Łabuź 39/2001 grudzień

SPIS TREŚCI


 

POWRÓT W MIEJSCE RODZINNE

Po długiej nieobecności powracamy na swoje pierwotne miejsce, spotykamy się na nowo z wspólnotą całej ziemi. Za długo byliśmy gdzieś z dala od domu, oszołomieni przemysłowym światem przewodów i kół, betonu i stali oraz niekończących się szos i autostrad, po których pędziliśmy tam i z powrotem, w swoim nieustannym szaleństwie.

Świat życia to świat spontaniczności, świat zmierzchu i świtu, połyskujących gwiazd na ciemnym niebie, kwiatów polnych i szumiących strumieni, orzecha i dębu, klonu i świerka oraz lasów sosnowych. To świat piasku pustynnego i trawy stepowej. Pośród tego wszystkiego żyje orzeł i jastrząb, kozodój i sikorka, jeleń, wilk, niedźwiedź, kojot, szop, wieloryb i foka, łosoś powracający w górę rzeki na tarło. Wszystko to świat dzikiej przyrody, niedawno odkryty na nowo, z większą niż wcześniej wrażliwością. To doświadczenie nie różni się zbytnio od przeżycia Dantego, przy końcu Czyśćca, kiedy ujrzał Beatrycze zstępującą pośród obłoku kwiatów. Czekał on długo na tą chwilę, bardzo świadomy swej niewierności, a jednak na nowo poruszony, przeniknięty na wskroś, jak wówczas, kiedy jeszcze jako dziecko ujrzał Beatrycze po raz pierwszy. "Pierwotny ogień" znów zapłonął w jego wnętrzu. Opisując to spotkanie Dante daje wyraz nie tylko przeżyciom osobistym, ale także doświadczeniom całej ludzkości w chwili pojednania ze świętością, po długim czasie alienacji i błądzenia, z dala od tego, co prawdziwe. (...)"

 

Thomas Berry


Przedruk: "Dzikie Życie" - lipiec, sierpień 2001 r.

Dziękujemy pkl. "Łabuź"

 


 
Pięć - dziesięć zdań:

"Nadszedł czas, w którym możemy i musimy konstruować kulturę w sobie.

 

To od naszej decyzji zależy, czy nasza kultura będzie miałka.

To my o tym ostatecznie decydujemy.

 

I jest to wielka szansa przyszłości ludzkości, która jak na razie

zbyt często gubi się we własnych sukcesach."

 

Kazimierz Obuchowski - Poznań
Dziękujemy pkl. "Łabuź"

 

Norbert Niemann - Niemcy

SOK

Fragmenty powieści

 

(SPRAWOZDANIE)

 

Co pozostało,

co zawsze pozostaje, czyli tutaj jak i po każdej śmierci, i ona jest najdoskonalsza: reszta, pozostałość, ostatek kości lub popioły czy pamiątka, względnie dziedziczne dobro. Życie postępuje coraz dalej, w ten lub ów sposób. Jest mu obojętne, w jaki sposób z pewnego rumowiska kiełkuje jego przyszłe, nigdy nie widziane kwiecie. Ze względu na każde wymazanie świata, na wszelki jeszcze tak totalny powrót tego kwiecia zawsze dochodzą do znaczenia te siły, które chcą je mieć za wymalowany, barwny obraz, aż do ostatniego białego kąta. Nie chciałoby się uznać tego za możliwe, ale takie to jest: mity, mówienie o byciu jest nie do wytępienia. Tysiąckrotnie unicestwiany program Boży programuje się za każdym razem jak przez siebie od nowa. I jak się wydaje, za każdym razem jeszcze niezawodniej. Kto przypisałby sobie przedsięwziąć chociażby tylko najdrobniejszą próbę wyjaśnienia, określiłby Naszego Boga. Nie da się o Nim zatracić żadne słowo, bez wystawienia się na najdostojniejsze i najpokorniejsze szyderstwo. Nie wolno sobie czynić Jego wizerunku, nie należy przeczuwać bycia wiecznego bytu, Jego kolosalnej wszechmocy, polecono uznać Go za umarłego - tak pewnie, tak niedościgle, tak nawet nie z najodleglejszej dali ten Bóg stał się obecny. Ale to daje go, jednak rzeczywiście wyraźnie czuję Jego obecność, z każdym moim spojrzeniem na rzeczy, które narzucają się dzisiaj moim oczom, na ułamek sekundy wydaje się, że chce ujawnić się cień Jego cienia. Oh, to jest całkiem straszne. Wiem, że on nie znosi, kiedy jest rozpoznawany, wiem, że kara jest już nie do uniknięcia, moje wprowadzenie na oddział dla ułomnych umysłowo już tak dobre jak nieodwołalne. Ale troszeczkę jestem też dumny, że wolno mi być tym, kogo obdarzył On tymi szczególnymi zmysłowymi zdolnościami. Co za wyróżnienie. Jestem nawet dumny ogromnie, piekło, które mnie oczekuje, to dobrodziejstwo.

Ha, mówię ja. To jest nawet dla mnie, któremu teraz dopiero rzuciło się to w oczy, to Ja, w najwyższej mierze zdumiewające! Faktycznie wydaje mi się to tak, jak gdybym właśnie się obudził - nareszcie.

Nie, poważnie; w mrocznej nirwanie, w "nędzy nocy" na dłuższy czas jest to dość nudne, w najprawdziwszym sensie jest
śmiertelnie nudne. Wprawdzie miewa się tam właściwie przytulnie - aby nawet nie powiedzieć - rajsko wygodnie. A tak zwana "nędza" po pewnej fazie przyzwyczajenia nawet nie jest szczególnie nędzna. Coś przeciwnego sprawia właśnie tak zwany "nędzny wrzask", który na to jest przeznaczony, by zakrzyczeć tak zwaną "resztę życia", mnóstwo żartu, dostarcza nieporównywalnego zadowolenia. Bowiem to "bycie w ciemności" - aby wywołać jedną z najbardziej niezniszczalnych metafor - musi i chce być naturalnie czytane jako doskonały spokój i opanowanie, znaczy potem całościowe wykrzyczenie i wyżalenie wszelkiej nędzy i błogie wyczerpanie, znaczy całkowicie "sen sprawiedliwego" (bowiem sprawiedliwość zawsze tylko tam, gdzie już niczego nie można skierować, sprawiedliwy tylko ten, kogo wcale już nie ma). Jednak mimo miłego i nieomylnego dobrobycia w nicości, na przekór grzecznego, całego przebąkiwania w arogancji, w najkrótszym czasie przepada się na rzecz najpuściejszego i naprawdę najbardziej tępego odurzenia, które w ogóle nie jest nędzne i pełne boleści, ale bezwarunkowo doskonale mdłe i głupie. Można rzec, że to jest przyczyną, dlaczego ci ludzie - umyślnie czy nie - w końcu najczęściej swym w istocie do tego przeznaczonym wrzaskiem, sami się przestraszają i wyrywają z tego snu, drętwiejąc bez reszty, kiedy ich nirwana osiągnęła ten punkt najgłębszy, jak na przykład zerwałem się właśnie z długo uśmiechających się dolin (Naturalnie istnieją także ci, którzy starają się na zawsze pozostać "w dole". Oh tak: kto jak ja zna trudności, które faktycznie uniemożliwiają wytrzymanie tego odjaźnienia, nie dziwi się już, dlaczego tacy "mistrzowie samo-zanurzenia" natychmiast ogólnie i na ślepo są uważani za świętych.)

Bowiem rzecz jasna, na to każdy i każda: to uczucie umierania, bycia umarłym. A potem: piękne wrażenie bycia zupełnie nowym człowiekiem, ten niewiarygodnie sympatyczny rozpęd owych raptownie na przykład w jakiejś knajpie wynurzających się ludzi, którzy są tak opuszczeni i weseli, że chcą wszyscywszyscy uczestniczyć w tym, i w czym rzeczywiście uczestniczą wszyscy, mianowicie w tej ponad wszystkie rafy procesu starzenia ocalonej młodości, w której w takich sytuacjach bądź co bądź potrząsając głową i pijana może ogrzać się przygnębiona dusza. Ale o co się pytam: jak do tego się dochodzi? Gdzie jest ona wyłącznie przy mnie, ta beztroska i perlistość? Bowiem przecież także umarłem, także przecież byłem umarły i ostatecznie powróciłem do życia. Lecz, myślę o sobie osobiście, teraz, podczas gdy siedzę nad tym sprawozdaniem, już cały czas, odkąd znowu tu jestem, w przeciwieństwie do tego powodzi mi się źle! Tylko co dzieje się ze mną, myślę trwając,
i: co zamierza ze mną Bóg?

Jedyne, co wiem, to: że jestem wezwany do zapisania wszystkiego. Czemu mi się tak powodzi, co wszystko w ten sposób przechodzi mi przez głowę, moje przeżycia, tutaj w mojej celi (jak dowcipnie!). I że kiedyś później musiałbym przedłożyć moje sprawozdanie, nie przeczuwając w jakim celu, hm. Ale jakkolwiek nie odczuwam tego jako mojego obowiązku, jak gdyby było to moją rekompensatą za umieszczenie i wyżywienie. W każdym razie ta "praca" w sobie i dla siebie mogłaby mi właściwie sprawić wiele zabawy - ha, mam wrodzoną skłonność do pisanego gadulstwa! - nie byłoby tedy to nie wypowiedzianym apelem do "duchowego" przeniknięcia w ten sposób mojej osoby, mojej sytuacji, całego "problemu mojej egzystencji". Jednak dokładnie do tego tak dobrze, jak w ogóle nic mi nie przychodzi do głowy! Lecz teraz muszę wysilać się porządnie, to z wolna już nie jest wesołe! Tak, moja misja jest już dla mnie bardzo wielkim ciężarem.

Więc, gdzie się zatrzymałem? Ach tak - że obudziłem się, z piekielnego snu całościowego zatracenia, jak to się mówi. Ale to piekło, jak powiedziano, bynajmniej nie było piekielne. Dodając: wszystko było odrobinę smutne i melancholijne - tak zupełnie bez świata, tak bez pewnego ludzkiego rdzenia, który przynajmniej wytrzymywał pośród tych tak nieludzkich okoliczności. Jednak - albo jak zawsze dawało się to nazwać, co tu pozostawało - płynęło się na tej fali smętności, tak w gruncie rzeczy całkiem wolno na wierzchu, jeśli tak wolno mi się wyrazić. Nie, w tym piekle nie można właściwie Bóg wie mówić piekło, lecz o wiele stosowniej o moim położeniu teraz! Dzisiaj, gdy znowu mogę oglądać się i mówić: aha, to jest moje otoczenie, gdy mogę znowu dotykać i odczuwać to oblicze, te nogi, ten brzuch itakdalej: taktak, tym jestem więc, czyli dzisiaj, odzyskany dla ludzkości (jak wierzę, że o mnie się myśli), faktycznie obawiam się najpierw, że zamiast na ziemi przez przeoczenie znajdę się w piekle, smażę się rzeczywiście w żarze "grzesznego wymogu", we własnym sosie, jak chciałbym rzec. Chociaż naturalnie to także znowu jest przesadzone, bowiem tu w żadnym razie nie może być mowy o porywczości z mojej strony w obchodzeniu się ze mną lub moimi bliźnimi. Wręcz przeciwnie, to wszystko zostawia mnie relatywnie chłodnym, wraz z tym mianowicie nic a nic nie potrafię zacząć, trwając zaczepiam się jedynie w okolicy i zdziwiony przyglądam się tylko temu ogólnemu pędowi. Co też to ze mną ma mieć wspólnego? Co jednakże zgadza się: cały czas pocę się jak szalony z niezrozumiałych powodów.

Miałem może żałować tego, że "brzemię życia" wziąłem znowu na moje tak nie całkiem bezsilne ramiona, myślę czasami, jak w obliczu mego stanu psychicznego nie zdziwi to żadnego człowieka. Co w ogóle
mnie poruszyło, mianowicie moją nieco leniwą, lecz jednak powściągliwie w mojej teraźniejszości wprost tryumfalnie nadało nie obciążoną zerową egzystencję? Czy mogłem bowiem rzeczywiście wierzyć tak naiwnie, że powrót w "stare gówno" w międzyczasie może możliwie sprawić mi nawet niesamowitą zabawę? Nie, naturalnie nie jestem idiotą. Ale czego jeszcze nie wiem: Mam powiedzieć, że owa nuda albo że to piekło jest gorsze? Tam albo tam być: prawdopodobnie oba te miejsca są podobnie - - - bojaźliwe. W każdym razie być u Boga, to byłoby już coś innego.

Obudzić się i mówić "Ja", to jest przecież całkiem łatwe, tu mogę każdego uspokoić. Wierzę: dla wszystkich, którzy są w nirwanie, pozostaje możliwość takiego zachowania się, by o każdej porze spróbować z sobą jeszcze raz. Tak, Bóg unosi się zawsze nad ciemnością, i możesz przez nią na wskroś spojrzeć ku Niemu, założywszy: rzeczywiście jesteś na dole. Wtedy także wyjrzałem i zobaczyłem Go naprawdę! Myślę, że można również w normalnym życiu ujrzeć Boga we wszystkim możliwym, w huczącej pianie kipieli morskiej na przykład na urlopie na francuskim wybrzeżu Atlantyku, albo wręcz przeciwnie w najdrobniejszym kwiatku polnym we własnym ogrodzie, albo rzecz jasna w kościele, w ojczyźnie, w miłości lub pięknie studentek w Angielskim Ogrodzie. Notak, to są po prostu tedy nędzne wizerunki bożków, i prawdopodobnie On musiałby się uśmiać, gdyby mu ktoś je kiedyś pokazał. Nie, rozgniewałby się, strasznie rozgniewałby się rzecz jasna. I zagniewany działa, i wtrąca tę sforę gromadnie do otchłani. Jednak to są wszystko całkiem fałszywe obrazy, to przecież jasne. Ale nie chcą i nie mogą od nich odstąpić, bowiem byłoby to tak, jakby ich roztrzaskane głowy podniosły się z całą niewinnością ich zamroczenia z samozawinionego odurzenia i zaćmienia i spojrzałyby do góry. Bowiem najpierw stara głowa musi być całkiemcałkiem martwa, potem pusta głowa może stawić się także ostatniemu pytaniu: co to jest, na czym można się utrzymać. Cokolwiek musiałoby być proste to, na czym można byłoby się utrzymać, to także przecież jest jasne, albo? Pewien sens można mieć wszędzie. Lecz jeden znam dzisiaj absolutnie pewnie: z kim Bóg coś zamierza, tego posyła przedtem do ciemności. A Bóg naturalnie zawsze zamierza coś niewyobrażalnie wielkiego.

Czyli pytanie o sens życia czatuje zawsze i wszędzie, nieprawdaż. Raz może się ono ukrywać przez długie lata, i właściwie może popaść w zapomnienie. Lecz nagle, pewnego dnia - pac: oto jest znowu. Ale kiedy jesteś w ciemności, kiedy wyskakuje, wówczas, tak wówczas i tylko wtedy naprawdę możesz widzieć Boga i mówić: teraz, gdy wiem dokładnie, dlaczego to faktycznie porusza się, mogę to znowu przecież zaatakować. I atakujesz znowu, jak atakowałem to znów. Ale w zaufaniu: mianowicie przypominam sobie dokładnie, że kiedyś widziałem Go wyraźnie przed sobą, ale 
zwyczajnie nie mogę już sobie przypomnieć, jak On wyglądał. Jak to jest możliwe? I znowu pytam się, co zatem tylko dzieje się ze mną. Bądź co bądź jestem "powtórnie narodzony", jak mówi się w naszych kręgach, i bądź co bądź czasami wierzę, że coś czuję poza sobą, albo mam małe zjawisko świetlne, jednak kiedy się odwracam albo jeszcze raz chcę rozważyć ten "znak" to jest jak zaczarowane. Ale Bóg już będzie wiedział, co uczyni. Jakaś dobra myśl, piękna wiara, która mnie następnie wciąż od nowa podnosi do szczęścia. Tak, teraz na przykład właściwie cieszę się już na następne grubiaństwa, które dla mnie są w pogotowiu. Dzisiaj z pewnością Bóg nie zostawi mnie już na łasce losu.

Może robię duży błąd, kiedy tutaj wygaduję wszystko tak dobrodusznie-szczerze, gdyż przecież wiem całkiem dokładnie, że jest to zabronione, że między niebem a ziemią są rzeczy, przez które przedstawiało się bezwzględne milczenie. Z drugiej strony: nie mogę przecież na to nic poradzić, czy da mi się zapisać moje myśli! Przecież to całkiem jednoznacznie należy do mojej terapii, zgadza się? Ta sprzeczność pewnego dnia uczyni mnie jeszcze szalonym. Z drugiej strony jest to może obojętne, jakie piekło jest właściwie moje, obojętne, czy obwiniam się, pogardzajac tym zakazem albo serwując moje obrzydliwe Ja-niewypał (nie jestem szczęśliwy!), że tak powiem pisemnie na talerzu (jeden jedyny pakiet obciążający!). Z drugiej strony: może dokładnie to tu i tam między piekłami jest moim piekłem. Ale nie, ale nie - to wszystko przecież jest o wiele gorsze lub wspanialsze.

Moje Ja, moje piekło: tylko jak mam je opisać? Bowiem ono, tak dalece jak mogę orzekać, jest przecież całkiem inne niż wszystko, co dotąd rozumiano i opisywano pod tym pojęciem. Oh tak, istnieje pewna formalna historia miejsc i udręk piekielnych, w których możliwie że znajduje się dotychczasowy koniec tych moich. Przynajmniej wydaje mi się to w mojej śmiesznej głowie, ale wiem logicznie, że to najliczniejsze, które z niej wychodzi jest błotem, moja głowa głową błota (mianowicie jestem strasznie umiarkowany, tak umiarkowany, że już się wstydzę to dopisać). Więc mam naprawdę spróbować? Wolno mi? - No dobrze.

Aby od razu uprzedzić z góry: moje piekło jest dobrym piekłem. W przeciwieństwie do wszystkiego, co prawdopodobnie świat wyrzuci mi naprzeciw jako prawdziwe inferno, jest ono mianowicie olbrzymią falą odurzonej zgody na świat, afirmacją życia. Faktycznie jestem zabity doskonale pełnią piękna i wszędzie objawiającego się ludzkiego szczęścia. Wszystko jest tutaj tak sympatyczne! To jest to, co ledwo wytrzymuję i w biegu prawie mnie zabija - naturalnie zawsze tylko prawie. Na przykład ta historia o owych ludziach, którzy mają to uczucie bycia powtórnie całkiem młodym. Ale co jest fantastyczne: oni są przecież w tej samej chwili rzeczywiści! Albo chcą
mieć pewną płeć, która jest optymalnym optimum, i mają je! Ja przeciwnie: oh Boże, zwyczajnie nie mogę, nie mogę tego stworzyć

Jak znośne musiały być dawniejsze piekła, myślę sobie potem, co naturalnie jest całkiem żałosnym wynoszeniem się (jak gdyby najpierw musiał przyjść tak szalony chłopak jak ja, aby zakosztować piekła nad piekłami). Ale o czym jestem przekonany: Bóg nigdy nie ustanie czynić ludzi coraz lepszymi. Więc trzyma on też w pogotowiu coraz gorsze piekła, to jest przecież logiczne. W dobrym dawnym czasie, gdy Bóg był jeszcze trochę młodszy (a zatem bardziej umiarkowany a jego smak jeszcze nie tak doskonały), uczynił nam to jeszcze nie takie trudne, aby cierpieć z tego powodu. Ach, strasznie pięknie wyobrażam sobie tedy czyściec: słusznie byłoby się płonęło, miałoby się najgorsze boleści, ale nie mogłoby się umrzeć. Czyli uciekałoby się i uciekałoby i żałowałoby się i żałowało, jednak za każdą piekielną opoką syczałby ogień piekielny po dziurawej, z każdej piekielnej dziury wyskakiwałby na ciebie jeszcze diabelski szatan z jeszcze bardziej bestialskim szatańskim narzędziem w łapie. Wszędzie dokąd spojrzałoby się, widziałoby się już tylko ogień i szatanów, którzy zabijają i pożerają wszystkichwszystkich ludzi i wyprawiają z nimi najzłośliwsze żarty. I wszyscy ci zhańbieni i rozkapryszeni żałowaliby, jak samemu się żałuje, i dopóki żałowaliby, aż rzeczywiście staliby się dobrzy. Oh tak, te czasy więc już dawnodawnodawno i bezpowrotnie minęły, nieprawdaż. Myślę, że naturalnie jestem w zupełności szubrawą świnią, którą nie tylko uważam za piękną, lecz nawet dla mnie za wartą dążenia do celu. Ze względu na siebie jestem świnią. Zazdrościć ludziom, którzy wszyscy muszą znosić te najokropniejsze boleści, jest świństwem, wiem. Ale: oni czują przynajmniej coś, oni wiedzą, dlaczego im się źle powodzi, a przede wszystkim - bez wątpienia jest zupełnie jasne, jak w przyszłości mogą postępować właściwiej. Ci słudzy Boży (przecieżprzecież, szatan musi być policją Bożą, jestem siebie pewny!) Uciemiężonymi są najbiedniejsi i najbardziej godni litości. A jednak oni wiedzą, jak muszą postępować, wiedzą, co myślą i co muszą czuć. Oni są blisko Boga, to pewne (i to jest dokładnie to, o czym śnię, co uwodzi mnie w piekła mojej fantazji: wówczas wiedziałbym też, co jest moim powołaniem - ach.)

Rzecz jasna samotność, chłód i nicość byłyby cudownym piekłem, gdzie przecież sens męczeństwa leży dokładnie na dłoni. Jeśli się nie jest w owym piekle, jest się właśnie w tym, można by uwierzyć. Ale że także ta wprost narzucająca się alternatywa w każdym razie już przysłuchuje się spokojniejszej epoce - tego jestem kontrargumentem, ja zarumieniony ze wstydu nadcierpiętnik! Byłoby to takie łatwe: po wiecznym ogniu, wieczny lód, po niezliczonej armii szatanów próżnia próżni. Gdzie chciałoby się ujść, ale tam nie byłoby niczego, komuś chciałoby się powiedzieć kilka miłych,
zachęcających słów, lecz tam nie byłoby niczego zachęcającego, całe jego serce chciałoby się poświęcić pewnej jeszcze tak błahej sprawie serca, lecz tam nie byłoby żadnych spraw. Oh jak cierpiałoby się, jak usychałoby się, łaknęłoby się, gadałoby się. I jak obrzydliwie i budząc wstręt wyglądałoby się i byłoby się rzeczywiście, i jak dopiero ze względu na samego siebie brzydziłoby się, nienawidziło samego siebie. Tak, samonienawiść, unicestwiająca samonienawiść - z nią musiałoby się żyć, chociaż trwając próbowałoby się zmienić i rzeczywiście stałoby się innym, jednak przy tym byłoby się jeszcze tylko coraz bardziej odrażającym i bardziej godnym nienawiści, samonienawiść coraz większa. Aż, pewnego dnia, może jednego dnia powróciłoby się jako możliwość, jako ślepa wiara, uśmierzająca iluzja, nagły, lecz ostateczny spokój, pozbawiające oddechu pewne uspokojenie, jakby ta piekielna próżnia była w kimś samym, jakby ta próżnia była moją próżnią, ten chłód moim, ja i Bóg czymś jednym. Kiedy to sobie wyłącznie wyobrażam - gigantycznie, jakie byłyby widoki: z Bogiem jedno! Być w Bogu, już nie tylko blisko Niego (już to przecież jest zbyt wstrząsającym wyobrażeniem). Roję to sobie tak: żadna tęsknota nie miałaby już więcej wyzwolenia, ponieważ: sama stawałaby się wyzwoleniem. Więc tak niewiarygodnie syte i zadowolone jest to w moim urojeniu, ale przy tym nie tępe i ściągnięte, nie! To byłoby trwałe używanie powstawania zadowolenia, ustawicznie byłoby się zadowolonym nie pragnąc tego! Jako samozadowolony skruszony umysł (bowiem więcej w nim już nie pozostałoby wedle moich rozpoznań) wzlatywałoby się nad nieskończone spustoszenia nicości i w tej wiecznej podróży przypisywałoby się tej próżni wieczne piękna. To wyobrażam sobie wypowiedziane żartobliwie: bowiem w tego rodzaju otchłani muszą się przecież odegrać upiornie (albo jak w jakimś filmie) wszystkie możliwości historii, które zaiste kogoś nic nie obchodzą. I to w każdym przypadku byłoby kolosalnie komiczne (wielki żart Olimpijczyka). No, w każdym razie z takimi perspektywami chętnie znienawidziłbym już samego całym sercem i zmieniłbym i chciałbym stać się lepszy a stawałbym się coraz gorszy i chciałbym się sam znienawidzić z coraz pełniejszym sercem. Czuć, jak skazany i samotny i nie do poprawienia jest człowiek, i powiedzieć to sobie - a później już nie drapać cię...

Teraz jednak już powtórnie przegadałem się! Ale mówię sobie zawsze: wszystko ma swój sens, swój dobry sens. (Zawsze mam to osobliwe uczucie, jak gdyby mi się ktoś przysłuchiwał! Ah - z tym mógłbym żyć; ale że "oni" klaszczą w dłonie z czystej radości z powodu cudzego nieszczęścia, kiedy popadam w gadulstwo Teraz ostrzą z pewnością od razu noże, myślę sobie.) Na przykład udało mi się właśnie coś takiego jak "samopoznanie" (to jest przecież to, co chcielibyście mieć ode mnie?): przez to wyznaję, że 
próbowałem podle wślizgnąć się w to drugie i współcześniejsze piekło, ha! (teraz jest z wewnątrz) Ale jak już powiedziano tysiąc razy: ono już nie egzystuje! Bajki z minionych czasów! Wyśnione alpejskie sny! Zamiast tego obudzony i: to nowe piekło, moje! Tak, tylko jak mam je opisać (na to niejednemu brakuje jeszcze słów. To jest to, co oni sobie życzą ode mnie: słów? Świeżego menetekel? Aktualnej apokalipsy?)

Moje dobredobre piekło: to jest problem. Otwiera się oczy, i świat jest w porządku, więc co się powinno? Więc tak: otwieram oczy i mojemu spojrzeniu pozwalam spacerować przez świat (pięknie powiedziane; lecz jest dowcip: oni mi przecież wstawili telewizor, połączenie kablowe & zdalne obsługiwanie z łóżka!) I co widzę, jest prawie niezrównanie wielkiego formatu: tu jest przecież wszystko, co życie czyni warte życia, tu nie ma żadnego problemu, który ode mnie można by uwolnić, tu nie ma cierpienia, którego chciałoby się pragnąć, zniosłoby się je i wymazało. Dodane: wiele wojen, wiele krwi, wiele złego i głupiego etc. i tragicznego etc., ale jak było to podobnie z aforyzmem o świetle i jego nieuniknionym cieniu? Z jednej strony naturalnie te bestialstwa, te niespra-wiedliwości, te upadki i niedbałe głupstwa, z powodu których nie wyrosło żadne ziele, nieprawdaż, ale z drugiej strony te człowieczeństwa, te piękności, te ocalenia i poprawy. Tu do pogodzenia nikczemność, lecz biegnąc tam przybierające dobro i coś praktycznego i wygodnego. Oh, chcę się wystrzegać przed pogłębianiem tutaj moich politycznych poglądów, ale że świat nie jest rajem i nie może być, nie jest problemem. Nie, niestety tylko taki krwawy może być najlepszy z wszystkich możliwych światów, w ogóle nie jest moim problemem, który wkatapultowałem i odkatapultowałem sobie w ten w swej bajeczności i tak zresztą żądający ode mnie za wiele świat. Ale dla mnie ta bajka mimo to i z całkiem innego powodu jest piekłem: ten cudowny, możliwie najlepszy i wciąż jeszcze lepszy stający się świat beze mnie jest już tak cudowny, że wcale nie wiem, czym taki ktoś jak ja powinien w ogóle być jeszcze wówczas na tym świecie. Przekląłem to gówniane uczucie, że można bardzo dobrze zrezygnować także ze mnie. Po prostu nie mogę sobie wyobrazić, co w takim świecie powinno być za miejsce dla kogoś takiego jak ja. Tu nie ma miejsca dla mnie: to jest moje piekło. Siedzę zupełnie zafascynowany i zbity z tropu jak na widowni światowego teatru (niech mi się wybaczy teraz mój spontaniczny patos) i chętnie współgrałbym: lecz nagle zauważam, że poza mną nikt nie doszedł do przedstawienia, i po prostu staram się nie zostawić tej trupy jako jego całej publiczności tak haniebnie na łasce losu. Świat jest superpiękny, tylko ktoś taki jak ja, taki ktoś niestety musi pozostać na zewnątrz.

To jest więc tak: ktoś taki jak ja zasiada wówczas nad takimi przygotowaniami przechowywania i pisze "Sprawozdanie", nie wiedząc dla kogo, o czym, po co. Ktoś taki jak ja: co to jest zatem w ogóle
za ktoś? Tedy, mamy już drugi problem: stąd mógłbym przynajmniej wyciągnąć już na światło prawdy parę drobnostek o sobie z pewnego mianowicie bardzo daleko sięgającego, ale jednak nie zupełnego zaćmienia mojej zdolności wspominania. Tylko: z tym materiałem, który tu wychodzi na jaw, nie mogę zacząć tego najmniejszego! (Pewna metafora: części łamigłówki z jakiegoś innego obrazu, piękne miejsce!) Przykład: czasem zdaje mi się wiedzieć, że jestem zupełnie określonym dziennikarzem i mam zamówienie na reportaż. Lecz jest pytanie: jakie zamówienie, co za temat, jaka agencja? Przede wszystkim jednak nie mogę sobie wówczas odpowiedzieć na jedną sprawę: jaką "tendencję" właściwie reprezentuję? Jestem lewicowym czy prawicowym dziennikarzem? Bowiem mam jeszcze coś takiego jak "etos dziennikarski"? Ale prawdopodobnie i tak od dawna jest to jedno i to samo. Skonfrontowane z tymi bajkami takie banalności z pewnością nie grają żadnej roli. Lecz wówczas logicznie zawsze też mówię sobie, że tak całkiem bez jakichkolwiek "pozycji" jednak z trudem chyba mogę być jakimś dziennikarzem. I tak powodzi mi się z wszystkim, co przypuszczalnie przychodzi mi do głowy. Nawet nie potrafię powiedzieć z pewnością, kim jestem - aby być dokładnym: boję się cokolwiek utrzymywać, kim jestem, ponieważ o każdej porze mógłbym się fałszywie określić jako niebezpieczny. W ten sposób od dawna nie mam już o sobie żadnego wyobrażenia. Choćby mi ktoś został przysłany, kto podawałby się za moją matkę, niechybnie już stałby się także moją matką. Jednak moja matka nie jest mi przysyłana! I tak dręczy mnie stale ten nie rozwiązywalny sens problemu: na czym mam się tylko oprzeć, aby odnaleźć się tutaj w raju. Tak, Bóg sprawia mi to, Bóg wie nie łatwo. Nie pozostawił mi właściwie o wiele więcej oprócz pewnego "Ja" jak puste miejsce - z zupełnie nieposkromionym i bezsilnym wymogiem pozostawienia siebie do wypełnienia. I tak wydaje mi się moja nad wyraz torturująca mnie tortura jak ta Świętego Antoniego, tylko odwrotnie: zamiast musieć i ledwo będąc w stanie chronić mnie jak on przed atakującymi pokusami grzesznego świata, wydaje się, jak gdyby wręcz przeciwnie było moim obowiązkiem zażywanie pięknych świętych grzechów. Ale tego nie potrafię! I w ogóle nie mogę sobie pomyśleć, dlaczego ma to być dobrze. Do czego to zmierza, jaki sens ma moja udręka? Nie mam żadnego przeczucia, i tylko moje zaufanie do Niego pozwala mi cierpieć dalej w pełni nadziei. To się już stanie z Jego pomocą.

Jak kiedyś, oh Boże, umarłeś za nas wszystkich, tak nieco później umarłem następnie za Ciebie - i upodobałeś sobie uczynić ze mnie totalne zero! Teraz proszę, drogi Boże, tchnij we mnie znowu Twój oddech (modlę się teraz, czemu wolno było już teraz rzucić się w oczy. Ale znowu jestem przy tym tak zuchwały, o wiele za zuchwały i nieskromny, wiem.
Wstydzę się też bardzo i pojmuję, że moje piekło bezwarunkowo musi trwać jeszcze pewną chwilę). Męcz mnie dalej, szybciej, bardziej, z tego coś ze mnie będzie, z czym coś możesz zacząć. Bowiem być martwym nie jest wprawdzie źle, Ty wiesz. Ale Ty wiesz także, jak chętnie należałbym do Twojej wielkiej i potężnej trzody, i że żadna inna władza na ziemi nigdy nie może mnie już odwieść od tego wyniosłego pragnienia. Zgadzasz się, byłeś tak łaskawy zrodzić mnie na nowo, także i to idzie już tylko na Twoje konto. I prawdopodobnie jest to słuszne i sprawiedliwe, że te jak i możliwe każde narodziny są narodzinami do piekła. Jednak to przecież nie może być Twoją wolą potępiać mnie na zawsze w to najgorsze ze wszystkich uczuć, na bycie martwym przy żywym ciele. Musisz trzymać dla mnie jak też i dla każdego w pogotowiu pewną drogę do Ciebie, dobrą drogę. Bowiem Ty jesteś Dobrym Bogiem, nieprawdaż, jestem pewny. Oh, przecież w rzeczywistości cierpię nie szczególnie. Nie mam ani boleści, ani nie jestem samotny. Jak mógłbym - w środku tego huczącego życia, dopomógłbym do takiego luksusu. Jednak czułbym się już o wiele żywiej, gdyby wolno mi było przynajmniej w telewizji być jednym z Twoich umarłych. Tak, drogi Boże, pozwól mi jednak umrzeć za Ciebie, to wyobrażam już sobie dosyć pięknie dla mnie. Raczej martwy na jednym z Twoich pól bitewnych i żywy w mieszkaniach ludzi, niż że tak powiem w ogóle nie tu. Ach, Wszechpotężny, proszę pomóż mi jednak i uczyń to! Uczyń cokolwiek - nudzę się poza tym jeszcze o słabym rozumie jednak raczej także wcale nie rozum już i do tego cokolwiek potrzebuję, w jakiejś Twojej znaczącej sprawie.

Oceniam to jest to: właściwie prawie nie jestem nawet obecny - właśnie o tyle, aby cierpieć wśród mojej obecności. Ale nie, ale nie: to nie jest przecież złe, lecz szalone, po prostu szalone. To jest, w co całkiem pewnie wierzę. Bóg zamierza to nie do wyobrażenia najmożliwsze. Najstraszniejsze piekło jest najbardziej błogosławionym błogosławieństwem: tylko tam samopoświęcenie jest szczere, zmysłowe poszukiwanie rozpacza uczciwie, nagroda nie do pomyślenia. Tu siedzę i piszę i nie mogę inaczej jak dziękować Mu i kochać Go w mojej przeogromnej winie i powinności. Tak, jestem wymazany, starty, usunięty - ale nie dla niego! Dla Boga istnieję jak nikt drugi. Tylko dla niego istnieję - już teraz całe bycie - aah! (tak musi mianowicie być to widziane przy całym wstydzie i skromności z zupełną manią wielkości, tak, teraz zauważam to już, że On zaczyna mnie już pocieszać). Piekło zawsze musi być przewracane, błogosławieństwo Boże zawsze jest rewolucją. W piekle można się tylko potwierdzać, jeśli to piekło jest piekłem rzeczywistym, Jego błogosławieństwo dotyczy tylko totalnego unicestwienia. Naturalnie trzeba służyć swojemu Bogu, lecz niewolnik nie określa swego przeznaczenia. Bóg musi zabijać. On zabija i On nienawidzi samobójstwa. Jeśli zdycha się, kiedy On uderza, to jest Jego sprawą. Ty nie powinieneś knocić Panu do tego rękodzieła, bo spójrz: On, i tylko On, może i urządzi Cię tak, jak Mu się to spodoba. W przeciwnym razie i tak przecież jesteś niczym. Ale jeśli On cię urządził, jeśli należysz do jego ludu, wówczas otworzysz usta, i Bóg wyjdzie z ciebie, wówczas twój umysł będzie myślał, i myśli będą Boże, wtedy twoje serce będzie kochało, i miłość będzie niewzruszona i w następnej chwili pustą nicością, jeśli mu to odpowiada, wówczas dowiesz się dokładnie i pomyślisz i poczujesz, kim jesteś, co powinieneś uczynisz i po co. Więc, drogi Boże, proszę uderz i udręcz mnie! Powal, niech Ci wpadną do głowy najpospolitsze nikczemności. Zmuś mnie, jeśli to musi być, żebym się poczuł i zachowywał zupełnie młodo, zmuś mnie niech się spełni szczęśliwe uderzenie, pozwól mi rzec: jestem jurny, taki jurny, już ponownie jestem jurny, pozwól mi zginąć w moim szczęściu...

Wierzę, wiem teraz, czym jestem: Jestem prorokiem. Jestem tubą Boga! (oh jak przykre...)

 

Z niemieckiego przełożył Andrzej Pańta
- Berlin, Ruda Śląska

 

Jerzy Grupiński - Poznań

CZOŁGI TALIBÓW

Najpierw przy fontannie

odłamano głowy

czterem rzeźbionym Koniom

Potem zakazano fotografowania

puszczania latawców

gry w szachy i telewizji

Gdzie twój szpak więc

Mistrzu z Berkeley

gdzie rozedrgana gałąź

i opłatek porcelany ?

Skoro zasłonięto

workami głowy kobiet

i zniszczono obrazy

Może właśnie jest tak -

Krzyk muezina w uchu

rżenie koni

Znów jest tylko Azja

gąsienice głodnych czołgów

wiatr trawa i kurz

Jerzy Grupiński
rok 2000

 

Stanisław Franczak - Kraków

MINI - PROZA

POWROTY

I wróciłem do mojego sadu z dzieciństwa, jabłoń, którą posadził mój ojciec, kiedy się urodziłem, zaszumiała znajomo, ucałowałem jej stopy, które przykrywała pachnąca ziemia, pogładziłem chropowate dłonie gałęzi, dotknąłem zielonych warg liści, które, czy mi się zdawało, wyszeptały moje imię, zerwałem jabłko uśmiechnięte po nieboskłon, pachniało rajem i grzechem pierworodnym, rozglądnąłem się dokoła, nie było nikogo, ani Ewy, ani węża Archanioła, na niebieskiej chmurze spał Pan Bóg, a Serafiny i święci szeptem opowiadali historie z piekła rodem, wbiłem zęby w dojrzały owoc, kwaśny smak wypełnił mi usta, z jabłka wyjrzał zdziwiony czerw.

 

MALOWANIE

Na niebieskim płótnie nieba rysuję chatę, w której się urodziłem, obok tego obłoku będzie dach zakończony kalenicą, na nim komin, poniżej grube bele trzymają się za ręce, a tam zdziwione zdobione drzwi i okna, teraz wysoka pogródka i ganek cały w powojach, matka pochyla się nade mną i jej burzliwe włosy zalewają izbę, a ona bierze mnie na ręce i ratuje z powodzi, płyniemy tak oboje w łódce kolebiącej się na fali, moje serce odmierza czas i na horyzoncie błyska latarnia morska, płyniemy do zacisznego portu.

 

Stanisław Franczak

 

Ariana Nagórska - Gdańsk

DOBRANOC DNIU POWSZEDNI

nad akwarium powietrza słoneczna rozgwiazda

obrotnych cumulusów ławicowy wigor

schną meduzy południa, na gorsety miasta

zmierzch ukradkiem rozlewa kałamarz indygo

 

z czarnej konewki nieba (światłem napełnionej)

kropelki gwiazd ściekają do kosmicznej miski

- czegóż to nie wymyślą wszyscy ci poeci

w najpowszedniejszy dzionek!

 

nie wszyscy, nie wszyscy.

 

27-25. 08.99
Ariana Nagórska

 

Piotr Bednarski - Kołobrzeg

ZŁOTE RUNO I BIAŁY SŁOŃ

(fragment opowiadania)

 

Obudziwszy się stwierdziłem, że nic nie uległo zmianie. Morze nadal spazmowało. Mimo diabelskiej chwiejby czułem się wypoczęty, a to znaczyło, że spałem parę godzin. Należało zmienić Agatę. Naciągnąłem sweter i kurtkę, odnalazłem latarkę i wypełzłem na zewnątrz. Trwała na swoim miejscu, tam, gdzie ją zostawiłem, oparta o rumpel steru. Usiadłem obok. Uśmiechnęła się. Rzuciłem światło na morze, ale ani jego wygląd, ani głosy niczego nie oznajmiły. Nie miałem kompasu, a niebo było ciemne i ruchome, gdyż chmury to także morze, które uciekło z domu, by w inny sposób szukać spełnień. Brakowało punktu odniesienia, więc nie mogłem wnioskować, w którą stronę wieje wiatr - czy stał się już moim sprzymierzeńcem, czy nadal jest przeciwnikiem.

- Przyjmuję wachtę - oznajmiłem.

- Wypocząłeś?

- Owszem. Też zaśniesz szybko, koce jeszcze ciepłe.

- Znam siebie, nie zasnę. Zostanę z tobą.

- Nikt nie wie, co przed nami.

- Dlatego chcę zostać.

- Ukołyszę cię do snu - oświetliłem wejście do namiotu. - Gdy będziesz pod kocem, zaśpiewam kołysankę.

Zniknęła z latarką w namiocie. Światło dość długo jeszcze rozjaśniało szczeliny, a kiedy zgasło, pomyślałem, że zmógł ją sen i - podobnie jak mnie - przyśni jej się coś miłego. Po raz pierwszy w życiu przyśniłem matkę z ulubioną papugą na ramieniu. Ale myliłem się. Agata nie spała. Dotarł przywołujący głos. Rozejrzałem się; wszędzie ciemność, morze i wiatr. Jak w pierwszym dniu stworzenia. Gdy wołanie powtórzyło się, zszedłem do niej.

- Nici ze snu. Nawet liczyłam barany.

Odnalazłem jej usta, miękkie i posmaku wanilii.

- Pachniesz Orientem - szepnąłem.

- Chodź do mnie.

"Wiatr się kocha z morzem, więc i my możemy" - w duchu przyznałem jej rację, wsuwając się pod koc. Przywarliśmy do siebie policzkami, coraz mocniej i mocniej, a wtedy coś we mnie pękło, rozstąpiło się; wstąpiłem w światłość.

Spleceni uściskiem, spaliśmy do rana. Ocknąłem się pierwszy. Wyszedłem na pokład. Aż krzyknąłem z radości. W nocy wiatr skręcił, przeszedł na S-O i wiał teraz w stronę lądu. Nie można było tracić czasu. Podniosłem żagiel do sztormowej wysokości, ściągnąłem dryfkotwę na pokład i usiadłem przy sterze. Tratwa nabierała rozpędu, robiła to pięknie, bez szarpnięć i wstrząsów. Był dzień, pomyślny wiatr, bezpieczna żegluga. Zobaczyłem mewę, może tę samą, co wczoraj. Dzisiaj jednak przysiadła na tratwie tak blisko, że dostrzegłem miodowe cętki w jej czujnych oczach, oraz białe zakończenie pomarańczowego dziobu, przypominającego harpun.

- Powiedz coś o pogodzie - mruknąłem.

Przyjrzała mi się uważnie, zaskrzeczała dziko i odleciała, prędko znikając z oczu. Wiatr uporczywie robił swoje. "Jeśli nie ucichnie do południa, znów dryfowanie. Przy takiej pogodzie fala przybojowa na brzegu zrobi z nas miazgę."

Agata siedziała już przy mnie. Odwinęliśmy kanapki. Zjadłem i popiłem koniakiem, bezpośrednio z butelki. Tyleż radości tego ranka. Spojrzałem jeszcze raz na Agatę i nagle uświadomiłem sobie, że ją kocham. Świadomość uczucia przyszła znienacka - ale nie tak, jak uderza nieprzewidziana fala; raczej było to coś w rodzaju błysku światła przebijającego mroki nocy.

"Jeśli nie miłością, to jak to nazwać? - zapytałem sam siebie. - Jeśli to nie miłość, to dlaczego tak boli?" - westchnąłem powtórnie i w tym momencie ciężar wewnątrz głowy zaczął osuwać się, a kiedy spłynął do piersi, serce zgubiło swój rytm, zatrzepotało i ogarnęła mnie ciemność. Gdy wróciło światło, rozproszyły się wątpliwości.

Wiatr w międzyczasie nieco przycichł, ale radość była przedwczesna. Nie minęła godzina, a dmuchnęło z uprzednią siłą. Wietrzysko po prostu zmieniało kierunek na południowy. Chmury zaczęły się rozpraszać i znikać za horyzontem. Nowe nie napływały, więc przestwór nieba szybko stawał się cyjanowy i przestrzenny, a powietrze tak przejrzyste, że mogłem dostrzec ląd. I to nie daleki fioletowy zarys. Ujrzałem zabrudzoną zieleń. Gdy tratwę uniosła jedna z wyższych fal, które tylko czart wie skąd się biorą, dostrzegłem cytrynową kreskę plaży i kaolinowe garby wydm, spływające z karłowatych zarośli. A więc od lądu dzieliło nas pięć - sześć mil. Natychmiast ściągnąłem żagiel i wypuściłem dryfkotwę. Po chwili zreflektowałem się. Tak czy inaczej będzie nas niosło na brzeg. I przypuszczalnie trafimy na przybojowe fale, kiedy zapadnie noc. Chyba nie mogło się nam przytrafić nic gorszego.

"Gdyby nas ktoś dostrzegł, nie byłoby problemu - pomyślałem. - Ale nie zauważy, licz tylko na siebie".

Natychmiast podniosłem żagiel i wyciągnąłem dryfkotwę.

"Teraz właśnie, gdy mam cię w sercu, nie oddam pola - pomyślałem, zerkając na Agatę. - Poproś siostrę, aby nas nie zabiła. Zrób to dla nas, to tak niewiele."

- Widzisz brzeg? - spytałem głośno: - Ciężka przeprawa.

- Boisz się?

Spojrzeliśmy sobie w oczy.

- Tu - odparłem, wymownie wskazując palcem na własną pierś. - To przyszło raptownie, jak grom z jasnego nieba.

- Hmm - chrząknęła, ukrywając zakłopotanie.

- Tak! Dlatego chcę, byśmy uszli żywi.

- Bez obaw, uchroni nas złote runo.

Chyba miała rację, bo wiatr i morze - mimo przeciwności - jednak sprzyjały nam. Szmat drogi mieliśmy już za sobą. Przed nami tylko mila lub dwie, z tego ćwierć mili piekła przyboju. "Jeśli wiatr, fala i ukształtowanie dna splotą się w warkocz, może jakoś wyniesie nas na brzeg - pomyślałem z rosnącą wiarą. - Jeśli..."

Przyniosłem kamizelki ratunkowe sporządzone z plastikowych bidonów, a potem sprawdziłem wiązania linek u Agaty. Gdy skończyłem, gwałtownie przycisnęła usta do mojej dłoni.

Spojrzałem pytająco.

- Jest we mnie... nowe życie - zagadnęła tak cicho, że w hałasie wiatru ledwo zdołałem ją usłyszeć. - Dlatego zdrowieję.

Nagle uświadomiłem sobie sens tych słów.

- Chcesz powiedzieć ...

Skinęła głową.

- Mówisz o tym w takiej chwili...

- Właśnie! Chciałam, byś wiedział, że nie uciekamy sami, że jest nas troje...

Nie dokończyła, wstrząśnięta szarpnięciem pierwszej kipieli. Złamana tuż za rufą fala runęła na pokład. Trwało to pół minuty, może nieco dłużej, lecz odniosłem wrażenie, że potop nigdy się nie skończy. Serce miałem w gardle. Kiedy jazgot odrobinę zelżał i ukazało się światło, z trudem wyrzuciłem dryfkotwę. Chyba instynkt nie zawiódł. Szoty zostały zerwane, żagiel trzepotał, ściągnięty do połowy masztu - jakby na znak żałoby. Podobne skojarzenie wstrząsnęło mną. Obejrzałem się. Agata tkwiła na swoim miejscu, a od tyłu parła nowa fala, wysoka i spieniona niczym gejzer. Zdążyłem doczołgać się do dziewczyny, przywrzeć głową do jej ud, a dłonie zacisnąć na rufowych linkach. Szczęśliwie przetrzymaliśmy i nie zagarnęła nas kipiel.

Podniosłem głowę i przez strugi wody spojrzałem na Agatę. Skinęła tylko powiekami. Trwaliśmy w tej pozycji dalej, jedynie mocniej zacisnąłem dłonie. Nadciągała już następna, niemal pionowa ściana. "Ile ich jeszcze będzie? - pomyślałem. - Pięć, sześć, dziesięć? Ale kiedyś muszą się skończyć".

Nie liczyłem kolejnych fal, nie widziałem ich, ważny był tylko mój upór. Nasz upór. Wydawało mi się, że jestem zrośnięty z Agatą i tratwą. W tej chwili pragnąłem tylko jednego: by wreszcie morze wypluło nas na plażę.

Gdy już pewni byliśmy, że najgorsze za nami, nagle ujrzałem ogromnego białego słonia, szarżującego z uniesiona trąbą. I ta słoniowa kipiel runęła na tratwę srebrną pożogą. Ręce nie wytrzymały, stałem się igraszką tej mocy, popłynąłem w górę, a spadając zdążyłem poczuć jeszcze niesamowity ból.

Obudziłem się w szpitalnej izolatce. Przy medycznym pulpicie siedziała pielęgniarka.

- Nareszcie - powiedziała z radością w głosie. - Pięć dni. Dobrze się spało?

- Mogę wstać? - zignorowałem jej serdeczny ton, dla pewności poruszając palcami nóg pod kocem. Słabo reagowały.

- Zapytam - podniosła słuchawkę.

Po chwili wszedł lekarz w średnim wieku, szczupły, z czerstwą twarzą i smutnymi oczami.

- Dzień dobry - skwitował cierpko. - Jak się czujemy?

- To pan mi powie.

- Wstrząs mózgu. Żadnych pęknięć czaszki ani skrzepu. Coś pana nieźle rąbnęło.

- Pamiętam... falę przypominającą dużego słonia. Chyba trzepnął mnie trąbą.

- Nie znam się na słoniach - wzruszył ramionami. - Ale możemy chodzić. Jeśli oczywiście mamy gdzie iść - dodał, znikając za drzwiami.

- A Agata, dziewczyna.

- Odnalazła was straż graniczna...

- Proszę mówić dalej - ponagliłem speszoną pielęgniarkę.

- To znaczy pana żywego. Tak mi przykro...

Nie słyszałem dalszych słów.

W tej samej sekundzie wszystko, co razem z Agatą przeżyliśmy, stanęło mi przed oczami i przeszyło świetlistym ościeniem.

* * *

Miesiąc później spotkałem siostrę Agaty. I to w tym samym miejscu, gdzie zetknęliśmy się po raz pierwszy. Nie poznała. Gdy przedstawiłem się ponownie, zbladła. Chwyciłem ją za rękę, uniemożliwiając ucieczkę. Zagryzła wargi. Opowiedziałem, co się wydarzyło i gdzie znajdzie grób Agaty.

- Straciłam wszystko. Wszystko i wszystkich - szepnęła po chwili drżącym głosem. - Jestem... osamotnioną bankrutką.

- Niewiele brakowało, a byłbym Cię ukatrupił - dodałem jakby trochę wbrew sobie. - Teraz z tobą los rzuci mnie na wyspę. I znowu zacznę budować tratwę.

Skinęła głową.

Ruszyliśmy przed siebie.

Biały potężny słoń wlókł się za nami, choć na razie niewidzialny.

 

Piotr Bednarski

 

Henryk Olesiak - Niemcy

KWIATY I ZBROJE

rocznice

urodzin

zgonów

zakochania

i rozstania

gratulacje

współczucia

wyszczerzone zęby

kwiaty papierowe

lub wycięte z życia

prezenty

opakowane

w życzliwość

i nienawiść

wyrzucane

do śmietnika

historii

własnej

i cudzej

 

ukryci

w rycerskich

zbrojach lęku

rozbieramy je

do kąpieli

zmysłowej

która nas

odradza

do nowych

wątpliwości

naszych dziejów

 

Henryk Olesiak
Meerbusch, lipiec 2000

 

Waldemar A. Zamlewski - Poznań

UWAGI O WYBORZE I INTERPRETACJI PRZEKŁADÓW LITERACKICH

Nie spotkałem w literaturze poświęconej translatoryce jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, w jakim momencie zostaje się tłumaczem. Co decyduje o tym, że ktoś postanawia przekładać tekst z jednego języka na inny, najczęściej z języka obcego na język ojczysty, choć bywają i przypadki odwrotne? Czy wynika to z potrzeby potwierdzenia własnej wartości i upewnienia się bądź udowodnienia samemu sobie, że jest się władnym przełożyć utwór literacki na inny język, czy też działa się na zlecenie lub na zamówienie wydawnictwa?

Niniejszy artykuł ma charakter nieco osobistej refleksji, wobec czego pozwolę sobie na nie zawsze stricte naukowe wywody.

Bezpośrednio po ukończeniu studiów tłumaczyłem prace naukowe z języka polskiego na niemiecki i odwrotnie. Kiedyś jednak, podczas pobytu w zagranicznym wydawnictwie zaproponowano mi przełożenie powieści znanego austriackiego prozaika. Początkowo wahałem się i opóźniałem przyjęcie oferty, ale wkrótce, kiedy już zacząłem pracować nad tłumaczeniem, zajęcie wciągnęło mnie tak bardzo, że pozostałem przy literaturze pięknej na dłużej. W końcu znalazłem się w tak luksusowej sytuacji, że dobór przekładanych utworów zależał w dużej mierze ode mnie.

Myślę, że każdy, kto znalazł się lub znajdzie w podobnej sytuacji, będzie musiał w pewnym momencie zmierzyć się z kilkoma problemami. Problemami, a nie problemem, gdyż właśnie tłumacz musi rozwiązać kilka - nazwijmy to -podstawowych dylematów, zaś jednym z nich stanowi właśnie wybór utworu, który zamierza 'wziąć na warsztat'.

Idealnym rozwiązaniem byłoby takie, gdyby decyzję o wyborze utworu przeznaczonego do tłumaczenia rzeczywiście podejmował sam tłumacz. Taką radę daje również Karl Dedecius, przestrzegając przed przyjmowaniem prac "na zlecenie" O innej sytuacji, ze względów, najczęściej prozaicznych, bo finansowych, tłumacz może jedynie pomarzyć, wobec czego prawie zawsze przekłada to, na co jest zapotrzebowanie z zewnątrz, np. ze strony wydawcy. Wydanie jakiejkolwiek pozycji wiąże się z dużymi nakładami pieniężnymi,

Czy taka niezbyt komfortowa dla tłumacza pozycja ma wpływ na finalny efekt tłumaczenia?

Uważam, że tak, gdyż tłumacz 'musi czuć' wybrany utwór, i nieważne, czy ma do czynienia z prozą, czy - co chyba jeszcze istotniejsze - z liryką. Po zapoznaniu się z tematyką utworu, jego charakterem, semantyką, leksyką, specyficznymi cechami kulturowymi i przede wszystkim stylem, do tłumacza powinna należeć ostateczna decyzja, czy podejmuje się on przekładu. Warunkiem sine qua non jest oczywiście znajomość obu obszarów kulturowych - języka, z którego następuje przekład, i obszaru, na jaki utwór jest przekładany - oraz swobodne się w nim poruszanie.

Na ile ważna jest wiedza o autorze? Myślę, że informacja taka może być w jakimś sensie pomocna, a nawet - w przeciwieństwie do prac stricte naukowych - może w znacznym stopniu ułatwić zadanie tłumaczowi. Nie jest i chyba nie powinna być ona czynnikiem decydującym, zwłaszcza, jeśli za słuszne przyjmie się twierdzenie, że dzieło literackie jest tworem suwerennym i żyjące swoim własnym życiem.

Tekst może być przełożony różnie, przy czym zależy to głównie od charakteru utworu. W moim artykule nie zajmuję się przekładem pragmatycznym, w którym sprawą priorytetową jest możliwe wierne, często beznamiętne i suche oddanie treści, a ograniczę się wyłącznie do tłumaczenia artystycznego. Trudno sobie bowiem wyobrazić, by przekład artystyczny czy literacki (pojęć 'tłumaczenie' i 'przekład' na użytek niniejszego artykułu używam zamiennie i rozumiem je tu identycznie) było zupełnie pozbawione emocji.

Tłumacz w sposób zauważalny nie powinien wyróżniać żadnego z kodów dzie-ła literackiego, gdyż wszystkie one, a więc warstwa semantyczna, leksykalna (lub leksykalno-semantyczna), kulturowa i estetyczna są, a przynajmniej powinny być, jednakowo ważne. Słusznie zatem stwierdza Maria Krzysztofiak w swojej pracy "Przekład literacki we współczesnej translatoryce", że naruszanie równowagi mię-dzy tymi kodami w przekładach prowadzi do zakłócenia harmonii, że skutkiem takiego poczynania może być "nadinterpretacja i zafałszowanie treści i estetyki utworu."

O taką nadinterpretację lub zafałszowanie, szczególnie w przypadku współczesnej liryki, jest jednak niezmiernie łatwo. Tłumacz musi zmierzyć się z bardzo starym przecież, ale nadal aktualnym, następnym 'podstawowym dylematem': czy w tłumaczeniu tekstów literackich, nie zaś pragmatycznych, kwestią priorytetową jest jak najbardziej posunięta wierność wobec oryginału, czy tłumacz powinien raczej skoncentrować się na pięknie przekładu, a to oznacza, że dominującym mógłby stać się kod estetyczny.

W sposób daleki od naukowego, ale dość trafnie, wyraził to tłumacz Dantego na język niemiecki Carl Bertrand w przedmowie do własnych przekładów włoskiego poety: "Tłumaczenia podobne są do kobiet: jeśli nadto
wierne, to niezbyt piękne, zaś jeśli piękne, to nie mogą być wierne!"

W tym może niezbyt eleganckim i pewnie nie zawsze prawdziwym twierdzeniu, tkwi jednak - przynajmniej w odniesieniu do literatury pięknej - ziarenko prawdy.

Ścieranie się dwóch teorii, dwóch szkół przekładów istniało od dawna; zwolennicy jednej z nich, chyba starszej, twierdzili, że całość dzieła, wszystkie jego elementy, najmniejsze nawet detale powinny być oddane przez tłumacza możliwie wiernie, co jednakże nie daje żadnej gwarancji, że efektem będzie przekład artystycznie doskonały.

Z własnego doświadczenia nad przekładami liryki polskiej na język niemiecki wiem, że nadto sztywne trzymanie się ogółu tropów nie musi wychodzić tym utworom na dobre. Czytelnikom z innego kręgu kulturowego nie zawsze bowiem będzie odbierać utwór tak, jak by sobie tego życzył autor, gdyby tłumaczone było 'słowo w słowo'. Zresztą w poezji, gdzie przedstawia się głównie obrazy, byłoby to nie do zrealizowania. Niezbędne jest zatem 'dokonywanie poprawek', a to oznacza, że tłumacz będzie posługiwać się niekiedy nieco odmiennymi środkami stylistycznymi, stosować inny rytm, zmieni ilość sylab, wersyfikację charak-terystyczną dla języka przekładu. I to właśnie jest ta druga szkoła, która zezwala na pewne odstępstwa i nie zmusza do bezwiednego trzymania się oryginału.

Chciałbym podkreślić, iż nie może być jakiejkolwiek mowy o ignorowaniu jednej warstwy dzieła kosztem innej, ale o szczególne zaakcentowanie czy wyeksponowanie pewnych elementów tej warstwy. Tą uprzywilejowaną warstwą jest w przypadku utworu poetyckiego z reguły warstwa estetyczna.

Dzięki takim zabiegom tłumacz oddaje w większym stopniu artyzm utworu i stwarza czytelnikowi iluzję obcowania z oryginałem. Jednocześnie - i tłumacz musi mieć tego świadomość - można bardzo łatwo wpaść w pułapkę, którą w przypadku «poprawiania stylu» nazwałbym przeestetyzowaniem.

Tłumacze spotykają się z tym problemem stosunkowo często, zwłaszcza przy pracy nad poezją współczesną. Wynika to z pewnego 'konfliktu interesów': z jednej strony poeci sami, z zamysłem burzą klasyczną konstrukcję i harmonię utworu, by w ten sposób wywołać u odbiorcy zamierzony efekt, z drugiej zaś strony jest tłumacz, któremu niekiedy - również z pewną świadomością - trudno oprzeć się pokusie 'udoskonalania' poety i wycisnąć na utworze swe własne piętno.

Odbiorca ma do czynienia nie z oryginałem, lecz z wersją utworu odczytaną i przekazaną przez tłumacza, stworzoną przez pryzmat jego widzenia. 'Stworzoną', bo to on narzuca czytelnikowi, w jaki sposób dzieło będzie, lub może lepiej, winno
być odbierane, a nawet interpretowane. Mimo, iż przesłanie utworu musi być zgodne z wolą autora, to jednak gdzieś w tle, tłumacz będzie rozpoznawalny, gdyż od jego widzenia i sposobu odczytania, choćby najbardziej rzetelnego i obiektywnego, zależeć będzie ostateczny kształt dzieła. Kształt ten, czego dowodzą wielkie przekłady wielkiej literatury, może być skrajnie różny.

Osobowość autora przekładu wyciska swoje piętno na niemalże każdym utworze literackim, na jego organizacji, języku, klimacie. Na tę osobowość tłumacza składają się między innymi jego wykształcenie, wiedza, poetyka utworów, na jakich się wychował, wzorce, z których korzystał, ale również tak niedefiniowalne do końca momenty, jakimi są charakter, wrażliwość, wyczucie piękna i emocje.

Od tłumacza zależy zatem oddanie utworowi jego specyficznej, niepowtarzalnej atmosfery, i za to on odpowiada. Przekłada to, co odkryje w utworze, i tak, jak jemu się wydaje, że będzie najlepiej. Cudze myśli wyraża własnym językiem. Ryzyko niepowodzenia, ale i sukces, jeśli utwór przetłumaczony jest dobrze, rozkładają się sprawiedliwie - na autora i na tłumacza.

 

Waldemar A. Zamlewski

 


 
Pięć - dziesięć zdań:

 

"(...)Tyle o historii. Ale marzyło mi się, że i sztukę moglibyśmy sobie zrewidować... gdyż nie jest wskazane abyśmy po wsze czasy byli skazani na uwielbianie własnych utworów artystycznych i tej formy, którą one urobiły. ów przymus uwielbienia jest parafiańszczyzną; a także prowadzi do zakłócenia proporcji pomiędzy nami a światem (czyli rzeczywistością); a także jest najeżony kompleksami i rodzi głupstwo, kłamstwa, pretensjonalności... lecz co więcej i co najważniejsze, nie umiemy dość stanowczo wzgardzić tandetą, ponieważ jest nasza, i to czyni nas bezbronnymi wobec tandety, musimy przystosować się do naszego wyrazu nawet wówczas, gdy on nie umie nas wyrazić. Ja próbowałem już w tym dzienniku pomówić o literaturze polskiej nie jak o chwale narodowej a jak o (nierzadko) klęsce narodowej - i to, moim zdaniem, nie jest złe, ton ten jest godny zalecenia, bo to jedyny sposób, aby nas ona nie sprowadziła do swego wymiaru, abyśmy mogli urzeczywistniać się jako coś lepszego od naszej literatury. (...)"

 

Witold Gombrowicz -
"Dziennik - 1957-1961"

 

Agnieszka Wesołowska - Łobez

BALLADA O CHŁOPCU POMORSKIM

Już pierwszej nocy w wilczej komnacie kołyski

jak król zabłąkanych w mniszym szale paproci

jak król tych co konali w skupieniu pod księżycem

twojego kwilenia - pod jednym z tobą księżycem

Tej pierwszej nocy czuwałeś wniebogłosy

zaklinałeś sennych na amulet z kryształu

gór i wzywałeś na pomoc baranka

gdy twarde oblicze ziemi nazwało cię synem

 

Modliłam się z tobą do leśnej baby o róg -

o róg złoty - a leśna była łaskawa Akordy

czerwieni i żółci zestąpiły nam z drzew

wróblim majestatem Teraz - wśród spadłego listowia

dzika biegnie dziecina i rozdziera jej serca

ten kamienny róg Teraz - kiedy siedzisz okrakiem

na ceglanym wierzchowcu - gdy Swarożyc składa w ofierze

swoje boskie zakłopotanie - gdy ostatecznym gestem popędza

krawężnego siwka - oboje wiemy tyle samo to znaczy

dom na prawo na lewo drzewa wprost na twoim czole

przyjazny jakiś ląd - patrz - rosną tam księżyce

naszych kosmosów naszych cieni

 

Agnieszka Wesołowska
Rozmiar: 11747 bajtów

 

Jacek Durski - Katowice

SCENKA DRUGA

Pomnik Powstańców Śląskich. Trzy sztandary miłości dla naszej ojczyzny, dla tej ciężkiej ziemi. Dla naszego Śląska. Stoi patos na wysokiej skarpie. Wielki z każdej strony.

A w środku wzniosłego - dziewczyna i chłopak. Jakby wycięci z innej przestrzeni. I czasu. Wyrzucone na spodnie koszule. Mnóstwo koszul o różnych długościach. Kolor na kolorze. Aż skrzypi pod powieką. Deskorolkowcy! Młodzież na dechach. Przytuleni do drugiego powstania całują się pod skrzydłem. Dziewczyna chce też trochę pogadać, pooddychać troszkę.

- Zeszli się znowu i zaś się kłócą - zaczyna o kochanych rodzicach. - Od wczoraj nie mogę z nimi wytrzymać. Co za nowobogackie bankruty. Rozebraliby nawet ten pomnik. Po co komuś skrzydła? Można z nich odlać miliony wisiorków i otworzyć sklepik-biznesik. Najlepiej w kościele. A potem biznes! Wielki market za dużym miastem. - odchyla usta, twarz od twarzy chłopaka. Jest zła więc nie będzie przychylać.

- Moi też się zwarli z powrotem - oderwał się chłopak od drugiego powstania. Pociągnął za sobą dziewczynę. I jadą ze skarpy trzymając się za ręce. Tacy kolorowi na szarym wzniesieniu. Teraz już na prostej. Pędzą chodnikiem potrącając pieszych. Jednej pańci spadł na twarde telefon komórkowy. A drugiej torba z jajami. Omlet z pocztą głosową.

- Zeszli się, żeby mnie... - zawołał do włosów dziewczyny. Puścił jej rękę i - skoczył. To znaczy skręcił kickflipa 360 . W wielkim słońcu i w wielkich koszulach. Pełny przewrót pod niebem.

O! Potrafi "skejtować". Dobrze wykorzystał rozpęd i wyczuł krawężnik. Stąd mocne odbicie.

- Tak mnie wkurzają od rana. Każdą gadką. Nawet milczącą. A najwięcej tym "popatrz na siostrę, nie jeździ na rolkach i nie goli głowy" - chwycił palcem palec dziewczęcia.

- A mnie wkurzają od obiadu - dodała mu jeszcze cztery z szybkim pocałunkiem.

- No to jedziemy pod rondo. W ten zakręcony tunel - zabrał jej drugą rękę i rozpiął pierwszą koszulę. - Ekstra się z tobą rozmawia.

Przeskoczyli nad wystającym z włazu elektrykiem. Zniknął w dziurze szybciej niż szybko. I nad klombami bez kwiatów. I nad dziadkiem bez babci. Tu już przesadziłem.

Jadą powoli pod rondo bujając się w takt Hip-Hopa. Razem, powolutku w powracającym rytmie. Opowiadają Hipowi i Hopowi o swoich zgredach.

 

Jacek Durski

 

Stanisław Chyczyński - Kalwaria Zebrzydowska

NIEDOBóR NADMIARU

Woda jest brudna, jak krew leci z kranu

i czarna gwiazda mruga pod sufitem.

Na teledysku, pośród orgii fanów,

guru wylicza prawdy nie odkryte.

 

Za szkłem obrazu płacze stara matka

nad stosem xiążek, które syn miłował.

Co noc dojrzewa cjanek w czekoladkach,

a w pralce krąży Twoja łysa głowa!...

 

24 IX 2001 r.
Stanisław Chyczyński

 

Paweł Kozioł - Jarosław

***

więcej

powietrza i to takiego które nie rysuje

nad głową żadnych arkad

albo zgaś ten krajobraz

 

Paweł Kozioł

 

Rozmiar: 2067 bajtów

W ukazującym się w Konstancji, nad Jeziorem Bodeńskim (Badenia - Wirtenbergia) - "Südkurierze Singen" w roku 1998 wydrukowany został artykuł Pani Christel Rossner pod tytułem:

"SKARB ZNALEZIONY W STAREJ WIEJSKIEJ SZAFIE

Z Pergamonu do Weiterdingen - Hilzingen.
Zdjęcia stryja Ottona Puchsteina trafiają do Hegau".

Wiejska szafa wraz z cenną zawartością - jak się później okaże - przejechała drogę z Düseldorfu do Weiterdingen - Hilzingen, aby dotrzeć do spadkobiercy Ottona Puchsteina. Nie było to dla niego tylko nostalgicznie wzruszająca niespodzianka.

Otto Puchstein zwrócił uwagę, że w odziedziczonej po ciotce szafie na jednej skrzynce jest napis: "Spuścizna po Ottonie i Eryku Puchsteinie. Baalbek i Pergamon". Obaj byli jego bliskimi krewnymi. Prof. dr Otto Puchstein był stryjkiem Eryka, dziadka obecnego Ottona Puchsteina - drugiego spadkobiercy, który po otwarciu wyżej wymienionej skrzynki, ku swojej ogromnej radości i zaskoczeniu stwierdził, iż znajduje się w niej 500 fotografii wraz z negatywami. Z rodzinnych kronik wiedział o zdjęciach, ale uchodziły one za zaginione.

Po uświadomieniu sobie wagi i znaczenia, iż oto zostały odnalezione - odzyskane, Otto II powiedział: - "z naukowego punktu widzenia odnalezienie tych zdjęć jest sensacją". Toteż niezwłocznie skontaktował się z Instytutem Archeologii Uniwersytetu Fryburskiego, z jego kierownikiem prof. dr Volkerem Michaelem Strocka.

Chociaż w roku 1905 pewna ilość fotografii była wykorzystana i część ich wydano w formie Albumu, o czym zaświadcza naruszona chronologia zbioru zdjęć, to jednak odnaleziony materiał jest niewątpliwym "skarbem" dla nauki, dokumentującym i unaoczniającym proces odkryć i jego poszczególne fazy, etapy i nieoficjalne epizody z życia i pracy całej ekipy, i terenu wykopaliskowego, tak w Pergamonie jak i w Baalbeku.

Profesor dr Otto Puchstei na zlecenie Cesarsko-Niemieckiego Instytutu Archeologicznego w Berlinie kilkakrotnie prowadził wykopaliska w Azji Mniejszej i na terenie dzisiejszego Libanu. Towarzyszył mu jego bratanek - Eryk, dziadek dziejszego Ottona II, który zdjęcia te wykonywał i przechował.

Instytut Archeologiczny Uniwersytetu Fryburskiego otrzymanemu darowi - spuściźnie po prof. Ottonie Puchsteinie, który był członkiem Senatu Uniwersyteckiego (1896 - 1905) i wykładał na nim archeologię, poświęcił wystawę ukazującą żmudną i sztukateryjnie kombinacyjną pracę Prof. Otto Puchsteina, który opracował technologię rekonstrukcji Ołtarza Pergamońskiego. Po czym zdjęcia pozostały zdeponowane w zbiorach Uniwesytetu Fryburskiego, który opracowuje je i przygotowuje do wydania.

Przekazanie zdjęć do dyspozycji Instytutu Archeologii Uniwersytetu Fryburskiego, zapewne jest zgodne z naukową pasją i wolą prof. dr Ottona Puchsteina, urodzonego w 1856 i pochowanego w 1911 roku w Łobezie.

Jeszcze w roku 1973 Otto Puchstein II, który był w tym czasie w Łobezie, w starej części cmentarza - poniemieckiej, obecnie zniwelowanej i "zasiedlonej" polskimi grobami, widział polny narzutowy głaz - otoczak, na grobowcu rodziny Puchstein. "Łabuź" czyni starania, aby odnaleźć głaz, ustalić miejsce grobowca rodziny Puchstein i zaznaczyć upamiętniająco, miejsce spoczynku naszego niemieckiego "ziomka" - Profesora Archeologii Dra Ottona Puchsteina.


Polską wersję, w oparciu o tłumaczenia z języka niemieckiego dokonane przez Gabrielę Rutkowską i Jerzego Podralskiego, zredagował Ludwik Cwynar.
Rozmiar: 6404 bajtów

 
 


Ares Chadzinikolau - Poznań

BYĆ POETĄ

"Nie takie to zwyczajne - być poetą"
Jaroslav Seifert

Być poetą

to kochać i wątpić w bezwzględność myśli.

Z pieśnią na ustach łomotać w zakazane bramy.

W mroku szukać nadziei,

która pozwoli wznieść toast sponiewieranym.

 

Być poetą

to ponownie sięgnąć po boski ogień,

wykraść heliosowy rydwan

i ścigać się z losem.

Zapadać w horyzont,

by wzejść nowym słońcem.

Nawet w malignie złożyć myśli w mozaikę słów.

Po utratę tchu wsłuchiwać się w siebie

jak marynarze w głosy Syren

przed roztrzaskaniem się o skały.

 

Ares Chadzinikolau

 

KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między zaprzyjaźnionymi pisarzami. Na naszych łamach od października 1998 roku korespondują: zamieszkały w Podkowie Leśnej Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób z Kołobrzegu.

Dziękujemy - pkl "łabuź"


 

Podkowa Leśna, 18 listopada 2001
 

Drogi Lechu,
 

Na wszystkie pytania odpowiedziałem Ci w liście sprzed tygodnia, ale jeśli masz jeszcze jakieś, to przemejluj. Tu tylko dodam, że ten "Wielki słownik ortograficzno-fleksyjny" (największy zbiór słów w historii polszczyzny, 182.154 hasła), który ostatnio wydał Bertelsmann, a którego skład był robiony w mojej firmie, wymyślił Ryszard Turczyn, znany jako współautor słownika synonimów (z Andrzejem Dąbrówką i Ewą Geller) i jako tłumacz z niemieckiego. Dziwię się tylko, że jego nazwisko nie jest na początku trójki autorów, widać chłopak taki skromny i zgodził się na alfabetyczną kolejność współtwórców. Myślę, że to przesada, bo ukłony w stosunku do kobiet to jedno, a sprawiedliwość to drugie. Pozycja ma równo 1800 stron (w jednym tomie), w tym bogaty wstęp z zasadami ortografii i interpunkcji (nawet stronę o dysleksji), więc warto to mieć. Kiedy przeglądaliśmy to tomiszcze, znaleźliśmy głupi błąd (w jednym wyrazie hasłowym wypadła literka i słowo to znalazło się w niewłaściwym miejscu na skutek sortowania alfabetycznego). Już rozmawiałem z wydawcą, poprawimy i w najbliższym dodruku będzie dobrze. Bardzo się cieszę z tej pozycji, włożyłem w nią mnóstwo serca, pomysłów i technicznych rozwiązań. Trzeba było stworzyć osiem nowych krojów pisma, w tym takie ze znakami, których w ogóle nie ma i nigdy nie było (np. hipotetyczne litery staropolskie). W Bertelsmannie twierdzą, że słownik jest we wszystkich istotnych księgarniach w Polsce.

Przepraszam, że robię to wszystko z takim opóźnieniem, ale powinieneś być zadowolony, bo obok mnie od miesięcy leżą listy Agnieszki, Mrówki i parę jeszcze innych, na które z bólem nie odpowiadam z braku czasu. Przysięgam, że naprawię ten błąd, ale jeszcze nie dzisiaj. Mam niezliczone zaległości tzw. kulturalne, z których tylko jedną nadrobiłem. Poszliśmy z Mirą na "Quo Vadis". Niestety wybór nie był najlepszy. Film trwa bite trzy godziny i snuje się strasznie wolno. Jest nienowoczesny, zbyt teatralny, choć ma kilka scen martyrologicznych, które niektórym mrożą krew w żyłach. Aktorstwo pod psem. Właściwie gdyby nie znakomity Jerzy Trela, trzeba by to było skreślić. Ani Ligia (szkoda wymieniać nazwiska tej ślicznej dziewuszki bez talentu), ani Petroniusz (słaby Linda, z uśmieszkiem bandyty), ani Winicjusz (drewniany Deląg), ani wreszcie Neron (Bajor jako zdziecinniały kretyn z wieńcem na głowie) - nie mają nic do powiedzenia. No i scenariusz. Po prostu walnięty. To są skutki mody na filmy autorskie, a może pazerności reżyserów na pieniądze (w końcu za taki scenariusz biorą całkiem niezłe sumy).

Inne przykłady z ostatnich czasów? Choćby "Ogniem i mieczem", "Przedwiośnie". Oba są pozbawione dramaturgii, wątków wiążących (choćby intelektualnych), dobrze zarysowanych postaci, ogólnego przesłania itd. Coś w tym musi być, że Wajda (również zazwyczaj autor scenariuszy swoich filmów) nigdy nie zamyka scenariusza przed wejściem na plan, tylko żąda od współrealizatorów (głównie aktorów) krytyki i pomysłów. Jego metoda, już opisana w doktoratach, sprawdza się dlatego, że w rezultacie ostateczny kształt fabularny filmu bardzo odbiega od pierwotnego planu właśnie na skutek niezliczonych konsultacji, z reguły czynionych na żywo. Hoffman czy Bajon tego nie robią, są bogami, decydują o każdym szczególe i - tracą kontrolę nad całością. Klasycznie, to jest według tej reguły, zachowuje się Zosia samosia - Juliusz Machulski, którego filmy są coraz słabsze, ostatnio wręcz słabe ("Kilerzy"). Udały mu się pierwsze trzy, cztery obrazy, a potem już było tylko gorzej, i nie pomogła nawet wybujała reklama ani sława. Żal, bo każdego z tych reżyserów stać na bardzo wiele. Kieślowski nie robił tego głupiego błędu. Dobrał sobie świetnego pomysłodawcę Piesiewicza, którego teksty mógł swobodnie wentylować i doskonalić. To ma głębokie uzasadnienie i zawsze się sprawdza, a daje tylko chwałę.

Piszę o tym wszystkim, bo ktoś mnie zapytał, dlaczego w "Za kobietą tren" jest na stronie redakcyjnej adnotacja, że "przejrzałeś krytycznie większość utworów". Odpowiedziałem zgodnie z logiką twórczości, że nie powinno być ani jednego utworu niezredagowanego przed drukiem. Nawet jeśli są to tak zwarte i dopracowane teksty jak wiersze. A to przecinek, a to nie takie brzmienie sylaby, a to o jedną linijkę za dużo.

W każdej książce znajdzie się takie miejsce, które można dodatkowo wydoskonalić. Wańkowicz wręcz ukuł termin "rewriter" (przeczytywacz), uważając, że bez odczytania tekstu przez kogoś życzliwego a niezależnie wnikliwego MUSZĄ się przemknąć drobiazgi, których autor mógłby uniknąć. Tomasz Mann bezceremonialnie zwoływał rodzinno-przyjacielskie konsylia, wygłaszał kolejne fragmenty "Buddenbrooków", "Czarodziejskiej Góry" czy "Doktora Faustusa" i skwapliwie notował reakcje i uwagi. Gombrowicz (opisał to sugestywnie Jan Błoński w artykule drukowanym w "Tytule") uczył się swoich tekstów na pamięć, po czym zapraszał znajomego na ławeczkę do parku i, wygłaszając je, udawał, że opowiada o czymś od niechcenia. Tak sprawdzał to, co napisał, nigdy nie był pewien do końca.

Pamiętam, że przed wydaniem w "Czytelniku" mojego "Śpiącego w mieście" świętej pamięci Kazimierz Truchanowski wydzwaniał do mnie, żebym zmusił wydawcę do wyznaczenia na redaktora Matyldę Wiśniewską albo Klemensa Górskiego, bo oni nie padają na kolana przed autorem ani przed tekstem, wczuwają się "całym ciałem" (to określenie pana Kazimierza) i są bezwzględni w wyłapywaniu niekonsekwencji. Edek Stachura bardzo często pokazywał swoje teksty Jankowi Czopikowi-Leżachowskiemu i poprawiał je według wskazówek, a często korzystał z uwag i zmian Ziemowita Fedeckiego, raz i ja miałem taką okazję. To kwestia zaufania.

Znany jest przypadek tłumaczenia "Lolity" zrobionego przez Roberta Stillera, który, jak się powszechnie mówi, nie pozwala redaktorom poprawiać nawet jednego przecinka. Zanim ta książka ukazała się po polsku, mówiono po kawiarniach, że tłumaczenie to budzi wątpliwości ze względu na przesadne wyniesienie wątku seksualnego na pierwszy plan, gdy tymczasem osią powieści jest opis niemocy psychicznej i braku odwagi w zwalczaniu pokus, omotania człowieka przez człowieka, słowem zniewolenia wewnętrznego. Wystarczyło popracować nad przymiotnikami. Nic z tego. Nie wiem, czy się bano tłumacza, czy też tłumacz nie pozwolił, dość że ogromny wysiłek, jaki włożył Stiller w tłumaczenie, został w dużej mierze zmarnowany przez niego samego.

O tym zjawisku w szerszej skali pisze Józef Waczków w świetnym dziele "O sztuce przekładu" (można jeszcze nabyć w księgarni internetowej www.aula.home.pl). Jest tam mnóstwo znakomitych wskazówek nie tylko dla tłumaczy, ale w ogóle autorów. Przytacza on słowa Edwarda Balcerzana: "Od przełomu romantycznego wzrasta ilość obowiązków tłumacza, kurczą się teorie jego swobód". Wielokrotnie przypomina też znane powiedzenie dobrych czytelników: "Czy w ogóle ktoś to widział przed wydaniem?"

Ostatnio woziłem się przez parę godzin z Amerykaninem, który przyjechał do Polski sprawdzać działalność jakichś swoich firm. Uświadomił mi rzecz, o której wiedziałem, ale której dotąd nie sformułowałem tak jasno i wyraźnie: "Ci wasi dyrektorzy wszystko chcą robić sami, do nikogo nie mają zaufania, cały boży dzień odbierają telefony, a przez to nie mają czasu na myślenie". Święte słowa, odnoszą się też do naszej roboty: nie uważaj się za Pana Boga, inni też coś potrafią, twój tekst wciąż jest jeszcze ułomny, daj pomyśleć nad nim jeszcze komuś. Na pewno znajdzie jakąś literówkę albo "się" na końcu zdania, albo niespodziewaną zmianę imienia jednego z drugorzędnych bohaterów...

Masz pozdrowienia od Marka Sołtysika. W lipcu wpadł na niego na przejściu ulicznym samochód marki łada i złamał mu fatalnie nogę. W Krakowie nie umieli tego naprawić, zrobili kilka błędów i Marek trafił do kliniki w Otwocku. Czasem do niego zaglądam, częściej dzwonię, bo daleko, porozumiewam się też z tamtejszymi lekarzami. Bywa tam Bogdan Loebl, zajrzał Marian Grześczak. Zainteresowała się tym komisja pomocowa, bo Marek jest bez pracy, a w łóżku pisać raczej mu ciężko. Jest niby coraz lepiej, kość wreszcie (po tylu miesiącach!) zaczyna się dzięki otwockim lekarzom zrastać, ale ponieważ uszkodzone były tętnice, Marek wciąż podkrwawia i kilka razy z nagła trafiał na stół operacyjny. Ostatnio nocą na cztery godziny. Jak on to wytrzymuje psychicznie?! Napisał w "Rzeczpospolitej" ("Plus-Minus" z 17-18 listopada) kapitalny skrót tej niewiarygodnej i przygnębiającej sytuacji. Potężnych kilkadziesiąt słów. Rzuć okiem, przejmujące memento!

 

Ściskam serdecznie
Twój Piotr Müldner-Nieckowski

 



 

Kołobrzeg, dnia 20.11.2001 r.
 

Drogi -
 

dziękuję, dziękuję, ale byłem podziębiony i wyjechany. A tu w punkt trafienie z listem. Tak na marginesie. Pewien znajomek opowiedział historię powstania naszej planety. Że ponoć coś w coś grzmotnęło, potem był pył, kosmiczna zadyma i takie tam dyrdymały. Aha, niby przedtem jeszcze wielki wybuch, Arystoteles, Hawking i czarna dziura. Jednym słowem linearne (nie zawsze) wariacje na może dziesięciu strunach. "Lecz ja w podobne pierdoły nie wierzę" - stwierdził na koniec. Znajomek ten zwyczajnie chciał pożyczyć na piwo. Szkoda tylko, że tak długo dobiegał do pointy.

Ale wracam do Twoich zdań sprzed 2 dni. Z tymi słownikami nie wiem, co się porobiło. Pełno ich, niczym bezdomnych psów na ulicach. A co drugi bardziej wątpliwego pochodzenia i kondycji. Nie uchybiając wymienionemu przez Ciebie słownikowi synonimów (nie zdążyłem poznać jeszcze) powiem krótko: czekam niecierpliwie na inny słownik - frazeologiczny - pana PMN. Zwłaszcza, że znane mi są próbki opracowania niektórych haseł.

Filmy. Przyjacielu, w kinie ostatnio byłem około 10 lat temu, na "Mikrokosmosie" (fabularyzowany dokument o owadach). Jakoś mnie nie ciągnie. Choć słyszę, że kinematografia goni w piętkę, żyłując ostatnie już dzieła klasyczne naszej literatury. I ponoć wkrótce do ekranizowania zostanie tylko "Janko Muzykant" oraz książka telefoniczna.

Już wolę czytanie. A czytało się ostatnio sporo. I gdyby ktoś spytał, mógłbym polecić kilka ciekawych lektur. Choćby przezabawną powieść przyjaciółki Maxa Ernsta - Leonory Carrington*. Czy inteligentnie zrobioną książkę o epidemii pisania (skąd my to znamy?) pewnego Francuza**. Lub "Mały traktat o wielkich cnotach"***. Wyobraź sobie, że tu humor potraktowany został jako cnota. Co prawda mniejsza, ale jednak cnota. Niebywałe w filozofii. Bardzo mnie to ujęło! No, lecz skoro nikt nie pyta, nie będę się wychylał. Tylko do Twojej wiadomości.

Treny (jakże sensowne uwagi o nich S. Jurkowskiego w przedostatnim numerze "Twórczości" znalazłem!). Obawiałem się przyczepek. A nawet, jeśli pamięć nie myli, padała z mej strony sugestia, by sprawy nie akcentować. Ale, u diabła, rację masz z argumentacją. Historia literatury usiana jest podobnymi zdarzeniami. Taką "Mapę pogody" Iwaszkiewicza, na przykład, redagował sam autor? Obaj wiemy, że nie. I cóż, ujęło to coś poecie? Pomniejszyło utwory? Wręcz przeciwnie. Bowiem ogląd z zewnątrz, z dystansu (lecz ogląd życzliwy!) oczyszcza teksty. Lub daje szansę wyłowienia przeoczeń, których autor po czasie i tak byłby się sam dopatrzył.

Akurat w tej materii robię coś nowego. Pogłębioną adiustację powieści "Pan Piórko" duetu Kaleta - ćwik (pierwszy malarzem jest, drugi tłumaczem). Debiutanci. Błądzą, niczym dzieciaki we mgle. Lecz proza dobra, warta pochylenia się nad nią. I jak tu nie pomóc. Zwłaszcza, że książka - na mój nos - będzie śmieszna (to znaczy do śmiechu - zręczniej mówiąc). I nie jest wykluczone, że jeszcze im jaką krótką rekomendację na okładce skrobnę. Może czytałeś fragment w "Łabuziu". Leon Z. chce 2 albo 3 dalsze kawałki tego tam puścić.

Skoro o autorskich duetach mowa - ale od innej strony. Niedawno, przy okazji "Dni Tolerancji", był w Kołobrzegu Henryk Grynberg. Dzień przed jego odlotem do Stanów siedzieliśmy u mnie przy grzanym winie z goździkami. Rozmowa tyczyła między innymi właśnie literackiego wspomagania. Bo Grynberg akurat promował "Szmuglerów"****. Rzecz silnie opartą na przeżyciach wojennych Jana Kostańskiego, który te wspomnienia opublikował w Australii 3 lata temu. Już nie roztrząsając zawartości książki powiem tylko tyle, że surowy materiał w rękach Grynberga do tego stopnia zmienił kształt, iż obaj po usprawniających przeróbkach i szlifach stali się współautorami tegoż wydawnictwa.

Oto więc mamy przykłady (łącznie z Twoimi) rozmaitego stopnia spolegliwej współpracy między pisarzami (lub na linii pisarz - krytyk): od drobnych ingerencji typu kosmetycznego, po głębszą orkę, która czasem zmienia nawet strukturę utworu.

Poza tym cóż, drogi. "Jęzostrzępy" zaczęły żyć własnym życiem. Na przykład e-mailował przedwczoraj profesor Kazimierz Obuchowski, że jeden z moich aforyzmów posłuży za motto do jego książki o Mahali. Pomyślałem sobie wówczas "Ho, ho, Jakób, uważaj, bo skoro taka uczona sława chce cytować twoje myśli, lepiej łyknij żywicy w drodze do mumifikacji!"

Żarty, żartami, lecz jeszcze nie sztywnieję, a przeciwnie - sporo ruszam: piórem głównie i klawiaturą. Ostatnio przy poprawkach zbioru opowiadań (przez co między innymi obecnie macerowana powieść wypięła tę część ciała, gdzie plecy swą szlachetną nazwę tracą). Nazbierało się tekstów przez 20 lat. Wyłuskałem pięć w miarę jednorodnych, gdy idzie o klimat: dłuższy utwór, właściwie nowelę, p.t. "Uwięzienie" (nie publikowaną) i cztery opowiadania drukowane wcześniej w prasie. W sumie ok. 120 stron znormalizowanego maszynopisu. A że znalazł się sponsor, książka wyjdzie lada miesiąc - w Bydgoszczy.

Dzięki za pozdrowienia od Marka Sołtysika. Z miejsca pamięć wypchnęła na wierzch jego powieści końca lat siedemdziesiątych - "Sztuczne ruiny" oraz "Domiar złego". Zawszeć to lepiej, wymądrzam się, mieć złamaną nogę, niż umysł. Ba! Pozdrów Go serdecznie ode mnie.

Wybacz, streszczam się i być może opuściłem niektóre wątki Twojego listu, lecz już wkrótce, przy okazji wiadomej sprawy, uściśniemy nasze prawice. Dogadamy wówczas resztę. Tak, nie widzieliśmy się bodaj pół roku i - co nie rzec - jednak trochę mi tęskno za Twoim borsuczym pyskiem!

 

Tfuj Lech Zbuj

 

Ps. Podobno Reinhold Messner, ten szalony himalaista, widział yeti, podtrzymując, że to taki tam sobie niedźwiedź tybetański, potrafiący uderzeniem łapy zabić jaka. My z pewną (znaną Ci) dziennikarką, przy okazji drawskich peregrynacji, trafiliśmy obiektywem aparatu na od półwiecza nie istniejącą norkę europejską, która później okazała się (o, sromoto dyletanta!) banalną norką... amerykańską.
 


*Leonora Carrington "Trąbka do słuchania" (przekł. Maryna Ochab), PIW, Warszawa 1998
**Jean-Marie Laclavetine "Przeklęta pierwsza linijka" (przekł. Wacław Sadkowski), Prószyński i S-ka, Warszawa 2000
***Andre Comte-Sponville "Mały traktat o wielkich cnotach" (przekł. Halina Lubicz-Trawkowska), Oficyna Wydawnicza Volumen, Warszawa

 

Nikos Chadzinikolau - Poznań

NIEPOPRAWNI MARZYCIELE

Mówią, że marzenia nie przylegają do prawdy.

Po co więc rozwidniać świadomość,

skoro to tylko mgnienie?

Odważni zginęli,

inni odeszli po słońce do ziemi,

bezwstydni wspólnicy dobrze się urządzili.

 

A my schorowani budzimy się z letargu,

patrzymy sobie w oczy.

Po co błysk miedzianego słońca,

skoro życie graniczy z szaleństwem?

Przywołane pejzaże nie konkretnieją.

Pozostaje więc tropienie słów

zamiast kaleczyć lub zabijać.

 

Muzealni żałobnicy,

niepoprawni marzyciele!

 

Nikos Chadzinikolau

 

Marek Maganiusz Kielgrzymski - Gdańsk

ŻĄDŁO PRZESTRZENI

Minął ażurową konstrukcję pomnika ku czci poległych i zatrzymał się na skrzyżowaniu alejek. Wolno wyminął go malec na srebrnym rowerku, chwiejnie łapiący równowagę na zakręcie. Wiatr nastroszył włosy, zagwizdał w uchu. Ciemne chmurzyska nadciągały z południowego zachodu. Szedł ku bramie parku lśniącej metalicznie. Gdzieś daleko dał się słyszeć przeciągły grzmot. Kopnął czubkiem buta pożółkłą kępę trawy. Piasek szurnął na spękany asfalt. Wierzchem dłoni dotknął policzka. Sztywny, kilkudniowy zarost zachrzęścił delikatnie.

Od kilku dni trawiła go jakaś gorączka. Naraz dzień wydawał mu się przeraźliwie jasny, prześwietlony; przystawał, zdejmował okulary, przecierał chusteczką szkła, spoglądał w słońce aby oślepić się jeszcze bardziej i przez chwilę nic nie widząc, ruszał przed siebie. Tramwaje dudniły, kobiety z wózkami snuły swoją codzienną pieśń, zakurzone ptaki szamotały się na drzewach.

Przeszedł przez bramę i skręcił w stronę zielonej, obłażącej z farby ławeczki pod rozłożystym kasztanem. Z tylnej kieszeni dżinsów wyłuskał kieszonkowe wydanie Konwickiego i przysiadł z ulgą na niewygodnej, chropawej desce. Zapatrzył się w falującą od gorąca przestrzeń. Po chwili pochylił się nad drobnym drukiem.

"Ja też jestem chory. Rozsadza mnie ciśnienie złych myśli, złych przeczuć, złych lęków. Chociaż to nieprawda. Ja się nie boję, bo nawet najgorsze byłoby lepsze, byleby było krótkie jak mgnienie chwili zapomnienia, zapomnienia na zawsze i na wieczność. Moje życie to lustro - dotykam chłodnej powierzchni i nie wiem, co jest po drugiej stronie. Czy ja to mówię, czy powtarzam za kimś, kto dawno umarł."

Opodal zajazgotała kosiarka. Żar upalnego dnia spłynął na Marka nagłą chmurą gorejącą. Kropla potu załaskotała skroń.

 

Środek głowy zaczyna się kurczyć. Zapadam w zapadnię, jest mnie mniej, coraz mniej. Gęste powietrze zbiera się w kłęby, prawie je widzę, amortyzują uderzenia słońca. Małżowiny parzą. Deseń światła. Kropki muszek.

Jęczę. Ulica przesłonięta jasnością. Co ci jest? Do czego tak usilnie dążysz. Szczęście. A kto powiedział, że masz być szczęśliwy? Udaje się nielicznym, prawda. Bardzo nielicznym. Nie dla szczęścia tu jesteśmy, ale dla tajemnicy; tajemnicy, której nigdy nie docieczemy. A więc po omacku, w niepewne, bez oparcia. W niewiadome. Jęczę.

Ta podróż do obcego miasta, tak nagła, tak nieoczekiwana, to był błąd. Wszystko w jednej chwili zostało za plecami. Marzenie o przytulnej niecce, w której można by się bezpiecznie usadowić, pozostanie marzeniem. Trzeba uciekać. W książki. W filmy. W cudzą opowieść, nie potrafiąc napisać własnej. A zdawało się, że to właśnie ta droga, jedyna po widnokrąg, poparta nakazem nieustannego kroczenia, jedynym sensem kontynuacji. Ale nie. Kolejna ułuda, omam, fantas-magoria. Kolejne przekomarzanie z czasem, bitwa przeczuć, zaprzeczenie siebie.

 

Rozejrzał się wokół. Przyroda dogorywała. Zmęczone drzewa zwieszały zdrewniałe konary, przeżółkłe liście wykręcały się na gałęziach. A gdzieś tam, za lasami, szumiało morze; spokojne, matowe, obstawione białymi tablicami z zakazem kąpieli. Beton blokowisk ustępował brunatnemu piaskowi, gleba miękła, fale nie spiesząc się, pożerały metr za metrem.

Znów zanurzył oczy w drobnych literkach broszury.

"Dobrze byłoby umrzeć (...). Umrzeć, czyli odpocząć na długo. Ale może jeszcze lepiej pożyć i zobaczyć, co będzie z tym światem, któremu tyle wieków przepowiadają koniec. Ledwo się narodził, a już go straszą śmiercią."

Uniósł głowę, na niebie pływał drobniutki szlaczek cirrusów. Ciemne chmury rozeszły się. Słońce prażyło niemiłosiernie. Nie mógł czytać. Było za gorąco. Oczy zachodziły łzami, powidoki drżały na krawędzi widzenia, palce ślizgały się po papierze. Słuchał nieba. Przekrzywiał głowę i słuchał szumu. Daleki grzmot od składowisk popiołu przetoczył się walcem po nieboskłonie. Letni spokój przyprawiał o mdłości.

 

maj 2001

Marek Maganiusz Kielgrzymski

 


 
Pięć - dziesięć zdań:

Henryk J. Kozak - Lublin

WIEŚ W KTÓREJ SIĘ URODZIŁEM

istnieje już tylko

na mapie

i w mojej pamięci

 

skurczyła się do rozmiarów

niewielkiego pagórka

porośniętego brzozami

ogrodzonego

wysokim murem z czerwonej cegły

 

jest już tylko przystanią

dla polnych wiatrów

i moich bezdomnych wspomnień

 

Henryk J. Kozak

 

Andrzej Tchórzewski - Warszawa

Z PRASY

Już się szykują do zmiany sztandarów

Jeszcze lud słówka pogardy nie wyrzekł

A oni wietrzą Węszą aluzyjnie

Gdzie będzie kasa i 

Kto im pozwoli na jawną szczerość

        Beze mnie świata nie ma

Ktoś cynicznie dodałby

        Dla mnie

Ale oni skądże

 

Zdradzili głupka

Którego nazwali geniuszem

Zdradzą trochę mądrzejszych

Wyczują gdzie siła

 

Niebezpieczną zabawką bywa demokracja

Połączona nadzieją i brakiem przekonań

 

Już wolę szwoleżerów

 

Andrzej Tchórzewski
(25.08.2001)

 

Paweł Szeroki - Kołobrzeg

PROWINCJONALIA (11)

W obecnym przeglądzie wyłącznie poezja. I dobrze. Bo cóż w długie jesienno-zimowe wieczory może nas tak pokrzepić i uwznioślić, jak ona? A jeśli nie od razu uwznioślić i pokrzepić, to przynajmniej ofiarować szansę ucieczki od mediów, nazbyt często ociekających kłamstwem, krwią i tanimi sensacyjkami? Byle do następnej wiosny, moi drodzy, byle do wonnej zieleni pierwszego pokosu traw...

Zatem przyjrzyjmy się pięciu wybranym zbiorom wierszy piątki poetów - w tym jednego debiutanta, który wychyla się do nas aż z geograficznie skrajnie oddalonej prowincji małopolskiej.

 

Dosyć interesujące efekty poetyckie uzyskuje S. Chyczyński (Stanisław Chyczyński "Calvaria Mon Amour", Instytut Wydawniczy ŚWIA-DECTWO, Bydgoszcz 2000, str. 63), po swojemu próbujący wadzić się z Bogiem. Ten pochodzący z Kalwarii Zebrzydowskiej (r. 59) filozof, absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego, objawia swą aktywność również w krytyce oraz malarstwie antyrealistycznym. Dotąd opublikował cztery wydawnictwa zwarte, a z pojedynczymi utworami czytelnik mógł się zetknąć miedzy innymi w "Magazynie Literackim", "Frazie", "Przekroju", także na łamach "Łabuzia".

Jest jednak pewien kłopot z tekstami Chyczyńskiego. Gdyż motywy religijne, organizujące całość zbioru, nie zawsze pokonują stereotyp - zwłaszcza w sferze językowej. To znaczy - byśmy dobrze się zrozumieli - poeta dokłada starań, usilnie zmierza ku wyzwoleniu od sztampowej religijności w literaturze, jednak środki, jakimi usiłuje tego dokonać, chyba nie spełniają oczekiwań. Być może przyczyna tkwi w nadmiernej zabawie słowem (np. w wierszu "Rymkiewicz albo Zaduszki") oraz w trochę za daleko posuniętej poufałości wobec sacrum.

Przy czym nie jest tak, by w zbiorniku blisko 40 utworów, pośród chwilami pretensjonalnej chropowatości i gładzonych zgrzytów nie znalazły się strofy przekonujące poetycko. Przeciwnie. Jest ich wiele. Jak choćby w wierszu "O, tempora!", gdy autor pisze:

        blues cuchnie piwem moc zapałek siarką

        gadkę uświęca woń kadzideł w barach

        jestem jak pustak gdy leżąc bezwolnie

        z tęsknotą słucham modlitwy zegara.

Dlatego - nie zgadzając się z laurkami recenzentów na końcu książki - chcę powiedzieć, że S. Chyczyński jeszcze nie jest poetą spełnionym. Póki co, za wiele w tych wersach zapożyczeń, puszczania oka do czytających oraz samozadowolenia. Lecz spora grupa udanych utworów pozwala mi wierzyć, iż ten twórca lepsze czasy ma dopiero przed sobą.

 

Natomiast czyżby lepsze czasy miał już za sobą J. Utkin? (Jerzy Utkin "Skazani na tęsknotę", Biblioteczka "Tygodnika Nowego", Piła 2001, str. 16) Czytelnikom "Łabuzia" ów autor (rocznik 63) nie jest obcy. Ostatnio publikował kilka utworów w okazjonalniku, omawiana też była w "Prowin-cjonaliach" jego uprzednia pozycja pt. "Oddalenia" (2000). Nie licząc arkuszy poetyckich, ma na swoim koncie jeszcze 3 inne zbiory poezji. Publikował też w almanachach - między innymi w "Ho, ho i sto cztery inne wiersze" (1996).

Skąd zatem wstępne żachnięcie, tyczące autora? Ano stąd, że po lekturze 35 utworów zmieszczonych w zbiorku zawładnęło mną przykre uczucie, że to, co niegdyś było siłą poety - na przykład w świetnych "Oktostychach" (1989) - obecnie staje się coraz niebezpieczniejszą manierą. Innymi słowy: klasycyzujące strofy Utkina z tomików wcześniejszych, tak wyróżniające autora na tle współczesnej produkcji poetyckiej, poczęły osuwać się w szarość i wtórność. Jakby twórca stanął w miejscu, kręcąc się wokół własnego ogona.

Dowodem bezpośrednim powyższej refleksji są zgrane metafory i figury poetyckie. Na przykład: jak loków złoto spływa po jej czoła zboczu czy (w innym już utworze) co na samym dnie serca skryła smuga cienia/ porusza czułą strunę uczuć rwący potok. Niestety, znajdziemy tu więcej podobnych perełek.

Cóż, cóż. Może to chwilowa zadyszka? Poczekajmy na kolejny zbiór autora z Piły. Chciałbym wtedy napisać coś przyjemniejszego.

Osobna uwaga jest do edytora zbioru, czyli Biblioteczki "Tygodnika Nowego". Wiersze to nie kartofle, ciasno zgromadzone w worku. Jak można upchać 35 sporych objętościowo utworów na ledwie kilkunastu stronach? Poezja potrzebuje przestrzeni - w tym także papierowej. Nie zaszkodziłby również wydawnictwu spis treści.

 

Znacznie schludniej edytorsko wyglądają 2 następne tomiki poetyckie opublikowane w serii Biblioteki ARKADII pisma katastroficznego, tomy 7 i 8. 

Tom 7 zawiera utwory K. Siwczyka (Krzysztof Siwczyk "Wiersze dla palących", INSTYTUT MIKOŁOWSKI, Mikołów 2001, str. 48), poety, który hałaśliwie wszedł do literatury ciekawym zbiorem wierszy "Dzikie dzieci" (1995). Laureat wielu konkursów, w tym jednego z ostatnich turniejów poetyckich w Świdwinie.

Nota biobibliograficzna pomieszczona na okładce jest wyjątkowo skąpa. Dowiadujemy się z niej jedynie tyle, że autor (rocznik 77) mieszka w Gliwicach. Poza wymienionymi tomikami wydał jeszcze dwa zbiory: "Emil i my" (1999) oraz "Dane dni" (2001). Skądinąd jednak wiadomo, że dodatkowego rozgłosu przyczynił sobie odtworzeniem roli Rafała Wojaczka w ambitnym, choć miernym artystycznie, filmie o Wojaczku właśnie.

Już tylko z powyższego widać, iż ów dwudziestoczteroletni poeta świetnie rozpoznał metody rynkowych zagrań i potrafi medialnie się sprzedać. Nie czynię z tego zarzutu. Informacje te mają jedynie pomocnicze znaczenie w kontekście twórczości autora.

"Wiersze dla palących" zawierają 40 utworów nieustannie balansujących na krawędziach znaczeń słowa. Poeta, biegle żonglując wymiennymi pojęciami, zdaje się czerpać radość z tej gry. To z jednej strony. A z drugiej ostentacyjnie demon-struje nieufność wobec używanego języka. W pewnej chwili powiada wprost: Wiem, jak ci o czymś powiedzieć,/ ale ze słowami jest tak,/ że lepiej nie mówić.

Osobiście nie gustuję w tego rodzaju roztrząsaniach. Kilka tekstów w podobnej tonacji się strawi, lecz ciąg kilkudziesięciu po prostu nuży. Jest to poezja wyprana z poezji, bezemocjonalna i sucha. Dodam nieco uszczypliwie: czyżby miał się zapowiadać nowy zbiór Siwczyka, teraz przypuszczalnie pod tytułem "Wiersze dla pijących"? Polem do popisu mogą być też na przykład "Wiersze dla ćpających".

 

Trochę podobnie, ale nie do końca, wygląda sytuacja z M. Meleckim (Maciej Melecki "Przypadki i odmiany", INSTYTUT MIKOŁOWSKI, Mikołów 2001, str. 62). Autor, mieszkaniec Mikołowa (rocznik 69) na Śląsku, od kilku lat współpracuje z "Łabuziem", publikując tu czasem swoje utwory. W 1994 roku zdobył główną nagrodę ogólnopolskiego turnieju poetyckiego w Świdwinie. Dotąd ogłosił trzy tomiki wierszy: "Te sprawy" (1995), "Niebezpiecznie blisko" (1996) oraz "Zimni ogrodnicy" (1999).

Skąd uwaga, iż Meleckiego można porównać z Siwczykiem? Ano stąd, że - mimo odmiennych poetyk (Melecki, w przeciwieństwie do Siwczyka, operuje rozbudowanymi obrazami, inaczej rytmizuje wersy) - obaj twórcy zdają się chodzić po tej samej linie.

Dwa razy w dłuższym odstępie czasu czytałem "Przypadki i odmiany", zastanawiając się, co tak naprawdę poeta chciał powiedzieć oprócz tego, iż - jak wynika ze strof - bardzo mówić lubi?

I gdzie u tego autora kończy się świadoma prowokacja, a zaczyna twórcza bezradność? Notuje Melecki w tytułowym tekście: (...) Tu jestem trochę/ Zasko-czony, tam otoczony murem,/ A tu, jakbym niczego innego nie robił, tylko/ Przelewał z pustego w próżne, lekko podchmielony,/ I podejrzewał, że właśnie o to chodzi.

Nie chcę ujść za czepialskiego, ale czy takie gadanie nie przypomina bicia piany?

Wiem, że podobna twórczość ma swoich admiratorów, zwłaszcza w rówieśniczym pokoleniu, lecz mnie ona nie przekonuje. Bo, mimo wielu rozmaitych zalet, w tym warsztatowych, wyprana jest z pierwiastka prawdziwej tajemnicy istnienia.

 

Na koniec został nam M. Wabik (Mateusz Wabik "Próba głosu", Związek Literatów Polskich, Kraków 1999, str. 45), debiutant (rocznik 75). Z notatki na okładce dowiadujemy się, że studiuje filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Publikował swoje utwory w "Nowym Wieku", "Metaforze", również w almanachach.

Czasami, pisząc o debiutantach, daje się im taryfę ulgową. Ale wygląda na to, że Wabik taryfy ulgowej nie potrzebuje. "Próba głosu" dosyć dobrze broni się sama. Większości z 35 zawartych w tomiku wierszy nie powstydziłoby się wielu bardziej doświadczonych poetów.

Na czym polega siła strof autora? Przede wszystkim na wyrazistości obrazowania oraz umiejętnie rozkładanych akcentach. Przekonujący jest też klimat utworów (np. teksty "Pierwszy zawiedziony", "Czytanie własnych wierszy jest jak umieranie").

Naturalnie, widać w debiutanckim tomie sporo grzechów, wynikających głównie z "naczytania" innych autorów. Ale nie są to aż tak natrętne naśladownictwa - raczej poszukiwanie własnej drogi poprzez ćwiczenia. I jest szansa, że za pewien czas, w drugiej książce, głos Wabika bardziej się wyostrzy.

Lecz, póki co - przekonuje poeta - sprawy mają się tak, iż:
 

        (...) jedyne co pozwala pchać ten
        kosmiczny wózek, karetę z samych dwójek
 
        to bezgraniczna wdzięczność do szyb, słodkiej herbaty
        i zajadła w sobie wiara, że na bezdrożach snu wciąż panuje
        bezruch a Bóg, jak wyciągnięty ze starego romansu przyjaciel
 
        Don Kichota, nie zdążył jeszcze przemierzyć gór na osiołku

 

Paweł Szeroki
(październik 2001)

 

Jerzy Michał Czarnecki - Kraków

ONI

Rozminęli się na krawędzi snu.

Ona jeszcze oddycha

zapachem fiołków,

on wydeptuje ścieżkę

pod inną górę.

Niby jeszcze razem, a każde

w innej stronie świata.

Ich Ziemie świadomości tak odległe...

Może jeszcze kiedyś spotkają się

w uprzejmym pozdrowieniu.

 

Jerzy Michał Czarnecki

 

Dariusz Kaleta, Robert H. ćwik - Kołobrzeg

AUDIO-JELEŃ*

Dzień był piękny. Życiodajne Słońce wisiało nad Ziemią, lśniąc niczym rozpalona gorączką łysina chorego na malarię. Upał był nie do zniesienia, a Pan Piórko bliski obłędu z tego powodu. Pocił się przy tym tak straszliwie, że nawet Buka nie chciała do niego podejść. Na dodatek skończył mu się dezodorant, a do najbliższego kiosku było zbyt daleko. Chwytał się więc wszelkich sposobów, by ulżyć swoim cierpieniom. Nie pomagał jednak zimny prysznic, owijanie ciała mokrym prześcieradłem, ani żadne inne sztuczki mogące złagodzić żar lejący się z nieba. Gorączka wypełniała i najdrobniejsze zakątki miasta, no, może z wyjątkiem podziemnych systemów kanalizacyjnych, ale tam akurat nikt ochłody nie szukał.

Pan Piórko zebrał się jednak jakoś w sobie i postanowił nie dać się zwariować. W przypływie desperacji wyciągnął z łazienki miednicę, w której zazwyczaj robił pranie, wlał odrobinę zimnej wody, rozebrał się do naga i usiadł w niej.

Teraz był już spokojniejszy i znacznie mniej niezadowolony z życia, niż przed chwilą. Chłód wody w misce przyjemnie pieścił zanurzone części ciała. Doznania były tak miłe, że rozluźniony Pan Piórko po prostu zasnął.

Rozmiar: 3210 bajtówŚniło mu się, że jest wielkim podróżnikiem i przemierza świat, a wyniki jego odkryć zamieniają się w podręcznikową wiedzę. Akurat zbliżał się do wioski Eskimosów, kiedy nagle, nie wiadomo skąd, wyskoczyła sfora psów husky. Pan Piórko próbował uciekać, ale raz po raz któryś go dopadał i zdzierał kawałek ubrania. Podczas długiej gonitwy psy zdążyły rozebrać Pana Piórko do naga. Nagiemu biegło się znacznie wygodniej. Psy były jednak tuż tuż. Spoglądając za siebie potknął się, zjechał na plecach z pagórka i wylądował w przerębli, zatykając ją sobą, a raczej tą częścią swego ciała, którą zwykle umieszcza się na krześle. Z przerażeniem obserwował nadciągające husky, a kiedy jeden z nich chwycił go za duży palec u nogi, krzyknął i... obudził się. Ujadająca Buka biegała dookoła miednicy, w której siedział i od czasu do czasu gryzła duży paluch lewej nogi, dopominając się wieczornego spaceru.

Minęła chwila nim Pan Piórko ostatecznie przekroczył granicę snu i przypomniał sobie, dlaczego siedzi goły w miednicy na środku pokoju. Upał. Upał jednak już ustąpił. A Słońce zaszło chyba dość dawno, skoro od ściemniałego za oknem nieba sączyło się sztuczne światło pobliskiej katedry. Jeden zabłąkany promień omiatał akurat siedzącego w miednicy i Bukę ciągnącą swego pana za palec u nogi. Światło odbite od wody tworzyło ruchomą poświatę, przydając całej sytuacji grozy i tajemniczości. Scena niemalże jak z obrazu Salvadore Dali lub Borisa Vallejo. Brakowało tylko pegazów, lwów, chimer, centaurów, faunów, driad i bachantek, aby Pan Piórko wyglądał niczym Dionizos w kadzi z winem.

Wstał wreszcie i poczłapał do łazienki, aby się wytrzeć. Następnie, pędzony pragnieniem, wychłeptał łapczywie trzy szklanki wody z kranu i dopiero wtedy mógł zadośćuczynić życzeniu psa, czyli wyjść z Buką na wieczorny spacer.

Ledwie jednak wyszli na korytarz, niemal zderzyli się z Malwiną, która krzyknęła przeraźliwie. I dopiero w tym momencie Pan Piórko uświadomił sobie, że wciąż jeszcze jest nagi. Prędko cofnął się do mieszkania i w pośpiechu założył jakieś spodenki oraz koszulę. Nogi jak zwykle wsunął w lekarskie drewniaki i ponownie otworzył drzwi na korytarz. Wstrząśnięta Malwina nadal tkwiła u szczytu schodów.

- Dobry wieczór, Malwina. Co wam? - zagadnął uprzejmie.

- Ja... Panie Piółko... co pan sobie... żeby goły mężczyzna... schodami... do mnie... przodem... tyłem... tak się nie godzi...

- Zwariowałyście, czyście pijana? Jaki goły mężczyzna? Chyba ten upał wam zaszkodził.

Malwina nieco oprzytomniała, słysząc naturalny, prawie beztroski, ton głosu Pana Piórko. "Może to i zwidy, może to z gołąca..." przemknęło jej przez myśl. Szok wywołany przelotnym widokiem nagusa powoli ustępował.

- Oj, Panie Piółko - dodała speszona - gołąc taki dzisiaj, że może i mnie na oczy cosik padło. Ja przepłaszam, Panie Piółko. Stała już jestem...

- Eee tam, zaraz stara - kurtuazyjnie odparł Pan Piórko. - Zmęczenie po prostu i to wszystko. Każdemu się zdarza. Dobranoc.

Zadowolony z takiego obrotu sprawy zbiegł z Buką schodami na ulicę. Z rozrzewnieniem spojrzał na ziejącą w ziemi dziurę, zastępującą niegdysiejszy skwerek. Potem raz jeszcze sprawdził, czy latarnia oświetlająca katedrę nie ujawnia jego wyznań miłosnych drapanych na murze świątyni. Tymczasem Buka zrobiła zrobiła swoje i mogli wracać.

W mieszkaniu Pan Piórko uwolnił Bukę od sznurka i zrzucił z nóg drewniaki. Spojrzał na zegarek. Czas na wiadomości. Włączył telewizor, z zapartym tchem śledząc krwawe i ociekające ludzką nędzą wieści ze świata. Zamierzał wyłączyć aparat z końcem informacji sportowych, ale nie chciało mu się nawet sięgnąć po pilota. Reklamy. Bla Bla. I nagle coś... dają pieniądze, duże pieniądze, a wystarczy tylko odpowiedzieć na dwa pytania i zadzwonić. Numer jakiś dziwny, bo zaczynający się od 0-700 i opłata prawie pięć złotych za minutę, ale te pieniądze... Co tam piątak, co tam pięćdziesiąt nawet, kiedy dają tysiąc razy więcej... Oczy mu rozbłysły. "Dobra - pomyślał - co to za pytania?". W tym momencie spiker przemówił. Najpierw opowiadał coś o matematyce i astronomii, a na koniec zapytał:

"Czy według ciebie 2 razy 2 to: a) trzy, b) cztery, c) pięć?"

Pan Piórko sięgnął po pudełko zapałek. Wyjął dwie, a potem jeszcze dwie i przeliczył. Cztery. Żadnej wątpliwości. Wynik zapisał na kartce, a tymczasem, po dalszym wprowadzeniu, spiker rzucił drugie pytanie:

"Czy Mikołaj Kopernik był: a) Eskimosem, b) Holendrem, c) Polakiem?"

Tu Pan Piórko zawahał się, wnet sięgając po znalezioną kiedyś na śmietniku encyklopedię z lat sześćdziesiątych, pozbawioną kilku stron początkowych i końcowych. Środek jednak był.

- Kasza... kawa... kibuc... kiszonka... kopa... kopaczka mechaniczna... koparka... koper... Kopernik, Mikołaj... Jest!"

Telewizyjny gadacz obwieścił właśnie wszem i wobec, że losowanie nagród odbędzie się przy okazji najbliższego zaćmienia księżyca, które przypadało kilka dni później. Pan Piórko wziął kartkę ze swoimi notatkami i podszedł do telefonu. Połączenie uzyskał natychmiast. Ale - ku jego zdziwieniu - po drugiej stronie odezwał się automat zgłoszeniowy.

"Witamy. Właśnie dodzwoniłeś się do systemu Audio-Jeleń. Wiemy, że spieszy ci się, aby podać prawidłowe odpowiedzi, ale najpierw posłuchaj pogadanki o szkodliwości palenia tytoniu..."

Potok słów trwał około 5 minut. Na koniec padło pytanie:

"Czy twoim zdaniem palenie tytoniu jest przyczyną raka płuc i chorób serca? Naciśnij jedynkę na tak, albo dwójkę na nie."

Spocona dłoń Pan Piórko ledwo utrzymywała słuchawkę. Palec ześliznął się z jedynki na dwójkę. Sygnał śmignął gdzieś na drugi koniec świata, a gdy dotarł na miejsce, wróciły słowa:

"Przykro mi, odpowiedź jest błędna. spróbuj jeszcze raz."

Klik, pii... pii... pii.

Coś przerwało połączenie. Pan Piórko zatrząsł się ze złości i wybrał numer ponownie.

"Witamy. Właśnie dodzwoniłeś się do systemu Audio-Jeleń. Wiemy, że spieszy ci się, aby podać prawidłowe odpowiedzi, ale najpierw posłuchaj pogadanki o szkodliwości palenia tytoniu..."

I cała procedura od początku. Tym razem jednak nacisnął "1" po pierwszym pytaniu.

"Odpowiedź prawidłowa. Zapraszamy do dalszej zabawy. Tu system Audio-Jeleń, Gra o Kasę. Czy znasz odpowiedź na pierwsze pytanie? Czy dwa razy dwa to według ciebie... "

Nacisnął klawisz oznaczony cyfrą 2. 

"A teraz drugie pytanie w naszej zabawie Audio-Jeleń, Gra o Kasę. Czy znasz odpowiedź na drugie pytanie? Czy Mikołaj Kopernik był: a) Eskimosem... "

Nacisnął klawisz oznaczony cyfrą 3. 

"Usłyszysz teraz krótki sygnał. Po sygnale podaj głośno i wyraźnie swoje imię, nazwisko, datę urodzenia, miejscowość, z której do nas dzwonisz i numer telefonu. Kiedy skończysz, odłóż słuchawkę."

Pii...

Tu Pan Piórko, krzycząc co sił w płucach, podał żądane informacje i odłożył słuchawkę. Telewizor brzęczał dalej. Pytania, na które udzielił odpowiedzi, powtórzono jeszcze kilka razy tego wieczoru.

Gdzieś, w bliżej nieokreślonym miejscu, grupka ludzi siedziała wpatrzona z przydechem w wyświetlacz licznika połączeń przychodzących. To organizatorzy Audio-Jelenia, zacierając dłonie, już liczyli swoje zyski. Przypadająca im część opłat za połączenia w pierwszym dniu z powodzeniem wystarczyłaby Panu Piórko na rok bezproblemowego życia. Audio-Myśliwi, polujący na Audio-Jelenia, mieli jednak większe apetyty. Ale Pan Piórko tego nie wiedział. Zmęczony upalnym dniem wyłączył telewizor i - rojąc o zbliżającej się fortunie - poszedł spać.

Nawiedzający go sen był jak zawsze niezwykły, zagmatwany i wielo-wymiarowy. Pan Piórko rzadko kiedy zapamiętywał widzenia senne w całości, ale nieraz wzdychał z żalem, że na jawie idzie mu znacznie gorzej. Tym razem podświadomość zniosła go z powrotem do szkoły. Wprost na maturę ustną z... właściwie ze wszystkiego. Być może był to efekt artykułu o reformie oświaty i tak zwanym nauczaniu zblokowanym. Czytało tym, czekając w kolejce u fryzjera kilka dni wcześniej.

- Powiedzcie nam, Piórko - zaczął przewodniczący komisji maturalnej - czy gdyby Janko Muzykant żył w naszych czasach, miałby szansę odebrać gruntowne wykształcenie i stać się wybitnym muzykiem, sławiąc imię naszego kraju? Prosimy uzasadnić swoją odpowiedź w oparciu o ostatnie wyniki badań powierzchni Marsa, zmiany klimatyczne na ziemi i ogólną teorię względności w powiązaniu z podstawowymi założeniami ewolucji i postulatami rewolucji francuskiej.

-Nie - stanowczo odpowiedział Pan Piórko. - Najpierw musieliby go wyleczyć, a szpital pewnie nie miałby podpisanej umowy z kasą chorych. Chłopak tak czy inaczej wykorkowałby na gruźlicę, jakkolwiek zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga mógłby pokonać chorobę sam lub z pomocą filipińskich uzdrawiaczy, co w świetle faktu, że nie udało się jeszcze w stu procentach potwierdzić obecności wody na Marsie, oraz wciąż większy jej deficyt na Ziemi, może prowadzić do wniosku, że osobniki dotknięte chorobą płuc mogłyby, w trakcie ewolucji, zrezygnować z nich zupełnie i oddychać za pomocą otwartych kości pneumatycznych czaszki, co miałoby tę przewagę nad oddychaniem tradycyjnym, że szeregowi żołnierze rewolucji francuskiej musieliby obawiać się już tylko syfa, gruźlica by im nie groziła.

- Odpowiedź, hm... Zapytajmy widowni. Ci z państwa, którzy zgadzają się z wypowiedzią proszeni są o przejście na niebieską stronę sali, ci zaś, którzy się z nią nie zgadzają, niech przejdą na stronę żółtą.

Pan Piórko odwrócił się zaskoczony. Sala pełna była ludzi, którzy teraz właśnie wstawali, przechodzili z miejsca na miejsce i siadali znowu. Przewodniczący komisji egzaminacyjnej podszedł z mikrofonem do jednej z osób.

- Pani zmieniła miejsce na niebieskie. Dlaczego?

- Bo siedzący koło mnie facet puszczał wiatry i już nie szło wytrzymać. Poza tym z tego miejsca lepiej widzę męża za kamerą. Józek! Tu jestem! - zawołała kobieta, machając w stronę operatorów.

- Ale, czy zgadza się pani z tym, co powiedział egzaminowany? - nie ustępował przewodniczący.

- Panie - odparła zniecierpliwiona - a co mnie to obchodzi! Ja tu mężowi kanapki przynoszę.

Raptem zrobiło się zamieszanie. Paczkę z kanapkami rzuconą przez kobietę operator co prawda złapał, ale nogi zaplątały mu się w przewody i padając uderzył w kamerę. Ta, zsunięta ze statywu, potrąciła reflektor. Trzasnęło i niebieski płomień zalał podłogę, gdyż operatorowi kamery pękła ukryta za pazuchą ćwiartka spirytusu. Jednocześnie wysiadły bezpieczniki i salę opanowała ciemność, rozświetlana jedynie blaskiem płomieni. Pan Piórko niepewnie podszedł do niebieskiego ognia.

- Jesteś wreszcie. Czekałem. Mam już wszystko, czego potrzebujesz, aby pokonać smoka - odezwał się jakiś głos. - Ale dlaczego przychodzisz nagi?

Pan Piórko spojrzał na siebie, uśmiechnął się bez przekonania i chciał coś powiedzieć, lecz głos nie dopuścił go do słowa.

- Rozumiem, przychodzisz także po zaklętą zbroję. To będzie kosztowało jeszcze jedną sakiewkę złota. Podejdź i wstąp w krąg ognia.

Pan Piórko zrobił kilka kroków do przodu i dostrzegł właściciela głosu. Za ruchliwymi płomieniami stał chudy facet, z orlim nosem i świdrującym spojrzeniem, ubrany w biały chałat oraz śmieszną czapkę zdobną w gwiazdki i księżyce.

- Tak w ogóle coś ty za jeden? - zapytał cudaka.

- Nie drwij, panie, znasz mnie przecież dobrze. To ja, Malwin, twój wierny czarnoksiężnik i astrolog pokorny. Szykuję cię do wielkiej wyprawy na smoka, co krainę naszą rujnuje, a tyś zgodził się bestię pokonać.

Pan Piórko przyjrzał się bliżej dziwacznej postaci, dostrzegając pewne podobieństwo ze starą Malwiną.

- Skoro tak mówisz, może tak jest - stwierdził i poczuł się naprawdę wielki, wspaniały i mężny. - To co jest do zrobienia?

- ćwok, panie. Zabij ćwoka, a nagroda cię nie minie...

- Zaraz, zaraz - przerwał Pan Piórko. - Chyba smoka, chciałeś powiedzieć?

- Smoka, ty ćwoku, to jest jaśnie panie! - sprostował szybko Malwin, tłumiąc ledwo słyszalny chichot. - Król córkę swoją za żonę odda i tyle złota, ile będzie ważył pobity. Ale moja pomoc niezbędna, więc mam nadzieję, że się nagrodą podzielisz, ze mną, niegodnym - Malwin uśmiechnął się przymilnie.

- Dawaj, co masz dać i nie marudź. Potem pogadamy o forsie.

- Rozkaz, panie.

Tu Malwin zaczął coś mruczeć pod nosem. Płomień zmienił barwę z niebieskiej na żółtą, potem na czerwoną i znowu na niebieską. Pan Piórko poczuł ciężar na głowie i ramionach. Spojrzał w dół. Jego ciało pokrywała rycerska zbroja. Malwin stanął naprzeciwko z lustrem i Pan Piórko ujrzał siebie w hełmie z pióropuszem i w niebieskiej zbroi. U jego boku wisiał ciężki miecz. Wyjął go z pochwy. Stal ostrza zalśniła oślepiającym blaskiem. Pan Piórko podniósł broń do góry i nie zastanawiając się wiele, krzyknął buńczucznie:

- W drogę, na smoka, bij, zabij!

Wtem znikło wszystko. Świat zalewało słoneczne światło. Pan Piórko stał przed smoczą jaskinią, z której dobiegały porykiwania bestii.

- Wyłaź, gadzie - wołał Pan Piórko - stań do walki, paskudo jedna!

I smok wyszedł. Przybyły z przerażeniem stwierdził, że bestia jest ogromna. Kształty smoka coś mu przypominały. Zwłaszcza ogon, długi i łysy jak u szczura, rozwinięte siekacze oraz uszy dość obwisłe. Nie zastanawiając się dłużej Pan Piórko skoczył do przodu i zdecydowanie dźgnął bestię tam, gdzie, jak przypuszczał, mogło być jej serce. Uderzenie było naprawdę mocne. Kiedy dosięgło smoka, ten zmalał niczym balon, z którego wypuszczono powietrze i nie był większy od królika. Skakał teraz i ujadał. Pana Piórko postanowił bestię dobić. Z przerażeniem jednak spostrzegł, że i jego miecz zmalał do rozmiarów zabawki. Smok, czy raczej smoczek teraz, biegał wokół niego, a Pan Piórko raz jeszcze przyjrzał się ostrzu miecza. Widniał tam napis "Dla Audio-Jelenia Roku", a z drugiej strony "Made in China". Ze złości kopnął skaczące dookoła niego zwierzę tak mocno, że stworek wyleciał wysoko w niebo. Potem patrzył, jak zwierzę rozdyma się, ulatując coraz wyżej i wyżej, aż wreszcie z wielkim hukiem pękło pod nieboskłonem i zaczął spadać deszcz banknotów. Wszystkie o nominale dwustu złotych.

- Wiktoria!!! - zawołał uradowany.

Wtedy, nie wiadomo skąd, przyczołgała się obnażona Wiktoria, która - biegając na czworakach tam i z powrotem - przynosiła w zębach rozrzucone banknoty. Pan Piórko aż oczy przetarł z wrażenia i... obudził się, niestety.

- Ale sen - mruknął do siebie. - Ciekawe, co może znaczyć. Audio-Jeleń... No tak! Zwycięstwo, bogactwo, Wiktoria u mych stóp! Wygrana!

Aż dygotał z radości, lecz zaraz też uświadomił sobie, że do losowania pozostawało jeszcze sporo dni. Postanowił pomóc fortunie i zwiększyć swoje szanse. Włączył telewizor, nerwowo oczekując na kolejny konkurs Audio-Jelenia. Na pewno ten matematyczno-astronomiczny nie był jedyny. Nie mylił się. Co prawda jego telewizor odbierał tylko dwa programy telewizji publicznej i jeden komercyjny, ale i one dawały wybrańcom losu niezłe szanse na zrobienie fortuny bez ruszania się z domu. Zabawy nazywały się różnie, a to Audio-Jeleń, a to Tele-Jeleń, albo też Jeleń-Tele, zawsze jednak chodziło o to samo.

Bez opamiętania wykręcał podawane tam numery, wysłuchując różnorakich pogadanek, odpowiadając na trywialne pytania w rodzaju "Jak nazywał się wybitny poeta polski z Czarnolasu, Jan Kochanowski?", "Które zwierzę domowe poluje, według tradycji, na myszy" i tym podobne.

Tak minęło kilka dni. Nadszedł termin losowania nagród za poprawną odpowiedź w pierwszej zabawie Audio-Jeleń. Pan Piórko z wypiekami na twarzy śledził losowanie.

- Pan Aurelisz Gaciowy - zaanonsował prowadzący program, z trudem powstrzymując się od parsknięcia - z miejscowości Gołodupiec Dolny. - Tu spiker nie wytrzymał i zgiął się w pół. Panem Piórko zatrzęsło ze śmiechu. Potem zawahał się. Skoro wygrał taki gołodupiec, to znaczy, że jego wysiłki poszły na marne. Zdenerwowany dał upust lżąc telewizję. Wyrzucona wiązanka inwektyw była wręcz imponująca. Opanował się wreszcie i już spokojniejszy pomyślał, że przecież odpowiadał na wiele pytań także w innych konkursach, więc może i do niego uśmiechnie się szczęście.

Nie musiał czekać długo. Tydzień po pierwszym losowaniu odbyło się następne. Tym razem nagrody stanowił sprzęt gospodarstwa domowego, a typowano aż pięciu szczęśliwców. Pan Piórko z niedowierzaniem usłyszał wśród nich również swoje nazwisko. Po chwili zadzwonił telefon i telewizyjny spiker prosił go, aby się przedstawił. Okazało się, że został posiadaczem supernowoczesnej lodówki. Wartość nagrody - według tego, co mówił dzwoniący - wynosiła dwa tysiące pięćset złotych. Pan Piórko nie ukrywał wzruszenia.

- Nowa lodówka! - cieszył się. - Nareszcie oddam rzęcha na złom!

Następnego dnia niecierpliwie wyglądał kurierów z nagrodą. Doczekał się jedynie listonosza.

- Dzień dobry. - wylewnie przywitał doręczyciela. - Oglądał pan wczoraj losowanie w Audio-Jeleniu? Wygrałem, panie, lodówkę za dwa i pół patola. Wkrótce przywiozą.

- No, no - pokręcił głową listonosz. - Ale i ja mam tu coś dla pana.

Wręczył adresatowi list z charakterystycznym znaczkiem Telekomunikacji Polskiej.

- To tylko rachunek za telefon - skwitował Pan Piórko. - Dziękuję.

Wszedł do pokoju, usiadł i otworzył kopertę. Szczęściem siedział, bo inaczej przewróciłby się z pewnością widząc kwotę, na jaką opiewał rachunek. Dwa tysiące czterysta pięćdziesiąt złotych! Ledwie o pięćdziesiąt mniej, niż warta była wygrana lodówka. Z niedowierzaniem obracał rachunek w rękach. "Czy to możliwe?" - myślał. Jednak po przeanalizowaniu połączeń z Audio-Jeleniem oraz innymi podobnymi "instytucjami" doszedł do wniosku, iż rzeczywiście mógł tyle "wygadać".

Kilka dni później z bólem, bo z bólem, ale rachunek zapłacił, a firma spedycyjna przywiozła wygraną lodówkę. "Cholera" - rozmyślał, patrząc na nowy sprzęt - "Wyszło na to, że ja to, nie planując, kupiłem. Trudno, jest jak jest".

Z lekcji tej Pan Piórko nie wyciągnął jeszcze żadnych wniosków. Dalej więc wydzwonił, odpowiadając na coraz głupsze pytania, z nadzieją na wielką wygraną. Po jakimś czasie w mieszkaniu przybył nowy telewizor z magnetowidem. Rachunek telefoniczny był niestety większy i w ten sposób musiał dopłacić jeszcze do nagrody. Przysyłano mu także mnóstwo nagród pocieszenia w postaci pluszowych zwierzątek i elektrycznych maszynek do zębów, które psuły się po kilkukrotnym użyciu.

Potem przestał wygrywać. Rachunki telefoniczne pochłonęły wszystkie oszczędności. Pan Piórko chodził zły i załamany. Nie bez oporów zrezygnował z Audio-Jelenia. Wiedział, że następnego rachunku nie udźwignie i że na pewno wyłączą mu telefon, naślą komornika, albo zrobią jeszcze coś gorszego. Tylko cud mógł uratować Pana Piórko przed taką przyszłością. I cud się zdarzył.

Oto w jednym z ostatnich konkursów, w którym brał udział, główną nagrodą było trzydzieści tysięcy złotych. W dniu losowania jak zwykle zasiadł przed nowym telewizorem i z wypiekami na twarzy śledził całą procedurę. Losowanie prowadziła młoda spikerka. Z namaszczeniem grzebała w szklanej kuli, w której zgromadzono kartki z danymi dwustu szczęśliwców wytypowanych przez komputer, a potem wyciągnęła z niej pasek papieru i odczytała: "Pan Piórko z Kołobrzegu". Nie dowierzał, ale w chwilę później zadzwonił telefon i usłyszał głos spikerki, która - przedstawiwszy się - poprosiła o podanie imienia, nazwiska, daty urodzenia oraz miejscowości. Gratulacje dzwoniącej i cała reszta gadania już do niego nie docierały. Automatycznie odłożył słuchawkę. "Trzydzieści kawałków" - myślał intensywnie. "Opłacę telefon, a potem ruszę gdzieś na wycieczkę" - planował dalej.

Odżył i odzyskał pogodę ducha, która nie opuszczała go do chwili odbioru wygranej. Tego też dnia otrzymał kolejny rachunek telefoniczny. Drżącymi rękami rozerwał kopertę i zawył, niczym raniony lew. Wielki szlag trafił jego forsę i wycieczkę. Pan Piórko widział już wiele, ale czegoś takiego w ogóle się nie spodziewał. Odłożył rachunek na bok. Wstał, założył drewniaki i powlókł się do delikatesów po dwie puszki piwa. Wrócił do mieszkania, wyjął szklankę z szafki, usiadł przy stole, otworzył piwo i nalał sobie do pełna.

- No, to za nagrodę - powiedział do siebie, unosząc szklankę z piwem. A spełniwszy toast, raz jeszcze spojrzał na rachunek i kwotę do zapłaty. Dwadzieścia dziewięć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt pięć złotych. Za swoją wielką wygraną mógł sobie kupić co najwyżej dwie puszki piwa.

"Audio-Jeleń" - pomyślał Pan Piórko, a potem zaczął się śmiać tak głośno, że aż Buka przybiegła zobaczyć, czy z jej panem wszystko w porządku.

Lecz na tym się nie skończyło. Wkrótce musiał zwrócić wygraną, bo dopatrzono się błędu formalnego w ankiecie. Otóż w niepojęty sposób przy dacie urodzenia znalazł się - miast roku 1958 - rok 1858. Powiadomiono go o tym telefonicznie. Gdy próbował zaprotestować, rozmowę ucięto bezpardonowo:

- Wstyd! Pan powinien już dawno nie żyć.

W piersi Pana Piórko coś zaskowyczało, a może i załkało. Wytarł spoconą dłoń o sierść Buki i wykręcił numer zgłoszeniowy "Adio-Jelenia", chcąc zgłosić się do działu reklamacji. "Spokojnie, tylko spokojnie' kreska_dolna powtarzał przez zaciśnięte zęby, coraz mocniej szturchając drewniakiem przestraszonego psa.

Wreszcie odezwał się automat zgłoszeniowy.

"Witamy. Właśnie dodzwoniłeś się do systemu Audio-Jeleń. Wiemy, że spieszy ci się, aby podać prawidłowe odpowiedzi, ale najpierw posłuchaj pouczającej historii próby oszustwa w naszej zabawie, której dopuścił się niejaki Pan P. z Kołobrzegu, usiłujący zafałszowanymi danymi osobistymi wyłudzić od nas trzydzieści tysięcy złotych. Przeciw temu panu wysyłamy pozew do sądu. Niechaj będzie to ostrzeżeniem dla naciągaczy. A jak zaczęła się historia z Panem P.? Całkiem niewinnie. Dzień był piękny... "

 

Dariusz Kaleta
Robert H. Ćwik


*drugi fragment powieści pt. "Pan Piórko", której pierwsza część, zamieszczona we wrześniowym numerze, rozbawiła wielu czytelników. Autorzy poszukują sponsora lub wydawcy, który podjąłby się opublikowania książki. Kontakt z duetem autorskim: roberthc@poczta.onet.pl
 


Piotr Michałowski - Szczecin

KRÓTKA HISTORIA JAZZU

 

(impresja)

 

nie

bo

ziemi

słoń

drze

świat

Niebo

Ziemia

Słońce

Drzewo

i radość Światła

- z Nocy Słońce

od tysiącleci wciąż na nowo

ze Skały Strumień z Drzewa Owoc

Drzewo - Cisza

Cisza - Dźwięk

 

Ziemia

dyszy oddechem tropiku

dudni wielki bęben pod pałkami stóp

tańczy ognisko korowodem cieni

ich pióra głaszczą potęgę chmur

a ponad wszystkim leśne echa

a ponad wszystkim gwieździsta noc

i świt i dzień

w zieleni

 

Z

plantacji nędzy

podróży westchnień

zaułków cudzych wspomnień

płynie blaszany oddech wolności

lecą w tlen czasu promieniste dźwięki

przez próg milczenia i autostradą saksofonów -

w błękit

 

pękły na szczytach Manhattanu

w zachody słońca zieleń motyle

zapach bananów gorący deszcz -

z nich rośnie Drzewo

- gałęzi ma tyle

pod obcym niebem

w termitierach miast

w błękitnomglisty chłód poranka

na moście spotkań w kapeluszach chwil

gdzie mewie sen płoszą klaksony pośpiechu

- wyrasta Drzewo -

gałęzi ma tyle

tyle ma gałęzi

gałęzi tyle ma

że tylko czasem zbłądzi do uszu

niezrozumiała tęsknota buszu

Ziemi

Nieba

Gwiazd

 

(1976,2001)
Piotr Michałowski

 

Mieczysław Machnicki - Warszawa

***

Ktoś woła w niebie.

Ktoś chce mnie pogrzebać.

A ja nie wiem,

        czy zapisać

ten nie skończony

podsłuchany wiersz,

czy poczekać

        na głos sumienia?

 

Mieczysław Machnicki

 


 
Pięć - dziesięć zdań:

Nauka będąc zaledwie kolejnym systemem wierzeń, jest tak samo skażona i dogmatyczna jak każda religia, a zatem ma tak samo swoje "szaleństwa" i sofizmaty. Nasza obecna bezkrytyczna wiara w jej ostateczną prawdę tylko potwierdza porażkę w rozpoznawaniu podstawowych niezgodności i anomalii, które uzasadniają późniejsze testy.

Obiektywnie jest ona bliżej spokrewniona z oczekiwaniami i potrzebami niż jest to ogólnie szacowane. Powinniśmy zaznaczyć, że ci którzy czują się pewni prawdy metodologii naukowej, rzadko pracują na rubieżach nauki.

Nasze źródła rozwinęły się z komórkowego chaosu, bezkształtnego, protoplazmatycznego szlamu, poprzez przedtotemiczne i słoneczne kulty, do dzisiejszego zaufania pokładanego w podobnych, prymitywnych kultach atomicznych. Prawdziwa ewolucja dopiero się rozpoczęła.

Potrzebowalibyśmy teraz wytworzyć własną wewnętrzną mutację albo zyskać prawdziwe zrozumienie przestrzeni kosmicznej, przestrzeni między przestrzeniami, cienia między cieniami i nieskończonej ciemności tego, w czym zwycięża metafizyczna transgresja.

Póki nie rozpoczęliśmy naszej podróży przez wewnętrzny świat mikrokosmosu, gdzie DNA jest ostatecznym pasożytem, a życie jest niczym więcej - tylko wibracją - tym lepiej.

Istnieje prawdziwa potrzeba odkrycia magicznych wykresów i cyfr, które rozpieczętują komórki wszystkich wymiarów.

 

B. Lustmord, Los Angeles, maj 1994
tłumaczenie: Łucja Agnieszka Pławska

 

Paweł Senderek - Kraków

* * *

mocno senny

ten szósta zero pięć

dźwiga główną aleją miasta

rękaw do czoła przyklejony

i jak do swojego

wyciągniętą

sękatą skibę dłoni

co to każdy złamany kłos

obwiązywała bandażem palców

wilgotna atramentem

połamanymi stalówkami paznokci

prześlizguje się po arkuszach mgły

i o czymś tam

w drodze

ciągle zapomina

 

Paweł Senderek

 


 
Pięć - dziesięć zdań:

Drogi Leonie, z Frankfurtu nad Menem informuje Ciebie, że w Piśmie "Krajobrazy Dziedzictwa Narodowego" nr 1 (5) 2001 wydawanym w Warszawie przez Ośrodek Ochrony Zabytkowego Krajobrazu, p. 
Andrzej Kosiński, architekt, pracownik naukowy Politechniki Krakowskiej w artykule dedykowanym p. drowi Andrzejowi Michałowskiemu, Dyr. i Red. Nacz. "Krajobrazów" m.in. pisze:

 

"... Tymczasem w Europie Zachodniej, której standardy są jednym z celów polskich przemian, poziom życiowy i estetyczny małych miast należy do najwyższych w skali krajowej. Nie ustępuje on standardom metropolii, a często go nawet przewyższa. Pojęcie prowincji posiada tam charakter pozytywny, a nie pejoratywny jak u nas. Traktowanie prowincji z szacunkiem i dbałość o jej wysoki poziom zwłaszcza w małych miastach jest przejawem zachodnioeuropejskiej kultury i cywilizacji...".

 

Święta prawda, i takie jest Wasze samopoczucie w Łobezie, i filozofia "Łabuzia", i stąd też moja do Was sympatia. Należałoby powiedzieć: nic dodać!!! Utwierdzając Cię, Leonie, w sensie robienia "Łabuzia", informuję, że "Krajobrazy Dziedzictwa Narodowego" są lekturą obowiązkową.

 

Tymczasem w Europie..., Leonie.

 

Z najlepszymi pozdrowieniami
Stefan Kosiewski

 

Wiesław Pisarski - Leszno

PISZĄC

Pisząc

chodzę po butwiejących kościach

dotykam omszałych płyt nagrobnych

zapalam znicze zgasłych oczu

podnoszę przewrócone losy

 

Pisząc

dotykam ran krwawiących

sporów przeciętych ostrym mieczem

spojrzeń do dna wyschniętych studni

pękniętych ścian rodzinnych domów

 

Pisząc

oswajam zmarszczki

przemijania

 

wrzesień 2000
Wiesław Pisarski

 

Rozmiar: 2642 bajtów

Lech M. Jakób - Kołobrzeg

AUTORYTET


W świecie współczesnym, wobec rosnącej erozji wartości kulturowych i społecznych, panuje nie zaspokojone łaknienie autorytetu. Przy czym nie zawsze idzie tu o autorytet wynikający ze sprawowania (lub posiadania) władzy, a raczej o coś, co może być między innymi związane z szacunkiem dla wybitnej umysłowości, czy też kogoś, kto budzi podziw na przykład stroną etyczną.

 

Łaknienie autorytetu, do którego czasem chcemy się odwołać, jest zrozumiałe. Ludzie niezmiennie potrzebowali wyraźnego odnośnika dla własnych zamysłów, rozważań lub czynów. Taką rolę pełnią zwykle osobnicy w swych dziedzinach wyspecjalizowani lub przywódcy różnych społecznych grup na rozmaitych poziomach.

I tak autorytetem zawodowym dla robotnika jest brygadzista, dla kierowników poszczególnych działów dyrektor firmy, dla młodszego dzieciaka rodzic, dla studenta profesor uczelni, zaś dla członka sekty jego guru.

 

Albo inne przykłady. Dla społeczeństwa, z racji umocowania politycznego, autorytetem może być prezydent. Dla chrześcijan (a zwłaszcza dla katolików) autorytetem moralnym i religijnym będzie papież.

Naturalnie założenie takie wymaga spełnienia określonego warunku. Ktoś, w kim chcielibyśmy postrzegać autorytet, musi być znaczącym probierzem w swojej dziedzinie. Przewyższać innych wiedzą, talentem, władzą, gruntownym wykształceniem lub czymkolwiek, co autorytet czyni rzeczywistym.

 

Inaczej przedstawia się sprawa z autorytetami urojonymi, sztucznymi lub w przypadku mieszania znaczeń. A z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w szczęśliwie umarłym 12 lat temu poprzednim systemie politycznym naszego kraju.

Na on czas, o czym zapomnieć nie sposób, pojęcie autorytetu bywało nadużywane lub wykrzywiane. Często monopolista władzy uchodził za mentora i znawcę jednocześnie rozmaitych dziedzin życia. Najpośledniejszy aparatczyk pouczał uzależnionych maluczkich co i jak mają robić, o czym myśleć. Politycy bezkompromisowo wypowiadali się o sposobach produkcji masła i sznurka do snopowiązałek, a lada fachowiec od ekonomii uświadamiał nas moralnie.

Najdziwniejsze i równocześnie najbardziej niepokojące było jednak to, że przeciętny "autorytetobiorca" godził się z tym. A nawet chyba gorzej: zdawał się nie dostrzegać w podobnych praktykach niczego nagannego.

 

Wiadomo jak systemy totalitarne demolowały mentalność obywateli.
Wiadomo też, że długotrwała indoktrynacja pozostawia ślady w każdym indoktrynowanym. Lecz sprawą myślącego człowieka jest obronić to, co obronić się daje i od nowa budować rzeczy zawalone.

Dlatego śmiesznie dziś wygląda hodowca drobiu zawłaszczający rolę (i autorytet) specjalisty od kultury, żałość budzi elektryk strofujący naród z pozycji właściciela wszystkich rozumów, zniesmacza socjolog pouczający pracownika produkującego gwoździe.

 

Autorytetami w rozmaitych dziedzinach (by chociaż zechcieli poprzestać na
własnej!) usiłują też być niektórzy pisarze. Sporo w mediach mądralińskich literatów wypowiadających się ex cathedra o polityce, religii, władzy czy pieniądzach. Wciąż wydaje się im, że mogą uchodzić za wszechwiedzących intelektualistów, nauczycieli i proroków. Co więcej, demonstrują rozgoryczenie i frustrację, jeśli tylko jako autorytety-kombajny nie są postrzegani.

A z faktu, że istotnie zdarzają się pisarze będący równocześnie na przykład filozofami lub moralistami, wynika jedynie to, iż właśnie oni - mimo predestynacji - na ogół wymądrzania publicznego się nie imają. Jeśli już, cechuje ich powściągliwość. Ciekawe, prawda?

 

Lech M. Jakób

 

Zofia Badura - Wrocław

***

Tłusta pielęgniarka chciała pisać

wiersze i jej praktyczna

siostra, i kierownik klubu. Wszyscy.

Nie było w tym nic

śmiesznego. Tłukąc ramionami

wzbijaliśmy się w powietrze

jedno po drugim.

Na górze płacono honoraria.

Policzki płonęły jak po uderzeniu.

Sięgaliśmy prędko po papierosy.

Zbierało nam się na uroczysty

szloch: tak, panie redaktorze,

wiersze były naprawdę

życiem i to już

przepisanym na czysto!

 

Zofia Badura

 

Piotr Rybczyński - Elbląg

WCHODZĄC DO BOGA

Wchodząc do Boga

nie słyszałem dziecięcego chóru

ani anielskich organów

nikt na mnie nie spojrzał

U Boga

wszyscy byli zajęci robieniem dobra

Stanąłem w kącie

nawet nikt mnie nie wyrzucił.

 

Piotr Rybczyński