Łabuź 32/2000 marzec

SPIS TREŚCI


 
 

CZAS ZNIEWOLONY

Archetypiczny dla cywilizacji europejskiej przekaz biblijny wskazuje, że czas wolny jest zawsze czasem po jakiejś pracy. Bóg naharowawszy się przez sześć dni, odpoczywa dnia siódmego w sposób, co do którego Pismo milczy (a złośliwi, jak zwykle w takich przypadkach, spekulują). Dość rzec, że ostatni dzień tygodnia stał się w ten sposób dniem wolnym, to znaczy - uwolnionym mocą najwyż-szego od znoju codziennego trudu.

Jednakowoż fundamentalna opozycja między czasem odpoczynku (może nawet zabawy) i czasem pracy wydaje się być co najmniej podejrzana, Po pierwsze, już na pierwszy rzut oka widać, że czasu wolnego jest zdecydowanie mniej niż niewolnego. Pracować - znaczy zaś, przynajmniej od czasów rewolucji przemysłowej, zdecydowanie coś przeciwnego niż "bawić się" i "tworzyć". Praca jest raczej reprodukcją, rodzajem powtórzenia, a w najlepszym razie - kompilacją. Oczywiście zdarzają się perwersyjne osobniki, które upatrują w żonglowaniu elementami rzeczywistości doskonałej formy samorealizacji. Ale, jeśli przyjąć za fundament człowieczeństwa, ludzką zdolność do zmiany tejże rzeczywistości (podkreślam zmiany - a nie rekonstrukcji), to zdecydowana większość naszej pracy jest zwyczajnie nieludzka.

Obiegowy pogląd mówi, że wg. Marksa, praca stanowić miała wyznacznik naszej gatunkowości jako ludzi. Nie jest to do końca prawda, o czym przekonuje lektura Rękopisów... O ile można się zgodzić, że dopóki wytwory pracy należały do pracującego, jego wysiłek był zarazem jego ekspresją, o tyle "robotnik pozostaje do produktu swej pracy w takim stosunku jak do obcego przedmiotu". Wydaje się, że opis taki wystarcza do dokonania generalizaji: oto bowiem nie chodzi tu tak na prawdę o bogu ducha winną klasę robotniczą (o ile taka w ogóle istnieje), ale o każdego z nas w centralnym punkcie jego życia. En masse nie pracujemy, aby coś stworzyć dla siebie i dla własnej radości, a potem ewentualnie to sprzedać (pochwaliwszy się najpierw), ale pracujemy, aby to sprzedać, a potem ewentualnie cieszyć się z kupionego sobie za uzyskane pieniądze czasu wolnego. Przedmiotem wymiany nie są więc owoce naszej pasji, ale rutyny. Zresztą już sam akt transakcji w jego formie obecnej zniechęca do "wkładania serca" w to, co robimy. 

Anonimowy towar anonimowego autorstwa czeka odtąd na anonimowego klienta (...)
 
 

Przedruku - fragmentu, dokonaliśmy z "żurnalu proletariatu Ducha - MONADA" - Wrocław nr 13, rok 2000.
Dziękujemy pkl. "Łabuź"


 
Pięć - dziesięć zdań:

O PROWINCJONALNIE AMATORSKIEJ KULTURZE

MIEJSCOWI...

nam - Łabuziom

Wielu, śmiem przypuszczać, czuje zażenowanie wobec rozbebeszonej prowincji. Przekorny negliż i krnąbrna jawność małomiasteczkowości bywają wszak niewygodne dla wyniosłych oczu. Jej skąpe odzienie niby pociąga, ale i zawstydza i czyni wyrzuty słabości. Najłatwiej więc upchać prowincję w formy wielce ucywilizowane. Któż spostrzeże, że wypełza ona dźwiękiem akordeonu podwórkowego grajka, że ulatuje czasem zapachem maślanki, kartofli i kiszonego ogórka, że osiada wreszcie na murze zaściankowym hasłem! Myślę, że to jest właśnie tęsknota, która -  często niezręcznie - domaga się posągu, utrwalenia i coraz mocniej przypomina o należnych jej prawach. To jest właśnie bezwstydne barbarzyństwo szlachetności, które osiąga czasem dojrzałą postać działania. To jest właśnie odwaga. 

Zaściankowość jest bodaj najbardziej bezpośrednią, bo arogancko jawną, formą naszej cywilizacji zachowującą tę swoją osadną charyzmę, która Bóg wie czego w istocie dotyczy. W konkretnej, definitywnej istocie. Tak też zaznacza się związek z naturą, przez którą najlepiej w tym kontekście rozumieć pierwotność, symbol plemiennych i głębszych korzeni. Ale przecież nie tylko o warstwę symboliczną tu chodzi. Gdyby ból i zachwyt były tylko przenośnią, urobionym toposem artystycznej historii, wirtuozyjnym eksponowaniem boskiego szału, to trzeba by uczynić egzystencję alegorią Nieznanego, przenośnią, która poza odczytywaniem samej siebie niewiele wnosi. Takoż i istnienie prowincji nie jest symboliczne. Zadanie polega na przypisaniu owej realnej istności jakiegoś znaczenia. Przypisaniu - wszak nie ma tu mowy o treściach absolutnych ani immanentnych wartościach. Zresztą - gdy znaczenie się obnaża i zaskakuje samo siebie, nie posiada wtedy odcisków woli. Czynienie rzeczy piękną wysiłkiem nie wyobraźni, lecz przekonania i pracy - jest godne wzruszenia i pamięci. 

Tymczasem partykularyzm staje się wycieraczką, o którą można zaledwie nogi obetrzeć przed progiem spektakularnej kultury. Atoli zaściankowość jest bardzo przytomna w swym upokorzeniu, przypomina bowiem, że istnieje przeciwny biegun wartości. Biegun nad którym nie ciąży miecz Damoklesa a ściślej - siekiera opinii. I trzeba tu pamiętać o strofach biesiadnych, gastronomii regionalnej, czy też warsztatach stolarskich, w których pracuje się nad kościelną ławką. Boć nie o wartościowanie analityczne tu chodzi. Fakt, utrwalanie, autentyzm - oto tropy wydreptane przez doświadczanie ducha prowincji, którego fenomen polega na spontaniczności i samodzielnej, czasem nieporadnej - ale własnej - percepcji rzeczywistości. 

Przestrzeń świata uświadamia istnienie prowincji globalnej. Na tle miriadów myśli, słów i czynów dziejących się gdzieś Tam, Tu i Teraz staje się wyzwaniem autonomicznym i koniecznym, żeby przetrwać. Prowincja jest zatem przyjęciem tego wyzwania i zachowaniem tożsamości w międzyprzestrzeni i w międzyczasie. Łobez. Wprzódy był on dla mnie mlekiem domu, piaskownicy, huśtawki; mlekiem, które w tym klimacie musiało stać się żywicą. Pozostał wszak we mnie obraz miasteczka będącego przecież kiedyś całym światem. Miasteczko i jego ulice zawsze tak naprawdę były niedostępne, zawsze strzegły Nieznanego swoimi przydrożnymi ogrodami i, a jakże!, oplutym brukiem. Właśnie w miasteczku trudniej dotrzeć do Miejsca, niż w którejkolwiek innej formie cywilizowanego świata. 

Jednakowoż jest to możliwe: Łabuź. Działanie zmaterializowane po raz 35. Domyślam się, wiem, że to nie tylko fizyczna forma pojawiająca się od 1992r. To też jakiś trop światopoglądowy - trop, wszak tu każdy mruczy po swojemu, uogólnienie programowe jest zatem niemożliwe. Zbiorowy, redakcyjny finał jest efektem prywatnego zaangażowania. Przybywają tu prowincje, śmiało rzec można, ogólnopolskie, gruntuje - łobeska, a nade wszystko uobecnia się prowincja ducha. Dużą sztuką jest pamiętać o korzeniach w listnych przestworzach. To jest właśnie odwaga -  objawienie barbarzyństwa. Twarde świadectwo szlachetności. Tu rozpoczyna się początek krajobrazu prowincji, który jest we mnie. Miasteczko, społeczność, wreszcie - jednostka stojąca na straży własnej tożsamości. I nie umiem ominąć przy tym temacie Leona Zdanowicza - po prostu zderzam się z nazwiskiem, które w kontekście słów o Łabuziu trzeba choćby zaznaczyć (gdyby była stopka redakcyjna - skierowałabym właśnie do niej). 

Nikt nie jest w stanie zagwarantować następnego numeru 

Łabuzia. To chyba bardziej mobilizujące, niż smutne. Bo jest też obowiązek zrobienia tego, na co pozwalają siły. Tu nie chodzi o to, żeby usprawiedliwiać istnienie Łabuzia. Szkic ten miał obronić wilkołaczność, która wyje do księżyca, która straszy zabłąkanych a czasem budzi zdziwienie, i która tworzy wartość prowincji. 
 
 

(wersja pierwsza, październik 2000)
Agnieszka Wesołowska


 
 

Wiesław Pisarski

A SUFIT PRZECIEKA

Kto wyrwie nas z tej otępiającej, rozedrganej, kaleczącej umysł rozpaczy, która osacza nas jesienią na ulicy Niepodległości w powiatowym mieście, które reklamuje się hasłem "Tu chce się żyć".

Kto wyrwie nas z samego środka zapomnienia, że życie jest o wiele prostsze niż się to wydaje wszystkim uczonym w pismach. To my dajemy się pociągać za sznurki naszemu umysłowi jak marionetki. Czyż wszak wszystko nie jest złudzeniem? Ono nas spycha w przepaść bez dna. 

Albo te twoje wiersze. Czy ty nie okłamujesz siebie i mnie? Przecież twoje pisanie jest potrzebne tylko tobie. Już stało się to, o czym pisałeś przed laty. Piszemy to, czego nikt już nie czyta. Piszemy tylko dla siebie. Bo to pisanie wyrywa nas z tej spętlającej nas tęsknoty. Te wersy, te zdania podają nam rękę, kiedy z naszego domu opada tynk, a sufit przecieka po jesiennych deszczach. 
 
 

Wiesław Pisarski sierpień 2000


 
 

Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (7)

W obecnym przeglądzie pięciu autorów z czterech miast: Piły, Koszalina, Słupska i Bydgoszczy. Poezja i proza. Książki w większości warte lektury. 

Choć nie do końca. I tak opór budzi nowy tom poetycki S. Pastuszewskiego (Stefan Pastuszewski "Po przełomie", Instytut Wydawniczy ŚWIADECTWO, Bydgoszcz 2000, str. 96). Poeta (rocznik 49) jest autorem znanym nie tylko na Pomorzu i Kujawach; wydał kilka książek (ostatnio "Sonety i poematy"), wiele jego utworów tłumaczono na języki obce. Powinien zatem wiedzieć, że niektóre rzeczy - zwłaszcza komuś ze sporym dorobkiem - nie przystoją. 

Dlaczego się zżymam? S. Pastuszewski swoją książkę poetycką w jednej trzeciej wypełnił opiniami kilkunastu recenzentów. I to samymi pozytywnymi. Mamo, chwalą nas? 

Mówiąc krótko fatalna to praktyka, niestety tu i ówdzie pleniąca się wciąż mocniej. Drodzy poeci! Nie wlewa się do jednego naczynia wina i zupy z kaszanką! 

Gdy idzie o same wiersze, a jest ich w tomie przeszło pół setki, na ogół bronią się bez niczyjej pomocy. Jest to twórczość z gatunku oswojonego i przyjaznego czytelnikom. Trochę eklektyczna, trochę śpiewna - obracająca się wokół wątków lirycznych oraz przemijania. Może nie oryginalna, lecz dobrze nadająca się na jesienno- zimowe wieczory. Naturalnie po wyrwaniu kartek z irytującą watą recenzencką. 

Nie jest wykluczone, że czytelnicy poczną wyrywać strony także innej książce, innego autora, choć z odmiennych powodów. Mówię tu o kolejnej pozycji Cz.Kuriaty (Czesław Kuriata "Polskie pryszcze", Wydawnictwo POLIMER, Koszalin 2000, str. 132), dofinansowanej przez Miejski Ośrodek Kultury w Koszalinie, a także PKO BP, Zakłady Gazownicze i restaurację "Metro". Bo cóż nam tym razem prezentuje autor (rocznik 38) "Nieba zrównanego z ziemią", książeczki tak niegdyś zachwalanej przez J. Przybosia? Satyryczne zmiotki z lat różnych: i wierszyki, i fraszki, i rymowane felietony. Publikowane wcześniej w prasie i na antenie radiowej. Literat poszkapił się (albo nie dopilnował wydawca, czyniąc szkodę autorowi), serwując zdezorientowanemu odbiorcy groch z kapustą. Przedobrzył Kuriata z ochoty utworzenia silva rerum. Za dużo tu wszystkiego i bałagan w ramach tego. 

I proszę, niechcący "rymnąłem" po lekturze. Ale żarty na stronę, mimo że książeczka z założenia miała być rozśmieszająca. I taką po części być może by była - po ostrzejszej selekcji. Gdyby usunięto radosne strofy w rodzaju Podatkiem nie obciążą nawet jołopa/ od szmalu za donos do gmachu UOP-a. I tak dalej, i tak dalej... 

Odmienny rodzaj satyry prezentuje autor "Potwornych poglądów cynicznych krasnoludków", opublikowanych nakładem ISKIER piętnaście lat temu. Mowa o A. Ulmanie (rocznik 31). Jego najnowsza powieść (Anatol Ulman "Pan Tatol", nakład własny [!], Słupsk 2000, str. 218) o rozbudowanym podtytule "czyli nieostatni zajazd na dziczy; historia burżuazyjna z końca", aż skrzy się od fruwających noży, których celem są plecy, piersi i wszelkie inne części ciała polskiej rzeczywistości. Książka przesycona aluzjami, bogata erudycją, bezpardonowo atakująca kler i nuworyszy - mocno także macerująca mechanizmy polityki ostatniego czasu. W zasadzie każdego czasu, gdy to maluczcy są notorycznie robieni w trąbę. Nie ma dla Ulmana świętości, a razy rozdziela równo. 

Tył okładki okrasza cytacja J.J. Rousseau: Książki tej nie napisano, by krążyła po świecie. Styl odstraszy ludzi kierujących się smakiem, treść przerazi poważnych, a tym, którzy nie wierzą w cnotę, wszystkie uczucia wydadzą się niezgodne z naturą. Nie powinna podobać się pobożnisiom, libertynom, filozofom; będzie chyba raziła kobiety lekkie a gorszyła uczciwe. Jawna i inteligentna prowokacja, której próbkę w postaci finalnego fragmentu tejże powieści - "Przysmaki II Rzeczpospolitej" - czytelnicy zdążyli poznać w 31 numerze "Łabuzia". 

Jednego tylko żałuję. Doraźności. Bowiem za jakieś 30 - 40 lat potencjalny odbiorca chyba nie bardzo będzie potrafił odczytać dziś gorącą satyrę polityczną. A przynajmniej nie wszystkie odnaleźć niuanse. 

Ulman A. jest słupszczaninem (choć urodzonym w Nancy we Francji). Słupszczanką jest też A. Łajming (rocznik 04, choć urodzona we wsi Przymuszewo koło Chojnic), której warto poświęcić kilka słów. Autorka to na ogół mało znana (Anna Łajming "Z leśnych pustków", Oficyna CZEC i Oddział Słupski Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, Słupsk - Gdańsk 2000, str. 296), czego wypada żałować. Tęgie pióro. I szkoda, że krytyka współczesna gdzieś po drodze pisarkę "zgubiła". 

Prozaik, autorka sztuk scenicznych. Debiutowała w 1958 r. skeczem "Parzyn". W sumie niewiele ma książek na koncie, ale każda nosi indywidualne piętno. Choćby "Miód i mleko" opublikowane w 1971 roku, czy "Dzieciństwo: wspomnienia" (1978). Starannie wydana książka "Z leśnych pustków" zawiera 54 opowiadania - niemal wszystkie w ciągu życia powstałe. Jawi się nam tu pisarz rasowy, rzetelny, o rzadkim talencie narracyjnym. To lektura dla smakoszy za nic mających zgiełk doczesności. Poznajemy tu, chwilami mrocznie nakreślony, o zabarwieniu naturalistycznym, świat leśnych pustkowi południowych Kaszub. Znaczącą tylko przeszkodą w trakcie czytania może kazać się gwara kaszubska, od której autorka świadomie nie stroni. 

Kwartalny przegląd interesujących zjawisk literackich pomorskiej "głuszy" kończy mikrozbiorek wierszy J. Utkina (rocznik 63). Poeta z Piły (Jerzy Utkin "Oddalenia", Biuro Wystaw Artystycznych i Usług Plastycznych, Piła 2000, str. 12) dopiero zaskarbia sobie łaskę czytelników, choć kilka tomów już opublikował -  między innymi świetne "Oktostychy" (1989), wyróżnione Nagrodą Młodych im. Włodzimierza Pietrzaka, Dwa lata temu ukazały się "Oazy i fatamorgany". I teraz najnowsza pozycja - "Oddalenia". 

J. Utkin, nie kryjący miłości do Josifa Brodskiego, wędruje ścieżką rzadko uczęszczaną, gdy idzie o formę. I konsekwentnie jej się trzyma. Bo kto dziś udatnie skrobie trzynastozgłoskowcem, z rymem, rytmem i średniówką? Który ze współcześnie żyjących poetów odważy się przemawiać w ten sposób? A w "Oddaleniach" właśnie rozkłada nas Utkin na łopatki serią 24 świeżych oktostychów. Może ktoś zadać pytanie, jak to się ma do obecnie najpowszechniej uprawianych poetyk. Wówczas odpowiem: jakakolwiek forma poezji potrzebna, ale cóż formie bez treści? Dzięki Bogu Utkin nie bredzi i wiele do powiedzenia pięknym językiem ma. Wyznaje również w czterozdaniowym posłowiu: Poezja to zarazem błogosławieństwo i przekleństwo drogi bez początku i końca. Zaiste, szanowny panie poeto, zaiste! 

Zanurzmy się, żegnając, w jednym z poetyckich majstersztyków Jerzego Utkina. 

zwierciadlane olśnienia rozlewiska rtęci
księżyc w pełni szuwary przeczesuje cieniem
przeniknąć oddech czasu i unieść w pamięci
to wszystko co być może jest tylko złudzeniem
posrebrzystość północy przecieka przez oczy
wiatr mieni lustro wody zachwyt rozgwieżdżony
jeszcze się nie zaczęło a już trzeba kończyć
i odjeżdżać niechybnie w mroku cztery strony 
 
 

(listopad 2000)
Paweł Szeroki


 

Marek Słyk

RÓŻNICA

(z rysunkiem autora)
powiedzieć
ja poeta
i zaraz bez ociągania
strzelić
sobie
w łeb to jeszcze
na pewno 
nie szczyt 
rozpaczy 
gorzej byłoby strzelić 

nic nie powiedzieć 
 
 
Marek Słyk


 
 

KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między zaprzyjaźnionymi pisarzami. Na naszych łamach korespondują : Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób. 
Dziękujemy - pkl "Łabuź"


 
 

Podkowa Leśna, 2 listopada 2000 r.

Drogi Lechu, po licznych perypetiach zabrałem się do tego listu, żeby nadgonić czas. Kłopoty nie były jakieś nadzwyczajne, po prostu zajęcia po osiemnaście godzin dziennie, o czym wiesz doskonale. Nie mogę nawalić z najważniejszymi terminami, powiedziałbym życiowymi, stąd opóźnienie w naszej korespondencji. Mam też inne zaległości epistolograficzne, na przykład do tej pory nie odpowiedziałem na dwa (aż!) listy Agnieszki Wesołowskiej, co mnie szczególnie boli, bo ją z całego serca lubię i cenię. Irytują mnie te odległości po kilkaset kilometrów. Nic nie zastąpi widzenia. Może dlatego trochę się czuję jak więzień własnych pomysłów i zobowiązań, za co Cię przepraszam jak najuniżeniej. 

Żeby jakoś z biedą przeżyć, robię idiotyczne prace wydawnicze (głównie redagowanie i łamanie tekstów), ale właśnie zacząłem się zastanawiać nad tym, czy nie mają one jednak sensu. Książki, a właściwie maszynopisy, które do mnie trafiają od różnych wydawców, są nie tyle błahe czy głupie, ile wielce znaczące dla naszej kultury. Zauważ, że w czasach komuny władza robiła naprawdę wiele, żeby kultura docierała do ludzi. Z wyjątkiem tej niosącej "zagrożenie" dla systemu politycznego. Śmiem jednak twierdzić, że takiej właśnie było mniej niż połowa. Oczywiście niejeden pisarz dał się skusić własnej przewrotności i napisał rzeczy aluzyjne, pseudohistoryczne czy baśniowe, atakujące myślenie sowieckie, totalitaryzm i podwójną moralność socjalistyczną, ale za tymi wysuniętymi pikami stało coś więcej niż polityczno-społeczny dydaktyzm. Mało komu udało się tak precyzyjnie wyświetlić zakłamanie komunizmu jak Herbertowi bez strat w sztuce. Wszyscy inni artyści po załamaniu w 1956 r. stali gdzieś obok tego i albo czuli, że środki artystyczne nie podołają, albo woleli myśleć o literaturze jako wyrazicielce prawdy ponad czasy. Muzycy, rzeźbiarze i malarze z prawdziwego zdarzenia w ogóle odcinali się od literatury, choć niektórzy, pewnie w obawie przed utratą kontaktu z publicznością (np. Duda-Gracz, Kantor, Szajna, Hasior), często się do niej odwoływali. A więc było w kulturze lat powojennych wiele do przeżycia dla naprawdę wielu i to poza wszelką polityką. 

Nic z tego nie wyszło. Nie udało się komunie. Tępiona tandeta wróciła w glorii wraz z liberalizmem gospodarczym i znachorstwem w 1990, bo publiczność tylko na to czekała. Chciała tego, pożądała i natychmiast zaczęła pochłaniać. W tej chwili kryzys wydawniczy (bo księgarski) jest już faktem, nawet tandeta sprzedaje się źle. Wobec tego wydawcy zaczęli się rozglądać za jeszcze gorszą tandetą, za pigułkami do przełykania w minutę. Wygląda to dziś tak, jakby na rynku istniała tylko klasyka wszelkich sztuk i współzawodniczący z nią kompletny kicz. W środku jest dziura. Oto tytuły, jakie mi znoszą do składu zleceniodawcy (a ja biorę, żeby mieć na chleb i buty): "Uzdrawiająca moc kamieni", "Hipnoza wykrywa mordercę sprzed stu lat", "Poradnik zdrowej żywności", "Ręce, które leczą", "Tajemnicza moc magnetyzmu", "Wielka księga wróżb i przepowiedni", "Wędrówka po zaświatach", "Życie pozagrobowe istnieje", "Przepowiednie wielkich wizjonerów", "Poradnik snów", "Naucz się zwyciężać", "Tarot da ci szansę", "Woda to życie", "Sztuka miłosna Wschodu", "Samozadowolenie na co dzień" i tak dalej. Przez cały rok tylko jeden niezły tomik wierszy i jedna powieść (niestety kiepska, ale za to kryminalna). Takie też książki dominują na półkach księgarń i księgarze wcale się tego nie wstydzą, bo ludzie to kupią, a skoro kupią, to będzie na papu. 

Słyszałem mnóstwo utyskiwań na naszych potencjalnych czytelników. Przestali czytać, mówi się. A nieprawda. Nigdy nie czytali! To były mity podtrzymywane przez sztucznie windowane nakłady, wymuszane imprezy literackie, budowanie prestiżu moralnego Związku Literatów Polskich (tego sprzed 1983 r.) i taniość książek. Nie łudźmy się, literatura jest tylko dla wąskiej grupy. Nieraz odnoszę wrażenie, że nawet nie dla samych pisarzy, którzy w ogóle nie czytają kolegów. Może dla reżyserów filmowych, którzy szukają podstawy do scenariuszy? Recenzenci i znani krytycy już nie mają nic do roboty, zostali odepchnięci, a zastąpili ich dziennikarze. 

Świetny tłumacz polskiej literatury na włoski, Paolo Statuti, tłumaczył mi kiedyś (połowa lat 80.), że we Włoszech "idzie" tylko literatura obca i to podłego gatunku. Dziwiłem się niepomiernie i, przyznam się, w ogóle w to nie wierzyłem. Ale on mówił prawdę - literatura nie jest dla mas. Kiedy się wczytałem w testament Alfreda Nobla, pojąłem, że ustanawiając nagrodę, chciał on wesprzeć marny los dobrego pisarstwa. Minęło sto lat i nic się nie zmieniło. 

To spojrzenie na naszą kulturę, głównie literacką, ma jedną wielką zaletę. Jeśli jesteś dobry, masz talent, piszesz niezłe rzeczy i wiesz, czym się różni kicz od sztuki, służysz wybranym, a więc jesteś wybrany. Może święty? Taki wybór drogi życiowej, nie poddawanie się presji wydawców i nie tworzenie bzdur dla pieniędzy jest wyrzeczeniem, ale i najwspanialszą misją. Oni, ci wszyscy zjadacze cukru, nie muszą cię interesować. Nie żal mi, że moja dobra książka ukazuje się w nakładzie 350 egzemplarzy. To chyba powinno wystarczyć. Powiem Ci więcej, jestem szczęśliwy, że przodkowie i Pan Bóg dali mi zestaw genów, który pozwala na więcej, niż mogą zacukrzeni. A że to nie daje na lepszy chleb? No, cóż, nie można mieć wszystkiego. A ty masz? A kto ma? 

Co ciekawe, ten kto ma, patrzy na nas z pogardą. Wyraża się to na dwa sposoby. 1. Zaczepił mnie kolega szkolny i powiedział: "Brawo, słyszałem cię w radiu!". Kiedy go zapytałem, co mówiłem - nie wiedział. Dodał tylko, że zdumiewa go, że za takie występy należy się honorarium. 2. Jedna z moich znajomych dostała ode mnie krotochwilną błahostkę pt. "Nie ma haka na buraka". Po tygodniu zapytałem z głupia frant, czy to czytała. Odparła, że "Alchemik" Paulo Coelho jest lepszy, a buraka była w stanie przeczytać do połowy. Nie zgadniesz, ile powiedziała prawdy, ale z pewnością chciała pokazać, jak nisko mnie ceni. Porównywanie tak różnych rzeczy świadczy o głupocie, nie mówiąc o tym, że dla większości społeczeństwa "Alchemik" jest najwyższym osiągnięciem literackim. 

Czego Ci absolutnie nie życzę. Wiem, że powtarzam znane banały, ale w chwilach przestoju energii, kiedy szukam odpowiedniego zakończenia jakiegoś zdania, odchylam się myślami właśnie w stronę tych ogółów. Skończyłem poprawianie pewnego ważnego fragmentu narracji w "Łaziebnym" i zatkało mnie na jednym słowie. Zacząłem się wręcz zastanawiać, czy warto to kontynuować. Przepowiedziałem sobie lekcję o misji i od razu znalazło się nie tylko słowo, ale cały nowy opis, który wstawiłem na miejsce starego. O wiele lepszy. Tak się dzieje właśnie z banałami - potrafią być użyteczne. Jeden z moich znajomych (zawód: wynalazca) całymi latami mi opowiada, jak strasznie głupią ma babę. Ilekroć ją o coś zapyta, zawsze usłyszy coś beznadziejnie nietrafnego. I to uruchamia w nim pomysłowość, o jakiej wielu może tylko pomarzyć. Dlatego kocha ją nad życie. Muzy i wszelkie inne bazy nawet powinny być prostackie. Wtedy jest się od czego odbijać. 

W ogóle nie napisałeś, jak się udała promocja Twoich "Drapieżców". Nie mogłem być wtedy w Kołobrzegu, ale myślami krążyłem i na Twoje konto wypiłem setuchnę żołądkowej gorzkiej, co mnie nieco podparło. Musimy to nadrobić, bo zanik alkoholu we krwi nie jest zdrowy. Tylko kiedy? Może w Świdwinie? Na to rezerwuję czas od roku i już dziś odrabiam słupki, żeby na początku grudnia nie wisiały nade mną żadne miecze - ani Damoklesa, ani Demokratesa. 
 
 

Pozdrawiając tak serdecznie, jak tylko potrafię
Twój Piotrek

 
 

Kołobrzeg, dnia 7.11.2000 r.

Piotrze, Stary Łotrze

- bardzo zaciekawiła mnie część wątków Twojego listu. I przypomniałem sobie anegdotę (antyczną, bo dającą dystans do czasów naszych porąbanych), tyczącą zagadki niewzruszalności głupoty. Wyczytaną u Stobajosa. O Sokratesie. 

Otóż Sokrates ponoć mawiał, że gdyby kto w jakim zgromadzeniu wezwał do powstania szewców, jeno oni by wstali. Podobnie byłoby z tkaczami, kowalami i pozostałymi, w zależności od profesji. Jeśli zaś wywołano by rozsądnych lub sprawiedliwych, podnieśliby się wszyscy. I największa to w życiu przeszkoda - cytuje dalej Sokratesa Stobajos - że nierozumna większość uważa się za rozumną. 

Natomiast o politycznej i kulturowej schedzie po czasach sowieckich wpływów (niszczenie klasy średniej, emigracje fizyczne i wewnętrzne, ect.) tyle już przegadaliśmy, że nie bardzo mam ochotę dalej o tym rozprawiać. Innymi słowy diagnoza znana, panie doktorze, ale jakie stosować leczenie? 

Z drugiej strony patrząc - nie tylko nasza młoda demokracja sadzi kloce. Bo co powiesz na przykład o alarmie w nobliwej Bibliotece Brytyjskiej? Doniósł ostatnio dziennik The Guardian, że od 1990 roku poszło tam na przemiał ponad 70 tysięcy (!) egzemplarzy rzadkich książek, w tym wiele białych kruków z pieczęcią last copy discard. 

Wyrzekasz na czytelnictwo. Mogę tylko, niestety, podbić bębenek.

Wszak pracowałem w kilku bibliotekach różnych miast (Szczawno Zdrój, Wałbrzych, Słupsk, Kołobrzeg). Obecnie biblioteki, mimo wszystko, przeżywają pewien renesans. A ludzie zawsze czytali to, co czytali, czyli przeważnie chłam. Lecz nawyk śledzenia słowa drukowanego istniał i pośród lektur kiepskich trafiały się wypożyczenia wartościowe. 

Nie dajmy się też zwariować statystyce, bo ona kłamie, choć prawdę mówi (np. ile wydał obywatel kraju na książki w I półroczu 99? Ano GUS wylicza, że 1,79 zł. !). Tak zwany Przeciętny Ktosiek odpowiada ankieterowi, że czyta, a jakże - ankieter odfajkowuje i niby pięknie jest. Przeszło 60% narodu ma żywy kontakt ze słowem drukowanym. Jednak już mniej ważne, iż Ktosiek czyta, owszem, ale głównie gazety, nalepki na butelkach i czasem instrukcję obsługi nowego telewizora. 

Kociokwik, Przyjacielu. I na nic radosne "szały czytania" (tonący brzytwy się chwyta) lub sprzedaż książek na kilogramy w hipermarketach. 

Nasi "zacukrzeni" wciąż mają się świetnie. I nie widać światełka w tunelu.

Jako pisarz nie czuję się z tym dobrze. Nie czujemy się - ani Ty, ani ja, ani garstka nam podobnych. Przecież nigdy nie tworzyliśmy dla tak zwanych mas. Ale także pogłębiający się elitaryzm profesji (również czytelniczy) nie może być tytułem do chwały. Smutek, wszechogarniający smutek, a nawet symptomy trwogi. 

Lecz cóż więcej Ty, dawca dzieł jeno, uczynić możesz? Prócz przymnażania (z Boską pomocą) dzieł kolejnych? 

Dlatego wybacz, ale nie będę dalej owych kwestyj roztrząsał. Skoro możnym świata nisko to wisi (znów kłania się przytoczona anegdota) - że powiem kolokwialnie? 

Promocja "Drapieżców". Doprawdy, masz czego żałować, a zwłaszcza biesiady po... Lecz mówiąc serio. Na sympatyczny sposób zaskoczyła mnie wiceprezes Oficyny Wydawniczej MULTICO Inga Szwedler, fatygując się (z osobami towarzyszącymi) do K. osobiście. Przywiozła promocyjne egzemplarze powieści, z których uczestnicy natychmiast wchłonęli kilkadziesiąt. Pewną barierą dla mniej zamożnych (mimo kalendarzy MULTICO na 2001 rok ekstra do każdej książki) była jednak cena - 25 zł. 

Wyimaginuj sobie: ratusz, wieczór, w tle odtwarzane z taśmy głosy ptaków wodno-błotnych. Około 150 osób na sali - z dostawkami. W życiu tyle kwiatów nie otrzymałem. Goście spoza Kołobrzegu równoważyli miejscowych. Między innymi dopisała ekipa łobeska z Leonem Zdanowiczem, Agnieszką Wesołowską, Lidią Lalak, Czesławem Szawielem, Krzysztofem Andruszem i Bogdanem Idzikowskim na czele. Była Jadwiga Gromadzka ze Stacji Ornitologicznej IE PAN w Gdańsku, ksiądz Henryk Romanik - duszpasterz środowisk twórczych Pomorza Środkowego, regionalne media (prasa, telewizja) ze znanymi Ci skądinąd Paniami z Radia Koszalin - Grażyną Preder i Anią Rawską. Nadto moi Rodzice, nadto... Ale dajmy sobie spokój ze szczegółową listą obecnych. 

Miód na moje serce położył - z premedytacją, skubaniec! - omawiający publicznie książkę (też Ci nie obcy) Leszek Żuliński. Jego mowa tronowa wręcz wstrząsnęła niektórymi słuchaczami. Gdyby choć w ćwierci wierzyć temu, co mówił o "Drapieżcach", powieść natychmiast winna się rozejść w stutysięcznym nakładzie i znaleźć poczesne miejsce wśród ewenementów księgi Guinnessa. Potem, gdy skończył mnie - zmęczony chyba - pompować do granic wytrzymałości, rozsądnie głos zabrała Inga Szwedler. Ja też coś tam marudziłem. 

Na koniec doszło do licytacji rękopisu "Drapieżców", z której to dochód, dzieląc, przeznaczyłem na dalszy rozwój "Łabuzia" i "Dzikiego Życia". 

Cóż jeszcze. Moja agentka literacka uzgodniła drugą promocję - w Szczecinie, w klubie "13 Muz". Chyba będę musiał się telepać. 

Tobie egzemplarz "Drapieżców" przedwczoraj wysłałem pocztą. Gdy idzie o nasze ewentualne spotkanie grudniowe (XXXI edycja ogólnokra- jowego turnieju poetyckiego im. Jana Śpiewaka) - jest spora szansa. Będący też na promocji watażka ze świdwińskiego zamku Marian Wiszniewski coś wspominał o tegorocznym jurorowaniu. Jeśli z odpowiednim wyprzedzeniem dostarczy teksty i terminy zmieszczą się w kalendarzu - przewietrzymy się w zamkowej scenerii. Czego Tobie i sobie życzę. 

Z ukłonem do ziemi głębokim, uściskiem szerokim 
 
 

Twój Przyjaciel Raptus (wybacz te e-maile)
Lech
Ps. "Łaziebny", dobrze. Ale słówkiem nie pisnąłeś o postępach prac nad słownikiem frazeologicznym. I co to za historia z pisaniem scenariusza serialu? Woda w ustach?


 
 

Piotr Bednarski

DŁUGI REJS

w kartonach puste butelki 
po piwie i whisky 
w kantynie 
tylko czekolada i 
papierosy 


palce nieustannie 
bębnią o blat stołu 
oddech jak u ryby 
wyrzuconej na brzeg 


spojrzał w bulaj: 
"przywołać wiatr": 
myśl nagła niczym 
grom z jasnego nieba. 


wyrzucił amulet za burtę 
i gwiżdżąc 
zaczął drapać maszt 


sztorm wymiata z głowy 
port kobiety i bezsens 
stoi się za sterem i 
walczy z Bogiem 
albo zasztauowany w koi 
brnie się 
przez dziewicze majaki. 
 
 

Piotr Bednarski


 
 
Dokończenie z poprzedniego numeru

Piotr Sienkiewicz

ODYSEJA CYBERNETYCZNA

"Oto nasza epoka, dumna z maszyn, które myślą
i podejrzliwa wobec ludzi, którzy próbują robić to samo" 
H. Mumford Jones
"Twórz systemy, którymi nawet głupiec potrafi się posługiwać, 
a tylko głupiec będzie chciał się nimi posługiwać"
Zasada Showa

6. Komputery i sieci 

W bardzo pięknej historii komputerów można przeczytać, że "Komputer, symbol XX wieku, wywodzi się mimo wszystko z dalekiej, a mało znanej przeszłości. Od antycznych abaków po pałeczki obliczeniowe, od maszyn Leibniza lub Pascala po mechanizmy Babbage'a i Holleritha, od logiki binarnej Yi King po koncepcje Boole'a przeplatają się metamorfozy wielkiej chimerycznej idei i natchnione poszukiwania upartych wynalazców"21 . Pomysł - praktycznie zrealizowany pod koniec pierwszej połowy naszego wieku - dojrzewał powoli, od starożytności począwszy, przez stulecia kumulowała się wiedza, jedne pomysły wypierały inne, aż wreszcie pojawiły się komputery, bowiem znalazły się na "na szlaku przyrostów wiedzy empirycznej i wzrostu technologii". Najpierw jednak musiały powstać cyfry, aby następnie powstawać mogły mechanizmy zdolne do operowania nimi, wykonywania coraz bardziej złożonych obliczeń. Do nich należały abaki i liczydła, które przez wieki były jedynymi urządzeniami ułatwiającymi czynności intelektualne, jakimi niewątpliwie są operacje obliczeniowe. Abak zrodził się gdzieś między Mezopotamią a Indiami i był jakąś planszą obliczeniową, na której posługując się np. kamykami, żetonami lub innymi znakami dokonywano prostych rachunków. Z kolei liczydła - powstałe przypuszczalnie na Bliskim Wschodzie, a od V w. p.n.e. zadomowione w Rzymie - były już kompletnym, samodzielnym i przenośnym przyrządem. Różne ich odmiany znajdujemy w różnych krajach: w Chinach - Sua- pan, Japonii - Soroban, Rosji - Szczaty, aż wreszcie - od XVII w. pałeczki Nepera -  protoplastę suwaków liczących. 

Jednym z ważniejszych wydarzeń w rozwoju naszej cywilizacji było sprowadzenie z Hiszpanii abakusa przez Gerberta z Aurillac, nauczyciela szkoły katedralnej w Reims, późniejszego papieża Sylwestra II. Ten fascynujący przyrząd był drewnianą tablicą podzieloną na 30 kolumn zawierających poziome pręty, na których przesuwało się koraliki. Można przypuszczać, że już wtedy biegłość w posługiwaniu się abakusem była wysoko ceniona, albowiem gdy papież napisał do cesarza: "Mam tu dobrego matematyka", ten mu odpisał: "Nie wypuszczaj go z miasta !

Zapewne XVI stulecie zapisało się w sposób szczególny w rozwoju koncepcji komputerów. Dla Francuzów wynalazcą maszyny liczącej był Blaise Pascal, który -  mając zaledwie 18 lat - obmyślił arytmometr, powielony następnie w blisko 50 różnych egzemplarzach o różnym przeznaczeniu. Wielkiego filozofa, autora myśli o człowieku jako "trzcinie myślącej", uprzedził w zmaganiu o realizację idei "maszyny myślącej" Niemiec - Wilhelm Schickard. W 1623r. pisał on do Keplera: 
"...mechanicznie spróbowałem zrobić to, co ty wykonujesz ręcznie, i zbudowałem maszynę, która natychmiast, automatycznie przelicza zadane liczby, dodaje, odejmuje, mnoży i dzieli... Skakać będziesz pewnie z radości, gdy zobaczysz, jak przenosi ona liczbę dziesiątek i setek lub też ujmuje ją przy odejmowaniu". 

Mniej więcej w tym samym czasie w Anglii Samuel Morlond, po latach niebezpiecznych gier politycznych (czasy Cromwella i Karola Stuarta !) skonstruował kalkulator... kieszonkowy. Ten pionier miniaturyzacji maszyn, a pionierzy na ogół nie mają łatwego życia (można ich poznać, jak mawiają Amerykanie, ... po strzale w plecach), nie zawsze spotykał się ze zrozumieniem współczesnych (S. Pepys: 
"Bardzo ładne, ale mało użyteczne"; R. Hooke: "Widziałem maszynkę arytmetyczną sir Morlanda. Idiotyzm.") 

Na wiek XVII przypada również żywot jednego z najprzedniejszych umysłów wszystkich czasów - Gottfrieda Leibniza. Jego zasługi dla nauki i filozofii są powszechnie znane, natomiast mniej znane są prace nad konstrukcją maszyn liczących. W 1671r. Leibniz tak pisał: "Nie godzi się wybitnym ludziom trwonić czas na niewolniczą pracę, na obliczenia, które z zastosowaniem maszyn mógłby wykonać ktokolwiek". 

W 1822r. Charles Babbage przesłał prezesowi brytyjskiej Akademii Nauk memoriał zawierający opis projektu maszyny zdolnej do kompilowania wszelkiego rodzaju tablic matematycznych przy użyciu li tylko metody różnic oraz propozycję sfinansowania budowy jego maszyny różnicowej ze środków państwowych. Środki te zostały przyznane, lecz projekt Babbage'a nie został zrealizowany, gdyż po prostu przerósł możliwości technologiczne epoki. 11 lat później na pewnym przyjęciu Babbage poznał pewną 18-latkę, a była to Ada Lovelace - córka wielkiego poety lorda Byrona, którego wszak nie miała okazji nigdy poznać. Młodsza o 23 lata od 

Babbage'a Ada, łącząca młodość, pasję, inteligencję i sobie właściwy tylko urok, stała się dla niego czymś w rodzaju podpory moralnej, ale przede wszystkim wniosła do rozwoju idei maszyny liczącej wiele znaczących innowacji. Gorzka była starość Charlesa Babbage'a, na co nie bez wpływu była przedwczesna i w opłakanej sytuacji materialnej śmierć Ady (1852). Do dziś w Muzeum Nauk przechowywany jest prototyp maszyny różnicowej, zaś jeden z bardziej znanych języków programowania nosi imię Ady. 

W 1890r. prasa amerykańska ogłosiła rozpoczęcie nowej ery: "Po raz pierwszy w historii świata spis wielkiego narodu dokonany został za pomocą elektryczności". Stało się to dzięki "systemom tabulacyjnym" H. Holleritha, wykorzystującym karty perforowane. Należałoby jeszcze chociaż wspomnieć o patentach Norwega F. Bulla i maszynie W. C. Burroughsa, o pracach logika G. Boole'a i Hiszpana Leonardo Torresy Queredo, o Angliku A. Turingu, który wymyślił "maszynę logiczno-matematyczną, czysto abstrakcyjną i teoretycznie uniwersalną, przy której po raz pierwszy pojawił się pomysł automatu algorytmicznego", czy wreszcie chociaż wymienić nazwisko Austriaka Kurta Goedla, który wykazał w 1931r., że - najogólniej mówiąc - wszelkie rozumowanie matematyczne, każda "metoda" winna sprowadzać się do jakiegoś algorytmu. Jeszcze do niedawna, i niemal powszechnie, za "ojca komputerów" uważano genialnego Johna von Neumanna, gdyż jego to koncepcja maszyny cyfrowej, opartej na binarnym układzie arytmetycznym, rozdziale programu i danych w pamięci itp., legła u podstaw prac prowadzonych w latach 40 w ramach wojskowego "Projektu X", a zmierzających do skonstruowania kalkulatora elektronicznego mającego przyspieszyć obliczenia balistyczne i z zakresu fizyki jądrowej. Uwieńczenie tych prac nastąpiło w dniu Św. Walentego, niewiele ponad pół wieku temu, gdy pewien generał (G. Barnes) przycisnął pewien guzik. 

15 lutego 1946r. na Uniwersytecie Pensylwanii w Filadelfii uruchomiono pierwszą elektroniczną maszynę cyfrową nazwaną przez jej konstruktorów: Johna Mauchly'ego i J. Prespera Eckerta - ENIAC (Electronic Numerical Integrator and Computer). Zainstalowany na parterze jednego z budynków Szkoły Moore'a, ENIAC ważył 30 t., zajmował 72 m 2 , składał się z 18 tys. lamp elektronowych szesnastu rodzajów, 6 tys. komutatorów, 10 tys. kondensatorów, 50 tys. oporników itp., zaś pobór mocy wynosił 140 kWh. Ulegał częstym uszkodzeniom, ale dobrze służył aż do października 1952r., kiedy to został sprzedany na złom, co po 50 latach było przyczyną sporych kłopotów z uruchomieniem ENIACA przez wiceprezydenta Ala Gore'a (nb. wielkiego entuzjastę komputerów). 

Wiosną 1993r. nadano tytuł Profesora Honorowego Instytutu Cybernetyki Ekonomicznej i Informatyki Uniwersytetu Szczecińskiego gościowi z Niemiec -  Konradowi Zuse. On to w 1938r. skonstruował pierwszą mechaniczną maszynę liczącą Z1, pracującą w oparciu o binarny system liczenia, zmienny przecinek i sterowaną przy pomocy taśmy dziurkowanej, a trzy lata później Z3, która była pierwszym zadowalająco działającym komputerem na świecie.22 Dodam, że Zuse był także autorem interesujących grafik przedstawiających nastrojowe obrazy Pomorza Zachodniego, gdzie upłynęła jego młodość. 

Takie były początki, następne zwroty, a raczej przyspieszenia w rozwoju komputerów wyznaczały kolejno wynalazki: tranzystora (1948), układu scalonego (1957) i mikroprocesora (1971). Potem rozpoczął się - u schyłku lat 80 -"boom pecetowy", który trwa do dziś. Obliczenia wykonywane w 1946r. przez ENIACA, w 1982r. wykonywał już mikrokomputer zbudowany z jednego lub kilku układów scalonych i bez trudu mieszczący się w szufladzie biurka. Ale przełom miał jeszcze nastąpić. 

Rok 1969 był rokiem dwóch wielkich wydarzeń, a mianowicie: w lipcu noga pierwszego człowieka stanęła na powierzchni Księżyca oraz uruchomiono eksperymentalną sieć komputerową ARPA. Pierwsze wydarzenie, poza wymiarem symbolicznym, spektakularnym, zapowiadało globalne sieci telekomunikacyjne, dla których np. transmisja z Księżyca nie stanowiła już problemu technicznego. Drugie, było realizacją koncepcji RAND-u systemu informacyjnego bez elementu centralnego sterowania, o rozproszonej strukturze i wysokiej niezawodności (dzięki alternatywnym drogom ominięcia uszkodzonych węzłów), który może obejmować swym zasięgiem terytorium dowolnej wielkości. Wojskowa sieć ARPA składająca się początkowo bodajże z ośmiu komputerów znajdujących się w różnych ośrodkach uniwersyteckich, w latach 70 rozwijała się kierunku zastosowań niemilitarnych, obejmując coraz więcej komputerów (także na innych kontynentach) i wymagając nowych standardów komunikacyjnych (TCP/IP). Około roku 1980 połączono ją z innymi sieciami (Usenet i BITNET), co dało swoistą mieszankę wielu sieci. I tak na początku ostatniej dekady XX wieku powstał INTERNET, oplatający centra komputerowe niemal na całym świecie, tworząc "splątaną pajęczynę sieci komputerowych".23

Do szczególnie znaczących dla rozwoju Internetu wydarzeń należy zaliczyć opracowanie przez Tima Barnersa-Lee oprogramowania i protokołów WWW (World Wide Web), jednego z podstawowych narzędzi internetowych. Dzięki temu nieznany przedtem inżynier z CERN znalazł się aż na 10 (!) miejscu na liście "Time'a" -  największych umysłów XX wieku. Legendarny już twórca "imperium Microsoftu", najbogatszy aktualnie człowiek na świecie, Bill H. Gates nie kryje, że najbliższa przyszłość należy do globalnej Infostrady opartej na rozwoju Internetu, która stanie się podstawą "Globalnej Wioski", której nadejście wieścił już w latach 60 Marshall Mc Luhan.24
 
 
 
 

"Postęp może kiedyś był dobry, ale trwa już za długo" 
Prawo O. Nasha 
"Ludzie wieku elektronicznego kształtują samych siebie 
na obraz i podobieństwo technologii" 
J. David Bolter 

7. Cyberiady

Czego to się nie wieści u schyłku mijającego stulecia? Ileż to nowych klęsk i zagrożeń przywołuje się, aby wstrząsnąć naszym sumieniem? A ile przeróżnych "upadków" (obyczajów, sztuki, wartości itp.) wróży się, dostrzegając ich źródło już nie w historii ("koniec historii"?), czy ideologii ("koniec ideologii"?), lecz w technologii. To też już było i niemal każdy koniec wieku ("Fin de siecle") przynosi podobne nastroje. Jednakże trzeba przyznać, że kumulacja pozytywnych i negatywnych doświadczeń powstałych w, trwającym mniej więcej sto lat, procesie rozwoju naukowo-technicznego, daje podstawy, do może nie tyle kassandrycznych wieszczeń, co do zracjonalizowanego namysłu nad tym co jest możliwe i prawdopodobne w, bliższej i dalszej, przyszłości. I tak, wydaje się, że dotychczas stworzona globalna infrastruktura cybernetyczna (teleinformatyczna), stale rozwijająca się (w sensie organizacyjnym, informacyjnym, technicznym, programowym), będzie niewątpliwie terenem dalszych przemian obyczajowych i kulturowych. Powstała swoista "kultura cybernetyczna" (cyberculture), w której ramach mają miejsce wielce interesujące eksperymenty z pogranicza sztuki i technologii. "Realną" rzeczywistość przenika "rzeczywistość wirtualna". Zygmunt Bauman zauważył: "Role się teraz odwracają: to, co narodziło się jako reprezentacja rzeczywistości, stało się standardem i miarą dla rzeczywistości, jaką rzekomo nadal reprezentuje. Mało która rzeczywistość potrafi tym standardom sprostać - a więc tym gorzej dla niej". Z kolei, Kazimierz Krzysztofek zwraca uwagę na to, że "Około półtora miliarda ludzi, o mniejszym lub większym, ale jednak ograniczonym w przeszłości dostępie do kultury medialnej, przeżywa swoisty "cud audiowizualny". Wskutek pauperyzacji społeczeństw i niedostatku funduszy publicznych nastąpił regres w wielu dziedzinach życia kulturalnego i infrastrukturze kultury, ale nastąpiła gwałtowna ekspansja najważniejszego dziś w międzynarodowych stosunkach kulturalnych sektora audiowizualnego". W ciągu ostatnich 5 lat wskaźnik wyposażenia gospodarstw domowych w urządzenia do odbioru programów audiowizualnych wzrósł od kilku do kilkunastu razy. Raz jeszcze sprawdziły się przewidywania Marshalla Mc Luhana o "globalnej wiosce", choć może właściwsze byłoby postrzeganie raczej "globalnego miasta" (mieszkańcy jego żyją "za ścianą", obok siebie, coraz bardziej łącząc się z sobą za pośrednictwem elektronicznych mediów), gdyż wioska pozostaje ciągle wioską (w każdym razie w naszym kraju nie przybliża się do centrów kulturowych). Na dobre i złe jesteśmy, choć w różnym stopniu (?), mieszkańcami "przestrzeni cybernetycznej", korzystając z tego, co ona już oferuje (np. telezakupy, teleedukacja, telekonferencje, E-mail, E-biznes...). 

Neil Postman nazywa "technopolem" pejzaż komunikowania społecznego zdominowany przez obrazy fotograficzne, filmowe i obrazy syntetyzowane komputerowo25 , wytworzone przy użyciu mediów elektronicznych. W 1989r. J.Z. Lanier stworzył pojęcie "wirtualnej rzeczywistości" (Virtual Reality). Oznacza ono połączenie wysokiej jakości platform graficznych zapewniających uzyskanie fotorealistycznej, trójwymiarowej grafiki komputerowej oraz możliwości jej animacji ze specyficznymi urządzeniami zewnętrznymi. Takimi urządzeniami są: hełm wirtualny (Head - Mounted Display) umożliwiający widzenie trójwymiarowych obrazów zmieniających się wraz z ruchem głowy, rękawica lub kombinezon danych (Data Glove i Data Snit) dostarczający wrażeń dotykowych, szkielet zewnętrzny (Exoskeleton) umożliwiający doświadczenie tzw. sił haptycznych (połączenie haptyczne to wzajemne relacje ciała ludzkiego i otoczenia), a także elementy kontrolujące typu systemy śledzenia ruchów (Tracking Systems). Połączenie wszystkich tych układów w jeden system ma na celu stymulowanie zmysłów człowieka w taki sposób, aby odbierał on sztuczne, komputerowo generowane środowisko jako realne. W tym środowisku użytkownik zostaje umieszczony wewnątrz wykreowanej przestrzeni i widzi ją tak, jak przestrzeń otaczającego świata naturalnego. Możliwe jest także przebywanie tam więcej niż jednej osoby oraz odtwarzanie ich wzajemnych interakcji. Istotnymi cechami VR są: interaktywność i immersja, której celem jest osiągnięcie wszechobejmującej iluzji zmysłowej bycia obecnym w innym od rzeczywistego środowisku. 

Uważa się, że VR może przynieść zmiany w poczuciu świadomości ludzi, np. przeniesienie poczucia świadomości z ciała realnego w "cyberprzestrzeń". Może to doprowadzić do zakłóceń w psychice użytkowników VR po powrocie do normalności. Z kolei, M. Heim w książce "Metafizyka rzeczywistości wirtualnej" analizuje następujące cechy: 

  • symulacja, czyli możliwość uzyskania repliki naszego otoczenia lub obiektów, które zwodzą nasze zmysły, powodując, że symulowana sytuacja staje się prawdziwa,
  • interakcja
  • sztuczność
  • immersja, czyli "poczucie zanurzenia", 
  • teleobecność, czyli możliwość przenoszenia się w dowolne miejsce (nawet środowisk wrogich człowiekowi),
  • pełna immersja ciała człowieka
  • komunikacja w sieci.

W "technopolu" obok mediów elektronicznych wciąż istnieje np. tradycyjne kino, chociaż po obejrzeniu np. filmu "Matrix" tracimy pewność, czy jest to jeszcze kino. Mamy zatem do czynienia z niejednolitym modelem doświadczenia, stanowiącego mieszaninę starych i nowych kanałów postrzegania, rodzaj maszyny hybrydowej, łączącej bezkonfliktowo euklidesową przestrzeń, doświadczenia cyfrowo ukształtowanego świata i rodzaj "videohalucynacji". Mitologia nowych mediów opiera się na "ekstazie komunikowania", wskutek tego coraz częściej komunikujemy się poprzez media elektroniczne, coraz rzadziej ze sobą rozmawiamy, choć coraz silniej odczuwamy potrzebę lokalności, przejrzystości, związków skupionych, osobowych, których zaczyna brakować w naszej kulturze. Stajemy się bardziej przedmiotem informacji niż podmiotem komunikowania. 

Czy zatem następuje rozstanie z "Erą Gutenberga"? I tak, i nie. Papierowy nośnik informacji nadal dominuje, zaś kunszt edytorski, wysublimowana estetyka wydawnictw (o jakości obrazu niegorszej od oryginału) wręcz zdumiewa. Ale uzupełniany jest przez nośniki elektroniczne, świat multimedialny, hipertekstualny itp. To nie alternatywa, lecz raczej swoista konwergencja dwóch światów: schyłkowej (jednak) "Ery Gutenberga" i agresywnej, postmodernistycznej "Ery Cybernetycznej". Ta nowa era budzenia się z modernizmu, zdaje się być opanowana przez fantasmagorie. Poszukiwany jest system wartości, który mógłby stanowić oparcie dla człowieka w świecie mediów, technik i technologii informacyjnych. Wyrazem tego mogą być zarówno ruchy kontestatorskie lat 60, gnoza "New Age" i różne odmiany agnostycyzmu, scjentologia i renesans fundamentalizmu religijnego, jak i postmodernizmu w kulturze wraz z dominacją kultury masowej w swoisty sposób zwielokrotnionej przez elektroniczne media. Postmoderniści uważają, że skoro już wszystko zostało powiedziane, to pozostaje już tylko gra konwencjami, repetycja wzorów, logiczna tautologia, autoironia i parodia. Łączy się to z akceptacją zwątpienia i przekonaniem o nieuporządkowanej strukturze rzeczywistości, a w technice artystycznej - z fragmentarycznością, niespójnością fabuły, zasadą cytatu, intertekstualnością, przemieszczeniem reguł gatunkowych itp. Bez względu na nasz stosunek do, nader często bełkotliwych i mętnych, wynurzeń teoretyków postmodernizmu, to należy podkreślić, że wszystkie wymienione wyżej cechy przypisywane temu nurtowi, w warunkach "cybernetycznej przestrzeńi" ulegają niewątpliwie amplifikacji i przyspieszeniu. Tempo zmian, pogoń za nowością, globalizacja i wirtualizacja mediów i ich "halucynogenność" sprzyjają alienacji, poczuciu wyobcowania i zagubienia także w rzeczywistości wirtualnej. Już dziś funkcjonują pojęcia: "internetoholizm" - dla określenia zjawiska uzależnienia od Internetu, oraz "syndrom pilota TV" - dla zjawiska cokolwiek bezmyślnego zmieniania kanałów telewizyjnych (oferowanych już nie w dziesiątkach, lecz setkach), co z powodzeniem wypiera dotychczasowe formy wypoczynku. 

Od wieków żyjemy w świecie organizacji. Przez wieki struktury organizacyjne stosunkowo niewiele się zmieniały, że ulegaliśmy złudzeniu "hierarchii na zawsze". Dopiero rewolucja teleinformatyczna przyniosła zapowiedź zasadniczych zmian organizacyjnych. Jedną z nich jest koncepcja organizacji wirtualnej26. Ujmując najogólniej, wirtualna organizacja polega na włączeniu wszystkich lub tylko niektórych ludzi z różnych organizacji do wspólnej gry na rynku. W organizacji wirtualnej występują: sieć, opierająca się na długotrwałych związkach kooperacyjnych, oraz wirtualne przedsiębiorstwo, składające się z uczestników sieci i integratora, który koordynuje ich aktywność. Po realizacji zadania (np. usługi) uczestnicy sieci rozdzielają się i znów funkcjonują samodzielnie. Można powiedzieć, że wirtualne przedsiębiorstwo jest tworem sztucznym, który bazuje na indywidualnych kompetencjach kluczowych i integruje niezależnie firmy wzdłuż tzw. wspólnego łańcucha wartości produkcji, przy czym nie występuje żadne centrum administracyjne, zaś powiązania między elementami mają charakter wyłącznie prawny. Wirtualna organizacja zmienia zasadniczo rolę i charakter działania poszczególnych jej uczestników. Są one odmienne od tradycyjnego usytuowania, które cechuje świadomość miejsca, zakres obowiązków, charakter relacji i stosunków wzajemnych itp. Zmusza to do zmiany sposobu myślenia o organizacji, dzięki któremu można sobie radzić z niejednoznacznością i paradoksem. Obrazy i metafory dostarczają także strukturalnych podstaw działania organizacji wirtualnej. 

Realny człowiek w przestrzeni cybernetycznej - jako użytkownik wirtualnej rzeczywistości i uczestnik organizacji wirtualnej - staje wobec nieznanych dotąd dylematów. Z jednej strony rozszerza się zakres doznań i wrażeń oraz rośnie efektywność działań organizacyjnych, ale z drugiej strony - nie zmniejsza się poczucie niepewności i nieokreśloności czy nawet zagubienia w zmieniającym się świecie, w którym mieszają się cechy świata mijającego i nadchodzącego. Wirtualną rzeczywistość określono niegdyś jako LSD XXI wieku. Organizacja wirtualna wzmaga (bo wymaga) wzajemnego zaufania. Cybernetyczna kultura może oferować: powierzchowność i ulotność wrażeń i doznań, ale także dostęp do całej pamięci cywilizacji i swobodne poruszanie się po jej różnych obszarach. 

Przybywa "internautów", których jest dziś dziesiątki lub może setki milionów, wielkie spektakle telewizyjne ogląda - jednocześnie - ponad miliard ludzi. Słychać o postępującej komercjalizacji Internetu i innych mediów oraz towarzyszącemu jej "zanikaniu moralności", ale moralni (lub nie) mogą być przecież tylko ich użytkownicy. Znany niegdyś pisarz katolicki, Julien Green napisał: "Wiek XX jest wiekiem moralistów, a to znaczy obłudników. Nie ma nic gorszego niż Ci, co wciąż wszystkich pouczają". 

Czas kończyć ten niewielki fragment "cyberiad", w której siłą rzeczy uczestniczę nie tylko intelektualnie. Z Internetu korzystają wszyscy w rodzinie. Starszy syn pracuje w firmie internetowej, żyjąc dosłownie z informacji (był także jednym z kreatorów wirtualnej kandydatki na stanowisko prezydenta Victorii Cut i członkiem jej komitetu wyborczego), zaś młodszy produkuje muzykę komputerową (jego płyta "Recgognition" została uznana za jedną z najlepszych nie tylko w tej części Europy), zaś promocja jej odbywa się w Internecie. Dzięki Internetowi komunikuje się on z zainteresowanymi tą muzyką na całym świecie. To już nikogo nie dziwi, tak musi być, bo przestrzeń cybernetyczna wchłania nas coraz bardziej. 

Kończąc, mogę tylko powtórzyć za J. P. Barlowem: "Wiele napisano już o cyberprzestrzeni, wychwalając i krytykując, ale dla mnie jest to wynalazek takiej wielkości, że próba jego scharakteryzowania jako rzeczy dobrej lub złej znacznie go trywializuje. Myślę również, że jeśli chodzi o cyberprzestrzeń, nie mamy wielkiego wyboru. To nadchodzi, czy nam się podoba, czy nie"27
 
 
 
 

"Wiedza jest naszym przeznaczeniem. 
Naszą przyszłością jest samowiedza 
składająca w końcu w jedną całość 
doświadczenia sztuki i naukowe wyjaśnienia". 
Jacob Bronowski 

8. Społeczeństwo cybernetyczne

"Ruch ku społeczeństwu postkapitalistycznemu zaczął się wkrótce po II wojnie światowej. Ale dopiero po upadku marksizmu jako ideologii i komunizmu jako systemu stało się jasne, że zmierzamy ku nowemu, zupełnie innemu społeczeństwu" - twierdzi Peter F. Drucker.28 Podobny pogląd wyrażali m.in. D. Bell, A. Toffler, R. Aaron, R. Dahrendorf, R. Rostow, J. Galbraith, A. Etzoni, R. Brzeziński, Y. Masuda, M. Mc Luhan. Używali przy tym bardzo różnych określeń dla nadchodzącej epoki, np. "globalna wioska" (Mc Luhan), "społeczeństwo postkapitalistyczne" (Drucker, Dahrendorf), "społeczeństwo postmodernistyczne" (Etzoni), "trzecia fala" (Toffler), "era technotroniczna" (Brzeziński), "społeczeństwo informacyjne" (Masuda), a także "społeczeństwo informatyczne" i "społeczeństwo cybernetyczne". Mnogość użytych nazw sugeruje raczej pewną bezradność badaczy zjawisk społecznych, zwłaszcza, że w strukturze społecznej zatrudnienia zaczęły dominować usługi, informacyjne w szczególności, zaś przyczyną tych zmian był postęp w dziedzinie technik i technologii informacyjnych. Postęp ten jest rezultatem rewolucji naukowo- technicznej, jaka miała miejsce w XX wieku, którą wyraża fascynujący rozwój informatyki i telekomunikacji, mający swe źródła w zastosowaniach osiągnięć głównie w dziedzinie fizyki ciała stałego. Być może nie tyle zdumiewające są owe zmiany naukowo-techniczne, co ich tempo. 

Autor japońskiego programu społeczeństwa informacyjnego, Yoneji Masuda twierdzi: "Cywilizacja, którą zbudujemy, zbliżając się do XXI wieku, nie będzie cywilizacją materialną, symbolizowaną przez ogromne konstrukcje, ale będzie cywilizacją niewidoczną. Precyzyjniej powinno się ją nazywać "cywilizacją informacyjną"". Celem społeczeństwa informacyjnego jest - według Masudy -  "społeczeństwo, które przyniesie ogólny stan rozkwitu ludzkiej twórczości intelektualnej". Można cel ten interpretować jako pewien proces rozpoznania przyszłych możliwości rozwojowych, dzięki pełnemu zaangażowaniu informacji i wiedzy, aby te potencjalne możliwości efektywnie zrealizować w praktyce społecznej. 

Przyjmijmy, że społeczeństwo informacyjne to takie społeczeństwo, które nie tylko dysponuje rozwiniętymi systemami informacyjnymi i zaawansowanymi informacyjnymi technologiami, lecz posiadające zdolność wykorzystywania ich jako podstawy tworzenia dochodu narodowego i źródła utrzymania większości społeczeństwa.29

W raporcie z roku 1994 komisarza europejskiego Martina Bangemanna czytamy: 
"Społeczeństwa, które pierwsze wkroczą w erę informacyjną zbiorą największe profity. Natomiast kraje, które zwlekają, lub stosują rozwiązania połowiczne, mogą już w ciągu najbliższej dekady stanąć wobec dramatycznego spadku inwestycji i liczby miejsc pracy". 

Powstanie społeczeństwa informacyjnego jest wyrazem nie tylko postępu naukowo-technicznego i jego społecznych konsekwencji, co wyrazem ogólnego postępu cywilizacyjnego. Aczkolwiek można spotkać, wcale liczne, próby zakwestionowania kategorii postępu, to trzeba doprawdy wiele złej woli, by nie dostrzegać tendencji zmierzającej do zatarcia granic między pracą a zajęciem i spowodowania by praca nie była przekleństwem, kojarzącym się z "potem i łzami", jak to w "dawnych dobrych czasach" nader często bywało. Trudno, oczywiście, nie podzielać obaw Ryszarda Kapuścińskiego: "... rozwój to zdradliwa rzeka, o czym przekona się każdy, kto wstąpi w jej nurt. Na powierzchni woda płynie gładko i wartko, ale wystarczy, żeby sternik ruszył swoją łodzią beztrosko i z nadmierną pewnością siebie, a wnet zobaczy, ile w tej rzece groźnych wirów i rozległych mielizn (...) Niby jeszcze się płynie, ale już się stoi, niby łódź rusza się, ale tkwi w miejscu: dziób osiadł na mieliźnie".30

Na skutki społecznych zagrożeń związanych z rozwojem społeczeństwa informacyjnego zwracał uwagę Umberto Eco: "Według najbardziej pesymistycznych przewidywań ukształtuje się społeczeństwo podzielone na trzy klasy: na najniższym poziomie klasa proletariuszy nie mających dostępu do komputerów (a tym samym do książek) i uzależnionych całkowicie od przekazu audiowizualnego, czyli telewizji, na poziomie średnim drobnomieszczaństwo, które umie korzystać z komputera biernie (typowym przykładem jest urzędnik linii lotniczych, sprawdzający na komputerze rozkład lotów i listy rezerwacji); a wreszcie "nomenklatura" (w sowieckim znaczeniu terminu), która wie, jak wykorzystać komputer do wykonywania analiz, jak funkcjonują programy, jak odróżnić informacje wartościowe, od takich, co niczego nie wnoszą".31

Jakie mogą być scenariusze rozwoju społeczeństwa, którego podstawą są technologie informacyjne (teleinformatyzacja i robotyzacja)? Proponuję rozważyć trzy warianty:32

  1. "społeczeństwo rozproszone" : atomizacja i indywidualizacja zachowań społecznych, "wolna" gra interesów, znaczne zróżnicowanie potrzeb, pośrednie formy komunikowania (np. przez Internet) itp. 
  2. "społeczeństwo zintegrowane": homogenizacja wartości, uniformizacja zachowań, gra grup interesów, standaryzacja potrzeb, komunikowanie sieciowe itp. 
  3. "społeczeństwo cybernetyczne": wiedza jako naczelna wartość, możliwości pełnego zaspokojenia potrzeb wyższego rzędu, w warunkach sprawnego sterowania społecznego, zapewniającego optymalny poziom "homeostazy społecznej" itp. 

Nie jest to zapewne podział ani "rozłączny", ani "zupełny". Każdy z wariantów ma mocne i słabe strony, każdy zawiera szansę i niesie zagrożenia. I każdy wymaga analizy ryzyka, wszak będącego immanentną cechą każdego procesu społecznego. Wymaga także ewaluacji skutków, wartościowania stosowanych technik i technologii. Czy niosą zagrożenie dehumanizacji? Chyba niekoniecznie, wszelako pod warunkiem, że unikać się będzie mylenia celów ze środkami do nich prowadzącymi, skutków z przyczynami, natomiast zachowana zostanie równowaga 30 R. Kapuściński: Lapidaria (1998.) 31 U. Eco: Nasze środki masowego przekazu a książki (1996.) 32 P. Sienkiewicz: "Analiza systemowa rozwoju społeczeństwa informacyjnego" (1993.) między Techniką a Humanistyką. Cybernetyka, od początku swego istnienia, postulowała optymalizację systemów i "homeostazę społeczną". Optymalizacja zakłada wybór celów, sposobów i środków działania - najlepszych (w sensie przyjętych kryteriów) spośród dopuszczalnych. 

Homeostaza jest zdolnością utrzymywania dynamicznej równowagi funkcjonalnej przez zespół sprzężonych ze sobą elementów (regulatorów) tworzących system. Jeżeli homeostaza społeczeństwa i homeostaza grup społecznych są zgodne z sobą i prawem, to interesy grup są takie same jak interesy całego społeczeństwa i pozostają w granicach prawa. 33 Jest to stan praworządności, który należy uznać jako pożądany dla społeczeństwa cybernetycznego o rozwiniętej sieci sprzężeń informacyjnych (Internet? Globalna Infostrada?). Perspektywa społeczeństwa informacyjnego, którego system nerwowy opiera się o funkcjonowanie Internetu, wydaje się być pociągająca, w każdym razie dostrzegam w nim więcej szans niż zagrożeń, których, rzecz jasna, nie wolno lekceważyć. W pełni podzielam zatem opinię Johna P. Barlowa (1995), że "Dzięki rozwojowi Internetu i stale zwiększającej się komunikacji pomiędzy połączonymi w sieć komputerami staliśmy się uczestnikami najbardziej przełomowego zdarzenia technologicznego od czasu okiełznania ognia".34
 
 
 
 

"Miał być lepszy od zeszłych nasz XX wiek. 
Już tego dowieść nie zdąży, 
lata ma policzone, 
krok chwiejny, oddech krótki. 
Już zbyt wiele się stało, 
co się stać nie miało, 
a to, co miało nadejść, nie nadeszło." 
Wisława Szymborska

9. Na koniec wieku.

Fiodor Dostojewski przewidywał, że wiek XX zadecyduje o wszystkim, ale -  zauważył Józef Kozielecki - proroctwo wielkiego pisarza nie spełniło się. Nie mogło się spełnić, gdyż żadne stulecie nie jest zdolne dokonać ostatecznych rozstrzygnięć, ponieważ nastąpiłby koniec historii, a nic na to jeszcze nie wskazuje. Francis Fukuyama wieścił "koniec historii", ale upadek imperium i klęska ideologii, to jeszcze nie powód, aby ten sąd potraktować z nadmierną uwagą. Faktem jest, że po "Wiośnie Ludów" zamykającej dekadę lat 80 nie pojawił się model alternatywny wobec liberalnej rynkowo zorientowanej demokracji. Ale na naszych niejako oczach rozwija się społeczeństwo informacyjne, post-kapitalistyczne według Petera F. Druckera. Przynosi ono nową filozofię rozwoju, rozwoju opartego na wiedzy wspomaganej przez technologie informacyjne o zasięgu globalnym. Przymierzanie do niego miar i schematów rodem z XIX-wiecznego kapitalizmu jest w istocie pozbawione większego sensu. Zmiany kulturowe, w tym obyczajowe, wskazują jednoznacznie, że człowiek ery "Trzeciej fali" różni się mimo wszystko od swych poprzedników żyjących w innych epokach. Wiele kwestii "już było i nie wróci więcej", a jeśli wrócą, to jednak w innej postaci. Można tęsknić za "epoką katedr", lecz teraz mamy "epokę komputerów" (nb. dzięki której romańskie i gotyckie katedry lśnią jakby pełnym blaskiem, a co również istotne, mogą być podziwiane przez niemal wszystkich mieszkańców "globalnej wioski", zarówno w postaci "realnej", jak i "wirtualnej"). Można wzdychać do czasów, gdy wszystko było proste, ale proste to już było, obecnie w coraz większym stopniu "wszystko zależy od wszystkiego". Człowiek żyje dziś znacznie dłużej (w "epoce katedr" średnia wieku niewiele przekraczała 30 lat!) i ma, praktycznie, dostęp do całej "pamięci cywilizacji", czyli wszystkich osiągnięć Kultury. O końcu tego stulecia można powiedzieć, że cechą tego okresu jest nadmiar, zarówno dóbr konsumpcyjnych (towarów) - co doświadczają tylko społeczeństwa zamożne lub rozwijające się, sfera ubóstwa pozostaje nadal dramatycznie rozległa, jak i nadmiar informacji. "Morze książek, czasopism, taśm, stron Internetu, a wszystko pełne wszelkich teorii, nazw, danych.(...) Świat roi się od niechcianej, niepotrzebnej informacji". Nadmiar towarów i informacji, to - rzecz jasna - nie jedyne zagrożenia postrzegane na przełomie stuleci, które charakteryzuje się także i tym, że bogaci są coraz bogatsi, zaś biedni - coraz biedniejsi. I stanu tego nie są w stanie zmienić ani modły, ani żarliwe apele o to, by bogaci dzielili się swym bogactwem z biednymi. Należy mieć świadomość tego, że jesteśmy odpowiedzialni nie tylko za nasze czyny, lecz również za nasze zaniechania. 

Wiek XX dość łatwo usadowić "na ławie oskarżonych", wytaczając mu "proces" o wiele niegodziwości, których skala przerasta wszystko, co doświadczyła ludzkość w przeszłości. Wiek XX był stuleciem "nieprawdopodobnego", przyniósł bowiem wiele wspaniałych odkryć i wynalazków. Był to jednak i wiek działania "destrukcyjnego" człowieka, gdyż obrodził w okrutne totalitaryzmy, dokonujące zbrodni ludobójstwa, przynoszące Holocaust i Archipelag Gułag, oraz dwie okrutne, masowe wojny światowe, użycie broni masowej zagłady. Nie udało się przeciwdziałać plagom głodu, kataklizmom, a także różnym lokalnym, krwawym wojnom, których w drugiej połowie stulecia wcale nie ubywało. Niekiedy przyczyn doszukuje się w Technice. To absurd. Zauważono, że "Potępienie techniki in toto, to niepamięć o ogrodach kwitnących dzięki odsolonej wodzie morskiej, natomiast idealizowanie techniki to niepamięć o Hiroszimie" (Stuart Chase). 

Jaki będzie wiek następny? Na to pytanie mogą beztrosko odpowiadać prorocy i filozofowie, publicyści i politycy, opierając się na przeróżnych przepowiedniach, których nigdy nie brakowało, a którym ochoczo dawali nieraz wiarę. Zapewne, jeśli nie zbraknie mądrości i nie powtórzymy błędów popełnionych w minionych latach, to już być może jej nie wystarczy, by zapobiec nowym, własnym. Jeden z teoretyków systemów, Gerald Weinberg, zwrócił uwagę, że "Istotne własności systemów nie dają się badać. A jak prognozować coś, co się nie da badać?" Ale choć, nie wiemy dokąd idziemy, to idziemy tam prosto, jak strzelił... 

*** 

Moja "odyseja cybernetyczna" tak naprawdę zaczęła się w Łobezie. Lektury, rozmowy i dyskusje młodości wpłynęły na ukształtowanie się jakiejś, zapewne uproszczonej i niezbyt spójnej wizji świata. Zaszczepione, głównie przez ojca, zasady które mógłbym określić jako "oświeceniowe", nadawały naczelną rangę Nauce, dzięki której rozwija się Technika mająca służyć jako sprawne narzędzie Człowiekowi. Sądzę, że dzięki temu pociągały mnie zagadnienia i problemy multidyscyplinarne i interdyscyplinarne, niejako wspólne dla wielu dziedzin życia, ale oparte nie na "wieszczeniu", lecz na ścisłej wiedzy. Gdy po maturze w 1963 r. rozpocząłem studia w Wojskowej Akademii Technicznej, rychło nie miałem wątpliwości, że tym właściwym dla mnie miejscem jest, pierwszy w kraju, Wydział Cybernetyki. Studia cybernetyczne ukończyłem w 1969 roku i ...kontynuuję je do dziś, pracując kolejno w Wojskowym Instytucie Łączności, Akademii Sztabu Generalnego i Akademii Obrony Narodowej. Doktorat obroniłem dokładnie ćwierć wieku temu na Wydziale Cybernetyki WAT, po następnych 5 latach uzyskałem stopień doktora habilitowanego, zaś w 1986 r. odebrałem w Belwederze nominację profesorską. Napisałem tuzin książek i ok. 300 artykułów i referatów, organizowałem dziesiątki znaczących imprez cybernetyczno-systemowych i informatycznych, wypromowałem 30 doktorów i ok. 100 magistrów, inżynierów i licencjatów. Wykładam w kilku różnych uczelniach. Od 1987 r. jestem prezesem Polskiego Towarzystwa Cybernetycznego. Biorę udział w pracach wielu rad, komitetów itp. oraz towarzystw naukowych. Jest to "normalne". 

Spośród napisanych książek najbardziej cenię "Teorię efektywności systemów", ale najbardziej lubię "Poszukiwanie Golema". W 1996 roku za pracę "Od Eniaca do Internetu" otrzymałem nagrodę w konkursie Radia Bis na najlepsze słuchowisko popularnonaukowe, zaś jako godłem posłużyłem się nazwą: "GOLEM". 

Praca naukowa, badania, dydaktyka, pisanie itp. wypełniały znaczną część mego życia, ale nie wydaje mi się bym poświęcił się jej bez reszty, co najwyżej wiele spraw, zwłaszcza tych osobistych, prywatnych, zaniedbałem. Dziś, myślę sobie, że należało te proporcje odwrócić, poświęcając więcej czasu rodzinie, bliskim, przyjaciołom. Nie żałuję wielu wyborów, zwłaszcza tego, że - niejako w przeddzień swych 55 urodzin, obchodzonych we wrześniu ostatniego roku XX wieku - mogę dziś powiedzieć: "Ja, cybernetyk". I nie jest ważny ścisły sens tej deklaracji, lecz wyznanie względnie konsekwentnej postawy, dla której kategorie: system, informacja, decyzja, sterowanie, zarządzanie, komputer, społeczeństwo informacyjne, itp. tworzą jej podstawy. One też określały kolejne etapy mojej "odysei cybernetycznej", której pragnąłbym nie kończyć w mijającym XX wieku, dalej poszukując Prawdy i Piękna, a raczej swojego... Golema. 

Arthur Clarke napisał: że "Kiedy dystyngowany uczony (po pięćdziesiątce) stwierdza, że coś jest możliwe, to prawie zawsze ma rację. Jeżeli jednak stwierdza, że coś jest niemożliwe, to z pewnością się myli". Dlatego, chociaż nie był to jedyny powód, zajmowałem się przede wszystkim tym, co jest możliwe i prawdopodobne. Nie wynika stąd, że w swej "odysei cybernetycznej" nie błądziłem, zawijając niekiedy do niewłaściwych portów. Jednakże pomyłki nie są fałszywą nauką, lecz fałszywą nauką jest nieprzyznawanie się do pomyłek. 
 
 

Warszawa, sierpień 2000r.
Piotr Sienkiewicz


21 R. Ligonniere: "Prehistoria i historia komputerów" (1992.) 
22Obecnie egzemplarz Z3 można oglądać w monachijskim muzeum techniki. 
23P. Gilster: "Internet. Przewodnik użytkownika" (1995.) 
24M. McLuhan: "Wybór pism" (1975.) 
25N. Postman: "Technopol. Triumf techniki nad kulturą" (1995.) 
26J. Rosenoer i inni: "Firma w Internecie" (2000.). B. Gates: "Biznes szybki jak myśl" (1999.) 
27J. O. Green, wyd, cyt. 
28P. F. Drucker: Społeczeństwo postkapitalistyczne (1999.) 
29Szerzej w pracy T. Gobon - Klasa i P. Sienkiewicza pt. "Społeczeństwo informacyjne - szanse, zagrożenia i wyzwania" (1999.) 
30R. Kapuściński: Lapidaria (1998.)
31U. Eco: Nasze środki masowego przekazu a książki (1996.)
32P. Sienkiewicz: "Analiza systemowa rozwoju społeczeństwa informacyjnego" (1993)
33M. Mazur, wyd. cyt. 
34J. O. Green: "Nowa era komunikacji" (1999.)



 
 

Henryk Banasiewicz

***

Taki jestem niemądry - straciłem nadzieję 
I półmrokiem okryty jak kamiennym płaszczem 
Niczego już nie pragnąc skryłem się w głąb siebie 
Puste swojego serca zwiedzałem pałace 


Taki jestem niemądry - lecz jak mogłem sądzić 
Że gdzieś za horyzontem, poza nieboskłonem 
W kolumnadzie słonecznej, w arkadach powietrza 
Nad świetlistym cię mógłbym odnaleźć jeziorem 


Dla mnie jesteś zbyt piękna, zbyt wiele masz wdzięku 
Cierpię myśląc, że znikniesz... że ktoś mi cię porwie 
Że zostanę na brzegu - jak zbudzony ze snu 
I tylko chmur odbicie zobaczę w jeziorze 
 
 

Henryk Banasiewicz


 
 

Lech M. Jakób

DRAPIEŻCY

"TRÓJKĄT ŚMIERCI
Podczas rutynowego obchodu Jeziora nadleśniczy Andrzej Hok dokonał niecodziennego odkrycia. Znalazł w Zatoce Spokojnego Żeru trzy martwe zwierzęta złączone uściskiem: szczupaka, wilka i bielika. 
Początkowo sądził, iż trafił na ślad kłusowniczej działalności. Ale przeczyło temu odgryzione skrzydło orła. Przytrzymywany jego szponami szczupak miał rozdarty brzuch. Wilk był okulawiony. Ostry dziób bielika głęboko poranił też wilczą szyję. Woda wokoło była czerwona od krwi, a ciało wilka jeszcze ciepłe. Do dramatu musiało dojść tuż przed przybyciem nadleśniczego. 
Skontaktowaliśmy się w tej sprawie z Instytutem Ochrony Przyrody. Nie potrafiono nam wyjaśnić, jak do podobnej sytuacji mogło dojść. Natomiast wyrażono zdumienie obecnością wilka. Gatunek - canis lupus - zniknął z tego obszaru blisko pół wieku temu. Pojawienie się wilka zapewne ma związek z wieloletnim programem całkowitej ochrony Jeziora i przyległych terenów, zmierzającym do przekształcenia strefy w rezerwat krajobrazowo - ornitologiczny.
(jn)
("Gazeta Pomorska" nr 217, 18.09.1995r. )

Rozdział IV

Odcinek XII 
 
 

Ryba Od góry jaśniało. Stojący w głęboczku szczupak ożywił się, by po chwili, ruszyć w stronę wypłycenia. Parł wolno, z krótkimi przystankami wśród mijanych kęp ramienic. 

U podstawy stoku żerowały leszcze. Słyszał je wcześniej, lecz nie one zmusiły do opuszczenia kryjówki. I nie małe okonki, którym poświęcanie uwagi było stratą czasu. Intrygował ruch w górze zbocza. Niewyraźny, ale obiecujący. Takie drgania mogły pochodzić od chorej lub osłabionej ryby. 

Ekscytacja szczupaka wzrosła, gdy podpłynął jeszcze trochę. Widoczny na tle wywłócznika krąp - bowiem to on zwabił swoim nienaturalnym zachowaniem - właśnie opadał w toni. Bezwładnie, brzuchem do góry. Ledwo jednak jego pokryty białoszarymi plamami grzbiet dotknął dna, zerwał się i wzbijając obłok mułu wrócił pod powierzchnię. Ryba wyraźnie dogorywała. 

Drapieżca nie czekał dłużej ze zgarnięciem zdobyczy. Wystarczyło leniwe uderzenie ogona. Pochwycony krąp drgnął, by prawie natychmiast znieruchomieć w mocno zwartych szczękach. Tym razem niepokaźna ofiara połknięta została, bez obracania. 

Pierwszy posiłek tego dnia przyszedł łatwo. Ale wartało rozejrzeć się za następnym kąskiem, póki słońce odbierze ochotę do jakiegokolwiek ruchu. Gdyż rankami, po wydłużających się nocach, przegrzana woda wprawdzie stygła, jednak dzienny skwar nadal robił swoje. Około południa temperatura przypowierzchniowych stref potrafiła przekroczyć i dwadzieścia pięć stopni. Zaś głębiej, mimo trochę większego zimna, brakowało z kolei tlenu. Musiał przeto lawirować w ciągu doby, dzieląc czas między krótkie okresy polowania poszukiwania najdogodniejszych, miejsc postoju. 

Uporawszy się z krąpiem wolno przemknął wzdłuż łanów wywłócznika na wschód. Bliżej brzegu taplały się grążyce. Towarzyszący ich żerowaniu hałas nie przeszkadzał szczupakowi. Pozostał w tym rejonie, schodząc tylko trochę niżej -  między łodygi grzybieni. Kształt zbocza wskazywał na to, że właśnie tędy powinna prowadzić trasa wędrówek jego potencjalnych ofiar: wzdręg oraz: ulubionych płoci. 

Cierpliwe czuwanie przerwał nowy ruch. Odległy i chwilowo trudny do rozpoznania. Docierał zza południowowschodniego zakrętu. Jakby gdzieś tam poczęły gromadzić się stada drobniejszych ryb. Drapieżca opuścił dotychczasową czatownię, by niespiesznie minąć zakręt. 

Na wschodzie stromizna zbocza łagodniała. Zagłębienia znaczyły świeże kręgi jaśniejszego osadu zwieńczone wydalonymi łuskami - widomy ślad niedawnej obecności innych szczupaków. Lecz wszystkie wymiotło. I co ciekawe, wszystkie pognały w tę samą stronę - jeszcze dalej na wschód. 

Dopiero teraz pojął przyczynę wzmożonej aktywności drobiazgu. Już niegdyś w podobnym wydarzeniu uczestniczył: jego pobratymcy szykowali się do zbiorowej nagonki! Stąd wyczuwalne napięcie - stąd też pierwsze objawy paniki wśród, okrążanych. Bo szczupaki - o czym przekonał się niebawem - blokowały ujście mikrozatoczki. 

Chętnych do wspólnego polowania wciąż przybywało. Wkrótce przed zatoczką stały dziesiątki drapieżników. Głównie młodocianych. Lecz nie tylko. Z okolic nadciągnęły także osobniki większe. 

Samotnik ominął zgrupowanie i zszedł niżej, by zająć stanowisko w zachodnim łuku przydennej niecki. Powierzchnię wody od zarośniętego rogatkiem i moczarką dna dzieliło w tym miejscu niewiele ponad metr. Gorączkowo kłębiąca się drobnica kusiła - z trudem powstrzymywał przedwczesny atak. 

Wreszcie pobratymcy ruszyli. Jednocześnie, szeroką ławą. Napierając w głąb zatoki od powierzchni. Zrazu wolno, potem szybciej. 

I nagle spokojną dotąd taflę wody wzburzyły setki pierzchających rybek. Napastnicy uderzali zdecydowanie. Coraz ciaśniejsza przestrzeń między atakującymi a brzegiem poczęła wręcz kipieć. Część szalejących z przerażenia ofiar wyskakiwało wysoko w powietrze, pozostałe próbowały ucieczki w stronę brzegu. Lecz i tam czekała na nie zguba. Szczupaki były już wszędzie - także w oczeretach i na wypłyceniu wśród trzcin. 

Niebawem masakrowanej drobnicy zagrozili następni rybożercy. Przedłużający się hałas zmasowanych ataków ściągnął mewy. 

Również i samotnik w tym czasie nie próżnował. Uderzenie nacierających zepchnęło wielu uciekinierów głębiej - między rośliny. Akurat w pobliże jego stanowiska. 

Zielony gąszcz krył i okazalsze ofiary. Wprawdzie - w odróżnieniu od drobnicy - tak szybko popłochowi nie uległy, ale i one, koniec końców, ujawnić się musiały. 

Jako jeden z pierwszych przemknął obok samotnika lin. Tuż nad dnem, oddzielony kępą moczarki. I gdyby nie dezorientujące natężenie dźwięków z góry, byłby czyhający uderzył w porę. Niestety, zabrakło ułamka sekundy. Uciekinier zdążył prysnąć. 

Podobnie stało się z wyrośniętą płocią, która wyskoczyła prostopadle .prawie od ogona, Tej nawet nie ścigał, w chwilę później zajęty wyłuskiwaniem uklejek. 

Umykały meandrującym sznurem, wykorzystując wąski prześwit między roślinami. Zaczajonemu u wylotu korytarza samotnikowi nie pozostało nic innego, jak łykanie rozpędzonych kąsków. Ukleje same wpadały w co rusz rozwierany pysk. Chwytał jedną, moment odczekiwał niżej i znów się podnosił. Trwało to wystarczająco długo, by zapełnić żołądek siedmioma rybkami. Bez uganiania się i zbędnego wysiłku. 

Zasadnicza nawałnica przetoczyła się górą, gasząc swój impet w głębi zatoki. Amok szczupaczej sfory ustał. Co prawda jeszcze tu i ówdzie trwały indywidualne pościgi, lecz właściwie było już po wszystkim. Rozkołysana powierzchnia wody wygładzała się, z wolna cichły głosy podnieconych ptaków. 

Nasycony dosyć obfitym posiłkiem samotnik zawrócił w stronę ujścia mikrozatoczki i ostrożnie spłynął niżej, kierując się ku wschodowi. Bokami oraz górą doganiały go i wyprzedzały cienie pobratymców. On sam za szybko poruszać się nie mógł. Znów kręgosłup. Znów ponowienie bólu, który - przynajmniej ostatnio -jakby ucichł. Cóż, wystarczyło kilka ostrzejszych zrywów w trakcie zbiorowego polowania i dolegliwość wróciła. 

Teraz pragnął tylko odetchnienia. Dać odpocząć nadwyrężonemu kręgosłupowi i w spokoju strawić pokarm. Jednak dogodne miejsca na wschód od małej zatoczki okupowały inne szczupaki, I choć z większością dopiero co polował, dla miejscowych nadal był obcy. Poczucie wspólnoty minęło razem z finałem nagonki. Niektórzy z roślejszych pobratymców demonstrowali niechęć wobec niego aż nadto wyraźnie. 

Chcąc uniknąć zwady przemknął dalej, by wkrótce oderwać się od stoku i pokonując głęboki rów osiągnąć zbocze podwodnej górki. Szczyt wzniesienia, ukryty pod powierzchnią, zarastały trzciny i już obsychające turzyce. Panującą tu ciszę zakłócał tylko jeden perkoz. A i w głębi nic nie odstręczało. 

Szczupak, wolno okrążywszy wypłycenie, zszedł niżej. Wybrane do odpoczynku miejsce obmywał ledwo wyczuwalny nurt. Wróciły przejściowo spłoszone drobniejsze ryby. Nie przeszkadzała im obecność pokojowo nastawionego drapieżcy. Może wśród nich stać, póki nie zdradzi ochoty na nowe polowanie. 
 


Wilk Zgubiony przez popielicę orzech spadł wilkowi na kark. Śpiący pod leszczyną otworzył oczy, zadarł głowę i przeciągając się wstał. Niemal natychmiast wróciło mrowienie kikuta. Odruchowo podkurczył uszkodzoną łapę na wysokość piersi. 

Pijąc wodę z pobliskiej kałuży wciąż nie potrafił otrząsnąć się z sennych widzeń. O bok ocierała się wilczyca; czuł na łopatkach jej łapy, delikatne kąsanie warg oraz pieszczotę jej szorstkiego języka wokół uszu. Lecz owa wizja, aczkolwiek wyrazista, ustąpiła silniejszemu obrazowi: rozrywaniu brzucha sarny, A wychłeptywana z kałuży woda zdawała się mieć smak i zapach krwi. Oblizał się z niedowierzaniem. 

Zdumienie; jego jeszcze wzrosło, gdy ujrzał zębiełka z młodymi. W poszyciu, może o dwa kroki dalej. Samiczka, jakby nie dostrzegając basiora, wiodła długi szereg małych. W gęstniejącym mroku trochę przypominało to pełznięcie węża. Zwłaszcza, że żywy sznur scalały łączenia: poczynając od pierwszego maleństwa za matką każdy następny przytrzymywał poprzednika zębami. 

Dłuższy czas tkwiący nieruchomo wilk jednym susem dopadł wiodącego zębiełka. Dopadł i natychmiast wypuścił. Pod nogi upadła gałąź. Suchy, skręcony kij - niczym nie przypominający przed momentem obserwowanej karawany ryjówkowatych. Nieufnie obwąchał przyległy rejon. Nic rzadnych śladów zapachowych. Żadnego szelestu czy widomej obecności jakiegokolwiek stworzenia. Czyżby aż tak się pomylił? 

Zdezorientowanemu basiorowi ciekła z pyska ślina. Dawało o sobie znać coraz silniejsze kruczenie w brzuchu. Wstrząsnął głową i pokuśtykał na północ, w stronę torfowisk. 

Minął rozgrzebane mrowisko, ślimaczą kuźnię pod świerkowym zagajnikiem i przewrócony jesion, by conocną rutynową trasą dotrzeć do ścieżek jeleni i dzików. Teraz ich skrzyżowanie znaczył dodatkowy trop: rysia. Tym dziwniejszy, że nie spotykany od lat. W każdym razie nigdy nie zetknął się z nim tu, w okolicach jeziora. W przypływie gniewu nastroszył grzywę. Jednak bliższe obwąchiwanie ściółki zaprzeczyło pierwotnemu rozpoznaniu. 

Szybko zapomniał o kocie, gdy uwagę przyciągnęła smużąca się nad ziemią woń padliny. W miarę podążania ku zachodowi mocniejsza, wręcz przenikliwa. I znów błąd. Stanął jak wryty. Woń pochodziła od sromotnika. Już nie dowierzał węchowi. Wprawdzie oba zapachy - tego właśnie grzyba oraz padliny - były podobne, ale nie potrafić ich odróżnić? Rozczarowany ruszył dalej. 

Zza skraju lasu niosło granie świerszczy. W prześwitach drzew pokazały się gwiazdy. Zwolnił trochę, a wkrótce stanął, ciężko dysząc. 

Zmęczenie? Lecz skąd? Kilometr przebiegł, może dwa. Zwykle łapy zaczynały drżeć po solidniejszym wysiłku. Nie wiedział, co się dzieje. Ciałem wędrowały fale gorąca. 

Przysiadł z wywieszonym językiem. Wśród rozrzuconych wokół piór walały się kości, daremnie usiłował powiązać widok ptasich, resztek z ledwo wyczuwalną wonią ryb. Zamknął na chwilę oczy. 

Sypało śniegiem. Wirujące w powietrzu płatki miękko opadały na sierść, tajały i przyjemnie chłodziły skórę. Leżąc w zaspie zgryzał i przeżuwał świeżą kość. Wreszcie pękła i mógł się dobrać do szpiku. Jeden ze spadających płatków raptem począł rosnąć i upodabniać się do drapieżnego ptaka. 

Zaniepokojony otworzył oczy. Prosto z góry nadlatywał borowiec. Bezszelestnie skręcił tuż nad jego głową, zniknął między drzewami i po chwili wrócił. Z łopotem. Olbrzymiejąc do rozmiarów bielika, którego wysunięte ku przodowi szpony nie pozostawiały wątpliwości: skrzydlaty drapieżca atakował! 

Dźgnięty lękiem basior popędził w głąb lasu. 

I gnał tak, póki starczyło oddechu. Wkrótce rzekomy atak birkuta poszedł w niepamięć. Zachłannie pił wodę z napotkanego strumyka. Znów miała smak krwi. 

Głośne chłeptanie wystraszyło jakieś zwierzę. Odszukał i odprowadził je wzrokiem, nie bardzo dowierzając temu, co widzi. Gdyż umykające stworzenie wskoczyło na drzewo, a dosyć wyraźnie odcinająca się na tle rozgwieżdżonego nieba sylwetka sugerowała, że na gałęzi przycupnął zając. Basior wytężył wzrok, lecz mimo usiłowań nie udało się dostrzec w tym miejsca ani wiewiórki, ani tumaka. Podbiegł do drzewa, wsparł przednią łapę o pień i podniósł głowę. Nadal szarak. Tyle, że typowo wiewiórczym sposobem smyrgnął dwa konary wyżej. 

Drżenie mięśni nie ustępowało. Czuł się osłabiony i wyczerpany. Również rozkołatanemu sercu należał się odpoczynek. Spać. Jedynie tego obecnie pragnął. Nawet dojmujący głód gdzieś zniknął. Oczy zamknęły się same. 

Nie zdążył jeszcze zasnąć, gdy do niedawnych, omamów węchowych i wzrokowych dołączyły słuchowe. Raptem zewsząd i jednocześnie eksplodowały znajome dźwięki. Słyszał czuszykanie cietrzewi, warkot bekasa, godowy ryk jeleni, brzęczenie komarów, nawoływania puszczyka oraz trzask gwałtownie łamanych drzew. Wszystko to mieszało się ze sobą,by ostatecznie u cichnąć, zwieńczone gasnącym trelem drozda. 

Niżej, pod długimi szypułkami dojrzewającej trzmieliny, srebrzyła się rosa. Krople pękały, opryskując z trudem przedzierającego się wysoką trawą. Zbierał na pierś i pajęczyny osnuwików. 

Nie zważał już na zwodnicze obrazy. Intuicja podpowiadała mu, że zarówno galasy niepostrzeżenie zmieniające się w myszy, jak i przeobrażona w kunę jaszczurka są niewartymi zachodu przywidzeniami; że powinien gnać dalej, pędzić tak długo, póki nie znikną albo ich nie zgubi. 

Po jakimś czasie istotnie zgubił. Otworzyła się przed nim pusta przestrzeń. Zgromadzone nad horyzontem szare zwaliska chmur rozpłynęły się w dali. Pojaśniało. I raptem spostrzegł, że biegnie mu się wyjątkowo lekko, bez uprzedniej męki. Znów ma cztery sprawne łapy. Przechodzi z truchtu w spokojny galop, a czerpana z ruchu zmysłowa przyjemność pobudza do galopu pełnego - co jest łatwe. 

Biegną razem. Dostrzega obok siebie waderę i pozostałych członków watahy. Podniecenie udziela się wszystkim - zaraz okrążą daniela, już doganiają, wystarczy uciekinierowi odciąć drogę. Właśnie wydłuża krok i przyspiesza, gdy po ściganym zostaje tylko ciemniejąca mgiełka. 

Ponownie jest sam. Nie wiadomo kiedy ze ścigającego przemieniony w ściganego słyszy za sobą groźny łopot skrzydeł birkuta. W ostatniej chwili zastawia się zębami i szuka ratunku w głębokiej wodzie. 

Wydawało mu się, że tonie. Parskając i prychając wyskoczył z bajora, otrząsnął mokrą sierść. Jakież było jego zdumienie, gdy spostrzegł, że świta. Wokół panowała cisza. Tylko od wschodu niosło cichy skrzek orzechówki. 

Z minionej nocy nie zapamiętał nic lub prawie nic. Co robił w bajorze? Polował? W ogóle coś jadł? Chyba jadł, skoro czuł posmak prawdziwka. Grzyb? Może zgryzł żabę? Brak pewności. Zmysły smaku i węchu nadal zwodziły. 

Za to miał inną pewność. Że gorączka ustąpiła. Razem z majakami. Wciąż trochę dygotał, lecz z zimna. W ciągu kilku ostatnich godzin temperatura spadła blisko zera. Rozlewający się przy ziemi chłód ożywił zapomniany od wiosny reumatyzm. 

Jednak, mimo ogólnego wyczerpania, czuł się na tyle dobrze, by pokuśtykać nad jezioro. Brzeg dużej wody obdarowywał nieraz godziwymi posiłkami. 

I tym razem się nie zawiódł. Jego głośne stąpanie przepłoszyło wydrę, która porzuciła nadjedzonego szczupaka. Niecierpliwie i z rozkoszą wbił zęby w rybi grzbiet. 

Nie przerywając gryzienia uniósł głowę. Z mgły od zachodu pojawił się nad trzcinami jakiś złowrogi cień. 
 


Orzeł Kłęby mgielnych oparów - prześwietlone; już słońcem od góry, ciemniejsze nad wodą - łączyły się i rozdzielały, tworząc miejscami. długie prześwity o lepszej widocz- ności. Czasem dało się w nich coś zobaczyć: liść grążela albo pałkę wodną na tle rozmytych trzcin. Lecz nie mijała chwila i widok znikał, by nagle pojawić się w innym rejonie. Równie krótko: i tak samo niewyraźnie. 

Siedzący ruch mgieł bielik nadal cierpliwie czekał. Niebawem opary powinny się rozsnuć, a wtedy zapoluje. Tego ranka zaspokoi głód. Musi. Wszak wczorajszy dzień był kiepski. Jeśli pominąć odbitą mewie ukleję, nie złowił nic. Zbliżonymi rezultatami zamykały się i wcześniejsze dni. Jakieś truchło kreta, jakiś mięczak, śnięta płoć, marne resztki zdobyczy krogulca i na tym koniec. Nieustannie czuł w żołądku ssanie. 

Rany po odstrzelonym kciuku i środkowym palcu zasklepiły się. Musiał tylko uważać na ucisk. Przy silniejszym - jak choćby teraz, gdy siedział na konarze - lewą stopę przeszywało dokuczliwe kłucie. Zapobiegał temu przerzucając większy ciężar ciała na stopę prawą. 

Znacznie gorzej wyglądało uszkodzenie skrzydła, Początkowo rana w ogóle nie chciała się goić. Przedramię, zwłaszcza okolice nadgarstka, spuchły. Obolałe miejsce jątrzył tkwiący pod skórą śrut. Co prawda dwie ołowiane kulki wypadły samoistnie podczas wznawianych prób lotu już następnego ranka, lecz ostatnia, usadowiona głębiej, omal nie doporowadziła do zakażenia. Szczęśliwie w porę ją wyłuskał. A właściwie wytrącił, wciąż manewrując dziobem wokół rany. Dopiero wtedy obrzmienie poczęło z wolną ustępować. Minęły też silniejsze bóle. 

Jeden z mgielnych prześwitów rozwarł się szerzej. Na odkrytym pasie wody przed oczeretami mignęła sylwetka kaczora krzyżówki. W pobliżu musiały krzątać się także inne ptaki. Świadczył o tym rosnący gwar. 

Orzeł czujniej uniósł głowę. Serce przyspieszyło rytm. Nawet nie widząc przez opary doskonale wiedział, gdzie są. Płynęły wzdłuż trzcin, od wschodu. Dokładnie takiej okazji wyczekiwał. 

Zaatakuje tego kaczora poza grupą. I uderzenie musi powieść się za pierwszym razem. Ewentualną dłuższą gonitwę wyklucza osłabione skrzydło. Czyli jeden udany atak, albo... kolejna klęska. Wiedział o tym aż nadto dobrze. 

Wykorzystując sprzyjającą zamysłowi mgłę zeskoczył z gałęzi i poszybował nad trzcinami. Kaczor nie mógł odpłynąć daleko. Byle nie przeoczyć najlepszego momentu. 

Wreszcie dojrzał cel. Był tuż tuż - na przedłużeniu linii lotu. Bez wahania ściągnął skrzydła i natarł ukosem z góry. 

Niestety, znów fiasko. Wprawdzie udało się ofiarę dopaść, lecz uszła. Zawiodły szpony - ich słaby chwyt. 

O powtórce ataku nie miał co marzyć. Rozhisteryzowane kaczki pierzchły, a i nadwyrężone skrzydło odmawiało posłuszeństwa. Jak niepyszny wrócił na przybrzeżną olchę. 

Chwila odpoczynku wystarczyła. Rozgrzany polowaniem wystartował jeszcze raz. Może spotka lepszą szansę na wschodzie. Tam wrzask przerażonych kaczek nie dotarł. 

Rzednące opary odsłaniały wciąż większe połacie wybrzeża i wody. Starał się lecieć nie ożywiając pulsującego bólu w uszkodzonym skrzydle. Jeśli będzie szybował bez gwałtowniejszych zrywów, utrzyma się w powietrzu dłużej. 

Wilka dostrzegł z daleka. Ujrzał, ale nie rozpoznał. Początkowo wydawało ma się, że to lis. Mgła nadal deformowała obrazy. Z resztą, nawet i przy dobrej widoczności mógł basiora pomylić z jakimś drobniejszym czworonogiem. Siedzący na brzegu chudzielec pożerał rybę. A zmierzwiona sierść i sterczące żebra włóczęgi nie budziły respektu. Jednak - widząc ostrzegawczo obnażone zęby - zawahał się i zrezygnował z już podejmowanej próby odbicia zdobyczy. Musi szukać dalej. 

Nowa okazja posiłku zjawiła się dopiero na wschodnim wypłyceniu. W lokalizacji pomógł stos pustych skorup małż między trzcinami; widomy znak obecności piżmaka. 

Gryzoń, akurat zajęty rozłupywaniem powłok skorupy szczeżui, do ostatniej chwili nie dostrzegł zagrożenia. A gdy ujrzał, było za późno. Bielik wręcz na nim usiadł, wduszając zdrową stopą w piach. 

Rozparcelowanie wywleczonej na brzeg ofiary nie trwało długo. Jeszcze z mokrym od krwi dziobem wrócił do wody po rozłupaną szczeżuję. Nie mógł pogardzić mięsem małży. Liczył się teraz nawet najmniejszy kąsek. 

Przegrzebawszy pozostałe puste skorupy ruszył pieszo na południe. Szedł i mocno kołysał się na boki, szorując wodę lotkami nienaturalnie zwieszonego skrzydła. Mógłby je podciągnąć, ale każde napięcie mięśni niosło przykre rwanie. Wystarczająco męczył się z lewą stopą. Przypominała o sobie na byle nierówności dna. 

Plusk towarzyszący brodzeniu orła słyszano i w pobliskim lesie. Na bezpieczną odległość przezornie odsunęły się żerujące grążyce, umykały drobne ryby. Nie zważał na to. Teraz interesowały drapieżcę wyłącznie młode żabki wodne. W pozyskiwaniu łatwiejsze, chociaż i z tym miał spory kłopot. Maleństwa potrafiły nieźle skakać. Raz po raz chybiał dziobem lub za susami żywotnych płazów po prostu nie nadążał. Mimo wszystko w sumie upolował kilka sztuk. 

Okaleczona stopa rozogniła się. Dalsza gonitwa mogła tylko pogorszyć jej stan. Nieco zwłócząc odstąpił od łowów, gdyż utarczki z żabim drobiazgiem powoli zaczynały go wciągać. Skoro pozyskanie większej zdobyczy nie wychodziło, chętnie byłby tu jeszcze pozostał. Cóż, może wróci później. 

Zwykle wzbijał się bezpośrednio z wody. Teraz jednak nie zaryzykował. Ostrożnie wyszedł na suchy ląd, rozglądając się za korzystniejszym miejscem startu. Znalazł takie trochę dalej, pod nawisem osiki. Wszedł tam, obrócił się ku brzegowi i z krótkiego rozpędu, ciężko łopocząc, uniósł się w powietrze. 

Okupiony bólem start zniechęcił do patrolowania południowych obrzeży jeziora. Wzbił się wyżej wyłącznie po to, aby resztę trasy pokonać z nieruchomo rozciągniętymi skrzydłami. 

Wypoczynkowa olcha wkrótce przywróciła nadwątloną energię. Poprawił się też nastrój bielika. Były ku temu powody. Wszak zjadł tego ranka więcej, niźli w ciągu ostatnich paru dni. 

Z rosnącą ciekawością rozejrzał się dookoła. Słońce stało już wysoko. Rozproszyły się resztki mgielnych oparów. Brzegiem lasu odlatywała na południowy wschód kukiełka. Zresztą, nie tylko ona. Zniknęły także trzcintaki, bączki i rybitwy. O nadciągającej jesieni świadczyło również gromadzenie się w duże stada młodych i starych łysek - ulubionych ofiar birkuta. 

Poranny ziąb z wolna ustępował. Niebawem zrobiło się gorąco. I właśnie ów skwar wytrącił orła z leniwego bezwładu. Zamarzyła mu się kąpiel. Zeskoczył z gałęzi i rozłożywszy skrzydła pomknął lotem ślizgowym w głąb zatoki. 

Rozerwana piersią powierzchnia wody bryznęła rozpraszanymi strugami. Taplał się, otrząsał i podskakiwał, płynąc jednocześnie w stronę płycizny. A osiągnąwszy ląd prawie z marszu wystartował w powietrze. 

Poderwał się i... spadł. Moment nieuwagi. Na chwilę zapomniał o urazie przedramienia. Jedno zbyt mocne targnięcie i natychmiast skarcony został przeszywającym bólem. 

Gdy oszołomienie minęło, brodząc wrócił na brzeg. Teraz postępował rozważniej. I przede wszystkim się nie spieszył. Przy okazji obsychały pióra. 

Druga próba była przeciwstawieństwem pierwszej. Wystartował miękko, z drżeniem o to, że za chwilę runie znów. Lęk minął po domknięciu kręgu nad zatoką. 

Lecz prawdziwie odetchnął w górze, dźwigany wstępującymi prądami. Dopiero wówczas zelżało pulsujące rwanie prawego przedramienia. Krótko potem zapomniał i o bólu. Odczuwał jedynie rozkosz, jaką dawały: pęd, niczym nie skrępowana przestrzeń i słonawy zapach północnego wiatru. 
 
 

Lech M. Jakób 
Powieść ukazała się nakładem wydawnictwa "Multico" 


 
 

Paweł Kozioł

***

Na twarzy 
dotyk skrzydeł. 
Jak przed burzą 
powietrze pełne niewidzialnych ptaków. 
Proporce wiatru, surmy 
ciszy. Zaraz trzeba 
wyruszać. Przeciwko swoim 
wiatrakom. 
 
 
Paweł Kozioł


 
 
Tekst sponsorowany: Stanisław Muszalski

Kazimierz Obuchowski

CYWILIZACJA A KULTURA - Część I

Cywilizacja

Cywilizacja to wg. Małego słownika języka polskiego - "stan rozwoju społeczeństwa ludzkiego w danym okresie historycznym, ze szczególnym uwzględnieniem kultury materialnej. Przeciwstawiamy cywilizację stanowi dzikości i barbarzyństwa". Natomiast kultura to wg. tego samego słownika: "całokształt dorobku ludzkości wytworzonego w rozwoju historycznym lub w określonej epoce". 

Inne słowniki, jak np. internetowy Webster, definiując "cywilizację", kładą nacisk na jakość i poziom stanu technologii, a kulturę ujmują jako postać cywilizacji. 

Definicje te są na tyle ogólne, a synonimy zawarte w tezaurusach na tyle odległe od podanego wyżej znaczenia, że można pozwolić sobie na definicję własną, zwłaszcza że zależy mi na takiej, która byłaby dostosowana do wymagań nauk psychologicznych. Mogłaby ona brzmieć następująco: 

Cywilizacja to zbiór na tyle wyodrębnionych i funkcjonalnych instytucji, że mogą one kontrolować jednostki ludzkie, znajdujące się w ich zasięgu, za pomocą (a) formowania realnych wzajemnych oczekiwań wyznaczających normalność i (b) egzekwowania zobowiązań1

Ujmując rzecz inaczej, można stwierdzić, że z cywilizacją mamy do czynienia wówczas, gdy w danych społecznościach powstają instytucje o charakterze podmiotów, gdyż tylko one mogą po coś, czegoś chcieć od innych i od siebie, i skłonne są do egzekwowania swoich wymagań. Pod tym względem każda cywilizowana instytucja może być rozpatrywana jako analog osobowości jednostki ludzkiej, a nawet stwarza badaczowi szansę włączenia jednostek ludzkich w zakres zjawiska, jakim jest cywilizacja, rozpatrując je tak, jak instytucje społeczne

Metaforycznie, mówi się o niektórych ludziach "człowiek-instytucja", podkreślając zakres jego wpływów i skuteczność wymagań stawianych w imię określonych celów nadjednostkowych. 

Zwracam uwagę na to, że używanie w prawie cywilnym kategorii "osobowość prawna" dodatkowo uzasadnia takie ujęcie. 

Chcę posunąć się o jeden krok dalej i stwierdzić, że być może cywilizacja powstaje dopiero wówczas, gdy jakieś jednostki ludzkie uzyskają stan podmiotowości. To one dopiero są w stanie formować instytucje cywilizowane. 

Barbarzyństwo, stanowiące przeciwieństwo cywilizacji można by więc utożsamiać z brakiem podmiotowości zarówno jednostek, jak i eo ipso - instytucji

W związku z takim ujęciem, wyróżnianie rodzajów cywilizacji, opierając się na kryteriach technologicznych, jak na przykład "cywilizacja technologiczna" lub "postindustrialna", nie jest konieczne, nawet przesuwa uwagę na cechy nieistotne, gdyż istotą cywilizacji jest istnienie wymagań, oczekiwań i zobowiązań instytucji w stosunku do jednostek ludzkich, a nie stosowane w tym celu środki techniczne lub warunki ich formowania. Nośnik cywilizacji może być ważny, wspomnę o tym analizując Alvina Tofflera koncepcję fal cywilizacyjnych, ale nieistotny dla zaistnienia samego zjawiska. 

Wymienione w definicji "oczekiwania", czy wprost "wymagania", ze strony instytucji, jak i ludzi mogą być formułowane bezpośrednio lub pośrednio. Dotyczą one przestrzegania różnego rodzaju zasad i standardów postępowania oraz wykonywania określonych działań - stawianie się do poboru, płacenie podatków itp. Jednostka, znajdując się w obszarze działania danych instytucji, liczy się z ich wymaganiami, dokonując wyborów uznawanych za prawidłowe, właściwe i ma również zwrotnie oczekiwania wobec tych instytucji. Przestrzeganie ich stanowi kryterium normalności obowiązujące w obszarze działania danych instytucji. Oczekiwania te nie muszą być jednolite i mogą być różne wobec osób zajmujących różne pozycje w tej samej instytucji. Dlatego inne jest kryterium normalności postępowania prezesa rady nadzorczej, a inne jego sekretarki. Nie ma tu więc ludzi jako takich. Są dani ludzie spełniający różne oczekiwania. I tak to ujmuje psychologia środowiskowa. 

Jest oczywiste, że szkoła, rodzina, zakład pracy, klub sportowy, jednostka wojskowa, parlament czy warsztat samochodowy, których członkiem lub uczestnikiem jest jednostka, różnią się rodzajem stwarzanych oczekiwań i zobowiązań. W klubie żeglarskim inne wymagania są stawiane wobec barmana, a inne wobec członka klubu. Są jednak podstawy do tego, aby sądzić, że w różnych okresach historycznych istnieją wspólne właściwości instytucji spowodowane istnieniem określonego paradygmatu cywilizacyjnego, co stwarza ich podobieństwo w danym okresie lub na danym obszarze. Jest to temat do osobnych studiów. 

"Zobowiązania" natomiast ujmowane są w postaci przepisów lub regulaminów dotyczących określonych osób. Stanowią element przymusu i przestrzeganie ich obwarowane jest sankcjami, stanowiąc kryterium odpowiedzialności obustronnej. W wielu wypadkach jednostka formalnie zobowiązuje się do uznania ich za obowiązujące, składając podpis pod zobowiązaniem lub przysięgę. 

Użyte w definicji słowo "realne" oznacza, że i oczekiwania, i zobowiązania nie są martwe i są na tyle konkretne, że można je zoperacjonalizować. U podstaw tego wyróżnika leży założenie, że istnieją oczekiwania i wymagania martwe lub niefunkcjonalne. Istnieć one mogą W tradycji instytucji lub też w jej regulaminach, ale nikt nie spodziewa się ich spełniania, ani nie wymaga tego. Takim martwym oczekiwaniem w moim uniwersytecie jest praca młodych naukowców nad rozwojem własnym lub wychowywanie przez szkołę. Martwym oczekiwaniem jest równość ludzi wobec prawa i ich prawo do zachowania godności. 

Historia wskazuje na nieustanne ponawianie prób eliminacji lub zmiany oczekiwań i zobowiązań, zarówno jednostek wobec instytucji, jak i instytucji wobec jednostek. Jest to często wynikiem gry sił dokonującej się na obszarze oczekiwań i zobowiązań między instytucją a jednostkami istniejącymi w niej lub dla niej. Ta gra sił w wypadku rewolucji politycznej prowadzi nieraz do zmiany instytucji lub jej nazwy, a w wypadku ewolucji - do zmiany sposobu jej funkcjonowania. 

W wielu instytucjach możemy obserwować spontaniczne zmiany oczekiwań, które powodują z czasem zmiany celów instytucji, i odwrotnie, nadana z zewnątrz zmiana celu powoli lub w ogóle nie prowadzi do zmiany oczekiwań. Zmianom oczekiwań z reguły towarzyszy zachowawczość wobec istnienia samej instytucji. Na przykład w 1980 roku hasło przemian, pod którym strajkowano w Polsce, brzmiało "Socjalizm tak, wypaczenia nie!". Że naprawdę o to tylko chodziło, znajdujemy na wielu przykładach niektórych jednostek przemysłowych. 

Przypomnę, że w okresie rozkwitu "Solidarności" globalnej przejmowała ona automatycznie role komitetów partyjnych i takie też były wobec niej oczekiwania. Po swoim upadku odrodziła się ona w postaci partii politycznej i to od razu opozycyjnej i apodyktycznej, bez względu na swój udział w rządach. Być może zaszło paradoksalne zjawisko polegające na tym, że instytucja koncentrująca się na walce z inną i tylko tą instytucją zostaje zniewolona wzorcem działania przeciwnika, być może nawet jego samookreśleniem, celami i metodami. Wyrażało tę obserwację ironiczne określenie: "Solidarność nieodrodna córa Partii". Może nawet można by uzasadnić tezę, że nastawienie na sam tylko cel destruktywny  (a więc technicznie prosty) powoduje uprzedmiotowienie. Natomiast ludzie, którzy spełniali się w instytucji, która przegrała, nie mają innej szansy niż fundamentalizm z jego negatywnymi konsekwencjami lub zmiana tożsamości na rzecz takiego samookreślenia, które historycznie sprawdziło się. Paradoksalnie, to nieraz ci drudzy bywają, bardziej niż zwycięzcy, skłonni do budowania nowej instytucji, bardziej podmiotowej i inteligentnej, niż ta która przegrała wbrew ich interesom. 

Kultura

Przejdę teraz do dokładniejszego omówienia zdefiniowanej wyżej kategorii "kultura", przecinającej się na ogół znaczeniem z kategorią "cywilizacja". Przypomnę, że definicje słownikowe są niejasne i różnią się zakresem. Pominę tu określenia redukujące kulturę do sztuki, "dobrego wychowania", oddziaływań wymuszających "uczłowieczenie" jednostki ludzkiej2, a zwrócę tylko uwagę na definicje wypracowane w ramach socjologii. Wydaje się, że szczególnie dogodna dla psychologii jednostek ludzkich jest definicja sporządzona przez Bronisława Malinowskiego, wychodząca znacznie poza obszar jego badań kultur pierwotnych: 

"Kultura to jest całkowity zespół narzędzi, przywilejów grup społecznych, ludzkich idei, wierzeń i zwyczajów, tworzy ogromny układ, który daje człowiekowi większą możność uporania się z konkretnym specjalnym problemem, który napotyka w czasie swego przystosowania się do otoczenia i zaspokajania swych potrzeb"3

Takie ujęcie jest dogodne i dla psychologa, gdyż Bronisław Malinowski zwracał szczególną uwagę na czynniki psychologiczne. Dlatego przez okres wielu lat posługiwałem się nim. Łatwo jednak zauważyć, że obejmuje ono praktycznie wszystko - od środków wytwarzania, przez organizację społeczną, do sposobu przystosowania się człowieka do świata i spełniania jego pragnień. W studium, którego oś stanowi odróżnienie kultury od cywilizacji, a człowiek pozostaje w różnorodnych indywidualnych relacjach z nimi, muszę pokusić się o definicję bardziej dostosowaną do specyfiki psychologii. Wykorzystam tu idee wartości wypracowane na gruncie psychoanalizy, psychologii humanistycznej i szeroko eksponowane w badaniach psychologów społecznych, skłonnych nawet do traktowania wartości jako autonomicznego przedmiotu badań. Wynikiem tego podejścia jest redukcja pojęcia kultury do jej funkcji wartościującej w działaniach jednostki ludzkiej. Zdefiniuję ją w sposób następujący: 

Kultura jest zbiorem skodyfikowanych lub luźno funkcjonujących standardów jednostki ludzkiej określających co jest dobre, a co jest złe. 

Ujmując ją w ten sposób, można by stwierdzić, że nie są kulturą wartości tylko zapisane w statutach instytucji lub w dziełach ideologicznych. One mogą stać się kulturą, gdy ożyją w umyśle ludzkim. Są propozycjami kulturowymi, jak poemat lub podręcznik etyki. Bez znalezienia sobie miejsca w osobowości człowieka są martwe. Istotą kultury jest to, że zapisy jej nie zawierają skodyfikowanych sankcji. Sankcje mogą im nadać instytucje, włączając je w zestaw swoich wymagań i nieraz egzekwując je szczególnie zdecydowanie. Dotyczy to z reguły instytucji ideologicznych, jakkolwiek znane są wypadki instytucjonalizacji kultury w wojsku lub w przemyśle. 

Oznacza to, że o kulturze możemy mówić dopiero wówczas, gdy jakaś co najmniej jedna jednostka ludzka akceptuje dane wartości i stanowią one dla niej kryteria oceny jej samej i jej działań. Związek kultury z indywidualną akceptacją oznacza, że działania lub właściwości niezgodne z akceptowanymi przez jednostkę standardami kultury wywołują u niej sankcje psychologiczne w postaci nieprzyjemnego poczucia obniżenia swojej wartości, z czym nieraz łączy się zmiana samooceny, dyskomfortu uczuciowego lub wyrzutów sumienia. Jak to zauważył Zygmunt Freud - to psychika jest aparatem egzekwowania sankcji w wypadku działań (lub myśli) sprzecznych ze wskazówkami kultury. Oznacza to, że kultura ma wpływ na tło postępowania, na jego skutki dla działającej osoby, określa preferencje decyzyjne, nie jest jednak czynnikiem wymuszającym takie lub inne postępowanie. Wydaje się, że im silniejsza instytucja, w wyniku oddziaływania której sformatowane są główne odniesienia kulturowe jednostki ludzkiej, tym mocniej określone wartości są preferowane na jej rzecz. W ten sposób powstaje rodzaj hierarchii wartości i ich zrelatywizowanie. Wstrząsającym przykładem jest decyzja Inkwizytora, postaci literackiej z Braci Karamazow Fiodora Dostojewskiego. Skazał na stos Chrystusa, mimo że był on dla niego wartością najwyższą. Inkwizytor zdawał sobie sprawę z tego, jaką groźbę stanowi żywy Chrystus dla instytucji, w imię której podejmował decyzję o zabiciu. Dla wielu ludzi, których ideologia jest powiązana mocno z instytucją - nie są złem: kłamstwo, zdrada, potwarz, podstęp, gdy służą ich zdaniem celom tej instytucji. W ten sposób mamy nieraz do czynienia z akceptacją działań, które przy innym odniesieniu byłyby sprzeczne z własnym kodeksem moralnym. Na tym prawdopodobnie polega zjawisko zmiany hierarchii i znaku wartości w wyniku stosowania różnych metod badawczych lub w różnych sytuacjach. Sądzę, że dzieje się tak nie po prostu wskutek tego, że wartości stanowią hierarchię o zmiennym układzie dominacji, co w ogóle cechuje organizację układu programującego osobowości4. Istotą problemu jest pochodzenie kultury. Gdy została ona dana jednostce, jest fragmentem jej konkretno-sytuacyjnego obrazu świata, jednostka nie może mieć wobec niej dystansu i w sytuacjach aktualizacji wartości to one decydują o ocenie jednostki, one kontrolują wynikające z tej oceny decyzje, poglądy czy działania. Po prostu dane one zostały jednostce w różnych sytuacjach, przez różne instytucje i tym samym należą do tych sytuacji, a nie do poglądów osoby. Oznacza to, że źródła kultury, przynajmniej w swojej części, ulokowane są poza jednostką. I tutaj, tak jak w opisanej wyżej sytuacji "kto kogo", powstaje problem: czy dana jednostka ludzka spełnia włożone w nią zasady dobra i zła, czy też ona sama na podstawie własnej refleksji ocenia realną wartość określonych zdarzeń lub przedmiotów. Znajduje to swój wyraz w paradoksie, o jakim miałem możność pisania w Człowieku intencjonalnym. Ludzie, których źródła kultury ulokowane są na zewnątrz nich, spełniający tylko standardy przedmiotowe - są lubiani i cenieni, jako przewidywalni i uczciwi. Natomiast ludzie, których źródła kultury wypływają z nich, spełniający standardy podmiotowe - są szanowani. Jednakże niezależnie od tego, czy źródłem własnej kultury jest osoba ludzka czy też instytucja, jej adekwatność wobec aktualnego świata jest ograniczona. W pierwszym wypadku powodem jest zmienność świata lub zmiana pozycji geograficznej osoby, a w drugim -jej odmienność, ograniczona przystawalność do reguł powszechnych. 

To nam wyjaśnia, dlaczego celem instytucji autorytarnych jest spowodowanie, aby ludzie przejmowali kryteria kultury od nich, i tylko od nich. Instytucje te są więc nastawione wrogo wobec każdej kultury będącej poza zasięgiem ich oddziaływania (kultura przedmiotów jest taka zawsze) i decydują się nieraz na najbardziej ostre działania wobec jej przejawów. Dyskredytowanie, fałsz, fałszywki - to środek stosowany po czasy dzisiejsze. Gdy brak argumentów, coś musi zostać zrobione5. Pod nazwą nadbudowy kultura bywa więc jednym z najważniejszych przedmiotów oddziaływania i obszarów walki. Gdy słyszę słowo kultura, odbezpieczam rewolwer - wołał Goebbels. Problem anektowania kultury przez instytucje jest tematem samym dla siebie. Najwygodniej jest im z kulturą zredukowaną do sztuki - literatury, malarstwa, muzyki. Nimi najłatwiej pokierować. Nawet gdy zostaje zredukowana do propagandy, przestając istnieć jako sztuka, nazwa pozostaje6

Jak przy takim wąskim ujęciu kultury można by określać takie zjawiska, jak: zmiana, rozwój lub nawet wysublimowanie kultury? Zmiana kultury to po prostu zmiana tego, co podlega wartościowaniu. Natomiast rozwój kultury, jej sublimacja polega na tym, że obiektem wartościowania stają się nie tylko fakty, znaki i ryty, ale i abstrakcyjne formuły, symbole i całkiem nowe wydarzenia posiadające dla osoby nadrzędny, czasem nowy sens. Być może rozwój kultury ma też związek z rozszerzeniem udziału procesów kognitywnych w procesie wartościowania, a więc wychodzeniem jednostki poza odruchy emocjonalne. Może poziom rozwoju kultury określają proporcje wydarzeń wartościowanych konkretnie i abstrakcyjnie. Można wykazać, że wartości wynikające z refleksji i zrozumienia formują się łatwiej i łatwiej też ulegają zmianom, gdyż wymagają nie uczenia się lub po prostu warunkowania, ale zrozumienia. 

Dlatego dynamika rozwoju kultury ma prawdopodobnie tym większe tempo, im bardziej kultura jest dojrzała, to znaczy oparta na własnym wysiłku intelektualnym podmiotów. Wysiłek ten jest funkcją woli jednostek, często wspartej koniecznością określenia się wobec tego, co całkiem nowe lub też poznaniem czegoś, co rzuca całkiem nowe światło na znane już jakby sprawy. Nieraz jest to wynikiem iluminacji pod wpływem poezji lub nagłego przestrukturyzowania się rozumienia świata. 

Szans takich nie mają jednostki niewykształcone lub/i wyznające kategorie stanowiące system zamknięty lub nadany im w toku indoktrynacji, jako jedyny i niezmienny. Z natury rzeczy, taki system jest ubogi i utrudnia wzrost różnorodności wyganiających się problemów. Nawet przeciwnie, skłania do uproszczeń, do trwałego wiązania danych ocen z tym wszystkim, co posiada co najmniej kilka cech znanych. Jak to wykazał Iwan P. Pawłow, badając dynamikę stereotypów, system ten skłania do negatywnej oceny każdej zmiany. Dlatego w miarę zmian świata, kultura ludzi ograniczonych do konkretno-sytuacyjnego obrazu świata musi składać się z przewagi ocen negatywnych, tym bardziej masywnych i ostrych, im te zmiany były szybsze i bardziej powszechne. 

Biorąc pod uwagę zróżnicowanie instytucji, jednostek ludzkich i różnice między instytucją a kulturą można przyjąć za możliwe istnienie sytuacji, w której dana osoba będzie posługiwać się rozbieżnymi kryteriami i odpowiedzialności, i normalności, i wartości. Na przykład radca prawny stara się odebrać odszkodowanie osobie, której ono się należy, posługując się nadinterpretacją istniejących przepisów. Czyni tak, gdyż jego kryterium normalności, właściwego celu działania wynikającego z przynależności do instytucji, która go zatrudnia, zakłada działanie wyłącznie na rzecz tej instytucji. Radca ten wykraczając poza literę przepisu i podejmując decyzję nie biorącą pod uwagę swojego prywatnego kryterium dobra i zła, zdejmuje z instytucji i bierze na siebie odpowiedzialność za skrzywdzenie człowieka. Być może radca ten w życiu prywatnym nigdy by inwalidy nie skrzywdził, a nawet by mu pomógł. Wydarzenie takie może być podłożem jego konfliktu wewnętrznego, ale też i poczucia dumy z przezwyciężenia własnej "słabości". Język potoczny nazywa takie zachowania schizofrenicznymi, przypisując je ubiegłemu ustrojowi. Jest to jednak chyba właściwość wszelkich systemów autorytarnych, zamkniętych, opartych na założeniu nadrzędności interesów instytucji nad odczuciami jednostki. Środkiem obrony psychicznej, najczęściej tu stosowanym, jest właśnie wytwarzanie dumy z podporządkowania siebie interesom zwanym "ogólnymi". 

Sytuacja taka jest w istocie prawidłowością, normą istnienia w społeczeństwie, w którym jednostka musi nieraz podlegać kilku instytucjom o wykluczających się oczekiwaniach, a nawet regulaminach. Stoją przed nią dwie możliwości: 
- albo uznanie jednej z instytucji za najważniejszą,
- albo uznanie własnych standardów wartości za najważniejsze. 

Wybór pierwszy jest psychologicznie najłatwiejszy i znajduje wsparcie w instytucjach kontrolujących sumienie człowieka. 

Problem ten jest i był powodem wielu konfliktów i rezygnacji. Można znaleźć argumenty wskazujące na to, że historycznie rzecz ujmując, zmiany w obrębie cywilizacji i kultury dokonują się od pełnej ich tożsamości do pełnego ich rozdzielenia. 

Wydaje się, że również odpowiedzialność i oczekiwania w obrębie instytucji podlegają dysocjacji. Tak jak ze wszystkimi zróżnicowaniami psychologicznymi, proces ten przebiega od synkretyzmu, przez wyodrębnianie się sprzeczności i zróżnicowanie się ich nośników - do autonomii funkcjonalnej, a następnie i strukturalnej. 

Przyjęcie tego założenia oznaczałoby, że istnieją podstawy, aby sądzić, że cywilizacja i kultura były u swoich początków tym samym, a więc kryteria odpowiedzialności, normalności i wartości pokrywały się wzajemnie. Podobnie ma się rzecz z zasadami wewnątrz instytucji, których jednolitość, jak wydaje się, zależy od ich wieku. Instytucje na początku ich powstania formują oczekiwania zgodne z przepisami, a chyba nawet zgodne z kulturą ich założycieli lub pierwszych uczestników. Rozdzielanie się tych standardów wskazywałoby na starzenie się instytucji. Jednorodność ich bywała przedmiotem marzeń, a wizja Raju obejmowała również wspólne funkcjonowanie Boga, ludzi i zwierząt. Raj skończył się w wyniku równoczesnego złamania zasad dobra i zła, przepisów i oczekiwań. Proces dysocjacji tych standardów bywa powodem wielu żalów i niepokojów o losy świata. 

W pracy Jednostka ludzka7(Obuchowski, 1993) uzasadniałem tezę, że kształtujące się historycznie, oczywiste dla danej społeczności, koncepcje jednostki ludzkiej nie zanikają i współistnieją z nowymi, w różnych proporcjach, na różnych obszarach społecznych. Im więc świat nowocześniejszy, tym więcej funkcjonuje w nim, obok siebie, różnych, nawet sprzecznych koncepcji jednostki ludzkiej. Obecnie tezę tę rozszerzam na całość form cywilizacji i kultury. Oznacza to, że należy oczekiwać istnienia ludzi, w których życiu standardy odpowiedzialności, oczekiwań i dobra pozostają we wszystkich możliwych powiązaniach - od pełnego ich utożsamienia do pełnego rozdzielenia i autonomizacji

Możemy więc na przykład oczekiwać, że są ludzie, dla których działalność w danej instytucji podlega zarówno standardom tej instytucji, jak i własnym standardom kulturowym. Są też ludzie, którzy swoje standardy kulturowe spełniają poza instytucją, czyniąc w jej ramach to, co uważają za właściwe, a "prywatnie" oceniając to jako niedobre. Są też osoby, które z punktu widzenia instytucji działają nieodpowiedzialnie i niewłaściwie, gdyż kierują się tylko własnym standardem kulturowym dobra i zła. Zauważę tu, że tylko takim ludziom przypisuje się posiadanie charakteru. Można na podstawie powyższego zestawić matrycę, ujmującą różne typy spełniania standardów cywilizacji i kultury: 
Są to ludzie postępujący, na przykład: 
odpowiedzialnie, prawidłowo i moralnie; 
odpowiedzialnie, nieprawidłowo i moralnie;
odpowiedzialnie, nieprawidłowo i niemoralnie; 
nieodpowiedzialnie, prawidłowo i moralnie; 
nieodpowiedzialnie, nieprawidłowo i moralnie; 
nieodpowiedzialnie, nieprawidłowo i niemoralnie; 
itd. 

Nakładając tę matrycę ujmowania typów relacji człowieka i instytucji na stan rzeczy istniejący w naszym kraju można z góry założyć, że podstawowym czynnikiem mającym wpływ na przynależność do danego typu jest proporcja zaniku starych instytucji i powstawania nowych oraz stopień uczestnictwa w ich powstawaniu możliwie dużych liczb ludzi. 

Można oczekiwać tym większej zgodności między cywilizacją i kulturą, a także lepszej koherencji zasad wewnątrz cywilizacji - im więcej jest nowych instytucji i im większa liczba ludzi zaangażowana jest w ich powstanie i uformowanie się. Udział w tworzeniu nowych instytucji sprawia, że łatwiejsze staje się bycie odpowiedzial- nym, normalnym i moralnym

Byłby to argument za powstawaniem nowych form samorządności. Za powstawaniem szkół o innych zasadach nauczania niż te, które ukształtowały się w procesie powstawania oświaty powszechnej, za nowymi formami karania przestępców i nowymi instytucjami wychowującymi. Można oczekiwać, że przeciwnikami tego trendu będą instytucje, które już zestarzały się, i ludzie, których nie stać na własne standardy kulturowe. 
 
 

Kazimierz Obuchowski


1 Zobowiązania te są w zasadzie skodyfikowane. W pewnych warunkach, które być może stanowią wyraz patologii cywilizacji, kodyfikacja ta nie jest jednostkom ludzkim znana, co sankcjonuje zasada, że nikogo nie usprawiedliwia nieznajomość prawa. Zasada ta jest skrajnym wyrazem uprzedmiotowienia jednostek ludzkich. 
2 Por. K. Obuchowski, Człowiek intencjonalny, op. cit, rozdz. VI. 
3. "Doczłowieczenie i odczłowieczenie". 
3 Cyt. za; I. Tumau, "Przegląd Socjologiczny", 1947, t DC. Z. 1-4, s. 505. 
4 Por. K. Obuchowski, Adaptacja twórcza, op. cit. 
5 Por. przypis 155 niniejszej pracy. 
6 Nawiązuję tu do spóźnionej wypowiedzi Błoka: "Sztuka jest nie do pogodzenia z naciskiem wywiewnym przez jakiekolwiek władze" (cyt. za: J. Czapski, Tumult i widma, Warszawa, Znak, 1997, s. 25). 
7 Czasopismo Psychologiczne, 1996, l, s. 47-59, por. też rozdz. II niniejszej pracy.



 
 
Za zgodą autora, na prawach rękopisu przedruku dokonujemy z książki pt. "Od przedmiotu do podmiotu" - Wydawnictwo Akademii Bydgoskiej - Bydgoszcz 2000r. 
 
 
Dziękujemy Pkl. "Łabuź"


 
 
D E B I U T

Zyta Kwiatkowska

DŁONIE

Mam duszę wędrowca, lecz oswoiły mnie ręce mężczyzny. Bardzo je lubię, Są szczupłe, silne i zwinne kiedy dotykają moich włosów. Mam duszę wędrowca, lecz wracam zawsze do krainy rąk. Jest ona pełna zakamarków nieznanych mnie, bo nie dostępnych wędrowcom. Kiedy wędruję, marzę o tych miejscach, pełnych soczystych winogron, które delikatnie toczą się po ziemi porośniętej jasnozieloną trawą. Marzę o nich, bo są mi niedostępne. Kiedy powiem "Chwilo trwaj! Jesteś piękna.", wtedy poczuję słodki smak winogron. 

Te dłonie, zbudowane na kształt rąk bogów greckich, Aresa czy Apolla, otwierają przede mną granice. Wówczas czuję ich ciepło. Ciepło greckich krain przesyconych ateńskim słońcem. Kiedy przemierzam bezbrzeżne krainy dobroci i ciepła czuję się jak wędrowiec, który odwiedza dobrze znane miejsca. Lubię tę pewność, że one istnieją. To daje mi bezpieczeństwo. Gdy podążam przed siebie jedynym majątkiem i bagażem, który posiadam jest wspomnienie tych miejsc. Odchodząc, odzwyczajam się od rąk mężczyzny. Podobno wtedy, tak szepcze mi Afrodyta gładząc twarz, stają się one krainą wymarłą, Atenami pełnymi gruzów i wspomnień słodkiego smaku winogron. Są wówczas krainą, w której płaczą drzewa, bo nie potrafią unieść ciężaru cierpienia owoców. Kiedy wracam, odczuwając głód i wycieńczenie nad umarłymi liśćmi winogron zaczyna wschodzić słońce. Wracając waham się czy będę miała tyle siły, aby przezwyciężyć tęsknotę za faustowskimi słowami. Gdy wracam czuję, że Ares, który dawno nie walczył i Apollo, który z rezygnacją odłożył lirę odżywają. Kiedy wracam czuję, że moja bezdomna dusza odnajduje dom. 
 
 

Zyta Kwiatkowska
Listopad 1998


 

 

PĘPEK TOŻSAMOŚCI

A cóż to znowu jest takiego? Co ten przygłup leon wydziwia? - Nie sądzę, nie myślę, nie uważam aby było to jakieś wydziwianie. Po prostu jest to nazewniczy, biologiczno - duchowy, kulturowy fakt czegoś co jeszcze jest. Tyle tylko, że swoją ukrytą, abstrakcyjnie duchową - kłączastą wstydliwością, jest on nienormalny bo kierunkowo przezwany - zakłamany inaczej. Ale jest i był od poczynająco założeniowego czasu miasteczka. Plac, pępek, rynek. Był on, jest i będzie słownie skojarzeniową warstwą światopoglądowej treściwości, w którą wpisywały się kolejne pokolenia tutaj, w tym miasteczku zakorzeniające się. Nawet wbrew temu, że na co dzień w grzecznie zastraszonej najemności przyklęku ściskając się ograniczająco zakłamywały go. On - plac, pępek był, jest i będzie węzłem, supłem, posadowieniem, macicą. 

Kochani! I to jest właśnie Plac 3 - go Marca. On jest tym naszym światopoglądowo - kulturowym pępkiem, węzłem, supłem, macicą. I jemu winniśmy wpisać swoją przytomnie tożsamą obecność chwili. Tam się wszakoż, właśnie na nim, spętlają i związują, supłają nitki ulic kieszonkowego miasteczka Łobez. I tak było od wieków. To on zawsze był centralnym punktem, placykiem, pępkiem, supłem, węzłem, macicą i posadawiająco łączącym, scalającym punktem ulic, po których chodzimy i przy, których stoją domy. Myślę, że nie trzeba dodawać - mieszkamy. A może jednak trzeba? Dlatego "wytuptałem". Przepraszam światlejszych. 

Plac 3 - go Marca, z niemiecka Am Markt i tak też nazywał się on: Rynek - do 1950 roku, kiedy to został "przechrzczony". Oczywiście, że w sposób akademijno -  świecki, przy doraźnie gnuśnym udziale co "znaczniejszych". Jednemu z nich nawet wtedy, w tamten ogłupiający czas biernie skarlałego zapału, wypadła sztuczna szczęka, kiedy w gramatycznie zasadnej beztreściwości słusznej sprawie, poprawnym głosem dawał - czytał "państwowo twórcze", rzecz jasna zdania, co było wymogiem chwili. I co zostało zapamiętane oczyma dziecka - utrwaliło się. 

Więc pępek miasteczka dzisiaj - Konspiracyjny Punkt Kulturowego Światopoglądu. Plac 3 - go Marca. Historyczna tkanka duchowych wartości wołając o wyrazową tożsamość, okadza się smrodem spalin. Konserwując? Raczej zatruwając - zakłamując, tłamsząc, mierzwiąc, bezczeszcząc, poniżając, upokarzając - panie manipulacyjnie nieodpowiedzialny Animator! jako, że parkuje przecież na nim samochodowo cywilizacyjny pomiot. A my szczycimy się tym w arogancko zarozumiałej pychy teoretycznie próżną dumą geometrycznie liczbowej poprawności gatunkiem. Wygląda to tak wielkomiejsko przecież - awansująco? Jest więc być z czego pyszałkowacie zaszczyconym i dumnym? 

I snując dalsze porównania w poetycko wyobrażanym widzie można powiedzieć, że to właśnie dlatego jesteśmy tak propagandowo otumaniani, przestraszeni, ogłupieni, zatruci, zmierzwieni, ograniczeni, skarleni, że nie widzimy już tej historycznie światopoglądowej wartości, nie chcemy jej rozumieć, uświadomić sobie. Bo tak jest nam grzecznie, dostojnie i materialnie doraźną korzyścią wygodnie - brykietowo zgranulowaną poprawnością produkcyjnie gotowcowe ochłapy z koleinowo drobnomieszczańskich koryt regulaminowo wyrywać tworząc instrukcje obsługi: zieleńca, promenady, fontanny, parku, wysypiska, urzędu. 

No ale skoro pozwalamy sobie smrodzić ogłupiająco i zakłamująco w pępek, to idąc dalej zasadne chyba będzie bzdurne pytanie: - dlaczego Magistrat jeszcze nie wprowadził kartek na wodę do fontanny, bo w dalszym ciągu przecież jest ona nieczynna? A może to już nie jest fontanna dla ludzi, tylko świąteczne korytko (?), w którym przy okazji wizyty TV wspaniałomyślnie i łaskawie zadaje się stadną karmę, elegancko i obrazowo podcierając się wizytówkami - karnie działającymi i istniejącymi organizacjami i stowarzyszeniami? 

Ja jednak myśląc obrazoburczo - inaczej, jako że jestem "normalnie nienormalny" i wartościując prywatnie, w sposób pozaregulaminowy, niezwyczajowy, przyziemny, na prywatnie biologiczny rachunek, może właśnie kulturowo - światopoglądowy przez to? 

Uważam, myślę, widzę, rozumiem i proponuję: zróbmy coś z tym utożsamiającym nas, związującym pępkiem miasteczka, zaadoptujmy go, przetwórzmy użytecznie, dowartościujmy społecznie, pokażmy naszą małomiasteczkową tożsamość dla ludzi, odsłońmy ją, zaakcentujmy. Przyjmijmy ją do swego kulturowo - duchowego światopoglądu. Nie ukrywajmy, nie zakłamujmy, nie "olewajmy", nie wstydźmy się jej. Ona przecież jest historycznego wyrazu naszej duchowości wartością, cenną szczególnie tutaj, na tym dwunasta - sąsiedzkiego tysiąca wysypisku. 

Bo on - Plac, Rynek, Am Markt jest przecież obecnie kulturową tkanką naszej zgrzebnie siermiężnej tożsamości Tutaj i Teraz, na której posadawiamy się codziennie, rośniemy i jesteśmy. I taki jest chyba nasz rachitycznie żywotny i anemiczny wyraz przytomności. Duchowo abstrakcyjny rysunek, materialnie obrazującego się światopoglądu i świadomości, który bezczeszcząc przytomnie, chociaż pewnie nieświadomie, okadzamy spalinami ograniczając i dewaluując - rozmieniając go na drobne. Tacy rozpustni jesteśmy. A co? Stać nas! 

Kto, co, jak i kiedy powinien to zrobić? Może władza? A może najemnicy? - Ci od produkcyjnie zgranulowanych grzecznej poprawności powierzchni, którzy karmią nas ogłupiająco ochłapio zgranulowanych liczb gotowcami nasycając. Wyuczyli się wszakoż na pamięć oni; gramatycznie sprawozdawczego cerowania, zasadnie poprawnego zakłamywania i bezczelnie odwrażliwionej nieodpowiedzialności. Mają w ręku, w głowie i na językach - teoretycznie zawodowe - grzeczne dyplomy i papiery. Umieją mechanicznie uśredniającym kierowaniem manipulować społecznie nami. Niechaj więc teraz centralnie, odśrodkowo i rekultywująco nawrócą się - najpierw sami, na prawowicie światopoglądową wiarę i zaczną rozumiejąco myśleć. 

leon IX 00


 
 

Stanisław Chyczyński

NA 55 MINUT PRZED

dzisiaj mam włosy jak dziki burzan 
nad mokrym czołem zawisła burza 
szczęki latają wzrok błędny gorze 
już nie jest dobrze a będzie gorzej 


patrzę gdzie Ciało wisi na drzewie 
(modły do niego wznoszono drzewiej) 
teraz mnie dręczy myśl tylko jedna: 
"ukaż mi tęczę" - błagam - - - 

a jednak!
Stanisław Chyczyński


 
 

Stefan Kosiewski

KTOKOLWIEK CZYTAŁ, KTOKOLWIEK WIE

Przed kilkoma dniami, kiedy Maciej Michał Szczawiński, poeta, dziennikarz- radiowiec, autor głośnych książek o aktorze Kobieli i poecie Wojaczku, wręczał mi w Katowicach trzecie już wydanie swojej książki o niespełna dwudziestosześcio- letnim poecie, który zostawia po sobie tak wiele śladów skrzętnie teraz zbieranych, przyjmowałem ten prezent jak niebezpieczny rozrusznik, za którym spodziewałem się, że przyjdą - fala za falą - wspomnienia gejzery, Czerwone Morze wspomnień. I dedykuję - zobowiązanie: "Stefan, z serdecznym uściskiem dłoni i dobrą pamięcią naszej młodości - dajęc Ci, żebyś PRZECZYTAŁ tę książeczkę. Maciek". 

Zabrałem ją w długą, powrotną podróż do siebie, żeby zaczytywać się już w drodze, w autobusie do Niemiec. We frankfurckim tramwaju, przy biurku i na spacerze z moim pierworodnym, po bulwarze nad rzeką, która może nie tak całkiem nieśmiało przypomina Odrę, jeśli wpada do niej w końcu (dla Polaków: znienacka) Nida. Na spacerze z moim dwuletnim, który pojawił się był najpierw we śnie, przed blisko trzema laty, rosły, dwumetrowy dąb, pod trzydziestkę. Wraz z imieniem, które zabrzmiało pod powałą snu tak niezwykle poważnie, donośnie i samotnie, że obudziłem się z wielka pewnością i oznajmiłem kobiecie: urodzisz syna i będzie miał na imię Thomas. 

Przed kilku dniami wsiadałem w Katowicach do autobusu; od południa graniczy z Katowicami niejaki Mikołów, od północy - jeszcze bardziej taka sobie Czeladź. 

Dobra pamięć naszej młodości, Maćka i mojej, to okres studiów na filologii polskiej w Katowicach i w Sosnowcu, czasy ukazywania się drukiem pośmiertnych tomików Rafała Wojaczka: "Którego nie było" i "Nie skończona krucjata". 

Leonard Neuger, dziś profesor slawistyki na uniwersytecie w Sztokholmie, a wtedy nasz nauczyciel, starszy o parę lat przyjaciel, tracił swój cenny czas na niezwykle wnikliwe analizy naszych pierwszych wierszy. I dostrzegał w nich, a jakżeby inaczej: "...reminiscencje z Wojaczka. Nie ma na tym świecie Boga, który zniszczyłby Zło. Nie ma sprawiedliwych i nie ma sensu ich szukać" (to Leon o świecie tamtych wierszy). A Jurek Kronhold, inny poeta, który zaczynał z Wojaczkiem studiować, i pisać wiersze w Krakowie - nas zaś zaszczycał, w tamtych początkach literackich, nie tylko przechodzeniem na "ty" ale i dotknięciami, które zmuszały do przemyśleń. Tenże poeta o świecie tamtych lat, świecie zaczynającym się i kończącym też w: Mikołowie, Krakowie, Czeladzi, Wrocławiu przemykającym cichaczem przez Bytom, obłażącym w Katowicach, Mysłowicach, Sosnowcu: "Życie w PRL-u było hodowlą pod kloszem, ten totalitaryzm matkował nam w sposób precyzyjny - nadzorując, śledząc, wydzielając papkę, wódkę itd. Zmora straszna, dusząca, na dodatek wszechobecny prowincjonalizm wszystkiego dookoła". Tak wspomina Jerzy Kronhold tamten świat w książce Szczawińskiego, z której można się dowiedzieć i tego, że Wojaczek kupił sobie ongiś potężną pracę Bogdana Suchodolskiego "Narodziny nowożytnej filozofii człowieka" i zakreślił tam w szczególny sposób taki oto fragment: 

"Augustyn analizując człowieka ukazał wewnętrzne rozdarcie, jakie istniało między pragnieniem życia i pragnieniem doskonałości. Spełniając pierwsze z tych podstawowych pragnień swojej natury człowiek musiał zdradzać drugie, bo życie płynie w czasie, a więc się zmienia i nie posiada doskonałości, spełniając drugie z tych pragnień człowiek musiałby rezygnować z życia, ponieważ doskonałość znajduje się po za czasem". 

Podkreślenia dokonane ręką dwudziestokilkuletniego Wojaczka wyodrębniają z tekstu jeszcze jeden fragment, refleksję nad życiem, mysl już samego Augustyna: 

"Niekiedy dajesz im zakosztować w duszy tak niezwykłego uczucia nieokreślonej słodyczy, że gdyby ona doszła we mnie do doskonałości, nie wiem, co by było, ale nie byłoby to już życie nieziemskie. Lecz spadam z powrotem pod ciężarem mej nędzy i znów pochłaniają mnie zwykłe sprawy, które mnie wiążą, a ja płaczę bardzo, lecz bardzo jestem związany. Takie znaczenie ma ciężar przyzwyczajenia. I mogę być lecz nie chcę; tam chcę, lecz nie mogę, tu i tam jestem nieszczęśliwy." 

Przy powyższym fragmencie rozważań nad kondycją ludzką Rafał Wojaczek zanotował na marginesie monosylabiczną uwagę, zamkniętą w najbliższym mu zaimku: "ja". Resztę dopisywało życie do 11 maja 1971 roku, dopóki Rafał Wojaczek był. I rozgrywały się jeszcze wszystkie dramaty, które z sobą nosił. 

Przed kilkoma dniami zabierałem w długą podróż do Niemiec gazetę, a w niej informację o 27-letnim Łukaszu, synu znanego piosenkarza i kompozytora Marka Grechuty: "Od marca nie wraca do domu. Zrozpaczeni rodzice poszukują go bezskutecznie. Wcześniej już trzy razy odchodził z domu, jednak odnajdywał się po kilku dniach - raz w Częstochowie, drugi raz na krakowskim dworcu PKP, trzeci raz pod Jelenią Górą. Zapowiadał, że chce odejść, znaleźć jakąś pustelnię, tam zamieszkać i "przemyśleć swoje życie". W zeszłym roku skończył krakowską Akademię Sztuk Pięknych. Apel rodziców introwertycznego jedynaka dwukrotnie wyemitowała telewizja w programie "Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie". 

Zapowiedzi Rafała Wojaczka, ostrzeżenia i apele kierowane do najbliższych i ujmowane formę wierszową dopiero odczytywane post factum stawały się prawdziwie dramatyczne. Czasem dopiero odejście, ucieczka uświadamiają nam czyjąś nieobecność. Skłaniamy się wtedy ku najbliższym. I w nich zaczynamy znowu szukać tego, co najważniejsze. 

"Spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą" - satelitarna telewizja polska słowami poety reklamuje sobie znane rzeczy, a ksiądz Jan Twardowski kończy swój wiersz zdaniem: "kochamy wciąż za mało i stale za późno". 

Drogi Maćku, Marku, kochana Mamo, w chwilach wolnych od innych zajęć dopisujemy się monosylabami do doskonałości. 
 
 

Stefan Kosiewski

Maciej M. Szczawinski: Rafał Wojaczek, który był. 
Wydanie trzecie poszerzone. Wydawnictwo "Książnica" Katowice 1999 


 
 

Marek Maganiusz Kielgrzymski

CHORE GARDŁO

Jest jakiś dzień, kolejny trudny do określenia, ludzie krzątają się nanosząc swoje łajno na trotuary i skwery. Psy unoszone wiatrem falują ponad dachami, a zaraz za nimi smycze jak tęcze bez kolorów. Co raz któryś siknie w dół na drzewa, na samochody, na swoich prześladowców. 

Kwitnę na balkonie spoglądając w dół; szóste piętro rzeźniczenia, jak mawiał mój przyjaciel. Odszedł, przepędziłem go na stateczną stronę bytu, bez szaleństwa rozrywającego trzewia, drążącego mózg i arterie. Przeszedł na stronę, gdzie wariuje się wolniej. 

Kobiety krzątając się wokół wózków, w których rozrastają się latorośle, sączą miodosłowa o pięknie padołka, o słoneczku, które przygrzewa bez zabijania, o polach i lasach szumiących w rytm odwiecznego pulsu stworzenia. 

I naraz jakiś sworzeń obluzowany w głowie. Ręce lepią się do balustrady, powietrze dudni, przestrzeń wzdyma się. Nie mogę przełknąć śliny, pluję, krztuszę się, rozbryzgując plwocinę po parapecie. Opieram się o rower, wszystko wraca do normy. Jestem mieszkańcem, mieszańcem tego świata. 
 
 

Próbuję znaleźć jakiś ślad po sobie w powietrzu, w parku, na brzegu Zatoki. Gdzieś przecież musi być jakiś karb, nieuporządkowanie lub zwykłe kłamstwo. Podkute buty zdarzeń nie mogły zmiażdżyć wszystkiego na gruz, na miał, obrócić wniwecz. 

Wydeptuję ścieżki w podściółce, coraz dalsze zataczam kręgi... 
 
 

30 VI1 1999 
Marek Maganiusz Kielgrzymski


 
Pięć - dziesięć zdań:

O PROWINCJONALNIE AMATORSKIEJ KULTURZE


(...) Czy obrazy Nikifora nie są wyjęte z naszej wyobraźni? 
Czy się nam na swój sposób nie podobają? 
Czy zabijają nasze wysublimowane poczucie estetyki i piękna? 
Nie, na pewno nie. 
Sięgamy po nie dobrowolnie i odnajdujemy piękno naszej własnej naiwności postrzegania świata. 
A czy w poezji liczy się tylko Norwid, Miłosz czy Różewicz? 
Czy infantylizm nie przebrzmiewa nieraz interesująco? 
Czy piękne są tylko wiersze wybitne? 
Czy mieszkanie zgoła szare, a może ponure nawet, nie zyskuje nagle drobnym elementem wystroju? 
A jeśli ogromny potencjał wrażliwości wdeptany brutalnie w ziemię kiełkuje zbyt późno i nie sięga okazałych wymiarów, czy powinien zostać wdeptany w ziemię? (...) 
 
 
30 VI1 1999 
Jerzy Kujawski


 
 

Lucjan Zuzia

MINIATURY PROZATORSKIE

Szczęście

Nie jest niczym szczególnym, że każdy człowiek chce być w swoim życiu szczęśliwy. Ja czułem się szczęśliwy po związaniu się z mężatką. Przecież związanie się z nią, za jej zgodą nie naruszało otaczającej nas rzeczywistości w życiu społecznym. Kochałem kobietę, która chciała należeć do mnie. Co mogło mnie obchodzić uczucie tego, który gdzieś tam za rogiem domu wypatruje jej powrotu, a o mnie myśli z nienawiścią. 

To on ponosi winę! Dlaczego jej nie kochał tak, jak ja? 

Własność

Nie pamiętam kiedy to nastąpiło, że pomyślałem o istnieniu jej męża. Oznaczało to jednocześnie, że zabrałem innemu mężczyźnie kobietę, która należała do niego, co jakby nie było, zapisane zostało w odpowiednim urzędzie. 

Sprzątnąłem mu ją sprzed nosa, korzystając z nadarzającej się okazji. Być może ona mimo wszystko, nadawała w jakiejś formie sens jego życiu - choćby nawet drańskiemu życiu. Teraz ja uważam, że ta kobieta należy do mnie. Są tacy, ktorzy mówią, że to typowe zachowanie zwykłego samca, a nie człowieka. Czy to może być prawda? 
 
 

30 VI1 1999 
Lucjan Zuzia


 
Pięć - dziesięć zdań:

O PROWINCJONALNIE AMATORSKIEJ KULTURZE


"(...) Nie uważam się za poetę, prozaika, artystę, plastyka, kucharza, podrywacza. 
Jestem taki jaki jestem. 
Nie umiem robić zdjęć, strugać świątków, tańczyć - więc piszę. 
To sprawia mi przyjemność, pozwala mniej cierpieć lub cierpienie wzmaga, daje satysfakcję, ucieczkę lub wręcz przeciwnie -  systematyzuje przemyślenia. 
Jest mi to tak samo potrzebne jak czapka w zimie i jak moja ulubiona koszula. 
Dobrze się w tym czuję. 
Jest to moje i mogę z tym czynić co chcę. 
Miło mi czasem gdy się podoba to innym. 
Jeśli nie - trudno i tak będę w tym chodził, bo lubię. (...)" 
 
 
Krzysztof Hajbowicz


 
 

Wojtek Boros

***

Wieczór idzie panowie - 
gdańsk szczeka na czarno 
strefy klimatyczne ulegają zwężeniu 
mocz rozaniela szparki bruku z minut 
dobrze językowi szóste piwo czyli 
gazowana wizja nosem 
idzie wieczór panowie - 
co druga myśl 
zew sutka w lodach bez kobiet 
polarna stacja "Przyjaźń" 
wysyła na ratunek 
ekspedycję banknotów monopolowych 
- wodny znak ma przyszłość 
chyba będę rzygać. 
 
 
29/50.7.1998 
Wojtek Boros

 

 



Rozmiar: 574 bajtów