Łabuź 37/2001 czerwiec

SPIS TREŚCI


 

WSTĘP

(...) Idziemy przez las. Wąchamy zapachy czystego powietrza. Dookoła roztacza się piękna poświata. Wiatr lekko porusza liśćmi. Przeleciał ptak. Jakiś inny zaczyna śpiewać. Nasza uwaga wędruje z jednego obiektu na drugi. Ale czym jest to postrzeganie? Czy faktycznie nie jesteśmy z tym wszystkim związani, jesteśmy wolni, na zewnątrz i tylko nadajemy nazwy? Pamiętam jak mój nauczyciel wskazując na drzewo zawołał "Patrz!" Ale ja zaraz nazwałem to drzewo, odwołując się do swojej "wiedzy" i natychmiast potknąłem się na swojej znajomej ścieżce oddzielenia. To klon cukrowy - powiedziałem. Dumny i bezpieczny, że posiadam wiedzę przyrodniczą. Do dzisiaj dziwię się, że nadal pozostał moim nauczycielem. Powinien wytrzeć mi usta mokrą szmatką. To było coś więcej niż chwila słabości, coś więcej niż brak uwagi, więcej niż zagadanie - ja w ogóle tego drzewa nie zobaczyłem. (...)

(...) Oczywiście, największą manifestacją ludzkich problemów są słowa. Cały świat jest oplątany słowami. Nie znaczy to, że nie ma wciąż tej ciszy - Przyrody, gdzie mielibyśmy uciec od naszej Natury? Słowa budują jednak mury, których potem nie potrafimy przekroczyć. Choć naprawdę to z nami jest tak, jak z królikiem, który widzi przed sobą wielkie pole jedzenia, ale nie potrafi tam wejść z powodu plastikowego płotka, który mógłby z łatwością przeskoczyć, ale nikt go tego nie nauczył.

Słowa wznoszą płoty, granice, areały, wartości. Wierzymy, że to wszystko jest naprawdę. Cały świat człowieka jest podzielony liniami prostymi, prostymi kątami. Rozejrzy się dookoła - ile tu prostych kątów. Wejdź teraz do lasu - wszystko jest tutaj płynne. Jedno drzewo splata się z drugim. Ludzki świat jest prostokątny, trwa w pozornej stagnacji (w pokoju nie czujesz podmuchu wiatru) i jesteś skrępowany słowami. Przyroda ma miękkie kształty, nie ma granic, jest w ruchu i nie ma w niej słów.

W lesie, na plaży, w górach. Przyroda nie mówi do nas słowami. To jest być może jej największy prezent dla nas. Dlatego jest tak dobrym miejscem dla praktyki. Przyroda daje nam szansę wyłamać się ze świata człowieka ku prawdzie. Kiedy gadamy, zaśmiecamy przyrodę. Nasze słowa rozróżnienia nie są naturalne, a świat przyrody nigdy nie bierze z nas przykładu. Nie myśl, że na pytanie jakie postawisz ptakowi w lesie otrzymasz odpowiedź. Ten ptak nie musi wchodzić z tobą w żaden dyskurs. Ale my musimy wierzyć, że on nam odpowiada - ukazuje błąd naszego ego. Czy będzie to zabawne, czy tragiczne, że ten ptak używa do swego gniazda plastikowej nitki - on ją tylko wplata w gniazdo. (...)




Fragmenty artykułu pt. "Tak to czuć" Sevana Rossa Dyrektora Chicago Zen Center, drukowanego w marcowym numerze - 2000 r. "Dzikiego Życia".

Dziękujemy pkl. "łabuź"



 
Pięć - dziesięć zdań:

Jacek Durski

SCENKA TRZECIA

Chłopak sprowadza po stopniach staruszka. Sam się zapytał czy pomóc. I teraz ma dobrą robotę na dobrą godzinę. Ileż to pięter w "Skarbku"? Musi wysłuchać o dawnych latach, kiedy to dziadek był ho, ho. Najbardziej przy siatce. Grał w tenisa, w parze mieszanej. Londyn nie Londyn. Z samą Jędrzejowską. A potem latał za jej psem po Parku Kościuszki. Bo był w pannie Jadzi bardzo zakochany.

Patrzą ludziska na młodego, starego. "Tu ktoś komuś pomaga" szeptają wystraszeni. "Pomaga!!" - krzyczą w przerażeniu.

Jakaś demonstracja na schodach? - zasalutował policjant obywatelom z torbami.

- Zadzwońmy po telewizję. Niech sfilmują młodego i pokażą światu. Najlepiej w "Aktualnościach" albo w "To jest temat" - wrzeszczy taki gruby z wielkim kryształem.

- A po co telewizję. Trzeba postawić mu kilka pomników. Tu pod "Skarbkiem" i w rynku. Na przekór tramwajom. Mój kuzyn jest rzeźbiarzem. Może to wszystko wykuć albo odlać - woła taki chudy z dużą donicą.

Wreszcie są wszyscy na dole. Sprowadził młody starego. Uśmiechnął się do zgromadzonych "dziwna z was rasa". I odszedł sobie zwyczajnie.

Ruszył też dziadek w kierunku Warszawskiej. Niestety, poplątały mu się nogi z rękami. Chciał ludziskom pokazać, tak na do widzenia, jak kiedyś smeczował. Podrzucił wysoko beret i zbił to granatowe dłonią na jezdnię. Wyskoczyła mu stopa do góry. Zbyt się podniosła na starość. Leży więc dziadek obok beretu. Siwy i siny przy granatowym.

- I co teraz z tą leżącą sklerozą? - pyta paniusia z bagietkami. - Umrze se sklerotyk pod "Skarbkiem" a ja będę łazić po prokuratorach.

- A gdzie ten młody? - odezwał się grubas z kryształem. - Ten od pomagania. Musimy go znaleźć, żeby się zajął...

I pobiegli wszyscy szukać tego chłopaka.

Jacek Durski



Piotr Sienkiewicz

MóJ WIEK XX (1)

"Historia jest strukturą dynamiczną
złożoną z sensów i bezsensów"

Fernand Braudel

 

1.1. Dlaczego ciągle powracam do oceny minionego stulecia, co powoli staje się już moją obsesją? Mógłbym przecież przyjąć, że wszystko już napisano: opisano i udokumentowano. świadczyć zaś o tym może np. kilkanaście kilogramów ważących, wspaniale opracowanych ksiąg zalegających półki w moim pokoju. Wiele z nich to znakomite kroniki tych wielu tysięcy dni, które - "dzień po dniu" - tworzyły "dynamiczną strukturę" zwaną wiekiem XX. Wyłaniają się z nich zarówno okropności, w które wiek ten obfitował, jak chyba żaden z poprzednich dziewiętnastu stuleci (by pozostać w ramach millenium), ale także najwspanialsze przykłady ludzkiego geniuszu. Sensy i bezsensy przenikają się w sposób cokolwiek chaotyczny, lecz taka jest natura systemów dynamicznych (tyle to już wiemy). Jest coś przecież fascynującego i wręcz urzekającego w tym przedziwnym dwudziestowiecznym kalejdoskopie - "globalnym panoptycyźmie". Obok owych opasłych ksiąg dokumentujących jasne i ciemne karty historii XX wieku, tylko w moim rembertowskim pokoju (rodzina nazywa go "czarną dziurą", która "wszystko wchłania"), bez większego trudu odnajdę kilkanaście, a może kilkadziesiąt godzin różnych materiałów filmowych - dokumentów, na których zarejestrowano "cały ten zgiełk". Czy z tego wszystkiego można, na drodze jakiejś syntezy, wyłonić względnie spójny, logiczny obraz XX wieku? Tylko, czy to jest w ogóle możliwe, skoro chaos wydaje się najlepszym modelem świata, a co do istnienia jakiejś "logiki dziejów" możemy mieć poważne wątpliwości. Jedne wątpliwości rodzą następne, informacje stają się w coraz większym stopniu niepełne i niepewne. Nie chodzi o fakty i oceny, czyli sądy wartościujące, lecz o uchwycenie istotnych cech tego "ducha czasów". Jednakże każda dekada miała jakiegoś "ducha czasów" tak jak różne były płynące z niego lęki i niepokoje, i nadzieje. Uchwycić można zjawiska liniowe, stacjonarne, powtarzalne. A jaki wpływ miał przypadek na bieg rzeczy (bo przecież miał)? Przypadek czy konieczność? - pytał Jacques Monod. Machiavelli już przed wiekami twierdził, że "Przypadek rządzi ponad połową naszych działań, a my kierujemy resztą" (można mieć jedynie wątpliwości, czy tylko, czy aż połową?) no, i przecież "nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy, z tej przyczyny zrodziliśmy się bez wprawy i pomrzemy bez rutyny" - na co zwracała uwagę poetka (Wisława Szymborska).

 

"Wierzę w wielkie odkrycie.
Wierzę w człowieka, który dokona odkrycia,
Wierzę w przestrach człowieka, który dokona odkrycia.
Wierzę w bladość jego twarzy,
W mdłości, w zimny pot na wardze".

Wisława Szymborska

 

1.2. A może należałoby raczej napisać o zapamiętanych kolejnych przeżytych porach roku: o ślizgawkach w zimie, spacerach wśród drzew kwitnących wiosną, kąpielach w Redze latem i spadających złotych liściach jesienią? A może o zarejestrowanych, dziwnym trafem, zapachach i smakach, uśmiechach i łzach tych, z którymi " Dobry - Zły Los" zetknął nas, czasem przelotnie, czasem na dłużej. Albo o wschodach i zachodach słońca? Są obrazy i słowa, które można wyszukać w zakamarkach pamięci, by przywołać czasy, które bezpowrotnie minęły. To wszystko przecież składało się na "mój wiek", którego zwyczajnie żal, bo żal dzieciństwa, młodości, okresu trudnego (jak zawsze) dojrzewania itd. Żal mi wszystkiego, co minęło, po prostu. Czy można to wszystko uporządkować w jakiś szczególny sposób? Jakie przyjąć kryterium - relacje porządkujące w przestrzeni i czasie różne utrwalone w pamięci zdarzenia? Jaki był początek (to wiemy), a jaki będzie koniec (i kiedy)? Przychodzimy na świat, żyjemy i umrzemy - to wszystko wiemy. Wszystko. Ale jakby za mało.

Dla Kane'a - bohatera genialnego filmu Orsona Wellesa (najlepszego wśród filmów XX wieku) ostatnim słowem było "Rosebud", które - jak się okazało, i co rozczarowało dociekających ostatniej tajemnicy "obywatela" - widniało na jego dziecięcych saneczkach (wspomnienia z dzieciństwa - może to tylko się liczy?).

Wiek XX kończył się nadmiarem słów i obrazów, wśród których nie brakowało informacji "toksycznych" (podłych, pełnych nienawiści). Odsądzano go od "czci i wiary" ("To był najstraszliwszy wiek w dziejach ludzkości!" - głosił w ostatni wieczór sylwestrowy wieku, polityk, który zapewne niebawem, i słusznie, zostanie zapomniany). Może dlatego warto bronić to stulecie przed uproszczonymi i jednostronnymi ocenami. "Słowa, słowa, słowa": mądre (czyli jakie?) i głupie (mnóstwo!), tworzące miliony komunikatów; jedne zmniejszały entropię, inne zwiększały niepewność "deterministycznego człowieka w stochastycznym świecie". Wiek XX był niewątpliwie "wiekiem informacji", ale także był wiekiem dezinformacji i parainformacji. Wiek XXI ma być "wiekiem wiedzy" a co z mądrością, czy kiedyś przyjdzie jej czas? Zapewne pojedynczy ludzie staną się mądrzejsi, z czego nie wynika, że mądrzejsza będzie ludzkość. A może się mylę?

Mniej więcej w połowie ubiegłego wieku Thomas S. Elliot pytał:

" Where is the life
we have lost in living ?
Where is the Wisdom
we have lost in knowledge ?
Where is the knowledge
we have lost in information ?"

 

" Czas jest to, to co się dzieje
kiedy nic innego się nie dzieje"

Richard Feynman

 

1.3. I znów "słowa, słowa, słowa", układające się w zdania, jeśli nie banalne, to pretensjonalne, z których wynika jedno: bezradność wobec czasu, który po prostu minął. "Czym jest czas? - pytał Tomasz Mann w "Czarodziejskiej górze" (pierwsze miejsce na mojej liście powieści XX wieku), i odpowiadał: "Tajemnicą - bo jest realny, a wszechpotężny. Jest warunkiem zjawiskowego świata, jest ruchem zespolonym i przemieszanym z istnieniem realnych ciał w przestrzeni i z ich ruchem". Wiek XX odkrył "czasoprzestrzeń".

Postacią, z którą powszechnie kojarzy się czasoprzestrzeń jest - cieszący się opinią największego uczonego XX wieku - Albert Einstein. Po wojnie był uczonym, który pod względem popularności przewyższał gwiazdy kina lub sportu. Einstein był bowiem bardzo fotogeniczny (jego podobizny - w swetrze i z fajką - należą do moich ulubionych fotografii z lat 50), co powodowało, że wiele gwiazd polityki i kina chętnie pozowało z nim do zdjęć. [Dowcip nt. "wojskowej czasoprzestrzeni": szef kompanii do żołnierza: szeregowy - posprzątacie rejon od tego drzewa do wieczora!]

Koncepcja czterowymiarowej przestrzeni wstrząsnęła naszym pojmowaniem związków pomiędzy przestrzenią i czasem. Teoria względności traktuje czas jako pojęcie względne, zależne od obserwatora: nie ma jednego czasu (dwa zjawiska równoczesne dla jednego obserwatora mogą nie być takimi dla innego obserwatora). "Rozróżnienie między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością to tylko iluzja, choć tak uporczywa" (Albert Einstein). Nowe rozumienie czasu i przestrzeni zrewolucjonizowało naszą wizję kosmosu, przyniosło koncepcję dynamicznego, rozszerzającego się wszechświata, który przypuszczalnie powstał w określonej chwili w przeszłości i może skończyć swe istnienie w określonym czasie w przyszłości.

Słynna formuła Einsteina : E=mc2 legła z kolei u podstaw "obudzenia" wielkiej energii mianowicie tej, która uruchomiła bombę atomową (Hiroszima, Nagasaki i wiele wybuchów na różnych poligonach) i tej, dzięki której reaktory atomowe produkują energię elektryczną. To dwa oblicza jednego z największych odkryć XX wieku. Na większość mego życia cieniem się kładło zagrożenie wojną jądrową, choć dla mnie broń jądrowa była nie tyle środkiem walki, co środkiem odstraszania, czyli, co brzmi paradoksalnie, warunkiem pokoju (choć w różnych zakątkach globu ziemskiego toczyły się krwawe wojny "konwencjonalne"). Co się tyczy energetyki jądrowej, to - wbrew protestom ekologów - pozostaję jej zwolennikiem (i to pomimo "kompleksu Czarnobyla"). Teoria względności ożywiła pomysły takie, jak "podróże w czasie" (choć "Wehikuł czasu" napisał H.G.Welles u schyłku XIX wieku), temat licznych powieści i filmów z gatunku "science fiction". W arcydziele Stanleya Kubricka "2001: Odyseja kosmiczna" kosmonauta wciągnięty w tajemniczą czasoprzestrzeń obserwuje ewolucję Wszechświata i Ziemi, a także siebie samego coraz bardziej starzejącego się i ostatecznie przemieniającego w ludzki embrion, szybujący w przestrzeni kosmicznej ku Ziemi.

Ale wiek XX zmienił kategorie czasu i przestrzeni nie tylko w filozoficznym i kosmicznym sensie, lecz także w tym masowym i bardziej dostępnym dla każdego, kto po prostu wiele podróżuje. Na początku wieku ukazała się jedna z najpopularniejszych lektur mej młodości "W 80 dni dookoła świata" Juliusza Verne`a. A w 1995 roku podróż dookoła świata na pokładzie "Concorde`a" trwała niewiele ponad 30 godzin. Wiek XX to przecież wiek samochodów i samolotów, bo choć wywodzą się z końca wieku XIX, to właśnie w minionym stuleciu stały się masowymi i bardzo efektywnymi środkami komunikacji. Odległość między Warszawą a Los Angeles przebyłem (czterokrotnie) w czasie ok. 12 godzin. Podróż z Warszawy do Łobezu ( z przesiadką w Stargardzie) trwa ok. 6 godzin. Od czasu opuszczenia Łobezu dzięki tym podróżom przebyłem łącznie drogę ponad 10-krotnie większą niż długość równika. W podróżach spędziłem wiele czasu. Byłem w USA (pięciokrotnie) i Izraelu, znam prawie całą Europę. Powszechny "voyageryzm" to także jeszcze jedno odkrycie minionego wieku.

Dzięki samochodom i samolotom, czas i przestrzeń jakby uległy "skurczeniu", a podróże przestały być życiowymi wyprawami. Dlatego wśród wielkich postaci XX wieku nie może zabraknąć twórców lotnictwa - braci Wright i Henry Forda - twórcy przemysłu samochodowego. Oczywiście miała też miejsce tragedia "Titanica"(1912), a i o ogromnej liczbie katastrof drogowych i kolejowych, morskich i lotniczych nie można zapominać.

Wspominając historię luksusowego statku pasażerskiego z początków wieku, przypomnianą pod jego koniec dzięki popularnemu (i obsypanemu "Oscarami") filmowi, warto zwrócić uwagę na jedno z dość charakterystycznych zjawisk. "Syndromem Titanica" można określić stan ogólnego zadufania, uleganie złudzeniu absolutnego bezpieczeństwa, które powoduje niedostrzeganie możliwych i prawdopodobnych zagrożeń. Wielokrotnie ulegano temu, a im większe były przejawy tego syndromu, tym większe były rozczarowania, które przynosiły jakże częste ucieczki od racjonalizmu. Liczą się jednak przede wszystkim wynalazki "skracające czas" podróży oraz wszelkie rekordy prędkości pobite w XX wieku.

W XX wieku średni czas życia uległ znacznemu wydłużeniu (w porównaniu z wcześniejszymi epokami). Tym większa stała się świadomość ograniczenia czasu nam danego i konieczności oszczędzania go. Chciałoby się zatem traktować każdy dzień tak, jakby był ostatni. Spoglądając wstecz nie mogę jednakże nie dostrzegać tego, jak wiele czasu "przeciekało przez palce", uległo zmarnowaniu z powodu zajmowania się "głupotami", rzeczami zbędnymi itp., albo z powodu zwyczajnego lenistwa. No, ale się jednak żyło, po prostu żyło. " Nie łudźmy się przyjacielu - pisała Halina Poświatowska - ludzie pogrzebią nas w pamięci szybko, jak pogrzebią w ziemi nasze ciała. Nasz ból, nasza miłość, wszystkie nasze pragnienia odejdą razem z nami i nie zostanie po nich nawet puste miejsce".

 

"Historia to przekazane nam informacje
o wcześniejszych próbach kształtowania przyszłości"

John Steineck

 

1.4. Jestem wdzięczny losowi za to, że dał mi możność przeżycia ponad pół wieku. A że był to czas, który zgodnie z obowiązującym kalendarzem przypadł na XX wiek, to, na co, jak na co, ale akurat na to wpływu mieć nie mogłem. I nie ma czego więc żałować. Nie potrafię na ten czas złorzeczyć i przeklinać go. "Jeżeli te wszystkie przegrane rewolucje XX wieku, komunizm czy panafrykański i panarabski socjalizm, mogą być dla nas jakąś lekcją, to taką, że do przyszłości nie możemy dojść na skróty. Ideologiczne ścieżki wiodące ku utopii są jedynie ułudą. Nie mają szans powodzenia. Są niepraktyczne" (Ryszard Kapuściński).

Nie mogę też nie podzielać innej opinii Kapuścińskiego, a mianowicie: "Wiek XX rozpina los ludzki nad zawrotną przepaścią, której wysokie brzegi są szczytami osiągnięć i wzniosłości, ale której głębokim dnem płynie rzeka hańby i krwi", bo taki po prostu był ten wiek, najkrócej rzecz ujmując. U jego schyłku pytano różne osoby (głównie polityków, oczywiście), czy chcieliby żyć w innej epoce. Niewielu odpowiadało, że wcale nie chciałoby "zamienić" czasów na inne. Przez krótką chwilę zastanawiałem się nad możliwością takiej "zamiany", lecz rychło doszedłem do wniosku: po co? Czy wolałbym żyć np. w Starożytności (brr!), a może w średniowieczu (Boże uchowaj!)? Można oczywiście tworzyć jakieś symulacje, typu: " co by było, gdyby..." (np. Hitlera trafił szlag w okopach I wojny światowej, Lenin nie wrócił z zesłania, a Stalin nigdy nie opuścił Gruzji itp., itp.), które mogą być nawet ciekawe, tylko że nie wzbudzają we mnie większego zainteresowania. Znacznie łatwiej mi wyobrazić sobie np. szczęśliwego Syzyfa (to z Camusa), albo ... wdzięki słynnych niegdyś z urody niewiast (nie sądzę jednak, aby dostarczyły większych wrażeń niż "moje" ulubione kobiety. Wkrótce już "wirtualna rzeczywistość" dostarczać będzie wrażeń, o jakich się filozofom nie śniło. Sny filozofów nigdy nie wydawały mi się zbyt ekscytujące, chociaż... Według Zygmunta Freuda: "Interpretacja snów to królewska droga ku wiedzy o nieświadomych działaniach umysłu". Jego odkrycie sfery nieświadomej, zdolnej wpływać na świadome zachowanie człowieka, zrewolucjonizowało sposób, w jaki ludzie postrzegają siebie i innych. I choć obsesja Freuda na temat spraw seksualnych może wydawać się błędna, uczyniła z niego mimowolnego proroka permisywnego społeczeństwa. Psychoanaliza, wgłębianie się w świat snów, stanowiła inspirację dla wielkich dzieł sztuki (surrealizm: Salvadore Dali, Magritte, Luis Bunuel). Nie mogło więc być większym zaskoczeniem umieszczenie nazwiska Zygmunta Freuda na czele różnych list największych osobistości nauki XX wieku.

"System kopernikański pozbawił Ziemię jej pozycji centralnej we wszechświecie. Teoria ewolucji Darwina sprowadziła człowieka do roli ogniwa w łańcuchu rozwojowym zwierząt. Ale trzecią i najboleśniejszą ranę zadaje ludzkiej manii wielkości współczesna psychologia, w której "ja" pokazuje, że nie jest panem nawet we własnym, domu, a pozostaje zdane na skąpe wskazówki o tym, co dokonuje się podświadomie w duszy człowieka" (Z. Freud). Psychoanaliza, a w szczególności Freuda koncepcje człowieka, obok behawioryzmu Skinnera i tzw. psychologii kognitywnej, a przede wszystkim psychologii rozwoju Jeana Piageta tworzą dwudziestowieczne podstawy wiedzy o człowieku. Nie wydają się one zbyt mocne (prace samego Freuda cenione są dziś być może przede wszystkim ze względu na wysokie walory literackie). Osobiście cenię i szanuję wielu psychologów, lecz w ich dziełach dostrzegam więcej "filozofii człowieka" niż naukowej wiedzy o nim. Sytuację dobrze ilustruje następująca anegdota (nb. znaleziona w psychologicznym miesięczniku): do rabina przychodzi pełen wątpliwości młody człowiek z pytaniem: "Czy my realizujemy się od zewnątrz do wewnątrz, czy też odwrotnie, od wewnątrz do zewnątrz?" Rabin po chwili namysłu odpowiedział: "Obawiam się, że na tak postawione pytanie zmuszony jestem odpowiedzieć: tak!".

Nie mógłbym pominąć dwóch myślicieli, o widocznych powiązaniach z psychoanalizą, ważnych dla mnie i w różny sposób cenionych. Pierwszy, to Erich Fromm - autor wielu ważnych, oryginalnych analiz współczesności łączących kulturalistycznie zinterpretowaną psychoanalizę z neomarksizmem szkoły frankfurckiej (np. "Mieć czy być", "Dogmat Chrystusa", "O sztuce miłości", "Rewolucja nadziei", czy "Zdrowe społeczeństwo"). Wśród najważniejszych dla mnie lektur XX wieku poczesne miejsce zajmuje "Ucieczka od wolności", (1941) w której Fromm podjął analizę faszyzmu hitlerowskiego ze stanowiska psychologii społecznej, a zawarte tam pytania (jak to się stało? dlaczego hitleryzm odniósł taki sukces?) stawiane są do dziś, także w odniesieniu do np. komunizmu. Dzięki Frommowi uświadomiłem sobie istnienie mechanizmów psychospołecznych "ucieczki od (do) wolności", a także przybliżyłem problem bezsilności i poczucia zagrożenia izolowanej jednostki w nowoczesnym społeczeństwie, jednostki, która wyzwoliła się z wszelkich więzów, nadających niegdyś życiu sens i poczucie bezpieczeństwa. W 1968r., w szczytowym okresie kontrkultury i studenckich kontestacji ukazała się "Rewolucja nadziei", w której Fromm nie kryje sympatii dla ewolucyjnego stworzenia społeczeństwa alternatywnego, gdyż typowa ludzka potrzeba twórczości, aktywności nie może być zaspokojona w społeczeństwie, którego celem jest maksymalizacja produkcji ("...stanęliśmy oto w obliczu demona, choć jeszcze niewielu dostrzega go wyraźnie. Nie jest to stary duch komunizmu czy faszyzmu, lecz widmo społeczeństwa całkowicie zmecha-nizowanego, nastawionego maksymalnie na produkcję dóbr materialnych i konsumpcję, kierowanego przez komputery. Człowiek poczyna jawić się jako niewiele znaczący element totalnej maszyny, właściwie odżywiany i zabawiany, lecz bierny i bez życia, pozbawiony niemal uczuć.")

Z młodzieżowymi kontestacjami końca lat 60 (to moje pokolenie !) związane jest ściśle nazwisko Herberta Marcuse, w którego dziełach łączy się freudyzm z marksizmem ("Człowiek jednowymiarowy", "Eros i cywilizacja"). Służy to totalnej krytyce społeczeństwa dobrobytu, systemu racjonalności technologicznej. Dyskutując z Freudem, podważa tezę o nieprzezwyciężalnym konflikcie między zasadą przyjemności i rzeczywistości oraz odrzuca pogląd o antyspołecznym charakterze seksualności. Te sądy trafiły na podatny grunt ówczesnych kontestatorów ("Bądźcie realistami - żądajcie niemożliwego", "Wierzcie w rzeczywistość waszych pragnień"). W owym czasie byłem studentem WAT, zbliżającym się do dyplomu magistra cybernetyki. Zapamiętałem z tego okresu stany szczególnego intelektualnego podniecenia faktem, że oto rówieśnicy odrzucają modele i metody narzucone przez tych, którzy - z racji wieku i pozycji - lepiej wiedzą jak być szczęśliwym, choć mimo dobrobytu na takich nie wyglądają, a urządzony przez nich świat pełen jest obłudy, hipokryzji i zwyczajnej niesprawiedliwości. Może także zazdrościłem zachodnim rówieśnikom zdolności "ucieczki do wolności", sam pozostając w stanie permanentnej "ucieczki od wolności". Ponadto pojawił się odwieczny problem "płciowości" , o którym dotąd "wstyd było mówić", a który stał się problemem "sexu" i przestał stanowić temat tabu nie tylko w sztuce. Były to także czasy nowofalowego kina, "Hair" i Woodstocku. W Ameryce większy szok niż golizna na ekranie (do połowy lat 60 obowiązywał tam karykaturalny "Kodeks Hayesa", limitujący np. czas trwania ekranowego pocałunku), wywołał romans maturzysty (z dobrego domu) z matką narzeczonej (też z dobrego domu) pokazany w "Absolwencie". Kilka lat później kolejny szok wywołał romans (totalny seks) Marlona Brando i Marii Schneider w "Ostatnim tangu w Paryżu". I tak dalej. Dla mego pokolenia pierwszą ekranową prowokację erotyczną stanowiła młoda, kapryśna, swobodna, wolna od zahamowań BB, ale o niej później. Niedawno jubileusz półwiecza obchodziła gorsząca wielu do dziś, instytucja, jaką jest "Playboy" Hefnera. Czytam "Playboya" od zawsze (tak, jak dziesiątki innych pism, w tym pisma naukowe, filozoficzne, a zdarza się, że i religijne), i co? Ano, nic. Piękne dziewczyny o idealnych ("playboyowskich") kształtach (fenomenalnie fotografowane) robią takie wrażenie, jak Wenus z Milo, kobiety Modiglianiego itp. A to dlatego, że "Nie ma prawdziwego piękna bez czegoś dziwnego w proporcjach" (to chyba A.E Poe). [Dowcip z majowego "Playboya": ojciec - kanibal poucza swego syna "Pamiętaj synu, że kobieta nie musi być piękna. Ważne, żeby nie była żylasta"]. Może dlatego - ubolewam nad tym - nie wzbudziły we mnie oczekiwanego lęku usłyszane niedawno słowa przestrogi: "Seks stał się niebezpieczny dla twojego zdrowia, może być zagrożeniem dla twojej płodności, a nawet twojego życia. Nawet Polskę można seksem zabić." Chyba, to wiek stępił już moją czujność (pewnie za sprawą Freuda, Hefnera, BB i innych szatanów). Azaliż muszę to jeszcze raz przemyśleć!

 

"Jesteśmy dziećmi epoki,
epoka jest polityczna (...)
O czym mówisz, rezonans,
O czym milczysz, ma wymowę
Tak czy owak polityczną."

Wisława Szymborska

 

1.5. I zanim się spostrzegłem, to pierwsza część zapisków z przełomu wieków rozrosła się ponad miarę. A końca tych zapisków, biorących się z sentymentów i resentymentów, przeróżnych skojarzeń, jeszcze nie widać. Nie poruszyłem nawet tak wielu ważnych dla mnie dwudziestowiecznych wątków, a chciałoby się napisać coś, co zamykałoby 55 lat mego życia w minionym stuleciu. Ale jak zamknąć okres, na który składało się: 10 lat stalinizmu (1945-1955), 35 lat (nie) realnego socjalizmu (1955-1990) i 10 lat (1990-2000) realnego kapitalizmu. Co było realne, a co nierealne, co było obiektywne, a co subiektywne, byłem, czy nie byłem, miałem czy nie miałem - oto są pytania itd. Na wszystko cieniem kładła się Polityka (i "polityka"), przynosząc koszmary i radości, chwile zwątpienia i nadzieje. Ale tak było zawsze, w czasie zmagań z losem. "Z wyroku bogów Syzyf musiał nieustannie toczyć pod górę głaz, który, znalazłszy się na szczycie, spadał siłą własnego ciężaru. Bogowie nie bez racji doszli do wniosku, że nie ma straszniejszej kary niż praca bezużyteczna i bez nadziei." (Albert Camus).

Nie wydaje mi się, by moja praca nie była użyteczna (często była nieefektywna, czasami symulowana w otoczeniu pełnym pozorów i fikcji), ale bywał za to brak nadziei, że może być - w czasie przewidywalnym - po prostu "normalnie". "Normalnie", oznaczało życie w państwie wolnym i suwerennym, sprawnie rządzonym i administrowanym, racjonalnie wykorzystującym największy kapitał XX wieku: naukę, technikę i technologię. Dziś, wykonuję pracę użyteczną (czasami bywa ona również nieefektywna, co nie przeszkadza uczestniczyć w ciągłym "wyścigu szczurów") i mam nadzieję, że już niedługo będzie zupełnie normalnie (tj. "normalniej" niż jest "normalnie"). Będąc wolny pozbawiłem się swobody stając się w istocie "pracoholikiem". [Dowcip bodajże z "New Yorkera": dżentelmen w sile wieku zwraca się do kolegi; "zawsze chciałem być sexoholikiem, ale praca mi to uniemożliwiała".] A praca, to czynności wykonywane w celu innym niż przyjemność. Oczywiście, praca sprawia mi przyjemność, gdyż jak zauważono niegdyś, naukowcy uprawiają hobby za ... społeczne pieniądze. Znaczną część zarobionych pieniędzy wydaję jednak na książki i pisma, zaś dzięki ich lekturom lepiej pracuję itd. Pracując zajmuję się nauką, wiedzą naukową, a więc myśleniem niejako z definicji racjonalnym. I tu pojawiają się wątpliwości co do użyteczności tej pracy. Nie chodzi bynajmniej o to, że jako "szołmen" lub polityk, "biznesmen" lub za przeproszeniem namaszczony członek przeróżnych komitetów i rad (np. nadzorczych) itp. miałbym większe profity i to przy mniejszym wysiłku szarych komórek. Mam na uwadze to, że racjonalizm, logiczne myślenie, wiedza naukowa itp. u schyłku XX wieku znalazła się w cieniu przeróżnych odmian irracjonalizmu i myślenia magicznego. Nastąpiła "ucieczka od rozumu", aby się o tym przekonać wystarczy posłuchać oszołomów i nawiedzonych prostaczków, jakże często goszczących w tzw. mediach. Nie da się wszystkiego tłumaczyć "rozczarowaniem nauką" i "dehumanizacją techniki" (sic!). Ciemny nieuk nie może być rozczarowany czymś, czego nie może pojąć. Leń patentowany karmiony jest kolejnymi wersjami haseł typu: "nie matura, lecz chęć szczera" lub "nie mędrca szkiełko i oko", ezoterycznymi bzdurami (aktualnie w stolicy odbywają się, bardzo reklamowane "Spotkania z ezoteryką"!) , telewizyjnym "energetyzowaniem" wody w plastykowej butelce itp., czy głoszeniem wyższości inteligencji "emocjonalnej" nad po prostu inteligencją(?). Znakomity pisarz i jeden z najsłynniejszych popularyzatorów nauki, Isaac Asimov pisał: "To przez to, że tyle osób ma zwyczaj myślenia niejasno, za pośrednictwem stereotypów czy emocji, w świecie jest tyle nieszczęść - tyle okrucieństwa, nienawiści i nędzy. Szarlatani i oszuści oferują ludziom miraże łatwego poznawania prawdy, i dlatego gromadzą wokół siebie liczna publikę. Miliony ludzi bezmyślnie słuchają astrologów, wyginaczy łyżeczek, czytaczy w myślach, spirytystów, okultystów i żałosnych wyznawców nonsensu. Emocjonalny charakter pseudomyślenia utrudnia ludziom oparcie się tego typu oszustom. Ci, którzy głoszą nonsens, zarabiają dużo pieniędzy. Ci, którzy ich słuchają, tracą pieniądze i zyskują jedynie iluzje".

Cała nadzieja w tym, że ludzie jednak zachowują się racjonalnie, chociażby wtedy, kiedy nie mają innego wyjścia. O wieku XX Andre Malraux sądził, że albo będzie religijny, albo go nie będzie. Był więc wiekiem religii, ale był przede wszystkim wiekiem nauki i techniki. Nic nie wskazuje na to, że kolejny wiek będzie inny, ale towarzyszy temu stała nadzieja, że będzie po prostu lepszy. Może wystarczy, że nie świat trzeba będzie zmieniać, ale siebie..., chociaż odmiennego zdania jest np. Jacek Kuroń: "A że świat trzeba zmieniać, to nie ulega żadnej wątpliwości". I pewnie, jak zwykle, ma rację. (cdn)

 

Rembertów 1 maja 2001 r.
Piotr Sienkiewicz

 


 

SPROSTOWANIE

W ostatnim numerze "Łabuzia" do smakowitej prozy Anatola Ulmana pt. "Rozstrzelać polonistki" wkradło się kilka przykrych błędów, powstałych w trakcie "przerzucania" tekstu z zapisu maszynowego na elektroniczny.


Jest:
Po licealnej polonistce...
C`est chanson des dockers!
estribillo
ionici a minore
Serce kak charaszo...
ustrojowo
Goergia
Gdie tiepier, kto wam ciełujet palcy?

Powinno być:
Po licealnej polonistyce...
C`est la chanson des dockers!
estribilio
ionicus a minore
Sierce kak charaszo...
ustrojstwo
Georgia
Gdie wy tiepier, kto wam ciełujet palcy?

 

Za niedopatrzenie gorąco Autora przepraszamy -

pkl "łabuź"


Internetowea wersja 37 numeru "Łabuzia" jest poprawiona.
Bogdan Idzikowski

 


 
Pięć - dziesięć zdań:

Jarosław Błahy

TOPOLA

Wystrzelony z pępowiny wyklułem się w Niebuszewie, przeklętej przez ogół społeczności i zaklętej przez zakapiorów z ciemnych bram i mordowni, dzielnicy Szczecina. Wylęgarnia miała miejsce w starej, poniemieckiej kamienicy oraz na podwórku, którego labirynty i zaułki złączone w jedność ze schodami w budynku powracają raz kosz-marem, drugi raz erotycznym marzeniem sennym: Sklep mięsny "U Rzeźnika", w którym na hakach zamiast świń wiszą niemowlęta; dziewczyna i mnich, niczym zbrodnia i kara.

W centralnym punkcie podwórka, tuż obok piaskownicy, rosła dumnie olbrzymia topola. Pamiętam białego kota-angorę pewnej pseudoarystokratki, którego wóz strażacki ściągał drabiną z wierz-chołka drzewa.

W niedługi czas potem proca niewidocznej już pępowiny wystrzeliła mnie w świat, morza, góry i tak dalej. Łeb miałem pełen kosmopolityzmu, natury wyzwoleńczej, odcinania się za wszelką cenę, skłonności alienacyjno-izolacyjnych, ale w tej anarchistycznej konwencji zdarzyło mi się dwukrotnie zajrzeć na podwórko przy ulicy Długosza. To miejsce jest magnesem energetycznym dla języka. Pierwszy raz miałem 29, drugi - 33 lata. Topola stoi jak stała. Nadal. Kamienica dalej obskurna, anteny satelitarne i plastikowe okna niczego nie zmienią. Nie wiem dlaczego, jak somnambulik, coś nakazuje mi pamiętać o drzewach, zanim zdechnę jak człowiek i splotę się z korzeniami topoli w miłosnym, poniekąd bezsennym uścisku.

 

Jarosław Błahy

 


 

PROFESOR DR OTTO PUCHSTEIN - ŁOBEZIANIN!

Wielka radość zapanowała w domu przy ulicy Schilfstraße - Murarska - obecnie nie istniejący odcinek tej ulicy, zakręcająco biegnący i łączący się z dzisiejszą ulicą Boczną, pomiędzy ulicami T. Kościuszki i Nadrzeczną w Łobezie, gdzie miał sklep, piekarnię i mieszkanie piekarz Frydrich Puchstein, który prócz tego jak wielu jemu podobnych w tamtych czasach, był właścicielem niewielkiego gospodarstwa rolnego. W dniu 6 lipca 1856 r urodził mu się syn. F. Puchstein był radnym miejskim a później Starszym Cechu, a więc osobą znaną i poważaną.

Jego syn Otto rozwijał się i dorastał w atmosferze domowego spokoju, dostatku i odpowiedzialności. Już w okresie pobierania nauki w miejscowej szkole miejskiej konsekwentnie uczył się, zdecydowany osiągnąć zamierzony cel, jakim był zamiar ukończenia wyższych studiów. Zawsze należał do wyróżniających się, w swojej grupie wiekowej. Ojciec F. Puchstein być może życzyłby sobie, aby jego syn został następcą i objął po nim piekarnię. Widząc jednak jego gorliwość i postępy w przyswajaniu nauki, nie zniechęcał go do dalszego rozwoju, zabezpieczając możliwość kroczenia przed siebie.

W Łobezie w tym czasie nie było szkoły, która by dawała średnie wykształcenie. To też rodzice umożliwili mu naukę w Gimnazjum w Drawsku Pomorskim - (Dramburg), gdzie w roku 1875 złożył egzamin dojrzałości.

Po czem w latach 1875 - 79 studiował filologię germańską na Uniwersytecie Strassburskim, gdzie także w roku 1880 obronił pracę doktorską. W dysertacji tej wykazał swoje późniejsze zainteresowania: - jej motywem przewodnim - tematycznym była filologiczna analiza napisów na nagrobkach, pomnikach i przedmiotach sztuki z czasów antyku, znalezionych w Egipcie, tzw. Epigramów.

Jeszcze podczas studiów, przed zdaniem państwowego egzaminu i uzyskaniem tytułu doktora w zakresie językowo-filologicznym, interesuje się archeologią klasyczną, filologią i kulturą Wschodu. Dlatego też, między innymi, został zaangażowany jako asystent w Muzeum Cesarskim w Berlinie.

W tym czasie, w zbiorach Muzeum Cesarskiego znajduje wiele przykładów, które dowodnie potwierdzają hipotezę jaką postawił, uzasadnił i przeprowadził w przewodzie doktorskim.

Jego pierwszą samodzielną pracą, po rozprawie doktorskiej, była analiza treściowa napisów na nadstawkach i przykryciach waz kyreńskich. Zostało to dostrzeżone i w latach 1881/82 od Instytutu Archeologicznego Uniwersytetu Berlińskiego otrzymał stypendium naukowe na wyjazd do Aleksandrii, które to stypendium Berlińska Akademia Nauk przedłużyła mu na rok 1883 zlecając zbadanie i opracowanie znaleziska - tzw. grobu i pomnika w Nemruddagh, na górze w paśmie Taurus o wysokości 2232 m. nad Eufratem - na które trafił inżynier Carl Sester. Były to hellenistyczne pozostałości grobu królewskiego z pierwszego stulecia przed Chrystusem - grobowiec Antiochusa (I) ze statuami kolosów i dobrze zachowanymi napisami. Otto Puchstein sporządził szczegółowe i wyczerpujące sprawozdanie z badań, które przedstawił w Akademii Berlińskiej. Zaowocowało to tym, iż po raz wtóry otrzymał zlecenie i stypendium, na odbycie drugiej podróży do Nemruddagh, celem przeprowadzenia szerszych badań.

W między czasie wraz z budowniczym dróg, inżynierem Carlem Humanein, oraz austriackim etnologiem von Luschan, którzy wcześniej odkryli ołtarz, grób i świątynię, bada i opracowuje także architektoniczne szczegóły grobu i planu świątyni w Pergamonie. Otto Puchstein zapoznaje się bliżej z ołtarzem i skarbami wykopaliska Pergamońskiego. Jego uwagę przyciąga przede wszystkim duży ołtarz Zeusa i olbrzymi fryz świątyni, które zaczął badać i opracowywać już tam na miejscu. Podjętą tam pracę badawczą kontynuował później w Berlinie. Gdyż to właśnie na jego wniosek ołtarz i skarby świątyni Pergamońskiej zostały zakupione i przywiezione do Berlina.

Po odbyciu rozlicznie innych podróży, po Włoszech, Sycylii oraz Grecji, wraca do Berlina w 1896 r. i otrzymuje nominację na Katedrę Klasycznej Archeologii Uniwersytetu Alberta - Ludwika we Freiburgu (Breisgowijskim). Prócz normalnie zwyczajowych zajęć Uniwersyteckich, swój czas wypełnia opracowywaniem materiałów zgromadzonych w podróżach i podczas badań wykopaliskowych. W tym czasie ukazało się kilka książek - naukowych opracowań o wykopaliskach i greckich scenach (amfiteatrach) i świątyniach, które poznał, zbadał i opracował.

W okresie Fryburskim otacza opieką, przyjmując do swego domu, bratanka Ericha Puchsteina, który towarzyszy mu do końca życia.

W roku 1905, po odrzuceniu kilku innych propozycji, przyjmuje nominację na sekretarza generalnego Cesarsko - Niemieckiego Instytutu Archeologicznego. Z Fryburskiej katedry przenosi się do Berlina, który przez ostatnie 10 lat rozbudował się i stał się rozrośniętym miastem. Profesor Otto Puchstein mieszkając w Berlinie często wracał myślą i pamięcią do okresu Fryburskiego, brakowało mu uniwersytecko przytulnej atmosfery, która sprzyjała jego badawczej pracy. Owocne i dynamiczne tempo prac Instytutu, które narzucił, swoją obecnością tak go absorbowały, że nie miał już czasu aby poświęcić się własnym badaniom i pracom. Szczególnie pochłaniała go i wciągała praca nad badaniem, opracowywaniem, rekonstrukcją i czynieniem starań do przygotowywania ekspozycji skarbów Pergamońskich w Muzeum Archeologicznym Berlina. Wkrótce też, po przeniesieniu się do Berlina, spadła nań poważna choroba, którą on jednakże zlekceważył.

W roku 1908 wyrusza w kolejną podróż do Azji Mniejszej, Grecji, Afryki płn. i Włoch, aby badać, odkrywać i opracowywać zachowane skarby helleńskiej kultury.

3 marca 1911r powrócił z tych podróży i 7 marca złożył sprawozdanie na posiedzeniu Towarzystwa Archeologicznego.

Wieczorem 8 marca doznał krwawego wylewu do mózgu, a rano 9 marca o godz. 3 zmarł mając zaledwie 55 lat.

Wiele jego prac i pozaczynanych tematów, było dopracowywanych i kontynuowanych przez współpracowników.

Wraz z profesorem Otto Puchsteinem umarł naukowiec, który z Pomorską skromnością i dokładnością, naukowo teoretyczne oceny i uogólnienia przymierzał do praktycznej rzeczywistości, po której stąpał.

Jego praca i działalność zostały wysoko ocenione. Kto był w Muzeum Pergamońskim w Berlinie mógł się dowiedzieć, iż jego inicjatorem i twórcą ekspozycji Berlińskiej jest Otto Puchstein urodzony w Łobezie w roku 1856, w rodzinie piekarza przy ulicy Schilfstraße - Murarskiej.

11 marca 1911 r. w Berlinie z udziałem przedstawicieli Dworu Cesarskiego, Senatów Uniwersyteckich i członków Instytutów Naukowych, odbyła się uroczystość żałobna. Po czem zgodnie z życzeniem Ottona Puchsteina, ciało jego zostało przewiezione do Łobezu - rodzinnego miasta.

W niedzielę 12 marca 1911 r. z rodzinnego domu w Łobezie i piekarni Puchsteinów przy ulicy Schilfstraße - Murarskiej ruszył kondukt pogrzebowy, w którym szli przedstawiciele Cesarskiego Dworu, Senatów Uniwersyteckich i Instytutów Naukowych. Na czele niesione były liczne ordery, medale i odznaki honorowe, jakie w ciągu pięćdziesięciopięcioletniego, aktywnego i twórczego życia, zgromadził profesor Otto Puchstein - Łobezianin, którego pasja archeologiczna i talent naukowy były zaczynem tego, iż ołtarz Pergamoński do chwili obecnej znajduje się i jest eksponowany w Berlinie.

Kondukt zatrzymał się w początkowej części cmentarza, gdzie rodzina Puchchsteinów miała swój grobowiec - na prawo od wejścia z bramy głównej - (obecnie wjazd na parking) - ulica Wojska Polskiego.

Nad grobem Otto Puchsteina pożegnał Rektor Uniwersytetu Fryburskiego profesor Fabrycius.

Starzy Łobeziacy, ci którzy osiedli tutaj w latach czterdziestych i pięć-dziesiątych, mogą pamiętać duży narzutowy głaz z metalową czcionką głoszącą, iż jest to grobowiec, osiadłej i zakorzenionej w Łobezie od XII w. rodziny Puchsteinów.

Imiennik Otto Puchsteina i prawnuk jego brata, mieszkający: - RFN - Hilzingen założył Archiwum dokumentujące dzieje rodziny Puchstein na przestrzeni
dwustu lat, ciągle je rozbudowując i uzupełniając. Powyższe opracowanie jest oparte o materiały zgromadzone właśnie w tym Archiwum. Autor opracowania Dieter Fröbel, tą drogą składa serdecznie podziękowanie za udostępnienie i możliwość korzystania z tych zbiorów.

 



W oparciu o opracowanie w języku niemieckim, które tłumaczyli: Jerzy Podralski, Małgorzata Łowkiet - Wojciechowska i Monika Klima, wersję polską zredagował leon zdanowicz.


Agnieszka Wesołowska

ANI TO O MUZYCE ANI O JELENIU


A więc pamiętaj - w tym rozwartym śniegu
duma oblicze bałwana _ stracone
po którym płacze dziewka na szabasie
i przeciwśniegom zwiera brwi w zasłonę

Gdy wieczór oprócz tej garści błyskotek
dźwigać też musi spłoszone jelenie
blade poroże zrzucone tak krwawo
tak bezboleśnie staje się milczeniem

W jeleniu mieszka część toccaty Bacha
a Bach z toccatą ślizga się w poświście
Omglona ziemia zakrada się w ciało
milczenie kopyt stuka przezroczyście

A najdojrzalszy owoc dzikiej śliwy
to jest rysunek granatowej kulki
na zgiętej kartce _ na uśmiechu gorzkim
tych pięcioletnich palców niecierpliwych

A w kurzej łapie jest ta gra szorstkości
w którą się bawią pogmatwane pięty
i zapach lata co zbija _ piołunem
albo się stając wieczorem przeklętym


Agnieszka Wesołowska



Lech M. Jakób

CZYTACZE

Jedna z zasadniczych wątpliwości naszej egzystencji brzmi: czytać czy nie czytać? I nie łapcie mnie za słowa, twierdząc iż pytanie postawione jest źle. Bowiem fundament niepokoju jest jasny, niczym niebo w rozsłonecznionym poranku. Dobrzy Ludzie doby współczesnej naszego kraju czasem widują książkę (lub słyszą o niej) w telewizji, na ogół nie kalając sobie rąk jej fizyczną postacią.

Z badań socjologicznych wynika, że przeszło połowa narodu nie czyta książek, a o kupowaniu tychże to już lepiej nie wspominać. Coś bolesnego wiedzą o tym księgarze i wydawcy, sporo uwag także mogą dodać bibliotekarze.

Cholera, co się porobiło? - pytał mnie mój znajomek od Bagien Biebrzańskich. Ano porobiło się. Wymiar społeczny jest tego taki, że w towarzystwie nie opowiada się już nawet przaśnych anegdot na przykład z "Gargantui i Pantagruela" o podcieraniu się gęsią szyjką, gdyż Dobrzy Ludzie przestali kumać. Ci Dobrzy Ludzie nadal są dobrymi, ale akurat bez udziału książki, która jawi się pterodaktylem zamierzchłej epoki Gutenberga.

Tłumaczą niektórzy, iż pożytki płynące z lektury tradycyjnej postaci książki zastąpić mogą inne media, zwłaszcza w nośnikach elektronicznych upatrując przyszłość. A jest to wyobrażenie z gatunku tych, że róża plastikowa zastąpi żywą, zaś sztucznie upichcona woń dezodorantu zapach oryginalny.

Smutek towarzyszący tego rodzaju refleksjom jeszcze pogłębia się, gdy posłuchamy opinii osób tworzących klimat wokół książki, nie wyłączając polityków z głównych stron gazet. Na przykład mocno zapadła w pamięć wypowiedź drugiego prezydenta obecnej Rzeczpospolitej, który z rozbrajającą szczerością publicznie przyznał, że więcej książek napisał, niźli przeczytał. Inna z kolei prominentna postać oświadczyła, iż książka, w odróżnieniu od kiełbasy, nie jest towarem pierwszej potrzeby.

By dopełnić czary, trzecia, najświeższa cytacja. Wiadomo jak przemożny wpływ na tak zwanych potencjalnych konsumentów kultury miewa telewizja. Otóż jeden z bardziej lubianych dziennikarzy, niejaki Sławomir Jeneralski, raczył się wyrazić w majowym "Monitorze Wiadomości": Z biologicznego punktu widzenia ani jogurt, ani książka nie są człowiekowi potrzebne.

Dla podobnie traktujących książki osób magia czytania na zawsze pozostanie mętnym terminem ze słownika wyrazów obcych. A tęże magię co najwyżej upatrywać będą w obracaniu książeczkami czekowymi.

Co nie rzec, trwa pomór rasowych czytaczy. Topnieją szybciej od lodowców na biegunach.

Jeszcze trochę, a czytanie zepchnięte zostanie w rejony zdarzeń okolicznościowych, porównywalne do strugania świątków - prorokują czarnowidze. Kojarzyć się będzie z czynnością tyle intymną, co krępującą.

Ostatnio w pociągu doszło do interesującej rozmowy. Gadałem z pewnym wiekowym panem. Powiedział na koniec: No, kiedyś, przynajmniej nie wypadało mieć nie rozciętej* książki. Wstyd był i jakiś pozór chociaż ludziska zachowywali. Wykładnia owego spostrzeżenia jest taka, że dziś nawet pozorowanie obcowania z książką umarło, a rozmaite trepy, przepraszam - rozmaici Dobrzy Ludzie, potrafią wręcz szczycić się nieobecnością książki w ich życiu.

Czy może być jakaś pointa? Pointa jest żałosna i chyba ją sobie darujemy.

 

Lech M. Jakób


*Nie tak dawno jeszcze (a i obecnie czasem w reprintach lub stylizowanych wydaniach) sprzedawano książki ze złożonymi i nie przyciętymi arkuszami, co wymuszało rozcinanie kart specjalnym nożykiem do papieru. Takie nożyki znajdowały się na każdym domowym biurku i przy każdej biblioteczce.


Marzena Kamińska

PŁASZCZOWCE


Na ulicach maski, kaptury i płaszcze.
Bez twarzy, uśmiechu i błyszczących oczu.
Tylko kolorami udają szczęśliwość -
Nie wiedzą, że barwy płowieją na słońcu.

Kryją twarze przed pieszczotą kropli deszczu -
Boją się, że burza kolory zmyć może.
Płaszcze krótkie, długie z guzikami i bez,
Szarpane przez wiatr, co zerwać je chce z płaszczowców.

Biegną przed siebie, kłamstwo kapie im z ust.
Tych małych spotkanych bez płaszcza i maski
Prowadzą do krawca, co pozór się zwie
I coraz więcej na scenie pojawia ich się.

Co jakiś czas wichura zrywa z nich płaszcze
A wtedy giną, bo nie potrafią żyć bez.
Potem nastaje cisza, co rodzi nowe
I znów po scenie krążą płaszczowce pyłosłowe.

 

Marzena Kamińska - Łobez

 

Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (10)

Słyszę, że wybrzydzam i za surowy bywam w ocenach omawianych tu książek. Ale nie dociera merytoryczna kontrargumentacja. Dlatego nie potrafię odnieść się do podobnych uwag. Często przecież to nie tylko sprawa wiedzy, lecz także smaku i gustu. Może więc tu pies pogrzebany?

Dla malkontentów mam dziś dobrą wiadomość. Wszystkie z omawianych niżej pozycji nadają się do czytania, a część możemy nawet kontemplować. Rzadki to przypadek, nie wykluczający jednak obecności pewnych cieni.

Ciekawą inicjatywę wydawniczą podjęło Stowarzyszenie Kołobrzeskich Poetów, otwierając własną biblioteczkę pod redakcją Piotra Bednarskiego, twórcy o uznanej renomie i autora wielu znaczących książek, opiekuna grupy. W krótkim odstępie czasu ukazały się 2 tomiki. Zapewne wkrótce pojawią się następne.

Pierwszy z nich opublikowała A. Kirko (Aleksandra Kirko "Bez kalendarza", Agencja Wydawnicza DZIAŁOSZ, Kołobrzeg 2001, str. 24). Wiersze młodziutkiej autorki (rocznik 82), mieszkanki Sławoborza, są jej debiutem.

Co można powiedzieć po lekturze trochę ponad 20 utworów umieszczonych w zeszycie? Przede wszystkim to, że debiutantka nie stroni od wyrazistego obrazowania. Operuje namacalnymi szczegółami. Rolę poetyckich rekwizytów pełnią tu między innymi karnisze, garnki, zlewy, plastikowe pistolety, suszarki, kołdry i huśtawki. Przy czym nie jest to przypadkowa graciarnia, ale jej osobne, zaanektowane miejsce na ziemi.

I właśnie dzięki konkretnemu rysunkowi, dzięki ciepłu bijącemu spomiędzy wersów, powstaje specjalny, świeży klimat. Autorka uważnie obserwuje otoczenie. Lecz nawet ganiąc potrafi zachować tolerancję dla przywar bliskich, niczego nie przesądza. Na przykład mówi w jednym z utworów bez tytułu: w barze prowincji panowie z tartaku/ piją piwo/ mają piękne dłonie/ zatopione w mule rzeczywistości/ są szczęśliwi/ kalejdoskop bieli prawdziwego szkła/ delikatnie całuje ich tłuste kłaki.

Odmienną metodą poetycką posiłkował się J. Pawlak (Janusz Pawlak, "światło i ciemność", Agencja Wydawnicza DZIAŁOSZ, Kołobrzeg 2001, str. 24), układając swe strofy. Autor (rocznik 63), ma już na koncie szereg publikacji w almanachach - m. in. w "Niedokończonych słowach" (Jastrzębie Zdrój 1999) oraz "Czerwienią krzyczą maki" (Szczecin 1999), sporo drukował w lokalnej prasie. Czyli nie można uznać go za dopiero początkującego, choć zeszyt "światło i ciemność" jest jego pierwszym tomikiem poetyckim.

Co wyróżnia utwory J. Pawlaka? W przeciwieństwie do A. Kirko nie kształtuje "mięsistych" obrazów. Jego poetyka jest "sucha", pozbawiona ozdobników i karkołomnych figur. Swoją budową wiersze Pawlaka przypominają haiku. Są zwarte, oszczędne w słowach, lecz nie stroniące od refleksji.

Być może jednak autorowi potrzebna jest inna perspektywa: odseparowania się od mowy językiem potocznym, który nie zawsze ujawnia drugie dno.

W strofach poety czai się utajony liryzm i ból. W utworze otwierającym zbiorek powiada m. in.: Drewno nie wie/ że miłość bywa czasami niebieska./ Bywa też, że jest niepodobna do kobiety, zaś w wierszu "Ubranie", domykającym zeszyt, czytamy: Mieszkam w ciepłej szafie./ Jest w niej trochę światła-/ otwierasz jej drzwi i zapominasz zamknąć.

Oba debiuty Stowarzyszenia Kołobrzeskich Poetów uznać należy za interesujące. Niepokój budzi jedynie pewien bałagan edytorski: nie zawsze szczęśliwy skład, literówki, źle rozwiązane typograficznie strony tytułowe i redakcyjne.

Z regionem zachodniopomorskim, a konkretnie ze świdwinem, długie lata związana była T. Tomsia (Teresa Tomsia "Przed pamięcią", Wydawnictwo ARS NOVA, Poznań 2000, str. 67), od jakiegoś czasu mieszkająca w Poznaniu. Pod jej egidą działa tam Klub Piosenki Literackiej "Szary Orfeusz". Autorka wydała dotąd kilka zbiorów wierszy, w tym ostatnio dwujęzyczny tomik "Wieczną rzekę" ("Der ewige Fluss", W drodze, Poznań 1996).

"Przed pamięcią" zawiera blisko 60 nowych utworów nie odstających ważkością od jeszcze wcześniej opublikowanych książek "Białe tango" czy "Czarne wino". Stwierdzić nawet można, że są twórczą kontynuacją raz obranej ścieżki. Prowadzi ona autorkę w rejony arkadii, gdzie panują: porządek, równowaga, urok harmonicznych proporcji ładu i piękna. Przy czym nie jest tak, by podmiotowi lirycznemu Tomsi wychodziło to łatwo, bowiem okupuje dążenia doświadczaniem oporów fizycznej postaci świata. Ale nie tylko fizycznej. Także emocje są tu nie bez znaczenia.

Wiersze poprzedza wprowadzenie Marka Wittbrota. Lecz ze wstępami do książek podobnie jest, jak z mowami pogrzebowymi. W tym sensie, że nic złego nie wypada powiedzieć. M. Wittbrot zręcznie układa frazy gładzące poetkę, odwołując się w konotacjach już to do Ingeborg Bachmann, już to do Sylvii Plath. Ale w jednym bez wątpienia z autorem wstępu się zgodzę: T. Tomsia często poetycką przestrzeń buduje na sprzecznościach. I dodałbym jeszcze: usilnie dąży do wtopienia tworzonych strof w kanon kultury europejskiej. To trochę przeszkadza w odbiorze wierszy, usztywnia.

Osobiście najbardziej doceniłem te utwory poetki, w których mówi wprost od siebie, bez krygowania się i sztucznych póz. Gdy pisze, jak w wierszu "W odpowiedzi na =Ogród w lutym=": Żyję cicho w bliskości kwitnących łubinów,/ uczepiona skrzydeł muchy,/ co budzi siostrzanym muśnięciem,/ przyzywając światło raz jeszcze./ Jestem cykadą w sierpniu, na rozstaju.

Poetycką wyższą szkołę jazdy prezentuje też E. Juszczak. Właśnie dotarł do mnie, ze sporym opóźnieniem, jej kolejny, czwarty już, tom wierszy (Elżbieta Juszczak "Alergie", Wydawnictwo Książkowe IBiS, Warszawa 1998, str. 48). Utwory tej utalentowanej koszalinianki spotkać można w znaczących pismach - m. in. w "Twórczości" i "Zeszytach Literackich". Nota na okładce niewiele mówi, prócz tego, że pisuje również opowiadania dla dzieci, a pracowała niegdyś jako dziennikarka. Skądinąd wiadomo, że obecnie wykłada język polski dzieciakom w szkole.

Jakie są nowe wiersze autorki "świecącej ciemności"? Mocno pochylające się nad rzeczywistością naszego kraju. Nie zdziwiłbym się, gdyby kto chciał wyakcentować jej społeczny, obywatelski temperament. Gdyż gros pomiesz-czonych w "Alergiach" utworu tyka doraźnych rozdarć Polski. To, paradoksalnie, wiersze najciekawsze. Dzieje się tak, ponieważ poetka dystansuje się od stawianych diagnoz nie zawsze ukrywaną drwiną, a nawet sarkazmem, (np. utwory "Bób i ojczyzna", "Brzydka ojczyzna"). Niezależną grupę tekstów w zbiorze tworzą wiersze o proweniencji lirycznej, jakby wstydliwie maskowanej.

Nie przekonują natomiast utwory nazbyt skłaniajace się ku publicystyce. Tu coś autorce się wymyka.

Proponuję nie gubić E. Juszczak z oczu. Przypuszczalnie będzie miała jeszcze coś do zakomunikowania. Głównie dzięki wyakcentowanemu już sarkazmowi, mimo doczesnych elementów, jednak uniwersalnemu. Jak w wierszu bez tytułu, gdy uderza wprost, mówiąc: Minister jeździ lancią/ i głośno się śmieje:/ ludu, mój ludu - kij ci w oko.

Przelotny związek z Łobzem (albo Łobezem, jak chcą niektórzy) deklarował J. Durski. Ponoć - według doniesienia redaktora naczelnego "Łabuzia" - ujrzał fantom gotyckiego kościoła w tymże mieście. Cóż, Durski (rocznik 43) jest artystą, a oni często widzą to, czego przeciętny śmiertelnik dostrzec nie potrafi.

Jednak nie zwidy będą przedmiotem następnych zdań, lecz frapująca książeczka tegoż autora (Jacek Durski "Wśród krzywych luster", Wydawnictwo KSIĄŻNICA, Katowice 1999, str. 90), który - jako się rzekło - jest plastykiem. Specjalizyjącym się w malarstwie (dotąd 37 wystaw indywidualnych w kraju i za granicą), rzeźbie oraz grafice komputerowej. Prócz tego opublikował powieść pt. "Mariacka", nieźle przyjętą przez krytykę. Czyli twórca zeń pełną gębą, niespokojny, wciąż poszukujący.

"Wśród krzywych luster" to też proza, tyle że dająca się przypisać nurtowi prozy poetyckiej. Prawdziwa rzadkość. Bowiem tego typu utworów prozaicznych dziś w kraju ze świecą szukać. A szkoda, swoją drogą, gdyż wdzięczna to i pojemna forma literacka.

W przypadku Durskiego mamy do czynienia z inkrustacją 70 obrazów, skrzących się wycyzelowanym słowem. To kilku- , czasem kilkunastozdaniowe refleksje człowieka, któremu nie podoba się banał i szarzyzna otaczającego świata. I jeszcze jedno spotrzeżenie. Tym razem poczynione przez Marię Jentys na okładce: "Jawa, sen, zaświaty to w prozie Durskiego rzeczywistości równorzędne". Tak jest w istocie.

Dlatego z czystym sercem polecam tę książkę literackim smakoszom.

Przegląd chcę zakończyć pozycją nieliteracką, rekomendując jej lekturę z pozaartystycznych powodów. Ma to pewien związek z moimi własnymi przekonaniami, których oczywiście czytelnik podzielać nie musi. Jednak byłoby dobrze, gdyby chociaż spróbował po nią sięgnąć. Gdyż - czego się obawiam - książka zginie w tłumie pozycji produkowanych masowo przez liczne i często silniejsze rynkowo oficyny wydawnicze.

Mam na myśli opublikowaną serię rozmów "Dzikiego Życia" ("O przyrodzie i człowieku", PRACOWNIA NA RZECZ WSZYSTKICH ISTOT, Bielsko-Biała 2001, str. 165). Miesięcznik "D.Ż." czytelnikom "Łabuzia" nie jest obcy, choćby z tego powodu, że w kwartalniku cytowane bywają artykuły autorów tegoż miesięcznika. Rzec nawet można, iż "Dzikie Życie" z południa Polski jest bratem duchowym "Łabuzia" - wszak oba periodyki są niskonakładowe, oba niekomercyjne i oba łączy szeroko pojęta idea regionalizmu.

Lecz do sprawy. Dlaczego ta książka okazuje się tak istotna? Otóż zebrano w niej wywiady przeprowadzone z trzynastoma znaczącymi postaciami (odpowiadają m. in. Arne Naess, Stanisław Lem, Andrzej Strumiłło, John Seed, Juraj Lukać, Miriam Therese MacGillis). Zaś osią tematyczną tychże rozmów są: ekologia, stosunek kultury do przyrody, opozycja resztek dzikiego życia wobec szybko postępującej dewastacji planety. Przy czym nie są to rozważania czułostkowe, lecz uczciwe i mocno penetrujące nasze obawy przełomu stuleci.

Powiada Arne Naess w jednym z ośmiu słynnych już punktów głębokiej ekologii: My, ludzie, nie mamy prawa zmniejszać bogactwa i różnorodności życia, z wyjątkiem sytuacji, kiedy musimy zaspokoić nasze niezbędne potrzeby życiowe.

Po prawdzie i sama literatura mogłaby mieć (i miewa, ale tylko miewa) trochę więcej o tym do powiedzenia...

 

Paweł Szeroki
(lipiec 2001)

 


 
Pięć - dziesięć zdań:

 

"Spróbujmy porównać warunki, w jakich żyjemy, z warunkami, w jakich żyli bohaterowie sztuk Czechowa, i poszukać konsekwencji tych faktów. Chodzi o porównanie ich i naszego trybu życia i rozważanie skutków, jakie te fakty mają bądź mieć mogą dla jakości życia, dla psychiki człowieka i rodzaju struktur ludzkiego ducha rozwijających się najłatwiej w danych okolicznościach. To porównanie być może rzuci światło na to, co dzieje się z nami dzisiaj i czego, będąc w środku dynamicznie rozwijających się zdarzeń, nie zawsze dostrzegamy. Przyznam, że choć przywiązana jestem do sztuk Czechowa, to przede wszystkim interesuje mnie wpływ, jaki cywilizacja może wywierać na nasze życie poprzez zewnętrzne warunki, na które, być może, nie zwracamy należytej uwagi. (...)

Pośród wolno płynących zdarzeń wypijali kieliszeczek wódki dla podtrzymania. Ludzie współcześni, szczególnie gdy ich praca łączy się z napięciem nerwowym, po całym dniu stresów piją wieczorem dla rozluźnienia.

Wydaje się, że w czasach Czechowa na rozległych przestrzeniach Rosji powszechnie doświadczaną dokuczliwością był brak zewnętrznych bodźców, których my mamy zbyt wiele. Jesteśmy ludźmi działań zewnętrznych. Tryb życia czyni z nas ekstrawertyków, powoduje, że nasza świadomość skierowana na zewnątrz gubi z pola uwagi i zaniedbuje życie emocjonalne. Nie chodzi o to, że nie doświadczamy emocji, tylko, że nie zważamy na nie, nie pielęgnujemy, a nade wszystko nie koncentrujemy się na świadomym konstruowaniu własnej struktury duchowej. Skupiamy się na czynnościach. Natomiast oni pielęgnowali uczucia. I płacili za to. Czasami nawet samobójstwem.

Wydaje się, że nasze życie, nawet gdy staje się powierzchowne, jest ciekawsze, bo wypełnione mnóstwem zajęć i atrakcji. Natomiast ich nudne, bo - w naszym rozumieniu - nic nie robią. Siedzą i niespiesznie rozmawiają. Sami zresztą przyznają, że są znudzeni." (...)

 

Jolanta Brach - Czaina



Przedruk: "Res Publika Nowa" - maj 2001 r.

Dziękujemy pkl. "łabuź"


Jerzy Utkin

TAKA BLISKA


taka bliska od zawsze ledwie jedna chwila
już dotyk nieznanego odnajdują dłonie
na oślep w wirze zmysłów pąk płatki rozchyla
do wnętrza dopuszczając migoczący płomień
taka bliska jak nigdy nikt nie sięgnął po to
co na samym dnie serca skryła smuga cienia
porusza czułą strunę uczuć rwący potok
tłumiąc zdrowy rozsądek i budząc marzenia

 

Jerzy Utkin

 


KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między zaprzyjaźnionymi pisarzami. Na naszych łamach od października 1998 roku korespondują: zamieszkały w Podkowie Leśnej Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób z Kołobrzegu.

Dziękujemy - pkl "Łabuź"



Podkowa Leśna, 11 lipca 2001

Drogi Lechu,

Wróciłem! Coś się mijamy tymi e-mailami, więc ślę pocztą naziemną, zwaną też książkowo "żółwią". Dostałeś co prawda SMS-a ode mnie z Wenecji, a ja od Ciebie z Kołobrzegu (dzięki za życzenia imieninowe, zapomniałem to zrobić przez komórkę), ale zmieściło się w tym przekazie tylko 160 znaków, a ja mam zamiar poniżej podać o wiele więcej, i to słów (983, jak oblicza program Word, mieszczę się w tysiącu).

Wyobraź sobie, że na placu św. Marka, zawiedziony sklepikami z błyskotkami dla ludzi z buszu, rozglądałem się za czymś ciekawszym i za tysiąc lirów kupiłem od jakiegoś Polaka (zdzierca) kawałek "Rzeczpospolitej", mianowicie "Plus-Minus", w którym ks. Jan Twardowski wspomina Annę Kamieńską od strony, która mnie zawsze interesowała i wydawała się tajemnicza, to znaczy jej religijności. Zdumiewająca sprawa. Pani Anna była na moim ślubie z Małgosią 8 kwietnia 1970, przy placu Narutowicza w Warszawie, kościół świętego Jakuba. Do środka nie weszła, czekała cierpliwie na schodach z książką w ręku, swoim tomikiem. Podeszła do nas, kiedy rozrzedził się tłumek życzących życzliwych, i zapronowała, żebyśmy mówili jej na ty, bo "niczego innego ofiarować nie potrafi". Nie wierzyła w Boga. Panią Annę znałem już od kilku lat. Jako student trzeciego roku medycyny zaglądałem do Jana śpiewaka, jej męża a ojca mojego przyjaciela (też Jana). Umierał w szpitalu na raka.

Widziałem tam w przelocie właśnie księdza Twardowskiego, o którym Kamieńska powiedziała: "To jest wielki człowiek". Takie sploty, już historyczne. Księdza Twardowskiego po raz drugi zobaczyłem na pogrzebie bardzo mi bliskiego Emanuela Łastika, męża Iwony Smolki. Była to uroczystość całkowicie świecka, niemal do końca. Zanim jednak ludzie zaczęli się rozchodzić, ks. Twardowski mocnym głosem powiedział: "Wiem, że większość z obecnych może być od tego daleko, ale chciałbym prosić, aby ci, którzy potrafią, zmówili ze mną Ojcze Nasz". I zaczął. Najpierw mówiły dwie osoby, potem dołączyły trzy następne, a dokończyli wszyscy, z entuzjazmem. To była chwila! We mnie zachwiał się pozornie stabilny świat wciąż przypadkowych wartości.

Na skutek zbiegu przykrych wypadków moja droga na kilka lat odeszła od Janka śpiewaka i Anny Kamieńskiej. Częściej widywałem się z Pawłem śpiewakiem, choć nic nas specjalnie nie łączyło, więc raczej przygodnie. Kiedy pogodziłem się z Jankiem, nasza przyjaźń rozgorzała z ogromną siłą, ale już nigdy nie stopniał wyczuwalny lód. Anna natomiast wydała mi się jakoś dziwnie odmieniona, pokorna, dobrotliwa, spokojna. Wybaczyła mi winy bez słowa. Z jej języka znikły oceny, a pojawiły się opisy i dociekania. Pytania. Zdawała się rozumieć o wiele więcej niż my wszyscy pozostali, butni, zadufani, nietolerancyjni, ostrzy w sądach. Wierzyła w moją wiarę, dlatego zacząłem o tym myśleć jak nigdy dotąd, ale nie umiałem sprostać. Anna miała świadomość tak dalece pełniejszą, że wydałem się sobie katolikiem jedynie z tradycji, urodzenia. To bardzo zobowiązywało.

Jeszcze przed wyjazdem do Włoch z zapartym tchem słuchałem w radiu audycji zrobionej przez Iwonę Smolkę. Mówił Piotrek Matywiecki. Lekko, jakby od niechcenia, znakomicie opowiadał o poezji Anny (i także pana Jana), wplatając nieznane szczegóły z ich życia. Wyrosła z tego rzecz o poezji tak piękna, że dostałem dreszczy. Choć mówiona, to bez najmniejszej skazy stylistycznej. Tak, to wpływ Kamieńskiej, bo o niej inaczej mówić nie można, jak tylko najlepszą polszczyzną i z głębi serca. Ale też i Matywieckie analizy były najwyższej próby. Żałuję, że nie mogłem być w SPP na spotkaniu poświęconym Kamieńskiej, podobno wypadło świetnie.

No cóż, rocznica. Mimo że mamy w świdwinie konkurs im. Jana śpiewaka, że co roku jakaś garstka ludzi przypomina sobie te nazwiska, jednak przez lata czuło się, że te osoby, a wraz z nimi ich poezja giną, umykają. Dlaczego? Wiem, przychodzą nowi, muszą się jakoś rozeprzeć w tym świecie, ale czy musi to być walka na łokcie, wypychanie poza margines? A czy my nie jesteśmy winni temu, że nasi wielcy maleją? Ostatnio dostałem list od "Mrówki", tej 17-letniej dziewczyny z Kołobrzegu, która dostała od nas "Bursztynowe pióro" i zrobiło mi się przykro. Napisała w kontekście moich trenów: "Kochanowski podobno wymyślił sobie śmierć córki, żeby miał o czym pisać. Jego treny przypominają mi bigos. Przepraszam, jeśli kogoś uraziłam, ale uważam, że są nudne. Jedyne stwierdzenie "wieczny sen" utkwiło mi w pamięci." Albo: "Broniewski napisał "Do Ani" ". Obawiam się, że ten typ braku wrażliwości i wiedzy opanowuje świat. Phil Collins jest lepszy, bo łatwy i prosty. Dlatego nieco trudniejsi u takich osób nie mają szans. Mrówka osobliwie pisała w innym liście: "Wiem, że jestem dobrą poetką". Szkoda.

Godzinę temu pogadaliśmy przez godzinę przez telefon z Leszkiem Żulińskim (u jego żony robię zęby, bezboleśnie zresztą, i zawsze mam na myśli Marię K.B., co by było, gdybym mieszkał na Pomorzu). Przez niego jestem zmuszony czytywać sobotnią "Trybunę", której nie znoszę ze względu na infantylny wystrój graficzny. Uważam niektóre jego felietony za mistrzostwo świata. Dziś widzę niewielu takich autorów, obok Leszka także Mariana Grześczaka z jego "Kioskiem" w "Twórczości". Lubię Małgosię Baranowską, jeśli gdzieś się drukuje. Czasem porusza mnie Leszek Szaruga, mój kolega z łamów "Forum Akademickiego" (i kumpel z czasów zamierzchłej młodości). Któregoś razu walnął ostro, najtrafniej jak tylko można, w sprawie eutanazji: "Nikt nie może być sędzią we własnej sprawie". Ale to chyba wszystko na obecnej niwie. Gdzie te Toeplitze i Passenty kapitalizmu? Nawet wspomniany "Plus-minus", ogólnie bardzo dobry dodatek kulturalny, publikuje krótkie, felietonowe tekściki o niczym. Nie przekonują "Apokryfy" ("Tygodnik Powszechny", męczący blachami) ani Pilchy w "Polityce"  (zabawne, ale nieodkrywcze). Szkoda że już nie widzę Tyma we "Wprost". Więcej nie czytam, ani na to czasu, ani pieniędzy, a bibliotek nie lubię (chyba że dyrektorują im powabne kobietki). No i dobrze, bo bym Cię zanudził na śmierć. Ale przecież pamiętasz, że ile razy zaczynaliśmy mówić o felietonach polskich, tyle razy coś atrakcyjniejszego nam przerywało (nóżka, biuścik albo kieliszeczek na drugą nóżkę).

Słownik frazeologiczny tłukę coraz bliżej końca. Całość materiału gotowa, ale wciąż porządki, porządki jak u prządki, sprawdzanie, grzebanie w kartach haseł, zaniedbywanie jedzenia i snu. Dlatego kończę. Przypomniało mi się, że muszę wstawić frazeologizm "nie chcę, ale muszę" z kwalifikatorem "żart.".

 

Pozdrowionka
Piotrek Müldner-Nieckowski

 

Kołobrzeg, piątek 13 (!) lipca 2001 r.

Globtroterze Nadadriatycki -

a zatem Włochy Cię wypluły i wróciłeś w jednym kawałku do podkowiańskiej gawry! Mam nadzieję, że chociaż buty miałeś dobre, bo ja niegdyś w podróży londyńskiej do krwi nogi zdarłem, przez głupotę pierwej zaopatrując się w nowe trzewiki. Powierzone nie znoszonemu obuwiu stopy, okryte pęcherzami i warstwą bandaży, cierpiały okrutnie. Wniosek z tego bolesny był taki, że - prócz wyżywienia i śpiwora - we wszelkich włóczęgach najważniejsze są wygodne buty! Potem, nawiedzając Norwegię, już równie kardynalnego błędu nie popełniłem.

Przy okazji peregrynacji wspominasz Annę Kamieńską. Onegdaj wymieniliśmy z Nią kilka listów (zielony papier). Najbardziej ujęła mnie Jej przemiana u kresu żywota. Twórczo żarliwa, dociekająca, chciałoby się rzec - świadoma. Z przydechem czytałem Jej na poły prywatne refleksje (opublikowane częściowo pośmiertnie przez wydawnictwo W DRODZE). Teraz, gdy o tym myślę, uświadamiam sobie, iż właśnie owe zapiski miały pewne stymulujące znaczenie dla kształtu mojego notatnika poetyckiego "Ból i pełnia". Między innymi. Tak czy siak, nie spotkawszy A. Kamieńskiej osobiście ani razu, czuję się w dużej mierze Jej dłużnikiem.

Sam doskonale wiesz, jak rozmaitymi ścieżkami chadzają nasze fascynacje, czasami skrywane, a czasami ujawniane. W tej naszej kulturze wszyscyśmy wzajem coś sobie winni. Wszyscyśmy z pnia wspólnego, choć czasem zdziczałe odrośle się trafia.

Lub z lekka przygłupiaste. Tu nawiązuję do owej panienki, Mrówki, czy jak jej tam, sekującej treny J. Kochanowskiego. Zastanawiam się nieraz, skąd ta fanfaronada u młodocianych niedopoetek. Ta infantylność pomieszana z ostentacyjnym bezguściem. Ale - błysnęło teraz - może Mrówka podobnymi opiniami celowo Cię prowokuje?

Skoro o siedemnastolatkach mowa, wczoraj odwiedziła mnie Agnieszka Wesołowska z Łobza, spędzając w Kołobrzegu cały dzionek. W odróżnieniu od Mrówki (i tu obaj mieliśmy nosa!) A. W., mimo widomego talentu, jest skromna. Wyobraź sobie, że nie chce dać się namówić na publikację świetnego (czytałem, więc zaręczam) minieseju z pogranicza lingwistyki i filozofii. Bagatelizując, odkłada do nieokreślonego kiedyś. Ale spróbuję jeszcze nakłonić Leona Zdanowicza do umieszczenia eseju w jednym z późniejszych numerów "Łabuzia".

Lecz wracam do samej wizyty A.W. Przeżyła przygodę (no, przygódkę, powiedzmy) żeglarską. Zabrałem ją w porcie jachtowym na pokład szkunera "Ark" i wyszliśmy na godzinę w morze. W porywach dęło do 6 w skali Bouforta, czasem fala chlusnęła przez bukszpryt i dziób. Akurat kapitanował "Arkowi" dobry znajomy (nawiasem mówiąc też czasem pisujący) Józef Radyszewski, więc uprosiłem go, by oddał na chwilę koło sterowe Agnieszce. W ten sposób, z drżącymi ze strachu łydkami, w sporym rozkołysie, Agnieszka prawie kwadrans sterowała jachtem. I muszę powiedzieć, że - wyjąwszy zwrot przez sztag - całkiem nieźle jej szło!

Felietony. Trudna sztuka. Chciałoby się zawołać: dajcie Słonimskiego naszych czasów!

Nie śledzę prasy regularnie, ale do szeregu ciekawie uprawiających tę formę (z czytanych, bo przecież nie wszystkich znam) dołączyłbym jeszcze R. Stillera pisującego o języku w "Rzeczpospolitej" oraz niejakiego Janusa, który świetne kawałki smaży w lokalnym dzienniku "Głos Pomorza" (że w lokalnym, to nikt go poza regionem nie zna). To prawda, felietonem nie można się najeść (jak nie nasycisz się deserem), lecz łechtać winien nasze kubki smakowe. A może bardziej uprawnione byłoby powiedzenie o zębach. Jeśli felieton nie ma zębów (innymi słowy - jeśli nie gryzie), nie jest wart zachodu.

Cieszę się, że zdążyłem odpowiedzieć teraz, bo za kilka dni wyjeżdżam z Kimś nad moje ukochane jezioro. Szczupaki wzywają. I to nie tylko ponadmetrowe.

Z innych wyjazdowych planów letnio-jesiennych na celowniku: Biebrza, Mazury i Bornholm.

Bornholm wyskoczył w ostatniej chwili, ale nabrałem oskomy. Może trudno będzie Ci uwierzyć, lecz na tej duńskiej wyspie, ledwie kilkadziesiąt mil morskich od Kołobrzegu, nigdy nie byłem. Bornholm - słynne marzenie uciekinierów (kajakami, pontonami, a zdarzali się i śmiałkowie podejmujący próby wpław) PRL-u. Opływałem tę wyspę "Zawiszą Czarnym", była protoplastką wyspy Balaam w mojej humorystycznej powieści "Gang", lecz dotąd mijaliśmy się. A właśnie Żegluga Gdańska otworzyła nową linię i krótki wypad w tę stronę między zajęciami możliwy do upchnięcia.

I wreszcie są mocno spóźnione "Jęzostrzępy". Jeden z pierwszych egzemplarzy ślę równolegle pocztą tradycyjną. Ciekaw jestem Twoich wrażeń, Przyjacielu!

Historyjka tycząca zbioru aforyzmów jeszcze taka, że wersja elektroniczna w Porcie Wydawniczym www.literatura.net.pl o jakieś trzy tygodnie wyprzedziła wydanie papierowe, zaraz wchodząc na listę 10 najpoczytniejszych (przy blisko tysiącu tytułów dotąd opublikowanych w Porcie) książek. W chwili, gdy skrobię niniejsze, akurat dotarła do miejsca nr 1. Na owej liście są także m. in. Manuela Gretkowska ("Namiętnik"), Izabela Filipiak ("Twórcze pisanie dla młodych panien"), Ewa Bieriezin i Jacek Bieriezin ("Obudź mnie z sobą!") oraz Sławomir Łubiński ("Profesjonaliści").

Lecz, przyznaję, nie bardzo wiem, jak się do tego ustawić. Bo niby ładnie brzmi: pierwsze miejsce na liście elektronicznych bestsellerów - ale czy to coś więcej, poza ciekawostką, znaczy? Wątpię. W każdym razie wciąż mam mieszane uczucia i - póki co - pójdę do zwykłej księgarni sprawdzić jak na książkę reaguje papierolubny czytelnik. Tu przynajmniej stąpamy po wypróbowanej ziemi.

 

Z przyjacielskim uchwytem Nelsona (póki nie skonam) -
Tfuj Lech Przedjeziorny

Ps. Słownik frazeologiczny, hmm, tak, ale - do nędzy! - kiedy?

 



Stanisław Popek

LAMENT


Cóżeś uczynił ludu Izraela
że los rozmiata twe dzieci
po świecie
cóżeś uczynił Dawidowy synu
że wiatr ciągle miecie
twój nimb prapierwszeństwa
cóżeś uczynił synu Izajasza
że pierzchać musisz
po globu przestrzeni
i musisz głosić poprzez własne usta
OTO WYBRANY...

xxx

A wy
reszta świata
macie czelność wątpić
gdy lud Izraela
zbiera się na trwogę
pod ścianą Płaczu?

xxx

Cóżeś uczynił
ponad ten ciężar
wybrańców przez Boga?


18.02.2000
Stanisław Popek

 

Dariusz Kaleta
Robert Ćwik

PIÓRKO WALECZNY*

Sześć białych wielorybów wzbiło się nad bałwany fal morskich i eksplodowało. Pan Piórko patrzył z zachwytem, jak rozerwane ciała tworzą na niebie barwną miazgę. Owe drobne cząstki ciał wielorybów zamieniły się w białe konfetti.

- Wspaniale. Jestem pod wrażeniem. Coś tak pięknego mogło przydarzyć się tylko mnie - stwierdził Pan Piórko.

Morze, niczym wierny pies, lizało jego stopy. Jasna plaża, turkus morza, błękit nieba z sypiącym się leniwie do wody konfetti.

- Cudownie! Cudownie! - krzyczał rozradowany Pan Piórko, gdy kolorowe skrawki papieru przybrały postać sekretarki szefa, panny Wiktorii. - Madonna - wyszeptał.

Był bliski ekstazy.

W tym momencie stało się coś nieoczekiwanego. Morze, dotychczas mile liżące podeszwy, raptem zaczęło kąsać palce jego stóp... Pan Piórko obudził się. Sen o eksplodujących wielorybach uleciał. Za to nie zniknęła Buka, stojąca w nogach łóżka. Lekko podgryzała palce pana, próbując go obudzić, co w końcu się udało. Niebawem stara Malwina zastuka do drzwi i zacznie krzyczeć:

- Hełbata, hełbata na stole!

Pan Piórko przeciągnął się leniwie, popuszczając wiatry. Buka, z wyrzutem spoglądając na swego pana, poczłapała do przedpokoju.

- Sześć białych wielorybów... - mruczał pod nosem. - Sześć białych wielorybów... Sześć...

Otworzył okno. świeże powietrze omal go nie powaliło, a promienie słoneczne wbiły się w gałki oczne z siłą sztyletów. Pan Piórko przestał mantrować miniony sen i ruszył do łazienki.

Z plastikowego kubka, stojącego przy lustrze, wydobył mocno zużytą szczoteczkę do zębów. Wyglądała, niczym Buka z jej wyliniałą sierścią.

- Ciekawe, jakiegoż to ojca mogła mieć ta szczoteczka? - zaczął zastanawiać się Pan Piórko.

Genealogiczne rozważania skierowały jego myśli także ku Buce, której pochodzenie było przynajmniej niezwykłe. Otóż protoplastą Buki okazał się królik spożyty przez artylerzystów Bonapartego pod Berezyną. Jednak nim wylądował w kotle, zdążył zaspokoić swą chuć, wyżywając się na suce o wdzięcznym imieniu Markiza. Zrodzone z tego związku potomstwo, czyli między innymi też Buka, chętniej żywiło się pokarmem roślinnym niż mięsem. Buka

Dla Pana Piórko nie istniał piękniejszy czworonóg. Innego zdania byli ludzie na ulicy i właściciele rasowych psów spaceru-jących skwerami miasta. Im Buka przypominała wycior armatni z różowo-pomarańczowymi końcówkami włosia. Szczególne obrzydzenie wywoływał ogon Buki. Bez sierści, długi i chudy, jak u szczura. Za to samej Buce ogon ten bardzo się podobał i merdała nim nieustannie, ujawniając tym sympatię do ludzi oraz innych psów. Natomiast pysk Buki mógł wzbudzić respekt. Łeb jej przypominał zwały skołtunionych włosów walających się na podłodze u fryzjera, pośród których - niczym przypadkowo zagubione guziki - pobłyskiwała para bursztynowych oczu. Uszy Buki były wielkie, obwisłe i włochate. Potrafiły jednak stać na baczność, niczym słuchy zająca lub para zbyt długo używanych podkolanówek. Kiedy Buka chciała przestraszyć innego psa, stawiała uszy na sztorc, co zastępowało u niej zjeżenie sierści na grzbiecie, w taki sposób, że adwersarz kulił się i uciekał do swojego pana.

Zęby Buki też były niezwykłe. Oczywiście, posiadała, jak wszystkie psowate, dwa długie kły we właściwym miejscu, a do tego - po przodku zjedzonym pod Berezyną - tej samej wielkości parę górnych siekaczy. Ilekroć ktoś spojrzał na jej uzębienie, nieodmiennie pytał:

- Tak właściwie, to co ona je?

- Marchew - odpowiadał z dumą Pan Piórko i prężył zapadłą pierś.

- Marchew, mówisz pan... taaa... - przytakiwali zwykle ciekawscy, pukając się w czoło.

Pan Piórko z impetem wrzucił szczoteczkę do kubka po jogurcie. Spojrzał w lustro na własne odbicie i zadumał się. Postać, która spoglądała na niego z naprzeciwka, robiła na nim raczej marne wrażenie. Przy wzroście stu sześćdziesięciu pięciu centymetrów jego duża głowa osadzona na wątłej szyi sprawiała, że wydawał się sam sobie jeszcze niższy. Czterdzieści trzy lata deptania ziemi oraz intensywnych duchowych przeżyć pozostawiły na jego szlachetnej głowie niewiele włosów. Westchnął na myśl o tych wszystkich młodych ludziach z wygolonymi głowami, z barami jak szafa, których mijał codziennie, spacerując ulicami Kołobrzegu. Byli tak napakowani, że ich ruchy przypominały ruchy kraba.

- Już nigdy taki nie będę - wzdychał z pewnym żalem, wyobraziwszy sobie swoją zmienioną posturę. Pan Piórko

Momentalnie na wspaniale wysklepionej piersi i kształtnym torsie pojawiała się zbroja. Złota, z mieniącymi się kamieniami. Ten, co ją nosił, był niepokonany. Oczy wszystkich kobiet w mieście kierowały się w stronę wspaniałego męża, a słowa uwielbienia spływały balsamem na jego uszy. Jednak po chwili wspaniała wizja czmychnęła za plecy postaci w lustrze i Pan Piórko musiał stawić czoła włas-nemu odbiciu. Próbował dodać sobie animuszu, prężąc bicepsy, ale efekt okazał się mizerny. Istocie w lustrze najlepiej udawało się wypinanie brzucha, który zdominował cały wizerunek. Pan Piórko poczuł, jak uchodzi z niego energia, oddając pole rosnącej frustracji.

- Co we mnie jest pięknego? - zadał retoryczne pytanie.

Wtem poczuł wzbierającą falę samozadowolenia.

- Oczy!!

Ta myśl mile połaskotała jego miłość własną. Pochylił się ku tafli lustra i z wielkim zaciekawieniem zaczął analizować kształt swoich oczu. Regularność zaokrągleń powiek mógł porównać tylko do łuków gotyckiego sklepienia katedry. Zachwyciły go białka, na których sieć popękanych żyłek ułożyła się w witraż równie piękny, jak ten w katedrze.

Nagle, niczym światło w tunelu, wtargnęła do umysłu Pana Piórko i skupiła jego uwagę myśl, a raczej wspomnienie z planety, gdzie był jedynym władcą i rycerzem - w poprzednim wcieleniu. Planeta, którą władał, zamieszkana była przez amazonki, zdumiewającej urody i samodzielne. Wojowniczki te dosiadały wielkich ślimaków, znaczących swoje szlaki lepkim lśniącym śluzem. Każdy z nich niósł na grzbiecie również domek, w którym amazonka mogła się schować w razie niepogody.

Pan Piórko miał największego na planecie ślimaka, o wdzięcznym imieniu Fallus. Gdy inne ślimaki mijały Fallusa, na grzbiecie którego siedział pan i władca planety, pozdrawiały go tocząc śluz i ślinę, a dumne wojowniczki pokornie chyliły głowy. Od czasu do czasu któraś z nich, oprócz pozdrowienia, mówiła:

- Jestem chętna - i wskakiwała do domku, aby po chwili otworzyć jedno okno, potem drugie, znajdujące się dokładnie naprzeciw. Przez pierwsze wychylała się, a drugim wystawiała swoje jędrne pośladki, zawsze od strony Pana Piórko, który ku nim kierował swego Fallusa. Szacunek nakazywał amazonce patrzenie w drugą stronę podczas sczepienia, by nie krępować spojrzeniem jej pana. Inne wojowniczki, mijające na swych ślimakach wybrankę, rzucały jej zazdrosne, ale i pełne miłości spojrzenia...

"Ave Piórko!" zagęściło atmosferę planety, wtłaczając różany zapach w nozdrza władcy.

Chłód umywalki ostudził mimowolną erekcję i przywró-cił Pana Piórko rzeczywistości. Uświadomił sobie, że podobne ślimaki widział na wystawie rzeźby w miej-skiej galerii. Czyżby artysta też pochodził z jego planety? Wszak nie spotkał tam innych mężczyzn. "Później się tym zajmę" - pomyślał, spryskując twarz wodą. Malwina

Załomotało coś u drzwi mieszkania. To była stara Malwina.

- Panie Piółko! Miał pan iść do fotogłafa. I hełbata na stole!

Malwina, nie czekając na odpowiedź, poczłapała z powrotem do swojego mieszkania.

"Fotograf" - pomyślał Pan Piórko, ubierając się powoli. Był z nim umówiony na sobotę, czyli jest sobota. Na dodatek ta jedyna w miesiącu, kiedy szef dawał wolne swojemu pracownikowi. "Ze świecą by szukać równie dobrego pryncypała w mieście. Cudo człowiek" - myślał z głębokim wzruszeniem Pan Piórko. W swojej naiwności nie wiedział, że ta szczególna sobota była też dniem święta jego szefa, który wtedy właśnie mógł, w zaciszu biura, wsadzić rękę pod majtki swojej sekretarki Wiktorii. Żona szefa również była przekonana o jego wielkim oddaniu firmie i pracowitości. Mąż jej istotnie pracował, nawet bardzo ciężko. Jego twarz bywała bordowa z wysiłku. Zaraz potem wydawał z siebie głośne sapnięcie, a na stężałej twarzy pojawiały się wyrazy ulgi. Po chwili, gdy Wiktoria opuszczała spódnicę, podciągał już spodnie. Wiktoria

Panna Wiktoria należała do kobiet ponętnych. Jej nogom stanowczo nie brakowało długości, a piersi sterczały niczym dwa zeppeliny. Mierzyła sto dziewięćdziesiąt sześć centymetrów, wpędzając tym Pana Piórko w zachwyt i udrękę. Ilekroć wypełniał jakiś dokument, przyniesiony od szefa przez Wiktorię, twarz jego nieodmiennie znajdowała się na wysokości jej koronkowych majtek, okrywających boskie wzgórze pod kloszem minispódnicy. Chwile te wprawiały Pana Piórko w roztrzęsienie. Nie potrafił spojrzeć w oczy Wiktorii, aby nie zorientowała się, jak bardzo ją pożąda, a może i kocha. Kiedy mówiła, przenosił wzrok z jej majtek na pełne usta i wisiał na nich, niczym alpinista uczepiony skalnego występu. Zawsze prosił ją o powtarzanie ostatnich kwestii, a ona unosiła kąciki ust w nieco kpiącym uśmieszku. Zmysłowe wargi ponownie wydymały się kształtując repetowane słowa, by w końcu zniknąć razem z ich właścicielką gdzieś w głębi biura.

Pan Piórko trwał w ekstatycznym oszołomieniu, niczym święty oglądający anioła. Godzinę zbierał myśli i starał się przypomnieć sobie, co usta mówiły. W koncentracji przeszkadzała mu nieustannie powracająca erekcja, czasami wręcz nie do zniesienia. Postanowił podarować Wiktorii zdjęcie z dedykacją "Od najlepszego przyjaciela". Okazało się jednak, że żadnych swoich zdjęć już nie ma.

Skwer, przy którym znajdował się zakład fotograficzny, tonął w słońcu. Było tam pełno ludzi i psów, które wypinając się użyźniały miejski trawnik. Pan Piórko stanowczym krokiem wszedł po schodach do zakładu, oznajmiając panience za ladą cel wizyty. Usłyszał, że mistrz Hałer zajmie się nim lada moment.

Mistrz był w mieście powszechnie znanym foto-grafem. Wieść gminna niosła, jakoby za pomocą aparatu potrafił wyrwać duszę z modela, obnażyć prawdziwe ego i na dodatek poszatkować na osobne odbitki.

Zza kotary wyszła kobieta z małą dziewczynką. Dziecko, mijając Pana Piórko, kopnęło go w łydkę, pokazując język. Pan Piórko nie zdążył nawet zareagować, kiedy usłyszał "Następny!". Jakaś żylasta dłoń chwyciła go za rękaw marynarki i wciągnęła w ciemną czeluść.

Za kotarą dokładnie poinstruowano Pana Piórko, jak ma usiąść, przekrzywić głowę i w którą stronę skierować wzrok. Dowiedział się też, że zdjęcia zostaną wykonane polaroidem i będą gotowe za moment, więc będzie też mógł od razu je zobaczyć i zabrać.

Oczekując przeglądał kolorowe czasopisma wyłożone na stoliku. W chwile potem zjawił się roztrzęsiony Hałer, mamroczący pod nosem, że za cholerę nie wie, co się dzieje i wcisnął zaskoczonemu klientowi odbitki w dłoń. Pan Piórko ostrożnie spojrzał na zdjęcia i omal nie spadł z krzesła.

Cud! Wydarzył się cud! Zdjęcie, owszem, ukazywało fotografowanego w całej okazałości. Z wyjątkiem pewnego elementu, który zbił z tropu Hałera. Natomiast Pan Piórko nie ukrywał zachwytu. Szczegółem tym była zbroja, cała ze złota, szczelnie okrywająca pierś Pana Piórko. Mistrz Hałer przepraszał, próbując zrzucić winę na materiał fotograficzny, a w końcu zaproponował powtórzenie sesji.

Jakież było zdumienie fotografa, kiedy ponownie ujrzał na zdjęciu zbroję. Tym razem oksydowaną na czarno. Pan Piórko skomentował zmianę słowami: "Nie wiedziałem, że tak lubię się przebierać."

Fotograf otarł pot z czoła i klnąc cicho znikł za kotarą. Pan Piórko opuścił zakład, dzierżąc w dłoni swoje podobizny. Pan Piórko

- Jestem rycerzem. Mężnym rycerzem - mruczał do siebie, idąc przez skwer do domu.

Podniósł wzrok znad podziwianej fotografii i zamarł w bezruchu. Przed nim stało zjawisko nieziemskiej wręcz urody. Zza grzywy jasnych włosów spoglądały na Pana Piórko oczy niewiarygodnie duże i wypełnione błękitem kołobrzeskiego nieba. Anioł ubrany był w obcisłe dżinsy i pomarańczowy trykot, okrywający kształtne piersi. Oniemiały Pan Piórko nie potrafił wydobyć z siebie nawet słowa. Wtedy to dały o sobie znać siły ciemności.

Diaboliczna ich moc objawiła się Panu Piórko pod postacią czarnego dobermana. Sierść psa lśniła jak wysmarowana łojem. A pęd bestii ku aniołowi wyglądał wyjątkowo groźnie. Krew zastygła w żyłach Pana Piórko. Ułamek sekundy później wybuchł w jego ciele gejzer adrenaliny. Trzema susami pokonał drogę i niczym pantera runął na korpus zwierzęcia. Rozgorzała zaciekła walka.

Przerażony niespodziewaną napaścią doberman zareagował dopiero wówczas, kiedy zęby Pana Piórko zatopiły się w jego uchu. Kwik psa i ryk wydobywający się z gardła nieustraszonego rycerza przykuły uwagę przechodniów. Szamotanina pod różanym krzewem trwała nadal. To Pan Piórko był u góry, to znowu doberman. Pan Piórko czuł na twarzy oddech przesiąknięty zapachem nie strawionego mięsa, pies natomiast drapieżne szpony człowieka, wbijające mu się w kark i żebra. Nie wiadomo, czy nasi ojcowie mężniej stawali na polach Grunwaldu, czy Pan Piórko na skwerze.

Pomału opuszczały go siły. Przewrócił się na plecy, odsłaniając podduszone i okrwawione cielsko dobermana. Obaj ciężko dyszeli.

- Ten wariat chciał zagryźć mojego Rexa! - histerycznie krzyczał anioł, wymachując rękami.

Nad Panem Piórko pochyliły się twarze o nieprzyjaznych spojrzeniach. Czyjeś twarde dłonie poderwały go z ziemi, a czapki policyjne zasłoniły do niedawna widoczny skrawek nieba. Pan Piórko

Tego dnia cały Kołobrzeg mówił o szaleńcu, który poturbował psa. Dowodząc zdarzenia pokazywano na skwerze okrwawiony rękaw niedzielnej marynarki, a radio biło na ten temat pianę z takim zacięciem, że Malwina nie nadążała ze zbieraniem jej gąbką z odbiornika. Zrezygnowana usiadła na krześle i skomentowała wiadomości:

- Co za czasy. Ludziom odbija. Nie mógł taki iść do sklepu mięsnego? Aj, aj, aj, żeby to psa żywcem chcieć zeżreć...

 

Dariusz Kaleta
Robert Ćwik

 
* początkowy fragment powieści pt. "Pan Piórko". Rysunki w tekście: D. Kaleta

 



Dariusz Kaleta - (ur. 1960 r. w Lubaniu śląskim) absolwent ASP w Krakowie - Wydziału Grafiki w Katowicach. Uprawia malarstwo sztalugowe. Swoje prace prezentował na wielu wystawach zbiorowych oraz indywidualnych w kraju i za granicą. Od 1998 roku mieszkaniec Kołobrzegu.
Robert H. ćwik - (ur.1963) absolwent Instytutu Filologii Angielskiej UAM w Poznaniu. Tłumacz języka angielskiego. Ostatnio nominowany do nagrody głównej w konkursie poezji ogłoszonym przez amerykańską internetową witrynę poetycką Poetry.com. Mieszka w Kołobrzegu od 1990 roku.


Paweł Kozioł

ZŁY POETA PRZEPRASZA ZA PRZERWĘ W KORESPONDENCJI


jest taki punkt na siatkówce oka
nazywany plamką ciemną a może ślepą

źródło, a może ujście, splątanego strumienia
którym to, co widzimy, dociera do mózgu

i tak jak źródło nie jest strumieniem, który z niego uchodzi
tak ten punkt jest zupełnie pozbawiony wzroku

tyle fizjologia - nauka która nie wie
że w mózgu znajduje się podobny punkt

za sprawą którego czasami zapominamy o kimś
na długo, na bardzo długo

a potem przypominamy sobie tak nagle, jakby zauważając niebo
nie dostrzegane, bo przecież zawsze było nad głową

Paweł Kozioł

 

Marek Wawrzkiewicz

RUDA

Dziadek Michał miał dwie siekierki na karku, ale gospodarkę trzymał twardą dłonią. Swojemu wnukowi Jędrkowi też nie popuszczał, mimo że w przeci-wieństwie do rodziców był porządnym człowiekiem: fakultety ukończył należyte, rolnicze, miejskie mieszkanie porzucił i bez wahania przeniósł się na wieś. Żyło im się bezkonfliktowo, choć niełatwo.

- Jak przyjdzie pora, to ci wszystko przepiszę i wtedy będziesz się rządził po swojemu.

Pora nie przychodziła.

Jesienne wieczory dziadek Michał poświęcał głównie omawianiu życia swego syna, a Jędrkowego ojca. W tych omówieniach nie było życzliwości, choć niekiedy pojawiała się nuta usprawiedliwienia - wszystko przez niewłaściwy ożenek, którego owocem był Jędrek. Zdaniem dziadka prawdziwy mężczyzna nie powinien żenić się z babą, która nie odróżnia jęczmienia od owsa i koniczyny od lucerny Z takiej baby pożytku mało nawet w mieście, do którego zdradliwie ściągnęła niewinnego, na łonie nieskażonej przyrody wychowanego gołowąsa. Z wywodów tych wynikały wnioski praktyczne: Jędrek powinien ożenić się właściwie. I to był jeden z ważnych warunków, od których zależało zapisanie gospodarki.

Jędrek puszczał te wywody mimo uszu, bo do matki nic nie miał, a do żeniaczki mu się nie paliło. Ale wszystko zmieniło się we wrześniu za sprawą nowej nauczycielki. Wieczory dziadek spędzał teraz sam. Bardzo krytycznie skomentował to w jakieś niedzielne przedpołudnie.

- Dawniej po wsiach to rudych wcale nie było. Jak się dziecko urodziło rude albo ryżawe, to je gołe wynosili na mróz. Dostawał taki czerwoniec zapalenia lekkich, nóżkami bryk- byrk i do ziemi. A wiesz dlaczego? Żeby się konie nie płoszyły.

Jędrek czasem wybuchał śmiechem, czasem zamilczał, ale za Elką latać nie przestawał. Zimowe wieczory były długie. Dziadek Michał nie lubił telewizji, zjadał na kolację byle co i wcześnie kładł się do łóżka. Ze stoliczka brał "Krzyżaków" w starym, rozsypującym się wydaniu i śledził losy Zbyszka oraz jego stryja, Maćka. Danuśki nie lubił, bo to taka dziewczyna ni to z pierza, ni to z mięsa, sympatyzował z Jagienką. Bardzo był ciekaw jak się ta książka zakończy, ale to miało się rozstrzygnąć dopiero za parę lat: dziadek zasypiał po przeczytaniu najwyżej trzech stron. Zasypiał, ale budził się w nocy.

Wiatr poświstywał, z oddali słychać było spóźniony pociąg, szeleściły resztki liści na topoli, księżyc osłupiałym okiem zaglądał w ciemne okna, za którymi działy się ludzkie sprawy. Dziadek ciężko wzdychając przekręcał się z boku na bok, myślał o Jagience, Danuśce i Elce, aż wreszcie zasypiał znowu.

Elka dojeżdżała do szkoły z odległego o osiem kilometrów miasteczka małym fiatem. To również nie budziło entuzjazmu dziadka.

- Baba za kierownicą - co to za czasy! Ożenisz się z taką, ona zabije na drodze niewinnego człowieka, pójdzie siedzieć, a ty dzieciaki będziesz niańczył. A dzieci też pewnie będą rude. U nas w rodzinie nigdy takiego nie było. Wstyd na całą gminę!

Ale Jędrek, schowany za pancerzem świętej cierpliwości i z tytaniczną siłą wybuchłego uczucia, robił swoje. Metodą kropli drążącej skałę doprowadził do tego, że już w listopadzie Ela zaczęła się pojawiać w domu.

Dziadek na ogół milczał i tylko czasami wypowiadał się skąpo na tematy kolorystyki. Ruda nie reagowała Jakoś tak niepostrzeżenie przesunęła to i owo, placków kartoflanych usmażyła, doniczkę z paprotką przyniosła i postawiła na parapecie. Porobiło się inaczej i chyba trochę lepiej. Któregoś wieczora dziadek z wnukiem i Elą wypili litr pod symboliczną zakąskę. Stawała jak równy z równym. Zmiękło twarde chłopskie serce, ale charakter nie pozwolił tego okazać.

Wieczorami Jędrek odprowadzał narzeczoną za bramę. Wsiadał do jej samochodu i siedział w tej ciasnocie nie wiadomo po co. Wracał późno, tuż po tym, jak rozległ się dźwięk zapalanego motoru malucha, co niektórzy uważają za najpiękniejszy hałas na świecie. Cisza rozdarta tym hałasem zrastała się, wracały na swoje miejsca zwyczajne wiejskie dźwięki. Skrzypiał przejeżdżający drogą rower, stary Maciejak z sąsiedniego domu czterdziesty rok bezskutecznie wychowywał żonę, z przyzwyczajenia i nudy szczekały psy.

Czasem Jędrek z Elką gdzieś się zapodziewali. Dziadek Michał sen miał czujny, przez sen i szczekanie psów nasłuchiwał: wraca, czy nie wraca? Sam Jędrek wraca? Wyglądało na to, że sam.

Parę dni w miesiącu Elka się nie pokazywała. Jędrek nie proszony wyjaśnił, że jeździ do Olsztyna, bo studiuje zaocznie. Dziadek tylko prychnął. Nie zrażony tą reakcją Jędrek poruszył wreszcie omijany od dawna temat.

- Tak to jest, dziadku... Przyszła kryska na Maryśka. Myślę o tym, żeby się ożenić.

- A myśl, myśl... - zaskrzypiał zgryźliwie dziadek. - Tylko, żeby z tego myślenia co dobrego było.

- Będzie dobrze.

- Iiii - zwątpił dziadek. - A niby po co ci ta żeniaczka?

- No... kocham ją.

- Kocham, kocham! Ja z twoją babką dwadzieścia siedem lat przeżyłem, a takich głupot nie wygadywałem ani razu. Jędrek roześmiał się.

- Czasem mówić nie trzeba. I tak wszystko wiadomo.

- Mądrala! - powiedział dziadek.

Ale w nocy zaczął wspominać - jak to z nim było?

Ludzie byli inni, świat byt inny i, co najważniejsze, wieś były inna. Jak się młodzi ku sobie mieli, to wszystko odbywało się normalnie. Najpierw on ją parę razy zaczepił, potem zatańczył z nią na zabawie, potem paręnaście wieczorów postali razem pod płotem. I już cała wieś wiedziała, że coś z tego będzie. Tak było z nim i jego Anielką Nawet się jej nie oświadczał, tylko z rodzicami pogadał, a z nią termin ślubu ustalili. Czy ją kochał? A dlaczego miałby nie kochać? Niebrzydka była kobieta, porządna i robotna. Niekiedy wracał rano od obrządku i zastawał ją, jak się krzątała przy kuchni. Podchodził do niej i chwytał ją w pół. - Coś ty, Michaś. coś ty...? - pytała niby zdziwiona, ale zaraz obejmowała go za szyję. Miłe to były chwile. Ale czy to miłość? Kto tam miał czas się nad tym zastanawiać...

Pewnego lutowego poranka dziadek Michał wstał wcześniej niż zwykle. Już miał złapać za klamkę do drzwi łazienki, kiedy dobiegł go szum prysznica. Zajrzał do pokoju wnuka. Jędrek spał jak zabity. Dziadek poszedł do kuchni. Między kuchnią a łazienką było przesłonięte firanką okienko. Przystawił taboret i dyskretnie postękując wlazł na niego. Odrobinę uchylił firankę. Ela stała w wannie pod tuszem. Dziadek Michał przełknął ślinę.

Czterdzieści lat temu zobaczył przypadkiem gołą Hankę Grzybównę. Był już wtedy od dawna żonaty i widok nagiej kobiety nie był dla niego nowością. Ale Hanka miała dwadzieścia lat, czerwiec był bujny i upalny, a poranne słońce przenikało ją na przestrzał kiedy wchodziła do pachnącej bzami rzeki. Minęło tyle czasu, a dziadek Michał żył w przekonaniu, że nic piękniejszego już nigdy nie zobaczy. Mylił się. Widział to właśnie teraz, kiedy szło mu na siedemdziesiąty ósmy rok.

Rude włosy opadały na ramiona i piegowaty nos. Piersi miała niezbyt duże, ale soczyste i jędrne. Dziadek pomyślał, że taką pierś można trącić palcem, wyjść na dziesięć minut po papierosy, wrócić, a ta pierś jeszcze będzie drgała. Brzuch był prawie płaski, leciutka wypukłość dodawała mu miękkości i jakiegoś rozmarzenia. A niżej byt płomień. Te włosy były o wiele czerwieńsze niż na głowie...

Właśnie przełykał ślinę po raz drugi, kiedy Ela uniosła głowę w jego stronę. Figlarnie błysnęło orzechowe oko. Dziadek lekko się zakrztusił i zlazł z taboreta.

W sobotę wieczorem siedzieli przy stole w kuchni i jedli kolację. Elka zrobiła pierogi z kapustą i grzybami. Dziadek Michał jadł, smakowało mu, ale wiercił się na swoim krześle. Skończył, odsunął talerz i chrząknął.

- A matka twoja... Żeniata?

- Nie rozeszła się z ojcem.

- Patrzta ludzie... Też ruda?

- Ruda.

- Musi piękna kobieta.

 

Marek Wawrzkiewicz

 

Stefan Kosiewski

BANIA

w Ławaryszkach bania
Tadeusz i Wala

grzyby na talerzu
pokrywają, śledzie

kościół bez posadzki
stoi jak potrzeba

prosto w dół po śniegu
mróz do Wilii jedzie

zioła dojrzewają
do ciemnego chleba

na świętego Jana
noc oczarowana

ostra wyspa rzece
rozchyla kolana

i lasy zachodzą
do siódmego nieba

nad Wileńszczyzną
nie zasypia kania

 

18.5.01
Stefan Kosiewski

 

Grzegorz Strumyk

ZIELONA HERBATA

To lato mi odpowiadało. Za zmianami pogody nie można było nadążyć. Przewidywania kończyły się samymi pytaniami. Musiałem nosić na sobie wszystkie rodzaje ubrań, a przede wszystkim musiałem wytrzymać własne nieprzygotowanie. Nie słuchałem prognoz nadawanych na wszystkich programach tak, że po kilku godzinach nabierały symptomów ciągłego, chorego gadanie na ten sam temat, z objawieniami końca klimatu.

Granatowe chmury, pasma wydostających się z nich wewnętrznych świateł nie były niczym różnym od przechodzących myśli.

W pokoju pod odsłoniętymi stalowymi żaluzjami w oknie zabrakło jednej bliskiej osoby. Mogłem zobaczyć jak blisko siebie kiedyś byliśmy. Za oknem. Przypominały się nadawane słowa. Poplątało się komuś i zaczął pogodę nazywać "złą", jakby wszystko co niezaplanowane musiało się kończyć przeciw nam.

Jednej nocy skończyło się to, co było inne, nim się stało.

W piątkowy wieczór w parku blisko domu zostaliśmy z żoną otoczeni przez obcych mężczyzn i kobietę. Byli jak gruba, ciemna chmura. Nie rozumiałem ich żądań. Nie pamiętam co mówili, czy w ogóle mówili. Nie potrafiłem wykonać ani jednego ruchu na naszą obronę, niczego powiedzieć. Mogłem tylko biec, biec przed siebie z myślą odwrócenia biegu wydarzeń, przekonany, że przyniosę nam pomoc. Żona zdobyła się na najstraszniejsze przekleństwa, nie wiedzieli czego się mogą spodziewać. Przeszli, wyminęli, odstąpili od nas, jakbyśmy to my im stanęli niegroźnie na drodze.

Długo w noc leżeliśmy wtopieni w swoje ramiona, nie mogąc się ruszyć.

Tylko bieg minionego zdarzenia jak bieg nóg niósł w kierunku niezależnym od nas.

Przed piątą rano piłem w kuchni zieloną herbatę, i nasypane do połowy kubka lśniące liście, wysysane dawały uderzenie. Potrzebne przyspieszenie do zobaczenia naszego życia bez możliwości posiadania planu.

Jeszcze w pogodzie zachowała się wolność. Odszedłem więc tam gdzie mogło najmniej ode mnie zależeć. Odszedłem od żony, z domu, od miasta, ulicy w których planach istniałem, z którymi wiązałem codziennie plany. Jednej nocy, bez żadnego przygotowania, bez takiego zamiaru wieczorem, rano odszedłem już przy zielonej herbacie. Musiała ta chwila trwać cały czas. Bez mojej wiedzy czekać. Od najwcześniejszych lat, gdy zaledwie zacząłem kojarzyć przyjemność z niespodzianką i ból z zaskoczeniem. Budowałem wiedzę, że najważniejsze rzeczy zdarzają się bez naszego przygotowania, choć wszystko jest już przygotowane. W moim odejściu pomogli ci, których słów już nie pamiętałem, którym z planów życia nic nie wyszło, jak mojemu wiecznie młodemu ojcu. Mogłem liczyć na zrozumienie i łączność z tymi, których twarze rozpłynęły się z pamięci i były zawsze obecne jak powietrze. W noc, w dzień mówić, że są jak pogoda. Tylko to zabrać, co będzie ze mną wszędzie.

Przenikalność światów temperatur, wilgotności, ciśnień widocznych na skórze, w liściach drzew, na rysunku chmur wyżej.

Goryczka zielonej herbaty, przeżuwanej, gęstej zmieszanej ze śliną.

Naciskany język zwijał się od prób opowiedzenia śpiącej żonie.

Wyprowadziłem się o piątej rano, odjechałem, przeniosłem się w miejsce, gdzie spodziewałem się jakimś sposobem dotknąć tego, czego nie mogłem nigdy przewidzieć.

Na górze za miastem zacząłem budować (jak to nazwać?) pomnik, organizm pogody. Co rozgrywało się ponad nami, widzialne nad głowami, z czym było tak dobrze, gdy świeciło słońce albo szumiał ulewny deszcz , jak wielka liczba kosmicznych sond śledziła ruchy powietrza - wszystko jedno - pogoda pozostawała jeszcze czymś ostatnim nie do zaplanowania. Stała się mi najbliższa. Cieszyłem się z jej nagłych zmian, z niewinności w niesieniu śmierci przez potop i suszę. Nie można było jej osądzić, dlatego bolały mnie słowa, że jest zła w pochmurny, ciemny dzień. Nazywaliśmy ją czasem klęską, choć to nasze plany wobec niej od zawsze takie się okazywały.

Jaka cisza, grzbiet góry z wierzchołkami świerków, schodzące niżej buki i trzy modrzewie zasiedlające już łąkę, dziwiły brakiem najmniejszego ruchu. Przypominały płaską makietę. Przyglądałem się jednej gałęzi, znajdując coraz więcej szczegółów na korze, zmian zastygłej zieleni. Ale z czasem patrzenia nieruchome wydawało się martwe. Cisza i spokój domagały się czyjegoś poruszenia. Ręki czy wiatru. Wzrok potrzebował zerwania z samym sobą, z zachwytem nad zatrzymanym obrazem lasu.

Oparty o drzewo na górze czekałem. I nie czekałem na nic. Aż mnie poruszy, zegnie ciało, zacznę niezgrabnie łapać się czegoś w powietrzu.

Mgły napływały z niewidocznych szczytów, upraszczając jeszcze bardziej przestrzeń do najbliższego planu. Modrzewie przed zawieszoną siatką szarości zaczynały się lekko uginać. W ciągnących się lepkościach zatapiać. Kiedy ciepłe chmury zeszły niżej nadchodził szum i prawdziwe uderzenie siły. Z ciemnej strony zaczynała się ulewa, jeszcze inaczej scalając przestrzenie w dowolne formy planu. Bliskie i dalekie łączyło się w tym samym miejscu, gdzie próbowałem się osłonić przed zniknięciem w ścianie deszczu. Zerwane linie podziału, do przodu i w tył przesuwały się. Chciałem poddać się, ale pozostać decydującą siłą. Coraz cięższe liście przestały osłaniać i powoli schylałem głowę patrząc już tylko na przepływające pod nogami trawki, płatki i owady. Tkwiłem na drodze przepływającej ziemi z resztkami fioletowych pancerzyków i zlepionych skrzydeł. Reszta zagłębiała się we mnie i mną żywiła. Raz próba spojrzenia w górę przyniosła niespodziewaną ulgę.

Powietrze po deszczu pozbyło się lekkich zasłon. Byłem w tak łagodnym krajobrazie, miałem przed sobą tak harmonijnie połączone przestrzenie gór i dolin, że ten widok chyba jednak łudził spokojem zachodzącego życia, w którym niemożliwy jest cios w tył głowy. Obracałem się, gdzie nie patrzyłem do tej pory, i w dole ruchliwa szosa sunęła w ciszy. Tam mogły dziać się w tej chwili najstraszniejsze i najpiękniejsze rzeczy. O przejeżdżających tamtędy wiedziałem tyle, co o pogodzie. Nie mogłem wiedzieć, co za chwilę się stanie. Myśli, jak powietrze nie miały jednego planu. Chciałem to zapamiętać w inny sposób, żeby móc w każdej chwili widzieć górę poddającą się w chmurach pogodzie, dla której tutaj byłem takim samym bytem.

Uzbierane przez wodę patyczki, trawki, zielonosrebrne żyłki kamieni po raz pierwszy w świetle po deszczu, nie przydały się na żaden pomnik. Całkowicie należały do swojego miejsca, nie do moich zamiarów zbudowania z nich czegoś trwalszego od powietrza.

Nie miałem już w skórzanym worku przez ramię suchego ubrania na zmianę. Wełna mokrego swetra kłuła swoimi włoskami i dalej rozgrzewała.

Chłód był pogodą, ciepło było pogodą i pamięć, i chęć porozmawiania były pogodą. Jeśli zejście do wsi i powrót do miasta wydawał się znów interesujący, to dla pogody, która zbudowała sobie we mnie jakiś pomnik, model, świat czerpiący ostatnią radość z nieprzewidywalności następnej chwili, z nieskończonej ilości zaskoczeń bez szansy opanowania.

Schodziłem przez wpół opuszczoną osadę, radząc zesztywniałym nogom, by omijały małe przeszkody z potłuczonych dachówek, kobaltowych odłamków rozsypanych kafli na starej drodze do wsi. Z góry, w której przesiedziałem niepogody. W takiej ciszy że mglista i szybka woda cały czas jednostajnie szumiąc przepływała powietrzem, żyłami, lędźwiami. Nawet jak byłem w stanie wyobrazić sobie nadejście jednych zdarzeń, to nie mogłem wypełnić ich myślami. Życie w świecie była pogodą. Opisywanie podobne zatrzymaniu przepływających warstw. Jak skórka żony po przeciągnięciu po niej dłonią, powietrze z tej odległości miało swój konkretny kształt, lecz nie można było go wskrzesić, tylko raz przepływał przed oczami i już się nie powtarzał, nigdy więcej.

Miasta, wąwozy, zwierzęta, mężczyźni w skórach, porywające małe światy kobiety, powyciągane świetlne korytarze. Ich parosekundowe istnienie w wodnych obrazach domagało się nazwania. Nie miałem czasu się przygotować, w zasięgu były wciąż te same słowa na niepowtarzalne kształty.

Goniący. Wyższy. Zbierający się. Bliski. Na przekór. Położony. Szaleństwo. Pewność. W głąb. Rozdzielony. Czapa. Odbierający. Goniąca. Zmieszana. Przeciągająca. Odwrócony. Podzielona. Wciągająca. Odebrany. Przynosząca pewność. Zderzony. Przychodzący. Przynoszący pewność. Uciekający. Broniąca. Dopadający. Przygnieciony. Godząca się. Znikający. Zapalający. Pożerający. Wypluta. Zniszczony. Proszący. Za wielki. Mała. Głuchy. Przyciągający. Istniejąca. Nie odnaleziony. Zagubiona. Wrastający pocisk. Czapa.

Przy schodzeniu do wsi dogoniła znów mgła, i idąc wewnątrz rozrzedzonej chmury, dałem jej tak samo swoją twarz , jak przed momentem widziałem w górze twarz żony, nieznajomego i swoją. W zdarzeniach nad powierzchnią.

- Kiedy wreszcie słońce przebije się tutaj, wysuszy przylegające ubranie, stanę się lżejszy?

Mój kształt dla dalekich obserwatorów z dołu był teraz środkiem mgły. Nisko, szybko przeszła, wystawiając przejrzystość świata na próbę. Podniosłem nawet rękę za słońcem, łapiąc się na tym, że to dziecinne tylko z innymi już myślami. Za odchodzącym tak wyraźnie po raz pierwszy powietrzem szedłem. W zadyszenie. Co przybierało postać zaskakujących zdarzeń, jak przy niedotlenieniu. Brakowało drugiego człowieka, jak tlenu, a jednocześnie, gdyby tu była ze mną żona, nic bym nie zrobił, czego mogłaby oczekiwać ode mnie.

Żebym nic nie przekręcił.

Cała energia seksualna, jej dążenie do posiadania kształtu rozładowywała się w nieskończonej liczbie układów wiążących z krajobrazem. Zdobycie kogoś, czegoś rozpryskiwało się w otwartym świetle, w ciszy za wzgórzem. Kształty w które wchodziłem zawsze były ciemne, dotyk je rozświetlał albo dążył do oświetlenia najgłębiej. Krajobraz inaczej kusił, otaczał atmosferą, nie pragnął myślenia o nim, stawał się w pełnym słońcu, o każdej pogodzie, znikał i znów się pojawiał w innym miejscu i czasie. Wtedy nie mogłem powiedzieć, że idę za wolno, że nigdzie nie zdążę. Do końca pogody. Z powietrza wyparowały cząstki postaci i w dalekiej przestrzeni zobaczyłem masywny grzbiet śnieżki. Barczyści tragarze mnie zawrócili i zaczęli wnosić z powrotem ku górze. Przyglądałem się grzbietom siłaczy. Oddałem czas spojrzeniu, które w istocie było mną i za wszystkie wymyślane latami na swój temat wyobrażenia. To, co samo nasuwało się z pogodą przed oczy nie budziło żadnego sprzeciwu. Nawet smuga kondensacyjna po samolocie nie należała do świata ludzkich planów i zamierzeń, rozpływała się jak nasienie na błękicie. Wpasowany w pochłaniające się nawzajem atmosfery, cieszyłem się z dolinnych wiatrów, nadchodzących fenów, młodych i ciepłych mgieł, kłębiastych chmur, z prawdziwego lęku przed burzą i pragnienia życia "w czymś silniejszym od wszystkich znaczeń. Każda pogoda była silniejsza. Oglądanie się za jeszcze jakąś inną górą zgubiłoby, podobnie jak dokładanie zdobywającemu szczyt bagażu poradników na drogę.

- Byleby się nie spóźnić, zastać jeszcze otwarte sklepy.

Im bliżej wiejskiej ulicy ze sklepem i klubem, w meteorologicznej klatce głowy rejestrowały się pospiesznie znane i nieznane pomiary. Zniknął na dole wytarty szyld i zamiast niego nad drzwiami zjawiła się jeszcze mniejsza tabliczka "świetlica". Przez mały pokoik z barem i trzema stolikami zajrzałem do dużej sali ze stołami bez składu, jakby krzeseł było za dużo. Dosunięte do ścian, pozostawiały wolną przestrzeń, na której wylądował zielony, naderwany bilardowy stół bez kuł. Pewnie dostawało sieje w barze. Przyjemny cień i ściszony głos przedłużał czas spędzony na górze. Zamiast błękitu przetarte do bieli tynku ściany w kolorze wszystkich ubrań, gęsty, wiszący zadymiony sufit, mebelki z poddających się rurek jak światłowody. Wielka sala bez firan, serwet i wykładzin. Swoboda w dysponowaniu przestrzenią została wymuszona przez brak czegoś. Ułomne, zniszczone meble odzyskiwały w pustce sens, marzenia innego nie danego im piękna. Niewinna twarz obserwatora, jeśli kiedykolwiek taką miałem, powinna była się zmienić. Jak wszystko ważne przeszłe, zostać na jakiś czas uśpiona.

Odbierałem piwo i wódkę prosto z wąskich ramion kobiety. Ręce musiały kochać mężczyzn, nalewać precyzyjnie miary i dźwigać kontenery napojów. Uratowały się kieliszki z różyczką i ciężkie, dające odczuć ciężar kufle.

- Ucieszyłaby się żona, lubi piwo w grubym szkle.

Kobieta za poczerniałym, drewnianym barem przez chwilę miała w oczach uśmiech, przecięty zaraz. Z sali nie dochodziły konkretne słowa przebiegającej rozmowy. Tylko sama przyjemność, że się wie, że rozmowa jest możliwa, najzwyklejsza, obecna, nie zanika.

- Pan z daleka? Twarz mi znana - odezwała się kobieta.

- Raczej nie - bo co miałem powiedzieć.

Napiłem się tylko, przełknąłem ostatecznie, jakbym łykał powietrze z wodą tonąc. Przy pozorach jednego, zrozumiałego dla nas języka, porozumiewaliśmy się różnymi gestami, słowami. Byłem już tu, za każdym razem gdy nie mogłem znaleźć swojego miejsca. W niepewności pewnie oboje szukaliśmy punktu oparcia, ale nikt więcej nic nie powiedział.

Poszukiwanie ciepła nie mogło się tu skończyć, choć przez ten czas zdążyło przeschnąć na mnie ubranie.

Poszedłem na salę.

Z rozmowy dwóch mężczyzn prawie do ucha dobiegły słowa o rzeczach codziennych, które w ich szepcie przemieniały się w sprawy nie takie proste. Ktoś spóźniony włączył wiadomości i w kącie ścian nad nami pokazał się na ekranie program pogody na następne dni. Miało padać bez przerwy. Z całkowitym zachmurzeniem. Ale nic się nie zgadzało. Patrząc na ekran zaczęliśmy spoglądać na coś dalekiego, czego tu nie było. Zmieniały się programy. Przypadki zdarzeń skakały niezauważone. Tylko aktorzy popołudniowych seriali odgrywali miłość. Ale za chwilę i na nich wpłynęła atmosfera tego miejsca pod górą, i zaczęli się śmiać ze swoich ról, jakby duże uczucia istniały za cenę małych kłamstw. W zamglonych oczach nabierał ostrości opuszczony obraz parku, z którego uciekaliśmy z żoną.

Patrzyłem tylko w szkło, w odbicia i podłogę z zabłoconych desek. Dochodził głos powtarzanej prognozy pogody. Znów miała być "zła".

- Co oni mówią, jaka zła!? Mężczyźni obrócili się w moją stronę.

- Nie ma złej pogody, przecież nie może być złej pogody! - powtarzałem.

- Zgnije nam - odpowiedzieli do kogoś, kto nie wie.

Zamilkłem. - Tak - mówiłem - ale to się zmieni, to nie najgorsze, czy pogoda kiedyś pozwoliła, pozwoliła tu komuś umrzeć?

Teraz oni zamilkli, popatrzyli po sobie. A pogody przepływały przez wnętrze jak przez piękne słowo "świetlica"

- Jak się tu znalazłaś? - W tej chwili usiadła naprzeciw żona, naturalnie, jakby tylko krok dała z boku.

- Mówiłeś.

- Nie mówiłem.

- Mówiłeś.

- Niemożliwe.

- Po co? - zapytała tonem wiedzącej.

- Nie mam żadnych planów.

- To idziesz ze mną?

- Zamów coś jeszcze.

- Wystarczy ci.

- Nie.

- To co chcesz?

- Coś zielonego.

Zniknęła, zabierając życzenie czegoś nieosiągalnego tutaj: fenomenu zieleni prześwietlonej w czerwcu przy drodze, błękitnych strumieni spływających z góry między paprociami, skrzypami w błysku na rozpylonej w powietrzu kliszy, przepływającego koloru zieleni i błękitu.

Inna część widma zarezerwowana dla ciała, krwi i mięsa budowała wokół rysunkowy świat czerwonych postaci i ich kreślonych rękami planów.

Choć nawet galaktyki pożerały się i ginęły w chłodnej ciemności, przypominało to raczej przemiany niż zaplanowaną śmierć. Zieleń i błękit musiały być w oczach od początku, rodziliśmy się z nimi. Im dłużej tu byłem, tym bardziej pragnąłem niewinności pogody, zieleni i światła, ich przepływu bez końca, pogody wolnej od wyborów.

- Chcesz kawy? Dobrze ci zrobi. - Pojawiła się żona.

- Chcesz mnie zabić?!

Coraz więcej spojrzeń, coraz więcej zajmowanych miejsc. Czas widoczny w ciemniejącym oknie podwajał nas, odbijał światłem zapalonej świetlicy. Byliśmy razem jak powódź.

- Syneczku - słyszałem wypowiedziane do mnie przez stoliki.

- Wolałbym być zielenią z błękitem niż tym czym jestem. Może nawet jestem. Za życiem ukrywają się procesy powstawania i rozpraszania, jak za kształtem chmur, tyle tylko, że chciałem by było inaczej, bym był silny, trwalszy od siebie, by nikt nas wtedy nie napadł. Bym nie musiał nas bronić, bo nic złego nie można byłoby nam zrobić. Bo ile zmieniających się kształtów widziałem na górze - wszystkie były nami. Bym się nie przywiązywał. Ale zachował zręczność w walce i całe widma światła wieczornej zorzy i na kieliszku. Niezrozumiała bliskość światła i powietrza była największą przeszkodą w zdobyciu potrzebnej fizycznej siły, do obrony przed cudzymi planami wobec nas.

Z sali ciągnął górą dym do okien. Zasysany do środka wieczorny chłód unosił rozgrzane powietrze. Wymieszane z napływającym z gór opadało powoli na parapet, na stolik. świeże i wilgotne.

Za oknem niebo miało intensywnie niebieski kolor do którego w żaden inny sposób nie miałem dostępu. Pojawianie się i chowanie w powietrzu wydało się najczystsze. Wyglądało to całkiem niewinnie. Nie miałem żadnych zamiarów. Po wyjściu z sali szedłem wiejską drogą w stronę przystanku. Długie godziny obserwacji na górze stworzyły wyobrażenie nas innych.

- Kiedy wrócę będziemy razem inaczej żyli.

 

Grzegorz Strumyk

 

Władysław Łazuka

ZIMOWA KOŁYSANKA


Rzeka; w niej nurtu czysty śpiew
iskrzenie gwiazd w warkoczach bystrzyn
za rzeką w sadzie stoi dom
zwierzęta idą w światłach okien
niosąc swą dzikość i niepokój
Na skraju pól gdzie puszczyk woła
sączy się w głębię lasu księżyc
z dymem z komina w gęsty mrok
przez płot zziębnięty aż do szpiku
A pod butami skrzypi śnieg
budzi najbliższą okolicę
Od wielu wieków bezdrożami
- bo zawsze ktoś na kogoś czeka -
Człowiek podąża do człowieka
nucąc zimową kołysankę
Bo zawsze ktoś na kogoś czeka
nucąc zimową kołysankę.

 

12/13 XII 2000 r.
Władysław Łazuka

 

Jacek Durski

SCENKA PIERWSZA

Zalepione postrzępionymi afiszami witryny. Dwa brzydactwa na pięknej ulicy. Zakurzony papier i szkło. Kiedyś leżały tu książki. Nawet dobre. Można było którąś przeczytać.

W jednej z wnęk siedzi biedak z pieskiem. Stary przy starym. Piją fioletowe z butelki. Człek od roku ten sam. W tym samym gałganie, za tą samą twarzą. Przy tej samej na pieniążki misce. Tylko psy się zmieniają. Tak co miesiąc. Może zjada skomlące białko? A może ten biedny zorganizował na 3 Maja pieskie Hospicjum? Przygarnia zdychającego psa i poi za użebrane denaturatem. Widzą psy na żegnaj swoje życie w rozszczepionych fioletach. Niebieskie kości z czerwonym zapachem.

- Co mi pani daje jakieś pieniądze?! I to prosto do ręki! - obruszył się w tekturowym pudle. - To pies żebrze. Nie ja! - wyjechał z buzią, z pyskiem na litościwą paniusię. Chociaż gruba przewiercił ją wzrokiem na wylot. Zobaczył przez dziurę rynek. A na rynku teatr z "Rzeźnią" Mrożka. - Niech pani włoży forsę do tej plastikowej miski - rozebrał w myślach kobi(e)tę. Najpierw z naturalnego futra, a potem ze złotych pierścionków. Strącił mięso z kości i odprowadził szkielet na Młyńską 1. Do dziennikarzy, na wieczorek szamański. Przecież środa dzisiaj. - Ja proszę pani jestem nieskończonym inżynierem. Pracowałem sześć lat w zjednoczeniu - zabebłał w mokrych papierosach. - Tak, inżynierem ze zjednoczenia. Niestety straciłem tam zdrowie pijąc ponad siły - znalazł w mokrych kingsajzach wilgotnego. Wsadził w usta królewską wielkość i potarł o szybę zapałką. - Teraz opiekuję się psami. Zbieram chore do koszy, koszyków. I karmię. A kiedy umrą zakopuję za miastem. Daleko od zgrzytających tramwai - zapalił papierosa z deszczem. - Chcę zachować resztę siebie, czegoś. Chociaż już nie wiem czego. Zapomniałem. Ale czuję, że to ważne - zaciągnął się głęboko.

 

Jacek Durski

 

Tomasz Jastrun

ODCISK


Pamiętajmy o sobie
Usilnie
Nawet kiedy rozsypią się
Numery naszych telefonów
Pamiętajmy dotyk dłoni
I smak ust
I jeszcze raz
Chwilę
Kiedy otworzył się widok
Na morze
Mewa zakołysała się
Jak siwa brew
Nad naszym okiem
Staliśmy przytuleni
Jakbyśmy brali z siebie odcisk
Dla potomnych

 

Tomasz Jastrun

 

Marek Maganiusz Kielgrzymski

* * *


nie ma potrzeby dopowiadać
gdy stosy wierszy wokół miast
pod nogi traw i szyje kwiatów
wylewać asfalt ciepłych słów

polot stworzenia sam się spełni
w podmuchach wiatrów w szumie wzgórz
ożyje w głazie i w powietrzu
w boskiej galerii nocnych burz

 

Marek Maganiusz Kielgrzymski

 


 
Pięć - dziesięć zdań:

 
"(...)Sam w sobie bioregionalizm nie jest religią,
jednak temat uduchowienia jest w nim bardzo ważny.

Tworzy to niestety wiele kontrowersji,
bowiem jego aspekt duchowy niektórzy odbierają
jak filozofię New Age,
z którą bioregionalizm nie ma nic wspólnego.

Bioregionalizm, podobnie jak ekologia głęboka,
definiuje człowieka jako część przyrody
i są w silnej opozycji do konsumeryzmu.

Choć podobieństwa między tymi pojęciami
są bardzo bliskie,
to bioregionalizm przejawia się w praktyce,
a ekologia głęboka jest zarazem filozofią,
jak i ruchem społecznym. (...)"

 

Jacek Zachara



Przedruk: - "Dzikie Życie" - marzec 2001r.

Dziękujemy pkl. "łabuź"

 

Jarosław Markiewicz

* * *


Obrazy, którymi niebo patrzy
w głąb mojego czoła,
nie zatrzymują się
we mnie

oglądam je i puszczam
mógłbym powiedzieć - 
wydalam

bo w dole dali
widzę
jak zdziwione niebo
znowu bierze je
do swego oka odbytu

 

Jarosław Markiewicz

 

Barbara Rosiek

* * *


Celebruję ten świat jak świętość
w moim sercu tyle miłości
dniami i nocami nie śpię by
nie uronić kropelki ekstazy
Jak odejść jak was zostawić
kiedy sens nadają rozłąki i powroty
Nie zdradzę miłości Nie
umrę w waszej pamięci Inaczej
głos zaniósłby mnie tam
gdzie nie ma wina muzyki przyjaźni
Barbara Rosiek

 

Piotr Bednarski

STARY MATROS


nie wyskoczył za burtę
kiedy porzuciła żona
trwożyły go zęby rekinów
a pętli się brzydził

druga kobieta też odleciała
z kluczem żurawi
zostawiła tylko
krzyż i gwóźdź.

przestał się modlić
zaczął pić do lustra
a porcie zdaje się tylko
z czarnymi dziewczynami.

i ma
tylko jedno marzenie:
umrzeć w czasie huraganu
pięćset mil od lądu.

 

Piotr Bednarski
3.07.2001



Mieszka w Kołobrzegu. Pracuje w PŻB. Marynarz.

Dziękujemy pkl. "łabuź"

 


 
Pięć - dziesięć zdań:

Nasze wychodzenie w świat musi zatoczyć koło. Wracając po latach do miejsca skąd wyszliśmy, rozumiemy, że nasze ucieczki przed nudą prowincji to tylko gra, szukanie samego siebie w nowym tle, złudzenie dziania się, ścieżka edukacyjna do sokratesowskiej konstatacji. A ziemia, skąd się ten kawałek gliny uformował w nas, pociąga z każdym rokiem coraz bardziej i bardziej. Nasza wieś zabita dziurami, miasteczka z kolejką wąskotorową to nasz bioregion, to już nie prowincja. Nigdzie świeżo zorana ziemia tak nie pachnie, nigdzie wiatr tak nie muska naszego stęsknionego czoła, nigdzie indziej jezioro tak nie pociąga w swoje ramiona. Nigdzie nie powstaną wiersze najszczersze.

Czy jest jednak inna droga niż wędrówka? Dzięki niej rozumiemy, że powrót naszych prochów do miasteczek, skąd wyszliśmy, jest celem naszego życia. Stolicą świata jest samotna brzoza nad strumieniem jeszcze czystym, a pamięć o piciu źródlanej wody na łące dzieciństwa jest niezatartym wspomnieniem.

Dziś, w epoce literatury medialnej, stadnego paplania, komercjalizacji słowa, staje się jasne, że wartości nowe i świeże odnaleźć można z daleka od pędzących donikąd miast, w których krew płynie coraz szybciej. Jest to jednak krew truta coraz mocniej gwiazdorstwem, blichtrem, klikowością, szukaniem sensacji. Prawdziwe wartości mieszkają w nas i w przyrodzie, która towarzyszyła nam od dzieciństwa. Dlatego obejmujmy tę samotną brzozę jak najczęściej.

 

Wiesław Pisarski
3.07.2001
Wieleń Pomorski - Dobra Nowogardzka - Nowogard - Poznań - Dąbcze - Leszno

 

Aleksandra Perzyńska

SŁÓW PARĘ

D E B I U T

Jeśli zrozumiesz wiatr
I odgadniesz myśli księżyca
Wtedy usiądź i ciesz się tym, co masz

Nie pytaj, lepiej jest zawsze nie wiedzieć
Prawda jest zbyt względna

Usiądź w kącie i naucz się ścian
Na pamięć
One też mogą być twoimi przyjaciółmi

A dla świata nie miej za dużo dobroci
Nie racz go także złem
Najlepiej jeśli nie będziecie sobie wchodzić w drogę

Pokochaj samotność i tłum, radość i łzy
Odkryj grzech - na nowo
Tak by stał się największą cnotą

Słuchaj.... innych, ale przede wszystkim siebie
Jeżeli się ze sobą nie dogadasz
Skąd będziesz wiedział o co ci chodzi

Miej ciągłe zrozumienie i wybacz
Ziarenkom piasku w oku
One i tak nie przeproszą

A przede wszystkim zauważ
Dobro i tych, którzy je mają właśnie dla ciebie
Bądź... Idź...

jeżeli tylko masz na to ochotę

 



Aleksandra Perzyńska, 19-latka z Koszalina, tegoroczna absolwentka LO im. St. Dubois. Pisze do szuflady, gra w amatorskim teatrze, jest tegoroczną laureatką Olimpiady Literatury i Języka Polskiego. Wybiera się na polonistykę.

 

PRZYPADŁOśCI I BOLE PISARZÓW - c.d.

Każde środowisko - a tym bardziej środowisko o silnym ciśnieniu dośrodkowym, z pretensjami do elitarności - wytwarza specyficzny język; ustala własną, czasami dość hermetyczną, terminologię. W poprzednim numerze przedstawiliśmy, ułożone alfabetycznie, terminy z przymrużeniem oka opisujące przypadłości i bole pisarzów. Było ich około 20. Obecnie nowa garstka, uzupełnienie.

  • alkocholeryzm - cholera ujawniająca się po alkoholu (A. N.)
  • ameboza - stan przetrwalnikowy pisarza, rodzaj impasu; p. markuje działania, w pozorowanym ruchu, niczym ameba, wysuwa nibynóżki, ale w gruncie rzeczy nie robi nic więcej od pierwotniaka taplającego się w wysychającej kałuży
  • antylopa - energiczny, poszukujący czytelnik, w lot chwytający nowinki literackie; rodzaj skubańca łatwo zmieniającego miejsca żeru, galopem przebiegającego księgarnie i biblioteki w nadziei znalezienia soczystszych kąsków
  • basior - stary wyjadacz literacki; twórca o nie kwestionowanym autorytecie, częściej samotnik niźli przewodnik stada
  • bawół - w żargonie pisarzów czytelnik powolny, słabo reagujący, mało lotny, choć w masie pożyteczny, jak wszelkie przeżuwacze
  • bulwa - zwana też gniotem lub sadzeniakiem; utwór ewidentnie sknocony, po przeczytaniu którego popaść można w czarną rozpacz lub uwierzyć w wyczerpanie literatury; bulwy zdarza się sadzić nieraz dobrym pisarzom
  • choroba wieńcowa - chroniczne oczekiwanie na laurowy wieniec (A. N.)
  • chwosty - (nie mylić z chwastami, choć podobieństwa wielkie) tak zwany dwór znamienitszych lub tylko głośniejszych postaci literackich; osoby towarzyszące na ogół niejasnego pochodzenia, pojawiające się znikąd, niczym muchy przy ścierwie - na przykład pragnący ogrzać się przy ogniu prawdziwego pisarza grafomani, gorliwi przytakiwacze, łożnice, lolitki, pijący na tak zwany krzywy ryj
  • de-presja - presja na d..ę w związku z siedzącym trybem życia (A. N.)
  • gigantyzm gnilny - rosnące do zastraszających rozmiarów przekonanie o własnej wielkości, przy całkowitym rozkładzie predyspozycji twórczych (A. N.)
  • frędzlizm - nadmierne zdobienie utworów wyszukanym słownictwem; sztukateria tekstu z zamierzenia stylistycznie eleganckiego, w efekcie kładąca tenże tekst na łopatki; przeciwieństwo przaśniactwa
  • ibel - (od skrótu IBL - Instytutu Badań Literackich) lekceważący synonim "suchego" dłubacza literatury; coś w rodzaju preparatora motyli, przyszpilającego p. do rozpinadeł w drobiazgowo opisanych gablotach
  • karakan - szczególnie groźny gatunek grafomana wszędzie włażącego, namolnego; karakan - żywiący się cudzym papierem i pustymi obietnicami - nie daje się wytępić ani lizolem, ani nawet gazem musztardowym; rozmnaża się przez samorództwo
  • konus - wyjątkowo upierdliwy recenzent lub krytyk, nigdy nie pomijający okazji, by z lubością dołożyć upatrzonemu p., zalać go żółcią (lub krwią) w mediach, a tym bardziej kuluarach towarzyskich
  • kusia - zwana też często kusizmem; ciężka przypadłość polegająca na myśleniu kuśką; pisarz dotknięty kusią nie dosypia, nie dojada, nie dopieszcza bliskich, podporządkowując - jawnie lub skrycie - swą twórczość szeroko pojętej ideologii fiuta
  • lolitka - panienka (jakże często nieletnia!), niekoniecznie o ambicjach literackich, za ideę fix mająca inicjację erotyczną z artystą - estrady, pędzla, a najlepiej oczywiście poetą
  • łożnica - tak zwana literatka, usiłująca braki talentowe wspomóc dyspozycyjnością ciała; walory te, szybko zużywane, w większości podażą przewyższają popyt, z upływem czasu powodując u łożnic zgryźliwą zgorzkniałość
  • migrena - skutek migracji od knajpy do knajpy (A. N.)
  • motylka - dotyczy owiec lirycznych; szczątkowo uskrzydlona larwa żre wątrobę z wściekłości, że nie może podfrunąć (A. N.)
  • mroczek - rodzaj p. przekonanego o przewadze sił zła w świecie -  swoją twórczością, często egzaltowaną, bez przerwy usiłuje to udowodnić; mroczek nawet z przekwitania czeremchy uczyni tragedię, zaś w pokwitaniu młódek dojrzy dramat
  • pitak - poeta uwielbiający wysokie "c", wszelkie trele i pięknoduchowskie morele
  • przaśniactwo - stylistyka mocno czerpiąca z mowy potocznej, nadmiernie uproszczonej, nie stroniąca od żargonów; autor puszcza tym oko do czytelnika, sugerując: "Patrzcie, jaki ze mnie równiacha"; przeciwieństwo frędzlizmu
  • pustułka - delikatne określenie na ciotkę literacką, czyhającą w życiowych zaułkach na p.; z pustułek sypie się próchno, ich gniazda czuć stęchlizną, a jednak bywają tolerowane z racji wcześniejszych zasług, treści których - jeśli nawet były - na ogół nikt już nie pamięta
  • rzep - czepialski czytelnik, potrafiący zamęczyć p. tasiemcowymi listami,
    e-mailami lub upiorną lawiną telefonów - z wyrazami hołdu lub inwektywami
  • sadzeniak - patrz: bulwa
  • seppuku - rodzaj rytualnego samobójstwa p. polegającego na ostentacyjnym otwieraniu żył i wypruwaniu bebechów przed czytelnikiem; przy czym nie jest to akt jednorazowy, lecz permanentny; p. zadręcza odbiorcę otchłaniami jego rzekomych cierpień, szczegółowo analizuje rozchwiane stany ciała i psychiki, budzące grozę nawet u autentycznych czubków
  • ślepa kiszka - niezdolność zauważenia, że cała twórczość własna to "kicha" (A. N.)
  • uwiąd rdzenia - dostosowywanie światopoglądu do zmiennych koniunktur politycznych (A. N.)
  • wormita - złośliwy "miłośnik" literatury (często nie spełniony pisarz lub krytyk, którego recenzje odrzucają redakcje), wpuszczający w Internecie na strony literackie wirusy i robaki
  • wytrysk przedwczesny - wiadomy problem z erupcją nasienia przed czasem [a ponieważ papier jest cierpliwy, ta przypadłość pisarska osiąga rozmiary epidemii (A.N.)]
  • zapalenie migdałków podniebiennych - efekt zbyt gorącego migdalenia się pisarzów do krytyków z nadzieją na podniebny lot (A. N.)
  • zawał miejscowy - zawalenie miejsca, w którym pisarz przebywa, stertą zapisanego papieru (A.N.)
  • ziper - rodzaj literackiego szperacza internetowego; łagodny obsesjonista bawiący się przechwytywanymi utworami - np. pakujący zipem duże teksty i uszczęśliwiający nimi na siłę przyjaciół i znajomych załącznikami do e-maili.

 



Jedenaście haseł, oznakowanych inicjałami A. N., zaproponowała i opracowała Ariana Nagórska z Gdańska. Autorce serdecznie dziękujemy -

"łabuź"



Rzecz jasna hasła powyższe ledwie napoczęły tę beczkę miodu. Dlatego chcemy zaprosić zwłaszcza dzielnych robotników pióra (ale i niedzielnych) do przymnażania haseł ku pożytkowi ogólnemu. Przysyłajcie* swoje propozycje z możliwie zwięzłymi opisami "jednostek chorobowych" pisarskiej braci.
Zabawne i najcelniejsze będziemy publikowali w następnych numerach, naturalnie z podaniem nazwiska propozycjodawcy.
* Poczta elektroniczna lub tradycyjna; adres w redakcyjnej stopce.


pkl "łabuź"

 


Piotr Macierzyński

***

Adamowi Wiedemannowi

 
czasem to nawet lubię te małe miasteczka
czasem bo tak na co dzień to zgadzam się z Bursą
 
lecz gdzie indziej jest taki snobizm gdy przyjeżdża poeta
i pełna sala świece na stołach do wierszy cynika
a poezję rozumie tylko tych trzech pijanych pod ścianą
 
i lubię tego malarza który w ogóle nie czuje perspektywy
i jeszcze tego perkusistę co gra szybciej niż reszta zespołu
i powiedzieć im o tym bo nikt się tak nie obraża jak oni
 
a potem ten strach w oczach gdy idę ulicą wieczorem
a połowa chłopaków z miasteczka szuka mnie ze sztachetami
ale ja im to wybaczam bo nikt na świecie się tak nie angażuje
 
i nikt tak dobrze jak mieszkańcy małych miasteczek
nie bije w mordę

 

Piotr Macierzyński



Rzecz jasna hasła powyższe ledwie napoczęły tę beczkę miodu. Dlatego chcemy zaprosić zwłaszcza dzielnych robotników pióra (ale i niedzielnych) do przymnażania haseł ku pożytkowi ogólnemu. Przysyłajcie* swoje propozycje z możliwie zwięzłymi opisami "jednostek chorobowych" pisarskiej braci.
Zabawne i najcelniejsze będziemy publikowali w następnych numerach, naturalnie z podaniem nazwiska propozycjodawcy.

 
"łabuź"