Łabuź 32/2000 marzec

SPIS TREŚCI

(...) "Wszyscy we wczesnym dzieciństwie nauczyliśmy się języka (tak zwanego języka ojczystego). Jest to (...) dość tajemnicza sprawa. Jesteśmy biologicznie zaprogramowani, by mówić (nie tylko dzięki budowie naszych ust, także dzięki budowie mózgu), ale nie by mówić jakimś konkretnym językiem. Wraz z opanowaniem języka na nasze uwarunkowania biologiczne nakłada się uwarunkowanie kulturowe. Jest to proces ambiwalentny już choćby dla tego, że wprawdzie w jakiś sposób wynosi nas ponad uwarunkowania biologiczne, ale zarazem też w jakiś sposób oddziela nas od większej części inaczej mówiącej ludzkości. Oddziela nas dużo radykalniej, niż czynią to wszystkie pozostałe kody kulturowe, na przykład malowanie, śpiewanie czy liczenie. Mimo tej szalonej wady mówienia (której zawsze powinniśmy być świadomi), dzięki językowi możemy unosić się na nieprzejrzystej dla nas fali nabytych informacji. A także - odkryć, przeżyć i wartości, będących udziałem niezliczonych pokoleń, które powierzyły je językowi. Ujawniają się one nie tylko w tym, co język wyraża, lecz i w sposobie wyrażania. Już sama struktura naszych języków stanowi magazyn prastarego i stale odnawiającego się doświadczenia. Jeśli przyjrzeć się językom z tego punktu widzenia (i to każdemu z języków), można w tym dostrzec tryumf ludzkiej woli w stanowieniu sensu świata i życia.

Nieco później, mniej więcej w szóstym roku życia, uczymy się czytać i pisać. Okazuje się, że również te czynności, pozornie całkowicie kulturowe, są jakoś zaprogramowane w mózgu lub może wpisane weń przez kulturę. Podczas opanowywania ich chodzi nie tylko o to, by uczynić mówienie widzialnym, lecz także by móc głębiej w nie wejrzeć. A więc o wgląd we własny sposób myślenia. Czytając i pisząc nabieramy dystansu do języka: nie jest on już medium, poprzez które coś wyrażamy, lecz staje się obiektem, na którym wyciskamy litery. Ten dystans do języka, który sprawia, że staje się on przedmiotem, jest charakterystyczny dla pisania.

Pisanie jest działaniem opartym na pewnej sprzeczności. Z jednej strony pozostaje otwarte na wołanie języka, który wydobywa się z własnego wnętrza i głośno żąda, by go zapisano. Z drugiej strony przyjmuje język innych, który woła o to, by go pochwycić i przeobrazić. Kto pisze, ten nie tylko artykułuje samego siebie - prowadzi także rozmowę z innymi. To, co tu się odbywa, można opisać następująco: piszący próbuje zgodnie z regułami pisowni odcisnąć na języku litery, natomiast język się przed tym broni. Ten jego złośliwy opór przeciw piszącemu wyjaśnia fakt, że litery i reguły pisowni niezupełnie odpowiadają językowi mówionemu. Litery są znakami odwzorowującymi głoski skonwencjonalizowane, nie zaś spontanicznie wypowiadane, a reguły pisowni nie są regułami mówienia, lecz zostały z nich wywiedzione i udoskonalone. To, co zostaje napisane, nie jest językiem mówionym, ale językiem własnym "zoptymalizowanym" na potrzeby pisania. Walcząc z piszącym, broniąc się przed jego gwałtem, język krzywi się i wije; wychodzą przy tym na jaw nie dostrzegane przedtem możliwości języka. Pisanie pozwala urzeczywistnić się tym wirtualnym mocom. Wygląda to tak, jakby martwe członki piszącego ssały krew z żywego ciała języka i same w ten sposób ożywały. Tekst pisany zaczyna wieść własny żywot, a piszący wpada w twórcze upojenie: oto jest dawcą życia.

Podczas pisania okazuje się, jak nieskończenie wiele możliwości drzemie w językach i jak mogą one być realizowane przez piszącego. Jak bez ograniczeń może on powiększać uniwersum tego, co da się wypowiedzieć, czyli - uczynić przedmiotem poznania, przeżycia, oceny. Jak potrafi być kreatywny. Dotyczy to wszystkich poziomów języka, od fonetycznego i synktatycznego, poprzez rytmiczny i semantyczny, aż do poziomu dyskursu. Swoiste upojenie, jakie może ogarnąć piszącego, znamionuje wszelkie świadome pisanie, a przypuszczalnie w szczególnym stopniu pisanie tekstów naukowych i filozoficznych. Gdyby stawianie liter miało zostać poniechane (a w nauce już niemal do tego dochodzi), wówczas owo jedyne w swoim rodzaju upojenie odeszłoby w przeszłość ustępując poezji komputerowej." (...)

Vil´em Flusser

Fragment artykułu pt. "Społeczeństwo alfanumeryczne" pomieszczonego w piśmie: "LETTRE" ( Po Polsku) - zima`93/94

[Spis treści]

Piotr Müldner-Nieckowski

KILKA SŁÓW O WARSZTACIE POETYCKIM

Na marginesie XXX Konkursu Poetyckiego im. Jana Śpiewaka w Świdwinie, 1999

Ostatnie dwie edycje konkursu przyniosły mniejszą liczbę prac niż dawniej, ale za to było wśród nich znacznie więcej dobrych zestawów poetyckich. Ilość przeszła w jakość i trudniej wybierało się utwory do zaszczytów. Jury dało temu wyraz w wystąpieniach podczas wręczania nagród. Myślę, że wiersze Macieja Woźniaka, Marzeny Lewandowskiej, Julii Możdżyńskiej (brawo ze względu na młody wiek!) i Pawła Kozła rzeczywiście stały poza konkurencją i bronią się same, ale warto się zastanowić, ile brakuje pozostałym w tej konkurencji. Twierdzę, że poza kilkunastoma wyraźnie grafomańskimi przypadkami, ponad sto zestawów zasługuje na uwagę.

Zauroczenie. Kiedy analizowałem wiersze "odrzucone", zwrócił moją uwagę pewien szczególny sygnał. Wydało mi się, że z reguły w momencie inicjacji tych wierszy istniała tylko jakaś fraza, pomysł na metaforę albo na grę słów lub zbitkę o ciekawym brzmieniu. Potem, jak wokół ziarenka piasku, narastało to, co później zostało zaakceptowane przez autora jako "cały wiersz", pożądana perła. Jednak o ile ziarenko było trafne, ciekawe, może nawet oryginalne, o tyle reszta zbyt często stawała się gnieciuchem.

Punktem wyjścia był więc rodzaj zauroczenia, zachwytu nad niewielkim pomysłem, niekiedy wręcz samozachwytu, a w gruncie rzeczy - zahamowania, bo takie podejście utrudnia panowanie nad treścią. to tak, jakby autor wciąż widział owo jądro, a pozostałość traktował jako skorupkę i miąższ, które trzeba nabudować tylko dlatego, że utwór musi mieć jakąś objętość i formę zewnętrzną. W wielu wypadkach sprawa była bardziej skomplikowana. Istniały na przykład dwa, trzy jądra, które jakoś złączono do kupy. Ciekawe, że nieraz autorowi udawało się dorobić do tego jakąś treść, puentę i na końcu tytuł, tak że w sumie wiersz okazywał się wierszem tylko odrobinę "nie takim". to główny grzech większości autorów odrzuconych.

Zauroczenie jest zjawiskiem fascynującym i niezwykłym. to ono odróżnia poetyckość bycia od prozy życia. Działa jak narkotyk, wprowadza w rodzaj głębi znanej, jak się sądzi, tylko artystom. to pewnie ten świat, który poecie wydaje się najważniejszy i który w wielu wypadkach przesądza o samozadowoleniu czy zadufaniu autora: wydaje mu się, że jego sprawa stoi na wierzchołku góry, ale nie widzi, że jest to tylko góra lodowa, łatwa do stopienia pod wpływem prawdziwego ciepła. Jakie konsekwencje? Autor nie jest krytyczny wobec tego, co jest na papierze, a więc wobec materialnego śladu wspomnianej głębi. Ślad to znaczący dlatego, że przeznaczony dla czytelnika, który stara się odtworzyć zauroczenia autora wedle własnych możliwości. Jeśli tak się nie dzieje, to znaczy, że istnieje luka między wyobraźnią poetycką a odbiorczą. czy jest na to jakaś rada? Tak, zauroczenie sprawą, a nie słowami. ale to temat do innych analiz.

Czarowanie. Byli też i tacy autorzy, którzy nie umieli osiągać żadnych stanów zauroczenia. to czarownicy, którzy, dysponując inteligencją, wrodzonym dowcipem czy talentem muzycznym, potrafili ze słów krzesać całkiem zgrabne teksty. Powtarzam: teksty. Aforyści, puenciści, opowiadacze.

Jest znaną prawdą, że nawet najbardziej epicki i ogołocony z metafor wiersz może pozostać wierszem, jeśli jego liryczna warstwa jest wystarczająco nośna, jeśli dorabia do instrumentu odbiorczego czytelnika struny jeszcze nieznane. Chodzi o to, co się kryje "pod opowiadaniem", "pod anegdotą". Obecność tej schowanej warstwy jest warunkiem absolutnie niezbędnym. Jeśli nie jest on spełniony, to pozostaje jedynie powierzchowność opowiadactwa, fabularstwo. Mamy wówczas do czynienia ze zbiorami "zdań zwykłych", takich z eleganckiego wypracowania, z gazety. Utwory tego rodzaju usiłują czarować pomysłem fabularnym, paradoksem pojęć, kontrastami, ale pozbawione środków lirycznych, tych pochodzących z duszy, nie są w stanie uruchomić w czytelniku wyobraźni, odczuć czy uczuć. Nawet, jeśli wydobywają interesujące konteksty, na przykład filozoficzne. Nie poruszają, co najwyżej bawią umysł. Czarują.

Summa. Na swój użytek posługuję się czasem wyrażeniem: "między Lecem a Leśmianem". Bliżsi Lecowi bawią, a Leśmianowi poruszają. Ci od strony Leca mają zadanie chyba trudniejsze. Ich środki liryczne, jak mi się wydaje, muszą być wyższej próby niż sama metafora. A tego, podejrzewam, bez zauroczenia zrobić się nie da. Anegdotycznie powiada się, że wiersz można napisać na schodkach ruszającego pociągu, ale trzeba go dokończyć przy biurku. Zauroczenie osiąga się w niespodziewanych chwilach szaleństwa, a czarowanie z umysłem jasnym, krytycznym, zdolnym do ciężkiej pracy poprawiania.

Przyszłość poetycka większości uczestników konkursu mogłaby się rysować przejrzyście, gdyby byli w stanie ulegać zauroczeniom i potem czarować tak, jak to się zdarza poetom bardziej ukształtowanym, albo odwrotnie - najpierw czarować, potem się uroczyć, kolejność nie ma znaczenia. A może ulegać jednemu i drugiemu w tym samym czasie? Wspomnianemu Lecowi udawało się przecież w wierszach iść w stronę Leśmiana, i to z bardzo dobrym rezultatem.

Piotr Müldner-Nieckowski


Autor był przewodniczącym jury XXX Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jana Śpiewaka w Świdwinie 1999r.
[Spis treści]

Maciej Woźniak

JACQUES LOUSSIER GRA TOCCATĘ i FUGĘ
D-MOLL BACHA

Bach nie miał racji. Świat nie jest stworzony w mrocznej
nawie kościoła. Nie oddycha ciężko
matowym brzmieniem organów. Nie frunie
pod sklepieniem na grzbiecie nietoperza wiary

Bach nie miał racji. Choć mylił się pięknie
Tak jak mylili się średniowieczni mistrzowie,
nie znając perspektywy. i całkiem inaczej
niż myli się zapatrzona w siebie awangarda.

Bach nie miał racji. Przeczuł, że jej nie ma.
a nuty wysłał w przyszłość jak kod DNA.
By mogły się przekształcać, krążyć jak atomy
po zatemperowanych przez niego orbitach

Bach nie miał racji. Nie znał Glenna Goulda
ani nie słyszał trąbki Louisa Armstronga.
Wbrew woli i chronologii znaczył swoje 
ukrytym piętnem jazzowej harmonii.

Bach nie miał racji. Świat został zagrany
na fortepianie. Struny kontrabasu
są w nim jak włókna nerwów. a tętno perkusji
napełnia błękitne naczynia krwią światła.

Maciej Woźniak


Nagroda główna - "Złoty Klucz" i honorowe obywatelstwo Zamku - XXX Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jana Śpiewaka w Świdwinie 1999r.

[Spis treści]

Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (4)

Mimo powtarzających się tu i ówdzie narzekań na kłopoty wydawnicze, kłopoty dotykające zwłaszcza prowincje (wszelkie, nie tylko Pomorską), nowe książki wciąż się ukazują. I to w ilościach trudnych do przetrawienia, gdyby kto chciał sumiennie śledzić całą produkcję. Zresztą, nie sposób i z innego powodu: dystrybucji. Lokalne ośrodki wytwarzające własne ciśnienia twórcze nie potrafią przebić się z osiągnięciami do innych, niewiele czasem oddalonych ośrodków. Każdy sobie rzepkę skrobie. Przy czym nie mówię tu o dystrybucji książek dużych oficyn, które radzą sobie nie najgorzej. Wydawnictwa tychże osiągalne są praktycznie na terenie całego kraju. Mam na myśli publikacje niskonakładowe, dla rynku i hurtu księgarskiego nierentowne.

Smutne to i dziwne, zwłaszcza w dobie ułatwionego przepływu informacji (media tradycyjne plus wciąż prężniej rozwijający się internet). Zasmucające i dziwne tym bardziej, gdy uświadomimy sobie, że kultura winna być (i de facto jest) systemem naczyń połączonych.

Jednak, póki co, nie załamujmy rąk na pancerz i próbujmy w miarę możliwości samodzielnie rozpoznawać ciekawsze zjawiska. Ciekawsze, wartościowe; czasami mniej wartościowe i chrome, ale przecież i takie tworzą glebę dla przyszłego pokłosia dzieł znamienitszych.

Zapewne do najmniej wartościowych literacko z obecnie omawianych książek należy zbiór poezyj J. Karasia (Janusz Karaś "Wiersze znad Parsęty", nakład własny, Białogard 1999, str. 78). Sześćdziesiąt tam pomieszczonych rymowanek (opartych głównie na rymie tzw. częstochowskim) maluje pejzaże sielskie, nie stroniąc przy okazji od satyry. Pełno w tych utworach solenności i haseł społecznie słusznych. Społecznie, politycznie i moralnie. Na odwrotnej stronie karty tytułowej autor dziękuje Starostwu Powiatowemu w Białogardzie i Towarzystwu Ziemi Białogardzkiej za pomoc w wydaniu tej książki. Czytelnik raczej nie podziękuje. Chyba że za wykorzystane w tomiku rysunki uczniów Liceum Sztuk Plastycznych.

Skoro Parsęta, to spłyńmy z jej nurtem do Kołobrzegu, gdzie też ukazują się książki. Bodaj pół roku temu omawiałem w "Prowincjonaliach" mikropowieść P. Bednarskiego "Marny czas". I oto ukazała się rzecz nowa tego autora - tym razem zbiór wierszy (Piotr Bednarski "Popiół", Kołobrzeskie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne, Kołobrzeg 1999, str. 90). Starannie wydany tom zawiera siedemdziesiąt pięć utworów opatrzonych na okładce fragmentem recenzji wydawniczej M. Grześczaka, zdjęciem poety oraz odautorską notą. Najogólniej rzecz ujmując powiedzieć o tych wierszach można, iż poszukują nowej poetyki. Żarliwe uczuciowo, otwarte konstrukcyjnie i swobodnie poruszające się w języku. Gdy idzie o treść, tropem może być dedykacja - "Ocalałym z Holocaustu i Łagrów". Lektura wybitnie refleksyjna.

Znajdujemy na końcu także pewną zagadkę. Autor określa siebie jako poetę genetycznego i strukturalnego. Ciekawe, co to może oznaczać.

Pozostańmy jeszcze chwilę przy poezji. O ile kontemplując wiersze P. Bednarskiego coś emocjonalnie przeżywamy, o tyle oglądając dwie następne pozycje nie odczujemy prawie nic. Mowa o dwóch szczupłych tomikach (a raczej broszurkach lub arkuszach, bo zawierających po 10-15 utworów), które opublikowała "Gazeta Węgorzyńska" (Marcin Luft "Nasze prywatne miasta", Gazeta Węgorzyńska, Węgorzyno 1999, str. 16 i Katarzyna Andrzejewska "Zdążyć na południe przed burzą", Gazeta Węgorzyńska, Węgorzyno 1999, str. 24).

Zarówno młody szczecinianin M. Luft, jak i K. Andrzejewska prezentują nam utwory inicjacyjne, mocno czerpiące z poezji współcześnie modnej. Owe naśladownictwa, przy braku poszukiwania języka własnego (co w końcu decyduje o oryginalności - lub braku oryginalności - każdego poety) kończy się często marnymi strofami. Pisze np. M. Luft w tekście "Linia =A=": Rozjechały się tramwaje melancholii ułudy pragnień/ .../ Tory się gną/ Maszyniści pocą/ Myśli tłoczą/ .../ Żadnego rozkładu jazdy/ Żadnego celu, chęci, potrzeby/ Aby do przodu. Wtóruje mu na swój sposób K. Andrzejewska: Przepowłoko zdarzeń/ nadludzkich!/ Gdybyś umiała/ powiedzieć prosto/ - czego chcesz.

Osobiście również nie potrafię powiedzieć, czego wymieniona wyżej dwójka od świata chce. Lecz nie przesądzajmy ostatecznie. Pierwociny często bywają chybione. Może czas przyniesie młodocianym poetom jaką dojrzałość i odpowiedzialność za słowo*.

Przejdźmy teraz do prozy.

Wpadła mi ostatnio w dłonie powieść w. Oramus opublikowana przez niewielką oficynę w Szczecinie (Wiesława Oramus "Tylko lustra nie te same", Wydawnictwo Promocyjne ALBATROS, Szczecin 1999, str. 152). Zrazu czytałem ją ze sporym zaciekawieniem, ale w miarę połykania stron mój zapał słabł, by na koniec ustąpić miejsca rozczarowaniu. 

Jest to, w skrócie mówiąc, psychologizująca proza obyczajowa, z gatunku typowo kobiecych. Ot, taka sobie historia dziejąca się współcześnie, w której znaczącą rolę odgrywa płeć, społeczna presja oraz potężna tęsknota za prawdziwą miłością. Co prawda od strony konstrukcyjnej napisana bez zarzutu. Cóż z tego, skoro autorce trudno jest przezwyciężyć banalne konstatacje. Aż kusi, by zacytować dowodnie jaki fragment - ale w przypadku prozy trzeba przytoczyć przynajmniej większy akapit, gdy tymczasem miejsca na to brak.

Możliwe jest, że powieść "Tylko lustra nie te same" znajdzie czytelników. I najszybciej chyba pośród kobiet, wyżej ceniących sobie ckliwe bajdurzenie. W każdym razie życzę autorce w przyszłości lepszych książek, skoro niezły warsztat posiadła. 

Zamknąć kwartalny przegląd chciałbym pozycją nieliteracką, jednak kulturowo dla regionu znaczącą. Książką, której autorem jest L. Fabiańczyk (Lech Fabiańczyk "Apostoł Pomorza", Wydawnictwo Stowarzyszenia Przyjaciół Koszalina PRESCO, Koszalin 1999, str. 62), filmowiec, historyk z zamiłowania i dziennikarz pracujący w koszalińskiej redakcji TV Szczecin.

Jest to rzecz dokumentalna, dobrze na materiałach źródłowych oparta i co rzadkie w tego typu publikacjach - napisana wartkim, przejrzystym językiem. Naturalnie już tytuł książki zdradza znającym historię omawianą postać -  świętego Ottona z Bambergu. Warto ją poznać bliżej, wszak obchodzimy milenium chrześcijaństwa na Pomorzu. A przedstawiana pozycja dobrze wpisuje się w nurt tychże obchodów (na marginesie: znakomitą książkę o Ottonie z Bambergu - opublikowaną przez Ośrodek Dokumentacji Studiów Społecznych - napisał kilkanaście lat temu koszalinianin, niestety nieżyjący już, Gracjan Bojar-Fijałkowski).

Dodatkowym walorem "Apostoła Pomorza" są ilustracje - samego autora oraz Włodzimierza Kuklińskiego.

Mam tylko małe techniczne ale. Dlaczego, u diabła, książkę złożono tak miniaturową czcionką? Nie da się tego czytać bez lupy.

i dosyć. Cięższą podajcie mi zbroję!

Paweł Szeroki


* Z wielu przyczyn i powodów trudno mi jest nie zgodzić się z tym, co na temat "Węgorzyńskich tomików" pisze Paweł Szeroki. Mimo tej kłopotliwości uważam i akcentująco podkreślam fakt kulturowej, a nie literackiej wartości tego wydania. Wiem, że to jest grupa osób wiem, że jest p. Gutkowski i spotykają się w Sarnikierzu - Gmina Węgorzyno, w domu p. Luftów. I dla tego nazywają się Klubem "Sarni Kierz 15". Uważam, iż spotykają po to aby wzajemnie posilać się i podnosić z gnuśnie umizgliwej grzeczności zastraszająco upodlonych kolan biernie zakłamanego wchłaniania. W moim rozumieniu jest to wyraz cywilnej odwagi obecnie przytomnego bycia i próba wyjścia z konspiracji, z podziemia. I to jest właśnie ta biologicznie kłączasta wartość kultury, która jest siłą nośną i napędową gatunku, a która propogandowym zastraszeniem teoretycznie patetycznego budowania socjalizmu została stłamszona i zmierzwiającym zakłamaniem ograniczona. Bowiem ideologicznie była niewygodna i stadnie nieporęczna. Gratuluję Wam Kochani! odwagi. I witam na świadomościowo światopoglądowej powierzchni...
leon - niedziela, 30 stycznia 2000



Marzenna Lewandowska

CIEŃ

siedział zawsze na starym krześle
w rogu ogrodu
z kotem u stóp

żył tak długo
że wszyscy o nim zapomnieli
był jak element krajobrazu

nawet śmierć o nim zapomniała

a kiedy wreszcie po niego przyszła
zniknął tak cicho
jak płatek śniegu na rozgrzanej dłoni

i nadal nikt o nim nie pamięta

tylko krzesło świeci odrapaną pustką
tylko kot
miauknie czasem z żalu w skwarny dzień

nikt już nie chroni go
swym cieniem
Marzenna Lewandowska


Wyróżnienie i stopnia - XXX Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jana Śpiewaka Świdwin - Zamek 1999r.

[Spis treści]

Piotr Sienkiewicz

CZAROWNICE REALNE I WIRTUALNE

"Gdy rozum śpi, rodzą się upiory"
Francisco Goya

Trudno mi pojąć dlaczego odważyłem się na wypowiedź "w temacie"... czarownic. Może wpłynęła na to jedynie chęć spełnienia prośby Przyjaciela, by wziąć udział w Sabacie, w organizację którego wniósł tak wiele twórczego wysiłku?

To zaś oznaczałoby, albo zwykłą chęć uczestniczenia w niezwykłym spektaklu, albo jakąś próbę spłacenia pewnego długu zaciągniętego podczas wieloletniej przyjaźni. Mam na myśli coś, co powstaje w sferze emocji, wzajemnych inspiracji, zbliżania i oddalania się, tego co łączy i niekiedy dzieli prawdziwych przyjaciół. Jednym z czynników integrujących był niewątpliwie nasz bardzo sentymentalny stosunek do Łobezu i jego okolic. Naszego miasteczka los nie obdarzył ani szczególnej wartości zabytkami, ani znanymi mitami czy legendami. Stąd zapewne bierze się szczególny, wręcz obsesyjny (w pozytywnym znaczeniu, rzecz jasna) stosunek mego Przyjaciela do tragicznych losów Sydonii i rodu Borków oraz Strzmiela, nieopodal Łobezu. ale dzięki tej obsesji, losy Sydonii stały się, z kolei elementem integracji polsko-niemieckiej na ziemi łobeskiej: w każdym razie tak to odbieram. A może to sprawił duch Sydonii?

Żyjąc dostatecznie długo i doznając szczęścia obcowania z wieloma ;kobietami, a wyznaję to bez jakichkolwiek erotycznych podtekstów, ;nabrałem wreszcie przekonania, że mogę snuć pewne refleksje na temat czarownic realnych, choć bardziej interesują "dobre wróżki", oczywiście jak najbardziej realne. to jednak może budzić zaskoczenie lub jakieś podejrzenia, bowiem taka myśl pojawiła się w głowie zdeklarowanego racjonalisty. "Rozum jest, i powinien być, niewolnikiem namiętności" (D.Hume).

Reprezentując natomiast naukę, a informatyka niewątpliwie nią jest (i inżynierią zarazem), mniemam że nie istnieją żadne istotne przeszkody by wypowiadać się o czarownicach wirtualnych. Kreacyjne możliwości "wirtualnej rzeczywistości" wydają mi się nieograniczone, gdyż wybiegają niejako poza ramy dotychczas znanych form kreacji artystycznej (syntetyzując je jednocześnie), czy tylko technicznej (dzięki technice jest ona możliwa).

Gdy rozum śpi budzą się upiory realne, ale tenże rozum może kreować upiory zapełniające świat wirtualny. O tyle niegroźne, że żyjące w pamięci komputerów i poruszające się co najwyżej w komputerowej sieci takiej, jak chociażby Internet. Groźne może być zatarcie granic między światem realnym a rzeczywistością wirtualną, co może zachodzić w stanach uśpienia rozumu (?), albo zagubienia w "przestrzeni cybernetycznej". "Najpiękniejsza w Internecie jest jego otwartość. Nie można być przez nikogo kontrolowanym, zdominowanym czy wyłączonym, ponieważ jest to po prostu nieustannie się zmieniająca sieć połączeń. Jest to tak kreatywne, żywotne medium, że nikt jeszcze nie pojmuje pełni jego możliwości" (B.Gates).

W pięknej i pięknie wydanej książce pt. "Czarownice. Oblubienice szatana", jej autor J.M. Sallmann pisze: "Czary nie są wierzeniem, ;którego źródło i początek giną w pomroce dziejów, ani przesądem, lecz pewnym wyobrażeniem świata rzeczywistego i niewidzialnych sił, które go ożywiają. Sabaty czarownic i czarne msze, wielkie procesy przed trybunałami inkwizycji i płonące stosy, których obraz fascynuje nas do dnia dzisiejszego, mają swoją historię, początek i koniec (...). W połowie XV w. zachodnia Europa stanęła w płomieniach. Monstrualnych rozmiarów pożar rozprzestrzenił się jak epidemia. Na stosach palono kobiety i mężczyzn, przede wszystkim jednak kobiety. Czarownice to oblubienice szatana. Tak niosła wieść gminna, tego dowodzili sędziowie świeccy i kościelni. Wiedźmy uczestniczyły w sabatach, rzucały uroki, sprowadzały choroby i śmierć. Przez dwa stulecia tysiące kobiet padło ofiarą prześladowań. Oskarżano je o czary, poddawano torturom, a w końcu rzucano na pastwę płomieni. Dopiero w końcu XVII w. odezwały się głosy rozsądku nawołujące do opamiętania. Powoli gasły ostatnie stosy".

Potwornym dokumentem tej epoki jest osławiony "Młot na czarownice", do dziś budzący przerażenie stopniem "uśpienia rozumu", fanatyzmu i nietolerancji. Jedną z prób wytłumaczenia zjawisk zarówno tych odległych w czasie, jak i - niestety - dziejących się często na naszych oczach, jest teoria kozła ofiarnego znana także jako teoria przeniesionej agresji. Według niej, niemożność osiągnięcia lub zrealizowania ważnego celu życiowego wywołuje silną frustrację, która może prowadzić do agresji. Swoją agresję z powodu doznanych niepowodzeń frustrat próbuje skierować w inną stronę - zazwyczaj na słabsze jednostki, społeczności lub grupy mniejszościowe, czy odmienne wartości, którym przypisuje swe niepowodzenia życiowe. "... możemy szanować człowieka, dlatego że jest od nas odmienny, i możemy go rozumieć, ponieważ jest nam równy" (K. Capek).

Autorem romantycznej interpretacji mitu czarownictwa jest J. Michelet ;(1862). Uczynił on z czarownicy prototyp kobiety zbuntowanej przeciwko uciskającemu ją społeczeństwu. Dla Micheleta czarownica jest bohaterką tragedii, kobietą godną szacunku, a zarazem ofiarą prześladowań. Jedna z powieści Micheleta była, jak się wydaje, inspiracją dla zapomnianego dziś, lecz niezwykle popularnego w połowie lat 50 filmu pt. "Czarownica", w której tytułową rolę grała młodziutka wówczas Marina Vlady. Zapomniano już chyba, że film ten przyniósł modę na uczesanie "a la Marina" lub "na czarownicę". Przypominam sobie, że tak właśnie uczesaną spotkałem podczas lekcji francuskiego córkę mojej nauczycielki (w łobeskim liceum uczyła mnie języka niemieckiego). Było to pod koniec lat 50 i z czarownicami nie miało oczywiście żadnego związku.

W słynnej powieści J.Steinbecka "Na wschód od Edenu" tak przedstawiono matkę bliźniaków (jednego z nich w ekranizacji tej powieści grał James Dean): "Były czasy, kiedy taką dziewczynę jak Cathy nazwano by opętaną przez szatana. Odprawiano by nad nią egzorcyzmy, żeby wypędzić złego ducha, a gdyby po wielu próbach to nie pomogło, spalono by ją jako czarownicę dla dobra ogółu. Rzeczą, której niepodobna wybaczyć czarownicy, jest jej zdolność nękania ludzi, burzenie w nich niepokoju, rozterki, a nawet zawiści".

Historia literatury i kina przynosi bardzo wiele przykładów "femme -  fatale", kobiet występnych, będących ucieleśnieniem zła. Takimi są bohaterki "Damy z Szanghaju", "Sokoła maltańskiego", czy "Zabójców", że po przestaniemy na klasyce filmowej.

Jedną z najgłośniejszych znanych historii było opętanie zakonnic w Ludun, co stało się inspiracją filmów "Diabły" Russella i "Matka Joanna od Aniołów" Kawalerowicza, a także opery Pendereckiego, oraz słynny proces czarownic z Salem. Należą one do innej klasyki - nietolerancji i fanatyzmu. Zadziwiać może zainteresowanie autentycznymi, bądź wykreowanymi bohaterkami, które swymi czynami niosą zło, tragedie i nieszczęścia, a które bardzo rzadko budzą współczucie, najczęściej lęk. Być może dlatego, że twórcami tych kreacji są mężczyźni, którym mizoginizm nie jest bynajmniej obcy. Przyczyną takich postaw może być odwieczne przekonanie, że kobiety są niebezpiecznie blisko wszelkiej niegodziwości, zepsucia i grobu, zaś ich budzące żądzę ciała to bramy do piekła i potępienia, których niewinni mężczyźni muszą się wystrzegać. Wszak św. Jan Chryzostom pisał: "Gdybyś się zastanowił, co się kryje za tymi cudnymi oczami, profilem, ustami i policzkami, przyznałbyś, że to kształtne ciało jest tylko pobielanym grobem"

Zbyt wiele uwagi poświęciliśmy patologii obyczajowej i kulturowej, bo; jakże inaczej nazwać "polowania na czarownice" z "Młotem na ;czarownice" w ręku. Ludzie, bez względu na płeć, mogą być dobrzy i źli, mogą być przepełnieni miłością i wypełnieni bez reszty nienawiścią, dając jej upust w różny zresztą sposób.

Miał rację Machiavelli twierdząc, że "Ludzie nader rzadko potrafią być całkiem źli albo całkiem dobrzy", choć w historii bez trudu odnajdziemy wiele postaci, które utrwaliły się jako ucieleśnienie Zła, a których jakże wiele pojawiło się w XX wieku. Dziś kontaktów z czarownicami (lub czarownikami) poszukujemy przede wszystkim w literaturze i filmie, gdzie ucieleśniają "czyste zło", z którym obcujemy jednak w sposób bezpieczny, choć niekiedy skłonni jesteśmy niektóre z tych dzieł traktować jako "niemoralne". A wtedy jakże łatwiej walczyć z "niemoralnymi" książkami i filmami (bywało, że je także rzucano na pastwę płomieni), niż z trawiącymi umysł obsesjami nietolerancji i fanatyzmu. I dlatego należy się zgodzić z O. Wilde, że "Nie ma takiej rzeczy jak moralna lub niemoralna książka. Książki są dobrze lub źle napisane - to wszystko". Źli, czyli niemoralni mogą być tylko ludzie.

Rok minął od "sabatu" w Strzmielu, który był ponoć bardzo udany; i dlatego tym bardziej żałuję, że nie dane mi było wziąć w nim udziału. Zresztą, cóż mógłbym tam interesującego powiedzieć wobec znawców "czarownictwa" i losów nieszczęsnej Sydonii. Cóż mógłbym ciekawego powiedzieć o wirtualnych czarownicach, skoro nie zetknąłem się (!?) z czarownicami realnymi. Wydawało mi się, że znam kobiety, lecz to błąd, który nie obcy był wielu słynnym i przeceniającym swe możliwości "znawcom", tj. pragnącym za takowych uchodzić. Gdy kiedyś szczerze odważyłem się napomknąć w "Łabuziu" o mych pierwszych tzw. erotycznych wrażeniach, jakże skromnych, spotkałem się z oburzeniem pewnego "moralisty", czym zniechęcił mnie nie tylko do tego rodzaju zwierzeń. Obawiam się, że wyrażenie współczucia dla "czarownic" i nie skrywanie odrazy dla ich tropicieli, będących kwintesencją nietolerancji i fanatyzmu, nienawiści do wszystkiego co odmienne i niezrozumiałe dla ograniczonych umysłów, może być podobnie przyjęte. Być może bezpieczniej jest pisać o rzeczywistości wirtualnej oraz wirtualnych czarownicach i wróżkach, których nie należy się obawiać, gdyż są to tylko cybernetyczne fantomy. czy kobiety w cybernetycznej przestrzeni mogą być równie piękne, zmysłowe, fascynujące itp. jak te realne? Podzielam opinię jednego z mych ulubionych bohaterów Ph. Marlowe'a (z czarnych powieści R. Chandlera), który mawiał: "Kobiety, które się ma i te, których się nie ma, żyją w dwóch różnych światach. Ja nie lekceważę ani jednego ani drugiego - należę do obu".

Piotr Sienkiewicz



Paweł Kozioł

***

Jeśli nie widać dłoni powiedz w jaki sposób
ciemność przesypać ma się między nimi
zanim zgęstnieje w obietnicę światła

Jeżeli pokój z przestrzeni odarty
przez to, że wszystkie światła pogaszone
jeśli zamknięte oczy
nawet oczy wierszy

to jak mam dostrzec twoje drobne gesty
po drugiej stronie mroku, drugiej stronie świata

Paweł Kozioł


Wyróżnienie i stopnia - XXX Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jana Śpiewaka Świdwin - Zamek 1999r.

[Spis treści]

Lech M. Jakób

DRAPIEŻCY

"TRÓJKĄT ŚMIERCI
Podczas rutynowego obchodu Jeziora nadleśniczy Andrzej Hok dokonał niecodziennego odkrycia. Znalazł w Zatoce Spokojnego Żeru trzy martwe zwierzęta złączone uściskiem: szczupaka, wilka i bielika.

Początkowo sądził, iż trafił na ślad kłusowniczej działalności. ale przeczyło temu odgryzione skrzydło orła. Przytrzymywany jego szponami szczupak miał rozdarty brzuch. Wilk był okulawiony. Ostry dziób bielika głęboko poranił też wilczą szyję. Woda wokoło była czerwona od krwi, a ciało wilka jeszcze ciepłe. Do dramatu musiało dojść tuż przed przybyciem nadleśniczego.
Skontaktowaliśmy się w tej sprawie z Instytutem Ochrony Przyrody. Nie potrafiono nam wyjaśnić, jak do podobnej sytuacji mogło dojść. Natomiast wyrażono zdumienie obecnością wilka. Gatunek - canis lupus - zniknął z tego obszaru blisko pół wieku temu. Pojawienie się wilka zapewne ma związek z wieloletnim programem całkowitej ochrony Jeziora i przyległych terenów, zmierzającym do przekształcenia strefy w rezerwat krajobrazowo - ornitologiczny.
(jn)
("Gazeta Pomorska" nr 217, 18.09.1995r. )

Rozdział III - lipiec

Odcinek VIII

Ryba Nadal kwitło sitowie. Kwitły również niebieskawe przetaczniki, rozwijała się tojeść odcieniem żółci ustępująca grążelom, a pośród pływających liści bielały grzybienie. I nie tylko pas oczeretów znaczyły barwy dojrzewających roślin. Także pod wodą kwitło ich sporo. Między innymi rogatek. Zaś swoje kwiatostany wysuwały nad powierzchnię wody rdestnice, wywłóczniki oraz moczarka.

Właśnie w gąszczu moczarki znalazł szczupak nową kryjówkę, W poprzednim miejscu nadmiernie prześladowały pijawki. Uciekał od nich, gdy tylko było to możliwe. Przysysając się do ciała potrafiły nieźle dokuczyć. Zwłaszcza w trakcie spoczynkowych postojów. I jeśli nie zorientował się w porę, później ze zrzuceniem pasożytów były kłopoty.

Czatownia na skraju roślinności miała jeszcze i tę zaletę, że masowo kręcił się tu wyrośnięty już narybek. Co prawda nie na tyle jeszcze duży, by skusić do wychwytywania sztuk pojedynczych. Za to wystarczająco atrakcyjny dla grasujących w pobliżu okoni. I one stanowiły główny cel szczupaka. Wypadał od czasu do czasu spomiędzy roślin i porywał upatrzoną ofiarę.

Po każdym takim ataku pasiaste drapieżniki rozpraszały się. Lecz obrzeże bujnie porośniętego moczarką zbocza niebawem ściągało kolejne zastępy narybkożerców. I duży drapieżca mógł się sposobić do wypadów następnych - w dowolnej porze dnia.

Sytuacja zmieniała się po zmierzchu. Systematycznie rosnąca ciepłota wody przyspieszała wegetację roślin. A te, przy intensywnym nasłonecznieniu, oddawały tlen, by nocą odbierać. Co zmuszało narybek do przesuwania się na noc w stronę odsłoniętych płycizn.

O zmroku szczupak również zmieniał stanowisko, chodząc głębiej, nawet do dziesięciu metrów, gdzie panowała stabilniejsza temperatura. Pierwsze letnie upały podniosły ciepłotę wód do tego stopnia, że w niższych partiach jeziora utworzyła się termoklina. Z reguły nie przekraczał tej warstwy, mimo iż niżej nadal jeszcze było sporo tlenu. Zresztą dotąd nie przywykł do większych głębokości, całe życie spędziwszy w płytkim stawie. Choć sporadycznie zdarzał się rajd w głąb toni za ławicą siei.

Niestety, obecnie obrane miejsce zasadzki miało i wady. Lubiły tu polować kormorany. A każde ich przybycie płoszyło narybek skuteczniej od okoni. Lecz byłby zniósł wizyty czarnych ptaków - wszak nie nurkowały w tym rejonie długo. Do opuszczenia stanowiska skłoniło ponowne spotkanie z wydrą.

Wreszcie ujrzał w pełnym świetle lądowego drapieżcę. Z filtra przemykającej wśród roślin wydry uwalniały się srebrzyste bąble powietrza. Mknęła falistymi, ruchami, a gibkość jej zwrotów kładła wzdłuż pyska sterczące wibrysy.

Szczupak, spłynąwszy stokiem, przywarł do dna w pierwszym napotkanym zagłębieniu. Pamięć ostatniego pościgu się nie zatarła. I więcej zaskoczyć się nie da.

Uczucie zagrożenia powoli ustępowało. Tu, w dole, mimo dnia panował półmrok. Słoneczne promienie przenikały tylko górną strefę, do kilku metrów od powierzchni. A dodatkowo osłaniały nierówności zbocza.

Niebawem opuścił tymczasową kryjówkę kierując się na zachód. Połknięty rano mały okoń nie mógł zaspokoić głodu. A linie boczne odebrały serię obiecujących sygnałów. Gdzieś niedaleko trwał ożywiony ruch.

Podniecenie rosło w miarę, jak pokonywał dzielącą od źródła dźwięków odległość. Pierwotnie płynął równolegle do zbocza, by wkrótce skorygować kurs i lekko podciągnąć ku górze. Poprawiła się widoczność. Ujrzał leszcze ryjące w mule stoku. Jednak nie one go interesowały. Minął pasie cielska bez emocji. Również na leszczach pojawienie się drapieżnika nie zrobiło wrażenia. Z wyjątkiem najmniejszego, który na wszelki wypadek ustawił się bokiem, demonstrując w ten sposób niepodatność na ewentualny atak.

Trochę dalej stok się urywał. A od strony głębi toń przegradzało strome wybrzuszenie dna. I właśnie za nim panował niezwykle ożywiony ruch drobniejszych ryb. Tym bardziej intrygujący, że ograniczony do niewielkiej przestrzeni.

Nieco zwolnił, zdezorientowany zagęszczeniem potencjalnych ofiar. Rozpoznane ukleje krążyły w obrębie słupa utworzonego przez pionowy prąd. Wynoszona ku górze woda była nie tylko mętniejsza od planktonowych glonów. Wyczuwało się także znaczną różnicę temperatur. Żerujące wewnątrz ryby zdawały się nie zwracać na nic uwagi, poza oczlikami i rozwielitkami.

Nigdy przedtem czegoś podobnego nie spotkał. Wyglądało na to, że szybko i bez wysiłku zapełni żołądek. Cóż, skoro chęć nie pokrywała się z możliwością. Ukleje co prawda wirowały w zasięgu skoku, lecz wytypowania konkretnej niweczył tak pobudzający zmysły ich nadmiar. A jakoś żadna z ryb nie chciała na tyle oddalić się od reszty, by zapewnić atakowi powodzenie.

Opłynąwszy ciasno zgrupowane ofiary zatrzymał się przy dnie w oczekiwaniu na stosowniejszą chwilę. Obrzeże słupa raz po raz lśniła jaśniejszymi refleksami boków uwijających się ryb. Wyżej, patrząc pod światło słońca rozpraszane powierzchnią wody, dawały się dostrzec jedynie ich sylwetki. Ciemne i często zachodzące na siebie w koncentrycznym ruchu.

Czas mijał. Nieustanną gotowość do ataku drapieżcy zdradzało tylko przyspieszone wachlowanie płetw piersiowych i nieznacznie rozchylony pysk. Wreszcie napięcie wzrosło do tego stopnia, że dłużej wytrzymać już nie mógł. Uderzył na oślep, niemal w sam środek kłębowiska.

Mimo dynamicznego startu nie zyskał na tym nic, poza częściowym rozładowaniem napięcia, Ukleje prysnęły równie szybko. Za to skorzystali z tego inni. Ujrzał dwa cienie podrywające się z przydennych rozpadlin. Dwa obce szczupaki w dwóch udanych wypadach. Niechcący przysłużył się czyhającej konkurencji. Cierpliwszej i bardziej doświadczonej.

Wydawało się, że nie ma po co wracać. Spłoszone potrójnym atakiem ukleje rozpierzchły się, interesujący dotąd rejon opustoszał. Szczupak przemknął może dwadzieścia metrów dalej, by znaleźć ostoję za niewielką kępą ramienic. Jedyną w najbliższej okolicy.

Nowe miejsce różniło od poprzedniego odmienne ukształtowanie dna. Gdzie okiem sięgnąć ciągnęła się twarda, piaszczysta równina, z rzadka usiana kamykami i skorupami małż. Mizerne ramienice ledwo osłaniały przybysza, który nawet nie zwrócił uwagi na kręcący się opodal tegoroczny narybek sandacza. Niektóre z agresywniejszych mikrusów w pogoni za jeszcze mniejszymi jazgarzykami podciągały całkiem blisko. Jednak nie o taki łup odpoczywającemu szło. Zamierzał niebawem ruszyć dalej, ku brzegowi.

i rzeczywiście skręcił wkrótce w stronę wypłycenia. Zapewne też prędko byłby tam dotarł, gdyby nie doskonale znane wcześniej sygnały ożywionego ruchu. Nie miał wątpliwości. W dopiero co opuszczonym rejonie na powrót grupowały się ukleje!

Natychmiast zmienił kurs. Tym razem nie powtórzy błędu z przedwczesnym atakiem. Jak sobie skutecznie radzić z zagęszczeniem ofiar pokazali już jego pobratymcy.

Lecz nie zdążył zbliżyć się do obiecującego skupiska ryb. Raptem o powierzchnię wody coś pacnęło. Uderzeniowa fala dźwięku była tak nagła, że znieruchomiał przy dnie. Spojrzał w górę. Niecałe cztery metry nad nim szamotał się... karaś. Ranny i sypiący łuskami. Przypuszczalnie zgubił go jakiś drapieżny ptak. Podobne sytuacje zdarzały się w przeszłości niejednokrotnie.

Szczupak, otrząsnąwszy się wystartował natychmiast. Pośpiech dyktowała konieczność. Bowiem niespodziewany dar z nieba skusił również jednego z konkurentów czających się w pobliżu uklejowej gęstwy.

Dotarli pod powierzchnię prawie jednocześnie choć pierwszy chwycił karasia przybysz z równiny. W ułamek sekundy później ogon ofiary znalazł się w zachłannym pysku drugiego. A trwającą jakiś czas utarczkę zakończyło dopiero pojawienie się orła.

Żaden z walczących o zdobycz szczupaków nie dojrzał niebezpieczeństwa w porę. Szpony powietrznego łowcy wybrały grzbiet najbliższej ryby. Okazał się nią drapieżnik do ostatniej chwili trzymający karasia za ogon.


Wilk Basior, stojąc na cyplu, przyglądał się bielikowi dłuższy czas. Widział jego energiczną pogoń za rybołowem niosącym karasia, Uciekający zgubił zdobycz obok zatoki. Obaj lecieli nisko, odgrodzeni trzcinami wschodniej części jeziora, przez co wkrótce stracił ich z oczu. I już chciał zawrócić, gdy birkut pojawił się znów. Tym razem samotnie.

Wydawało się, że chce podjąć upuszczoną rybę, której hałaśliwe przewrotki dostrzegalne były i z brzegu. Jednak karaś w pewnym momencie zniknął pod wodą. Nie zrażony tym bielik wzniósł się wyżej, okrążając ów rejon, by po kilku sekundach uderzyć w jezioro wysuniętymi do przodu szponami. Chwilę tak trwał zanurzony po piersi. Jego skrzydła pracowały coraz mocniej i mocniej, aż w końcu dźwignął się, ukazując wilczym oczom okazałego szczupaka.

Upolowana ryba ważyła niewiele mniej od łowcy. Orzeł z widomym trudem wlókł żywą jeszcze zdobycz. Szczupak, przytrzymywany pazurami za grzbiet, potrząsał pyskiem, zaś jego wierzgający ogon co rusz wzbijał nowe strugi wody.

Widok skręcającego w głąb zatoki bielika napełnił obserwatora przejściową nadzieją. Liczył na to, że obciążony ptak zechce wylądować przed lasem. Wówczas istniałaby szansa odbicia zdobyczy. Lecz stało się inaczej. Birkut, nabrawszy prędkości, wzleciał wysoko, by ostatecznie zniknąć za linią drzew.

Rozczarowany basior opuścił cypel. Nic go tu już teraz nie trzymało. Napił się, napatrzył i pora była wracać tam, gdzie w spokoju mógł: odpoczywać dalej. Letni dzień nie sprzyjał łowom. Zwłaszcza rosnące upały.

W lesie panowała cisza. I znacznie przyjemniejszy chłód. Nie spieszył się, węsząc po drodze. Okolicę jeziora odwiedzało sporo zwierzyny. Teraz też znalazł tropy kilku potencjalnych ofiar. Między innymi junata i tchórza. Krzyżowały się ze sobą, rozchodząc w różnych kierunkach. Niestety, tropy zwietrzałe i przytłumione zapachami leśnych myszy.

Gdzieś w pobliżu kręcił się także jaźwiec. Ożywienie wilka wzrosło jeszcze, gdy trafił na świeży trop z rozrzuconymi resztkami gniazda ziemnych os. O tym, że kopacz dopiero co tu był, świadczyły nie dojedzone plastry i wisząca w powietrzu charakterystyczna won. Natychmiast ruszył wyczuwalnym tropem.

Cóż, nowa nadzieja zgasła szybko. Jaźwiec, wcześniej odkrywszy zagrożenie, umknął do nory, A jej wejście, wąskie i zarośnięte dzikim bzem, sforsować się nie dawało. Dwakroć próbował swego czasu. Teraz nie wsunął tam nawet nosa.

Opuściwszy w końcu przyjeziorną strefę posznurował dalej. Zapoluje wieczorem.

Z góry opadały drobne skrzydlate orzeszki dojrzewających brzóz. Za brzozami pojaśniało. W prześwietlonych miejscach nad kosmatymi pędami szaroty i kwitnącym dziurawcem roiły się motyle. Lubił tu odpoczywać. Lecz wiosną, gdy kości łaknęły słońca. Obecnie pragnął tylko głębokiego cienia i chłodu.

Wkrótce nozdrza wypełniła silna żywiczna woń. Był już w sosnowym borze, nieco dalej przechodzącym w las liściasty. I właśnie tam spocznie na resztę dnia. Osłonięty gęstymi koronami drzew. W ostępie mrocznym i nie tak ciepłym w porównaniu z innymi rejonami lasu.

Nie zdążył zareagować. Spod nóg zerwała się spłoszona słonka. Odprowadził ją wzrokiem i minąwszy zarośniętą malinami granicę boru wbiegł między dęby. Od razu; pochłodniało. Zwolnił, wreszcie przystanął. Dosyć szwendania. Lepszego miejsca w okolicy chyba nie znajdzie. W każdym razie szukać nie zamierza. Obwąchał jeszcze sąsiadujące krzewy i rozgrzebawszy podszyt z lubością legł na gołej ziemi.

Jedynie komary od czasu do czasu przerywały drzemkę. Kładł wtedy łeb bezpośrednio na poszyciu i zakrywał wrażliwy nos łapą.

Śnił niewiele. Dopiero u schyłku dnia jedna z wizji skonkretyzowała się, wsparta nowym zapachem. Opodal przeszedł dzik. Woń jego była słabo wyczuwalna, lecz wystarczająca do wychwycenia przez wilcze nozdrza. Basior ujrzał dzika w rojstach. Migawkowe wspomnienie tyczyło wczesnych, ale pamiętnych lat młodości. Gdy przed huczką rozsierdzony odyniec przeorał mu szablami bark.

Przykry obraz rozbudził wilka. I choć nikła woń dzikiej świni nadal smażyła się w powietrzu, nie ruszył jej śladem. Próba samodzielnego pozyskania dzika mogła okazać się zbyt niebezpieczna. Musi rozejrzeć się za ofiarami pewniejszymi. I na miarę jego obecnych sił.

Basior przeciągnął się i posznurował rutynową trasą. Biegła ona aż do torfowisk na północy, potem wzdłuż krawędzi lasu na wschód, by później skręcić w stronę jeziora - niecałą godzinę truchtem. Nad wodą zawracał ku zachodowi, przez obrzeża zatoki i rejon dawnego stawu. W sumie od wieczora do rana patrolował duży obszar, rzadko zbaczając z ustalonych ścieżek.

Niedaleko torfowiska drzewa przerzedzały się. Wilk zwolnił, podskoczył i wylądował na przednich łapach z nosem przy ziemi. Niewiele brakowało, by leśna mysz uwięzła w jego siekaczach. Lecz chybił, jak prawie zawsze podczas prób chwytania gryzoni.

Zamarł na moment z wyprostowaną głową, obracając jedynie uszami. Ciche popiskiwania, szmery i chrzęsty docierały zewsząd. Nie widział myszy, za to słyszał i czuł je doskonale. Także obecność tumaka nie uszła uwadze. ale ten podejść się nie da. Chyba że przez zaskoczenie. Co z kolei uniemożliwiało suche i trzeszczące na każdym kroku podłoże.

W prześwitach drzew na tle rozgwieżdżonego nieba bezszelestnie przemknął puszczyk. Stary łowca potrząsnął głową i ruszył dalej. Wschodni kierunek truchtu przecięły świeże tropy dzików, jelenia oraz lisa. Sznurując za tym ostatnim dotarł w pobliże łąk. Po drodze, w jednym z mokrych dołków, trafiło się kilka żab. Połknął małe kąski bez rozgryzania.

Wtem czujność jego się wzmogła. Niemal wpadł na truchło kury. A właściwie kurczaka. I co dziwne, prawie pozbawionego piór. Nieufnie obwąchał znalezisko, wyławiając nikłą woń człowieka. Padlina była świeża i gdyby nie ów odstręczający zapach, byłby zmiótł ją natychmiast. Możliwe, że łup zawdzięczał lisowi. Wszak zdarzało się wcześniej napotykać szczątki drobiu w tym rejonie. Lisy przynosiły zdobycz od strony ludzkich zabudowań, tu właśnie ucztując. Jednak nie zaszkodzi sprawdzić okolicy.

Pomyszkował trochę w pobliżu i nie trafiwszy na nic podejrzanego, prócz krzyżujących się lisich tropów, wrócił do padliny. Pochłonięcie jej zabrało niewiele czasu. Wprawdzie przy ostatnich kęsach poczuł coś gorzkiego, ale nie przejął się tym.

Kryjówkę, w której swego czasu złożył nie dojedzoną resztę upolowanej sarny, wielokrotnie przeszperały już inne zwierzęta. Zwłaszcza lisy i ptaki. Pozostało tylko kilka rozwłóczonych kości. Jednak zajrzał tam, będąc niedaleko. Cóż, obecnie zniknęły nawet fragmenty kręgosłupa. Nie ostała się ani kosteczka do przeżucia. I właśnie zamierzał skręcić w stronę jeziora, gdy coraz mocniej dokuczające "burczenie brzucha raptem przemieniło się w ból.

Aż przysiadł z wrażenia. Owszem, w przeszłości zdarzały się dolegliwości żołądkowe. Choćby po spożyciu zepsutego mięsa. ale nigdy równie ostre. Zdezorientowany nagłym cierpieniem ruszył bez zwłoki w głąb lasu.

Szarpiący trzewiami ból rósł, a każdy krok powoli przemieniał się w mękę. Szczęściem znalazł to, czego w podobnych okolicznościach zwykle szukał. czyli pokrzywy. Pożerał je bez opamiętania i szybko. Wreszcie nadeszły oczekiwane torsje i razem z pokrzywami wyrzucił z siebie całą treść żołądka.


Orzeł Szary włóczęga słaniając się dotarł do brzegu i półleżąc zachłannie chłeptał wodę. Obserwujący tę scenę bielik jakiś czas kołował jeszcze w pobliżu, by wkrótce obniżyć lot i przysiąść na wyschniętym konarze olchy.

Zachowanie wilka wyglądało nienaturalnie. W innych okolicznościach być może zainteresowałby się osłabionym czworonogiem. Lecz teraz brakowało mu do czatowania cierpliwości. I nie odczuwał głodu. Dręczyła go samotność.

Powoli zaczynał pojmować, że samicy z młodymi nie ujrzy już nigdy. Daremnie szukał i nawoływał ich dzień po dniu. Ze szczególną mocą dotarło to do niego minionej nocy. A właściwie nad ranem, gdy się przebudził.

Zwykle nie śnił wiele. Tym razem jednak wspomnienie senne było wyjątkowo wyraźne. I dojmujące.

Ujrzał ostatni lot godowy w zimowej scenerii. Gdy wspólnie z samicą wznosili się bardzo wysoko nad ziemię, krążąc wokół siebie z głośnym wołaniem. Podniecona samica przekręca się w powietrzu na grzbiet i wyciąga w jego stronę szpony. On chwyta je swoimi i tak złączeni opadają w dół ruchem obrotowym aż nad gniazdo, gdzie po kolejnym rozłączeniu i nagłym zwrocie znów wzbijali się w górę.

Takim właśnie obrazem rozbudzony natychmiast wystartował. Serce jego tłoczyło krew jak oszalałe. Zdecydowane uderzenia skrzydeł niosły go coraz wyżej i wyżej, aż... nadeszło opamiętanie. Bolesne, wtrącające w apatię. Wolno kołując zszedł nad wodę. W tym momencie nie chciało mu się nic.

Huśtawka nastrojów jednak trwała. Gdy otrząsnął się, ponownie wyniosło go w powietrze. Niebawem wilk pijący wodę zmalał do rozmiarów sosnowej szpilki, a otoczone lasami jezioro ledwo przypominało kałużę. Północny powiew przyniósł zapach morza. Birkut skręcił pod wiatr.

Dawno nie opuszczał rejonu jeziora. Bo też nie było takiej potrzeby. Dostateczna ilość pożywienia gwarantowała pewne przetrwanie na miejscu.

W prostej linii jezioro od słonej wody dzieliło trochę ponad sto kilometrów. Dwie, może dwie i pół godziny aktywnego lotu - zważywszy na przeciwny wiatr. Bielik parł niestrudzenie, odruchowo korygując trasę przy każdym zmienionym podmuchu.

Na prawo od niego wstawało przymglone rozrzedzonymi chmurami słońce. Dołem wolno przesuwały się pola. Na ogół otwarte, choć często poprzecinane drobnymi ciekami oraz drogami. Od czasu do czasu mijał większy zagajnik lub wieś.

Wszystko to widział nie widząc. Przejściowo przyciągały wzrok jedynie ruchome obiekty, jak i on unoszące się w powietrzu: jerzyki, jaskółki, kobuzy oraz kołujące nad łąkami bociany. Dłużej obserwował krogulca, którego dopadło wędrowne stado szpaków. Chmara tak zwarła szeregi, że otoczony ze wszystkich stron zniknął w szczelnym kordonie.

Zapach morza stawał się coraz silniejszy i wreszcie birkut dostrzegł na horyzoncie niebieskoszarą linię. Wkrótce linia przybrała rozmiary pasa, by w końcu przeistoczyć się w morski bezkres. Zmęczony długim lotem usiadł z rozpostartymi skrzydłami bezpośrednio na wodzie.

Łagodnie kołyszące fale, znajoma woń oraz nawoływania mew szybko wprawiły bielika w stan odurzenia. Dłuższy czas nie bardzo wiedział, co się z nim dzieje.

Tu spędził pierwsze pięć lat życia, Tu, przy krawędziach zlodzeń, czatował niegdyś na zdobycz. Gnał za kutrami wybierającymi sieci, toczył walki z gromadą rybitw. Tu także poznał swoją samicę. Teraz przeszłość wracała. W ułamkach i przyćmiona upływem czasu.

Niebawem otrząsnął się. Lekko wyniesiony w górę kolejną falą ujrzał wydrzyka zbierającego coś z powierzchni. Ożywiony uczuciem głodu wzbił się w powietrze. Lecz nie wydrzyk zaciekawił. Skusiło duże zagęszczenie podekscytowanych mew - nieomylny znak wypatrzonej zdobyczy.

Krzyczące bractwo kłębiło się pod klifowym brzegiem. Bielik, nie bacząc na protesty, bezceremonialnie je rozpędził. Wśród kamieni leżała martwa flądra. I to sporych rozmiarów. Jednak z posiłkiem należało się spieszyć, gdyż natręctwo rozeźlonych konkurentów było dosyć uciążliwe. Zuchwalsi potrafili wyrywać kąski wprost spod dzioba.

Wreszcie znękany nieustannymi atakami porzucił resztki zdobyczy. Może się nie najadł do syta, ale odzyskał spokój.

Słońce stało już wysoko. Bryza ucichła. Wzleciał nad klif, by po krótkim kołowaniu przysiąść na korzeniach sosny. Podmyte drzewo zwisało z urwiska koroną w dół. Niemal pionowy piaszczysty stok kończył się przeszło dwadzieścia metrów niżej. Idealne miejsce do odpoczynku i obserwacji.

U podnóża klifu wciąż trwał ruch. Jedna z mew próbowała ujść z większym kawałkiem flądry, ciągnąc za sobą sznur czujnych współtowarzyszek. Ucieczka nie powiodła się - wytrącony kąsek spadł do morza. Nurkujące w ślad za nim najszybsze ptaki niemal ocierały się o siebie skrzydłami.

Bielik nie interesował się zamieszaniem w dole. Uporządkowawszy pióra znieruchomiał wpatrzony w horyzont. Trwający od rana niepokój częściowo zelżał. Wracały również siły po wyczerpującym przelocie. W kilkanaście minut później zeskoczył z urwiska i nabierając prędkości poszybował wzdłuż nabrzeża.

Nieco dalej klif obniżał się, przechodząc w pasma wydm. Ich wzgórza, z rzadka porośnięte bylicą, wiodły ku zachodowi. Nagrzany południowym słońcem piach oddawał ciepło powietrzu. Orzeł czas jakiś wykorzystywał prądy wznoszące do nabrania wysokości. Na oczekiwanym pułapie przechwycił go północny wiatr. Skręcił w głąb lądu, zdecydowany wracać.

Teraz lot nie sprawiał już takich kłopotów. Niesiony równomiernym ciągiem szybował swobodnie i bez wysiłku. Lecz nie do końca. W połowie trasy zderzył się z południowowschodnim frontem. Napotkane masy powietrza były suche i cieplejsze od północnych, Nie dały się także ominąć. Szły zwartą ścianą, spychając wędrowca z kursu. Szybowanie musiał zastąpić lot aktywny. ale i tak droga powrotna zabrała mniej czasu.

Będąc blisko jeziora znów poczuł głód. Spotęgowany jeszcze widokiem kobuza, który niósł w szponach przed momentem upolowaną jaskółkę. Smigłoskrzydły łowca rozdzierał ofiarę w locie. Mały drapieżca - mała zdobycz. Bielika zadowolić mogło coś pokaźniejszego. Tedy uważniej przepatrywał obszar pod sobą.

Potencjalnych ofiar kręciło się w dole sporo. Z torfowiska startował bekas. Nieco dalej przemykały rycyki i brodźce. Za lasem natomiast, przy zatoce, tracze prowadziły swoje młode. Cóż, skoro odkrywano jego obecność, zanim w ogóle jakikolwiek atak okazywał się możliwy. Zaś kaczki podniosły taki rwetes, że ostrzeżone ptactwo wodne, łącznie z perkozami i traczami, rychło zniknęło wśród oczeretów.

Nie zrażony tym birkut zszedł nisko nad wierzchołki drzew, powoli sunąc w stronę czaplińca. Zamierzał starym sposobem ześliznąć się zza linii lasu w prześwity trzcin i spróbować zgarnąć którąś z młodych i mniej ostrożnych czapli. Ten sposób polowania zwykle w co drugim podejściu wieńczyło powodzenie. Szczególnie teraz, gdy młodociane osobniki przyuczały się do samodzielnego żerowania na skrajach płycizn.

Lech M. Jakób


Powieść ukaże się nakładem Oficyny Wydawniczej MULTICO jesienią b. r.

[Spis treści]

Julia Możdżyńska

GĄSIENICA

Znajdę kiedyś kogoś, kto mnie pokocha,
mnie, włochatą, zieloną, brzydką gąsienicę.
Znajdę kiedyś kogoś, kto mnie pokocha
i uczyni błękitnym motylem.

Znajdę kiedyś kogoś, kto się do mnie uśmiechnie,
do mnie, włochatej, zielonej, brzydkiej gąsienicy.
Znajdę kiedyś kogoś, kto się do mnie uśmiechnie
dzieci będą patrzeć na mnie z zachwytem.
Julia Możdżyńska


Wyróżnienie i stopnia - XXX Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jana Śpiewaka Świdwin - Zamek 1999r.

[Spis treści]

KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między pisarzami. Na naszych łamach korespondują ze sobą Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób.
pkl "Łabuź"


 

Podkowa Leśna, 31.12.1999

Drogi Lechu,

Więc już wiesz. Małgosia nie żyje. Byłem nią tak zajęty, że nie wiedziałem, na jakim świecie żyję. Narobiłem długów, legły w zapomnieniu liczne prace, ale mogę każdemu spojrzeć w oczy - jako jedna z nielicznych w Polsce miała komfort umierania. Na pewno nie dopilnowałem wszystkiego, sypiałem po dwie godziny i mało jadłem, ale nie dopuściłem do tego, żeby była wśród obcych i obojętnych. Z tym w naszych szpitalach jest bardzo źle, powiedziałbym tragicznie. Nie wiem, jak wołać w tej sprawie, co chwila ktoś umiera sponiewierany. 

Biedna, nie chciała się żegnać z życiem, to gorsze niż sama śmierć. Na pocieszenie powiem Ci, a wiem, że ją bardzo lubiłeś, że kiedy nawet nie mogła już mówić, dawała dyspozycje, co ja mam zrobić z sobą i jak sobie ułożyć dalsze życie. Wspaniały człowiek nam odszedł, Lechu.

Natychmiast po pogrzebie zacząłem zabierać z galerii wszystkie jej zachowane prace rzeźbiarskie i jubilerskie, żeby nie przepadły, a przede wszystkim oddałem jej piosenki muzykom do aranżacji. Piękne i atrakcyjne, do słów znanych poetów, słyszałeś niektóre w jej domowym wykonaniu u Mariana Wiszniewskiego. Są nimi zainteresowane znane postaci estrady. O rozpowszechnianiu i reklamowaniu swojej twórczości (a taki przecież powinien być przymus twórcy) zawsze zapominała, teraz ja to za nią zrobię. Co do naszego "rodzinnego" słownika frazeologicznego (ukaże się za półtora roku), to na dwie godziny przed śmiercią prawie na migi dyktowała mi zwroty i wyrażenia potoczne wraz z definicjami! A na godzinę przed pytała: "Czy ja już umarłam?" "Nie" - odpowiadałem. "To zapisz jeszcze albo rybka albo pipka". Była dowcipna. Nagle jej główka opadła, zrobiła się niezmiernie ciężka. 

Dzięki za list z listopada. Nie mogłem się z Tobą skomunikować na początku grudnia w czasie XXX Konkursu im. Jana Śpiewaka. Chyba telefony się zmieniły, bo nie udało mi się dodzwonić do Kołobrzegu, nie chciałem zaś jechać na pałę. Chyba miałeś niedzielny dyżur w pracy. Dopadła mnie w Świdwinie dziennikarka z radia (znasz ją), bardzo miła, kompetentna i zawodowo rzeczowa, i pytała, co ja jestem taki agresywny i czepiam się tych wszystkich wielkich (to w tych naszych listach): Miłosza, Szczypiorskiego itd. Zabrakło czasu, żeby wyjaśniać wszystko ab ovo, ale to chyba jakieś nieporozumienie. Czepiam się, owszem, ale ich ułomności i pojedynczych błędów, bo nie śmiałbym przecież negować ani zasług, ani dorobku w całości. Zresztą zawsze mają szansę odpowiedzieć na te "ataki". Domyślam się, że "Łabuź" ma dla nich tyle miejsca, ile zechcą (trzeba by zapytać Pana Leona).

Cieszę się, że wreszcie podpisałeś umowę na "Drapieżców", że gonisz z tomikami. Ja z kolei siedziałem sporo nad "Łaziebnym", o którym już zaczynają krążyć legendy, a którego nikt nie widział. Siedziałem z duszą na ramieniu. to jest straszna książka (prawie skończona). Przewidziałem w niej wypadki, jakie potem mieliśmy z Gosią. Nie wiem jak to było możliwe, to jakiś siódmy zmysł. Musiałem nawet powycofywać z niej fragmenty, bo nagle okazały się zbyt zbieżne z moją późniejszą (sic!) biografią i mogłyby wyglądać na przesadny ekshibicjonizm. Pewnie rozumiesz ten ból, Ty też miałeś podobne prewidystyczne zdarzenia. 

Jest pewien szkopuł, nad którym się biedziłem. Otóż pod tytułem "Łaziebny" wydrukowałem na początku lat 80. ("Pismo Literacko-Artystyczne", Kraków) opowiadanie. Niby o tym samym, ale kompletnie inne i pisane innym językiem (strasznie gęste). Nie wiedziałem co z tym fantem począć, bo ta powieść musi mieć właśnie taki tytuł. Wreszcie znalazłem sposób. Opowiadanie będzie częścią książki (ale nie powieści) jako materiał dowodowy. Aneks czyli załącznik. A szukałem czegoś takiego latami, zachodziłem w głowę, jak sobie dać radę z połączeniem w tym utworze lat 70. i obecnych, nie popadając w nędzny postmodernizm, tę zakałę kultury. Udało się. 

Internet i komputer. Dobrze, że Ci to wchodzi w nawyk. Niestety czasy mamy istotnie elektroniczne. Wydawcy, radiowcy i filmowcy przestają rozumieć człowieka, który nie ma e-maila. Koniecznie podaj mi swój adres. Będę Ci wysyłał listy od razu szybką pocztą, a poza tym skontaktujemy się systemem "na co dzień". Mój adres jest następujący: pmuldner@mp.pl (z niego korzystaj). Jest też drugi, mniej ważny: pmuldner@bibl.amwaw.edu.pl. Na moje strony odsyłam Cię do http://www.bibl.amwaw.edu.pl/LPJ. Jest tam spory kawałek o Małgosi (http://www.bibl.amwaw.edu.pl/LPJ/Gosia.htm), napisany przez jej kolegów z Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, ze zdjęciami. Wkrótce (w styczniu 2000) dołączę jej najciekawsze piosenki nagrane na koncercie w zeszłym roku. Będzie je można ściągnąć na swój komputer.

Komputer ma wady, np. pozorne ułatwienia (jak np. słownik w Wordzie), które jednak wymagają tej samej wiedzy i umiejętności, jak przy pisaniu ręcznym. Pisanie długopisem czy na maszynie wyzwala pewne pokłady stylu, które są zabijane przez ekran. ale na to jest rada (może na 90%, ale zawsze). Wydrukować i przeczytać kilka razy. Poprawić. Napisać co trzeba jeszcze raz. to daje jeszcze lepsze rezultaty (przy pewnej wprawie) niż pisanie ręką. Jeśli ktoś się łudzi (a grafomanów jest trochę), że komputer za niego napisze dobry wiersz, to niech od razu wykupi dla swoich tekstów grób na wysypisku. 

i jeszcze o Twoim pytaniu: tak, rodzą się czasem osobniki o dwóch sercach, ale żyją bardzo krótko. Znam natomiast ludzi i zwierzęta o sercach pojemnych, mieszczących dwa razy tyle, co normalnie. I to jest dopiero ciekawy obiekt studiów i dociekań. 

Pozdrawiam i ściskam z całej siły

Twój Piotrek


 

Kołobrzeg, dnia 16.01.2000 r.

Przyjacielu, Mój Przyjacielu!

Dlaczego mi to robisz? - chciałem spytać w pierwszym odruchu na Twój list. Na pierwsze akapity ostatniego listu. Alem zagryzł wargi, emocjom dając chwilowe ujście. Wszak pisałem w międzyczasie (dzięki za wiadomość, spóźnioną co prawda o miesiąc, ale jednak), telefonowałem...

to wszystko racja - lecz stwierdzenie, że lubiłem Gosię, to za mało. Roztaczała aurę niebywałego ciepła i choć ledwie dwa razy bliżej miałem okazję z Nią obcować (u M. Wiszniewskiego, w Świdwinie, gdy grała ze swadą na gitarze - i u Ciebie w domu, jesienią 1998, gdy przyjmując kwiaty na progu domu powiedziała "dziękuję, ale powinny dalej rosnąć" - dalej rosnąć, pojmujesz?), wciąż widzę Jej nieśmiały uśmiech i słyszę żartobliwe uwagi o mojej niezgrabności. Dziś, teraz, inaczej one brzmią (owe uwagi), w innym świetle postrzegam Jej niby karcenia. Aż żałuję, żem nie przyjechał wówczas na Jej recital, gdyście przysłali specjalne zaproszenie.

Jednak, prawdę powiedziawszy, nawet nie wyobrażam sobie (mimo dosyć bogatej, jak mniemam, mojej wyobraźni) cóż może oznaczać Jej brak dla Ciebie. Dla Ciebie, który zawsze mówiłeś o niej, jako podporze Twego życia, a nawet patrzyłeś na mnie kosym okiem, gdym - całkiem "niewinnie" - któregoś razu zaproponował Ci mały wypad w rejony pozamałżeńskie...

Internet (niby dlaczego z dużej litery?) i komputer. Nic mi nie wchodzi w nawyk. Traktuję owe "ścieżki" jako nowe, pomocnicze rozwiązania komunikacyjne. Kłopotliwe chwilowo i z mnóstwem psikusów.

Podałeś swoje namiary elektroniczne, dzięki. Rewanżuję się swoimi - lechmjakob@poczta.onet.pl oraz adres świeżo powstałej witryny literackiej - http://www.republika.pl/lechmjakob. Nawiasem mówiąc krótko po otrzymaniu ostatniego Twojego listu próbowałem pchnąć do Ciebie e-maila, ale z niewiadomych powodów komputer nie chciał przesłać wiadomości, wytykając jakiś błąd. Doprawdy, nie wiem jaki. Daremnie próbowałem dociec. A nie mam nikogo w pobliżu, kto mógłby cierpliwie sprostować (pewnikiem moją) omyłkę. Tym bardziej to deprymujące, że od momentu wejścia do sieci zdążyłem wysłać kilkanaście e-mailów w różnych kierunkach i dotąd obywało się bez kłopotów. Listy elektroniczne docierały, wracały też odpowiedzi. Gdy nagle klops - siedzę ciemny, niczym tabaka w rogu...

Jednak zostawmy to, wszak wcześniej lub później dojdę do ładu także z pocztą elektroniczną.

Wieści o "Łaziebnym" satysfakcjonujące. Oby powieść znalazła rychły i godny tego finał.

Zaś z moim nowym zbiorem wierszy (ciułanych kilka lat) same przygody. Zresztą, wiele z tych utworów zdążyłeś poznać. Publikowały je w minionych dwóch latach między innymi miesięczniki "Akant" i "Twórczość", a kilka ukazało się ostatnio w podwójnym numerze dwumiesięcznika literackiego "Topos". I nie dość, że ponownie zacząłem w nich grzebać - usuwając, prostując i szlifując chrome wersy, to jeszcze wyskoczył problem z tytułem. Wyobraź sobie, że identyczny tytuł dla swojej (u końca ub. roku opublikowanej) książki wybrał pewien poeta z Zielonej Góry. Na fakt ten zwrócił uwagę znajomy krytyk. Sprawdziłem. A swoją drogą - cóż za zbieg okoliczności! Jakby coś z tej materii w powietrzu wisiało. I teraz - chcę czy nie - przychodzi mi biedzić się z tytułem nowym. że nie wspomnę o czekających później próbach znalezienia wydawcy... Sam wiesz jak oficyny garną się do publikowania poezji.

Skoro o pisaniu mowa. Wracam do wcześniejszych partii Twojego listu. Zaintrygowała informacja o przygotowywanym "rodzinnym" słowniku frazeologicznym. Coś w pamięci kołacze, bowiem swego czasu wspominałeś o tym. Jednak bądź tak dobry o skrobnij parę słów bliżej. Tym mocniej mnie to ciekawi, że sam pracuję nad pewnym słownikiem - choć ten mój nijak będzie się miał do formuły Twojego. ale to odrębna sprawa. dopiero w 30-35% zaawansowana i chwilowo nie będę korespondencyjnie rzeczy rozwijał.

Szkoda, żeś nie zahaczył o Kołobrzeg - jakoś ostatnio mijamy się fizycznie. Co do numeru telefonu - rzeczywiście, zmienił się. Uprzedni ponoć nie chciał współpracować z modemem i musiałem przejść ze starego na nowy - z centrali cyfrowej. Obecny: (094) 35 387 57.

Jeszcze jedna sprawa. Chcę osobno podziękować za dołączoną do listu broszurkę "Nie ma haka na buraka"* z dedykacją. Przyznaję, że w trakcie krotochwilnej lektury przynajmniej kilka razy parsknąłem śmiechem. A te udatne rysuneczki Twojego autorstwa! Mówię naturalnie o katalogu łyżek (choć podobne, jednak tyczące różnej maści sztućców już gdzieś widziałem), znakomicie dopełniającym tekst.

Tak mi teraz przyszło do głowy. Może zasugeruję Leonowi Z., by spróbował zeskanować przynajmniej część tych obrazków do "Łabuzia"? Nie wiem tylko, czy ma w redakcji odpowiedni sprzęt do kopiowania. W każdym razie rysunki są na tyle zabawne, że warto się pokusić. Również na jakie cytacje "buraczane". Bo choć sam druk broszury ma charakter incydentalny, to treści jednak tylko okolicznościowymi nie są.

Dobrze, Przyjacielu, kończę już. Trzymaj się. Wiesz, co mam na myśli. Tymczasem prawicę Twą serdecznie ściskam - 

Lech

P.s. Znów spróbuję w najbliższych dniach pchnąć e-maila. Gdy znajdę chwilę między spinningowymi wypadami na trocie i łososie.


* "Nie ma haka na buraka", Opiekun naukowy: Pan Doktor Piotr Müldner-Nieckowski, Wydawnictwo AULA, Podkowa Leśna 1999, str. 26, nakład 30 numerowanych egz.

[Spis treści]

Krzysztof Cwikliński

KONIEC

Przyjść musi, chociaż zwleka. Udaje i zwodzi.
Na pozór się oddala i nie szkodząc szkodzi.

Próbuje się ukrywać. Wciąż zmienia kostiumy
i maski, i imiona. Z okolicznej sumy

Podkrada drobne. Suma topnieje. i suma
Jest ta sama, bo żyje, chociaż dawno umarła.

Gdy się wiara spopieli, nadzieja utonie,
Miłość wciąż będzie jeszcze. Potem przyjdzie koniec.

Krzysztof Cwikliński
Toruń 14 marca 1999

[Spis treści]

Anioł Ślązak

SENTENCJE Z KSIĘGI PIERWSZEJ PĄTNIKA CHERUBIŃSKIEGO

18. Czynię tak samo jak Bóg
Bóg kocha mnie nad siebie: gdy kocham go nade mnie,
to daję mu tak wiele, jak on mi daje z siebie.

27. Z umierania - wynika życie
Kiedy raz tysiączny mądry mąż umiera,
O życie tysiąckrotne iście się ubiega.

55. Źródło jest w nas
Nie zwracaj się do Boga, źródło tryska w tobie:
Gdy ujścia nie zatykasz, płynie wciąż ochotnie.

75. Twoim bożkiem twoje pożądanie
Od Boga czegoś żądasz? ręczę za to słowem,
(Nawet jeśliś święty), że to jest twój bożek.

99. Ufności wszystko jedno
Zawierzam Bogu całkiem: gdy zsyła mi cierpienie,
to chcę mu, jak w radości, uśmiechem odpowiedzieć.

143. Wsobność, która skazuje na potępienie
Gdyby szatan umiał ze swojej wyjść wsobności,
Z pewnością byś go ujrzał wnet przy tronie boskim.

165. Gdzie mądrość chętnie przebywa
Mądrość tam przebywa, gdzie jej dzieci są.
Dlaczego? Wielki cudzie: ona dzieckiem wciąż.

219. Prostota
Prostota jest tak cenna, że gdy jej Bogu braknie,
to nie jest wtedy Bogiem, mądrością ani światłem.

230. Zbawienie łatwiej osiągnąć niż potępienie
Wydaje mi się łatwiej do nieba się dostać,
Niż z brzemieniem winy upaść w czarną otchłań.

283. Bóg jest więcej niż święty
Ach, głoście. Serafiny, prawdę swoją wszędy:
Ja wiem, że Bóg, mój Bóg, jest więcej niźli święty.

293. Kiedy jest się przebóstwionym
Gdy miłość cię nie wzruszy, nie dotknie cię cierpienie,
Toś iście się do Boga, Bóg przeniósł się do ciebie.

Anioł Ślązak
(1624-1677)
Przełożył Andrzej Lam

[Spis treści]

Piotr Müldner- Nieckowski

RYBKI W OLEJU

Mało brakowało, a przewróciłbym się o własną nogę. Zwykły chodnik, trochę dziur i kałuż, nic więcej, ale obróciłem się na pięcie tak, że zaplątała mi się o kolano. Człowiek czasem robi się niezgrabny.

Z trudem odzyskałem równowagę i całe szczęście, milicjant, za którym się obejrzałem, coś przeczuł i przerwał rozmowę z dziewczyną, którą całym ciałem przyciskał do bocznej ściany kiosku z gazetami. Przystanek, autobus dwieście pięć, ale prawie dziewiąta, tuż przed godziną policyjną, więc nikogo. Tylko oni i ja. Obejrzał się, a ja z tej zachwianej pozycji myk! prosto do bramy i tam przysiadłem, odplątując nogę nawiniętą na drugiem kolanie. Całe szczęście, że mną zakręciło!

Może coś usłyszał? Stał równo i twardo, wyciągając szyję w stronę ciemności. Choć to Krakowskie Przedmieście, lampy tak daleko w czeluście nie zaglądały. Zauważyłem, że dziewczyna próbuje mu się wyrwać. Szarpnęła się to w lewo, to w prawo, ale on wystawiał biodra tak, że nie miała szans na ucieczkę. A że z gliniarzami zaczynać nie warto, po chwili dała spokój, ten zaś znów się nad nią nachylał i próbował trafić ustami w jej twarz. Dobierał się do niej, a ona nie chciała. Bała się.

Za miesiąc miał przyjechać do Polski Ojciec Święty, Jan Paweł Drugi, dlatego postawili całą milicję i wypuścili ich na ulice. Zrobiło się niebezpiecznie, tyle tych niebieskich było. Nawet ja, nigdy bym nie pomyślał, że będę się lękał jakiegoś palanta i wolałem chować się po bramach. Niejeden mnie ostrzegał: "Ty, uważaj, dostali amoku. Wychodź, ale bez noża i kastetu, bo cię zwiną pod byle pretekstem". Stosowałem się do tych uwag, ale co z tego, kiedy teraz nie mogłem się ruszyć. W normalnych warunkach, bez tych całych przygotowań do przyjazdu, mógłbym po prostu strzelić faceta w ryja i gwizdnąć na taksówkę. ale obecnie? Mógł mieć przy sobie radio i wezwać posiłki.

Lepiej było cicho siedzieć. Milicjant kręcił tyłkiem i przypierał do budki panienkę, a ona jakby zrezygnowała. Przestała uchylać twarz i wreszcie dorwał się do niej z jęzorem. Wsunęła mu kolano między nogi i pojękiwała. Nie wiem, z emocji czy ze wstydu, dość że w końcu spokojnie go odsunęła na bezpieczną odległość. Pomysłowa. Nie dało się siłą, to pozwoliła mu na co nieco i już miała pole manewru. Musiała cokolwiek znać się na mężczyznach.

- Co, mała, brakuje ci czegoś? - warknął milicjant, ale nie wyrywał się z łapami.

- Zimno - powiedziała.

- Ja cię rozgrzeję, nie martw się.

- Ty jesteś ledwie ciepły. Jak świeży trup, pomyślałem.

- Bo dopiero zaczynam - odparł umundurowany cwaniak i próbował ją pogłaskać po głowie.

Otrząsnęła się i powiedziała:

- Śmierdzisz.

- Od tygodnia nas koszarują, jak mam ci pachnieć? Łazienką?

- Wymyj się, to ci pozwolę.

- Najpierw ja ci muszę pozwolić - burknął ten brutal i z całej siły przywalił jej w twarz.

Bez najmniejszego zastanowienia. Po prostu uderzył kobietę i zarechotał z dowcipu, jaki jej wyrządził.

- a widzisz, jak należy mi się sprzeciwiać? - powiedział i odwrócił się w stronę latarni, żeby obejrzeć rękę. - Ty kurwo.

Nie wytrzymałem i wyjrzałem z bramy. Na chodnik kapała krew. Dziewczyna trzymała się za usta i kiwała to w lewo, to w prawo, w końcu kucnęła i zaczęła płakać.

Już wiedziałem, co się stało. Uderzył beznadziejnie i głupio. Prosto w zęby, jakby nie widział, że siekacze wystają jej z buzi jak u konia. Zawadził kostkami palców, a ona mu je rozorała do żywego mięsa.

Sterczał pod światłem latarni jak pomnik biedy. Trzymał krwawiącą rękę w powietrzu i bezradnie patrzył, jak z niej kapie ciężkimi kroplami.

- Kurwa - powtórzył chyba na swoją zgubę, bo w tym momencie ona nagle wystrzeliła ciałem do góry jak sprężyna i z całej siły kopnęła go w krocze. Zgiął się w pół i stęknął, na pewno nie z zachwytu.

Nie czekała nawet ułamka sekundy. Wymierzyła mu kopniaka w głowę, a kiedy ta odskoczyła jak piłka, dołożyła pięścią w szyję.

Sierżant padł jak długi, uderzył potylicą w krawężnik i zastygł. Dziewczynie jednak było mało. Stanęła przy nim i, podniósłszy błyskawicznie nogę, wbiła mu szpilkowaty obcas w plecy. Raz, drugi.

Najwyższy już był czas wygrzebać się z bramy. Kobieta masakrowała leżącego bez cienia litości. Może już trupa? Tłukła go jak worek z sianem, a kiedy z lekka osłabła i zdyszała się od wysiłku, sięgnęła po kawałek betonu, który od niepamiętnych czasów telepał się luzem w chodniku.

Wtedy ja. Doskoczyłem do niej i złapałem ją za przegub.

- Wystarczy - szepnąłem.

Nie wystarczyło. Teraz rzuciła się na mnie. Twarz miała brzydką, szczękatą, z wpadniętymi, maleńkimi oczkami, a ręce chude jak wiórki. Kościata i kostropata, pomyślałem, dlatego bez pardonu musiałem stuknąć ją pięścią w łeb, jak Old Shatterhand. Osiadła powolutku przy swojej ukochanej budce z gazetami, ale nie upadła. Może zrozumiała, że ta noc nie będzie należeć do niej. Siedziała dyskretnie na piętach i czekała, aż sobie pójdę. Czuła, że ma do czynienia z kimś, kto niełatwo decyduje się na gwałtowne odruchy. Miała zupełną rację. Nie warto było podnosić na mnie kości.

Dla mnie pobyt w tej okolicy już się zakończył. Zaraz pojawią się patrole, a ja będę już gdzie indziej. Nawet nie spojrzałem na dziwkę. Odszedłem statecznie i tanecznie, jak zawsze, kiedy mam dosyć wszawego towarzystwa.

Na wszelki wypadek obejrzałem się, czy ktoś się na mnie nie czai, ale było dobrze. Cisza, spokój, rześkie, majowe powiewy znad Wisły. Mogłem bez przeszkód przenieść się do Nowego Światu. Tylko na moment przycupnąłem w bramie wydziału dziennikarstwa. Z przeciwka, na sygnale przemknęły dwie niebieskie warszawy. Potem już mogłem zdjąć plecak, wydostać z niego puszkę z rybkami w oleju i po oderwaniu zębami wieczka wyczerpać palcami najnowszą kolację.

Bijatyki, prostytutki, łapacze, smród, krew, cóż to za życie w tym stanie wojennym! Po ostatnich numerach, jakie wyczynialiśmy z kolegami, po tym, jak rzucaliśmy w przechodniów ogórkami i butelkami, jak nie udało się nam zwędzić mercedesa sprzed urzędu rady ministrów i rozbić sklepu jubilerskiego na Kruczej, nie miałem po co wracać do domu. Z czym? Z pustymi kieszeniami? Kto nie dostał w gębę od żony, ten nie wie, co mogłem myśleć w tamte wieczory i noce. Musiałem więc przykładnie się wałęsać.

Piotr Müldner- Nieckowski
1984

[Spis treści]

Tatiana Tausendfüßler

TA ONA CZYLI KORZENIE PRZEZNACZENIA

to nie ze mnie są te schody,
Lecz ślepa wiara w ich istnienie. -
Stopień za stopniem wlokąc się do góry
lub zlatując z nich nagle na złamanie i rany,
Boję się zapytać, czy droga jest słuszna,
Ta, którą idę, choć nie jestem na niej.

Tatiana Tausendfüßler
Przełożył Andrzej Pańta

[Spis treści]

Archiwum pamięci

tekst sponsorowany - Pan Stanisław Muszalski

Wiktor Kutkiewicz

BIEG DO ZIEM ZACHODNICH XVI

Gimnazjalna karuzela kręci się dalej, czasami łagodnie, gdy dobrze są naoliwione jej tryby i trybiki jak w dobrym zegarze, który nie zawodzi. Widziałem w stolicy Holandii na jednej wystawie niedużych rozmiarów obraz, przedstawiający szkołę w kształcie młyna, do którego uczniowie karnie wchodzą szeregami. Pośrodku wielkiej sali stała maszyna o dziwnych kształtach. Wewnątrz tej maszyny - potwora - uczniowie poddawali się odpowiedniej przeróbce. Nie byli potrzebni ani dyrektorzy, sekretarki ani Rady Pedagogiczne, nauczyciele, procesy nauczania czy wychowania. Wszystko mechanicznie, introjekcyjnie, przyjmowanie od zewnątrz bodźców i norm. Średniowieczni magicy miewali różne metody przerabiania własnego "ja" człowieka stosując przy tym różne metody. Wreszcie dorośliśmy do najgłębszych tajemnic przyrody obracając w popiół wszystko, co dotychczas było przed człowiekiem ukryte, np. stworzenie żywej istoty przez tak zwane klonowanie. Obserwacje średniowiecznego młyna - fabryki nowego modelu człowieka modelu człowieka, wymagające innych metod oddziaływania na psychikę człowieka stosując tańsze, ale lepsze metody pracy w szkole (komputer) obraz, który przedstawił koncepcję "przeróbki" człowieka tamtych czasów malarza nie możemy brać dosłownie. Możliwe, że autorowi chodziło o pobudzenie szukania nowych sposobów, lecz nie w wersji "masarni". Nie mielenie żywcem ludzi jako symbol tamtych czasów, a to co teraz nazywamy introjekcją - świadomą ingerencją wewnątrz ucznia aby go doskonalić.

Gdy po lekcjach wychodziłem ze szkoły podszedł do mnie jeden ze zdolniejszych uczniów i zapytał:

- Pan profesor dzisiaj w bardzo dobrym nastroju. czy może jakieś odkrycie matematyczne?

- Chyba nie to! Przypomniałem sobie jeden obraz, który kiedyś podziwiałem w pinakotece niderlandzkiej - bardzo piękny obraz o kształtowaniu osobowości ucznia.

- A na czym ono polegało? - nie odpowiedziałem od razu.

- Tak - wreszcie przemówiłem, chociaż obawiałem się, że może nie zrozumieć mojej intencji - średniowieczny malarz doszedł do wniosku, że dalej tak nie może być. Postanowił podjąć wysiłki, by zmienić scholastyczne metody nauczania. Wreszcie wpadł na oryginalny pomysł: wykpić je za pomocą dużego abata, który chcąc zregenerować umysły swych uczniów całą szkółkę przepuścił przez specjalną maszynę podobną do takiej, która mieli mięso.

Uczeń nie wytrzymał i achnął z wrażenia.

- Aaach, panie profesorze! Przecież to bzdura!

- Tak mój chłopcze! - odpowiedziałem i podałem prawdziwą intencję mądrego mnicha. Widocznie sam był nauczycielem i zastanawiał się nad koniecznością reform nauczania. Forma jaką wykorzystał choć prymitywna była tylko swego rodzaju satyryczną alegorią na scholastyczny sposób podejścia nauczycieli do szkolnej młodzieży.

Mój uczeń, którego rodzice mieli gospodarkę w Radowie Małym zrozumiał nareszcie intencję genialnego malarza. ale w tym samym czasie zaczęła najpierw w internacie, a potem w mieście kursować plotka, że jakiś pomyleniec zabił swoją żonę. Później okazało się, że tę plotkę puścił w obieg jakiś łobeski dowcipniś. Wszystko zaś mogło skupić się na mnie: przecież ja pierwszy zinterpretowałem dzieło mnicha - malarza na opak. Niektórzy przyjęli to za dobrą monetę. Miałem zamiar to "sprzedać" dyrektorowi podczas obiadu jako dobry kawał. Więcej z nikim na ten temat nie mówiłem. Przecież ktoś o satyrycznym nastawieniu mógł puścić gadkę, że dyrekcja szkoły w Łobezie postanowiła parę niesfornych gimnazjalistów, by ich pozbyć się przepuścić przez maszynę do mielenia mięsa, a komitet powiatowego PPR to zatwierdził. Ktoś z podziemia mógł puścić odpowiednio spreparowaną agitkę o "ludojadzkich" intencjach władzy komunistycznej. Kompromitacja na całą Europę i złoty materiał dla Radia Wolna Europa. Później się dowiedziałem, że w internacie paru uczniów coś podobnego spreparowało i parę egzemplarzy nawet puściło w obieg. Do katastrofy nie doszło. Paru mądrzejszych uczniów agitki pozbierało i zniszczyło. Jestem przekonany, że asumptem do tego czynu była moja anegdota o obrazie, który widziałem w Amsterdamie. Nie miałem wątpliwości, że Urząd bardzo prędko wykrył by prawdziwego autora tego czynu, jak później wyśledzono osobę piszącą listy do "Wolnej Europy|, którą władze oficjalnie nazywały "szczekaczką". Było to już podczas mojego dyrektorstwa. Autorem listów był przewodniczący szkolnego koła gimnazjalnego ZMP. W niektórych szkołach tacy ludzie mieli większą władzę od dyrektora .

Ze względu na ciężką sytuację materialną nieraz nauczyciele głośno narzekali. Urząd Bezpieczeństwa i komitet partyjny dokładnie o wszystkim wiedzieli dzięki swoim informatorom.

Najniebezpieczniejszą rzeczą było atakowanie Związku Radzieckiego. Tu nie było już żadnego pardonu. Nauczycielkę gimnazjalną w Łobezie aresztowano za karykaturę Józefa Stalina. Znaleziono ją w podręczniku geografii. Uczyła tego przedmiotu. Nie pomogło tłumaczenie się, że ktoś z uczniów włożył do jej podręcznika karykaturę generalissimusa z zemsty za dwójkę z topografii Syberii. Na takie dictum profesorki śledczy wtrącił się:

- Niech obywatelka w przyszłości uważa, by osobiście nie wysłano oskarżoną jako recydywistkę na Syberię celem poznania jej rzeźby.

Powiedziała mi to gdy po paru latach zwolniono ją z więzienia. Odwiedziła mnie wtedy w Szczecinie. Nauczycielką już nie była, czego wcale nie żałowała. Prowadziła stację Sanepidu i zarabiała trzy razy więcej. Wynagrodzenia w oświacie - to jedna z największych bolączek naszego kraju. Pod tym względem wleczemy się w ogonie, nawet za niektórymi biedniejszymi krajami.

Pamiętam jak już wiele lat temu prowadziłem dyskusję z uczniem gimnazjum łobeskiego, którego wyrzucono ze szkoły za ustawiczne wagary i bójki oraz za brak wyników w nauce. Minęło parę lat. Nie był już to buńczucznie nastawiony podrostek skory do rozrób i dymu, a dobrze rozwinięty młodzieniec znający swoją wartość. Od razu pochwalił się że ukończył kurs kwalifikacyjny przygotowujący do pracy w fabryce nawozów sztucznych. W internacie przyfabrycznym dostawał przez cały czas nauczania bezpłatne utrzymanie i do rąk pewną sumkę na osobiste potrzeby. Po takiej oracji wygłoszonej z błyskiem w oczach ni stąd ni zowąd zapytał mnie z miną pewniaka na twarzy:

- Ile pan dyrektor zarabia miesięcznie?

Pytanie zadano z premedytacją. Dobrze wiedział, że płace szkolnictwie były marne. Z drugiej zaś strony - ja byłem dyrektorem, kiedy go relegowano ze szkoły, więc mnie przypisał rolę bezlitosnego satrapy. Mógł nie wiedzieć, że w tym czasie byłem na miesięcznym kursie w Sulejówku. Po pewnym zastanowieniu odpowiedziałem:

- Zarabiam nie za dużo, lecz wystarczająco na przeżycie.

Wymieniłem sumę niepomiernie mniejszą od tej, jaką otrzymywał mój młody adwersarz na początku swej błyskotliwej kariery. A może był to blef. Zwykła przekora czy chęć popisania się.

Były uczeń, usłyszawszy ile wynoszą moje zarobki, zrobił wielkie oczy - może za duże i zdziwiony rzekł:

- Pan dyrektor żartuje! Dostaję trzy razy więcej, a jestem przecież robotnikiem, tylko poduczonym, bez większego doświadczenia. Nie mam jeszcze pełnych kwalifikacji... po roku dostanę...

Popatrzył na mnie z zażenowaniem. Przestał być niesfornym chłopcem, który nie rokował na przyszłość żadnej nadziei.

- Tak mój chłopcze! - ciągnąłem dalej rozmowę z młodzieńcem, którego kiedyś spisano na straty - należysz teraz do robotniczej rodziny, od której wysiłku nie tylko fizycznego, ale i intelektualnego w przyszłości wszystkim będzie lepiej. Nie bardzo mnie podobał się ten ostatni banał, ale zobaczyłem jak zapłonęły oczy młodego kandydata na robotnika w największej fabryce nawozów sztucznych w Policach.

- Były to ostatnie pożegnalne słowa, serdeczne i nie przekorne. Pod koniec pożegnałem się z młodym człowiekiem, który niczym nie przypominał rubasznego cwaniak i zakały szkoły.

Na początku żałowałem, że nie potroiłem swojej mizernej dyrektorskiej pensji. Nie chciałem zamazywać rzeczywistości. Kłamstwa nie leczyć się kłamstwem. Taka była moja dewiza, którą zawsze starałem się stosować w takich przypadkach. Nie ma sensu retuszować nieprawdy.

Rzeczywistość powinna być taką jaką jest - bez lukru i zakłamania, nie przesadnie gorsza czy lepsza. Tylko satyrycy i Bóg mogą zmieniać proporcję zła i dobra nieco przesadzając w jedną i drugą stronę. Takie samo prawo - nawet jeszcze szersze mają filozofowie. Nieraz sobie przyswajają atrybuty bogów i bogiń greckich, fenickich lub błądzą po Biblii czy Nowym Testamencie. Inkwizycja przeszła w niepamięć rozwiązując pęta i zrywając fałszywe symbole. Dwudziesty pierwszy wiek puka we drzwi Niebawem będą drzwiami swobody, której pierwsze gwiazdy już błyszczą na horyzoncie prawdy.

Tak myślałem w jeden z nielicznych dni kończącego się 1999 roku w mojej samotni wśród przyjaciół - książek i martwych przedmiotów, które odżywają nocą.

Wiktor Kutkiewicz
23 XI 1999

[Spis treści]


Archiwum pamięci

RYCERSKI EPIZOD z 1388r.

Dotrzymując wierności wcześniej złożonym ślubom rycerskim 18 października 1388r. książę Wilhelm von Jülich - Geldern wyruszył w swą czwartą wyprawę do Prus. Towarzyszył mu oddział składający się z mężnych rycerzy i utytułowanej świty, którzy tak samo jak on składali rycerską przysięgę wierności Zakonowi Maltańskiego Krzyża. Trasa wyprawy wiodła przez: Münster, Hamburg, Rostock w kierunku Köslin - Koszalin - Stolp - Słupsk. Za milczącym przyzwoleniem króla Polski i władcy Pomorza Władysława VII Wilhelma i jego braci, kiedy orszak znajdował się na Ziemi Pomorskiej czterdziestu jej szlachciców pod wodzą Eckharta von dem Walde, kapitana i wójta oraz Matza Borcke pana na Strzmielu, w borach pomiędzy Sianowem i Sławnem urządziło zasadzkę. Wprawdzie w potyczce, która się wywiązała zginęło dwóch szlachciców Pomorskich, ale książę Wilhelm z Geldri i jego świata zostali pojmani i tryumfalnie prowadzeni od wsi do wsi w kierunku Złocieńca leżącego w Nowej Marchii. Zamek Złocieniecki w onym czasie był w posiadaniu rodziny von Wedell i von dem Walde. Na wieść o porwaniu i uwięzieniu księcia Wilhelma z Geldri, liczne w tym czasie na Ziemi Pomorskiej komturie Zakonu Krzyża Maltańskiego, szykowały się by ruszyć z odsieczą i srodze pomścić ten akt rycerskiej zniewagi. Dwiedziawszy się o tem Eckhart von dem Walde wziął rycerskie słowo honoru od Księcia Geldri, iż ten pod żadnym pozorem; ani przymusu ani dobrowolnie nie opuści Zamku Złocienieckiego przed wypłaceniem za niego okupu i  uciekł - schronił się do Polski. Natomiast Matzke Borcke powrócił do zamku w Strzmielu. Po bezowocnych negocjacjach mistrzów zakonnych z Księciem Słupskim spowodowanych pogłoskami, iż Księcia Wilhelma z Geldri wywieziono do Polski, Litwy a  nawet Rosji, zjednoczone siły krzyżackie pod dowództwem komtura Konrada Zöllnera von Rotenstein w lutym 1389r. zaatakowały zamek Złocieniecki, który po trzydniowym oblężeniu został zdobyty. Oswobodzony Książę Wilhelm z Geldri jednak, dotrzymując rycerskiego słowa honoru i  nie łamiąc danego Eckhartowi von dem Walde przyrzeczenia, nie opuścił zamku. Jeszcze dzisiaj nie trudno sobie wyobrazić rozczarowanie rycerzy zakonnych. Po wygraniu bitwy i zdobyciu zamku musieli go opuścić bez zdobyczy - Księcia Wilhelma z Geldri, który pozostał tam z własnej - rycerskiej woli. Zjednoczone siły Krzyżackich komturii po odstąpieniu od Złocińca rozpoczęły wyłapywanie uczestników napadu, uległo przy tym zburzeniu wiele warownych zamków, gdyż napadani mężnie bronili się. Natomiast Matzke Borcke przeczuwając dla siebie niekorzystne czasy dobrowolnie oddaje się w niewolę zakonu i cały ten niespokojny okres spowodowany porwaniem i uwięzieniem Księcia Wilhelma z Geldri spędza w Malborku, gdzie mieściła się Wielka Komturia Rycerzy Krzyża Maltańskiego. Niejako przy okazji wojska krzyżackie zaatakowały Koszalin, który w trakcie przejazdu Wielkiego Komtura przez miasto potraktowało go niezbyt grzecznie - w sposób niegodny, co było plamą i ujmą na honorze. Starania o uwolnienie Księcia Wilhelma z  Geldri zataczały coraz szersze kręgi. Szlachta i rycerstwo Zachodniej Europy poczęło gromadzić okup. Książę von Jülich - ojciec Wilhelma, arcybiskup Köln, hrabia van Holland i Hennegau wraz z rzymskim królem Wenzlem byli siłą napędową i  organizowali zbiórkę pieniędzy i kosztowności. Po zdobyciu zamku Złocienieckiego i nie pysznym wycofaniu się z stamtąd, władze zakonne uradziły aby zastosować fortel siły - przemocy i bez zgody Księcia wywieźć go z zamku. Na początku kwietnia 1389r pod dowództwem komtura von Christeburga ruszyła druga wyprawa na Złocieniec z zadaniem skrępowania Księcia Wilhelma z Geldri, wsadzenia na wóz i wywiezienia. Druga wyprawa tak samo jak i pierwsza zakończyła się nie chlubnie. Bowiem Książę Wilhelm z Geldri, kiedy został pojmany i uwięziony na wozie, już w drodze, na pierwszy postoju koło Dirdchau - Tczewa zrobił konwojującym go taką straszną awanturę z obraźliwymi wymyślaniami, że ci go wypuścili. A tak o tym fakcie pisze do Wielkiego Prokuratora Zakonu w Rzymie dowodzący zakonnym wojskiem komtur von Christeburg: - gdy zobaczyliśmy i usłyszeliśmy, że on - Książę tak dziwnie się ma i zachowuje przekonaliśmy się o potrzebie puszczenia go wolno, co się stało. Rzecz jasna Książę Wilhelm z Geldri powrócił do Złocieńca. Osiem miesięcy możne stany Zachodniej Europy czyniły rozliczne starania i zabiegi aby uwolnić Księcia Wilhelma z Geldri. Po wypłaceniu żądanego okupu w  wysokości 100 000 Guldenów i zdjęciu z Księcia Wilhelma z Geldri przysięgi Eckhart van dem Walde 15 sierpnia 1389r za poręczeniem Księcia Szczecińskiego Swantibora I  i Wielkiego Komtura Zakonu Bernhardta von der Schulenburga, uwalnia Księcia Wilhelma z rycerskiego przyrzeczenia i puszcza wolno. Zdarzenie to prócz odnotowania w "Kronikach Królestwa Polskiego" przez Jana Długosza, jest także zapisane przez francuskiego historyka Jana Froissarta (1337-1440) w "Kronice Francji". Często wspomina się o nim również w dokumentach Rycerzy Zakonu Krzyża Maltańskiego.

Podstawę do streszczenia:
- w języku niemieckim opracował dr Wulf-Dietrych von Borcke;
tłumaczenia - przekładu na język polski dokonał Wiesław Pisarski.


Dziękujemy pkl. "Łabuź"

[Spis treści]

Elżbieta Juszczak

POCZTÓWKA Z WAKACJI

Pola między Krakowem a Buskiem
rozrzucone jak klocki w dziecinnym pokoju.
Nawet konik z biczykiem i chłopek u wozu
nakręceni na kluczyk, idą noga w nogę.

i słońce, co przebija promieniem radości
pole, konia i chłopka. i wszystko odmienia.
Podpala żagwią pszenicę i rżysko.
W końcu spada jak piłka i znika w płomieniach.

a chłopek ciągle idzie, konik wózek ciągnie.
a my z samochodu - patrzymy w dwie strony.
i chłonąc oczyma wszystko dookoła
nie wiemy - co przyniesie nam powrót do domu.

Elżbieta Juszczak

[Spis treści]

 

 

"I dopiero w zeszłym stuleciu zaczęła przybierać na sile okropna idea, idea zaiste przerażająca i demoniczna, ta mianowicie, że człowiek w swoim rozwoju sam sobie stwarza swoje prawo, że więc człowiek jest istotą nie dającą się przewidzieć - że nie tylko istota ludzka, ale i wszystkie normy nią rządzące, są względne, poddane procesowi kształtowania się i rozwoju.
....skąd ja mogę wiedzieć, jakie za sto tysięcy lat będą nasze prawdy, jeśli ten człowiek przyszłości mnie przewyższa tak dalece, że ja jego samego nie mógłbym zrozumieć ani wyobrazić go sobie. to tak jakby człowiek jaskiniowy usiłował odgadnąć potrzeby duchowe i intelektualne Kanta"
Witold Gombrowicz.
"Egzystencjalizm" (w) "Witold Gombrowicz filozof",
1991, Kraków, Wyd. "Znak". s. 133

Część pierwsza.

Kazimierz Obuchowski

REWOLUCJA PODMIOTÓW I NOWY INDYWIDUALIZM1

"Wierzę w człowieka, przede wszystkim, jeśli jest sam na sam z sobą"
Jorge Luis Borghes

0. Różnorodność i zmiany

Bywa, że zastanawiamy się nad tym czym jest nasze życie poza doświadczaniem przyjemności lub przykrości, jedzeniem, ubieraniem się, spełnianiem obowiązków, a więc poza tym co stanowi wypełniacz powszednich dni. Jest to czynność trudna, nie zawsze satysfakcjonująca i w dodatku nie zapewnia pożądanej wiedzy. Jakiej? Wielka literatura od zawsze, a psychologia osobowości od ponad stu lat, wskazują na to że poza obrazami zachowania i ich rutyną, można wyróżnić głęboką prawdę2 o nas, to znaczy wiedzę o czymś co jest pod powierzchnią naszego doświadczenia codziennego, czego nie da się dostrzec bezpośrednio, ale na czym możemy oprzeć koncepcję naszego życia i określić je jako mające sens lub pozbawione sensu. Dopiero na tym poziomie poznania, możemy naszym zachowaniom przypisywać znaczenia, sporządzać ich interpretacje, a nawet sprowadzać do wspólnego mianownika. Konstruowanie tego rodzaju wiedzy jest pożyteczne dla każdego człowieka, a konieczne dla profesjonalisty. Ona właśnie jest tematem psychologii osobowości. 

Dla wielu badaczy stało się ważne poznawanie wpływu na człowieka warunków zewnętrznych, głównie społecznych, które w odróżnieniu od hipotetycznych czynników osobowości, można dokładnie opisać lub zaaranżować i które wyznaczają konkretne formy zachowania. Jest to temat psychologii społecznej.

W ostatnich latach, coraz częściej podejmowane są próby powiązania tych ujęć i poszukiwania związków między determinantami osobowości jednostki ludzkiej i tym co charakteryzuje rzeczywistość w której przebiega jej życie. Punktem wyjścia jest tu obserwacja z której wynika, że ludzie zmieniają się obecnie coraz szybciej, w miarę, jak coraz inny staje się ich świat. Dla skonstruowania tej wiedzy szczególnego znaczenia nabiera pogląd, że ludzi kształtują nie tylko warunki w których żyją, ale i to, jak te warunki rozumieją i co potrafią uczynić, aby móc znaleźć w nich miejsce dla siebie, zrealizować się w nich, a nawet dostosować je do własnych pragnień. Oznacza to, że postępowanie ludzi można rozpatrywać nie tylko jako przystosowanie się do siebie lub świata, ale też, jako sposób na siebie, projektowany i spełniany.

Dlatego rozpocznę od tego co szczególnie charakteryzuje współczesny świat, jako problem z którym musimy sobie radzić aby znaleźć sposób na siebie. 

 Nie jest to trudne, gdyż istnieje dosyć powszechna zgoda, że tym nowym jest tempo zmian i wzrost różnorodności. Coraz szybciej i według wciąż innych kryteriów różnicują się ludzie, ich poglądy, sposoby życia, rodzaje wykształcenia, a także odzież, pokarm, urządzenie mieszkania, a nawet strategie życia. Już dla opisu grup ludzi nazywanych "społeczeństwem", nie wystarcza tradycyjny podział na przynależność zawodową lub klasową. Na przykład, ci których nazywa się tradycyjnie "chłopami", mogą być, tak jak i "inteligenci" lub "robotnicy", osobami, które stawiają przed sobą zadania i na własne ryzyko podejmują decyzje dotyczące ich realizacji, lub też tymi, którzy posługują się strategią najemnika "na etacie", stawiającego siebie do dyspozycji pracodawcy, lub też żyją jako ptaki boże licząc na mannę z nieba lub na datek3. to właśnie kształtuje każdego z nich i powoduje, że taki a nie inny sposób życia uważają za racjonalny. Natomiast bycie "chłopem", lub "inteligentem" jest etykietką polityczną, statystyczną, lub obyczajową. Z pozoru tylko pomaga ona w samookreśleniu ludziom którym potrzebne jest znalezienie grupy odniesienia. Realnie takich grup jest niewiele. Dlatego to nie owe "przynależenia", ale przede wszystkim różne i zmieniane style życia, tak jak i style poznawcze4, czy kulturowe, wydają się mieć wpływ na modyfikację ludzi w czasie, a ich skutkiem są zmiany sposobu życia, ocen i aspiracji. Przyjrzyjmy się, jak coraz bardziej różne stają się wzory relacji rodzinnych, jak wzrasta liczba rozwodów oraz powodów do rozwodu. Pojawiają się coraz częściej ludzie, którzy nie chcą nigdy wiązać się więzami małżeńskimi lub wolą jako małżonkowie mieszkać osobno. Lawinowo rośnie liczba grup religijnych i sposobów ich kontaktu z Bogiem. Nawet członkowie tej samej religii różnią się rodzajem akceptowanych wartości, a przede wszystkim stosowaniem ich w życiu prywatnym. W wielu krajach zmienia się mentalność polityczna. Na przykład w 1997 roku, aż 74% mieszkańców USA nie wykazało zainteresowania światową hegemonią polityczną swojego państwa5! Szybko zanikają popularne do niedawna zawody, powstaje wiele nowych profesji i coraz bardziej zmieniają się sposoby ich uprawiania. Przed chwilą pokazano mi w telewizji psychoterapeutę, który wyznał, że jest uzależniony od tworzenia wielkiego centrum terapii uzależnień, uzależniony od swojego instytutu psychologii "naturalnej" i uzależniony od nikotyny. Pomyślałem, że nawet traktując dwa pierwsze "uzależnienia" jako żart, to i tak, mimo że mam ten sam lub podobny zawód, nie mamy chyba wiele wspólnego. Mam tylko pewność, że jego metody leczenia z uzależnień nie są skuteczne. 

Kilkadziesiąt lat temu, wiedząc, że ktoś jest psychologiem klinicznym, wiedziałem co się za tymi słowami kryje, a więc jaka jest baza teoretyczna, którą się posługuje, metody poznawania problemu, zasady podejmowania decyzji i rodzaj kilku podstawowych wartości. Teraz jest to niemożliwe. Spotykam nawet takich terapeutów których nie interesuje rozumienie tego co robią, gdyż celem ich pracy jest tylko jej wykonywanie. 

Można zapytać, czy to źle czy dobrze? Poza skrajnymi przypadkami, oceny takie nie maja sensu. Wielu ludzi odrzuca wszelkie oceny, gdyż czują, że mają zbyt mały wpływ na tempo i kierunek zmian świata do którego ich wrzucono. Często niepokoi ich nie tylko poczucie ograniczenia szansy wyboru właściwej drogi, ale i brak wiedzy o tym jaka to powinna być droga. Może więc, kierując się sugestią Victora Frankla, mają prawo do traktowania swojego życia jako niezrozumiałego eksperymentu natury lub Boga? Dlaczego jednak nie biorą pod uwagę tego, że zawsze pozostaje im prawo do rozpoznania tego czym jest ich osobiste życie, zrozumienia go, ustalenia jego konsekwencji i w oparciu o to dobrania możliwie konstruktywnych metod działania, aby móc, jak to ujął Leopold Staff, "...wygrać wżdy siebie"? Warto zauważyć, że postulat ten wyrażony w wierszu zatytułowanym "Stoa" został opatrzony obietnicą:
"Bo niezależna od losu
Dola i niedola mędrca"

Być może w roli stoika-mędrca, mogli by poczuć się bardziej sobą i rozszerzyć zakres decyzji dotyczących akceptacji sensu określonego stylu życia. 

Temat ten wymaga pogłębionego komentarza w innym miejscu. Wracając do problemu wzrostu tempa i różnorodności zmian, nie zamierzam twierdzić, że ekonomista lub politolog nie wybrali by z uzasadnieniem innych wskaźników charakteryzujących tworzący się obecnie świat. Jednakże obserwując zagubienie i niepokój wielu ludzi, również tych którym się nieźle żyje, zwróciłem uwagę na te właśnie dwa zjawiska, nie tylko dlatego, że wiele się o nich mówi. Otóż stwierdzając, że są one realnie psychologicznymi problemami, wchodzę w obszar moich kompetencji. Wiem przecież, że tempo zmian i powodowana przez nie różnorodność mogą istotnie utrudniać orientację w świecie i sprawiać to, że ludzie gubią się, denerwują, narzekają na świat i giną w wyniku zbyt długotrwałych napięć. Wiem też jak radzą sobie z tymi stresorami. Jedni usiłują konstruować filtry poznawcze na wzór okularów przeciwsłonecznych. Mogą one być użyteczne, o ile coś przez nie widać. Inni z kolei bronią się przed trudnościami zaprzeczając temu, że cokolwiek się zmienia. lub też przypisują podejrzanym ich zdaniem zmianom, podejrzanych autorów o podejrzanych zamiarach. 

Zresztą technik radzenia sobie z tego rodzaju stresem poznawczym jest wiele i nieraz przynoszą one więcej szkód niż pożytku. Sądzę, na przykład, że gdy ktoś zgubi się w lesie, lepiej zrobi zastanawiając się nad sposobem wyjścia z niego, niż zaprzeczając temu że to jest las lub, że złudzenie tego lasu stworzyły skrzaty, albo, że specjalnie mu na złość, las ten został w ten sposób posadzony i wyhodowany. Tylko w pierwszym wypadku ma on jakieś szanse samodzielnego powrotu do domu, o ile oczywiście taki dom istnieje. Może lepiej zrobi, gdy zostanie w tym lesie i włączy się w jego życie? Może stanie się to dla niego sprawą wielkiej wagi? Może zostawi po sobie lepszy las i poczuje się lepszym człowiekiem?

Oznaczało by to, że poznawanie naszego świata może być punktem wyjścia nie tylko obrony i radzenia sobie z wyłaniającymi się problemami, ale i wyprzedzaniem ich, a nawet tworzenia ogólnej koncepcji rzeczywistości, za pomocą której można by nakładać na zbytnio rozbuchane fakty takie formy, które mogą być sposobem sensownego ujęcia tego co się właściwie dzieje. 

Celem poznania może więc stać się opracowanie sposobu aktywnego włączenia się w przemiany świata. Pod tym względem sytuacja zagubienia się w jakimś lesie jest trudniejsza niż zagubienie się w znanym nam życiu. Świat naszego życia ma znacznie większą skalę czasową i dlatego bardziej zależy od nas. Można przecież, czując się zagubionym, nie próbować dostosowywać się do niego, gdyż jest to niemożliwe. Można świadomie uczestniczyć w jego zmianach, współtworzyć go i nadawać mu określony porządek. 

Jeszcze lepsze jest nie tylko uczestniczenie w tych zmianach, ale i dokonanie twórczej adaptacji do tego co będzie, stając się coraz bardziej innym, bardziej skomplikowanym i lepszym człowiekiem. Stając się osobą. 

To ostatnie zalecenie, wydaje się szczególnie sensowne, ale wymaga spełnienia trudnego warunku. W chaotycznym kłębowisku zdarzeń nie powinno się pozostawać tylko jednym z tych zdarzeń. Trzeba być KIMŚ.

Witold Gombrowicz wyjaśnia to pojęcie następująco: "Być kimś to dowiadywać się nieustannie kim się jest, a nie wiedzieć z góry. Twórczości nie da się wyprowadzić z tego co już jest, nie jest konsekwencją".6 

Radzę zwrócić uwagę na powiązanie "bycia kimś" z "twórczością", a nie ze "stabilnością" lub "pozycją społeczną".

Właśnie jedną z tez tej rozprawy jest pogląd, że nadszedł czas, w którym nie da się poprzestać na osiągnięciu pozycji jednostki ludzkiej usytuowanej mocno w określonej roli. Trzeba podjąć ryzyko bycia osobą lub zejść na margines historyczny, do czyśćca ludzi

Kazimierz Obuchowski


1 Pierwodruk pierwszej wersji tego tekstu został zamieszczony w tomie: Humanistyka przełomu wieków, J. Kozielecki,(Red.), 1999, Warszawa, Wydawnictwo Akademickie "Żak". Obecny tekst jest rozbudowany i znacznie przeredagowany.

2 Nawiązuję tu do koncepcji dwóch prawd wyłaniającej się z teorii Kod-Emocje - prawdy konkretu opartej na myśleniu konkretno sytuacyjnym i prawdy modelu opartej na myśleniu abstrakcyjnym. Pierwsza z nich zakłada istnienie tylko jednej prawdy i wielu fałszów, a druga wielu prawd i różnego poziomu ich ogólności. Pojęcia fałszu nie stosuje się do prawdy głębokiej. Jest ona w jakimś stopniu rzetelna lub nierzetelna, zależnie od jakości i kompletności przesłanek, sposobu ich operacjonalizacji i koherencji .

3 Ujęcie to proponuje Mirosława Marody w pracy "Trzy Polski: potencjał i bariery integracji z Unią Europejską", por. też jej rozmowę z Danutą Zagrodzką zatytułowaną Życie przy państwie, "Gazeta Wyborcza", 1999, nr 285.

4 Porównaj co na ten temat pisał Czesław Nosal w pracy: "Psychologia decyzji kadrowych", Kraków, PSB.

5 a tylko 13% "życzyło sobie dominującej roli Ameryki na arenie międzynarodowej". Za: Samuel P. Huntigton, Samotność szeryfa. "Gazeta wyborcza", 1999, nr 300..

6 Witold Gombrowicz, Dziennik - 1957 - 1951, Warszawa, 1986, Wydawnictwo Literackie. s. 162.


[Spis treści]

 

Tekst sponsorowany

Krzysztof Andrusz

POST SCRIPTUM

Czesiowi
Przepraszam Czesiu bardzo za to,
że w swym zapale - twórczym szale,
Przypiąłem Ci ze cztery łaty.
Nie tego jednak chciałem wcale.

Ja nie wiedziałem, daję słowo,
Nie doszło jakoś do mej "chaty",
że z Ciebie nie jest bałaganiarz,
że jesteś zwykłym pasjonatem ! ! !

Znów się niezręcznie wyraziłem
Ze wstydu chowam się za szmatę
Bo powiedziałem, żeś Ty zwykły,
a Tyś niezwykłym pasjonatem ! ! !

Niewielu mamy takich ludzi.
Niewielu jest o Twym zapale.
a w tak udanym połączeniu,
to ich nie widać niemal wcale.

Więc wybacz moje roztargnienie
Bo czasem mnie ponosi wena.
Jesteś niezwykłym, bo tych zwykłych...
Spokojnych pasjonatów...
...nie ma ! ! !
Krzysztof Andrusz
Łobez 16 stycznia 2000r.

[Spis treści]

Agnieszka Wesołowska

POTWIERDZENIE


Wygląda na to, że można zająć się
prostszymi sprawami, przycupnąć w wymilczonej
izdebce na skraju dzieciństwa lasu
iglastego, uprzątnąć nakrycie stołu,
przy którym każdy król jadł swój
bochenek chleba idealnie odmienny
kształtem, lecz jednaką osypany mąką.
Można zganić pasikonika, który
nie słysząc własnej muzyki rozgryza
ją namiętnie ludzkim uchem, albo zacerować
skarpetkę, z której dumnie
tli się dziura czasu.

Można. ale jakże coś czynić skoro
dłoń nasza to gra światła, gra
oszczepów słonecznych cherubina wystrzelonych
by trafić jako takim istnieniem.

Zbyt długo trwa czekanie na morał. Naprawdę
można zająć się prostszymi sprawami -
wystarczy poszukać nowych porównań i kształtów
nowych, bo jeszcze staranie jest zapleczem mocy, która kipi
w garnuszku z obiadem i pobrzękuje kryształkami
przyszłości.

a ja, z tą nierealną ręką na atramencie zaklinam
na pióro prawdziwość moją
zapisaną.

Agnieszka Wesołowska

[Spis treści]