Łabuź 37/2001 czerwiec

SPIS TREŚCI


 

JESTEŚMY ZALEŻNI OD ZIEMI

AMERYKAŃSKA "Deklaracja Niezależności" (1776) była słuszna w swoim czasie i kontekście. W epoce niewolnictwa, kolonializmu i imperializmu słuszne i zrozumiałe było, że ofiary kolonizacji i niewolnicy walczyli o swoją godność i domagali się wyzwolenia z opresji.

Obecnie żyjemy jednak w epoce ekologii. Narodziła się nowa świadomość. W ślad za licznymi kryzysami środowiskowymi idzie całkiem nowe rozumienie świata - odkrywamy, że zależymy od Ziemi. Zależymy od praw natury.

Rewolucja Przemysłowa, odkrycia naukowe i wynalazki technologiczne stworzyły złudzenie, że my, ludzie, jesteśmy władcami Ziemi, że możemy wziąć w ręce prawa natury i zrobić z nimi co nam się podoba. Jesteśmy panami stworzenia. Odpowiadamy za świat przyrody. Lasy, rzeki, góry, ryby, zwierzęta, ptaki, skamieliny, ropa naftowa, gaz, węgiel i wszystko inne istnieje tylko dla naszej korzyści i zysku. Mamy zwierzchnictwo nad ziemią, oceanem i niebem. Potrafimy rozszczepić atom, manipulować genami i zdobywać Księżyc. Umiemy zmniejszyć świat dzikiej przyrody, zamknąć w klatce bestię, zastopować bieg rzeki i uszczuplić rezerwy energii nagromadzonej przez tysiąclecia. Nasza władza i siła nie mają przecież granic.

Oto ludzka arogancja w swej najgorszej postaci. W rezultacie takiego myślenia zmieniliśmy bogactwo naturalnych darów w rzadkość. W hinduskiej mitologii bogowie byli hojni tworząc czas, ale myśmy spowodowali, że stał się on rzadkim i brakującym towarem. Redukujemy obszerną Ziemię do pola bitwy, na którym rywalizujemy i walczymy o surowce i rynki.

Wylewamy trucizny do czystych rzek. Gwałcimy atmosferę gazami wywołującymi efekt cieplarniany. A ponad wszystko, pchamy przyszłość naszej planety w termonuklerany koszmar.

TERAZ STANĘLIŚMY na rozdrożu. Możemy zdecydować się na podążanie starą drogą; niezmiennie wspierać rozwój ekonomiczny. Możemy trzymać się naszego technologicznego uzależnienia. Możemy rozwijać genetykę, robotykę, nanotechnologię i technologię jądrową. Możemy wybrać drogę do ruiny - ścieżkę prowadzącą w otchłań. Możemy też wybrać ścieżkę ku ekologii. Ścieżkę wartości i etyki. Ścieżkę nauki holistycznej. Możemy zrezygnować z niektórych osiągnięć naukowych, które pozwalają nam być panami na Ziemi. Tak jak Chińczycy, którzy w średniowieczu odkryli proch i zdecydowali, że będą go używać jedynie do fajerwerków. Możemy być mądrzy w podobny sposób i powiedzieć - wystarczy!

Żeby przetrwać i prowadzić dobre życie potrzebujemy pokory. Z prochu powstaliśmy i w proch się obrócimy. Jesteśmy częścią przyrody - nie jesteśmy ponad nią ani poza nią. Przyroda jest źródłem wszelkiego życia. Źródłem radości i świętowania, źródłem sztuki i wyobraźni. Źródłem poezji i inspiracji. Jest też źródłem muzyki, tańca, rozkoszy, źródłem piękna mądrości i wyglądu. Do naszej egzystencji, do naszego szczęścia i zdrowia, do odżywiania się, potrzebujemy Ziemi i zależymy od niej. Bogactwo Ziemi wystarczy, żeby zaspokoić potrzeby wszystkich, ale nie by zaspokoić ich chciwość. Ziemia daje jedzenie, wodę i schronienie, nie tylko ludziom, ale też roślinom, zwierzętom, ptakom i wszystkim innym formom życia. Dlatego nadszedł czas, żeby złożyć deklarację naszej całkowitej zależności od Ziemi.

 

Satish Kumar


Przedruk: "Dzikie życie" - luty 2001r.

Dziękujemy! pkl. "Łabuź"

 

 
 
Pięć - dziesięć zdań:

O PROWINCJONALNIE BIOREGIONALNEJ KULTURZE

"Co oznacza słowo bioregion? Znaczy ono, że człowiek istnieje w nim jako element przyrody, jej część. Nie stawia siebie ani obok, ani ponad, bo "obok" i "ponad" przynosi człowiekowi zawsze szkodę. Owszem, zostawia ślady swej kultury, ale dopóki ślady te nie pomniejszają potencjału przyrody ani jej różnorodności, dopóty relacje człowieka z przyrodą można uznać za harmonijne.

Bioregion to (mówiąc inaczej) zbór cech biologicznych i kulturowych jakiegoś miejsca. Ów zbór powinien być charakterystyczny, niepowtarzalny. Kultura wyrasta tylko i wyłącznie na podłożu przyrodniczym, podobnie jak każdy przejaw życia na ziemi. Każdy fragment przyrody jest niepowtarzalny i kultura wyrosła w każdym specyficznym miejscu musi być również niepowtarzalna. Życie miejsca, jego rytm, akcenty, odcienie... wszystko to tworzy jedyną w swoim rodzaju kulturę, na którą składają się formy, dźwięki, obrzędy i zaklęcia. By trwały i następowały, musi trwać przyroda. Należy ją szanować i utrzymywać w kondycji. Kiedy umiera przyroda, umiera również kultura. Dziś nikt nie traktuje poważnie tej fundamentalnej prawidłowości. Tymczasem przyroda dla kultury jest jak gleba dla rośliny. (...)"
 
 

Marta Lelek


Przedruk: "Dzikie Życie" - marzec 2001r.

 
Dziękujemy! pkl. "Łabuź"

 

 

Ignacy S. Fiut

NA WASZEJ I NASZEJ PROWINCJI

mieszkańcom Łobeza

kostki -
brukowych ulic i deptaków
cegły -
murów domów i kościołów
dźwigają ciężar cieniów
Europy

z kocią zwinnością wieczór
unika bandytyzmu sobotniego
poranka a cielesne zmęczenie
południa rozwaliło się
w rykszy wspomnień

na parapetach okien
wiosenny deszcz bębni
północ

na szachownicy blokowiska
gra ślepy los partię sinej
melancholii

na Waszej i Naszej prowincji
pohukują już sowy
nocne pegazy
porannej
rosy
Kraków marzec 2001.
Ignacy S. Fiut



Pracuje w Ośrodku Badań Prasoznawczych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mieszka w Krakowie.

 

 

POWSTANIE POWIATU RESKIEGO - (REGENWALDE) Z SIEDZIBĄ W ŁOBEZIE

Profesor doktor W. Martin Wehrmann ze Stargardu Szcz. napisał w 1933 roku w swojej pracy pt. "Utworzenie powiatów pomorskich przed około stu laty" między innymi, że pierwszy podział ziem dawnego Pomorza Pruskiego na powiaty miał miejsce za panowania cesarza Fryderyka Wilhelma I w latach 1723 -1724. Wtedy to Pomorze Pruskie obejmowało tereny na wschód od Piany i Łaby, a więc w jego skład wchodziły także ziemie Pomorza Środkowego i Pomorza Wschodniego - Tylnego.

Obszar ten został podzielony na 25 powiatów, z których każdy tworzył autonomiczny okręg i składał się z mniejszych, licznych gmin dworskich. Poszczególne z nich, np. okręg Flemingów, okręg Borków, okręg Ostenów i okręg Blücherów utworzone zostały z posiadłości wymienionych rodów. Z pewnością nie zostały one utworzone samoistnie, wynikało to z tradycji historycznych i ukształtowanych posiadłości rycerskich. A administracyjne rozdarcie okręgów było dla zarządców posiadłości i gmin dworskich niemałą trudnością, szczególnie, gdy niektóre miejscowości z powodu wielu właścicieli ziemskich należały do kilku okręgów. Kiedy po upadku Prus w 1807 roku doszło do tego, że koniecznym się stało przekształcenie starego podziału administracyjnego, aby myśli wolnych chłopów zamienić w czyn (uwłaszczenie - przyp. konsult.), pomyślano o zmianach administracyjnych, i o wprowadzeniu nowego podziału powiatów i skoncentrowaniu dotychczasowych okręgów według geograficznie - historycznych punktów i powiązań.

Niestety Europejsko rozliczne wydarzenia i sytuacje polityczne nie pozwoliły na zrealizowanie tego zamierzenia. Dopiero po walkach wyzwoleńczych (okres okupacji napoleońskiej 1806-1813 - przyp. konsult.), kiedy Prusy jako Państwo powstały ponownie i powiększyły się dzięki nowym nabytkom ziemskim, podjęto kolejne zabiegi i działania zmierzające do utworzenie powiatów. Wkrótce okazało się, że na Pomorzu prace te były nie do wykonania, ponieważ nie było chęci i woli by zmienić stary porządek.

Za panowania nadprezydenta - (Heinricha? - 1813 - 1816 - przyp. konsult.) - von Ingersleben - (Nadprezydent stał na czele władz administracyjnych Prowincji Pomorskiej - (Prowintz Pommoren) - obejmującej: Pomorze Zachodnie, Wschodnie - Tylne, Brandebburgię i Nową Marchię, które podzielone były na Rejencje kierowane przez Prezydentów - przyp. konsult.) pomimo nieustannych pertraktacji i licznych propozycji nie dochodziło do zmian. Dotychczasowe Rady Powiatowe zawsze prawie reprezentowały zachowawczo bierne życzenia mieszkańców i utrudniały jakiekolwiek działania zmierzające do nowego administracyjnie podziału.

I dopiero w latach 1816 -1831, kiedy w Szczecinie urzędował jako nadprezydent Pomorza dr Johan August Sack, który był osobą bardzo kreatywną. Mimo sprzeciwów na jakie się natykał, które szczególnie silne były w obwodzie - rejencji koszalińskiej, wprowadził reformę powiatową. Następnie starał się o rozdzielenie okręgu szczecińskiego od koszalińskiego. Zaproponowany przez niego rozdział został zatwierdzony przez Kanclerza - (Karl August von Hardenberg - przyp. konsult.) - dla okręgu szczecińskiego dnia 30.04.1817r. I tak Okręg szczeciński liczył 13 powiatów, w tym powiat Reski - (Regenwalde). Podział ten obowiązywał od 01.01.1818 roku.

Hans Wätjen, autor książki "Pomorze na przełomie wieków", - (wydanej w roku - przypuszczalnie, około 1934? - przyp. konsult.) - pisał o powstaniu powiatu Reskiego - (Regenwalde) oraz o ustanowieniu Łobezu miastem powiatowym. W trakcie wprowadzania nowego porządku administracyjnego połączony został okręg wschodni - Flemingów i Dewitzów z sąsiadującym okręgiem Borków i dołączony do powiatu Reskiego - (Regenwalde) a Łobez, - (gdzie już była stacja kolejowa, gdyż było połączenie torowe Szczecin - Gdańsk - odcinek: Stargard -Koszalin uruchomiona w roku 1859 - przyp. konsult.), ustanowiono miastem powiatowym - (1860 r. - przyp. konsult.), - (co wzbudziło protest mieszkańców Reska. Sąd Książęcy w Szczecinie, po rozpatrzeniu protestu mieszczan Reska wydał decyzję aby w nazwie Powiatu pozostawić: - Regenwalde - Powiat Reski, a jego siedzibę ulokować jednak w Łobezie). - Świeżo historyczna ciekawostka: - w latach 1945 - 46 r. Powiat nazywał się: Ławiczka z siedzibą w Łobezie - przyp. konsult.).

Podniesienie Łobezu do rangi miasta Powiatowego miało duże znaczenie dla kulturalnego i gospodarczego rozwoju miasteczka. Zdynamizowało jego rozwój.

Tutaj przecież mieściła się instytucjonalnie siedziba Starostwa i Zarządu Powiatu, Sądu Okręgowego, Urzędu Ksiąg Wieczystych (gruntowych), Urzędu Zdrowia, Powiatowa Kasa Oszczędności, Ubezpieczalnia Społeczna, Powiatowy Urząd Ziemski. Inne biura i urzędy także przeniosły swoje siedziby do Łobezu. Nadanie miastu Łobez praw powiatowych przyczyniło się do powstania Pomorskiej Stadniny Koni - (1876r. - przyp. konsult.) oraz budowy Urzędu Finansowego i Celnego - ( obecny ZZOS. - przyp. konsult.) Kiedy po pierwszej wojnie światowej wprowadzono obowiązek nauki szkolnej, przeniósł do Łobezu swoje biuro - (z Reska - przyp. konsult.) - pierwszy Radca Szkolny Alfred Rowe. Z miasta rolniczo - rzemieślniczego Łobez powoli zaczął przekształcać się w miasto urzędów. Wzrosła zdecydowanie liczba urzędników, którzy zaczęli nadawać miasteczku znaczenia.

Miasteczko zaczęło się stawać miejscem zebrań i ogólnych zgromadzeń. Burmistrzowie czterech miast i Wójtowie 99 gmin Powiatu, naczelnicy, urzędnicy stanu cywilnego, rolnicy i właściciele ziemscy mieli przecież różne potrzeby i sprawy do załatwienia w mieście Powiatowym. Wiele grup zawodowych; rzemieślnicy, nauczyciele, gospodynie domowe, inne towarzystwa i wspólnoty interesów odbywały w Łobezie swoje spotkania i posiedzenia.

Dzięki temu życie gospodarcze miasteczka zaczęło się ożywiać. Kiedy istniejące w Powiatowym już mieście przedsiębiorstwa zaczęły produkcyjnie rozwijać się powstało wiele nowych miejsc pracy, a działania kupców i innych ludzi odwiedzających miasto przyniosły ze sobą kolejny ruch, życie i pieniądze, towary i sklepy.

Łobez było centrum powiatu liczącego 49.668 mieszkańców, którzy zamieszkiwali: w czterech miastach - 19.224 osób i 99 gminach z liczbą mieszkańców 30.444 osób - (spis ludności z 17 maja 1939 roku).

Zadania Starostwa Powiatowego

Starostwa były związkami gmin, które zarządzały swoim terytorium - okręgiem (Kreis) dla ogólnego dobra wszystkich znajdujących się w starostwie gmin oraz ich mieszkańców, według gminnych przepisów samorządu. Porządek starostwa był podstawą zarządzania. Na czele każdego Powiatu stał starosta. Był on dożywotnio ustanowionym urzędnikiem państwowym i kierował Państwowym Zarządem Powiatowym. Pełnił funkcję przewodniczącego obrad - Posiedzeń Rady i Komisji oraz był kierownikiem Samorządu Powiatowego. Z państwowego polecenia prowadził nadzór prawny nad gminami. Organami zarządu powiatowego były Posiedzenia - Rady i Komisje Powiatowe.

Zadania Posiedzeń Powiatowej Rady

Do zadań Posiedzenia Rady Powiatowej należało ustalenie i planowanie dochodów i wydatków budżetu, gdzie musiały zostać zaplanowane i zabezpieczone konieczne środki - finanse do zarządzania Powiatem i przeprowadzenia przedsięwzięć na rozwój handlu, komunikacji, budowy dróg, służby zdrowia i kultury. Podobnie należało zabezpieczyć także środki na pomoc społeczną. Zgromadzić znaczne środki na udział Powiatu w kapitale akcyjnym dwóch spółek: - Pomm. - Märkischen Elektriyitäts AG - (Pomorska Fabryka Maszyn Elektrycznych - SA. - przyp. tłum.) i Regenwalder Kleinbau - AG - (Reskowskie Koleje Wąskotorowe SA. - trasa: Resko, Dobra, Łobez - przyp. tłum.), jak i budowę Powiatowego szpitala w Resku i na budowę szkoły - (Bismarckschule - obecna Szkoła Podstawowa w Resku - przyp. konsult). Największe jednakże środki - finanse przeznaczano na budowę - brukowanie i bieżącą konserwację - utrzymanie dróg publicznych oraz pomoc społeczną.

Zadania Komisji Powiatowej Rady

Komisje Powiatowe wykonywały postanowienia Posiedzeń Rady Powiatu oraz zadania, które wychodziły poza kompetencje Samorządu Powiatowego lub też, których przeprowadzenie przekraczało środki finansowe i możliwości miast i gmin.

Na czele Powiatu Reskiego - (Regenwalde) stali w kolejności następujący Starostowie (do roku 1818 Starosta nie był urzędnikiem państwowym, a reprezentował jedynie stan szlachecki Powiatu - przypis J. Podralski):
1771-1787 - Wilhelm Leopold von Borcke
1796 -1831 - Ernst August Philipp von Borcke
(1832 - 1854 - August von Osten - przyp. konsult.)
(1856 - 1863 - Karl? von Osten - przyp. konsult.)
1864 -1871 i 1877 - 1884 - ( Herman - przyp. konsult.) - von Loeppe
(1871 - 1877 - Ludwig Ferdinand von Lockstedt - przyp. konsult.)
(1877 - 1884 - (imiona - ?) von Loepper - przypis J. Podralski)
1884 - 1893 - (Hans Adam August Berthold - przyp. konsult.) - von der Osten
1893 - 1910 - (imiona -?) - von Döring
1910 - 1918 - (imiona - ?) - von Norman
1918 - 1931 - (Herbert - przyp. konsult.) - von Bismarck
1931 - 1945 - (Erich - przyp. konsult.) - dr Hüttenhein

Prace przy budowie siedziby Starostwa - (Landratu) w Łobzie, które zostało umiejscowione przy ulicy Hindenburgstr (ul. Niepodległości - obecny Magistrat - przyp. tłum.) - dotychczas siedziby urzędów Starostwa znajdowały się w nieistniejącym już dziś pałacyku na terenie obecnej - (2001 r. - przyp. konsult.) siedziby Zakładu Dróg Publicznych), trwały w latach 1912 - 1914. W 1914 roku, po wybuchu wojny, budynek ten w stanie surowym przekształcony został w szpital wojskowy.

W 1920 roku przejął go - (Herbert - przyp. konsult.) - Bismarck. A od roku 1931 do 1945 był on siedzibą ostatniego Starosty - dr Ericha Hüttehein. (Wcześniej Starostowie byli właścicielami dużych gruntów i siedziba urzędu Starosty znajdowała się zazwyczaj w ich dobrach - przyp. konsult.).

Na dzień 17 maja 1939 r. powiat Reski - (Regenwalde) z siedzibą w Łobezie zajmował: - 1.191,39 km2 powierzchni i liczył: - 49.668 osób, - 103 gminy łącznie z miastami i - 13.091 gospodarstw domowych.

W czterech miastach powiatu Reskiego - (Regenwalde) z siedzibą w Łobezie liczba mieszkańców wynosiła:
w Łobezie - 7.322 osoby,
w Resku - 4.802 osoby,
w Płotach - 3.646 osoby,
w Węgorzynie - 3.454 osoby.

Łobez 2001r.
Tłumaczenie: Małgorzata Łowkiet
Konsultacja historyczna: Kazimierz Chojnacki

 

Ariana Nagórska

SZATA I STRATA


kupił Piotr Macierzyński nowy tom Podsiadły
i zabrakło mu - pisze - forsy na koszulę
(bliższy Podsiadło ciału, jak z tego wynika)

mimo tuzina koszul zazdroszczę jak diabli
kiedy tak nagi
czule
dotyka klasyka
 
 
Gdańsk 24.03.2001
Ariana Nagórska


Powyższy tekst jest potwierdzeniem, aktywnego odbioru "Łabuzia" przez czytelników - uśmiechamy się do Nich wdzięcznie - dziękujemy Kochani!
Autorka mieszka w Gdańsku. Pracuje w Radiu "Nord".

dziękujemy pkl. "Łabuź"


 

Artur Daniel Liskowacki

SKORUPY


I.
Skorupa była brzydka jak każda inna z tej rodziny. Nieco krótsza niż dłoń, grafitoszara, z kremowym nalotem, przypominającym pleśń. Stanowiła łukowy ułomek garnca o mocno wywiniętej krawędzi, pod którą odciśnięto wyraźny ornament: szlaczek regularnych, prostokątnych wgłębień.
II.
Gdyby ktoś szukał efektowniejszej metafory może zauważyć przy okazji, iż przetrwały właśnie one, gliniane skorupy, ci ludni rojący się pod łopatą archeologa, obecni prawie w każdym wykopie plebejusze. Natomiast to, co było siłą i pięknem, siłą więc pięknem, to co zawłaszczyło sobie boskie prawo odbierania życia, tworzenia i niszczenia: broń, czyli miecze, sztylety, tarcze, topory uległo w większości rozpadowi. Wykoślawiło się starczo, zbrzydło, skurczyło się od czarnego artretyzmu metali, lub znikło po prostu.
III.
Niechęć i zimna obojętność, jaką budzą w nas skorupy, to coś więcej niż rozczarowanie. To alibi dla niewiary. W przeszłość. Bo przecież jej tak naprawdę nie ma i nigdy nie było. Niczego, co by można powąchać, co by mogło zaboleć, co by rozkwitało i więdło. To tylko taka umowa społeczna, dla świętego spokoju, by uczeni w piśmie mieli dowód na ciągłość, trwanie, wnikanie, przenikanie. Taka gra. W pobite garnki. Lecz kiedy byliśmy dziećmi ten okrzyk znaczył przecież, że gra się nie udała.
IV.
Dom z gliny. Na początek. Po wyjściu z grot i jam. Pierwszy dom z gliny. Jak pierwszy człowiek. Ulepić człowieka i "tchnąć w jego nozdrza tchnienie życia", jak mówi Księga Rodzaju. W raju dom nie był potrzebny. To raj był domem. Wygnańcy musieli przejąć dzieło Boga. Zaczęli stwarzać: ludzi i domy. Lepić domy. Lepianki. Lepić lepiej: budować. Też z gliny. Cegła narodziła się w Mezopotamii. Z chronicznego braku kamienia w delcie rzeki Buranun i Idiglat (które z akadyjskiego przez grekę zmieniły się w Eufrat i Tygrys). Z obfitości mułu i słońca. Żyzny muł, co zapładniał dorzecze, łączono z trzciną porastającą brzegi rzeki, suszoną na słońcu. Cywilizacja: dom i liczby. Wyprodukowane cegły liczono nie na sztuki, a według matematycznego wzoru na objętość poszczególnych ceglanych stosów.
V.
Sumerowie nie byli jednak przesadnie analityczni. Rzeczywistość brali za rzeczywistość. W ich klinowym piśmie dwa trójkąty - jeden zwyczajny, ze stożkiem w górę, drugi pod nim, stożkiem w dół, stożkiem rozciętym małą kreseczką płci - to słowo "barbarzynka", kobieta z gór. Nowa dzika płodność. Czyhająca w pobliżu.
VI.
Ale czy to nie wszystko jedno, co sprawia, że dwoje ludzi zaczyna budować dom? Garnki Sumerów są podobne do garnków XI - wiecznej Wielkopolski, a i te nam współczesne nie różnią się zbyt od tamtych, kształtem ani przeznaczeniem. Choć przesadziłbym dowodząc, że garnek nie może być naczyniem duszy, którą z kolei modeluje kultura. Ale i słońce, wilgoć, powietrze, kolor gleby.
VII.
Podobno są takie, w których ów ornament wykonany jest z zapierającą dech, największą prostotą. Jako ukośne rzędy kresek wyciśniętych paznokciem.
VIII.
Takie dzieje mieć: w pestce śliwy i wiśni, w skamieniałym ziarenku bobu, w ości jesiotra. Na takiej wiedzy ksiąg, wysnutej z okruchów spiżarni, kuchni i stołu, móc poprzestać.
IX.
Akadowie zburzyli Sumer i stworzyli go raz jeszcze, mocniejszy. Koczownicy Guti zniszczyli domy Akadów i odbudowali je, by w nich zamieszkać. Germanów przyjęło zniszczone przez nich Cesarstwo. Ariowie. Mandżurowie, Arabowie, Turcy, Tatarzy niszczyli kraje, kultury, imperia, pod drzwiami których stanęli i stawali się ich częścią, dalszym ciągiem. Odnalezionym fragmentem rekonstruowanego garnka, klejem, który go napowrót spaja. "Za barbarzyńcą zatrzaskują się drzwi zdobytego domu" konkluduje un pape del` historie Fernand Braudel.
X.
Hans Carossa zachłystywał się własną zapowiedzią: "wiele krwi, wiele krwi musi wchłonąć ziemia bez niej nigdy nie będzie naszym domem". A ile skorup musiała wchłonąć ziemia, żeby stać się domem i tu i tam?
"Oczyścić dom z niemieckiego śmiecia!" apelowali pełni entuzjazmu organizatorzy czynu społecznego w Szczecinie w roku 1945.
XI.
Wiem, że zawsze są jakieś skorupy. Choć zmienia się tworzywo.
I technologia. I granice. I barbarzyńcy. Skorupy zostają. Poruszając się czasem w głębi ziemi. Wtedy czujemy ich ostre krawędzie.
 
 
Artur Daniel Liskowacki



Na podstawie opowiadania "Skorupy" (z tomu: "Cukiernica pani Kirsch". Szczecin 1999r.) - wybór i układ tekstu, za zgodą autora: leon zdanowicz.
Autor jest kier. Działu Kultury "Kuriera Szczecińskiego". Mieszka w Szczecinie. Syn Ryszarda.

dziękujemy pkl. "Łabuź"

 

Agnieszka Wesołowska

DRZAZGA


Są obrazy które w przyklęku
światła nawiedzają drewniane
ramy oka Poza źrenicą cienia
układają się w tryptyk Barwa
zostaje wykluczona ze sztuki
jak rozpacz ci milknie
ale nie odchodzi

W przeciągu barwy i cienia stoi
wzgórze zaklęte w legendę
rycerze wiszą na drzewach
i nie znaczą nic nawet śmierci
ani strachu nie ma na gałęziach

Co zrobić z tymi zbrojami
w jasnym świetle dnia - ułożyć
według wielkości i czasu powstania
albo zbudować muzeum powiedzieć
poległym bez cienia ironii że nie mieli wrogów
A potem jeszcze morał
że sny nie są piękniejsze
niż stolik najprawdziwszy
w przeciągu

Agnieszka Wesołowska
listopad 2000 r.



Mieszka w Łobezie. Uczy się w Szczecinie.

dziękujemy pkl. "Łabuź"

 

 

Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (9)


Słońce pokonało zimę oblężniczo, niczym Cezar galijskiego wodza Wercyngetoryksa pod Alezją pół wieku przed Chrystusem. Nieodwołalnie zatriumfowała wiosna. Jak co roku o tej porze pojawiły się bociany, żurawie, muchy oraz nowe tomiki poetyckie (ale nie tylko). Z wiosennej poczty, obfitej nad wyraz, do krótkiego omówienia wybieram ofert pięć.

***

Na pierwszy ogień (za wypalanymi trawami) idzie Leon Zdanowicz (Leon Zdanowicz "Arkusz", Żebracza Inicjatywa Wydawnicza, Łobez 2001, str.24). Wydaje się, iż czytelnikom "Łabuzia" Leona Zdanowicza przedstawiać nie trzeba. Niby wszyscy go znają. Lecz wiadomo, pod latarnią najciemniej - to raz. I dwa - skromny kwartalnik literacki łobeskiej prowincji dociera daleko poza jej granice.

Leon Zdanowicz uczestniczy w życiu literackim bodaj od lat sześćdziesiątych, jednak własne utwory publikuje rzadko. Cztery lata temu ukazał się wielce oryginalny mikrozbiorek jego wierszy pod tytułem "Stadnie plemienny odstrzał". Niezwykłość owej książeczki polegała na odważnym macerowaniu słowa. Rozwiązania formalne tam zastosowane musiały budzić zdumienie i zastanowienie.

Tym samym tropem, obwąchując poetycką ziemię, zmierza pisarz i w "Arkuszu".

Cały tomik, wyjąwszy utwór wprowadzający "Pani Radosna", pod względem konstrukcyjnym zbudowany jest jednorodnie. Wciąga zapętleniem słownych zbitek, jak choćby w wierszach "Trociny", "Gnuśna próżność" czy "Praktyczny użytek", prowokując do refleksji nad wypreparowaną poprawnością rodzimego języka.

Dosyć trafnie we wstępie do "Arkusza" akcentuje Agnieszka Wesołowska, uprzedzając ewentualne zarzuty słabej percepcji wierszy Leona Zdanowicza: Posądzenie autora o koncept, czy też tzw. niezrozumiałość to chyba decyzje zbyt pochopne. Bo niby dlaczego ta nasza polska stylistyka ma być zasadą jedynie słuszną, skoro dokładnie wiadomo, że usprawiedliwia ją tylko konwencja? Otóż to.

Dodajmy jeszcze, iż opublikowany w śladowym nakładzie zbiorek udanie wspomogła kilkoma grafikami Lidia Lalak.

***

Książki drugiego łobezianina darmo szukać w tradycyjnych księgarniach. A to z tej przyczyny, iż swoją powieść opublikował w wirtualnej rzeczywistości - cokolwiek ów termin ma oznaczać (bo w gruncie rzeczy pojęcie wirtualna rzeczywistość wobec dzisiejszych osiągnięć elektroniki jest trochę naciągane, ale to osobna para kaloszy). Opublikował po prostu w Internecie, na prywatnej stronie. Metoda prezentacji dotąd rzadko spotykana (choć nie w przy-padku prywatnych, na ogół kiepskich, stron z wierszami, których zatrzęsienie), lecz dopiero czas zweryfikuje jej czytelniczą skuteczność. W każdym razie przyjrzyjmy się nowince.

O kim mowa? O Wiesławie Małyszku (Wiesław Małyszek "Pierścień Noego", http://free.art.pl/malyszek/, majster internetowej strony: Bogdan Idzikowski 2001), który debiutował sześć lat temu książką prozatorską "4(9) opowiadań".

Gdy wejdziemy na stronę główną autora, ukaże się nam fotka mocno brodatego faceta o pociągłej twarzy w okularach. Sam o sobie pisze, że urodził się w 1960 roku, ukończył przedszkole i co tam jeszcze, potem zaczął kurzyć, łykać tańsze wina i wagarować, co nie przeszkodziło mu (w podstawówce) w napisaniu pierwszego westernu. Obecnie pracuje jako dziennikarz w tygodniku regionalnym "Gmina Pomorska".

Co można powiedzieć o samej powieści? "Pierścień Noego" tworzą, niczym piętra budowli, cztery części. Wszystkie pokawałkowane, konstrukcją przypominające videoklip. Czytając tekst nie oprzemy się wrażeniu, iż autor opanował warsztatowo wiele gatunków literackich. Widzimy tu ślady fantasy, kalki współczesnej powieści popularnej, echa nauk Ernesta Hemingwaya, Karola Maya oraz modnego dziś S. Kinga. Językowo to sprawne, treściowo strawne i dobrze mieszczące się w nurcie literatury, o której zwykło się mówić klasa "B". Fabuły nie zdradzę, wszak ona jest tu główną atrakcją. Trzeba na stronę Wiesława Małyszka zajrzeć - a nie będzie to czas stracony.

W finale notki o sobie autor się "odgraża": Jeszcze o mnie usłyszycie! Możemy spróbować uwierzyć.

***

Po krótkim przerywniku prozatorskim wracamy do korony stworzenia, czyli poezji. Tym razem do poezji z perspektywy Świdwina, a konkretnie Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jana Śpiewaka. To renomowany

w kraju turniej i z dobrą - by tak rzec - ręką do laureatów kolejnych edycji. Świadczą o tym obecne drogi twórcze niegdysiejszych debiutantów. Choćby Andrzeja Turczyńskiego ze Słupska (pierwszego zwycięzcy w historii turnieju), Adama Ziemianina z Muszyny, Piotra Sommera z Warszawy - to lata siedemdziesiąte, ale i później startujących: Jana Krzysztofa Adamkiewicza z Poznania, Wojciecha Izaaka Strugały z Mieszkowic, Roberta Greli z Płocka, czy choćby wyróżnionej nagrodą główną w 1991 roku Marzeny Bogumiły Kielar z Gołdapi, dziś, po drugim tomiku, jawnie przez krytykę dopieszczanej. Nie sposób wymienić wszystkich, bo lista długa, z przeszło trzydziestoma już nazwiskami. A każde z tych nazwisk coś, mniej lub więcej, współcześnie w literaturze znaczy.

Być może do grona poetów znaczących dołączy wkrótce i Bartosz Muszyński (Bartosz Muszyński "Kajmany", Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2000, str. 48), zwycięzca Konkursu im. J. Śpiewaka w 1998 roku. Z urodzenia słupszczanin (rocznik 74), zamieszkały w Lęborku. Przed "Kajmanami" debiutował książką "Języki obce" (Warszawa 1999), nominowaną do Pomorskiej Nagrody Artystycznej.

Czy "Kajmany" dają się czytać? Nie. Dziobać. To lakoniczne, zwarte strofy opierające się na ulotnym komunikacie, szybkiej obserwacji chwili. Są takie, jak nasze czasy - w spazmie, biegu, bezdechu. Lecz suma blisko pół setki utworów niesie ożywcze zastanowienie. Przypuszczalnie wpływ na to ma i pewien dystans do języka (jako narzędzia), i wyczuwalny między wersami sarkazm. Notuje na przykład B. Muszyński w najkrótszym utworze pod tytułem "jak zostać poetą? an american-like poem": a pytałeś się swojej/ pani od polskiego, buddy?

***

Zapewne pani od polskiego nie pytał o nic Cezary Domarus (Cezary Domarus "Mózg story", Teatr Mały, Tychy 2001, str. 38), laureat ubiegłorocznej edycji Konkursu Poetyckiego im. J. Śpiewaka. Wierszotwórca (rocznik 66) mieszka w Gdańsku. Krótko przed zdobyciem Złotego Klucza w Świdwinie zdążył zadebiutować tomikiem wierszy "Ekwipunki" (Fundacja bruLionu).

"Mózg story" został nagrodzony w 2000 roku w konkursie na zbiór wierszy "Tyska Zima Poetycka - po debiucie". Nadesłane propozycje oceniała - co ujawniono na stronie redakcyjnej tomiku - komisja w składzie: Karol Maliszewski, Tadeusz Pióro, Andrzej Sosnowski (na marginesie: organizatorzy zapowiadają kolejne edycje turnieju - a zatem to interesująca szansa dla niecierpliwych autorów pierwszych książek).

Szczupły zbiorek zawiera 31 utworów artystycznie konsekwentnych. Wyróżnikiem tego poezjowania jest macanie języka. C. Domarus garściami bierze słowa do ust, wypluwając plewy, a rozsmakowując się frazami wysublimowanymi. Szuka, wciąż szuka własnych środków wyrazu, posiłkuje się neologizmami (np. tytuły wierszy "Wyprawy, mylewy", "Pokalipsa"), uważnie słucha brzmień.

To dobre strony tej poezji. Lecz są i mniej ciekawe. Na przykład zagrożenie manieryzmem. Lub zabawa słowami dla samej zabawy. Autor, chyba z naczytania rówieśniczej poezji, za wszelką cenę chce swoimi wynalazkami przelicytować współplemieńców, co widać choćby w cyklu "Ciachnięte fragmenty".

Ogólnie rzecz jednak ujmując chcę powiedzieć, że raczej nie obawiam się o przyszłość twórczą Cezarego Domarusa. To poeta progresywny. Pod warunkiem, że nie da się zwieść emfatycznym opiniom młodoliterackich krytyków. Oświadczył między innymi na okładce zbioru Karol Maliszewski: (...) to największy mózgowiec swego pokolenia, już prawie mędrzec. Panowie krytycy, nie czyńcie dojrzewa-jącemu poecie niedźwiedziej przysługi!

***

Na koniec zostawiłem najświeższą rzecz, która dotarła na moje biurko ledwie kilka dni temu. Jeszcze pachnie drukarnią. Książkę autora związanego z Turniejem Poetyckim im. Jana Śpiewaka w sposób szczególny. Otóż od szeregu lat, wespół z innymi jurorami, ocenia teksty konkursowe napływające do Świdwina. Uczestniczył również w edycjach, których laureatami zostali dwaj wyżej wymienieni. Zatem ciekawym będzie zestawić wiersze autorów siedzących po przeciwnych stronach turniejowej barykady. Tym bardziej, że - prócz odmiennych poetyk - dzieli wspomnianą dwójkę od jurora (rocznik 46) różnica pokolenia.

Skoro padły nazwiska laureatów ubiegłych lat, dla równowagi i orientacji mniej wtajemniczonych wspomnieć warto kto tak trafnie z roku na rok typował zwycięzców. A konkursowe trzydziestolecie świdwińskiego zamku uświetniali prawdziwi luminarze krytyki oraz poezji. Dość wymienić choćby Stanisława Misakowskiego (współtwórcę turnieju), Annę Kamieńską (żonę J. Śpiewaka), Michała Sprusińskiego, Piotra Kuncewicza, czy ostatnimi laty uczestniczących w gremiach sędziowskich Krzysztofa Karaska, Piotra Mitznera oraz Mariana Grześczaka.

Lecz wróćmy do rzeczonej książki jednego z ostatnich jurorów. Mam na myśli Piotra Muldnera-Nieckowskiego (Piotr Muldner-Nieckowski "Za kobietą tren", Wydawnictwo AULA, Podkowa Leśna 2001, str. 72), autora wielu książek prozatorskich i poetyckich, w tym wydanego cztery lata temu wyboru wierszy "Wilgoć". To pisarz uznany, mający już zapewnione miejsce w historii krajowej literatury. Co nie znaczy, by spoczął na laurach.

Niedawno pisałem w "Prowincjonaliach" o trenach Jerzego Fryckowskiego, poety z Dębnicy Kaszubskiej. Tenże autor poświęcił książkę matce. Świadomie stylizując swoje utwory, przez co (między innymi) natychmiast odwoływaliśmy się pamięcią literacką do słynnych trenów Jana Kochanowskiego (opłakujących śmierć córki). Piotra Muldnera-Nieckowskiego dotknęło zbliżone cierpienie: utracił ukochaną żonę. I poza wspólnotą bólu na tym podobieństwa się kończą.

Rzecz jasna mamy jeszcze pewne podobieństwo tonu artykulacji. Jednak Piotr Muldner-Nieckowski operuje odmiennym językiem. Mamy tu do czynienia z poetyką współczesną, raczej stroniącą od metafory, powściągliwą, o frazie nie zrytmizowanej formalnie, komentującą. I właśnie owa powściągliwość samoobserwacji w zderzeniu z ogromem cierpienia daje artystycznie (ale i od strony duchowej) specyficzny efekt. Po lekturze kilkudziesięciu niby wyciszonych utworów - bo to pozór, gdyż wewnętrznie kipią od emocji - dochodzimy do wniosku, że traumy co prawda uniknąć się nie da, ale warto głębiej i uczciwiej poddać się upływowi czasu. Nie w sensie uległości, w żadnym razie, a w kontekście naturalnego rytmu życia. Choć nie ma jednej dla wszystkich recepty.

Przypuszczać należy, że książka zostanie dostrzeżona przez krytykę. W każdym razie na to zasługuje.

Choćby z przykładu efektów poetyckich zbioru "Za kobietą tren" dojrzymy, jak wysoko pod górkę jeszcze mają młodsi poeci dwóch wyżej omówionych tomików. Lecz warto się wspinać. Już samodoskonalenie się jest dostatecznym wyzwaniem.

Zamknijmy rzecz cytacją jednego z krótszych utworów Piotra Muldnera-Nieckowskiego - "Trenem o myśleniu":

Oni myślą, że twoja dusza
siedzi w gałęziach.
Mówią: obserwuje nas i ocenia
każdy ruch na tej ziemi,
wszystkie okruchy pamięci.
Boją się, że ich śledzisz
w domu, piwnicy, łazience,
gdziekolwiek są, sami, ukryci.

Czyż nie rezonuje to w naszych wnętrzach ostrzeżeniem eschatologicznym: nie bądźcie pewni? Nie bądźmy tacy pewni niczego. A zwłaszcza nie bądźmy pewni rzekomo prostych przełożeń postrzegania życia  t u  na wyobrażenie życia  t a m.
 
 

(kwiecień 2001)
Paweł Szeroki


 

(z rysunkiem autora)

Piotr Bednarski

EKLOGA BABCI


A. Przekraczając próg mieszkania w wieżowcu
powiedziałaś, że wkraczasz w bezdomność.
Przyznaję rację. Nie ma kominka, spiżarki,
do czerwoności rozgrzanej kuchennej płyty,
zejścia do piwnicy, nie pachnie wiosną.
Betonowy schron atomowej ery, oklejony
tandetnym papierem,
coś z ulicznego rogu lub przedziału w wagonie.

B. Zabrali wszystko: obejście, czysty strumień,
jaśminy z drozdami, z jaszczurkami rowy,
satysfakcję z trudu skroploną w nalewce.
Ponownie wygnańcy, na węzłowej stacji - czekamy
na następny pociąg, rozebrani do przyrodzenia.
Nie mogąc zmierzyć - Bóg umarł, powiedzieli.
Nicość za progiem, dalej ulica, nakaz i zakaz.
Święty tylko Rynek, hałas, towar.

A. Koło się kręci,
Natura, jak każda kobieta - nie znosi zdrady.
Nieprzypadkowy ból - nasze życie - nieśmiertelne.

B. Brak mi furtki i drogi, z tego drętwieją nerwy,
czuję, więcej - widzę jak moja miłość w jad się
przemienia. Tego zawsze się bałam.

A. Umarła wieczorem.
 

Piotr Bednarski - ur. w 1938 r. w Oryszkowicach (Podole), obecnie mieszka w Kołobrzegu. Poeta, prozaik, autor wielu książek, w tym wydanego ostatnio zbioru wierszy "Popiół" (1999). Współpracuje z nami, publikując swoje utwory poetyckie, od kilku lat.

 

 

Z PAMIĘTNIKA SPORTOWCA

(Autorem poniższej relacji jest Bogislav Hardt, który w 1921 r. reaktywował działalność Towarzystwa Gimnastycznego w Łobezie - przyp. konsult.).

Postawienie pomnika - obelisku upamiętniającego 150 rocznicę urodzin "ojca gimnastyki" Friedricha Ludwiga Jahna.

Na miejsce ustawienia pomnika ( obelisku) ku czci Friedricha Ludwiga Jahna w Łobezie wybrano za zgodą rady miasta polanę Jahnplatz - (plac Jahna - obecna nazwa: - "Polana na Pomniku" - przyp. konsult.) w lesie Heinholz.

Z miejsca budowy nowego betonowego mostu na rzece Redze - (chodzi o most na ul. L.T. Waryńskiego - przyp. konsult.) wybrałem więc duży kamień, który mógłby być kamieniem obeliskowym. Dla Burmistrza Kieckbuscha - (Willi Kieckbusch - przyp. konsul.) okazał się on jednak niewystarczająco duży. Dzięki jego staraniom właściciel posiadłości rycerskich von Borcke (major Ulrich von Borcke - przyp konsult.) z Rekowa (Reckow), zgodził się dać do naszej dyspozycji głaz narzutowy, znajdujący się na granicy jego pola.

Pewnego niedzielnego poranka wybrałem się więc w towarzystwie innych członków Związku Sportowego i wyćwiczonych atletów z Łobezu do Rekowa (Reckow), by sprowadzić tego kolosa.

Wypożyczyliśmy do tego celu silny samochód ciężarowy z fabryki maszyn. Dopiero około południa udało nam się kamień ten wtoczyć na samochód. Podłoga trzeszczała we wszystkich spoinach. Mimo, że nawet w jednym miejscu pękła, szczęśliwie przetransportowaliśmy go do Łobezu.

W fundament pomnika wmurowano podpisany przeze mnie oraz Zarząd Związku Sportowego dokument pamiątkowy. Sam kamień, bez części wmurowanej w ziemię mierzył półtora metra wysokości i miał szerokość jednego metra.

Zgodnie z projektem, na przedniej stronie kamienia znalazła się tablica odlana z żelaza wraz z wizerunkiem popiersia Friedricha Ludwiga Jahna, a pod nim daty: 11.8.1778 - 11.8.1928. Cztery rogi tablicy zdobiła litera "F": - (frisch, fromm, fröhlich, frei) - polskie odpowiedniki: - świeży, pobożny, radosny, wolny - przyp. tum.) - symbolizująca cztero wyrazowe hasło - zawołanie niemieckich towarzystw gimnastycznych w początkach XIX wieku.
 
 

Łobez 2001r.
Tłumaczenie: Małgorzata Łowkiet
Konsultacja historyczna: Kazimierz Chojnacki

 

 

Jerzy Utkin

TAKA JASNA



taka jasna świetlista aż do bólu oczu
spojrzeć na nią przez chwilę i widzieć na wieki
jak loków złoto spływa po jej czoła zboczu
jak usta rozchylając opuszcza powieki
taka jasna ulotna nie do pochwycenia
nie sposób w to uwierzyć a jednak się stało
uśmiechem swym rozbudza uśpione pragnienia
czy zechce ofiarować swojej kruche ciało
 
 
Jerzy Utkin



Dziennikarz. Mieszka i pracuje w Pile...(?)
dziękujemy pkl. "Łabuź"

 


 
 
Pięć - dziesięć zdań:

O PROWINCJONALNIE BIOREGIONALNEJ KULTURZE

(...) Zachód, o którym mówię to inne imię Dzikości, bo do tej pory czekałem by powiedzieć, że w tym co dzikie ukryta jest istota świata. Każde drzewo pulsuje w poszukiwaniu dzikości. Miasta importują ją za każdą cenę. Ludzie orzą dzikość i wyruszają za nią na morze. Z lasu i puszczy pochodzą substancje, które przynoszą zdrowie. Nasi przodkowie byli dzikusami. Opowieść o Romulusie i Remusie, którzy ssali mleko wilczycy nie jest bajką wyssaną z palca. Założyciele każdego kraju, który stał się mocarstwem czerpali siłę i żywotność ze wspólnego źródła dzikości. I dlatego właśnie, że dzieci ich nie były karmione przez wilczycę, mocarstwo upadło i przechodziło w ręce dzieci północnych lasów. (...)

Henry David Thoreau



Przedruk: "Sztuka chodzenia" - Wydawnictwo "Trojka" 2000r. - Poznań "Rozbrat".

 
dziękujemy pkl. "Łabuź"

 

 

Lech M. Jakób

MATOŁKOWATOŚĆ

Powiadają, że historia jest nauczycielką życia. A co, jeśli owa nauczycielka głucha, ślepa i w dodatku niema? Przynajmniej takie można odnieść wrażenie rozglądając się dookoła. W naszym kraju, w naszej rzeczywistości, obecnej rzeczywistości.

Bo pamięć miewamy krótką; operujemy stereotypami, z chęcią poddając się instynktowi stadnemu mimowolnie (lub celowo) tępimy indywidualizm. Zaś obawa wykluczenia ze stada, a także lenistwo przy wypracowywaniu samodzielnego oglądu, dodatkowo spycha nas w konformizm, wreszcie w cynizm lub żałosne miauczenie przed cielcem komercji.

O czym mowa? O polskiej literaturze współczesnej, a przede wszystkim o krytyce współczesnej, która - jeśli w ogóle istnieje - jest bytem wątpliwym. Choć mieszczącym się, używając terminologii fizycznej, w teorii chaosu.

Ciężkie to zarzuty, prawda, ale nie pozbawione podstaw. Przeto kilka tematów na rybkę.

Literatura od wielu, wielu dziesięcioleci miała pod górkę. W czasach zaborów wymagano od niej wyciągania szabel i pokrzepiania serc, po II wojnie światowej, to jest w czasie supremacji systemu totalitarnego, podporządkowywano się idei boju z tymże systemem. Czyli wciąż działo się tak, że skrobano piórami w imię czegoś lub przeciw czemuś. Słowem typowy sport walki - utajonej lub jawnej. Służba.

Owa służba, sankcjonowana też przez krytykę literacką, stała się na on czas normą. Nie tyle ważne były pytania pierwsze, stanowiące o istocie jednostki, co doraźna szarpanina ze zniewoleniem politycznym. Nawet czytelnik tego oczekiwał.

I raptem gruchnęło. Jak huragan przemknął osiemdziesiąty dziewiąty rok, budząc nas z ręką w nocniku.

Minęła dekada. Wydawać się może, iż to wystarczający czas, by otrząsnąć się z dosyć zastarzałych historycznie powinności i wreszcie, po wielu latach, wrócić do źródeł. Czyli zajmowania się (tworzenia literatury oraz jej komentowania) sprawami najistotniejszymi - to jest tym, co nas stanowi. Ale nie, mocno zakorzeniona mentalność niewolnicza przeniosła się do czasów nam współczesnych.

Bo oto nadal potrząsa się orężem służby - już to po staremu bogaojczyźnianie, już to po nowemu, w rytmie komercyjnego tanga. Jednak mechanizm wydaje się ten sam.

Na przykład słyszymy zawołania z medialnych katedr: dlaczego nie ma dzieł literackich dotykających wprost naszych czasów? Albo: gdzie utwory rozliczające czasy przeszłe?

Gdy tymczasem to chybione strzały, bowiem inne są powinności literatury (i w ogóle sztuki). Ona ma być dziedziną z definicji piękną, wolną od presji, twórczo poszukującą, nie zaś służebną jakiejkolwiek doraźnej potrzebie. Nie powinno się też zmuszać pisarzy do wiecznego udowadniania, że nie są wielbłądami.

I biedna krytyka się pogubiła. Poucza nieustannie, produkując oczekiwania niemal żywcem przeniesione z czasów przeszłych. Dołączając po drodze świeżo zadomowione w naszej rzeczywistości pretensje magla komercyjnego.

Kolejna przypadłość. Blablanie stadne. Jeden zacznie, drugi podchwyci i wkrótce mamy chór pseudokrytyków (wybaczcie te uwagi krytycy myślący samodzielnie, ale was na palcach policzyć) goniących za kolejnym bytem pustym. W mikserach medialnych podobne blablania uchodzą płazem. Więcej, majstrują sztucznie potrzeby nowe. Winduje się w hierarchiach pisarstwo utytłane politykierstwem, modą lub zwyczajnie artystycznie miałkie, za to podporządkowane gustom inercyjnego rynku. Głupieje przez to i tak zdezorientowany czytelnik, kołowacieją mniej odporni pisarze.

Dalej. Niskie morale i nikła wiedza recenzentów oraz krytyków. Często bez żenady jeden powiela paplaninę drugiego, nie podając źródła, przekręcając cytaty, zmieniając konteksty. Byle tylko odbić piłkę kolesiowi, zaistnieć, uszczknąć co z nie swojego stołu.

Trąbiąc kolejne nibyzmiany pokoleniowe żonglują (z niejaką wprawą) nazwiskami dyżurnymi, znacząco poklepują się wzajem po barkach.

Albo jeszcze inaczej. Jak w bajce La Fontaine'a o lisie i winogronach, gdy lis (tutaj krytyk) nie mogąc sięgnąć dojrzałych winogron (tutaj dzieł) wmawiał wszystkim dookoła, że wysoko rosnące owoce są kwaśne, w ogóle nie nadające się do spożycia.

Cóż, rośnie nam nowa generacja recenzenckich Koziołków Matołków, przyprawiających gębę literaturze. Dlatego - operując skrótem - zarzucam dzisiejszej krytyce literackiej matołkowatość.
 

Lech M. Jakób

 

 
 
Pięć - dziesięć zdań:

O PROWINCJONALNIE BIOREGIONALNEJ KULTURZE

Z pewnością wiemy jedno: rozliczenie przeszłości, odbudowa pamięci nie mogą się dokonać bez odwołania do wartości, wedle których nastąpi ocena dziedzictwa komunizmu. Myli się ten, pisał Marcin Król, kto mniema, że można opisać rzeczywistość bez wyraźnego jej oceniania. Identyczną opinię wyraziła Krystyna Kersten, twierdząc: "Nawet dążąc do maksymalnego obiektywizmu, nie zdołamy całkowicie uwolnić się, jeśli nie od wartościowania, to od porządkowania wedle określonych norm". Podstawowym więc zadaniem historyków (ale i publicystów, filozofów, pisarzy) jest wypracowanie teoretycznych kategorii, które pomogą nam zrozumieć minione wydarzenia. I temu celowi podporządkowane były najciekawsze wypowiedzi na temat spuścizny PRL.

Paweł Śpiewak



Nowa Res Publika - marzec 2001r.

 
dziękujemy pkl. "Łabuź"

 

 

Anatol Ulman

ROZSTRZELAĆ POLONISTKI

"...to nie w porządku, że gnije, śmierdzi
słodycz tak świeża, tak świetna".
Seamus Heaney (Nobel '95)

Polonistki ludowe czy tam żywe próchno, co po nich, bezwzględnie należy rozstrzelać! Szybko, póki nie zginęły karmione wyschłym cyckiem chudych emerytur.

Duchowa brzydota tych polonistek, będąc funkcją fizycznego szkaradzieństwa, stanowiła przyczynę zasadniczą ich groźnych dokonań. Polonistki ludowe przeszły tyralierą przez narodową świadomość. Silne od nadmiaru ziemniaczanej zupy, siały w umysłach kaszę jęczmienną, lały rzepakowy olej erukowy, sadziły ćwikłowe buraki w barwie świeżej robotniczej krwi.

Proces ów poprzedziła śmierć prawdziwych polonistów. W latach czterdziestych, tuż po fałszywym zwycięstwie dziczy nad dzikimi, rozwinięto przechowywany w uświęconej ziemi papierowy model szkolnictwa sprzed i oddano sprawy w męskie ręce profesorów, którzy zdołali uniknąć daremności wskrzeszania ze zmarłych.

Po licealnej polonistyce rozchodził się i zamierał zapach wysuszonej przedwojennej maciejki oraz rezedy, blado żarzyły się odpady po sporach metodologicznych Manfreda Kridla z oponentami, a rzadki podręcznik z wypisami, sporządzony w latach trzydziestych, wydawał się bardziej niepojęty niż wcielone w rzeczywistość niemieckie baśnie Grimmów. Trzymano się starego prawa: polonistyka, jak myślistwo w złotych wiekach, była trudem męskim.

Z przyczyny ojca, którego charakter najdokładniej oddawał galicyjski z niemczyzny pochodzący wyraz rajzer, kurs szkoły średniej przeszedłem, od roku czterdziestego piątego, w pięciu liceach. Do głowy by mi nie przyszło, że na tym poziomie kształcenia mogą działać polonistki, chociaż w polnische Volksschule in Warschau, czyli w siedmioklasowej powszechnej uczyły mnie tylko kobiety.

Jako że polonistów w wypadkach światowych również zabito, obowiązek często podejmowali nauczyciele przysposobieni. I tak w Kluczborku kształcił mnie w polszczyźnie łacinnik doktor Korngut. Pochodził ze Lwowa, ale z postawą ze starożytnego Rzymu virtus, senator języka polskiego. Tamże literaturę narodową pobierałem również od śląskiego pastora Klusa, człowieka wyjętego z ewangelii, osobistego przyjaciela Gustawa Morcinka. W malutkim liceum w Krośnie Odrzańskim polonista o zatartej indywidualności. W Zielonej Górze wprawdzie nauczyciel języka polskiego płci żeńskiej. Teoretycznie kobieta, bowiem w spódnicach, chociaż nieodparty przykład Szkotów pozwala taki dowód damskości zakwestionować. Zwłaszcza że pozbawiona wypustek kobiecych, co stało się powodem zastosowania do niej metafory Mickiewiczowskiej Niemczysko chude na kształt deski, więc nazwana Deską. W czasach tych z troski o zachowanie istnienia wielu musiało udawać kogoś zupełnie innego: wynędzniały zdetermino-wany polonista postanowił, jak przypuszczam, zagrać rolę wyschłej kobiety. Tego Deskę zdradzała męska fachowość lecz tępole z policji politycznej subtelności wykryć nie byli w stanie. Zajęci zresztą nocnymi zabójstwami nie uczęszczali jeszcze do szkół, gdzie niepotrzebnie mogliby nabyć wrażliwości na cierpienie. Profesor Deska wydobył ze mnie uczulenie na barwy oraz kształty, polecając opisanie obozu tureckiego podług Wacława Potockiego; żyje jeszcze świadek, kolega z ławy, co po pół półwieczu pamięta migotliwe kolory wywołane przeze mnie słowami za podnietą Deski. W Szczecinie w obu liceach, bo w dziennym na Henryka Pobożnego i wieczorówce dla pracujących w Alei Piastów, polonista ten sam.

W latach pięćdziesiątych poloniści gwałtownie wymierają. Zabija ich głównie przywiązanie do błędnych idei. Rzecz to naturalna, gdyż są zdrajcami narodu polskiego na żołdzie. Typowy ten proces zauważa powieść Obywatele: skołowany imperializmem polonista organizuje wysadzanie z torów parowozu dziejów prowadzonego przez maszynistę z charyzmą, mistrza w kwestii literaturoznawstwa. Zwracam uwagę na fakt, iż w wymienionej pachnącej świeżością prozie, agentem gnijących mocarstw nie jest polonistka lecz mężczyzna. C'est la chanson des dockers!

Potem nastąpiło uwiedzenie wykonsekrowanych polonistek.

Pierwszy wysyp polonistek ludowych z wykształceniem uniwersyteckim ma miejsce w latach pięćdziesiątych, zgrzebnych, co jest określeniem właściwym, gdyż chodzą w lnianych majtkach, dla miękkiej płciowości proletariacko bezwzględnych. Jeszcze nie pachną sianem, malinami i mlekiem, ten rzut dopiero się sposobi do pożerania szlacheckiej kultury, smakując jeszcze w gimnazjach ostatnią łacinę z rąk męskich. Polonistki pięćdziesiąte wywodzą się z wojennej miejskiej nędzy szybko podkarmianej zupami pokrzywowymi na zwapniałych kościach Żeromskiego. Pochodzą z czystych izdebek, wyposażone w jeden komplet bielizny osobistej pranej systematycznie, starannie.

Nieszczęściem polonistek, nie tylko zresztą ludowych, jest ich skłonność ku uporządkowanym działom filologii. Pożywają i przyswajają najchętniej sprawy ułożone, wyrażone w modelach, wzorcach i definicjach, bo tylko takie dają oparcie nieprzemijające i mogą być przywoływane jako argument miażdżący. Ostoją owych dziewczyn i kobiet w chaosie literatury stają się prawa oraz pewniki rządzące światem języka. Stąd tak im miłe prawidła fonetyki, deklinacje, koniugacje, nawet z licznymi wyjątkami, których przecież zawsze mniej aniżeli nienaruszalnych prawideł. Pełne zrozumienie u polonistek budzi nawet syntaxa, gdyż można ją, po wyposażeniu się w wyraziste, ostre narzędzia, pokroić na logiczne kawałki jednoznacznie odpowiadające na proste pytania.

To samo dotyczy starych, w tym obumarłych źródeł języka, wszystkich tych przeobrażeń głosek, przemian wyrazów, metamorfoz odmian. Palatalizacje, przegłosy, wymiany, jery mocne i słabe, podlegają jasnym regułom, więc budzą przyjazne zainteresowanie, nawet pasje studentek polonistyki i są dokładnie przyswajane w procesie cierpliwego przeżuwania.

Z podobną sympatią dziewuchy akademickie traktują teorię literatury, głównie w zakresie budowy dzieła, to znaczy rozumnych struktur. To również dziedziny niezmienne, w znacznej mierze starożytne, jak starożytna jest cegła, z której na różne sposoby wznoszone są budowle od egipskich przysiółków po współczesne ogromne gmachy. Polonistki wiedzą też, co to jest estribillio czy oksymoron, podobnie łatwo rozpoznają rodzaje strof oraz stóp, w tym ionicus a minore czy palimbakchej. Oczywiście do egzaminów. Potem, jak każdemu, zostaje tyle, ile trzeba.

Natomiast płynne metodologie interpretacji dzieła literackiego, podbudowane niejednoznacznymi teoriami filozofii oraz psychologii, boć nie zabronionej i wulgarnej socjologii, zjawiska przekształcające się niby wdzięczny motyl w kosmatą gąsienicę, pojęcia nieoczywiste, absolutnie nieostre, zależne od mody lub autorytetu, nie dające się ułożyć na półkach umysłu jak rodzaje bielizny w szafie, te budzące przerażenie, zwyczajnie mdlące w żołądkach, intelektualne nudności. Stąd studentki przyswajają przedmioty filologiczne wzorowo w części dającej się klasyfikować, dzielić oraz łączyć, w pozostałości natomiast jako produkty, które spożywać lubi egzaminator, więc nieokreślone, wątpliwe, obarczone grzechem niesamodzielności. Ogólnie zatem obserwujemy u polonistek zaliczanie studiów filologicznych w zakresie pars pro toto.

Szkoła zaś, szczególnie starożytne liceum, żąda przede wszystkim interpretacji. Pominąwszy różne działania indoktrynacyjne, w skłonności polonistek do jasnych teorii, w ich umiłowaniu porządku wiodącego nieomal zawsze do zbrodni, gdyż uczciwą część życia stanowi chaos, tkwi przyczyna niesłychanej popularności socrealizmu. Jest to bowiem prosta oraz czytelna teoria świata uporządkowanego: literatura czyli odbicie krzywdy klas pomniejszonych o nieposiadanie, szatan jako złowrogi niesprawiedliwy klan odbieraczy wartości dodatkowej.

Dyskretny urok burżuazyjnych pokrętnych spekulacji w zakresie budowy oraz funkcji dzieła jest filologicznym dziewuchom wstrętny. Łakną białej prostoty malowanej na czerwonych transparentach i na truskawkowych szturmówkach. Świeży jak twaróg realizm nowego typu porywa ideą rewolucyjnej romantyki. Objawia się bezsens plecenia smalonych dób w zatęchłej celi więziennego klasztoru oraz przeciwstawiania się Bogu naznaczającemu Naród niepojętym cierpieniem. Niewątpliwie każdy może być bohaterem pracy najzwyczajniejszej, jaką jest nauczanie synów oraz cór proletariatu. Jeśli tylko zechce. Na miejscu szarym, stanowisku niepozornym. Związany z rzeczywistością utwór literacki smakuje jak chleb codzienny ze smalcem awangardy robotniczej. Według teorii o niezmiennych niby dziesięcioro przykazań regułach. Jasnej jak spojrzenie w oczy i prostej jak podanie ręki. Rzeczy w namiętnym marszu niezbędne, uwodzące.

Stąd delikatne dywizje polonistek w marszu po szczęście, pokój i radość. Idą, sylabotonicznie stukając sandałkami. W ariegardzie wszakże, gdyż nie posiadają dumnych twarzy robotnic, ani piersi postawionych jak kopki zżętego zboża, ostrych niby rżyska. Nigdy im danym nie będzie otwieranie świątecznych pochodów; ten przywilej dynamicznych traktorzystek, których formę monumentalną dla świata pracy określił Diego Rivera. Wprawdzie ciemne rozkazy zwierzchności nie precyzują miejsca polonistek w światowym pochodzie rewolucji, przecież nauczycielki, jakby z natury nazbyt miękkie oddziały frontu tylko kulturalnego, zamykają zwycięskie kolumny. Czyżby także niesprawiedliwość systemu? Pozycje polonistkom w pochodach niedostępne: na szczycie potężnego kombajnu, przy czterech erotycznych dydkach gorącego wymienia brzuchatej krowy, przy nieprzyzwoitych w istocie tłokach lokomotywy. A jej tylko drgała warga, gdy ranną partią oliwy maściła, czuła kolejarka...

Kiedy wszyscy chłepczą z morza cierpienia, one jednak zażywają rozkoszy sensu i niewybaczalnych spazmów przynależności. Choćby jako polonistki żniwiarki. Nie z metafory są wyjmowane, gdzie byłyby zbieraczkami mącznych owoców na polu literatury i w sadach gramatyki. Są rzeczywiste, ubrane na wiejskie wyobrażenie w barwne wypłowiałości kroczą chmarą za maszynami żniwnymi i przyuczone kręcą powrósła, formują snopki, wiążą, jakby złotymi sznurami ściskały własną kibić, i ustawiają w kopy. Bycie żniwiarkami stanowi wyróżnienie oraz obowiązek pańszczyźniany nie tylko studentek filologii. Półbaby te liże słońce ognistym jęzorem. Ukruszone z kłosów ostre igiełki tną skórę czerwoną jak sztandary. Rozliczne strumyczkowe cieki zbrudzonego potu, wypracowanego w proletariackim trudzie. Już południe przychodzi, a one, żeńce epoki, zagarniają rękoma maszynowe pokosy i kolebią chłopiejącymi piersiami w lnianych stanikach czasów. Ogorzały, niemyty pegeerowiec ze żniwiarki konnej rad stu dziewuch pędzonemu w słoneczny jasyr, nogom ich gołym, migotaniu ud i pulchnym ramionom, przełyka daremne z przyczyn klasowej moralności śliny apetytu.

Tak autopsyjnie przyszłe polonistki nabywają rozmaitej wiedzy o pracy wiejskiej, niezbędnej później w procesach analizy dzieł literackich z nurtu literatury chłopskiej. Na stwardniałych ostrych rżyskach, raniących z chłopską bezwzględnością stopy oraz łydki polonistek, w stopniu niezmiernym wzbogacana zostaje interpretacja nie tylko wytworów starożytnego Szymonowica lecz przede wszystkim dzieł chamów będących chlubnymi antytezami Kordiana. Pole natomiast żniwne, z więdnącymi w snopkach chabrami i słabosilną wyką, rozłożone między morskimi wydmami oraz białym brzeźniakiem, stanowi antyojczyznę niezbędną do pojmowania subtelności klasowych w dziele Wandeczki W., kochanicy Stalina, również siewcy czerwonych zbóż i żniwiarza śmierci.

W brzeźniaku, pod drzewem starym z czarnobiałymi strupami kory, dwa gary blaszane z napojami gaszącymi pragnienie. Kwaskowaty, oszczędnie pocukrzony kompot z rabarbaru oraz niby lepik czarna kawa zbożowa. Asystent od gramatyki starocerkiewnej, który podczas lata pastuchem dziewczyn, zezwala, więc tabun pędzi do wodopoju roztłukując wysuszone na ściernisku grudki ziemi. Beżowy kurz wznosi się niby urocza chmurka. Studentki piją łapczywie, jakby spożywały napoje u krynicy poezji młodopolskiej. Któraś odchodzi niepostrzeżenie i znika w paprociach, co jak konopie i równie szorstkich. Czeka tam Filon umówiony z butelką wina krwawego, robotniczego w barwie, uderzającego i obnażającego bez wahania biodra dziewczyńskie szerokie jak ojczyste strony. W podbrzuszu polonistki, otwartym niby oczko leśnego źródełka, płoną ognie światowych rewolucji. Dziewczyna patrzy w niebo, gwiazd szuka, widzi udręczone w skwarze brzozowe listki. Niepojęte szczęście, niedostępne w systemach wyzysku.

Tych wściekłych, szczęśliwych, zmęczonych, rozpalonych niby słoneczne pochodnie ludowych polonistek lekceważyć nie wolno! Są groźniejsze od oprawców w kamiennych kazamatach, rozbełtywać bowiem będą wychowankom mózgi do konsystencji ideologicznej jajecznicy. Czynić zechcą nie z woli złej, ohydnego fanatyzmu czy plugawej przebiegłości. Z upojenia.

Intelektualna gwardia proletariackich mas. Zbrojna w szczęśliwą kleistość mózgów i wrażliwość podbrzuszy na krzywdę klasową.

Rzecz bowiem, która się dokonuje, umiejscowiona w leniwej świadomości narodu, robiona jest nie bagnetami najeźdźców od strony Józefa Groźnego, ani też skwapliwością zorganizowanej awangardy, lecz miłymi buźkami ludowych polonistek. Dziewczyn i kobiet uwiedzionych do działań ideowych w ślicznej nadziei, w porywającym pragnieniu sprawiedliwości nigdy istniejącej. Może i zniewolono niejedną babcię w lasku. Polonistki ludowe przebiegle rozkochano w gazetowych słowach. Stąd zaraza w Grenadzie.

Za epidemii rozwlekanie pełną odpowiedzialność ponosi każdy.

Nieznajomość praw, które zostaną uchwalone, nie zwalnia od odpowiedzialności za ich przestrzeganie.

Mimo swej wiernej wierności kobiety i dziewczyny polonistyczne zostają porzucone.

Rwą się w latach sześćdziesiątych wątłe niteczki wiążące ludowe polonistki z świętą pracą fizyczną. Wysyłane zaledwie raz w roku na pola ziemniaczane nie są w stanie rozpoznawać smaku swoistego trudu, jakiego dogłębnie doświadczały komornice od Reymonta, tom pierwszy.

Poranne mgły nad kartofliskami przejmują oślizgłym zimnem. Mokre łęty nie zamierzają się poddawać płomykom rozdmuchiwanego ogniska, podejmowane paluszkami ziemniaki mroźne jak kamienie w lodowatym strumieniu. Dopiero koło południa pobladłe słońce rozgrzewa polne ogniska pożerające nawet biedniackie zielonkawe lebiody (patrz Rodzina Lebiodów). W malinowym żarze przypalone kartofle zmieniają mokre wnętrza w gorącą sypkość. Polonistki ludowe, teraz już jako dozorczynie młodzieży szkolnej, spożywają, podobnie jak od wieków lud polski po końcu epoki kasz nie tylko jęczmiennych, ale, oderwane od czarno krwistych żył ziemi, nie odczuwają już smaku uświęcającej roboty i ciemnego jadła. Maleją związki ludowych polonistek ze wsią tworzącą biedniackie wartości. Odległe także od twardych ideałów klasy robotników, niewidocznie przechodzą od parszywości oraz bezsensu bytu drobnointeligentek opłacanych groszem żebraczym. Wierne jednak aż do krwi.

Zapłatą za miłość jest udręczenie.

Polonistka uczestniczy niezbywalnie w nowej kulturze. Nie tylko literackiej, w której znajduje niezastępowalny wzorzec życia i walki w dumnej postaci Zosi Kosmodemiańskiej, pseudonim Tania, z pierwszorzędnej prozy radzieckiej o krasnodońskich komsomolcach (wspaniałą tę bohaterkę próbowano potem zohydzić dokumentując uczestnictwo młodych dywersantów nie w walce przeciw Niemcom lecz dla dobra hitlerowców). Polonistka bierze również udział w proletariackich tańcach ludowych, preferując stroje i układy cudownej bierozki, w muzyce wiejskiej ze sztandarowym powszechnie nuconym utworem Sierce, kak charaszo, czto ty takoje. Obcowanie z tą wybitną sztuką niesłychanie mógłby ułatwić radioodbiornik, ustrojstwo tak prawie cudowne jak konik-garbusek, marzenie klasy robotniczej i chłopskiej, słynna superheterodyna Pionier. Zaletą odbiornika pomysłu szwedzkiego jest chytry brak ciężkiego, a kosztownego transformatora sieciowego, który zastąpiono rezystorowym dzielnikiem napięcia, sprytną opornicą działająca jak elektryczny piecyk, korzyść nie do pogardzenia podczas ciężkich zim, które regularnie nasyła przyjazny Związek Radziecki, związany korzystnymi dla państwa ludowego umowami gospodarczymi.

Polonistki cierpią. Oczywiście nie daje się im talonów na Pioniera, gdyż obowiązuje sprawiedliwa dziejowo hierarchia: urzędnicy bezpieczeństwa, aparat partyjny, milicja, kadra wojskowa, przodownicy proletariackiej walki i pracy. Tylko niektóre polonistki, trawione potrzebą obcowania z kulturą audialną, drogą koneksji małżeńskich z awangardą klasy robotniczej, zdobywają aparat radiowy, by bogacić się duchowo posiłkami podwieczorków przy mikrofonie oraz pieśniami stu narodów w światowym języku rosyjskim. Większość polonistek ludowych udręczona jest niezmiernie stanem posiadania.

Natomiast nastrój polonistki oraz jakość jej męki podczas rozwiązywania zagadnień opałowych zależny jest, jak wszystko, od stanu rewolucyjnej świadomości. Wioząc przydziałowy węgiel na saneczkach lub wózkiem czterokołowym stanowiącym pomniejszenie furmanki (na Ziemiach Odzyskanych mnóstwo ich pozostawili wielbiciele Hitlera) polonistka może wszystkimi zmysłami odbierać, więc chłonąć, uroki socjalistycznej zimy: wsłuchiwać się w miłe trzaski lodu na zamarzniętych kałużach, ze spękanych warg zlizywać smaczne śnieżynki wschodnie, śledzić białe drobiny gonione wiatrem, i tak dalej. Przede wszystkim jednak rytmicznie, w takt rozgrzewającego marszu w obłokach pary z ust recytować groźny wiersz: Zagłębie dobywa węgiel. Śle go na Zachód i Wschód. I zamienia czarną potęgę na mór, na nędzę, na głód!

Kiedy się wie, iż za plecami są dwa worki węgla szczerze przydzielonego inteligencji pracującej, podobny wiersz nie tylko budzi nienawiść do niedawnej przeszłości, ale głównie podsyca ciepłe uczucie triumfu z przyczyny realizującej się dziejowej sprawiedliwości społecznej. Siedemdziesiąt kilogramów węgla należnych tygodniowo rodzinie pracującej nie wspomaga już obcego kapitału lecz ogrzewa robotniczo-chłopskie izby, z których wywodzi się inteligencja. Za idącą w zaprzęgu polonistką znajdują się dwa worki, chociaż przydział dałby się zmieścić w jednym, ale przeciętna nauczycielka nie jest zdolna ani znieść do piwnicy, ani wnieść na piętra całej porcji siedemdziesięciokilogramowej. Chociaż oczywiście znajdują się polonistki robotnicze lub chłopskie z pochodzenia, rosłe, zaprawione w szlachetnej pracy fizycznej, zdolne układać sobie na brzuchach jeszcze większe ciężary, załapywać je od góry obfitymi piersiami i tak nieść nawet na szczyt Mont Blanc, gdzie Kordian budzi i woła ludy.

Polonistki chucherka, polonistki patyczki oraz polonistki deszczułki wystrugane przez wojnę, jedzone często przez gruźlicę (zwalczaną kilogramami pastylek PAS oraz powodującą ślepotę streptomecyną) również są w stanie poradzić sobie z windowaniem węgla do góry, oczywiście w porcjach dwuworkowych. Wystarczy wzbudzić w drobnym ciałku wściekły wstręt do światowych imperialistów według celulozowej recepty Igora Newerlego, który spostrzegł słusznie, że przez zaułki życia prowadzą człowieka nieomylnie dwa uczucia: miłość do klasy własnej oraz nienawiść do wyzyskiwaczy. Oczywiście inteligencja pracująca nie jest żadną klasą lecz raczej nie wiadomo czym, więc namiętność miłowania polonistka lokuje w proletariacie miejskim, ewentualnie w wiejskich biedniakach, natomiast rozpalone uczucie wrogości kieruje przeciwko posiadaczom wszelkiej maści, szczególnie plutokratom oraz zachodniej soldatesce. Odpowiednio rozniecona nienawiść potrafi przenosić góry, tym bardziej siedemdziesiąt kilogramów węgla.

Węgiel ów stanowi okoliczność łagodzącą. Oraz to, że nauczyły naród polski miłości do Niemców. Właśnie od polonistek ludowych wiemy, że winni jedynie Niemcy, włączywszy profesora Sonnenbrucha. Jednak bez Joachima Petersa, dla którego w obozie indywidualny siódmy pusty krzyż. Za przyczyną niemiecką każdy umiera w samotności, a medaliony pozostają bez nazwisk. Oni pisali zaproszenia do gazu. Niemcy oraz ich Anglicy i Amerykanie. Pierwszy obóz koncentracyjny założyli konfederaci w Andersonville (Georgia albo środkowa Wirginia), co przy pomocy wydawnictwa MON poświadcza MacKinlay Kantor. Dlatego lubimy Niemców i kochamy Yankesów. W uczuciu naszym pojęty na opak nauczycielski trud, krew oraz pot polonistek ludowych.

Bo to jednak one ochoczo meblują świętemu narodowi polskiemu mózgi czerwoną sprawiedliwością społeczną i polityczną. A która z ludowych polonistek bezwstydnie nie należy do związku bordowych krawatów i zielonych koszul? No, powiedz, która? Gęby polonistek jakby je Żeromski namiętnie opychał samymi tylko kartoflami. Albo buźki drobne niby historyczna krzywda mas. Sukieneczki zaś cerowane srebrem księżyca Ildefonsa, którego słowa tumanią i kłamią. W istocie potworne służebnice intelektualnej przemocy, fałszywe jak wierzby Szopena w futrach ze śniegu ludowego, skrzącego. Wszystko, co nam drogie, przeinaczają. Korzenie, tradycję pobożną, nawet modną piosenkę: Kota we wrzosach poszargał wiatr... Z ich niestrudzonego posiewu kult tumana wówczas, dzisiaj i zawsze.

Gdie wy tiepier, kto wam ciełujet palcy?

Odzieraczki. Na lekcjach poezji odzierają ze skóry, rwą mięśnie i bebechy, zostaje wilgotny szkielet wiersza, kształt miłości.

Najbardziej zaś pracowniczki przekazu, pasy transmisyjne do przenoszenia wartości ideowych z góry ideowej w dół. Do szkolnych szczeniaczków.

Traktorzystki literatury ludu pracującego. Jeżdżące po świadomości dzieci i młodzieży, przewracające mózgi jak tłuste skiby pod zasiew. Siejące kamienie czerwone. Niedorozwinięte sumienia bronujące. Słomę grabiące na pokarm duchowy dla świętego narodu.

Bo nie armia posłusznych, nie policja tępych, nie aparat opitych, lecz te kobiety nad miarę ochocze, ludowe polonistki pożerały obywatelów w małych aktach dydaktycznych. Przeklęta ich ochoczość!

Dlaczego nie jest szukana wina tam, gdzie jest?

Dlaczego nie są przepatrywane akta polonistek?

Dlaczego nie są kobiety te rozstrzeliwane?

Anatol Ulman



Anatol Ulman - ur. w 1931 r. w Nancy (Francja), obecnie mieszkający w Słupsku. Prozaik, felietonista, autor kilku książek, w tym wydanej ostatnio powieści satyrycznej "Pan Tatol". Po raz pierwszy publikowaliśmy fragment jego prozy w numerze 31/1999.

 
dziękujemy pkl. "Łabuź"

 

 
 
Pięć - dziesięć zdań:

O PROWINCJONALNIE BIOREGIONALNEJ KULTURZE

Jeśli zaś myślę o kulturze i aktywnym w niej uczestnictwie amatorów, to jawi mi się przed oczami obraz ze wczesnego dzieciństwa: mały pokój w mieszkaniu na trzecim piętrze, smutny blok w robotniczym Zagłębiu, a przez pokój - na ukos fortepian. Skrzydło unosiło się czasem pod sufit i fortepian grał. Potem dziewczyna wychodziła na balkon, albo na spacer z psem i nikt nie zaprzątał sobie głowy pytaniem, jak on się dostał tam po schodach. Skąd się wziął i po co go wnoszono, w częściach, tak wysoko. Tyle było przecież innych spraw, i potrzeb w Polsce sześćdziesiątych lat ubiegłego wieku.

Ten fortepian wypełnia dzisiaj połowę mojego mieszkania we Frankfurcie, drugą połowę zajmuje Thomas. Ma cztery lata i jest moim pierwszym synem. Prawdę mówiąc to ma trzy lata i osiem miesięcy, a fortepian widział tylko kilka razy w życiu na koncertach.

Tyle tytułem wprowadzenia.

Stefan Kosiewski

 

 

KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między zaprzyjaźnionymi pisarzami. Na naszych łamach od października 1998 roku korespondują: zamieszkały w Podkowie Leśnej Piotr Muldner-Nieckowski i Lech M. Jakób z Kołobrzegu.

Dziękujemy - pkl "Łabuź"



Podkowa Leśna, 1 maja 2001

 

Kochany Lechu,
 

Minął miesiąc od spektaklu w Stawisku*, a to jakby wczoraj. Jeszcze nie wygasła fala listów i kartek potwierdzających to zdarzenie. Byłem wtedy tak oszołomiony, że nie bardzo wiem i pamiętam szczegóły. Aktorzy stanęli na wysokości, atrakcją była Sara. Muzyka, choć tylko montaż z Bacha i słowików, jeszcze mi brzmi. Łukasz przy heblach spisał się jako akustyk doskonale. Mam to nagrane na kompaktach i w komputerze, ale prof. Krzysztof Heering pracuje nad własną ilustracją - napisał piękny utwór w tonacjach durowych i molowych zarazem. Chcemy to powtarzać jeszcze kilka razy, ale w Warszawie. Cieszę się, że był (potężny) Kołobrzeg, Łobez, Szczecin, Lublin, Kraków, Wrocław, a nawet Zielona Góra, w której się kiedyś urodziłem. Dzięki za świetne zdjęcia (najlepsze jakie mam) zrobione przez Halinę. Pozdrów ją serdecznie.

Sobota, niedziela, potem pierwszy i trzeci maja stanęły obok siebie i nie przepuszczają dni pracy zawodowej. Jutro wystawię chorągiew na 3 Maja. Przyszedł czas na likwidację pracowni Małgosi. Ile tu narzędzi, urządzeń i urządzonek, które razem robiliśmy doraźnie, a przetrwały nawet trzydzieści lat! Każde przypomina salwy śmiechu i dni radości, że znowu coś się udało i jest przydatne. A teraz - sporo do wyrzucenia, część na półki do piwnicy. Pokój jest potrzebny, a rzeźb i biżuterii nikt już nie będzie tu robił. Kamienie ongi wyszukiwane całą rodziną w nieznanych zakątkach Śląska, obrobione albo czekające na tarczę diamentową, zaczęte i skończone precjoza, bursztyny, muszle przywiezione przeze mnie z Meksyku, wszystko boli. Mira też to źle znosi, ale dzielnie milczy i pomaga. Ma w swoich puzderkach trochę tych ślicznych, ziszczonych pomysłów, które można zakładać na siebie, bo są wieczne. A ile kobiet ma jeszcze! Gdybym wiedział kto i gdzie, byłoby na wystawę w Zachęcie. Zbieram informacje.

Na szczęście w sobotę poczta była czynna do pierwszej, więc wysłałem do Ciebie list-paczkę z książkami. Jest tam jeden egzemplarz dla Ciebie. Nie odnalazłem właściwego, więc na nowo wpisałem dedykację (już pewnie inną, bo tej pierwszej nie pamiętam). Paczka dojdzie za dziesięć dni, po tych wariackich wakacjach, ale nic to - ja swój obowiązek spełniłem. Teraz Ty się martw. Panie na poczcie miały miny tak zbolałe, że nie omieszkałem życzyć im wesołych świąt. Gdyby wiedziały jak istotna to przesyłka, może by się uśmiechnęły.

Lenistwo nie jest moją najmocniejszą stroną, a podejrzewam, że i Ty nie umiesz usiedzieć w bezczynności, więc dla odprężenia i odejścia od pracowni Gosi, zabrałem się za porządki w zakopanej bibliotece, to jest w paczkach z książkami, które od dziesięciu lat leżą, czekając na swoją półkę. Może nawet z tysiąc wolumenów. Już zapomniałem, że w tym zakurzonym świecie jest tyle dobra. Przede wszystkim odgrzebałem bibliotekę Ossolineum, owe słynne "białe" wydania krytyczne klasyki, które przed laty skrzętnie zbierałem, wydając wszystkie dodatkowe zarobki. Najbardziej ucieszył mnie reprint tomiku księdza Józefa Baki**, zaplątany do tej paczki niejako na przyczepkę. Wstęp napisał Władysław Syrokomla, który, urzeczony barokowym stylem autora, sam się zabawił ozdobną stylistyką. Dodał "zdanie" Józefa Ignacego Kraszewskiego, pełne uwielbienia dla Baki, i trzy pastisze (w tym własny) osnute na metodzie poetyckiej księdza. Niezłe. Dzisiaj, kiedy nie słychać dawnych sporów na temat tej twórczości, można się nią i bawić, i nad nią zastanawiać głęboko, i wreszcie sycić. Trzeba przyznać, że styl ma ona wręcz zaraźliwy.

Puszczę Ci kawałek, jeśli nie pamiętasz:

"Za igraszkę śmierć poczyta, / gdy z grzybami rydze chwyta: / Na dęby / Ma zęby, / Na szczepy / Ma sklepy. / Cny młodziku / Migdaliku, / Czerstwy rydzu, / Ślepowidzu, / Kwiat mdleje, / Więdnieje..."

I tak dalej. Można samemu dośpiewywać, choć trzeba uważać, bo jednak Baka miał swoistą dyscyplinę. Ta zakaźność, jak sądzę, to dość poważna miara. Łatwo zauważyć, że jest to pisane skrótami myślowymi (nie wiem, jak to się w poetyce nazywa, bo nie elipsy, pewnie jakiś polonista już nazwał), które są wcale nośne, i przy bliższej analizie opowiadają równie głęboko, co klasyczne metafory. Śmieszy skłonność do częstochowskiego rymowania. Kraszewski powiada, że dlatego Baka był zauważany jako humorysta, gdy tymczasem żart w tych wierszach jest satyrą, i to dotkliwą, a także metodą na kontrastowe szyderstwo z nędzy tego świata, głupoty i takiego strachu przed śmiercią, jaki chrześcijaninowi nie przystoi. "Trzeba być wielkim dzieckiem, żeby czytając "Uwagi" x. Baki, zacząwszy od śmiechu, na nim skończyć; żeby nie czuć choć słabego odbicia na sercu wielkiej myśli o śmierci" - napisał pan Józef Ignacy.

Sądzę, że to może przesada, ale trzeba przyznać, że niełatwo spotkać grafomana o tak oryginalnym sposobie pisania. Dlatego przez wieki ciągnie się dyskusja dwóch krańcowych opcji - potępiających i uwielbiających tę poezję. Nikt nie jest w stanie jednoznacznie stanąć pośrodku i rozsądzić, czy z poetą (jeśli to właściwe słowo) Baką można się pogodzić, czy też należy go odrzucić. Jest w tym niezdecydowaniu znacząca tajemnica. Być może wiele by pomogła krytyczna rozmowa z samym autorem, ale upływ czasu nie pozwala. Nic nie wiemy o okolicznościach powstawania tych wierszy. Choć w większości wypadków poetyckich nie ma i nie powinno mieć to znaczenia - tym razem brakuje autorskiego komentarza. Inaczej jest z końcowym okresem pisarstwa Mirona Białoszewskiego. Tam też jest coś w rodzaju gdakania, zapisu szumów i zlepów (nazwy samego p. Mirona) wpadających jednym uchem i wylatujących fragmentami drugim. Jednak Białoszewski był śledzony przez krytykę przez wiele lat, obrabiany przez recenzentów, doktorantów i Bóg wie kogo jeszcze, i nikt nawet nie śmie się z niego śmiać. A mógłby, gdyby autor był w podobnej historycznie sytuacji co Baka. Wyobraź sobie, że znamy tylko "Fatygi", a nie słyszeliśmy o "Balladach rzeszowskich". Bełkot - byś powiedział. Nie lepiej byłoby z Leopoldem Buczkowskim i jego "Kamieniem w pieluszkach" bez "Czarnego Potoku". Pewnie z tego samego powodu wciąż nie może się doczekać uznania poezja Ryszarda Milczewskiego-Bruno, który - rozumiany i znany na pamięć przez grudziądzan - przez krytyków jest uważany za "postać żałosną" (w życiu i poezji także), nic nie znaczącą. A miał przecież wiersze tak znakomite jak "Nocne z Cendrarsem rozmowy", że daj Boże każdemu jeden taki.

Ucieszyłem się więc tym przypadkowym spotkaniem z księdzem Baką. Uświadomił mi, jak łatwo ulegamy ciasnocie własnego świata i powierzchownie odbieramy to, co jednak ma drugie dno! Pamiętam, jak Artur Sandauer czytał na kolanie wiersze podane mu przez poetów z Koła Młodych przy ZLP w 1971 r. Jedna linijka jednego poety - i odrzut. Jedna drugiego - i pogarda. Czytał chyba tylko tytuły i mimo to wybrzydzał. Profesor. A były to znakomite poezje niepoślednich poetów. Tak robić nie wolno; wielu, mając w pamięci tamten incydent, do dziś czuje do tej ważnej postaci niechęć, tyle lat po śmierci. Czuję też, że podobny los musi znosić niejedna wartościowa a nawet wielka literatura, która na zawsze pozostanie nieznana, bo ktoś nie doczytał.


Daj Ci Bóg dobrych Czytelników, Lechu, a może i mnie się trafi jeden taki -

Twój Piotrek




* Spektakl "Za kobietą tren" na podstawie tomu wierszy Piotra Müldnera-Nieckowskiego pod tym samym tytułem. Stawisko (Muzeum im. Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów). Podkowa Leśna, 31 marca 2001. Reżyseria: Wiesław Rudzki. Udział wzięli: Sara Müldner, Dorota Sadowska, Andrzej Precigs, Wiesław Rudzki, Piotr Müldner-Nieckowski (przyp. red.).
** Baka odrodzony. Uwagi o śmierci niechybnej wszystkim pospolitej, wierszem wyrażone przez X. Bakę S.J. Professora poetyki. Po raz czwarty ogłosił, własną przedmowę dodał, i nowo odszukanemi w rękopiśmie rytmami X. Baki uzupełnił Władysław Syrokomla. Wilno, nakładem Maurycego Orgelbranda 1855. Reprint: Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1985.




Kołobrzeg, dnia 6.05.2001 r.

 

Mój Drogi Parzystonogi!
 

Stawisko? Męczące. Z trudem znoszę podobne imprezy. Ten tłum i rozgardiasz wokół! Gadki szmatki, szczerzenie kłów i rozproszone spojrzenia przybyłych mocno deprymowały. Po parę kurtuazyjnych zdań zamieniłem z P. Mitznerem, K. Karaskiem, M. Grześczakiem i J. Termerem; reszta tamtejszego środowiska nie była mi znana. Z ulgą potem odsapnąłem w Twojej sadybie (jakże piękne dałeś jej imię na frontonie: GOSIA), choć i tam za wiele szumu do późnej nocy. Stanowczo przedkładam kameralne spotkania.

No, ale najważniejsze treny i dobra ich prezentacja. Choć znałem je wcześniej, powiedzieć muszę, iż spektakl ukazał dodatkowy walor utworów. Mam na myśli silny rezonans przy publicznym wykonaniu. Nie każda poezja nadaje się do tego. Twoja tak.

Nie zdążyłem powiedzieć o przedpołudniowym "ładowaniu akumulatorów" onego dnia. Iście po królewsku podjęła nas (Halinę i mnie) Inga Szwedler (wydawca "Drapieżców") z mężem, synem i przeogromnym kotem Fredem, ostentacyjnie demonstrującym swoją niezależność. Trochę siedzieliśmy przy wyszukanych potrawach w ich domu, potem, jako że aura sprzyjała, wyniosło nas w miasto, gdzie przyszło się zderzyć z po trosze hucpiarskimi instalacjami artystycznymi Mirosława Bałki w Zachęcie oraz wystawą prac (graficznych głównie) M. Chagalla. Mąż p. Ingi, Adam Grabowski, okazał się człowiekiem o niebywałym poczuciu humoru, przeto na dworowaniu z superhiperwysokiej kultury snobów przyjemnie minął nam czas.

Cieszę się, że czarnobiałe zdjęcia w tonacji sepii trafiły w Ciebie. Może to efekt dziennikarskiego fachu Haliny? W każdym razie wyczucie obiektywu ma niezłe. Pozdrowienia przekażę.

A paczka z dodatkowymi egzemplarzami książek zdążyła dotrzeć. Dzięki za wtórną dedykację, bo gdzieś posiałem egzemplarz pierwszy. Prawdopodobnie u Ciebie przy kominku został (lubo do kominka wpadł?!).

Wiadomo, że z dystrybucją poezji utrapienie, dlatego treny rozkolportowałem prywatnymi kanałami. Część rozeszła się na miejscu, a sporo powędrowało dalej - m. in. do Radia Koszalin, Pawła Szerokiego, znajomych w Gdańsku, nawet do... klasztoru Karmelitanek Bosych w Gnieźnie. Przestaniesz dziwić się ostatnim adresem, gdy pojmiesz, że przeoryszą tam obecnie moja rodzona siostra (imię zakonne: Teresa Małgorzata), dość żywo interesująca się poezją. Zresztą, akurat na kilka dni do klasztoru jadę i może jaki odzew na Twoje treny mnie u sióstr spotka.

Niechaj Twoim trenom między czytelnikami jak najlepiej się wiedzie!

* * *

Pierwsze dni maja, pomijając chorągwiane nastroje ludu bożego tej ziemi, minęły w intensywniejszych kontaktach internetowych. Dostałem na przykład (w załączniku do e-maila) z Wiednia, od księdza doktora Andrzeja Bohdanowicza, podobiznę uśmiechniętej gęby sowieckiego ideologa masowych mordów. Ten "wiecznie żywy" martwy widać nie opuszcza naszej świadomości, choć dzisiejsi najmłodsi postrzegają go ledwie jakim zamierzchłym pterodaktylem. Szczęśliwe w minionych nieszczęściach przemiany!

Wiosna zapędziła Cię do porządkowania księgozbioru, ożywiając wspomnienia niegdysiejszych lektur. Baki, mimo nieznośnej maniery, byłbym nie lekceważył (powiadał znajomek, rymujący przy kielichu: Kto nie zna Baki, tego do paki!), M. Białoszewskiego (na podobnej zasadzie i T. Karpowicza) nadal kocham. A czyż proza L. Buczkowskiego nie ma zaśpiewu? R. Milczewski - Bruno też może doczeka należnego miejsca.

Wspomniałeś i Artura Sandauera. Jeden raz tylko z nim się zetknąłem, ale utkwiła w pamięci apodyktyczność jego sądów. Krótko przed jego śmiercią (koniec lat osiemdziesiątych) siedzieliśmy w kawiarni jednego z poznańskich hoteli. Okazja? - może jakie spotkania autorskie? Wówczas jeszcze nie stroniłem od towarzystwa. W każdym razie A. Sandauer wyglądał kiepsko: z nogawek przykrótkich spodni wystawały mu troki kalesonów, znoszoną kamizelkę znaczyły jakieś plamy. Jednak spojrzenie miał bystre i mimo kłopotów z artykulacją wyrażał się jasno.

Siedzieliśmy przy koniaku w pięć osób: jeszcze Erna Rosenstein (żona A. S., też poetka i niezła malarka), Bohdan Chorążuk i zdaje się (ale głowy nie dam) Jerzy Szatkowski. Sandauer napierał kolejno na każdego, wymuszając okazywanie tekstów. Gdy przyszło do mnie, coś tam też wyciągnąłem. Rzucił tylko okiem i gromko zwołał "Przecież tego nie da się czytać!"

Nie powiem, bym specjalnie przejął się jego reakcją, ale pamiętam konsternację przy stoliku. Zaraz p. Erna (w ogóle przemiła w obejściu osoba), chcąc zatuszować zgrzyt, udekorowała mnie orderem dragona (z napisem "Dragon" przewieszką na sznurku od herbaty w torebce), a sam A. S. długo jeszcze posapywał, niczym do nory zapędzony borsuk. Ów wiersz ( "Muszla klozetowa" - poza tytułem nic nie mający wspólnego ze skatologią) do dziś tkwi między papierami.

To Sandauer. A teraz przykład przeciwstawnego traktowania poezji oraz jej tworzycieli. Gościł kiedyś u mnie Zbigniew Bieńkowski. Na on czas (koniec lat siedemdziesiątych) byłem ledwie wypierzonym poetą i obecność tak znamienitej postaci strasznie mi imponowała. No i wyobraź sobie, zaparzyłem kawę, rozmawiamy o literaturze, gdy on raptem wyciąga teczkę, rozkładając na zamkniętej klapie pianina maszynopis jakiegoś zbioru wierszy. Z prośbą, bym przejrzał i powiedział, co o tym sądzę. Bo właśnie zlecono mu z wydawnictwa wydanie opinii i ma z tym pewien kłopot.

Nie ukrywam, niemal mnie zatkało! Wybitny krytyk (nadto świetny tłumacz i do dziś niedoceniony poeta) pyta o zdanie takiego żółtodzioba! I nie jest ważne dla tej historii, czyje wiersze były przedmiotem oceny (powiedzmy ogólnie: pewnej krakowskiej poetessy), ani co ja na ten temat z siebie wydukałem, lecz podejście Z. Bieńkowskiego.

I oto mamy dwie skrajne postawy dwóch odmiennych osobowości krytyków. Komentarz zbędny.

* * *

No dobrze, my tu gadu-gadu, a zupa naszych bieżących spraw stygnie.

Chyba mogę Ci już powiedzieć coś bliżej o nowej powieści. Przestrzeń poprzedzająca zagęszcza się, przyrastają notatki i grepsy pomocnicze. Będzie to rzecz, jak wspominałem, o charakterze sowizdrzalskim, przedstawiająca historię grupy mało zrównoważonych facetów, usiłujących toczyć życie na tylko sobie przyrodzony sposób. Miejsce: nadmorskie miasto. Czas: współczesny. Ogólniki, wiem, ale nie chcę zapeszyć pisząc bliżej. Roboczy tytuł: "Ognie świętego Elma". I nie jest wykluczone, że taki - na wieków amen - zostanie.

Natomiast przed wykluciem jesteśmy innego ptaszka, który zębem jajowym rozbija skorupkę od środka: "Jęzostrzępów". Chyba zapowiadałem w uprzednim liście. Nowe aforyzmy. Zebrało się od 1996 roku kilka setek - po selekcji ostatecznej ostanie trzy i pół. Format dziesięć centymetrów na piętnaście, twarda oprawa. Właśnie finał widać drukarskich potyczek i w II połowie maja zbiór ujrzy światło dzienne. Jednak przesycony ostatnimi promocjami (Twoich trenów w marcu i "Drapieżców" w październiku ub. r.) zrezygnuję z większych publicznych wyskoków, poprzestając na małej prezentacji. Może jeszcze dogadam się z Portem Wydawniczym literatura.net.pl (pomysł ostatniej chwili), by jednocześnie pchnąć w Internet wersję elektroniczną zbioru. Gdyż nie liczę na szerszą pozalokalną dystrybucję zbioru w papierowej sieci.

* * *

Na koniec satysfakcje czytelnicze. Jako nałogowy - acz wyrywkowy - czytacz, chłonę sporo. Do tego stopnia, że panie bibliotekarki chowają się za regałami, gdy przychodzę po książki następne. Tak się uprzykrzam. Nie przypuszczają zgnębione, iż wkrótce moje wizyty ustaną. A to przez start rzeczonej powieści własnej. Czytanie u mnie kłóci się z pisaniem, wręcz wyklucza. Będzie zero lektur.

Tymczasem jednak lawina przygód czytelniczych. Godnych uwagi może pięć. Ale wymienię tylko medalową trójcę.

I tak pierwsze miejsce (oraz złoto) otrzymuje "Jedwab"* Baricco w przekładzie H. Kralowej. Rzecz objętościowo szczupła, lecz jakże wewnętrzną muzyką bogata! Drugie miejsce i medal srebrny przypadł A. Dłużniewskiemu za niebywale zwartą, mądrą i wyciszoną prozę pt. "Odlot"**. Brąz natomiast przypada J. Mikołajewskiemu za zbiór wierszy "Nie dochodząc Pięknej"*** - dawno już w dłoni nie miałem tak wysmakowanej stylistycznie współczesnej poezji.
 
 

Ściskam Cię Bracie Duchowy, Piórny, I Jaki Tam Jeszcze -
Tfuj Lech Zbuj

Ps. Smaczek na deser. Od jakiegoś czasu nachodził mnie, strasząc mierną prozą, pewien młodzieniec. Swoją drogą inteligentny. I nie bardzo wiedziałem, jak w miarę bezboleśnie ciągoty pisarskie mu wyperswadować. A ostatnio olśniło. Po prostu zacytowałem mu właśnie czytanego Asimova****:
Cóż, być może nie jesteście urodzonymi pisarzami. Nie ma się jednak czego wstydzić. Zawsze można poświęcić się jakiemuś podrzędniejszemu zajęciu, jak na przykład chirurgia czy posada prezydenta Stanów Zjednoczonych. Oczywiście nie będzie to równie wspaniałe, ale trzeba mierzyć siły na zamiary.
Młodzieniec na to odparł: "To ja wolę zostać prezydentem". I tak sprawa gładko się wyjaśniła.



*Alessandro Baricco "Jedwab", CZYTELNIK, Warszawa 1998
** Andrzej Dłużniewski "Odlot", TWÓJ STYL, Warszawa 2000
***Jarosław Mikołajewski "Nie dochodząc Pięknej", ŚWIAT LITERACKI, Izabelin 2001
****Isaac Asimov "Magia i złoto. Eseje", REBIS, Poznań 2000

 

 

Paweł Senderek

* * *


po tamtej stronie
gdzie asfalt kończy
zagrzebany w piasku
miasto studziło
neonowe półkole
z ukosa popatrywało
wapnem kreślona okiennica
rumiany jan chrzciciel
marynarki rękawy
przewiesił przez płot
kos pobrzękiwanie
ze ściernik
czerpał kaszkietem
wychylił zza sztachet
siwą czuprynę
kogoś tam jeszcze wypatrywał
 
Paweł Senderek



Autor tomu wierszy: "Żułem pacierz" - 1996r. Mieszka w Krakowie. Członek Koła Młodych Oddziału ZLP.

 
dziękujemy pkl. "Łabuź"

 

 

Andrzej Pańta

JECHAĆ DO GLIWIC


Poema dygresyjne
(Fragment)

Działo się to na długo przed owym Wielkim Kryzysem, gdy mój młodociany wówczas wujak [sic!], Jaś Paczocha, a właściwie Johann Patschoch, będąc właśnie po maturze, zapragnął zostać świętym. Zamiast jak inni zapisać się po prostu na inżynierię sanitarną lub genetyczną (w powijakach), technologię żywienia, medycynę pracy lub w pełni materialistycznie pojmowaną mechanikę niebios, Jaś Paczocha tak długo nachodził miejscowego proboszcza i lokalnego biskupa, dowodząc im o swoich przydatnościach do tego zawodu, prosząc i błagając, aż wreszcie dali oni za wygraną i przyznali mu to stypendium na studia teologiczne w Rzymie, aby przez pięć lat mieć święty spokój. Jaś Paczocha studiował więc sobie spokojnie w Rzymie teologię i wchodzące w jej skład przedmioty, zaliczał semestr za semestrem, wkuwał formułki, pościł i chudł oraz naśladował bogobojne życie wszystkich zalecanych przez prawo kanoniczne świętych, i rósł w samoświadomość i wzbogacał wyobraźnię we wciąż nowe skojarzenia, i już widział się biskupem i kardynałem, i tylko czekać, aż zbierze się najbliższe konklawe i ogłosi go papieżem. Tymczasem jego ojciec, a mój pradziadek, Kacpar Patschocha, naraził się z tego powodu na grube niczym kłoda nieprzyjemności, co mocno uszczupliło zasobność jego portfela.

Kacpar Patschocha mianowicie był fachowcem i rzemieślnikiem, i uprawiał najstarszy cywilizacyjnie zawód świata. Obtykał ludziom chałupki na zimę, aby ich uszy ochronić przed przewianiem, co groziło głuchotą i licznymi innymi dolegliwościami, budował piramidy, szubienice, kościoły, sarkofagi, gumna i sztolnie, a nade wszystko dachy nad głową o solidnej konstrukcji, która była niezbędna na tych obszarach ze względu na największe niebezpieczeństwo, jakie tutaj mogło spotkać człowieka, które aliści z biegiem czasu uległo tabuizacji i stłumieniu, i nie da się go wyrazić wprost, bowiem zawsze w związku z tym problemem uciekano się do niedomówień i niedopowiedzeń. Wedle tego, co pamiętam, i co pozwala się przełożyć na język powszechnie zrozumiały, na podstawie zachowanych materiałów leksykalnych i ludzkiego behawioru, na Górnym Śląsku miały jakoby żyć dinozaury, aliści nie dotrwały do naszych czasów, i stąd stanowią jeno jedną z legend tego krajobrazu. Miały to być istoty potworne i oblazłe, i stosunek Górnoślązaków wobec nich jest ambiwalentny. Kiedy kroczyły, drżała ziemia, a kiedy z wściekłości biły o grunt swymi potężnymi ogonami pękały ściany domów i świątyń i rozwierała się opoka świata, atoli najczęściej pasły się spokojnie nad brzegami tutejszych rzek na tzw. łęgach, i wygrzewając się na słońcu do piasku składały jajka, stąd wiele tutejszych miejscowości bierze swe nazwy od ich legowisk, jak często spotykane na tym obszarze Piaski i Dołki, w których zagrzebywały swoje nasienie, czy Piekary - od pieczar, w których te groźne zwierzątka szukały schronienia zimą. Piekło, którym z lubością zastraszali z ambony kaznodzieje, nie było li tylko czystą abstrakcją, lecz żywym konkretem, gdyż Górnoślązacy dobrze wiedzieli, co czeka człowieka, gdy spotka się nie we właściwym miejscu i czasie z dinozaurem; obojętnie czy był grzeszny czy nadobny, gdy został obłapiony przez dinozaura, po takim stosunku z człowieka pozostawał jeno kadłub, i stąd mamy nazwę takiej miejscowości - Kadłub, dla upamiętnienia miejsca, gdzie wydarzyło się to po raz pierwszy. O dramatyzmie wydarzeń świadczą jeszcze nazwy takich miejscowości jak Kostuchna, Zgon względnie Sieroty, które pozostawały po zmasowanym ataku szaleństwa tych ogromnych, dzikich a zarazem wspaniałych zwierząt. Uderzająca i nadzwyczajna była ich zdolność do mimikry, naśladowania i przyjmowania kształtów, postaci innych przedmiotów, rzeczy, ludzi a nawet siebie samych, gdy zachodziła taka potrzeba albo taki kaprys nachodził ich malutkie, acz złośliwe gadzie móżdżki. "Most, ospałe zwierzę, nie poruszył się", w swoim poemacie Gleiwitzer Kindheit konstatował Horst Bienek, naoczny świadek owej epoki. Atoli nie tylko do mostu upodabniały się te osowiałe gady, i swym wyglądem mogły zastępować każdy przedmiot, i jak w anielskim przykazaniu, człowiek nie znał dnia ani godziny, gdy zamiast tego, co oczekiwał, wynurzała się namiastka potwora w całkowicie swoiskim kształcie. Mógł to być zwyczajny talerz, wieża kościelna, pospolity kot dachowiec czy przydrożna jarzębina, wybudowana właśnie nowa autostrada zaczynająca się w szczerym polu lub długi skład Orient Expresu złożonego z wagonów sypialnych i z miejscami przeznaczonymi do leżenia. Ludzie pracy cieszyli się, że będą mogli zabrać się na tę wycieczkę do Pekinu, długie tygodnie czekali w kolejkach za biletami, i nawet wszechwładnym radom robotniczym i żołnierskim z trudem udało się wypolemizować kilka miejscówek dla swych zasłużonych działaczy i ich rodzin, i to jeszcze w drugiej klasie, bez dodatkowego kompletu bielizny pościelowej na zmianę. No, potem wszyscy zadowoleni wsiadali do wygodnych wagonów, rozkładali bagaż, wyjmowali kanapki z serem i święcone, na pożegnanie machali jeszcze stojącym na peronie rodzinom, dyżurny ruchu dawał znak do odjazdu, pociąg ruszał, nabierał szybkości, i kiedy przełykali pierwsze kęsy albo interkomem zamawiali obiad z wagonu restauracyjnego, choć mogło do tego również dojść dopiero nazajutrz albo w środku nocy, słyszało się raptowne trach!, rozchodził się smród przypalanego mleka, i było po wszystkim: Dinozaur objawiał swoje prawdziwe oblicze tragicznego dla tych wybrańców losu - taka katastrofa pociągała za sobą nagłą śmierć czasami i siedmiuset osób, jak donoszą o tym stare kroniki i gazety. Rodziny, przeważnie żony zabitych, długo czekały na wydanie ciał; zresztą nie było jeszcze nic pewnego, czy są ofiary, zwłaszcza śmiertelne. Dinozaury bowiem, jako istoty roślinożerne, nie były przystosowane do trawienie ludzkich organizmów, i nieomal natychmiast po autodemaskacji swoich żartów, zwracały je z powrotem, i wtedy ukazywała się cała groza zaistniałej sytuacji: Długie szeregi przykrytych białymi prześcieradłami ciał leżały ułożone równo przed zarządami Zieleni Miejskich, i zrozpaczone wdowy, krzyczące dzieci, ojcowie rodzin identyfikowały swoich bliskich.

Nic więc dziwnego, że górnośląskie wioski i podmiejskie osiedla wyspe-cjalizowały się na tym obszarze w rzemiośle pogrzebowym: Np. w Świerklańcu wytwarzano trumny ze świerku, w Dąbrówce Wielkiej duże z dębu, natomiast w Dąbrówce Małej dla dzieci i niezbyt rosłej młodzieży, w Sosnowcu ze sosny, a w Orzechu zaś z drzewa orzechowego - jak kogo było stać, taką sobie zamawiał trumnę. Z tej prosperity korzystał także mój dziadek, Kacpar Paczocha, dzięki czemu mógł posyłać swoje liczne potomstwo do szkół średnich, i dokładać się do kieszonkowego studiującemu w Rzymie synowi, Jasiowi. Górnośląskie cmentarze stawiane były przeważnie w centralnych punktach miejscowości, przy głównej szosie za kościołem, okazałe, stanowiły tradycyjne miejsca spotkań towarzyskich i utrwalały poczucie przywiązania do górnośląskiej wspólnoty.

Otóż istnienie dinozaurów miało i swoje dobre strony, bez których Górnoślązak nie byłby Górnoślązakiem. Mianowicie eksploatował on dinozaura na skalę przemysłową, pozyskując jego jajka, tuszę, skórę i odchody, i to wszystko co pozostawało po uboju takiego zwierzęcia było wykorzystywane w różnych dziedzinach życia. Taka eksploatacja nie odbywała się na dziko, lecz była regulowana przez szczegółowe i dość skomplikowane przepisy łowieckie, a pieczę nad dinozaurami sprawowała Zieleń Miejska, i ona też pokrywała wszelkie roszczenia finansowe za straty wynikłe ze szkód, jakie wyrządzały krajobrazowi te istoty. Nie wszystkich było stać na wykupienie kosztownej licencji na poszukiwanie ich cenionych jajeczek, więc zdarzały się działania pozaprawne i ludzie, przede wszystkim bezrobotni, na własną rękę starali się je wykopywać spod zwałów piasku, i stąd miejscowość, gdzie pojawiły się pierwsze takie biedaszyby, nazwano Dołki. Ponieważ kopano na chybił trafił, dochodziło często do tragedii, i całe rodziny były zasypywane nie zabezpieczonym piaskiem lub dusiły się w źle przewietrzonych tunelach.

Górnoślązak zatem rozsmakował się w jajkach dinozaura, które były tak sporych rozmiarów, że jedno jedyne jajeczko wystarczało na długo na jajecznicę nie tylko dla całej rodziny a także dla bliższych i dalszych sąsiadów, z którymi dzielili się nią sprawiedliwie, gdy udało się komuś pozyskać takie jajo. Z tego powodu większość Górnoślązaków zamieszkiwała swego rodzaju domy wielorodzinne zwane familokami, których centrum stanowiła wspólna kuchnia, będące jak gdyby pierwowzorem późniejszych łóż koncentracyjnych, i gdzie wszystkie kobiety zamieszkujące dany budynek wspólnie sporządzały z tych jajek dinozaura pyszny kogel-mogel, i kto raz zasmakował w tym przysmaku, ten już więcej nie chciał jeść nic innego i za nic w świecie nie porzuciłby górnośląskich dekoracji, chyba że musiał emigrować, a wówczas po jakimś czasie umierał w zwątpieniu, gdy już nie był w stanie jeść nic innego i głód na wskroś przepalał mu trzewia.

Atoli składniki zawarte w tych jajkach dinozaura powodowały wzmaganie się popędu płciowego, który dochodził do absurdu, że płodziły nawet osiemdzie-sięciolatki, i do takiego przyrostu płodności i liczby potomstwa, że wyrównywał się wysoki wskaźnik zgonów powodowany spontaniczną i destrukcyjną czasami aktywnością owych zwierząt w trakcie ich godów. Przy tym ze względu na zawarte w tych jajkach estry wysokocząstkowe Górnoślązakiem powodowało poczucie czarnego humoru, wpadanie w rozmarzenie i niepokój znamionujący się w całym jego zachowaniu. Do tego w poszukiwaniu pożywienia i pracy napływało na ten obszar bardzo wielu cudzoziemców z sąsiedniego kraju zwanego eufemistycznie Zagłębiem, i który - jak sama nazwa na to wskazuje - stanowił rezerwuar taniej siły roboczej, gdyż nie żyły tam owe pożyteczne zwierzęta napędzające koniunkturę i ogólnie panowała polska bieda. Obojętnie jednak kto zamierzał się tutaj osiedlić, był przyjmowany z otwartymi rękami i całą wnoszoną przez siebie obyczajowością, i dzielono się z nim jajecznicą i koglem-moglem z owych okrytych sławą jajek dinozaura: Rudy, zielony, czarnuch czy bardziej czarnulka z dużym biustem albo kosmita byli traktowani jak swoi, naturalnie po jakichś dwóch albo trzech pokoleniach, jeśli nie dłużej. Stąd pojawiała się tutaj taka różnorodność twarzy, wejrzeń i obyczajowości mieszających się ze sobą i tworzących nowe jakości, kudłatych i łysych, czapkowych i bezczapkowych, garbatych i chodzących jak tyki, i każdy mógł wierzyć w to, co chciał, byle był katolikiem i nie sprzeciwiał się proboszczowi, atoli wszyscy wiedzieli, że nie znali dnia ani godziny, czy też co czeka ich za chwilę za progiem kuchni lub kościoła, i gdy przyjeżdżał tutaj ktoś nie obeznany z lokalnym kontekstem i nagabywał przypadkowego przechodnia: Panie, jak dojść na Kozielską?, albo: Panie, czy dojadę tędy na Glijonki, zagadnięty spoglądał bojaźliwie, ślimaczyły mu się oczy, mamrotał coś pod nosem, i zachowywał się tak, jak gdyby owo "panie" nie odnosiło się do niego, lecz do kogoś, kogo spodziewał się, że już czyha za jego plecami, bo dobrze wiedział, kto jest panem tego krajobrazu i do czego jest zdolny ów pan, gdyby przypadkiem znalazł się w zasięgu jego ogona czy łapy, co zresztą naocznie zostało przedstawione w zakazanym filmie o perłach w koronie rzucanych między wieprze, i w wielu innych obrazach prezentujących ten stan rzeczy bojaźni i jakby stanu zupełnego oderwania od rzeczywistości i somnambulicznego drżenia.

Tak więc mój pradziadek mając liczną rodzinę na karku, musiał klecić te trumny, szyby, strzechy, skoncetrowane łoża, i pewnego dnia dostał zlecenie od miejscowego proboszcza, aby w związku z wizytą lokalnego biskupa wyciosał mu monumentalny krzyż na żwirowisku przylegającym do kościoła w gminie Psary, gdzie miało odbyć się uroczyste nabożeństwo za pomyślność Ojczyzny. Zamiast więc zbijania szafotu dla miejscowych stróżów prawa, którzy pilnie musieli wykonać kilka straceń, i całą egzekucję trzeba było przenieść na później, Kacpar Patschoch ciosał i ciosał, aż wreszcie postawił monumentalny krzyż, który został pobłogosławiony, nabożeństwo odprawione, i ten ufny w zawartą ustnie umowę o dzieło udał się do proboszcza, aby zainkasować należną mu kwotę trzydziestu złotych dolarów. Ten jednak zapomniał o całej tej sprawie, mając do ostatniego namaszczenia jeszcze ową gromadkę traconych właśnie złoczyńców, i nie chciał słyszeć o żadnych dolarach, i robił dobrą minę do złej gry, jak gdyby dinozaur zaplątał mu się pod sutanną. Proboszcz był zdania, że skoro dotował jego syna Jasia na te studia w Rzymie, to dziadek powinien okazać mu swoją wdzięczność i nie wspominać o jakichś makabrycznych dolarach. Dziadek jednak wyrobił sobie własną opinię na ten temat i był zdania, że skoro Jaś został przyjęty na łono Kościoła, tym samym spadł z jego listy alimentacyjnej, która aż się mrowiła od potomstwa, i nie był w stanie pozwolić sobie na żadne darowizny na rzecz Kościoła, zwłaszcza nie udokumentowane, gdyż nie mógł sobie odliczyć tej kwoty od podatku, i tak długo nachodził miejscowego proboszcza i biskupa lokalnego, aż w końcu dostał swoje i za swoje, bowiem do tych duchownych należało ostatnie słowo. -

W Rzymie bowiem Jaś Paczocha uzyskał właśnie absolutorium, przygotowywał pracę dyplomową i szykował się do święceń, i przed ostatecznym wstąpieniem na jedynie słuszną drogę, postanowił zabawić się po raz ostatni i przyjechał odwiedzić tatusia na Górnym Śląsku. W sobotni wieczór wybrał się ze swoją siostrą Kasią na dyskotekę i zatańczył z nią parę razy, pozwolił sobie na szklaneczkę lemoniady, bąbelki uderzyły mu do głowy, i zatańczył z nią jeszcze raz. Akurat na tej dyskotece przebywał ministrant incognito, i ten nie omieszkał podzielić się swoją wiedzą z proboszczem, iż widział, że Jaś Paczocha tańczył z dziewczyną i się opijał. To wystarczyło. Natychmiast poszła iskrówka do Rzymu, że Jaś Paczocha nie jest godzien szat. Rektor skreślił go zatem z albumu i nie przedłużył mu wizy pobytowej, i tutaj z miejsca Jasiem Paczochą zainteresowała się wojskowa komisja uzupełnień, a ponieważ wujak Jaś bądź co bądź ukończył szkołę wyższą, został wcielony do polibudy oficerskiej wojaków artylerii ciężkiej na dalekich kresach wschodnich. Większość przedmiotów miał już zaliczoną, chodziło tylko o te różnice programowe, i zamiast dzieł ojców Kościoła, czytał teraz rozprawy A. Dürera, Kartezjusza i L. da Vinci, wybitnych teoretyków współczesnej wojskowości, i to w oryginale, ponieważ znał łacinę, w jakiej były pisane owe prace, i uporał się z nimi po dwóch latach, otrzymując absolutorium i szlify. Przygotowywał się do kolejnej obrony pracy dyplomowej, dostał zatem przepustkę i przyjechał odwiedzić swoich bliskich w rodzinnym Bańgowie. Siostra tymczasem wyszła za mąż, było upalne lato, poczuł się zawiedziony, i nie za bardzo chciało mu się pisać owo wypracowanie dyplomowe, opalał się więc samotnie w cieniu leniuchującego dinozaura marząc o zdobyciu władzy nad światem, i po paru dniach pakując wszystko co miał do niewielkiego chlebaka, przez zieloną granicę pod Łagiewnikami urwał się i uciekł do Berlina, gdy żandarmeria wojskowa pukała już u drzwi pradziadka, aby z powrotem ściągnąć go na uczelnię. Ponieważ zabrał z sobą także te świstki poświadczające ukończone studia, rychło obronił pracę dyplomową, dostał posadę i szybko piął się po szczeblach kariery służbowej w Berlinie ogarniętym Wielkim Kryzysem, gdzie panował również Wielki Nawis, i w ogóle w owej epoce wszystko było kolosalne, masowe i wielkie, nie wyłączając Brytanii czy Wielkiej Bolszewii, przed którą drżeli wszyscy, jak na Górnym Śląsku przed dinozaurami, i która w równym stopniu co dinozaury napędzała koniunkturę. Spodobał mu się bardzo jeden z wielu wielkich wynalazków owej doby, mianowicie kino, do którego zachodził tyle razy, ile udało mu się oderwać od zająć biurowych, atoli po górnośląskich doświadczeniach z gadem nie uciekał jak inni, gdy na widzów najeżdżała z ekranu rozpędzona lokomotywa czy hydra pamięci, i twardo siedział na miejscu, jak oczarowany pochłaniając narzucające mu się widoczki, i nie dosiadał również automobilu i nie gnał nim z obłędem w oczach po drodze szybkiego ruchu wokół Berlina, gdy z radia szło słuchowisko o wojnie światów i inwazji Marsjan na Ziemię, którzy jakoby mieli już wylądować w lasku pod Grunewaldem i żywcem pożerać ludzi, co spowodowało liczne zgony na drodze, wylewy, zmiażdżenia kości, nie mówiąc już o drobnych stłuczkach i ubytkach w drzewostanie: Wśród takich rzeczy wyrastał przecież na Górnym Śląsku, i nie było to dla niego czymś nadzwyczajnym. Zatem i jemu marzyła się kariera aktorska, i to bynajmniej nie rola statysty.

Mianowicie gdy pewnego dnia po porannym seansie dotarł wreszcie do biura, wszyscy gwarzyli coś o tym Wielkim Nawisie, który szalał i pełzł przybierając w trybie geometrycznym, i zastanawiali się, jak zaradzić złu, gwarantował bowiem bezrobocie, zastój i utratę sił żywotnych przy taszczeniu na grzbiecie całych worków coraz mniej wartościowych banknotów. Gdy usiłowało się go zgnieść, jeszcze bardziej wymykał się spod kontroli i śmiał się ludziom w nos i zwisał, i wszystkich ogarniała panika, następowały dalsze zgony i nikt nie znał dnia ani godziny i na nic nie mógł sobie pozwolić. Gdy tak wszyscy siedzieli w owym biurze ze strachem w oczach i usiłowali zaradzić złu, Jaś Paczocha względnie Johann Patschoch, który tymczasem przekształcił sobie nazwisko na lepiej brzmiące i przydające mu prestiżu i nie kojarzące go z uciekinierami z Górnego Śląska: Mgr Starszy Feldfebel Dypl. Johann W. Patschoschke, potem zaś poślubiwszy swoją Złocistą Różę, która w metaforycznym i dosłownym sensie zstąpiła do niego z ekranu i poszła za nim - Marlenę von Kleparz, nazywał się już Mgr Starszy Oberfeldfebel Dypl. Johann W. Patschoschke von Kleparz, zatem mój wujek Johann nie namyślając się długo palnął prosto z rękawa i orzekł, że owego Wielkiego Nawisu nie powinno się ani gnieść ani tłumić, lecz umiejętnie złapać za jajka, ale tak po bolszewicku bez pedagogicznych ciągotek do humanizmu, kopniakiem w krocze, że zawyje z bólu i sczeźnie. Wielu powątpiewało w tę metodę, lecz tak też się stało, jak postulował wujek i nazajutrz po wielkim kopniaku po Wielkim Nawisie nie było śladu, waluta umocniła się, opublikowano nowe banknoty, i wszyscy myśleli, że jeśli tylko rozprawią się teraz z Wielką Bolszewią zapanuje Nowa Era i Złoty Wiek Ludzkości. Przełożeni byli wdzięczni Jasiowi Patschoschke i obsypali go licznymi honorami, i pozwolili mu podpisywać każdy nominał tej nowej waluty i jako synekurę dostał biurko w Ministerium Kinematografii i Promocji Młodych Talentów, gdzie od tej pory w pełni mógł rozwijać przyrodzone uzdolnienia swoje i innyh i wyspać się za wszystkie czasy.

Nie można było tego wszakże powiedzieć o naszym dziadku, Kacprze Paczosze, który tymczasem na Górnym Śląsku przeżywał swe dni sądne i ostateczne. Choć wprawdzie pozostałe jego potomstwo, dorodne i liczne jak gwiazdy, rozwijało się prawidłowo, i gdy była na to pora, żeniło się i wychodziło za mąż - jak nakazywał ich totem kultowy, dinozaur - i również ze swojej strony płodziło szerokie rzesze następnego pokolenia Paczochów, jeden z jego młodszych synów, Karolek, także wdał się w starszego brata, Jasia, i zamierzał pójść w jego ślady i wstąpić na drogę duchowną. Wprawdzie - i tutaj nastał wszak Wielki Kryzys, nastał czy wybuchł, obojętnie, a za nim pojawił się Wielki Nawis kopnięty za jajka i zażegnany w Berlinie, stąd z tym większym kwikiem deliberował na Górnym Śląsku - nie było już tyle kasy na rozkurz, aby dziadek mógł sobie pozwolić na wysłanie jeszcze jednego syna na nauki do Rzymu, ale za to w miejscowych Panewnikach swój obóz założyli franciszkanie, czyli koszta nie byłyby takie horendalne jak w Rzymie, i dziadek pozwolił na wstąpienie Karolkowi do tegoż zakonu franciszkanów. Nazwa Panewniki brała się stąd, że dawniej wyjątkowi śmiałkowie zakładali tam wnyki na naszych panów, czyli dinozaury, stąd "pane-wnyki", co następnie po uproszczeniu dało współczesną formę "Panewniki". Ponieważ nowa administracja objęła dinozaury okresową ochroną i już prawnie nie wolno było zakładać wnyków na owe gady, obszar ten przestał być wykorzystywany, stopniowo ulegał degradacji i dewastacji i nie przynosił już takich zysków, jak oczekiwano. Aby podnieść jego rentowność i image, ogłoszono przetarg wygrany przez naczalstwo franciszkanów, które obiecywało, że obejmowany przez jego zakon dystrykt stanie się ostoją i oazą, a zamieszkujący go braciszkowie będą świecili przykładem, wniosą wkład i będą odciągali młodzież od nierządu, korupcji i zepsucia moralnego pracując na niwie pedagogicznej. Jednym z nich został mój wujak Karolek.

I podczas gdy w Berlinie jego starszy brat Jaś robił karierę i wspinał się, czyli jak się tutaj mówiło, gdy sąsiedzi dziadka obejrzeli kroniki filmowe, i patrzeli na niego z zazdrością, kurwił się występując z młodymi malarzami, poetami, filmowcami i żonami stanów beznadziejnych na publicznych bankietach, żrąc kawior i jarzębiaki, i powoli odstępował od wiary swych przodków w dinozaury, i gardził ich jajkami, wujak Karolek tym bardziej popadał w skruchę i pokorę, uprawiał posty i naśladował, i ubrany w swój brązowy habit leżąc krzyżem batożył swoje wychudzone ciało, aby za występki starszego brata przebłagać gniew przodków, który mógł spaść niczym grad we wściekłości dinozaurów, a ponieważ był słabowitego zdrowia, nie wytrzymał narzucanych sobie rygorów i po prostu umarł i udał się do krainy wiecznych łowów na dinozaura, i został pochowany w gratisowej trumnie wykonanej z najwspa-nialszego drewna suszonego dziesięciolecia przez jego ojca, Kacpara.

Na tym jednak sprawa się nie kończyła, a dopiero zaczynała swój prawdziwy bieg. Miejscowy proboszcz bowiem na spółkę i w porozumieniu z naczalstwem franciszkanów weszli w zmowę i uradzili sobie, że na tym etapie da się naszego dziadka z łatwością załatwić siłą definicji za tamte makabryczne dolary pobrane z kasy kościelnej za krzyż postawiony przez niego na żwirowisku. Idea była taka: Nie było przecież przymusu wstępowania do zakonu franciszkanów, a skoro wstąpił, to wyrządzili mu grzeczność i łaskę, i pobierał wszak u nich nauki i uczył się greki, łaciny, śpiewu gregoriańskiego i dykcji i nabierał tężyzny na ćwiczeniach wychowania fizycznego, nie mówiąc już o chemii analitycznej i organicznej, gdzie były niezbędnie potrzebne preparaty sprowadzane za ciężkie dewizy. Gdyby więc nie umarł, tedy mógłby w przyszłości przynosić pożytek zakonowi i stanowić jego chlubę, gdyby doszło do kanonizacji i zostałby zaliczony w poczet błogosławionych lub świętych, co przyciągałoby następnie szerokie rzesze pątników i pielgrzymów, a to wpływałoby w znacznym stopniu na rentowność zakonu; skoro zaś zmarł, to owe kwoty wypadają z przyszłych budżetów i zakon już poniósł straty, gdyż zakon łożył przecież na jego nauki, wynajmował nauczycieli akademickich, zatrudniał lektorów, i jeśli zatem nasz dziadek dziedziczył po Karolku z mocy prawa, to również jego zobowiązania finansowe, czyli powinien to wszystko zrekompensować zakonowi i zwrócić owe trzydzieści dolarów w złocie wraz z odsetkami i dobrowolnie się na jego dobro samoukarać i opodatkować. Od słowa do słowa, od procesu do procesu, od instancji do instancji, od adwokata do adwokata, od reanimacji do reanimacji, między jednym wylewem a następnym atakiem apopleksji, summa summarum dziadek został oceniony na 25 tysięcy dolarów w złocie, a ponieważ ociągał się z ich wpłatą na konto zakonu, poszedł do zbudowanej kiedyś przez niego samego ciupy za długi, i gdyby nie objęła go amnestia ogłoszona z okazji koronacji młodego księcia Walii, musiałby w niej przesiedzieć tysiąc trzysta lat. Atoli komornik i tak zajął całe jego mienie, ruchome i nieruchome, i to znajdujące się w powietrzu, i to zalegające pod wodą, jednym słowem dziadek Kacpar był goły i wesoły, i siedział samiutki na swojej ogołoconej z wszystkiego ojcowiznie i na jakimś cudem uratowanej gitarze wygrywał smętne górnośląskie bluesy, i gdy przechodziła tam któregoś dnia pewna rozkapryszona panna z dobrego domu, niejaka Basia, mająca lat dziewiętnaście, co na tym terenie uchodziło za staropanieństwo, i nikt już jej nie chciał, zobaczywszy go i usłyszawszy jego smętne songi, natychmiast zapragnęła go poślubić, i tak też się stało, po dwóch tygodniach, a ponieważ w wielkim worku z sąsiedniego osiedla Boże Dary przywiozła bogaty posag, dziadek znowu miał co włożyć na grzbiet, i choć u progu starości nie władał już siekierą jak kiedyś, żyli długo i szczęśliwie, i mieli jedno dziecko płci żeńskiej, Jagodę, i żyliby jeszcze dłużej, gdyby pewnego dnia dziadek nie wybrał się kolejką miejską na zakupy do Supersamca, stał w przepełnionym wagoniku z ową córką na rękach, i jakaś siedząca pannica ustąpiła mu uprzejmie miejsca, kadząc grzecznie: Usiądźcie sobie dziadku z tą wnuczką. Bardzo poczuł się urażony tym zwrotem "dziadku", dostał kolejnej apopleksji i umarł, a jego żona Basia urządziła mu wystawny i wybrycny pogrzeb z okazałą trumną i bogato zdobionym nagrobkiem, który jednak w czasie jednego ze swych szaleństw, zwanych też pogromami, splądrowały dinozaury, że nie pozostał po nim żaden ślad na górnośląskiej ziemi, lecz nie zaginęła pamięć o jego istnieniu, i historia mogła i może toczyć się w dalszym ciągu i nabierać rozpędu.
 

Andzej Pańta

 

 

Stanisław Chyczyński

SAMOHUK (M...)


Jutro się zbudzę z nogą w gardle
w mózgu poczuję silny fal luz
Sąsiedzi będą mieli frajdę
pianą gdy rzygnę niczym fallus

Wypluję słowo "staszek" - martwe
nie będę wiedział czym jest Nogat
Jutro się zbudzę z nogą w gardle
będzie to smukła Twoja noga!
Stanisław Chyczyński



Mieszka w Kalwari Zebrzydowskiej. Nauczyciel.

 
dziękujemy pkl. "Łabuź"

 

 

Herbert Markuse

O POJĘCIU NEGACJI W DIALEKTYCE

Uważam, że wszyscy jesteśmy zgodni co do tego, iż pewne trudności sprawia oznaczenie treści obecnego okresu historycznego, a zwłaszcza rozwoju późnego kapitalizmu w oryginalnych pojęciach, a nawet w rozwiniętych pojęciach teorii marksistowskiej, albo raczej, można je określić w ten sposób, lecz to sprawia nam nowe kłopoty. Kiedy ta sama teoria może obejmować zarówno rozwój A jako nie-A, zarówno dobrobyt jak i kryzys, rewolucję jak i nieobecność rewolucji, radykalizację klasy robotniczej jak i integrację klasy robotniczej w istniejący system, wówczas wprawdzie może to przemawiać za prawomocnością tej teorii, ale przemawia to także za jej neutralnością. I w rzeczy samej z tego punktu widzenia czyniono zarzuty teorii marksistowskiej, że zawiera wbudowany mechanizm, który uszczelnia ją na każdą próbę obalenia przez rzeczywistość.

Otóż, tak sądzę, że te trudności mają coś wspólnego ze źródłem dialektyki marksistowskiej u Hegla, i z tego powodu chciałbym tutaj zwięźle przedyskutować ten stosunek.

Co widzimy we współczesnym okresie, to wydaje się być czymś takim jak bezruchem dialektyki negatywności. Znajdujemy się wobec nowych form późnego kapitalizmu i dlatego także przed zadaniem rozwinięcia i dopasowania do tych form pojęć dialektyki. Niech mi Państwo pozwolą na ogólne stwierdzenie: Główna trudność wydaje mi się spoczywać w dialektycznych pojęciach, wedle których siły negatywne rozwijają się w obrębie istniejącego antagonistycznego systemu. Wydaje się, że ten rozwój negatywności w obrębie antagonistycznej całości jest dzisiaj trudny do zademonstrowania. Z tego powodu w moim krótkim referacie chciałbym zacząć od przedyskutowania negatywnego, a mianowicie chciałbym wyjść od kontrowersji, jaka toczy się dzisiaj we Francji wokół próby Althussera przedefiniowania od nowa stosunku dialektyki heglowskiej do marksistowskiej. Dość często akcentowano pozytywno-konformistyczny charakter dialektyki heglowskiej. Chciałbym pójść tak daleko, aby powiedzieć, że negacja w dialektyce heglowskiej przyjmuje charakter pozorny, poprzez wszystkie negacje, poprzez całą destrukcję koniec końców rozwija się jednak zawsze tylko to już w sobie istniejące i dzięki negacji podnosi się na wyższy stopień historyczny. Wygląda to tak, jakby przez wszystkie wybuchowe i radykalne przejścia i upadki w filozofii heglowskiej rozwija się ciągle tylko ta jedna istota, której uwięzione i zablokowane możliwości w niej samej uwalniają się przez negację. Jestem zdania, że ten konformistyczny charakter nie zależy od zastosowania Hegla do zewnętrznych odniesień, lecz tkwi w pojęciu samej dialektyki, w której przebija się przecież w końcu pozytywność rozumu i postęp.

Althusser orzekł przeto, że, jeśli Marx rzeczywiście postawił tylko dialektykę heglowską z głowy na nogi, przeobraził wprawdzie podstawę systemu, ale heglowskiemu został przeciwstawiony tylko inny system rozumu. To znaczy, pozostał w obrębie filozofii, zamiast znieść filozofię. W rzeczywistości, wedle Althussera, Marx zerwał z dialektyką heglowską, w ten sposób że na podłożu "rzeczywistego rozwoju" - wyrażenie Engelsa - rozwinął nową, samodzielną dialektykę.

Chciałbym teraz Państwu do tej tezy Althussera przedstawić tezę przeciwną, mianowicie taką, że także dialektyka materialistyczna pozostaje jeszcze pod urokiem idealistycznego rozumu, w pozytywności, dopóki nie zniszczy koncepcji postępu, wedle którego przyszłość wciąż jeszcze jest zakorzeniona w głębi istniejącego; dopóki dialektyka marksistowska nie zradykalizuje pojęcia przejścia na nowy stopień historyczny, to znaczy: Odwrót, zerwanie z przeszłością i istniejącym, jakościowa różnica w kierunku postępu nie zostaną wbudowane w teorię. To nie jest abstrakcyjny wymóg, lecz problem bardzo konkretny w obliczu problemu, czy i jak daleko późny stopień społeczeństwa przemysłowego przynajmniej w tym, co uważa się za techniczne podłoże rozwoju sił produkcyjnych, może posłużyć za model do konstrukcji nowego społeczeństwa.

Ten stan rzeczy chciałbym wyjaśnić na obu dialektycznych pojęciach naczelnych: negacji negacji jako wewnętrznym rozwoju antagonistycznej całości społecznej, i w oparciu o pojęcie całości, w której każda jednostkowa pozycja znajduje swą wartość i swoją prawdę. Najpierw o pierwszym pojęciu, pojęciu negacji jako zniesieniu. Zarówno dla Marxa jak i dla Hegla jest to, że negujące siły, jakie w jednym systemie rozsadzają rozwijające się sprzeczności i prowadzą na nowy stopień, rozwijają się w obrębie tego systemu. Tak na przykład burżuazja w obrębie społeczeństwa feudalnego, tak proletariat jako siła rewolucyjna w obrębie kapitalizmu: Określona negacja w sensie tego położenia wobec całości już w obrębie tej całości. Więcej jeszcze. Przez tę negację, która rozwija się z wnętrza systemu, ruch na nowy stopień w sposób konieczny staje się wyższym stopniem, w ten sposób że rozpętuje siły produkcyjne uwięzione w tym zakładanym systemie. Czyli także tutaj jeszcze we wszystkich rewolucyjnych transformacjach istniejącej całości już w sobie egzystującej istoty, która w ramach istniejącego nie może stać się rzeczywistością. I dlatego już w wysokorozwiniętej podstawie technicznej produkcji kapitalistycznej egzystuje także materialne podłoże do rozwoju produkcji socjalistycznej. Ale czy nie jest to znowu forma postępu rozumu obiektywnego i nowa forma reprodukującej się przewagi minionej, w aparacie technicznym uprzedmiotowionej pracy nad pracą żywą?

Naprzeciw wyjaśnionej właśnie koncepcji dialektyki stawiam kontr-problem: czy te negujące siły w obrębie jakiegoś antagonistycznego systemu dochodzą do rozwoju z historyczną koniecznością w ten postępowy, wyzwalający sposób, czy klasy i walki klasowe muszą być włożone w taką pozytywną dynamikę? Ten problem dotyczy materializmu historycznego jako całości w jego stosunku do dialektyki idealistycznej. Mianowicie: czy materializm dialektyczny nie redukuje swojej własnej materialnej podstawy, w ten sposób że działania instytucji społecznych nie przystawia dość głęboko do bycia i świadomości człowieka; w ten sposób że pomniejsza rolę władzy, zarówno brutalnej władzy jak i władzy faktów (np. podnoszącej się produktywności pracy i podnoszącego się poziomu życia); w ten sposób że lekceważy rolę skojarzonej z władzą nauki i techniki w formułowaniu i określaniu popytu i podaży? To znaczy: Czy materializm marksistowski nie lekceważy sił integracji i spójności, które są skuteczne na późnym stopniu kapitalizmu?

Idzie o to, że nie są to żadne siły umysłowe i ideologiczne, są to siły społeczne, które są dość mocne i materialne, aby na całą epokę te przeciwieństwa zneutralizować, zawiesić albo nawet zmienić w coś pozytywnego te siły negatywne i wybuchowe, które reprodukują istniejące zamiast je rozsadzić. Rezultat tej hipotezy: problematyczność pojęcia we wnętrzu istniejącej całości jako uwolnienie rozwijającej się negacji. Ale wraz z tym także problematyczność tego materialistycznego pojęcia rozumu w historii. I stąd konieczność oderwania pojęcia praktyki od związków z tym schematem i jeszcze raz powiązania wewnętrznego z zewnętrznym, na jakie jest się zdanym w dziejach.

Wraz z tym umyślnie niedialektycznie sformułowanym przeciwieństwem wewnętrznego i zewnętrznego przechodzę teraz do drugiego pojęcia, które zwięźle chciałbym przedyskutować: pojęcia całości.

Te poruszane tutaj problemy dotyczą realnych możliwości, gdyż w dynamice historycznej istniejąca antagonistyczna całość jest negowana i znoszona z zewnątrz i w ten sposób osiąga się następny stopień historyczny. Sądzę, że to pojęcie zewnętrznego, które jeszcze pokrótce chciałbym rozważyć, znajdowało swoje miejsce w filozofii heglowskiej a specjalnie w filozofii prawa. Myślę o stosunku społeczeństwa burżuazyjnego do państwa. Mimo wszystkich bardzo zręcznie wypracowanych dialektycznych przejść, które od wewnątrz wiążą państwo ze społeczeństwem burżuazyjnym, pozostaje jednak rozstrzygające to, że Hegel od zewnątrz narzuca państwo społeczeństwu burżuazyjnemu, a mianowicie w swoim argumencie o dobrej podstawie, ponieważ tylko taka siła, która znajduje się poza całym systemem interesów, "systemem potrzeb" społeczeństwa burżuazyjnego, może reprezentować coś ogólnego w tym beznadziejnie antagonistycznym społeczeństwie. Ogólne w tym sensie pozostaje poza systemem społeczeństwa burżuazyjnego.

Jeśli więc na coś takiego zewnętrznego jest jakieś historyczne miejsce, wówczas każda określona historyczna całość sama musi być częścią większej totalności, w obrębie której może być spotykana od zewnątrz. Ta większa totalność sama znowu musi być konkretna i historyczna. Dla Marxa narodowy kapitalizm jest częścią całości globalnego kapitalizmu. Ale także tutaj, myślę, jest już różnica między wewnętrznym i zewnętrznym, zwłaszcza w pojęciu imperializmu: konflikty imperialistyczne jawią się jako zewnętrzna siła naprzeciw wewnętrznej i rewolucyjnej akcji proletariatu, który jest tą siłą rozstrzygającą.

Jak ma się zatem z tym stosunkiem częściowej całości i totalności? Mamy globalny system kapitalizmu, który dla Marxa był jeszcze totalnością, dzisiaj zaś jako częściowa całość w światowym systemie koegzystencji kapitalizmu i socjalizmu; i w obrębie tej totalności fenomen absorbcji rewolucyjnego potencjału w samym późnym kapitalizmie. Jako następstwo tej absorbcji negacja stoi dzisiaj naprzeciw negatywności jako geograficznie i społecznie rozdzielona i samodzielna całość. Wewnętrzna sprzeczność rozwija i przekształca się w tym globalnym przeciwieństwie. Jestem zdania, że dialektyka znajduje się dziś przed zadaniem teoretycznego przerobienia tej istotnie nowej sytuacji, nie wpychając jej w tradycyjne pojęcia. Tutaj tylko kilka sugestii: Zewnętrznego, o którym mówiłem, nie należy rozumieć mechanistycznie w przestrzennym sensie, lecz jako jakościową różnicę, która przerasta istniejące przeciwieństwa we wnętrzu antagonistycznej częściowej całości, na przykład przeciwieństwo kapitału i pracy, i nie jest redukowalna do tych przeciwieństw. To znaczy: Zewnętrzne w sensie sił społecznych, które reprezentują te potrzeby i cele, jakie są tłumione w tej istniejącej antagonistycznej całości i w której nie mogą się rozwijać. Jakościowej różnicy nowego stopnia nowego społeczeństwa nie musiałoby się wówczas widzieć tylko w zaspakajaniu witalnych i duchowych potrzeb (ta rzeczywiście pozostaje podstawą wszelkiego rozwoju), lecz raczej w powstawaniu i spełnianiu nowych, w antagonistycznym społeczeństwie dławionych potrzeb. Takie nowe potrzeby znalazłyby swój wyraz w radykalnie zmienionych stosunkach ludzi i w radykalnie innym społecznym i naturalnym otoczeniu: Solidarność na miejscu walki konkurencyjnej; zmysłowość na miejscu represji; zaniknięcie brutalności, wulgarności i ich języka; pokój jako stan trwały.

Nie mówię tutaj o wartościach i celach, lecz o potrzebach. Bowiem dopóki te cele i wartości nie staną się realnymi potrzebami, tak długo jakościowa różnica między starym a nowym społeczeństwem nie będzie się mogła rozwinąć. Jednakże ten humanizm tylko wówczas może stać się konkretną siłą społeczną, kiedy będzie niesiony przez egzystujące już nowe społeczne i polityczne siły, które powstały i powstają przeciw starej, represywnej całości.

W tej mierze, w jakiej antagonistyczne społeczeństwo zamyka się w pewną potworną i represyjną totalność, przemieszcza się że tak powiem społeczne miejsce negacji. Siła negatywnego wyrasta poza tę represywną totalnością z tych sił i ruchów, które jeszcze nie są uchwycone przez agresywną i represywną produkcyjność tak zwanego "społeczeństwa obfitości", albo już uwolniły się od tego rozwoju i dlatego mają historyczną szansę pójścia naprawdę inną drogą uprzemysłowienia i modernizacji, humanistyczną drogą postępu. I tej szansie odpowiada siła negacji w obrębie "społeczeństwa obfitości", która buntuje się przeciwko temu systemowi jako całości. Siła negacji, jak wiemy, nie jest dzisiaj skoncentrowana w żadnej klasie społecznej. Ona jest jeszcze dzisiaj chaotyczną, anarchistyczną opozycją, politycznie i moralnie, racjonalnie i instynktownie: Odmowa współdziałania i współuczestniczenia, obrzydzenie całą tą pomyślnością, przymus protestowania. Jest słabą, nie zorganizowaną opozycją, ale która, jak wierzę, polega na siłach napędowych i celowych założeniach, jakie w nieprzejednanej sprzeczności znajdują się w tej istniejącej całości.
 

1966
Z niemieckiego przełożył Andrzej Pańta



Wykład wygłoszony na Kongresie Heglowskim w Pradze w 1966 r., opublikowany w Filosoficky Časopis 3, Prag 1967.

 
dziękujemy pkl. "Łabuź"

 

 

Paweł Kozioł

* * *


a gdyby
przywyknąć do tej ciszy, nie zatykać
uszu rozmową

nawet z twoim imieniem

bo nawet twoje imię wołałem jak ornament
 
Paweł Kozioł



Mieszka w Jarosławiu. Student Uniwersytetu Warszawskiego.

 
dziękujemy pkl. "Łabuź"

 

 
 
Pięć - dziesięć zdań:

O PROWINCJONALNIE BIOREGIONALNEJ KULTURZE

"(...) Nie trzeba wcale być spóźnionym wyznawcą Hipolita Taine'a, aby założyć, że życie jednostek twórczych staje się szczególnie uciążliwe w środowisku, gdzie brak takich instytucji i podniet, jak teatry i koncerty, uniwersytety i kongresy, wydawnictwa, redakcje, muzea, wystawy sztuki i - dlaczego nie -kawiarnie literackie. Nie sądzę, aby dzisiaj telewizja z internetem włącznie wiele pod tym względem zmieniła; szkło ekranu separuje od rzeczywistości i czyni z nas jej biernych widzów.(...)"

 

Jerzy Pomianowski -

"Tygodnik Powszechny" nr 48(2681) - 26.11.2000 r.

 

Przedruk z: "Unser Pommerland" 1913 - 14

F. Petermann

KLASZTOR W MARIANOWIE (MARIENFLIESS)

Wkrótce po nawróceniu Pomerańskich pogan na chrześcijaństwo przez biskupa Bamberskiego Otto Bamoerg´a (zmarł w 1139 r.) zostały w Pomerani zbudowane pierwsze klasztory: w Sztolpie (Stolp) i w Grobie (Grobe) przy Uzedom´u (Usedom) - 1150r. Z tych klasztorów prowadzono systematyczną pracę misyjną z jeszcze nie nawróconymi poganinami, uświadamiając i wpajając chrześcijańskie zwyczaje i nawyki. Najzacieklej upartymi w swej pogańskiej wierze okazali się mieszkańcy wyspy Rugia (Rógen), należący do klanu Ranów (Rannen), którzy z hardą zaciekłością trzymali się wiary swych przodków nie przyjmując żadnych nowości. Dopiero w roku 1168 połączone siły; duńskiego króla Waldemara i biskupa Absolome von Rockskil´de z Zelandii (Seelland), pokonały opornych Ranów. W tej bogobojnej pracy brały udział także Mekleburskie i pomorskie "trupy pomocnicze". Pomiędzy 14 i 15 czerwca 1168 roku została zniszczona ostatnia świątynia pogan Arkona. W ten sposób otworzono wyspę na chrystianizację. W jakim czasie po tym głośnym i wstrząsającym wydarzeniu - zburzeniu Arkony, w mieście Bergen zbudowana ku chwale i glorii Przenajświętszej Panny Marii żeński klasztor wzoru cysterskiego, który został poświęcony w roku 1193. W Krainie Pomorskiej, w tym samym czasie, jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać także klasztory, w których, z reguły mieszkali szkszętliwi i zaradni mnisi. Gdzie zbudowano chociażby jeden klasztor tam, w krótkim czasie dokoła rozkwitały dorodne pola i owocne sady. Był taki klasztor w pobliżu Trzebiatowa (Treptow) powstały w 1170 roku. Zbudowano go na miejscu gdzie wcześniej znajdowała się świątynia Wendengotów "Belbog". Ciekawostką jest fakt, iż wyraz "Bóg" w językach słowiańskich Pomorza oznaczał to samo przekonanie wiary -(dopisek tłumacza).

W roku 1173 na urodzajnym brzegu rzeki Iny (Madii) niedaleko od Pyrzyc (Pyritz) założono klasztor Colbatz (Kołbacz), która to nazwa oznacz słoną łąkę. Być może nizina na której zbudowano klasztor, tysiące lat temu była częścią Bałtyckiego Morza (?) - (dopisek tłumacza). Fundację klasztorną, do której niebawem należał spory obszar ziemi, od Iny wzdłuż jej biegu aż do miasta Altdam, zaliczano do najpiękniejszych i najurodzajniejszych w całej Pomerani.

W roku 1248 na żyznym brzegu rzeki, w odległości dwóch mil od Stargardu Pomorskiego (Szczecińskiego), w kierunku wschodnio północnym, nad średniej wielkości dosyć rybnym jeziorem, z którego w kierunku południowym wypływa rzeczułka, zbudowano klasztor. W ciągu następnych stuleci w niezagos-podarowanym wówczas i dzikim kraju miał on duże znaczenie, chociażby poprzez sam fakt, iż większą część swego tułaczego życia, Sydonia - najgłośniejsza pomorska postać, urodzona w Strzmielu - 7 km od Łobezu, spędziła właśnie w tym klasztorze. Czy jako mniszka? To jest raczej wątpliwe. Z zachowanych przekazów historycznych wynika, iż klasztor ten był miejscem - szkołą dla wdów i panien pomorskiej szlachty.

Znany jest nam ocalały dokument z roku 1248, który mówi o wyświęceniu żeńskiego klasztoru w Szenebe (Schöne-beck). Rezydujący w Kamieniu (Camin) biskup Wilhelm przekazał klasztorowi, część dochodów w postaci tak zwanej dziesięciny, którą sąsiednie wioski powinny wypłacać mniszką. Zachowany i cytowany dokument prawdopodobnie mówi o klasztorze, który już działa. W tamtej rycerskiej epoce był taki szlachetny zwyczaj związany z prawem lennym, który stosowała rodzina możnowładcza na danym terenie - senior. W tym wypadku byli to van Wedlowie (Wedell). Chodzi o przeniesienie nazwy strumienia czy potoku, przepływającego obok wsi, czy klasztoru i nadanie tej nazwy. W ten sposób klasztor w Marianowie na początku został nazwany Schönebeck (piękny strumień). Późniejsza nazwa Marienfliess (strumień Marii) jeszcze nie miała mocy urzędowej.

Z formalnego punku widzenia właściwym i pierwszoplanowym założycielem klasztoru, był hercog Pomerani Bramin I, który był donatorem innych klasztorów także. Nazywano go nawet Dobroczyńcą - (Gute - dobry). Między innymi zasilił on kiesę budowniczych Kolegiaty Najświętrzej Panny Marii w Marianowie (Marienstiftskirche).

Ziemia Stargardzka w czasach zakładania klasztoru Schönebeck była domeną Kamieńskiego biskupa Wilhelma. Tak bywało w tamtych czasach, że gdy Pan Kraju (Landesherr) wyposażał kogoś w nadziały ziemi, okoliczni możnowładcy naśladowali go, przydając nadziały od siebie. A tak o tej sprawie mówią zachowane dokumenty: 7 października 1248 roku hercog Pomerani Bramin I wyrażając zgodę na zamianę Ziemi Stargardzkiej na Ziemię Kołobrzeską - dobra Wilhelma Biskupa Kamieńskiego, potwierdza raz jeszcze, że ku chwale Wszechmocnego Boga i dla uczczenia Matki Boskiej Świętej Panny Marii, na Ziemi Stargardzkiej, przy strumieniu przecudownej Panny Marii, dla budującego się klasztoru żeńskiego nadaje 600 włók ziemi ornej i akceptuje darowiznę złożoną temu Klasztorowi wynoszącą 500 włók, której ofiarodawcami było okoliczne rycerstwo. W tym samym dokumencie są określone granice wewnątrz których leżało owe 1100 włók ziemi klasztornej. Przebiegały one od miejscowości Bicho przy Schönenbeck - strumień, przez Staritz w pobliżu Frienwalde, przez Noblin, Wrechen...

Natomiast strumień wypływajacy z klasztornego jeziora już nie jest nazywany Schönenbeck (piękny strumień), a nadano mu nową nazwę; rivus sanctae Mariae - strumień świętej Marii lub w skrócie; Marienfliess - (strumień Marii) i od niego Klasztor przybrał tą samą nazwę: Najświętrzej Marii Panny - Marienfliess, a strumień nazywano klasztornym, bądź strumieniem mniszek. Sie transit gloria Mundi! - tak mija sława świata.

Z języka niemieckiego tłumaczył: Wiktor Kutkiewicz


 

 

Marek Dziekan

***


przepijasz
ostatnią deskę ratunku,
z której by można było zrobić
solidny stół

Usiedlibyśmy za jego blatem
i opowiadalibyśmy sobie
nieprawdopodobne historie z życia jaskółek
obniżających
swój lot przed deszczem.
Marek Dziekan



Mieszka w Międzyzdrojach...(?)

 
dziękujemy pkl. "Łabuź"

 
 

 
 
Pięć - dziesięć zdań:

O PROWINCJONALNIE BIOREGIONALNEJ KULTURZE

Nie od dziś wiadomo, że znaczenie przymiotników "prowin-cjonalny" i "amatorski" nie jest wyraziste. Tylko teoretycznie ich przeciwieństwem jest "uniwersalny" i "profesjonalny". Rzeczywistość zadaje temu kłam. Każdy zapewne zna niejednego grafomana zrzeszonego w SPP lub ZLP. Profesjonalista to czy amator? Jako że oddziały związków twórczych koncentrują się głównie w metro-poliach, wzmiankowany grafoman raczej nie jest też twórcą prowincjonalnym. Czyżby więc był uniwersalnym? Chyba tylko w tym sensie, że grafomania nie zna granic!

Prowincjonalizm (w znaczeniu pejoratywnym) nigdy nie wiąże się z geografią, tylko z wszechobecną mentalnością koteryjną. Każda klika z istoty rzeczy jest siedliskiem oportunizmu i zastoju, bo funkcjonuje po to, by zabezpieczyć interesy działających w niej miernot. Każdy talent stanowi śmiertelne zagrożenie, czyni więc wszystko, by pozostał w ukryciu. Skorumpowane media produkują szum niezbyt kulturotwórczy. Niezależnie od miejsca zamieszkania, o najzdolniejszych adeptach sztuk wszelakich dowiedzieć się można tylko pocztą pantoflową. I to jest dopiero prowincja. Ogólnopolska!

Ariana Nagórska

 
 

 

Henryk Banasiewicz

NARZECZENI


Kochamy marzyć - bo w marzeniach
Tyle się dzieje dobrych rzeczy,
Ale żyć trzeba tu i teraz
Pośród przyjaciół twych serdecznych

Jeśli marzeniem ścigasz ptaki
Odwracasz oczy zaś od ludzi
To przecież tak się może zdarzyć
Że dnia pewnego się obudzisz

Zobaczysz wokół las spalony
Łąki popiołów, martwe rzeki
I ścigać będą cię demony
Chwil utraconych i dni przeszłych

Każda minuta twego życia
Jest jak bezcenny dar od losu
Więc każdą chwilą się zachwycaj
Lub ptaki... ale bliskich - kochaj.
Henryk Banasiewicz



Mieszka w Szczecinie. Pracuje w Pomorskiej Akademi Medycznej.

 
dziękujemy pkl. "Łabuź"

 

 
 
Pięć - dziesięć zdań:

O PROWINCJONALNIE BIOREGIONALNEJ KULTURZE

(...)Piszę tak jak gdybym był stale w Więcborku (miasteczku porównywalnym z Łobzem - Łobezem?), który opuściłem w 67 roku, i słyszał stuk kopyt pociągowych koni o jakże niewzruszone kocie łby, dzisiaj pokryte już kwefem anonimowego asfaltu. To tam pędziłem rowerową felgę w drucianym trzymadle i nabijałem sobie guzy mądrości. To tam właziłem na jakże przystępne drzewa, widząc z nich więcej niż dzisiaj z telewizyjnej wieży w Hamburgu. To jakiś niemądry przesąd, że prowincja nie ma okien na świat i że wszystkie wychodzą na zaśmiecone podwórka. Wielu prowincjuszy jest równie dumnych ze swego miejsca zasiedzenia, jak owy artysta awangardowy z "Manipulacji" Iredyńskiego. Agitującym go na przeniesienie się do stolicy pokazywał gwóźdź wbity w podłogę, mówiąc, że to jest jego centrum i że nie widzi żadnego powodu do wiary, jakoby leżało ono gdzie indziej. Człowiek ma naturę sroki, pociąga go wielkomiejski blichtr i całe jego szczęście polega na nie uświadomieniu sobie, ile naprawdę stracił, stając się dobrowolnie bądź przymusowo mieszczuchem. Albowiem, gdy już się nim stał, najczęściej nie doświadcza jakieś szczególnie nobilitującej wielkomiejskości, która rekompensowałaby mu rzekome niedostatki prowincji. Cóż to takiego miałoby być? Tych kilka teatrów, muzeów, wystaw - do których i na które trafiamy sporadycznie i okazjonalnie? A może poczucie wysoce przesadzonej dumy z faktu codziennego mijania szacownych instytucji czy rozdymanych sklepów, w których już dawno nic ciekawiej niż gdziekolwiek? A może po prostu w tłoku raźniej i bardziej incognito... Proszę bardzo, ja już się narozpychałem, lecz dzisiaj mam dużo mniej szans trafić ponownie na prowincję, niż kiedyś z trafieniem do miasta. Ziemia utracona boli, a wcześniejsze wybory są nieodwracalne jak Wielki Wybuch. Galaktyki naszych możliwości pouciekały od siebie po czaszy kulistej, a na impet tej, którą wybrałeś nie masz takiego wpływu, jak kiedyś przypuszczałeś.(...)

Jerzy Kujawski

 

 

PRZYPADŁOŚCI I BOLE PISARZÓW

Kto sądzi, że pisarstwo - pośród innych działań twórczych - jest aktem bezproblemowym, myli się. Kto przypuszcza, że umiejętność pięknego zaczerniania papieru nic nie kosztuje, myli się. Kto podejrzewa, iż pisanie przychodzi łatwo, przyjemnie, a może nawet i zdrowo, jest w błędzie. Świadome pisanie, twórcze pisanie, zawsze łączyło się (i łączy nadal) z bólem rzeczywistym lub wyimaginowanym. Jest dziedziną, gdzie łacno przenikają się kabotynizm z mizerią, chwała etycznej potyczki z dwuznaczną moralnością, wysoki artystycznie zamiar z banalną ekspiacją niemożności.

Jasna niczym słońce dla każdego pisarza jest tęsknota stworzenia dzieła jeśli nie wiekopomnego, to choćby strawnego i pokupnego. A cała ta chętka okupiona bywa rozmaitymi przypadłościami.

Ów obszar, mało dotąd rozpoznany, aż się prosi o to, by go - rozczłonkowując - nazwać po imieniu, opisać, przyszpilić. Wszak tym, którzy cierpią za miliony, także należy się odrobina krytycznej uwagi.

A zatem: literackim nawiedzeńcom, hipokrytom słowa oraz różnej maści popaprańcom pisarskim obojga płci niechaj chwała będzie i cześć!

Oto krótki spis, sporządzony metodą słownikową, niektórych przypadłości pisarzów.
ciąża urojona - zwodniczy stan długiego dojrzewania pomysłu (np. powieści), zakończony brutalną prawdą o złudzie tegoż; póki co jednak pisarz usiłujący donosić ciążę urojoną zdradza wszelkie objawy ciąży rzeczywistej (maślany wzrok, zwiększone łaknienie, grymasy, ect.)
drżączka - niemal febryczne drżenie wywołane lękiem inicjacji nowej powieści, którą uśmierzyć może jedynie kilka szklanek czerwonego wina lub nabranie głęboko powietrza i skok na główkę w głębinę oczekującej prozy
euforia pourazowa - stan gwałtownego podniecenia wywołany urazem, jakim jest ukończenie w mękach tworzonego dzieła, na ogół poprzedzający frustrację pourazową
frustracja pourazowa - dół psychiczny, czyli zapaść po minięciu euforii pourazowej; zwykle bez porównania dłuższa od euforii i często fatalna w skutkach - grożąca np. obżarstwem, opilstwem, onanizmem
kastratonia - działania pisarskie objawiające się ostracyzmem wobec twórczości własnej; kastratonik niemiłosiernie i często bez uzasadnienia rżnie dzieło własne, przykrawa i piłuje do kości, w rezultacie czego z utworu pozostaje małomówny szkielet
kociokwik - eksplozja emocji wywołana wpadnięciem na trop pomysłu, który po krótkim lśnieniu okazuje się humbugiem źle wytrenowanego lub przeeks-ploatowanego umysłu
kukawka - odruchowe i bardzo częste zaglądanie w dzieła kolegów po piórze, tak zwane zapuszczanie żurawia, objawiające się nienaturalnym wyciąganiem szyi na boki, do przodu i do tyłu
kurcz pisarski - oryginalny termin medyczny - przykurcz palców (zwłaszcza wskazującego i kciuka) zbyt długo i mocno zaciskających narzędzie piszące; dziś objawiający się tzw. hakowaceniem palców przy klawiaturze komputera
lęki poranne - stan zwątpienia w sens tego, co napisało się dotąd, ogólne rozdrażnienie i zniechęcenie, czasem spowodowane wizytą komornika, marudzeniem kochanki nie zamierzającej opuścić cię przed śniadaniem lub kacem fizycznym
lunatykowanie - przypadłość dręcząca zwłaszcza poetów; nieświadome (albo półświadome) nocne wędrówki po knajpach w poszukiwaniu wczorajszego lub lepszego jutrzejszego dnia (typowym przykładem Gałczyński, piszący o srebrnym świetle Księżyca i podobnych romantycznych bzdurach)
łykawość - niebezpieczna przypadłość (podobnie jak u koni) polegająca na nieustannym przełykaniu śliny na widok rzekomych lub autentycznych sukcesów twórczych konkurencji po piórze
nerwica recenzencka - pełne obaw oczekiwanie na reakcje prasowe po opublikowaniu dzieła; czasem towarzyszy temu drżenie rąk, oczopląs i szczękościsk - zwłaszcza po zapoznaniu się z oczywiście jak zawsze krzywdzącymi biednego pisarza recenzjami
obłożenie języka - nieufność w przyglądaniu się słowu, prowadząca w rezultacie do nadmiernie ostrożnego traktowania języka, czego efektem zdrewnienie tegoż lub puchlizna
poectwo - nagminna choroba grafomanów, usiłujących mienić się poetami prawdziwymi; łatwo rozpoznawalna po szastaniu wtórnościami, braku umiaru oraz przejmowaniu od twórczości oryginalnej drugo- i trzeciorzędnych cech
rwa kultowa - dolegliwie odczuwane ciągoty ku temu, by sprostać (często powstałym w imaginacji p.) obiegowym oczekiwaniom czytelniczym; obezwładniająca tęsknota za stworzeniem dzieła dającym się umieścić na topie, za wszelką cenę i byle już
słowotok - tyczące zwłaszcza miernot pisarskich nie kontrolowane (lub kontrolowane b. słabo) produkowanie słów mających zbudować utwór literacki
suchoty - pozbawianie się sił witalnych spowodowane zbyt surowym reżimem w spożywaniu rozmaitych postaci wody ognistej
ślepota pisarska - podobna do ślepoty kurzej, tyle że rozciągająca się i na dzień; przypadłość powodująca niedostrzeganie dzieł innych pisarzy, szczególnie zaś piszących lepiej
wodogłowie - oczywista jednoznaczność tej przypadłości pcha się na plan pierwszy sama, i słusznie; czasem w przepełnionych wodą głowach pisarzów pojawiają się złote rybki nie potrafiące spełnić wygórowanych ambicjonalnie życzeń
zapaść duchowa - przejściowy okres niewiary w możliwości własne po zderzeniu z dziełem wybitnym; u osobników psychicznie i talentowo słabszych grożący chronicznością
zespół dobrego samopoczucia - samozadowolenie pisarza nie mające uzasadnienia w jego produkcji literackiej, objawiające się między innymi protekcyjnością zachowań oraz wieloznacznymi uśmieszkami; stan trapiący sporą część populacji pisarskiej



Rzecz jasna hasła powyższe ledwie napoczęły tę beczkę miodu. Dlatego chcemy zaprosić zwłaszcza dzielnych robotników pióra (ale i niedzielnych) do przymnażania haseł ku pożytkowi ogólnemu. Przysyłajcie* swoje propozycje z możliwie zwięzłymi opisami "jednostek chorobowych" pisarskiej braci.
Zabawne i najcelniejsze będziemy publikowali w następnych numerach, naturalnie z podaniem nazwiska propozycjodawcy.

 
"łabuź"