Łabuź 40/2002


STRACHY

Tam, gdzie stoją Strachy nie jest jeszcze tak źle. Żeby były Strachy, muszą być pola i wróble. Wróble i inne ptaszyska są wtedy, gdy nieopodal rosną drzewa. Wobec tego pola nie mogą być zbyt duże. Są niewielkie, poprzedzielane miedzami, na których rosną krzaki. Tu i ówdzie ciągną się wąwozy, w których stoją wielkie drzewa i przynajmniej raz w roku płynie strumyk. Z wąwozów wychodzą na pola sarny i dziki, by czynić szkody. Pola, miedze i wąwozy otaczają wsie, które są takie jak trzeba: domy, ogrody i sady, sklep, gospoda, czasem kościół. No i jakieś święte drzewo: dąb lub lipa, a na nim kapliczka. Takie drzewo to centrum miejscowego świata, przy którym krzyżują się drogi i wedle którego określa się kto i gdzie mieszka. Kiedy to wszystko takie właśnie jest, są wróble i inne darmozjady, które mają gdzie mieszkać i co jeść, oczywiście na polach, które uprawia człowiek. Człowiek nie może cały czas chodzić po roli i wymachiwać rękami, żeby przeganiać żarłoczne ptaszyska. Ktoś to musi robić za niego. Od tego jest Strach. Chochoł na podobieństwo człowieka. Strach jest taki jak ludzie, których ma wyręczać. Powinien przecież przypominać wyglądem gospodarza, by wróble i inne szkodniki myślały, że to on. (...)

(...) Tam, gdzie stoją Strachy, nie jest jeszcze tak źle. Muszą być i ptaki i drzewa. Muszą być też ludzie, do których Strachy są podobne. Tacy, co to swój charakter mają, którzy się spośród siebie wyróżniają.

Sterczą Strachy z pól i gości witają. Jedne chude, inne grube, sianem wypchane. Na niektórych butelki się tłuczą, na innych puszki brzękają. A czasem worki foliowe wiszą u rąk, jakby dopiero co ze sklepu z zakupami przyszły.

Ale jakby coraz mniej chochołów w krajobrazie. Im mniej miedz, im rzadsze drzewa na polach tym trudniej Stracha dostrzec... Nie mają już kogo straszyć. A i ludzie jakby inni się robią. Zamiast stawiać Strachy ludziom podobne, folie na sznurach wiszą. A takie straszydło już duszy nie dostanie. Bez głowy i ciała, bez ubrania, nikomu nie podobne, bez imienia gospodarza swego.

I stają się miejsca do siebie podobne, że jedno od drugiego niczym się nie odróżni. Jedno pole, jeden kolor, jeden wzór układa się na wietrze. Po horyzont. Nie tak sobie Józef (...) porządek świata wyobrażał. Gdzie Strachy nie stoją, tam dzieje się źle, oj bardzo...

Marta Lelek



Przedruk: "DZIKIE ŻYCIE", październik 2001 r.

Dziękujemy pkl. "Łabuź"

 

Piotr Müldner-Nieckowski

Na marginesie, którego nie ma

Na marginesie kolejnego konkursu poetyckiego imienia Jana Śpiewaka znowu można byłoby napisać wiele, ale jak się wydaje, margines ten jest coraz węższy albo w ogóle go już nie ma. Prac nadchodzi teraz liczba przyzwoita (już nie po pięćset zestawów, ale sto dwadzieścia), co idzie w parze z przyzwoitością tekstów. Stało się wreszcie coś, z czym w ubiegłych latach nie umiałem sobie radzić, a mianowicie zaczęto opatrywać zestawy kryptonimami słownymi, a nie obrazkowymi. Dawniej kandydaci do nagród (to znaczy prawie wszyscy nadsyłający wiersze) brali z komputera jakieś symboliczne rysunki i umieszczali je zamiast wymaganych przez regulamin godeł. Bardzo to utrudniało pracę jury, bo przecież jurorzy w trakcie walk o swoje typy posługują się nazwami (owymi godłami), a nie nazwiskami, których nie znają. Dziś nadsyłacze wydają się bardziej wykształceni, a przynajmniej bywali, co zresztą ma swoje odbicie również w jakości utworów.

Jeśli nawet nie udało się spotkać zestawu na miarę nagrody Nobla, to przynajmniej ogólny poziom zbliżył się do tak zwanej przyzwoitości poetyckiej, zwanej „różewiczowaniem”. Rzeczą godną uwagi jest to, że i tematyka, i ton poezjowania zmieniły się nie do poznania. Jeszcze trzy lata temu przeważały ogólnikowe i całkowicie zbanalizowane wypowiedzi zwane komunikatami, oparte na skardze do świata („dlaczego jestem tak źle traktowany”) albo buncie przeciwko zastanemu porządkowi („wszystko jest do d.”), widzianemu przez lekturę gazet. Pojawiło się teraz więcej prywatności, szczegółu, syntezy świata, który jest autorowi najbliższy i najlepiej znany. A wiadomo, że najmocniejszy wyraz ogólny mają obrazy szczególne.

Zanika więc to, co było zmorą jury - nadmiar chłamu, przypadkowych zapisków, ściągniętych z mediów lub ukradzionych innym poetom, tylko z lekka przetworzonych fragmencików jakiejś pseudointelektualnej wizji.

Nie ma co ukrywać, że doświadczony juror pracuje według sprawdzonego schematu: najpierw przegląda całość i odrzuca to, co już na pierwszy rzut oka nie jest poezją, a dopiero potem analizuje lepszą pozostałość. Skutkiem nawałnicy złych tekstów były pewnie pomyłki, odkładanie do kominka rzeczy, które z pozoru wydawały się słabe, na przykład z powodu swoistego układu graficznego, właściwego miernocie, niechlujności maszynopisu, nie mówiąc o banałach typu „nienawidzę was wszystkich, wy niedoróbki rodziców” albo „na ukwieconej łące myśli są piękne”.

W ostatnich trzech konkursach było coraz mniej papierów do odrzucania wstępnego. Koniec z marginesem. Dla jury więcej pracy, ale i więcej satysfakcji. Nie zdradzę tajemnicy, jeśli powiem, że pracę jury w listopadzie 2001 planowaliśmy na dwie godziny. Jurorzy (Janusz Termer, Lech M. Jakób, Marian Wiszniewski i ja) przygotowali swoje typy w domu i zebrali się na konferencji. Przeciągnęła się do późnego wieczora i trzeba było słać łóżka dla przyjezdnych. Brawo! O to chodziło.

Ale nowa sytuacja (mam nadzieję, że w roku 2002 będzie podobnie) stawia większe wymagania przyszłym uczestnikom konkursu. Jury ze zdumieniem zauważyło, że autorzy dość doświadczeni i już znani (co się okazało po otwarciu kopert z nazwiskami) o pierś przegrali z poetami nowymi. Poziom zaczyna się zatem wyrównywać i na tej wysokości.

Zastanawiałem się, czy taka ocena daje podstawę do wyciągnięcia ogólniejszych wniosków, na przykład uznania edukacji artystycznej za lepszą albo czytelnictwa za doskonalsze, i jednak chyba wolę zrezygnować z roli komentatora. Nie wiadomo, czy nie trafiliśmy na szczęśliwy zbieg okoliczności. A może dotychczasowy styl poezji zaczyna przeżywać kryzys i ludzie już po prostu oswoili się z „różewiczowaniem”, nauczyli, na czym ono polega? Połapali się i wiedzą, co należy, a czego nie wolno? Pamiętam, że kiedyś Amerykanie postanowili włączyć do egzaminu na medycynę test psychologiczny, żeby wykluczyć kandydatów o wadliwej osobowości. W pierwszym roku połowa chętnych w ogóle nie zdała, okazali się złymi ludźmi. Ale już po dwóch latach odsiewu nie było. Zdający znaleźli klucz, a że inteligencji im nie brakowało, potrafili obejść rafy. Czyżby więc „lecenie Różewiczem” stało się już łatwe? Znaleziono metodę na jurorów?

Jeśli tak, to może czeka nas rewolucja w poetyce, której masy żądne konkursowych nagród znowu, jak za dawnych lat, nie będą w stanie podołać, i pojawi się po pięćset zestawów do niczego? Wszak Tadeusz Różewicz króluje od pół wieku! Dla młodych okres niewyobrażalnie długi. Może jakiś nastolatek powie wreszcie: nie!

 

Piotr Müldner-Nieckowski



Miłosz Kamil Szczeciński

WYŚCIG W POKOJU

na kolanach

można zajść dalej

niż by ktoś przypuszczał

 

w tak niewygodnej pozycji

wielu pokonuje ogromne dystanse

 

początkujący nie potrafią przy tym

wdzięcznie schylać karku

 

by nadać swemu ciału

kształt aerodynamiczny

 

problemy mogą też sprawiać

sprinty na premiach uznaniowych

 

wszystko to kwestia praktyki

i wytrwałego treningu

 

niektórzy

lubią mocno stać na nogach

 

no właśnie

 

stać
 

Miłosz Kamil Szczeciński



Miłosz Kamil: Złoty Klucz, legitymacja honorowa Zamku Świdwińskiego - Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. J. Śpiewaka, Świdwin 2001 - Warszawa.

 

Paweł Kozioł

WINO CZASU PARUJE

wino czasu paruje z nas wytrzeźwiejemy

w śmierć w mrok gdzie wszystkie nasze kartki będą

czyste w nie ten początek zeszytu : litery

 

zachodzą nas od tyłu niewidzialna

ręka zdejmuje z twarzy kolejne maski powietrza

powoli odsłaniając horyzont na którym

 

fabryka chmur pracuje pełną parą pod każdym

nowym produktem łamią się półki nieba

spada z nich szary papier deszczu czarna noc

 

śmierci ten rozdział między białym winem światła

a wargą pełną smaku słodkiej ziemi

śmierć rozdział wiersze wstęp do umierania

Paweł Kozioł



Paweł: wyróżnienie II-go stopnia - Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. J. Śpiewaka, Świdwin 2001 - Warszawa, Jarosław.

 

Piotr Macierzyński

XXX

Don Kichote siedzi w pokoju i słucha zespołu omega

Dulcynea rzuca kamieniami w jego okno żeby ją wpuścił

Don Kichote je słone orzeszki lecz prawdziwy orzech ma za oknem

 

jeśli ją wpuszczę będę musiał się kłócić

jeśli nie wpuszczę sąsiedzi wszystko opowiedzą mamie

wniosek Dulcynea jest głupia

 

Don Kichote spoufalił się z nią na sposób cielesny

będąc po marihuanie widział zupełnie co innego

teraz uczy się dyplomacji z kobietami

 

pojedynek na kamienie i cierpliwość dobiega końca

Don Kichote wybiera wariant obronny

bierze z kuchni kartofle i nawala nimi w ruszające się krzaki po balkonem

 

pięć kartofli muszą zostawić na obiad

w ruch idą buraki

amunicja wyraźnie jest na wyczerpaniu

 

gdyby nie drugie piętro Don Kichot nie musiałby już odwiedzać dentysty

 

a tak przeczeka oblężenie wspominając dobre czasy

gdy rycerze walczyli ze smokami.

Piotr Macierzyński



Piotr: wyróżnienie II-go stopnia - Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. J. Śpiewaka, Świdwin 2001 - Łódź.

 

Anna Wieciech

REGULAMIN KONKURSOWY

żeby puenta była zaskakująca

słowa nie skreślone

spojrzenia nie do końca przewidziane

i wiersz żeby nie za długi

      żeby literki

      potrącone wiatrem z zachodu

      nie werblowały na bębenku

      w uchu wewnętrznym

żeby tętnice niezbyt długie

a serce niezbyt podzielne

i mało ruchliwe

by można złapać palcami drżącymi

żeby ścisnąć i trzymać

i żeby trwać w milczeniu

niezbyt cicho

      żeby strzeliste słowa

      wypełniały puste miejsca

      między gałęziami splecionych dłoni

żeby nie powtórzył się koszmar

że jestem na lekcji metafizyki

      uwaga

      pani z ostatniego rzędu

      niech w końcu przestanie liczyć

      kwiatki na spódniczce

żeby spojrzała w oczy

nawiedzonego poety

który za chwilą poczuje się jak

nudny geniusz

      prace prosimy składać

      po cichu

      żeby nikt nie słyszał

      i nie widział

Anna Wieciech



Ania: wyróżnienie II-go stopnia - Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. J. Śpiewaka, Świdwin 2001 - Kołobrzeg.

 

MINIANTOLOGIA

co smakowitszych kąsków z wierszy 32 edycji ogólnopolskiego turnieju poetyckiego im. Jana Śpiewaka - Świdwin 2001*

znudzony żebrak pod kościołem

zgrzyta zębami w takt organów

***

Piszę do ciebie znów

Choć obiecałem nie mieć czasu

***

Mówisz i w czarczaf

Skrywasz prawdę płonącą

Nocnym pożądaniem

***

nie ma staruchów w moim ogrodzie

i sprzętów dźwiękonaśladowczych

***

jej plecy kościste gdy

na tobie leży

***

leżą śnięte w żebrach duszy

zimni żebrowani bracia

***

ostry wierzchołek serca

Sterczy lodem z mych ust

***

i trzeba łzami płacić

roztargnionym dzwonom

za głośną nieobecność

***

ptak który wybudował gniazdo

na stromym drzewie kości na gałęzi

twojego obojczyka gotowy do lotu

***

leżał pod jakimś płotem

z butelką białego wina w ręce

i różą w zębach

***

Z wibratorem w ręku jak na tym obrazku

Szepczące w stronę urządzenia cichuteńko

- „Co słychać mój sztuczny kutasku”

***

Naręcza ziół ślą uśmiechy suszone.

***

A żadna inna ręka

Choćby nawet z piekła rodem

Fenigów nie nastęka

Więc wybierz się w lebiodę

***

mój mózg o promieniu R

jest jak Ziemia

stały w rozpaczy

***

Fascynujące, gdy śnieg pożera zarazki ot, tak

Żeby smaczniej wyglądać

***

jedna z pomp znacząco zakaszlała

***

garbaty wielbłąd

z rynną pośrodku

pijący olej

emerytów tłokowych

***

Bo gdy na harnimojce ten ojciec cicho rzęził,

choć łysy był, fryzurą zahaczał o księżyc!

***

koncha mojego ciała nosi w sobie

upartą potencję reprodukcji

***

Odfruwający klucz pingwinów

***

KSIĄŻKI

to fajne połączenia przeważnie trwałych papierków

***

Na co tak się krzywisz, jezioro?

Czy wodę masz chorą?

***

I jest alkohol nożem rozłożony w wątrobie

***

znikanie z domu okaże się

dla nas wszystkich zbawienne przysięgam

na moją łysą glacę

***

O Wy tępaki, tłumoki, ciemne masy

idioci, barany wełniane, szare młotki

imbecyle, skretyniałe jełopy!!!

***

Widzisz?...

ten robak wystający z ucha

to część serca

***

Zniszczyłam potęgę mojej wiary

Zapitej w kieliszku

***

Rozepnij rozporek

i na tym poprzestań

ale nie dłużej aż zrozumiesz

***

spływa z nich świeży sok łez

upijam się nim by w nastałej posusze

nawodnić spękaną duszę

***

zabijam kryminalistę marzeń od stu dwudziestu dni

***

dzisiaj zalewam robaka to najlepsza metoda na

zrobienie pożytecznej degrengolady

***

EPILOG KONKURSU POETYCKIEGO

gdy udaję ja Tuwima

to w swym grobie on się zżyma

bowiem jako beztalencie

grafomańskie mam zacięcie!!!

Wyboru dokonał i do druku przygotował

Lech M. Jakób



*przedstawiane cytaty zawierają oryginalną pisownię autorów

 

Julia Możdżyńska

BOMBA

mamo mamo

czy myślisz, że tym razem

ta bomba w nas trafi

mamo mamo

spadnie na dach naszego domu

dach jest porośnięty

zielonym mchem

mech miękki

/żyją w nim czarne robaczki/

mamo mamo

nie patrz wciąż w okno

powiedz

jak wygląda bomba

może kiedyś spadnie do ogródka

wyłowimy ją z morza

żonkili /w nich też żyją czarne robaczki/

rzucimy daleko

mamo mamo

bomba jest ciężka i zimna

na pewno spada szybko

ale może

zdążymy wybiec z pokoju

weźmy ze sobą

książek kilka

złoty łańcuszek

uciekniemy

mamo mamo

pomódlmy się do

bozi jaskrawej

wiszącej nad drzwiami

mamo mamo

czy to boli

mamo powiedz

muszę wiedzieć

czy bomba boli.


Julia Możdżyńska



Julia: wyróżnienie II-go stopnia - Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. J. Śpiewaka, Świdwin 2001 - świdwinianka.


Krystyna Perkowska-Mazerska

CZERWCOWY KONCERT

Ubrązowił się czerwiec nasionami szczawiu,

Ubeżowił kłosami trawy pod krzewiną

z góry ujrzysz pożary, co w dymie się pławią

Albo - współzasypaną oazę pustynną.

 

Tutaj mak bije łuną, tam iskrzy się jaskier,

nieco dalej pełgają orliki, firletki

całą zieleń oplotły różnobarwne wianki,

z ognia żaby ratuje bosy strażak - bociek.

 

Wielka zgoda żywiołów w rozlewiskach Narwi,

Ręce sobie ściskają wieczni przeciwnicy -

Woda w czerwcu potrafi stanąć z ogniem w zmowie.

 

Koncert barw rozpoczął się w niedostępnej darni.

Naturze odsłaniając rąbek tajemnicy...

- Tam harmonia żywiołów, gdzie nie dotrze człowiek.


Krystyna Perkowska-Mazerska



Krystyna: wyróżnienie II-go stopnia - Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. J. Śpiewaka, Świdwin 2001 - Białystok.



Anna Karasińska

DRUGI LIST DO PRZYJACIELA

czy wiesz

wieczory są u nas teraz bardzo zimne

świat kurczy się do łupiny orzecha i nasiona sosny

jest płaski i rudy jak liście

od tygodnia nad moim łóżkiem zamieszkał księżyc

może dlatego nie mogę zasnąć przed północą

 

klękam wtedy przy oknie

patrzę w ciemność i porozrzucane gwiazdy

krople smutku na twarzy Boga

i staję się mleczną drogą i wypełniam po krawędź ust

 

a kiedy zasypiam śnią mi się wiersze

których słony smak czuję pod językiem rano

zaraz potem spoglądam w niebo

i zatrzaskuje się wieko wiersza

domyka w pejzaż

na którym ciągle ta sama linia słońca

zielony brzeg jeziora.

Anna Karasińska



Anna: wyróżnienie II-go stopnia - Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. J. Śpiewaka, Świdwin 2001 - Bełchatów.




Tomasz Agatowski

DRZWI

Drzwi muszą być albo otwarte, albo zamknięte - to uwaga służącego z komedii Zrzęda de Brucysa i Palaprata, (r. 1891). Podwójne drzwi Ianusa na Forum Romanum w Rzymie były otwarte w czasie wojny, a zamknięte w czasie pokoju. Wergiliusz w Eneidzie owe drzwi nazwał Wrotami Wojny.

Symbolika drzwi w kulturach i cywilizacjach to ogromna dziś wiedza, jednak jej mianownik jest wspólny: symbolizują przejście między światłem a ciemnością, między codziennością a krainą tajemnic. Myślę, że wędrówka taką ścieżką myślową będzie wspólna, zwłaszcza że Wielka Rada „Łabuzia” wręczyła niżej podpisanemu Patent na bicie literackich monet w Mennicy Łobez, jako Awers-Rewers, co ma być walutą duchową o kursie wyższym niż populistyczne euro. Uśmiechnąć się można, pamiętając jedak, że terytorium Słowian to nie terytorium gęsi, na co już Mikołaj Rej z Nagłowic zwrócił uwagę ówczesnym germanikom, łacinnikom, frankończykom, rusinnikom. I poeta z Nagłowic tchnął ducha w polszczyznę.

Globalizowanie naszych, wnętrz tak duchowych, domowych jak i krajowych zależne jest między innymi od otwarcia lub zamknięcia drzwi. Wszyscy mamy prawo do bycia odrębnym i prawo ochrony umysłu od zalewu głupoty, od wszelkiej indoktrynacji, w tym marketingowej. Kultura Wschodu nie porywa się na pomysły brania Świata w ajencję, pozostając w pokorze (nie w lęku!) wobec dzikości natury, wobec przemiania ,wobec względności wszystkiego oprócz sztuki duchowej. George Bernard Shaw, autor „Pigmaliona” mawiał, że Amerykanie i Anglicy to dwa narody, które dzieli wspólny język. Owa przewrotność jest lustrem sytuacji polskiej, obecnie, po przekroczeniu progu XXI wieku. Dzieli nas wspólny język i to jest ogromnie smutne, niepotrzebne. Tak dalece dzieli, że można pisać o ludzie Aniołowa, ludzie Diabłowa, Biznesowa, o ludzie Zagubieniowa. To tylko schemat, rzeczywistość jest głębsza. A przecież rozumienie świata zawarte jest w słowach, w ich pradawnej prawdziwości, nie zaś w manipulacjach.

Drzwi, jak okno, to tematy wielkie, psychologiczne. Przecież piękno jest nie w tym co widzimy i słyszymy, ale jest dalej, poza nami...

Tomasz Agatowski


 

Kazimierz Obuchowski

WYCIECZKA W KRAINĘ PLATONA,

czyli Paulus Herakles Mahala demistyfikuje konkretną rzeczywistość

 

„Tylko w oderwaniu od rzeczywistości,

rzeczywistość uzyskuje prawidłowy wymiar”.
 

Lech M. Jakób, „Jęzostrzępy”

 

Między przeszłością a otchłanią1 tak właściwie powinien być przełożony na język polski tytuł ostatniej książki Paulusa Heraklesa Mahali uczonego z Meksyku, który wciąż czeka na odkrycie w kulturze europejskiej. Autor nazywany z powodu niezwykłej biografii meteorem filozofii latynoamerykańskiej, pojawił się w świecie akademickim niespodziewanie, wzbudził entuzjazm i tak jak tajemniczo pojawił się, tak i zaginął kilka lat temu w niejasnych okolicznościach.

Jego dzieło jest opasłym tomem, barokowym w formie, pełnym neologizmów, dygresji, poszukujących się nawzajem idei, które strona po stronie z twardą konsekwencją formują koncepcję wiedzy, która jest „antyświatem bezpośredniego doświadczenia”.

Antyświatem, gdyż dominacja rzeczy, zdarzeń, danych receptorycznych, namacalnych dla każdego z nas i przez to bliskich, jest w istocie przeszkodą w utrzymaniu gatunku ludzkiego. Ludzkość zachowuje swój byt tylko dlatego, że opanowała sztukę pokonywania doświadczenia. Ci, którzy tkwią w swojej przeszłości, a unikają zrozumienia teraźniejszości, giną i to tym szybciej, im łatwiej godzą się na życie na garnuszku organizacji charytatywnych. Mahala przekonuje nas, że myśl człowieka, stając wobec zagrożeń narastającą nieuchronnie entropią realnego świata, może znaleźć oparcie tylko w bycie tworzonym w umyśle. Tylko w ten sposób można wysunąć się poza prawa rozpadu rzeczywistego świata i utworzyć schronienie w naszym świecie właściwym.

Dla homo sapiens i tylko dla niego naprawdę istnieje to, co może istnieć w przyszłości. Przyszłość jest naszym realnym problemem i tylko w odniesieniu do niej nasze koncepcje mogą nabrać mocy empirii. Tylko przyszłość może zweryfikować naszą wiedzę i tylko przyszłość może stać się przedmiotem realnych działań. Między dystansem koncepcji świata, a światem realiów znajduje się otchłań w kierunku której zdążamy wszyscy. Nasze szanse istnienia zależą od tego, czy otchłań ta znajdzie się tuż przy naszych stopach, czy też sprężymy się do epistemologicznego skoku i nadążymy z dokonaniem niezbędnego manewru, gdy nadejdzie zły czas.

Paulus Herakles Mahala demaskuje rzeczywistość konkretną krok po kroku. Wywód jego jest następujący: Warunki biologicznej ewolucji człowieka charakteryzowała niestabilność i nieprzewidywalność zdarzeń oraz nieinten-cjonalność działań. Drogi ewolucji człowieka sprawiły, że na jednym z jej etapów stał się on zdolny do kreowania rzeczywistości nie podlegającej prawom tego świata, w którym ewolucja przebiegała. Nie mając szans na całkowite ograniczenie potrzeb niezbędnych do przeżycia lub na maksymalizację sprawności dzięki wtopieniu jednostki w organizm termitiery, człowiek – istota wyrzucona przez ewolucję na szczytową gałąź swojego gatunku, nie spadł z niej i rozpoczął ewolucję kulturową. To go uratowało. Na razie. Uratowała go właśnie zdolność do przeciwstawienia się konkretom dzięki kreacji własnego, pomyślanego świata.

Gdyby stabilność, odporność na entropię i zdolność do ukierunkowanego rozwoju uznać za kryterium wartości jakiegoś bytu – to produkty myśli ludzkiej poddane rygorom zrodzonym w toku historii cywilizacji ludzkiej, można by i należałoby uznać za rzeczywistość lepszą, za wyższy etap rozwoju świata.

Właśnie owa sprzeczność myśli i rzeczy, pojęć i ich desygnatów, stała się głównym terenem rozważań J. H. Mahali.

 

II

„Słowo zawsze nieco zabija” mówił Daniel Dos w Zamku Fortynbrasa. Zdanie to zostało wybrane jako motto głównego rozdziału, gdy po długich wywodach przedstawiających teorię ewolucji jako teorię rozwoju psychicznego, autor przystępuje do centralnego problemu. Pokazuje, że myśl ludzka, im bardziej staje się wyrafinowana i im bardziej płodna, tym mniejsze znajduje oparcie w realnym świecie. Świat realny okazuje się być zbyt wątłą podstawą dla idei, dla czegokolwiek, przy czym nazywając coś konkretnego - już w tym momencie unieważnia jego egzystencję w obszarze realnego bytu. Stół, pies, gwiazda są sobą, tworzą autonomiczne rzeczywistości, aż zostaną nazwane przez kogoś. Od tej chwili mogą przestać istnieć, spłonąć, zmienić swoje miejsce pobytu, pozostać jeszcze tym i tam gdzie są – nie ma to żadnego znaczenia, gdyż naprawdę ważne jest to, co powstało wskutek nazwania. Wprawdzie samo nazwanie, to jak pisze autor „strzał z dubeltówki w butelkę rozpadającą się na bezradne kawałki” (str. 332), ale przecież to tylko początek, to tylko sam „akt zniszczenia”. Za nazwaniem idzie interpretacja, to znaczy skonstruowanie butelki w myśli. Butelki jako takiej, w ogóle, nawet lepszej. Można by pomyśleć, że interpretacja to odruch litości wobec świata. Próba naprawienia tego, co się stało. Za późno. Próżny trud. Butelka ta może już nie istnieć, jest niekonieczna, utraciła rację bytu. Jedynym ratunkiem jest właśnie skonstruowanie czegoś nowego, co samo nie rozpadnie się, stworzenie pojęcia butelkowatości, tak jak możliwe jest stworzenie stołowatości, człowiekowatości, gwiazdowości. Teraz już nie ma wyboru. „Ciało stało się słowem” (str. 365). Teraz mamy przed sobą już tylko dwie drogi. Albo wrócić do przeszłości, zatrzymać czas, a właściwie cofnąć się, ale dokąd? Albo właśnie nie ma albo. Po zabiciu rzeczy mamy tylko jedną drogę. Musimy formować dalej, nowy funkcjonujący system, całość taką, jakiej nigdy nie było i drodze tej nigdy już nie będzie końca. W każdym razie możliwość takiego końca jest bardzo trudna do ustalenia. Zawsze przecież może powstać lepszy pojemnik na płyn, lepiej pomyślany stół, lepiej wykształcony człowiek, i lepsza koncepcja gwiazdy, bo te, co już są, już się spełniły. Precz z nimi.

„Nie wiem czy Bóg umarł, ale wiem, że człowiek musi stać się bogiem, aby być” (str. 521). Nigdy żadnego odpoczynku, wciąż drogę przed sobą musimy oświetlać szybko wypalającą się pochodnią wiedzy. Musimy ją wciąż uzupełniać na nowo. Taki jest koszt przekroczenia praw biologii. Oto przepyszny kawał, jaki mózg sprawił ludziom. Właściwie, jaki istnienie mózgu sprawiło ludziom. Musiało sprawić. Przecież mózg człowieka jaskiniowego i współczesnego jest taki sam i gdyby nie wykroczył poza swoją biologiczność, już by nie istniał razem ze swoim nośnikiem. W swojej biologiczności był tylko narzędziem odzwierciedlania świata, no – może też wyprzedzania tego, co na świecie dziać się będzie w dystansie sygnału warunkowego. Mózg ten wytwarzając pojęcie wypadł z toru na jednym z obłędnych wiraży ewolucji i uratował, wbrew temu, co o tym myślą sobie żywiący się konkretnością autorzy koncepcji poznawczych, uratował tego nieporadnego troglodytę, który ani siłą słonia, ani szybkością tygrysa, ani mocą zabijania, jaką ma żmija, ani zaciekłością pawiana, nie był w świecie najlepszy. Pływał słabo, nie umiał latać, węch, słuch o małym zakresie, żadnego radaru, żadnego receptora podczerwieni - żadnego prawa do przeżycia w walce o byt. Wypadając z toru ewolucji zdobył to wszystko, co mu nie zostało dane. Dał to sobie.

Jest pogląd, że człowiek wyżył, przetrwał jako gatunek, ponieważ był uniwersalny i trochę biegał i pływał i podskakiwał, ale to pomysł intelektualnie marny. Człowiek wyżył, gdyż opanował świat możliwy, przeszedł na drugą stronę lustra i tylko żałość budzić muszą ci, którzy chcieliby go wepchnąć z powrotem, cofnąć wstecz do etapu końcowego ewolucji biologicznej. Nazywają to urealnieniem, uzawodowieniem, kształtowaniem konkretnych umiejętności. Złośliwi by powiedzieli - cofnięciem do punktu wyjścia, do punktu startu, na którym stanęło poza człowiekiem wiele innych gatunków i to nie tylko ssaków, ale nawet ptaków używających narzędzi. One tylko przedłużyły daną im genetycznie moc. Ostatecznie twardość i energia kamienia rzuconego w czaszkę wroga wykracza znacznie poza najsilniejsze uderzenie łapy, a przy tym utrzymuje wroga na dystans, osłabiając szansę riposty. Ale uwiązanie owego kamienia do gałęzi, zabranie go z sobą przed walką, zanim pojawi się wróg, to nowa jakość operacji, gdyż - aby jej dokonać - trzeba jakoś nazwać obydwa człony i ich relację, która sama w sobie nie istnieje. Musi zostać stworzona. Aby ją stworzyć, trzeba oderwać się od rzeczywistości realnej, zniszczyć ją, aby zneutralizować nieustanną interwencję konkretno-sytuacyjnego myślenia silnego doświadczeniem, ale wrogiego wobec inności. Ta relacja dwóch antagonistycznych światów wciąż w człowieku tkwi, każdy musi ją wciąż na nowo rozwiązywać i skutek nie zawsze odpowiada temu, co skuteczniejsze w dystansie życia.

Przecież to co zwierzęce, co dziewiętnastowiecznym myślicielom przedstawiało się w postaci brutalnego, opanowanego manią siły i niszczenia małpoluda. jest w istocie leniwym, wygodnym zmysłowcem, który zawsze woli drogę łatwiejszą i przyjemniejszą, niż bardziej skuteczną, gdyż skuteczność wymaga rezygnacji z bezpośredniej przyjemności bycia szczęśliwym tu i teraz. Kto wie, czy właśnie te cechy nie sprzyjały bardziej refleksyjności i wynalazczości, niż agresywne atakowanie każdej przeszkody i zawzięte tytłanie się w błocku podstępnych szczegółów. Przecież to właśnie Zygmunt Freud opisał po raz pierwszy owego zmysłowego nieroba nastawionego na przyjemność, ale nie mieściło się w jego wyobraźni, aby mógł on przeżyć, nie będąc jednocześnie okrutnym siłaczem. Wprawdzie Alfred Adler zauważył, że siła prowadzi do głupoty, a słabość do siły, ale wydawało się to zbyt oryginalne, aby mogło być słuszne. Zresztą myślenie uczonych już zostało zablokowane banalizacją wiedzy złożonej w ofierze pozytywnej metodologii. Naiwni ekstrapolanci drżeli ze zgrozy na samą myśl o tym, że mieliby znaleźć się poza swoim gabinetem, goli, bez herbaty podanej o czasie i zmuszeni do ciągnięcia ogromnej maczugi. W ich oczach człowiek pierwotny był zagłodzonym, wiecznie przerażonym przygłupem, dygocącym z zimna w najdalszym zakątku jaskini. Gdyby to była prawda, na pewno nie byłoby już ludzi, tak jak zniknęło wiele innych gatunków. Dzisiaj na szczęście wiemy, że świat nie był taki zły dla owych prapierwotnych pradziadów. Aby uchować się przy życiu, utrzymując się ze zbieractwa korzonków, żab i owoców, wystarczyły dziennie najwyżej trzy godziny pracy, a ryzyko życia owych nieszkodliwych leniwców nie było wcale tak duże przy obfitości zwierzyny nie zakładającej bezpiecznych legowisk, a więc bardziej niż oni dostępnej drapieżnikom. Dopiero bezmyślne mnożenie się sprawiło, że liczba owych wygodnych stworzeń przekroczyła próg wydajności natury. Było ich zbyt dużo, aby zbieractwo mogło zapewnić przeżycie. Skończyła się złota era, ów Schlarafenland, wspomnienia którego pozostały na zawsze archetypem naszego gatunku.

Otóż owa wygoda i łatwość życia stwarzały znaczną nadmiarowość mocy. Właściwie nie jesteśmy w stanie stwierdzić, co konkretnie sprawiło, że u niektórych mieszkańców owego zimnego i błotnistego raju rozmazującego się u stóp topniejacego lodowca, nadmiarowa część energii nie wyładowywała się w toku czynności seksualnych albo jakichś innych działań, których nawet wyobrazić sobie nie umiemy. Mała gęstość zaludnienia (poniżej 3 osoby na 1 km2) i szczęśliwy brak tradycji wiekowej kultury musiały prowadzić do innego rodzaju wiedzy i umiejętności praktycznych oraz innych relacji społecznych od tych, które obowiązują w stadzie walczącym od tysięcy lat o byt swojej zbyt dużej liczby członków. Być może to nie tyle lenistwo, ile właściwe człowiekowi marzycielstwo, tendencja do rozgrywania działań praktycznych w głowie sprawiło, że w tych warunkach ludzie mogli rozwijać się nawet lepiej. Ich osiągnięcia intelektualne może były dostępne powszechniej niż w następnych etapach „postępu” cywilizacji, gdy człowiek, a co najmniej znaczna część ludzi, została sprowadzona do roli narzędzia.

Z większą pewnością można też mówić o innej przyczynie ewolucji kulturowej. Był nią właściwy dla homo sapiens mózg, który z takich lub innych powodów dysponował wrodzonym potencjałem poznawczym znacznie wykraczającym poza wymagania utrzymania się przy życiu. Nawet u współcześnie nam żyjących prymatów duża część potencjałów mózgowych użytkowana jest nie do przetrwania bezpośredniego, ale do rozpoznania i realizacji zachowań społecznych określających sposób bycia stada oraz do rozpoznawania nieznanych zjawisk. A przecież konstrukcja mózgu dana tym zwierzętom w toku ewolucji nie stworzyła im realnej szansy ewolucji kulturowej. Człowiek ma wprawdzie mózg o zbliżonej konstrukcji, ale o jakościowo zwiększonych możliwościach. Należy więc oczekiwać, że kierunek działań nadmiarowych wobec przeżycia biologicznego był u człowieka ten sam, co u innych człowiekowatych, tyle że efekt był zgodny z tymi całkiem nowymi możliwościami, jakie stwarza abstrakcyjne rozumienie świata i wynikła z tego świadomość, że samemu jest się światem odrębnym od zewnętrznego świata.

Społeczność ludzka rozsiana małymi grupkami na przestrzeniach przylo-dowcowej tundry, dysponująca dużym nadmiarem czasu, nadmiarowym mózgiem i nie absorbującym nadmiarem stymulacji środowiskowej czyniła więc chyba to samo, co czynili i później jej dalecy potomkowie, którzy po pokonaniu etapu trudności jakie stwarzała konieczność produkowania żywności dla wciąż wzrastającej liczby osób, zaaprobowali z woli - a może i bardziej z niewoli - fakt, że część ludzi wyłączyła się z produkcji, z walki i zajęła się wyłącznie i dla zabawy przetwarzaniem informacji.

W wypadku ludzi epoki kamiennej było to prawem każdego, kto by tylko chciał z tego skorzystać. Oczywiście nic nie w wiemy o tych naszych przodkach, którzy w populacji leniwych zmysłowców stanowili grupę osobników może bardziej znudzonych, może niewyżytych, a może po prostu dysponujących silniejszym niż inni popędem poznawczym. Ci ostatni bardziej inteligentni, o bogatszym życiu wewnętrznym, weszli w interakcję z wytworami własnego mózgu, sprzeciwiając się tym samym konkretnej rzeczywistości. Ekspresja sprzeciwienia się konkretnemu, danemu receptorycznie światu, wyrażona w bardziej poręcznej maczudze, w coraz sprawniej wygładzonym kamieniu, ma krótki dystans. Taka inwencja techniczna łączy się zbyt silnie z praktyką dnia codziennego i na niej się kończy. Najbardziej nawet wygładzony topór jest tylko toporem, tyle że wygodniejszym w użyciu. Potencjał mózgu parł więc dalej i znalazł wyraz w sztuce całkiem oderwanej od praktycznej rzeczy. Sztuce wielkiej, dynamicznej, przy czym nie mniej abstrakcyjnej i bogatej w osobowość twórcy niż sztuka dzisiejszych mistrzów. Czy było tych twórców wielu? A ilu jest dzisiaj, gdy populacja ludzkości sięga okolo siedmiu miliardów osobników?

Ponad 20 tysięcy lat temu kilometry jaskiń pokryły barwne, wspaniałe malowidła, sceny rodzajowe i pojedyncze zwierzęta w ataku, w galopie i śmiertelnym skurczu z dzidą wbitą w odbyt i wypychającą jelita na zewnątrz. Szeregi głów jeleni, bizony obmalowane z wykorzystaniem wypukłości głazu. Tylko ludzie byli narysowani schematycznie. To były właściwie kreseczki obdarzone dynamiką. Oznaczałoby to, że ów wspaniały potencjał intelektualny wystarczał tylko do uformowania dystansu psychicznego wobec świata, a nie wobec siebie. Człowiek ówczesny znał siebie, ale jeszcze za mało wiedział o sobie, aby przeciwstawić siebie sobie.

Niektórzy sądzą, że owe galerie sztuki to były uniwersytety pozwalające młodym ludziom na poznanie nasyconego zagrożeniem świata, zanim zetkną się z nim sam na sam. Może jedno i drugie. A może po prostu była to konieczność wywołana sprzecznością między potencjałem mózgu prącym do abstrakcyjnego ujmowania świata, a językiem jeszcze zbyt ubogim, jeszcze zbyt mało nadającym się do wyrażania abstrakcyjnych treści przeciwstawiających wiedzę człowieka jego konkretnemu doświadczeniu. Przecież i dzisiaj rozkwit sztuki ludowej dokonuje się głównie na tych terenach marginesu historycznego, gdzie kultura werbalna z trudnością daje sobie radę z rzeczywistością wykraczającą poza opis.

Przy całym uznaniu dla sztuki ludowej warto zauważyć, że nie jest to sztuka wielka. Nawet, gdy nie jest ona kiczem robionym „tak jak”, ale jest własną wypowiedzią artysty, nie ma ona rangi sztuki Mistrzów z La Scaux. Sztuka wielka jest uniwersalnym przekazem atakującym osobowość ludzi różnych kultur i różnych epok. Skłania ona ludzi do dookreślania jej treści treścią własnych doświadczeń.2 Dzięki temu dookreśleniu sztuka wielka żyje, a rozwija się dzięki aktywności odbiorców i nie staje się tylko ciekawostką etnograficzną. Być może jest tak dlatego, że sztuka wielka to nie kompensacja lub korekta braków języka, ale wyraz treści ponadjęzykowych, które się albo rozumie albo nie, ale których innymi „kategoriami dyskursu” wyrazić się nie da. Można by sądzić, że wielka sztuka nie jest wyrazem kompensacji braków języka jak „sztuka prymitywu”, ale uzupełnieniem możliwości języka. Są dane, aby sądzić, że jej powstawanie jest funkcją całkiem innego kodu niż ten, na jakim powstaje język mówiony. Jest ona funkcją kodu twórczego, gdy sztuka prymitywu jest funkcją uzupełnienia kodu hierarchicznego przez kod polikonkretny.3 Pojawienie się wielkiej sztuki jest oznaką tego, że uzyskano pełnię wyrazu językowego ograniczonego tylko zakresem istniejącej wiedzy o właściwościach opisywanego i interpretowanego świata.

Dlatego wielka sztuka paleolitu znikła, gdy rozmnożeni ludzie musieli opuścić swój Raj, aby w pocie czoła wytwarzać chleb powszedni, przetwarzać uzyskane produkty, magazynować je, chronić, wymieniać. W zamian za szansę przeżycia musiał więc nastąpić podział pracy spychający uniwersalnego homo sapiens do roli narzędzia, gdyż wyspecjalizowanie w używaniu jakiegoś narzędzia powoduje, że specjalista staje się jego częścią. Taka jest cena postępu technicznego w królestwie konieczności. Trudno od narzędzia żądać, aby było twórcze. Język, a właściwie jedna jego postać, też może być narzędziem. Ludzie cywilizowani mają przecież dwa języki. Jeden służy do komunikacji i ewoluuje w kierunku maksymalizacji znaczeń na jednostkę wyrazu. Drugi służy do operacjonalizacji wiedzy o świecie i ewoluuje w kierunku minimalizacji znaczeń na jednostkę wyrazu. Język komunikacji służy do posługiwania się nim w kontekście sytuacji i można sądzić, że w królestwie konieczności ten właśnie język ma szanse największe. Nasuwająca się więc hipoteza, że wielka sztuka paleolitu umarła, gdyż pojawił się dogodniejszy środek wyrazu, jest i z tego względu mało prawdopodobna. Wielka sztuka pojawiła się znowu dopiero wówczas, gdy wytwarzanie chleba w pocie czoła przejęli niewolnicy, oni przejęli też rolę narzędzia stwarzając szansę uniwersalnym twórcom kultury i co warto zauważyć - twórcom języka operacji. Świadczy o tym rozkwit nauk abstrakcyjnych, które zawsze wielkiej sztuce towarzyszą. Niestety nie mamy jak na razie żadnych szans zrekonstruowania wiedzy ludzi paleolitu. Nie byłoby jednak niczym dziwnym, gdyby okazało się, że właśnie język operacyjny i powiązana z nim wiedza umożliwiły owo decydujące o przyszłości naszego gatunku przejście od luźnego, beztroskiego, nie wyspecjalizowanego zbieractwa, do zorganizowanej, wymuszającej dyscyplinę i podporządkowującej człowieka konkretowi – produkcji dóbr. Zadecydowały o zapoczątkowaniu ewolucji kulturowej.

Paulus Herakles Mahala pisząc o ludziach, którzy zapoczątkowali ewolucję kulturową, lokuje ich na tundrach przylodowcowych. Nie znaczy to, że nie uwzględnia nowszych badań i wyłaniających się z nich hipotez. Nawet przyjmuje za bardzo prawdopodobne, że naturalny stos atomowy jaki zapłonął na południu Afryki, mógł być odpowiedzialny za przyspieszenie mutacji, które istotom przedczłowieczym dały szansę jakościowego skoku spinając razem właściwości, które mogłyby być, ale dopiero w wyniku następnych tysięcy lat ewolucji biologicznej, gdyby te istoty przetrwały, co nie wydaje się specjalnie prawdopodobne. Stawia jednakże pytanie - a co z innymi istotami, czemu właśnie tu na kontynencie Afryki nie doszło do masowego zakłócenia ciągów ewolucyjnych? Sprawę tę pozostawia bez odpowiedzi, zaznaczając jedynie swoje wątpliwości. Przyjmując jednak hipotezę za trafną, zauważa, że konsekwencje trwałe tych nowych możliwości raczej nie mogły się ujawnić w pobliżu reaktora jądrowego. Poza tym mutanci nie są najlepiej widziani w swoich stadach. Ich szansą przeżycia jest samotność, oddalenie od miejsca urodzenia, a więc od „normalnych” członków gatunku. W efekcie w ciągu owych tysięcy lat najbardziej inni dewianci musieli znaleźć się na najdalszym obrzeżu swojej ojczyzny. Ten trwający wieki wielki Bang ludzkości doprowadził ją do jedynych dostępnych terenów, jakimi była północna Afryka i przylodowcowe tundry południowej Europy z możliwością ekspansji na wschód, gdzie mogły zachodzić podobne procesy człowieczenia wzmożone różnymi krzyżówkami genetycznymi. Po ustaniu promieniowania radioaktywnego również i Afryka mogła z powrotem przyjąć już jakościowo odmienionych ludzi myślących.

Tak czy owak homo sapiens usadowił się mocno w Europie, co nie znaczy, że i w innych częściach świata nie mogły się powtórzyć w podobnych warunkach podobne procesy. Jak dotychczas jednak są one na tyle hipotetyczne, że nie miałoby wielkiego sensu zajmowanie się takimi szczegółami, jak ich lokalizacja geograficzna.

Przyjmijmy więc, że Złoty Wiek nastąpił w najbardziej trudnych warunkach klimatycznych, ale najlepszych psychologicznie. Wówczas każdy, kto zajrzał dalej, niż pozwala na to realna rzeczywistość, kto mógł i chciał stworzyć swój własny alternatywny świat, mógł nie tylko na to sobie pozwolić, ale i już przez to był w lepszej sytuacji biologicznej.

Wiemy o tym z przykładów dzisiejszych. Doświadczenia poboru do Armii Czerwonej mężczyzn z odległych pobrzeży Imperium wykazały, że mężni łowcy północy, zaradni i wytrwali, zamieniają się w ogłupiałe dzieci pod wpływem stresów współczesnej cywilizacji. Doskonale wprawieni w powielaniu doświadczeń okazują się słabi i nieodporni na świat dla nich nowy. Tylko niektórzy z nich, a to głównie szamani, wodzowie, lokalni dziwacy potrafili akomodować się do nowego4. Oczywiście stało się tak dlatego, że tylko oni w tych plemionach, zwolnieni od ciężkiej walki o elementarny byt, posiadali lepiej rozwinięte struktury poznawcze, posiadali wiedzę bardziej zhierarchizowaną, a więc sprawniej kontrolującą percepcję i działanie. Ich rodacy, normalni w swoim standardowym byciu, w tradycyjnych warunkach życia doskonalili tylko zbieżność percepcji z doświadczeniem, uzyskując ważną dla oceny społecznej bezpośrednią skuteczność konkretnego działania. Ich błyskawiczne, precyzyjne reakcje myśliwych, stanowiły jedność z konkretnym światem i z jego wymaganiami. Tu były znakomite. Jednakże pokonanie doświadczenia, opanowanie percepcji, wymaga nadmiarowości zapewniającej kontrolę wewnętrzną nad tym, co zdarzenia wymuszają w nas. Na to ich nie było stać fizycznie, gdyż było zbyt groźne dla ich codziennego bytu. To właśnie kontrola wewnętrzna jaką stwarza zhierarchizowana, abstrakcyjna wiedza, opóźnia reakcje łowcy, ale stanowi szansę w opanowaniu tego co nowe, nie doświadczane dotychczas. Zawsze coś za coś.

Koniecznym jednak kosztem owego wyjścia poza kryteria bezpośredniej skuteczności jest utrata szans na uzyskiwanie wzmocnień społecznych. Oznacza to, że osoba która wybrała własną drogę interpretowania i oceny rzeczywistości, a więc rezygnuje w wielu wypadkach ze skuteczności, musi wykazać się szczególnego rodzaju osiągnięciami o wyraźnej przewadze nad powielaniem doświadczeń. Osoba ta musi więc być i twórcza i użyteczna w skali istniejących technik przekazu społecznego. Wybiera strategię ryzykowną, która tylko czasami przynosi uznanie. Za to zdobycie uznania w wyniku działań twórczych oznacza jednocześnie zdobycie szczególnego prestiżu społecznego w owej kulturze rozumianej w kategoriach Bronisława Malinowskiego, jako całość środków, jakimi do realizacji swoich celów posługuje się społeczność. W tym sensie „teoretyzowanie” jest szczególnie intensywnym sposobem realizowania praktyki. Chyba, że jest to teoretyzowanie „samo w sobie”, refleksja nie skierowana na nic. W tym wypadku pozostaje tylko pozycja dewianta społecznego i koszt zmniejszonej skuteczności bezpośredniej. Oznacza to, że osoby o szczególnie rozwiniętej kontroli wewnętrznej uzyskanej w wyniku posiadania własnej, oryginalnej koncepcji rzeczywistości, są nie tylko bardziej odporne na stres nowego, nie tylko mają większe szansę stosowania nowych technik przysto-sowania, ale i mają większą szansę pociągnięcia za sobą pozostałych ludzi, przejęcia funkcji lidera.

Powyżej została wypowiedziana teza o związku między językiem operacji i wielką sztuką, stwarzającą szansę wyrazu, a może i szansę syntez wykraczających poza ograniczenia języka. Oznaczałoby to, że właśnie owi artyści paleolitu sprzed dziesiątków tysięcy lat byli tymi, którzy mogli stawić czoła czasom, które miały nadejść, gdy prawo biologicznej eliminacji nadmiaru egzemplarzy gatunku mogło zagrozić fizycznym unicestwieniem ludzkości, gdyż wyjście z jaskini na parę godzin nie wystarczało już do napełnienia brzucha, gdy trzeba było gromady ludzi i karmić i kierować do zdobycia środków do życia, zapewnić warunki nieproduktywnym matkom i dzieciom oraz organizatorom pracy. Stado jest bardziej bezbronne niż jednostka ratująca się chociażby ucieczką na drzewo. Musi wytworzyć swoiste reguły życia, musi dla niego powstać dom i jego ochrona. Jaskiń i nie było nigdy wiele i nie są one najbardziej odpowiednim miejscem do życia pokoleń.

Paulus Herakles Mahala zwraca nam uwagę na to, że dopatrywanie się zależności między siłami wytwórczymi, a poziomem cywilizacji jest słuszne, ale pojęcia sił wytwórczych, narzędzi produkcji, nie powinniśmy ograniczać do środków przeżycia bezpośredniego. Doświadczenia z okresu rewolucji przemysłowej mogą nas mylić.

Nawet więcej - ograniczenie się do tych środków kosztem abstrakcyjnych idei o znacznym zasięgu czasowym i znacznej uniwersalności może stać się przyczyną katastrofy. Reguła ta zachowała swoją moc aż po dzień dzisiejszy, gdy odabstrakcyjnione idee uzasadniają wysadzenie naszego globu wybuchem, o ile już przedtem nie zostanie on zatruty odchodami maszyn.

Miejmy stale na uwadze, że myśli te wyraża człowiek, który spędził dzieciństwo nad jednym z dopływów Amazonki. Był dzieckiem szczepu, który w jego pokoleniu po raz pierwszy zobaczył innych niż oni ludzi. Tego samego dnia zamienił rodzinną chatę na hamak w misji katolickiej. Był synem czarownika, a matką była córka wodza i nigdy nawet na myśl mu nie przyszło, aby to, w co wierzyło jego plemię było czymś gorszym, w znaczeniu bardziej opóźnionego, nigdy nie rozwiniętego dziewiczego prymitywu. To był prymityw, ale stanowił zejście, a nie początek. Czary jego ojca to była dekadencja, gdyż od żywej kultury zostali odcięci setki lat temu. Im dalej w przeszłość, tym było wspanialej, tyle że z biegiem lat dawne słowa, znaki, gesty znalazły się poza sensem, z którego wyrosły. Ale i w tej postaci były one czymś znacznie więcej niż praktyką jego wytrwałych i dobrych, ale bardzo konkretnych nauczycieli misyjnych, że nie wspomnę o członkach plemienia omotanych słowami, znakami, licznymi tabu, niezdolnych do przeciwstawienia się światu, którego sens został od nich odgrodzony rytuałem wiary.

Na przykładzie tego plemienia widać wyraźnie, że siły wytwórcze to nie tylko motyka do uprawy pola, ale i wiedza o pochodzeniu świata, o istocie chorób oraz rzeźba i utwór muzyczny. Jak daleko trzeba być od źródeł własnej kultury, jak dalece trzeba czuć się zależnym od przedmiotów, od świata rzeczy, aby wpaść na pomysł priorytetu bazy nad nadbudową lub sprowadzenia całej rzeczywistości ekonomicznej do produkcji i konsumpcji na wzór organizacji biologicznej? A także, aby wpaść na pomysł, że od narzędzia i ruchów konsumpcyjnych jest bezpośrednia droga do uformowania się języka. Jak gdyby codzienne doświadczenie nie uczyło, że jest odwrotnie, że ograniczenie się do produkcji i konsumpcji dekulturuje jednostkę ludzką? Praca nie uszlachetnia i nie uszlachetniła nigdy nikogo. Praca sama w sobie tylko prymitywizuje, deterioruje jednostkę ludzką przekształcającą się w rzecz, w narzędzie, a więc i tracącą atrybuty człowieka. Cel pracy uszlachetnia wówczas, gdy wykracza poza konsumpcję, poza talerz zupy i zamknięcie gąb wrzeszczących z głodu dzieciaków. Ostatecznie praca to tylko siła razy czas. Gdy celem pracy jest czynienie czegoś więcej niż materialnie z pracy wynika, gdy praca kształtuje pozytywnie jednostkę ludzką wyzwalając jej potencjały twórcze, dostarczając jej radości życia, łącząc ją wraz z innymi ludźmi w społeczeństwo wolnych ludzi czynu - wówczas może ona spełnić i pozytywną rolę w historii.

Tyle że to, co w niej jest ponad wydatek określonej energii w czasie, jest właśnie najbardziej istotne i można by z powodzeniem energię tę sprowadzić niemal do zera, do tej ilości, jaka niezbędna jest dla transformacji informacji w mózgu i zarejestrowania jej skutków. Wystarczy to, aby wyniki pracy mogły trwać ponadhistorycznie służąc pokoleniom. Może nawet jest to konieczne do tego, aby pokolenia mogły istnieć.

J. H. Mahala pokazuje znowu, że i tu działa jego reguła. Praca nabiera wówczas sensu, gdy odrywa się od swojego materialnego substratu, gdy w wyniku własnych praw rozwojowych inwencji ludzkiej eliminuje stopniowo składnik energetyczny na rzecz informacyjnego, a informacyjny przekształca w konceptualizację nowej, pożądanej rzeczywistości.

W tym ujęciu nowego znaczenia nabiera metafora Marksa5 o „Królestwie wolności” uwalniającym człowieka od konieczności pracy dla przeżycia i druga jego metafora o różnicy między pracą człowieka i pracą pszczoły. Człowiek budując dom może (i powinien) mieć jego koncepcję, manipulować nią, dostosowywać do pragnień ludzi, którzy będą w nim mieszkać i mieć wiedzę o optymalnych warunkach życia ludzi. Samo wykonanie projektu nie ma dla niego osobistego sensu. To „tylko” praca. Największą nawet pracowitością nie skompensuje braku myślenia. Pracując jak pszczółka człowiek wcale nie pracuje lepiej. Jest uwiązany w każdej czynności czynnością już wykonaną i wtopiony w niewolniczy łańcuch bezmyślności pracy mechanicznej. Postęp, a właściwie możliwość jego istnienia, zależy od zdolności „do zniszczenia” realnego obecnie składnika bytu na rzecz idei i dopiero wtedy byt może zostać opanowany.

Od chwili gdy gatunek ludzki aby istnieć, musiał porzucić swój Raj, gdy użył do tego celu tych potencjałów, jakie uformowały się w nim podczas bezinteresownego trenowania aktywności twórczej, oznaczało to, że wyszedł poza koleiny ewolucji i rozpoczął ewolucję kulturową. Ale też nie ma odwrotu. Zmieniają się więc cywilizacje. Jedne z nich znikają bez śladu uduszone własną mocą napędową przy próbie zatrzymania swojego rozwoju. Inne, gdyż uznały, że mogą zatrzymać w rozwoju świat. Jedne i drugie rozpadały się same nie wiedząc kiedy, ot przypadkiem zmiecione przez oddział kawalerii Atylli lub Korteza, którzy myśleli tylko o łupach i którzy do końca życia nie zrozumieli konsekwencji swoich czynów. Cywilizacje te upadły, głęboko wierząc we własną nieruchomą nieskończoność trwania. Nie umiały przejść nad swoim własnym historycznym porządkiem rzeczy do nowych kształtów kierowanych nowymi ideami.

J. H. Mahala najwyraźniej przesadza w swojej apoteozie cywilizacji europejskiej, która jego zdaniem zawsze potrafiła w porę unieszkodliwić rozkładowo działające ogniska zastoju. W jego terminologii owe ogniska rozpadu to organizacje polityczne, które rezygnując z symboli jako kategorii interpretacji i projektowania przyszłości, zaczęły sprowadzać je do konkretów jako byty same w sobie. Już w teorii „kod - emocje” postawiłem tezę, że symbole, gdy stają się zbyt nieruchawe. to znaczy, gdy nie da się z nich wyłonić nic nowego, gdy stają się bezpłodne i nie wynika z nich ani program nowego działania konkretnego ani nowy symbol bardziej dostosowany do skutków tego działania - nabierają atrybutów rzeczy - stają się konkretne - mimo abstrakcyjnej szaty językowej. Paulus H. Mahala ma bliską temu poglądowi intuicję.

Sądzi on, że gdy w danej organizacji nie ma żywej idei - celem może być tylko brak zmian w istniejącym porządku rzeczy, absolutny, to znaczy taki, jaki jest bez względu na okoliczności. Wówczas prawem staje się okrucieństwo, a życie ludzkie wartością dyspozycyjną organizacji. Idee stają się wrogie już przez sam fakt swojego istnienia. Język musi wówczas wyrażać trupie szczątki idei, zamiast zdawać sprawę z rzeczywistości. Postępuje więc („postęp jest zawsze, ha, ha, ha !” str. 647) degradacja, groźna dla sprawy istnienia ludzi. Organizacja, której serce umarło, spełnia więc funkcję odwrotną od tej, jaką wyznacza jedyny sensowny cel ewolucji kulturowej - zachowanie ludzkości. Zasada ta dotyczy zarówno osobowości jednostki, jak i państwa, ma więc charakter uniwersalny.

Posługując się ową koncepcją J. H. Mahala wyraża podziw dla sił, które w porę właściwie zlikwidowały Imperium Rzymskie, oczyszczając glebę pod nowy plon, które anihilowały wspaniałe Imperium Bizantyńskie uznające się za refleks królestwa boskiego na Ziemi. Zachwyca się pstrokacizną królestewek feudalnych, które nigdy nie dopuściły do rzeczywistego powstania Imperium Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Tym, że Francuzi mieli Anglię za sąsiada, Anglicy rywali hiszpańskich stale łechtanych aktywnością portugalskich żeglarzy. Podziwia ów niemożliwy do pomyślenia twór - Rzeczpospolitą Trojga Narodów, w której jeszcze kilka innych ludów mogło czuć się u siebie w domu. Mając prawo veta lub nacisku ekonomicznego nie dopuściła, aby jakakolwiek z cząstek składowych mogła zechcieć pozbyć się inicjatywy, a gdy ostatecznie utraciła ją na rzecz magnaterii, nastąpił krach.

Oczywiście autor nie pominął i Chin, których tysiąclecia trwania mogłyby wydać się przeciwne jego tezom. Mahala wykazuje, że jest odwrotnie. Dzieje Chin potwierdzają jego poglądy. Dzieje Cesarstwa Chińskiego dostarczają mu nawet nowych argumentów. Buduje on na tym przykładzie coś w rodzaju modelu trwałości historycznej państwa, które wprawdzie zamknęło się we własnych murach pod dekadenckim hasłem „Państwa Środka”, ale też opracowało niezwykle finezyjny system ideologii oficjalnej łączący w sobie równocześnie i konfucjańskie cnoty porządku i hierarchii i taoistyczny mistycyzm jedności ducha i materii. O ile dla pierwszego, realizacja cnót obywatelskich znajduje wyraz w porządku i dobrobycie państwa, które nie wymaga siły ani kary, to w drugim, wyrazem właściwego rozumienia rzeczywistości jest brak wysiłku w poczynaniach z tą rzeczywistością. Nadrzędność wiedzy nad siłą, zrozumienia nad aktywnością. Subtelna, ale wszechprzenikająca idea wiary w głęboki sens porządkujący chaos materialnego świata i zwątpienie w trafność jednokierunkowych interpretacji. „Czy motyl był snem Czuang Tsy czy Czuang Tsy był snem motyla?” Tego nikt nie dowie się nigdy, bądźmy więc skromni w swoich twierdzeniach o tym, jaki jest właściwie świat. Zastanówmy się raczej nad tym, co w tym świecie jest naszą powinnością, po co w ogóle miałoby sens nasze istnienie, a więc i po co jest nasz czyn. Wódz, który wygrywa wojnę, jest gorszy od wodza, który wojen nie musi prowadzić, gdyż wódz jest właśnie po to, aby do wojny nie musiało dojść. Gospodarz, który uratował bohatersko dach przed huraganem, jest gorszy od tego, którego dach jest odporny na wichury. Autor przytacza wiele historii z „Prawdziwej księgi południowego kwiatu”. Zachwyca go postać rybaka Lao Tsy, który łowi wędką bez haczyka, gdyż po prostu lubi wędkować, a ryba była mu niepotrzebna. Tenże rybak, a jest nim Lao-tsy, ratuje kraj, gdy na prośbę zrozpaczonego narastającym chaosem króla obejmuje rządy. Król robił, co mógł. Wprowadzał reformę za reformą, nie było najmniejszej dziedziny życia, której nie obejmowałyby jego wciąż doskonalone przepisy. Lao-tsy przez rok swoich rządów nie zmienił nic, a kraj zaczął wracać do siebie. „Gdyż nadmierna gorliwość praktyczna jest bardziej szkodliwa od spokojnej zadumy pozwalającej rzeczom iść własną koleją losu, tak jak to wynika z ich istoty. Najpierw nie należy szkodzić i wtedy można zacząć tworzyć” (str. 632).

Ale i ten kraj zaczął chylić się ku schyłkowi, gdy zaczęto idee sprowadzać do form rzeczy, gdy zamiast zabijać kolejne rzeczy, zabito idee.„Najpierw pali się książki, po czym zaczyna się palić ludzi”, tym europejskim cytatem zaczyna autor ostatni rozdział swojej książki. Twierdzi, że tak było zawsze od spalenia Biblioteki Aleksandryjskiej po zniszczenie ksiąg azteckich, aż do czasów, gdy Germanie utożsamiający przedmioty z wartościami, cnotę z praktycznością i prawdę ze skutecznością, urządzili ludzkości najbardziej sprawne fabryki śmierci i niektórzy po dziś dzień nie mogą zrozumieć, na czym polegał błąd. Przecież pracowali solidnie i wydajnie.

 

To nieco przydługie wprowadzenie było niestety konieczne i Czytelnik zechce mi łaskawie wybaczyć nadmierną łopatologię i zbytnią liczbę przykładów, ale taka była wola Wydawnictwa. Sadzę też, że słuszna. Byłoby błędem pozostawienie tego wspaniałego dzieła poza zasięgiem polskiego czytelnika, ale książka ta nie jest napisana łatwo i wymagać będzie znacznego wysiłku nawet od wytrwałych oraczy filozoficznych stepów. Wysiłku jednak nagrodzonego obficie. Od dawna nie powstało dzieło tak jednorodne i o tak wielkim rozmachu. Oparte właściwie na jednej prostej idei - prymatu myśli nad rzeczą jako koniecznej konsekwencji kondycji ludzkiej.

Paulus Herakles Mahala swoje pierwsze imię otrzymał od ojców misjonarzy, drugie natomiast przybrał sobie sam jako człowiek dorosły. Nie jest to bez znaczenia, jak nic co czynił i być może czyni. Łączy te dwa imiona moc i bezinteresowność działań na rzecz ludzi.

Napisałem „czyni”, gdyż wiadomo tylko, że zaginął w nieznanych okolicznościach. Biografowie są jednak ostrożni. Znaleziono jego nazwisko w spisie uczestników kongresu psychoanalitycznego w Tokio w 1998 roku. Utrzymują się pogłoski, a źródłem jest reporter „Newsweeka” John Robol, że Mahala wrócił do resztek swojego plemienia, poprowadził je w pustkowia Andów i tam przewodzi mu jako wódz i czarownik, kontynuując dzieło ojca i matki. Nie było by w tym nic dziwnego. Uważny Czytelnik szybko zorientuje się, że autor, wprawdzie nie pisze tego wprost, jest jednak przekonany, że nie ma znaczenia sam obszar działania, ale również to, jak wielu ludzi i czy w ogóle ktokolwiek naszym działaniom podlega i czy wystarczy nam naszego życia na spełnienie marzeń. Jesteśmy śmiertelni, a więc nie zajmujmy się śmiercią - to tylko nieuchronny konkret, nic wobec tego co możliwe. Czyńmy to, co należy nie licząc na skutki, nie oglądając się na innych, ani na to, co zostało za nami. Nie ma powrotu przeszłości, a przed nami otchłań. Idźmy. Może podtrzyma nasze stopy promień księżyca?

Kazimierz Obuchowski



1 Paulus Herakles Mahala (1992). Between Past and Aeternity. Mexico, Don Co.
2 Kazimierz Obuchowski, (1978). Sztuka i jej współtwórcy, Poznań, ISME, oraz Literatura 1978, 42.
3 Kazimierz Obuchowski, (1982), Kody orientacji i struktura procesów emocjonalnych. Wyd. II, przerobione, Warszawa, PWN. Por. też Kazimierz Obuchowski (1989), Adaptacja twórcza, Warszawa, KIW
4 Na odporność psychiczną, jaką musi przejawiać szaman, wskazuje Prof. Andrzej Wierciński w swoim pasjonującym eseju „Mesjasz i Ekspansja” (maszynopis niepublikowany).
5 J. H. Mahala nie uniknął tego ukąszenia, ale chyba nie poniósł z tego powodu dramatycznych strat.


Za zgodą autora, na prawach rękopisu. Pierwodruk: „W poszukiwaniu właściwości człowieka” - książka wydana przez Oficynę Wydawniczą „GARMOND”. Poznań 2001 r.

Dziękujemy pkl. „Łabuź”

 


Agnieszka Wesołowska

PIOSENKA FRYNE

Tak. W zwietrzelinie kuchennej grzędy

jest jeszcze czasem miejsce

na plaster chleba, gdy pod językiem

rośnie bryłka soli -

Tak nasza barć obradza.

 

Kiedy milkły stodoły, rozstrzelane gęsi,

kiedy przestawały skrzypieć furtki

prowadzące na plantację aniołów,

ich ostatnie słowo zawsze uciekało.

I nie wraca długo, bardzo długo.

Może na zawsze.

 

Teraz podłoga taka rozległa nagle

we wzory zmęczonych stóp.

I żeby tylko nie pomyśleć

o posadzce w Chartres, bo nasza modlitwa

tak chropawa, jak stukanie łokciem o blat,

coraz gorzej znosi herosów za kołnierzem.

 

Ale, słyszysz, powietrze się przejmuje.

Wariackiej piosenki Fryne wytrawne półtony

tak nas wzruszają niedbale.

I jak tu powiedzieć o bólu w płucach,

gdy rośnie kołysanka na strychu z czereśni.

 

Korytarze nam podrętwiały, kochany.

Przyszły po nasze paznokcie i uszy

słomiane izby wypełnione

cichą jaszczurką.

Agnieszka Wesołowska


Dariusz Kaleta, Robert H. Ćwik

WYKOPALISKA*

Pan Piórko spadł z łóżka. W sumie nic dziwnego, tym bardziej, że zdarzało mu się to nieraz. Zazwyczaj śnił wtedy o bitwach, w których brał udział jako rycerz odziany w ciężką zbroję. Lub o turnieju, w którym jako tenże woj uczestniczył. Z łóżka zaś spadał trafiany ciosami przeciwnika.

Przebudzenie takie nigdy nie było miłe. Ale tym razem było gorzej, niż zwykle. Ledwo zetknął się z podłogą, uszy jego poraził łomot tak straszny, że przyjął pozycję siedzącą, nim zdążył jeszcze otworzyć oczy. Uchylił powieki i natychmiast pożałował. Wpadające przez okno promienie słoneczne zrobiły swoje. Dał znać ciężki kac po całonocnej balandze. Wszystko to w połączeniu z olbrzymim hukiem spod bloku sprawiło, że jęknął cicho i na czworakach powlókł się do łazienki.

Toaleta poranna zabrała mu ponad godzinę. Był jednak na urlopie i mało obchodził go czas. W końcu wyszedł z łazienki. Mieszkanie wciąż lekko wibrowało. Pojął wreszcie, że nie kac jest tego przyczyną, a coś pod budynkiem. Nałożył okulary przeciwsłoneczne i podszedł do okna.

Zazwyczaj jego wzrok padał początkowo na mały skwer przed oknem: ulubione miejsce okolicznych psów. Tych wyprowadzanych na spacer przez właścicieli i tych bezpańskich. Lubił przyglądać się ich zabawom, czasem walkom oraz wielkiemu zaniepokojeniu właścicieli czworonogów rasowych, kiedy to sfora bezpańskich kundli goniła wychuchaną suczkę. To była jedna z jego ulubionych rozrywek.

Tym razem jednak... skwerku nie było!

Zamiast niego ziała w ziemi olbrzymia dziura, otoczona stadem żarłocznych i hałaśliwych maszyn budowlanych. Koparki, spychacze, ciężarówki.

Tego było za wiele, jak na jego słabowite nerwy. Wskoczył w ubranie, nie zważając na to, że właśnie założył marynarkę do spodenek plażowych. I wybiegł z domu. W kapciach.

Po chwili stał już nad pogłębiającym się wykopem, z przerażeniem wodząc dookoła wzrokiem. Nie był osamotniony. Wzdłuż pryzm ziemi biegały zdezorientowane psy, tu właśnie od niepamiętnych czasów załatwiające swoje potrzeby fizjologiczne. Teraz przystawały to tu, to tam, rozglądając się bezradnie za najmniejszym choćby krzaczkiem. Na próżno.

Pan Piórko spojrzał przed siebie. Nagle pobladł, zatrząsł się i zapłakał. Drzewko! Jego drzewko!

Nie było. Znikło. Jedyne drzewko na całym skwerku. Przyjaciel, którego można się było chwycić, gdy nogi w drodze do domu z balangi odmawiały posłuszeństwa. Bezpłatna toaleta na wolnym powietrzu, z której korzystał wracając ze spotkań przy piwie, gdy pęcherz domagał się opróżnienia. Nie było drzewka!

– Ratunku! – wrzasnął. – Ludzie! Tak nie może być! Ja! Psy! Drzewko moje! Nie wolno! Kto pozwolił?! – umilkł raptem, zakrztuszony śliną.

– Jak to, kto? Normalnie, miasto. Wie pan, plan zagospodarowania i tak dalej – odezwał się ktoś stojący za nim. – A swoją drogą ktoś bardzo dbał o ten skwer. I to na pewno nie Zieleń Miejska.

– O? – zdziwił się Pan Piórko – Co pan powie?

– No tak – kontynuował tamten. – Skwerek bywał co jakiś czas dokładnie skopany. Po kawałku tylko, ale zawsze.

W tym momencie resztki kaca opuściły Pana Piórko i cała tragiczna prawda o skwerku dotarła do jego świadomości. Zbladł jeszcze bardziej, a dotychczasowe rozżalenie w oczach zastąpił lęk.

– Cholera jasna – mruknął.– Co będzie, jak...

Nie skończył, bo właśnie nadzorujący budowę konserwator zabytków zawołał:

– Maszyny stop!

I zapadła cisza. Chudy facet w okularach zeskoczył do wykopu z woreczkiem foliowym w jednej ręce i szpadelkiem w drugiej. Pogrzebał delikatnie łopatką w ziemi i uniósł do góry strzęp czerwonej tkaniny. Wsadził go do woreczka, wygramolił się z wykopu i podszedłszy do kierownika budowy oznajmił:

– Coś znaleźliśmy. Żadnych prac do wyników ekspertyzy.

Po czym wsiadł do zielonego trabanta i odjechał.

Pan Piórko wrócił do domu i opadł zrezygnowany na łóżku. „No to po mnie... Co robić, co robić?” – zastanawiał się intensywnie, gryząc wykałaczkę.

Tymczasem czerwona szmatka z wykopu poruszyła nie tylko konserwatora zabytków, ale także dwóch inwestorów, którzy wygrali przetarg na skwerek i właśnie zamierzali postawić tam piękny dom, którego uroda – raczej ziemskiej natury – znalazłaby odbicie w kosmicznej cenie za metr kwadratowy. Panowie już opijali wejście koparek na plac, kiedy przybiegł do nich zdyszany kierownik budowy.

– Panie Cement, panie Piasek – krzyknął od wejścia. – Znowu archeologia coś wygrzebała!

Piasek tylko zazgrzytał zębami, a Cement stężał na twarzy.

– Miejmy nadzieję, że to kolejna bzdura – powiedział wreszcie Piasek. Znaleźli jakieś resztki po Szwabach sprzed wojny i z miejsca zadyma. Napijmy się lepiej, bo trzeba będzie nadgonić stracone godziny. Niech pan powie ludziom, że jeśli jutro nie zaczniemy do południa, to zmiana potrwa czternaście godzin – zwrócił się do kierownika.

Ten wyszedł po cichu obwieścić ludziom radosną nowinę.

Następnego dnia jednak do pracy nie przystąpiono. Za to wszystkie lokalne gazety pomorskie i kilka ogólnopolskich obwieściły, że w Kołobrzegu dokonano nowego sensacyjnego odkrycia archeologicznego, które sugeruje, że zamieszkujące okolice ludy przedsłowiańskie prowadziły handel z kontynentem amerykańskim. Wyciągnięty z ziemi kawałek tkaniny miał się okazać wełnianą dzianiną o splotach charakterystycznych dla dawno wymarłych plemion indiańskich. Wiek znaleziska oceniono na co najmniej 2500 lat. To wystarczyło, aby w następnych dniach na placu budowy, miast maszyn, pojawiły się ekipy archeologów z Polski i nie tylko. I to oni, a nie koparki, ryli w dole dwadzieścia cztery godziny na dobę. Znaleźli naprawdę wiele, a że wszystkie ich odkrycia znajdowały się w jednej warstwie, więc nikt już sobie nie zawracał głowy weryfikowaniem badań ich wieku. Dwa tysiące pięćset lat przemawiało do ich wyobraźni wystarczająco mocno.

Po blisko tygodniu tej kopaniny ekipy przeżyły kolejny szok. Pod niższą warstwą ziemi odkryto następne przedmioty. Te musiały być z pewnością starsze. Tylko o ile? Zanim ktokolwiek zdążył pomyśleć o oddaniu ich do analizy, dwóch naukowców pracujących w przeciwległych rogach dołu zemdlało jednocześnie. Cucący omdlałych od razu zrozumieli wagę sytuacji. Nawet nimi zachwiało. Bowiem jeden z uczonych mężów trzymał w dłoni kawałek egipskiego papirusu z malunkami i hieroglifami. Absolutna bomba.

To, co znalazł drugi archeolog, wprawiło ich w jeszcze większe zdumienie. Gliniana tabliczka sumeryjska, pokryta pismem klinowym!

Obu panów i oba znaleziska dokładnie obfotografowano. Sensacyjne zdjęcia obiegły świat, sprawiając, że wszystkie kwatery prywatne i hotele w Kołobrzegu zajęte były jeszcze długo po sezonie, gdyż każdy z przyjezdnych chciał cichcem i po nocy wykopać coś dla siebie.

Zjawili się rasowi poszukiwacze skarbów, zwykli amatorzy, ale też i studenci, doktoranci, badacze pisma świętego, świadkowie Jehowy, buddyści oraz potomkowie templariuszy. Każdy pragnął dowieść swej teorii, jakakolwiek by ona nie była, podpierając się sensacją kołobrzeską. W tym właśnie czasie powstała przecież monumentalna rozprawa habilitacyjna doktora H. „O wpływach indiańskich na przedchrześcijańskim Pomorzu”, a także praca doktorska magistra L. „Kołobrzeżanie w Andach”, bogato ilustrowana stylizowanymi akwarelami autora. Ogłoszono również konkurs plastyczny „Historia Kołobrzegu od prawieków sięga za ocean”, którego efekt, w postaci albumu, rychło pojawił się w sprzedaży.

Czas płynął. Rajcy miejscy zacierali ręce. Kasa miejska przy tylu przyjezdnych puchła i wreszcie znalazły się pieniądze na łatanie dziury w budżecie miasta spowodowaną instalacją oświetleniową katedry. Tylko pan Piasek coraz bardziej zgrzytał zębami i wciąż mocniej tężały rysy pana Cementa.

Sensacyjne odkrycia, które na kilka miesięcy odmieniło życie miasta, jakoś nie zachwycały inwestorów. Mieszkania, które mieli wybudować, zostały już dawno sprzedane i teraz ludzie małego ducha domagali się ich właśnie lub zwrotu pieniędzy.

Pan Piórko zaś chodził przez cały ten czas wyjątkowo blady i nerwowy. Każda informacja o wydobytym z ziemi przedmiocie przyprawiała go o palpitację serca. Bliski był obłędu. Dawno już razem z Buką znaleźli inny skwer i inne drzewo, gdzie mogli sikać do woli, ale nawet to go nie cieszyło. Stara Malwina przychodziła codziennie i nadawała monotonnym głosem komunikaty z wykopalisk.

– Zamknij się wreszcie, babo przebrzydła! – wrzasnął któregoś dnia Pan Piórko. – Sama jesteś wykopalisko, sama idź do muzeum i stań między eksponaty. Znaleźli, znaleźli! I co z tego, każdy może, to nie sztuka, jak się całe życie tylko w ziemi grzebie. Grabarze też znajdują. I co, chwalą się?!

Ten wybuch zaskoczył Malwinę, ale nie powiedziała nic. Szybko wyszła, cicho przymykając za sobą drzwi.

W pracy też nie układało się Panu Piórko najlepiej. Nawet widok Zeppelinów Wiktorii nie przyprawiał o takie dreszcze, jak dawniej. Coś go wyraźnie gryzło.

Krótko przed Wielkanocą ekipa archeologów dokonała najbardziej wstrząsającego odkrycia. Wydobyto dwa zagadkowe przedmioty: kawałek kamionkowej miski z napisem „Włocławek” i cały, dobrze zachowany, karton z napisem „Pizzeria Ani”. Skąd się tam wzięły i co miały wspólnego ze znaleziskami? Wszystko wyjaśniło się, gdy młody laborant, przygotowujący próbkę tkaniny do badań, przyznał publicznie, że aparat, za pomocą którego usiłowano określić wiek materiału, rozkalibrował się. Dopiero po jakimś czasie uzyskano poprawny odczyt, ale było już za późno.

Na świecie wrzało, a teraz zawrzeć miało ponownie. To była granda i stres nad stresy dla wielu. Koniec kariery dla niektórych. Kompromitacja dla wszystkich. Ekipy naukowców i czeredy towarzyszących gości rozjechały się szybciej, niż przybyły. Miasto opustoszało. Miejsce wykopalisk też. I można było rozpocząć budowę. Niestety, panowie Piasek i Cement kurowali zniszczone tym wydarzeniem nerwy na Karaibach. Opuszczony plac ział wielką dziurą wielkiego wykopu, na dnie której smętnie spoczywał karton z „Pizzerii Ani”.

Pan Piórko odzyskał spokój. On jeden wiedział, że znaleziony kawałek wełnianej tkaniny to nic innego, jak jego stara, zgryziona przez Bukę, skarpeta. A gliniana tabliczka i papirus? Ot, pamiątki dla turystów, jakie onegdaj przywoził z zagranicznych wojaży dziadek Walery. Pan Piórko zaś nie był szczególnie przywiązany ani do dziadka, ani do jego pamiątek i wyrzucił je.

Cały bowiem skwer był prywatnym cmentarzyskiem śmieci Pana Piórko, który co noc wykopywał gdzie indziej dołek. Nie chciał, aby ktokolwiek grzebał w jego śmieciach, zaglądał w jego życie i nie daj Boże odkrył jakieś tajemnice. Tymczasem brutalnie przetrzęsiono prywatny śmietnik. Dla Pana Piórko było to doświadczenie bardzo bolesne. Od tamtego czasu korzysta już z normalnych kontenerów na odpady, tyle że za każdym razem na innej ulicy.

Dariusz Kaleta, Robert H. Ćwik



* trzeci fragment opowieści „Pan Piórko” debiutantów z Kołobrzegu, której części pierwszą i drugą publikowaliśmy w poprzednich numerach. Autorzy poszukują sponsora lub wydawcy, który podjąłby się opublikowania książki. Kontakt z duetem autorskim: roberthc@poczta.onet.pl


Władysław Łazuka

BYŁEM

Aromat ptasich czereśni

z alejek parku na wysokim brzegu

Przy czworokątnej obronnej wieży

- wysokiej że w głowie się kręci

ich cierpkość i słodycz

jakby wczoraj

 

pod jasnym lipcowym niebem

Skandynawii

 

A potem kręte schody w dół

gdzie chorągiewki hotelu Mollberg

i widok na port jachtowy

jak z ekspresjonistów

 

Za cieśniną

naznaczone patyną lat

szczyty twierdzy Helsingor

- dokąd mam się udać

promem Ha Ha

by słyszeć wyobraźnią

powozy i muzykę końskich kopyt

po bruku nad fosą

aż na dziedziniec zamku

gdzie w komnatach Hamlet ze swoim

- oto jest pytanie -

Ofelia

I organowa msza w kaplicy

 

A gdzie nie spojrzeć

to historia Danii

 

Rojne uliczki miasta

gitarzysta grający utwory klasyczne

na chodniku

obok otwartego futerału

- co łaska

Jakbym tu już kiedyś był ?

 

zapachy straganów, kafejek, barów

a dalej człowiek - orkiestra

w rytmach Beatlesów

Małgosi i Zbyszkowi

dźwięki języków różnych nacji

żywa wieża Babel

 

fasady kamieniczek sprzed wieków

i nieprzerwane ludzi strumienie

którym daję się ponieść

ciekawy wszystkiego

 

a później powrót

galeria obrazów

w starej rybackiej osadzie

- te domki kryte trzciną

wyglądające zza szyb pelargonie

i malwy, malwy, malwy

 

wędkarze co powrócili z połowu

rozprawiający o przygodach

w maleńkiej zatoczce

uśmiechnięci, w sile wieku

- stare wygi

morze na ich dłoniach

na twarzach

- ta czerstwa rześkość północy

słońca i porywów wiatru

 

kobieta karmiąca koty

i rozmawiająca z nimi

pod dachem z folii na uboczu

w krzewiastych zaroślach

- jak nie z tego świata

 

i później kiedy będę stał

niedaleko stąd

próbując owoców

prosto z jagodnika

i schodził urwistym brzegiem

gdzie fale rzucają się na skały

- w odcieniach barw nie do opisania

z tym ciągle niezapomnianym

smakiem ptasich czereśni

na ustach

 

jakby przed chwilą

Byłem ..............

Helsingborg lipiec 1998 -
Choszczno lipiec 200I r.



Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (12)

Obecny przegląd to debel mieszany: poezja i proza. Wydawnictwa poziomem rozmaite. Bardzo rozmaite. Niczym owoce na dzielnicowym straganie: raz trafią się mało dojrzałe, innym razem kiepskiej jakości, a gdy pogrzebać głębiej, to dorodny i smaczny się trafi.

 

Do zdecydowanie kiepskich wydawnictw zaliczyć należy najnowszy almanach środowiska literatów koszalińskich („Almanach literacki. Koszalin 2001”, Oficyna Wydawnicza AGATON, Koszalin 2001, str. 50), zrzeszających wielu twórców Pomorza Środkowego. Publikację wydano staraniem ZLP, a rzecz dofinansował marszałek Województwa Zachodniopomorskiego i Zarząd Miasta Koszalina.

Jest to druga, po przedrocznej, próba prezentacji imających się pióra. Najwięcej wewnątrz znajdziemy prozy i poezji, nadto noty ogólne i kilka międzykoleżeńskich omówień. Mamy tu autorów uznanych, goniących w piętkę, ale i takich, którzy nie doczekali się jeszcze indywidualnego wydawnictwa. Łącznie nazwisk dziesięć. Podaję według kolejności pomieszczonych tekstów: Jan Lechowski, Ludmiła Janusewicz, Piotr Bednarski, Janusz Gryz, Elżbieta Juszczak, Elżbieta Niedźwiadek, Jakub Hudemczuk, Józef Narkowicz, Magdalena Turowska i Jerzy Żelazny. Dla porządku odnotujmy, że to tylko część tam żyjących twórców.

Nie wiadomo, gdyż almanach tego nie ujawnia, kto był odpowiedzialny za selekcję tekstów. Z grubsza wiemy natomiast jaka idea przyświecała publikacji. Czytamy w anonimowym wstępie: Hasło „nasze małe ojczyzny” miało porządkować niniejszy tom. Chodzi o przestrzeń geograficzną, społeczną, kulturową i duchową, w której żyje i tworzy poeta, pisarz.

Skąd żachnięcie początkowe? Można mieć żal do selekcjonera za marny dobór tekstów. Marny artystycznie. Bowiem po wytrzepaniu plew zostałoby ledwie kilkanaście stron, góra dwadzieścia. Ilość dobra na arkusz, nie pozycję z zamierzenia poważną. Szkoda straconej okazji.

Pozostaje tylko wartość dokumentalna. I pewna pociecha estetyczna urozmaicających teksty grafik - autorstwa Włodzimierza Kuklińskiego.

 

Jednak w pobliże czytelniczej frustracji doprowadziła mnie inna książka. Mam na mysli powieść, której autorem jest G.P. Oleszek (Gabriel P. Oleszek „Smak winy”, Wydawnictwo MARPRESS, Gdańsk 2001, str. 123). Rzecz opublikowaną w serii PROZA MARYNISTYCZNA.

G. P. Oleszek (rocznik 48) jest absolwentem Państwowej Szkoły Morskiej w Gdyni oraz Uniwersytetu Gdańskiego. Przeszedł wszelkie szczeble morskiej kariery, a od 19 lat pełni funkcję kapitana statków. Opublikował dotąd książki: „SOS Bright Star”, „Dotknięcie diabła” oraz „Kosynierów z =Daru Pomorza=” - kronikę wydziału nawigacyjnego PSM w Gdyni z lat 1965- 1968.

Fabuła „Smaku winy” toczy się dwudzielnie - raz na pokładzie statku, raz w Trójmieście. Wiodącą postacią jest niejaki kapitan Kalina, któremu kariera zawodowa i życie osobiste układają się nie najgorzej. Jednak z upływem czasu dochodzi do komplikacji: grozi mu utrata pracy i klops rodzinny. Słowem, patrząc od strony treści, typowa powieść obyczajowa.

Niestety, rzecz się sypie od początku. Pomijając dość sprawnie zbudowaną konstrukcję, nie przekonują źle zarysowane sylwetki psychologiczne bohaterów, drażnią banalne spostrzeżenia. I wręcz fatalnie jest ze stylistyką utworu. Z językiem. Niemal na każdej stronie spotykamy piękne zdanka w rodzaju Kabina była czysto wysprzątana lub Małżeństwo spłonęło na ołtarzu kariery.

Powie ktoś: skoro powieść aż tak chybiona, można było ją sobie w omówieniu darować. Otóż nie. Sprawa jest poważniejsza. I tyczy sporej części współczesnej marynistyki. Wiem, że nowy „Moby Dick” nie leży za każdym rogiem literackiej ulicy. Ale to, co się dzieje ostatnio, zaczyna wołać o pomstę do nieba. Rzesza marynarzy, a zwłaszcza oficerów, chwyciła za długopisy. I jeszcze pół biedy, gdy poprzestają na wspominkarstwie, godnym na ogół uświetnienia towarzyskich przyjęć u cioci Kloci. Gorzej, gdy bezkrytycznemu skrybie przychodzi ochota sadzić literaturę tak zwaną piękną. Smutek. Smutek tym większy, iż owi radośni twórcy robią koło pióra prawdziwym marynistom współczesnym. Że wymienię z marszu kilku pisarzy rodzimych: Karol Borchardt, Jan Papuga, Eugeniusz Daszkowski, Jerzy Pachlowski.

Woda, ten okrutny żywioł, a zwłaszcza woda w literaturze, okazuje się, nie wszystkim wychodzi na dobre.

 

Ateraz przeciwieństwo powieściowe, gdy idzie o artyzm i efekt ostateczny. Z pewnym opóźnieniem przeczytałem znakomitą rzecz A.D. Lisko-wackiego (Artur Daniel Liskowacki „Eine kleine”, Wydawnictwo 13 Muz, Szczecin 2000, str. 229). Autor (rocznik 56) znany jest nie tylko czytelnikom Pomorza Zachodniego. Opublikował wcześniej książki „Ulice Szczecina” oraz „Cukiernicę pani Kirch”. Sporo drukuje w lokalnej i centralnej prasie, ima się także krytyki.

Informacja na okładce powiada, że „Eine kleine” to pierwsza polska powieść o niemieckim Stettinie i narodzinach Szczecina polskiego; zbiorowy portret rzeczywistego miasta i literacko wykreowanego. Istotnie tak jest. Zwróciłbym zwłaszcza uwagę na kreację literacką przedstawianych wydarzeń oraz na umiejętność budowania nastroju.

Historia daje się macerować na rozmaite sposoby. Można ułożyć prostą opowieść, wspartą faktami; można zabawić się w demiurga, dzieląc i rządząc z góry; ale można też wejść do środka i przez twórcze współuczestnictwo wdać się w polemikę z pamięcią. A.D. Liskowacki wybrał współuczestnictwo. Przesyconą emocjami opowieść, której dramaturgia tyle wynika z historycznych uwarunkowań, co z indywidualnych losów konkretnych ludzi.

Do tego sposób prowadzenia narracji - gęstej od szczegółów, kipiącej namacalnymi przymiotnikami. W jednym ciągu może trochę nużący (analogia do nadmiaru grzybów w barszczu), lecz nadający się do powolnego smakowania.

W każdym razie - o ile nie zalecałbym lektury dwóch poprzednich pozycji - tę powieść polecam z czystym sumieniem. To kawał dobrej prozy.

 

Inawrót do poezji. Trafił w me ręce tomik wierszy opublikowany w nakładzie śladowym, staraniem autora. Nikły nakład uniemożliwia szerszy odbiór. A szkoda, gdyż ten niepozornie wyglądający zbiorek pełen jest wewnętrznego ciepła oraz ujmujących szczerością strof. Mowa o B. Zdanowiczu (Bogdan Zdanowicz „Sowa i inne ptaki”, Kraków 2001, str. 30).

Co wiemy o poecie? Rocznik 54, łobezianin. Studiował filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Debiutował w 1973 roku. Później ukazały się dwa jego tomiki, w tym „Kiedy Ciebie nie ma” (W-wa 1980). Obecnie mieszka w Krakowie.

Gdy bliżej przyjrzeć się utworom B. Zdanowicza - jakież one są? Wyciszone i refleksyjne. O stylistyce nie stroniącej czasami od klasycyzmu. Również obrazowanie wydaje się nam znajome, bliskie. To z kolei zasługa tego, że autor świadomie rezygnuje z podboju zastanego świata na rzecz kontemplacji.

Powiada w wierszu „Mchy i porosty” - dedykowanym bratu:

        Moje życie wciąż jeszcze nie chce się poddać

        chłodnemu osądowi

        ciszy, uparcie drży na strunie

        dnia - unosząc się wśród

        obłoków.

W innym utworze (pt. „Koniec pewnego wieku”) mówi: Więc to już/ tak szybko tak krótko/ a tyle było planów wizji marzeń snów (...) dziś/ całe życie/ wygląda jak krew/ z serdecznej rany.

Jasną sprawą jest, że w ten sposób nie wyrazi się człowiek butny, pewny siebie, lecz ktoś, w kim postrzegać będziemy dumną pokorę świadomego istnienia.

Poezja B. Zdanowicza, choć nie odkrywcza, daje nam szansę zadumy nad przemijaniem.

 

W finale obecnego przeglądu chciałbym zarekomendować książkę niezwykłą, choć też opublikowaną peryferyjnie - przez co mało dostępną. Jeśli kogo rzecz zachęci, podaję na końcu adres wydawcy.

Mówię o książce K. Obuchowskiego (Kazimierz Obuchowski, „Człowiek - dążenia - sens. Myśli wybrane”, Wydawnictwo Akademii Bydgoskiej im. K. Wielkiego, Bydgoszcz 2001, str. 122), ujmującej ekspresyjnym ładunkiem. Zasługa to duetu Barbara Kaja i Stanisław Kowalik, który wyimki z pism profesora poczynił i całość zredagował. Naturalnie trud byłby daremny, gdyby nie było z czego wybierać.

Kim jest profesor Kazimierz Obuchowski, czytelnikom „Łabuzia” przedstawiać nie trzeba. Wszak w tymże okazjonalniku publikował obszerne fragmenty swojej autobiografii, Łobez był miejscem jego dojrzewania i odskocznią w szeroki świat. A któż z choć trochę interesujących się psychologią nie czytał głośnej (i wznowionej ostatnio) „Psychologii dążeń ludzkich” lub pozycji „Człowiek intencjonalny czyli o tym, jak być sobą”?

Profesor K. Obuchowski, zaznaczmy wyraźnie, należy do wymierającego gatunku naukowców prawdziwych. Niepokorny, twórczy, samodzielnie myślący - co częste, o paradoksie, w krajowej nauce nie jest - wciąż drąży ulubioną dziedzinę.

Zwykle naukowcy przynudzają, mówią mętnie lub zawile. Natomiast silną zaletą pism profesora są: rzeczowość i klarowność myśli. Rzadki to dar. Tym mocniejszym blaskiem bijący z rekomendowanej książki. Widzimy tu też aforystyczne zacięcie autora. I doprawdy, nie trzeba wielkich intelektualnych przygotowań, by ze zbiornika tego zaczerpnąć!

Prócz myśli wybranych znajdziemy w tej książce garść wierszy autora. Zaś całość domykają rozważania biografii własnej.

Sens. Co nadaje sens naszemu życiu? Zastanawiamy się nieraz. Profesor Obuchowski odpowiada tak: Sens życiu ludzkiemu nadają działania autentyczne, to znaczy takie, w których wyraża swoją istotę to, kim jest naprawdę, a nie to, co inni chcieliby w nim widzieć.

Natomiast w części poświęconej kulturze przeczytamy między innymi: Nadszedł czas, w którym możemy i musimy konstruować kulturę w sobie. To od naszej odwagi i decyzji zależy, czy nasza kultura będzie miałka. To my o tym ostatecznie decydujemy. I jest to wielką szansą przyszłości ludzkości, która jak na razie zbyt często gubi się we własnych sukcesach.

Ale dosyć lizania przez szybę.

Komu wola, sięgnąć może po rzeczoną pozycję: ul. Powstańców Wielkopolskich 2 85-090 Bydgoszcz tel./fax (052) 322 52 74.

Paweł Szeroki
(luty 2002)


Tomasz Agatowski

NIE MA WYROKU NA WIERSZE I BOGA

Poeci, wysłannicy w systemie

wczesnego ostrzegania stada ludzkiego

w heliosowym kręgu -

        Zachowajcie spokój.

 

Poeci z pętlą księżyca

podchodzący do parapetów,

gladiatorzy z kropelką łezki,

czciciele bóstw nagłych

kochanków i kochanek -

        Zachowajcie spokój.

 

Poeci pozdrawiani przez listonoszy

z honorariami, za które nie kupicie

orderów i przetrwania -

        Zachowajcie spokój.

 

W tej boskiej rzeźni - planecie naszej

nie ma przed sądem wierszy wszechmogących

jak nie ma wyroku na Boga.

Poeci głodu światła, galernicy wieków -

        Zachowajcie spokój.

 


Tomasz Agatowski
(pisane przed wschodem słońca, w Puszczy,
po umyciu twarzy, myśląc o Thomasie Eliocie)



KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między zaprzyjaźnionymi pisarzami. Na naszych łamach od października 1998 roku korespondują: zamieszkały w Podkowie Leśnej Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób z Kołobrzegu.

Dziękujemy pkl. „Łabuź”



Podkowa Leśna, 30 stycznia 2002

 

Lechu Drogi,

 

już po świętach, już po sylwestrze, ale karnawał na szczęście trwa, czego i Tobie życzę! Dla mnie jest to czas nieprzytomny, jak wiesz, muszę jednak wytrwać. Sądzę, że do mniej więcej maja tak będzie, nie dłużej, bo do roboty włączył się sprawnie i sensownie Łukasz. Jednak chwilami muszę albo iść na spacer, albo coś poczytać, żeby nie oszaleć i nie zgarbić pleców do reszty. A nie zawsze mi się to udaje, czasem padam na pierwszy z brzegu kawałek materaca i zasypiam. Zegar mi się odwrócił i mam wrażenie, że mój organizm zna dobę 28-godzinną, za to sen 6-godzinny. Ci z zewnątrz za Chiny nie mogą się połapać, dlaczego wstaję o trzeciej po południu, a kładę się o dziewiątej rano. Jakie to wywołuje zaburzenia, chyba rozumiesz. A to listonosz nie może się dodzwonić do drzwi, a to ktoś brutalnie telefonuje w południe, czyli w samym środku mojego nocnego wypoczynku. A może jestem na drugiej półkuli, gdzieś koło Kansas?

Czas zwariowany, ale jakoś się trzymam. Wpadła mi w rękę, na osłodę książeczka Anny Bikont i Joanny Szczęsnej (znana para z Gazety Wyborczej) pt. „Limeryki, czyli o plugawości i promienistych szczytach nonsensu”*. W samą porę. Limeryki zawsze uwielbiałem jako jeden z trudniejszych sprawdzianów umiejętności poetyckich i też poetyckiej mentalności. Od dziecka się z tym stykałem, pure nonsens jest mi bliski. Mój ojciec kiedyś przywiózł z Krakowa karteczki z limerykami Macieja Słomczyńskiego, a że były niesłychanie sprośne i czasem bardzo brutalne, teksty te szybko zniknęły z domu, w każdym razie moja mama dziś nic nie pamięta. Ale ja pamiętam - widziałem je i czytałem, a niektóre zapamiętałem. Były wstrząsające. Teraz po latach robiłem książkę o Milanówku**, w którym Słomczyński kiedyś mieszkał. Autor, Andrzej Pettyn (znany też jako twórca zbiorów anegdot i esperantysta) pokazał mi cały zbiór tych limeryków. Rzeczywiście - ostre jak brzytwa, dla ludzi o mocnych nerwach. Z limerykami pokazał się znakomicie swego czasu Marian Grześczak na weselu mojego syna, wyżej wzmiankowanego Łukasza. Niestety, gdzieś się zapodziały i czekają na moment, kiedy będę robił przedśmiertne porządki w papierach. Ucięliśmy wtedy długą rozmówkę z Marianem, Leszkiem Engelkingiem i Leszkiem Bugajskim, i wyszło nam niezbicie, że limeryki to nie tylko zabawa literacka, choć powstają głównie dla rozrywki.

Na okładce książki Bikont i Szczęsnej jest, przyznasz że wspaniały, tekścik Bronisława Maja:

Pewien przebiegły cyklista z Zwickau

Na swej damce chyżo pomykał.

Pod pretekstem przejażdżki na ramie

Robił dziecko kolejnej damie,

Po czym kłaniał się i szybko znikał. (B. Maj)

To jest to, finezyjna gra słów i co najmniej dwa sensy w jednym. Wiadomo, że limeryki (wynalazek angielski, nazwa podobno od irlandzkiego miasta Luimneach, po angielsku Limerick) piszą wszyscy znani i mniej znani poeci, na przykład Wisława Szymborska, która jednak jak ognia unika brzydkich słów. Słomczyński, uważany za mistrza gatunku, sobie nie żałował:

Pewien nekrofil w Nowym Targu

Nieboszczkę kupił raz z przetargu.

Lecz zesłały nieba

Karę na trupojeba,

Bowiem dziewczę to było w letargu. (M. Słomczyński)

Wszyscy polscy limeryczanie podkreślają, że Słomczyński dawał popisy grzebania na dnie duszy, i że to właśnie on jest na tak zwanym naszym gruncie godny naśladowania i rozwijania. Kraków w tym celuje. Na cześć Teresy Walas (cóż za piękna kobieta!), przyjaciółki Wisławy Szymborskiej, napisano kiedyś ponad setkę limeryków. Pamiętam, jak prawdziwie i serdecznie się śmiała na widowni, kiedy pani Wisława odbierała nagrodę Nobla, zachowując się przy tym godnie, ale niezupełnie zgodnie z królewskim protokołem.

Doktor Walas na Formozie

Miała wykład o Spinozie,

W którym fakt, że mąż tak świetny

Zmarł bezżenny i bezdzietny

Przedstawiła w pełnej grozie. (W. Szymborska)

Na ostatnim sylwestrze, zanim goście zaczęli majaczyć, znalazłem moment, żeby im powiedzieć kilka moich kawałków. Ten ułożyłem na poczekaniu, o parze, która się na siebie boczyła:

Przymierzała się pewna panna

do pewnego niepewnego panna,

a była strasznie nagrzanna.

I myślała, że zaraz z nią zacznie,

ale on zaczął tylko nieznacznie. (PMN)

Ponieważ rozmowy zeszły na tematy dość bliskie ziemi, na poziomie poduszki, dałem inny tekścik, napisany kilka dni wcześniej:

Pewien kupiec z Lesznowoli

uznał, że się nagramolił

już na zawsze i do woli.

Potem bolała go głowa,

że się gramoli kupcowa. (PMN)

Wspominając o konkursach im. Jana Śpiewaka i spacerach po Świdwinie, podałem limeryk takiej oto treści, ułożony w mglistym widzie:

Prosił pan Grześczak pana Karaska:

„Niechże się wreszcie już wykaraska

twa wołająca kiełbaska.

Poetycko w krzaczkach nalej

i szybko idziemy dalej”. (PMN)

A Maja, żona Felka Rozenkranca, energicznie się dopominała, żeby powiedzieć coś śmiesznego o niej. Wyszedłem na chwilę na papierosa i wróciłem z limerykiem, który brzmiał:

Pewna Żydóweczka była uparta,

by przyszyć mężowi skórkę z lamparta.

A kiedy miał już zwieńczenie rury,

dosiadać musiała go z góry

z lęku przed jego pazury. (PMN)

Te rymowane anegdotki wymagają wyrzucania dzieci do drugiego pokoju, żeby słuchały ich przez dziurkę od klucza, a nie tak na oczach wszystkich. To zresztą jedyny typ poezjowania, w którym wolno bez żenady (byle z sensem) używać wyrazów z bramy, i kto się na to zżyma, ten funta kłaków niewart:

Pewna panienka myślała,

że poecie nie gra pała,

bo poeta w chmurach buja.

I strasznie się tym zdumiała,

że przy niej wyjął zbója. (PMN)

W dodatku zwykle są to wierszowane rozmówki z drobnymi złośliwościami, które należy traktować wyłącznie jako rodzaj dowcipnej życzliwości. Na przykład nasi krytycy muszą się liczyć z limerykami w stylu:

Mówił Żuliński raz do Termera:

„Literatura coś mi doskwiera,

już nie potrafię znosić jej godnie.”

A na to Termer odchyla spodnie:

„U mnie pisarze mają wygodnie”. (PMN)

A z kolei sami poeci powinni wiedzieć, że ich ostre pióro nie minie, jeśli tylko się okaże, że mają grzeszki na sumieniu:

Zrobił raz Jakób poetom hecę

i zamiast wódki postawił świecę.

Więc panie na to brała ochota,

by się przymierzyć do jego knota.

Zawrzało w mieście: ja też tam lecę! (PMN)

Nie będę Cię dalej zasypywał, bo można w nieskończoność, w każdym razie warto czasem odszukać kawiarniane serwetki, których pełno po kieszeniach. A że szukałem jakiegoś oddechu, właśnie to zrobiłem. Miałem marynarkę z czystej wełny, świetną, drogą i doskonale skrojoną, idealną na egzaminy. Mira mówi, że była bardzo modna. Niestety mole się za wełnę wzięły i tuż przed wyrzuceniem na śmietnik zbadałem jej czeluście. Czego tam nie było: jakieś bilety, zaschnięte długopisy, no i te bibułki z „Halinki” przy ulicy Filtrowej w Warszawie, naprzeciwko domu, w którym się wychowałem, i gdzie siadywałem na krótką herbatkę z Małgosią, Erazmem Ciołkiem albo Jankiem Śpiewakiem (juniorem). Już „Halinki” nie ma, jest chyba „Stokrotka” czy „Różyczka”, Janka też Pan Bóg powołał do siebie, ale zostały limeryki i inne przytyki. Legenda głosi, że zespół profesora Banacha we Lwowie zapisywał swoje odkrycia matematyczne w kawiarni na marmurowych blatach. Po czym przychodził sprzątacz i wszystko wycierał mokrą szmatą. Dobrze że sprzątaczka w „Halince” nie znała się na poezji tak, jak tamten we Lwowie na równaniach, i że nie żałowała serwetek.

 

Teraz kolej na Ciebie -
 
Twój Piotrek



* Anna Bikont, Joanna Szczęsna: „Limeryki, czyli o plugawości i promienistych szczytach nonsensu”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2001.
**Andrzej Pettyn: „Kiedy Milanówek był stolicą”, wydanie 1. i 2. poprawione, Wydawnictwo AULA, Podkowa Leśna 2002.



Kołobrzeg, dnia 7.02.2002 r.

 

Piotrze Rozlimeryczony -

 

list Twój zastał mnie nad korektą „Uwięzienia...”. Zrazu sądziłem, że uporam się z nią szybko, lecz nic mylniejszego! Rok z okładem leżący u wydawcy maszynopis prozy ujawnił wiele dłużyzn. I ugrzązłem w tekście tydzień; kreśląc, kreśląc, wciąż kreśląc niepotrzebne słowa, zdania, a i całe akapity. W sumie rozmaitych poprawek zebrało się przeszło 300 i nie jest wykluczone, że ów rozległy „program naprawczy” setnie wkurzy wydawcę.

Sam znasz ten ból. Nieustannie nam się wydaje, iż obrabiany tekst jeszcze lepiej dopiąć można, że wart jest dalszego dłubania, nie tak dźwięczą frazy, przedstawianym obrazom brak szlifu lub wyrazistości...

Rodzi się związane z tym pytanie następne: jak długo można w utworze grzebać, nie popadając w skrajność? Bo przecież macerowałem owe opowiadania nie dwa i nie trzy razy; niektóre doczekały wersji dziesięciu. I marnym pocieszeniem jest, że już nie muszę wielokrotnie przestukiwać stron na maszynie, bo klawiatura komputera tylko technicznie pewne czynności ułatwia.

Tak, Przyjacielu, ustawiczny niedosyt, nie do wykorzenienia świadomość odpowiedzialności za słowo, za konstruowaną fabułę. Świadomość nie istniejąca wcześniej, gdym - w innych bólach - pierwszą powieść 25 lat temu, jeszcze przed „Krukiem najbielszym”, płodził. Na marginesie mówiąc równie kiepską, jak jej sztucznie brzmiący tytuł: „„Przepis na fatamorganę, czyli stosy, które nie chcą płonąć”. Bez wątpienia byłbym dziś ze wstydu  s p ł o n ą ł, gdyby ukazała się drukiem. Choć, o dziwo, Wydawnictwo Morskie w Gdańsku było nią zainteresowane. Na szczęście - dla mnie oraz potencjalnych odbiorców - rzecz rozeszła się po kościach... I maszynopis legł na prywatnym cmentarzu literackim, jak nazywał półki z tekstami poronnymi (poronnymi, chromymi, nie ukończonymi lub zatrzymywanymi przez niegdysiejszą cenzurę) Melchior Wańkowicz.

Cóż, u każdego z nas jest taka półka lub szafka. Odtrącone teczki żółkną, obrastają kurzem. A nie zawsze masz odwagę je wyrzucić, bo czasem roi się, że do niektórych utworów być może wrócisz, gdzieś, kiedyś. Ale to złuda. Stop! Nie ożywia się demonów zamierzchłych lat!

I ledwo wyszedłem z „Uwięzienia...”, natychmiast „pocieszył” mnie Piotr Bednarski - nawiązując do „Drapieżców” i zbioru wierszy „Wibrujące serce”: Oto kolejna twoja książka, którą krytyka literacka pięknie przemilczy.

No, ale są jeszcze czytelnicy.

Patrzę przez okno. Nadzwyczajną mamy wiosnę tej zimy. Już w styczniu „okociły się” bazie, rozhulały uśpione owady, zaś teraz niebem ciągną łabędzie krzykliwe. Tylko wyglądać powracających żurawi. Zakwitnie śnieżyczka, dereń; rozrabiać zaczną zięby. Nad wodami przelotnie pokażą się gągoł i tracz nurogęś. A przecież słońce nadal wysokie i mrozy pewnikiem wrócą.

Jednak prawdziwy mróz przeszył me kości, gdy trafiłem na informację o egzekucji poety. Słyszałeś może o tym? Stało się to ledwie kilka dni temu w San Quentin (Kalifornia). Zginął, uśmiercony zastrzykiem, 46-letni Stephen Wayne Anderson - ceniony tam twórca. Za morderstwo.

Mordowano poetów, ale i poeci mordują. Niestety. Przyglądając się historii znajdziemy nie tak mało tego przykładów. Choćby ostatnio: pisujący wiersze polityk z byłej Jugosławii, któremu zarzucono wręcz zbrodnię ludobójstwa. Nazwiska celowo nie wymienię.

 

Lecz dość o mrocznych sprawkach. Wracam do Twojego listu.

Aleś, Przyjacielu, się rozlimeryczył! I tymi limerykami dogodził! Nie przypuszczałem - choć zapewne powinienem był, zważywszy na niektóre nasze facecje - że i Ty ową formę ulubiłeś.

Zabawa literacka z limerykami zawsze była przednia. Ożywiają intelekt, potrafią rozproszyć wszelką zatęchłość poetycką. No i ten element nieprze-widywalności wyobraźni, tyle niosący śmiech, co świeżą i twórczą refleksję. Nie dziwota więc, że limerykowi i współcześnie do śmierci daleko. Bardzo daleko.

Akurat w limerykach M. Słomczyńskiego nie gustuję. Dla mnie są momentami za bezpośrednie w swej wulgarności. Wyżej cenię innych twórców, choćby Juliana Tuwima. Zwłaszcza klasyczny już E. Lear, udanie spolszczony przez R. Stillera, jest mi bliski. Ten właśnie rodzaj humoru; komizm pomieszany z groteską. Szalone skoki myśli poetycko wywiniętej, spirale absurdu.

Możesz wyobrazić sobie jakąż radość onegdaj przeżyłem w Londynie, gdy w księgarni - niedaleko stacji metra Ealing Broadway - wyjrzał z regału przeceniony „Nonsense Omnibus”*! Dobry traf, bo pierwotnej ceny (5,95 funta) byłbym nie udźwignął. W twardej oprawie, blisko pięciusetstronicowe wydanie z uroczymi ilustracjami autora - za jedne 99 pensów! Do dziś stoi w domowej biblioteczce na honorowym miejscu. Obok „Księgi nonsensu”, jeszcze z lat siedemdziesiątych (m. in. Lewis Carroll, Alan A. Milne, William Gilbert, Hilaire Bellock, Thomas S. Eliot) - w obróbce A. Marianowicza i A. Nowickiego. Pamiętasz może ów pokręcony tom**? Janusz Stanny rzecz graficznie opracował. Mój egzemplarz „Księgi” przeszedł chyba przez trzydzieści par rąk. Lecz jakimś cudem, choć zaczytany, nie przepadł, co spotkało dziesiątki innych pozycji: wykradanych lub zwyczajnie nie oddawanych (dziś pieniądze szybciej pożyczę, jeśli mam, niż książkę).

Limeryki, limeryki, ich hucpiarskie wybryki...

I nie wiedziałeś, bo skąd, że w latach osiemdziesiątych nawet je publikowałem w pomorskich pismach. Cykl nosił tytuł „Limeryki zwierzęce”. Gdzieś tkwią w papierach. Nie pamiętam wszystkich, ale - ku uciesze Twojej, nadzieję mam - zacytuję trzy: o krowie, koniu i raku.

Raz krowa z Abdery, głupia jak but,

coś poradzić chciała na poranny chłód.

I zabierając się do dzieła,

ciepły kalosz połknęła.

Czyż nie mówiłem, że była głupia jak but?

        Raz koń z Kopytna, Siwkiem zwany,

        chadzał po łąkach zakazanych.

        I kopnął go prąd.

        Więc wniosek stąd,

        że kopią: prąd, koń i zakaz nam podany!

Raz rak z Raczyna - imć Kolchanyk

gwałtowniej zapragnął życia zmiany.

Grzałkę więc wsadził do jeziora

i poczerwieniał ów nieborak.

O, tak, w gorącej wodzie był kąpany!

O, tak. I jak?

A na koniec krotochwilny, improwizowany rewanż:

Raz Piotr M.-Nieckowski z Leśnej Podkowy

szczęśliwie na koncept wpadł całkiem nowy

i słownik układać zaczął,

bacząc, że inni płaczą

nad polskim językiem, który niezbyt zdrowy!

Uff, rozlimeryczyłem się i ja. Czas zakręcić kurek.

 

Ściskam Cię sensownie, przynajmniej w wyobrażeniu własnym -

Lech


Ps. Odeszła, w wieku 94 lat, Astrid Lindgren. Jakiejż niebywałej urody są jej książki dla maleńtasów! Mądre, wzruszające i w dydaktyczności nie natrętne. Czy w dzieciństwie czytywałeś jej teksty? Ze skandynawskiej strefy porównywalny wpływ na imaginację najmłodszych ma chyba obecnie tylko Tove Jansson.

 



* Edward Lear's „Nonsense Omnibus”, Galley Press 1988, The Golden Heritage Series
** „Księga nonsensu” (przekł. Antoni Marianowicz, Andrzej Nowicki), Wydawnictwo Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1975




Bogdan Twardochleb

Rycerze znad Regi

Wiosną 1945 r. ostatni niemiecki właściciel Starogardu Łobeskiego, Hennig Graf von Borcke-Stargordt, i jego żona, Hanneliese z domu Zitzewitz, tuż przed nadejściem żołnierzy radzieckich wyjechali z rodowego pałacu. Ewakuował się też sztab wojsk niemieckich, który podczas bitwy w dolinie Regi miał u Borcków kwaterę. Autorzy książek o dziejach dworów pomorskich piszą, że czerwo-noarmiści spalili pałac. Przestało istnieć główne gniazdo Borcków, najstarszego, liczącego co najmniej tysiąc lat rycerskiego, pomorskiego rodu. W Starogardzie jest dziś tylko jedna ściana ich dawnego pałacu. Kiedyś zaliczany był do najpiękniejszych na Pomorzu.

 

Z najdawniejszych legend

Skąd wywodzili się Borckowie? Dr Georg Sello, autor monografii rodu (1908), przytacza legendę, według której ich praprzodkowie żyli nad Morzem Czarnym. W 499 r., razem z Henigstem i Horsą, wodzami Jutów, mieli wylądować w Anglii i osiedlić się w hrabstwie Kent, potem w Irlandii i Szkocji. „Pisali się the Bourck” – głosi legenda.

Legenda mówi też, że trzysta lat później byli na dworze króla Franków, Karola Wielkiego (742-814), i z jego ponoć nadania otrzymali herb. Potem, po stu pięćdziesięciu latach, gdy w Niemczech panował Henryk I (876-936), jeden z Borcków miał uczestniczyć w turnieju rycerskim w Magdeburgu.

Opowiadano też legendy bardziej wydumane. Jedna z nich utrzymywała, że cztery najstarsze domy pomorskie: Gryfici, Borkowie, Flemingowie i Wedlowie, są potomkami Rzymian: Gryfiuszów, Porciuszów, Flaminiuszów i Vitelliuszów, a protoplastą Borków był Marcus Porcius Cato.

W XVIII w. mówiono, że Borckowie wywodzą się z plemion germańskich (gockich), które zamieszkiwały Pomorze przed Słowianami. Zaprzeczał temu Caspar Wilhelm von Borcke (1704-47), pruski minister i humanista, który podkreślał, że jego przodkami byli słowiańscy Wenedowie. Pisał: „Wir sind alte Wenden... Jesteśmy starymi Wenedami. To był dzielny i sławny lud, któremu nasza ojczyzna szczególnie wiele zawdzięcza”.

Dodawał też, że nazwisko „Bork”, to po wendyjsku „wilk”. Właśnie dlatego w herbach wszystkich gałęzi rodu są wilki.

 

Książęca duma

Wróćmy do połowy XI w., gdy Racibor, książę zachodnich Słowian, bronił ziem między Odrą a Łabą przed Duńczykami. Edward Rymar, za Adamem Bremeńskim, podaje, że w 1043 r. zginął. Padło też ośmiu jego synów.

Mówiono jednak – pisze Sello – że był jeszcze syn dziewiąty, który przeżył i dał początek Borkom. Dlatego twierdzili, że są z książęcego rodu.

ów antenat (nazwijmy go: Borko hipotetyczny) miał syna Sobibora. Ruszył z nim na księcia Swantibora, by walczyć o panowanie nad ziemią Słowian, podzieloną wtedy (ponoć) na dwie części: jedną mieli władać ci, których jednoczył wilk w herbie (Borckowie), drugą - których jednoczył gryf (Gryfici). Być może spór ugasiła Polska i potem Pomorzanie występowali razem.

W każdym razie Edward Rymar pisze, że razem uczestniczyli w wojnie prowadzonej przez księcia saskiego Henryka Lwa z cesarzem Fryderykiem I Barbarossą. W dokumentach pojawił się wtedy rycerz Borcko (nazwijmy go: Pierwszy), który poległ w 1180 r., a z nim czternastu pomorskich panów i Kazimierz I, książę na Dyminie, Gryfita.

Rok później Bogusław I, brat Kazimierza i książę całego państwa pomorskiego (używał tytułu rex - król), uznał się lennikiem cesarza. W tej sytuacji Borckowie powinni przyjąć zwierzchnictwo Gryfitów, czego uczynić nie chcieli, bo uważali, że są im równi. Dopiero po paru wiekach sytuacja się zmieniła.

 

Rycerze z Wilczej Góry

W połowie XIII w. kasztelanem słowiańskiego Kołobrzegu był Borcko II, wnuk Borcka I. Gdy miasto przyjęło prawa lubeckie, stracił urząd, majątek sprzedał lub oddał zakonom i wyjechał w dolinę Regi, gdzie z pomocą mnichów spod Trzebiatowa zaczął gospodarować. Zakładał z synami Łobez, Resko i Węgorzyno, a jego wnuk (też Borcko!) – słynne i groźne potem Wulvesberge, warowną „Wilczą Górę”. Dziś jest to wioska Strzmiele.

Borckowie, ród rycerski, żyli na pograniczu Pomorza i Brandenburgii, w pobliżu granicy z Polską oraz krzyżackich i joannickich grodów Nowej Marchii. W średniowieczu uważali się za udzielnych panów, mieczem dbali o wpływy, dobrze czuli się w nękanej ciągłymi wojnami dolinie Regi. Kiedy trzeba było, szli na służbę tam, gdzie było korzystniej. Oskarżano ich o uprawianie rozboju, a w tradycji ludowej porównywano z diabłami. Powiadano też, że siedmiu braci Borcków wstąpiło do templariuszy. Zostali zamordowani.

Sello pisze, że Borckowie mieli po prostu „skłonności do zwady” W 1378 r., gdy wojowali z sąsiadami, równie jak oni bitnymi Wedlami, złupili Wałcz. Dawali się we znaki Gryficom i Trzebiatowowi, co po latach skończyło się dla nich przykro: Gryfice dały im łupnia. Stracili 32 zbrojnych.

Według Jensa Alvermanna w zbójowaniu przodowali Borckowie ze Strzmiela, ukrytego wśród lasów, jezior i bagien doliny Regi. W II poł. XIV w. panem był tam Matzke (Maćko) von Borcke.

13 grudnia 1388 r. ów Maćko oraz Eckhart von der Wolde z czterdziestoma przyjaciółmi napadli na księcia Wilhelma von Geldern, który jechał do Krzyżaków i uwięzili go w zamku Falkenburg (Złocieniec). Ciekawa to była historia! Książę był człowiekiem honoru i nie chciał, aby uwolnili go Krzyżacy, mimo że złupili dla niego Falkenburg.

Maćko napadał dalej. W 1392 r. poturbował komtura z Czech, Johanna von Mülheim. W odwecie wiosną 1393 r. Krzyżacy i książęta pomorscy zniszczyli Strzmiele. Wyprawą dowodził Wielki Mistrz Konrad von Jungingen.

Najbardziej znanym wśród Borcków rycerzem był Heinrich, noszący przydomek „czarny rycerz z Łobezu”. W latach 1467-70 był wójtem Nowej Marchii, bronił Recza i Choszczna przed swym pomorskim panem, Erykiem II, wyprawiał się na Szczecinek, wykupił od Wedlów część dóbr złocienieckich, nabył od joannitów podstargardzkie Pęzino.

Wójtem Nowej Marchii, panem Świdwina, Pęzina i Złocieńca, był potem jego syn, Kerstian von Borcke. Potem nowomarchijskie landwójtostwo sprawował Wolf von Borcke z Winnik koło Runowa. O jego bogactwie świadczy fakt, że – jak podaje Rymar - Jan Kostrzyński, władca Nowej Marchii, wypłacił mu 4 tys. florenów za odstąpienie Świdwina.

W II poł. XV w. poprawiły się stosunki części rodu Borcków z Gryfitami. Są na ich dworze, uczestniczą w wojnach, posłują, podróżują do Ziemi Świętej. W 1566 r. siedzibę nowej gałęzi rodu w dzisiejszym Wysiedlu pod Łobzem buduje Joachim von Borcke (1527-80). W miejscowym kościele urządza pomnik chwały rodu.

 

Zimna dłoń Sydonii

O tragicznych losach pięknej i dumnej Sydonii von Borcke napisano wiele. Urodziła się prawdopodobnie w Strzmielu w 1548 r., została ścięta w Szczecinie i spalona na stosie 19 sierpnia 1620 r.

Szukała miłości, pokochała księcia, pięknego i młodego, czym naraziła się dynastii Gryfitów. Po śmierci matki tułała się z siostrą, brat nie płacił należnego jej spadku, trafiła do klasztoru. Po latach oskarżono ją o czary i wygubienie Gryfitów z zemsty za odtrąconą miłość.

Alvermann pisze, że jej imię wzięło się z literatury, z romansu „Pontus i piękna Sydonia”, który w 1536 r. ukazał się po niemiecku. Mieszkańcy Strzmiela mogli tę książkę znać. Ojciec Sydonii, zaciężny rycerz, służył w miastach Hanzy.

W tamtych czasach procesy o czary były w Europie powszechne, także na Pomorzu i wśród Borcków. Podajmy (dla przykładu), że w 1595 r. Heinrich von Borcke z Pęzina podejrzewał swoją matkę, iż rzuciła czary na jego żonę. Życie uratowało kobiecie wstawiennictwo miejscowej szlachty.

Wulf von Borcke, który mieszka dziś w Iserlohn i jest przewodniczącym Związku Rodziny von Borcke, twierdzi, że Sydonia, jako córka swych czasów, też wierzyła w czary i uznawała za słuszne karanie czarownic. W rodzinie Borcków opowiadano, że po śmierci pojawiała się w Strzmielu i zimną dłonią naznaczała tych, którym groziło nieszczęście.

 

Generałowie i artyści

Po upadku państwa Gryfitów (1637) Borckowie szybko awansowali nie tylko w hierarchii marchijskiej. Radcą w sądzie apelacyjnym Rzeszy był Georg Heinrich von Borcke, a jego syn, feldmarszałek Adrian Bernhard Graf von Borcke (1668-1741), był wśród najbliższych współpracowników króla Fryderyka I. Gdy w 1701 r. powstawało państwo pruskie, towarzyszył mu podczas koronacji w Królewcu, a w 1717 r. przejmował Szczecin od Szwedów i był gubernatorem szczecińskiej twierdzy. Dwie swoje córki, Marię Augustę i Margaretę Helenę, być może z oszczędności, kolejno wydał za Friedricha Wilhelma von Borcke-Heuth z nadreńskiej linii rodu, ministra finansów u Fryderyka Wielkiego. Feldmar-szałkiem był też graf Heinrich Adrian von Borcke (1715-1788) z podkołobrzeskiej wsi Lassehne (dziś: Łasin).

W XIX w. Borckowie wyjeżdżali za ocean. W 1862 r. major Johann August Heinrich Heros von Borcke popłynął do Ameryki i przystał do konfederatów. Walczył mężnie.

Król Fryderyk I otaczał się artystami. Na jego dworze przebywał m.in. jeden z najsłynniejszych malarzy późnego baroku, Antoine Pesne (1683-1757). Królewskie pałace: Rheinsberg, Charlottenburg i Sanssouci pełne były jego obrazów. Pesne malował też portery Borcków. Do wiosny 1945 r. były m.in. w Starogardzie Łobeskim, wśród całej galerii obrazów i gobelinów ze scenami mitologicznymi. Nic nie ocalało.

W otoczeniu króla Fryderyka Wilhelma I był Caspar Wilhelm von Borcke (1704-47), przyjaciel Woltera, tajny pośrednik między nim a Fryderykiem Wielkim, kurator Pruskiej Akademii Nauki, poseł, pierwszy w Niemczech tłumacz Szekspira.

 

Tajemnicze pierścienie

Parę lat temu wybuchała w Szczecinie sensacja: odnalazł się jeden z dwóch zaginionych w 1945 r. złotych pierścieni męskich, które przez wieki należały do Borcków z Pęzina. Został zakupiony przez Bosman Browar S.A. i jest w Muzeum Narodowym.

Pierścień pochodzi prawdopodobnie z przełomu XII i XIII w. Jest na nim stylizowana postać rycerza, dziwne napisy i dwa krzyże. Jedni pisali, że oba pierścienie zdobył w Ziemi Świętej pod koniec XV w. rycerz z Łobezu, Brante Borcke, inni – że są starsze, takie, jakie otrzymywali rycerze w nagrodę za wojny lub zwycięskie pojedynki. Rycerzy w rodzie Borcków było wielu.

Z pierścieniami wiążę się przepowiednia. Mówi, że gdyby bezpowrotnie zginęły, ród Borcków wygaśnie. Jeden się odnalazł, gdzie jest drugi? Gdzie są obrazy ze Starogardu?

 

* * *

Dzieje Borcków kryły i kryją wiele tajemnic. Od jakiegoś czasu łatwiej je wyjaśniać.

Szczecińskie Archiwum Państwowe odbudowało pałacyk w Strzmielu, ks. Jan Dziduch odbudowuje klasztor Sydonii w Marianowie, a rodzina von Borcke z Niemiec i Szwajcarii bywa w Łobezie, gdzie wśród redaktorów czasopisma „Łabuź” ma sojuszników w poznawaniu niuansów swej historii.

Ponoć jest też szansa na odbudowę pałacu w Starogardzie.

Należał do najpiękniejszych na Pomorzu.

Bogdan TWARDOCHLEB



Za zgodą autora druk na prawach rękopisu.
Pierwodruk „Kurier Szczeciński” - 18 stycznia 2002 r.

Dziękujemy pkl. „Łabuź”

 



 
Pięć - dziesięć zdań:

Zastanawiam się jak to wygląda z perspektywy czasu: 9-10 lat temu, kiedy miałem ochotę przeżyć coś mocnego, mistycznego, wsiadałem na stary „Amsterdam” i pedałowałem w stronę lasu. Nie wiedziałem – po co, ale wydawało mi się, że obcowanie z naturą w postaci drzew i świata fauny jest mi bardziej miłe, niż przebywanie w towarzystwie dwunogich. Nie każdy, kto nosi ubranie jest człowiekiem; to mowa, wykształcony przez wieki system porozumiewania się odróżnia nas od reszty świata fauny. A dzisiejsi dwunodzy porozumiewają się onomatopejami w rodzaju; „piesciejebał, fakju frajerze, romekchonotu”. A później się popychają i tłuką po pustych łbach. To jest konstatacja wynikająca z obserwacji życia ulicy tudzież korytarza szkoły, której byłem pracownikiem. Wtedy wydawało mi się to niemal naturalne; teraz widzę, że normą staje się to, co jest lansowane najbardziej nachalnie, prostacko. Nie prosto, lecz prostacko właśnie.

 

Świat, o którym mówię, ten dotykalny, ten na co dzień – schamiał i skundlił się tak bardzo, że przywrócenie go do stanu pierwotnego jest już niemal niemożliwe. Świat, w którym krowa je inną, zmieloną krowę zamiast trawy, w którym pomidorom wszczepia się geny tytoniu – ten świat jest chory. Jest nasz. Bo sami go sobie stworzyliśmy.

 

Coraz więcej z tych „nas” ucieka z niego. W małżeństwo, narkotyki, pracę po 16 godzin na dobę, politykę, seks aż mięśnie odmówią posłuszeństwa, piłkę nożną, grę na giełdzie, zbieranie kart telefonicznych... Bywa – w literaturę.

 

Życie jest gdzie indziej. Coraz dalej od tej planety.

Bartosz Muszyński





ODKRYCIE I MUZEALNA EKSPOZYCJA W BERLINIE

(Co ma wspólnego Łobez z Pergamonem?)

Pod koniec pierwszego wieku naszej ery na wzgórzu pergamońskim osiedlili się mieszkańcy Bizancjum i zburzyli znajdujący się tu duży ołtarz, by jego części wykorzystać jako materiał do budowy muru obronnego, który miał stanowić ochronę przed atakującymi mahometanami.

Niemiecki inżynier Carl Humann pod koniec lat sześćdziesiątych XIX wieku, zajmujący się budową dróg, kolei i mostów, trafiwszy przypadkowo na ten bizantyjski mur wypatrzył w nim marmurowe bloki z płaskorzeźbami, które stały się dla niego na tyle intrygujące, iż poczynił starania, aby zainteresować nimi Muzeum Berlińskie i rozpocząć wykopaliska na wzgórzu pergamońskim.

Odkopanie Ołtarza Pergamońskiego jest nie wątpliwie zasługą Carla Humanna, któremu w roku 1878 dyrektor Berlińskich Zbiorów Antycznych – Alexander Conze, zlecił kierownictwo prac wykopaliskowych. Tym niemniej i nasz „ziemlak”, łobezianin, prof. dr Otto Puchstein, ma w tym fakcie znaczny współudział.

W porozumieniu z rządem tureckim wykopaliska - znaleziska pergamońskie sukcesywnie były przewożone do Berlina, w tym gzymsy i spora część dużego ołtarza. W ciągu ponad dwudziestu lat pracy z drobnych fragmentów i odłamków zostały złożone płyty i fryzy, z których to zestawów zaczął wyłaniać się całościowy obraz.

Wówczas młody, jak na ten czas, archeolog Otto Puchstein - urodzony w 1856 roku i pochowany w 1911 roku w Łobezie, wykorzystując swoje zainteresowanie, pasję, wiedzę i znajomość antycznych zasad budowy, zrekonstruował – odtworzył i zaproponował ustawienie w kompozycyjnej kolejności bloków stanowiących górną część ołtarza. I to był trop, który dopomógł także w dalszej rekonstrukcji kolejnych części Ołtarza Pergamońskiego.

Po ich przetransportowaniu i zmontowaniu w Berlińskim Muzeum otwarto wystawę złożonych już części Pergamońskiego Ołtarza.

Jednak dopiero w roku 1902 ołtarz otrzymał potrzebne mu pomieszczenie wystawowe, zaprojektowane przez Teodora Wolffa w tymczasowej, prowizorycznej formie, którą można było oglądać do roku 1908.

Energii, rzutkości i naukowo twórczej pasji długoletniego dyrektora Berlińskich Zbiorów Antycznych - Theodora Wieganda zawdzięcza się, że po zamknięciu starego - tymczasowego budynku Muzeum Pergamońskiego powstanł nowy budynek Muzeum Architektury, który do dzisiaj, dzięki wykopaliskowym skarbom kultury antycznej kręgu śródziemnomorskiego, utrzymał swój niepowtarzalny klimat.

W pomieszczeniu zaprojektowanym przez Alfreda Messela, a zrealizowanym przez Ludwika Hoffmanna w sali środkowej, tak jak to zrekonstruował Otto Puchstein, zostało odtworzone, wzdłuż trzech ścian naturalne usytuowanie ołtarza.

Jesienią 1939 roku po wybuchu II wojny światowej wszystkie berlińskie muzea wraz z Muzeum Pergamonu zostały zamknięte. Rekonstrukcyjnie zmontowane części ołtarza zostały rozebrane w 1941 r i zabezpieczone poza Berlinem.

Wiosną 1945 r., gdy budynki muzeum były zniszczone, nie można było nawet marzyć o ponownym wystawieniu fryzów i płaskorzeźb.

Zabezpieczone i ukryte części Ołtarza Pergamońskiego znalazły się w leningradzkim „Ermitażu”.

Po ich przekazaniu przez rząd radziecki Niemieckiej Republice Demokratycznej, jesienią 1958 r. został zorganizowany specjalny pokaz zbiorów pergamońskich.

Od stycznia do września 1959 r. podjęta została odbudowa ołtarza w sali środkowej uwzględniająca poprawki wynikające z badań naukowych w ostatnich dwudziestu latach. Odbudowa ołtarza w tak krótkim czasie, była możliwa dzięki środkom rządu NRD.

Miliony zwiedzających obejrzały ołtarz w Muzeum Pergamonu od dnia jego wystawienia – czwartego października 1959 r. Antyczne dzieło na trwałe już wpisane jest w ogólnoświatowe dziedzictwo kultury.

I to jest nasza - „Łabuziowa” odpowiedź na podtytułowo postawione pytanie: - związku Łobezu z Pergamońskim Muzeum.

 

Na podstawie nie podpisanej i bez podania źródła odbitki kserograficznej, otrzymanej z Archiwum Familii Puchstein, tłumaczenia na jęz. polski dokonała:
 
Małgorzata Łowkiet-Wojciechowska.
 
Dziękujemy pkl. „Łabuź”



Polacy zwiedzający Muzeum Pergamońskie mają i tę satysfakcję, że model ołtarzowego wzgórza wykonali plastycy z wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych.

pkl. „Łabuź”


Jacek Durski

SCENKA CZWARTA

Ach, te sklepy na głównej ulicy. Te trzy salony na 3 Maja. Już od dziewiątej spacerują tam śliczne laseczki. I lachy przepięknie dojrzałe. Spacerują i spacerują na tych długich nogach. Każda przegląda się w szybie niby sławna modelka. Unosi prawe biodro wyżej od lewego. Przyszły tu bez swoich parasoli. Parasole muszą od rana pracować na swoje laski i lachy. Tyrać po nocach na ekstra. Nie ma czasu na spacerki z Erosem.

– Powinni raz wcześniej otworzyć. Spieszę się na solarium – poprawia makijaż katowicka Campbell.

– A ja do manikiurzystki – pokazuje pazury Syndy Crawford.

– Ja to się dzisiaj nie spieszę. Jestem po południu umówiona z fryzjerem – rzuca włosami Claudia Schiffer.

Czekają tak na godzinę dziesiątą, na wielkie otwarcie. Chciałyby już tam być, w środku, między lśniącymi skórami, błyszczącą biżuterią. Przymierzać to wszystko, dotykać.

– W tych sklepach wyjdę z depresji – wygina się uroczo Kate Moss. – I przestanę popijać – wyrzuca do kosza buteleczkę perfum. – O! A w tej kreacji znajdę sobie świeżego narzeczonego. Nie w tej. W tej. W tej! Na szóstym manekinie.

Za osiem dziesiąta. Coraz więcej pięknych na dwudziestu metrach ulicy. Przeszedł między nimi dworcowy łachudra. Uniknęły kontaktu z brudasem przerzucając w prawo i w lewo słodki środek ciężkości.

Za pięć dziesiąta. Gęsto na każdym metrze od cacy-ciał, od ich sex appealu. Podniosła się tu niepokojąco przeciętność urody. Sięga nad kamienicę, nad dymy. (Chciałem się po niej wspinać. Stary jestem więc głupi. Lecz minęła właśnie godzina dziesiąta, otworzyło się troje drzwi i zostałem sam przed trzema sklepami. Jak.......)

Dobrze, że nadjechał tramwaj z Szopienic i wysypały się z niego przeciętnie ładne kobiety. Z ładnymi problemami.

 

Jacek Durski


Tadeusz Zwilnian Grabowski

FOKA

Foka przyszła nad samym ranem. Właściwie nie wiem, czy to było już rano, wczesny świt czy uciekająca noc, bo światło paliło się cały czas. Lubię światło, nie znoszę ciemności, bo jak mam czarno przed oczami, zaraz mi pokazują się jakieś różne zwidy i wówczas mi jest straszno. A ja nie lubię się bać. To takie uczucie, jakby kto ciebie oblewał zimną, lodowatą wodą albo wrzątkiem. Jedno i drugie nie do przyjęcia. A strach to taki pełznący wolno stwór, zbliżający się bez pośpiechu, ale nieustępliwie, wyciągający łapy, w których ukryte są ostre pazury, zbliża się do ciebie, podchodzi, podpełza i wyciąga te swoje łapy, wyciąga szeroko jak potężne ramiona, którymi chciałby cię zmiażdżyć w uścisku. Wówczas chcesz krzyczeć, ale coś trzyma cię za gardło, czujesz, że cię dusi jakaś potworna łapa, głosu nie możesz z siebie wydobyć, najwyżej jakiś pisk, pisk przerażonej myszy lub skrzek, skrzek duszonej nogą żaby. Brrr, to jeszcze gorsze niż lodowata woda, czy parzący wrzątek. To jest coś tak okropnego, że tego nie potrafię nazwać, na co nie mogę znaleźć odpowiedniego słowa. W ogóle uważam, że nasze słowa są bardzo słabe, mizerne, skarlałe, po prostu bezsilne, niczego nie potrafią porządnie wyrazić, a już najbardziej strachu. Takiego, co przepełnia całego człowieka. Więc noże lepiej nic nie mówić? Czesani mi się zdaje, że to najlepsze wyjście. Ale kiedy tek milczę godzinę albo dwie i cisza jak wielka woda oblewa mnie dookoła, od stóp po czubek włosów, wówczas słyszę w sobie jakieś głosy, czasem tony potężne niby uderzenia dzwonów wlewają się ostrym strumieniem w uszy, czasem szum jakby stu drzew poruszanych silnym wiatrem albo śpiew ptaka, głos płaczącego dziecka czy szczekanie psa. Wszystko to łączy się w mojej głowie w jakąś dziką, ogłuszającą muzykę tak, że muszę, zatykać rękami sobie uszy i krzyczeć, krzyczeć tak głośno, żeby przekrzyczeć, zagłuszyć to, co huczy w mej głowie. Wówczas czuję w głowie piekielny ból, głowa pęka jakby chciała rozlecieć się w kawałki. Dlatego boję się ciszy, jeszcze bardziej niż hałasu i wolę już mówić, mówić, mówić! Jeśli nie mam do kogo, to mówię do lustra, do ściany, do samego siebie. Lustro jest złe, odbija moją twarz, ale to nie jest moja twarz, tylko kogoś zupełnie innego, jakiegoś obcego osobnika. Jakiegoś nienormalnego typa. Gdy patrzę w tę grubą taflę szkła, widzę rysy wykrzywiane, napięte jak przy ogromnym wysiłku, oczy wytrzeszczone, usta otwarte lub mocno zaciśnięte. Czasem ten typ wywala język, przewraca gałkami oczu jak Murzyn, chwyta się za włosy jak za trawę, którą chciałby wyrwać z korzeniami. Nie lubię lustra. Lustro jest złe, fałszuje obraz świata, który jest dokoła mnie, który jest we mnie. Lustro jest złe, czasem denerwuje mnie tak strasznie, że nie mogę na nie patrzeć, bo mi się. zdaje, że ono mnie przedrzeźnia, śmieje się ze mnie, wówczas zakrywam je czymkolwiek, co mam pod ręką, szmatką, kawałkiem papieru, deseczką. A kiedy w dalszym ciągu czuję jego złą siłę, wówczas wpadam w złość, kopię je w nagłej furii i rozbijam na kawałki. Wprawdzie taka złość, biała gorączka przychodzi na mnie bardzo rzadko, ale zdarza się Najczęściej z powodu lustra, które chociaż zakryte czy odwrócone, prześladuje mnie nadal. Dopiero, kiedy je rozbiję, czuję swoją siłę, wówczas wiem, że ono zostało przeze mnie pokonane. A zwycięzcą być jest bardzo przyjemnie, odnieść nad czymś triumf, wszystko jedno nad czym: nad stołem, krzesłem czy właśnie lustrem, pokazać im swą moc, siłę, przewagę, pokazać, że nie mogą śmiać się ze maie. Bo ja wcale nie jestem śmieszny. Chyba raczej tragiczny. Bo dużo smutku jest we mnie. I nawet nie wiem skąd ten smutek się we mnie bierze. Chciałbym się śmiać, śpiewać ,tańczyć, mówić wesołe słowa albo grube dowcipy, nawet nieprzyzwoite, ale to wcale mi nie wychodzi. Jestem smutny i już. I nic mnie nie może rozweselić. Nawet to, że rozbiję lustro, że wykażę nad nim swoją moc. Rozbiłem takich luster chyba ze trzy, może nawet więcej, nie chciało mi się liczyć. Głowa mię boli. Jakby ktoś do środka czaszki stawił palącą się żarówkę. Podłe uczucie i nic nie da się zrobić. Ale foka naprawdę przyszła. Przyszła do mnie nad ranem. Nie wiem czy to było rano, wczesny świt, czy jeszcze noc, nie wiem czy ją widziałem we śnie czy na jawie. Wiem tylko, że przyszła i że ją widziałem na pewno. Stałem na jakichś żelaznych, czarnych schodach, a ona sunęła cicho, cichuteńko, skradała się jak kot. Ale dobrze widziałem, że to nie był kot, tylko foka. Szła wolno, ostrożnie, czaiła się jak złodziej zakradający się do cudzego mieszkania. Bo przecież to było moje mieszkanie, mój własny pokój, mój pałac, w którym mieszkam jak król od tylu lat. Mieszkam sam i nikt mi nie jest potrzebny. Zupełnie sobie wystarczam. Absolutnie. Bez reszty. Ale wtedy, kiedy ona tam przyszła do mego pokoju, patrzyłem spokojnie, dziwne, że bez lęku, który mnie ogarniał zawsze w podobnych sytuacjach i bez złości, że ktoś śmie zakłócać mój spokój, nawet mój sen.

Raczej z zaciekawieniem. Tak, to była tyłka ciekawość każąca mi wpatrywać się w to zwierzę, tego obcego intruza, który na prawach nieproszonego gościa wchodził do mego pokoju. Jakby chciał mi złożyć wizytę, która nie była zapowiedziana, której nie oczekiwałem bynajmniej. Wizyta, która była niespodzianką. Dlatego patrzyłem, patrzyłem na nią spokojnie, stojąc na tych czarnych, wysokich schodach jak na żelaznej drabinie, patrzyłem jak szła, lazła, jakby czołgała się na swoich czterech łapach. Z początku wydawała mi się mała, tak mała, że mógłbym ją zamknąć w jednej dłoni i ścisnąć palcami i zetrzeć na proszek, a potem, w miarę jak zbliżała się, rosła w oczach, rosła tak bardzo, że myślałem, że to nie jedna, a sto fok nawiedziło mój pokój. Wszystkie były czarne i posuwały się lekkimi, zgrabnymi jak kocimi ruchami, było ich tak wiele, że wypełniły całą przestrzeń. Już nic nie widziałem przed sobą, tylko miałem przed oczami rosnącą czarną masę jak groźną burzową chmurę wpadającą w moje okno. Ta czarna, burzowa chmura rozlewała się jak wezbrana woda, przekraczająca swoje zwykłe koryto i zalewała mnie stopniowo, coraz bardziej, sięgając moich stóp, chwytając kolejno moich kolan, brzucha, piersi, sięgając szyi, brody, ust. Czułem, że się duszę, że robi mi się ciemno i straszno przed oczami, ogarniał mnie coraz większy mrok, w końcu noc zupełna, nieprzenikniona, zacząłem się chwiać na swojej drabinie, drabina trzęsła się pode mną i mimo, że trzymałem się jej kurczowo, ogarniając rękami żelazne, zimne szczeble, zaciskając wokół nich palce aż do bólu, w pewnej chwili uczułem, że tracę siły, szczeble wyślizgnęły mi się z rąk, puściłem zdrętwiałe palce i z przeraźliwym krzykiem runąłem w przepaść.

Tadeusz Zwilnian Grabowski



Wacław Sadkowski

ŻYWOTNA SIŁA BŁĘDU


Glosa do „uwag o wyborze i interpretacji przekładów literackich” Waldemara A. Zamlewskiego

Ucieszyłem się, że „Łabuź” wprowadził w krąg zainteresowań swych czytelników problematykę translatorską, i to głosem tłumacza wyróżniającego się zarówno talentem, jak i dojrzałą dyscypliną intelektualną w przekładaniu utworów tak ze swej natury efemerycznych, jakimi są dzieła poetyckie. Na marginesie jego ciekawych uwag chciałbym nakreślić garść refleksji dotyczących problemu, który w mającym się właśnie - w początku roku 2002 w Wydawnictwie Prószyński i S-ka - ukazać zarysie historii przekładu literackiego Odpowiednie dać słowu słowo mogłem zaledwie zasygnalizować. Chodzi o ewidentnie błędne odczytania przekładowe, których sugestywność i żywotność przewyższa niekiedy odczytania prawidłowe i które na trwałe wpisały się w naszą kulturę piśmienniczą.

We wspomnianej wyżej książce zająłem się klasycznym już „kiksem” w Boyowskim tłumaczeniu cyklu Marcela Prousta W poszukiwaniu straconego czasu (który to „kiks” odbiera też wszelki sens tytułowi jednego z ogniw tego cyklu, brzmiącemu Czas Odnaleziony - a więc chodziło autorowi cyklu o odtwarzanie czasu utraconego, a nie „zmarnowanego”!) oraz całkowicie dowolnymi konstrukcjami słownymi Pawła Hulki Laskowskiego zapewniającymi jego swoiste „spolszczenie” Przygód dobrego wojaka Szwejka, którego dezynwolturę spróbował skorygować swym wiernym oryginałowi tłumaczeniem arcydzieła Haka Józef Waczków, nie odnosząc wszakże zwycięstwa ani na wydawniczym rynku, ani w opinii literackiej.

Dziś przypomnieć chciałbym inny przykład zapadnięcia w swoistą „zbiorową pamięć literacką” jaskrawo wręcz chybionego odczytania słynnego (kiedyś! ale to jeszcze wróci! może już wraca?) poematu Włodzimierza Majakowskiego, dokonanego kiedyś przez Artura Sandauera. Okoliczności powstawania tych przekładów były wprawdzie szczególne i przeszły do legendy; otóż Sandauer, który już przed wybuchem II wojny światowej zdobył liczącą się pozycją literacką jako krytyk, tłumaczył Majakowskiego w latach wojny z pamięci, ukrywając się na stryszku wiejskiej chaty. Tyle że nie skorygował swych tłumaczeń po wojnie, publikując je w takiej formie, jaką im nadał w latach holocaustu. Rozebrała je kiedyś - w końcu lat 70-tych - na czynniki pierwsze Barbara Dohnalik na łamach wychodzącego wówczas w Warszawie czasopisma „Nowy Wyraz”; wykazała tam m.in. prymitywne wręcz kalki z języka rosyjskiego, jak choćby w klasycznym obrazie „leninowskiego subotnika”:

Mróz trzaskający

      zima niczego

          a bluzy się lepią

              od potu.

 

W bluzach komuniści

      ładują drzewo.

          Czas: popołudnie

              Sobota. [...]

 

„Wujku, co wy

      robicie tu

          wszyscy

              wujkowie duzi?”

 

„Co? Socjalizm -

      swobodny trud

          swobodnie zrzeszonych

              ludzi.”

 

Otóż rzecz w tym, że „swobodny trud” jest to niedopuszczalna nawet z punktu widzenia językowej poprawności (nie mówiąc o wymogach stawianych językowi poetyckiemu), niewolnicza kalka rosyjskiego zwrotu „swobodnyj trud”, oznaczającego pracę, wolną, wyzwoloną. Zwrot ten zresztą miał kluczowe znaczenie w systemie pojęć marksistowskiej ekonomii politycznej i był jednym z głównych haseł „antyalienacyjnej” ideologii rewolucyjnej. Recytowany w czasie tysięcznych akademii i wieców, powielany w niezliczonych wydaniach i przedrukach, „kiks” Sandauera wbił się jednak w zbiorową „świadomość literacką” w sposób nieusuwalny. I ciekaw jestem, czy zaznaczające się już objawy „powrotu do Majakowskiego” przywrócą do życia również te Sandauerowskie błędne odczytania najwybitniejszego bez wątpienia - obok Pabla Nerudy - rewolucyjnego poety minionego wieku. A może pora byłaby zdobyć się na przekłady nowe?

Ostatniego dowodu niespożytej żywotności odczytania - najdelikatniej mówiąc - nieścisłego dostarczyło mi Polskie Radio, program II, które w cyklu porannych „powieści odcinkowych” przypomniało Nędzników w klasycznym przekładzie Edwarda Kulickiego i Felicjana Faleńskiego. Późniejsze tłumaczenie Krystyny Byczewskiej również zachowało tę właśnie polską wersją francuskiego tytułu powieści Wiktora Hugo, brzmiącego w oryginale Les misérables. Otóż znaczenie tego tytułu jest w istocie inne - słowniki francusko-polskie tłumaczą wyraz misérable jako nieszczęsny, nieszczęśliwy. Podobne wyjaśnienia znajdujemy w słownikach języka francuskiego - Micro-Robert wyjaśnia, że określa się tym mianem osobę „zasługującąna współczucie, biedną, nieszczęsną. Le Petit Larousse mówi o osobie pozbawionej środków do życia, o nędzarzu. Taka też jest sytuacja życiowa bohaterów tej powieści, potraktowanych przez los nader surowo, ale stawiających mu mężnie czoło i charakteryzujących się nieprzeciętnymi walorami ducha. W żadnym razie nie są to „nędznicy” - w znaczeniu, które zgodnie z powszechnym rozumieniem zarówno Słownik Witolda Doroszewskiego jak i Mieczysława Szymczaka określa pojęciami takimi jak „ludzie podli, nikczemni; niegodziwcy, łajdacy”.

Żadne jednak z tych określeń nie wpada tak łatwo w ucho i nie osiąga takiej ekspresyjności jak właśnie „nędznicy” - i stąd, jak sądzę, bierze się utrwalenie w naszej tradycji literackiej tego właśnie odczytania tytułu powieści Hugo (podobnie rzecz się miała z dobrym wojakiem Szwejkiem). Tyle że osiągnięto przez tę nieścisłość niezamierzony najpewniej, zaskakująco silny efekt literacki: „Nędznik” Jean Valjean tym wyraziściej - na przekór infamii, na którą go okrutnie i niesprawiedliwie skazano - dowodzi swej prawości i szlachetności wewnętrznej. Być może, za źródło inspiracji posłużył tłumaczom powieści Wiktora Hugo tytuł klasycznego dramatu Fryderyka Schillera Zbójcy kryjący w sobie tak potężny ładunek kontestatorskiej przekory, że dostarczył miana całemu, pre-romantycznemu nurtowi buntowniczego piśmiennictwa, owym „książkom zbójeckim”, którymi pasjonowali się ludzie z kręgu młodego Mickiewicza.

Można by więc chyba tę uporczywie powtarzaną winą polskich tłumaczy określić katechizmowym mianem beatum scelus - winy błogosławionej, której powieść Wiktora Hugo zawdzięcza w znacznym stopniu swą popularność u polskich czytelników.

 

Wacław Sadkowski




 
Pięć - dziesięć zdań:

Ewa Maria Slaska i Martin Ryzinski

MAŁE MIASTECZKA

W czasie podróży po Niemczech turysta stale trafia na informacje, zachęcające go do obejrzenia tego czy innego małego miasteczka. Polaka to zazwyczaj dziwi, przyzwyczajony jest bowiem, że małego miasteczka się nie zwiedza, bo jest niewiele lepszą od wioski, biedną, beznadziejną dziurą: pleban, aptekarz, lekarz i burmistrz, klubokawiarnia, raz na tydzień potańcówka przy oranżadzie z dolewaną wódką. Miasteczko jest miejscem, gdzie mieszkają tylko nieudacznicy, skąd młodzież rwie się do dużych miast. Z pojęcia „małe miasteczko” zieje nudą.

Tymczasem widok miasteczek niemieckich zatyka dech w piersi, a zabytki, które się tam znajdzie, okażą się, na miary polskie, godne wielkich, wspaniałych miast. Mieszkańcy małych miasteczek są też nadzwyczaj z tego dumni. Słowo prowincja nie jest w Niemczech ani wyzwiskiem ani symbolem zapadłego kąta, prowincja oznacza miejsce, gdzie jest się u siebie w domu, u siebie w ogóle.

Aby pojąć szczególną rolę, jaką w niemieckim życiu pełni małe miasteczko, trzeba na chwilę zadumać się nad jego historią.

Na przełomie I i II tysiąclecia istniało na terenach niemieckich zaledwie kilka miast, wszystkie wiążące się z kolonizacją rzymską: Trewir, Kolonia, Augsburg, Ratyzbona. Miasta te stały się ośrodkami, gdzie fundowano pierwsze kościoły i lokowano pierwsze biskupstwa. Poza tym powstawały nowe miasta, wokół kościołów i klasztorów, także tych zakładanych na surowym kamieniu, w pobliżu zamków warownych i brodów oraz na przecięciu ważnych szlaków handlowych. Władcy lokalni, świeccy i kościelni, poczęli doceniać korzyści płynące z istnienia miast w obrębie ich państw: rzemieślnicy do dyspozycji, cło, podatki, dostęp do rzadkich towarów przywożonych przez kupców, zakładali więc coraz to nowe ośrodki. Okresem tworzenia bardzo licznych nowych miast były lata 1100 - 1250. Były to niewielkie organizmy miejskie, liczące średnio 2500 mieszkańców, prężne, szybko rosnące w siłę. Ze wzrostem zamożności rosła także ich potrzeba samodzielnego decydowania o sobie. Mieszkańcy miast zdawali sobie sprawę, że spełniają funkcje - handel, rzemiosło - których ich założyciele-właściciele sami nie wykonują, natomiast przez system podatków czerpią niezasłużone i wygórowane korzyści. Poszczególne miasta poczęły więc uciekać swym właścicielom i oddawać się pod bezpośrednią opiekę cesarza. Zdarzało się, że przechodzące do cesarza miasta uwalniały się zbrojną ręką - wystawiały wtedy na rynku pomnik legendarnego Rolanda, siostrzeńca Karola Wielkiego, który stał się symbolem wierności cesarstwu. Do dziś istnieje jeszcze w Niemczech 120 miast „rolandzkich”. Wróćmy jednak do średniowiecza. Niekiedy miasta toczyły ze swym dotychczasowym panem pertraktacje, wykupując się lub ustalając korzystniejsze dla siebie warunki przyszłej współpracy. Miasta przyjęte przez cesarza pod opiekę - a było ich w XVI wieku około tysiąca - otrzymywały dumny tytuł Freie Reichsstadt, Wolne Miasto Rzeszy. Nota bene na takich właśnie zasadach w roku 1466 Gdańsk i inne miasta Związku Jaszczurczego przeszły spod władzy Zakonu Krzyżackiego pod opiekę króla polskiego. Zależność prawna wolnych miast od cesarza była raczej umowna, miasta wypłacały się cesarzowi, ale o swoich sprawach decydowała samodzielnie Rada Miejska, złożona z przedstawicieli gildii kupieckich i cechów rzemieślniczych. Były to potężne ośrodki, dumne ze swej wolności, bogactwa i siły. O ich potędze świadczą wznoszone od XIII wieku na zlecenie i koszt mieszczan wielkie katedry gotyckie - we Freiburgu, Strasburgu, Kolonii czy Ratyzbonie.

Ponadto każda dzielnica miejska lub każdy cech wznosiły odrębne kościoły parafialne. Miasto otaczało się też systemem fos i murów obronnych. Obok budowli sakralnych i murów powstawały paradne ratusze, domy cechowe, kryte hale targowe, a także domy prywatne, będące zarazem mieszkaniem i warsztatem rzemieślniczym czy kantorem kupieckim. Były to budynki wznoszone na średniowieczną modłę, tzw. techniką ryglową czyli fachwerku1: główną konstrukcję domu stanowiły układy belek nośnych, a przestrzenie pomiędzy nimi wypełniała glina lub pokruszone cegły połączone zaprawą murarską.

W zamożnych domach z fachwerku belki zdobiono rzeźbionymi ornamentami i wypisywano na nich różne pobożne a czasem żartobliwe hasła. Wypełnienie gliniane pokrywano farbą lub tynkiem i farbą.

Nigdy i nigdzie miasto nawet niewielkie nie zyskało sobie takiego znaczenia jak średniowieczne miasta i miasteczka Cesarstwa Niemieckiego. Niezwykły ten rozkwit został gwałtownie zahamowany w początkach renesansu. Złożyło się na to kilka przyczyn. W XIV wieku miała miejsce wielka zaraza, po niej nastąpiły krwawe wojny religijne, kruszyła się władza cesarska, a wreszcie od XVI wieku zaczęła się wielka europejska inflacja gospodarcza, wywołana napływem ogromnych ilości taniego srebra z kolonii hiszpańskich w Ameryce Południowej. Te serię katastrof mogły przetrwać tylko wielkie i potężne miasta, porty handlowe, stolice księstw i królestw: Monachium, Hamburg, Lubeka, Augsburg, a także miasta, w których założono uniwersytety: Tybinga, Getynga, Heidelberg, Marburg. Natomiast setki wolnych miast i miasteczek straciły podstawy bytu. Mieszczanie, nadal mieszkając w mieście, zmuszeni byli imać się zajęć rolniczych. Rzemiosło przestało produkować na potrzeby handlu dalekosiężnego, zaspokajając tylko potrzeby najbliższego otoczenia. Nikt nie miał pieniędzy na remont domów lub ich burzenie i wznoszenie nowych. Przez stulecia w miasteczku niemieckim mieszkało się w domach z fachwerku, choć na świecie wznoszono już kamienice ceglane i pałace z marmurowymi schodami. Miasteczko zatrzymało się w rozwoju. Ominęły je wielkie wojny i grabieże, bo było małe, słabe i biedne. Gdy możnowładcy w okresie baroku i rokoka szukali miejsca na nowe, wspaniałe rezydencje, szare, zacofane miasteczka okazały się wyjątkowo nieatrakcyjne. Położone przy średniowiecznych trasach handlowych, nad małymi rzekami, przy tradycyjnych szlakach lądowych znalazły się też poza zainteresowaniami rozwijającego się w XIX wieku wielkiego przemysłu. Można by wręcz powiedzieć: miasteczko niemieckie zatrzymało się w rozwoju i tak zostało. Do dziś.

Przyczyny przez stulecia było uważane za nieszczęście i katastrofę -upadek znaczenia miast, niemożność rozwoju, skromne ograniczenie potrzeb oraz brak pieniędzy na nowe budynki -sprawiły, że właśnie dlatego możemy dziś w Niemczech znaleźć dziesiątki i setki uroczych małych miasteczek jakby żywcem wyjętych z naszych najbardziej romantycznych wyobrażeń o średniowieczu. Bo też w gruncie rzeczy pozostały one w średniowieczu. Dopiero wiek XIX odkrył małe miasteczka na nowo. Zaczęło się w romantyzmie. Dla artystów miasteczka okazały się kopalnią motywów i inspiracji. Były żywym średniowieczem, epoką tak przez nich cenioną.

W połowie stulecia rozwój medycyny i wprowadzenie kuracyjnych metod leczenia sprawiły, że nie zniszczone przemysłem miasteczka stały się idealnym miejscem budowy sanatoriów. Cisza, spokój, kontakt z naturą, świeże powietrze, często też znajdujące się w okolicy lecznicze źródła - od teraz status „badu” czyli kurortu chronił miasto przed rozwojem przemysłowym.

Po artystach i lekarzach, pod koniec XIX wieku, w mieszczańskiej epoce Biedermeier, znaczenie miasteczka jako ostoi wartości duchowych odkryli filozofowie i ideolodzy. Stało się ono symbolem trwania przy własnej kulturze, najlepszą odpowiedzią na pytanie: czym jest dla człowieka ojczyzna? Cesarstwo, królestwo, księstwo? Odpowiedź brzmiała: ojczyzną jest to, co nam najbliższe, nasze małe, skromne otoczenie, z którego powinniśmy być dumni i którego tradycję trzeba nam pielęgnować.

W kilkadziesiąt lat później do tej koncepcji ojczyzny w wynaturzony sposób odwołała się Trzecia Rzesza. „Wielkie Niemcy” przy całej swojej agresji na zewnątrz, były w polityce wewnętrznej nastawione nie tylko na docenianie tego, co własne, ale wręcz na swoisty kult małej ojczyzny, przytulnego ogniska domowego i rodziny. Niemiecka wojna toczyła się w świecie, niemiecka potęga musiała wznosić pomniki swej chwały w wielkich miastach, w małych miasteczkach czas znowu się zatrzymał. Zakonserwowane do XIX wieku jak eksponaty ze średniowiecza, pozostały dalej małymi muzeami niemieckiej przytulności. Były zbyt małe, by dosięgły je bombardowania, zbyt nieważne, by stać się częścią frontu.

Wojna się skończyła, wielkie miasta leżały w gruzach, a małe miasteczka dalej były takie jak przedtem, przy czym ich mieszkańcy świadomie już pielęgnowali swą małość i nieważność. Ogólnoniemiecka prosperity lat ‘50 i ‘60 też niewiele tu zmieniła, po prostu było więcej pieniędzy na zdobienie i pielęgnowanie domów, ulic, budynków publicznych. Wszystko nadal było takie jak przedtem, po prostu bardziej wymuskane.

I tak powstały jedyne w swoim rodzaju miasteczka-muzea. Prawdziwe średniowiecze, tyle że lepsze, czystsze, bardziej kolorowe. Ilustracja do bajki z dzieciństwa. Nie wierzmy więc, oglądając te miasteczka, że tak żyli nasi średniowieczni przodkowie. Ale zwiedzając Niemcy nie możemy nie odwiedzić choćby jednego takiego miasteczka.

 

Ewa Maria Slaska i Martin Ryzinski



1 Technika ta - nie wiedzieć czemu - nazywana jest w Polsce „pruskim murem”, zupełnie niesłusznie, bo akurat w królestwie pruskim tak już nie budowano. Prusy powstały w XVII wieku, a tzw. pruski mur był techniką średniowieczną. Ponieważ w Niemczech ten sposób budowania nazywa się Fachwerk, na potrzeby niniejszego tekstu Autorzy postanowili trzymać się tego terminu.


Lech M. Jakób - Kołobrzeg

SŁOŃ

Co o nich wiemy? Słoniowate (Elephantidae) należą do rodziny ssaków z rzędu trąbowców. W kłębie osiągają do 4 metrów, ważą do 5 ton. Żyją do 80 lat. Roślinożerne. Potrafią przebyć do 100 kilometrów na dobę; dobrze wspinają się po górach i nieźle pływają.

Dalej to już mity, bajki i duby smalone.

 

W Azji słoń uważany jest za alegorię mądrości, władzy i pokoju. W Indiach i Tybecie słoń dźwiga cały wszechświat. Ponoć Budda przed swoim narodzeniem wszedł - jako biały słoń właśnie - w łono swej matki, księżniczki Maji. W Afryce słonia czci się jako symbol siły i długiego życia.

Wysoko cenił inteligencję tych zwierząt Arystoteles. Zaś u starożytnych Greków panowało przeświadczenie, iż oddech słonia potrafi leczyć choroby. Że troszczą się wzajemnie o siebie, a w przypadku zranienia, trąbami nakładają glinę na rany.

Rzymski pisarz Pliniusz podtrzymywał nawet, że gdy umiera członek stada, pozostałe - w szlachetnej żałobie - głaszczą go trąbami i przykrywają ziemią, chowając na specjalnych cmentarzach.

 

Również w rodzimym piśmiennictwie sporo znajdziemy o tym stworzeniu. Skrobał coś Sławomir Mrożek, strofy o zapominalskim słoniu są u Juliana Tuwima, a popularny niegdyś zespół „Czerwone Gitary” w jednej z piosenek wsadził słonia na drzewo. Przykłady można mnożyć.

Jednak infantylne kawałki o słoniu zawiązującym trąbę w supeł (i tym podobne) tylko zaciemniają obraz. Bowiem prawda o słoniach niewiele ma wspólnego z liryzmem; przeciwnie - jest wręcz brutalna. Powiedzmy sobie jasno: największe z żyjących ssaków lądowych są jednocześnie największymi szkodnikami.

 

Na przykład ewidentnym fałszem jest mówienie o mądrości tych zwierząt. Słonie bywają co najwyżej pamiętliwe i złośliwe. Straszliwie cuchną. Lubią tarzać się w błocie. Ich pomarszczona skóra jest siedliskiem rozmaitych insektów.

Nie tylko niszczą przyrodę, łamiąc drzewa i zadeptując trawy. Ogromnymi stopami rozgniatają tysiące stworzeń drobniejszych. Powszechnie znane są też przypadki, gdy w morderczym amoku tratowały całe wioski - łącznie z ich mieszkańcami.

Grubym przesądem jest twierdzenie, że ze słoni najlepsza jest słonina. Mięso słonia też jest trujące. Skóra nie nadaje się do niczego. Jedynie z kłów mamy jaki taki pożytek. Ale nikły wobec strat innych.

 

Dalej. Słonie przyczyniają się do trzęsień ziemi. Biegnące stado wprawia podłoże w rezonans - amplitudy drgań nakładają się i kolejna tragedia gotowa.

Jeszcze dalej. Toksyczne odchody słoni palą wszystko, co żywe. W miejscach dotkniętych odchodami nic nigdy już nie wyrośnie. To główny powód pustynnienia obszarów zajętych przez słonie. Oprócz tego, że - pijąc nad miarę - systematycznie osuszają naturalne zbiorniki wodne.

Zaś najnowsze badania naukowe dowodzą, iż wydzielane przez te stworzenia gazy biologiczne powiększają dziury ozonowe.

 

Również pod względem estetycznym słoń to nic ciekawego. Nieforemna, zwalista bryła; łopianowate uszy, karykaturalne kły, ogon prawie jak u świni, no i ta ruchliwa część ciała, zwisająca z głowy - niczym przerośnięta glista. Obrzydliwość.

Reasumując: słoń jest pomyłką natury, a dla nas nieszczęściem. Same biedy wynikają z istnienia słoni.

Jak temu zaradzić? Radykalny sposób jest tylko jeden: eksterminacja. I nie baczmy na larum mięczaków z Towarzystwa Przyjaciół Słoni.

Gdy zlikwiduje się słonie, być może ocalejemy.

 

Lech M. Jakób



Wydaje nam się, że Autorowi nie chodzi o słonie. Ale nie chcemy się wcinać -

pkl. „Łabuź”

 

Johann Wolfgang Goethe

ORZEŁ I GOŁĄB

Orlątko rozpostarło skrzydła,

By zapolować;

Myśliwy trafił strzałą je i przeciął

Prawego skrzydła ścięgno czułe.

Runęło w dół, w mirtowy gaj,

Cierpiało ból tam przez trzy dni

I drżało z chłodu

Trzy długie, długie, długie noce;

Uleczył wreszcie je

ów wszechobecny balsam

Natury, co uzdrawia wszystko.

Wychodzi więc z zarośli śmiało

Rozwija skrzydła - ach!

Odcięta lotna siła -

Z wysiłkiem ledwie się podnosi

Nad ziemię trochę,

Wiedzione żądzą polowania,

I siada znów ze smutkiem

Na niskiej skale przy strumieniu;

W koronę dębu patrzy

I wyżej w górę, w niebo,

I łza wypełnia dumne oko.

 

Wtem przez gałęzie mirtu wionie

Gołąbków para z szumem skrzydeł,

Usiadły i kłaniając się wędrują

Po złotym piasku przy strumieniu,

I zbliżają się do siebie;

Czerwonym oczkiem patrzą wkoło,

I dostrzegają wnet biedaka.

Gołąbek z ciekawością podlatuje

Ku bliskim krzewom i spogląda

Na niego miło i przyjaźnie.

Tyś smutny, zagaduje,

Bądź dobrej myśli, przyjacielu!

Czy do szczęsnego bytowania

Wszystkiego nie masz tu?

Czy złota gałąź cię nie cieszy,

Co przed upałem dnia cię chroni?

Czy ku promieniom wieczornego słońca

Na mchu jedwabnym przy strumieniu

Nie będziesz kłonił piersi?

Po świeżej rosie kwiatów będziesz szedł,

I zrywał sobie z obfitości

Leśnego runa dań

Wyborne kąski, sycił

Pragnienie przy srebrzystym źródle -

O przyjacielu, prawe szczęście

To jest umiarkowanie,

A wszak umiarkowanie

Wszystkiego dość ma wszędzie.

O mądry ty! orlątko rzekło i z powagą

Głębiej się w siebie pogrążyło:

Mądrości! Rzeczesz jak gołąbek!

 

Johann Wolfgang Goethe

z j. niemieckiego tłumaczył Andrzej Lam

 


 
Pięć - dziesięć zdań:

 

„(...) Obawiam się, że zbyt szybko zapominamy

o historii swojego świata lub fałszujemy ją,

a czynimy to tym usilniej, im mocniej odczuwamy

bezradność wobec „tu i teraz”.

Pozbawionych własnych korzeni zmyje łatwo

pierwsza wiosenna burza.(...)”

 

Kazimierz Obuchowski



PRZYPADŁOŚCI I BOLE PISARZóW

- część III

W numerach 37 i 38 zaprezentowaliśmy żartobliwy „słownik” terminologii literackiej - zawierający łącznie około 50 haseł. Reakcje czytelników były rozmaite. Smuci nas jednak fakt, że część środowiska literackiego poczuła się urażona lekkim potraktowaniem ich twórczego mozołu. Jest to tylko kolejny dowód na to, iż ponuractwo łatwo pola nie oddaje, a ludzi pióra z poczuciem humoru - wbrew pozorom - tak wielu nie jest.

Dlatego szalenie poważnym wybrzydzaczom proponujemy: piszcie na Berdyczów. I nie oglądając się na malkontenckie uwagi prezentujemy 20 haseł nowych.

chciejba - przemożna, często wręcz obezwładniająca, tęsknota za stworzeniem dzieła, którego wstydzić się nie będzie trzeba nawet pośmiertnie; na skutek ch. wielu pisarzów dopada stupor

cipoza - nie tak rzadka przypadłość piszących pań, objawiająca się myśleniem i tworzeniem waginą

ćmica - zaczadzenie umysłu i emocji obojętnie jaką wizją, której porażony ową przypadłością p. jest w stanie poświęcić nawet życie - zwłaszcza zaś cudze

fanga - ukryta lub jawna aluzja w dziele literackim do nie lubianego kolegi po piórze lub koleżanki po lirze

filozofizm - okraszanie na siłę tekstu mądralińskimi uwagami, przynoszące w sumie efekt przeciwny od zamierzonego - czytelnik, czując się jak głupiec, zdrowo pod nosem bluźni autorowi; f. nie daje się wytępić nawet gazem musztardowym

fiutoza - (analogiczna do cipozy u pań) nie poddająca się nawet kuracji wstrząsowej poważna przypadłość męskiej części myślących i piszących narzędziem służącym do biologicznej prokreacji

gnuśnizna - wypadkowa gnuśności i twórczej zgnilizny; owładnięcie ową przypadłością przejawia się między innymi łzawieniem oraz nie kontrolowanymi atakami płaczu nad pustą kartką papieru

gugiel - lowelas śródliteracki; gatunek świszczypały i lekkoducha wiecznie uśmiechniętego, śliskiego, starającego się dogodzić wszystkim, czyli nikomu

kapcanizm - uwiąd twórczy, nie zawsze mający coś wspólnego z biologicznym wiekiem; postępujący rozpad umiejętności budowy utworu

odlew - utwór (przeważnie prozatorski) wykorzystujący schematy konstrukcyjne, artystyczne i psychologiczne sprawdzonych w historii literatury wzorców; wkrótce produkcję odlewów podejmą odpowiednio ułożone programy komputerowe, przez co literaccy powielacze i klezmerzy skończą na bruku

opcit - (od łac. opus citatum - dzieło cytowane) ciężka choroba niektórych eseistów oraz krytyków literackich, przeładowujących teksty cytatami, co ma źródło w nadmiernym zawierzeniu opiniom cudzym, przy jednoczesnej chęci zasłonięcia jałowości zdania własnego

orderyzm - gwałtowne łaknienie bycia docenianym i wyróżnianym - najlepiej publicznie, głośno i ciągle; widomymi objawami o. są: czkawka, wytrzeszcz, nie dające się opanować drżenie rąk

pawiana - uświadomione lub nie naśladownictwo tekstów cudzych; tyczy także - a może i przede wszystkim - krytyków i recenzentów

pućwa - coś, doprawdy nie wiadomo co, snującego się po tzw. salonach literackich - ćwierćdziennikarka, ćwierćfordanserka, a w połowie nawiedzona

repetora - nieustanne powracanie we wspomnieniach do niegdysiejszych rzekomych (lub rzeczywistych) sukcesów literackich, przeżywanie ich w kółko, a nawet wyolbrzymianie, co - w groźniejszych przypadkach - prowadzić może nawet do gnuśnizny

senioryzm - syndrom wszechogarniającego autorytetu, dręczący zwłaszcza pisarzów w wieku przedpogrzebowym; p. owładnięty senioryzmem sadzi się na mentora i mistrza, z którym jakakolwiek polemika - wg tegoż mentora - grozić może ośmieszeniem

starzyca - postarzanie tekstu archaicznym słownictwem

śmigiel - silna podatność na fluktuacje polityczne, objawiająca się prze-świadczeniem, iż twórcze osiągnięcia mogą mieć znaczący związek z podążaniem za imaginacją polityków aktualnie sprawujących władzę

 

pkl. „łabuź”


Ariana Nagórska

JURY

Do pracy umysłowej siadło panów trzech,

pracować umysłowo to przecież nie grzech.

Siedząca, umysłowa praca to nie wstyd,

byle lędźwie i głowa nie zdrętwiały zbyt.

 

Dobrze, że chociaż mają herbatę i chrupki,

nie będą więc na głodzie pracować jak czubki,

a gdyby w degustacjach przeszkodziła kolka,

prócz arkuszy kredowych jest... podręczna rolka.

 

Dobrze, że Mistrzów chronią zabytkowe ściany,

żaden więc się nie zmoczy, nie będzie zawiany...

Dach nad głową z ołowiu, stąd moja nadzieja,

że nie stłucze im szklanek kometa Halleya.

 

Dobrze, że mamy w mieście policję i sądy,

bo gdyby (nie daj Boże!) do czynów nierządnych

względem naszych ekspertów ktoś się z nagła skłaniał,

będzie miał do czynienia z organem ścigania!

 

Niepotrzebnie jedynie zakład pogrzebowy

przysłał jurorom barwny folder reklamowy,

bo mimo cech rozkładu, opadowych plam,

oni są nieśmiertelni! I w tym cały kram...

 

23.08.98 (niedziela)
Ariana Nagórska



Stanisław Chyczyński

HIPERREALIZM (II)

więc któż nam powie gdzie ukryte sedno

albo jak bryknąć z jaskini Platona?

ot - cała radość w kolorowym drinku

i ból niecały w jęczących atomach

 

zapach tytoniu jak pomnik Abulii

plamy ze spermy w koronce nylonów

i resztki tęczy na cyfrowym dysku

(za siódmą górą obcy apel dzwonu)

19 IX 2001
Stanisław Chyczyński