Łabuź 32/2000 marzec

SPIS TREŚCI

Tworząc sam swoje życie, człowiek tworzy też jego sens. Sens życia się tworzy, a nie szuka się go i nie znajduje, jak szuka się i znajduje grzyby w lesie. Sens życia tkwi w życiu: "W życiu nic nie ma oprócz życia, więc żyjmy..." (Leśmian). Polega on na realizacji owego egocentrycznego nastawienia. Nie ma dla życia ludzkiej grupy czy jednostki sensu wznioślejszego nad uczestnictwo w utrwalaniu i wzbogacaniu życia własnego, życia innych ludzi, własnej innych wspólnot ludzkich, wreszcie życia całej ludzkiej wspólnoty, ludzkości. Jednostka czy jakaś cząstkowa wspólnota ludzka może realizować własne życie i wzbogacać je nie wnosząc nic do życia wspólnoty szerszej czy najszerszej (ludzkości), a wtedy sens jej życia pozostaje w granicach jednostkowych czy grupowo-partykularnych. Jednostka lub cząstkowa wspólnota ludzka może swoje życie wzbogacać kosztem wspólnoty innej, szerszej czy najszerszej wtedy aspektem (składową) sensu jej życia jest jej negatywny wpływ na życie innych, na życie innych wspólnot ludzkich. Jednostka lub grupa może podporządkować swe działanie wyłącznie swoim aktualnym potrzebom i realizować je z dnia na dzień - raz tak, raz inaczej, zależnie od okoliczności. Życie takie ma wówczas taką właśnie - doraźną - wartość, doraźny sens.

W każdym razie, żeby życie jednostki ludzkiej miało ponadjednostkowy sens, ponadjednostkową wartość, trzeba mu tę wartość nadać, trzeba tę wartość w takim właśnie wymiarze tworzyć. Żeby jednak ponadjednostkowy sens własnego życia tworzyć, trzeba chcieć, móc i umieć to robić. Co to znaczy? To znaczy, że trzeba chcieć, móc i umieć robić coś konkretnego a użytecznego ludziom. Trzeba umieć robić stoły czy krzesła, wypiekać chleb lub szyć ubrania, budować domy lub malować obrazy, pisać książki lub wytwarzać zabawki...

Słowem, trzeba umieć robić coś, co ludziom potrzebne lub umieć być ludziom potrzebnym. A gdy ktoś nie potrafi niczego pożytecznego i potrzebnego ludziom robić i nie potrafi być im potrzebny, wtedy co? Wtedy na ogół czuje się źle, odczuwa swoją zbędność dla innych, swoją obcość, pustkę swojego życia i jego bezsens. Nie umiejąc robić niczego dla ludzi i nie umiejąc dla ludzi być, słowem nie umiejąc sensu swego życia tworzyć w toku konkretnych działań i zachowań, jednostka może wtedy tego sensu tylko poszukiwać, tak jak się szuka grzybów w lesie. Ale sens życia nie jest przedmiotem do znajdowania, sens życia się tworzy przez tworzenie określonych postaw wobec rzeczy i ludzi. Tak więc kryzysy sensu życia mają u swego podłoża nieumiejętność lub inną niemożność bycia użytecznym i potrzebnym dla innych ludzi. Efektem jest - bo musi być - poczucie zbędności i bezsensu. Wtedy zamiast sens swego życia tworzyć zaczyna się go poszukiwać, tworzenie sensu życia zastępowane jest wówczas jego namiastką - poszukiwaniem. Usensownianie życia poprzez działanie ulega swoistej reifikacji: sens życia jawi się wtedy jako rzecz do znalezienia.



Fragment pracy: Zdzisława Cackowskiego pt. "Istota ludzkiej autokreacji tworzenie sensu ludzkiego życia" zamieszczonej w książce pt. "Człowiek tworzy siebie sam." - KRAJOWA AGENCJA WYDAWNICZA, Gdańsk 1985 r.

 


Piotr Michałowski

PO SŁOWIE


W kraju paru tysięcy poetów
w tym pięciu wielkich
pięćdziesięciu wybitnych
pięciuset zdolnych
i tyluż dobrze zapowiadających
swoje narodziny

w kraju
nieustannie opiewanego
zaćmienia słońca
i nazbyt nieomylnych gwiazd
w kraju
złotego deszczu słów
trafiających we wszystkie sedna rzeczy

odzyskuję
coraz spokojniejszą pewność
że kiedy każdą głoską
zaklejamy szczelniej
misterium urojonej ciszy

to musi być
coś
większego
nie pod nie przed i nie między

ale dopiero po
słowie

 

Szczecin, 25.11.99.

 

Piotr Michałowski

 


Archiwum pamięci

Dzięki życzliwości pani Marii Pokomeda, córki pana Romana Sternickiego, która udostępniła, za co wyrażamy jej wdzięczność - dziękujemy Ci "Marysieta" oraz sympatycznej Ani Solarewicz, która była owocnym pośrednikiem; Ludwik Cwynar - jeden z "łabuzi" z obszernej spuścizny wybrał i przygotował do druku fragmenty tytułując je: "Z pośmiertnych kart tłumaczeń dokonanych przez pana Romana Sternickiego". Wszystkim "zamieszanym" w to przedsięwzięcie red. "Łabuzia" składa serdeczne podziękowanie! Poniżej pierwszy fragment zatytułowany:

CMENTARZ

Po tym jak wraz z upływem ubiegłego (XVIII) wieku grzebanie zmarłych w podziemiach kościołów i na cmentarzach przykościelnych zostało ze względów ochrony zdrowia policyjnie zakazane, kościół uzyskał pojemną powierzchnię, położoną przed bramą węgorzyńską, na lewo od polnej drogi wiodącej w kierunku Węgorzyna i dalej do Stargardu, którą przystosował do użytku jako cmentarz.

Pierwotnie, gdy mury obronne Łobezu pełniły swoją funkcję, miasto miało dwie bramy: Bramę Gryficką na przedłużeniu ulicy Kościelnej przy obecnym boisku Szkoły Podstawowej nr1, skąd odchodziły drogi do Gryfic, Nowogardu i Unimia, i drugą zwaną Bramą Reską (przy moście na Redze) - drogi do Nowej Marchii (Świdwin, Drawsko) i do Bonina i Węgorzyna - odpowiednio ulicą Obrońców Stalingradu, Kraszewskiego, Strumykową lub Węgorzyńską przez las. Stopniowo kiedy w dobie armat trudniej było kryć się za murami, robiono węższe lub szersze furty - bramy w murze. Tak też powstała owa przerwa w murze przedłużająca obecną ulicę Niepodległości na wprost, robiąc tu i tam nasyp drogowy i groblę przez łąki nadrzeczne oraz most. Przy tej nowej - przedłużonej drodze właśnie zrobiono (obecnie park z Pomnikiem Wdzięczności) cmentarz.

W innym miejscu tłumaczonych przez p. Romana Sternickiego z języka niemieckiego materiałów czytamy:
"Równocześnie (podczas gruntowego remontu kościoła w 1829 r. - L.C.) miasto zobowiązało się do usunięcia z katakumb pod kościołem znajdujących się tam trumien i pochowania ich na miejscowym cmentarzu".

Miejsce to przez sześćdziesiąt kilka lat służyło mieszkańcom Łobezu jako ich nekropolia. Dwie generacje mieszczan znalazło tam miejsce swego ostatniego i wiecznego spoczynku. Ale nadszedł moment, w którym cmentarz został zapełniony do końca; poszerzenie jego powierzchni okazało się niemożliwe. Pod datą 13 września 1859 r. został między Magistratem a przedstawicielstwem kościoła (ewangelickiego - L.C.) zawarty kontrakt, na mocy którego kościół odstąpił miastu, pod warunkiem nienaruszalności miejsc pochówku przed odpowiedni szereg lat, teren dotychczasowego cmentarza w zamian za 10 - morgowy obszar należący do miasta wraz z wzniesionym na nim domem dla grabarza pod założenie nowego cmentarza.

Nowa nekropolia położona jest nieco dalej od dotychczasowej, na prawo od drogi węgorzyńsko - stargardzkiej, która jest już drogą bitą. Usytuowana jest u podnóża i na zboczu wzniesienia "Heinholz" (chodzi o las, gdzie na górze stanie "pomnik" - L.C.), na którym wspaniałe leśne drzewa(wiekowe dęby i buki) chronią przed napływającymi z zachodu skutkami niepogody. Odległość od miasta to kwadrans drogi pokonywanej pieszo.

Przy ostatnim domu miejskim (chyba naprzeciwko kina, skosem przez dzisiejszy parking strzeżony - L.C.) droga skręca na prawo ku cmentarzowi. Kiedyś była to zwykła piaszczysta polna droga ( dzisiaj ul. Wojska Polskiego - L.C.).

Obecnie została zamieniona w żwirową alejkę, obsadzoną drzewami. Urządzenia, które powstały tu w ostatnim czasie, miasto zawdzięcza staraniom burmistrza Schütza. Podobnie jak obsadzenie zamkniętego cmentarza parkowymi drzewami.

Droga wiodąca na cmentarz przebiega obok cegielni wyrabiającej cegłę z gliny. (To po niej zostały w tych okolicach podkopane zbocza wzgórz, jak np. to w górnej części ul. Słowackiego - L.C.), której właściciel prowadzi równocześnie znacznych rozmiarów plantację szparagów. Przechodząc obok mija się setki grządek obsadzonych tą rośliną, z których zbiera się mięsiste pędy podziemne, wiązane następnie w pęczki i w dużych ilościach wysyłane codziennie porannym pociągiem do dużych miast jako smaczne i poszukiwane warzywo. Nawet cotygodniowe targi w Królewcu zaopatrywane są w łobeskie szparagi!



Źródła: Akta Rządu Królewskiego w Szczecinie. Rejestry oddziału spraw wewnętrznych - miasto Łobez. Wolumen nr 32 "Wprowadzenie nowego porządku miejskiego(nowej ustawy o miastach)" z 30 maja 1853 r. - Czerwiec 1853 do lutego 1869 (część VIII, sekcja 1). Obie wymienione części akt, zostały z udziałem burmistrza Schiütza, opracowane.

 


Bartosz Muszyński

***


rana delikatnie rozpięta światłem
na blejtramie powietrza - fragment ciała
pokryty mżawką, mgłą - spoza mgły

cynobrowe drzewa - gorzkie i słodkie
i ciepłe w dotyku, w zaciśniętej obręczy,
kiedy deszcz nie spadł jeszcze, jeszcze

gęstnieje faktura tlenu, ale - już

za późno - niczego z tym nie zrobię.

 

Bartosz Muszyński

 


Marek Maganiusz Kielgrzymski

COŚ NA KSZTAŁT PROZY CHARLESA BUKOWSKIEGO

Sączyłem czwarte piwo z sokiem malinowym. Obok w musztardówce musowała witamina C. Jakiś facet grał na fliperze strasznie klnąc. Lech nie przychodził. Mieliśmy dzisiaj obgadać publikację jego drugiego tomiku, ale on, jak zwykle, miał swoje wiersze w dupie. Uznawał tylko akt twórczy. Reszta to historia.

Siedziałem i gapiłem się na fototapetę. Dusza mi się ściskała bo od miesiąca nie miałem kobiety. Te wszystkie wywody na temat wyższości wrażeń estetycznych nad seksem to gówno warty kit. Nonsens. Kobieta jest potrzebna do życia. Dla równowagi ustroju. Inaczej wszystko się pieprzy. Brakowało mi łatwości nawiązywania kontaktów. Ubolewałem nad tym. O ileż więcej wyrwałbym dup. Niewątpliwie lepiej bym się realizował. Usprawiedliwiałem się sam przed sobą, że jestem nadwrażliwy i nieśmiały. W końcu co drugi palant może zerżnąć co trzecią cizię, a co dwudziesty jest w stanie napisać dobry wiersz.

Nadwrażliwy byłem niewątpliwie. Kiedy w falowcu, dwa piętra niżej, trwała impreza, nie mogłem zasnąć myśląc o łyku dobrego browca. Teraz w "Zdrówku" chciałem się wreszcie porządnie otumanić, ukryć w cieniu procentów i gapić w ścianę. W lokalu nie było żadnej ładnej kobiety, więc nie groziła mi deprecjacja.

Pomyślałem, że jeśli Lech zaraz nie przyjdzie, to niewiele dziś ugadamy. "Pierdolę. W końcu to nie mój tomik".

Właściciel włączył tv. Jakiś palestrant gaworzył o konsekwencjach prawnych związku z nieletnimi. O gdybym mógł przelecieć jakąś małolatę! Ale jeszcze dwa piwka i zapomnę o tym. Wiedziałem, że nie zapomnę.

Łyknąłem witaminę C bekając z cicha pęk. Byłem trochę chory, musiałem się podleczyć. Nie znałem lepszego sposobu. Coldrex nie działał.

Do knajpy wtoczył się jakiś grubas; z powodzeniem mógłby tu pełnić rolę bramkarza. W "Zdrówku" nie było bramkarza. Co ciekawe, nawet w sobotnie wieczory panował tu, na ogół, spokój. Trudno było dostać w mordę.

Lubiłem takie wieczory. Gapiąc się na bąbelki w akwarium bez ryb myślałem, że sam jestem takim szklanym pojemnikiem na smętne konkluzje. Nie puszczam tylko takich ładnych bąbelków Nie być - to luksus. Nie każdego na to stać.

Syn właściciela zmienił kanał w telewizorni. Po ekranie zaczęły skakać kolorowe fraktale i czarnoskórzy wojownicy. Viva. Podkręcono fonię. Ryk ogłuszył piwoszy i paru wypędził do WC. Grubas rechotał przy kontuarze. Najwyraźniej miał dobry dzień.

Wstałem odsuwając plastikowe krzesło, zabierając ze stolika pusty kufel i szklankę. "Gdańskie z maliną dobrze mi zrobi" - pomyślałem stawiając kufel na barze.

- Tak - potwierdziłem.

Tłuścioch nie przypierdalał się zbytnio. Zlustrował mnie obojętnie, poruszając po kolei trzema podbródkami, a potem zapadł się w siebie. Wróciłem do stolika.

Wszedł Lechu. Był już cyknięty. "A to numer" - zezłościłem się - "Znowu chlał sam". Rzucił czapkę na stolik i pokłusował do piwopoju. Rzeczywiście wydawał się być ostro zgrzany. Rzadko na trzeźwo tak szybko się poruszał.

Lech pił w samotności, ponieważ nie był w stanie wyjść z domu. Na chwilę przed tym jak miał opuścić Grotę, ogarnął go okropny lęk przed światem. Nie mógł się ruszyć. Wszystko zdało mu się naraz ogromne i wrogo ustosunkowane. Nie mógł tego przeskoczyć. Znałem to. O kurwa, jak ja to znałem! Wyrzucili mnie z hurtowni fonograficznej, bo przyszedł taki ranek, że przeraziłem się śmiertelnie ludzi na przystanku i nie stawiłem do pracy.

Zaczęliśmy gadać. O śmierci. To nasz służbowy temat. Zawsze aktualny. Zawsze na czasie. Nie wiem, o czym byśmy perrorowali bez tej ostatecznej wykładni. Bez tej złotej puenty.

Weszła grupka dzieciaków i zrobiło się gwarno. Dziennik telewizyjny z trudem przebijał się przez szum rozmów. Atmosfera domowa. Smród ryby. Gadka o samobójstwie. Zadymione powietrze. Ktoś rzyga w kiblu. Chce się żyć. Miasto wygląda inaczej. Zgoła odmiennie. Sami trzeźwi.

 

Marek Maganiusz Kielgrzymski

 


Daniel Liskowacki

HAUS-PONATH

Prawie w tym samym czasie, gdy w S. podjęto planową, wynikłą z realizacji międzynarodowych umów. akcję wywożenia ludzi, z jego ulic zaczęto też wywozić jego cegły. HummeI pamięta dzień, gdy to do niego w pełni dotarło. Odgruzowujących, kręcących się po ruinach, zbierających na taczki kamienie po minionym S., Niemców i Polaków, a potem tylko Polaków, widywał przez te wszystkie miesiące niemal codziennie. Ale był w tym właśnie rytm codzienności. Rytm terkoczących po dziurawym bruku taczek, rytm kilofów bijących w gruzowiska, łopat szuflujących kamienny urobek na wozy, a potem ciężarówki, rytm kroków tych, którzy dźwigają wiadra wypełnione łuską tynku, prochem po umarłym mieście, by przekazać ów plon wąskotorowej kolejce, wiozącej go aż po torfowiska lasu. który, jak z przekąsem myślał sobie HummeI, Polacy dlatego nazwali Arkońskim, że tak jak kiedyś chrześcijaństwo pogańską Arkonę, tak teraz oni zasypywali, zagrzebywali pod zwałami wojennego śmiecia ów las. Grzęzawiska lasku, dawniej zwanego Eckerberger Wald były jednak pojemne, i przyjmowały w siebie miasto tak hojnie, jak śródmiejskie parki i skwery chowanych w nich teraz, z braku cmentarzy, ludzi. Ale ten codzienny rytm, którego HummeI często Polakom zazdrościł, a który również starał się z czasem współtworzyć w budzonej do życia gazowni, zakłócił mu, zmienił w dodekafoniczny łoskot, widok ciężarówek załadowanych cegłą, gubioną zresztą często na zakrętach, zmierzających w stronę dworca Tourney. Tego dnia, gdy zobaczył je po raz pierwszy, a właściwie, gdy zrozumiał, czemu służą, był już zmęczony długim marszem przez miasto. Po wyjeździe niemieckiego zarządu usiłował, jako jeden z najaktywniejszych, zapanować nad chaosem i uczuciem bezradności, jakie ogarnęło tych, którzy zostali. Nie zaprzestał wędrówek po S. także wtedy, gdy minął pierwszy szok i udało się nawiązać kontakt z nowymi gospodarzami oraz więź między tymi, co rozglądali się po ulicach, po sobie, w niepewności jechać, nie jechać. Zdzierał więc i tak już przetarte podeszwy szukając tych, których warto było odnaleźć, ale też i mieszkań, ubrań, mąki. A tego dnia przechodził właśnie przez skrzyżowanie Königs-platz i Paradeplatz - czując w ustach kamienny pył, unoszący się nad oczyszczonym już po trosze gruzowiskiem i myśląc o niedawnym. wspólnym chodzeniu po mieście z przydzielonym mu przez niemiecki zarząd policjantem Geffke. Bo, gdy mijali kiedyś tę samą. nadpaloną bryłę "Haus-Ponath", Geffke opowiedział mu historię pewnego dancingu w trzydziestym trzecim roku. na który wybrał się z żoną, co skończyło się niespodzianym poczęciem ich najmłodszego syna. Mały Geffke przyżył wojnę. Dopiero po jej zakończeniu. chodząc po rumowisku Starego Miasta z grupą dzieciaków, wciskających się w zasypane piwnice, przenikających przez zapadłe pod ziemię okna byłych domów, po trosze dla fantazji, po trosze z ciekawości, a po dużej części (o czym Geffke nie mówił) w poszukiwaniu rzeczy, które można by sprzedać, a właściwie wymienić na jedzenie na jednym z miejskich, dzikich targowisk, więc wtedy właśnie, natrafiając nogą na jakąś pułapkę z ceglanego występu, który obsunął się nagle w nicość, maty Geffke roztrzaskał sobie głowę, w której nigdy, oczywiście, nie zaświtała nawet myśl, że mógłby być owocem namiętnego tanga z parkietu "Haus-Ponath". Humrnel przypomniał sobie ową opowieść, w której frywolny błysk srebrnych pantofelków Pinet-Paris i wieczorowej sukni z firmy Kittel (jak to było? "Każde pragnienie skryte w mig wam spełni Kittel") specjalizującej się w okrywaniu rubensowskich kształtów (czy było to korzystne dla pani Geffke - inżynier nie wiedział), mieszał się z szarością przysypanej kamiennym pyłem twarzy umierającego dziecka; przypomniał ją sobie obchodząc łukiem bezimienne groby czerwonoarmistów, pochowanych akurat tutaj, tak jakby chcieli, by konny i hełmopióry Kaiser, stojący jeszcze parę miesięcy temu na tym placu, zanim gruchnął o bruk ściągnięty sznurami przez polski czołg, powrócił choć na chwilę na postument i obrócił ku nim marsowy wzrok w uznaniu dla ich dzielności, lub w pogardzie dla ich anonimowej śmierci, zaś oni, w swoich płytkich grobach, wypięliby wtedy na niego sine tyłki: ot, tak czy siak, germaniec durak, ciebie tu nie ma, a my jesteśmy. Choć wkrótce i po nich miało tu nie zostać śladu. Ale wtedy jeszcze byli, a na ziemię koło nich. padając niemal pod nogi Hummela, posypały się cegły. Z przejeżdżającej mimo, posapującej dychawicznie i dość niedbale okrytej plandeką ciężarówki. Tak, że było widać złożone na niej cegły, stosy cegieł. I Humrnel przypomniał sobie, co mówiono na mieście: nas wywożą w jedną stronę, cegły w drugą; dobrze choć. że jeszcze nie pomyliły się im kierunki. Bo jakby cegłę zaczęli wozić do Niemiec, a nas w głąb Polski czy Rosji, to już nie daj Bóg. I jakoś tak nałożyły się Hummelowi na siebie te opowieści, i pomyślał, że jeśli to wszystko miało jakikolwiek sens, tamten dancing, poczęcie dziecka i jego śmierć w przepaści po ulicy, i groby młodych rosyjskich sołdatów leżących obcej ziemi, i ten pruski, butny symbol zwalony w proch z jedenastometrowego cokołu, z którego czuwał po żołdacku nad miastem, to ten sens tkwił w podnoszeniu się S. z gruzów. A wtedy ciężarówka obładowana cegłą, zebraną zapewne na pustyni Pölitzerstrasse, Moltkestrasse, Bugehagenstrasse, skryła się za szczerbami domów, kolebiąc się ze swym ładunkiem w stronę kolejowej rampy na Tourney, by tam przerzucić go na wagony. Hummel patrzył za nią i niewiele go obchodziło, że to cegła na odbudowę zburzonych niemiecką ręką polskich miast. A prawdę mówiąc, niewiele go obchodziło również, że to niemiecka cegła. Myślał o dancingu w "Haus-Ponath", o małym Geffke, o zabitych Rosjanach bez imienia, i o zwalonym na bruk pomniku cesarza. Chyba więc myślał o S., lecz jeśliby go o to zapytać wprost, całkiem możliwe, że by zaprzeczył.

 

Daniel Liskowacki


Fragment przygotowywanej do druku powieści "Eine Kleine"

 


Stefan Kosiewski

JESZCZE JEDNO MIASTO

jeszcze jeden powód, dla którego lubię religię
jeszcze jedno miasto podobne do Wilna

na płaskowyżu rozciętym doliną rzeki
na pagórkach jak cmentarz na Rossie

na dolomicie i wapieniu cienko okrytych
piaszczysto-gliniastą powłoką osadów czwartorzędu

piasków i żwirów zebranych kiedy rzeki
przechodziły okres zlodowaceń plejstoceńskich

i w holocenie, a poza tym - cienka warstwa glin
i rumoszy zwietrzelinowych oraz pyłów eolicznych

zglinionych lessów wieku plejstoceńskiego
i lubię religię także dlatego

 

30.4.98
Stefan Kosiewski

 


Archiwum pamięci

Wiktor Kutkiewicz

BIEG DO ZIEM ZACHODNICH XV


Tekst sponsorowany: Pan Stanisław Muszalski

Po kilku dniach dzięki zbawiennej opiece personelu kuchni internackiej, mój fizys przybrał krasę z czasów, kiedy pasąc czerwonoarmijne holenderki suto popijałem ich mleko zakąszając jeżynami, które w pamiętnym 1945 obrodziły nad podziw i często przez leśnych ludzi i takich nieszczęśników jak ja były uważane za delikates nie do pogardzenia. Poznałem ich smak i urodę dawno temu, gdy w okolicach Jurbarku na spadzistych brzegach Niemna pasałem kozy licznej biedoty, zamieszkałej w dolnej części miasta, zwanej "żydmiestis". Był to biedny, pracowity lud, któremu rzadko kiedy w oczy wiał pomyślny wiatr.

Co sprytniejsi zajmowali się pokątnie drobnym handelkiem i wegetowali z dnia na dzień. Do wyższej kasty należeli rzemieślnicy, lecz i im w czasach kryzysowych bywało trudno. Kasta kupców i hurtowników nie narzekała na swój los. Przedstawiciele najwyższej klasy patrzyli na swych braci, chuderlaków, nie zawsze łaskawym okiem. Mimo tego w moich czasach nie zdarzyło się na Litwie, żeby jakiś biedak gminy żydowskiej zmarł z głodu lub zimą zmarzł na śmierć. W dzielnicy przypominającej getto, sytość nie bywała częstym gościem. Chłodno i głodno, lecz do domu blisko - mawiali w takich przypadkach moi sąsiedzi. Natomiast nie znałem faktu, żeby pod koniec tygodnia w nawet najnędzniejszej chacie nie było świecy szabasowej i specjalnie przygotowanej kury. Oto starała się już gmina żydowska. W najuboższych domach chrześcijańskich takich cudów nie było...

Po przybiciu do miasta mego dzieciństwa i młodości pierwsze moje kroki skierowane były do Doliny Śmierci - miejsca gehenny narodu żydowskiego. Znajdowała się nieco za miastem, w pobliżu Niemna. Nieco dalej lśniły zielenią niewysokie, opadające tarasami w dół, spadziste pagórki obrośnięte leszczyną, tworzącą nie do pokonania dżunglę. Jesienią, gdy dojrzałe orzechy same spadały jak kamyki w dół, będąc już gimnazjalistą, wybierałem się razem z chłopcami z dzielnicy nędzy, by odwiedzić miejsca gdzie razem pasaliśmy kozy. Wracaliśmy z kieszeniami pełnymi orzechów. Każdy z nas szedł już własną drogą, więc opowiadaniom nie było końca...

Po jakich niebieskich pagórkach chodzą teraz Ci chłopcy? Po wkroczeniu Niemców do Litwy zginęli wraz z całą żydowską ludnością od esesmańskich kul. Był to dies irae - dzień zagłady przewyższający swym bezsensem i irracjonalizmem wszystko to, co się działo dotychczas w historii. Gdy przechodziłem obok tablicy orientującej turystów o masakrze - niewinnej ludności nie miałem siły podejść do tablicy - nie wytrzymałem nerwowo. Z opuszczoną głową ruszyłem z powrotem do miasta. Przyznałem rację Plautowi z Sarasiny, że gehenna - piekło ma swoje miejsce na Ziemi jako symbol okrucieństwa i kaźni. "Homo homini lupus" (człowiek człowiekowi wilkiem). Rzymski komediopisarz w swym mądrym porzekadle mówi nie o zgrai czy sforze, a o pojedynczym wilku. Po przeszło paru tysiącach lat moralność nasza upadła tak nisko, że zabicie jednego wilka (w przenośni człowieka) nie odgrywała żadnej roli. Za pomocą bomby atomowej w ciągu paru sekund można zniszczyć milionową metropolię. Więc nie chodzi o jednego wilka (w przenośni - człowieka) a o setki tysięcy więcej. Co by się stało, gdyby taką możliwość miał wódz bez skrupułów i sumienia opętany manią niszczenia... Że tak już było, najlepszym dowodem są na pięciu kontynentach tysiące miejsc kaźni i masowych mordów. Przykładem dla nas może być Katyń...

Po sutym jak na tamte pionierskie czasy śniadaniu wyruszyłem razem z dyrektorem do gimnazjum. Dla mnie był to pochód zwycięski, dla dyrektora - konieczność, obowiązek służbowy. Inaczej o tym myśleli nauczyciele. Rychło dotarła do pokoju nauczycielskiego plotka rodem z internatu. Paru nauczycieli, którzy tam się stołowali, doszli do wniosku, że na pewno znamy się już od dawna, a może nawet jesteśmy spokrewnieni. Rzeczywiście! Stosunek dyrektora względem mojej osoby był bardzo serdeczny a nawet opiekuńczy. Stąd ten plotkarski wniosek. Przyczyna była inna. Polegała na braku nauczycieli matematyki. Dyrektor przedstawił mnie Radzie Pedagogicznej sprytnie podkreślając mój młody wiek i prosząc o opiekę nad "zagranicznym" gościem. Nie powiedział, z jakiego kraju przybyłem i jaką narodowość reprezentuję, tylko dyplomatycznie zaznaczył, że mam pewne trudności z mową polską, ponieważ nie miałem możności chodzenia do polskiej szkoły. Potem na pewno długo dyskutowano o mojej osobie. Ja później się dowiedziałem, że uważali mnie raczej za Niemca, a nie za Polaka, i to ze względu na moje ubranie; chociaż śpiewna wymowa sugerowała wprost, że mogę być Litwinem. Podobny akcent mieli ci Polacy, którzy przez dłuższy czas kontaktowali się z Litwinami na przykład reemigranci z Wileńszczyzny. Poza ty mieli rację. Nauczyciele, z którymi zapoznał mnie dyrektor, w porównaniu ze mną, wyglądali mizernie. Ubrania mieli przez długotrwałe używanie znoszone, buty podniszczone, kurtki wyblakłe od ciągłego użytkowania. Ja natomiast dzięki "szczodrości" komendantury mogłem skorzystać z zasobów bauera. Dobrze pamiętam słowa komendanta, gdy przekazywał nam dom bauera, mówiąc: "Bieritie, wsio eto wasze" (Bierzcie, wszystko to jest wasze). Mówiąc to serdecznie pokiwał ręką i odszedł do kancelarii. Jeszcze zdążyłem na jego twarzy spostrzec krzywy półuśmieszek, dobrze mnie znany z roku 1940, gdy na pograniczu litewsko - niemieckim jako kierownik szkoły pogranicznej, gdy do mnie przychodzili radząc by dzieci nie chodziły kąpać się do Szeszupy - To potrwa "ne dołgo" (nie za długo) - przyrzekali solennie. Potem będą mogły pławić się w rzece jak szczupaki. W takich przypadkach ich usta układały się w słodziutki, a dla mnie - sardoniczny, uśmieszek. Intuicyjnie przeczuwałem, że zdarzy się coś wręcz przeciwnego. Tak było i w tym przypadku. Wkrótce szkołę zamknięto, a mieszkańców przeniesiono z wiekowych sadyb na sudagarskie pagórki w pobliżu Jurbarku. Na tym skorzystały dzieci. Zamiast Szeszupy, której tylko jeden brzeg należał do nich, miały cały Niemen po obu stronach łąk. Na opuszczonej przez tubylców ziemi powstała tak zwana "miortowaja polasa" - zona śmierci, która była zalążkiem żelaznej kurtyny, odgradzającej Związek Radziecki od "zgniłej" europejskiej kultury. Podobnie jak litewskie dzieci, dziatwa przesiedleńców wileńskich miała również swoją nową rzekę - raczej rzeczkę o wąskim korycie i ostrym biegu. W szuwarach nieco za miastem muł rzeczny naniósł tu i tam szlamu, który schnąc na brzegach wydawał nieprzyjemną błotnistą woń. Chodząc w wolnych chwilach obserwowałem bawiące się dzieci. Rzeczka jest spławna. Żaden puszczony do wody stateczek czy łódeczka, nawet wykonane z kory dębowej, nie dałyby sobie rady z rzecznym prądem i wywracałyby się ku rozpaczy dzieciaków.

Bawiły się i bawią w sposób podobny na Madagaskarze i w Mozambiku niezależnie od koloru skóry. A podczas wojny na pewno dzieci czerwonych komisarzy i brunatnych możnowładców...

Teraz gdy spaliły na panewce tamerlańskie plany, tam, gdzie zapanował spokój i rozsądek - dzieci mogą bawić się spokojnie. I ja, czując się bezpieczniej niż dotychczas spróbowałem powoli pozbywać się paraliżującego mnie strachu. Sylwetka armijnego komendanta szarzała, jakby topniała. Powoli odradzałem się mając w ręku przyrzeczenie, że tuż tuż a dostanę z kuratorium dokument zatwierdzający mój etat. O sprawie obywatelstwa nawet... zapomniałem. Poczułem się jak małe dziecko, obok którego stoi matka. Zrzuciłem z nóg buty prawie po kolana zanurzając się w wodzie. Gałązki dotykały moich nóg z lekka drażniąc. Ciekawe, co teraz robi mój były komendant? Może już jest w Rosji i chwali się swoimi wojennymi trofeami. Jakie trofea! Tylko wysoka szarża mogła tam się liczyć lub jakiś bohaterski czyn, by mieć siakie takie prerogatywy, a na to się nie zanosiło. Zwykły żołnierz mógł dziękować losowi, że wraca z nie pokiereszowanym tyłkiem. Woda jest żywiołem ostudzającym nie tylko nogi, ale i myśli. Zrobiło mi się sennie. Bóg chyba ma pod swoją opieką sangwiników, których słynny lekarz Hipokrates określa jako kąpanych w gorącej wodzie, o zmiennym charakterze i krewkich. Wiatr życia pomiata nimi jak puszkiem. Przecież nie tak dawno histeryzowałem o swym losie bezetatowca i głodomora, zbiega i człowieka bez Ojczyzny, by po paru szczęśliwszych dniach ożyć jak róża jerychońska. Byłem tym liściem zerwanym przez podmuch burzy i pomiatanym, by teraz w idyllicznym nastroju udawać wczasowicza.

- Chyba nie kąpiel w taką porę. Łatwo przeziębić się! - Za rozłożystą olchą na drugim brzegu zamajaczyła postać dyrektora. Zaskoczony pośpiesznie wydobyłem nogi z grząskiego mułu na brzeg jak nie swoje. Ponieważ wiedziałem, że interesuje się również sprawami harcerstwa, postanowiłem i ja dodać parę groszy: - Czy mogę przyłączyć się do dyrektorskiego rekonesansu: tu za mało miejsca na zabawy harcerskie.

- Nie tylko tu - dodał ucieszony zwierzchnik - jest dużo spraw ważniejszych. Można by pomyśleć o zorganizowaniu muzeum regionalnego. W regionie tyle jeszcze znaleźć można poniszczonej broni i wykorzystać na lekcjach historii... Moja opinia w tej sprawie była taka sama. Że to już później wywołało różne reperkusje, a ja musiałem kryć się w lasach - to już inna sprawa...
Ponieważ dyrektor znajdował się na drugiej stronie, dość głębokiej w tym miejscu rzeki, wskazałem na kładkę, znajdującą się w pobliżu. Po kilku minutach wracaliśmy już razem. Okazję tą postanowiłem wykorzystać w sprawie, która wciąż nie dawała mnie spokoju. Postanowiłem przecież rozsupłać węzeł gordyjski, którym była sprawa niewyjaśnionego dotąd zachowania się wystraszonej dziewczyny podczas mojej pierwszej wizyty. Gdy już byliśmy w Internacie przy drzwiach dyrektorskiego gabinetu, nie wytrzymałem: - Nie wiem dlaczego, ale wciąż irytuje ta rozpłakana, a w następnym dniu rozbawiona dziewczyna. Skąd takie skrajne zmiany w zachowaniu się.

- Mówisz o Anetce - żachnął się dyrektor - Wierzę teraz, że jesteś stuprocentowym Litwinem, upartym jak...

- Jak osioł - dokończyłem zdanie dyrektora. - Jest to jedna z ich ujemnych cech, ale przyczyniła się do tego, że naród zaistniał. Nie są ani Rosjanami, ani Niemcami. Są upartymi Litwinami.

Jeżeli dyrektor pozwoli, spróbuję wyprowadzić współczynnik upartości w walce o samoistnienie dwóch bratnich narodów: Litwinów i Polaków; przyjmując w przybliżeniu, że: Liczba Litwinów wynosi 4 miliony, Polaków - 40 milionów. Z relacji wielkości odwrotnie proporcjonalnych (im naród mniejszy, tym z większym uporem walczy o zaistnienie).. Załóżmy, że symbolem L oznaczymy Litwinów, a P - Polaków, możemy napisać proporcję:
L : P = 40 milionów : 4 miliony
Prościej:
L : P = 40 : 4/ :4
L : P = 10 : 1
Stąd zaś wynika wniosek, że współczynnik uporu i zaciętości Litwinów ze względu na małą liczebność narodu jest 10 razy większy od polskiego. Kartkę ze swymi deliberacjami wręczyłem swemu przełożonemu.

Dyrektor popatrzył na moje bazgroły, uśmiechnął się i rzekł - Dobry byłby z pana sofista, lecz program gimnazjalny takiego przedmiotu nie przewiduje. I zaprosił mnie do kuchni na szklankę herbaty. O uczennicy nie powiedział ani słowa. Wyglądało na to, że o niej zapomniał.

Po kilku minutach ciszy nie wytrzymał. Jego konciki ust zadrgały półuśmieszkiem Giocondy, który prawdę mówiąc do twarzy męskiej nie pasował. Nareszcie spoważniał i zmienionym głosem wyksztusił: - Dosyć już mam tej niepoczytalnej Anetki. Z ją jedną mam więcej kłopotu niż z pozostałą resztą uczennic. Nie tak dawno zaczął przeciekać dach tuż nad jej pokoikiem. Postanowiła sama dach załatać. Pomysł chwalebny, ale nie jest to praca dla dziewczyny. Zabroniłem jej kategorycznie włażenia na dach. W jednym miejscu dachówki się zerwały i poleciała w dół jak worek. Na moje szczęście jakoś uchwyciła się za rynnę i zatrzymała się. Dobrze, że w pobliżu był stróż i ją zdjął z dachu. Później wymyśliła - ktoś ją napastuje. Ze strachu zaczęła wychodzić z pokoju i opuszczać lekcje. Wreszcie i ta mania przeszła. Wreszcie zaczęła łasić się do chłopców, zmieniając ich jak renesansowe damy rękawiczki. Zaczął się istny galimatias. Ktoś puścił gadkę, że w internacie straszą duchy zabitych podczas wojny i pochowanych w pobliżu. Jakiś dowcipniś przyniósł parę piszczeli do straszenia dziewcząt. Wyskakiwały przez okna ze strachu. Ostatnią historię pan, panie Kutkiewicz dobrze znasz. Chcąc, by dziewczyna jakoś uspokoiła się i spoważniała, poleciłem, żeby dyżurowała w moim gabinecie i, gdy pan przyjdzie - by podała obiad i godnie przyjęła nowego profesora. Gdy mnie nie było w Internacie, ktoś nieznany wtargnął przez okno, które było otwarte, zaczął wyć nieludzkim głosem. Tak przynajmniej opowiadała mnie. Skoczył na nią i zaczął targać za włosy. Uciekł, gdy usłyszał, że ktoś wchodzi z podwórza do kuchni. Dalszą historię zna pan z autopsji. Ale to jeszcze nie wszystko. Dzisiaj przyszedł jeden z uczniów z naszego gimnazjum. Przyznał się: zrobił to z zemsty, że zaczęła go zdradzać z jego kolegą. Przebrał się w stare łachmany i ruszył do "roboty". Nastraszyć, nastraszył, lecz nie zanadto. Przeszkodziliśmy w tej zabawie obydwaj: i ja i pan panie profesorze...

Popatrzyliśmy jeden drugiemu w oczy. Ja zacząłem pierwszy trząść się ze śmiech, potem - dyrektor. Przecież my podejrzewaliśmy po kolei jeden drugiego, że to my byliśmy zalotnikami, którzy tak wystraszyli to perfidne niewiniątko... Tak pękła zagadka jak węzeł gordyjski, który kiedyś Aleksander Wielki rozciął mieczem. Co do współczynnika wytrzymałości w walce o wolność i niepodległość, o hart charakteru, w tych sprawach - dyrektor podkreślił, że nie wystarczy tępy upór, potrzebny mądry upór, jaki kiedyś wykazał poznański chłop Drzymała; walczył z żelaznym kanclerzem Niemiec i walkę wygrał. Litwin nie był by Litwinem, żeby nie wtrącił coś i swoim kraju. A Żmudź! Czy nie zmusiła Mieczonośców ominąć łukiem ich kraj i podbić kraje słabsze duchowo. Uparty żmudzki osioł wyrzucił z siodła zakutego w żelazo napastnika.

Dyskusja ta ożywiła nas duchowo. Była potrzebna jak czyste powietrze i silna wola w pokonywaniu naszych trudności.

 

Wiktor Kutkiewicz

 


Ariana Nagórska

KONKRETNA ZNÓW DYSKUTUJE O RZECZACH OSTATECZNYCH


przeczucie końca świata wciąż Konkretną dręczy:
- Powiedz mi po ludzku dlaczego prorocy
gadają tak zawile jak (za przeproszeniem) poeci
istny obłęd, co krok metafora
 
czym anioł ma dąć w trąbę skoro niema płuc?
gdzie gwiazdy spadać będą skoro każda jedna
stokroć większa od Ziemi?
a dni i godziny trudno nie znać -
- kalendarz i zegar ma każdy!
 
sprowadź mi normalnego co by w prostych słowach
niczym dziad do obrazu rzecz wyłożył zwięźle
tylko na litość boską nie z twojego grona
(ten od Apokalipsy to też nie prozaik!)

 

2 X 94
Ariana Nagórska



Za zgodą autorki, na prawach rękopisu przedruk z tomiku: pt. "Coraz dwutysięczniej" - Instytut Wydawniczy Świadectwo - Bydgoszcz 1999

 


Agnieszka Wesołowska

OBOWIĄZEK

 

"Cóż to za okropna dola:
nie być do niczego przywiązanym, niczego nie pragnąć, a tak wiele rozumieć."

 

Bolesław Prus

Lato krzyczało nienaturalnie głośno, krzyczało kwiatami lipy, miłostkami, gwarem, spiekotą, nieskoszonym polem, jagodami, zepsutym mlekiem, a najbardziej zagłuszało trupim odorem, który ułożył się w istny żywopłot wokół miejscowej kaplicy. Edward o tej porze roku rzadko wychodził z domu. Nie znosił nachalnego smrodu potu, widoku opalonych ciał, przeczucia zagotowanych pod skórami doznań i w ogóle nie lubił zastawać świata obnażonego z powłoki chłodnego spokoju. To było pierwsze lato po śmierci babci Aurelii, szczupłej staruszki z lekko krzywym nosem, niedbale zawieszoną na twarzy cerą i nadmiernie pełnymi, wilgotnymi ustami. Kobieta ta obijała się o codzienność Edwarda i uczyniła tam głęboką, staranną i kunsztowną niszę, którą obejmowała chaotyczna architektura teraźniejszości.

Edward mieszkał na parterze, a jego pokój dźwigał jeszcze cztery, ustawione na sobie piętra. Przed budynkiem znajdował się plac zabaw, skąd Helszka wieczorami wyganiała podwórkowe dzieci, a sama, trzydziestoletnia, zasiadała na dziurawym tronie karuzeli i patykiem czesała włosy krótko ostrzyżonej lalce. Edward zachłannie ssał z niej naiwność, podnosił i przechowywał opluty piasek, który ona zostawiała mu na wycieraczce. On, właśnie on, musiał zrozumieć, że na Helszkę opadła z góry, a może podniosła się z dołu aureola nieświadomości, przylgnęła do niej choroba oczu, uszu, rąk, a ona przygarnęła ją pokornie. Ona, jasna aura, przyjęła do siebie wiatry i deszcze, i burze, które grzmiały w duszy Edwarda obok śpiewu jesieni, gniewu południa, litości wieczoru nad uciemiężonymi słońcem trawami i wreszcie obok ciszy jego własnego życia.

Czasami rozmawiali przez okno.

- Helszka, mam cukierki. Takie kolorowe, jak lubisz.

- Skąd wiesz, że lubię ?

- Nie wiem. Tak sobie pomyślałem.

- Więc po co się myśli? Ja nie lubię cukierków.

- No widzisz. Gdybym pomyślał inaczej, to sam bym wiedział. Myślenie jest taką grą. Bez planszy. Nawet pionków się nie używa. Rozumiesz? A kostki to takie cukierki, słodkie albo kwaśne.

Edward przyjrzał się zdziwionej, niepojętnie smutnej twarzy kobiety. Tak, przecież małe dziewczynki nie muszą tego rozumieć. I było mu wstyd. Było mu wstyd, bo wiedział, że jest wtorek, że za chwilę nadejdzie noc, że upał jeszcze się nie cofa, ale zatrzymał się już w przyciemnionych kleszczach wieczoru.

- Helszka, zabiłem człowieka. Dwudziestoparoletni. Wymyślił sobie pewnie życie, a ja mu je przejechałem starym, wysłużonym fiatem. Zdążył otulić sobie duszę wszechmogącym poczuciem doskonałości. Potłukł sobie kolano i myślał, że upadł. Zachwyt zahaczył o wierzchołek jego serca i zdawało mu się, że kocha, i oto siatka, którą sam sobie usnuł została po oblężonym ciałem śmiesznie cała i bezużyteczna.

- Jaki kolor? Jaki kolor miał ten twój samochód? Może różowy? Różowy to ładny kolor.

- Głupia jesteś, malutka. Ale masz ślicznie obłąkane oczy. I ładnie udajesz bociana. Ja mam opracowany system filozoficzny i nie radzę sobie z wystającym podkoszulkiem.

Helszka odeszła, ale podkowy jej oczu długo stukały w duszy Edwarda. Dopiero miękkie płótno obojętności wyciszyło uporczywe dźwięki, ale mężczyzna dobrze wiedział, że rano to ochronne, podłe runo bierności skruszy się na brzegach, by w końcu z powrotem oddać miejsce postukiwaniom.

Tymczasem noc ciągle podpełzała i jej nieuchronność stawała się coraz bardziej oczywista. Edward podziwiał miasto w całej jego wieczorności i spoglądał na cień ławki, przy której stała latarnia. Ale nie mógł wyżej podnieść oczu. Bał się, że nie zrozumie już nic, że pąk tego przedmiotu nie rozwinie się w kwiat. Nie chciał róż, stokrotek ani konwalii. To miały być pelargonie. Tylko pelargonie.

Był spokojny. Wiedział, że ktokolwiek przylgnie wzrokiem w to miejsce zobaczy deski, oparcie, lampę. Jego obrazy zawsze odrzucały obce spojrzenia. Były nienaruszone, idealne i odległe.
 
 
 

Dzień, jak zwykle, rozpoczął się od świtu i Edward uznał to za naturalne. Wiedział wszelako, że oczywistość środowego poranka jest prawidłowością nadaremną dla jego ludzkiego życia. Bo dla tych zaskakująco odwiecznych i przerażająco chwilowych istot, które uparły się odziewać codzienność w pancerze logiki, dążenie do przetrwania nie jest zasadą, możliwością ani nawet prawem, lecz uwikłało się w sidła obowiązku. Edward przeczuwał, że psobycie podwórkowego Burka zasilane jest jedynie warczeniem i skamlaniem, a piramida dookolnych obserwacji utrzymuje się bez brakujących klocków. I oczy Edwarda rozdrażnione obecnością wróbla, ćmy, kota, psa i przybijającego do drzewa ciszę dzięcioła odbijały w sobie wieczorne spojrzenie Helszki, które jednak coraz bardziej napełniało się jego własnym, przejmującym niepokojem.
Około południa, w czasie, gdy na ulicy narastały nagle zarośla tłumów i gdy najwięksi wojownicy zdobywali piaskowy zamek plastikową łopatką, w Edwardzie wrzawę czyniły idealnie nagie, kuszące nicością schronienia w przestrzeni usuniętej z łona ziemskiej osiągalności.

I wiedział, że myśl ta nigdy w nim nie dojrzeje, że obnażone przezeń ukrycia nie zrealnieją i nie przyjmą na siebie cementu uczynienia. I czuł, że miota się po nadmuchanym balonie, którego brzemienność zawsze już będzie nadmierna i boląca.
Powietrze zanosiło się od kaszlu i rzucało na ziemię plwociny śliskiego, upalnego deszczu. W pokoju Edwarda wylegiwał się półmrok, rozłożony równomiernie po całym pomieszczeniu. Dywan oddychał kurzem i był dziwnie mocno obecny pod stopami nalewającego herbatę lokatora. Tapczan, przedmiot osobliwie rozległy, rozdrażniony dotykiem przeciągał się chrapiąc i grymasząc przy tym niepokojąco. Edward stał już przy oknie, gdy w bramie pojawiła się starsza kobieta, zawstydzona przebiegłością i niepohamowanym lgnięciem deszczu pod jej jędrne ciągle ciało. Niosła wiklinowy koszyk wypełniony dojrzałymi jagodami. Edward wpatrywał się w jej rękę i właśnie tam spostrzegł oczy, usta, zakłopotany uśmiech, potężne, strzegące niewielkiej twarzy brwi i spokojne, pozbawione uniesień czoło. Wpatrywał się w tą zamkniętą dłoń i widział w niej szczelną wiarę, która dźwigała przekonanie, że innych jagód już nie ma, że cud objawił się pod tą zdumioną ręką wytryskając ciemnofioletowym owocem. i dusiła Edwarda ta pospolita realność jagód, ta ich realność, o której przyszło mu wiedzieć boleśnie i okrutnie.

Znów jasne, dzienne światło zaczęło wymykać się oczom Edwarda. Przylgnęły do niego wszystkie stany, doznania i uczucia, które najodważniej parowały z nieoświetlonych zakamarków okolicy. Edward popatrzył na zdjęcie babci Aurelii, na to zdjęcie, które wyciągnął pamięcią z wyrzeźbionej przez nią niszy. On, czterdziestoparoletni, dostawał od niej co rano butelkę ciepłego mleka, które sączył rozważnie i długo. Resztkami zalewał wieczorne lęki i dręczące przeczucia, które teraz rozogniły się boleśnie.

Edward przyglądał się swoim konturom w przybrudzonej szybie. W dole Helszka zmieniała lalce sukienkę przykrywając kuchenną ścierką nagie, plastikowe ciało.
 
 
 

Następnego dnia obudziło Edwarda stukanie, które przybiegło do jego pokoju z podwórkowego trzepaka zręcznie omijając przy tym balkonowe zakręty. W dole rozlegała się czyjaś obecność i Edward czuł ją doskonale wyraźnie. Ponurość zaczęła wdrążać się w jego zaspane jeszcze oczy, które nosiły w sobie wstydliwą rozumność i zakłopotanie. Dzień panoszył się już po mieście gwarem, dźwiękiem kościelnych dzwonów oraz nagłością i jednoczesnością sytuacji. Spojrzenie Edwarda potknęło się na chwilę o korowód wynurzającego się z kaplicy tłumu, ale bólu nie starczyło nawet na to, by odczuć czyjeś nieistnienie. Trumna górowała nad głowami, jakby na przekór temu co miało nastąpić - siłą obcych rąk odpychała się od gleby martwej, silnej i przeraźliwie spokojnej.

Edward wiedział, że za chwilę będzie południe i bał się nachalnej wrzawy, która wstępowała w niego codziennie wraz z zenitem słońca. Nie warto było wstawać. Przewrócił się ostrożnie na drugi bok, tak by nie uszkodzić obolałych ścianek balonu, w którym znajdował się od paru lat. Postanowił przeleżeć dzisiejszy i może parę dni następnych.

Chciał koniecznie się nad czymś zastanawiać. Myślał więc o oplutym piasku, który Helszka co dzień kładła mu na wycieraczce. I nie mógł nijak tego wytłumaczyć, zrozumieć, pojąć. I wyrzeźbił tej niepewności kapliczkę w swoim umartwieniu. I modlił się do niej nieustannie.

 

Agnieszka Wesołowska

 


Jerzy Grupinski

PAMIĘĆ


Brzoza
pod moim oknem
jeszcze wczoraj jasna młoda
dziś jak klepsydra
przesypuje liście

Może to nieprawda
czyjś sen tylko
albo słowa
które ledwo pamiętam
Nigdy więc nie było
tego domu
ciebie ani mnie
ani tego grobu
w którym teraz mieszkasz?

 

Jerzy Grupinski

 


Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (3)

Razem z listowiem jesienny wiatr przywiał sporo druków zwartych. Więcej, prawdę mówiąc, niż liści. Jednak tylko 7 podda się telegraficznemu omówieniu. Resztę zjedzą psy, albo inni recenzenci.

Wybrana siódemka ma pewną cechę wspólną - są dokładnie różne: już to przez zawartość, już to dzięki edytorskim sztuczkom. Nie wspominając o rozmaitości nazwisk, literackich form i sporej amplitudzie poziomów. Dzięki czemu unikniemy monotonii lektury.

Mocno zadowoliła mnie świeża wydawniczo rzecz akurat nic nie mająca wspólnego z literaturą choć współautorem jest członek ZLP - Jarosław Zwoliński (Jarosław Zwoliński, Jarosław Merena "Na Łemkowszczyźnie. Florynka [nasze seło]", bez oficjalnego wydawcy, Koszalin 1999, str. 170). Książka, wsparta finansowo przez Fundusz Promocji Twórczości MKiSz, opowiada o dziejach Florynki, wsi zamieszkałej przez Łemków. Ta leżąca na pograniczu Beskidu Niskiego i Wysokiego wioska, której pierwsza pisana lokacja nastąpiła w 1391 r., ma nieźle udokumentowaną tradycję. Cóż, kultura Łemków na ogół mało jest znana i samych Łemków ze świecą szukać. Rozproszeni, rozbici - głównie za przyczyną mało sprzyjającej historii ostatnich kilkudziesięciu lat.

Książka ważna kulturowo, ubogacona ikonografią szkoda tylko, że edytorska strona wydawnictwa nie dostaje zawartości (denerwuje przede wszystkim spora ilość błędów drukarskich).

Natomiast skrajnie przeciwną stronę edytorskich starań prezentuje niewielki objętościowo zbiorek wierszy A. Michalskiego (Alojzy Michalski "Okolice Wieży Ciśnień", PHU "EKO-ALGA", Bydgoszcz 1999, str. 72), opublikowany starannie, z ciekawą okładką i ze znakomicie dopełniającymi poezję zdjęciami rodzinnymi autora. Zdjęcia te, same w sobie posiadające nostalgiczny walor, stanowią organiczną część wydawnictwa. Bowiem utwory za motyw główny wzięły magiczne lata dziecięce poety, miejsca i ślady pozostałe w pamięci czasów poznawania i rozpoznawania świata, pierwszych zachłyśnięć, fascynacji środowiskiem, w którym dorastał. Może ktoś powiedzieć, że podobnych utworów w literaturze polskiej jest wiele, lecz wiersze Michalskiego (rocznik 44) bronią się nie wymuszoną prostotą i brakiem ckliwości.

Jest jeszcze coś, co zdumiało w omawianym zbiorku - zapobiegliwość autora. Wymienia on w słupku na stronie redakcyjnej wszystkich wspomożycieli finansowych wydawnictwa; a jest ich... kilkunastu! Od hotelu "Pod Orłem", przez lokalne delikatesy i dealera blokad skrzyń biegów po Wytwórnię Artykułów Gumowych. Pośrednia to interesująca wskazówka dla poszukiwaczy sponsorów.

Samodzielnie poradził sobie S. Rusin (Stefan Rusin "Wesele Hioba", Konin 1999, str. 88), wydając zbiór wierszy na własny koszt, poza wydawnictwami. Tomik opatrują także jego własne ilustracje. Przeszło 70 utworów podzielił na 4, przesycone symboliką części: "Wino", "Kanie, gryfy, jastrzębie", "Kaganki, klasztory" oraz "W ramionach wampira". Cóż, są to wiersze mocno wymyślone, w zasadzie bez duszy i klimatu - jedynie sprawnym warsztatem zasłaniające niedostatki treści.
Autor wcześniej wydanych 4 próz dokumentalnych i 10 tomików wierszy jakby sam trochę nie dowierzał sile swoich tekstów, mocno podpierając się na okładce opiniami L. Żulińskiego, K. Kuczkowskiego, S. Jurkowskiego, D.T. Lebiody i K. Maliszewskiego - silnie głaskających z włosem udatnego wymyślacza omawianych poezyj.

Z odmienną propozycją mamy do czynienia w przypadku minialmanachu ("Morze kołobrzeskich poetów", Kołobrzeskie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne i Miejska Biblioteka Publiczna im. Galla Anonima, Kołobrzeg 1998, str. 64), pomieszczającego wiersze twórców na różny sposób związanych z Kołobrzegiem: T. Ferenc, P. Bednarskiego, L. M. Jakóba, Z. Jankowskiego, J. Lechowskiego i W. Uptasa. Monotematyczny zbiór w wyborze E. Lepczyńskiej opatrują: krótki wstęp i nota ujawniająca miejsca pierwodruku przedstawianych utworów. Szkoda tylko, iż w almanachu nie znaleźli się S. Wasyl i urodzona w tym mieście niezła poetka E. Juszczak.

Jak pisze we wstępie J. Klimżyński "Tomik powstał dzięki życzliwej zgodzie poetów [żal, że nie wszystkich], dla których Kołobrzeg był i jest miejscem ważnym. l nie o czułostkowy wymiar =małej ojczyzny= tu chodzi, czy o sentymentalny oleodruk z morzem w tle. Tutaj o morzu myślało się w kategoriach szerszych i odleglejszych niż widnokrąg."

Można mieć też pewien żal do wydawcy za pobłażliwą selekcję utworów. Jest w almanachu kilka wierszy, które ze względu na niski poziom należało usunąć. Także skład techniczny pozostawia wiele do życzenia.

Wyżej wymienione niedostatki skazują publikację raczej na tylko lokalny żywot. Choć inicjatywa i pomysł książki sam w sobie wydaje się ciekawy.

Porzućmy jednak chwilowo poezję na rzecz prozy.

Nową książkę wydał znany nie tylko na Pomorzu autor powieści "Taniec błaznów", "Miasteczko pod wąsem" i "Zgubić cień" - J. Żelazny (Jerzy Żelazny "Szkoda lata", Wojewódzka Biblioteka Publiczna, Koszalin 1998, str. 96). Tym razem sięgnął po formę krótką - książeczka zawiera 8 opowiadań, jednolitych w tonacji i pisanych charakterystycznym językiem, silnie czerpiącym z małomiasteczkowego żargonu ziem zachodnich. Są adoratorzy i takiej prozy.

Pomieszczony na końcu fragment recenzji J. Narkowicza rekomenduje rzecz jako próbę uchwycenia prawdy o współczesności: "Z losów ludzi borykających się z przeciwnościami dnia powszedniego autor wyciąga prawdy ogólniejsze o człowieku, o jego konstrukcji psychicznej, roli marzeń i wspomnień oraz nieuchronności rozczarowania, gdy dochodzi do zderzenia marzenia lub wyobrażenia z rzeczywistością." Ładnie, tyle że podobnymi ogólnikami opatrzeć można praktycznie każdą prozę.

Czy osobiście polecam? Z mieszanymi uczuciami.

Równie mieszane uczucia budzi najnowsza książka L. M. Jakóba (Lech M. Jakób "Ból i pełnia", Kołobrzeskie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne, Kołobrzeg 1999, str. 110), choć z innych powodów. Tym razem autor m. in. powieści "Romsky" oraz zbioru wierszy "Miłość i śmierć" (rocznik 53) oferuje czytelnikowi swój notatnik poetycki, powstający - jak wspomina we wstępie - na przestrzeni 3 lat. Rzecz składa się z przeszło 200 rozmaitych rozmiarów notatek: raz to lirycznych, raz to z pogranicza prozy poetyckiej, innym razem o proweniencji aforystycznej. Zdarzają się i utwory poetycko dopełnione, mogące istnieć samodzielnie.

Tematem są wewnętrzne rozterki autora, stanowiące świadectwo własnego dochodzenia do wiary. Utwór ten, wyrosły z cierpienia, momentami silnie ocierający się o metafizykę, zapewne jednych pociągnie, a drugich odstręczy. Nie tematem, a właśnie formą - owym pomieszaniem form. W każdym razie, mimo zastrzeżeń, jest to książka intrygująca i niebywała w rodzimej literaturze.

Na koniec zostawiłem sobie smakołyk, istny cymes poetycki. Wschodzącą nadzieję poezji - A. Wesołowską (Agnieszka Wesołowska "Zgubić pytania", Żebracza Inicjatywa Wydawnicza Klubu Literackiego =Łabuź=, Łobez 1999, str. 44), twórczynię młodziutką (rocznik 84), ale jakże na wiek swój dojrzałą! Właśnie ukazał się jej debiutancki zbiorek. Godny polecenia, co nie takie częste u startujących.

Dlaczego warto na ten debiut zwrócić uwagę? Przynajmniej z trzech powodów. Wiersze A. Wesołowskiej nie są wymyślone, lecz stanowią ewokację wrażliwego wnętrza - to raz. Dwa - są dobrze skonstruowane formalnie. I trzy -mówią o tym, co prawdziwie porusza poszukujące serca. A biorąc pod uwagę biologiczny wiek autorki, tym bardziej robi się ciekawie.
Wiem, może to nie wypada na łamach "Łabuzia"- którego to w końcu Żebracza Inicjatywa Wydawnicza doprowadziła do debiutu pannę A. W. - pisać o rzeczonej, jednak jestem z zewnątrz i skoro dotąd praktycznie żadne media nie wspomniały o tak ciekawym wydarzeniu, sumienie mam czyste.

Przeczucie me powiada, że w przyszłości o Agnieszce słyszeć i czytać będziemy częściej.

Do zobaczenia za kwartał! Prowincjonalne publikacje mnożą się niczym zające i będzie z czego wybierać.

 

Paweł Szeroki
(październik '99)

 


Piotr Bednarski

***


wróciłem Saro
wszędzie dobrze
lecz z tobą najlepiej

nie każ mi tylko ponownie odtrącać
Hagar z powodu Izmaela

tym razem nie usłucham
już wiem że to jest przyczyną
nienawiści i wiecznych wojen
wszak serca nasze zaznały
nędzy wygnania

szkoda Saro że Bóg
nie przyjął Izaaka w ofierze
ominęłoby nas rozproszenie
i piekło Holocaustu

bądź teraz dobra
nie nalegaj bym pomnażał stada i mamonę
zgaś niezdrowe roszczenia
uwierz w końcu w to
że Bóg rozmawia ze mną

 

Piotr Bednarski

 


Anatol Ulman

PRZYSMAKI II RZECZYPOSPOLITEJ

Nie ziemniak pieczony w popiele z łętów, spożywany w chłodnych niebieskościach nieba oraz dymu ognisk polnych. Ani nawet przesycany woniami traw i smacznych ziół, kiedy dochodzi w malinowym żarze trawionego przez niewidoczny płomień wyschłego, krowiego łajna. Ani też twarde jabłka, których jesienna młodość przemienia się w słodkomiękką pomarszczoną starość, kiedy poddane zostaną próbie ognia z gałązek.

Pieczone kartofle, jabłuszka, rzadziej gruboskórne gruszki lub ordynarna brukiew, rekwizyty banalne sentymentów pastuszków stróżów ogonów krowich czy zbieraczów płodów ziemi, niczym są zmierzone z wysmażonym popiele burakiem cukrowym, najpyszniejszym przysmakiem II Rzeczypospolitej, spożywanym na zimnych polach przez pracowników ziemi. Burak taki, buntując się srodze przeciw prażeniu, upuszcza z łykowatego bladego organizmu twardniejące w żarze soki o barwie ciemnych kasztanów, a przybierające postać zeskorupiałego miodu w smaku wszystkiego, co jest. W słodycze bowiem wlepia się popiół, ziemia, piach, nasiona chwastów, przędza pajęcza, drobny owad, jakaś niesłychanie chrupka mrówa.

Jako że smak potraw zależy od okoliczności z nimi obcowania, wymienić trzeba danie powszechne, którego smak szczególny zależy nie od przyrządzającego lecz od ostrego słońca, co nie tyle uczestniczy w posiłku pijąc wilgoć, ile stanowi przyprawę główną. Zwyczajne parujące ziemniaki z wielkimi kawałami słoniny, spożywa Żniwiarz popijając zimnym mlekiem kwaśnym. Siedzi na snopku zboża przy kopce. Wysokie słońce lipca bursztyni słomę, kłosy i rżysko, pobiela słoninę i żółci kule kartofli w rdzawej glinianej misce. Między kępkami ścierni ostrych jak wielkie igły do strzykaw leżą grudki wypieczonej do cna siwej ziemi. Pachnie suchym ziarnem i sokiem wyki omdlałej po ścięciu. Nie ma zapachu ziemniaków ani śliskiego tłuszczu cieknącego po słoninie, tylko woń słońca wlewającego się do michy żeńca przez dziurę w niebie tak błękitnym jak płatki cykorii podróżnika. Po źdźble, co nie trafiło do snopka, idzie do góry nogami czarny żuczek. Smak słońca ( żółtka utartego z cukrem ), smak słomy, kłujących plew, pyłu wyżarzonej ziemi. Tej potrawy nie spożywa wielu, nie jest im należna.

Niektórzy liczą do przysmaków kawę z palonych, utłuczonych na miał żołędzi. W osądzie takim albo niestosowny żart z codziennego napoju albo perfidna perwersja smakoszy. Podobnie przecież rzec by można o kiszonej kapuście, która jak wierna żona o spowszedniałej urodzie, wychudła, pozbawiona odrobiny sadełka, towarzyszy człowiekowi przez życie.

Natomiast z pewnością podnieść należy niezrównaną doskonałość żółtych kulek kaszy jaglanej. Nie tyle w mleku zanurzonych, bo stąd, na dzień zwykły, blisko do rozpusty nieumiarkowania, ile w dniu świątecznym. Zapiekane z suszonymi śliwkami lub świeżym jabłkiem, co wymaga jednak oleju. Niezwykle wykwintne danie, przyrządzone w żelaznym saganku, przypomina w smaku bezkresną gorycz istnienia za przyczyną barwy milionów zlepionych malutkich słońc, z jakich składa się Wszechświat.

Wszelka obfitość smacznych pędów zbóż przed wykłoszeniem się, zanim stwardnieją w nieużyteczną do jedzenia słomę. Żyta, pszenice i owsy. Po wysnuciu z rurkowatej otuliny liścia miękkie źdźbła o smaku skroplonej mgły. Te same po zmiażdżeniu do postaci płaskiej tworzą piszczałki o jednym wysokim tonie. Podobnie trawy wysokie nim niepożytecznie dojrzeją, chociaż strawnej cząstki w nich mniej i sucha bywa.

Te na polach. W wodach zaś niegłębokich, stojących i mulistych miękkie łodygi tataraku, tuż u podstawy. Przede wszystkim nieskarmialne w ilości, bo liczne i grube, w barwach nienazwalnych, biorących się do płukanego seledynu i jakby dziecięcej żółtości. Tataraki jednak bez porównania z żytami oraz innymi jęczmieniami, gdyż nazbyt wodniste i z kijankowatym smakiem stawu.

W pewnych kręgach żarłocznie są zjadane, tak stwardniałe jak jeszcze kleiste w części pod skorupą żywice, jakimi leczą swe rany drzewa śliw oraz czereśni. Potrawa raczej bez smaku, chociaż lekko posolona może amatorowi, jeśli stać go na kamienną przyprawę, sprawić pewne podniebienne przyjemności.

W szczególnych okolicznościach, których zaistnienie jest równie tajemnicze jak zjawisko dzieworództwa, można spożywać kromkę chleba umoczoną stroną w studziennej wodzie i posypaną odrobinami cukru, co wygląda niby szkaplerz wysadzany licznymi potłuczonymi brylantami. Podobną słodycz, choć bardziej mdłą, zawierają białe kiście grochodrzewu zwanego powszechnie akacją. W czerwcu, także na początku lipca, ssie się do syta niezliczone kwiatuszki wydobywając płynne cukry przeznaczone dla owadów. Identycznie postępuje się później z kwiatami koniczyn, szczególnie czerwonych. Sok z kwiatostanów owych traw przerasta w smaku mokre zimowe kremy rumowych tortów podawanych u królów i ministrów. Przecież nie on stanowi wyrafinowany szczyt słodkich smaków lecz nektar w fioletowych pędzelkach ostów, biskupich chwastów rosnących zagonami. Wysysanie kwiatów tej kolczastej byłoby czynnością daremną w skutku, przykrą dla języka choć miła z przyczyny subtelnej woni, jaką wydają osty. Soki więc musi zebrać wyspecjalizowany pośrednik i należy go złapać w czapkę, kiedy ciężko opity wraca do swojego domu. Potem wyrwać z odwłoku wole miodowe i rozgnieść przed zjedzeniem zębami. W maleńkiej torebce trzmiela skondensowana kwintesencja słodkiej istoty życia. Trzmiel zatem, konkretnie jego cześć magazynująca, stanowi przysmak główny II Rzeczypospolitej.

 

Anatol Ulman


Anatol Ulman - prozaik, satyryk, felietonista. Debiutował w 1979 r. głośną powieścią "Cigi de Montbazon" Autor kilku książek, w tym wydanego ostatnio zbioru opowiadań "Zabawne zbrodnie" - o którym pisał P. Szeroki w poprzednim numerze "Łabuzia"

 


Maciej Melecki

W ZASNUTEJ NOCĄ POGODZIE


Trop pamięci ledwo odszukany w brzemiennym mroku
dnia, podetknięty bardziej czyimś gestem niż
bolesnym ściągnięciem czoła, jest kaprysem nieumyślnej
głowy i włos, co się nie zjeżył, nagle spadł

na blat stołu, by porosnąć kurzem? Prześwietleni
łutem kosmicznego pyłu udajemy jeszcze całkiem
zdrowych, rosnąc na przestrzał nowych terminów,
jak odsetki pochopnie zaciągniętych długów.

Ale ten trop pojawia się nie częściej niż jego wzór,
jak bajka ułożony, zakończony wybiegnięciem w pewną
przyszłość. Czy więc taki rodzaj byłby jeszcze coś
wart, gdyby nie ta przerwa, która przejmuje pozostałe

motywy i nadaje tym samym swoje oblicze
następującym po niej akcjom i reakcjom? Chodziłem
po jej mieszkaniu i szukałem odpowiedniej chwili, by temu
już nie zaprzeczać, i teraz biorę rewanż na czym się da?

 

Maciej Melecki

 


Archiwum pamięci

Ludwik Cwynar

SPACER PO ŁOBEZIE W ROKU 1999

W 29 numerze "Łabuzia" Dieter Fröbel odbył "Spacer po Łobezie w roku 1880", a Gabriela Rutkowska jego reportaż historyczny spolszczyła. Tę sentymentalną wędrówkę zamieścił "Labeser Heimatbrieffe" - pismo byłych łobeziaków.
Spróbujmy przejść tymi samymi ulicami po naszym Łobezie.

W 1880 roku Łobez  (niemiecki autor korzystał z archiwaliów) liczył 4800 osób. Dzisiaj jest nas dwa razy więcej. Oficjalnie liczba mieszkańców jest większa lecz wiemy jak wielu łobeziaków - mimo przepisów meldunkowych - dawno już opuściło nasze miasto. Wielu młodych uczy się poza Łobezem i już tu nie wróci.
(Nieoficjalnie liczba mieszkańców jest większa. Wiemy, że spora grupa łobeziaków mieszka poza Łobezem ale czuje się i bez zażenowania przyznaje do Łobezu, jako miejsca swego ukorzenienia, kolebki, matecznika, grajdoła, jamki, wygrzebki, koleiny, wykrotu. Wielu młodych ludzi wyuczywszy się już chyba tutaj nie powróci? Tak, że nieoficjalnie - uczuciowo, sentymentalnie, korzennie, kłączaście jest nas więcej niż podają to uśrednione statystyki ale to tylko w warstwie teoretycznej - duchowej, bo praktycznie, rzeczowo i przedmiotowo  jest nas - łobeziaków około 12 tys. Czyli, że przez 100 lat przybyło nas w trójnasób. Dobre i to - mając na uwadze moralną degradację stulecia, które nas - ludzi skarlająco upodliło, a które właśnie szczęśliwie mija, wprowadzając nas na kalendarzowym pasku do trzeciego tysiąclecia.) - dopisek leona.

Fröbel zaczyna wędrówkę od ratusza na południowej ścianie Rynku, który utracił swą dumną nazwę, gdy 3 marca 1945 roku plac i sąsiednie kwartały ulic legły w ruinie. Ratusz zbudowany został na początku XIX wieku. Czy jeszcze przed okupacją napoleońską? Znane są problemy władz miejskich ze spłaceniem ciężarów wojennych. Wycięto wtedy z Lasu Miejskiego 1000 dębów i spławiono je Regą do Mrzeżyna, bo kasa była pusta. Może to wtedy Góra Zielona została ogołocona z drzew?

Panowie Kąkolewic i Bonina ze swymi ludźmi zmówili się i którejś nocy napadli na grupę Francuzów. Działo się to na pagórku szosy węgorzyńskiej. Odtąd ten zakręt nazywano Górą Francuzów. Był to jeden z pierwszych przejawów oporu w Prusach. A na początku tak się Francuzi podobali łobeziankom.

Jednak opisany w "Łabuziu" spacer miał miejsce pół wieku później po wojnie francusko - pruskiej zakończonej pruskim sukcesem.

Ratusz znamy tylko ze starych fotografii. Władze Łobezu wykorzystywały potem inne obiekty: podwójną kamienicę przy ul. Niepodległości naprzeciwko starego boiska (Miejska Rada Narodowa) i pałacyk przed Zakładem Gazownictwa (Gromadzka Rada Narodowa). Budynek dzisiejszej gminy był siedzibą władz powiatu reskiego ze stolicą w Łobezie. Po wojnie krótko nazywał się powiat Ławiczka. A potem przyszły perturbacje z odmianą Łobez - Łobza.
 ("...od lat trwa cichy spór na temat poprawnej wymowy...":- Łobez w Łobezie? - "gmina pomorska" nr 23(85) 10.06.99r.: - "Profesor, megatrendy, Klub Nauczyciela i staw" - autorstwa Red. Naczelnego K. Rynkiewicza


Myślę, że istotą tego "cichego sporu" nie jest prawidłowość, poprawność, bo ta jest uwarunkowana gramatycznie. Przyjmując, że rdzeniem nazwy Łobez jest wyraz: łabędź to zasadność gramatyczna odmienia go przez przypadki tak samo jak; - pies i bez. I wtedy wszystko jest w porządku. Dlatego uważam, iż istotą tego "cichego sporu" nie jest gramatyka a raczej etymologia - onomastyka, rdzeń wyrazowy pochodzenia nazwy: Łobez, w Łobezie.


Do roku 1964 wszyscy mieszkaliśmy w Łobezie. Stało się trzydziestego czerwca tamtego roku, że raptem zachorowaliśmy;- rozdwoiliśmy się propogandowo schizofrenicznym rozczepianiem. Partia i Rząd w ogłupiająco pozorującego zakłamywania dbałości o językową poprawność ludu pracującego miast i wsi,  wykorzystując  autorytet naukowców: - prof. W. Doroszewskiego i prof. S. Rosponda - członków Komisji Nazewniczej PAN, pod administracyjnie zastraszającą karą Kolegialnej grzywny narzuciła ograniczająco, jedynie słuszne i właściwe źródło rdzenia nazewniczego: łabędź - patrz: - Wielki językoznawca J. W. Stalin. No i pod wpływem od lat gramatyczną poprawnością uprawianego zastraszania, przyzwyczailiśmy się. A przyzwyczajenie ponoć jest drugą naturą człowiek. Czyżbyśmy więc byli tylko tą drugą naturą pospolicie małostkowego skarlenia, pozbawieni tej pierwszej; kłączaście niegrzecznej? A  a może w ten oto właśnie nieśmiało nieudolny sposób wyraża się ta nasza druga natura - istotna sensowność "cichego sporu".  Bo innym rdzeniem źródła wyrazowego nazwy Łobez jest; łabuź - kwiat  tataraku, jego szyszka, owocnik, nasiennik. Natomiast etymologia, czyli źródło pochodzenia rdzenia nazwy miasteczka Łobez, jak do tej pory jest nie ustalone. I stąd na podstawie ruchomej zmienności samogłosek; a, e w języku polskim, przyjmując jedynie słuszny rdzeń pochodzenia nazwy miasteczka od wyrazu: łabędź, nie można orzekać prawidłowośc. Wisimy więc, proszę wycieczki w tej językowo nieprecyzyjnej próżni.) - dopisek leona.

Na Rynku stała wielka lampa - niegdyś oliwna, później elektryczna. Starsi łobeziacy ją jeszcze pamiętają. Przy Rynku była cukiernia, sklep odzieżowy i ogrodniczy. Dzisiaj na Placu 3 Marca jest ich więcej i branże się zmieniły. Miejsce niektórych kamienic zajęły niskie pawilony handlowe. O przetrwanie walczy duma miasta - księgarnia.

Ówczesny burmistrz rozmawiał z miejscowym garbarzem, jednym z najbogatszych łobeziaków i przewodniczącym sądu. Dziś nawet śladu niema po garbarni. Stała nad Regą i chyba nieźle truła rzekę.

Pani burmistrz i dziś z troską rozmawia z prezesem Sądu Rejonowego o powołaniu trzeciego wydziału Sądu. Budynek byłego aresztu przy sądzie ma być miejscem przechowywania ksiąg wieczystych.

Zaopatrzenie mieszkańców w opał przestało być troską miasta. Mamy Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej z siecią ogrzewczą. Instalacje grzewcze zakłada też Zakład Gazownictwa. Nie brakuje węgla i koksu. Nikt nie kłóci się o prawo do kopania i przydziału cegieł torfowych - niegdysiejszego opału. Niedawną troskę o smog nad miastem musiałyby zwiększyć dymy torfowe z domowych pieców.

W latach sześćdziesiątych mieszkałem w zgorzeleckim internacie Liceum Pedagogicznego. Pokoje ogrzewały piękne piece kaflowe. O wyznaczonej porze gromada dyżurnych palaczy ustawiała się w kolejce przed wielką piwnicą po kilka szczapek drewna, pół węglarki węgla i dużą cegłę suszonego torfu. Dopiero kiedy ruszył Turoszów, zaczęliśmy palić brykietami z węgla brunatnego. Wychowawcy szukali pretekstu, by za karę wysyłać chłopaków do piwnicy wyrzucać niepalny miał torfowy. Już po chwili było się Murzynem.

Bardzo się zmieniła ulica Marktstrasse (Rynkowa) - ciąg ulic Mickiewicza - Obrońców Stalingradu - Dworcowa. Stanęły tam nowe bloki i domy jednorodzinne oraz pawilony handlowe. Przy ul. Mickiewicza powstały pierwsze niskie bloki, później łobeskie "wieżowce", tzw. blok zetemesowski, wreszcie całe osiedle na miejscu starej kaszarni, potem skupu butelek. Przedłużenie ciągu komunikacyjnego w ulicę Obrońców Stalingradu zabudowano blokami. Nie ma śladu po farbiarni (była też na wodzie), ani po dawnej Bramie Reskiej (nazwa od Regi).W XX już wieku zbudowano 5 nowych mostów na Redze i Łoźnicy. W opowieści Fróbla skrzypią jeszcze drewniane przęsła. Nie handluje się w mieście końmi, nie robi się mączki kostnej, kleju i żelatyny. Zniknęła zwarta kamieniczna zabudowa ciągu za Regą. Nie ma tam reprezentacyjnego hotelu. Zniknęły "dołki" - restauracje najniższej kategorii doby realnego socjalizmu. Zniknęły ogrody i stodoły.

Na stacji (a właściwie dwóch stacjach) nie pykają już parowozy linii szeroko - i wąskotorowej. Za to dołączyły autobusy, a zamiast dorożek - taksówki. Kominy XIX - wiecznej zabudowy fabrycznej pozostały, ale nie działa mleczarnia, stolarnia czy cukrownia. Rozwinęła się fabryka mąki ziemniaczannej, inne stolarnie, gorzelnia, znów odżyły "siatki", ale nad okolicą góruje przede wszystkim elewator dawnego molocha PZZ, obecnej Central Soya.

Fróbel wspomina jeszcze reprezentacyjną ulicę Kraszewskiego(Regavorstadt), dzisiaj nieco zaniedbaną, z której wydzieliliśmy ulicę Segala. Tu gdzieś było zgęszczenie łobeskich Żydów. We wszystkich wspomnieniach Niemców przemilcza się zlikwidowany w czasach Hitlera kirkut (cmentarz żydowski) na zkręcie ul. Segala. Nie mówi się o zajętym ich mieniu, opuszczonych kamiennicach, firmach, synagodze, żydowskiej szkole.

Jeszcze tylko najstarsi pamiętają naszą peerelowską powojenną prywatyzację i jej szybki kres w kołchozowych czasach. Totalitaryzmy działają skutecznie i nie ma winnych!

Gdyby nie najstarsi rzemieślnicy - ostatni szewcy, upadłaby zupełnie dawna duma Łobezu - prawie czterdzieści zakładów szewskich. Nie ma śladów po ich warsztatach i domach przy Lindenstrasse (Komuny Paryskiej) {obie nazwy jednakowo lipne}, Tempelstrasse (uliczce przecinającej zwartą zabudowę miejską dzisiejszego zieleńca z fontanną), Bautlerstrasse (Kościuszki).

W dawnej Powiatowej Kasie Oszczędności był nasz Narodowy Bank Polski - dziś Urząd Pracy. Zato wyrosły dwa reprezentacyjne nowe banki, a na ruinach upadłego Banku Spółdzielczego w Łobezie - filia takiegoż Banku z Węgorzyna, nie ostał się też Inwest - Bank.

Przepełniony cmentarz miejski w XIX w. zamieniono na park ( przy ul.Niepodległości i Segala), a uwolniona z murów miejskich zabudowa rozsnuła się na przedmieścia, przede wszystkim w stronę Węgorzyna coraz dalej, dzięki grobli, za nowy most i tory.

Zostały zaś kłopoty z ubogimi mieszkańcami "jakie ma Magistrat, który na cele socjalne dysponuje bardzo ograniczonymi środkami".

Mimo to jednak spacer po mieście i dzisiaj może sprawić przyjemność nie tylko mieszkańcom naszej małej ojczyzny.

My - Oni. Zupełnie nowy byt? Ślady nie do zatarcia? Sprawiedliwość dziejowa czy figiel historii? Społeczność bez korzeni czy genius locis?

 

Ludwik Cwynar

 


Agnieszka Wesołowska

ZAPAŚĆ

Prof. Kazimierzowi Obuchowskiemu

Siedem cudów świata sterczy
w zadrożu przybitym niechcący do krajobrazu, zalega
w jamie brzusznej ulicy gdzie
resztki niestrawionego czasu uzaroślają
plastry ułożone w przestrzeń.

Gliniana krew miała odpłynąć już
z ciał noworodków, a tu
jeszcze pod wargą pulsuje stado pomników,
wtętniły się zaprzęgi nieobecności
na zawsze w ten sam strach
o dokładnie dopięte kołnierze codzienniejszy.

Chłopiec z tych mokradeł, gdzie
baczność gałęzi nie powstaje w tratwę
ani nawet w strzelbę do zagłady ślimaka.
zapamiętał, że
na niebo patrzy się w górę,
wszystko wybaczone będzie,
że, aby ruszyć, trzeba podnieść stopę.

A konieczność bywa zaskakująco zbędna.
Promienie napełnią się słońcem,
bo tylko to przyłączenie piętrzy się
w ciasnej niewymowności, jak te nasze śmiesznie niechciane
wzruszenia wskakujące w popłoch, opasane
brzękiem porównań, który jak hejnał w środku nocy
gotowy na trąbkę czeka.

 

Agnieszka Wesołowska

 


Archiwum pamięci

Podjęty przez Dietera Fröbla w 29 nr "Łabuzia"

SPACER PO ŁOBEZIE W ROKU 1880

- druga część

Po spokojnej nocy odświeżyliśmy się chłodną wodą. W gospodzie było już przygotowane dla nas śniadanie. Świeże, chrupiące i jeszcze ciepłe bułki pochodziły od piekarza Puchstein. Poczęstowana nas również wiejskim masłem, świeżym salcesonem i pasztetową. Świeżo przygotowana zbożówka z mlekiem smakowała znakomicie. Właściciel gospody pan Heinze, życzył nam miłego dnia. Oprócz sutego śniadania miał w zanadrzu jeszcze jedną niespodziankę dla nas. Opowiedział nam, iż był wieczorem u niego koniuszy - pan von Schlütter, który poinformował go, iż Stadnina Ogierów jest zainteresowana utrzymaniem poprawnych układów z miastem Łobez, jak i gośćmi przebywającymi w Łobezie. Uzgodniona, że dla gości gospody zorganizowana zostanie przejażdżka powozem szkolnym od 800 aż do południa. Jako atrakcję przewidziano zwiedzanie Stadniny oraz kuźni miedziowej. Bardzo się ucieszyliśmy i chętnie przystanęliśmy na propozycję. Po śniadaniu udaliśmy się w drogę do szkoły. Przed kościołem stało już parę wozów chłopskich. Gospodarze robią zakupy u Dammerows. Będąc stałymi klientami są też częstowani filiżanką kawy, zaś kieliszek wódki na rozgrzewkę jest jedną z części składowych tego poczęstunku.

Widzimy także jak do kowala Wilhelma Bera przyprowadzono konia do podkucia, gdyż kuźnia leżała nieopodal kościoła. W pobliżu stał restaurator Herman Weishe, rozładowywano właśnie beczki z piwem. Na rogu ulicy Kleine Schulstraße przed drzwiami piekarni stoi mistrz piekarski pan Louis Gamer, który wyszedł zaczerpnąć świeżego powietrza. Świeże bułki i chleb są już na półkach w sklepie - ma więc trochę czasu na relaks. Po drugiej stronie ulicy mieszka kupiec Marius Karnheine. Skupuje zboże, nie dziwi więc nikogo, że przed jego budynkiem stoi kilka wozów z końmi.. Duży ruch od rana jest u blacharza Hermana Hübnera, który szykuje się do pracy. Kiedy dotarliśmy do ulicy Langen Suchletrabez daleka usłyszeliśmy specyficzny odgłos metalowych obręczy kół szkolnego pojazdu dochodzący z kierunku Stadniny. Pod rozciągniętą plandeką nad wozem siedziała roześmiana i rozkrzyczana grupka dzieciaków. Woźnica strzelił z bata i ku naszej radości cała grupa pojechała dalej. Na placu pojazd zatrzymał się i cała "banda" radośnie żegnając się opuszcza pojazd. Witając nas serdecznie w imieniu masztalerza woźnica prosi abyśmy zajęli miejsca. Wsiadając widzimy rzędy ławek obłożone poduszkami. Aby zapewnić nam lepszy widok, woźnica roluje jedną stronę plandeki. Ruszyliśmy w stronę Baustraße, kiedyś mieszkali tu tylko chłopi. Również dziś mieszkają tu rodziny rolnicze takie jak: Wilhelm Klockow i Wite Dallmer i Gross. W większości to jednak rzemieślnicy, jak również przedstawiciele innych zawodów np. kupiec W. Beniamin, szewc Klockow i inni. Kiedy dojechaliśmy do ulicy Kehrbach okazało się, że konie ze Stadniny mają więcej temperamentu. Woźnica opowiedział nam krótką historię hodowli koni, która miała w Łobezie już swoje korzenie we wcześniejszych stuleciach. Jadąc ulicami Lindenstraße, Gautenstraße docieramy do Chausseenstraße. Przejeżdżamy obok starego cmentarza. Po prawej stronie mieszka Carl Stecking, mijamy budynek Królewskiego wymiaru Sprawiedliwości, za nim znajduje się Okręgowy dom pracy, który stanowi własność - (nieruchomość) garbarza Eduarda Zentza. Kiedy dojechaliśmy do ulicy Chaussee, widoczny staje się komin cegielni Wilhelma Berndt’a. Nasz woźnica informuje nas, iż uczestniczył w budowie Stadniny. W Łobezie mieszka od roku 1874 i niejedną furę cegieł wiózł z cegielni do Stadniny. Z tych cegieł budowana wiele nowych budynków. Chwali również gospodarski zmysł właściciela cegielni. Za cegielną ma on bo wie, dużą nieruchomość, na terenie której założył ogrodnictwa. Uprawia szparagi, które wiosną wysyła i sprzedaje do Berlina i Gdańska.

Nasz wóz przejeżdża przez most na Redze obok domu dróżnika, stąd już bardzo szybko dojeżdżamy do stadniny.
Krajobraz całej okolicy jest baśniowo kolorowy. Jest wrzesień, zbocza wzniesień pokryte są wrzosami, zieleń "Heinholza" jest jeszcze głębsza. Nad brzegami Regi wre praca - wydobywanie torfu. Zatrzymaliśmy się przed rezydencją masztalerza, szybko zeskoczyliśmy z wozu. W podcieniach budynku czekał jego gospodarz, który nas powitał.

Opowiedział nam historię powstania jedynej na terenie Pomorza Stadniny. Pan von Schlütter pochodził ze Stade i był przez wiele lat oficerem dragonów Celle. W roku 1874 wystąpił z wojska i brał czynny udział w budowie Łobeskiej Stadniny. Cześć zaufanych i podwładnych dragonów zainteresowana służba w stadninie za jego namową. Cesarsko - królewskie ministerstwo Berlinie, wiosną 1872 roku zaproponowało lokalizację stadniny na Pomorzu w okolicy Łobezu, Świdwina lub Goleniowa. Ostatecznie przyjęto decyzję, iż stadnina otrzyma prawo lokalizacyjne w Łobezie. W 1874 roku prace przygotowawcze były na tyle zaawansowane, iż można było rozpocząć budowę obiektów tj. stajni, budynków administracyjnych oraz budynków służbowych. Prace szybko się posuwały i w roku 1876 przewodniczący pan von Münchenhausen mógł oficjalnie przekazać stadninę dotychczasowemu komisarycznemu koniuszemu na rozkaz jego cesarsko - królewskiej mości. 10.04. 1876 mianowano na dyrektora i masztalerza nowo otwartej stadniny pana von Schlütter'a. Dyrektor wytłumaczył nam jakie ma znaczenie stadnina dla poprawy rasy koni dla gospodarki wiejskiej, dla cesarskiej armii i rozwijającego się sportu.

W trakcie zwiedzania stadniny byliśmy również w stajniach, które były wykafelkowane, stadnina miała na stanie ponad sto zadbanych i rasowo zdrowych koni.

Po zakończonym spacerze po Stadninie zostaliśmy zaproszenia za pośrednictwem pana von Schlütter'a do jego sąsiada Louisa Puchstein'a (właściciela kuźni miedzi oraz młyna zbożowego), który powstał 1871r. Czekające na nas konie były już narowiste. Kiedy ruszyliśmy w drogę, tuman kurzu został za nami. Gdy dotarliśmy do nieruchomości Puchsteinów obaj bracia serdecznie nas powitali, czekając na nas przed "pałacem" - Louis pokazywał nam już niedziałającą kuźnię, gdyż nie przynosiła zysków, a Herman przygotowywał w międzyczasie poczęstunek dla nas. W zabudowaniach po kuźni zainstalowano urządzenia młynarskie. Strumień Hammerbach, który miał swoje źródła w bonińskim lesie, przekształcono w jeziorko. Niestety, poziom wody bywał w ostatnich latach niski, dlatego też wstrzymano pracę młyna. Bracia Puchstein byli kawalerami dosyć posażnymi, gdyż byli właścicielami 600 morgów ziemi średniej klasy po części zalesionej, pięciu czworaków, zagajnika brzozowego i niezliczonej ilości drzew wiśniowych, które uzupełniają wiejską idyllę.

Pałacyk był pięknie położony, otoczony starymi lipami i bzem. Mimo, iż mamy koniec września to dzień był piękny i ciepły, to też nic dziwnego, że Herman Puchstein zorganizował przed domem mini bufet z przekąskami tj. szynką, kiełbasą, chlebem i zbożówką. Chętnie skorzystaliśmy z tego zaproszenia, gdyż przebywając na świeżym powietrzu, zgłodnieliśmy co nie co.

Jedynie woźnica nas ponaglał, ponieważ o 1200 winien być przy szkole. Pożegnaliśmy się z braćmi Puchstein i w szybkim tempie pojechaliśmy z powrotem do miasta.

W czasie podróży spytaliśmy się woźnicy, czy nie było by dla stadniny bardziej opłacalne, gdyby wybudowali małą szkołę na terenie stadniny. Odpowiedział trochę zbulwersowany, iż ich dzieci mają korzystać z nowoczesnych udogodnień miejskiej szkoły, aby przyszłości mieć lepsze szanse rozwoju.

Po drodze mijaliśmy nieruchomości i posesje majora Louisa Dewitz’a, Teodora Weib, Ferdinanda Zillmann oraz wielu innych. Bardzo szybko dotarliśmy na rynek. Dla nas podróż się zakończyła, podziękowaliśmy naszemu woźnicy, który jednocześnie był naszym przewodnikiem.

Stojąc jeszcze na placu całą grupą wymieniamy uwagi oraz planujemy powrót. Dzisiaj tj. 24.09 po 1500 mamy pociąg pośpieszny, który jedzie przez Szczecin do Berlina.

Na placu spotykamy Alberta Nietnera - mego dziadka, któremu twarz tylko lekko się zmieniła, on też był ciekaw, co to za grupa dobrze ubranych ludzi stoi na placu i dyskutuje. Dowiedzieliśmy się od niego, iż wczoraj zmarł jego ojciec w wieku 63 lat. Albert Nietner był w trakcie załatwiania wszystkich formalności urzędowych i zamierzał teraz zamówić trumnę u stolarza Boecka. Mimo tragedii jaka mu się przytrafiła ma on jako "wikliniarz" wiele rozmaitych pomysłów i planów. Chciałby kupić większy dom, gdyż mieszka z 6 osobową rodziną i rodzicami w małym lokalu. Poczynił już szereg czynności aby zawrzeć nową umowę i połączyć dom mieszkalny z warsztatem, szkoda, że ojciec tego nie dożył. Poza tym jest to człowiek aktywny społecznie jest bowiem kuratorem dwóch osieroconych chłopców. Reprezentuje ich interesy w różnych urzędach. Mając już niewiele czasu kończymy rozmowę i żegnamy się.

Wszyscy jesteśmy jednego zdania: dni spędzone w Łobezie były czymś niezwykłym. Z pewnością wkrótce ponownie odwiedzimy piękny krajobraz, prostych i miłych ludzi.

A więc do widzenia w Łobezie!

 

Przekładu na język polski dokonała Gabriela Rutkowska.
Dziękujemy! pkl "Łabuź"


Powyższy reportaż został opracowany w języku niemieckim przez Dietera Fröbla w oparciu o historyczne materiały - archiwalia i był wydrukowany w "Labeser Heimatbrieffe" - pismo wydawane przez "Związek Łobezian"

 


Marek Słyk

PLAGIAT


nawet jeśli każdy mój
wiersz
jest
plagiatem
pierwszy i ostatni zarzut
nazwę
oszczerstwem
jako dowód własnej
niewinności podam
przykład stu narodów
które niezależnie od
siebie
wynalazły jeden
sposób dłubania
w nosie

 

Marek Słyk

 


Utz Rachowski

SPRAWIEDLIWOŚĆ

Chociaż to sobie tylko wyobrażałeś, jednak wszystko tak kiedyś się potoczyło.

Nagle późnym wieczorem, gdy śmiałeś się i piłeś, między dwoma tańcami powiedziała ci, jak rośnie w niej coś obcego.

I nikt nie wymienił ci imienia i nikt nie wyznał winy.

Inna miłość być może, pomyślałeś, albo mogło to być dziecko, nie od ciebie, to mogło być to, dlaczego ty właśnie miałbyś pozostać oszczędzony, lecz skoro wszystko poszło tak daleko, nauczyłeś się już, że to nie było to, co właściwie powstało między wami i urządziło się na skromnym podłożu i teraz podnosiło się powoli.

To mogło być też to, i być może tak naprawdę było, że wypiłeś za dużo albo po prostu byłeś tylko zmęczony, gdy poszedłeś spać obok niej i nad niczym się już nie chciałeś zastanawiać, albo należałeś do tych, którzy mają za sobą zbyt wiele pożegnań i pewnego dnia decydują się, że tym razem pozostają. Lecz teraz leżysz obok niej, i ten sen umyka jak rausz, i jesteś posłuszny jego skrzydłom. I czasami myślisz, że już powstałeś, ale pewność tego stanu uzyskujesz dopiero wtedy, kiedy już stoisz na ulicy i teraz znajdujesz czas na mocniejsze zawinięcie kołnierza płaszcza wokół szyi. Następnie wsiadasz do pierwszego pociągu.

W przedziale jesteś sam z błękitnym oświetleniem alarmowym, a na zewnątrz błądzą gwiazdy i opary mgły i świt nad miastem, a pod nimi leży ta, którą opuściłeś.

Jednak pociąg przyśpiesza, a możliwości zaśnięcia lub wyglądania z okna nie zostały jeszcze wyczerpane, gdy nagle się zatrzymuje. Następnie przybywasz na miejsce.

Drobne kamienie sypią się jedne po drugich, jakby ktoś tracił pieniądze, lecz to nie martwi teraz nikogo, tutaj, gdzie wyskoczyłeś z pociągu, który jak ciemne zwierzę stoi między zagonami w szczerym polu. Zatem idziesz naprzód do lokomotywy. I widzisz: Tutaj w plątaninie powykręcanych torów kolejowych, między zgniecionym żelastwem a porozbijanymi podkładami być może leżałoby twoje życie. Jednak kto ma się teraz jeszcze orientować, teraz, gdy również maszynista lokomotywy stoi obok swej wyłączonej maszyny i drapie się po głowie wszystkimi palcami swej lewej dłoni. I przystępujesz do niego od tyłu, i zanim jeszcze koniuszki twoich palców mogą dotknąć jego ramion, mówisz mu: Dlaczego mielibyśmy tak postępować dalej, jakbyśmy się nie znali, teraz, gdy splątały się nasze drogi?

Wtedy odwraca się, plecami do lokomotywy, i powiada, co z trudem daje się usłyszeć, tak miękko jak teraz unosi się mgła: Zatem to jest to. Przeczuwałem to od dawna, lecz nie wiedziałem, że wysiądziemy tak wcześnie.

I już podaje ci łopatę, i znowu szybko jadą pociągi, inne pociągi, do innych celów, z innymi pokoleniami, które nie przeczuwają, że ci tam na zewnątrz, którzy siedzą na podkładach i palą papierosa, już dotarli na miejsce.

I któregoś poranka jeszcze raz zatrzymuje się tam poranny pociąg. Mężczyźni i kobiety w długich, nigdy nie widzianych ubiorach wysiedli z niego, a niektórzy z nich nosili broń. Podeszli do was i powiedzieli, że są sprawiedliwością, teraz, że nadeszła dla was wszystkich.

I zaczęło się takie święto, jakiego jeszcze nigdy nie przeżywałeś, i każdy dzień waszego wspólnego działania stał pod gwiazdą sprawiedliwości i pokoju.

Lecz jakkolwiek nie poszedłeś za nimi, albo być może także w tej chwili stałeś się już czymś osobliwym, dlaczego bowiem inaczej wstawałbyś każdego poranka, aby pójść parę kroków aż do nasypu kolejowego i ucho przykładać do szyn, jakby nie osiągnęła cię jeszcze wiadomość, która była przeznaczona tylko dla ciebie.

Czasami bowiem, kiedy o świcie gnają jeszcze mgły, na mgnienie, zatrzymuje się tam poranny pociąg.

 

1979
Z niemieckiego przełożył Andrzej Pańta

 


KORESPONDENCJA LITERACKA


Kontynuujemy wymianę listów między pisarzami. Na naszych łamach korespondują ze sobą Lech M. Jakób i Piotr Müldner-Nieckowski. W tym numerze list Lecha M. Jakóba.
pkl "Łabuź"

 



Kołobrzeg, dnia 18.11.1999 r.

Piotrze Niepoprawny -

jakiś czas czekam na Twój odzew, a im dłużej milczysz, tym mocniejszy we mnie niepokój. Czy aby co złego Cię nie trapi; Ciebie lub Twój dom? Nadzieję mam, że nie.

Skoro o Twoim domu się rzekło. Niewiele brakowało w październiku, bym nawiedził Podkowę Leśną. Akurat podpisywałem w Warszawie umowę wydawniczą (ostatecznie wynegocjowaną - na "Drapieżców"), gnając później do Trójmiasta.
I niestety, nie zmieściłem się w czasowej luce. A szkoda, gdyż dobrze wspominam ubiegłojesienną wizytę u Ciebie; ten mostek nad wyschniętym strumieniem w ogrodzie, przychylność Gosi, rozmowy przy wspaniałym poczęstunku z Waszą córką oraz Jej mężem. Poza tym - atmosfera Waszej sadyby, osadzonej w strefie bogatego drzewostanu, gdzie błogosławiona cisza, zakłócana - jeśli już - jedynie dźwiękami natury! Do kata, prawdziwie zawiszczę Ci -miejsca zamieszkania! W ogóle Podkowa wydaje się rejonem szczególnie atrakcyjnym, gdy idzie o usadowienie. Ciekaw jestem, czy dłużej da się utrzymać podobne warunki, czy w nadchodzących latach zachłanna cywilizacja nie zeżre i tego kawałka w miarę spokojnej ziemi.

Cywilizacja! Jej techniczny po(d)stęp! Tyle uwodzi, co zwodzi; tyleż dobrego niesie, co po cichu do piwnicy dziejów wynosi... Wiem, zżymanie daremne wobec nieuchronności następstw, aleć dusza zrywami się buntuje.

Bredzę o tym nie bez powodu, bom i ja popadł w sidła technicznych nowinek. Pamiętasz może jakeśmy rozmawiali o komputeryzacji? Ty w tym siedzisz od lat bodaj kilkunastu i zaśmiewałeś się z moich uprzedzeń. A co czas przyniósł (lubo podrzucił, niczym kukułcze jajo), ku własnemu zaskoczeniu?

Tak, tak, już rok mi upływa na dopieszczaniu owej piekielnej machiny. Rozpanoszyła się na moim biurku, terroryzuje. Niby narzędzie tylko. Niby.

Zaś obecnie nowy etap romansu z komputerem. Drwiący (ze mnie) za moimi plecami demon cywilizacji kusi - podłączam się do Internetu, uruchamiam pocztę elektroniczną. Przypuszczalnie najdalej do końca bieżącego roku będę w sieci. Ja, kompletny lamer*... Nawet praktyczny przewodnik Pascala** o Internecie kupiłem, by bliżej przyjrzeć się zasadom funkcjonowania owej "autostrady informacyjnej".

Niezależnie od tego, również do końca roku, pojawi się w Internecie strona WWW o mojej twórczości. Znalazły się dobre dusze, które zechciały stronę przygotować - a ostatecznie ją obrabia i do sieci wprowadza mój brat, specjalizujący się w podobnych sprawach.

Cóż, chyba - jak powiada de Kerckhove w "Powłoce kultury"*** - nie ma już odwrotu od elektronicznej rzeczywistości. Co samo w sobie pocieszające nie jest, bowiem mimo pewnego wspomożenia tym ludzkiej inteligencji - przez natłok oraz prędkość przekazu informacji - gubi inne wartości.

Ale zostawmy to.

"Twórczość" (ubiegłomiesięczny numer) pomieściła kilka Twoich krótkich opowiadań. Czytałem. I zaraz refleksja: czy aby to nie o nich (dłuższej serii) wspominałeś swego czasu? Bo podobne w tonacji, strukturze i języku publikowała niedawno "Literatura". Miały wejść w skład zbioru, który nieufnie obwąchują wydawcy literatury tak zwanej pięknej? Dziwne to. Moim zdaniem ten zbiór (jeśli inne opowiadania, których nie znam, dostają do publikowanych w pismach jednym poziomem) ma spore szansę czytelnicze. Oby wreszcie Twoi potencjalni wydawcy poszli po rozum do głowy (i po pieniądze do kieszeni, jasna rzecz)...

Ciekawi też Twoja z bólami powstająca, oryginalna w zamyśle, powieść "Łaziebny". Chyba nie odpuściłeś i ciągniesz ją dalej?

Gdy o mnie idzie, ów chylący się ku końcowi rok niewiele nowych utworów przyniósł. Prawdę mówiąc ledwie garść aforyzmów i dwa wiersze. Lecz za to sporo dłubałem w ostatnich, nie wydanych jeszcze powieściach, powstała też (efekt ostatnich 7-8 lat) pierwsza dopracowana wersja nowego zbioru wierszy, któremu dałem tytuł "Horyzont zdarzeń" (tak na marginesie - co sądzisz o tytule; jakie są pierwsze skojarzenia?).

Do pism ostatnio nic nie wysyłałem i nie wysyłam. Jedyna wcześniej ustalona rzecz, to publikacja w odcinkach trzeciego i ostatniego wątku "Drapieżców" na łamach miesięcznika "Dzikie Życie" - poczynając od maja 2000 r. Wcześniejsze wątki - wilczy i bielikowy - ukazywały się tam w 1998 oraz bieżącym roku.

Na koniec jeszcze jedna sprawa - bez związku z całym listem. Ale mnie zaintrygowała i chcę o tym kilka słów napisać. Otóż przeglądając makulaturę trafiłem w jednej z gazet na niewielki artykulik mówiący o zagrożeniach Ziemi w nadchodzącym stuleciu. Autorka tekstu omawia wyniki sondażu przeprowadzonego wśród 200 naukowców w 50 krajach. Czyli, rzec można, prognozy profesjonalne i miarodajne. Jak sądzisz zatem, jakie zagrożenia naszej planety pośród kilkunastu wymienionych znalazły się w czołówce? Ubytek ozonu, którym tak chętnie straszą media? Nie. Może zanieczyszczenia chemiczne? Również nie. Na pierwsze miejsce - i to zdecydowanie - wysuwają się zmiany klimatu, później niedobór wody, zaś w dalszej kolejności: zamieranie lasów, zanieczyszczenie wody, ...złe zarządzanie, mniejsza biologiczna różnorodność oraz wzrost populacji i exodus. Wszystko pojmuję, ale zaskoczyło znaczenie zarządzania w skali globu. Choć, gdy dokładniej nad tym się zastanowić, jest tu coś na rzeczy.

A w wymiarze jednostkowym jakich to zagrożeń spodziewać się możemy u progu nowego tysiąclecia? Jakież lęki w związku z tym snują się wokół nas? Tu odpowiedzi będą bardziej złożone i godne osobnej rozmowy.

Jakoś ten listopad nie sprzyja pogodniejszym refleksjom. Wybacz. Zapewne winienem wykrzesać z siebie więcej optymizmu. I tak będzie - w swoim czasie. Bo któż powiedział, ze tylko chmury na niebie?

Prawicę Twą w oczekiwaniu na wieści serdecznie ściskam. Dobrej Gosi także się przypominam głębokim ukłonem -

 

Lech

P.s. Czy to prawda,ze pośród stworzeń bożych tego świata spotkać można istoty o dwóch sercach? Oto osobna zagadka.



* w żargonie internautów ktoś początkujący, żółtodziób
** Angus J. Kennedy "Internet", Optimus Pascal SA, Oddział Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała 1999
*** Derrick de Kerckhove "Powłoka kultury - Odkrywanie nowej elektronicznej rzeczywistości", MIKOM Warszawa 1996

 


Leszek Żuliński

CZARNE ZORZE


"Za tymi drzwiami, które za chwilę przekroczysz, zaczyna się Sąd Ostateczny. Nie wiesz, czy Biblia podaje miejsce Sądu Ostatecznego. Nie pamiętasz też, czy mówił o tym pastor baptystów, tym bardziej chyba nie wspomniał o tym ani profesor, u którego pracowałeś, ani rotmistrz, choć i ten ostatni lubił cytować Biblię. Gdzie więc odbędzie się Sąd Ostateczny? W niebie? W piekle? Na Ziemi? A jeśli na Ziemi, to gdzie dokładnie? A gdzie Dolina Jezefata ? Może to wiedzą teologowie i święci. Ty o tym nie wiesz i na pewno nie słyszeli o tym sołdaty-tytani. Oni pochodzą z Tartaru, z najgłębszych, najstraszniejszych podziemi ciemności - i ciebie tam postanowili sprowadzić..". - oto fragment z pierwszych stron nowej prozy Czesława Kuriaty pt. "Zorze archangielskie".

Ten Tartar to sowiecka Kołyma, to sławny gułag, to odległe przestrzenie bezkresu Syberii, dokąd od kilkuset lat ciągnęły kibitki i eszelony wypełnione antycarskimi buntownikami. Ostatni z tych carów nazywał się Stalin i chyba Sybir przez niego stworzony był najokrutniejszy.

Dramat milionów Sybiraków trwał niemal trzy stulecia i ma swój osobny ,,rozdział polski" sięgający aż do końca lat 50. naszego wieku. Czesław Kuriata wysłuchał relacji kilku osób, którym udało się przeżyć to piekło. W ten sposób literatura łagrowa wzbogaciła się o nowe, wyjątkowo cenne świadectwo.

Jest to - jak łatwo się domyślić - opowieść wstrząsająca. Bez patosu, bez histerii Kuriata opisuje dzień codziennej łagrowej gehenny. Jest tu coś z  "Kamiennego świata" Tadeusza Borowskiego - ta niemal zwierzęca umiejętność przystosowania się ludzi do ekstremalnych warunków. I jest dokładna topografia piekła z jego najdrobniejszymi szczegółami, od socjalnych począwszy, na psychologicznych skończywszy. To jeszcze jeden przekaz z innego świata. O ile jednak sławna książka Herlinga-Grudzińskiego oraz większość relacji łagrowych, to były wspomnienia, dokumenty i autentyki (w tym sławny "Archipelag Gułag" Sołżenicyna), o tyle "Zorze archangielskie" są beletrystyką. Czy beletrystyka jest lepsza od autentyku? Po pierwsze, ta akurat jest na autentykach oparta; po drugie, ma jednak większe możliwości interpretacyjne: jest w stanie wniknąć głębiej w psychologiczną, filozoficzną i etyczną strefę dramatu. A więc może właśnie pora, by po wspomnieniach przyszła kolej na beletrystykę? Najważniejsze jednak, że nasza współczesność wciąż ma swoje porachunki z tym tematem, że literatura za swój obowiązek nadal bierze drążenie owej  Ściany Płaczu, którą ludzie postawili ludziom.

O książce Kuriaty w superlatywach pisał już na łamach ,,Polityki" Kazimierz Koźniewski, w korespondencji z autorem pochwalił ją sam Jerzy Giedroyć oraz Mariusz Wilk, który zamieszkał na Sołowkach i stał się sławnym ,,polskim specjalistą" od radzieckiego piekła.

Ja odkładam ten tom także wstrząśnięty i smutny. Historia jest jednak parszywa. Ale to nie znaczy, że mamy dać jej spokój. Że mamy pisać książki o słonecznych stronach losu. Owszem, mamy, ale dopiero gdy damy świadectwo i dokonamy rachunku sumienia. Kuriata ten obowiązek spełnił w dwójnasób!

 

Leszek Żuliński
Czesław Kuriata "Zorze archangielskie", Wydawnictwo Feniks 1999,s.164

 

"Głos Koszaliński" 11-12.09.1999 (nr 212)
Dziękujemy pkl "Łabuź"

 


Stanisław Chyczyński

DON CHICHOT


Od barw jutrzenki po wieczoru granat
stale wybuchał jego śmiechu granat
Gdy zerknął na twarz albo spojrzał na strój
od razu wpadał w sarkastyczny nastrój

I chociaż wybył gdzie ostatnia przystań
żyjesz jak trefniś to do niego przystań
Rzucam pokusą: zanim los cię zemnie
masz taki kaprys - drwij i chichocz ze mnie!

 

Stanisław Chyczyński