Łabuź 32/2000 marzec

SPIS TREŚCI

TOŻSAMOŚĆ

Manifest etnopluralistyczny

I. Człowiek ma naturalną potrzebę identyfikacji z jakąś grupą. Jedynie część swej osobowości jesteśmy w stanie wytworzyć sami, resztę przejmujemy od innych ludzi w formie kultury. Człowiek wykorzeniony, tj. wyrwany z kultury charakterystycznej dla swej społeczności, jest zagubiony w świecie, a taka akulturacja zubaża jego osobowość. Nie mając oparcia w kulturze - zbiorowej tożsamości - może być łatwo manipulowany przez władzę i bezmyślnie ulega modom.

II. Wolność człowieka wyraża się w prawie do zachowania swej tożsamości i odmienności. Różnorodność rodzaju ludzkiego, manifestuje się we wszystkich sferach jego egzystencji, jest faktem, który nie podlega dyskusji. Bogactwo bytu wynikające ze zróżnicowania ludzkości jest jedną z podstawowych wartości godnych obrony.

III. Prawo do zachowania zbiorowej tożsamości kulturowej wynika więc niejako z prawa każdej jednostki do zachowania swej tożsamości indywidualnej; tożsamość zbiorowa jest zarazem wartością samoistną jako niezbędne spoiwo solidarności społecznej. Nieograniczona swoboda zmieniania tożsamości wprowadza chaos w życie grupy, osłabia jej spoistość i ułatwia asymilację zbiorowości małych przez wielkie. Wybór tożsamości nie powinien więc być wyłącznym prawem jednostki - jej opcja winna być też akceptowana przez innych.

IV. Tożsamości zbiorowe (kultury) mogą się tworzyć na różnych fundamentach, ale najbardziej rozpowszechnioną formą grupowej tożsamości jest tożsamość etniczna (narodowa, plemienna, regionalna). Broniąc jej, bronimy zarówno bogactwa i różnorodności otaczającego nas świata, jak i realnej wolności grupy ( zbiorowość nie może być wolna, jeżeli nie jest świadoma swej odrębności). Co więcej, będąc zakorzenionymi w jakiejś kulturze, tym bardziej uwrażliwiani jesteśmy na odmienność innych kultur. Dla człowieka wykorzenionego wszystkie kultury są jednako obce i obojętne, nie można więc mówić w jego przypadku o "tolerancji", tylko o braku własnej tożsamości. V. Kultury wytwarzanych w toku przemian dziejowych wspólnot naturalnych opierają się na TRADYCJI. Zerwanie z tradycją prowadzi nieuchronnie do utraty własnej tożsamości kulturowej, a to jest równoznaczne z alienacją jednostki i dezintegracją zbiorowości. Dlatego nie pragnąc bynajmniej stagnacji ani nie tęskniąc za petryfikacją status quo, domagamy się zrewidowania bałwochwalczego stosunku do Postępu, który bynajmniej nie jest dobry sam przez się. Lepsze są sprawdzone tradycyjne formy niż eksperymentowanie na żywym organizmie: społeczeństwo musi się rozwijać, ale zmiany muszą mieć charakter ewolucyjny i niewymuszony, nie mogą doprowadzić do zerwania ciągłości kulturowej.

 

Przedruk: - "Zakorzenienie" nr 11 Zawiercie Lato 1998 r.
Dziękujemy pkl. "Łabuź"
[Spis treści]
 


Agnieszka Wesołowska

SYMBOLE WYOBRAŹNI

Grupie Sarni Kierz 15 z Węgorzyna
z pamięcią o tym wieczorze
i z odpowiedzi cd.

Cóż to za forma drgająca wokół bytu, niezdolna wniknąć w smak jego miąższu? Cóż to za forma roztopiona w realności, gęstniejąca w kleszczach doświadczenia, w skupieniu? Forma, która o jedno ,, stań się" żebrać musi, kajać się przed człowiekiem długo i cierpliwie?

Pisał ongi Stanisław Brzozowski w swojej Legendzie Młodej Polski, że każda metafizyka jest mitologią społeczną. Dobry to punkt wyjścia do rozumienia również spraw mniej ogólnych, konkretyzujących się w którymś momencie ich przemierzania. Zaklęci jesteśmy bowiem w naszą wyobraźnię aż do rozpuku, aż do poezji, aż do sztuki w ogóle. I tak -jakby udowadniać trzeba było te feeryczne stany imaginacji - sięgamy po symbole na wskroś nieobecne poza próbą samoudoskonalania.

Mitologia, o której pisze Brzozowski, uciułała tzw. współczesności, ciągnącej się skądinąd od początków świata, grunt urodzajny w nadbudowy poetyckie. (Czy poetyckie rzeczywiście - tu już potrzeba osobnego podejścia do słowa.) Słyszę wszak o rzeczach najdziwniejszych, które dziać się mają w duszy poety, słyszę o wyłączności bycia wieszczem. I pojąć nijak nie mogę, czy to wyobraźnia płata tak duże figle, czy moja duchowość jest tak ograniczona.

Znać, że poetę kształtować mogą chwasty, w których chce on ujrzeć jakąś głębię, w których sublimuje swój wizerunek artysty. I wyciąga on rękę po bombki nie bacząc, że chwast nie jest choinką i że zima już dawno minęła. Nie można widzieć w tym od razu nacisku zewnętrznego, ale pamiętać trzeba o pokusie, po którą wspina się wyobraźnia. O pokusie, która chce być baśnią opowiadaną sobie.

Poezja. Wielce nadęta i pyszna, skoro czyha na człowieka z sidłami natchnienia. Owszem, zapisywanie jest ważnym, ale ostatnim etapem tworzenia. Etapem, który samodzielnie istnieć nie może. Twórczość staje się więc procesem złożonym, może nawet ciągłym; procesem, który każe oddychać rzeczywistością, zaciągnąć się realizmem świata i swoim aż do wrażenia, aż do zatrzymania, aż do wiersza czy prozy. Bo przychodzi przecież czas na rozprawienie się z tym, co rzeczywiste.

Byłam któregoś lutowego wieczoru w węgorzyńskiej bibliotece. Byłam - pamiętam. Dużo myśli mijało się wtedy, wiele z nich z impetem uderzało o siebie. Dlatego napisałam ten tekst. Wiem, że Łabuź idzie podobnym tropem - dużo nałyka się on realizmu, zanim powstanie. Dlatego jestem Łabuziem.

 

Agnieszka Wesołowska


Dawid Misztal

EGOISTA


Obudziłem się dzisiaj dla Niej
zawsze budzę się dla Niej
więc
dzisiaj też
obudziłem się dla Niej
po cóż innego miałbym się budzić?

Obudziłem się zatem dla Niej
obudziłem się wcześnie
obudziłem się dla Niej wcześnie
żeby zrobić porządek
dla Niej
odkurzyłem róże oddechem deszczu
 1,2,3
dla Niej
rozwiesiłem delikatną mżawkę
czułości
dla Niej

Chciałem jeszcze
zagłuszyć
październik wiosenną burzą pocałunku
ale powiedziała:
idź spać,
dla mnie.

 

Dawid Misztal

 


 

Wyróżnienie II stopnia - XXX Ogólnopolski Konkurs Poetycki im Jana Śpiewaka Świdwin - Zamek 1999

[Spis treści]

 

KORESPONDENCJA LITERACKA


Kontynuujemy wymianę listów między pisarzami.  Korespondują: - Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób.
Dziękujemy - pkl "Łabuź"

 

Podkowa Leśna, 9 kwietnia 2000

Cześć Stareńki,

Cieszę się, że podobał Ci się "Burak"*, ale to nie wszystko. Mam takich małych książeczek kilka i kiedy się zbiorę, postaram się je wydać. Na razie ciężko pracuję nad słownikiem frazeologicznym, który powinienem niedługo oddać - a robota w lesie. No, może nie jest tak źle, ale po śmierci Małgosi trochę się to wszystko zwolniło, bo pracowała ze mną na równi. Słownik miał zaczątki w połowie lat 70., ale to były tylko niezgrabnie zbierane fiszki. Ustaliliśmy wtedy z Gosią pewne rygory naukowe i na tym się skończyło, że po prostu wpisywaliśmy coś na kartce formatu A6 i fru do pudełka. Potem do następnego, i jeszcze kolejnego. Aż przyszły komputery. Zacząłem to wpisywać do bazy danych i sortować. Ależ bałagan! Od Sasa do lasa, różne konwencje, różne podejścia. A frazeologia jest nauką trochę ścisłą. Pomogły zapędy Małgosi i moje przesiadywania w bibliotekach, czyli samouctwo. Nie wiem czy wiesz, ale ona kiedyś zdała jednocześnie na Akademię Sztuk Pięknych i polonistykę na UW. Wybrała rzeźbę, jednak frazeologia została w jej duszy, chciała się kiedyś temu poświęcić. Pewnego pięknego czerwcowego dnia 1983 r. do Podkowy Leśnej zajechał z Kasią Sobczyk mój stary druh z Łomży, Waldemar Zabielski, zdolny pisarz, który od dziesięcioleci mieszka w Kanadzie. Zanim zaczął pić kawę, zaczął opowiadać, że ma zamiar pisać słownik frazeologiczny. Odżyła w nas idea. Waldek, słomiany ogień, ze swoich pomysłów zrezygnował, a my z Gosią na początku lat 90. pod wpływem innego przyjaciela - Andrzeja Dąbrówki, niderlandysty i poety, głównego twórcy słynnego "Słownika synonimów", zabraliśmy się ostro do pracy. I teraz zbliżam się do końca, już sam.

Takiego słownika jeszcze nie było, jeśli nie wspomnimy o dziele Stanisława Skorupki, niestety przestarzałym i mało poręcznym. Zawierał zbyt dużo związków wyrazowych luźnych, a prawie nie miał definicji idiomów. Umieli z niego korzystać tylko doświadczeni redaktorzy. Nam zaś chodziło o słownik dla wszystkich, od dzieci szkolnych po tłumaczy i pisarzy. Nasz słownik zawiera nie tylko definicje, ale też przykłady użycia, formy oboczne i klasyfikatory. Haseł jest ok. 50 tysięcy, więc sam rozumiesz, jaka to potęga. Na szczęście systematyczność się opłaca. W tej chwili jestem przy literze C. Reszta wymaga już tylko zredagowania, uporządkowania i uzupełnień. Napisałem w języku Clipper (5 miesięcy programowania!) wysoko wyspecjalizowaną bazę danych, która robi wiele czynności za mnie, łącznie z poprawianiem niektórych literówek, sortowaniem, wyławianiem braków, układaniem w grupy (tzw. gniazda), drukowaniem korekt, tworzeniem indeksu itd. Indeks to moja tajemnica leksykograficzna i nowość słownikowa, będzie stanowił dwie trzecie tekstu. Trochę pomysłów wziąłem od nieocenionego Dąbrówki i Ryszarda Turczyna, ale reszta jest własna. Inne słowniki polskie (z wyjątkiem tych Dąbrówkowych) mają budowę wciąż XIX-wieczną.

Sam się sobie dziwię, że się za to wziąłem. Nie mówiłem nikomu, bo tego rodzaju praca (codziennie parę linijek) wchodzi w krew jak jedzenie i picie, po prostu jest. Gosia doszła do tego, że do oglądania telewizji czy czytania książki nigdy nie zabierała się bez kartki i długopisu. A i na piętnaście minut przed zgonem dyktowała mi opuszczone hasła!

Zauważ, jest to zajęcie literackie. Warsztatowe, to prawda, a jednak twórcze. Ciekaw jestem, jaka będzie reakcja świata polonistycznego. Po słownikach Dąbrówki i współpracowników (wydali też "Słownik antonimów") zapadła głucha naukowa cisza, choć księgę jak szalona kupowała cała Polska, wydawca zaś do dzisiaj robi na niej kokosy (mniej autorzy). Dopiero po paru latach ktoś się obudził i napisał z tego habilitację. Tak to jest. W historii polszczyzny najlepsze słowniki powstawały na biurkach amatorów, takich jak Linde, Gloger czy Kopaliński. Może i ja dojdę do tego grona? Wiele rzeczy będzie na pozór kontrowersyjnych, bo - jak można sądzić po produkcjach PWN-u - wciąż brakuje opisania polszczyzny potocznej (a u mnie to jest!), wiele frazeologizmów uległo przekształceniu i zmianom, których nie uwzględnia nawet "Nowy słownik poprawnej polszczyzny" Markowskiego. Sporo zwrotów i wyrażeń tak się zestarzało, że u mnie w ogóle ich nie ma, z kolei doszły nowe (choćby te komputerowe, biznesowe i kapitalistyczno-demokratyczne). Zostawiłem trochę nowomowy, bo to wciąż istnieje w parlamentarnym języku socjalistów. Mój materiał naukowy jest oparty na wszelkich zasadach metodologicznych i mocno wierzę, że nie można się do niego przyczepić, a sądzę, że nikt inny tak obszernego nie ma. Trzeba było wariatów, żeby to wypisali z tekstów, wysłuchali na ulicy, zebrali, oznaczyli i ułożyli.

No, i mam teraz parę miesięcy z głowy. Po szesnaście godzin na dobę, żadnych wakacji, chyba że z laptopem. Sądzę, że do końca września uporam się z tą nawałnicą słów. A potem wypijemy po pół litra na mój koszt, nad wodą rzecz jasna, która będzie na Twój koszt. Wiosnę obserwuję więc tylko przez okno. Widzę, że do moich domków wprowadziły się już pierwsze sikorki. Szybko, zima była ciepła.
Trzymaj się, Kochany, myślę o Tobie i modlę się, żebyś był zdrowy. Wszystkiego najlepszego w rocznicę Zmartwychwstania.

Twój Piotr Müldner-Nieckowski

*Mowa o książce "Nie ma haka na buraka".

 

Kołobrzeg, dnia 14.04.2000 r.

Salve Kefasie, synu Wiesława -
list obecny poprzedziłeś e-mailem pełnym troski o moje zdrowie. Poruszyła chęć pomocy. Dzięki najserdeczniejsze z serdecznych. Jednak moja przygoda szpitalna nie potrwa długo i - doprawdy - nie kłopocz się. Ot, nasze ciała mdłe; czasem wymagają chirurgicznej pieszczoty. Komu jak komu, ale Tobie, lekarzowi, tłumaczyć tego nie trzeba.

Co do "buraczanej" miniksiążeczki. Jeśli pozostałe drobiazgi cechuje zbliżone natężenie sardonicznego humoru - nawet się nie wahaj. Taka rzecz warta jest publikacji. Rodzimą literaturę przesyca solenność i nabzdyczenie, a każda próba przekłucia balonu znajdzie (nie tylko u mnie) zdrowszy poklask.

Jednak największe wrażenie uczyniła Twoja poszerzona informacja o przygotowywanym latami słowniku frazeologicznym. Jakaż benedyktyńska praca za tym się kryje! Gigantyczne szykujesz dzieło.

Rzeczywiście, słownik S. Skorupki (na marginesie: II wydanie dwutomowego słownika frazeologicznego S.S. kupiłem za swoje pierwsze honorarium literackie w 1975 r.) wydaje się dziś nieco zdezaktualizowany. Lecz zaraz przy okazji przed oczyma stają wielcy językoznawczy poprzednicy Skorupki: Karłowicz - Kryński - Niedźwiedzki, S. Szober, czy W. Doroszewski, którym wiele polszczyzna zawdzięcza. Być może i Ty trafisz do pocztu dla języka zasłużonych, jeśli tylko Twój słownik nie okaże się ciężkostrawnym gniotem (czego nie życzę). Zaś amatorskie podejście do sprawy da tylko świeżość spojrzenia. Tym wartościowsze, iż na język spoglądasz dodatkowo z pozycji poety i prozaika.

Pewien niepokój budzi tylko może trochę pochopna chęć kasowania zwrotów i wyrażeń zestarzałych. Wiadomo, że język nasz (np. w odróżnieniu od łaciny) jest organizmem żywym, wciąż się rozwijającym. Cieszy projekt aktualizacji, podawania przykładów użycia nowych związków wyrazowo luźnych, form obocznych - lecz nadzieję mam, że Twoja leksykograficzna "restrykcyjność" nie odeśle do lamusa sankcjonowanych tradycją zdobyczy językowych.
Szkoda tylko, że pracy tej nie możesz dokończyć z Gosią...

Cóż, będę trzymał kciuki. I gdzie chcesz to wydać? U Bertelsmanna?

Skoro o publikowaniu mowa. Znalazł się wydawca zbioru wierszy - aż na Kujawach. Ostatecznie ustalony tytuł:  "Wibrujące serce". Niewielka - ale bardzo ważna dla mnie - książeczka winna ukazać się najdalej w czerwcu.
Dobrze też postępuje praca nad "Drapieżcami". Ustaliłem końcową wersję tekstu (różną nieco od idącej w odcinkach w "Dzikim Życiu" oraz "Łabuziu"), dokonałem selekcji rysunków (autorstwa A. Stuchały). Doszliśmy z Wydawcą do wniosku, że zrezygnujemy z kolorowych zdjęć. A uzupełnienie jeszcze takie, iż zdecydowałem się umieścić w załącznikach dodatek poetycki: trzy wiersze o trzech wiodących postaciach "D.": szczupaku, wilku i bieliku. Przeto załącznikami po tekście głównym będą: tenże dodatek poetycki, słowniczek rzadziej używanych terminów, indeks występujących w powieści zwierząt (z pominięciem bezkręgowców występuje w niej 150 stworzeń) oraz podziękowanie najbardziej dla powstawania utworu zasłużonym wspomożycielom. Obecnie robiona jest makieta i wiele wskazuje na to, że książka - chyba z moich najwykwintniejsza edytorsko - ukaże się wczesną jesienią. Tu mam ten komfort, iż Oficyna Wydawnicza MULTICO rzetelnie traktuje obowiązki. Wypłacono - jak na moją kieszeń - sporą zaliczkę, dotrzymywane są terminy etapów prac.

Natomiast zgoła odmiennie wygląda historia z pewnym szczecińskim wydawnictwem. Pamiętasz może, gdym w którymś z poprzednich listów wspominał o skrótach powieści dla młodzieży? Chyba latem ubiegłego roku to było. Nie uwierzysz. Od tego czasu wspomniany Wydawca - mimo wcześniejszej pisemnej umowy i moich prób kontaktu - nie odezwał się ani razu. Osiem miesięcy milczenia. W życiu dotąd nie spotkałem czegoś podobnego. Po prostu mnie zatkało. Powiedz, Przyjacielu, co sądzisz o takim postępowaniu? Wszak i Ty wydawcą (między innymi) jesteś. Do pomyślenia przedstawiony obyczaj? A coś z tym pasztetem - wcześniej lub później - zrobić będę musiał.

Starczy spraw wydawniczych.

Czwarty miesiąc mija od podłączenia się do Internetu i chyba mogę snuć pierwsze wnioski. Rację ma Lem pisząc w "Bombie megabitowej", że to straszny śmietnik, a sam komputer jest tylko bezrozumną maszyną. Również demonizowanie sieci wydaje się przesadzone. Co prawda dopuszczam możliwość uzależnienia jakiego internauty od żeglugi po lawinowo rosnących zasobach informatycznych, lecz schemat pułapki podobny jest do innych "zdobyczy" cywilizacji wciąż mocniej izolujących jednostki. To mroczna strona zjawiska. Ale istnieją i jasne. Weźmy choćby pocztę elektroniczną.

Właśnie ona najbardziej mi zaimponowała. Jej szybkość, prostota oraz wygoda komunikacji na łeb bije pocztę tradycyjną. Dotąd wymieniłem przeszło 200 elektronicznych listów z rozmaitymi odbiorcami i powoli zaczynam się sobie dziwić, że jeszcze przyklejam papierowe znaczki do papierowych kopert.

Żartuję nieco oczywiście, lecz prawdą na przykład jest, iż zjawisko poczty elektronicznej odrestaurować może zanikającą epistolografię. W nieco szczątkowej formie (gdyż e-maile z natury swojej wymuszają skrót, kondensację i pewną umowność - jak zauważyłem), ale jednak.

Dobrze, Przyjacielu, zakończmy dziś na tym. Niechaj Zmartwychwstały i nad Twoją umęczoną duszą czuwa -

Lech (nadmorski)


Ps. :Jeszcze jedno. Nie chciałbyś w czerwcu przyjechać do Kołobrzegu? Organizatorzy lokalnego konkursu "O Bursztynowe Pióro" zwrócili się z prośbą, bym ściągnął kogoś z zewnątrz. Nie tej rangi turniej, co świdwiński, marne pieniądze, ale i pracy mniej. Bylibyśmy we trójkę oceniali (Ty, Bednarski i ja) utwory. Nadto oderwiesz się od słownikowej mordęgi. Później posiedzielibyśmy nieco przy czym mocniejszym w podziemiach ratusza. Bo kto wie, czy nie będzie to jedyna okazja do naszego spotkania, gdyż rok ten terminowo mocno mam napięty. Pomyśl i szybko daj znać. Gdybyś wyraził ochotę, e-mailami dogadamy szczegóły.
Ps. II: I wreszcie ostatecznie zniesiono w naszym kraju karę śmierci!

 


 

Marcin Łaski

MAJ 68


Rozbieraj się!
zrobimy to tu
jak zwierzęta
- jak zwierzęta
- przytaknął
zdejmując okulary
Marcin Łaski


Bez  zgody autora na prawach rękopisu przedruku dokonaliśmy z żurnalu proletariatu Ducha "MONADA" NR 13, rok 2000, Wrocław.
Dziękujemy  pkl. "Łabuź"

 


 

Archiwum pamięci

Ludwik Cwynar

KSIĄŻĘ GELDRYJSKI

Dwa razy Ziemia Łobeska błysnęła w historii: raz - gdy Maćko Borko (Matzke Borcke) uwięził księcia geldryjskiego, a ten, uwolniony powrócił w ręce pogromcy, bo dał rycerskie słowo honoru, że nie ucieknie, i drugi - gdy piękna Sydonia Borkówna, która rozkochała w sobie księcia Ernesta Ludwika, odepchnięta przez krewnych księcia, przeklęła ich, za co po latach spłonęła na stosie. Może trzeba dopisać tu sławny protest na torach? Historia pokaże.

Matzke Borcke (Maćko Borko) ze Strzmiela był głównym bohaterem historii w epizodzie opisanym na łamach ostatniego "Łabuzia".

A książę geldryjski? Zwał się Wilhelm von Jülich. Gdzie jest ta Geldria? Łatwo się domyślić, że leżała gdzieś daleko. Krzyżacy bowiem tu blisko mieli opinię rycerzy o twardej ręce, skłonnych pokazywać siłę miecza na głowach poddanych i sąsiadów. Ale zwabieni opowieściami werbowników o sławie lub śmierci w walce z poganami Litwy lub hordy tatarskiej, otwierającej drogę do nieba (Średniowiecze), ciągnęli błędni rycerze z zachodniej Europy. Na południu poparzyli się rycerze w gorących ośmiu wyprawach krzyżowych. Równie trudno było walczyć z Maurami na Półwyspie Iberyjskim. Kusił Wschód.

Geldria to polska nazwa Gelderlandu, jednej z jedenastu prowincji dzisiejszej Holandii. Wyniosłość, na której leży przekracza sto metrów nad poziomem morza, koła... Arnhem (tego samego! Znanego z desantu aliantów w drugiej wojnie światowej, z udziałem brygady spadochroniarzy polskich gen. Stanisława Sosabowskiego). Skupisko zamków leży nad dolnym Renem(niem. Rhein, flamandzkie Niderrijn). Graniczy z Brabancją, Limburgią z południa, a Overijssel z północy. Osiemdziesiąt kilometrów na zachód leży Amsterdam i Rotterdam. Wtedy to było małe księstwo lub hrabstwo niemieckie. Od wschodu leży Dolna Saksonia i Północna Westfalia.

Oto widzimy, jak mistrz Sienkiewicz był oczytany w źródłach, tworząc postać romantycznego rycerza de Lorche. Ten gość Krzyżaków, Lotaryńczyk, krewny książąt brabanckich, przestrzega jak nikt kodeksu rycerskiego. A inny - de Bergow, więziony z giermkami i pachołkami w Spychowie Juranda, to krewny hrabiego ... Geldrii ("Wozów okutych trzy z godnym sprzętem, a ludzi pocztowych jest dziewięciu"). Wypuszcza de Bergowa Jurand wolno, jadąc do Szczytna ratować porwaną przez Krzyżaków Jagienkę.

Gdzie księcia geldryjskiego pochwycono?

Na ogół pisze się o lasach między Koszalinem a Sławnem. W oskarżeniu przygotowanym przez szpiegów krzyżackich wymienia się siedemnastu napastników (Pełna lista i wnikliwy komentarz w dziełku zbiorowym "Z dziejów Świdwina" - 1963). Na czele Eckhard von dem Walde - książęcy starosta Białogardu, Hening von Wedel z Mielna (tego koło Cieszyna Łobeskiego) i nasz Maćko ze Strzmiela, a w drużynie panowie Dobrej, Ińska, Złocieńca, Kluczewa, dwóch rycerzy z biskupiej ziemi kołobrzeskiej oraz ich krewni. Widać, że zorganizowali się przeciw nowoprzybyłym, panoszącym się Krzyżakom. Od południa pchała się Nowa Marchia, a od wschodu - Krzyżacy. Z pierwszym jakoś utrzymywano chwiejną równowagę, drugi - rozpychał się wykupując ziemię niebogatych sąsiadów: Łabędzie Michała von der Elbe i Nętno Borków.

Rzut oka na mapę wystarczy, by dostrzec, jak odzierane są i rozłupywane ziemie Pomorza. Nie dziwi więc polski klin z Wałczem, Czaplinkiem i Drahimiem, tworzący przeciwwagę wobec tamtych niecnych apetytów.

Maćkowi przypisuje się także drugi napad na komtura z Czech Johanna von Mülhein w 1392 roku. Gdzie?

Nie odkładajmy mapy

Drugi rzut oka na mapę wystarczy, by rozpoznać pielesze rycerza z Wilczego Gniazda - Strzmiela, kiedy działał na własną rękę.

Jadąc ze Szczecina (przez Mieszewo) lub Stargardu na Świdwin natrafiamy na południkowo rozciągnięte na dziesięć kilometrów jezioro Woświn (Cieszyńskie). Droga prowadzi przez Dobrą, Zwierzynek, Siedlice, Strzmiele, a jeśli omijała Wilcze Gniazdo, przez Mieszewo, Orle, Radowo i Stargard Łobeski.

Wyraźnie widać dziś ślady drogi przez Bród, Cieszyno, Winniki, Połchowo i Węgorzyno, Łobez lub las boniński.

Warto w terenie poszukać tej drogi poza groblą torów. Kiedyś jezioro było większe o jakieś sto metrów na południe. Kto znajdzie ten czterometrowy wąwóz drogi obrosłej bukami (jak wąwozy koło Kazimierza Dolnego), znajdzie też grodzisko sto metrów od tej drogi. Było ono strażnicą czy siedzibą rabusiów? Jak śmiesznie młoda wydaje się przy niej droga asfaltowa lub kolejowa.

Skoro już zabrnęliśmy tam, zobaczymy obronną osadę rybacką na brzegu Woświna. Ostatnio był tam wyrąb, użyto spychacza a jednak wyraźnie widać wały pochylające się ku jezioru. U brzegu był mini - port rybacki. Wał widać z okna pociągu do Szczecina tam, gdzie grobla przechodzi w wykop kolejowy.

Nad Woświnem był jeszcze jeden gród (ponoć murowany) na półwyspie między częścią cieszyńską jeziora a Zatoką Trzebawską, krok od ośrodka Trzebawie.

Nawiasem mówiąc, droga objeżdżająca północny kraniec jeziora, niebywale malowniczy, jest również głęboko wyjeżdżona.

Maćko Borko buszował na wschód od jeziora. Przewodniki wymieniają dęby "geldryjczycy" w Winnikach, głaz narzutowy "Maćkowe łoże" w lesie koło Siedlic, trzy potężne topole siwe "Maćkowe córy" w Cieszynie. Miały przeszło dwa metry średnicy. Niestety już ich nie ma. Według miejscowej legendy to tu, w Winnikach, ujęto księcia geldryjskiego.

Inna dygresja: Krążyła anegdota, że bardzo zacofane Winniki(pewnie ocalały tam słowiańskie obyczaje i mowa) zafundowały sobie przy kościele dostawianą wieżę dzwonową. Sołtys zebrał chłopów, aby jeden wlazł na drugiego, żeby zawiesić sygnaturkę. Szybko jednak się zniechęcił, zabrał chłopów na piwo. A ten jeden uwieszony pod szczytem, został. Nigdy nie mieli we wsi nic tak wysokiego.

To pewnie, na przekór opowiastkom, zbudowali sobie winniczanie neogotycki kościół na stromej skarpie, która dodaje ceglanej wieży nadzwyczajnej wysokości.

Jeszcze inna wersja; pani Elisabeth von Borcke pisze, że księcia geldryjskiego ujęto w Maćkowie koło Reska.

Klęska Maćka Borka

Według różnych źródeł Krzyżacy wymusili na Warcisławie VII pomstę na Wilczym Gnieździe i jego głównym lokatorze, Maćku Borku. Wzięli w tej napaści udział Krzyżacy. Według p. E. von Borcke w 1372 roku - a więc dwadzieścia lat wcześniej na zamek napadli ... Polacy. A gdzie stał ten zamek?

Chyba dzisiejszy zamek jest nową lokalizacją. Ten Maćkowy stał nad strumieniem, niedaleko drogi do Radowa. Są tam jakieś wały.

Przegnany w 1393 roku zdołał się ukryć na wyspie na jeziorze Biały Zdrój. Inna kryjówka to miejsce nad samym strumieniem bliżej jego ujścia do Regi. Jeszcze inna - to grodzisko między Smorawiną a Jeziorem Głębokim. Z Kazimierzem Chojnackim znaleźliśmy tam wały.

Zmarł Maćko około 1455 roku "nie tracąc honoru". Najbardziej romantyczną wersję daje Bogdan Twardochleb. Na czele wyprawy przeciw Maćkowi stawia Wielkiego Mistrza Konrada Wallenroda. Maćko poległ w krwawej bitwie.

Mickiewicz uczynił z Konrada Wallenroda symbol rycerza, który nie mogąc walczyć w polu ze zbyt silnym wrogiem, ukrywa swoje prawdziwe oblicze, knując zemstę. Był bowiem litewskim chłopcem porwanym przez Krzyżaków, którzy i w ten sposób poszerzali swoje szeregi.

Cel: dobro ojczyzny uprawiając nawet terroryzm. Aleksander Ford w "Krzyżakach" przydał Konradowi coś szalonego, ascetycznego. To był ukłon w stronę Mickiewicza.

Dygresja: Maryla Wereszczakówna, ukochana Mickiewicza, wyszła za hrabiego Wawrzyńca Puttkamera ze spolszczonej szlachty pomorskiej - bałtyckiej. Tu ślad wiedzie do... Pęzina - zamku, który był we władaniu templariuszy i joanitów. Potem należał do Borków. Wreszcie kupili go, a następnie dobudowali neogotyckie skrzydło... Puttkamerowie z linii pomorskiej. Na wykuszu nowego skrzydła gotyckimi literami wypisano to nazwisko uwikłane w polską literaturę.

Sienkiewicz znający postać Aldony i Jagienkę umieszcza w wieży Szczytna. To też ukłon w stronę Mickiewicza. Trudno było bowiem uczynić mickiewi-czowskiego Konrada Wallenroda bohaterem, gdyż ten poetycki nie miał nić wspólnego z historycznym. Mickiewicz dopisuje mu wyprawę rycerską przeciw Maurom. Grenada uległa Hiszpanom w roku wyprawy Kolumba, 1492, sto lat później. Tak zmienia Waltera Alfa w Konrada Wallenroda. Tylko z taką sławną przeszłością mógł kandydować na Wielkiego Mistrza.

A jednak budzi podziw

A jednak budzi podziw "wallenrodyczny" podstęp Mickiewicza, który wydał tę powieść poetycką, po polsku, podczas odbywania kary zesłania, w samej paszczy lwa, w Petersburgu.

"Słowo stało się ciałem, a Wallenrod - Belwederem".

Agitacyjna rola utworu Mickiewicza - wtedy już przebywającego na emigracji - miała wpływ na historię: - wybuch powstania listopadowego, które zainicjowali podchorążowie - pupilkowie księcia Konstantego.

Swoją drogą popularność "Stawki większej niż życie" i kapitana Klossa jest przecież echem "Konrada Wallenroda".

Wróćmy do wątku strzemielskiego

Bogdan Twardochleb opowiada o panu na Strzmielu Borku V, na którego ruszył Ulrych von Jungingen w 1410 roku. Giermek Borka wskazał Krzyżakom podziemne wejście do warowni. Stamtąd loch ciągnął się dwa kilometry aż do Regi. Borko walcząc osłaniał żonę, która wbiegła do tunelu. W zabudowanym wykopie zbroja stała się tak wielka, że go zaklinowała. Ulrych kazał go żywcem zamurować, a prawą rękę zalać gorącym ołowiem i wyryć napis odstraszający wszystkich buntowników przeciw Krzyżakom.

Zemsty nie było dosyć, Zaprowadzeni przez zdrajcę - giermka do wylotu podziemia Krzyżacy usiłowali pochwycić żonę Borka, która uciekając dotarła do martwego męża. Lgnąc do jego ciała powtórzyła małżeńską przysięgę. Ostatnim wysiłkiem wytrąciła stempel podpierający strop. Runął loch, grzebiąc wszystkich.

Ale tu przecież widzimy wątek odrąbanej ręki. W pojedynku Zbyszka z Rotgierem na topory. Rotgier pada martwy z odrąbanym ramieniem. Stary Zygfryd de Löwe tracąc ukochanego Rotgiera ma w niewoli Juranda. To już nie jest rycerski gest lecz okrucieństwo, gdy do trumny Rotgiera wkłada rękę już wcześniej bestialsko okaleczonego Juranda.

Taki jest nasz mały, łobeski przyczynek na kartach wielkiej literatury.

Ludwik Cwynar
kwiecień 2000

 


 

Marian Adam Kasprzyk

PIĘŚCI W OCZACH


Jutro na widnokręgu życia pojawi się
następny Pancernik Potiomkin
i Aurora znowu zagrzmi gniewem,
który naszego buntu podniesie banderę
i gmach historii przejdzie z rąk do rąk.

Zawsze będzie jakiś Pałac Zimowy
do wzięcia szturmem,
Jakaś Bastylia do zdobycia,
Bo twierdze zbrodni padają i wstają
a historia lubi się powtarzać.

Nasze dziś gnije już od wczoraj,
jutro nie da się go ocalić,
Nie można naszym dzisiaj żyć,
ale w kołysce już słychać krzyk -
rosną mu pięści buntu w oczach.

 

Marian Adam Kasprzyk

 


 

Wyróżnienie II stopnia - XXX Ogólnopolski Konkurs Poetycki im Jana Śpiewaka Świdwin - Zamek 1999

[Spis treści]

 

Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (5)

Jako zagorzały admirator poezji przede wszystkim jej poczynania śledzę, co pewien czas popadając w nowe zdumienia. Przyczyną obecnego jest poemat księdza H. Romanika (Henryk Romanik "Wypłyń na głębię", Kołobrzeskie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne, Kołobrzeg 2000, str. 156), duszpasterza środowisk twórczych Pomorza Środkowego.

Rzecz jasna nie dziwi, że książkę poetycką wydał ksiądz - wszak i wśród księży poetów nie brakuje - lecz fakt, iż rzecz jest apokryfem napisanym na zamówienie Komitetu Obchodów 1000-lecia Utworzenia Biskupstwa w Kołobrzegu. Jakże odległe są czasy, gdy zlecano wykonywanie konkretnych dzieł literackich (także malarskich, rzeźbiarskich, muzycznych). Dziś inna ranga twórcy i to raczej on sam z siebie proponuje światu dzieła. A mecenas, bez względu na proweniencję, zdecydowanie częściej wspiera indywidualne wysiłki artystów, niźli im cokolwiek narzuca.

Ambitne zadanie, jakiego podjął się H. Romanik, nie byłoby warte roztrząsania bez udanego efektu. Gdyż z edytorskim pietyzmem - należnym okolicznościowemu dziełu - opublikowany apokryf należy uznać za utwór ciekawy. Tak od strony formalnej, jak i artystycznej.

Dlaczego właśnie apokryf? Ano formę wymusił temat: początki chrześcijaństwa na Pomorzu. Wiadomo, że pisanych przekazów sprzed tysiąca lat jest niewiele. Autor wybrnął posiłkując się mieszaniną form - plotąc misternie wątki hagiograficzne z historią, legendy z domniemaniami, własną wizję z naśladownictwem nielicznych dokumentów. Na kartach poematu przewijają się znamienite na on czas postaci: księżna Dobrawa, Bolesław Chrobry, cesarz Otton III, papież Sylwester II, Wojciech Adalbert, pierwszy biskup Pomorza - Reinbern. A że nie brak księdzu Romanikowi poetyckiego wyczucia, nieco przyfasonowanym staropolszczyzną językiem ogarnął całość jednorodnie.

Przeto powiedzieć można, iż utwór "Wypłyń na głębię" ma spore szanse, by osiąść w literaturze jako interesująca próba poszerzonej penetracji poetyckiego słowa.

Teraz musimy zejść o jedno lub dwa piętra poetyckie niżej.

Oto trzymam w garści broszurowo wydany tomik poezyj (Wiesław Pisarski "Dedykacje czyli 1959 słów dla przyjaciół z Dobrej i Nowogardu, 1999, str. 36), o którym nie bardzo wiadomo, co powiedzieć. Autor pomieszczonych tu blisko 30 utworów - a właściwie poetyckie alter ego autora - miota się między formami: od strof klasycyzujących do wersyfikacji współcześnie pokupnej. Przy czym brak tu konsekwencji w obrębie całości.

Pewnym scalającym motywem tematycznym broszury jest małomiasteczkowość i wszystko to, co powiązać z tym możemy. Wyczuwa się między wersami sugerowaną duchotę atmosfery miejsca życia piszącego i widać próby ochronienia wartości uniwersalnych. Cóż z tego, skoro tłumi je konwencjonalny obraz, przesycony czarnymi rycerzami, ognistymi rumakami oraz łzami przebiśniegów i konwalii. Zdarzyło się autorowi i kilka utworów niezłych - choćby "Młodość". W sumie jednak pozycja mało dopracowana i wołająca o zdecydowanie większą dyscyplinę warsztatu.

Od pewnego czasu obserwuję produkcję poetycką Instytutu Wydawniczego "Świadectwo" w Bydgoszczy. Wydają tam zbiorów wierszy sporo, ale - niestety - ilość nie chce przechodzić w jakość. Widać z serii, że demokracja w poezji się nie sprawdza. Co prawda każdy pisać i wydawać może, lecz sam fakt opublikowania książki przez autora nie czyni zeń automatycznie poety pełną gębą.

Dla ilustracji wybrałem dwóch poetów "środka". Takich, o których powiedzielibyśmy, iż poetycko istnieć mogą, ale nie muszą.

Pierwszym jest A. Tomaszewski (Artur Tomaszewski "Raport rozbitka", Instytut Wydawniczy ŚWIADECTWO, Bydgoszcz 1999, str. 62), autor zbioru liczącego przeszło 40 wierszy. Dostrzeżemy z lektury silne oczytanie piszącego oraz biegłość w operowaniu wersami. Bieda jednak w tym, iż wiersze owe - jakże poprawne warsztatowo - cechuje kameleonowatość. To znaczy autor prezentuje zdolności kulturowej mimikry i potrafi zręcznie wtapiać się w tło modnych norm poetyckich.

Zapewne A. Tomaszewski (rocznik 58) ma świadomość słabych stron swojego poezjowania, bo w utworze "Konstruktywna krytyka literacka" - acz nieco sarkastycznie - pisze: nie lubię moich wierszy/ napisane zaraz umierały/ spiesząc się na Wielką Ucztę Zapomnienia/ stawiałem przed nimi miski pełne jedzenia/ podawałem wino/ nic nie pomogło/ pozostały głuche na moje prośby/ o wiersz czysty/ który nie wyprze się autora /.../.

Trochę podobnie ma się sprawa z M. Siewkowskim (Michał Siewkowski "Ogrody i ogrójce", Instytut Wydawniczy ŚWIADECTWO, Bydgoszcz 2000, str. 68), autorem zbiorku liczącego prawie 50 utworów. Podobnie w tym wymiarze, iż równie dobrze wiersze owe przypisać można wielu innym poetom "środka", których to utwory ani ziębią, ani grzeją. Ot, rozpanoszona poprawność i tyle. Może w przypadku M. Siewkowskiego (rocznik 57) bardziej oszczędna w słowach. Choć także nie wyzbyta banalnego obrazowania. Bowiem ostatnie trzy linijki książeczki brzmią: Moje skamieniałe/ brzegi obejmowały ciebie/ rzeko muzyki.

Dla urozmaicenia sięgnijmy po prozę.

Dziś nie lada gratka. Grafomańska. Rzec można - grafomański ekstrakt. Mowa tu o zbiorze opowiadań K. Pileckiej (Krystyna Pilecka "Poniedziałki Klary", Wydawnictwo PRESCO, Koszalin 1999, str. 99). Widać po lekturze 11 krótkich próz, że radośnie zaczerniająca literkami papier autorka nie ma pojęcia o tworzeniu literatury. Sentymentalne brednie gęsto okrasza życiowymi oczywistościami, mnoży historyjki dla samych historyjek, które same w sobie są tak nudne i kiepsko podane, iż umrzeć można od ziewania. Odrobinę swoim pisaniem przypomina dzielne współczesne pisarki najnowszego rzutu (Saramonowicz, Tokarczuk, Gretkowska). Z tą różnicą, że te z nazwiska przywołane w nawiasie kryją się dodatkowo za intelektualno-kulturowym sztafarzem.

Lecz dość nudziarstwa chybionej prozy. Zaczęliśmy obecny przegląd ciekawą książką i nie mniej interesującą zakończmy. A nawet artystycznie lepszą. Poetycką oczywiście.

Mam przed sobą szczupły objętościowo zbiorek J. Fryckowskiego (Jurek Fryckowski "Treny", Społeczna Oficyna Wydawnicza Literatów AGORA, Słupsk 1999, str. 22), zawierający kilkanaście dużej urody sonetów. Książeczka nie pomieszcza żadnych informacji o autorze. Lecz z tego, co wiem, jest postacią barwną; nauczyciel pracujący w Dębnicy Kaszubskiej, poeta, satyryk, bodaj dwukrotny Król Łgarzy turnieju w Bogatyni.

Dziś klasycznej wersyfikacji ze świeczką szukać. Współżyjący z nami poeci na ogół stronią od rymów, rytmów, jambów i trochejów. A zbiorek sonetów Fryckowskiego dowodzi, że dobra stylizacja nie straciła swej siły.

Gdy pada słowo "treny", nawet słabo oczytanym natychmiast kojarzy się to z "Trenami", jakie napisał J. Kochanowski po utracie córki. Treny Jurka Fryckowskiego poświęcone są matce poety. Daruję sobie komentarz, zadowalając się cytacją fragmentu z "Trenu I".

Matko, to słowo martwe, daremnie Cię wołam,
kołyszę dziś złudzenia skrawkiem odpowiedzi,
gdy Ty już klęczysz w niebie, przed Bogiem w spowiedzi,
a milczenie jak błazen drwi ze mnie dokoła.

Tam Ci niebieski anioł krzyż uczyni z miedzi,
powiesi go stroną snu na cierpienia kołach
i sam najjaśniejszy Bóg swym wzrokiem sokoła
na wszystkich rajskich ścieżkach będzie Ciebie śledził.

Dwie ciekawe propozycje czytelnicze na przedstawionych sześć. I tak niezłe proporcje.

 

Paweł Szeroki

 


 

Piotr Bednarski

MORZE


tu
urywek sonaty
muszle żarnowiec
suszące się sieci.

tam
na lodowatych szerokościach
żmijowiskiem
i pożerająca otchłanią.

lecz tak czy owak
zawsze będzie Księgą
którą chce się przyswoić
i zgłębić.

bo krótka jest
droga do grobu
miłość coraz płytsza
a i zdziwienie
na wagę złota.
Piotr Bednarski

 


 

DEBIUT

Maciej Konrad Dec

CZTERY ŚCIANY

Jedna jaśnieje. Druga nie może przyjść do siebie. Mruga dość długo. Opiera się histerycznie...nie chce. Wreszcie jest światło. Fizycznie odczute jego uderzenie po spędzonych w ciemności godzinach sprawia rozkoszny ból, biegnący od skroni aż do pięt jest usprawiedliwieniem dla zbroczonej nienawiścią duszy. Druga godzina nad ranem we wtorek. I czego tak nienawidzę? Pytania postawione własnej osobie wymagają szczególnie długiego zastanowienia, albowiem jesteśmy osobą z którą przebywamy najdłużej i trzeba pewności, trzeba zaufania, kiedy przebrnąć musisz jakoś koniecznym przez ową najciemniejszą dolinę. Zimno jest. Elektryczny grzejnik zbyt mały, by dostatecznie ogrzać pomieszczenie, wymierzony jest wprost w moją głowę. Tak właśnie wygląda obrót o sto osiemdziesiąt stopni od odpowiedzi na pytania postawione sobie. Czego tak nienawidzę? No, odpowiadaj! Język mam suchy i spękany. Pić. Pragnienie. Dobrze jest zaspokajać pragnienia, a tego właśnie nienawidzę.

Takie ludzkie gówno, patrzące w sufit w pokoju za dwieście pięćdziesiąt złotych miesięcznie, w środku nocy kiedy powinno dawno spać. Ciało zużywa się i regeneruje, kończy i zaczyna, aż w końcu kończy się i nie zaczyna. Bezlitosny jest dzisiejszej nocy wiatr, jego długie szpile przeszyły mi wnętrzności, długie kryształy przeźroczyście zimne muskają jałowy umysł. Jeśli podniosę się, żeby coś zjeść na pewno nie zasnę. Napić jednak mógłbym się. Leżę dalej i brzydzę się roztoczami zamieszkującymi moją pościel - nimi można się brzydzić. Ręce precz! Są takie chwile po przebudzeniu, zwłaszcza moim, kiedy na myśl przychodzą zadki kobiet, tych które znam i tych, których pupy mimochodem zapadły mi w pamięć, oczywiście dzięki niespożytym popędom. Kobiety ostatnio zaczęły przeciekać mi przez palce jakby nierealne istoty....najlepsza z tego wszystkiego jest terapia na zasadzie luźnych skojarzeń: nóżka, ustka, rączka, nosek później rozmowa coraz dłuższa i dłuższa i...stagnacja. Należycie ubrać myśli w słowa - oto największe oszustwo na jakie można się zdobyć. Myśli ubrać, wypuścić między hordy ludzkich oczu, oddziałać na wszystkie zmysły, używać wszelkich używek, poczuć się genialnym, podczas gdy jest się genitalnym tylko, więcej zwierzęciem niż nadistotą, robić pod siebie odurzony alkoholem, upodlić się z zemsty, kochać do nieprzytomności. Brak ciepłej wody zbawienny jest dla mnie. Ciało mam zahartowane choć pot przesiąkł już pielesze i nie sposób wytrzymać smrodu, to zapalę na brzegu mojej sennej łodzi. Tak też właśnie robię. Wracając do kobiet - słyszę krzyki tej nocy i pęd wielkich tumanów kurzu, gdy mój Bóg przewraca się we śnie na drugi bok, niszcząc bezwiednie moje miasto miłości, które budowałem przez ostatni miesiąc. Jak? Od iskry. Potem ognik malutki zwolna wspina się, płonie calutka jej niewinność, żywe pędy syczą i paruje z nich nieśmiałość, spala się obojętność. Drugi tydzień golę się tą samą jednorazowego użytku maszynką. Jeśli wstanę rano, to na darcie skóry. Za mocne to światło. Wszystkie przedmioty jakie posiadam w swoim pokoju sterczą niezmiennie od tygodnia. Tymczasem całą historię można wywlec choćby z minionego dnia. Rano zjadłem dość pokaźne śniadanie, składające się z czterech jaj, soku pomarańczowego i kawy. Potem wyruszyłem w miasto. Po co wyrusza się w miasto. Bez znaku zapytania. To nie jest właściwy znak na końcu tego pytania. Na końcu tego pytania powinien na pewno znaleźć się wykrzyknik. W miasto idzie się nie wiadomo dokąd. Jeśli nawet wie się, co ma się załatwić, to zawsze pojawia się szczelina w tej pewności załatwiania, taka wielka szczelina, jakby człowiek stał obok siebie i analizował swoje czyny, jakby był obcy sam dla siebie. Wreszcie zaczyna spostrzegać wokół siebie stare budynki, stare kasztanowce, zaczyna zazdrościć im, że nie mają zmysłów, że stoją sobie, nigdzie nie goniąc, że znają się na wylot, bo przecież stoją obok siebie tyle lat i będą jeszcze stały, a ten człowiek, który przez chwilę był dla siebie nie wiadomo kim, znów, nie wiedzieć czemu, nagle wie kim jest. Idzie dlatego dalej, myśli dlatego dalej, o tym co ma załatwić i co potem, i jeszcze dalej potem, i dalej, dalej potem. Odwiedzi może miejsca, w których spodziewa się zastać przyjaciół, może swoją dozgonną miłość. Cały czas pamięta, cały czas trzeba świętować swoje bycie inaczej spełza się bezsilnie w odmęty jakieś nieprecyzyjne, niewyraźne, stać się można śmiercią własną albo, co gorsza, własną wegetacją, nienawiścią dla świata, przesadą, obłudą, zjawą. Idzie po tym mieście mnóstwo takich ludzi, ocierają się paltami, mają twarde miny, postawione kołnierze, ssą gorycz z piersi tego miasta. Ja zawsze jeździłem bez biletu. Raz była kontrola. Dostałem mandat. Więcej już nie jeżdżę bez biletu. Najwięcej istnieje sobie bzdur, które są najważniejsze. Wystarczy teraz bym się mocno przechylił do tyłu, do pozycji horyzontalnej, został tak dłużej i już nie rozmawiał z sobą.

Mów do mnie. Mówię. Mów szeptem raczej, głowa mnie boli. Dotrwaj do końca nocy, mój drogi bez snu. Dlaczego? Biorę w tej chwili głęboki oddech, zlewa się z szumem wiatru i przeciąg podcina moje stopy. Dobrze byłoby mieć ją przy sobie, dobrze gdyby była przy mnie. Twoje własne ręce, ty durniu, zbezcześciły ten związek, klnę się na brak odpowiedzialności, wypruwam sobie żyły, bym wszystko zgniótł jednego dnia. Młoda wiosna. Dłużej można wystawać pod budkami telefonicznymi. Dzwonić do ludzi, umawiać się, ściągać długi, pożyczać. Chciałbym kiedyś dostrzec nadejście wiosny. Tak na prawdę dostrzec, jak nigdy mi się to do tej pory nie przytrafiło, bo nie mogło, skoro zawsze na wszystko brakowało czasu. Czas już najwyższy, żeby zbrakło mnie czasowi. Bardzo to przyjemne jest - zlekceważyć czas. Do tej pory mogłem jedynie pozwolić sobie na to w okresie jakichś ferii czy świąt.. Za krótko! Za długo! Dość! Teraz butnie podnoszę czoło, siedząc na skraju łóżka w środku nocy, ślepo uczyniłem siebie wolnym, skończyłem z niewolnictwem w waszych rękach, strzepuję popiół nie do popielniczki lecz na podłogę - tak jestem wolny, sikam do zlewu albowiem za daleko mam do toalety - tak jestem wolny, bluźnię na ludzi, starców, kobiety, dzieci, bo nikt nie usłyszy mnie - tak jestem, kurwa, wolny, przestałem biec po laury, nogi mnie już bolą, jakimż cynikiem samozwańczym, a jakimż mędrcem jestem we swych oczach, och..., ach..., ech..., ileż krwi przelałem radząc swoim przyjaciołom, co przekory swojej kopią nakłuwali ciało moje i duszę, próbowali wytłumaczyć, rozjaśnić, naszkicować ale za wysoko wznieśli się ku słońcu i wosk ich skrzydeł puścił barwne pióry od gorąca jego. Runęliśmy razem w dół, jak przystało na nieroztropnych, pozbawionych skrzydeł orląt, wprost w ramiona zachwytu, że oto jeszcze ziemia ze swymi ogrodami przyjmie nas, nakarmi, że rozdziawimy usta w szerz i nasi bliźni podadzą nam ręce choć tyle przecierpieć musieli od nas słów, goryczy wypić, ile w twarz nam napluć dosłownie milcząc, patrząc, a ja...mnie nie ma. Tak powracać należy: wielki huk, błysk, moja panno, gdy musiałem przeboleć w samotności poniżenie wyolbrzymione, kłamstwo alabastrowe. Przychodzę do ciebie we śnie i obejmuję, odporny na twój rozdwojony język, całuję spoconą szyję, nad nami unoszą swoje pozłacane peleryny anieli, powiewają im srebrem włosy. To nie może być sen. To nie jest sen. Siedzę tu przecież i mówię to, do siebie, do ściany, do ciebie, do Boga, do naczyń w moim zlewie, do świeżej pościeli, do papierosa. Państwo raczy mnie wysłuchać, bo to taka potrzeba jest mówienia, słuchania też, ale mówienia jest potężniejsza nawet jeśli w połowie wywodu zmienia się temat niepostrzeżenie, to mówić i mówić bez przerwy, pęcznieje gardło, pękają struny, zmęczenie materiału chorego umysłu, tchnienie w płuca zdrowego umysłu, gestykulacja, szczyt hipokryzji. Można by mowę zamienić w śpiew, jeżeli wszyscy miast mówić zaczęliby śpiewać...zostaję tak, nie kładę się już. Już jest szósta rano. Będę oglądał wschód słońca z mojego okna, z mojego okna mojej celi. Będę myślał tysiąc rzeczy naraz i przysłuchiwał się mewom. Te dzieci Odry krzyczą, ich język stworzony wyłącznie na potrzeby fizjologii zachwyca mnie, którego tak strasznie boli szczęka od mówienia w języku absolutnym. Bełkot. Lubię swój i twój bełkot, jak pieśń przenika serce. Straszliwie uzurpowałem dobre wychowanie w towarzystwie rówieśników (mniejsza o nazwiska) wyobrażając ich sobie podczas degustacji moczu lub bezwzględnych orgii, nie tracąc jednocześnie szacunku, ani dobrej woli wobec żadnego z nich. Być sobie katem i wybawcą - jedyny sens. Słońce podnosi się, wspiera na moim parapecie, niech zaświeci w oczy, w usta, jeśli ma przynieść nowy dzień, mogłoby uprasować mi koszulę, zaparzyć kawy, umyć mnie, nakarmić. Najważniejsze jednak, że jest bezpiecznie i chce mi się spać, spać, spać.... .

 

Maciej Konrad Dec
Maciek: - absolwent LO Łobez - 1998 r., student filozofii Uniwersytetu Szczecińskiego. Mieszka w Smorawinie.

[Spis treści]

 

Marzena Lewandowska

RÓJ


na łące
zielonej jak aksamit sukienki
zasłoniłam swą nagość kroplami deszczu
byś nie musiał odwracać głowy

zaplotłam w grzeczny warkocz bezwstydne pragnienia
przewiązałam źdźbłem trawy

ale nie mogę ci obiecać
że nie wymkną się
i nie osiądą na twych wargach
i palcach
rojem brzęczących pszczół

na łące
pszczoły okiełznać najtrudniej

 

Marzena Lewandowska

[Spis treści]

 

Lech M. Jakób

DRAPIEŻCY

"TRÓJKĄT ŚMIERCI
Podczas rutynowego obchodu Jeziora nadleśniczy Andrzej Hok dokonał niecodziennego odkrycia. Znalazł w Zatoce Spokojnego Żeru trzy martwe zwierzęta złączone uściskiem: szczupaka, wilka i bielika.

Początkowo sądził, iż trafił na ślad kłusowniczej działalności. ale przeczyło temu odgryzione skrzydło orła. Przytrzymywany jego szponami szczupak miał rozdarty brzuch. Wilk był okulawiony. Ostry dziób bielika głęboko poranił też wilczą szyję. Woda wokoło była czerwona od krwi, a ciało wilka jeszcze ciepłe. Do dramatu musiało dojść tuż przed przybyciem nadleśniczego.
Skontaktowaliśmy się w tej sprawie z Instytutem Ochrony Przyrody. Nie potrafiono nam wyjaśnić, jak do podobnej sytuacji mogło dojść. Natomiast wyrażono zdumienie obecnością wilka. Gatunek - canis lupus - zniknął z tego obszaru blisko pół wieku temu. Pojawienie się wilka zapewne ma związek z wieloletnim programem całkowitej ochrony Jeziora i przyległych terenów, zmierzającym do przekształcenia strefy w rezerwat krajobrazowo - ornitologiczny.
(jn)
("Gazeta Pomorska" nr 217, 18.09.1995r. )

Rozdział III - lipiec

Odcinek IX

 

Ryba Ten wypad okazał się udany. I po raz pierwszy od wielu tygodni upolował coś innego, niż rybę. Ofiara sama sprowokowała atak. Pierw oznajmiając obecność przez potrząsanie trzcinami, a potem zeskakując z zielonej platformy do wody. Wystarczyło energiczne pchnięcie ogonem i już miał karczownika w pysku. Uchwycony za tylne nogi i brzuch gryzoń jeszcze próbował się oswobodzić, ale mocno zaciśnięte szczęki nie dały mu szans. Szczupak, wydostawszy się z trzcin, wrócił pod krawędź płycizny.

Odkrył to miejsce ubiegłego ranka. Zwykle podobne wypłycenia o tej porze roku mocno się przegrzewały, dosyć skutecznie zniechęcając do dłuższych postojów. Zwłaszcza w ciągu dnia. Lecz ten rejon wyróżniało źródło. Może niepozorne, ale wyjątkowo atrakcyjne.

Chłodna woda z jego wnętrza biła równomiernym strumieniem do ćwierci metra w gorę następnie ściekała w dół zbocza. Wzdłuż obrzeży zimnego i przejrzystego rozlewiska gromadził się narybek. Zresztą, nie tylko on. Przesycona zakwitami glonów najbliższa strefa kusiła planktonożerców. Kręciły się też większe i mniejsze drapieżniki korzystające z osłony roślin, których tu również nie brakowało. Zwłaszcza moczarki i rdestnicy.

Uporawszy się z przełknięciem karczownika szczupak zszedł jeszcze niżej w dół stoku. Zmierzch przyniósł mu niezły połów. Co prawda chwilę przedtem dał się oszukać węgorzowi, jednak - prócz gryzonia - w krótkim czasie padły jego łupem dwie płocie oraz ukleja. Nie wspominając o wzdrędze sprzed doby. Prawie strawionej. Dopełniony obecnie żołądek uspokoił się, A w ślad za tym zniknęło uczucie głodu.

O głodzie prawdziwym właściwie zapomniał. Od opuszczenia stawu mijały dwa miesiące. Przytył, w niczym już nie przypominając niegdysiejszego chudzielca, któremu pozyskanie jakiegokolwiek kąska sprawiało nie lada kłopot. Tu, w jeziorze, nie zdobycie pokarmu było problemem, lecz jego wybór. Ofiar nie musiał szukać czy długo za nimi się uganiać. Wcześniej czy później same wchodziły pod pysk. Jak choćby teraz, przy źródle, w pobliżu którego zamierzał pozostać, mimo silnej konkurencji. Także zwabionej ożywczym chłodem i dostępnością pożywienia.

Część źródlanej wody docierała aż do podstawy stoku, włączając się w ledwo wyczuwalny nurt nad samym dnem. Przemieszczające się strugi łagodnie -obmywały stanowisko szczupaka. W pobliżu i w podobnych zagłębieniach u podnóża zbocza wypoczywali jego dwaj pobratymcy. Nie przeszkadzało mu to. Ani on nie wadził im. Pojawienie się jeszcze jednego głodomora nie stanowiło wielkiej różnicy. Niewyczerpalne zasoby pokarmu wokół źródła wszystkich usposabiały pokojowo.

Przed północą w górze zaczęło jaśnieć. Na pomarszczonej powierzchni wody falowały rozmyte punkciki gwiazd. Wreszcie zza pierzchających chmur wyjrzał księżyc, prześwietlając jeziorną toń sino seledynowym światłem. Wokół panowała cisza. Jedynie od strony źródła niosło jakieś przytłumione odległością szmery.

Kilkugodzinny letarg szczupaka zakłócił nowy dźwięk. Jakby coś rytmicznie uderzającego o wodę zbliżało się w okolice stoku. Z przeciwnej strony jeziora. Miarowym pluskom towarzyszyło skrzypienie. Suchy zgrzyt, podwójne chlapnięcie, przerwa; zgrzyt, chlupot, przerwa - i tak w kółko. Drapieżca, zaciekawiony nieznanymi odgłosami, leniwie dźwignął się w górę.

Poza nockiem raz po raz przemykającym na tle księżyca nie ujrzał nic. Krążący nad wodą nietoperz mało szczupaka obchodził. Intrygowało go rosnące natężenie obcych dźwięków. Linia boczna dokładnie zlokalizowała obiekt. Płynął wprost na niego, dzieliły ich od siebie już tylko metry.

Nim łódź dotarła pod krawędź s toku, szczupak zdążył zejść niżej. Wprawdzie zagrożenia nie odczuwał, ale zawsze bezpieczniej było w dole.

Wiosłowanie ustało. Na moment wróciła cisza. Wtem obok ciemnej sylwetki u góry coś plusnęło i w chwilę później drapieżcą targnął prąd.

Oszołomiony nagłym smagnięciem niemal jednocześnie począł drżeć i dygotać. Mięśnie ściągały się kurczowo, do granic wytrzymałości naprężając kręgosłup. Wreszcie zaczął przewracać się brzuchem do góry. Mimowolne skurcze ogona miotały nim jeszcze jakiś czas i w końcu wypchnęło go na powierzchnię.

Woda wokół łodzi usiana była ciałami ryb. Ludzie wygarniali je siatką.

Część odurzonych, zwłaszcza spoza głównego rejonu rażenia, próbowała ujść. I niektórym się to udawało. Lecz nie szczupakowi. Wypłynął przy łodzi tuż pod dziobem. Wysunięte burty osłaniały jego widok, dzięki czemu nie od razu został dostrzeżony, Czas ten pozwolił mu trochę się otrząsnąć. A gdy poczuł na karku obręcz siatki, nieporadnym zrywem dał nura pod łódź.

Energiczne szarpnięcie przyniosło ból. Nie zdołał zejść głębiej. Zesztywniały znów wolno wypłynął na powierzchnię, opierając się grzbietem o dno łodzi. Tymczasem łódź ruszyła. Ludzie, zadowoliwszy się zebranymi rybami, zrezygnowali z poszukiwań jeszcze jednego szczupaka.

Wir wiosła oddalającej się łodzi obrócił ciało drapieżcy na bok. Nie miał sił przeciwstawić się temu. Bezwładnie leżąc ciężko oddychał. Serce tłoczyło krew z nienaturalną prędkością.

Spróbował poruszyć płetwami piersiowymi. Reagowały niemrawo, jak i płetwy brzuszne. Natomiast w ogóle nie panował nad ogonem. Każde usiłowanie kiwnięcia nim przynosiło ostry ból kręgosłupa. Obolałymi mięśniami nadal szarpały prędko gasnące mikro skurcze.

Ponawiane próby wyprostowania pozycji i zejścia w głębinę kończyły się fiaskiem. Bezwolnie dryfował na powierzchni, spychany w stronę lądu. Razem z nim, choć w różnych odstępach, przesuwały się inne ofiary porażenia. Sparaliżowane lub już martwe.

Księżyc skrył się za wierzchołkami drzew. Różowiejące od wschodu niebo zapowiadało rychły świt. Szczupak, powolny instynktowi, nadal usiłował zejść niżej. Względne bezpieczeństwo mogła mu zapewnić jedynie głębia.

I rzeczywiście - czas spokoju się skończył. Znoszony południowo zachodnim wiatrem łup pierwsze dostrzegły kanie i błotniak stawowy. Krótko po nich nadleciał bielik. A wkrótce zaroiło się od skrzydlatych drapieżców.

Odgłosy uczty zwabiły nie tylko ptaki. Z podwodnych okolic nadciągnęło kilku pobratymców szczupaka, zaś od brzegu między trzcinami przedzierała się w tę stronę wydra. Harmider walczących o łatwą zdobycz rósł, zmieniając ów rejon jeziora ze świtu różowobladego w krwawy.

Szczupaka uchroniła przybrzeżna roślinność. Zdryfował pod grążele. Co zawdzięczał również częściowo odzyskanej sprawności. I jedynie taką niepewną kryjówką, przynajmniej chwilowo musiał się zadowolić.

 
Wilk Jeszcze wiele razy wymiotował. Nawet wówczas, gdy nie było czym. Powracające torsje dokładnie wypróżniły żołądek, który protestował również przeciw wypijanej wodzie. Zwracana razem z jakąś śmierdzącą cieczą długo utrzymywała w pysku niesmak. Torsjom towarzyszyły zawroty głowy. Później dołączyło drętwienie nóg. Pokładał się, tracąc kontrolę nad ciałem. Nigdy przedtem podobnych cierpień nie doświadczył.

Ale to już należało do przeszłości. Blisko tydzień trwające dolegliwości ustąpiły. Wprawdzie nadal czuł się osłabiony, lecz przynajmniej odzyskał jaką taką sprawność. Zaś wyostrzone długim postem zmysły rejestrowały każdy sygnał dający choćby cień szansy na udany łów.

Niebawem podniecenie jego wzrosło. Zwietrzył coś, czym mógł zaspokoić głód nie jeden raz.

Upalny dzień chylił się ku końcowi; zmierzchało. Rozproszone nad wilgotnymi łęgami komary usiłowały nadążyć za sznurującym wilkiem. Basior przeciął mokradła nie zmieniając tempa. Utrzymująca się w powietrzu woń jelenia obiecująco drażniła powonienie. Przełknął ślinę i zwolnił na suchym gruncie. Wyraźniejszy zapach nie pozostawiał wątpliwości. Ofiara była tuż tuż. I w dodatku nie przeczuwająca niebezpieczeństwa, skoro udało się podejść tak blisko. Ścigającemu sprzyjał również przeciwny wiatr.

Teraz wilk stąpał ostrożnie, chcąc uniknąć wypłoszenia rogacza przed czasem.

Jeleń zorientował się w sytuacji dopiero wtedy, gdy dzieliły ich od siebie ledwie trzy drzewa. Ruszyli jednocześnie. Prysnęło rwane łapami i kopytami poszycie. Potężne susy basiora skróciły dystans w kilka sekund. Skoczył atakowanemu na bark, licząc na wytrącenie ofiary z równowagi. Cóż, manewr nie powiódł się. Sam stracił równowagę, źle obliczywszy uderzenie. Nie dość, że spadł na grzbiet, to jeszcze oberwał kopytem w żebra.

Przesadził z możliwościami i rojeniem o wielkiej zdobyczy. Zdrowy jeleń nie mógł samotnikowi ulec. Napaść graniczyła z bezsensem. Jedynie głód usprawiedliwiał w jakimś stopniu podobną desperację.

Gwałtowny pościg nadwątlił jego i tak mizerne siły. Stłuczone żebra utrudniały oddech. Szczęściem żadne nie było złamane. Basior dyszał ciężko potrząsając głową.

A jednak, pośrednio, gonitwa za jeleniem przyniosła niespodziewany zysk: młodego borsuka, któremu uciekający rogacz rozdeptał grzbiet oraz tylne łapy.

Odkrycie przypadkowej ofiary zaskoczyło wilka. Zaskoczyło i usatysfakcjonowało. Zlokalizował ją węchem,wracając w stronę jeziora. Jeszcze tliły się w borsuka resztki życia.

Basior, nie zważając na to, rozpoczął parcelację zdobyczy od brzucha. Uporawszy się z wnętrznościami, zachłannie rozszarpywał resztę. Trzaskały miażdżone i zgryzane kości. Wkrótce po młodocianej ofierze nie został nawet: ślad - jeśli pominąć wsiąkłą w ziemię krew.

Oblizał się i obwąchał najbliższy teren, jakby nie dowierzając, że zjadł już wszystko. Wprawdzie przyjemny ciężar w żołądku działał kojąco, ale nie miałby nic przeciw następnej porcji. Gdyby tylko okazja się pojawiła.

Nieco dalej na zachód przepływał strumyk. Basior, podążając za rogaczem, zboczył z rutynowej trasy. Obecnie, męczony pragnieniem, bez trudu odnalazł wodę. Pił łapczywie i długo, z małymi przerwami. Potem wszedł do strumienia cały. Płytki ciek uniemożliwiał kąpiel, lecz mógł przynieść choćby chwilową ulgę stłuczonym żebrom.

Orzeźwiony i nasycony przeniósł się na pobliskie wzgórze. W prześwitach drzew wstawał księżyc. Jego srebrzysty owal lśnił wyzywająco. Basior przysiadł i zafascynowany blaskiem uniósł łeb. Pierwotnie uwagę odciągała kuna goniąca wiewiórkę; odprowadził też wzrokiem puszczyka z nornicą w szponach - jednak z upływem czasu nie mógł już oderwać od księżyca oczu.

Czuł jak coś wolno wzbiera w jego piersi. Nabrzmiałe gardło opuszczały głuche ledwo tłumione dźwięki - na przemian przypominające to powarkiwanie, to skuczenie. Wreszcie wyżej zadarł głowę, a wzmocniony głos przeszedł w wycie.

Raz rozpocząwszy nie ustawał. Jego nostalgiczne nawoływania niosło kilometrami wyrażając i dojmującą samotność, i tęsknotę za stadem, którego brak odczuwał najbardziej.

Przed północą księżyc zaciągnęły chmury. Basior otrząsnął się z przygnębiającego nastroju i ruszył niespiesznym truchtem w stronę jeziora. Mimo wszystko wylany smutek poprawił jego samopoczucie.

Ostatni, w miarę obfity posiłek, przytępił węch. Nie na tyle jednak, by nie wyczuć obecności lisów. Od potyczki z rogaczem wciąż krążyły w pobliżu. Te dybiące na resztki jego zdobyczy rudzielce często doprowadzały basiora do pasji. Najbezczelniejsze z nich potrafiły zrabować ukryte zapasy, lub - co może jeszcze gorsze - oblać je swoim cuchnącym moczem. Jak to miało miejsce choćby po upolowaniu sarny. Gdyby tylko mógł, z chęcią byłby każdego lisa rozszarpał. Ożywiony gniewem przyspieszył tempo biegu i wkrótce zgubił znienawidzony zapach.

Szeleszcząca ściółka miękko oddawała kroki. Stłuczony bok ćmił dalej. Nie przejmował się tym. Teraz interesowały go wyłącznie kaczki. Akurat nastał czas ich pierzenia. Dostrzegł to przedwczoraj, lecz jeszcze trwająca słabość nie pozwoliła na wykorzystanie obserwacji. Obecny nawrót formy zwiększał szansę łowu.

Okresowo nielotne ptaki stanowiły idealny cel. Nie jeden raz w przeszłości, nauczony przez matkę, korzystał z podobnych okazji. Byle odpowiednio blisko podejść. Odpowiednio blisko i odpowiednio wcześnie - najlepiej pod osłoną nocy. Ranek wyciąga ptactwo z trzcin na przybrzeżne żerowiska i zawsze jakaś mniej ostrożna sztuka znajdzie się w zasięga skoku.

Wreszcie dotarł nad jezioro. Wzdłuż brzegu krzyżowało się wiele zapachowych ścieżek - nieuchwytnej wydry, tchórza oraz karczowników. Zignorował je, skupiając uwagę na ostrożnym stąpaniu.

Przed cyplem, okalającym zatokę od zachodu, przywarł do ziemi i znieruchomiał. Dotąd żaden wścibski ptak nie podniósł alarmu. nie pisnęła nawet mysz. Przeczołgał się dalej. Byle do olch i wysokiej trawy. Tam odsapnie.

Wrzynający się w jezioro wąski pas lądu wieńczyła olcha, której przechylony pień ginął w gąszczu trzcin. Na prawo, równolegle do cypla, rozciągały się płycizny - jedno z ulubionych żerowisk wodnego ptactwa. Póki co osłonięte jeszcze mrokiem. Basior ukrył się pod olchą. Do końca nic nie zdradziło jego obecności. Zadowolony z podchodu złożył łeb na łapach i zastygł w oczekiwaniu.

Szarość; nocy ustępowała, a wkrótce dało się zauważyć pierwsze oznaki wczesnoporannego ożywienia. Górą śmigały jaskółki; w oczeretach coś chlupnęło. Tuż nad olchą bezszelestnie przeniknął borowiec. Zaś od strony lasu, nieco wyżej, pojawiła się kania.

Nasłuchujący wilk wyciągnął szyję. Taplające się między grążelami dwie kaczki, zwiastuny stada, wypełniły serce samotnika nadzieją. Nie czuwał daremnie. Wystarczy jeszcze trochę poczekać.

Z wolna gwar rósł. Drapieżca znów wyjrzał zza traw - mięśnie prężonych łap z ledwością wytrzymywały napięcie. Aż się roiło od skrzydlatego bractwa. Niektóre kwaczące dzioby podpływały całkiem blisko.

Teraz!

Imponującym skokiem dosięgnął wytypowanej ofiary. Chwycona za szyję zwiotczała w ułamku sekundy.

Eksplozję wrzasku, pierzchającego stada poniosło na przeciwny kraniec jeziora.

 
Orzeł Rozbudzony hałasem bielik zeskoczył z noclegowego drzewa i poszybował nad zatokę. Nim tam do tarł, panika prawie ustała. Jedynie tu i ówdzie ujrzał jeszcze znikające w trzcinach kupry kaczek. Na cypel, otrząsając sierść z wody, wyszedł wilk.

Birkut ściągnął nadgarstki i zniżył lot, by dokładniej przyjrzeć się czworonogowi, u którego stóp leżała martwa krzyżówka. Znów ten sam intruz! Nie dość, że noc zakłócał irytującym wyciem, to jeszcze urządza polowania w jego rewirze!

Takiej prowokacji orzeł darować nie mógł. Lecz nie dane mu było dobranie się do skóry włóczęgi. Basior trafnie odczytując zamiary birkuta, czmychnął z upolowaną kaczką w przybrzeżne krzaki.

Pomarańczowa kula słońca dopiero dźwigała się zad horyzont. Mimo wczesnej pory już było ciepło. Zapowiadał się kolejny upalny dzień.

Krążący wzdłuż obrzeży zatoki bielik przeskoczył krawędź lasu niemal muskając lotkami wierzchołki drzew. Coś pociągnęło go ku torfowiskom. Dawno nie odwiedzał północnej strefy. Być może tam właśnie czeka pierwszy posiłek.

Mokradła rozczarowały. Nie znalazł nic godnego uwagi, poza derkaczem zaskoczonym z niskiego lotu, który zresztą i tak umknął w gęste zarośla. Zamieszanie podpatrzyła czajka. Jej ostrzegawczy krzyk poderwał ukrytą niedaleko pliszkę oraz bekasa. Drapieżca, ostatecznie zniechęcony jeszcze hałaśliwszym zachowaniem drugiej czajki, wyniósł się na wschód.

Chwilami brakowało mu cierpliwości. Liczył na łatwą zdobycz. A skoro taka okazywała się nieosiągalna - zmieniał rejon polowania. Lato wystawiało pod dziób i szpony wiele potencjalnych ofiar. Nie wspominając o padlinie, czy też posiłkach odbijanych innym łowcom.

Wstępujące prądy powietrza dźwigały birkuta coraz wyżej. Niebawem, osiągnąwszy pożądany pułap, skręcił w stronę jeziora. Ono nigdy nie zawodziło.

Przepatrując obrzeża wody ustalił trzy cele: młodocianego tracza, łyskę i nurkujące w pogoni za rybami kormorany. Samotny tracz kusił na równi z łyską, która wydawała się osłabiona. Cóż, rozterkę w doborze ofiary rozwiały one same. Tracz zniknął w trzcinach, łyska pod wodą - nim zdążył do powierzchni zejść. Zostały jedynie czarne ptaki.

Wyrównał lot przemykając wzdłuż szerokiego pasa trzcin na południe. Kormorany polowały dużą grupą. Może natrzeć znienacka, jeśli tylko uda mu się manewr z wykorzystaniem osłony wiatrołomów. Przeskoczył zatem oczerety i sunąc nisko nad powalonymi sosnami znów skręcił ku wodzie.

Prawie się udało. Gdyby nie przypadkowa czapla z płycizny. Ukryta w trzcinach pierwsza zoczyła zagrożenie. Jej energiczny zryw zaalarmował czarne ptaki. Gdy nadleciał, większość już była w powietrzu. Nieco zdezorientowany ciasnym zgrupowaniem uciekinierów zawahał się i zwolnił.

Spod wody wyskoczyli jeszcze dwaj maruderzy, pospiesznie przed startem wypluwający dopiero co upolowane ryby. Birkut zrezygnował z uciążliwej pogoni, zadowalając się odrzuconym łupem. Wśród pokaleczonych, lecz nadal żyjących ofiar kołysały się między innymi spore płocie oraz węgorz - gruby, blisko półmetrowej długości. I właśnie jego zgarnęły orle szpony.

Śliska ryba ożywiła się w powietrzu. Nawet mocno zaciśniętym palcom trudno było ją utrzymać. Nie przerywając lotu bielik schylił głowę. Lecz pochwycenie zdobyczy dziobem tylko na moment oddaliło kłopoty. Węgorz wił się. mimowolnymi ruchami co rusz oplatając to łeb, to szyję.

Z przykrej sytuacji wybawił birkuta dopiero ląd. Usiadłszy na powalonej sośnie przydeptał rybę nogą, by w końcu dobić. Ciosy dzioba szybko rozpłatały węgorza. Połykał duże fragmenty łapczywie i bez rozdrabniania. Równie pożywne kąski trafiały się rzadko.

Resztę porzuconych przez kormorany ryb uprzątnęły w międzyczasie mewy. Bielika niewiele to obeszło. Zasycony tłustym daniem wzbił się kilkadziesiąt metrów i poszybował na północ. Tamtejsza strona jeziora bardziej mu odpowiadała. W każdym razie chętniej tam wypoczywał.

Jednak przelot opóźniło paprzysko. Akurat mijał wyspę. Wprawdzie wciąż w nim tkwiły wspomnienia pożaru, lecz obecna chęć pozbycia się pasożytów piór przeważyła. Trochę nieufnie okrążył czarny kikut dębu i usiadł na łasze obok.

Przyjemność piaskowej kąpieli zmąciły zapachy. Nagle wydało mu się, że złowił nie zwietrzałą jeszcze woń spalenizny. To wystarczyło. Zerwał się z bijącym sercem i natychmiast wystartował, byle dalej od źle kojarzącego się zapachu.

Będąc nad cyplem ulubionej zatoki zszedł niżej. Uschniętą gałąź olchy, na której przysiadł, ocieniały odrosty sąsiednich konarów. Wtopiony w tło mógł jednocześnie obserwować stąd dużą część jeziora.

Ucieczka z dawno nie odwiedzanej wyspy trochę rozstroiła bielika. Szukał uspokojenia w starannym porządkowaniu piór. Czynność ta, trwająca dłużej niż zwykle, pochłonęła go całkowicie. A skończywszy znieruchomiał, zapatrzony w dal.

Wspólnie z przesuwającym się cieniem drzewa zmieniały miejsce muszki. Ich monotonnie wirująca chmara, podstawą sięgając trzcin nie wychylała się poza obręb kolumny. Ucichło. Rosnący skwar zniechęcał do jakiejkolwiek aktywności. Nawet grążyce ukryły się w oczeretach. Pewien ruch można było dostrzec tylko na zachód od wyspy, wśród gaszących pragnienie jaskółek. Raz po raz kolejna, zniżając lot, muskała wodę szeroko rozwartym dziobem.

Gdy słońce stanęło w zenicie, zniknęły i jaskółki. Wysoka temperatura spędziła birkuta na płyciznę. Długo taplał się, wymachiwał skrzydłami i otrząsał z wody, studząc przegrzane ciało. Potem wrócił na olchę, by przesuszyć i znów uporządkować rozwichrzone pióra. Cień już nie krył dotychczasowego stanowiska;

Bielik przeszedł na sąsiedni konar. Teraz, osłonięty gęstwą liści, poczuł się znacznie lepiej.

Wysoko nad horyzontem pojawiły się pierzaste chmury. A wkrótce spadło ciśnienie. Zerwał się też lekki wiatr. Co żyło, z niecierpliwością wyglądało deszczu.

Lecz pierwsze jego krople, duże i ciężkie, rozbębniły się dopiero późnym popołudniem. Zaś spodziewaną większą ulewę rychło zastąpiła mżawka. Rzednąca razem z pierzchającymi chmurami.

Mimo wszystko przejściowa zmiana pogody rozruszała mieszkańców jeziora. Z szuwarów wystartował ślepowron. Opuściły trzciny głowienki i tracze; A w ślad za nimi perkozy, łyski i łabędzie. Raptem zrobiło się gwarno..

Orzeł poczuł głód. Rozpostarłszy skrzydła poszybował w łuk blednącej tęczy.

Lech M. Jakób

 


Powieść ukaże się nakładem Oficyny Wydawniczej MULTICO jesienią b. r.

[Spis treści]

 

Henryk Banasiewicz

***


Szukałem ciebie na wszystkich ścieżkach czasu
Pytałem o ciebie książąt i wieśniaków
Nocą na szczytach wzgórz rozpalałem ognie
I paktowałem z diabłem, wadziłem się z Bogiem

>Wiedziałem, że istniejesz - w wielkim deszczu życia
Gdy patrzyłem w głąb siebie widziałem cię w myślach
Śpiewającą w ogrodzie w arabskim pałacu
Tańczącą w korowodzie kobiet renesansu

Idę - a drzewa wokół jak cięte w marmurze
W brązie stoją i w sepii, w złocie i w purpurze
Idę - widzę - jak rośnie, jak staje się jesień
I czuję się szczęśliwy, że jesteś - że jestem.

 

Henryk  Banasiewicz
 
[Spis treści]

 
DEBIUT

Adam Kantorysiński

POCHÓD CISZY


(fragment opowiadania)

Mam już 34 lata. Pracuję w firmie komputerowej jako podrzędny informatyk. Codziennie chodzę do pracy, ale nie mam znajomych. Sam nie wiem czemu. Czasami odzywam się do kogoś i ten ktoś jest sympatyczny z reguły. Porozmawiamy momencik i to wszystko. Potem mijamy się uśmiechając do siebie. Bywa, że znów porozmawiamy o banałach. I to w zasadzie... wszystko. Nic nie wyniknęło z moich rozmów z ludźmi przez trzydzieści lat. Nikt mnie nigdzie nie zaprosił, nie zwrócił o jaką przysługę, mimo że staram się zawsze być miły i uczynny. Sam też nikogo nie zapraszałem na spacer czy do kawiarni; nie chciałem się narzucać, poza tym trochę bałem się odmowy.

Na moim piętrze mieszkają dziwni ludzie. Rzadko kiedy ich widuję. Z wyższych pięter w ogóle nikogo nie spotkałem. Może tam nikt nie mieszka? Niżej mieszkają przeważnie starsi ludzie - na emeryturze lub rencie. Młodszych, w moim wieku, nie widziałem. Spotykam natomiast często posępnego chłopca mającego może piętnaście lat, który mieszka u końca korytarza na moim piętrze. Mijamy się gdy wraca ze szkoły - spuszczona głowa, odwrócony wzrok. Jest zawsze niedbale ubrany, ma tłuste włosy. Sprawia wrażenie kogoś, kto przeżył już wszystko, co było do przeżycia i nie może tego znieść. Nie widziałem go jeszcze w towarzystwie. Nieodmiennie snuje się na swój koniec korytarza, otwiera wolno drzwi, po czym znika w środku. Za każdym razem, gdy widzę nieszczęsnego nastolatka bez rodziców, bez nikogo, coś kłuje mnie głęboko w serce.

Wlecze się ustawicznie zmęczony, z podkrążonymi oczami. Twarz znaczą bruzdy trądziku. Za każdym razem przykuwa moją uwagę, może po trosze przez to, że nikogo innego nie widuję na schodach. Choć pokoje na pewno są pozajmowane. Nocami docierają do moich uszu przytłumione dźwięki krzątaniny: cichy szurgot, skrzypienie przesuwanych mebli, bulgotanie gotującej się wody w pozostawionym na gazie czajniku. Często po dwunastej, nie mogąc zasnąć, kładę ręce pod głowę i wpatrując się w sufit wytężam słuch i staram się usłyszeć jak najwięcej szczegółów. Jednak zazwyczaj jest to trudne, gdyż odgłosy zza ścian zlewają się w monotonny szum, czasem tylko urozmaicany metalicznym stukotem. Bywało tak, że szelest wody w rurach lub kapanie z nie dokręconych kranów ciągnęło się godzinami, raz nawet całą noc, po czym urywało się równie zagadkowo, w jaki się pojawiło. Gdy wysłano mnie raz w delegację z pracy i byłem zmuszony spać w obcym łóżku i pokoju, niemal instynktownie, przez półsen wyławiałem znajome szmery...

Podczas organizowanych niekiedy przyjęć w firmie wciąż czułem się pomijany. Siedzieliśmy przy swoich stanowiskach pracy i obserwowałem koleżanki roznoszące i wręczające każdemu - prócz mnie - bileciki zaproszeń. Lubiłem wielu ludzi, podziwiałem niektórych, ale nie mogłem im tego przecież powiedzieć. Nie zrozumieliby.

Zawsze pozostawałem na uboczu. Nie widziałem specjalnej różnicy między mną a kolegami z pracy, do których dziewczyny uśmiechały się zalotnie. Klepali je po pośladkach, a ja nie mogłem sobie wyobrazić siebie klepiącego pieszczotliwie Beatę po tyłku, tym bardziej nie widziałem oczami wyobraźni jej zachęcającego przyzwolenia. Rozmawiałem często z Beatą, na przykład podczas przygotowywania herbaty. Raz nawet zaparzyła specjalnie dla mnie mocną kawę. W trakcie rozmów nigdy nie patrzyła wprost, błądząc spojrzeniem to po suficie, to po butach, zawsze jednak przyjemna i pełna wdzięku. Co prawda nic nie wynikało z naszych urywanych rozmów. Nawet niby przypadkiem nie próbowała mnie dotknąć. A przecież jestem przystojny. Kiedyś byłem przekonany, że w swoim czasie zdobędę zainteresowanie kobiet, że to tylko sprawa odpowiedniego wieku, może też pewnej odwagi. Podejrzewam jednak, iż Beata nie patrzy na mnie z powodu onieśmielenia, raczej nie wynika to z podziwu. Prawdę mówiąc nie znam przyczyny unikania przez nią kontaktu wzrokowego.

Z mężczyznami jest podobnie. Ich gesty i słowa nie są wymuszone ani pogardliwe. Odnoszą się nawet z szacunkiem. Szanują mnie, a jednak coś nie pozwala im zawrzeć bliższej znajomości, coś nie pozwala im spojrzeć mi w oczy. Zastanawiam się nad tym w chwilach słabości mniej więcej od siedemnastego roku życia. Moje kontakty z innymi nie zmieniły się od tamtego okresu ani trochę.

Adam Kantorysiński

 

Adam Kantorysiński - ur. we Wrocławiu w 1980 r. Mieszka w Kołobrzegu. Student I roku Politechniki Łódzkiej. Zdobywca I nagrody w kategorii prozy regionalnego turnieju "Literacki start '99" w Koszalinie.

[Spis treści]

 

Marek Maganiusz Kielgrzymski

OSTATNI DZIEŃ

Szary poranek niemrawo musnął światłem opuchnięte powieki. Uniosłem lekko głowę mrużąc oczy. Sięgnąłem po niedojedzony kęs wczorajszej babki piaskowej, unosząc korpus do pozycji półsiedzącej. Zacząłem żuć.

W pokoju panował chłód. Karafka z wodą stała na wielkim kartonie, lekko się kołysząc. Nie, to mój wzrok znów płatał figle. Przetarłem oczy. Przyjrzałem się stopom wystającym spod kusej derki. Zaraz za nimi piętrzyły się na parkiecie pudła. Wszystko, co miałem, upchane było w nich na chybił trafił. Sędziwe torby podróżne błyskały zatrzaskami z przedsionka.

Wstałem z zakurzonego tapczanu przebierając palcami we włosach. Na sweter opadły ziarenka łupieżu. Powlokłem się do ubikacji. Nie pozdejmowane fotografie byłych przyjaciół wykrzywiały błyszczące gęby zza lustra.

"Nastroje, fobie, uleganie własnym chętkom - to tylko moja wina". Ochlapałem twarz chłodną wodą. Strzeliło w kolanach, gdy ukląkłem, by podnieść mydło z lepkich od brudu kafelków. Piętro wyżej sąsiad zaczął codzienną kanonadę zapoznanego majsterkowicza. "To musi być jakiś krewny Adama Słodowego, nie może być inaczej!" Z lustra przyglądał mi się niepozorny, rozczochrany człowieczek o wąskich ustach i zaczerwienionych spojówkach.

O ósmej przyjechali tragarze z Mebloxu. Stękali i klęli bo winda nie działała. Upuścili biurko, które rozpadło się na trzy części.

"Teraz będę pisał listy na kolanie!" - powiedziałem zaczepnie. Nikt nie kwapił się ze mną dyskutować. Meblox sprawnie wyniósł moje życie z lokalu mieszkalnego, energicznie pchnął małą ciężarówkę ku rozszerzeniu ulicy i zniknął na rondzie Szymborskiej. "A więc to już wszystko? A więc to już wszystko."

Eksmitowano mnie spory kawałek za mostem wiślanym przy promie Exodus. Opodal wyłaniał się niewielki cmentarz o żelaznej bramie. Rozmokła szosa, co sto metrów utwardzana kruszywem budowlanym, mijając czworaki, biegła prosto jak w mordę strzelił, w szczere pole. Od autobusu linii 112 nie było daleko. Postawiłem kołnierz przed zacinającym deszczem, a lewą ręką uchwyciłem klapę jesionki.

"Gdzie ja straciłem te dwa guziki, gdzie? Może to wtedy, gdy utraciłem miłość kobiety?" Ów dzionek niepodobny był do innych; od dziesiątej słoneczno-deszczowej godziny do zmroku prawie niebo anieliła tęcza. Czegoś takiego nigdy wcześniej nie widziałem.

Gardło miałem opuchnięte. Przestąpiłem przez kolorową kupkę śmieci zagradzającą drogę do baraków. Skuliłem się w sobie na myśl o wymiętych twarzach dni zepchniętych przez splot wydarzeń na margines żyda. Przystanąłem pod okapem czwartej z rzędu budy. Spojrzałem w ołowiane niebo. Nie musiałem zadzierać głowy, zaciągnęło się porządnie.

Odchyliłem klapę płaszcza wyjmując złożony w czworo karteluszek. Dokument informował, że mój dom to teraz barak urzędowy numer osiem przy ulicy Cmentarnej pięć. Podszedłem kilka kroków do nowej siedziby. Drzwi były uchylone. Na gumowym chodniku przed wejściem wyraźnie odcisnęły się podwójne ślady opon ciężarówki. Przymknąłem oczy opierając głowę o framugę. "Omdlewający dzień. Trzeba go przeżuć i wypluć. Zapomnieć."

Splunąłem w bok uchylając odrapane drzwi. Z wnętrza wyprysnął kot. "Teraz będę miał dużo czasu na rozmyślania. Bardzo dużo czasu..."

 

Marek Maganiusz Kielgrzymski

[Spis treści]

 

ODPOWIEDNIE DAĆ RZECZY SŁOWO

Zaklinanie słowa jest zajęciem niesłychanie mocno spalającym wnętrze człowieka, a jednocześnie pozwala wznosić się bardzo wysoko, być kapłanem, dawać otuchę, być dla innych. Nie lękasz się pisania?

Pisanie wiąże się z odpowiedzialnością wykraczającą często poza przestrzeń werbalną. To chyba jakiś odruch - gotowość sumienia do dawania świadectwa, zaklinanie tego, co zapisane. Odruch nie pozbawiony bynajmniej szeregu czynności koniecznych do zakorzenienia go w sobie.

Owszem, pisanie w jakiś sposób wyczerpuje chwilowo. Ale wysoki lot, czy bycie kapłanem - to już stanowczo zbyt duże słowa. Chcę wreszcie powiedzieć o ważnej rzeczy: pisanie to tylko uwieńczenie jakiegoś złożonego procesu, który niepotrzebnie zaczynamy utożsamiać z byciem poetą. Bo przecież można ugotować obiad i oddawać się temu całym sobą, można zacerować skarpetkę, zaśpiewać piosenkę, można, jak Pan powiada w liście, świętować życie. Bez względu na to, jak ktoś to zrozumie - w pisaniu nie jestem dla innych, nie chcę dawać otuchy. Przeciwnie - to absolutnie mój obszar, a wiersz czy proza wpuszczają czytelnika na niewielki jego skrawek. Niepotrzebne mi mistyfikowanie tego zajęcia. Pisanie, zwłaszcza, gdy chodzi o prozę, to po prostu robota, nad którą trzeba się pochylić. To, o czym Pan mówi - coś w rodzaju bycia swoim kapłanem - to osobna sprawa, która owszem, sprzyja pisaniu, ale go nie warunkuje.

Czy czasami wstydzisz się, że jesteś poetką. Dla mnie zawsze to był powód do milknięcia. A przecież to nie było zbyt mądre?

To było nawet głupie, choć w kontekście tak zwanej współczesności, jak najbardziej uzasadnione. Nie, ja nie wstydziłam się tego nigdy, ale też nie widzę powodów, by manifestować się z tą swoją poetyckością. Choć naturalnie mam prawo zasygnalizować fragmenty mojej osobowości. Ale to dopiero przy bliższym kontakcie.

Ile jest w tobie dziecka? Jak ocalasz je wchodząc powoli w świat dorosłych? Bez ocalenia wrażliwości dziecka, wydaje mi się, poezja nie może istnieć, zatraca się, kostnieje, wychładza swoje wnętrze. A z drugiej strony tak trudno zachować wrażliwość dziecka w świecie dorosłych, w świecie zgiełku, wyścigu do sławy, pieniędzy, nienawiści, fałszu, natłoku informacji.

Dzieciństwo to choroba na nieświadomość, która, istotnie, jest piękna przez te kilka, czy kilkanaście lat. Ale nie można chorować przez całe życie. Wartości, które kojarzymy z dzieciństwem, a więc wrażliwość, zachwyt, szczerość, wcale nie są przymiotem wyłącznie tego okresu. Może nawet są cnotami, które trzeba rozwijać, sublimować, z czym przecież umysł dziecka nie jest w stanie sobie poradzić. Poza tym nie trzeba daleko szukać, by spotkać zawiść miedzy dziećmi, zawiść tym okrutniejszą, że spontaniczną i nieuświadomioną.

W swoim wierszu pytasz:

"Tylko, czy wolno mi być szczęśliwą...?"

W innym piszesz:

"Szukając nadaremnie odpowiedzi, próbuję tak samo nieskutecznie zgubić pytania".

Ciekawią mnie te Twoje pytania. Co dzieje się z nimi? Jak je gubisz? W co zamieniasz?

Są pytania, na które nie staram się znaleźć odpowiedzi, trzeba bowiem pamiętać o pokorze wobec tego, co nieosiągalne. Odkrywanie to tylko osobista relacja między człowiekiem a obiektem poznawania. Pamiętajmy, że nasze możliwości percepcyjne są ograniczone. Wszystko, czego doświadczamy, jakkolwiek próbowalibyśmy uchronić się od tego faktu, zawiera się w kilku słowach: miłość, nienawiść, szczęście, żal, rozczarowanie, nadzieja. A szczytem każdej kognitywnej siły jest przypuszczenie. W więc odnalezienie pytania jest już jakąś odpowiedzią.

Kiedy zapada cisza i za oknem deszcz śpiewa swoją pieśń mogę rozmawiać z tobą nie otwierając ust, nie wydając żadnego dźwięku. Czy to nie jest poezja? Poezja ciszy? Przekazu myśli?

Malarz nazwie to barwą, muzyk dźwiękiem. To zapewne nasza wyobraźnia, potrzeba niezwykłości. Owszem, cisza jest piękna, ale to chyba jeszcze nie jest poezja.

Dla mnie poezja zawsze wypływała ze źródła różnych odmian miłości. Była i jest ścieżka prowadząca w świat Tajemnicy, rodziła się z tęsknoty za Miłością niezmienną, bezwarunkową. A gdzie bije źródło Twojej poezji? W Pytaniu? W zdziwieniu? W Przerażeniu? W Zagadce? W Zachwyceniu?

W skupieniu. W teraźniejszości - w umiejętności bycia tu i teraz. W odwadze przebywania ze sobą - a więc w połączeniu samotności fizycznej i duchowej.

Zawsze ciekawi mnie początek i koniec biografii twórcy. Czy pamiętasz swój pierwszy wiersz? Czy bardzo jesteś z niego niezadowolona?

Pierwszy wiersz napisałam w szóstym roku życia. Nie chcę patrzeć na niego z perspektywy innej niż każe przywiązanie. On się po prostu przydarzył - tak, bo wtedy jeszcze był to odruch. Ale pierwszy tekst nie jest aż tak istotny. W pisaniu najważniejszy jest ostatni, świeży jeszcze krok. To on decyduje o następnym. Choć naturalnie - trzeba mieć świadomość swego początku.

Nasze dojrzewanie nie może mieć końca. Człowiek twórczy, to człowiek otwarty na nowości, na zmiany poglądów do końca ziemskiej wędrówki. Jak chcesz uciec przed zaszufladkowaniem? Jak pragniesz uniknąć skostnienia, obronić się przed etykietkami, grupami, szkołami, poetykami?

Nie można uchronić się przed schematami dnia codziennego, przed trybem, który czasami jest nieuchronny. Nie można odrzucać pewnych tradycji, granic. Jesteśmy wpisani w kulturę europejską, pytanie, czy jest ona potrzebna do niczego nie prowadzi. Trzeba poddać się temu żywiołowi a jednocześnie nie pozostawać niemym tam, gdzie nie jest to konieczne. Gdy zaś idzie o grupy, czy szkoły - one na nikogo nie czyhają. Albo się je przyjmuje, albo nie. Nie trzeba się przed nimi bronić.

Rzeczywiście - dojrzewanie nie może mieć końca. Ale jakiż byłby sens tego kresu?

Stanisław Barańczak tłumaczył się kiedyś z pisania. Czy nie sądzisz, że to jednak ci, co nie piszą powinni tłumaczyć się z tego zaniechania?

Niepisanie pod żadnym względem nie jest zaniechaniem. Ośmielam się sądzić, że tworzenie to może nawet jakaś zwyżka, nadgorliwość istnienia.

Pisał Broniewski ongi: "Jest gdzieś życie piękniejsze od wierszy". I miał rację absolutną! Jeśli są poeci, którzy tego nie widzą, to ciekawa jestem ich wyjaśnień. Na pewno natomiast stale trzeba tłumaczyć się przed sobą.

Które życie, to wewnątrz, czy to na zewnątrz jest w nas prawdziwe? Czy twórczość nie jest lękiem tylko, że to co nam się wydaje z pewnością prawdziwe nie zostanie dostrzeżone "gołym okiem" innych ludzi?

Nie, bo ci, na których mi zależy, znają mnie prawdziwą. Tymczasem twórczość jest bezsprzecznie strażnicą, która pozwala tę prawdę zauważyć i ocalić dla siebie. A co do pierwszego pytania - to zależy jak bardzo na zewnątrz i jak bardzo do wewnątrz.

Czy, aby zostać wielkim artystą, poetą, malarzem, nie trzeba najczęściej odwrócić się od rodziny, przyjaciół, wejść w samotność? Poświecić się temu jednemu? Odwrócić się od społeczeństwa? Czy nie są to zbyt wielkie koszty różnego rodzaju?

Żadna, nawet największa miłość, czy przyjaźń, nie są w stanie uchronić przed samotnością duchową. Przy czym pamiętać trzeba, że to właśnie ona jest najbardziej konstruktywna. A cóż to znaczy "poświęcić się temu jednemu"? przecież to właśnie przebywanie w społeczeństwie, gdy ktoś ma szczęście - z rodziną, z przyjaciółmi. Z samej przestrzeni, z tak zwanego "bujania w obłokach" nie można ssać żywicy, która sprzyja tworzeniu. To prawda, trzeba osobności czysto fizycznej, by móc coś "przetrawić", ale to nie oznacza odwrócenia.

Piszesz w wierszu "Potwierdzenie": "Zbyt długo trwa czekanie na morał". Dla mnie w jednej chwili ten cały świat, włącznie z poezją jest cudownie poukładanymi klockami, w piękną kosmiczną całość, by w chwili następnej stać się tysiącami różnych nie pasujących do siebie szkiełek, powodujących zdeformowanie świata; takich szkiełek jakie jedno wpadło do oka pewnemu chłopcu z lubianej przez nas baśni z dzieciństwa. Jak scalasz to, co tak trudno jest scalić?

Czasem trzeba zaufać intuicji. W "Mistrzu i Małgorzacie" jest takie zdanie: "Proszę się nie martwić Małgorzato, wszystko będzie jak należy. Na tym trzyma się świat".

Wydaje mi się, że po różnych realizmach przyszedł czas na realizm wewnętrzny. Ten, który dzieje się w naszej najgłębszej jaźni. On może poprowadzić do, jak piszesz w liście, "najtrudniejszego szczęścia". Co o tym sądzisz?

Sądzę, że najpierw musi być jednak realizm wewnętrzny. Różnie można do niego dojść, ale nie sposób ominąć dystansu, samoświadomości i odwagi. Rzeczywiście - powstaje on w głębokich warstwach osobowości, ale nie bez kontaktu z tym, co zewnętrzne. To trudne szczęście, to, najogólniej mówiąc, umiejętność wytwarzania w sobie nadziei, wiary, radości połączonych ze świadomością jakiegoś końca.

 

A jednak, kto raz skosztował smaku i bólu twórczości, temu trudno się od tego wyzwolić. Czy uda to się Tadeuszowi Różewiczowi, który chce odejść od poezji? Czy te strofy, pociągnięcia pędzlem, stawianie nut, to nie jest przeczucie wieczności, poganianie tęsknoty, która w nas siedzi?...

Raczej zatrzymywanie tej tęsknoty, która, istotnie, później idzie dalej. Póki co - nie chcę tego opuszczać. Ale ów realizm wewnętrzny każe mi wiedzieć, że to kwestia decyzji. Ten nasz ból tworzenia, to chyba szukanie przygód. Owszem, pisanie wiąże się z pewnym trudem. Mogę powiedzieć, na przykład, że to uzależnienie, które jest przeze mnie kontrolowane.

Estetyka przed etyką, forma przed treścią, czy odwrotnie? A może jeszcze inaczej? A co z całą przeszłością literacką?

Etyka, treść - to dopiero filozofia. Tymczasem Dostojewski powiada, że poezja to najwyższy jej rodzaj. Każdy tekst jest jakąś formą. Nie trzeba tu myśleć o rymie, zwrotkach, et cetera. Słowo to takie brzydkie kaczątko, którego piękno trzymamy w piórze. A więc jest też poczucie odpowiedzialności wobec samego języka... złoty środek to zbyt idealistyczne, może nawet ideowe życzenia. Ale do tego, myślę, trzeba dążyć. Literatura reaguje na to bardzo żywo - mamy formistów, kubistów, starożytnych, romantycznych; mamy współczesnych "treścistów", niekoniecznie złych, mamy "treścistów" dobrych. Mamy wreszcie Norwida, Herberta, Leśmiana...

Kiedy patrzę na moją domową biblioteczkę, odczuwam ból, że do większości książek już nie zajrzę. Kiedy patrzę na sczerniałe od kurzu tomiki poezji w leszczyńskiej bibliotece pedagogicznej zadaję sobie pytanie: "Czy nie byłoby lepiej, gdyby one nigdy nie zostały napisane?" I Tobie też zadaję to pytanie?

Każda książka istnieje w dwóch relacjach; ona - pisarz i poeta; ona - publiczność. Biorąc pod uwagę możliwość wielu perspektyw, obie te więzi są równorzędne. Boję się tylko tych książek, które zostały napisane "dla przyjemności, dla miłego spędzenia czasu". Ale i w tych przypadkach różnie bywa.

Pisanie jest obnażaniem siebie. A co zostawić nietknięte? Czy jest coś takiego, na co nałożyć trzeba swoje własne tabu?

Nigdy nie wolno mówić o wszystkim. Skorupka czasami pęka - może zbyt niezręczne bywa jej ciułanie. Poza tym są też rzeczy, które przeczuwamy, a nie potrafimy o nich mówić nawet w sobie.

 

Wywiad, rozmowa, wymiana listów - korespondencja pomiędzy: Agnieszką Wesołowską z Łobezu - Wiesławem Pisarskim mieszkającym w Lesznie a wywodzącym się z Dobrej Nowogardzkiej.
Dziękujemy  pkl. "Łabuź"

[Spis treści]

 

Jerzy Kujawski

STRZEŻONEGO PAN BÓG STRZEŻE

to jakby namiastka końca świata owa inność odmienność nieidentyfikowalność nieprzystawalność do wyobrażeń smętny widok na koszarową dzielnicę obce odgłosy zza ściany szorstki język w telefonie sklepie autobusie pracy choć przecież cały czas ten sam twardawy z nadzieniem drażniącej miękkości zlewający się w nic nie mówiący bełkot dużo wyraźniejszy w 39 roku dla dziadka który był niemcem więc nie mógł nie zrozumieć że go za chwilę już nie będzie i nie ma go już ponad 50 lat więc co ty tu robisz z tym nie wymuszonym na sobie końcem świata z tym wsmakowywaniem się w przerażenie z tym popadaniem w schizofreniczny bezruch przeczekania z tym natychmiastowym postanowieniem powrotu i poddawaniem się pożerającej ambiwalencji która spokojnie robi swoje już ponad 2 lata na wszelki wypadek owe 400 kilometrów nadziei pokonujesz 30 razy do roku by między początkiem a końcem świata nie zaistniał jakiś znaczący dysonans ot i wielka emigracja

 

Jerzy Kujawski
Hamburg wrzesień 91

[Spis treści]

 

Tekst sponsorowany - Pan Stanisław Muszalski

Kazimierz Obuchowski

ZESŁANIE I ZESŁAŃCY

Na Kresach Wschodnich wiosna 1940 roku była wyjątkowo ciepła. Łatwo zapomnieć o ostrej zimie, która w lutym wchłonęła wszystkich osadników wojskowych, leśników, wójtów, sołtysów i ich rodziny. Gdzieś się podziali. Byli i już ich nie ma. Na podłodze naszego mieszkania pozostał ślad po wielkim dywanie. Mama go w pośpiechu ściągnęła i przykryła pełne przerażonych i przemarzniętych ludzi sanie, które przystanęły przed naszym domem. Nikt jeszcze nie wiedział że będziemy nazywali ich zesłanie - "pierwszy transport". Teraz już zaczęły kwitnąć drzewa. Od prawie dwóch miesięcy nie było większych represji i zaczęła budzić się nadzieja, że ci co zostali w swoich domach doczekają jakiegoś dobrego końca. Zresztą BBC nadawało, że już niedługo "przylecą sikorki" i nawet bardzo rozsądni rozpakowywali plecaki z którymi mieli uciekać do wymarzonej Generalnej Gubernii. Nadeszły listy z obozów jenieckich - z Kozielska, Ostaszkowa. Są, żyją, a więc doczekamy się ich. Nie doceniliśmy zła. To na podstawie tych listów ustalono ostatecznie adresy ich bliskich, a dwa miesiące było potrzebne "pułkom konwojowym" KGB na powrót z Syberii i przygotowanie nowego, "drugiego transportu".
13 kwietnia o 4 rano równocześnie aresztowano, zrewidowano i po godzinie wywieziono na bezterminową zsyłkę, kolejne kilkaset tysięcy obywateli polskich. Były to głównie kobiety i dzieci, członkowie rodzin oficerów wojska polskiego i policjantów, których w tym czasie mordowano w lesie katyńskim, w lochach charkowskiego NKWD i w wielu innych miejscach kaźni. Zsyłka była to tej kaźni uzupełnieniem, gdyż wszystkim przewidziano ten sam los. Wcale tego nie ukrywano.

Byłem jednym z tysięcy dzieci zabranych "drugim transportem". Miałem 9 lat, moja chora na serce matka - 40. Grupa zesłańców z którą nas połączono składała się z około tysiąca osób. Wyładowano nas w pustym, wyżarzonym słońcem, żwirowatym stepie, przy maszcie z czerwona flagą i stosie dykty, belek oraz brezentu. Prawie same kobiety i dzieci. Osobnik sprawujący funkcje naczelnika zebrał wszystkich i powiedział, że przyjechaliśmy tu, aby pracować i umrzeć. Kto będzie pracował lepiej, pożyje dłużej. Sami zbudowaliśmy baraki z dykty, pokryte brezentem. Kobiety zostały skierowane do pracy fizycznej przy budowie elektrowni dla pobliskiej kopalni złota. Stąd nazwa miejsca CES to znaczy Centralnaja Energeticzeskaja Stancja. Moja matka kopała rowy. Wracała z pracy, lub przynoszono ją z niej i długo rzęziła, łapiąc oddech. Temperatury tego lata przekraczały +50C. Wodę przywożono z odległości 70 km. Nie było tam prawie wcale roślinności ani zwierząt, gdyż nie byłyby w stanie przeżyć. Do jesieni zmarły wszystkie małe dzieci i osoby powyżej 50 roku życia. Gdy nagle nadeszła zima, baraki rozpadły się pod naciskiem wichrów ze śniegiem i przeniesiono nas do ziemianek. Były to długie na 80 metrów rowy, przykryte dachem. Na jedna osobę przypadało 80 cm szerokości i 180 cm długości. Rzeczy wisiały pod sufitem. Sanitariatów nie było. Z ziemianki były tylko dwa wyjścia. Żadnych okien ani wentylacji. Wstając z pryczy trzeba więc było brodzić po kostki w moczu i w kale. Wodę wytapiano ze śniegu. O praniu i myciu się nie było mowy. Gdy dorośli wracali z pracy, para z ich oddechów skraplała się na suficie i ściekała strumykami w dół. W ciągu dnia wszystko zamarzało, w nocy znowu ściekało. Odzież, pościel, były stale mokre. Niemal codziennie ktoś umierał i wynoszono go na dwór, gdzie ciała ułożone w sągi czekały do wiosny na pochówek. Dodam, że była to najlepsza zima w porównaniu do pozostałych sześciu, gdyż dostawaliśmy z Polski paczki z żywnością i jeszcze nikt nie umierał z głodu.
Na tym skończę ten temat. Opisałem go w innych miejscach1. Tu chciałem tylko szkicowo zilustrować kilka miesięcy z losów grupy zesłańców, w której byłem osobiście. Wróciłem do Polski latem 1946 roku. Zostawiłem w Majkainie grób Matki, a Ojcu już wiedziałem, że leży w lesie katyńskim. Dodam, że tak jak i inni, nigdy psychicznie stamtąd nie wyjechałem i całe te lata pozostaną we mnie do końca. Wielu nie opowiada o nich nikomu. Nawet własnym dzieciom i wnukom. I nie należy im się dziwić. Koszty psychiczne są zbyt wysokie.

Wielu zesłańców znalazło się w innych warunkach. W niczym nie lepszych. Trafili na wyręby tajgi, na budowę linii kolejowych, do kołchozów i sowchozów. Żyli przeważnie w małych grupach. Czasem na takim odludziu, że nie dotarło do nich polecenie repatriacji w 1946 roku i są tam może do dzisiaj. Na miejscu zastaliśmy naszych poprzedników z "pierwszego transportu", których wywieziono w lutowym mrozie. Opowiedzieli o strasznych warunkach podróży, gdy musieli zostawiać trupy w przydrożnych zaspach. Jak wspomniałem na początku, byli to głównie osadnicy wojskowi i ich pierwszych spotkała kara za wierność Ojczyźnie. Dokładnie "wyczyszczono" z nich obszary wschodnie Polski.

Przybyli w 1940 roku zesłańcy spotykali też zesłańców z 1936 roku, którzy nie mieli szczęścia być obywatelami polskimi, gdyż granice przeszły ponad nimi i musieli zostać w Związku Radzieckim. Bolszewicy zorganizowali dla nich początkowo dwa autonomiczne okręgi narodowościowe nazwane od nazwisk dwóch wybitnych polskich działaczy bolszewickich - Marchlewszczyzna na Ukrainie i Dzierżyń-szczyzna na Białorusi. Miał to być eksperyment społeczno-polityczny, a także przygotowanie kadr i szkolenie ideowe przed podbiciem Polski i włączeniem jej po oczekiwanej światowej rewolucji do Związku Radzieckiego. Eksperyment zawiódł całkowicie. Polacy w swojej masie nie poddali się indoktrynacji i pozostali wrodzy wobec nowego ustroju. Być może doświadczeniom z nimi zawdzięczamy niechęć Józefa Stalina do przyłączenia Polski do ZSRR po II wojnie światowej. "Wódz światowego proletariatu" miał ponoć oświadczyć, że "komunizm pasuje do Polaków jak siodło do krowy" i odmówił prośbom internacjonalistów. Polacy z obydwu "minipaństw" ponieśli jednak straszliwą karę za niespełnione nadzieje. Zostali w całości skazani na zesłanie. Po mieszkańcach Dzierżyńszczyzny nie zostało ani śladu. Zginęli wszyscy. Resztki mieszkańców Marchlewszczyzny to obecni Polacy w Kazachstanie. Po wojnie, nie można ich było repatriować, i nikt nie domagał się tego, gdyż nigdy nie byli polskimi obywatelami. Dopiero w latach 50-tych uwolniono ich ze zsyłki, a nazywało się to formalnie zwolnieniem spod komendantury. Potomkowie najwierniejszych z wiernych i najsilniej represjonowanych za wierność Polsce musza teraz starać się o pozwolenie na czasowy pobyt w swojej niepodległej już Ojczyźnie. Najjaśniejsza Rzeczpospolita nie umie ani ich wyrzec się ani im pomóc. Być może ktoś ma nadzieję, że wymrą sami lub całkowicie wynarodowią się.

Wywożono ich identycznie, jak późniejszych zesłańców. Wyładowywano w danym punkcie (zwanym po rosyjsku "toczka") pustego stepu pod masztem z czerwoną flagą i kazano im tam żyć jak potrafią, bez pomocy materialnej i bez prawa oddalania się z miejsca zamieszkania. Z zasady zesłańcy z roku 1940 byli osiedlani w innych miejscach. Wielu z nas nic o nich nie wiedziało.

Czasem wśród Rosjan spotykaliśmy ludzi o polskich nazwiskach, potomków zesłańców skazanych za udział w powstaniu styczniowym.

Można by długo wymieniać kolejne fale zsyłek zaczynając od Polaków zesłanych za udział w Konfederacji Barskiej. To wszystko byli zesłańcy, nie po prostu ludzie deportowani, jak nazywa się ich z uporem ze względów niezbyt jasnych. Byli oni więźniami.

Zsyłka, to przyjęte w języku polskim określenie zesłania - jako kary lub środka represyjnego stosowanego w Rosji od wieluset lat. Sposób realizacji zsyłki zmieniał się parokrotnie. W Rosji Carskiej miała ona całkiem inny charakter niż w Związku Radzieckim. W każdym jednak wypadku była ona wynikiem aresztowania, wyroku, pozbawienia praw obywatelskich, przewiezienia pod konwojem do oznaczonego w wyroku miejsca, na określony lub nieokreślony czas przymusowego pobytu w granicach danej miejscowości, pod kontrolą lokalnej komórki KGB zwanej "komendanturą". Status zesłańca nieraz ulegał zmianie. Na przykład zesłańcy z 1940 roku, po zawarciu umowy Sikorski - Stalin uzyskali status deportowanych, lub nawet ewakuowanych. Byli traktowani jako obywatele polscy. Mogli przenosić się do innych miejscowości o ile byli w stanie uczynić to technicznie. Wielu dostało się do armii generała Andersa i wyjechali z tego kolosalnego więzienia, a nie tylko zmienili cele. Uratowało to życie tysięcy Polaków

Od zesłańców należy odróżnić łagierników skazanych na obóz pracy, zwany z rosyjska łagrem. Wszystkie łagry podlegały osobnej władzy, nie cywilnej, ani wojskowej, ale policyjnej. Stanowiły rodzaj ogromnego państwa NKWD (późniejsze KGB, wcześniejsze Czeka), obejmującego kilkanaście milionów ludzi.. Państwem tym zarządzał Główny Zarząd Łagrów, po rosyjsku Gławnoje Uprawlenije Łagieriej, w skrócie "Gułag". Podaję te szczegóły, gdyż spotykam się z rozumieniem tego słowa jako nazwy konkretnego obozu. Pobyt w łagrze był terminowy. "Za nic" 10 lat, za podejrzenia - 25. Często dorzucano w dniu zwolnienia następne 10 lub 25 lat. Norma żywieniowa zależała od wyrabianej normy pracy, więźniowie byli oderwani od rodziny, nieustannie pod konwojem i za zasiekami z drutów kolczastych. Złamanie regulaminu łagrowego kończyło się praktycznie śmiercią. Z zasady zakończenie odbywania wyroku w łagrze, łączyło się z wyrokiem zsyłki w okolicy obozu. Można tam było mieszkać z rodziną, dobierać sobie pracę.

Nierzadko zesłańcy byli skazywani na pobyt w łagrze. Na przykład, bliska mi osoba, pani Wiara Bujalska została skazana w 1943 roku za swoją postawę polityczną, na 25 lat łagru. Irka i Kuka zostały same, a matka dołączyła do nich w Polsce dopiero w 1956 roku.

W pewnym okresie, wiele osób na zesłaniu było więzionych i torturowanych za odmowę przyjęcia radzieckiego obywatelstwa. Nazywano tą akcję "paszportyzacją". Straszną karą była dla nich już groźba odebrania dzieci. Mimo to wiele kobiet nie poddało się.

Mój referat ma na celu pokazanie problemów zsyłki na przykładzie jednej grupy osób. Tej, którą znałem osobiście. Na wstępie powiedziałem o kobietach z dziećmi, które spędziły pierwszą zimę na CES-ie należącym do kopalni złota w Majkainie, w pawłodarskiej obłasti. Wspomniałem, że ta zima nie była najgorsza, gdyż docierały paczki żywnościowe z kraju. Dalsze lata były coraz bardziej głodne. Brak witamin, częste braki wody i pożywienie ograniczone w wielu miesiącach do garści zboża. Ogromne epidemie zmiatały tam do grobów tysiące zesłańców z 16 narodowości włączając Czeczeńców i Inguszy, którzy na tej pustyni nie byli w stanie żyć i szybko umarli.

Chcę teraz skupić się na niezwykłym fenomenie pokonania strasznych warunków rozpaczy i samotności, przez owe około tysiąca kobiet polskich zesłanych do wnętrza Głodowych Stepów2. Części spośród nich udało się przetrwać prawie siedem lat. Były to wykształcone kobiety z dziećmi, większość bez zawodu. Uprzednio prowadziły dom i wychowywały dzieci. Na zesłaniu musiały pracować fizycznie i żyć w sytuacji ekstremalnie trudnej, w ciężkich warunkach klimatycznych i mieszkaniowych, na głodowych dawkach żywności. Dla większości z nich sensem życia stało się przetrwanie ich dzieci. Czuły się też odpowiedzialne za nie wobec swoich mężów, a nie wiedziały o tym, że oni już nie żyją. Zachowanie przy życiu dzieci to był najważniejszy sens ich przetrwania, obok realizacji wartości wynikających z patriotyzmu i tradycji rodzin kresowych. W mojej rodzinie należałem do czwartego pokolenia zesłańców i nie byłem pod tym względem wyjątkiem.

Zastanawiając się nad czynnikami, które zapewniły tym Matkom niesamowitą moc przetrwania, można dojść do wniosku, że na pewno nie było to wyłączenie się, co sugerują niektórzy psychologizujący badacze. Przez te prawie siedem lat na zsyłce, musiały być fizycznie i psychicznie w nieustannym ruchu, jak człowiek zbłąkany podczas buranu, który wie, ze gdy siądzie - umrze. Zalecenie im, że mają trwać "jak kamień w gruncie" byłoby nierealne.

Tym, czym wyróżniały się te kobiety, było zachowanie nadziei, wiary w polepszenie losu, w niedalekie zakończenie cierpień, byle "do najbliższej Gwiazdki", lub "do lata". Nadzieja ta, poza poczuciem odpowiedzialności za dzieci, być może była jednym z głównych czynników powstrzymujących decyzje ostateczne, takie jak samobójstwo. Piszę "być może", gdyż w tych warunkach również decyzja kontynuowania życia była decyzją ostateczną, zważywszy ogrom cierpień i rozczarowań jakie trzeba było pokonywać decydując się na istnienie.

W psychologii istnieją dane uzasadniające pogląd, że nadzieja jako podstawa pozytywnej emocji, podtrzymuje zdolność do myślenia abstrakcyjnego, tworzenia perspektywicznych planów i utrzymania intelektualnej kontroli nad zdarzeniami. Tu prezentuję tezę o związku nadziei z sensem życia. Łatwo przecież wykazać, że brak nadziei eliminuje sens sensu życia.

Dlatego sądzę, że treść sensu życia jest nie tylko czynnikiem porządkującym wydarzenia, czyniącym je zrozumiałymi, ukierunkowującym działania, ale i zależnym od nadziei i podtrzymującym nadzieję.

Treść nadziei była w owych warunkach w znacznej części irracjonalna. Istniały dla niej trzy rodzaje przesłanek. Pierwsza z nich miała nawet swoiste podstawy. Chodziło o rzeczywiste wyrazy pamięci i opieki, jakie nadchodziły najpierw ze strony Ambasady RP w Kujbyszewie, a następnie ze strony Związku Patriotów Polskich. Stanowiło to tło optymistycznego poczucia, że "nie zapomniano o nas", nie zgubiono w przestrzeniach Sybiru. Kontrastowało to z faktem, że inne narodowości nie miały tego rodzaju oparcia. Mój przyjaciel, Niemiec "nadwołżański", popełnił samobójstwo, gdy doszły wieści, że Polacy będą repatriowani3. On był pewien, że Majkain to jego miejsce zesłania na całe życie i nikt nigdy o niego się nie upomni. Świadomość ta była nie do wytrzymania. Nie potrafił sobie wyobrazić, że to właśnie jego dawna Ojczyzna, gdy nastąpi normalizacja, upomni się nawet o tych Niemców, którzy od setek lat przebywali w Rosji jako osadnicy. Przodkowie Roberta przybyli do Rosji za czasów Katarzyny Wielkiej i gdyby żył, byłby obecnie pełnoprawnym obywatelem Niemieckiej Republiki Federalnej. Jak już wspomniałem, Polacy takiej szansy nie otrzymali.

Drugą przesłanką nadziei było przekonanie, że "to" będzie trwało już tylko "do następnej Gwiazdki", "następnego lata". Dlaczego właśnie do tego, a nie do innego czasu, nie wiedział nikt i nikt o to nie pytał. Nawet atak Niemców na Związek Radziecki był powodem do nadziei, że Hitler przyjdzie i nas wyzwoli. Liczono też na Japończyków.

Trzeci rodzaj przesłanek nadziei miał oparcie w prywatnej filozofii życia. Istniało przekonanie, że "tak dalej być nie może, musi być lepiej", a także pewność, że "Polacy mają szczególną pozycję" - u Boga, w historii, w ogóle, bo tak jest. Te nasze cierpienia są "po coś", a za to nastąpi nagroda. Była to swoista koncepcja nadsensu zarezerwowanego dla Polaków, gdyż zawsze okazywało się, że może być gorzej, a owa opieka boska miała bardzo trudne do akceptacji przejawy.

Poza utratą nadziei, co kończyło się śmiercią fizyczną, ludziom skazanym na pobyt w tym świecie zagrażała też śmierć osobowości. Każdy mógł obejrzeć szczątki ludzkie, jakimi byli łagiernicy wypuszczeni po 20-25 latach katorgi. Było to doświadczenie tak przerażające, że wychudzeni, owinięci w szmaty zesłańcy patrzyli na tych ex-łagierników ze zgrozą. Mieli podstawy do tego aby sądzić, że mogliby takimi stać się w przyszłości. O nich właśnie są Opowiadania Kołymskie Warłama Szałamowa. To wnikliwe studium ludzi, których po kilkunastu latach głodu i cierpień, nie stać już na refleksję, na myślenie o następnym dniu, o tym chociażby, że jest im źle, o tym co czuje inny człowiek. Pozostało tylko skupienie się na utrzymaniu się na nogach, na wykonaniu minimum tego co konieczne, na przeżuciu bezzębnymi dziąsłami tego co da się przeżuć, zanim wyrwą z ust. Oni już stali się Innym Światem, co oznaczało śmierć podmiotu i poprzedzało niezauważalne przejście w stan śmierci fizycznej.

Matki wiedziały, że i dla nich to tylko problem czasu. Są granice odporności. W Majkainie wahania temperatury rocznej wynosiły ponad 100 stopni Celsjusza, dzienna dawka jedzenia, gdy była, to zawierała poniżej 1000 kalorii. Często, zwłaszcza zimą, nie było nic. Ludzie umierali nie tylko z głodu ale i z powodu braku wody. Wydawałoby się, że przeżycie powinno być głównym problemem każdego. Uzyskanie minimum zaspokojenia elementarnych potrzeb oraz uniknięcie dolegliwości i chorób wydaje się być oczywistym, racjonalnym sposobem radzenia sobie w tak skrajnej sytuacji. Tu znajdujemy potwierdzenie innych doświadczeń wynoszonych z wojny i z obozów. Wskazują one na konieczność działań wręcz przeciwnych niż te, które w normalnym świecie uchodzą za racjonalne. Wskazują na rolę jaką spełnia zdolność jednostki do przeciwstawienia się tym antyludzkim warunkom4. W Majkainie wszystko zależało od tego, czy jednostka pozostanie sobą, to znaczy czy zachowa tożsamość z tymi właściwościami osobowości, jakie ukształtowały się w poprzednim świecie. Tożsamość ta występowała, między innymi, w postaci utrzymania zespołu cech psychicznych kobiety z Kresów, tego wspaniałego gatunku kobiet polskich, czułych, twardych, zaradnych i mocno związanych z tradycją pokoleń zesłańców syberyjskich. Jedyny artykuł napisany w Majkainie i wydrukowany w gazecie "Polska", wydawanej przez Ambasadę RP w Kujbyszewie, nosił tytuł rosyjski: "Niczewo, priwykniesz". Autorką była Maria Aleksandrowiczowa. Słowo "priwykniesz", oznaczało tu nie po prostu przyzwyczajenie się, ale głównie opanowanie rozpaczy.

Są podstawy do tego aby sądzić, że w okolicznościach jakie tam istniały, właśnie zachowanie własnej identyczności było podstawowym warunkiem przeżycia w skali tak wielu lat. Nie jest to stwierdzenie z zakresu etyki. Podobnie, jak w obozach koncentracyjnych, naturalnym wynikiem życia w Majkainie powinno było być zniszczenie tego co w człowieku osobiste, intymne, własne, tak aby on w całości, całą swoją psychiką, stał się częścią już tego, a nie poprzedniego świata.

Kultura świata, w jakiej wychowywali się i żyli zesłańcy, gdy byli jeszcze w Polsce, zapewniała każdej jednostce zachowanie sporego marginesu tolerancji na rozbieżność między jej intencjami, a realnym działaniem oraz między jej zamierzeniami, a skutkami działań. Można było chorobą usprawiedliwić własne lenistwo lub lęk, można było tłumaczyć się z niepowodzenia tym, że chciało się dobrze. Te wewnętrzne obszary luzu dawały jednostce przywileje lub ulgi  z powodu choroby, słabości lub emocji, stwarzały też łatwość "ucieczki" w nerwicę. Tak było dawniej.

W Majkainie szanse takie odpadły. Kobieta-matka na majkaińskiej zsyłce nie powinna była oczekiwać, że ktoś ulituje się nad nią. Było wiele przypadków, daleko idącej pomocy, ale w tych warunkach nie wolno było na nią liczyć, gdyż prawie każdy był w podobnej sytuacji zagrożenia. "Wołanie o pomoc" nie stwarzało korzyści. Każda trudna decyzja była więc podejmowana wyłącznie na własną odpowiedzialność i miała lub mogła mieć wartość ostateczną. Kogo mogło by zainteresować, że kobieta odczuwa lęk, czuje się słaba czy samotna.

Matkom w Majkainie chodziło nie tyle o przeżycie własne, ale, i to głównie, o przeżycie dzieci. Nie mam danych potrzebnych do tego aby stwierdzić ile osób próbowało uzyskać coś za pomocą groźby samobójstwa. Wydaje się, że taka groźba nie miałaby sensu. Co najmniej w kilku znanych mi wypadkach śmierć człowieka, który utracił kontrolę nad rozpaczą, przyjmowano z ulgą. Są przypuszczenia, że niektóre starsze osoby głodziły się na śmierć celowo, aby dać szanse młodszym. Brak jednak dokładnych danych. Ogólnie wiadomo mi tylko, że samobójstwo rzadko było sposobem wyjścia z trudności.

Okrucieństwo świata polegało tam nie tylko na braku rozgrzeszenia, jakie niegdyś dawała choroba. Było dotkliwe, gdyż dobro i zło nie było łatwo rozpoznawalne. To nie takie proste, jak "nie zabijaj", "nie kradnij". Czasem trzeba było zabić i trzeba było ukraść. Pytanie tylko kogo zabić i od kogo ukraść. Czy Matka ma sama więcej zjeść, aby mieć siły na zdobycie pokarmu dla umierającego z głodu dziecka, czy też dać mu więcej, przedłużając jego życie na dzisiaj, a sama utracić siły i nie zdobyć mu pokarmu jutro? Kto ją zapewni, że nie popełnia omyłki? Kto jej pomoże moralnie, gdyby okazało się, że popełniła błąd i że to ona umiera zostawiając dziecko na samotną śmierć? Takie były dylematy moralne Matek.

Powstaje ważne pytanie o to, jaką rolę odgrywała tam religia. Nie umiem na nie dokładnie odpowiedzieć. Wierzący byli praktycznie wszyscy. Wiara w Opiekę Boską była na pewno czynnikiem wzmacniającym siły, ale była to wiara, która zarówno kazała modlić się gorąco dziecku rzuconemu na ziemię przez wicher wyłamujący kamieniami żebra, jak i przeklinać Boga na grobie Matki. W praktyce życia codziennego wszystko zbyt silnie odchylało się od warunków i reguł życia, do przestrzegania, których dostosowana była przedwojenna wiedza katechetyczna.

Każda analiza psychologiczna życia w trudnych warunkach zawiera problematykę psychologicznych mechanizmów obrony. W klasycznym ujęciu obrona ta polega na takiej modyfikacji widzenia i interpretacji rzeczywistego świata, która uczyni wiarygodnym usprawiedliwienie siebie. W ten sposób chronimy wartość naszego Ja. Istotą takiej obrony psychicznej jest destrukcja realistycznej percepcji rzeczywistości i logiki działania, a jej narzędziem są mechanizmy wypierania i projekcji. Za ich pomocą zostaje usunięte ze świadomości to co psychicznie niekorzystne, a dostrzegane jest tylko to co korzystne. Zyskiem bezpośrednim jest redukcja lęku i zachowanie przed sobą twarzy, a skutkiem dalszym są zarówno tzw. psychonerwice, jak i choroby psychosomatyczne.

W warunkach Majkainu, realia były zbyt jednoznaczne, a konsekwencje zbyt serio, aby neurotyczne mechanizmy obrony psychicznej Ja mogły pomóc w czymkolwiek. Próby demonstrowania, chociażby przed sobą, że nie mogę, że jestem chora, że brzydzę się, że boję się - nie miały żadnego sensu.

Obrona psychologiczna jednak była, ale innego rodzaju niż w świecie normalnym. Dotyczyła obrony przed rozpaczą. Podstawowym jej instrumentem były owe wspomniane wyżej irracjonalne przesłanki nadziei. Sporej nadinterpretacji posiadanej wiedzy wymagała przedziwna wiara w "ktoś powiedział", "mówi się", że "już niedługo zabiorą nas w lepsze miejsce", "uratują nas Japończycy", a w ogóle, że zmieni się coś na lepsze. To wyłączenie krytycyzmu dawało profity psychologiczne bez strat realnych. Pozwalało przetrwać. Istniała też silna wiara we wróżby, zresztą wszędzie u wszystkich zesłańców. Organizowano seanse spirytystyczne.

Drugim mechanizmem obrony była swoista idealizacja czasów przedwojennych: jak było wszystkim wspaniale, jakie było braterstwo, uczciwość itp. "Witaj maj, trzeci maj, w naszej Polsce to był raj" - śpiewano. Odmianą tego mechanizmu było podwyższanie własnej pozycji w tamtym, przeszłym świecie. Pojawiło się wielu "bogaczy" i "arystokratów". Rzekomo posiadane dwory stawały się z każdym rokiem większe, rosła też gromada służby i liczba hektarów. Zastanawiając się nad rolą tego mechanizmu dochodzę do wniosku, że opierał się on na szczególnym założeniu prywatnej, niedoformułowanej filozofii życia: ten co miał lepiej, nie może mieć tak źle, jak ten co już miał źle. Poza tym, wspomnienia lepszego świata w jakiś sposób łagodziły nędzę świata obecnego. W tym była duma stanowiąca uzasadnienie aspiracji do lepszego życia, do lepszego traktowania. Łatwiej było żyć, chociaż z pozoru wydawałoby się, że większy dystans między tym co było i co jest, spowoduje wyższą frustrację.

Te mechanizmy obrony psychologicznej pomagały i nie szkodziły. Podobną rolę odgrywały sny. Bardzo intensywne i szczegółowo interpretowane. Warto wspomnieć i o innym mechanizmie obronnym związanym ze snem. Było to chwiejne, ale długotrwałe założenie, że "TU" jest koszmarnym snem. W jakiejś chwili obudzę się "TAM", w domu, "U SIEBIE", w swoim łóżku.

Dodam tu, aby uniknąć nieporozumień, że sens życia jest tylko jednym ze składników osobowości. Uwikłany w wiele właściwości psychicznych, nie zawsze odgrywa rolę decydującą o postępowaniu. Życie ma swoje prawa, człowiek ma różne pragnienia, marzenia, próżności, złudzenia. One nadają kształt codziennym wydarzeniom. Pozwalają na odpoczynek, na chwilę słabości, a nawet rozkoszy. Unormalniają nienormalne życie. Taka jest rola snów, marzeń, irracjonalnej nadziei, nieraz odstępstw od reguł moralnych. Być może wiele z opisywanych tu osób słabo uświadamiało sobie, że to właśnie zróżnicowanie pragnień i ich zmienność trzyma je przy życiu codziennym. To wystarczało jednak tylko do momentu konieczności dokonania wyboru ostatecznego. Gdy narastała beznadziejność, właśnie wówczas dobroczynnie włączały się mechanizmy obrony psychicznej i mógł uwydatnić się sens życia, co ułatwiało uporanie się ze zdarzeniami wywołującymi rozpacz.

W przedłużającej się na lata, ekstremalnie trudnej sytuacji, gdy jednostce brak koncepcji siebie w swoim życiu, nie ma ona szansy na obronę, gdyż są tu tylko dwie figury dramatu: gnębiony człowiek-przedmiot i okrutny świat, którego ten przedmiot staje się nie mniej okrutnym fragmentem. On jest nie tylko sam, on przestaje być sobą.

Gdy natomiast w takiej sytuacji, jednostka ma koncepcję siebie i tego co nadaje jej sens, uzyskuje ona nie tylko szanse obrony, ale i aktywnej realizacji siebie. Mamy już wówczas do czynienia z trzema figurami dramatu. Są to: okrutny świat poza człowiekiem, człowiek jako przedmiotowy składnik tego świata i on sam jako osoba, ustosunkowujący się i do swoich właściwości przedmiotowych i do reszty świata. Człowiek taki jest kimś, jest sobą a nie tylko nieistotnym fragmentem świata.

Matki o których mówię, nie dały się uczynić fragmentem świata, na jaki zostały skazane. Pozostawały sobą, gdyż udawało im się utrzymać dystans wobec tego świata. Nie dawały się również opanować rozpaczy, odnosząc się do niej jako do swojej słabości i nie były całkiem samotne gdyż każda z nich była ze sobą, gdyż zachowały swój status autonomicznych jednostek ludzkich. Zachowały dystans, ale czy się zmieniły?

Właśnie dlatego, że się zmieniły mogły zachować ten dystans.

W czym się zmieniły? Trudno powiedzieć dokładnie, ale na pewno w tym, że uznały za realny fakt, że teraz nie są już osobami o wysokim statusie społecznym, z którymi inni muszą się liczyć, nie mają już oparcia w swoich mężach, nie mogą dokonywać wyboru miejsca życia, nie mogą decydować o sposobie swojego życia i dzielić odpowiedzialności za życie swoich dzieci ze swoimi małżonkami. Są zesłane na Sybir. To znaczy, że nikt bliski nie może pomóc. Są skazane na to aby tu zostać i być może, tu już zostaną na zawsze, ich dzieci powinny w tych warunkach umrzeć, a mimo to cała odpowiedzialność za ich życie spoczywa tylko na nich. Pozbywając się złudzeń co do losu jaki im przygotowano i akceptując swoją odpowiedzialność za losy dzieci, odrywając się od swoich poprzednich ról, zaakceptowały też fakt, że będą robić wszystko co się da aby ten wyznaczony im los się nie spełnił. Zakładając, że to one osobiście są za wszystko odpowiedzialne, stały się osobami zdolnymi do działań mądrych. Usytuowały się więc poza swoim losem, decydując się na aktywny udział w zmianie konsekwencji swojego zesłania. Odniosły się do swojej sytuacji intencjonalnie. Wymusiły na swoim życiu pozycje podmiotu. Nie dały się uprzedmiotowić.

To zaskakujące, jak zdecydowanie, właśnie w tej nieoczekiwanej, a jeszcze niedawno, nie do pomyślenia dla nich sytuacji, podjęły świadomie nowe, twarde reguły gry. Według tych reguł wyznaczono im rolę blotek. Ale one stworzyły i wymusiły na losie własne, dodatkowe reguły. Niektóre wygrały, niektóre przegrały, to prawda, ale to grały one. Blotka nigdy nie wygrywa, ani nie przegrywa. Przechodzi tylko z rąk do rąk.

Tekstem tym wyrażam pamięć o Matkach z Majkainu, zwłaszcza tych najbardziej tragicznych, którym nie udało się przeżyć i musiały umierać wiedząc, że zostawiają swoje dzieci same. Mimo klęski fizycznej stały się wzorem i przekazały tym dzieciom swoją moc. Dzięki nim kilku z nas może jeszcze po 60 latach wyrazić im swoją miłość i złożyć im hołd.

23 marzec 2000
Prof. dr hab. Kazimierz Obuchowski


1 Obuchowski K., Życiorys. w: Przewłocki J. (Red.),Wspomnienia Sybiraków. Tom 9, Związek Sybiraków, Z. Gł. Komisja Historyczna, "Tajga-zakon-miedwied'-prokuror", 1997 Obuchowski K., Uwagi psychologa o zsyłce w Majkainie. w: Ciesielski S., Kuczyński A. (Red.). Polacy w Kazachstanie. Historia i współczesność. Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław, 1996 Obuchowski K. Autobiografia naukowa, w: Rzepa T. (Red.), Historia psychologii polskiej w autobiografiach. Poznań, 1993.

2 Pełna treść tej analizy zawarta w Obuchowski K. Przez galaktykę potrzeb. Poznań, 1995, Wydawnictwo Zysk i S-ka.

3 Opisałem to w opowiadaniu Warum? , "Arkusz", 1998, 2.

4 Pani Monika Budkiewicz, która nakarmiła mnie, gdy umierałem z głodu, wróciła do Polski i umarła w wieku 82 lat.


[Spis treści]

 

Stanisław Chyczyński

RÓŻA TATUAŻ (first LP)


życie twoje jak róża tatuaż
wrasta w ciało krew barwiąc na smołę
jesteś więźniem wśród więźniów akurat
sobie wrażych od siedmiu pokoleń

życie twoje - diabelska rozeta
wypalona blekotem na nerwach
skoro Rzeźnik (wybacz Mistrzu nietakt)
uczy klęczeć i ogonem merdać

 

Stanisław Chyczyński

[Spis treści]

 

Święty Tomasz z Akwinu (1225+1274)

Modlitwa znajdująca się przy Jego grobie w Tuluzie.

Panie, Ty wiesz  lepiej aniżeli ja sam, że się starzeję i pewnego dnia będę stary. Zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji. Odbierz mi chęć prostowania każdemu ścieżek.

Uczyń mnie poważnym lecz nie ponurym, uczynnym, lecz nie narzucającym się. Szkoda mi nie spożytkować wielkich zasobów mądrości jakie posiadam, ale Ty Panie wiesz, że chciałbym do końca zachować paru przyjaciół.

Wyzwól mój umysł od niekończącego się brnięcia w szczegóły i daj mi skrzydła, abym w lot przechodził do rzeczy. Zamknij mi usta w przedmiocie mych cierpień i niedomagań. W miarę jak ich przybywa, chęć wyleczenia ich staje się z upływem lat coraz słodsza. Nie proszę o łaskę rozkoszowania się opowieściami o cudzych cierpieniach, ale daj mi cierpliwość wysłuchiwania ich.

Nie śmiem Cię prosić o lepszą pamięć, ale proszę Cię o większą pokorę i mniej niezachwianą pewność, gdy wspomnienia moje wydadzą się sprzeczne z cudzymi. Użycz mi chwalebnego poczucia, że czasami mogę się mylić.

Zachowaj mnie miłym dla ludzi, choć z niektórymi z nich doprawdy trudno wytrzymać. Nie chcę być świętym, ale zgryźliwi starcy to jedno ze szczytowych osiągnięć szatana.

Daj mi zdolność dostrzegania dobrych rzeczy w nieoczekiwanych miejscach i zalet w niespodziewanych ludziach. Daj mi Panie łaskę mówienia im o tym.

 


.