Łabuź 36/2001 marzec

SPIS TREŚCI


 

WSTĘP

Józef Bańka w swej koncepcji eutyfroniki (zbitka słów "eutyfron", gr. - prosty, bezpośredni oraz "technika") postuluje skoncentrowanie wysiłków na analizie rozwoju technologicznego, ze szczególnym uwzględnieniem szkód, jakie wyrządził on psychice ludzkiej, a co za tym idzie także ekosystemowi i szeroko pojętej jakości życia. Oprócz opisu szkodliwych skutków cywilizacji technologicznej powinna ona próbować wskazać sposoby ochrony przed nimi, ukazać istniejące możliwości przezwyciężenia negatywnych zjawisk. Zwracać winna uwagę na te aspekty oddziaływania technicznego, które wiążą się z marginalizacją i zatratą podsta-wowych wartości ogólnoludzkich: miłości, umiejętności współżycia, zdolności rozumienia innych, wrażliwości, wolności, godności, intymności, solidarności, tolerancji, ufności, współdziałania i współpracy. Jego zdaniem "(...) zostały one we współczesnym świecie zagrożone w rezultacie nadmiernej i jednostronnej w gruncie rzeczy fascynacji wszystkimi możliwymi sferami rewolucji naukowo - technicznej".

Eutyfronika nie zasadza się na krytyce postępu technicznego jako takiego, gdyż wychodzi z założenia, że ów proces jest właściwie niepowstrzymywalny i nieodwracalny. Stara się natomiast łagodzić jego wpływ, neutralizować tzw. skutki uboczne, kierować jego przebiegiem (np. poddając krytyce planowane dopiero posunięcia i wskazywać alternatywne rozwiązania o mniejszej szkodliwości), proponować środki zaradcze w wypadku związanych z nim zagrożeń itp. Akceptuje ona rozwój technologii i jej zastosowanie tylko wtedy, gdy nie oznacza to ingerencji w kolejne sfery ludzkiej wrażliwości. Postuluje ostrożność wobec rozwiązań oznaczających dotkliwy negatywny wpływ, a nawet ich eliminowanie w imię "ascezy innowacji", która "(...) chroni (...) naturalność człowieka przed nadmiernym balastem technologii, zagłuszające indywidualność i potrzeby psychiczne jednostki". Bańka - co warte podkreślenia - dostrzega przy tym liczne związki między presją wywieraną na świadomość i psychikę człowieka przez technologię a zniszczeniami ekosystemu, dlatego też uważa, iż eutyfronika i jej dokonania są sprzymierzeńcami ekologii, jej logicznym dopełnieniem.

Eutyfronika, broniąc podstawowych wartości składających się na istotę człowieczeństwa, dąży do przywrócenia im świetności w postaci człowieka prostomyślnego, przeciwstawionego dominującym współcześnie wzorcom homo technicus i homo oeconomicus. Człowiek prostomyślny miałby być swego rodzaju strażnikiem odwiecznych wartości w świecie stechnologizowanym, a sprawdzone wielokrotnie w praktyce ideały i wzorce postępowania umożliwiłyby mu egzystencję godną, pozbawioną kłopotów związanych z brakiem odporności na ekspansję techniki. Chodzi o to, aby w momencie zaburzonych reakcji między człowiekiem a techniką, przejawiających się w podporządkowaniu rodzaju ludzkiego wymogom systemu technologicznego, dowartościować i wzmocnić pozycję strony słabszej, przywrócić równowagę niezbędną dla prawidłowego i stabilnego funkcjonowania społeczeństwa oraz równowagi ekologicznej. Bańka pisze: "Aby uzyskać równowagę między potrzebami istotnymi dla istnienia istniejącego człowieka a potrzebami immanentnymi dla teraźniejszości techniki, człowiek musi dążyć do inscenizacji epistemologicznej takiego systemu zachowania i myślenia, który pozwoliłby mu znieść ten stan rzeczy bez uszczerbku dla równowagi wewnętrznej. Ideał taki zawiera model (...) człowieka prostomyślnego, wrażliwego na wartości moralne, sprzeciwiającego się samej istocie dotychczasowej cywilizacji technicznej".

Człowiek prostomyślny, stając w obliczu "pustki cywilizacji źle urządzonej", pragnie przywrócić należne miejsce zapoznanym obecnie, aczkolwiek niezwykle istotnym, ponadczasowym wartościom, bez których życie ludzkie wydaje się niepełne, pozbawione sensu i coraz bardziej przypominające trwanie bezdusznych automatów napędzanych zewnętrzną energią. Starania podejmowane przez homo eutyfronicus są swoistą batalią przeciw " dyktaturze Zeitgeist - u", która oznacza dzisiaj eliminowanie ważkich wartości i postaw w imię "postępu", "nowoczesności", "końca historii" Nie oznacza przy tym jakiejś sentymentalnej reakcyjności, bezproduktywnego wzdychania za "starymi dobrymi czasami", lecz jest próbą zachowania tych składników egzystencji, dzięki którym życie zdaje się być pełne i wartościowe, nie pozbawione smaku i sensu. Pisze więc Bańka: "Osiąganie radości w poświęceniu, walce, działania dla idei - to postawy i sposoby postępowania właściwe dla naturalnej reakcji człowieka w otoczeniu, i postawy te bynajmniej nie przeżyły się. Tylko w oczach niektórych uchodzą one za średniowieczne relikty życia ascetycznego. Nie należą bowiem do średniowiecza pytania: czy życie jest znaczące, czy warto żyć, czy jest ono jałowe i absurdalne?".
 
 

Fragment artykułu Remigiusza Okraski pt. "HOMO EUTYFRONICUS" - JÓZEFA BAŃKI - koncepcja człowieka ery technologicznej, zamieszczonego: - "Dzikie Życie" - lipiec, sierpień 2000.

Dziękujemy! pkl. "Łabuź"

 

 

Cezary Domarus

***


Pioruny-wygaszają miasto, ptaki lęgną się
pośrodku słów "nigdy i "zawsze", robale
gmerają dookoła kropek i przecinków, co
zostało napisane, wyżyte i pochłonięte.

Smutno mi czasem na twoich ustach.
Nie skarżę się, to efekt nieustannej
praktyki, lizania śliny przez każdy
oddech, od początku do końca.

Wkrótce burza straci potencjał
i zaiskrzy się zupełnie inny ruch.
Potem dalej, pierwszy krok w błoto,
małe kałuże za plecami, przed nami

kubatury neonu, ostre kontury rzeczy
i zmyśleń. Masa krytyczna, coś jak sens
albo bąbelek na powierzchni soku
z czarnej porzeczki.
 
 
Cezary Domarus


Nagroda Główna - Złoty Klucz i Honorowe Obywatelstwo - XXXI Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Jana Śpiewaka w Świdwinie 2000 r.

 

 

Lech M. Jakób

ROBOTA BRAKARZA

CZYLI ZAPISKI JURORA XXXI KONKURSU POETYCKIEGO IM. JANA ŚPIEWAKA W ŚWIDWINIE

Gdyby porównać tworzenie wierszy do produkcji w zakładzie przemysłowym - zawsze w obu przypadkach znajdzie się robota dla brakarzy, czyli ludzi odrzucających z taśmy wadliwe produkty. Takimi brakarzami - w odniesieniu do turniejów poetyckich - są jurorzy. Oni właśnie trzebić muszą poetycką produkcję, przepuszczając wytwory o ustalonych wcześniej normach jakościowych. Na tym też podobieństwo pracy się kończy. Bo brakarz może iść do domu, natomiast juror biedzi się dalej, brnąc w niebezpieczne rejony sądzenia. Musi teraz unieść poprzeczkę kryteriów i z masy poetyckiej wyłowić utwory nieprzeciętne, a przynajmniej wyróżniające się. I tu zaczynają się schody.

KRYTERIA

Bo jaką miarę przyłożyć do efektów twórczych? Nie mamy przecież do czynienia z dziedzinami ścisłymi, gdzie zasady są przejrzyste i na ogół do weryfikacji starcza wzór lub obwarowana regułami formułka. Jeśli pominiemy śmiertelność obowiązujących paradygmatów, tak to w nauce wygląda.

Co zatem z kryteriami oceny utworów muzycznych, malarskich, rzeźbiarskich, a w naszym przypadku poetyckich? Czym kierować się wywyższając jedne nad drugie?

Wiedza niezbędna - tak. Doświadczenie - tak. Wyczucie estetyczne - tak, ale... Dalej "ale" zaczyna przeważać. Gdyż trudno o usidłanie intuicji, nie sposób dookreślić wartości duchowe, wyłożyć smak wreszcie, indywidualny gust - poprzestając na tej wyliczance.

Wspominam o tym, by uświadomić pokoleniu młodych poetów, z czym potykają się jurorzy. Ich praca przypomina wędrówkę po polu minowym. Dlatego pracują w zespole - ubezpieczając się wzajemnie, konsultując ustalenia.

Rzecz jasna nawet wtedy zdarzają się wpadki. Czasem, w lawinie utworów, umknie uwadze jakiś pojedynczy tekst - lecz nie umknie ktoś objawiający się oryginalnym zestawem wierszy.

MOTYWY TEMATYCZNE

Teraz konkrety, nie zawsze przyjemne - ale od głaskania po główkach są poetyckie ciotki. Konkursowicze jak zwykle garściami czerpią od starszych po piórze. W tegorocznej edycji turnieju sporo odwołań z nazwiska, wiele aluzji, pastiszowych wprawek. Spotykamy w strofach Mickiewicza, Norwida, Baczyńskiego, Asnyka, Herberta, Bursę - i też modnych współcześnie Podsiadłę i Świetlickiego.

Tematy różne: wojna, ojczyzna, religia (z przewagą w wydaniu świątkowym), zagubienie w codzienności, samotność. Lecz zdecydowanie przeważają dwa nurty: miłość i autotematyzm.

Miłość - odwieczny hit poezji. Pisze jedna z poetek: Jesteśmy dla siebie/ jak pragnienie dodane do głodu/ wiecznie nienasyceni sobą. Inna ręka notuje: Podobno ci którzy kochają/ rozrzucają za sobą strofy/ tak by rozsadzały obłoki. Czyli tęsknota za prawdziwym uczuciem jest bardzo silna. Cóż z tego, skoro poetycko na ogół słabo przetworzona. Zwykle obsuwa się w sentymentalizm lub płaski seksualizm.

Poezja o poezji. A czymże jest poezja - być może tą ręką/ która nie sięgnie rzeczy, jeśli jej nie sprosta. Dalej. Pragnę zaś tylko/ by żywym stało się słowo mych wierszy. I dalej. Chciałbym napisać wiele/ ale chyba na to przyjdzie czas. Oto trzy cytaty trójki piszących. Czwarty konkursowicz kwituje gorzko: Nikt już nie potrzebuje poetów. Kolejny wręcz marudzi: Poezja stała się tylko słowem pustym/ w gronie wyrazów oziębłych. Tak, tak, aż chciałoby się zacytować, jako antidotum, uszczypliwy wiersz nestora współczesnej poezji Tadeusza Różewicza "Eciepecie o poecie".

GRZECHY GŁÓWNE

Bez posądzania o zgryźliwość. Fakty mówią za siebie. Gdyby policzyć w słupku wszystkie grzechy piszących - jednej strony nie starczy. Prym wiodą: stereotyp, wtórność, banał i przerażający brak poczucia humoru. A jeśli już młodociany poeta zapalnik życia nastawia na start, w siedmiu przypadkach na dziesięć kończy się to skowytem rozpaczy, oceanem rozkoszy lub wilgotną ścianą płaczu. W innym miejscu szczerze wyznaje pewien konkursowicz: najgorzej gdy zaczynam po pijanemu/ zastanawiać się nad swoim życiem. Bo - dopowiada inny - pęka pióro/ pod naciskiem emocji/ kreśląc ostatnie wersy/ wiekopomnego dzieła/ uparcie.

Dalej mamy siermiężność, przerost melancholii i co tam jeszcze. Wesołe jest życie jurora, gdy męczy go grafomańska zmora...

O CO BIEGA POETOM?

Pomijając niewczesne żarty, nie bardzo pojmuję, o co chodzi najmłodszym poetom. Nie wybija się na pierwszy plan żadna wyrazista idea. Co prawda marzą (chciałabym zostać duszologiem), odczuwają samotność (mam wrażenie wewnętrznej pustki), lecz w miarę czytania turniejowych wierszy coraz bardziej gniotła refleksja o miałkości przypadkowych impresji, o zabawie w poezję dla samej zabawy. Owszem, ludyczny charakter podobnych zajęć ma sens, jednak coś więcej z tego powinno wynikać!

A już całkowicie dobiła poniższa strofa:

Jestem nastoletnim poetą,
przesiąkniętym buntem okrutnego świata.
Mój światopogląd jest jak woda,
która zmienia kształty,
wlewana w różne upośledzone naczynia.

Patrząc z tej perspektywy: marna przyszłość poezji!

PODSUMOWANIE

Przyrównanie jurora do brakarza ma tylko obrazować wyrobniczy charakter pracy przy taśmie wierszotwórczej. I w ogóle to nie jest poradnik dla zagubionych poetyckich dusz. Ledwie wycinek komentarza do tego, z czym ma się do czynienia grzebiąc w pulpie wierszowej turnieju. Każdego turnieju. Ten. ogólnokrajowy, z tradycjami, nie jest wyjątkiem. Proporcje utworów dobrych, znośnych, tandetnych i złych są zbliżone. Gdyż tak być musi w tłumie napierających strof. Choć nie do końca tak, jak w udatnym czterowierszu jednego z uczestników konkursu:

przez pola na polanę
skoszoną ostrym szronem
sto owiec za baranem
a wszystkie przerażone*.

 
 

Lech M. Jakób
(grudzień' 2000)

*cytaty podane kursywą pochodzą z utworów XXXI turnieju poetyckiego w Świdwinie

 

 

Agnieszka Wesołowska

WOJOWNICZKA


W sieci splątanych majów
powinno być przecież jakieś
ostrze trawy

Po krawędzi włosa starej
kobiety ześlizguje się biały
miecz Ordzewiała klamra zaklina
srebrne brzeszczoty -

na litość boską
na lament w małym kościele
na koronki i halki
na zapoznany dar nawlekania igły

Kajdanami rosy chciała
strącić niebo -


Księżyc tych włosów
bardziej niewolny niż zapisano
zbija miecze

W sieci splątanych majów
ugrzęzły lekkie biodra
gotycka talia schylająca się
po gwiazdy
 
 
Agnieszka Wesołowska



Wyróżnienie drugiego stopnia - XXXI Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Jana Śpiewaka w Świdwinie 2000 r.

 

 

MINIANTOLOGIA

CO SMAKOWITSZYCH KĄSKÓW Z WIERSZY 31 EDYCJI OGÓLNOPOLSKIEGO TURNIEJU POETYCKIEGO IM. JANA ŚPIEWAKA - ŚWIDWIN' 2000*
chyba z kątś znamy się

***
pupa odmłodzonej pani
wyglądała jak upudrowana twarz czerwonej pani
dekolt pani z białymi zębami
wyglądał jak głowa łysego pana z szatni

***
mój mózg urósł w zakola

od podejrzewania

***
czoło rosi zimna źrenica potu

***
okna były zamazane świadomością
zdarwiniały w kącie
byłem bardzo zadufany w poezji

***
zabił mnie w locie
ością myśli
wybił skrzydła
zaplątane w pot karła

***
Karzeł - istotnie też był wielce etyczny
trochę nadbyt MissssssTYCZNY
Był i w odzewnętrzach swoich gnił

***
noc zakwitła
oczami modliszki dopalając
osadzone w kandelabrach snów
erytrocyty myśli

***
Teraz przekraczam możliwości
Tylko, że one nie posiadają bytu

***
Złamał się właśnie naiwności rdzeń

***
nocą konie na biegunach
kładą się na plecy
rozprostowują kopyta

***
Mam coś do załatwienia
W Duchu natchniona

***
I magiczny fluid z nienacka nadlatuje
I we mnie się kołuje

***
tyka zegar z kukułką umarłą

***
Potem w niedługim czasie
Zawisła na innym golasie (...)
Powiem wam wszystkie kobiety:
Przyjdzie czas i zwiędną flety!

***
Skowyczy maszt
kołobrzeskiego galeonu
pod wichrem przekleństw

***
jej głowa jak pęknięty rurociąg

***
Pocą się dłonie
Pszczoły bzykają
Się na balkonie

***
cudne polskie są dziewuszki -
biusty mają jak poduszki...

***
W suto rozległej krwi
Lśni życie człowieka

***
mieszkasz w popielniczce
dygot grzebiesz w zgliszczach

***
skórzane fotele napinają
objedzone brzuchy i dyszą

***
a Pan mu zrzucił na głowę cegłę
i zadzwonił
do papieża, żeby mu opowiedzieć

***
Twe zestrachane oczy w me ramiona wbite

***
mimowolnie szukam zmian
jednocześnie pragnąc logiczności ciągu
monotonności rytmu potwierdzenia
na pozór nie pasującego obcego elementu

***
wskazówki zegara cofają się do tyłu
 
 

(z zestawów konkursowych wydłubał
L.M. Jakób)
*przedstawiane cytaty zawierają oryginalną pisownię autorów

 

 

Paweł Tomasz Kozioł

***


zatrzasnąć się w malarstwie tak jak w twoich
oczach bo jeśli farby są tak samo
częścią ciała bo jeśli mogą mnie tak samo

odepchnąć kiedy niebo wystawia język pędzlom
to i tam mogę prosić by szło za mną lustro
i by odbiło każdy cios tej ostrej

drogi każdy jej kamień choć kamienia nie ma
dopóki nie uderzy a drogi dopóki
nie zacznę nią odchodzić co dalej ty wciąż dalej

a jednak razem od teraz do końca
wersu w nim właśnie zatrzasnąć się mówić
szczerze tak jakby szyfr był doskonały
 
 
Paweł Tomasz Kozioł



Wyróżnienie drugiego stopnia - XXXI Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Jana Śpiewaka w Świdwinie 2000 r.

 

 
Pięć - dziesięć zdań:

O PROWINCJONALNIE AMATORSKIEJ KULTURZE

PROWINCJA JEST W NAS

Mieszkam w Ciemnym ogrodzie, w Jastrzębi, na głębokiej prowincji. Lokal służbowy w szkółce podstawowej. Z balkonu widzę Lanckoronę. W dolinie rzeczułki majaczy pośród rozczochranych drzew mały ugrowy dom. W nim kol. Leszek Kozik pisze już trzecią opasłą powieść, jaka długo będzie czekała na wydawcę. Poprzednie jego dzieła (np. "Pasja wg chama galicyjskiego") nie znalazły protektora, choć "Nowa Okolica Poetów" drukowała obszerne fragmenty i uczone komentarze. Autor, pozbawiony zasiłku dla bezrobotnych, nie zrażony brakiem perspektyw, heroicznie dolewa słów do ogromnej rzeki myśli, wrażeń, ewokacji, artefaktów, dygresji, wątków. Powstaje wysmakowana, ponowoczesna proza - na razie do szuflady.

Parokanałowa TV zapewnia relaks, stymuluje inspiracje, poszerza horyzonty. Obok w szkole - pracownia komputerowa, internet, wiejska biblioteka. Docierają do nas (per prenumerata) pisma literackie: bydgoski "Akant", stołeczny "ML", poznańska "Okolica Poetów", nawet - daleki "Łabuź". A przejaw prowincjo-nalnej kultury - prasa sublokalna ? Jest. Ot, choćby "Kurier Lanckoronski", graficznie dopieszczany przez krakowskiego artystę Kazia Wisniaka.

A więc - bez kompleksów, En avant - wbrew trudnościom, oporowi materii, entropii Kosmosu i tragicznemu oddaleniu od metropolii. Wszak to prowincja, przywołująca na myśl inercję, marazm, niemal - inferno!

A przecież "głucha" provvincja nie jest w dobie obecnej izolowanym zaściankiem, zaś centra kulturotwórcze zawierają niemało prowincjonalnych przymieszek. Moda krępująca swobodę myśli, układy towarzyskie, przyjacielskie powiązania, wzajemne adoracje, wymiana interesownych przysług, koniunkturalne zachwyty, alkoholowe wapory, nieprzytomna krytyka, łamy tylko dla znajomych - to epokowy szlam, powiększający wymiary wszechobecnego prowincjonalizmu mentalnego. Bo dziś PROVINTIA nie jest już kwestią geografii, to przestrzeń między lewą a prawą półkulą mózgu.
 
 

Stanisław Chyczyński

 

 

Piotr Macierzyński

MORDERCA PSÓW


można powiedzieć że był surowy ale i 
sprawiedliwy gdy żołnierz zgwałcił komuś żonę
kazał nachylić wierzchołki drzew i przywiązać
winowajcę za nogi potem puścić drzewa

gdy Tiana jedno z miast Kapadocji zamknęła
przed nim swoje bramy trochę się zdenerwował

powiedział "Nie zostawię ani psa żywego!"
i słowa dotrzymał chociaż ludziom wybaczył

trzeba przyznać że umiał zaprowadzić spokój
i był oryginalny w wymyślaniu sposobów

wymierzania kar cielesnych budzących respekt

Animalsi nie wybaczyli chyba do dziś
Aurelianowi który by z nimi nie wygrał
choć pokonał Jutungów i władców Palmiry.
 
 
Piotr Macierzyński



Wyróżnienie pierwszego stopnia - XXXI Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Jana Śpiewaka w Świdwinie 2000 r.

 

 

Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (8)

Trudno uwierzyć - w dzisiejszym omówieniu mamy do czynienia z tłumem piszących, głównie poetek i poetów. Dokładna liczba: 45! Jak to możliwe? - spyta ktoś. Możliwe. Gdyż na pięć przedstawianych wydawnictw trzy są publikacjami zbiorowymi. I od nich zaczniemy.

Almanachy od dawna wpisują się w pejzaż literackiego życia. To w ogóle ciekawe (nie tylko socjologicznie) zjawisko. Często zbiorowe książki stanowią przytułek dla nieudaczników pióra. Równie często są miejscem startu debiutantów lub manifestacji programowych. Czasem publikujących razem scala tylko więź pokoleniowa albo miejsce zamieszkania. W każdym przypadku jednak decyduje prawo stada. Jednostka gdzieś rozmywa się, współistniejąc w umownym i tymczasowym równouprawnieniu. Co w oczywisty sposób kłóci się z indywidualnym wyrazem poszczególnego twórcy. Choć można zapewne spojrzeć na rzecz także inaczej.

Przejdźmy do szczegółów.

Zbiorową książkę wydało Stowarzyszenie Kołobrzeskich Poetów ("Almanach. Wśród kołobrzeskich poetów", Wydział Kultury, Kultury Fizycznej i Turystyki Urzędu Miasta w Kołobrzegu, Kołobrzeg 2000, str. 160). I z pozoru wszystko wygląda obiecująco: jest grubo ponad setka utworów dwudziestu piszących, są fotki i noty o autorach, zadbano o numer ISBN w Bibliotece Narodowej, a całość poprzedza rutynowy wstęp Krzysztofa Gąsiorowskiego. Lecz przy bliższym oglądzie rzecz zaczyna się sypać.

Co nie gra? Ano nie gra to, że utwory poddano kiepskiej selekcji. Blisko połowę zamieszczonych tam tekstów można wyrzucić do kosza, ćwiartka domaga się adiustacji i ledwie garść dzielnie się broni. Za mało dla takiego przedsięwzięcia. Czyli klapa.

Może, obok nazbyt liberalnej selekcji, drugim błędem było pomieszanie w worku piszących o zapędach grafomańskich z autorami już renomowanymi? Bo przecież utwory na przykład Adama Cirina czy Ewy Matyjaszczyk nijak się mają poziomem do wierszy Eugeniusza Koźmińskiego, czy choćby Jana Lechowskiego.

Śledzący niniejsze słowa może się żachnąć, ale nie sposób, nawet telegraficznie, omówić w "Prowincjonaliach" słabości i plusów całej dwudziestki. Poprzestańmy przeto na wymienieniu nazwisk reszty współautorów (o rozpiętości wieku od 18 do 68 lat): Kuba Dorota Baliczak, Alina Karolina Bratuś, Agnieszka Dębek, Eliza Dziubak, Tadeusz Kielar, Kazimierz Kijanka, Aleksandra Kirko, Aleksandra Krępeć, Monika Miedzińska, Janusz Pawlak, Barbara Poleska, Irena Sawicz, Anna Strojna, Irena Tarnowska, Wiesław Uptas.

Jednakże, choć pocieszenie to słabe, każda potwora znajdzie swojego amatora.

O dziwo, znacznie lepiej artystycznie wypada niepozorna książeczka uczniów tegoż miasta ("Sześć i pół. Antologia wierszy Społecznego Liceum i Gimnazjum w Kołobrzegu", Zespół Szkół Społecznych STO, Kołobrzeg 2000, str. 60). Otóż w zeszytowym formacie, za żółtymi okładkami kryje się kilkadziesiąt wierszy siódemki młodocianych poetów: Aleksandry Krępeć (publikującej także w "dorosłym" wydawnictwie wyżej), Katarzyny Mikołajczyk, Bartosza Sajewskiego, Sylwii Iwanejki, Mateusza Płazińskiego, Emanueli Czeladki oraz Kingi Kochańskiej.

Czym ujmują utwory wymienionej siódemki? Przede wszystkim świeżością spojrzenia na świat, otwartością i odważną próbą własnej artykulacji. Nie jest tak, by nie dało się wyłowić niedopatrzeń (zapożyczenia, powtórki), lecz błędy owe nikną wobec zalet. Bo też i wiele najmłodszym wstępującym się wybacza.

Zapewne duże porządkujące znaczenie dla uczniowskiej antologii ma udział cicerone, którym okazał się Wojciech Czaplewski - nauczyciel języka polskiego tejże szkoły. Gratulacje - kawał dobrej pedagogicznej i twórczej roboty!

Zupełnie odmienny charakter ma książka zbiorowa trzecia ("Almanach literacki. Koszalin 2000", Koszalińska Biblioteka Publiczna, Koszalin 2000, str. 56). Jest to rzecz okolicznościowa, o znaczeniu przeglądowym - wydana z okazji 35-lecia oddziału ZLP w Koszalinie.

Almanach prezentuje bliżej 19 autorów - poetów i uprawiających prozę: Piotra Bednarskiego, Czesława Forysia, Janusza Gryza, Lecha M. Jakóba, Ludmiłę Janusewicz, Elżbietę Juszczak (redaktorkę i autorkę wyboru tekstów), Czesława Kuriatę, Jana Lechowskiego, Henryka Livora-Piotrowskiego, Jakuba Muszyńskiego-Hudemczuka, Elżbietę Niedźwiadek, Józefa Narkowicza, Dorotę Szachewicz, Anatola Ulmana, Wiesława Uptasa, Jerzego Utkina, Marlenę Zimną, Jarosława Zwolińskiego oraz Jerzego Żelaznego.

Na marginesie warto wspomnieć, że ze środowiskiem literackim Koszalina w przeszłości związani byli (oddział ZLP jednoczył na on czas Koszalin i Słupsk) jeszcze: Marta Aluchna-Emelianow, Zbigniew Bieńkowski, Gracjan Bojar-Fijałkowski, Zbigniew Kiwka, Stanisław Misakowski, Teresa Ferenc, Zbigniew Jankowski, Adriana Szymańska, Andrzej Turczyński, Stanisław Wasyl i wielu innych.

Obecnie środowisko literackie zatomizowało się. Niektórzy zrezygnowali z członkostwa ZLP albo przeszli do SPP, niektórzy zmienili miejsce zamieszkania lub odeszli na zawsze. Tym większą wartość informacyjno-sentymentalną ma wprowadzenie do almanachu E. Juszczak, jak i przypomnienie czytelnikom sylwetek środkowopomorskich pisarzy.

Rzecz wydano starannie, w nietypowym formacie, opatrując noty prezento-wanych fotografiami i dobranymi próbkami utworów.

Po raz trzeci pretekstu refleksji dostarcza W. Pisarski (Wiesław Pisarski "Wrzosami jesień w progu staje", [nakład własny], Leszno 2000, str. 16), zaprzyjaźniony z ziemią pomorską. Nowa broszura poety przynosi kilkanaście wierszy lirycznych, przesyconych nostalgią. Twórca, ulegając ich rytmowi, melancholijnie rozkołysany, jakby zapominał chwilami o tym, że pewne "wynalazki" poetyckie są już do cna wyeksploatowane i trzeba sobie darować na przykład kolejne "złote dywany liści jesieni" (z utworu "Zmarszczka"). Już bardziej przekonują wersy: "Jesień go sadza już za stołem,/ nalewa miodu do kielicha./ =Będziemy pili nie z rozpaczy/ lecz z pełni szczęścia, tam do licha!=" (z utworu tytułowego).

W sumie jednak lektura satysfakcjonująca i jest to sympatyczne oglądać systematyczny rozwój poety z roku na rok.

Sporą sympatię też budzi poezjowanie A. Wesołowskiej (Agnieszka Wesołowska "Dwuznaczny", Książnica Pomorska, Szczecin 2000, str. 36), łobezianki w siedemnastej wiośnie życia. Pierwszą przyczyną pisania o niej był wydany wcześniej - w mikroskopijnym nakładzie - tomik "Zgubić pytania" (Żebracza Inicjatywa Wydawnicza 1999). Obecnie mamy debiut jakby poszerzony, czy też raczej wzmocniony pogłębioną penetracją poetyckiego słowa.

Trochę wiersze A. Wesołowskiej swoją świeżością i dynamiką przypominają strofy młodych współautorów antologii omówionej wyżej, lecz różnica na korzyść poetki jest taka, że wyprzedza rówieśników świadomością uczestnictwa w literackiej grze. Jest bardziej dojrzała, wersy u niej powstają z namysłu, pracy oraz wyostrzonej intuicji.

Do beczki miodu dodajmy teraz łyżkę dziegciu. I powiedzmy sobie jasno: wiersze pomieszczone w tomiku nie są równe. Zachłanność poznawania okupiona bywa puszczonymi luzem strofami, które hasają nie okiełznane.

Za to co jakiś czas trafiają się strofy mocne, rekompensujące niedostatki, jak na przykład w utworze "Ostatni wiersz":

Z zeszłorocznych śniegów będę
lepić obraz. Rdzeń minionej zimy
po co znów zamarza i ściska, i ściska
w to samo, w to samo. Wielkie kiedyś mrozy
już dawno zelżały, a stado gałęzi
odfrunęło, gorzkie rozlewając wino,
by inny pasł je wiatr (...).

Kto wie, jeśli młodocianą poetkę nie zje komercja, nie zmanieruje nazbyt dobre samopoczucie i nie da się podpuścić wyścigom do nagród - może w przyszłości będziemy mieli z niej pociechę trwałą.
 
 

(styczeń 2001)
Paweł Szeroki 

 

 

Piotr Macierzyński

***


kupiłem nowy tomik Podsiadły i zabrakło mi
złoty siedemdziesiąt na koszulę firmy Sunset Suita
ale sprzedawca się zlitował

polscy olipijczycy ubrani przez Sunset wzbudzili podziw sportowców
i widzów z całego świata na Igrzyskach w Barcelonie
Atlancie i Nagano a w Lillehamer
za swe ubiory polska ekipa zdobyła złoty medal
jedyny jaki Polacy tam wywalczyli - gratulujemy

wyboru koszuli która jest najlepsza
na rynku najmodniejszy fason
starannie wykonany kołnierzyk perfekcyjna listwa przednia
i profesjonalnie obszyte dziurki
eleganckie szerokie mankiety kryte
szwy no i tkanina zda egzamin
po wielu wielu praniach i prasowaniach

będzie świeża i kolorowa

dopiero?
 
 
Piotr Macierzyński



Wyróżnienie pierwszego stopnia - XXXI Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Jana Śpiewaka w Świdwinie 2000 r.

 

 

Jarosław Błahy

EPIZOD Z TRAMWAJEM

Pierwszy podmuch wiatru:

- Nerwowy uśmiech wyczekiwania jest jedynym prawem w Krainie Czarów, choć wszystkie rośliny więdną przez niego i ogród rozkoszy pogrąża się na zawsze w bagnie przeznaczenia. Fantastycznie jest być błaznem na dworze Króla Śmiechu, zdominowanym przez depresyjne stworki o smutnych licach, z fałszywymi łzami w kaprawych oczętach. Fantastycznie było być błaznem, dopóki nie przywlokła się znikąd Nowa Królowa. Ona przewraca cały dwór do góry dupą, jej stan natury powoduje gnicie najprostszych komórek, tylko bogowie wiedzą czemu ten proces sprawia mi przyjemność. Czyżby sadomasochizm? Przydałaby się jakaś kuracja odkochująca, inaczej zamęczę ją i siebie na śmierć.

Wstrętne chmurzysko:

Dziś o mało nie wpadł pod tramwaj. Dla niego to normalne, zawsze chodzi 5 metrów nad ziemią, z głową prawie w niebie, zamyślony rozważa nader skomplikowane problemy natury ludzkiej.

Dlaczego fakt ten utkwił mu jak gwóźdź w mózgu, otóż dziwne, ale wcale się nie przestraszył, jakby nagle przestał funkcjonować jego instynkt samozachowawczy. Nawet go to podkręciło, podnieciło, zatrzymał się na torach z uśmiechem pełnym wyczekiwania, takim nerwowym, jaki zawsze stwarza na jej widok...

W sumie wczoraj chciał jej powiedzieć, że ma kłopoty z odcięciem sobie dłoni, że ma na nią potworną ochotę mimo wszystko, że nagle ujrzał sens w kontynuowaniu bezsensu, że nie jest za późno, że jest bydlę, że nie może się z niej wyleczyć, choć próbuje usilnie przestać ja kochać, aczkolwiek jest głupi i nie ma sensu z nim wytrzymywać, najlepiej dać sobie spokój raz na zawsze. Oczywiście gówno mu z tego wyszło, jak zwykle, gdy ma się chęć na dłuższy monolog i gdy jest słuchaczka - to bardzo ważne dla jego JA. Dlaczego zawsze tak jest, tak jak tutaj, dziś, z tym piekielnym tramwajem, że w sytuacji ekstremalnej pokusy - i ekstremalnego upokorzenia zarazem - ma się łeb pękający od głupawych myśli o kobietach, wokół których wszystko się kręci:
życie, śmierć, pustka, doświadczenia, samobójstwa, miłość, nienawiść, zbrodnia, popęd seksualny, idealizm, etc., etc. - takie pytanie właśnie sobie postawił stojąc na tych torach, czekając cierpliwie podniecony, uśmiechnięty nerwowo, z zamkniętymi oczyma (w innym przypadku na pewno dostałby wytrzeszczu i spieprzyłby, gdzie kury zimują).

W momencie, gdy dopełnił się przed nim potężny znak zapytania, usłyszał potworny pisk, -jakby zarzynano knura nieopodal, pisk ten zmieszał się w powietrzu z nieziemskim hukiem, nagle otworzył pełne radosnej substancji oczęta i ........ Skurwysyn zahamował centymetr przed nim zdążył zaledwie poczuć na całym ciele jego gorące tchnienie.

Postał tak chwilę, patrząc tępo na wydzierającą się gębę za szybą, całe szczęście, że nic absolutnie nie słyszał. Całe szczęście.

Zrobiło mu się nieprawdopodobnie wściekle i smętnie na duszy, skrzywił mordę w grymasie zniechęcenia totalnego i odszedł dalej, zamyślony oczywiście. A tak cholernie chciał zdechnąć pod tym tramwajem. Tak właśnie pod tym, pod żadnym innym, może dlatego, że motorniczy miał tak zabawny pysk, nie przymierzając - jak dzika kaczka. Ale uświadomił sobie to dopiero po fakcie, który od tej chwili będzie nosił jak gwóźdź w mózgu. Zardzewiały, niespełniony, nienasycony gwóźdź, który bogowie wbili mu w łeb młotem pneumatycznym, śmiejąc się przy tym do rozpuku. Cynizm, z jakim wkładają brudne cegiełki do jego biednego, małego plecaczka czasami nie zna granic, ale zazwyczaj jego samego również rozśmiesza, ma przecież dopiero 17 lat.

Ostatni podmuch wiatru:

- Błękitny smutek niebios, dumna samotność rozświetlającego wszystko słońca, ciemna magia księżycowego światła, kochającego od czasu do czasu, wędrującego po fosforyzującej linie na spółkę z towarzyszkami życia - gwiazdami, mendami plującymi i mendami szarpiącymi go do pozycji rogalika lub zaćmienia. Zaćmienie też jest nieuniknione. Jak wszystko to, przed czym i tak nie uciekniesz.
 
 

Jarosław Błahy

 

 

Andrzej Sulikowski

DO PROFESORA HENRYKA MARKIEWICZA


przesyłam garść myśli
pisanych w słupku
lubiłem w podstawówce
odrabiać arytmetykę
cztery podstawowe działania
w przepisanej kolejności
pod bacznym nadzorem matki

na oczach mojego pokolenia
Solidarności
umierała poezja stroficzna
odrzucano wyznaczniki
numeryczne
lecz nadal zanudzano uczniów -
analizą wersyfikacyjną
poeci umierali z głodu
bezdomni
spali w garażach pod mostami
w opuszczonych domkach
działkowych
znajdowano zesztywniałe
zwłoki

ludziom przypisywano numery
NIP i PESEL
co było obrazą
Tego Który Jest
zgadzaliśmy się jednak na wszystko
byle tylko przetrwać
z naszymi bliskimi
marzeniami o pojednaniu

okazało się że w poezji decyduje głos
intonacja
linia melodyczna
dykcja

z prozy Jeremiasza
podnosił się nagle wielki
poemat
starszy od astrofizyki
a przecież
kosmologiczny

nie było więc strofki
pozostały różewiczowskie skupienia
nierzadko arcymistrzowskie
zaprzepaszczono rymy
zmęczyliśmy się przenośniami
awangardy
i niemęskich postmodemistów

proste słowa przecież wyśmiewano
jeden Gombrowicz powiadał
"im mądrzej - tym głupiej"

wiele mi można przypisywać
win i niedostatków
cnotliwi podliczą najdokładniej
zawodowi katolicy
(precyzyjni w wykańczaniu wroga)
lecz pozbawieni zwykłej
ateistycznej wyobraźni

największy mój występek
pozostaje niedostrzeżony
dlatego wyznaję
uprzedzając lustrację

żyłem kosztem lasów
zużywałem papier
ponad miarę i przyzwoitość
niszcząc ostatnia szansę
ucywilizowanej Europy

coraz rzadsze spotkania przy Grottgera ponad 35 tysięcy książek i tylko jedna para uważnych oczu do czytania
 
 
Andrzej Sulikowski

 

 

Roman Ciepliński

MASZYNA DO PISANIA

Powiesiła się w sadzie na jabłoni. Była to pewnie ta sama jabłoń, z której Ewa zerwała zakazany owoc. Anna sama była zakazanym owocem. Dla niego. Paradoksalnie powiesiła się na drzewie jak jabłko. Jakby naprawić chciała błąd Ewy.

Brat zerwał Annę z drzewa. Z jakim zdziwieniem musiał podchodzić do tej nieszczęsnej jabłoni. Ona Jabłko wisiała, nie dotykała - jak zwykle - ziemi. Nie była z tego świata, zawsze o niej tak myślał. Jej brat musiał jednak odciąć ten nabrzmiały owoc. Spadła w ramiona babki, która jednak nie potrafiła utrzymać ciała i upadła wraz z Jabłkiem. Przez Annę upadają inni, zawsze tak było. W końcu włożyli ją do koszyka i powędrowali do domu zielona ścieżką, którą szła po raz ostatni. Obok studni, psiej budy, gdzie jak zwykle pogodnie spał Gucio.

Od miasteczka Lili dzieliło go pięćset kilometrów. Były między nimi bagniste pola doliny Odry, pagórki Dolnego Śląska i przepastne lasy, wśród których jak odłamki stłuczonego lustra błyszczały jeziora. Nie rozumiał, po co jedzie do tej "zaplutej dziury" - jak nazywała swoje miasto Lila. Po raz kolejny chciał doświadczyć banału? Przez moment wahał się. Wyjeżdżając ze stacji benzynowej skręcił w kierunku domu. Chciał przytulić Kubusia, pogłaskać go po jego szczecince. Miał ochotę siąść w fotelu, pić herbatę i czytać gazety. Chciał być blisko syna. Pomyślał jednak, że Ula czeka na niego w "swojej dziurze". W przeciwieństwie do Kubusia, który już wie, że taty nie będzie aż do nocy, ona jeszcze czeka. Zawrócił.

W miarę upływu czasu i pokonywania przestrzeni (pokonanie przestrzeni - ten związek frazeologiczny pasował do tej sytuacji. Walczył z przestrzenią, by zbliżyć się do swojej dawno już utraconej dziewczyny. Ale walczył również z czasem. Obydwie walki przegrywał jednak. Czy wyczyn polegający na tym, że zbliży się do Lili a oddali od Kubusia można nazwać pokonaniem przestrzeni?) uświadamiał sobie, że jego wycieczka do tego śląskiego miasta jest w gruncie rzeczy próbą powrotu, próbą poszukiwania właściwej drogi w labiryncie. Tam wraca się przecież do miejsca, gdzie - jak się wydaje - zdarzył się niewłaściwy wybór.

Odpowiedź dotyczy części drogi, która masz już za sobą. Zdania oznajmujące dotyczą przeszłości, pytania - przyszłości. Czym zatem są wykrzykniki? Wyrazem buntu. "Dość błędów, własnej niestałości. Chce trwać!"

Adam nie lubił swojego imienia i nie utożsamiał się z nim. Uwierało go jak zbyt ciasne ubranie po starszym bracie. (Adam to bowiem imię obciążone brzemieniem kary.) Ów starszy brat, biblijny Adam, był dla niego postacią tragiczną, budził litość. Wydawał mu się jednak bezmyślny i bierny. Nie zrobił nic by uchronić siebie i swoich potomków od kary za nieposłuszeństwo. To jednak nic w porównaniu z zawodem, którego doświadczył jedząc jabłko z drzewa wiadomości dobrego i złego. Smakowało podobnie jak jabłka z innych drzew. Tak, postać ta wydała mu się nieciekawa. Nie dziwiło go nawet specjalnie to, że nie natknął się już więcej w Biblii na drugiego Adama. Pierwszy człowiek był bowiem pierwszym przegranym. Na szczęście miał drugie imię nie obciążone karą - tak jak to pierwsze. Brzmiało ono - Henryk.

Pędząc w kierunku Śląska był w tej blaszanej kapsule na granicy pytania i odpowiedzi. Jesteśmy zamknięci w historii. Taka była jego odpowiedź. Idea prymatu pytań odpowiadała mu, gdyż zgodna była z jego pojęciem wolności. Dopóki jesteśmy wolni, odpowiedzialni, dopóty możemy wybierać. Stawianie pytań to w rzeczy samej gotowość do dokonania wyboru. Od pewnego jednak czasu jego czysta idee wolności skaził relatywizm i determinizm. (Co go zniechęcało w determinizmie to to, że jego wyznawcy mieli jedynie w zanadrzu same odpowiedzi.)

Jechał. Jadąc wymykał się teraźniejszości. Nastawiony był bowiem na przyszłość, na cel. Przed nim nieustająco majaczyło pytanie: Co dalej. Co przede mną? Za tylną szybą była odpowiedź: To dalej. Za tobą jest już sosna, droga, rzeka, w końcu - Kubuś. W tym momencie zwątpił; przecież oddalał się by powrócić.

Bardziej niż przyszłość pochłaniała go jednak przeszłość. Lila była wtedy bardzo szczupła, może aż nazbyt. Pamiętał jak chowała się przed słońcem. Chyba spaliłaby się ze wstydu, gdyby ktokolwiek zobaczył jej czerwoną opaleniznę. Nie opalała się inaczej. Nie opalała się więc w ogóle. Widywał ją czasem w słomkowym kapeluszu, gdy przemykała pod drzewami w najbardziej zacienioną cześć brzegu. Kiedyś spotkał ją na pomoście. Był wieczór. Siedziała sama. Woda pluskała pod deskami. Zaczęli rozmawiać. Po chwili okazało się, że między nogami trzyma butelkę czerwonego wina.

Uczciwa, ale naiwna szara gąska. Tak o niej pomyślał. Coś w niej jednak dostrzegł: brak jakiegokolwiek wyrachowania. Całkowita bezinteresowność i otwartość. Potem pisywali do siebie nic nie znaczące, długie listy. W czasie wyjątkowo długiej zimy wpadli (korespondencyjnie) na pomysł, że w maju spotkają się w tym samym miasteczku, pośrodku drogi między"zaplutą dziurą Uli a jego "metropolią". Słowem: tam, gdzie się poznali.

Był początek maja. Z okna pociągu widział jak robotnicy wycinają przemarznięte czereśnie. Pod topór poszły całe sady. Mijał zakurzone, bezludne stacyjki, plantacje chmielu, małe winnice, z których pochodziło kwaśne wino, zanurzone w kwitnących bzach wsie i miasteczka. Potem przesiadł się do innego pociągu. Sama podróż do miasteczka majowych wakacji była przygodą. Sprawiała mu przyjemność ta wydłużająca się peregrynacja. Jakby na jego własne życzenie, gdzieś na trasie do stacji końcowej rozsypały się przerdzewiałe szyny. Kilka kilometrów musiał przejechać rozklekotanym autobusem, który zabrał zdziwionych pasażerów niemal ze środka lasu, gdzie utknął pociąg.

Stacja kolejowa znajdowała się na wzniesieniu, skąd widać było akweduktowy most w poprzek głębokiej doliny, a dalej w zielonym pierścieniu lasu - dwa jeziora połączone krótkim i wąskim kanałem, nad brzegami którego znajdowało się miasteczko. Na placu przed budynkiem stacji nie było żywego ducha. Tylko dwa brudne koty spały na betonowej rampie, gdzie w dawnych, lepszych czasach przeładowywano ciężarówki. Tę świażą, wiosenną ciszę zagłuszył nagle odgłos zbliżającego się motocykla.

- Siadaj - powiedział motocyklista.

Siadł. Nagle uświadomił sobie absurd sytuacji. Dokąd jechał? Dlaczego? Pomyślał przez moment, że tak może wyglądać śmierć. Nieznany motocyklista, nieznana droga, brak odpowiedzi na pytanie - dlaczego. A jednak wtedy, gdy tak jechał tym warczącym klekotem przez rześki, majowy poranek po kocich łbach, gdzieś na dół, w stronę miasteczka a po bokach rozbrzmiewał śpiew ptaków - pomyślał: wyjątkowa chwila. Tak, był to wyjątkowo jasny, cudowny poranek. Zaczynał żałować, że jego przejażdżka - jak przypuszczał - lada moment się skończy. Domyślał się już nawet przebiegu wypadków, które doprowadziły do spotkania z nieznajomym motocyklistą. Wychylił się przez ramię chłopaka i dostrzegł kruchą postać Lili. Stała w wystudiowanej pozie. Pastelowa, krótka sukienka, pantofle na wysokim obcasie. Cóż jeszcze miała na sobie. Niewiele, ale i tak wyglądała jakby nie miała nic. Dla niego była już naga. Pod szyją korale. Perłowe. Rzecz jasna z plastiku. Pasowały do niej. Była najwyraźniej z siebie zadowolona. To ja zorganizowałam ten transport - zdawała się mówić jej roześmiana buzia. Ledwie zszedł z siedzenia rzuciła mu się na szyję. Poczuł zapach perfum o nazwie "Być może" czy coś w tym rodzaju.

Robert odjechał pozostawiając za sobą obłoczki spalin. Zamieszkali w domku letniskowym, który wynajęli na tydzień. Pijany dozorca campingu nie zażądał zapłaty z góry. Zaprosił ich nawet "na kieliszek wódki". Gdy zgodnie z obietnicą przyszli po pół godzinie, dozorca już spał.

- Rozgość się - usłyszeli głos z telewizora, który był najważniejszym meblem pokoju dozorcy.

- Śpieszę się - padła odpowiedź z ekranu. Za oknem rechotały żaby, dozorca chrapał. Usiedli. Napili się wódki, która stała na stoliku i wyszli.

Długo się zastanawiał, gdzie stracił swój portfel. W pociągu, na motocyklu, czy może w drodze do campingu.

- Może Robert jest kieszonkowcem? - podpowiedziała mu Ula.

- Musiałby mieć ręce zginane przynajmniej w pięciu stawach -odpowiedział.

Każdego popołudnia szli w kierunku miasteczka. Stawali na mostku łączącym dwa brzegi kanału, który z kolei łączył dwa jeziora i patrzyli w dół. Co chwilę ktoś zatrzymywał się na mostku i wrzucał do rzeczki monetę, na szczęście. Najwięcej wrzucały dzieci i dziewczęta z dobrych domów, które bardzo chciały być szczęśliwe. Myślały przy tym, że im bardziej wartościowa moneta, tym przyszłe szczęście będzie większe. Stojąc pod mostem po kolana w lodowatej wodzie i zbierając błyszczące w słońcu miedziaki, zastanawiał się, co wspólnego ma zwyczaj wrzucania pieniędzy do wody ze szczęściem.

Zazwyczaj wyglądało to tak: Ula, dla niepoznaki, stała na moście. On ukryty za filarem w podwiniętych spodniach czekał na utęskniony odgłos - plumm. Pochylał się i z zaciekawieniem sprawdzał na jak wielkie szczęście może sobie pozwolić jakiś turysta czy turystka. Sądzac po garściach klepaków, które codziennie przynosił do domku nad jeziorem - ludzie raczej nie oczekiwali wielkiego szczęścia. Miał nawet wrażenie, że zadowoliłby ich poczciwy los milionów Janów Kowalskich, którzy tyrają jak dzikie osty przez pięć dni w tygodniu.

Ostatniej nocy przed wyjazdem obudziła ich burza. Deszcz dudnił o drewniany dach. W niektórych miejscach z sufitu kapała woda. Kilka kropel spadło na jego twarz.

- To chyba kara za grzechy - powiedział w ciemności, którą rozjaśniała co chwilę błyskawica.

- Dla mnie nagroda; lubię burzę - zaśmiała się.

Tymczasem ich chatka nagle drgnęła, zachwiała się, zatrzeszczała. W pewnym momencie poczuli, że domek rozkołysał się i popłynął. Łagodnie sunął przez ciemną, majową noc.

3.

Podzielili się pieniędzmi uczciwie. On pojechał na północ. Ona na południe. Nigdy więcej mieli się nie spotkać. Z czasem jednak okazało się, że takie spotkania jak ich wcale nie zdarzają się zbyt często. Niektórzy popełniają błąd hiper-poprawności, robią coś lepiej niżby należało, przez co popełniają jeszcze większy błąd niż gdyby popełnili go przez głupotę lub nieświadomość. Im przydarzyło się coś wręcz przeciwnego. Świadomie lekceważyli swój związek. Po latach mieli wrażenie, że nie wykorzystali swojej szansy.

Wierzył, że historia mogłaby potoczyć się inaczej. Anna odpowiedziałaby, że skoro się nie wydarzyło, to znaczy, że było niemożliwym. A niemożliwe nigdy się nie wydarza. Dlaczego wszechświat, którego nikt do niczego nie zmusza, miałby produkować rzeczy i zjawiska niemożliwe, skoro jest tyle możliwych a niezaistniałych. Kategoria niemożliwości dotyczy tylko świata ludzkiego. Rozum i wola - z tego zbudowane jest koło zamachowe niemożliwości. To jednak tylko iluzje. Nawet człowiekowi nie udało się nigdy przekroczyć granicy możliwego i niemożliwego. Lotnicze projekty Leonarda zrealizowano dopiero wówczas, kiedy stało się to możliwe. Nie ma więc mowy o niewykorzystanych szansach. Nie ma niewyko-rzystanych szans. Jest to bardzo optymistyczne, uważała Anna. Henryk odpowiedziałby - człowiek obdarzony wolą popycha świat w wybranym przez siebie kierunku. Bez człowieka Ziemia byłaby nudnym mikrobem w kosmosie, przewidywalnym od początku do końca.

Anna odpowiedziałaby tak: tak naprawdę to nie ja się zabiłam. Zabił mnie los. Nie ma hazardu na tym świecie. Wiadomo już od dawna, kto wygra a kto przegra. Sztuka polega tylko na tym, by się w odpowiednim momencie dowiedzieć. Ja dowiedziałam się. Wiem, że przegrałam.

Paradoks sytuacji Henryka polegał na tym, że gdyby okazało się, iż to Anna miała rację, pragnąłby za wszelka cenę poznać swój los. Jeśliby stwierdził, że w słynnych zwojach nie pojawia się na przykład podróż do Lili, zrobiłby wszystko, by ją odbyć.

Wolność bowiem, według niego, to również wolność wobec przeznaczenia. Bo tak naprawdę przeznaczenie, jeśli rzeczywiście jest, to jest jedynie wyzwaniem dla wolności i woli.

Któregoś dnia Henryk napisał wiersz. Stało się to niechcący jak bezwiednie rysuje się esy floresy na marginesie kartki.

Nigdy nie zostanę ptakiem,
Nie będę również rybą, ani lwem,
Mimo to ubieram niebieską koszulę
l myślę: niewygodnie jest być,
Nie tylko dlatego, że kołnierzyk za ciasny

Moja bolesna wolność polega na tym,
Że mogę myśleć i robić co zechcę,
Jak u Boscha; wewnątrz mydlanej bańki,
Wolność w granicach, których nie znam.

Dlaczego więc uparcie
Obserwuję ptaki lecące na południe,
Z zazdrością patrzę na drzewa,
A czasem chciałbym być wodą?

W połowie drogi do miasteczka Lili, gdzieś na wyszczerbionej drodze w środku lasu coś jakby tąpnęło. Samochód nie jechał już tak jak wcześniej, niby podobnie, ale już nie tak. Odgłos silnika był inny. Spod podłogi dochodziły pomruki budzącego się niedźwiedzia. Zatrzymał auto. Obejrzał z przodu, z tyłu, zajrzał pod maskę. Na pierwszy rzut oka wszystko w porządku. Odjechał. Ale pomruki nasiliły się. Teraz nie był to już jeden niedźwiedź, lecz całe stado. Nie miał wątpliwości - urwał się tłumik. Jego samochód wył coraz bardziej, najgorzej, kiedy ruszał. Jadąc przez kolejne miasteczka widział jak jego pojazd przyciąga wzrok przechodniów. Do "zaplutej dziury" wjechał jak najeźdźca. Ludzie wychylali się z okien, by popatrzeć, kto znowu po tylu latach od zakończenia wojny gwałci stary porządek. Niektórym nawet pomachał.

Lila mieszkała w szarym, przedwojennym domu przy ulicy prowadzącej do dworca kolejowego. Kiedy wysiadł z auta, w uszach miał jeszcze hałas silnika. Nie wiedział wtedy, że patrzyła na niego z okna swojego mieszkania. Postanowił najpierw kupić kwiaty i jakieś prezenty. Wrócił po godzinie. Zadzwonił. Była jeszcze szczuplejsza niż tamtego pamiętnego dnia i - co było widać - o dwanaście lat starsza. Córka Lili nie była zbyt szczęśliwa. Wyglądało na to, że Henryk jest rywalem jej tatusia, którego nie było, bo wyjechał za granicę do pracy. Wszyscy razem poszli na obiad. Dziewczynka nie chciała jeść. Zawsze miała apetyt, ale tym razem - nie. Po spacerze na szczęście została na podwórzu. Miał wrażenie, że Natalia zaczęła nawet irytować Lilę. Dziecięca zazdrość wcale jej nie wzruszała.

- A co robisz w ciągu dnia? - zapytał.

- Nic wielkiego. Czasem zrobię obiad, umyję naczynia.

- A potem?

- Nic. Siedzę, patrzę, myślę. Może trochę czekam, tęsknię za mężem.

- Codziennie tak, przez dziewięć lat?

- Tak - zdziwiła się jego zdziwieniem.

Wzruszyła go; nie robiła przecież nic, tylko czekała i patrzyła jak rośnie Natalia. Gdy wsiadał do auta, Lila stała w oknie, Przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik zawył, zacharczał, samochód zatrząsł się. Zadrżały szyby w oknach. Wszyscy sąsiedzi Lili wyjrzeli na ulicę i patrzyli na niego. A Lila tak bardzo chciała zachować dyskrecję. Jak ona wytłumaczy się przed mężem? Bojaźń, drżenie szyb i drwina. Groteskowy koniec. Teraz dopiero to pożegnanie ma właściwy wymiar. Wszystko jest niepoważne, śmieszne, odarte z tragizmu. Przed nim ciemna noc, ciemne pytania, piekło z Kubusiem w środku i pas asfaltu dzielący świat na dwie części. Piekło wypełnione jest śmiechem. Jest to jednak śmiech kogoś, o kim można powiedzieć: śmieje się, by nie robić czegoś innego. Uśmiechnął się do okna; przesłała mu całusa. Nie zmieniła się jednak, pomyślał. Teraz jest tylko w stanie hibernacji. Oczekiwała Don Juana a przyjechał Hamlet. Wystarczyłby pewnie jeden gest by ją zdobyć. Byłaby to jednak najłatwiejsza droga. Nie wiadomo zresztą dokąd. Nie lubił łatwych dróg. Odjechał z wielkim hukiem.

Gdy wracał przypomniało mu się jak bez grosza przy duszy (cóż za perełka - "bez grosza przy duszy"; tak, dusza potrzebuje pieniędzy; musi się wyszaleć w pijanym ciele, wytaplać w drogim błocie, rozdać, roztrwonić, zgubić) dwanaście lat wcześniej, uciekali przed kelnerem, któremu nie zapłacili za herbatę z cytryną.
 
 

Roman Ciepliński

 

 

Elżbieta Kazimierczak - Fryckowska

***


Księżyc bielą brzóz
jak skopany pies
łasi się do twoich ud
liżąc przez gładkość szyb
ich gotowość za każdy krok
zgięta w embrion najmilszą z póz

chowasz przede mną
fosforyzującą zieleń zegara
i ogród z róż
 
 
Elżbieta Kazimierczak - Fryckowska



Wyróżnienie drugiego stopnia - XXXI Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Jana Śpiewaka w Świdwinie 2000 r.

 

 

Tadeusz R. L. Duda

ŚWIR

Świr wynurzył swoją skórę z nory w pijanym wieżowcu o czwartej pięćdziesiąt trzy rano i skierował się w stronę Szklarki Podgórnej. Lekkim spacerkiem to około jednej godziny spracowanego czasu, tyle że na okrągło trzeba było iść pod górkę. Taki to był już los nałoga. Wróciłem do następnego skojarzenia. Pijany jak owca odpowiadał moim wyobrażeniom o wyobraźni. Trzymaj się Johnny. I wtedy Świr zaświrował. Dobrze, że stałem w pewnej odległości od zgiełku zdarzeń, bowiem bym był uderzony z jednej strony.

- Cholera - powiedziałem sobie - DUDD, dlaczego musisz się tak męczyć?

Chłopcy mieli się dopiero zjawić za dziewiętnaście godzin - dokładnie o północy. Termin jak termin - ustalony przez starszego przestrzennego nadawał się do dupy. Ludzkość jako taka wierzyła jeszcze głęboko w godziny duchów i nic nie mogło tego zmienić. Pozostało obmacywanie życia, obwąchiwanie z każdej strony danego aspektu sprawy - jakkolwiek by nie wyglądała.

Świr dotarł do mojego stolika u Maxwella Wielkiego przed szóstą. Musiałem postawić mu mocnego "PIASTA", bowiem narzekał na wielkiego kaca. Według zaleceń miałem miękkie serce. Misja do wypełnienia. Bez wątpliwości cienia.

- Poeta, daj trochę pożyć - skarżył się świr ciągnąc z.pokala jasnobrązowy trunek - mam już tego wszystkiego dosyć. Przypierdolili się do mnie, że jestem im coś winien. A skąd ja mam wziąć szmal? Mój został na Zachodzie i konta mi zablokowali w Szwajcarii. Muszę czekać na stosowną chwilę i dopilnować interesu - mojego oczywiście.

Popatrzył na mnie znad stołu swoimi niewinnymi jak zwykle oczątkami i cieszył się w duchu, że jestem, trwam, żyję i obcuję z jego pojebaną w pysk rzeczywistością. I że mam kasę. A to teraz było najważniejsze dla niego gołego w dym.

- Poeta, gdybym ja chciał, to bym kupił: całą tą Szklarkę Podgórną. Ale ja nie chcę. Taki jestem.

Zajarzyło mi w mózgu. Świr nie był taki zły, na jakiego wyglądał, tylko że udawał sam przed sobą, aby dodać sobie odwagi. Tyle jego, kolego. A ja cóż. Misja to misja. Za to mi płacili. Byłem agentem specjalnym do spraw 1999 roku. I dalej ani kroku. Ostatnie zadanie do emerytury w V filarze. Dopiero się okaże.

Gdzieś z boku doklepał pies Mucha:

- Poeta, daj na soka, bo mi gardło wyschło jak piec kafelkowy w środku mroźnej zimy.

Że też nigdy nie mogę oderwać się od liny, na której zawieszono darem Bożym moją oczywistość.

Wyjąłem z kieszeni kamizelki w prążki 3 złote polskie i wydukałem:

- Mucha, kupisz soka, przyjdziesz tu z nami wypić i podyskutować. Jesteś mi to winny.

- Dobrze i poeta. Czekajcie na mnie.

Na razie obracaliśmy się w kręgu alkoholu i pieniędzy. O innych sprawach ani hu, hu. Ciekawe jak to analizował; przestrzenny. Cały czas bowiem miał mnie na oku stojąc w rozkroku.

(Bezimiennym szaleńcom, którzy pchają ten świat naprzód, nie bacząc na koszta własne).

Czas, który mnie otaczał nie był utkany z faktów. Paraliżował go świr swoimi wyobrażeniami o tajemnicach zrozumienia. Musiałem go wyeliminować na te kilkanaście nanoobrotów, aby dotrwać do rzeczywistości. Reszta należała do chłopców. Zawirowania nie wchodziły do wirówki, bowiem mieliśmy stabilny kurs złotówki. Pies Mucha nie wracał, więc musiałem wysłać innego, będącego pod moją prawą ręką pomocnika nadziei:

- Świr, masz pięćdziesiąt złotych. Kup litra i zapitkę. I tylko nie mów, że nie trafisz tu do mnie.

Miałem go z głowy. Na pewno nie przyjdzie. Potrafił w ciągu minuty, dwóch czy trzech obalić pół litra z gwinta i ani nie chrząknąć. Później brał na następnego i zwalał się z nóg tam gdzie można przyłożyć ciało do matki ziemi.

(Mnie nie zależy na pieniądzach, dlatego piszę takie krótkie
opowiadania).

(Mnie nic nie zależy na literowce, dlatego piszę krótkie
dreszczowce).

***

Chłopcy przybyli co do sekundy. Zegarki nadprzestrzenne działały jak należy. Kontenerki z paliwem i używkami władowano mi błyskawicznie przez okno do mojego pokoju w pensjonacie "OBOK".

Spirytus pochodził z czterdziestej szóstej Galaktyki, która cała składała się z tego szlachetnego trunku o sile 99 koma 999 niebiańskich koni, a bodajże 1 promil to zanieczyszczenia takie jak pył międzygwiezdny i kilka kwarków na dodatek. Byłem zaopatrzony, jak młody bóg co już mógł.

- Agencie Dudd, będziemy jak zwykle za dwadzieścia cztery godziny.

Wsiedli do Kabiny, zawirowali i zniknęli.

Znowu byłem sam.

I cały ten. chłam.

Aby przetrzymać.

***

Świr ryczał i kwiczał jak zarzynana inflacja.Była piąta pięćdziesiąt pięć rano. Wstało się na Śniadano.

Postawiłem Świrowi to, co chciał u Maxwella Wielkiego. W TV leciało MTV i było wesoło. Życie poranne w Szklarce Podgórnej rozwijało się prawidłowo i zgodnie z doktryną rozwiniętego kapitalizmu.

Świr był nieubłagany.

- Poeta, musisz mnie dzisiaj upić.

- Przecież wczoraj Cię upiłem.

- Ale ja chcę zapomnieć.

- O czym ?

- Przyleciałem z 2250 roku.

Zatkało mnie. Albo mnie sprawdza, lub też zbieg okoliczności z ciężkiego więzienia w Nowogardzie. Zwapniały aż do kości.

Teoria spisku była aż nadto widoczna.

Jak na lewej dłoni światłości.

Przetrwać chwilę.

A może spasować?

Odpocząć?

Dać za wygraną (rano)?

Pytania senne błądziły po pustych, barowych stolikach.

Musiałem wziąć byka za rogi i o glebę go.

- A gdzie świadectwo prawdzie? - wyrąbałem mu prosto w twarz.

Sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki i wyciągnął plastikowe na pierwszy rzut oka lśniące szczerym złotem cudeńko (jak-na XX wiek).

Nie musiał już niczego wyjaśniać. Taką samą "złotą" kartę kredytową uznawaną wszędzie w poznanym dotąd Wszechświecie miałem w mojej prywatnej kasie pancernej. Naturalnie zamurowanej w piwnicy u sąsiada-rencisty (Nawet o tym nie wiedział).

Miał żebym mu uwierzyć?

A konsekwencje?

Czyżby się gdzieś zapodziały?

I te wszystkie zawiłe historie, które z nostalgią przyczepiały się do unie jak rzepy. Byłem tylko słabym, znerwicowanym, normalnym agentem, aż do granic wytrzymałości organizmu.

Nic ponadto.

Postanowiłem zatem.

Postawiłem mu obok prawej, przedniej nogi plastikowego fotelika, na którym siedział półtora litra kosmicznego napitku w knocie po wodzie mineralne j "ŻYWIEC".

Zaczęliśmy wielkie picie z gwinta zakąszając sokiem pomidorowym (z kartonika).

Wrażeń wciąż przybywało wraz z opadaniem poziomu płynu pod tytułem "AMBROZJA" w naszej butelczynie.

Ze trzy razy, gdy Świr musiał iść do kibelka olać wszystko łykałem po dwie kapsułki otrzeźwiacza-uzdrawiacza by doczekać jako tako do godziny 000.

Międzygalaktyczny napój wyskokowy był słodki jak pierdolenie i mocny niczym żubr z Puszczy Białowieskiej.

Było po co żyć.

Jako tako dowlekliśmy się ze Świrem grubo przed pojawieniem się ekipy.

Usiedliśmy na starej, drewnianej ławce.

Skwerek był prywatną własnością posiadaczki pensjonatu.

Świr pochrapywał po pijacku, a ja patrzyłem w gwiazdy do chwili, gdy chłopcy się po jawili.

Ułożyłem go w koii i pomknęliśmy przez czas ku mojej ciężko zapracowanej emeryturze.
 
 

luty 2000
Tadeusz R. L. Duda

 

 

Anna Marcinek - Drozdalska

MOJA CÓRKA POCHYLA SIĘ NAD STARYMI ZDJĘCIAMI /2/


Moja córka mówi:
na zdjęciu jest moja babcia
to ta malutka dziewczynka.
Zdjęcie jest poszarzałe, bo jest bardzo stare
Babcia była siwa, a tu
ma krótkie ciemne włoski.
/Ludzie się zmieniają, mówi moja mama/
Pamiętam ręce Babci pachnące ciastem
i mnóstwo książek w mieszkaniu,
w którym teraz mieszka ktoś inny.

Książki są u nas.
Gdy nachylam się nad którąś z nich
czuję jak Babcia prowadzi mnie za rękę.
 
 
Anna Marcinek - Drozdalska



Wyróżnienie drugiego stopnia - XXXI Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Jana Śpiewaka w Świdwinie 2000 r.

 

 

KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między zaprzyjaźnionymi pisarzami. Na naszych łamach od października 1998 roku korespondują: zamieszkały w Podkowie Leśnej Piotr Muldner-Nieckowski i Lech M. Jakób z Kołobrzegu.

Dziękujemy - pkl "Łabuź"



Podkowa Leśna, 12 stycznia 2001

 

Kochany Lechu,

Dotarło do mnie, że Ci się zapchał komputer (słynne Windowsy), więc od razu chcę Ci donieść, że na to jest sposób, który trzeba zastosować, zanim się wezwie fachowca. Z katalogów (czyli, jak to w Microsofcie bezsensownie nazywają, folderów) typu ...\TMP i ...\TEMP bezwzględnie usuń wszystkie pliki z rozszerzeniem *.tmp, a następnie uruchom defragmentację dysku. To w 99 procentach przypadków pomaga. Mam nadzieję, że ten list dostaniesz e-mailem bezproblemowo.

No, i już jesteśmy w nowej epoce - sądzą niektórzy. Ale pragnę przypomnieć, że wiek XX zaczął się ok. 1914, więc nie śpieszmy się tak z tym nowym tysiącleciem. Zobaczymy, kiedy nastąpi prawdziwy przełom. Święta i sylwestra spędziłem po trosze z rodziną, po części z uroczą i inteligentną przyjaciółką, nareszcie nie było ani jednego dnia bez obiadu, było bez pracy i napięć. Jednak wraca stare, muszę zasiadać i machać piórem. Zaczynam od Ciebie, jako że mam wolny wtorek - normalnie zajęty przez wykłady na uniwersytecie, tym razem ulokowany w czasie krótkich ferii akademickich. Nastąpiła seria listów do niezliczonych miłych i mniej miłych osób, sporo ciekawostek do mnie dotarło, ale największą przyjemność zrobili mi Czesiek Szawiel i Lidka Lalak z Łobeza, bo odnaleźli w jakimś starym numerze "Twórczości" moje wiersze, o których prawie zapomniałem. Tak, tak, to się plecie poetycko już 33 lata...

Ale i zrobiło się przykro. W sylwestra zadzwonił do mnie Andrzej Zaniewski, że umarł piękny poeta Janek Kulka z Łomży. Dopiero co byłem na benefisie Janka (14 grudnia, 45-lecie twórczości). Nikt nie wiedział, że jest chory na raka płuc. Byli biskupi, notable, uczeni, pisarze, tłum. Czytano ciekawy, religijny poemat Janka i odbył się znakomity bankiet. Snuliśmy plany na przyszłość, bo w moim wydawnictwie czeka na wydanie powieść Janka "Pod szczęśliwą gwiazdą" i nie mamy jeszcze całej potrzebnej na to gotówki. Nie wiem, co teraz będzie, bo ja takich pieniędzy nie mam, a nie chciałbym, żeby ze śmiercią Janka wydawanie tej pozycji skończyło się na przygotowaniu składu. Wiem, że jego żona Basia zrobi wszystko, żeby do wydania doszło. Janek był od urodzenia niepełnosprawny, źle chodził i kiepsko mówił, a jednak dawał sobie w życiu radę dzięki niezwykłej sile wnętrza, parze, która napędzała jego silnik z podwójną energią. Wydał tyle książek, był legendarną postacią "prowincji". Kiedy Czesław Miłosz przyjechał po raz pierwszy po Noblu do Polski, to właśnie w Łomży odbyło się jego spotkanie z przyjaciółmi, a wszystko zorganizował Janek. Niech Kulka odpoczywa po ziemskich zmaganiach, jest na górze w aureoli zwycięzcy.

Pytasz o serial. To dziwna sprawa, te seriale w tej państwowej telewizji. Napisałem dwadzieścia kilka odcinków do serialu Jurka Niemczuka (on zrobił pierwszych dwadzieścia kilka), we współpracy z Januszem Zaorskim jako reżyserem. Tytuł "Nie ma jak w domu". Serial komediowy, spokojny i pomysłowy, był nawet anonsowany w TV i gazetach... Ponieważ pomysł i teksty okazały się dobre, a telewizyjni decydenci zaakceptowali, liczyliśmy, że szybko ruszy produkcja. Były zapowiedzi "na sto procent", procedury szły z rozmachem, aż nagle w marcu 2000 coś zaczęło kuleć. Od tej pory zwodzą nas prawie rok. Na antenę wchodzą coraz nowsze knoty, które urywają się po dwóch-trzech odcinkach (bo oglądalność mała), nam zaś się mówi, że umowy będą lada chwila.

Domyślasz się, że dwudziestu paru odcinków nie pisze się w dwa dni, więc zajmując się przez kilka długich miesięcy tylko tym, nie mogłem czym innym zarabiać na życie. W ten sposób powstały długi, których do dziś nie udało mi się w pełni odpracować. Nie pierwsza to moja negatywna przygoda z TV. Napisałem kiedyś obszerny treatment długiego serialu, z którego zostałem wykiszkowany, po czym serial ten ukazał się pod inną nazwą, z pewnymi zmianami, pod innym nazwiskiem. Nawet nie wysilono się, żeby przepracować postaci i wątki, jedynie dodano inne. W sumie napisałem dla telewizji tekstów na jakieś półtora roku literackiej pracy i nigdy nie zobaczyłem ani grosza. Nie mam wejść.

Sprawa to bolesna, bo autorów stawia się w sytuacji ubogich krewnych, antyszambrujących i zmuszanych do pisania bez umowy ("napisz, zobaczymy co to jest, a jak będzie dobre, to podpiszemy umowę"). Sto razy obiecywałem sobie, że bez umowy nic nie napiszę, ale niestety nie ma takiej możliwości, kończy się zaś zawsze źle. Pan jest wielki i możny, więc robi z ludźmi co chce. Publicznie narzeka się, że nie ma dobrych scenariuszy, ale ja wiem, że jest ich znacznie więcej niż ten Niemczuka i mój. Tylko że są brane pod uwagę wyłącznie w rozmowach. Do realizacji nie dochodzi. Mam nadzieję, że to się skończy dobrze i jednak w tym roku coś ruszy z miejsca. Do seriali natomiast ma, jak wiesz, szczęście moja córka chrzestna i bratanica - Sara Müldner, znakomita 11-letnia aktoreczka, dziś wręcz gwiazda. Rozmawiałem świątecznie z Iloną Łepkowską, czołową scenarzystką telewizyjną (bodaj najlepszą w Polsce, ostatnio pisała "Klan" i pisze "Na dobre i na złe"). Mówi, że też martwi się tym, co się dzieje. Miała już dosyć pisania "Klanu", bo ile można tego trzepać? Sto odcinków? Dwieście? Przy setnym wena w danej konwencji musi się wyczerpać, a i zmęczenie organizmu też postępuje. Zajęła się wyłącznie serialem "Na dobre i na złe", na razie ze skutkiem doskonałym. Nie wie, ile wytrzyma. I życzy mi, żeby się nasz "Nie ma jak w domu" wreszcie pojawił na antenie. Fajnie. Ale w TV nie ona decyduje, to raczej moja konkurencja (przystojna!). Dzwonił też Janusz Zaorski, który jednak rąk nie załamuje. Użył wielu niecenzuralnych słów, a ja mu wtórowałem. Na koniec orzekł, że "p.k.p.k.p.k.p.k.". Odpowiedziałem: "p.k.p.k.p.k.p.k.". Podstaw sobie odpowiednie wyrazy.

Tomik z trenami już się zbliża do końca. Mam tytuł, ale jeszcze Ci nie podam, bo się waham. Ciężko nad tym pracuję (oczywiście nie bez przerwy; "ciężko", to znaczy leżąc na łóżku i patrząc w sufit). Najtrudniejsza jest, jak wiesz, eliminacja złych wierszy. Na drugim miejscu postawiłbym "wyczyszczanie", które polega na usuwaniu zbędnych słów, doskonaleniu znaczeń, nadawaniu większej płynności, melodii, poprawianiu brzmień, wyrzucaniu niewymawialnych zbitek (np. "łaskaw wykonać"). Niektóre odrzuty mają w sobie coś dobrego, na przykład zmyślną metaforę, obraz, co kusi, żeby wykorzystać w innym tekście. Odrzuty nie są przerabiane, broń Boże, raczej służą jako skarbnica. Zresztą zauważyłem, że, kiedy piszę coś nowego, moja pamięć bardzo trafnie dobiera sobie takie okruchy. To niebezpieczne, łatwo powtórzyć coś, co się wykorzystało, dlatego robię to ostrożnie. Nie przywiązuję się do "moich dzieci", jak niektórzy, bo to by było śmieszne. Proszę, żeby mi w druku nie przerabiano, ale jak się trafi jakiś błąd, to nie robię z tego tragedii.

Ostatnio miałem do czynienia z poetą, który kazał wycofać z księgarń cały tomik tylko dlatego, że przez przypadek w jednym z 200 wierszy wydrukowano "przepowiadać" zamiast "wróżyć". To idiotyzm, rzecz jasna, ponadto myślę, że ów autor sam kiedyś napisał "przepowiadać" i zapomniał poprawić w korekcie. Nie należy więc przesadzać, co mówię młodym, a dystans do tego, co się pisze, jest dowodem na to, że jest się w rozpędzie i że niejedną rzecz jeszcze się zrobi, która zrekompensuje poboczne straty. Każdy purysta jest osobą podejrzaną i trudną w obejściu.

O czym informuje Twój
Piotr Müldner-Nieckowski

Kołobrzeg, dnia 2.02.2001 r.

 

Piotrze Niemożliwy!

Istotnie, z początkiem roku były kłopoty z pocztą elektroniczną. A potem przyłączyłem się do protestu internautów przeciw TP S.A. (polegającego na dziesięciodniowym nie wchodzeniu do sieci - idzie o zniżkę wyśrubowanych opłat połączeń) i tak niespodziewanie zrobił się luty.

Dlaczego Niemożliwy? Bo masochistycznie tłuczesz własny ogon jakimś scenariuszem serialu dla medialnego molocha! Zaćmiło Cię? Nie żal kilkunastu miesięcy żywota na produkcję, za przeproszeniem, sieczki? Owszem, "sprawa to bolesna", jak twierdzisz, lecz w innym wymiarze: zaprzedawania duszy demonowi populizmu!

Wybacz ostrzejsze słowa, alem piekielnie zbulwersowany. I nijak nie potrafię sobie tego wyperswadować. O co tu chodzi? Dla ochłonięcia przerwę na chwilę pisanie...

***

Już lepiej. Właśnie spałaszowałem wspaniałą porcję tortu (Mama świętowała wczoraj - jednocześnie z Borysem Jelcynem, jak podtrzymuje - okrągłe urodziny), pacyfikując tym nastroje. Chyba winniśmy brać ludzi takimi, jakimi są. W końcu, pomyślałem sobie, nawet gdybyś miał trzy nosy na dwóch głowach też byłbym Cię lubił.

Zauważ, usilnie ćwiczę tolerancję.

Ale, mimo wszystko, po cholerę Ci serial!

Spokojnie.

Lidia L. weszła między internauty, sprawiając sobie adres elektroniczny - przeto i po trójkącie choćby e-mailować sobie możemy.

Jana Kulki osobiście nie znałem. Wciąż odchodzą kolejni bliscy. Gdzież im tak spieszno - chciałoby się rzec. Odchodzą, wyprzedzając nas w pochodzie, ale wyprzedzają na krótko tylko...

Znowuż innym poetom żeniaczki w głowie i sercu. Pisała ostatnio znajoma poetka z Poznania - Teresa Tomsia (autorka nowego tomu wierszy "Przed pamięcią"), że Wincenty Różański jaką flecistkę ślubnie przyhołubił. To także swoisty bieg do Absolutu.

Twoje treny. Tu mnie ucieszyłeś. Postęp oczekiwany. Już oczyma wyobraźni widzę ową ważką poetycko rzecz. Nie ustawaj!

Z równą niecierpliwością czekam na Twój słownik frazeologiczny, który wiele dobrego umęczonej polszczyźnie przynieść może. No i na "Łaziebnego"! Tak na marginesie: może mały fragment tej prozy prześlesz załącznikiem do e-maila? Z chęcią przeczytam, jeśliś gotów.

Mój przełom stuleci (ależ pompatycznie zabrzmiało!) raczej kiepski. Sam przełom, bo później - akurat trwające - się rozwija. Pewien głośny (nazwisko pomijam, by zainteresowanego nie urazić) w latach osiemdziesiątych prozaik nadesłał do oceny nową powieść - tym razem romans kryminalny. Przeczytałem i szczęka opadła. Równie durnie chybionej prozy świat nie widział. Z bólem rzecz odesłałem, sugerując konsultację z bezstronnymi osobami. Bo może się mylę. Chciałbym się mylić. Tym bardziej, iż łączy nas dwudziestoletnia korespondencyjna zażyłość.

Chyba znasz to uczucie? Zresztą, prawdę mówiąc, nawet najlepszym pisarzom zdarzają się knoty. Sam ze wstydem widzę u siebie przynajmniej trzy. Tu nie ma zmiłuj się.

Drugim zgrzytem finał ślimaczej od dwóch lat historii ze szczecińskim wydawnictwem "Albatros". Wspominałem o tym swego czasu. Miała tam wyjść moja "zwierzęcoliteracka" powieść dla młodzieży. Umowa podpisana, tekst doszlifowany i... cisza. Mijają tygodnie, miesiące - wydawca nie reaguje na próby nawiązania kontaktu. Wreszcie, zniesmaczony, rzecz uciąłem, żądając zwrotu komputeropisu łącznie z dyskietką. Dość farsy.

Lecz nadto nie wyrzekajmy.

Słyszałeś może o pierwszym polskim wydawnictwie w rzeczywistości wirtualnej? Otóż siódmego grudnia ub. r. powstał w Internecie port wydawniczy (www.literatura.net.pl). I nadeszła oferta udostępnienia książek w wersji elektronicznej - od Antoniego Pawlaka, szefa portu (także poety, na marginesie mówiąc). Mój pierwotny odruch przypominał reakcję psa po kontakcie z jeżem. Potem, oswojony, umowę o udostępnieniu niektórych książek na stronach internetowych literatura.net.pl jednak podpisałem. Powiadam niektórych, gdyż zdecydowałem się na cztery ("Karamarakorum", "Zwykłe przygody", "Znikacz i jego broń", "Ból i pełnia"). Po namyśle dołączę jeszcze ubiegłoroczny zbiór wierszy "Wibrujące serce" oraz kilkanaście lat temu opublikowaną w Wydawnictwie Literackim mikropowieść "Romsky" - nakłady były niskie, a zasięg dziurawy.

Parę słów bliżej, bo sprawa świeża i może zainteresują Cię szczegóły. Jak czytam w umowie, książki prezentowane są w formie integralnej, to jest z oryginalną okładką, ilustracjami, fontami i układem typograficznym. Na życzenie autora forma może ulec zmianie; dołączają też linki do innych stron. Honoraria (30% wpływów z abonamentów - zależnie od ilości odwiedzin czytelniczych) będą wypłacane kwartalnie. W sumie umowa zawiera 17 paragrafów.

Gdy idzie o kryteria, to port wydawniczy przyjmuje (lub składa) oferty na podobnej zasadzie, jak oficyny tradycyjne. Dotąd w elektronicznej skarbnicy mają kilkaset tytułów autorów krajowych (ale nie tylko) - z przyrostem kilku dziennie.

Rzecz jasna zaraz rodzą się pytania następne. Myślę jednak, że port taki ma przyszłość, bo oprócz tradycjonalistów wyżej ceniących sobie papierowe wydania (ja do nich należę), rośnie rzesza szperaczy internetowych - skąd, niczym zające na miedzę - wyskakiwać będą czytelnicy elektroniczni. Tak czy siak poszerzy się dostępność książek i nie spodziewam się, by wirtualne ich wersje miały zagrozić istnieniu obiegu dotychczasowego.

Cóż ponad to? Biedzę się, doświadczając przelotnych dreszczy (to także upierdliwa cyzelatorska robota), nad trzecim zbiorem aforyzmów. Dałem temu tytuł neologizm - "Jęzostrzępy", a rzecz ukaże się najprawdopodobniej późną wiosną. Chciałbym książeczkę wydać w niewielkim formacie i twardej oprawie, wysmakowaną edytorsko. Bo aforyzmy zawsze mają dla mnie szczególne znaczenie.

Tymczasem tyle, jak szumią nadmorskie badyle.

Słownik frazeologiczny? Tak. Treny? Tak. "Łaziebny"? Tak. Ale serial? Też mi coś! Fuj!
 
 

Lech Jednak Tfuj

Ps. Lektury ostatnie. Było tego. Po odcedzeniu miałkości we wdzięcznej pamięci zostały pozycje trzy. Tomiszcze Jerofiejewa* (te smaczki i dezynwoltura!), proza autobiograficzna Bacha "Most przez wieczność"** (ujmująca opowieść o uporze w poszukiwaniu miłości autora słynnej "Mewy") oraz napisana z biglem książka Lentina "Myślę, więc się mylę"*** (o błędach i pomyłkach w nauce od Pitagorasa do dziś), gdzie widać jak wielkimi krowami bywają paradygmaty.



* Wienieditkt Jerofiejew "Dzieła prawie wszystkie", WL, Kraków 2000
**Richard Bach "Most przez wieczność", Zysk i S-ka, Poznań 1999
***Jean Pierre Lentin "Myślę, więc się mylę", PIW, Warszawa 1996

 

 

Edward Popławski

ŚMIERĆ PSA


już nie gryzł tylko
czerwonymi jak dłonie ognia oczami
gonił uciekające obłoki wolności nad
gardłem zaciskało się
kamienne sklepienie ścigających głosów
wśród drzew łaskoczących
wiatrem ciszę słychać było
odgłosy zaciśniętej jak tyraliera
obroży strachu
warczał najeżony w swej samotności
gdy otaczali go kagańcem zbliżających się
rąk jeszcze tylko kilka
krztuszących się oddechów i dłonie
przywarły do jego boków
gryzły sierść i otaczały las
dzwoniąc snem wolności sznura
zarzuconego na gardło zaciskającego się wolno
gdy przerzucony przez konar wydawał
ostatnie warknięcie
 
 
Edward Popławski



Wyróżnienie drugiego stopnia - XXXI Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Jana Śpiewaka w Świdwinie 2000 r.

 

 

Ludwik Cwynar

PODRÓŻ DO KORZENI

My, mieszkańcy Ziem Zachodnich, jesteśmy w ogromnie swej masie ludźmi bez korzeni. Oczywiście mamy jakieś życiorysy, ślady naszej dłubaniny, komuś się trafił medal. Innych znów cieszą zdrowe, pyzate dzieci, ogród przydomowy, wygodny fotel bujany. Byli też przez kilka czerwcowych dni tacy (Zjazd Absolwentów LO), którzy podróżowali do "górnej młodości": wspomnień pierwszego pocałunku "na pomniku", gola strzelonego w meczu z IIIa, psikusa wywiniętego któremuś z belfrów. Świat był wtedy taki prosty, słoneczny.

W "Łabuziu" przekonujemy się, że istnieje genius loci - ta tajemnicza siła bijąca z krajobrazu, z minionych pokoleń tej ziemi. Tych słowiańskich łobeziaków, którzy stopniowo przejmowali język niemiecki i luteranizm, ale czuli swą pomorską odrębność. Mieli - jak my - swą małą ojczyznę. W adwencie przyjechali z jasełkami do nas (do siebie?).

Ale przecież współcześni (ci najstarsi) mieszkańcy Ziem Zachodnich, to przybysze z Polski centralnej lub kresów. W tamte strony jeździmy czasem w interesach, na wesela lub pogrzeby, rzadziej do korzeni...

A może to być wzruszająca podróż sentymentalna.

W sierpniu, gdy lato przedłużyło swój żywot, ale czuło się w powietrzu nieuchronność jesieni, odbyłem taką wycieczkę w towarzystwie niezawodnej żony. Teresa jest bowiem domowym genealogiem i, skrzętnie zbierając przez lata wiadomości i dokumenty, sporządziła nasze drzewo rodowe.

Pomorze ze znanej krainy (Czaplinek, jez Drawsko, Szczecinek) zaczęło się po przekroczeniu rzeki Gwdy stawać jakby obce (Człuchów, Chojnice), a przecież to Krajna czy Kaszuby - ziemie zamieszkałe przez polski żywioł. Aż wstyd, że nie chwalę Borów Tucholskich. Zwarte lasy pozostały gdzieś tam po lewej stronie. Wreszcie w Świeciu błysnęła Wisła. Na drugą stronę Wisły, czyli Polski, przeprawiliśmy się jednak w leżącym niżej Grudziądzu. Z mostu na Wiśle wygląda nobliwie i mocno zabezpieczony murami spichlerzy i odleglejszej twierdzy. Tam obok teatru (w powiatowym mieście!) na murze supersamu "Biedronka" jakaś nieznana ręka pomarańczowej alternatywy czy zielonych ekologów napisała jakby reklamowe hasło: "Tylko biedronka nie ma ogonka!"

Krzyżackie ślady po tamtej stronie Wisły to znany raczej specjalistom ogromny zamek w Radzyniu Chełmińskim, gotycki kościół w Jabłonowie, wieża zamku w Brodnicy. Potem był jeszcze jeden Lidzbark (lecz nie Warmiński - biskupi I. Krasickiego, ale chyba mazurski. Zahaczyliśmy bowiem o trzecie już województwo: było pomorskie, kujawsko - pomorskie a teraz warmińsko - mazurskie. Wreszcie wjechaliśmy na Mazowsze.

Najpierw była Mława, która rozrosła się w byłym województwie ciechanowskim, a potem Przasnysz. Wiedzieliśmy, że gdzieś tam na rozległym cmentarzu leży siostra mojej babki, Julia Szostakiewicz. Na środku stoi wyniosły obelisk upamiętniający powstanie styczniowe, obok wspomnienie legionistów z I wojny, potem stworzono aleję "słusznej" partyzantki z okresu II wojny światowej, a niedaleko ofiar zbrodni UB-ckiej. Jakoś ich nekropolia połączyła, a "powaga śmierci" powstrzymała przed likwidowaniem którejś części cmentarza. Nawet po bożemu groby zmarłych z pobliskiego domu opieki usytuowana pod murem cmentarnym. Niestety mogiły babki ciotecznej nie znaleźliśmy. Nie pomógł nam miejscowy grabarz. O tej porze dnia miał już słabszą pamięć. Źle się zapowiadała wyprawa do korzeni.

Jeszcze przed nocą byliśmy w Warszawie. Waldek - kuzyn Teresy - czekał na nas z kolacją i noclegiem. 15 Sierpnia spędziliśmy na spacerze po Placu Piłsudskiego. Na Grobie Nieznanego Żołnierza leżały wieńce władz państwowych. Wśród napisów jednej z tablic wypatrzyłem Nastasów - rodzinną wieś mego ojca - upamiętnioną po wojnie polsko - bolszewickiej. W Ogrodzie Saskim grał jazzband, na Starym Mieście niemal tłumy artystów i obcokrajowców wypełniały rynek, barbakan i uliczki.

Rozległy wydał nam się kontrowersyjny Pomnik Powstania Warszawskiego. "Wywalczony" w 1980 roku, wzniesiony został jednak w czasach podziemnej "Solidarności", bez jej udziału w rozstrzygnięciu konkursu projektów przez reżimowy związek rzeźbiarzy. Miasto wypełnione tablicami upamiętniającymi miejsca barykad i masowych ofiar, najpierw ozdobione zostało pomnikiem powstania w getcie żydowskim - epizod z 1943 roku - wzniesionym przez Żydożercę Gomułkę ( W Żydach znalazł sprawców Marca 1968). Czekało, by w godny sposób uczcić pamięć powstania w sercu Ojczyzna. Dopatrują się w tym pomniku jakiegoś ukrytego szyderstwa. Za mało w nim tego tragizmu walki o najwyższe dobro, które powinien symbolizować jakiś element wyniosły, pod niebo. Za dużo podziemia, jakby wstydliwego krycia się w piwnicach i kanałach, jakby kwestionowanej ofiary.

Nazajutrz ruszyliśmy znów do prywatnych korzeni. Przejechaliśmy przez Sulejówek Piłsudskiego - tylko muskając jego przedmieścia. Zatrzymaliśmy się dopiero w Węgrowie.

Tu szukaliśmy właściwie grobu symbolicznego Feliksa Wiśniarowskiego - policjanta, którego zdążyli jeszcze zobaczyć wszyscy w komplecie domownicy gajówki w Dąbku za Bugiem. Wkrótce NKWD aresztowało gajowego - mojego dziadka Jana. Siedział w Brześciu, proces miał w Mińsku; grobu nie ma. Ani Kalinin - premier ZSRR - "nie znał" jego losu. Ani Ministerstwo Spraw Wewnętrznych niepodległej Białorusi nie ma żadnych dokumentów odziedziczonych po - właśnie, po kim? Okupancie? Sojuszniku?

Wcześniej bowiem Kalinin wziął "pod opiekę" wschodnią Polskę (a może to był Mołotow), a moją babkę i jej dzieci wysłał na Sybir. Mąż siostry mojej babki, ów Feliks, piękny i dumny, nawet nie zdjął munduru i nie dał się zatrzymać w Dąbku. Poszedł wypełnić rozkaz.

Zaczęliśmy szukać od kościoła farnego. To tam w zakrystii znajduje się przesławne lustro Twardowskiego, w którym wywołał dla rozpaczonego Zygmunta Augusta obraz zmarłej Barbary Radziwiłłówny. Lustro jest pęknięte, zmatowiałe i wisi tak wysoko, że nie można w nim zobaczyć żadnej zmaterializowanej duszyczki.

A ten symboliczny nagrobek rodziny Wiśniarowskich znaleźliśmy omszały, jak zdziczała grzęda kwiatów, z przerośniętym pędem róży. Zaczęliśmy się domyślać, że ostatnia z rodu niewiasta nie żyje. Potwierdziło się to, gdy przez Siedlce dostaliśmy się do Białej Podlaskiej pod ostatni znany adres. Umarła kilka lat temu.

Emocje rosły, gdy zbliżaliśmy się do Włodawy. To we Włodawie ochrzczony został mój pradziadek, Ludwik Szostakiewicz w kościele pod wezwaniem św. Ludwika, a moja babka po kądzieli, Aniela, przeforsowała to imię dla mnie - swego pierworodnego wnuka.

W moje imieniny, 25 sierpnia 2000 roku, obchodziliśmy 150 rocznicę urodzin mego pradziadka. Urodził się bowiem 25 sierpnia 1850 roku. Wiemy to wszystko dzięki księgom parafialnym skrzętnie przechowywanym przez włodawskich oo. paulinów. Ba, odnaleźli akt urodzenia Wawrzyńca Szostakiewicza, jego ojca - korzeń sięgający najgłębiej w moim chłopskim rodowodzie:

"Działo się w Włodawie dnia piątego sierpnia Tysiąc Ośmset dwudziestego ósmego roku o godzinie ósmej rano. Stawił się Jan Szostakiewicz, Rolnik lat dwadzieścia siedem mający w Korolówce zamieszkały, w obecności Teodora Bobkiewicza lat trzydzieści dziewięć i Charasima Pawluczuka lat czterdzieści mających. Obydwu Rolników z Korolówki i okazał nam Dziecię płci męskiej urodzone w Korolówce dnia trzeciego bieżących miesiąca i roku o godzinie ósmej rano pod Numerem trzydzieści siedm z Jego Małżonki Maryanny z Kukuniuków lat dwadzieścia sześć mającey - Dziecięciu temu na Chrzcie Świętym odbytym w dniu dzisiejszym nadane zostało imię Wawrzeniec, a Rodzicami Jego Chrzestnymi byli wymienieni wyżej Bobkiewicz i Anastazya Strońska oboie z Korolówki. Akt ten stawaiącemu i Świadkom przeczytany i przez nas podpisany został ile że zwyż wyrażone osoby pisać nieumieją.
X. Remigi Wiechulski Proboszcz Parafij Włodawskiej"

Niełatwo było odczytać odbitki kserograficzne tych dokumentów. Po powstaniu styczniowym i podczas represji przeciw unitom władze zaborcze nakazały sporządzać te akty kościelno - urzędowe po rusku. Siostra mojej babki, Ludwika, ma taki akt z 5(17) maja 1877 roku. Pradziadek jest tu "izwoszczykiem" (woźnicą), a świadkiem Józef Pieśla, rządca majątku hrabiego Augusta Zamojskiego w Różance. Ów J. Pieśla jest pierwszą umiejącą się podpisać osobą prócz księdza. Drugim świadkiem jest Iwan Kulbicki, kościelny we Włodawie, lat 76. Matką zaś chrzestną była żona owego rządcy, Zofia.

Gdy rodził się syn Wincenty 13(25) marca 1881 roku, świadkami byli: Jan(!) Kulbicki, dziad kościelny, wciąż 76 - latek i włodawski organista, zaś ojcem chrzestnym Józef Pieśla. Pradziadek jest tu już "kuczerem", a więc powożący bryczką. Niestety metryki mojej babki z 1884 roku nie ma - akta są niekompletne.

Wszyscy oni żyją w kręgu 10 kilometrów: Korolówka, Wyryki (prababka Marynna z Lesiuków), Różanka. Pewnie szybko z uwłaszczonych chłopów pańszczyźnianych stają się służbą dworską. Tu dziadek robi karierę powożącego poszóstnym zaprzęgiem, ale hrabia kupuje samochód. Kilkaset metrów z pałacu do kościoła przejeżdżał płosząc ludzi dopatrujących się w aucie diabelskich sztuczek.

Kościół w Różance zbudował na pocz. XX wieku (Wcześniej była tam cerkiew unicka na nadbużańskiej skarpie. Zmiotła ją wielka powódź). Z takiej samej ozdobnej cegły wzniósł cerkiew we Włodawie. Włodawa miasto festiwalu trzech kultur, ma jeszcze synagogę (oczywiście nieczynną dzisiaj jako świątynia). Kościół św. Ludwika wzniósł wojewoda wileński Ludwik Pociej ("Niech Pociej Macieja, a nie Maciej Pocieja ma za dobrodzieja - mówił Maciej Dobrzyński w "Panu Tadeuszu"). Projekt wykonał P. Fontana. Wśród rzeźb jest św. August (patron Zamojskich). A dobra te przez małżeństwo z Czartoryskimi - następcami Pociejów - przeszły w ręce Zamojskich (Podobnie jak pałac w Różance - też Fontany). Obraz św. Ludwika przedstawia klęczącego rycerza w czarnej zbroi przy ołtarzu - postumencie okrytym błękitnym kilimem we francuskie lilie królewskie. Na nim spoczywa korona królewska. Św. Ludwik IX - król Francji był organizatorem i uczestnikiem ostatniej wyprawy krzyżowej. Zjednoczył wokół tej wyprawy Europę. Przywiózł z niej fragment Krzyża św. i świętej Korony Cierniowej. To jego czci poświęcona jest Kaplica św. Ludwika na Wyspie St. Louis w Paryżu. Ta perła architektury i sztuki gotyckiej na parterze ukazuje władzę ziemską w formie, przed którą klękajcie narody. Gdy zobaczy się piętro - władzę niebiańską już nie powinien robić takiego wrażenia wyzłocony barokowy kościół św. Ludwika we Włodawie. Robi, bo tam ochrzczeni byli moi "korzenni" przodkowie.

Jedna z córek hrabiego - pozytywistka - uczyła miejscową dziatwę w Różance na niedzielnych parkowych lekcjach języka polskiego.

Kiedy byłem w pierwszej klasie, babka, powtarzając "ja tam do szkoły nie chodziłam" umiała mi pomóc w nauce. Do trumny zabrała stary zaczytany modlitewnik i okulary ze sprężynującymi "uszkami".

W tej "krainie łagodności" wyszła za mąż. Dziadek Jan, chyba ofiara rugów chłopskich z zaboru pruskiego (Zbąszyń), przybył tu z rodzicami, żeby obsługiwać lokomobil do omłotów. A może było to tylko przemieszczenie w ramach ordynacji Zamojskich. Mieli bowiem Zamojscy majątki na zachodnich krańcach Rzeczypospolitej.

W tę sielską krainę wkroczyła I wojna światowa i zaczęły się przymusowe (dla dziadka zaczęły się o pokolenie wcześniej) wędrówki ludów. Cywile ruszyli na wschód. A gdy babka nie mogła już iść z powodu ciąży, dziadek - niczym Seweryn Baryka - zanurzył się w Rosję aż do miasta Kokand w Kotlinie Fergańskiej (dziś Uzbekistan). Tam dorobił się złota, lecz chcąc wrócić do ojczyzny, musieli "skarb rodziny" oddać władzy radzieckiej.

Hrabia, chociaż pałac w Różance został spalony, nie zostawił bez pomocy swoich ludzi. Dał im gajówkę Dąbek w hrabiowskich lasach 7 km stąd, ale już za Bugiem. Odwiedzał podczas zimowych polowań.

Stamtąd odbyli znów przymusową podróż na wschód, aż pod Irkuck i Bajkał. Stamtąd poszło ich troje do "kościuszkowców". Wujek Jan zginął w Wiśle podczas forsowania w Dęblinie, wujek Bolek poległ na Wale Pomorskim. Ten chociaż ma grób w Wałczu.

Te wspomnienia przychodziły mi na myśl, gdyśmy chodzili po opuszczonym parku dworskim, zaglądali do kościoła, zastanawiali się, co miejscowi wykopują ze skarpy, a była to zwilgotniała kreda do malowania ścian, dotykali pnia miłorzębu na tej skarpie nadbużańskiej, robili zdjęcia, spoglądali gdzieś tam przez Bug w stronę Dąbka.

Jakoś rodzina się rozproszyła, wymarła bezpotomnie lub bez potomków męskich wsiąkła w inne rody. Ostatni odprysk, Gienia i Tadeusz z córką i wnuczką mieszkają w Chełmie. Zbudowali sobie dom na ulicy Mariana Buczka, dziś pod nazwą ul. Księdza Brzóski. Krzywdzący jest stereotyp o biednej ścianie wschodniej. Tadeusz - członek "Solidarności" chełmskiej - uniknął aresztowania "dzięki" wysypce. Wyglądało to na ospę, a żona głośno krzyczała...

Oni tam w Chełmie twierdzą, że strajki sierpniowe zaczęły się w lipcu nawet nie w Lublinie od przyspawania do szyn pociągu z szynką do Moskwy, ale jeszcze wcześniej w Łomazach. Zapytał też, czy widzieliśmy gmach PKWN. Oniemiałem. A on: "Krótko co prawda, ale był Chełm stolicą Polski!"

Teraz podróż nabrała znów charakteru turystycznego. Byliśmy w Parczewie z ogromnym kościołem, gdzie boczny ołtarz upamiętnia męczeństwo naszych braci - unitów (grekokatolików) kilkanaście lat po powstaniu styczniowym, gdy siłą przeciągano ich do cerkwi prawosławnej, a Ziemię Chełmińską definitywnie rusyfikowano. Byliśmy w pięknych Puławach, Kazimierzu Dolnym i Nałęczowie. Zachwycaliśmy się malowidłami bizantyjskimi w katolickiej kaplicy zamkowej w Lublinie pamiętającej czasy Jagiełły. To nie był prymitywny barbarzyńca z Litwy. Zadumaliśmy się nad pięknym grobowcem Jana Zamojskiego w katedrze zamojskiej, jak przemijają i trwają wielkości. Zrobiliśmy zdjęcie przed imponującym ratuszem. Ach ten renesans!

Raz jeszcze wróciły dawne czasy w muzeum w Kozłówce - przepysznym pałacu Zamojskich - na wystawie ziemiaństwa Lubelszczyzny. Było tam trzypokoleniowe drzewo genealogiczne Zamojskich z Różanki. Pozostał po tamtym pałacu witraż niegdyś sprowadzony z Saksonii czy Frankonii, a podobno widok nieistniejącej budowli wymalowany jest w Adampolu pod Włodawą w nowym ich pałacu, dziś zamienionym na sanatorium. Szkoda, że nie wiedzieliśmy tego jadąc tamtędy do Kozłówki.

W Kozłówce gdy żona usiadła przed frontem pałacu z papierosem, zajrzałem jeszcze do odbudowanej kaplicy pałacowej. W nieczynnych tego dnia pomieszczeniach kręcono film o Chopinie. I nagle wyszedł z stamtąd szpakowaty, dystyngowany pan w stroju z epoki i bezwiednie mi się ukłonił. Był to Jerzy Zelnik. Do dziś żona zazdrości mi tego i jakby mniej pali.

Nie słyszeliśmy w Szczebrzeszynie "chrząszcza w trzcinie", ani jak "pieją kury" w Biłgoraju. Teraz jechaliśmy na Podkarpacie do drugich korzeni - Cwynarów.

Bardzo dobre wrażenie zrobiło miasto Jarosław, a przebił je jedynie widok Przemyśla; niektórzy mówią małego Lwowa. Ma wspaniałą katedrę katolicką i jeszcze ubogą katedrę grekokatolicką. Dużo innych kościołów na wzgórzach, a w dole San.

Od Przemyśla do Ustrzyk Dolnych jedzie się po całkiem sporych górach. Nie zajechaliśmy do Kalwarii Pacławskiej, ani do Arłamowa - tajemniczej miejscowości polowań Gierka, a potem internowania Wałęsy. Dojechaliśmy nad Solinę o zachodzie. Jest tam pięknie! Ogromna tama spiętrza wodę 80 metrów. Ale jest to akurat tyle, ile głębokości ma zachodniopomorskie jez Drawsko!

Nazajutrz pomknęliśmy, nie zatrzymując się w Lesku, Sanoku ani Brzozowie, do Orzechówki. Chcieliśmy zdążyć przed niedzielną sumą, tą okazją, kiedy można spotkać wszystkich w jednym miejscu. Tam urodził się pradziadek Michał, prababka Zofia i dziadek Teofil. Miejscowe siostry zakonne objaśniały, że parafialny kościół znajduje się we wsi za pagórem, w Jasienicy Rosielnej. A jakaś staruszka zapewniała, że Cwynarów jest tutaj tak dużo, że mają przezwiska np. "zadrożny", "pod dębem"...

Czy ktoś tu mógł jednak znać pradziadków urodzonych ok. 1850 roku, czy dziadka z 1882 roku. Na przełomie XIX i XX wieku wyjechali stamtąd na Podole do wspomnianego wcześniej Nastasowa koło Tarnopola. Dziadek Teofil ożenił się tam z Anną Wołowiec. A swych synów każdego lata zabierał na ciesiółkę - budowę drewnianych chałup dla Polaków i Ukraińców. Po każdej takiej robocie kupowali jesienią pół morgi ziemi. We Wrześniu czterech synów poszło na front, a najstarszy zaczął się ukrywać w Krakowie. Ci czterej trafili do niemieckiej niewoli. Jeden harował w Bawarii, dwaj trafili do Westfalii, mój ojciec siedział w stalagu w Bornym Sulinowie Łambinowicach, kopał buraki koło Drawska, tłukł skały w Kamiennej Górze, budował obóz dla radzieckich jeńców w Świętoszowie, orał wołami u sudeckiego Niemca w Czechach, odgruzowywał Hamburg podczas nalotów, wreszcie budował północną drogę za kołem polarnym aż pod Narwikiem. Tam wyzwolony, dołączył do dywizji gen. Maczka i pełnił służbę wartowniczą na północy okupowanych Niemiec. Pojechał do Polski już bez Podola. Repatriowanych rodziców, cudem ocalonych od pogromów niemieckich, ukraińskich i sowieckich spotkał na Opolszczyznie. Zjechali się tam Cwynarowie. Stryjeczna siostra przywiozła mego ojca - kawalera w strony swej repatriacji z Syberii koło Lubania. Tam spotkał wnuczką Szostakiewiczów, też Sybiraczkę i ... tak powstał ten reportaż. Musiałem tylko spotkać podczas studiów łobeziankę Teresę Stecko.

Dziadka "pamiętała" sygnaturka na pięknym drewnianym kościele w Jasienicy postawiona - jak upamiętniała to wypisana na niej data - w 1881 roku. Wzruszała myśl, że to rokokowe wyposażenie drewniane - tak udatnie naśladujące marmury - pochodziło spod rąk miejscowych stolarzy. Miło brzmiało nasze nazwisko, choć ksiądz tylko przypominał o sprzątaniu kościoła. Ale najbardziej przypominały dziadkowy czy ojcowski warsztat stolarski obrazy św. Józefa i św. Rodziny przeznaczone do noszenia w procesji. Na koziołkach leży obciosywana i heblowana belka, obok dłuto i piłka ramowa. Mały Jezus zbija z desek krzyżyk, a zadumany ojciec nie krzyczy, że Syn psuje deski. Obok siedzi Matka z kądzielą i przędzie na wrzecionku, na grzędzia wydzielonej deską, wspartą wbitymi w ziemię palikami, kwitnie biała lilia. Gołębie wylatują z gołębnika stojącego na wysokim drągu. W tle góry z Orzechówki. A w tle muzycznym stary organista gra psalmy Dawida w poetyckim tłumaczeniu Jana Kochanowskiego: "Kto się w opiekę poda Panu swemu...". Tłum od 400 lat śpiewa to samo. To ci dopiero przebój!

Ta część podróży do korzeni polega na tych właśnie wzruszeniach, poznaniu rozsłonecznionej krainy przodków. Jasienicki proboszcz nie przysłał dotąd żadnych dokumentów, pewnie nie znalazł śladów.

Na Expo 2000 w Hanowerze rozdawano w polskim pawilonie prospekty ukazujące podkarpackie drewniane zabytki sakralne. Był tam wymieniony kościół w Jasienicy - teraz już dla mnie jakże swojski.

Stamtąd zaczęliśmy wracać do łobeskiego domu. Twierdzimy, że Pogórze Dynowskie warte jest popularyzacji turystycznej. Zachwycaliśmy się dwoma pałacami w Krasiczynie i Łańcucie (W łańcuckim parku mój ojciec zaczynał od trzydniowej głodówki niemiecką niewolę. Schwytano go podczas wycofywania się z koncentracji pod Sandomierzem w lasach janowskich). Przez piwny Leżajsk, Stalową Wolę w przedwojennym Centralnym Okręgu Przemysłowym dotarliśmy do pięknego Sandomierza. Wszystko jest warte opisania: położenie, zamek i miasto, fortyfikacje, ratusz, kościoły, bramy, kosztowna baza noclegowa...

Skorzystaliśmy z zaproszenia Wojtka Rogalskiego, który w Skłobach, na północnych obrzeżach Gór Świętokrzyskich kupił chałupę na wyraj z Warszawy. Po nocy minęliśmy Opatów, Ostrowiec Świętokrzyski, Skarżysko - Kamienną i Wąchock sławny z kawałów, a nie z romańskiego opactwa cystersów (wymienianego obok Krakowa, Warszawy, Gdańska, Wrocławia i Poznania w amerykańskiej encyklopedii sztuki pod hasłem "Polska"). Przyjęli nas żywą jeszcze ze zjazdu absolwentów w Łobzie atmosferą koleżeńskiej przyjaźni. Dziękujemy!

Skłoby leżą w terenie działania Hubala; za wsparcie hubalczyków zapłaciły życiem wszystkich mężczyzn od 16 lat wzwyż. W tej okolicy działali też powstańcy styczniowi. W pobliskim Szydłowcu stoi pomnik T. Kościuszki. Jest renesansowy zamek i ratusz, gotycki piękny kościół. Przeszłość geologiczną upamiętnia pobliski skałkowy rezerwat "Piekiełko" ,najodleglejszą historię - ród Odrowążów, który wydał św. Jacka. W tej okolicy działał Staszic budując podwaliny górnictwa rud i hutnictwa. W Chlewiskach oprowadzał nas po hucie żeliwa - zabytku polskiej techniki - znakomity przewodnik i stróż zarazem, który z zażenowaniem sugerował skromną opłatę, bo składa na kosiarkę spalinową. Oderwaliśmy go bowiem od kosy. W chlewiskiej hucie stała wielka pompa wyprodukowana w Fabryce Machin Zamojskiego.

W Skłobach też zagnieździli się Małgorzata i Darek Piszewscy - Łabuzie.

Po drodze wpadliśmy jeszcze do Kielc, Chęcina i na finał do... Raju (jaskini).

Powrót przepełnionymi drogami zatrzymał nas tylko u przyjaciół ze studiów w Głogowie i Puszczy Noteckiej, która już zrobiła się liliowa od wrzosów, i gdzie kupiliśmy łubiankę kurek na wspomniane wcześniej imieniny.

Szukajcie, przyjaciele swoich korzeni, nawet gdy jesteście już - jak mówi Leon - "przeszczepami"!
 
 

Ludwik Cwynar

 

 
Pięć - dziesięć zdań:

O PROWINCJONALNIE AMATORSKIEJ KULTURZE

Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to spadzisty sufit pokoju w domu przy ulicy Kraszewskiego. Strome schody, którymi wchodziło się do mieszkania na piętrze. Wygódka, obok niej klatki z królami. Dziki sad, koło przedszkola na Segala, gdzie kłoda drewna była mi koniem, żaglowcem i co tam jeszcze zdołałem sobie wyobrazić. Tak jak wielu mam wspomnienia i dzielę się, dokładam, wplątuję w wielobarwny, polichroniczny kilim.

Wyciągam na światło dzienne dawno przeżyte zapachy, kształty, kolory i smaki. Pamięć, która tworzy i jest w nas pozwala współistnieć w tym miejscu. Odnajdywać wspólne punkty, przenosić nad próżnią cząstki własnego obrazu świata. To jedna z odmian naszej Prowincjonalności. Sposób na ogarnięcie świata, przyswojenie go i odnalezienie tu własnego, zbudowanie więzi łączących mnie, ciebie z nim i z nią.

Z poufałością z jaką zostawia się otwarte mieszkanie wychodząc do sklepu. Z nieśmiertelnych wizyt po cukier czy sól. Z lubienia i nielubienia, sąsiedzkich sporów i radości. Z codziennych spotkań na ulicach, korytarzach tego miasteczka. Nawet nie chcąc, jesteśmy ulepieni z tych samych śladów i widoków.
 
 

anonim



Mimo, iż z zasady anonimów nie zamieszczamy tym razem czynimy chlubny wyjątek dla tej, aż tak skrycie ujawnionej myśli, o konspiracyjnie anonimowym miasteczku.

Dziękujemy pkl. "Łabuź"



 

Lech M. Jakób

DRAPIEŻCY

"TRÓJKĄT ŚMIERCI
Podczas rutynowego obchodu Jeziora nadleśniczy Andrzej Hok dokonał niecodziennego odkrycia. Znalazł w Zatoce Spokojnego Żeru trzy martwe zwierzęta złączone uściskiem: szczupaka, wilka i bielika. 
Początkowo sądził, iż trafił na ślad kłusowniczej działalności. Ale przeczyło temu odgryzione skrzydło orła. Przytrzymywany jego szponami szczupak miał rozdarty brzuch. Wilk był okulawiony. Ostry dziób bielika głęboko poranił też wilczą szyję. Woda wokoło była czerwona od krwi, a ciało wilka jeszcze ciepłe. Do dramatu musiało dojść tuż przed przybyciem nadleśniczego. 
Skontaktowaliśmy się w tej sprawie z Instytutem Ochrony Przyrody. Nie potrafiono nam wyjaśnić, jak do podobnej sytuacji mogło dojść. Natomiast wyrażono zdumienie obecnością wilka. Gatunek - canis lupus - zniknął z tego obszaru blisko pół wieku temu. Pojawienie się wilka zapewne ma związek z wieloletnim programem całkowitej ochrony Jeziora i przyległych terenów, zmierzającym do przekształcenia strefy w rezerwat krajobrazowo - ornitologiczny.
(jn)
("Gazeta Pomorska" nr 217, 18.09.1995r. )

Rozdział V

Odcinek XIII - ostatni

Przedłużająca cypel łacha kończyła się. Jej piaszczyste zbocze; schodziło stromo w dół. Płynący od zachodu szczupak, wciąż trzymając się tej samej głębokości, skręcił na północ, do zatoki. Trochę dalej dno już przykrywał rogatek. Płycizna raziła chłodem. Stanął odrętwiały, by wyrównać różnicę temperatur.

Na przeciwległym krańcu zatoki poczęło krzątać się wodne ptactwo. Słyszał je, jak i dobiegający ze wschodniego obrzeża trzask łamanych trzcin. Tam z kolei musiał grasować jakiś przybysz z lądu. W bezpośredniej okolicy panował spokój. Od czasu do czasu śmigały jedynie wszędobylskie okonki. Drapieżca, zrównawszy ciepłotę ciała z otoczeniem, powoli przesunął się w głąb wypłycenia.

To było dobre łowisko. Trzeci dzień czuwał opodal, każdego ranka zasadzając się na żerujące tu płocie. Niebawem powinny nadciągnąć. Jak wczoraj i przedwczoraj. Przybył wcześniej, aby ukryć się w najdogodniejszym miejscu - wśród rdestnic. Za nimi, w stronę północnego brzegu, ciągnęły się już tylko grążele.

Wschodni cypel zatoki rozjaśniło słońce. Jego przymglone promienie dotarły wkrótce i pod brzeg zachodni, z wolna obmywając całą zatokę. Nad wodą pojawiły się ożywione owady. Coraz śmielej zaczął ujawniać swą obecność i narybek. Również oczekujący stada płoci drapieżca podpłynął wyżej. Nadal maskowały go wierzchołki wybujałej rdestnicy, a mógł przy okazji wygrzewać grzbiet.

Ledwie zmienił miejsce, gdy linia boczna odebrała niewyraźny sygnał. Zbliżały się sunące luźnym szykiem ofiary. Póki co dzieląca odległość była jeszcze spora.

Nagle drgnął, zaskoczony cieniem od słońca. Coś dużego przemknęło nad jego głową. Skupiony na przyszłej zdobyczy trochę zlekceważył własne bezpieczeństwo. Uważnie przyjrzał się zagrożeniu, popadając w rozterkę.

Nad wodą kołował bielik. Co prawda dosyć wysoko. Ostatecznie silniejszy od głodu lęk pchnął szczupaka na północ, w strefę grążeli. Płociami zajmie się potem.

Szybujący wokół zatoki birkut ujrzał podwodnego drapieżcę odrobinę za późno. Teraz, gdy sam został dostrzeżony, szansa ataku przepadła. Co nie oznaczało, że przepadły szanse następne. Wszak widział w którą stronę duża ryba ruszyła. Zatem być może wystarczy, iż zniknie na pewien czas z jej pola widzenia. Niejednokrotnie przechytrzał w ten sposób swoje ofiary.

Bielik, domknąwszy kolejny krąg, obniżył pułap nad wschodnim cyplem zatoki i wolno usiadł na wysuniętej gałęzi olchy.

Wizja pozyskania szczupaka bardzo go podnieciła. Dawno już nie jadł ryby. A mógł się o nią pokusić, bowiem prawe przedramię doskwierało coraz rzadziej.

Niewielki północnowschodni wiatr spychał pozostałości oparów na południe. Zasłonięte mgłami lasy przeciwnego brzegu zlewały się z linią widnokręgu tak, że nie sposób było odróżnić jeziora od nieba nad horyzontem. Za to dobrze widział swoją wyspę i gromadzące się wysoko kłębiaste chmury.

Birkut rozglądał się trochę niecierpliwie, wciąż mając przed oczami obraz szczupaka. Wreszcie nie wytrzymał i zeskoczył z gałęzi, powoli nabierając wysokości. Początkowo wzbijał się nad wschodnią częścią zbiornika i dopiero wyniesiony wstępującym prądem wrócił w stronę zatoki. Nie powtórzy uprzedniego błędu i nie zdradzi obecności, póki nie nadejdzie pora.

Tymczasem znękany głodem i reumatycznymi bólami wilk penetrował nabrzeże.

Minionej nocy po raz pierwszy okolicę ściął przymrozek. Zamarzły zroszone pajęczyny, nisko ugięły się pod ciężarem szronu trawy i turzyce. Towarzyszący kuśtykaniu basiora chrzęst skutecznie przepłaszał potencjalne drobniejsze ofiary. Choć w tym chłodzie i tak niewiele się ich ruszało.

Z ulgą wszedł do wody obok trzcin. Była cieplejsza od powietrza, Skoro zaszyły się gdzieś odrętwiałe z zimna żaby, na które liczył, musi poszukać czego innego. Niechby i padliny, Czegokolwiek, co nadawałoby się do oszukania żołądka,

Owszem, wkrótce coś znalazł. Tkwiący na płyciźnie szkielet tracza. A właściwie fragment szkieletu - trochę kręgów szyjnych z czaszką, pas barkowy i podudzie. Zawahał się nawet, lecz nie tknął znaleziska. Kości były stare, wypłukane i częściowo zarośnięte glonami.

Lekki wiatr mocniej trącił sunący powierzchnią wody puch. Wilk szarpnął w tę stronę łbem tak gwałtownie, że tracąc równowagę przewrócił się na bok. Wstał z pewnym trudem, wypluł wzięte za płynącą mysz piórko i otrząsnąwszy sierść ruszył przed siebie.

Dotąd z żywych stworzeń w zasięgu skoku ujrzał jedynie karczownika. Tylko ujrzał. Zawiodły też wszystkie stałe punkty, gdzie czasem trafiały się jakieś resztki - w tym płaski kamień: miejsce posiłków wydry. Węszył i szperał dalej, ale z wciąż malejącą nadzieją. Odwiedzi jeszcze brzeg zatoki i wróci do lasu. Może później, gdy odpocznie, wznowi poszukiwania.

Przeciął wschodni cypel, by znów zmoczyć nogi w ciepłej wodzie, co - przynajmniej na chwilę - łagodziło kręcenie w stawach. Lecz pobieżna penetracja obrzeża zatoki także nie dała nic. Zawiedziony już obracał się w stronę lasu, gdy wzrok przykuły dobrze znane manewry bielika. Potężne ptaszysko, ściągnąwszy skrzydła, pikowało nad grążelami.

Niebawem ogarnęła wilka zazdrość. Gwałtownie przełknął ślinę. Birkutowi się powiodło. Wyrwał spomiędzy grążeli i dźwigał, a przynajmniej usiłował dźwigać, okazałego szczupaka. Wleczona nad powierzchnią wody ryba wyraźnie ściągała napastnika w dół. Wyglądało na to, że bielik nie ma szans unieść ryby wyżej.

Zdumiony basior nie dowierzał oczom. Już kiedyś, w podobnych okolicznoś-ciach, udało mu się raz odbić zdobycz birkatowi. A w tej chwili. powietrzny łowca znów zmierzał wprost na niego. Mięśnie wilka stężały w ułamku sekundy.

Bielik czuł, że długo ryby nie utrzyma. Nadzieją było tylko szybkie wyniesienie łupu na brzeg. Spłoszony nagłym widokiem basiora rybę wypuścił, natychmiast skręcając. Lecz nie powiodło się ani jedno, ani drogie. Wprawdzie rozluźnione palce zdrowej stopy odrzuciły szczupaka, jednak whaczone pod kręgosłupem ryby dwa pazury drugiej puścić nie chciały. Rozchwiany wierzgającą ofiarą mocniej uderzył skrzydłami. Wówczas w prawym przedramieniu coś strzyknęło.

Runęli do wody jednocześnie - i spadający z wyłamanym skrzydłem birkut, i wilk, któremu źle mierzony skok nie wyszedł. Co nie miało znaczenia, gdyż i tak wylądowali na sobie.

Pierwszy otrząsnął się szczupak, próbując odzyskać swobodę krótkimi, acz gwałtownymi zrywami. I byłby celu dopiął - mimo odnowionych urazów kręgosłupa - gdyby nie przygniatające z góry wilcze łapy. Podtapiany basior daremnie usiłował odbić się od dna i zrzucić z siebie oszalałe ptaszysko. Natomiast bielik, wciąż uwięziony rybą i wypychany ku górze przez basiora, tłukł dziobem na oślep, często trafiając wypierającego to w kark, to w głowę.

Wreszcie udało się wilkowi wynurzyć. Teraz on przyduszał orła, który - nie mogąc zaczerpnąć powietrza - jednym z rozpaczliwych zrywów wbił się szponami prawej stopy w jego gardło. Przerażony basior szarpał rozwartym pyskiem na lewo i prawo. Nawet nie wiedząc kiedy rozpruł szczupakowi brzuch, a potem zacisnął szczęki u nasady trzepoczącego skrzydła birkuta. I chociaż każdy z trójki pragnął tylko oswobodzenia się od reszty, żaden nie mógł tego dokonać.

Przybrzeżne wypłacenie nadal tryskało strugami rozbryzgiwanej wody. Jednak miotający się w śmiertelnym zwarciu drapieżcy powoli słabli.
 
 

1995 - 1997
Lech M. Jakób

 

PODZIĘKOWANIE

Przygotowując się do pisania niniejszej powieścież założenia wiernej szczegółowi i mocno osadzonej w realiach, wpadłem w popłoch. Wyszło na jaw, że rodzima literatura specjalistyczna - tycząca etologii oraz zoopsychologii - jest wyjątkowo uboga. Szczątkowe informacje, rozproszone w książkach i artykułach nie mogły stanowić podstawy zamierzonej pracy. Zwłaszcza iż obciążał je nagminny grzech antropomorfizmu. Musiałem sięgnąć do innych źródeł, zwrócić się wprost do wielu specjalistów. Bez ich wsparcia byłbym ugrzązł na mieliźnie.

Lista osób oraz instytucji spieszących z odzewem była spora. Czuję się dłużnikiem wszystkich. Jednak istnieje grupa adresatów, którym - z racji najwydatniejszej pomocy - jestem wdzięczny szczególnie.

Osobno zatem dziękuję Komitetowi Ochrony Orłów za odbitki angielsko-języcznych materiałów o bieliku. Doktorowi habilitowanemu J. Witkowskiemu z Zakładu Ekologii Ptaków Uniwersytetu Wrocławskiego za wskazanie cennych źródeł niemieckojęzycznych o bieliku, Tadeuszowi Buchalczykowi, byłemu pracownikowi Zakładu Badania Ssaków PAN w Białowieży oraz duetowi "wilkologów" - Lechowi Trokowiczowi i doktorowi Krzysztofowi Włodkowi za wielomiesięczną cierpliwą korespondencję, przebogatą faktograficznie. A także Jadwidze Gromadzkiej ze Stacji Ornitologicznej Instytutu Ekologii PAN w Gdańsku za udostępnienie niemieckiej monografii "Die Seeadler" W Fischera oraz Bożenie Brzeskiej za roboczy przekład fragmentów tejże pozycji. Wdzięczny jestem również za interesujące uwagi Zygmuntowi Puczyłowskiemu - myśliwemu z Gołdapi oraz Jarosławowi Sadłoniowi - niezmordowanemu towarzyszowi wielu wspólnych spinningowych wypraw.
 
 

Lech M. Jakób
Powieść ukazała się nakładem wydawnictwa "Multico"

 

 
 
Pięć - dziesięć zdań:

O PROWINCJONALNIE AMATORSKIEJ KULTURZE

(...)Wiersz jest w pewien szczególny sposób przestrzenią przestrzeni, jest przestrzenią pomnażającą przestrzenie, swoistym wszechświatem wydającym na świat kolejne wszechświaty.

Wypowiedzenie poetyckiego słowa angażuje cały język w całej jego historii, także przyszłej.

Więcej nawet: angażuje wszystkie języki - te które uważamy za umarłe i zaginione i te, których jeszcze nie ma, gdyż dopiero mają powstać: tak działa słowo poetyckie, taką moc ma kreacyjny gest językowy.

Odnajdywanie się - poprzez wiersz - w tym kosmosie języka, ponawiane odnajdywanie się przez gubienie się, przez zagubienie, a nawet w zagubieniu nie tylko ocala wiarę w sens słowa i życia, lecz ku życiu wzywa, choć wiadomo że, tak w języku, jak i w obszarze egzystencji, skończyć się musi śmiercią, której, jak wierzą niektórzy młodzi poeci, nie ma.

Oto właśnie rzecz dla mnie, jako poety, najważniejsza.
 
 

Leszek Szaruga - "Topos" nr 4 (47) 1999

 

 

Kazimierz Obuchowski

CYWILIZACJA A KULTURA - Część II


Zmiany cywilizacji i wytwarzanie kultury przez jednostkę
 

Dodatkowym powodem, który sprawia, że interesuje mnie cywilizacja, kultura i ich powiązania z jednostką ludzką, jest to, że od lat zajmuję się studiami zjawiska, które nazwałem rewolucją podmiotów (Obuchowski, 1988) oraz koncepcją jednostki ludzkiej dostosowanej do związanych z tą rewolucją wymagań. W poprzednich częściach prezentowałem tezę, że w krajach cywilizacyjnie zaawansowanych następują radykalne zmiany relacji jednostki ludzkiej dotyczących rodziny, stosunków z innymi ludźmi, edukacji, wiary. Można je wyjaśniać, posługując się hipotezą, że ulegają zmianie podstawowe odniesienia wobec siebie, wobec swoich celów i wobec świata. Utrwala się przekonanie, że aby człowiek mógł rozwijać się jako osoba, a rzetelna satysfakcja sankcjonowała jego działania, powinien spostrzegać:

  • siebie jako źródło swojego postępowania,
  • cele własne jako przedmiot swoich intencji,
  • świat wokół jako szansę swoich możliwości.

Poglądy te składają się na podmiotowy standard waluacyjny, a u podstaw tego standardu leży przekonanie, że wartości świata należy odliczać, zaczynając od jednostki ludzkiej. Los tej jednostki i jej stan uważane są za warunek właściwych, sprzyjających człowiekowi zmian socjalnych, ekonomicznych i politycznych. Stan społeczności, w jakiej jednostka żyje, oceniany jest pozytywnie, gdy służy ona jednostkom.

Standard podmiotowy przejmuje pozycje zajmowane uprzednio przez przedmiotowy standard waluacji.

Zgodnie ze standardem przedmiotowym powinniśmy byli spostrzegać:

  • siebie jako spełniających kryteria przypisanej nam roli,
  • cele nasze jako zgodne z naszymi zobowiązaniami,
  • świat wokół nas jako obszar, w którym czynimy to, co do nas należy.

U podstaw standardu przedmiotowego leży przekonanie, że wartości świata należy odliczać, zaczynając od instytucji społecznych. Taki, a nie inny los społeczeństwa i jego stan traktowane są jako warunek odpowiedniej egzystencji każdego człowieka. Sposób bycia jednostki oceniany jest pozytywnie, gdy służy tym instytucjom społecznym, do których ona należy.

To rewolucja podmiotów powoduje, że ludzie coraz częściej nie utożsamiają się ze stawianymi im wymaganiami, nie traktują postulowanych w kulturze norm, jako zobowiązujących przez sam fakt ich istnienia i uzasadniających takie, a nie inne postępowanie. Kształtuje się przekonanie, że to jednostka sama jest odpowiedzialna za swoje postępowanie oraz oceny i nikt poza nią nie jest w stanie wziąć tej odpowiedzialności na siebie. Wyraźnie utraciło moc sprawczą wiele konkretnych wymagań cywilizacyjnych. Zjawisko to nasila się na obszarach, na których demokracja stała się szansą wolności jednostek, powodując wzrost inicjatywy ludzi zarówno w zakresie ich doskonalenia się, jak i czynienia dobra i zła. Coraz częściej wypowiadany jest pogląd sformułowany wyraźnie przez jednego z twórców psychologii humanistycznej, Abrahama Masłowa, że przyczyną klęsk ludzkości, a zwłaszcza wojen jest to, że nie rozumiemy samych siebie i tym samym nie jesteśmy zdolni do zrozumienia innych ludzi. Coraz więcej osób jest przekonanych, że nie da się poprawić świata zmieniając go. Najpierw muszą się zmienić ludzie, a człowiek nie może zmienić siebie na podstawie aktu woli. Jest to proces będący swego rodzaju skutkiem ubocznym realizacji dalekich osobistych zadań. Proces ten nazwałem adaptacją twórczą (Obuchowski, 1985). Wymaga to od jednostki ludzkiej osobistej, niestereotypowej odpowiedzi na podstawowe pytania każdego podmiotu: Czym jest świat, czym jest człowiek i kim jestem ja jako człowiek w tym świecie. Jest to zadanie o tyle trudne, że ludzie znajdujący się w obszarze nasilonego działania rewolucji podmiotów stanęli przed trzema, równie dopuszczalnymi możliwościami:

  • albo rekonstruowania kultury w sobie i tworzenia własnych kryteriów tego, co właściwe. Uzyskują w ten sposób status bycia nowego indywidualizmu;
  • albo sztywnego trzymania się słabnących wartości zastanych i zastępując sens radykalizmem, ewoluowania wstecz w kierunku fundamentalizmu;
  • albo sytuacjonizmu, to znaczy w ogóle wyłączenia ze swojego postępowania kryteriów wartości, ograniczając się do kierowania się doraźnymi naciskami pochodzącymi od sytuacji zewnętrznej i pragnień.

Przed rewolucją podmiotów obowiązywał, jako jedyny, standard przedmiotowy, ułatwiający funkcje represyjne instytucjom formującym wzory kultury, co obszernie opisał Zygmunt Freud. Ponieważ zarówno indywidualizm, Jak fundamentalizm i sytuacjonizm zakładają jakiś stopień niezależności wobec norm kulturowych, to każdy z wymienionych wyżej trzech wyborów wchodziłby w owych czasach w zakres kategorii nieprzystosowania.

Właśnie zajmowanie się tego rodzaju problemami ujawniło, jak kłopotliwy jest nieporządek kategorialny, jaki zachodzi w tak ważnych dziedzinach, jak cywilizacja i kultura. Prowadzi on do tego, że umykają uwadze zmiany zakresu tych zjawisk. Wskutek tego współistnieją na równych prawach zbyt różne odpowiedzi na pytania dotyczące zmian cywilizacyjnych i ich skutków, i tym samym pojawiają się trudności w ich wykorzystaniu. Przypomnę, że już pół wieku temu Oswald Spengler i José Ortega y Gasset pisali o zmierzchu kultury w ogóle i o jej anihilacji. Powodem tej anihilacji miało być wprowadzenie do niej mas, co najwyraźniej sprawdza się dzisiaj w postaci popkultury, popnauki i popideologii. Florian Znaniecki w swojej typologii zakładał tylko pojawienie się, w wyniku zmian cywilizacyjnych, radykalnych zmian w kulturze, która stwarzając inny niż za jego czasów repertuar ról, doprowadzi nie tyle do zmodyfikowania typu osobowości człowieka przyszłości, ile do przeciążenia jego wiedzy i percepcji wytworami kultury. Kultura, jako zespół wartości, w które obrasta każdy dany ludziom przedmiot i zdarzenie, jest jego zdaniem Swojego rodzaju buforem między podmiotowością a przedmiotowością jednostki. Nie przewidywał więc wzrostu upodmiotowienia.

Znacznie później Komitet Rzymski całkiem zrezygnował z problemu zmian jednostki ludzkiej i wskazał na konieczność zerowej opcji cywilizacyjnej, zwłaszcza rozwoju przemysłu jako sposobu uniknięcia katastrofy środowiska, która postawi pod znakiem zapytania egzystencję człowieka. Konwersatorium "Doświadczenie i przyszłość" prezentowało scenariusze cywilizacyjne, wiążąc ich skutki dla Polski przede wszystkim z dystrybucją władzy politycznej, a Komitet Prognoz Długoterminowych PAN "Polska 2000" opowiadał się za redukowaniem wszelkich problemów kraju do ekonomii, traktując i cywilizację, i kulturę jako jej artefakty, ciekawe, ale mało ważne. Nowe ujęcie zaprezentował Zbigniew Kwieciński, który uogólniając wyniki badań młodzieży, ostrzegał przed konsekwencjami uwięźnięcia świadomości w kulturze. Przyczyną tego zjawiska, a może i skutkiem, ma być patologia oświaty. Jednym z mechanizmów tego zjawiska są opisane przez niego "zmiany napięć aksjonormatywnych wywołane zmianą kompetencji poznawczych". Od innej strony problem ten ujawnili Jadwiga Koralewicz i Marek Ziółkowski. Wykryli oni prostoliniową zależność między brakiem wykształcenia jednostki a przynależnością do typu "bierno-produktywno-antyindywidualistycznego". Przeciwstawiony mu typ "przedsiębiorczo-podmiotowo-prospołeczny" nie miał w ogóle swoich reprezentantów w kategorii wykształcenia podstawowego i zawodowego. Mamy tu więc potwierdzenie relacji kultury jednostki ze stopniem jej refleksyjności i z wykształceniem, jako jego podstawą.

Nie będę przedłużał wymieniania dalszych ujęć. Nie wnoszą one wiele do powyżej wymienionych. Zwrócę tylko uwagę na to, że - jak wydaje się - badacze współcześni wyszli już poza zjawiska ról społecznych i kultury w jej funkcjach kontrolnych i represyjnych, jako czynników kształtujących jednostkę ludzką i odpowiedzialnych za jej status psychologiczny i sposób bycia.

Redukcjonizm ekonomiczny i polityczny jest wygodny w praktyce rządzenia, jest poręcznym narzędziem wyjaśniania. Nie można go jednak uzasadnić bez uciekania się do demagogii. Nie da się go obronić po tylu dekadach niepowodzeń w zmienianiu świata dla człowieka i kosztem człowieka. Stosowanie go w nauce wskazuje na bezradność badaczy. Można odnieść wrażenie, że współcześnie jest on zjawiskiem nie tyle kognitywnym, co charakterologicznym. Po prostu wynikają z niego łatwiejsze rozwiązania. Reprezentanci tego ujęcia, a właściwie paradygmatu, to z reguły ludzie zbyt zaangażowani w problemy dystrybucji władzy, nastawieni bardziej na walkę niż na motywacje własne. Skłonni są oni nie tylko nie doceniać, ale nawet negować takie problemy, jak poczucie tożsamości jednostki, indywidualne motywacje i tło osobistych pragnień. Z tego punktu widzenia interesująca jest wypowiedź Barbary Labudy1, osoby, która tkwiła mocno w środowisku opozycyjnym wobec "realnego socjalizmu". Zauważyła ona, że działacze opozycji "korowskiej", a potem "solidarnościowej" nie zajmowali się sobą, swoją psychiką. Ich przedmiotem zainteresowania były historia i ekonomia. To nadało szczególne ograniczenie i ukierunkowanie ich późniejszym decyzjom.

W ostatnich latach coraz wyraźniej na pierwszy plan wysuwa się zrozumienie dla czynników kształtujących umysł jednostki, jej styl poznawczy i zdolność do refleksji. "Tygrysy" ekonomiczne zaczynają od edukacji. Coraz częściej nawet psychologowie społeczni są skłonni do stwierdzania, że nie tylko najbardziej uchwytnymi, ale i najlepiej wyjaśniającymi wskaźnikami diagnostycznymi przemian w naszym kraju są: system kształcenia i poziom wykształcenia.

Podsumowując powyższe stwierdzę, że niezbyt upraszczając, można uzasadnić pogląd, że w okresie całej historii ludzkości ludzie byli skłaniani do tego, aby postrzegali siebie jako przedmioty spełniające kryteria przypisanej im roli, wytyczali sobie zadania zgodnie z ich zobowiązaniami i traktowali świat jako obszar, w którym mają czynić to, co do nich należy. Dopiero od kilkudziesięciu lat staje się czymś oczywistym, że najlepiej jest, gdy ludzie traktują siebie jako źródło swojego postępowania, cele własne jako przedmiot swoich intencji, a świat wokół jako szansę spełniania się.

Fale cywilizacji
 

W tym miejscu przejdę do zastanowienia się, na czym polega przy takim ujęciu rozwój cywilizacji (nie mylić ze zmianami), jako zbioru podmiotowych instytucji. Wydaje się, że korzystne warunki dla takiej analizy ujęcia stwarzają dwie koncepcje: Alvina Tofflera teoria fal cywilizacyjnych oraz liii Prigogine´a teoria chaosu, a w niej szczególnie formowanie się układów nierównowagowych. Przyjmując zgodnie z uprzednimi definicjami, że zmiany cywilizacji to zmiany instytucji polegające na modyfikacji oczekiwań i norm działania oraz związanych z tą zmianą celów instytucji, a nawet powstawanie nowych ich postaci, możemy zgodnie z teorią Tofflera przyjąć, że w rozwoju tym istnieją co najmniej trzy fazy (fale) jakościowe. Pierwsza faza - rolnicza - polega na tym, że to oczekiwania stanowią podstawę istnienia instytucji, są więc one nisko sformalizowane i bazują głównie na normach, są też mocno związane z wartościami, które te oczekiwania stabilizują. Zmiany instytucji następują rzadko, gdyż wiążą się niemal wyłącznie ze zmianami technologii produkcji i z zakresem przestrzennym ich oddziaływania. Jak wspomniałem, instytucje tej fazy są mocno powiązane z systemem wartości, nieraz są mu nawet w całości podległe. W fazie drugiej - przemysłowej - na plan pierwszy wychodzi organizacja pracy i jej stabilność chronione regulaminami, które zastąpiły miejsce wartości. Zakres oczekiwań jest redukowany do dyscypliny, a wartości są coraz bardziej otwarcie eliminowane lub też, gdy pozostają, stają się czynnikiem ograniczającym sprawność instytucji. W fazie trzeciej - informacyjnej - na plan pierwszy wychodzi dynamika wytwarzania wiedzy i stanowiąca jej podstawę sprawność przetwarzania informacji. W związku z tym regulaminy i dyscyplina przechodzą na dalsze miejsce, a na pierwsze przesuwają się całkiem nowe rodzaje oczekiwań, które dotyczą kwalifikacji intelektualnych, zdolności do uczenia się i innowacyjności jednostek ludzkich. Gdy w fali pierwszej na pierwszym planie znajdował się etos pracy i wiary, w fali drugiej kapitał finansowy i organizacja stabilnych układów wytwarzania i sprzedaży, to w fali trzeciej kapitałem stała się wiedza, a produkcja stała się funkcją innowacyjności jednostek i adaptacji do klienta jednostki. Odpowiednio do tego zmieniała się i pozycja oświaty. W fazie pierwszej miała ona na celu wzmacnianie wiary. Św. Augustyn wręcz uważał wiedzę o dodawaniu i odejmowaniu za rodzaj paktu z diabłem. W fazie drugiej oświata stała się powszechna, gdyż miała na celu doskonalenie umiejętności człowieka i kompensowanie jego wad jako najmniej pewnego narzędzia produkcji. W fazie trzeciej znaczenia nabrała oświata zaawansowana, właściwie niekończąca się, której celem jest stymulacja innowacyjności i przygotowanie do opanowania technologii dzisiaj jeszcze nieznanych.

Gdybyśmy chcieli wykorzystać ten system opisu do oceny stanu Polski na przełomie nowego wieku, łatwo zauważyć, że instytucje trzeciej fali stanowią u nas izolowane wysepki na obszarze długofalowym, ale i ten obszar jest niezbyt konsekwentnie ukształtowany, gdyż oczekiwania formujące się w instytucjach są nieadekwatne do regulaminów i stanowią chyba relikt fali pierwszej. Ich zaleganie jest wzmacniane przez system edukacji, ideologie polityków i opieranie celów instytucji na doświadczeniach przeszłości z małym uwzględnianiem rzeczywistych, przyszłościowych celów, którym instytucja ma służyć. Chyba że za cel uznamy jej istnienie. Oznaczałoby to, że w warunkach Polski teoria trzech fal wymaga modyfikacji, to znaczy wyodrębnienia stanów mieszanych związanych z brakiem wyrazistości cywilizacyjnej.

Zmiana jako modyfikacja procesu entropii
 

Problem ten przedstawiłem już wcześniej w rozdziale Stawanie się i istnienie. Tu jedynie przypomnę, że teoria chaosu Ilii Prigogine’a, służąca do ujmowania świata jako bytu stającego się, nie stwarza szans na periodyzację zmian, ale jest niezwykle użyteczna właśnie do analizy zjawisk formujących się. Użyłem tu słowa "niezwykle" będąc świadomy, że jest to obecnie jedyny wspólny instrument interpretacji zmian złożonych systemów, takich jak osobowość, organizm żywy czy cywilizacja. Prigogine przeciwstawia stawanie się istnieniu. Sformułował on pogląd, że obok świata układów równowagowych, istniejących w stanie ładu, niezależnych od czasu, odwracalnych, a więc statycznych - istnieje przeciwstawny im świat stający się. Świat ten konstytuują struktury dysypatywne, to znaczy rozpraszające się, nierównowagowe. Charakteryzuje je to, że dokonujące się w nich przemiany są nieodwracalne, a więc są zależne od kierunku, w jakim biegnie czas. Zmiany te charakteryzuje nieliniowość, niestabilność, fluktuacje i szczególność postaci.

Ważne dla prowadzonych tu rozważań jest to, że istnienie struktur równowagowych jest w pewnym sensie niezależne od warunków, w których one istnieją. W pewnym sensie, gdyż sam fakt ich istnienia świadczy o tym, że warunki te są właściwe, natomiast specyfika tych warunków dla struktury nieistotna. Struktura równowagowa jest wobec nich ślepa. Natomiast struktury dysypatywne zależą w decydujący sposób od warunków, w których dana struktura staje się. Materia ujęta w struktury dysypatywne w pewnym sensie "widzi" to, w czym ona staje się. Ona "rozumie", to znaczy uwzględnia to, w czym przebiega jej stawanie się i z tego punktu widzenia jest strukturą inteligentną. Stosując te same kryteria, możemy określić struktury równowagowe jako pozbawione inteligencji.

Szczególnie istotne w procesie stawania się struktur dysypatywnych jest to, że ulegają one nieustannej entropii, stają się chaotyczne, tyle że inaczej niż w ujęciach filozoficznych, chaos nie jest stanem dyskretnym. W obrębie każdego chaosu znajdują się obszary o mniejszym przyroście entropii, a stan ten wyraża zasada nazwana "zasadą minimum źródła". Zgodnie z nią w obszarach mniejszej entropii istnieje tendencja do pojawiania się zorganizowanych całości. Tak jakby natura broniła się przed entropią przynajmniej w ten sposób, że rozprasza energię oszczędnie.

Przekładając to na język nauk społecznych, można chyba powiedzieć, że nowe, naturalne, zdolne do życia i rozwoju "inteligentne" struktury powstają spontanicznie tam, gdzie w obszarze entropii znaczeń znalazły się "zarodniki" sensu. Te naturalne struktury można przeciwstawić strukturom sztucznym, które są tworzone doraźnie. Można by powiedzieć, że są to twory biurokratyczne. Nie mają one własnego sensu i zanikają z powodu braku inteligencji, w tych samych warunkach, które podtrzymują istnienie struktur dysypatywnych. Struktury równowagowe (biurokratyczne, formalne) istnieją poza czasem, tylko dla siebie, a do ich utrzymania wymagany jest ogromny nakład energii, gdy struktury "naturalne" żywi nawet chaos panujący na ich obrzeżach.

Być może należy przemyśleć od nowa problemy organizacji, porządku, stawania się, trwałości, pewności. Może należy przemyśleć konsekwencje, jakie wynikają z wyróżnienia kategorii układów inteligentnych, o całkiem odrębnym modusie istnienia i dynamiki, od układów nieinteligentnych.

Powstaje więc pytanie o to, które instytucje są inteligentne, a które nie, gdyż są tylko przedmiotami, nie mają podmiotowości. Od czego zależy to, że dane instytucje potrafią "widzieć" to, w czym istnieją i rozumieć to, od czego zależy ich istnienie, a więc stawanie się. Co to znaczy dokładnie, że organizuje je ich własny sens, a żywi chaos panujący na ich obrzeżach. Gdybyśmy znaleźli szczegółowe odpowiedzi na te pytania, wiedzielibyśmy, czym są struktury nieinteligentne. Na razie tylko wiemy, że są kosztowne, istnieją poza czasem, do ich utrzymania potrzebny jest ogromny nakład energii. Można sądzić, że żywią się one nie swoim sensem, gdyż go nie mają, ale pasożytują w świecie formowanym przez układy sensowne. Wiedza o nich jest istotna, gdyż kieruje nasze zainteresowania na nowe i obiecujące poznawczo obszary. Posługując się teorią chaosu, można wzbogacić dotychczasowe analizy zmian cywilizacji o wymiar ich rozwojowości i sensowności.

Zmiany osobowości

A. Rodzaje zmian
 

Chociażby z podanego wyżej powodu sądzę, że do tego typu analiz można wykorzystać przemyślenia dotyczące rozwoju osobowości. Zwłaszcza te, które dotyczą Odpowiedzi na pytanie, dlaczego człowiek może stawać się lepszy i w sensie funkcjonalnym, i moralnym. Jak zauważyłem analizując koncepcję chaosu, jedna z odpowiedzi na to pytanie zwraca uwagę na rolę sensu w postępowaniu człowieka, a zwłaszcza na jego wpływ na transsytuacyjną stabilność. Mam podstawy do tego, aby sądzić, że stabilność sensu, który ukierunkowuje i sankcjonuje postępowanie, umożliwia także nieustanne zmiany, jakie zachodzą w całym układzie osobowości, utrwalając tożsamość jednostki.

Wyróżnię tu co najmniej dwa rodzaje zmian zachodzących w osobowości:

Pierwszy rodzaj to zmiany wymuszone przez zmiany świata zewnętrznego. Jest to adaptacja mechaniczna.

Jej wersją patologiczną są zmiany będące wynikiem dostrojenia się organizacji osobowości do utrwalonych już zmian przystosowawczych. Jest to kompensacja lub dekompensacja organizacji osobowości mająca na celu zachowanie siebie takiego, jakim ukształtowało doświadczenie. W ten sposób powstaje adaptacja neurotyczna, gdyż dążenia człowieka zostają "uwięzione" w jego przeszłości. Ponieważ zawsze do czegoś trzeba się adaptować, gdyż przestrajanie osobowości dokonuje się spontanicznie i nieustannie, jednostka zwrócona do tyłu, do świata, który już się stał, musi tworzyć świat fikcji, aby w ogóle w czymś być, aby te zmiany miały swoje odniesienie.

Drugi rodzaj zmian, dokonujących się nieraz równolegle u tej samej osoby, wynika z koncepcji siebie w projektowanej przyszłości. W ten sposób powstaje adaptacja twórcza. Polega ona na dostrajaniu się do tego świata, jaki jednostka tworzy w swojej wizji. Jest to jedyny realistyczny świat, na jaki jednostka może orientować siebie, gdy to, w czym jest "tu i teraz", jest w istocie już za nią. Realna dla działań może być tylko przyszłość. Ten podwójny, a nawet poczwórny standard zmian powoduje, że to, czym osobowość staje się, nie jest synchroniczne ze zmianami świata. Adaptacja twórcza jest nieraz tak odległa od bieżących zmian świata zewnętrznego, że może być powodem łatwej utraty jakiegokolwiek sensownego związku z nimi.

W przypadku zmian przystosowawczych asynchronia ta jest wynikiem tylko inercji doświadczenia i powolności tempa zmian. Jej dalekodystansowym skutkiem jest zubożenie osobowości, gdyż wymagania na "tu i teraz" dotyczą tylko części potencjału zdolności osoby. Reszta, jako "organ nieużywany", zanika. Być może z tego powodu niektórzy nasi absolwenci uniwersytetów zbyt często skarżą się, że po studiach, mimo zdobytej wiedzy, są bardziej prymitywni i mniej zdolni do osiągnięć niż przed studiami.

Gdy stan "siebie" jest tylko repliką stanu poprzedniego, asynchronia jest wynikiem adaptacji neurotycznej, to znaczy powstaniem dodatkowych, zakłócających zmian stanowiących uboczny skutek uwięźnięcia w czasie przeszłym. Powstają wówczas kompulsje, konflikty, irracjonalne lęki, niezdolność do realistycznej oceny sytuacji. Powstają nowe jakościowo systemy regulacyjne pogrążające osobę w świecie fikcji, fałszywych oczekiwań i lęków. Jednym z nich jest obrona symptomu2, jako obrona przed wypadnięciem poza czas. Tu sama narzuca się analogia osobowości do niektórych partii politycznych.

Natomiast w przypadku, gdy stan siebie jest koncepcją siebie w świecie rzutowaną w przyszłość, możliwa jest adaptacja twórcza, to znaczy dostrojenie się osobowości do dalekich zadań, jej rozwój i szansa modyfikowania świata stosownie do własnych koncepcji.

Zmiany przystosowawcze oraz adaptacje dokonują się w obrębie tych właściwości jednostki, które określam nazwą osobowość. Dla celów poszukiwania analogii między osobowością i instytucją traktuję ją jako częściowo skoordynowany układ programujących właściwości psychicznych. Zakładam, że ich podstawą są podukłady, z których każdy, będąc analogicznie do instytucji względnie autonomiczną jednostką funkcjonalną, może w określonych warunkach przejąć rolę wiodącą. Na przykład, gdy zmiany wymuszone dotyczą wyboru kierunku działania, układem wiodącym postępowania może stać się Organizacja Zadań3. W warunkach nagłego zagrożenia mogą decydować o postępowaniu warunkowe odruchy emocjonalne. Nie ma zawsze decydującego standardu postępowania.

Te wciąż na nowo kształtujące się, sytuacyjne czy zadaniowe hierarchie regulatorów są przekładem zmiany wymuszonej, są postacią przystosowania. Można przyjąć, że każdy nacisk sytuacji rozpoznany jako nowy spowoduje nowy rodzaj przystosowania, inne instytucje wychodzą na plan pierwszy i przejmują kierownictwo postępowaniem. Również w tej samej instytucji różne oczekiwania i przepisy staną się najważniejsze, zależnie od sytuacji i postawionych przed nią zadań. Można by zastanowić się nad znaczeniem zakresu zmian, na jakie stać instytucję. Niewątpliwie, zbytnia jednolitość naraża ją na łatwą dezintegrację, a zbytnia zmienność na utratę tożsamości.

Zakładam dalej, że zakres zmian przystosowawczych jest funkcją złożoności organizacji osobowości i jej integracji wewnętrznej. Im wyższa integracja, tym mniejsze modyfikacje przystosowania.

Takie ujęcie jest możliwe tylko przy założeniu, że osobowość nie jest ani w pełni skoordynowaną, ani jednoznacznie zhierarchizowaną całością. Tylko w wyniku posiadania tych dwóch właściwości zmiana warunków wymagająca innego niż uprzednio funkcjonowania osobowości nie dezintegruje jej lub wywołuje tylko jej przekształcenie w inną postać osobowości. Trzeciej możliwości nie ma.

Z natury swojej luźnej konstrukcji osobowość może przybierać różną postać w różnych warunkach i różne bywają jej hierarchie. Jak wydaje się, podobnie można rozpatrywać i instytucje, jak klasa szkolna lub fabryka, i partie, i rząd lub parlament Stają się one innymi układami w wypadku zagrożenia, realizowania wspólnego zadania, braku wspólnego zadania itp. Dotyczyło zarówno zmiany wewnętrznych powiązań4, jak też tego, że inne kategorie osób wysuwają się na plan pierwszy lub są wybierane do realizacji trudnego zadania, inne do zabawy, a inne w przypadku zagrożenia5.

Powstaje naturalne i ważne pytanie. Czy w wypadku tak złożonych i zróżnicowanych całości, jak osobowość, możliwa jest transformacja zwrotna, to znaczy powrót z jakiegoś stanu w któryś poprzedni, do niegdysiejszych śniegów?

Odpowiedź pozytywna oznacza, że aprobujemy koncepcję homeostatyczną zmian osobowości. Oczekujemy, że instytucja powinna być równowagowa, niezależna od czasu i pozbawiona inteligencji.

Na takiej koncepcji homeostatycznej opierać się może przekonanie, że zbiorowość ludzi zwana narodem polskim może ujawniać się w różnych formach, zawsze jednak stanowi jedną postać, w której te formy się mieszczą. Tą postacią jest bycie Polakami6. W myśl tego założenia pewne formy postępowania są "polskie", a inne "niepolskie".

Każdy homeostat lub zbiór homeostatów, z jakich się składa, na przykład fizjologia ustroju, zakłada właśnie istnienie takiego wspomnianego wyżej zdeterminowania układu.

Po rozważaniach zawartych w poprzednich rozdziałach nie muszę uzasadniać poglądu, że w wypadku osobowości, tak jak i podmiotowych instytucji, założenie homeostatyczne jest nieuzasadnione, również gdybyśmy pominęli wnioski wynikające z teorii chaosu. Po prostu są to systemy funkcjonalne zbyt złożone, aby możliwe były ich modyfikacje zdeterminowane, to znaczy powtarzające określony algorytm. Przy poziomie złożoności, jaki charakteryzuje świat, powtórzenie się takiej samej kombinacji jest praktycznie, za życia danej jednostki, niemożliwe, dlatego nie możemy tu mieć do czynienia z układem powtarzającym się, ze zbiorem tak ułożonym, jakim był uprzednio. Ani Polska, ani Stocznia Gdańska, ani Ursus, ani Sejm nigdy nie powinny być tym, czym były. Tak samo jak jednostka ludzka, która nie powinna nigdy wracać do tych właściwości, które zanikły w toku procesu historycznego. Wymuszanie standardu homeostatycznego na dużych systemach funkcjonalnych doprowadzić by mogło tylko do ich dezintegracji lub w najlepszym wypadku do jałowego działania regulatora. Stabilny może pozostać tylko ich własny sens. Gdy sens nadrzędny istnieję, systemy takie przekształcają się łatwiej i szybciej, zachowując stabilny kierunek działania7.

Wracając do przykładu "Polaków", można by na tej podstawie powiedzieć, że gdyby powiązać istnienie takiej całości z zachowaniem jej właściwości formalnych, należy oczekiwać, że całość ta w warunkach zmian sytuacji, w jakiej jest, zdezintegruje się, stając się zbiorem niewiele wspólnego mających ze sobą całostek (klasy, grupy wykształcenia, mieszkańcy wsi i miast itp.) lub całością o właściwościach nieredukowalnych do tego, czym była. W pierwszym wypadku będziemy mieli do czynienia z ludźmi, którzy formalnie nazywani Polakami, nie mają poza tym nic ze sobą wspólnego, w drugim ludzie nazywani Polakami stają się całkowicie inni niż ci, którzy byli nimi przed laty.

Natomiast gdyby istniała koncepcja tego, co mieliby "Polacy" spełnić w historii ludzkości jako Polacy, jakie specyficzne zadania mają zrealizować w odniesieniu do czego - wówczas wiedząc o tym, byliby w stanie realizując się, nie tylko poddać się zachodzącym zmianom, móc je kompensować, przekształcając wady w zalety, ale i z własnej inicjatywy dokonywać zmian twórczych, niezbędnych właśnie do tego, aby stawać się stale lepszymi, a więc i innymi Polakami.

B. Tezy o zmianach osobowości
 

Pierwsza teza, jaką tu przedstawię, zakłada, że istnienie złożonego układu jest procesem rozwojowym.

Żaden złożony układ funkcjonalny nie jest w stanie trwać na zasadzie homeostatu. Każda zmiana warunków, w stosunku do której zachodzi zmiana układu X, powoduje, że nie ma już powrotu do stanu określonego jako układ X. Jest to w najlepszym wypadku X2, X3, a każdy z tych kolejnych Xn jest funkcją nie tylko warunków wymuszających zmiany, ale i swojej poprzedniej postaci. Skoro tak, to należy przyjąć tezę następną, że: każda kolejna zmiana układu X zmienia też jego potencjał zmian. Możliwości zmian układu X nie są więc stałe.

Oznacza to tezę drugą, że istnienie osobowości, a więc i instytucji jest procesem o zmiennym potencjale zmian.

Teza trzecia głosi, że zmiany potencjału zmienności są dwukierunkowe. Można znaleźć przykłady równoczesnych zmian złożonych układów, nasilających potencjał zmienności i przykłady zmian zmniejszających potencjał zmienności.

Teza czwarta głosi, że zmienność układu zależy od stopnia hierarchizacji jego składowych.

Zarówno osobowość, jak i instytucja mogą się rozwijać, a więc i istnieć, gdy zawierają w sobie hierarchię sensów. Sensy te w postaci określonych znaczeń nie muszą ulegać wymianie nawet w wypadku całkowitej wymiany składowych otaczającego świata. Mogą po prostu zmieniać się w obszarze spraw konkretnych, mających bezpośrednie powiązanie ze zmianami świata, zachowując stabilne sensy nadrzędne i zachowując zdolność trwania w różnych formach i w różnych warunkach.

Stąd wynika teza piąta, że zarówno osobowość, jak i instytucja, są zdolne do rozwoju, gdy dysponują ogólnym nadrzędnym zadaniem swojego istnienia, na tyle ogólnym, aby mogły one ulegać zmianom bez zmiany swojego sensu.

ZMIANY DOKONUJĄCE SIĘ POD KONTROLĄ NADRZĘDNEJ IDEI SĄ JEDYNĄ ZNANĄ W NAUKACH SPOŁECZNYCH POSTACIĄ ROZWOJU.

Narzędziem tworzenia takiej idei, takiego sensu są abstrakcyjne modele rzeczywistości. Są to zmienne i wymienne hierarchiczne koncepcje świata, za pomocą których można aktywnie prognozować stany pomyślane, spełniać te prognozy i do nich dostosowywać zmiany rzeczywistości realnej.
 
 

Kazimierz Obuchowski



1 Rozmowa telewizyjna 4 stycznia 1996 r
2 Por. K. Obuchowski, Psychologia jako historia duszy, w: Między historią a teorią, pod red. M. Drozdowskiego, Warszawa - Poznań, PWN, 1988.
3 Por. Adaptacja twórcza. Cz. III, rozdz. 2. 
4 Na przykład, ta sama zbiorowość mieszkańców mojego osiedla mieszkaniowego była w 1981 r. społecznością wzajemnie wspierających się ludzi, a w 1982 r. luźnym zestawem nieufnych wobec siebie jednostek.
5 Wyjątkiem są jednostki charyzmatyczne, w każdej sytuacji wybierane.
6 Pod słowo "Polacy" można podstawić słowo "klasa", "załoga fabryki", "rodzina", "ja, Kazimierz Obuchowski".
7 Problemem tym zajmowałem się szerzej w pracy Adaptacja twórcza (1985), analizując rolę Hierarchicznej Organizacji Zadań. Zadania osobiste tworzą hierarchię, gdy odpowiadają na pytania dotyczące tego CO, JAK i PO CO. Stabilne PO CO stwarza szansę szybkich zmian tego CO i JAK. Brak którejś z tych kategorii zadań powoduje patologię zmian osobowości.

 

Za zgodą autora, na prawach rękopisu przedruku dokonujemy z książki pt. "Od przedmiotu do podmiotu" - Wydawnictwo Akademii Bydgoskiej - Bydgoszcz 2000r.
Dziękujemy Pkl. "Łabuź"


 
 
Pięć - dziesięć zdań:

O PROWINCJONALNIE AMATORSKIEJ KULTURZE

"Siedem lat, jakie minęły od momentu, kiedy to uświa-domiłem sobie swoje grafomańskie skłonności, to nie dużo.

Nie mniej może to być okazja do wznowienia działalności po trzech latach, których potrzebowałem na zrozumie wielu rzeczy związanych z bazgraniem po papierze.

Tak to już chyba jest, że żeby uświadomić sobie jak bardzo czegoś potrzebujemy, trzeba sobie zrobić przerwę.

Czasami tęsknimy po kilku dniach, w czym innym potrzebujemy roku by odkryć pustkę - to chyba nie najlepsze słowo, ale kto to przeżył wie o co chodzi, a kto nie i tak nie zrozumie.

Postanowiłem też zrezygnować z używania różnych pseudonimów (jeja!, większości i tak nie pamiętam).

No cóż jestem świrem, który lubi tworzyć różne historie i jest mi z tym cholernie dobrze!"
 
 

Gdańsk, październik 1998
Michał Bogusz



Przedruku dokonaliśmy z zeszytu: "Siedem - czyli siedmiolecie męki twórczej" - wydanej przez: Radykalną Spółdzielnię Artystyczną w Gdańsku.

Dziękujemy pkl. "Łabuź"

 

 
 
Pięć - dziesięć zdań:

O PROWINCJONALNIE AMATORSKIEJ KULTURZE


Pisanie pozwala mi zapomnieć o samotności.

Tak, piszę, by zapomnieć, że jestem samotny, a im więcej
piszę, tym bardziej pragnę zapomnieć, jak ten pijak z 
"Małego Księcia".

I ten zgubny nałóg trwa.

Od wieków i na wieki.

Tak, piszę, i jestem jeszcze bardziej samotny.
 
 
Wiesław Pisarski

 

 

Jerzy Kujawski

ZA SZYBĄ


A nie przykuwać lubi próżnia.

Próżnią być może setka ulic,
Dziesiątki sklepów, kiosków, barów,
Jeśli nie można się przytulić
Albo uśmiechnąć choć do paru.

To nawet nie w ilości szkopuł...
Wstąpiłem kiedyś jako klient,
Tam gdzie roztaczał aurę wokół,
Tajemny aspekt duszy czyjejś.

Maleńka galeryjka - sklepik,
Gnuśnej ulicy na pociechę,
Coś w co nie sztuka oczy wlepić,
Tchnąca staroci tęsknym echem.

Wszystko tam niezwyczajne było,
W patynie, srebrze czy inkrustach,
A w wyobraźni czynił wyłom
Palec Kalliope na mych ustach.

I to już wszystko i nic więcej,
Czego by jeszcze można pragnąć?
Można najwyżej trwać w podzięce,
Że aura nieraz bywa Magdą...
Miasto tajemnic ma bez liku,
Zakątków, które coś wyróżnia,
Coś, co uwagę lubi przykuć,
Jerzy Kujawski