnich i Wschodnich. Jest Zachodnie Pomorze. A w nim Dobra Nowogardzka i Łobez - dwa serca mojej Matczyzny.

 

Klony odczłowieczone w garniturach z pełnymi rękawami pustych fraz. Nowomowa dla tłumu nowego wieku. Papka, miazga, pop gadanie, reform reformowanie, głośne gdakanie kur na grzędzie, świń pokwikiwanie przy pustym korycie. Twarze nalane tłuszczem, gęby pełne sczerniałych zębów zakłamania. W dłoniach zardzewiałe nożyczki do przecinania wstęg. Ręce zawsze gotowe do składania wieńców i wiązanek kwiatów. Pod jaki pomnik, o to mniejsza.

Wracam do mojego świata na papierze lub wirtualnie, albo jeszcze lepiej: wracam przez stworzenie własnego o nim wyobrażenia. A czy jestem okłamywany przez mój umysł - sam o tym nie wiem. Skąd ja - dziś wiejski głupek od krów pasania - miałbym poznać tajemnicę zwojów mózgowych.

 

Wracam do mojej Matczyzny, która wali się w gruzy przez brak Gospodarza i Gospodyni. Każdy powrót na Pomorze to coraz cichsze milczenie, krótszy wiersz, chłodniejsza dłoń.

Bo nie ma Polski w świecie urzędasów i politykierów. Nie ma Polski wśród blagierów. Nie ma Ojcowizny wśród wściekłych potyczek o Kasę, o Partię, o Ideolo. Nie ma Matczyzny w kraju bez poczucia wspólnoty. Nie ma takiego państwa na mapie zjednoczonej Europy.

 

I nie masz już wśród was Ojczyzny, nie masz Boga, nie masz Nieba i Ziemi, nie masz Piekła.

 

Odnajduję Ojczyznę tylko w tych szaroburych, biednych uliczkach, wyludnionych wsiach w samo południe, gdzie nie dojeżdża żaden autobus, gdzie świat stoi w miejscu, czas zwalnia, przestrzeń zakrzywia się, a wszystkie losy ludzkie pochłania czarna dziura czasu. Odnajduję Matczyznę w oczach babci zza Buga siedzącej w letnie popołudnie na ławce w Runowie Pomorskim.. Samotność ludzi oderwanych od swoich korzeni zabużańskich.

To nie jest moja Ukraińska Polska, ani Polska Ukraina. To tylko Pomorze Zachodnie. To było tylko przesiedlenie. Może na jakiś czas, na rok, na jeszcze jedną wojnę. A po tej trzeciej wrócimy za Bug, jak Bóg da.

 

I nie ma Polski, nie ma Niemiec - jest tylko umierająca Matczyzna. Jest tylko ona i on - Człowiek. Jesteśmy My, którzy użynimy tę ziemię. A potem przyjdą Inni.

 

Przyjdzie śmierć bez zwycięstwa, ale i bez klęski. W milczącym zachwyceniu tą ziemią, choć bez Gospodarza i Gospodyni. Odejdziemy ze świadomością, że my tu tylko na chwilę. Jak to na Pograniczu. Pomiędzy. Umrzemy z Matczyzną. Umrzemy Matczyzną.

Nie ma Polski - mówię wam. Jest tylko Matczyzna i ja wiejski głupek od krów pasania.

 

Utuczy się nami pomorskie robactwo.

Wiesław Pisarski
Leszno, 10.04.2002


Jarosław Błahy

PRZYPOWIEŚCI POD PODZIURAWIONYM NIEBEM (VII-VIII 1991)

Fragmenty

12. MOZAMBIK

Jedynym pocieszeniem na tu i teraz (ale gdzie? ale jak?) jest to, że każdy mijający jak wszystko dzień zbliża mnie do trumny .Teraz będzie o snach. Śniło mi się, że się obudziłem i znalazłem w skrzynce na listy powołanie na front w Mozambiku. Wcale nie byłem zdziwiony, gdy mój stateczny, przyzwoity, obowiązkowy, skrupulatny tudzież uczciwy ojciec z szafy wyciągnął mundur z epoki Roli-Żymierskiego, pożegnał mnie słowami: „musisz iść”, a matka jakieś łzy polała oraz zrobiła mi dwie kanapki z żółtym serem na drogę tak daleką jak dwie krople wody, wsadziła je do worka celofanowego i opuściłem ten dom, swoistą rzenię miłości. Gdy znalazłem się już poza zasięgiem okna moich dobrotliwych aż do skurczu żołądka rodziców, rozpiąłem mundur, zarzuciłem „na bakier” rogatywkę i wesoło aczkolwiek nie na pewno pomknąłem przed siebie w kierunku dworca kolejowego. Po drodze widziałem różnych innych cymbałów, śpieszących wyrzynać tych z Mozambiku, z tym, że oni zapięci byli pod szyję i czapki mieli orzełkiem do przodu. Na tle tej armii zbawienia przypominałem raczej zbłąkanego turystę niż jadącego na front. Znalazłem się nagle na Wałach Chrobrego, kto zna choć trochę Szczecin, ten wie, że z ulicy 9-go Maja na dworzec nie tędy droga, zlazłem nad Odrę, usiadłem, na ławeczce i nagle obok mnie wylądowała rudowłosa piękność w mini spódniczce. Zdążyłem rzucić okiem na te cudowne kolana gdy spadł deszcz, taka mżawka, a wraz z nią pytanie: - Pan też do Mozambiku?

- Niezupełnie. Może papieroska?

- Musi pan się spieszyć, pociąg niedługo odjeżdża.

- Chuj z nim, chce pani kanapkę?

Na mój sygnał Ruda wyciągnęła składany stół i butelkę „Wyborowej”. Czy zawsze już tak będzie?

 

13. SRI LANKA

Niedziela była, a ja miałem stróżować od siódmej do siódmej, dwadzieścia cztery godziny, by to chuj trącał, więc pojawiłem się przed barakiem około dziewiątej, co już u mnie przeszło w normalność. Zimno, wiatr wieje, deszcz rżnie, parasol wygina, okna na budowie wylatują, koty skowyczą, kałuże rosną, ja stoję i dobijam się do zamkniętego baraku. Nie mija minuta, gdy drzwi otwiera mi zziębnięte stworzenie z przerażeniem w oczach bez makijażu, w dresie, golfie i do tego owinięte kocem, krótko mówiąc sympatyczna blondynka lat gdzieś tak trzydzieści dwa. Mimo brudnego, niedzielnego poranka mówię: - Dobry wieczór pani, zdaje się, że los tak chciał i jesteśmy skazani na siebie przez 24 godziny.

- A, to pan, ale już chyba nie przez 24, jest wpół do dziesiątej. Proszę do środka. - co mówiąc weszła i usiadła na łóżku, owijając się szczelnie kocem.

- Proszę uważać, jest zapchlone. - powiedziałem z cynicznym uśmieszkiem, zapalając papierosa.

- Wie pan, ja w zasadzie miałam tu być z mężem, ale mąż wyjechał, rozumie pan...

- Jeżeli pani sobie myśli, że będziemy się kochać, to się pani grubo myli.

- No wie pan - zrobiła zawstydzoną minę, oblała się czerwienią i strachliwie, z lękiem w oczach, wtuliła się w kąt ściany, owijając się jeszcze szczelniej kocem. Poczęstowałem ją papierosem, odmówiła obrażona, ładnie, myślę, nie dość, że lękliwa to jeszcze niepaląca.

- Gniewa się pani? A ma pani dzieci?

- Mam.

- Pozwoli pani, że zgadnę ile. No wiec...dwoje.

- Zgadł pan. Jak już pan taki zgadujący, to niech pan zgadnie w jakim są wieku.

- Jedno 4, drugie 2.

- A tu pan nie trafił, jedno 5,drugie 3, a płeć?

- Chłopiec i dziewczynka, to chyba naturalne.

- Znowu pan nie trafił, dwie dziewczynki - była wyranie rozbawiona - napije się pan herbaty?

- Chętnie, a ma pani wódkę?

- No wie pan...

- Tak, tak, wiem.

Na tego typu absurdalnych dialogach, na kilku obchodach placu budowy mijał czas, i nic, aż w końcu zapadła ciemność.

- Kto pierwszy śpi? - zapytała pani Jolanta.

- Że co proszę? Nie chciałbym pani przypominać, że do pani obowiązków należy nie spać i pilnować, żeby złodzieje dwigu nie wynieśli!

- Bo wie pan, ja tylko chwilkę, cztery godzinki a potem pan mnie obudzi,i będzie mógł iść spać, a wtedy ja będę pilnowała.

- Przykro mi, ale nie mam zegarka, rozumie pani: nieszczęśliwi czasu nie mierzą.

- Ale ja mam - co mówiąc wrzuciła mi w dłoń złoty, damski zegarek

- pamięta pan? Cztery godzinki, tylko błagam pana, niech pan zgasi światło, bo nie zasnę, co pan tak dziwnie patrzy? Może pan sobie poczytać tę książkę, co to pan ma.

- W ciemnościach?! A może mam iść z nią pod latarnię? Tak jak ten facet, co...

- Co?

- Nic, nic, niech pani już zasypia, proszę sobie nie przeszkadzać. Dobranoc.

- Dobranoc. - i odwróciła się do ściany, owinięta w koc. Zgasiłem światło i pewien swego począłem obserwować to biedactwo, tak się składało, że światła ulicy wpadały na jej plecy przez okno baraku. Minęło piętnaście minut.

- Sądząc po niemiarowym oddechu, który widzę poprzez koc, pani jeszcze nie śpi.

- Wie pan, tu jest tak zimno. Mam dreszcze, cała się trzęsę.

Drugi raz powtarzać nie trzeba mi było, uruchomiłem natychmiast swoją grzałkę, o której to posiadaniu dowiedziałem się od swojej ciotki a potem od pani od angielskiego, przeszliśmy z panią Jolantą na płaszczyznę pieszczot, nie przechodząc na ty, a piersi miała jędrne, uda też, dbała o siebie, już widziałem te kremy, masaże, reklamy, telewizory, nie była sflaczała, jak pewna nimfomanka po trzydziestce, którą sterowałem w jakimś hotelu, wstręt mnie brał wtedy, a teraz było mi przyjemnie i ciepło, co najważniejsze. Skończyliśmy o świcie.

- Wie pan, pan tak dziwnie na mnie podziałał, tak magicznie, jak ja teraz spojrzę w oczy mężowi, panu, to mi się zdarzyło po raz pierwszy, naprawdę, czy nie uważa mnie pan za kurwę?, co ja teraz zrobię, jak będę pana spotykać, to straszne, niech pan coś powie.

- Ma pani zupełną rację, to straszne. Sri Lanka.

- Co?

- Sri Lanka. Dawniej Ceylon.

 

21. DAWNIEJ CEYLON

Nic nie jest uchwytne, bo leci i rozpływa się między palcami, tak, tak już kiedyś było, suka Saba, owczarek alzacki, powiła cztery cudowne szczenięta, w budzie trwało radosne popiskiwanie, pieski wtulały łebki w sierść matki, spijały z niej mleko, niestety tylko 3 tygodnie miłości i macierzyństwa, bo przyszedł właściciel, zabrał trzy szczeniaki, dwóch chłopców i dziewczynkę, zaniósł do szklarni, Saba darła się wniebogłosy, wyła żałośnie, szczenięta piszczały, płakały, a on rzucił je na betonową podłogę, wziął młotek i zaczął walić je w malutkie, biedne główki, wycie, pisk, płacz sięgały zenitu, Saba dusiła się na łańcuchu, z oczu jej lały się strumienie, wyrywała się do nich, a on walił z miną mówiącą, że sprawia mu to przyjemność, gdy już je unicestwił, spuścił Sabę, niczym Bóg przestrzeni, biedna suka popiskując trącała łapą szczątki mięsa, dotykiem języka próbując ożywić swoje małe, tak samo pewna kobieta dawno temu, przyszła do mojego domu po swoje rzeczy, mówiąc: „Już tego nie mogę wytrzymać, tak cię kocham”, po czym wyjechała, w tym momencie była właścicielem Saby, który zabił, utłukł miłość, potem wyszła za mąż za jakiegoś durnia, została alkoholiczką, nimfomanką, ma dwoje dzieci, bogatego męża, dużo pije, daje każdemu, mówiąc przy tym: „Nie dotykaj mnie tylko, to mi się kojarzy ze śmiercią, nie patrz na mnie, jestem okropna, tłusta, mam raka piersi, raka macicy, jestem głupią kurwą”, płacze, budzi się wyczerpana łzami, facetami, alkoholem by zacząć od początku krótki film o zabijaniu i miłości, łzy, alkohol... Człowiek to machina autodestrukcyjna.

Jarosław Błahy


Tadeusz Zwilnian Grabowski

NÓŻ

Nóż

może służyć

do krajania chleba

i do innych

bardzo wielu rzeczy

niekoniecznie

z chlebem

mających coś wspólnego

 

W naszych czasach

(trzeba to przyznać

bez fałszywej skromności)

nóż

stanowi niewątpliwie

najlepszy instrument

do wygrywania

ludzkich porachunków

 

rozwiązuje z powodzeniem

wszystkie węzły gordyjskie

przecinając supły

trudności

na całej szerokości obwodu

od gardła

po piersi

Tadeusz Zwilnian Grabowski


Stefan Pastuszewski

WIOSENNA PANI W BYDGOSZCZY

- Jak ona potrafi pokazywać nagość! - powiedział z zachwytem mój przyjaciel.

Rzeczywiście, szła płynąc. Średniej długości sukienka, bo krótka to już nie jest pokazywanie nagości, tylko trywialne obnażanie się, furkotała na chłodnym, ale czystym, nie nasyconym wilgocią, takim sobie własnym, bezinteresownym wietrzyku.

- Jak ona potrafi kołysać biodrami! - zachwycał się nadal mój przyjaciel.

Skromnie, bo nie wiedziałem co powiedzieć, w końcu to nie był mój zachwyt, co wcale nie znaczy, że dziewczyna mi się nie podobała, spuściłem wzrok i, nieśmiałym współruchem zacząłem jeździć palcem po brzegu srebrzystego pucharka z pierwszymi w tym roku lodami.

To było święto. Jak daleko pamięcią nie sięgnę, pierwsze lody każdego roku były uroczyście celebrowane. Mama szczypała wtedy każdego z nas za ucho. To samo było z pierwszymi rzodkiewkami, sałatą ...

Siedzieliśmy na tarasie przyulicznej kawiarenki i sycyliśmy się pierwszymi uderzeniami rozsłonecznionego maja.

- Wszystko zaczyna się od nowa.

- Tak się wydaje.

- Niech jak najdłużej się wydaje - życzyliśmy sobie i Polsce, bo wokół nas była Polska, nowa wiosenna Polska. Nasza Polska, bo my też byliśmy z nią. I nią. Tak przynajmniej nam się wydawało.

- Dobrze. A kto będzie regulatorem tej nowej rzeczywistości? - zapytałem ni z tego ni z owego, wywołując u mego rozanielonego wiosną przyjaciela brzydki odruch zmarszczenia brwi. - Bo jakiś regulator w końcu musi być. Poprzednio była nim władza. Obojętnie jaka była, ale była. Zwykli ludzie, bo nie tacy zatwardziali opozycjoniści jak twój i mój ojciec, płakali gdy umarł Stalin. Bo umarł ktoś, kto ustawiał im świat. Biedny, brudny, krwawy, ale uregulowany. A prości ludzie, nie potrafiący sami ustawić sobie świata, potrzebują porządku z zewnątrz. Władzy bądź innego regulatora. Jaki teraz będzie?

Tym razem mój przyjaciel nerwowo przejechał palcem po brzegu srebrzystego pucharka i, niczym samochód nagle zasprzęglony, wyrwał się do przodu:

- Będziemy chodzić tak jak Niemcy wolno, funkcjonalnie..

- Langasam, Langasam aber sicher.

- Langasam może tak, ale nie sicher. To nie dla nas. Niech inni tym się zajmą. Myśmy wywalczyli wolność - odpowiedziałem.

- Tak, myśmy - powtórzył mój przyjaciel, silnie akcentując to „myśmy”.

- Wolność!

- Wolność? - zapytałem. - Kocham wolność, ale gdzie jest jej granica?

- Zobacz - tu mój przyjaciel wskazał brodą, bo inaczej przecież nie wypadało, na płynącą rozsłonecznioną ulicą dziewczynę. - Ona wie, gdzie są granice. Ukazuje nagość, tę kwintesencję kobiecości, bo kobieta to przecież natura, czysta, nie zakryta, a jednak nie jest naga.

- Czyżby moralność?

- I moralność. I Kościół. Teraz Kościół będzie mógł głosić swoje posłanie bez najmniejszych przeszkód.

Patrzyłem na tę rozsłonecznioną dziewczynę w sukience w kwiaty, a widziałem „Wolność wiodącą lud na barykady” na obrazie Eugene Delacroix. Też była piękna. Też naga w swojej kobiecości, ale wokół niej kłębiły się krwiożercze potwory nienawiści. I też szły po wolność.

- „No dobrze - pomyślałem. - Barykady zwyciężają, ale co potem?”

- Wolność to tylko medium, jak powietrze dla ludzi czy jak woda dla ryb, w której coś się dzieje, ale to nie ona tworzy prawa dla tego dziania się - powiedziałem. - Potrzebny jest jakiś regulator.

Mój przyjaciel znów zmarszczył czoło.

- „Za dużo wysiłku na tak piękny dzień” zdawały się mówić jego, zachwycone idącą dziewczyną, oczy.

- Rynek. Niewidzialna ręka rynku - powiedział jakby na odczepnego.

- A gdy ktoś urodzi się szpetny, nie tak piękny jak ta dziewczyna, nie tak mądry jak ty, jak on sobie da radę na wolnym rynku? - byłem bezwzględny, choć dziewczyna też mi się podobała i także wolałbym tylko na nią patrzeć, a nie myśleć. Coś mnie jednak, mimo zachwytu nad naturą - dziewczyną i wiosną - kazało zastanawiać się nad budową świata. Nie budową tego co jest, ale tego co będzie, czyli nad budowaniem. W końcu jedno się skończyło, a drugie się zaczyna. Co?

- Każda stwora ma swego amatora - usłyszałem w odpowiedzi. - Trzeba tylko szukać. Na wolnym rynku wszystko można sprzedać.

- A za jakie pieniądze?

- Nie łudzimy się, że wszyscy rodzą się równi, a już na pewno nie dojrzewają równo. Są piękniejsi i brzydsi, mądrzejsi i głupsi.

- Bogatsi i biedniejsi - kontynuowałem.

- Bogatsi i biedniejsi - kontynuował mój przyjaciel, tylko ta różnica między nimi, te nożyce, nie mogą być za duże.

- A kto przypilnuje rozwarcia tych nożyc? - drążyłem, mimo że zaczęła już mnie boleć głowa od tego filozofowania.

- Moralność. Moralność i państwo. Państwo kierowane przez ludzi mądrych i moralnych - fantazjował.

Nie nadawałem się już zupełnie do dalszego drążenia, choć mnie ta fantazja też się podobała, bo ja już startowałem w czerwcowych wyborach parlamentarnych i też na różnych wiecach głosiłem ideę idealnego państwa z idealną władzą, kierującą nieidealnymi ludźmi.

„Tacy już są ludzie” - mówiło się, gdy nie potrafiło się znaleźć wyjścia z problemu.

- W każdym razie wolność, ale już nie równość i braterstwo jak na sztandarach Rewolucji Francuskiej napisano - szybko zgodziłem się z tą wizją Nowej Polski.

- Po części tak, ale tylko po części. Równość wobec prawa...

- I śmierci - palec mój, mocniej pociągnięty, nieprzyjemnie zazgrzytał na brzegu srebrnego pucharka.

- Może być i śmierci - przyjaciel mój spochmurniał, a może tylko tak mi się wydawało, bo rzeczywiście przelotna chmura zastawiła słońce.

Chcąc rozjaśnić tę nagłą szarość, zawołałem niczym Pitagoras odkrywający w wannie prawo wyporności:

- A braterstwo już mamy! Jest nim solidarność!

- Mamy i obyśmy jak najdłużej mieli - tym razem mój przyjaciel zrobił się nieco sceptykiem.

- Czy wiesz, że Baczyński, ten nasz Baczyński z Zarządu Regionu zaatakował mnie poniżej pasa w „Ilustrowanym Kurierze Polskim? - wydukał po chwili przyczynę swego nagłego zwątpienia w wieczną trwałość solidarności.

- Wiem - odpowiedziałem krótko, nie chcąc, w ramach solidarności oczywiście, robić przykrości swemu rozmówcy.

Wiedziałem bowiem również, że zarzuty Baczyńskiego w znacznym stopniu polegały na prawdzie. Wszyscy wiedzieli, lecz nie mówiło się o tym. Tak jak o tym, że Michnik, Geremek i Mazowiecki to Żydzi. Solidarność przede wszystkim!

 Mój przyjaciel też, tak jak ja i Baczyński, startował w czerwcowych wyborach parlamentarnych i doznał pierwszego, bo w stanie wojennym tego przecież nie było, kopania się po kostkach. W tym samym szeregu. Przez tych samych „solidarnych” ludzi.

- To bardzo polskie, takie kopanie się po kostkach i łapanie za spodenki, aby nikt nie wyrwał się do przodu - powiedziałem, chcąc ewidentną winę mego przyjaciela (Baczyński oskarżał go o, mówiąc delikatnie, zaniedbywanie żony i rodziny; w czasie stanu wojennego, w atmosferze ura-bura, co to nie my!, trochę pod tym względem się rozkojarzyły) przerzucić na nasze wady narodowe, na ludzi. Zawsze, gdy nie wiedziało się, jak rozwiązać dany problem, mówiło się, że zło tkwi w ludziach.

- To wszystko psuje - mruknął.

- Ale teraz Polska?! - zawołałem entuzjastycznie, nadając temu okrzykowi formę pytania, aby wpiąć przyjaciela w tę wielką sprawę.

- Teraz Polska! - potwierdził, rozchmurzając się nieco.

- Może powtórzymy? - spytałem, chcąc jeszcze bardziej rozładować sytuację.

- Co? - mój przyjaciel był jakby nieobecny.

- Lody. Teraz to i nawet lody można dostać. W latach osiemdziesiątych, gdy byłem tu, w „Cristalu”, to dawali herbatę bez cukru. Zmieniło się...

- Musiało się zmienić. To było nie do wytrzymania - mój przyjaciel znów nabrał wigoru.

- Taką samą porcję? - spytałem.

- Równe żołądki? - przyjaciel, szyderczo nieco, przypomniał sobie jedną z idei strajkowych:

„Wszyscy mamy równe żołądki, więc wszystkim należą się takie same wyrównania”.

- Może i mamy, lecz nie wszyscy możemy po równo napełnić te żołądki -skomentował po chwili. - Taka nierówność jest napędem postępu, bo zmusza do wysiłku. Wolny rynek to różnica potencjałów.

- Ale my chyba możemy zamówić po równo? - zażartowałem.

- My możemy - potwierdził, silnie akcentując to „my”.

- Póki co - dodałem, silnie akcentując „póki”.

Wolność nasza szła ulicą Gdańską, obmywana uśmiechami przechodniów i gwarem, takim żywym normalnym gwarem tłumu odradzającego się w nadziei wszystkich, każdego człowieka z osobna, bowiem może być przecież równość w nadziei. Piękna w swojej ukrytej nagości.

- „Póki co. Póki co” - stukały obcasy dziewczyny i łopotała na wietrze jej kwiecista sukienka. Niczym sztandar pierwszomajowy, bo ulicą Gdańską płynęły przecież swego czasu pochody pierwszomajowe, których było mi, z uwagi na ich barwność, ruch i gwar, nieco żal. Z przyzwyczajenia bowiem wyszliśmy wraz z przyjacielem z domu dziś, w dniu pierwszego maja i, nie mając dokąd pójść, usiedliśmy w „Cristalu”. Jak wielu zresztą bydgoszczan wychodzących z domu. Była to kawiarnia w starym stylu, z okrągłymi stolikami o marmurowych blatach, nie obowiązująca, to znaczy można w niej było przesiedzieć pół dnia nad szklanką słomkowej herbaty, ale też można było zamówić winko i koniaczek, napoleonkę i tort węgierski. Najlepsze były miejsca przy oknie, te które właśnie teraz zajęliśmy, bo z nich, niczym w kawiarniach paryskich, można było obserwować, jakby uczestnicząc w nim, uliczne życie.

W czasach pierwszomajowych, jak eufemistyczne ale pozytywnie można określić tamte lata, w dniu pierwszego maja dekowały się w „Cristalu”, o ile oczywiście był otwarty, bo były lata kiedy partia zakazywała do godz. 1300 otwarcia wszelkich lokali, „aby nie odciągały od obowiązku obywatelskiego”, tak zwane wolne zawody, określane czasem przez jadowitą komunistyczną gadzinówkę „Gazetę Pomorską”, wolnymi czyli niebieskimi ptakami. Siedziały oczywiście przezornie w głębi, aby ich nieodpowiednie, czyli odpowiednie służby nie wypatrzyły, no bo po co. Siedzenie tu było o tyle bezpieczne, bo „Cristal” był jakby częściowo przysłonięty kioskiem „Ruchu”, służby głównie biegały po jezdni, aby była wolna, aby mogła po niej bez przeszkód przejść czołówka pochodu, czyli komunistyczny establishment zdążający na trybunę ustawową przed gmachem Polskiego Radia. Bo wtedy wolność była dla wybranych, a reszta mogła tylko stać i patrzeć. Też miała swoją wolność.

- Teraz będziemy mieć pochody, takie gwarne i barwne, pełne życia, codziennie. Nie na rozkaz, tylko z natury rzeczy - rozmarzył się mój przyjaciel, spoglądając przez witrynę na Wiosenną Panią.

- „Póki co. Póki co” - stukały jej szpilki.

(1989)
Stefan Pastuszewski


Władysław Łazuka

PERKOZ

Jest październik. Spławik kołysze się na fali wraz z błyskami słońca na zachodnim wietrze. Czekam na branie. Przychodzi młokos i rozkłada spinning. Rzuca. Daleko. Ripper penetruje podwodny spad, ale nie ma żadnego pobicia. Powtarza kilka razy. Idzie dalej. Kątem oka widzę zacumowane żaglówki i nagłe zawirowanie wody. Trafił szczupaka...? Ciągnie. Pytam, co jest. Słyszę -perkoz...??? Po chwili ukazuje się. Faktycznie. Ptak. Celny rzut nie ma co. Oko to oko. Ptaszysko rwie w jezioro. Nurkuje. Młokos ściąga. Walczą. Musi dociągnąć. Odczepić. Ptak broni się jak może. Kiedy ma go już blisko, podpowiadam, by chwycił go za nogę, bo operuje dziobem jak szabelką. Młokos chwyta wyplątuje. Duży ptak - mówi. Piękny - myślę. Na całe szczęście haczyk nie wbił się, a tylko żyłka owinęła nogę. Uwolniony, przestraszony, czym prędzej odpływa. W następnych dniach perkoz z tegorocznego wylęgu staje się ostrożny, obserwuje spławiki i pomost i stara nie zbliżać się zbyt blisko, a miejsce, gdzie został trafiony, omija szerokim łukiem.

Zdobył nowe doświadczenie. Nauka nie poszła w  l a s.......

KORMORAN

Przylatuje regularnie. Punktualnie. Jest wielki. Kormoran - samotnik. Wie gdzie i kiedy. Instynkt. Co chwilę znika pod wodą. Po pewnym czasie wynurza się i trzyma w dziobie węgorza. Widzę jak kawałek po kawałku połyka takiego prawie kilogramowego węgorza. Płynie w jezioro i wchłania, nurkuje i tak w kółko. Kiedy powraca, znowu zapuszcza się w toń. Ma.... Drugiego. Dużego. Ho, ho, takiego około dwóch kilogramów. To ci dopiero łowca. Ryba broni się. Moment i ucieka. Kormoran jest zaskoczony, zdziwiony. Zdezorientowany tym, co się wydarzyło rozgląda się, jakby nie dowierzając takiemu obrotowi spraw. Pech. Jeden ruch i po wszystkim. Taki kąsek. Nurkuje i powtarza kilka razy, ale na nic te próby. Odpływa. Ogląda się.

Wędkarz powiedziałby..... spiął się i tyle go widziałem.

Było i nie ma.

Władysław Łazuka


Jerzy Żelazny

POJADĘ DO CIEBIE

Wszedłem do przedziału, a Helutka ujrzawszy mnie, zbladła. Oczy zasłoniła dłonią, a jej piersi zatrzepotały mgliście. To jasne, wówczas nie znałem jej imienia ani nie byłem go ciekaw. Bardziej zainteresowały mnie dziewczynki kryjące rozczochrane główki za plecami kobiety. Powiedziałem:

- Proszę się nie bać. Nie jestem mężczyzną, lecz obłokiem w spodniach.

Kobieta odsłoniła lewe oko, przyjrzała mi się uważniej, z zaczynającymi się tlić oznakami sympatii, powiedziała:

- To słowa Majakowskiego, które wyrzekł, gdy w pociągu przestraszył pewną panią. Potem zatytułował nimi poemat.

Raptem i gwałtownie zbliżyła nas znajomość przygód poety, który pozostałby wielkim, gdyby nie zbłaźnił się wychwalaniem najokrutniejszego eksperymentu ustrojowego dwudziestego wieku. Zgęstniała między nami sympatia, stała się ckliwa i rzewna. Nosiłbym ją chętnie na rękach - takie staromodne i banalne pragnienie ścisnęło mi kwieciście gardło. Lubiłem wiersze, godzinami recytowałem je z pamięci, ale każdego strzeliłbym w pysk, kto by wówczas sugerował, że aluzja do autora futurystycznego poematu zburzy i zniweczy moją włóczęgę po kraju, którą manifestowałem odzyskanie osobistej wolności.

Helutka odsłoniła twarz i przyjrzała mi się pełnią rozchylonych oczu. Rozkwitły niczym bratki z wiersza poety, naszego poety, który swą polskość uwiarygodnił zmiękczając głoski w nazwisku. Potem uśmiechnęła się tęsknie, jakby przywołanie futurystycznego poematu wyzwoliło w niej skrywane pokłady czułości i teraz nieśmiało szukały ujścia.

- Moja mama recytowała na akademiach „Lewą marsz”. Za każdym razem otrzymywała burzliwe oklaski, więc stała się wielbicielką tej poezji - wyjaśniła Helutka genezę znajomości życiorysu kochanka Lili Brik.

Rozwijając problem, zanuciłem:
            „Myślicie, to bredzi malaria?
            To było,
            było w Odessie.
            „Przyjdę o czwartej” - powiedziała Maria.”

- Melodię do tych słów ułożył mój przyjaciel - opowiadałem - a ja przerobiwszy poemat na monodram, grałem go na wielu scenach w wielkich miastach i w pipidówkach. Oklaski dostawałem skąpe, częściowo wymuszone przez animatorów tych przedstawień, którym było wstyd, że na sali siedzą same cymbały.

- To cudowne - szepnęła Helutka przymknąwszy oczy. Otworzywszy je, zatrzymała wzrok na moich spodniach, na wypukłości eksponującej ciasnotę portek, wyglądających jak ściągnięte z tyłka młodszego brata. Recytowała cicho, aksamitnym głosem inny fragment poematu:
            „Teraz by nikt mnie nie poznał:
            żylasty ogrom
            skręca się
            jęczy.
            Co by się zachcieć takiej bryle mogło?
            A bryle chce się wielu rzeczy.”

Umilkła, lekko zawstydzona opuściła oczy, jakby wyznała mi coś niestosownego. Zbliżyłem twarz do jej ucha i prawie szeptem powiedziałem:
            „Nocą by chciało się dzwon swój
            wtulić w miękkie,
            w kobiece.”

Helutka przymknęła powieki, by stłumić blask, który kwilił w jej oczach, rozszerzył źrenice, senność powlekła jej twarz, jak gdyby przytuliła się do poduszki. Ocknęła się, powiedziała głosem, w którym nadal drżało liryczne napięcie:

- Nie bójcie się dziewczynki - Helutka wyciągnęła zza pleców główki bliźniaczek, które nie akceptowały mnie dość demonstracyjnie. - Ten pan jest dobrym człowiekiem. Lubi wiersze i nie pali papierosów.

To stwierdzenie o braku nikotynowego nałogu, było zdumiewające. Potem dopytywałem się, jak na to wpadła? - Nie wiedziałam, siedzieliśmy w przedziale dla niepalących. Brakowało mi jednak dla zachowania rytmu wypowiedzi jeszcze jednego członu zdania. I palnęłam o tym niepaleniu.

Byłem jej wdzięczny za nazwanie mnie dobrym człowiekiem. Miałem już dość roli, jaką mi wyznaczono w domu, w którym mieszkałem, nim wyruszyłem na włóczęgę. Zresztą w pociągach, w autobusach też się to zdarzało - używano mnie do straszenia dzieci. Kiedy jakiś brzdąc coś zbroił, nie chciał jeść albo zanadto naprzykrzał się o kupno zabawki lub łakoci, względnie zadawał niestosowne pytania, matka wołała, bądź cicho, bo cię zaprowadzę do tego pana, co mieszka na parterze - to ja tam zajmowałem izdebkę po matce - a on cię wsadzi do kieszeni. Czasem, gdy bachory zanadto wrzeszczały, wychodziłem na podwórko, robiłem srogą minę, milkły, chowając się za załomem murów, w piwnicach, komórkach. Tylko najwybitniejsze łobuzy z daleka zginały rękę w łokciu i wychodził im ów słynny gest, który dość powszechnie zawładnął wyobraźnią mieszkańców mego ukochanego kraju.

Bliźniaczki przestały się dąsać, ale nadal spoglądały czujnie, niepewnie, zalęknione. Któraś kopnęła mnie zalotnie w łydkę.

Wszedł konduktor, sprawdził bilet Helutki, a gdy wyciągnął rękę po mój, spojrzałem na niego jednym z tych spojrzeń, od których osobom bojaźliwym i grzesznym cierpła skóra. Konduktor wycofał rękę, bąknął:

- No tak, nie trzeba. - A wychodząc z przedziału rąbnął się łokciem o drzwi, ale nawet nie zaklął, oddalił się w popłochu. Skwitowałem to śmiechem, a Helutka zapytała:

- Czemu nie sprawdził pańskiego biletu?

- Bo go nie mam - wyznałem. - Nigdy nie kupuję. Jeżdżę za darmo.

Przyjęła to wyjaśnienie jako oczywiste, nie dopytywała się, kto i za co obdarował mnie przywilejem jazdy bez biletu. Może pomyślała, że jestem ważnym pracownikiem kolei albo urodziłem się w pociągu i kolej w czasach, gdy robiono takie znaczące gesty, obdarowała mnie dozgonnym prawem jeżdżenia pociągami za darmochę? Bo chyba nie wzięła mnie za parlamentarzystę. Zresztą oni też teraz płacą za przejazd. Uznałem, że zbyt łatwo uwierzyła w moje komunikacyjne przywileje, więc powiedziałem:

- Jestem zwyczajnym gapowiczem. Konduktorzy nie czepiają się, są przekonani, że jestem facetem, któremu trzeba wybaczyć jazdę bez biletu.

To wyjaśnienie sprawiło, że jej podziw dla mnie podskoczył wyraźnie i zdecydowanie. Zachłanniej spoglądała na wypukłość przyciasnych spodni.

Milczeliśmy; bardzo przyjemnie nam się milczało, coraz radośniej nam się milczało, ba, w naszym milczeniu było wiele wdzięku i subtelności. Bliźniaczki uspokojone opiekuńczymi dotknięciami matki przysnęły, a pociąg stukotał, zgrzytał, szumiał i cuchnął zaduchem tysięcy podróżnych, jeżdżących nim przed nami.

Zbliżaliśmy się do Koszalina, Helutka zaczęła budzić bliźniaczki.

- Jedzie pan dalej? - zdziwiła się sądząc chyba, że wszyscy pasażerowie powinni tu zakończyć podróż. Potwierdziłem ruchem głowy, a nasze rozstanie skwitowałem strzelistym westchnieniem. I by uwiarygodnić to westchnienie, dodałem:

- Ładnie się z panią podróżowało. Mógłbym tak jechać i jechać... - Przyjęła to oświadczenie wonnym uśmiechem i sięgnęła po bagaż. Była kobietą filigranową, nie mogła dosięgnąć rękami półki, więc pomogłem ściągnąć walizki, jakiś tobołek, wypchaną reklamówkę. Dziewczynki rozespane marudziły. Wyniosłem jej dobytek na peron. Wysiadło niewiele osób, natychmiast wchłonął je tunel podziemnego przejścia. Helutka rozglądnęła się bezradnie, rzekła:

- Jak ja zaniosę te manele do dworca pekaesu? - kopnęła jedną z walizek.

Nie wahałem się ani chwili: pobiegłem do przedziału, zarzuciłem swój tobołek na plecy, wróciłem na peron, ofiarowując pomoc. Chwyciłem walizy i torby, ona wzięła pod pachy bliźniaczki, ja przodem, ona za mną - w takim porządku opuszczaliśmy dworzec kolejowy. Gdy pociąg, z którego wysiedliśmy, ruszył i wkrótce nabrał rozpędu, zawołała:

- Uciekł panu pociąg.

- Nie szkodzi, nigdzie mi się nie śpieszy - powiedziałem. - Moje wędrowanie nie ma celu, jechałem, żeby jechać. Jeśli podróż mi się sprzykrzy, wysiadam, zmieniam kierunek jazdy, zawracam. Czasem w jakimś mieście idę na piwo do pubu, potem śpię gdzieś w parku albo w poczekalni dworcowej.

- Genialne - szepnęła zachwycona, postawiwszy bliźniaczki na ziemi, gdyż przebudziły się wreszcie i szły na własnych nogach. Kobieta miała teraz puste ręce, skrzyżowała jej pod piersiami, zwolniła. A ja spoglądałem na słońce, które chowało się za blokami, czasem wychynęło zza któregoś, rzucając ostre promienie, jakby chciało mnie przestrzec przed zapuszczaniem się bez zastanowienia w nieznane.

Za godzinę miał odjechać autobus do miejscowości, w której mieszkała Helutka. Powiedziała, że jest to urocza dziura, pełna mgieł, które zadomowiły się między wzgórzami. I pachnie tam przeźroczystym powietrzem. Czekałem na odjazd autobusu, aby pomóc jej zająć miejsce, poupychać bagaże. Kupiłem w bufecie słodkie bułeczki, poczęstowałem Helutkę i bliżniaczki, jedliśmy, a słońce całkiem znikło, przestrzeń między domami wypełniał mrok. Nie wiem, co mnie napadło, ale ogarnęła mnie przemożna potrzeba pomagania bliźnim, zwłaszcza tej filigranowej kobiecie, której czarny pieprzyk nad górną wargą, po prawej stronie lekko zadartego noska, gustownie podczerniony, był kontrapunktem swawolnego uśmiechu.

Pomyślałem banalnie, a może to miasteczko, w którym mieszka Helutka, jest tym miejscem, do którego zmierzam, które pragnę zobaczyć, jest kresem mojej wędrówki nie mającej celu? Włóczyłem się od pewnego czasu po kraju, nie płacąc za przejazdy, mimo że pociąg stał się moim domem - spałem w nim, myłem się, jadłem kupowane w bufetach kanapki, załatwiałem swe potrzeby.

- Czy istnieje taka miejscowość, do której gdy się dojedzie, można powiedzieć: do niej zmierzałem przez wiele miesięcy, wiele lat i odnalazłem ją nareszcie, tu spocznę? - powiedziałem do Helutki, a mówiąc to, w głębi pamięci turlał się fragment boskiego poematu o podążaniu za gwiazdą do portu powszechnej szczęśliwości. Chciałem go zacytować, ale uznawszy, że scena stałaby się nazbyt napuszoną,, zrezygnowałem.

Chyba pojęła, co zaczęło rozsiewać pokusę, napełniać moją wyobraźnię świetlistymi blaskami. W jej oczach zapłonęły iskierki nadziei, otworzyła usta, na których lśnił dyskretny uśmiech, chcąc coś powiedzieć, może radośnie krzyknąć, ja jestem twoją przystanią, kresem poszukiwań, wędrówki, ucieczki... Milczała, gdyż zapowiedzieli odjazd autobusu. Spostrzegłem na twarzy Helutki drżenie niepokoju, niepewność i smutek. Bliźniaczki znowu chowały się za plecami matki.

Pomogłem ulokować walizy w kufrze bagażnika, ona z dziewczynkami weszła do wnętrza pojazdu, miałem już odejść, ale zobaczyłem przez szybę ruch jej głowy, ledwie dostrzegalny, pewnie bezwiedny, ale wystarczająco zachęcający, by usiąść obok niej, pojechać w tunel mroku, ciągnący się między drzewami, gdy zgasły światła Koszalina. Milczeliśmy przez całą drogę onieśmieleni nieoczekiwaną sytuacją, lekko zawstydzającą, z niepokojącym pytaniem, co się stanie, gdy autobus dojedzie do kresu, gdy wspólna podróż się skończy, trzeba będzie wysiąść?

- Na imię mam Helutka - szepnęła, zbliżywszy usta do mego ucha.

- A mnie jest Kazio - zrewanżowałem się. Kobieta ścisnęła mi dłoń.

I wówczas napadła mnie melodia piosenki zaczynającej się słowami:

„Pojadę do ciebie...”

Niestety dalszych słów i melodii nie pamiętałem. Tylko ten fragmencik. Mimo to melodia ta kwiliła we mnie uparcie i radośnie. Wypełniła nie tylko po brzegi moje myśli, ale cały autobus, przestrzeń, którą pokonywał zgrzytliwie i pracowicie. Zgasła, gdy dojeżdżaliśmy do miasteczka.

Pasażerowie wysiedli po drodze, pozostaliśmy w autobusie sami. Helutka poprosiła kierowcę, żeby przystanął przed jej domem, znajdującym się na brzegu miasteczka. Nikt nie widział nas wysiadających ani wchodzących do jej domu, przed którym rośnie krzew dzikiego bzu. Siąpił deszcz i ludzie woleli nie wychylać się w mrok nieprzyjemny, namokły, wietrzny.

Weszliśmy do domu, zapytałem:

- A gdzie mąż?

- Uciekł, jak to się śpiewało niegdyś: pomaszerował w siną dal.

Pokiwałem głową robiąc minę żałosną, chociaż - co tu ukrywać - podniecające myśli zaczęły mi gmerać w mózgu, popychać krew, by krążyła szybciej.

- To smutne - rzekłem. - No, cóż, pojadę dalej, skoro tak się sprawy mają.

- Ależ nie! - nie wiedziałem, czego dotyczy to gwałtowne zaprzeczenie - czy odejścia męża, gdyż nie jest to dla niej zdarzenie ani smutne, ani zawstydzające, czy mej chęci powrotu do Koszalina i wyruszenia w dalszą drogę, by kontynuować moją podróż bez sensu.

- To dobre zrządzenie losu, że zniknął w sinej dali. A dokładniej za oceanem. Uciekł przed represjami, które mu ponoć groziły, pojechał do swej kuzynki, dalekiej kuzynki, pozostał na zawsze. W zamian przysyła dolary. Cudownie szeleszczące papierki z obrazkami amerykańskich prezydentów. Tu był urzędniczyną, tam jest pół kapitalistą. Czy to nie fajne? Użala się w listach, że musi żyć z kuzynką. Odpisuję mu - zawsze płaci się jakąś cenę. I pocieszam - to przecież daleka kuzynka.

- Jednak pójdę - westchnąłem ze strzelistym smutkiem.

Chichocząc, przytrzymała mnie za rękaw bluzy.

- Dokąd chcesz iść, człowieku? - przeszła na formę per ty, co mnie wprawiło w zachwyt. - Nie ma już autobusu, dzisiaj nie wyjedziesz z miasteczka, dopiero jutro rano. Na okazję nie masz co liczyć, takiego draba jak ty, nie zabierze żaden kierowca, wystraszy się twego wyglądu.

- Jest tu chyba jakiś dworzec, przekimam do rana.

- Bzdura. Mam na strychu pokoik ze sraczykiem i umywalką obok. Możesz się tam zainstalować na jedną noc. Zechcesz pomieszkać dłużej, proszę bardzo, za skromną opłatą. Trzymam ten pokój, by wynajmować różnym łazęgom, przyjeżdżającym oglądać rosiczkę, tę upiorną roślinkę, co zżera owady, więc ściąga do nas ciekawskich. Na innym torfowisku rośnie bujnie diabelska rokita, a na skraju bagnisk wierzby siwe, spróchniałe. Chylą głowy i nucą cichutko, jakby Chopin krył się w gałęziach i układał melodie. Jest co oglądać, nie wspominając o festynie poświęconym plackom kartoflanym - zachwalała z zapałem, z poetycką mgiełką w oczach. Pomyślałem, chyba jej za to płacą.

Zostałem do rana. Helutka wskazała mi drogę na górę. Schody były wąskie i rozpaczliwie skrzypiały, jakby moje przejście było dla nich katuszą. Pomyślałem, jeśli będę skradał się nimi nocą, to nawet piekło przebudzę.

Wczesnym rankiem pociągnęła mnie delikatnie za kciuk. Ujrzawszy jej pieprzyk nad górną wargą, pomyślałem - przykro podnieść się z posłania, nie dotknąwszy go ustami złaknionymi pieszczot. Zdusiłem jednak w sobie ten podszept poranny - ta kobieta wyzwalała we mnie dobroć, czułem w duszy narastający ład, jakbym go wyłuskał z gwiazd. Nie miała, niestety, tej mocy Marta, moja niedawna kobieta, nie prześladowałaby mnie jej ponura złość i inne parszywe skłonności. A ja przez to stałem się tęgim łobuzem.

Helutka musiała dojrzeć mgiełkę smutku w mych oczach, gdyż rzekła cicho, z nadzieją, że postanowię inaczej.

- Niebawem odchodzi pierwszy autobus. Jeśli chcesz wracać do Koszalina, by tam wsiąść do pociągu byle jakiego, to powinieneś wstać. Z rana nie ma wielu gapiów. Zawodowe plotkarki jeszcze śpią.

Posłuchałem i poszedłem do łazienki. Helutka przygotowała na śniadanie.

- Jestem ci wdzięczna za pomoc podczas podróży. I że przenocowałeś.

Tej drugiej wdzięczności nie rozumiałem - będzie musiała wyprać pościel, by się pozbyć mego zapachu, jaka to przyjemność?

- Już dawno nie słyszałam chrapania mężczyzny pod dachem tego domu - objaśniła powód swego zadowolenia. - Nie spałam. Lubię wsłuchiwać, gdy od chrapania trzęsie się cały dom.

Mimo tych konstatacji Helutki postanowiłem się pożegnać.

Rozmowa i rumor przesuwanych krzeseł zbudziły bliżniaczki. Ta noc całkiem je odmieniła - nie boczyły się na mnie ani obawiały, przeciwnie, chwyciły me dłonie, przytulały główki do mych bioder. Musiał to być budujący obraz, gdyż Helutce zamgliły się oczy. A dziewczynki pociągnęły mnie na podwórko, musiałem przeleźć przez dziurę w płocie, za którym znajdował się wąwóz pełen śmieci - puszek po piwie, papierzysk, szmat, potłuczonych butelek, kapsli, połamanych wózków dziecięcych, starych opon. Podobno parów ten miał, dowiedziałem się pónźiej, dziwną przypadłość - ilekroć ktoś go posprzątał, natychmiast przystrajał się świeżymi śmieciami, barwniejszymi od poprzednich, szeleszcząc dobitniej, jakby się w nim zbierał brud i podłość całego świata, a może tylko tego miasta albo ludzi mieszkających w domach ciągnących się wzdłuż wąwozu. Helutka nie wrzucała do parowu śmieci - miała duszę zbyt czystą, przejrzystą, aby się ważyć na coś tak niecnego.

Dziwiłem się, że tak śliczne bliźniaczki przyprowadziły mnie na śmietnisko dzikie i ordynarne. Okazało się, że wąwóz kryje tajemnicę.

- Popatrz, Syczku - powiedziały bliźniaczki - tam siedzą śliczne pieski.

Spojrzałem głębiej w parów - wśród śmieci siedziały psy ciche i potulne. Spały najczęściej, a niektóre coś tam gryzły.

- Wracajmy, Syczku. Mamusia nie lubi, gdy włóczymy się po śmietnisku.

- Dlaczego nazywacie mnie Syczkiem?

- Bo twoja twarz składa się tylko z wielkich oczu, niczym u sowy syczka. Jej obrazek wisi w naszym pokoju. Przez to zacząłeś nam się podobać.

- Mądre dziewczynki - chwyciłem je pod pachy i zaniosłem do domu. Na podwórku posadziłem na barana najpierw jedną, potem drugą, biegałem podskakując wokół klombu z macoszkami, dziewczynki chichotały niebotycznie. W tym czasie Helutka przebrała się w powiewną sukienkę, powiedziała, że odprowadzi mnie na dworzec. Zauważyłem, że nie jest konsekwentna:

- Wyganiasz mnie na dworzec, zanim wstaną zawodowe plotkarki, a chcesz się ze mną sztafirować?

- Mamusiu, niech Syczek zostanie - wołały bliźniaczki, gdy je postawiłem na podłodze. - Mamusiu, podaruj nam Syczka, lubimy, gdy nosi nas pod pachami i na barana. Obiecał, że będziemy mogły go ciągnąć za brodę.

Spojrzałem pytająco na matkę bliźniaczek. Ona zapłoniła się wyraziście i promiennie, rzekła, hamując radosny dygot lewej brwi:

- Zostań, skoro cię proszą. Ale za pokój musisz zapłacić - dodała, aby nie było wątpliwości w jakim charakterze mam tu mieszkać.

Jerzy Żelazny



Jerzy Żelazny (ur. 1933) mieszka w Polanowie. Prozaik. Autor kilku książek, w tym ostatnio wydanego zbioru opowiadań „Szkoda lata” (1998). Od 2000 r. prezes koszalińskiego oddziału ZLP.



 
Pięć - dziesięć zdań:

Ryszard Biberstajn

PRAWDZIWA POEZJA

Prawdziwa poezja

mieszka w ciemnych oknach

w przyczajonych domkach

na przedmieściu

kusi z dna studni

niebieskim kołem z gwiazdami

 

nienowa to myśl

ale jakże czarująca

swą głębią

Ryszard Biberstajn



Za zgodą autora przedruku dokonaliśmy z tomiku pt. „Minutę niżej” wydanego przez ZLP „Poeticon” - Poznan 2001 r.

Dziękujemy.pkl. „Łabuź”




POMORSKIE POSTACIE - OTTO PUCHSTEIN - ŁOBEZIANIN*

Przeszedł już On i mocno posadowił się w historii. Nie jest jednak postacią znaną, śmiemy nawet twierdzić, iż poza naukowo - archeologicznymi kręgami jest postacią szerzej nie znaną.

Dlatego też „Łabu” korzystając z nawiązanych kontaktów, z miłą i sympatyczną rodziną, a konkretnie z „Archiwum Rodu Puchstein”, jego założycielem i „kustoszem”, panem Ottonem - drugim, imiennikiem profesora, w Hilzingen (Badenia-Wirtembergia), dysponując już pewnym zasobem dokumentów i informacji, usiłuje spopularyzować postać prof. Ottona Puchsteina. Poniżej zamieszczony tekst został oparty właśnie na jednym z dokumentów otrzymanych z „Archiwum...”, którego zbiory zostały, ostatnio wzbogacone o materiały otrzymane od Prof. V.M. Strocki z Katedry Archeologii Freiburskiego Uniwersytetu, gdzie prof. Otto Puchstein pod koniec XIX w. był jednym z wykładowców na Wydziale Archeologii Klasycznej tak, że obecny kierownik katedry jest niejako jego następcą.

Otto Puchstein urodzony w roku 1856 na Pomorzu w Łobezie, w rodzinie właściciela piekarni i radnego, po skończeniu szkoły elementarnej w Łobezie i gimnazjum w Drawsku, w latach 1876 - 80 studiował u Adolfa Michaelisa na Uniwersytecie Strassburskim filologię germańską, tam także doktoryzował się.

Jego wielką pasją i zainteresowaniem była monumentalna architektura obszaru śródziemnomorskiego i Orientu, a jego pomorski praktycyzm dał mu podstawy do opracowania i stworzenia do dzisiejszego dnia aktualnych i stosowanych zasad rozumienia technologicznych uwarunkowań budowli antycznych.

Zainteresowania przejawiane już w czasie studiów, skonkretyzowały się, kiedy najpierw jako pracownik niewykwalifikowany, a w póniejszym czasie jako stypendysta był zatrudniony w Cesarko-Niemieckim Instytucie Archeologii w Berlinie.

To właśnie tam nabyta wiedza i umiejętność biegłego stosowania technicznie -antycznych rozwiązań, miała duży wpływ na fakt, iż to właśnie on - Otto Puchstein rozwiązał techniczną zagadkę i zaproponował szereg układu płyt fryzu i brył Ołtarza Pergamońskiego, przywożonych sukcesywnie, w miarę postępu prowadzonych przez Karola Humanna wykopalisk.

Jego pierwszą samodzielną pracą był opis i naukowe opracowanie nagrobnego pomnika króla Antiocha II i ołtarza z Nemrud Dag w północnej Turcji.

Kolejne opracowanie opisowo - badawcze wykonał wspólnie z Robertem Koldwey: „Greckie świątynie w południowych Włoszech i Sycylii”. Opracowanie to ukazało się drukiem w roku 1899, kiedy Otto Puchstein, otrzymawszy tytuł profesora, pracował już w Katedrze Archeologii Klasycznej Uniwersytetu Freiburskiego.

Z Freiburga wyruszył też na kolejną wyprawę badawczą do Baalbeku, które to wykopaliska od roku 1900 były finansowane ze środków cesarskich. Prócz tego, w tym samym czasie pełnił funkcję komisarza odcinkowego w tak zwanej Limes-Komission**.

Prócz pełnienia wymienionych już funkcji, od roku 1904 kierował Rzymskim Wydziałem Cesarsko-Niemieckiego Instytutu Archeologii, a w roku 1905 otrzymał nominacją na Sekretarza Generalnego tegoż Instytutu. Fakt ten, oceniający wagę gatunkową tego stanowiska, skomentował dobry znajomy Ottona Puchsteina, Herman Winnefeld, w prywatnym liście do Hermana Hülsena przebywającego w tym czasie w Rzymie, w następujący sposób: „Wasz nowy sekretarz generalny... wydawałoby się, że patrzy już spokojnie w swą przyszłość, gdyż ma świadomość popełnienia największego głupstwa swego życia, tak że kolejnego już obawiać się nie musi”.

Mimo wszystko, to właśnie dzięki pełnieniu tych funkcji, mógł osobiście nadzorować, kierować, opracowywać i wystawiać te wszystkie skarby kultury antycznej, które nadchodziły do Berlina z licznie prowadzonych wtedy wykopalisk.

To właśnie w tym czasie odkopano - odkryto stolicę hetycką HATTUSAS-
-BAGAZKÖY z imponującymi architektonicznie pomnikami pokrytymi pismem klinowym. ***

Pasja pracy i działania, którą wykazywał pełniąc tak wiele obowiązków, doprowadziła do tego, iż nagle w roku 1911 mając zaledwie 55 lat, zmarł na wskutek wylewu krwi do mózgu. 11 marca 1911 roku został pochowany w Łobezie, w grobowcu Rodziny Puchstein.

Ludwig Curtius, póniejszy następca Otto Puchsteina we Freiburgu, a wcześniej asystent przy pracach wykopaliskowych w Bogazköy (tam go poznał w roku 1907), w taki oto sposób scharakteryzował go we własnych wspomnieniach zatytułowanych: „Niemiecki i antyczny świat”.

 „Otto Puchstein był jedną z najszlachetniejszych - najsolidniejszych osobowości naszej nauki. Był wysokim dobrze zbudowanym, na pierwszy rzut oka nadzwyczaj męsko odziaływającym mężczyzną, którego nieskazitelny charakter objawiał się nie tylko w majestatycznym sposobie poruszania się, ale również w każdym jego ruchu jak i sposobie zachowania. Delektował się każdym słowem i sprawdzał poprawność użycia przed wypowiedzeniem go, należy pamiętać, iż z wykształcenia był filologiem. To wszystko zaprzeczało przyjętemu stereotypowi ociężałej oceny Pomorzanina, który swoim pochodzeniem z Pomorza, z Łobezu dumnie obnosił się i afiszował. Brzydził się kłamstwem, kamuflażem, zawoalowaniem, nadmiernym entuzjazmem. Rozterki i konflikty życiowe rozwiązywał z wrodzonym mu taktem ale i opieszałością. Posiadał piękne, jasne, świecące oczy, nad nimi miał krzaczaste brązowe brwi. Twarz jego była bardziej okrągła i szeroka aniżeli podłużna, uwydatniało ją jeszcze wysokie czoło. Humor jego należy zaliczyć do kategorii humoru czarnego. Wpływ na to miała jego dogłębna znajomość natury ludzkiej. Słabostki i bolączki ludzi nie były mu obce, potrafił jednak zachować w sobie nienaruszalny i niezniszczalny świat klasycznie harmonijnych wartości, z prawicowo-monarchistycznymi poglądami na odradzające się Prusy. Z tej wewnętrznej potrzeby harmonii przeszedł Puchstein w naturalny sposób z archeologii do historii architektury. W świecie miar, liczb i proporcji osiągnięcia naukowe łatwiej było sklasyfikować i w większym stopniu urzeczowić niż w takich dziedzinach nauki jak historia, malarstwo, plastyka itp. Jednocześnie cierpiał bardzo jako człowiek i jako naukowiec z tytułu zaniedbań i braku zainteresowania starożytnymi pozostałościami. Pozostałości te, siłą samej rzeczy są narażone na zapomnienie i zniszczenie poprzez trzęsienia ziemi, erozję, rozbójniczy rozwój arterii komunikacyjnych. Dlatego też, gdzie tylko mógł, głosił apele o dbałość i zachowanie, zabezpieczenie i naukowe opracowanie resztek antyku dla dobra nauki i kultury.

Najcenniejszą dla niego radością była praca w świątyni Baalbek, gdzie przy pomocy młodych i ukształtowanych przez siebie architektów dokonał wielu naukowo cennych odkryć (...)” ****.

Zarysowany powyżej szkic mówi i przekazuje nam - współczesnym, iż cechą charakteru ludzi Pomorza jest widzenie i ocenianie nie tylko „dzisiaj, już zaraz, tutaj, teraz, za chwilę, ale także wczoraj, przedwczoraj, jutro, pojutrze”. Takie bowiem były naczelne cechy charkteru Ottona Puchsteina, całym sercem i duszą oddanemu nauce i światu antycznemu.

Uważamy, iż przez to samo jest godzien, aby o Nim pamiętać.

Dziękujemy Pkl. „Łabuź”



* Tytuł od redakcji

 
** Limes - w cesarstwie rzymskim obronny system graniczny złożony z wałów i palisad otoczonych fosą oraz twierdz, wież strażniczych i obozów legionów połączonych utwardzonymi drogami mający chronić imperium przed najazdami barbarzyńców. Do największych należał tzw. Germanikus między Dunajem a Renem. Prof. Otto Puchstein był odpowiedzialny za prace badawcze na jednym z odcinków tych umocnień.

 
*** Hattusas - ruiny w pobliżu tureckiego miasta Bogazköy odkryte przez niemieckich archeologów na pocz. XX wieku. W starożytności stolica państwa Hetytów (XVI - XII w. pne.). Pozostałości potężnych murów z kilkoma bramami, pięć świątyń oraz pałac królewski, w którego wnętrzu odnaleziono ponad 13 tysięcy glinianych tabliczek z pismem klinowym zawierających pieśni religijne, kroniki i dokumenty.
W 1907 r. prof. Otto Puchstein jako Sekretarz Generalny Cesarsko-Niemieckiego Instytutu Archeologii wizytował powyższe miejsce prac archeologicznych.

 
**** W oparciu o tłumaczony z jęz. niemieckiego fragment dokument pt. „Deutche und antike Welt.” Ludwiga Curtiusa, wydanie specjalne Lebenserinnerungen „Bücher der Neunzehn” z roku 1950. Sfabularyzowanego streszczenia i przetłumaczenia dokonała Gabriela Rutkowska. Konsultacja historyczna - Kazimierz Chojnacki.



 
Pięć - dziesięć zdań:

 

„(...) - Jesteś zepsuty. Zresztą, nie stanowisz chyba wyjątku w tej twojej Warszawie...(...) Kina, powiadasz, cyrki, tysiące możliwości... czego?
- Wiadomo - odparłem. - Fajnego spędzenia czasu.

- A ja bym to nazwał inaczej - powiedział Zyndram. - Konsumowania. Siedzicie sobie wygodnie i rozdziawiacie dzioby, a wam ładują do nich przysmaki. Dzisiaj filmik, jutro meczyk, pojutrze inne fidrygałki. Zamiast być - zdobywcami, jesteście zwyczajne żarłoki. (...) Do Róż nie przyjeżdżają sławne drużyny piłkarskie, chcesz meczu - sam w nim zagraj. Nie zabawiają nas tutaj, musimy sami organizować - sobie czas. (...) Poza tym... - urwał na chwilę. Poza tym ludzie tu dużo myślą. (...)”
 

Aleksander Mińkowowski
„Ząb Napoleona” Warszawa 1971 r.



Powyższy cytat - wyimek otrzymaliśmy od życzliwej nam - „Łabuziowi” czytelniczki: Marty Niedzielskiej z Poznania, studentki filologii polskiej Uniwersytetu im. A. Mickiewicza.
Cytat - wyimek ten bardzo trafnie odzwierciedla klimat i ducha „Łabuziowego” bycia. Jesteśmy Ci Marto serdecznie wdzięczni, czekamy na powtórkę.

Dziękujemy pkl „Łabuź”




KARTA EWIDENCYJNA

pomnika ku czci poległych w I wojnie światowej żołnierzy niemieckich - POMNIK ZYGFRYDA-ROLANDA w Łobezie

Część III Interpretacja symboliki obiektu. Kontekst historyczny.

Poszczególne obiekty i zespoły obiektów wchodzące w skład założenia, określanego przez mieszkańców Łobza jako Wzgórze Rolanda (lub pomnik Rolanda) zostały zaprojektowane i rozmieszczone według określonej koncepcji symboliczno-
-artystycznej. Jej autorem był twórca całego założenia - rzeźbiarz berliński Fritz Richter Elsner. Upamiętnienie poległych w I wojnie światowej, pochodzących z Łobza żołnierzy, stało się dla artysty pretekstem dla stworzenia rozbudowanego obiektu pomnikowego o bogatym programie ideowym, którego właściwe odczytanie miało rozbudzać w zwiedzających uczucia narodowo-patriotyczne i ojczyźniane. Poznanie pierwotnej treści ideowej umożliwia okolicznościowy artykuł, napisany przez Elsnera, opublikowany w 1927 r. („Heimatkalender” Kreis Regenwalde, 1927 r.). Podstawowym założeniem jest nawiązanie do początków niemieckiej historii i tradycji jako źródła narodowej tożsamości. Aby uzyskać ten cel artysta odwołuje się do legend i sag mitologii germańskiej, zawartych w pieśniach „Eddy” - pochodzącego z XII w. najważniejszego pomnika literackiego północnych Germanów oraz do wczesnośredniowiecznego niemieckiego eposu heroicznego „Pieśni o Nibelungach” (z XII/Xlll w.).

Forma wzgórza upamiętniającego z umiejscowioną na szczycie „świątynią poległych synów ojczyzny” miała symbolicznie nawiązywać do mitycznego miejsca spoczynku poległych wojowników germańskich (Walhalli - zamku boga Odyna, w której pośmiertnie ucztowali bohaterowie sprowadzeni z pól bitewnych przez walkirie). Stojące na wszystkich tarasach wzgórza kamienne kompozycje zawierały w runicznych rytach odwołania do mitów skandynawskich, ich zrozumienie miało ułatwić wędrówkę na szczyt, miejsca o największym znaczeniu symbolicznym. Szczególne znaczenie ma użycie kamienia - symbolu trudu i potęgi - jako budulca.

„Groty” - to stylizowane nawiązanie do neolitycznych dolmenów - starożytnych grobowców spotykanych na obszarach pn. - zach. Europy. Te ustawione na wszystkich poziomach tarasów kompozycje tworzyły nastrój pierwotności, archaiczności, konstytuowały widza w pragermańskiej, odległej historycznie przestrzeni. Stanowiły też edikułowe obramienie dla zgromadzonych w nich różnych przedmiotów o znaczeniu historycznym. Wyryte na kilku głazach inskrypcje przedstawiają znaki najstarszego typu pisma północno-europejskiego używanego przez plemiona północno-germańskie (od ok. 300 r. do VII w.). Występujące tu runy wchodzą w skład futhorku (alfabetu) skandynawskiego. Obok funkcji znaków przekazujących informacje pełniły też rolę przekaźników zaklęć i magicznych formuł (w „Eddzie”). Właściwe odczytanie treści zawartych w inskrypcjach wymaga specjalistycznej znajomości pisma runicznego.

Poszczególne tarasy, określone jako „kręgi” tworzyły tematyczną całość. Pierwszy z nich - najniższy - poświęcony był pamięci przodków. Według zamysłu autora krąg ten miał symbolizować fundament narodu niemieckiego, być wprowadzeniem w dziedzictwo ojców. Wewnątrz umiejscowionego tu grobowca dolmenowego zgromadzono militaria, które symbolizowały pozostawione dziedzictwo przodków dla narodu, ojcowizny, ojczyzny. Słowa te („Volk, Heimat, Vaterland”) zostały wyryte na wysokim głazie ustawionym u podstawy schodów (najprawdopodobniej jest to zwalony głaz). Na innym kamieniu tego tarasu (niezachowanym) wyryto symbol runiczny związany z kultem słońca: był to krzyż (symbol nieskończoności) w podwójnym okręgu z dookolnie umieszczonymi runami (rekonstrukcję wyglądu umożliwia film archiwalny z 1931 r.).

Wspólnota rodowa jest, wg Elsnera, tematem przynależnym drugiemu tarasowi. Na tym poziomie zachował się z całości założenia jedyny obiekt z symbolicznymi rysunkami. Wyryty na jednym z głazów wilk to mitologiczny Fenrir (wilk - potwór), syn boga Lokiego i olbrzymki Angrbody, w dniu końca świata miał zabić najwyższego boga Odyna i połknąć słońce, w kontekście tematu tego tarasu wilk może być też odniesieniem do wspólnoty miejscowej społeczności: ukoronowany, biegnący wilk znajduje się w herbie Borcków, rycerskiego rodu, historycznie związanego z ziemią łobeską. Umieszczony na tym samym głazie trójkąt zapewne symbolizuje życie. Na drugim głazie tego tarasu przedstawiona inskrypcja runiczna zawiera 5 znaków; Elsner określa je jako magiczne runy: mocy, oręża, zwycięstwa, nieszczęścia, śmierci. Dokładna interpretacja znaczenia wszystkich przedstawień tego tarasu wymaga gruntownej znajomości pieśni „Eddy” i symboliki pisma runicznego.

Następny taras stanowi miejsce poświęcone tradycji, przekazywanej w opowieściach. Zgromadzone w nim kompozycje kamienne i ich pierwotny wystrój miały skierować uwagę widza na czasy, kiedy pieśni, legendy i mity istniały tylko w przekazie ustnym, przekazywane z ojca na syna. Określane są one jako ławy opowieści, ławy ojczyźniane (Sagabank, Heimatbank), w zamyśle artysty służyły do rozpamiętywania bohaterskich czynów przodków, zawartych w pieśniach „Eddy”. Uzupełnieniem dekoracji były zgromadzone w nich przedmioty (harfa, korona, postaci karłów, urny). Na jednym z głazów zachowany run „T (ù) nosił imię boga wojny Tyra, na innym swastyka - pradawny symbol solarny. Na bramie wyryty run określany jako „Hailag Wiha” (Święte wyświęcenie). Podobnie jak na poprzednim poziomie poznanie prawdziwych znaczeń i odniesień symboliczno-narodowych wymaga osobnej pracy, opierającej się na dokładnej znajomości runów i ich ideowego znaczenia w l. 20-tych i 30-tych XX w.

Ostatni poziom - krąg ofiary - miejsce najważniejsze, poświęcone ojczyźnie - mające przypominać o wielkich germańskich zwycięstwach (nad Rzymianami, Hunami). Kolumna będąca podstawą posągu symbolizuje Irminsul, czczony przez Germanów słup drewniany, przedstawiający kolumnę Nieba, na której wspiera się wszechświat. Umieszczone na niej tarcze miały symbolicznie ochraniać pokój ojczyzny, nosiły znak „tyrfosu”(przez Elsnera określony jako aryjski symbol wiecznego życia). Ustawiony na kolumnie wojownik germański łączył w sobie cechy formalne pomnika Rolanda i Zygfryda - bohatera eposu „pieśni o Nibelungach” (w „Eddzie” występującego jako Sigurd).Tak zwane pomniki Rolanda to od średniowiecza ustawiane na rynkach niemieckich miast, przed ratuszami, nadnaturalnej wielkości rzeźby rycerzy z mieczem i tarczą będące symbolami prawa. Jednocześnie, w opisywanym posągu archaizujący, starożytny wygląd wojownika nawiązuje do postaci Zygfryda, wyidealizowanego przez niemieckich romantyków i Ryszarda Wagnera wzoru jasnowłosego młodzieńca germańskiego, bohaterskiego rycerza o nadludzkiej sile. Umieszczony w największym znaczeniowo miejscu założenia, skierowany ku wschodowi, uosabiał militarną potęgę Niemiec.

Należy tutaj dodać, że całe założenie pełne jest symboliki liczb. Szczególnego znaczenia nabiera „4” i „7”, są bowiem cztery tarasy, siedem kolumn, schody w zestawieniu po 4, lub 7. Układ ten odzwierciedla harmonię i porządek oraz podkreśla cyfrę „7” uznawaną za świętą. Nie bez przyczyny ilość stopni w osi głównej prowadzących na III i IV taras to „21” i „25” - dwie liczby znamionujące chwałę i sławę.

Istotnym elementem całego założenia była zieleń komponowana. Do chwili obecnej zachowało się niewiele pierwotnych nasadzeń, stąd brak możliwości pełnego odczytania symboliki. Zachowały się nieliczne drzewa (symbol sprawiedliwości i azylu, połączenie nieba i ziemi). Są to: sosny pn. część III tarasu) - symbole smutku i samotności, świerk (ten sam taras) - symbol życia i odrodzenia; istotne znaczenie miały też jesiony i graby - symbole długowieczności i dumy. Jesion w mitologii germańskiej to drzewo wszechświata (Yggdrasill), rosło w środku Asgardu (królestwa bogów), jego konary rozciągały się nad całym światem, zaś pod korzeniem, który sięgał do jaskiń olbrzymów, było źródło mędrca - olbrzyma Mimira. Dzięki Yggdrasillowi Odyn osiągnął pełnię mądrości.

Początki kultu germańszczyzny, germańskich korzeni i przodków, sięgają czasów XIX-wiecznego romantyzmu niemieckiego. W latach 30-tych XX w. przybrały formy nacjonalistyczne, szczególnie wykorzystywane przez ideologię faszystowską. Celebrowano wówczas wspólne pogańskie obrzędy (ceremonie zaślubin, chrztów). Symbole i znaki runiczne stały się popularnymi emblematami władzy hitlerowskiej (swastyka, runiczna błyskawica). Wzgórze Rolanda-Zygfryda, swoisty pomnik militaryzmu niemieckiego, był w latach 30-tych, 40-tych miejscem manifestacji młodzieży z Hitlerjugend; po 1931 obiekt został częściowo przekomponowany przez dołączenie m.in. tablicy poświęconej Hitlerowi.
 

Autorzy:
Kamila Wójcik,
Anna Bartczak,
Anna Hamberg-Federowioz,
Lidia Walasek


Jacek Durski

OKNO - fragmenty

- Ty naprawdę jesteś walnięty - prychnął ojciec patrząc na moje abstrakcje. Przyczepił sobie do czoła wycięty z papieru trójkąt. Coś oblicza w ten sposób. Bawi się matematyką, trójkątem na kuli. Zasypał mnie rzędami liczb. Obwinąłem sobie najdłuższy dookoła palca. Co tam masz na wskazującym? - zauważył zaraz zgrubienie. Strzelił szelkami i nadął się przed moim obrazem przesuwając trójkąt na głowie. - Przemieliłem to w ciągu kilku sekund - jest bliski pęknięcia. Wierzę ojcu, ale pytam złośliwie - w nano czy w piko? Zerwał z czoła papierek i pobiegł po skrzypce. Pokaże mi wszystkie zdolności. Wtłoczy syna w sztalugę. Pociera struny smyczkiem, uderza i szarpie palcami. Słyszy, co ja widzę. Zanurzam się z nim w „Ave Maryja”, wzlatuję, wyżej, głębiej w tę słodycz, tkliwość. Jestem blisko wzruszenia.

Pocięty na ćwiartki ojciec, człowiek przekrojony na krzyż. Służący żony i pan d(i)rektor. Muzyk i naukowiec. Nie ma ćwiartki dla syna. Położył głowę na skrzypcach, ciężką od kłopotów. Wysiadł mu służący z panem d(i)rektorem. Wczoraj powiedział popowcom „raus z fabryki”. Teraz żałuje tego „raus”. Nie mógł powiedzieć „won”. I jeszcze przewrócił się z zupą na sparaliżowaną żonę. Podcięła go jednym zdaniem: „Nie jesteś odpowiednio ubrany do podawania obiadu.”

Dzwonek. Ojca elektromonter „śmierć na motocyklu”. Zawiezie dyrektora do Warszawy. W przyczepie. Ojciec szybko wychodzi grając zawołanie jutrosinian „Wio Kobylino”. - Przestań wreszcie malować i chciej być inżynierem. Kupię ci za to samochód, a dla matki załatwię „Caritas”, tylko rzuć to malowanie, rzebienie - woła w zwycięskim marszu.

Uchylam okno i napełniam płuca ołowiem. Kościół i dworzec bliżsi. Stary Pućsamino gada do siebie patrząc w wieczór Mariackiej. A jego stara sylabizuje na głos to co czerwone na ogłoszeniowym słupie. Po niemiecku to by czytała. Spod trzynastki wyszli Donajscy. Idą na prawo, a ode mnie na lewo. Ona bez cyca, a on z garbem. Jej wycięli raczysko i nie ma wznowy. Lecz jemu dalej garb stoi ogromny. Wyrósł z kręgosłupa i czeka na chorągiewkę. Brzydko pomyślałem. Czuję ostrze w kości. Ten garb pozbawił mnie smaku.

- Co z wielmożną? - Z jaśnie? - zauważyli ojca przy motocyklu. -  Jeszcze nie umarła? - pyta wuj przez jezdnię. Jakby śpiewał hymn. Dlaczego nie śpiewa na baczność? - Idziemy do Tyczyńskich. Na małe pijaństwo. Ich syn zdał na politechnikę. A potem walimy na imieniny Pomorskiego. Rafała. Mówiłem mu o Jacku. Że maluje jak głupi zamiast studiować fizykę. Powiedział, żeby przyszedł w czwartek do „Atlantyku”, z pracami, to wybije mu kolorowe. - Chod szybciej! Brunon i tak ciebie nie słucha. Bliższy mu od rodziny motocykl - rzuciło ciotkę na boki zamiast do przodu. - A my załatwiamy Jackowi rozmowę z profesorem, dziekanem - zawołała ciotka w kanale wuja.

Ojciec nie widzi Donajskich. Nie słyszy nawet puszczanego motoru. Nie wie, że wsiadł do przyczepy i siedzi. Okryty gumigutą. Uśmiecha się nad kolanami. Dziś w Warszawie przeforsuje swój projekt. Szereg akumulatorów o małej pojemności. Lecz bardzo silny. Myślał o tej sile od lat. - Za półtorej jesteśmy w stolicy - zaryczał przed siebie elektromonter i wystartował z ojcem w huku silnika. Aż zerwały się prostytuty niby chmura gołębi. Jedna wypuściła z rąk pijaną torbę. Rozbił się bimber o chodnik.

Hula po pracowni propozycja ojca. Pieniądze za odejście od sztalug. Wygina się kusząco. Mieszkanie bez matki. Kusi z każdego kąta. Bez jej „Masz być pod ręką. Nie będę czekać ani minuty. Zrobię kupę do łóżka”. Bez „Naszczałam w pościel, bo byłeś niegrzeczny. Nie przyniosłeś matce mądrej herbaty”. Bez siwych przewidzeń „Zobaczyłam Eisenghaebera. Niósł żelazko na duszę”. Bez tego całego smrodu zepsutych myśli i psującego się ciała.

Wracają już Donajscy? Tak długo byłem w sobie? Każde idzie swoim chodnikiem. Pokłócili się na pewno o generała Ziętka. Kłócą się o przewodniczącego na każdej imprezie. I po. I przed. Dzieli ich przy stole prezydium. A w łóżku to już cała rada narodowa. Przewrócił się ciężko Donajski i leży jak dziedzic. Prosi ciotka o pomoc cztery prostytuty. „Zanieście go pod trzynastkę”.

Skoczyłem od okna do sztalug. Nie mam odwagi dotknąć pędzlem obrazu. Nie namaluję go już lepiej, a chcę - uderzam szpachlą. Popsuty. Malarstwo przenika mnie do jąder. Dla niego mógłbym zabić, i ojca, i matkę. Nawet miłość Agaty. Przeczytałem dzisiaj o Modiglianim. Wierzę, że jestem stworzony dla sztuki, dla nędzy. Że powinienem młodo umrzeć albo chociaż zwariować. Od wódy albo z braku witamin. Brzydzi mnie ostatni zwancig w rękawie.

 

 

Zjawiła się u mnie matka Agaty. A raczej przykuśtykała z przygotowaną już złością. Rozgląda się po pokoju ze wstrętem niby ojciec-dyrektor. - Pan tak maluje? Też bym tak umiała - stwierdza jak naukowiec. - Ale nie potrafiłabym tak mieszkać. Wszystko pomalowane - sadowi się w bujaku. Stawia przy esach-floresach torbę z butami Agaty. Teraz mnie lustruje. Zaczęła od kroku. Fizycznie to jej się podobam. Przeleciałaby młodego z radością. Położyła się w myślach trzy razy. Dlaczego nie spadł bliżej jabłoni i nie jest panem inżynierem, dyrektorem. Taki pech. Nie umrą jej siostry z zazdrości.

- Wypierdalać! - trzasnął w okno znajomy głos.

- To dozorczyni Pućsamino wyrzuca kurwy na Tylną Mariacką - tłumaczę rejwach przy bramie. Niedawno jej mąż zapił się na śmierć. Z żalu, bo przechlał ryngraf z pierwszej komunii. Jedyną wartość w życiu. Zaszyła trupa w poszwę i postawiła na podwórku przy kubłach na śmieci. Stał równo sztywny od bimbru i mrozu. Aż przyjechała „Zieleń”. Wrzucili go w czarne przeklinając „Co za ciężki materac”. On był dozorcą w naszej kamienicy. Od lat. Umarł we właściwym czasie. Spaliło mu się wyrko od żarzącego peta i drewniana noga.

- Wystarczy mi, żeby zwariować - mówi matka Agaty. Odpycha ręką moje wyjaśnienia: - Pućsamino jest dozorczynią po Pućsamino. Zadowolona podwójnie. Nie ma pijaka, a ma pracę. Żegna miotłą stare prostytuty, a potem spogląda na czystą ulicę przez te okienka pod parapetem Broyowej. Dobrze jej przy pelargoniach. - Skończ już, bo odgryzę ci te czerwone wargi z czarnymi wąsami i czarną brodą - rzuca się w bujaku Agatkowa mać. Obnaża białe zęby z białym językiem. - Przekręciłeś mi córkę. Już nie jest ta sama. Nie słucha matki i ciotek. Pierniczy tylko o ideałach. I to przed maturą.

Trzeba puścić wodze wyobrani, żeby nie zrobić nic złego. Puściłem. Cwałuje konik fantasty. Odrywam starej niepotrzebną głowę i zamieniam narządy ruchu. Kula się pod okno. Gryzie parkiet oczami. Wchodzą jej między zęby głosy z ulicy.

Odprężyłem się pięknie i mogę słuchać każdej matki, nawet Bokassy. A co dopiero rodzicielki najdroższej. Sama się poskładała i nie muszę walczyć z fantazją.

- Zabrałeś jej normalny świat - huśta się coraz ostrzej gniotąc kołyskę wielkim pęcherzem.

- A ty chcesz jej zabrać wszystko! - krzyknąłem z „kręconego” krzesełka. I zawirowałem niczym wirtuoz. Taki zadowolony, że też ją „tykam”.

Wbiegła do pokoju Agata. Boso. Otrzepuje stopy ze śniegu. - Chciałabym mieszkać w twoich obrazach. W tym wewnętrznym pejzażu. Rodzić dzieci w niezwykłej przestrzeni - przywiera na chwilę do pieca. Niestety znowu zapomniałem napalić. - Chcę mieszkać w tobie z tobą - tańczy chodzonego między kawaletami.

Otwarła się paszczęka na przyszłość córki. Szable, oprócz kłów. Co za gibis. Przysłali go z Moskwy „migiem”. Rozszarpie każdą wrażliwość. Pragnienie innego świata. - Żeby chociaż pan był organistą. Już bym się zgodziła na taką sztukę. Grałby pan, a ja bym śpiewała. Wziąłby coś z tacy i ze stołu księdza - kłapią szczęki figlarnie. Tylko korpus dalej niezadowolony. Wychylił się mocno i zostawił lędwie w bujanym. Rozmawia pierś z piersią. Żeby był chociaż murarzem, krwawi serce między piersiami. Rozlewa się czarno pod szarą skórą.

- Jesteś trudny. Za dużo w tobie tajemnicy. Ale chcę być z tobą. Zawsze - całuje mnie w brodę Agata „zobacz matko, nie jestem już twoją własnością”, pieści mi policzek językiem.

Ale tąpnęło. Spadł obraz ze sztalug „Promienie słońca w świetle elektrycznym”. Znowu tąpnęło. Rozsypały się z garnków pędzle i szpachle. Zerwała się z bujaka matka Agaty i wychodzi z butami córki „nie słuchasz mamusi, to biegaj w pończochach po śniegu”. Podwinęła pod siebie ogon. Tak. Przypomina diabła. Odprowadzam kusą do progu opowiadając jej o naszym dozorcy Pućsamino: - Do miejsca, gdzie stał trup zbiegały się psy z całej Mariackiej. Odganiane czerwoną flagą, wracały. Ktoś je karmił szczurami. W końcu mój ojciec zamówił mszę i kupił dla Pućsamino pół litra. Postawił wódkę na kiblu, a po chwili na poprzeczce trzepaka. Przez noc ubyło starowinu z butelki. Pomalował się na niebiesko kubeł na śmieci i wyszorował trzepak. Zapadły się pod ziemię resztki szczurów...

- Co za niebezpieczny dom. I co za nieprzyzwoita ulica - wysunęło się coś z kusej na schodach. Nie widać wyranie w półmroku. Ogon czy parasolka? A może trzecie zdanie?

 

Jacek Durski


Marek Maganiusz Kielgrzymski

MÓZGOŁAPKA

Roman Fogiz zaprosił mnie w ubiegłym tygodniu do siebie, na chatę. Meta była nieźle urządzona, napakowana sprzętem jak laboratorium. W rogu największego pokoju, przy konsoli komputerowej siedział Macko i szarpał się z joystickiem. Opróżnioną flaszkę wiśniowego jabola postawił pod ścianą. Kiwnął mi ręką, kiedy weszłam, nie przerywając gry.

Roman otworzył lodówkę stojącą dumnie na środku salonu i wyjął mrożoną herbatę.

- Chcesz? - zapytał przez ramię.

- Nie, może później - upchałam się, najwygodniej jak mogłam, w miękkościach wiśniowego puffa.

Ro wlał sobie pełną szklanicę z rżniętego kryształu, pociągnął potężny haust bursztynowego płynu i odstawił kryształ na lodówkę. Podszedł do regału. Z barku wyjął dwa zawiniątka w srebrnej folii. Wysypał na dłoń niebieskie i pomarańczowe kapsułki; uśmiechnął się lekko.

- Będzie jazdka - zamruczał.

Podetknął mi pod nos pastylki. Opalizowały lekko, nęciły. Ktoś myślał nad tymi kolorami. Łyknęłam zagryzając herbatnikiem. Bez smaku. Ro poszedł w moje ślady.

I tak siedzieliśmy gapiąc się w panoramiczny ekran domowego kina. Ro wymieniał co jakiś czas DVD, ja ściszałam bądź podkręcałam fonię. Kolorowe figury skakały rytmicznie. W pewnym momencie pokój zafalował. Nowy telefon z czerwonego ebonitu przepoczwarzył się w rudawą konfigurację marsjańskich skał, mrugał magicznym okiem. Zdziwiły nas pasma włosów wyrastające ze ścian, półmrok prowokowany przez żaluzje objawiał sekretne przejścia do baśniowych zakamarków kuchni i sąsiednich pokojów. We dwoje czuliśmy się jedną osobą pomnożoną przez cienie. Głęboko w nas jakiś głos hipnotycznie snuł monologi. Otoczenie iskrzyło magicznie; pomarańczowa lampa osadzona w masie imitującej drewno stawała się trójgłowym wężem, reprodukcja obrazu Andrzeja Lipniewskiego wprowadzała nas w ruchomy zwid erozyjnych ścieżek fantasmagorii. Firany przeplatane złotą nicią barwiły pokój woalem kinowego, nieostrego wizerunku egzotycznej plaży. Zapatrzyłam się w okno. Siadający gołąb, których to ptaków szczególnie nie znosiliśmy, prowokował do gniewu. Następowała chwila przetasowania, krótki moment braku oceny zdarzeń i już imaginacja zaczynała płatać figle. Synogarlica okazywała się być statkiem kosmicznym w skali mikro, gniew burzył fale naziemnych nadajników telekinetycznych - przedmioty dostawały nóg. I nagle błogość, słodka namiętność skołowanych zmysłów.

Nierównomierne nadpływy wizji blokowały naturalny ciąg myśli. Umysł poddawał się i trwaliśmy tak zmąceni, snując obrazy znikąd. Niezliczone, superkolorowe, płynęły nieprzerwanym potokiem przez mózg. Trudno było orzec, co działo się wcześniej, a co następowało po sobie. Główną osią opowiadanych - nie dopowiadanych - historii była przenikalność.

Zmrok nadpłynął niepostrzeżenie. Zorientowałam się, że jest ciemno gdy, Macko odkleił się od monitora i padł na kanapę. Jego przeciągłe sieknięcie zakończone śląskim przekleństwem wyrwało mój otępiały umysł z odrętwienia. Wcisnęłam w pilocie zegar i sprawdziłam czas w prawym, górnym rogu ekranu. Wpół do... Zbieram się.

Tyłek miałam jak z ołowiu. Nogi rozmiękczone w kolanach. Równowagę odzyskałam po paru rozmazanych chybnięciach.

- Się ma, Romek - przybiłam piątkę gospodarzowi - Do zobaczyska!

Trwał rozwalony w fotelu ze zblazowanym wyrazem twarzy. Mrugnął pożegnalnie nie podnosząc głowy i opuścił dłoń z długą brązową cygaretką.

Pomyślałam, że nieźle byłoby mieć taką melinkę.

 

2001
Marek Maganiusz Kielgrzymski



 
Pięć - dziesięć zdań:

Stanisław Sadowski „Osa”

MOZAIKA ULICY JóZEFA I. KRASZEWSKIEGO

Fragment pierwszy:

Zwykle dziecięco szczęśliwy dzień. Gienek, może poproszony, ale już nieżyjący, krząta się po podwórku. Gdzieś tam zgrzytają jakieś maszyny. Jakieś słowa; może nawet Gienka - hajda, wista. A koń jak to koń. Spokojnie żre swój furaż, pije wodę, czeka. No, ale moja kochana, dawaj łeb: - kantar, puszorek - przyszli podziwiać. Gienek swobodnie wyprowadza kobyłę za... sprawiając nam niespodziankę. Wspaniała zima - mówi - a gdzie macie sanki? No szybko zbierać się i pojedziemy na kulig. Ha, ha, Gieniu, ale kobyła ciągnie na powrót do stajni. Pewnie zapach lubi po sobie, to i ciągnie. Rozbiegamy się krzykliwie bo sanek nam nie brakuje. No i hej! Sanie Gienka, przy których koń i te nasze doczepione, już za bramą. Śnieg, biały, niebieski i słońcem krzeszący iskry w oczach, znaleć w nim wszystko można i zgubić. Leci i pryska śniegowo bezczasowa i terminowa radość spod kopyt konia. Szczęśliwie chrupiący dzień konia i nasz, może także Gienka? Póniej w łapczywie zasyconego zadyszania spoconym szczęściu odprowadzamy się przyjanie do stajni...

 

Stanisław Sadowski „Osa”