Łabuź 32/2000 marzec

SPIS TREŚCI

PUERYLIZM

Gdy przed kilku laty wydawało mi się, że wolno mi szereg niepokojących zjawisk współczesnego życia społecznego objąć nazwą puereylizmu, miałem na myśli różne zajęcia, przy których człowiek współczesny, przede wszystkim jako członek takiego czy innego, w zorganizowany sposób występującego kolektywu, wydaje się zachowywać według norm okresu dojrzewania czy też lat chłopięcych. Są to przeważnie nawyki albo spowodowane, albo ułatwione techniką dzisiejszych kontaktów intelektualnych.
Należy do nich np. łatwa do zaspokojenia, nigdy jednak nie nasycona potrzeba banalnej rozrywki, pogoń za brutalną sensacją, uciecha z masowych widowisk. Na głębszym poziomie psychologicznym dochodzą jeszcze: ożywiona działalność klubowa wraz z całym ich galimatiasem zewnętrznych oznak rozpoznawczych, sformalizowanymi gestami, hasłami i zawołaniami (yells, okrzyki, formuły powitalne) występowaniem w szyku i kroku marszowym itp.

Szereg właściwości głębiej jeszcze psychologicznie uzasadnionych, które również najlepiej pojąć można jako puerylizm, to brak poczucia humoru, przesadna reakcja na niektóre brzemienne niechęcią lub miłością słowa, pochopność akceptacji, przypisywanie złych zamiarów lub motywów "innym" i brak tolerancji wobec "innych" poglądów, bezgraniczna przesada w pochwałach i naganach i podatność na każdą iluzję schlebiającą czy to miłości własnej, czy też świadomości grupowej.

Wiele tych chłopięcych cech odnaleźć można w obfitej mierze również i we wcześniejszych okresach kultury, nigdy wszakże w takim zmasowaniu i połączeniu z taką brutalnością, z jaką panoszą się obecnie w życiu publicznym.

Nie ma tu miejsca na szczegółowe rozpatrywanie przyczyn i pojawianie się tego zjawiska kulturowego. W każdym razie współodpowiedzialne za to jest wtargnięcie niedokształconych mas w sferę życia duchowego, osłabienie moralnych kryteriów wartości oraz zbyt wielka łatwość powodowania ludźmi, będąca darem techniki i organizacji społecznej.

Postawa duchowa właściwa dorastającemu chłopcu, któremu zabrakło hamulców wychowania, dobrych form towarzyskich i tradycji, usiłuje obecnie wziąć górę w każdej dziedzinie życia i udaje jej się to aż nazbyt dobrze.

Znaczne obszary kształtowania opinii publicznej zostały opanowane temperamentem podrastających chłopców i mądrością klubów chłopięcych.

Wystarczy tu nam jeden przykład oficjalnego puerylizmu: "Prawda" z dnia 9 stycznia 1935 roku zamieściła wiadomość, że lokalne władze radzieckie zmieniły nazwy trzech kołchozów chłopskich w okręgu kurskim: "Budionnyj", "Krupskaja" i "Czerwony Łan" z powodu zaległości w dostawach zboża na "Leń", "Sabotażysta" i "Nicpoń". Ten objaw nadmiernej gorliwości naraził wprawdzie ów urząd na naganę ze strony Komitetu Centralnego partii i zarządzenie to cofnięto, lecz duchowa postawa pozostaje nie mniej wyrazista.

Zniekształcanie nazw jest typowe dla okresów nadmiernego politycznego napięcia; znajdujemy je zarówno w dniach Konwentu, jak i we współczesnej Rosji, która swym starym, wielkim miastom nadała imiona nowych patronów.

Właściwe zrozumienie społecznej siły zorganizowanego chłopięcego ducha i umiejętności przekształcania jej w godny podziwu twór - ruch harcerski - okazał lord Baden - Powell. Tu jednak nie można mówić o puerylizmie, ponieważ mamy tu do czynienia z głęboko przemyślanym i należycie wykonanym zamiarem pedagogicznym: wykorzystania skłonności i nawyków niedorosłej młodzieży dla celów wychowawczych w postaci zabawy i przekształcenia ich tą drogą w pożyteczne wartości życiowe.

Ruch ten wyraźnie nazywa się zabawą.

Lecz całkiem inaczej przedstawia się sprawa, gdy te same nawyki przenikają do zajęć, które pragną uchodzić za ściśle poważne, i gdy rozwijają się na pożywce niedobrych namiętności walki społecznej i politycznej.

Wówczas powstaje pytanie, o które tu chodzi: czy tak bujnie krzewiący się puerylizm dzisiejszego społeczeństwa należy uważać za funkcję ludyczną, czy też nie?

 


Część podrozdziału książki Johana Huizinga: - "HOMO LUDENS" - ZABAWA JAKO ŹRÓDŁO KULTURY - WARSZAWA "Czytelnik" - 1985 r.

 

 


Jerzy Grupiński

TRZECH W JEDNYM


Nie daje mi spać
ta wędkarska historia
pomorskiego pisarza
Lecha Marka
Jego pragnienie czy sen?

Więc orzeł szczupak i wilk
w jednym kłębowisku padliny
na brzegu było tak?

Jakby Jakub walczył z aniołem
i przyszedł trzeci - bies
Policzyli się razem
zgadza się - jest ich trzech?

 

Jerzy Grupiński


Agnieszka Wesołowska

ZAPISEK Z CODZIENNEJ PODRÓŻY

Działa się w owym czasie zima. Mróz kaleczył przestrzeń, która przybyła wprost z łagodnej jesieni, będącej wtedy jakby tylko zmęczonym, podupadłym na zieleni latem. Wiadomo już było, ze minie dużo czasu, nim słońce zdoła na powrót zabliźnić zranione, poprzecinane dłutem gradu powietrze. Domy we wsi trzaskały tynkiem, jakby chciały wyprostować mury i wspiąć się na swoje schody, lecz śnieg szarpał już falbanki parapetów i warczał na roztrzęsione okna. Tylko kościół dumnie prostował szyję, ale i on wyglądał mało dostojnie i niezbyt poważnie. W takim oto czasie przyszła na świat Anna. Ktokolwiek obejmował ją wzrokiem wiedział, że owa istota jest sitem, przez które przepływają wszystkie siły tego świata, pozostawiając w niej nieczysty osad, wysypujący się z uległej duszy niedobrym spojrzeniem i piorunami groźnego spokoju.

Dzień, podobny do tego sprzed czterdziestu lat, kiedy Anna po raz pierwszy opuszkami ślamazarnych płuc dotknęła powietrza raz jeszcze przydarzył się światu, w którym trwała od dawna. Kobieta czuła wokół siebie ciężar tamtej pory, pamiętała wycie matki, wycie psa, biel prześcieradła, biel zimy. Pamiętała krzyk wieśniaczki, który zdusiła słabym płaczem i poznawała trudną, zbyt trudną stanowczość ojca. Tak, to był ten dzień, ten znajomy trzask ognia w piecu, a gałęzi na mrozie. Anna czuła, że historia jej świata zaczyna się powtarzać, że oto ku środkowi jej istnienia nadchodzi początek odziany w czterdziestoletnie szaty i w powagę twarzy.

W sieni południe wydobywało się ze starego zegara, a podwórkowy śnieg rozdawał biel wszelkim horyzontom. Zapach obiadu wychylał się z kuchni powłoką dymu i przedostał się do izby, w której Anna pokornie odprawiała swoją codzienność. Pomieszczenie było słabo oświetlone, a poza gęstym i ciężkim skupieniem nie dźwigało zbędnych przedmiotów, co podkreślało surowe rysy pokoju. Jedynie pod oknem, w prawym rogu, stał, prawie ostrożnie, niewielki tapczan starannie zaścielony bezruchem. Z lewej strony znajdował się, również rozsądnie miarkujący wielkość zajmowanej przestrzeni, niezupełnie kwadratowy stolik. Taboret okazał się przedmiotem najwłaściwiej rozumiejącym ciasnotę świata, toteż skulony i ledwo widoczny usunął się pod boczną ścianę.

Tymczasem zapach obiadu stawał się coraz bardziej natarczywy. Wtórował mu w tym głos ojca - Anno, obiad na stole! - który wydał się tak bliski każdych ust, że nagle zaczął on Annie doskwierać. Kobieta wiedziała, że zaraz zejdzie na dół, usiądzie do dużego stołu i będzie przez chwilę, jak gdy była małą dziewczynką, rozgryzać świat kartofli i zapijać go kwaśnym mlekiem, które zawiera mleczne niepokoje i radości, a stojący na stole czubaty kubek starczy na całe, na całe dzisiejsze, życie. Poszła jednak, przekonana, że posiłek znów musi się wydarzyć, tak, jak wydarzają się inne rzeczy, o których cel ani istotę pytać nie wolno.

***

Bynajmniej nie obiad sprawił, ze około marca śniegu zaczęło ubywać. Nie była to w żadnym razie wiosna, bo zimowe miesiące mocno przymarzły do uległego powietrza, ale znać było, że czas przytrzasnął już zimę jakąś klamrą niemocy, jakimś przeczuciem wiosny. Cały ten przelotny obraz zapięty płotem i koślawą furtką, pomazany gdzieniegdzie słabym śniegiem, jakby przetartym drelichem, nakropiony szopą i drewnianą komórką, całe to ciężkie przygnębienie, które niby szron osiadło na chałupę, budę i na stodołę dawało do zrozumienia, że wiejskie podwórze nie jest jeszcze gotowe na zstąpienie wiosny. Ale widać też  było, jak bardzo owej zieleni potrzebuje.

Z domostw poczęli wynurzać się ludzie. Anna podglądała przez okno nadszarpnięty sen wsi. Jej sumienie pulsowało niespokojnie, bo widziało naiwną nagość okolicy, która, nieprzytomna, nie chce jeszcze niczego ukrywać. Widziała Anna starą Matyldę, która przepędzała dzieci ze skrawka ziemi będącego niegdyś ogrodem. Widziało Walerego, poczciwego chłopa, kryjącego akuratnie rozjątrzone cygaro, przed jakąś rubaszną babą, ale obłoki dymu pokonały kraciastą ścianę marynarki i nałożyły czepek powietrza.Widziała też Anna Anastazję - ta już trzeci raz umierać będzie, zapewne przed Wielkanocą, kiedy grasują w niej demony pamięci o śmierci syna.
Anna przeczuwała, jak odbywać się będą kolejne dni. Wiedziała, że wkrótce pojawią się bociany. Pojmowała nawet konieczność nadejścia lata. Naznaczona tą świadomością próbowała zaczerpnąć zwykłości, starannie odmawiała więc powszednie modlitwy - wieszała pranie, piekła ciasto, zmywała naczynia.

***

Poranek w skąpym negliżu mgły i wąskiej powłoce światła zaczynał rumienić się na wschodzie, przerażony tą swoją niepełnością. Wiosna coraz odważniej rozwieszała się na drzewach, pokładała na polach i kaleczyła ręce o krzak krwistej dzikiej róży. Wszystkie przemiany, które działy się przez te czterdzieści lat, wszystkie pory roku, kry, nasturcje, żołędzie, gromady doniosłych zdarzeń i stada niepozornych sytuacji, wszystko to przemieszczało się przez Annę, jakby dusza jej była przerażająco nienaruszoną calizną. Każdy ruch świata przechodził przez nią, lecz bez niej, a mimo to przenosił ją do kraju następnego dnia.

Anna była złym człowiekiem. Owszem, nosiła na sobie narzutkę cierpliwości, zastawiała się ugotowanym obiadem, pocerowaną skarpetką, czystymi włosami. Istnieją inne, odległe formy, które ogarnąć mogłyby to kształtem zbyt mało dosłownym, zbyt pięknie niedopowiedzianym. Ale niektóre źrenice wydzielają jad prawdy, jad, który paraliżuje język, paraliżuje pióro i owym kalectwem uzdrawia głuche uszy. Anna była złym człowiekiem, lecz nigdy nie pytała o sens, kiedy nie należy. Wystarczyło, że pojęła tę brudną przyszłość i podobny kolor swoich dłoni. Wiedziała, że poczucie spełnienia poświęca swojemu utrapieniu i tym czynom których nie popełni.

***

Matka Anny swoim codziennym dreptaniem wokół stołu, chlewu, ogrodu ciężkimi drewnianymi chodakami wyciskała blizny w pamięci córki. Rankiem, ledwo słońce zadrasnęło ociemniałe niebo, nalewała wody do brązowego imbryka, poczym starannie układała jabłka na półmisku i gładziła starą ceratę, tak, by usunąć z niej wszystkie bruzdy przyniesione przez noc. W końcu siadała na dużym, twardym krześle i walczyła z parą gorącej herbaty, której jednak nie zdołała przeciwstawić się nawet jej stanowcza, niewieścia ręka. Ojciec rzeźbił swoje dni w ciasnym warsztacie znajdującym się na opuszczonej facjatce. Odzywał się mało, a jeśli mówił, to niechętnie i powoli, tak jakby brzydził się słów.

Anna była już gotowa do drogi. Siedziała na schodach i próbowała zapamiętać wygląd podwórka, liczyła dziury w płocie, wiśnie w sadzie. Chciała jeszcze ułożyć kalosze przewrócone przez psa, ale wiedziała, że nie jest godna tak odruchowego czynu. Poza tym kalosze zawsze poprawiała matka.

Wieś zaczęła przymierzać barwy wieczoru, jeszcze niepewnie, jeszcze lękliwie. Do zagrody wjechała bryczka zaprzężona w dwa bułane konie. Z palców stangreta wyskakiwało zniecierpliwienie. Trzeba było się spieszyć. Anna usiadła na brzegu, tak jakby chciała dojechać tylko do sąsiedniego domu, ale wyboista droga coraz szybciej wymykała się kołom i odgłosowi podków. Kiedy przejeżdżali koło młyna, na drogę wyskoczył Jasiek, chłopak zaledwie siedemnastoletni, i zawołał:

- Anka, ożeń się ze mną!

- Nie chcę.

- Kłamiesz. Każdy chce. Ja chcę, Józek chce, więc każdy chce. I żal zrobiło się Annie tego całego świata, skupionego w Jaśku i Józku. Żal jej było świata, który, mimo wszystko, wygramolił się z nich i porozłaził po polach, chatach, a nawet pełzał po piaskowej drodze.

***

Pociąg po raz ostatni wybuchnął oszalałym gwizdem pozbywając się zgorzkniałej atmosfery nocy. Anna stała już przy drzwiach i widziała z jaką zręcznością potężne i świeże obrazy natury zmieniają się w skulone, wygryzione zgniłym i niezmiennym spokojem miasto.

Z latami kapało jeszcze światło, które z dumą i powagą panowało nad skrawkiem, popękanego bruku. Anna weszła w ponurą bramę. Kroczyła po piasku, niby lepiej ułożonym, niby bardziej szlachetnym, ale jednak kolącym jakąś jałowością. Drzwi klasztoru otworzyła młoda, skulona zakonnica, zupełnie przekonana, że to jej najświętszy obowiązek. Anna wystraszyła się tej zwykłości, którą dziewczyna, zapewne codziennie, rozniecała czarnym habitem i mozolnymi ruchami. Była akurat pora obiadu. Siostra oszczędnym gestem wskazała kobiecie jadalnię.

 "Anno, obiad na stole" - zagrzmiały w Annie jakieś stanowcze, zbyt stanowcze, ale jednak boleśnie utracone słowa. Poszła jednak, przekonana, że posiłek znów musi się wydarzyć, tak, jak wydarzają się inne rzeczy, o których cel, ani istotę pytać nie wolno.

 

Agnieszka Wesołowska

 


 

Wolfgang Koeppen

HORST BIENEK

Przybył z chłodu, z Workuty, słyszałem o tym, że był deportowany, z Berlina, prawie jeszcze dziecko, do kopalni, dziesięć godzin najbardziej morderczej harówki, codziennie, przez cztery lata, Dostojewski przeżywał coś takiego w swych koszmarnych snach, następnie wypuszczony z więzienia przez Moskwę szedł w więziennym marszu i uznał Moskwę za coś pięknego. Człowiek bez nienawiści, nie spiera się o odszkodowania, nigdy nie był wilkołakiem, partyzantem, tylnym strzelcem pokładowym. Był tylko kimś, kto dostał się pod te koła. Niewinnym. W swoim tekście CELA jest tym, któremu ponownie przydarzyła się ta cela i na którym odbija ona swoje piętno. Pisarzem znającym rzeczy najpotworniejsze i obchodzącym się z nimi z rozwagą. Gliwice, miasto rodzinne, nie zatraciły się w gliwickich powieściach. W swoim filmie Horst Bienek stoi przed miastem nad wodą. Woda płynie w pradawnej symbolice przychodzenia i odchodzenia. Bienek jest humanistą. Czasem idzie ze mną na obiad.

 

Z niemieckiego przełożył Andrzej Pańta

 


 

Lech M. Jakób

DRAPIEŻCY

"TRÓJKĄT ŚMIERCI
Podczas rutynowego obchodu Jeziora nadleśniczy Andrzej Hok dokonał niecodziennego odkrycia. Znalazł w Zatoce Spokojnego Żeru trzy martwe zwierzęta złączone uściskiem: szczupaka, wilka i bielika.

Początkowo sądził, iż trafił na ślad kłusowniczej działalności. ale przeczyło temu odgryzione skrzydło orła. Przytrzymywany jego szponami szczupak miał rozdarty brzuch. Wilk był okulawiony. Ostry dziób bielika głęboko poranił też wilczą szyję. Woda wokoło była czerwona od krwi, a ciało wilka jeszcze ciepłe. Do dramatu musiało dojść tuż przed przybyciem nadleśniczego.
Skontaktowaliśmy się w tej sprawie z Instytutem Ochrony Przyrody. Nie potrafiono nam wyjaśnić, jak do podobnej sytuacji mogło dojść. Natomiast wyrażono zdumienie obecnością wilka. Gatunek - canis lupus - zniknął z tego obszaru blisko pół wieku temu. Pojawienie się wilka zapewne ma związek z wieloletnim programem całkowitej ochrony Jeziora i przyległych terenów, zmierzającym do przekształcenia strefy w rezerwat krajobrazowo - ornitologiczny.
(jn)
("Gazeta Pomorska" nr 217, 18.09.1995r. )

Rozdział V - Wrzesień

Odcinek XI

 

(rozdział IV pt. "Sierpień" - odcinek X drukowaliśmy w nr. 23/97 "Łabuzia")

 

Ryba Skrzydlaty łowca pojawił się nagle i nie wiadomo skąd. Rysująca się na tle nieba sylwetka orła zaniepokoiła podwodnego drapieżcę. Zszedł w dół. A szkoda, gdyż pokryte glonami deski stanowiły niezłą czatownię. Tym atrakcyjniejszą, że obmywaną chłodem strumyka. Z chęcią pozostałby tu dłużej.

Struga parła na południowy wschód, żłobiąc płytkie koryto. Jej trasę przecinał niewielki uskok. Tu wody strumienia i jeziora ostatecznie się mieszały.

Wolno nad dnem płynącego szczupaka zatrzymała kamienna rafa. Korzystniejsze stanowiska między głazami zajmowali już pobratymcy. Ominął te miejsca, by znaleźć nową kryjówkę u podstawy rafy.

Nieco dalej, za przeziębieniem od południa, rozciągał się pas grążeli. Może nie kojarzył tego, ale to w tej strefie wyrzuciło go niegdyś ze stawu. Choć okolica wyglądała inaczej: spowijały ją wówczas gęste chmury szlamu.

Teraz, mimo osłabiających przejrzystość wody zakwitów, mógł obserwować spory obszar. Zwłaszcza przy słonecznej pogodzie. Światło wydobywało każdy szczegół do kilka metrów w głąb.

Stał nieruchomo, brzuchem oparty o kamień. Ogon i część grzbietu kryła skalna nisza. Trwający dłuższy czas letarg przerwały dopiero nadciągające płocie.

Niewielkie stadko sunęło wzdłuż rafy po przeciwnej stronie wąskiego przegłębienia. Opuszczające szyk pojedyncze ryby marudziły w cieniu płożących się na powierzchni liści. I na maruderach właśnie skupił uwagę czatujący. Wprawdzie chwilowo odległość uniemożliwiała skuteczny wypad, lecz wędrowcom niewiele już brakowało do zrównania się z niszą. Wtedy przepuści czołówkę i uderzy w któregoś z odstających - jednym skokiem w poprzek korytarza.

Podniecony rozwarł lekko pysk, gotując się do ataku.

Lecz nie dane mu było dopaść płoci. Uprzedził go jakiś szczupaczy mikrus ze szczytu rafy. Nie dość, że gorliwiec wyskoczył za wcześnie, rozpraszając stado, to jeszcze sam na tym nic nie zyskał. A za inicjującym wypad oderwały się od kamiennego usypiska, trzy inne smugi w szarżach równie chybionych.

Okolica natychmiast opustoszana. Zniknął też narybek, dotąd spokojnie żerujący między łodygami grążeli. Także okonki, przejściowo zwabione zamieszaniem, wróciły na płyciznę.

Czającemu się w niszy samotnikowi zabrakło cierpliwości. Opuściwszy sąsiedztwo pobratymców wolno ruszył przed siebie.

Za rafą od południowowschodniej strony grunt się podnosił. Piaszczyste zbocze przechodziło w równinę, której zarośnięta moczarką krawędź niemal sięgała trzcin. Trudno o lepsze miejsce postoju. Szczupak bez wahania wniknął w gąszcz, płosząc napotkaną drobnicę.

Teraźniejsze stanowisko odpowiadało mu bardziej od poprzedniego. I nie tyle decydował o tym brak konkurencji, co obecność roślin. Zwłaszcza zwartych, wysokich - jak tu. Wspaniale maskowały i zawsze na jakiś zabłąkany między nimi kąsek mógł liczyć.

Nie czekał długo. Choć pierwszy godny uwagi sygnał dotarł z wody otwartej. Tym ciekawszy, że ponawiany regularnie. Linia boczna nie zwodziła. Ruch przypominał szamotanie się rannej ryby Warto rzecz sprawdzić.

Rosnące podniecenie wyniosło drapieżnika za skraj moczarki. Nadal nie widział źródła ruchu, ale wszystko wskazywało na to, iż tkwi w jednym miejscu: nieco głębiej pod. zboczem.

Utwierdził się wkrótce, czując krew. Jej zapach wzmógł ekscytację. Ostrożnie przemknął wzdłuż krawędzi zbocza na wschód, by wreszcie ujrzeć zlokalizowaną ofiarę. Niżej, przed stokiem, niewielkie kręgi zataczała kilkunastocentymetrowa płotka.

Ujrzał, lecz i sam został dostrzeżony. Nie chcąc stracić okazji zaatakował od razu. Ale chybił. Płoć, panicznym zrywem uniknąwszy najgorszego, popędziła w stronę zarośli.

Odrętwiały z bólu szczupak wyhamował u podstawy zbocza. Znów to samo: kręgosłup. A przypuszczalnie byłby chwycił ofiarę, gdyby nie jego protest. Wciąż sprzeciwiał się energiczniejszym skrętom, dając o sobie znać w krytycznych dla polowania chwilach.

Nieco dalej nurkowały perkozy. Drapieżca jakiś czas przysłuchiwał się docierającym ze wschodu odgłosom. Ptaki zapewne ściągnęła drobnica. W każdym razie coś tam się działo. Jednak i tu nie ustawał ruch. Zaskoczenie szczupaka wzrosło jeszcze, gdy wrócił wyżej. Płoć - wbrew temu, czego się spodziewał - wcale nie zniknęła, nadal uparcie krążąc przed krawędzią stoku!

Na widok drapieżcy ponownie odbiła w zarośla. Jej rozpaczliwy sus doprowadził ją do granicy zielska, gdzie na moment znieruchomiała, by zaraz dać się zepchnąć jakiejś niepojętej sile w dół - przed zbocze.

Dziwne manewry ofiary tylko zachęciły szczupaka do powtórzenia ataku. Tym razem uderzył niespiesznie i wprost, bez nadwyrężania kręgosłupa. Pochwycona ze średnią prędkością płoć już nie stawiała oporu, jeśli nie liczyć agonalnych drgnień.

Lecz na tym kłopoty z małą zdobyczą się nie skończyły. Zaciskając szczęki poczuł w pysku coś uwierającego. Trochę przypominało to ukłucie ostrym promieniem płetwy grzbietowej sandacza. Zaradził temu starym sposobem - obracając ofiarę głową w stronę gardzieli. I akurat zamierzał zdobycz przełknąć, gdy nagle nią targnęło.

W obawie przed utratą płoci zwarł szczęki jeszcze mocniej. Jednak miażdżącemu uściskowi przeciwstawiło się szarpnięcie nowe, silniejsze od uprzedniego. Zaś w chwilę później pojął, iż jest wynoszony na powierzchnię.

Nienaturalna sytuacja zdeprymowała drapieżcę. Po kilku sekundach bezwładu spłynął, niżej, do podstawy zbocza. Ale i stamtąd został wyniesiony ku górze. Teraz szybko i zdecydowanie.

Widok - napiętej linki, kija oraz łodzi przeraził szczupaka. Znalazłszy się na powierzchni zapragnął już tylko jednego - natychmiast pozbyć się zawartości pyska. Bowiem to ona wlokła go w niebezpieczną stronę.

Lęk dodał uwięzionemu sił. Dłuższą chwilę impulsywnie miotał głową na boki. Potrząsaniu rozwartymi szczękami towarzyszyły rozbryzgi wody. Cóż, skoro - prócz wznowionego bólu kręgosłupa - niewiele na tym zyskał. Wprawdzie uzbrojona dwiema kotwiczkami płoć dała się wytrząsnąć do połowy, lecz ciągle tkwił na uwięzi.

Gdy próba wyplucia płoci zawiodła, zmienił taktykę. Być może wolność przyniesie zdecydowana ucieczka. Zanurkował i mimo oporu linki energicznie pomknął nad dnem w kierunku rafy.

Początkowo parł zygzakami, usiłując znaleźć schronienie w zielsku. W ślad za nim unosiły się cięte naprężoną linką kłęby moczarki. Później zszedł w dół stoku.

Bywały momenty, że opór słabł i wówczas udawało się znacznie szybciej zwiększyć dystans do łodzi. Właśnie w jednym z takich momentów osiągnął rafę. Wyczerpany długą walką skłonny już był skapitulować, gdy raptem opór ustał - linka zaklinowała się między kamieniami.

Niespodziewany luz zaskoczył szczupaka. Chwilę tkwił w miejscu, jakby nie dowierzając temu, co się wydarzyło. Choć swobody jeszcze nie odzyskał: wszak nadal przytrzymywała go krótsza część linki.

Wkrótce, dzięki serii mikroszarpnięć, uzbrojona w kotwiczki płotka całkowicie wysunęła się poza pysk. A jedyny punkt styczny: naskórek żuchwy drapieżnika przebity grotem - z wolna puszczał. Wystarczy ostatnie targnięcie.

Szczupak ruszył w dół. Naciągnięta nad łbem linka zasprężynowała i płoć - ocierając grotem drugiej kotwiczki o błonę pod skrzelową - wyniosło w gorę.

Jakież było zdumienie oswobodzonego drapieżcy, gdy ujrzał atak od rafy. To jeden z pobratymców, dotąd w ukryciu, połasił się na właśnie odrzucony kąsek.
 
Wilk Wypluł na pół żywą ryjówkę. Cuchnęła piżmem. A do tego ten niesmak w pysku. Znów dał się nabrać. Potrząsając z obrzydzenia głową ruszył dalej brzegiem łąki.

Drogę na zachód przecinały wykroty. Ich grząs-kość utrudniała wilkowi trucht. Szczególnie teraz, gdy stąpał na trzech łapach. Głębsze zapadanie się jedynej zdrowej przedniej nogi groziło potknięciem. Ostrożnie zawrócił na grunt suchy.

Rana uszkodzonej łapy goiła się szybko. Ale musiał od nowa brać naukę chodzenia. Trudną i wyczerpującą. Gdyż ciężar, dotąd równomiernie rozkładany na cztery nogi, obecnie dźwigały trzy.

Zwłaszcza bieg sprawiał kłopot. Niejednokrotnie odruchowo szukał oparcia w czwartej łapie. Tracił równowagę, przewracał się lub koziołkował. Lecz z upływem czasu technika poruszania się o trzech nogach była opanowywana coraz lepiej.

Nadal jednak doskwierał sam kikut. Byle trącenie świeżej blizny powodowało ból. A uszkodzona łapa często ocierała wysoką trawę lub krzewy. Również kładąc się baczył na to, by uniknąć dokuczliwego mrowienia.

Zawróciwszy ku wschodowi stanął pod lasem. Właśnie wiatr zmienił kierunek. Ciekawość nowych zapachów ożywiła basiora. Chwilę wietrzył z uniesioną głową, uważnie też nasłuchując. Ale północny powiew przyniósł jedynie ledwo wyczuwalną woń bydła. Oraz myszy, których wypatrywała pustułka.

Sylwetka ptaka doskonale odcinała się na tle nieba. Wisiał w locie trzepoczącym z głową pochyloną ku dołowi dosyć długo, by niespodziewanie zwinąć skrzydła i pionowo uderzyć. Basior, straciwszy powietrznego łowcę z oczu, cofnął się w las.

Przykry smak po ryjówce usunęły borówki. Zjadł ich trochę, klucząc między drzewami. A wkrótce, wiedziony niknącym tropem sarny, zabrnął. głębiej.

Szeleściła sucha ściółka. Pociemniało. Mrok bukowego ostępu rozpraszał jedyny prześwit nad leżącym dębem. Dokładnie obwąchał rejon zwaliska. Zarośnięty hubą pień znaczyły wonie nornic. Jednak, mimo starań, żadnej nie udało się chwycić. Umykały za prędko na jego obecne możliwości. Rozczarowany pokuśtykał dalej.

Miniona noc również rozczarowała. Jak i dwie poprzednie. Bowiem nie zaspokoiły żołądka ani traszki, ani ślimaki, ani śnięta ryba, którą znalazł przy zatoce jeziora. Wprawdzie kilka dni wcześniej trafiła się całkiem świeża padlina warchlaka i najadł się do syta, lecz od tego czasu wpadały na ząb tylko drobiazgi. Z głodu oglądał się teraz nawet za owadami.

Tym bardziej podnieciło wilka nowe znalezisko, któremu w innych okolicznościach nie poświęciłby większej uwagi. Ofiara wyjątkowo powolna, choć trudna do zgryzienia: żółw błotny.

Wypatrzył gada pijąc wodę. Jego pokrytą żółtymi plamkami głowę częściowo osłaniały liście żabieńca. Przeczuwający niebezpieczeństwo żółw zanurkował. Ale płytkie bajorko nie uchroniło uciekiniera. Wilk bez wahania skoczył za nim.

W najgłębszym miejscu zmącona woda prawie sięgała brzucha. Kłapał zębami na oślep, raz po raz zanurzając pysk. I w końcu ofiarę pochwycił, by wynieść ją na brzeg.

Lecz złapanie żółwia to jedno, zaś zjedzenie - to drugie. Nie bardzo wiedział jak do kłopotliwego łupu się dobrać. Bowiem żółw wciągnął wszystkie kończyny - także głowę i ogon - pod pancerz. A twarda skorupa, mimo małych rozmiarów, nie poddawała się łamaczom. Wielokrotne próby zmiażdżenia jej spełzały na niczym.

Wreszcie rozwiązanie pojawiło się samo, gdy półleżąc usiłował ogryzać krawędź pancerza. Strona brzuszna wyglądała na bardziej miękką. Zwłaszcza ruchoma część przednia plastronu. Siekaczami naderwał pokrywę i wygarnięciu reszty nie mogło przeszkodzić już nic.

W całej operacji przydałaby się pomoc drugiej przedniej łapy, ale i tak poradził sobie nieźle. Zaklinowaną ukosem w dołku zdobycz przyciskała zdrowa łapa. Metodycznie, kęs po kęsie, opróżnił wnętrze pancerza, nie darując żadnej jadalnej cząstce. Połknął nawet ledwo skruszony plastron. Wkrótce po żółwiu została jedynie wydrążona skorupa.

Obecność wilka wykorzystały komary. Nim odszedł, ściągnął na siebie chyba wszystkie z okolic. Towarzyszyły mu jeszcze długo i dopiero przyspieszenie biegu pozwoliło zgubić natrętnie brzęczącą kitę.

Poranek nadal był rześki. Prawie zniknęły ciężkie zapachy żywicy. Powietrze przesycała coraz mocniejsza woń butwiejących liści i grzybni. Basior, opuściwszy rejon łęgów, powoli parł w stronę jeziora.

Trochę dalej, za łagodnym wzniesieniem, drogę tarasowały kolejne wywroty. I tu aż się roiło od nieuchwytnych nornic. Żerowała również w pobliżu locha z młodymi. Nadto, prócz rozgrzebanego humusu, znalazł świeże ślady borsuka, jenota oraz jeża.

Z ostatnim niemal się zderzyli. Kolczasty szperacz ściółki fuknął ostrzegawczo. A widząc, że wilk nie odstępuje, zwinął się w kłębek. Obwąchujący potencjalną ofiarę nie zaryzykował spotkania z nastroszonymi szpilkami. Już lepiej podążyć tropem jenota.

Niestety, wkrótce i ten trop zawiódł, ginąc w rozbabranym tarzawisku.

Całonocna włóczęga zmęczyła samotnika. Właśnie począł rozglądać się za jakimś suchym legowiskiem, gdy uwagę przyciągnęły nieregularne chrzęsty. Nasłuchiwał chwilę i wietrzył z wysoko uniesioną głową. Nozdrza nie wyczuły nic, ale powtórzył się dobiegający od południa trzask. Ostrożnie pokuśtykał w tę stronę.

Minutę później otworzyła się przed basiorem leśna polana. Jej brzeg obmywały promienie wschodzącego słońca. I to było pierwsze, co ujrzał: obfitość świetlistych kryształków rosy. Dopiero następny krok pozwolił dostrzec źródło hałasu - jelenia czemchającego porożem o krzewy.

Rozdzieleni szerokością polany przyglądali się sobie dłuższy czas. Mizerna postura drapieżcy bardziej ciekawiła, niż odstraszała. Świadom swej siły byk w końcu niespiesznie odszedł, trzęsąc zwisającymi z poroża resztkami scypułu.

Basior, odprowadziwszy nieosiągalną zdobycz wzrokiem, szeroko ziewnął. Drżenie napiętych mięśni, w przeciwieństwie do frustracji powoli ustępowało.

Nagle drgnął, porażony echem dosyć bliskiego strzału. Pamięć nie zawodziła. Charakterystyczny dźwięk mógł się kojarzyć tylko z jednym.

Prędko skręcił na południe, dając się wkrótce dopędzić nie mniej przestraszonemu jeleniowi. I tak, zrównani lękiem, biegli pewien czas obok siebie.
 
Orzeł Jedno ze skrzydeł leżącej na grzbiecie czapli drgnęło ostatni raz. Birkut rozejrzał się i nie widząc w pobliżu niczego, co mogłoby zakłócić ucztę, oczyścił z piór pierś ofiary. Prosta sprawa. Wystarczyło kilka niedbałych ruchów dziobem.

Pierwsze kęsy zawsze smakowały najlepiej. Zwłaszcza te z okolicy mostka. Uderzał i wyrywał kawałki mięsa energicznymi szarpnięciam, przytrzymując zdobycz łapą. Rozszerzająca się wyrwa parowała w chłodnym powietrzu ranka.

Zasyciwszy największy głód zwolnił trochę. Obok przemknęły łabędzie, hałaśliwie lądujące wśród oczeretów. Poza tym spokój. Jeśli nie liczyć kołującego nad trzcinami błotniaka, który wkrótce też zniknął. Także od strony lasu panowała cisza.

Nie rozdzierał dalej piersi ofiary, zadowalając się mięsem wokół odsłoniętych kości. Hakowaty dziób z łatwością wycinał przy okazji i ścięgna,i chrząstki. Wprawdzie młodociana czapla nie miała jeszcze tej masy, co dorosła, ale i tak niebawem najadł się do syta.

Rześkie powietrze niosło coraz wyżej. Zatoczył obszerny krąg wokół czaplińca i powoli przesunął się nad południowowschodnią część jeziora. W dole, wzdłuż wiatrołomów, krążyły kruki. Ich podniecenie wskazywało na to, że coś wypatrzyły. Jednak birkut, zwykle korzystający z podobnych sytuacji - mając za sobą udany łów - tym razem zlekceważył wskazówkę. Poszybował dalej, by przysiąść i wypocząć w odosobnieniu. A takie dawała ulubiona olcha.

Drzewo z uschniętym konarem trochę przypominało te znad północnej zatoki. Usytuowane bezpośrednio przy trzcinach i wychylone szczytem ku wodzie mogło zadowolić każdego. Głównie dzięki dobremu widokowi na jezioro. Lecz i maskujące od południa gałęzie miały znaczenie. Siadający natychmiast wtapiali się w zielone tło. A o powodzenia stanowiska najlepiej świadczyły liczne ślady szponów na korze. Także wyschnięta krew i łuski. Bowiem olchę często odwiedzał rybołów, właśnie tu posilający się upolowanymi ofiarami.

Coraz rzadsze opary rozsnuwał wiatr. Zmarszczona powierzchnia jeziora mieniła się w słońcu, przyciągając wzrok bielika. Jego roztargnione spojrzenie wędrowało od zafalowania do zafalowania, by w rezultacie utkwić na dryfującym liściu turzycy. Po jakimś czasie apatia ustąpiła. Zeskoczył z olchy i nabrawszy prędkości dosyć szybko wzbił się nad las. Lecz długo w powietrzu nie przebywał. Coś z powrotem ściągnęło ku ziemi.

Zmienne nastroje męczyły bielika od rana. Właściwie już przebudził się nieswój, pozwalając zapanować nad sobą narastającemu rozdrażnieniu. Trochę uspokoiło skuteczne polowanie, ale znów brały gorę emocje. Trzy razy pod rząd startował z tej samej olchy, bez celu zataczając kręgi nad wodą. Wołał przy tym chrapliwie, a jego nabrzmiały nieokreśloną skargą głos niosło aż na przeciwny kraniec jeziora.

Po czwartym starcie na olchę nie wrócił, wysoko uniesiony wstępującym prądem. Byłby zapewne kontynuował powietrzną wspinaczkę, gdyby nie nadciągający od zachodu chłodny front. Zderzywszy się z zimnem obniżył pułap i poszybował na północ.

Tor lotu przypominał rozciągniętą w dół spiralę. Birkut krążył wolno, z szeroko rozstawionymi skrzydłami, jedynie od czasu do czasu korygując kurs nieznacznym ruchem sterówek. Niżej kołował myszołów. A za północnym brzegiem lasu, rozjaśnionym plamami żółknących brzóz, żwawiej nieco przemykali mniejsi powietrzni drapieżcy. Zwłaszcza ucieczka grzywacza przed jastrzębiem przykuwała uwagę.

Lecz bielik ujrzał coś jeszcze. W prześwitach drzew mignęła sylwetka człowieka. Niemal w tej samej chwili usłyszał huk i poczuł od spodu uderzenie.

Grad ołowianych śrucin, którego główna wiązka przeszła obok, rozrzucił pióra na brzucha i prawym skrzydle.  Birkut, nagle utraciwszy równowagę, zaczął spadać. Jednak tuż nad ziemią udało się przezwyciężyć bezwład i częściowo rozciągnięte skrzydła osłabiły twarde lądowanie. Runął dziobem w trawę.

Mimo oszołomienia wstał prawie natychmiast. Lecz nie powiodły się pierwsze próby wzlotu. Prawe skrzydło rozwierało się jedynie do połowy. Rozciąganie dalsze hamował ból. Tym bardziej przy energiczniejszym trzepocie.

Z rany sączyła się krew. Kilka śrucin przebiło podskrzydłowe pokrywy, grzęznąc na kościach przedramienia. Stracił też sporo lotek. Nie ucierpiał za to brzuch - impet śrutu zamortyzowały jego miękkie pióra.

Serce tłukło się jak oszalałe. Dyszał ciężko i przestępował z nogi na nogę, a rosnący strach tylko wzmagał dezorientację. Lęk spotęgowały jeszcze głosy człowieka oraz psa. Byli na łące, niedaleko. Zwłaszcza pies, którego natarczywe szczekanie obwieszczało kierunek poszukiwań. Obaj prześladowcy zbliżali się od lasu.

I właśnie ów dodatkowy lęk poderwał orła w powietrze. Choć start utrudniała, prócz rannego skrzydła, wysoka trawa. Leciał nierówno tuż nad łąką, aby dalej od ścigających. Po kilkudziesięciu metrach skręcił obszernym łukiem na wschód. Intuicja podpowiadała, że winien opuścić otwartą przestrzeń i skryć się między drzewami. Cóż, skoro sił starczyło ledwo na to, by wylądować na niskiej jarzębinie.

Z rozkołysanego ciężarem drzewka spadła kiść czerwonych owoców. Bielik chwila chybotał się na gałęzi, nie mogąc utrzymać równowagi. Dopiero znieruchomiały przyjrzał się nogom. Lewa stopa krwawiła, pozbawiona dwóch z czterech palców - w tym kciuka, który decydował o pewności chwytu. Przeoczył tę ranę wcześniej. Jak i utratę części sterówek.

Pobieżne, oględziny przerwało ujadanie nadciągającego czworonoga. Dotarł za orłem aż pod drzewko. Trochę większy od tumaka kundel obszczekiwał jarzębinę zajadle i głośno. Lecz nie tyle on niepokoił birkuta, co towarzyszący mu człowiek. Wkrótce mógł nadejść.

Nie bacząc na ból przedramienia zeskoczył z gałęzi. Pies, zdeprymowany widokiem rozłożonych skrzydeł drapieżcy, cofnął się i podkulił ogon. Odwaga wróciła, gdy ścigany zniknął z pola widzenia.

W końcu udało się birkutowi nabranie wysokości. Przemknął nad krawędzią lasu, kierując się w stronę jeziora. Jego chybotliwy lot, w każdej chwili grożący ponownym runięciem, i teraz nie trwał długo. Prawie upadł na wierzchołek jodły, która górowała między szczytami sąsiednich drzew. Szarpiące pulsowanie przedramienia nasiliło się.

Chyba zgubił prześladowców, jednak nie czuł się bezpieczny. Z tej wysokości widoczna jeszcze łąka nadal niepokoiła. Zebrawszy siły ruszył dalej.

Obawa przed runięciem ustała, gdy trafił na wstępujący prąd. Zauważył wówczas, że po przejścia z lotu aktywnego na szybowcowy ból skrzydła łagodnieje. A zatem może panować nad sytuacją. Byle nie używał do utrzymywania się w powietrzu mięśni.

Pokrzepiony tym odkryciem jakiś czas kołował nad leśną polaną, z wolna nabierając wysokości. Nieco wyżej grasowały już wiatry północne. Poddał się im bez sprzeciwu, by wkrótce osiąść w jednym z najbezpieczniejszych miejsc - swoim zapasowym gnieździe wśród starych sosen.

Dopiero tu znękanego birkuta począł opuszczać lęk. Prześladowcy zostali daleko za plecami, a znajome kąty i cisza niosły ukojenie. Kołaczące serce zwolniło rytm, wyrównał się też oddech.

Łapa przestała krwawić. Zresztą jej ból w porównaniu z rwaniem przedramienia był znikomy. Ostrożnie rozwarł uszkodzone skrzydło i przeczesał dziobem okrwawione lotki. Spod piór pokrywy wypadła dotąd jeszcze tkwiąca tam śrucina.

Lech M. Jakób


Powieść ukaże się pod koniec bieżącego roku nakładem wydawnictwa "Multico"

[Spis treści]

 

Bartosz Muszyński

RETUSZ


Chwila, kiedy wyraźnie zauważyć
mogę, jak twoja sukienka - wiatrem
zmarszczona - dokładnym ruchem biodra
oplata; chwila, która jest jak "Blow Up"
i wszystko jest zbyt nieostre i
niedookreślone nazbyt;
chwila oglądana z innej
perspektywy, kiedy stąpasz - za stopą
stopa - wbrew falom. Uparcie
woda zlizuje tamte ślady.

 

Bartosz Muszyński

 


 

Archiwum pamięci

tekst sponsorowany - Pan Stanisław Muszalski

Wiktor Kutkiewicz

BIEG DO ZIEM ZACHODNICH XVII

Ran Wileński, starosta powiatu łobeskiego, nie z jednego pieca jadł chleb. Był dobrym fachowcem w dziedzinie prawa. Znał wszystkie kruczki dotyczące obywatelstwa, a o to mnie przede wszystkim chodziło. Miał pod swoją opieką zbieraninę z całego świata, ludzi, których los rzucił na Ziemie Zachodnie. Przeważali repatrianci z Wilna oraz jego okolic. Dość liczną grupę stanowili kresowiacy z Białorusi i krańców Ukrainy. Było również nieco Polaków z Francji. Swego czasu wędrowali w poszukiwaniu pracy do Francji, krainy czerwonego wina, szampinionów i pięknych kobiet. Pracowali przeważnie w kopalniach. Jednym z kolejnych dyrektorów gimnazjum łobeskiego był pan Florian Kaszuba, również emigrant francuski, który już później w Gdańsku zrobił błyskawiczną karierę i tam pozostał.

Było też kilku Niemców o nazwiskach sugerujących pochodzenie słowiańskie. Nie tylko repatrianci, ale i tubylcy patrzyli na nich krzywym okiem. Długo miejsca w Łobezie nie zagrzali znikając jak kamfora. Wielu przesiedleńców wileńskich znało dobrze język litewski, co pomogło mi opanować mowę polską. Konglomerat ludzki był więc dość urozmaicony, nie tylko pod względem lingwistycznym. Podziwiałem ich obyczajowość, pieśni i oryginalną kuchnię.

Polscy przesiedleńcy przybywający do Ziem Zachodnich nie mieli trudności dotyczących obywatelstwa. Ci, którzy go nie posiadali czy zgubili paszporty otrzymywali je nawet w pociągach przesiedleńczych, później w starostwach, czy ostatecznie w Szczecinie.

Ja byłem w sytuacji gorszej, nawet beznadziejnej. Po okupacji Litwy przez Związek Radziecki wpadliśmy w pułapkę jurysdykcji sowieckiej. Kraj o niewiary-godnych możliwościach i niewymierzalnej przestrzeni nie mógł zapewnić swym obywatelom koniecznego minimum życiowego. Gorszym było jeszcze bezprawie, które groziło wszystkim bez wyjątku.

Wpadłem w nie lada kłopot. Każdy po dostaniu się w ich szpony był w sytuacji kamienia, który można wyrzucić. Znają dobrze tą sytuację Polacy wywiezieni do Kazachstanu. Mnie mógł spotkać los bez porównania gorszy. Nie miałem wyjścia.

Byłem na krańcu wyczerpania. Młode lata robią swoje. Powoli otucha wstępowała w moje serce. Z zasady jestem optymistą. Byle co nie może mnie wytrącić z równowagi. Mimo to od pewnego czasu jak zły duch zaczęła mnie dręczyć niepewność. A nuż Rosjanie nie wycofają się z Polski. Polityka rosyjska to puszka Pandory, pełna nieszczęść i niespodzianek.

Tak myśląc, szedłem miarowym krokiem ryzykanta do internatu, w którym pełniłem obowiązki wychowawcy. Pensyjka moja była minimalna, że nawet talerz zupy był dla mnie dobrodziejstwem. A przecież od czasu do czasu wpadał do talerza kawałek mięsa. Dyrektor kończył już obgryzać kość i przechodził do drugiego dania. Usiadłem obok i zabrałem się do siorbania zupy. Widząc, że pan Tuz, moja ostatnia nadzieja, wstaje zza stołu, przestałem się bawić łyżką.

- Panie Dyrektorze! Jak jest z tym moim obywatelstwem? Rosjanie wciąż jeszcze depczą mi po piętach. Już dawno mieli opuścić- swe leże w Małym Radowie. Widocznie im nie spieszno do swego Raju. Stoją murem i ani rusz. A mój etat jak dotychczas wisi w chmurach.

Zawsze lubiłem krzywy uśmieszek na ustach Pana Tuza, przed tym jak chciał wygłosić dłuższą orację. Oracje były rzadko wygłaszane i pouczające.

- Zgoda! Cisza jak przed burzą. Ale i ze strony pana nie było większych starań, by popchnąć- sprawę naprzód. Trzeba kuć- żelazo, póki gorące. Przecież prosiłem, by szanowny kolega w sprawie obywatelstwa zgłosił się do naszego starosty. To miły i uczynny człowiek. Czy był kolega u starosty.

Pytanie było słuszne. Rzeczywiście dyrektor parę razy o tym mówił. Była to jedna z moich wad. Czasami bardzo ważne sprawy przelatywały obok jak biały motyl. Wadę tą kryłem w sobie głęboko, nie zdradzając nikomu. Była to pierwsza uwaga pod moim i w moim interesie. Stanąłem nie mogąc przemówić ani słowa. Dyrektora poruszyło moje osłupienie. Wychodząc, już mniej mentorskim tonem powtórzył prośbę, bym odwiedził starostę. Przyrzekłem, że jutro, tuż po lekcjach ruszę do starostwa.

Bardzo zmartwiła mnie moja wczorajsza nieprzemyślana i niefortunna interwencja u dyrektora w sprawie mojego angażowania się do pracy w gimnazjum łobeskim. Od początku było to dla mnie kwestią życia i śmierci. W zaistniałych warunkach ucieczki z komendantury mój los w dużej mierze zależał od prawnego rozwiązania mojego problemu obywatelstwa. Dwa elementy - obywatelstwo i etat były ze sobą powiązane jak krokodyl i jego paszcza.

Wiedziałem, że przez Rosjan byłem uważany za zbiega i co najgorsze - za zdrajcę. A to już sprawa gardłowa. Z autopsji wiedziałem, że po zwolnieniu z pracy "armijnego" pastucha byłem dla nich potrzebny jak trzecia noga dla tancerza. Mieli rozkaz, więc szukali... Nie ich wina, że przepadłem jak katorżnik w syberyjskiej pustce. Domniemywałem, że przestali mnie szukać. Uspokoiłem się. Tylko od czasu do czasu jak jakaś zjawa przed oczami stawała kirgizopodobna postać przypominająca Dżigita, który oskarżył mnie o kradzież trzech krów. Groził donosem do wyższych władz. Gdy przypominałem o jego kombinacjach z koniakiem, dał mnie spokój.  Powoli wszystko ucichło. Czułem się coraz bardziej pewny. Niestety! Czasami jakiś przekorny duch podstępnie szeptał mnie w ucho: "Bądź ostrożny, niedorajdo!" Czasami używałem tego słowa, gdy rozmawiałem sam ze sobą.

W tej chwili większym zmartwieniem był ledwo wyczuwalny chłód, który powiał z twarzy dyrektora, gdy wygłaszał swój aforyzm dotyczący mojej opieszałości. Chodziło o to, że przestałem od pewnego czasu mówić o obywatelstwie. Możliwe, że powodem irytacji mego zwierzchnika były monity kuratoryjne dotyczące sprawy mojego formalnego zaangażowania. Brak matematyka w najgorszym przypadku groził nawet zamknięciem niektórych klas. Doszedłem do wniosku, że nie jestem persona non grata. Myśl ta opromieniła mnie jak górskie słońce.

Tuż po lekcjach nawet nie poszedłem na obiad. Tym razem nie mogłem swego mecenasa zawieść. Lekkim krokiem baletnicy ruszyłem w kierunku starostwa, znajdującego się w odległości kilkuset metrów od szkoły. Tytan mógł ręką dotknąć wieżyczki upiększającej budynek rządowy w stylu pruskim, by podkreślić jego znaczenie i podnieść prestiż. Wszedłem do przedpokoju upiększonego nieco wytartym i wyszarzałym. Wojna zrobiła swoje, pozostawiając znaki zniszczeń. Starosta miął dobry dzień. Nie było żadnego ruchu. Po kątach stało kilka foteli. Były nawet w dobrym stanie. Jakimś cudem Rosjanie ich nie zarekwirowali. Już później, gdy raz wybrałem się do Szczecina po zakupy, na stacjach widziałem sterty mebli, które niezabezpieczone dogorywały jak ludzie w zapomnieniu. Wyglądało na to, że Armia zapomniała o swych łupach i machnęła ręką na ten cały chłam. Żołnierzom i tak nie można nic zabierać a generalicja już dawno cenniejsze rzeczy wyekspediowała do najbogatszego kraju na świecie. Po kilku minutach zapukałem do drzwi gabinetu. Otworzył je pan w sile wieku. Ubrany był w kurtkę kroju wojskowego. Nosił buty, których kolor trudno było określić. Podobne buty na Litwie nosili oficerowie. Od razu było widać, że był to człowiek czynu. Podszedł do mnie o krok bliżej, jakby miął zamiar chwycić intruza za kołnierz i wyrzucić z gabinetu.

- Ad rem (do rzeczy), młody człowieku - zapytał mnie bezpretensjonalnie - w jakiej sprawie?

- W sprawie gardłowej - wystrzeliłem od razu z grubej Berty - chodzi o paszport, ale o nie byle jaki: o paszport polski.

- Nie prosta to rzecz: potrafi młodzieniec udowodnić - , że ma chociaż jedną kroplę krwi polskiej?

- O to najtrudniej. Mam obfitość- krwi niemieckiej (ojciec farbowany Niemiec), połowę rosyjskiej matka rodowita kostromiczka1, na pewno coś niecoś z rasy syberyjskiej - straszne drzewo genealogiczne!

Patrzył nieco z ukosa, jakby ważąc moje słowa. Na pewno pomyślał, że nieco przesoliłem swoją nonszalancją. Trochę strychniny zawiera niejedno lekarstwo. Podobnie i ja doszedłem do wniosku, że klękanie na naszej planecie raczej daje mierne rezultaty. Wreszcie starosta podszedł do mnie. Zaczęła się druga runda naszych zmagań. Chwilę jeden i drugi zastanawialiśmy się nad tym jak zakończyć dyplomatyczną rozgrywkę. Sytuacja starosty była prosta: albo-albo. Ja nie miałem dwóch alternatyw, ale udawałem beztroskiego młodego człowieczka, pół Rosjanina, dla którego wszystko było wsio rawno. Był to w rzeczywistości tylko blef. Pierwsze słowo zawsze ma decydent. Tak było i tym razem

Władca zrobił parę rund od drzwi do biurka. Widocznie jeszcze się zastanawiał co zrobić z tym fantem. Stało się tak jak przypuszczałem. Wyrok jak miecz Damoklesa wisiał nad moją głową.

- Czy pan nie jest czasem matematykiem, który uczy mojego syna?

Myśl, że bitwę wygrałem podziałała oszałamiająco. Musiałem grać dalej wariacką rolę osoby nie znającej stresów.

- Tak panie starosto. Muszę powiedzieć - , że jest to bardzo miły i dobrze wychowany chłopiec. Będzie kiedyś chlubą łobeskiego gimnazjum. Lecz wojna zrobiła swoje. Brak podręczników ujemnie wpłynął na ogólny poziom nauki, w tym i w zakresie matematyki., ale..

- Rozumiem profesora - przerwał nić - mego rozumowania starosta - I mój syn, pomimo starań na pewno ma jakieś niedociągnięcia. Na pewno da się je usunąć - .

Miecz Damoklesa znikł z mego horyzontu. Sumienie miałem czyste. W tym co powiedziałem o chłopcu, nie było żadnej przesady. Jeżeli byłoby inaczej, sam na siebie wydałby wyrok.

Rozmowę naszą przerwało pukanie. Starosta wyszedł z gabinetu prosząc interesantów, by poczekali parę minut.

- Gdzie pan się stołuje- zainteresował się gospodarz miasta.

- W gimnazjalnym Internacie - odpowiedziałem głosem petenta, któremu się udało.

- Chyba tam nie karmią pieczonymi gołąbkami - zażartował starosta - Proszę dzisiaj pana na skromny obiad.

Dania, które starościna przygotowała, nieco przypominały litewską kuchnię. Po tylu latach nawet teraz pamiętam smak niektórych dań: ryba ze wspaniałym farszem, który jest chlubą każdej żydowskiej kuchni. Wypiliśmy parę kieliszków jakiegoś dziwnego napoju, który pan domu nie wiadomo dlaczego nazwał  "pokarmem bogów". Według mnie bogowie mogliby wymyślić coś lepszego. Idąc do domu zastanawiałem się, skąd w takiej mieścinie takie boskie rarytasy. Od tego czasu kręci się w głowie myśl: kto ma dobrą mózgownicę, zawsze da radę na padole ziemskim. Po lukullusowskim obiedzie starosta zaprosił mnie do siebie do oddzielnego gabineciku na omówienie pewnych spraw dotyczących mojego obywatelstwa. Dał praktyczne wskazówki, jak się takie sprawy załatwia. Przyrzekł, że pomoże nawet z Litwy potrzebne dokumenty wydobyć. Przyznał, że to sprawa skomplikowana z różnych względów. Trudności stawiali przede wszystkim Rosjanie. I rzeczywiście po opuszczeniu Łobezu przez Rosjan potrzebne dokumenty dostałem. Kiedy chciałem opuścić gabinetową twierdzę władcy Łobezu gospodarz otworzył szafkę i wyciągnął ukoronowanie dnia - butelkę koniaku. A potem popatrzył na mnie i rzekł:

- Ten, kto pierwszy raz jest w tej dziupli ma jeden obowiązek: opowiedzieć -  o swoim najniebezpieczniejszym przeżyciu. Rozpoznaje, że przygód panu nie brakło, nawet tych gardłowych.

Napełnił kieliszki złotawym napojem i siorbnął parę kropelek. Oszczędzał jakby wiedząc, że opowieść będzie długa. Skosztowałem i ja nieco iskrzącego złota. Było wspaniałe, Nie mniej wspaniały był łobeski dygnitarz. Jeszcze raz próbowałem targować się, ale pan domu pogroził palcem. Argument ten był aż nadto przekonywujący, więc zacząłem znęcać się nad swoją przygodą życia.

Zdarzyło się to w ostatnim roku wojny. Sojusznicy atakowali w Niemczech wszystko co latało, chodziło, poruszało się czy pływało. Czołowi zbrodniarze wiedząc, że przybliża się koniec ich życia zawzięcie dyskutowali o najlepszych sposobach dokonania samobójstwa. Hitler półprzytomny groził, że zastrzeli się. Rosjanie w Litwie stali już blisko Prus Wschodnich. Królewiec był już w zasięgu ich ręki. Na Litwie powstał chaos. Litwini bali się jak ognia zemsty Rosjan. Jeden z najważniejszych dygnitarzy stalinowskich przyrzekał, że na kolanach popełznie do Litwy "by ukarać morderców, którzy napadali na wycofujących się krasnoarmiejców". Rzeczywiście były wypadki, gdy uzbrojona młodzież i chłopcy mścili się za wywożenie ludzi na Syberię. Dziesiątki tysięcy Litwinów zgromadziło się przy granicy pruskiej, by uciec do Niemiec. Ja byłem wtedy kierownikiem szkoły. Rodzina moja oraz teściowie postanowili nie czekać na siepaczy i uciekać gdzie oczy poniosą. Powodem mojej ucieczki była wiadomość, którą otrzymałem od milicjanta. Przestrzegano mnie, że mogę być aresztowany, kiedy przybędą Rosjanie. W dzień, gdy moją wioskę o dźwięcznej nazwie Kirkilai obstrzeliwała radziecka artyleria z pagórka sudarskiego, tuż w pobliżu Jurabarka teść wrzucił do wozu nieco najniezbędniejszych rzeczy, jedzenia, szczególnie tłuszczów, i przez skrawek tak zwanej "suchej granicy" dostaliśmy się do Niemiec.

Takiej peregrynacji, która odbywała się na krańcach Prus Wschodnich jak świat światem nikt nie widział. W pewnym stopniu przypominała wędrówkę ludów. Była swego rodzaju samoistna ewakuacja rasy germańskiej od stuleci zamieszkującej tereny prusko litewskie. Nemezis, bogini sprawiedliwego gniewu zwraca pokrzywdzonym to, co kiedyś im odebrano. Potomkowie tamtych dni wrócą i posieją swoje żyto i posadzą posadzą ziemniaki.

 Dołączyliśmy do treku2 kilometrami ciągnącego się w kierunku starych Niemiec. Kurz pokrył grubą warstwą pyłu przydrożne drzewa i domy. Kraj był pusty jak po średniowiecznej zarazie. Nawet psów i kotów, tylko gdzie niegdzie żołnierz. Żadnych samochodów czy czołgów.

Moja rodzina wygodnie siedzi na pakunkach. Teść, Niemiec porządny z najporządniejszych myśli o przewrotności losów kowali i generałów. Jednoroczna córeczka śpi, a teściowa martwi się, kto nakarmi psa. Ja zaś jadę obok wozu na rowerze, by koniom było lżej. Niespodziewanie zobaczyłem coś niesamowitego. Tuż przy drodze stał dwupiętrowy dom. Zwykły z dobrej cegły budowany dom. Takich w Niemczech są miliony. Tym, co mnie zaskoczyło był lew. Prawdziwy, miedziany lew, jakie czasem zobaczyć można w starych chińskich książkach czy muzeach. Stanąłem jak słup ze zdziwienia. Zawsze interesowałem się sztuką. W jednej z kieszeń trzymałem komplet kartek do rysowania, by w razie czego można było zrobić odpowiedni rysunek czy szkic. Dom był ogrodzony ze wszystkich stron wysoką siatką. Po co taka wysoka siatka? Wcale nie pasowała do starożytnego lwa i psuła poetycki nastrój. Nie zdążyłem nawet naszkicować postumentu gdy powstał niesamowity rwetes. Z podwórka wyskoczyła zgraja żołnierzy nieznanej formacji, rzuciła mnie jak barana na ziemię i zaczęli patroszyć. Pokrzykując "spion, spion" odebrali najgroźniejszą broń szpiegów - harcerską finkę i inne drobiazgi. Zapomnieli tylko zabrać odwagę. Gdy wstałem, podszedłem do osobnika ze szramą na czole jeszcze z czasów studenckich. Poprosiłem, żeby mnie odprowadził do szefa.

Ruszyliśmy do góry schodami i pokazał, gdzie znajdę przełożonego. Stojąc przy drzwiach w ciągu minuty przypomniałem sobie pewne chwyty stosowane podczas badania podejrzanego. Gdy pracowałem w hurtowni miejscowego sekretarza NSDAP, udało mi się zdobyć nie byle co: broszurę "O metodach prowadzenia śledztwa". Gdy nosiłem worki z cebulą w górę czy znosiłem skrzynki z papierosami w dół wbijałem sobie do głowy mądrości SS-mańskie, które mogły mi się w krytycznej chwili przydać. Pierwszą zasadę w tej broszurce nazywano "siłą wzroku". Polegała ona na tym, że zmniejsza siłę obronną, podważa pewność psychiczną wroga. Jest to broń człowieka, wężów i gadów. Drugą zasadą jest doprowadzeniem "klienta" do stanu depresyjnego. Jeżeli i to nie daje wyników, pozostają inne radykalniejsze metody. Rzecz wiadoma, że nie użyto w tym przypadku słowa tortury.

Wreszcie drzwi się otworzyły. Stał przede mną młody człowiek w ubraniu cywilnym. Był idealnym modelem esesmańskiej dumy. Byłem przygotowany na to, że ryknie jak lew na mnie i zacznie rozmowę od bicia. Byłem przygotowany do tego, że wbije swój błękitny wzrok w moją twarz. Patrzył na mnie sokolim wzrokiem. Moje oczy nawet nie drgnęły. Przypominało to walkę na szpady. Raptownie nic nie mówiąc zrobił zwrot i podszedł do stołu, który stał w głębi pokoju. Usiadł na fotel i kazał mi podejść. Myślałem, że padnę z przerażenia. Cały stół był pokryty kartkami, które zastępowały mi aparat fotograficzny.

Młodzieniec wstał i ostrym tonem zapytał:

- Haben Sie Kinder?

- Ja! Ich habe ein klaines Mädchen.

- Also! - i jeszcze raz mówiąc

- Sind Sie Spion?

- Nein! - odpowiedziałem kategorycznie.

- Also. Proszę mi udowodnić - , że te materiały nie mają nic wspólnego ze szpiegostwem.

Zastosowałem taktykę wyboru. Wziąłem najpierw kartkę, na której, gdy przejeżdżaliśmy przez piękne miasteczko, narysowałem wspaniałą bramę wjazdową. Gdy doszedłem do trzynastej kartki i ją podniosłem do oczu coś drgnęło w sercu. Przejeżdżaliśmy obok jezior. Co ja tam narysowałem? Jakieś tam wysepki - nie wysepki. Dlaczego takie czarne? Ogarnął mnie strach. Przecież mogły to być bunkry podwodne, zaś czarne części mogą mieć coś wspólnego z wentylacją. Takich kartek miałem kilka i każdą można było uważać za dokument szpiegowski. Popełniłem gafę. Za długo trzymałem kartkę. To zainteresowało wywiadowcę. Kazał mi podać niefortunne rysunki. Patrząc na kartkę powiedział:

- Tak, tak! Pełno tu tych czarnych kruków.

Popatrzył jeszcze raz i zapytał:

- A skąd jesteś.

- Z Litwy - odpowiedziałem.

- A ten rower, który stoi przy drodze jest twój?

- Tak jest - stwierdziłem z ulgą na sercu:

- Słuchaj ty nieudany Litwinie czy Polaku - nie wiem. Masz 5 minut czasu. Jeżeli złapią ciebie moi żołnierze rozstrzelają jak szpiega. Potem poszedł do bocznych drzwi, otworzył i kazał jak najprędzej znikać- .

Zszedłem dość stromymi schodami do ogrodu, pokonałem z trudem siatkę drucianą. Rower stał jeszcze po zewnętrznej stronie. Siadłem na rower znikając w tłumie ludzi, kurzu i powozów...

Starosta wykazał duże zainteresowanie moim opowiadaniem i przyrzekł rewanż.

 

Wiktor Kutkiewicz

 


1 Mieszkanka kostromskiej guberni
2 Kolumny pojazdów

[Spis treści]

 

Piotr Bednarski

KOŃ


Był drewniany jak ten z Troi,
potem ożył i sierść złotem runem błyszczała,
Płynął przez rozłogi jak kobiety przez Moc poety,
której żagle sam Bóg podnosi.

Teraz jest umieranie. Przez oczy przelatują
żurawie, klucze za dalą otwierają dal.
Tam są i nasze pastwiska i wodopoje
lecz tu głębszy smutek i smaczniejszy chleb.

W nocy się znarowił i pocwałował w
przemianę, choć spałem obok na derce.
Liście osiki teraz siodłam,
czasami śpiew wilgi albo błyskawicę.

Lecz kiedy ja opuszczę stajnię, którą ktoś
nazwał Ziemią nie rozstrzelajcie słów, które
splotłem w warkocz i karmcie koguta, którego
zostawiam - kiedy i wam po trzykroć zapieje.

 

Piotr Bednarski

 


 

Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (6)

Z powodu rozmaitych nacisków (czasem woalowanych, czasem bezpośrednich) na to, by omawiać też książki publikowane przez wydawnictwa profesjonalne, przypomnijmy raz jeszcze, jakie zadania postawiły sobie "Prowincjonalia". Otóż nie zamierzamy powielać tu funkcji pism wysoko-nakładowych, recenzujących książki o zasięgu ogólnokrajowym. Dość jest miejsca na to gdzie indziej, a udział w młynie (oraz giełdzie) krytyki nas nie interesuje. Naszą ambicją jest postrzeganie i eksponowanie książek opublikowanych lokalnie (najogólniej ujmując rejon środkowo-  i zachodniopomorski), często przez małe oficyny społeczne lub prywatne, autorów na wymienionym obszarze pomieszkujących.

Powód tego jest prosty. Ukazuje się sporo ciekawych rzeczy pod naszym nosem, na ogół nie zauważanych - ani przez media lokalne, a tym bardziej w głębi kraju. Czasem coś przebije się dalej przez szum informacyjny, jednak to rzadkość. Liczyć na to mogą tylko autorzy o większym dorobku lub zdarzające się dzieła niezwykłe. Ale prowincjonalna codzienność jest inna i też warta komentarza.

I drugi przedmiot nieporozumień. "Prowincjonalia" nie są działem stricte recenzenckim. Krótko mówiąc recenzent operuje innymi narzędziami, inne są jego cele. Tu jedynie przybliżamy potencjalnym czytelnikom lokalne publikacje, tylko sygnalizujemy mniej lub bardziej ciekawe zjawiska. O idei nam przyświecającej informowały wyraźnie "Prowincjonalia (1)".

Na tym koniec wyjaśnień, do których w przyszłości wracać już nie zamierzamy.

W tym kwartale różności. Pięć pozycji od Sasa do lasa, w pięciu miejsco-wościach opublikowane.

Zacznijmy od A. Grabowskiego, autora z Kołobrzegu (Andrzej Grabowski "Bracia BimBamBom. Trele-morele, czyli historia jednej piosenki", In Rock, Poznań 2000, str. 60). Opublikowaną rzecz wsunąć można między kurioza literackie - i to w kiepskim guście. Bowiem w trzynastu osobno tytułownych cząstkach opowiedziano tu infantylnie historię powstawania piosenki, której adresatami (oraz według tekstu twórcami) jest dziatwa w wieku szkolnym. A nie dość, że historia - jako się rzekło - infantylna, to jeszcze złym literacko językiem przedstawiona. Bohaterowie powiastki - bracia Bim i BamBom - nafaszerowni komercyjnym marzeniem o sławie piosenkarskiej bredzą na okrągło o scenie i występach.

Równie mizerne są piosenki pomieszczone na końcu książeczki (z dołączoną do wydawnictwa płytą CD). I co dziwić się później, że dzieciaki nasze kretynieją. Smutek totalny.

Ambitniejszą za to rzecz (choć przaśną edytorsko) opublikował własnym sumptem poeta pochodzący z Dobrej Nowogardzkiej - W. Pisarski (Wiesław Pisarski "Dolina Przemienienia. 41 wierszy dla szukających swej ścieżki w gęstwinie traw", Leszno 2000, str. 52), którego inną broszurę omawiałem w poprzednim odcinku. Tym razem większa czytelnicza satysfakcja. Widać, że autor pracuje nad sobą i tworzonymi strofami, czego rezultatem są coraz ciekawsze wiersze (Antylopa gnu/ wybiega lekko/ z twych źrenic - piękny fragment, a podobnie udanych wersów sporo). Choć, niestety, nie brak i strof chybionych (twoim przeznaczeniem/ pytać i błądzić [...] w łzach skamieniałych). Szczęściem przeważają utwory poprawne i dobre.

W posłowiu dzieli się autor z czytelnikiem taką między innymi refleksją: Najlepsze wiersze pisze się sercem. To jest poezja żywa. Rodzi się z miłości do świata i ludzi. Niesie serce w piersiach swoich strof. Idzie do ludzi, z którymi poeta jest połączony niewidzialnymi nićmi. Żyje w sercach.

Kto wie, może W. Pisarski pokusi się niebawem o publikację w jakim profesjonalnym wydawnictwie? W każdym razie dojrzewa do tego.

Teraz o zjawisku frapującym. Czy kto kiedy słyszał o istnieniu w kraju gminy artystycznej? A takowa istnieje. W północnej części województwa zachodnio-pomorskiego, konkretnie - kilkanaście kilometrów od Kołobrzegu. Mowa o Ustroniu Morskim, którego dotyczy świeżo wydany almanach ("Almanach bałtycki. Środowisko artystyczne Ustronia Morskiego", Alta Press, Koszalin 2000, str. 50).Skrzyknęła się tam grupa nawiedzonych twórców (dziedziny sztuki w almanachu prezentowane: poezja, proza, reportaż, malarstwo, tkanina, rzeźba, kowalstwo) pod egidą dyrektora Gminnego Ośrodka Kultury Stanisława Wasyla (na marginesie - świetnego poety), podejmując decyzję o wspólnej prezentacji. I trzeba przyznać, iż wydawnictwo robi wrażenie. Przeglądając solidnie wydaną książeczkę obejrzeć możemy barwne reprodukcje prac plastycznych kilkunastu artystów oraz przeczytać wiersze, fragmenty prozy i reportaż. Wymieńmy chociaż z nazwiska artystów plastyków, skoro brak miejsca na szersze omówienie.

Zatem w almanachu przedstawiają prace: L. Becker, H. Burkner, W.I. Koźmińska, L. Nejkauf, W. Nowicka, B. Sobczyk Ruchniewicz, D. Waligórska, E. Adamczyk, I. Rymaszewska-Buszka, K. Węclewska, B. Kulita, M. Majba oraz L. Molcan. Zaś twórcami słowa okazują się - poeta Eugeniusz Koźmiński (o jego debiutanckim zbiorze "Wołanie mew" pisałem w jednym z poprzednich odcinków), prozaicy Przemysław Pawłowski i Waldemar Gałęzowski (który też gościł na łamach "Łabuzia" fragmentem opowiadania) oraz dziennikarka Izabela Poznańska. Prężnie rozwijającemu się mikrośrodowisku wypada życzyć wszystkiego najlepszego. Tak trzymać!

Nową rzecz opublikowało, drukujące rozmaite literacko książki, szczecińskie wydawnictwo "Albatros". Mówię o debiucie powieściowym autora z Łobza, K. Andrusza (Krzysztof Andrusz "Miasteczko, Ela i łyse małpoludy", Wydawnictwo Promocyjne ALBATROS, Szczecin 2000, str. 264). Jak widzimy z liczby stron, jest co czytać. Spora objętościowo powieść należy do gatunku popularnych, o których zwykło się mówić: czytadła. Choć określenie posiada pejoratywny odcień, jednak czytadło czytadłu nierówne. Tu akurat możemy nieźle się zabawić podczas lektury, gdyż opowiadana przez narratora obyczajowo-kryminalna historia zatrzymuje uwagę. Nadto walorami dodatkowymi powieści są: humor, umiejscowienie fabuły w środowisku małomiasteczkowym, nieźle zbudowana intryga. Może pewien niedosyt pozostawić język - mimo prostoty nazbyt chwilami naszpikowany kolokwializmami.

Niestety, brak choćby krótkiej notatki o autorze na końcu książki, co istotne się wydaje zwłaszcza w przypadku debiutu.

Trudno prorokować o przyszłości K. Andrusza. Poczekajmy zatem na drugą powieść, bo zwykle drugie książki prawdziwie ukazują kierunki twórczych dróg autorów. Jeśli nie "spalą się" już przy pierwszej. W każdym razie dane wyjściowe są nie najgorsze.

Na finał kwartalnego przeglądu zatrzymałem coś dla amatorów bibliofilskich wydań. Leży przede mną niebywale efektownie wydana (twarda oprawa, szycie, wyklejki, różnobarwne strony i rozmaita czcionka) rzecz Galla Anonima i o Gallu Anonimie (Galli Anonymi "Cantilena et carmina. Z fragmentami =Kroniki polskiej=", Kołobrzeskie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne, Miejska Biblioteka Publiczna im. Galla Anonima, Muzeum Oręża Polskiego, Kołobrzeg 2000, str. 88) w wyborze i opracowaniu Jacka Klimżyńskiego. Kolejna, trzynasta już, publikacja w serii "Biblioteki Kołobrzeskiej".

Co jest godne uwagi w wymienionym wyżej wydawnictwie? Przede wszystkim pietyzm i staranność, z jaką opracowujący dwunastowieczny tekst potraktował, cytując rozmaite tłumaczenia oraz wyodrębnione "Mężów uczonych sądy o Gallu Anonimie" (J. Kleiner, J. Krzyżanowski, K. Maleczyński, R. Gansiniec, Cz. Miłosz, P. Jasienica, S. Bratkowski). Całość wieńczy dyskretnie polemizujące z tu i ówdzie pojawiającymi się krzywdzącymi opiniami o G. Anonimie posłowie J. Klimżyńskiego.

Cóż, powiedzieć trzeba jasno, że wydawnictwo opublikowano z klasą, którą docenić w pełni mogą przede wszystkim filolodzy. Ale nie tylko. Rzecz winna znaleźć swe miejsce na półkach uniwersyteckich, szkolnych oraz każdego odbiorcy, któremu rzetelna historia jest bliska. Zaś przede wszystkim na półkach kołobrzeżan, wszak - co słusznie we wstępie zaznacza J. Klimżyński - Niewiele miast współczesnej Polski dostępuje zaszczytu odczytania swej nazwy w najstarszym dziele polskiego kronikarstwa. Nie darmo zatem w roku jubileuszu (tysiąclecie utworzenia biskupstwa) umieszczono na okładce dedykację: "Kronikarzowi - poecie z wdzięcznością Kołobrzeg A.D.MM" Tak, bez wątpienia, to jedno z najlepszych kołobrzeskich milenijnych książkowych wydań.

A któż, u diabła, jest ten Paweł Szeroki? - pytają natarczywie. Sam nie wiem, jakem Paweł Szeroki. Bo któż, u diabła, prawdziwie o sobie wiedzieć to może? Ha!

 

Paweł Szeroki

 


 

Jerzy Kujawski

O SZCZEROŚCI PERONÓW

gdyś z należną wiarą że u siebie przycupnięty w najprostszą nadzieję jedynej logiki winy i kary prostował skrzyła do niewykluczonego lotu szarańcza aparatczyków z wysoce poprawnym niedorozwojem uczuć i tak nie najwyższych rozsiadła się wygodnie w twoich oczekiwaniach zaopatrzona w siatki wytycznych na nie swoje motyle i w kilka uniwersalnych recept na uśmierzanie niepraktycznego bólu inaczej pojmowanej wolności tak że mógłbyś dosiąść się na kościste już kolana obiecanek cacanek ale tylko samobójca nie pojąłby że czołganie się będzie dużo mniej niebezpieczne od samodzielnego lotu po jasność spełnienia i to przecież nieprawda że świadomość nie ma mocy osaczenia więc wsiadłeś w ten pociąg do lepszego nikąd byle tylko nie wsiadać do kibitki nieporęcznego zaporożca i nie nauczyć się nigdy wdzięczności za potęgowanie niepojętego podsuwanego z niepokojącym akcentem pogranicza pograniczy albowiem krew nie porzuca raz obranego kierunku i będzie płynąć nieprzejednana dokładnie w tę samą stronę oczywistości

 

Hamburg październik 89
Jerzy Kujawski

[Spis treści]

 

KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między pisarzami.  Korespondują: - Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób.
Dziękujemy - pkl "Łabuź"

 

Podkowa Leśna, 24 czerwca 2000

Lechu Bez Oddechu,

popędzasz jak zwykle, żebym Ci listy pisał. Na szczęście odpowiadasz w podobnym tempie i nie muszę latami czekać na odpowiedzi. Chyba masz za mało godziwych lektur albo uważasz, że samych nudziarzy wokół siebie. A ja twierdzę, że są w Kołobrzegu ciekawości niebywałe. Szkoda że nie wszystkie podłączono do Internetu. O ile Ośrodek Kultury z ładnymi ludźmi ma e-maila, o tyle jeszcze piękniejsi Maryjka K. i Piotrek Bednarski nie. To źle, ale do naprawienia. Zostają telefony i poczta ślimacza.

Konkurs o "Bursztynowe Pióro" udał się i literacko (owa "Mrówka" z pierwszą nagrodą), i co najważniejsze towarzysko. Pamiętam, jak nieboszczyk a pisarz przedni Kazimierz Truchanowski narzekał, że po wojnie stopniowo zanikała kawiarnia literacka, najlepsze miejsce nie tyle wymian warsztatowych, ile szybkich poglądowych. Była więc teraz okazja do odświeżenia tych tradycji. Atrakcją stały się panie, zwłaszcza M., której można słuchać godzinami. Kobiety na ogół zrzędzą, a tu taka kusząca, utalentowana odmiana.

Twój Kołobrzeg. Jak wiesz, na początku lat 70. mieszkał u mnie na grudziądzkim, wojskowym poddaszu Edek Stachura i nagle, gdy byłem na jakimś strasznym poligonie, zniknął, zostawiając kartkę "Jestem w K., daj szybko znać". Co za "K.", do cholery? - pomyślałem. Chodziło mi po głowie tylko jedno słowo, bo w wojsku tylko ono się kojarzyło, ale że Sted pod latarniami raczej nie bywał, zaznaczyłem na mapie (wojskowej rzecz jasna) wszystkie pomorskie K. I wyszło, że Stachura jest w K.

Pojechałem na oślep sanitarką (bo mi przysługiwała jako lekarzowi pułku, z łapanki zresztą) z sanitariuszem jako kierowcą (porucznikowi nie wypadało) oczywiście do K., z tym że zahaczyliśmy jeszcze o A., B., C., D., E., F., G., H., I. i J., jak to bywa, kiedy wszędzie zielone budki z piwem i wesoła kompania na poczekaniu.

W K. na pytanie uliczne, gdzie można spotkać Steda, odpowiedziano nam ze złośliwym uśmieszkiem, że "Pod Cycem", co miało znaczyć "szukaj wiatru w polu". W końcu K. mały nigdy nie był. Sanitariusz (st. szer. Żemajtis Antoni) nie w ciemię bity radził, żeby jednak wskoczyć pod ten cyc ("cieplej będzie, choć goło" - zauważył), bo mu się browar setnie znudził. Oczywiście za resztki mojego żołdu. Wygłodniały był też nieprzytomnie i miał ochotę rzucać się na wszystko co żeńskie, a że wódeczka też ma coś z baby (powala z nóg), zasiedliśmy, dobierając żółty serek ze słodką papryką "na sypano" i ostrygi po polsku (żółtka w sosie maggi). Jakoż po drugiej połówce pod owym "Cycem" (prawdziwej nazwy knajpy nie pomnę) przy kontuarze rozgorzała awantura. I co? Ano to: E.S. z gitarą i chlebakiem wszczął spór o to, że takich gości jak my przy stoliku przy oknie gorzałką z czerwoną kartką się nie traktuje. Edek prawie nie pił, ledwie dla towarzystwa, więc sobie wziął kieliszeczek bikawera, a na stół wskoczyła żubrówka z sokiem malinowym. Czegoś tak dostojnie ohydnego już nigdy potem nie piłem. Nocą, nie wiem czemu, zsuwałem się co chwila do morza, a E.S. i sanitariusz cumowali mnie jak potrafili. Dziwne to było, bo łeb mam raczej mocny i trudno mnie ściąć. Może ów sok nie był z malin, ale z anilin? Skończyło się dobrze, na noszach w sanitarce, którą wróciliśmy do G. jak Pan Bóg przykazał.

Tak pamiętam K. z tamtych czasów, to znaczy przez opary. Później też bywałem, ale już w celach nie tak kulturalnych, tylko pod namiotem. Było to miasto szarawe, zaniedbane, brudne. Dziś nie do poznania. Spodziewałem się tego, bo wszystkie miejscowości północne bardzo odmłodniały. Starówka K. zaskoczyła mnie urodą. Słowem, pobyt mile wspominam i dopominam się o jeszcze, dlatego wkrótce pojawię się w całej okazałości, dla niepoznaki w ubraniu, i to nowym. W tym celu jeszcze przed "Bursztynowym Piórem" udałem się do hipermarketu LeClerc (dział "stroje") i nabyłem czarne, uniwersalne spodnie na wszystkie okazje, bo już wytraciłem sztruksy i garniturowe. A tam przykra niespodzianka. Postanowiłem mianowicie wyjąć jakieś pieniądze z bankomatu i ten diabeł oddał mi kartę, wyrzucił kwitek, zdjął kwotę z konta w banku, ale biletów płatniczych nie wypuścił. A mówiła mama: "Daj sobie spokój z tą nowoczesnością". Biegania i telefonowania (mam na szczęście telefon k.) było co niemiara. Okazuje się, że mają komputerowe zabezpieczenia, tyle że na tak stracone pieniądze trzeba czekać tydzień. Zatem w K. zjawiłem się na "Piórze" niemal kompletnie bez grosza, ale to mi jakoś zupełnie nie przeszkadzało, bo honorarium za udział w jury wystarczyło na podróż, taksówkę i gazetę (podziękuj jeszcze raz w domu za rodową zupę, a Marii powiedz, że jej kolacji nie zapomnę nigdy).

Cieszę się, że znowu się pozalistownie zobaczymy. Tym razem może wynajmę coś do spania w hotelu albo na schodach. Spać mogę wszędzie, chyba że nie mogę z zakochania (co może być). Jeśli zdążę kupić letnie opony, nie znaczy że przewiewne, to po prostu wybiorę się moim dużym samochodem i w nim zrobię spanie wypraktykowane przez lata całe, z dobrym skutkiem. Przy światełku znad kierownicy uroczo się czyta wiersze, ale muszą być tak dobre jak w Twoim najnowszym tomiku "Wibrujące serce". Konik polny w siodle wiatru! Świetna metafora. To ja. Jest takich więcej, a wiersze oszczędne. Brawo! To wielki przeskok do rzeczy nieosiągalnych.

Żeby brzuch nie rósł, zabrałem się za porządki nierobione od niepamiętnych czasów. Wyprałem wszystkie firanki i zasłony, wytrzepałem dywany i tapicerki, pomalowałem niektóre drzwi i schody, uporządkowałem stosy książek, zdjąłem pajęczyny wokół domu. Wziąłem też 19 czerwca udział we wręczaniu Nagrody im. Małgorzaty Müldner-Nieckowskiej za najlepszy polski debiut w dziedzinie biżuterii artystycznej w 2000 r. Fundatorzy Zofia i Witold Kozubscy (w tej branży wielkie autorytety) dowcipnie przyznali zdolnemu Marcinowi Stępniakowi z Warszawy 2000 gramów srebra, a inni sporą gotówkę. W przyszłym roku będzie 2001 gramów, tak anonsują. Bardzo mi się to spodobało, była feta, wino się lało (a szkoda, bo przyjechałem autem), deszcz zaś ani trochę. Upiorne upały do 35 stopni o szóstej po południu! Pełno znajomych rzeźbiarzy, malarzy, biżuterników, filmowców, poetów. Spęd udany jak rzadko. Brakowało mi tylko jednej osoby, ale o tym sza. Wiedziałem, że jeszcze jest w Warszawie.

Wygląda na to, że się budzę.

Pozdrawiają Cię Piotrek Mitzner i Krzysiek Karasek.

 

Z niniejszym poważaniem
Twój Piotr Müldner-Nieckowski

 

 

Kołobrzeg, dnia 2.07.2000 r.

Piotrze Podkowiański -

popędzam jak zwykle, gdyż co prawda ars longa, ale jednak vita brevis. Tu zgadzam się z Hipokratesem, któremu przypisuje się zacytowane powiedzenie. Poza tym ruch. Nie znoszę gnuśności i zastoju. Wyprowadza z równowagi marazm lub ślimaczenie. Rzecz jasna inną sprawą jest namysł  oraz refleksja związana z obrabianiem wszelakiego tworzywa (dźwięk, słowo, przedmioty materialne). Ten rodzaj aktywności wymaga odmiennych podejść. Zresztą, o czymże ja piszę? O oczywistościach? Wróćmy do wątków Twego listu.

Widzę, że Twój czerwcowy pobyt w K. przyniósł jakie owoce...  Samo K. jest smutne, na wzór wszelkich miejskich siedzisk. A im większe po miejsku siedlisko, tym smutniejszy daje wyraz. Pomieszkiwanie w podobnych punktach globu (a zwłaszcza w tak zwanych mrówkowcach) urąga podstawowym ludzkim potrzebom i oczekiwaniom. Deprawuje duchowo, emocjonalnie; obraca wniwecz szansę bujnego oraz niczym nie skrępowanego rozwoju jednostki.

Wiem, wiem, przypuszczalnie stawisz opór takiej opinii, co rychlej wytaczając armaty kontrargumentów - tyle, że ja nawet przyjmując do wiadomości odmienne zdania, swego w tej materii nie zmienię.

Zatem - sumując: Kołobrzeg nie jest mój. I Białogard  - miejsce mego urodzenia, nie jest mój. Żadne miasto (a obracałem się w wielu) nie jest moje i nigdy takim nie będzie. Niestety, niewolność moja - przynajmniej chwilowo - stawia tamę ucieczce z umasowionych betonów. Dlatego między innymi w jednym z poprzednich listów zawiściłem Ci  l u d z k i e j  (podkowiańskiej) sadyby, gdzie   j e s z c z e  mieszkać można.

Lecz, jak czytam między wierszami, nie miasto najbardziej Cię ujęło. Chyba w przedziwny sposób zaczyna z wolna wibrować Twoje wnętrze. Stąd pewnikiem Twój w kilka tygodni powrót do K.

Pociąga piękno, czyż się mylę? Piękno będące "kluczem tajemnicy i wezwaniem transcendencji"*, jak przypomniał ostatnio Jan Paweł II. Tym razem uosobione w M.  Twoje oko spoczęło na niej i popadłeś w zachwyt. Ale uważaj. Wprawdzie rzeczoną nie zaliczę do kobiet fatalnych, jednak wielu już twórcom rozwibrowała serca - co w określonych kręgach jest raczej tajemnicą poliszynela. Że przywołam tu tylko znanego malarza Kiejstuta Bereźnickiego, czy ś.p. kolegę po piórze Tadeusza Śliwiaka. M. roztacza czar muzy - by tak rzec - spolegliwej. I dopiero w trzepocie duszy znajduje ukojenie.

Dosyć trafnie określił ją znajomy wilkolog (Lech Trokowicz - który wespół z doktorem K. Włodkiem i profesorem A. Bereszyńskim wkrótce wydaje obszerną monografię o wilku) wizytujący K. w ubiegłym roku, nazywając M. Czerwonym Kapturkiem. Tyle że w bajce wywróconej na opak.

Ale dość o M. Dalej - wola boska i skrzypce.

Wspominasz perypetie z E. Stachurą. Nie znałem go osobiście, choćby przez różnicę pokoleniową  (roczniki 1937 i 1953) - on już ostentacyjnie kończył swój twórczy żywot, gdy ja dopiero na wojenną ścieżkę wkraczałem. Lecz znam owe barwne historie z ust  innych przyjaciół, na przykład Piotra Bednarskiego. Zaiste, ferryczne życiopisanie, choć nie w moim stylu.

Internet? Z tym nowych przygód wiele. Wyobraź sobie, że właśnie dzięki Internetowi odnalazł się po kilkunastu latach znajomy pisarz, obecnie mieszkający w Hanowerze, niejaki Dariusz Muszer. Być może słyszałeś o nim. W ubiegłym roku otrzymał nagrodę Związku Pisarzy Niemieckich za powieść "Die Freihet riecht nach Vanille" Dawno, dawno temu (po moim debiucie wierszami i prozą) odwiedził mnie w Kołobrzegu. I potem kontakt się urwał. A teraz trochę sobie e-mailujemy, odpominając to i owo.

Skoro o e-mailach mowa. Namnożyło się tyle elektronicznych listów od Ciebie, że założyłem osobny folder "Piotr M-N. - AULA" i teraz w czeluściach komputerowych się nie rozproszysz.

Gdyby jeszcze nie wąskie gardło łączy telefonicznych z Internetem, które tak denerwują. Za dnia zbyt drogo, w nocy z kolei dopiero po pierwszej, pierwszej trzydzieści można wejść do sieci.

Jak wiesz, w końcówce czerwca ścigałem szczupaki w moim ulubionym jeziorze (prawie 2 tys. hektarów powierzchni, 65 kilometrów linii brzegowej). I marne tym razem efekty. Burza za burzą, skoki ciśnienia, ciągłe wybieranie wody z łodzi - oto z czym przyszło się potykać. Zeźlony w końcu skróciłem pobyt. Znajdując pociechę w perspektywie późnolipcowej powtórki wypadu. Dla odmiany tym razem w towarzystwie pewnej Ciekawskiej Istoty, którą żywo interesują moje (hmm, hmmm) techniki połowu podwodnych drapieżników... Z 10 - 11 dni tam zabawię. By finał jeziornych poszukiwań esoxów znaleźć u schyłku września.

Aha, nie wiem, czy zdążyłem wspomnieć ostatnio. Na ręce prezesów - koszalińskiego oddziału J. Żelaznego oraz ogólnokrajowego P. Kuncewicza - złożona została w maju moja oficjalna rezygnacja z członkostwa ZLP.

Lecz wszystko to furda, mój Przyjacielu, wobec tego, co obecnie trapi. Nie mogę ruszyć z długo obmyślaną powieścią "sowizdrzalską" (jak nazywam ją na własny użytek). Zaczynają nękać obawy, by nie zadziałał tu czasem efekt ciąży przenoszonej. Miałem już w przeszłości podobne przypadki. Gdy miesiącami z jakimś zamysłem chodzisz, później rzecz zanurza się w niebycie, jeszcze bytu nie zaznawszy... Proszę Cię, trzymaj kciuki!

Dzięki za dobre słowo o wydanym ostatnio zbiorze. Chyba nie kurtuazja je podszepnęła? A o noclegi w K. się nie martw. Jeśli nie przygarnie Cię jaka spolegliwa dusza (płci odmiennej - dobre sobie, jakby dusza mogła legitymować się płcią!), zawsze możesz przenocować w mojej dziupli - legając środkiem księgozbioru, na podłodze - jako ja sypiam. Bylebyś Rodziców nie straszył.

Nagroda im. Małgorzaty Muldner-Nieckowskiej dobrym pomysłem.

Dzięki za pozdrowienia od Myszosera. Odwzajemniam. K. Karaskowi także przekaż uściski - ale bez stepowania (już będzie wiedział, o co chodzi).

Z tej strony z pozdrowieniami dołącza P. Bednarski.

Ciebie ściskam osobno -
Lech (który wie, co grzech)

 
Ps. Potrąciłeś o lektury. W końcu dopadłem pierwszą, nie wydaną za życia, powieść Camusa** (b. mieszane odczucia - rodzina winna była zostawić ów tekst tam, gdzie był, czyli w szufladzie zmarłego). Na tapecie też dwie inne rzeczy. J. Viorst "To, co musimy utracić"*** oraz ciekawie napisana historia stosunków między biologią a filozofią P. Meyera "Złudzenia konieczne"****. Być może i Ty coś podsuniesz godnego uwagi. Byle nie prozę - tej ostatnio nie trawię. Natomiast nie pogardzę dobrą nową poezją (nową w znaczeniu takim, że dotąd nie rozpoznaną).

 


* "List Ojca Świętego Jana Pawła II do artystów", Watykan 4 kwietnia 1999 r.
** Albert Camus "Śmierć szczęśliwa", Wydawnictwo Znak, Kraków 1998
*** Judith Viorst "To, co musimy utracić", Wydawnictwo Zysk i S-ka,Poznań 2000
**** Philippe Meyer "Złudzenie konieczne", PIW, Warszawa 1998

 


 

Paweł Kozioł

***


posłuchajcie i wy, dla których jestem milczeniem
- tak niepostrzeżenie wyrasta ono na ustach
i na początku zdaje się równie naturalne
jak słowa, które chce obiecać moja cisza

a przecież wiecie, że cisza nie może obiecać.
posłuchajcie i wy, których nie widzą oczy
tego pustego pokoju, gdzie lampa, zamiast oświetlać
jedynie się zasłania tarczą blasku

jak gdyby chcąc przypomnieć, że też jest osobno.
wy wszyscy, którzy macie zwyczaj bycia gdzie indziej
na przykład w gwarnych miejscach, gdzie drzwi skrzypią Straussa
albo sami zamknięci w świetlistych ścianach świtu

z twarzą zbyt przezroczystą, by przyjąć na nią spojrzenie.
posłuchajcie i wy, którzy odpowiadacie
takim samym milczeniem, pozwólcie zrozumieć
jak brzmi pytanie do tej odpowiedzi.

 

Paweł Kozioł

 


 

Archiwum pamięci

POMNIK

W językowo pospolitej codzienności mówiąco rozmawiającego miasteczka jest ten wyraz obecny i wypowiadany, stanowi odnośny - odsyłający punkt do czegoś co było, a czego już niestety nie ma obecnie - Pomnika, tego co po nim zostało, prócz dokumentów fotograficznych rzecz jasna. Bo to był punkt, który na stałe i może na trwale zrósł się akcentując i uwyraźniając zielono rozprzestrzenioną panoramę oglądu miasteczka. Wzmacniał ją i wyznaczał morenową wyniosłość wzgórz otaczających miasteczko, które leży w pradolinie rzeki Regi. Teraz już rozrastając się, a rozrost ten począł się jeszcze przed wojną, drugą rzecz jasna, wspina się na okoliczne wzgórza klockami i spadzistymi płaszczyznami dachowych domów.

Przybywa ludzi? No, nie bardzo ludzi, raczej domów. Bo ludziom chce się mieszkać wygodniej, luźniej. Może nawet ładniej - posażniej, sensowniej? Są przecież tego rodzaju ciągoty w nas, chyba nawet odwiecznie. Ale tutaj? We wróblo żywopłotowym uwarunkowaniem zastraszającego ściśnięcia środowisku to, to jest raczej wątpliwe. A dlaczego? No bo skoro człowiek pracuje, to człowiek sobie nie żałuje i zamawia podwójną zupę grochową. Taki jest rozrzutny. A co? Stać go przecież i sroce z pod ogona nie wypadł. Niechaj więc widzą i wartościują, jak to we zwyczaju bywa.

Wróćmy do Pomnika, którego już nie ma ale, który jednakże jakoś tam jest; w językowo obrazowej warstwie bieżąco przypominanych i odczytywanych wartości. Mimo, że tej warstwy także pozornie nie ma, bo nie widać jej przecież, nie słychać. To jednak jest ona. A cóż to za magicznie czarodziejska warstwa znikająco pojawiająca się, można zapytać. Nazwijmy ją warstwą kulturowych wartości, którą wyczuwa się przecież jedynie; smakiem, zapachem, wrażliwością, zadumą, refleksją, błyskiem, przypomnieniem chwili, która była onegdaj, bowiem wydarzyła się w zaprzeszłości a teraz jest jedynie przypominana. A więc nostalgia, liryzm, życzliwość, współbycie, współuczestniczenie, zaduma. Coś nie współczesnego, jakiś archaizm - sentymentalnie prywatne kłącza, których należy się wstydzić gdyż są mierzwą. A naszą obecnej przytomności powinnością jest przecież wzorowo wymodelowana korzenność i służalczo posiadających zawodów bieżąco użyteczny uniform bycia. I taki właśnie jest poprawnie zgranulowany pogląd naszego zespołecznienia, który w przetrawiająco oddychającej bieżącości pospolicie właściwym światopoglądowo gotowcem warunkuje nas, ogranicza i sytuuje. Nauczyliśmy się przecież zwycięsko biegać, wygrywać, walczyć, kłamać, umizgliwie pasożytować, grzecznie kraść, chytrze zabierać, zawłaszczać, przyswajać, uzurpować, zdzierać, posypywać solą, konserwować, granulować, brykietować: - "Cel uświęca środki" - wszakoż, "Zwycięzców nikt nie rozlicza" - przecież, "Najlepszą obroną jest atak" - wypróbowany na frontach... To są drogowskazowo sensowne i zasadnie słuszne, bo logiczną normatywnością nasze prywatnie uwarunkowane odnośniki odsyłających posadowień, na których nieodpowiedzialnie wegetujemy pastwiąc się zwyczajowo, bo na takim gruncie zaszczepiliśmy się wychowawczo i kształtująco.

Ale co to ma wspólnego z Pomnikiem? Myślę, że chyba ma i to bardzo dużo. Po prostu to właśnie on, Pomnik, jego pamięciowo zawieszona obecnie nieobecność podbudowuje nas dowartościowując chwilowo geometryczny pobyt, tutaj i teraz. Pamięciowym uprzytamnianiem światopogląd naszej obecnej nieobecności, żebyśmy rdzewiejąco nie gnuśnieli i biernie przetrawiając wydalali tylko. I dalej myślę, że chyba właśnie to on - Pomnik kieruje naszym postępowaniem i poczynaniami za, które jednakże odpowiadamy my. Przed kim? Chyba przed samym sobą, przed prywatnie rozumianą, odbieraną i wartościującą warstwą na gruncie osobiście wyznawanej wiary, posadawiamy się i jesteśmy. I taki wymiar ma nasza odpowiedzialność względem...

Ma być jednak Pomnik. I jest. W pamięciowo wyobrażanej warstwie wartości fotograficznie dokumentującym przekazem, który wzbogaca i ułatwia nam ściebienie i cerowanie pamięci. Wiążąc ją niejako na obrazowo rysunkowe supły, które w zależności od zawartej w nich siły, czytelnym rozumieniem wywołują w nas mocniejsze lub słabsze ciągi opowiadanych skojarzeń.

Z obrazowo rozprzestrzenionych i zapamiętanych punktów oglądany Pomnik, jego resztki, sfotografowały się w pamięci, odcisnąły, utrwaliły, zrósły się z pejzażową panoramą miasteczka. I choć od lat siedemdziesiątych już go niema, nie sposób go pominąć i wymazać z pamięci mimo, iż został zburzony - wysadzony dynamitem jego czworoboczno cementowy cokół, na którym stał Roland symbolizujący, w kręgu kultury Europejskiej męstwo i bohaterstwo średniowiecznych rycerzy. A w pejzażu miasteczka od 1927 roku, kiedy zaistniał, był symbolicznym strażnikiem miejsca pochowanej pamięci tych obywateli miasteczka, niemieckich oczywiście, którzy na frontach pierwszej wojny światowej polegli. Tutaj była symboliczna mogiła ich - tych, których strzegł Roland, a którzy swoje korzenne kłącza stąd właśnie, z tego miasteczka wywodzili. I teraz, po latach, tak właśnie odczytywany wymiar ma kłączaście zmierzwioną wartość posadowienia. A czymże jest ta wartość? Myślę, że może być nawet światopoglądem, którego także nie ma, a który istnieje jednak w kulturowym wymiarze wartości, także naszych. Bo jest on w nas posadowiony, przecież. Naszym prywatnym zaszczepieniem się tutaj na Pomorskim gruncie. No i pytanie: - co myśmy z tym posadawiającym wymiarem zaszczepienia zrobili? No właśnie. Co myśmy z tym zrobili? Aż wstyd odpowiadać - zbezcześciliśmy. Teraz za to "bezczelnie" przypominam: - a ponoć, niby jesteśmy odpowiedzialni...(?)

 

leon   maj 2000
 
[Spis treści]

 

Henryk Banasiewicz

***


Widzisz, jaki jestem poważny dziś rano
Patrzę na ciebie, jak patrzeć powinien Mężczyzna
- Jesteś pierwszą Kobietą masz jej duszę, ciało,
- Nawet ten sam rumieniec na ciepłych policzkach

Szukałem ciebie - Po zdziczałych wędrowałem sadach
Spałem gdzie mnie zastała chłodna noc zmęczenia
Do snu czasem mnie szorstka kołysała trawa
Współczujący gwiazd oddech czułem na powiekach

Skoro Bóg cię potępił - opuściłem Boga
Bo jak można potępić wdzięk i radość świata
l cokolwiek Bóg powie, wciąż będę cię kochał
Śmiech twój... i zieleń oczu... ciała twego zapach

 

Henryk Banasiewicz

 


 

INSTRUKCJA

Rafał obejrzał wieczorne "fakty". Był tak poruszony, że wstał z fotela nim zaczęły się informacje sportowe. Właśnie usłyszał, że prawie połowa ludzi w tym kraju jest funkcjonalnymi analfabetami i nie umie zrozumieć instrukcji pralki. Cholera. Bacha szczęknęła garami w kuchni, dzieci nie było, więc nikt nie pytał, po co Rafał wyciąga ze stosu papierów instrukcję. Przerzucił strony. Cholera. No tak: nic nie rozumiał. Zaraz , pomyślał, zobaczymy. Idę do Garczaka na chwilę, rzucił wciskając papier w kieszeń kurtki. Aha, powiedziała Bacha gdzieś z głębi kuchni. Na klatce sprawdził ile ma pieniędzy i zjechał windą na drugie. Zapukał do drzwi, a kiedy gospodarz otworzył i zaprosił do środka, zdjął buty i wszedł. W telewizji leciały "wiadomości". O co chodzi? O to, Rafał wyjął z kieszeni instrukcję. Słyszałeś w telewizji o tej połowie Polaków, która jest jakimiś - tam analfabetami? I o tej instrukcji? Sprawdziłem. Ni cholery z niej nie rozumiem. No co ty, roześmiał się Garczak. To przecież proste jak..., zawahał się, bo żona właśnie zajrzała do pokoju. Bry wieczór. Bry. No tak, pomyślał Rafał, to ja jestem tą gorszą połową, a Garczak tą lepszą. Cholera. No popatrz, a ja nic z tego nie jarzę. Idziesz na piwo?, spytał gospodarza. Można, ten zgodził się od razu. Tylko nie wracajcie na czworakach, odezwała się Anka z łazienki, gdy wychodzili. Idąc do piwiarni Rafał poczuł się nieco pewniej. No to mi ją wytłumacz, skoro to takie proste, powiedział podając Garczakowi instrukcję. Ten wziął papier, zatrzymał się i zaczął czytać. No tak, mruczał, no tak. I co?. No co?, dopytywał się Rafał. Nic zapomniałem, o co tu chodzi. Rafał popatrzał na niego badawczo. To znaczy, że ty też nie rozumiesz? Garczak ruszył przed siebie. To co mi wciskasz kit, że to takie proste.

Weszli do knajpy i zamówili po piwie. Przysiadł się do nich pan Janek z sąsiedniego wieżowca, hydraulik. Co? Pralka się zepsuła?, wskazał palcem instrukcję, którą położyli na stole. Nie, odparł Rafał, tylko w "faktach" mówili o tym, że połowa Polaków nie umie przeczytać instrukcji pralki, bo są jakimiś - tam analfabetami. Słyszał pan? Taaaak, coś słyszałem, niepewnie przytaknął pan Janek. I co? Sprawdziliśmy. Nie rozumiemy, ni cholery. Naprawdę?. Pan Janek sięgnął po instrukcję i zaczął ją wertować.

Odwrócił się do nich siedzący przy sąsiednim stoliku ,młody z piątego pietra. A po co panu, panie Rafale, to wiedzieć? Mówi pan żonie, żeby uprała i żona to pierze. Po co komu takie detale? Czy to źle, że jest pan tym analfabetą? Niech się rząd martwi, bo jak pan nie rozumie instrukcji pralki, to jak pan zrozumie prawo czy jakieś ich zarządzenie.

A ja rozumiem, o co chodzi w instrukcji, odezwał się siedzący przy sąsiednim stoliku lekarz z trzeciego. To nic trudnego. To takie proste jak pierdolenie.

Młody zaśmiał się. Oj chyba nie. Panie Sławku, zwrócił się do lekarza, ile pan ma dzieci? Jedno, no nie?

Tak córkę.

No, a pan Rafał ma troje, tak?

Tak.

No widzi pan.

Tym bardziej pan Rafał powinien nad sobą pracować, bo trzeba się uczyć, tym bardziej jeśli się ma na utrzymaniu troje dzieci. Lekarz zdawał się tryumfować.

Hehehe, zaśmiał się młody. To nie jego problem, ale rządu. Słyszał pan o Koperniku? I o tym, że gorsze wypiera lepsze?

O to to, ucieszył się lekarz.

No i pan Rafał mnoży się szybciej niż pan, no nie?

Tak.

Więc to postępuje. I za dwadzieścia lat będzie jeszcze więcej takich, co się nie orientują w tym, o co chodzi w instrukcjach, niż teraz. Pan Rafał o to się stara. Co to znaczy dla rządu? Coraz trudniej się będzie mu porozumieć z ludźmi. Hehe.

Pan Janek mruczał coś pod nosem, kiedy oddawał im instrukcję. Oni podbudowani tym, co mówił młody, wypili jeszcze po trzy piwa i do domów wrócili przyjemnie zamroczeni. Bacha wyszła do przedpokoju i patrzyła na Rafała groźnie, gdy on usiłował rozplątać sznurówki.

To ma być chwila? Ty łajzo! Co to znowu za okazja?

A bo wiesz, w telewizji mówili o analfabetach i o tym, że nie umieją przeczytać instrukcji pralki, i sprawdziliśmy to z Garczakiem, i ni cholery...

Ty głupolu. Nie wiesz jak obsługiwać pralkę? To trzeba się było mnie zapytać!

A ty wiesz? Rozumiesz tą instrukcję?

No pewnie. A kto ci pranie robi, co?

 

 

Przedruku dokonaliśmy z pisma wydawanego przez SKŁOT "Rozbrat" - "Szelest" w Poznaniu.

 

Dziękujemy Pkl. "Łabuź"

[Spis treści]

 

Wiesław Pisarski

LISTY TWE KRÓTSZE...


listy twe coraz krótsze
 


wszystko już wiemy
więc po co
zarzucać się ściekiem słów
nawet milczeć już nie ma o czym
 
na skrawku poranka
ostatnia kropla
czystej krwi
 
 
 

Wiesław Pisarski

[Spis treści]

 

Piotr Sienkiewicz

ODYSEJA CYBERNETYCZNA

"Odpowiednio zaawansowana technika
 i magia są nie do odróżnienia"
Arthur C. Clarke

1.Tajemnice i nauka

Czy można sądzić, że tajemnice otaczającej nas rzeczywistości i te, kryjące się w ludzkim "wnętrzu" były przyczyną procesów twórczych prowadzących wprost do Nauki, ale także i Sztuki? Albert Einstein nie miał wątpliwości, iż "Jedyną z najpiękniejszych rzeczy, jakich możemy doświadczyć jest tajemnica. Jest ona źródłem wszelkiej prawdziwej nauki i sztuki. Ten, kto nie potrafi jej podziwiać, jest już właściwie trupem"1.

Tajemnicą jest rzecz, zjawisko, zdarzenie, którego istoty nie jesteśmy w stanie "pojąć", tj. w sposób racjonalny określić jego przyczyn, ani przewidzieć skutków. Z tych powodów tajemnice wywołują szczególne stany umysłu, napięcia związane z - uświadomioną lub nie - potrzebą ich zgłębiania (ciekawość), ale też obawy i lęki. Niekiedy strach. Ciekawość to, być może, "pierwszy stopień do piekła", bez której jednak nie ma woli poznania, zgłębienia tajemnicy. Ona rodzi zapewne owe chwile szczególnego napięcia towarzyszące działaniom badaczy i artystów.

Słynny fizyk, noblista i człowiek o fascynującej osobowości,2 Richard P. Feynman wspominał:

"Zabrano mnie kiedyś na Hawajach do świątyni buddyjskiej. Człowiek w świątyni rzekł:"Zaraz powiem ci coś, czego nigdy nie zapomnisz. Każdy człowiek otrzymuje klucz do bram niebios. Ten sam klucz otwiera wrota piekieł." Tak samo jest z nauką. W pewnym sensie jest ona kluczem do bram niebios, ale ten sam klucz otwiera wrota piekieł. Nikt nas nie poinstruował, która brama jest która. Czy powinniśmy wyrzucić klucz i nigdy nie wstąpić do nieba ? Czy raczej powinniśmy się mocować z problemem, w jaki sposób najlepiej skorzystać z otrzymanego klucza ? To, oczywiście, bardzo poważna kwestia, ale nie możemy, jak sądzę zaprzeczać, że klucz do bram niebios jest cenny".3

Nawiązując do opowieści Feynmana, warto się zastanowić nad warunkami koniecznymi, wszelako nie wystarczającymi, "właściwego" skorzystania z otrzymanego "klucza" na gruncie poznania naukowego. Zapewne na pierwszym miejscu należałoby wymienić "mądrość" rozumianą tu, jako zdolność do wyboru godziwych celów i oceny rezultatów ich osiągnięcia zgodnie z przyjętym, i powszechnie aprobowanym, systemem wartości. Wyraża się w ten sposób "etykę nauki", czy raczej badacza, bowiem etyczni (moralni) mogą być (są) ludzie, a nie nauka czy technika. Drugim warunkiem jest natomiast racjonalizm metodologiczny, przy czym na racjonalistyczne uzasadnienie w ramach kultury europejskiej składają się następujące tendencje:4

  • logiczne uporządkowanie (dziedzin, myśli, pojęć, twierdzeń, argumentów);
  • oparcie wiedzy o doświadczenie;
  • esencjalizm (wnikanie w "istotę", analiza, szukanie tego co ważne).

Ogólnie rzecz biorąc, racjonalizm naukowy opiera się na założeniach głoszących, że świat jest poznawalny, spójny wewnętrznie, a zjawiska w nim przebiegają zgodnie z zasadą przyczynowości. Ta postać racjonalizmu narodziła się na przełomie XVIII i XIX wieku, stwarzając grunt, na którym powstały wielkie innowacje naukowe i techniczne mijającego właśnie stulecia. Przedtem można byłoby mówić o "racjonalizmie zdroworozsądkowym"5, czyli sposobie, w jaki człowiek ogląda świat i przy którego pomocy stara się ten świat wykorzystać dla swoich celów, a także stara się dostrzec w nim zrozumiałą dla siebie postać i formę.6

We wprowadzeniu do książki, której podtytuł głosi: "co trzeba wiedzieć o nauce" autorzy piszą: "Nauka jawi się nam w całości dobra lub całości zła. (...) Obydwa te sposoby pojmowania nauki są błędne i niebezpieczne. Nauka nie jest ani szlachetnym rycerzem ani bezlitosnym Molochem. Czym zatem jest ? Nauka jest Golemem."7

Intrygujące wydaje się być przywołanie Golema. Golem wywodzi się ze świata legend, mitów, wierzeń, zaś po latach trafił do fantastyki i nauki. Był on bohaterem licznych filmów i powieści. W ten sposób splatają się tu, a może raczej wzajemnie przenikają, dwie rozległe dziedziny ludzkiej aktywności twórczej: Nauka i Sztuka. W pierwszej dążymy do uzyskania "pewności" (niekiedy złudnej) i obiektywizmu nadając jej miano "prawdy", w drugiej natomiast nie unikamy "niepewności" i subiektywizmu, łącząc ją z "pięknem". Na wszelki wypadek pomińmy spory o wyznaczniki "prawdy" i kanony "piękna". Ulegały one ewolucji wraz z rozwojem nauki i przemianami w sztuce. Golem w sztuce może zostać ożywiony i żyć kinowym czy literackim żywotem, budząc niepokój i grozę. W nauce może być modelem, czyli odwzorowaniem określonego obiektu realnie (lub potencjalnie) istniejącego, służąc poznaniu lub projektowaniu "maszyn". W gruncie rzeczy mamy do czynienia, zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku, z próbami zmierzenia się z tajemnicą życia i myślenia. Jakże trafnie bowiem zauważono: "...od Golema, poprzez miotłę ucznia czarnoksiężnika, potwora Frankensteina, homunkulusa, automaty, aż do robota - ciągnie się przez literaturę motyw stworzonych przez człowieka człekopodobnych istot, co dziwić musi już dlatego, że człowiek procesu takiego nie mógł przecież podpatrzeć w naturze".
 
 

"Potem skryci się we mnie znów podanie
o widmowym Golemie, owym sztucznym
człowieku, którego niegdyś tutaj, w mrokach
getta, pewien rabin, znawca Kabały, utworzył
z elementów i przywołał do automatycznego
bezdusznego bytu, wsuwając mu w zęby
kartkę z magicznym słowem liczebnym".

Gustav Meyrink

2. Golemy

Musi być coś magicznego i fascynującego w mieście, którego uliczki przemierzali Mozart i Einstein, ale także Franz Kafka (i Józef K.), Jarosław Haszek (i jego nieśmiertelny dobry wojak Szwejk), Karel Capek, Bohumil Hrabal, Albert Camus, wielu innych. I Golem. To jedno z moich ukochanych miast - "magiczna Praga". Nie przestaje urzekać swymi czarami - napisał A. Prochazka - stara wiedzmia, Praga". Na starym, pochodzącym z XV wieku, żydowskim cmentarzu na Józefowie przeciskałem się wąską ścieżką między kamiennymi nagrobkami, aby dotrzeć do kamienia, na którym wyryto: "Jehuda Liwa ben Bezabel ben Chaim (1512 - 1609)." To rabbi Loewe - twórca legendarnego Golema. Tuż obok cmentarza znajduje się Staro-Nowa Synagoga tego słynnego rabina i zegar, o którym pisał G. Apolinaire: "Wskazówki zegara w dzielnicy żydowskiej poruszają się do tyłu. I tak z wolna cofasz się w życiu, wspinając się na Hradczany i słuchając wieczorem czeskich piosenek śpiewanych w piwiarniach". Autor cudownego eseju "Praga magiczna" Angelo M. Ripellino napisał: "Co to jest Golem? Sztuczny człowiek z gliny. Podobnie jak ordynans Szwejk, sługa Golem jest postacią - kluczem do magicznej Pragi. Hebrajskie słowo: golem (w jidysz: gojlem), które spotykamy w Psalmie 139, oznacza zawiązek, kiełek, embrion czy raczej, jak tłumaczy Ceronetti, bezkształtną bryłę. (...) Pojawiające się tu słowo: ziemia, pozwalałoby przypuszczać, że już w Biblii golem oznaczał bryłę gliny."8

Liczne warianty Golema przedstawiają zawsze olbrzymią, niemą kukłę z gliny, jako ponurego sługę, którego gniew przeradza się w bunt przynoszący zniszczenie. W podobny sposób, jak Golem został ożywiony, musi zostać unicestwiony. Wiele wariantów Golema znaleźć możemy zarówno w legendach żydowskich, jak i opowiadaniach (Meyrink, Singer) i filmach (Wegener, Duvivier, Szulkin). Chyba nieprzypadkowo w Pradze żył Loewe - "twórca" Golema, i Capek - "twórca" robotów. Ale warto zauważyć, że legenda o Golemie jest niemal starsza od ludzkości, gdyż według filozofa Lukiana, żył w Egipcie pewien uczony kapłan, który stworzył sobie sztucznego sługę.

W lecie roku 1816 w wynajętej przez lorda Byrona willi nad Jeziorem Genewskim spotkali się romantycy: lord Byron i jego lekarz Polidori, przyjaciel Byrona poeta Percy Shelley z młodą żoną Mary Wollstonecraft i M. Lewis, autor dreszczowca "Mnich". Byron zaproponował towarzystwu rodzaj konkursu na napisanie niesamowitej historii. Wtedy to powstała jedna z najsłynniejszych powieści grozy "Frankenstein" autorstwa Mary W. Shelley. Bohater powieści, młody student Frankenstein postanawia stworzyć sztucznego człowieka, którego ciało złożone jest z elementów organizmów ludzkich. Dzięki wyładowaniu elektrycznemu stwór ten zostaje ożywiony, opuszcza laboratorium Frankensteina, wyruszając w wędrówkę po świecie. Nieszczęścia, które towarzyszą tej wędrówce muszą doprowadzić do starcia potwora i jego stwórcy, lecz zakończenie powieści pozostaje otwarte: nie wiadomo kto ocalał. Zresztą, znamy to dobrze nie tylko dzięki powieści Mary Shelley, lecz również licznym filmom "grozy".

Warto wspomnieć, że Kartezjusz porównywał działanie ludzkiego organizmu z maszyną, co zostało rozwinięte w rozprawie La Mettrie "Człowiek - maszyna" (1748). W XVIII wieku roi się od przeróżnych zabawek - automatów i androidów (np. automatyczny szachista von Kempelena), co zostało później podchwycone przez Poe i Hoffmanna, Bierce'a i Verne'a. Myślenie o robotach i cyborgach ma zatem długą i interesującą historię.
Jeden z prekursorów polskiej cybernetyki, Henryk Greniewski (1903-1972) stworzył teorię układów względnie odosobnionych w ramach której opracował koncepcję Golema.9 Golem według Greniewskiego to to samo, co model imitujący człowieka w choć jednej z wymienionych dziedzin:

  • wyobraźnia i marzenia senne,
  • posługiwanie się językiem (lub językami),
  • rozumowanie merytoryczne (w szczególności dedukcja),
  • introspekcja.

Zakłada się, że człowieka, którego modelem jest Golem, charakteryzują cztery podstawowe cechy, wyróżniające go w sposób zasadniczy ze świata zwierzęcego. Po pierwsze - życie psychiczne polega na odbieraniu, utrwalaniu, przetwarzaniu i nadawaniu informacji, a człowieka od zwierzęcia odróżnia zdolność do tworzenia i transformowania metainformacji, czyli informacji o informacji. Po drugie - człowiek, choćby bardzo prymitywny, ma do czynienia ze znaczenie większą liczbą kodów, czyli systemów sygnałów, niż zwierzęta wyższe (niektóre z tych kodów nazywane są językami). Po trzecie - człowiek dysponuje znacznie bogatszym od zwierzęcego kodem doznaniowym, czyli kodem spostrzeżeń, wspomnień i wyobrażeń (z marzeniami sennymi włącznie). I wreszcie różnica ostatnia, która według Greniewskiego polega na tym, że wyłącznie człowieka cechuje zdolność do formalizacji, merytorycznej interpretacji, do rozumowania ogólnego i formalnego.

Golemy Greniewskiego ulegały swoistej ewolucji. Na najniższym szczeblu rozwojowym znajduje się "Golem bezjęzyczny", który jest modelem zwierzęcia - nie człowieka. Nie jest on wyposażony w żaden kod międzyludzki. Bardziej ludzki jest następny - "Golem jednojęzyczny", gdyż wyposażony został w jeden kod międzygolemowy. Kolejny Golem posługuje się już dwoma językami (kodami międzygolemowymi), zaś następny już "Golem rozumiejący" wyposażony w zdolność naiwnej indukcji i najprostszej dedukcji. Wreszcie "Golem metajęzyczny" posiada zdolność imitowania introspekcji i jest zdolny nie tylko do marzeń sennych, ale jest zdolny do ich obserwowania i badania. Zdając sobie sprawę z wielu różnych wątpliwości, jakie wzbudzać mogą Golemy, H. Greniewski przyznawał: "Nie potrafię w szczególności odpowiedzieć na pytanie, czy przyszły Golem ośmieli się sięgnąć po owoc z drzewa wiadomości dobrego i złego i czy na wzór starego Jehowy potrafimy go unieszkodliwić, czy też "wyżenąć z sadu Eden"."

Inną rodzinę Golemów powołał do życia Stanisław Lem. Golem (General Operator, Longrange, Ethically Stabilized, Multimodelling) obejmuje generację czternastu typów, z których każdy przysparza ludziom znacznie więcej kłopotów niż poprzednik. W specjalnym dodatku pt. "Głos w sprawie Golema" do ostatniego (1999) wydania "Golema XIV"10 autor pisze: "Przygotowałem was, Czytelnicy, wstępnym ostrzeżeniem, że będę spotwarzał Golema. Cóż robić; dopuścił się względem swych "rodziców" nieuczciwości, ponieważ, stając się w toku robót stopniowo z przedmiotu - podmiotem, z maszyny budowlanej - własnym budowniczym, z tytana w ryzach - mocarzem suwerennym, nikogo nie informował o zachodzeniu tej przemiany". Tytułowy Golem XIV jest superkomputerem, nieskończenie przewyższającym rozumem człowieka. Jeden z jego poprzedników (Golem XII) pełniąc w czasie pewnego kryzysu funkcję szefa sztabu generalnego, odmówił współpracy z pewnym generałem, uprzednio oceniwszy iloraz inteligencji tego zasłużonego dowódcy, a w trakcie dochodzenia w tej sprawie obraził dotkliwie członków komisji specjalnej. Książka S. Lema zawiera dwa fascynujące wykłady Golema XIV: " O człowieku trojako" i "O sobie", których interpretacje nastręczają trudności ich słuchaczom (elitom roku 2047) i dzisiejszym czytelnikom. Ale taki jest "urok" twórczości jednego z najwybitniejszych pisarzy i myślicieli XX wieku.

Pisząc ten tekst sięgam do dzieł Lema, eseju Ripellino, mając pod ręką "Golema" B. Singera i własne skromne "Poszukiwanie Golema", z którego mimo upływu kilkunastu lat od wydania (1988), "wyjmuję" niektóre fragmenty. A na moim biurku stoi, przywieziona z Pragi, gliniana figurka Golema.

Ripellino tak kończy rozdział poświęcony Golemowi: "... na jednego golema, który się rozpadł, pojawia się stu innych, a tymczasem najlepsi z nas umierają ze zgryzoty lub tułają się po świecie. A przecież musi być jakiś ratunek. Nie ma na tej ziemi takiej rzeczy, która by się nie potknęła i nie upadła. Tylko kiedy?"
 
 

"Niebezpieczeństwem czasów minionych było
to, że człowiek mógł się stać niewolnikiem.
Niebezpieczeństwem czasów przyszłych jest to,
że człowiek może się stać robotem"

Erich Fromm

3. Roboty i cyborgi

Roboty "powołał do życia" ... znakomity czeski pisarz Karel Capek w roku 1920 w powieści pod zagadkowym tytułem "R.U.R.". Tytuł jest skrótem nazwy firmy Rossumus Universal Robots, produkującej masowo mechaniczne, człekopodobne urządzenia, "ochrzczone" przez autora imieniem robot. W powieści Capka, Radius - robot o największym mózgu na świecie organizuje bunt robotów przeciwko ludziom. W odezwie do robotów wszystkich kontynentów piętnuje on człowieka jako wroga i wyrzutka społeczności wszechświata zalecając, by nie oszczędzać ani mężczyzn, ani kobiet, lecz zachować w stanie nietkniętym tylko fabryki, maszyny, kopalnie i zasoby surowców. Po spełnieniu tego dzieła zniszczenia roboty mają powrócić do pracy gdyż "Praca nie może ustać!"

W 1951r. inny znakomity pisarz Issac Asimow sformułował "prawa robotyki":

  1. Robotowi nie wolno wyrządzić nic złego człowiekowi, nie może też przez brak czynnej reakcji dopuścić, aby człowiekowi stała się krzywda.
  2. Robot musi wykonać każdy rozkaz człowieka, pod warunkiem, że rozkaz ten nie jest sprzeczny z Prawem Pierwszym.
  3. Robot ma obowiązek chronić przed uszkodzeniem lub zniszczeniem swój mechanizm i powłokę, jeżeli taka ochrona nie koliduje z Prawem Pierwszym i Drugim.

We współczesnym rozumieniu robot jest wielofunkcyjnym automatycznym manipulatorem do wielokrotnego programowania, przeznaczonym do operowania przedmiotami lub narzędziami, a dzięki zmiennie programowanym ruchom - do wykonywania rozmaitych zadań. Cechą robotów jest ich programowalność, czyli możliwość zmiany sekwencji czynności manipulacyjnych przez zmiany programu przechowywanego w jego pamięci. Niekiedy podkreśla się spełnianie przez roboty określonych funkcji człowieka dzięki działaniom kinematycznym i intelektualnym. Rozwój robotów oznacza także wzrost ich "inteligencji".

Z kolei, zastosowania robotów wiążą się z odsunięciem człowieka od bezpośredniej sfery wytwarzania, a następnie przygotowania i wspomagania produkcji. Od co najmniej kilkunastu lat realizowane są programy rozwojowe dotyczące "bezludnego wytwarzania", zaś ich przykładem może być projekt MUM (Methodology for Unmanned Manufacturing). Kolejnymi etapami rozwoju "bezludnych fabryk" są systemy:
I generacji - umożliwiające wytwarzanie dóbr materialnych pod nadzorem i opieką  nielicznych zespołów ludzi;
II generacji - mające zdolność do samoregeneracji, tzn. do samodzielnego podtrzymywania  swoich, właściwych dla danego systemu, zdolności do wytwarzania dóbr materialnych;
III generacji - posiadające zdolność do "samoprzekształcania się w celu wypełnienia zadań sformułowanych w ogólnej formie przez człowieka".

Przedstawione spojrzenie na rozwój robotów i robotyzacji fabryk stanowi ujęcie realistyczne i pragmatyczne. Koncentrując uwagę na robotach przemysłowych pominęliśmy inne ich zastosowania, np. w badaniach, medycynie, wojsku czy po prostu w gospodarstwach domowych. Ale roboty poruszały się już po powierzchni Księżyca, a nawet Marsa (Sojourner Rover znajdujący się w pojemniku sondy Pathfinder). Swoisty wyzwaniem dla fantazji są roboty wykreowane przez twórców filmowych takie, jak R2D2 Artoo-Detoo i C3P0 See - Threpio towarzyszące ludziom (i zwierzętom) w epopei "Gwiezdnych wojen", czy Terminator walczący z A. Schwarzenegerem. Czy są to twory czystej fantazji, czy być może jakieś projekcje robotów XXI wieku? Chyba jedno i drugie. W laboratoriach MIT (Massachuttes Institute of Technology) opracowano już scenariusze doskonalenia modeli robotów.11 I tak, zakłada się, że w latach 2000 - 2010 roboty zaczną samodzielnie poruszać się po fabrykach, szpitalach i domach, stając się niezawodnymi pomocnikami, którym można będzie powierzać dobrze sprecyzowane zadania. W następnej dekadzie zostaną one wyparte przez roboty, które będą się uczyć na własnych błędach i doskonalić się dzięki kontaktom z ludźmi. Około połowy następnego stulecia nastąpić powinna synteza robotyki, sztucznej inteligencji i mechaniki kwantowej, co pozwoli robotom nie tylko mówić i rozumieć mowę, lecz także ćwiczyć swoją wyobraźnię, komunikować się z ludźmi, okazywać najprostsze uczucia i posiadać pewną dozę zdrowego rozsądku. W ten sposób powinno nastąpić zatarcie różnic między robotami (w dzisiejszym ich rozumieniu) a cyborgami, czyli cybernetycznymi organizacjami, powstałymi z integracji człowieka i maszyny w jeden organizm (?). Wtedy, być może, upodobniły się do robotów wykreowanych przez K. Capka. W książce "Mind Children" (1988) H. Moravec opisuje "nieśmiertelne" istoty powstałe z połączenia ludzi i maszyn, przewidując, że w odległej przyszłości będziemy mogli "przesiadać się" z naszych ciał do maszyn, i to bez utraty świadomości. Czy kiedyś ziści się ten cybernetyczny sen o nieśmiertelności?

Być może kiedyś komputery i roboty potrafią rozwiązać każdy problem na świecie. No, może oprócz bezrobocia, którego już obecnie są przyczyną, choć nie jedyną.
 
 
 

"Rewolucje w nauce, podobnie jak wszystkie
wielkie przewroty historyczne wybuchają
wtedy, gdy czasy do nich dojrzeją. Aby
zrozumieć, czym są i dlaczego zachodzą,
trzeba poddać analizie epokę, w której się
pojawiają".

Leopold Infeld

4. Cybernetyka i cybernetycy

Kilkanaście lat temu w przedmowie do pewnej książki napisałem: "Gdy cybernetyki nie było, była jakby tęsknota za nią. Wyrażało ją dążenie ludzi do stworzenia takiej wiedzy naukowej, która porządkowałaby coraz bardziej złożone zjawiska, obejmujące funkcjonowanie różnorodnych maszyn, organizmów i społeczności, a przede wszystkim pozwalałaby na racjonalne ich kształtowanie. Był to zatem naturalny przejaw chęci podporządkowania człowiekowi tych procesów, wobec których był najczęściej bezradny, a jego działania wspierała częściej intuicja i doświadczenie niż wiedza naukowa"12. Dziś, można stwierdzić, że była to być może ostatnia próba podsumowania dorobku cybernetyki i prezentacji oryginalnych koncepcji jej wybitnych przedstawicieli, zawierająca pewien "cybernetyczny optymizm". Obecnie byłbym zapewne bardziej powściągliwy, tzn. z dumą spoglądałbym w przeszłość i z umiarkowanymi nadziejami w przyszłość. Mam przy tym świadomość tego, że to niejako cybernetyce zawdzięczamy obecnie przeżywany komputerowy boom, wyrażający się w powszechnym niemal stosowaniu komputerów w każdej dziedzinie życia, wspaniały rozwój telekomunikacji, "bezludne" czyli zrobotyzowane fabryki oraz społeczeństwo informacyjne. Wszystkie te innowacje, a raczej ich zapowiedzi można odnaleźć w pracach cybernetyków już w połowie wieku. Ale obecnie uwaga koncentruje się na nieco innych problemach, przy czym jakże często zapomina się o ich cybernetycznych źródłach.

W 1948 roku wybitny amerykański matematyk Norbert Wiener opublikował pracę pt. "Cybernetics or Control and Communication in the Animal and the Machine". Od niej rozpoczęła się wielka przygoda Nauki z cybernetyką pojmowaną jako ścisła wiedza o procesach sterowania i informowania w systemach dowolnej natury. Od pierwszego polskiego wydania książki Wienera upłynęło 30 lat.13 Gdyby została dziś wznowiona, to zapewne mogłaby wzbudzić zainteresowanie nie tylko naukoznawców - historyków naukowych idei oraz nauczycieli teorii sterowania i teorii informacji. Niejako przy okazji warto bowiem przypomnieć tytuły jej poszczególnych rozdziałów:

  • Czas newtonowski i czas bergsonowski.
  • Grupy i mechanika statystyczna.
  • Szeregi czasowe, informacja i wymiana informacji.
  • Sprzężenie zwrotne i drgania.
  • Maszyny liczące a układ nerwowy.
  • Cybernetyka a psychopatologia.
  • Informacja, język i społeczeństwo.
  • O maszynach uczących się i samoreprodukujących się.
  • Fale mózgowe i układy samoorganizujące się.

Już chociażby pobieżna analiza samych tytułów rozdziałów dzieła Wienera może prowadzić do wniosku, że tworzą one swoisty katalog naukowych problemów należących nie tyle do historii nauki, co do jej przyszłości, do XXI wieku. Trudno zatem odmówić aktualności wienerowskiemu programowi cybernetyki sformu-łowanemu pół wieku temu.
Z historycznym dziełem Wienera znakomicie korespondują dzieła innych wielkich uczonych takich, jak Claude'a E. Shannona - twórcy matematycznej teorii informacji, Johna von Neumanna - twórcy matematycznej teorii gier, teorii systemów samoorganizujących się i koncepcji maszyny cyfrowej, Rossa Ashby'ego - autora praw cybernetyki i modelu mózgu, czy Allana Turinga - twórcy podstaw sztucznej inteligencji.

W kilka lat po ukazaniu się tych prac, mimo że cybernetykę w krajach tzw. realnego socjalizmu traktowano jako "burżuazyjną pseudonaukę" (za sprawą sowieckiego "Krótkiego Słownika Filozoficznego")14, cybernetyka pojawiła się w oryginalnych pracach logika Henryka Greniewskiego, inżyniera Mariana Mazura15 i ekonomisty Oskara Langego16, a także już we wczesnych dziełach Stanisława Lema (np. "Summa Technologiae", "Dialogi"). Prace te przyniosły wielce oryginalne koncepcje, teorie i modele, zaś towarzyszyła im nadzieja na ukształtowanie się nauki zajmującej się problemami multi- i interdyscyplinarnymi, a zarazem wolnej od uciążliwego gorsetu ideologii "diamatu". Pojawiła się niebawem moda na "cybernetyki": ekonomiczną i wojskową, bio-, psycho- i socjocybernetykę itp. Tym, co łączyło te wszystkie nurty były modele cybernetyczne systemów realizujących określone procesy sterowania i informowania oraz technika komputerowa jako, w szczególności, narzędzie implementacji tych modeli.

Dopiero na przełomie lat 60 i 70 pojawił się termin "informatyka", obejmujący wówczas problematykę komputerów i ich zastosowań, dotychczas traktowaną jako jedna z głównych dziedzin cybernetyki. Niedługo potem w centrum uwagi znalazła się właśnie informatyka i ona zaczęła wchłaniać to, co do cybernetyki przynależało, pozostawiając jej co najwyżej filozoficzno - metodologiczną refleksję.

Sama cybernetyka zajmowała się przede wszystkim modelami cybernetycznymi, a więc modelami odwzorowującymi sterowanie i transformację informacji w realnych systemach. A należy pamiętać, że John von Neumann twierdził, że nauka nie objaśnia czy wyjaśnia, lecz tworzy przede wszystkim modele.

I nagle, za sprawą powszechnej komputeryzacji i globalizacji systemów informacyjnych, pojawiły się takie pojęcia, jak: "przestrzeń cybernetyczna" (cyberspace), "cybernetyczna kultura" (cyberculture), czy "cybernetyczna wojna" (cyberwar), a nawet "cyberpunk" i, za przeproszeniem, "cybersex". Rozpoczęła się kolejna "cyberiada". Wszystko to już jednak było, co prawda na kartkach "proroczych" dzieł wielkich uczonych tworzących pół wieku temu podstawy cybernetyki. I chociażby dlatego nie waham się ani przez chwilę przed zaliczeniem cybernetyki do kilku najważniejszych idei i innowacji naukowych XX wieku.
 
 
 

"Komputer to logiczne ogniwo w rozwoju
inteligencji bez  moralności"

John Osborne
"Sztuczna inteligencja nie ma szans
z naturalną głupotą"

Twierdzenie Sullivana

5. Naturalna i sztuczna inteligencja

Dokładnie pół wieku temu Allan Turing (1912-1954), znany już wcześniej jako twórca abstrakcyjnej tzw. maszyny Turinga, opublikował pracę zatytułowaną: "Computing machinery and intelligence". Postawił w niej pytanie: "Czy maszyna może myśleć ?" Odpowiadając na to pytanie twierdząco, Turing uważa, że należy je rozstrzygnąć na drodze bezstronnego porównania domniemanego "myślącego zachowania się" maszyny z normalnym "myślącym zachowaniem się" istot ludzkich. Proponuje on eksperyment zwany do dziś "testem Turinga". W artykule polemizuje z przeciwstawnymi poglądami na temat zasadniczego pytania takimi, jak: sprzeciw teologiczny (myślenie jest funkcją nieśmiertelnej duszy człowieka), sprzeciw "głów w piasku" (miejmy nadzieję, że maszyny nie mogą myśleć, bo konsekwencje tego byłyby zbyt okropne), sprzeciw matematyczny (konsekwencje limitacyjnego twierdzenia Goedla), argument świadomości, argument wypływający z różnych niemożności, zarzut lady Lovelace (maszyna może wykonać wszystko to, co wiemy w jaki sposób zlecić jej do wykonania), argument wypływający z ciągłości systemu nerwowego, argument wypływający z nieformalności zachowania się, argument wypływający z pozazmysłowej percepcji. Dziś, po upływie pół wieku od artykułu Turinga możemy powiedzieć, że argumentów negujących "myślenie maszyn" wcale nie ubyło. Ale A. Turing był niewątpliwie pionierem sztucznej inteligencji.

Wracając do zasadniczego pytania (czy komputery mogą myśleć?), to najprościej byłoby zastanowić się nad następującymi możliwościami i ogólnymi odpowiedziami:17

  1. Nie - jeśli zdefiniuje się myślenie jako proces swoisty i wyłącznie ludzki.
  2. Nie - jeśli zakłada się, że w samej istocie myślenia jest coś niezgłębionego, tajemniczego, mistycznego.
  3. Tak - jeśli przyjmuje się, że tę kwestię należy rozstrzygnąć na drodze eksperymentu i obserwacji, porównując zachowanie się komputera z zachowaniem ludzi, w stosunku do których termin "myślenie" ma powszechne zastosowanie.
Przypomnijmy najbardziej znane określenia inteligencji:
  • "Możność rozumienia, wyrażania myśli; zdolność dostosowania się do określonej sytuacji, decydowania w zależności od istniejących okoliczności" ("Larousse", 1983).
  • "...zespół właściwości umysłowych umożliwiających jednostce sprawne korzystanie z nabytej wiedzy oraz skuteczne zachowanie się wobec nowych zadań i sytuacji" (Encyklopedia PWN, 1993).
oraz określenia sztucznej inteligencji:
  • "celem badań jest tworzenie takich programów dla komputerów, które zachowują się w sposób, nazywany przez nas w odniesieniu do istot ludzkich "inteligentnym zachowaniem się";
  • "dziedzina informatyki dotycząca metod i technik wnioskowania symbolicznego przez komputer oraz symbolicznej reprezentacji wiedzy stosowanej podczas takiego wnioskowania";
  • "dziedzina badań, które usiłują wyjaśnić i emulować zachowanie inteligentne w kategorii procesów obliczeniowych (in terms of computational processes)";
  • "zespół środków informatyki, ułatwiających nabywanie i wykorzystywanie wiedzy wynikającej z odtwarzania okoliczności, które doprowadziły do znanych skutków, w celu określenia czynników i działań niezbędnych dla spowodowania skutków pożądanych".

Z pewnością można przytoczyć znacznie więcej, mniej lub bardziej przekonywujących określeń sztucznej inteligencji (AI - artificial intelligence), które jednak nie rozwieją wątpliwości, pomnażanych także przez uczonych o nazwiskach łączonych z omawianymi badaniami cybernetycznymi (informatycznymi). Podobnie, jak Turing, nie ukrywa swego optymizmu noblista (1976) Hubert A. Simon, którego miałem zaszczyt poznać przed laty (i podarować moje "Poszukiwania Golema", gdzie zamieściłem jego zdjęcie). Był on współautorem programu LOGIC THEORIST - opracowanego już pod koniec lat 50 - dowodzącego 38 z 52 twierdzeń zawartych w słynnym dziele "Principia Mathematica" Whiteheada i Russela. Zapytany o to, czy komputer mógłby ... zakochać się, Simon odpowiedział: "Muszę przyznać, że niezbyt się nad tym zastanawiałem, ale także i tutaj nasze zrozumienie cząstkowe jest uzależnione od naszego ogólnego rozumienia tego zjawiska. Miłość najlepiej opisał nie psycholog ani biolog, lecz Stendhal".

Najogólniejsze twierdzenie sformułowane przez Simona i Newella brzmi: "System przetwarzający informacje jest zdolny do inteligentnego działania". Wynika ono z następujących hipotez roboczych:

  • ludzkie myślenie jest przetwarzaniem informacji;
  • odpowiednio zaprogramowanie komputery mogą z powodzeniem naśla-dować myślenie człowieka, bowiem działają dzięki takim samym zdolnościom wyjściowym;
  • procesy myślowe mogą odbywać się również na drodze czysto fizycznej, przez wykorzystanie najróżniejszych mechanizmów;
  • dotychczas niemożliwe było określenie takich granic potencjalnych możliwości sztucznej inteligencji, które zarazem nie byłyby także hipotetycznymi granicami możliwości mózgu człowieka;
  • dotychczasowe dokonania pociągają (lub mogą pociągać) za sobą zmiany o charakterze podstawowym nie tylko w psychologii i informatyce, ale także w filozofii, lingwistyce i innych naukach humanistycznych.

Jedną z pierwszych krytycznych reakcji na optymizm badaczy AI była krytyka J. Lucasa (1961), który korzystając z twierdzenia Goedla o niezupełności bogatych systemów logicznych próbował dowieść, że żadna maszyna nie może stanowić zupełnego modelu umysłu ludzkiego. Hubert Dreyfus (1972) stosując analizy fenomenologiczne wyraził pogląd, że mechanicystyczne poglądy wielu informatyków mają swe źródło w niedopuszczalnym rozciąganiu na człowieka praw pewnych dziedzin fizyki (np. niedocenianie roli obrzeży świadomości). W 1980r. John Searle posługując się argumentem zwanym Chińskim Pokojem wyraził sprzeciw wobec pojmowaniu komputera jako ludzkiego umysłu. Eksperyment Searle'a polega najogólniej na tym, że człowiek zamknięty w pokoju odpowiada na pytania po chińsku bez znajomości tego języka w mowie i piśmie, czyli postępuje jak komputer działający według określonego algorytmu. Jeśli zatem człowiek zastępujący program nie zrozumiał chińskiego, to nie może tego uczynić komputer, gdyż manipuluje on symbolami programu, który jest czysto formalny, syntaktyczny.

Swoje wywody J. Searle sprowadził do następujących aksjomatów:

  1.  Programy komputerowe są sformalizowane (syntaktyczne).
  2. Umysł ludzki zawiera składnik intelektualny (semantyczny).
  3. Składnia sama przez się ani nie kształtuje semantyki, ani do niej nie wystarcza.
  4. Mózg jest przyczyną umysłu

Aksjomaty powyższe prowadziły do wniosków:

  1. Programy ani nie kształtują myślenia ani do niego nie wystarczają.
  2. Dowolny inny sprzęt zdolny do spowodowania umysłu musiałby mieć siłę przyczynową (przynajmniej) równoważną mózgowi.
  3. Dowolny artefakt wytwarzający zjawiska umysłowe, dowolny sztuczny mózg, który miałby urzeczywistnić specyficzną siłę przyczynową mózgu nie mógłby tego osiągnąć jedynie przez wykonywanie formalnego programu.
  4. Sposób, w jaki mózg ludzki wytwarza zjawiska umysłowe nie może polegać jedynie na wykonywaniu programu komputerowego.18

Argument Chińskiego Pokoju spowodował kolejną falę dyskusji i polemik "alchemików" schyłku XX wieku. Może warto, chociażby ze względu na rozgłos pracy "The Emperor's New Mind", wspomnieć o dowodzie Rogera Penrose'a, który na podstawie twierdzenia Goedla wykazał niemożność zredukowania pojmowania matematycznego do mechanizmów komputacyjnych. W ludzkim rozumowaniu jest bowiem coś, czego nie da się symulować przy pomocy algorytmów.

Pora podsumować (?) "dyskusje alchemików"19:

  • Test Turinga może wykazać, że kompetencja językowa człowieka może być zasymulowana na komputerze, ale nie dotyczy on możliwości umysłowo-poznawczych komputera.
  • Hipoteza fizykalnego systemu symbolicznego Newella i Simona dotyczy jedynie biologicznego znaczenia terminu inteligencja.
  • Eksperyment "Chińskiego Pokoju" Searle'a zwraca uwagę na fakt, że rozumienie przez podmiot poznający rzeczy poznawanej jest warunkiem sine qua non, żeby podmiot ten można było nazwać myślącym.
  • Teoria gramatyk transformacyjnych odgrywa kluczową rolę jako jeden z podstawowych modeli dla przetwarzania języka naturalnego i syntaktycznego rozpoznawania obrazów oraz budowy samouczących się systemów.
  • Lingwistyka kognitywna Lakoffa może być użyteczna w badaniu procesów poznawczych i tworzeniu modeli semantycznych i wzmacniających modele typu ramy Minsky'ego i skrypty Schanka.
  • Model konekcjonistyczny, został pozytywnie zweryfikowany na gruncie rozpoznawania obrazów i skomputeryzowanych systemów wizyjnych, natomiast sieci neuronowe (neuropodobne) należą do najbardziej obecnie użytecznych modeli sztucznej inteligencji.

"Dyskusji alchemików" końca nie widać, a w tym samym czasie roboty coraz lepiej rozpoznają nie tylko obraz, lecz i kształty, powstają coraz doskonalsze systemy analizy i syntezy mowy, mnożą się systemy ekspertowe funkcjonujące w oparciu o bazy wiedzy i "maszynę wnioskowania". Te ostatnie wiążą się z tzw. inżynierią wiedzy. Systemy ekspertowe znajdują zastosowanie w diagnostyce medycznej i technicznej, w podejmowaniu decyzji biznesowych, zarządzaniu finansami i zasobami ludzkimi itp20. Nie można też nie wspomnieć o inteligentnych sieciach telekomunikacyjnych i inteligentnych budynkach, ale w tym przypadku termin "inteligentny" używany jest zdecydowanie na wyrost i ze sztuczną inteligencją niewiele ma wspólnego.

Aby już nie mnożyć przykładów naturalnej i sztucznej inteligencji, warto raz jeszcze sięgnąć do wypowiedzi Herberta A. Simona: "Niepowtarzalność i największa doskonałość człowieka zawsze dominowały w ludzkich wyobrażeniach kosmologicznych i etycznych. Kopernik i Galileusz odebrali człowiekowi pozycję centrum Kosmosu. Darwin odebrał mu przeświadczenie o psychicznej swoistości z perspektywą transcendentalną i o duszy oraz rozumie jako darach od Boga. Wraz z Freudem, z chwilą pojawienia się psychologii głębi, znikł wizerunek człowieka kierującego się zdrowym rozsądkiem, a teraz znów, na początku ery systemów myślących i uczących się, człowiek przestaje być jedynym inteligentnym animatorem swego otoczenia".

 

Warszawa, sierpień 2000r.
Piotr Sienkiewicz
(ciąg dalszy zamieścimy w następnym numerze)

 


1 A. Calaprice: "Einstein w cytatach" (1997.)
2 J. Gleick: "Geniusz" (1999.)
3 R. P. Feynman: "Sens tego wszystkiego". (1999.)
4 A. Grzegorczyk: "Racjonalizm kultury europejskiej" .(w:) Racjonalizm i irracjonalizm w nauce i życiu społecznym (1994.)
5 W. Kunicki - Goldfinger: "Granice racjonalności" jw.
6 Racjonalizm zdroworozsądkowy budowany był na podstawie wrodzonych struktur umysłowych (Chomsky) oraz nabytych w toku ewolucji gatunku pojęć (Popper), a także w oparciu o gromadzone w obserwacji informacje o świecie.
7 H. Collins, T. Pinch: "Golem czyli co trzeba wiedzieć o nauce" (1998.)
8 A. M.. Ripellino: "Praga magiczna". (1999.)
9 H. Greniewski: "Cybernetyka niematematyczna" (1969.)
10 S. Lem: "Golem XIV" (1999.)
11 M. Kaku: Wizje. (2000.)
12 P. Sienkiewicz: "Poszukiwanie Golema". (1998.)
13 N. Wiener: "Cybernetyka czyli sterowanie i komunikacja w zwierzęciu i maszynie". (1971.)
14 Pod hasłem "cybernetyka" czytamy m.in. "reakcyjna pseudonauka (...) postać współczesnego mechanizmu. W cybernetyce ujawnia się jeden z podstawowych rysów światopoglądu burżuazyjnego – jego antyhumanitaryzmu, dążenie do przekształcenia robotnika w dodatek do maszyny narzędzie produkcji i wojny. (...) Podżegacze do nowej wojny światowej wykorzystują C. do swych brudnych celów. (...) C. jest więc nie tylko ideologiczną bronią reakcji imperialistycznej, ale i środkiem realizacji jej agresywnych planów wojennych" (Krótki Słownik Filozoficzny, 1955.).
15 Np. M. Mazur: "Cybernetyka i charakter". (1975.)
16 Np. O. Lange: "Wstęp do cybernetyki ekonomicznej". (1965.)
17 Wczesny okres AI w pełni przedstawiony został w klasycznej już pracy zbiorowej: "Maszyny matematyczne i myślenie". (1972.)
18 J. Searle: "Umysł, mózg i nauka" (1995.) i "Umysł, język i społeczeństwo" (1999.)
19 Zob. M. Flasiński: "Każdy o swoich pojęciach, czyli dyskusja alchemików o sztucznej inteligencji" (1999.) oraz J. Kloch: "Świadomość komputerów" (1996.)
20 Np. J. S. Zieliński (red.): "Inteligentne systemy w zarządzaniu. Teoria i praktyka". (2000.)

[Spis treści]

 
DEBIUT

Tekst sponsorowany - Pan Mirosław Muszalski

Anna Wieciech

JA, MRÓWKA


i ty będziesz chciał mnie dogonić
później palcem przygnieciesz

bo czymże jest pięć wierszy
jeśli każde słowo to jedna mrówka
wśród innych pracowitych

lecz mówią
pięciolistny bez niesie ze sobą
szczęście
ja wierzę że tak

i ty będziesz chciał mnie zrozumieć
i przeczytasz jeszcze raz
moje zmagania z sobą samą
moje malutkie literki

ja tym żyję więc tu umrę
tym oddycham i to jem
to wyznaję

czy tak trudno jest zrozumieć
mnie mrówkę?


Anna Wieciech - urodzona 10.04.1984 r. w Kołobrzegu. Uczennica II klasy Liceum Ogólnokształcącego im. M. Kopernika w Kołobrzegu. Zdobywczyni "Bursztynowego Pióra" IV edycji turnieju literackiego Kołobrzeg' 2000.

[Spis treści]