Łabuź 29/1999 CZERWIEC

SPIS TREŚCI

(...) Rehumanizacja moralności oznacza powrót odpowiedzialności moralnej z punktu docelowego (dokąd została wygnana) z powrotem do punktu początkowego procesu etycznego (gdzie jest jej właściwe miejsce). Z mieszaniną lęku i nadziei uświadamiamy sobie teraz, że gdyby odpowiedzialność nie była "od samego początku" jakoś zakorzeniona w naszym ludzkim istnieniu, nigdy, nawet najbardziej przemyślnym czy zręcznym fotelem, nie wyczarowano by jej później.. Czujemy instynktowną sympatię wobec zastrzeżeń w rodzaju uwagi zapisanej ponad dwadzieścia la temu przez Petera F. Strawsona, że odpowiedzią na pytanie, "jaki pożytek może mieć jednostka z moralności", nie może być zainteresowanie ogółu istnieniem pewnych systemów społecznych usankcjonowanych wymagań (mamy co więcej wątpliwości, czy pytanie o "pożytek z moralności" powinno być w ogóle stawiane; podejrzewamy, że może to być pytanie - pułapka, które z góry zakłada swą odpowiedź). Zaczynamy też wierzyć, że wszystkie tworzone społecznie namiastki moralności, jak kodeksy obowiązków funkcjonalnych i proceduralnych, są niegodne zaufania i moralnie wątpliwe (nawet jeśli instrumentalnie skuteczne). Wszystkie one przytępiają raczej niż wzmacniają odpowiedzialność osobistą, tę ostateczną ostoję i nadzieję moralności. Z opóźnieniem zaczynamy doceniać sugestię Vladimira Janke`le`vitcha, że podobnie jak istnienie cogito uniemożliwiło totalny sceptycyzm, tak samo w "poufałości, zażyłości, bliskości moralnej" można upatrywać "ostateczną instancję", od której "nie można uciec, jeśli nie zachodzi przypadek złej woli": "Nic nie zastąpi owego serdecznego przyzwolenia duszy - ani powierzchowna zgoda, która lgnie do słów, ani transcendentny autorytet, który, aby zostać uznany, wymaga aby on sam został zwolniony z wymogu posiadania sumienia"(...)

(...) Niełatwo przystać na przypadkowość bytu i nabrać respektu dla dwuznaczności. Nie ma żartów z ich psychologicznymi kosztami. Niemniej jednak powiedzenie, iż nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, w dwójnasób dotyczy zła tu omawianego. Bowiem ponowoczesne powtórne zaczarowanie świata niesie ze sobą szansę bezpośredniej konfrontacji z ludzkimi możliwościami moralnymi, tym razem nie odsłoniętymi i nie zdeformowanymi; szansę ich powrotu z wygnania, na które skazały je czasy nowoczesne; szansę przywrócenia odebranych im praw i godności; zatarcia pamięci oszczerstw i stygmatów, pozostawionych przez nieufną nowoczesność. Świat nie musi koniecznie stać się w skutek tego lepszy i bardziej gościnny. Będzie on jednak miał szansę zmierzenia się z notorycznymi ludzkimi skłonnościami i będzie mógł jeszcze raz przyjąć je za punkt wyjścia. Rozpocznie od nich (w odróżnieniu od uchylania, dezawuowania takiego początku), będącego aktem skromności, sprawia, że nadzieja uczynienia świata bardziej ludzkim staje się realna.(...)

 

Zygmunt Bauman

 

"Etyka ponowoczesna" - Wydawnictwo Naukowe P W N Wa-wa 1996r

 



 

Kazimierz Obuchowski

ŁOBEZ

W szkole

Po dosyć skomplikowanej podróży, której opis byłby bardziej odpowiedni do zamieszczenia w awanturniczej powieści, trafiłem do miasteczka Łobez w woj. szczecińskim. Poszedłem prosto do starosty, któremu opowiedziałem o moich losach i o celu życiowym. Od tej pory mieszkałem w internacie, a zacząłem od 5-tej klasy. W 1948 byłem już w klasie IX Liceum Ogólnokształcącego, w 1951 zdałem celująco maturę.

Dostawałem stypendium 125 zł., a 105 zł płaciłem za internat. Zostawało mi 20 zł na wszystko pozostałe, w tym zawsze na tygodnik literacki i na "Problemy". Na pozostałe wydatki pracowałem latem. Internat i tak zamykano.

Było mi trudno dopasować się do obyczajów szkoły, skarżenia, infantylnych wymagań. Niedługo po przyjeździe miałem pierwszy konflikt

Byłem gorąco religijny i pieśni kościelne znałem na pamięć. Ksiądz Katecheta kazał mi je przepisywać. Uważałem, że to bez sensu. Wówczas chwycił mnie za włosy przy uchu i zaczął je kolejno, powoli wyrywać, co jest bolesne i upokarzające. Rozłożyłem go jednym uderzeniem. Miałem być natychmiast wyrzucony, ale jakoś nauczyciele zlitowali się nad dzikusem. Dzikus, nie dzikus, byłem już wówczas w Drużynie Syberyjskiej powstałej wraz z mocnym ruchem harcerskim stworzonym przez Kazimierza Kafarskiego, który jako hufcowy szykował nas do walk leśnych. Byłem poza tym użyteczny. Można było za miskę zupy posługiwać się mną w pracach domowych, naprawach. Ze szkoły podstawowej pozytywnie zapamiętałem tylko "panią od polskiego", panią Mielczarek. Zwróciła uwagę na mój styl pisania i pochwaliła mnie. Było to dla mnie niezwykle ważne i nigdy jej słów nie zapomniałem.

Z nauczycielami bywało różnie. Sam sobie ustaliłem program, a w ostatnich latach nauki w Liceum im. Tadeusza Kościuszki, uczyłem w młodszych klasach literatury, historii i fizyki. Jeszcze niedawno spotkałem mojego ucznia, który

pamiętał lekcje historii oparte na Dziejach głupoty w Polsce. Twierdzi, że to jedyne co zapamiętał ze szkoły.

Tej samodzielności i pracowitości sprzyjało dziwactwo pierwszego dyrektora Gimnazjum. Tęgi, o senatorskim profilu, bardzo "przedwojenny", przychodził do internatu o 12-tej w nocy lub 4-tej rano i krzyczał już na korytarzu: "Uczyć się! Lenie! Wstawać! Nie jesteście tu, aby wysypiać się!" Gdy zastawał kogoś w łóżku, trząsł nim: "Śpi sobie taki kawalir z poliwanym nosem, właśnie, ziewa, morda drze się, a na nową pieniędzy ni ma!"

Było to niesprawiedliwe. Pracowaliśmy dużo i ciężko. Nogi w miednicy, zakuwanie z biciem pięścią po stole, aby nie zasnąć - to były popularne metody. Ale nasz Dyr stwarzał poczucie, że wcale nie pracujemy dużo, że należy czynić więcej i było to dobre. Niestety, w stosunku do mnie wytworzył sobie koncepcję, że szkoła nie jest dla mnie. Byłem dla niego naznaczony.

Jako sierota, mam zostać uczciwym stolarzem lub szewcem, świetnie przygotowywałem się na każdą lekcję, nawet z naddatkiem. Stawiał mi zawsze "trójkę" i swoim tubalnym głosem oświadczał: "Pięć dostać nie możesz. Niedoczekanie twoje." Moje lektury niepokoiły go. Bał się, że będę miał "poprzewracane" w głowie i później nie dam sobie rady w życiu, jakie miałem przypisane. Mieliśmy poza tym dwóch autentycznych nauczycieli, Matematyka, u którego przy tablicy trzeba było rozwiązywać konkursowe zadania na politechnikę, i biolożkę, zwaną "larwą". Cała oddana uczniom i swojej wiedzy, zagłębiała się z entuzjazmem w problemy "Skorowaciałych komórek miękiszowych pozbawionych ciałek zieleni." Nas to nie interesowało, ale lubiliśmy ją za ten entuzjazm i za to, że wiedziała o czym mówi. Niestety, w momencie szczerości wyznała na lekcji, że wolałaby wyjechać do Południowej Ameryki, gdyż boi się wojny. Ktoś powtórzył to i zniknęła w piwnicy łobeskiego UB. Pojawiali się różni nauczyciele, na ogół słabo przygotowani. Nawet jednak i wśród nich, negatywnym wyjątkiem był mały, gruby i niechlujny tramwajarz z Poznania, skierowany po linii partyjnej do nauczania w naszym Liceum. Uczył łaciny i angielskiego. Nie rozumiał nic. Stawialiśmy mu "ćwiartkę" na katedrze i wychodziliśmy oknem pograć w piłkę. Pojawił się też były emigrant francuski, były pilot RAF. Zamiast iść siedzieć, został z miejsca dyrektorem i Liceum i internatu, co mi wówczas nie dało nic do myślenia. Elegancki, obyty, inteligentny. Dużo z nami rozmawiał, bardzo go lubiliśmy. Uczył polskiego, a nie znając literatury polskiej, opowiadał nam po kolei wszystkie dzieła Szekspira. Robił to wspaniale, bardzo nam imponował i miał nasze pełne zaufanie. Dopiero oglądając moje papiery pod koniec studiów zrozumiałem, że miał utajnioną twarz.

Przygotowania do studiów

Moje własne lektury były bardzo zróżnicowane i to nie tylko dlatego, że w Łobezie biblioteka dopiero się rozwijała 12 . Po prostu nie bardzo wiedziałem, co właściwie miałbym robić dla osiągnięcia swojego celu, poza zgłoszeniem moim władzom, że chcę iść na uniwersytet. Oni się uśmieli, a i ja sam miałem bardzo niejasne wyobrażenie o tym, czym są studia i co to znaczy wyższe wykształcenie. Skoncentrowałem się z jednej strony na encyklopediach i słownikach. Słownik Wyrazów Obcych znałem chyba na pamięć. Z drugiej - na wielkiej literaturze. I to w taki sposób, że czytałem po kolei wszystkie dostępne mi dzieła jakiegoś pisarza - Balzaka, Conrada, Sienkiewicza. W efekcie całkiem mi się pomieszało, co było w jednej książce i nie zdałbym chyba żadnego egzaminu z literatury. Wiedziałem za to dużo o pisarzu, tak jak przejawiał się w swoich dziełach. Szukałem tego co zrozumiałem w ich biografiach. Przyznam, że raczej bezskutecznie.

Być może była to pewna inspiracja do psychologii. Kupowałam skrypty uniwersyteckie z fizyki. Dzięki nadprogramowemu przygotowaniu z matematyki coś niecoś z tych książek rozumiałem. Matematykę lubiłem jednak tylko jako dyscyplinę teoretyczną, jako sposób pojmowania świata. Rozwiązywanie zadań podręcznikowych nie interesowało mnie wcale, chociaż maturę zdałem bez trudności. Mój prawdziwy entuzjazm wzbudziło gdzieś zdobyte, stare wydanie Euckena Historia Filozofii. Pierwszy raz miałem w ręku taką książkę. Chłonąłem ją z gorącymi uszami. Jeszcze teraz mam notatki z tej lektury i mogę cytować z pamięci: "Jądrem mądrości Greków było czynnie zachowywać się wobec rzeczy." To było zdanie wyjęte mi spod serca. Nareszcie. Sięgnąłem do Platona: "Wszystkie ciosy losu ześlizgują się z duszy mądrej i odważnej, która poznała dobro wieczne. W wypadkach nieszczęśliwych najlepiej zachować się spokojnie i nie wzruszać się, ponieważ w takich rzeczach ani dobro ani zło nie jest jasne." Tych słów potrzebowałem. To było to, co mogłem zgłębiać. Również przez tomisko psychologii, nudnego i rozwlekłego Höffinga przegryzłem się z entuzjazmem. To były pierwsze kontakty z myślą serio, z czymś głębokim, w co można i trzeba było wnikać, a nie tylko nalewać do dzbana pamięci.

Zrozumiałem, że fizyka jest wielka i głęboka, dając szansę wyobraźni, a filozofia jest w dodatku mądra. Filozofia zajmująca się człowiekiem jest mądra i ważna. Złożyłem papiery na psychologię.

Jakim byłem uczniem? Dobrym początkowo i na końcu. Po dwóch latach tak ostrych wymagań, jakie sobie stawiałem i oporu, jaki mi stawiano - byłem już znużony. Poza tym bardzo dokuczał mi reumatyzm, kaszel i bóle zębów, a nie było dentysty. Nie wiedziałem wówczas, że mam gruźlicę. Na nodze rozrastały się wielkie, ropiejące rany, zarośnięte zzieleniałym, dzikim mięsem. Kaszel i bóle traktowałem jako normę. Rany w końcu zoperowałem sobie sam, wycinając brzytwą zgniliznę do czystego mięsa. Bóle zębów załatwiały garście aspiryny.

Nie byłem w stanie rozwiązać swojej sytuacji prawnej. Władze oświatowe wciąż usiłowały się mnie pozbyć. Wytyczono nawet sprawę sądową o brak opieki nade mną. Ja odpowiadałem na to, że nie mam opiekuna! Milicjant doprowadził mnie na rozprawę, woźny trzasnął przez łeb za to, że nie trzymam rąk "pa szwam". Stało się to jednak dokładnie po ukończeniu przeze mnie 18 lat. Sędzia więc zwolnił mnie po obejrzeniu metryki. Nie mam pojęcia co zamierzał i co mógł ze mną zrobić.

Zaczynałem mieć tego dosyć. Próbowałem różnych innych działań, wojska, pracy administracyjnej, nawet prowadzenia gospodarstwa rolnego, ale za każdym razem było jasne, że zamkną mi one drogę na uniwersytet. W końcu załamałem się całkowicie. Miałem na półrocze 5 dwój i czwórkę z zachowania. Pisałem wówczas: "Cierpienia doskonalą duszę ludzką, ale zbyt dużo cierpień ją wypacza, nie chcę być nienormalny." Na szczęście, właśnie zakochałem się pierwszą, młodzieńczą zwariowaną miłością z wystawaniem pod oknem i burzliwą korespondencją. Ubóstwiana dziewczyna, Krysia Wajsówna z miejscowego high lifu, nie kochała mnie, ale lubiła i była na tyle mądra, że uczyniła, iż znowu uwierzyłem w siebie. Stanąłem na nogi, przestałem się mazgaić i znowu ruszyłem do ataku. Najpierw dla niej, a potem już poszło. Maturę zdałem bardzo dobrze. Jednakże specjalny dyplom gwarantujący studia, uzyskał mój rywal, jako mocniejszy politycznie. Rywal, gdyż taka była metoda ZMP-owska, że ścigaliśmy się. Na ścianie klasy wisiał grafik z sumą ocen każdego z nas. Wysokość słupków była każdego dnia aktualizowana. Dodam, że klasa była doborowa, gdyż rok przed maturą znaczną część uczniów skłoniono do przeniesienia się do Liceum Pedagogicznego w Szczecinie.

Charakterystyka środowiska

Trochę miejsca poświęcę środowisku w którym dojrzewałem. W małym, 3- tysięcznym Łobezie były w pierwszych latach po wojnie dwie drużyny piłki nożnej, jedna w klasie A (obecnie I liga). Była rewia z restauracją w domu PSS i amatorski teatr, który jeździł po całej Ziemi Szczecińskiej. Byłem jego szefem i reżyserem. Cały kłopot polegał na tym, że nigdy nie widziałem innego teatru niż swój. Wobec tego pojechałem na gapę do Krakowa i wślizgnąłem się do Teatru Starego. Zobaczyłem tam Solskiego w roli wiarusa, płakałem podczas długiej burzy braw na stojąco, a nawet teraz, gdy to piszę, mgli mi się wzrok

Do klubu sportowego "Rega", w którym boksowałem, należało około tysiąca osób, a wiec co trzeci mieszkaniec. Gdzieś tam istniało PPR i wojsko, dzielnice willowe zajmowali sowieci, była silna i aktywna PPS i PSL. Spora grupka OMTUR-owców, serio traktujących swoją naukę. Nieco ZWM-owców, bez wpływów. Prężne "Wici". Dominowało jednak harcerstwo, które z proporcami, w szyku rozstawnym, zajmowało każdej niedzieli główną ulicę, maszerując z przytupem do kościoła. Harcerstwo bogate, bo z własnym folwarkiem obsługiwanym przez Niemców i z piękną willą.

Weltanschaung

Byłem też zaangażowany w to, co można ogólnie nazwać sprawami społecznymi. Jako harcerz chodziłem robić kocią muzykę konferencjom PPR-u i gdyby trzeba było, ruszyłbym bez wahania "do lasu". To sprawa atmosfery. Wydaje mi się, że w moim środowisku, głównie wiejskich chłopców - Sybiraków zamieszkałych w internacie, odbiór polityki bardzo różnił się od tego, czym polityka była dla wielu dorosłych, szczególnie mieszkańców większych środowisk. Nasza "masa apercepcyjna" była zupełnie inna. Odczuwaliśmy radość i entuzjazm, że nie jesteśmy już TAM, że przeżyliśmy wbrew wszystkiemu, że żyjemy w Polsce, w niepodległym kraju, żyjemy też dla niego.

Niełatwo było ten entuzjazm zmącić. Być może z powodu rodzaju naszych doświadczeń, różne ograniczenia, istnienie UB, aresztowania, donosy, polityczną propagandę, traktowaliśmy jak naturalne zjawiska przyrodnicze. Zresztą to co się działo, o czym mówiono, to wszystko było bardzo łagodne w porównaniu z tym, co znaliśmy. Dla nas odniesieniem były skrajnie inne warunki Związku Radzieckiego, tamte obyczaje i rygory.

Może wydać się dziwnym, ale ZSRR nie kojarzył się nam z żadną ideologią. To był nieopisany horror, który mieliśmy za sobą i o którym nie chciało się nawet myśleć. Chyba wypieraliśmy go. Z zasady nikt z nas nie opowiadał o swoich przeżyciach ze zsyłki. Obraz ZSRR podawany w propagandzie traktowaliśmy jako świat sam w sobie, który nie ma nic wspólnego ze światem realnym. Realna władza polityczna naszego kraju nie istniała dla nas jako siła szczególna, dająca o sobie znać na codzień. Istniała Polska, gdzieś tam jakaś nieokreślona "centrala", ale przede wszystkim istniał Łobez i nasze szansę na normalne życie.

Aż do lat 50-tych czuliśmy się odpowiedzialni za nasze miasteczko, za naszą szkołę. Nie mieliśmy poczucia, że jesteśmy politycznie kontrolowani, a mieliśmy poczucie, że to my kontrolujemy nasze środowisko. Jest to orientacja całkiem nieznana dzisiaj i chyba nie była znana w wielu szkołach naszego kraju, gdyż nasze Liceum było ważną instytucją w miasteczku. Świat poza nami nie był taki ważny. Odbudowywaliśmy kort tenisowy, park, ścieżki na górze, zwanej "pomnikiem", urządzaliśmy piękne świętojańskie noce, odgruzowywaliśmy kościół, organizowaliśmy masę imprez społecznych. Bardzo chcieliśmy normalnie żyć i żyliśmy. Dam przykład. W dniu przybycia mojego transportu do Łobezu, miasto było całkowicie puste. Sprawa wyjaśniła się dopiero wieczorem. Były to Zielone świątki i WSZYSCY nieomal mieszkańcy byli na majówce w pobliskim, pięknym, bukowym lesie nad Regą.

Zmiany polityczne dokonywały się niezauważalnie. Gdzieś tam w "centrali" zapadały nie interesujące nas decyzje. Pojawił się na miejsce szyldu PPR, szyld -  PZPR, a zniknęły inne organizacje. Tego też nie odbieraliśmy osobiście, jako ważnych dla nas wydarzeń. Po rozwiązaniu "dawnego" ZHP, wstąpiłem do "Wici", a stąd już automatycznie do ZMP. W internacie należał tam chyba każdy. Bycie "obok", w ogóle nie wchodziło w rachubę. Wynikało to z mojej sytuacji, ale też z kontynuacji powojennego entuzjazmu odbudowy Ziem Odzyskanych. To była nowa platforma działania. Zorganizowaliśmy Brygadę Lekkiej Kawalerii, która przyjęła kontrolę nad magazynem żywności i kuchnią internatu. Natychmiast poprawiło się wyżywienie. Nic o nas bez nas. Zasada ta mi odpowiadała. Ceremoniał polityczny, akademie, szturmówki znałem od lat i nie traktowałem go poważnie. Był to konieczny rytuał.

Nie znaczyło to, że nowe założenia ideologiczne były mi całkiem obce. Odpowiadał mi racjonalizm w wyjaśnianiu zjawisk społecznych, tym bardziej, że dostępna mi opcja przeciwna była mało zborna, emocjonalna, nie proponowała nic konstruktywnego i przyszłościowego, stawiając głównie na odtworzenie świata, który już odszedł. Nie miałem sympatii do nowego ustroju, ale też nie sądziłem, aby można było budować przyszłość wracając do świata sprzed wojny. Za dużo się wydarzyło. Natomiast tu prostota zasad była tak znaczna, że wydawało się, iż nie da się poza nią ukryć żadnego oszustwa. Podstawy marksizmu Georga Polltzera, które wywarły na mnie wpływ, to znakomicie i bardzo przekonująco napisana książka. Wydaje mi się, że nie ma po dzień dzisiejszy, żadnej przeciwnej jej i równie dobrej. Była napisana w latach trzydziestych we Francji, dla młodzieży robotniczej, ale doskonale pasowała do naszych umysłów. Podobała mi się też zasada centralnego planowania, gwarantującego oszczędność środków i obejmowanie ważnych spraw. Wyobrażałem sobie, że teraz będzie można na przykład stworzyć generalny plan miasteczka, najbardziej racjonalny i zrealizować go jako całość i że ja będę miał w tym udział od początku do końca. Nie było to dalekie od wizji "szklanych domów".

Podobała mi się też nowość, jaką była samorządność uczniowska w szkole, bo tak to na początku wyglądało. Uczniowie uzyskali głos na radzie Pedagogicznej, mogli wysuwać pomysły, a także bronić interesów uczniów. Gdy jednak zawitał do nas ówczesny "oszołom" z jakiegoś szczebla (pierwszy raz widziałem tę typową obecnie mutację homo sapiens) wywaliliśmy go z budynku szkoły z trzaskiem tak wielkim, że aż zaniepokoiło się UB. Machnęli w końcu ręką, gdy okazało się, że nikt niczego nie widział, a widać nie mieli wówczas ochoty na naszej prowincji na

ryzykowanie jakiejś sprawy politycznej. Wydawało się zresztą, że łobeski szef UB, rudy i wyglądający nieporadnie Żyd, jest przede wszystkim zainteresowany swoją hodowlą gęsi i niechętnie uczyni cokolwiek, do czego nie będzie zmuszony. Kradliśmy mu w sadzie jabłka. Byliśmy tak oderwani od rzeczywistości, że jadąc z wycieczką w góry, przemaszerowaliśmy przez park w Stargardzie Szczecińskim z dużym transparentem, że to my, Liceum im. Tadeusza Kościuszki, a było to akurat 3 Maja. Też nas jednak w końcu nie aresztowali, pukali się w głowy, a my i nasi nauczyciele nie mogliśmy zrozumieć ani jak duże było ryzyko, ani o co ten gwałt.

Bardziej złożone były moje stosunki z Kościołem. Wspomniałem już, że byłem gorąco religijny. Podkreślam tu temperaturę, gdyż nie było to niczym pogłębione. Moje osobiste kontakty z księżmi jednak się nie udawały. Nie byłem ministrantem, gdyż za bardzo byłem nikim, a jeśli nawet czymś - to raczej zadrą sumienia, jedyną w mieście sierotą poza rezerwatem sierocińca i bez formalnych opiekunów. Wspomniałem już o wstępnym incydencie. Były i inne, na przykład, gdy moi koledzy dostali odzież, a nawet kożuszki lotnicze z pomocy zagranicznej, ja - tak dla żartu chyba - dostałem od księdza białe getry.

Na tym moje doświadczenia się nie kończyły. (...) Postanowiłem zamówić mszę św. za duszę moich rodziców. Ksiądz, owszem, pieniądze przyjął i wyznaczył datę. W niezwykle uroczystym nastroju poszedłem rano do kościoła. To była moja pierwsza msza, jaką mogłem wykupić za Rodziców. Byłem przekonany, ze dając taką górę pieniędzy, zamówiłem mszę za nich. W pewnym momencie usłyszałem odczytaną w pośpiechu długą listę kilkudziesięciu imion, dla skrótu tylko z Julią, a bez Bogumiła. Uroczysty nastrój padł.

Gdy nasz kolejny Katecheta zasugerował, że powinniśmy iść pod kaplicę Badaczy Pisma Świętego, gdzie odbywał się ich zjazd, aby czynnie wyrazić im swój wstręt, po raz pierwszy się zbuntowałem. Byłem więc tam tylko jako świadek. Mimo to, tak jak i moi koledzy, nie uniknąłem moralnego kaca. Wybito im szyby, a "Jehowy" szli z uśmiechem, szpalerem przeklinającej i plującej młodzieży i głośno modlili się za nas.

Nie były to powody do tego, abym przestał wierzyć w Boga i przestał się modlić, ale religia stała się odtąd moją bardzo prywatną sprawą. Poznałem później kilku mądrych i dobrych księży, zrozumiałem, że czym innym jest "aparat", a czym innym wierzący, że w ramach instytucji Kościoła Katolickiego istnieje wiele różnych odrębnych ideowo instytucji. Jedne z nich zdecydowanie aprobuję, inne są mi obce, a innych nie mogę zaakceptować. Przy okazji muszę wspomnieć, że Badacze Pisma świętego jeszcze kilkakrotnie zaimponowali mi swoim serio traktowaniem zasad wiary. Widziałem w latach 50-tych, jak poszczuci kryminaliści bili ich w więzieniu za to, że - jak im powiedziano - nie kochają Matki Boskiej i jak oni modlili się za tych, co ich bili i jak ci, co ich bili, już po kilku dniach śpiewali psalmy. Fanatyzm ich sprawił jednak, że byli mi obcy. Z czasem poznałem i nauczyłem się szanować rzetelność religijną i uspołecznienie protestantów, a jeszcze w Majkainie dał mi do myślenia kolega muzułmanin, który widząc, że modlę się do obrazka, zarzucił mi prymitywizm i pogaństwo. Jeśli wierzysz w jednego Boga, to powinieneś też wierzyć, że jest on wszędzie i wszystkim. Sam jednak modlił się z twarzą skierowaną do Mekki. Po kilku nawrotach religijności odłączyłem się od Kościoła.

Czym był dla mnie pobyt w Łobezie? To były tylko cztery lata. Za każdym razem stwierdzam to ze zdumieniem, gdyż w moim poczuciu był to niezmiernie długi okres życia. Właściwie całe jedno życie. Tam dopiero przeszedłem opóźniony okres dojrzewania, tam znalazłem przyjaciół, pokochałem to piękne miejsce i zawsze odwiedzam je z poczuciem, jakbym powracał do domu. Mam chyba nadmiar moich małych ojczyzn - Wołożyn i Łobez i Poznańskie. Jestem do nich przywiązany, chociaż do każdej inaczej.

 


1 Miałem kartę biblioteczną nr l, pierwszą książką w bibliotece był Dzikowy skarb, a mieściła się ona w szufladzie biurka w Inspektoracie Szkolnym.

 

(fragmenty "Autobiografii Naukowej")

 

Kazimierz Obuchowski - prof. psychologii UAM w Poznaniu - "Łobezianin" absolwent LO - 1951 r.

 



 

Stefan Kosiewski

J. FACET NA ZAPYTANIE:
CZEMU NIE W CHÓRZE?


Filozofowie próbowali nawet już coś zmieniać,
idzie jednak o to, że nic nie idzie zmienić:
woda jest wodą, ogień - ogniem
i my wszyscy jesteśmy na jedno kopyto,
na jego wzór i podobieństwo
i tak jak on pielęgnujemy swoje oddalenie

 


 

Stefan Kosiewski ur. W 1953 r. Absolwent filologii polskiej UŚ w Katowicach, od 1981 na emigracji w Niemczech, dziennikarz, były współpracownik Radio Wolna Europa, publikował w prasie emigracyjnej i krajowej, m.in. w: "Archipelag" Berlin Zachodni, "Bez Dekretu" Kraków (wydawnictwo podziemne), "Ład" i "Tygodnik Solidarność"; autor książek poetyckich: "Zagrajmy na wyścigach" (1977), "Pomidor" (1982), "Wierszem" (1997). Przewodniczący Polskiego Stowarzyszenia Szkolnego "Oświata" we Frankfurcie nad Menem i Prezes Polskiego Ośrodka Kultury.

 



 

KORESPONDENCJA LITERACKA

Kontynuujemy wymianę listów między pisarzami. Na naszych łamach korespondują ze sobą Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób.
pkl "Łabuź"


 

Podkowa Leśna, 31.12.1999

Drogi Lechu,
cieszę się, że na dyżurach w wodociągach znalazłeś czas na list do mnie, ale nie mogę się zgodzić na lekceważenie tego, o czym Ci pisałem ostatnio (chodziło o ten tekst na temat języka w prozie współczesnej, zamieszczony w "Literaturze"). Jak przecież wiesz, krytyka literacka jest w zaniku, a jej funkcję przejęli dziennikarze z "Gazety Wyborczej" i niestety - pisarze, którzy krytykami być nie powinni. Fatalnie! Krytyka to ruch intelektualny, napęd dla literatury i czytelników, douczanie prostaków (vide hurtownicy książek) i tak dalej. Chodzi o dobro publiczne. Patos? Nie, prawda. Nudna prawda.

Czy jest Ci to aż tak obojętne? Mnie nie, tym bardziej że wierzę w literaturę, zaś ona sama nie istnieje bez otoczenia. Wbrew obiegowej opinii teksty same się nie bronią, pewnie czujesz to na własnej skórze, bo mimo wysokiej klasy artystycznej nie ma Cię w świadomości przeciętnego studenta. Tak jak zresztą i mnie nie ma, choć były lata, że byłem. To właśnie dlatego, że nie ma krytyki. Brak krytyki to coś jeszcze głębszego - księgarnia nie weźmie książki, jeżeli księgarz jej nie widział w gazecie (sic!). Krytyka to także szkoła dla pisarzy wstępujących, a chciałbym, żeby młodzi mieli start, na jaki zasługują. Szkoła dla nauczycieli. Szkoła dla myślących. Szkoła dla nas...

Niestety, to wszystko leży odłogiem i jako wydawca, nie tylko autor, odczuwam boleśnie bzdury drukowane w takim tekście jak wspomniany. To była wielce miarodajna próbka stanu intelektualnego towarzystwa, w którym moglibyśmy się obracać (a nie obracamy, bo jest takie właśnie). Brednie tego typu odczuwam również finansowo, jeśli pominę już względy etyczne. Jeżeli nie dam do gazety reklamy wydawanej książki (a więc zastępnika recenzji), to nie ma mowy o sprzedaży.

Oczywiście musimy zaciskać zęby, powinniśmy myśleć o sprawach ważniejszych niż jakieś wypociny paru frustratów, wzruszać ramionami na głupotę, tylko czy taka literacka asertywność jest do wytrzymania na dłuższą metę? Ogólnie rzecz biorąc, nie znoszę asertywności jako zjawiska bliskiego egoizmowi (nie mylić z egocentryzmem), chyba że ma ona być ostateczną obroną -przed egoizmem (bo i tak bywa). Podkreślam: ostateczną. Zawsze kojarzy mi się z obojętnością na los ludzi, przeciwstawia się altruizmowi, który uważam za deskę ratunku dla ludzkości.

Wspomniana "Literatura" zrobiła mi jednak wspaniały prezent, drukując (w numerze kwietniowym) moje opowiadania. To pewnie z okazji kanciastej 53 rocznicy urodzin. Najbardziej ucieszyła się Małgosia. Ja, trochę zobojętniały na takie rzeczy, okazałem się przedstawicielem rzeszy niedowiarków. Czy ktoś jeszcze w Polsce czyta? Że pisarze nie czytają, to już wiem od czterdziestu lat, ale inni? Czy cztery opowiadania mogą mnie reprezentować?

Nie, jasne że nie. Jest ich ponad sto (w zbiorze pt. "Raz jeden jedyny") i dopiero w postaci książki miałyby sens. Ale wydawcy mówią niezmiennie, że czytelnicy nie lubią opowiadań i nie chcą takiej pozycji wydać. Mnie samego na to nie stać, moja firma jak na razie publikuje rzeczy tylko na zlecenie albo sponsorowane.

A jednak czuję, że pisanie "Łaziebnego" (przerwałem na dwa miesiące i już zaczynam do niego wracać), choćby nawet bez szans na rychłą publikację, ma głęboki sens. Ten, o którym pisałem na wstępie. Ja to odczuwam jako rodzaj służby, realizowania powinności oddania siebie na użytek innych. Dlatego promocja, reklama, wreszcie wydanie drukiem wobec samego pisania są niczym, co najwyżej materialnym dodatkiem, dzięki któremu służba kiedyś

się spełni. W tym sensie masz całkowitą rację - pomniejszając rolę głupich artykułów; ale tylko w tym. Czym innym jest bowiem stosunek do ogółu, a czymś zupełnie innym do samego siebie. Jest w "Łaziebnym" taki fragmencik: "W pani oczach mój tyłek może i jest czerwony, ale w moich wcale go nie ma, a lustrom nie dowierzam. To teraz poproszę o ten obiecany ręcznik".

Posyłam Ci ksero tych stroniczek "Nowego Wyrazu", których nie pamiętasz. Czas leci, zostawiając w tyle zapomniane kartki.

Ściskam serdecznie (ucałowania od Gosi, która w ostatnich dniach jest w niezłej formie)

 

Piotrek

Kołobrzeg, dnia 15.04.1999 r.

Piotrze Ekstatyczny
- dzięki za list i xero z miesięcznika "Nowy Wyraz" sprzed 20 lat - istotnie, przypominam sobie teraz ów wiersz, który wszedł później do mojego debiutanckiego zbioru "Psy mojej młodości" (Wyd. Morskie, Gdańsk 1981).

Owszem - i ja odnoszę wrażenie, iż krytyka literacka jest w zaniku, a miast wyspecjalizowanych zawodowców pióra omawiania dzieł przeważnie imają się domorośli recenzenci oraz dziennikarze. Wszelako sprawa jest trochę złożona i nie zawsze wina leży po stronie inkryminowanych krytyków. Pokaż mi na przykład chociaż jeden tygodnik literacki o ogólnokrajowym zasięgu, gdzie obszerniej mogliby pisać. Zresztą... cokolwiek o tym nie powiemy, nie zmieni to faktu, że jest, jak jest. l że prawdziwi krytycy nadal się jednak zdarzają (vide choćby pogłębione analizy w "Twórczości", niektórych periodykach Krakowa, Wrocławia, Gdańska czy Poznania). Dlatego nie chcę generalizować.

Natomiast z owym "intelektualnym towarzystwem, w którym moglibyśmy się obracać" mocno przesadziłeś. Przynajmniej jeśli idzie o mnie. Jakbyś mnie nie znał i nie wiedział, że z natury jestem samotnikiem o bardzo słabo rozwiniętym instynkcie stadnym. Nigdy nie odczuwałem (i nie odczuwam) potrzeby przebywania w jakichkolwiek towarzystwach o proweniencjach tak zwanych intelektualno-artystycznych. Mierzi mnie to, nudzi, a czasami wręcz wkurza - gdy popadnę splotem okoliczności między podobnych osobników.

Ucieszyła wieść o publikacji Twoich opowiadań w "Literaturze". Nie omieszkam przeczytać je podczas najbliższych odwiedzin biblioteki miejskiej. Dziwi natomiast informacja o tym, że wydawcy opędzają się przed ogłaszaniem zbiorów opowiadań. Moje wieloletnie doświadczenia bibliotekarskie (w różnych bibliotekach różnych miast) przeczą temu. Zawsze spotykałem określone grupy czytelników preferujących właśnie krótkie formy prozą! A i czas dzisiejszy jakby temu coraz bardziej sprzyjał - spójrzmy choćby na zachodnie powodzenie short story. Przeto nie wierz wydawcom tymi argumentami się wyłgiwującym.

Krzepiąca jest również wiadomość o postępach "Łaziebnego". Będę trzymał kciuki.

Acha, byłbym zapomniał. Gadałeś ostatnio z telewizora i mocno coś musiało Cię wyprowadzić z równowagi, bo wyglądałeś na wkurzonego. Niestety, za późno włączyłem aparat, by zorientować się w sprawie. Była mowa o czytelnictwie chyba, ale z niewiadomego powodu odebrano Ci głos. O co właściwie poszło? Prowadzący program nie bardzo sobie radził ze zgromadzonymi.

Dostrzegłem też Ciebie w stopce redakcyjnej "Okolicy Poetów". Egzemplarz pierwszego numeru nadesłał niedawno Jerzy Szatkowski, zapraszając do współpracy. Ale dziwnie to wygląda - niczym jakaś broszura przeznaczona dla hodowców drobiu. Naćpane, narąbane tekstu gęsto - a przecież, prócz względów merytorycznych brać trzeba względy i na estetykę. Dla mnie w każdym razie ma to spore znaczenie.

Ale to wszystko furda, przyjacielu, dosyć małe sprawy wobec tego, co obecnie mnie gnębi. Od przeszło tygodnia nie mogę zebrać się z wrażenia po nagłej śmierci Mirosława Lalaka. Nie wiem czy Go znałeś. Pisywał niegdyś rzeczowe recenzje w "Nowych Książkach". Docent Katedry Filologii Polskiej Uniwersytetu Szczecińskiego, redaktor naczelny kwartalnika "Pogranicza". Ponoć -jak twierdzą osoby bliżej z nim przystające - człek wyjątkowo światły, życzliwy dla innych i skromny. Piszę "ponoć", bowiem nie zdążyliśmy poznać się osobiście (po raz pierwszy mieliśmy się spotkać w nadchodzącym maju u Leona Z. w Łobzie). Jakiś wypadek samochodowy, naruszone kręgi szyjne - nie znam szczegółów.

Pochowany w końcu marca. A jeszcze w połowie marca otrzymałem od Niego pełen entuzjazmu list. Wspominał o przygotowywanym projekcie opublikowania przewodnika encyklopedycznego "Pisarze Pomorza", namawiał do współpracy ze szczecińskim kwartalnikiem kulturalnym, dzieląc się również kłopotami gromadzenia środków finansowych potrzebnych na przekształcenie kwartalnika w dwumiesięcznik. Odpisałem i czekałem na odpowiedź. Już się nie doczekam...

Wybacz ten minorowy ton, ale potrzebuję czasu na otrząśnięcie się. I znów wyrwano spośród nas osobę duchowo nam bliską.

Trzymaj się, Piotrze. Prawicę Twą ściskam. Oraz ucałowania Gosi -

 

Lech

 



 

Czesław Kuriata

BALLADA O SANCHO PANSA


A kiedy wrócił szlachetny Don Kichot
Z wojny przeciw baranom i wiatrakom
Na złotym krzyżu ciało jego zawieszono
Złotymi gwoździami długo przybijano

Tchórzliwy Pansa odtąd klęczy
Rzewnie modli się u stóp rycerza
Grozi brwiami i łzą błyska
(Wciąż ten sam byk i toreador)

W tłumy idzie zbawienny śpiew
Serce otula i monetą dźwięczy
Zapala usta wszystkich budzi
I tłumy niesie i tłumy pieści

Sancho Pansa kołysze Don Kichota
Ubiera w czerwień berło w rękę kładzie
Okrywa Don Kichota wielką chustą
(Wciąż ten sam byk i toreador)

Prawi tłumom słodkie dziwy
Już Don Kichota matrwe rzęsy
Trzyma jak tarczę na czołem
Rękę w kościste skrzydło splata

W tłumie śpiew się wzmaga
I drżą już ogłuszeni święci
Kolana parami ustawiają
W ich włosach gniazda ptaków

Sancho Pansa wciąż tkliwie
Płacze nad ciałem umarłego
Grozi, że zabije Don Kichota
(Wciąż ten sam byk i toreador)

Kwiaty po Sancha ścieżkach chodzą
I kwitną gdy on pozwoli im na to -
Baranom i wiatrakom wciąż złorzeczy
Jednym ścina rogi a drugim skrzydła

A kiedy przyjdzie posrebrzony świt
Sancho Pansa skurczy się od rozkoszy
Utopi Don Kichota w dobrym winie -
(Wciąż ten sam byk i toreador)

 

1962
Czesław Kuriata

 



 

Paweł Szeroki

PROWINCJONALIA (1)

Podług słownika prowincjonalizm to ogół cech właściwych prowincji, jej mieszkańcom; ograniczenie się do spraw dotyczących prowincji, brak szerszych horyzontów myślowych; zaściankowość, parafiańszczyzna. Aliści pojęcie "prowincja" w sensie czysto geograficznym oznacza obszar poza umownymi centrami i nic więcej. Dopiero w kontekście kulturowym nabiera pejoratywnych odcieni. Zwykło się postrzegać prowincję jako coś gorszego, niższej wartości. Źle myślimy o prowincjuszach, prowincjonalności i o wszystkim, co daje się z tym skojarzyć.

Jeszcze fatalniej przedstawia się rzecz, gdy próbujemy zaobserwować prowincjonalizm w innych sferach - umysłowej oraz duchowej. To dopiero jest problem, a nie fakt zamieszkania w dominującej aglomeracji. Gdyż prowincjonalizm duchowy oraz umysłowy dotyka także całe populacje ludzkie roszczące sobie pretensje do kulturowych wyżyn (a przynajmniej średniactwa). Zatem spokojnie powiedzieć możemy, iż prowincjonalizm jako taki nie jest na stałe przypisany (choć może) konkretnej ziemi lub osobie i hula. niczym ptak, gdzie go skrzydła poniosą.

Straszny bywa kompleks prowincji i prowincjonalizmu. Szerzy spustoszenia w biednych duszach, którym wydaje się, że tak musi być i nic temu nie zaradzi. Podobny sposób myślenia jest pułapką, paścią, której ofiarami są prowincjusze najprawdziwsi z prawdziwych.

A przecież i na tak zwanej prowincji ludzie noszą kapelusze, kwitną kwiaty, kobiety okazują czułość i wartość waluty obiegowej jest ta sama.. I w tak zwanej prowincjonalnej głuszy używa się tych samych szczoteczek do zębów, ból znaczy nie mniej, wreszcie powstają dzieła i są wydawane książki. Czasami nie najgorsze, choć niezmiernie rzadko postrzegane w centralnych mediach.

Czasami nie najgorsze i warte pochylenia się nad nimi, czego akurat powiedzieć nie można o utworach poetyckich Jędrzeja Kozaka (Jędrzej Kozak "Labirynty tożsamości". Wydawnictwo "Presco", Koszalin 1998. str 31) opublikowanych ze środków wspólnych członków Klubu Literackiego. Już w autoprezentacji przyznaje się autor bez bicia: "Piszę, ponieważ odczuwam potrzebę przelewania na papier...". I leje, owszem, szczerze, wszystkimi trzydziestoma tam pomieszczonymi tekstami. Poczynając od pierwszych linijek pierwszego utworu (udręczona bezsennością istota / rzuca ostrzegawcze spojrzenie / na bryły nowego dnia) przez wierszowankę pt. "Tumor cerebrii" po kwadratność sylwetki / rozmemłalność głowy / ohydozborność ruchów rąk, czy co tam jeszcze ślina młodemu (rocznik 1970) na język (a raczej na papier) przyniosła. Fuj! z takim poczuciem humoru.

Zdaje się dzielnie sekundować poprzednikowi inny debiutant Adrian Adamowicz (Adrian Adamowicz "Na przedwierszu", bez oficjalnego wydawcy, Koszalin 1998, str 55) - rocznik 1963. Dziennikarz radiowy, laureat Konkursu Poetyckiego "Szuflada V" w Choszcznie. Tenże autor usiłuje nas przekonać, iż jestem jak poeta / jak ściśnięty w słonku wiatr. By później dojść do refleksji ostatecznej: czas pęka jak śliwka dojrzana / odganiam myśli o śmierci / tłuste jak wiejskie muchy. Lecz, mimo rozmaitych wpadek, zdarzają się i strofy poprawne -  szkoda tylko, że na zasadzie okrasy.

Niedźwiedzią przysługę autorowi oddał niejaki Tomasz Agatowski, płodząc bełkotliwie banalną notę - która, miast zachęcać potencjalnego czytelnika, raczej odstręcza. Czytamy między innymi na przedostatniej stronie okładki: "Tomik jest propozycją, nowego stanu lirycznych penetracji. Zawartość wskazuje na sytuację myślową..." i tak dalej w podobnym tonie. A jedyne co porządne w omawianej rzeczy, to szata edytorska.

Odmiennie przestawia się rzecz ze zbiorem wierszy, który opublikował Henryk Livor-Piotrowski (Henryk Livor-Piotrowski "Schodząc w dolinę", Wojewódzka Biblioteka Publiczna, Koszalin 1999, str. 36). Właśnie dotarła na moje biurko omawiana książeczka. Od strony edytorskiej niepozorna, skromna, wręcz przaśna - ale te wiersze! Doprawdy, zaskoczył mnie autor, znany dotąd jedynie z publikacji radiowych (w Radiu Koszalin pracował bowiem wiele lat, do emerytury) oraz krotochwilnych rymowanek dla dzieci. Zbiorek zawiera 30 utworów, w znakomitej większości dobrych i bardzo dobrych Poezja wyciszona, refleksyjna, powstała z głębokiego namysłu oraz przeżycia. Aż się prosi, by jakiś ilustrujący fragment zacytować. Weźmy kilka linijek z wiersza "Wilia- werki":
śpią stare leszcze koło brodu
choć już nad ranem woda zbladła
brzoza przez rzekę rękę poda
kaczka przywita na mokradłach
sunie zaskroniec w trawie mokrej
i kroków moich się nie boi
jaskółka puka w rzeki okno
i dzik ucieka z wodopoju.

Warto po te wiersze sięgnąć. Postarać się o zbiorek, co łatwe nie będzie, zważywszy na fakt lokalnego wydania i lokalnej dystrybucji.

I proszę! Wyszło na to, że nawet mieszkając na tak zwanej prowincji można opublikować twórczo nieprowincjonalne utwory - wymykającą się prowincjonalizmowi książeczkę.

Czyli dzisiaj - dwa do jednego; dwie publikacje chybione, jedna dobra. Zobaczymy, co dalej. Bo ciąg dalszy nastąpi. Ech, doprawdy, kochajmy prowincję z jej prowincjonalizmami! I (rozważnie) kochajmy się sami.

 

Paweł Szeroki

 



 

Marek Słyk

DZIECIŃSTWO



W tym morzu wspólna kąpiel.
Aż słodko, tak tu słono.
Jak z tobą w snach postąpię,
Iwono?

Skwar. Władza złotej farby.
Pokazać chcę, jak mało
obchodzą mnie jej skarby.
Powiało.

Syrenki dwie i trabant
(awaria za awarią).
Dzieciństwo ściska grabę
Bułgarią.

 

Marek Słyk

 



 

Marek Słyk

DZIEWCZYNĘ TĘ POZNASZ



Nasycił mnie głupi papieros.
Znów teraz mnie wódka rozjusza.
To mniej, to znów więcej niż zero j
est we mnie stopni Celsjusza.

Co zrobić? Wiem niby. I nie wiem.
O, muzo! Swe skrzydła rozpostrzyj!
Wykręcam jak pawian pewien ł
amańce na drodze najprostszej.

Wykręcam łamańce z zapałem,
pies obok ujada zajadle.
Raz tylko w swym życiu kochałem.
Dziewczynę tę poznasz! W zwierciadle!

 

Marek Słyk

 

Marek Słyk - urodzony w 1953 r. w Warszawie, gdzie dotąd mieszka. Prozaik. Debiutował w 1971 r. na łamach "Twórczości". Opublikował m. in. powieści W barszczu przygód (Iskry 1980) oraz W krupniku rozstrzygnięć (Iskry 1986).

 



 

Lech M. Jakób

DRAPIEŻCY

"TRÓJKĄT ŚMIERCI
Podczas rutynowego obchodu Jeziora nadleśniczy Andrzej Hok dokonał niecodziennego odkrycia. Znalazł w Zatoce Spokojnego Żeru trzy martwe zwierzęta złączone uściskiem: szczupaka, wilka i bielika.

Początkowo sądził, iż trafił na ślad kłusowniczej działalności. ale przeczyło temu odgryzione skrzydło orła. Przytrzymywany jego szponami szczupak miał rozdarty brzuch. Wilk był okulawiony. Ostry dziób bielika głęboko poranił też wilczą szyję. Woda wokoło była czerwona od krwi, a ciało wilka jeszcze ciepłe. Do dramatu musiało dojść tuż przed przybyciem nadleśniczego.
Skontaktowaliśmy się w tej sprawie z Instytutem Ochrony Przyrody. Nie potrafiono nam wyjaśnić, jak do podobnej sytuacji mogło dojść. Natomiast wyrażono zdumienie obecnością wilka. Gatunek - canis lupus - zniknął z tego obszaru blisko pół wieku temu. Pojawienie się wilka zapewne ma związek z wieloletnim programem całkowitej ochrony Jeziora i przyległych terenów, zmierzającym do przekształcenia strefy w rezerwat krajobrazowo - ornitologiczny.
(jn)
("Gazeta Pomorska" nr 217, 18.09.1995r. )

Rozdział II - czerwiec

Odcinek VI

Ryba Już od tygodnia niebo było bezchmurne. Woda, zwłaszcza w strefie przybrzeżnej, nagrzewała się szybko. Wprawdzie nocą stygła, lecz poczynając od późnego ranka na powrót przypiekało słońce i suma temperatur powoli rosła. Taki stan szczupakowi odpowiadał. Choć wiązała się z tym potrzeba częstszego zdobywania pokarmu, gdyż prędzej trawił. Ale to akurat nie stanowiło kłopotu. Bowiem gdzie się nie obrócił, niemal zawsze coś interesującego w pobliżu pyska znaleźć się dało.

Może przesunęły się nieco okresy polowań. Poza szczególnymi okazjami praktycznie zrezygnował z łowów za dnia. Czasem jeszcze ożywił się wczesnym popołudniem. Jednak teraz prażące słoneczne promienie przestawały sprzyjać. Żerował przede wszystkim o zmierzchu lub bardzo wcześnie rano. A coraz częściej nocą. Zwłaszcza na ulubione węgorze.

Właśnie upolował większego minionej nocy. Nad gąszczem rogatka, w zatopionym belkowaniu wschodniej strony jeziora. Długo z nim walczył, nim udał się obrócić ofiarę w pysku. Wyjątkowo śliska i wyjątkowo pokaźna. Końcówka ogona jak dotąd sterczała mu ze szczupaczego pyska. Trawiony etapami węgorz mierzył prawie tyle samo, co szczupak.

Jednak nie tylko on ścigał węgorze. Przed momentem za gibką rybą pędził tracz. Kaczka zanurkowała obok niego, rozwierając smukły dziób o piłkowanych brzegach, by z pochwyconą zdobyczą zniknąć między palami. O ile pod wodą, przynajmniej chwilowo, panował względny spokój, o tyle wzmogło się zamieszanie na powierzchni. Za traczem nadleciały rybitwy. Co rusz któraś z nich zawisła w powietrzu, trzepocząc skrzydłami. Stada pierzchającego narybku ściągnęły także parę kormoranów.

I to wyczerpało cierpliwość szczupaka. Rozdrażniony hałasem opuścił tymczasową kryjówkę. Spłynął nieco głębiej i na wschód, wzdłuż krawędzi stoku. Dalej zaczynała się piaszczysta łacha. Obszerna, z rzadka porośnięta niewielkimi skupiskami roślinności. Przemknął nad nią szybko.

Niebawem zwolnił, skuszony gęstwiną rdestnic. Tu może znaleźć ostoję. Nic nie zakłócało ciszy, pominąwszy ruch wszędobylskich okoni. Skręcił ku brzegowi, gdzie powierzchnię wody okrywał cień. Trudno o lepszą kryjówkę w tym rejonie. Powoli zapadł między rośliny obok pala.

Osłonę od góry dawały deski starego pomostu. Wiódł prostą linią niemal od stoku przybrzeżnej ławicy. Za szczytem otwierała się śródjeziorna głębia.

Z osłony korzystał też miejscowy narybek. Wprawdzie pomost nie mógł chronić przed zakusami drapieżnych ryb, ale unikały przynajmniej nękania z powietrza. Nie wspominając o uldze, z jaką niósł sam cień. Zwłaszcza w okolicach południa.

Drobnica nie interesowała szczupaka. Nie tym razem. Pragnął tylko w spokoju do końca strawić ubiegłonocny łup, gdyż poruszanie się z zapchanym przełykiem trochę męczyło. Wreszcie, w miarę upływu czasu, jakoś sobie poradził. Resztka węgorza zniknęła w żołądku.

Uczucie sytości rozleniwiło drapieżcę. I byłby tkwił bez ruchu dłużej, gdyby nie swędzenie lewego boku. Dotąd, zajęty przydużym kąskiem, nie zważał na to. Lecz dokuczliwość rosła. Zniecierpliwiony otarł się o słup pomostu raz i drugi, potem jeszcze mocniej trzeci. A skutecznie pozbywszy się rybiej pijawki, natychmiast zmienił stanowisko. Byle dalej od pasożyta, który mógł wrócić.

Późnym popołudniem zaniepokoiła szczupaka seria nieznanych dźwięków. Coś hałasowało na brzegu. Początkowo nie zwracał uwagi. Ale gdy zaskrzypiały deski pomostu i drgnęły pale podtrzymujące całą konstrukcję, spłynął głębiej za krawędź ławicy.

Wkrótce usłyszał głośny plusk, potem jakby dudnienie oraz zgrzyt, przypominający trochę tarcie drewna o kamień. Wszystkie te dźwięki należały do tonów niskich, obcych. Ciekawość walczyła w drapieżniku o lepsze z niepewnością. Z jednej strony chciał z bliższej odległości przyjrzeć się temu czemuś, z drugiej natomiast odstręczała bojaźń. W sumie górę wzięło poczucie bezpieczeństwa. Oddalił się jeszcze bardziej, szukając schronienia w kępach wywłocznika.

Cały czas jednak pilnie nasłuchiwał tego, co niosło od strony pomostu. Trwająca dłuższy czas cisza nieco uspokoiła. W kilka minut później usłyszał miarowy chlupot, podobny do uderzenia gałęzią o powierzchnię wody. Oraz coś zupełnie nowego: intrygujące wibrowanie.

Wibracje pojawiały się i znikały okresowo, sunąc nad dnem. Tyle drażniły szczupaka, co wabiły. W napięciu oczekiwał zbliżenia się obiektu. Gdy przemknął kolejny raz, ale dostatecznie blisko, podniecony drapieżnik zaatakował.

Chwycił i natychmiast chciał puścić. To, co zamknął w pysku, było wyjątkowo twarde, bez smaku. Jednak owa rzecz, nim rozwarł szczęki, targnęła mocno, powodując ból języka. Zaskoczony zdrętwiał na kilka sekund.

Jakiś czas płynął jeszcze siłą rozpędu. Lecz i ten ruch wyglądał dziwnie. Po ostrym targnięciu coś zaczęło go znosić, a właściwie ciągnąć w prawo. Przyhamował, kontrując ów ruch. Na powrót zaciśnięte szczęki nieco zneutralizowały ból.

Z trudem dający się przezwyciężyć opór systematycznie rósł. Szczupak, otrząsnąwszy się, spróbował zejść niżej pod stok ławicy. Głębia obiecywała większe bezpieczeństwo. Parł całą mocą silnego ogona, praktycznie stojąc w miejscu. Tymczasem pulsujący ból w pysku wrócił. Coś poczęło ciągnąć ukosem ku górze. Skapitulował na chwilę i chcąc ulżyć bólowi ruszył w tamtą stronę.

Niespodziewanie odzyskana swoboda manewru ośmieliła go. Przyśpieszył tuż pod powierzchnią skręcił i zanurkował w stronę krawędzi ławicy. Nie upłynął daleko. Szarpnięcie, potem przenikliwy ból skorygowały tor ucieczki. Tym razem nad wodę. A będąc w powietrzu energicznymi ruchami głowy spróbował wytrząsnąć z pyska uwierającą rzecz.

Nim runął w toń, ujrzał na łodzi człowieka z kijem. Co prawda nie pojmował bezpośredniego związku, ale czuł instynktownie, że tam właśnie tkwi przyczyna bólu i uwięzienia. Widok ten tylko wzmógł lęk drapieżnika. Zanurkował głęboko, wsparty nagłym przypływem sił. Walka powoli wyczerpywała Serce osiągnęło już kres możliwości. Szczupak wykładał się, słabł, doprowadziwszy jeszcze do przejściowego zaplątania się żyłki w rdestnicach. Wkrótce ścięty kłąb zielska zjechał po napiętej lince, oblepiając głowę drapieżcy. Dodatkowo zdezorientowany oślepieniem zamarł bez ruchu.

Może niecałą minutę dał się holować do łodzi. Nagle ożywiony dojmującym bólem wbijanej w bok osęki, skoczył pod burtę. I ten dynamiczny sus ocalił mu życie Trzasnęła skrócona żyłka. spadła także z oczu zielona czapa. Płynął ostrożnie, jakby nie dowierzając odzyskanej wolności. lada chwila spodziewał się kolejnego szarpnięcia. Zwłaszcza, że nadal w pysku tkwiła owa rzecz. Potrząsnął łbem i ku jego zdumieniu to coś samo wypadło spomiędzy rozchylonych szczęk. Wciąż oszołomiony zszedł niżej, w chłód i mrok głębi.

 
Wilk Stał nieruchomo za sosną, przyglądając się ptakom wokół mrowiska. Odleciał kos. Na jego miejscu wylądowała zięba. Także i ona żwawo pląsała. Lecz było coś nienaturalnego w zachowaniu ptaszka. Pośród otrząsań i skoków unosił czasem półrozwarte skrzydło, wsuwał pod nie dziób i tarł nim, by w chwilę później powtórzyć ową czynność z drugiej strony.

Nie zażywał piaskowej kąpieli, nie był też ranny. A zatem co robił? Zastanawiało to basiora. Pojąwszy jednak, że wędrujące w pobliżu mrowiska ptaki są zdrowe, czyli nieuchwytne, zainteresowanie nimi stracił.

Kilka minut truchtu dalej wyostrzony głodem węch zatrzymał wilka pod jałowcem. Wokół krzewu wiódł dosyć świeży trop jeża. Ruszył nim, odkrywając wkrótce ślady małej uczty. Tropionemu trafiło się gniazdo z dwoma jajami, po których zostały jedynie szczątki zabrudzonych skorupek. Basior łakomie przełknął ślinę. Nigdy nie wzgardził podobnym kąskiem, jeśli tylko okazja się nadarzyła. Cóż, obecnie musiał obejść się smakiem.

Jeża zgubił między zwalonymi świerkami. Przeważały tu wonie leśnych myszy. Nawet jedną prawie chwycił, lecz umknęła pod pień. Rozgrzebywanie ściółki nic nie dało. Uważnie obszedł leżące drzewa Kolejny gryzoń pokazał mu ogon. Znów nie zdążył.

Rozdrażnienie wilka rosło. Minionej nocy w poszukiwaniu pokarmu przebiegł kilkanaście kilometrów. I poza miniaturowym pisklęciem gila wpadła mu w zęby tylko nornica. Tym zadowolić żołądka nie mógł. A większe ofiary uchodziły jeszcze szybciej od drobnych.

Coś zaszeleściło w poszyciu. Odruchowo podskoczył i chwycił siekaczami, natychmiast wypuszczając. Zdobycz cuchnęła piżmem. Wziął ryjówkę aksamitną za mysz. Pomyłka tym bardziej przykra, że pozostawiająca niesmak w pysku.

Opuścił suchy las. Łaskawsze okazały się moczary. Wprawdzie i tam nie upolował nic większego, ale przynajmniej spróbował oszukać głód mikroskopijnymi żabkami. Niedawno przeobrażone z kijanek maleństwa taplały się w płytkich bajorkach. Część z nich wyległa na zewnątrz. Wystarczyło zbierać. Bez pośpiechu, sztuka po sztuce. Co też czynił nie bacząc początkowo na komary.

Jednak nasilające się ataki krwiopijczych owadów wciąż skutecznie zniechęcały drapieżnika. A gdy rój zgęstniał w chmurę, wilkowi nie pozostawało nic innego, prócz ucieczki. Po prostu czmychnął.

Z pokłutymi wargami spoczął między kruszyną a głogiem, z daleka od podmokłych terenów. Wystarczyło położenie głowy na łapach. Oczy zamknęły się same.

Ledwo przysnął, ujrzał od lat prześladujący obraz w scenerii zimowej. Biegnie kopnym śniegiem. Z tyłu hałas, nawoływania ludzi. Trasę ucieczki zagradzają groźnie powiewające czerwone szmaty. Długi ich rząd między drzewami. Ścigające głosy zbliżają się. Nie może zawrócić. Skręca w lukę obok zawieszonych szmat. I wówczas pierś przeszywa ostry ból. Jednocześnie widzi błysk. Ogłuszający huk.

Ocknął się ze zjeżoną na karku sierścią. Hałasował u góry zielony dzięcioł, którego jeszcze przed chwilą nie było. Uspokojony okręcił się wokół własnej osi i z powrotem legł. Podpuchnięte wargi nadal swędziały. Oblizując je znów usnął.

Zasypiał i budził się kilkakrotnie w ciągu dnia. Znużone mięśnie odpoczęły. Za to wzrosło ssanie żołądka. Rozprostował kości i chwilę wietrzył z wysoko uniesioną głową. Owszem powiew niósł zapachy. Lecz w sumie nic takiego, czym byłby rad zainteresować się bliżej.

Zmierzchało, gdy stanął na północnym skraju lasu. Torfowiska nieodmiennie nęciły zającami. Wciąż tam się czuło ich obecność. Otwarta przestrzeń ułatwiła wypatrzenie ofiar. Lecz i ofiary prędzej wypatrywały prześladowców. A wzajemne przechytrzanie się na ogół przynosiło remis. Chyba, że wilk zaskoczył szaraka. Zwłaszcza młodego. Zaskoczył, nie zwęszył, bowiem młodociane zające w odróżnieniu od dorosłych, w ogóle nie miały zapachu.

Basior, licząc na traf, kluczył pod wiatr. Co jakiś czas pryskały wypłoszone dorosłe szaraki. Nie podejmował pościgu. Za to pilniej penetrował ów rejon. Jednak szczęście mu nie dopisało. I choć obecność młodych zajęcy była oczywista, nie ujrzał żadnego.

Szarówka przechodziła w mrok. Z furkotem wzbił się wypłoszony bekas. Od lasu niosło pohukiwanie puszczyka. Gdzieś w dali monotonnie rechotały żaby. Już chciał opuścić torfowisko, gdy między owe głosy raptem wdarło się poszczekiwanie psa. Zapalczywe i dosyć bliskie. Wilk stężał, intensywnie wietrząc. Niebawem nozdrza rozpoznały dwa nowe zapachy: oprócz psiego wyłowił również woń lisa.

Zrazu chciał przeciąć linię pościgu, ale szybko zreflektował. Niechaj uciekinier pociągnie psa w las. Lepiej odciąć powrót. Lis i tak umknie, a ścigający nie odważy się wbiec pomiędzy drzewa. Zwłaszcza o tej porze.

Przywarł w turzycy, gotowy do skoku. Wyczekać. Jeszcze trochę. Właśnie nadciągający lis przemknął trzy metry obok i gwałtownym zakosem zboczył na południowy zachód. Tuż za nim kundel. Zziajany, powoli zwalniający. Trudno było o poręczniejszą okazję.

Wilk wykorzystał zaskoczenie, lecz nie do końca. Przy drugim susie tylna łapa omsknęła się na mchu. Straciwszy równowagę uderzył atakowanego całym ciałem, miast chwycić za gardło. Obaj przekoziołkowali. Mniejszy i bardziej zwinny kundel pozbierał się pierwszy. Śmiertelne przerażenie dodało mu sił. Tymczasem lis, nawet nie interesując się zamieszaniem z tyłu, czmychnął.

Nadrobiona przewaga dystansu kundla malała. Próbował obszernym łukiem wrócić ku zabudowaniom. Basior z kolei zabiegał drogę, usiłując skierować zdobyć zdobycz w las. W sumie pościg wiódł wzdłuż południowego obrzeża torfowisk, co również odpowiadało wzdłuż południowego obrzeża torfowisk, co również odpowiadało ścigającemu. Czuł, że ofiara jest zmęczona i wkrótce ją dopadnie.

Pies dyszał coraz ciężej. Ponownie nagłym zwrotem uszedł szczękom prześladowcy, tracąc jedynie pęk sierści z barku. Ale koniec nadciągał. Mdlały łapy, brakowało oddechu. Potknął się raz i drugi.

Trzeciego zachwiania ofiary wilk już nie przegapił. Pozostający dotąd o pół skoku z tyłu, wpadł na psa i przygniótł go przednimi łapami. Impet zderzenia pomógł wydostać się ofierze spod ciała drapieżnika, lecz nie na tyle, by uniknąć zacisku szczęk na gardle. Duszony miotał się bezsilnie Agonię przedłużała sztywna obroża.

Bezpieczeństwo nakazywało opuszczenie otwartej przestrzeni. Znieruchomiałą zdobycz zawlókł między drzewa i dopiero tam rozerwał jej brzuch, Napływająca ślina mieszała się z krwią. Łapczywie łykał wyszarpywane wnętrzności.

 
Orzeł Cały ranek po pierwszym polowaniu zszedł bielikom na porządkach w gnieździe. Samica, ku uciesze piskląt, usuwała starą wyściółkę. Wyrzucanie czegokolwiek stanowiło dla młodych jedną z przyjemniejszych zabaw. Toteż uczestniczyły w tym gorliwie i na swój sposób: więcej szkodząc, niźli pomagając. Usuwały bowiem z gniazda nawet świeże gałązki, których dostarczaniem jak zawsze zajął się samiec.

Dla młodocianych bielików było coś fascynującego w odgłosach spadających gałęzi. Także resztek zdobyczy, kości, patyczków - wszystkiego, co tylko wyrzucić się dawało. Wychylały głowy poza krawędź gniazda, długo i uważnie nasłuchując szmerów towarzyszących upadkowi wyrzuconej rzeczy. Gdy cichło, wyglądały na rozczarowane.

Jednak ostatnio znacznie bardziej urzekało latanie. A ściślej: pierwsze próby lotu. Już nie wystarczały skoki na stępach, nie zadowalało rozwijanie skrzydeł dla samego ich rozpościerania. Teraz każde z wyrośniętych piskląt usiłowało wzbić się nad poziom gniazda. Przyciężkimi skrzydłami młóciły powietrze coraz mocniej. Wytrwałość w końcu zaczęła przynosić rezultaty. Zwłaszcza silniejszy samczyk nieźle sobie radził. Podczas jednej z kolejnych prób udało mu się wzlecieć prawie metr w górę. A krótko potem jeszcze raz, choć już nie tak wysoko.

Zmiana wyściółki, mimo udziału młodych, poszła sprawnie. Samica odpoczywała na pobliskim konarze. Przysiadł też obok samiec, poprawiający pióra. Obecność obojga rodziców podnieciła pisklęta. Zarzuciwszy targanie gałązek, uporczywie wołały grubymi głosami, domagając się jedzenia. Brak reakcji dziwił młode i pobudzał do jeszcze intensywniejszych nawoływań.

Matka, owszem, wystartowała. By po krótkim kołowaniu na powrót przysiąść w tym samym miejscu. Ojciec jakby w ogóle nie dostrzegał hałaśliwej dwójki. Pisklęta, nawykłe do natychmiastowego spełniania ich życzeń, wydawały się coraz mocniej stropione.

Cierpliwość pierw stracił malec nieco większy. Rozwijając skrzydła bezceremonialnie zepchnął brata na dno niecki. Furczało powietrze od energicznego trzepotu. Pragnął wzlecieć i przysiąść obok rodziców. Tym bardziej ośmielony zachęcającym wołaniem matki.

Mniejszy nie pozostał dłużny. Krzycząc z oburzenia wspiął się na brzeg gniazda. Zamaszyste ruchy jego skrzydeł zachwiały drugim, który upadł do środka. A nim pozbierał się, runął na niego i braciszek. Po chwili bezładnej szamotaniny w ciasnym zagłębieniu z powrotem stanęli naprzeciw siebie, mocno pracując skrzydłami.

Wzlot udał się jedynie silniejszemu. Będąc już ponad dwa metry w górze, osiągnął cel. Szpony odruchowo zacisnęły się na chybotliwej gałęzi. Oto niespodziewanie dla samego siebie, po raz pierwszy w życiu wylądował za gniazdem!

Jego triumfalne wołanie tylko rozdrażniło pozostałego w dole, który nadal bezskutecznie próbował powtórzyć wyczyn brata.

Tymczasem matka, jakby uznając obserwowane wydarzenia za oczywiste, odleciała. Również ojciec wystartował. Zniknięcie rodziców zdetonowało młodego bielika. Triumfalną nutę w głosie zastąpiła żałosna skarga. Osamotniony na gałęzie wiercił się i przestępował z nogi na nogę. Chętnie byłby wrócił na dół, gdyby nie odległość. Wydawała się trudna do pokonania.

Jednak wkrótce zleciał. A właściwe bardziej spadł, niźli zleciał. Samica przyniosła do gniazda szczupaka i pobudzony widokiem zdobyczy zeskoczył niemal na oślep, tylko częściowo rozchylając skrzydła.

W utarczce o pokarm zdecydowaną przewagę miał drugi samczyk. Pierwszy odtrącony na dno niecki, ledwo uszczknął jakiś kęs. I na tym się skończyło. Bowiem resztka niewielkiej ryby, ku rozczarowaniu obojga, w ferworze walki wypadła na zewnątrz.

Birkut przyglądał się rozhasanej dwójce z wysokości kilkudziesięciu metrów, wolno szybując nad wyspą. Niezaspokojone apetyty pierzących się głodomorów wciąż zmuszały do wzmożonego wysiłku. Na zmianę z samicą znosili do gniazda góry pokarmu. Zwłaszcza on odczuwał ciężar zaopatrzenia. Lecz wszystko wskazywało na to, że wkrótce młode usamodzielnią się. A wówczas trochę odetchnie.

Prądy wstępujące dźwigały go wciąż wyżej. Nie przeciwstawiał się im, chcąc dokładnie przejrzeć z góry swój rewir. Nic nie zakłócało zwykłej krzątaniny na jeziorze. Wzdłuż sitowia żerowały krzyżówki, nieco dalej perkozy i tracze. W prześwitach drzew lasu widział ucieczkę krogulca nękanego przez stadko ostrzegawczo krzyczących pliszek. Ich świergot, podbity nawoływaniem kukułki oraz niosącym od łąk skrzypieniem derkaczy, niósł daleko. A jednak dawał się wyczuć w powietrzu jakiś niepokój. Pierwotnie ledwo uchwytny, sygnalizowany powolnym spadkiem ciśnienia.

Niewątpliwie nadciągała zmiana pogody. Już poprzedniego dnia o zachodzie formowały się na dużej wysokości postrzępione chmury. Zaś rankiem słońce zdobił świetlisty otok. Teraz, gdy w górnej strefie obmyła bielika zimna masa powietrza, zyskał pewność. Doświadczenie przepowiadało rychłą burzę.

Zniżył lot, kierując się ku czaplińcowi. Spora kolonia czapli zasiedlała południowowschodni brzeg jeziora, kusząc zwłaszcza obecnością młodych.

Nieostrożnych i łatwych do pozyskania. Zwykle wystarczała krótka zasiadka w pobliżu, by upolować jakiegoś młodzika. Lecz ostatecznie zboczył z kursu.

Powód zmiany zainteresowania, czyli szczupak, tkwił na skraju oczeretów, pod rozłożystym liściem grążela. I blisko powierzchni. Takiej sytuacji przepuścić nie zamierzał. Tym bardziej, że ofiara jedynie w połowie ukryta, nie dostrzegła zagrożenia. Pochwycił ją bez trudu.

Drugi tego dnia mały szczupak rozniecił w gnieździe kolejną bójkę. Po mniej udanych łowach nadleciała też samica. Birkut, pozostawiwszy trójkę, wrócił na południe. Nadal nęciły go młodociane czaple.

Zdążył przysiąść kilkadziesiąt metrów od czaplińca, gdy raptem pociemniało. Szybko wędrujące z zachodu chmury zgęstniały. Chwilę całkowitej ciszy zakłócił szelest spadających kropel. Bębnił coraz głośniej. Zerwał się wiatr.

Porywy przeszły w nawałnicę. Zimną i gwałtownie targającą okolicznymi drzewami. Przywarty do gałęzi bielik z trudem utrzymywał równowagę. Wydawało się, że mocniej już dąć nie może. A jednak nawałnica tężała. Choć po przelotnym deszczu nie pozostało ani śladu.

Później uderzył piorun. Jedyny. Kształtem przypominający ogromny korzeń, którego najgrubszy pęd połączył nisko zwieszone chmury z północną stroną jeziora. Ogłuszający grzmot wstrząsnął birkutem. Prawie równocześnie poczuł w piersi silny skurcz.

Nie z powodu błyskawicy. W swoim życiu doświadczył wielu burz i przekonał się, że częstokroć podobne nawałnice bywają korzystne. Po ich przejściu rosła dostępność pokarmu; wszak padały rozmaite drobne zwierzęta. Przyczyna obecnego lęku leżała gdzie indziej. Instynktownie obejrzał się w głąb jeziora. W pobliżu wyspy nienaturalnie jaśniało. Z tej odległości w nadal trwającym półmroku widział gorzej.

Letnia burza odeszła równie prędko, jak nadciągnęła. Ciężkie chmury poczęły się rozpraszać i znikać na wschodzie. Na to tylko czekał przepełniony niepokojem bielik. A gdy porywy zelżały, natychmiast wzbił się w powietrze.

Jeszcze w połowie drogi nie mógł pojąć znaczenia tego, co wciąż wyraźnie dostrzegały oczy. Wysoko nad wyspą unosił się rozwichrzony kłąb dymu. Niżej, od drzew, w tym i od dębu strzelały jęzory ognia.

Niewiele brakowało, by osmalił pióra, niebacznie wlatując w gorącą strefę. Jego pierś opuścił pierwszy rozpaczliwy krzyk

 

Lech M. Jakób

 

Powieść ukaże się nakładem Oficyny Wydawniczej "MULTIKO" w 2001r..

 



 

Jerzy Grupiński

KRET



Rozchylają się
już twe płatki gwiazdo
pulsuje
jej krwiste wnętrze
- gaśnie słońce
Już diabeł
zapala nam
w oczach świeczki
Zamknij więc usta
co wiesz o krecie
oglądając pulchne zwrotki
pszennych kopczyków
wierszy

 

Jerzy Grupiński

 



 

Jarosław Błahy

SUSZONE GRUSZKI ALBO TRAJEKTORIA WONI

Dawno temu w Warszawie, w knajpie o przytulnej nazwie "Pasieka", na Starym Mieście, takiej drewnianej z pszczółkami i miodem atrakcyjnym dla misia, sączyłem sobie białe, węgierskie wytrawne wino o zapachu suszonych gruszek. To będzie krótki traktat o węchu.

Rzeczywistość wina zaczęła mnie łechtać i lizać wewnętrznie, sięgnąwszy po żyły tak, że zalewałem groteskowy wyraz ryja szklankami tego nektaru z przerwami na papierosa. Retrospekcje tudzież reminiscencje woni różnych miewałem: palonej gumy, miętowej gumy do żucia, ognisk, pieczonych baranów, odoru trupiego, kaca, rzygowin, śledzi, nocy miłosnych, benzyny, lizolu, szpitala, starców, żebraków, marihuany, podpasek, moczu, ekskrementów ludzkich i ptasich, potu, krwi, piwa, wódy, zawilgoconych łechtaczek u źródeł pochwy, matek karmiących, mlecznej kupki niemowlęcia, bobasa, smrodu penisa nosorożca w okresie rui, wydzieliny z ust epileptyka oraz podnieconych, nabrzmiałych sutków i specyficznego zapachu piersi jednej kobiety, zmieszanego z powietrzem oddechu jej w chwili orgazmu. To wszystko skąpane w różnego rodzaju mydłach, pastach do zębów, szamponach, kremach, perfumach, dezodorantach, wodach toaletowych i zapachu koźlej spermy Dionizosa.

Utonąć wydawało się niemożliwością. Pozostało narąbać się i odetchnąć w pozycji horyzontalnej na trawie pod Barbakanem w miłym towarzystwie myśli.

Stosunkowo niedawno dokonałem wiekopomnego odkrycia, mianowicie myśli zbudowane są z tej samej tkanki, co wnętrze biustu kobiety przed narodzinami pierwszego dziecka, absolutnie nie-matki, bezwzględnie nie-żony, niekoniecznie dziewicy, dyskusyjnie nie-karmiącej, zgoła dynamitu. Z czasem wszystko sflaczeje, jak u Masajki po czterdziestce, myśl obróci się w ruinę zapachu albo woń ruin i leja po bombie. A tak cudownie rosła w siłę wraz z jędrnością piersi, żyła dostatniej z udziałem pieszczot męskich dłoni, intelektualnie smagana językiem i delikatnie skubana zębami w okolicach brodawek, substancja dotyku rani znacznie głębiej niż słowa czy miecz. Esencja przyjemności zapachu staje się obsesją, nawet po rozstaniu. Radosny smutek trwania bólu czujesz wszędzie, na dłoniach, wargach, w okolicach szyi, wszędzie tam, gdzie dotrą receptory twoich nozdrzy. Na ulicy.

Podobnie jest z odbiorem muzyki. Z czasem łapiesz ją poprzez narządy wewnętrzne, czujesz jak szarpie ci żyły, targa żołądek, jelita, wątrobę, trzustkę, dwunastnicę lub płuca, szczególnie w stanach jazzowych, w czasie wzmożonej improwizacji modalnej.

Chciałem rozpuścić się i rozjątrzyć w twoich włosach, przytulić się do twoich myśli, być na zawsze majteczkami, staniczkami, pończoszkami, koszulkami i każdym elementem bielizny, który jak najbliżej, najlepiej wiecznym tamponem, bo przecież nie jestem w tobie na stałe. Nie chcę być. Nie chcę przeszkadzać. Żelazna niekonsekwencja. Masaże jej miłej w dotyku pupy, jej uda, które leczą, moje ręce, rozcieńczające się w jej szyi, plecach, język w końcówkach jej stóp, totalna nagość jako wartość, moje palce, badające strony wilgoci łona antropologicznie i paradoksy jej pępuszka meteorologicznie. Mój ogniomistrz Kaleń i jej cieknąca Jarzębina jako status quo.

Ludzie nie powinni gadać, mogą przy tym zdrowo nakłamać, to nasze oczy mówią, w oczach to znajduję, pocałunki zrywają kajdany, węszymy niczym psy gończe o uszach nietoperzy, gacek wielkouchy uwolnił zapach suszonych gruszek, uderzając przy tym w słup telegraficzny, bo coś tam mu nie odbiło. Wolność suszonych gruszek. Ulotność stanów zapachowych. Rana, która nigdy się nie zabliźni. Topielec bez możliwości utonięcia. Skaza na oddechu. Tchnienie każdej rzeczy, która jej jest. Na razie. Tymczasem.

 

Jarosław Błahy

 

Jarosław Błahy, ur. w 1966 w Szczecinie, poeta, prozaik, eseista. Absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Szczecińskim. Debiutował tekstami poetyckimi w szczecińskim kwartalniku kulturalnym pogranicza", publikował wiersze w katowickim kwartalniku humanistycznym "Wyrazy", opowiadania w Klubowym Okazjonalniku Literackim "Łabuź". Obecnie pracuje nad książką eseistyczną "Literatura jako lustro. O projekcji i odbiciach fizjologicznych w twórczości Leo Lipskiego, Haliny Poświatowskiej i Kazimierza Ratonia", będącą zarazem jego pracą doktorską. Pracuje jako nauczyciel polonista w I Liceum Ogólnokształcącym w Gryficach.

 



 

Piotr Bednarski

***



nieustannie
jak na sztormującym statku
w górę i w dół z boku na bok
ciało pragnie chleba
duch korony
niebo nad głową
też unosi roszczenia

a miłość skrzydlata i bez zadyszki
muza jak to muza nie wie czego chce
zielonym jest się przez chwilę
gdy śmierć już swych zbirów śle

znikąd pomocy
serce zaleca spokój
a tu taka zwierzęca chęć życia
że czuję gwiazdę u dłoni
wymodliłem się do cna
pozostało tylko wilcze wycie

 

Piotr Bednarski

 



 

Utz Rachowski

SPRAWIEDLIWOŚĆ

Chociaż to sobie tylko wyobrażałeś, jednak wszystko tak kiedyś się potoczyło. Nagle późnym wieczorem, gdy śmiałeś się i piłeś, między dwoma tańcami powiedziała ci, jak rośnie w niej coś obcego.

I nikt nie wymienił ci imienia i nikt nie wyznał winy. Inna miłość być może, pomyślałeś, albo mogło to być dziecko, nie od ciebie, to mogło być to, dlaczego ty właśnie miałbyś pozostać oszczędzony, lecz skoro wszystko poszło tak daleko, nauczyłeś się już, że to nie było to, co właściwie powstało między wami i urządziło się na skromnym podłożu i teraz podnosiło się powoli.

To mogło być też to, i być może tak naprawdę było, że wypiłeś za dużo albo po prostu byłeś tylko zmęczony, gdy poszedłeś spać obok niej i nad niczym się już nie chciałeś zastanawiać, albo należałeś do tych, którzy mają za sobą zbyt wiele pożegnań i pewnego dnia decydują się, że tym razem pozostają. Lecz teraz leżysz obok niej, i ten sen umyka jak rausz, i jesteś posłuszny jego skrzydłom. I czasami myślisz, że już powstałeś, ale pewność tego stanu uzyskujesz dopiero wtedy, kiedy już stoisz na ulicy i teraz znajdujesz czas na mocniejsze zawinięcie kołnierza płaszcza wokół szyi. Następnie wsiadasz do pierwszego pociągu.

W przedziale jesteś sam z błękitnym oświetleniem alarmowym, a na zewnątrz błądzą gwiazdy i opary mgły i świt nad miastem, a pod nimi leży ta, którą opuściłeś.

Jednak pociąg przyśpiesza, a możliwości zaśnięcia lub wyglądania z okna nie zostały jeszcze wyczerpane, gdy nagle się zatrzymuje. Następnie przybywasz na miejsce.

Drobne kamienie sypią się jedne po drugich, jakby ktoś tracił pieniądze, lecz to nie martwi teraz nikogo, tutaj, gdzie wyskoczyłeś z pociągu, który jak ciemne zwierzę stoi między zagonami w szczerym polu. Zatem idziesz naprzód do lokomotywy. I widzisz: Tutaj w plątaninie powykręcanych torów kolejowych, między zgniecionym żelastwem a porozbijanymi podkładami być może leżałoby twoje życie. Jednak kto ma się teraz jeszcze orientować, teraz, gdy również maszynista lokomotywy stoi obok swej wyłączonej maszyny i drapie się po głowie wszystkimi palcami swej lewej dłoni. I przystępujesz do niego od tyłu, i zanim jeszcze koniuszki twoich palców mogą dotknąć jego ramion, mówisz mu: Dlaczego mielibyśmy tak postępować dalej, jakbyśmy się nie znali, teraz, gdy splątały się nasze drogi?

Wtedy odwraca się, plecami do lokomotywy, i powiada, co z trudem daje się usłyszeć, tak miękko jak teraz unosi się mgła: Zatem to jest to. Przeczuwałem to od dawna, lecz nie wiedziałem, że wysiądziemy tak wcześnie.

I już podaje ci łopatę, i znowu szybko jadą pociągi, inne pociągi, do innych celów, z innymi pokoleniami, które nie przeczuwają, że ci tam na zewnątrz, którzy siedzą na podkładach i palą papierosa, już dotarli na miejsce.

I któregoś poranka jeszcze raz zatrzymuje się tam poranny pociąg. Mężczyźni i kobiety w długich, nigdy nie widzianych ubiorach wysiedli z niego, a niektórzy z nich nosili broń. Podeszli do was i powiedzieli, że są sprawiedliwością, teraz, że nadeszła dla was wszystkich.

I zaczęło się takie święto, jakiego jeszcze nigdy nie przeżywałeś, i każdy dzień waszego wspólnego działania stał pod gwiazdą sprawiedliwości i pokoju.

Lecz jakkolwiek nie poszedłeś za nimi, albo być może także w tej chwili stałeś się już czymś osobliwym, dlaczego bowiem inaczej wstawałbyś każdego poranka, aby pójść parę kroków aż do nasypu kolejowego i ucho przykładać do szyn, jakby nie osiągnęła cię jeszcze wiadomość, która była przeznaczona tylko dla ciebie.

Czasami bowiem, kiedy o świcie gnają jeszcze mgły, na mgnienie, zatrzymuje się tam poranny pociąg.

 

1979
Utz Rachowski
Z niemieckiego przełożył Andrzej Pańta

 

Utz Rachowski, ur. w 1954 r. w Plauen (Vogtland). Poeta i prozaik. Represjonowany politycznie w Niemczech Wschodnich, wydalony do Berlina Zachodniego, gdzie studiował historię sztuki i filozofię. Obecnie mieszka w Berlinie i Vogtland. Opublikował m. in. Namenlose (opowiadania, 1993), Mein Museum (wiersze, 1995), Die Stimmen des Sommers (opowiadania, 1997). Otrzymał m. in. takie nagrody, jak Andreas-Gryphius-Förderpreis (1987) i Eduard-Mörike-Förderpreis (1991). W Polsce jego utwory były dotąd publikowane w antologii Zielona granica (1995) w Przeglądzia Artystyczno- Literackim w Toruniu i we wrocławskim roczniku Pomosty, t. 1 (1997) i berlińskim polsko-niemieckim piśmie Wir.

 



 

Aleksander Jasicki

WERBEL


och
zbyt srebrna była noc
aby wierzyć
że
nie widział nas
nikt
nas nie słyszał
w tamtej ciszy twoje rzęsy bębniły
w napiętą
skórę
księżyca

 

Aleksander Jasicki

 

Wyróżnienie pierwszego stopnia XXIX Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Jana Śpiewaka Świdwin 1998r.

 



 

Archiwum pamięci

SPACER PO ŁOBEZIE W ROKU 1880

podjęty przez Dietera Fröbel

Jest rzeczą ogólnie znaną, iż w przeszłości zajmowałem się szczególnie historią ostatnich 100 lat miasta Łobez.

Informacje źródłowe czerpałem z Archiwów w Greifswaldzie i w Szczecinie oraz z drugiej Księgi Księstwa Szczecińskiego wydanej w roku 1874.

Przyczynkiem do opracowania niniejszego tematu był fakt znalezienia; Księgi Podatkowej Nieruchomości Łobezu z roku 1880, w której zanotowane były wszystkie budynki wraz z nazwiskami ich właścicieli.

Chciałbym przypomnieć, iż w roku 1880 Łobez zamieszkiwało około 4.800 mieszkańców, z których większość była wyznania ewangelickiego. Natomiast wiarę rzymsko katolicką wyznawało tylko 100 osób, a wyznania mojżeszowego było około 160 mieszkańców.

Zapraszam teraz państwa na spacer po Łobezie, który 118 lat temu mógł mieć następujący przebieg:

- Stojąc na Rynkowym Placu - Marktplatz, obecnie Pl. 3-go Marca. Rzuca się nam w oczy prawie nowy ratusz - zbudowany na początku wieku. Swoją skromną sylwetką upiększa Plac, zapadając w pamięć i trwa w niej pomimo, iż już go od pięćdziesięciu lat nie ma.

Wiele domów wokół Placu jest jednocześnie mieszkaniem i warsztatem rzemieślniczym. Budynki są nowe i liczą sobie najwyżej 100 lat. Normalne okna, które otwiera się na zewnątrz, służą również jako okna wystawowe.

Przed jednym ze sklepów stoi cukiernik Albert Kohls, który zaprasza nas do swojej Cukierni na świeże i pachnące ciasto drożdżowe. Obok nowoczesne i modne domy stanowią własność kupców; Hermana Leitzowa i Israela Meyera. Nie opodal na budynku aptecznym jest już widoczny "ząb czasu". Dalej kupiec Johannes Ebert w ramach reklamy i zainteresowania klientów wystawił przed sklep sprzęt

ogrodniczo- rolniczy. Handlowiec Bruno Buhse oferuje odzież damską, męską i dziecięcą. August Zühlisdorff i Wilhelm Perlitz są także właścicielami nieruchomości przy Rynku. W jego centralnej części stoi kandelabr, którego oliwna lampa jest każdego wieczoru zapalana przez stróża nocnego Heinricha Padrocka. Rada Miejska jest szczególnie dumna, iż większość ulic Łobezu już jest oświetlona. Pozostało tylko parę, na których jeszcze nie ma światła.

Przed ratuszem spotykamy Burmistrza Schütza, który swoje urzędowanie rozpoczął już w roku 1852. Stoi on i rozmawia z Radnym Miejskim, właścicielem garbarni Hermanem Mathiasem i przewodniczącym sądu Wilhelmem Andrichsen. Przewodniczący informuje Burmistrza, iż jutro oczekuje przedstawicieli Królewskiego Sądu Okręgowego ze Szczecina, którzy mają oznajmić ostateczną decyzję w sprawie rozbudowy aresztu śledczego przy nowym budynku sądu mieszczącym się przy ul. Chausseestraße.

Burmistrz wraz z pozostałymi zastanawiają się także w jaki sposób zaopatrzyć mieszkańców w opał. Przez stulecia było tak, że do ogrzania domów wystarczało drewna z "Hainholzes" - bukowy las, który należał do miasta. Teraz kiedy zaczęło powstawać coraz więcej kotłowni, a Radni aby pokryć zadłużenia wojenne wyrąbali las i sprzedali, sprawa opału wysunęła się na plan pierwszy. Należało mądrze i oszczędnie gospodarować drzewem. Już od kilkudziesięciu lat korzystano z torfowiska "Kienmöse i Bültwiese" później także "Stadtsee". Złoża jednak wyczerpały się. Dlatego też w roku 1856 rozpoczęto wydobywać - kopać torf z "Gropen Wiese" leżącym nieopodal Regi. Co rocznie wydobywano 120 000 kamieni - polan torfowych i wykorzystywano je do ogrzewania budynków użyteczności publicznej. Indywidualni zaś właściciele i użytkownicy, mieli prawo do wydobycia 6. 000 kamieni- polan torfowych rocznie. Było to jednak za mało, potrzeby były większe. Dlatego też ten temat nie jest żadnym udziwnieniem i został podyktowany sytuacyjną koniecznością. Wymusiły go warunki.

Teraz udamy się na ulicę Lange Marktstraße, która rozpoczyna się przy ulicy Baustraße i prowadzi aż do dworca. Widać stąd domy kupców: Abrahama, Wilhelma Zühlisdorff, Hermana Reicha i Emila Marxa chociaż stoją one przy ulicy Preisterstraße w stronę Mühlengasse. Tuż przy samej Redze stoi dom mistrza farbiarskiego Pollnowa, a nieopodal dom kupca Helmuta Keipera. Przechodzimy po starym moście nad Regą, słyszymy jak skrzypią i trzeszczą zużyte przęsła. Po lewej stronie ulicy mieszczą się domy: kupca Prochnowa i handlarza końmi Lewina. Właściciel hotelu Ludwig Perlitz stoi przed hotelem i wyczekuje zapowiedzianych gości ze Szczecina. Słyszeliśmy już o tym na rynku. Nie opodal znajduje się fabryczka przerobu kości, z których wyrabia się mączkę klejową i żelatynę. Jej właścicielem jest August Könnemann. Po prawej zaś stronie ulicy, za mostem, tuż nad samą Regą stoi dom i farbiarnia Heinricha Falka obok mieści się gospoda Alberta Rahmlowa.

Na przeciwko hotelu znajduje się kuźnia miedzi Heinricha Puschestein. Obok mają swoją siedzibę biura starosty Loepera. Przy moście ulokował się rzeźnik Wilhelm Lasch. Na rogu ma swoja siedzibę i warsztat szewc Albert Boeck. Na drugim rogu znajduje się nieruchomość kupca Juliusa Jackoba.

Idąc w stronę dworca spotkamy już tylko parę starych stodół i ogrodów. Przy dworcu słyszymy jeszcze dźwięki odjeżdżającego pociągu, z którego wysiadło dwóch męszczyzn w ciemnych garniturach i czarnych kapeluszach. Bryczka starosty podjechała pod dworzec i czeka aby zawieść gości ze Szczecina do hotelu, gdzie czeka na nich zamówiony pokój.

Z dworca widzimy dwa wysokie kominy. Jeden z nich to komin przy młynie Lotnitz tu, też mieści się tartak parowy, stolarnia i biuro architektury Friedricha Bachmanna. Drugi komin stoi na przeciw dworca. Kupiec Borchardt, Erbauer von Heinrichsfelde, założył w byłej fabryce cukru przedsiębiorstwo, w którym mają być produkowane krzesła. Bliskość dworca stwarza korzystną sytuację dla obu producentów, którzy dzięki kolei łatwiej mogą rozprowadzać swoje produkty po wszystkich niemieckich landach.

Kiedy już z dworca skręciliśmy w ulicę Regavorstadt spotykamy mistrza stolarskiego Carla Reidela, który załadowawszy na wózek, duży stół kuchenny z krzesłami odwozi go do klienta. Pan Reidel jest bardzo zadowolony, iż może zamawiać przycięte na żądany wymiar deski w tartaku parowym. Mówi , iż mają tam oni odpowiednie do tego maszyny, a u niego to wszystko należało by wykonywać ręcznie. Ma jednak obawy, gdyż codziennie widzi potrzebę walki z konkurencją. Carl Reidel mówi nam również, iż kiedyś jego ulica była typowo rzemieślnicza, dziś jednak osiedla się tutaj i buduje coraz więcej bogaczy. Nabyli tutaj grunta i pobudowali kamienice: Witwe Wolff właściciel młyna oraz mistrz ciesielski Fridrich Bachmann. Zrobił to również handlarze trzody Franz Jordan i Julius Manke.

Opuszczamy ulicę Regavorstadt, wędrując przez ogrody i działki przekraczamy Regę przy Cholerasteg, przechodząc koło starego cmentarza trafiamy na ulicę Beutlerstraße.

Miejscem granicznym starego miasta są małe domki na przeciw starego cmentarza przy ulicy Parkstraße. Spotykamy tutaj szewca Wilhelma Wilke, który właśnie wypisuje zaproszenia dla 38 mistrzów szewstwa miasta Łobez na wewnętrzne zebranie, które odbędzie się w gospodzie Rahmlowa. Tematem spotkania ma być interesująca wszystkich sprawa; - jak można się obronić przed konkurencją fabryki obuwia? Pan Wilke informuje nas, iż wielu szewców posiada mieszkania i warsztaty przy ulicach Linden, Tempel i Beutlerstraße.

Bracia Zühlisdorff chcieli odsprzedać swoje posiadłości Urzędowi Powiatowemu, który narazie mieści się w ich sąsiedztwie. Od czasu, kiedy wykupili Łobez D niektóre ze swych budynków wynajęli administracji. W jednym

z wynajętych przez braci Zühlisdorff budynków mieści się Urząd Pocztowy zatrudniający Juliusa Otto i jako listonosza pana Fiebranza. Urząd Powiatowy planuje rozebrać stare budynki i postawić nowy, duży administracyjny budynek, w który przewiduje się również miejsce - siedzibę dla Kasy Powiatowej.

Idąc dalej ulicą Beutlerstraße przechodzimy obok nieruchomości Wilhelma Streya i widzimy , iż mają tutaj swoje siedziby: Zakład Tkacki, Piekarnia, Zakład Hydrauliczny, Zakład Malarski i jeszcze inne.

Na skrzyżowaniu ulic Beutlerstraße i Tempelstraße widzimy grupę ludzi jak stoją i rozmawiają. Po pilniejszym wpatrzeniu się rozpoznajemy, iż jest to Zarząd Mniejszości Żydowskiej. Należą do niego kupcy: Viktor Kronheim, Sigmunt Meyer, Eduard Müllerheim i Wolff Gumpert. Stoi tak również nauczyciel wspólnoty żydowskiej, który naucza dzieci hebrajskiego i  religii. Żydzi prócz synagogi w Łobezie posiadają również wspólną łaźnię, w której są odprawiane niektóre religijne rytuały.

Idąc dalej przechodzimy obok domu sklarza pana Reinholda Wickela. Zaglądamy również na podwórko właściciela młyna pana Augusta Schwarza później Krügera. Na podwórku stoją urządzenia do sortowania i przygotowywania pasz. Pan Swarz przy górze wisielców - ulica Beutlerstraße posiada wiatrak.

Na rynku spotykamy sierżanta policji, który udaje się do swojego służbowego mieszkania w "Domu dla ubogich" przy ulicy Preisterstraße, nieopodal Browaru. Opowiada on o biedocie miejskiej i ich problemach i kłopotach jakie ma z tego Magistrat, który na cele socjalne dysponuje bardzo ograniczonymi środkami.

 

Dieter Fröbel

 

Za zgodą Redakcji: Labeser Heimatbrieffe, z poczynieniem skrótów, z języka niemieckiego przekładu dokonała: Gabriela Rutkowska. Autor zapowiedział dalszy ciąg.

 

Dziękujemy pkl. "Łabuź".

 



 

Wojtek Boros

***


Nasze nadal ma 12 m 2
/z grzejnikiem/ na M-4 we własnościowych snach
się zmierza
o ile dobry Totolotek
pobłogosławi
albo ktoś uzna spadkobiercą

jak dziecko
pod nieobecność rodziców
szuflady rozpulchnia
za czekoladkami
tajemnic kokosowych

surowy wiersz w wysokim C
mówi na żywo
- bez werniksu metafor -
tak gęsto
że zaczyna płakać
zamyśla się nadal
i z urwanego lotu patrzy
nam w niemalowane drewno
odpukując obawy.

 

05.12.1997
Wojtek Boros

 



 

Anna Rachela Machałowska

DUET NIE - DOKOŃCZONY


I
mówili mi że nie ma
dwóch takich samych pączków róży

teraz już to wiem

ale znalazłam kolce

II
kazali szukać mówili
- znajdziesz kiedyś swoją drugą połówkę
brzoskwini

znalazłam idealnie pasuje
tyle że
połówka od gruszy

 

1996. 03. 27
Anna Rachela Machałowska

 



 

Lucjan Zuzia

OCZEKIWANIE

Idąc rano do pracy, spotykam dziesiątki znanych mi twarzy, nie są one dla mnie obce, chociaż nie zamieniłem z tymi ludźmi ani jednego słowa. Łączą mnie z nimi ulice, którymi codziennie przechodzę o tej samej porze.

Spotykam starego człowieka z siatką wypełnioną pieczywem, mlekiem i czymś tam jeszcze, który człapie po chodniku swoimi za dużymi butami. Wiem od sąsiadów, że to emeryt, który codziennie robi zakupy, bo jego żona nie może chodzić.

Spotykam także chudą kobietę o pomarszczonej twarzy, która pracuje w pobliskiej hurtowni wyrobów metalowych. Wiem o tym, bo w okresie zimowym widywałem ją, jak odmiatała śnieg przed budynkiem.

Spotykam również elegancko ubranego mężczyznę około czterdziestki, z czarną teczką w ręce. Przypuszczam, że pracuje w firmie maklerskiej, która mieści się na końcu ulicy.

Człowieka - pijaczka widuję u zbiegu dwóch ulic. W obszarpanych spodniach, w wyświechtanej marynarce, z lekka opuchniętą twarzą i czerwonym nosem, który kaprawymi oczami wypatruje nadejścia kumpli takich jak on - amatorów taniego wina.

Kiedy dochodzę do przystanku autobusowego, spotykam młodą, bardzo ładną dziewczynę z jasnymi rozpuszczonymi włosami. W jej ruchach jest coś prowokującego, co przyciąga spojrzenia mężczyzn.

A potem, kiedy już wysiądę z autobusu, spotykam jeszcze wielu ludzi; mężczyzn o szarych zmęczonych twarzach, kobiety rzucające się w oczy swoim zachowaniem lub ubiorem.

Te wszystkie spotkania są jednak dla mnie mało znaczące, bo prawie natychmiast o nich zapominam. Wciąż wypatruję twarzy, która pojawi się na mojej drodze, od której nie będę mógł oderwać oczu, nie będę mógł zapomnieć...

 

Lucjan Zuzia

 



 

Marek Maganiusz Kielgrzymski

***


powietrze zimnookie sączy się z okolic okna
patrzę na wprost wzrokiem nie mówiącym nic
zwyczajnie: chciałbym byś tu była

telewizor wyprowadza na spacer psa
galopujący moment zestala się na winilowej płycie
utkwiony na powierzchni analogu
wirując niczym pyłek
pragnę
twej
czystej
O toczonej delikatnością
B ezszelestnej
E zotorycznej
C ieniowanej
N iedoprzestrzenienie
O garniającej
Ś wietlistej
C zystej
I ntegrującej

 

26 maj 1993

 

Debiutancki tomik Marka Maganiusza Kielgrzymskiego "POEZJE 1987 - 1994" wydał "Skryptor" w 1996r. Do nabycia w cenie: 6,5 zł. MONOLIT POETYCKI "PARALIŻ" ul. Piastowska 100c/72 80-358 GDAŃSK - OLIWA

 



 

Anna Rachela Machałowska

***


jest młoda
ma chore serce i
niezdrowe nerki -
daktyle o zapachu mocznika

za kilka dni ma umrzeć
a ona się martwi
że tak długo
musi

czekać

 

1966. 04. 23
Anna Rachela Machałowska

 



Archiwum pamięci

W Wielki Poniedziałek - 29 marca 1999r. na łobeski Cmentarz Komunalny odprowadziliśmy Mirka -  naszego Promotora i Przyjaciela. Nagle niespodziewana, bolesna i okrutna śmierć zabrała nam Go, a jeszcze niedawno snuliśmy plany, mając Jego duchowe wsparcie i posilanie. Nawet w nawale służbowych obowiązków i rozlicznych zajęć pozostawał z nami - miał czas dla "Łabuzia". Był wierny Łobeskiej Małej Ojczyźnie - pamiętał o nas.

Dr Mirosław Lalak -  "Łobezianin" -  rocznik 1955: ukończył Szkołę Podstawową nr 2 w Łobezie, potem Technikum Elektryczne w Stargardzie Szczeciński i Wyższą Szkołę Pedagogiczną - Filologia Polska w Szczecinie. Dyplom - magisterium zrobił w roku 1979. Jeszcze jako student pracował jako asystent w Zakładzie Teorii Literatury. W roku 1983 w Instytucie Badań Literackich w Warszawie zrobił doktorat po czym wrócił na Uniwersytet Szczeciński, gdzie pracował jako adiunkt w Instytucie Filologii Polskiej. W okresie stanu wojennego za rozpowszechnianie wydawnictw bezdebitowych był więziony.

Jego aktywność intelektualna i społeczna była zaczynem i inspiracją dla powstania wielu pomysłów i ich realizacji, tak w samym Szczecinie jak i na terenie województwa. To On od samego początku tworzył i redagował Szczeciński Kwartalnik Literacki "Pogranicza", był także duchowym wsparciem i wzmacniającą ostoją dla Klubowego Okazjonalnika Literackiego "Łabuź".

Stało się tak nagle pusto, że jeszcze nie rozumiemy jak bardzo będzie nam Go brak.

ŻEGNAMY CIĘ MIRKU I DZIĘKUJEMY!

 

pkl. "Łabuź"

 



 

 

Pamięci Pana Mirosława Lalaka

Agnieszka Wesołowska

POMYŁKA

Pewne zdarzenia nieuchronnie wprowadzają nas w obszary metafizyki. Poszukiwanie dwuznaczności, rozpruwanie faktów tylko po to, by wydobyć z nich grudkę, której namacalność uwiera jeszcze bardziej i wreszcie ugruntowanie się w rejonach ciągle niedoskonałej nadziei - to jakby naturalny proces dojrzewania do bezradności. Myślałam, że nieszczęścia są intelektualnym wyzwaniem, ekstremalnym impulsem do świadomego doświadczania życia... Dzisiaj, teraz - nie potrafię i nie chcę pasożytować na śmierci tak niespójnej z obrazem Siły Najwyższej, którą intuicyjnie uznajemy za dobrą.

Umiłowaliśmy paradoks jako dowód niedopracowania szczegółów. Znienawidziliśmy absurd, zarzucając szastanie - przecież tylko człowieczym! -dostrojeniem się do życia. Ale gdy idzie o spór o nadrzędność zwykłej, ziemskiej rzeczywistości nad wyobrażeniem dużo bardziej odległym - właśnie nonsensem równoważymy oba światy. On -  jeszcze ziemski -  uzależniony jest od naszej pamięci. My - uwiązani jesteśmy niedopowiedzeniem, poszukiwaniem, zaślepieniem. Takie zręczne obmyślenie obustronnego poddaństwa zwie się pono sprawiedliwością.

Moja logika świata ogranicza się do kontrastu między Wszechświatem a Ziemią, Energią a Wiarą, pożądaniem a spełnieniem. Cóż jednak począć z tymi figurami, które jeśli nie są zbyt wzniosłe dla bielizny codzienności, to utykają w myślach, gdzie kontekstem jest śmierć? Wszystko bowiem zatraca się w Ostateczności Istnienia... i przypuszczeń. Domysły przecie - to niezręcznie uciułane guziki, do których jakoś brakuje mi dziurek...

Niechaj nasze górowanie -  możność pamiętania -  wynika z przeświadczenia o niedokończonym istnieniu człowieka życzliwego, niepowierzchownego, żyjącego w imię uzasadnionych wartości i celów, Nasze poddaństwo zaś niech zaprzestanie drążenia, dociekań, domysłów, a przyklęknie jedynie przed wiarą w Przeznaczenie. Bo rzeczywistość to szereg pojęć, pojęć narzuconych, przypadkowych, niezdefiniowanych od razu, doświadczanych stopniowo. A jeśli ufać poetom i słowu - "śmierci tak potrzeba się uczyć jak życia".

 

Agnieszka Wesołowska