Łabuź 32/2000 marzec

SPIS TREŚCI

/.../ Nie jest tajemnicą, że niszczenie Ziemi przybiera różne formy, w zależności od ludzi i miejsca na Ziemi. Jeśli nawet nie potrafimy tego dostrzec w niezliczonych przejawach wokół nas, to możemy o tym przeczytać, bo przecież istnieje niezliczona ilość książek poruszających tematy od okrucieństwa wobec zwierząt w cyrkach, po kwaśne deszcze, urbanistyczne molochy i to wszystko, o czym mówi filozofia ekologiczna. A więc wiemy wszystko, wszystko zostało nazwane, opisane już od dziesięcioleci. Wiemy, że sposób życia człowieka nie jest właściwy. O co więc chodzi? Używam określenia "niszczenie Ziemi" zamiast na przykład "degradacja środowiska" lub "zużywanie zasobów naturalnych", bo te ostatnie prowadzą do cząstkowego postrzegania problemu i utrudniają zrozumienie nierozerwalnych związków i powiązań, w których uczestniczymy. Sugerują na podstawie fałszywych wyobrażeń, że na wszystko musi być jakieś rozwiązanie, jakaś odpowiedź. Taki język nie ukazuje wystarczająco powagi sytuacji wynikającej z faktu niszczenia całej Ziemi, której częścią jesteśmy. Sugerują, że wystarczy właściwie poprowadzić drogę lub założyć filtr na kominie, którego emisja przyczynia się do "degradacji środowiska", że wystarczy udoskonalić technologię i wszystko będzie dobrze, a my pójdziemy dalej tą samą, tylko nieco zmodyfikowaną drogą. Dobrym przykładem mogą tu być mizerne efekty tzw. rozwoju zrównoważonego, którego siłą napędową są polityczne i finansowe ośrodki decyzyjne. Niszczenie Ziemi wskazuje na prawdziwy problem, którego nie rozwiążą wynalazki techniczne ani "sprzątanie świata". Ludzie żyją w sposób niszczący planetę w znacznie poważniejszym stopniu niż nam się wydaje, a przyczyny tego są znacznie głębsze niż myślimy. Niszczymy Ziemię, a przyczyny tego niszczenia nie dotyczą bezpośrednio tego, co robimy lecz jak myślimy. Konkretne akty niszczenia można naprawić. Rzecz w tym, że my wciąż żyjemy w sposób powodujący nieustanne zwiększanie skali niszczenia. Dlatego jedyną drogą jest zmiana postrzegania świata, zmiana stanu umysłu. Najgłębsza przyczyna niszczenia Ziemi nie dotyczy działań człowieka, lecz jego umysłu /.../

 

Peter Berger

Ochotnik Korpusu Pokoju, członek stowarzyszenia: "Pracownia na rzecz Wszystkich Istot". Przedruk za "Dzikim Życiem" nr 7-8(61-62) lipiec sierpień 1999.

 

Dziękujemy pkl. "Łabuź"


[Spis treści]

Kazimierz Obuchowski

***


Ich bin Mensch
Raczej Żaba
Największa na świecie
jadowita,
a więc ropucha

Mój język długi, szybki
Strzela rakietą zwrotną
i wybucha
we mnie

Strzępki mięsa rozrzucone na krzewach

Nie wszystko jedno czyje?
Żaby? Padalca?
Niespełnionej kruszyny bytu?
Ave Cesear!

 

Kazimierz Obuchowski

[Spis treści]

Stanisław Chyczyński

CZEMU MUCZĘ


na dobry wieczór łuny śle dzień
wódka ze stawu trąci śledziem
siano jest super trawa świeża
długi cień rzuca jakaś wieża

na wieży anioł ostrzy noże
radość śpi w stajni smutek w norze
przez środek pastwisk beton wiedzie
więc czemu muczę chciałbym wiedzieć

 

Stanisław Chyczyński

[Spis treści]

INSTRUKCJA KORZYSTANIA Z TOALETY

  1. Ubikacja powinna być zawsze utrzymana w czystości.
  2. Do muszli klozetowych i pisuarów nie należy wrzucać śmieci, szmat, podpasek, niedopałków, zapałek ani resztek jedzenia.
  3. Na muszlę klozetową nie należy wchodzić nogami, lecz siadać jak na krześle, całym ciężarem ciała, tak aby pośladki całkowicie i dokładnie przylegały do deski klozetowej. Tułów powinien być wyprostowany, przy czym środek ciężkości należy przenieść ze stóp na pośladki, symetrycznie względem osi podłużnej muszli klozetowej. Siedzieć należy w taki sposób, aby kał wpadał do muszli, a nie na deskę. Jednocześnie należy starać się nie zamoczyć deski moczem. W tym celu należy przytrzymywać ręką narząd moczowy, skierowując go do muszli.
  4. Przy korzystaniu z pisuaru należy podejść do niego jak najbliżej, nawet dotykając go lekko kolanami, pochylić się do przodu, wyjąć całkowicie narząd moczowy, lekko nachylić go w dół i oddać mocz, aż do ostatniej kropli. Przed zakończeniem oddawania moczu nie należy odchodzić od pisuaru i rozbryzgiwać moczu na podłodze. W ten sposób podłoga wokół pisuaru będzie sucha.

[Spis treści]

Archiwum pamięci

Jerzy Podralski


I ŁOBEZ MIAŁ SWOJĄ CZAROWNICĘ

Minęło 211 lat od skazania na śmierć w Szczecinie Sydonii von Borcke (1620r.) urodzonej w Strzmielu, a w Łobezie znów odbył się proces kobiety, której zarzucano zajmowanie się czarami. Była nią wdowa po Christianie Steffenie. Proces ten odbył się, mimo wielokrotnego zakazu prowadzenia przez sądy takich procesów. Król Prus Fryderyk Wilhelm I w 1714 roku wydał edykt zakazujący prowadzenia procesów o czary. Widocznie wiara w czary była wśród ludu głęboko zakorzeniona, gdyż król musiał w następnych latach zakaz ten powtarzać.

Christian Steffen był pasterzem krów. Po jego śmierci żona wynajmowała się do pracy u okolicznych gospodarzy. W roku 1731 pasała świnie w Smorawinie. I wtedy właśnie przyszedł do niej na pole Christian Schmiedt, majster tkacki z Łobezu wraz z bratem swego zięcia, Feiderikiem Damerow, służącym u młynarza w Boninie, oskarżając ją o spowodowanie choroby zięcia majstra. Zagrozili jej, że jeśli w przeciągu czterech dni nie "zdejmie" z niego choroby, to podadzą ją do sądu. Ponadto powiedzieli jej, że jest czarownicą. Steffenowa jednak uprzedziła swych przeciwników. Wystąpiła do Sądu Nadwornego, mieszczącego się jeszcze w Stargardzie oskarżając ich o zniesławienie i domagając się satysfakcji. Była przekonana o swej niewinności i twierdziła, że nie jest czarownicą. Prosiła też sąd o zastosowanie wobec niej "prawa ubóstwa" (just paupertatis). Była bowiem ubogą kobietą. Sąd wyznaczył rozprawę na 10 grudnia 1731 roku. Wdowa po Steffenie została zobowiązana do dostarczenia świadectwa ubóstwa. Jednak rozprawa w wyznaczonym terminie nie odbyłasię gdyż majster Schmiedt i służący Damerow poprosili sąd o przesunięcie terminu rozprawy twierdząc, że nie zdążą na czas dostarczyć dowodów. Tymczasem Steffenowa uzyskała dwa świadectwa ubóstwa. Wystawili je: pastor z Bełcznej, Christian Kiepke i pastor w Strzmielu Dawid Klebte. Pastor z Bełcznej stwierdził, że śp. Christian Steffen pasał przez wiele lat w tej miejscowości krowy. Byli oni biedni i on im często pomagał. Po jego śmierci żona sprzedała cały dobytek: starą krowę i trzy kozy za siedem florenów. Ponadto sprzedała pięć uli pszczół. Z uzyskanych pieniędzy musiała pokryć koszty pogrzebu i spłacić długi zaciągnięte na chleb dla dzieci. Stała się przez to bardzo biedną kobietą. Podobne świadectwo wystawił pastor w Strzmielu zaznaczając, że na terenie jego parafii, w Smorawinie pasie ona świnie, że z dziećmi cierpi niedostatek.

Sąd wyznaczył nowy termin wstępnej rozprawy. Odbyła się ona 7 stycznia 1732 roku w Łobezie. W obecności notariusza przysłanego ze Stargardu, Dawida Virchow, burmistrza Łobezu Hackenberken'a i starszego cechu kowali, majstra Gottfrieda Grünenwald z Łobezu. Odbyło się zaprzysiężenie Steffenowej, majstra Schmidta, służącego Damerow i świadków oraz ich przesłuchanie. Majster Schmiedt i służący Damerow stwierdzili, że Steffenowa ubiegała się kiedyś o względy obecnego zięcia Schmidta, lecz "dostała od niego kosza". Dlatego była i jest pełna nienawiści i złości wobec zięcia i jego brata. Rzuciła na zięcia majstra czary, gdyż kilkakrotnie powiedziała, że za rok już nie będzie on żył. Zaraz też po ślubie zięć majstra Schmiedta ciężko zachorował. Potwierdzić to mogą świadkowie: Johann Ludwik Schmiedt służący u rolnika w Łobezie, Agnisa Gröner, służąca inspektora akcyzy w Łobezie Frentzela.

Johann Ludwik Schmid, lat 30 zeznał, że przed rokiem zatrudniony był u inspektora akcyzy Frentzela w Łobezie, razem ze Steffenewą pracowali przy zwózce siana. W czasie pracy przyszła do nich Agnisa Gröner, służąca majstra Schmiedta. Steffenowa zapytała ją, kiedy majster wyprawi córce wesele. Ona odpowiedziała, że dokładnie nie wie, ale ludzie mówią, że na św. Marcina. Agnisa natomiast zapytała Steffenewą, gdzie jest jej narzeczony. Na to ona odpowiedziała: "nigdy nie wiadomo, jak się sprawy ułożą, zaręczyny można jeszcze zerwać, a jeśli tego nie uczyni się, to słuchajcie, słuchajcie - nie minie rok, on żyć już nie będzie". Te słowa na świadku zrobiły wielkie wrażenie i przestraszyły. Powiedziała o tym majstrowi Schmiedtowi. Poszedł on po tym do swego ojca do Strzmiela i powiedział mu o tym co mówiła Steffenowa. Po pewnym czasie przyszła ona do Strzmieli. Zarzuciła mu, że on ją oskarżył o uprawianie czarów. Służący Johnn Ludwik Schmid odpowiedział jej, że on nie wie, czy ona jest czarownicą, ale wie, że to, co powiedziała przy zwózce siana, się sprawdziło, ponieważ zięć majstra Schmidta zaraz po ślubie ciężko zachorował.

Wypowiedzenie słów dotyczących śmierci zięcia majstra potwierdziły: Agnisa Gröner lat 40 i Elżbieta Gutknecht lat 31. Dodać trzeba, że obie kobiety, jak zeznają, zadawały jej pytanie, "gdzie jest twój narzeczony". Było to widocznie pytanie ironiczne, gdyż za każdym razem używała ona wulgarnych słów, a potem mówiła o śmierci nowożeńca. Agnisa ponadto zeznała, że przyszedł do niej w czasie zwózki siana służący Johann Ludwik Schmid i powiedział, że Steffenowa to dziwna i wyjątkowa kobieta, że dziwi się, iż ją wynajmują do pracy. Było zatem w tej kobiecie coś niezwykłego i dziwnego. Na pewno wyróżniała się wśród innych kobiet.

Protokół z przesłuchania podpisany przez notariusza, burmistrz i majstra kowalskiego przesłano do Sądu Nadwornego w Stargardzie. Tam też wysłano kopie protokołu z przesłuchania świadków Steffenowej do wiadomości i odłożono wydanie wyroku o cztery tygodnie. W międzyczasie majster Schmiedt i służący Damerow zażądali dodatkowo specjalnego procesu nie zgadzając się na karę pieniężną, jaką sąd na nich nałożył  twierdząc, że przedstawią nowe dowody. Sąd Nadworny wyraził zgodę na wznowienie procesu. Wyznaczył termin rozprawy na 17 marca. I role się zmieniły. Steffenowa została teraz oskarżona przez tych, których ona oskarżała o zniesławienie.

Jednak z powodu niestawienia się oskarżycieli, czyli majstra Schmidta i służącego Damerowa, rozprawa wyznaczona na 17 marca w Łobezie, nie odbyła się. Sąd następną rozprawę wyznaczył na 23 kwietnia. Dlatego Steffenowa wniosła do Sądu Nadwornego prośbę o "skasowanie ponownego procesu", gdyż jak pisała, oskarżyciele na wyznaczony proces na 17 marca, nie stawili się, a ona musiała przebyć aż cztery mile pieszo ze Strzmieli do Łobezu.

Rozprawa jednak się odbyła, lecz nie w Łobezie, ale w Stargardzie, bez oskarżycieli i oskarżonej. W imieniu oskarżających głos zabierał adwokat Baltazar Otto Flesch, a w imieniu oskarżonej Fryderyk Georg Stebelow. Obaj adwokaci podtrzymywali argumenty swych klientów. Adwokat Flesch twierdził nadal, że majster Schmiedt i służący Damerow są przekonani o tym, że Steffenowa za pomocą zakazanych praktyk sprowadziła ciężką chorobę na zięcia majstra, a zatem były to czary. Natomiast adwokat Stebelow przekonywał, że choroba zięcia majstra Schmiedta była dopustem bożym, nie mogła być spowodowana "gadaniem i paplaniną starej baby..." Obaj adwokaci zgodzili się na wznowienie procesu.

Sąd decyzją z dnia 26 września wyznaczył termin rozprawy na 22 października 1732 roku. Zwolnił oskarżoną z obowiązku opłaty sądowej i przyjął do wiadomości usprawiedliwienie oskarżających z nieobecności na rozprawie w dniu 17 marca oraz anulował nałożoną na nich karę pieniężną. Oskarżający zostali zobowiązani także do dostarczenia sądowi nowych dowodów, ponieważ te, które przedstawili, są niewystarczające.

Niestety na tym kończą się akta. Nie wiemy zatem, jaki był finał sprawy. Możemy się domyślać i domyślamy się...

Jednak z przedstawionego, w oparciu o zachowane akta przebiegu procesu, który miał miejsce w XVIII w. można wnioskować, iż mimo zakazu króla, procesy o czary odbywały się w dalszym ciągu, chociaż niewątpliwie na mniejszą już skalę. Pomimo, iż w Sądach zasiadali światli i wyuczeni prawnicy, którzy nie przywiązywali większej wagi - wierzyli w pomówienia o czary, udowodnienie lub też zaprzeczenie tego procederu nie było wcale łatwe. Odbywały się procesy, o czym mówią zachowane do naszych czasów akta.

Opracowano na podstawie materiałów źródłowych - zachowanych poszytów akt sądowych, znajdujących się w Archiwum Państwowym w Szczecinie Filia w Strzmielu.

 

Dr. Jerzy Podralski


Autor jest emerytowanym pracownikiem Archiwum Państwowego w Szczecinie i często bywa w Strzmielu.

 

Dziękujemy pkl. "Łabuź"


[Spis treści]

 

Tekst sponsorowany: p. Przemysław Kwiatkowski

Bartosz Muszyński

GDAŃSK. PRAWIE MILLENIUM


Tak naprawdę wszystko do złudzenia
przypomina wszystko: powietrze w ten
sam sposób uzależnia, ulice wydeptane
na wylot, tunelami przeprawa. Tak naprawdę
brak porozumienia: znaki - dają
się nam we znaki. Przybyłem,
szedłem, wyjeżdżam; potrafię
milczeć we wszystkich nowożytnych językach.

 

Bartosz Muszyński


Lech M. Jakób


DRAPIEŻCY


"TRÓJKĄT ŚMIERCI


Podczas rutynowego obchodu Jeziora nadleśniczy Andrzej Hok dokonał niecodziennego odkrycia. Znalazł w Zatoce Spokojnego Żeru trzy martwe zwierzęta złączone uściskiem: szczupaka, wilka i bielika.
Początkowo sądził, iż trafił na ślad kłusowniczej działalności. Ale przeczyło temu odgryzione skrzydło orła. Przytrzymywany jego szponami szczupak miał rozdarty brzuch. Wilk był okulawiony. Ostry dziób bielika głęboko poranił też wilczą szyję. Woda wokoło była czerwona od krwi, a ciało wilka jeszcze ciepłe. Do dramatu musiało dojść tuż przed przybyciem nadleśniczego.
Skontaktowaliśmy się w tej sprawie z Instytutem Ochrony Przyrody. Nie potrafiono nam wyjaśnić, jak do podobnej sytuacji mogło dojść. Natomiast wyrażono zdumienie obecnością wilka. Gatunek - canis lupus - zniknął z tego obszaru blisko pół wieku temu. Pojawienie się wilka zapewne ma związek z wieloletnim programem całkowitej ochrony Jeziora i przyległych terenów, zmierzającym do przekształcenia strefy w rezerwat krajobrazowo - ornitologiczny."

(jn)
("Gazeta Pomorska" nr 217, 18.09.1995r.)

Rozdział II - lipiec

Odcinek VII

ryba Bolesna potyczka z wirującą przynętą dawno zdążyła pójść w zapomnienie. Utracił wówczas sporo zębów. Ale powoli odrastały nowe, łącznie z najbardziej przetrzebionymi kłami żuchwy. Niebawem i ta niedogodność miała minąć.

Obecnie uwagę szczupaka absorbowało co innego. Poprzedniej nocy znalazł schronienie na wypłyceniu przy wyspie. Pod konarami częściowo zatopionego drzewa. Ten rodzaj kryjówki najbardziej mu odpowiadał. Jednak poczucie bezpieczeństwa nie trwało długo. Może kilka godzin. Z których ostatnia zaznaczyła się dosyć wyraźnym spadkiem ciśnienia, rosnącą ciemnością i falowaniem powierzchni. Potem bez jakiegokolwiek ostrzeżenia nastąpił wstrząs.

Wytrącony z letargu drapieżnik odskoczył kilkanaście metrów i zawisł w toni, obróciwszy się przodem ku wyspie. Gdyż to nad nią błysnęło, stamtąd pochodziło drgnienie dna. Niezwykłe i deprymujące. Jak towarzyszący temu hałas.

Podobnie zareagowały inne ryby. Szeroki pas płycizn wokół wyspy opustoszał w ułamkach sekund. Umknęły też kaczki przeczekujące burzę po zawietrznej stronie lądu. Minęło sporo czasu nim uciekinierzy na powrót zajęli swoje stanowiska. I to nie wszyscy. Bowiem skutecznie odstraszał, głównie ptaki, trawiący wyspę pożar.

Chmury pierzchały, jaśniało. Szczupak nieufnie obserwował bladożółte płomienie. Ich widziany od dołu obraz, dodatkowo zniekształcony rozkołysaniem powierzchni wody, tyle niepokoił, co przyciągał jego uwagę. W przeszłości także zdarzały się nawałnice z wyładowaniami. Lecz nigdy dotąd piorun nie uderzył równie blisko i nigdy nie widział ognia.

Wreszcie ruszył z miejsca. Nie ku płyciźnie a wzdłuż krawędzi stoku. Ostrożność przeważyła.

Trochę dalej z rzadka porośnięty ramienicami stok przechodził w łagodne i piaszczyste zbocze, drapieżnik zignorował spłoszonego jazgarza, który nieomal otarł się o jego pysk. Odpuścił też pobliskiemu stadku płoci. Silniejszy od głodu wciąż był niepokój.

Wkrótce znalazł zaciszne miejsce. Pośród muld wypełnionych moczarką. Zapadł między rośliny, ustawiając się tak, by nie tracić z pola widzenia okolic wyspy. Lecz i tu po kilku minutach chwycił drapieżcę lęk. Tym razem nowy. Wywołany obecnością orła, niebezpiecznie nisko krążącego nad wodą. Bielik to przybliżał się, to oddalał, raz po raz muskając cieniem kryjówkę szczupaka.

Docierało tam również nawoływanie, co prawda wytłumione blisko dwumetrowym przedziałem wody, jednak w swej natarczywości wciąż mocniej zniechęcające.

I chyba tego było szczupakowi za wiele. Po kolejnym nawrocie birkuta opuścił muldy. Pierw kierując się w głąb stoku potem na północ, byle dalej.

Płynął miarowym tempem, korygowany napotykanymi zmianami temperatury. Miniona burza przekotłowała jezioro. Silniej nagrzane przypowierzchniowe warstwy wody zmieszały się z chłodniejszymi niżej, tworząc w głębi nieprzyjemne dla wędrującego bariery termiczne. Starał się więc trzymać korytarzy o wyrównanej ciepłocie.

Przecięcie plosa zabrało sporo czasu. Wahał się nawet w pewnej chwili czy nie zawrócić, zdezorientowany bezmiarami mijanych stref. Do kontynuowania wędrówki przekonały dopiero intensywniejsze dźwięki biegnące od północnego wschodu. Bez wątpienia zwiastun oczekiwanej płycizny lub brzegu.

Tak też było. Niebawem wniknął w rozkołysane pole rdestnic, porastających wolno wznoszący się stok ławicy, Z tyłu przemknęła gromada stynek. Wśród wynurzonych wierzchołków roślin buszowały słonecznice i ukleje. Widział refleksy ich srebrzystobiałych boków, gdy w pogoni za owadami wyskakiwały nad powierzchnię. Gdzieś z przodu, od wypłycenia, niósł hałas żerujących grążyc. Znajome odgłosy działały kojąco. Jednak pozostać tu nie mógł. Podstawę stoku obmywał za zimny nurt. W poszukiwaniu; lepszego miejsca odpoczynku ruszył dalej.

Krawędź ławicy wiodła ku zachodowi. Skorzystał z tego przemykając równolegle do zbocza, tuż nad dnem. I wkrótce kryjówka objawiła się sama. W prostopadłym wąwozie. Może płytkim i pozbawionym roślinności, za to usianym sporymi głazami.

Niestety, upatrzone stanowisko zasiedlał już inny szczupak. Przybysz naparł zdecydowanie. Demonstracja siły zrobiła swoje. Miejscowy drapieżca czmychnął ustępując pola masywniejszemu przeciwnikowi.

Zwycięzca krótkiej potyczki powoli wpłynął w szczelinę między dwoma głazami. Dzięki takiemu ustawieniu, sam będąc niewidoczny, kontrolował obszar u wylotu kamiennej gardzieli. Wszystko sprzyjało dłuższemu postojowi - i ukształtowanie terenu, i stabilna temperatura, i niczym nie zakłócony spokój okolicy.

Dłuższa wędrówka i ostatnie wydarzenia dały się mu we znaki. Ale równowagę odzyskał dosyć szybko. Razem z nią wróciło uczucie głodu. Baczniej począł wypatrywać potencjalnych ofiar.

Szarzało, gdy pojawiła się okazja łowu. Nieco wcześniej grasowały w pobliżu okonie. Z łatwością mógł dopaść przynajmniej jednego z nich. I może byłoby tak się stało, gdyby nie atrakcyjniejsza pokusa, W postaci gromady ryb większych. Przemieszczały się wolno od góry ku głębinie. Wzdłuż stoku, nie daleko czatowni. Leszcze z towarzyszącymi im krąpiami.

Duże i wygarbione leszcze nie interesowały go. Nie mógłby ich. przełknąć - za spory jednorazowy kąsek. Lecz błąkające się na obrzeżu gromady krąpie stanowiły cel w sam raz. Przynajmniej tak podpowiadał mu instynkt. Podniecony szansą udanego ataku przyspieszył oddech; nieznacznie również rozchylił pysk.

Napadnięty krąp nawet nie zdążył zorientować się w sytuacji. Szczupak, rozpędzony dynamicznym startem, jakiś czas płynął jeszcze z pochwyconą rybą. Nie chybił uderza jąć szybko i precyzyjnie. Szamotanina ofiary gasła. Mocniej zacisnął zęby.Wreszcie przestała się poruszać i obrócona z pomocą języka zniknęła głową naprzód w przełyku drapieżcy.

Na powrót zajął miejsce w kamiennej kryjówce. Gwałtowny wypad rozproszył resztę gromady, ale nie miało to teraz większego znaczenia. Zasycony właśnie żołądek powoli się uspokajał.

Resztki światła stopniowo zniknęły. Równomiernie rozlany podwodny mrok zdawał się obiecywać ciszę i ukojenie. Tylko zdawał. Bowiem, choć część mieszkańców jeziora aktywna za dnia łaknęła odpoczynku, ruszyli na żer wyżej ceniący sobie noc.

Mimo wszystko rejonu szczupaczego stanowiska nie zakłócał większy ruch. Jedynie raz przed północą od strony płycizn dotarł hałas. Coś wypłoszyło zgromadzony tam narybek.

Wczesnym rankiem sytuacja się powtórzyła. Wyraźnie polował u góry jakiś drapieżnik. Większy i zachowujący się dosyć dziwnie. Linie boczne szczupaka nie dawały pełnego obrazu. Zaintrygowany samotnik opuścił kryjówkę powoli przesuwając się wąwozem ku płyciźnie.

W końcu ujrzał przyczynę zamieszania. Na wypłyceniu, w pasie oczeretów, grasowała wydra. Dotąd mu obca. Może budząca odrobinę respektu okazałymi rozmiarami, lecz w sumie nie czuł się jej obecnością zagrożony.

Tymczasem pływaczka z lądu, dostrzegłszy w rynnie szczupaka, zmieniła kurs. Dokonując zwrotu nagle i bez utraty prędkości. W krytycznej chwili dzieliły ich od siebie niecałe trzy metry. Szczupak pojął intencję nacierającej trochę późno. Nie na tyle jednak, by dać się chwycić. Energicznym susem smyrgnął w bok i przeskoczywszy krawędź stoku; zniknął w głębinie.

wilk Wilkowi wydawało się, że na dobre utracił wydrę z pola widzenia. Wodził wzrokiem po szarej i gładkiej powierzchni wody z coraz mniejszą nadzieją. Odkąd zanurkowała minęło sporo czasu. Wreszcie dostrzegł ruch nieco dalej, przy oczeretach. Co prawda widok częściowo osłaniały trzciny, lecz wątpliwości nie miał. Zguba się odnalazła. Pozostało cierpliwie czekać.

Wydra, bezgłośnie wynurzywszy się, leżała teraz na grzbiecie, coś pożerając. Być może drobną rybę. W każdym razie jadła, na co wskazywały zdecydowane ruchy przednich łap oraz pyska. Basior bezwiednie przełknął ślinę.

Już od bladego świtu czuwał w zaroślach okalających cypel. Kilkudniowe próby pozyskania wydry nic nie dały. Jeśli nie liczyć resztek po jej ucztach w postaci leszczowego ogona, czym zadowolić się nie mógł. Za to przekonał się, że po wodnych wypadach na brzeg wychodzi prawie zawsze w jednym miejscu. I w tym właśnie upatrywał swoją szansę.

Gdy śledzona ponownie zanurkowała, ostrożnie podkradł się nieco bliżej. Wszystko wskazywało, że nie odkryła jego obecności. Przywarł za ułamanym konarem olszy unosząc łeb. Obecnie dzieliły od brzegu jedynie kępy trzęślicy. Jednak nie zaryzykował dalszego podejścia. Wydra akurat zdążyła wyjść na ląd.

Chwilę potem obraz przewróconej na grzbiet i tarzającej się w trawie ofiary, która nieświadoma niczego suszyła sierść, tak podniecił wilka, że nie mógł opanować drżenia napiętych mięśni. Lecz gotów do skoku zmartwiał na moment. Trzasnęła pod łapą jakaś gałązka.

To wystarczyło aby obudzić czujność obserwowanej. Natychmiast stanęła słupka, obracając głowę w stronę lasu. Ich spojrzenia się spotkały. Sekundę lub dwie oboje trwali bez ruchu.

Pierwsza skoczyła wydra. Ostro ruszył też basior. Wynik gonitwy był przesądzony z góry - umykającej wystarczało zsunięcie się z brzegu. Ścigający natomiast musiał pokonać kilka metrów do samej linii wody. Ale pojmując daremność wysiłku, gonitwy nie przerwał. Dopiero toń jeziora ostudziła zapały. Wprawdzie pływał całkiem dobrze, jednak z ich dwojga nurkować potrafiła tylko uciekinierka. Jak niepyszny wrócił na ląd i otrząsnął sierść z wody.

Hałas pogoni rozbudził śpiące w oczeretach kaczki. Ożywiły się też zasiedlające nadjeziorny skraj lasu zięby i strzyżyki. A wkrótce o polującym drapieżniku wiedzieli w okolicy wszyscy.

Ostrzegawcze nawoływania zaniepokojonych ptaków niewiele wilka obeszły. Wciąż jeszcze liczył na to, że wydrę przechytrzy, Przypomniał sobie bowiem o niegdyś wykrytej norze - między grabami porastającymi stromiznę brzegu. Trochę dalej na wschód. Wówczas wydawało mu się, iż otwarta przestrzeń da lepszą szansę łowu. I z czatowania przy norze zrezygnował. Obecnie zamierzał tam wrócić.

Odnalezienie interesującej dziury między korzeniami było proste. Lecz stropiły polującego dwie inne sprawy. Brak śladów zapachowych wydry wokół drzew i wyjątkowo wąski otwór wejściowy. Z trudem wsuwał tam czubek nosa.

Bijąca z wnętrza won rozwiewała wątpliwości. Prawidłowo zlokalizował kryjówkę poszukiwanej. Lecz jak wejście sforsować? Gdyż wznawiane próby rozgrzebywania otworu spełzały na niczym. Po odrzuceniu cienkiej warstwy darni pazury trafiały na plątaninę korzeni. Cofał się, okrążał drzewa i wracał wielokrotnie, z rosnącą bezradnością obwąchując podstawę grabu. Nie mógł pojąć, że to, co brał za otwór wejściowy, było jedynie kominem wentylacyjnym. Zaś samo wejście do nory kryła od brzegu woda. Wreszcie - niechętnie, bo niechętnie - dał za wygraną.

Znacznie lepiej powiodło się jastrzębiowi, który właśnie przemykał na tle sosen z pochwyconym drozdem w szponach. Odprowadziwszy skrzydlatego łowcę wzrokiem począł wietrzyć.

Dotąd znieruchomiałe powietrze ożywiła lekka bryza. Jej powiew przyniósł obietnicę: woń sarny. Nikłą, ledwo rozpoznawalną. Energiczniej ruszył w tę stronę.

Zwodniczy zapach to ginął, to pojawiał się, by zniknąć ostatecznie kilkadziesiąt metrów dalej. Zniechęcony basior zaprzestał kluczenia.

Zarośla obok drgnęły. Dostrzegł kątem oka żółtawe futerko badylarki i niemal w tym samym momencie ją zgubił. Jakby rozpłynęła się w gąszczu. Powoli zniżył pysk między kępy. I to miniaturowego gryzonia wypłoszyło. Dłuższą chwilę trwając nieruchomo pośród źdźbeł traw, teraz - bezpośrednio zagrożony - błyskawicznie zerwał się z miejsca. Wilcze siekacze chybiły celu.

Nie skoczył za drobiazgiem. Zadowolił się młodymi badylarki, wygarniając z kotnika cały, ledwo wyrośnięty, miot. By wkrótce poprawić mizerną przekąskę żabą, która wyprysnęła mu spod łap.

Słońce wstawało coraz wyżej. Zapowiadał się ciepły dzień. Samotnik ponownie zszedł nad jezioro, tym razem ugasić pragnienie. Wyczerpała go całonocna włóczęga - męcząca i usiana niepowodzeniami, Choć kilka okazji się nadarzyło. Niestety, straconych. Uszły między innymi dwa karczowniki i łasica. Pomijając sporadycznie pozyskane najdrobniejsze kąski upolował jedynie pisklęta drugiego lęgu bekasa kszyka.

Opuściwszy przyjeziorną strefę ruszył truchtem w głąb lasu. Zielone runo miękko oddawało rytmiczny krok. Nieco dalej rozciągały się łęgi, a za nimi wzniesienia ocienione starodrzewem. Tu zwolnił, wypatrując dogodnego legowiska. I wkrótce znalazł. Między widłakami przed polem kwitnącej borówki brusznicy.

Mimo głodu usnął natychmiast. Pierwsze godziny spał twardo, jedynie od czasu do czasu zmieniając położenie ciała. Dopiero później, gdy słońce na bezchmurnym niebie minęło zenit począł się ruszać. Trochę w jedną. trochę w drugą stronę. Głównie w poszukiwaniu chłodniejszego miejsca. I drzemał tak z krótkimi przerwami niemal do wieczora.

Śnił sporo. Zwłaszcza po południu. A marzenia senne, wspomagane powracającym burczeniem brzucha, obracały się wokół wspomnień najprzyjemniejszych. Widział powalonego w drągowinie szpicaka i potrząsający scypułem łeb jelenia, któremu - jeszcze w agonii - wyszarpywano parujące wnętrzności. Znów przeżywał zimową pogoń za danielem i udane osaczenie ofiary w oparzelisku. Lód, krew, zziajana wataha, pospiesznie łykane kęsy - wszystko to razem, przynajmniej we śnie, niosło błogą sytość.

Płytką już drzemkę u schyłku dnia rozwiała znajoma woń. Identyczna z poranną, lecz intensywniejsza. Wilk stężał wyprostowany, uważnie wietrząc. Wątpliwości prysnęły. Gdzieś niedaleko błąkała się sama. Być może nawet za pobliskimi drzewami. Wróciło znajome podniecenie.

Ruszył wolno pod prąd nikłego powiewu. Dotychczasową osłonę paproci zastąpiły żółte kiście janowca i wiechy traw. Nieco dalej, wśród brzóz, udało się wilkowi złapać trop. Świeży i tym bardziej obiecujący, że miejscami upstrzony zapachem krwi. Natychmiast wzmógł czujność. Pomyślniejsze okoliczności zdarzały się rzadko. Tropiona musiała być ranna. I dzięki temu przypuszczalnie łatwiejsza do upolowania.

Zapachowa ścieżka wiodła zygzakiem ku zachodowi. Stąpał nią coraz wolniej, uważnie też nasłuchując. Nie chciał zdradzić swej obecności przed czasem. A udany podchód zwiększał szansę późniejszego dogonienia ofiary.

Sarna zalegała w dużych kępach kostrzewy. Wyczuł to instynktownie, stojąc od paru chwil między lipami. Wyczuł, a wkrótce i do strzegł, gdy obróciła łeb: spuchnięty i opleciony drucianą pętlą w poprzek niewidzących obecnie oczu. Co nie przeszkodziło jej w zwietrzeniu drapieżnika.

Paniczne drgnięcie rannej wyzwoliło w basiorze impuls ataku. I nim osłabiona ofiara poderwała się na wszystkie nogi, dopadł ją trzema susami, pewnie chwytając z boku za gardło.

 

orzel.gif 299 B Gęstą mgłę rozjaśniały od góry pierwsze promienie słońca. Lecz niżej, nad jeziorem, nadal panował półmrok. Ciężki i od wilgoci lepki. Powierzchnia wody zdawała się dymić wstającymi oparami.

Szarość spowijała również miejsce noclegowe bielika. Nie widział nic poza wierzchołkiem sąsiedniego drzewa. A i on, o rozmytych konturach, wynurzał się z mgielnego mętu rzadko.

Zwykle w takiej sytuacji birkut nie spieszył się z porannym lotem. Wiedział, że słońce rychło rozproszy mgłę i osuszy zwilgotniałe pióra. Jednak dziś zabrakło mu cierpliwości. Gnany wewnętrznym niepokojem wystartował już z wczesnymi oznakami świtu.

Warstwa mgły nie sięgała wysoko. Przebiwszy ją wzlatywał wyżej, próbując odnaleźć prąd wznoszący. Mgła w dole przypominała teraz pofałdowane zwały świeżego śniegu. A białobure i postrzępione macki oparów nad lądem rozpraszał częściowo widoczny las.

Pierw parł pod słońce, by wkrótce skręcić na północ. Dostrzeżone tam kumulusy obiecywały pionowy ciąg. I rzeczywiście, nie mylił się. Za północnowschodnim skrajem lasu cieplejsza cyrkulacja powietrza utworzyła komin. Wstępujący prąd podbijał skrzydła od spodu, co umożliwiało szybowanie - swobodne i bez wysiłku.

Mgła osłaniała tylko wodę i obszar przy jeziorny. Dalej widzialność rosła razem z intensywnością światła wschodzącego słońca. Bielik krążył więc w obrębie komina, całą uwagę skupiając na wypatrywaniu potencjalnych ofiar.

Niebawem selekcja została dokonana. O ile początkowo skłaniał się ku zaatakowaniu lisa, o tyle później, gdy ujrzał wśród łąk wzmożony ruch drobniejszych ptaków, zamiar natychmiast zmienił. Swarliwie ucztujące sroki, wrony i mewy zdradziły obecność padłego zająca. Łatwy do pozyskania łup gwarantował pożywienie natychmiastowe. Wystarczyło odpędzić lichą konkurencję.

Okazję posiłku wypatrzył również nadciągający od południa myszołów. Leciał niżej i byłby prędzej w pobliże ucztujących dotarł, gdyby nie birkut, któremu przeciwstawiać się nie chciał. Nie chciał i nie mógł, bowiem konkurent zdecydowanie przewyższał go siłą. A już sama wielkość majestatycznie kołującego bielika budziła w myszołowie respekt. Chcąc nie chcąc po chwili usunął się z drogi.

Ignorujący pojawienie się myszołowa birkut opadł na ziemię wolnym lotem ślizgowym. Pozostali skrzydlaci drapieżcy także odskoczyli na bezpieczną odległość, dopiero stamtąd pozwalając sobie na hałaśliwe protesty. Choć właściwie nie tyło przeciw czemu oponować. Nędzne resztki w postaci omyka, kilku rozwleczonych kości i nadgryzionej głowy świadczyły o tym, że zając legł dawno. I obecnie pożywić się przy nim mogły co najwyżej chrząszcze grabarze.

Nowoprzybyły dziobnął dwa lub trzy razy pozbawiony części miękkich zajęczy łeb i bez wahania wzbił się nad łąkę, by po dłuższej serii ociężałych uderzeń skrzydłami wrócić tam, skąd go przyniosło.

Wznowiona obserwacja otwartej przestrzeni pól niewiele dała. Wprawdzie wyśledził jeszcze przemykającą skrajem lasu łaskę i kilka myszkujących wśród traw gryzoni, jednak zdecydował się wrócić nad wodę. Zwłaszcza, iż wczesnoporanna bryza powoli spychała mgłę, kusząco odsłaniając zachodni brzeg jeziora.

Pas szuwarów opuściły perkozy. Zaabsorbowane poszukiwaniem żeru nie dostrzegły kołującego w górze bielika. Krążył dostatecznie wysoko.

Szansa zaskoczenia siedzących na wodzie ptaków była spora. A właściwie duża, jeśli dobrze wykorzystać podczas natarcia obecność mgły. Birkut, oceniwszy sytuację, tak właśnie zrobił. Perkozy dostrzegły niebezpieczeństwo dopiero wówczas, gdy łowca w ostatniej chwili korygował lot,wynurzając się z mlecznych oparów. Owszem, zdołały umknąć - lecz tylko trzy z czterech.

Młody ptak zwiotczał w szponach zaraz po wyrwaniu go z wody. Bielik, nabierając wysokości, skręcił ku wyspie.

Widoczność z wolna polepszała się. Słońce i bryza odsłaniały coraz większe połacie jeziora. A w rejonach zasnutych rzednącymi tumanami mgły tworzył się labirynt jaśniejszych przesmyków. I właśnie w perspektywie jednego z nich ujrzał wkrótce ciemniejszy kontur drzew.

Cały czas towarzyszący bielikowi niepokój eksplodował nad wyspą rozdzierającym krzykiem. Zdobycz wypadła z bezwiednie rozwartych szponów. Gniazda nie było. Dębu nie było. Niczego w dole nie było, poza czarnym pogorzeliskiem.

Podobne reakcje powtarzały się od szeregu dni. Nie mógł pojąć, co spotkało samicę z młodymi. I za każdym razem, gdy do gniazda wracał, przykre wspomnienia robiły swoje: na nowo przeżywał ówczesny pożar oraz nagłe zniknięcie bliskich, Czuł, że stało się coś złego. Lecz wciąż odradzała się w nim nadzieja, że zagubioną rodzinę znajdzie. Wszak niejednokrotnie zdarzały się dłuższe rozstania. Choćby wtedy, gdy na zmianę z samicą polowali. Lub rozdzieliła ich nawałnica. Zatem może wystarczy cierpliwie szukać dalej.

Co też czynił. Jednak otuchę zaraz potem niweczyło kolejne rozczarowanie. Ochrypnięty od intensywnego nawoływania głos milkł, a zmęczone skrzydła odmawiały posłuszeństwa. I nieuchronnie nadciągała apatia, spod władania której wydobywał się dopiero z przyborem odzyskiwanych sił.

Obecne kołowanie nad wyspą trwało krócej niż zwykle. Dodatkowo zdezorientowany mgłą wzleciał wysoko, by z góry rozejrzeć się za samicą. A szybując wołał. Lecz wciąż przyzywana partnerka milczała. Także młode nie odpowiadały. mimo iż ostry ton wołającego słyszano w promieniu, wielu kilometrów.

Gdy słońce ostatecznie rozproszyło mgłę znużony bielik przysiadł na gałęzi olchy. Mógł stąd obserwować północnowschodnie zakole jeziora - niegdyś ulubiony teren polowań samicy. Nieraz towarzyszył jej w wypadach na pobliski czapliniec. Często również tam się kąpała.

Pewien czas zabrało mu porządkowanie piór. Poprawiał je dziobem, kolejno odchylając to jedno, to drugie skrzydło, wiercił się, przestępował z nogi na nogę, by powoli zapaść w letarg.

Wśród niższych konarów przemknął jakiś gryzoń. Brzegiem jeziora biegała pliszka. Nieco dalej klaszczące uderzenia o wodę zwiastowały start łabędzia. Birkut rejestrował każdy ruch, ale z odrętwienia wyrwała go dopiero obecność intruza.

Niespodziewanie pojawił się orlik grubodzioby. Zresztą nie po raz pierwszy. Już kiedyś przepłoszył bielikowi stado łysek w chybionym ataku na jedną z nich. Chwilowo wytłumiony niepokój birkuta ustąpił miejsca rozdrażnieniu. Owszem, potrafił znieść patrole błotniaka stawowego nad szuwarami, tolerował wszędobylskość rodzimych rybołowów, ale konkurencja obca? Natychmiast ruszył w pogoń.

 

Lech M. Jakób

 

Powieść ukaże się nakładem Oficyny Wydawniczej "MULTICO" w 2001 r.

 


Alina Bratuś


DYSKUTUJĄC Z NOBLISTKĄ WSPANIAŁĄ NA TEMAT POEZJI LUBIANEJ


Tak, tak Szanowna Pani Wisławo,
niektórzy lubią poezję.
Myślę nawet, że więcej jak niektórzy.
Myślę, że ze sto osób na tysiąc
lubi poezję, albo i jeszcze więcej.

Ja lubię.
Bardziej niż palacz lubi papierosy,
alkoholik - wódkę,
dziecko - cukierki,
choleryk - pyskówkę.

Powiem więcej.
Potrzebuję jej.
Jak spragniony - wody,
jak dziecko - miłości,
jak wściekły - ujścia agresji swojej.

Jest mi ona
zamiast miłości doskonałej,
zamiast przyjaźni prawdziwej,
zamiast rodziny wymarzonej,
zamiast spaceru we dwoje.

Jest poszukiwaniem moim,
ucieczką w bezpieczne,
nadzieją na jutro,
ukojeniem,
pragnieniem.

Jest także ścianą płaczu,
buntu,
krzyku,
rozpaczy.

Wszystkim, co można mieć.
Wszystkim, czego właśnie nie ma.
Wszystkim, czego można pragnąć.
Wszystkim, czego można chcieć.

 

Alina Bratuś


 

Alina Bratuś mieszka w Kołobrzegu i pracuje w tamtejszych uzdrowiskach. Dotąd swoje utwory poetyckie publikowała w kilku pismach lokalnych Pomorza Środkowego.

 


KORESPONDENCJA LITERACKA


Kontynuujemy wymianę listów między pisarzami. Korespondują Lech M. Jakób i Piotr Müldner-Nieckowski.

 

pkl "Łabuź"

 



Podkowa Leśna, 14.06.1999

Drogi Lechu,

Trzymałem Twój list ponad miesiąc, bo zastanawiałem się, czy my przypadkiem nie wymieniamy wyłącznie uwag o zmarłych. Czy to jest los facetów po czterdziestce- pięćdziesiątce, czy też smuga innego rodzaju - tęsknota do autorytetów, które nam się usuwają spod nóg? A może zwykła plotkarska ciekawość - na co umarł, co zostawił po sobie, jak teraz wyglądamy bez niego? Nie sądzę, żeby to była kwestia nastroju: mino- czy majorowego. W każdym razie na naszych oczach wciąż dzieje się coś tej materii. Lalaka znałem, miałem okazję z nim rozmawiać, żałuję, że go nie ma. A ostatnio był następny pogrzeb, dla mnie znowu wstrząsający: Władysław Lech Terlecki (dla przyjaciół Leszek). I jeszcze jeden: Zofia Kuratowska.

Byłem z nimi mocno związany, choć poglądy - kompletnie nie te. Cenię prozę i niezależność artystyczną Terleckiego, był (krótko) moim pacjentem, ale i kolegą pisarzem z pobliskiego Komorowa. Z Zofią Kuratowską przez wiele lat pracowałem przy tym samym biurku w "Polskim Tygodniku Lekarskim" i w Towarzystwie Internistów Polskich. W Towarzystwie w roku bodaj 1987 przygotowaliśmy wspólnie sesję poświęconą możliwości odrodzenia się Izb Lekarskich. Ja wygłosiłem tekst o historii Izb przedwojennych. Ona mówiła, że tylko "Solidarność" jest w stanie przywrócić normalne stosunki w służbie zdrowia i że w Izbach jest nadzieja... Nadzieja. Byliśmy za tę konferencję krytykowani i wręcz szykanowani. I co? Nie bardzo się to spełniło. Izby powstały, ale dziś (zwłaszcza w Warszawie) są straszliwie skłócone i wcale nie jestem pewien, czy działają dla dobra środowiska. W każdym razie ich słabość wyszła na jaw w trakcie realizacji reformy ochrony zdrowia. De facto nie miały nic do powiedzenia w sprawach najistotniejszych i - jest jak jest - na razie źle. Mam nadzieję, że prof. Kuratowska odczuwała to słabiej niż ja, bo ostatnio była za granicą. Nie wiedziałem, że choruje. Oboje wywarli na mnie duży wpływ, to były wielkie osobowości.

Co chwila tracę jakieś okazje do kontaktów z ludźmi, a w przeciwieństwie do Ciebie nie jestem samotnikiem (z wyjątkiem tych chwil po nocach, kiedy udaje mi się coś naskrobać) i potrzebuję choćby widzenia kogoś, nawet bez gadania, tylko widzenia. Widzenie ma kojący wpływ na ekstrema, które się we mnie wciąż ścierają z tym, co obyczajne, dozwolone, kompozycyjne i tak dalej. Jedni wyżywają się na stadionach, inni w myślach i ewentualnie na papierze, a wtedy potrzebny jest jakiś środek kojący. Dla jednych jest to petarda, dla mnie obraz twarzy, film czyjegoś ruchu, reakcji, grymasu. Dają czasem podstawę do ukojenia nawałnicy, a może nawet uporządkowania wybujałej fantazji. To jest trochę tak, jak kręgi na wodzie, kiedy ryba zaczyna brać: materia ożywia się po to, żebyś mógł sprostać radości łowienia. Człowiek i zwierzę -przedstawiciele mądrości Boga są potrzebni do "ładowania akumulatorów", jak się o wpływie Jana Pawła II wyraził kiedyś Lech Wałęsa.

W ostatnich dniach rzuciłem wszystko i, z przerwami na jazdę do szpitala, gdzie jest Małgosia, oglądam w telewizorze niemal całą pielgrzymkę Papieża. Nie zapomnę Jego opinii o Oświeceniu, którą powiedział rektorom w Toruniu. Nie lubię być samotny, również w poglądach, a tu On... Scjentyzm, praprawnuk Oświecenia, jest tym rodzajem wiary w naukę, która wpędza w ślepy zaułek odludzia. To właśnie w najprostszych słowach publicznie powiedział Jan Paweł. Ucieszyłem się, bo tak przed dwudziestu laty napisałem w mojej pracy doktorskiej. Obeszło się bez echa, takie rozprawy czytają dwaj recenzenci i na tym koniec. Czasem promotor.

Napisał do mnie Jurek Pachlowski ze Szczecina, znakomity marynista, i przysłał swoją książkę "Na krawędzi wody". Powinien być Ci bliski ze względu na morze. Jest w niej wstrząsające opowiadanie o kameleonie na statku płynącym z tropików do Europy i o tym, jak w miarę zbliżania się do Starego Kontynentu to zwierzę coraz bardziej popielaciało, aż przybrało barwę śmierci. Co za język, co za fraza! To jest pisarz, o którym wiele warto mówić. Przy okazji wspomniał, że chybnąłem się w liście do Ciebie, przypisując "Pruski mur" pewnemu przeciętnemu pisarzowi, a jest to dzieło samego Witolda Zalewskiego. Zalewskiego od dziecka bardzo ceniłem. Dawał mi go do czytania ojciec. Świetny prozaik i eseista, a przy tym odważny. Mimo że należał do PZPR-u, potrafił w najcięższych czasach ostro i publicznie przeciwstawiać się bzdurze i złu moralnemu. Ostatnio słyszałem jego opowiadania w radiu i zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Zapamiętałem opis żołnierza radzieckiego, który prostacko męczy się z zegarkiem. Obraz tak sugestywny, jakbym widział tę tępą gębę z wyrazem niepodważalnej władzy! Nie wiem, czy to się ukazało drukiem, a jest wspaniałe. Gdybyś trafił na najnowsze opowiadania Zalewskiego, to albo od razu dla mnie kup, albo daj znać, może uda mi się to gdzieś dostać.

Wczoraj w jednym z okolicznych klubów na chwilę przysiadłem, żeby posłuchać dyskusji młodych ludzi (chyba maturzystów?), którzy oburzali się na starych, że uważają młodzież za "przejaw konsumpcji, odejścia od kultury" i tak dalej. Rozpaczali, że nauczyciele nie nauczyli ich stawiać przecinków, że zrazili do historii, ale na koniec zaczęli wyciągać swoje ulubione książki. Jeden, zanim sięgnął do plecaka, wygłosił cudowny fragment prozy, aż słuchaczom zaparło dech. Byliśmy ciekawi, co to za cytat... Wiesz, co wyciągnął z plecaka? "Ulissesa"!

Niestety ze względu na Gosię (już jest z nią lepiej, ale były chwile grozy) nie byłem na targach książki, które zawsze odwiedzałem. Miałem w planie pójść na spotkanie autorskie Stefana Chwina, podobno napisał nową i niezłą książkę, ale tym razem w ostatniej chwili musiałem zmienić trasę. Chciałem też zobaczyć się po latach z jego żoną, Krysią Chwin. Będę musiał wysłać przeprosiny, bo dostałem zaproszenie i tak jakoś...

Już miałem kończyć, ale jeszcze jedno: napisz mi, co to jest wobler. Przynęta, jasne, ale jaka, na czym polega. Pytałem w sklepie, ale baba mnie objechała takim spojrzeniem, że wolałem natychmiast zmienić temat. Czytam trochę czasopism wędkarskich, ale oni myślą, że wszyscy wiedzą co to takiego. Nie ja.
Ściskam

Twój Piotrek

PS. Często dostaję listy od Czesława Szawiela, ciekawe prace plastyczne chyba jego uczniów. Zbieram je, bo na to zasługują. Jak będziesz w Podkowie, pokażę Ci tę kolekcję.

P.



Kołobrzeg, dnia 11.07.1999 r.

Cierpliwy Przyjacielu -

trochę nie było mnie w Kołobrzegu, stąd pewien poślizg w odpowiedzi. Wybacz. A razem z czasem zmieniają się i emocje. Przypuszczalnie jeszcze miesiąc wcześniej byłbym reagował na Twój list w innej tonacji. Podejmował odmienne wątki. Dziś akurat kapeć ze mnie i tylko świadomość, że czekasz na korespondencję, zmobilizowała do wystukania kilkunastu zdań.

Gdy idzie o Twoje "chybnięcie" z "Pruskim murem" W. Zalewskiego, od razu uznałem to za tzw. czeski błąd, niewart prostowania. Bo i wcześniej wspominany przez Ciebie autor ma w dorobku książkę z murem w tytule.* Natomiast Twoją opinię o prozie W. Zalewskiego podzielam. Zaś książki J. Pachlowskiego "Na krawędzi wody" nie znam. Jakiekolwiek rzekome powinowactwo przez morze jest wątpliwe. Marynistyka, cokolwiek może i ma oznaczać, niewiele mnie obchodzi. Zresztą wyodrębnianie tematyczne w ramach określonych dyscyplin artystycznych zawsze wydawało mi się naciągane, mocno użytkowe.

Prosisz o zakup księgarski. Tu księgarnie słabo zaopatrzone, księgarze (czasami rozmawiam o tym) wolą sprowadzać tytuły ewidentnie "sprzedajne"; literatura krajowa niewiele ich obchodzi, chyba że modna. Lepiej bez wątpienia jest w dużych miastach, gdzie ośrodki uniwersyteckie, instytucje dla kultury ważkie, słowem wszędzie tam, gdzie ciśnienie intelektualne większe. Na otarcie łez przesyłam Ci najnowszą książkę P. Bednarskiego - zbiór wierszy "Popiół", lokalnie opublikowany.

Gdy o wierszach mowa, nie wiem czy pamiętasz pannę Agnieszkę Wesołowską która - konwojowana przez swoją mamę - nawiedzała ostatnio Świdwin. Wspominam turniej poetycki im. Jana Śpiewaka, gdzieśmy oceniali utwory konkursowe. Już wówczas zwróciliśmy uwagę na jej poezjowanie. A teraz otrzymałem pocztą jej debiutancki tomik.** Właśnie jestem świeżo po lekturze,  zastanawiam się skąd u niespełna szesnastoletniej osóbki tak dojrzałe oraz dobre warsztatowo utwory. Myślę, że literatura może mieć z niej w przyszłości pociechę.

Pozostając jeszcze przy książkach. Ostatnio pewien znajomy z Poznania sprawił mi niesamowitą frajdę. Nadesłał odbitkę xero pierwszej polskiej monografii o wilku Bolesława Świętorzeckiego (z 1926 roku). Długo szukałem tej pozycji. A odbitka na tyle jest czytelna, że zdecydowałem się oprawić ją u introligatora.

(15.07.1999 r.)

Coś przerwało pisanie, a rozpoczęty list do Ciebie gdzieś się zawieruszył. Już chciałem skrobać nowy, gdy - wyobraź sobie - znalazłem papier w... bibliotece, oddając wypożyczone tomy. Konkretnie wypadł spomiędzy kart książki o życiu emocjonalnym zwierząt (duetu J. Monssaieff / S. McCarthy - tak na marginesie świetna rzecz etologiczna, polecam), gdzie parę dni udawał zakładkę.

Przyjacielu, znów jestem gdzie indziej. Wydawało się, że upalne lato przebąbluję, przemykając zaułkami dni oraz nieciężkich zajęć, a tu klops. Muszę siedzieć nad skrótami maszynopisu powieści dla młodzieży pt. "Fil, ty wredny kłamco", którą przygotowuje do druku Wydawnictwo Promocyjne ALBATROS ze Szczecina. Przekonano mnie, iż pierwotna objętość (350 str. maszynopisu) może działać trochę odstraszająco na potencjalnego adresata - czyli nastolatka. Początkowo wściekłem się i już chciałem zerwać umowę, ale pomyślałem sobie, że to w końcu lekka rzecz, nie jakieś wyśrubowane dzieło artystyczne i skróty jej nie zaszkodzą. Może straci rozmach epicki, za to zyska na tym dynamika narracji. Tak czy siak przyjdzie uciąć jej ze 100 stron, co samo w sobie jest ciekawą (perwersyjnie?) przygodą...

Dziwne pytanie o woblera. Jaki wobler jest, każdy wędkarz widzi... Jest to takie sztuczne (drewno, metal, plastik) coś w kształcie rybki, za pomocą czego... i tak dalej. Dzielą się z grubsza na tonące, pływające i powierzchniowe. Zresztą co będę wyłuszczał, skoro wyjaśnienia są w fachowej literaturze. Sięgnij choćby po słowniki J. Komara oraz T. Barowicza i W. Tatarczucha *** - raczej powszechnie dostępne.
Cieszę się, że z Gosią lepiej. Naturalnie kolekcję Cz. Szawiela z ochotą obejrzę. Napisz o postępach "Łaziebnego" - czy moje trzymanie kciuków coś dało? Może znów zobaczymy się przed schyłkiem roku w Świdwinie, choć - jak dotąd - Marian Wiszniewski nie odzywa się. Ale to dopiero lato.

Przedwczoraj widziałem się z Marianem Grześczakiem w Ustroniu Morskim. Jak zwykle opowiada historyjki ze swadą ma spory dar wymowy. Obejrzałem jego najnowszy wybór wierszy "Niebo jaskółek" i muszę powiedzieć, że nieźle od strony edytorskiej (Wydawnictwo Dolnośląskie) to wygląda.

Rzecz jasna odeszli nowi wspaniali ludzie, lista pokonujących Styks się wydłuża... Chwilami nie chcę o tym mówić. Zresztą na ogół w takich przypadkach lepsze jest pełniejsze szacunku milczenie.

Pozdrawiam Cię najserdeczniej. Osobne uściski Gosi -

Leszek



*Andrzej Szczypiorski "Za murami Sodomy", Czytelnik, Warszawa 1963
**Agnieszka Wesołowska "Zgubić pytania", Żebracza Inicjatywa Wydawnicza Klubu Literackiego "Łabuź", Łobez 1999
***Jerzy Komar "Słownik wędkarski", Graf-Punkt, Warszawa 1993; Tadeusz Borowicz Wojciech Tatarczuch "Ilustrowany słowniczek wędkarski", Wydawnictwo Sport i Turystyka, Warszawa 1992

[Spis treści]

Jerzy Grupiński

PIÓRO



Pióro zmęczenie i papier
Szyba w oknie która i tak
niczego nie podpowie
Chybotliwe postukiwanie
maszyny do pisania
Tylko ziemia żywiona
Ciągle nowymi ciałami umarłych
Nieomylnie niezawodnie
odpowiada mi
świeżą skibą na szpadlu

 

Jerzy Grupiński

[Spis treści]


INFORMACJE O AVANTGARDE - ARIERGARDE FESTIVAL'

Cel:

  1. Propagowanie kultury niezależnej na terenie regionu
  2. Integracja artystów Szczecina i regionu
  3. Rozwój kontaktów: region - Europa

Czas i miejsce:
Festiwal odbędzie się w dniach 21, 22, 23, 24, 25 lipca 1999 roku w Ińsku, miejscowości o wybitnych walorach turystyczno krajobrazowych.

Kształt imprezy:
Festiwal będzie imprezą o charakterze symultanicznym, prezentującą wszystkie możliwe formy wypowiedzi artystycznej: muzykę, film. teatr, literaturę, sztuki plastyczne itd. Terenem aktywności twórczej będą dwie sceny plenerowe ("mała" i "duża") sale lokalnego kina oraz otwarte tereny miasta Ińsko.

Program:
Dzień pierwszy (muzyka):
koncert muzyczny "Amatorzy" (prezentacja twórców - amatorów) koncert muzyczny (Relanium - Szczecin, Imadło - Szczecin, Neurobot - Warszawa).

Dzień drugi (muzyka - film):
kino: filmy twórców niezależnych (Robert Arnold - USA, Joel S. Bachar - USA, studenci Florida Atlantic University oraz university of Toledo - USA, Biackchair Production - USA) koncert muzyczny (Stuckonceiling - Szczecin, Hazard - Szwecja).

Dzień trzeci (muzyka - film):
kino: koncert muzyczny (Da-rek - Szczecin, Mikael Stavostand - Szwecja, Traktor - Szwecja, Alarm 112 -Dania, Duet Zbigniew Szmatłoch / Norbert Rużański, Bartek Kuźniak Trio).

Dzień czwarty (teatr - performance - multimedia):
tereny miasta: teatry (Jedenaście Snów - Szczecin, Kres Nocy - Szczecin), plastycy i performerzy (Dorota Maziakowska - Szczecin, Jurek Kukurowski - Szczecin, Jola Piszczałkowska - Bydgoszcz, Susken Rosenthal - Niemcy), sound-art (Benoit Maubrey - Niemcy), literatura (klub Łabuź - Łobez).

Dzień piąty (improwizacje):
improwizacje muzyczne (artyści z wymienionych wyżej zespołów w różnych konfiguracjach)
kino: improwizacje muzyczne oraz multimedialne (wszyscy uczestnicy w różnych konfiguracjach).

Ponieważ festiwal ma być spotkaniem wolnych artystów, na ich życzenie program powyższy może ulec wielu istotnym zmianom.


TYŁEM DO PRZODU!

Przyzwyczajeni jesteśmy, że do przodu chodzi się twarzą. A tutaj nagle Tomek Rzonca zaproponował nam chodzenie twarzą do tyłu. Jak się to odbywało wiedzą ci, którzy to robili - byli tam. Powyżej drukujemy program tego "dziwowiska" jako że, naszym zdaniem, nie było to stadnego nałogu ugrzecznionym obyczajem gotowcowo zbrykietowane zadawanie nasycającej papki. Do czego, na propogandowo ogłupionym poziomie ochłapio, pokomunistycznie - socjotechnicznego zgranulowania jesteśmy przyzwyczajająco podkarmiani. A ja - leon myślę, że w tym wszystkim, o czem powyżej jest mowa była "samoswoja" sensowność, która zawsze przecież wyrastała i kwitła na amatorsko - miłosnym gruncie. A jaki jest poziom tego gruntu? Sądzę, że przekornie pochyły. I to jest właśnie wartością. Ale nie produkcyjnie wymierną, tylko demokratycznej kreatywności wartościującą stymulacją.

 

pkl. "Łabuź"


[Spis treści]

Maciej Dec

DEBIUT

***

Dzisiaj 22. 06. 1999 roku wracałem przez las
tak było też 22. 06. 1987 roku
wtedy jednak trudno było uciec mszczącej fali obcych mroków tamtejszych ciemnic wynurzonych z zieleni
trzeba jeszcze wielu było uświadomień
długie noce cierpły pod gwieździstym pękiem
a my uczyliśmy się czyhać i nasłuchiwać pustych miejsc między porami roku
takowe schronienie wśród koronnych drzew to najdłuższa wieczność była
pierwsze wino utłuszczone we krwi skłaniało ku modlitwie karmiąc każdego nadejściem jesieni
tylko trzask opadłych liści oznaczał koniec - ten wielki sen w którym żyliśmy śmierć nam poddała
szkielet ma przeszyty literą hałaśliwie jak tamburyn uderzany dłońmi kurtyzany
szuka swego miejsca i lęka się jak człowiek
czuje też gdy kłębią nad nią panny deszcz
potem stłamszona w mokrych ciuchach nie nienawidzi już życia
ujmującym głosem wabi je pod swe łono
staje się dla niego ucztą ociekającą egzotycznym nektarem
szaleńczo długie włosy odrzuca w tył
tratując skulone dusze dionizyjskim orszakiem

 

Maciej Dec

 

Maciek: - absolwent LO Łobez - 1998 r., student filozofii Uniwersytetu Szczecińskiego. Mieszka w Smorawinie.

[Spis treści]

Marek Słyk

OGRÓDEK


OGRÓDEK
ogródek przy domu
dla obłąkanych
jest najlepszym miejscem
skąd podziwiać można
panoramiczny napis
na ścianie
ukrytego skrzydła gmachu
RZECZYWISTOŚĆ ISTNIEJE

 

Marek Słyk


[Spis treści]

Waldemar Gałęzowski

PATROSZENIE RYBY - fragment

Znowu bezsenność. Cienie myśli jak somnambulicy, tu i tam przecierają ścieżki nocy. Kiedy zamykam oczy, udając martwego, powracają do mnie z głośnym, tupotem. Chyba mojego serca. Czując je pragnę teraz, nie będąc, zaistnieć.

Stać! Kto wam pozwolił chodzić po terenie bez doprowadzającego? Ach tak... To jednak wbrew regulaminowi! I co z tego, że akurat jesteście w pracy? Stać mówię! Co się gapisz jeden z drugim, jak szpak w pizdę. I tobie też. Tu jesteście tylko chujami, a chuje muszą stać i to na baczność. I czapki z łbów! No, teraz to zupełnie co innego, prawie jak w porządnym kryminale. I tak musi być za każdym razem, zrozumiano! I tobie też. A więc mówicie, że jesteście w pracy... Dobrze, bardzo dobrze. Ale czy wy chociaż wiecie, chuje pasiate, że tu praca jest w nagrodę? W nagrodę! Wy pracujecie, bo my uwierzyliśmy wam, obdarzyli zaufaniem i tym tam.. was: odrzut społeczeństwa, gówno i fetor normalnie. I tobie też. Więc o czym to ja... Ach tak: praca i tylko praca, i posłuszeństwo. To jedyne, co może wyzwolić was z bagna, w którym tkwicie po same łby. Właściwie to wątpię, że wyjdziecie z tego. Zbyt długo tu siedzę, aby mieć względem was jakieś złudzenia. Niemniej jednak dostaliście szansę od społeczeństwa i waszą świętą powinnością... Czego, czego się śmiejesz mordo zasrana! I, no więc jest waszą świętą powinnością skorzystać z niej, ba, to zbyt mało - pokazać społeczeństwu już teraz, tu właśnie, że warci jesteście tego zaszczytu, i tobie też. Ej, co tam macie w kieszeni? Pokażcie no! Patrzcie, patrzcie go chuja! On w kryminale cytryny wpierdala, kiedy ja - ja na wolności będąc, nawet o nich nie marzę. A w dupie z twoimi zębami i dziąsłami! Nie trza się było tu pchać, parówo jedna, to by ci w pysku nie gniło. To już szczyt wszystkiego, ludziee!... I tobie też. Więc jak wam wiadomo - a gówno tam wiadomo - praca jest podstawowym punktem w procesie resocjalizacji i należy się tego bezwzględnie trzymać, jak trzyma się kutasa przy laniu. Bo wyobraźcie sobie, co by to było, gdyby tu nie pracować? A kto ci tam uwierzy, że robisz to z czystej chęci, w kitniak rąbany! A jakiś ty inny? Jezu, on jest inny! Wszyscy jesteście tacy sami, chuje pasiate! Tu nie ma lepszych czy gorszych. Traktujemy was jednakowo, według regulaminu. Paniatna! Więc o czym to ja... Zatem resocjalizacja to oddziaływanie wychowawcze na jednostki źle przystosowane do środowiska społecznego. Ot i cały gips. I to musicie pamiętać jak pacierz, jak pierwszy wytrysk. Co, nie miałeś jeszcze? Możeś bez jajec, niedoróbku. A może w porach cipę nosisz, co? I tobie też. Więc praca, praca i jeszcze raz praca. Mówicie, że na wolności pracowaliście sumiennie. A za co siedzicie? Aaa...o żonie wjebał. Co, kurwa? Wszystkie są kurwami, gamoniu! Co, moja też?! Ja ci zaraz dam, że na to wy chodzi! O matko, jak ja mu zaraz wpierdolę!.. Nie, z nimi człowieku nie dojdziesz do ładu. Szambo, szambo moralne! Ale praca to lek na wszystko. Co? Ma jakiego trypra? Na trypra, dla ciebie, najlepszym lekarstwem będzie obcięcie kutasa, mądralo. I tobie też. A zatem: każda praca, począwszy od pracy śmieciarza, a skończywszy na profesorskiej - uszlachetnia człowieka. Dlatego i wasza praca, tu w kryminale, także ma w sobie wszystkie te uszlachetniające elementy i wy - w co nie wierzę, bo gówno z was było i będzie - dzięki nam i tej pracy, pracy, pracy...

Jedno boli mnie bardzo: nie to, że jestem człowiekiem, że więźniem, że głupcem. Nie to, żem samotny, że kruchy, że przeminę, Nie to i nie tamto. Jedno boli mnie bardzo: Nic. Rozprzestrzeniające się dookoła Nic.

 

Waldemar Gałęzowski


Waldemar Gałęzowski mieszka w Ustroniu Morskim. Pracuje w pobliskiej stacji benzynowej. Swoją prozę publikował między innymi w miesięczniku "Pobrzeże" oraz "Głosie Koszalińskim".
Drukowany fragment został wybrany z większej całości pt. "Patroszenie ryby".

 

Dziękujemy pkl "Łabuź"


[Spis treści]

Maciej Melecki

PEWNE UJŚCIA


I wreszcie zaczęliśmy pomieszkiwać w wymarzonym
ustroju dni, odbywszy potrzebne do tego rozmowy,
przełamując mrokiem światło, narażeni na dokładne
oględziny twarzy i z dziecinną swobodą odwróciliśmy

plecy na ziemistą przestrzeń. Mamy do siebie
bliżej niż przez ostatnie sekundy rojeń myśl
podchodziła pod język, bliżej do ujść znajdujących się
jakby na rogatkach, choć lato z wolna ustępuje miejsca,

zmywając z oczu i głowy resztkę treści mówiącej
o niezwykłym śnie. Zanim odmienimy z powrotem
to nieurodzajne pole miasta, naiwnie niedojrzali,
podpowie nam względnie ktoś, by nie szukać już

znalezionego i zamiast pomst gwizdać ulubiony motyw,
a wtedy będziemy już po imieniu z całym workiem
zeszmaconych pór, wiedząc to lepiej lub gorzej.

 

Maciej Melecki


Maciej Melecki - Autor dwóch tomów wierszy ("Te sprawy" i "Niebezpiecznie blisko") oraz arkusza poetyckiego, z którego pochodzą prezentowane wiersze ("Dalsze zajścia"). Mieszka w Mikołowie.

 

 


Robert Rescue

POSTRZEGANIE ŚMIERCI

Ten moment, gdy Carl po raz pierwszy poczuł godną tego miana ciekawość do swego współmieszkańca, miał miejsce w kuchni w owo sobotnie popołudnie, gdy Karl przewrócił dzbanuszek z mlekiem. Poprzedziło to kiwanie się ciała, porywcze kręcenie się w kółko, aby znaleźć pewną pozycję, przytrzymywanie się rogu od stołu i w końcu trzęsienie się doprowadzające wszystko do rozchwiania. Podczas gdy Carl unosił swoją kawę z błyskawiczną szybkością, jego oczy przylepiały się do twarzy współmieszkańca. Tępe spojrzenie na zapadłym obliczu, wargi ściśnięte razem nieznanym bólem. Carl starał sobie przypomnieć ów dzień, gdy po raz pierwszy zobaczył swego współmieszkańca. Wyglądał wówczas inaczej. Mina zarumieniona pierwszym słonecznym promieniem wiosny i zdecydowane okazywanie radości wobec nowych ludzi w swoim otoczeniu. Trzeba było trzech tygodni, i odtąd obaj żałują, że poznali się ze sobą.

Dzbanuszek mleka. Karl gwałtownie wdychał powietrze a potem wypuszczał je powoli. Jego dłonie zakrzywiały się nad stołem i szukały oparcia.
Carl nosił się z naglącym pragnieniem wydarcia się stąd. Każdego dnia przeciągał obok siebie, w nadziei dotarcia wreszcie tam, gdzie oczekiwali go ludzie beztroscy. Lecz do nowego pokoju mógł wprowadzić się dopiero w następnym tygodniu, stąd zaciskał zęby i do minimum starał się ograniczać kontakty z Karlem. Dzbanuszek z mlekiem.

Carl obserwował, jak wirował nad krawędzią stołu i parę sekund później roztrzaskał się z trzaskiem. Na moment w kuchni zrobiło się cicho.

Carl żałował, że wniósł to naczynie do wspólnie prowadzonego gospodarstwa domowego. Ten kawałek porcelany był pamiątką rodzinną po jego prababci, był przekazywany dalej od pokoleń i dotychczas był nie do zastąpienia.

Teraz przepadł.

Carl spojrzał wysoko na tę drugą twarz. Jego oczy rozszerzały się. Nagle poczuł ochotę na zwymyślanie tego drugiego, werbalny nokaut, podejścia doń i uderzenia go za taką niezręczność.

"Przepraszam", wydobyło się z Karla. Głos brzmiał z daleka. Pochylił się, aby pozbierać skorupki. Trwało to pozornie wiecznie, aż jego dłonie osiągnęły podłogę. Jego ruchy utykały, jakby należały do starca.

"O co chodzi?", zapytał Carl, który nie przedsięwziął żadnych przygotowań, aby wyświadczyć mu jakąkolwiek pomoc. Niewiele ciekawości tkwiło za tym pytaniem. Zachowanie Karla było bowiem nadzwyczajne. Nie podało żadnej odpowiedzi.

Jednym z powodów, dlaczego Carl pragnął wyrwać się stąd, był samotniczy tryb życia Karla. W niektóre dni, kiedy stał w kuchni i przyrządzał sobie posiłek, nie słyszał nic z tego, co działo się w kuchni. Ani muzyki ani też żadnych hałasów wskazujących na to, że za następnymi drzwiami znajduje się jakiś człowiek. A Karl tam był, musiał tam być, rzadko bowiem wychodził z domu. Carl nie chciał w jakikolwiek sposób rozweselać współmieszkańca, wciągać go w swoje życie. Parę razy wstępował do pokoju i nieomal poczuł się wypełniony nudą, jaką mniemał tam odnajdywać. Karl przesiadywał często w fotelu i gapił się w telewizor. Wydawało się, że w ogóle nie odbiera programu, obojętnie spoglądał w zaokrąglony czworokąt i wydawało się, jakby chciał swoim oczom dostarczać wyłącznie optycznego oczarowania. Przy innych okazjach szyba była czarna. Za to można było słyszeć cichutko muzykę klasyczną, podczas gdy Karl stał przy oknie i wyglądał zeń, właśnie tak, jakby czekał na coś lub kogoś.

Letarg jego towarzysza mieszkaniowego mógł mieć swoją przyczynę w strzykawkach, które ten starannie przechowywał poukrywane w łazience.

Carl nie przyłapał go na szprycowaniu się i natrafił na nie dopiero po incydencie z dzbanuszkiem z mlekiem. Prawdziwa obojętność wobec Karla ustąpiła ciekawości znalezienia wyjaśnienia owego wydarzenia, jakie rozegrało się w kuchni. Odkrycie strzykawek pasowało niechcący a jednak wypływało ze skutków tego zdarzenia. Przekopać ręczniki, szafki odsunąć na bok, to zostało zrobione, aby coś znaleźć, co mogło posłużyć za wyjaśnienie. Znalezisko i wynikające z niego domniemanie, że współmieszkaniec jest uzależniony od narkotyków, jego żądzy poznania nie dały jednak spokoju.

Następnego dnia Carl wszedł do pokoju. Przez całą noc mógł sobie pozwolić jeno na odrobinę snu, gdyż - jego zdaniem - zbyt wiele myśli trwoni na tego drugiego. Carl nie potrafił sobie wyjaśnić, dlaczego tak nagle zafascynował go jego współmieszkaniec. Czy zależało to od tej pokusy, że tuż przy skórze mogło się śledzić cierpienie kogoś innego, której przyczynę miało się przecież zawsze przed oczami? Czyż stan Karla był tak dramatyczny, że śmierć pukała do domu? Carl nie wiedział tego dokładnie. W każdym razie to zajmowanie się nim poszło tak daleko, że Carl wyprowadzkę z tego mieszkania chciał przesunąć na nieokreślony czas. Usiadł w fotelu. W telewizji był czas na dokument. Musiało to być powtórzenie, gdyż program wydawał mu się znajomy. Twarze były te same i mówiły podobnie. Carl widział postaci, podobnie zapadnięte jak KarI, które informowały o swojej chorobie, śmierci albo nadziei na wyleczenie. Oczy Karla były skierowane na ekran. Nie wyglądało na coś prostego wydobycie z niego jakichkolwiek informacji. Carl stanął między telewizorem a krzesłem, umyślnie zasłonił pole widzenia i w końcu wyłączył telewizor. W tym momencie żywił nadzieję na protest swego współmieszkańca, jednak ten milczał tak, jak to się już zdarzało wiele razy. Carl pochylał się w dół, aż jego nos dotykał prawie że tego drugiego. "Bierzesz narkotyki?", zapytał bez ogródek. "Jesteś stuknięty, którego złapała zła przemiana materii i teraz z tego powodu pęka". Karl powoli poruszał głową z lewa na prawo. "Ale jesteś chory, nie?", wyszeptał Carl. Twarz napełniła się krwią. Jego partner wciąż jeszcze nie dał żadnej odpowiedzi. "Z pewnością tak jest. Jesteś martwy, umrzesz, zgnijesz. Ty przeklęty dupku. Dlaczego przedtem mi tego nie powiedziałeś? Wówczas w ogóle bym się nie wprowadzał. Brzydzę się tobą, ty chory, gnijący kale". Karl przyjmował te zarzuty bez okazywania jakichkolwiek przejawów żywotności umysłu. Carl trącił go. Dopiero teraz Karl obrócił głowę odrobinę do góry.

Oczy spoczywały głęboko w oczodołach i były bez blasku.

Carl nie mógł się w nich odbić.

Usta otworzyły się w niewielką szczelinę, jakby chciał coś powiedzieć. Lecz potem wargi znów się zamknęły, głowa opuściła się. Te słowa, których nie wypowiedział, stanowiłyby odpowiedź, tego Carl był niespodziewanie pewien. Życie przeznaczone na śmierć taiło przed nim przyczyny umierania. Wyjaśnienie swego stanu. Złapał go za ramiona, potrząsnął nim, aby doprowadzić go jednak jeszcze do mówienia. Lecz Karl obojętnie przyjmował na siebie wszystkie szturchańce. W końcu Carl wyciągnął go z fotela. Czuł ten sam gniew jak przedtem w kuchni.

Tym razem nie zważał na siebie. Wziął szeroki rozmach i uderzył. Brzuch, piersi i twarz. Coraz szybsze stawały się jego kroki, im bardziej rosła jego złość. Teraz nie odczuwał żadnej przyjemności w dręczeniu tego drugiego, bowiem Karl wciąż jeszcze się nie bronił. Z tego względu Carl zaprzestał bicia. Dyszał z powodu niezwykłego wysiłku i czuł w piersiach łomoczący ból, od którego kręciło mu się w głowie.

Po krótkiej chwili wytchnienia opuścił pokój tupiącym krokiem.

Carl siedział w kuchni z głową pochyloną do przodu i jak oczarowany gapił się w drzwi.

Wyczerpanie utrudniało mu trzymać oczy otwarte.

Smrodek pleśniejącego jedzenia wypełniał powietrze i spłycał mu oddech. Otwarte okno nie przynosiło ulgi. Było gorąco na dworze i żaden wiatr nie wypędzał złego zapachu. Tymczasem kawa na stole wystygła i smakowała gorzko.

Z sieni usłyszał kroki swego towarzysza domowego. Powoli, jedna noga przed drugą. Szukającego stałego oparcia rąk o ścianę. Były to bojaźliwie wlewające się dźwięki, które brzmiały tak, jakby jakiś niesamowity stwór pełzał po mieszkaniu. Jakkolwiek było przecież jednak tak, pomyślał Carl i zatarł sobie dłonie. Nagle poczuł się znowu dość mocny, aby wyjść naprzeciw upersonifikowanej śmierci. Karl był już tylko cieniem samego siebie, gdy wreszcie wszedł do kuchni. Ubranie zwisało w dół na jego wygłodzonym ciele i cuchnęło. Można było rozpoznać na nim resztki jedzenia i ciemne plamy. Obserwował, jak Karl drżącymi rękami nalewał sobie filiżankę kawy, podchodził do stołu i z dzbanuszka dolewał do niej mleka. Trwało to przynajmniej pół minuty i podczas tej obserwacji Carl pytał samego siebie, czy również tym razem nie dojrzeje coś do zerwania. Ta refleksja podnosiła się w nim tak dalece, że jego palce zaczęły się bawić nożem stołowym i przesuwać go to tu to tam. Karl wydawał się go nie postrzegać. Carl nie mógł sobie odmówić złośliwych uśmieszków z cudzego nieszczęścia. Gwałtownie podskoczył, odwrócił się do umocowanego nad stołem regału i sięgnął po torebkę z mąką. Większość z niej wylądowała na stole, gdy jej zawartość sypał do kawy Karla. "Nie powinieneś już pić, martwy człowieku", wydobył z siebie. "Co to ma jeszcze za sens? Kofeina już cię nie uskrzydli, skoro już przyklejasz się do ziemi". Nie było odpowiedzi. Nieprzerwane milczenie tego drugiego doprowadzało go stopniowo do obłędu. Nie patrząc sięgnął do kieszeni swej koszuli i wydobył kartkę porozdzieraną na bokach, wielkości dłoni. Położył ją przed Karlem na stole. Nazwisko, do tego parę dat i dookoła tego wszystkiego czarna ramka. Wydarta z rubryki w dzienniku chętnie przeglądanym przez wielu czytelników.

"Czytaj", wezwał Carl swego współmieszkańca. "Rozpoznajesz? Wnet nie pozostanie z ciebie nic więcej oprócz tego. Sam będę potem już daleko. Idź do szpitala i tam umieraj. Czego chcesz tutaj w twoim samotnym mieszkaniu? Nikt ci nie pomoże, nikt nie udzieli ci pociechy, nikt nie podtrzyma cię za ramiona i w ten sposób nie odprowadzi cię na śmierć." Nie zwlekając sięgnął Carl po nóż stołowy i z wszystkich sił wiercił nim w nekrologu.

Następnie wyskoczył trzaskając drzwiami do kuchni.

Usłyszał potężne brzmienia Carmina Burana Orffa. Inaczej niż zazwyczaj jego współmieszkaniec odbierał muzykę w sposób ogłuszający. Końcowa strofa do umarłych, pomyślał Carl i rzucił się do łóżka. Muzyka klasyczna jako podkład akustyczny do odejścia w nicość. Dlaczego właśnie ta muzyka? Wrażliwość Carla na nią była melancholijna i obca życiu. Wygramolił się z łóżka, szukał na regale z płytami CD i wygrzebał krążek z techno. Założył go. Ostatecznie zaczął tańczyć w pokoju, tak długo, aż z wyczerpania padł na podłogę. W mieszkaniu było cicho.

Dzbanuszek z mlekiem wylądował na podłodze i rozbił się na tysiące małych odłamków. Kałuża mleka powiększała się. Jest jak krew, myśli Carl i sięga po ścierkę. Zsuwa się z krzesła. Jego ruch jest powolny. Czuje się tak, jakby stwardniały mu mięśnie. W palcach nie ma już czucia. Ścierka rozdziela kałuże, zamiast je wchłaniać. Na stole tkwi jeszcze nóż w papierze nekrologu. Z pokoju nie da się usłyszeć żaden dźwięk.

Carl daje sobie spokój ze ścieraniem i z mozołem podnosi się za pomocą stołu. Kolana drżą i jest mu zimno. Mąka w kawie zabarwiła się na brązowo.

Jak mam to tylko uczynić, pyta się Carl. Usta są suche i pragnie napić się czegoś najgoręcej. Na dworze słońce stoi w zenicie, jego blask wpada do kuchni i nurza wszystko w złotym, żywym świetle. Nic z tego nie dochodzi do Carla. Noga za nogą ciągnie się do pokoju. Palce szukają oparcia na szorstkiej powierzchni dywanu w sieni. Pokój. Drzwi otwierają się. Wchodzi i pogrąża się w fotelu. Obok sprzętu muzycznego leżą otwarte dwa pudełka CD. Jeden z błyszczących krążków tkwi włożony na oślep pomiędzy nimi. Już dawno ustała muzyka. Telewizor idzie, atoli nie wydobywa się z niego żaden dźwięk. Carl nie był już w stanie śledzić żadnego z głosów, które informowały go o egzotycznej faunie na Saharze. Carl nie wyszedł już z mieszkania ani się też nie przeprowadził. Wokół niego powietrze jest wypełnione wściekłością z powodu zbliżającej się śmierci, cielesnym buntem wobec utraty życia i ignorancją innych w obliczu samotni w ostatnich godzinach jego egzystencji.

Zamyka oczy, powieki trzepoczą przez mgnienie.

Nagły przeciąg pędzi przez mieszkanie.

Drzwi zatrzaskują się.

 

Robert Rescue
Z niemieckiego przełożył Andrzej Pańta

[Spis treści]


Piotr Bednarski

***


tratwę do której skoczyłem
mogła połknąć sztormowa fala

kataklizmy i cierpienia
uczyły nieznanego zdzierały łuski z oczu
pojąłem do rdzenia istoty
że niewiele wiem
tyleż samo mogę

z każdym dniem ubywało mnie
niczym liście z jesiennego drzewa
opadał strach
zwątpienie i chciwe zabiegi

teraz przychodzi
co ma przyjść

 

Piotr Bednarski

[Spis treści]


Lech M. Jakób

"FIL TY WREDNY KŁAMCO"


Wiodąca postać: Filip, uczeń ostatniej klasy szkoły podstawowej, chłopiec o wybujałej wyobraźni, wpędzającej go w nieustanne kłopoty.
Osią fabuły jest niefortunny zakład chłopca z nauczycielem języka polskiego o to, że w ciągu szkolnego roku napisze powieść. Filipa rozsadza energia, miewa tysiące pomysłów na godzinę, wciąż balansuje na granicy prawdy i kłamstwa.
Żywe, współgrające tło stanowi nie mniej zwariowana rodzinka Fila: jego nieuleczalnie wścibska siostra, kochliwy starszy brat, wuj entomolog, dziadek, rodzice oraz koledzy i nauczyciele. Zaś dom Filipa przypomina menażerię - wciąż przewijają się przezeń rozmaite zwierzęta (nie zawsze hodowlane), powodując dodatkowe perypetie.
Fil, nie rezygnując z prób napisania powieści, ogarnięty także pasją kolekcjonowania owadów, przeżywa pierwsze prawdziwe uczucie, wdaje się w awantury z przyjaciółmi oraz belframi.
Jednak, mimo górotwórcze spiętrzonych kłopotów, wszystko kończy się nieźle.

Fabuła: silnie osadzona w rzeczywistości i przesycona zwięzłymi obserwacjami.

Narrator: sam Filip, z przymrużeniem oka komentujący swoje fantastyczne pomysły, a także zabawne skutki ich realizacji.

Akcja: wartka, często wyzwalająca w czytelniku niepohamowany śmiech.

Adresat powieści: głównie szeroka grupa odbiorców w wieku 12-16 lat, ale - jak należy przypuścić - usatysfakcjonuje również czytelników nieco młodszych, a także znacznie starszych.

 

Lech M. Jakób


Powieść ukaże się pod koniec br. nakładem Wydawnictwa Promocyjnego "ALBATROS" w Szczecinie.

 


Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (2)

Ledwo powstała rubryka z wydawniczymi prowincjonaliami, a już biurko pokryło spore usypisko lokalnie publikowanych książek. Dziś rekomendacji oraz antyrekomendacji poddaje się 7 wydawnictw. Zacznijmy z marszu, biorąc na pierwszy ogień jedyną kobietę w gronie autorów.

Elżbietę Niedźwiadek większości czytelników Pomorza, a zwłaszcza czytelnikom młodszym, przedstawiać nie trzeba. Można rzec, iż w swoim środowisku uchodzi za "prowincjonalnego klasyka" literatury dla dzieci. Dotąd wydała kilkanaście książek - od wierszowanek po grubsze rzeczy prozą zwane powieściami. Tym razem obdarowała nas (Elżbieta Niedźwiadek "Klejnoty Bałtyku", Wojewódzka Biblioteka Publiczna, Koszalin 1997, str.57) zbiorkiem ośmiu baśni dla milusińskich. Na okładce czytamy, że autorka stara się ukazać piękno Pomorza i wybrzeża, pracę rybaków i marynarzy. Zaiste, stara się, ale efekty tego są mierne. Teksty rażą nadmiarem sentymentalizmu, bardziej jednocześnie przypominając szkolne wypracowania ucznia podstawówki, niźli utwory literackie. Co wyraźnie współgra z lukierkowatymi ilustracjami Roberta Chmielewskiego wewnątrz książeczki. Pozycja, niestety, chybiona.

Natomiast inną (wcześniejszą) Książkę tejże autorki, pt. "Piosenki mew" nie pomylmy czasem z "Wołaniem mew" (Eugeniusz Koźmiński "Wołanie mew", Wojewódzka Biblioteka Publiczna, Koszalin 1998, str.52) autorstwa debiutanta, którego poetycki zbiorek finansował Urząd Gminy Ustronie Morskie. Zresztą tamże nasz układacz strof (rocznik 1940) pracuje jako nauczyciel.

Propozycja E. Koźmińskiego odstaje nieco od współczesnego poezjowania. Wyróżnia się przede wszystkim szerszą frazą mówieniem za pomocą opisu. Nie ma tu odkryć językowych; w 40 pomieszczonych wierszach dominuje poprawność, ale jest coś intrygującego w klimacie omawianych utworów. W samie oferta interesująca, choć nie porywająca.

Zbliżoną technikę operowania poetyckim słowem stosuje Jerzy Utkin (rocznik 1962). Zbliżoną ale bez porównania bardziej wysmakowaną literacko. Widać w tym biegłość warsztatu autora już czterech tomików poetyckich. Kolejny zbiorek (Jerzy Utkin "Oazy i fatamorgany", Biblioteczka =Tygodnika Nowego=, Piła 1998, str.23) uprawnia do stwierdzenia, iż poeta świadomie nie stroni od klasycyzujących strof, nie boi się rymu i rytmu poezji przedwojennej. Przy czym robi to udanie, bo pomieszczone w zbiorze utwory czyta się z przyjemnością. Aż ciekaw jestem następnej książeczki poety w przyszłości.

Natomiast innego rodzaju ewenementem jest niebiesko na okładce farbowany zbiorek "Bóg nad bożkami" (Kazimierz Kijanka "Bóg nad bożkami". Klub Garnizonowy w Koszalinie, Koszalin 1998, str.24). Gdybyśmy szukali przykładu prowincjonalizmu w złym tego słowa znaczeniu, to właśnie trafiliśmy. Merytorycznie rzecz biorąc jest to zbiorek 50 wierszy upchanych ciasno. Jednakże tytuł każdego z utworów opatruje cudzysłów i nie wiadomo, czy przedstawiane teksty należy brać serio, czy na niby. Wiersze zwyczajnie są słabe, bazujące na zastanych figurach stylistycznych, treściowo banalne. Ale, widać, autor ma jakieś pretensje do świata, skoro w tekście "Potępienie intelektualisty" pisze: nie potępiajcie/ mnie za to/ że sprzątnę/ sprzed nosa/ cokół/ kandydatowi/ do Nobla/ panu Herbertowi.

W zasadzie powinienem już przejść do omówienia następnej pozycji, jednak pozostańmy jeszcze chwilę z ambitnym K. Kijanką. Tak się bowiem jakoś składa, że rozmaitej maści niedopoeci, przeczuwając słabość swoich płodów, nadrabiają miną w notkach biograficznych mówiących; "patrzcież, i ja sroce spod ogona nie wypadłem!" Tym tropem podąża i Kijanka (rocznik 1953), przedstawiając się w notce czytelnikowi jako oficer WP w stopniu majora, kawaler Srebrnego Krzyża Zasługi oraz wielu medali MON i PCK, technik rolnictwa i dentysta w jednym. Nadto w słupku wymienia wszystkie gazety, w których coś pomieszczał (m. in. "Żołnierz Polski Ludowej", "Głos Gościna", "Gospodyni", "Goniec Staszowski"), członkostwa i funkcje (m. in. jest prezesem Koła Literackiego "Wachta"). Mało? To przeczytajcie sami, bo jest tego więcej. Smacznego!

Teraz będzie wysokie "c", gdyż przechodzę do autorów renomowanych.

Nową książkę opublikował bezsprzeczny lider pomorskich poetów lat sześćdziesiątych - Czesław Kuriata (Czesław Kuriata "Zorze archangielskie", Wydawnictwo FENIKS, Koszalin 1998, str. 162), który najlepszy swój czas ma już chyba za sobą. A przynajmniej świadczy o tym przedstawiana pozycja, wpisująca się w nurt tzw. literatury lagrowej. Niestety, przynajmniej o 10-20 lat spóźniona, gdy idzie o walory poznawcze przejawów sowieckiego totalitaryzmu. Autor zdaje się gonić w piętkę. Wszak poznaliśmy w międzyczasie wstrząsające dzieła Sołżenicyna, Szałamowa, nie obcy jest czytelnikom "Inny świat" Herlinga-Grudzińskiego, czy choćby "Cynga". Wobec wymienionych świadectw książka Kuriaty jest wtórna, nic lub prawie nic nowego nie wnosząca. Owszem, może od strony warsztatowej napisana poprawnie, ale to za małe usprawiedliwienie dla autora niegdyś sporego formatu. Jednym słowem mamy do czynienia z utworem, który istnieć może, ale nie musi. Dobre za to w książce ilustracje Włodzimierza Kuklińskiego. Przykra sprawa - do lektury nie namawiam.

Nie trzeba także bliżej przedstawiać Anatola Ulmana - cięte pióro felietonistyczne (pisuje obecnie do dwutygodnika "Sycyna") i prozatorskie. Autor między innymi bardzo głośnej kilkanaście lat temu (dwa wydania) powieści "Cigi de Montbazon", która i mnie swego czasu zauroczyła. Obecnie nabyć można w księgarniach jego nową książkę - zbiór 6 opowiadań (Anatol Ulman "Zabawne zbrodnie", Wojewódzka Biblioteka Publiczna, Koszalin 1998, str. 89). Jak streszcza na okładce wydawca: utwory przewrotne, ostre, a jednocześnie ciepłe i często zabawne. Rzeczywiście takimi się okazują. Momentami razi jedynie w stylistyce nadmiar dziennikarszczyzny. Jakby autor język ważył sobie lekce. Oczywiście, zachęcam do czytania, zwłaszcza amatorów prozy drapieżno-ironicznej.

Nadal w niezłej formie literackiej jest Piotr Bednarski, poeta i prozaik chyba nie mniej znany czytelnikom od Ulmana czy Kuriaty. Widzieliśmy niedawno w telewizji spektakl oparty na jego książce "Błękitne śniegi". Teraz ogłosił rzecz nową - mikropowieść (Piotr Bednarski "Mamy czas". Kołobrzeskie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne, Kołobrzeg 1998, str. 83). Jak głosi fragment cytowanej na okładce recenzji wydawniczej J. Termera "...Bohater (tejże noweli, poeta Piotr, alter ego autora? - przyp. mój) trafia we śnie do krainy przypominającej mu świat ludzkiej rzeczywistości, a zarazem i jakąś metaforyczną krainę zmarłych... Pojawiają się coraz to nowe postacie symbolizujące całe wielkie =diabelstwo= dwudziestego stulecia: Rasputin, Józef Wissarionowicz, Hitler i pomniejsze personifikacje współczesnego zła." Trzeba powiedzieć, że pisarz nabrał głęboko powietrza w płuca i skoczył do bardzo głębokiej wody. Bo tym jest próba ukazania potyczek jednostki z totalitaryzmami - jako summy wieku.

Jednak pokusy uniwersalizmu muszą kosztować i kosztują - również w przypadku Bednarskiego. Mimo, iż rzecz czyta się świetnie, całość sprawia wrażenie utworu nie dokończonego. Albo powiem inaczej: utworu-konspektu, który mógłby być materiałem wyjściowym dla powieści pełnowymiarowej. Lecz - nie bacząc na zgłoszoną uwagę - warto po tę prozę sięgnąć. Jest ciekawą przygodą.

Do spotkania za kwartał.

Następnym razem zetkniemy się (między innymi) z nowymi książkami Rusina, Zwolińskiego oraz Jakóba.

 

Paweł Szeroki

[Spis treści]


Stefan Kosiewski

PRZEMIANA



z Bekieszowej Góry w dół
na wieże i dzwony i krzyże

z góry
w dół

niebo stopić
w złoty klucz

 

8.10.98
Stefan Kosiewski

[Spis treści]


Archiwum pamięci

Wiktor Kutkiewicz

BIEG DO ZIEM ZACHODNICH (XIV)

Na prośbę Czasopisma "Łabuź", postanowiłem i ja chociaż paroma słowami przyczynić się do podkreślenia roli i znaczenia znanego naukowca - profesora poznańskiego Uniwersytetu - Kazimierza Obuchowskiego. Był on abiturientem gimnazjum Łobeskiego, które ukończył jako jeden z pierwszych z bardzo dobrymi wynikami, szczególnie z przedmiotów humanistycznych.

Od tamtych niespokojnych czasów minęły dziesiątki lat. Polska jest już całkiem inna. Nie wisi, jak kiedyś, nad szkołą zmora niewiadomego losu, ciemnego jak noc arktyczna czy syberyjska puszcza. Pierwsza faza pracy w polskiej szkole - cudzoziemcowi rzuconemu przez los z Litwy na skraj Ziem Odzyskanych zwanych Pomorzem Zachodnim - nie była rzeczą prostą. Znałem język rosyjski. Podczas wojny pracowałem pewien czas z robotnikami polskimi w ogrodnictwie (w niemieckim Arbeitsamcie podałem, że moim fachem jest sadownictwo). Moja nauka języka polskiego to rozmowy z robotnikami na polu podczas pracy. Tego typu praktyczne konwersacje dały niespodziewanie dobre rezultaty. Później, gdy pracowałem w hurtowni, mogłem już więcej czasu poświęcić czasu na moje swoiste studia.

Później pasąc krasnoarmiejskie krowy w Rosyjskiej komendanturze (byłem przecież obywatelem Związku Radzieckiego) wyszlifowałem, do blichtru swoje lingwistyczne umiejętności polonistyczne. Ponieważ nie miałem zamiaru wracać do okupowanej przez Rosjan Litwy, biorąc za wzór Odyseusza opuściłem norę Polifemali przez dłuższy czas ukrywałem się u repatriantów wileńskich później zgłosiłem się u dyrektora Gimnazjum Łobeskiego, Stefana Tuza, który kompletował nauczycieli do poszczególnych przedmiotów. Do kompletu brakowało tylko matematyka i fizyka. Podjąłem się nauczania obu tych przedmiotów. Zaznaczyłem, że fizykiem nie jestem, lecz z konieczności mogę udawać Einsteina 2. Dyrektor szkoły, jak Rosjanie mówią był "człowiek dusza", wspaniały, organizator, uczynny, skory do pomocy i rady. Wprowadził mnie w arkana pracy nauczyciela gimnazjalnego. Dobrze orientował się w pokrętnej polityce Polskiego Rządu, który w pierwszych dwóch latach na Pomorzu Zachodnim dał się jeszcze znieść. Później było coraz gorzej aż do wypadków gryfickich, kiedy zaczęto modłą radziecką wprowadzać kołchozy. Ponieważ już na Litwie miałem pewne inklinacje literackie, już w Polsce od 1945 roku na skutek namowy dyrektora zacząłem zakładać swoje półprywatne archiwum, pomocne do organizowania pracy wychowawczej na należytym poziomie. Były tam nazwiska uczniów, ich charakterystyki, trudności, oceny itd. Na początku 1946 roku, ktoś doniósł "tam gdzie trzeba", że będąc wychowawcą Internatu szkolnego, namawiałem uczniów do zbierania broni. W łobeskich lasach było tego "dobra" pod dostatkiem. Gdy dyrektor o tym się dowiedział poradził mnie na nic nie czekając uciekać do lasu. Przyrzekł solennie, że zrobi wszystko co tylko możliwe, by wyciągnąć mnie z tej matni. Tak się stało. Ukrywałem się u swego najlepszego ucznia Bławździewicza Alfonsa, u Państwa Maczanów oraz u zaprzyjaźnionego Ukraińca, który kiedyś wyciągnął mnie półżywego z rowu i wykurował. Kiepski ze mnie był partyzant. Zamiast w lesie siedziałem u wilniuków jak śliwka w kompocie. Po tygodniu dyrektor przez ucznia zawiadomił, że mam wracać do szkoły... uczyć matematyki. Jakich sposobów użył, by przekonać UB o mojej niewinności, chyba nigdy się nie dowiem. Jedno tylko straciłem. Paru smutnych panów przyszło do Internatu i zabrało moje archiwum.

Znajdowały się tam dane o wszystkich uczniach, było coś niecoś o gimnazjaliście Obuchowskim, naszym słynnym naukowcu. Jeśli ktoś znajdzie moje zapiski (a w naszych czasach konfrontacji jest to możliwe) wcale by nie zdziwił, gdyby przeczytał, że chłopiec zdolny i pracowity, będąc sam jak palec bez rodziców i rodzeństwa, chory na gruźlicę - otrzymywał minimalną pomoc od państwa. Taka była opieka Rządu nad sierotami. Zresztą i moja sytuacja, nauczyciela matematyki, nie była różowa. Żona nie pracowała. Ceny rynkowe horrendalne. Po roku z powodu braku witamin zachorowałem na awitaminozę, dostałem między innymi tak zwanej "kurzej ślepoty" a później wykryto u mnie gruźlicę. Panie profesorze. Gdyby porównać Twoje życie w roli dziecka na prawach bezdomnego, bez rodziców, później otrzymującego głodową pomoc państwową - trudne warunki życia w Internacie i kłopoty z tak zwanymi opiekunami już w latach późniejszych w Gimnazjum Łobeskim - z moimi - znalazłem tyle punktów zbieżnych, że nie mogłem tego nie podkreślić. I moje życie od samego początku było nie do pozazdroszczenia. Należałem do kasty, którą w Indiach nazywano "kastą nietykalnych" mówiąc językiem europejskim - do kasty proletariatu, a raczej najniższego jej stopnia, który Niemcy, zawsze dokładnie aż do znudzenia - określają mianem lumpenproletariatu, kastą wiecznych bezrobotnych. Ciekawostką jest to, że kasta hinduskich nietykalnych, do których należą również śmieciarze - jest grupą robotników najwięcej zarabiających w Stanach Zjednoczonych. Do niej można dostać się tylko cudem.

Pan profesor w wieku podrostka i później - gimnazjalisty był aktywnym harcerzem - ja również. Podobała mi się walka bokserska nie tylko w ringu. Młody Kazimierz też nie stronił od ringu, a odwrotnie: zajmował się czynnym boksem. Dobrze pamiętam tę wrzawę, która rozpętała się, gdy Pan, panie profesorze niemiłosiernie skopał, po boksersku mówiąc, specjalistę od politykierstwa przysłanego z Kuratorium. Jakoś sprawa ucichła, a autorytet pana wśród młodzieży urósł niepomiernie. Lecz szykanowanie wybitnego, lecz w gorącej wodzie kąpanego młodzieńca w istocie nie ustało. Szykany i niezrozumiały napór złej woli ze strony niektórych członków Rady Pedagogicznej i Urzędu Opiekuńczego załamał psychicznie. Opuścił się w nauce. W dzienniku, w jego rubrykach zaczęły "kwitnąć" oceny niedostateczne. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego młodzieniec, który tyle przeżył, nie wytrzymuje naporu wroga, przecież mógł to przewidzieć.

Kiedyś popełniłem błąd, który i teraz, już w wieku starczym mnie prześladuje. Miała to na pewno wpływ historia z bratem, który nie wytrzymał nagonki ze strony wicedyrektora za pójście na niedozwolony film. Bratu odebrano stypendium. Moim świętym obowiązkiem było przestrzec młodszego brata przed grożącymi mu konsekwencjami. Może w związku z tym a może z obowiązku nauczyciela najtrudniejszego przedmiotu przemówiłem metodą belfrowską do Ciebie, profesorze, myśląc, że perswazją w danym przypadku byłaby za słaba. Bardzo możliwe, że cała Rada Pedagogiczna myślała podobnie. Pamiętam i teraz, jak podczas lekcji zdaje się geometrii podszedłem do Bogu winnego ucznia i szorstkim głosem powiedziałem:

- Nu, Kazimierzu! Co z tobą się dzieje? Jak tak dalej pójdzie, i z matematyki posypią się dwóje! Popatrzyłem na twarz chłopca. Nie powiedział ani słowa. Nie pomogło nawet moje "nu", tak lubiane jak długa i szeroka Rosja - od Moskwy aż do Kostromy, gubernialnego miasta; w tej guberni się urodziłem. To przeklęte rosyjskie "nu" wyrażało, jak wiedziała cała klasa, dezaprobatę. Późniejsza moja taktyka, bez nerwów i narzekań, a odwrotnie - widoczna ręka pomocna nauczyciela - zaczęła dawać dobre rezultaty. Chłopak ocknął się, jakby się pobudził ze snu i powoli wrócił do normy. Kończąc maturę z wyróżnieniem.

Reperkusja tego zdarzenia miała swój niecodzienny finał. Moja córka po iluś tam latach po zdaniu egzaminów została studentką profesora Kazimierza Obuchowskiego, słynnego już wtedy naukowca, prowadzącego Katedrę Psychologii. Wszystko szło jak po maśle. Wreszcie przyszedł czas zaliczeń i egzaminów. Przy jednej z takich prób, gdy córka stawiła się przed oblicze profesora, popatrzył srogo na studentkę i rzekł jakimś innym tonem niż zawsze: - Nu, panienki ojciec nie żałował mnie dwójek. Zobaczymy, jak córka głośnego matematyka będzie śpiewać.

To nieszczęśliwe "nu" już na samym początku magią rosyjskiego przekleństwa wyprowadziło z równowagi młodą studentkę. Wiedziała, że byłem wymagającym nauczycielem i za byle jakie wiadomości miałem jedną ocenę - niedostateczną. Dlaczego ktoś inny, sławniejszy od zwykłego nauczyciela, ma postępować inaczej? Była przekonana, że dzisiaj odejdzie od katedry profesora z przysłowiowym kwitkiem. Wtedy, gdy już zrezygnowana oddalała się od katedry, obitej czarnym pluszem, profesor raptem odwrócił się w stronę odchodzącej dziewczyny i głosem pełnym słodyczy rzekł: - Nie gniewaj się. Przypomniałem sobie tamte niełatwe czasy - dla uczniów i nauczycieli. Za moje rosyjskie "nu" odpłacił się takim samym "nu". Sprawa została rozstrzygnięta istnie salomonowym wyrokiem. Dużo jeszcze przyszło zdawać córce zaliczeń i egzaminów. Czas je zatarł jak noc kontury dnia, tylko ten jedyny pozostał jej w pamięci na zawsze. Taka była zemsta profesora psychologii za dwójki, które kiedyś mu wystawiłem w momencie gdy zaczął tracić wiarę w własne siły. Taki był, jest i pozostanie profesor Kazimierz Obuchowski.

 

Wiktor Kutkiewicz


[Spis treści]


Agnieszka Wesołowska

***


Przezroczystość butelki nie zadziwia, nie bawi,
nie powoduje wzruszeń, nagłych lęków
ani wrzodów żołądka.
Przezroczysta na przekór, rozistniała się,
w swojej martwości stanowcza, nie uległa nikomu.
Akurat w porze głaskania kota
staczała się z Gór Skandynawskich,
żadnym kawałkiem szkła nie przygotowana na to.
Cóż to za zuchwałość
pojawić się na ziemi bez konieczności życia,
od kilku stuleci, być może, prześladując ludzkość
i nosić się po świecie na bardzo obtłuczonej szyjce
z zamiarem nieskończoności.

 

Agnieszka Wesołowska

[Spis treści]


Wojtek Boros

***

Wieczór idzie panowie -
gdańsk szczeka na czarno
strefy klimatyczne ulegają zwężeniu
mocz rozaniela szparki bruku z minut
dobrze językowi szóste piwo czyli
gazowana wizja nosem
idzie wieczór panowie -
co druga myśl
zew sutka w lodach bezkobiet
polarna stacja "Przyjaźń"
wysyła na ratunek
ekspedycję banknotów monopolowych
- wodny znak ma przyszłość
chyba będę rzygać.

 

29/50.7.1998
Wojtek Boros

[Spis treści]